Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 9 10 11 12

#251 18-09-2018 o 18h18

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Wow, no to powiem ci, że podobieństwo jest większe niż myślałam XD W ogóle mi się to nie podoba, bo osoba trzecia mogłaby pomyśleć, że jedna zgapiła od drugiej. Choć obie wiemy, że tak nie było, bo opowieści o dzieciach były u nas od dawna. No popatrz, jak jednakowo na to wpadłyśmy xd

To faktycznie fatalnie wygląda, że straż zataja takie informacje. Jakby uważali kociaków za jakichś takich ostatnich sojuszników, typu: jak nikt nam nie pomoże, to uśmiechniemy się do nich. Zwłaszcza że, jak słusznie zauważono, z feniksami od razu się tym podzielili. Chamsko.

I w ogóle jestem pod wrażeniem, że Liwka tak ładnie toleruje obecność Huang Hua. Serio, spodziewałam się jakichś chamskich odzywek czy czegoś, nawet mimo tego, że to autorytet. A tu proszę — nawet kilka komplementów! Szok. :v

No nic, czekam na kolejne części i pozdrawiam ^^


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#252 28-09-2018 o 17h04

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@Methrylis - później będzie widać różnice w tematyce dzieci. Ale to raczej dużo później, jak się trochę pomelodramatuje.
             Feniksy to lud, który "stworzył" Eldaryę. Zatem są uważani za potężnych, niezwykle znaczących (może nawet bardziej niż inne rasy i na pewno bardziej niż powinni, przynajmniej wg purrekos, a niewykluczone, że i Liwki) etc. Przeciągnięcie kogoś na swoją stronę może BARDZO zaowocować. Dlatego też podziałała tu stara zasada handlowa "kto da więcej". Niestety potencjalne korzyści są w wielu przypadkach ważniejsze niż lojalność. Miiko zwyczajnie stwierdziła, że przemilczenie paru spraw kociakom i wykonanie ukłonu wobec Huang Hua da jej dużo więcej, szczególnie politycznie,niż konsultacja z kociakami. Tym bardziej, że nie spodziewała się iż purrekos dowiedzą się o wszystkim tj. nie brała pod uwagę konsekwencji. Polityka jest ZAWSZE brudna ;]
             Liwce zdarzało się mówić dobre rzeczy nawet o chłopakach i poniekąd Miiko. Rzecz w tym, że te dobre rzeczy rzadko kiedy, o ile w ogóle, przynoszą jej korzyść, więc ma je w głębokim "szacunku" ;] I tym samym rzadko o nich wspomina. Nie zapominaj, że jest głównie nastawiona na wydostanie się Eldki, a większość swoich relacji ocenia właśnie pod tym kątem. Dlatego raz czy dwa chwali Eza za swoje lekcje z nim (są dla niej pożyteczne), narzeka na Nevrę, który na swoje douczanie kładzie lachę wychodząc z (poniekąd słusznego założenia), że jak jej zależy to się sama nauczy z notatek/książek i dostaje szału przy Valkyonie, bo treningi z nim przynoszą jej mało korzyści, a dużo bólu.

XXI (cz. 8)


             Po blisko półtorej godziny kręcenia się po terenach zielonych, docieramy do tak zwanego ogrodu muzyki, gdzie otaczają nas przerobione na zdobne fontanny, stare instrumenty wszystkie opływane przez dekoracyjny potok. Niektóre z nich nadal wydają dźwięki, pieszczone zimną wodą, tworząc łagodną, niezbyt głośną symfonię rozbrzmiewającą wokół.
             - Uwielbiam to miejsce, a ty?– Huang Hua zerka na mnie szeroko uśmiechnięta, składając ze sobą dłonie. – To chyba najpiękniejsza część błoni KG.
             - Szczerze powiedziawszy wolę stuletnią wiśnię, ale tak, tu też jest pięknie.
             Ku zaskoczeniu mojemu i Feng Zifu  Huang Hua zrzuca zdobne sandały, podciąga suknię – od przyjazdu zdążyła przebrać swój superwydekoltowany strój w super wydekoltowaną kieckę – i wskakuje do strumyka. Przyznaję, jest w miarę ciepło, mżyć przestało, nawet słońce się z lekka przeciera, ale bez przesady. Tego typu zabawy to raczej impreza na lato, a nie na ponury, jesienny dzień.
             - Co panienka robi?! – woła Zifu, spoglądając na kobietę ostrym wzrokiem. – Twoje nogi! To nieprzyzwoite!
Ok., przylegająca do ciała suknia z WIELGACHNYM dekoltem, a ten dostaje prawie padaczki, bo panna pokazała trochę łydek? Bez przesady.
             - Liwia, chodź do mnie! –woła Ren-Fenghuang, całkowicie ignorując swojego szambelana. – Woda jest cudowna!
             - Lepiej nie, mam kompromitujące skarpetki.
             - Oh nie bądź taka!
             - Jeżeli dołączę, dołączy też Ula, a wtedy będziemy skąpane od stóp po sam czubek głowy.
             Właściwie, to jeanylotte już wygląda, jakby poważnie rozważała działanie, w którym bierze udział Huang Hua i bardzo duże ilości wody, a może i Feng Zifu. Kiedy posyłam jej ostrzegawcze spojrzenie, przybiera iście szachrajski wyraz mordki. Ren Feunghang zauważa go i nagle jej zapał nieco topnieje. Widać wizja siebie wpychanej do strumienia przez wielkiego, ciężkiego stwora to nie to, co arystokratki z górskich królestw lubią najbardziej… Chociaż w sumie szkoda. Efekty mogłyby być nieziemskie. Tak jak mina Miiko trzy sekundy przed tym, nim ukręciłaby mi łeb.
             Nieco zmieszana Ren-Fenghuang wychodzi ze strumienia, ciężko wzdychając i zerkając niepewnie na Ulę, która przybiera postawę najniewinniejszej i najbardziej uroczej puchatej kuli pod słońcem.  Kudłaty bezczel… Chociaż nie powiem, uratowała mi tyłek przed przymusowymi wygłupami bądź twardą konfrontacją na „nie”.
             Naciągając na nogi zdobne sandały, Huang Hua kieruje swoją uwagę w inne miejsce, zapewne aby rozwiać powstałą po swojej stronie niezręczność.
             - Och, jaki piękny zachód słońca!
             No jest ładny. Niebo nieco się przetarło, a ginące za horyzontem słońce maluje chmury paletą czerwieni i fioletów, jednak widywałam już ładniejsze. Na wielu światach. Mimo tego, milcząc kiwam głową.
             - Powiedz mi, wierzysz w przeznaczenie? – pyta po dłuższej chwili.
             Acha, znowu się zaczyna. Na szczęście mam na to odpowiedź i to stuprocentowo szczerą.
             - Życie jest już wystarczająco ponure, żeby przy tym w ogóle rozważać istnienie takiego okropieństwa jak przeznaczenie.
             - Okropieństwa?
             - Perspektywa, że jakaś obca siła układa nam życie, wyznacza cele niczym pionkom na planszy i usiłuje nagiąć naszą egzystencje wedle swej woli, mając za nic nasze osobiste pragnienia i odczucia jest okropna. Poza tym, jakie w ogóle znaczenie ma w tej sytuacji życie? Bycie lalką na cudzych sznurkach… Już lepiej z miejsca skoczyć z klifu.
Po twarzy Huang Hua rozlewa się zaskoczenie w jego raczej nieprzyjemnym odcieniu. Najwyraźniej nie przypuszczała, że ktoś może tak podchodzić do sprawy.
             - No nie wiem, ja tam lubię myśleć, że los wyznaczył mi jakiś ważny cel w życiu – mówi po chwili.
             - A jeżeli ten cel wiąże się z utratą bliskich, bólem i śmiercią w samotności? – zerkam na nią. – W naszej historii wielu ludzi dokonało wielu ważnych czynów, ale w efekcie sczezło w kloace. Wątpię, jeżeli jest jakieś potem, że to, iż lata po śmierci ich nazwiska trafiły do materiałów historycznych i teraz potomni się o nich uczą, ma dla nich jakieś znaczenie. Nie, nie wierzę i nie chcę wierzyć w przeznaczenie.
             Speszona już nic nie mówi, przynajmniej nie na temat przeznaczenia, nie zarzuca też aluzjami do bycia wybranką. W końcu stwierdza, że robi się chłodno i oznajmia, że powinna już wracać do siebie, jednak jednocześnie upiera się, aby odprowadzić mnie do pokoju i zobaczyć moje „urocze gniazdko”.
             Ta… Urocze. Wszyscy strażnicy zgadzają się co do tego, że to tylko przerośnięta komórka lub ciasna cela. Na pewno panna szlachcianka będzie „zachwycona”.
Istotnie jest. Ledwo wciska się za mną przez drzwi, a jej twarz przybiera wyraz „co to za plebejska nora?”. O Feng Zifu wolę nie wspominać. Wygląda na gotowego napisać skargę do wyższej instancji, że oczy jego pani są narażone na takie widoki.
             - Urągliwe warunki – rzuca tylko.
             - Niestety muszę się z tobą zgodzić Zifu – mamrocze Huang Hua, rozglądając się po pomieszczeniu.
             Nie no, bez przesady. „Urągliwe warunki”? Oni chyba urągliwych warunków nie widzieli. Jest czysto, ciepło, miękko i mam miejsce na swoje rzeczy. Wszystko ok. Fakt pokoik nie należy do najładniejszych, wyposażenie wygląda biednie no i ciasno w nim we dwie z Ulą, ale nie róbmy z tego jakiejś tragedii.
             - Jestem tu tylko przelotem, więc starcza mi – rzucam. – Jest mi tu względnie wygodnie, zresztą nie powinnam się zadamawiać, skoro chcę jak najprędzej opuścić ten świat.
             - Tak ci się tu nie podoba? – Huang Hua spogląda na mnie zdziwiona.
             - Bez urazy, wiem że Eldarya to panny dom, ale dla mnie ten świat jest ciasny i prymitywny. U siebie nie musiałam się bać choroby, utraty kończyny, wzroku czy słuchu. Mogłam błyskawicznie podróżować między planetami, a nawet w pewnym sensie być w kilku miejscach na raz. Poza tym, spotkało mnie tu wiele nieprzyjemności. Aż trzykrotnie otarłam się o śmierć, doznałam wielu obrażeń. W dodatku czeka na mnie rodzina, wobec której mam zobowiązania. Siostra wymagająca opieki. Eldarya… To nie moje miejsce, ani mój świat.
             - Rozumiem – mówi, jednak jej spojrzenie sugeruje, że jest dokładnie przeciwnie. Wzdychając, lustruje wzrokiem pokój. – Mimo tego porozmawiam z Miiko na temat twojego lokum. Od swojego przybycia wielokrotnie przysłużyłaś się i wypadałoby, żebyś otrzymała za to jakąś nagrodę. To, że mimo wszystkiego, co zrobiłaś, ciśniesz się z jeanylotte w takiej klitce, woła o pomstę do nieba.
             - To niepotrzebne.
             - To JEST potrzebne – oświadcza stanowczo Ren-Fenghuang.
             Oj tak, na pewno. Miiko będzie wprost zachwycona, zupełnie jakbym miała zbyt mało problemów na głowie. Ech…
             Jak tylko drzwi się zamykają za jaśnie szlachcianką, wyskakuję z munduru, który składam równiutko, żeby jutro nie musieć go prasować, wskakuję w szlafroczek i rzucam się  na łóżko. W między czasie Ula odpala laptopa i zasiada przy nim w gotowości, jasno sugerując, że chciałaby pogadać.
             - Co o tym wszystkim myślisz? – pytam ją, a pazurzaste palce śmigają po wirtualnej klawiaturze.
             „ewidentnie widzi w tobie wybrankę wyroczni albo kogoś w tym rodzaju”.
             - Pięknie. Tego tylko było mi trzeba, jakiejś arystokratki chcącej mnie wykorzystać do własnych celów. Czy ja naprawdę wyglądam jak pionek? Albo pacynka, z którą można zrobić wszystko co się chce?
             „to nie do końca tak. jej zapach wskazuje, że naprawę wierzy, że jesteś wybranką, że przeznaczenie cię zesłało. to nie z wyrachowania.”
             - Tak, przeznaczenie mnie zesłało. Teraz tylko muszę przejrzeć na oczy i ona się o to postara. To jeszcze gorzej niżby z wyrachowania próbowała mnie przerobić na Wybrankę Wyroczni, żeby użyć do własnych celów. Wtedy przynajmniej mogłabym się postawić i nabić jej rozumu do głowy, a fanatyczka… Fanatycy są groźni. Starczy tylko wspomnieć Krzyżowców.
             „przesadzasz. porównanie ren-fenghuang do templariuszy jest za mocne.”
             - Może, ale mogę ci zagwarantować, że przysporzy nam niemało kłopotów. Jakoś wątpię, żeby pozwoliła mi od tak odejść z Eldaryi. Cóż… Jeżeli przegnie, trzeba będzie utrącić jej główkę.
             „nie warto martwić się na zapas. zresztą nie zapominaj o purrekos. nasz sojusz z nimi jest przymusowy, ale jak już mówiłaś, są honorowymi istotami. niewykluczone, że postanowią nam pomóc. no i miiko ma własny rozum, poza tym zdaje się, że po twoim przybyciu zawarła z tobą umowę. nie zerwie jej od tak.”
             - Obyś miała rację.

***

             Dalsze dni są dla mnie dość uciążliwe, aczkolwiek nie brakuje w nich też okazji może nie do śmiechu, ale przynajmniej uśmiechu, bo Ula doskonale opanowała sztukę bezkarnego drażnienia Huang Hua i Zifu. Jednak naprawdę nie potrafię się doczekać kiedy ta cała delegacja wyjedzie. Oczywiście chodzi głównie o Ren-Fenghuang, która co rusz robi aluzje, mówi jak ważną rolę dla całego świata może odegrać jeden człowiek i takie tam. W dodatku na upartego usiłuje zaprzyjaźnić się ze mną. Przyznaję, gdy schodzi z tematyki „przeznaczenia” albo zaczyna opowiadać o sobie, Koronie i ogólnie o Eldaryi, jest całkiem miłym towarzystwem, ale świadomość, że to fanatyczka widząca we mnie Wybrankę, sprawia, że przebywanie z nią jest cholernie męczące. Co rusz muszę ją „gasić” i robić w sposób jak najbardziej kulturalny oraz akceptowalny. Być sztywną służbistką. Jednak nie tylko Huang Hua jest problemem, a wszyscy fenghuangowie. Towarzyszący jej tłum strażników, pokojówek i pomniejszych dworzan, widząc jak wielką poświęca mi uwagę, sam zaczął mi ją okazywać. Nieoczekiwanie znalazłam się w centrum zainteresowania ludu feniksa i nie mam bladego pojęcia, jak sobie z tym poradzić. Co chwilę któryś z nich mnie zagaduje, o coś pyta, proponuje… Naprawdę, mam dość. Nie potrafię wyskrobać nawet chwili dla siebie, a przynajmniej nie przed dwudziestą, kiedy to – jeżeli Huang Hua akurat nie życzy sobie mojego towarzystwa – zamykam się w swoim pokoiku, mając w dupie cały zewnętrzny świat.
             Najgorszy ze wszystkich fenhuangów jest Raho – wysoki, ciemnowłosy przystojniak o śniadej cerze, błękitnych oczach i fikuśnie przystrzyżonej brodzie. Dlaczego? A no bo odwala wokół mnie jakiś taniec gotowy, nie przyjmując do wiadomości, że a) nie jestem zainteresowana romansami; b) nawet gdybym była, to nie jest w moim typie. Przyznaję, nie jest „bezpośredni” jak Nevra i zachowuje się szarmancko, ale ile można słuchać komplementów o swoich oczach, które są sztuczne, włosach, suchych i łamliwych, uśmiechu, w którym nie ma nic specjalnego i propozycji romantycznych spacerów we wszelkich romantycznych miejscach i okolicznościach, jakie można znaleźć w KG. Nie działają na niego ani bezpośrednie odmowy, ani aluzje. Normalnie zaczynam się przed nim chować
             O nie, cholera jasna, idzie… Normalnie, o wilku mowa, a wilk tu. Ech, nawet nie można spokojnie wyjść z kibelka.
             Dobra, jeszcze mnie nie zauważył, jest szansa.

Offline

#253 01-10-2018 o 20h35

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Niby mam urlop, ale jak gdzieś raz mi się to opko zagubiło w innych wątkach, to koniec. Ale jestem, nareszcie.

Hehe trafna uwaga z tymi odsłoniętymi łydkami i kiecką odsłaniającą prawie wszystko XD No, ale widocznie takie tamtejsze standardy :v

Kompromitujące skarpetki xD

Hm, Huang-Hua chyba powinna być bardziej stanowcza, chociażby przy tej gadce z przeznaczeniem. Nie sądzę, by tak szybko odpuściła.

„W między czasie Ula” — ‘w międzyczasie’ c:

Hm, wiesz — może Huang-Hua widzi w Liwce wybrankę, bo tak faktycznie jest? Mam tu na myśli to, że niekoniecznie ma pomagać Wyroczni, ale ją zlikwidować, bo jako jedyna podejrzewa, że coś bardzo złego jest na rzeczy? :v Wtedy by się wiele nie pomyliła xd

No nic, to czekam na resztę i pozdrawiam ^^


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#254 09-10-2018 o 18h52

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

Methrylis - co kraj to obyczaj, jak to mówią, wiec z kiecką Hua nie dziwota. Ale nieważny kraj, nieważny obyczaj, każdy zna grozę kompromitujących skarpetek... Czy to źródłem kompromitacji są dziury czy też wzorek w tańczące smerfy /static/img/forum/smilies/big_smile.png.
           Hua nie była stanowczą przy gadce z przeznaczeniem, bo chciała subtelnie przeciągnąć Liwkę na swoją stronę. Niestety Ren-Fenghyang jeszcze nie wie, że Liwia subtelna jak średniowieczny dentysta plus nie zamierza przechodzić na niczyja stronę, póki ma swoją własną.
           Raz - chyba nie sądzisz, że sprawa z Wyrocznią będzie taka prosta? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Zresztą idąc wybrańcowym tokiem myślenia, każdy, kto ryzykując swoje bezpieczeństwo - niekoniecznie z własnej woli - dokonał czegoś większego, byłby wybrańcem. Pytanie tylko czyim...

A przed nami trochę dłuższa i bardziej luzacka partia tekstu, bo wątki fabularne nie mogą być posklejane samą akcją. Trzeba trochę relacji, zagwostek i dziwnych sytuacji. Przede wszystkim dziwnych sytuacji /static/img/forum/smilies/big_smile.png

XXI (cz. 8)

