Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 3 4 5 6 7 ... 12

#101 27-10-2017 o 16h18

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Laique - co do elfów, to mam wręcz przeciwnie. Zbyt często kreowane są na rasę wyższą, jedno wielkie "ą" i "ę", dlatego w wielu światach książek fantasy potwornie mnie irytują i kojarzą mi się z magicznymi nazistami co to przeszli na szamanizm (generalnie nie znoszę w światach fantasy ras "wyższych", chyba że ą to rasy głęboko nieludzkie/niehumanoidalne np: smoki, sfinksy etc). To, że Ezrael jest inny akurat działa na jego obronę, co nie zmienia faktu, że jest irytujący. Szczególnie, jeżeli spojrzałoby się na historię Gardzi z boku i gdyby ta trzymała się jakichkolwiek logicznych realiów: wpada do Eldaryi laska z innego wymiaru. Przestraszona, otoczona przez "dziwolągi",całkowicie obce realia i odcięta od rodziny, a ten jej na każdym kroku po chamsku dowala, a na koniec pomaga wpompować w nią/pompuje w nią mnemosyne. Nic tylko napalić takim w piecu. Ale nawet pomijając akcję z mnemosyne, gdyby w scenariuszu obecne były jakiekolwiek ciągi logiczne to albo ona dałaby mu w twarz, albo zrobiłby to kto inny za pastwienie się nad nią, albo ta zaliczyłaby z dwie okraszone tęgim ryczeniem załamki, a Ez otrzymałby oficjalny zakaz dokuczania jej.

Ja tam w takie cuda jak Chino czytującą moje opowiadanko nie wierzę, ale dziękuję za komplemencior /static/img/forum/smilies/smile.png

Rozdział 5 (cz 6)


        Parę rzeczy dzieje się jednocześnie. Między innymi Valkyon i Nevra spoglądają na siebie ogłupieli, ja i Ezrael zaczynamy się drzeć z drzewa, jak dzikie małpy, żeby uważali, a blackdog skacze na Valkyona. W następnej chwili Valkyon leży przygnieciony czarnym cielskiem, odpychając od siebie łeb usiłującej rozerwać mu gardło bestii. Rzecz jasna Nevra natychmiast rzuca się na pomoc, niestety w pierwszym odruchu, zamiast wziąć solidną gałąź i zacząć tłuc zwierza, ciągnie go za skórę. Blackdog natychmiast to wykorzystuje, zmieniając obiekt ataku na słabszego z mężczyzn. Co prawda wampir jest zwinny jak kot, ale bestia, chociaż ogromna, może pochwalić się niezwykłą szybkością. Dlatego, mimo iż Nevrze udaje się osłonić gardło, nie unika ogromnych kłów, które zwierzę wbija mu w ramię. Rozlega się bolesny krzyk. Szczęśliwie Valkyon wykazuje większe ogarnięcie od kolegi. Urywa z pobliskiego drzewa solidną gałąź, podbiega do blackdoga, wymierza mu solidny kopniak w łeb, a gdy ten rozluźnia uścisk szczęk, zaczyna go tłuc. Niestety bestia jest nie tylko piekielnie szybka, wręcz za szybka jak na swoje rozmiary, ale też potwornie silna. Błyskawicznym kłapnięciem zębisk chwyta w paszczę gałąź, wyrywa ją wojownikowi i z głuchym warkotem rzuca się na niego. Faelien i blackdog zaczynają toczyć się po ziemi. Oczywiście Nevra próbuje pomóc, ale z jedną ręką, jedyne, co może, to złapać porzuconą gałąź i bić zwierza po łbie oraz  grzbiecie, co niewiele pomaga.
        Cholera jasna, sytuacja naprawdę wygląda niewesoło. Rzucać gruszkami nie mam po co, bo teraz z większym prawdopodobieństwem trafię któregoś z chłopaków, niż blackdoga. To cud, że Ezrael zdołał umknąć bestii na drzewo, elf naprawdę ma więcej szczęścia niż rozumu.  Zresztą ja też. Swoją drogą, ciekawe jak Nieznajomy dał sobie radę… Hm, przypuszczam, że komuś solidnie zapuszkowanemu i z potężną, metalową maczugą łatwiej rozprawić się z bestiami, nawet jeżeli jest sam przeciwko dwóm blackdogom, niż dwóm nieuzbrojonym mężczyznom przeciwko jednemu.
        Walka się przeciąga, a Valkyon zaczyna powoli słabnąć. Jego ruchy są coraz wolniejsze, a kopnięcia słabsze. Niestety bestia atakuje wciąż z tą samą, wręcz szaleńczą zażartością. Ataki krwawiącego i również powoli słabnącego Nevry nie wiele wnoszą do rozgrywki. Nawet na najpotężniejsze ciosy konarem blackdog reaguje jedynie kłapnięciem szczękami. Moje rzuty gruszkami, kiedy gonił Ezraela, pewnie przeszkodziły mu tylko dlatego, że owoce rozbryzgnęły się, a sok zalał mu ślepia.
        Ślepia!
        - Celujcie w oczy kretyni! – wrzeszczę, przekrzykując nieustannie dopingującego ich i drącego się elfa. – Po oczach go! Po oczach!
        Vlakyon reaguje natychmiast, zbierając z ziemi solidną garść pyłu i sypiąc bestii prosto w krwawe ślepia. Rozlega się pisk połączony z wściekłym warkotem, a blackdog traci na chwilę orientację. Owa chwila starcza, aby Valkyon zdołał wstać, jednak nie załatwia problemu – zwierz nadal nie zamierza odpuścić. Wściekle warcząc, kuli się, skacze i… Zawisa w powietrzu?
        Nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak ani kiedy, pojawia się Yamon. Łapie blackdoga w powietrzu i wydając z siebie wciekły ryk, zdolny przepłoszyć całe stado wkurzonych niedźwiedzi, ciska nim o ziemię. Rozlegają się potężne tąpnięcie, trzask i bolesny pisk. Bestia w starciu ogrem natychmiast rezygnuje z walki. Podkuliwszy pod siebie ogon i nieco kuśtykając, umyka w gęstwinę.
        Przyznaję, to było naprawdę imponujące. Tym bardziej, że Yamon wkroczył na pole walki zupełnie niezauważony, co przy jego rozmiarach jest nie lada wyczynem. Szacuneczek i brawa na stojąco dla pana ogra.
        - Wszystko w porządku? – pyta tocząc po nas wzrokiem, który zatrzymuje się na wampirze. – Nevra?
        - T-tak. Może zostanie jedna blizna czy dwie, ale ścięgna i co ważniejsze naczynia nie zostały naruszone. – Wampir posyła mu blady uśmiech. – Będzie dobrze.
        - Straciłeś wiele krwi. Dasz radę iść?
        - T-tak. Owinę rękę peleryną i będzie dobrze.
        Spojrzenie błękitnych oczu ogra przenosi się na Valkyona, za którego wszystkie tłumaczenia i zapewnienia starcza krótkie skinienie głową.
        - A wy tam, na drzewie? Jak tam?
        - Małemu przydałby się duży obiad i miękkie łóżko, a Ezrael ma gołą dupę, ale poza tym porządku – odpowiadam, za nim elf zdąża chociażby otworzyć usta.
        - Goła dupę? – pyta Nevra, na co wskazuję mu leczące na ziemi strzępy zielonego munduru.
        Reakcja? Wampir parska głośnym śmiechem, a Ezrael morduje mnie wzrokiem. Swoją drogą niemal podziwiam Nevrę – wielkie bydle potraktowało jego łapsko jak gryzak, jest uwalony krwią, jakby spędził dzień w rzeźni, ale to nie ważne. Ważne, że jego kumpel ma gołe dupsko i będzie mógł mu to wypominać do końca życia. To chyba nazywa się męska przyjaźń.
        Wesołość wampira udziela się wszystkim, kiedy brnący w dół pnia elf jest zmuszony pokazać zebranym swoje „lepsze oblicze”. Wściekły, zawstydzony i czerwony jak piwonia porywa z ziemi wcześniej porzuconą przez siebie pelerynę i owija się nią w pasie. Nawet zwykle stonowany Valkyon nie potrafi powstrzymać uśmiechu.
        - Dobrze, a teraz ty i mały – zwraca się do mnie usiłujący wyglądać poważnie Yamon. – Chodź, pomogę wam.
        - Łatwiej mi zejść z małym  na plecach, niż ci go podać, ale weź proszę kosz. O ile jakoś z nim tu wlazłam, to ze schodzeniem może być problem. Zawsze łatwiej gdzieś wleźć niż stamtąd zleźć… A przynajmniej zejść w jednym kawałku.
Rzucam Yamonowi koszyk, daję kappie znak, żeby znów się mnie złapał, co ten natychmiast czyni  i powoli schodzę. Na dole, kiedy stawiam małego na ziemi, wita mnie głęboka, dźwięcząca w uszach cisza. Yamon trzyma przed sobą z niemal nabożną czcią kryształ, a reszta panów wlepia w niego zdumione spojrzenia.
        - C-co to… - wydusza w końcu ogr.
        - Y… Chyba jeden z tych odłamków kryształu, co ich tak szukacie, no nie? – odpowiadam, starając się mieszać w odpowiednich proporcjach zdawkowość, zdziwienie i niepewność. – Znalazłam go w lesie, więc zabrałam. To chyba dobrze… Prawda? Czy może powinna go zostawić, bo dotknięcie kryształu to jakieś tabu i teraz obetniecie mi ręce? Jeżeli tak, to przepraszam, nie wiedziałam i bardzo ładnie proszę, nie obcinajcie mi rąk, jestem do nich przywiązana.
        - O czym ty mówisz? Oczywiście, że nie będzie żadnego obcinania rąk, ale… Dlaczego wcześniej o nim nie wspomniałaś? Przecież to…
        - …Coś ważnego dla was, a dla mnie jedynie kolorowe szkiełko. I dlatego w ferworze wydarzeń obejmujących parę barwnych ucieczek i dłuższą oraz bardzo absorbującą walkę z miejscową bestią zapomniałam o nim. Zresztą nie wiem, co by to dało, gdybym powiedziała, że mam kryształ nim zlazłam z drzewa.
        - Odłamki kryształu mają wielką moc. – Spojrzenie Yamona przeszywa mnie na wskroś. – Moc odczuwalną przez każde stworzenie, które wejdzie z nimi w kontakt. Przyciągającą, mamiąca, nęcącą, zgubną dla wszystkich o słabych umysłach. Wielu popadło w szaleństwo próbując je zatrzymać, używając do własnych celów, a czasem nawet pochłaniając. Jak można zapomnieć, że ma się coś takiego w posiadaniu?
        - No cóż, przyznaję, że czuję, że to ma w sobie jakąś-tam energię, ale w żaden sposób nie działa to na mnie przyciągająco, przeciwnie. Czuję się przy tym jak… No nie wiem. Pewnie tak jak krowa w pobliżu elektrycznego pastucha.
        - Elektrycznego pastucha? – pyta Nevra.
        - Ogrodzenie z kabla, przez który płynie prąd elektryczny o niezbyt wysokim napięciu. Jeżeli krowa, albo inne zwierzę oprze się o niego, porazi ją. Niegroźnie, ale boleśnie.
        Panowie obdarzają mnie zgodnym spojrzeniem sugerującym, że jestem wybrykiem natury. Najwyraźniej idea, że ten ich kamyk może być dla kogoś czymś odstręczającym jest nie do pomyślenia. Niestety to fakt. Mając kryształ w koszyku odnosiłam wrażenie, że spoczywa tam bateria wysokiej energii mogąca mnie przysmażyć, jeżeli będę nieostrożna. To, że nic się nie działo, kiedy go dotykałam, a nawet wrażenie buzującej w nim energii nieco przygasało, nie potrafiło tego zmienić. Natomiast Wielki Kryształ, ten z KG, no cóż… To jeden, wielki transformator, przy którym za często wolałabym nie przebywać, a przynajmniej nie na odległość wyciągnięcia ręki. To uczucie, że zaraz coś zrobi „bzz” a ze mnie zostanie jedynie kupka popiołu… Brr.
        Podróż do KG jest dość szybka i cicha, nie licząc podekscytowanego pomrukiwania kappy. Wszyscy są zmęczeni, niektórzy poobijani, niektórzy oszołomieni obecością spoczywającego w koszyku kryształu, a innym marznie płaski zadek. Jednak kappa, chociaż głodny i wycieńczony, tryska radością bo Yamon – wielkolud, który rzucił wielkim, złym blackdogiem – wziął go na barana. Nieustannie grucha, klaszcze w dłonie i pokazuje mi co ciekawsze widoki. Czasami coś-tam mu o nich opowiadam, jak na przykład „to jest wielka brama, za nią mieści się Kwatera Główna Straży Eel”, „to jest stuletnia wiśnia” i tak dalej. Brzdąc wydaje się usatysfakcjonowany moimi słowami, chociaż wątpię, żeby cokolwiek z nich rozumiał.
        Kiedy w końcu wkraczamy do Sali Drzwi, wybucha wielkie zamieszanie. To, co mnie dziwi, to fakt, że faery natychmiast zauważają niesiony w koszu przez Yamona odłamek kryształu. Wyraźnie oddziałuje na wszystkich dookoła, chociaż nie zauważyłam, żeby tak się działo, kiedy utknęłam z Ezraelem i kappą na drzewie. Jestem gotowa założyć się o naprawdę wiele, że ani elf ani brzdąc go nie wyczuli. W każdym razie, odłamek kryształu, w szczególności tak duży – parokrotnie słyszę jak określają go mianem ogromnego, chociaż nie jest wiele większy od mojej pięści – wywołuje sensację. Dodajmy do tego rannego strażnika, w sensie, że Nevrę, wmieszaną w to wszystko człowiek i obecność małego kappy, który nie wiadomo jak trafił do Eel, a mamy temat do plotek na całe tygodnie. Nevra nie poprawia sytuacji, z miejsca robiąc minę tragicznego bohatera, pokazując swoje rany i dramatycznym tonem opowiadając o walce z blackdogiem wszystkim zainteresowanym pannom. Oczywiście na hasło „blackdog” zamęt przybiera na sile. Wśród cywili, głównie mieszkańców Schroniska, słychać wyraźne, pełne niepokoju głosy, które łatwo mogą się przerodzić w panikę. Yamon ma minę, jakby chciał solidnie przywalić wampirowi, Nevra znów wygląda na nieco zmieszanego. Wyraźnie nie takiej reakcji oczekiwał na swoje rewelacje.
        - Weź małego i idźcie do przychodni. – Powarkuje ogr wpychając mi w ramiona kappę. – Ja spróbuję tu nieco ogarnąć.
        Nie trzeba mi dwa razy powtarzać. Łapię małego i czym prędzej uciekam z tego całego tłoku, przepychania się i krzyków. Nie cierpię tłumów, ale jeszcze bardziej nie cierpię być obiektem zainteresowania tłumu.
        Przychodnia, cicha i spokojna, jest cudownym schronieniem, jednak i tu moje przybycie z miejsca wzbudza sensację. Natychmiast zostaję osaczona przez kilkoro lekarzy, w tym Ewelin.
        - Czyli to o kappie to nie były plotki. Co mu jest? – pyta, niemal wyrywając mi malca z ramion.
        - Ogólne wyczerpanie i parę niegroźnych stłuczeń, otarć i rozcięć. Już wstępnie go opatrzyłam, ale przyda się zrobić to porządnie. No i wykapać go, może uda się chociaż trochę zmyć z niego ten smród. No i ze mnie też… Chyba nic tu po mnie, więc uciekam pod prysznic.
        - A na pewno nic cie nie jest? – Elfka mierzy mnie niezwykle badawczym spojrzeniem. – Nie byłam na dole, ale te krzyki słychać w całej KG. Coś o blackdogu, bijatyce i krysztale.
        - Nie, nic mi nie jest. Był blackdog, ale jak tylko się pojawił, zwiałam z małym na drzewo. To inni bawili się w bohaterów.
        - Mimo tego, wolałabym, żeby ktoś cię zbadała. Arcz! Czy mógłbyś osłuchać Liwię? Nie wygląda na ranną, ale lepiej dmuchać na zimne. I sprawdź ją pod kątem zanieczyszczenia kryształem.
        Spośród lekarzy i lekarek wyłania się strzelisty mężczyzna o śnieżnobiałej cerze, długich, splatających się w wielkie loki włosach koloru rtęci i pozbawionych źrenic, nieustannie zmieniających się oczach koloru pochmurnego nieba. Wysokie czoło, szczupła, wyraźnie zarysowana twarz intelektualisty, spadzisty nos, szczupłe dłonie o długich palcach i dodające mu uroku dwie pary ciemnoszarych, pierzastych skrzydeł. Prawdziwy przystojniak, a do tego stuprocentowo w moim guście. W skali od zera do dziesięciu dałabym mu piętnastkę. Ech, dobrze, że nie spotkałam go przed wypadem do baru, bo gdyby Karenn wyciągnęła ze mnie, że mi się podoba, to nie byłoby zmiłuj. I dobrze, że przez kappę śmierdzę jak stary ser – robię kiepskie wrażenie, więc nie będę sobie niczego wyobrażała.
        Liwka, Liwka, Liwka. Przystojniak przystojniakiem, ale pamiętaj o trzech rzeczach. Po pierwsze, chcesz się stąd wydostać, więc pakowanie się w jakieś romanse i robienie sobie nadziei to postrzał w stopę i to bolesny. Nikt nie pójdzie za tobą do ziemskiego wymiaru, szczególnie, że ten koleś, aby dostosować się do ludzkiego społeczeństwa, musiałby sobie amputować skrzydła. Po drugie goście 15/10 nie polecą na ciebie, nawet gdybyś była ostatnią kobietą w multiwersum, prędzej zainwestują w homoseksualizm. Po trzecie jesteś społecznie nieprzystosowana i każdy związek w twoim wykonaniu skończy się tragicznie, a melodramatów ci nie potrzeba.
        Ech, jak na złość Arcz nie dość, że jest niesamowicie przystojny, to jeszcze miły, delikatny i ma nienaganne maniery. Szlag by to.
        Zamieniam z nim parę słów, przy czym dowiaduję się, że należy do rasy pochmurników czy też płatewników – istot silnie związanych z żywiołem powietrza i potrafiących w niewielkim stopniu kontrolować pogodę. Poza tym jest lekarzem-magiem, dość szybko zdobył drugi topień w Straży Absyntu i nie przepada za Ezraelem, chociaż ceni jego umiejętności.
        Niebywale przystojny, a do tego uprzejmy, dystyngowany i nie lubi Ezraela. A podobno ideały nie istnieją… No nie istnieją, bo gdyby był ideałem, byłby człowiekiem i spotkałabyś go u siebie, a nie w tej dziurze. Ech…
        Pochmurnik kończy badanie, ale nie zwalnia mnie, tylko karze czekać obiecując, że przyniesie mi specyfik, dzięki któremu bez trudu pozbędę się kappowatego zapachu. Kurde, dobrze, że jestem zimną suką, inaczej zadłużyłabym się w nim jak bum cyk-cyk.
        Ledwo medyk odchodzi, tuż obok manifestuje się wyraźne podniecona Karenn. Wlepia we mnie płonące spojrzenie zielonych oczu.
        Jasna cholera! Ma nadzieję, że nie zauważyła, jak mięknę na widok Arcza! Jeżeli coś zwęszyła, to na sto procent namiesza  i narobi syfu, z którego długo będę usiała się wygrzebywać, a potem jeszcze będzie miała pretensje no bo przecież „tylko chciała pomóc”. Ten typ tak ma. Proszę, niech…
        - Co się stało tam w lesie? – pyta mnie, chwytając za ramiona. – Mów ze szczegółami. Chcę wiedzieć wszystko.
        A więc tylko o to chodzi. Uf… Wyższa Instancjo, dziękuję. Naprawdę dziękuję.

Offline

#102 29-10-2017 o 19h27

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

O kurde. Pierwszy raz tak się zdarzyło, że mam dwa odcinki do nadrobienia — jakoś tak mi jeden umknął i byłam pewna, że tylko ten ostatni mi został. Ale jak zobaczyłam brak odpowiedzi na mój komentarz, to się okazało, że tego komentarza zwyczajnie nie było. Ok, już nadrabiam!
Tak się zastanawiam — masz swój własny pomysł na Nieznajomego, czy będzie on ewoluował nieco wraz z postępującą fabułą gry? To raz. A dwa… tak się zastanawiam, dlaczego grasz w Eldkę? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Im dłużej się zastanawiam, tym mniej mi pasujesz do tych klimatów, zwłaszcza że WS nie masz, a Gardzia strasznie cię wkurza. /static/img/forum/smilies/big_smile.png
…wyrzuciła kryształ? O TAK, genialny pomysł. Wow. Jej ignorancja jest przerażająca. I swoisty egoizm. „Dla nich to mega ważne, ale dla mnie to kolorowe szkiełko, więc cisnę w krzaki”. Ok. xD
„Nawet niespecjalnie zmoknęłam” — ‘zmokłam’ brzmi nieco lepiej /static/img/forum/smilies/wink.png
„Zasrana człowiecza małpo” — milutko XDDDDD
„chwyt jest niczym przy uścisku Ez’a” — niepotrzebny apostrof
„żałosne, obrzydliwe i owszem, nie śmieszne” — ‘nieśmieszne’ c:
Oho, przybyło cudowne wybawienie w postaci Nevry i Valka. Ten drugi na pewno lepiej by sobie poradził w walce z blackdogiem. I ciekawam, co on tam robił. Boże, ale mi zgnoiłaś mojego ulubionego elfa :< xDDDD Aż przykro było czytać! xD Ale kit, i tak #teamEzarel, chociaż w starciu z Liwią chyba nie wygra xd
Okej, ostatni odcinek.
Czemu piszesz Yamon zamiast Jamon? Często ci się to zdarza, a nie odpowiedziałaś na to w komentarzu, czyli to raczej nie jest specjalni zabieg.
„ale to nie ważne.” — ‘nieważne’
Arcz jest dla Liwki 15/10 + nie lubi Ezarela. Czyli jakieś 30/10 /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ale fakt, mogłaby spróbować podbić gdyby nie ten jeden szkopuł, że chce się stąd wydostać. Rany, tylko jeden Jamon był to ogarnięty, reszta to idioci xDDD
Okej, tyle ode mnie! Postaram się lepiej pilnować tych odcinków XD Pozdrawiam! /static/img/forum/smilies/big_smile.png


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#103 31-10-2017 o 22h03

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Methrylis - piszę "Yamon" zamiast "Jamon" bo za kij nie potrafię spamiętać poprawnej pisowni (spejczować mnie!) tj. swego czasu oglądałam pewne anime na angielskich napisach, gdzie "demona" nie tłumaczono tylko zangielszczano na "yoma", a brzmieniowo "yoma" i "Jamon" strasznie podobne (ciekawe czy celowo, hmmm) więc o_o' ... Wryło sie wbaniak i nie chce go opuścić. Na przyszłość postaram się uważać. A gram w Eldaryę z paru powodów min: żebyście mieli co czytać /static/img/forum/smilies/tongue.png w sumie to fajny zabijacz czasu, ciekawi mnie jak Chino rozwiąże pewne kwestie, bawiąc się tu marzę sobie o stworzeniu gierki, która byłaby czymś podobnym, ale logicznym, z dobrym scenariuszem i wieloma elementami rpg (czyli czymś co usatysfakcjonowałoby gejmerów i czytaczy takich jak ja) oraz (tylko) możliwymi do rozwijania podczas gry, cukierkowatymi elementami dla sweetaśnych dziewczynek (żeby móc doić zarówno od nich jak i od gejmerów kaskę xD). Niestety ja nie umieju ani rysować, ani programować, więc marzenia pozostają marzeniami ;]

        Ok, a teraz z innej beczki. Jak ostatnio dzieliłam rozdział, chyba mnie pomyrdało, bo mam teraz tylko ok 2 stron do wklejenia. Nie wiem - ślepota, nagłe kłopoty z liczeniem, pomroczność jasna czy co innego nie trafiło. W każdym razie wzrzucam te dwie stroniczki dzisiaj, a w zamian za tak małą ilość tekstu, następną partię (kolejny, szósty rozdział)pocisnę już w piątek.

Rozdział 5 (cz 7)

        Teoretycznie nie powinnam nic jej mówić, bo Miiko i reszta pewnie będą chcieli wydać oficjalne oświadczenie, ale to tylko teoretycznie. Otóż plotkary takie jak Karenn można wykorzystać i to w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Dlatego mówię jej wszystko. Czemu? Po pierwsze temu,  że w trakcie opowieści podkreślam reakcję blackdoga na spotkanie z Yamoem. Sugeruję przy tym, że bestia dostała solidną lekcję i teraz pewnie ewakuuje się z rejonu Eel. Przekazując plotki dalej dziewczyna powinna uspokoić faery skuteczniej niż jakiekolwiek oficjalne oświadczenia. Po drugie nie ma mowy, żebym zmarnowała okazję do rozpuszczenia wieści o gołym, plaskatym zadzie Ezraela. To cios poniżej pasa? Owszem. Paskudny chwyt? No tak. Coś stanowczo niemoralnego? Jasne. Z tym, że dręczenie obcej w tym świecie i bezradnej wobec twoich słów przybyszki też jest be i to bardzo, a ja należę do mściwych istotek. Gdybym była kotem, nasrałaby mu do buta i zarzygała najlepsze ubrania przy pierwszej, nadarzającej się okazji.
        Karenn usłyszawszy pełną relację znika jak kamfora, przy czym ma doskonałe wyczucie czasu bo zaraz na jej miejscu pojawia się pochmurnik ze sporą butelką gęstego, ciemnożółtego płynu. Ów płyn, wedle zapewnień mężczyzny, nie tylko ma mnie uwolnić od zapachu kappy, ale też zdziałać cuda z moimi włosami i skórą. No cóż, zobaczymy.

