Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 16 17 18

#426 21-09-2018 o 16h38

Straż Obsydianu
Hicu
Straż na szkoleniu
Hicu
...
Wiadomości: 206

Oscar Velazquez

    Po powrocie z lasu, z którego drogę był bardziej jak cień niż towarzysz wyprawy, Oscar miał ochotę na coś bardziej przyziemnego od oglądania swoich znajomych łamiących kości. Chciał ubolewać nad swoim równie nieudanym co ciasto ciotki na święta Bożego Narodzenia losem, humorem i aktualnym samopoczuciem, jednak Kryc nie dawał ani chwili na odpoczynek. Kolegę najchętniej by uśpił na tak długo, aby i w sylwestra drzemał sobie w najlepsze. I, o dziwo, nie widział w tym nic złego – Quentin by wypoczął, przestał na jakiś czas być zagrożeniem dla siebie, otoczenia oraz oszczędził by sobie najprawdopodobniej kilkunastu niezręcznych sytuacji, w jakie pcha się podświadomie na lewo i prawo. W tak zawrotnym tempie, że nasz niewidzialny koleżka nie był w stanie wszystkiego przetrawić, dzięki czemu coraz to częściej czuł się przytłoczony. Wszystkim. Jakby ktoś go przejechał walcem, a następnie nieudolnie poprawił jego i tak już opłakany stan poprzez przemielenie w kombajnie.
    - O tym łamaniu kilku zasad pogadamy później. - rzucił na szybko do zmiennokształtnego, zanim Vivian nadęła się jak ta śmieszna ryba, która w akcie obrony z małej kuleczki staje się niebezpieczną, kolczastą piłką. Bardzo silną, kolczastą piłką... w tym przypadku. Dodatkowo zdążył zrobić krok w tył, gdy dziewczyna niekontrolowanie, niczym Hiszpanka po kilkunastu lampkach wina, zaczęła gestykulować, albo machać rękami jak cepem. Nie byłoby nikomu do śmiechu, jakby dostał od tej młodej kobiety w nos, ramię, czy gdziekolwiek. Pewnie wtedy nie tylko ona i Kryc skończyliby ze złamaniami.
    Oprócz tego, na wzmiankę brunetki i liście, Oscar zwęził lekko brwi, pogrążając się w zamyśleniu. Ilu znajomych z dawnych lat miał Kryc? Ostatnio dowiadywał się więcej o tym nieszczęśniku coraz więcej. Nie był pewien, czy to dobrze, czy źle. Co prawda wspominał o trupie cyrkowej jego rodziców, ale czy wszystkie znajomości miały z tym jakiś głębszy związek? Albo, czy Kryc i Vivian mieli jakiś związek ze sobą kiedyś. Ten świat wydawał się zdecydowanie posiadać zbyt mała powierzchnię, aby Quentin kogoś nie znał. Przecież tak wielki dystans dzielił obydwie szkoły, które nagle zostały objęte jakimś programem i dziwnym trafem kotek trafia na swoją starą znajomą.
    Wobec której zachowuje się tak kretyn i skończony idiota. Gdy wygarnął Cruise to i owo, Velazquez aż poczuł się nieswojo. Nie był wylewny i nie podzielał za bardzo wielu swoich poglądów, ale przez chwilę przemknęła mu myśl, jak jego znajomość z Krycem wytrzymuje te wszystkie jego humorki. Jak on może być wręcz wrogo nastawiony w pewnym momencie do kogoś, a zaraz potem mieć moralniaka i przepraszać. Mógłby być nieugięty i mógłby być c**** dla każdego, przynajmniej wtedy ludzie by przywykli do takiego stanu rzeczy. Bycie bucem nie od zawsze było tak bardzo widoczne u pana ze złamaną nogą. Tchórzostwo i lekkomyślność – to już częściej.
    - Pewnie, że ci pomogę – obojętnie rzucił w kierunku Quentina, pomagając mu iść do gabinetu pielęgniarki. Zignorował całkowicie nalot klasy X, a najbardziej puścił mimo uszu niewarte ich wszystkich uwagi i czasu zaczepne słowa Flynna, który zdawał się aż za bardzo starać, by wyjść na kąśliwego drania, przez co jego cała obecność wtedy nie wniosła niczego innego jak fali zażenowania, która zalała otoczenie.
    Obydwoje byli siebie warci – Quentin i Watson. Nic dziwnego, że się nie lubią, skoro potrafią nadawać bardzo często na tych samych, błędnych falach.
    Gdy już Oscar miał wrażenie, że to on powinien być zmiennokształtny i zamienić się w jakiś wózek inwalidzki, kule czy balkonik (ewentualnie pistolet, aby strzelić sobie w łeb), udało się leśnej grupie przywlec do gabinetu. Pielęgniarka zajęła się uczniami, a Oscar usiadł sobie na wolnej kozetce gdzieś z boku, co i tak nie trwało długo, bo Kryc wysłał go, jak jakiegoś pocztowego gołębia, po ubranka na zmianę.
    - Och, czyżby jaśniepan zmarzł? - zapytał, pociągając nosem, niby to z rozpaczy i troski o przyjaciela. Niechętnie wstał, poprawiając starą, poplamioną farbami olejnymi bluzę, po czym prawie bez słowa stanął przed drzwiami wejściowymi, zatrzymując dłoń na klamce od drzwi. - Wezmę jeszcze ci twojego ulubionego misia-rysia, z którym tak bardzo lubisz spać, kiedy się boisz zasnąć przed sprawdzianem z chemii.
    I wyszedł, kierują się bezpośrednio do dormitoriów. Co prawda im był ich bliżej, tym bardziej stawał się uległy idei olania prośby kolegi i pójścia spać do swojego pokoju. Z drugiej strony, resztki kręgosłupa moralnego nie dawały mu spokoju – postanowił być odrobinę lepszym człowiekiem tamtego dnia niż był wtedy Kryc, więc bez problemu zdobył klucz do Krycowego pomieszczenia, automatycznie odnajdując do niego drogę, której za jakiś czas nie będzie mu dane znać.
    Zabrał z pokoju pierwsze, lepsze ubrania, które nie były w porównaniu do tych, które nosił jego kolega, zamarznięte czy lodowato mokre, po czym skubnął garstkę płatków śniadaniowych z paczki leżącej na brzegu biurka. Coś od życia mu się w końcu należało. Tamtego dnia uchodził za zbyt dobrego przyjaciela. Dobrze, że dzień powoli dobiegał ku końcowi.
    Wróciwszy z internatu, na szkolnym korytarzu chłopak dostrzegł dość znajoma kobietę o ciemnych włosach. Nie był pewien, czy kolejna wizyta mamy Quentina była zwiastunem dobrym, czy początkiem czegoś na wzór apokalipsy. Bo jeśli tego drugiego, byłaby jednym, o ile nie czterema jeźdźcami razem wziętymi. Szybko pani Kryc zniknęła za rogiem, gdzie znajdował się gabinet pielęgniarki, do którego zmierzał i Oscar. Zwolnił kroku, trzymając mocniej ubrania znajomego. Teraz ten cyrk na pewno tak szybko się nie skończy.
    Nim wszedł do higienistki, upewnił się, że zniknął wraz z ubraniami Kryca. Tak niezauważony, słysząc już pełne zażenowania głosy swoich rówieśników, cichutko zamknął za sobą drzwi i zajął miejsce tuż pod ścianą. Widok onieśmielonego Quentina doprowadzał go do odruchu wymiotnego, a Vivian było mu szkoda. Biedna dziewczyna. Bardzo biedna, nie zasłużyła sobie na tak marny los przy boku Kryca.
    Oscar jednak, aby podtrzymać swoje bycie gnojkiem, wyciągnął z kieszeni telefon komórkowy, zaczynając nagrywać całą sprzeczkę. Tak po prostu, lubił mieć czym terroryzować swojego drogiego przyjaciela. Nie ważne, czy kiedykolwiek dane mu będzie  użyć tego przeciwko niemu. Ważne, że będzie mieć taką możliwość. I nikt o tym nie będzie wiedział.

Offline

#427 23-09-2018 o 01h11

Straż Obsydianu
Taneshja
Straż na szkoleniu
Taneshja
...
Wiadomości: 247

https://fontmeme.com/permalink/171111/59aba6529c985748c9fc48644c4b477e.png

Opadł na poduszki, ciężko wzdychając i zakrywając ręką twarz. Czerwień zalała jego twarz, a mama nadal stała obok z szerokim uśmiechem i roześmianymi oczami- ona opowiedziała sobie na nowo historie wypadku, koloryzując i przekręcając fakty. Z jednej strony pragnął powiedzieć matce jak bardzo się myli, ale z drugiej ta wersja historii była dla niego wygodniejsza. Mniej pytań, mniej przymuszonych odpowiedzi, idealna dla niego sytuacja. Nie musiał o wszystkim opowiadać rodzicom, oni mieli własne zmartwienia na głowie, o których mu nie mówili, a on własne. Wolał pominąć parę faktów, aby nie zabrali go ze szkoły i znów nie zamknęli pod szklanym kloszem.
   -Mamo… czy tato jest gdzieś w pobliżu?- zapytał, licząc, że ojciec albo siedzi w samochodzie, albo Ayla przyjechała sama do szkoły.
   -Tato jest w samochodzie i chyba jajko znosi słuchając swojego discopolo i podjadając chrupki kukurydziane. Och, Quentiś, dziecko kochane, mam nadzieję, że ty nie obżerasz się tak jak ojciec. Jemu ostatnio dżinsowe spodnie pękły na obiedzie u Robinsonów. Ah, ten mój mąż… No nic. Skarbie, trzymaj się i pamiętaj, dzwoń do nas częściej, bo w tej szkole praktycznie odciąłeś się od nas, zupełnie jakbyś spuścił w toalecie swoją komórkę- zaśmiała się kobieta, pochodząc do łóżka i nachylając się nad synem. Objęła go i pocałowała w czoło.
   -Mamo…- jęknął chłopak, patrząc prosto w ciemne oczy matki.- Proszę.
   -Ha, ha, też ciebie kocham synku. I zimny jesteś, niech ktoś ci zrobi herbatkę albo od razu przemień się w czarnego kotka, cieplej tobie będzie. W szkole dla dzieci utalentowanych magicznie nie powinno być zakazu korzystania z mocy.
   Brunetka poprawiła włosy i spojrzała po raz ostatni na syna.
   -Pamiętaj, aby otworzyć walizkę. Masz tam co nieco!- powiedziała, gdy szła do wyjścia.- Wesoły świąt Albatrosku, wesołych świąt Vivian- wyszła- i tobie chłopcze- dodała z uśmiechem, wymijając ciemnowłosego chłopaka. Echo obcasów niosło się przez korytarz, aby kobieta nie znikła na dziedzińcu, kierując się do samochodu.
   -Wesołych świąt mamo- powiedział cicho Quentin, zerkając na walizkę, a potem na drzwi. W progu stał Oscar z naręczem jego rzeczy. Wykrzywił się nieznacznie, na samą myśl, że Velazquez mógł usłyszeć choć fragment jego rozmowy z rodzicielką. Wolałby, aby ta krępująca rozmowa pozostała między nim, Vivian i ich mamami, i miał szczerą nadzieję, że brunet dopiero przyszedł.- Hej Oscar. Dzięki za rzeczy, zostaw je na łóżku, ja przebiorę się trochę później. Nastąpiło ocieplenie klimatu i te sprawy- mruknął, pokazując rękaw piżamy.
   Błagam, powiedźcie, że on jak zwykle był leniem i się ociągał, przeszło mu przez myśl. Nie miał zamiaru pytać go otwarcie czy słyszał cokolwiek, bo pomimo tego, że był wręcz przekonany, iż Velazquez powie mu prawdę, nie chciał jej znać. Wolał żyć złudzeniem, w którym chłopak byłby na wszystko głuchy i ślepy, a on zachowałby choć garść honoru. Przy matce zatracił wszystko- jak można tak otwarcie mówić o seksie?! Ludzka rzecz, ludzką rzeczą, ale o tym się nie mówi! To krępujące, ośmieszające i po prostu głupie! Miał całe życie, aby rozmyślać o tych sprawach, na samotności, a nie w towarzystwie mamy i, o zgrozo, Vivian.
   -Jak chcesz to możesz pójść. Wątpię, że chcesz przesiedzieć noc w gabinecie pielęgniarki. Chyba bal jeszcze trwa, na pewno jest tam jedzenie i… wściekła Saria, która nie da mi żyć przez cały rok. Eh… Oscar opowiesz mi później jak udobruchać twoją siostrę, dobra? Ona, jeżeli nie będzie chciała mnie zabić samym wzrokiem, nie odezwie się do mnie przez co najmniej miesiąc i trochę.
   On chyba naprawdę miał jakiś problem z samym sobą, bo z kobietami po prostu dogadywać się nie potrafił. Ale tym razem nie zamierzał rozwodzić się w myślach o nich, miał całą noc i Vivian obok, aby myśleć i ubolewać nad swoim losem, teraz mógł choć parę chwil poświęcić Oscarowi- jedynemu normalnemu osobnikowi w jego grupce, o ile nie w całej szkole. Chłopak był wręcz bezproblemowy, praktycznie nigdy nie składał żadnych zażaleń ani jemu, ani nikomu, nie przejmując się kiepskimi wynikami z nauki oraz faktem, że potrafił przysnąć na zajęciach i obudzić się równo z dzwonkiem. Uwielbiam w nim właśnie to, że był bezproblemowy i małomówny. Kurde, sam taki chciał nie raz być, nie miałby wtedy żadnych problemów, ani z Saria, ani z Aigis, a może nawet konflikt z Watsonem skończyłby się wreszcie jego wygraną.
   Ale był sobą, chłopakiem wiecznie tonącym w błahych problemach i mającym na głowie więcej myśli niż włosów na nogach.
   -Do zobaczenia jutro Oscar.
   Odprowadził wzrokiem chłopaka, a potem, podparwszy rękami głowę, spojrzał w sufit. Może powinien powiedzieć Velazquezowi coś więcej? Podziękować za pomoc i to, że wyciągał go z grobu? Później kupi mu jakąś czekoladę albo poduszkę, albo to i to. W końcu na urodziny niczego mu nie dał, nawet durnych życzeń mu nie złożył, ale z drugiej strony kiedy miał to zrobić? Siedemnasty listopada wcale nie kojarzy mu się z urodzinami przyjaciela, ale z przeklętą galerią, strachem i utratą mocy.
   Jedna sytuacje i tyle problemów. Pamiętał do tej pory, gdy dzień po ataku na galerie w wiadomościach podawali, że sprawcy uciekli, a jeden z nich ukradł policyjny wóz, który później znaleziono w rzece. Pusty. Z kajdankami przypiętymi do wezgłowia siedzenia i ze słabym zapachem amoniaku wewnątrz. Kilka dni po tym wydarzaniu cała sprawa ucichła, i w gazetach, i w mediach, zupełnie jakby ludzie zapomnieli o tragedii grupki nastolatków i na nowo przerzucili się na plotkowanie o skandalicznych gwiazdach, zajmowaniem się pomniejszymi wydarzeniami jakimi jak uderzeniem pioruna w czyjś dom, śmierci celebryty czy komentowaniu zagranicznych newsów. Wszystko wróciło do normy, wszystko poza tą grupką nastolatków i ich rodzinami.
   Slavko, od razu po usłyszeniu, że sprawca uciekł, poszedł na policję i wypytał ich o najdrobniejsze szczegóły. W internecie nawet zamieścił ogłoszenie, że za informację o miejscu pobytu przestępców zapłaci grube pieniądze. Nic. Tysiące odpowiedzi, ale żadnej prawdziwej. Zabroniono mu wychodzić z domu (choć z posiniaczoną twarzą i skręconą kostką i tak by tego nie zrobił), a na każdym kroku poza pokojem ktoś go obserwował. To było następstwem akcji w galerii oraz ucieczką jego siostry z domu parę lat wcześniej- ciągła obserwacja i zakazy, które dwoiły się w oczach.
   Nie raz naprawdę chciał mieć proste życie. Rodziców, którzy pracowaliby w sklepie albo w szkole, rodzeństwo, które miało wszystko okej z głową i nie planowało ucieczek z chłopakiem i normalne relacje z innymi. Nie raz chciał właśnie tej prostoty. Zwyczajności można by rzecz, ale z drugiej strony lubił te życie, bo miał o czym rozmawiać, wyróżniał się na tle innych i, tak po prostu, był lepszy. Nie bał się tego stwierdzić ani tak samo powiedzieć, że lubił czytać książki historyczne, a z tego przedmiotu groziła mu lufa.
   Spojrzał w bok. Nie wiedział ile czasu zajęły mu jego rozmyślania, ale gdy obrócił głowę, Vivian nie było na łóżku. Zmarszczył lekko brwi, ale po chwili wzruszył ramionami na nowo pogrążając się w rozmyślaniach.
   Znał Vivian kiedyś, przynajmniej tak myślał. Szczerze to nawet zapomniał jak wyglądała, pamiętał tylko, że miała brązowe włosy, ubierała się jak Eskimos i była cholernie silna. O żadnym liście nie pamiętał, a jego by raczej zapamiętał. Pamiętał wiele rzeczy- pierwsze spotkanie z Chizuru. Ich wspólny „piknik” oraz rozmowy. Wtedy dziewczyna wydawała mu się strasznie niewinna, słodka, a stosunkowo niedawno dowiedział się, że również nie potrafi gotować. Lubił ją, a teraz, przez ponad miesiąc, nie zamienił z nią słowa, choć widział to jak bardzo się zmieniła. Jej wyraz twarzy uległ zmianie, ubiór czy pewne zachowania. Tak samo jak u Aigis. Dziewczyna stała się wycofana, rzadko ją widywał, a teraz nie miał nawet okazji jej powiedzieć tego, co zamierzał.
   A Saria. Kurde, z tą dziewczyną dogadywał się najlepiej. Była na początku trochę skryta, ale potem zaczęli się dogadywać. Była podobna do swojego brata, ciotecznego czy rodzonego to nie miało znaczenia, nawet charakter mieli niekiedy podobny, ale to Saria była tą bardziej żywą osobą, wygadaną, uśmiechniętą i wyróżniająca się.
   -Ja chyba nie potrafię nie rozmyślać- szepnął do siebie, siadając na łóżku. Sięgnął po koszule i narzucił ją na siebie.- A miałem więcej robić niż myśleć- westchnął, poprawiając poduszkę i kładąc się na niej. Zamknął oczy, a po wielu minutach rozmyśleń wreszcie zasnął.