           Rozglądam się, poszukując czegokolwiek, za czym mogłabym się schować. Niestety jedyną, dostępną opcją jest… Nevra. No cóż, jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma.
           Wskakuję za wampira, warcząc, że jeżeli ruszy się o milimetr, to urwę mu genitalia i kulę się, usiłując być jak najbardziej niewidoczna dla Raho. W miarę jak nas mija, okrążam Nevrę, tak żeby fenghuang mnie nie zauważył. W końcu znika za zakrętem korytarza, a ja prostuję się odsapując z ulgą.
           - A co TO było? – pyta wampir, wyraźnie rozbawiony.
           - Alternatywa dla wyrzucenia ze Straży za przemoc.
           - To znaczy?
           - Krycie się przed kolesiem nie przyjmującym słowa „nie” czy raczej „nigdy w życiu”, dla czego jedyną alternatywą byłoby wzięcie rozgrzanej patelni i zdzielenie go po tej wypięknionej mordzie.
           Wampir parska śmiechem.
           - No, myślałem, że tylko ja budzę w tobie równie gorące uczucia, chyba jestem zazdrosny – mówi błyskając kłami w szerokim uśmiechu. – Swoją drogą, co tak ostro? Facet nie wygląda na zboka, raczej na gentelmana z rodzaju tych ą-ę, kłaniających się w pół i całujących po dłoniach.
           - Tak, ale nie rozumie frazy „nie jestem zainteresowana”. Bez przerwy łazi za mną, wychodząc z założenia, że od ciągłego tłuczenia mnie komplementami po głowie zmięknę i się zgodzę… Ewentualnie dostanę wstrząsu mózgu i zrobi, co zechce, nim dojdę do siebie.
           W dodatku mam jakieś-takie niemiłe wrażenie, że nasłała go Huang Hua. W końcu, patrząc na mnie jak na kogoś normalnego, pewnie byłoby mi trudno opuścić Eldaryę, gdyby mnie uwiódł czy coś, prawda? Zresztą przylepił się do mnie od razu na drugi dzień po pierwszej rozmowie z Ren-Feunghang. Na jej nieszczęście jestem uczulona na ociekających seksapilem, elokwentnych i cholernie pewnych siebie facetów czyli tak zwanych samców alfa. Głównie dlatego, że tacy cholernie mi dokuczali w szkole, aczkolwiek nie bez znaczenie jest też to, że z moich obserwacji wynika, że osobnicy tego typu rzadko są wierni. No i facet powinien posiadać jakieś minimum skromności. W dodatku jest cholernie nie w moim typie. Przypakowany, wymuskany, wypiękniony – pewnie codziennie spędza w łazience więcej czasu niż ja przez miesiąc – i nudny. Znaczy się buźkę ma ładną i tylko ładną. Pozbawiona jakiegokolwiek intrygującego rysu czy dodającej wyrazistości niedoskonałości. Poza tym, jak już wcześniej wspominałam, nie zamierzam wplątywać się w żadne romanse i tego typu pierdoły. A przynajmniej nie w Eldaryi, skoro z Eldaryi chcę czym prędzej uciec.
           Nevra chichocze, patrząc na mnie z czystym rozbawieniem. Aż mam ochotę kopnąć go w goleń, ale niech się śmieje. Ostatnio Ezrael tak mu dopiekał, że należy mu się trochę śmiechu. Tylko dlaczego akurat moim kosztem? A właśnie…?
           - A gdzie masz swojego szpiczastouchego przyjaciela? Ostatnio nie było chwili, żeby cię zobaczyć bez niego krążącego wokół.
           Uśmiech Nevry nieco gaśnie, ale nie wygląda na urażonego, tylko… Zmartwionego? Tak, chyba tak.
           - Chwili? Raczej przerwy obiadowej, bo grafiki mieliśmy ustalone podobnie. Tak to cały czas siedział i siedzi w laboratorium. Do późnej nocy. Znowu. Siłą go nie można stamtąd wyciągnąć. Dobrze, że niedługo jest ten bal, bo przynajmniej parę godzin pobędzie wśród ludzi i pooddycha świeżym powietrzem.
           Ano tak… Jak Ezraelowi coś w laboratorium nie wychodzi albo po prostu jest zestresowany i przemęczony, to robi się bardziej dokuczliwy niż zwykle. Tym razem, przez ten mój nieszczęsny raport, dostał po głowie Nevra. Swoją drogą to dziwne: wampir spowiada mi się ze zmartwień o kumpla? BA! Spowiada się. Spowiada i jeszcze nie zarzuca żadnym seksistowskim tekstem. Żadnym. Mało tego – wykazuje neutralne, przyjazne zachowanie. Czyżby moja nagana sprzed tygodni podziałała? Normalnie nie wiem czy się bać, czy być dumną.
           - Znowu jakaś alchemiczna zagadka czy co? – pytam, żeby na bezczelna nie pokazać, że mam w dupie Ezraela.
           - Nie. Właściwie to nie wiem. – Wampir marszczy brwi i przez chwilę wygląda naprawdę ponuro. Jak nie on. – Po ostatniej misji, tej a propos ginących nastolatków, wrócił jakiś-taki przybity i… No nie wiem. Wystraszony? Trudno mi określić. W każdym razie zaraz po powrocie zamknął się w laboratorium i zaczął coś-tam sprawdzać.
           No to naprawdę dziwne. Niemal niepokojące. Niemal, bo na szczęście z Ezraelem się nie przyjaźnię. Starczy, że raz uratowałam jego płaską dupę, za co „podziękował mi” kopniakiem w głowę.
           - Pojęcia nie mam, co może się dziać pod tą jego niebieską szopą – stwierdzam krótko. – Spróbuj podpytać kogoś, kto był z nim na misji. Dreka na ten przykład. Się kumplują to tym bardziej powinien być na bieżąco.
           - Próbowałem, ale Ezrael chyba kazał trzymać mu dziób na kłódkę. – Wampir ciężko wzdycha. – W każdym razie, jeżeli czegoś się dowiesz albo wpadniesz na pomysł jak go wyciągnąć z laboratorium, byłbym wdzięczny za informacje.
           - Wiem jak go wyciągnąć z laboratorium. Starczy dosypać mu środku na przeczyszczenie do hydromiodu. Nie dość, że wyjdzie z laboratorium, to będzie miał żwawe przebieżki tam i z powrotem.
           Wampir parska śmiechem. Zmartwienie zmartwieniem, ale wizja kumpla nękanego ostrą sraką zawsze zabawna. Wygląda na to, że rozpracowałam męski sposób myślenia.
           Nevra idzie do stołówki na późne śniadanie, a ja pełznę  w kierunku wyjścia, żeby na błoniach zaszyć się w jakichś krzaczorach i niewidoczna dla nikogo doświadczyć paru chwil spokoju, więc mamy po drodze. Wchodzimy do głównego hollu, a tam parę dworek Huang Hua stadnie zmierza do drzwi (dziś Ren-Fenghuang wraz ze swą świtą ma odwiedzić parę okolicznych miast i wiosek, zatem do wieczora powinnam mieć od niej spokój). Nie było by w tym nic dziwnego, gdyby z dłoni jednej z fenghuangów nie spadło coś białego. Coś białego o kwiecistym ogonku, niosącego w małym pyszczku bransoletę ciężką od ułożonych w wielobarwne kwiaty klejnotów.
           Mój mózg odpala pokaz slajdów ukazujących, co się stanie, jeżeli dwórka odnotuje brak klejnotu, a potem znajdą go u Valkyona. Jest ostro i straszno. Przyznaję, na ostatnim treningu jak Valk przywalił mi w plecy, to myślałam, że płuca wypluję, ale mimo tego, nie życzę mu takich kłopotów. Nikomu nie życzę.
           Wypatruję wśród tłumu znajomego, białego łba – o tu jest! – i wyszarpuję przypięty do pasa Nevry niewielki pęk kluczy, celuję, biorę zamach i… Bingo! W sam środek czoła!
           Nevra i Valkyon jednocześnie na mnie naskakują, przy czym „naskoczenie” Valkyona to tylko – ze względu na odległość – posłanie mi morderczego spojrzenia. Szczęśliwie, szybko łapią, o co chodzi, kiedy wskazuję na czmychającą z kwiecistym skarbem Floppy. Wojownik momentalnie blednie o kilka tonów i skacze na musarose niczym kot… Do czego nie jest stworzony ze względu na swoją masę. W efekcie przydzwania z hukiem w podłogę, a Nevra parska śmiechem. Na swoje szczęście Valkyon, chociaż duży i ciężki, jest też całkiem szybki, dlatego zdąża wstać na nogi, wyszarpnąć bransoletę z pyszczka Floppy i schować chowaniec do kieszeni, nim zdumione nieoczekiwanym łupnięcie dwórki odwracają się w jego stronę.
           - Któraś z panienek to upuściła – wyrzuca z siebie, sztywno się uśmiechając, a rechocący Nevra, opiera się o mnie, robiąc do niego głupie miny.
           Właścicielka bransolety odbiera ją, taksuje wojownika lubieżnym wzrokiem i szeroko się uśmiecha. Jej następnym krokiem jest oczywiście ostentacyjny filtr, a krokiem Valkyona głębokie zażenowanie i rozlewający się na twarzy rumieniec. Nevry zaś kolejny atak śmiechu. Ja też rechotam, ale tylko w duchu – skrępowany Valkyon wygląda tak nieporadnie, że nawet mnie robi się go trochę żal. Szczególnie w tej sytuacji, kiedy zwrócił na niego uwagę gość, w związku z czym nie wypada mu uciec, jak to najczęściej robi ścierając się z romantycznie nastawioną płcią teoretycznie piękną. Ba! Gdyby olał sprawę i jednak zwiał, pewnie dostałby ochrzan od Miiko, że zachował się niegrzecznie.
           Ku uldze Valkyona kobieta szybko odpuszcza, bo się spieszy. Kiedy orszak znika w drzwiach, wojownik podnosi klucze, którymi go rzuciłam i zwraca je bezczelnie wyszczerzonemu Nevrze. Ech, duży ma nerwy, ja chyba bym wampirowi przywaliła.
           - Dziękuję. Gdyby Floppy zwinęła tę bransoletkę, miałbym poważne kłopoty – uśmiecha się do mnie. – Chyba mam u ciebie dług. Kolejny.
           - Czy mówiłem ci już, że ślicznie się rumienisz? – chichocze Nevra, zerkając na Valkyona z wyraźnym rozbawieniem. – Tylko wiesz, musisz z tym uważać, bo płochliwa zwierzyna tylko pobudza apetyt łowcy.
           - Czyżbyś zmienił orientację, łowco? – Zerkam z rozbawieniem na wampira, który chyba nie spodziewał się ataku z mojej strony. – Jeżeli tak, dam znać Karuto, może będzie zainteresowany.
           - Daj spokój, mam swoje standardy – rozlega się za moimi plecami głos Karuto, który  akurat ten moment wybrał sobie, żeby przejść obok nas. Jak widać prawo Murphy’ego zawsze działa i wszędzie, i uwielbia robić z kuchareczki swoje narzędzie. – Jeszcze bym coś od niego złapał. Ale to z tym rumienieniem się to prawda. O wiele zabawniej łapać pimpela, kiedy ten ucieka.
           Karuto się pojawia i Karuto rozwala system – obaj panowie spękają raka, a Nevra w dodatku wygląda wściekłego o tekst „złapałbym coś”. Jednak nim wampir zdąża wymyślić jaką jadowitą i cięta ripostę, kucharz znika w wejściu do kuchni.  Ja natomiast zdążam się kichać ze śmiechu.
           - Takie to zabawne, tak? – warczy wampir, na co żywo kiwam głową, jednocześnie skupiają, a przynajmniej starając się skupić spojrzenie na nadal czerwonym Valkyonie.
           - Valk, ale tak serio, to zrób coś z Floppy, bo kiedyś ci narobi kłopotów… I to gorszych niż ja wpadająca w berserk z powodu biegnącego przez środek gospody biustonosza.
           Nevra nastawia uszu – najwyraźniej nie słyszał jeszcze tej anegdotki – a rumieniec Valkyona ciemnieje na samo wspomnienie.
           - Musarose w naturze żyją w żyznych górach, tam jest wiele kwiatów, z których budują schronienia i w których się kamuflują. Temu też, jak i wabieniu owadów służą kwiaty na ich ogonach – wybąkuje. – To tkwi mocno w ich instynkcie. Wiosną i latem nie ma z tym problemu, ale jesienią i zimą… No…
           - Ale chyba w naturze sobie jakoś z tym radzą, prawda?
           - Tak, zapadają w sen zimowy, ale to potrafią tylko bestie, nie chowańce. Ale masz rację, muszę poszukać jakiegoś rozwiązania tej sprawy… Nie wiem, może zacznę hodować kwiaty w pokoju? W każdym razie, wszystko jest lepsze od zamknięcia Floppy w klatce.
           Musarose, która wystawiła mordkę z valkyonowej kieszeni i całą rozmowę zerkała to na mnie, to na swego pana popiskuje. Chyba się zgadza, że wszystko lepsze od zamknięcia jej w klatce.
           - Tak, Floppy to, Floppy tamto… Lepiej mi powiedzcie o co chodzi z tym uciekającym biustonoszem – Nevra błyska kłami w szerokim uśmiechu, a Valkyon posyła mu mordercze spojrzenie.
           - O to pytaj Valkyona, ja uciekam się schować.
           - Schować?
           - Przyciągam uwagę zbyt wielu fenghuangów na raz. Co prawda dwórki i co ważniejsze szychy pojechały sobie na wycieczkę, ale i tak kręci się ich tu za dużo… Łącznie z moim pożal się Boże amantem. Jeżeli jeszcze raz ktoś mi zaproponuje romantyczny spacerek, dajmy na to, po polu treningowym w blasku przelatujących wokół włóczni bądź potraktuje jak turystyczną ciekawostkę, którą należy obejrzeć, obmacać i zagadać dostanę regularnego szału. Jakby była komuś do czegoś NAPRAWDĘ potrzebna, wyślijcie Chrome’a – powinien mnie wywęszyć.
           Odwracam się na pięcie i umykam na zewnątrz. Potem biorę namiar na stuletnią wiśnię, a konkretnie rzecz biorąc na gęste krzewy ozdobne rosnące wokół niej. Między nimi jest kilka eleganckich kryjówek, w których można się skidrać na całe godziny. Lokuję się w pierwszej, lepszej z nich, opierając plecy o pieniek rozłożystego krzaczka.
Po około pół godziny delektowania się ciszą, słyszę odgłos kroków, a po chwili dość głośne mlaskania, pomrukiwania i ogólno pojęte odgłosy miętolenia. Wychylam nieco z krzaków, żeby sprawdzić, co to się tam dzieje, a tu para strażniczek najwyraźniej zamierza odbyć intensywny stosunek pod wiśnią.
Chowam się z powrotem.
           Ech… Najpierw ta para gejów w sali konferencyjnej, a teraz one? Jesień to jakiś sezon godowy eldaryańskich homoseksualistów czy jak? Jeszcze tylko brakuje mi Ash…
           Szelesty, a po chwili Ashkore włazi do mojej kryjówki i spogląda na mnie. Mimo skrywającego twarz hełmu mogę się założyć, że patrzy zupełnie zbaraniały z tym debilnym wyrazem twarzy, który aż krzyczy „że jak?”. W dodatku niemal natychmiast ze strony wiśni rozlega się rozedrgany i bardzo sugestywny jęk. Mało tego, obecność dziewczyn, które nieśpiesznie dochodzą do drugiej bazy, uniemożliwia mnie, a przede wszystkim jemu opuszczenie schronienia. Znowu alokacja w paśmie krzewów niewiele by mu dała – zyskałby na tym tylko tyle, że nie siedziałabym obok niego.
           Ciężko wzdychając wyjmuję z kieszeni talię kart i zaczynam tasować. Ashkore, który najwyraźniej – podobnie jak ja – osiągnął etap „kapituluję” siada naprzeciwko mnie, mamrocząc coś pod nosem.
           Moje życie chyba naprawdę lubi abstrakcję, bo bez przerwy mnie w nią pakuje.

Offline

#255 09-10-2018 o 20h47

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Właśnie dlatego moje opowiadania mają ciężki klimat. Nie umiem pisać komedii. I mało który humor mnie bawi. Ten nie. Dlatego nie powiem, że to był dla mnie milutki rozdział. nah, nienawidzę humoru Liwki, a tu go było sporo. Więc liczę na jakąś akcję i pozdrawiam!


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#256 19-10-2018 o 17h19

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@Methrylis - tutaj akurat nie ma wiele humoru Liwki (chyba, że moment kiedy polewa z Valkyona, wtedy owszem), za to jest jedna z wielu odmian  humoru autorki. Nic nie poradzę, że jestem skrzywiona ;] Sama Liwia  momencie osaczenia w krzaczorach jest raczej "nie noooo, k***a znowu...? to chyba jakiś p********y żart" (perspektywa wepchnięcia kogoś we taką sytuacje i patrzenie, jak się wewnętrznie wije mnie bawi. Że  jest to moja bohaterka nie ma znaczenia. A że prócz niej jest jeszcze bardziej zażenowany Ashkore to miodzio). A akcja czy raczej momenty napięcia będą ale pod koniec rozdziału. Rozlewu krwi etc się nie spodziewaj, to prędzej w następnym. Chwilowo w zamian trochę telenowelki. Dlatego trzasnę dziś więcej stron, bo opis przygotowań do balu nie zasługuje na 2 posty, a trochę się rozwlókł.... Chociaż jest raczej przyjemny.

XXI (cz. 9)

            Ograłam czterokrotnie Ashkora w karty nim romantycznie nastawione dziewczęta odpuściły i zniknął. Potem do końca dnia miałam spokój, mimo iż musiałam odwalać partyzantkę w krzakach. Niestety było i minęło. Teraz ledwie potrafię złapać oddech. Huang Hua uparła się, by ciągać mnie wszędzie ze sobą, w tym na oficjalne wizyty. Zmieniła strategię „uświadomienia mi, że prawdopodobnie jestem wybranką i powinnam zacząć ostro bohaterować”. Jak? A no tak, że pokazuje mi kawałek terenu, mówi o jego historii, magicznych wspaniałościach i bez przerwy powtarza „jakie to cudowne”. Ewidentnie próbuje zakochać mnie w Eldaryi. Nie zraziło jej nawet to, że raz, poirytowana ciągłym przynudzaniem, zaczęłam  opowiadać o Szkarłatnych Lasach i Purpurowych Wodospadach Edenu, migracjach arasmudów na Sigmie 8, kryształowych plażach Terry oraz błękitnych równinach Bety 2. Prawdziwych cudach, przy których te ich marne widoczki są nudniejsze od wideł wbitych w stertę gnoju. I to o wiele nudniejsze. Przy widłach i gnoju można mieć przynajmniej nadzieję na jakiś dynamiczny rozwój akcji.
            Niestety, Ren-Fenghuang nie odpuszcza i dręczy mnie cały ranek czy raczej dręczyła, bo właśnie przed chwilą odpuściła, stwierdzając, że powinnam powoli zacząć się przygotowywać do balu. Bal…  Wszyscy wokół dostają kociokwiku, zaczyna się wielka parada tańców godowych i przymiarek, a fryzjerzy przeżywają serię nalotów na ostatnią chwilę. Normalnie patrzyłabym na to z prawdziwą zgrozą, ale teraz się cieszę. Cieszę się z dwóch powodów. Po pierwsze, jeżeli dobrze to rozegram, nie będę musiała towarzyszyć Huang Hua do końca dnia. Muszę tylko udawać, że się świetnie bawię z przyjaciółeczkami, w sensie, że z Alajeą i Ykhar, bo Izme udało się zaprosić Kero – tak jak mówiła, zaskoczyła go i ten, nie wiedząc, co zrobić, zgodził się. Ren-Fenghuang, jeżeli ma trochę przyzwoitości, nie będzie chciała  nam przeszkadzać. Po drugie, jutro delegaci wyjeżdżają. Wszyscy. Huang Hua też. Na cały rok, jeżeli dobrze pójdzie. Jupi!!!
            Teoretycznie najprostszą drogą z punktu A do punktu B jest linia prosta, przy czym punktem A jestem ja, a punktem B pokój Karuto, gdzie mam przed balem dokonać kilku metamorfoz. Rzecz w tym, że na mojej drodze stoi też punkt C czyli Raho. Pewnie chce, żebym mu potowarzyszyła na balu, na co mam taką ochotę, jak na użycie jeża w roli tamponu. Dlatego, najlepiej go uniknąć. Niestety na moje nieszczęście dupek ma dobry widok na główny hol, a ja właśnie wychodzę ze stołówki i muszę przez hol przejść. Jakby tu… O Jamon! Moje kochanie. Właśnie taki facet dwa na dwa jest mi potrzebny do szczęścia.
            - Jamon, mogę mieć prośbę? – zaczynam przymilnie.
            - Zależy jaką… – ogr spogląda na mnie podejrzliwie.
            - Będziesz moim parawanem na trasie stołówka-korytarz? – Mrugam (mam nadzieję) słodko, robiąc minę aniołka. – Jeden z naszych gości jest wyjątkowo nachalnym typem, przekonanym o swojej urodzie, seksapilu i niemożliwym do odparcia uroku. Gorzej niż Nevra z tym, że on się bawi w pana szarmanckiego. Normalnie pocisnęłabym mu jakimś toksycznym tekstem, ale wtedy Miiko mogłaby na mnie zawarczeć, że źle traktuję gości… Chociaż pewnie i tak pocisnę, jeżeli gościu nie odpuści. No może nie toksycznym, ale zgniatającym ego skuteczniej niż kopniak rawista w krocze męskie genitalia.
            Jamon parska stłumionym chichotem i kiwa głowa, dorzucając, że będę mu za to winna jeden taniec. Osobiście nie mam nic przeciwko, chociaż nie wyobrażam sobie piruetów z kimś kto ma blisko metr więcej wzrostu ode mnie. Znaczy wyobrażam sobie, ale wszystko kończy się po niecałej minucie serią bolesnych złamań, jednak nie sądzę, żeby mi coś podobnego  groziło z jego strony. W sensie, że mam nadzieję.
            Ogr użycza mi swego cudownie, szerokiego cielska i bezpiecznie transportuje do korytarza, gdzie szybko ewakuuję się w stronę pokoju Karuto. Na miejscu czekają już na mnie podenerwowana Ykhar i niezwykle blady Drek. Karuto rzecz jasna dołączy do nas dopiero, gdy upora się z kuchennymi przygodami.
            - A tobie co się stało? – pytam Dreka, który wygląda jakby miał zaraz zemdleć.
            - Odważyłem się i zaprosiłem Vivt na bal.
            - Powiedziała „nie”?
            - Nie, przeciwnie, zgodziła się.
            - To o co chodzi?
            - Nie wiem co robić, boję się, że to schrzanię. Ja…
            Boże, chroń mnie przed zakochanymi faery. Ludźmi zresztą też.
            - Zachowuj się jak zwykle… A teraz głęboko oddychaj, bo wyglądasz, jakbyś miał zaraz dostać ataku paniki. – Spogląda na mnie przestraszonymi oczyma. – Nie rób takiej miny. Umiesz szyć, pleść włosy i gotować, a do tego wyglądasz całkiem nieźle. Kobiety powinny toczyć krwawe boje o ciebie.
            - Kobiety wolą napakowanych, pewnych siebie hulaków, najlepiej grających na lutni albo chociaż lirze.
            - To nie kobiety, tylko mające mleko pod nosem naiwne idiotki. Naucz się widzieć różnicę.
            Stojąca przed dużym lustrem Ykhar nieustannie poprawia włosy, wciąga i wypina brzuch, podnosi drobny biust, na punkcie którego ma kompleksy. Wygląda niepewnie. Zresztą od początku była średnio przekonana do tego, że mogę coś z nią podziałać, a jej obawy pogłębiły się, gdy do „przemiany” wybrałam ubrania w barwach brązu, pomarańczu i czerwieni. Do tej pory starała się nieco stłumić ognistość swych włosów błękitami, bielą i zieleniami, mimowolnie ją podkreślając.
            - Naprawdę myślisz, że to dobry pomysł? – pyta mnie.
            - Tak… No dobra, nie przyszliśmy na ploteczki, prawda? Czas działać.
            Biorę się do dzieła, zaczynając od Dreka. Zresztą faceci, jeżeli nie marudzą, są o wiele łatwiejsi do ubrania niż kobiety. Wystarczyło wybrać odpowiedni garnitur czy raczej jego tutejszy odpowiednik – czerń z ciemną zielenią, wysoki kołnierz, zdeczka wojskowy krój, srebrne guziki – buty i odpowiednio go ufryzować, to jest powiedzieć mu jak ma się sam uczesać oraz załatwić mu odpowiedni kosmetyk do włosów. Szaleniec chciał użyć czegoś przypominającego łój do przylizania swojej grzywy, ohyda. Aha no i jeszcze polerowanie rogów w komplecie oraz niedostrzegalny makijaż, żeby się nazbyt nie świecił na twarzy.
            Kolej na Ykhar, wobec której muszę użyć brutalnej metody zwanej powszechnie gorsetem. Gorsetem underbust nadstawionym w okolicach biustu elegancką tkaniną, funkcjonującym jako góra sukni. Do tego nieco luźna, szeroka u dołu spódnica, wszystko muśnięte brokatem, w kolorystyce brązowo-czerwonej z przewagą brązu, wyszywane w liście i jakieś-tam nasiona i jagody. Gorset nadaje jej ciut bardziej kobiecą sylwetkę i podkreśla biust, a z lekka ciągnąca się spódnica, nieco dłuższa z tyłu dodaje wysokości, podobnie jak fryzura. Fryzura składająca się na dobrą sprawę z dwóch warkoczy. Jednym zebranym na głowie w skomplikowany wysoki kok, który powoli spływając w dół łączy się z drugim, szerokim, czteropasmowym. Obydwa są ozdobione przypominającymi jagody, intensywnie czerwonymi koralami z jakiegoś szkła oraz brązowymi spinkami w kształcie liści. Do tego makijaż, mocno podkreślone czerwienią i brązem, a także odrobiną złota brokatowe oczy i matowe, brązowe usta. Ykhar ma dość wąskie wargi, ale nie powiększam ich makijażem tylko podkreślam – są bardzo ładnie wykrojone i tyle im starczy. Nadmierna objętość tylko zepsułaby efekt. Ach no i jeszcze podkreślić kości policzkowe, dodać trochę tuszu na rzęsy, ociupinę przyciemnić brwi. Wszystko uzupełnić wyrazistą, ale nieco tonującą wszystko biżuterią z czarnych kamieni, wysokimi, ciemnobrązowymi rękawiczkami  i szaro-czarnym , półprzeźroczystym szalem w pajęczyny. Gotowe.
            Zajączek spogląda w lustro i rozwiera usta, a jej uszy zaczynają dziwnie podrygiwać. Czyżbym przesadziła?
            - Jestem piękna – wykrztusza po chwili. – Nie zwyczajnie ładna, nie pospolicie urocza, nie dziecięco rozbrajająca, tylko piękna. Po raz pierwszy w życiu.
            - Znaczy podoba się? – pytam.
            - Dziewczyno, ja mam cię ochotę wycałować!
            - Lepiej nie. Makijaż się rozmaże.
            - Dobrze. Wycałuję cię po balu.
            Y… Wolałabym jednak nie.
            Hm, muszę przyznać, że stylizacja Ykhar naprawdę mi wyszła. Wygląda jak dumna władczyni jesieni, która właśnie wyłoniła się z lasu, aby popatrzeć na tańczących wokół ognia ku jej czci wieśniaków. Jednym zdaniem taka pospolita pani jesień skrzyżowana z wyniosłą, krwawą hrabiną. Robi wrażenie… I przyćmi nieco Huang Hua, która też bez przerwy hasa w ognistych barwach. Tak, wiem, wredna jestem.
            Zajączek, najwyraźniej w szoku, że może wyglądać tak, a nie inaczej i gapi się na swoje odbicie w niemym zachwycie. Zresztą Drek również sprawia wrażenie zadowolonego ze swojego wyglądu, ale jest tak przestraszony nadchodzącym spotkaniem z Vivt, że tylko krąży nerwowo po pokoju. Ja tymczasem, czekając na Alajeę i Izme, które mają jeszcze jakieś-tam zajęcia, zajmuję się w części sobą. Robię sobie makijaż, smaruję włosy mazidłem, które tłumi szarość ich blondu, tworząc multum złoto-białych refleksów. Potem kręcę je i przy pomocy zręcznopalcego Dreka układam w ciut zwariowany, złożony z dziesiątek sprężystych, ozdobionych sztucznymi kwiatami – głównie fioletowymi – kok. Potem wystarczy mi tylko naciągnąć na zadek sukienkę, założyć biżuterię i spokój. Ale to potem, bo pracując przy dziewczynach i Karuto, to bym z dziesięć razy zdążyła sobie to wszystko wymazać.
            Niedługo potem wpadają dziewczyny i widząc Ykhar w jej nowej odsłonie zaczynają piszczeć jak nienormalne… Dobra, poprawka. Alajea piszczy jak nienormalna, a Izme gwiżdże z uznaniem. Obie są zachwycone i wyraźnie nie potrafią się doczekać tego, co je czeka. A czeka je mnóstwo niebieskiego i bieli z odrobiną złota.
            Syrena ma dość swojego biustu, ale zasłanianie go i krycie to głupota, podobnie jak nadmierne eksponowanie. Najlepiej, żeby nie pochłaniał całej uwagi, patrzących, jest skierować tę uwagę gdzie indziej, a mianowicie na szyję. Mało kto jest świadomy, że odpowiednio wyeksponowana, damska szyja potrafi budzić niemałe zainteresowanie. No, Alajea na pewno nie zdaje sobie sprawy, bo bez przerwy chodzi w rozpuszczonych włosach. Dlatego też wraz z Drekiem je spinamy, ale wcześniej kręcimy w wielkie pierścienie i fale, puszczając parę przypominających wodospady pukli luźno bokiem. Do tego „suche” farby do włosów, błękitna i seledynowa, dzięki którym udaje się włosom nadać wygląd spienionej, morskiej wody, a wszystko ozdobione sznurem czegoś perłopodobnego. Makijaż niezbyt mocny, bo buzia syreny, chociaż przeurocza, nie jest subtelna. Przede wszystkim lekko podkreślić oczy i usta oraz paroma cieniami wyszczuplić nieco owal twarzy. Perfekcyjnie. To teraz suknia – nieco w stylu antycznej Grecji z szerokim, ale płytkim, osłaniającym część ramion dekoltem i rozciętymi wzdłuż od góry do okolic łokcia, półprzeźroczystymi rękawami. Wszystko w odcieniach ciepłego błękitu, seledynu i innych okołomorskich barw, muśniętych złotymi detalami imitującymi imitującymi odblaski słońca na morskiej wodzie. No i ładnie. Teraz nic, tylko postawić ją na jakieś słonecznej plaży i może robić za królową wybrzeża.… A nie, jeszcze nie, biżuteria! Ta, którą kupiła u Ścierwojada – długie, wąskie kolczyki i elegancki naszyjnik podkreślające szyję oraz bransoletka. Dobra, teraz jest perfekcyjnie.
            Z grubsza Alajea reaguje podobnie jak Ykhar, nie licząc tego, że zaczyna wydawać z siebie piski, od których nietoperze dostałyby szału i próbuje mnie wyściskać. Szczęśliwie udaje mi się ją uspokoić, krzycząc, że wygniecie sobie suknię i rozmaże nam makijaż.
            Izme z uznaniem spogląda na moje „dzieła” i uśmiecha się drapieżnie:
            - Jeżeli nie odwalisz mnie co najmniej tak dobrze, jak je, to cię zeżrę.
            - Nie ma jak odrobina motywacji, czy tak? – mruczę zjadliwie, na co ta chichocze.
            Izme jest wysoka, chuda, ma długie kończyny i szyję. Próby zamaskowania czy chociażby zrównoważenia tego byłyby śmieszne, dlatego lepiej wszystko to podkreślić, podobnie jak zimny odcień jej skóry stosując mnóstwo jak najzimniejszych odcieni niebieskiego i bieli. Z makijażem tu można nieco poszaleć, dzięki jej smukłej, ale wyrazistej twarzy, przy czym rzecz jasna cały czas trzymam się obranych z góry barw: jasnoniebieskie usta, biało-błękitne, skrzące się powieki, trochę pudru ze sporymi ilościami brokatu na twarz, szyję i ramiona. Irokez zafarbowany na ciemny błękit i spleciony w zdobione białymi koranikami warkocze. Na długiej szyi wysoki naszyjnik złożony ze zwiniętego w pierścienie, misternie zdobionego, jasnozłotego drutu grubości palca. Podobne, ciężkie bransolety na nadgarstkach, kostkach i przedramionach oraz prosta, a zarazem wzorzysta suknia w afrykańskim – masajskim o ile dobrze pamiętam  – stylu i zdobne, wysokie sandały.  No i proszę. Mamy silną, niewrażliwą na mróz królową lodu, która właśnie wyruszyła wraz ze swym orszakiem na łowy. Brakuje tylko włóczni czy czegoś, chociaż zwierzyna, znaczy się Kero, pewnie gdzieś-tam chadza i z trwogą oczekuje na wieczór.
            - Nieźle, naprawdę nieźle – stwierdza Izme, patrząc z uznaniem na swoje odbicie. – Powinnaś robić to  zawodowo.
            - Niestety nie wytrzymałabym babskich chichotów, opowieści o chłopakach, dzieciaczkach, cudzych związkach i tego całego syfu. Moje klientki musiałyby dostawać knebel na wejściu, a co to za stylistka, z którą nie można poplotkować. Poza tym niezbyt to lubię, w sensie tą całą zabawę z kosmetykami, fryzurami i tak dalej. To wszystko to tylko oszustwo, kłamstwo. Stań naga i nieumalowana przed lustrem z włosami spiętymi do tyłu. To właśnie tak wyglądasz naprawdę. Taka jesteś. Cała reszta to tylko zasłaniające część urody czy też brzydoty kłamstwa, szmaty i kolorowy brud.
            - To czemu w takim razie kobiety, a czasem i faceci od zarania dziejów malują się i stroją? – pyta Alajea.
            - Wyścig zbrojeń, bo niestety dla większości świata liczy się wygląd. Niby ważniejsza jest zawartość niż opakowanie, ale jeżeli opakowanie nieciekawe do zawartości nikt nawet nie zajrzy, a jeżeli nawet, to nie intencyjnie. Więc ludzie, faery i reszta męczy się wsadzając sobie pawie piórka w tyłek, chyba, że tak jak ja, mają głęboko w zadzie gody i zazdrosne spojrzenia innych samic oraz, w przypadku facetów, samców.
            - Nie ma jak odrobina optymizmu i zdrowego podejścia – rzuca kwaśno Drek.
            - Ale trzeba przyznać, że trochę w tym racji – stwierdza Ykhar. – Jeżeli chcesz kogoś kto cię w pełni kocha i akceptuje taką, jaką czy też jakim jesteś, niech twoim jednym kosmetykiem będzie mydło, a ubraniem luźne, bezkształtne łachy.
            - I tak ładni z natury byliby faworyzowani – zauważa Alajea.
            - Może i tak, ale ile oszczędziłoby to czasu i pieniędzy… – mruczę pod nosem, biorąc w ręce swoją sukienkę. Pewnie naszarpię się niemało z Karuto, szczególnie, że trzeba mu jakoś zamaskować ciążę spożywczą i zdeczka obwisły zadek, ale że przyjdzie na ostatnią chwilę, to lepiej być gotową. – Dlatego, jeżeli chodzi o imprezy, to bardziej niż dancingi, bale, drogie suknie i tego typu rzeczy wolę ognisko, paru znajomych, gitarkę, pieczone kiełbaski, luźne swetry i generalnie dużo, dużo luzu. Zabawę nieformalną, przyjazną, bez obgadywania, gdzie można pogadać, poznać się i trochę odsapnąć. A jak kogoś nachodzi, żeby potańczyć, nic nie stoi naprzeciw, żeby wesoło sobie pohasać samemu bądź w towarzystwie.… Byleby tylko nie wpaść do ognia.
            Drek grzecznie odwraca się twarzą do ściany, tak jak przy poprzednich przebierankach, kiedy wciskam się w sukienkę – bez rękawów, żółtą, w okolicach talii i u dołu przechodząca we wiosenną zieleń, dokładnie taką jak mój cień do powiek. Wszystko jest z lekka brokatowe i błyszczy, podobnie jak półprzeźroczysta narzutka na ramiona i połyskliwa, fioletowa biżuteria – fiolet ma podkreślać moje oczy, zielenie i żołć kontrastować z nimi. Już lata temu zrozumiałam, że z moim wzrostem, twarzą i budową ciała, nie mam co stylizować się na wielką panią, damę, tylko muszę inwestować w urok. Efekt zwykle jest zbliżony do kilkulatki grającej we „Śnie nocy letniej”, wersja dla dzieci albo Dzwoneczek z „Piotrusia Pana”. Krótko mówiąc, ja w stroju balowo-wyjściowym mogę zawrócić w głowie co najwyżej pedofilowi.
            Kiedy Karuto w końcu wraca do swojego pokoju – wykończony, pachnący smażoną rybą i emanujący nienawiścią do wszelkiego stworzenia –  nie ma nawet chwili, żeby skomentować nasz wygląd. Z miejsca bierzemy go w obroty. Rozbieramy do gaci, ja z Izme ściskamy mu bebzol czymś w rodzaju męskiego gorsetu, Drek fryzuje mu włosy zaczesując do tyłu i poleruje rogi, a Ykhar z Alajeą rozczesują sierść na koźlich nogach, nabłyszczając ją jakimś dziwnym specyfikiem oraz fundując polerowanie racic. Potem rzucamy mu coś w rodzaju biustonosza na pośladki – wcześniej następuje telepatyczna zgoda, że każda z nas prędzej obleje się oliwą i podpali niż sama mu to założy – a gdy kończy go montować, zajmujemy się resztą. Czyli błyskawicznym ubieraniem w purpurowo-złoto-czarny komplet ala baron z przełomu siedemnastego i osiemnastego wieku – kaftan, koronkowy krawat, marynarka, spodnie nad kolana i takie tam. Dać mu tylko laskę i monokl i może mówić „jestę milordę”. Trochę to wszystko zbyt strojne, ale Karuto to diva. Poza tym, nawet nieźle w tym wygląda. Zadek został podniesiony, brzuch spłaszczony, a kaftan ładnie mu podkreśla szerokie i muskularne ramiona oraz wyszczupla talię. Gdyby tylko nie ten lekki zapaszek ryby. No cóż, jedyną alternatywą byłoby oblanie kuchareczki litrem perumów, żeby zabić tę charakterystyczną woń, ale lepsze już niuchanie rybki od wywołującej zawroty głowy zapachowej bomby kwiatowo-piżmowej.
            Karuto spogląda krytycznie w lustro, okręca się powoli, myśli, duma…
            Na ciemne energie, gorzej niż baba u fryzjera.
            - Jest dobrze – oświadcza w końcu. – Jeżeli nie wstrząsnę dzisiaj czyimiś spodniami, będę zawiedziony.
            Ykhar paska śmiechem, a Alajea i Drek zerkają na siebie i na mnie z minami „nadmiar informacji”. Jedynie Izme wydaje się nieporuszoną słowami kuchareczki.
            - Ludzie, jest już za pięć siódma, a wszystko zaczyna się o siódmej. Jeżeli się spóźnimy, to Miiko i Szefowie będą na nas krzywo patrzeć przez tydzień, poza tym ja i Drek jesteśmy umówieni.
            Jak jeden mąż zerkamy na zegar, wyduszamy z siebie przekleństwa – każdy własny zestawik – po czym następuje błyskawiczna ewakuacja na zewnątrz. Nie tylko na zewnątrz pokoju, ale i KG, bo bal odbywa się na błoniach, a konkretnie w pobliżu tak zwanej alei łuków – niestety Straż nie posiada odpowiednio dużej sali na tego rodzaju potańcówkę. Właśnie z tego powodu, wszystko odbywa się pod chmurką… Czy raczej pod zaklęciem chroniącym przed opadami deszczu i zatrzymującym ciepło na stosunkowo niewielkim terenie. Przez ostatnie dni wszyscy musieli przy tym ostro tyrać. Stworzenie samego czaru, przygotowanie odpowiednich dekoracji, miejsca dla muzyków, tego dziwnego posadzko podobnego cholerstwa, którym pokryto trawnik, a które ponoć trawie nie szkodzi i tak dalej… Nie wspominając już o tym, że w ostatnich godzinach ktoś z kuchni bez przerwy musiał biegać tam i z powrotem, aby poukładać żarcie na stołach bankietowych. Dlatego między innymi, Karuto i wszyscy kucharze oraz dyżurujący w kuchni ledwo stoją na nogach. Część z nich w ogóle nie wygląda, jakby miała się cieszyć z balu.

