Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 10 11 12 13

#276 02-02-2019 o 19h16

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

XXII cz. 6

             Elf przeciska się obok mnie i z rozmachem siada na skraju łóżka niezajętym przez jeanylotte, po czym wbija ponure spojrzenie w podłogę. Ula zaś wbija złe spojrzenie w niego. Jeżeli chodzi o wyrko jest bardziej terytorialna nawet ode mnie. Wyraźnie walczy ze sobą, aby go nie katapultować solidnym kopniakiem ze swojej przestrzeni wypoczynkowej. Zapewne wyglądałoby to przezabawnie, ale daję jej znak, żeby się wstrzymała. Jestem ciekawa, co Ezrael ma do powiedzenia.
             - No to słucham – ponaglam go.
             - Wychowałem się we wiosce na południowy wschód stąd, dość odległej, zwanej Lemmenel. Zamieszkiwały ją głównie elfy i wróżki, aczkolwiek zdążali się przedstawiciele i innych ras. Moi rodzice byli wędrownymi zielarzami-lekarzami, często opuszczali dom, udając się na długie wyprawy, aby poszukiwać ziół i leczyć. Głównie wychowywała nas, znaczy mnie, moja siostrę-bliźniaczkę i starszego o sześć lat brata, nasza babcia. Kochana, czuła kobieta, chociaż wymagająca i kiedy trzeba surowa…
Jeżeli zamieni się to w sentymentalną opowieść, to chyba strzelę sobie w łeb. Inna rzecz, że słuchanie o dzieciństwie Ezraela jest dla mnie równie komfortowe jak wypróżnianie w towarzystwie kilku komentujących moje poczynania kibiców. Dziwactwo, ot co. To tak, jakbym ja nagle wlazła mu do pokoju i smutnym głosem zaczęła opowiadać mu o wycieczkach górskich z rodzicami czy coś. Oby szybko przeszedł do rzeczy.
             - … Przyjemne czasy. Rzecz w tym, że mój starszy brat był do mnie niezwykle podobny. Nie licząc różnicy wieku i tego, że on miał ciut dłuższe uszy, wyglądaliśmy identycznie. Kolor oczu, włosów, kształt nosa, twarzy, krój ust. Wszystko się zgadzało. Rodzice nie raz śmiali się, że jestem jego późnym bliźniakiem. – Przez twarz Ezraela przebiegana w poły smutny, na w poły podenerwowany uśmiech. – Gdy miałem dziesięć lat na naszą wioskę napadł oddział zbrojnych. Zamaskowanych i okrutny, ludzi sądząc po ich odzieniu i dziwnych zbrojach… Właściwie to bardziej pancerzach. Złupili dobra, zabili dorosłych i starców, a młodych i dzieci, w tym mnie i moją siostrę, pojmali, aby sprzedać jako niewolników. Resztę spalili…
             No to teraz wiem, czemu na początku zachowywał wobec mnie jak skończony fiut. Właściwie to mogłoby być nawet gorzej, gdyby był naprawdę wrednym egzemplarzem. Widać się pilnował.
             - Rodzice zginęli. Mnie sprzedano jako prywatnego niewolnika, ale udało mi się uciec, nim mój „pan” dostał mnie w swoje ręce. Co spotkało moją siostrę, pojęcia nie mam. Z bratem też nie wiem, co się stało. Właściwie to nie pamiętam, abym go widział w trakcie tamtego zamieszania… Koszmaru. W każdym razie teraz, po szesnastu latach dowiaduję się, że w różnych miejscach w Eldaryi widuje się elfa niemal bliźniaczo podobnego do mnie. Mało tego, jego osoba jest podobno związana z porwaniami nastolatków. – Bierze głęboki wdech. Wyraźne zwierzenia są dla niego trudne, szczególnie, że nasze stosunki nie należą do typowo przyjacielskich. Ostatnio co prawda często zdarza nam się żartować, a nawet gadać o pierdołach, więc mamy progres, ale przyjaźnią tego i za sto lat bym nie nazwała. Nawet nie koleżeństwem. – W trakcie misji, tej wcześniejszej znaczy, badającej porwania, zbieraliśmy różne ślady, próbki i takie tam. Po standardowym zbadaniu i opisaniu ich, wykonałem też parę testów na pokrewieństwo, jednak wyniki były niejednoznaczne.
             Podnosi ciężkie, wyczekujące spojrzenie na mnie. Jest spięty jak struna, chociaż widać po nim, że chyba wie, co może usłyszeć.
             - Czego konkretnie ode mnie chcesz?
             - Żebyś powiedziała, co o tym myślisz, tak obiektywnie. Masz spojrzenie na całą rzecz trochę z naszej strony, trochę i waszej, ludzkiej. Chcę, żebyś wydała opinie, tak jak wtedy, gdy napadnięto purrekos.
             Ech, żałuję, że nie mam krzesła, na którym mogłabym usiąść, bo czeka mnie długa pogadanka. Niestety pokój-szafa ma swoje wady, dlatego jedyne, co mogę zrobić, to oprzeć się ścianę. I to też robię.
             - Może zacznijmy od początku, znaczy od napaści na twoją wioskę… Czy zostało potwierdzone, że napadli na nią ludzie? Któryś z napastników został schwytany i tak dalej?
Ezrael potrząsa głową, zaciskając usta.
             - Rozumiem. Tak jak wspominałam na zebraniu odnośnie napaści na miasto purrekos, nie widzę większego powodu, dla którego ludzie mogliby brać udział w tego typu zajściach. Gdyby twoją wioskę napadli Templariusze, prawdopodobnie wyrżnęliby wszystkich bez wyjątku… Ewentualnie zabraliby dzieci w wieku dojrzewania na eksperymenty. Podobne spojrzenie na sprawę powinna mieć Triada – jedynym sensownym powodem uprowadzenia młodych byłoby zrobienie z nich materiału laboratoryjnego, a tu przedział wiekowy się nie zgadza. W dodatku sprzedano ciebie i prawdopodobnie również innych uprowadzonych miejscowym. Co do Iluminatów to się nie wypowiem, bo w moim świecie są od dawien dawna uważani za swego rodzaju ogólnogalaktyczny mit wymyślony przez wyznawców teorii spiskowych. Nie mam bladego pojęcia, jakie mogliby mieć cele. W każdym razie, obstawiałabym, że w tym wypadku ludzie byli tylko tak zwanym kozłem ofiarnym. W końcu wystarczyło przebrać się w zdobyczne, ludzkie stroje, żeby zrzucić na nich winę. Ewentualnie uszyć ubrania podobne do tych, które zaobserwowano u ludzi. Wskazuje na to też użycie masek. Ludzie nie mieliby powodu ich nosić, bo nie są stąd. Nikt nie rozpoznałby ich. Jednakże nie wykluczam całkowicie udziału mojego gatunku. Powody, dla których ludzie mogliby zaatakować twoją wioskę widzę dwa. Pierwszym jest bliżej nieokreślony skarb. Mogło coś być w niej ukrytego, coś cennego, o czego istnieniu wolano by nie informować szeroko pojętych „innych”. Coś lub ktoś. Dlatego też zainscenizowano napad łupieżczy, żeby owo coś zdobyć, po czym, we współpracy z miejscowym elementem przestępczym, sprzedano kosztowności i uprowadzonych faery. Drugi powód to polityka. Niewykluczone, że komuś zależało, aby wioska zniknęła z powierzchni ziemi albo, żeby konkretne osoby w niej mieszkające zginęły. Zależało bardziej niż na lekach czy żywności. I od tego kogoś ludzie coś chcieli. Tu znów… Jakby to zgrabnie powiedzieć… Hm… Dokonano wymiany usług. Ludzie stali się najemnymi mordercami działającymi dla kogoś miejscowego. Istnieje też możliwość, że obydwa wymienione przeze mnie powody łączą się ze sobą w jakiś dziwny sposób, czego również nie można wykluczyć. Aby lepiej się zorientować w sprawie, musiałbyś zbadać historię swojej wioski, jej mieszkańców oraz sytuację polityczną, jaką wtedy mieliście.
             - Rozumiem. Niewykluczone, że tak postąpię. – Ezrael nerwowo zaciska drżące dłonie. Nie powiem, żal mi go. Wiem jakie to musi być dla niego ciężkie. W końcu sama doskonale zdaję sobie sprawę jak to jest odkopywać złe wspomnienia i brnąć w nie. Jak to jest, kiedy przeszłość odnajduje cię w najmniej spodziewanym momencie. – A… A co myślisz o sprawie z tym… Z tym podobnym do mnie elfem?
             - To może być zarówno twój zaginiony brat, jak i sobowtór. Obie możliwości są równie prawdopodobne, przynajmniej patrząc na sprawę z punktu widzenia ludzkiej genetyki. Nie wiem jak często zdarzają się przypadki niezwykłych podobieństw między obcymi wśród elfów, ale wśród ludzi nie jest to jakaś gigantyczna rzadkość, szczególnie biorąc pod uwagę naszą liczebność. Jeżeli to tylko sobowtór, to sprawa jest prosta, nie licząc tego, że będziesz musiał uważać na swoje plecy. Jeżeli to twój brat… Cóż, tu sprawa się komplikuje i pojawia się duży wachlarz możliwości. Zacznijmy od tej optymistycznej. W tej wersji twój brat zdołał w jakiś sposób zbiec albo z samego pola bitwy we wiosce albo z niewoli. Bardziej prawdopodobne to pierwsze, skoro go nigdzie nie widziałeś w trakcie walk. Natomiast jego obecność w rejonach, gdzie następowały porwania może być uwarunkowana tym, że próbuje odszukać ciebie i waszą siostrę bądź zemścić się na handlarzach niewolników. Teoretycznie można by tu stawiać również na przypadek, ale w tego rodzaju przypadki nie wierzę, to byłby zbyt duży zbieg okoliczności. Kolejną jest to, że chociaż twój brat nie miał nic wspólnego z napaścią na waszą wioskę, to teraz zaczął się zajmować zbrodniczym procederem. Może brzmi to irracjonalnie, ale ofiary traumatycznych wydarzeń często same zmieniają się w oprawców… Zresztą sam powinieneś to wiedzieć z programów, które oglądaliśmy wspólnie z Akastolem. Kolejna możliwość, najgorsza, to ta, że twój brat zarówno brał udział w zbrodni dokonanej na waszej wiosce i rodzinie, jak i teraz zajmuje się handlem żywym towarem. Jest też ewentualność, że chociaż brał udział w tej zbrodni, to teraz nie współpracuje z handlarzami tylko podróżuje tropem porwań z innego, nieznanego mi powodu.  Osobiście nie uważam jej za szczególnie prawdopodobną.
             - Szczerze powiedziawszy, niewiele mi to pomogło. – Ezrael wzdycha ciężko, tarmosząc włosy. – Wcześniej miotałem się tylko między paroma możliwościami, a teraz mam ich z dwa razy więcej i tylko jedną optymistyczną.
             - Fakty i logiczna analiza rzadko pomagają… A przynajmniej nie rozwiązują bezpośrednio problemu. Problem rozwiązuje się dopiero przez obalanie postawionych hipotez i badanie faktów. Niestety nie znaczy to, że rozwiązanie problemu i dojście do prawdy poprawią nastrój. Często jest przeciwnie.
             - Tak. Szczególnie wtedy, kiedy złe ewentualności się potwierdzają. – Ezrael drży. – Nie wyobrażam sobie… Może jeszcze potrafiłbym jakoś znieść, że mój brat stał się handlarzem niewolników, ale myśl, że mógł mieć coś wspólnego z napaścią na nasza wioskę… Jeżeli to prawda, to nie wiem, co zrobię. Boję się nawet snuć takie przypuszczenia.
             - To już zależy od twojego charakteru. Najlepiej byłoby, gdybyś wspólnie ze Strażą schwytał go, postawił przed sądem i odegrał rolę oskarżyciela. Jednak, jakakolwiek nie jest prawda, pamiętaj, że ty nie jesteś twoim bratem i jego winy ciebie nie dotyczą.
             - Łatwo ci mówić…
             - Oj, uwierz mi, że nie łatwo.
             - Znaczy ogólnie wiem, że nie łatwo, ale ty przynajmniej wiedziałaś że twoja siostra nie jest morderczynią.
             - Nie wiedziałam tego. Zresztą JEST morderczynią. Czy raczej zabójczynią. – Elf spogląda na mnie zaskoczony. – Templariusze chcieli z niej zrobić żywą broń, prawda? Zatem, żeby ją przeszkolić, musieli zmusić ją do zabicia innych, prawdopodobnie niewinnych ludzi. W prawdzie nie zabijała z własnej woli i kiedy to robiła nie była sobą, ale faktem pozostaje, że pozbawiła życia parę osób. Między innymi dlatego też tak trudno było ją ustabilizować psychicznie po tym wszystkim… W dodatku, kiedy już było wiadomo, że ją odzyskano, nadal nie było pewności czy nie trzeba będzie poddać jej eutanazji.
             - Eutanazji?
             - Eutanazja to uśmiercenie w humanitarny sposób, kiedy dalsza egzystencja może przynieść jedynie cierpienie. Bezbolesne, najczęściej polegające na podaniu śmiertelnej dawki środka uspokajającego. Jeżeliby w jej mózgu zaszły zbyt dalekie zmiany, możliwym byłoby, że będzie zbyt agresywna, niestabilna, dręczona przez nieustanne omamy i potworne koszmary. W dodatku często w takich wypadkach ośrodek bólu w mózgu zaczyna szaleć i najdelikatniejsze dotknięcie jest odbierane jak cios metalową rurą.
             - Z-zabilibyście ją?
             Na twarzy Ezraela rozlewa się szok, niedowierzanie i coś na wzór odrazy. Zabić Lidię… Ech… Czasem śmierć jest najlepszą z opcji, co samo w sobie jest przerażające i wiele mówi o świecie.
             - Jedyną alternatywą byłoby trzymanie jej skrępowanej, naszprycowanej lekami w zamkniętym pomieszczeniu do końca życia. Do tego karmienie przez rurkę, zmienianie pieluch i dość nieprzyjemne kąpiele oraz różnorakie schorzenia wynikające z ciągłego przyjmowania leków. Nie wspominając o tym, że prawdopodobnie nie wiedziałaby ani kim jest, ani gdzie jest, ani co się wokół dzieje. Byłaby okazyjnie dręczonym przez koszmary warzywem.
Szok na twarzy elfa topnieje zmieniając się w ponury grymas. Nie komentuje, tylko wzdycha ciężko, zwieszając głowę. Myśli nad czymś dłuższą chwilę.
             - Powiedz mi, jak udaje ci się o tym mówić tak zwyczajnie? Bez emocji?
             - Bo zaakceptowałam to. Jakaś moja część zrozumiała, że chociaż jest to przerażające i okrutne, to jest też normalne, bo i świat jest przerażający i okrutny. Poza tym Lidia jest teraz bezpieczna… A przynajmniej była nim tu trafiłam. No i nie powiedziałabym, że mówię o tym całkiem bez emocji. Po prostu z tymi emocjami już się pogodziłam, chociaż może to dziwnie brzmieć.
             - I dziwnie brzmi. – Ezrael uśmiecha się krzywo. – W każdym razie dziękuję. Za opinię no i ogólnie rozmowę… Chyba muszę sobie teraz poważnie przemyśleć parę rzeczy.

Offline

#277 05-02-2019 o 17h36

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Znowu mam dwa rozdziały do nadrobnienia. Nah, ostatnio to jakiś klasyk.

„i wbijając Ulę w zdumienie” — zdumienie w nią wbija? Zdumione spojrzenie to rozumiem.

Ohohoho, elfia przeszłość, czyli można się domyślić, o co chodzi. Tylko mimo wszystko jestem mega zaskoczona, że Ez zdobył się na to, by opowiedzieć o tym Liwce. Czaję, że to człowiek, a w przeszłości miał do czynienia właśnie z ludziem, ale… on Liwki nie znosi, zresztą ze wzajemnością. I z pewnością jej nie ufa. Moim zdaniem prędzej uniósłby się dumą i sam się z tym męczył, niż zniżyłby się do rozmowy o swoich demonach z człowiekiem. No wiesz, jestem „faneczką elfika”, jak to kiedyś ujęłaś, więc tak mi się wydaje. Aczkolwiek to tym bardziej ciekawe rozwiązanie, bo, jak już wyżej wyjaśniłam, tego się totalnie nie spodziewałam.

Wait. To nie ta historia z gry. :v Hm, no tak, przecież masz to w zapasie, to pewnie zdążyłaś wymyślić własną opowieść. To tak jak ja.

Jak cię mody dorwą za użycie określenia pewnej męskiej części ciała, to dostaniesz bana, więc lepiej ostrożnie z tym.

Well, historia niby inna, ale podobna. Ktoś porywa dzieci i Ez ma z tym sporo wspólnego. Ale, o ile w przypadku Marie-Anne kumałam, po co mu rada Liwki, tak teraz ni wim. xd

Dziwna to była rozmowa. Tzn. mam wrażenie, że Ez wpadłby na to wszystko bez pomocy Liwki. A przynajmniej z pomocą kogoś bliskiego, a nie kogoś, komu nie ufa. W kwestii ludzi napadających na wioskę to jeszcze ok, ale w kwestii brata? Chociaż, skoro i tak już sobie gawędzili…

Jestem pod wrażeniem tutejszego zachowania Eza. Jest taki „ludzki” [choć wiem, że to określenie niezbyt dobrze tu pasuje]. A to szok — zwykle nie było ku temu wielu okazji. A właściwie to chyba żadnej.

Ok, czekam na kolejne rozdziały i pozdrawiam! ^^


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#278 08-02-2019 o 19h29

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

@Methrylis - Jestem zdziwiona, że jesteś zdziwiona, że Ez powiedział o wszystkim/skonsultował się z Liwią. Gdyby tak postąpił Nevra czy nawet Valk, ok, byłoby to dziwne, ale ez... On nie lubi współczucia. Jak to mówią Japończycy: najłatwiej zwierzyć się komuś obcemu albo BARDZO bliskiemu. Czemu obcemu? Bo obcy ma cię w dupie i twoje sekrety go mało obchodzą. Tu podobna zasada. Niby Liwka obca nie jest, ale nigdy nie mieszała się do życia prywatnego innych osób w KG i nigdy nie wyrażała większego zainteresowania nim. Też nie plotkowała, co się bardzo ceni, więc sekret (?) jej powierzony miał (z perspektywy Ez'a) duże szanse pozostania sekretem. I z nią nie musiał się bać współczujących/troskliwych spojrzeń, tego całego wspierania i martwienia z którym średnio sobie radzi + nie musiał się obawiać, że co przemilczy/przekształci w obawie przez zranieniem go czy coś, bo mało Liwię obchodzi. I nie przesadzaj z tym, że Ez nie znosi Liwii. Z tego, co pamiętam, że napisałam przez te wszystkie części, można wysnuć wniosek, że mają do siebie zaprawiony porządną złośliwością, ale względnie neutralny stosunek. W sumie Liwia chyba odbiera Eza bardziej negatywnie niż on ją, ale to przez to, że ogólnie bardzo negatywnie odbiera rzeczywistość.
             A co do tego, ze sam mógł dojść do takich a nie innych wniosków, cóż..... Tu się głupio uśmiechnę. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

XXII cz. 7


             Kiedy elf znika za drzwiami, odsapuję z ulgą. Nie lubię tego typu rozmów. Smęty, uzewnętrznianie się, słuchanie tkliwych, dramatycznych historyjek. Starczą mi moje, cudzych na dokładkę nie potrzebuję. W przypadku historii z purrekos jeszcze było ok., bo to coś o szerszym polu, dużego, co miało miejsce po moim przybyciu, ale opowieść Eza… To takie „chodź opowiem ci o moim dramatycznym dzieciństwie”. Przecież sam mógł dojść do wniosków, które mu przytoczyłam… Nie, żebym bagatelizowała to, co go spotkało. Szczerze powiem, nie wyobrażam sobie być w podobnej sytuacji – do momentu, kiedy zdecydowałam się opuścić babciny dom, pozorując swoją śmierć i wyruszyć na aktywne poszukiwania Lidii, zawsze miałam wsparcie rodziny. Jego rodzinę zaś wyrżnięto na jego oczach, nie licząc brata i siostry, którą wraz z nim sprzedano. Jednej nocy stracił wszystko, co miał, po czym został kupiony przez jakiegoś zboka, któremu służyłby tyłkiem, póki by się nie zestarzał, gdyby nie zbiegł. Aż dreszcz przechodzi…
             Po prostu… Po prostu nie lubię wiedzieć o takich rzeczach odnośnie osób, którym niezbyt ufam. Ezrael należy do Straży Eel, a Straży ufać nie mogę. Szczególnie w świetle ostatnich wydarzeń, spraw z Immaelem, Wyrocznią i rzecz jasna Huang Hua. Co prawda uratowałam elfowi życie, ale mam wątpliwości czy w razie czego uniesie się honorem i mnie wspomoże, czy wykaże całkowitą lojalność wobec Miiko i ferajny. Niewykluczone, że stanie się moim wrogiem, a wiedzieć o wrogu rzeczy, które wywołują współczucie, to niezbyt dobra sprawa. Lepiej podchodzić do przeciwnika bezosobowo, bez emocji.

