Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2 3 4 5 6 ... 12

#76 07-09-2017 o 18h47

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

@Methrylis - kłopot z twoją sugestią odnośnie dialogów polega na tym, ze nie wiem czy nie wrzucę tego tekstu gdzieś w całości, a w tedy byłoby dużo kłopotu z przerabianiem i ponownym kasowaniem "odnosników osobowych" => ja nie wrzucam tu całych rozdziałów tylko ich części. Może potem pokombinuję jak to rozwiązać. Przecinki to moja słabość i generalnie to sie cieszę, że w ogóle straciłam już "batalistyczny stosunek do interpunkcji". O "Czy" trochę poczytałam na necie, może baboków już robić nie będę (może.
Zajączek nie odmieniam, bo traktuję słowo Zajączek jako tytuł-imię nieodmienne. Ta zajączek (w domyśle można dawać przed tym "pani"). Częsty zabieg w literaturze przy pseudonimach (szczególnie tych oficjalnych)gdzie "płeć" pseudonimu nie pasuje do osoby. Co dziwne o WIELE częściej stosuje się go w przypadku kobiet o męskich pseudonimach niż na odwrót.
        Końcówek "się" i owszem należy unikać, jak się potrafi(bo min kijowo wygląda), a jak się nie potrafi, albo unik źle wygląda to raz na jakiś czas (chyba) moszna (moszna z premedytacją). "„Szczęście przynajmniej tu malec” — takie samo „szczęście” tu nie pasuje." => Szczęście w narracji pierwszoosobowej teraźniejszej można sobie pozwolić na ociupinę więcej /static/img/forum/smilies/wink.png (w tej narracji prawie wszystko jest formą przemyślenia/wewnętrznego dialogu. Oczywiście częste robienie baboków nie przejdzie, ale można sobie pozwolić na więcej niż np: przy narratorze trzecioosobowym, w szczególności wszystkowiedzącym. Za to, sama narracja trudniejsza do przeprowadzenia, bo trudniej wcisnąć jakiekolwiek opisy, zarówno rzeczy, ludzi, czy nawet zdarzeń. Idę, wstaję, drapię się po nosie i tak dalej nie przejdą, nie w kółko. Nie mówiąc już, że nie powinno się wtedy oceniać tonu/miny etc postaci głównej/tworzącej narracje - w końcu ona sibie nie widzi i nie odbiera swojego głosu, a nawet emocji tak jak osoby z zewnątrz. Dlatego przy Liwii jak ta mówi, że opowiada coś takim a takim tonem, podkreślam, że gra i robi to naumyślnie.... Generalnie strasznie trudno zachować tu naturalność - mnie LEDWO wychodzi. Prawdziwym mistrzem w tym gościu, który napisał "pan zimowego ogrodu"... Polecam, chociaz fabułę średnio lubię.).
       A u mnie koment to zwykle samo wypisywanie błędów, bo póki fabuła dobra, póty nie mam o czym pisać ;] - pozytywy zwykle zostają te same, zaskoczenia etc są rzadkie (chociaż motyw jak pan i pani spotkali się u ciebie szukając świętoszka świetny, tak jak ozdrowienie i nagła choroba Metz)- posmarowałam ci na początku, to dalej nie miałam już czego wyróżniać /static/img/forum/smilies/big_smile.png.

Dobra, rozpisałam się, ale nie mam weny, żeby to ukrywać spoilerem. W każdym razie do następnej partii:


Rozdział 4 (cz 2)
        Nie biegnę za nim. Skradam się. Tak, aby ani on, ani tajemniczy ktoś, który porwał chowańce mnie nie widzieli. Mam nadzieję, że mały, gdy zobaczy, że się gdzieś zgubiłam, straci ochotę na odgrywanie bohatera. Pod tym względem dzieciaki bywają jak małe pieski – są odważne, póki właściciel jest tuż obok.
        Niestety Merry najwyraźniej należy to typu samobójczo zdeterminowanego. Pobiegł i ma w swoim małym, rozpuszczonym dupsku, że gdzieś zniknęłam. Naprawdę, jeżeli grzdyl dożyje osiemnastki, będę zaskoczona.
Dlaczego los ZNOWU chce mnie ukarać? Może mi to ktoś wyjaśni z łaski swojej?
        Skradu, skradu, skrad, podkradam się najbliżej jak tylko mogę. A gdzie się podkradam? A w pobliże jednoosobowego obozowiska. Na obozowisko składa się: czwórka przywiązanych do drzewa, szarpiących się, młodych crylasmów, z których jeden wygląda jak porośnięta wełną, spasiona świnia – idę o zakład, że to Fluffy – maciupkie ognisko, niewielki pled i siedzący przy ognisku, tyłem do mnie wielki, podejrzany gościu, obok którego leży wielgachna, pokryta krwią gwiazda zaranna*.
        Pięknie. Cudownie. Wszystko wręcz gna ku „lepszemu”.
W cieniach dostrzegam jakiś ruch. Merry. Czai się za wielkim drzewem, niemal centralnie naprzeciwko mnie. Wlepia oczy w uwiązane crylasmy, a w ręce ściska… Mały nożyk – jego ostrze połyskuje w świetle ogniska. Skąd ten grzdyl wziął nóż?! Ja chromolę! Oby tylko ten wielki drab nie zauważył tego błyszczenia, bo inaczej z dzieciaka zostanie tatar!
Nagle płomień ogniska strzela wyżej, a mnie wywraca się żołądek.
        Merry mówił, że w tej części lasu, pod korzeniami wielu drzew są jamy i miał rację. Jedna z nich jest pod drzewem, za którym się ukrył. Rzecz w tym, że ktoś – w domyśle wielki zbój przy ognisku – schował tam trupa, prawdopodobnie niegdysiejszego właściciela jednego z crylasmów. Rzecz w tym, że w normalnych warunkach zwłoki dorosłego człowieka czy też ludzkich rozmiarów faery nie zmieściłyby się w tak małej jamie. Dlatego wielkolud poskładał je jak krzesło z Ikei. W kosteczkę. Widok nie jest przyjemny.
        Macham rękami, zwracając na siebie uwagę Merry’ego i na migi każę mu zawrócić. Smark zamiast posłuchać, pokazuje mi język i powoli zaczyna się przekradać do crylasmów. Najwyraźniej ma zamiar odciąć je i uciec.
        Ja chromolę! To się nie uda.
        Tosięnieudatosięnieudatosięnieuda…
        No i kij, nie udało się.
        Facet gwałtownie wstaje, wykonuje nadspodziewanie długi sus i przegradza gówniarzowi drogę. No pięknie. No to po Merrym. Mam tylko nadziej…
        Światło pada na twarz mężczyzny. Znam tego typa! Ja go znam… A-ale on powinien być martwy! Przecież widziałam jak Lidia wyrywa mu flaki! Co tu się, kurde, odczynia?!
        W ułamku sekundy Merry zauważa faceta, trupa pod korzeniami drzewa i przelicza swoje szanse. Z donośnym wrzaskiem wykonuje w tył zwrot i pędzi przed siebie. Facet rusza za nim, ale do akcji wkracza Fluffy, w którego zasięgu się znalazł – jak jagniątko nie dziabnie typa w dupsko… Niestety nie wiele to daje. Gościu kopie Fluffy’ego , tak, że ten odlatuje na metr, po czym biegnie za Merrym, po drodze zgarniając swoją gwiazdę zaranną. Na domiar złego chłopiec wybrał sobie najgorszą z możliwy dróg ucieczki – na północ. A co jest na północy? A na północy jest widoczna z okien biblioteki KG, wcinająca się głęboko w klif rozpadlina. Wielka, wyrzeźbiona przez ocean przepaść.
Lada moment facet zagoni małego w kozi róg.
Hm… Koleś nie wie, że tu jestem, więc może będę mogła coś na tym ugrać. Pionek od wykonywania rozkazów nie powinien być zbyt inteligentny… O Merrym nie wspominając.
Biegnę za nimi. Schylona w pół, uważając na każdy swój ruch, trzymając się cieni. Oczywiście zostaję w tyle, ale facet mnie nie zauważa, a to się liczy. Właściwie nawet gdybym ostentacyjnie za nim pędziła, olewając krycie się po kątach, to nie wykluczone, że i tak by mnie nie zauważył – całą swą uwagę poświęca Merr’yemu. Dzieciak go wkurzył… No, właściwie wkurzył go Fluffy, ale zapewne to Merry ma odpowiedzieć za przewinienie crylasma.
        Mężczyzna dogania małego. Przerażony dzieciak upada i pełznie tyłem, coraz bardziej zbliżając się do krawędzi klifu. Faceta wyraźnie bawi strach i łzy dzieciaka. Nie spieszy mu się. Chce to załatwić tak, żeby było „rozrywkowo”. Dobra moja, mam czas, żeby podejść bliżej i poczekać na odpowiedni moment.
        Merry wstaje, próbuje ominąć mężczyznę, lecz ten solidnym ciosem w twarz przewraca go powrotem na ziemię. Mały zaczyna coraz głośniej płakać, na co mężczyzna odpowiada gulgoczącym śmiechem.  Kopie go z taką siłą, że dzieciak niemal spada z krawędzi, ale w ostatniej chwili chwyta się trawy.
        Kolejna salwa śmiechu. Mężczyzna nachyla się nad nim, wyciąga dłoń ku jego głowie…
        To moja szansa.
        Wyskakuję z krzaków, pędzę jak najszybciej potrafię do mężczyzny i popycham go z całej siły, akurat wtedy, kiedy odwraca się, żeby zobaczyć, co to za hałas.
        No cóż, refleks ręka-oko zawodzą go. Przelatuje nad skulonym Merrym i elegancko pikuje głową w dół wprost na znajdujące się u podnóża klifu skały. Właściwie to skały  i piasek – to taka jakby mała skalisto-piaszczysta plaża. Doskonale. Z morza byłoby go trudniej wyciągnąć, nie mówiąc już o tym, że woda zatarłaby ślady. A ślady są mi potrzebne.
Łapię Merry’ego za ramiona i stawiam go na nogi.
        - Masz coś złamane?
        Mały zaczyna ryczeć i to tak na poważnie. Ja chromolę, jak ja nie cierpię tego szczyla.
        - Kopnął mnie i uderzył – żali się, podczas gdy z jego nosa wylewa się kaskada smarków.
        - I bardzo dobrze! Oszczędził mi konieczności spuszczenia porządnego lańska! – krzyczę, a w oczach małego natychmiast pojawia się strach.
        - A-ale…
        - Co ale?! Co ALE?! Pamiętasz, co ci powiedziałam?! Żeby zawrócić i wrócić z posiłkami! Strażnicy odzyskaliby crylasmy, złapali tego faceta i może dowiedzieli się czegoś od niego, a ty co? A ty jak debil pobiegłeś przed siebie, żeby zgrywać bohatera! I co masz z tego? To, że zostałeś pobity, skopany i co o mało by cię nie zabito! Ha! Nawet Fluffy przez ciebie ucierpiał! Ten drab kopnął go tak, za to, że próbował cię bronić, że wywinął kozła w powietrzu… O nie! Nie waż mi się tu ryczeć, bo jeszcze chwila, a dam ci prawdziwe powody do płaczu!
        Mały zamyka usta i wlepia we mnie przestraszone spojrzenie, drżąc jak liść na wietrze. Dobrze… Może osiągnął ten stopień przerażenia, żeby zacząć robić to, co mu każę. Hm… Teraz przyda się stanowczy, spokojny, ale z lekka podbarwiony groźbą ton.
        - A teraz, po raz kolejny grzecznie pytam, czy masz coś złamanego? Możesz chodzić?
        Kiwa ostrożnie głową.
        - Świetnie, bo mam dla ciebie zadanie. Zaraz pójdziemy do obozu tego faceta. Zabierzesz stamtąd crylasmy i pobiegniesz do Kwatery Głównej. Powiesz strażnikom DOKŁADNIE co się stało. Najważniejsze jednak, żebyś powiedział, żeby przyszli tu jak najszybciej. Ja w tym czasie zejdę do niego i go przypilnuję – wskazuję wymownie na klif.
        - A-ale ten pan nie żyje, prawda?
        - Tak.
        - To po co go pilnować?
        - Bo może mieć przy sobie coś, co powie, kim był i co dokładnie tu robił. Jeżeli gdzieś w pobliskich wioskach są jego koledzy, to pomoże Straży ich złapać. Kiepsko byłoby, gdyby tego pana, chociaż już nie żyje, zabrała fala, prawda?
        Mały kiwa głową. Świetnie. Może ten koszmarny dzień dobiegnie do jakiegoś sensownego końca.
Wracamy szybkim krokiem, ale już nie biegiem, do obozu faceta. Niestety nie w ciszy, chociaż bardzo bym tego chciała.
        - A czemu idziesz ze mną, jak pilnowanie tego nieżywego zbója jest takie ważne? – pyta nieśmiało Merry.
Olałabym szczeniaka, ale odpowiadanie dzieciakom na pytania uczy je myślenia. A nauka myślenia Merry’emu się przyda.
- Żeby zadeptać ognisko. Jest małe, ale pewnie da się je łatwo zauważyć od strony morza. Zapalanie go w takim miejscu jest głupie, chyba, że chce się, żeby ktoś je zauważył. Dlatego tak sobie myślę, że ten zbój chciał pokazać swoim kolegom gdzie jest, a ja więcej zbójów tutaj nie chcę. Nie, póki jestem w pobliżu i ci mogą mnie zranić. Poza tym w obozie jest trup, a dzieci chyba boją się trupów. Nie chcę, żebyś spanikował.
        Wspomnienie o wciśniętych pomiędzy korzenie drzewa zwłokach zamykają małemu usta. I bardzo dobrze.
        W obozie pierwsze, co robię, to zadeptuję te nieszczęsne ognisko, a zaraz potem odcinam crylasmy od drzewa, a te, pod dowództwem Fluffy’ego, grzecznie otaczają chłopca. Sprawdzam też czy zbój nie zostawił tu czegoś, jakiejś ciekawej wskazówki, ale nic z tego. Jedyny „sprzęt”, który zostawił za sobą to pled, na którym siedział. Żadnych plecaków, pakunków ani niczego podobnego.
        - Dobrze, to wiesz, co masz zrobić? – pytam małego.
        - Tak. Biec do Kwatery Głównej, opowiedzieć strażnikom o wszystkim i powiedzieć, żeby czym prędzej tu przyszli.
        - Dasz radę opowiedzieć im, gdzie to „tu” jest?
        - Tak. Do klifu, potem skręcić przy białej, pękniętej na pół skale, prosto do lasu…
        - Dobrze, dobrze. Nie musisz mi wszystkiego opowiadać. Biegnij.
        Merry czym prędzej ucieka, na odchodnym rzucając zalęknione spojrzenie tonącej w cieniach, poskręcanej postaci w jamie pod drzewem. Coś mi mówi, że obraz okrwawionego, powyginanego ciała na długo zagości w top dziesięć jego koszmarów.

***

        Nie lubię się wspinać. Nie znoszę. Ale umiem. Szczęście w nieszczęściu, że klify otaczające osadę Eel są dość niskie i „schodkowate”, dzięki czemu zejście po nich nie było aż tak wielkim wyzwaniem. Ale tak czy siak jestem obolała, piekielnie zmęczona, spocona jak świnia no i oczywiście pokaleczyłam dłonie.
        Naprawdę mam dość tego wszystkiego. Przecież miałam odpocząć, zacząć wieść normalne życie! A co robię? Biegam jak ogłupiała po jakimś świecie fantasy, daję się dręczyć elfom i cholera wie jakim, złotookim stworom, a teraz do tego trafiam na swoją przeszłość. W dodatku na jeden z tych jej fragmentów, na które nie chciałam trafić.
        Co jak co, ale spotkanie w innym wymiarze teoretycznie – a teraz już i praktycznie – martwego draba, któremu twoja siostra wyrwała bebechy to przegięcie. Cholerne przegięcie.
        Kucam przy ciele mężczyzny. Spadając obrócił się twarzą do góry, jego puste, wytrzeszczone w wyrazie zaskoczenia oczy spoglądają w niebo, a z rozchylonych ust wycieka zmieszana z krwią ślina. Niebieskie tęczówki, brązowe włosy, tatuaż na prawym policzku, po świńsku zadarty, a zarazem garbaty nos. Tak, to na pewno ten facet. Jeden z Grabieżców, mafii handlującej ludźmi. Nikt znaczący, osiłek do strzelania i odwalania brudnej roboty. Pionek. Zwykle nie zapamiętuję gąb mięsa armatniego, ale ten przestrzelił mi twarz, za co Lidia odpowiednio mu podziękowała. Bolało jak cholera, szczęśliwie Otto szybko naprawił szkody.
        Triada, Iluminaci i Templariusze, trzy organizacje ziemskiego wymiaru nawiedzające Eldaryę. Pytanie czy jedyne, a jeżeli jedyne, to do której z nich należał ten szmaciarz? Dla której pracują Grabarze? No i co tu robił? A przede wszystkim czy jego obecność tutaj jest w jakiś sposób związana z moją?
        Nie oszukujmy się. Wypadek z gigantycznym leniwcem wcale nie wyglądał na wypadek. Mam niemiłe uczucie, że zostałam zagoniona do Eldaryi, chociaż nie wiem w jakim celu ani przez kogo. Przez nich? Przez Grabieżców? A może przez jedną z prastarych organizacji? W końcu tyle razy zadarłam różnymi nieprzyjemnymi ludźmi, że mogli chcieć wyrównać ze mną rachunki…
        Nie. Gdyby chodziło o zemstę czy też zemstę użytkową, załatwiono by to w inny sposób. Trafiłabym do jednego z ich laboratoriów albo jednego  z licznych burdeli i przez resztę swojej krótkiej, żałosnej egzystencji błagałabym o śmierć. Stałabym się przykładem dla innych. 
        W takim razie, co? Obecność tego fagasa to tylko przypadek? Zrządzenie losu? Jeżeli tak, to kto jest odpowiedzialny za to, że tu trafiłam? Jakaś inna „ziemska” organizacja? Ktoś stąd? A może moja paranoja się myli i rzeczywiście to był wypadek? Najbardziej popaprany wypadek pod słońcem, ale jednak wypadek?
        Nie wiem. Bladego pojęcia nie mam. SZLAG!

Offline

#77 08-09-2017 o 22h20

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

Wow, faktycznie, ale się rozpisałaś w odpowiedzi na mój komentarz! /static/img/forum/smilies/big_smile.png Aż się teraz szczerzę do ekranu XD Bo czy ta nasza potyczka na wypisywanie błędów nie jest epicka? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Nie ma bezsensownego słodzenia, tylko konkretne wypisywanie wad i zalet. Pochwały cieszą, uwagi sprawiają, że uczymy się na własnych błędach. Mnie tam taka wymiana bardzo pasuje! A co się tyczy rozbijania rozdziałów na części — mi to w ogóle nie przeszkadza. Więcej powiem: ja tego prawie nie zauważam /static/img/forum/smilies/big_smile.png Więc w tej kwestii „róbta co chceta” /static/img/forum/smilies/wink.png
Czy mi się wydaje, czy oznaczyłaś gwiazdką gwiazdę zaranną, ale nigdzie nie dodałaś przypisu? Bo od razu rzuciłam się do szukania, bo szczerze nie wiem, co to gwiazda zaranna. Ale nie znalazłam :v
Na miejscu Liwii zabiłabym tego małego irytującego dzieciaka. No jak kota kocham, zabiłabym!
ZARAZ CZEJ. Jak to LIDIA wyrywała mu flaki? Gostek z Ziemi? O cholerka jasna. Wow, ale skończyło się szybko! Zaskoczyłaś mnie, bo już myślałam, że oto spotkaliśmy głównego złego… no ale chyba nie, skoro tak szybko skończył w piachu, dosłownie i w przenośni. No ale racja, niby na razie martwy, ale skoro gościu już raz miał być martwy, a coś nie poszło, no to faktycznie lepiej go popilnować :v
No dobra, robi się całkiem ciekawie! I nawet nie znalazłam żadnych jakichś wielkich błędów poza jednym powtórzeniem, ale już nawet nie chce mi się do niego wracać. Tak czy siak faktycznie interesującą kwestią jest, skąd ten typek pochodzi, w sensie z której organizacji, jak tu trafił, dlaczego i czy to ma cokolwiek wspólnego z pojawieniem się tu Liwii. No! To mi się podoba! Czekam więc na kolejne części i pozdrawiam! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Offline

#78 12-09-2017 o 17h53

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

@Methrylis
Potyczką na wypisywanie błędów bym tego nie nazwała, bo w potyczce chodzi o wygraną, a tu staram sobie nawzajem mniej lub bardziej zręcznie pomóc /static/img/forum/smilies/wink.png Jesteśmy dla siebie takimi moimi Valkyonami-trenerami xD
Z GWIAZDĄ ZARANNĄ rzeczywiście zjadłam przypis /static/img/forum/smilies/neutral.png zapomniałam w ferworze formatowania tekstu. To inaczej morgensterny - broń obuchowa na bazie pałki - o metalowych głowicach nadziewanych (zwykle długimi)kolcami. Nazwa dosłownie przetłumaczona na angielski (morningstar), a potem na polski jak w tekście - w Anglii gwiazdami zarannymi nazywano głównie monrensterny o kulistych głowicach (aczkolwiek to nie reguła) i w Polsce przyjęto je również z nimi kojarzyć. Ten z tekstu to właśnie taki kulisty morgenstern  https://i.pinimg.com/originals/8b/96/e0/8b96e0c9f593944e14ae7d3aad68d5ba.jpg
Tak gostek z ziemskiego wymiaru, ale co do tego pilnowania trupa, żeby nie uciekł nie przesadzajmy - w końcu Liwia z takiego świata, że i wyrwanie flaków potrafią naprawić.
Główny zły... No, powiedzmy, że złych będzie więcej niż jeden. Jeden naprawdę narobi zamieszania, ale to nie ludź.

