Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 10 11 12

#276 02-02-2019 o 19h16

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 313

XXII cz. 6

             Elf przeciska się obok mnie i z rozmachem siada na skraju łóżka niezajętym przez jeanylotte, po czym wbija ponure spojrzenie w podłogę. Ula zaś wbija złe spojrzenie w niego. Jeżeli chodzi o wyrko jest bardziej terytorialna nawet ode mnie. Wyraźnie walczy ze sobą, aby go nie katapultować solidnym kopniakiem ze swojej przestrzeni wypoczynkowej. Zapewne wyglądałoby to przezabawnie, ale daję jej znak, żeby się wstrzymała. Jestem ciekawa, co Ezrael ma do powiedzenia.
             - No to słucham – ponaglam go.
             - Wychowałem się we wiosce na południowy wschód stąd, dość odległej, zwanej Lemmenel. Zamieszkiwały ją głównie elfy i wróżki, aczkolwiek zdążali się przedstawiciele i innych ras. Moi rodzice byli wędrownymi zielarzami-lekarzami, często opuszczali dom, udając się na długie wyprawy, aby poszukiwać ziół i leczyć. Głównie wychowywała nas, znaczy mnie, moja siostrę-bliźniaczkę i starszego o sześć lat brata, nasza babcia. Kochana, czuła kobieta, chociaż wymagająca i kiedy trzeba surowa…
Jeżeli zamieni się to w sentymentalną opowieść, to chyba strzelę sobie w łeb. Inna rzecz, że słuchanie o dzieciństwie Ezraela jest dla mnie równie komfortowe jak wypróżnianie w towarzystwie kilku komentujących moje poczynania kibiców. Dziwactwo, ot co. To tak, jakbym ja nagle wlazła mu do pokoju i smutnym głosem zaczęła opowiadać mu o wycieczkach górskich z rodzicami czy coś. Oby szybko przeszedł do rzeczy.
             - … Przyjemne czasy. Rzecz w tym, że mój starszy brat był do mnie niezwykle podobny. Nie licząc różnicy wieku i tego, że on miał ciut dłuższe uszy, wyglądaliśmy identycznie. Kolor oczu, włosów, kształt nosa, twarzy, krój ust. Wszystko się zgadzało. Rodzice nie raz śmiali się, że jestem jego późnym bliźniakiem. – Przez twarz Ezraela przebiegana w poły smutny, na w poły podenerwowany uśmiech. – Gdy miałem dziesięć lat na naszą wioskę napadł oddział zbrojnych. Zamaskowanych i okrutny, ludzi sądząc po ich odzieniu i dziwnych zbrojach… Właściwie to bardziej pancerzach. Złupili dobra, zabili dorosłych i starców, a młodych i dzieci, w tym mnie i moją siostrę, pojmali, aby sprzedać jako niewolników. Resztę spalili…
             No to teraz wiem, czemu na początku zachowywał wobec mnie jak skończony fiut. Właściwie to mogłoby być nawet gorzej, gdyby był naprawdę wrednym egzemplarzem. Widać się pilnował.
             - Rodzice zginęli. Mnie sprzedano jako prywatnego niewolnika, ale udało mi się uciec, nim mój „pan” dostał mnie w swoje ręce. Co spotkało moją siostrę, pojęcia nie mam. Z bratem też nie wiem, co się stało. Właściwie to nie pamiętam, abym go widział w trakcie tamtego zamieszania… Koszmaru. W każdym razie teraz, po szesnastu latach dowiaduję się, że w różnych miejscach w Eldaryi widuje się elfa niemal bliźniaczo podobnego do mnie. Mało tego, jego osoba jest podobno związana z porwaniami nastolatków. – Bierze głęboki wdech. Wyraźne zwierzenia są dla niego trudne, szczególnie, że nasze stosunki nie należą do typowo przyjacielskich. Ostatnio co prawda często zdarza nam się żartować, a nawet gadać o pierdołach, więc mamy progres, ale przyjaźnią tego i za sto lat bym nie nazwała. Nawet nie koleżeństwem. – W trakcie misji, tej wcześniejszej znaczy, badającej porwania, zbieraliśmy różne ślady, próbki i takie tam. Po standardowym zbadaniu i opisaniu ich, wykonałem też parę testów na pokrewieństwo, jednak wyniki były niejednoznaczne.
             Podnosi ciężkie, wyczekujące spojrzenie na mnie. Jest spięty jak struna, chociaż widać po nim, że chyba wie, co może usłyszeć.
             - Czego konkretnie ode mnie chcesz?
             - Żebyś powiedziała, co o tym myślisz, tak obiektywnie. Masz spojrzenie na całą rzecz trochę z naszej strony, trochę i waszej, ludzkiej. Chcę, żebyś wydała opinie, tak jak wtedy, gdy napadnięto purrekos.
             Ech, żałuję, że nie mam krzesła, na którym mogłabym usiąść, bo czeka mnie długa pogadanka. Niestety pokój-szafa ma swoje wady, dlatego jedyne, co mogę zrobić, to oprzeć się ścianę. I to też robię.
             - Może zacznijmy od początku, znaczy od napaści na twoją wioskę… Czy zostało potwierdzone, że napadli na nią ludzie? Któryś z napastników został schwytany i tak dalej?
Ezrael potrząsa głową, zaciskając usta.
             - Rozumiem. Tak jak wspominałam na zebraniu odnośnie napaści na miasto purrekos, nie widzę większego powodu, dla którego ludzie mogliby brać udział w tego typu zajściach. Gdyby twoją wioskę napadli Templariusze, prawdopodobnie wyrżnęliby wszystkich bez wyjątku… Ewentualnie zabraliby dzieci w wieku dojrzewania na eksperymenty. Podobne spojrzenie na sprawę powinna mieć Triada – jedynym sensownym powodem uprowadzenia młodych byłoby zrobienie z nich materiału laboratoryjnego, a tu przedział wiekowy się nie zgadza. W dodatku sprzedano ciebie i prawdopodobnie również innych uprowadzonych miejscowym. Co do Iluminatów to się nie wypowiem, bo w moim świecie są od dawien dawna uważani za swego rodzaju ogólnogalaktyczny mit wymyślony przez wyznawców teorii spiskowych. Nie mam bladego pojęcia, jakie mogliby mieć cele. W każdym razie, obstawiałabym, że w tym wypadku ludzie byli tylko tak zwanym kozłem ofiarnym. W końcu wystarczyło przebrać się w zdobyczne, ludzkie stroje, żeby zrzucić na nich winę. Ewentualnie uszyć ubrania podobne do tych, które zaobserwowano u ludzi. Wskazuje na to też użycie masek. Ludzie nie mieliby powodu ich nosić, bo nie są stąd. Nikt nie rozpoznałby ich. Jednakże nie wykluczam całkowicie udziału mojego gatunku. Powody, dla których ludzie mogliby zaatakować twoją wioskę widzę dwa. Pierwszym jest bliżej nieokreślony skarb. Mogło coś być w niej ukrytego, coś cennego, o czego istnieniu wolano by nie informować szeroko pojętych „innych”. Coś lub ktoś. Dlatego też zainscenizowano napad łupieżczy, żeby owo coś zdobyć, po czym, we współpracy z miejscowym elementem przestępczym, sprzedano kosztowności i uprowadzonych faery. Drugi powód to polityka. Niewykluczone, że komuś zależało, aby wioska zniknęła z powierzchni ziemi albo, żeby konkretne osoby w niej mieszkające zginęły. Zależało bardziej niż na lekach czy żywności. I od tego kogoś ludzie coś chcieli. Tu znów… Jakby to zgrabnie powiedzieć… Hm… Dokonano wymiany usług. Ludzie stali się najemnymi mordercami działającymi dla kogoś miejscowego. Istnieje też możliwość, że obydwa wymienione przeze mnie powody łączą się ze sobą w jakiś dziwny sposób, czego również nie można wykluczyć. Aby lepiej się zorientować w sprawie, musiałbyś zbadać historię swojej wioski, jej mieszkańców oraz sytuację polityczną, jaką wtedy mieliście.
             - Rozumiem. Niewykluczone, że tak postąpię. – Ezrael nerwowo zaciska drżące dłonie. Nie powiem, żal mi go. Wiem jakie to musi być dla niego ciężkie. W końcu sama doskonale zdaję sobie sprawę jak to jest odkopywać złe wspomnienia i brnąć w nie. Jak to jest, kiedy przeszłość odnajduje cię w najmniej spodziewanym momencie. – A… A co myślisz o sprawie z tym… Z tym podobnym do mnie elfem?
             - To może być zarówno twój zaginiony brat, jak i sobowtór. Obie możliwości są równie prawdopodobne, przynajmniej patrząc na sprawę z punktu widzenia ludzkiej genetyki. Nie wiem jak często zdarzają się przypadki niezwykłych podobieństw między obcymi wśród elfów, ale wśród ludzi nie jest to jakaś gigantyczna rzadkość, szczególnie biorąc pod uwagę naszą liczebność. Jeżeli to tylko sobowtór, to sprawa jest prosta, nie licząc tego, że będziesz musiał uważać na swoje plecy. Jeżeli to twój brat… Cóż, tu sprawa się komplikuje i pojawia się duży wachlarz możliwości. Zacznijmy od tej optymistycznej. W tej wersji twój brat zdołał w jakiś sposób zbiec albo z samego pola bitwy we wiosce albo z niewoli. Bardziej prawdopodobne to pierwsze, skoro go nigdzie nie widziałeś w trakcie walk. Natomiast jego obecność w rejonach, gdzie następowały porwania może być uwarunkowana tym, że próbuje odszukać ciebie i waszą siostrę bądź zemścić się na handlarzach niewolników. Teoretycznie można by tu stawiać również na przypadek, ale w tego rodzaju przypadki nie wierzę, to byłby zbyt duży zbieg okoliczności. Kolejną jest to, że chociaż twój brat nie miał nic wspólnego z napaścią na waszą wioskę, to teraz zaczął się zajmować zbrodniczym procederem. Może brzmi to irracjonalnie, ale ofiary traumatycznych wydarzeń często same zmieniają się w oprawców… Zresztą sam powinieneś to wiedzieć z programów, które oglądaliśmy wspólnie z Akastolem. Kolejna możliwość, najgorsza, to ta, że twój brat zarówno brał udział w zbrodni dokonanej na waszej wiosce i rodzinie, jak i teraz zajmuje się handlem żywym towarem. Jest też ewentualność, że chociaż brał udział w tej zbrodni, to teraz nie współpracuje z handlarzami tylko podróżuje tropem porwań z innego, nieznanego mi powodu.  Osobiście nie uważam jej za szczególnie prawdopodobną.
             - Szczerze powiedziawszy, niewiele mi to pomogło. – Ezrael wzdycha ciężko, tarmosząc włosy. – Wcześniej miotałem się tylko między paroma możliwościami, a teraz mam ich z dwa razy więcej i tylko jedną optymistyczną.
             - Fakty i logiczna analiza rzadko pomagają… A przynajmniej nie rozwiązują bezpośrednio problemu. Problem rozwiązuje się dopiero przez obalanie postawionych hipotez i badanie faktów. Niestety nie znaczy to, że rozwiązanie problemu i dojście do prawdy poprawią nastrój. Często jest przeciwnie.
             - Tak. Szczególnie wtedy, kiedy złe ewentualności się potwierdzają. – Ezrael drży. – Nie wyobrażam sobie… Może jeszcze potrafiłbym jakoś znieść, że mój brat stał się handlarzem niewolników, ale myśl, że mógł mieć coś wspólnego z napaścią na nasza wioskę… Jeżeli to prawda, to nie wiem, co zrobię. Boję się nawet snuć takie przypuszczenia.
             - To już zależy od twojego charakteru. Najlepiej byłoby, gdybyś wspólnie ze Strażą schwytał go, postawił przed sądem i odegrał rolę oskarżyciela. Jednak, jakakolwiek nie jest prawda, pamiętaj, że ty nie jesteś twoim bratem i jego winy ciebie nie dotyczą.
             - Łatwo ci mówić…
             - Oj, uwierz mi, że nie łatwo.
             - Znaczy ogólnie wiem, że nie łatwo, ale ty przynajmniej wiedziałaś że twoja siostra nie jest morderczynią.
             - Nie wiedziałam tego. Zresztą JEST morderczynią. Czy raczej zabójczynią. – Elf spogląda na mnie zaskoczony. – Templariusze chcieli z niej zrobić żywą broń, prawda? Zatem, żeby ją przeszkolić, musieli zmusić ją do zabicia innych, prawdopodobnie niewinnych ludzi. W prawdzie nie zabijała z własnej woli i kiedy to robiła nie była sobą, ale faktem pozostaje, że pozbawiła życia parę osób. Między innymi dlatego też tak trudno było ją ustabilizować psychicznie po tym wszystkim… W dodatku, kiedy już było wiadomo, że ją odzyskano, nadal nie było pewności czy nie trzeba będzie poddać jej eutanazji.
             - Eutanazji?
             - Eutanazja to uśmiercenie w humanitarny sposób, kiedy dalsza egzystencja może przynieść jedynie cierpienie. Bezbolesne, najczęściej polegające na podaniu śmiertelnej dawki środka uspokajającego. Jeżeliby w jej mózgu zaszły zbyt dalekie zmiany, możliwym byłoby, że będzie zbyt agresywna, niestabilna, dręczona przez nieustanne omamy i potworne koszmary. W dodatku często w takich wypadkach ośrodek bólu w mózgu zaczyna szaleć i najdelikatniejsze dotknięcie jest odbierane jak cios metalową rurą.
             - Z-zabilibyście ją?
             Na twarzy Ezraela rozlewa się szok, niedowierzanie i coś na wzór odrazy. Zabić Lidię… Ech… Czasem śmierć jest najlepszą z opcji, co samo w sobie jest przerażające i wiele mówi o świecie.
             - Jedyną alternatywą byłoby trzymanie jej skrępowanej, naszprycowanej lekami w zamkniętym pomieszczeniu do końca życia. Do tego karmienie przez rurkę, zmienianie pieluch i dość nieprzyjemne kąpiele oraz różnorakie schorzenia wynikające z ciągłego przyjmowania leków. Nie wspominając o tym, że prawdopodobnie nie wiedziałaby ani kim jest, ani gdzie jest, ani co się wokół dzieje. Byłaby okazyjnie dręczonym przez koszmary warzywem.
Szok na twarzy elfa topnieje zmieniając się w ponury grymas. Nie komentuje, tylko wzdycha ciężko, zwieszając głowę. Myśli nad czymś dłuższą chwilę.
             - Powiedz mi, jak udaje ci się o tym mówić tak zwyczajnie? Bez emocji?
             - Bo zaakceptowałam to. Jakaś moja część zrozumiała, że chociaż jest to przerażające i okrutne, to jest też normalne, bo i świat jest przerażający i okrutny. Poza tym Lidia jest teraz bezpieczna… A przynajmniej była nim tu trafiłam. No i nie powiedziałabym, że mówię o tym całkiem bez emocji. Po prostu z tymi emocjami już się pogodziłam, chociaż może to dziwnie brzmieć.
             - I dziwnie brzmi. – Ezrael uśmiecha się krzywo. – W każdym razie dziękuję. Za opinię no i ogólnie rozmowę… Chyba muszę sobie teraz poważnie przemyśleć parę rzeczy.