***

        Nie mam pojęcia co to za żółta breja, ale przemysł kosmetyczny byłby w stanie dopuścić się niejednej zbrodni, żeby dorwać ją w swoje komercyjne łapy. Zgodnie  instrukcją pochmurnika użyłam ledwie nakrętki specyfiku, a pozbyłam się żółwiowego smrodku, moja skóra wygładziła się i nabrała zdrowego połysku, podobnie jak włosy, których jest jakby o połowę więcej. Ekonomiczne i działa cuda. Co prawda nadal wyglądam jak nieporadny psiak, ale teraz w wydaniu rasowym.
        Odprężona długim prysznicem, czysta, pachnąca i wypiękniona wracam wolnym krokiem do swojego pokoju. Mam zamiar spróbować złapać na komunikatorze Lidkę i uciąć sobie z nią dłuższą pogawędkę. Co prawda co trzy dni, dokładnie tak jak jej przykazałam, zdaje pełny raport z tego, jak sobie radzi, ale od czasu do czasu zwykła rozmowa też się przydaje. Tak pogadać, wymienić nowinki, wypytać się o pierdoły, sprawdzić czy u tej drugiej na pewno wszystko w porzą…
        - Liwia, czekaj!
        Odwracam się. Ku mnie pędzi zasapany Chrome. Zasapany, zmoknięty i otoczony aurą „próbuję zrobić zyliard rzeczy naraz”. Wygląda na to, że ma naprawdę paskudny dzień. Pewnie oberwało mu się, za to, że zgubił mnie w lesie. Teoretycznie Karenn też powinna oberwać i to bardziej niż on – w końcu jest starsza – ale należy do tego rodzaju osób, które zawsze spadają na cztery łapy. Nie znoszę ich.
        Chłopak podbiega do mnie i gwałtownie hamuje.
        - Mi… Mii…
        - Miiko – podpowiadam.
        - … Chce cię wii… Eh, eh… Haa… Widzieć w Sa… S…
        - Sali Kryształu.
        Chłopak potakuje, a gdy go zapewniam, że zaraz się tam udam, biegnie w swoją stronę. Zapewne dostarczyć kilkanaście innych wiadomości, a potem jeszcze wykonać parę drobnych prac. Chrome – Hermes Straży Eel.
        Kiedy wchodzę do Sali Kryształu czekają tam na mnie szefowie poszczególnych Straży, moi opiekunowie, nawet obandażowany Nevra, Miiko, Yamon i Leifan. Krótko mówiąc standardowy skład „dzieje się coś ważnego”. Nie mam pojęcia, po co mnie wezwali, sko…
        Zaraz… Leifan trzyma w łapkach srebrną tacę, na której zdaje się leży znaleziony przeze mnie odłamek Kryształu. To go jeszcze nie przyklajstrowali do masy głównej? Co oni tu odczyniają i co ja mam z tym wspólnego?
        - Tak? O co cho…
        - Chcemy, żebyś przyłączyła odłamek do Kryształu – przerywa mi Miiko.
        - A-ale czemu ja? Nie rozumiem.
        Czyżby przyłączeniu towarzyszyło wielkie wyładowanie, które spopiela osobę przyłączającą? Chcą mnie poświęcić? Bo jaki inny powód…
        - Dotknięcie Kryształu to wielki zaszczyt dostępny jedynie nielicznym. Wierzymy, że gdy dotyka go ktoś godny, spływa na niego bądź na nią błogosławieństwo. Do tej pory jedynie bezpośredni opiekuni Kryształu czyli ja i szefowie Straży mieli do niego dostęp. Niestety po tym jak został rozbity, napotkaliśmy wiele trudności z odzyskaniem fragmentów. Dlatego też ogłosiliśmy, że każdy, kto nam taki dostarczy, będzie mógł go osobiście dołączyć do Kryształu i otrzymać błogosławieństwo…
        - Ja nie jestem stąd, błogosławieństwo mnie nie obchodzi, a jak pewnie już wiesz od Yamona, nie czuję się zbyt pewnie w pobliżu Kryształu. Dlatego…
        - To nieważne. Ogłosiliśmy taki, a nie inny stan rzeczy, zatem, jeżeli nie przyłączysz odłamku, ktoś może pomyśleć, że ci zabroniliśmy i łamiemy słowo. A słowo Straży powinno być trwalsze niźli diamentowa skała. Dlatego zrób to proszę i miejmy to już za sobą.
        - Niech będzie.
        Przeciągam spojrzeniem po otaczających mnie strażnikach. Szefowie, opiekuni, Leifan… Wszyscy patrzą na mnie wyczekująco. Nie wiem czemu, ale nagle ogarnia mnie naprawdę paskudne przeczucie, jednak mus to mus. Podchodzę do Leifana i odbieram od niego odłamek. Nie dostaję żadnego kleju ani nic, zatem, jak przypuszczam, fragment jakoś magicznie sam połączy się z całą resztą.
        Biorę głęboki wdech i ruszam do Kryształu. Im bardziej zbliżam się do niego, tym bardziej włosy stają mi na karku.
        Usiłując ignorować buzującą wokół mnie energię, wyciągam dłoń… Właściwie to cała się naciągam, bo nie zamierzam podchodzić do Kryształu bliżej niż to konieczne. Ostrożnie przytykam do niego odłamek i…
        Wszystko rozbłyska jasnym, wielobarwnym światłem, a z kryształowej masy wyłania się zmierzająca ku mnie twarz. Odskakuję, potykam się, upadam. Chyba krzyczę.
        Tuż nade mną stoi naga, kryształowa kobieta. Jej twarz okalają nie włosy, a niezliczone ilości wielobarwnych, kryształowych piór, z jej ramion wyrasta para pierzastych, kryształowych skrzydeł, a z czoła para prostych rogów. Ma perfekcyjną sylwetkę, doskonałe proporcje, spokojną twarz o delikatnych, wysublimowanych rysach, pełne, wykrzywione delikatnym uśmiechu usta. Jest niemal idealna. NIEMAL. Problemem są jej oczy czy raczej ich wyraz. Wyraz, który jeden, jedyny  raz było mi danym zobaczyć i modliłam się by nigdy więcej go nie widzieć. Obłęd. Czysty, niszczycielski obłęd mogący pochłonąć całe światy. OTCHŁAŃ.
        - Czekałam na ciebie, Liwio… – rozlega się delikatny, kobiecy szept.
        Nigdy, w całym swoim życiu nie słyszałam czegoś równie przerażającego.

Offline

#104 01-11-2017 o 02h01

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Napisze tez szybko i skromnie, bo znalazlam tylko chwilke pomiedzy obowiazkami a snem /static/img/forum/smilies/smile.png ---> DRESZCZ ekscytacji poczulam, czytajac ostatnie zdania powyzszego odcinka. Dawno mi sie to nie zdarzylo przy czytaniu czegokolwiek, super sie rozkreca!!

Pozdrawiam, standartowo zycze weny a sobie cierpliwosci

Offline

#105 01-11-2017 o 19h58

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg

No faktycznie mocno się zdziwiłam, jak zobaczyłam tak malutko tekstu. Hoho, szybko pójdzie! I tym razem zdążę przed piątkiem :v
„Zgodnie  instrukcją pochmurnika użyłam” — zgubiłaś „z”
Heh, a i tak napisałaś „Yamona” i tak! /static/img/forum/smilies/big_smile.png
O kurcze. Jakoś tak zapomniałam o Wyroczni. Bo że Nieznajomy się pojawił, to ok. Ale ty nawet Wyrocznię przewidziałaś. No no, blisko trzymasz się właściwej fabuły i tym razem to już w ogóle jestem mega ciekawa, jak rozwiążesz te kwestie!
Cóż, komentarz bardzo krótki, bo i odcinek specjalnie długi nie był /static/img/forum/smilies/big_smile.png Byle do piątku /static/img/forum/smilies/wink.png Więc czekam na kolejną część i pozdrawiam! c:


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#106 03-11-2017 o 12h22

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Laique - dziękuję bardzo. Chwilowo ciut przystopuję z głównym nurtem akcji, ale nadal będzie się działo. Możesz mi wierzyć /static/img/forum/smilies/wink.png
@Methrylis - na razie blisko trzymam się fabuły, chociaż po rozdziale 6. zamierzam wrzucić jeden, a może dwa całkiem osobne. Ale tak fabuły na razie miej-więcej będę się trzymać, ale nie dobrnęłam nawet do ćwiartki zaplanowanych treści. Potem to się zmieni. Pewnie i później będę do niej nawiązywać fragmentarycznie i pojedynczymi motywami, ale prędzej czy później przejdzie we większości oderwaną opowieść. Będą też wydarzenia z gry (nim oderwę od niej opowiadanie ), mające całkowicie inny finał i owocujące zupełnie innymi konsekwencjami. Szczególnie dwa. A Wyrocznia i Nieznajomy będą się pojawiać. A i Meciu moja kochana, wierna czytelniczko etc. Do ceniam, że chce ci się formatować tekst przy komentach, te drzewka i kolorek cacy (uwielbiam zielony), ale wyśrodkowanie, chociaż efektowne, niech lepiej pójdzie pa-pa. Albo przynajmniej pójdzie pa-pa, kiedy będziesz zamierzała wstawić dłuższy i bardziej rozbudowany komentarz. Wycentrowanie mocno utrudnia czytanie większych ilości teksty, szczególnie, że od dziecka jesteśmy uczeni czytać od lewej po prawej od kraju do kraju.

A teraz tak z nieco innej beczki.Przy tym rozdziale "ciutkę" przegięłam. Co to oznacza? To, że ma 35 stron (czcionka 11 calibri) :|Co prawda sporo w nim się dzieje i raczej nudą tu nie zawieje (raczej), ale uprzedzam i proszę o wybaczenie. Na przyszłość postaram się uważać z objętościami, ale niczego nie obiecuję.

Rozdział 6 (cz 1)

        - Iwia, Iwia, Iwia, grrr! – rozradowany kappa podbiega do mnie i obejmuje moją nogę.
        Nikogo z nim nie ma zatem pewnie zwiał Ewelein. Znowu. Wciągu dwóch ostatnich tygodni mały ujawnił wiele swoich talentów. Niesamowitą jak na wiek inteligencję, dryg do robótek ręcznych, mistrzostwo w ucieczkach i we… Wkurzaniu Ezraela. Dodawszy do tego jeszcze, że bezgranicznie mnie uwielbia, otrzymujemy najrozkoszniejszego dzieciaka pod słońce.
        - Siemanko Brie – witam się, na co malec wydaje z siebie radosny pomruk. To, że nazwałam go od gatunku śmierdzącego sera pleśniowego nie bardzo przypadło Miiko do gustu, ale jemu się podoba. – Znowu zwiałeś Ewelein?
        - Grrr!
        - Dobrze, że już ma białe włosy, bo inaczej osiwiałaby przez ciebie. Mam szkolenie z Ezraelem. Idziesz ze mną?
        - Płaskodupiec, Płaskodupiec! Taaak!
        Normalnie kocham tego małego. Powinni go sklonować. Jeden żółwiowaty, rozkosznie malutki dręczyciel dupkowatych elfów na cały świat to stanowczo za mało.
        Sadzam sobie malca na barana ku jego szczerej i głośnej radości. Żwawo ruszamy w stronę sali alchemii, gdzie pewnie już czeka na mnie Ezrael. Od czasu spotkania z blackdogiem nieco stonował. Nie wiem czy to dlatego, że uratowałam mu życie, czy może zasługa Karenn, która z prędkością światła rozprzestrzeniła wieść o jego gołym zadzie, czy fakt, że Brie widząc go zawsze drze się jak opętany „Płaskodupiec”. Tak czy siak na razie mam spokój. Ezrael nie rzuca zjadliwymi komentarzami – a przynajmniej nie tak często jak kiedyś – póki nie wspominam o jego tyłku… Co nie przeszkadza mi przyprowadzać ze sobą Brie, kiedy tylko mam do tego okazję. Zresztą mały uwielbia alchemię. Bulgoczące wywary, wielobarwne napoje, dziwne sprzęty i wielokształtne szkło laboratoryjne wyraźnie go fascynują. Ważne, że mimo tej fascynacji jest grzeczny i kiedy przykaże mu się, żeby niczego nie dotykał to niczego nie dotyka. Oczywiście czasem oglądanie moich alchemicznych poczynań go nudzi, ale wtedy wystarczy mu dać parę pergaminów i kredki, aby po cichu, nie wadząc nikomu realizował się jako artysta.
        Ezrael nie jest zbyt ucieszony widząc kappę, ale nie komentuje jego obecności. Pewnie wie, że to bez sensu. Brzdąc skradł serca wszystkich w KG i nawet gdyby spróbował się na niego poskarżyć, zyskałby tylko tyle, że wyszedłby na zgorzkniałego zrzędę.
        Zwykle, nim przystępujemy do części praktycznej, Ezrael robi mi odpytkę z teorii. Podobnie jak Nevra nie jest fanem prowadzenia wykładów i zarzuca mnie zwałami pergaminów o faunie, florze, składnikach alchemicznych, geografii biologiczne, fizycznej i tak dalej. Moim zadaniem jest wszystko wykuć na blachę, a następnego dnia wiedzieć. Dzięki swojemu buszowaniu po bibliotece, przeważnie jestem do przodu z materiałem i nie daję się zagiąć.
        Niestety dziś jest inaczej. Kiedy siadam przy jednym z dwóch nie zawalonych sprzętem laboratoryjnych stołów, elf nie zaczyna sypać pytaniami. Zamiast tego przypatruje mi się intensywnie. Podobne spojrzenie miewają przeżuwające trawę kozy, kiedy kontemplują rzeczywistość… Albo te złośliwe z nich, kiedy coś kombinują. W każdym razie ten pełen zamyślenia, badawczy wyraz twarzy Ez’a nie wróży niczego dobrego.
        - Myślałaś o tym, żeby wziąć sobie chowańca – wypala znienacka.
        Chowańca? Mam sobie brać zwierzaka, kiedy chcę stąd jak najprędzej zwiać? Przecież to głupota. Co mu nagle strzeliło do…
        Ach. Kryształowa Sala. Od czasu, kiedy pojawiła się czy raczej objawiła mi się tamta kobieta mam wrażenie, że Straż na mnie eksperymentuje. Ciągle jakieś nowe pomysły, sugestie i ciągłe ściąganie w pobliże Kryształu pod byle pretekstem. Ponoć ta kobieta to Wyrocznia, duch czy też samoświadomość kryształu, a zobaczenie jej to niezwykła rzadkość i zaszczyt. Podobno ostatni raz ukazała się prawie tysiąc lat temu. Nie mam pojęcia, czego ode mnie chce, ale Straż wydaje się tym wszystkim podniecona. Przypuszczam, że niektórzy przypuszczają, że jestem Wybranką czy kimś takim i chcą przetestować tę teorię.
        Ciekawe jakby zareagowali, gdyby się dowiedzieli, że dla ich „Wybranki” ta cała Wyrocznia jest potencjalnie niebezpiecznym, obłąkanym upiorem? W każdym razie mam nauczkę, żeby w przyszłości unikać odłamków Kryształu jak ognia.
        - Chowaniec? Kiepski pomysł. Nie zamierzam przyzwyczajać do siebie żadnego stworzenia, skoro chcę jak najprędzej opuścić to miejsce.
        Biorąc pod uwagę tę kryształową babę to im prędzej, tym lepiej. Cierpnie mi skóra, kiedy tylko o niej pomyślę.
        - Wiesz, chowańce wspomagają swoich właścicieli. Mając własnego może nie znalazłabyś się w takiej sytuacji jak wtedy z blakdogiem.
        - „Wtedy z blackdogiem” byłam całkiem bezpieczna na drzewie. To ty i reszta loży niedojdowatych gentelmanów mieliście problem. Zresztą żadnego problemu nie byłoby, gdybym dostała kuszę. Wlazłabym na drzewo i zrobiła z blackdoga futro na zimę.
        - Typowo ludzkie, mordercze zapędy…
        - Ta… Mordercze zastępy. Wiesz, zauważyłam, że sporo z was nosi futra i skóry, i to ze zwierząt NIE wyglądających na ziemskie. Sporo z nich sprawia SILNE wrażenie, że kiedyś należały do drapieżników. Ach, no i zapomniałabym. Ci faery drący się, żeby znaleźć blackdoga i go ubić…
        - Płaskodupiec! – dodaje Brie.
        Elf unosi dłonie w poddańczym geście, dając do zrozumienia, że bierze przegraną na klatę. Wyraźnie nie ma ochoty na kłótnie, co jest delikatnie mówiąc dziwne, biorąc pod uwagę jego „uroczy” charakter.
        Odchyla się na krześle i wzdycha ciężko.
        - Dobra, to może nie bawiąc się w subtelności i wykładając kawę na ławę, bo inaczej tego nie załatwię… Miiko uparła się, że dobrym pomysłem byłoby, żebyś miała chowańca. Żeby cię bronił albo przekazywał nam wieści i tak dalej… Zależy co wybierzesz i co wybierze ciebie. Mam cię zabrać do bestiarium i pokazać nasz chowańcowy „dobytek”. Nie musisz brać sobie chowańca, ale ładnie cię proszę, idź tam zemną, bo Miiko nie da nam spokoju. W szczególności mnie. A jak mnie nie da spokoju, to ja już zadbam, żebyś i ty go nie miała, choćby miało mnie to wykończyć.
        - Nie można było tak od razu?
        - Przykro mi, Miiko kazała mi „subtelnie cię przekonać”.
        - Ta… Subtelnie. Od akcji z tą całą Wyrocznią co chwilę odwalacie jakiś szajs i szczerze powiedziawszy mam tego coraz bardziej dość. Dobra, zabierz mnie do bestiarium i miejmy już to wszystko z głowy.
        Bestiarium – wielki, wręcz ogromny budynek nieopodal placu ćwiczeń. Posiadający bieżącą wodę, wygodne loka dla lokatorów, a nawet, jak słyszałam, coś na wzór toalet – chowańce są mniej lub bardziej inteligentne, więc nie załatwiają swoich potrzeb pod siebie. Rzecz w tym, że tutejsze toalety spłuczki nie mają, tylko czyści się je widłami trzy razy dziennie, zbierając zmieszaną z odchodami słomę na taczki. Jeszcze nie miałam dyżuru zobowiązującego mnie do wykonywania tego zaszczytnego zadania, więc jestem tu po raz pierwszy. Boksy, niewielkie pokoje, coś na wzór ekskluzywnych terrariów, żerdzie, budki, a wszędzie wokół kudłate, pierzaste i łuskowate stworzenia. Kopytne, czworonogie, wielonogie, pełzające, chodzące, pływające i latające. A wszystkie gapią się na mnie swoimi oczyskami… Nie zawsze występującymi w parach.
        Chowańce… Tak jak wszystkie, które do tej pory spotkałam, wydają się żywo zainteresowane moją osobą. Spoglądają, węszą, a niektóre smakują powietrze długimi jęzorami. Sprawiają wrażenie, jakby im pokazano wyjątkowo ciekawy okaz z okolicznego ogrodu zoologicznego i taki, którego „koniecznie” trzeba pogłaskać. Brie, który rzecz jasna na wycieczkę wybrał się z nami, jest tym zachwycony, ale ja niekoniecznie. Szczególnie, że Ezrael wszystko obserwuje i pewnie przekaże relację Miiko. „Dziewczyna, którą powitała sama Wyrocznia budzi u chowańców ciekawość, wyraźnie przyciąga ich uwagę, to naprawdę interesujące”. Strach się bać.
        Krążymy po budynku, oglądając wszystkie stworzenia. Kappa klepie wielkie łby, pozwala się lizać wielkimi jęzorami po twarzy i dłoniach, a jego śmiech wypełnia korytarze i mijane pomieszczenia. Ja z kolei usiłuję nie wchodzić w żaden fizyczny kontakt z tutejszymi milusińskimi, niestety niezbyt mi się to udaje. Wielki, czarny koń o szkielecie wystającym nad skórę, łapie mnie za mundur i przyciąga do siebie, aby dokładnie obwąchać. Swoiste skrzyżowanie psa z morskim gadem dosłownie wpada mi w ramiona, wyskakując ze swego boksu. O skrzydlatej hałastrze i drobnych gryzoniach nawet nie wspomnę – przeklęte stworzenia skaczą po mnie, za nic mając moje protesty. Mogę sobie machać rękami, strząsać je, a i tak za chwilę któreś znowu wespnie się na mnie. Elf oczywiście ani myśli mi pomagać, tylko lezie z tyłu i chichoce. Podobnie jak kappa, którego to wszystko wyraźnie bawi.
        NIENAWIDZĘ jak ktoś lub coś dotyka mnie bez mojej zgody.
        - Mam dość, wychodzę! – warczę brutalnie zrzucając z ramienia wielonogą łasico-gąsienicę i wymierzają solidnego plaskacza usiłującemu wylądować na mnie, skrzydlatemu gekonowi.
        - Ej, ale nie obejrzeliśmy wszystkiego! Miiko powiedziała, że…
        - Mam w dupie, co Miiko powiedziała! Tutejsze stwory nie rozumieją pojęcia przestrzeni osobistej, a ich nachalne zachowanie przekracza wszystkie normy! Jak coś jeszcze mnie dotknie, na mnie wlezie albo będzie skakało mi po głowie, to dostanę regularnego szału!
        - Bez przesady…
        Spoglądam na wyszczerzonego w zjadliwym uśmiechu elfa. Błazeńska, złośliwa kreatura i to on nazywa mnie małpą.
        - Boże, dlaczego ja w ogóle używam, próbując trafić do niego takich słów jak „przestrzeń osobista”? – pytam sama siebie. – Przecież on nawet nie wie, co to, a nawet jeżeli tak, to ma to w dupie. W końcu na dzień dobry wyszarpał mnie jak stary tobół, a i potem nie było lepiej. Chrzanić to, wychodzę.
        Odwracam się na pięcie i ruszam szybkim krokiem w kierunku wyjścia, ale Ezrael przegradza mi drogę.
        - Dziewczyno, to tylko parę boksów i kilka pomieszczeń więcej, poza tym chowańce już dadzą ci spokój. Są  dość inteligentne. Nie tak jak faery czy ludzie, ale mniej-więcej rozumieją, co się do nich mówi, patrz.
        Lokatorzy bestiarium spoglądają na mnie z dystansem. Wyraźnie mój wybuch zrobił na nich spore wrażenie. Wokół zalega cisza podobna do tej, kiedy w eleganckiej restauracji jedno z randkowiczów robi drugiemu karczemną awanturę, wywala na głowę talerz – dajmy na to – spaghetti  i wbiega trzaskając drzwiami.
        - Wystarczyło im powiedzieć, nie trzeba było wrzeszczeć – dodaje z przekąsem.
        - Wybacz, ale okrzyki typu „złazić ze mnie włochate zarazy” uważam za dość wyraźne  bezpośrednie przesłanie.
        - Coś ty taka poirytowana?
        - Wybacz, ale nie znoszę, kiedy coś lub ktoś narusza moją przestrzeń osobistą. Nie cierpię być dotykaną, szczególnie, kiedy WYRAŹNIE nie wrażam na to zgody.
        - Jesteś strasznie drażliwa. Molestowali cię w dzieciństwie czy ja…
        Kiedy spoglądam na Ezraela, ten niemal odskakuje. Czy ja słyszałam to, co słyszałam? Czy ten dupek NAPRAWDĘ to powiedział?
        - Na twoje szczęście nie, bo gdybym była, tak zarobiłbyś w twarz, że Ewelein przez miesiąc nie zdołałaby cię wykurować. Czy ty w ogóle myślisz, co mówisz?! Od początku robiłeś za dupka i gbura, ale takiego chamstwa, po tobie się nie spodziewałam! „Molestowano cię…” Ja chromolę! Zero wrażliwości czy wyczucia.
        Na twarzy Ez’a pojawia się zmieszanie, chyba szczere, ale jest tam jeszcze coś… Spojrzenie, jest skupione i chłodne. Zaraz, zaraz. Czy on mnie właśnie podpuścił? Ale po jaką cholerę?
        Udaję, że tego nie zauważyłam i mijam elfa, żeby obejrzeć resztę Chowańców, po drodze zgarniając Brie, który wyraźnie zły wrzeszczy w kółko „Płaskodupiec, Płaskodupiec, Płaskodupiec”. Nie rozumie, co się właśnie stało, ale widząc, że jestem zdenerwowana,  nie zamierza odpuścić Ezraelowi. Kochany brzdąc.

Offline

#107 05-11-2017 o 20h59

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Przy długich komentarzach owszem, wygląda to gorzej, ale to nie był długi komentarz, więc nie, nie zmienię tego. Zobaczymy, jak będzie z tym. Poza tym to skopiowana formułka i w większości na dosłownie kilka linijek tekstu starczy. Więc bez przesadyzmu.
A z objętością to właśnie dobrze /static/img/forum/smilies/big_smile.png I sama mam z tym problem, więc cię rozumiem :v
„najrozkoszniejszego dzieciaka pod słońce.” — zjadłaś ‘m’ na końcu c:
Nie lubię przezwiska Ezarela. ;-;
A WŁAŚNIE, CO CZYTASZ CUDZE KOMENARZE?! XDDD Inaczej byś nie wyłapała, że cię obgadałam pod opkiem Amreny /static/img/forum/smilies/big_smile.png No ale co ja poradzę, że serce mi się kraje, jak tak jedziesz po moim ulubionym elfie jak po łysej kobyle ;-; XD
„badawczy wyraz twarzy Ez’a” — a ty dalej z tymi apostrofami xd
„Myślałaś o tym, żeby wziąć sobie chowańca – wypala znienacka.” — to pytanie czy stwierdzenie? Bo brzmi jak pytanie, ale znaku nie ma.
„Przypuszczam, że niektórzy przypuszczają, że jestem Wybranką czy kimś takim i chcą przetestować tę teorię.” — tu się nie czepiam, bo wiem, że to celowe, ale właśnie chciałam wspomnieć, że naprawdę lubię te twoje chamskie powtórzenia /static/img/forum/smilies/big_smile.png Fajny zabieg.
„idź tam zemną,” — walnij spację;
„- Boże, dlaczego ja w ogóle używam, próbując trafić do niego takich słów jak „przestrzeń osobista”?” — yyyy co? Dziwnie złożone zdanie. Wywal to „próbując trafić do niego”, bo trochę tu zamętu.
Hm. Zaczynam się zastanawiać, czy lubię Liwię. To znaczy jest genialna pod tym względem, że jest harda. Ale zastanawiam się, czy jej wrogość jest tylko odpowiedzią na wrogość innych, czy mimo wszystko tak czy siak by taka była. I chyba to drugie. Poza tym tak spokojny Ez to podejrzany Ez XD I już kit z moją sympatią do niego, ale serio, był mega spokojny. To aż dziwne xd
No okej, tyle ode mnie! Komentarz faktycznie nieco dłuższy, więc specjalnie dla ciebie bez wyśrodkowania. Czekam na kolejną część i pozdrawiam! c:


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#108 08-11-2017 o 13h58

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Methrylis - Ezrael wszczął (świadomie lub nie) wojnę z Liwką, to ty się dziwisz, że korzysta jak tylko może z pierwsze, większej okazji, żeby wziąć odwet? Ja nie. Jeżeli Ez skoryguje swój stosunek do niej, to i ona skoryguje swój stosunek do niego. Natomiast co do "agresji", to musisz pamiętać, że część rzeczy z opka dzieje się tylko i wyłącznie w głowie Liwki i nie ma odzwierciedlania w jej słowach ani czynach. Alajea jest dla niej miła, więc i Liwa jest miła, tak samo z Yamonem, Ykhar i Ewelein. Za Chrome'em i Karenn nie przepada, ale zachowuje się poprawnie w stosunku do obojga. Co prawda w przypadku Karenn jest to uwarunkowane częściowo strategią Liwki wobec niej,ale póki ta nie zaszłaby jej za skórę, Liwia nie warczałaby. Inna rzecz, że Liwia to zrzęda. Ba! Nie dość, że to, to jest osobą pragnącą świętego spokoju, z lekka introwertyczką, która nigdy spokoju nie ma i jest zmuszona ciągle przebywać wśród ludzi - frustracja lvl 99. Dlatego przez jej głowę przewijają się i przewijać będą rozmaite zjadliwości, ale większość z nich w głowie pozostanie. Natomiast czy ją lubić? ja lubię o niej pisać, o niej czytać, ale nie czy ja lubię to też nie wiem.... Szczególnie, że wiem, co ma w głowie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Rozdział 6 (cz 2)

