Forum

Strony : 1

#1 29-04-2021 o 23h10

Straż Absyntu
Methrylis
Pomocniczka Sylfów
Methrylis
...
Wiadomości: 1 226

..................................................................................https://i.ibb.co/268FgGC/nigredo.png

.......................................................................................................https://i.imgur.com/j1yR9HE.png

Tutaj, po drugiej stronie, jest… inaczej.

Czy gorzej? Albo lepiej? Nie wiem, trudno mi to ocenić. Wszystko tak bardzo się od siebie różni, że nie umiem stwierdzić, czy ta zmiana jest zła lub dobra. Jest
inna. Działa inaczej, ma inne role, inne cechy; wzbudza inne emocje i reakcje. Nowość zawsze jest ekscytująco inna, dopóki nie zamieni się w szarą, brejowatą rutynę.

Tutaj, po drugiej stronie, jest inaczej.
Więc dlaczego wszystko jest takie samo?

Łudziłem się, że właśnie tutaj będzie inaczej; że zdołam wreszcie uciec od zawiści, żądzy władzy, oszustw i zdrad. Dałem się zwieść kolorowym bajkom, marząc o tym, by dotrzeć do jednej z nich. I dotarłem, zastawszy dokładnie to samo, co zostawiłem za sobą.

Tchórzostwo i niehonorowość, kiedy dorośli obywatele umykali w popłochu, wystraszeni widokiem umierającego na ulicy dziecka.

Bezduszność i porywczość, kiedy jeden z drugim wrzeszczeli, by zostawić bachora, bo i tak już po nim, a jeszcze ktoś się tym zarazi.

Lodowata obojętność, gdy gapie stanęli wokół chłopca, wpatrując się lękliwie w jego całkowicie czarne, zeżarte zarazą oczy.

Aż wreszcie fałsz, gdy dziecko zmarło, a reszta rozchodziła się w swoje strony, lamentując i szepcząc, jak to żal niewinnego chłopca i jakie to okrutne, że nikt nie chciał mu pomóc.

Lecz czy żałowali? Dlaczego by mieli, skoro byli dorośli, a chłopca zabiła choroba wyrwana wprost z baśni? Dorośli w bajki już nie wierzyli, dlatego byli bezpieczni.
Nie od dziś przecież wiadomo, że wiara jest trująca.

Niewierzący byli bezpieczni. Lecz wśród tych gapiów znalazł się
jeden, który wierzył. Widziałem go z daleka i obserwowałem, a choć się rozglądał, był zbyt przerażony, by mnie zauważyć. Większość omijała go szerokim łukiem, sądząc, że to co najmniej jakiś szaleniec. Byli jednak tacy, którzy nie przelękli się osobliwego spacerowicza i nie umykali na drugą stronę ulicy. Tym właśnie udało się dostrzec, jak starzec niósł w dłoniach biały, lekko świecący klucz o nierównych, ostrych brzegach. Trzymał go kurczowo, mimo że nie istniał. Zaciskał na nim drżące dłonie, choć te pozostawały puste. Pilnował go, strzegł i chował, choć już dawno go zgubił.
Ale wierzył. Wierzył, że cały czas go miał i mógł wykorzystać.

Dziwnego staruszka widziałem jeszcze wiele razy, zawsze w towarzystwie nierozłącznego rodzeństwa: nocy i tajemnicy. Umykający pospiesznie i strachliwie, mamroczący swoją modlitwę. Którejś nocy jednak zabrakło jego cichutkich kroków. Zabrakło obłąkańczego szeptu.
Starzec zniknął. Było dla mnie jasnym, że całkiem uzależnił się od swej trującej wiary, białym kluczem otwierając białe drzwi.

Ja jeden ten klucz widziałem. Ja jeden wiem, jak go użyć.
I ja jeden mogę się domyślać, do czego to doprowadzi.


A.R. Rozevound




notka od meth




Całuję, ściskam i życzę miłej lektury ♥

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (04-07-2021 o 21h01)


https://i.imgur.com/hoEOs1F.png


https://i.imgur.com/6gLWhFY.png[/img]

Offline

#2 29-04-2021 o 23h15

Straż Absyntu
Rhianwena
Pokonała Kurę
Rhianwena
...
Wiadomości: 771

O mój Bobrze. Mam nadzieję, że będę pierwsza, ALE. Chcę przede wszystkim, by wybrzmiało to, co chcę powiedzieć.

Przeogromnie się cieszę, że postanowiłaś to dalej publikować i że będą się pojawiać kolejne rozdziały - które dla mnie de facto będą świetną okazją do nadrobienia tego opowiadania.
Że twoje pisanie kocham, to już wiesz, więc nie będę się tutaj rozdrabniać, chociaż pragnę napomknąć, że ten prolog jest napisany tak subtelnie i tak pięknie, że ślinka z pyska cieknie bardziej, niż na widok żelków.

Pamiętam pierwszą wersję prologu dość dobrze, bo nie tak dawno ją czytałam i bardzo mi się wtedy spodobała. Tym bardziej więc jestem zaintrygowana tym, jak postanowiłaś to ująć tym razem. Jestem za - jest jeszcze ciekawiej, a już wtedy miałam oczy wielkie jak pięciozłotówki, widząc ten tekścior. Przypomina mi to jedną z potyczek ze starego forum, ale to może innym razem. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Tak czy siak. Będę czytać na bieżąco i życzę ci dużo weny, chociaż u ciebie to chyba trudno jest zgubić te chęci.

Ściskam, Kama ♥


skonsternowana kama
https://i.imgur.com/h6lPGWd.png

Offline

#3 04-05-2021 o 18h14

Straż Obsydianu
Ayumi89
Młoda Rekrutka
Ayumi89
...
Wiadomości: 25

Czytałam wcześniej, ale nigdy nie złożyło się, abym dodała jakiś komentarz. Będę śledzić, oczywiście i zapartym tchem czekała na to, co się wydarzy. Bardzo mnie ciekawią losy postaci i to, co zdecydujesz się zmienić. Życzę dużo weny i wytrwałości. Powodzenia. /static/img/forum/smilies/smile.png

Zwracam uwagę na drobną literówkę w tytule wątku - fatnasy zamiast fantasy. I widzę, że usunęłaś tag o romansie... w sumie to teraz nie jestem już pewna czy on w ogóle był, czy sama go sobie tam nie wstawiłam marząc o szczęśliwej miłości dla Eza.



https://i.imgur.com/Suuk7O0.png

Online

#4 08-05-2021 o 18h56

Straż Obsydianu
Malibu
Stażystka
Malibu
...
Wiadomości: 47

    Ja przyszłam tylko powiedzieć, że chociaż zapał mam słomiany to generalnie planuję być względnie na bieżąco z fanfikiem (chyba pierwszym i być może ostatnim jaki czytałam na wszystkich forach bimufu).
    Podoba mi się narracja pierwszoosobowa w Twoim wykonaniu, no i podoba mi się początek bo jest dość enigmatyczny. Wcześniejszych części nie czytałam, więc prolog niewiele przede mną odkrywa — ale, na ogół, takie są uroki prologów, także najwyraźniej muszę czekać na kolejne rozdziały.
    Zwieńczając ten pozbawiony wartości merytorycznych komentarz: baw się dobrze Meth i niech wena Ci przyświeca.
    Szkoda, że elda zmolestowała jakość obrazków, musisz nadrobić je jakością postów: wierzę, że masz do tego wszelkie predyspozycje, nawet szczęścia Ci nie potrzeba tutaj życzyć.

Ostatnio zmieniony przez Malibu (08-05-2021 o 18h56)


——————————————————————————————————           H   A   L   L   O   W   E   D         B   E         T   H   E        N   A   M   E           ——————————————————————————————————
https://i.imgur.com/9cachEi.png

Offline

#5 13-05-2021 o 19h59

Straż Obsydianu
Divia
Debiutantka
Divia
...
Wiadomości: 105

Witam, witam i na wstępie chciałam powiedzieć, że bardzo cieszę się widząc tu Twoje opowiadanie, bo przed pożarem z przyjemnością czytałam.
Przeczytawszy prolog od razu zauważyłam, że jest on inny niż poprzedni, ale muszę powiedzieć, że znacznie bardziej mi się podoba  ^^ Wprowadza fajną atmosferę tajemniczości, która wydaje mi się znacznie bardziej pasować do dalszej fabuły. Nie mogę się doczekać pierwszego rozdziału, jestem ciekawa jak będzie się prezentował :D

Offline

#6 28-05-2021 o 23h32

Straż Absyntu
Methrylis
Pomocniczka Sylfów
Methrylis
...
Wiadomości: 1 226

...............................................................................................https://i.imgur.com/LgxlhVd.png

.............................................................................................................................................I


Trzy.

Cyfra magiczna, nadzwyczajna, ważna i potężna. Cyfra tworząca, układająca i zamykająca światy. Cyfra porządku i chaosu, powstania i zakończenia.

Człowiek rodzi się, żyje umiera. Jego istnienie przedzierane jest przez trzy etapy. Ów trzy etapy są ściśle powiązane z kolejną wielką trójcą: ciałem, duszą i umysłem. Chrześcijański dogmat uznaje swojego Boga istniejącego w Trójcy Świętej, w hinduizmie zaś istnieje Trimurti, wyobrażenie trzech aspektów boga w formach Brahmy, Wisznu i Śiwy. Istnieją trzy wymiary, na których opiera się świat, a i śmierć odkrywa ich trzy: Niebo, Czyściec i Piekło.