Offline

#277 05-02-2019 o 17h36

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 770

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Znowu mam dwa rozdziały do nadrobnienia. Nah, ostatnio to jakiś klasyk.

„i wbijając Ulę w zdumienie” — zdumienie w nią wbija? Zdumione spojrzenie to rozumiem.

Ohohoho, elfia przeszłość, czyli można się domyślić, o co chodzi. Tylko mimo wszystko jestem mega zaskoczona, że Ez zdobył się na to, by opowiedzieć o tym Liwce. Czaję, że to człowiek, a w przeszłości miał do czynienia właśnie z ludziem, ale… on Liwki nie znosi, zresztą ze wzajemnością. I z pewnością jej nie ufa. Moim zdaniem prędzej uniósłby się dumą i sam się z tym męczył, niż zniżyłby się do rozmowy o swoich demonach z człowiekiem. No wiesz, jestem „faneczką elfika”, jak to kiedyś ujęłaś, więc tak mi się wydaje. Aczkolwiek to tym bardziej ciekawe rozwiązanie, bo, jak już wyżej wyjaśniłam, tego się totalnie nie spodziewałam.

Wait. To nie ta historia z gry. :v Hm, no tak, przecież masz to w zapasie, to pewnie zdążyłaś wymyślić własną opowieść. To tak jak ja.

Jak cię mody dorwą za użycie określenia pewnej męskiej części ciała, to dostaniesz bana, więc lepiej ostrożnie z tym.

Well, historia niby inna, ale podobna. Ktoś porywa dzieci i Ez ma z tym sporo wspólnego. Ale, o ile w przypadku Marie-Anne kumałam, po co mu rada Liwki, tak teraz ni wim. xd

Dziwna to była rozmowa. Tzn. mam wrażenie, że Ez wpadłby na to wszystko bez pomocy Liwki. A przynajmniej z pomocą kogoś bliskiego, a nie kogoś, komu nie ufa. W kwestii ludzi napadających na wioskę to jeszcze ok, ale w kwestii brata? Chociaż, skoro i tak już sobie gawędzili…

Jestem pod wrażeniem tutejszego zachowania Eza. Jest taki „ludzki” [choć wiem, że to określenie niezbyt dobrze tu pasuje]. A to szok — zwykle nie było ku temu wielu okazji. A właściwie to chyba żadnej.

Ok, czekam na kolejne rozdziały i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#278 08-02-2019 o 19h29

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 313

@Methrylis - Jestem zdziwiona, że jesteś zdziwiona, że Ez powiedział o wszystkim/skonsultował się z Liwią. Gdyby tak postąpił Nevra czy nawet Valk, ok, byłoby to dziwne, ale ez... On nie lubi współczucia. Jak to mówią Japończycy: najłatwiej zwierzyć się komuś obcemu albo BARDZO bliskiemu. Czemu obcemu? Bo obcy ma cię w dupie i twoje sekrety go mało obchodzą. Tu podobna zasada. Niby Liwka obca nie jest, ale nigdy nie mieszała się do życia prywatnego innych osób w KG i nigdy nie wyrażała większego zainteresowania nim. Też nie plotkowała, co się bardzo ceni, więc sekret (?) jej powierzony miał (z perspektywy Ez'a) duże szanse pozostania sekretem. I z nią nie musiał się bać współczujących/troskliwych spojrzeń, tego całego wspierania i martwienia z którym średnio sobie radzi + nie musiał się obawiać, że co przemilczy/przekształci w obawie przez zranieniem go czy coś, bo mało Liwię obchodzi. I nie przesadzaj z tym, że Ez nie znosi Liwii. Z tego, co pamiętam, że napisałam przez te wszystkie części, można wysnuć wniosek, że mają do siebie zaprawiony porządną złośliwością, ale względnie neutralny stosunek. W sumie Liwia chyba odbiera Eza bardziej negatywnie niż on ją, ale to przez to, że ogólnie bardzo negatywnie odbiera rzeczywistość.
             A co do tego, ze sam mógł dojść do takich a nie innych wniosków, cóż..... Tu się głupio uśmiechnę. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

XXII cz. 7


             Kiedy elf znika za drzwiami, odsapuję z ulgą. Nie lubię tego typu rozmów. Smęty, uzewnętrznianie się, słuchanie tkliwych, dramatycznych historyjek. Starczą mi moje, cudzych na dokładkę nie potrzebuję. W przypadku historii z purrekos jeszcze było ok., bo to coś o szerszym polu, dużego, co miało miejsce po moim przybyciu, ale opowieść Eza… To takie „chodź opowiem ci o moim dramatycznym dzieciństwie”. Przecież sam mógł dojść do wniosków, które mu przytoczyłam… Nie, żebym bagatelizowała to, co go spotkało. Szczerze powiem, nie wyobrażam sobie być w podobnej sytuacji – do momentu, kiedy zdecydowałam się opuścić babciny dom, pozorując swoją śmierć i wyruszyć na aktywne poszukiwania Lidii, zawsze miałam wsparcie rodziny. Jego rodzinę zaś wyrżnięto na jego oczach, nie licząc brata i siostry, którą wraz z nim sprzedano. Jednej nocy stracił wszystko, co miał, po czym został kupiony przez jakiegoś zboka, któremu służyłby tyłkiem, póki by się nie zestarzał, gdyby nie zbiegł. Aż dreszcz przechodzi…
             Po prostu… Po prostu nie lubię wiedzieć o takich rzeczach odnośnie osób, którym niezbyt ufam. Ezrael należy do Straży Eel, a Straży ufać nie mogę. Szczególnie w świetle ostatnich wydarzeń, spraw z Immaelem, Wyrocznią i rzecz jasna Huang Hua. Co prawda uratowałam elfowi życie, ale mam wątpliwości czy w razie czego uniesie się honorem i mnie wspomoże, czy wykaże całkowitą lojalność wobec Miiko i ferajny. Niewykluczone, że stanie się moim wrogiem, a wiedzieć o wrogu rzeczy, które wywołują współczucie, to niezbyt dobra sprawa. Lepiej podchodzić do przeciwnika bezosobowo, bez emocji.