        Kolejne zwierzęta. Rozumne co prawda, ale jak dla mnie to tym gorzej. Nie dość, że miałabym spędzać z jednym z nich całe dnie, to jeszcze te osądzałoby mnie. A może i zdradziło. W końcu to naturalne, że każde z nich przekłada los Straży i faery nad moim. Nad losy osoby, która prędzej czy później zniknie zostawiając je samym sobie.
        Chowańce już nie są nachalne, ale i tak mijam je jak najszybciej tylko potrafię. Przystaję tylko, kiedy jakiś spodoba się Brie… Rzecz jasna pod warunkiem, że i druga strona wyrazi zainteresowanie malcem. W końcu chowańce też maja prawo nie chcieć być dotykanymi.
        Nagle Brie wydaje z siebie pisk i chowa się za mną. Chwilę później z jednego z boksów wychodzi chowaniec, przegradzając mi drogę. Sylwetką przypomina skrzydlatego jelenia, lecz rogi ma proste, chude nogi zwieńczone nie kopytami, a szponiastymi łapami, zaś wielki łeb wygląda prawie jak lisi. No i nade wszystko pokrywa go nie sierść tylko błękitno-fiolerowe pióra tworzące wokół karku pierzastą grzywę ciągnącą się wzdłuż kręgosłupa aż po „pawi” ogon.
        Stwór zbliża się o krok i wykonuje głęboki ukłon, rozkładając ogon i skrzydła.
        Jasna cholera… Piekielnie przypomina Wyrocznię, do tego te srebrzyste ślepia… Ma wzrok jakby go opętało. To coś nie jest normalne.
        - Ez, możesz zabrać TO? – mówię do Ez’a, jednocześnie przyciskając do siebie Brie, który jest nawet bardziej przejęty pojawieniem się chowańca ode mnie. Drży. Pawi liso-jeleń przeraża go.
        - Oraclr… Posłaniec Wyroczni, jak czasem nazywa się jego gatunek – szepce do siebie Ezrael, poczym spogląda na mnie. – Zrobiłaś na nim wrażenie. Czy naprawdę…
        - Zabierz go! Nie widzisz, że przeraża małego?
        Elf spogląda na wtulonego we mnie, bliskiego płaczu kappę i traci rezon. Nic dziwnego. Mały nie był tak przestraszony nawet, kiedy czyhał na nas blackdog.
        - Dobra, idziemy stąd. Niestety nie jesteś tu mile widziany koleś. – Ezrael podchodzi do stworzenia, kładzie dłoń na jego piersi i delikatnie popycha. Reakcja jest natychmiastowa: w ślepiach oraclra połyskuje gniew i obnaża zęby. Jednak nie atakuje, prawdopodobnie dlatego, że wszystkie chowańce w pobliżu podnoszą harmider. Z boksów, żerdzi, terrariów i korytarza dziesiątki ostrzegawczych, wyraźnie zaniepokojonych spojrzeń spadają na oraclra.
        Oraclar mruga i błyskawicznie wraca do poprzedniej, nieagresywnej, pełnej dostojeństwa postawy. Ba, posyła nam coś na wzór łagodnego, przepraszającego uśmiechu, wykonuje kolejny ukłon i wraca do siebie. Ezrael błyskawicznie zatrzaskuje za nim drzwi boksu, a nawet zamyka kratę, uniemożliwiając bestii wyciągnięcie łba ze swojego lokum. W jego oczach błyszczy pełne lęku zaskoczenie.
        - Widziałaś to? – pyta mnie. – Czy on naprawdę zrobił taką minę, jakby miał zamiar przegryźć mi gardło?
        - Minę? Jakby? Gdyby nie to, że reszta ferajny ofuknęła go, już leżałbyś w kałuży krwi  podrygując w przedśmiertnych konwulsjach.
        Nerwowo przełyka ślinę i przeczesuje włosy, po czym zerka na oraclara – obecnie wzór delikatności i elegancji. Jednak ta poza już nikogo nie zmyli, a przynajmniej nie Brie, który wlepia w stwora zalęknione, a zarazem wrogie spojrzenie.
        - Chodźmy dalej. Skończmy ten zakichany obchód, a potem wszystko zaraportuję szefowi. I Miiko.
        Kappa nie przejawia już większego zainteresowania chowańcami, tylko wtulony we mnie prezentuje postawę „ja chce stąd iść”, pod którą podpisuję się obiema rękami. Ezrael chyba też. Dlatego nasza wycieczka zyskuje na tempie, przerywa ją dopiero głośne cmoknięcie. Właściwie to coś pomiędzy głośnym cmoknięcie, okropnym gwizdem. Odruchowo stajemy i spoglądamy w jego kierunku.
        O drzwi swojego boksu nonszalancko opiera się wielkie i kudłate stworzenie, które mogę opisać jedynie jako ogromną krzyżówkę świnki morskiej z niedźwiedziem, która dostała od stwórcy zajęcze uszy. Uszy na końcach których powiewają złożone długich, grubych włosów fioletowo-niebieskie chorągiewki. Pasują kolorem do podłużnych łat w pobliżu karku, wyraźnie odznaczających się na niezwykle puchatym, biszkoptowym futrze. Do tego wszystkiego niedźwiedzie łapy o ogromnych pazurach, którymi stworzenie z łatwością mogłoby mnie pokroić oraz wielkie siekacze, wielkie kły i ozdobiona długimi wąsiskami mordka zadowolonego z życia gryzonia. Mordka o bardzo cwanym wyraźnie.
        - Ten chowaniec coś kombinuje – oświadczam.
        - Ta… To samica jeanylotte, a właściwie jedyny jeanylotte jakiego mamy. Są dość rzadkie. A ta to kombinuje bez przerwy, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przeklęta, kudłata cwaniara.
        Elf posyła stworzeniu pełne podejrzliwości, nieprzyjemne spojrzenie, na które owo… Bezczelnie się uśmiecha i puszcza mi oko. Naprawdę się uśmiecha. Co więcej mam niemiłe uczucie, że waży i mierzy mnie wzrokiem.
Ok, nie mam nic przeciwko temu, żeby zajączko-chomiko-niedźwiedź wykręcał czy raczej wykręcała numery Ezraelowi. BA! Kibicuję jej w tym, tworzę jednoosobową, dopingującą falę meksykańską oraz wznoszę pieśni pochwalne. Ale ona ewidentnie kombinuje coś ze mną, a na to się nie zgadzam. Oj nie.
        Strategicznie przyspieszamy tempa i wyjątkowo zgodnie opuszczamy bestiarium. Chyba oboje, w sensie ja i Ezrael, mamy dość lokatorów tego przybytku na bardzo długi czas.
        - LIWIA!
        Odwracam się w kierunku krzyku. Och, co za niespodzianka. Chrome, posłaniec lisiej zołzy. Czegóż on znowu chce?
        - Miiko chce cię widzieć.
        - Niech zgadnę, w Kryształowej Sali?
        - T-tak.
        Wzdycham ciężko. Miiko ma do dyspozycji swój gabinet, kilka sal narad, zaś  do Sali Kryształu dostęp powinien być ograniczony do minimum, ale jakoś zawsze mnie tam ciągnie. Pierw po to, żeby zaimponować małemu człowieczkowi wielkim kamulcem, a teraz, żeby spróbować ponownie wywołać to Kryształowe Babsko. BA! Robi to z premedytacją, mając głęboko gdzieś, że zarówno kamień jak i jego duch budzą u mnie dreszcze.
        Ech… Powinnam udawać głupią. Uśmiechać się i za każdym razem stawać obok tego kryształu z szerokim, debilnym uśmiechem „Wyrocznia mi się objawiła, trafił mnie wielki zaszczyt i mam nadzieję, że trafi znowu, bo ja tak kocham być trafiana zaszczytami, błogosławieństwami i innymi takimi”. Nie budzić podejrzeń. Niestety wszystko zepsuło to, że jak zobaczyłam Kryształowe Babsko, usłyszałam je, to wybiegłam z Sali drąc się jak nienormalna. Nerwy mi puściły. Po raz pierwszy od kilkunastu lat. Przekonywanie wszystkich wokoło, że to wina zaskoczenia czy też wcześniejszego spotkania z blackdogiem mija się z celem. Szefowie Straży nie są aż tak naiwni, reszta zresztą też nie. Dlatego teraz stawiam na szczerość, która całkowicie współgra z moim instynktem samozachowawczym – jasno daję do zrozumienia, że boję się tego kryształowego cholerstwa i nie zamierzam zbliżać się do niego bez wyraźnej potrzeby. Jak już iść w dziwactwo to do końca.
        Ech, szkoda tylko, że oznacza to pyskówkę z futerkową faery.
        Kiedy jakieś dziesięć minut później wchodzę do Sali Kryształu, Miiko, tak jak podejrzewałam, stoi tuż przy Krysztale. Osobiście nie zamierzam do niego podchodzić nawet na krok.
        Cholera jasna… Mam paskudne wrażenie, że kryształ przypatruje mi się jak rzeźnik świni na targu. Obym tylko nie skończyła jako cynaderki.
        - Jestem, czego chciałaś?! – wołam przez pół Sali. Boże muszę wyglądać jak skończona kretynka. Co tam, to nie pierwszy i nie ostatni raz.
        - Mogłabyś podejść? – Miiko posyła mi zdegustowane spojrzenie.
        - Nie. Nie zamierzam się zbliżać do tego draństwa bardziej niż teraz.
        - Po pierwsze nie nazywaj Kryształu DRAŃSTWEM! – Miiko jeży się jak kot oblany wodą. – Po drugie nie bądź dziecinna! Chodź tu natychmiast!
        - Z całym szacunkiem, ale mój instynkt każe mi się trzymać od waszego świętego Kryształu jak najdalej, a zachowujemy się dziecinnie obie. Ty ciągając mnie do tej Sali pod byle pretekstem, podczas, gdy dostęp tu powinien być ograniczony.
        - Jak śmie…
        - Uspokój się Miiko – rozlega się tuż obok mnie głos Krajzan, a ja co o mało nie dostaję zawału serca. Jasny gwint, ona to się umie skradać! – Co do ostatniego punktu to niestety nasza mała ma rację. Poza tym, nie powinniśmy jej tu sprowadzać, skoro nie chce, chyba, że to wymóg chwili. Wątpię, żeby zaprzyjaźnianie jej z Kryształem na siłę cokolwiek dało. Raczej odniesie przeciwny skutek.
        - Grrrik – ćwierka Brie, który rzecz jasna i tu poczłapał za mną. Odkąd trafił do Eel jestem jego nieoficjalną opiekunką. Wszyscy wiedzą, że jak zwiał Ewelein to jest albo ze mną, albo z Yamonem, ewentualnie biega za Ezraelem drąc się „płaskodupiec!”.
Miiko wzdycha ciężko, co znaczy u niej tyle co „nie mam ochoty ani czasu się wykłócać”. Nie wiem czy nie chce jej się wdawać w pyskówki ze mną, z Krajzan czy może z patrzącym na nią wojowniczo kappą, ale dobra moja. W każdym razie, w akcie rezygnacji czy też dobrej woli podchodzi do nas.
        - Mam dla ciebie misję – mówi stając tuż przede mną. – Jutro popłyniesz do najbliższej krainy zamieszkiwanej przez kappy i zwrócisz im małego…
        Że jak? W życiu nie byłam na łodzi! Nie znam się na ŻEGLARSTWIE. Wiem, że muszę się czym prędzej nauczyć samodzielnego poruszania się po Eldaryi, ale bez przesady.
        - Mam nadzieję, że dostanę kogoś do towarzystwa? – wyduszam.
        - Oczywiście. Popłyniesz razem z Nevrą i Chrome’em.
        - Nevrą? Przecież ma poharataną rękę…
        - Dlatego płynie też Chrome. Pochodzi z rybackiej wioski, dlatego dość dobrze zna się na nawigowaniu. Będzie mógł wyręczyć Nevrę w co bardziej fizycznych pracach w trakcie żeglugi. Przy okazji nauczy się tego i owego.
        - A czemu płynę tam ja?
        - Bo Brie, jak go nazwałaś, słucha tylko ciebie i Yamona, a Yamon jest potrzebny tutaj.
        - A nie mogę popłynąć tam w bardziej no… Damskim towarzystwie?
        -  A co to za różnica?
- Taka, że Nevra to zbok, a Chrome to trzepnięty nastolatek, a jakieś-takie paskudne przeczucie mówi mi, że na łodzi toaleta będzie wyglądała na zasadzie „wystaw kuper za burtę” i… - rozkładam ręce. – Jakby to powiedzieć, wolałabym uniknąć sytuacji, w której mój komfort psychiczny będzie zależał od tego czy tych dwóch się odwróci.
Krajzan chichocze i klepie mnie po głowie, natomiast Miiko chyba po raz pierwszy odkąd tu przybyłam, spogląda na mnie współczująco.
        - Dostaniecie łódź z zamykanym pomieszczeniem na wiadro – zapewnia mnie.
        Łódź z wiadrem, normalnie wersja de lux. No ale przynajmniej tyle, w końcu to zawsze jakiś plus. Szkoda tylko, że podróż będę usiała odbyć w towarzystwie irytującego, nadpobudliwego nastolatka i traktującego go jak apodyktyczna mamuśka księcia dennego podrywu, któremu pilnowanie smarkacza zapewne nie przeszkodzi w próbach „uwiedzenia” mnie… Niestety. Kilka dni nieustannego zrzędzenia, wymądrzania, chojrakowania i dwuznacznych, pseudo-romantycznych tekstów spod płotu. I to płotu oszczanego przez wszystkie lokalne psy i meneli. Czeka mnie doprawdy „cudowny” czas.
        - A ile potrwa podróż? – pytam.
        - Jeden dzień będziecie płynąć, u kapp spędzicie kolejny i dzień na powrót.
        Trzy dni z dwoma oszołomami. Sama radość. Ech, przynajmniej dwa z tych trzech dni będzie towarzyszył mi tez Brie. Naprawdę lubię tego berbecia. Szkoda, że tak szybko trzeba będę musiała się z nim pożegnać, no ale mówi się trudno. Poza tym mały pewnie tęskni za rodziną, a jego rodzice pewnie odchodzą od zmysłów… o ile to oni go nie porzucili. Ewentualnie nie zginęli. Różnie może być. W każdym razie żółwiowy stworek powinien dorastać wśród innych żółwiowych stworków.

Offline

#109 09-11-2017 o 22h03

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Tak z ciekawości: ile z ciebie ma w sobie Liwia? To raz. A dwa, że nawet nie zaczęłam czytać, a już widzę, że cały czas popełniasz te malutkie błedziki, o których ja cały czas piszę. Prawdziwe drobnostki: Jamon zamiast Yamon (wiem, że ci się to myli, więc w sumie luz) oraz niego gorszy: apostrof. „Ez’a” — ŹLE. „Eza” — DOBRZE. Nie stawia się apostrofów po spółgłosce. „Z” to spółgłoska.
„a szponiastymi łapami, zaś wielki łeb wygląda prawie jak lisi.” — ‘zaś’, tak samo jak ‘bowiem’, nie może stać na początku, nawet gdyby założyć, że ten początek jest po przecinku. Musi być dalej. „a szponiastymi łapami, wielki łeb zaś wygląda prawie jak lisi” — wiem, że brzmi to dziwnie, ale jest poprawnie.
„szepce do siebie Ezrael, poczym spogląda na” — ‘po czym’
Oraclar, jak Posłaniec Wyroczni, niemal musiał w jakiś sposób zbliżyć się do Liwki i poczuć z nią pewną więź, skoro prawdopodobnie tak samo jest z Liwką i samą Wyrocznią. No dobra, ale ciekawe, co by było, gdyby nie towarzyszył im kappa.
Kudłata cwaniara — brzmi uroczo. /static/img/forum/smilies/big_smile.png XDDDD
„Elf posyła stworzeniu pełne podejrzliwości, nieprzyjemne spojrzenie” — jakoś nie gra mi to zdanie. Mmmm… z reguły podejrzliwe spojrzenie jest nieprzyjemne, więc jakby z jednego zrezygnować, lepiej by brzmiało. „Elf posyła stworzeniu podejrzliwe spojrzenie” i styka.
„kilka sal narad, zaś  do Sali Kryształu dostęp” — wcześniej chyba nie używałaś tego słówka. W sensie „zaś”. U mnie to co innego, lata na prawo i lewo. Ale tu ta sama zasada, o której wspominałam wyżej.
„chyba, że to wymóg chwili.” — ‘chyba że’ to wyjątek taki sam jak ‘mimo że’ czy ‘zwłaszcza że’ — nie stawia się przecinka, bo traktuje się to wyrażenie jako całość.
Oj, a podróży to jej mocno współczuję XD Btw ja nie pamiętam, czy o tym wspominałaś czy nie: ty jedziesz według fabuły w grze, ustawiając ją tak jakby na swoją modłę, czy to tylko na razie tak wygląda, ale potem to się totalnie rozejdzie [oczywiście mam na myśli te momenty zanim następuje dziura w fabule, czyli brak odcinków]?
No nic, tyle ode mnie. Czekam na kolejną część i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#110 13-11-2017 o 13h38

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Methrylis - co Liwia ze mnie ma? Dziwne porównania +  introwertyzm. Poza tym niestety niewiele, bo nie jestem ani tak bystra, ani tak wygadana ani zaradna jak ona. Cięte riposty przychodzą mi do głowy zwykle po miesiącu, a Ezraela to bym albo zabiła albo się pocięła musząc z nim przebywać. Ewentualnie przyssała się do tyłka jedynej prawdziwie miłej osoby w KG - Jamona - mając nadzieję, że 200 kg ogra mnie obroni.
A kudłata cwaniara niedługo (ale nie w tym rozdziale) zostanie chowańcem Liwii i tym sposobem wywiążę się z jednego z zadań "konkursowych" /static/img/forum/smilies/wink.png
Na razie jadę mniej-więcej według fabuły (ale jak widać na załączonym obrazku nie do końca z nią w zgodzie), a potem to się pomiesza, a nawet całkiem rozjedzie. Mam własne pomysły na Wyrocznię i na razie ujawnione w grze postacie (teoretycznie) negatywne, na pozytywną z której zrobię negatywną + wiele odskoczni.

Rozdział 6 (cz 3)

        - To twoja pierwsza, poważniejsza misja, a zarazem jedna z tych, które mogą zaważyć na tym, kiedy pozwolimy ci wyruszyć na poszukiwania składników portalu. – Miiko spogląda na mnie poważnie. – Kappy to może niezbyt potężne plemię, a przynajmniej nie to, żyjące u Wybrzeży Jaspisu, ale za to cieszące się wielkim szacunkiem i mające wysoką pozycję. Jeżeli urazisz któregoś z nich, bądź zachowasz się niegodnie, może odpowiedzieć za to cała Straż, więc uważaj co mówisz, co robisz i słuchaj Nevry. Może i na co dzień zachowuje się jak ganiający za spódniczkami gagatek, ale do swych zadań przykłada się z należytą starannością. Do tego ma duże jak na młody wiek doświadczenie i zna się na dyplomacji w przeciwieństwie do ciebie. Zatem rób co ci pow…
        - A przynajmniej w kwestii zachowania w stosunku do kapp – dorzuca Krajzan. – Jeśli w trakcie podróży na miejsce będzie sugerował ci, żebyś ściągnęła bluzkę, możesz go spokojnie zdzielić w twarz. Masz moje pełne zezwolenie i błogosławieństwo.
        Miiko wywraca oczami, ale nie komentuje.
        - A muszę na coś szczególnie uważać, kiedy będę u kapp? Mają jakieś nietypowe zwyczaje czy może jakiś normalny gest może ich urazić albo…
        - Są niezwykle honorowe i kładą wielki nacisk na wzajemny szacunek, ale poza tym to nie. – Odpowiada Miiko. – Jednak są nieco… Hm… Uczulone na ludzi. Należą do faery, którzy najbardziej ucierpieli z ręki twojego gatunku i nawet to, że jesteś faelien może nie mieć dla nich znaczenia…
Pięknie. Pojadę do osady żółwioludzi i zostanę przerobiona na kebaba, bo moi przodkowie sprzed tysięcy lat robili z nich zupę czy coś. Zawsze o tym marzyłam.
        - …Oczywiście, ponieważ to rasa honorowa i nade wszystko ceniąca pokój, nie zrobią ci krzywdy ani cię nie obrażą, ale nie oczekuj ciepłego powitania.
Czyli przeżyję. Fajnie, że nie wysyłacie mnie na pewną śmierć.
        - Dokładne instrukcje tego, co powinnaś wziąć w podróż, na co uważać i tak dalej przekaże ci Krajzan – kontynuuje Miiko. – I odprowadź małego do Ewelein. Powinien już dostać obiad.
        - Nie Ewe! Iwia, Iwia, grrr! – protestuje mały, łapiąc mnie za nogę.
        - I tak jej zwieje, jak tylko ta się na chwile odwróci. – Klepię małego po głowie, na co ten mruczy jak kot. – Lepiej będzie, jak po drodze skoczymy do stołówki po jego ogórkowy kisiel… Czy czym ta zielona breja nie jest.
        - W sumie racja.  A tak z innej beczki. Zasugerowałam Ezraelowi…
        Kazałaś mu. Stawiajmy na szczerość. Kazałaś mu i to raczej nie w delikatny sposób.
        -…Żeby zaproponował ci przyjęcie chowańca. Rozmawialiście już o tym?
        - Tak. A nawet byliśmy w bestiarium.
        - I?
        - I po wizycie tam moje pierwsze odczucie, że chowaniec to bardzo kiepski pomysł zmieniło się na „nigdy w życiu” z trzema wykrzyknikami na końcu i podkreśleniem. Ezrael zrelacjonuje czemu.
        - Dobrze. W takim razie to chyba już wszystko. Dziękuję ci… I tobie Krajzan. – Miiko odwraca się na pięcie, ale po paru krokach przystaje i zerka na mnie znad ramienia. –  Wysłanie cię na tę misję to duży dowód zaufania z mojej strony. Nie zrób niczego głupiego. Nie zawiedź mnie.
        Czytając między wierszami: „Jeżeli jednak zawiedziesz, to się z tobą rozprawię”. Nie ma to jak trzy kilo presji przed obiadem, tak na pobudzenie apetytu.
        Krajzan prowadzi mnie do swojego gabinetu… Właściwie to do pierw do kuchni po małe co-nieco dla Brie – tym razem nie zieloną maź, jaką zwykle jada, tylko różnobarwną sałatkę – a potem do gabinetu.
        Na miejscu, ku mojemu zaskoczeniu, czeka na nas Jamon. Wielki jak góra stoi za biurkiem ze skrzyżowanymi ramionami, spoglądając na nas poważnie i potwornie kłócąc się z wystrojem mogącego robić za buduar biura. Zresztą i Krajzan jakoś gwałtownie poważnieje, jedynie Brie zachowuje swoje optymistyczne nastawienie. Śmiejąc się radośnie natychmiast podbiega do Jamona którego pierw obejmuje po to by po chwili unieść ku niemu dłonie, dając do zrozumienia, że chce na barana. Ogr nie daje się długo prosić i bierze go na ręce.
        - No co tam łobuzie? Jesteś grzeczny? – pyta malca na co ten radośnie gulgocze. – To dobrze. Wiesz, na razie nie mam czasu się z tobą bawić, bo muszę porozmawiać z Krajzan i Liwią, ale potem obiecuję, że poszalejemy razem.
Malec robi smutną minę i patrzy żałośnie, ale kiwa ze zrozumieniem głową.
        - Nie smuć się. – Jamon pokazuje w uśmiechu wszystkie swoje, szpiczaste zęby. Chociaż wiem, że to facet do rany przyłóż, widok budzi instynktowny niepokój, ale nie u Brie. – Patrz tam – Wskazuje w kąt pokoju, gdzie drzemie chowaniec Krajzan. – To Landryna. Dotrzyma ci towarzystwa.
Landryna spogląda na malca, po czym rzuca ogrowi ostrzegawcze spojrzenie, ale na ucieczkę jest już za późno. Odstawiony na podłogę Brie pędzi do niej zaśmiewając się radośnie.
        Nie dziwię się stworowi, że nie jest zachwycony perspektywą niańczenia kilkulatka, sama bym nie była, ale kappa nie powinien nazbyt go wymęczyć. Jest, jak na dziecko, bardzo delikatny w stosunku do innych, szczególnie zwierząt.
Rzucam szybkie spojrzenie Jamonowi, po czym zerkam na Krajzan, powoli zajmującej miejsce za biurkiem.
        - Coś mi mówi, że nie będziemy rozmawiali tylko o mojej misji – mruczę, opadając na jeden z foteli.
        - Coś ma rację. – Krajzan uśmiecha się słabo. – Nim przejdziemy do sprawy twojej misji, chcielibyśmy porozmawiać o Wyroczni. A konkretniej rzecz ujmując, chcielibyśmy dokładnie wiedzieć, czemu tak bardzo cię przeraziła.
        - Przecież już mówiłam, że…
        - „Zaskoczenie, irracjonalny lęk, przeczucie, sama nie wiem”. Daruj, ale potrafię rozpoznać kłamstwo, a przynajmniej kłamstwo szyte tak grubymi nićmi.
Szlag. Dlatego wolę przedstawiać prawdę w odpowiednim świetle niż kłamać, chociaż zwykle kłamanie wychodzi mi elegancko. Jednak po stanięciu twarzą twarz z obłąkaną upiorzycą mogłam nieco zbyt odsłonić swoje prawdziwe ja.
        - Czy Miiko wie o tej rozmowie? – pytam.
        - Nie i się nie dowie. – Jamon spogląda na mnie poważnie. – A sama rozmowa jest nieoficjalna. Zostanie między nami.
        - Od jakiegoś czasu w Straży i nie tylko, właściwie to w całej Eldaryi, dzieją się złe rzeczy. – Krajzan opiera łokcie na biurku i splata dłonie pod brodą, wbijając we mnie zimne, poważne spojrzenie. – Początkiem najgorszych problemów było rozbicie Kryształu, ale wszystko zaczęło się dużo wcześniej. Subtelne, ale niepokojące zmiany. Dlatego, jeżeli coś wyczułaś, zauważyłaś, chcielibyśmy, żebyś szczerze odpowiedziała: co to było?
        Szczerze odpowiedziała? HA! Do tego trzeba zaufania, a ja nie ufam nawet sobie. Zresztą, co jak co, ale tego typu rozmowy za plecami szefowej są mocno podejrzane. Czyżby szykował się jakiś buncik?
        - A jaką mam gwarancję, że nie powiecie niczego, co wam powiem, nie powtórzycie Miiko? – pytam.
        - Gwarancji nie masz żadnej, bo zwyczajnie nie możemy jej ci dać. Masz tylko nasze słowo. Moje słowo. – Jamon opiera się ramionami o fotel Krajzan.  – Jednak podejrzewamy, że lepiej nie przekazywać jej twojej odpowiedzi. Jakby to ująć… Miiko przez całe lata była zastępczynią szefa Lśniącej Straży, który ją cenił i traktował jak córkę. Jednak, o czym wiedzą wszyscy szefowie Straży i co po niektórzy starsi stażem strażnicy, jak ja, nie zamierzał uczynić jej swoją następczynią. Uważał, że nie ma odpowiedniego charakteru do tej funkcji, a ona zgadzała się z nim i w pełni szanowała jego decyzję. Niedługo przed rozbiciem Kryształu miał wybrać kogoś na następcę i przekazać go pod opiekę Miiko, aby obeznała go z jego przyszłymi zadaniami. Miała być podporą i doradczynią przyszłego szefa. Niestety stało się tak, że nas napadnięto, rozbito Kryształ i zabito sporo naszych. W tym szefa Lśniącej Straży i niewykluczone, że tego, kogo planował uczynić swoim następcą. Zapanował chaos i żeby go opanować, Miiko chcąc-nie chcąc musiała zostać nową szefową. Za wszelką cenę próbuje stać się godną powierzonej sobie funkcji. Godną następczynią swego przyjaciela, mistrza i mentora. Dlatego też jest niezwykle oddana Kryształowi i Wyroczni, którą traktuje niemal jak boginię. Zresztą większość faery ma nabożny stosunek zarówno do Kryształu jak i Wyroczni, a każde złe słowo na ich temat może zostać odebrane jak bluźnierstwo.
        - Wy tak nie myślicie?
        - Swego czasu czytałam wiele książek z twego świata… A przynajmniej te, które potrafiłam zrozumieć – odzywa się Krajzan. – Wszystkie, nie licząc oczywiście fantastycznych czy tkliwych powieści, uczą logiki i naukowego podejścia do wielu rzeczy. Dlatego z mojej perspektywy Kryształ jest jedynie stworzonym przez faery artefaktem. Potwornie potężnym artefaktem. A Wyrocznia znów… Hm… Albo czymś uwięzionym w tym artefakcie albo jego świadomością. W końcu niewykluczone, że coś tak magicznie skomplikowanego, potężnego i złożonego jak Kryształ zyskało własną świadomość.
        Spoglądam na Jamona, na co ten uśmiecha się półgębkiem. Dość gorzko.
        - Ja znów przekonałem się wielokrotnie, że magia nie czyni cudów. Nie jest w stanie dać czegoś z niczego. To żadna boska potęga tylko wymykająca się nauce moc, która ZAWSZE ma swoją cenę. Dlatego istnienie czegoś równie potężnego jak Kryształ i Wyrocznia, czymkolwiek ta naprawę nie jest, również musi mieć cenę… I boję się, że właśnie nadchodzi dla nas, dla faery, czas zapłaty.
        Dobrze, to co mówią ma sens, a do tego oboje wydają się mnie względnie lubić. Okazanie im odrobiny zaufania może być dobrym pomysłem – niewykluczone, że odpłacą mi swoim w nieco większych ilościach. Zresztą kłamać nie ma sensu. Po tym jak zostałam przyłapana na pierwszym łgarstwie, Krajzan z pewnością rozszyfruje następne, zbyt uważnie mnie obserwuje. Z kolei uparte milczenie przypłacę nieufnością i być może niechęcią. Zresztą mówiąc im o Wyroczni raczej niewiele ryzykuję.
        - Spotkaliście kiedyś kogoś kompletnie szalonego? – pytam, a gargulica i ogr spoglądają na mnie wyraźnie zaskoczeni. – Teoretycznie myślącego logicznie, ale trawionego złymi, chociaż pozornie szlachetnymi ideami, mającego krzywy obraz świata. Obłąkanego… Obłąkanego tym obłędem, którym byli obłąkani wszelkiego rodzaju fanatycy wierzący, że oto znaleźli klucz do zbawienia świata… Kij z tym, że aby to zbawienie osiągnąć trzeba uśmiercić miliony, a może nawet miliardy, a wolę kolejnych milionów i miliardów zmiażdżyć. Ja widziałam. Starca. Umierającego, który nie powinien potrafić nawet unieść dłoni do ust. Ale potrafił. Potrafił też chodzić, krzyczeć i wygłaszać porywające przemowy… A jego chude, pajęcze ręce miały niezwykle silny uścisk…
        Do dziś pamiętam uścisk tych zimnych, kościsty paluchów na swojej szyi. Drań prawie mnie zabił i to tuż przed tym, jak miałam uratować Lidię. Na szczęście dostał zawału zanim zdążył mi zmiażdżyć krtań. Przeklęty, szalony staruch.
        - Do czego zmierzasz? – przerywa mi Krajzan.
        - Tego typu szaleńcy mają bardzo charakterystyczne spojrzenie. Spojrzenie, jak to ujął mój znajomy,  z którego dna na świat wyglądają demony. Wyrocznia miała identyczne.
        - Chcesz powiedzieć, że…
        - Wyrocznia jest obłąkana. Jestem tego pewna. Co więcej mam niemiłe uczucie, że ma mnie na oku i coś planuje. Za każdym razem, kiedy wchodzę do Kryształowej Sali, czuję się obserwowana przez ten przeklęty Kryształ.
        A moja paranoja zaczyna mi podpowiadać, że to właśnie Wyrocznia mnie tu sprowadziła, chociaż nie mam bladego pojęcia po co. Na pewno nie po to, żebym robiła za Wybrankę, Zbawicielkę i Bożyszcze Tłumów… A jeżeli nawet mam być Wybranką, to misja, do której zostałam wybrana, najpewniej podpada pod kategorię „naprawdę lepiej nie” ewentualnie „Zdzichu to je*nie”.
        Zapada chwila milczenia. Wyraźnie zaskoczeni Krajzan i Jamon przypatrują mi się dłuższy czas w kompletnej, przerywanej jedynie śmiechem Brie i gulgotami Landryny, ciszy. Niemal widzę jak w ich mózgownicach skrzą się obwody.
        - Interesująca teoria… - Krajzan marszczy brwi. -  Możliwe, że rozbicie Kryształu wpłynęło na psychikę Wyroczni, szczególnie jeżeli jest jego jaźnią. W końcu to tak jakby podzielić jej ciało. Możliwe też, że nazbyt długa egzystencja negatywnie wpłynęła na jej umysł, a rozbicie Kryształu jest jedynie tego objawem. W końcu tamtego feralnego dnia tak wiele pieczęci ochronnych i zaklęć zawiodło. To aż nazbyt podejrzane.
        - Znaczy wierzycie mi? – pytam. Muszę przyznać, że jestem zaskoczona.
        - Nie. Bierzemy jedynie pod uwagę, że możesz mieć rację, chociaż nie wykluczamy też, że mogłaś pewne rzeczy… Hm… Wyolbrzymić. Jednak odrzucanie czegokolwiek, kiedy nie wiemy, co się tak naprawdę dzieje, byłoby czystą głupotą. Ostatnio mają miejsce bardzo dziwne i niepokojące zdarzenia, między innymi twoje przybycie, więc staramy się mieć oczy i uszy szeroko otwarte.
        - Swoją drogą, jeżeli Wyrocznia istotnie oszalała, to co obstawiasz? Co mogło doprowadzić ją do obłędu? – pyta mnie Jamon. – Rozbicie Kryształu czy może coś innego?
        - Biorąc pod uwagę swoje kulawe szczęście, zawsze obstawiam najgorszą z możliwości.
        - Czyli?
        - Czyli nie mam pojęcia czemu oszalała, ale zakładam, że stało się to już bardzo dawno temu. Dlatego milczała przez stulecia. Obłąkana, zamknięta w Krysztale planowała coś. A teraz zacznie to coś wcielać w życie i naprawdę wolałabym, żeby mnie przy tym nie było, bo to na pewno nic dobrego. Dlatego tym bardziej zależy mi na jak najszybszym powrocie do domu.
        Krajzan i Yamon wymieniają dłuższe spojrzenie. Wygląda to jakby porozumiewali się bez słów. Właściwie to niewykluczone, że tak właśnie jest – w końcu mają magię. Co prawda ponad dwa metry przypakowanego ogra nie wyglądają na maga, ale jak to mówią „nie oceniaj książki po okładce”. Kto wie jakie talenty kryje. Zresztą  Krajzan tak samo. Osoba temperamentnej krzykaczki znanego pierwszego spotkania coraz bardziej rozmywa się na rzecz kobiety rozsądnej, podejrzliwej i mającej niejedną maskę w swej szafie.
        Chyba spotkałaś kogoś godnego siebie Liwio.