Offline

#428 24-09-2018 o 22h28

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 902

Post pisany z pomocą nieocenionej Satosi <3
https://68.media.tumblr.com/48d1e7a5ed41f823ef2833f555611472/tumblr_odp60pFmBZ1ub5nmro1_500.png

    Cyrk na kółkach coraz bardziej przypominał tanią hiszpańską telenowelę koniecznie z przeprzystojnym głównym bohaterem, którego w naszym wydaniu oczywiście nie było, bo przecież taki Quentin to i na postać drugoplanową się nie nadawał. Co do laski ze złamaną nogą, słysząc jej święte oburzenie, zacząłem rozmyślać gdzie postawić jej ołtarzyk w pokoju, żeby się codziennie modlić do mojego nowego guru o kolejną kontuzję dla największego tyłka i debila roku, jakim był Kryc. Nawet chciałem sam zaproponować, że zaniosę ją do tej pielęgniarki, ale słysząc coś o niedotykaniu, odpuściłem. Doskonale wiedziałem jak to jest, dlatego się wycofałem. Wolałem się zająć Alanem i jego oburzonym tonem. Ale zanim zdążyłem zareagować, on chciał odejść i iść po nauczyciela. Dobra, tak głupiego pomysłu to dawno nie słyszałem. Nam też by się oberwało, a znając destrukcyjne zapędy moje i Hope’a nasz kochany dyrcio mógł pomyśleć, że to my poturbowaliśmy kolegów.
- Nie idź – złapałem go za przedramię, zanim zdążył odejść. Nie zrobiłem tego mocno, bo przecież nie chciałem zrobić mu krzywdy, ale i tak miałem wrażenie jakby się skrzywił. – Będziemy mieć problemy jeśli ktoś tu teraz przyjdzie – wyjaśniłem, przyglądając się jak orszak pogrzebowy odchodzi w kierunku gabinetu pielęgniarki. 
         Gdyby nie Hope, to nigdy nie dołączyłbym się do tego przemarszu, ale ze względu na przyjaciela podreptałem za nimi, ciągnąc za sobą Pandę. Nawet ja nie byłem aż takim dupkiem, żeby chłopaka zostawić samego w tych ciemnościach. Przystanąłem gdzieś niedaleko gabinetu, co by wiedzieć kiedy rudzielec przestanie się zachowywać jak Matka Teresa z Kalkuty i wróci do nas, a tymczasem miałem nieodparte wrażenie, że Alan bardzo chce mi coś powiedzieć. Wnioskowałem po skrzyżowanych na piersi ramionach, nonszalanckim oparciu się o parapet okna i rzucanych mi od czasu do czasu znaczących spojrzeniach. Chciałem to zignorować, naprawdę. Nie miałem siły na wyrzuty, zwłaszcza że on nic nie wiedział o mnie i Krycu, ale w końcu ciekawość zwyciężyła.
- Wiesz, jeśli chcesz mi coś powiedzieć, to śmiało – powiedziałem, posyłając mu uniesioną wielkopańsko brewkę. Co mnie miało zranić już mnie zraniło, a przynajmniej na to liczyłem.
             Nie doczekałem się odpowiedzi, a przynajmniej nie takiej, jakiej bym chciał. Zaciśnięta szczęka chłopaka i krótkie spojrzenie, były jedynym na co mogłem liczyć. Chociaż kiedy już myślałem, że to wszystko, Alan spojrzał mi w prosto w oczy i powiedział jedynie:
- Wiem.
              Zmarszczyłem brwi. Coś mi w tym wszystkim nie pasowało. Czy to przez tego dziada Quentina?
- Jesteś na mnie zły? – zapytałem, starając się opanować głos, żeby mówić spokojnie. Nie chciałem tego. Jeszcze przed chwilą tak szczęśliwie szukaliśmy razem herbaty, a teraz miałem pokaz najbardziej uroczego focha na świecie, ale jednak to był foch. Z przytupem i melodyjką najwidoczniej, bo wszystko wydawało się w tamtym momencie Alanowi ciekawsze niż ja.
- Nie wiem... tak. Też. Po prostu nie potrafię zrozumieć, jak możesz być taki... – Alan zamachał rękami w powietrzu jakby ten mini wiatraczek miał mu pomóc w dobrze słów. - Taki, uh…
             Uniosłem brwi.
- Taki wredny? Niemożliwy? Bezpardonowy? – podpowiedziałem usłużnie, czując że wchodzimy na temat, na który bardzo, ale to bardzo nie chciałem rozmawiać.
-Dokładnie. I jeszcze bezuczuciowy. W jednej chwili jesteś taki miły i k-kochany, a w drugiej po prostu wyśmiewasz się z kogoś, kto potrzebuje pomocy. To po prostu... to nie ma sensu.
               Gdyby nie reszta zdania, w mojej głowie pozostałoby tylko słowo „kochany”, ale nie dane mi było się tym nacieszyć. Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Nie chciałem się w to zagłębiać. Nie chciałem do tego wracać. I nie chciałem, żeby Alan znał tę poprzednią wersję mnie. Tą, która chowała się po szafach i udawała chorobę byle tylko zostać w domu i nie musieć iść do szkoły. Palące poczucie wstydu za pozwalanie by ten dupek mnie maltretował powróciło.
- Nie wiesz co się stało między mną, a Quentinem. Czy widziałeś mnie, żebym kiedykolwiek zrobił coś komuś, kto na to nie zasługiwał? – zapytałem, zaciskając pięści i wciskając je w kieszenie spodni. Ten gest zazwyczaj mnie uspokajał, ale tym razem było inaczej. Bo osoba, na której tak bardzo mi zależało rozdrapywała rany, które myślałem, że już dawno zdołały się zagoić.
-Super – syknął, znów krzyżując ręce na piersi. - Chizu na przykład. Na początku roku – powiedział, przypominając mi głupi wybryk.
- To były żarty – przewróciłem oczami. – Wiesz, ja też mam jakieś poczucie humoru. A jej nic się nie stało – zauważyłem inteligentnie. Najadła się wstydu? Nie zauważyłem. Miała po tym siniaki? Coś mi się nie wydawało. Ktoś się z niej później nabijał? Nawet przez moment nie.
- Bardzo dojrzałe to poczucie humoru. Naprawdę, gratuluję. Nie widzę żadnej różnicy w tym, jak ich potraktowałeś.
          Przeczesałem włosy dłonią. Ta rozmowa naprawdę nie miała sensu. Nie chciałem się kłócić z Pandą. Bolało mnie to bardziej niż bym się do tego przyznał, ale nie mogłem tak po prostu przyznać mu racji. Może jeszcze kazałby mi iść i przeprosić tego dupka?
- Nie widzisz różnicy, bo nie znasz sytuacji – powiedziałem ostrzejszym tonem niż tego chciałem. – I ze względu na to prosiłbym cię, żebyś nie wyciągał pochopnych wniosków co do mnie i co do Kryca. Bo nie znasz go od tej strony, którą ja miałem nieprzyjemność poznać.
             Alan widocznie zmieszał się po moich słowach, bo zamilkł na chwilę i uciekł wzrokiem gdzieś w okolicę swoich trampek. Miałem nadzieję, że ten temat był zakończony, a my w końcu będziemy mogli stąd iść i wrócić do poszukiwań ciepłego napoju. Trochę marzłem i chusteczka do nosa , której używałem stała się odrobinę  obrzydliwa. Ale kiedy już myślałem, że to naprawdę koniec, Alan podniósł na mnie oskarżycielski wzrok.
- Skąd mam niby znać, skoro nic mi nie mówisz? – zapytał, a w jego głosie pobrzmiewało coś niecodziennego. - Poza tym... – nie dokończył, bo zacisnął usta w wąską kreskę, ale nie zdążyłem zapytać go, co poza tym, bo poczułem mocne uderzenie gdzieś w okolicach łopatek.
              Obróciłem się twarzą do tego, który ośmielił się przerwać nam tę jakże miłą i orzeźwiającą pogawędkę, ale widząc Hope’a do tego w niezbyt dobrym stanie, powstrzymałem się od komentarza.
- Stary, na pewno wszystko w porządku? – zaniepokoiłem się, kiedy monolog rudzielca ustał na chwilę żeby zaraz zamienić się w wyznanie, od którego włoski na karku mi się zjeżyły. Nie miałem pojęcia, że mój najlepszy przyjaciel tak to wszystko przeżywał. Poczułem się okropnie. Nie dość, że przez cały ten czas unikałem Aigis, to jeszcze zaniedbałem kumpla, który przecież nie raz był moim jedynym oparciem w tym popapranym miejscu. Łez na jego twarzy to już w ogóle się nie spodziewałem. Sprawa Alana i naszej kłótni zeszła w tamtym momencie na drugi plan. Nie mogłem przejść obojętnie obok Rivestine’a i udać, że niczego nie widziałem. Nawet jeśli tego by ode mnie chciał.
- Hej, to przecież nic takiego – spróbowałem go pocieszyć, sięgając ręką do jego ramienia, żeby poklepać go po przyjacielsku i dodać może jakoś w ten sposób otuchy. Nie byłem zbyt dobry w tego typu sprawach. To zawsze ja byłem pocieszanym, nie pocieszającym. – A normalność jest przereklamowana i nikt jej nigdy tak naprawdę nie zdefiniował, więc tym akurat na twoim miejscu najmniej bym się przejmował – powiedziałem, szczerząc do niego zęby w uśmiechu.
- Przyniosę ci coś z górnej półki – obiecałem, puszczając oczko do chłopaka, kiedy rozdzieliliśmy się w drodze do automatu.
           Byłem zdeterminowany poprawić humor przyjaciela. A to oznaczało ciężkie działa.
- Alan. Jeśli komuś kiedykolwiek powiesz o tym, co widziałeś, osobiście się z tobą policzę – to miało zabrzmieć jak żart, chociaż byłem jak najbardziej poważny. W końcu moje zapasy piwka nie brały się znikąd. I chociaż nie lubiłem pić, a trzymałem to wszystko w ukryciu raczej dla zasady, skoro Hope potrzebował kopa, zamierzałem mu go dostarczyć.
            Schowek na miotły z tajną skrytką w czeluści ogromnego, nieużywanego biurka znalazłem jakoś na początku roku, kiedy uciekłem z historii. Nie miałem ochoty wysłuchiwać nudności, poszukałem więc miejsca gdzie mogłem w spokoju posłuchać muzyki i nażreć się kwaśnych żelek, a że przy okazji znalazłem idealną skrytkę to już była inna sprawa. Uruchomiłem mechanizm i wyciągnąłem z czeluści dwa zwykłe browce i jedno piwo dla kobiet, które czasem „pożyczała” ode mnie Aigis.
- Nie patrz tak na mnie, nie upijemy się tym z Hope’m – powiedziałem, czując na sobie wzrok Alana.- Chcę mu pomóc, jasne. A jeśli to mu pomoże się wygadać, to mam zamiar zaryzykować choćby i wywalenie z tego cyrku na kółkach – mruknąłem, kopniakiem zamykając dodatkową szufladę biurka. – I tak nigdy mi nie zależało, żeby tu się znaleźć – dodałem już ciszej, raczej do siebie, kiedy chowałem dobra po kieszeniach dresów i pod zbyt luźną koszulką. Nie wyglądałem podejrzanie. A dla niepoznaki  i tak kupiłem jeszcze sobie i Alanowi herbatki z automatu.


Pomyliłam niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/604051060125859841/picsart-07-25-09-04-25.png

Offline

#429 25-09-2018 o 17h45

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 940

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353538865061036056/399942880128532490/97e36d0b6c5b4f81ce31982dbd8b3889.png

     Był wdzięczny, że mimo niestabilności, jaką im okazał i niejasnej odpowiedzi na proste pytanie, czy wszystko w porządku, zaufali mu i pozwolili odejść. Patrzył na niskie sylwetki Flynna i Alana nim zniknęły za zakrętem. Później przystanął, aby poświęcić chwilę na zapatrzenie się w głąb długiego korytarza. Wsunął ręce do kieszeni eleganckich spodni, spuszczając wzrok. W końcu, odwrócił się na pięcie, pokonał ten sam kawałek drogi, co z przyjaciółmi, po czym wszedł do łazienki.
     Będąc przy umywalce, odchylił się lekko do przodu, po czym oparł się o nią udami. Przybliżył twarz do lustra i patrzył na nią, zwracając uwagę na lekko podkrążone, zaczerwienione oczy. W dalszym ciągu czuł frustrację, ale już nie tak silną, aby „mazać się jak mała dziewczynka”. Nie czuł poczucia wstydu, że wypuścił łzę na podłogę. Ciepło wolno powracało do jego ciała, a chłopak nie śpiesząc się, skupił się na własnym oddechu, aby całkowicie się uspokoić.
     Nadal w pierwszej kolejności myślał o Julesie, później o Aigis i jej wyjeździe, a na końcu o relacji Alana i Flynna. Trzecią myśl wyrzucił najłatwiej. Pomyślał, że kiedy nadarzy się odpowiednia okazja, po prostu ich zapyta. Drugą myśl odrzucił zaraz po tym, tym razem jednak nie miał ani jednego, konkretnego argumentu. Pierwsza myśl jednak tkwiła w nim nadal i za nic nie potrafił się jej pozbyć.
     Nie będąc świadomy tego, gdzie aktualnie przebywał Jules, kolejny dzień z rzędu przed oczami miał najgorsze scenariusze. Był zły na cały świat o to, że nikt się nim nie przejmował razem z nim. Był zły na Flynna i Alana na to, że nie zauważył u nich jakichkolwiek znaków o to, że mieli na uwadze los jego przyjaciela.
     Oderwał kawałek ręcznika papierowego zawieszonego obok suszarek do rąk. Przyłożył ją do nosa, aby go wydmuchać, ale sztywna chusteczka zaczęła się palić.
     -Cholera- wymamrotał jedynie pod nosem. Palący się ręcznik zwinął w kulkę, po czym wrzucił do umywalki. Nie dawał jednak za wygraną. Pociągnął za rolkę i urwał kolejny kawałek, ale sytuacja i tym razem była identyczna. Proces ten powtarzał uparcie. Przy szóstym lub siódmym razie zaczął marszczyć brwi w niezadowoleniu, ale nie mówił nic. Na jednej z jego dłoni tańczyły wesołe płomyki.
     W końcu zorientował się, że nie jest w pomieszczeniu sam. Odwrócił się, aby spojrzeć na pozamykane kabiny. Wcześniej myślał, że to wiatr trzaskał czymś na zewnątrz . Okno było jednak nieszczelne, ale zamknięte.
     Przeczesał włosy palcami wolnej dłoni, po czym przerzucił długie kosmyki na jedną stronę. Musiał wyglądać kiepsko z pogniecioną, niemal do połowy rozpiętą koszulą, z krawatem żałośnie przewieszonym przez szyję i spojrzeniem niechętnym do życia, ale w tamtej chwili zastanawiał się jedynie, czy znajdował się w damskiej toalecie. Nie zamierzał stamtąd uciekać, tym bardziej, że drzwi już się otwierały.
     Dziewczyna miała na sobie maskę chirurgiczną. Rzecz zwinięta z gabinetu pielęgniarki była pierwszym, co rzuciło się w oczy Rivsteina. Spojrzał na jej ranną nogę, po czym skojarzył fakty.
     -Och- wydusił jedynie.
     Stanął bliżej umywalki, aby ograniczyć pole widzenia nieznajomej na cały ten bałagan, który sprawił. Przy okazji, schował rękę z płomieniami za plecami. Na jego ustach pojawił się niewinny uśmiech, który wycelował prosto w brunetkę.
     -Jak noga?- Zapytał nagle.
     Dobrze wiedział, że szkolna pielęgniarka czasem potrafiła zdziałać cuda w krótkim czasie. Poza tym, przed zadaniem tego pytania, miał w głowie kilka innych, a aż dwa zawierały w sobie imię Quentina. Cały czas miał na uwadze to, że ta dziewczyna jeszcze przez kilka następnych godzin powinna zostać mu neutralna. Nie należała ani do klasy X, ani do klasy Y. Musiał cierpliwie poczekać na moment, w którym oficjalnie ogłoszą to, gdzie i kto został przydzielony, a dopiero później wskakiwać na ryzykowne tematy rozmów.

Ostatnio zmieniony przez Airi (25-09-2018 o 17h47)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#430 27-09-2018 o 21h15

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 741

-------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/180819/58a1f51b387606dc80c1ba5c99a7373d.png

Post współtworzony z Airi.

