Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 16 17 18 19 20 ... 47

#426 14-02-2018 o 20h22

Straż Obsydianu
Deny
Akolita Sylfy
Deny
...
Wiadomości: 1 158

...................................................................https://zapodaj.net/images/16931a0ac5011.png


       Gdybym mogła w tej chwili przyznać szczerze, że to gdzie jestem się dla mnie nie liczy, a widoki przed oczami nie robią na mnie wrażenia, to byłoby znacznie łatwiej. Raczej nie jestem miękką kluchą, prawda? Tylko, że o własnym strachu niestety uświadamiamy sobie dopiero wówczas, gdy ten zaatakuje. Wiem, to było zabawne, w pewnym stopniu, bo to tylko widowisko ku uciesze widowni. Śmiech Theo był więc miły i zrozumiały, ale co jeśli to byłoby realne. Z a g r o ż e n i e. Co jeśli nie mogłabym sobie wmawiać, że na pewno są jakieś magiczne bariery, że z logicznego punktu widzenia nic mi nie grozi? Czy wówczas byłby tu przy mnie i żartował z moich obaw, czy może w jego oczach odbijałaby się moja własna, dzielona z nim jednak niepewność?
       Dlaczego takie myśli muszą przychodzić akurat wtedy, gdy jest dobrze? Chciałam się ich pozbyć, ale strach tylko dolewał oliwy do ognia. Teraz jednak nie ze strony areny, a zza naszych pleców zaczęły docierać do mnie bodźce. Zaskoczona obejrzałam się, patrząc na jakiegoś faceta, którego nie znałam. Dla pewności jednak nie unosiłam wysoko podbródka, chowając się w cieniu daszka od czapki. Mimo to moja dłoń już była zaciśnięta na rzeźbionej rączce różdżki, gotowa na każde polecenie.
       Kiedy odezwał się drugi, poczułam, że serce nie tyle bije mi z napięcia, co uciska bólem moją klatkę piersiową. Czułam się zwyczajnie słabo, a ze słów wywnioskowałam, że nie zagadali nas tak o, bo coś ich zdenerwowało. Nie, to bez wątpienia byli ludzie, którzy szukali zaczepki i chwila, w której wmieszała się jeszcze siedząca obok kobieta, było już pewne, że to nieciekawa szajka. Nienawidziłam siebie za myśl, że zapewne właśnie dlatego tata nie pozwala mi przychodzić w takie miejsca. Niebezpieczne. Po prostu. Jednak nie chciałam myśleć, że nie są dla mnie. Dla mnie jest przecież wszystko to, co jest też dla innych.
       Podnieśli się, a ja odetchnęłam z ulgą, ale trzęsłam się nadal. Wydawało mi się, że jestem dorosłą kobietą, ale w tej chwili tamta baba miała racje... jestem dzieciakiem. Nie nauczono mnie takich sytuacji, chroniono mnie przed nimi. Może dlatego teraz za nic nie chciałam stąd wychodzić, jakby na przekór wszystkiemu pokazując, że to nic, że nikt mną nie będzie sterował.
       Na pytanie przyjaciela pokiwałam jedynie głową, potwierdzająco. Wiedziałam, że i on jest nadal zdenerwowany. Wskazałam szybko palcem kierunek, ignorując wewnętrzną uwagę, że to niegrzecznie tak pokazywać.
       - Tam siedzi, chyba jest z kimś - zauważyłam nie poświęcając teraz temu zbyt dużo uwagi. Niewiele myśląc podkuliłam nogi, piętami oparłam je o ławkę i jedną ręką objęłam je by było mi wygodniej siedzieć w takiej pozycji. Nic nie mówiąc złapałam ramię chłopaka i po prostu się nim owinęłam. Było na tyle długie, a ja przysunęłam się dodatkowo, że mogłam sama się do niego wtulić i jeszcze zadbać o jego wygodę na tyle, by położyć mu dłoń na własnym kolanie. Nadal nie komentując swojego postępowanie wsparłam skroń na jego barku i na moment przymknęłam oczy.
       Chociaż chciałam się odciąć, to ryki smoków wciąż wypełniały moją głowę. Musiałam się uspokoić, wyrównać puls i oddech. Zapomnieć o tym wszystkim, co nie powinno mieć miejsca i było przypadkiem. Nie żadnym dowodem na to, że schodzę z drogi, którą powinnam iść. Przypadek. Mogło się zdarzyć każdemu. Żadna kara, bo nie mam na sumieniu żadnych win. Przypadek. Nic za nim nie stało. Sami powiedzieli. Zwykłe dzieciaki. Jestem zwykłym dzieciakiem i Theo też. Chcę tej zwykłości.
       - Możemy tak? Blisko? - zapytałam nie do końca składnie. Skrzywiłam się, czego nie mógł zobaczyć. - Bardzo brakuje mi takiego kontaktu. Wiem, to niezręczne i upadlające prosić o to, ale możemy? - w końcu otworzyłam oczy, widząc jak jeden smok kąsa drugiego. Kolejne skrzywienie, pobiegłam spojrzeniem po jakiś obcych czuprynach, aż nieco niżej, po boku nie znalazłam jego drugiej dłoni. Uniosłam wówczas spojrzenie, chcąc spojrzeć mu w oczy. Chociaż nadal było to tak samo niezręczne, może jego po prostu nie wstydziłam się w takim stopniu, w jakim człowiek o zdrowej psychice powinien?
       - Może udając zakochaną parę odstraszymy złodziei? Będą zbyt zażenowani, by zagadać - uniosłam dłoń i bez wahania pogładziłam jego policzek, potem palcem wskazującym łącząc kilka piegów, w konstelacje, które najpewniej nie istnieją, albo i istnieją dopiero od tej chwili, kiedy je wyznaczyłam? - Przepraszam za to, co się stało. Moje dziecinne zachowanie musiało ich zdenerwować, może jednak ta przebieranka nie była taka cudowna, jak to mi się z początku wydawało? - zapytałam, nie wiedząc, czy bardziej pytam siebie. Na moment musiałam przestać, gdy wrzask pod wpływem tego, co właśnie wydarzyło się na arenie wcisnął moją twarz w jego ramię.           Znów drżałam i zaklęłam obrzydliwie prosto do jego ucha. Nie celowałam w nie, po prostu tak wyszło. Było to bardzo dalekie od słownika damy i niepasujące do tej sytuacji. Uniosłam więc znów twarz i biorąc pod uwagę soczystość słowa, które właśnie opuściło moje usta, zaśmiałam się cicho. - Ale pociągniemy mimo to te przedstawienie? Porozpieszczasz mnie trochę? - zapytałam wprost, przechylając lekko głowę. - Oboje musimy się uspokoić po tym, co się wydarzyło - zauważyłam, bo przecież nie tylko ja byłam tutaj poszkodowana.
        Kimkolwiek ci ludzie byli, obym już nigdy ich nie widziała. Co ważniejsze, potem opiszę ich ochronie. Ale to potem, gdy zrobi to panna Lilianna Hathoway, której posłuchają w lot i zaczną szukać bez wahania. Teraz była ze mnie zwykła gówniara, na którą się macha, bo przecież "nie mam nic wartościowego". Hmm... śmieszne jak bardzo się myliła. Nie z tym, kim jestem. Teraz po prostu czułam się o wiele bardziej majętna, niż przez ostatnie tygodnie w wielkiej posiadłości. Tego mi nikt nie odbierze, choćbym faktycznie miała o to walczyć. Nawet trzęsąc się ze strachu i klnąc jak razowy obszczymur.


Muzyczka~~
https://78.media.tumblr.com/03ca50990056aa4c75887ea9d05b82f3/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/cd9afbb65718d9f3c1e414655c6e0600/tumblr_oce7n7Z7r41sognhno9_r1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/dbb85978787c0aad1c109ee68d7348b6/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho3_250.gif





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zapodaj.net/images/162e66cd3b6e4.png
https://78.media.tumblr.com/b6848eefcf147ac767182f366e3e7eb8/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/67515805388ae08227172b9d5a9dcb0e/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/c700fcdeef3a4711edff2b45adcc3107/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o6_250.gif






https://images-e

Offline

#427 16-02-2018 o 14h28

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 525

________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Było tyle odpowiedzi na te słowa, a większość z nich nie przeszłaby mi teraz przez gardło. Nie tu, w otoczeniu tak dużej liczby czarodziejów. Choć zgodnie z dzisiejszą moją misją; czasami najłatwiej ukryć się w największym tłumie, najłatwiej w nim zachować anonimowość. Teraz jednak prowadziłem inne zadanie, zgoła inne i zdecydowanie bardziej delikatne. Przede wszystkim też nie mogłem ufać Sophie. Bolesna świadomość, wyuczona na wielu przypadkach, żeby zbyt ufnie nie podchodzić do wszystkiego, co wygląda na smakowitą okazję. Przełknąłem ślinę powoli i odsunąłem się nieco do tyłu, a na moich ustach pojawił się też uśmiech.
        Każdy uśmiech, gest, każde z pozoru przypadkowe dotknięcie śledziłem uważnie wzrokiem, jakby z porozrzucanych fragmentów ktoś kazał mi złożyć logiczną całość. I to w dodatku taką, która pokazywałaby motywy mojej „przeciwniczki”. Mogło oczywiście okazać się również, że to po prostu zwykła dziewczyna, dla której słowo śmierciożerca nie miało żadnego znaczenia. Dziewczyna, która chce się zabawić i która co chwilę przesuwa nieco granicę, sprawdzając, jak daleko uda się jej posunąć. Zerknąłem na jej dłoń na swoim ramieniu przelotnie, a później spojrzałem na arenę. Tam działo się coraz więcej. Wskazywało na to także wiwatowanie tłumu, który z minuty na minutę robił się coraz głośniejszy. Wbrew pozorom nie przeszkadzało mi to w koncentracji nad tym, co mówiła moja towarzyszka.
        Kilka rzędów niżej zauważyłem niezgodny z szablonem ruch; zamiast prosto przed siebie, na arenę, ktoś zadzierał spojrzenie ku górze. Natychmiast przykuło to moją uwagę, zwłaszcza, że wydawało mi się, że dwójka czarodziejów szuka mnie wzrokiem. Szuka  n a s  wzrokiem. Kiedy zauważyłem, że nie mogą mieć więcej niż dwadzieścia kilka lat, natychmiast straciłem zainteresowanie. Tarcza czujności opadła.
       — Praca — odpowiedziałem lakonicznie, bez poczucia, że powinienem chociaż odrobinę rozwinąć tą myśl.
        Sophie nie zapytała wprost o szczegóły; z resztą nie przypuszczam, żeby była na tyle bezczelna, żeby ro zrobić, skoro sama wcześniej niezbyt jasno odpowiedziała na moje pytanie. Nigdy nie byłem osobą wylewną, jeśli chodziło o opowiadanie o sobie.
        Mojej uwadze nie uszła nagła zmiana koloru twarzy krótkowłosej. Zatopiła się w czerwieni, kto wie na jakie myśli? Powstrzymałem się od komentarza i zamiast tego usiadłem bokiem do areny, tak, żeby dziewczyna była prosto przede mną.
        Zdałem sobie z czegoś sprawę, jednocześnie nie przestając świdrować jej wzrokiem.
        Opcje są dwie. Albo jest świetną aktorką, która powinna odnaleźć swoje przeznaczenie w branży kinowej, albo to po prostu zwykła dziewczyna, która naprawdę nie ma pojęcia, kim jestem. I obie te wersje sprawiały, że czułem przyjemne ciepło, które spływało w dół żołądka. Uzależniającą ekscytację, bo w każdym z tych przypadków było coś, co potrafiłem docenić. Tylko spokojnie, Avery… Tylko spokojnie. Drugi mózg nie może przejąć nad tobą kontroli. Kto wie, ilu wspaniałych niegdyś śmierciożerców gnije już przez niego w otchłani Azkabanu? Kobiety często wiedziały, jak wykorzystać swój urok osobisty tak, żeby zapanować nad innymi. A ja nie zamierzałem być jednym z głupców. Urodziłem się zbyt dobry na takie podejście.
        — Gorąco ci? — zapytałem, starając się zachować spokojny ton głosu, ale on chyba i tak zadrżał od nadmiaru niezdrowych emocji. Emocji, z których czerpałem siłę do życia. — Możemy wyjść, jeśli źle się poczułaś. Ostatecznie… Takie widowisko może silnie wpływać na delikatne, młode damy, takie jak ty, Sophie. Powinnaś odpocząć, zaczerpnąć świeżego powietrza. Zapada zmrok, więc jestem pewny, że niedługo zrobi się chłodniej.
        Perfekcyjna gra. Udawanie osoby, która się martwi, która przywiązuje wagę do uczuć drugiego człowieka. Chyba nigdy jeszcze nie udało mi się wejść w tą rolę tak dobrze, jak teraz. Oczywiście… Była w tym doza własnego biznesu.
        Tamta dwójka szukała nas wzrokiem. Dla samej zapobiegawczości lepiej było zniknąć z ich wzroku. Niedocenianie przeciwnika jest pewnie tak samo niebezpieczne, jak danie złapać się w sidła kobiety. A oni… Mogą coś wiedzieć. Kojarzyć. Oczywiście, jeśli nie są zwykłą dwójką typowych amerykańskich kretynów, na jakich wyglądają z daleka.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#428 17-02-2018 o 14h54

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 458

....................................................................https://fontmeme.com/permalink/170803/2ca076fc2036b3a3696a464a356f43e3.png
         
    Wysłuchała Scotta z naburmuszoną miną, faktem było, że zabrała go tu praktycznie siłą i mógł się o to czepiać, ale czemu niby ma mu oddać łóżko bez walki? Obserwowała jak chłopak stawia na łóżku materac i sam kładzie się na nim zadowolony. Alice przez chwilę obserwowała go w milczeniu, miał rację co do wzrostu, ale i tak kto oddałby dwuosobowe łóżko bez walki? Wysłuchała jego słów z lekkim zniesmaczeniem na twarzy po czym wskoczyła na łóżko obok Scotta. Złapała go za nos i zaczęła ściskać.
- Jaka jedna noc? Co? - puściła jego nos i odwróciła się do niego plecami.
- Rozumiem, że w takim razie nie chcesz zobaczyć walki smoków? Tak się składa, że tata dał mi trochę pieniędzy i wymieniłam je na dragoty i kupiłam dwa bilety. Skoro jednak nie chcesz to chyba będę musiała ten drugi bilet sprzedać. - mruknęła nagle interesując się swoimi paznokciami. Następnie dość energicznie odwróciła się w stronę chłopaka.
- Co do tego łażenia to jak wolisz, a teraz spadaj z mojego łóżka. - rzuciła z uśmiechem i zaczęła dźgać Scotta między żebrami.
- Skoro i tak zostajesz to tylko jedną noc to chyba spokojnie możesz spać w tamtym łóżku. Ja mam zamiar zostać dłużej, a teraz jeszcze dodatkowo mam problem z jednym biletem więc odpokutuj i złaź. - rzuciła z udawanym ironicznym uśmieszkiem.
    Po chwili zerwała się z łóżka tym samym dając za wygraną i odstępując mu większy kawałek materaca. Wzięła swoją torbę i rzuciła ją w sąsiednim pokoju. Zamknęła się w nim na chwilę i przebrała się szybko w zwiewną lekką sukienkę, przerzuciła małą torebkę przez ramię i rozpuściła włosy. Wyściubiła głowę do pokoju w którym leżał chłopak.
- Jakbyś jednak zdecydował się, że chcesz się przejść to ja właśnie idę zobaczyć co mają ciekawego. Jak nie chcesz to leż sobie ze swoją obrazą majestatu, ale i tak wiem, że ci się tu podoba. - wyszczerzyła zęby i od razu wyszła z namiotu. Rozejrzała się po okolicy szukając jakichś charakterystycznych punktów odniesienia, jej brak orientacji w nieznanym terenie był dobrym argumentem, by jednak krecić się po straganach ze Scotrtem. Wróciła więc do namiotu.
- No chodź! Nie mam zamiaru skazać cię na smutek i samotność. Idziemy. Co chcesz zobaczyć najpierw? - zagadnęła dość głośno stojąc w progu namiotu.