Offline

#111 13-11-2017 o 22h50

Straż Obsydianu
Kalio
Nowo przybyła
Kalio
...
Wiadomości: 2

Okej, komentarzy nie lubię pisać, ale jak mnie wciągnie to muszę ^^. Fajne opowiadanie, nieszablonowe i trochę zawiłe, czasami można się pogubić, ale to nic. Błędów nie widziałam i muszę ci się przyznać, że strasznie zazdroszczę ci twojego stylu pisania. Też bym tak chciała ^^
    A co do ostatniego rozdziału, to moja pierwsza myśl była taka :
https://kwejk.pl/obrazek/2635839/ale-to-walnie.html

Weny!

Ostatnio zmieniony przez Kalio (13-11-2017 o 22h51)


https://m.popkey.co/f1c386/a0NyG.gif?c=popkey-web&amp;p=popkey&amp;i=3d-gifs&amp;l=direct&amp;f=.gif

Offline

#112 15-11-2017 o 21h39

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Kurde. Uwierzysz, że lapek mi się zawiesił i pół komentarza muszę pisać jeszcze raz? Ech /static/img/forum/smilies/hmm.png
Niemniej o twojej odpowiedzi wnioskuję, że zapowiada się naprawdę ciekawie /static/img/forum/smilies/big_smile.png Nie mam nic przeciwko zaczynaniu oryginalną historią, a jak już potem pójdzie swoją drogą, to jeszcze lepiej ^^
„Jeśli w trakcie podróży na miejsce będzie sugerował ci, żebyś ściągnęła bluzkę, możesz go spokojnie zdzielić w twarz. Masz moje pełne zezwolenie i błogosławieństwo.” — Krajzan, jesteś moim mistrzem! XD
O. „Jamon” napisałaś poprawnie. /static/img/forum/smilies/big_smile.png No i pięknie! I masz rację — Jamon, zwłaszcza w twoim opowiadaniu, jest cudowny! <3
Bardzo ciekawie przedstawiłaś Miiko i jej „drogę” ku szefowaniu. Bardzo podoba mi się kitsune, która wcale nie miała zostać następczynią, ale stało się tak właściwie wbrew wszystkim i wszystkiemu. Interesująca wizja.
WOW. OBŁĄKANA WYROCZNIA?! No tutaj mnie zatkało. Genialne, naprawdę fantastyczne!
To był jeden z lepszych odcinków! Błędów nawet nie zauważyłam, ale możliwe, że to przez zaczytanie! Sporo szalonych wizji i teorii, które tylko uruchamiają wyobraźnię. I teraz pytanie: co bohaterowie z tym wszystkim zrobią? Genialne, naprawdę genialne, czytało się znakomicie! Czekam na więcej perełek i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#113 18-11-2017 o 15h39

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Kalio - Weee kolejny komentator ^^. Miło się widzi nowy login  wśród odzywających się osób, wtedy ma się to poczucie, że ktoś czyta. Niby ilość wyświetleń rośnie z odcinku na odcinek, ale to ni to samo co to, jak ktoś zostawi po sobie znak /static/img/forum/smilies/wink.png A obrazek pasuje, tylko, żeby ująć stosunek Liwii do tego wszystkiego, kotek musiałby mieć jeszcze nutkę Grumpy'ego

@Methrylis
Krajzan jest fajna /static/img/forum/smilies/smile.png a Jamona właśnie staram się zrobić takiego w porządku. Trochę jak ten z gry + elokwencja, dobra wymowa i z pół kilo manier (gdyby jeszcze wygląd by był inny, nie wykluczone, że panienki by piały i mdlały, próbując wycelować omdleniowym rzutem w jego silne ramiona). Motyw Miiko i jej byłego szefa będzie dalej wałkowany, ale nie szybko, więc generalnie dobrze, że ci się podoba /static/img/forum/smilies/big_smile.png Natomiast co do Wyroczni, to w końcówce poprzedniego rozdziału (rozdziału nie części) już było zapowiedziane, a niemal wprost powiedziane... I to jest 1 z W I E L U powodów, dla których prędzej czy później moje opowiadanko rozejdzie się z główną fabułą gry (chociaż nie wykluczam podpierdzielania od Chino niektórych motywów, w końcu to ff /static/img/forum/smilies/big_smile.png). A im więcej teorii tym lepiej, bo mam w zanadrzu zestawik może nie intryg, chociaż w sumie też kilka będzie, ale brzydkich tajemnic + jedną (mam nadzieję) niespodziankę, więc kombinujcie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Dziś ciutkę więcej tekstu, bo tak najwygodniej było mi podzielić. Mam nadzieję, że protestów nie będzie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Rozdział 6 (cz 4)

        Pytają mnie jeszcze o kilka rzeczy, głównie o to czy w ostatnich dniach nie zauważyłam niczego niepokojącego. Opowiadam im o wydarzeniu bestiarium, zresztą i tak dowiedzieliby się o tym. Kolejne pojawienie się mężczyzny w demonicznej zbroi pomijam milczeniem, podobnie jak obecność dwóch dodatkowych blackdogów, które wziął na siebie. Póki nie wiem, komu mogę ciut bardziej, a komu muszę ufać mniej, wolę nie robić sobie wrogów.
        Kiedy w końcu zaspakajam ich ciekawość Jamon zgarnia z podłogi Brie i wychodzi z gabinetu, informując mnie, że zabiera małego do ogrodu, pobawić się z nim. Uwolniona od towarzystwa kappy Landryna natychmiast ewakuuje się z powrotem do swojego legowiska, gdzie kontynuuje przerwaną drzemkę. Ja z kolei grzecznie siedzę i słucham jak Krajzan omawia czekającą mnie misję: niezwykle szczegółowo, poruszając wszystkie możliwe kwestie. Począwszy od tego, co powinnam zabrać ze sobą przez zachowanie jakie powinnam prezentować na miejscu i krótki wykład o kappach, po wszystkie możliwe zagrożenia, jakie mogą na mnie czyhać. Wśród nich jest nawet tajfun, chociaż ja i tajfun na morzu to działanie, którego wynikiem, w moim przypadku, prawdopodobnie byłaby śmierć.
        Wychodzę z gabinetu mając głowę pełną informacji. Szczerze powiedziawszy jestem nieco skołowana. Znaczy nie wykładem o misji i kappach, ale tym, co wcześniej. Ta rozmowa… Wszystko to nieco trąci spiskiem, w końcu tego typu spotkanie za plecami Miiko jest delikatnie mówiąc nieco podejrzane. Z drugiej strony szefowie zwykle wiedzą jedynie połowę tego, co się dzieje wokół, resztę ogarniają kompetentni podwładni czasem nawet się nie konsultując. No i ani Krajzan, ani Jamon nie sprawiają wrażenia zdrajców.
Hm… Będę musiała nieco bardziej przyjrzeć się relacjom panującym w dowództwie. Na pierwszy rzut oka wszyscy wydają się oddani Miiko, ale na ile to prawda? W końcu nie ona miała być następczynią poprzedniego szefa Lśniących, więc ktoś może uważać, że to właśnie on został przeznaczony na to stanowisko. Z tego, co zrozumiałam z przemowy Krajzan, szef szefów nie zdążył wybrać nikogo na swoje miejsce, a jeżeli nawet wybrał, to nikomu o tym nie powiedział.
Ech, pochrzaniona sytuacja.

***

        Budzi mnie głośne pukanie do drzwi. Pukanie! BA! Łomot prawdziwy! Półprzytomna i niesamowicie zaspana wypełzam z łóżka, tylko po to, żeby przeżyć natychmiastową cofkę pod kołdrę. Mamuniu kochana, jaki zimny pora… Nie, nie poranek. Blady świt. Właściwie to przedświt. Która to jest?
Zerkam na komórkę ustawioną wedle tutejszych zegarów. Czwarta trzydzieści rano. Wyruszać mamy dopiero o w pół do siódmej! Kogoś pomyrdało i to ostro.
        Opatulona kołdrą ponownie wyskakuję z łóżka i brnę ku drzwiom. Ktokolwiek nie stoi po drugiej stronie, właśnie znalazł się w strefie zagrożenia życia i zdrowia. Budzić mnie GODZINĘ przed czasem, toż to niewybaczalne!
Otwieram drzwi, a za nimi wita mnie szelmowski uśmiech Nevry. No tak, to było do przewidzenia. Zabić dziada to za mało.
        - Witam. – Wykonuje szarmancki ukłon w pół. – Przyszedłem zapytać czy zacna dama nie zechce zjeść ze mną śniadania przed naszym wspólnym rejsem.
        - Tylko jeżeli będą serwować twoją wątrobę – warczę.
        - U… Co tak ostro z rana?
        - Nie wiem jak tobie, ale mnie ogarnięcie rzeczywistości i co najważniejsze samej siebie po przebudzeniu zajmuje około dwudziestu minut. Wycieczka na nadbrzeże, gdzie powinna czekać na nas łódź to około pół godziny. Zatem, jeżeli moja matematyka mnie nie myli, miałam przed sobą godzinę snu. Cudownego, głębokiego snu.
        - Gwarantuję, że śniadanie w moim towarzystwie jest warte takiego poświęcenia. – Uśmiecha się szeroko w niezwykle irytujący, bezczelny sposób.
        Przyznaję, niemal podziwiam tę jego samobójczą pewność siebie. Niestety dla niego, oprócz tego, mam ochotę zdzielić go czymś ciężkim w łeb. Może przy okazji śniadania Karuto pożyczy mi jedną ze swoich wielkich, żeliwnych patelni, jeżeli obiecam mu zdradzić parę nowych przepisów?
        - Nie jest – warczę.
        - Nawet, jeżeli przygotowałem coś specjalnego?
        - Właśnie taki wyraz pyska miał oraclr, kiedy chciał mi odgryźć facjatę – nad ramieniem Nevry pojawia się zaspana twarz Ezraela.
        Nevra natychmiast robi duży krok do tyłu, a jego bezczelny uśmiech robi się nieco nerwowy.
        - A ty, co tu robisz o tak wczesnej porze? – pytam elfa, który również nie wygląda na najszczęśliwszą osobę pod słońcem.
        - Muszę nazbierać żuczków mgielnych. – Unosi do góry wielki słój. – Najwięcej ich o brzasku na skraju lasu. Na Wyrocznię, jak ja nienawidzę wcześnie wstawać.
        No to mamy coś wspólnego. Wspólne odczucia i antypatie z Ezraelem… Czas się zacząć martwić.
        - Leniwe zrzędy jesteście i tyle – burczy wampir, ale jednocześnie wycofuje się na bezpieczną odległość, żebym czasami nie zdołała mu przyłożyć. – Liwia, ubieraj się i na śniadanie, bo skoro już wstałaś, to powinnaś zjeść coś porządnego. A ty Ez lepiej biegnij do tego lasu, bo ci robale uciekną.
        Elf rzuca mu ponure spojrzenie i burczy coś o tym, że żuczki to nie robaki tylko owady, a robale to ma Nevra w zadku.
        Dobra, zdaje się, nie mam wyboru i muszę iść na to śniadanie… Chyba, że chcę, aby mi wszystko zjedli. Ech, nie znoszę tego błazeńskiego krwiopijcy. Może są na świecie dziewczyny lecące na śniadanka o wschodzie słońca, kwiatuszki, komplementy i inne tego bajery, ale nie ja. Jeżeli w ogóle miałabym mieć faceta, to wolałabym, żeby zmywał naczynia, zrobił mi od czasu do czasu ciepłej herbaty, zbierał po obie gacie i nade wszystko szanował moje zapotrzebowanie na sen.
        Swoją drogą ładnie zaczyna się ten dzień. Ledwo wstałam i już jestem wkurzona.
***

        „Zjeść coś porządnego”, niech go szlag… Podwójnie, a nawet potrójnie niech go szlag.
        Tak, śniadanie z całą pewnością było porządne, a nawet całkiem smaczne. Francuskie tosty i omlet z pomidorami i bazylią – swoją drogą wszystko to przepisy, które swego czasu przeczytałam Karuto z tyłów opakowań przypraw – to nie byle co w tej zapadłej dziurze. Właściwie to prawie poprawiły mi nastrój. Niestety jedząc je nie wiedziałam jednego. Czego? Że mam chorobą morską! Niecałe pół godziny żeglugi, a ja rzygam jak struty kot i szczerze mówiąc mam niejaką nadzieję, że zaraz z wody wyłoni się jakiś lewiatan czy tam Cthulhu i pożre nasza łódkę. Cholera jasna, jak mi niedobrze.
        - Bleeeerppp –  kolejna porcja śniadania, a nie wykluczone, że i wczorajszej kolacji ląduje za burtą.  Ile można wymiotować?
        Jednak prawie wszystko ma swoje dobre strony, również moja choroba morska. Otóż Nevrze jak ręką odjął przeszły amory. Widać, kiedy dziewczyna schorowana i haftuje dalej niż widzi, automatycznie staje się dla niego passe. Normalnie aż emanuje męskim wsparciem.
        - Grrrr, Iwia – mruczy współczująco Brie i delikatnie głaszcze mnie po głowie.
        Kochany malec. Dwa latka, wygląd uroczego zwierzątka ze sklepu zoologicznego, a punktuje, w porównaniu do wampirzego peudoamanta, z zawrotną prędkością. Żeby mu tylko ta troskliwość z wiekiem nie przeszła.
        Starając nie wykonywać przy tym żadnych, zbędnych ruchów odwracam się na plecy i z grubsza lustruję wzrokiem pokład naszego stateczku. Chociaż sam rejs jest dla mnie istną torturą, to muszę powiedzieć, że łódka trafiła się nam nienajgorsza. Przypomina coś w rodzaju niewielkiego jachtu żaglowego. Widać tutejsi szkutnicy poszli nieco do przodu od czasu średniowiecza. Ech, żeby tylko tak było z wszystkim.
        Nevra leży wyciągnięty na pokładzie i uważnie obserwuje uwijającego przy sprzętach pomiarowych, sterze i linach Chrome’a. Czuć, że nie ma do niego zbyt wiele zaufania. Szczerze powiedziawszy wilkołak musiałby się naprawdę postarać, żeby nawalić. Z tego, co zrozumiałam z wczorajszego wykładu Krajzan, płyniemy na miejsce głównie nie dzięki sile wiatru, chociaż ten dmie w biały żagiel, a niezwykle wartkiemu i silnemu prądowi morskiemu. Rozdziela się tyko dwukrotnie, a przypadkiem wyrwać się z niego nie można. Mimo tego wampir czujnie śledzi wzrokiem każdy ruch nastolatka, normalnie aż dziwne, że młodemu nie trzęsą się ręce od tej presji. Jednak widać, że dzieciak wie, co robi.
        - Długo jeszcze? – pytam starając się przy tym jak najmniej rozchylać usta – kto wie, kiedy wyskoczy przez nie kolejny rzyg.
        - Cały dzień – mruczy Nevra ledwie zerkając na mnie, przy czym lekko się uśmiecha. – Proszę, proszę. Miałaś z nami płynąć, żeby opiekować się małym, a to on opiekuje się tobą. Swoją drogą nie wiedziałaś, że masz chorobę morską?
        Cholera, czuję się tak paskudnie, że nie mam siły nawet posłać mu morderczego spojrzenia. Niech ktoś mnie dobije.
- Podróże morskie w moim świecie są przeżytkiem. Służą jedynie rekreacji – wyduszam z zaciśniętym gardłem, bo żołądek znów się buntuje.
        Kurcze… Przecież w dzieciństwie pływałam z rodzicami na żaglówkach i nic, a teraz… Boże, za co? Swoją drogą to jakaś kpina. Latanie statkami międzygalatycznymi wchodzącymi w wyższe prędkości nadświetlne – luzik. Pędzące tysiące kilometrów na godzinę pociągi – w porządku. Teleportery? Żaden problem. Lewitatory? Toż to jak niedzielny spacerek. Łódź, która nawet taki zabytek jak samochód byłby w stanie prześcignąć? Żygoletto! Bełt na lewo, bełt na prawo, bełt to tyłu i przed siebie. Ja chromolę…
        Kiedy w końcu żołądek mam do cna pusty, mdłości ustępują na tyle, że nie wiszę już przewieszona przez burtę nieustannie rzężąc. Niestety czuję się tak paskudnie, ze ledwie potrafię coś zrobić. Oczywiście staram się jak mogę zaopiekować Brie: czytam mu kopie książeczek dla dzieci, które dała mi Ykhar, gram z nim w warcaby – swoją drogą to niesamowite, że dwulatek ogarnia warcaby – karmię go. Niestety mam niemiłe uczucie, że to on robi więcej przy mnie niż ja przy nim. Co chwilę biega mi po wodę i chusteczki do ocierania ust, a także głaszcze mnie po głowie i śpiewa mi… Śpiewa, trochę za dużo powiedziane, raczej melodyjnie mruczy. W każdym razie jestem nie do użycia, że aż wstyd, ale z drugiej strony przynajmniej mały ma jakieś zajęcie. Gdyby nie to, pewnie by się nudził.
        Praktyczna teoria względności czasu polega na tym, że kiedy się chce, żeby ten płynął jak najszybciej, ów nagle zwalnia. Mam wrażenie, że do wieczora upłynęło nie kilkanaście godzin, ale całe stulecia. Czuję się parszywie, ale teraz, kiedy wreszcie zrobiło się ciemno, a wiatr nieco przycichł podobnie jak szum i bujanie fal, może uda mi się zasnąć. Póki co mam lekki ubaw oglądając jak Nevra szoruje pokład z moich wymiocin. Czemu szoruje? Otóż Chrome próbował wmusić we mnie nieco jedzenia, argumentując, że muszę mieć siły na jutro. Podsunął mi pod nos kanapkę z jakąś parszywej jakości kiełbasą, a gdy tylko poczułam ten „cudowny” aromat mój żołądek gwałtownie zastrajkował. Biedny usiłuje teraz usunąć wymiociny ze swoich włosów. Żal mi chłopaka, ale aż miło mi się patrzy jak Nevra wreszcie para łapki jakąś brudną robotą.
        Ech… Muszę jakoś wytrzymać do jutra. Pytanie tylko jak ja przeżyję podróż powrotną? Ygh… Pozostaje mi nadzieja, że kappy mają jakieś lekarstwo na chorobę morską i się podzielą, mimo tego, że jestem człowiekiem.
***

        Budzi mnie solidny Plaskacz w twarz. Co do…?!
        - Nie spać! Zwiedzać!
        Rozwieram oczy, a tu rozradowana twarz pełnego energii Chrome’a. To nie jest widok, jaki chciałabym widzieć po przebudzeniu, w szczególności tak bolesnym, gwałtownym i po którym nadal czuję się niemal równie parszywie jak wczoraj. Na domiar złego nie mam energii nawet ochrzanić szczeniaka, dlatego tylko wstaję rozcierając policzek.
        No… Chyba dotarliśmy na miejsce, a nawet wylądowaliśmy na brzegu. Piaszczysta plaża, mnóstwo wielobarwnych roślin i nieco wyższa temperatura w porównaniu z tą z Eel. Nade wszystko jednak cudny, stały, niebujający się ląd.
        Z prawdziwą ulgą wytaczam się z łodzi i padam tyłkiem na piasek. Nie buja! Jakie to cudowne, że nie buja! Łiii!
        - Może wróciłabyś na łódź i z lekka się odświeżyła? – Nevra patrzy na mnie krytycznie. – Bez urazy, ale masz za sobą dość ciężki dzień i wyglądasz nieszczególnie.
        - Nieszczególnie… - Chrome parska kpiąco. – Bądźmy szczerze, wygląda jak kupa gówna i to takiego nie pierwszej jakości.
        - Żebyś się tylko we mnie nie wytarzał psinko – warczę ze swojej pozycji leżące. – I nie mam zamiaru wchodzić na tą przeklętą łódź. Znajdę sobie jakiś stawik i się w nim wytaplam… Jak tylko dojdę do siebie.
        - Dochodzisz do siebie, bo zaczynasz zrzędzić. – Chłopak błyska zębami w szerokim uśmiechu i szarpie liną, którą przywiązuje do wielkiego głazu na brzegu. Nie wiem czy to konieczne, bo jest przypływ, a łódź i tak wbiła się głęboko w piach, ale jak tam chce. Mam tylko nadzieję, że nie będziemy musieli pchać jej do morza.
        - Ale jeszcze nie doszłam.
        - I nie dojdziesz, jeżeli się nie ruszysz! – chłopak podbiega do mnie i zaczyna wlec mnie za rękę. – No dalej, wstawaj, raz, raz, raz, raz!
        - Az, az, az, az! – dopinguje go Brie.
        - I ty brzdącu przeciwko mnie? – jęczę.
        Nagle coś mnie chwyta i stawia na nogi. Coś okazuje się Nevrą, który – tak dla odmiany – wygląda dość poważnie. Widać chociaż raz ma zamiar odegrać rolę Pana odpowiedzialnego.
        - Zbieraj się do kupy. Nie mamy czasu na głupoty. Plemię kappa jest honorowe i kładzie niezwykły nacisk na wzajemny szacunek. Punktualność i prezencja są kluczowe, dlatego ruszaj tyłek i naprawdę spróbuj się ogarnąć.
        Wczorajszy wykład Krajzan sugerował, zresztą słusznie, że archipelag wysp nazywanych zbiorczo Wybrzeżem Jaspisu jest wręcz usiany mniejszymi i większymi jeziorkami. Dlatego, kiedy wchodzimy w przypominająca azjatyckie lasy gęstwinę, niemal natychmiast natykamy się na jedno. Zabieram się za toaletę, Nevra coś tam sprawdza z mapą i kompasem, Brie grzecznie ogląda sobie kolorowe chrząszczyki, a trawiony adhd  Chrome buszuje w krzaczorach. Czemu? Lepiej nie myśleć. Nastolatką byłam już jakiś czas temu i nie wspominam tego okresu dobrze, chociaż na tle szeroko pojętej reszty rówieśników prezentowałam się dość normalnie.
        Kucam nad taflą wody, ochlapuję sobie twarz, poprawiam włosy…
        - Gra! Grak, grak, grak! – rozlega się tuż za mną.
Gwałtownie się odwracam, próbując jednocześnie uskoczyć, ale to na nic. Pierzaste, skrzydlate, dwugłowe, czteronogie coś zderza się ze mną w pełnym pędzie. Zaliczam parę zadrapań, kilka solidnych kopniaków, wywijam kozła w powietrzu i ląduję z głośnym pluskiem w jeziorze.
        Szczęście jest płytko, ale… O fuj! Kleisty, gęsty muł. Cholera, cała się tym pozlepiałam, nie mówcie mi, że po tym wszystkim utonę w metrze wody. Ja chromolę!!!
        Szarpię się jak oszalała, dzięki czemu jakoś uwalniam z mułu ręce. Nogi nadal w nim tkwią ale teraz mogę się jakoś wyprostować, szybko, szybko… Zaczyna mi brakować tlenu. Cholera jasna, moje płuca… Arrggghhh!
        Wystawiam głowę nad wodę i biorę zbawienny haust powietrza.  W tym samym momencie z krzaków wyskakuje wyszczerzony w szerokim uśmiechu Chrome.
        - Ej, widzieliście to wielkie ptako-cośtam? Ale to pogoniłem…
        Chrome, jak ja cię dorwę w swoje łapy, to zostanie z ciebie jedynie wilcza skórka przed kominek!
        Chłopak patrzy na mnie, na ślady na brzegu stawu i uśmiech topnieje mu na ustach. No cóż, przynajmniej potrafi szybko łączyć fakty.
        - Liwia! Już cię wyciągam!
        Chrome biegnie do jeziora, Chrome poślizguje się na brzegu, Chrome upada na plecy… Wyrzucając nogi do przodu, a jego but mknie z zastraszającym tempem ku mojej twarzy. Nagle wszystko staje się czarne.