Omni trinum perfectum. Wszystko, co złożone z trzech, jest doskonałe.

Trzy.

Trzy były izby w domu Ramlaury. W trzeciej z nich, małej sypialence, wisiał niewielki, wypłowiały krzyżyk. Ten, który niegdyś rozświetlał serca domowników ich niezłomną wiarą, teraz zdawał się jedynie zbędnym kawałkiem drewna. Ramlaura już dawno chciała go zdjąć, lecz resztki naiwnej nadziei kazały jej wierzyć, że być może Bóg gdzieś tam był; być może nie zapomniał całkiem o Drognasloe, o tej małej, przejętej klątwą mieścinie.

Jednak jak mogła w niego wierzyć, spoglądając na swoje dziecko chylące się ku wrotom śmierci?

Krield, jej najukochańszy, jedyny synek, poważnie zachorował. I nikt nie wiedział, co mu jest — podobnie jak dziesiątkom dzieci w całym Drognasloe. U każdego zaczynało się tak samo: przez pierwszy tydzień były to zwykłe nudności, osłabienie i… dziwna obojętność, utrata kontaktu z otoczeniem. Wtedy jeszcze Ramlaura myślała, że to jakiś rodzaj grypy, co, tak czy owak, ją przerażało. Jednak kolejny tydzień przyniósł zmiany. Sucha, swędząca skóra, zaczerwienione oczy, nieprzyjmowanie posiłków i bezsenność. To wzbudzało w kobiecie prawdziwą panikę. Lecz mijał już trzeci tydzień choroby Krielda i jej objawy tak jakby zelżały. Swędzenie ustało, czasami nawet chłopcu udawało się zasnąć. Ale poza tym… zupełnie stracił orientację i kontakt ze światem. Gdy nie spał, po prostu wpatrywał się tępo w sufit. Nie mówił, niemal się nie ruszał. Jakby spał z otwartymi powiekami. Jakby… jakby popadał w paraliż.

Trzy tygodnie paniki i walki o każdego lekarza, nawet jeśli jego jedna wizyta kosztowała tyle, ile Ramlaura wydawała na tygodniowe zapasy jedzenia. Trzy tygodnie ledwie tlącej się nadziei, płaczu i lęku o życie jedynej bliskiej jej osoby. Jednak powoli przestawała się łudzić. Słyszała, jaki był czwarty etap choroby. Wysoka gorączka, drgawki, obfita potliwość. I pociemniałe źrenice. One przerażały najbardziej i to właśnie ich pochodzenia nikt nie potrafił wyjaśnić.

Piątego etapu już nie było. I Ramlaura przestawała się łudzić, że w przypadku Krielda Bóg zrobi wyjątek. Dlatego ściągnęła krzyżyk.

Tamtego dnia, w którym kobieta zdecydowała się zdjąć ten święty symbol, zdarzyła się jeszcze jedna niespodziewana rzecz. Kiedy zmęczona Ramlaura siedziała na skraju łóżka swojego ukochanego synka, drzwi jej skromnej chaty otworzyły się z hukiem. Do środka wszedł rosły mężczyzna o szerokich barach. Jego twarz, niemal kwadratowa, poorana była licznymi zmarszczkami, zbyt licznymi jak na jego jeszcze dość młody wiek. Szare oczy miał głęboko osadzone, przez co jego spojrzenie zdawało się jeszcze bardziej przenikliwe i ponure. Ciemnobrązowe, prawie czarne włosy, tu i ówdzie poprzetykane siwymi nitkami, miał mocno rozwiane i wyraźnie domagały się umycia. Zresztą nie tylko one: szary, długi płaszcz, którym mężczyzna szczelnie się otulił, był w wielu miejscach poplamiony zaschłym błotem i jakimś szarym pyłem, a czujne oko szwaczki dostrzegło jeszcze kilka nowych dziur.

Ramlaura nie była zaskoczona, że mężczyzna w ogóle się z nią nie przywitał. Jedynie trzasnął drzwiami i skierował się do drugiego pomieszczania, gdzie opadł ciężko na krzesło i rozejrzał się za jakimś alkoholem. Kiedy go nie znalazł, zaklął siarczyście, ze złością spoglądając na Ramlaurę. Zaraz jednak dostrzegł chorego chłopca i, przypomniawszy sobie o jego stanie, zaniechał dalszego złoszczenia się, jedynie wbijając naburmuszone spojrzenie w stół kuchenny, przy którym siedział.

— Svanthorze… — Ramlaura zerwała się z łóżka, spoglądając na niego błagalnie. — Proszę, pomóż mojemu synkowi… Na pewno znasz jakiś sposób! Tyle podróżujesz, na pewno dotarły do ciebie różne wieści… A może i znasz kogoś, kto by mógł spojrzeć na mojego drogiego Krielda i…

— Nie. — Svanthor wypowiedział to jedno słowo z taką mocą, że zlękniona Ramlaura momentalnie zamilkła. Z napięciem czekała na to, co powie dalej, choć spodziewała się reszty. Już ją słyszała. — Nie znam żadnego sposobu. A nawet gdybym znał, nie pomógłbym ci. Cokolwiek to jest, ta choroba siecze dzieci jak jakaś zaraza. Jak dotąd nikomu się nie udało choćby przybliżyć się do jej uleczenia, więc dlaczego ja miałbym próbować?

Svanthor zdawał się w ogóle nie zauważać zbolałej miny Ramlaury i łez napływających do jej oczu. Zresztą spodziewała się odmowy. Nie pierwszy raz prosiła Svanthora o pomoc. Zawsze odmawiał i wymówkę miał wciąż tę samą, którą po chwili raz jeszcze powtórzył.

— Dałaś mi schronienie, a ja utrzymuję ciebie i twojego syna. To uczciwa wymiana. Na nic innego się nie pisałem. Ja ciebie nie proszę o żadne inne przysługi, więc i ty tego nie rób.

Ramlaura wiedziała, że miał rację. Wprawdzie to dzięki niej ten przerażający mężczyzna trzy temu znalazł dach nad głową. Nie zmieniało to jednak faktu, że jako szwaczka zarabiała naprawdę niewiele. Tymczasem maleńki warsztat kowalski Svanthora radził sobie dużo lepiej, dzięki czemu Ramlaura była w stanie zaspakajać podstawowe potrzeby domowników. I tutaj rzeczywiście Svanthor miał rację: to była uczciwa wymiana i kobiecina nie miała prawa oczekiwać niczego więcej.

Gospodyni potulnie usiadła na skraju łóżka, lekko spuszczając głowę. Svanthor natomiast nadal rozglądał się po kuchni, jak gdyby czegoś szukając. Ramlaura nigdy nie pytała, gdzie znikał na całe tygodnie: Svanthor nie zwykł się jej zwierzać. A jednak urządzał takie wędrówki regularnie od trzech lat. Kiedyś znikał na całe miesiące, teraz te podróże znacznie się skróciły. Ramlaura nie miała więc wątpliwości, że czegokolwiek szukał, szło mu coraz gorzej i zaczynał tracić nadzieję.

Zupełnie jak ona.



Trzy lata minęły, odkąd się poddał.

Trzynaście, odkąd został do tego zmuszony.


— Więc bawmy się! Bawmy się jak nigdy dotąd! Jest to bowiem wspaniały dzień! Wyjątkowy! W całości poświęcony Svanthorowi Edvarssenowi! To dzięki niemu się tu zebraliśmy! To dzięki niemu się tu bawimy! Więc tańczmy! Pijmy, jedzmy, bawmy się! Bawmy się tak, jakby miała to być nasza noc! Dla niektórych rzeczywiście nią jest…


Svan nie mógł uwolnić się od tych słów. Słyszał je przed każdym zaśnięciem i po każdym przebudzeniu. Towarzyszyły mu zawsze i wszędzie, były przyklejone do każdej myśli i każdej warstwy jego duszy. Wraz z tymi słowami, tym gniewem, smutkiem, rozczarowaniem i rezygnacją, oczyma wyobraźni widział jego Jak zawsze dumny, radośnie uśmiechnięty, spoglądający na swój tłum z ciepłem i ufnością, przywodził na myśl ukochanego wujka, który lubił obdarowywać swoich krewnych drogimi podarunkami.

Anthohn Folke doskonale wiedział, jak zjednać sobie tłum. Wiedział, jak nakarmić ich swoimi kłamstwami, zmanipulować i okręcić wokół palca. Tych bardziej inteligentnych natychmiast karał.

Oczyma wyobraźni zawsze widział tę trójkę. Widział Anthohna Folkego. Widział swoją najdroższą, ukochaną Inrichę, którą wciąż darzył miłością tak samo głęboką i gorącą, jak w dniu ich ślubu. Przede wszystkim widział jednak tego biednego chłopaka. Widział jego bladą, przerażoną twarz. Widział wymalowaną na niej świadomość rychłej, bolesnej śmierci. Widział, jak życie w nim gaśnie po zanurzeniu sztyletu w kilku narzuconych przez rytuał miejscach na ciele chłopaka. Widział, jak jego poświęcenie otwiera bramy prowadzące ku końcowi Svanthora. Bo przecież o to właśnie chodziło. O to, by go ukarać. Kosztem innych — a to ironia. Svanthor widział to wszystko tak wyraźnie, jakby miał całą scenę tuż przed sobą. Czuł zapach strachu i krwi. Ten zapach, podobnie jak słowa Folkego, nigdy go nie opuszczą.