***

             Trzeci dzień pracy na nockę. Zaczynam wchodzić w tryb nietoperza. Ech… W dodatku dzisiaj oczywiście musiało zacząć padać. O ile siedzenie na murach w spokojną, pogodną noc jest względnie przyjemne, to siedzenie na murach w noc zimną i deszczową zalicza się do kategorii „raczej nie”. W dodatku nie wzięłam ze sobą peleryny, bo zmiana pogody była dość nagła i teraz jestem mokra, zmarznięta i głęboko nieszczęśliwa.
             Długi cieplutki prysznic i ciepłe łóżeczko, to jedyne, czego mi trzeba. No i może ciepła jeanylotte do przykrycia. Przywykłam do spania obok jej futrzanego  zadka. Naprawdę, nie ma nic przyjemniejszego w trakcie zasypiania niż ciepłe, puszyste cielsko obok.
             Pokoik, gdzie mój kochany, szafowaty pokoik…
             Już mam zniknąć w korytarzu prowadzącym do mojego lokum, kiedy za mną rozlega się huk rozwieranych z wielkim impetem drzwi wejściowych, aż podskakuję.  Zaskoczona odwracam się na pięcie.
             W drzwiach stają kobieta-tauren, gnom, barczysty faun i blady pixi, znaczy taki filigranowy, drobnokościsty elf-wróżek. Sądząc po ubraniach, wszyscy wyglądają na wieśniaków. Bardzo wymęczonych, zaniepokojonych wieśniaków, którzy ewidentnie czegoś chcą. Jedno dobre, że nie mają w rękach zaostrzonych narzędzi rolniczych, bo mogłoby to zwiastować nieliche kłopoty.
             Spojrzenie gnoma pada na przechodzącego strażnika Obsydianu, wielkiego niebieskoskórego chłopa nieznanej mi rasy.
             - Ej, ty! – wrzeszczy czy raczej trwożnie podnosi głos. – Gdzie jest ktoś dowodzący? Mamy pilną sprawę! Naprawdę pilną!
             Przyglądam się malutkiemu, szaroskóremu facecikowi o nietoperzach uszach, którego mina jest poważniejsza niż zeznanie podatkowe. Czy mnie interesuje, co ma do powiedzenia? Niby trochę tak, ale teraz naprawdę nic nie jest bardziej interesującego od cieplutkiego prysznica. Poza tym, o cokolwiek mu nie chodzi, to i tak potem się tego dowiem, niewykluczone, że na swoje nieszczęście. Kiedy ktoś wpada gdziekolwiek wołając „gdzie szefostwo, mam ważna sprawę”, prędzej czy później o tej sprawie robi się głośno.
Tak… Nie ma nic lepszego niż długi, mocny sen po mokrej, zimnej, nocnej zmianie. Sen poprzedzony wygrzaniem się w strugach gorącej wody i – niestety – przepychanka z Ulą. Jeanylotte nie towarzyszyła mi tym razem w trakcie patrolu. Znaczy dała sobie siana, kiedy zaczęło padać, bo stwierdziła, że w takich warunkach to i tak nie zasnę, więc dzielenie wachty na dwie części i tak nie ma sensu. W sumie miała rację, ale zajmowanie czekającego na me cielsko wyrka to inna rzecz. Za to zasłużyła sobie na porządne tarmoszenie za uszy. Jej szczęście, że elegancko wygrzała materacyk.
             Mmm…
             Odpływam.
             Sen dopada mnie szybko i wciąga w swe głębiny. Niestety trwa zdecydowanie za krótko. Nie wiedzieć czemu, po co i na co z ciepłej, ciemnej otchłani spokoju wywołuje mnie jakiś łomot.
             Na ciemne energie, jeszcze pięć minut. Albo pięć godzin.
             Łomot nie ustaje. Rozwieram oczy.
             Ziieeewww. No dobra, a teraz kim ja jestem, gdzie ja jestem i co to za hałas. Hałas, hałas, hałas… Drzwi. Ktoś puka. Ngh… Dobrze trzeba iść otworzyć, ale jak się używa tych… No tych… Tych sterczących z dołu. No… Acha! Nóg. Yh… A tak, trzeba zrobić krok.
             Heroicznym wysiłkiem ustawiam swoje zwłoki w pozycji pionowej, podchodzę do drzwi, przekręcam zamek i naciskam klamkę. Niestety dobrą chwilę zajmuje mi skojarzenie czym jest to nietoperzowa te, szare coś z cyckami,  które do mnie rozmawia.
             - Chyba średnio rozumiesz, co mówię, prawda? – pyta „coś” aka Krajzan. – Naprawdę wyglądasz na nieprzytomną.
             - Która jest? – pytam niemrawo, zachwycona, że udało mi się zidentyfikować „nietoperza”.
             - Po drugiej.
             O rajuśku. Znaczy złapałam ze siedem godzin snu, a mimo tego… Zamuliło mnie na amen. Co do…? Ta zmiana pogody czy może ręka wysysa ze mnie siły, żeby się zregenerować? Pojęcia nie mam, ale naprawdę… Nie wiem czy butelka wina ścięłaby mnie tak mocno jak dzisiejsza nocna zmiana.
             - Kontaktujesz już, co się dzieje? – pyta Krajzan spoglądając na mnie z przebijającym się przez niepokój rozbawieniem.
             Raczej nie jest zaniepokojona moim zaspaniem, znaczy stało się coś niedobrego. Pewnie związanego z poranną delegacją wieśniaków. No i znając życie, na moje nieszczęście, ma to coś wspólnego z odwiedzinami gargulicy.
             - Powiedzmy, że kontaktujęęę… – Ziewam przeciągle. – Co się stało? Bo szefowa chyba nie odwiedza szeregowych strażników z byle pierdołami?
             - Raz nie miej tak niskiego mniemania o sobie kochaniutka, dwa dbam o swój wizerunek ekscentryczki, więc przygotuj się, że kiedyś mogę wpaść od tak… Dajmy na to, po to, żeby pooglądać z tobą coś na tym twoim cudownym komputerku. – Krajzan uśmiecha się, ale po chwili jej uśmiech blednie. – Ale tak, przyszłam do ciebie w innej, oficjalnej sprawie. Otóż dzisiaj odwiedziła Kwaterę Główną grupa wieśniaków. Przyszli w dwóch sprawach. Po pierwsze zgłosić zaginięcie czworga dzieci. Po drugie zgłosić, że karawana handlarzy mających przybyć do pobliskiego miasta, Czarodębu, spóźnia się już tydzień. Prawdopodobnie również zaginęła. W związku z tym musimy nieco zreorganizować patrole i straże.
             - To znaczy?
             - To znaczy, że do jutra masz wolne, ale jutro od szóstej czeka cię nieprzerwany, sześciogodzinny patrol jeździecki i tak do odwołania.
             Czuję, że krew odpływa mi z twarzy.
             - Nie chce szefowa mi powiedzieć, że mam z tą ręką jeździć na tych waszych podskakujących kurczakach?!
             - Nie, nie jesteśmy aż tak okrutni. – Uśmiecha się pobłażliwie. – Otrzymasz łagodnego wierzchowca, który tak nie trzęsie, a do tego gwizdek i racę sygnalizacyjną na wypadek problemów. Weź też ze sobą Ulę, będzie dodatkowym zabezpieczeniem. Wątpię, aby ktokolwiek zechciał z nią zadrzeć. Cokolwiek też.
             Wylegująca się na łóżku Ula siada i dumnie prostuje się, prezentując swoje gabaryty. Wygląda to dość komicznie, szczególnie, że akurat ten moment sobie wybrała, aby też polizać się po nosie.
             - Ale skąd to nagłe parcie na patrole dzienne? – pytam, odrywając spojrzenie od jeanylotte. –  Przecież nocą, tak na logikę, jest chyba niebezpieczniej, prawda?
             - Tak, ale rzecz w tym, że to niepierwsze zaginięcia w naszym rejonie. Zdarzało się już, że kupcy i dzieci, a nawet dorośli przepadali bez wieści, szczególnie widoczne stało się to w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Rzecz w tym, że ani dzieci, ani kupcy raczej nie szwendają się nocą. Dla jednych i dla drugich to zbyt niebezpieczne. Zatem, cokolwiek nie stoi za zaginięciami w naszym rejonie, działa za dnia.
             Czuję ściskający żołądek niepokój. Coś bądź ktoś atakuje za dnia, porywa, a nie wykluczone, że też zabija dzieci i wędrowców… Niezauważone, nie pozostawiając śladu. Naprawdę wolę nie spotkać się z tym czymś/tym kimś twarzą w twarz, ale znając moje szczęście… Z blackdogami też nie chciałam się spotkać, a wyszło jak wyszło.
Ech… Już nawet nie zaciskam kciuków, żeby porywacz czy też zabójca bądź pożeracz nie natknął się na mnie. Starczy mi, żeby wszystko przetrwać w całości, bez większych obrażeń i żeby wierzchowiec naprawdę nie trząsł. Podskakiwanie przez sześć godzin, nawet jeżeli jest się w pełni sprawnym, może być koszmarem, a z moją ręką… Nie, nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.
             - Mówisz, że zaginięcia w Eel zdarzają się już od jakiegoś czasu… Dlaczego dopiero teraz Straż reaguje? – pytam Krajzan.
             - Przecież już wcześniej zwiększyliśmy częstotliwość patroli, prawda? – Krajzan uśmiecha się smutno. – I nikt nic nie zauważył. A zaginięcia, chociaż częstsze niż zwykle nie przekraczały jakoś normy. Dlatego też do tej pory wszystko zrzucano na zaburzenia Kryształu i nieco agresywniejsze zachowanie głodnych bestii, które mogą wykorzystać brak ostrożności podróżnych czy też pilnujących dzieci rodziców. W dodatku zniknięcia były pojedyncze, rozsiane po całej okolicy, wielu wioskach. Jednak zniknięcie czworga dzieci na raz tuż spod nosa pilnujących ich opiekunów…  Dzieciaki siedziały dosłownie z siedem metrów od nich, bawiąc się. Bestia porwałaby jedno, dwoje.  Gdyby zaatakowało stado bestii, narobiłoby hałasu. Poza tym któreś z nich powinno zacząć płakać w trakcie, prawda? Jednemu i owszem, można zatkać usta czy złapać je za gardło, żeby nawet nie pisnęło, ale czworo? Nie, coś tu się dzieje niedobrego. Musimy znaleźć dzieciaki i karawanę, żywych czy martwych, a potem dopaść tego lub to, co za to odpowiada.
             Przytakuję. Tak… Sprawa naprawdę wygląda paskudnie. Do tego stopnia, że ciarki przebiegają po plecach. Naprawdę, ale to naprawdę nie podoba mi się perspektywa nadchodzących patroli. Jeżeli to coś/ten ktoś, potrafi od tak „zniknąć” czworo dzieciaków znajdujących się parę metrów od opiekunów to… Powiedzmy, że zniknięcie małej Liwii nie powinno być dużym wyzwaniem. Nie wiem nawet czy obecność Uli mi tu dużo pomoże. Może dzięki swoim superczułym Uszą wychwyci, że coś zakradło się od tyłu, żeby mnie zeżreć, a może nie.
             Znowu. Znowu coś się dzieje. Coś, co mnie tyczy MNIE… Ale i tak pewnie znowu oberwę tym „coś” po łbie.

Offline

#279 21-02-2019 o 20h33

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 770

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Ja tam się nie zgadzam i nadal się dziwię, bo Ezarel jest raczej zbyt dumny, by się zniżyć do zwierzania  c z ł o w i e k o w i. No ale już się zwierzył, mleko rozlane.

A, stąd ten głupi uśmiech xd

Atak wieśniaków mógł być ciekawy, chciałabym to poczytać xd I jestem ciekawa, co to tam takiego się dzieje, co odpowiada za te zaginięcia.

No dobra, to lecę dalej. Czekam na więcej i pozdrawiam! ^^

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (21-02-2019 o 20h34)


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#280 22-02-2019 o 18h55

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 313

@Methrylis - Ezrael byłby zbyt dumny, żeby pozwolić komukolwiek na współczucie wobec siebie. W porównaniu z tym powiedzenie czegokolwiek człowiekowi (to nie było typowe zwierzanie - nie rozwodził się o swoich emocjach etc - tylko rozpaczliwa próba usłyszenia zaprzeczenia swoich obaw) to pikuś.
             Ja też chciałabym poczytać o ataku wieśniaków. Jakoś narzędzia rolnicze zmieniające się w narzędzie zagłady działają na wyobraźnię... Dobrze, że w Eldaryi nie ma kombajnów /static/img/forum/smilies/big_smile.png