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#429 18-02-2018 o 15h03

Straż Cienia
Charo
Żołnierz Straży
Charo
...
Wiadomości: 654

////////////////////////////////////////////////////////////////https://fontmeme.com/permalink/180212/2671277c4e2bf658afb2e090ada16b16.png

   Nie zamierzała drążyć tematu i dopytywać, czym się zajmuje, choć wewnątrz aż skręcało ją z ciekawości. Czarodziej wyraźnie nie chciał o tym rozmawiać, a ona to szanowała, gdyż sama mówiła ogólnikami. Gdy James zwracał się do niej zmyślonym imieniem, czuła się strasznie głupio, ale nie miała odwagi przyznać się, że kłamała od początku ich znajomości, zwłaszcza teraz, gdy była między nimi chemia. Gdyby mu się nie podobała, to przecież by z nią nie flirtował, nie uśmiechałby się w taki sposób, a przede wszystkim, nie zabrałby jej na walki smoków. Było w tym mężczyźnie coś takiego, co ją intrygowało, co sprawiało że Mari miała ochotę rzucić się w nieznane tylko po to, by sprawdzić, jak długo będzie spadać. I to właśnie ją przerażało, bo nigdy wcześniej nie doznała tak dziwnych emocji, które wiązały się z drugim człowiekiem. Czy miał na to wpływ fakt, że ona sama była już kimś innym przez swój dar? Nie mieli już nigdy się spotkać, a jednak los ponownie splótł ich drogi ze sobą, co już samo w sobie było wyjątkowe. 
   - Tak, zrobiło się strasznie gorąco. Lepiej już chodźmy, bo jeszcze będziesz musiał mnie wynieść stwierdziła, po raz ostatni spoglądając na arenę, gdzie dwa potężne smoki toczyły ze sobą walkę. Powróciła wzrokiem do Jamesa, posyłając mu delikatny uśmiech nim wstała i zaczęła przeciskać się w stronę wyjścia. 
  - Kiedy wyjeżdżasz? - zapytała, gdy znaleźli się poza rozwrzeszczanym tłumem. Uliczki nieco już opustoszały, gdyż wszyscy zmierzali na mecz, który miał być najważniejszym wydarzeniem wieczoru. Marianne zamierzała również podziwiać widowisko, choć nie była nigdy wielką fanką Quidditcha. Wolała szachy i od godziny walki smoków.
  - Może, jeśli jutro rano jeszcze tu będziesz, to zjemy razem śniadanie? Nie wiadomo, kiedy znowu się spotkamy - stwierdziła, nie spuszczając wzroku z mężczyzny, który stał przed nią. Ich ciała dzieliło tylko kilka centymetrów i teraz dopiero Caron dostrzegła, jak bardzo James jest wysoki. Jego oczy były niesamowicie niebieskie, jak bezchmurne niebo wiosną lub gładka tafla jeziora. Trudo było się od nich oderwać, a jeszcze trudniej o nich zapomnieć.
  Dziewczyna nie zdawała sobie sprawy, że ma przed sobą niebezpiecznego czarodzieja, który bez skrupułów mógłby dobyć różdżki i zabić ją, tu i teraz. Widziała jego aurę częściej niż kogokolwiek innego, jakby podświadomość ostrzegała ją przed nim, jednak Mari nie potrafiła odczytać znaków i zinterpretować ich w taki sposób, by wyciągnąć właściwe wnioski. Gdyby jakimś cudem jej się to udało, to wzięłaby nogi za pas i usiekła gdzie pieprz rośnie albo i dalej.
  Aura stanowi część każdej komórki i odzwierciedla całą życiową energię w jej nawet najmniej uchwytnych przejawach, a ponieważ istnieje ona wokół wszystkiego, również skała czy stół kuchenny mają aurę. Energia przepływająca przez nią odzwierciedla osobowość, tryb życia, myśli i emocje, wskazuje na stan, w jakim jest umysł, ciało i dusza. Niektórzy czarodzieje twierdzą, że aura to po prostu zjawisko elektromagnetyczne, które nie ma większego znaczenia. Inni wierzą, że składa się na nią iskra życia i w niej właśnie przebywa nasza wyższa świadomość, dostarczająca energii niezbędnej do życia i działania. Jeszcze inni uważają, że aura jest odbiciem nas samych, zachowującym dokładny zapis naszej przeszłości i teraźniejszości, a nawet przyszłości. Goethe, ulubiony mugolski pisarz Mari, opisał to zjawisko bardzo wymownie: „Barwy są cierpieniem światła”, co nawiązywało do kolorów astralnego ciała, które od czasu opętania widywała Caron. Gdyby odrobinę dłużej posiedziała nad księgami, które dał jej profesor ..., to wiedziałaby, że James nie jest dobrym człowiekiem i zamiast z nim flirtować, powinna uciekać jak najszybciej i jak najdalej. Tymczasem stała przed nim uśmiechając się uroczo, niczym mucha uwięziona w sieci pająka, cierpiąca na syndrom sztokholmski.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Online

#430 22-02-2018 o 11h36

Straż Cienia
Umbreonna
Akolita Jednorożców
Umbreonna
...
Wiadomości: 431

https://zapodaj.net/images/23eadd2e635c3.jpg

Nie sądziłam, że aż tak stęskniłam się za moimi amerykańskimi znajomymi. W ciągu zaledwie paru sekund poczułam się znowu jak zwykła nastolatka, która spędza czas z przyjaciółmi. Nagle wszystkie wykresy, tabelki, liczby znikły gdzieś w tyle, a liczyły się tylko atrakcje, które mógł przynieść nam festyn. Zachwycałam się jak dziecko tą całą atmosferą. Te kolory, te zapachy, ta radość płynąca z każdej strony. Było mi trochę szkoda, że Sung nie mógł też tego poczuć. Czułam wyrzuty sumienia, że go tam zostawiłam samego, ale po chwili przypomniałam sobie jego uśmiechniętą twarz, gdy kolejnej klientce tłumaczył właściwości jakiejś różdżki. Widać było, że w porównaniu do mnie on szczerze lubił tą pracę. Mój ojciec był szczęściarzem. Nie każda firma może pochwalić się tak oddanym pracownikiem.
Słuchałam jak Peter i Imogen śmieją się i rozmawiają o różnych wydarzeniach z wakacji. Cieszyło mnie to, że żadne z nas nie czuło potrzeby poruszania tematu balu i jego konsekwencji. Trudno, czasu nie cofniemy. Teraz trzeba wracać do normalnego beztroskiego życia. Nie mogłam się doczekać chwili, gdy też znowu stanę się na te parę miesięcy tylko uczennicą. O swoich wakacjach nie mówiłam zbyt wiele. Nadal byliśmy w tłumie, więc chciałam zaczekać z przekazaniem im informacji o moim nowym życiu. Na pytania odpowiadałam wymijająco i zaraz zmieniałam temat. Nadal trochę nie rozumiałam intencji Imogen. Dziwne było dla mnie to, że nagle zaczęła się trzymać tak blisko mnie. Mimo wszystko było mi bardzo dobrze w tym momencie. Uśmiech nie znikał z mojej twarzy.
Akurat w momencie gdy przechodziliśmy obok areny ze smokami, dostrzegłam Theo i Annę. Widać było, że też dobrze się bawili. Trochę zazdrościłam im, że mają siebie, ale wiedziałam, że na mnie też kiedyś przyjdzie pora. Czy to Sung, czy to Russ, czy może zupełnie ktoś inny, nie wątpiłam w to, że gdzieś tam czeka ten jedyny.


https://78.media.tumblr.com/90f13ad1929dacb7acb63a5ad423381c/tumblr_paidqcO2Xu1wpm5jdo1_500.gif

Offline

#431 22-02-2018 o 17h36

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 528

____________https://zapodaj.net/images/390b90f1c6e2c.png

        Odchyliłem się do tyłu przy wypowiedzeniu ostatniego słowa i znów rozparłem wygodnie na twardym siedzisku krzesła. Słuchałem jego słów w milczeniu, popijając zimne piwo i nie reagując ani nie przerywając potoku słów, zadziwiająco jak na Sorrella długiego. Dużo słów, mało sensu; ostatecznie wiedziałem przecież, jakie podejście do kuzynki ma chłopak. Nie pozwoliłby komukolwiek jej skrzywdzić, nie mówiąc już o tym, żeby sam miał pozbawić ją choćby jednego włosa na głowie. Teraz, kiedy już dowiedziałem się kilku ważnych rzeczy i sam przekazałem to, co miałem do zasygnalizowania, rozmowa ta zaczynała mnie męczyć. Wydarzenia sprzed kilkunastu minut wróciły do mnie ze zdwojoną mocą, powodując nagłe wyczerpanie i przygnębienie. Wlepiłem spojrzenie w drżącą przy każdym moim ruchu taflę piwa w kuflu i słuchałem.
        — Zapewniam, że nie orientujesz się w moich celach — wtrąciłem niemal mimochodem, obojętnie, choć powinienem może poczuć złość na jego arogancję. Zawsze zachowywał się tak, jakby pozjadał wszystkie rozumy tylko z powodu pochodzenia? Czy byłem tylko rozkojarzony i wybity z równowagi spotkaniem Theodore’a?
        Dopiero ostatnie zdanie dosięgnęło ponownie mojego umysłu w ten nieprzyjemny, obejmujący żarem sposób; serce uderzyło szybciej, aż poczułem jego puls w żuchwie. Powoli podniosłem spojrzenie, martwe i nieobecne, choć utkwiłem wzrok w brzydkim uśmiechu Sorrella, a później w błyszczących oczach. Choć moje serce w tej chwili pompowało krew mocno i szybko, oddech miałem spokojny i głęboki.
        Dobrze wiedział, na jakich zasadach funkcjonują nasze rodziny. Wiedział, że daleko im do „przyjacielskich”, a jednak powiedział to na głos, dotykając do żywego tego, co w obecnym momencie najbardziej mnie bolało. Oczywiście nigdy nie miałem zamiaru mu zaufać – nie popełniłbym tego błędu po raz kolejny w stosunku do jakiejkolwiek istoty – ale w ten sposób dodatkowo mi o tym przypomniał. Bynajmniej nie miałem zamiaru dziękować.
        — Ku przyjacielskim stosunkom. — Usłyszałem wreszcie swój głos, choć moja wola nie brała w tym udziału; tak samo jak w nieszczerym, krzywym uśmiechu, który posłałem chłopakowi wraz z uniesieniem w powietrze kufla.
        Za to całkiem świadomie wypiłem całą jego zawartość do dna, bez odrywania ust od szkła. Odstawiłem puste naczynie na blat, wziąłem głęboki wdech i podniosłem się z miejsca nieco chwiejnie, szybko jednak łapiąc równowagę. Picie pomogło na znieczulenie. Pomogło na pamięć, która ostatnimi czasy była zbyt dobra, żeby zapomnieć o krzywdach, które mi wyrządzono. Rozejrzałem się po sztucznie wydzielonym, wielkim pomieszczeniu, wrzask nagle zalał całą moją osobę powodując narastający ból głowy. Do tej pory, skupiony na rozmowie z Sorrellem, nie słyszałem hałasu nakładających się na siebie krzyków, ale teraz stały się nie do zniesienia.
        Odwróciłem się przez ramię do Hathoway’a.
        — Skoro sprawy ważne są załatwione, wreszcie czas się zabawić — rzuciłem, mrużąc oczy. — Znasz jakieś ciekawe miejsca?
        Sam miałem kilka, które zamierzałem odwiedzić, ale nijak nie widziałem w nich tego eleganckiego chłopaka, który boi się ubrudzić rękawy. Poza tym pierwsze, czyli największy w miasteczku namiotów bar, już miałem odhaczony, choć planowałem spędzić tu nieco więcej czasu późniejszą porą, kiedy będzie tu tak tłoczno, że nie będzie się dało wcisnąć nawet zapałki.


                                    t o   l o v e   i s   T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/5ecf2eb93f82154412a80dfd29b67f01/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo9_400.gif https://78.media.tumblr.com/c536949fd44696685688d1a0b2da8a19/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo5_400.gif
                                                                             t o   b e   l o v e d   i s   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#432 23-02-2018 o 15h51

Straż Obsydianu
Deny
Akolita Sylfy
Deny
...
Wiadomości: 1 158

..............................................................https://images83.fotosik.pl/899/b27e1fac878895c9.png


       Czy między nami była szansa na pełną szczerości, typowo męską przyjaźń? Cóż... szczerze w to wątpię. Z roku na rok robię coraz bardziej nijaki w relacjach międzyludzkich. Sam już nie wiem, czego chcę, są biznesy i sprawy błahe. Wybór zawsze był łatwy. Oczywiście miałem swojego najlepszego przyjaciela. Russell był nim bez wątpienia, ale nie mogłem nigdy zrzucić z ramion wszystkiego, jedynie ogólne informacje, bez żadnych konkretów. Jeśli zaś tyczy się Max'a, nie wiem nawet czy czysto personalnie go lubię. Może po prostu przywykłem do lubienia go? Do myśli, że jest bardziej przyjacielem, niż wrogiem, a coraz trudniej będzie podzielić ludzi na te dwie grupy. Gdzieś, dawno temu, po drodze zagubiłem w sobie chyba zdolność do postrzegania tego, co jest dla mnie miłe, a co nie. Użyteczność. To było priorytetem. Max miał niełatwy charakter, ale to mi nigdy nie przeszkadzało. Nie był przez to nudny, a to już samo w sobie czyniło go w moich oczach o wiele bardziej wartościową osobą, od większości uczniów naszej szkoły. Bez wątpienia, jego towarzystwo mi odpowiadało, chociaż nie... to nigdy nie będzie typowa męska przyjaźń. Każdy z nas ma jakieś swoje powody, by robić to, co robimy.
       Teraz jednak Wade, dziwna sprawa, miał stać się poniekąd powiernikiem, któremu sam chciałem ofiarować więcej wyjaśnień, niż zwyczajowo miało to miejsce.
       Tak jak on, przechyliłem kufel do dna. Sam uśmiechałem się w podobny do niego sposób. Tak zaczęła się ta nasza przyjacielskość. Para dwóch zgniłych owoców, które kryją się pod wciąż nietkniętą skórą. Mimo to coś nowego. Zaufanie? Gdyby Max miałby mi zaufać, to nigdy bym nie powiedział mu tego, co już powiedziałem. Wówczas byłby głupcem, a tym bez wątpienia nie jest. Niekiedy sam sobie nie ufałem i byłem pewien, że Wade też miewa takie chwile. To jednak nie było istotne. Był po tej samej stronie, co ja... chociaż dzieliło nas pewnie wiele, to z całej szkoły miał być najbliżej. Śmieszyło mnie trochę to wszystko... Pewnie przez wzgląd na Lilianne, aż nim wstrząsało na dźwięk mojego nazwiska, a jednak nie uwolni się od niego zbyt szybko. Kto wie, może jest skazany na jakiegoś Hathowaya trwającego u jego boku? 
       Podniosłem się z siedzenia, słysząc jego pytanie. Złapałem za marynarkę, ale nie założyłem jej, jedynie przewiesiłem przez ramię, zawieszoną na wskazującym palcu.
       - Za wcześnie na to, aby miejsca, które znam były ciekawe - mruknąłem pod nosem, jak gdyby nigdy nic. Jakby w tych słowach nie było jakiegoś przesłania, że wraz z przyjściem nocy znacznie łatwiej dla mnie o rozrywkę... jeśli szemrane interesy mogły być za nią uznane.
       Ruszyliśmy swobodnie, znów przez tłum. Dwójka czarodziejów, w dodatku z szanowanych rodów. To wystarczyło żebym się znacznie odprężył. Teraz już nie podsłuchają nieodpowiednio uformowanych słów, jednakże wraz z odejściem od kwestii "biznesowych" zdałem sobie boleśnie sprawę z tego, że nigdy nie byłem szczególnie dobrym rozmówcą. Potrafiłem pociągnąć temat, jednakże zacząć go, znaleźć odpowiedni? Russell dlatego był dobrym kompanem, przeszło mi przez myśl, czy jest tutaj gdzieś, a jak jest, to czy z kimś, a jeśli z kimś, to z kim... Danielle.
       Z dziwnym uśmieszkiem skręciłem wraz z Max'em w kolejną uliczkę. Byliśmy na tyle daleko od części, w której stał mój namiot, że już coraz rzadziej wodziłem spojrzeniem po każdej mijanej twarzy.
       - Nienawidzę tłumów - mruknąłem w eter, a może właśnie do swojego towarzysza, mimowolnie kciukiem obracając sygnet, jaki znajdował się na moim palcu. Chociaż różne opinie o tym chodziły, nie lubiłem stać pośrodku pokoju, przemieszczanie się w cieniach było przyjemniejsze. Moja twarz teraz nie zdradzała zbyt wielu emocji i może to było ostatecznym dowodem na to, że odprężyłem się znacząco. Nawet w tłumie.
       - Słyszałem, że w jednej hali organizują ciekawe zawody z eliksirów. Zgłaszają się głupcy mający siebie za panów świata. Dostają dwie fiolki z tą samą trucizną. Jedną muszą natychmiast wypić, z drugą mogą zrobić co chcą, byleby odkryć czym ich zatruto i przed czasem, jaki im pozostał, zrobili dla siebie odtrutkę - mówiłem spokojnie. Teraz sobie przypomniałem. - Zawody są nielegalne, bo jak się domyślasz, trutki nie dotyczą objawów takich, jak biegunka. Są na śmierć i życie. Obiecałem ojcu, że jeśli znajdę chwilę, przejdę się tam. Podobno nic tak nie uczy podejmowania świadomych decyzji, jak widok głupca, który w konwulsjach pada na ziemię i nie może nikogo poza sobą winić, za los, jaki sobie zgotował - dokończyłem.
       Było to na swój sposób smutne. Na swój sposób fascynujące. W każdym razie... obróciłem ostatni raz sygnet na palcu, było to bez wątpienia pouczające.