Nawet teraz, kiedy Svan zwyczajnie przechadzał się obrzeżami miasta, myśli uciekały w stronę domu, z którego go wygnano. Minęło aż trzynaście lat, w tym trzy w cholernym Drognasloe. Svan sam nie wiedział, kiedy to minęło. Lecz jednego był pewien: jego życie było równie bezcelowe, jak istnienie Ramlaury, z którą mieszkał, i jej chorego synalka. Było tak samo pozbawione sensu, jak życie tych wszystkich ludzi, których mijał. Czym miał żyć, jeśli nie zemstą za wygnanie, za odebranie całego życia i jedynej miłości? Lecz nawet gdyby Svan był największym optymistą, wiedziałby, że zemsta jest daleko poza jego zasięgiem i nigdy nie zbliży się nawet o krok. Co więc miał robić? Jak miał żyć, na czym się skupiać, pomijając pracę w swoim małym warsztacie kowalskim i okresowe poszukiwania kogoś, kto mógłby być jego słodką Inrichą? Nijak. Nie miał więc nic.

Miał poddać się tej wielkiej trójce. Miał zaistnieć, trwać i zgasnąć.



Trzy.

Tylko tyle godzin starczyło, by życie wielu uległo diametralnej zmianie. By się poprawiło. By się pogorszyło.

By zostało unicestwione.

Gdy po trzech godzinach Svanthor zaczął kierować się do domu, zmęczony tym nadzwyczaj długim spacerem, niemal natychmiast zrozumiał, że działo się coś bardzo złego. W jego najbliższej okolicy panowało ogromne poruszenie: ludzie biegali z wiadrami wody, krzyczeli, płakali, a potem znowu krzyczeli. Przepełniony jak najgorszymi przeczuciami, co sił w nogach popędził do siebie, a im bliżej się znajdował, tym więcej gapiów stało wokół, obserwując ten nadzwyczaj ciekawy spektakl trzech tancerzy.

Czerwieni, żółci i szarości.

Przystanął, w zupełnym otępieniu obserwując, jak gorące języki płomieni owijały się wokół całego cherlawego domku, w którym mieszkał przez ostatnie trzy lata. Czarny, gęsty dym sunął do góry, wszem i wobec dają znać o tej wielkiej tragedii. Zbutwiałe deski natychmiast poddawały się sile żywiołu, opadając z głuchym łoskotem i dopełniając obrazu nędzy i klęski. Za chwilę cały budynek miał runąć i nie było mowy, by cokolwiek miało z niego zostać.

Lecz to były tylko nic niewarte deski. Gdy więc Svanthor ocknął się z przesyconego bezradnością otępienia, rozejrzał się panicznie w tłumie, próbując dostrzec w nim Ramlaurę ściskającą w ramionach swojego chorowitego, jedenastoletniego syna. Przedzierając się przez gęstwinę gapiów, nawoływał ich uparcie, nerwowo nie rozumiejąc, dlaczego nikt mu nie odpowiadał. Przecież gdzieś tu musieli być! Musieli zdołać uciec, gdy tylko dostrzegli ogień! Musieli!

— Ramlaura! Gdzie jest Ramlaura?! — wrzasnął do jakiegoś faceta tępo wpatrującego się w trawiony płomieniami budynek.

— Kto… — zaczął sennie

— Ta, która mieszkała w tym domu! — wrzasnął, tracąc cierpliwość.

— No… tam — mruknął ze znudzeniem, kiwając głową na płonącą chatkę.

Svanthor rzucił się w stronę budynku, lecz żar buchający od ognia oraz tłum noszący wiadra z wodą powstrzymały go od podejścia bliżej. Zresztą, co mógłby zrobić? Najwyżej spłonąć razem z nimi albo wydobyć ze zgliszczy zwęglone zwłoki swoich byłych współlokatorów. Znowu sparaliżowany tą przeklętą, znienawidzoną przez niego bezradnością, wpatrywał się z niedowierzaniem w płonący dom, dopiero teraz w pełni uświadamiając sobie ogrom tragedii.

Właśnie wtedy niespodziewanie zachciało mu się śmiać. Wprost nie mógł się powstrzymać, by wyśmiać ogrom niepowodzeń, jakie spadały na niego od dnia wygnania. Ale tak przecież miało być, prawda? Tak miało być, prawda, przeklęty draniu Folke?!

W oddali słychać było bicie kościelnych dzwonów. Nikt nie zwrócił na nie uwagi, lecz Svan wręcz machinalnie odwrócił głowę w tamtym kierunku, starając się wypatrzeć wysoką, smukłą wieżyczkę kościoła. Nie zdołał, ponieważ zasłaniały ją liczne budynki, ale nie przeszkadzało mu to w upartym wbijaniu wzroku w tamtą stronę. Oczyma wyobraźni widział cały kościół. I wszystkich, którzy byli w środku. Wtem, jak na zawołanie, usłyszał rozmowę dwóch kobiet, które najprawdopodobniej nie zdawały sobie sprawy z obecności Svanthora.

— …tak słyszałam, ale nie wiem, czy to prawda. Tak czy siak, to już czwarty pożar w ciągu ostatnich trzech tygodni — paplała z przejęciem jedna z nich.

— Podobno w każdym mieszkał chory dzieciak — dodała druga głosem przepełnionym podnieceniem. — Wszystkie już miały czarne oczy, to je kościół popalił.

— No nie wiem… — mruczała z wyraźnym zwątpieniem ta pierwsza. — Naprawdę sądzi pani, że bogobojni księża byliby w stanie spalić ludzi żywcem?

— To demony! — zawołała trwożnie jej towarzyszka. — Bo niby skąd u nich te czarne oczyska?! Jak pozbyć się diabłów, jeśli nie ogniem? A takie młode ciałko najlepiej się urabia! Jak gliniane naczynie!

Svanthor zacisnął pięści, starając się powstrzymać przed zrobieniem czegoś naprawdę głupiego. Wprost nie mógł słuchać tych bzdur o demonach. Jak można było być aż tak pozbawionym empatii i współczucia? Svan miał wiele grzechów na koncie, jednak to dziecko… mały, bogu ducha winny Krield… Znał go przed chorobą. Pamiętał, jak się dziwił szczerej sympatii chłopca: podczas gdy większość trzymała się od Svana z daleka, chłopak uwielbiał zaglądać do jego warsztatu i oglądać, jak Edvarssen wytwarza kolejne narzędzia. Powtarzał wtedy, że on też będzie kowalem i błagał Svana, by zaczął go uczyć, kiedy już troszkę podrośnie. A Svanthor za każdym razem się zgadzał. Co więcej, nie były to czcze obietnice i naprawdę zamierzał ich dotrzymać. Od początku miał taki zamiar. Dlatego nie mógł słuchać tych bredni o demonach. Nie wiedział, co to była za choroba i powiedział prawdę Ramlaurze, kiedy odmawiał jej pomocy. Nie zmieniało to jednak faktu, że żałował ich śmierci. A zwłaszcza chłopca.

Tylko co do jednego te stare, niespełna rozumu baby mogły mieć rację. Svanthor dałby sobie uciąć rękę, że te kościelne szumowiny byłyby zdolne spalić te dzieci, chcąc w ten sposób wygnać klątwę demonich oczu. To by się nawet zgadzało.

Wtedy właśnie Svan przypomniał sobie słowa pewnego mędrca, którego spotkał przed laty. Znaczenie życia ludzkiego? Znaczenie? A cóż to jest? Gorzknieje człowiek, kiedy zdaje sobie sprawę, że jego życie pozbawione jest jako takiego znaczenia. Pozbawione jest celu. Ale może zwalczenie w sobie tego zgorzknienia już samo w sobie jest celem? Może początek walki ze sobą jest początkiem znaczenia?

Svan nie chciał walczyć ze sobą. Przynajmniej nie do końca. Ale wreszcie znalazł swój cel. Swoiste znaczenie. Pierwszy raz od trzynastu lat.



...........................................................................................................................................I I



Trzy.

Trzy noce były jej potrzebne, aby dotrzeć do celu.

Trzy.

Trzecia dziewczynka na placu. Bezdomna, obdarta, brudna. Samotna. Dokładnie taka, jakiej Cathiela szukała.

Trzy.

To już trzecie dziecko w tym miesiącu. Ale wszystko służyło wyższym, szlachetniejszym celom. Cathiela ich nie znała, ale nie miała wyjścia — musiała wierzyć swojemu… panu? Właścicielowi. To lepsze słowo. Dlatego tłumaczyła sobie, że to nie porwanie. Jak mogła porwać dziecko, które nie należało do nikogo i do niczego? Zabierając je ze sobą, mogła je umyć i nakarmić. Mogła dać mu choć odrobinę nadziei na to, że kiedyś nadejdą lepsze dni. Po wszystkim odprowadzała je na miejsce, porzucając tak, jak zrobił to każdy przed nią.

I nikt już tych dzieci nie żałował. Każdy mieszkaniec Drognasloe wiedział, że prędzej czy później zeżre je choroba.



.........................................................................................................................................I I I



Trzy.

Trzy wieki minęły od objawienia się ostatniego Wieszcza. Stworzenie bliskie bóstwu władało trzema wymiarami: przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Byty doskonałe, choć w swym człowieczeństwie niedoskonałe, miały dawać nadzieję krainie, której tej nadziei już na samym początku poskąpiono.

Uporządkowując najstarsze, porzucone niegdyś tomiska zalegające w wielkiej, zabytkowej sali, łatwo było natrafić na jakieś informacyjne skarby — pod warunkiem, że szukający przejawiał głód wiedzy i żarliwą dociekliwość.