   Przebierając się w ciasnej kabinie Vivian kilka razy uraziła się w złamanie i musiała zaciskać zęby, by nie zacząć kląć jak szewc. Gdy trzymała kończynę w powietrzu nie było tak źle. Czuła się jakby siedziała na niej ponad dwie godziny, po prostu przez to noga jej zdrętwiała i zacisnęła w silnym skurczu.
   Założyła maseczkę i jednorazowe rękawiczki zabrane bez pytania z pokoju pielęgniarki. Nie potrafiła już spokojnie bez niej funkcjonować i już wychodząc do łazienki czuła, że za moment nie wytrzyma jeśli jej nie założy. Przebywanie przy innych ludziach bez odpowiedniego zabezpieczenia sprawiało, że stawała się jeszcze bardziej przewrażliwiona na bliskość niż zazwyczaj. Szczególnie przy Quentinie.
   W momencie, kiedy prawie skończyła się przebierać ktoś wszedł do toalety. Nie przejęła się tym zbytnio i zapinając ostatnie guziki już miała wyjść, jednak poczuła zapach spalonego papieru. Dopiero wtedy poczuła niepokój. Przez moment nie wiedziała, co powinna zrobić. Dwa razy przybliżała się do drzwi, a później oddalała zanim wyszła opierając się o ścianę, przekonana w końcu myślą, że zostanie tam podczas pożaru nie zapewni jej bezpieczeństwa.
   Nie zastała jednak tego, czego się spodziewała. Zamiast szalejących płomieni, zobaczyła tylko przygnębionego chłopaka o ognistych włosach i popiół na umywalce.
   — Wszystko w porządku? — spytała dokładnie w momencie, gdy chłopak wspomniał o jej nodze. Czerwonowłosy w odpowiedzi kiwną tylko głową lecz ona się odezwała. — Dobrze. Trzy dni i powinno być po wszystkim.
   Powstrzymała się od powiedzenia na głos, że pielęgniarka to kolejna osoba, której zazdrości mocy. Chyba najbardziej z jak dotąd spotkanych. Umiejętność tak przeciwna do tych, które ona posiada.
    — To świetnie. —  Chłopak poszerzył lekko swój uśmiech słysząc zapewnienie dziewczyny. — Nie chciałbym, aby szanse były nierówne.
    — Mówisz o rywalizacji klas? — spytała, niepewna czy dobrze zrozumiała jego słowa. — Ciekawa jestem do której trafię.
    — Eufemizm niemal tak piękny jak twoje spojrzenie — dodał zdecydowanie, po czym parsknął śmiechem. — Ja też jestem szczerze ciekawy.
   Dziewczyna jeszcze nie rozumiała na jaką skalę toczy się walka między klasami, jednak powoli zaczynało to do niej docierać dzięki cichym aluzjom posyłanym przez innych. Wrogość między niektórymi uczniami zauważyła jeszcze na spotkaniu w korytarzu, nie wiedziała jednak, że miało związek z podziałem na klasy. Podejrzewała wtedy, że to Quentin zraził ich do siebie, co mogło nadal być prawdą.
   Przez nową informację całkowicie nie zwróciła uwagi na to, że chłopak wspomniał też o jej spojrzeniu. Uznała to za nic nie znaczące porównanie i pominęła je w swoim umyśle.
    — Jestem Vivian — powiedziała przytłumionym przez maseczkę głosem. Tak właśnie powinien zawsze brzmieć, pomyślała.
   W pierwszym odruchu chciała wyciągnąć do niego dłoń, jednak zrezygnowała. Nie ufała tak cienkim rękawiczkom. Dopiero, kiedy odzyska swoje skórzane, będzie czuła się swobodniej.
      — Hope — odpowiedział chłopak imitując przytłumiony przez maskę głos dziewczyny. Spojrzenie skierował właśnie na materiał zakrywający usta Vi, jednak ona zignorowała nieme pytanie, tak samo jak on nie odpowiedział na to, które zadała na samym początku ich rozmowy.
   Vivian jak na wzorową uczennicę przystało od razu przetłumaczyła sobie to słowo. I nie wiedziała czy powinna się śmiać z ironii sytuacji, gdy nadzieja pojawia się dopiero po wypadku, czy cieszyć z dobrej wróżby.
   Widziała, że Hope również poruszył dłonią jednak schował ją z powrotem przy przedstawieniu i dopiero wtedy zauważyła jak usilnie próbuje kryć ją za plecami oraz to dziwne ciepło bijące od niego. Powinna połączyć fakty jak zapach spalenizny, ciepło i popiół, jednak była zbyt zmęczona, a silne leki też nie wspomagały koncentracji.
       — Dobrze się czujesz? Wydaje mi się, że masz gorączkę — powiedziała, bo tylko do takiego wniosku mogła dojść w tym stanie. Choć bardziej prawdopodobnym było to, że właśnie ona miała podwyższoną temperaturę.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#431 07-10-2018 o 12h14

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 940

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353538865061036056/399942880128532490/97e36d0b6c5b4f81ce31982dbd8b3889.png

     Ta dziewczyna była dziwna. Hope próbował porównać jej zachowanie z inną osobą, z którą już kiedyś rozmawiał w taki sposób, ale nie potrafił przypomnieć sobie jej imienia. Wbijanie wzroku w jej maskę nie pomagało, ale chłopak jeszcze przez jakiś czas nie chciał zmieniać swojego głównego przedmiotu zainteresowania. Nieświadomość tej drobnej istoty bawiła go niesamowicie. Najchętniej wyszedłby z nią na korytarz, aby nie rozmawiać w damskiej łazience, ale nie chciał narażać się na niepotrzebne, ewentualne spojrzenia. Spojrzał jej w oczy, ciekawy, jak zareagowała na jego imię. Przez chwilę poczuł się nieswojo, jakby miał ochotę się z niego tłumaczyć. Jego usta już ułożyły się w literę „m”, która miała zapoczątkować słowo „matka”, ale ostatecznie nie powiedział nic.
     Matka. Mama takie wymyśliła. Takie właśnie chciała, abym nosił.
     Kiedy zapytała o temperaturę, uśmiechnął się, tym razem bez kpiny. Można było rzec, że zrobił to w ciepłym geście, na swój sposób. Chwilę później podniósł głowę wyżej, podejrzewając Vivian o prowokację. Pytał siebie w myślach, czy może już zauważyła to, co ukrywał za plecami i czy zdążyła poskładać wszystkie fakty ze sobą.
     -Nigdy nie miałem gorączki i raczej nie będę jej miał- powiedział spokojnie. –Myślę, że ty za to możesz mieć ją w tej chwili- dodał.
     Nie śpiesząc się, wyprostował płonącą dłoń, a później zgiął rękę i wyprostował palce, rozchylając je lekko.
     -Właśnie poznałaś żywy piecyk- mruknął niechętnie.
     Hope zdecydowanie nie traktował ludzi równo, zwłaszcza, jeśli chodziło o płeć. Gdyby przyszło mu w takich okolicznościach poznać osobę takiej samej do siebie płci, pomijając pytanie, dlaczego on też wszedł do damskiej toalety, na pewno nie żartowałby tyle i był mniej wylewny. Hope przy dziewczętach zachowywał się inaczej. Był zdecydowanie delikatniejszy w słowach, a już zwłaszcza, kiedy przebywał z nimi bez innych osobników płci męskiej.
     W tamtej chwili podobało mu się, że dziewczyna pochodzi z dalekich stron. Na pewno nie znała sławnych z mocy rodzin mieszkających w jego kraju. Był tego pewny, choć nie miał dobrych podstaw, ponieważ dalej jej nie znał.
     -Flynn zdążył już zwrócić uwagę na twoją moc. Niesamowita siła, tak?
     Zawsze uważał, że ma prawo, a nawet powinien poznać moce tych, którym wyjawił swoją. Czuł się też niemal zobowiązany do tego, aby w sprzyjających okolicznościach powiedzieć o swoim ogniu osobom, które powiedziały mu o swojej mocy pierwsze. Była to niepisana zasada, której się trzymał. Jego zdaniem, tak po prostu wypadało.
     -Miałem nie pytać, ale…- zawahał się. –Quentin- zaznaczył.
     Nie wiedział jeszcze, jak skonstruuje swoje pytanie, ale chciał od razu jej przekazać, o kogo będzie chodziło. Sam nie lubił, kiedy trzymało się go w niepewności. Nienawidził tego.
     -To pewnie przez niego twoja noga jest w takim stanie?- zapytał.  –Szkoda tej sukni- dodał po chwili, sam nie wiedział, dlaczego.
     Chizuru miała ładniejszą sukienkę. Aigis też. Próbował się domyślić, dlaczego Vivian próbuje ukryć jak największą część swojego ciała, ale nie potrafił. Nie był pewny, czy mógł dalej zrzucać wszystko na kulturę jej kraju. Może chodziło o węższe środowisko? Tradycję rodzinną? Było zbyt wcześnie, aby o to pytać.


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#432 07-10-2018 o 14h27

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 741

-------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/180819/58a1f51b387606dc80c1ba5c99a7373d.png
   Nie mogła się nadziwić jak szybko zmieniła się postawa Hope. Gdy otworzył drzwi i go zobaczyła, wydawał się załamany, zdenerwowany, a teraz co chwilę wysyłał jej ciepłe uśmiechy, które wydawały się szczere. Może trzeba mu było towarzystwa, a może Vivian słabo odróżniała prawdę od kłamstwa. W końcu nie nauczysz się odróżniać ludzkich reakcji, jeśli prawie nie masz z nimi do czynienia.
   Gdy chłopak odwrócił jej słowa i stwierdził, że to ona może mieć gorączkę, automatycznie sięgnęła dłonią do czoła. Rzeczywiście było gorące, na tyle, że nawet przez rękawiczkę mogła to poczuć. Jednak to nie tłumaczyło ciepła bijącego od czerwonowłosego.
    — O! — wymsknęło jej się, gdy zobaczyła dłoń Hope.
   W pierwszym odruchu chciała odkręcić kran i polać chłopaka wodą, jednak szybko zrozumiała, że ogień nie robi mu krzywdy. W jej oczach zabłyszczał płonień silniejszy niż ten w ręce nastolatka. Znów ta chora zazdrość o cudzą moc zawładnęła nią na moment.
    — Żywy piecyk? W taką pogodę to musi być naprawdę miłe — powiedziała i jak na zawołanie przeszedł ją dreszcz. Na twarzy czuła ciepło Hope, jednak za plecami bił w nią chłód od niezbyt szczelnego okna.
   Czy to było dziwne, że miała ogromną ochotę się do niego przytulić? Nie chodziło o żadne uczucia, nawet o okazanie wsparcia czy pocieszenia samej siebie. Było jej cholernie zimno, a chłopak nadał sobie idealnie pasujący przydomek. W domu pół zimy spędzała przytulona do kaloryfera pod kocem. Niestety bycie człowiekiem dyskwalifikowało Hope do tej roli, nie mogła dotknąć kogoś mającego moc. Nawet z gorączką dobrze o tym pamiętała.
    — Można to tak nazwać — przyznała, gdy Hope wspomniał o jej mocy. Choć skrzywiła się na słowo niesamowita, nie zaprzeczyła mu. Wykłady o tym jak nie cierpi swoich mocy może zostawić dla kogoś, kogo to interesuje. Czyli siebie samej. Nie zapytała kim był Flynn. Podejrzewała, że imię należy do jednego z przyjaciół rudego.
    — Właściwie, to przeze mnie oboje jesteśmy w takim stanie — zaprzeczyła ze smutkiem w głosie.
   Choć nie zrobiła tego specjalnie, nie dało się ukryć, że to była jej wina. To ona będąc nieostrożna wpadła wprost na Quentina. On nie prosił o pomoc.
    — I tak bym jej więcej nie ubrała — stwierdziła.
   W końcu nigdy więcej nie miała już zamiaru brać udziału w żadnym balu.
   I dopiero po chwili coś do niej dotarło.
    — Czy to nie jest przypadkiem damska toaleta? — spytała niepewnie.

Ostatnio zmieniony przez Chitaru (07-10-2018 o 16h10)


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#433 07-10-2018 o 17h03

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 940

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353538865061036056/399942880128532490/97e36d0b6c5b4f81ce31982dbd8b3889.png

          W ciszy obserwował reakcję nowej znajomej na jego moc. Czuł się lepiej, niż kiedy wszedł do łazienki. Zapoznanie się z nową osobą pozwoliło mu na chwilę uciec od zmartwień i problemów. W jego przypadku, czyjeś towarzystwo mogło zarówno powstrzymać jak i wywołać katastrofę w ciągu kilku minut.
     Opuścił wolno dłoń, która zaczęła przybierać swój normalny stan.
-Chyba tak- powiedział, kiedy dziewczyna wspomniała o zimnej pogodzie. Hope doświadczył zimna tylko kilka razy w życiu. Za każdym nie wróżyło to nic dobrego.
     Nie uszło jego uwadze lekkie skrzywienie na twarzy dziewczyny, kiedy wspomniał o jej mocy. Zastanawiał się, czy to właśnie ona była powodem ku temu, że Vivian tak się zasłaniała. Siła tak potężna, że nie dało się nad nią panować? Moc, która niszczyła? Chłopak gwałtowanie wyrwał się z zamyślenia.
-Przez ciebie?- Zapytał ze zdziwieniem. –Byłem pewny, że wina leży po jego stronie, nawet, jeśli to ty masz moc, która powaliłaby taką panterę w dwie minuty.
     Pokręcił głową. Stwierdził, że na razie ma dość zadawania tego typu pytań.
     Kiedy dziewczyna zapytała o to, czy nie znajdywali się przypadkiem w damskiej toalecie, Hope odkręcił wodę, aby spłukać resztki popiołu, po czym znowu oparł się o umywalkę.
-Damska? Oczywiście, że nie, damskie toalety są zaraz obok- powiedział, starając się brzmieć wiarygodnie i nie parsknąć ponownie śmiechem. Dziewczyna chyba naprawdę mu uwierzyła, ponieważ podeszła do drzwi i otworzyła je, po czym spojrzała na ich oznakowanie, by po chwili przenieść zdezorientowany wzrok na Hope.
-Ta była bliżej, poza tym wszyscy i tak są teraz na sali, w dormitoriach albo... w ogrodach- wytłumaczył pokrótce. Nie czuł się winny ani trochę.
-Może wracaj już do gabinetu- zaproponował z rozbawieniem. –Jutro chyba powiedzą ci, do której klasy cię przydzielili, nie? Powinni to zrobić. Też będę się zbierał. Nie chcę, żeby Wiceflaw* się zorientował, że uciekłem z potańcówki i nie poszedłem od razu spać.
     Mimo zmęczenia, chciał jeszcze pobyć trochę z Flynnem i Alanem. Porozmawiać.
     Nim zdążył skierować się do drzwi i wykonać gest ręką, aby Vivian wyszła z łazienki pierwsza, źródło światła zaczęło migać.
-Jak w horrorze- skomentował Hope.


*Wicedyrektor Flawian


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#434 07-10-2018 o 21h32

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 741

-------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/180819/58a1f51b387606dc80c1ba5c99a7373d.png
   Zdążyła zauważyć jaką opinię o Quentinie mają inni uczniowie. Zastanawiała się dlaczego tak go postrzegają. Zrobił coś złego, a może podpadł tylko przeciwnej klasie jakąś nieczystą zagrywką. Był impulsywny i lubił wygrywać, już kiedyś się o tym przekonała. Te cechy mogły być zaletami, jednak nie w tym przypadku, gdy gra toczyła się o wysoką stawkę i każdy chciał wygrać.
    — Dlaczego masz o nim takie złe zdanie? — spytała, bo ciekawość wzięła nad nią górę.
   Została całkowicie zbita z tropu, gdy chłopak stwierdził, że to ona pomyliła ubikacje. Spojrzała na niego niepewnie, jakby analizowała jego słowa. Gdy mówiła mu o tym była całkowicie przekonana o swojej racji, jednak w tym momencie zaczęła mieć wątpliwości. Może rzeczywiście się pomyliła, pod wpływem emocji z poprzedniej rozmowy idąc do toalety nie zwracała specjalnie uwagi na otoczenie, więc mogła nie zauważyć tabliczki na drzwiach.
   Wolnym krokiem zbliżyła się do drzwi i spojrzała na rysunek na nich wywieszony. To damska toaleta. Spojrzała spode łba na chłopaka, zauważając, że ją okłamał. Ten od razu zaczął się tłumaczyć, choć nie wydawał się mieć wielkiego poczucia winy. Później przypomniał jej, że powinna wracać do pokoju pielęgniarki. Tyle, że ona nie chciała. Czekał tam na nią Quentin i jego mama, a wraz z nimi niezręczna sytuacja. Co jednak miała powiedzieć?
    — Och, no tak. — Westchnęła, przypominając sobie, że szwendanie się po korytarzach podczas trwania balu było zakazane. — Nie chcę, żebyś miał przeze mnie problemy.
   Ona raczej była już zwolniona z uczestniczenia w balu, więc nie powinna się martwić możliwym przyłapaniem. Nie chciała jednak, by ktoś inny przez nią miał kłopoty. Tej nocy narobiła ich już zbyt wiele. Widziała wicedyrektora, nie wyglądał na tak pobłażliwego jak pani Noves.
   Już miała wyjść, gdy żarówka poinformowała ich, że niedługo osiągnie kres swojej wytrzymałości i trzeba będzie ją zastąpić. Chłopak skomentował to w ten sposób, że Vi zauważyła okazję na przedłużenie swojego pobytu poza miejscem, w którym powinna być.
    — Boisz się? — Spytała z zasłoniętym uśmiechem na ustach i widocznym w oczach. — Może cię odprowadzić?


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#435 15-10-2018 o 20h09

Straż Cienia
Satomi-iko
Straż na szkoleniu
Satomi-iko
...
Wiadomości: 235

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353644889772130305/399637935995092992/unknown.png
      Nie potrafiłem pojąć zachowania Flynna, to fakt, ale było coś jeszcze. Zawsze miałem problem z definiowaniem uczuć czy bardziej skomplikowanych emocji. Czułem je, ale bardzo często nie rozumiałem. Niby nic takiego, w końcu to przecież normalne w naszym wieku – powtarzałem sobie dawniej – ale coraz bardziej miałem wrażenie, że to po prostu ze mną jest coś nie tak. A może po prostu ostatnio zbyt wiele myślałem? Nawet teraz, stojąc naprzeciwko Flynna i próbując ułożyć w głowie to, co nie dawało mi spokoju od chwili, kiedy się obudziłem, nie byłem w stanie dojść do niczego. W końcu powiedziałem coś, ale to nie było wcale to, co chciałem mówić. Nie chciałem być na niego zły przecież! A mimo to za każdym razem, gdy na niego spojrzałem, czułem to dziwne... coś. Jego amorficzność irytowała mnie.
     Szliśmy razem z Hopem, którego od razu zaczął pocieszać Flynn. A ja tylko milczałem, zaskoczony wybuchem przyjaciela. Jedyną osobą, którą pocieszałem w życiu była Chizu, ale w tym wypadku wątpiłem, czy Hope właśnie takiego pocieszenia potrzebuje, więc zwyczajnie... nie robiłem nic. Widok załamanego Hope, który zawsze był ostoją spokoju i tym jedynym nie dającym się ponieść sprawił, że zrozumiałem, jak bardzo wszystko się zmieniło. Tak naprawdę teraz wszyscy razem staliśmy nad przepaścią, jeśli już nie spadaliśmy na jej dno. W tamtej sekundzie miałem wrażenie, że już nigdy nie uda się niczego naprawić.
     Znów zostaliśmy z Flynnem sami. Tym razem jednak nie rozmawialiśmy. Dopiero stojąc przed schowkiem na miotły jedno z nas przerwało ciszę. Zacisnąłem usta, nie chcąc się kłócić z przyja... z Flynnem. Zaraz jednak ten mnie zaskoczył. On jeden nie stracił zimnej krwi. Był po prostu... taki sam jak zawsze. Był po prostu Flynnem Watsonem, którego poznałem dzięki Hope w pierwszym tygodniu szkoły. I być może dałem się ponieść, ale w tamtej chwili było mi wszystko jedno. Dlatego też, kiedy chłopak stanął do mnie tyłem, aby wrzucić jakieś drobne do automatu, niespodziewanie wyciągnąłem ku niemu ręce i objąłem go od tyłu bez żadnej zapowiedzi, zamykając oczy.
-Cieszę się, że tu jesteś – szepnąłem.
Chciałem mu jeszcze powiedzieć, że jest wspaniały. I silny. I niesamowity. Ale na to nie starczyło mi słów. Jedyne co udało mi się jeszcze dodać, to prawie bezgłośna prośba, żebyśmy tak chwilę postali. Byłem pewien, że usłyszał.
      Wracaliśmy w ciszy, ale ta nie była nieprzyjemna. Oboje zatopieni we własnych myślach. Samemu się sobie dziwiąc, szedłem, przytulając do siebie lewą rękę Flynna. „Tylko dzisiaj.” Raz po raz zamykałem oczy, przez co czasem plątały mi się nogi, ale szliśmy niespiesznie, więc nie było możliwości, żebym upadł. Nie z nim. W pokoju wspólnym nikogo nie było, więc napisaliśmy Hope, żeby przyszedł do mnie (u Flynna mimo wszystko było zbyt brudno, żebyśmy się pomieścili), gdzie planowaliśmy posiedzieć bezpieczni aż do nocy. A może do rana? Tam jednak siedzieliśmy już w normalnym oddaleniu od siebie. Zupełnie, jakby nic się nie stało.

