Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 6 7 8 9 10 ... 12

#176 12-03-2018 o 16h39

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Laique - do wizji z Anią dodaj jeszcze ten intrygujący, naukowy błysk w oku i masz Vivt /static/img/forum/smilies/smile.png

@Methrylis - spójrz na to tak - nie lubisz GROWEGO Valka, ale kto wie jak to będzie z moim? /static/img/forum/smilies/big_smile.png W końcu, żeby go podpiąć pod Liwkę muszę nieco bardziej rozpisać jego osobowość, a nawet ciupkę przerobić, bo co jak co, ale na milczącego wojownika-wikinga Liwka pewnie zareagowałaby tylko "meh" ew dodała "ić być samczomęskim gdzie indziej".
          Mnie alchemiczkę podkreśla na czerwono i word i forumowy edytor tekstu. Niby sama "chemiczka" powstała, ale też jest formą dość niedawną, więc nie szaleję i zostaję przy wyjściowej formie męskiej.
          Biolog z wykształcenia zawsze szuka wytłumaczenia - /static/img/forum/smilies/big_smile.png Dlatego też tak pogrzebałam w tych driadach + to była kolejna luka logiczna eldki, którą chciałam załatać tj. jak hamadriady dają rade bez wypraw rewitalizacyjnych.
          Nie, Valk jeszcze nie podbija. To co teraz, to na razie kompozycja 2óch składowych czyli strach przed Krajzan (tak, zastraszyła go tekstami z cyklu "a jeśli Liwii coś się stanie, to... " i Valkuś woli nie spuszczać jej z oka => Krajzan potrafi być straszna) + właśnie (tj po pogadance o Krzyżowcach i rozmowie z Vivt) zauważył, że Liwka to nie tylko wredna, migająca się od treningów jęczybuła, więc próbuje to zbadać (bierze mentalny odpowiednik kija i zaczyna dźgać). Zanim zacznie podbijać to trochę minie /static/img/forum/smilies/wink.png

XIX (cz3)

          Wbijam spojrzenie w żar pod kociołkiem. Ogień, taki mały substytut telewizji. Nie wiem, co takiego płomienie mają w sobie, że można się na nie gapić godzinami myśląc o wszystkim, a zarazem o niczym. Ujarzmione odprężają, pozwalają myślom płynąć, a zarazem uciszają je. Sprawiają, że nie są aż tak natarczywe.
          Szkoda, że nie mam w pokoju kominka. Może dzięki kuracji „patrz w ogień” potrafiłabym się lepiej wyciszyć i łatwiej byłoby mi zasnąć wieczorem. Przyznaję, bezsenne noce przydają się podczas wypraw do biblioteki, ale ostatnio przytrafiają mi się zbyt często.
          - Mogę o coś zapytać? – Valkyon wytrąca mnie z transu.
          No ja nie mogę. Pan gadatliwy się znalazł. Tyle zdań rzuconych z własnej inicjatywy, normalnie trzeba zaznaczyć ten dzień w kalendarzu.
          - Mówiłaś, że chcesz wrócić do domu, bo siostra cię potrzebuje. Jednak z twojej opowieści o weselu wynika, że masz sporą rodzinę. Nit inny nie może się nią zająć?
          Nie, bo większość rodziny myśli, że obie jesteśmy martwe. Bo musimy się ukrywać przed Krzyżowcami czy jak wolisz Templariuszami. Bo dziesiątki innych rzeczy. Ale niestety tego nie mogę powiedzieć, szczególnie, że Krzyżowcy i Grabieżcy tutaj zaglądają. Co by ci tu za ściemę pocisnąć? To musi być coś tak bliskiego prawdy i prawdopodobnego jak tylko możliwe.
          - Najbliższa rodzina znaczy dziadkowie i rodzice nie żyją. Dalsza… No cóż większość ma pod opieką dzieci, często małe, a Lidia w trakcie swoich napadów może być niebezpieczna. Cisnąć czymś ciężkim, uderzyć. Może nawet złapać za nóż, chociaż już dawno jej się to nie zdarzyło…
          Właściwie to skoczyła na mnie z nożem jeden jedyny raz –  około dwóch tygodni po tym, jak ją odzyskałam –  i miałam wtedy cholerne szczęście, bo ostrze minęło o milimetry tętnicę. Biedaczka, gdy dotarło do niej, co zrobiła, dostała ataku wpierw histerycznej autoagresji i musiałam ją naszprycować, żeby przestała walić głową w podłogę, a potem histerycznego płaczu.
          -… Mało kto narazi swoje dzieci na podobne ryzyko. Sama nie chcę narażać żadnego z młodszych kuzynów na coś podobnego… I Lidię poniekąd też, bo gdyby któremuś z nich wyrządziła krzywdę, nie wybaczyłaby tego sobie. Jeżeli nie wrócę odpowiednio szybko, jeżeli wyda się, że jest bez opieki, prawdopodobnie trafi do jakiegoś zakładu dla osób niestabilnych. Znowu odzyskać ją stamtąd…. Będą pytania, czemu tak nagle zniknęłam, gdzie byłam, co robiłam i czy czasem znowu jej nie porzucę, czy na pewno jestem dla niej dobrą opiekunką. Niestety prawdy powiedzieć nie będę mogła, chyba, że chcę trafić do wariatkowa.
          Valkyon odpowiada milczeniem. Chyba uwierzył, w końcu odpowiedź brzmi odpowiednio: prawdopodobnie i przygnębiająco. Gdyby dodać smętną muzyczkę i nieco zmienić otoczenie, może nawet ktoś z przysłuchujących się uroniłby łezkę.  Bo przysłuchują się. To niemal czuć jak Purro, Akastol i ten nieznany tauren z Obsydianu nastawiają uszu. Gdyby byli ludźmi, niewiele usłyszeliby z tego, co powiedziałam, ale prawdopodobnie wszyscy mają wyczulony słuch. Wilkołak i purrekos na pewno.
          - A ty się nie boisz opieki nad siostrą, skoro bywa niebezpieczna? – pyta po chwili Valkyon. – Przecież może ci coś zrobić.
          Co go napadło? Do tej pory zamienił ze mną z cztery zdania na gruncie prywatnym, a dzisiaj… Zaraził się wścibstwem od Karenn?
          - Parę razy zrobiła, ale ktoś musi mieć na nią oko…
          Ty też zrobiłeś mi parę razy krzywdę, a i tak muszę mieć z tobą te cholerne treningi. Ciekawe kiedy coś mi złamiesz.
          - … Swoją drogą, skąd to nagłe zainteresowanie?
          Valkyon tylko wzrusza ramionami, burcząc pod nosem „tak jakoś”.  „Tak jakoś”… Ech. Akurat z jego strony wścibstwa się nie spodziewałam. Niech to, mam nadzieję, że nie skończy się to jak z Karenn, którą nieustannie karmię półprawdami, a co gorsza wszystkie opowiedziane jej historyjki muszę zapamiętywać.

***

          Obiad jest paskudny. Myślałam, że Karuto od czasu do czasu jedzie po bandzie, ale to, co upichcił żylasty trollin z Obsydianu, woła o pomstę do nieba. Ula tylko to powąchała i uciekła znaleźć sobie coś smacznego wśród tutejszych ziół i traw. Normalnie żałuję, że nie mogę iść w jej ślady, bo ta ciemnobrązowa, pachnąca jak spalone włosy, a smakująca jeszcze gorzej papa… Powiedzmy, że prawdopodobnie zjedzenie gówna byłoby mniejszym wyzwaniem niż wsunięcie tego. Wciskam cztery łyżki i kapituluję. Nie tylko ja zresztą, Vivt polega po dwóch łyżkach, a lekarz oświadcza, że „coś mu leży na żołądku” i w ogóle nie tyka dania. Za to wszyscy z Obsydianu, włączając w to Valkyona, machają łyżkami bez narzekania. Pewnie coś podobnego dostają w koszarach – taka kuchnia sprawia, że śmierć nie wydaje się straszna.
          Szybka zbiórka i dalej w drogę. Trawiaste równiny ciągną się jeszcze przez jakiś, co mi odpowiada, bo i droga staje się równiejsza. Nie ma tu korzeni ani dużych wybojów. Niestety wszystko co dobre, musi się skończyć. W końcu nizina przechodzi w wyżynę i znowu zaczynają się podskoki na drewnianym siedzisku. W dodatku zwalniamy, gdyż nasze biedne chowańce pociągowe muszą teraz piąć się pod górkę. Jednak jak to mówią, zawsze może być gorzej. Zawsze mogłoby padać, a nawet walić gradem. Szczęśliwie zamiast tego mamy ładne słoneczko i czyste, błękitne niebo. Jedyne co, to to, że wieje jakby miało nam pourywać głowy.
          Wiatr jest chłodny, a w dodatku niesie ten specyficzny zapach… Jesień. Jest tuż za progiem. Tkwię tu już tak długo, a jeszcze nie dostałam zezwolenia na samodzielne wyprawy. Jak tak dalej pójdzie, utknę tu na całe lata…
          Właściwie to teraz, nie licząc wycieczki do kapp, po raz pierwszy jestem z dala od KG. Dobrze byłoby rozejrzeć się dookoła. Poobserwować szeroko pojętą faunę i florę, zapamiętać układ geologiczny, popatrzeć,  czego mogę oczekiwać, kiedy sama wyruszę… Wyruszę szukać szczęścia tudzież wiatru w polu. Analizując lektury tyczące portali, które wskazała mi Ula, dowiedziałam się, że najcenniejszymi składnikami potrzebnymi do zainicjowania przejścia są kości wymarłych przed eonami smoków. Ich szkielety są rozsiane po całej Eldaryi, chociaż po tysiącach lat użytkowania portali kości pewnie nie pozostało wiele. Swoją drogą dziwię się, że faery nie poszukują intensywniej alternatywnego sposobu otwierania przejść między wymiarami, ewentualnie metody przystosowania swoich ciał do tutejszych warunków… Tak jak zrobiły to drzewa hamadriad. Przecież w końcu zabraknie im smoczych kościotrupów i zostaną tu uwięzieni, skazani na powolną śmierć na skutek awitaminozy.
          Rozglądam się dookoła, bacznie obserwując otoczenie. Odkąd wyjechaliśmy z rejonu równiny, zielone morza traw częściowo ustąpiły miejsca krzewom i gęstym zadrzewieniom, w tym bardzo specyficznym „sosnom” o igłach przypominających karmazynowe kryształy. Pytam o nie Vivt oraz o wszystko, co wydaje mi się interesujące. Potencjalnie niebezpieczne bestie zamieszkujące te tereny, źródła pożywienia, okoliczne wioski, aczkolwiek takowych nie widzę. Krasnoludka ze spokojem i niesłychaną cierpliwością udziela mi wszystkich wyjaśnień, niejednokrotnie dorzucając coś od siebie. Ani razu nie wyzłośliwia się przy tym, przeciwnie. Sprawia wrażenie, jakby takie szybkie uczenie mnie sprawiało jej przyjemność. Tego właśnie brakuje Ezraelowi. Przyznaję, lekcje z nim nie są tak okropne jak się tego spodziewałam, podchodzi do tematu dość profesjonalnie, ale nie potrafi powstrzymać się, żeby raz na jakiś czas rzucić jakiegoś złośliwego komentarza albo powiedzieć kiepskawego żartu. Jednak trzeba oddać sprawiedliwości to, że spisuje się lepiej niż Nevra, który już nawet nie odpytuje mnie z podrzucanych mi notatek, a i te notatki są coraz gorszej jakości. O lekcjach z Valkyonem wolę nie wspominać. Na razie mam przerwę od bycia tłuczoną, ale coś czuję, że czasy regularne w*******u niedługo powrócą.
          Słońce powoli chyli się ku zachodowi, a niebo nabiera odcieni pomarańczu, czerwieni i fioletu. Nie są te same barwy co na Ziemi, różnią się nieco odcieniami,  zresztą i słońce nie ma takiego samego koloru jak ziemskie – jest nieco mniej żółte, a bardziej białe. Jednak, tak jak na każdej planecie mojego wymiaru, wraz z zachodem, robi się coraz zimniej, a wiatr pogarsza tylko sprawę. Chowam dłonie pod pachy i odruchowo wtulam się w futro Uli, której najwyraźniej to odpowiada. Kładzie swój łeb na mojej głowie i donośnie ziewa.
          - Chcesz koc? – pyta Valkyon, wskazując na dalszą, załadowaną rozmaitym majdanem część wozu. Floppy, najwyraźniej również niezbyt zachwycona  temperaturą, weszła mu za kołnierz, skąd wystaje tylko jej ruchliwy nosek.
          - Aż tak zimno nie ma… Ale muszę zapamiętać, żeby przy najbliższej okazji zainwestować w jakiś szal i rękawiczki.
          Przez jakąś chwilę patrzy na mnie, jakby pytał czy na pewno, po czym wraca do swoich rozmyślań, jakiekolwiek te nie są. Jednak nie tylko on przypatruje mi się. Ula zerka na mnie z trudnym do sprecyzowania pytaniem w ślepiach. Wygląda na zaintrygowaną czymś… Nie, zaintrygowana to zbyt mocne słowo. Raczej jakieś moje zachowanie zastanowiło ją.
          Droga, do tej pory prowadząca nieco pod górkę prostuje się, co chowańce zaprzęgowe przyjmują z westchnieniami ulgi. Niedługo potem na tle ciemniejącego nieba rysują się kontury wioski… Nie, nie wioski, niewielkiego miasteczka, otoczonego wysokim ogrodzeniem z pali. Kiedy podjeżdżamy bliżej, okazuje się, że owe pale zdobią zawiłe zdobienia z ostrych jak brzytwy kawałków metali i kamieni. Wygląda to naprawdę imponująco, ale przede wszystkim ma chronić mieszkańców przed ewentualną napaścią. Dowodem są chociażby chroniący wielkich, drewnianych wrót uzbrojeni strażnicy, wśród których dostrzegam z grubsza humanoidalnego, przypominającego nieco dinozaury z filmów animowanych jaszczura.
          Chcąc zapytać o miasteczko, zerkam na Vivt, która niepomna na zapadający zmrok i wstrząsy ponownie utonęła w swej książce.
          - To Ygg, miasto handlowe – odzywa się Valkyon, nim otwieram usta. – Przebiega tędy kilka ważnych szlaków, nie tyle, żeby miasto mogło stać się handlową perłą, ale całkiem dobrze sobie radzi. Funkcjonuje głównie dzięki kupcom oraz licznym gospodom, w których zatrzymują się przejezdni. Jednak z przejezdnymi różnie bywa, stąd te środki ostrożności. Ale nie ma obaw, Straż współpracuje z miastem, więc nie będą nam robić kłopotów. Mamy tu zarezerwowane pokoje na dzisiejszą noc.
          Naprawdę, nie poznaję go dzisiaj. Gadatliwy jak katarynka… Przynajmniej jak na swoje standardy bycia milczącym, wiecznie zadumanym wojownikiem.
          - Niech zgadnę, sprawa załatwiona chowańcową pocztą lotniczą?
          - Zgadza się.
          - Yhym. A ten gadzi osobnik wśród strażników to…?
          - Jaszczur, a w każdym razie tak powszechnie nazywamy ich rasę. Chociaż wyglądają jak gady są stałocieplne, ale mimo tego stanowią rzadkość w tak chłodnym klimacie. Ten tutaj to pewnie element napływowy.
          Dziękuję mu i wbijam spojrzenie we wrota, które po krótkiej rozmowie naszego dowódcy z jednym ze strażników rozwierają się z cichym zgrzytem. Wjeżdżamy do środka i z trudem powstrzymują uśmiech. Wszystkie budynki w zasięgu mojego wzroku mają obłe kształty i kopulaste dachy, przez co przypominają ogromne grzyby. Wrażenie jest tym silniejsze, gdyż o ile ściany domów są przeważnie białe to dachy pokryto różnobarwnymi dachówkami. Mało tego. Place i uliczki wybrukowano brązowo-zieloną kostką, nasuwającą na myśl suchy mech. Chyba ktoś tu miał ułańską fantazję.

Online

#177 12-03-2018 o 20h41

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Ale ciśniesz z tymi odcinkami /static/img/forum/smilies/big_smile.png Jestem naprawdę pod wrażeniem! I masz rację — kto wie, może i polubię twojego Valka! To byłaby miła odmiana xd + znowu racja: growy Valkoń na pewno byłby za nudny dla walniętej Liwki /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ciekawam więc, co ty z nim wykombinujesz…
Oj no dobra, nawet jak nie podbija jeszcze, to taka rozmówka to i tak niezły początek :v
O matko… biedna Lidka! Serio, dosłownie mi jej szkoda, zwłaszcza jak zdała sobie sprawę, że chciała zabić własną siostrę :< Niemniej wymówka dobra. Sama bym ją błyskawicznie łyknęła.
„Valkyon odpowiada milczeniem. Chyba uwierzył” — a co to za mieszanie czasów? Valkoś odpowiedział milczeniem, ponieważ chyba uwierzył w tę bajkę.
„taka kuchnia sprawia, że śmierć nie wydaje się straszna.” — okej, to było dobre XD
No dobra, w rozdziale nie działo się zbyt wiele, ale nic dziwnego, bo bohaterowie głównie podróżowali. Choć podejrzewam, że jak już dotarli do jednego punktu, to może tam się coś wydarzy. I ten rozgadany, prawie opiekuńczy Valk  — jestem normalnie pod wrażeniem /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Ok, tyle ode mnie. Czekam na kolejną część i pozdrawiam! c:

Offline

#178 17-03-2018 o 14h24

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Methrylis - Z Valka nie zrobię rozrywkowego chłoptasia, ale na pewno nie będzie taką mumia jak w grze. No i nie gnamy z akcją ;] a co do Lidki i Liwki to jeszcze wiele wyjdzie na wierzch, zarówno jeżeli chodzi o sprawy prywatne jak i... /static/img/forum/smilies/big_smile.png
          Tekst o kuchni zainspirowany Spartanami. Podobno jakiś grecki polityk czy inny ważniak gościł w ich obozie, a ci poczęstowali go swoim obiadkiem ten stwierdziła, że  rozumie dlaczego nie boją się śmierci.