Muzyczka~~
https://78.media.tumblr.com/03ca50990056aa4c75887ea9d05b82f3/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/cd9afbb65718d9f3c1e414655c6e0600/tumblr_oce7n7Z7r41sognhno9_r1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/dbb85978787c0aad1c109ee68d7348b6/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho3_250.gif





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zapodaj.net/images/162e66cd3b6e4.png
https://78.media.tumblr.com/b6848eefcf147ac767182f366e3e7eb8/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/67515805388ae08227172b9d5a9dcb0e/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/c700fcdeef3a4711edff2b45adcc3107/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o6_250.gif






https://images-e

Offline

#433 27-02-2018 o 21h33

Straż Obsydianu
Ermira
Straż na szkoleniu
Ermira
...
Wiadomości: 203

r    u    s    s    e    l    l              m    i    l    e    s              m    y              b    o    d    y              i    s              a              p    r    o    d    u    c    t              b    e    i    n    g              s    o    l    d              o    n              a              s    h    e    l    f

        Russell Miles uśmiechnął się łagodnie do Bynes, by po chwili unieść lekko brew. Może spodziewał się pytania o wakacje, ale przenigdy nie spodziewałby się, że ktoś może o nie spytać w taki sposób. Choć trzeba przyznać, że w istocie nie były to wakacje najlepsze, nawet nie zahaczały o bycie dobrymi, utrzymując się raczej na poziomie miernym z domieszką nudy. Ani za bardzo nie wychodził z domu, zazwyczaj bawiąc się ze swoją młodszą siostrą, czytając z nią książki, czesząc jej włosy,- co swoją drogą było najlepszą częścią spędzania przez niego czasu wolnego -  ani też nie za bardzo miał na to ochotę. Rodzina zresztą też była przeciwna opuszczania przez niego domu, bojąc się niemiłosiernie, że mogłoby mu się coś stać.
        Dla Danielle Bynes jednak zawsze znajdzie się wyjątek.
   – A powiem Ci szczerze, że to były najlepsze wakacje dotychczas… do dzisiaj. – odparł ze złośliwym uśmiechem – Głównie siedziałem z siostrą i dramatyzującymi na każdym kroku rodzicami – dodał, tym razem na poważnie – Musisz do nas kiedyś przyjechać, Meg chciałaby Cię zobaczyć, mimo wszystko Tobie nieco lepiej idzie zaplatanie warkoczyków – westchnął przeciągle kierując wzrok w to samo miejsce co ona.
        Wtedy też został brutalnie pociągnięty w stronę jednego ze straganów, który był wypełniony wszelakimi błyskotkami – naszyjnikami, broszkami, kolczykami. Były całkiem ładne, choć zdaniem Russa większość z nich była zdecydowanie przesadzona. Widząc jednak wyraz twarzy oraz zachowanie Danielle, uśmiechnął się pod nosem, nie pociągnął ich w inną stronę, nawet wsłuchując się uważnie w słowa sprzedawcy (co w normalnym przypadku najzwyczajniej w świecie by zignorował).
   – Mama raczej nie nosi podobnych błyskotek – wzruszył ramionami, przyglądając się z uwagą naszyjnikowi – Jedynie tę broszkę od babci czasem zakłada, ale ją też tylko od święta – dodał jeszcze. – Ale muszę przyznać, że rzeczywiście by jej to pasowało – zgodził się z Danielle. Wtedy też jego wzrok zatrzymał się na jednym z łańcuszków.
Przybliżył się do niego delikatnie, wziął go w ręce i delikatnie uniósł – oczywiście wszystko odbywało się pod czujnym okiem sprzedawcy. Naszyjnik był śliczny i srebrny. Zawieszka znajdująca się na nim była w kształcie słonecznika. Jego wzrok powędrował z biżuterii na przyjaciółkę. Łapiąc jej spojrzenie uśmiechnął się łagodnie, by po chwili się do niej przybliżyć. Bez żadnych zbędnych słów, zapiął jej łańcuszek na szyi.
   – Ładnie Ci w nim – odparł, ażeby przez dłuższą chwilę nie odrywać od przyjaciółki wzroku – Kupuję – zerknął na starszego pana, który poczciwie się do niego uśmiechnął, zaczął zarzekać się nawet, że dla tak miłych, młodych czarodziejów da jakąś zniżkę.
        Russell nie do końca dobrze się czuł z tak szybkim i nieskonsultowanym z Dan wyborem. Miał nadzieję, że ta nie poczuła się przez to w żaden sposób urażona, że nie poczuła się przez to źle. W końcu wiedział, że ta lubiła ukazywać swoją niezależność, teraz więc nie wiedział czy w ten sposób w jakikolwiek sposób jej nie ograniczył.
   – Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zła – uśmiechnął się lekko – Po prostu jak go na Tobie zobaczyłem to nie mogłem się powstrzymać… – dodał – I wyszło całkiem niezręcznie – powiedział jeszcze, już nieco ciszej. – Zresztą… może masz pomysł gdzie możemy teraz iść? Walki smoków? A może już stadion, żeby zająć miejsca?
        Powoli zaczynała z niego wychodzić ‘dawna’ osobowość, a taki stan rzeczy zdecydowanie mu nie odpowiadał.


http://s2.ifotos.pl/img/265533101_qxaxxsw.png
https://67.media.tumblr.com/cade7b6d23daa64f47d22f672a41a0f5/tumblr_o4tv6hSCxs1v3oh55o3_1280.png
http://78.media.tumblr.com/06801e91ad47c296ea794a9934116215/tumblr_inline_n6aa2f33Al1s5da06.gif http://78.media.tumblr.com/8166e597ab32c7e755a3a72bf62383ac/tumblr_inline_n6aa33V1Vz1s5da06.gif http://78.media.tumblr.com/e7ed47ce0bd8c5d5cab4f28de7a80ad1/tumblr_inline_n6aa2sOzNL1s5da06.gif
W   E      T   A   K   E      S   T   R   A   N   G   E      T   H   I   N   G   S      T   O      F   E   E   L      N   O   R   M   A   L

Offline

#434 28-02-2018 o 16h09

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 458

.....................................................................https://fontmeme.com/permalink/170801/9bdcb38a2dc3a3d505251e9553d03702.png

    Peter od kiedy on i jego towarzystwo pozbyło się troskliwego oka opiekunów. Wyciągnęli Mei od stoiska z różdżkami i prowadzili przyjemną pogawędkę, tak przynajmniej wydawało się blondynowi. Kiedy jednak zauważył, że Mei nie ma ochoty na odpowiadanie na niektóre pytania zwyczajnie przestał pytać. Zamiast tego zajął się oglądaniem stoisk i magów o różnej narodowości, przybyli chyba z każdego zakątka świata. Afryka, Azja, Europa, był pewny że pewna grupa przybyła nawet z Australii, jednak nie dane było mu przysłuchać się ich rozmowie.  Towarzystwo dziewczyn i Dylana wydawało się nawet miłe, jeśli nie liczyć tych złowrogich spojrzeń. Peterowi brakowało jednak towarzystwa Theo, nie ma to jak przyjaciel. Wszak byłoby naprawdę przyjemnie spędzić kilka godzin poza szkołą bez nadzoru i strachu, że ktoś za chwilę wyskoczy zza rogu i zacznie sprawdzać na zmysł węchu, czy na sto procent pracowaliście nad projektem czy może jednak nad butelką. Wtedy jak na zawołanie dostrzegł w tłumie Annę i Theodora. Wesoły pakiecik mu się trafił.
– Chodźcie przywitamy się. – zaproponował. Zaczął przedzierać się przez  tłum ludzi zbity w grupki. Dzięki wzrostowi i masie mięśniowej ( która od początku wakacji nieco zmniejszyła się na rzecz tkanki tłuszczowej – dzięki babciu!) nie miał z tym większego kłopotu i spokojnie mógł utorować drogę do tej wesołej parki.
– Ach jakie mam szczęście, takie miłe spotykanie. Witaj Anno. – uśmiechnął się radośnie i cmoknął dziewczynę w policzek.
– No i tu widzę standardowo ochrona. – zaśmiał się i z uśmiechem na ustach objął przyjaciela ramieniem i poklepał go po ramieniu. – Siemasz stary. Już myślałem, że cię nie będzie. – zagadnął z uśmiechem.
– Patrzcie kogo przyprowadziłem. – wskazał na towarzyszące mu osoby.
–  Jak się bawicie? Macie coś zaplanowane, czy może chcecie się do nas przyłączyć? – zapytał. Szczerze liczył, że się zgodzą. Brakowało mu towarzystwa Theo, zawsze to jakaś ostoja męskości w zdominowanym przez kobiety otoczeniu, no niby był Dylan, ale on patrzył na Petera tak jakby ten był co najmniej obrzydliwym padalcem, a nie człowiekiem. Z tego co pamiętał Mei była na balu z kuzynem Anny i mimo że oni raczej nie dogadywali się jakoś świetnie to może jej obecność nieco rozrusza nieśmiałą Azjatkę.
    Chłopak rozejrzał się po okolicy i zauważył kilka większych namiotów, które miały naszyte symbole barów i pubów. Ukazał wtedy rządek bielutkich ząbków, a może by tak namówić ich na posiedzenie razem, zjedzenie czegoś i zapoznanie się z kulturą innych krajów.
–  Idziemy coś zjeść? – zapytał wskazując palcem namioty nieopodal z których wychodziły grupki szczęśliwych czarodziejów i czarownic. Chyba każdy potrzebował wytchnienia w tych ciężkich czasach, gdy nad ludźmi wisi widmo wojny potrafią jak nigdy docenić chwilę szczęścia i radości. Widać było to właśnie tego dnia, tutaj  chyba mało kto zastanawiał się co będzie jutro, wszyscy chcieli zapomnieć o wydarzeniach z Europy i zabawić się nieco. Nawet grupka studentów z Il zapewne wolała zapomnieć o wydarzeniach zeszłego roku i ze śmiechem na ustach wspominać wakacje.


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#435 28-02-2018 o 22h41

Straż Obsydianu
Ermira
Straż na szkoleniu
Ermira
...
Wiadomości: 203

                            i    m    o    g    e    n              m    o    e                 d    o    n'    t              d    o              l    o    v    e,              d    o    n'    t              d    o              f    r    i    e    n    d    s

        Imogen ucieszyła się, kiedy Mei zgodziła się z nimi pójść, tym samym urywając się od pracy przy stoisku z różdżkami. Szatynka więc starała się nie zahaczać o delikatne tematy, ani również o stoisko, przy którym wcześniej dziewczyna urzędowała – wydało jej się bowiem, że to może odstraszyć Azjatkę. Do tego jednak zdecydowanie doprowadzić nie chciała, dla własnego, egoistycznego spokoju. Starała się być jak najzwyczajniejsza, jak najbardziej uśmiechnięta, pełna energii. Mogłoby się nawet zdawać, że zachowywała się zupełnie jak nie ona, co właściwie było prawdą. Panna Moe po prostu była przyzwyczajona do grania podobnych ról. Ostatnimi czasy ta umiejętności nawet odrobinę się u niej zwiększyły. W końcu nie było momentu, żeby starszy Goldstein nie łypał krzywo na nią lub na brata. Na dłuższą metę to było męczące.
        Później przyuważyli Theodora, z którym Imogen miała przyjemność tańczyć – i właściwie to na tym skończyła się ich znajomość, bo dziwny uśmiech, który czasem posyłała mu w ramach powitania raczej głębszą przyjaźnią nazwać nie można było oraz Annę, z którą łączyło ją jeszcze mniej niż z tym pierwszym. Imogen westchnęła pod nosem, chwytając brata za nadgarstek i ciągnąc go w tamtą stronę. Kątem oka również zerknęła na Mei, upewniając się czy ta oby na pewno za nimi podąża. Wolała na wszelki wypadek jej pilnować, żeby przypadkiem się nie zgubiła. W końcu obiecała, że odstawi ją całą i zdrową, bez żadnego uszczerbku na zdrowiu, psychicznego jak i fizycznego – mimo, że powiedziała to w formie żartu i tak czuła się w jakiś sposób zobowiązana.
   – Witam i oczywiście zapraszam do naszego radosnego towarzystwa – odezwała się, kiedy Peter zahaczył o jej obecność w rozmowie. Przywołała na twarz nawet lekki uśmiech, szybko jednak uciekając wzrokiem w bok, ażeby poprzyglądać się pobliskim straganom jak i czarodziejom. Nie sądziła, że ta część festiwalu będzie tak inna od tej początkowej, toteż nie mogła powstrzymać się od tego odruchu. Była jednak zdziwiona, że jej brat nie zrobił podobnie – jedynie wpatrując się z uwagą w Theo i Annę. – I osobiście też bym gdzieś usiadła, ażeby coś zjeść – dodała po chwili – Ja również – zawtórował jej brat, nadal nie spuszczając wzroku z nowych towarzyszy.
        Imogen rozejrzała się, zawieszając wzrok na co poniektórych namiotach. Na jednym z nich zatrzymała się nieco dłużej – bowiem ten zdecydowanie przyjechał tu z okolic Londynu, co dziewczyna poznała po znajomym godle na jego przedzie. Zastanawiała się czy tam za ladą również będzie stał starszy Pan Joe – poczciwy człowiek z ostrym, irlandzkim akcentem, a kelnerką będzie krągła pani Molly o pełnych wargach, rudych, zdrowych włosach i miłym uśmiechu. Lubili rodzeństwo, które od czasu do czasu do nich wpadało, czasem nawet proponując im jakieś jedzenie czy picie za darmo.
        Imogen i Dylan nie pożegnali się z nimi przed zniknięciem, nie mieli czasu. Dziewczynę więc zastanawiało jak by zareagowali na ich obecność w tak odległym miejscu… Czy przypadkiem w Anglii ten ‘incydent’ nie był rozpowszechniony na tyle, że Ci już zdążyli niepozytywnie się do rodzeństwa nastawić?
   – Moglibyśmy wstąpić tam? – wskazała palcem – Co prawda to angielska knajpa, ale podają tam naprawdę dobre jedzenie – dodała z łagodnym uśmiechem, spoglądając oczekująco na towarzyszy - Przysięgam na mój walijski honor – powiedziała jeszcze, teatralnie kładąc rękę na sercu.


http://s2.ifotos.pl/img/265533101_qxaxxsw.png
https://67.media.tumblr.com/cade7b6d23daa64f47d22f672a41a0f5/tumblr_o4tv6hSCxs1v3oh55o3_1280.png
http://78.media.tumblr.com/06801e91ad47c296ea794a9934116215/tumblr_inline_n6aa2f33Al1s5da06.gif http://78.media.tumblr.com/8166e597ab32c7e755a3a72bf62383ac/tumblr_inline_n6aa33V1Vz1s5da06.gif http://78.media.tumblr.com/e7ed47ce0bd8c5d5cab4f28de7a80ad1/tumblr_inline_n6aa2sOzNL1s5da06.gif
W   E      T   A   K   E      S   T   R   A   N   G   E      T   H   I   N   G   S      T   O      F   E   E   L      N   O   R   M   A   L

Offline

#436 03-03-2018 o 21h36

Straż Absyntu
Marcepani
Szeregowiec
Marcepani
...
Wiadomości: 149

https://i.imgur.com/CUCJjGV.png           
              Przez te snopy światła i błyski rzucane przez oblane w słońcu błyskotki powoli mroczyło jej się przed oczami, ale wciąż namiętnie świdrowała wzrokiem cały obfity straganik. Jej matka wprost uwielbiała błyskotki i chętnie obdarzała nimi córkę - prawdopodobnie teraz Dan nie mogła powstrzymać zachwytu nad typowo babskimi pierdółkami. Pani Bynes piastowała nawet durnowatą tradycję z perłami, rzekomo przynoszącymi pannie powodzenie u kawalerów. Pławiła się ze szczególnym uwielbieniem w mugolskich kolekcjach, których, jej zdaniem, nie wyczarowałyby żadne zakrapiane magią ręce. Ojciec pieszczotliwie nazywał ją 'jegp sroczką' – chociaż brzmiało to – zgadnijcie! - durnowato. Lubił tak do niej mówić, może z małą dozą kpiny, ale taką pieszczotliwą, która nie brzmiała jak kpina, a bardziej małżeńskie draki. Zawsze w takim momencie przewracała oczami, krzyżowała dłonie na piersiach, z irytacją bawiąc się bransoletką i marszczyła kapryśne brwi – świadkowie przysięgają, że w taki sam sposób jak Danielle, z tą samą zmarszczką na czole i pełnym mordu spojrzeniem.
              Jęknęła z wyraźnym zrezygnowaniem słysząc słowa blondyna, opuszczając markotnie dłoń, którą dotychczas wskazywała odkrytą przez nią ozdóbkę. Podlizywanie się Milesom nie brzmiało jak coś, co mogłaby świadomie robić sama Danielle Bynes – właściwie, podlizywanie się komukolwiek nie było w jej typie. Sęk w tym, że naprawdę lubiła tą słodką rodzinkę! A zapunktowanie u państwa Milesów było dodatkowym krokiem w przód. Nie żartowała, twierdząc, że wiąże z Russellem większe plany...które bardzo często podlegały gwałtownym zmianom.
              –– Powinna zacząć. Może lubi, tylko subtelne? Sama nie wiem...na pewno znalazłoby się coś, co chętnie by założyła –– brnęła uparcie, będąc zdeterminowaną, żeby znaleźć coś jednocześnie urokliwego, kobiecego, ale subtelnego i minimalistycznego za jednym razem. W otoczeniu samych kolorowych, iskrzących kamieni i pozłacanych, tanich łańcuszków trudno było znaleźć coś, co nie zachwiałoby eleganckim, wyniosłym wizerunkiem pani Evy. Z tymi dwoma przymiotnikami najsilniej ją kojarzyła.
              Zanim zdążyła zaproponować Russowi coś innego, poczuła nieznaczny ciężar na szyi. Spuściła wzrok w dół, a jej oczom ukazał się srebrna zawieszka w kształcie słonecznika. Powodziła ręką po obojczykach, palcami wybadując chropowatej tekstury łańcuszka. Był subtelny i uroczy. Całkowicie nie w jej stylu – wolała patetycznie bogate i wymyślne biżuterie. Ten łańcuszek był jednak...osobliwy. Miał swój urok. I sam fakt, że Russ bez żadnych ceregieli wybrał go dla niej, sprawił, że uśmiechnęła się pod nosem. Zdecydował sam – to prawie jak niespodzianka. Mniej zadowalająco podziałałaby na nią, gdyby po prostu za nią zapłacił, ale wybór musiałaby podjąc sama. Nie wiedziała, w jaki sposób działała ta zależność. Nie rozmyślała, po prostu maniakalnie obracała w palcach srebrną zawieszkę, tłumiąc szeroki uśmiech, kiedy Russ załatwiał formalności związane z zakupem. 
              ––"Jak go na Tobie zobaczyłem to nie mogłem się powstrzymać" –– zacytowała, teatralnie obniżając głos –– Nie wiedziałam, że aż tak skrajnie na ciebie działam, Russellu –– rzuciła niemal zalotnie, śmiejąc się w głos. Za chwilę spoważniała, ale wciąż nie pozbyła się z twarzy uśmiechu - Jest śliczny. Masz gust lepszy niż przypuszczałam - pochwaliła z lubieżnym uśmiechem, puszczając do niego oko.
              Na pytanie o ich dalsze plany zamyśliła się głośno i przechyliła głowę na bok, nieznacznie stykając skroń z ramieniem chłopaka.
              –– Smoki chyba już się zaczęły. Nie wiem, czy nie straciliśmy połowy show –– zaczęła –– Możemy iść zająć miejsca na stadionie. Zapewne na mecz zbiegną się całe tabuny ludzi. Ale możemy też po drodze coś zjeść. I zaopatrzyć się w przekąski na mecz –– zaproponowała, rozglądając się za jakąś budką z niekoniecznie zdrowym i lekko strawnym jedzeniem. –– Na co masz ochotę? –– dopytywała –– O! I koniecznie weźmy coś do picia. Uschnę tu zaraz.
              Zdjęła kapelusz i powachlowała się nim, by dobitnie pokazać, że nie żartuje. Westchnęła głęboko i założyła z powrotem liliowe nakrycie głowy.  Nie lubiła przesadnego gorąca. Dotychczas chowała się w zaciemnionym pokoju. Nawet, gdy czuła, jak kropelka potu spływa jej po karku, czuła, że nie chciałaby wrócić do swojej chłodnej, osamotnionej ciemnicy.