Ostatnio zmieniony przez Satomi-iko (15-10-2018 o 20h26)


https://data.whicdn.com/images/314269009/original.gif

Offline

#436 15-10-2018 o 23h00

Straż Cienia
Labano
Szeregowiec
Labano
...
Wiadomości: 127

.                                                                                                      Terra Poe

    Po chwili ciszy, podczas której w głowie chłopaka chyba powoli zaczęły przeskakiwać trybiki, ten osobnik, który nawet nie raczył jej się sam przedstawić, zaczął na nią naskakiwać. Nawet pomimo tego, że była przygotowana na taki zwrot akcji, ba wręcz była pewna, że to się stanie, poczuła niewyobrażalny gniew. Nienawidziła, gdy ktoś zaczynał na nią krzyczeć, nienawidziła, gdy wytykano jej błędy, a już najbardziej z tego wszystkiego trudno było jej znieść, gdy wyzywano ją od idiotek. Całe dzieciństwo była zmuszona wysłuchiwać tego, jaka jest beznadziejna, niewychowana, okropna. Przez całe życie uważano ją za porażkę, przez co i ona zaczęła tak myśleć. Wtedy też nauczyła się chować całą swoją nienawiść do siebie głęboko wewnątrz. Na powierzchni został tylko cynizm i sarkazm. Z trudem powstrzymując się od kopnięcia złamanej nogi chłopaka, odwróciła się na pięcie i usiadła na pobliskim nagrobku, nie patrząc na znajomego. Jej cień samoistnie zacisnął się na wystającym obok kamieniu i bez żadnego trudu po prostu go skruszył. Powstrzymując się od rzucenia jakimś przykrym komentarzem, zaczęła nawijać swoje białe jak śnieg włosy na palec, co zdawało się ją uspokajać. Pod maską obojętności, ukrywała targające nią emocje. Słowa ciemnowłosego bardzo ją zabolały. Czuła się po nich jak struta. Co innego samej sobie wyrzucać beznadziejność, co innego usłyszeć to od kogoś nieznajomego. Jej i tak niska samoocena, zaczęła niebezpiecznie spadać w dół. Jeszcze chwila i przez najbliższy tydzień nie wyjdzie spod koca. Naprawdę pomimo tego, że to niezaprzeczalnie był jej błąd, mógł zostawić komentarze dla siebie. Czuła się winna całego zajścia, beznadziejna, ale również wściekła. Wtem nagle, bez jakiegokolwiek logicznego sensu jej towarzysz wstał i oddał jej marynarkę, mrucząc przy tym podziękowania. To już całkowicie zbiło białowłosą z tropu.
    Zanim jej sprzeczne emocje osiągnęły apogeum, pozostali uczestnicy nocnej wycieczki wrócili wraz z zaginionym rudzielcem. Dziewczyna nie miała zamiaru brać udziału w rozmowie, zakładając, że pewnie i tak ludzie nie będą mieli ochoty jej słuchać, po tym czego się dowiedzą. Była ciekawa jak szybko chłopak wygada pozostałym, co naprawdę zaszło na cmentarzu. Starała się odegnać od siebie te myśli, jednak podświadomie bała się reakcji innych. Nie każdy może być tak wyrozumiały jak Vivian, która zresztą pewnie po wypadku zdążyła już zmienić zdanie. Najprawdopodobniej większość zareaguje tak, jak ciemnowłosy.
    Temat szybko zszedł na powrót na salę balową. Uciekinier zaproponował pomoc w odnalezieniu drogi dzięki swojemu darowi, rozmowie ze zwierzętami. Każdy przystał na tę propozycję, dzięki czemu pół godziny później znaleźli się już w ciepłym wnętrzu szkoły. Dopiero w tym miejscu zdała sobie sprawę z tego, jak jej zimno. Teraz pozostawał kolejny problem, jakim było zaciągnięcie rannych do pielęgniarki i nie wydania się przy tym przed nauczycielami. Oczywiście i tak dowiedzą się o tym incydencie od speca medycznego, jednak lepiej żeby stało się to później, niż wcześniej. Jako nowa nie znała drogi do gabinetu, jednak przewodnictwo przejęli Oskar i zadufany dupek. Patrząc na kulejącą Viviene, przez chwilę miała ochotę podejść do niej i ją podtrzymać, jednak słysząc już wcześniej jej stanowcze odmowy w kwestii dotykania, postanowiła nawet nie próbować. Nagle zza rogu wyłoniło się trzech mężczyzn, najwyraźniej znających jej dwóch przewodników. Jeden z nich, niższy blondyn wyszydzający rany Quentina, zdawał się go szczerze nienawidzić, czym dziewczyna wcale nie była zdziwiona. Sama zastanawiała się, jakie emocje żywi w stosunku do nowego znajomego. Bo jakieś na pewno żywiła. Nie był jej obojętny, tak jak na przykład ten rudzielec, którego bądź, co bądź widywała wcześniej w szkole, albo Oskar, a przecież znała go mniej więcej tyle samo. Zastanawiało ją tylko, czy jest to uczucie pozytywne, czy negatywne. Po chwili namysłu stwierdziła, że to niemożliwe, by była to pierwsza opcja. Przecież nie jest na tyle głupia, żeby jako potencjalnego znajomego brać pod uwagę buca, zwłaszcza po tym, co zrobił. Z drugiej jednak strony lubiła szczerość u ludzi, a tej na pewno mu nie brakowało. Z resztą po tym wybuchu, pewnie i tak nie miała najmniejszych szans, nawet na najzwyklejszą rozmowę z nim, lub z kimkolwiek z tej paczki.
    Po dwudziestu minutach powolnej drogi, wreszcie dotarli do gabinetu. Pielęgniarki jednak nie było w środku. Widząc, że jej znajomi przeżyją, Terra postanowiła wrócić do swojego pokoju. Wiedziała, że prędzej, czy później i tak tu wróci, ponieważ miała strasznie słabą odporność i każde przeziębienie łapała z prędkością wiatru. Po nocnej eskapadzie w taki mróz, była wręcz pewna, że następnego dnia obudzi się cała zasmarkana. Już teraz czuła, że powoli bierze ją gorączka. Gdy tylko piguła wróciła do pokoju, dziewczyna szybko usunęła się z pomieszczenia. Wiedząc, że i tak nikt nie zauważy jej zniknięcia, udała się w stronę swojego tymczasowego lokum. Gdy wreszcie do niego dotarła, była bardziej zmęczona, niż przez ostatnie pół roku. Szybko przebierając się ze zniszczonego garnituru, udała się od toalety, gdzie wzięła szybką, aczkolwiek gorącą kąpiel. Następnie ubrała się w prostą, puchatą piżamę i wyjęła z walizki swoją małą, wpinaną do kontaktu lampkę nocną.    Spłonęłaby ze wstydu, gdyby ktoś się o tym dowiedział, ale za bardzo bała się ciemności, żeby zasnąć bez jakiegokolwiek źródła światła. Gdy to zrobiła, nareszcie mogła udać się do swojego łóżka. Przykryła się po uszy kołdrą i w mgnieniu oka zasnęła.

Offline

#437 17-10-2018 o 23h01

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 940

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353538865061036056/399942880128532490/97e36d0b6c5b4f81ce31982dbd8b3889.png
     Wypowiedzi Vivian pisane przez Chitaru. > 3 <

     Hope spojrzał badawczo na dziewczynę, i tym razem nie ukrywając się z tym, że maska na jej twarzy nie tylko go intrygowała, ale też trochę przeszkadzała. Gdyby, chociaż wiedział, jak wygląda cała jej twarz, zapewne nie bulwersowałby się w duchu tak bardzo na jej widok.
     Słysząc kolejne w jego mniemaniu naiwne pytanie, uśmiechnął się minimalnie. Wahał się przez chwilę, czy powinien mówić Vivian o swoich przemyśleniach, jednak koniec końców zdecydował się na prostą, a konkretną odpowiedź, która poruszała tylko jeden z aspektów antypatii do Quentina.
     -Wróg mojego przyjaciela jest także moim wrogiem.
     -Nie wiem czy nauczę się myśleć w ten sposób- stwierdziła cicho, jakby mówiła sama do siebie.
     W przyciemnionym świetle, jakie dawały lampy na korytarzu, szkoła wydawała się spokojna i pusta. Chłopak zerknął w stronę gabinetu pielęgniarki, a zaraz potem z powrotem na dziewczynę, pytająco. Wsunął dłonie do kieszeni eleganckich spodni, które tak bardzo miał ochotę już zdjąć. Słysząc komentarz dziewczyny, zaśmiał się cicho i krótko.
     -Gdyby nie twoja noga i to, że nie jesteś przydzielona do klasy X, powiedziałbym, że boję się bardzo- parsknął. –No, już. Wracaj do gabinetu. Widzę, że padasz z nóg.
     Kiedy zdał sobie sprawę, co powiedział, uśmiech na jego twarzy zmniejszył się. Mimo wszystko, nie potrafił być dla nowo poznanych tak ironiczny, jak kiedyś.  W chwili, w której zorientował się, że na jego twarzy maluje się jawne zakłopotanie i niepokój, odwrócił głowę i wzrok, aby dziewczyna nie zauważyła, że przejął się własnym zestawieniem słów.
     -Och, przepraszam. To nie było najlepsze określenie- mruknął jedynie.
    -Nie widzę w nim nic złego.- Wzruszyła ramionami. -Zapytam jeszcze raz, gdy noga się zagoi i będę wiedziała już, do której klasy należę- powiedziała i uśmiechnęła się zadziornie pod maską, a w jej oczach też widać było błysk zadowolenia.
     Uśmiechnął się do niej smutnawo w odpowiedzi. Wyjął na chwilę dłoń z kieszeni i pomachał nią w geście pożegnania.
     -Do jutra lub do następnej okazji, Vivian.- Rzucił. Ruszył w stronę dormitorium klasy X, odwracając się ostatni raz za siebie.
     Kiedy szedł do pokoju wspólnego, starał się nie myśleć o ostatnich wydarzeniach, a o dniu następnym. Nadal nie wiedział, czy wróci na święta do domu. Wiele uczniów zdecydowało się wrócić do domów po części oficjalnej balu, choć jeszcze więcej mimo wszystko postanowiło zostać i dołączyć do swoich rodzin tuż przed samym wielkim świętem.
     Tak jak podejrzewał, nie spotkał nikogo po drodze. Kiedy drzwi do dormitorium otworzyły się z cichym skrzypnięciem, dopiero usłyszał głośne rozmowy i poczuł wesołą atmosferę, którą „iksy” zabrały z balu. Przywitał się z koleżankami i kolegami skinieniem głowy, jednak, kiedy nie zauważył wśród zgromadzonych ani Flynna, ani Alana, zdecydował się pójść do swojego pokoju, rzucić garnitur w kąt i ubrać wygodny, ciemnoczerwony dres. Niedługo po tym, jak usiadł na łóżku, zauważył, że dostał wiadomość od przyjaciela z informacjami, gdzie powinien się udać.
     Wyszedł na korytarz na bosaka, zamykając nadpalone drzwi z trzaskiem, którego dźwięk zginął w gwarze rozmowy dochodzącej sprzed kominka. Zapukał dwa razy do pokoju Alana, jednak nie dał nikomu czasu na odpowiedź. Wszedł do środka, cudze drzwi traktując delikatniej, niż swoje. Spojrzał na dwójkę chłopaków, po czym usiadł obok Flynna wygodnie, oplatając się własnymi rękami.
     -Przepraszam za ten teatrzyk wcześniej. Musiałem się wygadać- powiedział. Zdobył się na minimalny uśmiech, choć podkrążone oczy zdradzały jego zmęczenie.

Ostatnio zmieniony przez Airi (17-10-2018 o 23h02)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#438 18-10-2018 o 00h21

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 902

https://68.media.tumblr.com/48d1e7a5ed41f823ef2833f555611472/tumblr_odp60pFmBZ1ub5nmro1_500.png

        Przychodzi taki czas w życiu każdego zbuntowanego nastolatka, kiedy uświadamia sobie, że na całym świecie, nie ważne jak bardzo by temu zaprzeczał, istnieje ktoś, kto potrafi się przebić przez fasady, maski i ogólną niechęć do świata. Ktoś, kto pomimo wad sprawia, że ziemia nie jest już czarno-biała, a eksplodującym kolorami fajerwerkiem. Ktoś, kto choćby i przytulony do pleców, potrafi swoją obecnością skruszyć mur i ciepłem ciała rozmrozić lodową bryłę w piersi zwaną sercem. Plastikowe kubki parzyły moje palce, ale nie śmiałem drgnąć, kiedy Alan cicho wyszeptał, bym się nie ruszał. Nie miałem takiego zamiaru.
- Cieszę się, że tu jesteś – niewinne słowa, wypowiedziane pewnie i z przekonaniem sprawiały, że czułem się głupio, ale i dobrze. Nie chciałem się kłócić z Pandą, ani myśleć o tym, że któregoś dnia tak po prostu zmęczy go mój charakter i zostawi mnie ze wszystkimi uczuciami, które we mnie wyzwolił. Chwile jak ta przekonywały mnie, że nie mam się czym martwić. Bo chłopak sprawiał wrażenie akceptującego moje pokręcona ja ze wszystkim co się z tym wiązało. Niewyparzoną gębę, chętkę do bitek i nienawiść do świata. A ja chciałem w to wierzyć. I pozwalałem sobie na to, nawet jeśli choćby przez chwilę.
             Droga do pokoju chłopaka ciągnęła się, ale nie narzekałem na to. Uwieszony mojego ramienia Alan też sprawiał wrażenie, jakby spacer mu się podobał, chociaż czasem miałem wrażenie, że trochę nas ściąga w jedną stronę, a przecież nie wypił ani kropli z tego, co miałem pochowane po kieszeniach. Nie powiedziałem jednak ani słowa, uważając na gorącą herbatę, która przy każdym gwałtowniejszym ruchu mogła popłynąć mi po palcach. W momencie, w którym drzwi do pokoju Pandy się za nami zamknęły, na zewnątrz dosłyszeć można było ruch, co znaczyło nie mniej ni więcej, że bal powoli zbliżał się ku końcowi, jeśli już się nie skończył. Po jakichś dziesięciu minutach dołączył też do nas Hope, wyglądający na jeszcze bardziej wymemłanego niż ja po incydencie z pszczołą, a to już był wyczyn. Dlatego też stwierdziłem, że alko, nawet jeśli w małych ilościach, dobrze mu zrobi. No i sam chyba też potrzebowałem rozluźnienia po tym wszystkim.
- Nie szkodzi – uśmiechnąłem się najbardziej pokrzepiająco jak umiałem, robiąc chłopakowi miejsce na łóżku. – Od tego jesteśmy, Hope. Jeśli nam się nie wygadasz, to komu? – zapytałem retorycznie, klepiąc go po ramieniu. Taka była prawda, czy tego chcieliśmy czy nie. On miał nas, a my mieliśmy jego. No i to był Hope, ten sam z którym rozwalałem szkołę, ten z którym wywijałem numery klasie Y i obgadywałem Quentina.
          Nie pamiętam już, do której siedzieliśmy rozmawiając. Najpierw były to błahe tematy typu gry, bal i inne pierdoły, ale czułem że muszę porozmawiać z rudzielcem o czymś innym. Nie chciałem jednak poruszać poważniejszych tematów przy Alanie. Czułem, że to nie byłoby w porządku w jakiś sposób. No i nie chciałem go martwić czymś, czym nie powinien się przejmować. Dlatego czekałem, aż w końcu Alan zasnął, opierając się głową o moje ramię. Nie potrafiłem ukryć rozczulonego uśmiechu. Panda był taki… uroczy. Uważając by go nie obudzić, przeniosłem jego głowę z ramion na moje kolana, gdzie mogłem swobodnie przeczesywać jego włosy palcami. Uspokajało mnie to.
            Widząc spojrzenie przyjaciela utkwione w mojej ręce zanurzonej w czarnych włosach Pandy, uśmiechnąłem się jakoś tak gorzko. Nie wiedziałem, jak zareaguje na to, co chciałem, co musiałem mu powiedzieć, ale miałem nadzieję, że zrozumie mnie i nadal pozostanie moim przyjacielem.
- Pamiętasz nasze ostatnie szczere rozmowy? – zapytałem, pociągając łyk z puszki. – Wiele się od tamtego czasu zmieniło – parsknąłem niewesoło, ale mimo czarnych scenariuszy w mojej głowie, poszło lepiej niż się spodziewałem.
             Nie wiedziałem, czy to długi brak takiej rozmowy, czy alkohol, ale wkrótce języki rozwiązały się nam obu. Nie pamiętałem kiedy ostatnio rozmawialiśmy z Hopem tak długo i szczerze, ale kiedy w końcu tematy nam się skończyły, czułem się jakbym zrzucił z ramion wielki wór wypełniony kamieniami. Jedne były malutkie, wielkości ziaren piasku, ale zdecydowana większość ważyła mniej-więcej tyle co zad Kryca, czyli ponad jakąkolwiek normę. Dlatego cieszyłem się, że już ich nie niosłem. A nawet jeśli, to nie sam. Hope też się wygadał. Mówiliśmy o wszystkim. O Julesie, o Aigis, Alanie, o nas. Aż w końcu brakło nam słów i zasnęliśmy na jednym łóżku, w ubraniach i z przeświadczeniem, że teraz może być już tylko lepiej.