On przejawiał. Pieczołowicie, z należytym szacunkiem, zdobił księgi grubymi ochronnymi skórami, a notatki, tak pożółkłe i kruche ze starości, ostrożnie układał w specjalnie stworzonych do tego boksach. Miłował porządek, a w tak ważnym, świętym miejscu jak biblioteka musiał panować idealny ład.

Dlatego wszystko zostało dokładnie uporządkowane i ułożone na właściwe półki. Z wyjątkiem kilku tomów i pergaminów.

O Wieszczach już nikt od dawna nie pamiętał. Dlaczego więc on nagle o nich przypomniał? Dlaczego jego przyjaciółka niedawno go o nich pytała? Dlaczego od jakiegoś czasu często słyszał, jak przytaczano powiedzonka i anegdoty związane z Wieszczami?

Dlaczego miał wrażenie, że cale miasto nagle sobie przypomniało o Wieszczach?

Minęły trzy wieki. Czwartego już być nie mogło. Odpowiedź więc była jasna.


Omni trinum perfectum. Wszystko, co złożone z trzech, jest doskonałe.



notka od meth




Odpowiedzi na komentarze

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (10-08-2021 o 18h12)


https://i.imgur.com/hoEOs1F.png


https://i.imgur.com/6gLWhFY.png[/img]

Offline

#7 29-05-2021 o 00h01

Straż Absyntu
Rhianwena
Pokonała Kurę
Rhianwena
...
Wiadomości: 771

Muszę przyznać, że świata mi aż to, co było w poprzedniej wersji, ze starego forum - pamiętam, że czytałam ten rozdział. /static/img/forum/smilies/big_smile.png Nie jestem w stanie natomiast przywołać jakichś uczuć z tamtej lektury, ale powiem, co mi się tutaj podoba, a co nie.

Przede wszystkim ta konsekwencja w trzymaniu tej trójki - perfekcja. A już zwłaszcza w momencie, gdy mówiłaś o ogniu, trawiącym ten dom i również wymieniłaś trzy kolorki. Przecudowne - strasznie mi wtedy serducho zaczęło skakać.
Co do tego, że rozdział jest enigmatyczny - myślę, że wiesz, jaka to zaleta. /static/img/forum/smilies/big_smile.png Wprowadzasz czytelnika w klimat i nie podajesz wszystkiego na tacy. A w przypadku pierwszych rozdziałów bardzo za to szanuję!

Podobał mi się również fakt, że zachowałaś tutaj trzy części - jak zresztą po opisie opowiadania się domyślam, odnoszące się

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)


Opisy jak zawsze ładne i to bardzo. Też zawsze mnie bardzo zadowala, jak dbasz o dobór słownictwa - to takie totalne dbanie o szczegóły, które u ciebie kocham.

Co do bohaterów - jestem zaintrygowana tym, co się zadziało u Svana kiedyś, ale nie wiem jeszcze, czy będę ci jojczyć, byś mi powiedziała. Może zaczekam do momentu, gdy będę mieć więcej pytań do ciebie, żeby nie dostać od razu wszystkiego. Bo musisz mi dać, przekupię cię ananasową mieszanką krakowską.
Ramlaura - totalnie zachowałaś realizm matki, dbającej o swoje dziecko. Chociaż muszę przyznać, że bardzo jestem zaskoczona tą jej pokorą, ale to zapewne jest cecha charakteru. Nie każdy będzie się rzucać z desperacji. /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Chociaż podobało mi się, to jak Svan reagował - niby wiedział, że mały umrze i zachowywał taką brutalną wręcz obojętność tutaj, jednak przejął się. I dobrze, taki niejednoznaczny jest póki co.

Jestem ciekawa, czy bardziej będziesz rozwijać wątek tego kościoła. A bardzo bym chciała to zobaczyć!

Ogólnie jestem zadowolona z tego rozdziału, bardzo. Nie chciałam, żeby było ci za miło, więc napisałam "a co nie" na początku. Teraz nie ma do czego się przywalać - mówię ci od serca. Jedyne co, to się wkradło niezbyt urodziwe powtórzenie w części trzeciej słowa "miejsca".
Więc tak. Spełniona Kama jest spełniona Kamą i śle dużo cukierków z weną. ♥

Ostatnio zmieniony przez Rhianwena (29-05-2021 o 00h01)


skonsternowana kama
https://i.imgur.com/h6lPGWd.png

Offline

#8 30-05-2021 o 14h08

Straż Obsydianu
Alienne
Strażniczka na Szkoleniu
Alienne
...
Wiadomości: 153

Dobra, przeczytałam :3 Gotowa na baty? Cha cha, żartuję ;) Piszesz bardzo dobrze, widać, że pracujesz nad stylem i masz plan na opowiadanie. Podoba mi się to!
Na razie niezbyt wiele wiadomo o tym, o czym właściwie to opowiadanie będzie, ale troszkę już się w nim zdążyło zadziać.

Bohaterowie
Coś, na co zawsze bardzo zwracam uwagę. Mamy pięcioro bohaterów wymienionych z imienia (Ramlaura, Krield, Svanthor, Folke i Cathiela) plus enigmatyczny bibliotekarz. Z nich wszystkich tylko wygląd Svanthora mamy podany. Co do innych, mam przeczucie, że w następnych rozdziałach dowiemy się, jak wyglądają, no może poza Ramlaurą i Krieldem :( Wciąż mam cichutką nadzieję na uratowanie się Ramlaury, zdążyłam ją polubić. Poza tym, lubię motyw kobiecej przemiany z potulnej owieczki w twardą wampirzycę, na co potencjał tutaj widzę. Ale dość o mojej wyobraźni.
Mniej więcej zarysowałaś charaktery bohaterów i to, jak ich przeszłość i teraźniejszość na nich wpływa. Podoba mi się to. Oby tak dalej. Zauważyłam jeden zgrzyt, jeśli chodzi o Svantha, ale o tym później.

Fabuła

Dzieje się, dzieje. Tajemnicza choroba, jakieś krwawe rytuały, płonący dom, zbieranie sierot z ulicy, motyw zemsty i szukanie Zbawcy. No nie powiem, ciekawie. Tylko na razie nic jeszcze nie wiadomo, więc pozostaje czekać :3

Świat przedstawiony

Na razie wydaje mi się, że wszystko dzieje się w jakimś alternatywnym świecie, przypominającym nieco nasze, europejskie średniowiecze. Nie ma zmianek o naturze, nie da się więc stwierdzić różnic między nią a tą naszą, ziemską, a to, że ludzie budują w tym świecie miasta i osady, właściwie jest normalne dla wielu powieści fantasy, więc nic za bardzo nie mówi. Tajemnicza choroba mogłaby sugerować świat fantastyczny, ale na razie nie mamy tu żadnej magii, a poza ludźmi nie były wspominane żadne inne rasy. Ponadto, mamy nawiązania do wierzeń swojskich, ziemskich. Czyli jednak Ziemia? Chyba nie, bo wspomina się tu o Wieszczach. Takich panów nie mamy na Ziemi. No, może poza Mickiewiczem ;)
// Hah, przeczytałam sobie w tytule, że to najprawdopodobniej Eldarya ;'D Nie ma to jak być bystrym. Ale, hm, na razie nie wygląda to na Eldaryę. Nic, zobaczymy.

Wpadki

A co, było ich trochę ;) Na szczęście mało. No i potraktuj to jako bardzo duży komplement z mojej strony, bo nigdy nie wytykam wpadek w tekstach, które mi nie podeszły, albo które mają ich za dużo. Zwyczajnie mi się nie chce. Okej, to lecimy z tym:

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)



Dobre strony

To, co bardzo mi się podobało, to nawiązanie do trójki w drugim rozdziale. W ogóle masz ciągoty filozoficzne i metafizyczne :) Tekst ma motyw przewodni, którego się trzyma. Kciuk w górę. Tylko ostrożnie z tym, bo jeśli będziesz dalej używać motywów przewodnich do rozdziałów, czytelnika może zaboleć, jeśli nagle z nich zrezygnujesz. Ufam jednak, że się nie dasz i wszystko poprowadzisz dobrze.

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)


No i styl, ogólnie. I to, że mało w tekście jest fakapu :3 I że przyjemnie się czyta. I że tekst jest przemyślany, ciekawy.
Z chęcią przeczytam kolejny rozdział!