Rozdział 4 (cz 3)

        Powinnam przetrząsnąć mu kieszenie, sprawdzić wszystko, co ma przy sobie, a nawet wsadzić mu ręce w dupę, jeżeli jego zad wydałby mi się podejrzany. Niestety nic z tego. Mam okrwawione dłonie i wszędzie pozostawiałabym ślady krwi, a fakt, że sama wzięłam się za przeszukiwanie trupa z pewnością nie spodobałby się Straży. Cholera by to wzięła.
        U góry rozbrzmiewają pokrzykiwania, przepychanki i tak dalej. Po chwili zza krawędzi wyłaniają się cztery głowy: Drek’a, Valkyona, Ezrala i samej szefowej Cienia Krajzan.
        - Liwia, jesteś tam? – przenikliwy głos gargulicy rozbrzmiewa echem nad okolicą.
        Dobrze, teraz pora zgrywać ociupinę roztrzęsioną. W końcu stoję obok trupa i to trupa, którego sama ztrupiłam. Lepiej, żeby się nie domyślili, że już wcześniej zdarzyło mi się pozbawić paru ktosiów życia. Przecież jestem tylko przeciętną, niedoświadczoną przez życie, chociaż dość bystrą ziemianką.
        - Jestem!
        - Wszystko w porządku?
        - Jest ciemno, właśnie zakatrupiłam jakieś sto kilo wielkiego, złego faceta, którego zwłoki lampią się na mnie pustym wzrokiem i widziałam złożonego w kostkę, zmasakrowanego trupa. Poza tym w porządku. – Głos ala mieszanina strachu, zmęczenia i ironii będącej tak właściwie jednym, wielkim wyrzutem w stosunku do świata. Całkiem ładnie mi wyszło. – Byłabym wdzięczna, gdyby ktoś mnie stąd zabrał. Nie chcę się jeszcze raz wspinać po tych skałach. Lada moment nie zobaczę niczego na wyciągnięcie ręki.
        - Poczekaj, już do ciebie lecę.
        Jak Krajzan mówi, tak robi. Rozpościera swoje błoniaste skrzydła, a po chwili dołącza do mnie oraz pana trupa. Niesie ze sobą wielką latarnię i ciężką torbę. Pyta o parę błahostek, jak to czy dotykałam bądź przesuwałam ciało, poczym zaczyna dokładnie oglądać zwłoki, ale niczego nie rusza. Po chwili dołączają do nas chłopacy, którzy zjeżdżają na linach. Nie mogę nie zauważyć, że Valkyonowi kiepsko idzie, co raduje moje małe, złe serduszko. Pan mistrzunio oręża, jednak nie jest najlepszy we wszystkim.
        Kiedy stają obok nas są nieco zasapani. Valkyon spogląda w górę , po czym zerka na mnie.
        - Jak dałaś rade tutaj zejść bez liny?
        - Po prostu niektórzy inwestują w machanie bronią, a niektórzy w wspinanie.
        Marszczy jedną brew, a drugą unosi w dość wymownym wyrazie. Ech… Niech to, primadonna zamierza mi się tu obrazić czy jak?
        - Napisałam w teście na Straż, że umiem się wspinać, a jak piszę, że coś umiem, to naprawdę umiem – wyjaśniam, oczywiście dbając, żeby mój głos był odpowiednio zbolały i ponury. – U nas wspinaczki są formą rozrywki. Ludzie wspinają się po skałach i górach, tak po prostu. Dla sportu. Tata był wielkim fanek aktywnego spędzania czasy i wrabiał w to całą, moją kochaną rodzinkę, więc coś-tam umiem.
        To połowiczna prawda. Właściwie sklejenie dwóch prawd dających razem kłamstwo. Tata istotnie lubił spędzać razem z nami aktywnie czas głównie na żaglówkach, łowieniu ryb, wycieczkach pieszych, rowerowych i grając w hokeja na rolkach… Chociaż jeździć na rolkach nie za bardzo umiał. Natomiast, jeżeli chodzi o wspinanie, to wprawy nabrałam w tracie przeróżnych ucieczek i włamań. Ile razy przy tym spadłam i poobijałam sobie tyłek nie zliczę.
        - Znaczy się, że jesteś tchórzem-ekspertem – mruczy Ezrael, otwierając torbę i rozkładając jej zawartość – szczypce, szczypczyki, fiołeczki i dziesiątki buteleczek –  na białej płachcie.
        Ja chromolę CSI Ezrael. Zaraz chyba rąbnę śmiechem.
        - Wybacz, ale po dzisiejszym finiszu dnia nie mam ochoty na podobne odzywki.
        - Ojejku, trochę nieprzyjemności i…
        - Spasuj trochę stary, co? – Przyglądający się podeszwom mężczyzny Drek zerka na elfa z ponurym wyrazem twarzy, na co ten zająkuje się. – Liwia odwaliła kawał dobrej roboty. Zlazła tutaj, pilnowała trupa, a z tego co mówił ten mały, jeszcze zadbała, żeby zagasić ognisko. Gdyby reszta tych typów tu przybiła i rozlazła się, musielibyśmy urządzić całonocne przeczesywanie lasu i wystawić dodatkowe straże… Znaczy się i tak będziemy musieli wystawić dodatkowe straże, ale…
        - Chyba załapał, o co chodzi – przerywa mu Krajzan, która z uwagą obserwuje morze. Jeżeli napastnicy mieliby tu przybyć, to tylko z tej strony. – Tak, Liwia odwaliła kawał dobrej roboty. Zachowała chłodny osąd w stresowej sytuacji, a to się liczy… Szczególnie, że wątpię, aby wcześniej znalazła się w podobnym położeniu…
        Matko kochana. Gdybyś tylko wiedziała…
        - …Dobrze, dacie sobie tutaj radę? – pyta Ezraela i Valkyona, na co obydwaj potakują. – To świetnie. Drek, pierw ty idziesz na górę, potem Liwia. Przygotujcie się.
        Mam właśnie zapytać, na co mamy się przygotować, kiedy Krajzan chwyta Drek’a pod pachy, rozpościera skrzydła i błyskawicznie wystrzeliwuje wraz z nim ku górze, olewając wszelkiego rodzaju prawa fizyki. Opór, siła nośna i tak dalej jakby nie istnieją… Czemu? Jedna odpowiedź – magia. Właściwie, gdyby nie magia, to te całe jej skrzydła w ogóle straciłyby rację bytu. W normalnym, fizycznym, czysto naukowym świecie nawet mając skrzydła ludzie za cholerę nie potrafiliby latać. Kwestia anatomii, rozłożenia ciężaru i takich tam.
        Wycieczka transportem gargulcowym jest o wiele szybsza niż klasyczna wspinaczka, ale istnieje duże ryzyko, że w jej trakcie puszczę pawia. Narzyganie na łeb swojej szefowej to nie za fajny pomysł na pierwszy tydzień pracy… No i Ezrael nie dałby mi żyć przez miesiąc.
        O Krajzan wacaaa… AAarrgggh!
        Nigdy nie lubiłam lunaparków, a lot z gargulicą jest jak krótka, ale bardzo intensywna wizyta w wesołym miasteczku. Coś jak połączenie kolejki górskiej, diabelskiego młyna i tych takich wind, które bardzo szybko podjeżdżają w górę, zatrzymują się tam na chwilę, a potem gwałtownie spadają. Brr…
        Szefowa stawia mnie na ziemi, a ja ledwo potrafię ustać na nogach. Mam wrażenie, że są z galarety.
        - Będziesz rzygać? – pyta, przypatrując mi się uważnie.
        - Chyba nie…
        To było zbyt gwałtowne na to, żeby się porzygać. Moje flaki pierw muszą dojść do tego, co się z nimi stało. Może i potem stwierdzą, że to był dobry moment, aby puścić bełta na buty i go przegapiły, ale nie teraz.
        Szlag by to trafił. Latałam statkami międzyplanetarnymi wszelakich kalibrów, używałam teleportów, portali podprzestrzennych i nic. A tu lot trwający niecałą minutę i dygoczę jak ratlerek na mrozie w trakcie trzęsienia ziemi.
        Jeden głęboki oddech, długi , trzeci i prostujemy się. Dobrze, już dobrze.
        Zerkam na stojącego obok Dreka, który uważnie rozgląda się wokół i nasłuchuje.
        - A ty w ogóle po co schodziłeś na dół?
        - Sprawić podeszwy i gabaryty naszego martwego „przyjaciela”. Spróbuję wybadać, skąd przyszedł, ale wiedząc jakie ślady mógł zostawić, będzie mi łatwiej.
        - Piekielniaki mają świetny wzrok. W ciemnościach widzą nawet lepiej od wampirów, potrafią też smakować powietrze niczym węże. W dodatku Drek jest jednym z naszych najlepszych tropicieli – dodaje Krajzan, a „diabeł” zdaje się rosnąć słysząc komplement. Znaczy się szefowa potrafi od czasu do czasu powiedzieć coś miłego… A może drze się tylko na Nevrę?
        Zatem Drek jest piekielniakiem. To już wiem, kogo wystrzegać się w trakcie planowanych, nocnych wycieczek po Kwaterze Głównej. Wątpię, aby moje krycie się w cieniach go zmyliło. Hm… Muszę mieć na uwadze, kiedy ma nocne dyżury – wtedy odpuszczę sobie spacerki.
        Wracamy. Ja i szefowa. Wreszcie. Szkoda tylko, że tak późno, że pokaleczyłam sobie ręce i że znowu muszę brać prysznic. Ech… Oby Ykhar dotrzymała słowa i dopilnowała, żeby odjęli mi dodatkowe godziny pracy od kolejnej zmiany. Dopiero zaczynam i naprawdę nie mam zamiaru na wejściu zacząć walić darmowych nadgodzin. I to przez kogo? Przez jakiegoś smarka i jego owieczkę.
        Kiedy wkraczam do hallu, Sali Drzwi, jak go nazywają, z miejsca otacza mnie gwar. Zajście ze złodziejem crylasmów wyraźnie wywołało burzę wśród strażników. Wszędzie wokół zaniepokojone twarze, plotki, spojrzenia pełne ciekawości i nieufności. Jedni patrzą na mnie jak na źródło nowin z pierwszej ręki, inni jak na potencjalne zagrożenie. Nic dziwnego. Człowiek trafia do ich świata, do Straży, a w przeciągu tygodnia natyka się na kolejnego człowieka i go zabija. Delikatnie mówiąc podejrzane.
        - Ten zabity to podobno Simoth, hodowca crylasmów…
        - … takie coś, tuż pod naszym nosem…
        -… to cud, że małemu nic się nie stało…
        Nagle tłum się rozstępuje. Powodem tego jest nikt inny jak Krajzan, która obdarza zaaferowanych faery ciężkim, twardym  spojrzeniem. Chwyta mnie za ramię i prowadzi przed sobą. Bierzemy trajektoria na korytarz. Znaczy się idziemy albo do jej gabinetu, albo do Sali Kryształu.
        Do jej gabinetu. To dobrze. Sala Kryształu to Miiko, a nie mam dzisiaj ochoty oglądać lisiej mordy.
        Krajzan siada za biurkiem, ja naprzeciwko, a jej ośmiornicopodobny stwór przypuszcza atak na moje kolana, donośnie gulgocząc. Szczęśliwie tym razem nie ma zamiaru przyznawać mi się do twarzy. Przyjmując to za dobry omen klepię stwora po głowiotłułowiu, a ten do gulgotu dołącza mruczenie.
        Na pierwszy rzut szefowa nie zajmuje się mną, tylko notatką na swoim biurku, którą uważnie czyta, złowrogo marszcząc brwi. Podobnie jak reszta wydaje się ponura i zaniepokojona, ale w przeciwieństwie do rzucającej w moją stronę nieprzyjemne spojrzenia „gawiedzi”, nie adresuje tych uczuć do mnie. Zachowuje je dla samej sytuacji, a dla mnie… No cóż, jest miła, przynajmniej do tej pory. Mam nadzieję, że tu, za zamkniętymi drzwiami, sytuacja się nie zmieni.
        - Hm… Interesujące. Spośród porwanych crylasmów, jedynie ten należący do Merry’ego to chowaniec. Wszystkie były młode, miały mniej niż pół roku. Zamordowany mężczyzna to hodowca crylasmów. Napadnięto jego gospodarstwo i z całego stada mającego na stanie osiemdziesiąt osobników ukradziono jedynie trzy maluchy – mruczy pod nosem, ale na tyle głosów, abym wszystko dokładnie słyszała. Nagle rzuca mi przeszywające, badawcze spojrzenie. – Napastnikiem był człowiek, jakbyś nie wiedziała. Wiem, że ludziom sprawia trudność odróżnienie faery od swojego gatunku, ale możesz mi wierzyć, to człowiek. Zapach jest nie do pomylenia. Co prawda wydaje mi się abstrakcją, żebyś miała z tym wszystkim coś wspólnego, ale dla formalności muszę zapytać: wiesz może, co robił tu człowiek i na co ludziom małe crylasmy?
        - Tego, co tu robił poza mordowaniem pasterzy i złodziejstwem? – pytam, na co Krajzan unosi brew w ostrzegawczym wyrazie. – Nie, ale chętnie bym się dowiedziała, bo chociaż nie mam z jego obecnością nic wspólnego, to on mógł mieć z moją… Albo i nie. Świat to popaprane miejsce, a mnie przytrafiają się coraz to dziwniejsze rzeczy. Jednak to co najmniej podejrzane, że trafiam tu na człowieka i to w parę dni po moim przybyciu tutaj. Natomiast, co do crylasmów… No nie wiem do czego im one. Szukamy, w sensie, że ludzkość, tworzyw odpornych na stresy środowiskowe, a zarazem łatwych do produkcji i kształtowania. A nuż odkryli coś w ich ciałach? Albo może ludzie potrafią wykorzystywać ich magię i też czarują? Mnie w każdym razie o tym nic nie wiadomo.
        - Materiały odporne na stresy środowiskowe?
        - Na temperaturę, kwasy, zasady, wilgoć i tym podobne.
        - Runo młodych crylasmów jest całkowicie odporne na ogień. To może być dla ludzi interesujące?
        - Jeżeli nie tylko ogień ale i temperatury liczące sobie po tysiąc i więcej stopni to owszem.
        - Ale po co wam coś takiego? – Zdumiona gargulca unosi brwi. – Przecież przy takiej temperaturze nic nie przeżyje.
        - Ale niektóre machiny przetrwają. Nasze miasta potrzebują wiele energii i nauczyliśmy się pozyskiwać ją z wielu odnawialnych źródeł. Między innymi pobieramy energię bezpośrednio od gwiazd. Jednak w tym celu musimy wysyłać machiny bardzo blisko nich. Machiny odporne na ogromne temperatury, stworzone z bardzo cennych, bo niezwykle rzadkich materiałów.
        - Energia z gwiazd… Hm… Jesteście zadziwiający. To aż przerażające jak wiele nie wiemy o świecie, w którym żyjecie. A być może w ogóle o świecie. Wielu z nas nadal myśli, że gwiazdy to coś mistycznego. Właściwie wszyscy, którzy nie mieli okazji zetknąć się z waszymi księgami – te ostatnie słowa mówi cicho, jakby sama do siebie. Jakby, bo w jej oczach błysk świadczący o tym, że uważnie mnie obserwuje. Zamyślony wraz twarzy i ton głosu to tylko zmyłka.
        Szkoda, że za cholerę nie mam pomysłu, na co to wszystko. Co Krajzan chce tym zyskać? Sprawić, żebym uznała ich za głupków czy jak?
        - Ludzie w ogóle nic nie wiedzą o waszym świecie… A przynajmniej dziewięćdziesiąt dziewięć procent z nich ni nie wie, jeżeli cię to pociesza.  Ani o nim, ani o magii i reszcie tego bałaganu.
        - Ech, tak. To prawda. – Uśmiecha się półgębkiem. – Dobrze, wiesz jak wypełniać raport z misji?
        - E… Nie? Nie byłam jeszcze na żadnej i nie będę w najbliższym czasie. Mam nadzieję.
        - Byłaś. – W oczach szefowej połyskuje szczere rozbawienie. – Za misję uznajemy wszystkie działania poza murami Kwatery Głównej i obrębem Schroniska nie będące patrolami. Również rzeczy nie do końca planowane, jak to, co spotkało cię dzisiaj. W przypadku misji przebiegających bez problemu lub o niezbyt wielkim znaczeniu raport zdaje się Kero lub Ykhar i na tym sprawa się kończy. Jeżeli misja jest ważna lub coś mocno poszło nie tak raport trafia bezpośrednio do szefa Straży, rzadziej jego zastępcy. Czasem jest też uzupełniany przesłuchaniem. Tak będzie właśnie teraz, bo dwa trupy to nie przelewki, nie wspominając o towarzyszach zabitego przez ciebie mężczyzny, którzy mogą kręcić się po okolicy.

Offline

#79 12-09-2017 o 21h58

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Czytam, czytam jesli tylko znajde chwilke na urlopie oraz net nie szwankuje /static/img/forum/smilies/smile.png Wrazeniami podziele sie po powrocie do domu /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#80 12-09-2017 o 22h35

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

O, no widzisz — a ja miałam sprawdzić w googlach, co to za gwiazda i też zapomniałam. A więc to jest to cudo! Z wyglądu znam, ale nazwy nie znałam. Człowiek uczy cię całe życie.
Ale co to tak szybko kolejny odcinek? Jakoś mi się wydaje, że dotychczas miałaś dłuższe przerwy. Absolutnie się nie gniewam /static/img/forum/smilies/big_smile.png I idę czytać.
„Drek’a, Valkyona, Ezrala i samej szefowej Cienia Krajzan” — raz, że ten apostrof nie jest tu potrzebny, bo imię w podstawowej formie nie kończy się samogłoską. A dwa, że… „Ezrala”? /static/img/forum/smilies/big_smile.png A nie Ezarela? ;>
„poczym zaczyna dokładnie” — „po czym” c:
„Kiedy stają obok nas są nieco zasapani. Valkyon spogląda w górę , po czym zerka na mnie.” — raz, że zamiast kropki powinien być przecinek, a dwa, że przed przecinkiem nie powinno być spacji /static/img/forum/smilies/big_smile.png
„Jak dałaś rade” — ‘radę’
„a niektórzy w wspinanie” — ‘we wspinanie’
‘Tata był wielkim fanek aktywnego spędzania czasy” — ‘fanem’ i ‘czasu’ c:
„to całą, moją kochaną rodzinkę” — tu przecinek nie jest potrzebny
„więc coś-tam umiem” — przy ‘mniej-więcej’ odpuszczam, choć teoretycznie myślnik też nie jest potrzebny. Ale w tym przypadku spokojnie możesz go sobie odpuścić.
„nabrałam w tracie przeróżnych” — ‘trakcie’
„Jeden głęboki oddech, długi , trzeci i prostujemy się” — raz, że znowu spacja przed przecinkiem, a dwa, że teoretycznie „długi” też pasuje, ale skoro potem Liwia dalej liczy, to chyba jednak chodziło o „drugi” c:
Czyyyyli co… ten martwy zły wcale nie był aż taki zły? Hodowca chowańców. Bardzo ciekawe! No i jestem ciekawa, co takiego knuje Krajzan, bo chyba naprawdę cos kombinuje. I konewka wie, co to takiego. No cóż, ten odcinek znacznie spokojniejszy od poprzedniego, ale nic dziwnego — narobiło się bałaganu, to potrzeba czasu, by go sprzątnąć. Ale interesujące jest to, że wszystko to zaczyna się tak niepozornie. Tym bardziej więc jestem ciekawa, o co w tym wszystkim chodzi.
No nic, czekam na kolejną część i pozdrawiam! ^^

Offline

#81 13-09-2017 o 10h04

Straż Absyntu
Fujimen
Akolita Sargousetów
Fujimen
...
Wiadomości: 5 697

Na csi ezarel parskłam srogo xd swoją drogą tak pięknie go przedstawiasz, że mam ochotę mu coś zrobić za każdym razem jak się pojawia XD fajnie, bo w oryginale to jest taki typ "hehe ależ jestem sarkastyczny, laski na to leco" a tutaj udzielają mi się emocje Liwii, jak tylko go widzi XD
Szczerze to się pogubiłam o co chodzi - Liwia zabiła jednego typka, potem się okazało że hodowca też nie żyje bo nagle jakieś dwa trupy, co się dzieje? Straszny chaos dla mnie zapanował, ale może była już zbyt późna pora i nie ogarnęłam, ciężki dzień miałam xd
Valkyon nie radzący sobie z liną - uroczo <3
No nic, czekam na kolejny rozdział /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Offline

#82 17-09-2017 o 13h18

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

@Laique - czekam z niecierpliwością /static/img/forum/smilies/smile.png

@Methrylis - staram się dodawać części co 5 dni, co nie znaczy, że będę zawsze dodawała tak często /static/img/forum/smilies/wink.png Dlatego części są krótsze niż twoje - mniej tekstu, ale łatwiej zapamiętać i przypomnieć sobie o czym poprzednio była mowa. I nie hodowca chowańców, tylko crylasmów. Crylasmy to zwierzaki z których nieliczne mogą stać się chowańcami.A najbliższe części, zarówno w tym rozdziale jak i przyszłym będą spokojne. Ale bez obaw akcja już się pisze.

@Fujimen - tak, Ez jeszcze długo będzie palantem, ale karma wraca i to czasem srogo się mszcząc - wie o tym każdy, kto zjadł ostrego kebsa ;]. Inna rzecz, że relacje Liwii i Straży dopiero się rozwijają. A co do akcji to pan Grabieżca (ten epizodyczny zły) zabił hodowcę crylasmów, którego upchnął pod drzewem składajac w kosteczke jak prześcieradło, żeby mu ukraść crylasmy. Potem chciał nauczyć fruwać Merry'ego z klifu, ale przytrafiła mu się Liwia, a on, że niestety nie ptaszek, został pokonany przez grawitację i skończył jako pan kleks.

Rozdział 4 (cz 4)

        Pamiętając o tym, że muszę udawać z lekka wstrząśniętą, aczkolwiek niezmieszaną lekko wzdrygam się, kiedy wspomina o zabójstwie. Czy raczej intensywnej samoobronie… Z pominięciem milczeniem faktu, że nie broniłam siebie, tylko smarkacza, na którym niespecjalnie mi zależy. No cóż - życie. W każdym razie aktorzenie chyba nieźle mi wychodzi, bo w spojrzeniu szefowej dostrzegam delikatną sugestię współczucia.
        - Znaczy mam wypełnić raport i odbyć przesłuchanie?
        - Tak. Wystarczy, że powiesz mi wszystko od początku do końca i odpowiesz na wszystkie pytania. Potem to zapiszemy, przybijemy pieczęć, a jutro damy do wglądu Miiko. Przy okazji zapoznasz się z procedurą wypełniania raportu. Prędzej czy później przyda ci się to.
        Podsuwa mi  pergaminowy formularz i niesamowity jak na tutejsze standardy wynalazek – pióro wieczne. No cóż, takie już to multiwersum, że gdzie się nie ruszyć, tam obowiązuje papierologia… No może poza miejscami ogarniętymi przez chaos i anarchię, ale od tego to ja już wolę papierologię. Właściwie to w tym wypadku pergaminologię.
        Padają liczne pytania o byle co i wszystko. W efekcie opisuję szefowej dokładnie, kroczek po kroczu to, co się stało nie pomijając rozwodzenia się nad moimi emocjami. W końcu dochodzimy do nieco delikatnego momentu, kiedy naprawdę muszę uważać, co i w jaki sposób mówię, a jednocześnie nie kłamać.
        - Czemu nie pomogłaś Merry’emu od razu, tylko pozwoliłaś, żeby obcy rzucił się na niego, a potem go pobił?
        Dobra, teraz trzeba pokombinować tak, żeby nie wyjść na kompletną sukę, która bez wahania olałaby smarka, gdyby tylko ocaliło jej to skórę… Którą notabene jestem. Czas na cichy głos, ponure, nieco zawstydzone spojrzenie, nerwowe zerkanie na buty i ugniatanie palców przeplatane z mocnymi spojrzeniami prosto w oczy. Przekaz „nie jestem dumna z tego co zrobiłam, właściwie to wstyd mi, ale drugi raz postąpiłabym rak samo”. No to do dzieła
        - Bo nie miałam z obcym najmniejszych szans. Byłam bezbronna, a do tego nie umiem się bić. Z łatwością skręciłby mi kark, a potem dorwał chłopca.
        - Nie było ci żal małego?
        - Było, ale przede wszystkim myślałam o swojej siostrze i tym, co się z nią stanie, kiedy nie wrócę do domu. Bo to chodziło nie tylko o moje życie, ale i jej. Poza tym zawsze staram się postępować logicznie, a jedna śmierć jest lepsza niż dwie. No i gdybyśmy oboje zginęli nikt nie dowiedziałby się, co się stało. No i … To zabrzmi okropnie, ale po prostu nie chciałam umierać… Narażać się. Nie jestem typem bohatera, raczej bliżej mi do tchórza.
        - Na świecie są potrzebni zarówno ludzie którzy biegną do boju nawet mając gołe ręce, jak i ci, którzy uciekają. Prawdopodobnie członkowie Straży Obsydianu nie zgodziliby się ze mną, ale tak jest. – Krajzan uśmiecha się ciepło. – W każdym razie doceniam szczerość.
        Uf, chyba mi się udało. Dobrze zagrane Liwka, trzymaj tak dalej.
        Dokańczam swoją opowieść, składam zamaszysty podpis na raporcie, na którym szefowa przybija swoją pieczęć i jestem wolna. Mało tego, dowiaduje się, że ze względu na swoje dzisiejsze około traumatyczne przeżycia jutro mam wolne. Cudownie, moje biedne mięśnie będą miały okazję nieco odsapnąć po treningu Valkyona… Chociaż nie, zaraz. Jutro mam następny. Ech, cholera by to…
        Dobra, to był Koszmarny dzień, przez duże „K”, więc lepiej nie ryzykować, że spotka mnie coś jeszcze. Szybko pod prysznic i do łóżka, olać kolację. Zbyt duże ryzyko, że coś lub ktoś przytrafi mi się w jej trakcie. Poza tym mam parę rzeczy do przemyślenia. Jak na przykład skąd się wziął ten Grabieżca? Jakie mógł mieć tu interesy? Czy ma to coś wspólnego ze mną? Czy Grabieżcy mają coś wspólnego ze wspomnianymi przez Kero organizacjami, a jak tak to którą? No i nade wszystko, jak zamierzał wrócić do ziemskiego wymiaru, skoro podróże pomiędzy światami są tak skomplikowane?… A przynajmniej są takie wedle słów Straży.
Czyżby mnie oszukano? Trzeba to sprawdzić. Pamiętaj Liwka – nie ufaj nikomu.