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (19-10-2018 o 17h20)

Offline

#257 19-10-2018 o 18h10

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Za większą ilość stron nie ma co przepraszać, bo mnie to bardzo odpowiada /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Nah, ponarzekam na coś na co dawno tu nie narzekałam. Liwka jak zawsze jest mistrzynią w wielu dziedzinach. Nie jest tak, że w czymś jest całkiem dobra lub średnia. Tylko ALBO w ogóle się na czymś nie zna, ALBO jest ekspertem.

Faktycznie miło się to wszystko czytało, zwłaszcza że opisy były miłe i zgrabne. Oczywiście wszystkim kreacje się podobały, bo przecież Liwka za nie odpowiadała, ale balu jestem bardzo ciekawa. Więc czekam i pozdrawiam!


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#258 20-10-2018 o 12h45

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 735

Nie mogę się doczekać na ten pechowy zjazd po serii szczęść które Liwka dostaje. Ona oczywiście wszystko umie i jest najsuper i każdy jej bije pokłony. Już zaczyna to być męczące.
I tak jak Meth napisała - opisy były bardzo przyjemne. Pomimo że tak naprawdę nic takiego się nie działo to całe to ubieranie i nakładanie makijażu nie nudziło.
Od czasu do czasu wypada się przypomnieć że się śledzi opowiadanie na bieżąco, więc pozdrawiam i czekam na więcej /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Offline

#259 26-10-2018 o 19h46

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@ Methrylis – Liwia jest osobą dość zero jedynkową, a do tego skrajną (przez co cholernie wkurzającą na dłuższą metę, przynajmniej z perspektywy otoczenia. Lubię o niej pisać, ale gdybym znała kogoś takiego, fantazjowałabym o zrzuceniu go ze schodów we dnie i w noce). Wyćwiczyła umiejętności, które pozwalały jej przetrwać, ale reszty to prawie w ogóle i tego w ogóle unika jak świętej wody. Podobnie z podejściem do otoczenia: albo coś/kogoś ma w dupie albo zaczyna łapać ostre paranoje i manie prześladowcze.
                    A bal będzie interesujący, ale jeszcze nie w tej części.

@Fujimen – już w przyszłym rozdziale (rozdziale,  nie części), będziesz mogła poczytać jak pech Liwki podnosi łepetynę i zaczyna węszyć, aczkolwiek to jeszcze nie „zjazd”. Raczej… Hmm.. Najbliższe rozdziały będą przygotowaniem do niego. W sumie ten też jest. Większość tej części opowiadania jest. Ale co do tego, że Liwia wszystko potrafi, to się nie zgodzę. Liwia TRZYMA SIĘ tego, co potrafi + jej umiejętność szeroko pojętej charakteryzacji została wspomniane parę rozdziałów wstecz w trakcie targu purrekos, kiedy to kupiła przybory do makijażu. Jej umiejętności to: wspinaczka, manipulacja, charakteryzacja, rozbrajanie zamków, (umiarkowanie dobre) skradanie oraz szeroko pojęte hakerstwo. Do tego jest mała, więc byle gdzie się może wcisnąć, ale to raczej efekt uboczny jej rozmiarów. No i w Eldce nauczyła się DOŚĆ dobrze strzelać i tu mam jedną lukę, bo mimo tego „dość” strzeliła w gniazdo os, ale to już wzięłam na klatę, wyjaśniłam, a w przyszłości postaram się połatać. Do tego za parę rozdziałów poszaleję z zdolnościami manipulacyjny Liwii, ale to potem (długo potem niestety) będzie wyjaśnione. Zaś wszystkie umiejętności nie raz będą wyciągane w przyszłości, niejednokrotnie z tłem. Charakteryzacja też. Właściwie to głównie ona, hackerstwo i manipulacja.

XXI (cz. 10)

                    Drek i Izme uciekają do swoich par. Trudno osądzić, co Vivt sądzi o wyglądzie piekielniaka, bo jeżeli o zewnętrze chodzi, to nie zwraca na nie uwagi, chyba że chodzi o coś na szkiełku binokularu. Kero za to wydaje się być pod silnym wrażeniem Izme. Znaczy najwyraźniej nie wierzy, że przerażająca część jej aparycji mogła nieco ustąpić na rzecz ładności i dostojności. Mimo tego nadal sprawia wrażenie, jakby bał się, że ta go zje. Za to Alajea i Zajączek budzą powszechne zainteresowanie. Jeden koleś nawet tak się zagapił na Ykhar, że władował się na słup.
                    - Cześć – słyszę za sobą głos Valkyona.
                    Odwracamy się. Gdyby niewygoda miała twarz, to byłoby to oblicze Valkyona w jego obecnym wydaniu. Ubrany w eleganci kubrak z włosami ściągniętymi do tyłu, mógłby zawrócić niejednej w głowie, gdyby nie jego postawa i dziwaczna, jakby toporna mina krzycząca „nie pasuję do tego ubrania, nie pasuję do tej sytuacji, nie chcę tu być i chciałbym walnąć tego, kto za to odpowiada, ale nie mogę”. Nawet ze mną nie ma tak źle.
                    Mimo tego, gdy nas widzi, uśmiecha się.
                    - O, ładnie wyglądacie.
                    - Co nie? – Karuto wyszczerza zęby, a Valkyon przez chwilę ma minę, jakby pożałował tego, co właśnie powiedział.
                    - Liwia nas tak odstrzeliła. Nie miałam pojęcia, że ma taki talent – mówiąc to, Alajea klepie mnie po kumplowsku w plecy. Gołe plecy, bo właśnie zaczęłam poprawiać narzutę. Z rozmachem. Ała.
                    Syczę z bólu, syrena robi głupią minę, a Valkyon i Zajączek usiłują stłumić uśmiechy. Karuto nie reaguje, bo wypatruje wśród zbierających się powoli tłumów potencjalnych przystojniaków. Na razie ma rozczarowaną minę.
                    - A tak właśnie Valkyon, zdradź mi jedną rzecz. – Ykhar uśmiecha się do niego szeroko. – Jak to jest, że do nas potrafisz podejść, a nawet powiedzieć komplement i wszystko jest okej, a przy innych to czerwienisz się jak burak, jąkasz i takie tam.
                    - Wy mnie nie podrywacie…
                    - Oj, bo zaraz zaczniemy, nie prowokuj.
                    - …Poza tym znam was. Znaczy już poznałem, więc nie patrzycie na mnie jak tego rodzaju dziewczyny.
                    - To znaczy jak?
                    - Jak na przyrząd do ćwiczeń w łóżku, który dobrą gadką i innymi takimi można sobie wypożyczyć na trochę – wyrzuca z wyraźnym niesmakiem.
                    Ykhar i Alajea chichoczą, a Karuto strzyże uszami i zerka na niego podejrzanie. Oj, chyba wyczuwam nadlatujący pocisk. Aż mi żal bidulka
                    - Ćwiczeń w łóżku? Chłopcze TE ćwiczenia wykonuje się nie tylko w łóżku – oświadcza kuchareczka tonem DOGŁĘBNEGO znawcy. – Można też w toalecie, w wannie, wspartym o ścianę korytarza, na trawce, na dywanie, na podłodze, na kuchennym stole…
                    - Błagam, Karuto – przerywam mu, a zażenowany Valkyon powoli nabiera koloru dojrzałych pomidorów. – Jeżeli kiedykolwiek, odkąd tu jestem, zdarzyło ci się to na kuchennym stole, powiedz, że po wszystkim, nim znowu zacząłeś na nim gotować, dokładnie go wyszorowałeś.
                    Karuto parska nikczemnym śmiechem.
                    - Do końca życia będę cię trzymał w niepewności – oświadcza, dając mi kuksańca w bok.
                    - Wiecie co? – Valkyon spogląda na nas wyraźnie zdegustowany. – Idę sobie gdzieś, gdzie jest chociaż odrobinę normalniej. Pa.
                    Na miejsce Valka zjawiają się moi pozostali dwaj „ukochani” opiekunowie.  Obaj mają na twarzach szerokie uśmiechy, a ja mam ochotę uciekać – jak dotąd nigdy nic dobrego z ich strony mnie nie spotkało. A jak spotka, zacznę się szykować na koniec świata. Jak to było? Słońce zginie, morza wypełnia się krwią, a dupki staną miłe? Chyba jakoś tak.
                    - Alajea, wreszcie wyglądasz jak kobieta! – oświadcza jowialnie Ezrael, a jego oczy połyskują złośliwie.
                    - A wcześniej jak niby wyglądałam? – prycha syrena, krzyżując ręce na piersi. – Może jak facet?
                    - Nie. Jak podlotek z arbuzami pod bluzką.
                    Mina Alajei tężeje, a jej spojrzenie zmienia się w potencjalną, śmiercionośną broń dalekiego zasięgu. Jednak nie następuje żaden rozlew krwi, ani bolesny, elfi okrzyk, chociaż widać wyraźnie, że Ez trafił w czuły punk. To znaczy jedno: syrenka się zemści i chyba nawet już wie, jak to zrobić.
                    - A właśnie Ykhar, jak ci się udało zrobić, że masz cycki? – chichocze Nevra, wyraźnie prosząc się o lanie.
                    - No nie wiem, ale jak coś się pojawia w naturze, to coś musi zniknąć, prawda? – odpowiada słodko i pozornie przyjaźnie Ykhar.  – Dlatego jutro z samego rana sprawdzę czy nie zniknęły mi CZYJEŚ raporty.
                    Elf i wampir patrzą na siebie i parskają śmiechem. Widać bawią się dobrze i na swoją zgubę nie biorą dziewczyn na poważnie. No, może Ykhar poważnie nie mówiła, ale ubodzona do żywego syrena jak nic zajdzie Ezraelowi za skórę.
                    - Ale tak na poważnie, to przyszliśmy powiedzieć, że ślicznie wyglądacie – uśmiech wampira łagodnieje. – Serio, z trudem was rozpoznaliśmy. Właściwie to pewnie w ogóle byśmy was nie rozpoznali gdyby nie zestawienie: zajęcze uszy, płetwy no i rogi Karuto.
                    - I kurduplowaty wzrost Liwki – dorzuca Ezrael, po czym spogląda na mnie. – Tylko się nie złość. Ty też wyglądasz ładnie, tak…
                    Uroczo.
                    -…Uroczo. Słodziakowato wręcz.
                    - Jak trąd pod mikroskopem – rzucam zdawkowym tonem. – Wygląda wręcz uroczo i niegroźnie, ale przy bliskim kontakcie z nim można zacząć tracić części ciała.
                    - Tylko bez gróźb karalnych mi tutaj! – Ez zaczyna machać mi paluchem przed nosem. – Powiem ci teraz taki komplement, że zaraz padniesz. Uważaj: nim się zorientowałem, że ty to ty, przez sekundkę rozważałem czy nie podejść zapoznać się z tobą.
                    - To nie komplement. To sugestia, żebym poszła się przebrać .
                    - EJ!
                    - A tak w ogóle, to czemu tylko sekundkę? – pyta Alajea.
                    - Widziałaś stoły bankietowe? – Ez wskazuje najbliższy. – Trufle czekoladowe, ciasta, babeczki… Jakąś-tam laskę mogę mieć byle kiedy, ale nażreć się smakołyków Karuto do zemdlenia można tylko od wielkiego święta.
                    - Nie powiem, czuję się doceniony – chichocze Karuto.
                    - Znaczy masz zamiar cały bankiet żreć? – pyta Nevra.
                    - Tak. Żreć ile wlezie, a jutro do południa umierać na niestrawność…
                    Ambitny plan. Autentycznie szanuję. Gdyby nie kobiece lęki związane z rozmiarami dupska, poszłabym w jego ślady.
                    - …A tak w ogóle, to uciekam zająć najlepsze miejsce startowe. Na jednym ze stołów jest więcej łakoci niż na innych, więc wiecie… No i wolę, żeby Miiko mnie nie uprzedziła. Pani szefowa Lśniącej Straży jest nawet większym łasuchem niż ja.
                    Z tymi słowy szeroko uśmiechnięty elf odchodzi. Szczerze powiedziawszy nie widać po nim, żeby przeżywał jakiś kryzys egzystencjalny czy coś. A przynajmniej nie teraz, chociaż wątpię, aby Nevra zmyślał w tej kwestii. Lubi drobne oszustwa i granie innym na nosie, ale raczej nie w sprawach ważnych.
                    - A ja jestem umówiony z śliczną fenghuang, więc również się zmywam. Życzcie mi soczystego wieczoru – wampir z lubością oblizuje kły, po czym się skłania i znika.
                    - Pazerna pijawka – mruczy pod nosem Ykhar, krzywiąc się lekko. Już jakiś czas temu zauważyłam, że niespecjalnie darzy sympatią wampirze rodzeństwo czy to Nevrę, czy Ka…
                    - O boziu! Jakie wy śliczne!
                     …renn.
                    Podwijając czarno-różową suknię, która wygląda jak coś zwiniętego z garderoby Marii Antoniny i doprawionego sporą ilością ekstrawagancji, pędzi ku nam szeroko uśmiechnięta wampirzyca w wydaniu niby eleganckim, ale jednak dość krzykliwym. W jej zielonych oczach połyskuje czysta fascynacja. Z miejsca obsypuje dziewczyny i mnie, a nawet Karuto licznymi komplementami… I tu nieco punktuje u mnie. Wiem, że nie lubi Ykhar i to o wiele bardziej niż Ykhar nie lubi jej, ale mimo tego z czystym uznaniem łechce ego Zajączek i raz po raz mówi jaka ta jest piękna. Zresztą Alajei też. Ja nieco studzę jej zapał w stosunku do siebie tekstem „ano tak, maskuję się”, jednak i mnie nie zamierza odpuścić. Przez następne dziesięć minut jestem męczona tekstami „wyglądasz przeuroczo, dlaczego co dzień nie robisz nic z sobą”. Odpieram jej zmasowany atak swoimi klasycznymi argumentami z cyklu: czas, pieniądzie, niechęć do zwracania na siebie uwagi i generalny tumiwisizm. Niestety wygląda na to, że bitwa potrwa jeszcze trochę, szczęśliwie przerywa ją gęstniejąca wokół cisza – na środek niezajętego jeszcze przez nikogo parkietu wkracza Huang Hua, najwyraźniej chcąc powiedzieć parę słów.
                    Hm… A właśnie zaczęłam się zastanawiać, co to niby za bal – nikt nie tańczy, muzyczka nie gra, wszyscy tylko stoją jak te ciołki wokół parkietu, dumni i bladzi. Wygląda na to, że mamy mieć oficjalne otwarcie, szkoda, że spóźnione o jakieś dwadzieścia minut. Chociaż z drugiej strony, biorąc pod uwagę ile damulek się szykowało przeciągając ostatnią chwilę do granic możliwości… My przyszliśmy już dość późno, a bynajmniej nie byłyśmy ostatnie.
                    Przemówienie Ren-Feunghang jest złożone ze stałych w tego typu bełkocie elementów: podziękowań, mówieniu jak jest jej miło, wspomnieniu o tym, jaki to wszystko zaszczyt, podkreśleniu znaczenia sojuszu Straży i Korony, no i W KOŃCU życzeniu dobrej zabawy…
                    Rozbrzmiewa muzyka, co odważniejsi wskakują na parkiet i zaczyna się. Całkiem nieźle jeżeli mogę to ocenić, bo Alajea i Ykhar, moje dwa przeurocze dzieła, natychmiast przeżywają małe oblężenie chcących zatańczyć z nimi panów. Obie promienieją, jak odpady radioaktywne, chociaż Zajączek wydaje się nieco zmieszana poświęcaną jej uwagą. Syrenka znów chłonie jak gąbka zainteresowanie i komplementy, ale na szczęście zachowuje się przy tym względnie rozsądnie, znaczy zachowuje pewien dystans w stosunku do swoich adoratorów, szczególnie, że większości z nich nie zna. Ja, póki te tańczą, atakuję bufet, ale staram się nie przesadzać z naciskiem na „staram się”. Niestety dość szybko zostaję namierzona przez Raho, który zaczyna mnie jowialnie prosić do tańca.
                    To ten moment, kiedy masz komuś ochotę powiedzieć spie*dalaj prosto w twarz, ale zwyczajnie nie wypada. Zgadzam się, ale robię to dając całą sobą znać, że wolałabym krwawą biegunkę od tańca z nim i dodając, że tańczyć nie umiem, ale niestety nie zraża go to. Za karę w trakcie naszego „baletu” depczą go ile wlezie po paluchach. Niestety niezbyt mocno ze względu na swoją niedużą masę. Ech, może gdybym miała typowe, cienkie szpilki, to zdołałabym mu przebić stopę obcasem, ale niestety w szpilkach to ja chodzić nie umiem.
                    Na szczęście kawałek jest dość krótki, więc muzyka, a zarazem taniec kończą się dość szybko.
                    - No to cześć – rzucam mu i robię w tył zwrot, mając ambitny plan zniknąć w tłumie. Niestety prawie natychmiast czuję jego dłoń na swoim ramieniu.
                    Naprawdę ten dupek pozwala sobie na zbyt wiele.
                    - Może przejdziemy się razem? – pyta, zbliżając się.
                    Facet ewidentne narusza moją przestrzeń osobistą, a ja nie mam wzmacnianych metalem butów, żeby mu przedzwonić w krocze tylko jakieś zasrane pantofelki. Cholerny los. Dlatego właśnie nie lubię się stroić.
                    - Nie – warczę. – I puść mnie. Natychmiast.
                    Puszcza, ale niestety jeszcze bardziej się zbliża, a ja robię krok w tył.
                    - Nie musisz się wstydzić. Wiem, że masz ochotę.
                    Ok., zaraz zdejmę jeden z tych zasranych pantofelków i przywalę mu w gębę.
                    - Nie ma ochoty i nie jestem nieśmiała tylko poirytowana i zniesmaczona.
                    - Przestań zgrywać…
                    - Zgłaszam się po obiecany mi taniec – fenghuangowi przerywa Jamon, skłaniając się szarmancko. W tle zaczyna grać muzyka.
                    Oj ty mój kochany ponad dwumetrowy, ponad stukilowy wybawco mogący odkręcić człowiekowi głowę dwoma palcami. Jak ja cię lubię.
- A proszę bardzo – odpowiadam mu ukłonem, ten delikatnie bierze mnie ramiona i…
                    W sumie nie wiem co się dzieje. Tu wiruję, tam płynę w powietrzu,  tu znowu nurkuję. To jest normalnie lepsze od karuzeli. Ubaw taki sam, tyle, że wymiotować się nie chce. W życiu nie pomyślałabym, że ogr jest tak świetnym tancerzem. Normalnie WOW.
                    Muzyka powoli cichnie, świat się zatrzymuje, ale nadal mam lekkie kłopoty ze wskazaniem, gdzie jest góra, gdzie dół. E… Czy mi się zdaje, czy wszyscy na nas patrzą? Nie, nie zdaje mi się. W dodatku większość osób ma wielkie „łaaa” na twarzy.
                    - Ja też chcę! Jamon! – Piszczy nagle Alajea podskakując w miejscu i machając do niego rękoma.
                    - A ja potem – dorzuca rozbawiona Ykhar.
                    - I ja! – krzyczy gdzieś-tam z tyłu Karuto.
                    - Ty nie, bo tobie nie ufam – odkrzykuje ogr, wywołując tu i tam mniejsze bądź większe fale śmiechu.
                    Oho, do Jamona zaczyna się ustawiać prawdziwa kolejka. Chyba po raz pierwszy dał popis swoich umiejętności. Hm… Czyżby wcześniej panie uciekały przed nim, bojąc się, że ten je zmiażdży? Niewykluczone. W takim razie być może zmieniłam jego życie na lepsze. Hm… Limit dobrych uczynków na dzień dzisiejszy osiągnięty. Znaczy teoretycznie mogę iść spać, ale praktycznie nie mogę, bo niewdzięczność wobec Ren-Fenghuang i coś-tam, coś-tam. Szlag by to wszystko…
                    Oj nie, Raho wraca. Nie no… Co za debil.