XXII cz. 8

             Po udzieleniu mi kilku rad i omówieniu nieco charakteru patrolu „konnego” – jaka mniej-więcej będzie moja trasa, na co zwracać uwagę, jak reagować na potencjalne zagrożenie i tak dalej – Krajzan szybko odchodzi. Pewnie ma mnóstwo zajęć i problemów w związku z porannymi „rewelacjami”, zresztą nic dziwnego. Na tle ogólnych niepokojów w Eldaryi, mimo odwiedzin Grabieżcy i blackdogów, Eel wydawało się stosunkowo spokojnym miejscem, taką bezpieczną przystanią. Teraz zaś złudzenie owego bezpieczeństwa poszło w pizdu. Jak bardzo dowiaduję się, kiedy wychodzę z pokoju.
             Ech, dobrą chwilę myślałam o tym, czy wyjść, zjeść obiadek i takie tam, czy może olać sprawę i iść spać. Stwierdziłam, że jednak wyjdę, zeżrę coś, a potem wrócę do wyrka. Niestety podjęłam złą decyzję. W głównym holu panuje potworne zamieszanie. Mnóstwo luda ze schroniska i okolicznych wiosek przybiegło domagać się ochrony, powrzeszczeć jaka to Straż jest zła i niedobra oraz ogólnie robić zamieszanie, jak to spanikowana tłuszcza ma w zwyczaju. W dodatku sami strażnicy biegają tam i z powrotem poirytowani i spięci. Nim docieram na stołówkę zostaję zwyzywana przez dwóch wieśniaków i ochrzaniona przez jakiegoś cepa z Lśniącej, któremu przypadkiem przegrodziłam drogę. Naprawdę to chyba jeden z tych dni, w które lepiej nigdzie nie wychodzić.
             Stołówka jest cicha i spokojna, bo prawie wszyscy mają urwanie głowy, a cała reszta szaleje z niepokoju. Tylko parę osób siedzi przy stolikach coś-tam spożywając. Jedną z nich jest, o dziwo, Karuto. Kucharz rzadko opuszcza swoje kuchenne królestwo, jednak teraz, korzystając z małego ruchu, najwyraźniej postanowił zjeść jak cywilizowany faery przy stole, na siedząco i na spokojnie.  Popijając duży kubek mocnej kawy – jej aromat czuć aż od wejścia – przegląda jakieś papiery i nieśpiesznie konsumuje kolorową kanapkę. Sama zaopatruję się w coś pierogopodobnego i po chwili wahania dosiadam się do niego.
             - Można? – pytam.
             - Tak, jasne. Klapnij.
             - Co to? Jakieś rachunki? – Wskazuję na papiery. – Bo minę masz taką…
             - Co? Ach nie… - Uśmiecha się krzywo. – List od rodziny.
             To Karuto ma jakąś rodzinę? Nigdy nic nie mówił, w dodatku słyszałam, że większość Strażników to wyrzutki i takie tam… Ech, naprawdę nie powinnam niczego zakładać z góry.
             - Coś się stało?
             - Nie… Po prostu listy od rodzinki zawsze wbijają mnie w sentymentalny nastrój i tak dalej.
             - Ok., nie drążę.
             - Wiesz za co cię lubię? – Karuto uśmiecha się – Prawie zawsze mówisz to, co trzeba. A swoją drogą, jak rąsia?
             - A dobrze. Zwiększone dawki leków pomagają, ale nadal daje się we znaki… Zresztą trudno, żeby nie. Widziałeś jak wyglądała zaraz po wszystkim.
             - Jak ręka wyglądała to jedna rzecz, ale jak wyglądał Valkyon, to druga. – Kucharz błyska zębami w szelmowskim uśmiechu. – Zdrapany, obandażowany z miną jak jipinku, który znowu próbował zjeść draflayela sąsiadów, a gdy wrócił do domu, okazało się, że jego państwo przeprowadzili się na inny kontynent.
             Parskam tłumionym śmiechem. Idealne posumowanie, aczkolwiek nie mam bladego pojęcia, jak wyglądają wspomniane przez kucharza stwory.
             - No i co? Pewnie miałeś ochotę go wziąć na kolanka i pocieszyć? – pytam, na co Karuto chichocze.
             - Pocieszyć może i tak, ale na kolanka to nie biorę niczego tak ciężkiego, żeby mogło mi odciąć dopływ krwi do nóg. Poza tym, troszkę za młody dla mnie, jak mówiłem, wolę ciut starszych.
             - Starszych, starszych. A jak sobie gdybałam, że ty hetero, a ja o dwadzieścia lat starsza, to ty od razu, że stara raszpla. No to jak to jest?
             - No co? Moja wina, że baby paskudnie się starzeją?
             Kopię go pod stołem, oczywiście niezbyt mocno, na co ten znowu chichocze.
             - A tak w ogóle, to czemu TY jesteś przybita? – pyta, wbijając we mnie czujne, ale i łagodne spojrzenie brązowych oczu. – Albo raczej zestresowana?
             Pokrótce wyjaśniam mu powód, którym jest okropne przeczucie, graniczące wręcz z pewnością, że coś spróbuje urwać mi głowę, ewentualnie mnie zeżreć. Wiem, że nieco dramatyzuję, ale skoro ranną mnie posyłają na taki patrol, a wcześniej byłam prześladowana przez wszelkie, możliwe nieszczęścia, to chyba podramatyzować mogę, prawda? Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu, Karuto słucha tego cierpliwie, chociaż wygląda na z lekka rozbawionego.
             - Ty się lepiej z parę razy uśmiechnij do Ezraela, to może pożyczy ci jakiś porządny amulet ochronny czy coś, bo przy twoim szczęściu to wszystko możliwe.
             - Jestem przestraszona i mam czarne wizje, ale nie osiągnęłam jeszcze tego poziomu desperacji, żeby uśmiechać się do Ezraela. Wolę zginąć z godnością… Inna rzecz, że magia na mnie ciut dziwnie reaguje, więc niespecjalnie jej ufam.
             - No, też o tym słyszałem. Dziwna sprawa. Ewelein strasznie się tym podnieca, chociaż na podstawie badań nic nie odkryła. Teraz kombinuje jak wyśledzić rasę, do której mogli należeć twoi przodkowie. Uparcie twierdzi, że to musieli być jacyś tajemniczy i prawdopodobnie już wymarli faery, chociaż ja tam nie wiem.
             O tym, że wzięła się za poszukiwanie moich „czarodziejskich” przodków, nie wiedziałam. Ykhar kiedyś wspominała, że chciałaby zbadać sprawę, ale sądziłam, że nasza naczelna lekarka ma lepsze rzeczy do roboty niż bawienie się w tego typu pierdoły. Pacjentów, pomaganie w laboratorium alchemii i takie tam. Nie wspominając o tych zatruciach, które ostatnio sprawdzają z Ezraelem. Swoją drogą, ta sprawa z zatruciami ciągnie się już cholera wie ile. Z miesiąc chyba, o ile dobrze kojarzę, a burmistrz tamtej jakieś-tam wioski nadal nie chce wystosować prośby o pomoc do Straży i odmawia jej udziału. To coś politycznego czy może poproszenie Straży o pomoc równa się jakiemuś cyrografowi czy czemuś?
             - Wątpię, żeby to coś dało. Zresztą możliwości dla których magia w pobliżu mnie fiksuje może być multum. Wzrastanie w środowisku zdominowanym przez wysoce zaawansowane technologię, moje sztuczne oczy, mutacje genetyczne i tak dalej – rzucam. Wszystko to, to prawda, a to, że nie pokrywa się z moimi przypuszczeniami to inna rzecz.
             Rozmawiamy jeszcze chwilę, lecz po niedługim czasie stołówka zaczyna się zapełniać podenerwowanymi strażnikami i Karuto zbiera się do pracy, na odchodnym rzucając, że musimy się kiedyś umówić z dziewczynami na kielicha. Inna rzecz, że nawet gdyby nie praca, to atmosfera w stołówce nie sprzyja już rozmowom, przynajmniej nie tym przyjemnym. Wszędzie wokół czuć napięcie i nerwowość, co bynajmniej nie wpływa korzystnie na moje samopoczucie. Aby okiełznać moją paranoję i coraz bardziej szalejące czarnowidztwo, ewakuuję się stąd.
             Resztę dnia, spędzoną głównie na układaniu scenariuszy swojej bolesnej śmierci, spędzam w pokoju. Rozmowa z Lidką – wszystko u niej Bogu dzięki w porządku – niezbyt poprawia mi nastrój. Siostrzyczka, jak zwykle „pełna” empatii i ciepła, wyśmiewa moje obawy, a na koniec jeszcze straszy, dorzucając do tych moich czarnych scenariuszy swoje trzy grosze. Normalnie, gdybym mogła, trzasnęłabym ją w ten rudy łeb, no  ale nie mogę.
             Na domiar złego Ula sobie poszła. Gdzie poszła, nie wiem, ale przydałaby się tutaj. W końcu jak człek przeżywa falę po części irracjonalnego lęku, to ma ochotę być utulanym, a jedyną opcją utulenia jest Ula. No, gdyby nie wyjechała na misję, opcją byłaby też Alajea, ale Ulka ma o wiele więcej wyczucia niż syrenka, więc kuku mojej łapce nie zrobi.
             Ech. Na zbyt mało rzeczy mam w tym świecie wpływ. Zbyt mało rzeczy mogę wybadać, a na jeszcze mniej się ubezpieczyć. Coraz bardziej zaczyna mnie to przerażać. Teraz, kiedy jestem ranna i częściowo niesprawna tym bardziej. Magia, nieznana natura, dzikie bestie, brak technologii. Naprawdę nie rozumiem jak można tu egzystować na dłuższą metę, szczególnie gdy czasy są niebezpieczne. Przecież zwykłe wiadomości idą tu całymi dniami, chyba ze zaangażuje się w to spore dawki magii. Dawki niezbyt zdrowe dla maga rzucającego zaklęcie.
             Mija godzina za godziną, Ula zjawia się około czwartej rano. Zziębnięta, mokra, bo całą noc znowu mżyło, i nieszczęśliwa. A gdzie to nasza jeanylotte była? A za murami KG, gdzie dostała się przy pomocy Edwarda i Dymitra – poszła wraz z nimi wybadać teren i zobaczyć, co może stać za zniknięciami faery, bo te nie niepokoją tylko straż, ale również purrekos no i same zainteresowane trio. Niestety nie za wiele udało im się wybadać, za wyjątkiem tego, że zniknięcia prawdopodobnie miały miejsce w pobliżu lasów. Jednak co bądź kto za nimi stoi? – zero wskazówek. Ani śladów, ani zapachów, niczego. Zupełnie jakby wszyscy pozapadali się pod ziemię i tyle.
             Rzecz jasna brak śladów w ogóle nie poprawia mi nastroju, przeciwne. Podenerwowana całą noc nie potrafiłam zmrużyć oka, przez co nazajutrz wyglądam jak kupa gówna, co nie umyka uwagi Ezraela, który ma nieszczęście również uczestniczyć w dziennych patrolach. Ja z kolei z satysfakcją zauważam, że ten jest wyjątkowo blady i niemal zielony.
             - A jak mam nie być blady i zielony? – warczy na mnie, kiedy wypominam mu to. – Ostatnio, gdy zostałem puszczony sam w teren, co o mało by mnie nie zżarł blackdog. Nie wspominam nawet o tym, że w trakcie niedawnej misji terenowej, kiedy miałem obstawę i teoretycznie powinienem być bezpieczny, też dostałem w gębę. Poza tym wspominałem ci kiedyś, że moim naturalnym habitatem jest laboratorium, prawda? Wyskakujący zza krzaków porywacze czy też faeryżerne bestie to nie moja betka. Niby potrafię coś-tam machać mieczykiem i strzelać z łuku, ale jeżeli coś zajdzie mnie od tyłu, mogę mieć przechlapane.
             A podobno to ja jestem nieporadna… Zresztą przez wzgląd na tą „nieporadność” musiałam dłuższy czas starać się o zezwolenie na wyprawy po składniki do otwarcia portalu. Ciekawe ilu miejscowych, gdyby sprawdzić ich pod kątem tej poradności, też musiałoby się szkolić, żeby zdobyć prawo do samodzielnych wyjazdów. Chociaż, patrząc na rzecz z drugiej strony, po tym wszystkim, co Ez mi opowiedział, nie dziwię się, że nie lubi przebywać na zewnątrz. Szeroko pojęte zewnętrze nie przyniosło mu nic dobrego.
             Ech, mnie też nie, jeżeli mam być szczera. Jedynie Krzyżowców i przymusowe przenosiny do Eldaryi. Niewykluczone, że gdyby Lidce nie zachciało się przed laty wyjazdu na kolonie, to teraz prowadziłybyśmy duo spokojniejsze i normalniejsze życie pozbawione traum. Nauka na przyszłość – lepiej siedzieć w domu na dupie niż się szwendać cholera wie gdzie.
             Zresztą zebrało mu się na narzekanie. On ma przynajmniej obie ręce sprawne. I dłuższe nogi, w razie gdyby przyszło mu uciekać.
             Razem z innymi wyruszającymi na poranny objazd, tłoczymy się na placu przed zwierzyńcem, a trzymający pieczę nad wyprawieniem nas w świat Feren pokrzykuje, ponagla i zrzędzi. Wszyscy wyglądają na podenerwowanych, ale ja i Ezrael w byciu podenerwowanymi przodujemy, co grubawy elf zauważa i nie szczędzi nam kilku zjadliwych komentarzy. Mam przy tym lekki ubaw, bo o ile po mnie spływają one jak po kaczce, to Ezrael ma minę, jakby rozważał zrobienie mu lewatywy z przypominającego pikanterią papryczkę chilli soku drzewa ognistego.
             Jednak ten złośliwy uśmiech znika mi z ust, kiedy przychodzi do rozdziału wierzchowców. Niektórzy otrzymują znane mi już kurczaki i futerkowce, inni różnorakie dziwolągi, a ja… Gigantycznego, włochatego warana? Nie wiem, co to, ale tak właśnie wygląda. Wielkie, jaszczurowate i porośnięte krótką brązowo-zieloną sierścią, do tego wysuwający się co jakiś czas z pyska, rozdwojony na końcach jęzor. Jednak stwór różni się jedną rzeczą od warana. Otóż warany, tak jak wszystkie jaszczurki, gibają się na bogi idąc. To coś nie. Jego nogi pracują, ale tułów pozostaje niemal zupełnie nieruchomy.