Ostatnio zmieniony przez Marcepani (04-03-2018 o 00h05)


* ^ * im in love
http://78.media.tumblr.com/15414515efb86d1a2157c991c5bf7f03/tumblr_ogpis18Gco1vkyj46o1_400.gif   http://78.media.tumblr.com/84320de3dffc9f5c7024132174e0347f/tumblr_ogpis18Gco1vkyj46o5_400.gif

Offline

#437 04-03-2018 o 11h59

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 528

____________https://zapodaj.net/images/c16cb07c2d9a6.png

        Kiedyś – w innym miejscu, na przykład w szkole czy w domu rodzinnym – wziąłbym zachowanie Alice za dziwne. Ale nie tutaj. Tutaj była inna atmosfera, a wesołe podekscytowanie udzieliło się nawet mi, co było nie lada osiągnięciem. Dlatego obecność i zachowanie dziewczyny przyjąłem ze spokojem, może nawet swego rodzaju rozbawieniem. W tym wielkim mieście namiotów, handlu bardziej lub mniej legalnego, śmierdzącego tłumu i przeróżnych innych zapachów nie byliśmy już obciążonymi wojną ludźmi, ale zwykłymi nastolatkami. A takowi mają prawo wrzucić na luz i się bawić, zwłaszcza jeśli egzaminy końcowe poszły im bardzo dobrze – ja byłem tym właśnie wypadkiem.
        Oczy mi błysnęły na dźwięk wzmianki o walkach smoków. Zerwałem się do siadu i kiedy Alice ponownie się do mnie odwróciła, przez moment tkwiliśmy ze sobą twarzą w twarz, na tyle blisko, że mogłem rozróżnić pojedyncze rzęsy dziewczyny.
        — No... Jeśli tak stawiasz sprawę... — burknąłem pod nosem, ale ona w ogóle mnie nie słuchała. Porzuciłem dalsze próby przebicia się przez jej wyobraźnię, która najwidoczniej zaczęła pracować na pełnych obrotach; po prostu zwiesiłem ramiona i odprowadziłem ją wzrokiem, kiedy przeszła do drugiego pomieszczenia.
        Zanim wróciła, zdążyłem tylko przełożyć plecak na niską komódkę, wyciągnąć z niego portfel i schować do kieszeni spodni oraz zaczesać do tyłu włosy lepiące się do czoła. Miałem nadzieję, że po zachodzie słońca szybko zrobi się chłodniej, ale nic na to nie wskazywało. Najwyraźniej ciepło zebrane przez cały upalny dzień nie zamierzało opuścić nas tak szybko, a nasłonecznione namioty długo jeszcze będą promieniować na ciasne, zatłoczone alejki. Westchnąłem ciężko pod nosem. Podniosłem się na dźwięk krzyku dziewczyny, cicho do niej podszedłem i stanąłem tuż za nią; dopiero po chwili zorientowałem się, że uśmiecham się nieznacznie pod nosem, zupełnie niekontrolowanie.
        — Słyszę — mruknąłem zza jej pleców, mając nadzieję chociaż trochę ją zaskoczyć. — Na przemian się odgrażasz i zachęcasz, jestem gotów pomyśleć, że jesteś podekscytowana niczym normalna nastoletnia czarownica — rzuciłem, przepychając się w progu koło dziewczyny.
        Stanąłem na wytyczonej sztucznie drodze, po której przemieszczały się dziesiątki czarodziejów  w każdą ze stron, o tylu twarzach, że nie sposób było zapamiętać choć jednej. Ludzie byli ubrani luźno, a kiedy odwróciłem się do stojącej w progu Alice, zorientowałem się, że i ona wygląda jakoś inaczej. Zmrużyłem oczy i przez chwilę przyglądałem się jej bez słowa.
        — Przebrałaś się. — Dwa punkty dla ciebie, detektywie. — Chodźmy, jestem głodny jak wilk i nie zamierzam przegapić ani minuty meczu. Tak się składa że sam wymieniłem pieniądze na dwa prawie legalne bilety na dzisiejszy wieczór. A te smoki, o których mówiłaś — zerknąłem na Alice z ukosa, kiedy już szliśmy alejką przed siebie — to kiedy są? Szkoda, żeby się bilet zmarnował.
        Oczy błysnęły mi drapieżnie, kiedy ponownie podniosłem wzrok i wpatrzyłem się przed siebie, w płynący tu dość leniwie tłum. Tak, naprawdę zaczynałem się dobrze bawić, a to uczucie rosnące w klatce piersiowej, to musiało być podekscytowanie. I nie zepsuł tego nawet widok dwóch znajomych twarzy, które jako pierwsze rzuciły mi się w oko, gdy wraz z Alice wyszliśmy poza strefę mieszkalną na nawet bardziej zatłoczoną ulicę, tym razem pełną ludzi spieszących głównie w jednym kierunku – na stadion Quidditcha. Położyłem dłoń na ramieniu Alice nie tylko po to, żeby wskazać jej Maxa i Sorrella stojących na zakręcie jednego ze skrzyżowań, ale też żeby nie rozdzielił nas potok ludzi.



____________https://zapodaj.net/images/390b90f1c6e2c.png

        Uśmiechnąłem się bezczelnie, bardzo bezczelnie i z błyskiem w oku obróciłem się do chłopaka. Dobrze usłyszałem jego słowa wypowiedziane jakby nigdy nic i choć zrozumiałem ich prawdziwy przekaz, jakoś nie mogłem sobie darować na odpuszczenie tego drobnego przytyku.
        — Wyjątkowo nie szukam burdelu, ale doceniam propozycję.
        Wyszliśmy wreszcie na nieco bardziej świeże powietrze, ale wciąż czułem, jak koszulka lepi mi się do pleców, a włosy uporczywie opadają na oczy, wplątują się w rzęsy i drażnią z każdym krokiem. Wszystko pewnie miało swoje źródło w moim ogólnym poirytowaniu wszystkim, co stało się od kiedy przekroczyłem granice chwilowego, magicznego miasta. Spotkanie jednego Hathoway’a to już dużo, a co dopiero dwóch w tak niesprzyjających okolicznościach. Plusem było to, że załatwiłem dwie bardzo ważne rzeczy. Teraz, choć obciążony bardziej niż przed przyjazdem, czułem się dużo lżejszy i, jak na ironię, wolniejszy. Priorytety się zmieniły i choć ludzie dookoła wciąż byli tacy sami, dzięki tej zmianie zachodzącej wewnątrz mnie, wydawali się jednak inni.
        Nie mogli na mnie tak znacząco wpłynąć. W ogóle nie mogli na mnie wpłynąć.
        Zorientowałem się, że Sorrell coś mówi i ponownie skupiłem uwagę na koledze, co było tym trudniejsze, że szliśmy pod prąd wielkiej rzeki stworzonej z ludzkich ciał, jeden za drugim.
        — Brzmi fascynująco — niemal krzyknąłem, żeby Sorrell miał szansę mnie usłyszeć, bo mówiłem przed siebie; łażenie tyłem w takim tłumie szybko zakończyłoby się zadeptaniem mnie na śmierć. — Ale dzięki temu tłumowi przypomniałem sobie o czymś zgoła ważniejszym — dodałem, już ciszej, bo zatrzymałem się gwałtownie w miejscu i odwróciłem do chłopaka.
        Skinąłem głową w miejsce, gdzie było w miarę spokojnie, oboje się tam udaliśmy w milczeniu. Przyjeżdżając tu pamiętałem o wieczornym wielkim wydarzeniu jakim był mecz, ale przez to wszystko co się wydarzyło zupełnie wyleciał mi z głowy. Najwyraźniej – sądząc po ludziach ciągnących w jednym kierunku – znajdowaliśmy się już blisko celu, choć kiedy się rozglądałem, wciąż nie widziałem górującej konstrukcji stadionu.
        — Jakim cudem zupełnie o tym zapomniałem? Przecież dzisiaj jest mecz, zaczyna się za — szybko zerknąłem na zegarek na nadgarstku — jakąś godzinę, cholera, mało czasu. Wybierałeś się? — zapytałem, odwracając się ponownie do Sorrella. Zakładałem, że o tym wiedział; każdy przecież wiedział, nawet jeśli był ignorantem na tyle, że nie lubił tego sportu; toteż nie mówiłem o grających dzisiaj drużynach. — Zakładam że wujek nie sponsoruje ci takich mało ekscytujących wydarzeń, ale pewnie będzie się jeszcze dało kupić bilety — dodałem, uśmiechając się pod nosem głupio przy tej jawnej, acz nieszkodliwej drwinie.
        W tej chwili kilka metrów dalej zauważyłem Scotta i Alice, oczywiście razem. To już przestaje być nawet zabawne; czy oni są sklejeni jakimś pieprzonym zaklęciem? A może ja przegapiłem jakieś plotki przez to nagłe opuszczenie szkoły? Skrzywiłem się brzydko, niestety Scott już nas zauważył, wobec czego cicha ewakuacja nie wchodziła w grę – ja będę uciekał? Dobre sobie.
        — Patrz, papużki nierozłączki — mruknąłem, po czym przybrałem udawany miły uśmiech i machnąłem do nich, a raczej do niej, ignorując obecność Scotta.


                                    t o   l o v e   i s   T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/5ecf2eb93f82154412a80dfd29b67f01/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo9_400.gif https://78.media.tumblr.com/c536949fd44696685688d1a0b2da8a19/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo5_400.gif
                                                                             t o   b e   l o v e d   i s   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#438 06-03-2018 o 16h49

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 525

________________https://zapodaj.net/images/3ec1008d98e18.png
        Zdążyłem już zapomnieć o Mari i jej towarzyszu, zwłaszcza że nagle wcześniejsza miła atmosfera dobrej zabawy oklapnęła jak wydmuchany balonik. Chciałbym zatrzymać powietrze wewnątrz, dlatego też skupiłem się na siedzącej obok Annie i starałem się wyprzeć  głowy wcześniejszy incydent. Nie mógł przecież zniszczyć nam całej zabawy. Nie zdążyłem się nawet zastanowić, co działo się z przyjaciółką po tym, jak ojciec wziął ją ze szkoły, nie zapytałem, co robiła przez cały ten czas, jak się miewała i co sądzi o tym wszystkim. Wskoczyliśmy w ten festyn, jakby cała zabawa miała wymazać wszystko, co działo się w ostatnich tygodniach i miesiącach, jak dwójka naiwnych dzieci, które bawią się pomimo tego, że wcale nie powinni. Poczułem wyrzuty sumienia; były wyjątkowo uporczywe. Może ojciec Anny nie bez powodu odizolował ją od wszystkiego, co działo się teraz w szkole i świecie czarodziejów. Ta myśl sprawiła, że skrzywiłem się naprawdę brzydko, bo jej szczerość zaskoczyła nawet mnie. Nigdy nie sądziłem, że znajdę łut logiki w postępowaniu pana Hathoway’a.
        Na szczęście blondynka szybko zdążyła zmienić temat i znowu zaabsorbować całą moją uwagę. Uniosłem lekko brwi, zerkając na dół, na nią skuloną tuż u mojego boku, ale w końcu po prostu uśmiechnąłem się blado i objąłem ją ramieniem.
        Trwaliśmy tak aż do samego końca walk. Umknęło mi przy tym, który ze smoków wygrał, podobnie jak zamazał się sens wypowiedzi przewodniczącego walkom czarodzieja, który zapowiadał coraz to nowsze atrakcje. Dotarło do mnie coś o jeźdźcach i pokazach z ogniem w roli głównej, ale nie potrafiłem połączyć tego w logiczną całość. Skupiałem myśli za bardzo na wszystkim, czego oboje z Anną do tej pory nie widzieliśmy.
        — Daj spokój, daj spokój Anne, to nie jest niczyja wina — wydusiłem jedynie, zerkając na nią przelotnie. Może nie zabrzmiało to do końca szczerze, ale chciałbym, żeby to właśnie było prawdą. A nie na przykład do, że wszystko się zmienia, a nasz świat nie jest już bezpiecznym miejscem dla wszystkich. Przyciągnąłem ją bliżej do siebie i uśmiechnąłem bezczelnie, ukazując rząd równych zębów.
        Walka skończyła się i część ludzi podniosła się ze swoich miejsc. Faktycznie, po tej z pozoru głupiutkiej propozycji Anny nastroje nam się polepszyły, zwłaszcza kiedy rozkręciliśmy się z udawaniem i przerzucaniem się słodkimi do bólu słówkami. Zabawa jednak dobiegła końca i my również tak samo jak większość obserwatorów wstaliśmy, już osobno. Kiedy Lilianne odwróciła się, żeby odejść coś ukuło mnie nieprzyjemnie w serce. Złapałem ją za łokieć i nie pozwoliłem jej jeszcze odejść.
        — Myślę, że w szkole takie zachowanie wzbudziłoby ciekawą sensację. Musisz kiedyś tam zaproponować mi udawanie zakochanej pary — podsunąłem, śmiejąc się już cicho, czując jak powraca wcześniejsze rozluźnienie.
        A później uważniej zważyłem kolejne słowa i ułożyłem je w pytanie.
        — Bo wracasz do szkoły, prawda? — Nie wiem, dlaczego wcześniej wziąłem to za pewnik. Że po prostu w nowym roku ona będzie tam tak samo, jak każdego nowego roku, jakby dookoła nie zaczął rozpętywać się chaos.
        Z tłumem ludzi wypłynęliśmy na ulicę, a tam niemal od razu wypatrzył nas Peter. Na jego widok moja twarz rozjaśniła się w tym charakterystycznym uśmiechu, który Goldstein miał u mnie zarezerwowany. Z radością i z przekory zrzuciłem jego ramię ze swojego, a później klepnąłem go również w plecy – zdecydowanie silniej, niż on mnie wcześniej. Obok niego stała cała wesoła gromadka, którą przywitałem podniesieniem dłoni – wymownym gestem. Oczy mi jednak błysnęły, jak często w obecności przyjaciela.
        — Zjeść, czy się napić? — podsunąłem uprzejmie, unosząc lekko brwi, wręcz niewinnie. — Nie mamy żadnych planów. Poza oczywistym, żeby dobrze się zabawić — spojrzałem sugestywnie na Annę, która stała obok w tych swoich nowych ubraniach, w których nie wyglądała wcale jak ona. Przypomniało mi się, że nadal mam na głowie tą przygłupią czapeczkę. Zdjąłem ją, łapiąc za daszek, a później zerknąłem na Imogen. Co do niej nadal miałem mieszane uczucia. Właściwie nie wiedziałem wcale, czego się po niej spodziewać i ta niewiedza była niewygodna. Tego faktu nie poprawiał brat, który stał u jej boku. — Egzotyczne żarcie. Tym lepiej — zawyrokowałem, stawiając się w pozycji decyzyjnej za wszystkich członków naszej ekipy, a później wszyscy skierowaliśmy się w tamtą stronę. Machnąłem dłonią w kierunku Mei, jakby miała wątpliwości, że zaproszenie dotyczyło też z pewnością jej samej.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#439 06-03-2018 o 17h54

Straż Obsydianu
Deny
Akolita Sylfy
Deny
...
Wiadomości: 1 158

...................................................................https://zapodaj.net/images/16931a0ac5011.png