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (26-10-2018 o 19h49)

Offline

#260 31-10-2018 o 23h30

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Wow, jestem pod wrażeniem chamskiej odzywki Nevry o cyckach. Po Ezie spodziewałam się dupkowatego komentarza, ale ten szarmancki wampirek? Hm. Nooo, dobra, potem się trochę zrekompensował.

NIE NO ale Jamon jest niekwestionowanym bohaterem tego odcinka! Serio, jest wspaniały, genialny i cudowny /static/img/forum/smilies/big_smile.png A przed kolejnym napadem tego debila uratuje ją Valk? ;> Zobaczymy :v

To czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#261 16-11-2018 o 16h58

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@Methrylis - uważam, że postać Jamona ma ogromny potencjał i to jak została potraktowana w grze woła o pomstę do nieba. Ale ja to naprostuję /static/img/forum/smilies/wink.pngWłaściwie tutaj już poprostowałam i jak widzę, skutecznie.
            Ejjj... No... Naprawdę sądzisz, że poleciałabym tak stereotypowym banałem jak ratunek z rąk białowłosego księciunia? /static/img/forum/smilies/big_smile.png


XXI (cz. 11)

            - Zatańczymy? – słyszę za sobą.
            Odwracam się, patrzę a tu Arcz. Teoretycznie powinnam być zachwycona, ale praktycznie martwię się, że będzie widać, że się ślinię czy coś. To jest straszne… Normalnie mam ochotę napisać zażalenie do życia, że fajny facet zwrócił na mnie uwagę.
            - Niech ci będzie – uśmiecham się, mam nadzieję, że nie za szeroko.
            - Ostrzegam tylko, że nie za bardzo potrafię tańczyć, więc…
            - Więc jesteśmy na dokładnie tym samym poziomie.
            - Nie boisz się, że cię podepczę?
            - A ty, że ja cię znowu zagazuję?
Pochmurnik patrzy na mnie i jak nie parsknie śmiechem. Ma dystans do siebie i do innych. Cholera, czy on musi tak punktować?
            - Kto ci o tym powiedział? – pyta.
            - Alajea.
            - Ech, no przyznaję, że tamto było straszne. Ale ani ja, ani mój nos nie mamy żalu.
            - Wiedza o tym wszystkim również była straszna. Ale moja godność osobista też nie ma żalu.
            Znowu się uśmiecha. Czy on musi tak ładnie się uśmiechać? Niech przestanie. Już, teraz, natychmiast.
            - No to tańczymy? – pyta.
            - Tańczymy.
            Tańczymy… Raczej usiłujemy nie zadeptać się na śmierć. Arcz miał rację – nie potrafi tańczyć. W ogóle. Jest w tym nawet gorszy ode mnie. W sumie to nawet dobrze. Bardziej się skupiam nad tym, żeby nie zostać skopaną, niż nad tym, jaki z niego słodziak.
            Po paru minutach wreszcie koniec. Ała, moje palce zemszczą się na mnie za to. Biedne stópki, co on wam zrobił…
            Żegnamy się, wyczajam w tumie Raho, schylam się i uciekam. W uciekaniu pomagają mi poniekąd obtańczające mnie Krajzan, Alajea a nawet Karenn, która też ucieka, tylko że nie przed fenghuangiem, a idącym jej tropem Chrome. Jednak Raho nie rezygnuje i dalej ciągnie za mną…
            Cholera jasna, naprawdę nie chcę robić sceny w takim tłumie ludzi, a przecież z tym ćwokiem nigdzie nie pójdę. Nawet za milion lat i pod groźbą broni.
            - Czy ofiaruje mi panienka jeden taniec? – Madda skłania się.
            Oj ty mój wężopodobny przystojniaku, aż mam cię ochotę ucałować. Oczywiście, że tak. Wszystko byleby być z dala od tego dupka.
            Bez wahania zgadzam się, chociaż łapki to już mi odpadają, a w dodatku nie mam pojęcia jak naga może tańczyć. Jednak, jak się okazuje, może. Mało tego, ze względu na brak nóg, nie depcze mnie. Normalnie luksus.
            Po Maddzie pora na Nevrę, który kolejny raz zachowuje się uprzejmie i nie rzuca soczystymi tekstami. Przynajmniej nie pod moim adresem, chociaż obgaduje swoją dzisiejszą „randkę”, nazywając ją bezobcesową, narzucającą się i nachalną, po czym stwierdza, że „jedyny z niej pożytek, to krew, którą ma w żyłach”. Yhhh… Dziwne to-to wszystko.
            Niestety, kiedy tylko wampir odchodzi, natychmiast koło mnie pojawia się Raho z tym swoim pewnym siebie uśmiechem i władczym spojrzeniem, które zamiast mnie zmiękczać, wywołuje u mnie falę agresji. Boże, ten facet w ciągu kilku dni zaskarbił sobie moje niechęć i pogardę na całe życie. Dlaczego tacy jak on muszą istnieć?
            - No to jak z naszym spacerem? – pyta.
            - Nic, powiedziałam, że nigdzie z tobą nie idę.
            - Ale tak na poważnie, to zbieraj się – posyła mi uśmiech, w zamyśle pewnie uroczy, ale dla mnie obleśny, biorąc jeden z moich z trudem uformowanych loków w palce.
Z całej siły uderzam, go w wyciągniętą ku mnie dłoń. Boże, co za wstrętny typ.
            - Nigdzie nie idę! A na pewno nie z tobą! – syczę. – Jesteś głuchy czy głupi?
            - Jesteś urocza, kiedy się złościsz – zbliża się gwałtownie, napierając na mnie.
            Odruchowo rozczapierzam palce niczym kot i drapię go po twarzy, odskakując do tyłu. Na śniadej skórze pojawiają się dwa krwawe zadrapania, a w jego oczach natychmiast połyskuje gniew. Błyskawicznie łapie mnie za nadgarstki i przyciąga do siebie.
            - Skończ się wydurniać! – warczy. – Mnie się nie odmawia! Za kogo ty się masz?
            Pierwszy raz w życiu jestem napastowana. Do tego w obcym świecie, przez jakiegoś czarodziejskiego dziwoląga i nie jest to przyjemne. Serce zaczyna mi walić. Chyba naprawdę będę musiała zrobić scenę i to cholernie mocną… Borfoldzie, Miiko mnie za to zje.
            - A za kogo ty się masz? – rozlega się bardzo bliski warkot.
            Nie wiadomo skąd, nie wiadomo kiedy tuż koło mnie pojawia się Karuto i błyskawicznym ruchem… Chwyta Raho za krocze? Tak, chwyta za krocze i mocno ściska. Borfoldzie… Kucharz godzinami ugniatający ciasto, wałkujący, rozbijający w dłoniach orzechy, rąbiący mięso razem z kościami. On musi mieć uścisk jak imadło.
            Naprawdę musi. Fenghuang momentalnie robi się czerwony na twarzy, usiłując nie wrzeszczeć, a jego oczy zachodzą łzami. Spomiędzy zaciśniętych zębów wydobywa się błagalny skowyt.
            - Wiesz, cholernie nie lubię, jak ktoś napastuje słabszych. Szczególnie kobiety. Szczególnie MOJE znajome…
Normalnie kłóciłabym się, że wcale taka słabsza nie jestem, ale teraz to się biorę za nieme patrzenie, podziwianie i kibicowanie. Dajesz Karuto! Wyciśnij mu jądra jak cytrynę!
            - … Dlatego teraz bardzo ładnie przeprosisz Liwię i grzecznie przyrzekniesz, że już nigdy, przenigdy się do niej nie zbliżysz… Oraz, rzecz jasna, że nigdy więcej nie będziesz się narzucać jakiejkolwiek kobiecie. Zrozumiałeś?
            - Wal się – Raho cedzi przez zęby i próbuje uderzyć kucharza, lecz ten chwyta go za nadgarstek, nim ten unosi rękę
            Nie wiem, czy to bardziej pełen buty debilizm, czy buta pełna debilizmu, ale gościu nie ma za grosz instynktu samozachowawczego. A powinien mieć, tym bardziej, że tacy jak on zwykle myślą genitaliami. No cóż, chyba nie straszna mu utrata „mózgu”.
            Karuto wzmacnia uścisk na skarbach rodowych fenghuanga i ściska też z całej siły jego nadgarstek. Jeszcze trochę, a koleś się tu pobeczy.
            - Wal się? –syczy satyr, uśmiechając się nikczemnie. – Po co, skoro mogę walić C I E B I E. Z chęcią potraktuje cię, tak jak ty chciałeś potraktować Liwię. No bo wiesz, wolę chłopców od dziewczynek… Chociaż, jeżeli jeszcze mocniej ścisnę, to będziesz bardziej dziewczynką niż chłopcem. To jak? Ścisnąć? A może zabrać cię na romantyczny „spacerek”? No chyba, że przeprosisz.
            Coś w zimnym spojrzeniu Karuto i jego drapieżnym, wręcz psychopatycznym wyrazie twarzy nawet mnie karze wierzyć, że w razie czego zrealizuje swoją groźbę. Nie chcę wiedzieć, co sobie w tej chwili myśli Raho. Nie, poprawka, chcę wiedzieć. BA! Mieć to zrealizowane w postaci filmu 3D i oglądać, żrąc solony popcorn z mnóstwem masła.
            - P-przepraszam – wykrztusza dygoczący z bólu fenghuang. – P-przeprszam i obiecuję… Obiecuję, że już nigdy nie będę nikogo napastować.
            - Grzeczny JESZCZE chłopiec – mruczy Katuto, puszczając go.
            Raho posyła Karuto zbolałe, pełne nienawiści spojrzenie i szeroko rozstawiając nogi, odchodzi. Swoją drogą, to niesamowite, że nikt nie dostrzegł naszej małej scysji. Opatrzność losu – ostatnie co mi potrzebne do szczęścia, to warcząca na mnie lisica.
            - Normalnie uwielbiam cię. Szczególnie w tym morderczym wydaniu – mówię do Karuto. – Gdybyś był hetero, a ja o dwadzieścia lat starsza, normalnie bym się zakochała.
            - Dwadzieścia lat starsza? – Kucharz zerka na mnie wyraźnie oburzony. – Naprawdę myślisz, że wielki Karuto zadawałby się z taką starą raszplą?
            Parskam śmiechem. No tak, mogłam się spodziewać podobnej odpowiedzi.
            - A tak, to jak ci poszło dzisiejsze poszukiwanie wielkiej miłości i ognistego seksu na przynajmniej jedną noc? – pytam.
            - Tak dobrze, że aż zgniatam przyrodzenia jakimś dupkom – posyła mi ciut szaleńczy uśmiech. – I raczej lepiej nie pójdzie, bo powoli zaczynam padać z nóg. Ten dyżur w kuchni naprawdę dał mi w kość. Ale wieczór nie był zły. Dawno tylu słusznie mi się należących komplementów nie zebrałem. Przewinę się jeszcze przed resztą tych zołz, które śmiały mnie obgadywać, może z kimś zatańczę i uciekam, a ty?
            - Podobnie. Zwinę z któregoś ze stołów coś dobrego, pożrę w jakimś cichym kącie i zmykam spać.
            - Dobry plan. Poimprezujemy z dziewczynami kiedyś, kiedy nie będę tak padnięty.
            Poimprezujemy z dziewczynami? Nie pamiętam, żebym kiedyś na coś podobnego się umawiała, ale nie będę się wdawać w dyskusję. Człowiek nie powinien niepotrzebnie dyskutować z miażdżącą cudze jądra, potwornie silną kuchareczką o narcystycznym usposobieniu. Nie, jeżeli ceni sobie swój przewód pokarmowy i żywi pewien respekt w stosunku do tasaków.
            Gadamy jeszcze trochę i rozchodzimy się. Ja uprowadzam ze stołu trochę pieczystego, wyglądającego jak przepiórka albo gołąb – nie wiem, nie jestem ptasim koronerem. W każdym razie jest pycha. A skoro już mam pyszną ptaszynę, uciekam z dala od parkietu i gwaru w kierunku Alei Łuków oraz stojących wzdłuż niej ławek.
            Uf, nareszcie trochę spokoju. Naprawdę, tego typu rzeczy są nie dla mnie – tłok, gwar, podwiew od dołu przez sukieneczkę, sztywna fryzura, zatykająca pory tapeta, lekutkie, niezbyt wygodne buciki na obcasiku. Nie, nie i jeszcze raz nie. Jak impreza to komputer, popcorn, mnóstwo filmów, gier i paru znajomych albo ognisko, kiełbaski i odtwarzacz, ewentualnie ktoś potrafiący w miarę płynnie fałszować na eigenharfie* czy tam gitarce. Może być też opcja ciacho i herbatka z rumem. Bale, dyskoteki, clubbing to zło i niedobro… No, chociaż muszę przyznać, że taniec z Jamonem był całkiem fajny. Facet powinien porzucić karierę członka Straży i zacząć sprzedawać bilety na te „przejażdżki”. Gwarantuję, że chętnych nie zabrakłoby.
            Ech… Przyjemnie. Cicho, spokojnie, chłodny wiaterek. Zjem, odsapnę sobie, może ciutkę zbiorę myśli i potrawię. To był długi i pracowity dzień. Bardziej męczący niż normalne dyżury w Straży. Serio, nawet po pracy w pralni nie czuję się tak… Wyżęta jak teraz. Nigdy nie byłam zwierzęciem towarzyskim, a przez ostatnie lata naprawdę odwykłam od przebywania wśród ludzi. Takie swobodne, bez ubierania maski. Myślałam, że ostatnie przy miesiące spędzone w Straży nieco mnie przeszkoliły, ale chyba jednak nie. A może to wszystko wina Raho? W końcu postawił mnie w całkowicie obcej sytuacji. Dotąd nie byłam napastowana, a przynajmniej nie na tle seksualnym. Było paru wielkich, niedobrych ludzi, grożących mi, że mnie zmiażdżą jak łapczywy dzieciak jagodę, ale dupek mający się za ósmy cud świata i żądający, żebym na jego widok drżała z rozkoszy, gotowa mu się oddać w każdej chwili… No tego jeszcze nie grali. Głównie dlatego, że nigdy nie wzbudziłam niczyjego zainteresowania. Na szczęście. Brr, mam nadzieję, że podobny wypadek już nigdy mi się nie przydarzy. Jakieś to-to obleśne było.
            - Jesteś. Wszędzie cię szukałam – rozbrzmiewa za mną znajomy, kobiecy głos.
            Huang Hua. Jeszcze tej tu brakowało. Dość mam na dzisiaj użerania się z podwładnym szanownej Ren-Fenghuang, a tu jeszcze ona sama. Naprawdę zaczyna mnie to wszystko męczyć.

____________________________________________________


*Eigenharph -instrument elektroniczny mogący zastąpić szereg innych instrumentów zarówno klasycznych (wiolonczela, kontrabas, harfa, pianino, kotły) jak i tych kojarzonych z muzyką rozrywkową (saksofon, trąbka, różnego rodzaju gitary) oraz pełniący rolę syntetyzatora. Czymś takim mogłyby się posługiwać zespoły w przyszłości /static/img/forum/smilies/wink.png

https://www.youtube.com/watch?v=zcVqJh0qEMc
https://www.youtube.com/watch?v=5LIwCdSeOlc

Offline

#262 17-11-2018 o 09h23

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 735

O jejuuu Arcz i Liwka to jest to. Normalnie niech Valkyon spada bo razem to takie slodziaki są xdd ale mam wrażenie że coś mu się stanie w przyszłości
Bardzo szybko i przyjemnie się czytało ten rozdzialik, tekst Karuto o raszpli sprawił że się uśmiechnęłam pod nosem xd
no to czekam na dalszy ciąg rozmowy z Huang Hua c:

Offline

#263 18-11-2018 o 16h52

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Ale nie ma co, teksty Karuto to złoto XDDD Istny bohater tego odcinka xd
I zgadzam się, że rozdział szybko się czyta, chociaż nadal niecierpliwie czekam na jakąś akcję i mega pecha Liwki. Bo nadal go nie widzę :v Więc pozdrawiam!


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#264 23-11-2018 o 22h47

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@Fujimen - aj tam Arcz. Żaden heteroseksualny facet nie da ci tyle co homoseksualny kumpel-kucharz o dużej sile zgniotu. Pobije chamów, dostarczy rozrywki, a do tego dopilnuje, żebys porządnie i smacznie zjadła... do tego w jego przypadku masz 100% pewności, że to tylko dlatego (czy tez raczej aż!), bo cię lubi, a nie, bo chce zaliczyć kolejna panienkę /static/img/forum/smilies/wink.png <3 Do tego ta twarz złowrogiego ziemniaka...

@Methrylis
- mega pech Liwki... Na niego poczekasz. Szczerze powiedziawszy to nawet nie tknęłam go jeszcze pisząc, chociaż się zbliżam. Poza tym pech Liwii będzie miał bardziej postać ogólnego obrazu. Takie trochę "los cie zrobił w bambuko i wrypał w wielkie kaka", ale nie znaczy to, że wszystko czego się tknie, zaraz się spie... No wiecie co. Chociaż na początku przyszłego rozdziału czyli przy następnej części, powinnaś odczuć małą satysfakcję.

Tymczasem koniec rozdziału.

XXI (cz. 12)