Offline

#281 26-02-2019 o 20h07

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 770

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Dzień po dodaniu przeze mnie zaległego komentarza już wrzucasz rozdział. Jestem przerażona twoim tempem /static/img/forum/smilies/yikes.png
XDDDDDD ale pewnie mają inne jakieś super wynalazki, więc wiesz, nie lekceważ ich siły /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Nadal nie umiesz… hm, zneutralizować dialogów. Przemowa Ezarela brzmiała kropka w kropkę jak gadki Liwki. Podobne słownictwo, ten sam ton, zwłaszcza tu: „Niby potrafię coś-tam machać mieczykiem i strzelać z łuku, ale jeżeli coś zajdzie mnie od tyłu, mogę mieć przechlapane”: już o tym mówiłyśmy, że Liwka zbyt często „uogólnia” i tu jest to samo, tak samo prześmiewcze zdrobnienia typu mieczyk. Z Karuto zresztą to samo, tylko że to nie rzucało się aż tak w oczy, bo zwykle to były krótkie gadki. Musisz na to uważać, bo to odbiera jakiekolwiek wyczucie postaci.

Rozdział-wprowadzenie do misji w terenie i to jej jestem bardziej ciekawa. Czekam więc na resztę i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#282 15-03-2019 o 21h00

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 313

@Methrylis - Trochę trudno mi sie odnieść do uwagi o dialogach, bo o ile podobieństwa wypowiedzi do Liwki w przypadku Karuto są niezamierzone i świadczą, że masz racje, to z Ezem zrobiłam to z premedytacją. Świadome lub podświadome podłapywanie tonu i charakteru wypowiedzi oponenta to jedna ze strategii, aby zamknąć mu usta. Dlatego, kiedy Liwka dogadała elfikowi ten odpowiedział jej tym samym w podobnym brzmieniu, co skutecznie ją uciszyło. Taki dowód, że chociaż Liwka uważa/robi z Eza idiotę to ten niekoniecznie nim jest. A Liwka niekoniecznie/nie zawsze jest taka bystra => nawet nie zauważyła jak ja zagiął. Także tego... Jak wiele razy pisze, stan faktyczny, a perspektywa Liwii to dwie różne rzeczy. trzeba patrzeć troche z boku /static/img/forum/smilies/wink.png

XXII cz. 9


               - To apaxat, jeden z najwygodniejszych wierzchowców – informuje mnie Feren. – Nie wytrzęsie cię na nim, ale uważaj, bo apaxaty są dość… Ociężałe i złośliwie nieuważne. Potrafią wleźć na drzewo albo do rzeki, jeżeli nim nie skręcisz albo go nie zatrzymasz.
               Z obawą spoglądam na jaszczura czy co to właściwie nie jest. W sumie wygląda na przymulonego. Jakby imprezował całą noc, a teraz walczył z syndromem dnia wczorajszego.
               - A jak się tym kieruje? – pytam, a długi jęzor wyskakuje z pyska bestii i smyra mnie lekko w ucho.
               - Tak jak prawie wszystkim innym.  Szturchasz w bok prawą nogą i ciągniesz za wodzę w prawo, to skręca w prawo. W lewo analogicznie.  Chcesz się zatrzymać, wodze do siebie, ruszyć, to ściskasz oboma nogami i wodzami potrząsasz. A no, ten to jeszcze potrafi się kłaść do wsiadania i schodzenia. Do tego to trzeba go uderzyć nad ogonem.
               Feren prezentuje, z całą mocą uderzając bydle nad ogonem, a jaszczur potulnie kładzie się, przeciągle ziewając. Zerkam na starszawego elfa, który zapraszającym gestem wskazuje na wysokie, przypominające fotel siodło. Niepewnie, a nade wszystko niezdarnie wspinam się na „gada” – gdy ma się tylko jedną sprawną rękę, każde wspinanie jest niezdarne – i sadowię tyłek w tym fotelowym siodle. No nie powiem, jest wygodnie. Dalej, podążając za wcześniejszymi instrukcjami Ferena, uderzam go w ogon, żeby wstał, a gdy wreszcie staje na nogach, spinam go łydkami, a ten nieśpiesznie rusza.
               - Znasz swoją trasę? – woła za mną Feren.
               - Tak.
               No bo znam. Wczoraj wszystko powiedziała mi Krajzan, a rano jeszcze i wcisnęła w łapki mapę z dokładnie wyznaczona trasa, no bo ja nie tutejsza.
               Powoli wyjeżdżam za bramę, kierując się ku wybrzeżu. Wzdłuż niego oraz pobliskich wiosek ma przebiegać moja trasa – znaczy się z dala od lasu. Przynajmniej tyle dobrego w tym wszystkim. Ech, pomyśleć, że w domu to uwielbiałam łazić po lesie, a ze znajomymi to nawet bawiliśmy się trochę w fotografowanie dzikich stworków, głównie ptaków i owadów. Ale tutaj… Tutaj wszystko jest porąbane.
               Truchtająca za apaxatem Ula parska gniewnie. Nie jest w najlepszym nastroju, podobnie jak ja, chociaż normalnie to cieszyłaby się z takiej przebieżki – chociaż w KG głównie to płaszczy zad i się leni lub domaga drapania puchatego dupska, to jest z natury dość ruchliwym stworzonkiem.  Powód jej złego nastroju to niegdysiejsza, ogrza peleryna, którą dopasowałam jej rozmiarów i budowy ciała. Uważa, że wygląda w niej jak debilka. Osobiście sądzę, że lepiej wyglądać jak debilka niż moknąć przez kilka godzin. Niby tylko lekko mży, ale nie wygląda na to, żeby szybko miało przestać. Zresztą i ja mam na sobie pelerynę, więc nie rozumiem, co w tym dziwnego. Ech… najwyraźniej i rozumni mają jakieś pokrętne wyczucie mody. Moda – co czego nigdy nie rozumiałam, nie rozumiem i nie mam zamiaru zrozumieć.
               Marsz mojego wierzchowca nie jest zbyt szybki, dzięki czemu jeanylotte bez trudu dotrzymuje nam kroku, co jest kluczowe, biorąc pod uwagę, że mam jeździć bite sześć godzin. Zgodnie z tym, co powiedziała mi Krajzan, nawet nie mam piętnastominutowej przerwy na jedzonko, a z grzbietu wierzchowca mogę co najwyżej zejść zrobić siku. Naprawdę wczorajsze zniknięcie dzieciaków wstrząsnęło okolicą. Patrole są jeszcze intensywniejsze niż ostatnio, nieustanne, w większości dzienne. Nocą to strzec KG i okolicznych terenów mają właśnie faery przystosowane do nocnych przebieżek jak strzygi, wampiry, północnice, wilkołaki, selenidzi, piekielniaki, gargulce i tak dalej. Mało tego. W trakcie dziennych patroli jeźdźców i piechurów wspomagają wszelkiego faery latający. Na niebie jak nigdy roi się od wróżek wysokich, mających zaledwie metr dwadzieścia, maleńkich pixi, harpii, pochmurników, corby i cholera wie czego jeszcze. Zwykle strażnicy-lotnicy niezbyt przechwalają się swymi umiejętnościami, wybierając poruszanie na odnóżach, to też teraz taki widok… No nie powiem. Trochę to imponujące. Czy raczej imponujące by było, gdyby nie informowało jak wielkie paranoja i strach opanowały KG i podległe jej wioski.
               Ech… Jak to wygląda w ziemskim wymiarze? Jak długo szuka się zaginionych dzieciaków? Chyba z tydzień. Potem, jeżeli się nie odnajdą, albo nie zgłosi się porywacz, nadzieja zaczyna gasnąć. A dużo wcześniej, bo zaraz po pierwszej dobie czy tam dwóch, szanse przeżycia lecą na łeb, na szyję. Oczywiście sama paranoja trwa dłużej niż tydzień, z dwa do trzech tygodni. A ile tutaj? No, tu trochę sytuacja jest inna, bo zaginięcie dzieci potwierdza, że w okolicy może czaić się coś niedobrego. Polowanie na owo coś, ewentualnie tego kogoś może potrwać całe miesiące z tym, że sama Straż tak długo nie pociągnie. Będzie musiała poprosić swoich sojuszników o wsparcie albo samych wieśniaków, patrole z widłami i pochodniami i takie tam. Zresztą już dawno wypadałoby utworzyć takie wioskowe posterunki policyjne. Może nie jeden na wioskę, ale na dwie-trzy? Na pewno, gdyby zaczęło się dziać coś niedobrego pomoc znalazłaby się na miejscu szybciej niż posiłki z KG. No i gdyby policjantów przeszkolić, to ci mogliby dopilnować, żeby w razie jakiegoś przestępstwa czy czegoś tłuszcza nie zadeptała śladów. Jednak to nie moja sprawa tylko Miiko i ferajny. Jak dbają, tak mają.