       Starał się, żebym poczuła się lepiej, więc niezależnie od tego, jak mu to wychodziło, czułam, że to wystarczy. Sama świadomość tego, że ktoś się stara dla mnie, nie mając w tym innych celów. Uczucie, którego tak mi brakowało w ostatnich dniach i które zawsze gdy była potrzeba, mogłam znaleźć u Theodora.
       Bawiliśmy się całkiem dobrze, a przynajmniej dla mnie było to ciekawą i miłą odmianą. Oboje wkręciliśmy się całkiem nieźle w nasze przedstawienie, a o skrępowaniu nie było mowy. Każde czułe słówko, każdy gest, wszystko to odpychało coraz dalej myśl o problemach. Owszem, one były nadal obecne, ale już nie tak blisko, nie na wyciągnięcie ręki.
       Pokaz się skończył, ale nie do końca wiedziałam jak i chyba mój towarzysz miał ten sam problem. W końcu zamiast skupiać się na walkach w ostatnich, finałowych starciach, skupialiśmy się na sobie, szczególnie po tym, jak znów wrzasnęłam, a Reed uraczył mnie wyjątkowo słodką wiązanką milusich słówek, o tym, jak to nie mam się niczego bać, bo przecież jest obok i zawsze będzie mnie bronił. Doprawdy, jak scena rodem z książki romantycznej. Niektórzy się krzywili, a niektórzy patrzyli na nas z zazdrością. Nie wiem którzy bawili mnie bardziej, jak mam być szczera. W Każdym razie w końcu trzeba było się zbierać i wychodzić, więc ja sama się podniosłam, ale nie uszłam zbyt daleko, bo Theo przyciągnął mnie za łokieć.
       Spojrzałam na niego nieco zaskoczona. Zaśmiałam się łobuzersko, ale nie na długo, bo zaraz zrozumiałam o co tak naprawdę mu chodziło. Przygryzłam na moment dolną wargę.
       - Nie wiem - powiedziałam szczerze. Nie mogłam mieć pewności, ale nie chciałam go też przygotowywać na najgorsze, dlatego zaraz szybko dodałam: - Wątpię, żeby zostawił mnie w domu, więc raczej wrócę, a wtedy ty będziesz mógł się zrewanżować i zaproponować kolejną rozgrywkę udawania zakochanych - uśmiechnęłam się pokrzepiająco, a potem nie mogliśmy zrobić nic innego, jak poddać się tłumowi, który wypchnął nas na jedną z alejek. Rozejrzałam się asekuracyjnie, by mieć pewność, że Theo wciąż jest koło mnie, ale nie tylko jego twarz rzuciła mi się w oczy.
       - Peter, dawno się nie widzieliśmy - przywitałam się z przyjacielem, który już był przy nas i teraz całował mnie w policzek. By mu to ułatwić stanęłam na moment na palcach, a potem skinęłam głową reszcie jego towarzystwa. Brata od Imogen już kiedyś poznałam, ale o samej dziewczynie niewiele wiedziałam. Była jeszcze Mei, więc teraz stanowiliśmy całkiem sporych rozmiarów grupę.
       Przekręciłam oczami, słysząc pytanie Theo. Na całe szczęście zdążyłam się ugryźć w język, nim powiedziałam "kocie, chciałam, żebyś był dzisiaj trzeźwy". Definitywnie przy znajomych nasza zabawa powinna się skończyć, poza tym... zdałam sobie dopiero sprawę z tego, że moje włosy nadal schowane są w czapce, a na sobie mam ubrania, w jakich zwykle nikt mnie nie widuje.
       - Zakładaj ją z powrotem - burknęłam do swojego przyjaciela, który pozbył się nakrycia głowy. W dodatku obie dziewczyny prezentowały się nienagannie i w tym wszystkim ja, spadkobierczyni rodu Hathoway, w tanich szortach, za dużej koszulce Theo i wyjątkowo nieciekawej czapce. Cudownie. Jeśli mój plan z przebieraniem miał jakiś minus, to była nim właśnie perspektywa spotkania jakiegoś znajomego.
       Zawiesiłam spojrzenie na Imogen i pokiwałam spokojnie głową. Nie miałam nic przeciwko temu, aby gdzieś usiąść, więc wraz z nimi ruszyłam się z miejsca. Dotarliśmy do celu bez większego problemu, chociaż znalezienie stolika dla całej naszej zgrai już tak łatwe nie było. Ostatecznie jednak się udało, ale byliśmy nieco na sobie upchnięci.
       - Moja sukienka przepuszczała więcej powietrza... - burknęłam łapiąc za materiał koszulki po czym zaczęłam nim lekko machać, aby wpuścić pod nią powiewy wiatru. Od razu było mi lepiej. Powiodłam też spojrzeniem po wszystkich i zawiesiłam je na butelkach, jakie przyniósł nam niezbyt przyjemny z twarzy kelner. Uniosłam lekko brew.
       - Nie wiem, czy powinnam - rzuciłam nie bardzo wiedząc, czy do nich, czy może do siebie. Niby mieliśmy się bawić, a ja chciałam odetchnąć, ale jednak zawsze jakieś wahanie pozostawało. Mimo to nie chciałam odstawać od reszty.


Muzyczka~~
https://78.media.tumblr.com/03ca50990056aa4c75887ea9d05b82f3/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/cd9afbb65718d9f3c1e414655c6e0600/tumblr_oce7n7Z7r41sognhno9_r1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/dbb85978787c0aad1c109ee68d7348b6/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho3_250.gif





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zapodaj.net/images/162e66cd3b6e4.png
https://78.media.tumblr.com/b6848eefcf147ac767182f366e3e7eb8/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/67515805388ae08227172b9d5a9dcb0e/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/c700fcdeef3a4711edff2b45adcc3107/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o6_250.gif






https://images-e

Offline

#440 09-03-2018 o 14h02

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 525

________________https://zapodaj.net/images/5551fe4b388e0.png
        Wyszliśmy ze stadionu na niedługą chwilę przed tłumem, który zaraz po skończonej walce podniósł się ze swoich miejsc. Dzięki temu nie musieliśmy przepychać się łokciami, ale i tak czarodziejów przed areną było bardzo dużo. Wszyscy – a może tylko mi się wydawało – niecierpliwie zerkali w stronę stadionu, wysokiej budowli, która górowała nad obozem w każdej jego części. Powoli zaczęto włączać magiczne oświetlenie, a zmrok zdążył już zapaść, więc robiło to podwójnie silne wrażenie. Oto przed gawiedzią zacznie się piękny popis mistrzowskich zdolności w tym sporcie, a ja będę musiał znowu ubrudzić sobie ręce. Najgorsze… A raczej najlepsze w tym wszystkim było, że bardzo lubiłem je sobie brudzić. Że dawało mi to cholerną satysfakcję, jakby każda śmierć była kolejnym krokiem, kolejnym drobnym sukcesem do osiągnięcia swojego celu. Do zdążenia do świata, w którym nie ma brudu i w którym każdy szanuje czystość rasy i krwi.
        Być może z premedytacją nie zapytałem Sophie o status jej krwi. Wątpiłem co prawda, by w Stanach znalazł się ktoś z wiedzą ponadprzeciętną o tym, co dzieje się za oceanem. Tutaj organ rządzący miał znacznie większą i bardziej znaczącą władzę nad jednostkami, które mu podlegały. Tutaj chroniono informacje i pozwalano mieszkańcom żyć pod słodką płachtą nieświadomości, a wręcz chowano przed nimi wszelkie informacje, jakby w obawie o to, że mogłyby wywołać panikę. Było to posunięcie wyśmienite. Zwłaszcza dla mnie i dla każdego innego śmierciożercy, a nasza praca mogła stać się dziecięcą zabawą.
        Uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, patrząc na Sophie wymownie – ze świadomością, że ona może ten uśmiech odczytać na bardzo wiele różnych sposobów. To sprawiało, że ekscytacja z polowania była tym większa.
        Może zasługuję na miano potwora. Może gdyby teraz powiedziała mi, że jest mugolem… Może po prostu bym ją zabił. Ale przecież nie mogła tego wiedzieć. Wydawało mi się, że jest pod urokiem mojej hipnozy, że oddała mi się i było to bardzo niebezpieczne. Nie należy oceniać ludzi po pozorach. Nie… Byłbym już dawno martwy, gdybym pozwalał sobie na tego rodzaju błędy i nieostrożności.
        — Będę tutaj jeszcze jutro — skłamałem gładko. Chociaż, czy było to kłamstwem? Piękne słowa, albo te, które drugie osoba chciałaby usłyszeć mogły mieścić się w granicach moralności, której nie posiadałem. — Z pewnością uda nam się spędzić razem trochę czasu. Jak  dobrze zauważyłaś, nie wiadomo, czy później w ogóle jeszcze kiedykolwiek się spotkamy.
        Uniosłem dłoń i najpierw zatrzymałem ją na wysokości jej ramienia, był to obliczony moment wahania, a później kontynuowałem ten ruch aż do policzka, z którego odgarnąłem kilka kosmyków jej włosów. Założyłem za ucho w wręcz czułym geście, tak bardzo do mnie niepodobnym, a jednak wyglądającym na tak naturalny. Moje zdolności powinny przerażać, a jednak Sophie nie wyglądała na przestraszoną. To trwało zaledwie kilka sekund, a później opuściłem ramię i wsunąłem dłoń do kieszeni ciemnych spodni.
        — Uważaj na siebie na meczu — rzuciłem, zauważając jednocześnie, że tłum powoli się rozpierzchnął i na niewielkim placyku zrobiło się więcej miejsca. A później, niewiele myśląc o tych słowach i rzucając je, jakby nie miały zupełnie żadnej wagi, dodałem jeszcze: — Po meczu także. Do zobaczenia.
        Z tymi słowami na ustach odwróciłem się i sprawnie zniknąłem w tłumie, który parł w przeciwną stronę, czyli w stronę stadionu. Zrobiło się ciemno. Doskonale, bo dokładnie tego potrzebowałem do wykonania swojej misji. Wystarczyło jeszcze poczekać odrobinę, aż całe to zgromadzenie czarodziejów przeniesie się na trybuny stadionu, a uliczki opustoszeją. Znikanie i rozpływanie się w powietrzu niczym dym miałem opanowane do perfekcji.
        Pozwoliłem sobie jeszcze tylko na jeden, zdecydowanie bardziej szczery i bardziej ironiczny uśmiech. Chyba udało mi się polubić Sophie. Szkoda, że nie mam szczęścia do pięknych kobiet i ona najprawdopodobniej jest już w niebezpieczeństwie, jak każdy, który ma ze mną zbyt dużo wspólnego.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#441 10-03-2018 o 22h42

Straż Cienia
Umbreonna
Akolita Jednorożców
Umbreonna
...
Wiadomości: 431

https://zapodaj.net/images/23eadd2e635c3.jpg

  Wszyscy zaczęli się witać z Theo i Anką. Widać było, że stęsknili się za swoimi przyjaciółmi. Trochę żałowałam, że mi nie udało się spotkać z Alice, z którą też mogłabym się tak radośnie witać. Poczułam też ukłucie w sercu na myśl o Solu. Z jednej strony ciekawiło mnie jak minęły jego wakacje, aloe z drugiej nie chciałam go widzieć. Cały czas źle wspominałam jego zachowanie na balu. Czasami naprawdę miałam wrażenie, że zaprosił mnie tam na siłę, ale w takim razie dlaczego?
Wracając do Theo i Anki sama ograniczyłam się do pomachania im ręką, bo szczerze nie znałam ich zbyt dobrze. Z Theo miałam jedynie okazję pogadać w bibliotece te parę dni przed balem, a o Ance nie wiedziałam nic. Były to chyba wystarczające powody aby czuć  się nieco niekomfortowo.
W czasie gdy rozmawiali z Peterem i Imogen miałam wrażenie, że jestem tam zupełnie niepotrzebna. Może powinnam wrócić do Sunga. Pewnie ciężko mu było ogarnąć samemu całe stanowisko. Znowu wrociły do mnie wyrzuty sumienia.
Jednak postanowione zostało, że idziemy na angielskie jedzenie. Oczywiście nie wiedziałam czy to zaproszenie dotyczy również mnie. Nie chwiałam być dla nikogo piątym kołem u wozu.  O dziwo sam Theo zachęcił abym poszła z nimi. Brakowało mi tego kontaktu z rówieśnikami, więc dałam się porwać chwili.
Sama knajpka faktycznie okazała się klimatyczna. Patrząc na wypisane propozycje, miałam ochotę zjeść wszystko. Po miesiącach odżywiania się kimchi i kimbapem z smakiem zjadłam coś zupełnie innego.
- To wszystko jest takie pyszne. - Pochwaliłam zadowolona kuchnię pochodzącą z stron Imogen. Cudowne potrawy rozpływały mi się w ustach i być może dlatego skupiałam uwagę bardziej na nich niż na moich znajomych. Nie chciałam znowu angażować się w rozmowę do której nic nie wniosę. Poza tym nie chciała też ich krępować. Nie wiedziałam czy nie mam do czynienia z dwiema parami zakochanych. Z smakiem pałaszowałam kolejną potrawę. Oczywiście domyślałam się, że muszę wzbudzać sporo podejrzeń, skoro było mnie stać aby tyle wydać w jednym miejscu, ale w tamtym momencie jakoś mało mnie to obchodziło. Słuchałam co mieli do powiedzenia inni, czasami potakiwałam, a czasami po prostu chowałam nos w talerz.
Mój spokój jednak nie potrwał zbyt długo. Nagle przy naszym stoliku znalazł się pan Park, wspólnik biznesowy ojca. Nie sądziłam, że pojawi się tutaj ktoś inny oprócz Sunga. Z tego co słyszałam mieli dużo pracy w Korei. Wkrótce zaczynał się nowy rok, co oznaczało o wiele większe zapotrzebowanie na różdżki niż w poprzednich miesiącach. Może ojciec nie ufał mi wystarczającą i wysłał kolejną przyzwoitkę. Zgodnie z koreańskimi zasadami ukłoniłam mu się na powitanie.
- Ooo, Witaj Mei! Jak się bawisz? Jak tam interesy? Mam nadzieję, że przyniesiesz dużo dobrego naszej firmie...Ooo widzę, że jesteś zajęta. Nie będę wam przeszkadzać dzieciaki. Bawcie się dobrze! - Wyrzucił swoim kalekim angielskim (mój koreański nadal był zbyt kiepski na swobodne konwersacje) na jednym oddechu, po czym opuścił knajpę. Nie zdążyłam mu nawet odpowiedzieć. To było naprawdę dziwne. Zagryzłam wargę zdenerwowana i spojrzałam na moich znajomych. Miałam nadzieję, że jego nagła wizyta przy naszym stoliku nie wzbudziła jakiś podejrzeń.
- Chcecie może więcej kremowego piwa? - Zagadałam do nich chcąc znaleźć szybki pretekst aby na chwilę odetchnąć.