***

        Chociaż byłam wykończona, to większość nocy nie spałam. Wypadek z Grabieżcą potwornie wytrącił mnie z równowagi.  Nie dość, że moja paranoja nie dała mi usnąć, bo nieustannie snuła teorie spiskowe i dziwne przypuszczenia, to jeszcze zamartwiałam się o Lidię. No bo skoro do Eldaryi trafił Grabieżca, to coś może się szykować. Coś mającego sporo wspólnego nie tylko ze mną, ale też z nią. Może chcieli nas rozdzielić, żeby ją porwać, a mnie tu uwięzić? W końcu jest dla nich cenna…
        Oczywiście zwykła wiadomość od Lidii, że wszystko z nią w porządku i mogłabym uspokojona złożyć łepetynę do snu, ale nie. Wstrętna krowa nie odpisywała, raczyła odpowiedzieć dopiero o wpół do czwartej nad ranem! Bo była na ognisku! Ja rozumieniem, że wraca powoli do siebie, jeżeli to w ogóle możliwe i takie tam, że chce się znów integrować z ludźmi, ale szlajanie się po nocy? Mogłaby sobie to darować! Przyznaję, była razem z Mariusem i Laurą, ale tak czy siak…
Ech, zaczynam zamieniać się w gderliwą, nadopiekuńczą mamuśkę, chociaż jestem jej siostrą. I to młodszą!  Co te życie robi z człowiekiem.
        W każdym razie pogadam z nią jeszcze raz na wieczór. Zostawiłam elektronikę w plamie słońca, koło okna, żeby się doładowała. Pomyśleć, że kiedyś nie było samoładujących się baterii słonecznych. Znaczy same baterie słoneczne jako-takie były, ale nie samoładujące  i o nędznej wydajności. Potem wymyślono noxum, materiał chłonący sto procent promieniowania świetlnego, najczarniejszą substancję w uniwersum i świat stał się lepszy.
        Mieszam łyżką kaszę. Kaszę… Kaszkę… Właściwie ugotowany na wodzie grysik z tartym jabłkiem i rodzynkami. Całkiem niezły, jak na tutejsze standardy. Jednak apetyt nieszczególnie mi dopisuje.  Pewnie to dlatego, że jestem przemęczona. Wczorajszy wysiłek fizyczny dal mi w kość. Pierw trening z Valkyonem, potem kilkugodzinny spacerek z Merrym, a na koniec wspinaczka po klifie. Pocięte ręce nadal mnie bolą. Może powinnam pójść z tymi skaleczeniami do…
        - Powinnaś iść z tym do Ewelein.
        …medyków.
        Nade mną wisi Zajączek ze zmęczonym uśmiechem na niewyspanej twarzy i tacą w rękach. Jej też przydałoby się parę dodatkowych godzin snu.
        - Mogę się przysiąść? – pyta.
        Przytakuję, a ta zajmuje miejsce naprzeciw mnie, tłumiąc donośne ziewnięcie.
        - Wczorajszy dzień był straszny. Miałaś znaleźć Fluffy’ego, a… - Wzdycha ciężko i kręci głową.
        - Znalazłam go. Tyle, że z bonusem w postaci trupa i wielkiego, złego faceta.
        Uśmiecha się kącikiem ust, a gdy patrzy na mnie, jej spojrzenie jakby mięknie.
        - Chyba miałaś ciężką noc. Widzę, że to wszystko nieźle dało ci w kość – stwierdza ze współczuciem.
        I tak paranoja wraz z nadopiekuńczością sprawiły, że moja maska względnie niewinnego cielęcia staje się coraz bardziej autentyczna. Ha! A podobno paranoja, gonitwy myśli i nadmierna tendencja do kontrolowania otoczenia są złe. Psychologowie, co oni tam wiedzą…
        Zresztą i tak nie mogę pozwolić sobie na psychoterapię. Nie, jeżeli niechęcę trafić do mamra.
        - No tak. Dwa trupy jednego dnia plus cały ten stres… Nic przyjemnego – potwierdzam, nabierając łyżkę burej papki.
        To, że nie chce mi się jeść nie zmienia faktu, że POWINNAM coś zjeść. Szczególnie przed treningiem z panem Zrobię z Ciebie Wojownika Choćby Miało Cię To Zabić. Wolę nie przewrócić się w trakcie ćwiczeń. Z moim szczęście pewnie upadłabym na coś ostrego i skończyła dwa metry pod ziemią. Albo jako składnik jutrzejszego gulaszu. W końcu, skoro Eldaryanie mają problemy z zasobami, nie powinni marnować dobrego białka. Hm… Ciekawe czy zrobią kebaba z tego Grabieżcy?
        - No tak. To wszystko wyszło okropnie. Wrogowie i to na naszym terenie, tak blisko Kwatery Głównej i kryształu. Wszystkich bardzo to poruszyło. Byli i tacy, którzy myśleli, że może masz z tym coś wspólnego…
        - Domyślam się.
        - …Ale Krajzan wybiła to im z głowy i powiedziała, że jeżeli ktokolwiek spróbuje cię nękać, będzie miał z nią do czynienia. Zresztą wygląda na to, że wywarłaś na niej pozytywne wrażenie, a to nie łatwe. Podczas wczorajszego spotkania bardzo cię chwaliła.
        Szefowa mnie lubi. Znaczy mam plecy. No to teraz tylko trzymać tak dalej i nie schrzanić tego.
        - To wczoraj było jakieś zebranie? – pytam.
        - No tak. Zaraz po tym jak spisano twój raport z misji. – Z roztargnieniem wkłada łyżkę do ust. Podobnie jak ja, nie wygląda na szczególnie zainteresowaną zawartością swojej miski, chociaż jej zawartość wizualnie prezentuje się o wiele lepiej niż moja. Oblane cukrową masą chrupki, płatki, rodzynki i suszone owoce, jednym słowem dobrze znane mi, paczkowane musli. Bez dodatków, żadnego mleka czy jogurtu. Chyba lubi chrupiące rzeczy. – Dzisiaj będzie kolejne, jak tylko Ezrael sprawdzi ślady i dostarczy nam swój raport. Musimy też przejrzeć znalezione przy człowieku przedmioty, pomyśleć, co mogą oznaczać, stworzyć plan działania na najbliższe dni. Wyznaczyć dodatkowe parole i straże do ochrony schroniska i pobliskich wiosek. Może też wyznaczyć godzinę policyjną.
        Naprawdę nie wiem czy to wszystko ma sens. No tak, zginął jakiś-tam pasterz i na pewno trzeba podjęć działania, chociażby po to, żeby uspokoić okoliczną ludność. Ale, jakby to powiedzieć, mleko już się rozlało. W dodatku nie wygląda mi na to, żeby Grabieżcy zamierzali atakować Straż, w każdym razie obecne dowody na to nie wskazują. Chcieli tylko zdobyć crylasmy i cóż – nie pykło im. Przynajmniej nie temu, którego ukatrupiłam. Dodatkowe straże i patrole to pewnie mnóstwo wysiłku i obciążenie dla Straży, nie wspominając o godzinie policyjnej. Oczywiście trzeba trochę przykręcić śrubę, przynajmniej tak na tydzień, ale ton Ykhar sugeruje, że nie będzie to tylko trochę, a tydzień może przeciągnąć się nawet do miesiąca.
        Przewrażliwienie po ataku na ten ich kryształ? Przypuszczam, że tak. Niestety działania „pourazowe” nie zawsze są rozsądne. Wiem to z doświadczenia… Niestety.
        - Zebranie chyba długo trwało – stwierdzam. – Bez urazy, ale wyglądasz okropnie. Potrzebujesz drzemki i to porządnej.
        - Wiem – ziewa. – Ale drzemka chyba będzie musiała poczekać do jutra. Mam mnóstwo pracy. Przygotować formularze raportów, obliczyć, ilu ludzi możemy posłać w teren, spróbować zmobilizować Handlarzy Purrekos, żeby rozdysponowali po okolicznych wioskach listy informacyjne, oraz te listy stworzyć… Do tego obiecałam matce Merry’ego, że odwiedzę ich dzisiaj. Mały źle zniósł wczorajsze wydarzenia, chociaż  i tak o wiele lepiej niż się spodziewałam. Pewnie dzięki temu, że odzyskał Fluffy’ego.
        - A Kero nie pomoże ci z tym wszystkim?
        - Oczywiście, że pomoże, ale i on ma sporo zajęć. Wiesz, dzięki swoim umiejętnościom magicznym, Kero może wysyłać informacje za pomocą myśli na spore odległości, ale to wymaga czasu i przygotowań, a w dodatku jest strasznie energochłonne. W sytuacjach takich jak ta, kiedy sama Straż może znaleźć się w strefie zagrożenia jego zadaniem i kilku innych magów Lśniącej Straży jest poinformowanie wszystkich naszych posterunków o tym, co się stało. Pewnie zejdzie mu na tym prawie pół dnia, a potem będzie wykończony. I marudny. Znaczy nie marudzi, nie głośno, ale ciągle wzdycha z taką okropną pretensją. Strasznie to wkurzające. Ech, cholerne szczęście. Zapisałam się do Straży, żeby być użyteczną, pomagać innym, a nie stać się krzyżówką książkowej ćmy i garbatego konia!
        - Mola książkowego i wielbłąda – koryguję.
        - No właśnie tymi.

Offline

#83 17-09-2017 o 17h28

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

Wow, rozdziały dodajesz dosłownie w błyskawicznym tempie! Już nie pamiętam, czy to ty wspominałaś, czy ktoś inny, że masz je już zapisane do przodu, więc to może dlatego. Ale ja nawet jednego nie wstawiłam, a ty już z drugim lecisz! Nieźle! Ale ok, twoja odpowiedź mi wszystko wyjaśniła. To lecimy dalej.
„ale drugi raz postąpiłabym rak samo” — ‘tak’
„Nie, jeżeli niechęcę” — prawdopodobnie „nie chcę”
„a to nie łatwe” — „niełatwe”
„zainteresowaną zawartością swojej miski, chociaż jej zawartość” — całkiem wywaliłabym tę drugą „zawartość”
No, rzeczywiście ten rozdział jest dużo spokojniejszy, no ale skoro zapewniasz mnie, że akcja już się piszę, to ci wierzę. No nic,  w sumie tyle ode mnie, bo na temat wywiadu i rozmowy z Ykhar  nie mam raczej zbyt wiele do powiedzenia. Czekam na kolejną część i pozdrawiam! c

Offline

#84 22-09-2017 o 20h51

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

@Methrylis: Jestem ponad rozdział (rozdział, nie część!) Do przodu /static/img/forum/smilies/big_smile.png A akcja będzie i to nieco dłuższa niż tutaj, ale dopiero w przyszłym rozdziale i to nie od razu na wejściu. Na razie przemycam cenne w przyszłości informacje /static/img/forum/smilies/smile.png

Powoli zbliżamy się do końca czwórki, jeszcze tylko jedna partia (nie licząc tej) i powitam was w piątce /static/img/forum/smilies/smile.png tymczasem miłego czytania.

Rozdział 4 (cz 5)

        Rozmowa trwa jeszcze trochę. Zajączek wyraźnie potrzebuje trochę ponarzekać i popomstować na życie, a ja chyba jestem jedyną osobą, która może ją wysłuchać. Wygląda na to, że nie ma tu zbyt wielu przyjaciół, a przynajmniej nie takich od serca. Najczęściej widuję ją rozmawiającą z Vakyonem i Kero, ale obaj nie są osobami, przy których można by popsioczyć na swoje obowiązki. Valkyon, bo, jak tego wczoraj doświadczyłam na własnej skórze, jest aż nader obowiązkowy. Kero znów… No cóż, może i wysłuchałby ją, ale w miarę jak Ykhar zapędza się w tym swoim narzekaniu, zaczyna wplatać w swoje wypowiedzi coraz więcej przekleństw, czego jednorożec nie zniósłby. Niektóre dorównują barwnością kuchennym pokrzykiwaniom sfrustrowanego Karuto.
        W końcu Ykhar, zrzuciwszy chociaż część ciężaru, wraca do swoich spraw i ja również. Korzystając z wolnego idę do swojego pokoju, skąd zabieram jeden z dostarczonych mi przedwczoraj koców i schodzę do lochów. Tak, do lochów. Póki co wszystkie cele są puste i otwarte w związku z czym nie ma żadnych przeciwwskazań do tego, żebym ulokowała się w którejś z nich i zdrzemnęła. Czemu w celi, a nie w swoim łóżku? Abo temu, że upał nadal trwa, na zewnątrz jest ze trzydzieści parę stopni, w pokoju mam niewiele mniej, a loch… Loch to całkiem inna sprawa. Chłód podziemi i tych dziwnych studzienek z wodą morską… Coś cudownego. Można tam naprawdę odpocząć.
        Rozkładam na podłodze koc, żeby nie dostać wilka, część zwijam tworząc coś na wzór wałka-poduszki i w kimę. Muszę nabrać sił przed treningiem z Wojownikiem Honoru, nie mówiąc już o tym, że planuję nie spać dzisiejszej nocy. Dlaczego? No cóż, przede wszystkim dlatego, że chcę sprawdzić, na ile Straż jest ze mną szczera w kwestii mojego powrotu do domu. Jak? Poszperać w bibliotece. W prawdzie większość ksiąg w Kwaterze Głównej jest zapisana niewiele mówiącymi mi symbolami i nieznanymi językami, ale zarówno na komputerze jak i na komunikatorze posiadam program deszyfrujący działający również jako bardzo dobry tłumacz. Ma zapisanych w pamięci tysiące kodów i języków oraz bazuje na tak zwanych inteligentnych logarytmach, więc z tutejszymi książeczkami powinien poradzić sobie w trymiga. Poszukiwania będą długie, w końcu nie wiem jak jest po ichniemu „podróże między wymiarowe” czy też „portale”, ale na razie i tak nie mam nic lepszego do roboty. Pójdę tam, zacznę skanować księgę za księgą, również te z działu zakazanego, a potem wszystko wrzucę do tłumacza. I tak za każdym razem, kiedy będę miała chwilę wolnego. Jeżeli szczęście mi dopisze, znajdę coś, dzięki czemu będę mogła wrócić na Ziemię, a jeżeli nie… No cóż, przynajmniej dowiem się tego i owego o Eldaryi. Wiedza to bardzo pożyteczna rzecz.
        Sen przychodzi nadspodziewanie szybko, ale mam wrażenie, że upływa ledwie chwila nim budzi mnie czyjeś natarczywe spojrzenie. Otwieram oczy i gwałtownie podrywam się na „posłaniu” po to, aby spojrzeć na rosłego pana syrenkę. Trytona? Chyba tak. W każdy razie facet nie zainwestował jak Alajea w nogi, tylko ma rybi czy też rybio-wężowy ogon. Zresztą wygląda też dużo bardziej drapieżnie od niej. Otaczające uszy-płetwy są większe i jakby ostre, a skóra ma siną barwę. Kwestia płci czy to jakaś inna odmiana?
        - Nie jesteś więźniem. Co tu robisz? – pyta, a jego głos przypomina ni to skrzek ni to syk. Pewnie przez te wielkie skrzela na szyi, założę się, że nie łatwo z czymś takim mówić… A przynajmniej nie na powierzchni.
        - Korzystam z dnia wolnego chroniąc się przed upałem i obijając. A ty?
        - Patroluję.
        - Patrolujesz…? – nagle sobie coś przypominam. Tajemnicze stworzenie ze studni czy tam sadzawki. – Zaraz, zaraz! to ty wyłaziłeś z oczka wodnego w celi!
        - Ja i inni morscy strażnicy patrolujemy wody wokół Kwatery Głównej. W tym tunele do cel. Jednakże wątpię, abyś to mnie widziała. Nie poznaję cię. A teraz wybacz, muszę wrócić do swoich obowiązków.
        Odwraca się do mnie tyłkiem – o ile syreny mają tyłki – i pełznie do najbliższej studzienki, w której znika z donośnym pluskiem. Nie ma co, równie gadatliwy jak Valkyon. Pewnie też ze Straży Obsydianu. Wątpię, żeby członkowie Absyntu hodowali sobie mięśnie większe od swoich głów.
        Znowu zasypiam i po chwili znowu ktoś mnie budzi. Tym razem bardziej ostentacyjnie, bo szarpiąc za ramię. Poirytowana otwieram oczy i co widzę? Tego smarkacza z Cienia, dzieciaka-psa… Zaraz, to pewnie będzie wilkołak. Jak mu tam leciało? Chromy? Jakoś tak, ale chyba nie do końca… Zresztą nie ważne. Gówno obchodzi mnie jego imię.
Ja chromolę, mam wolne! Czy wyspać się w dzień wolny to tak dużo?!
        - Czego? – warczę, posyłając smarkowi najbardziej mordercze spojrzenie na jakie mnie stać. Niestety chłystek nie pada trupem, tylko uśmiecha się nerwowo.
        - Y… Miiko chce cię widzieć.
        Noż… Normalnie miód na moje uszy. Co jeszcze? Przy dzisiejszym treningu Valkyonowi będzie asystował Ezrael? Tak, żebym nie tylko dostała wciry fizyczne, ale też psychiczne? Pewnie tak… A na koniec oddadzą to, co ze mnie zostanie Nevrze.
        - Po co? Przecież już wczoraj wszystko wyjaśniłam! Zdałam raport i takie tam – burczę, ale dźwigam zadek z koca. Jęczenie nic mi nie da, poza minimum satysfakcji psychicznej, że jakoś odreagowałam.
        - Pojęcia nie mam, ja tylko przekazuję informacje. – Patrzy na mnie z ciekawością, waha się, a w końcu… – Czemu śpisz w lochach? Twój pokój jest aż tak paskudny?
Smarku ty widziałeś mój pokój, więc czego się mnie pytasz? Nie baw się w Ezraela jak nie umiesz – on przynajmniej wie, jak być dupkiem.
        - Nie, ale tak gorący, że siedząc w nim mam wrażenie, że wszamał mnie jakiś smok czy coś, a ja nawet nie zauważyłam.
        Odnoszę kocyk do pokoju, a potem wilkołak prowadzi mnie do sali, w której Miiko, szefowie Straży, ich zastępcy i szeroko pojęci inni, w tym Leifan, Ykhar, Kero i Yamon, mają zebranie – tej samej, do której trafiłam na pogadankę po swojej „ucieczce” z lochu. Hm… W sumie i teraz z lochu wychodzę. Jakieś fatum czy coś?
        O, są też moi kochani opiekunowie, oczywiście nie licząc Nevry, który wałęsa się gdzieś-tam na misji. Zamiast niego występuje dziś gościnie drugi z prefektów Cienia, kobieta-jednorożec o przekomplikowanym imieniu, którego nie pamiętam.
        - Dzień dobry, jestem, o co chodzi? – rzucam na wejściu, żeby nie tracić czasu.
        Natychmiast spojrzenia wszystkich padają na mnie. No nie da się nie zauważyć, że wszyscy, co do jednego wyglądają trochę… No cóż, to tak jakby wymieszać niezręczność, niepewność, szczyptę wstydu i ekscytacji oraz dodać sporą dawkę frustracji. Oczywiście u każdego te proporcje są nieco inne, ale generalnie to ten deseń. O co tu…
        Na stole leży nic innego jak komunikator, jeden z nowoczesnych, ale klasycznych modeli  z tak zwaną wtyczką walkie-talkie umożliwiającą porozumiewanie się na odległość kilku kilometrów w wewnętrznej sieci bez pośrednictwa satelity czy innej, zewnęrznej anteny. Każde urządzenie jest samo dla siebie swego rodzaju anteną… No, jak walkie-talkie, chociaż tamte urządzenia miały naprawdę maluteńki zasięg.
        Acha. Znaleźli przy panu trupie to dziadostwo i teraz chcą, żebym spróbowała z tym coś podziałać, bo elektronika to dla nich magia bardziej niż dla mnie magia. Jakim cudem oni w ogóle wyrabiają z tymi misjami żywieniowymi to ja nie wiem.
        - Czy to coś może zawierać jakieś informacje odnośnie tamtego człowieka – pyta Miiko, wskazując urządzenie, jakby to było tygodniowe, zaczynające ponownie zakwitać życiem ścierwo.
        Ech, skoro prosi o przysługę, to mogłaby zainwestować w ociupinę milszy ton. Tymczasem patrzy na mnie, jakbym czymś jej uchybiła – nie wiem, na wejściu powinnam się skłonić czy jak? Popełniłam jakąś gafę i nic o tym nie wiem? – a brzmienie jej głosu, nie wspominając o tym, że wypowiada „człowiek” jak przekleństwo… Powiedzmy, że nie czuję się mile widziana.
        - Oczywiście i to bardzo dużo. Ale nie musi. Wszystko zależy, co na tym zapisali.
        - Możesz odzyskać te informacje? Odkodować?
        - Jasne. Pójdę tylko po swój komputer…
        - A nie możesz pokazać tego bezpośrednio na tym urządzeniu? – pyta nieznany mi bliżej członek Straży Cienia. Kojarzę go z licznych, nieprzyjemnych spojrzeń. To zrozumiałe, że mi nie ufa – właściwie to się dziwię, że Krajzan nie sprawia takiego wrażenia,  pewnie się maskuje – jednak włosy stają mi dęba, kiedy jest w pobliżu. Nie wiem co z nim nie tak, ale coś na pewno.
        - Mogę i to bez większego problemu, ale wtedy tylko nieliczni będą mogli bezpośrednio zobaczyć, co znalazłam – ten ekranik jest bardzo mały.
        - A jeżeli coś zakłamiesz? Przecież…
        - Nie macie pojęcia o elektronice. Na tym maleństwie też mogę pozakłamywać, pominąć i tak dalej, a że będzie to oglądać tylko kilka osób, małe prawdopodobieństwo, że coś wychwycą. Nie zamierzam niczego kombinować, ale patrząc z waszej perspektywy… No cóż, nie macie ŻADNEJ gwarancji, że przekażę wam wszystko i czy czegoś nie pozmieniam. Pytanie czy w takim razie chcecie nadal to sprawdzić – tu wskazuję urządzenie – Czy sprawa jest nieważna i mogę wracać do siebie?
        Wszyscy spoglądają na siebie nawzajem, a potem jak jeden mąż na Miiko, która przygląda mi się z dziwnym wyrazem twarzy. Podobnie patrzył mój sąsiad na swojego, cwaniackiego psa, kiedy ten coś kombinował. Takie „należałoby cie zdzielić gazetą po głowie, ale nie wiem czy to warte wysiłku”.
        - Idź po to urządzenie.
        Spodziewałam się takiej odpowiedzi, w końcu potencjalnie błędne tropy są lepsze niż brak jakichkolwiek.
Po chwili wracam niosąc ze sobą komputer dla mnie sprzęt dnia codziennego, a Eldaryan tajemniczą, czarną „tubę” wielkości średniego termosu z paroma przyciskami, pokrętłem i dziwnymi szczelinami. Patrzą na to, jakbym niosła bombę. Ciekawe czy kiedykolwiek widzieli pracujący komputer? W każdym razie mam nadzieję, że nikt nie zaatakuje, kiedy odpalę monitor.
        Kładę sprzęt na stole, przy którym czeka już na mnie puste miejsce, zerkam na Miiko, a na wykonuje niedbały gest dłonią, który chyba dobrze tłumaczę jako „rób swoje”. No cóż… To do dzieła.
        Uruchamiam komputer, czarna tuba rozświetla się siecią srebrnych żyłek, a po chwili emituje holomonitor. Powiększam go za pomocą pokrętła tak, aby wszyscy widzieli, co robię i ustawiam na obustronność: osoby siedzące za ekranem, widzą lustrzane odbicie tego, co na nim. Podpinam też wirtualną klawiaturę, a po chwili pod moimi palcami lśnią świetlne klawisze. Co prawda monitor jest dotykowy, ale nie lubię machać wokół łapskami jak porąbana, a systemowe klawiatury nigdy nie mają płynnej opcji myszki i są zwyczajnie za małe. Wszystko uruchomione, wyświetla się ekran powitalny, teraz wystarczy tylko podpiąć komunikator Grabieżcy i zobaczyć co tam pan zbój kombinował.
        - Łącząc dwa urządzenia za pomocą kabla będę mogła podejrzeć za pomocą jednego, co jest na drugim – mówię głośno, podpinając kabel do komputera. Oczywiście mogłabym użyć połączenia bezprzewodowego, ale łatwiej ominąć wszelkiego rodzaju zabezpieczenia stosując łącze stałe. Co kabel to kabel.
        Ukradkiem zerkam na zebranych. Wszyscy wlepiają oczy w jarzący się ekran, jakby nie było to dzieło ludzkich rąk, tylko magia w najczystszej postaci. Valkyon wygląda na urzeczonego, Ezrael na nieufnego, a nawet przestraszonego, Yamon znów… Gdyby ciekawość mogła mieć twarz, byłoby nią oblicze wielkoluda. Wyraźnie aż go świerzbi, żeby zawrzeć bliższą znajomość z komputerem. Ykhar jest nieco bardziej stonowana, ale jej strzygące uszy jasno zdradzają ekscytację. Kero inwestuje dla odmiany w pełną dystansu fascynację, a Leifan… No cóż, jego minę można podsumować słowami „o jejciu, a co to?”. Właściwie to sprawia wrażenie kogoś, kto zareagowałby tak nawet na widok Latającego Potwora Spagetti, stepującego nosorożca i prawdomównego polityka. No chyba, że ci zapaskudziliby mu świeżo umytą podłogę czy coś.

Offline

#85 22-09-2017 o 22h31

Straż Absyntu
Fujimen
Akolita Sargousetów
Fujimen
...
Wiadomości: 5 697

Hej hej, jestem zmęczona i nie mam siły na super rozbudowany komentarz (tak jakbym umiała takie pisać hehe) ale napiszę, że bardzo mi się podoba to, że Liwia pokazuje eldaryanom technologię. Strasznie ciekawią mnie ich reakcje i chcę więcej, szkoda że przerwałaś w takim momencie XD
No i podoba mi się to, że dość często dodajesz nową część, dzięki temu nie zapominam co się działo xd miło że masz już napisane do przodu
to tyle ode mnie :v

Offline

#86 25-09-2017 o 00h36

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Fabula sie rozwija powoli, ale te wszystkie wprowadzenia i zarysy charakterow sa niezbedne, by calosc byla soczysta i nasycala takich zachlannych czytelnikow, uwielbiajacych Twoj styl pisania, jak ja /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Odcinki umilaly mi urlopowe pozne wieczory. Teraz oczekuje tej Akcji, o ktorej wspominasz, z niecierpliwoscia.

Wybacz, iz bledow nie wylapuje, bo jak dla mnie ich nie ma ( w sensie, ze nie zauwazam, stety lub niestety).