XIX (cz. 4)

          Szybko trafiamy do gospody „Pod tańczącym bazyliszkiem”, która z zewnątrz przypomina ogromnego, przysadzistego muchomora. Szczęśliwe wnętrze wygląda normalnie. Jasny, tonący w drewnie wystrój przypomina ciut elegantszą wersję naszej stołówki, a dochodzące z kuchni, smakowite zapachy natychmiast przypominają mi, że ledwie poskubałam obiadu. Prowadzący gospodę, jasnowłosy krasnolud jakby to wyczuwa, bo natychmiast nas ugaszcza, serwując całkiem smaczną potrawkę z czegoś podobnego do kurczaka.
          Kolacja, a po kolacji szybkie mycie i do pokojów spać, bo jutro trzeba bladym świtem wstać. Nie wiem jak reszta, ale moje tymczasowe lokum, wygląda jak  zbyte z desek pudełko, w którym ktoś wyciął niewielkie okienko. Prawdopodobnie ten sam ktoś upchnął w nim dwa łóżka nie pozostawiając miejsca nawet na bagaże. Problem rozwiązał montując nad posłaniami szerokie półki z wieszakami. No cóż, luksus to nie jest, ale materace sprawiają wrażenie wygodnych, a pościel pachnie świeżością i nigdzie nie widzę śladów brudu. No i nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło – ze względu na mikry metraż pokój dzielę tylko z Ulą, której nie sposób upchnąć inaczej niż pozwalając jej spać na jednym z łóżek. Nie powiem, sprawia wrażenie zadowolonej, że ma posłanie tylko dla siebie. Z miejsca na nie skacze i mości się wygodnie, jednocześnie nastawiając uszu. Po chwili, kiedy upewnia się, że nikt nie podsłuchuje, zaczyna nadawać Morse’em:
          „Dlaczego robiłaś się spięta, kiedy Valkyon się odzywał?”
          - Słucham? – Nie jestem pewna czy dobrze ją zrozumiałam. Znam kod Morse’a, ale do czasu spotkania jeanylotte nie musiałam tłumaczyć go w locie.
          „Twój zapach. Za każdym razem, kiedy Valkyon odzywał się, robiłaś się spięta. Czemu?
          - Robiłam się spięta?
          No to panna futerkowa mnie zaskoczyła. Nie czułam, żebym była spięta, chociaż kto wie, jak tam moja podświadomość reagowała.
          - Nie wiem. Jego niespodziewana gadatliwość zaskoczyła mnie, może dla tego. – Wzruszam ramionami, powoli ściągając buty. Ach, co za ulga móc je zdjąć po całym dniu. – Nie lubię odchyłów od normy. Zawsze mimowolnie szukam ich przyczyn, zastanawiam się nad skutkami.
          „Przesadzasz. Krajzan prosiła go, żeby miał na ciebie oko no i chciał być miły. To wszystko
          - Jestem paranoiczką, więc przesadzam. Takie życie – mamroczę, grzebiąc w plecaku w poszukiwaniu pidżamy.
          Gotowa do snu wskakuję pod kołdrę, na co zbita z desek rama łóżka trzeszczy ostrzegawczo. Szczęśliwie sam materac jest rozkosznie miękki, tak jak i poduszka. Chociaż w ciągu dnia naprawdę niewiele robiłam, godziny podskakiwania na wozie wymęczyły mnie. Po wielu dniach problemów ze snem, zasypiam prawie natychmiast.

*** 

          Wiatr jest niemal huraganowy, a jeszcze wczoraj niebieściutkie niebo przykrywa warstwa ciemnych, szaleńczo mknących chmur. Nie deszczowych, ale skutecznie obniżających temperaturę, do czego dokłada się wysokość. Tak, wysokość. Cały dzień pniemy się mniej lub bardziej w górę, gdyż miasto purrekos znajduje się na pogórzu. Szkoda tylko, że nikt mnie o tym nie uprzedził, bo wzięłabym kurtkę albo jakieś podkoszulki, rajstopy czy coś. Niestety, przez cały ten pośpiech, zamiast ubrać się odpowiednio do warunków, siedzę owinięta w śmierdzący naftaliną koc. Zresztą nie tylko mnie jest zimno – wszyscy powyjmowali z bagaży mundurowe kurty, a niektórzy oprócz tego szale i rękawiczki. Te szale to trochę przesada, chociaż z drugiej strony jestem dość odporna na chłód. Niestety i mnie daje się on we znaki, szczególnie kiedy temperatura tak gwałtownie spada z dnia na dzień. Jednak z dwojga złego wolę chłód, a nawet porządny mróz niż skwar.
          - Na pewno nie chcesz jeszcze czegoś do okrycia się? – pyta Valkyon.
          Przeglądam się mu. Wygląda na to, jakby to raczej on potrzebował czegoś do okrycia. Co prawda nie daje niczego po sobie poznać, ale zdradza go gęsia skórka na szyi.
          - Nie, Ula mnie grzeje. Ale dzięki.
          Zerka krótko na jeanylotte i kiwa głową. W jego spojrzeniu widać respekt, którego wcześniej nie było. Nic dziwnego, Ulka dała dzisiaj mały popis, gdy zbieraliśmy się do wyjazdu. Otóż w pobliże wozów przypałętał się agresywny pijaczyna, najwyraźniej mający za sobą ciężką noc i chcący na kimś odreagować. Nie zwracaliśmy na niego uwagi, bo tylko debil spróbowałby w czegoś „zabawnego” w pobliżu szóstki uzbrojonych strażników Obsydianu. Jak się okazało, pijaczna był debilem. Oczywiście to mnie wybrał sobie na cel, no bo jestem człowiekiem. A co zrobił? A cisnął we mnie gnijącym ziemniakiem, wrzeszcząc coś o ziemskich sukach. Szczęśliwie nie oberwałam, bo Ula błyskawicznie odbiła pocisk prosto w twarz pijaczyny, po czym stanęła na dwóch łapach i tak na niego ryknęła, że zlał się w gacie. Dosłownie. Niedźwiedzi ryk to dziecięca melodyjka przy tym, co wydobyło się z jej gardła, a dodawszy do tego długie, śnieżnobiałe kły i siekacze… Powiedzmy, że w ułamku sekundy przypomniała wszystkim, że nie jest  tylko puszystą kulką sadła o sympatycznej mordce, ale także potencjalnie morderczą, piekielnie silną bestią, z którą naprawdę lepiej nie zadzierać.
          - Valkyon, a wiesz może skąd ten pośpiech? – pytam. – W sensie, że ze mną. Zostałam poinformowana o wyjeździe dosłownie na ostatnią chwilę. Przed podróżą na Wybrzeże Jaspisu dostałam komplet informacji i to z dziennym wyprzedzenie.
          - Akastol sobie tego zażyczył. Właściwie to dopiero w ostatniej chwili zorientował się, że nie zostałaś wybrana do misji, bo uważał posłanie cię za coś oczywistego. Poszedł do Miiko i oświadczył, że jak z nami nie pojedziesz, to i on się nie wybiera, bo nie ma zamiaru prowadzić śledztwa w sprawie istot, który w ogóle nie zna.
          Pięknie, znaczy jestem tu z woli samego szefuńcia–wilkołaka, z którym w życiu nie rozmawiałam, a któremu Ula podpierniczyła nogę. Strach się bać.
          Wbijam wzrok w horyzont, nad którym zawisło gotujące się powoli do zajścia słońce. Złocisty blask rozlewa się po obszernej, otoczonej lasami dolinie, niemal w całości porośniętej wysokimi ostami i trawami barwą nasuwającymi na myśl biszkoptowe futro Uli. Mało tego, pomiędzy nimi tu i ówdzie widać fioletowo-błękitne plamy ziół, identycznych kolorem jak jej łaty. To nie przypadek. Jak mi wyjaśniła jakiś czas temu Vivt, dolina jest jednym z miejsc występowania jeanylotte i crylasmów. O ile dobrze pamiętam z map, gdzieś za nią mieści się dom Immaela. Ech, kiedy dostanę zezwolenie na samodzielne opuszczanie KG, czeka mnie naprawdę długa wycieczka.
          Ale to potem, kiedy wreszcie Miiko dojdzie do wniosku, że nie zabiję się o własne nogi. Miasto purrekos jest z dala od doliny i aby do niego dotrzeć musimy się piąć w górę. Tam, gdzie jest chłodniej.
          Swoją drogą, nadchodząca jesień jesienią, wiatr wiatrem, ale aż tak zimno nie powinno być. Chyba kryształowe kaprysy pogody znowu dają się we znaki. Byleby coś złego z tego nie wynikło. Na chwilę obecną mam wyżej uszu złych wiadomości.
***

          Do miasta docieramy po zmierzchu. Chociaż wokół panuje półmrok, widok jest imponujący. Nie mam pojęcia jak purrekos wybudowali swoją siedzibę, ale na pewno użyli do tego mnóstwa magii. Prosta, gładka jak lustro ściana wyrasta wprost z ziemi na dziesięć pięter. Wygląda to tak, jakby gruba na cztery metry płyta zielonkawego muru sama wyskoczyła z gruntu. Nigdzie nie ma żadnych spoiw czy połączeń. Jedynymi znakami, że to nie jakiś dziwaczny wymysł natury są wieżyczki strzelnicze, ogromne kusze oraz masywne, metalowe wrota strzegące dostępu do kamiennego pierścienia. Mało tego, gładką ścianę opływa ze wszystkich stron rozwidlający się, wartki strumień, nad którym przerzucono most zwodzony. Co dziwniejsze, nigdzie nie widzę śladów ataku: zniszczeń, wyrw w „murze” czy uszkodzeń mostu. Przyznaję, robi się ciemno, ale coś powinno być widać.
          Jedyne, co z pewnością widać, to chmary uwijających się przy wieżyczkach strzelniczych i w pobliżu wrót ludzi-kotów. Odbijające światło ślepia połyskują złowrogo w gęstniejącym mroku. Ślepia istot, których bliskich pomordowali i porwali przedstawiciele mojego gatunku.
          Włosy stają mi na karku, a w ustach pojawia się suchość. Oby naprawdę purrekos nie mieli nic przeciwko mnie i mojej obecności.
          Powoli zbliżamy się do wrót, gdzie natychmiast otaczają nas uzbrojeni strażnicy. Nie noszą ciężkich zbroi ani kolczug jak ci z Ygg, tylko niekrępujące ruchów skórzane pancerze. W sumie to logiczne. Mierzący poniżej metra czterdziestu ludzie-koty nie mają co stawiać na siłę, ich karty przetargowe stanowią zwinność i szybkość, a trudno być szybkim czy zwinnym w metalowej puszce… Chociaż Nieznajomemu jakoś się to udaje.
          Słyszę liczne prychnięcia i miaukliwe słowa. Wielu strażników węszy powietrze, wskazując mnie palcami. Sporo z nich kładzie po sobie uszy warcząc. Akastol w ogóle się tym nie przejmuje, tylko niezdarnie złazi ze swego wozu i kuśtykając rusza do kociego dowódcy. Zamiast niego uspokojenie rozgniewanych strażników bierze na siebie Purral. Coś tam do nich pokrzykuje ze swego wozu, wdając się w dłuższą dyskusję. W końcu spojrzenia kotoludzi łagodnieją, a ich postawa staje się nieco bardziej wyluzowana. Cokolwiek im powiedział, był naprawdę przekonujący. Całe szczęście, bo już miałam przed oczyma wizję siebie rozdzieranej na strzępy kocimi pazurami pośród warkotów i prychnięć.
          Może tej wyprawy nie przypłacę żadnym uszczerbkiem na zdrowiu. Może.
          Wjeżdżamy do miasta. Tu sprawa wygląda inaczej niż z zewnątrz. Widać ślady pożaru i wybuchów. Wiele domów zostało zburzonych, niektóre, boczne ulice nadal są zablokowane przez gruzowiska. Czuć zapachy spalenizny, żelaza i… Spalonego plastiku? Dziwne. Czyżby Krzyżowcy przynieśli coś ze sobą?
          Wozy wolno toczą się do wyróżniającego się wysokością budynku będącego, jak mi wyjaśnia Valkyon, jedyną gospodą w mieście przyjmującą inne stworzenia niż purrekos. Stąd też jej rozmiary – normalne dla nas, ale wielkie przy niziutkich domach humanoidalnych kotów.
          Kurcze, mijamy sporo purrekos, a wszystkich wydaje się drażnić mój zapach – cholerny wiatr roznosi go wszędzie wokół. Raz po raz łypie na mnie czyjeś oko. Niektóre ze spojrzeń są ciekawskie, inne jawnie wrogie. Mam nadzieje, że żadna cegłówka nie poleci w moją stronę. Niby mam Ulę i Valkyona po swoich bokach, ale z szybującego w moją stronę kawałka bruku może zrobić się konflikt polityczny, a tego naprawdę wolałabym uniknąć.
          Stajemy pod karczmą. Budynek, w przeciwieństwie do zdobnych, tonących w miękkich kształtach kocich domków, jest dobijająco wręcz prosty, nawet szyld ma toporny. Pokryta szarawym tynkiem, prostokątna konstrukcja zdaje się mówić „dostaniecie tu jeść, dostaniecie tu posłania, ale na uśmiechy i gościnność nie liczcie”. Naprawdę muszą nie lubić innych ras, w szczególności człowieczych… I ludzi.
          Podczas gdy niezdarnie gramolę się z wozu, mając nadzieję rozprostować nogi, zjeść coś umiarkowanie smacznego i nie rozpętać konfliktu politycznego, obrywając cegłówką w głowę, znikąd wyłania się posłaniec. Zmierza pewnym krokiem w kierunku Akastola i szarpie go  za rękaw. Stoję za daleko, żeby usłyszeć, o czym rozmawiają, ale wilkołak nie wygląda na ucieszonego.
          - Drek, Vivt, Purro, Człowiek do mnie! – wydziera się. – I zostawcie broń.
          Rozumiem, że przez „człowiek” ma na myśli mnie. Idę o zakład, że nawet nie zadał sobie trudu, żeby zapamiętać moje imię.  Z drugiej strony, ja dopiero po miesiącu z hakiem zapamiętałam imiona szefów Straży i Chrome’a.

Online

#179 17-03-2018 o 21h30

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Dobra, przewędrowałam do drugiego opka. Serio ich kuchnia była tak okropna? Dobre, genialne! XDDD
„Kolacja, a po kolacji szybkie” — nie łatwiej napisać „kolacja, a po niej…”?
„lokum, wygląda jak” — wywal przecinek
„może dla tego.” — ‘dlatego’ ;]
„wczoraj niebieściutkie niebo przykrywa” — jak wczoraj, to ‘przykrywała’
Hah, jakoś mnie nie zdziwiło, że Ulka aż tak wystraszyła pijaczynę /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ja też jej nigdy nie postrzegałam jako miłej, dużej futrzastej kulki.  Zresztą mocno się starasz, by jej tak nie postrzegać ;]
„i to z dziennym wyprzedzenie.” — ‘wyprzedzeniem’
Ciekawe, czego szef-wilkołak od niej chce. I faktycznie, dlaczego mury były nietknięte, ale w środku już dużo zniszczeń? Dziwne, zresztą sama Liwka zwróciła na to uwagę. Hm, na razie mało się dzieję, ale nie dziwię się, bo na razie głównie podróżowanie i dopiero teraz państwo dotarło do celu. I ta ciekawska Ula pytająca o spięcie przy Valku — piękne /static/img/forum/smilies/big_smile.png
No ok, tyle ode mnie. Czekam na kolejne części i pozdrawiam c:

Offline

#180 17-03-2018 o 21h55

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 824

Kolejny rozdział więc wpadam by powiedzieć że jest to idealna z lektura na dobranoc. Błędów ci nie będę wypominała, bo nie znam się na nich :p
Najlepszym dla mnie pomysłem była rozmowa w pokoju, ta Ula i jej pytanie odnośnie spięcia bohaterki w obecności Valdka /static/img/forum/smilies/smile.png
I końcówka:

Rozumiem, że przez „człowiek” ma na myśli mnie

Pokochałam ten fragment :p
Życzę weny oraz z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział :p

Ostatnio zmieniony przez Waioleta (17-03-2018 o 21h55)


https://d30womf5coomej.cloudfront.net/sa/f6/21c051e7-f5d1-49d7-a0b3-119744945ca4.png

Online

#181 23-03-2018 o 20h57

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Methrylis - powtórzenie "kolacji" miało być, bo często tak się mówi, a zatem i myśli, a narracja z perspektywy mózgownicy Liwki /static/img/forum/smilies/big_smile.png
          Owszem, staram się, żeby ne postrzegać Ulki jako pluszak, ale też na każdym kroku podkreślam, że tak wygląda.
          Ulka dociekliwy zwierz po prostu /static/img/forum/smilies/big_smile.png

@Waioleta - scenka dlatego głownie, żeby podkreślić, że w niektórych wypadkach Uleńka wie o Liwce więcej niż ona sama /static/img/forum/smilies/wink.png i dziękuję za miłe słowa /static/img/forum/smilies/big_smile.png

XIX (cz. 5)