               - Tak? – burczę, nawet nie odwracając się w jej stronę.
               - Tak. Bardzo chciałabym z tobą porozmawiać w cztery oczy – podchodzi i zajmuje miejsce obok mnie, a ja sobie przeżuwam swoje pieczyste.
               A ja z tobą nie, szczególnie, że wiem o czym chcesz rozmawiać. Swoją drogą, rodzice nie uczyli cię, że nie przeszkadza się ludziom w posiłku? Taka niby arystokratka, a chamidło skończone.
               - To ostatnia szansa, nim wyjadę, a jest pewna rzecz, którą koniecznie musimy przedyskutować – kontynuuje. – Otóż zdążyłam cię już nieco poznać i obserwując cię zauważyłam…
               - Zatem obserwujesz mnie? Szkoda, że przy tej obserwacji, zapewne bardzo wnikliwej, nie zauważyłaś, że twój podkomendny, niejaki Racho, narzuca mi się – warczę. Naprawdę, już mam w dupie, co mi na to powie Miiko. Mogę sobie odgrywać kretynkę i być zabaweczką do wynajęcia, ale wszystko do czasu. Moja cierpliwość ma granice. – Mało tego, kilkanaście minut temu przekroczył tę cienką linię, która jest między narzucaniem tudzież niechcianymi zalotami,  a napastowaniem i gdyby Karuto nie utemperował go, kto wie, jakby to się skończyło. Pewnie szarpaniną, efektowną sceną, a w efekcie niewykluczone, że skandalem, bo w końcu bal ma wymiar polityczny, prawda? Dlatego radzę ci wziąć na smycz tego psa, a najlepiej go wykastrować.
               Zbita z tropu Ren-Fenghuang patrzy na mnie wielkimi oczami, wyraźnie nie wiedząc, co ma powiedzieć. Nie wiem, co ją najbardziej zaskoczyło. Moje rewelacje czy gwałtowna zmiana postawy.
               - Zbadam sprawę. Jeżeli to, co mówisz, jest prawdą, nie uniknie kary – mamrocze w końcu. – Jednak chciałam porozmawiać o czymś poważniejszym…
               - Zatem napastujący kobiety podkomendny nie jest poważny. Interesujące podejście.
               - …Mianowicie o twoim przybyciu do Eldaryi. Będę mówić wprost. Uważam, że to sama Wyrocznia ściągnęła cię tu.
               Kończy dramatycznym tonem, usiłując spojrzeć mi w oczy. Ja natomiast wolę patrzeć w resztki swojego pieczonego ptaszka niż lampić się w jej gały. Tak jest bezpieczniej – jeżeli spojrzę na nią, mogę nie wytrzymać i zadźgać ją widelcem. Nie wiem czemu, ale dzisiejszy dzień, zamieszanie ze stylizowaniem, tłok, scysja z Raho i teraz ta rozmowa budzą we mnie uśpionego demona. Dawno nie czułam takiego gniewu. Nienawidzę jak ktoś traktuje mnie jak rzecz. Najpierw Miiko uważająca, że doskonale nadam się na zabaweczkę dla wielkiej Ren-Feghuang. Potem Raho robiący na metaforycznej półce miejsce na mnie – swoje przyszłe trofeum – i zdziwiony, że mogę mieć inne plany w tej kwestii. A teraz ona, Huang-Hua, chcąca ze mnie zrobić swojego pionka, marionetkę o dumnej nazwie Wybranka. Mam w dupie, czy powodem jest wyrachowanie, źle ukierunkowany zmysł polityczny, czy autentyczna wiara w to, że jestem wskazaną przez Wyrocznię bohaterką mająca ocalić Edaryę i cholera wie co jeszcze. Jedno i drugie jest równie niebezpieczne. Jedno i drugie nie uwzględnia tego, że mogę powiedzieć „nie”.
               - Bardzo możliwe – oznajmiam po chwili, niemal samej wzdrygając się na brzmienie swego głosu.
               - Wiesz, co to oznacza? – pyta tamta ściskając moją dłoń i spoglądając na mnie z szerokim, przesyconym ekscytacją i nadzieją uśmiechem.
               Wyrywam jej dłoń, niemal ją uderzając.
               - Wiem, co to znaczy dla ciebie – cedzę przez zęby, z trudem utrzymując gniew w ryzach. – To, że oto przybyła namaszczona przez Wyrocznię zbawicielka, żeby wszystko naprawić czy coś w tym stylu. To, że jeżeli ugłaskacie mnie z Miiko, mogę stać się ważną kartą w waszych rozgrywkach politycznych. Problem w tym, że JA mam na to wszystko całkowicie odmienne spojrzenie. Cokolwiek nie planujesz, uwierz mi, że nie jestem malutkim, puchatym chowańcem gotowym do wzięcia na smycz i nauki zabawnych sztuczek. Mało tego. Próby zrobienia ze mnie kogoś, kim nie chcę być, mogą się skończyć tym, że rzucę ci się do gardła… Na co w tej chwili mam OGROMNĄ ochotę.
               Czuję jak Ren-Feunghang sztywnieje. Czuję na sobie jej zaskoczony wzrok. Mam ochotę uderzyć. Wszystkie moje instynkty, mówią mi, żebym ją zabiła, bo w przeciwnym razie narobi mi problemów. Dawno tak nie miałam.
               - „Odmienne spojrzenie”? – pyta, a jej głos nie jest już tak słodki i przymilny jak na początku. Ba! Trąci chłodem. – A jakież to?
               - Jakie? – z mojego gardła wydobywa się krótki, gorzki śmiech. – Jeżeli to Wyrocznia mnie tu ściągnęła… Hm… Jak nazwać istotę, która szczuje cię gigantyczną, drapieżną bestią? Jak nazwać istotę, która odcina cię od twoich, potrzebujących cię bliskich? Istotę, która ściąga cię do obcego, niebezpiecznego świata? Świata prymitywnego, ciasnego, któremu grozi wojna domowa? Istotę, która chce cię użyć do swoich celów i ma w głębokim poważaniu twoje zdanie? Ja na kogoś takiego mam jedną, krótką definicję. W  R  Ó  G.[/i]
               - Wróg? Ale nie rozumiesz, że jeżeli naprawdę zostałaś…
               - Rozumiem, ale mam to w dupie – ucinam. – To nie mój świat, nie moje miejsce, nie mój problem. Byłam szczęśliwa i spokojna, tam gdzie byłam, tu jestem przymusowo, a jedyne, czego pragnę, to czym prędzej się stąd wydostać… Najlepiej po jak najniższych kosztach. Pomagam Straży, póki oferują mi schronienie i nie przeszkadzają, ale jeżeli kiedykolwiek staną na drodze do mojego powrotu do domu… Cóż, w tedy mogę gwałtownie zmienić stronnictwo i stać się prawdziwym cierniem w boku. Dla tego nie próbuj zrobić ze mnie kogoś, kim nie jestem.
               - Jesteś, tylko samolubnie nie chcesz nim być!
               - Nie jestem. Uwierz mi, wiem co mówię. Sama zrozumiałabyś to, gdybyś odcięła się od tych bzdetów, którymi karmią was od urodzenia i rozejrzała się dookoła. Bajdy o Niebieskim Poświęceniu, powstaniu Eldaryi… Kłamstwa, które każdy samodzielnie myślący mógłby zdemaskować, mające was otumanić, wykrzywić wasz obraz świata.
               - Nie bluźnij!
               - Jeżeli chcesz bym odegrała rolę Wybranki, to proszę bardzo. Szybki kurs uświadamiający aka słowa mądrości: Eldarya, Wyrocznia i Kryształ nie są tym czym się wam wydają. Myślcie samodzielnie i uczcie się. Koniec wybrankowania, dalej radźcie sobie sami.
               Wstaję z ławki, ale Huang Hua chwyta mnie za skraj sukni.
               - To JEST twój świat. Jesteś faelien! Masz w sobie krew faery!
               - Faery są tu OBCY. Zresztą nie mam w sobie nawet odrobiny krwi faery, możesz mi wierzyć – oświadczam stanowczo.
               Nie wiem, czemu jej to powiedziałam, tak jak nie mam pojęcia, czemu te słowa wydają mi się samą prawdą. W końcu nie znam swego pochodzenia, nie tak stuprocentowo, prawda? Ale ten dziwny wynik testu, ta cała antymagia… Gdybym była potomkinią czarodziejskich stworzeń, nie powinnam używać siły przeciwnej do nich, prawda? W dodatku to, co mówił Erhat w trakcie wyprawy do Immaela…
Przeczucia, wrażenia, magia, legendy, antymagia… To wszystko jest takie pokręcone. Chcę wrócić do ziemskiego wymiaru, do domu. Tam rządzi nauka, wyrażana liczbami, zrozumiała, równa wobec wszystkich. Mam dość tego całego parapsychicznego syfu.
               Ren-Feunghang puszcza moją sukienkę, patrząc na mnie, jakby zobaczyła mnie pierwszy raz w życiu. Stoję nad nią z talerzem w ręku, mając ochotę z całej siły przyłożyć jej nim w twarz. Jednak zamiast tego uśmiecham się sztywno.
               - Jestem zmęczona. Zatem, jeżeli Ren-Fenghuang łaskawie pozwoli, chciałabym się udać na spoczynek – rzucam, nie potrafiąc wstrzymać się od zjadliwego tonu. – A że zapewne panna udaje się z powrotem na bal, byłabym wdzięczna, gdyby wzięła to ze sobą – wciskam jej talerz, robię w tył zwrot i wartkim krokiem ruszam w stronę budynku KG.
               Liwia, kretynko, coś ty zrobiła! Odsłoniłaś się! Pokazałaś swoją prawdziwa twarz! To już nawet nad nerwami nie potrafisz panować? Jasna cholera, co się z tobą dzieje…?! Chociaż może tak jest lepiej? W końcu do odgrywania roli Wybranki nie można zmusić, nie jeżeli w tę Wybrankę naprawdę się wierzy. Przymusowy Wybraniec jest zbyt niebezpieczny, łatwo może zwrócić się przeciwko tym, którzy usiłują pociągać za jego sznurki. Chyba, że jest głupi, a ja głupia nie jestem. Mam nadzieję, że Huang Hua to zrozumiała.
               Arrrgghh! Co za pochrzaniony dzień!
               Zaskoczona wpadam na Leifana. Chociaż nie daje po sobie niczego poznać, nie mam złudzeń –  na pewno wszystko słyszał. Słyszał i chyba zrobiło to na nim wrażenie. Ciekawie czy wygada wszystko Miiko? No i czy Huang Hua to zrobi… Jeżeli tak i to dokładnie w takiej formie, w jakiej odbyła się nasza rozmowa, to będzie niedobrze. Chociaż kłopoty to i tak już mam. Może nie zwalą się na mnie jutrzejszego ranka, ale  w końcu na pewno.
               Naprawdę zaczynam mieć już tego wszystkiego wyżej uszu. Same problemy, domysły, potencjalne intrygi i to nieustające wrażenie, że wszyscy chcą mnie użyć… Zupełnie jakbym była chusteczką higieniczną. Spokój, jedyne czego kiedykolwiek pragnęłam i potrzebowałam to spokój. Dlaczego los tak bardzo mi go skąpi?

***

               Nie napadają mnie problemy. Nie ma nagany od Miiko. Wszystko wydaje się takie jak przedtem, chociaż czuję, że nie jest. Czuję, że mają mnie na oku, że zostałam wzięta na celownik. Nie podoba mi się to, oj nie.
               Heh, pomyśleć, że w najbliższych dniach przymusowy, a zarazem przypadkowy sojusz z purrekos może mi się naprawdę przydać… Chociaż nie jestem pewna do jakiego stopnia mogę im ufać. Jeżeli i oni zaczną mieć wobec mnie jakieś niemiłe plany, staną się niebezpieczniejsi od Straży. Niebezpieczniejsi od Korony, bo właściwie to Korona, a konkretniej Ren-Fenghuang jest największym problemem. Ułożyła sobie w tej ślicznej główce historię o potworach i bohaterach, a mnie obsadziła w głównej roli heroiny-wybranki. Historię, której nie chce odpuścić i do której być może będzie usiłowała dopasować zarówno mnie, jak i okoliczności.
               Cholera by to wszystko wzięła.
               Kierowana poleceniem Miiko stoję w tłumie żegnającym Huang Hua. Przy jej lektyce tłoczą się dzieci, którym ta opowiada jakieś-tam bajdy. Wszystkie wydają się zachwycone, a najbardziej Mery, którego ta głaszcze po głowie. W końcu dorośli odciągają pociechy, a lektyka wędruje w górę. Nasze spojrzenia – moje i Ren-Feunghang – spotykają się. Po chwili czuję znajomy chłód, na co natychmiast rozrywam jej czar, jakikolwiek on nie jest. W oczach Huang Hua połyskuje zaskoczenie, a ja czuję, jak moją twarz ścina wyjątkowo wrogi wyraz.

Offline

#265 25-11-2018 o 13h32

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Tego jeszcze nie było: mam do nadrobienia wszystkie trzy twoje opowiadania XD No ale dobra, znalazła się wolna chwila, to trzeba się za to zabrać.

Ech, to o rychłym braku pechu Liwki w ogóle mnie nie pociesza.

„Cóż, w tedy mogę gwałtownie zmienić stronnictwo” — ‘wtefy’ + wyżej została ci resztka z bbcode

Liwka uważa Huang-Hua za bezczelną chamówę, podczas gdy zachowuje się tak samo chamsko. Przybyła tu ledwie chwilę temu jako nowa i nieogarnięta, a mimo to sama po swojemu tłumaczy, że bóstwo, w które wierzono tam od setek lat, to bajdy i bzdury. Matko, ta postać mnie naprawdę męczy. Więc fakt, że to główna bohaterka opowiadania, nie jest dla mnie pocieszeniem.

No dobra, czekam niecierpliwie, aż Liwkę szlag trafi i pozdrawiam!


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#266 30-11-2018 o 20h09

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@Methrylis - "Liwka uważa Huang-Hua za bezczelną chamówę, podczas gdy zachowuje się tak samo chamsko". Nie uważa, tylko jej dogaduje w myślach, jak to się często robi komuś, na kogo się jest złym. No i chyba sama przyznaje, że nerwy jej puściły, prawda? Jak komuś nerwy puszczają raczej nie dba o etykietę - jeżeli ty potrafisz, szacun. Poza tym, od kogoś mniej-więcej na poziomie królowej można by wymagać większej kultury niż od pospólstwa. Zresztą dawniej pospólstwo, chłopstwo i hamstwo robiły niemal za synonimy, szczególnie w wyższych sferach /static/img/forum/smilies/wink.png. Generalnie akurat przy tej scenie nie mogę sobie nic zarzucić /static/img/forum/smilies/big_smile.png
                  Spoiler - Liwki szlag nie trafi ;] Gdybym chciała zabić główną postać, zabiłabym jakąś sympatyczną, po której serduch czytelnika mogłoby pęknąć.



XXII cz. 1

                  - Powiedz mi Strażniczko Kryształu, czym się różni nasz sojusz od sojuszu Straży z Koroną? – Głos Purroko, jest słodki jak miód, delikatny i łagodny, co jest wystarczającym ostrzeżeniem.– Czym różnię się JA od Ren-Fenghuang? W czym ja i moja rasa jesteśmy od nich gorsi?
                  - Wy? Gorsi? – Miiko brzmi na naprawdę skołowaną. – W niczym. Nie rozumiem…
                  - TO CZEMU ZATAJASZ PRZED NAMI FAKTY, KTÓRYMI SWOBODNIE DZIELISZ SIĘ Z REN-FENGHUANG?! – przypominający lwi ryk, wrzask człowieka-kota odbija się echem w Sali Kryształu. Strażnicy jak jeden mąż wciągają powietrze.
                  - J-jakie fakty?
                  Och, te tony sugerujące tłumioną panikę. Coś cudownego.
                  - Księga Immaela. Coś ci to mówi księżniczko Miiko?
                  Dramatyczna, pełna napięcia cisza. Normalnie jak w dobrym serialu. Oczyma wyobraźni widzę, jak myśli Miiko mkną we wszystkie strony. Szkoda, że nie mam popcornu.
                  - Skąd o tym wiesz?
                  - Mamy swoje źródła.
                  - SKĄD o tym wiesz?
                  - A myślisz, że tylko WY macie śledzących nas szpiegów?! We wszystkim obowiązuje wzajemność moja kochana, również w braku zaufania… Jak widać słusznym po naszej stronie.
                  - Nie mamy żadnych szpie…
                  - Nie? To rozumiem, że nie znasz takich osób jak Ter’Aku, Samudal, Eteke, Harumpf i  możemy ich wsadzić sobie do lochu, na tak długo, aż świat o nich zapomni? Albo poddać torturom, żeby sprawdzić czy czasem nie szpiegowali WAS i nie wykradli jakich wartościowych informacji na WASZ temat? Hmm?
                  - Czego chcesz? – pyta po pełnej napięcia chwili Miiko.
                  - Czego chcę? Mówisz, jakbym cię szantażował jak jakiś nikczemnik, tymczasem to TY zatajasz przed nami, purrekos, od setek lat związanych ze Strażą sojuszem, informacje i to tak wielkiej wagi. To TY dzielisz się nimi z Koroną. To TY utrzymujesz nas w niewiedzy, na temat tego, co się wokół nas wyprawia! To MY mamy prawo do traktowania cię jak czarnego charakteru. A nóż z pretendentką do tytułu Feniksa zamierzacie zrobić sobie łowy na nasze dzieci i przerobić je na paliwo do portali? W końcu, skoro już raz napadli na nas ludzie, łatwo będzie na nich zwalić winę, prawda.
                  - To oszczerstwo!
                  - Skąd MY mamy to wiedzieć?! Jesteśmy w sojuszu od wielu set lat, tymczasem informujesz o czymś takim personę z którą Straż jest związana od zaledwie kilku dziesięcioleci, trzymając nas w niewiedzy?! Gdzie lojalność?!
                  - Wy też zatajacie przed nami wiele spraw!
                  - Tak samo jak wy! Tyle, że my robimy to jawnie, a żadna z tych spraw nie tyczy samego obrazu świata, rzeczy zewnętrznych tylko stricte nas – purrekos! Tymczasem wy… Wy ukrywacie prawdziwy obraz czyhającego na nas wszystkich wroga, informację, która, jeżeli wycieknie, może wstrząsnąć całą Eldaryą, stać się przyczółkiem wielu wojen. Robicie to, chociaż od wieków jesteśmy waszym oparciem i wielokrotnie udowodniliśmy swoją lojalność oraz to, że potrafimy dochowywać tajemnic. Tymczasem okazuje się, że nie zasłużyliśmy na wasze zaufanie w tej sprawie, w przeciwieństwie do jakieś fenghuang, która może pochwalić się głównie tym, że ma sławnego przodka.
                  Dajesz Purroko, dojedź ją. Nawrzucaj jej!
                  - To był ruch taktyczny – głos Miiko jest dziwnie cichy i niezbyt pewny siebie. – Korona i fenghuangowie ogółem to potężny lud. Mówiąc im o tym, zjednaliśmy sobie ich zaufanie, zbliżając do siebie.
                  - Tak i na pewno nie miało to nic wspólnego z tym, że ty i Huang Hua jesteście przyjaciółeczkami. – Głos Purroko jest tak cierpki, że mógłby zastąpić cytrynę do herbaty. – Purrekos są również potężni i wpływowi, chociaż lubicie o tym zapominać, no bo kto by się przejmował gadającymi kiciusiami, prawda? Niestety dokonując tego „ruchu taktycznego”, chociaż zyskałaś zaufanie Korony, straciłaś nasze. A zaufanie purrekos nie łatwo odbudować.
                  - To w związku z tym proponujesz?
                  - „Proponujesz?” Nie bądź śmieszna. Żądam. Dwóch rzeczy. A jedną oznajmiam.
                  - Słucham.
                  - Po pierwsze żądamy kopii księgi Immaela. Po drugie tego, abyś NIE informowała Korony o tym, że ją posiadamy. Nie, żebyśmy mieli coś przeciwko temu, ale wypadałoby, żeby i Straż udowodniła nam swoją lojalność. Poza tym, skoro mogliście zatajać informacje przed nami, możecie i przed Koroną, prawda? No i po trzecie, oświadczam, że jesteście od teraz pod naszą obserwacją…
                  Rozmowa Miiko i Purroko trwa w najlepsze, chociaż jest dość jednostronna. Lisica usiłuje bronić swego stanowiska, jednak jest z góry skazana na porażkę. Straż zbyt zależy od kociego ludu, w zbyt wielu sprawach polega na jego pomocy i towarach. Naprawdę, zatajenie przed purrekos istnienia księgi Immaela było niebezpiecznym posunięciem, grą niewartą świeczki. W efekcie purrekos dostali w ręce potężna kartę, którą mogli naprawdę WIELE zyskać. Niestety marnują ją. Wczoraj Purroko poinformował mnie, że zamierza wykorzystać moje rewelacje rzucając je w twarz Lisicy, aby dać Straży możliwość rehabilitacji. Niby honorowe, ale moim zdaniem cholernie głupie. Tylko ujawnili się, pokazali, że mają szpiegów i ostrzegli Straż przed swoim wzrokiem. Jednak według Purroko, jeżeli Miiko i ferajna po raz kolejny wykonają zły ruch, da im to tylko przewagę. W razie czego ich kartą atutową mam być ja.
                  Tak, ja. Po dłuższej dyskusji z Ulą i analizie wszystkich za i przeciw, stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie podzielić się z purrekos swoimi obawami odnośnie Miiko i Huang Hua, szczególnie Huang Hua. Purrekos uznali je za całkiem interesujące i przyznali mi rację. Jednocześnie stwierdzili, że następna najprawdopodobniejsza przewina Straży – rzecz jasna o ile do owej przewiny w ogóle dojdzie – to zdrada mnie. Dlatego, śledząc na bieżąco moje sprawy, będą mogli wykorzystać tę zdradę jako kolejny dowód skandalicznego zachowania Miiko i kompanii. Ja mam na tym zyskać ich wsparcie w razie konieczności ucieczki. Pomoc z zasobami, żywnością, bronią czy chociażby wydostaniem się z zamkniętej celi. Średnio mi się to wszystko podoba, ale to zawsze jakieś ubezpieczenie.
                  Za to rozmowa Purroko z Miiko jest świetna – kocur zagania ją w kozi róg. W dodatku różnie to wygląda ze wsparciem ze strony pozostałych szefów Straży. Krajzan zachowuje całkowitą neutralność, niemal nieustannie milcząc. Już wcześniej wyrażała niezadowolenie wobec decyzji Lisicy w tej sprawie, więc teraz nie zamierza chronić jej przez konsekwencjami. Natomiast Ellre i Madda… Obaj okazują jej wsparcie oparte na lojalności, ale dość umiarkowane. Ellre trochę większe, Madda ciut mniejsze.
                  W końcu dyskusja uspokaja się. Dochodzą do porozumienia czyli Straż zgadza się na wszystkie żądania Purroko. Szefowie Straży i ich zastępcy rozchodzą się w swoje strony. Wszyscy, za wyjątkiem Krajzan, którą Miiko zatrzymuje.
                  - Mam pytanie, wycofałaś się z jakiegoś konkretnego powodu czy tylko po to, żeby dać mi po nosie? – pyta gargurlicę, chwilę po tym, jak rozlega się trzask drzwi.
                  - Oczywiście, że z konkretnego.
                  - To może zdradzisz mi ten sekret?
                  - Zagrałaś i przegrałaś, więc musiałaś przyjąć na siebie konsekwencje. Wszyscy musieliśmy, bowiem nie złożyliśmy weta wobec twojej decyzji. Żądania Purroko były niewygórowane, zatem przyjęcie ich stanowiło najrozsądniejszy i najprostszy sposób rekompensaty. Moim daniem powinnaś zrobić to z marszu.
                  - Podwładni powinni bronić decyzji swojego dowódcy.
                  - Jesteś naszym dowódcą, ale my nie jesteśmy twoimi podwładnymi, tylko członkami kwadrumwiratu – głos Krajzan jest spokojny, niemal lakoniczny. – Oczywiście stoimy niżej od ciebie, ale to nie znaczy, że zawsze i w każdej sytuacji będziemy się z tobą zgadzać ani, że będziemy ci bezmyślnie posłuszni. Straż nie została stworzona jako jednostka wojskowa i nie obowiązują tu zasady…
                  - Tak, tak, wiem! Przecież jestem przywódczynią Lśniącej Straży. Po prostu coraz częściej odnoszę wrażenie, że chętniej widziałabyś kogo innego na moim miejscu. Może nawet sama chciałabyś, je zająć. O to tu chodzi? Wiem, że nie podobało ci się mianowanie mnie, ale…
W sali rozbrzmiewa charakterystyczny, chropowaty śmiech Krajzan.
                  - Nie, nie widzę się na twoim miejscu i to z wielu powodów. – Głos gargulicy brzmi pobłażliwie, a jednocześnie jakoś-tak smutno. – Mało tego, na chwilę obecną uważam cię za najlepszą z dostępnych opcji. Powiem też, że wedle mojej skromnej opinii, jesteś zarówno lepszą szefową Lśniącej Straży jak i lepszą osobą od twoich poprzedników. Jednak czasami robisz głupie błędy, co zdarza się każdemu, i nie mam zamiaru udawać, że ich nie widzę… Ani wspierać cię w dyskusji z kimś, jeżeli uważam, że powinnaś temu komuś pójść na rękę.
                  - Zatem, co znaczyły twoje słowa przed moim wyniesieniem? Że nie wiem, w co się pakuję?
                  - Bo nie wiedziałaś i nadal nie wiesz… Ja zresztą też, chociaż staram się tego dowiedzieć. A teraz, jeżeli pozwolisz, mam nawał zajęć.
                  Trzask zamykanych za Krajzan drzwi.
                  - O co mogło jej chodzić?
                  O, pod tym pytaniem Miiko, to i ja się mogę popisać.

                  Zdejmuję słuchawki z uszu.

Offline

#267 03-12-2018 o 18h52

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


„To MY mamy prawo do traktowania cię jak czarnego charakteru” — bardziej ‘traktowania jak czarny charakter’
„łatwo będzie na nich zwalić winę, prawda.” — a tu chyba znak zapytania?
„- To w związku z tym proponujesz?” — ‘co’ brakło

Faktycznie, rozmowa kotków ze strażą, a właściwie z Miiko, była świetna xd To dobrze, że dały jej po nosie, bo faktycznie zatajenie takich informacji było słabe. A przez to, jak przedstawiasz Huang-Hua, i ja zaczynam nie lubić tego ludu, więc tym bardziej kibicuję handlarzom xd
No nic, czekam na kolejną część i pozdrawiam!


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#268 07-12-2018 o 16h34

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@Methrylis
"„- To w związku z tym proponujesz?” — ‘co’ brakło" - "co" nie brakło, możliwe, że wielokropku przed pytajnikiem, żeby zaznaczyć zawieszenie.
Wiesz, nielubienie całej nacji, trochę mija się z celem. Tym bardziej, jeżeli miesza się w to polityka. Chociażby Polacy i Rosjanie - bracia Słowianie, ze sobą w kontekście typowo międzyludzkim, na stopie towarzyskiej zawsze się dogadają, a teraz spójrz na politykę aż BOLI.