Pomyliłam niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/604051060125859841/picsart-07-25-09-04-25.png

Offline

#439 18-10-2018 o 21h09

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 741

-------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/180819/58a1f51b387606dc80c1ba5c99a7373d.png
   Naprawdę zastanawiało ją czy ten chłopak miał osobisty uraz do przeciwnej klasy, a może po prostu obsesję na punkcie wygranej, którą igreki mu utrudniały. Czy rywalizacja w tej szkole była najważniejsza? Przecież nie tak to się powinno odbywać. Jednak, co Vivian, która była w tej szkole dopiero jeden dzień, mogła wiedzieć?
   Czy ta dewiza o wrogach i przyjaciołach nie szła jakoś inaczej? Wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, czy nie tak powinno być? Jak widać w nowym miejscu będzie musiała zmienić swoje myślenie. Co krok dostawała nowe rady. Na początku wszystkie brzmiały podobnie, znajdź przyjaciół. Dopiero starzy uczniowie tej szkoły uświadomili jej, że to nie jest takie proste. Łatwiej byłoby jej wrócić do starych przekonań. Znów nie odzywać się do nikogo, unikać wszelkich kontaktów i jakichkolwiek interakcji. Ale gdy już zasmakowała towarzyskiego życia, jakby coś w niej pękło. Chciała mieć przyjaciół, chciała się śmiać i rozmawiać.
   Już kiedyś miała taki dylemat. Dobrze pamiętała tamte dni spędzone z chłopcem z cyrku. Z Quentinem. Gdy ten jeden raz w życiu miała przyjaciela. A później wszystko się posypało i żałowała, że w ogóle postanowiła pogłaskać tę niepozorna panterę. Gdyby tylko gdzieś obok stał znak „UWAGA: To zmiennokształtny CZŁOWIEK, nie zwykłe zwierzę!” Na pewno nie byłaby tak głupia, żeby w ogóle się do niego zbliżać. A później cierpiała, gdy zrozumiała jak mogła go skrzywdzić i musiała znów nauczyć się żyć w samotności.
    W jeden wieczór znów zdążyła odzwyczaić się do samotności. Jak mogłaby teraz do niej wrócić? Chciała jeszcze podziękować Terrze za to, że z nią porozmawiała, choć powinna tylko nawrzeszczeć na Vivian za to, że została zdeptana. Oscarowi, który znalazł jej buty i proponował pomoc w chodzeniu. Noteviddii mającej problem z dotykaniem i tak oferującej swoją pomoc. Flynnowi i Alanowi, choćby za to, że nie wezwali od razu nauczycieli. Mimo że to Quentin powinien być im najbardziej wdzięczny. Hope, ponieważ szczerze z nią rozmawiał i dał odpowiedzi, których chciała.
    Och, jak ogromną przyjemność sprawiło jej samo zapamiętanie tych imion! Nagle nie znajdowała się w szarym, bezimiennym tłumie, gdzie wyróżniała tylko plamy o różnych mocach, których zazdrościła. Teraz te plamy miały imiona i twarze, charaktery oraz życie. Plamy stały się osobami, które mogły zamienić się w przyjaciół.
   Koniec snów na jawie. Czas wrócić do szarego świata i plam.
    — Do zobaczenia — rzuciła w kierunku odchodzącego chłopaka.
   Oby nie, dodała w myślach. Ponieważ będę musiała znów sprawić, byś stał się tylko plamą na tle szarości. Jeśli trafię do osobnej klasy, nie będę miała z tym problemu. Będę wrogiem jego przyjaciół, a więc i jego samego. Niestety to oznaczałoby dzielenie klasy z Quentinem, którego jeszcze ciężej będzie ignorować.
    Wchodząc do gabinetu pielęgniarki zauważyła z ulgą, że Kryc już spał. Jedyna osoba, która nie ma już szans na stanie się plamą, powinna pozostać tylko wspomnieniem. Vivian westchnęła głośno jak miała w zwyczaju, gdy docierało do niej, co powinna zrobić. Od jutra znów zostanie samotniczką, a po szkole rozejdą się plotki, że złamała Quentinowi nogę i nie będzie już musiała stwarzać sobie fałszywej złej reputacji. Będzie miała prawdziwą.
   Położyła się nie zdejmując maski ani rękawiczek. Czując jak powoli w kącikach oczu zbierają się łzy, zasnęła, zanim pierwsza kropla zdążyła spłynąć po jej policzku.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#440 19-10-2018 o 12h14

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 940

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353538865061036056/399942880128532490/97e36d0b6c5b4f81ce31982dbd8b3889.png

     Obudził go cichy szum zza okna. Otworzył oczy, po czym zorientował się, że zasnął obok Flynna podczas ich długiej rozmowy o wszystkich sprawach, które łamały ich od środka. Po wyrzuceniu tego wszystkiego z siebie jak i wysłuchaniu przyjaciela czuł się o wiele lepiej. Nadal nie wiedział, dlaczego nie potrafili rozmawiać ze sobą od razu, kiedy coś się działo, tylko czekali do momentu, aż tego wszystkiego się nazbiera. Śpiący obok Alan, nieświadomy tego, ile kwestii zła zostało poruszonych w jego własnym pokoju, spał po drugiej stronie blondyna.
     Hope spojrzał na nich ze słabym uśmiechem. Z dokuczliwym bólem karku wstał, bez pośpiechu. Podszedł bliżej okna i patrzył na spadający wolno śnieg, przy czym zaczął się przeciągać. Zdecydował, że nie będzie budził przyjaciół. Dwudziesty pierwszy grudnia był dniem wolnym od zajęć. Jeśli by chcieli, mogliby przespać cały dzień i nikt by im w tym nie przeszkodził. Odwołano nawet sprawdzanie pokoi, aby dać uczniom więcej swobody i relaksu po balu.
     Nim wrócił do swojego pokoju, aby ogółem doprowadzić się do porządku, przykrył dwóch śpiochów kocem, który leżał na krześle przy biurku, oraz wziął do ręki dwie puste puszki po piwie. Kiedy przebrany i z wilgotnymi włosami wyszedł z własnego pokoju, dochodziła godzina jedenasta. Pokój wspólny był opustoszały, więc postanowił poszukać tymczasowego towarzystwa na stołówce.
     Szkolne korytarze były niemal tak spokojne, jak dnia poprzedniego, kiedy większość bawiła się na balu. Podobnie przy stolikach. Ponad połowa była pusta, dzięki czemu nie musiał martwić się o to, że braknie dla niego miejsca. Mimo wszystko, rozmowy były słyszalne. Hope spodziewał się, że rozmawiające grupy osób będą skupione na gościach z Akademii Blathmac lub na wypadku, który wydarzył się na dworze z częścią klasy „Y” i owymi gośćmi w roli głównej. Plotki roznosiły się szybko. Przypuszczenia chłopaka okazały się jednak zupełnie nietrafne. Główny temat plotek był zupełnie inny. Taki, którego się nie spodziewał.
     -Ciekawe, jak zareagują jej rodzice.- Mówiła drobna dziewczyna z klasy „Z” do swojej przyjaciółki.
     -Pewnie już wiedzą. Nolan Track to dupek.
     -Znalazła się w złym miejscu o złej porze. Gdyby lepiej się pilnowała, na pewno nic by się nie stało.
     Z czasem, kiedy Hope mijał kolejnych uczniów, jego uwaga zaczęła skupiać się na tym, o czym rozmawiali. Zmarszczył brwi delikatnie, zastanawiając się, o kogo może chodzić. Wydawało mu się, że wszyscy zgromadzeni na opóźnionym śniadaniu mogliby równie dobrze usiąść w kółku i rozmawiać wspólnie.
     Poprosił o kubek ciepłego kakao i tosty, po czym usiadł samotnie w pierwszym lepszym stoliku. Jego włosy zdążyły już wyschnąć, więc związał dłuższe kosmyki tak, jak to robił zwykle. W ciszy zajął się swoim talerzem, w dalszym ciągu mimowolnie przysłuchując się słowom padającym w dużym pomieszczeniu. Myślał o rozmowie z Flynnem i o nowych osobach w klasie, które miały zostać przydzielone tego samego dnia. Był pewny, że Vivian i pozostałe dziewczyny, które widział dnia poprzedniego dostały wiadomości z informacjami jeszcze zanim on otworzył oczy.
     -Szkoda mi jej, chociaż znam ją tylko z widzenia.
     -Biedna Fumio.
     Rivstein wyprostował się gwałtownie, powtarzając ostatnie usłyszane słowa w myślach. Fumio?
     Resztę śniadania jadł w pośpiechu i niepokoju, z niecierpliwością czekając na to, aż ktoś znowu coś powie. Czuł złość na myśl, że coś złego mogłoby stać się dziewczynie, która mimo rywalizacji klas, udzieliła mu pomocy, kiedy tego potrzebował. Podniósł się gwałtownie, aby odstawić naczynia w odpowiednie miejsce.
     -Uważaj- upomniała go pani w okienku. Odstawił talerz z taką siłą, jakby próbował go stłuc.
     -Przepraszam- wymamrotał jedynie, dziękując jeszcze ciszej. Niewiele myśląc, dosiadł się do pierwszej lepszej grupy uczniów, a oni spojrzeli na niego pytająco, urywając swoją pogawędkę o owym wydarzeniu, które miało miejsce kilkanaście godzin wcześniej.
     -Wybaczcie, że przeszkadzam, ale… możecie mi powiedzieć, co się właściwie stało?
     Dwójka młodszych od niego chłopaków obdarzyła go niepewnym, badawczym spojrzeniem, jednak po chwili języki same im się rozwiązały.
     -Chizuru Fumio trafiła wczoraj w nocy do pielęgniarki. Szukają jeszcze tych, którzy sprawili jej to całe piekło, ale wszyscy wiedzą, że to na pewno Track i jego koledzy.
     -Ale, co jej się właściwie stało?- dopytywał Hope.
     -Nie wiemy. Coś wstrętnego.
     Zapomniał podziękować za informacje. Ze złością odsunął krzesło i szybkim krokiem wyszedł ze stołówki w poszukiwaniu tego, kto prosił się o utratę wszystkich włosów na głowie w niezbyt przyjemny sposób.


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#441 21-10-2018 o 17h53

Straż Obsydianu
Taneshja
Straż na szkoleniu
Taneshja
...
Wiadomości: 247

https://fontmeme.com/permalink/171111/59aba6529c985748c9fc48644c4b477e.png

Szósta ma godzinie nie zapowiadała niczego dobrego. Quentin wpatrywał się w zegarek naprzeciwko, marszcząc brwi i nie dowierzając, że potrafi tak wcześniej wstawać, a jednak siedział na łóżku, pociągając nosem i wzrokiem szukając chusteczek. Jeśli w pokoju znajdowałaby się pielęgniarka to poprosiłby ją o jakiegoś tabletki przeciwbólowe, bo gardło piekło go niesamowicie. Każde przełknięcie śliny było wyzwaniem, a Quentin w myślach przeklinał wczorajszy dzień. Bal, też kto sobie wymyślił jakieś święto! Po co ruszał się z pokoju? Dlaczego nie ubrał zwyczajnego dresu, a nie ojcowski garnitur, od którego nie dość, że zgubił marynarkę to podarł spodnie, podbrudził koszulę i buty nadawały się tylko do wyrzucenia. Choć i tak łatwiej było mu przełknąć myśl zniszczenia fraku niż wczorajszej sytuacji z matką i w lesie. Do tej pory czuł gorąc na twarzy i wściekłość mieszającą się z zażenowaniem. Jak matka mogła mu to zrobić? Przecież był jej synem, bliską osobą, a z taką łatwością ośmieszyła go przed… Vivian, osobą która była mu praktycznie obca. Czy on naprawdę musiał mieć takie problemy, takich rodziców? Nie mógł mieć normalnego rodzeństwa? Choć właściwie w tym temacie nie miał wiele do powiedzenia, w końcu był prawiejedynakiem. Ale mógł chociaż wymienić rodziców na mniej problemowych, bardziej tolerancyjnych, zabawnych, szczerych i nie skupiających się tak bardzo na sobie.
   Wstał z łóżka, rozglądając się po pomieszczeniu. Vivian spała na łóżku tuż obok, odwrócona do niego plecami i przykryta kołdrą. Obok niej widział kolejną osobę, jakąś obcą dziewczynę, która prawdopodobnie odchorowywała wczorajszą imprezę. Ona również była pogrążona w śnie. Widział na końcu sali miejsce osłonięte parawanem, ale nie zwrócił na to większe uwagi, podchodząc do szafeczki z lekami. W normalnych okolicznościach nie grzebałby po szafkach, ale gardło bolało go tak niemiłosiernie, że musiał coś wziąć, nawet na babciny specyfik z czosnku, cebuli i miodu by się zgodził, choć nienawidził go.
   Szafka była duża i głęboka, wypełniona po brzegi lekami. Przeglądał każdy z osobna, starając się go odłożyć w dobre miejsce. Tutaj na pewno musiało się znajdować coś na ból gardła, po prostu musiało. Biorąc kolejne opakowanie do ręki zwrócił uwagę na duże litery napisane długopisem.
   -Arnold Owen- przeczytał, obracając kanciaste pudełko w rękach. Odłożył lek na miejsce, biorąc kolejne przypadkowe pudełko. Na nim również było wypisane nazwisko i imię.- Imanuel Cariglia. Ktoś tu jest przewlekle chory?- zastanowił się na głos, odkrywając pewnego rodzaju nowość. Nie przypuszczał, że do szkoły chodził ktoś chory, ale nie w sensie, że złapał przeziębienie czy inne cholerstwo, ale tym poważniejszym.- I tak nie znam tych ludzi, nie obchodzi mnie to- uznał na koniec, odkładając lek i zamykając szafkę. Prawdopodobnie natrafił na szafkę, w której znajdowały się leki uczniów, a trzeba było powiedzieć, że do akademii Flyather chodziło wiele osób.
   Wstał, wyprostował się, lecz przez nagły atak kaszlu zgiął się w pół, zasłaniając usta ręką, starając się nie pobudzić reszty. Cholera, przeszło przez jego myśl, gdy oparł się o szafkę, ale ja się załatwiłem. Od dawna nie był chory, a teraz nagle, gdy miały nadejść święta, a on miał się uczyć do historii na poprawkowy egzamin, musiał zachorować. Przeklinał w myślach ból gardła, zastanawiając się dlaczego akurat on musi być tym najbardziej rannym. Wczoraj złamał nogę, lecz teraz, przynajmniej na to wyglądało, z nogą było wszystko dobrze. Mógł na nią stawać, choć przy bardziej wymagających ruchach czuł pewnego rodzaju ból. Natomiast dzisiaj był chodzącą katastrofą, lekko kręciło mu się w głowie, z nosa mu się lało, bolało go gardło i ten nieznośny kaszel, który postanowił dać o sobie znać przed chwilą. Ciekawe czy Oscar również się tak załatwił? Może był od niego mądrzejszy i nie był takim przewrażliwionym idiotą jak on, aby uciekać z cmentarza, bo zobaczył posąg. Choć właściwie Velazquez był zagadką dla bruneta. Niby go znał, wiedział, że chłopak lubi sobie od czasu do czasu zapalić, pójść na wagary i olać cały świat dla chwili spokoju, samotności i snu, ale co więcej? Co lubił ten leniwy chłopak zwany duchem biblioteki? Kiedyś się go o to zapyta, na pewno, ale na obecną chwilę zmiennokształtny musiał skończyć z myślą filozoficzna i zająć się sprawami ważniejszymi- znaleźć jakiś cholisept albo inną tabletkę na ból gardła.
   Gdy drzwi od gabinetu się otworzył, Kryc stanął w miejscu, momentalnie odwracając głowę w stronę wchodzącej osoby. Pielęgniarka nie zatrzymała się nawet na chwile, patrząc na chłopaka z obojętną miną i przechodząc obok niego.
   -Jakich leków szukasz?- spytała bez ogródków, stawiając swoją torebkę na biurku i biorąc do ręki telefon.- Czy noga dobrze zrosła się przez noc?- zadała kolejne pytanie, odblokowując wyświetlacz ekranu i otwierając okno z wiadomościami tekstowymi.
   -Tak, proszę pani- odparł chłopak, który do końca nie wiedział, co ze sobą zrobić. Cofnął się do tyłu, usiadł na łóżku i po chwili zastanowienia powiedział czego potrzebuje.
   Pielęgniarka skinęła głową, od razu wstając i podchodząc na szafek obok drzwi. Otworzyła jedno ze skrzydeł, wyjmując z wnętrza mebla małe opakowanie tabletek na gardło. Po chwili wyjęła jeszcze kolejne opakowania leków, w tym jeden syrop. Podała je chłopakowi, po chwili podając również kubeczek z wodą. Quentin spojrzał na to z podniesioną brwią, ale nie skomentował tego, posłusznie biorąc tabletki, jedynie przy syropie zatrzymał się na chwilę.
   -Nabiera się do nakrętki- powiedziała pielęgniarka, odwracając się do niego plecami i szukając czegoś w innej szafce.- Nie jesteś małym dzieckiem, poradzisz sobie z nabraniem, prawda?
   -Tak.- No raczej. Quentin przewrócił oczami, odkręcił wieczko i nalał do niego gęstego syropu, który, jak na złość, był ohydny tak bardzo, że ledwo mógł go przełknąć.
   -Połóż się jeszcze spać. Leki powinny tobie pomóc, lecz pamiętaj chłopcze o nodze. Nie przeciążaj jej i leż jeszcze w łóżku, organizm musi odpocząć- opowiedziała, odwracając się do niego tyłem. Sięgnęła po opakowania od leków i schowała je do szafki. Gdy usiadła przy biurku, wyjęła z torby parę kartek papieru, którą zaczęła wypełniać.- Twoja walizka jest pod łóżkiem- powiedziała po chwili pielęgniarka, poprawiając się na krześle.
   Zmarszczył brwi i już miał się schylić i zobaczyć, co znajduje się pod łóżkiem, gdy nagle otworzyły się drzwi od gabinetu pielęgniarki, a w ich progu stanęła białowłosa dziewczyna. Quentin rozpoznał ją od razu, bo jak można zapomnieć twarz osoby, przez którą złamał sobie nogę oraz wydarł się na nią? Nawet Kryc tak szybko nie zapominał twarzy innych.
   Gdy spojrzeli na siebie, dziewczyna od razu się zatrzymała i stawiała nogę do tyłu. Wtedy zobaczyła ją pielęgniarka i z lekkim uśmiechem na ustach odwróciła się do niej, mówiąc:
   -Chodź dziecko, chodź- powiedziała, wstając i składając papiery w jedną, równą kupkę.- Dobrze, że przyszłaś. Mogłabyś zanieść te papiery do sekretariatu?