          -  Co się stało? – pyta Vivt, kiedy już zbieramy się wokół wilkołaka.
          Ten zerka na nią, ale jego spojrzenie tylko spływa po niej i zaraz spoczywa na mnie. Nie, nie na mnie, na coś jakieś dwadzieścia centymetrów nade mną.
          - Chyba kazałem przyjść samej człowiek, co nie? Co WY tu robicie?
          Odwracam się, a za mną stoją Valkyon i Ula.
          - Jestem opiekunem Liwii. Krajzan kazała mi mieć na nią oko – odpowiada nieco lakonicznie Valkyon, a Ula prycha, jakby chciała powiedzieć, że jej nikt nie kazał, ale i tak zamierza nade mną czuwać.
          - Nie mędrkuj mi tu, jestem dowódcą misji, więc starczy, że ja będę miał ją na oku – burczy tamten. – Wracaj do reszty i uważaj na jeanylotte, bo jeszcze zacznie rozrabiać pod nieobecność swojej pani… Długoucha zaraza.
          Ula spogląda na niego, jakby groziła, że jeszcze raz ukradnie mu nogę. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Naprawdę, wściekły Akastol i pogoń za obrażoną, uciekającą z drewnianą kończyną jeanylotte to ostatnie, czego mi trzeba… Za to przydałby się komplet składników do portalu, żebym mogła uciec z tego zwariowanego świata.
          - Ale o co właściwie chodzi? – podczepiam się pod wcześniejsze pytanie Vivt. – Po co pan wołał?
          - Bez pan, aż tak stary to nie jestem – burczy wilkołak. – Myślałem, że obowiązki dopadną nas dopiero rano, ale już teraz będziemy robić wstępne rozpoznanie, omówić szczegóły napaści i tak dalej. Purrekos zależy na czasie. Chociaż nie ma wielkich szans na to, że ich dzieciaki są jeszcze w Eldaryi, nie chcą skreślać sprawy.
          - Przepraszam, ale podobno mam także brać udział śledztwie – wtrąca Valkyon. – Dobrze byłoby, gdybym też się pojawił…
          - Tak, byłoby dobrze, ale rzecz w tym, że nasi gospodarze nie czują się swobodnie przy wielkich na dwa metry wojownikach – przerywa mu Akastol. – Historyczna niechęć, sam rozumiesz. Vivt jest alchemikiem, ja kuternogą, a człowiek to w ogóle zielenina. Z naszej grupy tylko Drek może uchodzić za sprawnego wojownika, ale piekielniaki nigdy nie miały zatargów z purrekos, poza tym, jako tropiciel powinien dokładnie wiedzieć, czego szukać. Dlatego, jeżeli pójdziemy w takim zestawieniu, a nie innym, będziemy o wiele lepiej widziani niż jakbyśmy wzięli kogoś z Obsydianowców, w tym ciebie. Niejako oddajemy się w ich ręce. Jesteśmy na ich łasce i niełasce. To taki mały ukłon, gest zaufania. Dlatego zostań tu i pilnuj tej piekielnej, długouchej bestii…
          Mina Uli obwieszcza „grabisz sobie” wielkimi, drukowanymi literami. Oby nie wpadła na żaden „zabawny” pomysł odwetu. Naprawdę, niech odpuści. Ładnie proszę.
          „Obsydianowców”… Jakoś niezbyt przyjemnie to powiedział. Nie pogardliwie, ale jego ton zbliżył się do pogardy tak blisko, na ile to możliwe, bez ocierania się o nią.
          - Szefuńciu, wiesz, że zarówno ja jak i posłaniec cię słyszymy? – pyta Purral. – Trochę to teraz krzywo wyjdzie z tym ukłonem.
          - Lepiej jak nauczyciel ochrzani uczniów, że ładują się do świątyni bez żadnego „dzień dobry”, „przepraszam” czy „pocałuj mnie w dupę” i żeby powiedzieli te „dzień dobry”, niż poleźli na chama. Generalnie sądzę, że miło, że ktoś pokazuje, że myśli o grzeczności i niuansach czy może się mylę?
          Purral kręci tylko głową i zerka z rozbawieniem na naszego dowódcę. Ci dwaj wyraźnie się znają i to na polu prywatnym, nie tylko zawodowym. Hm… Możliwe, że popełniłam fatalny błąd kryjąc kontrabandę rudzielca. Jeżeli ten się wygada przed Akastolem, będę miała przerąbane.
          Valkyon jest wyraźnie niezadowolony, ale bez słowa wraca do innych. Ula idzie za nim, aczkolwiek wcześniej pokazuje wilkołakowi język w pełnej krasie… Oczywiście dopiero wtedy, kiedy Akastol już na nią nie patrzy.
          Idziemy, a w przypadku Akastola kuśtykamy, za posłańcem. Tak, idziemy. Nie podjechał po nas żaden powóz ani nic. Zamiast tego przeciskamy się w gęstniejącym mroku przez wąskie uliczki otoczone maleńkimi budynkami. Przynajmniej tutaj już nie widać żadnych zniszczeń. Za to jest przyjemnie i schludnie. Dachówki w ząbek, budynki z gładkiej, zielonkawej cegły, równiusieńki ułożony we wzory bruk z szarych, czerwonych i granatowych kamieni. Tu i ówdzie elegancka latarenka roztacza swój blask, nieco odkrywając z uroków kociego miasta.
          W końcu zatrzymujemy się przed solidnym, dużym budynkiem, pyszniącym się kunsztownymi obramowaniami okien i zdobnym portalem, w którym dominują dość dziwne motywy – sztyletów, winorośli, zwojów papieru i wszelakich czaszek oraz kości.
          - Co to za miejsce? – pytam szeptem Dreka.
          - Sąd. Tak-jakby. W każdym razie to tutaj będzie rozpatrywana ta sprawa, bo wedle purrekos napaść Templariuszy ma bardziej znamiona zbrodni niż działań wojennych. Dzisiaj pewnie jest pierwsze „przesłuchanie”. Może to zająć nawet kilka godzin. Możliwe, że dorzucą do tego też decyzje o działaniach, żebyśmy od razu z rana wyruszyli w teren. W każdym razie przygotuj się, że nie zdążysz zjeść kolacji, liźniesz tylko cztery, może pięć godzi snu, a jutro będziesz cały dzień krążyć po okolicznych lasach.
          Normalnie „marzę” o tym. Chociaż po dwóch dniach płaszczenia tyłka na podskakującym wozie trochę ruchu na świeżym powietrzu może być miłą odmianą.
          Zostajemy wprowadzeni do eleganckiego hallu. Ściany okryte rzeźbionymi panelami, na kamiennej podłodze miękki dywan w kolorze przygaszonej purpury, a do tego żyrandole ze złota i kryształów. Szkoda tylko, że wszystko jest dość małe. Ja, że jestem niska nie mam z tym problemu, ale Drek i Akastol muszą się schylać przy każdym przejściu. Na domiar złego, kiedy zostajemy wprowadzeni do miejsca docelowego – niedużej salki sądowej – okazuje się, że wszystkie meble zostały zrobione na miarę purrekos. Co prawda uwzględniono w tej mierze i osobniki nieco bardziej przy kości, dzięki czemu nie mam żadnych kłopotów z usadzeniem się na jednym z krzeseł, ale w przypadku panów sprawa nie wygląda różowo.
          W sumie szkoda, że Valkyona nie ma z nami. Malusie, drewniane krzesełka i kawał chłopa… Byłoby się z czego pośmiać.
          Sala  w porównaniu z pysznym hallem jest do bólu prosta. Pomalowane ciemnobrązową farbą krzesła i stoły, białe ściany, a po środku podwyższenie na lożę sędziowską oraz rzecz jasna ławy dla oskarżonego, oskarżyciela i przesłuchiwanych. W loży zasiada tylko jeden sędzia, wychudzony, bury purrekos, oceniając po ubiorze mężczyzna. Ława oskarżonego stoi pusta, ale za to jest dwoje oskarżycieli, mężczyzna o białej sierści i łaciata kobieta. My rzecz jasna zostajemy ulokowani w miejscach dla świadków.
          - Witam wszystkich zebranych i dziękuję za tak prędkie przybycie mimo późnej pory – rozpoczyna sędzia. Ma suchy, nasuwający na myśl szelest starych ksiąg głos. – W dniu wczorajszym chowaniec Straży Eel dostarczył nam pełnię ustaleń poczynionych w trakcie specjalnego zebrania w Kwaterze Głównej Straży Eel. Wedle tegoż listu – pokazuje zwinięty pergamin – ze strony Straży śledztwo będzie nadzorował Akastol Or’Eke jako główny śledczy. Wspomagać go będą znany ze swych niezwykłych umiejętności tropicielskich Drek Firit oraz inni specjaliści… W tym człowiek, niejaka Liwia E, która ma odegrać rolę znawcy do spraw Templariuszy i tematów powiązanych.
          Ja znawcą od spraw Templariuszy… To dopiero wymyślili.  Znawcą to ja mogę być od Multisieci, ale nie od tych drani. O Krzyżowcach starczy wiedzieć dwie rzeczy: po pierwsze, że to sk*******y skończone, po drugie, że trzeb ich tępić jak najgorszą zarazę.
          - Zgadza się sędzio – Akastol potakuje.
          - Zarówno ja jak i nasi śledczy prowadzący zapoznaliśmy się już z dostarczonymi przez pannę E nowymi informacjami odnośnie Templariuszy czy jak zwie się ich na ziemi Krzyżowców. W dużym skrócie nawet w swoim rodzimym wymiarze są przestępcami i mordercami na tle ideologiczno-religijnym. Ponadto mają w zwyczaju porywać ludzi, aby tworzyć z nich żywą broń, przy czym w ataku dokonanym na nas owej żywej broni użyto. Prawdopodobną przyczyną tego ataku, mającego za cel porwanie naszych dzieci, jest użycie ich w eksperymentach. Zgadza się panno E?
          - Zgadza się… - Potwierdzam. – Chociaż na państwa miejscu unikałabym sformułowania „Ziemia”  w stosunku do mojego świata. Bardziej odpowiednio brzmiałoby, „ziemski wymiar”.
          - A dlaczego? Może panna wyjaśnić?
          - Nie wiem czy Straż państwa poinformowała, ale ludzkość już wieki temu zasiedliła inne planety, a wiele innych, zbyt trudnych do przystosowania do warunków niezbędnych mojemu gatunkowi traktuje jako kolonie górnicze i tym podobne. Na wszystkich planetach zasiedlonych istnieją wsie, miasta, miasteczka jak również metropolie mieszczące setki tysięcy, a nawet miliony ludzi. W dodatku wszystkie te siedziby ludzkie jak i planety oplatają skomplikowane węzły komunikacyjne, a także sieć wymiany danych, dzięki której informację w ułamku sekundy można przesłać na drugi koniec galaktyki. W związku z tym wiele reguł życia codziennego obwiązujących w moim wymiarze jest zupełnie innych niż tutaj. Jeżeli mówiąc o moim wymiarze będą mieli państwo przed oczyma Ziemię i to tę sprzed setek, a nawet tysięcy lat, może to doprowadzić do pewnych nieporozumień w dalszej dyskusji.
          - Owszem, niniejsze informacje dotarły do nas… I nie tylko do nas. Zdaje się wasza medycyna pogalopowała na przód. Jesteście w stanie tworzyć i wymieniać narządy, organy, a nawet większe części ciała jak kończyny, czego dowodem są pani oczy, prawda?
          - Tak.
          - Pewne w związku z tym czuje się panna nieswojo w obecności swego tymczasowego dowódcy? W końcu trwały brak części ciała jest dla panny czymś dziwacznym.
          - Nie tyle dziwacznym, co strasznym. Widok protezy pana Akastola nieustannie przypomina mi jak bardzo muszę być tutaj ostrożna, jeżeli nie chcę skakać na jednej nodze czy też podcierać się łokciem.
          Sędzia uśmiecha się pod wąsem i wraca do dalszej części „rozprawy”, oddając głos „oskarżycielom”, którzy  ze szczegółami opisują przebieg ataku na miasto. Ten, jak na tutejsze warunki, był dość niecodzienny. Otóż nie próbowano ani siłą obniżyć mostu zwodzonego, ani wyważyć wrót, co nieco wyjaśnia brak zniszczeń z zewnątrz. Pod osłoną nocy, wykorzystując nów i grubą warstwę  chmur, grupa licząca od stu do stu pięćdziesięciu kobiet i mężczyzn podbiegła do fosy, przerzuciła przez nią kilka przenośnych mostów, po czym używając lin i drabin przeskoczyła mury. Co ciekawe owe drabiny potem wrzucono do miasta, gdzie szybko zajęły się intensywnym ogniem, podobnie jak mosty, gdy nastał dzień. Napastnicy, którzy wkroczyli do miasta – niemal wyłącznie ludzie-broń – rozpoczęli atak z użyciem granatów rozrywających, ogłuszająco-paraliżujących i zapalających oraz prymitywnej jak na obecne, ludzkie standardy, broni palnej, aczkolwiek każdy miał też przy boku pokaźną siekierę. Zabijali kogo popadło i porywali dzieci, które wyrzucali potem za mur, gdzie czekali ich zwierzchnicy. Po przejęciu osiemnaściorga dzieci i przypadkowym zabiciu dwojga – biedactwa nie przetrzymały przerzutu przez mur – napastnicy przebywający na zewnątrz miasta zbiegli. Ci, którzy pozostali, zabijali póki sami nie zostali straceni. Łącznie stu czterdziestu siedmiu purrekos straciło życie tamtego dnia.
          Po opisie zajścia szybko przechodzimy do analizy zdarzenia. Tu mogę się nieco wykazać tłumacząc, czemu przyniesione przez Krzyżowców mosty i drabiny tak szybko zajęły się ogniem. Otóż, jeżeli mój nos się nie pomylił i rzeczywiście wyczułam spalony plastik, to prawdopodobne zostały wykonane z fenaxu – bardzo wytrzymałego i niezwykle lekkiego tworzywa polimerowego, charakteryzującego się wysoką łatwopalnością. Od byle iskry może zająć się intensywnym ogniem i doznaje samozapłonu, jeżeli wystawić go na światło słoneczne.

Online

#182 24-03-2018 o 19h53

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Widzę, że serio nie pierdzielisz się w tańcu z tymi odcinkami XD Jeszcze trochę i zacznę mieć tyły xd No ale dobra, na razie tylko dwa opka w plecy — nie jest źle. To czytam!
„Samej człowiek” XDDDD
„że trzeb ich tępić” — trzeba c:
„zwie się ich na ziemi Krzyżowców”  — ale „Ziemi” jako planetę to powinno się zapisać dużą literą.
Co te twoje rozdziały ostatnio takie krótkie? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Szkoda, bo przecież ciekawie się czyta, chociaż w zasadzie zbyt wiele się tutaj nie działo. Ale akcja powoli posuwa się naprzód, tak jak powinna. Trochę jestem zdziwiona, że Valkosia nie było w sądzie, no ale skoro sam dowódca tak zarządził, to niech tak będzie. Rozprawy sądowe… hm. Zbrodnia, a nie atak na tle wojennym. Ciekawa kategoria.
No dobra, tyle ode mnie. Czekam na kolejną część i pozdrawiam! ^^

Offline

#183 29-03-2018 o 18h48

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Methrylis - i znowu dwa opka w plecy /static/img/forum/smilies/big_smile.png Bardzo widać, że jestem no-life'em, prawda? /static/img/forum/smilies/big_smile.png
          Rozdziały jak zawsze maja po 3 stronice /static/img/forum/smilies/wink.pngA chociaż Valkosia w sądzie nie było, to myśli Liwki były przy nim... Przy nim i malutkich krzesełkach xD (chciałam wrzucić tu obrazek, ale wujek google zawiódł, bo nie ma żadnego zabawnego. Trzeba użyć wyobraźni)

XIX (cz. 6)


          - Bardziej niepokojące jest to, że mieli broń – Xeana, prekos-oskarżycielka, bębni w palcami w blat ławy. – Nie pojmuję, skąd mogli zdobyć tak zaawansowaną technicznie broń. My nie produkujemy takiej, a Kryształowa Bariera nie dopuszcza przenoszenia broni, więc nie mogli jej ze sobą zabrać.
          No tak. Kiedy tu trafiłam Kero wspominał, że do Eldaryi nie może wkroczyć nikt z bronią, a ci o wrogich zamiarach nie poznają wspólnomowy.
          - A jak Bariera definiuje broń? – pytam.
          - Słucham? – drugi z oskarżycieli, Freo o ile dobrze pamiętam, strzyże uszami wbijając we mnie czujne spojrzenie.
          - Jak Bariera definiuje broń? Widły bronią nie są, a można nimi zrobić komuś porządną krzywdę, zatem Bariera przepuściłaby je czy nie? No i części do broni. Sama lufa to tylko metalowa rurka, kule mogą robić za ozdóbkę i tak dalej, ale jakby przenieść części na raty i skręcić je tutaj, otrzymałoby się broń. Czy Bariera przepuściłaby części czy nie?
          - Skręcić broń? – Freo patrzy na mnie jak na nienormalną.
          - Broń palna składa się ze skręcanych części, jak większość starych mechanizmów… O ile dobrze kojarzę. Obecnie broni palnej praktycznie się nie używa, bo jest ciężka i niezbyt praktyczna, więc nie miałam okazji się zapoznać. Oczywiście są okazy kolekcjonerskie i muzealne, ale…
          - Rozumiemy – przerywa mi sędzia. Nie wygląda na szczęśliwego. Nikt z obecnych nie wygląda. Chyba nikomu nie przyszło na myśl, że można przenosić do Eldaryi broń w częściach. – Czy są  inne możliwości, skąd się tutaj wzięła ta broń?
          - Jeżeli znaleźli ustronne miejsce i zabrali metal, narzędzia i inne, mogli ją tutaj wyprodukować. W obiegu jest mnóstwo kurtyn kamuflujących i tłumiących dźwięki, więc byliby trudni do wykrycia.  Jednak opcja z częściami wydaje mi się bardziej prawdopodobna.
          - Kurtyny kamuflujące i tłumiące dźwięki – mamrocze sędzia. – Dużo macie podobnych wynalazków?
          - Niestety sporo. Do tego różnego rodzaju urządzenia szpiegujące jak lekkie i bardzo ciche maszyny latające i kroczące, które przekazują dźwięk i obraz. Są niewielkich rozmiarów i można nadawać im różne kształty, najczęściej są używane formy owadów i ptaków: pająków, kolibrów, ważek. Oczywiście wymagają zasilania elektrycznego, ale można zabrać zapas baterii, a te ładować za pomocą urządzenia zmieniającego światło słoneczne w prąd elektryczny. Są też czujki stacjonarne, nie potrafiące się ruszać. Działają dłużej, bo zużywają mniej elektryczności, ale żeby dokonać wymiany baterii trzeba przejść się w miejsce podrzucenia.
          Na sali zapada martwa cisza. Spojrzenia zarówno purrekos jak i moich towarzyszy spadają na mnie jak lawina. Niemal fizycznie odczuwam ich ciężar.
          - Czy rozmawiałaś już z kimś ze Straży na ten temat? – pyta Akastol, przyglądając mi się badawczo.
Pięknie. Teraz wyjdzie na to, że zatajam rzeczy.
          - O urządzeniach rejestrujących rozmawiałam z Ykhar, ale nie w kontekście działań szpiegowskich – staram się brzmieć jak najbardziej zdawkowo. – A co do broni, to najzwyczajniej nie przyszło mi na myśl, że ktoś może przerzucić ją tu w częściach. Zresztą głównie to się skupiam nad sprawami bieżącymi, a prócz tego nad kwestią jak wrócić do domu i nie dać się zabić po drodze.
          Niemal widzę jak jego mózg skrzy. Na zebraniu przed wyjazdem wspomniałam, że prawdopodobnym celem Krzyżowców alias Templariuszy jest wytępienie faery, a teraz wychodzi na to, że mają wysokiej klasy sprzęt szpiegowski i mogą przerzucać tutaj broń. Nie wspominając o nadnaturalnie sprawnych mutantach jednorazowego użytku. Eldaryanie mogą się bać… Właściwie to powinni się bać, a ja powinnam zabrać się na poważnie za kombinowanie jak stąd uciec. Lepiej, żeby mnie tu nie było, kiedy Krzyżowcy uderzą.
          Spotkanie, proces, narada, przesłuchanie czy co to właściwie jest, trwa. Już się nie udzielam, głównie słucham konkluzji i postanowień. Tych drugich nie ma za wiele i wszystkie są w miarę oczywiste – przeczesać okoliczne lasy i góry w poszukiwaniu kryjówki Krzyżowców, jeżeli taka gdzieś tutaj jest. Co potem? Trudno stwierdzić. Pewnie kolejne przesłuchanie-narada… A potem jeszcze jedno poruszające ogólnie kwestię Krzyżowców w Eldaryi oraz dodatkowe patrole, wzmożona czujność i powszechna, ale w pełni uzasadniona paranoja. Mam tylko nadzieję, że nikt mnie w to nie wmiesza. Ani w działania prewencyjne, ani w te wszystkie spotkania, planowania i tak dalej. Starczy mi, że to już trwa trzecią godzinę, a nie powiedziano na nim nic fascynującego.