Offline

#114 18-11-2017 o 21h11

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Protesty dotyczące większej ilości tekstu?! Oszalałaś, kobieto. Właśnie tak patrzę, że dzisiaj tego więcej niż zwykle, co niezwykle mnie cieszy! A na intrygi, brudne tajemnice i niespodzianki już zacieram rączki i naprawdę nie wątpię, że mnie zaskoczysz!
Hehehe, kochana Krajzan — wreszcie ktoś, kto tłumaczy po kolei co i jak, łącznie ze wskazówkami, co ze sobą wziąć. A nie taka Miiko do Gardzi: „Masz, jedziesz na misję, staw się o świcie tu i tam. To wszystko”. I radź sobie sama xd
To może jakiś buncik wewnątrz KG? Byłoby ciekawie. XD
Rany, z takimi tekstami Nevry wcale nie dziwię się Liwii, że chce posilić się jego wątrobą. Nawet bym go przytrzymała, żeby mogła go zamordować. „Samobójcza pewność siebie” — kocham to wyrażenie XDDDD
I też bym się martwiła na miejscu Liwki, że cokolwiek łączy ją z Ezem, choćby ta niechęć do wstawania XD
Awwww, jaki kochany maluch <3 Tak się troszczy o Liwkę! Nie to co ten skretyniały wampir xd Aż dziwne — powszechnie uznaje się Nevrę za taką troskliwą ciocię /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ale, jak widzę, nie tu /static/img/forum/smilies/cool.png xd
„Budzi mnie solidny Plaskacz w twarz.” — ‘plaskacz’ dużą literą? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Why?
Kurde, Liwka ma mega pecha do pobudek xd
„warczę ze swojej pozycji leżące” — zjadło ci „j” na końcu
„wchodzić na tą przeklętą łódź” — na tĘ łódź c:
HAHAHAHAHHA BORZE IGLASTY CHROME XDDDDD No i został tylko Nevra. Już sobie wyobrażam jego przeszczęśliwą minę /static/img/forum/smilies/smile.png XD
Okej, tyle ode mnie. Przynajmniej wbrew fabule, nikt nie zabłądził XD Pewnie przez nadzór Nevry, który cały czas pilnował szczeniaka. Jestem też ciekawa, jak wypadnie spotkanie z kappami, a przede wszystkim z ich Mistrzem. Może jakieś spięcia? To byłoby akurat ciekawe. No wiesz, chyba żadna z nas nie lubi, jak wszystko leci z górki, prawda? ;v No dobra, to czekam na kolejną część [mam nadzieję, że równie długą, jeśli nie dłuższą] i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#115 23-11-2017 o 13h40

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Methrylis - Krajzan jest po prostu równa babka. I tak, Nevra mógłby robić za troskliwą ciocię, ale nie, jeżeli panna wymiotuje albo ma biegunkę giganta tak, że nie nadąża biegać do kibla. Złamanie, żeby nosić na rączkach rana, wychłodzenie żeby ogrzać własnym ciałem, jakieś choróbsko, żeby trzymać za rąsie i robić okłady to taaak. Co do buntu, to KG spotka tyle rzeczy, ze bunt jeszcze do tego byłby przegięciem xD ...ale kto wie? /static/img/forum/smilies/big_smile.png
"„wchodzić na tą przeklętą łódź” — na tĘ łódź c:" - Serio TĘ? o_O' Byłam przekonana, że jak wyraz następujący ma końcówkę "ą" dajemy "tą", a jak "ę" to "tę".

Dobra, lecim dalej dręczyć Liwię xD


Rozdział 6 (cz 5)

         Ała… Moja głowa, moje oko. Moje wszystko. Jak ja nienawidzę życia… Co gorsza z wzajemnością.
Otwieram oczy i pierwsze co widzę, to wiszące nade mną twarze: Chrome’a i Nevry. Obie mocno zaniepokojone, a Nevry oprócz tego złą. Na szczęście nie na mnie, tylko na chłopaka – wampir aż emanuje aurą „jeszcze sobie porozmawiamy, młody”.
         - Żyjesz? – pyta Nevra.
         - Chyba.
         - Możesz wstać?
         - Sprawdzimy.
         Powoli siadam, starając ogarnąć swój stan. Po pierwsze jestem mokra i cała utytłana tym smołopodobnym mułem. Po drugie boli mnie prawa połowa twarzy i czuję, jak puchnie mi oko – prawdopodobnie skutek chromeowego kopniaka. Będzie limo jak ta lala. No i po trzecie nie mam butów. Pewnie zostały w tym przeklętym błocku. Szkoda tylko, że nie mam zapasowych. Bielizna, podręczna apteczka, surowice na jady tutejszych stworów, zapasowa koszula, śpiwór, wszystko co zasugerowała Krajzan, a nawet więcej wzięte. Jednak ani mnie, ani jej nie przyszło do głowy, że moje buty mogą zostać pożarte przez muł z leśnego jeziora.
         - Tumuku. Fe, złe – burczy Brie wskazując coś na moim ramieniu.
         Zerkam i widzę pękatą, żółto-fioletową, oślizgłą pijawkę. Obrzydliwą i wielką prawie jak moja dłoń.
         Pijawek jest więcej. Dużo, dużo więcej. Mało tego, zrywa się je okropnie, a po zerwaniu zostawiają rozległy fioletowo-czerwony obrzęk, na którym niemal natychmiast pojawia się wysypka. W ciągu pół godziny puchnę, przebarwiam się i zyskuję dziesiątki swędząco-piekących plam. Do tego podbite oko, zadrapania, szlam, którego nie idzie usunąć i przemoczone ubrania. Reasumując: czuję się fatalnie, a wyglądam jak siedem nieszczęść, dwie tragedie i jeden kataklizm. Ładnie się skończyło to „popraw wygląd” Nevry.
         Niestety jakkolwiek źle się nie czuję, jakkolwiek źle nie wyglądam, musimy iść dalej, bo i tak już mamy spore opóźnienie. To idziemy. Ja ostrożnie, żeby do wszystkich obrażeń nie dołączyć rozwalonej na czymś ostrym stopy, Chrome ze zwieszoną w dół głową, a Nevra solidnie ochrzaniając Chromea za to, że biega po krzakach ganiając i zaczepiając nieznane sobie, obce bestie. Normalnie pochód wstydu i rozpaczy. Jedynie jako-taką normę prezentuje wesoły Brie, który biega tam i z powrotem śmiejąc się, przynosząc mi kolorowe kwiatki, pokazując różne, co bardziej interesujące jego zdaniem chrząszczyki i takie tam. Próbuję na jego podarki i radosne gaworzenie reagować  chociaż minimalnymi zainteresowaniem i entuzjazmem, ale kiedy jest się jedną, wielką opuchniętą wysypką, nawet minimum trudno osiągnąć.
         Dobrze, że pijawki nie nalazły mi do bielizny. Oj to byłoby nieprzyjemne.
         W końcu wychodzimy z leśnego gąszczu na porośnięte gęstą, szmaragdowozieloną murawą wzgórze zwolna opadające ku rozległej dolinie, w której widnieje maleńka wioska. No, maleńka z mojej perspektywy, tu pewnie zakrawa na niewielkie miasteczko. Domy wyglądają nadto dziwacznie, przypominają wielkie, wydrążone tykwy w których ktoś zamontował owalne okna i drzwi. Niektóre z nich porastają żywe rośliny w tym przeogromne, większe od ludzkiego ciała kwiaty. Flora stanowczo różni się tutaj od tej z Eel, chociaż przy Edenie i tak wymięka.
         Do doliny prowadzi brukowana muszlami i łupinami wielkich orzechów droga, przebiegająca pod czyś w rodzaju wysokiej, pozbawionej muru bramy. Chyba podobne widziałam na lekcjach historii o niegdysiejszej, ziemskiej Japonii.  W każdym razie przy tej bramie stoi wysoki, wbity w kimono i pomarszczony jak stuletnia rodzynka kappa. Raczy nas podejrzliwym, niespokojnym spojrzeniem i wygląda na bardzo zniecierpliwionego.
         Gdy tylko Brie zauważa starca, wyrywa się ku niemu i pędzi ile sił w krótkich nóżkach krzycząc na całe gardło „padziadzia, padziadzia!”. Słysząc to starzec niemal podskakuje i natychmiast się rozpogadza. Kuca  szeroko rozkładając ramiona, w które malec głośno się zaśmiewając wpada.
         - Kromutoro to ty! Na niebiosa i szerokie morza, Wyrocznia mnie dziś pobłogosławiła – mówi starzec tuląc malca, a w jego oczach lśnią szczere łzy.
         Nawet moje złe i marudne serducho z lekka topnieje widząc tą scenę, ale wspomnienie o Wyroczni jest tu jak kamień w bucie. Chyba już do końca mojego pobytu w tym przeklętym świecie – oby trwał jak najkrócej – na słowo „Wyrocznia” będę reagować, jakby ktoś dźgnął mnie igłą.
Powoli zbliżamy się do tej czułej scenki, lecz gdy jesteśmy parę kroków od kappowego staruszka, otaczająca go aura radości, czułości i ciepełka natychmiast się rozwiewa. Powraca surowe spojrzenie i mars na czole.
         - Powinniście dotrzeć tu ponad godzinę temu. – Mierzy Nevrę nieprzyjemnym, pełnym nagany spojrzeniem. –  Co się…
         W tym momencie jego wzrok pada na mnie – obraz nieszczęścia i rozpaczy, a zarazem jedno wielkie i bardzo obszerne wyjaśnienie. Wyjaśnienie, którego, tak na wszelki wypadek i tak udzielam:
         - Pół godziny po wypłynięciu odkryłam, że mam okropną chorobę morską. Większość wczorajszego dnia wymiotowałam, przez co rano wyglądałam okropnie. Nevra – wskazuję na wampira – poradził mi, żebym się odświeżyła, że niby mam być reprezentatywna czy coś. No to poszłam się z grubsza ochlapać w pierwszym napotkanym jeziorku. Niestety w między czasie Chrome odkrył w lesie jakiego dwugłowego, czteronogiego strusia czy coś w tym stylu i go wystraszył. Stwór wyskoczył ze krzaków wprost na mnie, skopał, podrapał i wrzucił do wody. Wtedy ja odkryłam, że muł w tutejszych jeziorach jest potwornie gęsty, lepki jak wszyscy diabli i niebezpieczny. Zaczęła się topić, ale w końcu udało mi się niej-więcej wyrwać z mazi i wystawić głowę nad wodę. Niestety Chrome już zdążył ruszyć mi na ratunek i odkrył, że brzeg jeziora jest śliski. Poślizgnął się i padł na plecy, wyrzucając nogi tak mocno do przodu, że kopną mnie w twarz. Kiedy w końcu naprawdę mnie poratowano i wyciągnięto na brzeg odkryłam dwie rzeczy. Po pierwsze to, że błocko pożarło mi buty. Po drugie tutejsze, dające wysypkę i obrzęki pijawki. Na razie to koniec nieprzyjemnych odkryć, ale nie wykluczam, że dzień przyniesie coś jeszcze. Oby nie.
         Nevra rzuca mi ostre spojrzenie „to ja powinienem mówić, nie okazujesz szacunku, będziesz miała kłopoty, robisz mi wstyd”. Tymczasem twarz starego kappy przybiera wyraz szczerego politowania. No cóż, nikt nie jest takim ekspertem w wyglądaniu żałośnie, jak ja, kiedy przytrafia mi się coś złego. Ta moja psia twarzyczka… Pewnie robię teraz wrażenie skopanego przez los, mokrego, ubłoconego i bardzo nieszczęśliwego mopsika. Taki obraz celuje prosto w współczucie.
         - Tak, mieliśmy niespodziewane przygody po drodze – odzywa się wampir, nadal dźgając mnie spojrzeniem, jakby to był tępy nóż. – Na szczęście nic poważnego, ale przypłaciliśmy je niewielkim opóźnieniem. Jednak malec jest cały i zdrów.
         - Iwia, Iwia! – macha do mnie Brie, klepiąc starca po głowie. – Dziadzia!
         - Tak, rozumiem. – Wiekowy kappa kiwa głową, przyglądając mi się uważnie, po czym zerka na Nevrę. – Hm… Widzę, że mój prawnuk bardzo polubił twoją towarzyszkę. To dość niezwykłe, że tak bardzo przywiązał się do obcej osoby.
Kątem oka widzę jak Chrome niemo powtarza „prawnuka” i rozdziawia szeroko usta, wybałuszając oczy. Chyba staruszek jest tu kimś BARDZO ważnym  i nieźle zapunktowałam ratując Brie… Czy raczej Straż zapunktowała u kapp zwracając go im.
         - To ona go odnalazła. Od tamtej pory rzadko kiedy odstępował ją na krok, zresztą i ona go lubi. Dlatego właśnie popłynęła z nami, chociaż to człowiek. To ona w większości zajmowała się nim.
         - Rozumiem. Dziękuję ci młoda damo za opiekę nad Kromutoro, jestem naprawdę wdzięczny  – zwraca się do mnie. – Niestety z pewnych względów nie mogę ci pozwolić wkroczyć do naszej wioski. Mój rodzaj jest dość nieufny wobec twojego. Rada wioski musi porozmawiać z twoimi dowódcą i towarzyszem, więc będziesz musiała tu trochę poczekać. Postaram się, żeby nie potrwało to długo…  I znaleźć coś, co złagodzi twoje dolegliwości.
         - Rozumiem i dziękuję – skłaniam się, bo Nevra ukradkiem, aczkolwiek dość wyraźnie daje mi znać, żeby to zrobić. – Poczekam.
         - Dobrze. Panowie proszę za mną.
         Trójka, a licząc z siedzącym na rękach pradziadka Brie, czwórka powoli rusza w stronę wioski. Jednak po paru krokach, widząc, że zostaję z tyłu, malec zaczyna wywijać łapkami i kwilić żałośnie „Iwia”, dając mi znać, żebym poszła za nimi.
         - Nie, mały ropuszku. – Starzec delikatnie głaszcze malucha, który spogląda na niego uważnie. – Twoja przyjaciółka musi zostać tutaj. Nie martw się, nic jej nie będzie.
         Brie robi tylko smutną minkę, taką naprawdę smutną, ale już nic nie mówi. Macha mi tylko dłuższą chwilę, na co odmachuję. Kochany maluch.
         Kiedy znikają za zakrętem, padam jak długa na trawę i przymykam oczy. Mam dość tego dnia. Jestem zmęczona, głodna, bo wczoraj cały dzień rzygałam, a dziś nie zdążyłam nic zjeść, obolała, opuchnięta i pokryta swędząco-pieczącą wysypką. Jasny gwint, przecież jeszcze nawet nie minęło południe. Chyba startuję w nieoficjalnym konkursie na najpaskudniejszy poranek roku.
         Nie wiem, ile tak leżę. Chyba dość długo, bo parę razy przysypiam. Znaczy nie zasypiam, tylko telepoczę się gdzieś na granicy snu i jawy. Do przytomności przywołuje mnie dopiero radosny okrzyk „Iwia!”.
         Rozwieram powieki, a tu wita mnie roześmiana, żółwiowa buźka.
         - Brie? A skąd ty się tu wziąłeś brzdącu?
         - Iwia! – Łapie mnie za rękaw i ciągnie. – Iwia!
         - Mały, dobrze wiesz, że nie mogę. Dziadek jasno ci to powiedział. Ale ty lepiej wracaj do wioski. Jak się zgubisz albo zrobisz sobie krzywdę ,to oboje będziemy mieli kłopoty.
         - Iwia… - marszczy się się ciągnie mnie jeszcze mocniej.
         - Nie mały, nie wstaję. Mam filozofię: czujesz się jak padlina, zachowuj się jak padlina. Poza tym, odkąd tu leżę, nie spotkało mnie nic złego, więc…
         Rozlega się głośny, damski śmiech. Chyba ktoś tu jest oprócz małego, a ja właśnie zrobiłam z siebie kretynkę. No cóż, to ewidentnie jeden z TYCH dni.
         Niemrawo siadam i rozglądam się dookoła. Za mną stoi kappa, chyba kobieta. Jest większa od starca, chociaż i ten mierzył około metra osiemdziesięciu, ale dużo młodsza. Właściwie mam dziwne wrażenie, że jest nastolatką, chociaż te rozmiary… Z drugiej strony u żółwi samice często są dużo większe od samców, może u kapp też tak jest.
         - Witaj – dziewczyna skłania się lekko. – Jestem Seminiko, kuzynka… Jak go nazwałaś? Brie?
         - Y… No tak. Nie wiedziałam jak ma na imię, a jakoś trzeba było go wołać i się przyzwyczaiłam…
         - Całkiem ładnie…
         Ciekawe czy mówiłabyś tak, gdybyś wiedziała, że nazwałam go tak od sera pleśniowego. Ale może pomińmy tę kwestię milczeniem.
         -… Chyba naprawdę mu się podoba. W każdym razie zbieraj się. Przyszłam, żeby zabrać cię do wioski.
         - Skąd ta nagła zmiana decyzji?
         - No, po tym jak twoi przyjaciele…
         To nie moi przyjaciele, a tylko i wyłącznie towarzysze podróży. I wątpię, żeby kiedykolwiek mieli zostać moimi przyjaciółmi, ale to też pomińmy milczeniem.
          -…Powiedzieli, że uratowałaś Brie życie, a potem, gdy mistrz szybko zrelacjonował, jakie przygody przeżyłaś w drodze tutaj, radzie zmiękły serca. Mam cię zabrać do domu, porządnie wyszorować, opatrzyć i nakarmić. – Wyciąga ku mnie rękę i pomaga mi się podnieść. – A tak w ogóle jak ci na imię?
         - Ach, przepraszam. Liwia – dygam, a przynajmniej próbuję. Opuchlizna wywołana przez pijawki sprawiła, że jestem cała zesztywniała.
         - Spokojnie, spokojnie – Seminiko puszcza do mnie oko. – Wśród wszystkich poniżej osiemdziesiątki kultura Wielkiego Szacunku jest o wiele luźniejsza, no i wiem, jak to wygląda z tym twoim byciem w Straży. Mistrz wyciągnął wszystkie informacje na twój temat od tego wampira.
         - Mistrz?
         - Ach tak, możesz nie wiedzieć. Pradziadek Kromutoro, znaczy Brie, jest Wielkim Mistrzem naszego plemienia. Głową rady i tak-jakby szamanem.
         Znaczy uratowałam prawnuka Wielkiego Mistrza kappa. Czyli nie dość, że przeuroczy brzdąc żyje dzięki mnie – no i dzięki panu Zbroi – to jeszcze udało mi się zdobyć parę dodatkowych punktów u żółwio-ludzi. Nie ma źle… Przynajmniej nie, jeżeli chodzi o moją pozycję. Zaczynam wynosić się nieco nad lepki muł kompletnych zer.

Offline

#116 23-11-2017 o 18h55

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Co do ‘tą’ i ‘tę’, to jest trochę inaczej. Bo wywalając z twojego zdania niepotrzebne określenie „przeklętą”, zostaje ci „tę łódź”. Bo określenie „tą/tę” odnosi się przecież do rzeczowników, nie czasowników /static/img/forum/smilies/big_smile.png Więc „tĘ przeklętą łódź”, „tĘ zabawną zabawkĘ” itp.
I „bunt DO TEGO byłby przegięciem”?! Wowowowoow, to ja naprawdę jestem ciekawa, co się tam będzie działo /static/img/forum/smilies/big_smile.png
„Co gorsza z wzajemnością.” — ‘ze wzajemnością’ c:
No to rzeczywiście Liwka wygląda wprost idealnie, akurat jak na spotkanie z Mistrzem Kapp! Więęęc… oni są pewni, by zabrać Liwkę ze sobą? A nie zostawić ją gdzieś na uboczu? Bo nie wydaję mi się, by szef Kapp był jej wyglądem zachwycony xd
„topnieje widząc tą scenę” — hehe, „tę scenę’ /static/img/forum/smilies/big_smile.png
„Niestety w między czasie Chrome” — ‘w międzyczasie’ c:
„Zaczęła się topić” — ‘zaczęłam’
„ale w końcu udało mi się niej-więcej” — ‘niej-więcej’? Co to? W sensie albo ‘z niej wyrwać’, albo ‘z niej mniej-więcej wyrwać’. Swoją drogą, że te twoje myślniki miedzy ‘jako tako’, ‘mniej więcej’ itp. są niepotrzebne, wiesz o tym? /static/img/forum/smilies/wink.png Być może nawet błędne, bo w słowniku nie widzę takiej opcjonalnej możliwości.
Hm, to spojrzenie Nevry w stylu „zamknij się, źle gadasz, przynosisz mi wstyd” itp. — tu się akurat zgodzę. Faktycznie mówiła do niego bez żadnego szacunku, a powinna dać mądrzejszym od siebie to wyjaśnić xd Więc tu się nie dziwię zdenerwowaniu wampira xd Chociaż podejrzewałam, że się jej upiecze. I się nie pomyliłam :v
No więc jednak jej nie wpuścili, ale z nieco innej przyczyny. Okej /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Okej, to dopiero połowa dnia, ale ta druga chyba będzie przyjemniejsza, skoro Seminiko chce zabrać ją do wioski, wyszorować, wyleczyć i nakarmić. I jaka wspaniałomyślna ta rada, aż miło! Niemniej ciekawa jestem, co ją tam spotka. Bo coś na pewno! /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Tyle więc ode mnie. Czekam na kolejną część i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#117 28-11-2017 o 17h10

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Methrylis - tak byłoby przegięciem... Jeżeli zrealizuje wszystko, co planuje xD. Chociaż większa dezercja może się zdarzyć.
Czy druga połowa dnia będzie przyjemniejsza? Hmmm, to zależy co przez to rozumiesz i dla kogo. Więcej nie wiem co odpisać bez spoilerowania niestety ;]. A Liwii się upiekło tylko dlatego, bo wcześniej jej się oberwało.

Rozdział 6 (cz 6)
          Moje ciuchy zostały wyprane, ja wyszorowana, opuchlizna zniknęła pod wpływem jakiegoś pachnącego mentolem specyfiku, a wysypka chociaż nadal jest, już nie dokucza. Do tego wpakowano mnie w cieplutki szlafroczek i poczęstowano zacną zupką pomidorową. Okoliczności przyrody też są całkiem przyjemne: gruchający coś-tam do siebie Brie, ładny, pomarańczowawy pokoik, wielkie, miękkie poduchy pod tyłkiem i parujący kubek wzmacniającej, osłodzonej miodzikiem herbatki pod ręką. Swoją drogą, te ich tykwowe domki od wewnątrz są naprawdę przestronne.
          Szkoda tylko, że z Seminiko poruszamy mało przyjemny temat. Otóż od swojej nowej koleżanki dowiedziałam się właśnie, od jakiegoś czasu w Eldaryi zdążają się coraz częstsze porwania dzieci. Ofiarami padają różne faery, a ostatnio „plaga” dotknęła i tę wioskę. Uprowadzono szóstkę maluchów, w tym Brie. Niestety tylko jego odzyskano.
          - Wiadomo kto za tym stoi? Są jacyś podejrzani? – pytam.
          - Nie, ale w pobliżu kilku miejsc porwań widziano kobietę.
          - Kobietę? A jak wyglądała? Była jakoś charakterystycznie ubrana, wytatuowana albo…
          - Nie wiadomo o niej nic poza tym, że  mogła to być ludzka kobieta albo człowiecza faery.
          - W sensie, że wyglądająca jak człowiek?
          - Tak, albo bardzo podobna. – Seminiko uśmiecha się niemrawo. – Dlatego też na początku zakazano ci wchodzić do wioski, chociaż według mnie to zbytek ostrożności, biorąc pod uwagę, że dla faery bestii wszyscy człowieczy wyglądają prawie tak samo.
          - Faery bestii?
          - Wszystkich, których możesz określić jako humanoidalne zwierzęta, głazy bądź rośliny. Enty, driady, kappy, yeti, niedźwieżuki, murloki, stoneni. Człowieczy i bestii nie mogą się ze sobą krzyżować i różnią się długością życia. Kappy, stoneni, enty mogą żyć nawet trzysta lat, podczas gdy długość życia wszystkich człowieczych jest praktycznie taka sama jak ludzi. No, wyjątkiem są fenghuangowie, którzy przeciętnie żyją sto pięćdziesiąt lat. Podobno ludzie uważali kiedyś elfy i syreny za nieśmiertelne, ale to dlatego, bo u nich wnuki często są bardzo podobne do dziadków. No i wampiry mogą nieco przedłużyć swoją młodość pijąc duże ilości krwi, ale zwykle przypłacają to szaleństwem.
          Proszę, proszę. Dowiedziałam się czegoś nowego i potencjalnie użytecznego. Ech, chyba muszę zawziąć się i częściej zaglądać do biblioteki, pytanie tylko kiedy? Przecież kiedy nie śpię, nie jem albo nie pracuję to właśnie siedzę w bibliotece.
          - A co z rodzicami małego? – pytam wskazując na bawiące gie się drewnianymi lalkami Brie. – Przypuszczam, że gdyby tu byli, nie odstępowaliby cudem odzyskanego synka na krok. Nie żyją?
          - Tak. Kilka miesięcy temu zabił ich morski goliat, jak wcześniej jego dziadków.  Mistrz stracił już właściwie całą rodzinę, dlatego tak się ucieszył z powrotu Kromutoro… No ty może tego nie widzisz, ale kappy przy obcych zwykle nie okazują żadnych emocji… Przynajmniej nie ci ważni i nie w trakcie oficjalnych wizyt. Są jak żywe, rozmawiające posągi, to element naszej kultury szacunku. Na spotkaniu rady Mistrz nie potrafił powstrzymać się od tulenia Kromutoro i ciągłych uśmiechów. To było naprawdę nie na miejscu, no ale chyba nikt nie ma do niego o to pretensji.
          Ja na pewno nie mam, szczególnie, że dzięki rozmiękczonemu „dziadzi” radzie plemienia też zmiękło serce i wpuszczono mnie do wioski.
          - A czym jest morski goliat? Rozumiem, że to jakaś bestia?
          - Tak. Coś pomiędzy poulpatatą, cheadem, a crabbo…
Landryna Krajzan to poulpatata, prawda? Chyba tak…
          - A możesz się odnieść porównując do ziemskich stworzeń? Jestem tu nowa, więc z wymienionej trójki kojarzę jedynie poulpatatę. To ta półprzeźroczysta ośmiornica o kocich ślepiach, prawda?
          - Nie wiem, co to ośmiornica. – Seminiko zerka na mnie zakłopotana. – Wieki temu opuściliśmy Ziemię i nie znam tamtejszych istot. Chead to ośmionogi, tkający pajęczyny stwór, a crabbo jest też ośmionogi, ale też płaski, opancerzony, okrągławy i ma duże szczypce. Jest go wiele odmian.
          - Znaczy chead przypomina pająka, a crabbo to tutejszy krab.
          - Możliwe. W każdym razie morski goliat najbardziej przypomina crabbo, ale z szczelin w jego pancerzu wychodzą macki, bardzo dużo macek no i potrafi tkać sieć, którą wystrzeliwuje w kierunku ofiar. Jest wielkości średniej łodzi i chociaż to niewiele przy takim lewiatanie czy krakenie, to okropnie trudno go zabić. Potrafi się dobrze kryć, jest szybki, silny i bardzo agresywny, a jak się jakiś zadomowi w danej okolicy to nie sposób go przepędzić. Ten żyje tu już od trzydziestu lat i zasmakował w mięsie kapp. Zabił wielu naszych, głównie rybaków. Za nic nie możemy się go pozbyć.
          Krakeny, goliaty, lewiatany… A mnie wysłali tu jakąś łupiną z trzepnięty nastolatkiem i wypięknionym, jednookim wampirem o pokaleczonej ręce. Toż to jakieś kpiny. Oj nie, drugi raz nie dam się tak wrobić. Stały lądzie, tyś moim przeznaczeniem. Większym akwenom oraz morzom i oceanom mówię stanowcze „NIE”.
          Seminiko wygląda na przybitą, dlatego strategicznie zmieniam temat. Zaczynam wypytywać o tutejszą faunę i florę, w jaki sposób buduje się te tykwowe domki – okazuje się że są zrobione z czegoś w rodzaju gliny i zmielonych trocin bambusowych – oraz tutejsze zwyczaje i codzienność. Rozmowa szybko przeradza się w wesołą pogawędkę o wszystkim i niczym. Znużony naszym paplaniem Brie kładzie głowę na moich kolanach  zasypia. Sielankę przerywa dopiero odgłos kroków na zewnątrz.
          W domku pojawiają się Nevra, Chrome no i oczywiście Mistrz. Wszyscy wyglądają na bardzo zadowolonych, a Chrome nawet na podekscytowanego… Chociaż lekkie podekscytowanie to u niego norma, chyba, że gdzieś w pobliżu jest Karen. Wtedy robi wszystko, żeby wyglądać na wyluzowanego i fajnego.
          - Wszystko załatwione. Trochę to trwało, ale za to opłaciło się – Wampir przeczesuje dłonią czarne włosy uśmiechając się zwycięsko. Wyraźnie sugeruje, że to „opłaciło się” jest tylko i wyłącznie jego zasługą. – Możesz się zbierać, wypływamy.
          - Muszę? – jęczę, podczas gdy Mistrz bierze śpiącego Brie na ręce, przez co tracę argument „nie mogę się ruszać bo mały żółwioludzik na mnie śpi”.
          Nie chcę na łódkę! Tu jest ciepło, sucho i miło. Żadnych pijawek, żadnego szlamu, żadnych potworów morskich i nie buja. Na łódce będzie bujało, a ja znowu będę rzygać.
          - Im szybciej wyruszymy, tym szybciej będziemy na miejscu.
          - Ale odkąd tu siedzę, nie przytrafiło mi się nic złego. Chciałabym trochę pokontynuować dobrą passę.
          - I co? Myślisz, że jak wyjdziesz stąd, to z miejsca zaatakuje cię wielki, zły świat?
          - Biorąc pod uwagę dzisiejszego Pecha? Bardzo prawdopodobne.
          Mistrz i Chrome wyglądają na rozbawionych, w przeciwieństwie do wampira, który posyła mi ostrzegawcze spojrzenie.
          - Dość tych wygłupów, szoruj po ubrania – mówi autorytarnym tonem nasuwającym na myśl moją świętej pamięci mamcię, wskazując na rozwieszony na sznurze przed chatką mundur. – Przy tej pogodzie chyba powinny już wyschnąć, prawda?
          Słoneczko jest? Jest. Ciepełko jest? Jest. Wiaterek? Obecny. No to chyba powinny wyschnąć, ale nie jestem w tych sprawach ekspertem. W ziemskim wymiarze używa się suszarek elektrycznych, które potrafią solidnie namoczony koc uczynić suchutkim i mięciutkim w pięć minut.
          Biorąc pod uwagę minę Nevry, sugerującą, że nagle dostał okropnego zaparcia, raczej nie mogę liczyć na to, że go jakoś zmiękczę i wywalczę chociaż godzinę z dala od łodzi. No nic, trzeba się zbierać, nie ważne jak bardzo mi się nie chce i jak bardzo mam dość tego dnia. Zwykle nie należę do jęczybuł, a przynajmniej nie takich, które głośno narzekają i się ociągają, kiedy TRZEBA coś zrobić, ale perspektywa dwunastogodzinnych mdłości zniechęciłaby każdego.
          Wstaję, podchodzę do drzwi, robię krok na zewnątrz i…
          - Uwaga!!!
          …Atakuje mnie wielki, zły świat.