Offline

#442 22-10-2018 o 21h15

Straż Cienia
Satomi-iko
Straż na szkoleniu
Satomi-iko
...
Wiadomości: 235

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353644889772130305/399637935995092992/unknown.png
     Rozmawiali bardzo długi czas, nawet nie zwracając uwagi na to, że nagle weszła Aigis, która później stała, oświetlona jedynym światłem pochodzącym od samego słońca, które górowało. Uśmiechała się promiennie, tak, jak nigdy dotąd. Później zaczęła płynąć muzyka, a oni płynęli wraz z nią. A ja płynąłem razem z nimi. Nawet nie wiem kiedy, porwany przez osobę, której twarz skryła maska, sunąłem między parami. Wszystkie jak marionetki poruszały się do taktu. Chizu. Hope. Mina. Aigis. Quentin. Sheri.
     Ale nigdzie nie było Flynna.
     Ktoś opowiadał historię o chłopaku, który zaginął, chociaż ten stał dosłownie obok niego. Próbowałem mu to powiedzieć, ale zamaskowana postać usilnie prowadziła w inną stronę. Nie mogłem się jej opierać. Nie mogłem przestać tańczyć.
     Ale nie byłem w stanie już dłużej. Muzyka przyspieszała, plątały mi się nogi, maska mojego towarzysza zaczęła się wykrzywiać w przerażającym grymasie, który już kiedyś widziałem. Patrzyłem, jak powoli zmienia się w twarz psychopaty. Wyrywałem się. Nie chciał mnie puścić.
    A później rzucił mnie na ziemię, która zaczęła się topić. Ciemna ciecz pochłaniała mnie, zalewała mi oczy, uszy, wpływała do ust i nie pozwalała nic mówić. I kiedy już byłem pewien, że się uduszę, otworzyłem oczy.
     Byłem w pokoju, na którego środku siedział mały, jasnowłosy chłopiec. Bawił się. Tak naprawdę nie znałem go, ale czułem, że to ktoś mi bliski. Nie wiedzieć skąd, przyszło mi na myśl, że to musi Flynn chociaż nie był podobny. Dziecko uniosło na mnie swoje wielkie oczka i nagle zaczęło płakać. Opowiadało o wszystkim, co się dzieje i miałem wrażenie, że wszystko to jest prawdą. Ale jak taki mały chłopiec mógł przeżyć tak wiele złego? Nawet nie wiem kiedy, siedziałem obok niego, przytulając jego wątłe ciało, które poruszało się – o dziwo – miarowo. W rytm oddechów.
     Oboje poszliśmy do mojej mamy, która z delikatnym uśmiechem wyciągała ku nam ręce. Położyliśmy głowy na jej kolanach pozwalając, aby przeczesywała palcami nasze włosy i mówiła. Opowiadała o...

     Coś się poruszyło tuż obok mnie. Powoli przestawałem być pięcioletnim chłopcem, a zaczynałem myśleć racjonalnie. Senne obrazy zacierały się i nie byłem nawet pewien, co dokładnie w nich widziałem. Słowa co prawda dalej krążyły mi w głowie, ale nawet nie przyszło mi do głowy, że mogą być prawdziwe, zasłyszane w półśnie. Na dworze było już dość jasno, a w pokoju zdecydowanie za ciepło. Do tego to poczucie zmęczenia i nieprzyjemny ból w plecach. Znów źle spałem? Nie od razu dotarło do mnie, co jest źródłem tak wysokiej temperatury. Przykryty kocem, przytulony do Flynna śpiącego w naprawdę... ciekawej pozycji, nie mogłem nie topić się z gorąca. Wygrzebałem się jakoś z tej plątaniny i wstałem, odkasłując. Hope'a nie było, chociaż kojarzyłem, że dołączył do nas wieczorem. A może i to był sen? W końcu nie było żadnych śladów obecności przyjaciela.
     Korzystając z prawdopodobnie jedynej okazji w życiu, aby zobaczyć spokojnego i bezbronnego Flynna Watsona, zacząłem się w niego wpatrywać, jak śpi. Jakże uroczy był to widok! Zaróżowione policzki, potargane blond włoski i otwarte usta, które nie tak dawno ca...
    Odwróciłem się do ściany, przypominając sobie tamte wydarzenia. Serce waliło mi w piersi na samo wspomnienie, a rozum krzyczał na alarm. Zamknąłem oczy, starając się odrzucić obrazy, które cisnęły mi się pod powieki. Uniosłem dłonie do twarzy i stałem tak dłuższą chwilę. Oprzytomniałem, słysząc ciche kaszlnięcie i czując nagły powiew. Od razu spojrzałem na okno. No tak, miałem je otworzyć... Kaszlnięcie znów wybrzmiało, tym razem jednak trochę groźniej. Zmarszczyłem brwi, spoglądając na Flynna. Dopiero teraz dotarło do mnie, że róż na jego policzkach wcale nie wygląda tak naturalnie jak sądziłem oraz, że pomimo otwartych ust, oddech ma płytki i urywany. Przypominając sobie jego wczorajsze pociąganie nosem i kaszel, zaniepokoiłem się. Niepewnie i niezwykle ostrożnie dotknąłem jego policzka, a następnie czoła. Był rozpalony. W chwili, kiedy już odsuwałem rękę, otworzył oczy. Zamarłem, wstrzymując oddech. To jednak nie wiedzieć czemu wywołało krótki atak kaszlu.
-Przepraszam – powiedziałem od razu, gdy tylko byłem w stanie. - Jak się czujesz?
Ze wszystkich pytań zdecydowałem się na to jedno, siadając przed nim na krześle. Całkiem normalne, niezbyt podejrzane zapytanie zawisło w powietrzu, kiedy to zacząłem rozciągać rękawy bluzy bezwiednie. Zapragnąłem nagle się przebrać w swoje klasyczne ubrania, rękawiczki i wstążkę, uprzednio wchodząc pod prysznic. No i zdecydowanie umyć zęby. I przepłukać gardło. Najlepiej czymś mocno miętowym.


https://data.whicdn.com/images/314269009/original.gif

Offline

#443 02-11-2018 o 14h30

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 902

https://68.media.tumblr.com/48d1e7a5ed41f823ef2833f555611472/tumblr_odp60pFmBZ1ub5nmro1_500.png

     Czasem zastanawiałem się, jak czuje się Hope ze swoją mocą. Czy w jego żyłach płynie ogień? Czy cały czas jest mu gorąco? A może jego skóra cały czas ma wyższą temperaturę, jakby cały czas miał gorączkę? Ja sam z mocą wiatru nie czułem się jakoś inaczej od przeciętnego człowieka. Wyimaginowany wiatr nie poruszał moimi włosami kiedy byłem w pomieszczeniach, ani nie rzucał płatkami róż kiedy przechodziłem obok. W każdym razie, w tamtym momencie czułem się tak, jakbym nagle posiadł moc ognia. Było mi tak cholernie gorąco, chociaż jednocześnie czułem jak trzęsę się z zimna. W ustach miałem pustynię, ale nie wierzyłem, by to miało coś wspólnego z wczorajszym piwkiem. Przecież się nie upiłem. Nie byłem nawet wstawiony, żeby mieć kaca. Ale głowa bolała mnie jakbym co najmniej okradł barek ciotki Janette i wypił wszystko, łącznie z lekarstwem na ból brzucha, który tam trzymała.
         I nagle, poczułem zbawienie. Ktoś chłodnym palcem dotknął mojego czoła, a było to tak kojące, że w tamtym momencie byłem gotowy zrzec się latającego potwora spaghetti i zacząć wyznawać religię osoby, która stała nade mną. Chciałem zapytać, które bóstwo zlitowało się i zeszło na ziemię, ale zamiast tego z moich ust wydobyło się kaszlenie godne palacza z wieloletnim doświadczeniem. Płuca mnie paliły, a gardło bolało jakbym się napił czystego kwasu. Nie tego z chemicznej, bo tam to wszystko tak rozcieńczone, że najprostsze doświadczenia nie wychodzą, ale takiego z prawdziwego zdarzenia.
          Nie zdążyłem nacieszyć się chłodem, bo bóstwo najwidoczniej przyszło mnie potorturować chwilową ulgą, żeby zaraz się odsunąć. Ale musiałem wiedzieć, kto to był, zanim zniknął na dobre, dlatego z trudem uniosłem powieki. Alan. No tak. Mogłem się tego spodziewać. Niemniej jego twarz była jakaś taka rozmyta i niewyraźna. Zmarszczyłem brwi. To on się jakoś rozpikselizował, czy to mnie jakość obrazu spadła z HD do dwustu czterdziestu? A ten kaszel to był mój, czy jego?
- Jakby Kryc ukradł mi coś więcej niż godność i bynajmniej nie jest to nerka, a płuco. Lewe, bo czemu nie. Wiesz, komu sprzedał? Bo jak tak cię słucham, to raczej nie tobie. A w ogóle, to gdzie się podział Hope? Może był z nim w zmowie? Czemu tu jest tak gorąco? Wypiłbym całą wodę z kranu. Pić mi się chce. Czy ja mam jakieś przywidzenia, czy Ed Sheeran ma właśnie koncert nad nami i to jego fani tak krzyczą? Powiedz im żeby się zamknęli. Głowa  mi pęka. Mózg uchem wycieka, nie chcę nie mieć mózgu. To jedyne, co mnie odróżnia od Kryca – paplałem bez ładu i składu, zastanawiając się, czy ktoś mi odkręcił jakiś zawór, bo wyraźnie cierpiałem na słowotok.
              W międzyczasie próbowałem ściągnąć z siebie kołdrę, bo było mi za gorąco, ale kiedy już mi się to udało, okazało się, że jest tak zimno, że zacząłem szczękać zębami. Jeszcze gorzej. Przykryłem się znowu, po samą szyję, ale z jakiegoś powodu stopy wystawały mi poza okrycie. To mi się nie podobało. Zimno. Ściągnąłem pierzynę, żeby przykryć nogi, ale wtedy było za krótko z drugiej strony i byłem przykryty tylko do połowy klatki piersiowej.
- Pando, dlaczego moja pierzyna nie działa? – zapytałem Alana, patrząc na niego oczami załzawionymi od gorączki.
                  Zapomniałem. Zawsze pamiętałem, żeby trzymać się zdrowia i nie dopuścić do tego, by być chorym. Niekontrolowane podmuchy wiatru to było jedno, ale wirusy uruchamiały we mnie gorsze wcielenie niż beznadziejnego Flynna, bo tamten przynajmniej siedział cicho. Chory Flynn gadał wszystko co mu ślina na język przyniosła. Chyba nie muszę mówić, że były to bzdury większe niż na matematyce?


Pomyliłam niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/604051060125859841/picsart-07-25-09-04-25.png

Offline

#444 12-11-2018 o 16h45

Straż Lśniąca
Konoe
Arcykapłanka Świtu
Konoe
...
Wiadomości: 6 218

____________________________https://i.imgur.com/j2Ft6Ml.png


    Mała blondyneczka plotła wianek z kwiatów śmiejąc się przy tym radośnie. Obok niej starsza dziewczyna czytała książkę. Beztroskie lata dzieciństwa. Kiedy to było? Nie pamiętam, ponieważ tak szybko znikło.
    Sny bywają okrutne, pokazując nam coś, co minęło bezpowrotnie. Moje powieki były tak ciężkie, że z trudem je podniosłam. Delikatna ciepła poświata uderzyła w moje źrenice. Gdzie ja jestem? Ostatni obraz, jaki mi zapadł w pamięć to mój pokój.
    Podniosłam się do pozycji siedzącej. Wzrok już mi na tyle się wyostrzył, że w końcu zaczęłam poznawać to pomieszczenie.
Byłam w gabinecie pielęgniarskim. Otoczona parawanem, prawdopodobnie w samym kącie sali. Mimo, że w środku nie było jakoś przesadnie ciemno, to lampka nocna przy moim stoliku była włączona.
    - Fumio? - Pani Strauss pojawiła się przy mnie - jak się czujesz? - Jej chłodna dłoń, którą położyła mi na czole dała mi odrobinę wytchnienia. Przymknęłam oczy. Zwlekałam z odpowiedzią, a pielęgniarka sama z siebie mnie nie poganiała. Co więcej, usiadła obok mnie i otoczyła mnie ramieniem. Ta kobieta może wyglądała na groźną i oschłą, ale tak naprawdę zawsze troszczyła się o każdego z nas. Na swój sposób.
    - Czy pamiętasz, co się stało? - Jej słowa sprawiły, że moje wspomnienia z dzisiejszego poranka niebezpiecznie ożyły. Moje ciało samowolnie zaczęło się trząść, zacisnęłam pięści i potrząsnęłam głową - Jaaa.. - Przygryzłam wargę. Tak ciężko mi dobrać słowa. - Już dobrze - pogładziła moje włosy - Nie musisz mi tego mówić, lecz uprzedzam Cię, dyrektor będzie chciał z Tobą rozmawiać - podniosła moją brodę, głaszcząc mnie po policzku - Czy dasz radę dzisiaj z nim porozmawiać? - Spojrzałam na nią. No tak, to jej obowiązek dać mu znać, czy wszystko w porządku. Wzięłam parę głębszych oddechów. Wiedziałam, że mam prawo do strachu, ale jakiś irracjonalny głosik mówił mi, że muszę pamiętać o tym, skąd się wywodzę. Mój ojciec nie byłby zadowolony.
    - Tak - odchrząknęłam, mój głos był ledwo słyszalny - Tak, chcę porozmawiać z dyrektorem - jakoś ciepło na dnie mego serca dało o sobie znać - I jeśli to możliwe, chcę tam iść jak najszybciej - stałam się pewniejsza. Jeśli jest na to wszystko sposób, to go odnajdę. Pomału podniosłam się z łóżka. Chciałam to zrobić sama, dlatego delikatnie zaprotestowałam, gdy Pani Strauss chciała mi pomóc. Może to było niegrzeczne z mojej strony, ale po jej minie widziałam, że mnie rozumie.
    - Chizuru, wyniki masz w porządku, ale proszę, żebyś nie przemęczała się za bardzo. Odpocznij proszę. Za chwilę powiadomię dyrektora, więc pewnie będziesz miała jakieś pół godziny na ogarnięcie się - podeszła bliżej mnie - Dziecko, pamiętaj, że nikt nie jest sam na świecie - zmieszałam się. Chciałam coś odpowiedzieć, lecz potrafiłam tylko kiwnąć głową. Pielęgniarka odsunęła parawan, a ja szybko przemknęłam nawet nie rozglądając się po innych łózkach. Potrzebowałam wody, żeby zebrać swoje myśli.
     Z prędkością światła znalazłam się w swoim pokoju. Zebrałam szybko swoje ubrania i poszłam pod prysznic. Źle się czułam, nie fizycznie, ale psychicznie. Odkręciłam korek z ciepłą wodą. Woda koiła moje serce, umysł i duszę. Miałam mało czasu na zastanowienie się czy powiedzieć prawdę czy ukryć jakieś szczegóły. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie tamten list.
     List?! Muszę go znaleźć, i to jak najszybciej! Nie pamiętam, co z nim zrobiłam. Na szybko dokończyłam prysznic, ubrałam się w biegu i ruszyłam w stronę swojego pokoju.
Wpadłam jak bomba do siebie przy okazji potykając się o próg, gdyby nie szybka reakcja kogoś, kto się rozgościł w moim pokoju, to pewnie ległabym jak kłoda.
     - Az, nie mam czasu - schyliłam się pod łóżko. Było tam pełno drobiazgów, które zawsze upychałam przed czujnym okiem Andre. Co, jak co, ale moja klasa nie będzie miała ujemnych punktów za moją nieschludność. Odwróciłam się do bruneta - Azarel, tu była kartka, pergamin egipski, czy.. - Zawiesiłam głos. Mój ochroniarz z kpiącym uśmiechem obracał list między palcami. Gdybym mogła to udusiłabym go gołymi rękoma. Wściekła, wyrwałam mu go z rąk. Napis dalej tam był. Teraz czas na to, by dowiedzieć się, co tam jest dalej.
     - Chi, dyrektor chce Cię widzieć - Az podał mi sweter. Może nie reprezentowałam się zbyt elegancko w ciepłym dresie, w wygodnym obuwiu, otulona miękkim i grubym swetrem…
Ale nie o wygląd tu chodzi. Muszę się z kimś zmierzyć. Wszyscy musimy. Nabrałam powietrza w płuca i delikatnie je wypuściłam. Jeszcze kilka razy, muszę uspokoić oddech. Jestem gotowa.
     - Pójdziemy inną drogą. Bezpośrednią - posłał mi dziwny uśmiech. Gdyby nie to, że to zaufany człowiek naszego rodu, to nigdy bym mu nie ufała. Azarel od małego mnie ochraniał. Alan mało go lubił i zawsze uciekał od niego. Saria i Oscar nie zwracali na niego uwagi, chociaż Az często powtarzał, że Oscar to inteligentny leń. Coś w tym jest.
     Przeszliśmy przez ciemny korytarz. Kolejny nowy skrót, o którym nie miałam pojęcia. Azarel kazał mi stawiać kroki na wybranych kaflach. Po chwili znaleźliśmy się pod drzwiami głównego gabinetu dyrektora.
     - Pamiętaj, kim jesteś - uszczypnął mnie w policzek, po czym rozpłynął się w powietrzu. Wyćwiczony wojownik. Znowu zrobiłam serię uspokajających oddechów, po czym zapukałam w drzwi.
- Proszę wejść - nerwowo nacisnęłam klamkę. W oczy najbardziej rzucił mi się duży zegar ścienny, który wskazywał czwartą popołudniu. Od momentu przebudzenia nie miałam okazji sprawdzić godziny.
     - Proszę usiąść Panno Fumio - zajęłam miejsce - mamy do omówienia parę spraw, z czego jedna z nich jest naprawdę dziwna, dlatego zatrzymamy się przy niej na dłużej - Pan Grobv wstał i zaczął krążyć po gabinecie - Track zostanie ukarany, odpowiednia nota już poszła do jego rodziców.. - Dyrektor wyjaśniał jak widzi czyn Nolana, uspokajał mnie. Odpłynęłam całkowicie, mało mnie interesowało, co pan Grobv sądzi o zachowaniu tego bydlaka z "Z". Powinni go dawno usunąć ze szkoły. Byłam tak zamyślona, że nie zauważyłam, że dyrektor skończył mówić. Zaskoczona spojrzałam na niego - Pytałem, czy wiesz, jakim cudem znalazłaś się u siebie w pokoju? - Jego wzrok momentami był przerażający. Oparł się dłońmi o biurko i wpatrywał się we mnie wyczekująco.
     Próbowałam zebrać swoje myśli. Jak mam odpowiedzieć na to pytanie, skoro sama nie znam na nie odpowiedzi?
- Nie mam pojęcia. Obudziłam się w swoim łóżku niczego nie pojmując. Więc jak Pan uważa? - Wstałam, musiałam coś zrobić. Cokolwiek. - Jedyne, co mam, to ten list - położyłam pergamin na biurku. Dyrektor wziął chwycił za niego i rozłożył - Fumio, Twój wyraz twarzy wskazuje na to, że wiesz, co to za rodzaj pergaminu - przysunął się bliżej mnie i trzymając kartkę pokazał mi ją. Przełknęłam głośno ślinę. Serce znowu zaczęło mi łomotać, a dłonie niebezpiecznie trząść. - Fumio? - Pan Grobv robił jedną z najgorszych rzeczy w tym momencie.
    Próbował na siłę ze mnie wyciągnąć informacje - Pergamin egipski, dzięki właściwościach magicznych, które posiada można na nim zakodować wiele informacji. Ale przeczytać mogą je tylko te osoby, do których są one kierowane.. - Zatrzymałam się na chwilę, przez co nie dał mi dokończyć - Więc co pisze na moim pergaminie? - Oparłam się o fotel - "Pilnuj lepiej swoich owieczek, bo może Ci którejś zabraknąć" - zamknęłam oczy.
    Dyrektor włożył list w moje dłonie. Słyszałam tylko jak coś skrobie na kartce, mogłam się tylko domyślić, że przepisuje wiadomość, która została skierowana w moją stronę. 
- Patowa sytuacja Fumio, możesz uprzedzić znajomych, że będę chciał każdego z nich przesłuchać ponownie. List zostaje u mnie, a Ty dostajesz zakaz wychodzenia poza mury szkoły. Biegać możesz wewnątrz. Na pocieszenie masz ode klucze do szklarni. - Wręczył mi plik żelastwa - z mojej strony to wszystko. Do widzenia - wskazał mi ręką drzwi. 
    Niechętnie opuściłam gabinet. Co miałam zrobić? Czułam się źle, ponieważ odnoszę wrażenie, że przeze mnie reszta znowu będzie musiała od nowa przechodzić przez ten koszmar.
Skierowałam się w stronę dachu. Już się nie starałam z ukrywaniem, po drodze minęłam kilka osób, które zaczęły szeptać między sobą na mój widok. Mało mnie to obeszło. Otworzyłam drzwi na dach. Chłodne powietrze uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą. Tak jakby chciało mnie otulić sobą. Odetchnęłam głęboko. Śnieg prószył delikatnie, jego skrząca biel dodawała mi otuchy. Zamek przy drzwiach do szklarni zaskrzypiał nieprzyjemnie, ale jej środek był cudownie ciepły. Rośliny były tu sztucznie ocieplane, dzięki czemu przez cały rok królowała tu zieleń. Usiadłam na ławce między drzewkami owocowymi. Ostatni raz to uczucie, które aktualnie rodziło się w mojej klatce piersiowej, dopadło mnie dwanaście lat temu.
Po prostu - rozpłakałam się jak mała dziewczynka. Pękła tama, którą w sobie miałam zbyt długo.