***

          W do bólu prostej, wypełnionej kwadratowymi stolikami głównej izbie gospody panuje spory ruch, jak to przy śniadaniu. Zaspana dziabię łyżką burą papę aka miejscową owsiankę. Owsiankę o tyle nietypową, bo zrobioną na słono, nie na słodko i zawierającą sporo ryby, głównie wędzonej. O dziwo nie smakuje źle, ale jem ją już trzeci dzień z rzędu i powoli zaczynam mieć dość. Ech…
Dwa dni biegania wokoło miasta purrekos jak kot z pęcherzem i nic. Jedno wielkie nic. Żadnych nowych śladów, nic. Jedyne co, to to, że chyba mi przewiało ucho. W dodatku mam migrenę. Przyznaję, za pierwszym razem trochę biegania po lasach, skałach  i polanach było nawet zabawne, za drugim odrobinę męczące, a teraz… Naprawdę nie chce mi się ruszać tyłka na zewnątrz. Pal licho, że jest zimno, ale ten wiatr… Brrr. Nie dość, że lodowaty to tylko jeden nieduży krok dzieli go od orkanu. W dodatku wczoraj dwa razy dostałam szyszką w głowę, a tutejsze szyszki są wielkie jak kokosy, chociaż na szczęście nie takie ciężkie. No i jakoś nie widzę większego sensu tego przedsięwzięcia.
          - Jasna cholera, nie wiecie już, gdzie kłaść ten swój złom? – warczy Akastol na jednego z obsydianowych. Sądząc po dźwięku sekundę temu zahaczył protezą o czyjąś halabardę.
          Naprawdę, pod definicją frustracji powinno być jego zdjęcie. Nie dość, że niepowodzenia wyraźnie go podminowały, to jeszcze wkurza go wietrzna pogoda i to, że jest zmuszony wszędzie jeździć na użyczonym crylasmie. Czemu? Przez tę nieszczęsną, drewnianą nogę. Piechotą nigdzie za nami nie nadąża, a nasze wierzchowce są zbyt wysokie by mógł z nich swobodnie zeskakiwać… No, teoretycznie Ula mogłaby go ponieść, ale coś mi się wydaje, że to rozwiązanie mogłoby się zakończyć rozlewem krwi – oboje za sobą nie przepadają.
          - Bardziej zrzędliwy od Ezraela o piątej rano – rozlega się za mną znajomy głos.
          Odwracam się by zerknąć na stojącego ze swoją porcją owsianki Valkyona, częstującego plecy Akastola nieprzyjemnym spojrzeniem. Nie dziwię mu się, biorąc pod uwagę, jak wilkołak traktuje ludzi z Obsydianu. Większość swojej frustracji wyładowuje właśnie na nich, a prócz tego jest wobec nich strasznie lekceważący. Szczególnie dotyka to Valkyona, ze względu na jego rangę. Co na to Valkyon? Jak zwykle prawie nic nie daje po sobie poznać, ale trudno żeby podobało mu się, że jest traktowany jak bezmózga  kupa mięśni.
          - Co on tak obsydianowych nie lubi? – pytam Valkyona, podczas gdy ten zajmuje miejsce obok mnie. Swoją drogą mógłby zapytać czy może się przysiąść. Nie żebym miała coś przeciwko temu, żeby posadził tu swój tyłek, ale tego wymagałaby kultura… No i ja też lubię sobie pozrzędzić, przynajmniej w  zaciszu swojej głowy.
          - Nie znam szczegółów, ale to przez kogoś z Obsydianu nie ma nogi. – Mruczy ten z powątpiewaniem zaglądając do swojej miski. Wczoraj wspominał, że nie cierpi ryb, szczególnie wędzonych. – Dowodził misją. Mimo jego zaleceń przydzieleni mu wojownicy przedwcześnie zaatakowali i źle się to skończyło. On został pokiereszowany i trzeba było mu amputować nogę, poległ jeden z wojowników, zginęło czworo cywili.
          - No cóż, niechęć zrozumiała, ale nie usprawiedliwia zachowania. Obyśmy stąd jak najszybciej odjechali, bo inaczej on się nabawi wrzodów żołądka, a my nerwicy.
          - Tak. – Zerka na moją miskę. – A ty lepiej jedz. W Eldaryi nie mamy w zwyczaju marnować żywności, poza tym to brak szacunku dla naszych gospodarzy.
Nie wiem czy chce udokumentować swoje słowa czy zaświecić dobrym przykładem, ale nabiera pełną łyżkę burej paki i szybkim uchem wkłada ją do ust. Przełyka jeszcze szybciej, zapewne po to, żeby ta jak najkrócej leżała na języku. Potem jeszcze jedna łyżka i kolejna.
          No cóż, chcę czy nie chcę i tak muszę to wciągnąć, bo czeka mnie cały dzień na nogach. Poza tym Valkyon ma rację, w obecnej sytuacji Eldaryi nie powinno się grymasić i wybrzydzać… No chyba, że przy tej potrawce trollina. Tamto, to nie było jedzenie, tylko kulinarna zemsta piekieł.
Po około trzydziestu minutach stoimy przed gospodą gotowi do wymarszu. My, nasze obładowane sprzętem chowańce wierzchowe, śledcza purrekos – starszawa, brązowa kotka o ponurej minie i pokręconym imieniu, którego nie umiem ani wymówić ani zapamiętać – i jej dwóch pomocników. Dziś mamy sprawdzać okolice górek. Górek, bo na wzgórza to za strome i zbyt skaliste, a na góry za małe. Teren podobno został już sprawdzony przez samych purrekos zaraz po napaści, kiedy jako-tako ogarnęli sytuację w mieście. Dzisiejsze obejście ma być tylko „tak na wszelki wypadek”, więc istniej szansa, że wrócimy wcześniej do gospody. Niewielka szansa, biorąc pod uwagę gorliwość Akastola.
          Wśród wycia wiatru wilkołak musi nieźle wytężaj płuca i struny głosowe, kiedy wykrzykuje instrukcje, w większości takie same jak wczoraj. W końcu wyruszamy. Idziemy w milczeniu, bo mówienie, kiedy wiatr dosłownie zapiera dech w piersiach nie jest najłatwiejsze, poza tym większość jest skupiona na tym jak im zimno i źle. Mnie zimno aż tak nie przeszkadza, jakoś przez te ostatnie dwa dni przywykłam, ale mam wyżej uszu tego nieustannego huczenia i wycia. Lubię wiatr, ale z umiarem i pod warunkiem, że jestem odpowiednio ubrana do pogody… Chociaż muszę przyznać, że ten dzisiejszy jakoś szczególnie mnie drażni. Zresztą nie tylko mnie, Ula również wygląda na podenerwowaną. Nieustannie strzyże uszami i węszy. Wczoraj coś wspominała o „kryształowym zaburzeniu w pogodzie”, jednak nie potrafiła podać żadnych szczegółów.
          Nasza trasa wiedzie wydeptaną ścieżką ginącą w gęstym, pełnym pokrytych czerwonymi i ciemnofioletowymi igłami „świerków” podszyciu. Drzew liściastych tu niewiele, ale wszystkie są zielone. Ich zieleń, wydająca się jakoś nazbyt zwyczajna i wytarta, sprawia wrażenie przytłumionej przez otaczające ją barwy „igiełkowców” oraz róże, pomarańcze i błękity rosnących tu grzybów. Słodkawy, ciężki zapach grzybni, mimo hulającego pomiędzy pniami wiatru opuszcza nas dopiero, gdy po dwóch godzinach wychodzimy z cienia gęstwiny. Przed nami rozległa, przecięta szerokim, ale płytkim strumieniem polana, a za nią widać wyrastające z ziemi, pokryte barwnymi mchami, szarawe góreczki.
Las podobno jest „czysty”. A przynajmniej tak twierdzą mieszkające tu hamadriady. Jak mi wyjaśnia Vivt wszystkie driady, a w szczególności hamadriady mają specyficzną więź z roślinami , ich korzeniami, a pośrednio też gruntami. Wyczuwają je i potrafią odbierać z nich informacje, dlatego z pewnością wyczułyby budowę jakiejkolwiek kryjówki, a także zauważyły przemarsz większej liczby ludzi. Szczerze powiedziawszy średnio ufam tym hamadriadowym wieściom, ale cieszę się, że nie musimy biegać po tym zakichanym lesie. Fakt, że zmarnowaliśmy dwie godziny leząc przez niego. Ale już niedługo i będziemy na miejscu…
          Ech… Wkurza mnie to tutejsze podróżowanie. Wszędzie jest daleko, nawet do oddalonej o dziesięć kilometrów wioski, do której trzeba jechać ponad godzinę trzęsącym się wozem. W ziemskim wymiarze wystarczyłoby wejść do lewitatora, dziesięć, piętnaście minut i jestem na miejscu. Cholerna Elarya, cholerny prymitywizm. Na co komu magia, jeżeli nie można się w czarodziejski sposób przenosić z miejsca na miejsce?
          Górki to wyjątkowo wredny teren. Mnóstwo tu stromych wzniesień, jam, niewielkich jaskiń, tunelów i skalnych labiryntów przechodzących w szerokie atria oraz miniaturowe, zielone kotlinki. O półkach skalnych, naturalnych mostach  i swego rodzaju płaskowyżach, na szczyty których co jakiś czas wdrapuje się Drek, nawet nie wspomnę. Zresztą i mnie angażują do wspinania się na każde drzewo, gruzowisko i wzniesienie, gdzie mogłoby coś zostać ukryte. Owszem, wspinam się świetnie, ale bezustanne skakanie po skałach, to nie moja broszka. Godzina, dwie i mam dość, a końca nie widać.
          W dodatku z minuty na minutę robię się coraz bardziej spięta, a najgorsze, że nie wiem czemu. Mam wrażenie, jakby coś się zbliżało, jakby…
          Ktoś szarpie mnie za mundur. Odwracam się i moje spojrzenie pada na Ulę. Jeżeli ja jestem spięta, to ona to prawdziwy kłębek nerwów. Jej uszy strzygą we wszystkie strony, chorągiewki na nich ma nastroszone i wyprostowane, wachluje nimi w te i we w te. Wąsy nieustannie drgają, a w zwykle wesołych, czarnych oczkach lśni strach.
          Kompletnie ignorując obecność innych, zaczyna nadawać Morse’em:
Wraz z wiatrem nadciąga magia, musimy uciekać. Chowańce to czują, Bestie to czuja. Patrz”.

Online

#184 29-03-2018 o 19h15

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Tak, widać, że jesteś nolifem. xDDD Ale ja tam w zasadzie nie narzekam :v

Hahahahahahha ale serio, aż widzę oczami wyobraźni zmarnowaną minę sędziego i wszystkich wokół na myśl, że ich barierę można tak banalnie obejść, przenosząc broń w częściach XDDD

No właśnie — czemu wilkołak tak nienawidzi Obsydianu? Bo chyba nie było wspomniane, albo ja zwyczajnie nie pamiętam. O, jednak nie było wspomniane, bo Liwka właśnie o to pyta. OK. XD Hmm… w sumie to rozwiązanie jest proste.

Wowowoow, ale co się  dzieje?! Cały rozdział taki spokojny, a końcówka z przytupem! Swoją drogą, że ja też totalnie nie ufałabym driadom i z jednej strony rozumiem, że jakby wilkołak chciał jednak na wszelki wypadek przeszukać las, to by się driady pogniewały, ale mimo wszystko powinni to zrobić, bo to ONI są odpowiedzialni za pilnowanie porządku. No i ta magia: wow. Ciekawa jestem, co też tak niebezpiecznego niesie wiatr.

No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak czekać na kolejną część! Pozdrawiam! c:

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (29-03-2018 o 19h16)

Offline

#185 30-03-2018 o 01h44

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Oho, niespodziewanie poczulam smutek na mysl, jak bardzo bezbronna wydaje sie byc Eldarya z cala swoja magia w obliczu przerazajacego ( w moim odczuciu takim wlasnie jest) swiata Liwii, ktory podstepnie przenika do krainy faeries... Nawet wiekszy, niz ten poznany gdy czytalam o losach nieszczesnej Eriki w Twym ostatnim opku.
Co prawda obecnosc Valkyona jakos czyni cala sprawe mniej ponura (tak, tak, odezwalo sie we mnie niezmienne uwielbienie dla tego fikcyjnego miesniaka, niezaleznie jak go przedstawiasz Ty czy Chino /static/img/forum/smilies/big_smile.png), choc nie sadze, iz jakas kluczowa role bohatersko-ocalajaca przyjdzie mu odegrac.

Opisy przyrody i okolic fantastyczne, chcialabym tam zamieszkac!

No to wyczekiwanie na kolejny odcinek: czas start.

Offline

#186 04-04-2018 o 19h10

Straż Cienia
AnnaBona
Nowo przybyła
AnnaBona
...
Wiadomości: 2

Czyta się świetnie, historia jest ciekawa, a bohaterowie całkiem sympatyczni, ale muszę przyznać, że Liwia to gorsza Mary Sue od Gardienne. Zaradna, pyskata, wygadana… to nie gra, podczas której wszystko musi się udać. Bohaterka powinna popełniać gafy i wszelkie błędy. To nadałoby jej wiarygodności. Mimo wszystko podoba mi się to opowiadanie! Liwia jak na Mary jest więcej niż zjadliwa, da się ją lubić.

Offline

#187 08-04-2018 o 13h57

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Methrylis - mina z cyklu "no to k***a zesrało się" /static/img/forum/smilies/big_smile.png Końcówka  przytupem, a teraz nieco akcji i ociupina chumoru, a nade wszystko trosze Liwkowego jadu. Mam nadzieję, że zasmakuje /static/img/forum/smilies/big_smile.png

@Laique - nie taka bezbronna, ale to się jeszcze okaże. I na litość ErYki, nie Eriki, spolszczyłam imię... W wersji francuskiej brzmi okropnie. A Valk, nawet jeżeli nie pobohateruje, yo będzie. I trochę lepiej da się poznać, bo do tej pory cały czas trzymał się na uboczu ;]
           A tak, przy opisach się starałam, miło, że zauważyłaś.

@AnnaBona - Dzięki za miłe słowa, a co do "Merrysueowatości" Liwki... No cóż, na razie wszystko idzie po jej myśli (czyli prawdopodobnie do momentu, do którego dotarłaś, bo wszystkiego chyba nie łyknęłaś. Chyba.) Ale z biegiem czasu to się pozmienia - nie tylko niektóre rzeczy przestaną wychodzić, ale też dopadną ją konsekwencje jej co po niektórych czynów. Inna rzecz, że w przypadku Liwki "fala fartu" ma swoje uzasadnienie, bo nie jest postacią startująca od zera - bezbronną i zagubioną. Sporą rolę we wszystkim odgrywa je przeszłość, a ta zostanie odkryta dopiero potem. No i paranoja, która jest poniekąd efektem tej przeszłości. Merry Sue to postacie perfekcyjne - nie tylko takie, którym wszystko wychodzi, ale też atrakcyjne, inteligentne etc, które rzadko mają "brudne ręce", a nawet jeżeli, jest to efektem ich przedramatyzowania (zły ktosiek wyrżnął im rodzinę we wczesnym dzieciństwie i teraz one pragną zemsty etc).