XXII cz. 2

                No, nie powiem, podsłuch dzień za dniem robi się coraz bardziej użyteczny, chociaż – patrząc na rzecz z drugiej strony – zaczynam przez niego łapać coraz większą paranoję. Jednak dobra paranoja nie jest zła, jak to sobie powtarzam. Zresztą paranoja paranoją, ale ta rozmowa Krajzan z Miiko serio była dziwna. Aż mi się przypomniało to spotkanie z nią i Jamonem po objawieniu się Wyroczni. To musi COŚ znaczyć, rzecz w tym, że nie mam pojęcia CO. W dodatku nie bardzo mogę się tego dowiedzieć. Niby mam nasłuch w gabinecie Krajzana, ale raz, że gargulca rzadko w nim bywa, a dwa, że jak już bywa, to raczej w czysto służbowych sprawach. Nie odbywa w nim żadnych narad z Jamonem i bandą spiskowców… Niestety. Chociaż mogłam się tego spodziewać. Krajzan jest inteligentna, więc jeżeli ma tu miejsce jakaś brudna gra z jej udziałem – czy cokolwiek innego – to komunikuje się ze swoimi wspólnikami w taki sposób, żeby nie zostać przyłapaną. Czyli spotyka z nimi poza KG, albo przekazuje informacje tajnym językiem gestów, szyfrem, kodem kolorów czy czymkolwiek innym.
                Inna rzecz, że nie wiem czy to wszystko mnie dotyczy. W końcu to sprawa Straży, a ja jestem tu na swego rodzaju przymusowej umowie-zlecenie i stricte do Straży nie należę. Mało tego, mam zamiar zwiać stąd przy pierwszej-lepszej okazji. Teoretycznie tutejsza polityka nie powinna mnie obchodzić, ale jak pokazuje przykład z Huang Hua, to nie do końca tak. Do tego nie wiadomo, kiedy w końcu uda mi się wydostać, a nóż nim to nastąpi stanie się coś paskudnego? Jakiś bunt, napaść czy coś w tym stylu?
                Ech zaczynam mieć tego dość.
                - Ula, co o tym myślisz? – pytam Jeanylotte, która wyczuwając pismo nosem już odpaliła edytor tekstu na kompie.
                „pojęcia nie mam. brzmiało jakby krajzan wiedziała o czymś albo podejrzewała coś, o czym miiko nie ma pojęcia. coś niezbyt miłego. podejrzane, ale chyba nic z tym nie zrobimy. możemy tylko być dalej czujne. i może poprosić samarę o przysługę bądź dwie.
                Samara to jedna z rozumnych, których ocaliłyśmy z Ulą. Biała sowa o dwóch parach skrzydeł i kudłatych czółkach, nazywają je bodajże sowige. Zadomowiła się w Lesie Eel i czasem nas odwiedza. Podobnie jak reszta immaelowych uciekinierów oferuje swoją pomoc w każdej sprawie, jednak naprawdę nie chcę marnować czegoś równie cennego jak honorowa wdzięczność na pierdoły. Kto wie, do czego jeszcze może mi się nasza sówka przydać?
                - Nie odpuszczamy. Miejmy nadzieję, że jeżeli coś rzeczywiście jest na rzeczy, to kiedy szambo wyleje, mnie tu już nie będzie.  Przynajmniej purrekos pozytywnie załatwili swoją sprawę. Pytanie, co dalej z tym będzie?
                „co będzie? zaraz będziemy zasuwać na szkolenie z valkyonem”.
                - Ciemne energie, za co…
                Ezraela wraz z Ewelein znowu oddelegowali na jakąś misję, więc teraz jestem pod opieką Nevry i Valkyona. Wampir przez ostatni tydzień miał ze mną treningi, no to teraz czas na pana złotookiego. Normalnie, aż mi rozrywa zadek ze szczęścia. Znowu siniaki, skaleczenia i stłuczenia, i to dzień za dniem. Jeżeli szkolenia przeplatają się ze sobą, mam czas zregenerować organizm po laniu, a tak pod koniec tygodnia skończę jako rozbity kotlet.
                „idę z tobą. przypilnuję, żeby cię nie zabił
                Wzdycham ciężko i donośnie. Tak, asekuracja może się przydać.
                Jestem parę chwil przed czasem – Valkyon źle reaguje na nawet najmniejsze spóźnienie, więc lepiej go nie drażnić. Szczególnie nie, kiedy będzie próbował nauczyć mnie parowania tarczą. Warto zaznaczyć, że tarczy nigdy w życiu w ręku nie miałam, a samo hasło brzmi dla mnie mniej więcej jak „ból i cierpienie”.
                Ciekawe czy zaliczę jakieś barwne złamanie?
Zaczyna się naprawdę „obiecująco”, bo Valkyon przez pół godziny próbuje mnie nauczyć jak w ogóle trzyma się tarczę. O tym, ile zajął nam wybór odpowiedniej, nawet nie wspomnę.
                - A możesz mi w ogóle wytłumaczyć sens tego wszystkiego? – pytam, usiłując przybrać z ciężkim metalowym dyskiem na ręce odpowiednią pozę.
                - Chociaż jesteś w Straży Cienia, niezbyt dobrze radzisz sobie ze sztyletami, przynajmniej nie w otwartej walce. Przypuszczam, że zakraść się do wroga i znienacka poderżnąć mu gardło bądź przebić to i owo potrafiłabyś… Jeżeli umiesz się skradać…
                Specjalistką nie jestem, ale umiem.
                - …Jednak najlepiej radzisz sobie z lekkimi pałkami, które są bronią jednoręczną, dającą ograniczoną możliwość parowania ciosów. Sztylety, których używa chociażby Nevra są w tej kwestii o wiele lepsze. Dlatego, chociaż Straż Cienia raczej nie wystawia się do otwartej walki, lepiej żebyś miała jakieś zabezpieczenie na jej wypadek. Ucieczka na odpowiednią odległość, aby oddać strzał może nie zawsze być możliwa. Na razie będziemy ćwiczyć z normalną mała tarczą, potem spróbujemy dla ciebie wyszukać pancernika… Znaczy takiej jakby mocno obudowanej, pancernej rękawicy, tak skonstruowanej, że skutecznie zastępuje tarczę, a jednocześnie zajmuje dużo mniej miejsca i jest lżejsza.
                Za jedno trzeba Valkyona pochwalić – jest CHOLENIE cierpliwy. Muszę to przyznać sama przed sobą – tak kwękam, jęczę i marudzę, że na jego miejscu przyłożyłabym sobie w łeb jakieś dwadzieścia minut temu. Nawet Ula wygląda, jakby miała mnie dość, chociaż tylko stoi z boku.
                Valkyon zadaje cios za ciosem, jednocześnie instruując mnie, co mam robić, a ja robię sobie krzywdę. Jeden cios paruję, ale tarcza jakoś mi odskakuje do góry i uderza mnie w twarz. Efekt? Płonący bólem podbródek, z lekka rozcięta warga i ja leżąca jak długa w kałuży pełnej błota. No bo oczywiście wczoraj musiał padać.
                Ech… Za co? Za co to wszystko?
                Kolejny cios sparowany, tym razem tarcza uskakuje mi w dół obijając w kolano, a ja znowu w błoto. Kolejne uderzenie, tarcza nigdzie nie odskakuje, ale znowu błoto, bo cios za mocny.
                - Zaprzyj się porządnie. Pochyl z lekka do przodu. Jak cios spada jedna noga to tyłu – instruuje Vlakyon. – Przecież nie uderzam mocno.
                - Masz pewnie ze sto pięćdziesiąt kilo wagi. Jakby mi po plecach chodził robal, a ty byś go zabił, prawdopodobnie wylądowałabym w przychodni z odbitymi płucami.
                - Nie wydziwiaj.
                A może by tak zdjąć stanik i rzucić w niego? Może wtedy zostawi mnie w spokoju?
                Jednak nim zdążam jakkolwiek zareagować, spada kolejny cios. Robię, to co kazał Valkyon i o dziwo udaje się, chociaż zostaję przesunięta o dobrych kilka centymetrów – błocko daje niezły poślizg.
                - No, tak już lepiej – Valkyon rzuca i nie czekając na moją reakcję, zadaje kolejny cios.
Ponownie się udaje, ale ponownie przesuwa mnie. Swoją drogą czy mi się zdaje czy teraz uderzył mocniej?
                Nie, nie zdaje mi się. Spadają na mnie kolejne ciosy, a każdy kolejny jest mocniejszy, niewiele, ale jednak. Szkopuł w tym, że ja nawet z wyjściowym ciosem ledwo sobie poradziłam, a teraz… Noż kurde! Nie mam nawet jak powiedzieć mu, żeby się nie wygłupiał, bo ledwo łapię oddech. Szlag! To nie jest trening, to walka o życie.
AARRRGGGHH!!!!
                Nie wiem jakim cudem, ale kolejny cios Valkyona robi mi coś ze stawami w ręce: łokieć, nadgarstek, bark przeskakują. Borfoldzie jak to boli! A na wydechu nawet nie mam jak krzyknąć.
                Wojownik zamierza się do kolejnego ciosu…
Jak jeszcze raz walnie, będę poiwaniać po fantastycznym świecie bez ręki.
                Wali, ale Ula. W ułamku sekundy doskakuje do Valkyona, podcina mu nogi potężnym ciosem łapy, a ten pada twarzą w błoto.
                - ARRRRGGGHHH – wyrzucam z siebie, łapiąc oddech i padam na dupsko.
                Jezu jak to boli! Jezu jak to boli! Ała, ała, ała!!! Moja ręka!!!
                Łzy automatycznie napływają mi do oczu, a cały świat robi się zamazany. Niestety nie pomaga to na ból. Ja chromolę, wybił mi chyba wszystkie stawy. Matko kochana, jak to boli. Co za…
                Nagle czuję na ramieniu dotyk czyjejś dłoni, unoszę wzrok, a tam Valkyon. Noż kur…
                - W*********j ode mnie ty j****y w dupę psycholu! – ryczę, wręcz odruchowo drapiąc go po twarzy zdrową ręką, a jak to bywa odruchowymi reakcjami, cios jest bardzo szybki. Po chwili jego policzek przecinają cztery czerwone pręgi.
                - Pokaż, co się stało – rzuca, jakbym właśnie nie spróbowała nieudolnie wydrapać mu oczu.
                Czy ja się wyrażam niewyraźnie? Powiedziałam „w*********j”! Zatłukę, zatłukę jak psa!
                Potwornie zbolała i piekielnie wściekła próbuję, go kopnąć, ale niestety ten szybko mnie unieruchamia. Ostrożnie zagląda pod tarczę, soczyście przeklina – to pierwszy raz, kiedy słyszę, żeby przeklinał, więc nie jest dobrze – i chwyta mnie za twarz.
                - Uspokój się – mówi spokojnym, powolnym tonem, jak do dziecka. – Muszę ci zdjąć tarczę, zanim ręka zacznie puchnąć, ale jeżeli będziesz się szarpać, mogę zrobić ci krzywdę.
                JUŻ zrobiłeś mi KRZYWDĘ!
                Mam ochotę odgryźć mu nos i napluć nim w oko, ale perspektywa kalectwa nie jest najprzyjemniejsza. Przestaję próbować go nieudolnie zabić, chociaż z chęcią bym to zrobiła. Dopinguje mnie z tyłu Ula, warcząc wściekle na wojownika.
                - Rozpinam zatrzaski – informuje mnie. – To może zaboleć.
                - AAARRRGGGHHH!  Ja p*******ę, kur…
Odpięta tarcza pada obok, a  ja lecę w górę, bo ni z tego ni z owego Valkyon podrywa mnie z ziemi i bierze na ręce.
                Wściekły wrzask i cios z główki. Niezbyt rozsądne, gdy walisz faceta trzymającego półtora metra nad ziemią poturbowaną ciebie. Niestety odruchy w takich sytuacjach jak ta, nie są logiczne.
                - Odbiło ci?! – pyta Valkyon.
                - A tobie?! Postaw mnie na ziemię – warczę. – NATYCHMIAST.
                - Nic z tego, jesteś ranna – oświadcza ten, żwawym krokiem ruszając w stronę budynku KG.
                - W rękę ty debilu, nie w nogi!
                - Możesz zasłabnąć i rozbić sobie głowę. Chcesz zrobić sobie krzywdę?
                - Póki co, to ty mi robisz krzywdę! Przy każdym j******m treningu! Im dalej od ciebie tym, k***a, bezpieczniej. Postaw mnie do k***y nędzy!
                Niestety Valkyon nic sobie z tego nie robi. Ani z tego, że nieustannie go tłukę zdrową ręką. Za to robią sobie przechodzący. W końcu umorusany jak szczęśliwa świnia, bardzo nieszczęśliwy, spłakany, zasmarkany człowiek z nienaturalnie powyginaną ręką, klnący jak pijany marynarz na rękach dwumetrowego, utytłanego wojownika to całkiem ciekawy widok.
Boli, boli, boli, boli. Jasna cholera jak to boli. W życiu żadnego więcej treningu sprawnościowego z Valkyonem. NIGDY. Arrrgghh!

Offline

#269 14-12-2018 o 16h39

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

XXII cz. 3

                  Zostaję wniesiona do skrzydła szpitalnego. Ewelein jest nieobecna, ale wewnątrz urzęduje dość medyków… Oczywiście z miejsca stajemy się głównym obiektem ich zainteresowania. Bardzo trudno nas przeoczyć albo nazwać typowym widokiem.
                  - Co jej znowu robiłeś? – rozlega się marudny głos Odena, krasnoluda, który często mnie opatrywał po treningach z tym wielkim, brutalnym debilem.
                  - Znowu? – zaskoczony Valkyon unosi brwi.
                  - Ta, znowu. Po każdym szkoleniu z tobą jest fioletowa jak jagoda dramaha, a ja to wszystko muszę… O szlag, ręka! No bracie, teraz to przegiąłeś. Zgłoszę to Miiko jak nic.
                  - Zgłosić? Przecież wypadki w trakcie treningów się zdarzają, to normalne. – Valkyon marszczy brwi, spoglądając na krasnoluda jak na idiotę. – Inni nie…
                  - Postaw mnie. NATYCHMIAST – warczę wpadając w słowo, na co ten delikatnie mnie odstawia, a ja człapię do najbliższej kozetki.
                  - Inni nie wyglądają po każdym treningu, jakby ktoś ich napadł w celu rabunkowym – prycha na niego Krasnolud. Jest znany ze swego wiecznie marudnego nastroju. – Poza tym ona to nie inni. A na pewno nie jedna z obsydianowych, tylko cienista i to też tylko tak na pół gwizdka, bo musi. Ciekawe czy sobie tak trenujesz z tym twoim elfowatym kumplem. Zresztą spójrz na siebie i na nią. Jesteś trochę dużawy, a ona niewiele wyższa ode mnie, więc chyba powinieneś trochę uważać, co nie? Wiesz jak mocno, jak na jej możliwości, musiałeś przywalić, żeby zrobić jej takie coś z ręką?
                  - Trenowałem nie raz z krasnoludami należącymi do Absyntu. Mniejszymi od ciebie, a do tego cherlawymi. Takimi, co to ani razu nie mieli w dłoni broni, ani nie pracowali ciężko, a wobec niej używam ledwie połowy siły, co wobec nich. Zatem…
                  - A pamiętasz może o tym, że my-krasnoludy mamy troszeczkę inne mięśnie i stawy czy wyleciało ci to ze łba?
                  - Pamiętam i co z tego? Nawet wasze mięśnie trzeba wytrenować, żeby…
                  - A to, że jesteśmy nie tylko z trzy razy silniejsi, ale również ciężsi?
                  - Słucham? Ciężsi? – Valkyon mruga zaskoczony.
                  - Tak, ciężsi. – Oden spogląda na niego jak na kretyna. – Dlatego, jak walniesz w krasnoluda to ma się jak zaprzeć, bo jest ciężki i niski, a to chuchro – tu wskazuje na mnie – poleci jak szmata. Nie wiedziałeś?
                  - N-nie. – Na twarzy Valkyona zastyga wyraz głębokiego zakłopotania. Zerka na mnie przepraszająco
                  - Zaje-k***a-biście. Przy prawie każdym spotkaniu z tobą muszę walczyć o życie, bo k***a nie wiedziałeś – warczę. W dupie mam jego przepraszające spojrzenia pieska, który zasikał ulubiony dywanik pani domu i mu przykro. To mi nie naprawi ręki. Nie tutaj, w tym prymitywnym, malutkim światku.  – Ja pie***lę.
Coraz bardziej zmieszany Valkyon, zerka na krasnoluda i burcząc jakieś przeprosiny, na chwilę go podnosi… Podnosi na jakieś dwadzieścia centymetrów, bo chociaż Oden powinien ważyć z pięćdziesiąt kilo, to przez swoje mięśnie ma jakieś sto pięćdziesiąt. Przepraszająco-zmieszany wyraz na twarzy wojownika pogłębia się.
                  - Naprawdę mi przykro. Nie wiedziałem… Dlaczego nic nie mówiłaś?
Nic nie… Że JAK?! No rzesz…
                  -  NIC NIE MÓWIŁAM? – wydobywa się przez moje zaciśnięte gardło.
                  - No tak.
                  Opamiętuję się dopiero, kiedy Oden chlusta mi w twarz wodą. Zaskoczony Valkyon stoi w kącie trzymając pokaleczone odłamkami szkła ramiona w obronnym geście, a wokół niego piętrzą się porozbijane przedmioty, które uprzednio leżały na stojącym obok kozetki biurku. Jakaś część mojej mózgownicy podpowiada mi, że właśnie w wyjątkowo ekspresywny sposób wymieniłam prawie wszystkie razy, kiedy dawałam mu znać, że przegina.
                  - Czyś ty dziewczyno jest normalna?! – ryczy Oden. – Patrz, co zrobiłaś z przychodnią!
                  - Przepraszam, ale gościowi udało się nadusić mój przycisk furii – burczę, mordując zaskoczonego Valkyona wzrokiem.
                  Krasnolud głośno wzdycha. Raz, drugi, trzeci. Widać jego cierpliwość też jest na wyczerpaniu.  W sumie to się nie dziwię. Pierw pakują mu się do przychodni uświniona dziewczyna, wyświniony neandertalczyk i leząca za nimi jeanylotte. Potem neandertalczyk go podnosi, a po chwili dziewczyna robi z neandertalczyka tarczę do rzutek. Tyle, że nie ma rzutek tylko mnóstwo kruchych przedmiotów, które rozbijając się tworzą maciupeńkie, ostre pociski. Szczęście Valkyona, że żaden nie wpadł mu do oka.
                  - Veria zajmij się wielkoludem. Seres, Ogu, pomóżcie mi z naszą agresywną panną, bo nastawienie tych wszystkich stawów nie będzie proste. Fex, posprzątaj z laski swojej.
                  Krucha wróżka o  skrzydełkach świtezianki rusza ku Valkyonowi, a do mnie zbliża się dwóch, sporawych facetów.
                  E… Nie mówcie mi, że nastawianie stawów odbędzie się bez znieczulenia. Nawet tak nie żartujcie. Proszę nie, nie, nie, nie…
                  Wyciągają ku mnie ręce, a ja przerażona kulę się na kozetce.
                  Drzwi przychodni rozwierają się z trzaskiem. Staje w zasapana i z lekka spanikowana Karenn. Rozgląda się wokół dzikim wzrokiem, po czym paroma długimi susami kryje się za najbliższym biurkiem – tym samym, które posłużyło mi za skład broni.
                  - Ja cię ZAMORDUJĘ!!! – dobiega z korytarza.
                  Po chwili za swą siostrą do przychodni wpada Nevra. Jest ewidentnie wściekły. Obnażone kły, zmarszczone brwi, rozwiany włos, szał w oczach. A oprócz tego, że wściekły to jeszcze mokry i zmęczony. No tak, był wczoraj na jakiejś misji, dlatego trening z nim przełożono mi na wczesnoporanną godzinę. Czy raczej „trening”, bo tylko spytał czy poczytałam książkę, którą mi dał i się zawinął. Musiał niedawno wrócić, ale czym w tak krótkim czasie Karenn zdołała go aż tak bardzo wkurzyć, to pojęcia nie mam.
                  - Gdzie ona jest?! – warczy. Brzmi jak wściekły pies gotów rozerwać komuś gardło. To aż dziwne. Zwykle jest w stosunku do siostry bardzo opiekuńczy i uległy. Taki milusi starszy brat, który dba, żeby księżniczce nie spadł włos z głowy. A teraz ten milusi starszy brat chce księżniczce ukręcić łeb.
                  - Czy wy się wszyscy nie zapominacie?! – ryczy krasnolud. – To jest przychodnia do jasnej cholery! Nie jakiś zasrany bar!
                  - Gdzie ona jest?!
                  - Czy ty mnie słyszałeś, czy głuchy jesteś?!
                  - Wiesz, co ona zrobiła?!
                  - Nie, nie wiem! Co zrobiła, że jest to warte wszczynania burdy w przychodni?!
                  Wampir waha się przez chwilę, po czym soczyście przeklina pod nosem.
                  - Szlag, i tak zaraz rozniesie się to wszystko po całej KG. Ta mała, porąbana… Ona… - Wzdycha ciężko. – Zderzyliśmy się, kiedy biegłem do Kryształowej Sali złożyć wstępny raport Krajzan i Miiko. Pokłóciliśmy się, a ta postanowiła w akcie zemsty wbiec za mną i ściągnąć mi spodnie.
                  Przyglądam się Nevrze. Mokremu, wbitemu nie w mundur, tylko w dość obcisłe ciuchy „robocze” cienistych. Tych spodni, kiedy są mokre pewnie nie sposób zdjąć na szybko bez ściągania tego, co pod spodem. Krótko mówiąc, Krenn zafundowała mu świecenie gołym przyrodzeniem przed szefowymi jego Straży i Lśniącej oraz mnóstwem strażników Kryształowej Sali. Ba. Pewnie to, że zrządzeniem losu pomachał paniom tym i owym, nie zmieniło faktu, że i tak musiał złożyć raport. Czerwony ze wstydu i upokorzony.
Na jego miejscu zabiłabym zanim zdołałaby wybiec na korytarz. Olałabym świadków, prawo i weszła na drogę prowadzącą do bycia szczęśliwym jedynakiem.
                  Oden, kiedy w końcu rozpracowuje słowa wampira w głowie,  parska śmiechem, podobnie jak reszta personelu, na co Nevra reaguje morderczym spojrzeniem i głuchym warkotem. Ewidentnie nie jest mu do śmiechu. Podobnie jak mnie. Nie żebym mu współczuła jakoś bardzo czy coś, normalnie to bym rechotała jak głupia słysząc coś takiego, ale uszkodzona ręka nie sprzyja dobremu humorowi. Uszkodzona, siniejąca i puchnąca jak bania. Teraz, kiedy adrenalina i wściekłość na Valkyona nieco opadły, coraz bardziej odczuwam potworny ból.
                  - Tak nieśmiało przypominam, że macie pacjenta – burczę. – Uszkodzonego i bardzo cierpiącego. Dalibyście coś przeciwbólowego…
                  Nevra na mnie zerka z ukosa i aż się wzdryga widząc moją rękę.
                  - A tobie co ci się stało? – pyta.
- Valkyon.
                  Wampir przenosi spojrzenie na Valkyona, na chwilę zatrzymując je na jego podrapanej twarzy i pokaleczonych ramionach.
                  - Rozumiem, a Valkyona i te medyczne, porozbijane cosie spotkałaś ty, czy tak?
                  - Zgadza się.  Teraz bardzo chciałabym, żeby spotkało mnie znieczulenie.
                  - Ta… Znieczulenie – prycha krasnolud. - Musimy wiedzieć czy stawy dobrze nastawimy, a ze znieczuleniem tego nie poczujesz.
                  - Że jak? – Czuję jak mi krew odpływa ze twarzy. – Przecież…
                  Nie zdążam dokończyć. W momencie zostaję chwycona w żelazny uścisk dwójki rosłych pielęgniarzy i…
                  Nie, nie, nie nie…!
                  - AAARRRGGHHAAAAAAAAAAAA!!!
                  - Dobrze… Potrafisz poruszyć palcami? Boli cię coś nie do wytrzymania?
                  Spoglądam na spokojnego Odena. Właśnie doświadczyłam najgorszego bólu w życiu, bólu przy którym przestrzelenie twarzy to pęknięty pryszcz na zadku, a on… Ja pierdzielę jestem spłakana, zasmarkana, czuje się i pewnie wyglądam jak kupa trzęsącego się gówna. Dałby mi chociaż minutę, dwie na dojście do siebie.
                  Dobrze, że przed pójściem na trening zaliczyłam wizytę na kibelku, bo inaczej jak nic zesrałabym się z bólu.  Święta makrelo…
                  Niemrawo poruszam palcami i na tym kończę swoją aktywność. Nie mam nawet sił się odezwać. Nawet malowniczy skok Nevry za biurko, celem pochwycenia Karenn, która wychyliła się wywabiona moim wrzaskiem, nie robi na mnie wrażenia. Ani to, ani to jak błyskawicznie ją pacyfikuje – chwycona za kark wampirzyca z wykręconą ręką przypomina kociaka w wilczej paszczy i jedyne, co może zrobić, to rozglądać się wokół, mając nadzieję, że złapie kogoś na litość.

Offline

#270 14-12-2018 o 18h11

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Okurde, mam aż dwa rozdziały do nadrobienia. Ech. I tak, w takim sensie, to faktycznie brakło wielokropka. Ale na pewno czegoś brakło :v

WOOOOOOOOOWOWOWOWOWOW Liwce coś się stało! No jestem pod tak ogromnym wrażeniem, że aż szok! Ej, no ale krasnolud mądrze gada: Valk przegina. Rozumiem, że, niczym Jamon, nie ma świadomości swojej siły [bo na to wygląda], ale bez przesady.

Wiesz, wybacz mi, ale to z tymi spodniami było tak żenująco słabe… Karenn nie ma 7 lat, żeby robić takie numery. I nie jest aż tak głupia, by wiedzieć, że to serio idiotyczna zagrywka. I aż się dziwię, że ktokolwiek się tam z tego zaśmiał. I właściwie po co to?

No dobra, to czekam na kolejne części i pozdrawiam!