***

          - Argh… - Są dni, w które lepiej nie wstawać z łóżka, to jeden z nich.  A propos łóżka, chyba leżę w jednym.
          Ostrożnie otwieram oczy i rozglądam się dookoła. Ostatnie, co pamiętam, to coś brązowego, a potem wszystko pochłonęła ciemność, więc spodziewać mogę się prawie wszystkiego… Szczęśliwie owo „prawie wszystko” ogranicza się do niewielkiego pokoju, w którym mnie zamroczyło, a to, co wzięłam za łóżko, tak naprawdę jest tylko grubym i rozkosznie miękkim materacem. Coś jeszcze? Ach tak, wiszący nade mną Mistrz i coś – przypuszczalnie bandaż – uciskającego moją głowę.
          - Co się stało? – pytam i natychmiast żałuję, bo każde słowo wywołuje potworny ból głowy.
          - Starsze dziewczynki grały w piłkę… W zbijaka skorupowego. Przypadkiem cię trafiły. – Na pomarszczonej, żółwiowej twarzy maluje się zakłopotanie wyższego szczebla. – Mówiliśmy im wielokrotnie, aby nie grały w granicach wioski, tylko na boisku, ale niestety dzieci nie zawsze słuchają. Seminiko już z nimi poważnie porozmawiała na ten temat i wyznaczyła im odpowiednią karę.
          - A gdzie moi koledzy?
Koledzy… Nevra i KOLEGA. Nie, jakoś mój mózg wzdraga się przed myśleniem o nim w taki sposób. Powinnam raczej powiedzieć „kierownik tej fatalnej wycieczki i nadpobudliwy smarkacz, któremu nie wiele brakuje do tego, żeby po psiemu znaczyć teren”. Niestety, trzeba odgrywać profesjonalną Strażniczkę i… Kupkę nieszczęścia w jednym. Sympatyczną kupkę. Taką, której pozwoliłoby się zostać tutaj, w domu na miękkim materacu.
          - Twoi towarzysze szukają łodzi. – Mistrz marszczy czoło. – Zniknęła z plaży w trakcie waszego pobytu we wiosce. Przypuszczalnie ktoś ją odciął z cumy i zepchnął do wody.
          - Kto?
          - Nie wiemy, ale twoi przyjaciele już to sprawdzają. Zarówno wilkołaki jak i wampiry mają niezwykle czuły węch, więc istnieje duża szansa, że wytropią tę osobę.
          Moi PRZYJACIELE? Człowie… Znaczy się kappo! Na świecie jest tylko jedna osoba, o której mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że to mój przyjaciel i to żaden z nich. Proszę mi tu bez takich. Ja mam standardy, jeżeli chodzi o przyjaźnie.
          Swoją drogą, kto mógł nam zajumać łódź? Nie, żebym z powodu kradzieży płakała. Lidii napisałam, że może mnie nie być około tygodnia, a nawet dłużej – jakoś nie miałam i nie mam zaufania wycieczki, której kierownikiem jest Nevra – więc pod tym kątem mam spokój. No i brak łodzi oznacza, że może zdążę jako-tako dojść do siebie nim ponownie, bujana falami oceanu, będę rzygać jak struty kot. Jednak brak łódki oznacza, że krąży tu koś, kto nie ma wobec nas przyjaznych zamiarów i kto wie, co jeszcze planuje. Osobiście wolałabym nie przekonywać się o tym na własnej skórze.
          - Jak się czujesz człowiecza panno? – pyta Mistrz. – Uderzenie było bardzo sine, straciłaś przytomność na ponad godzinę. W prawdzie nasz medyk nie stwierdził większego urazu i powiedział, że do jutra całkiem wydobrzejesz, ale nie wyglądało to dobrze.
          - Głowa piekielnie mnie boli, ale poza tym chyba nic. – Przy czym, co warto zauważyć, ból głowy to nie małe miki i bardzo byłabym zobowiązana, gdyby ktoś coś z tym zrobił.
          Starzec kiwa głową, spoglądając na mnie z troską. W tym momencie strasznie przypomina mojego dziadka. Starczyło tylko kichnąć, żeby zaczął tak samo kiwać głową, patrzyć troską i ładować w człowieka wszystkie dostępne leki. Był strasznie nadopiekuńczy… No i uwielbiał nas rozpieszczać. Kiedy go odwiedzałyśmy z siostrami piekł ciasta i ciasteczka oraz pichcił mnóstwo smakołyków, a potem ładował je w nas metaforycznymi łopatami. Wracałyśmy do domu cięższe, cierpiące na rozstrój żołądka, targane mdłościami, ale przeszczęśliwe.
          Mistrz pod względem opiekuńczości okazuje się niewiele ustępujący mojemu dziadkowi. Dłuższą chwilę mruczy jakieś słowa otuchy, zapewnia, że dziewczęta, które zafundowały mi reset zostaną ukarane i coś-tam wspomina, że narobiły wiosce wielkiego wstydu, poczym ucieka do kuchni. Wraca z niej z wielkim kubkiem herbatki leczniczej mającej, wedle jego słów, pomóc na ból i poprawić mi nastrój. Niestety herbatka – jak się okazuje po jej wypiciu – chociaż całkowicie uśmierza migrenę, ma też efekty uboczne. Mięśnie mi wiotczeją, rzeczywistość nabiera wyraźniejszych barw i kształtów, i wszystko mnie śmieszy. Nie tak, żeby wybuchała śmiechem, ale uśmiech nie chodzi mi z gęby. Krótko mówiąc mam odlot. Naćpał mnie stary, żółwiowy mędrzec, szef wioski w fantastycznym świecie. Bwahahahaha. No to akurat jest śmieszne i to bardzo. No i straszne, ale przede wszystkim śmieszne.
          Hehehehe, ciekawe czym się ten dzień skończy, hehehehe.

_________________________________________________


A ty bonusik, jak MNIEJ-WIĘCEJ wygląda Liwia (zrobiłam jej za niskie czoło /static/img/forum/smilies/sad.png)

Link do zewnętrznego obrazka

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (28-11-2017 o 17h17)

Offline

#118 28-11-2017 o 21h18

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Wow. Gdy ja dodaję jeden odcinek, ty już masz na koncie pięć kolejnych XD Chciałabym tak :v
Wampiry, które im więcej krwi piją, tym dłużej żyją, ale płacą za to postradaniem zmysłów? GENIALNE! <3
„okazuje się że są zrobione z czegoś w rodzaju gliny” — no ale bez przecinka przed „że”? /static/img/forum/smilies/wink.png
I wcale nie dziwię się Liwce, że nie chce opuszczać Wioski Kapp xD Ciepło, sucho i miło, jak to sama ujęła. Poza tym jest pięknie, tamci ją akceptują… ja bym na jej miejscu aplikowała o przeniesienie xd
I wtf? Co się stało? xD
„W prawdzie nasz medyk nie stwierdził większego urazu” — ‘wprawdzie’ c:
Awwwww i dziadek Kappa jest taki kochany! <33 To serio urocze, jak się nią zajął po tej awarii. A za rysunek Liwki wielkie brawa! ^^ Wyobrażałam ją sobie nieco inaczej, ale chyba już rozumiem, co miałaś na myśli, że Liwka nie jest brzydka, ale też żadna z niej piękność. Jest… ładna. Tylko tyle i aż tyle, jak to się mówi.
No nic, tyle ode mnie. Jak na ciebie był to odcinek mega krótki, wielka szkoda! Liczę więc, że kolejne będą dłuższe /static/img/forum/smilies/wink.png Czekam więc na następne rozdziały i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#119 03-12-2017 o 12h54

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Methrylis - czy taki dziadzio kappa kochany to nie wiem. W końcu mógł ją specjalnie naćpać, chcąc sprawdzić czy przypadkiem czegoś nie ukrywa (jednak w tym wypadku jego motywy nawet dla mnie pozostają nieznane, bo postawiłam efekt) - tu jest Eldarya, tu się nie ufa nikomu!
          Liwia nie miała być nawet odrobinę piękna, jedynie ładna, ale w taki uroczy, pocieszny sposób, nie jak np: kopciuszek przed pójściem na bal. Raczej jak małe stworzonko, które, gdyby było kudłate, podbijałoby  automatu serca wszystkich klientów sklepu zoologicznego.
         Dzisiaj więcej tekstu a poprzednio było tyle ile zwykle tj 3 strony, tylko czcionkę mi zmieniło. Komenda "center" jakoś tu dziwne działa /static/img/forum/smilies/neutral.png

Uwaga! Jeżeli ktoś łatwo dostaje chichrawki, niech lepiej niczego nie pije w trakcie czytania /static/img/forum/smilies/neutral.png

Rozdział 6 (cz 7)

         O! Nevra i Chrome wrócili. I Są w kropki. Hyhyhyhy. Ciekawe, co się biedactwom stało? Hyhyhyhy.
         - Hyhyhyhy. To efekt ziółek, czy naprawdę zmieniliście się w biedroneczki? – pytam. Boże, brzmię jak kretynka. Albo naćpana… No w sumie to jestem naćpana.
         Wampir patrzy na mnie podejrzanie, unosi wysoko brwi i powoli przenosi spojrzenie na niewinnie popijającego mleko żółwia. Staruszek ma teraz taką minę, jak moja babcia, kiedy mama pytała ją czemu jesteśmy z Lidią podchmielone. Odpowiedzią była rozgrzewająco-lecznicza nalewka babuni, którą ta w nas wlała po tym, jak wpadłyśmy do zamarzającego jeziora, uciekając przed stadem rozwścieczonych dzików. Ech, wakacje na wsi u Babci Jagody zawsze obfitowały w emocje.
         - Co się jej stało? – pyta Nevra. – Uderzenie było jednak za mocne czy…?
         - Nie, nie, nie. Nic z tych rzeczy. Po prostu zaparzyłem jej herbatki na ból głowy i chyba coś poplątałem z dawkowaniem… Jest dość drobnokoścista. Możliwe, że dałem za dużo księżycowego korzenia.
         Nevra robi minę, a ja parskam donośnym śmiechem. Boże, jak to widać, o czym on myśli. Wysłali go ze mną na prostą misję i co? I co o mało nie utonęłabym, zostałam pokąsana przez toksyczne pijawki, zaliczyłam tęgi cios w łepetynę, a do tego naćpano mnie pod jego nieobecność. W dodatku będziemy musieli z tego wszystkiego napisać aport. Pewnie już słyszy opieprz, jaki dostanie od Krajzan. Hehehehehe…
         - A co się wam stało? – pyta Mistrz.
         - Weszliśmy w pomarańczowe zarośla i nas poparzyły – mruczy wściekle drapiący się Chrome.
         - Ach, piekielna pokrzywa. Wywołuje wysypkę i okropne, utrzymujące się do dwunastu godzin swędzenie. Nie ma na nie antidotum, szczęśliwie starczy się nią raz poparzyć, żeby zyskać trzymiesięczną odporność na jej jad.
Biorąc pod uwagę, że żaden z panów nie zamierza tu wracać w najbliższym czasie, a nawet jeżeli, to na pewno nie po to, żeby hasać po chaszczach, to ta informacja niespecjalnie ich pociesza. Twarz Chromea wyraża to niczym jeden, wielki emotikon. Znowu wybucham śmiechem. To straszne, zachowywać się jak kretynka, mieć tego świadomość, a jednocześnie nic nie móc na to poradzić.
         - Znaleźliście łódź bądź tego, to mógł ją zabrać? – Starzec subtelnie kieruje rozmowę na tematy, które nie powinny mnie śmieszyć. Przynajmniej teoretycznie nie.
         Okazuje się, że nie, nie znaleźli. Znaleźli za to parę śladów stóp przypominających ludzkie oraz odciętą cumę. Poza tym kompletne zero, zarówno jeżeli chodzi o poszlaki jak i samą łódź. W efekcie powstaje dość oczywisty problem: nie mamy jak wrócić do Eel. Kappy nie mogą użyczyć żadnej ze swoich łódek, bo ich gospodarka jest bardzo silnie związana z morzem i utrata jednej nawet byłaby dużą stratą. Teoretycznie moglibyśmy spróbować sami zbudować tratwę czy coś, ale to tylko teoretycznie. Budowa czegoś porządnego zajęłaby co najmniej kilka dni, a coś skleconego na szybko mogłoby się rozpaść trakcie rejsu. Na dobrą sprawę pozostaje nam czekanie, aż w KG zorientują się, że za długo nie wracamy i wyślą po nas kogoś, co może zająć z tydzień, a może nawet dłużej. No i tu mamy kolejny problem. Przez ten tydzień musielibyśmy żywić się na koszt kappowej wioski, a ich zapasy nie są specjalnie okazałe. Nic dziwnego. Kappy nie tylko muszą otworzyć sobie portal, żeby wyruszyć na wyprawę rewitalizacyjną, ale też znaleźć kogoś człowiekopodobnego, kto zdobędzie dla nich żywność. Zmasowany atak żółwioludków na  klepy spożywcze nie przeszedłby bez echa.
         - Damy radę! – wołam  chichocząc. – Zmienimy się w syreny i popłyniemy powrotem, o ile nas nie wyfiletują. Przepoczwarzymy się jak gąsienice w motyle.
         Kurcze. Ziółka z biegiem czasu działają coraz mocniej i teraz chyba zaczyna się prawdziwy odlot. Odlot, przy którym jestem totalnie świadoma tego, co robię… I nie mogę tego robienia powstrzymać. Boże, żebym tylko nie zaczęła tańczyć na stole, bo kiedy opowiedzą o tym Ezraelowi – a na pewno opowiedzą – będę musiała go zabić, żeby się zamknął. W sumie tutejsza kryminologia nie jest na wysokim poziomie, więc może udałoby mi się upozorować wypadek, albo zniknąć go na dobre.
         - Ej, to jest niezły pomysł – wykrzykuje  Nevra, patrząc na mnie jak na objawienie w portkach.
Że jak? Niezły pomysł? Ale jakim cudem to może być niezły pomysł?
         - Mistrzu, znajdziemy tu składniki niezbędne do eliksiru przemiany? – pyta wampir.
         - Tak, nie powinno to być dużym problemem. Jednakże nasz główny alchemik wyruszył wraz ze swymi uczniami po zioła na sąsiednią wyspę. Wrócą dopiero za kilka dni.
         - Nie ma problemu, Chrome jest całkiem niezłym alchemikiem, a i ja nie wiele mu ustępuję.
         - To po kiego grzyba trzyma macie w straży tego sk&$#%a Eraela? – pytam. Wymknęło mi się, ach te zakichane, żółwie ziółka, chociaż po prawdzie, to naprawdę chciałam zadać to pytanie.
         Nevra brutalnie morduje mnie wzrokiem, na co odpowiadam mu szerokim, niepowstrzymanym uśmiechem zadowolonej z siebie kretynki. Widząc to, Chrome czerwienieje na twarzy jak pomidor, przez chwilę walczy z materią, ale w końcu polega, co obwieszcza parsknięciem i tłumionym śmiechem. Tłumionym, bo z całej siły przyciska dłonie do ust.
         - Ja cię chyba uduszę… - mruczy wampir pod nosem. Na swoje nieszczęście na tyle głośno, że ja i Mistrz słyszymy.
         - Najpierw gryzienie, teraz duszenie, ty serio zboczony jesteś – wyrzuca moja gęba. Kompletnie nad nią nie panuję. – Jak się dowiedziałam, że jesteś wapirem, miałam nadzieję, że to gryzienie to tylko obżarstwo i zwyczajnie przypominam ci schabowego, ale chyba nie. Jesteś po prostu regularnym zdewianciałym, molestatorskim zboczuchem. Szkoda, że nie ma możliwości sprzedaży wysyłkowej między światami, bo może byś się wyżył i uspokoił, gdybym ci kupiła sztuczną…
Tu pada słowo-klucz. Wulgarne, soczyste i pasujące do naszej jakże szlachetnej misji dyplomatycznej jak suknia ślubna do chlewu.
         Chrome, tak jak był czerwony, tak nagle blednie i wytrzeszcza oczy na Nevrę, jakby się spodziewał, że ten eksploduje. Nic dziwnego, bo ten wygląda, jakby go raził piorun. Nie taki zwykły piorun, ale specjalny. Z ogromnym hukiem, wielką światłością i posmakiem boskiego gniewu w zestawie. Mistrz z kolei wygląda jakby go zmroziło. Poznaje tę postawę – każda komórka jego ciała włada heroiczny wysiłek w to, żeby nie wybuchnął śmiechem.
         Nevra mnie zabije. Zabije jak nic. Udusi, wyssie jak gigantyczny komar, potem rozciągnie i użyje jako żaglu do łodzi. Chociaż, z drugiej strony, ten jego mina jest doprawdy bezcenna. Mieszanina morderczych rządzy, szoku, wstydu i lekkiej sugestii, że użytkownik twarzy z chęcią zapadłby się pod ziemię i byłby bardzo wdzięczny każdemu, kto by mu to załatwił.
         Nagle moje przyćpane zmysły wychwytują obecność piątej osoby w chacie. Odwracam się w stronę, z której dobiegają obce fluidy i dostrzegam dość młodego, postawnego kappę… Czy raczej postawną, jeżeli moje podejrzenia odnośnie dymorfizmu płciowego tych faery są prawdziwe. W każdym razie, to co szczególnie przykuwa uwagę w człowieku-żółwiu – nie ważne jakiej płci jest – to wesoły, wręcz szachrajski błysk w oku. To spojrzenie kogoś, kto ma spaczone poczucie humoru i właśnie chce je pokazać światu, nie ważne, co będzie potem.
         Czy to bardziej sen czy kiepska komedia, nie mam pojęcia. Mieliśmy odbębnić spokojną, poważną misję, tymczasem jestem naćpana, moim jęzorem zawładnęła podświadomość, narobiłam wstydu swojemu – pożal się Boże – dowódcy, szefuńcio żółwiowej wioski robi wszytko, żeby nie walnąć śmiechem, a to jeszcze nie koniec. Właśnie rozbrzmiewają metaforyczne werble.
         - Sztuczna klopka?* – Pyta damskim głosem kappa. Teraz już wiem, jakiej jest płci. Swoją drogą „klopka” jest fajnym słówkiem, pasuje tutaj jak nic. – A cóż to za niewyżyty fetyszysta potrzebuje takiego prezentu?
Mistrz czerwienieje na twarzy. Bądźmy szczerzy: albo parsknie śmiechem, albo dostanie jakiegoś udaru. Oby to pierwsze, bo wina za ewentualny udar spadnie na mnie jak nic, chociaż to nie ja siebie naćpałam ani nie przygrzmociłam sobie piłką w głowę.
         - On! – mimowolnie wrzeszczę, wskazując paluchem na zbaraniałego Nevrę. Ech, moja podświadomość to wredna zołza. – On, żeby się fetyszystować, a i tak będzie chciał gryźć i dusić!
         - Reko! – drze się pani kappa przez drzwi. – Chowaj zwierzęta, jeden z naszych gości może je „przypadkiem” podusić, pokąsać i molestować!
         Mistrz nie wytrzymuje i parska śmiechem. Przypuszczalnie główną przyczyną parsknięcia jest mina Nevry, który wyraźnie nie spodziewał się ciosu z kappowej strony. Ten wyraz skrzywdzonej niewinności i skołowania… Niemal równie zabawny jak dramat na warzy usiłującego się nie śmiać Chrome’a. Wampir jest cięty na chłopaka, więc jeżeli ten zaśmiałby się, prawdopodobnie nie miałby życia w KG przez najbliższy miesiąc. Jak ja nie będę miała. Coś czuję, że po dzisiejszym dniu Nevra przestanie mnie molestować, ale za to dołączy do Ezraelowej ekipy zatruwaczy życia. Ech… Zakichane szczęście,  ziółka i sabotująca mnie podświadomość.
         - I brońcie drzewa! – mimowolnie wołam. – W sensie, że te z dziuplami. Biedne zawsze milczą o zgotowanych im dramatach, jedyne co, to mogą jedynie złowieszczo szumieć. Precz napastowaniem drzew! Dendrofile do budy!
         Ok, to powoli przestaje być śmieszne, chociaż właśnie dostający głupawki Mistrz pewnie jest przeciwnego zdania. Mam wrażenie, że to co wytworzyły tajemnicze ziółka w moich żyłach, postanowiło sobie za główny cel zrobienie ze mnie jak największej idiotki. Za cel poboczny jak największe wkurzenie i upokorzenie Nevry. Ech, już sobie wyobrażam jutrzejszy dzień. „Bardzo mi przykro, że zrobiłam z ciebie skończonego zboczeńca przed Mistrzem kappa i jego znajomymi. Nie chciałam, Mistrzu mnie naćpał”.
         Yhhh… To chyba nie przejdzie.
         Po chwili do domku wchodzi kolejny kappa – mężczyzna jak obstawiam – ze śpiącym na rękach Brie. Obrzuca scenę krytycznym spojrzeniem i marszczy łuki brwiowe.
         - Dałeś jej zioła kum-dra! – rzuca oskarżycielski celując paluchem w niemal płaczącego ze śmiechu Mistrza. – Przecież wiesz, że na człowieczych inaczej działają… A do tego pewnie przesadziłeś z ilością. Mam rację?
         - Była obolała… – z trudem wykrztusza starzec. – Chciałem jej jakoś pomóc. Patrz, teraz jest szczęśliwa.
Chrome, już siny od powstrzymywanego śmiechu kryje twarz w dłoniach, podczas gdy Nevra rzuca mi mordercze spojrzenie, na które odpowiadam mu – a jakżeby inaczej – szerokim, uśmiechem przyćpanej kretynki.
         Ech… To jeden z najbardziej abstrakcyjnych dni w moim życiu. Długo o nim nie zapomnę.
         Abstrakcyjny jest był i długo będzie, gdyż ziółka nie zaprzestają działania, a żaden z nowo przybyłych – rodziców Seminiko jak się okazuje – ani myśli wystawić mnie za drzwi czy chociażby uciszyć. Mało tego, chrapiący na rękach Reko – ojca rodziny – Brie w ogóle nie przejmuje się moim darciem mordy, ani nawet śpiewaniem. Bo, o zgrozo, w końcu zaczynam śpiewać. Po dowaleniu Nevrze przyszła faza na komentowanie wszystkiego dookoła, wielką fascynację najdrobniejszymi szczegółami rzeczywistości i filozoficznych myśli, która właśnie przeistacza się w wielką wokalną wenę. Warto przy tym, zaznaczyć że nie potrafię śpiewać. W młodym pokoleniu cały talent wokalno-muzyczny trafił się Lidii, Lizja otrzymała go zero, a ja dostałam karę do umiejętności na poziomie minus dziesięć. Generalnie brzmię jak kot przeciągany po drucie kolczastym, jednak nikomu, za wyjątkiem dociskającego ręce do uszu Chrome’a, to nie przeszkadza. BA! Kappy i Nevra mimo mnie drącej się jak nienormalna i gadającej takie pierdoły, że głowa boli oraz niemal nieustanie śmiejącego się Mistrza, są w stanie prowadzić WZGLĘNIE normalną rozmowę i co-nieco ustalić.  Co konkretnie? Ano to, że jutro Mistrz odrzuci nas swoją łódeczką na pobliską wysepkę, gdzie i tak pływa co tydzień czy dwa odprawiać jakieś rytuały. W jej pobliżu znajdują się najsilniejsze prądy morskie biegnące do wybrzeży Eel. Tam przyjmiemy wcześniej sporządzony przez Chrome’a eliksir i jako stadko radosnych syrenek powrócimy do KG. Co może pójść nie tak?
         Mnóstwo rzeczy. Możemy się zgubić, odmienić z syren na środku oceanu, mogą nas pożreć morskie potwory, możemy wpaść na nieprzyjaznych, podwodnych faery. Dlatego nie rozumiem, dlaczego Nevra i Chrome nastawieni są do pomysłu wręcz hiperoptymistcznie. Normalnie nagadałabym im do słuchu, ale niestety moja podświadomość uznała, że sensowne włączenie się do dyskusji jest mniej ważne od śpiewania piosenki o Krampusie.
         - „…Krampus nadchooodziii, Krampus nadchooodziii! Czy słyszysz jego śmiech złowrogiii, śmiech złowrooogiii…?”
         Szlag by to.
         Co poza akcją „będziemy syrenkami”? Tyle, że Nevra i Chrome zostają na noc wywaleni z wioski i muszą obozować pod gołym niebem. Ja, jako osoba poszkodowana przez los i naćpana zostaję tutaj. Akurat państwo kappowie mają wolny pokój, bo – jak się dowiaduję –  Seminiko jest uczennicą miejscowego mistrza alchemii i wraz z nim wyruszyła na poszukiwanie ziół.
         Nevra i Chrome zaraz po ustaleniu szczegółów dotyczących jutrzejszego powrotu do Eel zostają wyproszeni. W między czasie kończę kampusowego hiciora i przechodzę do starych, wioskowych szlagierów zapamiętanych z wakacji u babci.
         To będzie długa noc.