Ostatnio zmieniony przez Umbreonna (10-03-2018 o 22h44)


https://78.media.tumblr.com/90f13ad1929dacb7acb63a5ad423381c/tumblr_paidqcO2Xu1wpm5jdo1_500.gif

Offline

#442 11-03-2018 o 12h29

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 525

________________https://zapodaj.net/images/3ec1008d98e18.png
        Skrzywiłem się, nadal uważnie obserwując czapkę, ale koniec końców założyłem ją na głowę, jakby naprawdę stało się to z polecenia Anny. W gruncie rzeczy nie była nawet taka bardzo straszna; zgoda, wyglądaliśmy jak dwójka teksańskich wieśniaków, która pierwszy raz w roku wyrwała się od roli na wielkie wydarzenie, ale to porównanie zaraz sprawiło, że uśmiech wycisnął się na mojej twarzy, a atmosfera zelżała. O ile tęskniłem za Peterem i wszystkim w ogóle, co wiązało się ze szkołą i swobodą, na jaką pozwalała jeszcze rok temu, to teraz w towarzystwie dwóch Anglików czułem się raczej niezręcznie. Nie ufałem im. To było podskórne, intuicyjna świadomość, że coś jest z nimi nie w porządku. Podobno skończyli szkołę, dlaczego więc pojawili się w Ilvermorny? Będę musiał pamiętać, żeby któreś z nich później o to zapytać.
        Ale nie teraz. Jeszcze nie. Grzecznie podążyłem razem z resztą do knajpki, gdzie atmosfera była faktycznie, jak na standardy amerykańskie, bardzo egzotyczna. Panował okropny ścisk, wszystko było małe, nawet kufle z piwem. Najwidoczniej typowo angielskie, pomyślałem, uśmiechając się do Petera porozumiewawczo. A później podniosłem jedno ze szklanych naczyń, zupełnie bez zawahania. We wnętrzu było duszno, sączyło się przytłumione, bardzo przyjemne światło. Na zewnątrz zdążyło zrobić się całkiem ciemno, a to chyba tylko wzmagało w czarodziejach wszelkiej rasy napicia się kolejnego kufla piwa.
        Zerknąłem w bok na Annę, wypiłem kilka wielkich łyków, oczywiście popisowo, rzucając bardzo wyraźne wyzwanie, a później odstawiłem szkło na stół. W międzyczasie przyszło też jedzenie i nagle okazało się, że całkiem zgrana z nas mała grupka znajomych. Nawet łatwiej było mi przełknąć obecność osób, których nie do końca znałem. Mei siedziała cichutko, jak mysz pod miotłą i zajadała się przysmakami, które pachniały wyśmienicie. Ja zamierzałem obejść się smakiem. Choć z trudem.
        — Ale za to moja koszulka ma więcej stylu, niż twoja sukienka będzie kiedykolwiek mieć — Czułem się w potrzebie obrony własnego kawałku ubrania, zachowując się teraz właśnie jakby Anna splamiła koszulkowy honor swoją uwagą. Czy to możliwe, że to już piwo zaczęło tak na mnie działać? Uśmiechnąłem się głupio i skinąłem w stronę Petera. — Jak wakacje, co? Twój staruszek nadal pracuje tyle samo, co zawsze? Nadal jeszcze czekam na zaproszenie mnie do waszej willi. Cóż za niedopatrzenie, no popatrz… Że sowa z oficjalnym pismem zapraszającym jeszcze do mnie nie dotarła — sarkazm wręcz kapał z tych słów, ale wiedziałem, że Goldstein nie jest z tych, co się za to obrażą. O, nie. On jeszcze podejmie rękawicę.
        Zaraz jednak dalszą rozmowę przerwało nam pojawienie się kolejnej osoby obok naszego stolika. Zdecydowanie starszej i zdecydowanie takiej, której nikt z nas nie znał. Zmarszczyłem brwi, popijając jeszcze nieco więcej jasnego płynu. Płynu, który był naprawdę bardzo dobry, nierozwodniony, nie doprawiony żadną kranówką. To Anglii i Anglikom można było jedno przyznać. Obserwowałem uważnie tego człowieka, który pojawił się obok i który zwracał się do Mei. Dopiero, kiedy odszedł doszedłem do wniosku, że może takie gapienie się otwarte na nią nie jest zbyt uprzejme.
        Dotarło też do mnie, że nie wydaje mi się, żebym widział ją w szkole po dniu tego felernego balu i nocy, w której ktoś najwyraźniej musiał umrzeć. Przechyliłem lekko głowę i oparłem się wygodniej na krześle. Na tyle, na ile to było możliwe w takim ścisku oczywiście. Ludzie dookoła gadali, słyszałem różne języki, większość których nawet nie rozpoznawałem.
        — Właściwie, Mei — zacząłem, dość luźno przyglądając się jej drobnej postawie. — Ciebie też wzięli ze szkoły, prawda?
        Może było to zwykłe, niezobowiązujące pytanie. Może. Ale wzmianka tamtego Koreańczyka o firmie i interesach wydała mi się bardzo ciekawa. W gruncie rzeczy jednak w ogóle się nie znaliśmy, kilka zamienionych zdań nie było z pewnością jeszcze podstawą do ścisłej znajomości. Zastanawiałem się, czy będzie mi dane poznać ją choć trochę bliżej. Zawsze wydawała się zamknięta w sobie i w szkole była odcięta od wszystkiego, co ją otacza. Nauka zazwyczaj też nie szła jej świetnie. Zdałem sobie sprawę, że jest bardzo intrygującą osobą, na którą nie zwraca się uwagi na pierwszy rzut oka.
        — Czym się zajmowałaś? Jak tobie mijają, hm… Wakacje? Z braku laku nie bardzo wiem, jak nazwać to, co dzieje się w szkole i poza nią — przyznałem, lekko unosząc ramiona.
        Za naszymi plecami ktoś żywo rozmawiał o meczu. To mi przypomniało, że rozgrywka powinna się niedługo zacząć, a może już nawet otworzono stadion. Odchyliłem się na krześle lekko w tył. W kieszeni spodni miałem drobny zwitek papieru, który palił mnie żywym ogniem i przypominał o tym, co zrobiłem jeszcze zaledwie wczoraj. Czy matka już się zorientowała? Czy będzie miała wyrzuty? I co więcej… Czy naprawdę zasługiwała na to, jak ją potraktowałem? Zacisnąłem lekko usta, a wyraz mojej twarzy się wyostrzył, ale miałem nadzieję, że nikt nie zwróci uwagi na tą drobną zmianę. Może co najwyżej Lilianne, ale ona miała tyle taktu, żeby tutaj o to nie zapytać.


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#443 13-03-2018 o 17h56

Straż Obsydianu
Deny
Akolita Sylfy
Deny
...
Wiadomości: 1 158

Zbierajcie się wszyscy na granie w butelkę~~

..............................................................https://images83.fotosik.pl/899/b27e1fac878895c9.png


       Rozmowa z Max'em jak się okazało, była bardziej wciągająca, niż mogłem przypuszczać i może dlatego nie zauważyłem, jak już późno się zrobiło. Zwykle mi się to nie zdarzało, ale wzmianka chłopaka odnośnie meczu szybko uświadomiła mi, że z czasem nie stoję tak idealnie, jakbym chciał. Na jego słowa pokiwałem przecząco głową, póki co spokojnie, nie zdradzając jakiegoś ziarnka podenerwowania, które mogło kiełkować pod moją skórą.
       - Tak się składa, że właśnie sponsoruje. Razem z Anną mamy go zastępować w sektorze honorowym, nie zapominajmy, że jego spółka to ważny sponsor - mruknąłem, nieszczególnie przelewając na te słowa dumę. Owszem, mój podziw do wuja był powszechnie znany, ale obnoszenie się z nim nie było nigdy czymś koniecznym. Teraz natomiast zacząłem już planować następne punkty działania. Anna powinna niebawem pojawić się w naszym namiocie. Oczywiście jeśli nie zapomniała o warunkach, ale o tym nie chciałem nawet myśleć, taka nieodpowiedzialność byłaby wyjątkowo głupia z jej strony.
       Z rozmyślań wyrwały mnie słowa Wade'a. Zamrugałem dwa razy i wzrokiem powiodłem, jak mniemam w odpowiednim kierunku, gdzie napotkałem na niezbyt interesującą mnie dwójkę uczniów z naszej szkoły. Wypuściłem z siebie powietrze, jakby w cichym zamyśleniu, unosząc lekko brwi na ten widok.
       - Chętnie bym zabawił w ich towarzystwie dłużej, ale niestety muszę znaleźć Annę. Miała mi się meldować co trzy godziny i mam nieprzyjemne przeczucia, że o tym zapomniała - mruknęłam pod nosem, po czym klepnąłem go lekko w ramię. Po przyjacielsku. - Mam nadzieję, że niebawem na siebie znów wpadniemy - tymi słowami pożegnałem się, skinąłem jeszcze głową, a potem odszedłem.
       Niestety przeczucia okazały się całkiem trafne, a ja zakląłem szpetnie pod nosem, czekając na kuzynkę. Kiedy sam już miałem się przebrać w bardziej oficjalny garnitur, do mojego namiotu zawitał jeden z ludzi zajmujących się organizacją.
       - Dobry wieczór, nie wiem czy już pan słyszał, ale mecz został przesunięty o dodatkową godzinę - powiedział rzeczowo. Widać było, że nie chce marnować czasu, pewnie miał jeszcze inne namioty do obskoczenia. Uniosłem jedną brew.
       - Można wiedzieć z jakiego powodu? - zagadnąłem.
       - Niestety, informacje są poufne - przepraszająco skinął głową, a potem wyszedł. Cóż, nie zamierzałem ukrywać, że było mi to na rękę, skoro za niecałą godzinę było planowe rozpoczęcie, to mieliśmy teraz dodatkowe sześćdziesiąt minut. Więcej, niż mogłem potrzebować. Nie zamierzałem jednak siedzieć i oczekiwać na pojawienie się kuzynki. O nie, sam miałem zamiar ją znaleźć.


.......................................................................https://zapodaj.net/images/16931a0ac5011.png

       W knajpie było gwarno, a ja nie mogłam się przez to skupić. Może dlatego nie poświęcałam większej uwagi niewygodnej myśli, że coś wypadło mi z głowy? Może natomiast świadomie to ignorowałam? Sama nie wiem. Powiodłam spojrzeniem po zgromadzonych, uznając, że powinnam się wyluzować, bardziej, niż zwykle, bo faktycznie podobna okazja może się nie powtórzyć. Z drugiej strony moja świadomość kazał mi pamiętać o tym, że nie powinnam pozwalać sobie na żadne głupstwa. Tylko, że był tutaj Peter i Theo, więc raczej nie miałam się czego obawiać. Mogłam wierzyć to, że w razie potrzeby nie porzucą mnie w rowie.
       Zagapiłam się na moment na Mei, która oddała się pochłanianiu różnych przysmaków. Czy to możliwe, że była tak głodna, czy może stres popychał ją do jedzenia? Kiedy już miałam obrócić od niej spojrzenie, przy naszym stoliku ktoś się pojawił, nie trzeba było być geniuszem, aby zrozumieć, że zna dziewczynę, a ta nie czuła się chyba szczególnie komfortowo podczas nagłego spotkania. Kimkolwiek facet był, zniknął tak szybko, jak się pojawił. Pytanie dziewczyny uświadomiło mi może za bardzo, że się na nią nadal gapię, więc pomachałam jedynie przecząco głową. Peter póki co był milczący, może o czymś myślał, a może zbierał się do rozmowy? Jeśli zaś chodzi o Anglików, oni mogli czuć się wyobcowani. Doprawdy ciekawa mieszanka i w tym wszystkim Theo. Zerknęłam na niego. Prychnęłam.
       - Jasne, chyba dlatego, że to ja ją noszę - wtrąciłam i sama przeniosłam spojrzenie na blondyna, któremu Reed zadał pytanie. Darowałam sobie uwagę, że jakoś do mnie tak chętnie się nie wprasza. - Peter, powinieneś zaniechać kurtuazję i powiedzieć Theo wprost, że żadnego zaproszenia nie będzie - zaśmiałam się złośliwie, dołączając do rozmowy. Zaraz uznałam, że warto i resztę wciągnąć do pogawędki. - A wy? Odpoczęliście chociaż trochę? - zapytałam, póki co jeszcze ważąc słowa, nie wiedzieć, jak mam się zachować.
       To był jeszcze ten moment, kiedy ignorowałam znaczący sposób, w jaki pił Theodore. Jesteś damą Anno, nie musisz mu nic udowadniać. Właśnie tak, udawaj, że tego nie widzisz. Odniosłam wrażenie, że razem z Reed'em przejęliśmy rolę wodzirejów, ale... mu znacznie łatwiej przychodziło luźne rzucanie pytaniami i tematami. Och... kolejny wjazd na ambicję. Kolejny. O jeden za dużo. Spojrzałam na niego, szykując jakiś żarcik, który jego kosztem miał rozbawić towarzystwo i wtedy to zauważyłam. Coś było nie tak. Wiedziałam doskonale, jak też to, że nie wolno mi zapytać. Nie tutaj. Nie chciałam jednak by na jego twarz gościło cokolwiek innego, niż młodzieńcza radość, która była na niej wcześniej. Och, szkoła to zły temat, zrozumiałam szybko.
       - Oddawaj, bo ci paruje! - burknęłam i zabrałam kufel, który stał przed Peterem. Spojrzałam na zaskoczonego chłopaka z wyzywająco prześmiewczą miną. - Myślę, że trzeba pokazać naszym gościom, jak piją amerykanie, a wy oboje jesteście żałosnym tego przykładem. Słowem, o******cie się panowie - rzuciłam i jak na zawołanie wychyliłam wszystko, jednym ciągiem, ignorując pieczenie, jak i sam fakt, że ja i alkohol nigdy nie tworzyliśmy związku idealnego. Pod koniec uderzyłam kuflem o stół, szczerząc się w uśmiechu.
       - Mei, zmieniłam zdanie, jednak potrzebuję dużo procentów. Z resztą sama się przejdę - zdecydowałam, nie widząc w tym nic złego. Zeskoczyłam ze stołka, jak gdyby nigdy nic i... zatoczyłam się na tyle, by zaraz praktycznie wpaść w ramiona Petera. Zaśmiałam się od tego nagłego wypadeczku. - Uważaj blondi, jestem tu w charakterze damy - puściłam mu oczko, obróciłam się bardzo teatralnie i ruszyłam na bar. Wróciłam po chwili z czterema pełnymi buteleczkami, bo więcej w łapki nie weszło. Nie usiadłam, nimi też trzasnęłam o blat, oczywiście tak, żeby to dobrodziejstwo wątpliwej karty badań sanepidarnych się nie uszkodziło.
       - Uwaga, bo będę przemawiać! - ogłosiłam iście władczym tonem. - Zrobimy turniej, w którym zapewne wygram, bo jakżeby inaczej - zarzuciłam sobie włosy za ramię, po czym nakierowałam palcem na każdego z nich osobna. - Ale wy będziecie grać ze mną, bo ktoś musi odnieść porażkę, by mój splendor miał się gdzie splendorzyć - koniec ogłoszenia ozdobiłam pięknym wywinięciem rąk do boku, a tym samym szturchnięciem jakiejś czarownicy. Spojrzała na mnie oburzona, a ja... prychnęłam na nią, jak kotka w rui. Uciekła. Heh, amatorka.
       Zajęłam swoje miejsce przy Theo i nabrałam powietrza do ust.
       - Dobra, moi mili, a teraz wymyślcie kategorię, bo tego nie opracowałam byłam ja - wspomniałam jeszcze i jakby nigdy nic nalałam sobie nową porcję tego ohydztwa.


..............................................................https://images83.fotosik.pl/899/b27e1fac878895c9.png

       Szukanie Anny w tym tłumie, było jak szukanie igły w stogu siania, mimo to się nie zrażałem, pytałem o nią kilka razy, ale nikt jej nie widział i przyznaję, zacząłem się już denerwować. Co jeśli coś jej się stało? Niemalże przeszedł mnie chłodny, bardzo nieprzyjemny dreszcz. Parłem nadal, nie tracąc nadziei. Nigdzie nie było dziewczyny w białej sukience, która powinna być teraz przy mnie. Oglądałem wszystkie knajpy, w nadziei na jakąkolwiek poszlakę. Ta przyszła niespodziewanie.
       Najpierw Mei. Miło było ją widzieć, postanowiłem podejść dla samego jej towarzystwa, przywitać się i zapytać o Annę. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że przy stoliku siedzi też Reed. Nic białego nie rzucało się w oczy. Dlaczego nie było przy nim mojej kuzynki? Złość się we mnie zagotowała, sprawniej zacząłem się przepychać przez tłum i jakie było moje zdziwienie, kiedy zrozumiałem, że jednak znalazłem swoją zgubę. Dwa wdechy, a potem bez ostrzeżenia wyrosłem przed nimi.
       - Lilianne, możesz mi powiedzieć, gdzie miałaś być? Co ty w ogóle masz na sobie i... - przerwałem w chwili, w której dziewczyna podniosła na mnie twarz ozdobioną anielskim uśmiechem. Muszę tu zaznaczyć, że jak żyję, tak nie było sytuacji, aby taką miną obdarowała właśnie mnie. Spojrzałem więc z oburzeniem po Peterze i Theo. - Daliście jej alkohol?! - rzuciłem, widząc w jakim jest stanie.
       - Dali, nie dali, sama sobie wzięłam - burknęła blondynka, a moja brew uniosła się lekko. Była to nowa sytuacja, na którą na pewno nie byłem przygotowany. Westchnąłem i wyciągnąłem ramię w jej stronę.
       - Nieważne, idziemy - mruknąłem, a ona chyba na mnie warknęła, po czym wtuliła się w Theo, jak koala w bambus.
       - Ty chyba nie wiesz do kogo mówisz! Zwalniam cię z bycia mym rycerzem przybocznym, idź się zajmij Mei lepiej - rzuciła plącząc przy tym język i wywyższając się bardziej, niż zwykle. Powinienem być zły, w zasadzie byłem, ale absurdalność tej sytuacji nie mogła przejść obok mnie obojętnie. Powinienem ją stąd zabrać, ale w takim stanie... przykuje uwagę i wszyscy będą wiedzieli kim jest. Nie miałem wyboru.
       - Nic już nie pijesz. - rzuciłem dobitnie i ściągnąłem marynarkę, po czym faktycznie obszedłem stolik i zająłem miejsce obok Mei. Przecież nie zostawię tutaj Anny samej.
       Spojrzałem na Azjatkę i tym razem uśmiechnąłem się już normalnie. Mimo wszystko stęskniłem się za przyjaciółką, a widząc, jak ta zajęta jest jedzeniem, ucieszyłem się, że nie jest kolejną panną, która przesadziła z procentami.
       - Smacznego - powiedziałem grzecznie do Carter, nie wiedząc w zasadzie co innego mógłbym dodać. - Mam nadzieję, że w niczym ważnym wam nie przerwałem, poza oczywiście upijaniem mojej kuzynki - nie mogłem się oprzeć i zmrużyłem oczy, widząc, jak Anna sięga po szklankę.