***

             Trzeci dzień pracy na nockę. Zaczynam wchodzić w tryb nietoperza. Ech… W dodatku dzisiaj oczywiście musiało zacząć padać. O ile siedzenie na murach w spokojną, pogodną noc jest względnie przyjemne, to siedzenie na murach w noc zimną i deszczową zalicza się do kategorii „raczej nie”. W dodatku nie wzięłam ze sobą peleryny, bo zmiana pogody była dość nagła i teraz jestem mokra, zmarznięta i głęboko nieszczęśliwa.
             Długi cieplutki prysznic i ciepłe łóżeczko, to jedyne, czego mi trzeba. No i może ciepła jeanylotte do przykrycia. Przywykłam do spania obok jej futrzanego  zadka. Naprawdę, nie ma nic przyjemniejszego w trakcie zasypiania niż ciepłe, puszyste cielsko obok.
             Pokoik, gdzie mój kochany, szafowaty pokoik…
             Już mam zniknąć w korytarzu prowadzącym do mojego lokum, kiedy za mną rozlega się huk rozwieranych z wielkim impetem drzwi wejściowych, aż podskakuję.  Zaskoczona odwracam się na pięcie.
             W drzwiach stają kobieta-tauren, gnom, barczysty faun i blady pixi, znaczy taki filigranowy, drobnokościsty elf-wróżek. Sądząc po ubraniach, wszyscy wyglądają na wieśniaków. Bardzo wymęczonych, zaniepokojonych wieśniaków, którzy ewidentnie czegoś chcą. Jedno dobre, że nie mają w rękach zaostrzonych narzędzi rolniczych, bo mogłoby to zwiastować nieliche kłopoty.
             Spojrzenie gnoma pada na przechodzącego strażnika Obsydianu, wielkiego niebieskoskórego chłopa nieznanej mi rasy.
             - Ej, ty! – wrzeszczy czy raczej trwożnie podnosi głos. – Gdzie jest ktoś dowodzący? Mamy pilną sprawę! Naprawdę pilną!
             Przyglądam się malutkiemu, szaroskóremu facecikowi o nietoperzach uszach, którego mina jest poważniejsza niż zeznanie podatkowe. Czy mnie interesuje, co ma do powiedzenia? Niby trochę tak, ale teraz naprawdę nic nie jest bardziej interesującego od cieplutkiego prysznica. Poza tym, o cokolwiek mu nie chodzi, to i tak potem się tego dowiem, niewykluczone, że na swoje nieszczęście. Kiedy ktoś wpada gdziekolwiek wołając „gdzie szefostwo, mam ważna sprawę”, prędzej czy później o tej sprawie robi się głośno.
Tak… Nie ma nic lepszego niż długi, mocny sen po mokrej, zimnej, nocnej zmianie. Sen poprzedzony wygrzaniem się w strugach gorącej wody i – niestety – przepychanka z Ulą. Jeanylotte nie towarzyszyła mi tym razem w trakcie patrolu. Znaczy dała sobie siana, kiedy zaczęło padać, bo stwierdziła, że w takich warunkach to i tak nie zasnę, więc dzielenie wachty na dwie części i tak nie ma sensu. W sumie miała rację, ale zajmowanie czekającego na me cielsko wyrka to inna rzecz. Za to zasłużyła sobie na porządne tarmoszenie za uszy. Jej szczęście, że elegancko wygrzała materacyk.
             Mmm…
             Odpływam.
             Sen dopada mnie szybko i wciąga w swe głębiny. Niestety trwa zdecydowanie za krótko. Nie wiedzieć czemu, po co i na co z ciepłej, ciemnej otchłani spokoju wywołuje mnie jakiś łomot.
             Na ciemne energie, jeszcze pięć minut. Albo pięć godzin.
             Łomot nie ustaje. Rozwieram oczy.
             Ziieeewww. No dobra, a teraz kim ja jestem, gdzie ja jestem i co to za hałas. Hałas, hałas, hałas… Drzwi. Ktoś puka. Ngh… Dobrze trzeba iść otworzyć, ale jak się używa tych… No tych… Tych sterczących z dołu. No… Acha! Nóg. Yh… A tak, trzeba zrobić krok.
             Heroicznym wysiłkiem ustawiam swoje zwłoki w pozycji pionowej, podchodzę do drzwi, przekręcam zamek i naciskam klamkę. Niestety dobrą chwilę zajmuje mi skojarzenie czym jest to nietoperzowa te, szare coś z cyckami,  które do mnie rozmawia.
             - Chyba średnio rozumiesz, co mówię, prawda? – pyta „coś” aka Krajzan. – Naprawdę wyglądasz na nieprzytomną.
             - Która jest? – pytam niemrawo, zachwycona, że udało mi się zidentyfikować „nietoperza”.
             - Po drugiej.
             O rajuśku. Znaczy złapałam ze siedem godzin snu, a mimo tego… Zamuliło mnie na amen. Co do…? Ta zmiana pogody czy może ręka wysysa ze mnie siły, żeby się zregenerować? Pojęcia nie mam, ale naprawdę… Nie wiem czy butelka wina ścięłaby mnie tak mocno jak dzisiejsza nocna zmiana.
             - Kontaktujesz już, co się dzieje? – pyta Krajzan spoglądając na mnie z przebijającym się przez niepokój rozbawieniem.
             Raczej nie jest zaniepokojona moim zaspaniem, znaczy stało się coś niedobrego. Pewnie związanego z poranną delegacją wieśniaków. No i znając życie, na moje nieszczęście, ma to coś wspólnego z odwiedzinami gargulicy.
             - Powiedzmy, że kontaktujęęę… – Ziewam przeciągle. – Co się stało? Bo szefowa chyba nie odwiedza szeregowych strażników z byle pierdołami?
             - Raz nie miej tak niskiego mniemania o sobie kochaniutka, dwa dbam o swój wizerunek ekscentryczki, więc przygotuj się, że kiedyś mogę wpaść od tak… Dajmy na to, po to, żeby pooglądać z tobą coś na tym twoim cudownym komputerku. – Krajzan uśmiecha się, ale po chwili jej uśmiech blednie. – Ale tak, przyszłam do ciebie w innej, oficjalnej sprawie. Otóż dzisiaj odwiedziła Kwaterę Główną grupa wieśniaków. Przyszli w dwóch sprawach. Po pierwsze zgłosić zaginięcie czworga dzieci. Po drugie zgłosić, że karawana handlarzy mających przybyć do pobliskiego miasta, Czarodębu, spóźnia się już tydzień. Prawdopodobnie również zaginęła. W związku z tym musimy nieco zreorganizować patrole i straże.
             - To znaczy?
             - To znaczy, że do jutra masz wolne, ale jutro od szóstej czeka cię nieprzerwany, sześciogodzinny patrol jeździecki i tak do odwołania.
             Czuję, że krew odpływa mi z twarzy.
             - Nie chce szefowa mi powiedzieć, że mam z tą ręką jeździć na tych waszych podskakujących kurczakach?!
             - Nie, nie jesteśmy aż tak okrutni. – Uśmiecha się pobłażliwie. – Otrzymasz łagodnego wierzchowca, który tak nie trzęsie, a do tego gwizdek i racę sygnalizacyjną na wypadek problemów. Weź też ze sobą Ulę, będzie dodatkowym zabezpieczeniem. Wątpię, aby ktokolwiek zechciał z nią zadrzeć. Cokolwiek też.
             Wylegująca się na łóżku Ula siada i dumnie prostuje się, prezentując swoje gabaryty. Wygląda to dość komicznie, szczególnie, że akurat ten moment sobie wybrała, aby też polizać się po nosie.
             - Ale skąd to nagłe parcie na patrole dzienne? – pytam, odrywając spojrzenie od jeanylotte. –  Przecież nocą, tak na logikę, jest chyba niebezpieczniej, prawda?
             - Tak, ale rzecz w tym, że to niepierwsze zaginięcia w naszym rejonie. Zdarzało się już, że kupcy i dzieci, a nawet dorośli przepadali bez wieści, szczególnie widoczne stało się to w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Rzecz w tym, że ani dzieci, ani kupcy raczej nie szwendają się nocą. Dla jednych i dla drugich to zbyt niebezpieczne. Zatem, cokolwiek nie stoi za zaginięciami w naszym rejonie, działa za dnia.
             Czuję ściskający żołądek niepokój. Coś bądź ktoś atakuje za dnia, porywa, a nie wykluczone, że też zabija dzieci i wędrowców… Niezauważone, nie pozostawiając śladu. Naprawdę wolę nie spotkać się z tym czymś/tym kimś twarzą w twarz, ale znając moje szczęście… Z blackdogami też nie chciałam się spotkać, a wyszło jak wyszło.
Ech… Już nawet nie zaciskam kciuków, żeby porywacz czy też zabójca bądź pożeracz nie natknął się na mnie. Starczy mi, żeby wszystko przetrwać w całości, bez większych obrażeń i żeby wierzchowiec naprawdę nie trząsł. Podskakiwanie przez sześć godzin, nawet jeżeli jest się w pełni sprawnym, może być koszmarem, a z moją ręką… Nie, nawet nie chcę sobie tego wyobrażać.
             - Mówisz, że zaginięcia w Eel zdarzają się już od jakiegoś czasu… Dlaczego dopiero teraz Straż reaguje? – pytam Krajzan.
             - Przecież już wcześniej zwiększyliśmy częstotliwość patroli, prawda? – Krajzan uśmiecha się smutno. – I nikt nic nie zauważył. A zaginięcia, chociaż częstsze niż zwykle nie przekraczały jakoś normy. Dlatego też do tej pory wszystko zrzucano na zaburzenia Kryształu i nieco agresywniejsze zachowanie głodnych bestii, które mogą wykorzystać brak ostrożności podróżnych czy też pilnujących dzieci rodziców. W dodatku zniknięcia były pojedyncze, rozsiane po całej okolicy, wielu wioskach. Jednak zniknięcie czworga dzieci na raz tuż spod nosa pilnujących ich opiekunów…  Dzieciaki siedziały dosłownie z siedem metrów od nich, bawiąc się. Bestia porwałaby jedno, dwoje.  Gdyby zaatakowało stado bestii, narobiłoby hałasu. Poza tym któreś z nich powinno zacząć płakać w trakcie, prawda? Jednemu i owszem, można zatkać usta czy złapać je za gardło, żeby nawet nie pisnęło, ale czworo? Nie, coś tu się dzieje niedobrego. Musimy znaleźć dzieciaki i karawanę, żywych czy martwych, a potem dopaść tego lub to, co za to odpowiada.
             Przytakuję. Tak… Sprawa naprawdę wygląda paskudnie. Do tego stopnia, że ciarki przebiegają po plecach. Naprawdę, ale to naprawdę nie podoba mi się perspektywa nadchodzących patroli. Jeżeli to coś/ten ktoś, potrafi od tak „zniknąć” czworo dzieciaków znajdujących się parę metrów od opiekunów to… Powiedzmy, że zniknięcie małej Liwii nie powinno być dużym wyzwaniem. Nie wiem nawet czy obecność Uli mi tu dużo pomoże. Może dzięki swoim superczułym Uszą wychwyci, że coś zakradło się od tyłu, żeby mnie zeżreć, a może nie.
             Znowu. Znowu coś się dzieje. Coś, co mnie tyczy MNIE… Ale i tak pewnie znowu oberwę tym „coś” po łbie.

Offline

#279 21-02-2019 o 20h33

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Ja tam się nie zgadzam i nadal się dziwię, bo Ezarel jest raczej zbyt dumny, by się zniżyć do zwierzania  c z ł o w i e k o w i. No ale już się zwierzył, mleko rozlane.

A, stąd ten głupi uśmiech xd

Atak wieśniaków mógł być ciekawy, chciałabym to poczytać xd I jestem ciekawa, co to tam takiego się dzieje, co odpowiada za te zaginięcia.

No dobra, to lecę dalej. Czekam na więcej i pozdrawiam! ^^

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (21-02-2019 o 20h34)


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#280 22-02-2019 o 18h55

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

@Methrylis - Ezrael byłby zbyt dumny, żeby pozwolić komukolwiek na współczucie wobec siebie. W porównaniu z tym powiedzenie czegokolwiek człowiekowi (to nie było typowe zwierzanie - nie rozwodził się o swoich emocjach etc - tylko rozpaczliwa próba usłyszenia zaprzeczenia swoich obaw) to pikuś.
             Ja też chciałabym poczytać o ataku wieśniaków. Jakoś narzędzia rolnicze zmieniające się w narzędzie zagłady działają na wyobraźnię... Dobrze, że w Eldaryi nie ma kombajnów /static/img/forum/smilies/big_smile.png

XXII cz. 8

             Po udzieleniu mi kilku rad i omówieniu nieco charakteru patrolu „konnego” – jaka mniej-więcej będzie moja trasa, na co zwracać uwagę, jak reagować na potencjalne zagrożenie i tak dalej – Krajzan szybko odchodzi. Pewnie ma mnóstwo zajęć i problemów w związku z porannymi „rewelacjami”, zresztą nic dziwnego. Na tle ogólnych niepokojów w Eldaryi, mimo odwiedzin Grabieżcy i blackdogów, Eel wydawało się stosunkowo spokojnym miejscem, taką bezpieczną przystanią. Teraz zaś złudzenie owego bezpieczeństwa poszło w pizdu. Jak bardzo dowiaduję się, kiedy wychodzę z pokoju.
             Ech, dobrą chwilę myślałam o tym, czy wyjść, zjeść obiadek i takie tam, czy może olać sprawę i iść spać. Stwierdziłam, że jednak wyjdę, zeżrę coś, a potem wrócę do wyrka. Niestety podjęłam złą decyzję. W głównym holu panuje potworne zamieszanie. Mnóstwo luda ze schroniska i okolicznych wiosek przybiegło domagać się ochrony, powrzeszczeć jaka to Straż jest zła i niedobra oraz ogólnie robić zamieszanie, jak to spanikowana tłuszcza ma w zwyczaju. W dodatku sami strażnicy biegają tam i z powrotem poirytowani i spięci. Nim docieram na stołówkę zostaję zwyzywana przez dwóch wieśniaków i ochrzaniona przez jakiegoś cepa z Lśniącej, któremu przypadkiem przegrodziłam drogę. Naprawdę to chyba jeden z tych dni, w które lepiej nigdzie nie wychodzić.
             Stołówka jest cicha i spokojna, bo prawie wszyscy mają urwanie głowy, a cała reszta szaleje z niepokoju. Tylko parę osób siedzi przy stolikach coś-tam spożywając. Jedną z nich jest, o dziwo, Karuto. Kucharz rzadko opuszcza swoje kuchenne królestwo, jednak teraz, korzystając z małego ruchu, najwyraźniej postanowił zjeść jak cywilizowany faery przy stole, na siedząco i na spokojnie.  Popijając duży kubek mocnej kawy – jej aromat czuć aż od wejścia – przegląda jakieś papiery i nieśpiesznie konsumuje kolorową kanapkę. Sama zaopatruję się w coś pierogopodobnego i po chwili wahania dosiadam się do niego.
             - Można? – pytam.
             - Tak, jasne. Klapnij.
             - Co to? Jakieś rachunki? – Wskazuję na papiery. – Bo minę masz taką…
             - Co? Ach nie… - Uśmiecha się krzywo. – List od rodziny.
             To Karuto ma jakąś rodzinę? Nigdy nic nie mówił, w dodatku słyszałam, że większość Strażników to wyrzutki i takie tam… Ech, naprawdę nie powinnam niczego zakładać z góry.
             - Coś się stało?
             - Nie… Po prostu listy od rodzinki zawsze wbijają mnie w sentymentalny nastrój i tak dalej.
             - Ok., nie drążę.
             - Wiesz za co cię lubię? – Karuto uśmiecha się – Prawie zawsze mówisz to, co trzeba. A swoją drogą, jak rąsia?
             - A dobrze. Zwiększone dawki leków pomagają, ale nadal daje się we znaki… Zresztą trudno, żeby nie. Widziałeś jak wyglądała zaraz po wszystkim.
             - Jak ręka wyglądała to jedna rzecz, ale jak wyglądał Valkyon, to druga. – Kucharz błyska zębami w szelmowskim uśmiechu. – Zdrapany, obandażowany z miną jak jipinku, który znowu próbował zjeść draflayela sąsiadów, a gdy wrócił do domu, okazało się, że jego państwo przeprowadzili się na inny kontynent.
             Parskam tłumionym śmiechem. Idealne posumowanie, aczkolwiek nie mam bladego pojęcia, jak wyglądają wspomniane przez kucharza stwory.
             - No i co? Pewnie miałeś ochotę go wziąć na kolanka i pocieszyć? – pytam, na co Karuto chichocze.
             - Pocieszyć może i tak, ale na kolanka to nie biorę niczego tak ciężkiego, żeby mogło mi odciąć dopływ krwi do nóg. Poza tym, troszkę za młody dla mnie, jak mówiłem, wolę ciut starszych.
             - Starszych, starszych. A jak sobie gdybałam, że ty hetero, a ja o dwadzieścia lat starsza, to ty od razu, że stara raszpla. No to jak to jest?
             - No co? Moja wina, że baby paskudnie się starzeją?
             Kopię go pod stołem, oczywiście niezbyt mocno, na co ten znowu chichocze.
             - A tak w ogóle, to czemu TY jesteś przybita? – pyta, wbijając we mnie czujne, ale i łagodne spojrzenie brązowych oczu. – Albo raczej zestresowana?
             Pokrótce wyjaśniam mu powód, którym jest okropne przeczucie, graniczące wręcz z pewnością, że coś spróbuje urwać mi głowę, ewentualnie mnie zeżreć. Wiem, że nieco dramatyzuję, ale skoro ranną mnie posyłają na taki patrol, a wcześniej byłam prześladowana przez wszelkie, możliwe nieszczęścia, to chyba podramatyzować mogę, prawda? Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu, Karuto słucha tego cierpliwie, chociaż wygląda na z lekka rozbawionego.
             - Ty się lepiej z parę razy uśmiechnij do Ezraela, to może pożyczy ci jakiś porządny amulet ochronny czy coś, bo przy twoim szczęściu to wszystko możliwe.
             - Jestem przestraszona i mam czarne wizje, ale nie osiągnęłam jeszcze tego poziomu desperacji, żeby uśmiechać się do Ezraela. Wolę zginąć z godnością… Inna rzecz, że magia na mnie ciut dziwnie reaguje, więc niespecjalnie jej ufam.
             - No, też o tym słyszałem. Dziwna sprawa. Ewelein strasznie się tym podnieca, chociaż na podstawie badań nic nie odkryła. Teraz kombinuje jak wyśledzić rasę, do której mogli należeć twoi przodkowie. Uparcie twierdzi, że to musieli być jacyś tajemniczy i prawdopodobnie już wymarli faery, chociaż ja tam nie wiem.
             O tym, że wzięła się za poszukiwanie moich „czarodziejskich” przodków, nie wiedziałam. Ykhar kiedyś wspominała, że chciałaby zbadać sprawę, ale sądziłam, że nasza naczelna lekarka ma lepsze rzeczy do roboty niż bawienie się w tego typu pierdoły. Pacjentów, pomaganie w laboratorium alchemii i takie tam. Nie wspominając o tych zatruciach, które ostatnio sprawdzają z Ezraelem. Swoją drogą, ta sprawa z zatruciami ciągnie się już cholera wie ile. Z miesiąc chyba, o ile dobrze kojarzę, a burmistrz tamtej jakieś-tam wioski nadal nie chce wystosować prośby o pomoc do Straży i odmawia jej udziału. To coś politycznego czy może poproszenie Straży o pomoc równa się jakiemuś cyrografowi czy czemuś?
             - Wątpię, żeby to coś dało. Zresztą możliwości dla których magia w pobliżu mnie fiksuje może być multum. Wzrastanie w środowisku zdominowanym przez wysoce zaawansowane technologię, moje sztuczne oczy, mutacje genetyczne i tak dalej – rzucam. Wszystko to, to prawda, a to, że nie pokrywa się z moimi przypuszczeniami to inna rzecz.
             Rozmawiamy jeszcze chwilę, lecz po niedługim czasie stołówka zaczyna się zapełniać podenerwowanymi strażnikami i Karuto zbiera się do pracy, na odchodnym rzucając, że musimy się kiedyś umówić z dziewczynami na kielicha. Inna rzecz, że nawet gdyby nie praca, to atmosfera w stołówce nie sprzyja już rozmowom, przynajmniej nie tym przyjemnym. Wszędzie wokół czuć napięcie i nerwowość, co bynajmniej nie wpływa korzystnie na moje samopoczucie. Aby okiełznać moją paranoję i coraz bardziej szalejące czarnowidztwo, ewakuuję się stąd.
             Resztę dnia, spędzoną głównie na układaniu scenariuszy swojej bolesnej śmierci, spędzam w pokoju. Rozmowa z Lidką – wszystko u niej Bogu dzięki w porządku – niezbyt poprawia mi nastrój. Siostrzyczka, jak zwykle „pełna” empatii i ciepła, wyśmiewa moje obawy, a na koniec jeszcze straszy, dorzucając do tych moich czarnych scenariuszy swoje trzy grosze. Normalnie, gdybym mogła, trzasnęłabym ją w ten rudy łeb, no  ale nie mogę.
             Na domiar złego Ula sobie poszła. Gdzie poszła, nie wiem, ale przydałaby się tutaj. W końcu jak człek przeżywa falę po części irracjonalnego lęku, to ma ochotę być utulanym, a jedyną opcją utulenia jest Ula. No, gdyby nie wyjechała na misję, opcją byłaby też Alajea, ale Ulka ma o wiele więcej wyczucia niż syrenka, więc kuku mojej łapce nie zrobi.
             Ech. Na zbyt mało rzeczy mam w tym świecie wpływ. Zbyt mało rzeczy mogę wybadać, a na jeszcze mniej się ubezpieczyć. Coraz bardziej zaczyna mnie to przerażać. Teraz, kiedy jestem ranna i częściowo niesprawna tym bardziej. Magia, nieznana natura, dzikie bestie, brak technologii. Naprawdę nie rozumiem jak można tu egzystować na dłuższą metę, szczególnie gdy czasy są niebezpieczne. Przecież zwykłe wiadomości idą tu całymi dniami, chyba ze zaangażuje się w to spore dawki magii. Dawki niezbyt zdrowe dla maga rzucającego zaklęcie.
             Mija godzina za godziną, Ula zjawia się około czwartej rano. Zziębnięta, mokra, bo całą noc znowu mżyło, i nieszczęśliwa. A gdzie to nasza jeanylotte była? A za murami KG, gdzie dostała się przy pomocy Edwarda i Dymitra – poszła wraz z nimi wybadać teren i zobaczyć, co może stać za zniknięciami faery, bo te nie niepokoją tylko straż, ale również purrekos no i same zainteresowane trio. Niestety nie za wiele udało im się wybadać, za wyjątkiem tego, że zniknięcia prawdopodobnie miały miejsce w pobliżu lasów. Jednak co bądź kto za nimi stoi? – zero wskazówek. Ani śladów, ani zapachów, niczego. Zupełnie jakby wszyscy pozapadali się pod ziemię i tyle.
             Rzecz jasna brak śladów w ogóle nie poprawia mi nastroju, przeciwne. Podenerwowana całą noc nie potrafiłam zmrużyć oka, przez co nazajutrz wyglądam jak kupa gówna, co nie umyka uwagi Ezraela, który ma nieszczęście również uczestniczyć w dziennych patrolach. Ja z kolei z satysfakcją zauważam, że ten jest wyjątkowo blady i niemal zielony.
             - A jak mam nie być blady i zielony? – warczy na mnie, kiedy wypominam mu to. – Ostatnio, gdy zostałem puszczony sam w teren, co o mało by mnie nie zżarł blackdog. Nie wspominam nawet o tym, że w trakcie niedawnej misji terenowej, kiedy miałem obstawę i teoretycznie powinienem być bezpieczny, też dostałem w gębę. Poza tym wspominałem ci kiedyś, że moim naturalnym habitatem jest laboratorium, prawda? Wyskakujący zza krzaków porywacze czy też faeryżerne bestie to nie moja betka. Niby potrafię coś-tam machać mieczykiem i strzelać z łuku, ale jeżeli coś zajdzie mnie od tyłu, mogę mieć przechlapane.
             A podobno to ja jestem nieporadna… Zresztą przez wzgląd na tą „nieporadność” musiałam dłuższy czas starać się o zezwolenie na wyprawy po składniki do otwarcia portalu. Ciekawe ilu miejscowych, gdyby sprawdzić ich pod kątem tej poradności, też musiałoby się szkolić, żeby zdobyć prawo do samodzielnych wyjazdów. Chociaż, patrząc na rzecz z drugiej strony, po tym wszystkim, co Ez mi opowiedział, nie dziwię się, że nie lubi przebywać na zewnątrz. Szeroko pojęte zewnętrze nie przyniosło mu nic dobrego.
             Ech, mnie też nie, jeżeli mam być szczera. Jedynie Krzyżowców i przymusowe przenosiny do Eldaryi. Niewykluczone, że gdyby Lidce nie zachciało się przed laty wyjazdu na kolonie, to teraz prowadziłybyśmy duo spokojniejsze i normalniejsze życie pozbawione traum. Nauka na przyszłość – lepiej siedzieć w domu na dupie niż się szwendać cholera wie gdzie.
             Zresztą zebrało mu się na narzekanie. On ma przynajmniej obie ręce sprawne. I dłuższe nogi, w razie gdyby przyszło mu uciekać.
             Razem z innymi wyruszającymi na poranny objazd, tłoczymy się na placu przed zwierzyńcem, a trzymający pieczę nad wyprawieniem nas w świat Feren pokrzykuje, ponagla i zrzędzi. Wszyscy wyglądają na podenerwowanych, ale ja i Ezrael w byciu podenerwowanymi przodujemy, co grubawy elf zauważa i nie szczędzi nam kilku zjadliwych komentarzy. Mam przy tym lekki ubaw, bo o ile po mnie spływają one jak po kaczce, to Ezrael ma minę, jakby rozważał zrobienie mu lewatywy z przypominającego pikanterią papryczkę chilli soku drzewa ognistego.
             Jednak ten złośliwy uśmiech znika mi z ust, kiedy przychodzi do rozdziału wierzchowców. Niektórzy otrzymują znane mi już kurczaki i futerkowce, inni różnorakie dziwolągi, a ja… Gigantycznego, włochatego warana? Nie wiem, co to, ale tak właśnie wygląda. Wielkie, jaszczurowate i porośnięte krótką brązowo-zieloną sierścią, do tego wysuwający się co jakiś czas z pyska, rozdwojony na końcach jęzor. Jednak stwór różni się jedną rzeczą od warana. Otóż warany, tak jak wszystkie jaszczurki, gibają się na bogi idąc. To coś nie. Jego nogi pracują, ale tułów pozostaje niemal zupełnie nieruchomy.

Offline

#281 26-02-2019 o 20h07

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Dzień po dodaniu przeze mnie zaległego komentarza już wrzucasz rozdział. Jestem przerażona twoim tempem /static/img/forum/smilies/yikes.png
XDDDDDD ale pewnie mają inne jakieś super wynalazki, więc wiesz, nie lekceważ ich siły /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Nadal nie umiesz… hm, zneutralizować dialogów. Przemowa Ezarela brzmiała kropka w kropkę jak gadki Liwki. Podobne słownictwo, ten sam ton, zwłaszcza tu: „Niby potrafię coś-tam machać mieczykiem i strzelać z łuku, ale jeżeli coś zajdzie mnie od tyłu, mogę mieć przechlapane”: już o tym mówiłyśmy, że Liwka zbyt często „uogólnia” i tu jest to samo, tak samo prześmiewcze zdrobnienia typu mieczyk. Z Karuto zresztą to samo, tylko że to nie rzucało się aż tak w oczy, bo zwykle to były krótkie gadki. Musisz na to uważać, bo to odbiera jakiekolwiek wyczucie postaci.