XIX (cz. 7)


           Rozglądam się i… Szlag, rzeczywiście. Uwiązane przy skalnej ścianie chowańce stają dęba i się szarpią, a crylasm – zwykła bestia – wierzga jak szalony. Mało tego. Wszystkie okoliczne stworzenia, głównie ptaki, owady i drobne, żyjące w norkach istotki uciekają ile sił w łapach, odnóżach i skrzydłach. Inni, zajęci swoimi zadaniami, nie zauważyli tego.
           Przewraca mi się w żołądku. Więc to przez to cały dzień jestem taka spięta. Czuję to…
           - Panno człowiek, zdaje się, że nie przyszliśmy  podziwiać okoliczności przyrody, tylko mamy zadanie do wykonania, prawda? – rozlega się za mną marudny głos Akastola. Odkąd tu przyszliśmy, patrzy wszystkim na ręce, wyznacza zadania i pogania. – Może byś się wzięła do roboty…
           - Musimy stąd zwiewać i to natychmiast! – krzyczę, a Akastol patrzy na mnie, jakbym zgłupiała.
           - Słucham? O czym…
           - Rozejrzyj się! Wszystko co żywe stąd zwiewa! Ptaki, owady, drobnica… Nie wiem przed czym wieją i jak szlag nie chcę się dowiedzieć, więc radzę stąd spieprzać ile sił w nogach!
           Zaskoczony wilkołak rozgląda się wokół. Jego twarz powoli wykrzywia niepokój, włosy na ogonie stają dęba…
           - Ała!
           Zaliczam bolesną glebę. To Ula traci cierpliwość, przewraca mnie, chwyta za marynarkę munduru i zaczyna wlec za sobą biegnąc truchtem. Zresztą nie tylko jej puszczają nerwy. Rawist zrywa swoją uwięź i w panice galopuje przed siebie, a jeleń Dreka zaczyna ryczeć jak szalony domagając się uwolnienia. Jego donośny, zalękniony wrzask odbija się od ścian kamiennego labiryntu, zniekształcając i zmieniając w iście potępieńcze wycie.
           - Ała!
           Ktoś brutalnie wyrywa mnie… Znaczy się wyrywa moją marynarkę, a pośrednio mnie z uścisku szczęk Uli i stawia na nogach. Tym kimś okazuje się – co za zaskoczenie – Valkyon.
           - Musi… - wykrztuszam.
           - Słyszałem. Floppy też jest niespokojna…
           Niespokojna? Musarose skacze po nim jak pchła na ostrym dopingu, nieustannie piszcząc czy raczej kwicząc jak zarzynana tępym nożem świnia. Wygląda jakby dostała szału, a nie była niespokojna.
           - … ale panika to nie rozwiązanie. Nie znasz terenu i możesz się zgubić.
           - Z Ulą się nie zgubię, a teraz…
           - Wszyscy się stąd zbieramy i to migiem! – Akastol idealnie wpada mi w słowo. – Człowiek ma rację, coś nadchodzi i lepiej, żeby nas tu nie było, kiedy przybędzie!
Chwytam Valkyona za rękaw i ciągnę za sobą. Są takie chwile, jak ta, kiedy paniczna ucieczka jest najlepszym z pomysłów i naprawdę lepiej dla niego, żeby zaczął je rozpoznawać. Kiedy wszystko spiernicza, gdzie tylko może, tylko idiota staje, rozgląda się i szuka przyczyny, tracąc cenne minuty. Przyczyna prędzej czy później pojawi się w zasięgu wzroku, lecz wtedy przeważnie jest już…
           …za późno.
           Mój oddech zamarza w powietrzu, a wszystko wokół pokrywa się szronem, kiedy zza niewielkich, skalistych szczytów wypływa nienaturalna, jaskrawo-błękitna chmura. Chociaż przesłania słońce, wokół jest jasno, cholernie jasno, gdyż coś – zapewne magia – rozświetla ją od środka. Słyszę jak Akastol przeklina siarczyście.
           - Dusza mrozu! – krzyczy. – Wszyscy do jaskiń, bo zginiecie! Jasna cholera, wszyscy do jaskiń!
           Pędząca przed siebie Ula wykonuje gwałtowny zwrot w powietrzu, jednocześnie wydając z siebie skrzek znaczący tyle co „za mną”. Skręcam,  w tę samą stronę, co ona i…
Tracę ją z oczu. W momencie powietrze wypełniają miliardy drobnych płatków śniegu. Opad jest tak gęsty, że nie widzę nawet wyciągniętej przed siebie ręki. Na domiar złego wiatr przybiera na sile, a jego potępieńcze wycie w korytarzach skalnego labiryntu uniemożliwia usłyszenie czegokolwiek innego. No i temperatura, ciągle spada. Jeszcze chwila i pojawią się odmrożenia, a potem… Potem zamienię się w lodową rzeźbę. Martwą, zimną i nieruchomą.
           Śnieg i wiatr oślepiły mnie i ogłuszyły. Nie wiem dokąd iść. Jestem martwa, jestem…
           Czuję jak wielkie siekacze zaciskają się na moim nadgarstku. Coś dużego i niewidocznego, zapewne Ula, ciągnie mnie za sobą.
           Uleńko ty moja kochana. Jeżeli to przeżyjemy, obiecuję ci codzienne szczotkowanie i smakołyki do oporu przez miesiąc.
           Kierowana przez jeanylotte przebieram nogami najszybciej jak tylko potrafię, holując za sobą Valkyona. Ze wszystkich sił ściskam mankiet jego munduru, ale materiał jest gładki, a dłoń coraz bardziej grabieje. W końcu, po przypadkowym szarpnięciu, tkanina wysuwa się spomiędzy zesztywniałych palców.
           Kretyn! Dlaczego nie złapał mnie za rękę?
           Heh. Chyba już nie będę tłuczona na treningach…
           Nagle Ula gwałtownie szarpie mnie. Lecę na łeb na szyję przed siebie, jednak nie upadam, tylko spadam w dół. Zamieć znika jak nożem uciął, ale nadal nic nie widzę. Staczam się w ciemność, po to, żeby boleśnie wylądować na…
           Polimerowej podłodze?
           Obolała i skołowana siadam, obmacując „grunt” wokół siebie. Zgadza się, polimerowa kładka, a pod spodem, sądząc po dźwięku, jaki wydaje, kiedy w nią uderzyć, pusta przestrzeń. Heh, chyba znaleźliśmy to, czego szukaliśmy… Szkoda tylko, że w tak popapranych okolicznościach.
Zaraz, a gdzie jest Ula?! Przecież powinna spaść zaraz za mną. Co ta kretynka wyprawia, przecież na zewnątrz…
Zduszony okrzyk, parę uderzeń, a po chwili coś wielkiego, ciężkiego i cholernie zimnego wpada na mnie, przygniatając do podłogi. Valkyon. No nie powiem, cieszę się, że idiota nie zginął, ale dlaczego to „nie zginął” musiało być dla mnie takie bolesne?
           Ugh, wszystko mnie boli, a do tego mam cudze włosy na twarzy, męską twarz między piersiami i… Co do…? Arggghhh! No bez przesady!
           - Valkyon, nie podpieraj się o to miejsce!
           - Eeek!
           Faelien jak oparzony cofa dłoń z mojego krocza, jednocześnie gwałtownie podrywając się, ale niemal natychmiast pada ponownie, bo uderza w niego coś wielkiego, ciężkiego i kudłatego. W tym samym momencie rozlega się złowróżbny trzask.
           Odruchowo kulę się, chowając głowę między ramionami. Akurat na czas, bo polimerowe podłoże pęka i znowu spadamy. Tym razem w pionie, więc chociaż jest nie wysoko, to upadek boli bardziej. Mnie szczególnie, bo znowu zostaję przygnieciona przez Valkyona i przez Ulę, która upada na niego.
           - Ugh…
           Wrażenie ruchu, parę szurnięć, stęknięć i prychnięć, i miażdżący mnie ciężar powoli maleje, po to, żeby zupełnie zniknąć.
           - Liwia żyjesz? – rozbrzmiewa gdzieś-tam nade mną głos Valkyona.
           - Boli, więc chyba żyję.
           - Co cię boli?
           - Wszystko.
           Nieoczekiwany rozbłysk światła razi mnie w oczy. Co do…? Ach tak, kryształ świetlny. Punkt dla Valkyona, też mogłam, a nawet powinnam wziąć jeden. Przydałby się teraz.
           - Strasznie wyglądasz… Wszystko w porządku? – pyta.
           Spoglądam na niego. Jest okropnie blady nie licząc czubka nosa, brody i policzków, na których wykwita czerwień odmrożeń. W dodatku całą twarz pokrywają drobne ranki, jakby szedł przez burzę igieł… Jeżeli wyglądam tak jak on – a coś mi mówi, że właśnie tak jest – to naprawdę wyglądam strasznie.
           - Nie, ale nie bardziej nie w porządku niż u ciebie – stękam, podnosząc się na rękach, a moje poobijane ciało, śpiewa mi pieśń cierpienia. – No może mam parę sińców więcej, ale to i tak małe miki przy tym, co mogło nam się przytrafić, gdybyśmy zostali jeszcze chwilę dłużej na zewnątrz. Ula, pokaż się!
           Jeanylotte wchodzi w krąg mdłego blasku dawanego przez żółty kryształ. Wygląda na to, że nic jej nie jest, w końcu, w przeciwieństwie do nas chroni ją grube, puszyste futro. Mimo tego wolę się upewnić co do paru  rzeczy.
           - Pokaz nos i spód łapy.
           Szczęśliwie ani nos, ani łapa nie noszą śladów odmrożeń, aczkolwiek zarówno jedno jak i drugie są pokaleczone. Dobrze, no to  do roboty.
           - Valkyon wsadź ręce pod pachy, usiądź i złóż nogi tak, żeby móc wtulić twarz w kolan…
           - Zaraz, zaraz. Niby po co mam to robić? No i gdzie jesteśmy? Czy to… – Wstaje i unosi kryształ wysoko nad  głowę, oświetlając jaskinię, przy czym wyraźnie najbardziej interesuje go to, co mam za plecami. – To kryjówka Templariuszy! Musimy…
           - Zająć się swoimi odmrożeniami, jeżeli nie chcemy, spędzić najbliższego tygodnia w lecznicy! Przede wszystkim trzeba je rozgrzać. Siadaj i rób to, co mówię. Kryjówka nigdzie nam nie ucieknie.
           Valkyon otwiera usta, ale ku mojemu zaskoczeniu natychmiast je zamyka i grzecznie siada, wykonując moje wcześniejsze polecenie. Ja tymczasem wyjmuję z plecaka apteczkę. Dobrze, teraz gdzie to jest… Mam! Żółty, połyskujący płyn na ranki Uli i krwistoczerwone, cuchnące mazidło z jakichś-tam alg, które swego czasu poławiałam nad morzem. Wedle słów Ezraela doskonale działające zarówno na poparzenia jak i odmrożenia. Niestety przed użyciem trzeba oparzenia schłodzić, a odmrożenia ogrzać.
           - Wzięłaś apteczkę? – pyta Valkyon, zerkając znad kolan na mnie. – Przecież jest z nami lekarz…
           - A gdzie ten lekarz jest teraz? – prycham, na co odpowiada mi intensywne, ociupinę urażone, a jednocześnie wyczekujące spojrzenie. – Odkąd trafiłam do waszego świata, wszystko idzie źle, więc ubezpieczam się na wszystkie sposoby, jak widać słusznie. Mam też trochę suchego prowiantu i linę. Kiedy dowiedziałam się, że będziemy dzisiaj łazić w pobliżu skał i jaskiń, zwinęłam ją z karczmy. Może dzięki niej jakoś wydostaniemy się z tej dziury, jeżeli reszta nie zacznie nas szukać… Albo nie przeżyła. Tylko o źródle światła zapomniałam, ale bez obaw. Na następny raz biorę też kryształ świetlny i może coś do rozpalenia ognia. Ula, chodź tu.
           Jeanylotte podchodzi do mnie, a ja natychmiast zajmuję się jej skaleczeniami. Płyn działa prawdziwe cuda na drobne, niezbyt głębokie skaleczenia – zasklepiają się w ułamku sekundy. Normalnie nie ma go w składzie standardowej apteczki, bo jego składniki są rzadkie, ale… No cóż, powiedzmy, że udało mi się zagrać Ezraelowi na nosie.
Szkoda tylko, że cholerstwo działa na mnie o połowę słabiej niż na innych, zresztą jak wszystko co magiczne. Wolę nie używać go na woje rany przy Valkyonie, ale przecież oboje jesteśmy pokaleczeni. Co by tu… Ach tak. Jeżeli się zapyta, czemu go nie używam, powiem, że wolę nie ryzykować, że przypadkiem źle odziała na odmrożenia czy coś.
           Właśnie, odmrożenia…
           - Jak tam twoja twarz i ręce? – pytam Valkyona.
           - Mam wrażenie, że płoną.
           - Dobrze, znaczy krążenie zaczyna normalnie działać. Trzymaj je tak jeszcze chwilę… A może trochę dłużej, muszę też siebie nieco rozmrozić.
           Rozpinam marynarkę munduru i wsadzam dłonie pod pachy, a twarz przytulam do kolan. Ygh… Gdy dotykam lodowatymi rękoma rozgrzanych części ciała z jednej strony przechodzi mnie nieprzyjemny, zimny dreszcz, a z drugiej dłonie zaczynają nieznośnie piec. Dłonie i twarz. To drugie uczucie ulega nasileniu, gdy Ula siada naprzeciwko i przytula mnie. Ech… nie ma lepszego systemu grzewczego niż solidny wał puchatego, żyjącego cielska.

Online

#188 08-04-2018 o 15h50

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Matko boska, co ty tak ciśniesz z tymi odcinkami? /static/img/forum/smilies/yikes.png Mam wrażenie, że co kilka dni wychodzi coś twojego! To iście mordercze tempo!

„panno człowiek” XD

Wowowow, co to tu za panika? /static/img/forum/smilies/yikes.png

„Nagle Ula gwałtownie szarpie mnie” — ‘mnie szarpie’

Hm, z jednej strony dobrze, że znaleźli schronienie przed taką śnieżycą, ale z drugiej… kryjówka Templariuszy? Skąd Valk o tym wiedział? To raz. Dwa, że to chyba niedobrze, zwłaszcza jak są gdzieś w pobliżu. A, sądząc po ataku na magiczne koty, gdzieś są. Ale pewnie znajdą coś przydatnego, więc… hm. Robi się ciekawie.

Czekam więc na kolejne części i pozdrawiam! c:

Offline

#189 11-04-2018 o 11h32

Straż Cienia
JuliaAurelia
Nowo przybyła
JuliaAurelia
...
Wiadomości: 3

Zgadzam się z AnnąBoną. Przeczytałam wszystko i uważam, że Liwia jest Mary Sue.

Podobno nie jest piękna — ale Nevra z jakiegoś powodu ją podrywa. Nie ma też żadnych kompleksów.
Nie wszystko jej się udaje — ale nie spaprała nic ważnego.
Gdy sytuacja tego wymaga, zna się na wszystkim: leczenie odmrożeń, wspinaczka itp.
Zawsze ma wszystko, co jest jej potrzebne, np. eliksir na odmrożenia (mamy jesień, dlaczego go wzięła).
Jej opiekunowie wypadają przy niej na idiotów, np. akcja z blackdogiem, wizyta u kapp (wszyscy twierdzą, że to poważne plemię, jednak wystarczy naćpana dziewka, aby się śmiali), mróz pod koniec ostatniej części (Valkyon najpierw by tam stał, a potem nie wiedziałby, co robić z odmrożeniami — przecież tam ciągle coś się dzieje z pogodą, to on powinien mieć eliksir na odmrożenia!). W dodatku, jak przystało na Mary Sue ma cięty język, trudną przeszłość, mnóstwo przeróżnych umiejętności, wzbudza sympatię bohaterów.

Terminem Mary Sue można określić również postać z pozoru negatywną o nierzadko tragicznej przeszłości. Najczęściej są to postaci skrajnie przerysowane. […] Taką Mary Sue najprościej rozpoznać po typowej dla tego podgatunku arogancji i ironii w wypowiedziach oraz po rzekomo zimnym sercu.


Liwia jest całkiem znośna, jednak zdecydowanie brakuje jej trochę do bycia realną. Zastanowiłabym się nad tym na Twoim miejscu.

Offline

#190 12-04-2018 o 14h33

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 54

Witam /static/img/forum/smilies/smile.png
Opowiadanie jest nieziemsko wciagajace! Niesamowicie podoba mi sie twoje poczucie humoru, ktore nie jeden raz powodowalo, ze czytalam tekst prawie placzac ze smiechu (np. misja znalezienia kappy i Ezus z golym tylkiem, nacpana Liwka czy tez opis "pozbywania" sie efektow eliksiru przemiany w syrenke - tutaj az realnie wspolczulam Arczowi haha ).
Zycze ci weny i czekam na dalszy rozwoj wypadkow.
Pozdrawiam

Offline

#191 12-04-2018 o 14h48

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Opowiadanie przepelnione jest satyra i humorem - potrafie przyjac Liwie ze wszystkimi jej nieziemskimi umiejetnosciami oraz niesamowita zdolnoscia przewidywania . Poza tym jak dla mnie - wynikaja one z doswiadczen Liwki w dotychczasowym zyciu.