___________________________________________


*klopka, jakby ktoś sie nie domyślił, tokappowe  może nie wulgarne, ale nieco zhamiałe określenie na zewnętrzne organy rozrodcze kobiety. Ponieważ żółwie, tak jak i ptaki, mają kloaki, stąd brzmi tak a nie inaczej.

Dobra, a teraz rysuneczek (czy raczej przerobiona kalko-kopia) Jamona jak mniej-więcej wygląda w mojej wersji (bez miny z cyklu wtf, kłów z ciut normalniejszym nosem i bez tunelu, który komuś w okolicach czterdziestki zwyczajnie nie przystoi. Acha no i trochę wyższa linia włosów
Link do zewnętrznego obrazka

Offline

#120 03-12-2017 o 21h25

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Nieźle pędzisz z tymi odcinkami, nie ma co XD Tylko szkoda, że jakieś takie krótkie ostatnio wychodzą :v
I ciekawe ostrzeżenie przed odcinkiem XD Ciekawam, o co chodzi…
No dobra. Już wiem. XD
MISTRZ RĄBNĄŁ SIĘ W PARZENIU ZIÓŁEK I NAĆPAŁ LIWKĘ? XDDDDDD Boże, to jest absolutnie przegenialne XDDD
„a i ja nie wiele mu ustępuję.” — ‘niewiele’ /static/img/forum/smilies/wink.png
„   - To po kiego grzyba trzyma macie w straży tego sk&$#%a Eraela?” — Liwka, kocham cię. XDDDD Btw „trzyma macie”? :v
I aż się zdziwiłam, że Nevra nie śmiechnął z tego tekstu /static/img/forum/smilies/big_smile.png
„nie ważne, co będzie potem.” — ‘nieważne’ c:
Lubię tego Mistrza, serio. Bez względu na twoje teorie, które wypisałaś w odpowiedzi na mój poprzedni komentarz, to naprawdę go lubię /static/img/forum/smilies/big_smile.png
„W między czasie kończę kampusowego hiciora” — ‘w międzyczasie’ c:
I bardzo przyjemny ten twój Jamon ^^
No dobra, tyle ode mnie. Aż szkoda mi Nevry i Chrome’a, chociaż zwłaszcza wampira, że tak mu Liwka dowaliła XD I nie dość, że się wstydu najadł, to jeszcze ich z wioski wyrzucili, a naćpana wredota siedzi sobie w ciepełku /static/img/forum/smilies/big_smile.png Piękny odcinek, serio XDD Czekam więc na kolejne i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#121 08-12-2017 o 18h07

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Methrylis - tekstu tyle co na początku (3 strony calibri 11, tylko czasem po gwiazdkach interlinię zmniejsza). No i może z odcinkami pędzę, ale jakoś nie przysparza mi to czytelników, a na pewno nie komentujących z których ostałaś się tylko ty ;] Za to po każdej twojej części na forum spory ruch /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Tak, Mistrzy naćpał Livię xD Brzmi to trochę, jakby Dumbledore spił Harrego i obaj zostali przyłapani przez Filcha na rozrabianiu xD
Normalnie Nevra śmiechnąłby z wycenzurowanego Eza, ale wtedy jeszcze próbował być poważny, no bo i misja poważna. Niestety na misjach dyplomatycznych nie powinno się mowić, że mój kolega z KG to *PIIIP* xD
btw - Jamon Miikowy czy mój od samego początku kogoś mi przypominał. Oglądając TV wreszcie doszłam kogo. To doktor Martin! Nawet odstające uszy się zgadzają xD
https://vignette.wikia.nocookie.net/docmartin/images/e/e1/Doc_martin.jpg/revision/latest?cb=20100826122230

Dobra, to lecim dalej, dziś ciutkę więcej tekstu - inaczej nie szło podzielić. Przepraszam z góry za błędy, ale po powrocie do niego (jestem 2 rozdziały do przodu) stwierdziłam, ze popadłam w grafomanie i sporo zmieniałam w formie. Mogłam pozjadać przy tym różne rzeczy /static/img/forum/smilies/neutral.png Nie bijcie.

Rozdział 6 (cz 8)

         I oto nadszedł sądny ranek. Naprawdę poszalałam wczoraj, wspomnienia tej nocy jeszcze długo będą mnie prześladować. Otóż, kiedy w końcu się wreszcie wyśpiewałam, zaatakowała mnie kolejna faza nieposkromionego gadulstwa połączonego z popapranym poczuciem humoru i zaczęłam opowiadać anegdotki. Oczywiście na pierwszy rzut poszły wydarzenia z Eldaryi między innymi Ezrael-płaskodupiec i ostrzeliwany Valkyon, ale nie tylko. Zaczęłam również opowiadać o wpadkach i wypadkach swoich i swojej rodziny. W tym o zainicjowanej przeze mnie serii niefortunnych wydarzeń – czy jak to moi bliscy mówią „świńskich” wydarzeń – ze ślubu mojego kuzyna. Zainicjowanych przypadkowo. Sporo fragmentów tej opowieści mogłoby pretendować do tytułu „najbardziej upokarzających momentów w całym moim życiu”, gdyby nie dwie sprawy. Po pierwsze uznaję za upokorzenie nieco inne rzeczy niż większość ludzi. Po drugie „opowieść o świńskim weselu” przeszła do rodzinnych legend i była – i zapewne nadal jest –opowiadana przy każdym, większym rodzinnym zjeździe, a tych zaliczyłam dziesiątki. Musiałam się uodpornić zarówno na tę historię wiążące się z nią wspomnienia. MUSIAŁAM. W każdym razie, opowiastka dostarczyła mnóstwa radości kappowej rodzince, która dostała zbiorowego napadu wręcz histerycznego śmiechu. Jak ta głupawka się skończyła, nie mam pojęcia, bo około północy nagle mnie ścięło z nóg.
         O dziwo, rankiem nie zastaję w kappowym domku  ani Brie, ani Mistrza. Jak mi wyjaśnia ojciec Seminiko, jego rodzina jest spokrewniona jedynie z Brie, nie z Mistrzem, a to Mistrz jest opiekunem malucha. Obaj mieszkają osobno w bardziej w centrum wioski. W sumie Seminiko wspominała, że Mistrz nie ma nikogo poza Brie.
         Dziwne to-to. Znaczy nie to całe pokrewieństwo i tak dalej, tylko to, że Mistrz wczoraj tak długo tutaj siedział, mimo ze ma pod opieką Brie którego należałoby przed snem umyć i tak dalej. Chociaż,  drugiej strony, mogło to mieć jakiś związek ze mną – nie znam żółwiowych zwyczajów.
         Po porannej toalecie i śniadaniu złożonym z zielonej pasty wyglądem przypominającej guacamole, a smakiem jajecznicę na boczku rodzinka Seminiko odprowadza nie na plażę, gdzie już czekają moi towarzysze.
         Ech, słońce, lazurowe morze, biały piasek, soczysta, bujna roślinność i błękitne niebo. Obraz jak z wakacyjnej pocztówki… Nie licząc mordującego mnie wzrokiem wampira o skwaszonej minie. Ygh… Ten pełen urazy wzrok. Już wolę spojrzenia, jakimi darzy mnie kappowa rodzinka – to łagodne politowanie wymieszone z echem rozbawienia i sympatią zarezerwowane dla osób, które dostarczyły dobrej rozrywki swoim kosztem. Czuję, że przejdę do tutejszych mini-legend wspominanych po paru głębszych, kiedy nowe dowcipy i śmieszne opowiastki już zostaną opowiedziane, a o czymś przecież trzeba gadać.
         Staram się zejść wampirowi z oczu, co nie jest takie proste, biorąc pod uwagę, że spędzę najbliższe dwanaście godzin w jego towarzystwie. Ale zawsze mogę się wycofać na skraj jego pola widzenia.
         Czekając na przybycie mistrza, kappowie serdecznie żegnają się ze mną i ofiarowują mi sporą, kościaną butelkę zawierającą środek przeciwko chorobie morskiej. Łyk specyfiku starcza, żeby na blisko dziesięć godzin zapomnieć o mdłościach, nudnościach i wymiotach. Poza tym zostaję serdecznie wyprzytulana, wyściskana i słucham dłuższej przemowy z cyklu „ale uważaj na siebie”. Biorąc po uwagę wszytko, co przeszłam trafiwszy na Wybrzeże Jaspisu, nie dziwi mnie ona – pewnie mnie mają za największego pechowca świata… I w sumie niewiele się mylą.
         Nie mija nawet dziesięć minut, kiedy w zasięgu naszego wzroku pojawia się łódź czy raczej coś będącego kompromisem pomiędzy łodzią a tratwą, do czego przyłączono boczny pływak dla większej stabilizacji. Nie dałabym za to nawet pięciu unionów, ale najwyraźniej stojący na pokładzie Mistrz pokłada spore zaufanie w łajbie, szczególnie, że wraz z nim płynie Brie. Kiedy łupina zatrzymuje się obok nas, brzdąc zeskakuje z niej, brnie do brzegu, brodząc niemal po szyję w wodzie i radośnie uśmiechnięty biegnie do mnie.
         - Co tam urwipołciu? – pytam, biorąc malca na ręce.
         - Iwia, Iwia!
         - Chciał się koniecznie pożegnać – Mistrz uśmiecha się łagodnie.  – Reko, zajmiecie się nim?
         Mężczyzna przytakuje i po dłuższej chwili odbiera ode mnie żółwika.
         - Dobra gałganie, to się trzymaj, uważaj na siebie i nie ufaj żadnym, podejrzanym obcym, żeby cię znowu nie porwali. – Gładzę Brie po głowie. – I masz być grzeczny, kiedy odpłyniemy… Ale nie bezmyślnie posłuszny. Staraj się kombinować po swojemu.
         - Iwia ostrożnie i spokojne płyniecie – wyrzuca z siebie malec ku wyraźnemu zaskoczeniu dorosłych kapp.
- Dobrze, koniec tych czułości, musimy się spieszyć, żeby Mistrz zdążył na odpływ – ponagla niezdarnie gramolący się na pokład Nevra.
         Chrome ma więcej gracji od wampira. Wskakuje na chybotliwe dechy jak sarenka i momentalnie wszędzie go pełno. Musi zajrzeć w każdy kąt, wszystkiego dotknąć, wszystko powąchać. Niezbyt to przypada do gustu Mistrzowi, który zerka na wilkołaka z wyraźną naganą w spojrzeniu. Aż dziw bierze, jak chłopak potrafi udawać, że tego nie zauważa. Dopiero głośna uwaga Nevry, brzmiąca jak okrzyk w kierunku niesfornego psiaka, przywołuje go do jako-takiego porządku.
         Ciężko wzdychając biorę łyk eliksiru przeciw chorobie morskiej, daję Brie buziaka na pożegnanie i wskakuję na pokład, gdzie prędko zajmuję miejsce w sporej odległości od Nevry i z dala od linii jego spojrzenia. Lepiej nie drażnić kogoś, kto może cię „przypadkiem” zgubić w przepastnym oceanie, kiedy będziesz robić za „uroczą” syenkę.
         Ech, mam nadzieję, że ten eliksir od kapp podziała. Nie zamieram rzygać kolejnych kilkunastu godzin.

***

         Przypinam do grzbietu kuszę – w końcu na obcym, opuszczony lądzie lepiej być uzbrojonym – i chwiejnym krokiem wyskakuję na brzeg niewielkiej wysepki. Dziwnej wysepki, bo chociaż skalistej to masowo porośniętej różnobarwnymi kwiatami, wśród których wesoło latają kolorowe owady  -  swoiste połączenie pszczoły z ważką. Jedynymi miejscami, gdzie kwiatów nie ma, są okalający wyspę pierścień piasku, zbyt wąski, żeby z czystym sercem nazwać go plażą oraz majaczące pośrodku wyspy, strzeliste ruiny z dziwnego, opalizującego w blasku słońca kamienia.
         - Co to takiego? – pytam.
         - Budowle postawione przez naszych przodków, tuż po tym, jak przenieśliśmy się do Eldaryi – wyjaśnia Mistrz. – Niestety nie jestem w stanie stwierdzić jaki miały pierwotnie cel ani nawet odczytać pokrywających je hieroglifów. Wiele z naszej historii przepadło, a pierwsze stulecia po stworzeniu tych ziem giną w mrokach zapomnienia, która dopadło i mój lud, chociaż jesteśmy istotami żyjącymi znacznie dłużej niż człowieczy. Od pokoleń Mistrzowie wioski przypływają tu w każdą pełnię i nów, aby oczyścić umysł i poszukać oświecenia oddając się medytacji. Kiedy czasy są ciężkie, jak teraz, nawet częściej. W każdym razie, to miejsce uznawane przez nas za niemal święte Możecie obejrzeć ich zewnętrzną część, ale wewnętrzny pierścień jest niedostępny dla obcych.
         - Zwiedzanie? – Wyraźnie zaskoczony Chrome zerka na Mistrza. – A nie powinniśmy się pospieszyć z tym eliksirem i czym prędzej zmykać do domu?
Do DOMU? Jak mi otworzycie portal, to mogę i do domu. Z miłą chęcią.
         - Jest odpływ. – Nevra solidnie trzepie chłopaka w ucho, na co ten odskakuje od niego jak oparzony. – Spałeś wczoraj, kiedy to omawialiśmy? Musimy poczekać na przypływ, bo wyspę otaczają podwodne skały. Bardzo ostre, a w dodatku porośnięte morskimi igławcami, jeżeli popłyniemy teraz pokaleczymy się jak nic, nie wspominając o truciźnie igławców. Syrenom nie szkodzi, ale po powrocie do właściwej postaci, mielibyśmy okropne kłopoty.
         - Nie spałem, tylko starałem się nie słuchać śpiewania Liwii – burczy chłopak, masując zbolałe ucho.
         Nevra rzuca mi krytyczne spojrzenie, na co uśmiecham się krzywo:
         - Ej, to ja nie panowałam nad własną gębą, więc to ja powinnam być zdeinformowana, nie on, a wszystko pamiętam… Niestety.
         - Ta… Ciekawe, co takiego. – Wampir marszczy brwi. – Aż się boję pomyśleć, co robiłaś, kiedy poszliśmy.
         - Gównie opowiadała całkiem ciekawe historie. – Mistrz nagle weseleje. – Ta o weselu była bezbłędna. Nie pamiętam, kiedy ostatnio się tak śmiałem… Czy kiedykolwiek się tak śmiałem.
         Paranormalne duo posyła mi pytające spojrzenia. Yhhh… Coś czuję, że i im będę musiała prędzej czy później opowiedzieć tę historię, a jak im, to i większości znanych mi osób w KG, w tym Ezraelowi. W sumie, jeżeli usłyszy tę opowieść to prawdopodobnie umrze ze śmiechu – ta wredna, szachrajska, elfia wsza śmieje się z byle czego, a szczególnie z mojego nieszczęścia – więc to dobry pomysł na pozbycie się go.
         Przypływ ma się zacząć dopiero za cztery godziny, czyli mniej-więcej wtedy, kiedy ma się zakończyć medytacja Mistrza. Dlatego też, nie mając lepszego  pomysłu na spędzenie czasu, odprowadzamy żółwiowego starca do niezwykłych ruin. Nie jest to łatwy spacer, szczególnie dla kogoś takiego jak ja – kto stracił w jeziornym błocku buty i musi się posiłkować grubymi szmatami owiniętymi wokół stóp. Kamienie pokrywające  niemal całą wyspę są kanciaste, osuwają się, nie mówiąc o małych, zamaskowanych kwiatami jamach pomiędzy nimi, w które łatwo może wpaść noga. Porośnięte grubą łuską, pazurzaste nogi-łapy kapp są o wiele lepiej przystosowane do wędrówek po wyspie, chociaż i Nevra doskonale sobie radzi. No ale to wampir, więc pewnie ma jakieś-tam zdolności, jak – dajmy na to – lepsze wyczucie równowagi, nie wspominając o jego wieloletnim szkoleniu w Straży Cienia. Co do Chromea…  No cóż, potyka się co krok i robi mnóstwo hałasu, ale to pewnie tylko z tego względu, że biega dookoła jak porąbany oglądając każdy kamień. Tych znowu tu nie brak.
         Ech, naprawdę zachowuje się jak kilkumiesięczny, radosny psiak, który właśnie wydostał się z kojca i wszystko musi polizać, obwąchać, a niewykluczone, że i obsiusiać. Dlatego właśnie wolę koty… Chociaż najlepsze są i tak sukulenty, dajmy na to taki kudłacz pustynny. Ładne, kolorowe, porośnięte miękkim „futerkiem” a wymaga od życia tylko światła i tego, żeby go raz na pół roku podlać. No i nie niszczy mebli ani nie sika do butów.
         W końcu docieramy do ruin będących niewielkim, aczkolwiek dość skomplikowanym kompleksem strzelistych budynków na bazie koła, pośrodku którego stoi wysoka, okryta kopułą wieża. Otacza ją pierścień ciemnogranatowych, niemal czarnych kamieni wysokości człowieka. Wszystkie emanują łagodną, lecz wyraźnie wyczuwalną energią. To pewnie jest ten wewnętrzny krąg, o którym wspominał Mistrz.
         Żółwi strzec zostawia nas samych, udając się do wnętrza wieży, by odbyć swoje medytacje. Przez ten czas możemy sobie pozwiedzać, przy czym do zwiedzania nie ma tu zbyt wiele. Wieża jako jedyna wydaje się nienaruszona, reszta budynków to ruiny. Sterczące z ziemi, opalizujące ściany z czegoś na wzór niezwykle gładkiego kamienia, a wewnątrz coraz bardziej niszczejące resztki sprzętów, które z pewnością zachwyciłyby niejednego archeologa. Niektóre ze ścian pokrywają wtopione w „kamień” niewyraźne obrazy… Symbole, sylwetki pokracznych zwierząt i dziwnych, humanoidalnych istot o wydłużonych, spłaszczonych czaszkach, niezwykle długich szyjach i kończynach oraz wielu ogonach. Kontury są rozmazane, jednak na dziewięćdziesiąt procent mogę stwierdzić, że to nie kappy, chyba, że ich przodkowie lubią abstrakcję.
         Dziwnie się tu czuję. Ta wieża z kopułą, układ budynków… Coś mi to przypomina. Coś z mojego wymiaru i to bynajmniej nie z czasów starożytnych. Dawnych i to bardzo, ale nie starożytnych. Szlag by to! Czuję tę myśl, już mam to słowo, ale kiedy mam je pochwycić, ucieka mi. Nienawidzę tego.
         Nevra ogląda ruiny jak znawca sztuki obrazy w galerii od czasu do czasu wygłaszając nieco pompatyczny komentarz na temat kultury i historii przy czym uśmiecha się „uwodzicielsko”… Widać to, że jest na mnie zły, nie przeszkadza mu w próbach zrobienia dobrego wrażenia. Przeszkadza za to Chrome, który biega w te i we w te co rusz krzycząc „patrzcie na to”, „o rety, ale to…” i tak dalej, bądź zarzucając z lekka abstrakcyjnymi pytaniami zaczynającymi się od słów „czy myślicie, że…”. Ja z kolei myszkuję tu i tam, przeglądam potłuczone i zniszczałe cosie, w większości jakieś naczynia, szklane bibeloty i tak dalej. Właściwie to oprócz „malunków” na zewnętrznych ścianach nie widzę nic specjalnie intere… O szlag.
         Moje spojrzenie pada na specyficzny, częściowo wypukły i bardzo charakterystyczny, szklany twór osadzony w resztkach jakiejś skrzyni. Coś podobnego widziałam na zajęciach z podstaw historii techniki. To ekran… Na takim czymś w czasach preelektronicznych oglądano telewizję. Jak te ekrany nazywano? Jakoś podobnie do „telewizji”. Telewizjorami? Chyba tak… A nie, nie. Telewizorami. Tak o leciało.
         Tutejsze faery miały telewizję? Nie, to niemożliwe. Przecież odeszły w czasach starożytnych i to wczesnostarożytnych, tych określanych na osi czasu „przed naszą erą” i nie posunęły się wiele z techniką. No chyba, że to nie telewizor tylko jakiś magiczny ekranik do cholera-wie-czego. W końcu…
         Nie! Zaraz! Wiem czym jest ta wieża! To obserwatorium astronomiczne! Takie, jakie mieli w czasach, kiedy produkowali telewizory… No może ciut wcześniejszych. Ale skąd, jak? Czyżby jakieś plemię faery znalazło sposób na regularne kontaktowanie się z Ziemią i przyswoiło ziemską wiedzę techniczną? Robota tutejszych kosmitów? Jacyś ludzie zostali tu kiedyś uwięzieni i zbutowali to obserwatorium, żeby… Nie, gdyby tu uwięziło ludzi nie mieliby żadnego powodu budować tego obserwatorium, zresztą nie pożyliby na tyle długo, aby to zrobić.
         A może to pozostałość po poprzednich mieszkańcach tego świata? W końcu to, że Eldarya została stworzona przez faery to jeden wielki pic na wodę i fotomontaż. Była tu znacznie wcześniej, od zawsze i nie wykluczone, że swego czasu miała swoich mieszkańców. Mieszkańców ,którzy wymarli z powodu jakiejś plagi, zmian klimatu, kataklizmu lub od nawalania się atomówkami czy czegoś podobnego. Ewentualnie zostali zgładzeni przez faery, ale mało prawdopodobne, że zaszczuty i cofnięty technicznie lud – czy raczej gromada różnych, skłóconych ze sobą ludów – mógł wymordować prawdziwych Eldaryan. Zresztą gdyby doszło do ludobójstwa, byłoby więcej ruin, śladów poprzedniej cywilizacji… No i raczej nie zdołałoby wmówić wszystkim faery, że ten świat skleciło im paru wielkich i przewspaniałych magów.
         Przetrząsam inne ruiny i natykam się na różne mniejsze i większe ślady, świadczące o tym, że cywilizacja, która zbudowała obserwatorium była o jeden czy dwa skoki o tyczce technologicznie dalej od faery. Fragmenty obwodów, trudnych do rozpoznania urządzeń… Normalnie nie zwróciłabym na nie uwagi, ale teraz wiem, czego szukać. Do tego te kamienie otaczające wieżę astronomiczną. Przypuszczam, że to jakieś połączenie magii i techniki, chociaż głowy za to nie daję.
         Dobrze, to może podsumujmy. Zostałam zagoniona przez wymarłego, gigantycznego leniwca do czarciego kręgu. Ten okazuje się bramą do sąsiedniego, magicznego wymiaru zamieszkanego przez magiczne rasy, które uciekły z mojego świata. Jakby tego mało, drogi z powrotem za bardzo nie ma. Na miejscu natykam się na kolesia w czarnej zbroi robiącego za romantyczną, spowitą tajemnica postać o bliżej i dalej nie znanych motywach, a także (prawie że) mojego rycerza bez białego konia. Dalej mam nieprzyjemność z tutejszą Wyrocznią, obłąkanym i najwyraźniej chcącym czegoś ode mnie duchem kryształu. Potem przyczepia się do mnie chowaniec, również trochę nie-tego, który jest nazywany sługą Wyroczni, Kryształu czy jakoś tak. Teraz znowu wpadam na ślady dawnej, w porównaniu z faery cholernie zaawansowanej technicznie cywilizacji, chociaż wszyscy tu utrzymują, że ten świat przed nadejściem faery nie istniał. Acha, no i jeszcze zapomniałabym o Grabieżcy, którego znam ziemskiego wymiaru na polu, powiedzmy że prywatnym, a który szukał tu cholera-wie-czego.
         Tak, że tego… Co się tu do diaska dzieje? Bo mam niemiłe ważenie, że wdepnęłam w wyjątkowo paskudne gówno. Takie potwornie cuchnące, rozbabrane, co go nie idzie zeskrobać, a na domiar złego nie mam na sobie butów tylko biegam po bosaku.
____________________________________________________________


Link do zewnętrznego obrazka

Kolejny rysunek chłopaków mający zaznaczyć jakoś-tam różnice w wyglądzie między nimi, no bo  facjaty anime praktycznie identyczne. Oczywiście, jako że nie bardzo umiem rysować sporo rzeczy zrąbałam, a najbardziej Ezraela (wybaczcie jego fanki)- najpierw nos, który w założeniu miał być wąski, kształtny, ale i lekko zadarty mi nie wyszedł, a potem poleciało.
To może mała opisówka, bo z rysunku niestety średnio coś wynika: Ezrael i Valkyon mieli mieć twarze pociągłe, różniące się układem kości policzkowych (co zostało zaznaczone), kształtem oczu (też, ale ledwo)i podbródkami, ezraelowski miał być szpiczasty, ale nie pykło, a po walce z nosem nie miałam serca na dalsze, nieudolne poprawki. No i też miały różnić ich nosy - Valkyona LEKKO haczykowaty i spadzisty, Ezraela zgrabny, wąski i lekko zadarty. Nevra z kolei miał mieć twarz krótszą i szerszą niż koledzy, ale wyraźnie zarysowana, nie aż tak szpiczasty jak mu wyszedł podbródek, prosty nos, z lekka kocie oczy o długich rzęsach (nawet udało mi się uchwycić) i lekką drapieżność w rysach (za cholerę nie udało mi się uchwycić) + szerokie, ale kształtne usta.
Generalnie jeżeli wśród czytelniczek jest rysowniczka mająca ochotę poprawić ich pod moją wizję, zapraszam do działania xD

Offline

#122 08-12-2017 o 20h25

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Żaden ruch po moich częściach. Jeden odcinek trafi się lepiej komentowany, drugi gorzej. I nie mam pojęcia, od czego to zależy. Ale cieszę się, że nie rezygnujesz z publikowania mimo skromnej publiki, bo bardzo wielu to przeszkadza, a szkoda. Ja tam też nie zamierzam rezygnować, choćby nikt miał nie zostać. A niech sobie będzie! Przynajmniej się napędzam do pisania.
„Otóż, kiedy w końcu się wreszcie wyśpiewałam” — ‘w końcu’ i ‘wreszcie’ to to samo, więc jedno można wywalić /static/img/forum/smilies/big_smile.png
„Seminiko odprowadza nie na plażę”  — ‘mnie’ c:
Well… jakby Liwka nie dostała tego środka przeciw wymiotom, to może wtedy Nevra dałby jej spokój. Ale skoro będzie zdrowa, to nie jestem tego taka pewna… /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Taaaa. Te trzy gwiazdki chyba zwężają interlinię. Chamy! Muszę pamiętać, by na nie uważać.
„niemal święte Możecie obejrzeć” — zgubiłaś kropę ; )
„W sumie, jeżeli usłyszy tę opowieść to prawdopodobnie umrze ze śmiechu – ta wredna, szachrajska, elfia wsza śmieje się z byle czego, a szczególnie z mojego nieszczęścia – więc to dobry pomysł na pozbycie się go.” — piękne! <3 /static/img/forum/smilies/big_smile.png
„Chromea” — tu zgubiłaś apostrof
Telewizor na wyspie Kapp? Dobre, dużo dobre! A „tutejsi kosmici” brzmią epicko xd
I bardzo ładne podsumowanie mówiące nam, że dzieje się tu bardzo dziwne, ale i równie ciekawie! Ale za to powiem ci, że naprawdę ładnie rysujesz! I aż tak się teoretycznie nie różnią, a wyobrażenie i tak będzie to samo /static/img/forum/smilies/wink.png
No nic, zastanawia mnie ta ludzka technologia. Do diabłów czterech, skąd ona tutaj? Telewizor, kable, obserwatorium astronomiczne…? Wtf? I co, i Kappy nie mają z tym problemu? Nie próbowały tego ogarnąć albo wezwać kogoś innego do ogarniania? Dziwne, bardzo dziwne…
Ok, tyle ode mnie. Czekam na kolejną część i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#123 13-12-2017 o 14h06