Muzyczka~~
https://78.media.tumblr.com/03ca50990056aa4c75887ea9d05b82f3/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/cd9afbb65718d9f3c1e414655c6e0600/tumblr_oce7n7Z7r41sognhno9_r1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/dbb85978787c0aad1c109ee68d7348b6/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho3_250.gif





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zapodaj.net/images/162e66cd3b6e4.png
https://78.media.tumblr.com/b6848eefcf147ac767182f366e3e7eb8/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/67515805388ae08227172b9d5a9dcb0e/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/c700fcdeef3a4711edff2b45adcc3107/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o6_250.gif






https://images-e

Offline

#444 13-03-2018 o 18h57

Straż Cienia
Umbreonna
Akolita Jednorożców
Umbreonna
...
Wiadomości: 431

https://zapodaj.net/images/23eadd2e635c3.jpg

Niestety spotkanie z panem Parkiem nie było dla wszystkich tak obojętne jak miałam nadzieję. Mój mózg pracował na pełnych obrotach próbując ustalić co mam robić dalej. Powiedzieć im prawdę czy wymyślić kolejne kłamstwo. Z jednej strony nie było tu Sunga, który wszystko doniesie mojemu ojcu, ale z drugiej czy mogłam im wszystkim ufać.
Rozejrzałam się po towarzystwie. Nigdy nie miałam z nimi żadnych konfliktów. Zawsze byli dla mnie mili i uprzejmi, ale czy jeśli poznają prawdę ich podejście się nie zmieni. Czy warto w ten sposób wkupywać się w towarzystwo. Naprawdę było mi teraz ciężko. Musiałam wybrać między dwiema opcjami, które mogą przynieść równie fatalne dla mnie konsekwencje.
- Ojciec mnie zabrał do Korei ponieważ potrzebował pomocy przy swoim biznesie, więc całe wakacje pracowałam. Dopiero teraz mam okazję odpocząć. - Odpowiedziałam Theo starając się nie wchodzić w szczegóły.
Miałam nadzieję, że takie powiedzenie im półprawdy nie jest ogromnym grzechem z mojej strony. Nie chcąc aby ta rozmowa poszła w złym dla mnie kierunku wróciłam do jedzenia. Starałam się nie odrywać wzroku od talerza, lecz po woli zaczynało się robić niebezpiecznie. Gdy Anka ogłosiła konkurs picia, miałam ochotę uciec. Nie chciałam brać do ust żadnego alkoholu. Może to było nieco frajerskie z mojej strony, ale naprawdę bałam się, że skończę jak... ona. Chyba bym potem umarła ze wstydu nie mówiąc o tym jak bardzo byłby mną zawiedziony zarówno ojciec jak i Sung.  Poszukałam ratunku wśród zgromadzonych. Liczyłam, że znajdzie się ktoś, kto tak samo jak ja uważa ten pomysł za fatalny.
Zamiast protestów, mój wzrok dostrzegł wchodzącego do środka Solla. Nie chciałam go tutaj widzieć. Czemu musiał trafić akurat w to miejsce?
Cóż, w tym momencie skończyło się dla mnie to przyjemne spotkanie. Nie sądziłam, że jego widok podziała na mnie aż tak źle. Miałam zamiar jedynie dokończyć posiłek i w jakiś uprzejmy sposób się zmyć, lecz chyba się spóźniłam. Mój 'przyjaciel' zdążył się do mnie dosiąść i życzyć mi smacznego. Miły gest, co nie?
Dlaczego więc, aż tak mnie to poruszyło? Dlaczego mój wewnętrzny diabeł zaczął przekręcać klucze do miejsc, które nie powinny się nigdy otworzyć. Niby nie powiedział nic złego, ale jego spokój sprawiał, że coś zaczęło się we mnie gotować. Miałam ochotę na niego nakrzyczeć, ale blokowało mnie towarzystwo innych. Nie chciałam, aby kto kol wiek zobaczył to wszystko co działo się w tamtym momencie wewnątrz mnie.
- Dziękuję. - Odburknęłam nawet nie starając się aby zabrzmiało to inaczej niż "zaraz Cię rozszarpię" po czym odłożyłam sztuczce, wstałam i skierowałam się w stronę baru.
To był jedyny sposób aby ukryć swoje emocje, które tylko szukały ujścia. Jedyne na co sobie pozwoliłam to na zaciśnięcie pięści. Oczywiście miałam nadzieję, że nie będę musiała ich użyć, ale jakaś część mnie tylko mi szeptała, abym wróciła i mu przyłożyła. " Mei opanuj się!" powtarzałam sobie w myślach.
Nie wiem czemu, ale nagle pomysł Anki przestał mi się wydawać aż taki zły. Może parę łyków tego złocistego napoju pozwoli mi zablokować łzy cisnące się do oczu. Bardzo pragnęłam znaleźć jakie kol wiek lekarstwo na moje rozbudzone emocje. Nie chciałam aby mój upragniony festyn zmienił się w taki dramat jakim był ten nieszczęsny bal.

Ostatnio zmieniony przez Umbreonna (13-03-2018 o 19h01)


https://78.media.tumblr.com/90f13ad1929dacb7acb63a5ad423381c/tumblr_paidqcO2Xu1wpm5jdo1_500.gif

Offline

#445 13-03-2018 o 19h19

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 458

.....................................................................https://fontmeme.com/permalink/170801/9bdcb38a2dc3a3d505251e9553d03702.png

    Peter był wyraźnie zadowolony, że towarzystwo powiększyło się o Theo i Lili. Jednak kontakt z przyjacielem był dla niego lepszy niż towarzystwo Dylana, który traktował Petera z wątpliwą sympatią.  Nim się zorientował pokonali dzielący ich od prowizorycznej knajpy dystans. Kiedy tylko przeszli przez wejście namiotu znaleźli się w małej ciasnej knajpce. Wyjątkowo...przytulnej jeśli ktoś siliłby się żeby to miejsce nazwać nieco przyjemniej niż ciasną klitką. Blondyn wyłapał spojrzenie przyjaciela i odesłał mu kpiący uśmieszek wskazując kufel o rozmiarze jak to pieszczotliwie nazwał w myślach Peter „ dla smaku”. Chyba o nic innego tu nie chodziło, na sto procent nie był to rozmiar kufla po którym poczułby szumienie w głowie. Mimo wszystko wypił pierwszy kufel. Delektował się smakiem alkoholu, zapachami potraw, które wręcz działały na kubki smakowe.  Przez dłuższą chwilę zajmował się jedzeniem i piciem, ale kiedy usłyszał słowa przyjaciela kierowane w jego stronę uśmiechnął się złośliwie.
– Praca to jego pierwsza żona. Oficjalna sowa? No chyba do pastowania podłóg w moim pokoju. – uśmiech nie schodził mu z ust, miał pewność, że Theo się nie obrazi. Często sobie tak dogryzali jako przyjaciele. – Jak coś to zapraszam teraz. Chyba, że wolisz na piśmie. Obiecuję, że nie musisz pastować podłóg. – zaśmiał się i przegryzł krążek cebulowy.
    Zabawa wkoło zaczynała się rozrastać, ludzie zachęceni dobrym nastrojem wynikającym zapewne ze spożytkowanych procentów i nadchodzącego meczu. Nagle obok nich pojawił się jakiś obcy facet i od razu zaczął mówić do Mei łamaną angielszczyzną. Jasnowłosy obserwował go podejrzliwym wzrokiem, nie odwrócił się tylko na chwilę, gdy dostrzegł, że śliczna młoda kelnerka przyniosła im kolejne piwa. Chłopak chyba automatycznie odprowadził jej tyłek wzrokiem do samej lady za którą ukryła się dziewczyna. Nagle jednak kufel ze złocistym trunkiem zniknął sprzed jego nosa. Uniósł wzrok na Lili. Uniósł brew słuchając jej słów. Kto niby się obija? Obserwował jak praktycznie jednym duszkiem wypiła zawartość naczynia. Nie minęła nawet dłuższa chwila, a jej policzki ozdobiły rumieńce i przestała przejmować się wszystkim. Peter złapał dziewczynę, kiedy ta wpadła na niego.
– Spoko blondi. – zaśmiał się tylko obserwując jak dziewczyna wraca po chwili w butelkami. Tylko cztery. Peter zacmokał i usłyszał za sobą głos Solla. Kiedy usłyszał jego wywody na temat Anny strzelił oczami do sufitu, tak żeby tylko Theo mógł to zobaczyć. Z cieżkim westchnieniem wstał.
–  To ja przyniosę jeszcze. – mruknął i zadowolony poszedł do baru. Obsłużyła go śliczna dziewczyna z którą chwilę porozmawiał i wrócił w tacką na której stało kilka butelek.
– Oto jestem. Soll odpuść sobie dziś moralność starszego brata i osusz z nami jedną butelkę. – powiedział Peter stawiając tackę na blacie, oczywiście delikatniej niż zrobiła to przyjaciółka. Konkurs picia? W sumie czemu nie, chyba nie będą mieli z tego jakichś większych problemów. W sumie i tak niedługo stuknie mu pełnoletność, więc nikt chyba nie zrobi dramy o te kilka dni, ba to nawet nie cały tydzień.
– Ja jestem za! Theo musimy pokazać Lili, że nie powinna być taka pewna siebie. W dodatku chyba nie odmówicie opicia moich zbliżających się urodzin co? – zapytał z szelmowskim uśmiechem wlewając trunek do szklanek i spojrzał porozumiewawczo na Theo, a następnie przeniósł swoje niebieskie oczy na Sorella.
– Soll chyba nie odmówisz jednego zdrowotnego? Medyk poleca. - powiedział i uniósł szklankę z trunkiem w kierunku chłopaka.

Ostatnio zmieniony przez Iku (13-03-2018 o 19h20)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#446 14-03-2018 o 11h47

Straż Absyntu
Chocolate
Żołnierz Straży
Chocolate
...
Wiadomości: 525

________________https://zapodaj.net/images/3ec1008d98e18.png
        Zmrużyłem oczy, słysząc odpowiedź Petera, raczej mniej groźnie niż bardziej. Właśnie taki był; i on i ja, znaliśmy się zbyt dobrze, żeby nie rozumieć, że to pewien pojedynek, w dodatku taki, w którym żadne z nas nie odbiera pomocy. Dlatego właśnie przytyk Lilianne został zignorowany. Prawdziwy mężczyzna w naszej dwójce nie przyjmował pomocy w złośliwościach. W końcu zaśmiałem się cicho, a raczej bardziej prychnąłem pod nosem sam do siebie, słysząc spontaniczną odpowiedź przyjaciela.
        — Sam jesteś oficjalna sowa, Peterze — mruknąłem, teraz nie ukrywając swojego rozbawienia i wygładzając czoło. Podniosłem szklankę do ust, wypiłem do reszty jej zawartość, a kiedy pusta dotknęła blatu stołu, niemal natychmiast pojawił się ktoś, kto ją sprzątnął. — Ja mówiłem tylko o oficjalnym zaproszeniu.
        Koniec końców skinąłem tylko głową i ten gest miałem nadzieję wystarczył, żeby Peter uznał, że rzecz jest już załatwiona, a skoro tak, to ja nie omieszkam się u niego pojawić. Rodziców nie znałem, poza jednym spotkaniem z jego ojcem, ale ich opinia na mój temat obchodziła mnie tak jak opinia każdego innego, czyli mniej więcej na poziomie zeszłorocznego śniegu. Uniosłem lekko ramiona, zerknąłem na Annę, ale jej już nie było. A raczej była, po drugiej stronie stołu, z czterema małymi butelkami z alkoholem. I dlaczego ja miałem wrażenie, że to wszystko się zaraz źle skończy? Zerknąłem jeszcze na Mei.
        Na moje wcześniejsze pytanie odpowiedziała zdawkowo, a później znowu zajęła się jedzeniem, jakby chciała tym udowodnić, że dalej nie będziemy ciągnąć tematu. Jej odpowiedź mnie zaskoczyła, nie zaprzeczyłbym, ale nie miałem w dłoni atutów, żeby ciągnąć ją za język. Może procenty odrobinę rozwiążą jej język. Chociaż patrząc po tym, jak szybko się zmyła, kiedy tylko obok pojawił się Sorrell… Nie potrafiłem odmówić sobie takiego bardzo, ale to bardzo głupiego uśmiechu posłanego prosto w jego stronę. Na co dzień mnie nie irytował; nie tak, jak kiedy grał rolę ojczulka, którego najwyraźniej w jego mniemaniu potrzebowała osoba pokroju Anny. Naprawdę teraz działał mi na nerwy.
        Ale zaraz o tym zapomniałem. Nie wiem, czy to już wypity trunek sprawiał, że przeskakiwałem na tematy i obserwacja jak z kwiatka na kwiatek, ale podążyłem spojrzeniem za Mei. A ją co ugryzło? Takiego zachowania nigdy wcześniej u niej nie widziałem. Nie, że znamy się jakoś długo. Ale zainteresowało mnie. Podobnie z resztą jak turniej picia.
        — Tak jak Peter mówi — zwróciłem się do Sorrella. — Dzisiaj sobie możesz odpuścić, ja będę jak zwykle Annie włosy trzymał, sama z tym nie zostanie — zażartowałem sobie, a później jeszcze spojrzałem na blondynkę. Mój wzrok mówił coś pomiędzy „zabierz go” a „jak się upijesz i będą problemy, to zginiesz”. Nie wiem, z którego mniej sobie robiła. — A teraz wybaczcie. Jak wrócę, zrobimy użytek z pustej butelki. Aha, i zaczekajcie na mnie z rozpoczynaniem jakiegokolwiek turnieju, ja mam tutaj żonę do pilnowania — rzuciłem, podnosząc pełne naczynie, jedno z tych, które przyniosła Anna i wstałem od stołu.
        Ta reakcja Azjatki nie dawała mi spokoju. Była w tym dawka niezdrowego zainteresowania, ale może chęć, żeby mimo wszystko tego wieczoru dobrze się bawić, bez wyobcowania kogokolwiek. Dlatego zatrzymałem się obok niej przy barze, patrząc wprost, unosząc butelkę do ust.
        — Nie bawisz się najlepiej, co? — zapytałem uprzejmie, zakładając z góry, jaka będzie odpowiedź. Jej zdenerwowanie było widoczne jak na gołej dłoni. Uniosłem rękę do medalika, który miałem zawieszony na szyi, a który ona w szkole jeszcze znalazła i przyszła oddać. Na to wspomnienie uśmiechnąłem się jednym kącikiem ust, a później przeniosłem spojrzenie na dziewczynę. Faktycznie wyglądała jak kupka nieszczęścia. — Alkoholu?
        Uniosłem szklaną butelkę lekko w jej kierunku, a moje brwi podniosły się w pytającym wyrazie.
        — Alkohol zawsze pomaga, na wszystko, cokolwiek by to nie było — dodałem, tym razem bardziej ponuro. Chwilę zawahałem się z naczyniem w powietrzu. Najpierw jednak zdecydowałem się na wzięcie kilku łyków. Mi to różnicy nie robiło, kto pije z tej samej butelki. Potem ponownie wyciągnąłem ją w kierunku Azjatki, która – dałbym sobie rękę uciąć – wyglądała jakby miała się zaraz rozpłakać. No i co jej ten paskudny Sorrell zrobił takiego?


https://zapodaj.net/images/b869639902b41.gif https://i.pinimg.com/originals/44/f0/05/44f005e107eebe8905ec8c1b9c49a8bf.gif https://zapodaj.net/images/0660ea069980d.gif

Offline

#447 14-03-2018 o 15h04

Straż Cienia
Umbreonna
Akolita Jednorożców
Umbreonna
...
Wiadomości: 431

https://zapodaj.net/images/23eadd2e635c3.jpg

Czekając, aż któraś barmanka mnie obsłuży stukałam nerwowo palcami o blat. Przez chwilę zastanawiałam się czy oby nie zachowałam się zbyt emocjonalnie. Może znajdzie się jakie kol wiek wytłumaczenie tego co się stało na balu. Tęskniłam za nim jako za swoim przyjacielem, ale coś w głębi duszy cały czas mi podpowiadało, że to początek końca. Przed oczyma stawał obraz opętanej Mari, która kazała mi dać mu spokój. Wiem, że to nie była ona, ale pewnie mnóstwo jego "fanek" ma podobne myśli. Chyba osiągnęły swój cel, bo szczerze nie potrafiłam już mu się dłużej narzucać. Chyba powinnam wrócić na stoisko.
Po chwili jednak obok mnie pojawił się Theo. Nie spodziewałam się, że on okaże się tą dociekliwą osobą. Było to z jednej strony niezręczne, ale z drugiej bardzo miłe. Nawet najbardziej nieśmiała osoba na świecie lubi jak czasami ktoś zainteresuje się twoim samopoczuciem. Masz wtedy świadomość, że nie jesteś jedynie szarym pionkiem robiącym za tło barwnego życia innych.
- Nie. Jest naprawdę miło. - Skłamałam nie chcąc wyjść na jakąś drętwą, jednak coś wewnątrz mnie nie pozwalało mi tylko na taką odpowiedź. Czułabym się naprawdę źle, gdybym znowu musiała oszukać mojego towarzysza.
- Po prostu mam wrażenie, że to nie jest moje miejsce. - Kątem oka zerknęłam na Solla. - Może kiedyś potrafiłabym zgasić te obawy w środku, ale dzisiaj... ehhh dzieje się ze mną coś dziwnego. Przepraszam, chyba jestem przemęczona. - Wzięłam od chłopaka butelkę, którą wyciągną w moją stronę i bez wahania upiłam kilka łyków.
Skrzywiłam się czując ten gorzki smak, ale gdy po moim ciele zaczęło się rozlewać przyjemne ciepło, poczułam się zrelaksowana. Czyżby to była ta magia tego napoju? Czy dlatego moi rówieśnicy tak bardzo lubią go nadużywać? Oddałam alkohol Theo, po czym sama zamówiłam jedno piwo dla siebie.
Postanowiłam, chociaż na chwilę się wyluzować i spróbować poudawać, że jestem taka jak oni wszyscy.
- Wracamy do stolika? Nie chciałabym aby Lilianne zaczęła się o Ciebie martwić. - Posłałam chłopakowi delikatny uśmiech po czym wróciłam na swoje miejsce starając się unikać kontaktu z Sollem. Jak już tu przyszedł to trudno, ale ja nie miałam zamiaru rezygnować z zabawy i integracji z nowymi przyjaciółmi.