/static/img/forum/smilies/smile.png

Ostatnio zmieniony przez Laique (12-04-2018 o 14h48)

Offline

#192 13-04-2018 o 21h02

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Methrylis - Zagrożenia aktywnego nie będzie, chociaż gdyby zezowate szczęście Liwki obudziło się mogłoby być różnie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

@JuliaAurelia - Liwka to osoba mało prawdopodobna, tak jak i wydarzenia ja prześladujące, ale nie Mary Sue. Tak jak zauważyła to Laique jej "szczęście" jest efektem tego, co już w życiu doświadczyła.Zadarła z niebeziecznymi organizacjami, obracała się w nie zawsze dobrych kręgach, ma brudne dłonie. Gdyby od dłuższego czasu nie chodziła zawsze na wszystko przygotowana, nie dożyłaby przypadkowego przeniesienia do Eldki. To osoba, która zabiera ze sobą WSZYSTKO, co może się przydać, szczególnie jeżeli i "przydać" oznacza uchronić przed niebezpieczeństwem/wykrwawienie/zamarznięciem. Prędzej zapomni zapasowej bielizny (chyba, że jest zimno i ciepłe gacie są kluczowe dla przetrwania) niż apteczki, swoich zatrutych igieł, wytrychów, awaryjnego ostrza etc. Nie na darmo co jakiś czas dobitnie przypominam o jej paranoi, która w przyszłości da pewne Efekty, podobnie jak jej obecne szczęście w nieszczęściu. Niestety nie mogę nic więcej powiedzieć, żeby nie pojechać spoilerami.Przyznaję przy wycieczce do Wybrzeża Jaspisu kiedy strzeliła w gniazdo os i w jednym z przyszłych rozdziałów, nagięłam mocno prawdopodobieństwo, ale potrzebuję, żeby Liwka po parę razy uratowała swoim opiekunom życie. Żeby rozpisać wszystko tak, aby było super prawdopodobne musiałabym rozwlec opowiadanie jak diabi, a rozwlekłych ff raczej się nie kończy.
          Leczenie odmrożeń nie wymaga specjalnej wiedzy, jest dobijająco podobne do leczenia poparzeń, z tym ze jedno powoli schładzamy, a drugie rozgrzewamy. Miałam o tym na zajęciach z BHP w gimnazjum, a potem przy prawie jazdy

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)


Eliksir na odmrożenia w jej apteczce był przede wszystkim na POPARZENIA, bo prawdopodobieństwo poparzeń w Świecie fantasy dość spore.
          Na wspinaczce Liwka się nie "zna" bo taternikiem ani himalaistą nie jest i na Everesta za kij by się nie wspięła. Po prostu potrafi się wspinać. Za pomocą rąk i ew liny/liny z hakiem. Tu żadnej filozofii ani "znania" nie trzeba i to nie jest żadna super umiejętność, tylko rekompensata tego, że w walce mieczem, wręcz, zostałaby przemielona na papę. Zamiast walczyć ucieka, a że ma krótkie nogi, to woli wiać na coś pionowego, żeby czasem jej coś goniącego, mającego dłuższe kończyny nie dopadło.
          Panowie wychodzą na idiotów bo opowiadanie z perspektywy Liwki, która ma osobowość z lekka narcystyczną i większość osób uznaje za debili. Dlatego też wydaje się tak uroczo ripostująca etc - z perspektywy kogoś innego to ona może wyglądać na łajzowate chamidło. A Nevra ją podrywa, bo porywa wszystkie panie za wyjątkiem tych naprawdę brzydkich i/lub starych, co zostało wspomniane. Znaczy rwie wszystko od przeciętnej wzwyż, a Liwka przeciętna z bonusem do mopsikowatego uroku, który sprawia, że chciałoby się ją pogłaskać... Niestety ma temperament złośliwego chuachua, więc lepiej nie. Może nawet wyjaśnię czemu dokładnie Nevra ma takie romantyczne zajawki.
          Tak, Liwka ma trudną przeszłość, ale nieszczególnie dramatyczną żeby zalatywała marrysuizmem. Zaliczyła szczęśliwe, pełne dziwacznych wydarzeń dzieciństwo (rodzice zginęli naprawdę w wypadku, nie było przy tym żadnego dramatu, nie nie widziała tego, nie istniała groźba wylądowania w bidulcu, bo miała dostępnych dziesiątki cioć + babcie gotowe się nią zaopiekować), miała kochająca rodzinę (z wyjątkiem na Lizję) + nawet porwanie Lidki nie było szczególnie traumanoidalne. Jej obecny kształt, cynizm, nienawiść w stosunku do krzyżowców i traktowania innych jak przedmioty, a nawet przywiązanie do Lidki są efektami świadomej, przemyślanej decyzji o próbie uratowania siostry i dalszych o kontynuowaniu wszystkiego, bo zrezygnować - co  jest oczywiste wd. mnie - mogła niejednokrotnie. Mimo to brnęła na przód. To tak jakby mówić o dramacie osoby, która wsadziła rękę w gniazdo os, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z ryzyka, konsekwencji i tego, ze konsekwencji nie uniknie. Liwia doznała wszystkich, późniejszych nieszczęść poniekąd na własne, świadome życzenie. Raz za razem, krok za krokiem
          Liwia nie ma pozornie zimnego serca. Ba, jak się w****i to serce jest aż nadto gorące (nie, nie widzieliście jeszcze w*******j Liwki). Po prostu nie przywiązuje się łatwo do innych, a łatwo do innych się zraża. No i jest "moralnie trudna" + poniekąd egoistyczna: nie widzi powodu, aby stawiać czyjegoś życia ponad swoje i nie gra tu roli wiek, stan zdrowia itp. Dlatego poważnie rozważała zostawienie Mery'ego na pastwę grabieżcy i jedynie strach o własne dupsko sprawił, że go ocaliła. Poświęcać się może dla tych, którzy naprawdę sa jej bliscy, a ich na razie jest jedynie 2 - Lidka, której nie ma w pobliżu plus Otto, którego czasem wspomina. Co do Alajei, tutaj pewnie Liwia jeszcze by si wahała i wiele zależałoby od chwili/okoliczności. Do tej pory bawiła się w ratownika, tylko dlatego, że już tkwiła w niebezpieczeństwie razem z ratowanymi, a ceni sobie cudze życie + nie ryzykowała dużo więcej pomagając im. Dlatego też to, że nie zawaliła niczego ważnego jest trochę... Życie Eldaryan obchodzi ją dużo mniej niż własne (co nie znaczy, że ma kompletnie w dupie to, że ktoś ginie, nie ważne co sama do siebie mówi w zakamarkach swej łepetyny, pewien smutek i żal za niesprawiedliwość losu są opcją - Liwka potrafi współczuć, ale też potrafi współczucie odsuwać na bok), a liczy się dla niej głównie powrót do domu, własne życie i życie Lidki. Tutaj jedynie akcja z międzywymiarowym komunikatorem może być naciągana, ale co do niej też planuję taki większy cdn, a reszta... Trudno żebym zabiła Liwię - koniec opowiadania. Powrót do domu - do tej pory nie miała na niego większej szansy. Zakatrupienie Lidki na tym etapie - Liwia traci motor napędowy do działania (poza tym pokazanie Lidki będzie zabawne /static/img/forum/smilies/big_smile.png). Ale nie ma obawy. Krew się jeszcze poleje. I to nie tylko wrogów mojego grumpycata w wersji ludzkiej.


@Sharessa
- ja przy pozbywaniu się eliksiry bardziej współczułabym tym zarzyganym, ale co tam xD w każdym razie dzięki za miłe słowa. /static/img/forum/smilies/smile.png

@Laique - bezkrytyczne uwielbienie /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ale przyznaj się, w realnym świecie zabiłabyś ją przy pierwszej okazji xD Ja zresztą też.

XIX (cz. 8)

          Siedzimy dłuższą chwilę w kompletnej ciszy. Nie wiem ile. Piętnaście minut, może dłużej. W każdym razie nie spieszy się – wycie wiatru na zewnątrz nadal rozbrzmiewa głośno i wyraźnie. Przez ten czas moje ręce i twarz zaczynają okropnie boleć i jakby nieco pulsować – znak, że zostały ogrzane dostatecznie mocno.
          - Dobrze Ulu, możesz puścić.
          Gdy jeanylotte odsuwa się, parę razy zginam i prostuję palce, usiłując je rozruszać. Nie dość, że cholernie bolą, to jeszcze są sztywne jak diabli. Sztywne i słabe. Mam nadzieję, że reszta przeżyła, bo w przeciwnym razie naprawdę możemy mieć poważne kłopoty z wydostaniem się stąd. W prawdzie ściany dziury, w której siedzimy, nie są szczególnie wysokie ani gładkie i w normalnych warunkach bez trudu wspięłabym się po nich, ale teraz z tymi obolałymi dłońmi… Nie ma szans.
          - Dobra, pokaż ręce – każę Valkyonowi, a ten grzecznie wykonuje polecenie, przyglądając mi się intensywnie.
          Pobieżnie badam jego ręce. Wygląda na to, że jest w porządku – czerwone, ociupinę obrzęknięte, ale ciepłe. Powierzchowne odmrożenia. Kiedy schlana Lidia usnęła na tafli lodowiska było dużo gorzej, a nie mogliśmy przewieźć jej do szpitala, bo kiedy ją znaleźliśmy, rozpętała się burza magnetyczna. Nie ma gorszego utrapienia niż rozrywkowa, starsza siostra.
          - Dobra, rozgrzane. Teraz wystarczy posmarować. Daj, zobaczymy, co z twarzą…
          Twarz, jak twarz, ale spojrzenie mnie niepokoi. Złote oczy połyskują badawczo, jakby chciały przewiercić mnie na wylot.
          - O co chodzi? – pytam. –  Wyrósł mi róg na środku czoła czy co?
          - Nie. Po prostu jesteś inna niż zwykle. Skupiona, zapobiegliwa, rzeczowa… Rzeczowo życzliwa.
          Skupiona to ja jestem niemal cały czas i to właśnie mój problem. Tak jak i paranoja, której efektem jest zapobiegliwość.
          Ciekawe jaka według niego jestem zwykle.
          - Po pierwsze należy dopasowywać zachowanie do sytuacji i towarzystwa. Po drugie to nie widujesz mnie zbyt często nie licząc treningów i spotkań w stołówce, prawda? – pytam, na co ten potakuje. – Treningi z tobą to dla mnie od dłuższego czasu tylko siniaki, stłuczenia i zadrapania, szczególnie, od kiedy uparłeś się ćwiczyć bloki. Dlatego pewnie jestem marudna, cyniczna, złośliwa i, według ciebie, leniwa…
          - Zgadza się.
          -… Na stołówce znowu przeważnie przebywasz w towarzystwie Ezraela i Nevry. Jeden bez przerwy mi dokłada, a drugi nieustannie zarzuca jakimiś aluzjami. Jedno i drugie jest co najmniej frustrujące.
          - Hm… W sumie racja. Ciekawi mnie, jak sprawujesz się na ich szkoleniach.
          - Chyba dobrze, ale o to najlepiej spytaj ich samych… A teraz nasmaruj dłonie i pomarznięte rejony twarzy tym czerwonym mazidłem, tylko tak od serca. I wcieraj dopóki nie poczujesz intensywnego mrowienia.
          Sama również nabieram solidne porcji mazi na dłonie i zaczynam się nacierać. Z tego, co pamiętam z lekcji z Ezraelem cudowne właściwości alg są związane głównie z ich składem chemicznym, a nie tłem magicznym, chociaż i ono gra tu pewną rolę. Mam nadzieję, że w związku z tym pomoże mi nieco bardziej niż większość medykamentów faery, bo paskudzące się odmrożenia to pewnie nic przyjemnego.
          Znowu natarczywe spojrzenie. Naprawdę, od mojego przybycia do Eldaryi Valkyon prawie się nie odzywał, zachowywał dystans, a teraz zagaja rozmowy, nie odstępuje mnie na krok i co rusz przewierca wzrokiem. Co go napadło? Ma okres czy jak?
          Zerkam na niego, żeby sprawdzić, o co mu chodzi i…
Niezwykle smutne, przejęte spojrzenie kogoś, kto znalazł zabitego przez pułapkę na myszy, puchatego chomiczka. Trochę rozczulone. Co do…? Ach moja dłoń, ta którą ściskałam go za rękaw. No tak… Odmroziło ją trochę bardziej niż drugą, pojawiło się nawet parę bąbli. On pewnie obie dłonie odruchowo schował do rękawów, dlatego nie zdążył mnie chwycić, kiedy go puściłam i Ula musiała po niego wracać.
          - Będzie wszystko w porządku? – pyta.
          - O to trzeba zapytać naszego lekarza, ale chyba tak. 
          Ugh… Valkyon nadal patrzy na mnie jak na sarenkę ze złamaną łapką. Niby to na swój sposób urocze, ale bardziej niepokojące… Szczególnie, kiedy się weźmie pod uwagę, że jakoś mu mnie nie żal, kiedy nabija mi siniaków w takcie treningów. Nawet wtedy, kiedy mi na moment zgasło pod sufitem, jak mnie zdzielił w łepetynę.
          - Ile to może potrwać… Ta magiczna zamieć? – pytam, chcąc odwrócić jego uwagę od siebie, a jednocześnie skierować rozmowę na jakieś sensowniejsze tory.
          - Dwie godziny, trzy? Trudno powiedzieć. Dusze mrozu, a właściwie to dusze mrozu, żaru i pioruna to zjawiska niemalże mityczne, z początków istnienia Eldaryi. Miały wtedy miejsce magiczne wojny, a tego typu rzeczy to ich efekt uboczny. Pogoda przejmuje ładunek magii, który wędruje wraz z  wiatrami po to by w końcu wyładować się na losowym, podobno niedużym obszarem. Wyładować znaczy ekstremalnie obniżyć lub podwyższyć temperaturę, ewentualnie wywołać deszcz piorunów. Podobno często temu towarzyszą tornada i inne zjawiska pogodowe, jak na przykład teraz ta śnieżyca.
          - Znaczy to wszystko albo efekt rozbicia Kryształu, albo ktoś się pobawił magią na szeroką skalę… W każdym razie mamy dłuższą chwilę czasu, więc można by się przyjże tej kryjówce – zerkam w spowitą mrokiem część jaskini, jamy czy jak to tam nazwać. Same mgliste zarysy pudeł i skrzyń. – To chyba składzik na przerzucany tutaj ekwipunek, broń, sprzęt szpiegowski i tym podobne. Na sam przód przydałoby się sprawdzić, czy skrzynie są zaminowane albo…
          - Zaminowane?
          - Czy nie ma tam pułapek. Nie wiem, materiałów eksplozywnych, czegoś co nas zagazuje i tak dalej. Będzie to kłopotliwe w tym mroku, więc…
          - Floppy dobrze widzi w ciemnościach – Valkyon wyciąga przed siebie dłoń, na którą wybiega z rękawa musarose i wesoło popiskuje.
          - A to ma znaczenie w tej chwili bo…?
          Valkyon wyjaśnia mi, że istnieje zaklęcie pozwalające na niedługi okres czasu i na niedużą odległość widzieć oczyma swojego chowańca, a także kontrolować jego zachowanie. Warunkiem jest silna więź łącząca mistrza i chowańca. Zaklęcie podobno wymaga tak mało many oraz doświadczenia w czarostwie, że nawet zupełny laik, taki jak on, może je rzucić. Udowadnia to przeprowadzają cały proceder wymagający jedynie uraczenia Floppy odrobiną krwi oraz kontaktu wzrokowego. Po chwili nasza mała, popiskująca sonda rekonesansowa jest gotowa do działania i wyrusza między skrzynie. Węszy, ogląda, przysłuchuje się.
          Miałam rację, skrzynie istotnie były zaminowane na szczęście nie w sposób szczególnie pomysłowy. Parę min naciskowych i standardowe potykacze eksplozywne, dość trudne do zauważenia, ale banalnie do rozbrojenia. Widocznie Krzyżowcy zakładali, że nikt nie znajdzie ich małego magazynu, a nawet jeżeli, to na pewno będzie zbyt głupi, żeby sprawdzić czy są tu jakieś pułapki… I nie wykluczone, że byłby. Faery raczej nie spodziewają się takich rzeczy. Niemagiczne pułapki mają dla nich pewnie wymiar wnyków, potrzasków na niedźwiedzie i skomplikowanych, ogromnych mechanizmów rodem z grobowców ze starożytnego Egiptu. Dowodem na to chociażby Valkyon, który mimo dłuższej chwili tłumaczenia, nadal nie potrafi uwierzyć, że ten „cosiek” wielkości orzecha włoskiego mógłby go rozerwać na strzępy. Właściwie to rozerwać na strzępy, doprowadzić do wybuchu pozostałych „cośków”, a w efekcie do licznych wstrząsów i zawalenia się jaskini.
          Kiedy w końcu teren zostaje rozminowany, a wybuchowce bezpiecznie złożone w odległym kącie jaskini, zabieramy się za przegląd skrzyń. Szczęśliwie dla mnie skrzynie są oznaczone standardowymi kodami wojskowymi, jeżeli chodzi o ich zawartość, więc z góry wiem, co w której jest, chociaż udaję głupią. Dlaczego? Bo mam zamiar sobie to i owo przywłaszczyć. Konkretnie rzecz biorąc podsłuchy, zestaw baterii i z dwie ładowarki. Zestaw podsłuchów stacjonarnych, żeby podrzucić je do sal obrad, Sali Kryształu, gabinetu Miiko i może gabinetów szefów Straży oraz jeden ruchomych… Ruchomych trochę tak na wszelki wypadek, a trochę dlatego, bo naprawdę może się przydać trakcie wykonywania misji dla Uli.
          Odsyłam Valkyona do sprawdzanie wielkich, ustawionych w wysokie wieże pudeł, bo silniejszy, a sama biorę się za te zawierające moje elektroniczne zabaweczki. Oczywiście nie najpierw, bo to mogłoby być podejrzane. Najpierw „przypadkiem” otwieram pakę zawierającą maski przeciwgazowe – modele specjalne z noktowizorem –  a potem „szczęśliwie natrafiam” na pałki fluorescencyjnie. Oczywiście z miejsca łamię parę i rozrzucam wokół, dzięki czemu wreszcie widać, co dokładnie robimy. Znaczy ja widzę, co ja robię i co robi Valkyon. Odwrócony plecami do mnie Valkyon widzi co sam robi i nieświadomie pozwala mi podwędzić dwa podsłuchy.
          Łupy schowane, nim wyjdziemy przekażę je Uli, żeby schowała wszystko do worków policzkowych, tak na wypadek, gdyby Akastolowi wpadło do głowy mnie przeszukać… Zakładając oczywiście, że jeszcze żyje.
          Dobrze, to teraz mogę przeszukiwać na luzaka.
          - To jest ta cała broń palna? – dobiega mnie z tyłu.
          Odwracam się, a tam Valkyon zagląda do lufy pistoletu.
          - Lufą od siebie idioto! I nie celuj we mnie! Opuść rękę!
          Automatycznie kieruje broń w dół i patrzy na mnie zaskoczony.
          - Matko kochana! Spuścić cię na chwilę z oka… – sapię. Na Borfolda, ale podniósł mi ciśnienie. Facet wie, jak doprowadzić dziewczynę do stanu pozawałowego.
          -  Dobrze… A teraz wytłumaczysz mi o co chodzi? – pyta nieco skołowany. – Co zrobiłem nie tak?
          Nie przypuszczałam, że może być coś bardziej irytującego niż przemądrzały ton Ezraela, no może po za płaczem Mery’ego, ale spokojny ton Valkyona w tej sytuacji walczy o pierwsze miejsce. Tym bardziej, że mam ochotę na niego nawrzeszczeć i solidnie przywalić w ten siwy łeb, ale niestety on naprawdę mógł nie wiedzieć. Dlatego trzeba wszystko ładnie, spokojnie wytłumaczyć.
          - Ideą broni palnej starego typu jest to, że przez lufę, z tego otworu, do którego zaglądałeś, wylatuje z ogromną prędkością metalowa kula czy jak wolisz nabój bądź pocisk. Znaczy nie sam z siebie, tylko po naciśnięciu tego dzyndzla, tak zwanego spustu, chociaż pewnie może zdarzyć się też przypadkowy wystrzał. Oczywiście, żeby nabój wyleciał, w środku musi być magazynek z nabojami. Czy jest, nie wiem. W nowoczesnej broni jest też takie coś jak blokada, którą trzeba odciągnąć, żeby strzelać, ale czy w tych antykach jest, też nie wiem. Zresztą nawet gdyby była, to te wszystkie skrzynie są przegrzebane. Templariusze wyciągali z nich broń i inne rzeczy. Ktoś mógł wyjąć ten pistolet, co go trzymasz, załadować, odbezpieczyć, a potem odłożyć bo coś-tam…
          - I co by się stało, gdyby tak było, a ja bym nacisnął spust, jak zaglądałem do środka?
          - Twój mózg wylądowałby na ścianie za tobą. A gdybyś mnie postrzelił, a ja bym przeżyła, urwałabym ci łeb. To tak na wypadek, gdybyś się zastanawiał.
          Unosi brwi i bardzo ostrożnie odkłada pistolet do pudła.
          Przeszukujemy dalej. Znajdujemy broń krótką, długą, granaty różnego typu, miny, kolejne maski przeciwgazowe i pałki fosforyzujące, a także w pełni wyposażone apteczki, zapasy żywności liofilizowanej, pancerze polimerowe, liny, elektroniczne płaszcze kamuflujące, kuchenki bezogniowe i śpiwory termoizolujące. Oczywiście po przeszukaniu „skarbu” zostaję zasypana pytaniami, co do czego służy. Otulona jednym ze zdobycznych śpiworów, nie mam nic lepszego do roboty, więc cierpliwie na wszystkie odpowiadam, nie szczędząc szczegółów, o ile je znam. W końcu rozładowanie duszy mrozu może potrwać nie wiadomo ile, a potem trzeba będzie jeszcze poczekać na ratunek… O ile ten nadejdzie.