Ostatnio zmieniony przez Alienne (30-05-2021 o 14h21)


https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/f/764e3f0c-4df5-43d9-ab60-3e05139ef3ba/d1mv2bz-93b4f9e9-b8ff-4ff2-97a2-56ece2cccf98.gif?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7InBhdGgiOiJcL2ZcLzc2NGUzZjBjLTRkZjUtNDNkOS1hYjYwLTNlMDUxMzllZjNiYVwvZDFtdjJiei05M2I0ZjllOS1iOGZmLTRmZjItOTdhMi01NmVjZTJjY2NmOTguZ2lmIn1dXSwiYXVkIjpbInVybjpzZXJ2aWNlOmZpbGUuZG93bmxvYWQiXX0.XpsjbvdZ-Mxsta0JlFEVgdodJ6u0I0kmcUJQtvht8TY

Offline

#9 30-06-2021 o 15h32

Straż Cienia
Amrana
Nowa
Amrana
...
Wiadomości: 6

Bardzo, bardzo się cieszę, że wróciłaś z Nigredo i postanowiłaś zamieszczać je od początku /static/img/forum/smilies/smile.png Tęskniłam za tą historią i z miłą chęcią do niej powrócę - do tego co już znam i do tego czego jeszcze nie poznałam, a co niewątpliwie będzie równie fantastyczne /static/img/forum/smilies/smile.png

Przyznaję, że nie pamiętam już szczegółów tej historii, dlatego z miłą chęcią do niej powrócę. I standardowo będę Ci kibicować, mimo chronicznego niedoczasu i próbie napisania tego komentarza już od kilku dni /static/img/forum/smilies/roll.png Niestety, ostatnio w moim życiu wygospodarowanie chociaż odrobiny wolnego czasu i jakiegokolwiek kawałka wolnej przestrzeni graniczy z cudem...
Mimo to obiecuję, że będę tu zaglądać i, w miarę możliwości, zostawiać po sobie ślad /static/img/forum/smilies/smile.png

Jak ja tęskniłam za Svanem i Cath... /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#10 04-07-2021 o 18h22

Straż Absyntu
Acerola
Pomocniczka Sylfów
Floy
...
Wiadomości: 1 197

Czytałam coś w takim klimacie pierwszy raz w życiu i zachwyciłaś mnie. W głowie miałam pełno odniesień do jednej z gier, do anime. Całkowicie zatopiłam się w tym klimacie i mieszanie w to wszystko wiary i kosciołoa...cudo. Czytając już prolog miałam CHOLERA JAKIE TO JEST DOBRE! Ugh orgazm i stokrotki...to jest tak dobre... Twój styli pisania idealnie odnajduje się w tym klimacie.

Ostatnio zmieniony przez Floy (04-07-2021 o 18h27)


( *_*)          (•_• )

  \ \             / /                                             
| |               | |
Na Wyrocznię co oni ci Nevra w twarzą zrobili w tym dziesiątym odcinku! Na dzień dobry czołgiem cię na ziemi przejechali?

Offline

#11 04-07-2021 o 20h48

Straż Absyntu
Methrylis
Pomocniczka Sylfów
Methrylis
...
Wiadomości: 1 226

...............................................................................................https://i.imgur.com/mKNPjMy.png
                                                                                   Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami  i  dolinami istniał  pewien  magiczny świat.
                                                                                            Wszystkie  mieszkające   tam   istoty  były   bardzo  szczęśliwe,   nikt   nie  odczuwał  głodu
                                                                                            i pragnienia. Sąsiedzi miłowali się wzajemnie, a ból, strach i gniew nie miały tam wstępu.
                                                                                            Ten świat był wyjątkowy z jeszcze jednego powodu.  Panowała w nim tak wielka  dobroć,
                                                                                            ponieważ  to  nie  dorośli  nim  rządzili,  ale  dzieci.  To one bowiem posiadały  potężną ma-
                                                                                            giczną  moc,  którą  wszystko  spajały.  Dzieci więc cieszyły  się  największym szacunkiem
                                                                                            i  spełniano  wszystkie  ich pragnienia.  Swe  cudowne  umiejętności  traciły  wraz z wkro-
                                                                                            czeniem w wiek dorosłości,  lecz nikt nie był smutny z tego powodu, a małe istotki cieszy-
                                                                                            ły się wielce, mogąc pomagać dorosłym.
                                                                                            Niestety pewnego dnia do tego doskonałego świata wkroczyło pierwsze zło.  Pewien  Zły
                                                                                            Pan pozazdrościł wielkiej  magicznej  mocy,  jaką posiadały dzieci, nie  mogąc  zrozumieć,
                                                                                            dlaczego nie dane mu było zachować swojej.  Postanowił więc znaleźć sposób,  by ją odzy-
                                                                                            skać.   Chcąc  osiągnąć  swój  cel,   wymyślił  okrutny  podstęp.   Przebrał   się  za  cyrkowca
                                                                                            i   najcudowniejszymi  sztuczkami   zwabił  dwoje   dzieci,  by  następnie  wyprowadzić  je
                                                                                            w las i zamknąć w starej chatce.  Jednak Zły Pan musiał się spieszyć, bo gdyby dzieci zau-
                                                                                            ważyły,  że grozi  im  niebezpieczeństwo,  użyłyby swoich mocy,  by  się  wydostać.  Wtedy
                                                                                            Zły  Pan  wpadł  na straszliwy  pomysł.  Najpierw zaczął rozmawiać z dziećmi jak przyja-
                                                                                            ciel z  przyjacielem,  by otworzyć ich umysły.   Gdy już były  dostatecznie  otwarte,   wyjął
                                                                                            z nich dusze i je połknął.  Małe dzieci niczego nie poczuły,  jedynie zrobiły się trochę senne.
                                                                                            Wtedy Zły Pan je wypuścił, ucieszony z narastającej w nim mocy.
                                                                                            Na  szczęście dorośli żyjący w  tym  doskonałym  świecie zrozumieli, że wydarzyło się coś
                                                                                            złego. Zobaczyli,  że dwoje dzieci utraciło  swoje moce.  Także maleństwa zrozumiały,  że
                                                                                            zostały okradzione, więc natychmiast  rozpoczęto poszukiwania. Niestety Zły  Pan  poza
                                                                                            Wyrocznią uchodził  za  najpotężniejszą  istotę i trudno było go pokonać. Wtedy  właśnie
                                                                                            wszystkie  dzieci  zjednoczyły się  i  stworzyły  Portal,  przez który przegnały  Złego  Pana
                                                                                            w Pustkę. To miał być koniec zła w ich idealnym świecie.
                                                                                            Jednak  Zły Pan wciąż posiadał swoje wielkie moce.  Dzięki temu z Pustki, w którą został
                                                                                            wtrącony, stworzył swój własny świat. Nie był on jednak idealny,  panował w nim gniew
                                                                                            i głód. Lecz Zły Pan bardzo go kochał i pragnął sprowadzić do niego więcej istot. Na szczę-
                                                                                            ście dla niego,  po  wielu  latach otworzył się kolejny Portal.  Wyszło z niego mnóstwo naj-
                                                                                            różniejszych stworzeń,  które zostały wygnane z  jakiegoś innego świata.  Zły  Pan,  nazy-
                                                                                            wający  sam  siebie  Wieszczem, bardzo  się  z  tego powodu ucieszył  i  przyjął  wszystkich
                                                                                            z otwartymi ramionami. Obiecał, że razem zbudują piękny świat,  jeszcze bardziej ideal-
                                                                                            ny niż tamten.
                                                                                            Tak zrodziła się Eldarya. I Wieszczowie, którzy od setek lat trzymali ją w ryzach, nie poz-
                                                                                            walając na jej zatracenie.
                                                                                            A.R. Rozevound