Rozdział-wprowadzenie do misji w terenie i to jej jestem bardziej ciekawa. Czekam więc na resztę i pozdrawiam! ^^


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#282 15-03-2019 o 21h00

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

@Methrylis - Trochę trudno mi sie odnieść do uwagi o dialogach, bo o ile podobieństwa wypowiedzi do Liwki w przypadku Karuto są niezamierzone i świadczą, że masz racje, to z Ezem zrobiłam to z premedytacją. Świadome lub podświadome podłapywanie tonu i charakteru wypowiedzi oponenta to jedna ze strategii, aby zamknąć mu usta. Dlatego, kiedy Liwka dogadała elfikowi ten odpowiedział jej tym samym w podobnym brzmieniu, co skutecznie ją uciszyło. Taki dowód, że chociaż Liwka uważa/robi z Eza idiotę to ten niekoniecznie nim jest. A Liwka niekoniecznie/nie zawsze jest taka bystra => nawet nie zauważyła jak ja zagiął. Także tego... Jak wiele razy pisze, stan faktyczny, a perspektywa Liwii to dwie różne rzeczy. trzeba patrzeć troche z boku /static/img/forum/smilies/wink.png

XXII cz. 9


               - To apaxat, jeden z najwygodniejszych wierzchowców – informuje mnie Feren. – Nie wytrzęsie cię na nim, ale uważaj, bo apaxaty są dość… Ociężałe i złośliwie nieuważne. Potrafią wleźć na drzewo albo do rzeki, jeżeli nim nie skręcisz albo go nie zatrzymasz.
               Z obawą spoglądam na jaszczura czy co to właściwie nie jest. W sumie wygląda na przymulonego. Jakby imprezował całą noc, a teraz walczył z syndromem dnia wczorajszego.
               - A jak się tym kieruje? – pytam, a długi jęzor wyskakuje z pyska bestii i smyra mnie lekko w ucho.
               - Tak jak prawie wszystkim innym.  Szturchasz w bok prawą nogą i ciągniesz za wodzę w prawo, to skręca w prawo. W lewo analogicznie.  Chcesz się zatrzymać, wodze do siebie, ruszyć, to ściskasz oboma nogami i wodzami potrząsasz. A no, ten to jeszcze potrafi się kłaść do wsiadania i schodzenia. Do tego to trzeba go uderzyć nad ogonem.
               Feren prezentuje, z całą mocą uderzając bydle nad ogonem, a jaszczur potulnie kładzie się, przeciągle ziewając. Zerkam na starszawego elfa, który zapraszającym gestem wskazuje na wysokie, przypominające fotel siodło. Niepewnie, a nade wszystko niezdarnie wspinam się na „gada” – gdy ma się tylko jedną sprawną rękę, każde wspinanie jest niezdarne – i sadowię tyłek w tym fotelowym siodle. No nie powiem, jest wygodnie. Dalej, podążając za wcześniejszymi instrukcjami Ferena, uderzam go w ogon, żeby wstał, a gdy wreszcie staje na nogach, spinam go łydkami, a ten nieśpiesznie rusza.
               - Znasz swoją trasę? – woła za mną Feren.
               - Tak.
               No bo znam. Wczoraj wszystko powiedziała mi Krajzan, a rano jeszcze i wcisnęła w łapki mapę z dokładnie wyznaczona trasa, no bo ja nie tutejsza.
               Powoli wyjeżdżam za bramę, kierując się ku wybrzeżu. Wzdłuż niego oraz pobliskich wiosek ma przebiegać moja trasa – znaczy się z dala od lasu. Przynajmniej tyle dobrego w tym wszystkim. Ech, pomyśleć, że w domu to uwielbiałam łazić po lesie, a ze znajomymi to nawet bawiliśmy się trochę w fotografowanie dzikich stworków, głównie ptaków i owadów. Ale tutaj… Tutaj wszystko jest porąbane.
               Truchtająca za apaxatem Ula parska gniewnie. Nie jest w najlepszym nastroju, podobnie jak ja, chociaż normalnie to cieszyłaby się z takiej przebieżki – chociaż w KG głównie to płaszczy zad i się leni lub domaga drapania puchatego dupska, to jest z natury dość ruchliwym stworzonkiem.  Powód jej złego nastroju to niegdysiejsza, ogrza peleryna, którą dopasowałam jej rozmiarów i budowy ciała. Uważa, że wygląda w niej jak debilka. Osobiście sądzę, że lepiej wyglądać jak debilka niż moknąć przez kilka godzin. Niby tylko lekko mży, ale nie wygląda na to, żeby szybko miało przestać. Zresztą i ja mam na sobie pelerynę, więc nie rozumiem, co w tym dziwnego. Ech… najwyraźniej i rozumni mają jakieś pokrętne wyczucie mody. Moda – co czego nigdy nie rozumiałam, nie rozumiem i nie mam zamiaru zrozumieć.
               Marsz mojego wierzchowca nie jest zbyt szybki, dzięki czemu jeanylotte bez trudu dotrzymuje nam kroku, co jest kluczowe, biorąc pod uwagę, że mam jeździć bite sześć godzin. Zgodnie z tym, co powiedziała mi Krajzan, nawet nie mam piętnastominutowej przerwy na jedzonko, a z grzbietu wierzchowca mogę co najwyżej zejść zrobić siku. Naprawdę wczorajsze zniknięcie dzieciaków wstrząsnęło okolicą. Patrole są jeszcze intensywniejsze niż ostatnio, nieustanne, w większości dzienne. Nocą to strzec KG i okolicznych terenów mają właśnie faery przystosowane do nocnych przebieżek jak strzygi, wampiry, północnice, wilkołaki, selenidzi, piekielniaki, gargulce i tak dalej. Mało tego. W trakcie dziennych patroli jeźdźców i piechurów wspomagają wszelkiego faery latający. Na niebie jak nigdy roi się od wróżek wysokich, mających zaledwie metr dwadzieścia, maleńkich pixi, harpii, pochmurników, corby i cholera wie czego jeszcze. Zwykle strażnicy-lotnicy niezbyt przechwalają się swymi umiejętnościami, wybierając poruszanie na odnóżach, to też teraz taki widok… No nie powiem. Trochę to imponujące. Czy raczej imponujące by było, gdyby nie informowało jak wielkie paranoja i strach opanowały KG i podległe jej wioski.
               Ech… Jak to wygląda w ziemskim wymiarze? Jak długo szuka się zaginionych dzieciaków? Chyba z tydzień. Potem, jeżeli się nie odnajdą, albo nie zgłosi się porywacz, nadzieja zaczyna gasnąć. A dużo wcześniej, bo zaraz po pierwszej dobie czy tam dwóch, szanse przeżycia lecą na łeb, na szyję. Oczywiście sama paranoja trwa dłużej niż tydzień, z dwa do trzech tygodni. A ile tutaj? No, tu trochę sytuacja jest inna, bo zaginięcie dzieci potwierdza, że w okolicy może czaić się coś niedobrego. Polowanie na owo coś, ewentualnie tego kogoś może potrwać całe miesiące z tym, że sama Straż tak długo nie pociągnie. Będzie musiała poprosić swoich sojuszników o wsparcie albo samych wieśniaków, patrole z widłami i pochodniami i takie tam. Zresztą już dawno wypadałoby utworzyć takie wioskowe posterunki policyjne. Może nie jeden na wioskę, ale na dwie-trzy? Na pewno, gdyby zaczęło się dziać coś niedobrego pomoc znalazłaby się na miejscu szybciej niż posiłki z KG. No i gdyby policjantów przeszkolić, to ci mogliby dopilnować, żeby w razie jakiegoś przestępstwa czy czegoś tłuszcza nie zadeptała śladów. Jednak to nie moja sprawa tylko Miiko i ferajny. Jak dbają, tak mają.
               Sześć godzin, jedna za drugą umykają niewiadomo kiedy. Nawet w trakcie tego całego patrolu zdołałam względnie uspokoić swe nerwy. Mżawka działała kojąco, chociaż szarpiąca się ze swoją peleryną i warcząca pod nosem Ula z pewnością jest przeciwnego zdania. No cóż, nie jest to pierwszy przypadek potwierdzający to, że szmer wody koi zszargane nerwy.
               Zarówno tego dnia jak i przez następne dwa nie zostają znalezione ani dzieci, ani ich ciała czy potencjalny sprawca zaginięć. Atmosfera robi się coraz bardziej ponura, a wszyscy wokół sprawiają wrażenie zmęczonych. Nic dziwnego, wielu strażników bierze nadgodziny, aby pomóc w poszukiwaniach solidaryzując się tym samym z rodzicami dzieciaków i okoliczną społecznością. Czysta głupota, biorąc pod uwagę, że tym samym stają się mniej uważni, a co za tym idzie mniej użyteczni. Chociaż, biorąc pod uwagę, że moja własna mózgownica potrafi mnie sabotować i załatwić mi z kilka dni bez snu, gdy sytuacja staje się stresowa, nie powinnam tego komentować.
               Dziabam sobie nieco podejrzaną w konsystencji, ale zjadliwą owsiankę, popijam soczkiem z cholera wie czego i zacieram w myślach łapki, bo na zewnątrz jest ładne słoneczko. Nocne oberwanie chmury skończyło ostatnią falę deszczy i teraz mamy śliczniutką pogodę. No, nie licząc dość mocnego i zimnego wiatru, ale ostatnio zainwestowałam w rękawiczki, czapkę i szalik, więc mi to niestraszne. Zresztą jest już prawie połowa jesieni, no to trudno by było, żeby nie było zimno, prawda?
               - Jak twoja ręka? – pyta Jamon, który towarzyszy mi przy śniadaniu, co jest dość rzadkie ze względu na jego napięty grafik. Jeszcze bardziej napięty w ostatnich dniach, czego jasnym znakiem są wielkie cienie pod oczami.
               - A dobrze. – Uśmiecham się do niego ciepło, bo wygląda, jakby ciepłego uśmiechu potrzebował. – Nie boli i za parę dni będzie można zdjęć opatrunek. No i mimo opatrunku mogę już nią coś-tam porobić. Nowa kuracja okazała się strzałem w dziesiątkę. Zapytałabym ciebie, jak tam nastroje i poszukiwania, ale raz jestem w temacie, a dwa wyglądasz jak jedna wielka odpowiedź. Nie spało się dużo w nocy, co?
               - No masz racjęęęę – ziewa przeciągle. – Wybacz. Jednak jest mały progres. Co prawda nie jeżeli chodzi o same poszukiwania, ale jest. Purrekos zaproponowali, że część ich pomocników będzie brała udział w nocnych patrolach, a to naprawdę duże odciążenie, biorąc pod uwagę, jak spostrzegawcza z nich rasa. Szkoda tylko, że nie chcą bezpośrednio pomóc w poszukiwaniach, ale z pewnych względów to zrozumiałe. Od dawien dawna asekurują się na wszystkie cztery łapy i ogon. Ech, Oby się udało wypertraktować, aby ich pomoc była trwała. W końcu przez to zawirowanie z Kryształem, cokolwiek za nim nie stoi, mamy nie lada kłopoty, a purrekos tu stacjonują, zatem wszelkie zagrożenie dla Straży spada też na nich.
               - Przydało by się… Ale  purrekoschyba  uważają, że wystarczająco już wspomagają Straż swoimi zdolnościami handlowymi i technicznymi – zauważam ostrożnie.
               - To prawda. Ich pomoc jest nieoceniona i nie mamy prawa żądać, a nawet prosić o nic więcej. Dlatego, moje słowa, to tylko pobożne życzenia. Poza tym to chciałbym, żeby ktoś znalazł prosty i niski w kosztach sposób otwierania portali, a najlepiej jakiś eliksir, dzięki któremu moglibyśmy w pełni korzystać z tutejszych składników odżywczych. Eliksir dostosowujący nas do Eldaryi. – Przeciąga się, a jego ogromne mięśnie drgają pod mundurem. Nawet w porównaniu z Valkyonem jest naprawdę wielki. Większy nawet niż inne ogry ze Straży. – To w sumie byłoby najlepsze rozwiązanie. Wyprawy rewitalizacyjne przestałyby być konieczne i zapanowałby spokój…
               - Spokój? Wolne żarty. Natychmiast pojawiliby się krzykacze wołający, że ten eliksir to płynna herezja, że jak to tak, że nienaturalne, zło i tak dalej. No i wojna domowa gotowa.
               Ogr parska śmiechem, kręcąc przy tym głową.
               - No, trudno ci nie przyznać racji, ale w twoim wieku to raczej powinnaś mieć bardziej optymistyczne podejście do życia.
               - Pozytywne podejście do życia? Wymarły, gigantyczny leniwiec zagonił mnie do obcego, czarodziejskiego świata, gdzie wszystko chce mnie zabić! Jak tu myśleć pozytywnie?
               Ogr znowu się śmieje, a na koniec klepie mnie po głowie, stwierdzając, że rozmowy ze mną zawsze poprawiają mu nastrój. Hm… Karuto chyba też powiedział coś podobnego. W każdym razie miło mi, że dzięki mnie im miło. Obu lubię.
               Chociaż pogoda jest ładna, z prawdziwym ociąganiem wyruszam na patrol. Jakoś mi się nie chce. Taki dzień, że nic się nie chce. Z drugiej strony, muszę przyznać, że mimo początkowego stresu i nieustającej aury napięcia wiszącej nad KG, ostatnie dni mnie odprężyły. Były rozkosznie monotonne, trzymały się rutyny i szerokim łukiem omijały znienawidzone przeze mnie zajęcia, jak chociażby pomaganie w pralni. W sumie objazdy wokół terenów zielonych, na wierzchowcu, który ani nie trzęsie, ani się nie płoszy, ani nie ma za grosz inwencji własnej są całkiem przyjemne. Zresztą nie tylko dla mnie, ale też dla Uli, która w końcu pogodziła się jako-tako ze swoją peleryną, dzisiaj i tak nie potrzebną. Szkoda tylko, że to odprężenie musiało przyjść w takich ponurych okolicznościach.
               Jakoś nie wierzę w powrót dzieciaków ani ludzi z karawany. Przynajmniej nie żywych.
               Kiedy wyjeżdżam za bramkę KG, owiewa mnie rześki, nieco wilgotny, niosący zapach jesieni wiatr. Słodki aromat opadłych liści, grzybni z nutą gnijących owoców. Uwielbiam to. Uwielbiam jesień. Zapowiada się całkiem przyjemna przejażdżka pod warunkiem, że nie dopadnie mnie Nieoczekiwane, jak ostatnimi czasy zwykło to robić.
               - Ciekawe, co ty o tym myślisz – pytam niemal niewyczuwalnie kołyszącego się pode mną apaxata.  – Podoba ci się ta przejażdżka, wolałbyś siedzieć z tyłkiem w zwierzyńcu czy może pozbyć się mnie ze grzbietu?
Jedyną odpowiedzią jest kolejne wysunięcie się z paszczy stwora długaśnego języka.
               „Daruj sobie, to nawet nie chowaniec, tylko zwykła bestia” – nadaje Morse’em biegnąca obok Ula.
               - Ludzie od wieków rozmawiają ze swoimi zwierzętami, a czasami nawet roślinami i zdjęciami. To podobno dobrze wpływa na psychikę czy coś. Chociaż gadanie do niewidzialnych rzeczy albo kamieni jest uznawane znów za objaw choroby psychicznej.
               Ula tylko spogląda na mnie dziwne i już się nie odzywa.
               Przecinam trawiaste pagórki, omijam łukiem las, przejeżdżam wzdłuż wybrzeża i kieruje się w stronę wiosek czy raczej otaczających je pól. Niewiele na nich zostało, ale pośród czarnej ziemi nadal pysznią się główki dojrzałej kapusty, tu i ówdzie złoci się kukurydza. Jednak z każdą chwilą ich mniej, bo wieśniacy intensywnie pracują nad tym, aby jak najszybciej je zebrać, zabezpieczyć i przetransportować do spichlerzy. Jeden z nich, podejrzanie chwiejący się na nogach starszy mężczyzna, patrzy na mnie… Patrzy długo, intensywnie i wyjątkowo nieprzyjemnie, po to, żeby w końcu podnieść z ziemi jakiś kamień i cisnąć go w moją stronę.

Offline

#283 24-03-2019 o 22h44

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Hm, ja tego dowodu nie zauważyłam. Cóż, zgrzytło mi to podobieństwo dialogów, więc o tym napisałam. A czy to specjalnie czy nie, wiesz tylko ty.

Naprawdę lubię twojego Jamona i zaczynam się cieszyć, że go podreperowałaś /static/img/forum/smilies/big_smile.png Przyjemnie czytało się tę pogawędkę. No i kociaki też pomogą? Fju fju.

No ok, lecę dalej czytać i pozdrawiam! ^^


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#284 13-04-2019 o 21h40

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

@Methrylis - Jamona podreperowałam, bo na tle innych postaci z Eldki, naprawdę go lubię. Nie licząc bezokolicznikowej mowy jest zupełnie pozbawiony wkur... cech charakteru, w przeciwieństwie do reszty. Jest miły, szczery, lojalny i wrażliwy, a jednocześnie nie mdły i nadwrażliwy/rzucający fochami jak Kero. Gdyby nie ta gęba i dykcja byłby najlepszą opcją romantyczną ze stworzonych przez Chino charakterów.

XXIII cz. 10

                - Ziemska k***a! – wrzeszczy z dobrze mi znaną alkoholową nutą w głosie. – Wszystko zaczęło się sypaśśś, kiedy ty szzę zjawiłaś. Szuka! To szyssstko twoja wina.
                Zaczyna biec w moją stronę, rzucając kamieniami i brudem. Ech… Szlag by to. Bez problemu mogłabym odjechać, naprawdę nie chce mi się szarpać ze starym pijusem, ale żeby strażniczka uciekała… Źle by to wyglądało. W dodatku to jedno z tych „źle”, które mogłyby także mnie zaszkodzić. Dlatego zwalniam, na co Ula ostentacyjnie zatrzymuje się, staje na tylnych łapach i zaczyna donośnie warczeć, obnażając wielkie siekacze i kły. Może i staruch jest pijany, ale zostało mu na tyle rozsądku, żeby trochę przyhamować. Jednak nadal obrzuca mnie obelgami i to takimi naprawdę soczystymi, że aż uszy więdną.
                Szczęśliwie za pijusem biegnie drugi mężczyzna, nieznanej mi rasy, charakteryzujący się  dwoma parami krótkich rogów i uszami przypominającymi sarnie. Łapie starca pod pachy i potrząsa nim gwałtownie.
                - Tak się odnosić do kobiety? – syczy. – Uspokój się i lepiej idź do domu! Już, zaraz.
                - To nie kobieta tylko ziemska k***a! Kiedy jej nie było, wszystko było w porządku, a teraz… Teraz mojego wnuczka zabrało!
                - Tak, twojego wnuczka, który widział cię dzień w dzień nawalonego. Twojego wnuczka, na którego potrafiłeś tylko drzeć japę. Na twojego wnuczka, który wolał dostać lanie niż iść cię odwiedzić. A teraz to ci go tak brakuje, tak? Czy może cieszysz się, że wreszcie masz pretekst, żeby pić co?
                - Ty chu… - pijus zamierza się na mężczyznę, ale ten kładzie go na glebę jednym ciosem. Wyraźnie zdyszany i zdenerwowany spogląda na mnie.
                - Przepraszam, ten tutaj to zakała. My, w sensie faery Osady Eel, nic do panienki nie mamy. Wiemy, że przysługuje się panienka Straży i purrekos, oraz że wiele panienka przechodzi i wielu faery zawdzięcza panience życie.
- Dziękuję za te słowa. – uśmiecham się… Mam nadzieję, że nie widać jak sztywno. W końcu, wiedzą czy nie wiedzą, nie tylko ten pijany idiota może chcieć na mnie odreagować. – Skoro otrzymuję wikt i schronienie, staram się odwdzięczać jak tylko potrafię. Aczkolwiek, ze względu na sytuację, to tak, muszę przyznać, że to dość ciężki czas dla mnie. Nie jestem przyzwyczajona do ciągłego ocierania się o śmierć. Jednakże miło mi, że ma praca jest doceniana. Dobrego dnia życzę i zadbajcie o swego… Hm… Towarzysza.
                - Oj zadbamy o niego, zadbamy…
Uff, nawet miły koniec jak na starcie z klnącym, wyzywającym pijusem, któremu zachciało się obrzucić mnie kamieniami. Mogło być o wiele gorzej. WIELE gorzej. Mogłam zostać ranna, on mógł zostać przypadkiem zraniony przez broniąca mnie Ulę z czego mogło rozpętać się piekło… Scenariuszy są dziesiątki, łącznie z tymi, gdzie wściekłe chłopstwo postanawia zrobić ze mnie tatar.
                Jadę sobie spokojnie dalej, gdy nagle widzę nad sobą cień ogromniastego kruka. Ale takiego naprawdę wielkiego. Cień, który gwałtownie zmienia się w duży, okrągławy punkt ciemności nade mną. Zadzieram głowę, a tam gigantyczne ptaszysko pikuje wprost na mnie. Już mam krzyknąć, gdy zarysy bestii rozmazują się, a zamiast niego przede mną staje łysy humanoid o szarej skórze, płaskiej twarzy i mocno zredukowanym nosie.
                Zwierzołak czy też jak kto woli zmiennokształtny. Rasa, której każdy przedstawiciel ma zdolność przemiany w bestię wagowo zbliżoną do jego masy. W dodatku potrafią przybierać też wszelkiego rodzaju kształty pośrednie faery-bestia. Nie powiem, te ich ciągle przekształcanie się może czasem przyprawić o zawał, chociaż i z ich perspektywy nie jest to za wesołe – o ile ciało przechodzi przeobrażenia, to już ubrania nie. Jedynym rozwiązaniem w takiej sytuacji jest noszenie magicznego odzienia, noszenie odzienia elastycznego, bądź w trakcie przechodzenia do formy humanoidalnej zostawienie pewnych rejonów ciała w formie zwierzęcej. I tak sobie teraz patrzę na faceta o kosmito podobnym wyglądzie z ptasim kroczem oraz odznaką straży absyntu na szyi.
                - Coś się stało? – pytam go, usiłując nie wytrzeszczać oczu. W końcu nie często widuje się humanoidy o pokrytych piórami kroczach.
                - Kobieta ze schroniska wraz ze swym dzieckiem była w lesie, dziecko przepadło. Zarządzamy poszukiwania, masz jak najprędzej pojawić się w KG. Zbiórka przed głównym wejściem do budynku.
Zatem zaginął jakiś dzieciak ze schroniska. Mam jakieś takie dziwne przeczucie…
                - Czy ten zaginiony dzieciak nie ma czasem na imię Mery? – pytam.
                Zmiennokształtny mruga wyraźnie zaskoczony.
                - Tak! Skąd wiedziałaś?
                - Ta moja pierwsza, tutejsza „przygoda” była z jego udziałem. Ten mały ciągnie do kłopotów. Gdyby nieszczęście miało postać pioruna, on by stał cały mokry, opleciony łańcuchem na wysokiej górze, trzymając wzniesiony ku niebu, metalowy sztylet.
                Mężczyzna przelotnie się uśmiecha.
                - Zatem jedziesz? – pyta wymownie wskazując na majaczącą w oddali KG.
                - Oczywiście. Jadę, pędzę, gdybym mogła, to bym poleciała – mruczę, unosząc się w siodle, a uśpiony w moim wnętrzu niepokój unosi łeb i zaczyna chciwie węszyć, merdając przy tym ogonem. – Będę jak najszybciej się da. Nie wiem jaką to-to jest w stanie rozwinąć szybkość, o jeanylotte nie wspominając.
                Zmiennokształtny kiwa głową, na powrót zmienia się w gigantycznego kruka i wzbija w powietrze. Przyznaję, wygląda to nawet imponująco. Nawet bardzo, chociaż nie tak, żebym łaziła z otwartą gęba. Heh… Miło pomyśleć, że gdyby jakiś faery trafił do takiego Gwiezdnego Yorku na Edenie, to japy nie potrafiłby zamknąć przez godzinę albo i dłużej.
                Powrót do KG zajmuje nam dłuższą chwilę, jednak nie jesteśmy ostatnie – Poinformowanie i ściągnięcie ludzi z terenu to nie taka prosta sprawa. W każdym razie, z tego co się dowiaduję, pierwsza grupa poszukiwawcza już przeczesuje las Eel, gdzie też przepadł Mery. Tymczasem my, znaczy wszyscy ściągnięci i powoli ściągani z patroli, jesteśmy na początku dość chaotycznie, ale w sumie to dość szybko i sprawnie, dzieleni na oddziały, instruowani i obrączkowani. Tak, obrączkowani. Każdy członek ekipy poszukiwawczej, którą usiłują z nas zlepić, ma mieć wielobarwną, bardzo charakterystyczną bransoletę rozpoznawczą na ręku. Po to żebyśmy rozróżnili sojusznika od przeciwnika, zakładając oczywiście, że to coś, co znika faery, nadal siedzi sobie w lesie. W każdym razie, każdą napotkaną osobę, mamy zatrzymywać do przebadania przez czujących, znaczy magów specjalizujących się w telepatii i odczytywaniu aur. Niby oni potrafią sprawdzić czy ktoś ma „krew na rękach” i czy nikogo nie zabił w ostatnim czasie. Na „sucho” brzmi logicznie, ale jak w praktyce będzie wyglądało, trudno stwierdzić. Na razie zakładamy te nieszczęsne bransolety, pobieramy broń – tak na wszelki wypadek – i czekamy na resztę.
                - A tak właściwie, to po co mi to cholerstwo? – burczę, kiedy Nevra wciska mi w ręce moją kuszę. – Z tą ręką to i tak, zanim przeładuję…
                - Załadują ją teraz i zabezpiecz, będziesz miała gotowa do strzału w razie czego – wampir wygląda na zmęczonego i kompletnie nie w humorze. Pewnie wraz z innymi „widzącymi w ciemnościach” jest po nocnej zmianie, a teraz jeszcze spadły na niego te poszukiwania. Wcale mu się nie dziwię. – Jeden strzał, lepszy niż nic, zresztą i tak z tobą i twoim partnerem pójdzie Ula, więc macie ochronę. Może i twoja jeanylotte to kompletna zaraza, ale użyteczna zaraza.
Chociaż wypowiedź Nevry jest dość uprzejma, ma sobie ten subtelny ton „koniec dyskusji”, sugerujący, że zaraz uprzejmość może się skończyć, jeżeli nie skończę narzekać. Dlatego nie narzekam. Nie mam ochoty na pyskówki ze zmęczonym i marudnym facetem, który może wyssać ze mnie krew.
                Z powątpiewaniem patrzę na swoją kuszę. Owszem, mogę oddać z niej jeden strzał na swobodnie z tym, że i tak wątpię, aby to był strzał celny. Szyna gipsowa mi zawadza no i ręka, chociaż w dość dobrym stanie, jak na to, co ją spotkało, nadal jest słaba i może zadrżeć – nawet lekkie kusze nie są szczególnie lekkie. No ale nic, tak jak wampir powiedział, mam w odwodzie Ulę. Zmęczoną przebieżką, jaką zrobiła pędząc tutaj, ale jednak. Może zdoła odgryźć głowę złemu czemuś, jeżeli to złe coś mnie zaatakuje.
                Kiedy wszyscy z terenu zostają ściągnięci, Akastol dzieli nas w pary, każdemu wyznacza trasę poszukiwań i wręcza swego rodzaju magiczną racę sygnalizacyjną z paroma różnobarwnymi nabojami, a Miiko głośno i wyraźnie powtarza, co mamy robić, jak traktować napotkanych w lesie obcych, kiedy użyć racy i jaki kolor naboju odpowiada jakiej wiadomości. Przypuszczam, że w normalnych warunkach organizacją poszukiwań dowodziłby sam Akastol, ale sytuacja zrobiła się Poważna przez duże „P”, więc Miiko musiała opuścić swą kryształową jaskinię i pokazać, że coś robi. Zresztą i ona wygląda na przeraźliwie spiętą, tak jak reszta strażników. Pewnie zarwała niejedną noc, myśląc jak dorwać to coś/tego kogoś grasującego w okolicy. W końcu na szali leżą życia faery, bezpieczeństwo rejonu no i oczywiście reputacja Straży. Jeżeli nie uda się problemu rozwikłać na dniach, Straż w oczach przeciętnych Eldaryan stanie się bezużyteczna czy też niesamodzielna, a to pierwszy krok do upadku trwającej tysiące lat organizacji.
                Na swoje nieszczęście dostaję do pary Karenn. Szlag. Już nawet nie chodzi o to, że wampirzyca jest upierdliwa, ale wolałabym kogoś, kto by ukręcił łeb złemu czemuś, które ważyłoby się mnie zaatakować. Takiego Jamona na ten przykład. Kurde, nawet Valkyona zdzierżyłabym w tej sytuacji, chociaż to z jego winy nie jestem do końca sprawna. W końcu z moich „opiekunów” to on najlepiej poradził sobie z tym całym blackdogiem.
                Tymczasem Karenn staje obok mnie i ziewa potężnie. Wygląda na zmęczoną i nieszczęśliwą. Jak zawsze mam ochotę, żeby potknęła się i wylądowała gęba w błocie, tak teraz jej mi żal – sprawia wrażenie zupełnie nie do życia. Ech… jakoś wątpię, abym miała z niej pożytek, jeżeli stanie się coś złego. Chyba, że na zasadzie „rzuć potworom na pożarcie, a sama wiej”.
                - Wszystko w porządku? – pytam, na co ta podnosi na mnie zmęczone spojrzenie.
                - Nie. Całymi dniami szorowałam kible, zwierzyniec, bestiarium, pomagałam w bibliotece i tak w kółko aż do kompletnego znerwicowania i wycieńczenia, a potem wyskoczyło TO. A TO oznacza ponadwymiarowe, dziesięciogodzinne, nocne zmiany, bo wszyscy patrolują za dnia i są luki w nocnej obsadzie. Mam ochotę wrócić do pokoju, skulić się na łóżku i płakać aż do momentu śmierci z odwonienia. I na dodatek jestem w parze z tobą! Z osobą, którą trafiają wszystkie nieszczęścia, odkąd tu trafiła. Mam przechlapane.
                Z trudem tłumię uśmiech. Karennn narzekająca na życie czy raczej jego elementy, na które ma stuprocentowe prawo narzekać, to swego rodzaju nowość. Zwykle czepia się pierdół, a z całą resztą jest „wypnij pierś i byle do przodu”.
                - Przepraszam bardzo, ale zwykle ratuje tyłki innym, a nieszczęścia trafiają mnie przy okazji albo tak-jakby za karę. Swoją drogą jestem z ciebie dumna. Taki ponury nastroik, prawie jak ja.
Podnosi na mnie ciężkie, ponure spojrzenie, ale jej kąciki ust drgają.
                - Wszystko przez tego durnego Nevrę. To on mnie  tak wykończył tymi karnymi dyżurami –burczy.
                - A co ty byś mu zrobiła, gdyby to on zdjął ci gacie przed szefami Straży?
                - Zabiłabym, ale byłaby to śmierć szybka i bezbolesna. Nie męczyłby się jak ja.
                Z trudem tłumię chichot. No proszę-proszę. Karenn potrafi być zabawna, jeżeli chce. Ba! W stanie wycieńczenia psychofizycznego prezentuje całkiem ładny, czarny humor. Teraz wiem, co robić, żeby mnie nie irytowała – męczyć, męczyć i jeszcze raz męczyć. Jak zacznie opowiadać o chłopakach, ciuszkach i tak dalej, wskoczę jej na plecy. Ponosi mnie trochę, opadnie z sił i zrobi się fajna.