Pergamin



https://i.imgur.com/uaJGVAP.png

Online

#445 13-11-2018 o 22h05

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 741

-------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/180819/58a1f51b387606dc80c1ba5c99a7373d.png
   Vivian obudziła się i podniosła gwałtownie z łóżka wyczuwając niebezpieczeństwo. Nad jej głową właśnie stała dyrektor Anya Noves z niezadowoloną miną. Gdyby nie wciąż obolała noga, dziewczyna stanęłaby na baczność.
    — Dzień dobry! — wykrztusiła sztywno, jeszcze oszołomiona nagłą pobudką. Czuła zimny pot spływający jej po karku, gdy czekała na słowa nauczycielki.
    — Witaj, Vivian. Przyniosłam ci twoją walizkę z pokoju. — Usta Vi rozchyliły się lekko w bezgłośnym szoku. Spodziewała się złości, może nawet przymusowego powrotu do poprzedniej szkoły, a tu coś takiego! — Dzisiaj rano ogłoszono do jakich klas zostali przyporządkowani nasi uczniowie. Od dzisiaj należysz do klasy X, gratulacje.
   Nastolatka wciąż nie była pewna, co powinna odpowiedzieć. Chciała wiedzieć, dlaczego dyrektorka nie jest na nią wściekła, równocześnie bała się spytać, żeby przypadkiem nie wywołać wilka z lasu.
    — Słyszałam, że twoja noga niedługo powinna się zagoić. To dobra wiadomość, że mają tu tak utalentowany personel. — Oho, chyba powoli rozmowa zaczyna zmierzać w tym kierunku, pomyślała Vivian, przygotowując się na ostry wykład dyrektorki. Usłyszała westchnienie bezsilności. — Cóż, nie mam prawa być na ciebie wściekła za to, że posłuchałaś moich słów. Cieszę się, że znalazłaś znajomych i w końcu przemogłaś swój lęk. Jednak powinnaś też nauczyć się kontrolować swoją moc, podczas jego napadów. Nie możesz wiecznie bronić się przed dotykiem w ten sposób.
   Vivian posłusznie przytakiwała słowom dyrektorki. Widziała zdenerwowanie w jej oczach, ale też siłę z jaką powstrzymuje się od jego wypuszczenia. Czyżby dyrektorka obwiniała się o to zajście, ponieważ sama kazała Cruise integrować się z uczniami tej szkoły? Dziewczyna wolała nie wyprowadzać nauczycielki z błędu i tłumaczyć, że to jej wina. Gdyby pani Noves o tym wiedziała, nie byłaby teraz tak wyrozumiała.
    — Rozmawiałam już z dyrektorem Grobvem i załatwiłam ci wizyty u tutejszego psychologa. Obowiązkowe. — I wtedy Vivian przytaknęła po raz ostatni. Wiedziała, że nie ma tu nic do powiedzenia.
   Dyrektorka pożegnała się i wyszła, a Vi jeszcze przez chwilę siedziała nieruchomo, nie będąc pewna, czy jest zadowolona z tego, jak zakończyła się ta sprawa, czy może zawiedziona. Brak większych konsekwencji, oprócz złamania, był dla niej dobrą opcją. Kary dyrektor Noves nie należały do łagodnych, gdy była naprawdę zła, a Vivian zdążyła kilka razy tego doświadczyć. Czuła się jednak źle, ponieważ naraziła inne osoby na niebezpieczeństwo, a samemu Quentinowi złamała nogę. Czy nie powinna dostać sprawiedliwej kary?
   Nie mogła jednak polemizować ze słowami dyrektorki, więc porzuciła te rozmyślania i postanowiła przebrać się w swoje ubrania, których tak brakowało jej, by mogła się lepiej poczuć. Długie spodnie, gruba bluza, maseczka na twarz i oczywiście skórzane rękawiczki. Od razu czuła się pewniej! Zakryła każdy najmniejszy skrawek skóry, którego ktoś mógł przypadkowo dotknąć, jedynie przerwa na oczy wystawiała jej ciało na światło dzienne.
   Ciekawe czy mogłaby już zająć swój pokój i zostać w nim, zamiast w gabinecie pielęgniarki obawiać się o wtargniecie kolejnych osób? Zawsze warto zapytać, pomyślała i odsłoniła zasłonkę parawanu. Ona wasze musiała mieć takie szczęście? Oczywiście, że poza Quentinem i higienistką ktoś jeszcze musiał tam być. Vivian postanowiła przeczekać wizytę Terry za swoim bezpiecznym parawanem. Pielęgniarka już znalazła dla niej zadanie, więc to nie powinno długo potrwać. Oby tylko za moment nie wtargnęła tu grupka przeziębionych nastolatków, albo ktoś ciekawy stanu zdrowotnego Kryca lub, co gorsza Cruise.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#446 05-12-2018 o 19h58

Straż Cienia
Satomi-iko
Straż na szkoleniu
Satomi-iko
...
Wiadomości: 235

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353644889772130305/399637935995092992/unknown.png
     Uniosłem wzrok na Flynna. Parsknąłem cicho, słysząc jego słowa, ale zaraz udałem, że to był tylko kaszel. Chciałem odpowiedzieć na jego pytania, jednak... on zadał ich tyle, że nie byłem pewien w ogóle, czy się odzywać. Z resztą, zdawał się nawet nie czekać, na moją odpowiedź.
-Chyba mam jeszcze trochę soku... - mruknąłem do siebie, wstając.
Nie byłem pewien, gdzie dokładnie został, dlatego poszukiwania zabrały mi dość długą chwilę. Na tyle długą, by Flynn zaczął marudzić i pociągać nosem.
-Pando? - odwróciłem się w jego stronę, nie do końca rozumiejąc. - Jejku Flynn, daj mi to.
      Blondyn nawet się nie zorientował, kiedy obrócił kołdrę. Pomijając fakt, że ta była w opłakanym stanie. Oboje byli. Przywodził mi na myśl tylko moją siostrę, gdy była chora. Mama nigdy nie pozwalała mi z nią siedzieć, bo jej zdaniem przy mnie stawała się jeszcze bardziej marudna.
-Odwróciła się tylko, spokojnie – powiedziałem, starając się nie zaśmiać, kiedy układałem pierzynę tak, jak powinna być. -Masz, sok. Nie mam nic innego póki co...
Chłopak wyglądał, jakby miał zamiar pić na leżąco, więc by mu oszczędzić kompromitacji, od razu pomogłem mu usiąść.
-Pij powoli – upomniałem go jeszcze.
Pozwoliłem, by się na mnie oparł. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że był strasznie gorący... Znaczy się! Rozpalony. Tak właśnie, rozpalony. Pewnie przez chorobę. A jego włosy kleiły się do czoła. Po wczorajszym warkoczu nie było już śladu.
-Musimy iść do pielęgniarki i to już – zarządziłem.

     Najtrudniejsze w prowadzeniu Flynna było pierwsze przełamanie się, by zarzucić jego ramię na siebie tak, aby chociaż trochę ułatwić mu przejście tego kawałka. Ta bliskość chłopaka przypominała mi aż za bardzo o wczorajszym dniu, a starałem się póki co chociaż o tym nie myśleć. Nic nie mówiąc więc, przysłuchiwałem się blondynowi, który wyraźnie sam się gubił w tym, co mówił.
-Przepraszam? - nieśmiało uchyliłem drzwi. - Mój przy... Flynn chyba potrzebuje pomocy – zwróciłem się do pielęgniarki, która akurat stała przy wejściu z jakąś dziewczyną, której nie miałem czasu się przyjrzeć.


https://data.whicdn.com/images/314269009/original.gif

Offline

#447 19-12-2018 o 22h44

Straż Obsydianu
Taneshja
Straż na szkoleniu
Taneshja
...
Wiadomości: 247

https://fontmeme.com/permalink/171111/59aba6529c985748c9fc48644c4b477e.png

Kiedy tylko ujrzał Terre w drzwiach poczuł nagłą potrzebę ucieczki z gabinetu pielęgniarki i znalezienia się w każdym innym miejscu- nawet Flynn był lepszą opcją! Ten mały, wywijający pięściami karzeł był miejszym, bardziej znośnym złem niż stanięcie oko w oko z dziewczyną. Quentin przede wszystkim chciał zapomnieć o  wydarzeniach z lasu, po części żałował ich wczorajszego, w dodatku pierwszego, spotkania, w czasie którego zadziało się wiele- odnalezienie starego cmentarza, złamanie przez dwie osoby kończyny dolnej (choć to bardziej zasługa Vivian niż Kryca) i ucieknięcie z balu na rzecz pogoni za psem. Zimowa noc z dwudziestego pierwszego grudnia na zawsze zapadnie w pamięci chłopaka, lecz nie będzie miała przyjemnego wybrzmienia dla niego. Nawet spotkanie z mamą nie poprawiłoby mu humory.
   Na samą myśl o matce Quentin rozejrzał się na pokoju, na sekundę zapominając o stojącej naprzeciw białowłosej. W pobliżu łóżka powinna się znajdować jego walizka, ale jedyne, co zobaczył to czystą podłogę i swoje buty, dawniej błyszczące męskie pantofle, a teraz poszarpane buciory, nadającej się jedynie do kosza. Gwałtownie pochylił się do przodu, aby spojrzeć pod łóżko i od razu tego pożałował. Promienisty ból rozlał się po czaszce i ledwie usłyszał słowa, która pielęgniarka wypowiadała do dziewczyny:
   -O, dobrze, że jesteś dziecino. Zaniosłabyś tę wiadomość do dyrektora?- spytała, a białowłosa bez słowa wyciągnęła rękę.- Dziękuję.- Kobieta wręczyła jej kopertę i uśmiechnęła się lekko, dziękując przybyłej za pomoc.
   Chłopak wyprostował się i nabrał cicho powietrza. Było lepiej, lecz tylko trochę. Czuł cieszenie w gardle, a katar zatkał mu cały nos, choć czego innego mógł się spodziewać po spędzeniu godziny na mrozie? Blizny w pamięci i na tym koniec? Chciałby posiadać taką moc, w której mógłby regulować temperaturę ciała i otoczenia, ale natura obdarzyła go inną mocą. Tą cholernie świetną umiejętnością, której użyć nie potrafił.
   -Czy ma pani leki na gardło?- spytał po chwili, gdy kobieta stanęła przy szafce, wyjmując z niej opakowania z lekami. Spojrzała ona przez ramię na bruneta, aby po chwili wręczyć mu białą tabletkę oraz plastykowy kubeczek z wodą.
   -Zacznie działać za około pół godziny- oznajmiła, oceniając wzrokowo chłopaka. Gdy połknął lekarstwa przyłożyła mu rękę do czoła, aby chwilę potem wstać i wrócić z termometrem bezdotykowym.- Masz 38 stopni gorączki- stwierdziła, krzywiąc się nieznacznie.- Zostaniesz tutaj przez następne parę dni.
   -A mogę pójść do mojego pokoju?- zapytał od razu, woląc siedzieć u siebie, mając ciszę, spokój i komputer niż leżeć w salce razem z Vivian obok.
   Zmarszczyła brwi, lecz nie odpowiedziała od razu.
   -Tak, możesz być w swoim pokoju chłopcze, ale musisz przychodzić tutaj co parę godzin.
   Pokiwał głową, uśmiechając się nieznacznie. Wstał, poprawił piżamę, wziął buty pod pachę i już był gotowy do wyjścia.
   -A gdzie jest moja walizka?
   -W pokoju- odparła szybko pielęgniarka, wracając do swoich wcześniejszych obowiązków.- Rano przyszedł tutaj bardzo miły chłopak ze starszej klasy i zaproponował, że odniesie to do twojego pokoju- wyjaśniła, unosząc na wysokość oczu jedno z opakowań leków.- Gdybyś poczuł się gorzej, wróć tutaj- powiedziała z troską, na chwilę ujawniając mniej surową część swojej osobowości. W innych okolicznościach Quentin byłby zaskoczony takim zachowaniem kobiety, którą zawsze wyobrażał sobie jako niezwykle surową i jędzowatą osobę, ale teraz po prostu chciał znaleźć się w pokoju i zobaczyć co znajdowało się w walizce.
   Idąc korytarzem rozmyślał nad zawartością przedmiotu, bo, tak naprawdę, nie wiedział, dlaczego dostał akurat walizkę. Jego wcześniejsza torba podróżna trzymała się dobrze i nawet Alya, gdy pakowała mu rzeczy na powrót do szkoły nie marudziła za dużo. Matka Kryca miała to do siebie, że potrafiła skomentować każdy, choćby najmniejszy detal, jakiegoś stroju, przedmiotu czy człowieka i do prawdziwych cudów należały sytuacje, w których nie czepiała się zbyt wiele. Może mama postanowiła kupić mu po prostu nową walizkę, bo tamta z jakiegoś powodu przestała się jej podobać?
   Tak brzmiała pierwsza wersja historii, druga była znacznie mniej optymistyczna. Wiedział, że rodzice bardzo martwili się o niego, ale wiedział również jak skrajni potrafili być w swoich poglądach, w szczególności ojciec. Może rodzice chcieli dać do zrozumienia, że po powrocie z wycieczki zaczyna prywatne nauczanie w domu?
   Serce zabiło mu szybciej na samą myśl. Cholera, druga opcja była bardziej prawdopodobna od pierwszej. Sławomir długo sprzeciwiał się powrotowi Quentina do szkoły, nie wspominając o godzinach kłótni, w których powtarzał, że wypisze syna z akademii. Na szczęście ta wizja przyszłości oddaliła się od chłopaka, ale nadal pozostawała bliska.
   Z zaciśniętym gardłem wszedł do pokoju. Ledwie sekunda wystarczyła mu, aby zobaczyć rozłożoną na łóżku walizkę. Zamknął drzwi, słysząc cichy brzdęk kluczy, zostawionych w zamku. Bardziej zaniepokojony walizką niż niezamkniętym pokojem, podszedł szybszym krokiem do walizki, rzucając w kąt pokoju buty.
   Gdy otworzył bagaż był jednym słowem zaskoczony. W środku zamiast zobaczyć elegancko spakowanych ubrań czy cokolwiek temu podobnego ujrzał parę prezentów, opakowanych w kolorowy, świąteczny papier. Zmarszczył brwi, biorąc pierwsze pudełeczko z brzegu. Przyjrzał się zawieszce z imieniem, zastanawiając się jakim cudem pisze na nim „Chizuru” zamiast Quentin.
   -Przecież ona nawet moich znajomych nie zna- powiedział do siebie, odkładając pakunek na bok. Zastanawiał się dłuższą chwilę, wyciągając parę innych prezentów dla swoich znajomych, jakim cudem jego mama wiedziała o istnieniu takich ludzi. O szkole opowiadał mało, praktycznie w ogóle, najwyżej chwaląc się drobnymi osiągnięciami, ale rzadko innymi osobami. Quentin taki był, że dla niego większego znaczenie nie miało to czy jego rodzice słyszeli o jego rówieśnika, czy nie. Nie raz powiedział coś o nich, ale nie wdawał się w szczegóły, przeważnie zmieniając temat na coś bardziej interesującego niż jego życie szkolne.
   Po przejrzeniu zawartości włożył do walizki pakunki dla innych osób. Jeszcze nie wiedział co z nimi zrobi, dlatego wolał odstawić je na bok, aby później podjąć tę decyzję. Bardziej ciekawiły go jego własne prezenty, opakowane starannie w złoty, mieniący się w świetle papier oraz z przyklejonym zdjęciem Kryca.
   -To chyba był pomysł taty- powiedział do siebie, przyglądając się szarej fotografii sprzed lat.- Nienawidziłem tego aparatu na zęby- szepnął do siebie z uśmiechem, przyglądając się sobie. Jako piętnastolatek miał parę pryszczy na czole, ale na tym kończyła się jego krótka, trądzikowa historia. Dobrze pamiętał czasy, gdy nosił aparat, jak marudził rodzicom, że nienawidzi wizyt u ortodonty i powtarzał im, że gdy zmienia się w zwierze jest mu obojętne czy ma proste, czy krzywe zęby.
   Zaswędziało go w gardle, ale zignorował to uczucie, rozrywając papier.
   -Wow, kupili mi telefon- powiedział do siebie, patrząc na jeden z nowszych modeli dotykowych telefonów. Szczerzył się jak głupi do sera, wyciągając przedmiot z pudełka i zaśmiał się cicho, gdy włączając komórkę zobaczył na ekranie rodzinną fotografię.- Dobrze, że przynajmniej naładowali baterię. I wsadzili kartę- dodał po chwili zaskoczony, widząc pierwszego SMS'a od mamy.