          eldarya, miasto eel

          Wielka Pani Nocy była ostatnimi dniami wyjątkowo łaskawa i nie sposób było nie docenić jej uderzającego piękna. Nadchodząc, odziała najpiękniejszą ze swoich sukien: długą, w kolorze najciemniejszego granatu, mieniącą się miliardem jasnych punkcików. Plamki te migały radośnie, jak gdyby każda z nich chciała pokazać, że to właśnie jej blask jest najcudowniejszy. Mrugały wesoło i misternie, napawając dumą i optymizmem, dając do zrozumienia, że gwiazdy to przyszłość: równie jasne, co nieosiągalne i tajemnicze.
          Gwiazdy migotały. I szeptały. Rasmusen mógłby przysiąc, że słyszał, jak ich blask iskrzy, choć wiedział, że to tylko jego wybujała wyobraźnia.
          Wysoki, dobrze zbudowany wampir szedł wolnym krokiem wyznaczoną ścieżką. Korzystając z wszechobecnej ciemności, odgarnął swoje gęste blond włosy, czujnie rozglądając się dookoła. Nocne patrole nigdy nie były ucieleśnieniem jego marzeń: wbrew temu, co sądziło się o krwiopijcach, słońce i dzień wcale nie były takie złe, a zwiadowcy przydałoby się trochę porządnego snu. Ale nie mógł marudzić; zamiast tego winien patrolować główny trakt wiodący przez las. Ostatnimi czasy mieli tu falę dzikich chowańców budzących popłoch w okolicznych mieszkańcach. Problem teoretycznie został rozwiązany, ale przez jakiś czas musieli te lasy patrolować. Zwłaszcza że był jeszcze jeden powód. Powód, w który mało kto wierzył, ale cóż — rozkaz to rozkaz.
          Znacznie więcej optymizmu miał Bleda. Jego towarzysz rasy nieznanej co i rusz zdejmował gumkę, którą związał swój rudy, długi kucyk, zarzucał grzywą i raz jeszcze je upinał. Najwyraźniej ciągle coś mu nie pasowało, a że Bleda miał obsesję na punkcie swoich włosów, musiał zadbać o to, by wszystko było idealnie. W Rasmusenie wzbudzało to niemałe rozbawienie, ale nie zamierzał niczego komentować.
          — Ta cała Hreya na pewno kłamała — odezwał się Bleda, gdy już doprowadził kucyk do porządku. Szeptał, aby nikogo przypadkiem nie przepłoszyć, aby nie wywołać przysłowiowego licha z lasu. Mimo to jego ton zdradzał ekscytację paradoksalnie zmieszaną ze znudzeniem. — Poniosła ją fantazja. Pewnie to dlatego, że ostatnio sporo czasu spędza z Chromem.
          Ramusen stłumił westchnienie, od niechcenia odwracając wzrok.
          — Na pewno kłamała — mruknął, wzruszając ramionami. — Ale chyba nie myślisz teraz wrócić teraz do Nevry i powiedzieć, że nie chciało nam się obejść terenu do końca, bo nie wierzymy w te bujdy, które opowiada…
          — Swoją drogą ciekawe, skąd niby miałyby się brać te błyski? — Bleda niewzruszenie prowadził swój prawie-monolog, a Rasmusen wprost nie mógł się powstrzymać przed cichym chichotem — niepoprawne gadulstwo swojego towarzysza zawsze wprawiało go w rozbawienie. Mimo to raz jeszcze poruszył ramionami, nie znajdując na to pytanie odpowiedzi. Bleda jednak w ogóle na niego nie patrzył. — Najpierw myślałem, że chodzi jej o jakieś pioruny czy coś podobnego. Pierwszy raz burzę z piorunami zobaczyła i jej się coś pomyliło. Kurde, no wiesz — to przecież dzieciak. Może polazła do lasu… albo! — wyszeptał z rosnącą ekscytacją — uciekła z domu czy coś, a potem się zreflektowała i musiała wymyślić jakąś wymówkę przed starymi. A wiesz, jak to dzieciaki — mają bujną wyobraźnię.
          — Tak — westchnął cicho Rasmusen, niespecjalnie zainteresowany tą pogawędką — pewnie masz rację.
          Na moment oderwali czujne spojrzenia od ciemnych połaci lasu, kiedy po lewej stronie zaświeciły świetliki. Malutkie robaczki fruwały radośnie między drzewami, tworząc mały, iście magiczny spektakl. Na moment zamroczeni tym urzekającym spojrzeniem, odwrócili głowy, a w ich umysły wdarło się słodkie rozleniwienie i odprężenie wraz z myślą, że przecież to tylko zwykły las i z pewnością nic tej nocy nie znajdą.
          To, co zdarzyło się w następnych sekundach, uderzyło w nich jak gwałtowny podmuch lodowatego wiatru. Świetliki momentalnie zebrały się w jedną wielką grupę, a następnie w nienaturalnym pędzie pomknęły do przodu. Choć strażnicy przez moment byli sparaliżowani szokiem, tak po chwili oboje drgnęli i rzucili się pędem za świecącymi owadami. Cały czas widzieli w oddali ich światełka, więc teoretycznie trudno było je zgubić, choć Rasmusen cały czas miał wrażenie, że ten nocny blask coraz bardziej się od nich oddalał.
          Wtem światło zostało uśmiercone. Świetliki padły martwe, i to dokładnie w jednym miejscu; wszystkie jak na znak runęły na ziemię niczym kurtyna na zakurzoną scenę. Kiedy Rasmusen i Bleda dobiegli na miejsce, przykucnęli, przyglądając się martwym owadom. Na ich językach siedziało mnóstwo pytań, jednak nie zdążyli zadać ani jednego.
          Nie zdążyli zapytać, dlaczego to światło umarło, ponieważ właśnie narodziło się kolejne.
          Oślepiająco białe, o poświacie czystej niczym najszlachetniejsze perły, wyglądało jak kilka skrzyżowanych ze sobą błyskawic, których groty celują w najróżniejsze strony. Ten podłużny, jasny kształt, unosił się kilka metrów nad ziemią, pulsując przy tym delikatnie. Jak gdyby żył.
          Rasmusen przez dłuższą chwilę zastanawiał się, co powinien teraz zrobić. Oczarowany delikatnym, ledwie widzialnym blaskiem, jaki roztaczało „to coś”, wampir wstał i bardzo powoli zaczął zbliżać się w stronę tajemniczego blasku. Kiedy Bleda to zobaczył, raz jeszcze z trwogą spojrzał na martwe świetliki.
          — Ostrożnie z tym — szepnął niepewnie, z wyraźną nieufnością przyglądając się jaśniejącemu, nieznanemu bytowi. — Nie wiadomo, co to jest i cholera wie, co ci może zrobić, jak tego dotkniesz!
          Lecz Rasmusen był już dosłownie o krok od tajemniczego światła. Mrużąc oczy, przyjrzał się temu dokładniej, lecz mimo upartego wpatrywania się w świetlisty kształt, nie miał bladego pojęcia, co to mogło być. Widział, jak każda z „odnóg” światła pulsowała i falowała delikatnie, jak gdyby poruszana delikatnym wiaterkiem. Zdawało mu się też, że te wąskie, podłużne smugi światła, przecinając się wzajemnie, tworzyły kolejne warstwy, pod którymi gromadził się delikatny cień.
          Cień wewnątrz światłości. Rasmusen pomyślał z dziwnym, niepasującym do sytuacji rozbawieniem, że nawet on by na to nie wpadł.
          Co więcej, w samym środku tajemniczego światła cień był jakby… głębszy. Z daleka nie było możliwości tego dostrzec, ale teraz wampir wyraźnie widział, jak coś lekko ciemniejszego pulsuje w samym środku. Był to zaledwie jeden z miliona najjaśniejszych odcieni szarości, lecz zwiadowca zdołał to dostrzec.
          Po chwili zauważył coś jeszcze. Lustrując spojrzeniem ostre krańce krzyżujących się odnóg światła, dostrzegł, że ich czubki mają zupełnie inny kolor. Nie biały. Nie szary. Czerwony. Najdziwniejsze było jednak to, że ta czerwień, choć nie wyglądała na ciecz, kapała — ale nie opadała na ziemię. W połowie drogi na dół po prostu nikła. Być może się rozpływała, a może stało za tym coś innego. Niemniej Rasmusen był pewien, że coś czerwonego kapało z czubków tych świetlistych gałęzi.
          — Krew? — szepnął Bleda, wciąż z wyraźnym niepokojem przyglądając się temu znalezisku.
          Rasmusenowi też przyszło to do głowy, dlatego, z pewnym wahaniem wyciągnął rękę pod jedną z odnóg, chcąc przechwycić czerwoną kroplę. Obawiał się, że to tylko jakieś złudzenie i nie poczuje żadnej cieczy. Kiedy jednak wyraźnie odczuł coś na skórze, wcale nie był pewien, czy powinien się cieszyć, czy przeciwnie. Podniósł więc splamione tajemniczą substancją palce i powąchał, spodziewając się jakże charakterystycznego zapachu soli i rdzy. Jednak, ku jego największemu zaskoczeniu, Rasmusen nie poczuł zupełnie nic.
          — Nie, chyba nie…
          — W takim razie co? — warknął zniecierpliwiony Bleda.
          Rasmusen odsunął się kawałek, chcąc spojrzeć na tajemnicze światło w całej okazałości. Stał tak w milczeniu chwilę lub dwie, uparcie starając się zebrać myśli. Na próżno — cała nadzwyczajność sytuacji, w jakiej się znalazł, natychmiast wypierała z jego umysłu jakiekolwiek logiczne wnioski.
          — Nie wiem — odparł w końcu, zniechęcony próbą uporządkowania sobie tego wszystkiego w głowie. — Pewne jest tylko jedno.
          — Co?!
          — Hreya jednak nie kłamała.