Offline

#285 19-04-2019 o 21h49

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


OK, lecimy z kolejnym.

A co do Jamona, to się zdecydowanie zgadzam — nie da się go nie lubić ;]
I prawda, że Mery to istotka która przyciąga kłopoty jak magnez. Ale mimo wszystko jakoś mało było mi go szkoda, że umar. Za to ogromnie bym się wściekła, gdyby zabili mi małego grzybka Milo.
Nawet go nie tykaj.
Ok, to czekam na kolejne części i pozdrawiam!

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (19-04-2019 o 21h49)


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#286 14-05-2019 o 16h35

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

@Methrylis - och, jak dojdę do Mykonidów to jakby to... Pomysł z zabiciem Milo byłby ciut skomplikowany... Chociaż zanim gra uśmierciła Mery'ego miałam wizje, że nastoletni Mery ukatrapia Milo sprawdzając czy ten jest halucynogenny, a przypadkiem śmiertelnie się truje xD

XXIII cz. 10

                   Dostajemy z Karenn za trasę patrolu/poszukiwawczą tak zwany zielony szlak. Co to zielony szklak pojęcia nie mam, ale szczęśliwie Karenn wie o co chodzi, bo niestety nikt tym razem mapek nie rozdaje. Tak cudownie doinformowane zostajemy wygonione wraz z resztą strażników do lasu Eel, gdzie tymczasowo przejmuje dowodzenie wampirzyca, prowadząc mnie we spowitą w półmroku gęstwinę.
                   Niemal zaraz po przekroczeniu granicy lasu atmosfera staje się dziwnie nerwowa. Ula bez przerwy węszy powietrze, a jej uszy chodzą we wszystkie strony, tak jak głowa Karenn – w końcu dziewczyna czuje, słyszy i widzi nieco więcej niż ja. Ja znów staram się uruchomić swoją zdolność do wyczuwania wszelakich niezgodności. Jednak jak na razie wszystko wygląda normalnie. Las jak las. Drzewka, grzybki, owady, coś-tam ptaszkopodobnego…
                   Tylko dlaczego mam jakieś-takie cholernie nieprzyjemne wrażenie, że każde drzewo nas obserwuje? W dodatku ogarnia mnie chłód. Bladego pojęcia nie mam czy to chłód związany z cieniem i wilgocią, czy może coś używa tu magii. Nie dostrzegam żadnych nici zaklęć czy czarów, ale jakoś mnie to nie uspokaja.
                   - Arrrggghh!!! –znajomy, męski wrzask przeszywa powietrze.
                   - NEVRA?! – krzyczymy jednocześnie z Karenn.
                   - EZRAEL TY P********Y DEBILU!!!
                   Odsapujemy z ulgą. Naprawdę… Ezrael lubi durne żarty, lubi je robić niemal w każdej sytuacji, ale bez przesady. Ja, jak ja, ale Karenn prawie zawału dostała. W momencie zbladła o kilka tonów.
                   -Wszystko ok.? – pytam.
                   - Tak, przypomnij mi tylko, żebym zamordowała tego idiotę Ezraela przy pierwszej, lepszej okazji.
                   - Dogadaj się z Alajeą, też jej podpadł. – Wampirzyca patrzy na mnie pytająco. – Na balu powiedział jej, że wygląda jak podlotek z grejpfrutami pod bluzką.
                   Karenn parska śmiechem i nieco stresu z niej uchodzi. To dobrze. Co prawda luźna atmosfera to w tej sytuacji zło i niedobro, ale nadmierne napięcie też nie doprowadzi do niczego pozytywnego.
                   Idziemy dalej.
                   Z każdym krokiem las staje się coraz gęstszy, drzewa coraz grubsze, pojawiają się cierniste krzewy, dziwaczne porosty, a wrażenie obserwacji narasta. W pewnym momencie Karenn przystaje i rozgląda się wokół z nietęgą miną. W tym samym momencie Ula zaczyna głucho warczeć.
                   - Coś się stało? – pytam, nagle osaczona przez całe stado złych przeczuć walczących ze sobą o prawo zatopienia kłów w moich nerwach.
                   - Nie poznaję tego miejsca… A cały czas szłyśmy wyznaczoną trasą, masz na to moje słowo. Chyba… Chyba coś otworzyło przejście. Coś lub ktoś.
                   - Jak to otworzyło przejście? Co to znaczy i dlaczego mam cholerne przeczucie, że to nie znaczy nic dobrego.
                   - Trochę to trudno wyjaśnić… Świat jest pełen potencjalnie istniejących, ale nie egzystujących realnie miejsc ukrytych przed zwykłym wzrokiem, do których te przejścia zwykle prowadzą. I te przejścia mogą na chwilę zaistnieć, pod warunkiem, że coś z ukrytego miejsca je otworzy. Rozumiesz o co mi chodzi?
                   - Bardziej mniej niż więcej, ale główny przekaz łapię. Coś zwabiło nas do swojej jamy. Coś z czym raczej nie mamy ochoty się spotkać.
                   - Bardzo możliwe.
                   Spoglądam w tył, żeby sprawdzić, czy istnieje coś takiego jak „możliwość odwrotu”, ale przed moimi oczyma zamiast ścieżki pojawia się zwarta ściana lasu, której jeszcze chwilę temu tam nie było. Niedobrze. Naprawdę niedobrze.
                   Kurczę, przydałaby się szybka analiza sytuacji z Ulą, ale przez Karenn nawet słowa z nią nie zamienię. Przeszkody, przeszkody, przeszkody…
                   - Chyba nie mamy wyboru i musimy iść dalej. I nakopać temu czemuś, co nas tu ściągnęło – mruczę pod nosem, zerkając na Ulę, a ta niemal niezauważalnie przytakuje.
                   - No niestety na to wygląda. – Karenn niespokojnie rozgląda się dookoła.
                   Ostrożnie posuwamy się naprzód, a nerwy to mamy, a przynajmniej ja mam, napięte do granic możliwości. Każdy szelest, trzask i szmer sprawiają, że dostaję mikro zawału. Jednak mijają minuty, pięć, dziesięć, piętnaście, dwadzieścia i nic się nie dzieje. Może poza tym, że drzewa powoli się przerzedzają, a za nimi widać sporo zieleni.
                   Wychodzimy na idealnie okrąglutka, leśną polankę, pośrodku której rośnie olbrzymie, powykręcane drzewo. Wygląda na naprawdę wiekowe, a wręcz przedwieczne – omszałe, nieco przygarbione, a jednocześnie jakieś takie dumne, wyprostowane. Wokół kwitną liczne, cudne kwiaty, chociaż stanowczo nie powinno ich tu być – nie o tej porze roku. Mimo tego są, rosną i kwitną wypełniając powietrze słodkim, niemal odurzającym aromatem.
                   Coś zimnego przebiega mi wzdłuż kręgosłupa. Nie podoba mi się ta scenka, stanowczo nie. Nie wiem, co ale coś jest tu nie tak. Co to jest, co to jest, co to jest…? Cisza! Absolutna cisza. Nawet jeden owad nie bzyczy, nawet jeden „ptak” nie ćwierka, jedynie od czasu do czasu wiatr potrąci jakiś liść. Zupełnie jakby wszystko wokół wymarło. No i ten zapach… Boli mnie od niego głowa, mdli mnie i… I… zimno mi. O wiele chłodniej niż w zacienionym lesie, a przecież słoneczna polanka powinna być ostoją ciepełka, prawda?
                   Chyba wolałaby się natknąć na stos trupów i krwiożerczego stwora, przynajmniej wiadomo byłoby, o co chodzi. Teraz znów mam nieprzyjemne przeczucie, że krwiożerczy stwór gdzieś tu jest, ale o co biega, nie wiem.
                   - Karenn, chodźmy stąd. Tutaj…
                   - Jak tu pięknie. – Karen spogląda na mnie. Ma dziwny wzrok, jakby szklisty. – Prześlicznie prawda?
                   - Tak, ale prawdopodobnie niebezpiecznie. Chodźmy stąd!
                   Wampirzyca nie reaguje, a mnie ogarnia coraz silniejsze uczucie chłodu. W dodatku ten zapach. Coraz intensywniejszy, coraz bardziej mdły. Zaraz chyba się porzygam. Szlag by to wszystko… Coś chce nas otumanić. Na mnie to nie działa, ale Karenn… Ona nie jest antymagiczna i z każdą chwilą odlatuje coraz bardziej.
                   Ze ściśniętym ze strachu żołądkiem spoglądam na Ulę. Szczęśliwie ona wgląda względnie normalnie, chociaż „względnie” to jest słowo-klucz. Jeanylotte zarzuca łbem, kładzie uszy po sobie i prycha. Ma wyraz pyska jakby cierpiała.
                   „Krew. Mnostwo krwi i dziesiątki ciał pod ziemią” – nadaje morsem, po czym wydaje z siebie bolesny kwik i wycofuje się nieco w stronę drzew. Unoszący się wokół zapach atakuje ją w dosłownym znaczeniu tego słowa.
                   Kątem oka dostrzegam przy drzewie jakiś ruch. Po chwili moim oczom ukazuje się zielona kobieta. Ta dziwna istota ma liściaste pnącza zamiast włosów, skórę jak gładka kora młodego drzewka i nagie ciało osłonięte żywymi roślinami. To hamadriada, nie ma innej możliwości. Hamadriada o bardzo dziwnym spojrzeniu.
                   - Pomóżcie – szepce, a ów niezwykle melodyjny szept pobrzmiewa na całej polanie. – Mężczyzna… Niedźwiedzi mężczyzna. Zły, brutalny, ukrzywdził moje drzewo.
                   Nieznajoma wskazuje na krwawiące nacięcia na korze drzewa. Te zdają się tworzyć jakiś symbol i promieniują silną magią. Coś mi mówi, coś takiego paskudnego, że gdyby nie ten znak, to ja i Karenn szybko skończyłybyśmy jako te „krew i ciała”, o których wspominała Ula. Wątpię, żeby jeanylotte mogła coś poradzić, gdyby do tego doszło.
                   - J-jak możemy ci pomóc? – pyta Karenn i pędzi do hamadriady.
                   - Karen!
                   Rzucam się ku niej i chwytam ją po paru krokach, jednak dziewczyna zaczyna się szarpać. Naprawdę to nieproste utrzymać w uścisku wampirzycę. Może i smarkula jest mniejsza ode mnie, ale znacznie silniejsza. Do tego ta ręka… To naprawdę irytujące, jak słaba jestem w tym świecie. Zaczynam mieć tego serdecznie dość.
                   - Karenn procedury! – krzyczę, szarpiąc nią. – Chcesz wkurzyć Miiko?! Chcesz znowu dostać karę?
Uderzam we właściwą strunę. Dziewczyna spogląda na mnie przymglonym wzrokiem.
                   - A-ale ona potrzebuje pomocy.
                   - Tak, tak, wiem. Ale czy my jesteśmy dobrą pomocą? – ciągnę. – Dwie słabe dziewczyny… Jeżeli tutaj naprawdę kręci się jakiś niedźwiedzi mężczyzna, nie mamy z nim dużych szans. Poza tym, coś jest tu nie tak. Mógł ją skazić czymś, opętać, prawda? Może nas ciągnąć w pułapkę i nawet sama o tym nie wie, a jeżeli coś nam się stanie, to już nikt jej nie pomoże, bo nikt nie wie, że tu jest i coś jej zrobiono. No i Miiko, i Nevra będą źli, i pewnie po tych całych poszukiwaniach i tak dalej przywrócą ci twoją karę. Chcesz znowu szorować kible i siedzieć z Zalzarem?
                   - N-nie.
                   - No to wracajmy – ciągnę ją za rękę, a ta niespiesznie rusza za mną, podczas gdy hamadriada nadal śpiewa „pomóżcie”.
                   - A-ale potem wrócimy? – pyta. – Pomożemy…?
                   - Oczywiście. Razem z posiłkami.
                   I razem spalimy hamadriadę wraz z jej przeklętym drzewem, bo mam jakieś takie cholernie silne przeświadczenie, że oto znalazłyśmy stwora stojącego za zniknięciami. Właściwie to nie zniknięciami, tylko morderstwami, biorąc pod uwagę to, co mówiła Ula.
                   Wlokę Karenn w stronę drzew, a potem, przy pomocy niedomagającej Uli, uparcie usiłuję odnaleźć drogę powrotną. Ta na szczęście niedługo pojawia się przed nami i raz-dwa ponownie jesteśmy na zielonym szlaku.
                   Oj, chyba jednak nie raz-dwa. Przynajmniej nie poza naszymi głowami.
                   Wokół panuje gęsty mrok, a pomiędzy wielobarwnymi, jesiennymi liśćmi połyskuje czerwień zachodzącego słońca, chociaż teoretycznie powinno być wczesne popołudnie – druga, trzecia najpóźniej. Nie wiem co jest, ale im prędzej wydostaniemy się z tego przeklętego lasu, tym lepiej. Szczególnie że mogą wysłać za nami ekipy poszukiwawcze, a jeżeli ktoś nieprzygotowany natknie się na tę drzewną pannę… Cóż, lepiej nie myśleć o konsekwencjach.
                   Hah, prawie wykrakałam z tą misją poszukiwawczą, bo przy bramie już się gotują do wyjścia po nas. Nasz widok jest witany naprawdę z radością i westchnieniami ulgi, a Nevra widząc Karenn całą i teoretycznie zdrową, pędzi ku niej i ściska ąa ze wszystkich sił. Ta jednak, zamiast uspokoić brata z miejsca zaczyna nawijać o potrzebującej pomocy hamadriadzie. Widać, że jest w tym jakiś niezdrowe rozemocjonowanie, a przynajmniej Nevra to widzi i posyła mi pytające spojrzenie, na które tylko ponuro kręcę głową.
                   - Możesz mi wyjaśnić, co się stało? Czemu was, do diabła, tak długo nie było? – Miiko jakby znikąd manifestuje się koło mnie, posyłając mi surowe spojrzenie. To jeden z tych rzadkich razy, kiedy cieszę się widząc jej gębę.
                   - Wolałabym nie rozmawiać przy Karenn – zniżam głos. – Mam wrażenie, że jest pod wpływem… Czegoś złego.
                   - Słucham? Możesz to sprecyzować?
                   Kurde… Czy informacja, że nie chce się rozmawiać przy kimś stojącym parę metrów dalej jest tak trudna do przyswojenia? Czy może skomplikowana w interpretacji.
                   - Coś ściągnęło nas w ukryte miejsce. Tam znalazłyśmy na kwiecistej polanie drzewo z hamadriadą, która poprosiła na o pomoc. Rzecz w tym, że Ula z miejsca zaczęła prychać i się źle czuć, mnie zemdliło, a Karenn nagle dostała takiego pędu do pomocy, że normalnie musiałam ją przytrzymywać i to dosłownie. To NIE BYŁO NORMALNE.
                   Wymownie wskazuję głową na Karenn, która szarpie brata za ramię, uparcie powtarzając, że już, zaraz, natychmiast musimy biec na pomoc. Wszyscy. Biec, zrobić niewiadomo co oraz znaleźć i zabić niedźwiedziego mężczyznę. Koniecznie.
                   Miko przygląda się jej dłuższą chwilę, marszcząc brwi, a po zaciętej, surowej twarzy rozlewa się niepokój. Mam wrażenie, że patrząc na wampirzycę Lisica widzi znacznie więcej niż ja. Pewnie jakieś paranormalne zmysły czy inny tego typu szajs.
                   - Zabierzcie je do Zielonej Salki. Ja i szefowie Straży musimy z nimi porozmawiać – rzuca.