Online

#193 13-04-2018 o 21h31

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Łohoho, nieźle się rozpisałaś w odpowiedzi na komentarz JuliiAurelii. I nie miej mi tego za złe, ale trochę zgadzam się z jej komentarzem. Liwka niezbyt łatwo budzi sympatię, bo chyba brakuje jej jakiejś takiej neutralności, zwyczajności, nijakości. Nie jest w najmniejszym calu zwyczajna i nawet nie mam na myśli tego, że pochodzi z przyszłości. Wyraźnie czuć, że to TWOJA postać, ale przez to brak jej naturalności. No i fragment o opiekunach idiotach — dobrze wiesz, że mnie wszędzie wkurza robienie z nich debili xd Rozumiem, że to komedia, ale gdyby oni trzej byli tak nieprofesjonalni jak to pokazujesz, to nigdy w życiu nie byliby szefami. U mnie, mimo sympatii, żaden z nich idealny nie będzie, oj nie! Ale to właśnie dlatego, że nienawidzę postaci albo czarnych, albo białych; albo głupich jak szefowie, albo sprytnych jak Liwka. Za duża różnorodność jak dla mnie. I to chyba dlatego dużo bardziej lubię Cenę — bo tam nie masz przerysowanych postaci i tak naprawdę nie wiadomo, czego się po nich spodziewać, jacy są, jakie są ich mocne i słabe strony. I nie mam wątpliwości, że nikt tam nie jest albo zły albo dobry. Tego brakuje w Antymagii, mimo że to komedia.

No ale dobra, lecim dalej!

Jestem diabelnie ciekawa, co wyniknie z  tych skradzionych podsłuchów, bo przyznać muszę, że to całkiem sprytne rozwiązanie. No i na pewno coś ciekawego z  tego wyniknie. I wiesz co, naprawdę dobrze opisałaś Valka, bo w sumie też go sobie wyobrażam jak taką delikatną sierotkę w warunkach pokojowych. Wiem, że tutaj zaprzeczam temu, co pisałam wyżej, ale w tym przypadku to jest całkiem urocze i zrozumiałe, bo ma do czynienia z ludzkimi zabawkami.

No dobra, tyle ode mnie. Czekam na kolejną część i pozdrawiam!

Laique tutaj nie są szefami, ale mają wyższe stanowiska. To w Potworze są zwykłymi strażnikami.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (14-04-2018 o 08h09)

Offline

#194 14-04-2018 o 00h01

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

/static/img/forum/smilies/big_smile.png mysle, ze przypominalabym Alajee w relacjach z Liwka w rl, haha. Aczkolwiek od czasu do czasu pewnie bym ja chciala ukatrupic ;D

Valkus uroczy, bardzo pasuje jego zachowanie do tych rumiencow na widok damskiej bielizny czy spojrzen pelnych podziwu, rzucanych w jego strone, o ktorych pisalas we wczesniejszych odcinkach /static/img/forum/smilies/big_smile.png Taki niewinny Valkyon... zupelnie inny niz w grze a wciaz mi sie podoba /static/img/forum/smilies/wink.png

Co do uwag o zidioceniu szefow strazy - oni przeciez w opku Le0kadii nie sa szefami, zapomnialyscie?

Czekam na c.d. bo interesuje mnie ile posiedza w tej pulapce!

Offline

#195 14-04-2018 o 22h58

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 54

Super, ze jest nowy odcinek! Czyta sie lekko i szybko /static/img/forum/smilies/smile.png
Co do wspolczucia tym zarzyganym - zal mi ich bylo, ale biednemu Arczowi Liwka zatrula cos, z czym byl silnie zwiazany - powietrze. Jego ewakuowanie sie przez okno ukazalo jak bardzo to bylo dla niego traumatyczne i dlatego jego bylo mi najbardziej szkoda /static/img/forum/smilies/tongue.png
Pozdrawiam i czekam na ciag dalszy.

Offline

#196 21-04-2018 o 12h52

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Methrylis raz,że chłopaki nie są szefami, dwa nie są głupi, tylko Liwia ich uważa za debili. Magiczna rzecz perspektywa - czasem napomykam, że to Ez, to Nevra robią coś pożytecznego, są na ważnych misjach - znaczy potrafią robić rzeczy, robią je dobrze i się spełniają. Rzecz w tym,ze to narracja teraźniejsza pierwszoosobowa i Liwia głęboko w dupie ma, co robią, jeżeli nie jest to związane z nią. Zresztą a skrzywione spojrzenie na świat (perspektywa działa tu jak gabinet luster) - obowiązkowość i powiedzmy że szlachetniawą postawę Valkyona na początku historii wykpiła. To, że świadomie zrobiłam z niej narcystycznego zjadliwca, żeby dodać komizmu i pojechać po chłopakach to inna rzecz. /static/img/forum/smilies/big_smile.png Przyznaję, jestem winna!!! xD Chciałam dosrać im wszystkim /static/img/forum/smilies/big_smile.png A co do neutralności trochę trudno, żeby Liwia była neutralna po tym co na ziemi nawyprawiała (jej sprawki z czasem będą ujawniane /static/img/forum/smilies/wink.png). Jeżeli znów chodziło o lubienie - raz, nie miała być zrobiona tak,żeby ją lubić (fajnie się o niej czyta i pisze, ale w realu zatłukłabym ją starym, zapoconym chodakiem przy pierwszej okazji). Dwa z biegiem akcji zrobi się jeszcze bardziej do nielubienia, chociaż z nieco innych powodów.

@Laique
- cieszę się,ze Valkyon się spodobał ;] I czy inny niż w grze... Czy ja wiem. Jak na razie growy Valkyon jest dość neutralny i uważny + maciupka musarose, która jest jego oczkiem w głowie... To od razu budzi we mnie myśli o łagodnym olbrzymie.

@Sharessa - ty, a wiesz, że nie patrzyłam na to z takiej strony? Liwka zatruła komuś będącemu żywiołakiem powietrza, powietrze, trauma na całe życie.

XIX (cz. 9)

           Zastanawia mnie potęga głupoty. Ludzkiej czy faery – wszystko jedno, głupota to głupota i wszystkie gatunki dotyka jednakowo. Najciekawszą jej odmiana jest ta będąca mieszaniną beztroski, rutyny i przekonania, że „ja wiem lepiej”. Dzięki niej mogę podziwiać pierwsze w Eldaryi postrzelenie się z broni palnej w wyniku rykoszetu.
           Większość naszej ekipy przetrwała duszę mrozu. Większość. Zginął elf z Obsydianu, którego zamarznięte na kamień, roztrzaskane zwłoki znaleźliśmy obok przypominającego lodową figurę crylasma. Czteroręka strażniczka doznała ciężkich odmrożeń podobnie jak faun z Cienia, a strażnikowi-trollinowi zamarzła i odpadła ręka, kiedy wielce „inteligentnie” wystawił ją ze swojej kryjówki, żeby sprawdzić „czy nadal jest tak zimno”. Jego szczęście, że trolliny mają niezwykłą zdolność regeneracji i ta nieszczęsna ręka prędzej czy później mu odrośnie. Najmniej ucierpieli śledczy purrekos, Vivt, która kierowana krasnoludzkim instynktem raz-dwa znalazła schronienie i Drek, przy czym piekielniaka ocalił jego szybkonogi chowaniec – kiedy my walczyliśmy o przetrwanie, on był już daleko poza działaniem duszy mrozu.
           Rzecz jasna nieoczekiwany kataklizm, prócz strat w ludziach, przyniósł niemało kłopotów. Osłabiona i wychłodzona grupa śledcza musiała wyciągnąć mnie i Valkyona z jaskini, jamy czy też jamy w jaskini, spróbować pozbierać kawałki rozbitego elfa i zabezpieczyć je jakoś, żeby odesłać do jego rodziny oraz zając się „skarbem Templariuszy”. Niestety to ostatnie zapoczątkowało kolejne problemy. Otóż zostałam nieoficjalnym ekspertem „przedmiotów z ziemskiego wymiaru” i od trzech dni pomagam purrekos je zanalizować i rozpracować. W zamian za moje usługi, to jest pomoc Straży, ci mają podzielić się ze Strażą swoimi odkryciami. Co to znaczy? To znaczy, że jeżeli uda im się rozpracować mechanizmy zdobytych „łupów”, to podzielą się technologią. W dodatku ŁASKAWIE zgodzili się dać nam trochę podsłuchów, masek przeciwgazowych oraz – werble – śpiworów termoizolujących. Naprawdę nie wiem czy to mi się opłaca, biorąc pod uwagę, że stoję w oświetlanej kryształami piwnicy, gdzie dwóch idiotów uczy się strzelać. Prawdopodobnie purrekos wyznaczyli akurat ich do tego zadania, bo nie chcieli ryzykować zdrowiem ani życiem nikogo, kto ma chociaż dwie szare komórki… Szczególnie po tym, jak detonowałam jedną z min, które strzegły skrzyń – wszyscy obchodzą je teraz szerokim łukiem, mimo moich zapewnień, że w takich a takich warunkach są absolutnie bezpieczne.
           - Mówiłam, że lepiej, żeby tę całą naukę strzelania przeprowadzić na jakimś pustym, otwartym terenie… No i na początek to cele powinny być dwa razy większe, nie wspominając, że bezpieczniejsze byłyby do tego worki z piaskiem. Mniejsza szansa, że po trafieniu pocisk i tak się od czegoś odbije.
           Rudy purrekos o pomarańczowych oczach zerka na mnie ponuro. Kula tylko go drasnęła, ale rozcięte ramię mocno krwawi. Mimo to ma więcej szczęścia niż jego kolegę. A co spotkało? Odrzut. Po pierwszym kontakcie z odrzutem, kiedy lufa strzelającej pukawki podskoczyła do góry, a broń szarpnęła do tyłu obaj testerzy broni palnej zorientowali się, że bezpieczniej będzie dla nich nie ruszać dużych strzelb i skupić się na broni krótkiej. Niestety i wśród broni krótkiej znalazło się parę kolosów o dużym odrzucie, którego kolega nie wziął pod uwagę. Efekt? Złamany nos i podbite oko.
           Pomyśleć, że śmiali się ze mnie, kiedy do ćwiczeń ubrałam hełm, znaleźny pancerz, a do tego schowałam się za na szybko zbitą z dech barierką. I kto miał rację? Ja. I kto teraz krwawi? Nie ja.
           - Może już zakończymy te ćwiczenia. Wiemy jak działa broń. Na naukę strzelania przyjdzie czas, jak stworzymy własną – burczy rudzielec, starannie nie przyznając mi racji.
           Taki sam dupek jak Ezrael. Przy czym Ezrael przynajmniej ma parę szarych komórek, ten tutaj to skończony tłok. Wredne, zarozumiałe i głupie. Dobrze, że jutro wracamy do KG, bo jeszcze jeden dzień i zaczęłabym go tłuc czymś ciężkim po łbie… Albo sprawdziłabym na jego tyłku czy szkolenie w strzelaniu z kuszy wpływa dodatnio na umiejętność strzelania z broni palnej.
           - Jak chcesz – rzucam i czym prędzej wychodzę zza swojej osłony, kierując się do wyjścia. Wolę nie ryzykować, że pan „mądry” zmieni zdanie.
           Wchodząc z piwnic trafiam do wielkiego pomieszczenia stanowiącego coś pomiędzy kuźnią, a swoistym laboratorium badawczym. To tutaj purrekos eksperymentują ze stopami tworząc nowe narzędzia i broń. Obok jest sporej wielkości magazyn na ich dzieła oraz przedmioty testowe. Obecnie ulokowano tam także znalezioną przez nas broń palną. Granaty i materiały wybuchowe trafiły do gildii alchemików parę budynków dalej
           Purrekos przerywają pracę, wbijając we mnie badawcze spojrzenia, tak jak za każdym razem, kiedy tędy przechodzę. Niby wiedzą, że na nie mam bladego pojęcia o kowalstwie i metalurgii, ale i tak zachowują się, jakbym miała im wykraść wszystkie sekrety.
           Ech… Lepiej żebym zawinęła się z tego świata jak najszybciej. Naprawdę nie chcę tu być, kiedy rozpowszechni się broń palna. Świstu kul koło uszu mi nie trzeba.
           - Koniec testów na dzisiaj – obwieszczam. – Swoją drogą przydałby się lekarz, bo chłopaki trochę poszaleli… Bez obawy, to nic poważnego.
           Nikt nie wykonuje nawet najmniejszego ruchu, to się żegnam, życząc im miłego dnia i wychodzę.
           Ach… Pierwszy raz od trzech dni jestem wolna przed dwudziestą, chociaż siedemnasta to też nie szczególnie wczesna pora. Ale, jak to mówią, nie zagląda się darowanemu koniowi w zęby. Poza tym, te trzy godziny to naprawdę dużo, biorąc pod uwagę, że wszyscy inni jeszcze mają zajęcia. Lekarz wraz z tutejszymi medykami opiekuje się naszymi rannymi, Vivt bierze udział w analizach chemicznych zdobytych substancji eksplozywnych i materiałów. Valkyon wraz z Ulą, Drekiem oraz resztą pozostałych w dobrym zdrowiu strażników pomagają w oczyszczaniu miasta z gruzów, a Akastol siedzi w magistracie i obgaduje sprawy z burmistrzem i radą miasta.
           Mam około trzech godzin odpoczynku od WSZYSTKICH. Mogę pobyć trochę sama, odizolować się, oczyścić umysł. Coś cudownego. Lecę, pędzę zanim ktoś…!
           - Jesteś wolna człowiecza panno? Liwio?
           Odwracam się w kierunku głosu. Syhirrasz? Czego ona może chcieć?
           - Tak. A o co chodzi?
           - Mogłybyśmy chwilę porozmawiać? Tu niedaleko jest całkiem miłe miejsce.
           Kobieta-kot wygląda okropnie. Jej sierść jest w kiepskim stanie, zwykle eleganckie, nienagannie czyste ubrania wymięte i wyraźnie od kilku dni niezmieniane, oczy napuchnięte. Naprawdę nie chcę z nią rozmawiać, bo wiem, czego ode mnie oczekuje, a czego nie będę mogła jej dać. Niestety nie mam serca odmówić.
           - Dobrze.
           Miłym miejscem okazuje się kawiarnia. Tak, kawiarnia. Miejscówką spotkań strażników Straży Eel jest drewniana, udająca knajpę buda, a purrekos nie dość, że mają przyzwoite karczmy i puby, to jeszcze otwierają kawiarnie. Ta ma przyjemne wnętrze, wypełnione pomalowanymi na biało, zbitymi z desek meblami oraz licznymi niebieskimi i żółtymi ozdobami jak sztuczne kwiaty, obrusy, firanki, wyszywane poduszki. Zamawiamy po ciastku i kubku kakao, i siadamy w odległym kącie sali, żeby nikt nam nie przeszkadzał, chociaż i tak odwiedzających jest niewielu. Całe szczęście, bo moja obecność, obecność człowieka, z miejsca wzbudza uwagę. Nawet teraz czuję na sobie ciekawskie spojrzenia.
           - Czy naprawdę nie ma szans, żeby odzyskać Farleu? Znaczy moją córkę? – pyta.
           - I co ja mam ci odpowiedzieć? – Spoglądam w smutne, zielone oczy, w których uparcie tli się nadzieja. – Że to się nie stanie? Że jest to absolutnie niemożliwe? Chcesz to usłyszeć, móc porzucić nadzieję i iść dalej? Czy może pragniesz tej nadziei i mam ci ją dać? Mam ci powiedzieć jakieś słodkie kłamstwo?
           - N-nie… Ja chcę… Chociaż może naprawdę chcę się oszukiwać? – kryje twarz w dłoniach. – Powiedz mi prawdę. Jak sprawa wygląda? Jak wyglądają szanse?
           - Szansa, że odzyskasz córkę istnieje. Rzecz w tym, że jest dużo mniejsza niż jeden do tryliarda. – Jak mam jej to wyłożyć? Jak opowiedzieć, żeby nie zmiażdżyć jej ducha i nie wyjść na bezduszną sukę? – Twojej córki prawdopodobnie już nie ma w Eldaryi. Jest w ziemskim wymiarze, ale raczej nie na Ziemi. Aby ocalić ją i inne dzieci trzeba byłoby się dostać na Ziemię, a później spróbować wyszpiegować, gdzie Templariusze je umieścili. Wątpliwy sukces, a nawet jeżeli udałoby się poznać lokalizację miejsca ich uwięzienia, cały proces zająłby kilka miesięcy. Do tego czasu część dzieci, a może nawet wszystkie zginęłyby. W najlepszym wypadku znajdowałyby się w okropnym stanie fizyko-psychicznym. W dodatku, po zlokalizowaniu dzieci, trzeba byłoby je odzyskać czyli albo włamać się do bazy Templariuszy i po cichu z nimi uciec, albo odbić siłą. Oba sposoby są ekstremalnie trudne i ekstremalnie niebezpieczne. Na koniec pozostaje kwestia powrotu na Ziemię i do Eldaryi.
           - Czyli straciłam Farleu na zawsze? Nie ma żadnej nadziei?
           - Odzyskanie jej byłoby prawdziwym cudem. Co więcej, nawet gdyby ten cud nastąpił, to nie niósłby ze sobą szczęśliwego zakończenia.
           - Co masz na myśli?
           - Moją siostrę. Jest silna. Zawsze była niezależna i odważna, wszystko starała się robić sama, a po tym wszystkim, co jej zrobili… No cóż zmieniła się niemal nie do poznania. Koszmary, budzenie się z dzikim wrzaskiem bądź płaczem w środku nocy to norma. Do tego napady panicznego strachu i agresji, zawieszanie się przy najprostszych czynnościach, zaburzenia czucia, agorafobia, dziecinna kapryśność… Potrafiła zapomnieć do czego służy widelec, z tego powodu dostać ataku paniki, po to, żeby na koniec wybuchnąć niepohamowanym płaczem. Dostać szału, bo chciała na obiad nie zapiekankę cielęcą a spaghetti. Zdarzało się, że znienacka dopadało ją wspomnienie, którego wizja była tak realistyczna i przejmująca, że ni z tego, ni z owego zaczynała wrzeszczeć. Po prostu stała i darła się jak ranne zwierzę. Bywały też epizody maniakalne. Nieuzasadniona radość, euforia i rażąca, niebezpieczna beztroska. Czasem znów zamykała się w sobie i przez długie dni kompletnie nic nie robiła ani na nic nie reagowała. Trzeba było ją karmić, przewijać, myć. Czysty koszmar… A Farleu, jeżeliby wróciłaby, prawdopodobnie cierpiałaby podobnie. Może jej dolegliwości nie byłyby tak nasilone, ale byłyby. Wymagałaby opieki, ścisłego nadzoru niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę, a jedynymi podziękowaniem za wysiłek byłyby rany, siniaki, nieprzespane noce i ostre słowa. To oraz potworne, wręcz niewyobrażalne zmęczenie. Kocham Lidię, nie żałuję, że podjęłam się nad nią opieki, ale w naprawdę trudnych momentach plułam sobie w twarz, że w ogóle coś takiego przyszło mi do głowy. Zastanawiałam się czy nie byłoby lepiej, gdybym oddała ją do jakiegoś ośrodka albo gdyby umarła. Naprawdę… Naprawdę bywały momenty, kiedy chciałam, żeby nie żyła. Nienawidziłam siebie za te myśli, za te uczucia, ale co jakiś czas, kiedy już naprawdę nie dawałam rady, nachodziły mnie. Szczęśliwie po około pół roku nadeszła poprawa. Niewielka, ciężko wypracowana krwią, łzami i potem. W końcu zaczęło się polepszać. Kiedy tu trafiłam, Lidia była już niemal samodzielna. Niemal. Czasami zdarzały się jej nawroty. Może kiedyś zwalczy to wszystko zupełnie, będzie mogła stanąć w pełni na własnych nogach, ale to nieznaczny, że wróci do siebie. Nadal będzie bała się wielu rzeczy, nadal będą przytrafiać się jej bezsenne noce i koszmary, nadal z trudem będzie zawierała znajomości. Rany psychiczne, które jej zadano, zostawią po sobie głębokie blizny, które nie znikną. Nigdy. I zawsze patrząc na nią będę miała obraz jej, jaką byłaś kiedy i będę pamiętać, co się z nią stało.