Zbieram sobie calosc do osobnego pliku, ktory, mam nadzieje, kiedys bede mogla poczytac w calosci "od deski do deski" a moze nawet wydrukowac domowo i w ten sposob zyskac jeszcze jedna ulubiona ksiazke /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Weny, weny i jeszcze raz weny oraz wiecznie sprawnego komputera i netu

Offline

#87 25-09-2017 o 21h19

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

Ech, zazdroszczę ci tego, że masz rozdziały napisane do przodu. U mnie zaczyna się rozwlekanie, bo czasu mniej. Ale nie mogłabym pisać do przodu, bo ciągle coś wymyślam xd
„że nie łatwo z czymś takim mówić” — ‘niełatwo’. A pomysł ze spaniem w piwnicy genialny!
„Zresztą nie ważne” — ‘nieważne’ c:
„bo elektronika to dla nich magia bardziej niż dla mnie magia” — piękne zdanie! /static/img/forum/smilies/big_smile.png
„- Czy to coś może zawierać jakieś informacje odnośnie tamtego człowieka – pyta Miiko” — skoro pyta, to gdzieś ci znak zapytania uciekł.
„Podobnie patrzył mój sąsiad na swojego, cwaniackiego psa” — niepotrzebny przecinek
„a Leifan… No cóż, jego minę można podsumować słowami „o jejciu, a co to?” — hahaha, przy tym aż się zaśmiałam XD
Ech, już koniec? Szybko, stanowczo za szybko. Ale odcinek świetny! /static/img/forum/smilies/big_smile.png Niby spokojny i niewiele się działo (myślałam, że już w tej części dowiemy się o zawartości małego urządzonka), ale za to był lekki i wesoły. Baaardzo przyjemnie się go czytało, więc naprawdę ładnie ci to wyszło! ^^ OK, to tyle ode mnie, czekam na kolejną część i pozdrawiam! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Offline

#88 27-09-2017 o 18h10

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

@Fujimen: to na razie ich zaczątki z technikom. W pewnym momencie im się technika naprawdę przytrafi. Ale tedy w sumie przytrafi im się naprawdę dużo rzeczy. Szczególnie Liwia.
@Laique: uwierz mi, mało kto i posmarował jak ty teraz. Normalnie aż mi się ciepło zrobiło. No, chyba, że to od mojej gorączki, hmm...
@Methrylis: ja też wymyślam, tyle, że zawsze tak mnie-więcej kilkanaście rozdziałów do przodu, wielkie zdarzenia i motyw, a potem muszę kombinować z rozdziałami pośrednimi, żeby jakoś to wszystko powprowadzać. /static/img/forum/smilies/neutral.png A co do ilości tekstu, to dzis ciut więcej - koniec rozdziału i nie mam jak podzielić, żeby niepotrzebnie nie drobić.

Dobrze to zapraszam do czytania. Jak już piałam powyżej, dziś zegnamy rozdział czwarty, obiecuję, że w piątce nieco więcej się podzieje.

Rozdział 4 (cz 6)

        Wracam do pracy… No właściwie robię to wszystko na automacie, niemal bez użycia mózgu. W końcu przez  ostatni rok płacono mi między innymi za legalne włamywanie się na różnego rodzaju urządzenia. To, co teraz robię, nie wiele różni się od wizyty u faceta, który po raz pierwszy od pięciu lat włączył zabezpieczenia w swojej sieci domowej, a potem zorientował się, że nie pamięta haseł.  Właściwie różnice są jedynie dwie. Po pierwsze włamanie na komunikator Grabieżcy to prawdziwy banał. Ktokolwiek nie jest jego zleceniodawcą założył, że Eldarianie to technologiczne tłoki i mogą co najwyżej na ślepo przyciskać guziki na urządzeniu. Miał rację, tyle, że przytrafiłam się ja – zaprzyjaźniony ludź. W każdym razie, pod względem zabezpieczeń, ilości pamięci, dodatków, szybkości i tak dalej komunikator pana trupa to badziew. Jest za to niezwykle wytrzymały fizycznie i ma bardzo pojemną baterię – tydzień bez ładowania. Odporny sprzęt terenowy.
        Druga różnica to lekka modyfikacja mojego technicznego monologu awaryjnego. Większość klientów nie pytała, co robię, tylko pokazywała mi problem i pozwalała działać. Zwykle. Niestety wśród nich była też grupa uciążliwych, dopytująco-doradzających, dyszących w kark typów. Nauczyłam się więc, że kiedy przy mnie siedzi ktoś żywo zainteresowany tym, co robię, to muszę opowiadać. Dokładnie, monotonnie co i jak, i mieć nadzieję, że dany typ czy też typówka nie uważa się za speca-amatora w dziedzinie i nie zacznie sypać sugestiami. Inwestować w monolog technologiczny. Tutaj, pośród tych wszystkich analfabetów elektroniki, ów monolog jest bardzo powolny, BARDZO szczegółowy, a zarazem tak prosty, że aż łopatologiczny.
        - Program czyli tak jak mówiłam taki jakby zestaw poleceń, już przełamał zabezpieczenia… Zresztą chyba widzicie alert, znaczy komunikat od urządzenia „dostęp otwarty”. No dobrze, to co tu widać, te wszystkie obrazki, to tak zwane ikony. Ikony zwykle reprezentują programy lub dane czyli zapisane na urządzeniu pisma, muzykę, obrazy, filmy i tym podobne. Oczywiście do obejrzenia każdego z nich lub zmienienia również jest potrzebny program. W dodatku programy same w sobie mogą zawierać dane. To tutaj nazywane jest folderem. To taka jakby szuflada z danymi i programami. Podpisano go „zadanie”, więc przypuszczam, że znajdziemy tu informacje o tym, co nasz pan Trup robił w Eel…
        Tak, wszystko tutaj jest. Nawet nie zadali sobie trudu, żeby to zabezpieczyć. Wielowarstwowa, holograficzna mapa Eel i kilku pobliskich krain z naniesionymi posterunkami Straży, uwagami odnośnie zachowania mieszkańców, miejscowej fauny, flory oraz zagrożeń. Ha! Zaznaczono tu nawet potencjalne kryjówki i tak dalej…
Hmm, skopiuję to na swój komputer. Tak dokładna mapa może mi się przydać. W razie jakiejś misji na przykład… Albo jeżeli będę musiała w te pędy uciekać z Kwatery Głównej.
        Dobrze… To co jeszcze tutaj mamy? Dokładny spis rzeczy, za którymi mieli się rozejrzeć koledzy Grabieżcy z szczegółową specyfikacją, zdjęciami oraz – rzec jasna – odnośnikami na mapie. Prócz crylasmów koledzy trupa mieli zająć się kolekcjonowaniem dziwnych, „szklanych” kwiatów, przypominających ludzkie serca owoców, porastających nabrzeżne skały „ukwiałów” i dziwnych, białych, czerwono nakrapianych kamieni. Niestety żadnego wyjaśnienia, po co im to wszystko, kto nimi kieruje, ani gdzie mają bazę wypadową. Kompletnie nic…  No może nie do końca. Jest tam coś o Domu Żonglera, Tańczącym Drzewie i spotkaniu u Grubego Gospodarza, ale to wymyślone nazwy jakie ponadawali tutejszym miejscom. Nic, co można by bezpośrednio odnieść do rzeczywistości. Chociaż nie znaczy to, że Straż niczego nie zyskała. Tutejsi mieszkańcy z pewnością znają miejsca występowania poszukiwanych przez intruzów rzeczy, a w związku z tym mogą spróbować zastawić na nich pułapkę… O ile nieobecność Grabieżcy nie została już zauważona, a jego koledzy nie weszli w „tryb awaryjny”.
        Kończę prezentację danych. W jej trakcie pojawiało się niewiele dyskusji. Ktoś podał nazwę szklanych kwiatów, ktoś inny ukwiałów i kamieni, Leifan rzucił komentarzem o ilości wskazanych kryjówek. Właściwie jedynie Ykhar i Yamon urządzili dłuższą dysputę odnośnie tego, ilu ludzkich najeźdźców pojawiło się w okolicach Eel. Yamon rzucał danymi, ilu ludzi potrzebnych byłoby do jakich zadań i obszaru, a Ykhar wszystko przeliczała. W pamięci. Co jak co, ale Zajączek zna się na liczbach. Prawdziwy z niej kalkulatorek.
        W każdym razie kończę, a cisza nadal trwa. Zebrani sprawiają wrażenie, jakby nie wiedzieli czy podjąć temat „tajemniczego, ziemskiego zbira” czy wybałuszać ślepia na mój komputer. Animacje i holograf mapy zrobiły na nich piorunujące wrażenie. Chyba trudno będzie się im skupić nad właściwym problemem.
        Krajzan i szef Obsydianu – nie pamiętam jak-mu-tam – patrzą na  ekran jak koty na te… No… Sporo sekt chrześcijańskich ma je na te ich święta. Obwieszone lampkami i bombkami… Nooo… Drzewko Bożonarodzeniowe! Patrzą jak koty na drzewko bożonarodzeniowe. Wielkie odbijające światełka, migoczące ślepia oraz malująca się w nich fascynacja muśnięta z lekka morderczyni intencjami. Hm… Trzeba będzie pilnować, żeby żadne z nich nie dorwało urządzenia w swoje ręce.
        - Dobrze, to zanim zostanę wyproszona, co pewnie zaraz się stanie mam jedno, ważne pytanie. Jak to się dzieje, że ci ludzcy bandyci bez problemu wchodzą do Eldaryi i wychodzą? No bo przypuszczam, że wydostają się jakoś, inaczej nie właziliby tu.  Mają jakiś patent na budowanie portali albo zdobywanie do nich składników czy jak? – zagaduję wykorzystując chwilę milczenia.
        „Czy jak”. Raczej „czy mnie nie okłamujecie magiczni ludkowie”, ale trzeba być grzecznym. To, że mnie jeszcze nie zaciukali, nie znaczy, że nie mogą tego zrobić.
        - Nie wiemy. – Miiko spogląda na mnie badawczo. – Możliwe, że używają nieznanej nam magii. Możliwe, że to kwestia waszej techniki. Mogą też łączyć jedno z drugim albo zwyczajnie odkryli coś, o czym nie wiemy. Ludzkość od zawsze przerastała nas jeżeli chodzi o naukę… W tym nauki magiczne, lecz szczęśliwie dla nas niewielu ludzi miało odwagę i predyspozycje, aby sięgnąć po magię. Większość z nich zgładzili ze strachu inni. W każdym razie, sami pragniemy odkryć sekrety ludzkich podróży. Ułatwiłyby naszą egzystencję, pomogły w zdobywaniu żywności i zrozumieniu waszego świata, który z każdym mijającym wiekiem staje się dla nas coraz większą abstrakcją.
        Dość zaskakujące oświadczenie. Nie tylko dla mnie. Ezrael spogląda na Miiko z wyraźnym zdziwieniem, podobnie jak ten dupek z Cienia. Szef Absyntu skrzywił się, jakby przypomniano mu o czymś paskudnym… Przypuszczam, że tak właśnie Eldaryanie odbierają możliwość, że ludzie mogą być od nich w czymś lepsi. Chociaż w sumie to logicznie. To, że ludzie lepsi w nauce. Z tego, co rozumiem, w przypadku większości z nich magia jest czymś przyrodzonym. Mają ją od zawsze, od zawsze ułatwia im życie. Nie musieli niczego nowego wynajdywać, bo mieli ją. Mogli dzięki niej bronić się, walczyć, a nawet tworzyć. A człowiek? Człowiek był nagi, słaby i bezbronny. Jeżeli chciał przetrwać musiał odkrywać i zmieniać świat. Sięgać po naukę i magię, lecz do magii niewielu zostało stworzonych i większość się jej bała. Więc ludzkość postawił na naukę, a w każdym razie jej większość… Ciekawe ilu ludzi wie o magii i ją stosuje?
        Heh… Ludzcy czarodzieje. I nagle wszystkie teorie spiskowe zyskują na pikanterii.
        - Acha. Czyli dobrze byłoby, gdyby udało mi się z nich wydobyć jakieś informacje jeżeli na nich wpadnę… I nie dać się zabić – mruczę pod nosem.
        - Ty raczej nie masz się czego bać, prawda? – odzywa się pan Dupek. – W końcu jesteś człowiekiem.
        - Tamten gościu poskładał przypadkowego, raczej niegroźnego faceta jak kopertę… Wiesz, jakoś wątpię, że takim gatunek i pochodzenie robiły różnicę. Człowiekowi jest równie łatwo albo i łatwiej ukręcić łeb jak faery. Poza tym ludzkość ma spore doświadczenie w mordowaniu siebie nawzajem pod byle pretekstem.
        Ponury głos, jeszcze bardziej ponure ciężkie spojrzenie i odrobina rozedrgania sugerująca, że nadal jestem wstrząśnięta tym, co zobaczyłam. Ton głosu zawsze działa bardziej niż słowa. Można opowiadać poryte dowcipy o martwych płodach, a jeżeli dodać do tego dobrą intonację i odrobinę odpowiedniej mimiki, to ludzie zamiast odesłać cię do psychiatryka albo wywalić za drzwi, zaczną ci składać kondolencje.
        Dupek zamyka jadaczkę, ale w jego oczach połyskuje niebezpieczne coś. Naprawdę nie podoba mi się ten koleś i to nie tylko ze względu na to, że ewidentnie mnie nie lubi. Do nielubienia jestem przyzwyczajona. Po prostu jest w nim coś niepokojącego. Teoretycznie wygląda całkiem normalnie, właściwie to ni jak odróżnić go od człowieka. Długie, brązowe loki, przeciętna, łagodna twarz, duże brązowe oczy, przeciętne wzrost i sylwetka. Wobec innych zawsze nieco nieśmiały i  uprzejmy. Uczynny. Ale… No właśnie „ale”.
        - Masz może pojęcie, do czego to wszystko może im być przydatne? – pyta szef Obsydianu. Chyba pierwszy raz słyszę go jak mówi. No cóż, brzmi, jakby był upośledzony albo miał na wszystko wywalone tak, że bardziej już nie można. Poza tym głos dość przyjemny. Bardzo… Gładki.
        - Tak jak już mówiłam Krajzan, nie. Nie wiem nawet czym dokładnie są te cosie z listy. Ludzkość obecnie poszukuje substancji odpornych na stresy środowiskowe, niewyobrażalnie wysokie i niskie temperatury, kwasy, zasady. Może o to chodzi, a może nie. Z tego, co powiedziała Miiko, wnioskuję, że i ludzie mogą używać magii, a skoro tak, to możliwości są niemal nieograniczone… W szczególności, że to nie są mili ludzie. Takich raczej nie ograniczają zasady moralne.
        - Rozumiem. A jak myślisz, co teraz robią? Znaczy nasi nieproszeni goście?
        - Albo nadal szukają rzeczy z listy, albo przegrupowali się i wycofali po zniknięciu towarzysza. Prawdopodobnie wtedy mieli się z nim spotkać, a jeżeli nawet nie, to mogę się założyć, że miał określony czas, żeby się meldować. Raz na godzinę czy tam dwie. To byłoby głupie, gdyby jego szefowie nie zarządzili czegoś takiego.
        - Meldować się? – pyta Ezrael. – Niby jak?
        - Przez urządzenie. To komunikator, jak wspomniałam. Zgodnie z nazwą służy do komunikacji. Te modele działają na pewne odległości nawet bez przekaźników. Znaczy takich innych rzeczy, których potrzebują prawie wszystkie urządzenia do komunikacji, żeby działać.
        - A twój mógłby się połączyć z nimi? Skomunikować?
        - Przez kabel, jak teraz komputer, to i owszem. – Uśmiecham się krzywo. – Mój to nie model terenowy. Nie stworzono go z myślą o błąkaniu się po krzakach z dala od cywilizacji tylko o codziennym, kompleksowym użytku w obrębie cywilizacji i wielkiej wszechstronności oprogramowania. Jest dość odporny, ale to tylko dlatego, ze kupiłam go z myślą o pracy i długim użytkowaniu… I słono za niego zapłaciłam. To – tu wskazuję leżący na stole komunikator – Nie jest warte nawet jednej czwartej ceny mojego maleństwa.
        Co nie zmienia faktu, że mógłby się połączyć, z komunikatorami grabieżców w całej Eldaryi i nawet tymi na Ziemi, ale za nic się do tego nie przyznam. Dlatego gram. Gram z lekka oburzoną i zniesmaczoną aluzją, że mogłabym inwestować w taki złom, jak leżące na stole urządzenie. Pewnie wychodzę przy tym z na nowobogacką pindę, ale mówi się trudno
        Oby tylko nie wpadli na pomysł, żeby zgarnąć mi mój komunikator… Jeżeli stracę kontakt z Lidią będzie źle.
        - A czy z tego urządzenia moglibyśmy się z nimi połączyć? – pyta Yamon zerkając ciekawie na komunikator Grabieżcy.
        - Oczywiście, ale szczerze powiedziawszy nie widzę sensu. Pewnie poszli na chociaż minimum ostrożności i ustalili między sobą jakieś hasła. Próbując nawiązać kontakt zaraz się zdemaskujecie i tylko pokażecie, że rozpracowaliście komunikatory, a oni staną się ostrożniejsi.
        - Czyli równie dobrze możemy to wyrzucić? – szef Absyntu zerka podejrzanie na komunikator, a cała jego postawa sugeruje, że z chęcią pozbyłby się „elektronicznego ustrojstwa”. No cóż, przypuszczam, że każdy tutejszy mag boi się konkurencji techniki, szczególnie, że jej nie rozumie.
        - Byłoby to głupotą. Każdym komunikatorem, również tym, można robić zdjęcia, rejestrować dźwięki i obrazy. W odpowiednich rękach może być bardzo przydatnym narzędziem. Wystarczy tylko pozbyć się chipu komunikacyjnego, przez który wasi niemili goście mogliby namierzyć położenie urządzenia i narobić kłopotów. Właściwie to doradzałabym rekwirowanie podobnych zabaweczek wszystkim podobnym tamtemu zbójowi.
        Ale nie mnie. Spróbujcie tylko tknąć mój komunikator, a rozpętacie piekło.
        - Ale przecież te wasze urządzenia potrzebują energii, prawda? – Ykhar strzyże uszami. – Czytałam o tym. Są albo podpięte do tego, no… Prądu, albo mają takie… Akumulatory lub baterie!
        - Już dawno rozwiązano ten problem. Obecne tego typu urządzenia działają na światło słoneczne, wystarczy je na nie wystawić i same sobie nagromadzą energię… Nawet przy sporym zachmurzeniu, aczkolwiek wtedy zajmie to dużo więcej czasu.
        - Hm… Rejestrować dźwięk i obraz – Miiko wyraźnie zastanawia się nad czymś. – Czy chodzi o te ruchome obrazy?
        - Tak – potwierdzam. – Właściwie ruchome, nazywamy je filmami, jak i nieruchome, fotografie czy jak wolisz zdjęcia. Ten komunikator ma też oprogramowanie pozwalające tworzyć tak zwane modele 3D na podstawie filmów i zdjęć. Jeżeli, dajmy na to, obejdziesz drzewo dookoła i je sfilmujesz, komunikator stworzy jego elektroniczny model z zaznaczeniem odpowiednich wymiarów… Znaczy, pokazaniem na skali ile w rzeczywistości te drzewo ma wysokości, szerokości, jaki jest jego obwód. Obecnie to dość popularne narzędzie, obecne nawet w słabszych narzędziach, ale nie wszystkie komunikatory je mają.
        - Mówiłaś, że obcy mogą namierzyć urządzenie dzięki temu chipowi komunikacyjnemu… Ale rozumiem, że bez niego nie będzie można się komunikować, czy tak?
        - Owszem.
        - Czy można jakoś tak zrobić, żeby nie pozbywać się chipa, ale żeby komunikator nadal był nie do namierzenia?
        - Tak, ale wymagałoby to sporo pracy…
        - Ile?
        - Kilkanaście godzin? Przynajmniej w przypadku tego tu – wskazuję na komunikator. – Jest wiele modeli, a każdy będzie wymagał nieco innych operacji.
        - Czy dałabyś radę zmodyfikować komunikator tu, u nas, za pomocą swojego sprzętu?
Czy ona chce zrobić to o czym ja myślę? Jeżeli ma trochę pomyślunku to chce, ale wątpię, żeby spodobało się to pozostałym… A na pewno nie szefowi Absyntu, który spogląda na nią, jakby spodziewał się propozycji urządzenia rzezi niewiniątek zwieńczonej kanibalistyczna ucztą i orgią.
        - Nie wiem. Być może. Nie pracowałam jeszcze na tym modelu.
        - W ciągu ostatniego roku zdobyliśmy jeszcze cztery podobne urządzenia. Byłabym zobowiązana, gdybyś je uruchomiła i zabezpieczyła przed namierzeniem… Jeżeli będzie to możliwe, a jeżeli nie, to pozbyła się z nich tego „chipu”. Jednak naciskam, abyś dołożyła wszelkich starań, żeby zachować ich pełną funkcjonalność. Potem… Potem nauczysz wybranych przeze mnie strażników obsługi tych… Komunikatorów.
        - Miiko, czy jesteś tego pewna? To dość ryzykowne zagranie. Dobrze wiesz, ze technika niemal zniszczyła Ziemię, chcesz tu czegoś podobnego?! – szef Absyntu patrzy na nią z jawnym niedowierzaniem. Ma minę, jakby uderzyła go w twarz.
        - Przypomnę ci, że i magia niejednokrotnie prowadziła do katastrofy, jednak nie wyrzekliśmy się jej. Poza tym nie otwieramy tu produkcji tych urządzeń, prawda?
        - Ale…
        - Nie tylko ludzcy najeźdźcy są naszymi wrogami. – Słowa Miiko powodują, że natychmiast milknie, a wszyscy w sali poruszają się niespokojnie. – To nie oni rozbili Kryształ, to nie oni nas zaatakowali. To nie oni… Zresztą nie ważne. Mamy wielu wrogów i to tutaj, wśród nas. Wśród faery. Faery, którzy pojmują magię, ale nie technikę. Którzy są SPECJALISTAMI w magii i alchemii. Przechwytują komunikaty echa! Zaglądają nam przez ramię! A my… My nic o nich nie wiemy. Komunikatory mogą dać nam odrobinę przewagi. Niewiele, ale nawet to jest warte ryzyka. Poza tym, jeżeli nasi ludzie nauczą się obsługi tych urządzeń, to może będzie im łatwiej poruszać się na Ziemi. Nie możemy wiecznie trzymać się terenów półdzikich i wiosek, zresztą nawet w ludzkich wsiach jest coraz więcej techniki. Prędzej czy później będziemy musieli zmierzyć się z nią, chyba, że chcemy polować na Ziemi na jelenie, zbierać dzikie korzonki i mieć nadzieję, że nie dopadnie nas żaden leśnik.
        Brudna prawda, którą wszyscy znają, ale nikt nie chce o niej mówić. Spojrzenia wędrują od Miiko przez komunikator do mnie i z powrotem. Każde z nich wyraża co innego, łączy je jedynie niepokój.
        Reasumując: raczej nie zabiorą mi komunikatora, ale za to mam dostosować tę terenową zabaweczkę pod ich potrzeby, ją i inne, prawdopodobnie podobne, a potem przedstawić technologię tutejszy ćwokom. Będzie bolało. Podwójnie. Nauka tych techno kołków… Gdyby chodziło tylko o to, że są kompletnymi laikami, może jakoś by poszło, ale znając życie połowa strażników podejdzie do tematu jak do zła koniecznego, a druga wykaże się zbytnią ekscytacją.
        Do tego nagle zaczynam być potrzebna. Z jednej strony dobrze, bo może uda mi się zdobyć ich zaufanie, ale z drugiej… No cóż, wiele osób nie darzy mnie tu miłością, bo jestem człowiekiem. Na pewno nie będą zadowolone z tego, że coś zależy ode mnie. Coś na czym się nie znają i na co nie mają wpływu.
        - Liwio…
        Miiko, Miiko, Miiko. Czegóż ty ode mnie jeszcze chcesz?
        - … W swój najbliższy dzień roboczy otrzymasz zdobyte przez nas urządzenia. Twoim jedynym zadaniem, prócz szkoleń z opiekunami, będzie przywrócenie ich do pełnej funkcjonalności i na miarę możliwości zabezpieczenie. Do tego momentu twoje inne obowiązki są zawieszone. Kiedy to zrobisz, ułożymy z Krajzan twój grafik tak, aby uwzględnić czas na przeszkolenie wybranych strażników.
        Czyli chcesz tego, co już chciałaś, tylko to przyklepałaś.
        Dupek z Cienia posyła mi nieprzyjemne spojrzenie.  Co gorsza takie, które nie za bardzo potrafię zidentyfikować. Ani to gniew, ani pogarda, groźba czy zwykła niechęć. W każdym razie gdzieś-tam z tyłu głowy błyska mi czerwona lampka alarmowa.
        - Coś…? – zaczynam, ale Miiko mi przerywa.
        - Możesz już iść, mamy jeszcze parę rzeczy do przedyskutowania. Chyba wiesz, gdzie są drzwi czy może je przegapiłaś?
        Tak, ty wyleniały zwierzu futerkowy, wiem. Ciekawa strategia. „Zlecę jej coś, powiem mało wygodne prawdy, ale na koniec ofuknę tę człowiek, żeby czasem nie pomyśleli, że ją lubię”. Właściwie to rozumiem, okazanie mi sympatii byłoby ze strony Miiko postrzałem w stopę, ale nie zmienia to faktu, że mam ochotę przywalić jej czymś w twarz. Czymś ciężkim i płaskim.
        Wielka, srebrna taca! Och, to byłoby idealne. Ten plask i klaśnięcie połączone z tłumionym „dzyń”. Cudowny dźwięk.

OFTOPXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXXOFTOP


        A tutaj taki malutki OFFtopik. Czyli o grze i kolejne powody do popełnienia tego opowiadania.
        Jak już nie raz pisałam uważam grową Gardiene za postać upośledzoną. Zresztą wszystko w Eldaryi jest jak z różowej gumy balonowej i marzeń 11nastolatki o wróżkach i jednorożcach oraz prawdziwym chłopaku. Z jednej strony wiem, że taka miała być, a także że jej główną rolą kosznie kasy, ale z drugiej mam ból kupra o to jak zarżnięto jej potencjał. O Czym mówię?
1) Akcja z mnemosyne - raz, że bohaterka reaguje na tak poważną zdradę do bólu płytko, ale to tylko drobny szczegół. W sumie na wszystko reaguje jak uśpoledzona. Tak to zrobiono. Dwa: tak, wspomnienia wszystkich z Ziemi wymazano, ale co ze zdjęciami, filmami rodzinymi, aktem urodzenia, dyplomami etc? Można byłoby chociaż wspomnieć, że Miiko nie tylko niepotrzebnie rozwaliła Gadzi życie, ale też nic tym nie zyskała, wręcz przeciwnie - o ile na Ziemi zaginięcia to nic niezwykłego, to już posiadanie córki/wnuczki/absolwentki/studentki której za cholerę się nie pamięta, a która jest na twoich zdjęciach już tak. TRZY (najważniejsze) mogliby podzielić scenariusz i np: dać tu opcję, że Gardzia postanawia uciec do najemników (z nich też można zrobić przystojnych chłoptasiów). Ale nie, po co, skoro Gardzia może robić za niezaradną, obrażona kilkulatkę.
2) Leifan powiedział, że o Gardzi na Ziemi maja zapomnieć wszyscy ludzie, ale jako, że ta jest faelien, to przynajmniej ta część rodziny, która posiada krew faery powinna ją pamiętać. Cudowny motyw, który na 98% zostanie porzucony.
3) Zamaskowaniec (nie zadaję sobie trudu, przynajmniej na razie, żeby pamiętać jego imię)- Gardzia, zamiast biadolić czy jest on dobry czy zły, powinna mieć opcję, żeby zawrzeć z nim sojusz przeciw Straży.

Do tego wszystkiego Gardzine podsumowanie ostatniego odcinka "nawet jeżeli w swoim świecie jestem niczym, to tutaj będę kimś" czy jakoś tak, co brzmi dla mnie jak: "nie ważne co przez nich straciłam, że zniszczyli mi życie, nie ważne ile razy mi dokopią - i tak będę dla nich zapierdzielać i ryzykować własnym życiem, bo jestem śliczna, słodka i taka dobra <3 A nade wszystko bezdennie głupia i naiwna".
To VN, wybory gracza powinny mieć decydujący wpływ na ważne aspekty rozrywki, ale póki co, decydują jedynie o tym czy dostaniemy obrazek, a jeżei tak to z jakim chłoptasiem /static/img/forum/smilies/neutral.png I tym sposobem autorzy odbierają nam możliwość zemsty albo chociaż pokazania Straży środowego palca.

A teraz zwizualizujcie sobie Gardzię i Liwię i porównajcie je ze sobą. Dlatego właśnie Liwia jest Liwią. Żeby jak najmniej być Gardzią, jak najbardziej skontrastować "rozgrywkę" z gry i opowiadania i w razie czego móc zrobić to czego Gardzi nie pozwolono.

Offline

#89 29-09-2017 o 16h31

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

„To, co teraz robię, nie wiele różni” — ‘niewiele’ /static/img/forum/smilies/big_smile.png Jak by ci tu ładnie zilustrować zasadę z pisownią „nie” łącznie i oddzielnie… coś wymyślę xd
Dom Żonglera? Nie mam pojęcia, co to oznacza, ale nazwa świetna!
„Ykhar i Yamon”  a nie Jamon? /static/img/forum/smilies/wink.png
„Zresztą nie ważne.” — nieważne /static/img/forum/smilies/wink.png
Co do odcinka, to dalej jest to taka obustronna instrukcja i opowiadanie, co się dzieje. Miiko w sumie ma racje co do tych komunikatorów i dobrze, że kazała je naprawić, bo reszta idiotów by je wyrzuciła xd I co ten Ez taki oburzony? /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Aaaach… że nie lubisz Gardzi, to widać nawet w twoim opowiadaniu. Twoja bohaterka jest pewna siebie i nieufna, czyli jest totalnym przeciwieństwem Gardzi. Tylko wiesz… nie każdy jest Liwią. I jestem 100% pewna, że ja w tej Eldce byłabym tak samo głupia jak Garnek. Tutaj nie jestem zbyt samodzielna, a co dopiero tam. Więc wiesz… fakt, że postawiono na dość naiwną bohaterkę, miał tę grę znacznie ocieplić. Co nie oznacza przecież, że każda ziemska bohaterka byłaby taka sama. Mogliby trzasnąć tam kogoś ma wzór Liwii. Gra byłaby wówczas DUUUŻO ciekawsza, ale mniej przystępna, bądźmy szczerzy, bo już takie 11-13-latki by raczej w nią nie grały. Bo nie ma słodkich, cukierkowych myśli, płaczu, miśków i tak dalej. Aczkolwiek prawda, że tak płyta reakcja na wymazanie pamięci to była kpina. Nieco naprawiono to w 15. odcinku i moim zdaniem wyszło dobrze. A co do aktu urodzenia itp., to dla mnie jest wręcz oczywistym, że wymazano z ziemi jej istnienie. Całe. Razem z tym wszystkim, razem z jej pokojem, z jej zabawkami… zmianie uległo naprawdę mnóstwo rzeczy tylko przez zniknięcie jednej osóbki. Ale ja to od razu zrozumiałam tak, że skoro jej bliscy jej nie pamiętają, to dlatego, że na ziemi NIE ISTNIEJE. A skoro nie istnieje, to po prostu NIE MA żadnych zdjęć czy aktów. Aczkolwiek punkt dla ciebie z krwią faery i faktycznie pewnie to pominą, chociaż byłabym pozytywnie zaskoczona, gdyby po jakimś czasie wyskoczyli, że jednak ktoś o niej pamiętał. Na ziemi ześwirował, bo gadał o kimś, o kim nikt nie pamięta i w końcu trafił do Eldki, by utarować Gardzię. To byłoby ciekawe.
To wszystko, o czym piszesz na końcu… na to ci odpowiedziałam wyżej. Przecież jestem pewna, że sama Chino nie jest tak naiwna jak bohaterka, którą stworzyła. Ale to biznes i słodkie głupiutkie dziewczynki sprzedają się najlepiej. A zemsta t chyba zbyt poważny temat jak na tę grę. Przynajmniej tak mi się na razie wydaje, nad czym ubolewam.
No okej. Teraz to ty możesz mnie opierdzielić za brak rozpisywania się, bo o samym odcinku jest malutko, a o offtopie od cholery XD Ale ciekawą kwestię poruszyłaś, to się wypowiedziałam xd
No nic, czekam na kolejną część i pozdrawiam! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Offline

#90 02-10-2017 o 18h10

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

@Methrylis - Do ocieplenia starczyłby humor sytuacyjny, zrozumiałabym też bohaterkę zwyczajną, pospolitą, a nawet nieporadną, taka co na widok Yamona dostałaby takiego ataku histerii, że zamiast w lochu wylądowałaby w przychodni, a potem przepłakała z tydzień bojąc się wyjść z pokoju - byłoby przynajmniej realistycznie. Nie toleruję głupoty i zbytniej naiwności, a aby ocieplić grę wystarczyłaby odrobina humoru sytuacyjnego. A co do akcji z mnemosyne, to niestety jest to jeden, wielki FAIL. Kompletny brak logiki. Od początku przedstawiają eliksir tak, jakoby miał działać jedynie na pamięć, a nie na świat fizyczny. Potem znów ów miał wymazać Gardzię całkowicie z jej świata - czyli eliksir musiałby działać na pamięć, na świat fizyczny i w pewnym, trudnym do określenia stopniu na historię oraz przyczynowość, a to wszystko w sąsiadującym wymiarze do którego otwarcie portalu jest tak łatwe jak wejście na K2 w samych majtasach i croksach. Przedobrzenie. Nie wspominając już o tym, że skoro miałoby się już takie coś odwalić to z wielkim, rozbudowanym rytuałem w tle etc (a i tak byłoby to naciągane). Ewidentnie autorzy chcieli przyszpilić Gardzię do Eldaryi i nie mieli pomysłu jak to zrobić, więc poszli na łatwiznę, podczas gdy motyw z poszukiwaniami składników do portalu i próbami wydostania się mógłby być ciekawszy i o wiele bardziej korzystny oraz mogący dać bez większego kombinowania nam dodatkowe zakończenia gry: Gardzia zostaje w Eldaryi ze swoim chłoptasiem/bez niego, wraca do domu, wraca do domu z chłoptasiem (możliwe tylko przy lovo powyżej 95%). Niestety padło /static/img/forum/smilies/neutral.png

Dobra zaczynamy z nowym rozdziałem. Akcja, tak jak obiecałam, będzie, ale dopiero za parę części, na razie nieco rozkręcamy klimat /static/img/forum/smilies/wink.png

Rozdział 5 (cz 1)

        Spać mi się chce, wszystko mnie boli, a do tego muszę być TU. W Eldaryi. Na tym śmierdzącym wypizdowie, gdzie miękki papier toaletowy uważany jest za luksus, a muszelek czyszczących to nikt nie zna. Gdzie błękitnowłosy goguś dręczy mnie psychicznie, siwy wielkolud fizycznie, a dziwkowaty brunet próbuje wyrwać nieustannie zarzucając jakimiś dziwnymi tekstami o gryzieniu. Zasrany fetyszysta.
        Ale jest też mniejsze tu. Zatłoczony, pachnący ludźmi pracy, tanimi perfumami i osobami, które uważają, że tanie perfumy mogą zastąpić mydło bar. Pełen rechotu, obcych faery i kiepskich trunków. Przyznaję: kufle są czyste, a  na czymś w rodzaju sceny produkuje się lokalny bard, nawet niezły jak na tutejsze możliwości. Rzecz w tym, że od siedzenia tutaj wolałabym być u siebie w pokoju i odsypiać zarwane noce, w trakcie których buszowałam po bibliotece. Udało mi się zeskanować trzydzieści cztery książki, a program dekodujący przetłumaczył już osiem z nich… Niestety żadna nie zawiera niczego interesującego. Nie z perspektywy powrotu do domu, aczkolwiek dwa podręczniki alchemii mogą mi się przydać. Zawierają sporo różnorodnych przepisów. Eliksir snu, mgła snu, paraliż, odegnanie bólu, esencja koszmaru, amnezja i wiele, wiele innych. Całkiem ciekawy zestawik. Szkoda tylko, że prawie połowę pozycji z tego zestawu, tych raczej nieprzyjemnych, chciałabym zastosować na jednej ze swoich towarzyszek –  Karenn.
        Alajea to nieznająca pojęcia przestrzeni osobistej, ekstrawertyczna papla, fundująca mi niezły ból głowy. Ale jest sympatyczna i raczej prostoduszna. Jej przyjaciółeczka to znów… Ujmują rzecz delikatnie i nie wulgarnie: plotkara. Do tego nie jedna z tych miłych. Wścibska nastolatka chce wiedzieć wszystko o wszystkim. Nie ważne czy to sprawy publiczne, tajne, osobiste, ważne, błahe czy też delikatne. Chłonie każdą informacją i z radością posyła ją dalej w świat. Nie jest przy tym zbyt subtelna. Przypuszczam, że podsłuchane, niejawne sprawy Straży zachowuje w większości dla siebie, bo w przeciwnym razie Miiko wyrwałaby jej język, ale reszta… Każdy mający jakiś sekret strażnik musi być albo BARDZO dyskretny, albo liczyć się tym, że lokalny satelita szpiegowsko- komunikacyjny przekaże go innym. Dziewczyna szczególnie zdaje się lubić sprawy osobiste, te natury intymnej. Kto, z kim i dlaczego. Nie znoszę tego.
        Nie to jednak jest najgorsze. Najgorsze jest to, że MUSZĘ się z nią zaprzyjaźnić. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że nie chcę, aby wzięła mnie na cel. Już robię wiele rzeczy, których nie powinnam, a pewnie niedługo zacznę robić ich jeszcze więcej i naprawdę lepiej byłoby, żeby nie przyłapała mnie na żadnej z nich. Co prawda nie jest AŻ tak groźna, bo cierpi na nadmiar sprytu przy jedynie przeciętnym albo i niższym poziomie inteligencji. Jednak lepiej, żeby węszyła przy innych, a nie przy mnie. Po drugie stanowi zbyt cenne źródło informacji, które niewiadomo kiedy może się przydać, żeby zrażać ją do siebie.
        - Naprawdę nikt ci się nie podoba?
        Ach, no i wisienka na torcie – TO.  Rozmowa o „słodkich facetach, hihihihi” rodem z pidżama party spaczonych przez popkulturę piętnastolatek. No dobra, Karenn chyba ma piętnaście lat, a przynajmniej na tyle wygląda, ale w Eldaryi występuje totalny brak popkultury, która mogłaby jej zlasować mózg. Co ona sobie myśli? Że trafiłam do obcego, potencjalnie wrogiego świata, z którego chcę jak najszybciej uciec, ale w między czasie zrobię sobie „przeglądzik lokalnych schaboszczaków?” Albo lepiej: wdam się w romans, zaciążę, a potem, kiedy przyjdzie mi się zbierać do domu, zacznę odwalać jakiś dramat? Tu nie opera mydlana ani serial dla nastolatek, tylko prawdziwe życie!
        Ech… Inna rzecz, że nigdy nie interesowałam się romansami, facetami czy jakimikolwiek aspektami spraw damsko-męskich. Byłam zbyt zajęta. Zresztą bieganie za chłopaczkami i robienie do nich wielkich oczu niczym radosny, pragnący służyć pieseczek jest żałosne. Zauroczenie? Zakochanie? Nieznaju. Poza tym, chociaż brzydka nie jestem, to ładną też mnie nazwać nie można, a takie kobiety nie budzą zbytniego zainteresowania wśród sensownych mężczyzn. No chyba, że dany facet planuje szczęśliwą przyszłość w archaicznym wydaniu: dom, drzewo, co najmniej piątka dzieci oraz żona robiąca za krzyżówkę niańki, korepetytorki i robota domowego… Stanowczo wolę samotność od takiego scenariusza.
        - Tak, naprawdę. – Spoglądam dziewczynie w oczy, mając nadzieje, że zobaczy w moim spojrzeniu jedynie nieudawaną szczerość. – Nikt mi się nie podoba.
        - Niemożliwe. A może wolisz dziewczyny?
        - Alajea już sprawdzała próbując mnie udusić cyckami…
        - EJ! Wcale że nie!
        -… I nie wywołała żadnej pozytywnej reakcji.  Przykro mi.
        - Ale serio NIKOGO? Przecież twoimi opiekunami są jedni z najbardziej popularnych facetów w KG!
Popularni… Dziewczynko popularność nic nie znaczy. Nie po ukończeniu szkoły.
        - Wredny, wymądrzający się elf o uśmiechu złośliwej małpy… Dziękuję, ale nie. Dalej? Lowelas dla ubogich o tekstach na podryw prymitywniejszych od wideł wbitych w gnój, będący właściwie darmową prostytutką. Dziękuje, ale nie zamierzam zacząć poznawania tego świata od przeglądu chorób wenerycznych. Do tego ten fetysz z gryzieniem… Zbok. Za kogo on się ma? Za wampira?
        - Tak się składa, że on JEST wampirem. Tak jak ja.
        O! znaczy nie jest tak totalnie zboczony, tylko głodny. Uf… Swoją drogą to dziwne –  odczuwam ulgę na wieść, że facet widzi we mnie schabowego. Magia Nevry: wszystko lepsze od jego zalotów.
        Przypatruję się Karenn. Czarne włosy, których połowę ufarbowała na różowo, szczupła, ciut drapieżna twarz o kształcie diamentu, prosty nos, wąskie wargi, no i ten kształt oczu… Do tego mina świadcząca o wewnętrznej potyczce oburzenia z rozbawieniem. Zaraz, zaraz…
        - Hej! Ty jesteś siostrą Nevry! Siostrą albo bliską kuzynką!
        Jej mina tylko potwierdza moje słowa. Mała plotkara jest siostrą wioskowego podrywacza.  Ciekawe czy bawi się w pseudokokietkę tak jak on w pseudoamanta?
        - Skąd ci to przyszło do głowy?
        - Zbyt duże podobieństwa… Teraz jak cię słucham, to nawet sposób mówienia macie ciut podobny nie mówiąc już o akcencie. Hm, trochę dziwny. Twardy. Jakby… Niemiecki?
        - Przecież tego akcentu nie słychać! Dwa lata pracowałam nad tym, żeby…
        - Nie gorączkuj się. – Alajea posyła jej szeroki uśmiech, jednocześnie mocno klepiąc mnie plecy. Szkoda tylko, że wybrała sobie chwilę, kiedy akurat wzięłam łyk piwa. Wszystko ląduje na stole. Nie, żeby była to jakaś duża strata, tutejsze piwo to szczyny, no ale poplułam się. – Po prostu Liwka nie na darmo wylądowała w Cieniu. W końcu po tym, jak sobie poradziła pierwszego dnia, można się po niej niejednego spodziewać.
        - Po prostu z niejednego pieca jadłam chleb. – wzruszam ramionami. – Pracowałam w wielu miejscach, w różnych zawodach, a to nauczyło mnie zwracać uwagę na szczegóły.
        - W każdym razie trafiłaś. Karenn to siostra Nevry.  – Alajea uśmiecha się szeroko. – Ja osobiście nie wpadłabym na to. Nevra jest DUŻO wyższy, ma inny kolor oczu no i jest trochę spokojniejszy.
        Spokojniejszy? On? Mam zacząć się śmiać teraz czy potem? Chociaż z drugiej strony na pewno jest mniej krzykliwy… Głównie ma to związek z tym, że trzyma się stylówki mrocznego kochanka i uparcie biega w czarnych łaszkach. Karenn znów nie unika jaskrawych barw, głównie różu, czerwieni i fioletu, ani doprowadzających do migreny deseni – szczęście, że dzisiaj postawiła na wzorzyste spodnie, obecnie zasłonięte stołem, a nie na bluzkę.  Dodajmy do tego jeszcze piercing, w tym przebitą wargę, spore dawki czerni, ciężkie wisiory i pierścienie, a otrzymamy nastoletnią, hyźniętą elektro-gothkę. Hm, ciekawe czy prowadzi tutejszy odpowiednik bloga? Na pewno ułatwiłby jej rozprzestrzenianie plotek…
        - Ech… A chciałam o tym powiedzieć w jakichś dramatycznych okolicznościach – wzdycha wampirzyca.
- W jakich? – pytam. – Kiedy stracę do niego cierpliwość i spróbuję spoliczkować go łopatą? „Nie bij go! Spalę się ze wstydu ja jak będę miała brata z odciskiem szpadla na gębie?”
        Karenn próbuje zrobić nadąsaną minę, ale nie udaje jej się, gdyż Alajea wybucha gromkim, zaraźliwym śmiechem. Po chwili i wampirzyca chichocze.
        - A Valkyon? – Smarkula nie odpuszcza. – On jest dość spokojny i miły.
        Odruchowo krzywię się i chwytam za ramię, na którym widnieje wielki, fioletowo-zielony siniec, pamiątka po wczorajszych ćwiczeniach ze złotookim mięśniakiem. Podobny mam na udzie, a o podrapanych plecach nawet nie wspomnę. Za to zostałam pochwalona, że robię świetne uniki. Jupi. Normalnie tryskam radością i dumą.
        - Taaak. Szczególnie w trakcie treningów ze mną, które chyba są utajoną próbą morderstwa – warczę. – Poza tym nie przepadam za facetami z rozbudowaną muskulaturą. Wygląda jak wystawka u rzeźnika. No i waży co najmniej z dwa razy tyle co ja. Wystarczyłoby, żeby się na mnie przewrócił, a zginęłabym śmiercią plaskatą.
        Alajea wybucha głośnym śmiechem. Trochę zbyt głośnym jak na „żart”, który powiedziałam. Rzucam jej pytające spojrzenie, a Karenn marszczy brwi.
        - Przepraszam, ale wyobraziłam coś sobie. – Syrena ociera łzy rozbawienia z  oczu. – Ty i Valkyon w sytuacji intymnej. On rzuca cię na łóżko, potem skacze na ciebie i plask! Jak pomidor! Rozpłaszczonaś cała na jego torsie i cienka jak koszula.
        Teraz też to sobie wyobraziłam. Bardzo niesmaczne połączone kiepskawego pornosa i komedii z wkładką dla sadystów. Inna rzecz, że nie życzę sobie, aby ktokolwiek wyobrażał sobie mnie w trakcie jakichkolwiek działań intymnych. Niestety chyba nie mam na to za dużego wpływu.
        - A z wyglądu ktoś ci się podoba? Ktokolwiek? Ktoś, kogo ogólnie nie lubisz, ale powłoczka jest w porządku? – Karenn drąży dalej.
        Tak, powiem, a potem będziesz szukać mi chłopaka czy coś. Chociaż z drugiej strony, jak będę się upierać że nie, pewnie zaczniesz za mną łazić, żeby mnie wybadać. Co by ci tu… Ach wiem. Nawet nie będę musiała kłamać.
        - Zalzar, chociaż go nie znoszę, nawet bardziej niż Ezraela i regularnie fantazjuję o zepchnięciu go ze schodów… Albo wypchnięciu przez okno. Chociaż spadając ze schodów wydawałby ciekawsze dźwięki.
        - Zalzar? Ten bibliotekarz-hobgoblin?
        Przytakuję, a dziewczyny patrzą na mnie ze szczerym zdumieniem. Jak to dobrze, że mam pokręcony gust.
        - Niby co takiego ci się w nim podoba? – Karenn krzywi się. – On jest łe! Szaroskóry sęp. Wygląda jak skrzyżowanie blackdoga ze szczurem, któremu ktoś wepchnął włócznię w zad. Ziszczenie wszystkich stereotypów o hobgoblinach. Wredny, czepialski, patrzący na innych jak na chodzące wory łajna. Do tego te pazury i przypominające igły zęby. Brrr…
        - Wysoki, szczupła…
        - Raczej kościsty. Wgląda jak ofiara plagi głodu.
        -… sylwetka, szczupła twarz o wyrazistych, regularnych, nieco ascetycznych rysach. Dość wąskie, ale wyraziste i ładnie wykrojone usta, głęboko osadzone, srebrzyste oczy, wysokie czoło, spadzisty nos, zdrowe, klasycznie zaczesane, gęste włosy. Wyprostowana postawa, oszczędna, wstrzemięźliwa gestykulacja, spojrzenie intelektualisty, głęboki, niski głos, no i ten akcent. Generalnie stereotypowa, stonowana, a nawet nieco ascetyczna  uroda inteligenta, kogoś z wyższych sfer.
        - I zęby do rozgryzania kości.
        - Kochana, ty masz zęby stworzone do przegryzania tętnic.

Offline

#91 02-10-2017 o 19h05

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Opis hobgoblina sprawil, ze sie niemal sama zauroczylam wyobrazeniem, jakie mnie dopadlo haha. Mimo, iz wizja zlotych oczu "sadysty" i tak nie ma sobie rownych. Alajei wlasne zabawy z wyobraznia przyprawily mnie o dodatkowy wybuch smiechu  ( jakbym juz i tak nie chichotala nad co drugim niemal zdaniem /static/img/forum/smilies/big_smile.png )

Wyczekiwany odcinek nie zawiodl. Wciaz ubolewam ze tak bardzo porcjujesz te rozdzialy. Jesli o mnie chodzi to nie ma szans bym poczula przesyt. Niestety naleze do osob, ktore interesujaca i wciagajaca ksiazke czytaja tak dlugo az skoncza, nawet gdyby mialo to oznaczac zarwana noc, niczym Liwii w bibliotece.

Dzieki i (zgrzytajac z niecierpliwosci zebami) zaczynam czekac na ciag dalszy!

Ostatnio zmieniony przez Laique (02-10-2017 o 19h05)

Offline

#92 05-10-2017 o 12h39

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

Oho, mamy od dawna wyczekiwaną piątą część! No to bierzemy się za nią!
„Zatłoczony, pachnący ludźmi pracy, tanimi perfumami i osobami, które uważają, że tanie perfumy mogą zastąpić mydło bar.” — to powtórzenie z tanimi perfumami jest celowe?
Liwia nie lubi Karenn? Czemuż? :v Chyba że ja czegoś nie pamiętam, a to akurat bardzo możliwe. Aaaa, po prostu plotkowanie. No ok, czaję xd
„Lowelas dla ubogich o tekstach na podryw prymitywniejszych od wideł wbitych w gnój, będący właściwie darmową prostytutką.” — Boże, piękny tekst XD
A wizja Valkyona i Liwii w sypialni była wprost przerażająca. Błagam, nie xDDD
Hm, tym razem rozmówka o chłopakach. I Liwia faktycznie ma dość ciekawy gust xd Okej, czekam na rozwój wydarzeń i pozdrawiam! ^^

Offline

#93 07-10-2017 o 16h27

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

@Laique - mam do wyboru: albo porcjować, abo wrzucić na raz wszystko, co mam, a potem kazać wam czekać miesiąc na cdn. A biedny Valkyon jeszcze nie raz od Liwii oberwie. Wszyscy chłoptasie oberwą. A ona od nich też (chociaż nie wiem czy równie mocno), bo równowaga musi być.