               Sześć godzin, jedna za drugą umykają niewiadomo kiedy. Nawet w trakcie tego całego patrolu zdołałam względnie uspokoić swe nerwy. Mżawka działała kojąco, chociaż szarpiąca się ze swoją peleryną i warcząca pod nosem Ula z pewnością jest przeciwnego zdania. No cóż, nie jest to pierwszy przypadek potwierdzający to, że szmer wody koi zszargane nerwy.
               Zarówno tego dnia jak i przez następne dwa nie zostają znalezione ani dzieci, ani ich ciała czy potencjalny sprawca zaginięć. Atmosfera robi się coraz bardziej ponura, a wszyscy wokół sprawiają wrażenie zmęczonych. Nic dziwnego, wielu strażników bierze nadgodziny, aby pomóc w poszukiwaniach solidaryzując się tym samym z rodzicami dzieciaków i okoliczną społecznością. Czysta głupota, biorąc pod uwagę, że tym samym stają się mniej uważni, a co za tym idzie mniej użyteczni. Chociaż, biorąc pod uwagę, że moja własna mózgownica potrafi mnie sabotować i załatwić mi z kilka dni bez snu, gdy sytuacja staje się stresowa, nie powinnam tego komentować.
               Dziabam sobie nieco podejrzaną w konsystencji, ale zjadliwą owsiankę, popijam soczkiem z cholera wie czego i zacieram w myślach łapki, bo na zewnątrz jest ładne słoneczko. Nocne oberwanie chmury skończyło ostatnią falę deszczy i teraz mamy śliczniutką pogodę. No, nie licząc dość mocnego i zimnego wiatru, ale ostatnio zainwestowałam w rękawiczki, czapkę i szalik, więc mi to niestraszne. Zresztą jest już prawie połowa jesieni, no to trudno by było, żeby nie było zimno, prawda?
               - Jak twoja ręka? – pyta Jamon, który towarzyszy mi przy śniadaniu, co jest dość rzadkie ze względu na jego napięty grafik. Jeszcze bardziej napięty w ostatnich dniach, czego jasnym znakiem są wielkie cienie pod oczami.
               - A dobrze. – Uśmiecham się do niego ciepło, bo wygląda, jakby ciepłego uśmiechu potrzebował. – Nie boli i za parę dni będzie można zdjęć opatrunek. No i mimo opatrunku mogę już nią coś-tam porobić. Nowa kuracja okazała się strzałem w dziesiątkę. Zapytałabym ciebie, jak tam nastroje i poszukiwania, ale raz jestem w temacie, a dwa wyglądasz jak jedna wielka odpowiedź. Nie spało się dużo w nocy, co?
               - No masz racjęęęę – ziewa przeciągle. – Wybacz. Jednak jest mały progres. Co prawda nie jeżeli chodzi o same poszukiwania, ale jest. Purrekos zaproponowali, że część ich pomocników będzie brała udział w nocnych patrolach, a to naprawdę duże odciążenie, biorąc pod uwagę, jak spostrzegawcza z nich rasa. Szkoda tylko, że nie chcą bezpośrednio pomóc w poszukiwaniach, ale z pewnych względów to zrozumiałe. Od dawien dawna asekurują się na wszystkie cztery łapy i ogon. Ech, Oby się udało wypertraktować, aby ich pomoc była trwała. W końcu przez to zawirowanie z Kryształem, cokolwiek za nim nie stoi, mamy nie lada kłopoty, a purrekos tu stacjonują, zatem wszelkie zagrożenie dla Straży spada też na nich.
               - Przydało by się… Ale  purrekoschyba  uważają, że wystarczająco już wspomagają Straż swoimi zdolnościami handlowymi i technicznymi – zauważam ostrożnie.
               - To prawda. Ich pomoc jest nieoceniona i nie mamy prawa żądać, a nawet prosić o nic więcej. Dlatego, moje słowa, to tylko pobożne życzenia. Poza tym to chciałbym, żeby ktoś znalazł prosty i niski w kosztach sposób otwierania portali, a najlepiej jakiś eliksir, dzięki któremu moglibyśmy w pełni korzystać z tutejszych składników odżywczych. Eliksir dostosowujący nas do Eldaryi. – Przeciąga się, a jego ogromne mięśnie drgają pod mundurem. Nawet w porównaniu z Valkyonem jest naprawdę wielki. Większy nawet niż inne ogry ze Straży. – To w sumie byłoby najlepsze rozwiązanie. Wyprawy rewitalizacyjne przestałyby być konieczne i zapanowałby spokój…
               - Spokój? Wolne żarty. Natychmiast pojawiliby się krzykacze wołający, że ten eliksir to płynna herezja, że jak to tak, że nienaturalne, zło i tak dalej. No i wojna domowa gotowa.
               Ogr parska śmiechem, kręcąc przy tym głową.
               - No, trudno ci nie przyznać racji, ale w twoim wieku to raczej powinnaś mieć bardziej optymistyczne podejście do życia.
               - Pozytywne podejście do życia? Wymarły, gigantyczny leniwiec zagonił mnie do obcego, czarodziejskiego świata, gdzie wszystko chce mnie zabić! Jak tu myśleć pozytywnie?
               Ogr znowu się śmieje, a na koniec klepie mnie po głowie, stwierdzając, że rozmowy ze mną zawsze poprawiają mu nastrój. Hm… Karuto chyba też powiedział coś podobnego. W każdym razie miło mi, że dzięki mnie im miło. Obu lubię.
               Chociaż pogoda jest ładna, z prawdziwym ociąganiem wyruszam na patrol. Jakoś mi się nie chce. Taki dzień, że nic się nie chce. Z drugiej strony, muszę przyznać, że mimo początkowego stresu i nieustającej aury napięcia wiszącej nad KG, ostatnie dni mnie odprężyły. Były rozkosznie monotonne, trzymały się rutyny i szerokim łukiem omijały znienawidzone przeze mnie zajęcia, jak chociażby pomaganie w pralni. W sumie objazdy wokół terenów zielonych, na wierzchowcu, który ani nie trzęsie, ani się nie płoszy, ani nie ma za grosz inwencji własnej są całkiem przyjemne. Zresztą nie tylko dla mnie, ale też dla Uli, która w końcu pogodziła się jako-tako ze swoją peleryną, dzisiaj i tak nie potrzebną. Szkoda tylko, że to odprężenie musiało przyjść w takich ponurych okolicznościach.
               Jakoś nie wierzę w powrót dzieciaków ani ludzi z karawany. Przynajmniej nie żywych.
               Kiedy wyjeżdżam za bramkę KG, owiewa mnie rześki, nieco wilgotny, niosący zapach jesieni wiatr. Słodki aromat opadłych liści, grzybni z nutą gnijących owoców. Uwielbiam to. Uwielbiam jesień. Zapowiada się całkiem przyjemna przejażdżka pod warunkiem, że nie dopadnie mnie Nieoczekiwane, jak ostatnimi czasy zwykło to robić.
               - Ciekawe, co ty o tym myślisz – pytam niemal niewyczuwalnie kołyszącego się pode mną apaxata.  – Podoba ci się ta przejażdżka, wolałbyś siedzieć z tyłkiem w zwierzyńcu czy może pozbyć się mnie ze grzbietu?
Jedyną odpowiedzią jest kolejne wysunięcie się z paszczy stwora długaśnego języka.
               „Daruj sobie, to nawet nie chowaniec, tylko zwykła bestia” – nadaje Morse’em biegnąca obok Ula.
               - Ludzie od wieków rozmawiają ze swoimi zwierzętami, a czasami nawet roślinami i zdjęciami. To podobno dobrze wpływa na psychikę czy coś. Chociaż gadanie do niewidzialnych rzeczy albo kamieni jest uznawane znów za objaw choroby psychicznej.
               Ula tylko spogląda na mnie dziwne i już się nie odzywa.
               Przecinam trawiaste pagórki, omijam łukiem las, przejeżdżam wzdłuż wybrzeża i kieruje się w stronę wiosek czy raczej otaczających je pól. Niewiele na nich zostało, ale pośród czarnej ziemi nadal pysznią się główki dojrzałej kapusty, tu i ówdzie złoci się kukurydza. Jednak z każdą chwilą ich mniej, bo wieśniacy intensywnie pracują nad tym, aby jak najszybciej je zebrać, zabezpieczyć i przetransportować do spichlerzy. Jeden z nich, podejrzanie chwiejący się na nogach starszy mężczyzna, patrzy na mnie… Patrzy długo, intensywnie i wyjątkowo nieprzyjemnie, po to, żeby w końcu podnieść z ziemi jakiś kamień i cisnąć go w moją stronę.