Online

#197 22-04-2018 o 18h04

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Nie jestem pewna, czy się rozumiemy, czy to po prostu chodzi o różnice między tym, jak odbiera to czytelnik, a jak autor. Ale… wydaje mi się, że jest różnica między tym, że postać jest raczej mało lubiana, a tym, że… hm, no coś w tej kreacji mi zgrzyta. I chyba zgrzytać będzie, dlatego lepiej to zostawić, bo opowieść dalej się rozwija i nie ma co całkiem tego skreślać, toteż czytam dalej!

„to też nie szczególnie” — ‘nieszczególnie’

Cóż, nie dziwię się tej kobiecie, że pyta o swoją córkę, ale nie dziwię się też Liwce, że przyznała szczerze, że raczej są marne szanse na jej odzyskanie. Wprawdzie zrobiła to chyba zbyt dosadnie, ale Liwka to Liwka, więc w to nie wnikam xd I ja też jestem ciekawa powrotu do KG — do tego, jak tam reagują na te wydarzenia, co z tym zrobią i tak dalej. No ale wiadomo, najpierw koty.

Ok, czekam na resztę i pozdrawiam!

Offline

#198 27-04-2018 o 17h51

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Methrylis - nie powiedziąlabym, że Liwka wyłożyła wszystko dosadnie, bardziej w sposób chłodny, rzeczowy... Hmm... Tak jakby zrobił to żołnierz na froncie swojemu koledze... Tak, dokładnie tak. Powiedzmy, ze tu ciut się pokazała druga strona osobowości Ziemianki, która na razie siedzi cicho, pozwalając szaleć na naturze zrzędliwej, narcystycznej cyniczki. Pytanie tylko która z tych części osobowosci Liwii jest tą gorsza i czy jeszcze jakieś są sasasasasasa.

Dzisiaj mało textu, ale to końcówka rozdziału - taki lajf. Mam nadzieję, ze wybaczycie


XIX (cz. 10)


          Syhirrasz patrzy na mnie w milczeniu, a w zielonych oczach połyskują po równi ból, współczucie i rozpacz. Wygląda jak jedno, wielkie nieszczęście.
          - To co mam robić? Ja… Ja już nie potrafię…
          - Codziennie wstać, ubrać się, umyć i zjeść porządne śniadanie, za parę godzin obiad, a na koniec kolację. Póki tu jesteś załatwić sprawy pogrzebowe, bo chyba po to tu przyjechałaś. Potem wrócić do sklepu. I dzień w dzień pobudka, mycie, śniadanie, praca, dom, obiad, odpoczynek, sprzątanie, kolacja sen. Nie ważne jak boli, jak ci się nie chce, jak bardzo nie widzisz w tym sensu, ile w nocy i wieczorem łez wylejesz.
          - To pomoże? Złagodzi ból?
          - Bólu nie złagodzi, ale po pewnym czasie wpadniesz w rutynę i nauczysz się go znosić. Potem powoli zaczną powracać drobne przyjemności i radości. Pomóc mogą ktoś zaufany, komu możesz się wypłakać, kiedy rzeczy zaczną cię przerastać i jakiś cel… Ale cel to dopiero po tym, kiedy wszystko się ustabilizuje.
          - Cel?
          - Tak. W moim świecie wiele osób takich jak ty, które straciły dziecko, bądź im ono zaginęło, stawia sobie za cel pomóc innym, którzy przechodzą przez to samo. Pomagają indywidualnie, zakładają organizacje, różnie. Ale celem może być wszystko, nawet prowadzenie najlepszego butiku ze wszystkich purrekos czy nauka gry na jakimś instrumencie i stanie się w tym najlepszym jak to możliwe. Ewentualnie uzbieranie pieniędzy na wycieczkę i zwiedzenie jakiegoś odległego kraju. Cokolwiek, co cię zajmie, sprawi ci jakąś przyjemność i da poczucie, że robisz coś wartościowego, że nie stoisz w miejscu.
          - Może spróbuję… A tak właściwie skąd to wszystko wiesz? Twoja sytuacja jest nieco inna od mojej.
          - Po odzyskaniu Lidii przeczytałam tony książek i opracowań psychologicznych jak sobie radzić z sytuacjami kryzysowymi.
          - Psychologicznych?
          - Psychologia to nauka o tym jak działa umysł. Nie jako narząd tylko… No w nieco bardziej duchowym ujęciu.. Jakie mechanizmy nim rządzą, jak reaguje, co mogą znaczyć jakie objawy, jak sobie radzić z rozmaitymi rzeczami. Traumami, fobiami, maniami i tak dalej. Pomaga też polować na niektórych przestępców, badając i analizując ich zachowania oraz wskazując, jakie mogą być ich kolejne ruchy.
          - Aha. Przydatna rzecz… Zresztą, z tego, co mi mówiono, ludzie ostatnimi czasy wynaleźli wiele przydatnych rzeczy.
          Milknie. Zapada cisza, ale nie niezręczna, po prostu każda z nas na chwilę pogrąża się we własnych rozmyślaniach. W jakich? Co do Syhirrasz mogę się tyko zgadywać. Moje myśli z kolei krążą nieustannie wokół minionych zdarzeń, tego co przeszłam, aby odzyskać siostrę i wyprowadzić ją na prostą. Tęsknię za Lidią i domem. Za Mariusem i innymi, upierdliwymi sąsiadami. Tęsknię za techniką i Multisiecią, która jest dla mnie jak mój własny świat, dodatkowa przestrzeń życiowa, a z której tutaj nie mogę w pełni korzystać.
          Chcę do domu. Chcę, żeby wszystko było tak jak dawniej, nim wpadłam w ten przeklęty grzybowy krąg. Chcę się nie martwić Krzyżowcami, Kryształem, Wyrocznią i tutejszymi zamieszkami. Chcę spokoju.
          Powoli biorę się za swoje ciastko. Jest przepyszne podobnie jak kakao czy raczej jego tutejszy odpowiednik. Po chwili ani jednego ani drugiego nie ma. Syhirrasz oczywiście swojego jedzenia nawet nie ruszyła.
- Zjedz to.
Wyrwana z zamyślenia purrekos spogląda na mnie dziwnie.
- Zjedz to – powtarzam. – Wyglądasz jakbyś miała zemdleć. Zjedz ciasto i wypij kakao. Cukier doda ci energii. Wiem, że nie masz ani nastroju, ani apetytu, ale musisz jeść. Zagłodzenie się i zamęczenie to żadne wyjście.
          Syhirrasz powoli, jakby niepewnie unosi srebrzystą łyżeczkę, którą powoli, wręcz z oporem zatapia w brązowo-złocistym ciastku. Wkłada ją do ust z prawdziwą niechęcią, jakby nie jadła przepysznego ciastka, a jeden z eksperymentów Karuto. Przełyka i już chce odsunąć poczęstunek od siebie, ale podnosi na mnie wzrok i widząc, że przypatruję się jej, nabiera na łyżeczkę kolejną porcję. I kolejną. I tak raz za razem, raz zarazem, aż ciastko znika. Wypija też to nieszczęsne kakao.
          - Grzeczna dziewczynka – chwalę ją, wymuszając ciepły uśmiech. Trudno dodawać otuchy i okazywać chociażby śladową wesołość, kiedy dopada człowieka potworna chandra.
          - Dziękuję – Syhirrasz odwzajemnia uśmiech, lecz ten natychmiast gaśnie na jej ustach.  – Naprawdę dziękuję. Ty też jesteś w niewesołej sytuacji, a do tego ostatnio masz same nieciekawe przygody. Pewnie przywołuję złe wspomnienia i przypominam ci o tym wszystkim… No i zawracam głowę, a mimo tego jesteś miła. I cierpliwa. No i nie okłamujesz mnie. Nie mówisz, że będzie dobrze, że czas leczy rany ani nic takiego. Mówisz jak jest.
          - Nie ma sprawy. Każdy potrzebuje porozmawiać z kimś, kto go chociaż trochę rozumie. Szczególnie, kiedy jest źle.
          Wychodząc z kawiarni, chwilę obserwuję Syhirrasz, która wolno idzie w głąb miasta. Podobno zatrzymała się u dalszej rodziny. Razem mają zaplanować pochówek jej matki oraz zapanować nad „innymi sprawami”. To dobrze, że ma rodzinę. Można jej nie lubić, narzekać na nią, ale rodzina jest ważna. To wsparcie, a czasem i ostatnia deska ratunku. Ja z wszystkimi dalszymi i bliższymi krewnymi niestety zerwałam kontakt, pozorując swoją śmierć. Musiałam – zadzierając z Krzyżowcami i Grabieżcami nie mogłam ryzykować, że ci szukając odwetu uderzą w moich bliskich. Lizja, siostra taty, dziadkowie ze strony mamy i paru innych wiedzą, że gdzieś-tam żyję wraz z Liwią i być może nawet wiedzą, kim jestem, ale od lat z nimi się nie komunikowałam. I nie zamierzam tego robić. Ryzyko jest zbyt duże.
Wracam do gospody, powłócząc nogami, wyprana z sił i przygnębiona. Pomyśleć, że wcześniej cieszyłam się, że mam trochę wolnego, że sobie trochę odpocznę… Ta. Odpocznę. Nie dość, że w Eldaryi wszystko zaczyna się sypać, że moja paranoja szaleje to jeszcze dopadła mnie taka tęsknota za domem, że o ja nie mogę. Za domem i spokojem. To aż nie do wiary, że nim tu trafiłam, moim jedynym problemem było to, że Lidia postanowiła nauczyć się gotować, do czego nie ma najmniejszych predyspozycji.
          Gospoda. Wszyscy już wrócili… Niestety. Niby jest nas teraz mniej, bo jedna trzecia ekipy leży w klinice, ale ostatnio wszyscy robią się gadatliwi, a pogaduchy to ostatnia rzecz na jaka mam  ochotę. Chciałabym przemknąć cichcem do swojego pokoju, niestety nie widzę na to zbyt dużych szans. Na pewno zostanę zagoniona do kolacji – możliwość żywienia się na zasobach purrekos jest traktowana przez strażników jako niezwykła okazja i oszczędność, więc nie ma mowy o czymś takim jak „nie mam apetytu”. No i Akastol będzie mnie męczyć, żeby coś poopowiadała na temat dzisiejszych ćwiczeń. Ma lekkiego bzika na punkcie broni palnej, odkąd ją znaleźliśmy. Zresztą nie dziwię się. Rozgryzienie technologii broni palnej i być może jej ulepszenie odrobiną magii to dość pilna sprawa, biorąc pod uwagę zagrożenie ze strony Krzyżowców. Szkopuł w tym, że nagłe zaznajomienie się ze spluwami zachwieje tutejszą równowagą sił, a co za tym idzie…
          Zaraz, zaraz… Co MÓJ stanik robi na środku głównej izby gospody? I czemu do diaska się rusza? Momencik… Floppy? Znowu?! Nie, to już jest PRZESADA!
          - VALKYON!!!

Online

#199 27-04-2018 o 19h35

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 54

Hej hej /static/img/forum/smilies/smile.png
Smutne te rozdzialy, ale wiadomo, ze nie zawsze bedzie wesolo i kolorowo. Nadal wciagajace i chce sie czytac.
Floppy jest bezbledna i ma dziwne zamilowanie do bielizny Liwki. Ciekawa jestem reakcji Valkyona tym razem.
Pozdrawiam i czekam na wiecej.

Offline

#200 27-04-2018 o 21h11

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Fakt, z porównaniem do żołnierza to nawet ja się zgodzę ;]

„Pomóc mogą ktoś zaufany” — ‘może’

I czy nie za szybko na „może spróbuję wycieczki po ciepłych krajach i nauki instrumentu”, podczas gdy to tylko rozmowa na temat ‘co by było gdyby’ i śmierć jej dziecka nie jest jeszcze przesądzona? ;] Tak by się chyba nie zachowywała zrozpaczona matka. Podejrzewam, że nie chciałaby tego słuchać.

O, Lidka upozorowała własną śmierć? No proszę!

I ta końcówka. Co? XDDDD Okej. XD

Faktycznie tekstu malutko, za to liczę, że kolejna część będzie dwa razy dłuższa ;] Czekam więc na kontynuację i pozdrawiam c:

Offline

Strony : 1 ... 6 7 8 9 10 ... 12