@Methrylis - powtórzonko celowe ;]No i Alajea pewnie będzie miała jeszcze niejedną, ciekawą wizję/przemyślenie mogącą/e dać traumę, którym z radością się podzieli /static/img/forum/smilies/big_smile.png to taki typ


Rozdział 5 (cz 2)



        Dziewczyna spogląda na mnie zaskoczona. Najwyraźniej mała wampirzyca nie spodziewała się, że może być w jakimkolwiek aspekcie porównana do goblina… Czy raczej hobgoblina albo jak kto woli goblina wysokiego. Wysokiego… Kogoś pogięło. Normalne gobliny od hobgoblinów różni głównie kolor skóry – te pierwsze są bardziej zielone. Co do wzrostu to u hobgoblinów średnia oscyluje wokół metra osiemdziesięciu, a u goblinów zwyczajnych siedemdziesięciu… A przynajmniej tak wyczytałam. Jedna z przetłumaczonych przeze mnie ksiąg opowiada właśnie o „plemionach krwi i ziemi” czyli goblinach, hobgoblinach, wszelkiego rodzaju trollach i trollinach – ras określanych tymi mianami jest całe multum – ghulach, ograch i gargulcach. Ciekawa lektura.
        - To o moich zębach nie było zbyt miłe – odzywa się cicho Karenn.
        - To o zębach bibliotekarza też nie. Przyznaję to kawał wrednego kuta… No sama wiesz kogo, ale jego zęby nie mają tu nic do rzeczy. Właściwie zabrzmiało to wręcz rasistowsko.
        Dziewczyna zająkuje się. Nie wygląda na obrażoną, raczej na nieprzyjemnie zdziwioną. Zaskoczoną wręcz. Chyba nie spodziewała się posądzenia o rasizm ze strony człowieka, bo przecież ludzie tacy nietolerancyjni. Może za bardzo poszalałam, w końcu nie chcę jej zniechęcić do siebie, ale jakoś samo tak wyszło.
        Swoją drogą, ciekawe jak tu wygląda sprawa z rasizmem? Bo ten na pewno jest. Na pierwszy rzut oka wszyscy Eldaryanie żyją ze sobą w pełnej zgodzie i harmonii, ale nie wierzę w to. Wczoraj próbowałam podpytać nieco bardziej Ewelein o tutejsze rasy i sporo można było wywnioskować ze sposobu jej mówienia. Brownie, do których należą Ykhar i Mery oraz wróżki opisywała jak pospólstwo. Motłoch. Oczywiście nie robiła tego świadomie, zresztą wydaje się cenić Ykhar, ale w jej podświadomość wyraźnie wryły się  pewne stereotypy. Stereotypy wciąż żywe.  No i te słowa „elfy są cenne”… Jakby była czymś lepszym od innych. Zresztą nie chodzi tu tylko o lekareczkę. Weźmy na ten przykład Yamona. Nie je mięsa, chociaż zauważyłam, że gdy przechodzi koło pieczystego oblizuje się ze smakiem. Do tego ta jego kultura, szarmanckie odruchy, tak perfekcyjne, że aż nienaturalne. Mogę się założyć, że to wszystko po to, żeby zatrzeć obraz prymitywnego ogra-ludojada z bajek. BA! Idę o zakład, że w przeszłości miał wiele problemów na tle swojego pochodzenia.  Tak jak Valkyon. Kiedy wokół niego jest zbyt wiele osób, spina się i to nie tak, jak zwykle robią to introwertycy, a fobii społecznej to on raczej nie ma. Raczej sprawia wrażenie jakby podświadomie spodziewał się ataku. Do tego sposób, w który niektórzy przyjezdni i mieszkańcy Schroniska reagują na niego. Szepczą za jego plecami, są dziwnie ostrożni…
        Hm, słyszałam, że Valkyon nie jest faery, tylko faelien i nie można zidentyfikować rasy, z której pochodzi. Ciekawe czy wiąże się z tym jakaś historia… Nie. Nie czy wiąże się, bo jakaś na pewno jest. Pytanie, jaka to historia. Odkrycie tego i owego z przeszłości wojownika mogłoby być użyteczne… Pod warunkiem, że nie dowiedziałby się, że grzebię w jego przeszłości, bo wtedy naprawdę mogłabym mieć bardzo nieprzyjemny „wypadek” w takcie ćwiczeń.
        - Chyba rozumiem co masz na myśli.
        Słowa syreny budzą mnie z zamyślenia.
        - Hm?
        - Chyba rozumiem, czemu ci się podoba Zalzar. Kiedy nikogo przy nim nie ma, nie robi tej takiej swojej miny, jakby ktoś podsunął mu pod nos łopatę łajna. Wtedy wygląda tak bardzo… Intelektualnie. Spokojnie. Nieco wyniośle, ale nie że wywyższa się. Jakby czysto.
        - O to mi właśnie chodzi – przytakuję. Swoją drogą dziwne, że Alajea potrafi spojrzeć na niego pod tym kątem.
        - Obie jesteście dziwne… - Karenn potrząsa głową, spoglądając na nas jak na nienormalne.
        Z biegiem czasu bar coraz bardziej wypełnia się ludźmi. Wpada tu sporo strażników. Gdzieś-tam miga znajoma krasnoludka z absyntu, Odda, której towarzyszy Drek. Oczywiście Karenn natychmiast informuje mnie, że diablątko ma do niej słabość, ale jest zbyt nieśmiałe, żeby to przyznać. Przy wejściu dostrzegam błękit włosów Ezraela, szczęśliwie ten, nawet jeżeli nas zauważył, nie podchodzi. I znów informacja ze strony Karenn, że elf jest dla mnie tak niemiły, bo miał trudne doświadczenia z ludźmi. Za każdym razem, kiedy w barze pojawia się ktoś ze Straży, wampirzyca ma coś do powiedzenia na jego temat. Naprawdę może być użyteczna, ale też niebezpieczna.
        Muszę zapamiętać, żeby dużo opowiadać jej o sobie. Dzięki temu będzie wiedziała tylko to, czego chcę i dojdzie do wniosku, że nie mam nic do ukrycia.
        Rozmawiamy o głupotach. Dziewczyny podpytują mnie trochę o życie w ziemskim wymiarze, o moją rodzinę, o to czym się zajmowałam. Odpowiadam szczerze, rozwlekle, szczegółowo, ale zarazem wybiórczo i nieprecyzyjnie. Do tego prawie za każdym razem, kiedy pytają o Lidię, robię cierpiącą minę i burczę „że nie chcę o tym rozmawiać”. Czemu? Po pierwsze nie chce mi się wymyślać historii jej wypadku, ani podawać konkretnych przyczyn, dla których wymaga opieki… No może nie opieki – nadzoru. Prawdy oczywiście powiedzieć nie mogę. Po drugie zbytnia otwartość byłaby nienaturalna. Oczywiście nie znaczy to, że nic im o niej nie mówię. Z sentymentalnym zamyśleniem na gębie – a przynajmniej wyrazem, który mam nadzieję nim jest – opowiadam im o tym, że pięknie śpiewa, gra na gitarze, pianinie i na skrzypcach, cudownie maluje, a także przytaczam jakieś-tam wspominki z dzieciństwa. Mdłe gówno, ale chodliwe. Po kilku chwilach obie patrzą na mnie z tkliwym „jaka dobra siostrzyczka”. Ech, gdyby wiedziały, że z Lidią w dzieciństwie szczerze się nie znosiłyśmy i jedna drugiej zawsze robiła na złość… Chociaż gorzej było z Lizją. Jest z Lizją. Tej to nienawidziłam, nienawidzę i będę nienawidzić. O dziwo nigdy nie robiłyśmy sobie na złość, tylko prowadziłyśmy zimną wojnę. Hm… Chyba to dlatego, że gdybyśmy zaczęły coś na serio, to któraś zginęłaby. Nie wiem ja czy Lizja, ale jedna z nas, a może nawet obie, na pewno.
        W końcu na zewnątrz robi się ciemno, a to znak, że czas nam w drogę – w końcu jutro mam służbę. Przepychamy się pomiędzy okrągłymi stolikami, drewnianymi taboretami i coraz bardziej wstawionymi gośćmi. Swoją drogą nie mam pojęcia czemu to miejsce jest tak popularne wśród Straży. Zwykła, drewniana buda. Zbite z belek ściany, gnijące od rozlanych napitków dechy na podłodze, zapach piwa i tytoniu w powietrzu, mało światła. Jedyną zaletą przybytku jest duży, kamienny kominek – w trakcie lata bezużyteczny.
        Wychodzimy na zewnątrz, gdzie oczywiście leje jak z cebra. Pada od przedwczoraj czyli dokładnie od dnia kiedy Miiko powierzyła mi komunikatorową misję. Prócz komunikatora Grabieżcy reszta urządzeń jest kompletnie wyczerpana. Oczywiście, żeby ożywić ich baterie wystarczyłby jeden słoneczny dzień, ale los postanowił być zabawny i przykrył nieboskłon grubą warstwą ciemnych, deszczowych chmur. W efekcie ładowania dobrnęły do średnio piętnastu procent, co mnie nie ratuje, jeżeli chcę dłużej podziałać na komunikatorach. Z dobrych wiadomości udało mi się „uniewidocznić” kartę komunikacyjną urządzenia Grabieżcy, a że wszystkie modele są do siebie podobne z resztą powinno być podobnie. Oczywiście komunikatory i tak będzie można namierzyć, chociaż z trudem – dla dobrego speca nie ma rzeczy niemożliwych – ale wrogowie Straży pierw musieliby wiedzieć o ich istnieniu i tym, że nadal są aktywne. Autolokalizacja i tym podobne narzędzia nic nie dadzą.
        Teraz tylko poczekać na parę dni słońca albo odczekać parę tygodni i będę mogła wziąć się do pracy. Chociaż na myśl o uczeniu Strażników obsługi  komunikatorów dostaję epilepsji, to samo przeprogramowanie urządzeń… Cóż, miło będzie w końcu zrobić coś normalnego.

***

Spośród dwudziestu trzech faery dwunastu nie sprawiało problemów i załapało. Kolejnych czterech coś-tam jarzy, ale panikuje, kiedy urządzenie wyda jakiś niespodziewany dźwięk. Reszta znów to, jeżeli chodzi o elektronikę, niższe formy życia. Grzyby, glony, porosty. Ameby. Na szczęście tych dwunastu kumatych starczy. Od teraz to oni mają uczyć innych strażników, a ja mam wolne. Bogu – kimkolwiek on czy ona nie jest – niech będą dzięki.
        I Bogu dzięki, że nie musiałam uczyć swoich opiekunów, bo to byłby konflikt interesów jak szlag, nie wspominając o moich zszarganych nerwach. Nevra pewnie wykorzystywałby każdą okazję do nieprzyzwoitych żartów i erotycznych aluzji, a takich na tle nauczycielka-uczeń jest cała paleta. Ezrael znów raczej nie zniósłby dobrze tego, że musi słuchać „tej tępej małpy”, jak mnie przezywa. Generalnie jego towarzystwo nie jest dla mnie zbyt przyjemne, a rola jego nauczycielki… Ugh. Wolę o tym nie myśleć. W dodatku od tego tygodnia mam zacząć szkolenia u niego. To dramat sam w sobie, a gdybym jeszcze dawała mu cięgi na zajęciach – bo wszystkim swoim kursantom dawałam – to spiczastouchy wypierdek natury pewnie by się mścił. Jak zareagowałby Valkyon pojęcia nie mam. Obstaję, że wyrzucałby mi, że on się do moich szkoleń przykłada, a ja do jego wcale… Przy czym to „wcale” to nieprawda. Staram się, ale zawsze kończę jako człowiek-siniak, chociaż podobno uniki mam znakomite. Strzelać z kuszy umiem już może nie perfekcyjnie, ale bardzo dobrze –  dwa tygodnie przycinania sobie palców cięciwą i walczenia z naciągiem nie poszły na marne. Przyznaję, ostatnio trochę przesadziłam, ale kiedy człowiek dostanie pancerną rękawicą w twarz może się wkurzyć. Co takiego zrobiłam? A wlazłam na mur i zaczęłam strzelać Valkyonowi pod nogi wrzeszcząc, że nie zejdę póki „nie zabierze swojej psychopatycznej dupy z dala ode mnie”. Każdemu może się zdarzyć.
        Ziewam, a moją twarz przeszywa okropny ból. Minęły już dwa dni, Ewelein odwaliła przy mojej papie tęgie czary-mary, a nadal jest opuchnięta i sina. I boli jak cholera. W moim świecie naprawienie gębuchny zajęłoby może z półtorej godziny… Nie licząc czekania w ewentualnej kolejce do stacji lekarskiej, a tu jeszcze  będę musiała się z tym męczyćparę dni.
        Odwołuję – wcale nie przesadziłam. Valkyon zasługiwał na strzałę w stopę. Jego szczęście, że ma refleks.
        Niewielką salę, w której prowadzę zajęcia, wypełnia szum skrobiących o pergaminy piór. Piór wiecznych, co warto zauważyć, napełnianych za pomocą wmontowanych w nie pompki – dowód, że od średniowiecza tutejsza technika tyćkę ruszyła. Piszą sklecony przeze mnie egzamin teoretyczny – Miiko nalegał na ten cyrk. Egzaminy… Praktyczny rozumiem, w końcu używać komunikatorów będą w praktyce, ale teoretyczny? Pierdoły, żeby mi zająć czas. Wczoraj z godzinę wymyślałam pytania i opracowywałam zasady punktacji oraz oceniania testów. A mogłam ten czas spędzić w bibliotece – od kilku dni mam zezwolenie, żeby w miarę swobodnie korzystać z jej zasobów. Nic dziwnego, mało jest tam ksiąg w ludzkich językach, a nie wiedzą, że resztę mogę sobie przetłumaczyć… Zresztą nie chwalę się tym. Oczywiście, kiedy mogę skanuję księgi i w dzień, jednak najczęściej kompletuję swoje zasoby biblioteczne nocami.
        Tak… Test, dwadzieścia pytań, wszystkie zapisane drobnym maczkiem na tablicy. Zapisane kredą, którą jestem cała uwalona. Kredowy pył zostaje na rękach, nie daje się strząsnąć, a starczy dotknąć lekko ubrania, żeby zostawić na nim paskudny, biały ślad. Na czerni Cienia okropnie to widać. Próbowałam się otrzepać, ale nie wiele to dało. Kreda… Co to w ogóle za syf? Kupa brudu zlepionego z pancerzyków martwych od tysięcy lat stworzonek. Prymitywne pisadło robione ze zwłok. Jak oni tu potrafią funkcjonować bez tablic multimedialnych albo chociaż tablic żelowych i flamastrów oksynowych, jakich używa się w warunkach polowych? Niestety rozwój przemysłu piśmiennego stanął na piórach wiecznych i pergaminach. No cóż, lepsze to niż nic. Przynajmniej nie trzeba mazać pędzelkiem maczanym w tuszu.
Dziesięć minut przeznaczone na test ciągnie mi się niemiłosiernie długo. To tak jak z tą zasadą: „ile trwa minuta, zależy po której stronie drzwi toalety się znajdujesz”. Tutaj wersja uczniowska – po której stronie testu wylądowałeś. W końcu zarządzam odłożenie piór, odsunięcie od siebie pergaminów i zebranie ich. Po chwili wszyscy wychodzą – mam ich ocenić na miejscu, a wyniki wywiesić na drzwiach.
        Strach w cudzych oczach, możliwość uwalenia kogoś, co pewnie doprowadziłoby do tego, że  nasłuchałby się tego i owego od Miiko, władza… I zero satysfakcji czy radości z niej. Nie mam tendencji do bycia szalonym złoczyńcą chcącym przejąć kontrolę nad światem. Hm… Prawdopodobnie to dlatego, że jestem zbyt leniwa – wiem ile pracy wymagałoby to wszystko.
        Chwila czasu nad pergaminami, lista przyklejona do drzwi, a ja się ulatniam. Mam pół godzinki na wciągnięcie czegoś do jedzenia, a potem trening z Ezraelem. Ech… Normalnie radość aż mi zad rozpiera.
        Przerwa obiadowa mija wręcz ekspresowo. Wydawałoby się, że upłynęło ledwie pięć minut i bam – jestem tutaj. Przed drzwiami laboratorium alchemii, za którymi czyha na mnie niebieskokudły dupek i jego upośledzone poczucie humoru serwujące żarty tak bardzo poniżej poziomu, że musiały zainwestować w machinę wiertniczą.
        Gotując się na najgorsze, naciskam klamkę i…
        Momentalnie w moich rękach ląduje wielki kosz. Zaraz… Coś tu jest w środku. Kozik, rękawice, mały sierp, peleryna i parę słoików. Co do…
        - Przestudiowałaś materiały, które ci wczoraj dałem? - pyta Ezrael.
        - Te papierzyska, które wcisnąłeś mi w przelocie, bełkocząc coś jak potłuczony o nauce i bogów karzących lenistwo, sugerując, że jesteś jednym z nich? A tak. A nawet podpytałam Ewelein czy może nie nażarłeś się tych ziółek, które opisywały, bo brzmiałeś jakby cię posrało i to ostro.
        A tak szczerze to już wcześniej zapoznałam się z ich opisem, grzebiąc po przetłumaczonych księgach alchemicznych. Wszystkie sporządzone przez Ez’a ryciny i teksty tyczyły podstawowych składników, więc właściwie mogłam wrzucić na luz i nawet nie zaglądać do nich… Czy raczej mogłabym, gdyby Ez nie był czekającym na moje najmniejsze potknięcie dupkiem. Dlatego przeczytałam wszystko z pięć razy tak, żeby nie miał jak mnie zagiąć.
        - Ha-ha. Bardzo śmieszne. W każdym razie, skoro się z nimi zapoznałaś, nie powinno sprawić ci trudności zebranie składników z listy. – W tym momencie dorzuca do kosza skrawek pergaminu. – Oczekuję, że za dwie godziny wszystko i w określonych na liście ilościach znajdzie się u mnie nas stole. A przy okazji pomożesz Karenn i Chrome’owi z misją.

Offline

#94 10-10-2017 o 18h30

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

Ojeeeeju, czemuż to Ezarel nie podszedł do nich przy barze? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Wielce żałuję, byłoby ciekawie. A taktyka Liwii odnośnie do Karenn — genialna! Mam tu na myśli to, by opowiadać jej o sobie sporo, by nie musiała sama grzebać.
Jest jeszcze Lizja? Powiem ci, że świetnie wykombinowałaś z tymi podobnymi siostrzanymi imionami!
„ale nie wiele to dało” — twoja jedyna bolączka — pisanie „nie” łącznie i osobno :v „Niewiele”.
„Wszystkie sporządzone przez Ez’a” — tutaj apostrof nie jest ci potrzebny.
Hmmm… ostatnio bardzo trudno komentuje mi się twoje odcinki, bo niewiele się w nich dzieje. Głównie są opisowe. Tutaj mamy napisane o egzaminie z technologii, o nadchodzących lekcjach z Ezem, które zaczęły się pod koniec odcinka, na początku było też trochę pogadanki z Karenn i Alajeą. Chociaż zdaję sobie sprawę, że to przez dzielenie rozdziałów na partie /static/img/forum/smilies/wink.png No nic, czekam na kolejną część i pozdrawiam! c:

Offline

#95 12-10-2017 o 19h49

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

   @Methrylis - rodzina Liwii jest rozlega jak muliwersum. Wą siostry, są cioteczki, wujaszkowie, cioteczne babki i nie tylko. Część będzie znana tylko z opowieści, część się przytrafi. Taktyk Liwia ma dużo, a ta z gadaniem należy do większości, czyli tych skutecznych. Niestety żadna taktyka nie ochroni przed pechem tudzież prawem Murphy'ego. A "niewielesiędzieizm" to nie tylko przez porcjowanie, ale i moje rozwlekłe pisanie. następny rozdział JUŻ ma 25 stron, a jeszcze nie skończyłam go pisać xD. To już przegięcie. Ale dziś chyba mamy za sobą ostatnią co bardziej opisową partię (chyba)

Rozdział 5 (cz 3)
        - Jaką znowu misją?! - pytam
        - W lesie widziano małego, góra dwuletniego kappę. Macie go znaleźć - wyjaśnia elf.
        - Kappa? A co to za cholerstwo? Gryzie, pluje czy jak?
        Ezrael ciężko wzdycha i nonszalancko zarzuca grzywą, a ta jego metrowa kita z tyłu głowy, zamiata w powietrzu jak krowi ogon. Swoją drogą, po cholerę mu ona? Rozumiem dłuższe włosy zaczesane w kucyk, ale ścięte na krótko włosy i taki szczurzy ogon z tyłu? Zero efektu wizualnego, a jedynie kłopot z czesaniem.
        Pewnie chodzi o stajl. Elfi księciunio musi być nie tylko najlepszy, najmądrzejszy, ale też najstajlowszy… Dobrze, że na co dzień dają nam mundury. Strach pomyśleć w czym mógłby wyskoczyć.
        - Ech… Nevra chyba daje ciała ucząc cię o faery… Chociaż trzeba przyznać, że ostatnio nie miał z tobą wielu zajęć. W każdym razie kappa to rasa faery. Można je określić jako humanoidalne żółwie wzrostu mniej-więcej człowieka. Tyle, że zamiast ust mają jakby ptasie dzioby, a młode strasznie śmierdzą. Jak zobaczysz jakiegoś, to nie pomylisz go z niczym innym. Chyba, że jesteś większą idiotką niż na to wyglądasz.
        - Na pewno nie jestem większą idiotką niż ty dupkiem, bo to zwyczajnie niemożliwe. A tak w ogóle, to co cię wzięło, żeby ładować mnie w tą misję, hę? Myślałam, że misje, te obowiązkowe, zleca szefowa, jej zastępca, ewentualnie ktoś z wyznaczonych trzeciostopniowych Lśniących.
        - Tak się składa, że Miiko zleciła ci tę misję – Ezrael pokazuje garnitur śnieżnobialych zębów w szerokim, pełnym samozadowolenia uśmiechu. Aż mam ochotę pobawić się w panią Próchnicę i nieco mu go popsuć. – Po prostu stwierdziłem, że skoro i tak idziesz do lasu, to możesz uzupełnić mi zapasy, a przy okazji się czegoś nauczyć. Niewolniku.
        Za tego „niewolnika” zasługuje na cios okutą pałą w mosznę, ale w sumie ma rację. Skoro mam łazić po lesie i szukać jakiegoś małego smroda, to mogę przy okazji nazbierać ziółek. Nie ubędzie mnie.
        - Dobra, czyli skoczę do zbrojowni po kuszę i lecę do lasu. Gdzie to się mam spotkać z Karenn i tym, no Chromym?
        - Po kuszę? Oj nie, przy tego typu misjach nie wydajemy broni. Zresztą po co ci ta kusza? Będziesz strzelać do grzybów? A może chcesz ubić kappę? Wiesz, za dwuletnimi brzdącami nie wydajemy listów gończych z cyklu „żywy lub martwy”.
        Zaraz, zaraz. Czy on mówi poważnie? Nie tak dawno pomagałam szukać kilkulatkowi chowańca, a oprócz rzeczonego chowańca znalazłam zwłoki oraz wielkiego i bardzo złego gościa, którego szczęśliwym trafem ukatrupiłam. A teraz mam szukać zagubionego grzdyla w wielkim, nieznanym sobie lesie. To tak co najmniej z jeden level w górę i kilkukrotnie większe prawdopodobieństwo pecha.
        - Ostatnio weszłam ledwie na skraj lasu i jakby to powiedzieć, wdepnęłam w sytuację, w której kusza bardzo by mi się przydała. A teraz mam biegać PO lesie.
        - Wiesz, pozbawieni skrupułów mordercy z TWOJEGO wymiaru raczej nie rozmnażają się przez podział poprzeczny, więc jesteś bezpieczna. W Lesie Eel nie ma niebezpiecznych stworzeń.
        - Chcę to na piśmie.
        - Co? – patrzy na nie jak na idiotkę.
        - Chcę to na piśmie. Żeby móc, jeżeli przeżyję potencjalny atak wrednego czegoś-tam, wepchnąć ci pergamin tak głęboko w dupę, że wyjdzie drugą stroną.
        Elf przewraca oczami, ale wyjmuje z szuflady jednego ze stołów laboratoryjnych skrawek pergaminu i zapisuje na nim „Ja Ezrael E’Tramal, prefekt Straży Absyntu niniejszym oświadczam, że zarówno w lesie Eel jak i jego okolicach nie zamieszkują żadne agresywne, stanowiące realne zagrożenie stworzenia”, a pod spodem podpisuje się. Podpis elegancki, z wielkim zakrętasem i okropnie duży.  Odzwierciedlający ego właściciela.
        - Proszę. Zadowolona?
        - Bardzo.