Offline

#283 24-03-2019 o 22h44

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 770

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Hm, ja tego dowodu nie zauważyłam. Cóż, zgrzytło mi to podobieństwo dialogów, więc o tym napisałam. A czy to specjalnie czy nie, wiesz tylko ty.

Naprawdę lubię twojego Jamona i zaczynam się cieszyć, że go podreperowałaś /static/img/forum/smilies/big_smile.png Przyjemnie czytało się tę pogawędkę. No i kociaki też pomogą? Fju fju.

No ok, lecę dalej czytać i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#284 13-04-2019 o 21h40

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 313

@Methrylis - Jamona podreperowałam, bo na tle innych postaci z Eldki, naprawdę go lubię. Nie licząc bezokolicznikowej mowy jest zupełnie pozbawiony wkur... cech charakteru, w przeciwieństwie do reszty. Jest miły, szczery, lojalny i wrażliwy, a jednocześnie nie mdły i nadwrażliwy/rzucający fochami jak Kero. Gdyby nie ta gęba i dykcja byłby najlepszą opcją romantyczną ze stworzonych przez Chino charakterów.

XXIII cz. 10

                - Ziemska k***a! – wrzeszczy z dobrze mi znaną alkoholową nutą w głosie. – Wszystko zaczęło się sypaśśś, kiedy ty szzę zjawiłaś. Szuka! To szyssstko twoja wina.
                Zaczyna biec w moją stronę, rzucając kamieniami i brudem. Ech… Szlag by to. Bez problemu mogłabym odjechać, naprawdę nie chce mi się szarpać ze starym pijusem, ale żeby strażniczka uciekała… Źle by to wyglądało. W dodatku to jedno z tych „źle”, które mogłyby także mnie zaszkodzić. Dlatego zwalniam, na co Ula ostentacyjnie zatrzymuje się, staje na tylnych łapach i zaczyna donośnie warczeć, obnażając wielkie siekacze i kły. Może i staruch jest pijany, ale zostało mu na tyle rozsądku, żeby trochę przyhamować. Jednak nadal obrzuca mnie obelgami i to takimi naprawdę soczystymi, że aż uszy więdną.
                Szczęśliwie za pijusem biegnie drugi mężczyzna, nieznanej mi rasy, charakteryzujący się  dwoma parami krótkich rogów i uszami przypominającymi sarnie. Łapie starca pod pachy i potrząsa nim gwałtownie.
                - Tak się odnosić do kobiety? – syczy. – Uspokój się i lepiej idź do domu! Już, zaraz.
                - To nie kobieta tylko ziemska k***a! Kiedy jej nie było, wszystko było w porządku, a teraz… Teraz mojego wnuczka zabrało!
                - Tak, twojego wnuczka, który widział cię dzień w dzień nawalonego. Twojego wnuczka, na którego potrafiłeś tylko drzeć japę. Na twojego wnuczka, który wolał dostać lanie niż iść cię odwiedzić. A teraz to ci go tak brakuje, tak? Czy może cieszysz się, że wreszcie masz pretekst, żeby pić co?
                - Ty chu… - pijus zamierza się na mężczyznę, ale ten kładzie go na glebę jednym ciosem. Wyraźnie zdyszany i zdenerwowany spogląda na mnie.
                - Przepraszam, ten tutaj to zakała. My, w sensie faery Osady Eel, nic do panienki nie mamy. Wiemy, że przysługuje się panienka Straży i purrekos, oraz że wiele panienka przechodzi i wielu faery zawdzięcza panience życie.
- Dziękuję za te słowa. – uśmiecham się… Mam nadzieję, że nie widać jak sztywno. W końcu, wiedzą czy nie wiedzą, nie tylko ten pijany idiota może chcieć na mnie odreagować. – Skoro otrzymuję wikt i schronienie, staram się odwdzięczać jak tylko potrafię. Aczkolwiek, ze względu na sytuację, to tak, muszę przyznać, że to dość ciężki czas dla mnie. Nie jestem przyzwyczajona do ciągłego ocierania się o śmierć. Jednakże miło mi, że ma praca jest doceniana. Dobrego dnia życzę i zadbajcie o swego… Hm… Towarzysza.
                - Oj zadbamy o niego, zadbamy…
Uff, nawet miły koniec jak na starcie z klnącym, wyzywającym pijusem, któremu zachciało się obrzucić mnie kamieniami. Mogło być o wiele gorzej. WIELE gorzej. Mogłam zostać ranna, on mógł zostać przypadkiem zraniony przez broniąca mnie Ulę z czego mogło rozpętać się piekło… Scenariuszy są dziesiątki, łącznie z tymi, gdzie wściekłe chłopstwo postanawia zrobić ze mnie tatar.
                Jadę sobie spokojnie dalej, gdy nagle widzę nad sobą cień ogromniastego kruka. Ale takiego naprawdę wielkiego. Cień, który gwałtownie zmienia się w duży, okrągławy punkt ciemności nade mną. Zadzieram głowę, a tam gigantyczne ptaszysko pikuje wprost na mnie. Już mam krzyknąć, gdy zarysy bestii rozmazują się, a zamiast niego przede mną staje łysy humanoid o szarej skórze, płaskiej twarzy i mocno zredukowanym nosie.
                Zwierzołak czy też jak kto woli zmiennokształtny. Rasa, której każdy przedstawiciel ma zdolność przemiany w bestię wagowo zbliżoną do jego masy. W dodatku potrafią przybierać też wszelkiego rodzaju kształty pośrednie faery-bestia. Nie powiem, te ich ciągle przekształcanie się może czasem przyprawić o zawał, chociaż i z ich perspektywy nie jest to za wesołe – o ile ciało przechodzi przeobrażenia, to już ubrania nie. Jedynym rozwiązaniem w takiej sytuacji jest noszenie magicznego odzienia, noszenie odzienia elastycznego, bądź w trakcie przechodzenia do formy humanoidalnej zostawienie pewnych rejonów ciała w formie zwierzęcej. I tak sobie teraz patrzę na faceta o kosmito podobnym wyglądzie z ptasim kroczem oraz odznaką straży absyntu na szyi.
                - Coś się stało? – pytam go, usiłując nie wytrzeszczać oczu. W końcu nie często widuje się humanoidy o pokrytych piórami kroczach.
                - Kobieta ze schroniska wraz ze swym dzieckiem była w lesie, dziecko przepadło. Zarządzamy poszukiwania, masz jak najprędzej pojawić się w KG. Zbiórka przed głównym wejściem do budynku.
Zatem zaginął jakiś dzieciak ze schroniska. Mam jakieś takie dziwne przeczucie…
                - Czy ten zaginiony dzieciak nie ma czasem na imię Mery? – pytam.
                Zmiennokształtny mruga wyraźnie zaskoczony.
                - Tak! Skąd wiedziałaś?
                - Ta moja pierwsza, tutejsza „przygoda” była z jego udziałem. Ten mały ciągnie do kłopotów. Gdyby nieszczęście miało postać pioruna, on by stał cały mokry, opleciony łańcuchem na wysokiej górze, trzymając wzniesiony ku niebu, metalowy sztylet.
                Mężczyzna przelotnie się uśmiecha.
                - Zatem jedziesz? – pyta wymownie wskazując na majaczącą w oddali KG.
                - Oczywiście. Jadę, pędzę, gdybym mogła, to bym poleciała – mruczę, unosząc się w siodle, a uśpiony w moim wnętrzu niepokój unosi łeb i zaczyna chciwie węszyć, merdając przy tym ogonem. – Będę jak najszybciej się da. Nie wiem jaką to-to jest w stanie rozwinąć szybkość, o jeanylotte nie wspominając.
                Zmiennokształtny kiwa głową, na powrót zmienia się w gigantycznego kruka i wzbija w powietrze. Przyznaję, wygląda to nawet imponująco. Nawet bardzo, chociaż nie tak, żebym łaziła z otwartą gęba. Heh… Miło pomyśleć, że gdyby jakiś faery trafił do takiego Gwiezdnego Yorku na Edenie, to japy nie potrafiłby zamknąć przez godzinę albo i dłużej.
                Powrót do KG zajmuje nam dłuższą chwilę, jednak nie jesteśmy ostatnie – Poinformowanie i ściągnięcie ludzi z terenu to nie taka prosta sprawa. W każdym razie, z tego co się dowiaduję, pierwsza grupa poszukiwawcza już przeczesuje las Eel, gdzie też przepadł Mery. Tymczasem my, znaczy wszyscy ściągnięci i powoli ściągani z patroli, jesteśmy na początku dość chaotycznie, ale w sumie to dość szybko i sprawnie, dzieleni na oddziały, instruowani i obrączkowani. Tak, obrączkowani. Każdy członek ekipy poszukiwawczej, którą usiłują z nas zlepić, ma mieć wielobarwną, bardzo charakterystyczną bransoletę rozpoznawczą na ręku. Po to żebyśmy rozróżnili sojusznika od przeciwnika, zakładając oczywiście, że to coś, co znika faery, nadal siedzi sobie w lesie. W każdym razie, każdą napotkaną osobę, mamy zatrzymywać do przebadania przez czujących, znaczy magów specjalizujących się w telepatii i odczytywaniu aur. Niby oni potrafią sprawdzić czy ktoś ma „krew na rękach” i czy nikogo nie zabił w ostatnim czasie. Na „sucho” brzmi logicznie, ale jak w praktyce będzie wyglądało, trudno stwierdzić. Na razie zakładamy te nieszczęsne bransolety, pobieramy broń – tak na wszelki wypadek – i czekamy na resztę.
                - A tak właściwie, to po co mi to cholerstwo? – burczę, kiedy Nevra wciska mi w ręce moją kuszę. – Z tą ręką to i tak, zanim przeładuję…
                - Załadują ją teraz i zabezpiecz, będziesz miała gotowa do strzału w razie czego – wampir wygląda na zmęczonego i kompletnie nie w humorze. Pewnie wraz z innymi „widzącymi w ciemnościach” jest po nocnej zmianie, a teraz jeszcze spadły na niego te poszukiwania. Wcale mu się nie dziwię. – Jeden strzał, lepszy niż nic, zresztą i tak z tobą i twoim partnerem pójdzie Ula, więc macie ochronę. Może i twoja jeanylotte to kompletna zaraza, ale użyteczna zaraza.
Chociaż wypowiedź Nevry jest dość uprzejma, ma sobie ten subtelny ton „koniec dyskusji”, sugerujący, że zaraz uprzejmość może się skończyć, jeżeli nie skończę narzekać. Dlatego nie narzekam. Nie mam ochoty na pyskówki ze zmęczonym i marudnym facetem, który może wyssać ze mnie krew.
                Z powątpiewaniem patrzę na swoją kuszę. Owszem, mogę oddać z niej jeden strzał na swobodnie z tym, że i tak wątpię, aby to był strzał celny. Szyna gipsowa mi zawadza no i ręka, chociaż w dość dobrym stanie, jak na to, co ją spotkało, nadal jest słaba i może zadrżeć – nawet lekkie kusze nie są szczególnie lekkie. No ale nic, tak jak wampir powiedział, mam w odwodzie Ulę. Zmęczoną przebieżką, jaką zrobiła pędząc tutaj, ale jednak. Może zdoła odgryźć głowę złemu czemuś, jeżeli to złe coś mnie zaatakuje.
                Kiedy wszyscy z terenu zostają ściągnięci, Akastol dzieli nas w pary, każdemu wyznacza trasę poszukiwań i wręcza swego rodzaju magiczną racę sygnalizacyjną z paroma różnobarwnymi nabojami, a Miiko głośno i wyraźnie powtarza, co mamy robić, jak traktować napotkanych w lesie obcych, kiedy użyć racy i jaki kolor naboju odpowiada jakiej wiadomości. Przypuszczam, że w normalnych warunkach organizacją poszukiwań dowodziłby sam Akastol, ale sytuacja zrobiła się Poważna przez duże „P”, więc Miiko musiała opuścić swą kryształową jaskinię i pokazać, że coś robi. Zresztą i ona wygląda na przeraźliwie spiętą, tak jak reszta strażników. Pewnie zarwała niejedną noc, myśląc jak dorwać to coś/tego kogoś grasującego w okolicy. W końcu na szali leżą życia faery, bezpieczeństwo rejonu no i oczywiście reputacja Straży. Jeżeli nie uda się problemu rozwikłać na dniach, Straż w oczach przeciętnych Eldaryan stanie się bezużyteczna czy też niesamodzielna, a to pierwszy krok do upadku trwającej tysiące lat organizacji.
                Na swoje nieszczęście dostaję do pary Karenn. Szlag. Już nawet nie chodzi o to, że wampirzyca jest upierdliwa, ale wolałabym kogoś, kto by ukręcił łeb złemu czemuś, które ważyłoby się mnie zaatakować. Takiego Jamona na ten przykład. Kurde, nawet Valkyona zdzierżyłabym w tej sytuacji, chociaż to z jego winy nie jestem do końca sprawna. W końcu z moich „opiekunów” to on najlepiej poradził sobie z tym całym blackdogiem.
                Tymczasem Karenn staje obok mnie i ziewa potężnie. Wygląda na zmęczoną i nieszczęśliwą. Jak zawsze mam ochotę, żeby potknęła się i wylądowała gęba w błocie, tak teraz jej mi żal – sprawia wrażenie zupełnie nie do życia. Ech… jakoś wątpię, abym miała z niej pożytek, jeżeli stanie się coś złego. Chyba, że na zasadzie „rzuć potworom na pożarcie, a sama wiej”.
                - Wszystko w porządku? – pytam, na co ta podnosi na mnie zmęczone spojrzenie.
                - Nie. Całymi dniami szorowałam kible, zwierzyniec, bestiarium, pomagałam w bibliotece i tak w kółko aż do kompletnego znerwicowania i wycieńczenia, a potem wyskoczyło TO. A TO oznacza ponadwymiarowe, dziesięciogodzinne, nocne zmiany, bo wszyscy patrolują za dnia i są luki w nocnej obsadzie. Mam ochotę wrócić do pokoju, skulić się na łóżku i płakać aż do momentu śmierci z odwonienia. I na dodatek jestem w parze z tobą! Z osobą, którą trafiają wszystkie nieszczęścia, odkąd tu trafiła. Mam przechlapane.
                Z trudem tłumię uśmiech. Karennn narzekająca na życie czy raczej jego elementy, na które ma stuprocentowe prawo narzekać, to swego rodzaju nowość. Zwykle czepia się pierdół, a z całą resztą jest „wypnij pierś i byle do przodu”.
                - Przepraszam bardzo, ale zwykle ratuje tyłki innym, a nieszczęścia trafiają mnie przy okazji albo tak-jakby za karę. Swoją drogą jestem z ciebie dumna. Taki ponury nastroik, prawie jak ja.
Podnosi na mnie ciężkie, ponure spojrzenie, ale jej kąciki ust drgają.
                - Wszystko przez tego durnego Nevrę. To on mnie  tak wykończył tymi karnymi dyżurami –burczy.
                - A co ty byś mu zrobiła, gdyby to on zdjął ci gacie przed szefami Straży?
                - Zabiłabym, ale byłaby to śmierć szybka i bezbolesna. Nie męczyłby się jak ja.
                Z trudem tłumię chichot. No proszę-proszę. Karenn potrafi być zabawna, jeżeli chce. Ba! W stanie wycieńczenia psychofizycznego prezentuje całkiem ładny, czarny humor. Teraz wiem, co robić, żeby mnie nie irytowała – męczyć, męczyć i jeszcze raz męczyć. Jak zacznie opowiadać o chłopakach, ciuszkach i tak dalej, wskoczę jej na plecy. Ponosi mnie trochę, opadnie z sił i zrobi się fajna.

Offline

#285 19-04-2019 o 21h49

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 770

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


OK, lecimy z kolejnym.

A co do Jamona, to się zdecydowanie zgadzam — nie da się go nie lubić ;]
I prawda, że Mery to istotka która przyciąga kłopoty jak magnez. Ale mimo wszystko jakoś mało było mi go szkoda, że umar. Za to ogromnie bym się wściekła, gdyby zabili mi małego grzybka Milo.
Nawet go nie tykaj.
Ok, to czekam na kolejne części i pozdrawiam!

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (19-04-2019 o 21h49)


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#286 14-05-2019 o 16h35

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 313

@Methrylis - och, jak dojdę do Mykonidów to jakby to... Pomysł z zabiciem Milo byłby ciut skomplikowany... Chociaż zanim gra uśmierciła Mery'ego miałam wizje, że nastoletni Mery ukatrapia Milo sprawdzając czy ten jest halucynogenny, a przypadkiem śmiertelnie się truje xD