          ziemia, karristo

          To była jej praca. Praca w zamian za schronienie i pożywienie. Nie robiła tego przecież dla siebie. Robiła to wyłącznie dla Aenyati. Tak, tylko dla Aenyati. Tu przecież nigdy nie chodziło o nią.
          Nigdy nie chodziło o nią.
          Pierwszą część modlitwy Cathiela powtarzała kilkukrotnie każdego dnia. Tłumaczyła sobie to rankiem, tłumaczyła też wieczorem. Owa myśl wyryta była w jej głowie, z czasem coraz wyraźniejsza i boleśniej kłująca w serce. Tylko początkowo bowiem przynosiła ulgę — potem wymówka już przestawała działać.
          Z czasem za to utarło się inne zdanie i inny wniosek. Nigdy nie chodziło o nią. Zapomniana, oszpecona, nie miała nic, wszystko poświęcając swojej siostrze. Jako ledwie byt, lecz nie człowiek, z wolna sobie istniała, robiąc to, co do niej należało i nic więcej. Bo na nic więcej już od dawna nie liczyła.
          Dlatego jesteś tylko narzędziem, pomyślała ponuro.
          Wszak „narzędzie” brzmiało lepiej niż pospolita porywaczka.
          Dzień powoli żegnał się z Karissto; ciemnopomarańczowa, wszechpotężna kula z wolna przetaczała się po zachmurzonym niebie. Mijała trzecia doba poszukiwań, a u boku Cathieli siedziała właśnie jej trzecia zdobycz. Dziewczynka o zwykle rumianej twarzyczce i jasnych, gęstych włoskach zaplecionych w warkocz, siedziała pod drzewem z podkulonymi pod brodę kolanami, wpatrując się w zamyśleniu przed siebie. Wydawała się zupełnie nie zauważać, że jest obserwowana, z czego Cathiela postanowiła w pełni skorzystać. Wtem właśnie zaczęła się zastanawiać nad tym, że Eileen była… inna. Inna niż wiele z dzieci, które „przeprowadziła”. Ta bowiem nie płakała. Nie rzucała się nagle na ścieżkę i nie wierzgała nogami i rękami. Nie wyrywała się, nie uciekała, nie wypytywała w kółko o rodziców. Ma tylko dziewięć lat, pomyślała, a już jest taka mądra. Być może jakimś cudem zdawała sobie sprawę, w jak trudnych czasach żyje. Być może rozumiała, że wyżywienie jej i siódemki rodzeństwa nie było proste. Być może dlatego nie oczekiwała od najbliższych troski i miłości, bo wiedziała, że były rozdzielane na tyle części, że ostatecznie nie zostało dla niej niemal nic. Być może mała Eileen czuła, że nikt jej nie szukał.
          Mimo to Cathiela nie czuła żalu czy smutku. Przeciwnie: w jakiś sposób była dumna z tego, co robiła. Jakaś cząstka jej samej rozumiała, że dla tej małej dziewczynki nie ma lepszej przyszłości. Nie tu i teraz, w świecie brudu, kłamstwa i zdrad. Eileen miała spalony start i nie było szansy, by osiągnęła coś więcej. Cathiela to wiedziała i dlatego nie miała wyrzutów sumienia. Nigdy.
          W czasie tych rozważań Eileen nie spojrzała na Cathielę ani razu. Nawet wtedy, kiedy słońce zupełnie zniknęło za horyzontem, wypuszczając z klatki maleńkie gwiezdne świetliki.
          — No, mała — zawołała Cathiela, powoli wstając z ziemi i po raz ostatni żegnając się z zachodem. — Czas iść! Dziś nie robimy przedstawienia, nie ma w tym mieście chyba żadnych wieśniaków godnych zaufania. Przenocujemy w gospodzie. Jakoś damy radę… no!, Eileen, wstawaj!
          Dziewczynka powolutku podniosła główkę, patrząc na Cathielę ze znudzeniem zmieszanym z dezorientacją. Jak w zwolnionym tempie rozejrzała się dookoła, jednak nic, co zobaczyła, nie wzbudziło w niej zainteresowania, toteż ułożyła czoło na złączonych kolanach, nie odezwawszy się ani słowem.
          — Eileen — powtórzyła Cathiela, marszcząc brwi. Podeszła do dziewczynki i przykucnęła obok, dotykając jej ramienia. — Słonko, co ci jest? Śpiąca jesteś, nie? Pewnie, już zaraz idziemy, tu niedaleko jest gospoda. Tam przenocujemy, a już jutro będziemy na miejscu, w Drognasloe, tylko… Eileen! Nie usypiaj!
          Tym razem, już lekko spanikowana, ujęła dziewczynkę za brodę i dość gwałtownym ruchem uniosła jej głowę. Przez moment Eileen wyglądała na rozgniewaną, ale trwało to ledwie ułamek sekundy: po chwili znowu stała się apatyczna. Właśnie wtedy Cathielę nawiedziła potworna myśl.
          — Nie! Nie… Eileen! Wstań! Proszę cię… słyszysz?... wstań! Źle się czujesz? Masz mdłości? Zasypiasz? Powiedz! No odezwij się! Eileen!
          — Nic mi nie jest — wymamrotała dziewczynka tak cichutko, że Cathiela mogła się jedynie domyślić, co oznaczał ten ledwie zrozumiały pomruk. — Ja tylko… tylko…
          — Dość gadania — warknęła Cathiela, choć paniczny strach stłumił emocje na tyle, że nie zabrzmiało to tak groźnie, jak planowała.
          Chwyciła dziewczynkę pod pachy i siłą postawiła na nogi, przez moment podtrzymując Eileen i obserwując, czy mała czasem nie runie na ziemię. I choć nie runęła, to cały czas się chwiała, nędznie spuściwszy głowę.
          — Mój Boże, tylko nie to — jęknęła Cathiela, w pełni zdając sobie sprawę z ogromu swojej porażki.


          ziemia, drognasloe

          Podobno ogień oczyszczał. Wobec tego Svanthor był bardzo ciekawy, jak ta siła zadziała na niego.
          Od pożaru domu, w którym mieszkał od czterech lat, minął już tydzień. Po nędznej, drewnianej chatce nie zostało zupełnie nic; podobny los spotkał zresztą mały warsztacik kowalski Svana, który znajdował się dwa budynki dalej. I choć ten nie spłonął doszczętnie, tak jego odbudowa znacznie przerosłaby możliwości Svana, wobec czego musiał skreślić swój plan na zarabianie jako kowal. Na szczęście przez te cztery lata wyrobił sobie jakąś tam renomę, dzięki której był kojarzony chociaż w najbliższym gronie sąsiadów. I to właśnie jeden z nich udzielił mu tymczasowego schronienia, gorąco żałując spalonego domu. I tak samo przypalonych lokatorów.
          Ten łysy, chudy jak szkapa jegomość miał może koło pięćdziesiątki, choć twarz miał pooraną zmarszczkami bardziej niż niejeden starzec chwiejący się nad grobem. Gibki i dość rezolutny jak na swoją klasę, nigdy się nie ożenił i tę swoją „samotność” rekompensował sobie idealnymi stosunkami z sąsiadami. I choć Svan zamienił z nim może kilka zdań, Hieronim zachowywał się co najmniej tak, jakby wychowali się w tej samej dzielnicy. Sytuacja jednak zmuszała Svana do udawania, że i on jest zachwycony tym towarzystwem. Bądź co bądź, miał gdzie spać i to na razie wystarczało.
          — To naprawdę straszne, oj straszne! — Hieronim reagował lamentem za każdym razem, kiedy wspomniało się o tych tragicznych wydarzeniach. — Biedna Ramlaura i jej synek! Taka miła to kobieta była! Czasami szyła mi rękawy w kombinezonie, jak już się zaczęły pruć. I to za darmo. Wiesz, Svan… czasami to sobie nawet myślałem, że ja i ona… no. Wtedy, jak jej chłop zmarł, była taka smutna. Żal kobiety było. A teraz… oj!, oj! Byłem na pogrzebie. Nie mieli co chować, to tylko trumny pogrzebali… Puste… zresztą, sam wiesz, byłeś tam. I…
          — Nie byłem.
          — Oj, oj… — zmartwił się Hiernonim, błądząc wzrokiem po małej klitce, którą nazywał domem. — Wypadło ci coś? No tak, pewnie tak musiało być, po co ja głupi pytam. Tylko… pierwej jestem ciekaw, co to się wtedy stało? Podpalił to kto?
          — Podpalił.
          — Ależ kto, na jasną panienkę?!
          Svan parsknął, kiedy pomyślał sobie, że stary może mieć na myśli albo najświętszą panienkę, albo jakąś białogłowę, której pewnie brakuje mu w łożu. Wtem Hieronim spojrzał na niego najpierw ze zdziwieniem, potem z niesmakiem, co Svan popisowo zignorował. Kiedy jednak zastanowił się nad postawionym pytaniem, powoli zaczął wracać wspomnieniami do tych szarych, nudnych dni, kiedy to nic nadzwyczajnego się nie działo. Nienawidził tej monotonności i nijakości, która pokrywała wszystko dookoła jak kurz, jednak, gdy tak o tym myślał, ze zdziwieniem spostrzegł, że trochę za tym tęsknił. Że przywykł do przeżywania każdego kolejnego dnia dokładnie tak samo.
          — Wiedziałeś, że Krield był demoni? — zapytał powoli Svanthor.
          Hieronim skrzywił się na dźwięk tego słowa, choć i na to Svan nie zwrócił uwagi. Zdawał sobie sprawę, że dzieci, które trawiła nieznana choroba, co niektórzy fanatycy nazywali diablętami lub demonami: w końcu czarnych oczu nie spotyka się u co drugiego dzieciaka. W związku z tym rodziny, które chowały pod swoim dachem chore dziecko, momentalnie były piętnowane. Nie pomagano im, nie okazywano współczucia i nie podawano dłoni, bo to nie uchodziło i krzywo się na to patrzyło. Znalazło się jednak wielu takich, którzy w chorobie znajdowali tylko chorobę, nie dopisując sobie do niej innych znaczeń. Ci właśnie starali się walczyć z krzywdzącym określeniem „demonich dzieci”, choć niewielu się tym przejmowało.
          — Słyszałem — wyszeptał po dłuższej chwili milczenia. — Słyszałem od Grubej Emilki. Ma czwórkę dzieciaków, żadne nie ma więcej niż dziesięć lat. To się boi, że i jej dzieciaka to choróbsko hycnie. Dlatego pilnuje ich teraz jak oka w głowie – słyszałeś przecież, że prawie wszystkie dzieciaki znikają na kilka dni, a kiedy wracają, są już chore. Gruba Emilka ostrzegła mnie, żebym się do dzieciaka Ramlaury nie zbliżał, bo to nasienie diabła i pewnie nas wszystkich dookoła pozabija… głupia baba — dodał markotnie, zaciskając pięści.  — Jak chce dzieciaki chronić, to niech się z Drognasloe wynosi. Bo tu wszędzie dookoła same chore bachory. Jedno nam nawet w sąsiady przyjdzie.
          Svan po raz pierwszy od dawna przyjrzał się Hieronimowi z zainteresowaniem. Dotychczas paplał sobie bez ładu i składu, a Svanthor wyłapywał tylko te najważniejsze fragmenty. I ten był jednym z nich.
          — Jak to? Znowu jakieś dziecko zachorowało?
          — Jeszcze nie — mruknął, wyjmując z kieszeni cienki kawałek drewna o poczerniałej końcówce, którym zaczął grzebać sobie w zębach, co jakiś czas przyglądając się temu, co wydłubał. — Ale kolejny zniknął. Nie ma jej już od trzech dni.
          — Kto taki?
          — Mała Eileen, córka tego starego rybola. No, tego, co obok stawu mieszka. W ich domu jeszcze siódemka takich samych dzieciaków, więc stary rybol już rozgadywał, że jak mała się z chorobą znajdzie, to jej za próg nie wpuści. P###### rybol, niech sczeźnie w piekle…
          — Wiesz o niej coś więcej? Kiedy ją ostatnio widziałeś?
          — Noo… — Hieronim spojrzał na sufit; ręka, która wędrowała z powrotem do ust, by kontynuować grzebaninę w zębach, zamarła gdzieś w połowie drogi. — No, tak właśnie ze cztery dni temu jakoś. Bawiła się z kimś. Z jakąś dziewuchą. Młoda taka, chociaż zdaje mi się, że miała włosy czymś zielonym ubabrane. Ponoć to kuzynka małej, tak słyszałem, to pytań nie zadawałem… Co?! — Hieronim przerwał swoją mowę, wybałuszając oczy i patrząc na swojego towarzysza. — Myślisz, że to ona ukradła dzieciaka? Że to ta zielona roznosi to choróbsko?!
          Svan pozwolił sobie zignorować to pytanie, tępo wpatrując się w brudną, popękaną ścianę przed nim. Miast tego zastanawiał się, czy podpalenie, porywanie dzieci i choroba miały ze sobą coś wspólnego. Wszak Krield był demoni, a skoro choroba zaczynała się od porwania, to kto wie, czy dziecko nie wróci za kilka dni z demonimi objawami. A jeśli tak, to czy podpalacz i wtedy się nie zawaha i spali dom z dziesiątką ludzi w środku — lub dziewiątką, jeśli rybol rzeczywiście dziewczynki nie wpuści? Jakimś cudem Svanthor w to nie wątpił. Ba!, był tego całkowicie pewien. Dlatego postanowił. Poczeka na rozwój wypadków. Poczeka, aż mała Eileen wróci z demonimi oczami. Poczeka, aż podpalacz się odezwie i spali dom i całą wielką rodzinę. A wtedy Svan nabierze pewności i będzie mógł rozpocząć poszukiwania tego drania.
          Lecz dlaczego? Jaki miałby w tym cel? Zemsta za Ramlaurę i Krielda? Być może, lecz Svanowi wydawało się, że po prostu nie lubi niedokończonych spraw. Choć przecież całe trzynaście lat, jakie tu spędził, to jedna wielka niedokończona sprawa. Albowiem Svanthor istniał tylko wtedy, przed trzynastoma laty. Potem przestawał istnieć. Zanikał. Szarzał. A teraz miał szansę odzyskać kolor. Odzyskać sens… sens czegokolwiek.
          Wtem z rozmyślań raz jeszcze wyrywał go Hieronim. Lecz powiedział tylko jedno zdanie, po czym zniknął ze swoją brudną wykałaczką, zostawiając go w spokoju aż do końca dnia. Dając mu rozmyślać nad tym wszystkim, czego się dowiedział.
          — Nadali nawet temu choróbsku nazwę. Wiedziałeś o tym, Svan? Teraz to nie tylko demonie oczy. Teraz to już jest Nigredo.