Wesołych świąt synku! Chcielibyśmy tobie życzyć, abyś w szkole przeżywał wiele przygód, ale w rozsądnej ilości /static/img/forum/smilies/wink.png Wiemy, że jesteś świetnym uczniem, dlatego przygotuj się trochę z tej historii i zdaj ją! Jesteś bardzo mądrym chłopcem Quentiś, więc szybko zdasz przedmiot i będziesz mógł zjeść specjalne ciasteczka, twoje ulubione, które znajdują się w niebieskim opakowaniu ^^ Mamy nadzieję, że prezenty ci są spodobają Albatrosku i nie zapomnij dać innych prezentów swoim przyjaciołom! Specjalnie dołożyłam do nich słodycze i je opakowałam, abyś mógł sprawić im trochę radości /static/img/forum/smilies/big_smile.png

P.S. Synuś, nie zapomnij dzwonić do nas częściej, a nie raz na tydzień


    -Nie zapomnę zadzwonić, nie martwcie się o to- szepnął do siebie, a potem kaszlnął cicho, zakrywając ręką usta. Wstał, rzucając okiem na resztę pakunków. Najpierw chciał zadzwonić do rodziny, podziękować im, chwilę porozmawiać z nimi albo z dziadkami (choć dogadanie się z nimi graniczyło z cudem, zawsze potrzebował ojca jako tłumacza). Chwile zajęło mu znalezienie kontaktów w nowym telefonie, ale wreszcie udało mu się. Już wybierał numer do taty, gdy na ciemnym tle biurka zauważył białą kartkę. Zmarszczył brwi, podchodząc do niej. Schował telefon do kieszeni piżamy i wziął papier do ręki.
   Na początku nie stało się nic. Biała powierzchnia papieru zbytnio się nie wyróżniała od innych, dobrze mu znanych kartek, lecz wystarczyło parę sekund, aby na chropowatej powierzchni pojawił się elegancki napis. Chłopak w pierwszej chwili nie uwierzył własnym oczom. Krew odeszła mu z twarzy, a po plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz, gdy przeczytał jeszcze raz krótką, ale rzetelną wiadomość.

Moc należy pielęgnować, a nie jej się bać, Quentinie Krycu, bo ty wcale nie przestałeś być zmiennokształtnym chłopcze. Ty się po prostu boisz. Przełam ten strach, aby sytuacja z lasu się nie powtórzyła.
Pozdrowienia z galerii


    -O rzesz k****.

Ostatnio zmieniony przez Taneshja (19-12-2018 o 22h45)

Offline

#448 23-12-2018 o 21h19

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 940

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353538865061036056/399942880128532490/97e36d0b6c5b4f81ce31982dbd8b3889.png

     Biegł pustym korytarzem, tym samym, na którym dzień wcześniej włóczył się smętnie. Z upartym wyrazem twarzy rozglądał się po kolejnych salach, aż w końcu wpadł na plac. Wyszedł na jego środek i zakręciwszy się wolno, przymrużył oczy i patrzył. Nikogo nigdzie nie było. Mała kamera przyczepiona do dachu spojrzała z góry na młodzieńca, rejestrując jego ruchy. Hope ze złością zerwał się do biegu ku ogrodom. Wieża astronomiczna wydawała się być zamknięta, szklarnia znajdująca się na dachu budynku szkoły również. Podbiegł do drzwi wieży i szarpnął za klamkę, ale nic mu to nie dało. Nie miał pojęcia, gdzie mógłby znaleźć tego, którego szukał. Nie wiedział o nim właściwie nic. Nolan z pewnością znajdował się na terenie szkoły, ale jej teren był ogromny, a Hope nie miał wstępu do wielu pomieszczeń. Istniało duże prawdopodobieństwo, że chłopak ukrywał się we własnym dormitorium, nawet, jeśli zazwyczaj szwendał się poza nim.
     Skierował się do schodów, aby móc wbiec na dach i zobaczyć, czy szklarnia również jest zamknięta. Równie energicznie wparował do środka, kiedy zorientował się, że wejście nie jest zablokowane.
     Ciepło, które panowało wewnątrz było dla niego o wiele przyjemniejsze od śniegu, który skrzypiał pod jego ciężkimi butami. Będąc na zewnątrz miał wrażenie, jakby pogoda próbowała go osłabić. Mimo wszystko, wolał późne, letnie dni.
     Szklarnia była duża, a jej sufit był położony naprawdę wysoko. Być może nie tak wysoko, jak położony był naprawdę. Stracił cenne sekundy, wpatrując się w jasne zdobienia na szkle i zastanawiając, czy to wszystko jest prawdziwe, czy ktoś jednak wsparł architekturę magią. Mimo tego, że każdy na świecie posiadał jakąś moc, wiele rzeczy dalej robiło się tradycyjnie, albo chociaż w jakimś stopniu. W legendach o Smoku ktoś powiedział kiedyś, że nie należy nadużywać swojej mocy wrodzonej, chociażby w budownictwie. Po różnych miastach widać było, jak ludzie odnoszą się do starych opowiastek. Akademia natomiast wyglądała tak, jakby pomogli jej wznieść się ludzie o wszystkich możliwych poglądach.
     Zamiast absolutnej ciszy zastał ciche dźwięki. Dopiero po przejściu kolejnych kilku kroków spokojnie, zrozumiał, że było to łkanie.
     Chizuru siedziała na ławce i płakała jak małe dziecko. Po plecach Rivsteina przeszły nieprzyjemne ciarki. Zamiast odnalezienia oprawcy, udało mu się wpaść na ofiarę. Nie mógł uciec, ponieważ dziewczyna już go zauważyła, ale nie miał też pewności, czy ona w ogóle życzy sobie czyjegokolwiek towarzystwa.
     -Ja… szukałem…- powiedział cicho. Prawdopodobnie tak cicho, że aż niezrozumiale. Płacz blondynki wprawiał go w zakłopotanie.
     Nie chciał siadać obok, ale podszedł bliżej niepewnie. Przykucnął następnie, aby nie patrzeć na koleżankę z góry. Spojrzał na jej twarz, powstrzymując się od wyciągnięcia do niej dłoni.
     -Powinienem znaleźć Sarię, Oscara, albo Quentina, żeby cię stąd zabrali?- zapytał spokojnie. –Nie powinnaś siedzieć tu sama, Chizuru. Proszę, przestań płakać.
     Nie zamierzał mówić jej o słońcu, które zawsze wschodzi, nawet, jeżeli robi to opornie. Miał wrażenie, że powiedział do niej wystarczająco głupich rzeczy w krótkim czasie. Sama prośba o to, aby przestała wypuszczać łzy na światło dzienne była banalna, choć w głosie Hope było słychać cichą panikę i szczerość. Nie chciał, aby płakała, ale nie miał na tyle odwagi, aby zaproponować jej własne ramię do wypłakania się. Choć kiedyś mu pomogła i był jej dłużnikiem, nie byli na tyle blisko, aby wspierać się w sytuacjach, w których aż chciało się płakać.
     -Powiedz żebym wyszedł, a wyjdę. Ale poczekam przed szklarnią- dodał szybko.


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#449 06-01-2019 o 12h35

Straż Absyntu
Okinkow
Szeregowiec
Okinkow
...
Wiadomości: 118


https://fontmeme.com/permalink/170621/886ab155e27c83ac8d6c3468cd7147f1.png


   Bałem się widoku krwi. Od małego. Nawet po śmierci mamy, mimo iż stałem się silniejszy i odważniejszy, oraz nie taki mazgajowaty, odruch wymiotny przy widoku posoki został.
   Aż do teraz.
   Miesiąc z obcowaniem ze swoją krwią skutecznie mnie znieczulił. Zwłaszcza, że teraz musiałem zmieniać bandaże co kilka godzin, bo rany nie chciały się goić tak jak powinny. Niby pielęgniarka mówiła, że to kwestia czasu, że niedługo mnie wypiszą i nauczą zmieniać opatrunki. Ale i tak zostaną blizny. Głównie na rękach.
   Byłem drugi dzień w szpitalu. W nocy odwiedziła mnie Chelsea, gdy stanęła w drzwiach była... piękna. Ale czemu ona, czemu nie Hope, czemu nie Arvena, czemu nie ojciec, czemu gdy nie ma mnie miesiąc, to pierwszą osobą, która odwiedza mnie w szpitalu jest dziewczyna, którą przypadkowo poznałem i przypadkowo oprowadziłem.
   I która zapewne normalnie nawet by na mnie nie spojrzała.
   Mimo to cieszyła mnie ta wizyta, nie mogłem oderwać od dziewczyny wzroku. Jednak przeżyliśmy krótką przygodę na łące. Przyjemne wspomnienie z przeszłości, która jednak przecież nie była tak odległa. Jednak z mojej perspektywy wydawało się, jakby minęły wieki.
   Nie do końca wiedziałem co do niej mówić, o czym rozmawiać, przynajmniej z początku, potem rozmowa jakoś się kleiła, mimo niezręcznej ciszy gdy z ran na rękach i policzku zaczynała sączyć się krew, a pielęgniarka przychodziła zmienić opatrunki.
   Mimo niezręcznej ciszy gdy aparatura która zapewniała mi witaminy i komfort czasem wydawała dziwny dźwięk.
   Mimo niezręcznej ciszy gdy milczałem myśląc nad odpowiedzią.
   Ale jak dla mnie to była najlepsza rozmowa jaką odbyłem od bardzo, bardzo dawna. Na pewno najlepsza odkąd zmieniłem szkołę. Chociaż równie dobrze, mogła to być iluzja, której się trzymałem, bo przez miesiąc nie rozmawiałem z nikim.
   Kazałem Chelsea iść około drugiej w nocy, kilka razy prosząc, aby uważała na siebie i w razie problemów dzwonić do mnie, albo wrócić do szpitala, miejsce na pewno by się znalazło. W końcu szpital był opłacany przez państwo, w którym mój ojciec był na wysokim stanowisu.
   Gdy dziewczyna poszła jeszcze długo o niej myślałem, nie mogłem zasnąć, więc znów zacząłem rysować. Cokolwiek, nie myślałem, stawiałem kreski losowo, ale w ostateczności i tak wyszedł mi portret Chels. Tylko na moim obrazki była zadziwiająco podobna do mojej mamy. W rzeczywistości nie była.
   Odłożyłem kartki i złapałem się za głowę, chciałem krzyczeć, ale nie chciałem sprawiać kłopotu. Nie chciałem słyszeć aparatury, kasłania z korytarza, kroków pielęgniarek i lekarzy nocnego dyżuru. Chciałem być w swoim pokoju rysując, słuchając muzyki i jedząc żelki.
   Zasnąłem szlochając.

   Obudziłem się bardzo zmęczony. Akurat na śniadanie. Szpital na szczęście był zaawansowany i stać ich było na dietetyka układającego dobrą, zbilansowaną dietę. Więc jedzenie było smaczne i pożywne.
   Nie wiedziałem co mam ze sobą robić nudziłem się, nie mogłem zbytnio wstawać, bo musiałem się odłączać od urządzeń, wołać siostrę, więc miałem zalecenie, żeby dzwonić tylko jak chcę iść do łazienki.
   Wziąłem lustro. Moje włosy, wcześniej już dość długie, teraz sięgały mi do czubka nosa. Właściwie mi to nie przeszkadzało, przecież chodziło mi o to, aby zasłonić prawe oko. Od pewnego wypadku kilka lat wcześniej, nie chciałem go pokazywać.
   Zauważyłem też kilkanaście siwych włosów. Zapewne od stresu, nazywało się to chyba syndromem Marii Antoniny, która podobno osiwiała, gdy mieli zabrać ją na egzekucję, czy jakoś tak.
   NUDZIIIŁEM SIĘ.
   Może by tak zacząć chodzić po szpitalu i próbować wskrzeszać ludzi?
   Po chwili zastanowienia, uznałem, że robię to po obiedzie, chwyciłem kartki do rysowania, spomiędzy nich wysunęła się jedna, mała, z innego papieru. Wziąłem ją do ręki i otworzyłem.

Za słabo poznaliśmy się przez ten miesiąc, liczę, że spotkamy się ponownie
Mam nadzieję, że moja szopa była wygodna a jedzenie odpowiednio smaczne.


   Zgniotłem kartkę ze łzami w oczach. Jeśli się zjawi, użyję całej swojej mocy aby go zabić.

Ostatnio zmieniony przez Okinkow (06-01-2019 o 15h56)


Le ja gdy już mam pomysł na nowe opowiadanie.https://media1.tenor.com/images/17bd3be08bd1391250ea2acd3566b461/tenor.gif?itemid=13053523

Offline

#450 06-02-2019 o 20h30

Straż Lśniąca
Konoe
Arcykapłanka Świtu
Konoe
...
Wiadomości: 6 218

____________________________https://i.imgur.com/j2Ft6Ml.png

    Dawno nie czułam takiej ulgi. Moje serce potrzebowało tego płaczu, wodospad słonej wody, który moczył mi policzki dawał mi niesamowite wytchnienie. Mogę płakać, jednak nie mam serca z kamienia.
    W tej chwili pragnęłam wszystkiego, żeby dziadek tu był, żeby mama mnie wzięła w ramiona. Poczułam się jak mała dziewczynka, która się przewróciła i płacze z powodu rozbitego kolana. Ale to nie było rozbite kolano, to problem, który mnie przerastał.
    Ukochana zieleń nie wpływała na mnie tym razem kojąco, bolało mnie wszystko, jeśli szło to nazwać bólem. Bałam się. O każdego – ponieważ nie tylko w szkole groziło nam niebezpieczeństwo. A jeśli ten typ zaatakuje moją rodzinę? W końcu mój ród niejedną osobę skazał na królewski sąd. Czy mogę liczyć na pomóc Króla? Traktował mnie jak małą dziewczynkę, a jego skretyniały syn nie był lepszy. Starszy o rok, a zachowywał się jak młodziak z piaskownicy. Władza w tym kraju nie była zbyt cudowna, jedynie Królowa trzymała poziom, z zamężną już córką.
    Na wskutek moich odczuć, rośliny w ogrodzie się niepokoiły. Poczułam jak jabłoń delikatnie drży. Magia natury jest zbyt potężna, sama magia daje tyle możliwości, ale najczęściej nikomu nie chce się ich wykorzystywać. Wygodne biurko, dobra płaca, większość magów to sobie ceni w tych czasach.
    Czarne myśli zdawały się pochłaniać całe ciepło z mojego ciała. Jeszcze bardziej skuliłam się w sobie. Ktoś otworzył drzwi mojego bezpiecznego kąta. Przez łzy zobaczyłam rozmazaną twarz.
    Nie byłam pewna, kto to jest, dopóki się nie odezwał. Hope! Nie skupiłam się na tym co mówił, ponieważ moją głowę zaprzątały jedynie myśli, że ktoś tu jest. Zaczął się tłumaczyć – i już nawet wychodził, ale nie pozwoliłam mu na to – NIE! – rozpaczliwie chwyciłam go za dłoń, była tak cudownie ciepła. Zadrżałam, nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo czułam się źle. Jego ciepło delikatnie odgarniało mój chłód z serca – Proszę zostań, ja nie chcę być teraz sama – z trudem przełykałam łzy, przeklęte! Nie chciały przestać płynąć – Twoje ciepło jest najpiękniejszą rzeczą w tym ogrodzie – niewiele myśląc, przytuliłam policzek do jego dłoni.

Jeszcze nie powiedziałam nie.



https://i.imgur.com/uaJGVAP.png

Online

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 16 17 18