Ostatnio zmieniony przez Umbreonna (14-03-2018 o 15h06)


https://78.media.tumblr.com/90f13ad1929dacb7acb63a5ad423381c/tumblr_paidqcO2Xu1wpm5jdo1_500.gif

Offline

#448 14-03-2018 o 17h03

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 528

____________https://zapodaj.net/images/390b90f1c6e2c.png

        Kiedy Sorrell się oddalił, ja jeszcze przez kilkanaście sekund patrzyłem na tą dziwaczną parę uczniów, wyglądających niemal szczęśliwie, a już na pewno swobodnie w swoim towarzystwie. Nawet, jeśli twarz Scotta wykrzywiła się w brzydkim grymasie na mój widok, jakby chciał mi dać znać, jak bardzo mną gardzi – nie ty jeden, kolego, nie ty jeden. W tamtym momencie po prostu zastanawiałem się, czy każdy z nas ma taką drugą osobę, na którą może liczyć, kiedy życie za bardzo się pokomplikuje. Na moment nawet podpiąłem sam siebie do tej grupy, ale z oczywistych powodów szybko stwierdziłem, że mnie taka reguła nie obowiązuje.
        Wysuwał mi się raczej smutny wniosek. Większość z nas w najgorszych chwilach życia była sama.
        Z tą myślą odwróciłem się na pięcie i wmieszałem się w tłum ludzi ciągnący w jednym kierunku, zanim któremuś z moich szkolnych przyjaciół przyszło na myśl, żeby się zbliżyć i zacząć rozmowę. Mimo palącego pragnienia pozostania samemu, w tłumie czułem się wygodnie, anonimowo, wręcz szczęśliwie. Mecz okazał się być przełożony, co dodatkowo pogłębiło moją irytację, ale na szczęście niedaleko od miejsca, w którym wszystkich zawracali było coś na kształt knajpy. A może baru. Jedno piwo to za mało jak na taki cholernie trudny dzień.
        Kiedy wszedłem do środka, okazało się, że najwyraźniej nie tylko ja tak sobie to wykalkulowałem. Panował ścisk, tłok i harmider, wręcz hałas. Niewzruszony – a już na pewno nie zniechęcony – przecisnąłem się do baru, gdzie na swoją kolej czekałem chyba dobre pół godziny, aż wreszcie barman się do mnie zwrócił. Nie bez pomocy, bowiem w pewnym momencie moje łokcie musiały pójść w ruch. Kufel, który zamówiłem, był wielkości tak beznadziejnie niewielkiej, że pierwszy wypiłem na raz, jeszcze przy ladzie, po czym zamówiłem kolejne dwa, nie martwiąc się kłębiącym za mną, niezbyt zadowolonym tłumem, najwidoczniej niezadowolonym, że nie odszedłem po opróżnieniu kufelka.
        Było za to mocne; dużo mocniejsze niż to, które wcześniej wypiłem z Sorrellem, a przy okazji trzy razy droższe. Mimo pozostawienia małej fortunki na ladzie, odszedłem szczęśliwszy, niosąc przed sobą dwie szklanki. Kiedy moje spojrzenie padło na profil Petera, rozpromieniłem się nawet bardziej. Przepchnąłem się do stolika i zająłem akurat zwolnione przez kogoś miejsce, tuż obok Goldsteina – gotów na relaks i nawalenie się razem z mile widzianą przeze mnie twarzą – a wtedy moje spojrzenie zatrzymało się na innych zgromadzonych. Oczywiście, nie może być zbyt pięknie. Właściwie w ogóle nie może być pięknie.
        Sorrella jakoś przełknąłem, gorzej ze zgubą, po którą rzekomo wybrał się, kiedy się rozstaliśmy. Dobrze, że ją znalazł; nie dobrze, że sobie nie wziął i nie wynieśli się oboje. Mina mi zrzedła na widok Lilianne, ale przełknąłem gorycz i postanowiłem, że najlepiej będzie kompletnie ją ignorować; udawać, że w ogóle jej nie widzę. Dobrze, że nie byłem tu na trzeźwo, bo wtedy na pewno by mi się nie udało. Była też Mei oraz Imogen z bratem. Mogłem być pewien, że niedaleko kręci się również Theodore. C*** z nimi. C***.
        — Peter! — przekrzyczałem hałas i skupiłem spojrzenie na chłopaku. — Czy to przypadek, że zawsze jak cię widzę rozdajesz na prawo i lewo jakieś podejrzane ciecze? — zapytałem, uśmiechając się przy tym szeroko, tak, że odsłoniłem dwa rzędy zębów. Wyjątkowo szczerze, kiedy z tyłu głowy sam siebie przekonywałem, że nie widzę jednej laski siedzącej przy stole. Zdałem sobie sprawę, że naprawdę nie widziałem ich od prawie dwóch miesięcy. — Dobrze cię widzieć — powiedziałem ciszej, po czym stuknąłem swoim kuflem w jego, co prawda wystawiony do Sorrella, ale w niczym mi to nie przeszkodziło. Po tym geście wychyliłem zdrowo ze szklanki trzymanej w dłoni.


                                    t o   l o v e   i s   T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/5ecf2eb93f82154412a80dfd29b67f01/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo9_400.gif https://78.media.tumblr.com/c536949fd44696685688d1a0b2da8a19/tumblr_p2eulo37G51w8mobyo5_400.gif
                                                                             t o   b e   l o v e d   i s   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#449 14-03-2018 o 18h18

Straż Obsydianu
Deny
Akolita Sylfy
Deny
...
Wiadomości: 1 158

..............................................................https://images83.fotosik.pl/899/b27e1fac878895c9.png


       Wprost cudowne spotkanie. Może w innych okolicznościach zachowałbym się inaczej, ale niestety nikt mi nie dał takiego komfortu psychicznego bym mógł się odciąć od obowiązków i zabawić w normalnego nastolatka. Co ważniejsze Anna miała jeszcze mniej swobody. Nie mogli wiedzieć o tym, ile musiałem się nagadać, żeby mogła opuścić posiadłość, a już na pewno o tym, co by się stało, gdyby mój wuj zobaczył teraz swoją córkę. Ona? Zostałaby zamknięta gdzieś, gdzie nikt z tej radosnej zgrai by jej nie znalazł, ja natomiast... och, przeszedł mi po plecach dreszcz. Nie chcę wiedzieć, co stałoby się ze mną. Dlatego właśnie siedziałem sztywno, a jeśli przez rówieśników miałem przez to zostać odebrany za kolesia z kijem w dupie, to cóż, musiałem żyć z takim wyrokiem.
       Zerknąłem na Petera z uniesioną brwią. No tak, moralność starszego brata, to moja specjalność. Chciałem na to coś powiedzieć, ale zaraz przez stół przechyliła się Lilianne. Przez chwilę sądziłem, że wejdzie na niego na czworaka, ale na całe szczęście jedynie wychylała się zza Theo.
       - Właśnie, właśnie! O to to! - zamachała ręką, bardzo entuzjastycznie zgadzając się z blondynem. - Bo moim starszym bratem nie jesteś, gdybyś był, to nie skakałbyś za moim ojcem, jak typowy lizidup - zawołała, a ja otworzyłem szerzej oczy. Zmierzyłem ją wyjątkowo groźnym spojrzeniem, nawet nie zamierzając tego komentować. Co za kobieta! Moja rodzina... co ten alkohol z ludźmi robi? Jakby tego brakowało wtrącił się Theo, którego bardzo lubiłem w rozmowach prywatnych, ale w tych, w których stał za blisko Anny... no typ ma na nią zły wpływ! Z resztą zostawiłem go pod jego opieką i co? Zatacza się nawet siedząc i szczerzy do niego wesoło. Jeśli jeszcze ktoś miał mi dać do zrozumienia, że ta sytuacja powoli wymyka się spod kontroli, to była to bez wątpienia Mei. Najmilsza mi osoba z towarzystwa, teraz odpowiadająca jednym słowem. Cmoknąłem w wyrazie irytacji, kiedy przyjaciółka wstała i sobie gdzieś poszła, a wraz z nią i Theo.
       Aktualny rozkład stolika; Anglik, który wygląda, jakby jego fryzjer za bardzo wciągnął się w Gwiezdne Wojny, jego siostra, panna niedostępna z którą za wiele wspólnego nie miałem, moja kuzynka, aktualnie wydanie "piracka wersja Lilianne Hathoway" i Peter, który w chwili obecnej był mi najmilszym widokiem. Spojrzałem na niego i ofiarowany przez niego alkohol. Nie powinienem, ale nawet na mnie było tego za wiele. W tej samej chwili do stolika wróciła Mei.
       - Zdrowie jest najważniejsze - przełamałem się i złapałem jedną z butelek przyniesionych przez Annę. Odkapslowałem ją o brzeg stołu i stuknąłem się chwilę po tym, jak zrobił to Max, który pojawił się znikąd. Poniekąd cieszyłem się na jego widok. Jeśli mam tutaj utknąć, to wielkie nieszczęście się nie stanie, jak na moment zapomnę o noszonym przeze mnie ciężarze. Wychyliłem butelkę i spora jej zawartość zniknęła w moim przełyku.
       - No, no... niech skonam! - rzuciła prześmiewczo Anna. Miała wypieki na polikach, nieczęsto było je widać na jej twarzy. Prychnąłem i odpiąłem dwa guziki przy mankiecie.
       - Lepiej nie, twoich zwłok nie będzie mi się opłacało taszczyć do wujka - odgryzłem się w końcu, bo tutaj taryfa ulgowa się kończyła. Chciała swobodnego wieczoru bez ochrony? Nie będę się z dzieciakiem babrał. No, ale jeśli o nich już mowa. Przeniosłem spojrzenie na Mei. Nie trzeba było być wielkim odkrywcą, aby zobaczyć, że widocznie coś jest na rzeczy. Unikała mojego spojrzenia, a przecież nie widzieliśmy się od dawna.
       - Hej - mruknąłem. Niezbyt głośno. Zaraz jednak uznałem, że to nie wystarcza, więc uniosłem dłoń swobodnie, położyłem na jej poliku i przesunąłem tak, by musiała obrócić głowę w moją stronę. Jak tylko to się stało, opuściłem swoje ramię z powrotem na blat stołu. Już złapałem jej spojrzenie, siłą rzeczy. - Brakuje ci jeszcze wielkiego szyldu z napisem "nie gadam z tobą", żebym okrzyknął cię królową ignorowania przyjaciół - powiedziałem spokojnie, nie barwiąc tej wypowiedzi żadną zbędną w moim odczuciu cechą. Chciałem jedynie wybadać podłoże, ale zaraz nieco drgnąłem, bo blat stołu zatrząsł się lekko i jak się okazało, to Lilianna znów opierała na nim swoje ramiona, teraz mierząc spojrzeniem Max'a.
       - Widziałam, jak ci uśmiech zjechał na mój widok... Peter powiedz mu coś! Skoro to impreza z okazji twoich urodzin, to ma być dla mnie miły! - burknęła, a mi przed oczami stanęła wizja kuzynki sprzed dziesięciu lat. Zadziwiające ile cech wspólnych miał obraz aktualny, z tym z moich wspomnień. Zaraz zauważyłem, jak blondynka podsuwa Wade'owi kufel bliżej. - Pij, pij... będziesz łatwiejszy... - zamrugałem dwa razy i parsknąłeś śmiechem, co dla mnie było już w ogóle rzadkością. Tym bardziej, że dla Max'a ta sytuacja musiała być wyjątkowo niezręczna. Cóż, był tam Peter, ja przeniosłem spojrzenie na Azjatkę, dochodząc do wniosku, że może blondynce lepiej zrobi taki wieczór? Jestem pewien, że kac moralny dopadnie ją na sto procent. Już samo to, że chyba zapomniała o swojej zasadzie unikania bezpośredniego kontaktu z Wadem, a jej przyjaciel, który zwykle wspierał ją w tym postanowieniu jeszcze do nas nie wrócił. Och, chyba nawet bawiłem się lepiej, niż bym mógł przypuszczać. Uniosłem więc butelkę do góry i złapałem kontakt wzrokowy z Peterem.
       - W takim razie twoje zdrowie! - zawołałem, by wypić kolejną porcję alkoholu, a po tym zerknąć na Mei, w oczekiwaniu na jakąś reakcję z jej strony na moje wcześniejsze słowa.


Muzyczka~~
https://78.media.tumblr.com/03ca50990056aa4c75887ea9d05b82f3/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/cd9afbb65718d9f3c1e414655c6e0600/tumblr_oce7n7Z7r41sognhno9_r1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/dbb85978787c0aad1c109ee68d7348b6/tumblr_nv51xdcmaY1silmqho3_250.gif





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zapodaj.net/images/162e66cd3b6e4.png
https://78.media.tumblr.com/b6848eefcf147ac767182f366e3e7eb8/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/67515805388ae08227172b9d5a9dcb0e/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o2_250.gif  https://78.media.tumblr.com/c700fcdeef3a4711edff2b45adcc3107/tumblr_nesb66VZvh1tknjx1o6_250.gif






https://images-e

Offline

#450 14-03-2018 o 18h43

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 458

....................................................................https://fontmeme.com/permalink/170803/2ca076fc2036b3a3696a464a356f43e3.png
         
    Alice naprawdę cieszyła się na myśl o spędzeniu czasu na festiwalu, było tu tyle wspaniałych rzeczy, kultur. Czarodzieje z całego świata zbierali się w jednym miejscu, by zwyczajnie dobrze się bawić, dobić targu, obejrzeć walki smoków czy nawet bezsensowny mecz. Kiedy Scott w końcu postanowił ruszyć swoje cztery królewskie literki z łóżka uśmiechnęła się lekko słysząc zdanie o podekscytowaniu.
- A co ja Rogogon Węgierski, że cieszyć się nie mogę? Jasne, że jestem podekscytowana w końcu tyle tu ciekawych rzeczy. Tylko mnie nie wydaj, a w sumie i tak nikt ci nie uwierzy. W końcu Alice Gifford nie ma serca. – swoją wypowiedź zakończyła lekko droczącym grymasem jakim było zmarszczenie noska.
    Dziewczyna przez chwilę obserwowała plecy przyjaciela, który przecisnął się obok niej i rozglądał się po zebranych wkoło czarodziejach. Ich stroje doskonale pokazywały, że pochodzą z różnych zakątków świata. Część w szatach, część w mogolskich strojach, nikt chyba nie zaprzątał sobie głowy tym faktem. Słysząc Scotta spojrzała na niego zamyślonym wzrokiem.
- Hmm? A tak. Gorąco jest, wszystko się lepi. – kiedy usłyszała wzmiankę o biletach na mecz mlasnęła. Nie miała specjalnej ochoty oglądać idiotów na miotłach, ale nie będzie marudzić skoro chłopak pomyślał również o niej.
- Smoki jutro, więc widzisz musisz zostać dwa dni. Chyba, że mam sprzedać bilet, ale wiesz nie codziennie można podziwiać walki smoków. – powiedziała idąc obok chłopaka.
    Otaczający ich ludzie wydawali się pełni życia, poruszali się grupkami, byli głośni i podekscytowani. Alice zaczął udzielać się ten nastrój i po chwili nie kryła nawet uśmiechu. Rozglądała się niczym dziecko po kolorowych straganach, natłok barw, zapachów i dźwięków tworzył niepowtarzalną mieszankę. Nigdzie w świecie nie było takiego miejsca, z taką atmosferą. Wszyscy wydawali się zapomnieć o trawiącej Europę chorobie, choć na chwilę. Ludzie potrzebowali chwili dla siebie, odstresowania się, oderwania myśli od tego co miało miejsce. Natłok myśli przerwał niespodziewany dotyk, spojrzała zaskoczona na Scotta, a kiedy spojrzała we wskazanym przez niego kierunku dostrzegła dwie znajome twarze. Max i Soll, w sumie nie miała nic ani do jednego, ani drugiego, ale jakoś nieszczególnie chciała do nich zagadywać. Nagle obaj zmyli się niezwykle szybko. Alice zmarszczyła brew i spojrzała na towarzyszącego jej chłopaka.
- Tobie też wyglądają na takich którzy zawsze planują coś złego? – zagadnęła uśmiechając się lekko widząc jadowite spojrzenie rzucane przez ciemne oczy Scotta.
- No już bo zaraz niechcący go przeklniesz. Idziemy jeść, mamy jeszcze chwilę do meczu. – Alice chwyciła chłopaka za rękę, by nie zgubili się w tłumie i pociągnęła do pierwszego lepszego namiotu, który jak się okazało był knajpką. Tłok i zaduch tego miejsca uderzyły w nozdrza dziewczyny, mieszały się z wonią alkoholu i aromatem potraw od których robiła się jeszcze bardziej głodna. Nagle dostrzegła w tłumie znajome twarze. Wskazała stolik przy którym siedziała część znajomych i tych mniej lubianych znajomych. W tłumie dostrzegła Mei. Pociągnęła więc za sobą ciemnowłosego.
- Przywitam się z dziewczynami i możemy iść coś zamówić. Pasuje? – jednak nie czekała na odpowiedź.
- Mei! Dawno cie nie widziałam! – powiedziała i nachyliła się by cmoknąć policzek dziewczyny na powitanie.


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

Strony : 1 ... 16 17 18 19 20 ... 47