***

        Szukanie jakiegoś kappy po lesie. Misja akurat dla takiego nowika jak ja, który nie zna okolicy, a realia zostały mu przedstawione tylko w teorii. Lekko, łatwo i… Mokro. Nadal pada. Najwyraźniej rozbicie Kryształu podziałało również na pogodę, bo ta ponoć nagle zrobiła się wyjątkowo kapryśna. Po tygodniach upału pierw zaczęło ulewnie lać, a teraz siąpić. Zdarzają się słoneczne chwile, a warstwa chmur już nie przypomina grubością makijażu prezenterów z telewizji śniadaniowej, ale ciągle coś tam kapie, mży i pada. Na północy przerwało tamę i podtopiło miasteczko, dzięki czemu mogę na dłuższą chwilę zapomnieć o Valkyon’ie, który jutro wyrusza ową wioskę ratować, a przez co mam szkolenia z Ezrael’em. Ratować w sensie, że organizować pomoc humanitarną oraz pomagać ze zwalczaniem szkód, gdy woda opadnie. To chyba jakiś ważny dla Straży punk, bo wraz z nim wysyłają sporo luda. Najwięcej pojedzie strażników z Obsydianu, w końcu większość prac przy tamie wymaga siły, ale i lekarze z Absyntu będą mieli co robić. Niestety Ezrael nie specjalizuje się w medycynie, więc zostaje na miejscu.
        Ubrana w czarną, cieniową pelerynkę wychodzę przed Kwaterę Główną, przed którą czekają na mnie dwie kolejne, zakapturzone postacie. Trzy Czarne Kapturki ze Straży Cienia. Wszystkie trzy niemal jednakowego wzrostu – trochę to dobijające, biorąc pod uwagę, że jestem sporo od nich starsza – podobnej budowy, ale tylko ja z koszyczkiem. Obym nie spotkała wielkiego, złego wilka.
        - Cześć wam – burczę pod nosem. – Co robimy?
        - To co było w zleceniu – Karenn błyska zębami w szerokim uśmiechu, powoli ruszając w stronę głównej bramy. – Idziemy do lasu i szukamy małego kappy. Wyjaśnili ci, co to kappa?
        - Tak-jakby mały, śmierdzący człowiek-żółw?
        - Tak, coś w tym stylu.
        - Dwuletni kappa w lesie, chyba kogoś pomyrdało. – Chromy krzyżuję dłonie na piersi i przybiera pozę wszystkowiedzącego nastolatka w okresie buntu, na widok której z miejsca mam ochotę trzasnąć go w łeb. Jak Nevra… Ugh. Mam coś wspólnego z Nevrą to przerażające. – Pewnie stara Gramw znów najadła się grzybów i popiła pieprznym winem. Strata czasu.
        - Ja przy okazji nazbieram ziółek, więc nie taka strata czasu. A co do tego, co robimy, chodziło mi o konkretny plan działania. Rozdzielamy się czy idziemy w grupie. Drzemy japy czy może darujemy sobie to, jako że mały i tak nas nie zna, i prawdopodobnie jest przerażony. Jeżeli w ogóle tam jest. Takie tam.
        - Oczywiście, że siedzimy cicho i się rozdzielamy. Po kiego grzyba mielibyśmy iść w stadzie?
        Arogancka postawa zbuntowanego nastolatka numer pięć, połączona z wymownym odrzuceniem na bok przydługiej grzywki i ledwo widocznym, ale nerwowym zerknięciem w stronę Karenn. Diagnoza? Trzynastoletni szczeniak zgrywający pana wyluzowanego, bo podoba mu się wampirza plotkara. Wysoce prawdopodobne pyskowanie, wymądrzanie się i robienie z siebie aroganta. Ech, hormony… To straszne, co potrafią zrobić z człowiekiem… Faery. Czy kim tam dokładnie Chromy jest.
        - Hm… Może dlatego, że jesteś, jak przypuszczam, czymś wilkołakopodobnym i prawdopodobnie masz niezwykle czuły węch? – burczę. –  Z którego to powodu możesz robić za swego rodzaju psa gończego, do czego ja, na ten przykład, nie jestem zdolna?
        - Jestem wilkołakiem ty człowiekopodobny wyrobie – warczy kładąc po sobie uszy i strosząc ogon. Wygląda przy tym komicznie. – I nie mam zamiaru być żadnym psem gończym czymkolwiek ten pies nie jest.
        - Wiesz, że ona jest tu od niecałego miesiąca, więc to normalne, że nie potrafi na pierwszy rzut oka rozpoznać, kto należy do jakiej rasy? – Zwraca mu uwagę Karenn, na co ten natychmiast potulnieje, a jego policzki zalewa lekki rumieniec. Wampirzycę wyraźnie to bawi. – A pies to taka bestia z ziemskiego wymiaru. Towarzysz ludzi, pomaga w chronieniu stad zwierząt hodowlanych, pilnuje domostw i często jest wykorzystywany jako tropiciel. Zdaje się, że z wyglądu to coś podobnego do blackdoga.
        Do tego istnieją dziesiątki obelg sugerujących, że ktoś jest psem, ale chyba daruję sobie tę wiadomość. Swoją drogą Karenn ma niezłe rozeznanie. Chociaż, biorąc pod uwagę jej żywe zainteresowanie ziemskim wymiarem, to nic dziwnego. Prawie za każdym razem, gdy ją widzę, wypytuje mnie o coś.
        - Znaczy, że rozdzielamy się i szukamy każde na swoją rękę, a ja przy okazji odwalam robociznę dla Ezrael’a tak?
        - Tak – przytakuje Karenn. – Wiesz, mój węch nie wiele ustępuje temu Chrome’a…
        Ach, więc to Chrome, a nie Chromy. Może zapamiętam.
        -… Więc to bez sensu, żebyśmy chodzili w grupie. Zresztą ty masz jeszcze nazbierać ziółek dla Ezraela, więc niekoniecznie będzie ci po drodze z naszymi tropami. Właściwie to lepiej skup się na tych ziółkach, bo jak Ez ich nie dostanie, to będziesz miała go na głowie co najmniej przez tydzień…
        - Jeżeli dobrze pójdzie – dorzuca Chrome.
        -…A jeżeli zbierając je znajdziesz coś interesującego, to dobrze. Jeżeli nie to trudno.
        - Też tak myślę. A robimy jakąż zbiórkę przed powrotem czy coś? – pytam.
        - Mamy na poszukiwania dwie godziny, bo jak powiedział już Chrome, prawdopodobieństwo, że w lesie naprawdę błąka się maleńki kappa jest nikłe. Zbiórka… Najlepiej będzie spotkać się przy wejściu z lasu.
        Przytakuję. Pewnie robię z siebie ofiarę wypytując ich o wszystko, ale nie mam zamiaru dać Ezraelowi najmniejszych szans na podśmiewanie się ze mnie. Przynajmniej nie na uzasadnione podśmiewanie.  Poza tym powinnam troszeczkę pozgrywać pannę niepewną, w końcu mam udawać względnie normalną, prawda?
        Deszcz sprawił, że brukowana białymi kamieniami ścieżka jest śliska, więc trzeba uważać. Jednak nie licząc tego, nie mam nic przeciwko mżawce.  Powietrze jest czyste i – jak to mówiła moja babcia – miękkie, dzięki czemu cudownie się oddycha. Peleryna, chociaż cienka i delikatna, doskonale chroni przed wilgocią, podobnie jak mundurowe oficerki. Owady nie naprzykrzają się, co nieustannie czyniły w trakcie upałów. Do tego wokół panuje cudowna cisza …
        Czy raczej panowałaby, gdyby Karenn nie trajkotała jak najęta.
        Zaczęło się od podpytywania mnie o „incydent z Valkyonem”, który zyskał małą sławę w KG. Sporo osób miało niezły ubaw obserwując jak wieję na mur, a potem wściekła  i zbolała ostrzeliwuję swojego trenera, wyzywając go od psycholi i wrzeszcząc, że jak zbliży się do mnie to przestrzelę mu ten „socjopatyczny łeb”. Przyznaję, musiało to wyglądać komicznie. Szczerze powiedziawszy to nawet dla mnie jest to teraz odrobinę zabawne, szczególnie, kiedy przypomnę sobie spłoszoną minę usiłującego mnie przepraszać Valkyona. W każdym razie, bez oporów opowiadam jej o wszystkim – znając życie, ta mała paskuda już dawno o wszystkim wie, a teraz tylko chce uzupełnić informacje o moją wersję. Historię wykładam dość barwnie i dramatycznie, nie szczędząc sobie autoironii, a Valkyonowi zjadliwych komentarzy. Rozbawiona Karenn zaczyna chichotać i rzucać dziesiątkami żartów, wprawiając Chrome’a w zmieszanie. Zdaje się, że Valkyon jest dla chłopaka idolem czy kimś takim, więc z jednej strony usiłuje go bronić, ale z drugiej nadal próbuje nadskakiwać wampirzycy. Karenn bez trudu to zauważa, a że najwyraźniej ma nastrój na zabawę w małą sadystkę, zaczyna mnie dalej podpytywać. Pierw o to czy będę tęsknić za Valkyonem, kiedy ten wyjedzie, a potem ogólnie o moich opiekunów i chłopaków. Cel tego jest prosty. Po kilku pytaniach szybko przerzucić uwagę na Chromea i zacząć wypytywać go o dziewczyny. Oczywiście Chrome prędzej skoczy z mostu niż od tak przyzna się do słabości wobec Karenn, o czym ta doskonale wie. Z radością patrzy jak ten wije się przy każdym pytaniu i aluzji, nabierając barwy dojrzałych pomidorów. Osobiście nie widzę we wprawianiu chłopaka w zażenowane nic zabawnego. To okrutne, biorąc pod uwagę jego zauroczenie wampirzycą. Nie odwzajemnia jego uczuć – ok, ale po co naigrywa się z niego?
        Brr, aż mi się przypomniała szkoła. Nigdy nie lubiłam tematyki romantycznej i unikałam zalotów jak ognia, więc przezywano mnie „kamienne serce” i „królowa lodu”, ale naprawdę lepsze to-to niż ryczenie tygodniami, bo jakiś pięknolicy dupek złamał ci serce. Ba! Nie tylko złamał serce, ale i ośmieszył przed całą szkołą. W końcu to, że ktoś mało ładny o niskim statucie towarzyskim śmie POWAŻNIE pomyśleć o pławiącym się w popularności bożyszczu, to prawdziwa obraza! Potwarz! Zdrada stanu! I trzeba takiego kogoś obowiązkowo ukarać. Najlepiej doprowadzić do łez na oczach dziesiątek ludzi.
        Ech, czy to normalne, że już mając dziesięć lat nie znosiłam nastolatków i do tej pory mi nie przeszło?
        Pozwalam wampirzycy przez jakiś czas męczyć chłopaka, nie chcąc wydać się jej niemiła, ale w końcu interweniuję na tyle, na ile mogę:
        - Karenn, nie wiesz może czy coś odkryli odnośnie tego mężczyzny, którego… No… Którego zabiłam – pytam.
        - Nie – odpowiada najwyraźniej całkiem wybita z rytmu. – A czemu chcesz wiedzieć?
        - Podobno ci obcy mają sposób na swobodne poruszanie się między Eldaryą, a ziemskim wymiarem, a ja bardzo chciałabym wrócić do domu. Myślałam, że może coś znaleźli, jakiś ślad. Ezrael spędził bardzo dużo czasu na oględzinach ciała. Miałam nadzieję, że na coś wpadł.
        - Niestety nie, przykro mi.
        Nie liczyłam na inną odpowiedź. Gdyby znaleziono jakie ślady, powołałoby specjalną misję, żeby je zbadać, a niestety nic takiego nie miało miejsca – jedynie rozdysponowano Strażników na dodatkowe straże i patrole oraz powołano niewielką ekipę śledczych, która goniła w piętkę. Wiem to na pewno – mimo wielu zabezpieczeń, dokumenty z danymi o misjach nie są zbyt dobrze chronione. Jeżeli wśliznąć się do pokoju, w którym urzędują Ykhar i Kero, poczekać aż ci wyjdą, to można naprawdę wiele zdziałać. Oczywiście zamki szafach z dokumentami są porządne, a te na drzwiach jeszcze porządniejsze i zabezpieczone zaklęciem, więc włamanie z zewnątrz raczej by nie przeszło. Ale ani Ykhar, ani Kero nie zaglądają za stojący w rogu regał, a mając do dyspozycji całą noc można poradzić sobie na spokojnie z prawie każdym, niemagicznym zamkiem. Trzeba jednak przy tym pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze przed całą akcją nie wolno pić, bo jak się zechce w środku nocy siku, a się nie będzie mogło wyjść, to będzie źle. Po drugie nie zasypiać – może i gospodarze przybytku nie zaglądają za regał, ale mają dobry słuch i chrapanie bez problemu usłyszą.

Offline

#96 12-10-2017 o 20h14

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

Pamiętam, jak tłumaczyłaś, że odcinki starasz się dodawać co jakiś określony odstęp czasu. Ale naprawdę nieźle z nimi gonisz — jak tak dalej pójdzie, to niedługo zabraknie ci zapasowych odcinków i będziesz pisała na bieżąco /static/img/forum/smilies/big_smile.png Odcinek mający 25 stron? Wooooow! Już rozumiem, czemu je dzielisz XD
EJ FUU NIE KAŻ MI SOBIE WYOBRAŻAĆ KITY EZA TAK JAK JĄ OPISAŁAŚ XD Moim zdaniem to po prostu grzywka + reszta luźnych, krótszych kosmyków, ale po rozpuszczeniu to normalne długie włosie. BŁAGAM, trzymajmy się tej wizji, ok? :< XD W sumie Liwia po każdym leci równo, więc aż sobie sprawdzę, kogo masz w grze na WS. To absolutnie nie musi mieć żadnego wpływu na fabułę i pewnie nie ma, ale ciekawość mnie bierze. I wiesz co? Odpowiedź w ogóle mnie nie zdziwiła. xDDDD
„Tyle, że zamiast ust mają jakby ptasie dzioby” — taka ciekawostka: „tyle że” działa tak samo jak „mimo że”, „zwłaszcza że” itp. — traktuje się to jako całość, więc nie oddziela się tego przecinkiem. „Chyba, że jesteś większą idiotką niż na to wyglądasz.” — tutaj dokładnie tak samo /static/img/forum/smilies/wink.png
„ładować mnie w tą misję, hę?” — tĘ misjĘ c: To łatwa zasada, a przydatna.
E’Tramal? Ładnie brzmiące nazwisko. Też jakiegoś dla elfa szukam, bo mi się przyda, chociaż w baaaardzo dalekiej przyszłości.
„zapomnieć o Valkyon’ie” — tu apostrof nie jest ci potrzebny, bo nie masz przed nim samogłoski.
„a przez co mam szkolenia z Ezrael’em” — tu dokładnie to samo.
„To chyba jakiś ważny dla Straży punk” — punk’s not dead! „punkt” c:
‘Mam coś wspólnego z Nevrą to przerażające” — walnij przecinek przed „to”.
Heh, a to ciekawość: już drugim raz napisałaś „Ezarel’a”, a za trzecim razem napisałaś już poprawnie, bo „Ezarela” :v
Nie umiem tego… wyjaśnić… Dobra, jednak umiem. Bo chciałam napisać, że ten odcinek bardzo mi się podobał, mimo że też jest dość… hm, teoretyczny. Ale to pewnie wina Ezarela :v Sam fakt, że się pojawił, czyni odcinek lepszym. Głupie, nie? Bardzo. Tak czy siak miło się czytało, ale to w sumie jak zwykle. Ciekawam, czy z tej misji znowu wyjdą takie brudy jak poprzednio. Całkiem prawdopodobne, skoro twierdzisz, że potem będzie się działo coraz więcej. Zobaczymy, zobaczmy! Tyle ode mnie c: Czekam na kolejną część i pozdrawiam! c:

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (12-10-2017 o 20h14)

Offline

#97 17-10-2017 o 20h58

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

@Methrylis - no niestety jak już zacznę pisać, to nie wiem, kiedy przestać. WS jako-takiego nie mam, bo żaden z chłopaków nie podbił mojego złego serducha, ale akcje z eliksirem odwaliłam z Ezem, bo staram się w grze postępować logicznie (aczkolwiek to nie jest proste) więc do alchemii wzięłam alchemiika. Dlatego też, żywiąc dożywotnią urazę do Miiko i trójki cieci, mam zamiar jechać ich na każdym kroku. Ciekawe czy wyjdzie z tego coś ciekawego czy polecą w standardowy scenariusz candypasty "nienawiść nie prowadzi do niczego dobrego, powinnaś być słodka, wybaczająca i z miejsca wybaczać, dlatego fundujemy ci byle-jak/ew smutnawy koniec historii". (Tak, wiem, że nie dostanę przez to ilustracji, ale mogę sobie je pooglądać na wiki więc systko mi jedno ;] )
A co do kucyka Eza... Wiesz, to nie będzie najstraszniejsza rzecz jaka mu zrobie w tym rozdziale. Brace yourself, P[antyspoiler]C! is coming" xD


Rozdział 5 (cz 4)

        Docieramy do lasu i każde idzie w swoją stronę. Ja na zachód, Karenn na północ, Chrome na południe. Nareszcie. O ile mam pewne obawy co do samotnego błąkania się po lesie, o tyle cudowna, wypełniona nielicznymi, ptasimi trelami i szmerem deszczu cisza to balsam na moje uszy. Paplanina Karenn jest jeszcze bardziej uciążliwa niż ta Alajei – wampirzyca ma od niej wyższy, bardziej szczebiotliwy głos i mówi o wiele więcej. Wyraźniej, mniej chaotycznie, ale dużo, dużo więcej. No i Chrome. Z niego też niemała gaduła. Naprawdę zaczynam rozumieć czemu działa Nevrze na nerwy.
        Zagłębiam się pomiędzy drzewa, jednocześnie rozglądając się za ziołami z listy Ezaela. Moje pierwsze wrażenie z dnia, kiedy wraz z Merrym szukałam Fluffy’ego, umacnia się. Wszystko tutaj potwornie przypomina Ziemię. Drzewa są podobne do topoli, olsz i grabów, a paprocie to przerośnięte, fioletowawe orlice i miniaturowe pióropuszniki strusie. Właściwie jedynymi fantastycznymi elementami są tu różnobarwne, przeważnie fioletowe i czerwone mchy oraz cudaczne grzyby. Ta ziemskość nieco odpręża, ale staram się nie tracić na czujności. W każdym razie z minuty na minuty leśna wędrówka jest coraz przyjemniejsza. Ech, przypomina mi to nasze rodzinne włóczęgi. Rodzice byli zapalonymi grzybiarzami, a także zbieraczami wszelkiego rodzaju jadalnych jagód i orzechów. To teraz jest niemal identyczne jak na wyprawawach z nimi… Z tym, że tutaj nie ma jadowitych, wielonogich jaszczurek i żyjących w rojach, maleńkich kolibrów-kamikadze jak w domu. Nie, żeby mi ich brakowało.
        Zioła, a właściwie zioła, grzyby i porosty z listy Ezraela są łatwe do znalezienia. Tak jak doradzali mi Chrome i Karen, rozglądam się przede wszystkim za nimi, a sprawę kappy traktuję na zasadzie „jak mi wpadnie pod nogi to dobrze, jak nie to jeszcze lepiej”. Szczerze powiedziawszy, jeżeli maluch jest gdzieś tutaj, wolałabym go nie spotkać. Mam dość niespodziewanych wydarzeń w swoim życiu. Niech Karenn albo Chrome pobawią się w bohaterów, ja wymiękam. Mnie starczy odprężający spacerek po lesie i mina tego zarozumiałego, elfiego wypierdka, kiedy przyniosę mu te jego wszystkie zielska. Prawidłowo zebrane, zabezpieczone i spakowane. Może odwali się z tymi swoimi durnowatymi tekstami chociaż na dzień czy dwa.
        Odwali się… Liwia, kogo ty oszukujesz?
        Z minuty na minutę koszyk coraz bardziej się wypełnia i staje się coraz cięższy. W  końcu mam już wszystko, a nawet nie upłynęła godzina. Mogłabym się pokręcić jeszcze trochę w koło, poszukać małego żółwika, jednak wolę nie ryzykować, że go znajdę. Albo że coś wielkiego, złego i głodnego znajdzie mnie.
        Ostrożne, nie spiesząc się, podziwiając widoczki i uważając na wszystkie szmery, szelesty i podejrzane dźwięki wracam po swoich śladach. Jeżeli dobrze pójdzie, na owo wracanie zmitrężę ponad godzinkę bez pakowania się w dziwaczne historie.
        Kurcze, muszę przyznać, że miło tak od czasu do czasu wyjść za bramy KG i pospacerować. Po historii z crylasmami nie miałam dużej ochoty wychodzić, zresztą sposobności do tego też nie było wiele. Ogłoszono stan podwyższonej gotowości i swobodnie poruszać się po Eel mogli jedynie niektórzy Strażnicy oraz uprzywilejowani handlarze purrekos. Wyjątek od reguły stanowiły wycieczki do Wioski Eel, a konkretniej rzecz ujmując do tamtejszej karczmy, gdzie też zostałam wyciągnięta przez niepomne na moje protesty Karenn i Alajeę. Skąd ten wyjątek? Ano stąd, że w ostatnich miesiącach stanów podwyższonej gotowości w Straży jest całkiem sporo, a i godziny policyjne zdarzają się coraz częściej. Strażnicy są znów zwykłymi ludźmi… Znaczy ten, no, zwykłymi faery, na których niestety spadło spore ciśnienie, no i muszą gdzieś spuścić pary. Poza tym owe wycieczki, kiedy zostaje ogłoszony stan podwyższonej gotowości, odbywają się góra dwa razy w tygodniu i są ściśle organizowane. Co to znaczy? A parę rzeczy, między innymi obowiązek noszenia broni, wyjazdy i przyjazdy do i z karczmy jedynie specjalnie do tego przeznaczonym wozem w wyznaczonych porach, powrót do KG przed godziną policyjną czy też raczej strażniczą oraz srogie kary  dla wszystkich, którzy się nie zastosują.
        Karczma to bieda, towarzystwo plotkującej o facetach Karenn to horror. Tu, na zewnątrz wśród kapania deszczu jest o wiele przyjemniej. Zamiast zapachu kwaśnego zapachu kiepskiego piwa i przepoconych ciał, świeże powietrze, zamiast gwaru i pijackich śmiechów ptasie śpiewy…
        I przypominający krzyk skrzek oraz głuche warkoty.
        Zaraz, zaraz. Przecież ledwie dziesięć minut temu przechodziłam tędy i nic. Cisza, spokój, zero podejrzanych rzeczy. Co jest do diaska?
        Powinnam to olać. Odwrócić się plecami, dbając o bezpieczeństwo swoje i pośrednio Lidii, a w raporcie z misji napisać, że nic nie widziałam, nic nie słyszałam, nic nie wiem. Powinnam. Rzecz w tym, że dwuletni, zagubiony w lesie dzieciak, którego – przynajmniej z tego, co zrozumiałam – w ogóle nie powinno być w Eel, trochę mnie rusza. Od dwulatka nie można wymagać większego ogarnięcia, w związku z tym nie władował się w kłopoty z własnej winy. To nie podążający za głosem autodestrukcji, proszący Prawo Darwina o anihilację Mery. Co prawda wolę unikać dzieci do lat pięciu, czyli wszystkich, które mają w zwyczaju wypróżniać się pod siebie, a opieka nad nimi wymaga sporych nakładów czasu, uwagi i cierpliwości, ale w tym wypadku to nie argument.
        Ech… Sprawdzę to, inaczej sumienie nie da mi żyć, chociaż pewnie będę tego żałować. Ten warkot jasno mówi, że jest tam coś wielkiego i prawdopodobnie liwiożernego. Pewnie albo owo coś zeżre mnie, kiedy będę próbowała pomóc kappie, o ile to kappa – a znając moje szczęście to on/ona – albo będę biernie patrzeć jak rozrywa malca na strzępy… I dołączę kolejną, paskudną traumę do kolekcji rzeczy, które prześladują mnie w koszmarach.
        Daj Instancjo Wyższa, żeby to były jakieś dwa zwierzaki. Niech to nie będzie kappa, proszę, proszę, proszę…
        Skradam się w kierunku dźwięku, przy czym muszę nadrobić trochę drogi, żeby iść pod wiatr. Cokolwiek tam jest, lepiej, żeby mnie nie zwietrzyło. Niestety, kiedy zawiewa w moją stronę, czuję okropny zapach. Jakby bardzo starego, pleśniejącego sera. Ewentualnie skarpet taty. Ezrael mówił, że kappy śmierdzą, zatem…
        No tak, zgadza się. Z grubsza humanoidalny żółw o ptasim dziobie, na oko dzieciaczek,  do tego przestraszony i wyraźnie wyczerpany. Cholera by to wzięła. Jakby tego było mało wokół niego krążą trzy czerwonookie, czarne wilki na sterydach. Podwójna, a nawet potrójna cholera by to wzięła i to do samych, trawionych zgagą trzewi piekieł.
        Bałam się, że znajdzie mnie wielki, zły wilk. Poprawka. To ja znalazłam wielkiego, złego wilka i to razy trzy. Do tego kappa. Normalnie taka plaga urodzaju, że aż nie wiem co robić… I taki elfi zasraniec powie ci, a nawet da na piśmie, że niby w lesie Eel nie ma nic groźnego. Wepchnę mu te jego oświadczenie w dupę jak nic. Wepchnę i przybiję z obcasa.
        Jasna cholera, co robić? Te bestie rozerwą mnie na strzępy, jak tylko zobaczą, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Kappa jeszcze żyje tylko dzięki swemu aromatowi okrutnie brudnych skarpet i temu, że „wilki” walczą między sobą, najwyraźniej nie mając zamiaru dzielić się tak małą zdobyczą.
        Chyba jedyne, co mogę zrobić, to pobiec po pomoc, ale naprawdę wątpię, że maluch tu będzie, kiedy wrócę.  Cholera by to… Gdybym miała ze sobą kuszę, rozwaliłabym te czarne zarazy, a tak jestem bezradna. Dzięki ci panie „nie wydajemy broni przy takich misjach”.
        Szelest z tyłu, szmer, uczucie bycia obserwowaną. Odruchowo chwytam jakiś kamień i gwałtownie odwracam się gotowa do ataku, cokolwiek na mnie nie czyha.
        Opancerzona łapa chwyta mnie za przegub dłoni, a nad moją twarzą zawisa metalowe oblicze o czerwonych, jarzących się oczach. Nieznajomy z lochu… Tak jak poprzednio zapuszkowany lepiej niż niejedna konserwa. Tym razem uzbrojony – przy jego boku wisi morgensztern o podłużnej, stanowiącej dwie trzecie maczugi głowicy.
        Morgernsztern, broń zapewne o wiele mniej popularna od mieczy czy chociażby toporów, ale lepiej sprawdzająca się od nich przy starciu z bestiami. Przewidział/zaplanował to czy może zabrał pałkę ze sobą, bo miał coś do załatwienia w lesie, a nie chciał ryzykować?
        - Odciągnę je, a ty zajmij się małym – odzywa się metalicznie zniekształconym przez hełm, ale z całą pewnością męskim głosem. Czyli opcja, że to wielka baba odpada. – Ach i weź to. Przyda ci się potem.
        Wrzuca mi do koszyka kawałek kryształu, chyba tego samego, który stoi w KG, po czym bez słowa rzuca się między bestie. Uderza jedną, a potem drugą i daje w długą. To, aż niesamowite, jak szybko potrafi biegać w tej puszce.
        „Wilki” zaczynają ścigać Nieznajomego, a ja, pozbawiona dużego wyboru, pędzę do małego śmierdziela. Niestety jedna z bestii zawraca. Bez chwili namysłu zarzucam sobie kappę na plecy, który na szczęście jest na tyle bystry, żeby zacisnąć kończyny wokół mnie i pędzę w kierunku najbliższego drzewa, czegoś w rodzaju porośniętej różowymi gruszkami wierzby. Masywne szczęki zwierza mijają moją nogę o milimetry, kiedy wspinam się po gładkim i zdradliwie śliskim pniu. Na szczęście jestem wspinaczkową ekspertką, więc raz-dwa i siedzimy bezpieczni w koronie drzewa. Ja, kappa… I koszyk.
        Zaraz, zaraz? Czy ja się wspinałam po cholernie śliskim, gładkim pniu, kiedy ścigało mnie wielkie ludożerne psisko, tachając ten koszyk?! Po kiego grzyba?
Nieważne, fakt, że jestem tu, bezpieczna pomiędzy gałęziami. Drzewo ma szeroką koronę, a konary rozchodzą się w taki sposób, że można dość wygodnie i bezpiecznie ulokować się między nimi. Właściwie to mogłaby tutaj nawet spać, aczkolwiek mam nadzieję, że do tego nie dojdzie.
         „Wilk” nadal krąży wokół drzewa, ale w końcu sobie pójdzie. Musi, jeżeli chce zachować dobrą kondycję. Ja mogę siedzieć tu dzień, dwa, a on, drapieżnik, jak przez ten czas nic nie zje, opadnie z sił i nie będzie potrafił polować. Brak wody może być małym problemem, ale podobne owoce, jak te na wierzbie, widziałam w stołówce, więc obstawiam, że są jadalne.
        Swoją drogą ciekawe, kiedy zaczną mnie szukać? O ile w ogóle zaczną, w końcu moje zniknięcie mogą potraktować jak pozbycie się problemu.
        Lokuję się nieco wygodniej między gałęziami, zdejmuję kappę z grzbietu i sadzam go sobie między nogami. Mały, zielony okrutnie śmierdzący ludzikowy żółwik o ptasim, ubabranym czymś różowym dziobku. Różowym i pachnącym owocami… Chyba maluch jadł wierzbowe gruszki. To już wiem, skąd się wziął pod tym drzewem, pytanie tylko jak trafił do Eel.
        Hm… Nie sprawia wrażenia chorego, więc chyba mogę spokojnie założyć, że gruszki nie są trujące.
        Maluch wlepia we mnie wielkie, pełne strachu i ciekawości ślepia. Pod nimi widnieją sińce zmęczenia, a zielona skóra, kiedyś pewnie gładka i sprężysta, jest wiotka, cienka, pokryta drobnymi rankami, otarciami i sińcami. Do tego waga… Nie wiem, ile kilogramów powinien mieć kappa w tym wieku, ale ten na pewno ma ich za mało. Wychudzenie, zmęczenie… Mały musiał błąkać się co najmniej tydzień, dwa.  Nikt nie zauważył jego zniknięcia? Porzucono go? A może jego rodzice zginęli?
        Ech, nie dojdę do tego, a mały nic mi nie powie.
        - Spokojnie. Z mojej strony nic ci nie grozi. Jestem przyjacielem – posyłam mu uspokajający, mam nadzieję, uśmiech. – Na razie jesteśmy bezpieczni, ale póki ten czarny zwierz krąży tam na dole, lepiej nie schodzić. W końcu się znudzi i pójdzie sobie, ale trochę tu posiedzimy.
Mały wydaje z siebie dźwięk przypominający gołębie gruchanie, ale chyba rozumie, bo nieco się rozluźnia, a strach w jego spojrzeniu coraz bardziej ustępuje ciekawości. W każdym razie nie stawia większego oporu, kiedy poddaję go dokładniejszym oględzinom.
        Hm… Jest nieco poobijany, ma potłuczone kolano, rozbity łokieć, parę niezbyt ładnych rozcięć oraz mnóstwo niewartych większej uwagi siniaków, otarć i zadrapań. Wśród ziół dla Ezraela znajduje się parę leków na rany w tym krwawa pokrzywka, którą wystarczy rozetrzeć i wsmarować w skaleczone miejsca. Z tego, co pamiętam, daje natychmiastową ulgę, odkaża i przyspiesza regenerację.
        Rozetrzeć pokrzywkę… No cóż,  rozetrzeć jej nie mam jak, ale przerzucie paru liści powinno załatwić sprawę. W prawdzie smarowanie kogoś swoją plwociną jest obrzydliwe, ale w końcu ślina zawiera mnóstwo antyciał i innych rzeczy wspomagających gojenie – dlatego zwierzęta liżą swoje rany. Poza tym, siedząc na drzewie, nad krwiożerczym, wilkopodobnym stworem raczej nie można pozwolić sobie na wybrzydzanie. Miejmy tylko nadzieję, że elfowy dupek przeżyje stratę jednej-dwóch roślin.
        Ugh… Smak zioła jest okropny. Jednak, tak z dobrych wiadomości, ma całkiem odświeżający zapach, w dodatku wydaje się działać. Posmarowane rany natychmiast przestają krwawić i się ślimaczyć, a rumień wokół nich zanika. No i kappa sprawia wrażenie zadowolonego z moich poczynań, znaczy mniej go boli.
        Wysmarowanego malca sadzam bliżej siebie i opatulam peleryną. Jak na zawołanie zrywa się wiatr, mżawka przybiera na sile przechodząc w porządny deszcz, a chwilę później w ulewę. W oddali słuchać grzmot.
        No pięknie. Utknęłam w środku lasu, na drzewie, a idzie burza. Naprawdę, do szczęścia jedynie piorunów mi brakuje. Już dawno nie doznałam porządnych porażenia i poparzeń. A ta wredna, czarna bestia nie zamierza sobie pójść. Chyba ma nadzieję, że wiatr nas strząśnie.