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#271 04-01-2019 o 19h56

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@Methrylis - Liwii na zajęciach z Valkyonem nie raz coś się stało i nie raz bolesnego, tylko ze nie było to dokładnie rozpisywane, jak tutaj, tylko nadmieniane mimochodem. No i może nie było aż tak poważne jak wybicie wszystkich stawów ręce, a na pewno nie tak bolesne - wybicie stawu niejednokrotnie boli bardzie niż złamanie, co niestety mogę potwierdzić. Wolę trzeci raz złamać rękę i mieć śruby w stawie nić wybić sobie nadgarstek.... Takie trochę ała. W każdym razie Liwka dostawała regularny w******l za zgodą szefostwa. Zresztą pamiętajmy o odmrożeniach złapanych podczas wyprawy do purrekos i ścieżce zdrowia na Wybrzeżach Jaspisu zakończonej prawieumarciem po syrenowaniu. Może jeszcze nie krwawiła jakoś obficie i nie trzymała swoich bebechów w dłoniach, ale też nie jest jak Noe w Matriksie, że wszystkich ciosów uniknie.
Natomiast co do Karenn:
                   - po co to i czemu tak w ogóle? Cóż,trochę pojechałam po najniższej linii oporu, bo smarkata miała dostać karę i podpaść bratu - wydarzenie ma swoje efekty we fabule - a nie chciało mi się kombinować jak koń pod górę. Leń jestem i nawet nie zamierzam zaprzeczać. No i dodatkowo zdarzenie i niemal kompletny brak reakcji Liwii na nie miało podkreślać jej stan.
                   - tak, Karenn nie ma 7dmiu lat, ale ma tendencję do nieprzemyślanych zachowań, do tego może być impulsywna, co w połączeniu z tym, ze jest rozpuszczoną gówniarą, którą brat raz po raz chroni przed kłopotami (tak jest nawet w grze, a nawet bardziej, biorąc pod uwagę, że w grze panowie są Szefami Straży, a nie tylko prefektami - za podsłuchiwanie w Sali Kryształu, Karenn mogłaby nawet wylecieć i powinna dostać CHOLERNIE WIELKĄ KARĘ a nie tylko pogrożenie paluszkiem, które dostała od brata-szefa. Ech, w grze naprawdę nie znoszę jej postaci. Jednak to nic przy nienawiści, którą czuję do Rozy z Syfu Uniwersytet) i wobec której - w domyśle - jest zbyt uległy, mogło dać takie efekty. Kiedy nagle i nieoczekiwanie się jej sprzeciwił, mało tego, pokłócił się z nią, mogła podziałać impulsywnie i kompletnie nie przemyślanie, zdając sobie dokładnie sprawę z tego, co zrobiła i efektów dopiero po fakcie. Owszem to dziewczyna na swój sposób bystra - potrafi wiele wnioskować z zachowań innych i nawet bawi się w panią psycholog - jednak w zestawieniu z innymi jej cechami to bardziej podpada pod chytrość niż inteligencję = > przynajmniej na razie, bo jeszcze może z tego wyrosnąć. Dziewczyna ma szczęście, że nie trafiła na Świat Dysku, bo sir T.P. mniej-więcej tak opisał podobne osoby "Chytrość jest w stanie zastąpić prawdziwą inteligencję tylko na pewien czas, a potem się umiera". W każdym razie, chociaż poleciałam po najniższej linii oporu, wydarzenie ma uzasadnienie w wykreowanych charakterach i zachowaniach postaci.
                   - czy to było  śmieszne i czemu ktokolwiek się z tego zaśmiał? Sama goła dupa śmieszną nie jest, chociaż wielu parska śmiechem na jej nieoczekiwany widok, co sporo mówi o naszym gatunku. Jednak śmieszne na pewno jest, jeżeli spojrzy się op tym pod kątem niedupowym, czyli zacznie rozmyślać o emocjach, które musiały kotłować się w szefach Straży i Nevrze po tym incydencie. Szczególnie Nevry, przez to, że został upokorzony, a jednocześnie dusił się z wściekłości, ale musiał treściwie opisać swoją misję, do czego średnio miał głowę oraz odpowiedzieć na dziesiątki pytań oraz Miiko, którą wykreowałam na sztywną na wzór stereotypowej starej, wrednej panny dziewicy (co nie znaczy, że dziewicą jest). W sumie z Miiko to mi wyszła taka pani Frau z Włatców Much (jeżeli kojarzysz) plus duża dawka godności i niewielka dobrej woli, minus aura chodzącego terroru i umiejętności mówienia słowa "Apokalipsa" z dobitnością i mocą na jakie owo słowo zasługuje. W każdym razie, oboje musieli mieć BARDZO ciekawe gonitwy emocjonalno-myślowe. Krajzan  wykazuje nieco niestandardowe podejście do podopiecznych, szczególnie Nevry, więc pewnie tego nie przeżywała, bardziej wampir przezywał, że ona była obecna w trakcie sceny, a pozostali szefowie to faceci, więc bez dramatu, ale Miiko i Nevra, no tu robi się zabawnie, patrząc do środka ich głów.

XXII cz. 4


                   - Ała, Nevra, to boli, przestań – kwili Karenn, usiłując wzbudzić w bracie ociupinkę litości.
                   - Przestaniesz się szarpać, to przestanie boleć – warczy wampir.
                   - C-co chcesz zrobić?
                   - Och, Krajzan pozwoliła mi to załatwić między nami, tylko zaznaczyła, że kara nie może trwać dłużej niż dwa tygodnie. Zatem przygotuj się na dni spędzone na szorowaniu kibli, zwierzyńca i pomocy Zalzarowi w bibliotece. Zaczynamy od teraz. Męski kibel na drugim piętrze pilnie wymaga wyszorowania i ODETKANIA. Ale pierw skoczymy do twojego pokoju, po szczoteczkę do zębów.
                   - A po co mi szczoteczka do zębów?
                   - ZGADNIJ.
                   Wampir ciągnie siostrę  kierunku drzwi, ale tuż przy nich zatrzymuje go Valkyon:
                   - Nevra?
                   Oczy Karenn rozpalają się nadzieją jak latarnie, kiedy zerka na wojownika. Czyżby jej wybawca?
                   - Tak?
                   - Trzeba porozmawiać z Miiko o Liwce…
                   Oczy Karen gasną.
                   -… Jeżeli chodzi o treningi ze mną… No cóż, sądzę, że dotarliśmy do takiego punktu, że lepiej z nimi odpuścić. Więcej już jej nie nauczę, a mogę tylko zaszkodzić, jak widać po dzisiejszym. Lepiej, żebyś to ty przejął jej trening sprawnościowy i zaczął też powoli uczyć metod Cienia.
                   No rychło wczas na to wpadł, naprawdę. Gdyby nie to, że muszę ukrywać, że sporo metod Cienia – na ten przykład włamania – mam opanowanych, ogoliłabym mu ten siwy łeb na spaniu. A wcześniej dolała czegoś nasenno-znieczulającego na napoju i jakby miał już ten łeb ogolony, to na łysinie wytatuowałabym mu wielki członek. Nie ma w tym dużego polotu, przyznaję, ale prymitywne metody czasem bywają najlepsze.
                   - Znaczy te wszystkie nudziarstwa polityczno-historyczno-kulturowe spoczęłyby na tobie?
                   - Chyba tak.
                   - Idę na to… Ale trzeba to będzie omówić z Miiko, a naprawdę dzisiaj to wolałbym jej już nie oglądać. Nie po tym, co mi zafundowała Karenn.
                   A jeszcze przeżyjesz z tego wszystkiego brutalną powtórkę, kiedy wróci Ezrael, bo on nie da ci tak łatwo o tym zapomnieć. Uwierz mi.
                   Ech, to, że Nevra będzie miał bardziej przesrane ode mnie ociupinkę poprawia mi nastrój. Ale naprawdę tylko ociupinkę, taką mikroskopijną, bo ręka nadal mnie nawala i to jak diabli. Dziwny płyn, który sekundę temu dostałam, podobno jakiś środek przeciwbólowy, jeszcze nie zaczął działać… Chociaż i tak jego działanie będzie osłabione, bo to jaki magiczny syf. Naprawdę nie mają tu nic normalnego? Opioidów czy czegoś takiego? Bo zdaje się kiedyś opioidami uśmierzano ból.
                   Nevra wywleka Karenn z sali, Oden zakłada mi szynę gipsową na rękę, a wróżka opatruje skaleczenia Valkyona. Oczywiście zakładanie szyny gipsowej nie należy do najprzyjemniejszych, kiedy ma się storturowaną, siniejącą i puchnącą rękę. Co chwilę przeszywa ją ból, który tutejszy medykament ledwie tłumi. Mam coraz bardziej dość. Naprawdę, to jeden z tych dni, kiedy ma się ochotę skulić w kącie i uschnąć.
                   A co robi Valkyon? A znad ramienia posyła mi przepraszające, psie spojrzenie. Wkurza mnie to. Czy raczej wkurzałoby, gdybym nie była tak zajęta byciem obolałą i nieszczęśliwą. Te nastawianie stawów wyssało ze mnie wszystkie siły, nawet ukryte rezerwy zarezerwowane na awaryjne zasilanie złości.
                   - Dobrze, powiadomię Miiko, że przez najbliższe dwa dni lepiej żebyś była zwolniona ze służby – Oznajmia Oden siadając przy swoim z lekka opustoszałym biurku. – Ręka może być bardzo wrażliwa na dalsze urazy przez ten czas. Radziłbym nosić ją w temblaku przez dwa najbliższe dni. Pij też to trzy razy dziennie – tu wskazuje na wielką butlę czegoś karminowego stojącą na blacie – powinno znacznie przyspieszyć regenerację tkanek. Widzimy się za tydzień na kontroli albo wcześniej, jeżeli stwierdzisz, że coś jest nie tak.
                   Bez słowa kiwam głową , zgarniam butelkę i wlokę się ku drzwiom. Mam bardzo ambitny plan przedwcześnie umyć się, wskoczyć do wyrka i nie wychylać z niego nawet nosa.
                   Niestety nawet wyjść z przychodni nie mogę bez przeszkód.
                   - Przepraszam. – Valkyon staje obok mnie, świecąc tymi swoimi nabrzmiałymi bezbrzeżnym żalem ślepiami. – Naprawdę mi przykro… Za to i wcześniejsze razy. Powinienem bardziej cię słuchać, ale twoje narzekania… One miały bardzo roszczeniową formę. Przywykłem, że takie zwykle nie są adekwatne do rzeczywistości i je ignorowałem. Naprawdę mi głupio. To tylko i wyłączne moja wina…
                   Owszem twoja. A teraz odwal się i umrzyj.
                   -…Mogę jakoś pomóc? Nie wiem, odprowadzić cię? Albo chociaż wziąć tą butelkę, będzie ci z nią i tylko jedną ręką sprawną ciężko otwierać…
                   Ulka podchodzi do mnie, bierze butelkę w pysk i posyła Valkyonowi znaczące, okraszone warkotem spojrzenie. Mężczyzna robi smutną, nieco zakłopotaną minę, po czym pokornie cofa się o krok.
                   - Wiem, że ci przykro, że nie chciałeś, ale póki co mam to w dupie. Twoje przeprosiny nie sprawią, że przestanie mnie boleć. Mam cię, jak na dziś dzień, serdecznie dość i byłabym bardzo zobowiązana, gdybyś zszedł mi z oczu. Jutro też lepiej mi się nie pokazuj, tak dla własnego bezpieczeństwa. Bo jak wrócą mi siły, a łapa nadal będzie mnie bolała, mogę nabrać ochoty, żeby znowu czymś w ciebie rzucić. Najlepiej czymś ciężkim.
                   Valkyon wykonuje mimiczny odpowiednik położenia uszu po sobie i wbija smutne spojrzenie w podłogę. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że czuje się, że autentycznie jest mu przykro. Ta aura wewnętrznego żalu jest niemal przytłaczająca, przez co niemal budzi się we mnie litość. Niemal, bo obecnie na litość jestem zbyt wycieńczona. Ale jutro ta może się obudzić, podobnie jak gniew, który szybko mi nie minie. A litość do tej samej osoby w stosunku, do której czuję niemały gniew, rodzi frustrację, zmieniającą mnie w tykająca bombę. Co prawda, kiedy trzeba potrafię kontrolować emocje i jak dotąd nie wybuchłam, nie tak NAPRAWDĘ,  w niekorzystnej dla siebie sytuacji, ale zamiana w bąbel negatywnej energii nie jest przyjemna. Naprawdę, lepiej, żeby przez kilka najbliższych dni trzymał się ode mnie z dala.

***

                   Podobnie jak wczoraj, obudził mnie ból w ręce. Niby wszystko ponastawiane i cacy, ale uraz nieustannie daje o sobie znać. W ziemskim wymiarze pozbycie się nawet tak barwnego kompletu zwichnięć i stłuczeń zajęłoby góra dzień, a tutaj… Tu pewnie jeszcze tydzień, a może nawet dwa będę miała problemy.  Szkoda gadać. Jedno dobre, że dostałam za to cztery dni chorobowego. Nie, żebym była jakoś masakrycznie leniwa czy coś, ale nie wyobrażam sobie siebie z tą nawalająca ręką, robiącej cokolwiek sensownego. Przecież starczy, że mnie ktoś lekko szturchnie i już mam łzy w oczach.
                   Moja biedna łapeczka. Chciał czy nie, Valkyon zasługuje za to wszystko na lanie gołego kupra nieheblowaną deską.
                   „Swoją drogą to zabawne” – wycmokuje Ula Morse’em – „Ezraelowi parę miesięcy zajęło dojście do tego, że jest chamem, Nevrze, że jest molestatorem, a Valkyonowi, że cię tłucze. Chyba mają jakiś zespół wyparcia czy coś.”
                   - Co w tym jest zabawnego?
                   „Właściwie, to nie wiem, ale jakoś to podsumowanie poprawa mi nastrój. Tak jak to, że mogę bezkarnie dręczyć Valkyona, bo przecież pobił moją ukochaną panią”.
                   Ta… Słyszałam o wczorajszym dręczeniu. Poszła zanim do stołówki i w ostatnim momencie wysunęła mu krzesło spod tyłka, przez co wpadł na przechodzącego za nim Maddę i narobił bałaganu. Karuto był podobno wściekły, ale że ostatnimi czasy robię za ulubienicę kuchareczki, jego gniew zogniskował się na wojowniku, a nie na Uli.
Zerkam na nią spode łba, naciskając klamkę i wychodząc na korytarz. Człapiąca za mną jeanylotte nic sobie z tego nie robi.
                   - Swoją drogą, co ty tak lubisz mu dokuczać? – pytam ją. – A właściwie to dokuczać im wszystkim?
                   „Generalnie dokuczać faery. To taka mała zemsta za ich ignorancję. Chociaż muszę przyznać, że dokuczanie Valkyonowi, kiedy leży mu coś na sumieniu, nie jest specjalnie zabawne. Albo znosi wszystko w milczeniu, ewentualnie spoglądając na ciebie ze smutnym wyrzutem, albo robi się jeszcze bardziej ponury”.
                   Nie wiem, co jest bardziej dobijające: to że Ula wytacza mikro wojenkę wszystkim faery, bo ci nie zobaczyli w niej niczego poza pusiastym chowańcem czy to, że zaczynam z łatwością odczytywać kod Morse’a. Jeszcze trochę, a będę próbowała ułożyć logiczne zdania z odgłosów kapania cieknącego kranu.
                   Ostrożnie, protekcyjnie, ale niezwykle delikatnie dociskając zranioną rękę do piersi, człapię na stołówkę, gdzie dostaję wielką porcję słodkiej owsianki na mleku z mnóstwem twarożku – leczniczo na łapkę. Za twarogiem w owsiance nie przepadam, ale doceniam, że zarządzono dla mnie leczniczy jadłospis i wsuwam. Staram się nawet udać odrobinę entuzjazmu, żeby trochę połachotać kucharskie ego Karuto.
                   - Siemaneczko – rozlega się nade mną.
                   Unoszę wzrok, a tu wesolutka jak skowronek Ykhar. Widok kogoś wesolutkiego, kiedy jest się obolałym, to nic miłego, ale i tak lepsza ona niż Alajea przy całej mojej sympatii do syrenki. Dlaczego? A no bo niewykluczone, że Alka spróbowałaby mnie uściskać, a wtedy ja spontanicznie mogłabym spróbować wyrwać jej krtań. Szczęśliwie ta jest na misji i nieprędko wróci.

Offline

#272 11-01-2019 o 10h37

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 735

Aż mi się szkoda zrobiło Valkyona jak czytałam ten rozdział xd Ula daj mu spokój, wystarczająco żałuje tego co zrobił XD
Jakoś dużo się nie działo w tym rozdziale więc nie mam co dodać do swojego komentarza. Czekam na więcej :v

Offline

#273 18-01-2019 o 18h55

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@Fujimen - części, nie rozdziale. W rozdziale sporo się podzieje /static/img/forum/smilies/wink.png Wiem, że komentarza nie było nazbyt do czego zarzucić, ale doceniam staranie /static/img/forum/smilies/wink.png Oraz obecność jako czytacza

XXII cz. 5




                   - Można się przysiąść? – pyta, strzygąc długimi uszami.
                   Bez słowa przytakuję. Ta z rozmachem siada ze swoją tacą i zaczyna wsuwać jajecznicę na boczku i kiełbaski. Z tego, co zauważyłam, chociaż Zajączek ma przydatki wegetariańskiej trusi, to woli spore ilości przypalonych nad ogniem tkanek zwierzęcych od zieleniny. Naprawdę spore. Pochłania tyle, że chyba nawet zapaśnik wagi ciężkiej nie zdołałby tyle wciągnąć, a jest szczuplutka. Jak ona to robi?
                   - A tak w ogóle, co to za afera z twoją ręką? – pyta niebezpiecznie machając nabita na widelec kiełbaską. Niebezpiecznie, bo chlapie przy tym pikantnym sosem, a ostatnim czego obecnie chcę, to taki sos w oku. – Podobno to robota Valkyona, a przynajmniej on tak twierdzi. Od dwóch dni snuje się jak struty.
                   - Tak, to jego robota. To i nie tylko to. Wcześniej nie raz fundował mi porządne lanie, tylko nie wierzył w moje narzekania i nic sobie z tego nie robił.
                   - Brał na ciebie miarę anemicznego krasnoluda…
                   - Bo nie wiedział, że krasnoludy są dużo cięższe od ludzi – dokańczam, przerywając jej. – Przykro mi bardzo, ale to nie jest wytłumaczenie. To ja nie powinnam wiedzieć takich rzeczy, bo nie jestem stąd. On powinien.
                   - Tak, gdyby był normalnie wychowywany… Jego edukacja była dość skokowa i nieregularna.
                   Unoszę brwi. Czyżby Ykhar zamierzała mi podrzucić parę plot o naszym siwowłosym wielkoludzie? Hm… Nie wiem czy jego prywatne życie powinno mnie interesować. Informacja „ten wielki, siwy lud miał ciężko” powiewa mi koło pióra – ja też miałam ciężko i nikogo to nie obchodzi. Inna rzecz, że wychodzę z wniosku, że generalnie prywatne życie ludzi, na których mi nie zależy, nie powinno mnie interesować. Z drugiej jednak strony, ploteczki być może pomogą mi znaleźć jakąś słabą stronę Valkyona – nie licząc oczywiście damskich majtek – a to znów może okazać się wielce przydatne… Szczególnie, że od wizyty Ren-Fenghuang czuję zbierające się nad moją głową, ciemne chmury. Nie… Właściwie to od wypalenia kryształu Immaela.
                   - Skokowa i nieregularna? Czyżby jego szkoły doznawały samozapłonów? A może je podpalał? – pytam ironicznie.
                   - Nie. – Ykhar nieco marszczy brwi. Przyjaźni się z Valkyonem i najwyraźniej nie lubi, kiedy źle o nim mówić. – Ale podobno porzucono go w przydrożnym rowie zaraz po narodzinach.
                   Zapada chwilunia dramatycznego milczenia. Ykhar spogląda na mnie wyczekująco. No cóż, chyba trzeba jej coś odpowiedzieć. Dziś robię za pannę marudną, więc niech to będzie coś wkurzającego.
                   - Acha. Biedny Valkyon. Tylko wiesz, bez urazy, ale jakoś nie widzę tu związku przyczynowo-skutkowego. Sieroty, podrzutki i tak dalej mogą być dobrze wykształcone.
                   - Ech… Faery, którzy go przygarnęli, nie dbali o jego naukę, ani nie traktowali jak swoje dziecko, a raczej jako tanią siłę roboczą. Od najmłodszych był zaganiany do pracy w polu i przy wyrębie. Uczył go tylko jego starszy brat, znaczy dzieciak, który trafił przed nim do tego domu. Dzięki niemu w ogóle umiał pisać i czytać. Podobno uciekli stamtąd, kiedy miał osiem lat. Potem trafili pod skrzydła jakieś troskliwej starowiny, ale ta nie żyła długo. Gdy umarła poniewierali się to tu, to tam, aż w końcu trafili do Straży. W efekcie Valkyon wie bardzo wiele rzeczy, o których przeciętny faery nie ma pojęcia, ale też zdarza mu się nie wiedzieć rzeczy oczywistych. A że przed tobą trenował kilku symulantów-obiboków, którzy przyjmując się do Straży liczyli na wikt i opierunek tanim kosztem, to mógł źle zrozumieć dawane przez ciebie sygnały.
                   Ciekawe czym są te rzeczy, o których Valkyon wie, a nie należą do wiedzy pospolitej. Zresztą nieważne, dopytywanie się byłoby zbyt podejrzane, no i mam nadzieję, że będę tutaj zbyt krótko, żeby się tego dowiedzieć w inny sposób. Na przykład jakiś praktyczny, bo pewnie wiązałoby się to z dalszymi obrażeniami.
                   - Ok., rozumiem. Ale tak właściwie, dlaczego mi o tym wszystkim mówisz? – pytam. – To trochę dziwne, że rozmawiasz ze mną o takich sprawach za plecami Valkyona.
                   - Bo mi na nim zależy, jest dla mnie trochę jak młodszy brat. Bo on ci o tym nie powie, a gryzie go to wszystko. Bo chyba się boi, że wszystko będzie miało taki finisz jak między Kero a Jamonem, a chyba cię lubi. No, on wiele osób lubi, ale z tobą rozmawia… Widzisz, trochę mu trudno złapać z kimkolwiek lepszy kontakt, zresztą chyba zauważyłaś, że zawsze jest taki trochę na uboczu. Nie boi się towarzystwa, nie krępuje go rozmawianie z innymi, kiedy ma jakiś konkretny temat do omówienia. Do tego, kiedy trzeba uspokoić tłum czy coś, wykazuje sporo charyzmy, ale… No, jeżeli nadchodzi czas na pogadanki czysto towarzyskie… Jest dobrym słuchaczem, ale odzywa się tyko wtedy, kiedy ma do powiedzenia coś konkretnego lub uważa swój komentarz za ważny w jakiś sposób. Ewentualnie, kiedy go coś zainteresuje, a czasem interesują go dziwne rzeczy… No i wtedy przechodzi bezpośrednio do sedna, nie potrafi jak inni delikatnie zacząć tematu od czegoś neutralnego i nakierować go na odpowiednie tory. Dlatego sporo osób go unika na tle towarzyskim, bo jest taki trochę nie na miejscu. Ty tego nie robisz.
                   - A możesz wyjaśnić o co chodzi z Kero i Jamonem?
                   - E… Kero i Jamon się lubili, w sensie że tak jak starszy przełożony może lubić młodego protegowanego i na odwrót, bez żadnych podtekstów czy coś. No ale raz Jamon mocniej uszkodził Kero podczas jednego z treningów i nie rozmawiają od tej pory ze sobą… Znaczy Kero nie rozmawia z Jamonem. No i chyba Valkyon myśli, że ty możesz też tak zareagować.
                   - A ty nie chcesz, żebym tak zareagowała, bo Valkyon bardzo ma rzadko okazję porozmawiać z kimś, kto nie patrzy na niego jak na kompletnego dziwaka. Czy tak?
                   - No… W sumie tak. Wiem, to trochę dziwne, ale tak jak mówiłam, jest dla mnie trochę jak młodszy brat.
                   Dziwne… Dziwne to mało powiedziane. Owszem, Valkyon udziela się towarzysko głównie poprzez siedzenie w milczeniu obok grupki rozmawiających osób i ewentualnie przysłuchiwanie się im, ale akcja „nie obrażaj się na niego, bo tobie jako jednej z nielicznych nie przeszkadza, jak on do ciebie mówi?”… Y… To jest takie, no… Y… Przypomina trochę tę sytuację, kiedy dorosły każe się bawić dzieciakom z ich młodszym/dziwnym/marudnym/nielubianym kolegą, żeby ten nie czuł się samotny. Takie postępowanie jest trochę nie tego, bo nie można kogoś zmusić do lubienia drugiej osoby, a po przełożeniu tego na świat dorosłych i okraszeniu działaniem na litość… Powiedzmy, że gdyby zachowanie Ykhar miało bezpośredni wpływ na to jak traktuję Valkyona, Zajączek tyko pogorszyłaby sytuację. Dobre chęci to nie wszystko.
                   Ech, teraz przynajmniej wiem, czemu nasz złotooki pierw prawie w ogóle nie odzywał się do mnie, a w trakcie wycieczki do purrekos zaczął dziwaczyć. Niezręczność towarzyska połączona z dziwnego sortu bezpośredniością
                   - Ech… Nie zamierzam wytaczać wojny Valkyonowi ani budować między nami muru. Zwyczajnie jestem na niego wściekła i gniew musi mi przejść. Prawdopodobnie przejdzie, a w każdym razie zacznie przechodzić, kiedy ręka zacznie mi zdrowieć. Wiem, że mu przykro i że naprawdę nie chciał, ale po pierwsze, cierpię fizycznie, a po drugie, emocje nie są logiczne. Dlatego wolę, żeby nie wchodził mi w drogę, niż zaciskać zęby i powstrzymywać się przed walnięciem go czymś ciężkim, mamrocząc w myślach „to był wypadek, on nie chciał, to był wypadek…” Życie społeczne, życiem społecznym, psychologiczne gadki, psychologicznymi gadkami, ale jeżeli nie można odreagować, czasem najlepiej pozwolić się emocjom wypalić, prawda?
                   - Nie wiem, nie znam się na psychologii, w Eldaryi nie jest zbyt popularna. Ale cieszę się, że nie masz do niego jakiegoś większego urazu czy coś.
                   - Nie lubię dramatów. Dużo trzeba, abym określiła kogoś mianem swojego przyjaciela, takiego prawdziwego, ale też dużo trzeba, żebym wyciągnęła wobec czyjegoś zachowania jakieś paskudniejsze konsekwencje. Zresztą, gdyby nie to, Ezrael i Nevra już nie mieliby zębów.
                   Ykhar chichocze, pakując solidny kawał kiełbasy do ust. Dziewczyna naprawdę lubi zjeść. Jeżeli kiedyś złapie faceta, a ten będzie ją zapraszał na kolacyjki i takie tam, to może nie wyrobić z finansami. Bezpieczniejsza pod tym względem jest już Alajea.
                   Resztę śniadania spędzam słuchając barwnej i żywiołowej opowieści Zajączek o krążącym wokół załamaniu nerwowego Zalzara. Bibliotekarz przeżywa ciężkie chwile z Karenn, która, delikatnie rzecz ujmując, też nie jest w dobrym nastroju. Zresztą nikt nie byłby, gdyby całymi dniami szorował szczoteczką do zębów kible, a potem spędzał czas wykonując polecenia zgorzkniałego, piekielnie wrednego goblina. Oczywiście panujące w bibliotece napięcie odbija się również na Ykhar i Kero, o czytających nie wspominając. Efektem tego są liczne zabawne, a czasami nieprzyjemne sytuacje. Generalnie ci, którzy nie muszą, nie wchodzą do królestwa Zalzara, a poziom czytelnictwa w KG spada na łeb, na szyję. No i biedny Kero dostaje powoli rozstroju nerwowego.
                   Kurcze, trzeba przyznać Zajączek, że niezła z niej gawędziarka – gdy zaczyna coś opowiadać, aż chce się słuchać, a mózg kreuje kolorowy film o przytaczanej treści. Ma zadatki na świetną bajarkę… Chociaż możliwe, że już ją jest. W końcu dzieciaki ze Schroniska za coś ją uwielbiają.
                   Kero, Kero, Kero… Czegoś chciałam się wywiedzieć w jego kontekście. Co to było? A tak!
                   - Znaczy nasz jednorożec przeżywa wysokie stężenie stresu w związku z Zalzarem. Nie powiem, żebym mu zazdrościła – rzucam wstając od stołu z pustą tacą. – A jak się czuje w związku z balem czy raczej tym, że Izme była jego partnerką?
                   - A wiesz, zaskakująco dobrze. – Twarz Ykhar przecina szeroki uśmiech. – Nie tylko ją polubił, chociaż nadal czuje wobec niej swego rodzaju respekt, ale chyba dodała mu trochę śmiałości w stosunku do dziewczyn. Znaczy nigdy nie miał takiego problemu jak Valkyon, ale samoocena nieco mu szwankowała. Nieustannie porównywał się z innymi facetami, szczególnie tymi popularniejszymi wśród dziewcząt i narzekał, że jest za niski, za szczupły, za nijaki, za miły, za posłuszny i takie tam. Teraz minęło mu to niemal całkowicie… No, nadal narzeka, że nie ma metra osiemdziesięciu jak większość tutejszych przystojniaków, nie licząc pixi, gnomów i krasnoludów, ale to jego największy kompleks. Reszta natomiast, jak ręką odjął. Nie wiem, co mu powiedziała, ale ktoś powinien powiedzieć mu to z dziesięć lat temu. Szczerze powiem, że ucieszyłabym się, gdyby coś między nimi zaiskrzyło. Na razie nie zanosi się na to, ale w przyszłości – kto wie? Mnie się wydaje, że całkiem dobrze pasowaliby do siebie.
                   Izme i Kero pasujący do siebie. Nie wiem jak charakterologicznie, ale wizualnie są dla mnie zbyt kontrastowi, żeby tworzyć estetyczne dopasowanie… No chyba żeby ich zabić, porozdzielać na elementy składowe i spróbować z kawałków zrobić mebel, rower czy coś innego będącego w krwawym, porąbanym i nade wszystko psychopatycznym klimacie. Swoją drogą, ta ostatnia konkluzja sprawia trochę, że zaczynam się martwić o siebie.
                   Po śniadaniu uciekam do pokoju, gdzie oglądam sobie od nowa ulubione tytuły w swojej komputerowej wideotece. Trochę dobijające jest to, że połowa, a może nawet trochę więcej z nich to kreskówki, ale co tam. W każdym razie, chociaż doceniam możliwość opieprzania się w ciągu najbliższych dni, jakoś nie widzę ciągłego płaszczenia tyłka na łóżku. Niejako przymusowe zamknięcie w ciasnym pokoju to niezbyt komfortowa rzecz. Wiadomo, kiedy coś się musi, to się tego nie chce. Dlatego też w niedługim czasie zaczynam z tęsknotą wyglądać za okno, gdzie słoneczko świeci, ptaszki – czy też raczej ich eldaryańskie odpowiedniki – kwilą, a drzewa zachwycają dziesiątkami jesiennych barw. Dzionek idealny na spacer, niestety mogę się założyć, że jeżeli tylko wychylę nos na zewnątrz, ktoś wpadnie na mnie, jak padnę na tę nieszczęsną, powykręcaną rękę i… Aż mnie boli na samą myśl.
                   W dodatku boli mnie, że większość dnia spędzę całkowicie bezużytecznie. Nie dość, że prawdopodobnie przez tę cholerną łapę moja kolejna wyprawa po składniki „klucza” portalu  się odwlecze w czasie, to nawet nie mam jak przyatakować biblioteki. Tajne naloty na cokolwiek, jeżeli nie jest się sprawnym, mają taki sam sens jak wygłaszanie długiego przemówienia, mając potworną obstrukcję… Albo ma się szczęście, albo koniec jest fatalny i smród – metaforyczny bądź dosłowny – unosi się jeszcze długo potem.
                   Chociaż w sumie mogę nieco podziałać. Przesłuchać nagrania z podsłuchów, ale to raczej zadanie na wieczór, oraz wysłać mojego puchatego szpiega, żeby pospacerował i spróbował się czegokolwiek dowiedzieć. Oczywiście, jeżeli będzie chętny do wyjścia z pokoju. Na razie Ula siedzi rozwalona obok mnie ze spojrzeniem utkwionym w ekranie komputera. Nie cierpię kiedy mnie ktoś odrywa od filmów i tak dalej, więc nie mam zamiaru jej tego robić. Jednak, kiedy postanowi poruszać puchate dupsko, to pewnie będzie chciała podokuczać Valkyonowi, a lepiej żeby zajęła się czymś pożytecznym. Zresztą dzisiejsza rozmowa z Ykhar sprawiła, że Valk trochę nasuwa mi na myśl nieporadnego psiaka – w sumie jak robi smutną minę, to nawet podobnie wygląda. Nieporadnego na gruncie towarzyskim, chcącym, żeby go ktoś lubił. Szkoda, że przy tym waży ponad sto kilo i może przypadkiem zrobić krzywdę. Chociaż, z drugiej strony Lidia, chociaż ma tylko nieco ponad sześćdziesiąt kilo też potrafi zrobić krzywdę, DUŻĄ KRZYWDĘ, zarówno przypadkiem jak i naumyślnie. W sumie to przypuszczam, że bez trudu potrafiłaby gołymi rękoma zabić Valkyona. Może nawet Jamona, ale tu pewności nie mam.
                   Mam rozrywkę, rozmyślać komu Lidia mogłaby urwać łeb. Ech… Liwka, weź ty na wstrzymanie, co?