Offline

#287 31-05-2019 o 21h00

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

XXIII cz. 11

                Potężnie zaniepokojony Nevra zaczyna ciągnąć za sobą siostrę, a ja wlokę się za nimi. Wampir raz po raz rzuca mi pytające spojrzenia. Właściwie mam wrażenie, że czai się w nich też nieme oskarżenie. Coś w stylu „mnie ochroniłaś, a jej nie potrafiłaś upilnować?”. Nie wiem, może mi się wydaje… Ale jeżeli istotnie dobrze interpretuję jego wytrzeszczanie oczu, to zasługuje na wielkiego kopa w dupę. W końcu, porównując ze mną, Karenn jest doświadczona strażniczką, a do tego rodzimą mieszkanką Eldaryi, ja zaś… Ja znów jestem włóczęgą i zleceniobiorcą z doskoku.
Patrzę na Ulę. Wydaje się już zupełnie normalna, nie licząc ciężkiego oddechu, ale tam na polanie, ten bolesny kwik… To było okropne. Najgorsze, że nie mogłam jej pomóc. Zupełnie, jak wtedy z Erhatem.
                - Wszystko w porządku? – pytam szeptem, jednocześnie przesłaniając usta dłonią, że niby drapię się po nosie czy coś.
                Jeanylotte niemrawo przytakuje, ale wygląda naprawdę nieszczególnie. Na do cna wyczerpaną. Ech, należy jej się solidna dawka snu i lenistwa.
                Zielona Salka. Niewielkie, wyłożone rzeźbionymi, zielonymi panelami, kwadratowe pomieszczenie, na którego środku ulokowano podłużny stół, wraz z czterema krzesłami. Krzesła są rzecz jasne już zajęte przez szefów Straży. Mnie, Karenn, i Nevrze pozostaje stać. Swoją drogą dziwne, że nigdzie nie ma ani Leifana, ani Jamona do tej pory towarzyszyli we wszystkich moich przesłuchaniach. Cóż, najwyraźniej oddelegowano ich do ważniejszych spraw.
                Miiko zaczyna wypytywać nas, co się stało w trakcie naszego patrolu. Rzecz jasna pierwsza wyrywa się do odpowiedzi Karenn, chociaż mówi nieskładnie, a głównie to żąda, żeby jak najprędzej wrócić do hamadriady i jej pomóc. Ja z kolei, gdy Lisica wreszcie ją ucisza, wspominam o dziwnej atmosferze na polanie, zapachu, kwiatach, które nie powinny kwitnąć i tak dalej, jednak milczę o moich bezpośrednich odczuciach, co do drzewnej nimfy. Nie wiem, jak na te rewelacje zareagowałaby wampirzyca. Jednak, gdy Karenn na mnie nie patrzy, daję Lisicy wymowne znaki… Znaczy mam nadzieję, że wymowne.
                - Rozumiem… - Miiko patrzy podejrzliwie na wampirzycę, wyraźnie o czymś myśląc. – Karenn, sadzę, że twój osąd sytuacji może nie być prawdziwy…
                - Ale…! – zaczyna wampirzyca, ale przerywa jej silne uderzenie dłonią w stół. Lisica nie lubi, kiedy wpada jej się w słowo.
                - …Oczywiście trzeba pomóc hamadriadzie, bo ewidentnie coś z nią jest nie tak. Mało tego, sądzę, że to, co się jej przytrafiło, tak ją przeraziło, że rzuciła na ciebie urok, abyś jej pomogła. Pewnie wyczuła, że masz otwarte, pełne współczucia serce. Dlatego chcesz czym prędzej biec do niej, co delikatnie rzecz ujmując, jest głupotą. Zaczyna zmierzchać, poza tym trzeba wszystko przemyśleć, nim zaczniemy działać. Dlatego teraz pójdziesz wraz z Nevrą do przychodni, Ewelein spróbuje coś poradzić na ten urok, a my przesłuchamy dokładnie Liwię. Z jej informacjami będziemy wiedzieli dokładnie, jak pomóc twojej przyjaciółce.
Karenn nie wgląda na przekonaną, ale nie protestuje. No cóż, muszę powiedzieć, że tym razem elokwencja kitsune naprawdę zasługuje na poklask. Gdyby sprawę przeprowadzić inaczej, ewidentnie nie pomyśli wampirzycy, nie wiadomo, co ta nawyprawiałaby. Nawet ja sprawy nie załatwiłabym lepiej.
                Kiedy drzwi zamykają się, Miiko natychmiast wbija we mnie ostre spojrzenie.
                - A teraz mów, co chciałaś powiedzieć i oby to było coś istotnego.
                - Cóż, sądzę, że to istotne, chociaż podparte jedynie moimi przeczuciami, jednak jak dotąd te mnie nie zawiodły, a podczas akcji z duszą mrozu nawet ocaliły paru osobom życie.
                - Do rzeczy.
                - Dobrze… Wspominałam, że cała ta polana porośnięta kwiatami i tak dalej, wydawały mi się nienaturalne, prawda? Otóż w opisie pominęłam to, że mi na widok tego wszystkiego ciarki po grzbiecie chodziły. Mało tego, wokół panowała dosłownie martwa cisza, ani ptaka, ani owada. A te zakichane kwiaty… Od ich zapachu mnie zemdliło i zaczęło mi się kręcić w głowie, a Ula, to aż kwiczała z bólu. Za to Karenn… Ten zapach jakby z miejsca ją odurzył, a jak hamadriada się pokazała, to ta z kopyta do niej pobiegła, w ogóle niepomna na to, co mówiono przed wyjazdem o obcych i tak dalej. W ogóle to mam jakieś-takie wrażenie, że ta cała nimfka chciała zwabić ją jak najbliżej swojego drzewa. Acha! No i samo drzewo! Podobno okaleczył je „niedźwiedzi mężczyzna”. Jak na mnie to on wyciął na nim jakiś symbol, na moje oko laika, magiczny. Generalnie to mam cholernie mocne przeświadczenie, że za ten cały syf, co się tu ostatnio odprawia, to ona odpowiada. W końcu, z tego co kojarzę, zdaje się, że wszyscy zaginieni, a przynajmniej wszystkie zaginione dzieciaki, zniknęły, kiedy były w pobliżu lasu.
                - Ale nie lasu Eel – zauważa Ellre.
                - Ale podobno hamadriady potrafią kontrolować drzewa, prawda? Jeżeli ta jest jakaś inna, kto wie…
                - Niewykluczone, że Liwia ma rację. To by się zgadzało z tym, co mówił Mery – przerywa mi Madda. – Słodki zapach, kobiecy śmiech…
                - Mery? – pytam. – Co ma z tym wspólnego ten grzdyl? Przecież to jego szukaliśmy. Odnalazł się?
                - Tak. Znaleziono go wiszącego z korzenia obumarłego drzewa nad niedużą rozpadliną, całego i zdrowego – informuje mnie Krajzan. – Jeżeli to, co sugeruje Madda, a co poniekąd nasuwa się po twojej wypowiedzi, jest prawdą, to mały miał cholernie wielkie szczęście.
                - A co sugeruje?
                - To, że hamadriada mogła pochłonąć odłamek Kryształu. – Oświadcza naga ponurym głosem, a jego twarz blednie. – Jeżeli tak, to ze względu na swe przyrodzone zdolności, może mieć wpływ na wielkie połacie terenu, być może nawet na całe Eel.
                - Czyli, jeżeli tak jest, to jesteśmy w ciemnej dupie, jak to ty zwykłaś mawiać – podsumowuje Ellre.
                - I nagle zapragnęłam, żeby moje przeczucia się myliły – mruczę. – A tak w ogóle, to jakieś pomysły, dlaczego ta hamadriada porywa faery? Bo szczerze powiedziawszy, nie mam pomysłu, czemu miałaby to robić. W końcu siedzi w lesie, przykuta do swojego drzewa…
                - Prawdopodobnie ich pożera – głos Miiko jest więcej niż ponury. – Pożerając innego faery można przejąć część jego mocy, a pochłonięcie Kryształu, wzbudza straszy głód mocy. Gdyby nie ty, Karenn prawdopodobnie byłaby następną ofiarą hamadriady. Swoją drogą, to aż dziwne, że jej urok nie podziałał na ciebie. Wiem, że jesteś ciut odporna na magię, ale mimo wszystko, to nietypowe.
                - Prawdopodobnie to zasługa symbolu na drzewie – sugeruje Krajzan. – Jeżeli dobrze interpretuję informacje, to „dziedżwiedzi meżczyzna” to nikt inny tylko niedźwieżuk, a wiesz jaki oni mają wpływ na hamadriady.
                - O szlag, racja. – Ellre spina się. – Jednak, jeżeli jakikolwiek niedźwieżuk ważył się napiętnować hamadriadę, to na pewno… Trzeba go znaleźć. Jego i jego braci, bez nich pokonanie tego monstra może być naprawdę piekielnie trudne.
                - Jeżeli napiętnował hamadriadę, to odszedł tylko po to, aby ich sprowadzić. – Madda marszczy brwi. – Nawet najlepszy zaklinacz niedźwieżuków nie dałby sobie rady z hamadriadą, która pochłonęła Kryształ.
                - Znaczy co robimy? – pytam – I czy to ma coś ze mną wspólneg,o czy mogę obie na razie pójść… No i chciałabym, żeby ktoś zerknął na Ulę, te kwiatowe wyziewy mogły jej zaszkodzić.
                Jeanylotte prycha, wyraźnie oznajmiając, że nic jej nie jest, ale ja tam wiem swoje. Nie będę ryzykowała, że coś jej się stanie, bo nie dopilnowałam sprawy.
Miiko spogląda na mnie dziwnie.
                - Zaprowadź Ulę do Purreru, a potem sama zajrzyj do przychodni, bo te wyziewy mogły zaszkodzić i tobie. Przy okazji poinformuj medyków, że chcę DOKŁADNY raport ze stanu Karenn… W sumie z twojego stanu też, tak na wszelki wypadek.
Przytakuję i czym prędzej wraz z Ulą opuszczamy Zieloną Salkę, ale nim zatrzaskuję za sobą drzwi, słyszę jak Miiko prosi, żeby Krajzan kazała Chrome’owi odnaleźć co ważniejszych członków Straży – chyba szykuje się większa narada w Sali Kryształu. Jednak, miejmy nadzieję, to nie mój problem. Miejmy nadzieje, że w ciągu najbliższych dni nie opuszczę KG, a nawet nie zbliżę się do jakiegokolwiek lasu. Co jak co, ale w walce z szaloną panią drzew, raczej nie będę zbyt przydatna, a przynajmniej nie w oczach Straży. W końcu nie wiedzą nic o mojej antymagii.
                Purreru stwierdza, że Ula została czymś podtruta i aplikuje jej sporą dawkę jakiegoś środka detoksy kującego – obrzydliwego, jak ta utrzymuje – i na tym sprawa się kończy. Przy okazji serwuję purrekosowi wszystkie newsy, bo w końcu sytuacja robi się niewesoła, a parę dodatkowych punktów za przekazywanie kociemu ludkowi świeżutkich wieści może się przydać. U mnie znów medycy niczego złego nie stwierdzają, ale na zasadzie „skoro już tu jesteś”  biorą pod lupę moją rękę rękę. Ściągają mi szynę  gipsową, smarują ją jakimiś świństwami i zakładają nowy opatrunek, tym razem już nieusztywniany. Na koniec, po poinformowaniu medyków o prośbie Miiko, idziemy z Ulą na stołówkę, jemy solidny obiad i wracamy do pokoju. Póki co moje jedyne plany to opierdalanie, filmy i opierdalanie, a na koniec myciu i spanko. To był długi i bardzo męczący dzień.

***

                Mghh… Siku. Muszę siku, a mi tak dobrze pod kołderką. Milutko, cieplutko i rozkosznie. Ech… Normalnie tęsknię za czasami, kiedy nosiło się pieluszki. Wtedy nie było „muszę do ubikacji, a mi się nie chce” tylko rznęło się w gacie i po kłopocie.
                A Ula śpi jak zabita. Była na tyle rozsądna, żeby nie pić wielkiego kubka herbaty przed snem, jak ja. No ale filmy bez słonego popcornu to od połowy mniej zabawy, a jak popcorn słony, to i pić się chce. Życie…
                Wysuwam się spod ciężkiej łapy jeanylotte, a ta nawet drgnie, tylko chrapie potężnie. No cóż, weterynarz ostrzegał, że po tym całym podtruciu i detoksykacji będzie senna i niemrawa. Widać musi wszystko odespać. Ja też, ale niestety pęcherz ma swoje prawa.
                Wbita w szlafroczek i zaspana na autopilocie powoli pełznę do toalety, a po chwili z powrotem. Naprawdę, jedyne co mam w głowie, to ciepłe łóżeczko, podusia, kołderka i puchate, grzejące cielsko.
                Nagle, zupełnie bezgłośnie pojawia się przede mną Karenn. Na jej twarzy widnieje szeroki uśmiech, a spojrzenie ma nieobecne. Puste. Przerażająco puste.
                - Cześć. – uśmiecha się szerzej.

Offline

#288 31-05-2019 o 22h23

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 822

Ciekawi mnie, czy zrobisz coś Karenn - czy chociaż jakoś uszkodzisz tą hamadriadą czy coś xd
zakończenie rozdziału fajne, nie spodziewałam się że Karenn jeszcze bardziej opęta i to z dala od drzewa
Tbh myślałam że zielona salka to jakiś pokój bez klamek z poduszkami na ścianach dla opętanych faery XD
Zastanawia mnie też jak bardzo będziesz wierna oryginalnej fabule - czy tu też Mery'emu stanie się to co u chino?
No to czekam na kolejną część c:

Offline

#289 07-06-2019 o 19h57

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Jestem zadziwiona, że jeszcze zdążyłam przed publikacją drugiego odcinka i nie jestem w plecy xd
Oh shit a jednak jestem. Shit. DOBRA już nadrabiam.
„Co to znaczy i dlaczego mam cholerne przeczucie, że to nie znaczy nic dobrego.” — tak trochę bez względu na ton wypowiedzi, na końcu powinien stać raczej znak zapytania ;]

Bardzo mi się podoba ten pomysł z ukrytymi miejscami. Ot, takie malutkie obce wymiarki w innych wymiarach. Istna incepcja.
Oooohohoho, podoba mi się to miejsce! Mroczno, krwawo i truopwo. Mniam.
Ale słabiutka to musiała być hipnoza, skoro byle kible powstrzymały Karenn od pomocy XD
Nie dziwię się też oskarżycielskiemu spojrzeniu Nevry. W końcu chodziło o jego małą siostrzyczkę, o jego oczko w głowie. A skoro Liwce nic się nie stało, to czemu Karenn jest poszkodowana? Nevra pewnie w pierwszym odruchu faktycznie pomyślał, że Liwka nie zrobiła wystarczająco dużo. I całkowicie go rozumiem, w sensie ja też bym tak pomyślała.

„nigdzie nie ma ani Leifana, ani Jamona do tej pory towarzyszyli” — zlało ci się to zdanie, a nie powinno

I brawa za zakończenie, bo jest bardzo inrygujące i aż jestem ciekawa, co będzie dalej. Więc czekam na ciąg dalszy i pozdrawiam!


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#290 02-07-2019 o 18h27

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

@Methrylis - rozumiem, że elementy realizmu przypadły ci do gustu? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ciekawe czy dasz mi też nagrodę złotego szpadla po tej części... ;]

@Fujimen - tutaj stanie się coś, bardzo duże coś, tylu osobą, że też mogę zakatrupić Merry'ego z rozpędu czy też raczej dlatego, że dalej już mi do niczego nie będzie potrzebny. A Karenn spotka parę niemiłych rzeczy, ale jeszcze nie teraz. W sumie wszystkich prędzej czy później spotka.


XXIII cz. 12


                Dlaczego mam jakieś-takie cholernie mocne wrażenie, że właśnie wdepnęłam w bardzo głębokie gówno?
                Dlaczego? Liwka, ogarnij się! Właśnie stoisz w pustym korytarzu z uśmiechniętą wampirzycą, mająca spojrzenie jakby cały wieczór wciągała coś BARDZO nielegalnego. Nie jest dobrze. Naprawdę nie jest dobrze.
                - Cześć Karenn, co tu robisz o tak późnej porze? – pytam bardzo głośno i bardzo wyraźnie, ale jeszcze nie krzycząc.
Gdzie są ci goście, którzy powinni mieć na nią oko? Gdzie jest Nevra? Czemu tego lowelasa dla ubogich nigdy nie ma, kiedy jest potrzebny? Jasna dupa, niech się ktoś pojawi. Ktokolwiek…
                - Jak to co? Idę pomóc hamadriadzie.
                - Ale przecież ustaliłyśmy z Miiko, co robimy – ciągnę rozmowę, ostrożnie się wycofując. Może jakoś dobiegnę do pokoju. Tam jest Ula. Z Ulą powinnam być bezpieczna. W końcu nawet podtruta jeanylotte jest znacznie silniejsza od wampirzycy… Mam nadzieję.
                - Miiko tego nie rozumie. Muszę pomóc Yvoni. – Dziewczyna uśmiecha się szaleńczo. – Musimy jej pomóc. Chciała nas obie…
                - Yvoni?
                - Tak. Tak się nazywa hamadriada. Powiedziała mi we śnie. Chodź ze mną. Uratujemy ją.
                - Wiesz, wolę nie – rzucam i biorę nogi za pas. Za moimi plecami rozlega się wściekły, przypominający kocie prychnięcie syk.
                ARRRGHHH!
                Nie ubiegam nawet pięciu metrów, a Karen spada mi na plecy przewracając. Sekundę później czuję ostrze sztyletu na swoim gardle.
                - Idziemy obie. Yvoni potrzebuje nas obie – oświadcza stanowczym głosem.
                Heh, to chyba wyklucza wszelaki sprzeciw… Tym bardziej, że nawet odzywając się, mogę poderżnąć sobie gardło tym sztylecikiem. Jest piekielnie ostry.
                Załatwiona przez tępą Karenn. Życie to lubi ironię.
Wampirzyca podnosi mnie i wykręca mi za plecami rękę, po czym prowadzi przed sobą w kierunku wyjścia. No nie wyrwę się… Ale zaraz, przecież przy bramie powinny być straże i na murach też, prawda? Przecież chyba ich od tak nie minie. Jamon dba, żeby strażnicy pod bronią byli czujni i niewrażliwi na kobiece wdzięki, szczególnie uśmiechy pewnej malej pijawki, która słynie ze swoich ucieczek i pakowania się w kłopoty. Są moją ostatnią szansą, w przeciwnym razie… W przeciwnym razie skończę jako obiadek dla jakiegoś drzewka.
                Chyba skończę jako obiadek dla jakiegoś drzewka, bo Karenn szerokim łukiem mija wszelkie posterunki i kieruje się  w stronę bestiarium, gdzie ku mojemu kompletnemu przerażeniu, uwalnia z boksu oraclra. Szalona bestia wydaje się kompletnie spokojna i nie składa mi, jak uprzednio, pokłonu, tylko posyła żądne krwi spojrzenie, po czym klęka, aby holująca mnie wampirzyca mogła wygodnie usiąść.
                Drążące mnie złe przeczucie zmienia się w potworne. Otóż mogę się założyć o naprawdę wiele, że oraclr, tak jak hamadriada, jest skażony Kryształem. I mogę się założyć, że apetyt drzewnej nimfy na faery średnio ma ze mną coś wspólnego, ale za to Wyrocznia i to, że chyba chce mnie ubić, bardzo. Chyba niszczenie odłamka Immaela nie było najrozsądniejszym posunięciem w moim życiu.
                Mam przerąbane.
                Oraclr nieśpiesznie wychodzi z bestiarium, oddala się od murów, bierze rozbieg, rozkłada skrzydła i bez większego trudu przesada ogrodzenie ku zaskoczeniu strażników. W momencie rozlega się alarm, ale niespecjalnie mi to pomaga – chociaż przycięte pióra oraclra nie odrosły do końca i ten nadal nie potrafi latać, tylko podlatywać, to nogi ma stuprocentowo sprawne i rozwija niezłą prędkość, pędząc wprost do Lasu Eel. Nim którykolwiek ze strażników do mnie dotrze, będę martwa.
                Mamy pod sobą ruszające się, żywe ciało, raz za razem podskakujące na nierównym terenie, ale Karenn trzyma mnie w żelaznym uścisku, chociaż przynajmniej już schowała sztylet. Niestety nie wiele mi to daje. Zresztą, nawet gdybym się jakoś wyrwała, to upadek w pełnym pędzie prawdopodobnie miałby dla mnie tragiczny koniec. To, że właśnie wjeżdżamy do lasu, nie poprawia sytuacji – upadek w pełnym pędzie i uderzenie o drzewo brzmi jeszcze gorzej. Co prawda mogłabym spróbować się złapać jakiegoś konaru i tym samym ściągnąć z „siodła”, ale wampirzyca prawdopodobnie zawisłaby na mnie. Naprawdę, ma ścisk taki, że aż trzeszczą mi  żebra…
                Zaraz, zaraz! Cóż to moje piękne oczy widzą. Załadowana, czarodziejska raca! No tak, przecież nasza pijaweczka ma na sobie te same ubrania, co w trakcie poszukiwań. Jeżeli uda mi się ją buchnąć, to może coś zwojuję. Chwileczka, chwilunia…
                Tak! Raca jest już moja, bezpiecznie wsunięta do kieszeni szlafroka, a Karenn nic nie zauważyła. Nie ma co, nieuczciwe życie czasem się przydaje, a przynajmniej doświadczenia z niego. Kradzież kieszonkowa wypracowana niemal na poziom ekspert. Teraz tylko poczekać na odpowiedni moment… Jeżeli taki się trafi.
                Dojeżdżamy na polankę z drzewem, gdzie dosłownie zostaję zrzucona z grzbietu oraclra – ała moja ręka – i nim zdążam się otrząsnąć po bolesnym kontakcie z twardym gruntem, sztylet ponownie ląduje na moim gardle.  To już zaczyna być nudne, a na pewno irytujące.
                Nóż na moim gardle, moja ręka na racy. Jeżeli nie użyję jej lada moment, może nadejść moment ostatni… Przynajmniej dla mnie, a niedługo potem zapewne i dla Karenn. Tylko kiedy? Jeżeli chociażby drgnę, ostrze przesunie się po moim gardle, a mnie pozostanie kilka dramatycznych i bardzo krwawych chwil życia.
                - Puść ją… Zostaw ją mnie. – Dosłownie spod ziemi czy raczej spomiędzy korzeni wielkiego drzewa wyłania się hamadriada. O ile poprzednio wglądała względnie sympatycznie, a jej twarz miała rysy niewinnego dziewczęcia, teraz wszystko uległo zmianie. Jej usta są potwornie szerokie i lśnią w nich rzędy, haczykowatych, przypominających piekielnie ostre, różane kolce zębów, a oczy… Toż to gorejące ślepia samego diabła. Do tego wielkie szpony, skóra porośnięta kolcami i przypominające macki pnącza wyrastające z grzbietu. Jedno, wielkie NOPE. – Puść ją i zedrzyj to cholerstwo z mojego drzewa. Zedrzyj tą przeklętą, czarodziejską pieczęć i uwolnij mnie.
                Czyli miałam rację, że to coś magicznego, pętającego tę cholerę.
                Uśmiechnięta i całkowicie zrelaksowana Karenn puszcza mnie, po czym szybkim krokiem kieruje się w stronę drzewa. Niemal w tym samym momencie wyrastające z ramion hamadriady – Yvoni – pnącza strzelają ku mnie. Odskakuję, ale i tak oplątują moje nogi i błyskawicznie mnie podcinają. Boleśnie uderzam o Ziemię, padając na kępę wydzielających odurzający zapach kwiatów. Mdła, nasuwająca na myśl zamach kamforę, a zarazem rozkładające się ciało woń natychmiast wywołuje mdłości i zawroty głowy. Dlatego też, nie czekając na dalszy rozwój wypadków, sięgam wolną dłonią do kieszeni szlafroka, skąd wydobywam racę i strzelam. Czerwona smuga przecina powietrze i uderza hamadriadę prosto w twarz.
                Potworny ryk przeszywa powietrze, a pnącza hamadriady rozluźniają swój uścisk. Nie myśląc wiele wyrywam się i… Zaraz. Gdzie ona jest? Karenn? A tak, idiotka nadal próbuje zedrzeć z pnia drzewa ten symbol. Chętnie bym ją tu zostawiła, ale coś mi mówi, że jeżeli wrócę z tego „wypadu” sama, Nevra nigdy mi tego nie daruje.
                Pędzę do wampirzycy, a będąc tuż obok niej, sprzedaję jej kopniaka z pół obrotu, wprost w łeb. Jako że mam na stopach tylko kapcie i mnie to cholernie boli, ale działa cuda. Ogłusza Karenn na tyle, żeby przerwała swoje zajęcie i pozwoliła sobie zabrać sztylet. Potem biorę półprzytomną dziewczynę pod ramię i ciągnę, byle dalej od cholernego drzewa i Yvoni, jednocześnie oddając w stronę hamadriady kolejny strzał z racy, który tym razem trafia ją w brzuch. Następnym częstuję koronę drzewa, czego efektem jest wrzask bólu, znacznie głośniejszy niż poprzednie. Ostatni strzał – dosłownie ostatni, „raca” nie ma więcej „naboi” – rezerwuję dla oracra. Wściekła bestia pędzi ku nam, ale szczęśliwie jest zbyt rozszalała, żeby chociażby spróbować zrobić unik. W efekcie pocisk trafia wprost w rozwarty pysk stworzenia. Prawdziwy cud, biorąc pod uwagę, jak wyglądały moje początki, gdy uczyłam się strzelać z kuszy.
                Przysmażyłam gębę hamadriadzie, przysmażyłam mordę szurniętemu chowańcowi… Może powinnam otworzyć salon makabrycznej medycyny estetycznej?
                Oraclr i hamadriada są tymczasowo zajęci wydawaniem z siebie bolesnych, charkoczących i wrogich dźwięków, co trzeba wykorzystać, bo lada chwila mogą skupić się na rozszarpaniu mnie na strzępy. Niestety wisząca mi u ramienia jak wór kartofli Karenn nie ułatwia ucieczki, przeciwnie. Naprawdę, jeszcze chwila i zostawię ją tu między drzewami. Może i Nevra odgryzie mi za to głowę, ale z nim przynajmniej mam jakieś szanse.
                - Ngh… Liwia? – rozlega się obok mojego ucha. – A co… Co się dzieje?
                Znaczy nasza pijawka zaczyna wracać do przytomności, tej prawdziwej. Normalnie świetnie – czary-mary medyków nie pomogły na urok, a tu kapciowaty kopniak z pół obrotu i mamy cudowne ozdrowienie. Nic tylko się załamać.
                - Co się dzieje? A to, że jesteśmy w ciemnej dupie! Przebieraj nogami! – wrzeszczę.
                Skołowana dziewczyna próbuje biec, ale średnio jej to wychodzi. Ja tymczasem ryzykuję spojrzenie do tyłu i natychmiast tego żałuję. Oraclr gdzieś przepadł, a hamadriada… No cóż, wygląda jak roślinna, okaleczona pani piekieł i gotuje się do ataku. Wokół niej wyrastają spod ziemi złożone z gleby, mchów i pączy bestie-kukły, które rzucają się za nami w pościg. Potworne, wilkopodobne, roślinne golemy.
                - Oż w dupę jeża! Karen biegnij, cholera jasna, biegnij jeżeli chcesz żyć!!! Aarrrrgghh!!!
                Drogę przegradza mi humanoidalniy niedźwiedź. Tak, humanoidalny niedźwiedź. Stwór wyglądający jak potomek wyjątkowo kudłatego hipisa, który na grzybkowym rauszu wychędożył niedźwiedzicę.
                - Tutaj bracia! Tutaj Strażo Eel! – woła,= osłaniając nas swoim ciałem.
                Z leśnej gęstwiny, na moich oczach dziczejącej i zmieniającej wygląd na „puszczę koszmarów”, wyłaniają się inne człeko-miśki oraz przestraszeni i – co witam z ciepełkiem w serduszku – uzbrojeni po zęby strażnicy.
                - Karenn!
                Ku nam zmierza długimi susami Nevra, którego skroń okrywa brzydki siniec, a tuż za nim biegnie zasapany Chrome… W damskiej bluzce? Obaj sprawiają wrażenie przerażonych i przejętych.
                - Karenn nic ci nie jest? – wampir chwyta siostrę za ramiona i potrząsa nią energicznie.
                - N-nie, nic… - wykrztusza ta, chociaż na jej czole zaczyna wykwitać elegancki żółto-fioletowy siniec. Moja robota, z której jestem niewysłowienie dumna. Ma się tego odwracającego uroki kopniaka. – C-co się dzieje…
                - Na tłumaczenia jeszcze przyjdzie pora. Chrome!
Chłopak pojawia się tuż obok niego, wyraźnie gotów spełnić każde polecenie prefekta… A przynajmniej każde dotyczące młodej wampirzycy.
                - Chrome, ty i Liwia zabierzcie stąd Karenn. Idźcie do KG i nosa za mury nie wychylajcie. Zrozumiano?
                Razem z wilkołakiem bierzemy skołowaną dziewczynę pod ręce i ciągniemy w stronę wyjścia z lasu. Najwyższa pora, szczególnie, że sytuacja zaczyna robić się naprawdę niewesoło. Wszystkie drzewa „mutują”, wyciągają ku nam i strażnikom gałęzie, podkładają korzenie pod nogi, a z krzewów raz po raz wypada jakiś kolejny roślinny golem. Cały las rozbrzmiewa krzykami, dziwnymi skowytami i odgłosami przybierającej na sile bitwy. Kątem oka widzę przebiegająca obok nas Izme dzierżącą coś w rodzaju obustronnego miecza, którego ostrza zdają się płonąć od środka własnym żarem. Ciągnie się za nią silny zapach spalenizny, a las wita jej obecność wściekłym sykiem tudzież szelestem. W oddali Jamon i Valkyon uzbrojeni w niebotycznych rozmiarów ciężkie topory rąbią i niszczą, a magowie Absyntu rzucają zaklęcia zapalające.
                W końcu wypadamy z poczwarniejącej gęstwiny na otaczające KG zielone łany trawy, zostawiając mutujące drzewa, smród spalenizny wrzaski i szeroko rozumiany chaos za sobą. Jestem zdyszana, obolała i mam pokaleczone stopy – kapcie to nienajlepsze obuwie do biegania po lesie, gdzie wszystkie rośliny zaczynają nagle obrastać ciernie. Zresztą zadrapania i drobne skaleczenia pokrywają mnie całą. Mimo tego nie przestaję biec, chociaż ciążąca mi u ramienia Karenn nie poprawia sytuacji. Nie wiem czy to uboczny efekt uroku, kopniaka czy obu, ale dziewczyna ledwie przebiera nogami i sprawia wrażenie mocno odrealnionej.
                Mam wrażenie, że mijają eony nim wbiegamy przez bramę Kwatery Głównej. Bark mnie boli, płuca palą, a nogi krzyczą, że mają dość. Zresztą Chrome, chociaż w o wiele lepszym stanie niż ja,  również nie wygląda najlepiej. Czerwony na twarzy i spocony, dyszy jak lokomotywa.
                Kiedy tylko się pojawiamy z miejsca otacza nas grupa medyków i porywa wampirzycę, aby odegnać resztki uroku i zająć się jej z miejsca zdiagnozowanym wstrząśnieniem mózgu. Zaś ja z Chrome’em powoli dowlekamy się do alei łuków i padamy na pierwszą z brzegu ławkę. Przez dłuższą chwilę nic nie mówimy, jedynie dyszymy ciężko. Każde z nas jest w takim stanie, że trudno mu chociażby kiwnąć palcem… A przynajmniej mnie jest. Kiedy tylko pomyślę, że trzeba byłoby podnieść zadek z ławki i pójść do KG, w sensie że do budynku, to mną trzęsie.  Pójść do KG, do pokoju, wziąć swoje ubrania, wykąpać się, ubrać i przejść z zadrapaniami do lecznicy, póki nikt z walczących nie wrócił, bo po bitwie to się nie dopcham…
                Tak, powinnam pójść… Ale to może tak za chwilkę, dwie.
                - Chrome, a o co chodzi z tą damską bluzką? – pytam.
                - To Karenn – odpowiada chłopak zmęczonym, zobojętniałym głosem. – Uśpiła mnie, przebrała w swoje ubranie i podrzuciła do swojego łóżka, żeby zmylić ochronę, że niby nadal jest u siebie. Nevra nie dał się zmylić, no to przywaliła mu czymś ciężkim w głowę i uciekła.
                - I porwała mnie, korzystając z tego, że Ula śpi po podtruciu olejkami eterycznymi kwiatów Yvoni…
                - Yvoni?
                - Tak nazywa się ta hamadriada. Podobno wyjawiła to Karenn we śnie.
                - Aha.
                Znowu zapada cisza. Ja patrzę w przestrzeń. Wilkołak patrzy w przestrzeń. Patrzenie w przestrzeń jest fajne. Szczególnie kiedy jest się wykończonym, a przestrzeń nie zawiera niczego morderczego.
                - Chyba pójdę do przychodni – odzywa się niemrawo Chrome. – Wiesz, żeby sprawdzić, co z Karenn… No i może wziąć coś na te zadrapania i na to świństwo, którym mnie uśpiła.
                - Ok.
                Patrzę jak chłopak odchodzi powłócząc nogami. Ewidentnie ma ciężki dzień. Dziewczyna, w której się kocha, bez trudu znokautowała go i przebrała w swoje łaszki, miażdżąc nastoletnie ego. W dodatku owa dziewczyna jest teraz hospitalizowana, a on nadal cierpi przez specyfik, który mu podała – idę o zakład, że to dlatego tak szybko opadł z sił. No i nawet nie może być zły na Karenn, no bo przecież rzucono na nią urok. Przechlapane. Dobrze, że ja się w nikim nie kocham.
                Ech i ja powinnam już iść. W końcu podrapana i poobijana w kapciach na łapach i szlafroczku na grzbiecie siedzę w ponury, jesienny poranek na zewnątrz. To nie jest normalne. W Ziemskim Wymiarze za takie rzeczy lubią zgarniać do czubków. Może nie po to, żeby zamykać, tylko przeprowa…
                Szlag! Szlag, szlag, szlag!!!
                Otaczający KG mur przesadza oraclr. Jego grzbiet przecinają krwawe pręgi, ciało w wielu miejscach pokrywają ziejące czerwienią poparzenia, a pysk po kontakcie z racą przypomina istną makabreskę. Żywy, chodzący koszmar… Który łypie na mnie ocalałym od ognia, wypełnionym krwawym szałem ślepiem.