XXIII cz. 10

                   Dostajemy z Karenn za trasę patrolu/poszukiwawczą tak zwany zielony szlak. Co to zielony szklak pojęcia nie mam, ale szczęśliwie Karenn wie o co chodzi, bo niestety nikt tym razem mapek nie rozdaje. Tak cudownie doinformowane zostajemy wygonione wraz z resztą strażników do lasu Eel, gdzie tymczasowo przejmuje dowodzenie wampirzyca, prowadząc mnie we spowitą w półmroku gęstwinę.
                   Niemal zaraz po przekroczeniu granicy lasu atmosfera staje się dziwnie nerwowa. Ula bez przerwy węszy powietrze, a jej uszy chodzą we wszystkie strony, tak jak głowa Karenn – w końcu dziewczyna czuje, słyszy i widzi nieco więcej niż ja. Ja znów staram się uruchomić swoją zdolność do wyczuwania wszelakich niezgodności. Jednak jak na razie wszystko wygląda normalnie. Las jak las. Drzewka, grzybki, owady, coś-tam ptaszkopodobnego…
                   Tylko dlaczego mam jakieś-takie cholernie nieprzyjemne wrażenie, że każde drzewo nas obserwuje? W dodatku ogarnia mnie chłód. Bladego pojęcia nie mam czy to chłód związany z cieniem i wilgocią, czy może coś używa tu magii. Nie dostrzegam żadnych nici zaklęć czy czarów, ale jakoś mnie to nie uspokaja.
                   - Arrrggghh!!! –znajomy, męski wrzask przeszywa powietrze.
                   - NEVRA?! – krzyczymy jednocześnie z Karenn.
                   - EZRAEL TY P********Y DEBILU!!!
                   Odsapujemy z ulgą. Naprawdę… Ezrael lubi durne żarty, lubi je robić niemal w każdej sytuacji, ale bez przesady. Ja, jak ja, ale Karenn prawie zawału dostała. W momencie zbladła o kilka tonów.
                   -Wszystko ok.? – pytam.
                   - Tak, przypomnij mi tylko, żebym zamordowała tego idiotę Ezraela przy pierwszej, lepszej okazji.
                   - Dogadaj się z Alajeą, też jej podpadł. – Wampirzyca patrzy na mnie pytająco. – Na balu powiedział jej, że wygląda jak podlotek z grejpfrutami pod bluzką.
                   Karenn parska śmiechem i nieco stresu z niej uchodzi. To dobrze. Co prawda luźna atmosfera to w tej sytuacji zło i niedobro, ale nadmierne napięcie też nie doprowadzi do niczego pozytywnego.
                   Idziemy dalej.
                   Z każdym krokiem las staje się coraz gęstszy, drzewa coraz grubsze, pojawiają się cierniste krzewy, dziwaczne porosty, a wrażenie obserwacji narasta. W pewnym momencie Karenn przystaje i rozgląda się wokół z nietęgą miną. W tym samym momencie Ula zaczyna głucho warczeć.
                   - Coś się stało? – pytam, nagle osaczona przez całe stado złych przeczuć walczących ze sobą o prawo zatopienia kłów w moich nerwach.
                   - Nie poznaję tego miejsca… A cały czas szłyśmy wyznaczoną trasą, masz na to moje słowo. Chyba… Chyba coś otworzyło przejście. Coś lub ktoś.
                   - Jak to otworzyło przejście? Co to znaczy i dlaczego mam cholerne przeczucie, że to nie znaczy nic dobrego.
                   - Trochę to trudno wyjaśnić… Świat jest pełen potencjalnie istniejących, ale nie egzystujących realnie miejsc ukrytych przed zwykłym wzrokiem, do których te przejścia zwykle prowadzą. I te przejścia mogą na chwilę zaistnieć, pod warunkiem, że coś z ukrytego miejsca je otworzy. Rozumiesz o co mi chodzi?
                   - Bardziej mniej niż więcej, ale główny przekaz łapię. Coś zwabiło nas do swojej jamy. Coś z czym raczej nie mamy ochoty się spotkać.
                   - Bardzo możliwe.
                   Spoglądam w tył, żeby sprawdzić, czy istnieje coś takiego jak „możliwość odwrotu”, ale przed moimi oczyma zamiast ścieżki pojawia się zwarta ściana lasu, której jeszcze chwilę temu tam nie było. Niedobrze. Naprawdę niedobrze.
                   Kurczę, przydałaby się szybka analiza sytuacji z Ulą, ale przez Karenn nawet słowa z nią nie zamienię. Przeszkody, przeszkody, przeszkody…
                   - Chyba nie mamy wyboru i musimy iść dalej. I nakopać temu czemuś, co nas tu ściągnęło – mruczę pod nosem, zerkając na Ulę, a ta niemal niezauważalnie przytakuje.
                   - No niestety na to wygląda. – Karenn niespokojnie rozgląda się dookoła.
                   Ostrożnie posuwamy się naprzód, a nerwy to mamy, a przynajmniej ja mam, napięte do granic możliwości. Każdy szelest, trzask i szmer sprawiają, że dostaję mikro zawału. Jednak mijają minuty, pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia i nic się nie dzieje. Może poza tym, że drzewa powoli się przerzedzają, a za nimi widać sporo zieleni.
                   Wychodzimy na idealnie okrąglutka, leśną polankę, pośrodku której rośnie olbrzymie, powykręcane drzewo. Wygląda na naprawdę wiekowe, a wręcz przedwieczne – omszałe, nieco przygarbione, a jednocześnie jakieś takie dumne, wyprostowane. Wokół kwitną liczne, cudne kwiaty, chociaż stanowczo nie powinno ich tu być – nie o tej porze roku. Mimo tego są, rosną i kwitną wypełniając powietrze słodkim, niemal odurzającym aromatem.
                   Coś zimnego przebiega mi wzdłuż kręgosłupa. Nie podoba mi się ta scenka, stanowczo nie. Nie wiem, co ale coś jest tu nie tak. Co to jest, co to jest, co to jest…? Cisza! Absolutna cisza. Nawet jeden owad nie bzyczy, nawet jeden „ptak” nie ćwierka, jedynie od czasu do czasu wiatr potrąci jakiś liść. Zupełnie jakby wszystko wokół wymarło. No i ten zapach… Boli mnie od niego głowa, mdli mnie i… I… zimno mi. O wiele chłodniej niż w zacienionym lesie, a przecież słoneczna polanka powinna być ostoją ciepełka, prawda?
                   Chyba wolałaby się natknąć na stos trupów i krwiożerczego stwora, przynajmniej wiadomo byłoby, o co chodzi. Teraz znów mam nieprzyjemne przeczucie, że krwiożerczy stwór gdzieś tu jest, ale o co biega, nie wiem.
                   - Karenn, chodźmy stąd. Tutaj…
                   - Jak tu pięknie. – Karen spogląda na mnie. Ma dziwny wzrok, jakby szklisty. – Prześlicznie prawda?
                   - Tak, ale prawdopodobnie niebezpiecznie. Chodźmy stąd!
                   Wampirzyca nie reaguje, a mnie ogarnia coraz silniejsze uczucie chłodu. W dodatku ten zapach. Coraz intensywniejszy, coraz bardziej mdły. Zaraz chyba się porzygam. Szlag by to wszystko… Coś chce nas otumanić. Na mnie to nie działa, ale Karenn… Ona nie jest antymagiczna i z każdą chwilą odlatuje coraz bardziej.
                   Ze ściśniętym ze strachu żołądkiem spoglądam na Ulę. Szczęśliwie ona wgląda względnie normalnie, chociaż „względnie” to jest słowo-klucz. Jeanylotte zarzuca łbem, kładzie uszy po sobie i prycha. Ma wyraz pyska jakby cierpiała.
                   „Krew. Mnostwo krwi i dziesiątki ciał pod ziemią” – nadaje morsem, po czym wydaje z siebie bolesny kwik i wycofuje się nieco w stronę drzew. Unoszący się wokół zapach atakuje ją w dosłownym znaczeniu tego słowa.
                   Kątem oka dostrzegam przy drzewie jakiś ruch. Po chwili moim oczom ukazuje się zielona kobieta. Ta dziwna istota ma liściaste pnącza zamiast włosów, skórę jak gładka kora młodego drzewka i nagie ciało osłonięte żywymi roślinami. To hamadriada, nie ma innej możliwości. Hamadriada o bardzo dziwnym spojrzeniu.
                   - Pomóżcie – szepce, a ów niezwykle melodyjny szept pobrzmiewa na całej polanie. – Mężczyzna… Niedźwiedzi mężczyzna. Zły, brutalny, ukrzywdził moje drzewo.
                   Nieznajoma wskazuje na krwawiące nacięcia na korze drzewa. Te zdają się tworzyć jakiś symbol i promieniują silną magią. Coś mi mówi, coś takiego paskudnego, że gdyby nie ten znak, to ja i Karenn szybko skończyłybyśmy jako te „krew i ciała”, o których wspominała Ula. Wątpię, żeby jeanylotte mogła coś poradzić, gdyby do tego doszło.
                   - J-jak możemy ci pomóc? – pyta Karenn i pędzi do hamadriady.
                   - Karen!
                   Rzucam się ku niej i chwytam ją po paru krokach, jednak dziewczyna zaczyna się szarpać. Naprawdę to nieproste utrzymać w uścisku wampirzycę. Może i smarkula jest mniejsza ode mnie, ale znacznie silniejsza. Do tego ta ręka… To naprawdę irytujące, jak słaba jestem w tym świecie. Zaczynam mieć tego serdecznie dość.
                   - Karenn procedury! – krzyczę, szarpiąc nią. – Chcesz wkurzyć Miiko?! Chcesz znowu dostać karę?
Uderzam we właściwą strunę. Dziewczyna spogląda na mnie przymglonym wzrokiem.
                   - A-ale ona potrzebuje pomocy.
                   - Tak, tak, wiem. Ale czy my jesteśmy dobrą pomocą? – ciągnę. – Dwie słabe dziewczyny… Jeżeli tutaj naprawdę kręci się jakiś niedźwiedzi mężczyzna, nie mamy z nim dużych szans. Poza tym, coś jest tu nie tak. Mógł ją skazić czymś, opętać, prawda? Może nas ciągnąć w pułapkę i nawet sama o tym nie wie, a jeżeli coś nam się stanie, to już nikt jej nie pomoże, bo nikt nie wie, że tu jest i coś jej zrobiono. No i Miiko, i Nevra będą źli, i pewnie po tych całych poszukiwaniach i tak dalej przywrócą ci twoją karę. Chcesz znowu szorować kible i siedzieć z Zalzarem?
                   - N-nie.
                   - No to wracajmy – ciągnę ją za rękę, a ta niespiesznie rusza za mną, podczas gdy hamadriada nadal śpiewa „pomóżcie”.
                   - A-ale potem wrócimy? – pyta. – Pomożemy…?
                   - Oczywiście. Razem z posiłkami.
                   I razem spalimy hamadriadę wraz z jej przeklętym drzewem, bo mam jakieś takie cholernie silne przeświadczenie, że oto znalazłyśmy stwora stojącego za zniknięciami. Właściwie to nie zniknięciami, tylko morderstwami, biorąc pod uwagę to, co mówiła Ula.
                   Wlokę Karenn w stronę drzew, a potem, przy pomocy niedomagającej Uli, uparcie usiłuję odnaleźć drogę powrotną. Ta na szczęście niedługo pojawia się przed nami i raz-dwa ponownie jesteśmy na zielonym szlaku.
                   Oj, chyba jednak nie raz-dwa. Przynajmniej nie poza naszymi głowami.
                   Wokół panuje gęsty mrok, a pomiędzy wielobarwnymi, jesiennymi liśćmi połyskuje czerwień zachodzącego słońca, chociaż teoretycznie powinno być wczesne popołudnie – druga, trzecia najpóźniej. Nie wiem co jest, ale im prędzej wydostaniemy się z tego przeklętego lasu, tym lepiej. Szczególnie że mogą wysłać za nami ekipy poszukiwawcze, a jeżeli ktoś nieprzygotowany natknie się na tę drzewną pannę… Cóż, lepiej nie myśleć o konsekwencjach.
                   Hah, prawie wykrakałam z tą misją poszukiwawczą, bo przy bramie już się gotują do wyjścia po nas. Nasz widok jest witany naprawdę z radością i westchnieniami ulgi, a Nevra widząc Karenn całą i teoretycznie zdrową, pędzi ku niej i ściska ąa ze wszystkich sił. Ta jednak, zamiast uspokoić brata z miejsca zaczyna nawijać o potrzebującej pomocy hamadriadzie. Widać, że jest w tym jakiś niezdrowe rozemocjonowanie, a przynajmniej Nevra to widzi i posyła mi pytające spojrzenie, na które tylko ponuro kręcę głową.
                   - Możesz mi wyjaśnić, co się stało? Czemu was, do diabła, tak długo nie było? – Miiko jakby znikąd manifestuje się koło mnie, posyłając mi surowe spojrzenie. To jeden z tych rzadkich razy, kiedy cieszę się widząc jej gębę.
                   - Wolałabym nie rozmawiać przy Karenn – zniżam głos. – Mam wrażenie, że jest pod wpływem… Czegoś złego.
                   - Słucham? Możesz to sprecyzować?
                   Kurde… Czy informacja, że nie chce się rozmawiać przy kimś stojącym parę metrów dalej jest tak trudna do przyswojenia? Czy może skomplikowana w interpretacji.
                   - Coś ściągnęło nas w ukryte miejsce. Tam znalazłyśmy na kwiecistej polanie drzewo z hamadriadą, która poprosiła na o pomoc. Rzecz w tym, że Ula z miejsca zaczęła prychać i się źle czuć, mnie zemdliło, a Karenn nagle dostała takiego pędu do pomocy, że normalnie musiałam ją przytrzymywać i to dosłownie. To NIE BYŁO NORMALNE.
                   Wymownie wskazuję głową na Karenn, która szarpie brata za ramię, uparcie powtarzając, że już, zaraz, natychmiast musimy biec na pomoc. Wszyscy. Biec, zrobić niewiadomo co oraz znaleźć i zabić niedźwiedziego mężczyznę. Koniecznie.
                   Miko przygląda się jej dłuższą chwilę, marszcząc brwi, a po zaciętej, surowej twarzy rozlewa się niepokój. Mam wrażenie, że patrząc na wampirzycę Lisica widzi znacznie więcej niż ja. Pewnie jakieś paranormalne zmysły czy inny tego typu szajs.
                   - Zabierzcie je do Zielonej Salki. Ja i szefowie Straży musimy z nimi porozmawiać – rzuca.

Offline

Strony : 1 ... 10 11 12