***

Offline

#274 19-01-2019 o 22h21

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 22 155

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Nah, trzy odcinki do nadrobienia: dwa tu i jeden z Potwora. Nie miałam lapka, a na telefonie nienawidzę czytać i jeszcze bardziej nienawidzę pisać dłuższych wiadomości. Więc wreszcie nadrobię!

Wow, sądząc po twoich rozbudowanych odpowiedziach na moje komentarze wnioskuję, że bardzo się nimi przejmujesz. Nie za bardzo? ;] No ale ten. W sumie to tak tylko wspomnę, że linia oporu nie jest wcale taka mała /static/img/forum/smilies/big_smile.png To jest „linia NAJMNIEJSZEGO oporu”, a nie „najmniejsza linia oporu” ;] No i owszem. To była moim zdaniem linia najmniejszego oporu.

I serio mam nadzieję na jak najgorszą karę dla Karenn, bo to było serio szczeniackie. A czyszczenie kibli szczoteczką wydaje się spoko opcją xd

„    -…Mogę jakoś pomóc? Nie wiem, odprowadzić cię? Albo chociaż wziąć tą butelkę, będzie ci z nią i tylko jedną ręką sprawną ciężko otwierać…
                   Ulka podchodzi do mnie, bierze butelkę w pysk i posyła Valkyonowi znaczące, okraszone warkotem spojrzenie. Mężczyzna robi smutną, nieco zakłopotaną minę, po czym pokornie cofa się o krok” — PIĘKNE XDDDD

„Wcześniej nie raz[…]” — „nieraz”

„bo Valkyon bardzo ma rzadko” — wiem, że to dialog i takie nieścisłości mogą się pojawiać, ale na wszelki wypadek zapytam, czy to serio miało tak brzmieć? ;]

Podobała mi się ta rozmowa z Ykhar. I ogólnie fakt, że tak się martwi o relacje Valk x Liwka. To urocze, tak samo jak to, że traktuje go jak brata. Naprawdę miłe to.

Ok, to czekam na kolejną część, lecę do drugiego opka i pozdrawiam!


I know the night will turn to   g r a y. I know the stars will start to   f a d e    when all the   d a r k n e s s  fades away, we had to steal him from his   f a t e 
https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif
We're driving toward the   m o r n i n g,  son, where all your   b l o o d   is washed away and all you did will be   u n d o n e 

Offline

#275 25-01-2019 o 19h26

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 336

@Methrylis - około 70% rozbudowanych odpowiedzi na komentarze, to nie kwestia przejmowania się tylko moja okropna wada, czyli tzw tłumaczyzm. Nie chcesz mnie znać na co dzień.
                   "„bo Valkyon bardzo ma rzadko” " - nie, to nie miało tak brzmieć. Do tego, teraz jak to przeczytałam mam wizję walka nękanego przez okropną obstrukcję, bo "bardzo ma rzadko".... /static/img/forum/smilies/neutral.png
                   Wciągnęłam tu Ykhar trochę poinspirowana grą (rzadko się zdarza, ale jednak /static/img/forum/smilies/wink.png). Bo niby Valk się przyjaźni z resztą gości, ale tak na dobrą sprawę rozmawiającego na terenie czysto towarzyskim widzimy go tylko z Ykhar, której relacji z dziwacznych snów słucha ze spokojem i zainteresowaniem i z którą (o ile dobrze pamiętam) wymienia się książkami. Szkoda byłoby nie wykorzystać tego, szczególnie, że zrobiłam z niego strasznie niezręczną towarzysko istotę (btw, mój tłumaczyzm właśnie znowu zaatakował. Szczęście niezbyt obszernie. Inna rzecz, że wyskoczyła mi tu tłumaczyzmowa incepcja bo tłumaczę tłumaczyzm).


XXII cz. 5

                   Cztery dni siedzenia w pokoju dały jakiś efekt. Ręką nadal niewiele potrafię zrobić, ale już tak nie boli. Niestety przy okazji nasi kochani doktorkowie zauważyli, że coś opornie działają na mnie medykamenty i próbują wybadać czemu. Mam szczerą nadzieję, że powodu nie odkryją, obecne kłopoty aż nadto mi starczają. W każdym razie, zgodnie ze zaleceniem zastępującego Ewelin Arcza, dostaję o połowę większe dawki niż uprzednio no i widać efekty. Raz, że wszystko goi się szybciej, dwa, że nieustanie mi z lekka chłodno. Dzień za dniem coraz mniej, bo organizm jakby się przystosowuje do nieustannych zderzeń magii z antymagią, ale jednak. Na domiar złego dzisiaj wracam na służbę. Mam robić rzeczy z tą pokiereszowaną ręką… No, może nie robić rzeczy. Raczej siedzieć z dupskiem na murach i obserwować okolicę. Nocą. Ze specjalnymi okularami na łbie, co to są czymś w rodzaju noktowizora. Tak, Krajzan wcisnęła mi nocną straż alarmową na tak zwanym zewnętrznym kręgu czyli murach okalających Kwaterę Główną. Stwierdziła, że skoro robota polega tylko na siedzeniu, obserwowaniu okolicy i wzbudzeniu cichego lub głośnego alarmu, jak się coś przyuważy, to uszkodzona łapka nie powinna mi przeszkadzać. Szczęście Ula zgodziła się ze mną iść, zmianę podzielimy sobie na pół i trzy godzinki ja będę czujna, trzy ona, a resztę grzecznie prześpimy. Zresztą noc pod chmurką przy pogodnym, gwieździstym niebie powinna być samą przyjemnością. Powinna. I oby była.
                   Nie mając nic lepszego do roboty człapię sobie na zewnątrz. Jest ładna, jesienna pogoda, więc miło będzie się przewietrzyć, trochę pospacerować. Szczerze powiedziawszy wolałabym wyjść za mury i pochodzić po lesie, ale znając moje szczęście natychmiast zostałabym zaatakowana przez coś, co chciałoby mnie zeżreć.
                   Ledwie zbliżam się do drzwi, niemal natychmiast wpada na mnie grupa strażników, między innymi Ezrael i Ewelein. Oboje wyglądają, jakby od dłuższego czasu nie zaznali snu, a Ezrael do tego ma wielkiego sińca na twarzy. Obraz uzupełniają potargane włosy i oczy pełne niepokoju, których spojrzenie z miejsca wbijają się we mnie jak dwa diamentowo wiertło w skałę macierzystą.  Nie mam pojęcia, o co mu chodzi i nie wiem czy chcę to wiedzieć, ale wyraźnie coś do mnie ma. Na moje – chyba – szczęście  nic nie mówi, bo natychmiast zgarniają go wraz z większością towarzyszących mu strażników do Sali Kryształu. Wszyscy, z tego co rozumiem, idą się spotkać z szefami Straży w jakiejś ważnej sprawie. Oby tylko ta sprawa nie dotyczyła mnie. Starczy mi, że panna Ren-Fenghuang zobaczyła we mnie coś, czego nie powinna.
                   Ech… Wyjechali do jakiejś wiochy, gdzie zdarzają się od jakiegoś czasu zatrucia, a władze nie chcą oficjalnie poprosić Straży o pomoc. Gdzie tu ja? Nigdzie! Ale szukam związku ze sobą. Liwka, ogarnij się.
Robię rundkę wokół terenów zielonych, potem sadowię się w swojej ulubionej miejscówce, czyli pod Stuletnią Wiśnią. Ptaszki – czy co to tam nie jest – ćwierkają, lekki wiaterek szumi, wszystko wokół jest ładne i kolorowe. Idealne okoliczności przyrody, żeby odetchnąć. Niestety widok Ezraela nie chce opuścić mojego czerepu i nieustannie wraca do mnie. A szczególnie wraca to spojrzenie, okraszone pytaniem „o co, kurde, mu chodziło?”.
                   - A ty co się kryjesz? – słyszę za sobą.
Purral spogląda na mnie zagadkowo i ciekawsko. Zresztą zawsze tak patrzy na wszystkich. To coś w rodzaju spojrzenia gliniarza, który chce wyciągnąć z ciebie wszystkie informacje, skrzyżowanego ze wzrokiem iluzjonisty mającego zamiar pokazać odjechaną sztuczkę. Kocur ma zdolność wyglądania na kombinującego coś na wysokich obrotach, nawet gdy myśli tylko o tym, co zjeść na obiad.
                   Hm… Purral to w sumie plotkara gorsza od Karenn z tym, że on, tak jak Izme, nie posyła plot w świat tylko gromadzi. Może coś będzie wiedział, hm…
                   - Nie kryję się tylko wietrzę i zażywam trochę spokoju, korzystając z tego, że nikt mnie nie bije. A ty co? Nie handlujesz, nie kombinujesz, nie podsłuchujesz?
                   - Podsłuchuję i podglądam zawsze i wszędzie, ale nawet ja potrzebuję mieć chwilę odpoczynku i raz na jakiś czas zamknąć kram – mruczy moszcząc się obok mnie. – Pospałem do południa, nażarłem się do zemdlenia, a teraz trochę poleniuchuję na świeżym powietrzu. A wieczorem dobra książka i mleko moogliz z kropelką czegoś mocniejszego.
                   - Brzmi jak dobry plan. A tak przy okazji, skoro uszy masz i tak nastawione na nasłuch, to nie wiesz czasami, co trafiło Ezraela? Jak wlazł do KG wytrzeszczył na mnie oczy, jakby nagłej obstrukcji dostał.
                   - Na ciebie? Czemu na ciebie, to nie wiem. Może o tę rękę chodzi. A co mu się stało… Krótko mówiąc dostał w mordę. Przez Balenvię, wioskę w pobliżu której obozowali, wiesz tą, gdzie są te zatrucia, przejeżdżało starsze małżeństwo. Gdy tylko zobaczyli Ezraela, facet rzucił się na niego z pięściami. Kiedy udało się spacyfikować faceta, okazało się, że porwano ich piętnastoletniego syna, a zrobił to ktoś wyglądający niemal identycznie jak Ezrael. Dopiero, gdy gościu ciut ochłonął i przetłumaczono mu, że Ez nie mógł dokonać tego porwania, zauważył, że nasz elfik jest trochę młodszy i ma dłuższe włosy. Zresztą już wcześniej, jak go wysłano a tę misję z Akastolem, to świadkowie często, gęsto informowali o tym, że w pobliżu widzieli wysokiego elfa o niebieskich włosach. Od tamtej pory Ezrael zaczął się często zamykać w laboratorium i przeprowadzać dodatkowe testy na zebranych próbkach.
                   - Szlag, też bladego pojęcia nie mam, o co może chodzić… Ale idę o zakład, że ma coś do mnie. Niekoniecznie w negatywnym sensie, ale o cokolwiek mu nie biega, pełza i skacze, tyczy się to mnie. Mam nadzieję, że tylko pośrednio.
                   - Jak się dowiesz w jaki sposób, to daj znać – Purral błyska zębami w przymilnym uśmiechu. – Informacji nigdy za dużo.
                   - Ty też daj znać, jeżeli coś ci się obije o uszy – mówiąc to, zaczynam go głaskać po głowie.
                   - Ej! Czy ja ci wyglądam na domowego zwierzaka? – warczy, ale się nie odsuwa.
                   - Trochę – Szczerzę się, a moja dłoń wędruje mu za ucho i zaczyna drapać.
                   - Ale nie jest…! A zresztą, olać to. Bardziej w prawo…
                   Przesuwam rękę zgodnie z jego życzeniem i rozlega się głośne, kocie mruczenie. Bycie faery byciem faery, inteligencja inteligencją, godność godnością, ale każda kicia lubi drapanie za uszkiem. Nawet kicia gadająca, nosząca spodnie i prowadząca poważny biznes.

***

                   Jestem półprzytomna. Podział nocnej warty średnio nam z Ulą wyszedł, bo w przeciwieństwie do niej, nie jestem przyzwyczajona do spania na prawie każdej powierzchni i snu liznęłam ledwo-ledwo. Mimo tego, robienie za strażnika murów nie wyszło źle. Noc pogodna, względnie ciepła jak na jesienną porę, niebo ciężkie od gwiazd. Przyjemnie leżało się i rozmyślało o naturze pokręconego multiwersum. Oczywiście musiałam się pilnować, żeby nie odpłynąć za bardzo, bo musiałam przecież mieć baczenie na podejrzane rzeczy. No i miałam. Właściwie to jednej z nich nawet pomogłam przejść obok strażników. Otóż Ashkore prawie na mnie wlazł, forsując mur KG – wciśnięta w kąt byłam zupełnie niewidoczna, a skulona obok Ula całkowicie zlała się z gargulcem, o którego się opierała. Przy okazji tego kolejnego, nieoczekiwanego spotkania na przestrzeni kilku dni – ostatnio pan Zbroja raz po raz na mnie wpada – dowiedziałam się czegoś nowego. Otóż jeanylotte wyjawiła mi, że wyczuła na nim zapachy Chrome’a i Leifana. Aż się zastanawiam czy nie spróbować zaminować ich pokoi, chociaż szczerze powiem, trochę się boję. Jeżeli istotnie tworzą razem jakiś spisek, to są wielokrotnie bardziej czujni od reszty strażników. Niewykluczone, że mają w swych pokojach mnóstwo cichych alarmów, które zdradzą im, że pod ich nieobecność do środka wszedł ktoś obcy. Mało tego – jeżeli w środku któryś znalazłby czujkę podsłuchu, z miejsca zrozumiałby, kto go podłożył. Nie, to zbyt ryzykowne.
Ech, o szóstej skończyłam służbę, w pół do siódmej wylądowałam w łóżku, jest dwunasta. Niby pięć i pół godziny snu to niemało, ale jakoś nie potrafię się pozbierać. Jestem rozmemłana i nic mi się nie chce. Nawet jeść, ale mimo tego lezę do tej nieszczęsnej stołówki, zjeść to nieszczęsne drugie śniadanie, żeby moja rączka miała substancje odżywcze do regeneracji.
                   Arrrggghhh! Elfia łapa na bolącej rączce!
                   Jak oparzona odskakuję od Ezraela, który niż stąd ni z owąd pojawił się za mną i położył mi dłoń na ramieniu. Ten znów patrzy na mnie jak na nienormalną.
                   - A tobie co się stało? – pyta marszcząc brwi.
                   - A to, że zawsze wbijasz mi w ciało te twoje blade, twarde paluchy, a ja uszkodzona, więc łapska precz.
                   - Ta… Valkyon mi opowiadał. Podobno niezłej furii dostałaś w przychodni, ale trzeba przyznać, że miałaś do tego prawo. Mimo tego…
                   - Tak, tak, tak. Chciałeś czegoś czy skradałeś się za mną, zafascynowany ognistością mojego temperamentu? – pytam.
                   - Możemy porozmawiać? Bez świadków?
Czuję jak mimowolnie brwi podjeżdżają mi do linii włosów. Ezrael chce o czymś ze mną rozmawiać bez świadków? Koleś, który dopracował zachowywanie się wobec mnie jak skończony dupek do poziomu perfekcji? Ha-ha… Dziwne, to naprawdę mało powiedzenie. Czy w ogóle powinnam na to pójść? Może chce mnie zaprowadzić do jakiejś ciemnej komórki i ukręcić mi łeb? E… Chyba nie. Postawa „dumny, blady i znerwicowany” jakoś do scenariusza nie pasuje.
                   - A niby gdzie?
                   - W moim pokoju jest straszny bałagan, może więc u ciebie? – patrzy na mnie wyczekująco.
                   Ezrael chcący pobyć ze mną na osobności i wpraszający się do mojego pokoju. Jak jeszcze zacznie mi tu dziękować za uratowanie przez blackdogiem, to biegnę do Maddy zgłosić, że elfikowi przegrzały się zwoje.
                   - Jeżeli nalegasz…
W pokoju jest Ula, robi sobie popołudniowa drzemkę. Jeżeli Ezowi rzeczywiście przegrzały się zwoje, to odgryzie mu łeb, jakby czegoś próbował.
                   Kiedy lądujemy w moim pokoju, elf nawet nie komentuje, że jest brzydki i wygląda jak zagracona szafa, co normalnie zrobiłby zaraz po przekroczeniu progu. Tylko stoi blady, nerwowy, kręcąc młynka palcami i wbijając Ulę w zdumienie. W końcu wprowadza w obroty nie tylko swoje pace, ale i całego siebie, zaczynając  krążyć w te i we w te, a w mojej „szafie” nie ma na to za wiele miejsca.
                   - Nie, żebym poganiała, ale możesz przejść do rzeczy, bo dziwaczysz?
                   Ezrael przystaje, wbija we mnie poważne spojrzenie i bierze głęboki wdech na uspokojenie.
                   - Potrzebuję twojej opinii w pewnej osobistej sprawie. Chodzi tak-jakby o moją przeszłość… Chociaż niewykluczone, że i teraźniejszość. Jednak najpierw muszę opowiedzieć ci o tym wszystkim. Chciałbym, żebyś obiecała, że tego nie rozpowiesz. Nie życzę sobie plotek…
                   - Bez obawy, żadnych plotek nie będzie…
Bo purrekos nie plotkują, tylko zbierają informacje.
                   -… Ale rzucanie żądaniami, kiedy chce się o coś prosić jest takie trochę nie teges. Nie sądzisz?
                   - A tak, przepraszam…
                   Ezrael przeprasza. Przeprasza, a po przeprosinach nie rzuca rządną zjadliwą uwagą. Boje się, o co może chodzić, bo naprawdę zaczyna poważnie.

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (25-01-2019 o 19h27)

Offline

Strony : 1 ... 9 10 11 12