Offline

#291 06-07-2019 o 11h19

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Przybywam i ja powiedzieć że ogromnie zazdroszczę twoich umiejętności, cierpliwości i przed wszystkim czasu by móc pisać tak wiele opowiadań na tak wysokim poziomie! Po prostu zdumiewasz mnie jak każdy rozdział prezentuje jakąś nowość, a opowieść kawałek po kawałku, staje się niesamowicie wciągająca i niepowtarzalna, bardzo bym chciała tak potrafić, no ale niestety na to potrzeba dużej ilości wprawy, a ja nadal walczę u siebie, lecz tobie otwarcie mogę życzyć dalszych pisarskich perełek i weny, by móc dalej tworzyć takie cudeńka!

Offline

#292 11-07-2019 o 17h29

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Jak to możliwe, że Karenn ominęła posterunki? No hej, straż powinna być nie tylko na zewnątrz, ale i w środku, przy wyjściu, cokolwiek XD ja rozumiem, że gra tego nie ogarnia, ale ciebie podejrzewałam o coś lepszego ;v
No, przynajmniej alarm wszczęli.

"Niestety nie wiele mi to daje" - 'niewiele'
"Zedrzyj tą przeklętą, czarodziejską pieczęć" - tĘ pieczęć
Nie jestem pewna, czy istnieje słowo "Strażo". Tak czy inaczej, brzmi to źle.
" sytuacja zaczyna robić się naprawdę niewesoło" - 'sytuacja niewesoła'

No, widze że końcówki to ostatnio niezłe robisz XD Jakoś tak w porównaniu do ostatnich opowiadań to było jakieś krótkie /static/img/forum/smilies/big_smile.png No, ale czekam na resztę i pozdrawiam!


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#293 24-07-2019 o 19h28

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

@Waioleta - jako że kiepsko sobie radzę z komplementami, powiem tylko dzięki. Ale nie podchodź tak bezkrytycznie. Robię mnóstwo błędów, które z chirurgiczną precyzję wykrywa Mecia, co się chwali zresztą /static/img/forum/smilies/wink.png

@Methrylis
- kwestię posterunków olałam. Bezczelnie. I biorę to na klatę. Napisałam półtorej strony o unikaniu strażników i jeszcze nie wyszłam z budynku KG - kombinowałam na kogo/na co Karenn ma wyrzucić Liwkę z okna - i stwierdziłam, ze bez przesady, bo rozpisze to na piętnaście stron... Mogłam co prawda zarzucić jakimś krótkim, lipnym motywem, ale wolałam od wrzucania byle czego dyskretnie ominąć temat. I, kurczaki, dyskretnie nie wyszło xD
                  Teraz masz trochę więcej tekstu, bo końcówka rozdziału. Mam nadzieje, że uszatysfakcjonowana



XXIII cz. 13

                  Chowaniec rusza na mnie, a ja w tym samym momencie zrywam się z ławki i pędzę przed siebie, mając nadzieję dopaść drzwi KG, nim zostanę dopadnięta przez to bydle. Niestety oraclr jest piekielnie szybki i po kilku metrach dościga mnie. Uskakuję w bok, dzięki czemu unikam potrącenia i ugryzienia, które z pewnością urwałoby mi ramię. Szczęśliwie kłapnięcie tylko zrywa rękaw, którym bestia wściekle szamocze.
                  Nie tracę czasu na podziwianie ataku szału wielgachnego liso-pawia, tylko zrywam się na nogi i biegnę. Biegnę, bo tylko szybkość może mnie ocalić. Szybkość, drzwi KG bądź reakcja któregoś ze strażników, jednak tym – głównie alchemikom Absyntu i chuderlawym Cieniom – nie spieszno z pomocą, bo chyba nie wiedzą jak się za nią zabrać. Wszyscy prawdziwi wojownicy  i ci potrafiący się poruszać w nocy poszli walczyć z Yvoni. Reszta… No cóż. Tu i owdzie pada strzał, jednak strzelać do czegoś, co się ledwie widzi nie jest prosto i naprawdę nie wiele mi to pomaga. Nie mówiąc już o tym, że mogę zwyczajnie zostać zastrzelona.
                  Oraclr znowu mnie dopada. Naciera, odskakuję, upadam, przetaczam się na bok. Kolejne natarcie. Podnoszę się na nogi i nie zdążam. Ginę…? Nie, nie ginę, Coś uderza we mnie z boku i przetaczam się po zielonej murawie wraz z tym czymś. Co do…? ZAJĄCZEK?
                  - Żyjesz?! – pyta leżąca na mnie Ykhar. Jest blada jak trup i absolutnie przerażona.
                  Oraclr staje nad nami na dęba z wyraźnym zamiarem opuszczenia nóg na nasze głowy. Chwytam Zajączek i wraz z nią turlam się w bok, o włos unikając śmiertelnego podeptania. Chowaniec wydaje z siebie wściekły kwik i zarzuca szaleńczo łbem. Brownie, nie tracąc już czasu na głupie pytania, zrywa się na równe nogi i próbuje mnie podnieść. Niestety gdy tylko staję, me ciało przeszywa potworny ból i ponownie padam. Stopa… Prawa stopa jest wykręcona pod potwornie nienaturalnym kontem. Cholera jasna! Jak nie urok to sraczka, jak nie ręka to noga! Teraz zginę przez taką…
Oraclr ponownie staje dęba, ale coś dużego, cholernie szybkiego, ciągnącego za sobą grubą nić błyskawicznie obiega go, podcinając mu nogi. Bestia pada na ziemię w asyście wściekłego wrzasku i huku, a mój tajemniczy wybawca natychmiast skacze na niego…
                  Zaraz, zaraz…  Chead? Znaczy Edward?
                  Tak Edward. Wielki pająk próbuje zatopić swe kły jadowe w ciele oraclra, ale ten go gwałtownie zrzuca z siebie, jednocześnie zrywając oplątującą jego nogi pajęczynę i atakuje. Na pomoc przyjacielowi rusza Dymitr skacząc z pazurami na łeb rozszalałego chowańca. Ten moment zaś wykorzystuje chead kąsając napastnika. Co jak co, ale chłopaki dotrzymują swej obietnicy.
                  Jad Edwarda działa natychmiast – oracl sztywnieje, wydając z siebie bolesny ryk i ponownie pada na ziemię, gdzie jego ciałem szarpią potężne drgawki. W końcu nieruchomieje, spojrzenie jego jedynego oka łagodnieje, a okaleczony pysk zdaje się wyrażać bezbrzeżną ulgę.
                  Przez chwilę, cała nasza czwórka – ja, Ykhar i rozumni – trwamy nieruchomi w całkowitym milczeniu, usiłując przeprocesować to wszystko.
                  - Tak, wracając do pytania, to żyję – przerywam w końcu ciszę.
                  Zajączek spogląda na mnie, wyraźnie nie wiedząc, o co mi chodzi, jednak po chwili po jej twarzy rozlewa się wyraz zrozumienia. Parska donośnym śmiechem, zresztą i ja chichocę jak głupia, a rozumni tylko patrzą na nas jak debilki.
                  - Dziewczyny! Wszystko w porządku?!
                  Ku nam pędzą zaaferowani Kero i Ezrael w asyście paru innych strażników, przy czym Ezrael wyraźnie pozostaje z tyłu. Czyżby wolał nie ryzykować, że coś wyskoczy na niego z ciemności i odgryzie mu łeb i dlatego puszcza jednorożca przodem –  do pożarcia? A może ma gorszą kondycję? Hm… Biorąc pod uwagę, ile dziennie wdycha laboratoryjnych wyziewów…
                  - Liwia ma wykręconą nogę, poza tym, to nic szczególnego. Parę siniaków i otarć.
                  - W moim przypadku trochę więcej niż parę – protestuję.
                  - A-ale co się właściwie stało? – pyta Kero, podczas gdy Ezrael usiłuje złapać oddech.
                  Jednak kondycha elfowi siada.
                  Zanim zdążam odpowiedzieć ciałem oraclra wstrząsają kolejne drgawki, powodując, że wszyscy prócz mnie podskakują w miejscu. Masywne szczęki okaleczonej bestii rozwierają się, a spomiędzy nich wypada jaśniejący błękitem odłamek Kryształu.
Tak jak myślałam. Cholerna Wyrocznia chce mnie zabić.
Jak ja nienawidzę tego zasranego Kryształu. NIENAWIDZĘ.

***

                  - …naprawdę okropna. Gdyby nie Niedźwieżuki poleglibyśmy z kretesem. Ta cała Yvoni nie tylko potrafiła tworzyć… Jak to nazwałaś? Ach tak, roślinne golemy. Nie tylko potrafiła je tworzyć, ale też przejęła kontrolę nad całym lasem i czterema innymi hamadriadami. Jedną biedaczkę to nawet musiano zabić, bo nie udało jej się przywrócić do normalności po śmierci Yvoni. A tak w ogóle to chyba miałaś rację, że hamadriady są tylko narządami myślących drzew. Yvoni nieustannie odradzała się póki nie zniszczyliśmy jej drzewa. Nie tylko ścięliśmy, ale też wypaliliśmy. Dopiero wtedy, z popiołów i resztek tego, co pozostało z korzeni, wykrystalizował się odłamek. Całkiem spory, większy od pięści. Nie wiem jak Yvoni mogła wchłonąć coś takiego i nie zginąć spopielona przez moc. Zresztą i kryształ znaleziony w ciele oraclra do najmniejszych nie należał. Ach i nie zdziw się, jeden z niedźwieżuków, Crylis, zdecydował się tymczasowo dołączyć do Straży, żeby mieć oko na tutejsze lasy. To ten, który odnalazł ciebie i Karenn.
                  Vivt spogląda na mnie z wyraźnym zainteresowaniem. Ech, niby jestem uszkodzona, moja wykręcona noga leży na stosie miękkich poduch, powinnam odpoczywać, ale jakoś od rana mam gości. Wpierw wpadła Krajzan sprawdzić czy mi nic nie jest, potem Alajea wyściskać mnie na przywitanie, wygłaskać, bo taka ze mnie bidulka i przydusić cyckami, a teraz Vivt opowiada mi o minionej bitwie. Jednak mam niejakie wrażenie, że chce czegoś ode mnie. Przede wszystkim, dlatego że chociaż lubię ją, to zwykle nie spędzamy razem czasu.
                  - Czyli większa awantura. A co do miśków, to dobrze, że któryś został. Macie specjalistów od faery, chowańców, bestii, brakowało tylko kogoś od lasów i roślinek. Teraz załatwione. – Hm… Przydałoby się zapytać o moją wampirzą „przyjaciółeczkę”, że niby nieco bardziej interesuje się jej losem. Pytałam już Alajeę, ale ta co dopiero wróciła z misji i nic jeszcze nie wiedziała, zaś Krajzan wyrwała mnie ze snu swoją wizytą, więc jeszcze nie kontaktowałam. – A tak w ogóle, co z Karenn? Nie zacznie znowu świrować?
                  - Wszystko z nią dobrze. Może czuć się nieco nieswojo, ale urok odszedł wraz z Yvoni. Teraz trzeba tylko zadbać o wstrząśnienie mózgu, które jej zafundowałaś. Jak to zrobiłaś?
                  - Kopniak okapciowaną nogą.
                  Krasnoludka chichocze, poczym spogląda na mnie z ukosa. To te spojrzenie „mam sprawę”. Ciekawe o co może jej chodzić? Hm…
                  - Mogę mieć małe pytanie? – uśmiecha się do mnie niepewnie.
                  - Wal.
                  - Chodzi o Dreka…
                  Acha. Ot i cała tajemnica.
                  - Zakochany tobie po uszy, ale nieśmiały plus średnio wie jak sobie z tym poradzić i może dziwaczyć – odpowiadam. – Dziwne zachowania należy po prostu przeczekać. Chyba warto, biorąc pod uwagę, że względnie przystojny, schludny, potrafi szyć i czesać. No i raczej nie sprawia wrażenia kogoś, kto robi skoki w bok albo wraca pijany jak bela w środku nocy.
                  Krasnoludka mruga zaskoczona. Przez chwilę przypatruje mi się wyraźnie skupiona, ale w końcu po jej twarzy rozlewa się szeroki uśmiech. Wygląda na zadowoloną z mojej odpowiedzi.
                  - Znaczy nic nie namieszałam? Bo ostatnio był jakby trochę nerwowy.
                  - Przed balem, po tym jak cię zaprosił, na przemian bladł i zieleniał, a biorąc pod uwagę, że ma czerwonawą skórę, wyglądało to naprawdę niecodziennie.
                  Chichocze i odpręża się. Chyba uszczęśliwiłam ją. Czyli dobry uczynek jak na dziś dzień odhaczony. Teraz tylko czekać aż los ukarze mnie za niego.
                  - Ach, mam jeszcze jedno pytanie. – Zaciera ręce. – Tym razem takie bardziej naukowe.
                  - Tak?
                  - Masz może pomysł jak sprawdzić twoją hipotezę odnośnie hamadriad i ich drzew? Bo chciałabym to skorygować. Wiesz, takie odkrycie to może być spory sus w karierze, nawet jeżeli dokonane przy pomocy kogoś z Ziemi… Bez urazy.
                  - Nie gniewam się. Sposób, aby ją sprawdzić? Hm… Zadać jakiejś hamadriadzie podchwytliwe pytanie, żeby się wysypała.?
                  - Niezbyt naukowe, ale może, jeżeli nic innego nie podziała… - Krasnoludka puszcza do mnie oko. – Ach, jeszcze jedno. Wiesz, że twoi opiekunowie remontują dla ciebie nowy pokój?
Coś we mnie zamiera. Nie mam pojęcia czemu, ale to jedno zdanie… To brzmi jak wyrok. Nie mam pojęcia czemu, w końcu powinnam się cieszyć, że dostanę nowe, być może większe lokum, w którym swobodnie pomieszczę się z Ulą. Jednak po rozmowie z Huang Hua na balu, mam nieodparte wrażenie, że ten nowy pokój to nic innego jak więzienna cela. Pułapka, w którą mam wpaść.
                  - Naprawdę? – wyduszam tylko.
                  - Tak. Chyba działają od dłuższego czasu, bo większość pokończona. Chyba ma to być niespodzianka czy coś… Ja tam uważam, że powinnaś wiedzieć, że czeka cię przeprowadzka.
                  - A skąd tak w ogóle o tym wiesz?
                  - Chłopaki dzisiaj pokłócili się o kolor zasłonek. Była taka awantura, że nie dało się nie słyszeć. No to poszłam zbadać teren, ale nie zostałam długo… Trzech facetów wyglądających na gotowych do pójścia w rękoczyny w imię zasłonek to trochę za dużo dla mnie.
                  Parskam śmiechem. No tak, to musiało być ciekawe. Wieloletnia przyjaźń rozbita przez zasłonki. Zasłonki - źródło wszelkiego zła. Trzech debili i zasłonki nienawiści.
                  Vivt żegna się i znika za drzwiami. Zostaję sama, ale tylko na chwilę, bo lada moment do pokoju przychodzi Ula – biedaczka strasznie się przejęła tym, że nie mogła mnie ochronić i teraz usiłuje to nadrobić. Nadrobić w sensie, że łazi w kółko i szuka informacji. No i oczywiście coś-tam znalazła i to coś-tam niestety nie jest przyjemne. Otóż Miiko i Madda długo zastanawiali się czemu oraclr pierw tak dziwnie na mnie reagował, a potem, przy awanturze z Yvoni chciał mnie zabić. Najpopularniejsza hipoteza to ta, że pierw wyczuł we mnie „coś niezwykłego” i próbował mnie prosić o pomoc, ale go nie zrozumiałam, a potem opętała go Yvoni korzystając z tego, że odłamek osłabił jego umysł.
                  Banialuki. Pierw Wyrocznia chciała przekupić mnie oraclrem, aby zrobić ze mnie swą sługę, jednak noszący w sobie odłamek Kryształu chowaniec był wysoce niestabilny. Dlatego prawie zaatakował Ezraela, a potem prawie mnie ugryzł. Teraz zaś, gdy rzuciłam jej rękawicę, spróbowała mnie zabić. Pierwszy raz, ale pewnie nie ostatni.
                  Nie mając nic lepszego do roboty Ula ładuje mi się do łóżka zwijając u wezgłowia w kłębek, dzięki czemu zyskuję przyjemnie puchate oparcie. Puchate i co najważniejsze grzejące – za oknem pada i wieje, a jest jeszcze za wcześnie, żeby palacze dorzucili więcej do pieców.
                  Tonąc w ciepłym, poruszającym się w rytm oddechów futrze mogę sobie przeanalizować swoją gównianą sytuację. Naprawdę gównianą – niby ręka mi wyzdrowiała, ale teraz mam paskudnie skręconą nogę. Kolejna wyprawa poszukiwawcza, a tym samym mój powrót do domu, znowu przesuwa się w czasie. W dodatku im dłużej tu pozostaję, tym więcej czasu ma Straż, żeby wykombinować, jak mnie zatrzymać. No i kwestie jak najbardziej bieżące – z wykręconym kulasem nawet kursy do toalety i stołówki będą katorgą. Szczególnie, kiedy człowiek obudzi się w środku nocy i będzie mu się chciało mocno siku. Ból i powolne tępo kontra napierający na zwieracze mocz… Walka woli z materią w najgorszym wydaniu. Tylko dramatyczną muzyczkę do tego dorzucić.
                  Pukanie do drzwi. No kogo tam znowu niesie?
                  - Proszę!
                  Drzwi się uchylają, a przez szparę ostrożnie zagląda Valkyon, wyraźnie przygotowany na ewentualny atak niekonwencjonalną bronią miotaną.
                  - Można? Przyniosłem ci drugie śniadanie i herbatę, bo podobno jeszcze nie byłaś w stołówce.
                  No nie byłam. Ani na śniadaniu, ani na drugim śniadaniu, bo jak myślę o kuśtykaniu tam i na zad, to mi się odechciewa. Co prawda Ula z pewnością robiłaby mi za podpórkę, a może nawet wzięła mnie na grzbiet, ale tak czy siak… W dodatku schodząc z grzbietu mogłabym tę nieszczęsną kostkę urazić.
                  No, no, no. Trzeba przyznać mięśniakowi, że się przygotował. Gdy ktoś przynosi jedzenie, zawsze jest o połowę lepiej widziany, niż gdyby przyszedł z pustymi rękoma. No chyba, że owym jedzeniem jest szpitalny kleik. Brr… Chyba nie ma nic gorszego.
                  - Wejdź. Tyko może uważaj z tą herbatą. Coś ostatnio szczęście mnie nie lubi, a naprawdę wolałabym nie zostać poparzona.
                  Valkyon wchodzi i ostrożnie kładzie trzymaną w rękach tacę na szafce nocnej. Oczywiście, aby to zrobić, wcześniej przestawia stojące na niej zegar i ładujący się kryształ świetlny. Właściwie to wciska je pod łóżko – dzięki temu nie nadepnę na nie, jak będę po coś wstawać czy coś.
                  - Jak się czujesz? – pyta ostrożnie.
                  - Ręka w porządku, noga boli jak nią tylko ruszyć, reszta ok. A wszystko okraszone odrobiną frustracji wynikającej z unieruchomienia.
                  Kąciki ust wojownika unoszą się nieznacznie do góry. Szerokie śmiechy to jakoś nie jego klimaty.
                  - Naprawdę lubię twoją szczerość. W każdym razie przyszedłem jeszcze raz przeprosić za rękę… I ogólnie za to, że cię nie słuchałem, przez co… Sama rozumiesz. Nie jesteś już zła?
                  - A czy po wejściu poleciało coś w twoim kierunku albo darłam na ciebie japę?
                  - Znaczy, że wszystko w porządku?
                  - Tak… Chociaż, rzecz jasna, i tak będę ci to wytykać miesiącami, przy każdej wtopie. Taki to mój wredny charakter.
                  Valkyon uśmiecha się ciut szerzej. Normalnie, aż się boję, że jego twarz nie wytrzyma tego napięcia i coś strzeli.
                  - Dobrze, że nie tracisz humoru – stwierdza, powoi odwracając się do drzwi. – Wrócę później, zabrać tacę. Na razie mam nieco pracy…
                  - Ktoś już wygrał batalię o zasłonki? – pytam niewinnie.
                  Po jego twarzy natychmiast rozlewa się zaskoczenie, a w oczach pojawia błysk niepewności.
                  - Skąd o tym wiesz?
                  - Ja wiem WSZYSTKO.
                  Patrzy na mnie dziwnie, po czym chrząka znacząco.
                  - Co do zasłonek, pertraktacje trwają – oświadcza enigmatycznie, ale z taką niesamowitą, unurzaną w oficjalnym tonie powagą, że nie wytrzymuję i parskam śmiechem.
                  Co tam hamadriada, templariusze, Immael i porwania. Zasłonki k***a!!!