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 318

@Methrylis - Ojoj. Błędów się narobiło. A co to telewizorka i innych to rzecz w tym, że Liwia sama ledwo zauważyła technologiczne przedmioty, a faery ledwo technologię kojarzą + inne czynniki, które wyjdą dalej. Dlatego (teoretycznie) nie było ogarniania. Teoretycznie ;]

Dobra, to lecim dalej z tym koksem. Kolejna część i zarazem koniec rozdziału. Trochę dłuższa, bo zostało mi ok 5 stronic, a nie będę tego przecież dzielić na dwa. To miłego czytania /static/img/forum/smilies/smile.png

Rozdział 6 (cz 9)

         - Liwia!
         Głos Nevry wyrywa mnie z zamyślenia. Stojący pomiędzy ruinami wampir mało dyskretnie wskazuje na powoli wyłaniającego się z wieży astronomicznej żółwiego starca. To już tyle minęło?  Cztery godziny? No tak, słońce jest już wysoko na niebie. Chyba poszukiwania śladów technologii pożarły moje poczucie czasu.
         Idziemy po Mistrza i tak jak poprzednio odprowadziliśmy go do wieży, tak teraz odprowadzamy go do łodzi. Po drodze Nevra wdaje się z nim w intelektualną dyskusję na temat tego, do czego mogły służyć ruiny. Wyraźnie chce udowodnić, że wszystko to, co wygadywałam na jego temat uprzedniej nocy to wierutne bzdury. Dlatego snuje teorie, wypytuje, słucha, a to wszystko z miną inteligenta po studiach. Ech, rozwodzenie się nad „wielką zagadką”, która pewnie trapi faery od wieków, a którą ja mam rozwiązaną.
         Podzielić się rozwiązaniem? Hm… Lepiej nie. Nie wiem czy uwierzyliby i nie mam pojęcia, jakie mogłyby być skutki, gdyby jednak dali mi wiarę. Ta wieża to nie jakieś małe miki. To niemal miejsce kultu. Samotnia Mistrzów kappa. Dom medytacji. Tu trzeba być ostrożnym.
Zbliżamy się do brzegu, a moje przeczucie, że wpadłam po uszy w szambo wzmaga się… Tyle, że jakby dochodzi z zupełnie innego punktu. Rzucam krytyczne spojrzenie szeroko pojętym okolicznościom przyrody no i coś tu jest nie tak. Inaczej niż było. I nie – nie chodzi o przypływ. To coś nieoczywistego. Pytanie tylko co.
         Przystaję i usiłuję sobie przypomnieć, jak wyglądał brzeg, kiedy tu przybyliśmy. To nie proste, bo średnio zwracałam uwagę na ogół krajobrazu. Najbardziej zaabsorbowały mnie majaczące w tle ruiny, kwiaty i te pszczoło-ważki… A przede wszystkim nierówny teren, na którym bardzo łatwo sobie coś skręcić i połamać.
         Zaraz, zaraz. Teren… Coś jest nie tak z terenem. Ale co? Skały, kwiatki, piasek… No trochę mniej go niż ostatnio, ale większość przykryła woda, no bo przecież jest przypływ… Tylko pytanie, co w takim razie robi tu ta łacha piasku wcinająca się w ląd? Przecież plaża, czy raczej plażyczka była zupełnie równa. Idealny, piaskowy, niezbyt gruby pierścień.
         - Ej, a co to? – pytam, wskazując palcem łachę piasku, z której – jak się tak przypatrzyłam – wystają jakieś cienkie, czerwonawe trawska. – Nie było tego tu przedtem.
         Stają, spoglądają w kierunku, w którym pokazuję i nagle skóra Mistrza blednie o trzy tony, nabierając szarawego odcienia.
         - Chłopcze, uciekaj stamtąd! – wrzeszczy do Chrome’a, który wybiegł nieco naprzód i stoi tuż przy łasze.
Chłopak odwraca się w kierunku krzyku, a w tym samym momencie piasek wystrzeliwuje w górę w asyście donośnego świstu. Naszym oczom ukazuje się potwór.
         Wielka jak łódź, grzbietobrzusznie spłaszczona, ośmionoga bestia okryta przypominającym dwa złożone ze sobą talerze pancerzem. Ze szczeliny w błękitno-zielonym karapaksie wyłaniają się cienkie, wieloczłonowe odnóża, a także dziesiątki sinych, półprzeźroczystych macek. Poza nimi, jedynymi nieosłoniętymi częściami bestii są długi obarczony prządkami wyrostek odwłoku oraz „pysk” maszkary. Pajęcza, wielooka facjata, w której tkwi para ociekających jadem szczękoczułków.
         Goliat morski.
         Stwór rzuca się na Chrome’a, ale ten w ostatnim momencie odskakuje. Niestety nie unika macek bestii, które po chwili ciasno go oplątują i zaczynają ciągnąć ku odrażającemu otworowi gębowemu. Ratuje go Nevra. Wampir, nie zważając na własne bezpieczeństwo, pobiega do niego i tnie wyszarpniętym zza pasa sztyletem „więzy” chłopaka. W między czasie Mistrz daje w długą i biegnie do mnie. To aż niewiarygodne, jak szybko potrafi pędzić w tym wieku.
         - Uciekamy! – wrzeszczy chwytając mnie za nadgarstek.
         - A co z nimi?
         - Już są martwi! Nie mają szans z goliatem, tak samo jak my!
         Moje  sumienie nie wyraża najmniejszego sprzeciwu na myśl o porzuceniu chłopaków, ale paradoksalnie robi to logika. Zmusza mnie do dokładniejszego przyjrzenia się polu bitwy.
         Pająko-ośmiornico-krab strzela w Nevrę lepką pajęczyną, która przygważdża go do podłoża. Niezbyt skutecznie, bo podłoże to sypki piasek, ale tyle starcza, żeby monstrum położyło na nim swoje macki i odnóża. Wampir wrzeszcząc jak opętany tnie jedne i drugie, jednocześnie krzycząc do Chromea, żeby ten uciekał. Niestety wilkołak nie słucha i w fałszywym poczuciu lojalności atakuje potwora, lecz bez jakiegokolwiek skutku. Jasnym jest, że kiedy tylko goliat skończy z wampirem weźmie się za chłopaka, a tym samym poświęceni Nevry pójdzie na marne.
         Od zawsze tak mam, że w sytuacjach stresowych, widzę wyraźniej wszystkie szczegóły, zauważam więcej detali. Teraz nie jest inaczej, bo dostrzegam coś naprawdę interesującego. Otóż pod cielskiem stwora znajduje się niewielki, piaskowy kopczyk, ze szczytu którego wylatują ważko-pszczoły. Gniazdo. Niby nic znaczącego, ale może coś uda się na tym ugrać.
         Wyrywam rękę z uścisku Mistrza, zdejmuję kuszę, naciągam cięciwę i wymierzam. Szansa, że trafię w gniazdo z tej odległości jest nikła. To, że pszczoło-ważki wyrządzą jakąkolwiek krzywdę goliatowi jeszcze mniejsza, ale co mi szkodzi spróbować.
         Podobno szansa jedna na milion zawsze się sprawdza, a skoro tak, to właśnie była szansa jedna na milion, bo bełt elegancko wbija się w sam środek gniazda owadów. Po chwili wściekle bzyczący rój pszczoło-ważek obsiada potwora, który puszcza Nevrę tuż przed tym, kiedy miał w niego wbić jadowe kły. Wampir i wilkołak nie tracą czasu. Czym prędzej biorą nogi za pas, podczas gdy morskie monstrum zaczyna boleśnie syczeć i na oślep miotać kończynami i mackami. Mackami, które z każdą chwilą coraz bardziej puchną, zmieniając się w jeden wielki obrzęk. Podobnie reszta sino-szarego cielska. Cienkie nogi rozsadzają swój zewnętrzny szkielet, karapaks rozsuwa się, a ze szczeliny wypływają nabrzmiałe tkanki. Ślepia eksplodują, z rozwartego pyska wypływają przypominające bury kisiel wnętrzności. Stwór chwieje się,  upada, nieruchomieje.
         Zerkam na Mistrza, który patrzy na to oniemiały. Ma rozwarty szeroko dziób i wytrzeszczone po rybiemu oczy. Niezbyt rozsądne. Jeszcze jakiś z tych rozzłoszczonych owadów doleci tutaj i uwali go w język.
         - G-goliat morski jest uczulony najad błyskokrzydłek – wykrztusza po dłuższej chwili, akurat wtedy, kiedy, dobiegają do nas Nevra i Chrome. – To niewiarygodne. Niesamowite.
         - W sensie, że to dobrze? – pytam. A nóż widelec się okaże, że ten cały goliat był ich świętą bestią i za przeszkadzanie mu w posiłku nawleką mnie na pal.
         - Oczywiście że tak! Goliaty morskie to krwiożercze i podstępne bestie, do tego prawie że nie do zgładzenia. Pancerz chroni ich najważniejsze części, a ranione uciekają w morskie głębiny, gdzie nikt nie może ich dosięgnąć. Ten konkretny od wielu lat polował na mój lud… Ocaliłaś wiele istnień, a w dodatku pokazałaś nam jak walczyć z tymi bestiami. Jad błyskokrzydłek jest dla nas całkowicie bezpieczny, użądlenia nie pozostawiają nawet zaczerwienienia, więc możemy go bez problemu pozyskiwać. Cała nasza wioska jest ci winna podziękowania.
         Ukazała mi się Wyrocznia, uratowałam Brie i Ezraela, zatłukłam wielkiego kraba, a przy okazji ocaliłam życia Nevry i Chrome’a. Acha, jeszcze do tego wykryłam Grabieżcę. Jak nic zaczną za mną biegać  i krzyczeć, że jestem Wybranką. Trzeba jakoś zatrzeć te wrażenie.
Ech… Gdyby goliat sam naruszył gniazdo błyskokrzydłek, maskując się, oszczędziłoby to wszystkim stresu, a mnie bohaterowania. Ale nie, co to byłaby za zabawa, bez utrudniania Liwii życia.
         - Zabiłam kraboośmiornicę i opowiedziałam historię o weselu. Jestem ludź-legenda – mówię z przerysowaną powagą i jeszcze bardziej przerysowaną dumą do Mistrza, na co ten parska tłumionym śmiechem.
         - Jak nic muszę dowiedzieć się, o co chodzi z tym weselem – mruczy pod nosem Chrome, wpatrując się we mnie badawczo, podczas, gdy Nevra jest zajęty łapaniem oddechu i odzyskiwaniem kolorów. Wyraźnie bycie milimetry od wielkich, jadowych szczękoczułek, z których każda może przebić cię niczym miecz nie sprzyja poczuciu humoru.
         Podchodzimy do truchła goliata. Znaczy się chłopaki i Mistrz podchodzą, bo ja zostaję nieco z tyłu, tak na wszelki wypadek. W horrorach ubita bestia zawsze nagle odżywa i odgryza wszystkim głowy.
         - Martwy. Po tych wszystkich latach siania terroru u wysp i wybrzeży Ziem Jaspisu, wreszcie martwy – sapie starzec.
         - Trzeba przyznać, że Liwia ma wyczucie czasu – dodaje Nevra, zerkając na mnie przez ramię. – Jeszcze chwila, a pożarłby mnie. Chyba do końca życia będę unikał plaży.
         - Kurcze, teraz taki napuchnięty, wygląda paskudniej niż za życia – dodaje Chrome, zbliżając się do truchła z wielkim, szpiczastym kijem w ręku. Zaraz, skąd on go wziął? Tutaj prawie że w ogóle nie ma drzew.
         - Chrome, nie sądzę żeby to był dobry pomysł! – wołam.
         Za późno. Chłopak wbija kij w napuchnięte do granic możliwości ciało, a to pęka z trzaskiem jak ogromny balon.  Zarówno on jak Mistrz i Nevra padają jak dłudzy pod naporem wielkiego, malowniczego rozbryzgu buro-czerwonych wnętrzności stwora. Szczęśliwe te nie dolatują do mnie, w przeciwieństwie do obrzydliwego smrodu martwego goliata. Z prawdziwym trudem powstrzymuję odruch wymiotny.
         Ściskając nos patrzę jak Nevra powoli się podnosi, ściera z twarzy warstwę bebechów. Ponuro zerka na unoszącą się kupkę rozbryzganych trzewi, która zapewne jest Chromem i po rzuceniu jej morderczego spojrzenia oficjalnym tonem obwieszcza:
         - Chrome, jeżeli nie przestaniesz robić głupot, pewnego dnia cię uduszę.
         Po tym obwieszczeniu robi krok w stronę chłopaka, żeby pomóc mu wstać, poślizguje się na wszędobylskich wnętrznościach i pada jak długi, japą prosto w bebechy. Ech… To ewidentnie nie jego dzień. Swoją drogą wampirza gracja coś mu teraz nie odpaliła… Z drugiej strony, biorąc po uwagę, że co o mało nie został zjedzony, a chwilę później zaliczył prysznic cuchnących wnętrzności morskiego monstrum, jest to całkowicie zrozumiałe.
         Kiedy wreszcie chłopaki i Mistrz wygrzebują się z krabowo-ośmiornicowo-pająkowych flaczków, cała trójka idzie do sąsiedniej zatoczki żeby się opłukać z tego cuchnącego dziadostwa. Zostawiają mnie samą, każąc wdychać smród bebechów i pilnować łódki mistrza. Nevra nawet nie zarzucił proszącym się o podniesienie tekstem „tylko nas nie podglądaj”, co jasno świadczy o jego nastroju. Z dobrych rzeczy bliskie spotkanie z gigantycznymi szczękoczułkami i nieoczekiwane ocalenie sprawiły, że złość na mnie mu przeszła. Teraz jest wkurzony na Chrome’a, a to już norma.
         Po dłuższej chwili wracają mokrzy i średnio szczęśliwi. Znaczy się Mistrz wygląda normalnie, Nevra to czysty obraz frustracji, a przybity Chrome ma położone po sobie uszy i wymownie nastroszony ogon. Widać w międzyczasie stało się coś, za co zasłużył sobie na dodatkowy ochrzan. Bez słowa mija mnie, idąc do łodzi po swoją torbę. Torbę z eliksirem przemiany w syrenę… Czy też w jego przypadku w syrena. Trytona? Jeden pies… Albo wilkołak.
         Kiedy Mistrz staje obok mnie, zerkam na wlekącego się z tyłu wampira i pytam cicho:
         - Chcę wiedzieć, co się stało?
         - Raczej nie. Ja też wolałbym nie wiedzieć.
Bardzo ciężko i bardzo wymownie wzdycha. Znaczy oblicze profesjonalizmu Straży poszło się je… Ekhm… Poszło kopulować w metaforyczne krzaki agrestu już na amen.
         Żeby nie przeciągać tego dziwnie fartowno-pechowego dnia szybko, a także w moim wypadku dość czule – zostaję znienacka mocno wyciskana – żegnamy się z Mistrzem, który wskakuje na swoją łódź i po kilku minutach zmienia się w czarną kropkę na horyzoncie. Wtedy też przychodzi najgorsze – musimy łyknąć uważonego przez Chrome’a eliksiru i zamienić się w wesołe syrenki.
         Nevra spogląda na nas poważnie, szczególnie na mnie i wyjmuje ze sakwy przy pasie niewielką miseczkę… Właściwie wygląda to jak połówka łupiny jakiegoś dużego orzecha.
         - Należy napełnić czarkę po sam brzeg i wypić wszystko – informuje nas. – To maksymalna ilość, o której wiem, że nie wywoła żadnych skutków ubocznych. Mniejsza jest niewskazana, gdyż moglibyśmy się zacząć przemieniać z powrotem przed dotarciem do KG, a tego wolę nie ryzykować. Zrozumieliście?
         - Oczywiście, przecież to ja przygotowałem ten eliksir – burczy Chrome, podczas gdy ja energicznie potakuję.
         Wampir rzuca mu nieprzychylne spojrzenie i skupia się głównie na mnie.
         - Żeby się przemienić musimy zdjąć tyle z górnych części odzieży ile się da, bo mogą zacząć ciążyć w wodzie i wszystko z dolnych, w przeciwnym wypadku, gdy nogi zaczną się zrastać w syreni ogon i natkną się na spodnie, może zrobić się nieprzyjemnie. – Przybiera wyraz twarzy „spróbuj zasugerować, że jestem zboczeńcem, to utopię cię, nim skończę tę wypowiedź”. – Dlatego też najlepiej będzie, jeżeli to ja…
         Zdejmuję z siebie kurtkę, marynarkę czy co to tam jest i zawiązuję ciasno wokół bioder, tworząc zasłaniająca wszystko, co trzeba spódniczkę i zabieram się za ściąganie spodni.
         - …zażyję pierwszy eliksir, a wy się odwrócicie, chociaż twój pomysł jest lepszy.
         Po chwili stoimy wszyscy po w kółku po pas w morzu. Ja w biustonoszu – na szczęście mocno zabudowanym – i zasłaniającej goły zadek spódnicy z marynarki, a panowie w samych spódnicach. Creepy. Jak wstęp to taniego i popapranego pornosa. Dalej nie jest lepiej, bo Nevra nalewa sobie pełną czarkę eliksiru i podaje dalej, Chromeowi, po czym nagle zgina się w pół. W końcu przychodzi pora i na mnie.
         Czy ja naprawdę chce to pić? Nie! Ale muszę. Okazja do buntu i powrotu do wioski kapp opłynęła wraz z Mistrzem. Poza tym w KG zostały wszystkie moje środki komunikacji z Lidią, więc muszę.
         Wychylam czarkę i po chwili czuję, jakby ktoś mnie uderzył z całej siły w brzuch. Krzycząc padam na kolana, a moim ciałem szarpie potężny odruch wymiotny. Niestety nie wymiotuję – żołądek mam jak z kamienia. Ból nasila się, promieniuje od żołądka do kończyn, płuc i szyi. W końcu dociera nawet do głowy. Mam wrażenie, że potworna migrena zaraz rozłupie mi ją na pół. Chcę krzyczeć, lecz gwałtowny skurcz mi nie pozwala. Mięśnie zaciskają się, miażdżą kości, które nabierają konsystencji plasteliny, płonąca bólem skóra jest jak wosk… Gorąca, coraz gorętsza, a im gorętsza tym bardziej płynna, lepka zlewająca się ze sobą. Cierpienie… Nie do wytrzymania. Ja zaraz…
         Nagle wszystko się kończy. Nie, nie wszystko. Jestem… Odrętwiała? Ech, to złe określenie. Bardziej mam wrażenie, jakby skóra, w której się znalazłam, była jednocześnie za mała i za duża. Niedopasowana, krępująca ruchy.
         Zaraz? Czy ja jestem pod wodą? Tak, jestem. I oddycham pod wodą. Mało tego, mam sporo łusek, za uszami wielkie skrzela no i oczywiście syreni ogon. Szarawy, podczas gdy krążący koło mnie Chrome otrzymał fioletowo-niebieski. Ciekawe czym to jest uwarunkowane?
         - Wszystko w porządku? – pyta czujnie obserwujący mnie Nevra, także w postaci syreny… Czy też trytona. Trytona o długim, ciemnogranatowym ogonie i czarnych płetwach.
         - N-nie wiem. Czy to normalne, że to tak boli?
         - Boli? – Chrome spogląda na mnie zaskoczony. – Jest strasznie nieprzyjemne, ale nie boli… A w każdym razie nie powinno.
         - Chrome, na pewno wszystko przygotowałeś jak trzeba? – Nevra wbija w niego surowe spojrzenie.
         - Oczywiście! Po pierwsze na nas podziałało bez problemu, prawda? Prawda. Po drugie cały czas zerkałeś mi przez ramię, a chyba byś poznał, że robię coś źle. Może lepiej niż obwiniać mnie za wszystko, co idzie nie tak, spojrzeć na sprawę pod innym kątem? Co?! Nie przyszło ci na myśl, że to może wina ziółek Mistrza, po których Liwia odleciała?! Oczywiście, że nie! Bo najlepiej wszystko zrzucić na Chrome’a!
         Jedyną reakcją Nevry na wybuch wilkołaka jest lekkie uniesienie brwi.
          Emocje, niezrozumienie, krzyki, nastoletni bunt. To wszystko straszne i dramatyczne, ale wolałabym, żeby skupili się na tym, że ten magiczny eliksir chyba zrobił mi kuku. W dodatku nie mam bladego pojęcia, jak to będzie dalej i chociaż na chwilę obecną całkiem dobrze oddycha mi się pod wodą, naprawdę wolałabym wrócić na ląd. I do swojej prawdziwej postaci.
         - Tak, to może być też sprawa tego naparu – zgadza się po chwili wampir, puszczając mimo uszu tyradę Chrome’a i nie zwracając najmniejszej uwagi na jego nastrój. – Powiem szczerze, nie spodziewałem się tego. Niestety, skoro już zażyliśmy eliksir, a Mistrz odpłynął, nie mamy większego wyboru i postępować dalej według planu. Na wysepce nie ma źródeł wody o pożywieniu nie wspominając. Na razie czujesz się dobrze?
         - Dziwnie, ale nic mnie nie boli, jeżeli o to chodzi.
         Cholera jasna, w co ja się wpakowałam? Zatrułam się jakimś eliksirem i jako wadliwa syrenka – jakoś nie wierzę, że mimo tego całego bólu, przemiana poszła dobrze – mam przepłynąć setki kilometrów do Kwatery Głównej. W nurcie wartkiego prądu morskiego. Ych… Chyba nie wyjdę z tego cała, ale niestety jedyną dostępną alternatywą jest powolna śmierć z pragnienia.
         Nienawidzę swojego życia. Niestety z wzajemnością.
         Chcąc-nie chcą wraz z towarzyszami obieram kurs na prąd morski. Mając zamiast nóg syreni ogon już płynę jak torpeda, ale gdy się włączam do podwodnego nurtu prędkość, jak na sposób podróżowania niewspomagany żadnymi machinami, staje się wręcz irracjonalnie duża.
         Na razie wszystko jest w porządku, mimo tego, jak niewygodnie czuję się ze swoim ciałem. Mknę przed siebie niczym żywa torpeda, macham ogonkiem, wyłapuję powietrze z wody. Generalnie luzik. Syrenie życie pełną gębą niemal jak z filmu animowanego dla kilkulatków, brakuje tylko śpiewających rybek i morświnów grających na koralowych dudach. Ale… Ale dlaczego mam wrażenie, że woda staje się coraz gęstsza? Gęstsza i… Cięższa? To… To ciśnienie. Coraz mocniej je odczuwam, chociaż nie powinnam.
         Płynie się coraz trudniej. Każde machnięcie ogonem wymaga mnóstwo wysiłku. Nevra i Chrome są coraz dalej, próbuję ich zawołać, ale z mojego gardła wydobywa się jedynie gulgot. Nie… Nie mogę złapać oddechu.
         Skóra płonie, a wnętrzności skręcają się w węzeł. Ciało walczy z działaniem eliksiru, czuję to. Buntuje się przeciw wtłoczonej w nie magii i powoli ją zwycięża… Szkoda tylko, że robi to na własną, znaczy się moją, zgubę.
         Arrgghh! Moja głowa, ten ból! Nie wytrzymam. Ale muszę. Muszę płynąć dalej… NIE. MOGĘ. TU. ZGINĄĆ.
         Raz-dwa. Jedno machnięcie. Drugie. Raz-dwa.
         Arrgh, boli…
         Nagle wszystko pochłania ciemność.

Offline

#124 13-12-2017 o 15h56

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Tak bardzo chcialam sobie zlozyc odpowiedniej "grubosci" pliczek do czytania, lekko tylko przebiegajac wzrokiem po wszystkich czesciach, jakie dodajesz od czasu mego ostatniego komcia ale nie moge! /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Choc czytanie tak interesujaco napisanej powiesci (uwazam "Antymagie" za powiesc a nie opowiadanko /static/img/forum/smilies/wink.png ) w krotkich, rozwleczonych w czasie odcinkach to dla mnie prawdziwa meka to jednak nie potrafie sobie odmowic tej meczarni. Zwlaszcza, gdy dotarlo do mnie, ze byc moze opowiesc snuta przez Ciebie moze nie dobiec konca dopoki Chino nie wypusci ostatniego odcinka Eldaryi /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Po pierwsze - i ten punkt jest niezmienny - nie powinnas miec zadnych kompleksow wzgledem innych autorek, masz swoj styl opisywania znanej nam z gierki rzeczywistosci, ktory niezmiernie mi odpowiada, wspaniale poczucie humoru, niemal doskonaly zmysl obserwacyjny i takze szeroki potencjal wyobrazni, choc Twoja szybuje inaczej, niz Methrylis.

Po drugie, trzecie i czwarte - trzymam kciuki, by Twa wena trwala i trwala /static/img/forum/smilies/big_smile.png Mysl, iz "Antymagia" moglaby zostac nie ukonczonym dzielem jest jak z koszmaru, z ktorego czlek sie budzi zlany potem!

Pozdrawiam serdecznie

Wierna, choc zwykle milczaca czytelniczka


p.s.
Bledow nigdy sie nie czepiam, bo za mnie swietnie robia to inni, ktorym niniejszym bardzo dziekuje.

Ostatnio zmieniony przez Laique (13-12-2017 o 15h58)

Offline

#125 14-12-2017 o 19h57

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 942

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Laique... a skąd w twoim komentarzu wspomnienie o mnie...? Bo powiem ci, szalenie mnie to zaintrygowało. W związku z tym jedno male pytanie: wtf? :v Ale skoro już jesteśmy w tym temacie, to może odniosę się do twojego komentarza pod moim opowiadaniem/ Le0kadia. Więc… przepięknie ci dziękuję. Pochwała z twojej strony to dla mnie największy komplement i jeśli twierdzisz, że robię postępy, to tak rzeczywiście musi być. Ale to między innymi dzięki tobie i twojemu czujnemu oku. Raz jeszcze dziękuję i popieram Laique — wpędzanie samej siebie w kompleksy byłoby z twojej strony totalną głupotą, bo piszesz świetnie! Od czasu do czasu znajdę kilka babolów, ale najczęściej ortograficznych, co można łatwo naprawić. Ty u mnie znajdowałaś dużo gorsze /static/img/forum/smilies/wink.png Dlatego… po raz trzeci i pewnie nie ostatni dziękuję!

No ale dobra, wracając. Jak część jest dłuższa, to mnie tam zdecydowanie gra ^^
Ale akurat tu się z Liwką zgadzam, by tak od razu nie wypalać ze swoimi teoriami, zwłaszcza wściekłemu na nią Nevrze. xD
„To nie proste” — ładniej brzmi „to niełatwe” c: ALBO „to nie takie proste”, jakby się tej wersji trzymać.
Wow! Kochany Mistrz! „Oni są martwi, wiejmy!” ;-; No, powiem ci, że jestem w szoku.
„Szansa jedna na milion zawsze się sprawdza”? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ciekawe, muszę zapamiętać!
„W sensie, że to dobrze” — LIWKA UWIELBIAM CIĘ W TYM MOMENCIE XDDDD No ale proszę, serio wyrasta nam na bohaterkę!
Chrome to idiota.
E tam, ja bym się za śpiewające rybki wcale nie obraziła /static/img/forum/smilies/big_smile.png
No no, ty też nie najgorzej radzisz sobie z zakończeniami /static/img/forum/smilies/yikes.png W sumie ja, podobnie jak Nevra, nie spodziewałam się, że ziółka mogą mieć jakiś wpływ na eliksir. No ale chyba mają. I też dziwne, że Mistrz o tym nie pomyślał… Chyba że nie jest aż tak cudowny, za jakiego go miałam. I co, teraz zamieni się w człowieka? A nie sądzę, by byli blisko KG, jak w przypadku Gardzi w grze. Ech, komplikacje, ciągle komplikacje. Swoją drogą to ciekawe, że z jednej strony Liwka na każdym kroku bohaterzy (wystarczy sobie przypomnieć jej wyliczanie swoich osiągnięć), ale tym samym cały czas trafia jej się jakiś pech i ciągle coś jest nie tak. Czyli w sumie szczęście wokół dzieje się trochę jej kosztem… Biedna.
No dobra, tyle ode mnie. Czekam na kolejną część, kolejny raz dziękuję i pozdrawiam! ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

Strony : 1 ... 3 4 5 6 7 ... 12