Offline

#98 17-10-2017 o 21h17

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

O Boże, po tej odpowiedzi już się boje, co ty zrobisz temu mojemu ulubionemu elfowi xDDD
Liwia to ma szczęście, nie ma co XD Podejrzewałam, że na biedną trafi i znajdzie malucha. Nie wspominając o tym, że przy okazji natknęła się na jakieś potworki.
O ty w mordę kopaną, Nieznajomy? /static/img/forum/smilies/yikes.png No proszę, już prawie o nim zapomniałam. No dobra, bez „prawie” — całkiem o nim zapomniałam. I co on taki milutki, że nawet jej kawałek kryształu dał?
„To, aż niesamowite, jak szybko potrafi biegać w tej puszce.” — ten pierwszy przecinek wywal.
„W oddali słuchać grzmot.” — ‘słychać’
No cóż, przyznam, że to nieciekawa wizja siedzieć na drzewie w czasie burzy :v Być może Nieznajomy wróci. Albo ktoś inny ją znajdzie — pewnie tak, bo jakoś wydostać się musi. Ale serio, o gruszkę chodzi temu gościowi w zbroi? Hmmm… mam nadzieję, że będzie się częściej pojawiał, bo jestem bardzo ciekawa, jaką historię mu stworzyłaś i jaką rolę będzie tu odgrywał.
No nic, tyle ode mnie. Czekam na kolejną część i pozdrawiam! C:

Offline

#99 22-10-2017 o 12h00

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

@Methrylis: Co zrobiłam twojemu ulubionemu elfowi /static/img/forum/smilies/big_smile.png. A gruszek tu pełno, ale raczej nie o nie Nieznajomemu chodziło. Gdyby chodziło zamiast morgernszterna miałby koszy... I ewentualnie czerwony kapturek /static/img/forum/smilies/big_smile.png A pojawiać się będzie pojawiał. Nieszczególnie często, ale jednak.


Rozdział 5 (cz 5)


        Obejmuję nogami najbliższy konar, jedną ręką przytrzymuję się gałęzi , a kappę przyciskam do siebie ramieniem… Jednocześnie trzymając koszyk, w którym spoczywają zioła i ten zakichany błękitno-różowy kryształ.
Odłamek Kryształu, jeden z tych, których tak bardzo poszukuje Straż. Czemu Nieznajomy mi go dał? I skąd go miał? Nasłuchałam się o nim wielu plotek i to samych nieprzyjemnych. Postać w czarnej ni to demonicznej, ni to smoczej zbroi, zawsze zwiastująca kłopoty. Osoba spowita tajemnicą i przewyższająca ją złą sławą. A jednak wypuścił mnie z lochu, a dzisiaj pomógł mi z „wilkami”. Nie mam złudzeń – na pewno ma w tym swój interes. Już dawno nauczyłam się nie ufać cudzej dobroci. W każdym razie ocalenie małego i zdobycie kryształu powinny pokazać mnie Straży w dobrym świetle. Świetnie, ale czemu temu gościowi zależy, żebym zapunktowała u nich? Liczy na wdzięczność czy może chodzi o coś więcej?
        Może lepiej byłoby, gdybym wyrzuciła ten kryształ. Jeżeli teraz cisnę go w krzaki, nikt się nie dowie, że kiedykolwiek miałam go w rękach. A czy inni go znajdą czy nie, to nie moja sprawa. Może dla faery to wielkie niewiadomo-co, ale dla mnie to tylko kolorowe szkiełko… Emanujące jakąś dziwną, nieprzyjemną energią.
        Burza, chociaż gwałtowna i intensywna, szybko mija. Szczęśliwie tym razem pech zapomniał o mnie: nie zostałam rażona piorunem, ani strącona z drzewa. No samo i drzewo jak stało, tak stoi. Jedynie parę gruszek spadło nabijając mi kilka niegroźnych siniaków, ale poza tym jestem cała i zdrowa. Nawet niespecjalnie zmoknęłam. Szkoda tylko, że smród kappy przesiąknął do szczętu każdy skrawek mojej odzieży. Po powrocie do KG czekają mnie porządne szorowanie i wycieczka do pralni.
        Maluch zaczyna się wiercić i kwilić, niestety nadal nie możemy zejść, bo „wilk” uparcie siedzi pod drzewem, obserwując nas z ponurym wyrazem pyska. Szczęśliwie kappa nie ma sił na wszczęcie porządnego buntu i szybko daje na wstrzymanie. Żeby zacząć łobuzować potrzebuje kilku solidnych posiłków i długiego, mocnego snu. Na razie nie mogę zapewnić mu ani jednego, ani drugiego. Wierzbowe gruszki na pewno zapełnią mu żołądek, ale nie odżywią właściwie. A co do snu… No cóż, dziubiąc wierzbową gruszkę powoli zaczyna przysypiać, ale mój podołek to nie porządne, ciepłe łóżko. A mnie go nie zastąpi twarda gałąź, chociaż powieki coraz bardziej mi ciążą…
        Nie, nie mogę zasnąć! Co prawda musiałabym się postarać, żeby stąd spaść, ale lepiej nie ryzykować. Poza tym mogą zacząć nas szukać, lepiej mieć oczy i uszy otwarte.

***

        No i przysnęłam. Nie wiem czemu, nie wiem jak, ale przysnęłam.  Przecież wczoraj położyłam się o normalnej porze, a dzisiaj nie robiłam nic szczególnie męczącego. Ta odrobina ruchu i świeże powietrze tak na mnie podziałały?
        Zaraz, zaraz… czemu mam wrażenie, że ktoś mnie…
        - Bezużyteczny człowieku! Ziemska zarazo! Halooo, odezwij się.
        …Wołał?
        Aha, odsiecz przybywa i to w najgorszej możliwej postaci. Jak Ezrael zobaczy mnie na tym drzewie czekającą na zbawienie i bezradną, to jak nie rąbnie tym swoim wrednym rechotem… Już chyba wolałabym Nevrę i jego niesubtelne aluzje, że niby z wdzięczności za ratunek powinnam oddać się jemu – pięknemu, cudownemu i tak dalej zbawcy.
        Mniej bolesne byłoby, gdybym została do jutra na tej cholernej wierzbo-gruszy, ale trzeba się zająć maluchem. Przeklęty los.
        - Tutaj! Tutaj jestem!!! – wołam.
        Czarna, spokojnie siedząca przy pniu bestia strzyże uszami spoglądając na mnie, potem w kierunku, z którego przed chwilą dobiegało wołanie, a teraz dobiegają szelesty, coraz głośniejsze przekleństwa i odgłosy kroków. Odczekuje kilka minut, po czym umyka w krzaki. Dosłownie pięć sekund później z gęstwiny wyłania się Ezrael.
        Elf nie jest w najlepszym humorze. Pewnie dlatego, że zmoknął, chociaż jakim cudem, skoro ma na sobie pelerynę, nie mam pojęcia. Widać to jakiś mistyczny, elfi talent. W każdym razie jasnym jest, kogo obwinia o swój stan. Mnie. Obwieszcza to wszem i wobec miną, spojrzeniem i mową ciała.
        - Ty zasrana, człowiecza małpo! Co robisz na tym przeklętym drzewie?! – warczy.
        - Grrru? – kappa budzi się, prostuje i spogląda ciekawie na elfa, który wyraźnie zaskoczony, ale nadal wkurzony unosi brwi.
        - Dobra, co robisz na tym przeklętym drzewie z tym kappą?! – prostuje.
        Ojojoj. Naprawdę ma zły nastrój. Nie sili się nawet na podłe dowcipy, tylko drze japę jak jeleń na rykowisku.
        - Zagonił nas tu wilk.
        - Wilk? O czym ty chrzanisz?! Wilki są na Ziemi!
        - Wielkie, czarne, czerwone ślepia, podobne do wilka, ale większe. Nie mam pojęcia, co t…
        - Próbujesz mi wmówić, że na drzewo zagonił cię blackdok? Tutaj? W Eel? Blackdog? Chyba sobie kpi…
        W tym momencie odzywa się karma i z krzaków wyłania się „wilk” czy jak powiedział Ezrael blackdog. Jedynie szelest liści i mój ostrzegawczy krzyk ratują elfa przed przygnieceniem wielkim, czarnym cielskiem – uskakuje dosłownie w ostatni momencie.  Niestety bestii udaje się trącić go barkiem i przewrócić. Blackdog atakuje powtórnie, ale pudłuje, dzięki mojemu celnemu rzutowi wierzbową gruszką – trafienie w wielki, wilczy łeb za dziesięć punktów. Przez ten czas Ez podnosi swój tyłek i odskakuje do tyłu. Niestety jedna rozwalona na łbie gruszka nie jest w stanie powstrzymać bestii, która głodna i zła spogląda krwawymi ślepiami na Ezraela i rzuca się na niego. Elf w przebłysku inteligencji zrywa z siebie pelerynę i ciska w zwierza, żeby zyskać odrobinę czasu. Niestety marnuje go na malowniczą ucieczkę w stronę gęstwiny. Blackdog dościga go jednym susem.
        Pomyślmy… Kto ma większe szanse w szaleńczym biegu o życie/posiłek – przemoczony, potykający się o korzenie elf czy wielka, leśna bestia?
        Ech, ta przeklęta moralność. Gdybym pozwoliła wilkowi zeżreć tego dupka, moja egzystencja w Straży mogłaby być o wiele łatwiejsza. Niestety staram się należeć do tych WZGLĘDNIE dobrych. Z bardzo dużym naciskiem na „względnie”.
Ciskam paroma gruszkami, jedną trafiając zwierza w łeb, a drugą w zad.
        - Na drzewo kretynie!!! – wrzeszczę.
        Co ten debil robi? Czemu on zawraca? Nie no KRETYN! Idiota, zamiast wspiąć się na pierwsze-lepsze drzewo biegnie do „mojego”. Mózg mu przyblokowało czy jak?
        Nawet sekundy w takich sytuacjach są cenne, a Ezrael marnuje je, jak zakupoholik kasę w trakcie sezonu wyprzedażowego. Nim dopada wierzby, bestia jest już za nim, a gdy zaczyna gramolić się – wspinanie nie należy do jego mocnych stron – na pień, ta zatapia kły w jego tyłach i zaczyna ściągać go w dół. Na to ja odsuwam od siebie kappę, ściskam udami najbliższą gałąź i zwisając głową w dół łapię cholernego elfa za ramiona i ciągnę w górę. Jednak mój chwyt jest niczym przy uścisku Ez’a, który łapie mnie jak ostatnią deskę ratunku, a traktuje jak ratunkową linę. Wspina się po mnie, nie zważając na moje zduszone okrzyki i protesty. Zostaję wyszarpana, zaliczam dwa solidne kopniaki w głowę, ale dupek wyrywa się z uścisku bestii. Niestety.
        Elfy… Wyższa kulturka, inteligencja i delikatność, sami gentelmani… Szlag by te stereotypy z literatury fantasy trafił. A przede wszystkim szlag by trafił jego. I mnie za te dobroczynne zapędy. Chciał zostać psią karmą? A kim do jasnej Anielki ja jestem, żeby niweczyć jego marzenia? Co mi do łba strzeliło?
        Podciągam się na gałęzi, na której leży czy raczej, przez którą przewieszony wisi zasapany elf, pokazując całemu światu wyzierający przez ogromne rozdarcie w mundurze, blady tyłek. No i nie dość, że zostałam skopana, to jeszcze szlag trafił piękne okoliczności przyrody.
        - Płaskodupcu, weź, zrób światu przysługę i już nigdy nie próbuj nikogo ratować, co?
        Wczepiony w gałąź Ezrael, spogląda na mnie wielkimi, wystraszonymi oczyma, w których połyskuje niezrozumienie. Tak bardzo przypomina teraz przerażonego, zagonionego na drzewo kociaka, że NIEMAL mi go żal. W każdym razie, dobrą chwilę zajmuje mu zrozumienie do czego piję. Kiedy w końcu dociera to do niego, zaczyna czerwieniec jak burak i szybko siada przywierając plecami do najbliższego konaru.
        - To nie jest śmieszne! – warczy.
        - Co nie jest śmieszne? To, że wyruszając na ratunek „tej tępej człowiek” przez własne nieogarnięcie skończyłbyś jako psia karma, a do tego wspinasz się jak paralityk? A może to, że masz płaską jak stół dupę albo to że przez twoje kłamstwo, co do żyjących tu stworzeń, oboje wylądowaliśmy na tym drzewie? Bo jak na mnie to wszystko jest kolejno: żałosne, obrzydliwe i owszem, nie śmieszne.
        Skołowany, przestraszony i wyraźnie wściekły elf otwiera usta, zamyka, znowu otwiera i znowu zamyka. Chyba po raz pierwszy nie ma kąśliwej odzywki dla mnie.
Oj będę miała używanie PŁASKODUPCU. Zgadnij co? Karma dziwko!
        - Skończ! Przecież co o mało nie zginąłem! – wydusza w końcu.
        - Zauważyłam. W końcu zarobiłam dwa kopniaki w łeb ratując twoje płaskie dupsko przed wilczymi zębiskami.
        - Zębiskami blackdoga.
        - Jeden pies. Swoją drogą, zdaje się, że miałam ci te twoje oświadczenie, że tutaj nie ma nic groźnego, wsadzić w płaską dupę, jeżeli coś spróbuje mnie tu zeżreć, prawda? Wykonujemy to tu na miejscu czy wolisz po powrocie do KG, żeby pożyczyć trochę wazeliny od Ewelein na dobry poślizg?
        - Napisałem prawdę! Tu nie ma, a w każdym razie nie powinno być blackdogów! Myślisz, że poszedłbym do lasu bez broni, gdybym wiedział, że mogę się natknąć na te bestie? Ha! Nawet z bronią byś mnie tu nie zobaczyła…
        - Zapamiętam to sobie na wypadek, gdybyś znowu wymagał ratunku.
        - Nie o to mi chodziło! Po prostu są lepsi ode mnie, jeżeli chodzi o posługiwanie się bronią i załatwianie spraw z bestiami. Druidzi, łowcy, ewentualnie wojownicy. Jestem alchemikiem! Moje środowisko naturalne to laboratorium.
        - Patrz mały na ten okaz – zwracam się do kappy, który chociaż niezbyt rozumie, co się dzieje, wyraźnie ma ubaw z elfa. – Uparte, kłamliwe, tchórzliwe, a do tego Płaskodupiec. Nawet za ratunek nie podziękuje, tylko się pyszczy.
        - Graaa! Grrryy… - pomrukuje ten i klaszcze w łapki… Rączki? A kij jeden wie, co ten mały tam ma.
        - A co z nim? – pyta Ezrael wskazując na kappę. Ciekawe czy naprawdę jest zainteresowany malcem, czy może chce zmienić temat? – Wszystko z nim w porządku?
        - Wyczerpany, trochę poobijany, ale nie ma mu nic, czego nie naprawiłoby kilka solidnych posiłków i porządny sen.
        - A ta paciaja na jego rękach, nogach?
        - Przeżuta krwawa pokrzywka. Mały ma kilka nieprzyjemnych skaleczeń, więc stwierdziłam, że dobrze będzie je chociaż powierzchownie opatrzyć.
        - No patrzcie, jednak nie jesteś tak bezużyteczna, jak myślałem. Właściwie to dobra robota.
        - Wiesz, dzisiaj jestem bardziej użyteczna od ciebie. Nazbierałam kosz ziół, znalazłam małego, ocaliłam twoją płaską dupę i jeszcze coś. Ty tylko pobawiłeś się z pieskiem – tu zerkam na czającego się pod drzewem blackdoga, w którego pysku nadal tkwią strzępy munduru Ezraela.
        Elf rzuca mi spojrzenie „przecież cię pochwaliłem, powinnaś przestać być wredna. Przestań być wredna i to zaraz.”
        Oj nie mój panie. Ty byłeś dla mnie dupkiem nawet, kiedy byłam miła i grzeczna. Weszliśmy na wojenną ścieżkę, z której prędko nie zejdę… A przynajmniej nie, póki będę miała przewagę, monseniour Płaskodupcu.
        - A o co chodzi z tym „jeszcze coś”? – pyta po chwili.
        - Powiem ci, jeżeli będziesz grzeczny.
        Otwiera usta, żeby coś jeszcze powiedzieć, jednak w tym samym momencie rozlegają się głośne szelesty, a z leśnej gęstwiny, z dwóch przeciwnych stron wypadają Nevra i Valkyon.

Offline

#100 22-10-2017 o 12h35

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

/static/img/forum/smilies/big_smile.png wprawdzie pisze komenciki rzadko, bo zwykle mam tylko czas aby przeczytac na komorce w drodze do pracy czy do domu ale teraz szczesliwie siedze przed kompem i szczerze niewampirze kly do odcinka /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Plaskodupiec, biedny elf. Swoja droga elfy jako stworzenia fantasy naleza takze i do moich ulubionych, tym samym powinnam moze dolaczyc do rzesz wielbicielek Ezarela, jednakze dalece odstaje on on tolkienowskich czy nawet wahammerowych wzorcow, ktorymi to jestem oczarowana /static/img/forum/smilies/wink.png
Jakas tam sympatie do Eza mimo to czuje, stad mi go nawet troszke jakby szkoda. Ale...hahahahahaha scenka z obrona przed bestia przekomiczna!

Po cichu sie zastanawiam, czy Chino aby potajemnie nie czytuje Twego opowiadanka (korzystajac z tlumacza wujka gugla /static/img/forum/smilies/wink.png) ....

Dzieki za odcinek, juz sie pogodzilam z fragmentami, rozumiem Twe motywy logistyczne /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Niekonczacej sie WENY.

Pozdrawiam srdecznie

Ostatnio zmieniony przez Laique (22-10-2017 o 12h37)

Offline

Strony : 1 2 3 4 5 6 ... 12