Offline

#294 28-07-2019 o 22h49

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


W ogóle nie wyszło dyskretnie XD

„naprawdę nie wiele mi to pomaga” — ‘niewiele’

„Trzech debili i zasłonki nienawiści” — piękna propozycja na tytuł jakiejś książki dla nastolatków

„Valkyon uśmiecha się ciut szerzej. Normalnie, aż się boję, że jego twarz nie wytrzyma tego napięcia i coś strzeli.” — piękne XD

No i jaki uroczy też nasz mięsiasty kolega! Liwka powinna docenić, że tak się o nią zamartwił i zatroszczył :v
Ok, to czekam na resztę i pozdrawiam!

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (28-07-2019 o 22h51)


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#295 04-09-2019 o 16h20

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Meciu - Liwka doceniła. W końcu łaskawie nie spróbowała odgryźć Valkowi głowy, jak ten przyszedł, prawda? /static/img/forum/smilies/big_smile.png

XXII (cz. 1)

                 Piwo. Dobre piwo. Ciemne, słodkawe i klarowne, nie te żółte męty z karczmy Straży. Poprawia humor. Oj poprawia. Dlatego wypiłam go ociupinę za dużo, chociaż i tak co najmniej o połowę mniej niż usiłowali wlać we mnie miejscowi. Większość stawianych mi w zamian za ciekawe historyjki i przeróżne opowiastki kufelków ukradkiem wylałam. Ech, wylewać tak dobre piwko to prawdziwa zbrodnia. W każdym razie, mimo tego wylewania, czuję przyjemne ciepełko w żołądku, a moje ciało ogarnia rozkoszne rozluźnienie. Jednak nie ma tak źle, żebym bełkotała i się zataczała… Chociaż to robię. W końcu muszę udawać stan adekwatny do ilości „wypitych” trunków. Co zresztą ma i swoje plusy. Będę mogła bezkarnie powkurzać Ezraela i Valkyona, o Chrome’u nie wspominając.
                 Efektownie się chwiejąc, wychodzę z rozbrzmiewającej śpiewami, stukiem kufli i muzyką karczmy, po czym biorę trajektorię na cichą gospodę, przeznaczoną głównie da przyjezdnych. Pozostała część drużyny pewnie już tam jest i ze zniecierpliwieniem czeka na moje przybycie. Będą wkurzeni widząc mnie w wersji „kompletnie nawalona”. Może nawet zacznę śpiewać? Hm… W sumie byłoby to zabawne, ale karczmarz nic złego mi nie zrobił, więc nie zasługuje, żeby go torturować.
                 Otwieram zdobione ludowymi rzeźbieniami drzwi i rozglądam się po skąpanym w złocistym blasku kryształów świetlnych pomieszczeniu. Odkąd zaczęła się ta afera z zatruciami, Balenvia nie ma zbyt wielu odwiedzających, w związku z czym i gospoda wieje pustkami. Przy wysokim, drewnianym barze ani żywej duszy, otaczające okrągłe stoliki, rzeźbione krzesełka niezmiennie pozostają wolne, a kominek i ustawione przed nim fotele zapraszają, ale niestety nie mają kogo zapraszać. Jedynie jeden stolik w kącie knajpy jest obłożony, chociaż trzech facetów czy raczej dwóch facetów i chłopaczka pochylających się nad miskami nie nazwałabym  jakimś szczególnym obłożeniem. Szczególnie, że wszyscy trzej pozostają niezmiennie markotni i cisi. Najwyraźniej ich poszukiwania źródła zatrucia spełzły na niczym, w przeciwieństwie do moich. Dlatego tym bardziej mogę się dać im we znaki. Nie muszę, ale mogę  i to zrobię. Bo tak. Bo jestem złą, wstrętną i niemiłą osobą, która w dodatku czuje się wykorzystywana. W końcu wyrzucenie kogoś na misję, ledwie mu się kulas wygoił, to wykorzystywanie, prawda?
                 Swoją drogą, co ci frajerzy mają ze zajmowaniem zawsze narożnego, upchniętego w kąt stolika? Rozumie, jak jest tłok i chce się mieć trochę prywatności, ale cała gospoda jest NASZA. Nie ma tu żadnych innych gości. Zero, null. Naprawdę tak zaszkodziłoby im posadzenie tyłków gdzieś z kraja, żeby tak się nie przepychać?
                 - Siemandero! – wołam, ciężko siadając na wolnym krześle i opromieniając ich szerokim uśmiechem „jestem solidnie podchmielona i jestem z tego dumna”. Do tego, chociaż darowuje sobie seplenienie,  to podbarwiam wypowiedź powszechnie znanym, miękkim i rozwlekłym, alkoholowym akcentem. – Co tam, jak tam?
                 Ezrael posyła mi spojrzenie ciężkie jak tona węgla. Od swojego wypadku jest w ponurym nastroju, tym bardziej, że to ja – ZNOWU ja – go uratowałam. Przynajmniej formalnie, bo tak naprawdę zrobiła to Ula. Wyczuła jakieś ulatujące się związki, popędziła wraz ze mną do laboratorium alchemii, a tam prawie zaczadzony własnymi eksperymentami niebieskokudły elf w stanie tymczasowego, ale głębokiego omdlenia. Ula go wyciągnęła, ja wyłączyłam palnik, na którym stała sobie kolba z czymś najwyraźniej toksycznym, zakorkowałam ją, a na sam koniec otworzyłam okno. Potem przetransportowałyśmy Eza do przychodni, a na sam koniec poinformowałam Maddę o stanie w jakim znalazłam laboratorium. Oczywiście był „przeszczęśliwy”. Dlatego między innymi Ezrael został wysłany na tę misję – szef Absyntu stwierdził, że dla jego własnego dobra, przez jakiś czas należy go trzymać z dala od laboratorium. Zrobić mu detoks od pracoholizmu. Pal licho to, że elf nie znosi wyjazdów terenowych i natury w jej nieposkromionym wydaniu. Niech się przewietrzy.
                 Inna rzecz, że po uratowaniu elfa mimowolnie narobiłam mu wstydu, ale to tak trochę w dobrej wierze. Znaczy dla dobra i jego, i całej Straży. Otóż chodzi o to, że gdy wracałam od Maddy, złapała mnie Ewelein i poprosiła o przyniesienie dla Eza czystych rzeczy z jego pokoju. Nie chciało mi się jak cholera, szczególnie, kiedy pomyślałam o grzebaniu w jego gaciach, ale wcisnęła mi w łapę klucz z jego pokoju i uciekła zanim zdążyłam odpowiedzieć. Nie mając wyboru, poszłam, a po drodze wpadłam na Karenn i Alajeę. Oczywiście jak te usłyszały, że mam okazję pogrzebać w rzeczach strasznego Ezraela, natychmiast postanowiły się podpiąć. Zmęczona późną porą i całodniowym dyżurem w pralni, olałam sprawę, stwierdzając „niech robią co chcą”. No to poszły za mną. Jednak, kiedy otworzyłyśmy drzwi pokoju jaśnie pana alchemika, natychmiast przeszła im ochota na jakiekolwiek szpiegowanie. Ja zaś postanowiłam, że prędzej zacznę pływać kraulem w gnojówce niż zrobię chociażby krok w ten chlew, co to się przede mną rozpościerał.
                 Chlew to właściwie zbyt delikatne słowo na to, co tam zastałyśmy. Spod zasłanego kancik i sterylnie czystego łóżka wylewała się fala brudnych, chomikowanych przez całe tygodnie, o ile nie miesiące naczyń (Ez potem tłumaczył, że zagoniony nie miał ich kiedy odnieść do kuchni). Naczyń pokrytych pleśnią, pełnych gnijących resztek żywności. Podłoga i dywan wręcz chrzęściły od wszelakiego rodzaju okruchów, resztek i niewykluczone, że odżywiającego się nimi robactwa. Natomiast obok szafy pełnej czystych, świeżutkich i złożonych w kant ubrań (drzwi szafy były uchylone, więc widziałyśmy je) piętrzył się stos gaci. Brudnych, męskich gaci leżących tam cholera wie ile, na który najlepiej było nie skupiać wzroku. Do tego ten wszechobecny, słodkawy zapach, od którego żołądek zaczynał tańczyć lambadę… Naprawdę, słowa Kanenn „gdyby wszystko oblać bimbrem i podpalić, byłby to dobry początek” niosły w sobie sto procent prawdy. Tak samo Chrome’a, który pojawił się niedługo później ze słowami „gdyby ktoś tu wziął i nasrał na środek, i tak nie byłoby widać różnicy”.
                 Oczywiście od spontanicznego, długiego i głośnego „fuj” na całą Straż rozniosło się, że zawsze czyściutki, odprasowany i na pozór pedantyczny elf to kryptofleja. Przyznaję, takie rzucenie śmierdzącego – dosłownie – sekretu na forum publiczne miłe nie jest, ale raz, że przez swoje praktyki Ezrael mógł sam się pochorować, a dwa zwabić nimi do KG cała armię szkodników i pasożytów, o zasmrodzeniu swojego piętra nie wspominając. Naprawdę przegiął. Nic dziwnego, że Madda dał mu za to naganę. Jednak przyznaję – może mieć o to wszystko do mnie lekkie pretensje. Jednak takie same, a może nawet większe, powinni mieć Nevra i Valkyon, bo to właśnie oni podjęli się doprowadzenia pokoju kumpla do porządku, co w żadnym wypadku nie było ani łatwe, ani przyjemne. Jednak ktoś to musiał zrobić, bo podtruty Ezrael nie mógł sam  posprzątać, podobnie jak wrócić do tej wylęgarni mikrobów. Jednak ani wampir, ani faelien nie rzucają fochami, tylko on. Wstrętna maruda.
                 Tak, spojrzenie Ezraela waży co najmniej tonę, tak jak i jego milczenie. Ostatnio zauważyłam, że usiłuje nie rzucać zjadliwymi tekstami na lewo i prawo, więc ćwiczy trzymanie języka na wodzy. Nie przychodzi mu to łatwo, co widać, słychać i czuć, ale zawsze plus, że w ogóle się stara.
                 - Z tego, co mi wiadomo, miałaś zbierać informacje, prawda? – pyta Valkyon, przyglądając mi się z wyraźną naganą. Mieli jechać tu we trójkę z Nevrą, ale ten został oddelegowany do innej misji, więc ja i Chrome niby go zastępujemy robiąc szeroko pojęty wywiad. A nagana w spojrzeniu jak najbardziej akuratna, bo i sprawa poważna. Ostatnio tajemnicze zatrucia w miasteczku stają się coraz częstsze, a niepokój społeczny osiągnął ten pułap, że w końcu burmistrz zgodził się poprosić Straż o pomoc.
                 - I robiłam to! Patrz, nawet w międzyczasie trzasnęłam raporta!
                 Wyjmuję ze służbowej torby plik zroszonych rozmaitymi trunkami – głównie piwem – papierzysk i rzucam mu uśmiechając się szeroko. Ten zerka na nie sceptycznie, ale wzdychając ciężko zaczyna czytać, co nie jest takie proste, bo pismo odręczne mam paskudne… I to nawet, kiedy jestem stuprocentowo trzeźwa.
                 Morduje się z tymi gryzmołami, poruszając przy tym ustami, a jego brwi powoli, ale nieuchronnie wędrują w górę. Po chwili spogląda na mnie i znowu nurkuje wzrokiem w mój raport.
                 - Z tego wynika, że prawie wszystkie osoby, które doznały zatrucia mały kontakt z jaskiniami przynajmniej dzień do dwóch przed wystąpieniem pierwszych objawów. Co do pozostałych to zwyczajnie niewiadomo, co robiły nim je znaleziono – mówi. – O to właśnie nam chodziło. Jak…?
                 - Skąd to wiesz? – wpada mu w słowo Chrome. – Wypytywałem wszystkich od samego rana, wszędzie właziłem, podsłuchiwałem…
Och, jaką ochotę mam podrażnić tego szczeniaka, a jaka lepszą okazja może być niż udawany stan upojenia alkoholowego?
Łapię smarkacza za policzki i ściskam, na co ten wydaje z siebie śmieszne ni to warknięcie, ni to kwik.
                 - Skąd? A to stąd, że jestem maleńka jak ty i mam jak ty gładziutką buziunię oj ti-ti-ti. – Zaczynam go tarmosić za policzek, na co ten nieudolnie próbuje mnie odepchnąć. – Ale poza tym to jestem bardziej urocza, znam mnóstwo ciekawych historyjek i mogę pić nie robiąc z siebie smarkacza ochlaj mordy. A malutkim, uroczym, znającym dziesiątki ciekawych historyjek osóbkom, chętnie się stawia piwko, drinki, słucha ich historyjek i swoje historyjki się opowiada. A większość faery, tak jak i ludzi, nie wie, że coś wie i dopiero jak coś powie,  to wychodzi.
                 - Zaraz, zaraz, jakie historyjki? – Ezrael spogląda na mnie morderczo. – Co ty im nagadałaś?!
                 - Wszystko! Wiedzą, żeś ty jest płaskodupiec, Nevra to dendrofil, a Valkyon to brutalny psychopata bijący małe, biedne człowieczki!
                 Okraszony soczystym jak dorodne mango przekleństwem face-palm Ezraela jest wręcz epicki. Valkyon, jak zwykle mega ekspresywny tylko wzdycha ciężko, nadal przeglądając mój raport. Nagle zatrzymuje wzrok i marszczy brwi.
                 - Zaraz, zaraz. Wypiłaś sześć piw i trzy sznapsy gromulówki?
                 - Ta-jest kapitanie. Marynarz nabzdryngolona się melduje!
                 - Ale po czymś takim powinnaś już dawno leżeć pod stołem półprzytomna!
                 - Jeszcze ze dwa pifffka i z chęcią wykonam rozkaz.
                 - Jakim cudem jeszcze kontaktujesz?
                 - TA-DAM!! Słowiańskie geny!
                 - Słowiańskie treny? – Chrome, któremu w końcu udało się mi wyrwać, spogląda na mnie dziwnie. – Co mają do tego treny?
                 - GENY mój psiulku kochany – ponownie  łapię go za policzki i ściskam. – Psiulek ładnie powie „geny”. Albo nie, lepiej „kwas dezoksyrybonukleinowy”…
                 - Skończ, bo cię walnę! – grozi chłopak, wyrywając mi się.
                 - Oj bądź lepiej grzeczny, bo…
                 - Bo co?!
                 - Bo mogę wypić jeszcze z cztery piwka i zupełnym przypadkiem, w środku nocy narzygać ci do butów. Albo do łóżka. Albo jedno i drugie. Jestem załadowana i niebezpieczna.
                 Chłopak zamiera wytrzeszczając na mnie gały, jakby pytał czy mówię serio. Na to ja posyłam mu super pewny siebie, przeszczęśliwy uśmiech skończonej pijaczki. Mam go dobrze wytrenowany. Nie do wiary, ile spraw pozwala załatwić i w ile miejsc się dostać udawanie nawalonej w sztok.

Offline

#296 07-09-2019 o 16h06

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


„o Chrome’u nie wspominając. — o chromu nie wspominając? Nie lepiej pasowałaby odmiana „o Chrome’ie”?

Coraz bardziej mnie męczy przerysowanie tego opka. Denerwuje mnie, że to Liwka zawsze wszystkich ratuje i odnajduje najważniejsze wskazówki. Denerwuje mnie jej marysuowatość [gdybyś się zastanawiała - mary sue to niekoniecznie postać bez wad, gdybyś chciała mi zarzucić, że przecież Liwka ma mnóstwo wad]. Wiem oczywiście, że to zabieg celowy i ciągle o tym marudzę, ale to naprawdę mocno nie mój typ humoru. Dlatego nie musisz mi odpowiadać na to esejem ;d Bo często tu o tym marudzę i często marudzić będę. Dlatego liczę, że fabuła szybko się rozwinie. Lecę do kolejnych opek i pozdrawiam!

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (07-09-2019 o 16h17)


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#297 30-09-2019 o 13h21

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 822

Męcząca była ta część do czytania, niby pijana i przechwalająca się Liwia mnie irytowała.
A jak nie zwrócą uwagi na to że ilośc wypitego alkoholu w raporcie była szyta grubymi nićmi to będzie dziwne
Mimo to cały czas czekam na kolejną część :v

Offline

#298 18-10-2019 o 23h15

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

@Methrylis - czy szybko to nie wiem, ale już w tym rozdziale (rozdziale, nie części) będzie widać do czego powoli zmierzam. Może nie jakoś bardzo, ale da to jedną czy dwie wskazówki. Niestety w jednym momencie, przed akcją właściwą, pojadę też po bandzie, robiąc z Liwki wszystkowiedzącą/wszystkoumiejącą. Co koniec końców jej zdolności manipulacyjne/szpiegowskie usprawiedliwię czy też raczej zakorzenię/uzasadnię, plus uzupełnię jej backstory, ale na razie - co muszę przyznać jako autorka - będzie to wyglądało cholernie dziwnie. Krzywo. Aż do bólu. Takiego jak walnięcie się małym palcem o szafkę. Także tego, nie strzelać.

@Fujimen
- kwestię zalkoholizowania Liwki akurat trudno zweryfikować bez badań krwi. Co prawda jej nieduże rozmiary świadczą na jej niekorzyść, podobnie jak płeć, jednak odporność na alkohol i reakcje na niego są w sporej mierze osobnicze/uwarunkowane genetycznie. Nie wspominając, że na szybkość wchłaniania alkoholu i reakcję na niego odpowiadają również ilość i rodzaj spożytego jedzenia oraz wypite płyny. Plus faery rzadko maja do czynienia z ludżmi, więc też średnio mogą to ocenić. Jedyne co może dziwić to brak kaca, który też trudno zweryfikować, jako ze Liwka z rana marudna jak dziadowska torba. Co poniżej zresztą można wyczytać - akurat ten motyw przemyślałam /static/img/forum/smilies/wink.png. Miał być to taki zabawny wstęp do reszty rozdziału, który nie do końca będzie już zabawny. Ale Liwka będzie dużo bardziej wkurzająca, żeby rzeczy nie określić mocniej. Sama przyznaję - zresztą nigdy nie miałam ambicji wykreować ją na postać pozytywną czy chociażby łatwą.

XXII (cz. 2)


                     - Gada gorzej niż potłuczona – Ezrael wzdycha ciężko, ukrywając twarz w dłoniach. – Ja nie chcę wiedzieć, co ona tam na nas naopowiadała, naprawdę nie chcę.
                     - Nie ma tego złego. – Wyszczerzam się szeroko. – Nie opowiedziałam ani o  twoich gaciach, ani o tym, że Valkyon boi się damski… mmhhmmh!!!
                     No trzeba przyznać dużemu, że ma refleks. Błyskawicznie zerwał się ze stołka, porywając bułkę ze swojego talerza i wcisnął mi ją do ust. Najlepsze jednak jest w tym to, że prawie w ogóle na mnie nie patrzył, tylko na karczmarza mającego nasłuch nastawiony na full. Rano, kiedy pójdziemy badać jaskinie i zostanie tutaj sam, pewnie będzie robił z kumplami wielkie rozkminę, o co chodziło z tymi gaciami i „damskim czymś”
                     - Idziesz spać – oświadcza twardo Valkyon i nie czekając na moją reakcję, bierze mnie na ręce.
                     Co on ma z tym podnoszenie mnie? Instynkt macierzyński mu się włączył, a ja akurat mam odpowiedni rozmiar czy co??
                     - Z tobą? Niedoczekanie twoje! – wołam i zaczynam się wyrywać, a reakcja Valkyona jest natychmiastowa – wstępujący na policzki rumieniec.
                     - Idziesz spać do swojego pokoju – bąka ten ze złością, wchodząc na prowadzące do pokoi gościnnych schody. – Sama.
                     - Ratunku! Gwałcą, molestują! – drę się, korzystając z okazji, że bezkarnie mogę narobić mu wstydu. Niech ma za moją biedną, małą rąsię i te dziesiątki siniaków.
                     Nim docieramy do mojego pokoju Valkyon jest już elegancko czerwony na twarzy. Z tymi długimi, białymi kudłami przypomina dojrzałego pomidora, którego przyatakowała pleśń, konkretnie rzecz biorąc włośnica śnieżna. Zapleśniałego, dojrzałego pomidora, który patrzy na mnie z potwornym wyrzutem. A patrzeć z wyrzutem to Valkyon potrafi. Normalnie ma minę jak dzieciak, który dostał lanie za coś, co zrobił pies. Prawie mi go żal. Prawie.
                     - Wskakuj w pidżamę i spać – rozkazuje. – Jutro wcześnie wstajemy.
                     - Ale ja nie jadłam nawet kolacji.
                     - Na bluzce masz tyle okruchów, że wygląda na to, że jadłaś KILKA kolacji…
                     Że co? A… rzeczywiście. Uświniłam się. Mam nadzieję, że nie dostanę opieprzu za nieposzanowanie munduru Straży czy coś. Valkyon to czasami straszny nadgorliwiec i służbista.
                     - … do tego pewnie niekupionych za swoje pieniądze. O swojej bułce nie wspominam.
                     - Tak jakbym ja chciała ci tę bułę zabierać. Swoją drogą nie wiedziałam, że jesteś taki chop-siup do przodu z wciskaniem dziewczynom rzeczy do ust…
                     Zaliczam tak solidny cios poduszą, że aż padam jak długa na łóżko.
                     - SPAĆ! – rozkazuje Vakyon, po  czym czy prędzej wykonuje w tył zwrot i umyka, w asyście mojego gromkiego rechotu.
                     O jejciu, jejciu. Zwierzyna się spłoszyła. Proszę, proszę. Taki odważny, tak wywija mieczem, toporem, tarczą i innymi takimi. Taki dzielny… A podtekstów się BOI. Gdyby był dziewczyną, miałby przerąbane z Nevrą. Albo by go zabił, albo w ogóle nie wychodziłby z pokoju.
                     Chichocząc pod nosem zaczynam się przebierać w pidżamę. Uwielbiam móc bezkarnie ponabijać się z innych. Coś pięknego. Szkoda, że Uli tu nie ma, bo by się uśmiała. Niestety władze miasteczka zakazały nam wprowadzania na jego teren jakichkolwiek chowańców. Ula jakoś to przeżyła, chociaż była wściekła, ja na razie też żyję – pytanie jak długo – ale Valkyon na wieść, że ma zostawić swoja Floppy wyglądał na załamanego. Mało tego, podobno cały dzień truł Ykhar dupę, żeby ta do niej jak najczęściej zaglądała, bawiła się nią i robiła to, a tamto, bo Floppy to lubi i będzie tęsknić, kiedy go nie będzie… Straszne to-to. Mniej zamieszania robili moi rodzice, kiedy zostawiali mnie gdzieś ze siostrami. Zwykle tylko mówili nam „postarajcie się nie pozabijać nawzajem i nie puścić domu z dymem”.
                     Wyciągam się na łóżku i uruchamiam v-com, po czym łączę się z Lidką. Gadamy przez chwilę. Szczęśliwie, jak na razie siostrzyczka radzi sobie całkiem nieźle, o wiele lepiej niż tego oczekiwałam. Ogarnia i dom, i gospodarstwo, jedyne co, to czasem prosi Mariusa o pomoc przy dokumentach sprzedaży, zresztą i ja to czasem odwalam. Tak jak zajmuję się elektroniką, w sensie ustawieniami i tak dalej, dzięki v-comowi oraz łączu skokowemu poprzez komunikator Lidki. Swoją drogą, to lekka paranoja, że siedząc w innym świecie, w innym wymiarze, wystawiam faktury za sprzedaż marchewki i koziego mleka za pomocą działającej niewiadomo jakim sposobem technologii komunikacyjnej opartej na niewiadomo czym będącej materii pustki.
                     Świat jest dziwny… Poprawka – światy są dziwne. Pewnie poza ziemskim wymiarem i Eldaryą jest jeszcze całe mrowie dziwnych światów i wszechświatów, o których nawet nie chcę myśleć. Dlaczego? Bo myślenie może sprawić, że mi się przytrafią.
Po zakończeniu czatu z Lidką, sprawdzam na spokojnie nowiny z rodzimego wymiaru, szczególnie te tyczące się Krzyżowców. Udało mi się włamać do kilku ich komputerów, chociaż większość ich sprzętu NIESTETY nie jest podłączona do Multisieci, ale rozsiane przeze mnie robactwo jest w stanie przechwycić to i owo, szczególnie, że znam ich szyfrowanie.  Na szczęście nie widzę tam niczego niepokojącego, a przynajmniej nic wskazującego, że namierzyli Lidkę bądź że planują zmasowany atak na Eldaryę. Można iść względnie spokojnie iść spać, bo jutro trzeba wstać… Niestety bardzo wcześnie, znając życie i chłopaków. Ech, nie cierpię tego. Doprawdy nie cierpię.

***

                     Piąta rano… To nie jest godzina dla ludzi. O tej porze to wstają tylko skowronki i koguty drą ryja, a istotki mnie podobne emanują nienawiścią do wszystkiego, co żyje. A najbardziej do Valkyona, który właśnie o tej nieludzkiej piątej rano załomotał do moich drzwi. W tej kwestii mogę sobie ręce podać z Ezraelem. Elf jest gorszym śpiochem nawet ode mnie, a świeże, górskie powietrze działa na niego jak narkoleptyk. Niby to ja poszalałam wczoraj z alkoholem, ale to on wygląda jakby był na ciężkim kacu. W dodatku od kilku minut siedzi nad swoją miseczką owsianki, gapiąc się w nią, jakby zapomniał do czego służy łyżka. Zresztą może zapomniał. Abo zbiera umysł, żeby osiągnąć stan, w którym będzie potrafił tą łyżką trafić do japy.
                     - To co robimy? – pytam Valkyona, który wręcz emanuje żwawością i energią. O tak wczesnej porze powinno to być karalne.
                     - Udajemy się na rekonesans w góry. Dwoje z nas zbada okolice jaskiń, dwójka same jaskinie. Konkretniej rzecz mówiąc ja i ty badamy jaskinie, a Ezrael z Chrome’em ich okolice.
                     - Ej, ale ja chcę do jaskiń! – woła Chrome. – Tutejsze tereny maja bardzo ciekawa geologię  i chciałbym…
                     - Objawy mieszkańców pasują do uroku bazyliszka, który, według legend, lubi zasiedlać jaskinie. Co prawda uważa się, że te istoty zostały wytrzebione przed tysiącami lat, ale…
                     - Chcesz mnie zabrać do bazyliszka?! – wołam. – Chyba cię Bóg nie kocha, jeżeli myślisz, że wlezę do tych jaskiń chociażby na krok. Nie, nie i jeszcze raz nie! Bierz sobie szczeniaka, skoro tak bardzo chce. Wielki wojownik i piesek myśliwski, nawet pasuje.
                     - Nie jestem PSEM – warczy Chrome, wbijając we mnie groźne spojrzenie. – Ty pijusie jeden, ty…
                     Ale mi dowalił. Zaraz ucieknę do pokoju się wypłakać. Normalnie żal dzieciaku, żal.
                     Valkyon przewraca oczami i odchyla się na krześle, wbijając błagalne spojrzenie w sufit. Ma minę jak nauczycielka wychowania wczesnoszkolnego, która wybrała się na wycieczkę z najgorszą z możliwych klas. W końcu wzdycha ciężko:
                     - Ezrael jest potworną niezdarą, jeżeli chodzi o wyprawy w teren i zabije się po paru krokach w jaskiniach…
                     - Potwierdzam – burczy elf, po czym niepewnym ruchem ładuje łyżkę owsianki do ust.
                     -… Więc lepiej dla niego, dla nas wszystkich, żeby pozostał na zewnątrz. Jednak nie może zostać tam sam, co jest zresztą dość oczywiste. Ty Chrome koszmarnie radzisz sobie z bronią dystansową, więc gdyby w jaskiniach istotnie był bazyliszek, to ze swoimi sztyletami nie masz przeciw niemu wielkich szans. Dlatego świetnie strzelającą z kuszy Liwia jest dla mnie lepsza opcją, a i dla niej to bezpieczniejsze, bo w razie czego zdąży uciec. I nie masz w tej kwestii nic do gadania Liwio. Postanowione.
                     Ładnie sobie to wszystko poukładali, nie ma co. Szkoda tylko, że nikt mnie nie spytał o zdanie.
                     - Pytanie tylko czy TY jesteś dla mnie taką dobrą opcją do towarzystwa, szczególnie jeżeli za wszystkim NIE stoi bazyliszek, tylko, dajmy na to, jaskiniowe bakterie, które się poroznosiły wraz ze wstrząsami – warczę.
                     Valkyon marszczy brwi, spoglądając na mnie badawczo.
                     - A czemu mam nie być?
                     - Wielki, ciężki facet i niestabilne grunty, niskie sklepienia, wąskie przejścia. Biorąc pod uwagę moje szczęście, istnieją spore szanse, że jak się zatrujesz i zemdlejesz, to tym swoim wielgachnym cielskiem przyblokujesz szczelinę będącą moją jedyną drogą ucieczki, a niestety nie mam za dużego udźwigu.
                     - No, Liwka trochę racji ma. – Elf uśmiecha się zjadliwie do kolegi. – Ty to taki solidny zwał mięcha, a ruszyć cię nieprzytomnego, to istna mordęga. Wiem co mówię. Oboje z Nevrą wiemy.
                     Wraz z Chrome’em nastawiamy uszu, chcąc się koniecznie dowiedzieć, o co chodzi Ezraelowi, ale Valkyon posyła mu mordercze spojrzenie, ucinając temat. Czyżby nasz duży znajomek narozrabiał kiedyś i wstydził się czegoś poza damską bielizną? Ciekawe, co to mogło być…? Najbardziej pasuje do zapicia, no i trochę wyjaśnia dlaczego wojownik unika wysokoprocentowych trunków. Trzeba będzie podpytać Karenn. Co jak co, ale okazji do nabijania się z wielkoluda nie przepuszczę, szczególnie po dzisiejszym numerze. Ciągnąć mnie do jaskiń, też coś.
                     Nie mam bladego pojęcia czemu, ale Balenvia strasznie się broni przed interwencją Straży. Burmistrz zezwolił jedynie na wprowadzenie czworga strażników prowadzących sprawę – czyli nas – oraz utworzenie trzyosobowego punktu medycznego prowadzonego przez Ewelein, gdzie ma być udzielana pomoc ofiarą zatruć. Po prawdzie, to przydałoby się tu z dwudziestu luda, którzy dokładnie przeczesaliby teren oraz czterech alchemików prowadzących na bieżąco analizy, ale nie, po co, skoro można zajechać dwójkę strażników, smarkacza i człowiek.
                     W każdym razie obecność Ewelein pomaga nie tylko zatrutym, ale i nam, a to dlatego, że zaopatruje nas w amulety ochronne i różnorakie eliksiry. No i możemy liczyć na opiekę medyczną, jeżeli któremu z nas coś się stanie, do czego mam nadzieję, nie dojdzie. Szczególnie, jeżeli tym kimś mam być ja. Swoją drogą, serio nie rozumiem, czemu w ogóle mnie tu wysłano. To potencjalnie niebezpieczna misja, a ja to świeżak. Chrzanienie, że mam „świeże spojrzenie” i jestem „zdystansowana i krytyczna” niezbyt mnie przekonuje.
                     Tak jak ten zakichany talizman, co mi go wcisnęli. Nawet jeżeli pojawi się w powietrzu coś magicznego, to moja aura antymagii powinna sobie z tym poradzić, a wszelkiego rodzaju amulety i inny czarodziejski badziew mogą jedynie przeszkadzać. No ale nie wyrzucę go, a jak udam, że „zgubiłam”, to dostanę nowy.

Offline

#299 17-11-2019 o 18h44

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 548

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Dobra, kurde, czas się tu wreszcie pojawić ;-;

„rozmiar czy co??” — wystarczy jeden znak zapytania. Albo „?!”
Jezu, Liwka jest obrzydliwa w tym docinaniu Valkowi. Czyta się to z miną zażenowania na ryju. Totalnie nie mój humor.
Aczkolwiek wizja pijanego Valkyona i targającego go Eza i Nevrę jest całkiem zabawna XD
No dobra, tutaj działy się głównie przygotowania, ale liczę na to, że w jaskini będzie działo się coś ciekawego! Więc czekam na resztę i lecę dalej!


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#300 27-12-2019 o 12h57

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

@Methrylis - Liwia żeruje na cudzym zażenowaniu. I o to żerowanie chodzi. A o wpadkach dzielnego wojownika zawsze miło poczytać.

A teraz miejsce na autoreklamę:
Popełniłam sobie wattpadzika, gdzie są dostępne moje dwa opowiadanka: "CENA" i fanfic FNaF'a. Jak ktoś coś to bardzo zapraszam. https://www.wattpad.com/user/CynicznaCecylia


XXII (cz. 3)


              Punkt medyczny ulokowano na parterze domu miejscowego zielarza, który ma pomagać naszej lekarce. Wnętrze wygląda jak z jakiegoś skansenu, jest tu nawet kołowrotek i stary, drewniany moździerz. Taki wielki, do rozdrabniania zboża i tak dalej. Ewelein udziela nam ostatnich wskazówek, ale ja słucham jednym uchem. Głównie dlatego, że jakoś wątpię, aby w sprawę był zamieszany bazyliszek czy inny drapieżny stwór, a głównie takie opcje są brane pod uwagę. Dlaczego nie sądzę, żeby to była sprawka czegoś faeryżernego? Bo jak na razie mamy same zatrucia i żadnych zaginięć ani trupów. Drapieżniki raczej nie atakują od tak, tylko, jak już to robią, to po to, żeby napchać sobie żołądek. Według mnie to wszystko kwestia bakterii, glonów, pyłków albo grzybów.  W końcu, z tego co mówił Ezrael, w tych jaskiniach mają prawdziwą dżunglę. Fakt, do tej pory, od pokoleń, faery biegali po nich i nic złego się nie działo, ale cały ten teren jest tektonicznie aktywny. Co chwilę jakieś wstrząsy i tak dalej – mogło powstać jakieś przejście do głębszych partii jaskiń albo wytworzył się wentylujący je korytarz powietrzny i nawiewa wszędzie jakiegoś syfu. Dlatego Ezrael i Valkyon mogą sobie ubierać talizmany, odprawiać czary-mary, ja inwestuję w grubą chustę na twarz. Jeżeli szczęście mi dopisze ona wraz z filtrami na moich sztucznych płucach poradzi sobie z zanieczyszczeniem.
              Ewelein się rozwodzi, naprawdę. Lubię ją, ale czterdzieste ósme proszenie nam, abyśmy na siebie uważali raczej nic nie da. Zresztą trudno, żebyśmy jak idioci nie uważali w takim terenie… No może Chrome stanowi tu wyjątek, ale mu powtórzenie nawet setny raz nic nie da. Pewnie jak tylko wejdziemy w góry zacznie zachowywać się jak psiak spuszczony ze smyczy. Wszystko oglądać, węszyć… Oby tylko znaczenie terenu sobie odpuścił.
              Ech góry… Tak, Balenvia ma piękne widoki. Szczyty może nie są za wysokie, ale za to bardzo malownicze, otoczone lasami i łanami traw, gdzie miejscowi wypasają crylasmy. No i same miasteczko też jest śliczniutkie. Urocze domki z półokrągłymi dachami, rzeźbionymi drzwiami i kolorowymi okienniczkami, schludny ryneczek, tu i ówdzie wielkie donice pyszniące się kolorowymi kwiatami. To takie miejsce, gdzie chętnie by się pojechało na wakacje. Przynajmniej, gdyby to był mój wymiar. Tutaj Balenvia jest dziurą zamieszkałą głównie przez górników, pracowników kamieniołomów, myśliwych i zielarzy. No i oczywiście rzemieślników, ale przeważnie takich, co to robią rzeczy na rynek lokalny. Turystyki w Eldaryi nie ma.
              - Liwka, gotowa do wyjścia? – słyszę za sobą głos Valkyona.
              Siku zrobione, plecak z prowiantem, apteczką, linami, kryształami świetlnymi i tak dalej jest, a rano, chociaż byłam półprzytomna, założyłam spodnie na gatki, a nie na odwrót, więc chyba gotowa.
              - Pod względem przygotowania tak, ale jeżeli chodzi o nastawienie i tak dalej, to lepiej mnie zostawcie – burczę.
              - Mnie też – warczy Ezrael, jak zwykle bardzo „chętny” do pracy w terenie. Złowrogo łypie na świecące na zewnątrz, jaskrawe słońce. Teoretycznie to wampiry nie powinny lubić światła słonecznego, ale wyraźnie elf ma tę kwestię zupełnie inny pogląd.
              Valkyon nic nie mówi, tylko przewracając oczyma, wypycha nas na zewnątrz.
              Nie za ciepło, ale chłodno też nie ma, słoneczko i delikatny wiaterek – dzień idealny na spacer. Doskonale się składa, bo do pogórza, gdzie znajduje się wejście do drążących górskie podziemia jaskiń, mamy jakieś dwie godziny intensywnego marszu. W jedną stronę, a oczywiście musimy jeszcze wrócić. A w międzyczasie ja z Valkiem będziemy robić za grotołazów, a Chrome z Ezraelem za traperów. Naprawdę średnio to widzę… A raczej widzę to za dobrze. Wymęczona, i pewnie jeszcze do tego poobijana, będę leżeć półżywa plackiem, marząc o tym, żeby ktoś mnie dobił, wysłuchując elfiego utyskiwania na wszystko co możliwe i podekscytowanego słowotoku Chrome’a. Za co? Za co, ja się pytam.
              Spacerek jest nawet przyjemny. Czy raczej byłby, gdyby nie to, że Ez dwadzieścia minut po opuszczeniu miasteczka, zaczyna narzekać. Na co? Na wszystko. Na to, że słońce za mocno świeci, na to, że ptaki za głośno ćwierkają, na opadłe jesienne liście, bo za mocno szeleszczą, na plecak, bo za ciężki… Już wiem, czemu tak nie lubi wyjść w teren – ciągle zrzędzenie pewnie zwabia do niego liczne, faeryżerne drapieżniki.
              Ech, naprawdę nie wiem czy gorszy jest podły nastrój elfa, czy nadpobudliwość Chrome’a. Im dalej idziemy w „dzicz” tym bardziej go nosi. Niby Valkyon i Ezrael pilnują, żeby nigdzie nie odbiegał, a przynajmniej nie odbiegał za daleko, ale nadal zbyt dobrze pamiętam zdarzenie z tamtym ptakopodobnym stworem i stawem z pijawkami. Naprawdę boję się, że znowu wygoni coś z między drzew albo coś zacznie go gonić, a ten uciekając przywlecze to do nas.
              - Jak długo jeszcze? – rozbrzmiewa przeciągłe pytanie Ezraela.
              - Jeszcze półtorej godziny. Przecież już tu byłeś, wiec powinieneś wiedzieć – mruczy Valkyon.
              - Tak, ale wkurzanie cię, poprawia mi nastrój. Jesteś stanowczo zbyt radosny jak na ten parszywy dzień. – Elf uśmiecha się szerzej. – A teraz jak długo?
              - Przyznaj się, że nie chcesz mu podokuczać, tylko wcisnąć swój plecak – chichocze Chrome.
              - To też. Zwykle potrafię nagiąć innych do swej woli. To się nazywa dar przekonywania. Prawdziwy TALENT.
              - Raczej upierdliwość – Valkyon mierzy go wzrokiem. – Niektórzy są w stanie zrobić naprawdę wiele, żebyś się zamknął.
              Łał… Valkyon się odgryzł i to we względnie zabawny sposób. Zapiszę to w kalendarzu.
              Tak, Ezrael potrafi być upierdliwą łajzą, ale akurat teraz to mu się nie dziwię. Ma najcięższy z nas wszystkich plecak, bo zabrał ze sobą alchemiczny ekwipunek podróżny do robienia analiz na miejscu. Po ośmiu godzinach brykania po górach i jaskiniach mamy się spotkać w niewielkim wąwozie, gdzie ponoć jest jakaś płaska jak stół skała, żeby zrobić od razu wstępne badania. Dlaczego? Bo niektóre związki organiczne, szczególnie te związane w jakiś sposób z magią, a przede wszystkim te z jaskiń, mogą ulec rozpadowi, jeżeli je zbyt długo „kisić” w plecaku. Dlatego też elf obładował się jak wielbłąd. Oczywiście mógł co-nieco wcisnąć Chrome’owi, ale wyraźnie nie ufa wilkołakowi. Znaczy, jeżeli Chrome miałby mu asystować podczas robienia eliksirów i tak dalej, to elf nie miałby obiekcji i wierzył, że ten wykona zadanie. Jednak, jeżeli chodzi o powierzenie chłopakowi czegoś delikatnego i cennego, czego NAPRAWDĘ przydałoby nie zniszczyć, tutaj mówi wielkie, stanowcze NIE. Cóż, muszę przyznać, że w tej kwestii podzielam jego opinię. Smarkacz jest naprawdę dobry w alchemii i w innych zadaniach, które są w stanie go „wciągnąć”, ale w żaden sposób nie zdaje egzaminu jeżeli chodzi o sprzątanie, szanowanie rzeczy i tak dalej.
              W sumie to się dziwię, że Valkyon jeszcze nie zabrał Ezraelowi tego plecaka. Zwykle pomaga obu debilom, w sensie, że  jemu i Nevrze, jeżeli jest taka potrzeba. Znaczy albo Ez wczoraj go czymś wkurzył, kiedy poszłam spać, albo uznał, że dzień dobroci dla szpiczastouchych dupków się skończył, kiedy przyszło mu sprzątać pokój jednego z nich. Znając życie elf nawet nie podziękował mu za to.
              W końcu docieramy do wejścia do jaskiń: wielkiej, ziejącej czernią dziury w skalistym zboczu skąd dobiegają ledwo słyszalne, tajemnicze odgłosy. Tu nasze drogi się rozchodzą: ja z Valkyonem schodzimy do dziury, a Ezrael i Chrome będą sobie hasać po skałkach… Ech, nigdy nie przypuszczałam, że coś takiego chociażby przejdzie mi przez myśl, ale naprawdę wolałabym iść z elfem. Mogę być wyzywana od niższych form życia, słuchać ciągnącego się ględzenia, narzekania i nieśmiesznych dowcipów, byleby tylko nie schodzić do tej dziury. Mam cholernie złe przeczucia, a one cholernie często lubią się sprawdzać.
              - To za cztery godziny w umówionym miejscu? – pyta Ezrael z dziwnie poważną miną, niepewnie zerkając na wejście do jaskiń. Te wyraźnie i w nim nie budzą entuzjazmu.
              - Tak, jeżeli nie będzie nas dłużej niż czterdzieści minut, to coś się stało. Wtedy decyzje pozostawiam do twojej gestii.
              - Rozumiem. To na razie… I uważaj na siebie. Jeżeli kurduplowata coś sobie zrobi, to jeszcze dowleczesz ją do wioski, a nawet jeżeli nie, to żadna strata. Jednak w odwrotnej sytuacji, nie ma szans.
              Wybieram jadowitsze z zestawu swoich spojrzeń i wysyłam elfowi priorytetem, ale ten tylko się uśmiecha bezczelnie.
              - Bez obaw. Nic nam nie będzie – Valkyon uśmiecha się pewnie. Naprawdę wygląda, jakby tak myślał. Teoretycznie powinno mi to dodawać otuchy, praktycznie myślę „debil”.
              - Mam nadzieje, bo nie chcę się tłumaczyć przed Krajzan i Ellre, jeżeli coś się wam stanie. Szczególnie przed Krajzan. Nie wiem czemu, ale lubi tego ludzkiego wypierdka.
              - Ezrael, przypomnij mi, żebym już cię nigdy nie ratowała, co? – burczę.
              - O jejciu, jejciu, człowieczek się obraził…
              Okej, odwołuję to sprzed chwili. Wolę jaskinie od Ezraela. Ciemności przybywam!
              Odwracam się na pięcie i nie słuchając już paplaniny walniętego elfa, wkraczam w lepką czerń, zawieszając sobie na szyi kryształ świetlny i przewiązując twarz wcześniej przygotowaną maską. Płótno, gaza, lignina, a w ligninie robiący za absorbent węgiel aktywny. Powinno nać radę, jeżeli we wnętrzu unosi się coś nieprzyjemnego. Oby.
              Valkyon dogania mnie po kilku krokach. Nie wygląda na zadowolonego. To dobrze, bo ja też nie jestem.
              - Bez takich numerów. Jeżeli chcesz rzucać fochami i ryzykować, to proszę bardzo, ale nie, kiedy jesteś pod moją opieką. Nie mam zamiaru potem tłumaczyć Krajzan… Zaraz, co masz na twarzy?
              - Maskę ochronną – mruczę. – Na wypadek, gdyby to było coś wziewnego. Wy sobie możecie inwestować w czary-mary, ale ja wolę naukę, nawet w najprymitywniejszej wersji. Natomiast, co do ryzykowania, weszłam tylko z kraja, co by nie musieć słuchać tego idioty, a tu nie powinno być niczego groźnego. Uwierz mi, jestem ostatnia do biegnięcia w paszczę niebezpieczeństwa bo ZNOWU jakiś debil zaczął mnie obrażać. Co innego wepchnąć debila w tę paszczę, ale sytuacji odwrotnej nie przewiduję.
              Valkyon tylko kręci głową i klepie mnie po głowie jak niesfornego psiaka, a łapsko ma ciężkie jak nie wiem co. Może i wyglądam jak mopsik, ale usposobienie to mam wrednego chihuahua’y i mogę odgryźć palec lub dwa. Ewentualnie zasikać buty. Albo znów udawać pijaną i zwymiotować komuś na jego długie, śnieżnobiałe włosy. Efekt byłby warty niesmaku w ustach.
              Wojownik unosi swój kamień świetlny, dający tyle światła co jedna z mocniejszych latarni… Tych takich olejowych czy naftowych, co tu ich czasami używają zamiennie z kryształami. Blask pada na otaczające nas naturalne kolumny stalagnatów, muska czubki stalaktytów, ginie pomiędzy przypominającymi zęby potwora stalagmitami. Jednak w żaden sposób nie sięga wysokiego, ziejącego czernią sklepienia, ani co głębszych zakamarków.
              - Mówiłam, żeby zabrać maski przeciwgazowe – mruczę. – Nie dość, żeby mogły nas poratować w razie zatrucia powietrza, to jeszcze mają wbudowane noktowizory piątej generacji. Obraz byłby zielonkawy, ale widzielibyśmy wszystko dookoła.
              - To Miiko zrządziła, że zabieranie tutaj ludzkiej technologii, skoro nawet nie pozwolono nam wziąć chowańców, byłoby afrontem, nie ja – mruknął. – Mamy to, co mamy i musimy sobie jakoś z tym radzić.
              Powoli, uważnie rozglądając się dookoła, idziemy w głąb podziemi. Wokół rozbrzmiewają przeróżne dźwięki, których źródeł nie potrafię namierzyć. Piski i skrobania drobnych, żyjących w ciemnościach stworzeń, kapanie wody, szmery osuwających się kamieni. Coraz bardziej działa mi to na nerwy. Zresztą, z tego co widzę, nie tylko mi. Valkyon rozgląda się wokół kręcąc głową jak nadpobudliwa sowa, aż dziw, że potrafi iść przed siebie.

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (27-12-2019 o 12h58)

Offline

Strony : 1 ... 10 11 12 13