notka od meth





odpowiedzi na komentarze

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (08-07-2021 o 20h03)


https://i.imgur.com/hoEOs1F.png


https://i.imgur.com/6gLWhFY.png[/img]

Offline

#12 08-07-2021 o 09h29

Straż Absyntu
Natsuki
Żołnierka Straży
Natsuki
...
Wiadomości: 537

Jejku, nareszcie przyszłam!
Nie mogłam przecież zignorować utworu jednej z lepiej znających się na rzeczy osób /static/img/forum/smilies/wink.png

Pozwól, że nie będę za bardzo skupiała się na błędach - nie lubię tego, zresztą, nie masz ich za wiele i jeśli nie znajdę w tekście czegoś, co będzie mnie ewidentnie drażniło, to po prostu to zignoruję. Gdzieś widziałam brak przecinka i jakiś nadprogramowy, jakieś pojedyncze powtórzenie, ale nic ponadto. Skupię się na treści, bo i ona jest najważniejsza /static/img/forum/smilies/smile.png

Dobra, zacznijmy od samego początku jako, że jeszcze tu nie komentowałam. Masz cudowny pomysł na fabułę i jestem przekonana, że Eldarya zyskałaby, gdybyś to Ty zajęła się scenariuszem. Jej początki, bajka (legenda?) o Złym Panie i dzieciach... przecież jak ja to przeczytałam, to miałam w głowie tylko "bosze, i że twórcy gry na to nie mogli wpaść?!" Swoją drogą, notatka jest naprawdę cudownie sformatowana jak na forum eldaryi, zdradzisz mi sekret? Być może mi samej przyda się w przyszłych rozdziałach /static/img/forum/smilies/smile.png

Diabelskie dzieci, dzieci demony - one już wcześniej pojawiały się w kulturze. U Ciebie nabierają innego znaczenia - to czyste i doskonałe twory, którym odebrano dusze i skazano na powolną śmierć w agonii. Cudowny pomysł, ciekawa jestem, co dzieje się potem z tymi duszami? Służą jako pożywka? I kto je teraz zabiera - czy to dalej Zły Pan, czy może któryś z jego wysłanników? A może w świecie narodził się inny, o podobnej mocy i żądzy zemsty? Widzisz, zadaję te pytania co znaczy, że wzbudziłaś moją ciekawość - i tak niewątpliwe jest. Umiesz operować słowem, Twoje porównania momentami sprawiały, że zastanawiałam się, skąd u Ciebie taka liryczność (gdzieś w tekście pojawiła się opadająca kurtyna, co jest, jak mi się wydaje, nawiązaniem do tytułu. Piękny hint, doceniam takie smaczki).
Widzimy tu też wyraźny podział Eldarya - Ziemia. Dwie skrajnie różne krainy, a jednak łączy je postać Złego Pana. Zastanawia mnie też to wydarzenie w kwaterze w Eldaryi, ta gwiazda i wypływająca z niej materia (bo czy to ciecz, trudno stwierdzić, tajemnica dotyka zarówno mnie jak i bohaterów, dziękuję, że nie dajesz mi wszystkiego na tacy, inaczej już dawno by mnie tu nie było). Tutaj, powiem szczerze, nie mam pomysłów i ciekawa jestem, o co właściwie chodzi.

Następny punkt: dialogi. Są bardzo dobrze napisane pod względem technicznym no i - nie oszukujmy się - brzmią niesamowicie naturalnie. Gesty, jakie wykonują postacie w czasie trwania dialogu (Hieronim dłubiący w zębach, Bleda poprawiający włosy) pomagają nam stworzyć sobie już jakieś zaczątki myśli o bohaterach. Stąd też dłubanie w zębach (i to przy innych)= brak kultury = brak odpowiedniej nauki = niski stan = Hieronim to zwyczajny, wiejski chłop, nieprzejmujący się konwenansami. To działa, to tak cholernie działa, rób to dalej. POKAZUJESZ, a nie tylko PISZESZ. I za to należą Ci się ogromne brawa, bo czytelnik sam powinien z działań bohatera wywnioskować, jakim on jest, a nie opierać się na słowach narratora. Myślę, że wiesz, o co mi chodzi.

Liczba trzy... Bardzo dobrze poprowadziłaś jej narrację. Pojawiała się na początku, w środku i końcu, nie rzuciłaś jej sobie mimochodem. Nie wydaje mi się też, by była ona przywołana tylko ze względu na ten jeden rozdział, i ze pojawi się jeszcze pod koniec (byłoby to tak smacznym hintem po czasie, co ło ja cie panie).

Bohaterowie - bliżej póki co poznaliśmy Svana. Kojarzy mi się z takim wielkim, poważnym, zdroworozsądkowym chłopem, co to może nie okazuje uczuć otwarcie i szczególnie wylewnie, ale ma rozbudowny system wartości i wie, kiedy działać, zwłaszcza, gdy innym dzieje się krzywda. Wydaje się twardy na zewnątrz, ale miękki w środku,c o udowodnił chcąc wskakiwać w ogień za kobietą i jej synem. Potrzeba kogoś, kogoś bliskiego, kto pomógłby mu nieco otworzyć się na innych. Niekoniecznie uczynić z niego zbawcę świata o sercu wielkim jak dwa oceany - po prostu kogoś, kto byłby przy nim i dodawał wiary, że może przyjdzie lepszy czas, a on ma w sobie tyle siły, by to przetrwać, i pomóc w tym innym. Na chwilę obecną tak właśnie rysuje mi się Svan, uwielbiam go po prostu.
Każda z postaci pobocznych póki co wydawała mi się ogromnie naturalna. Nie tworzyłaś mocno ich rysu, ale na tyle wystarczająco, bym mogła się na nich skupić i chcieć o nich czytać. Wspólnie tworzą niezwykle autentyczne i przyjemne tło, każda też czymś się charakteryzuje.

Opisy masz piękne, choć tych o krajobrazie i przyrodzie jest stosunkowo mało, biorąc pod uwagę całokształt. Ale nie przeszkadzało mi to ani trochę, słowami tworzysz atmosferę grozy i tajemniczości, to wydarzenia i słownictwo ukierunkowują moją myśl na dany tor. Przykład: czytam "kowal" i "drewniana chata" oraz "kler, kościół" i  już wiem, że to średniowiecze - brudne, okrutne i zimne. Nie musisz mi tego mówić, po prostu to CZUJĘ.

Muszę to teraz głośno i otwarcie przyznać: piszesz lepiej ode mnie. A przynajmniej zdecydowanie lepiej wygląda to u Ciebie po względem technicznym. Co do warsztatu, ciężko mi określić (bo i nie potrafię spojrzeć na to obiektywnie), ale i chyba nie chcę, bo i takie porównywanie się nie jest najlepsze. Na pewno styl masz, powiedziałabym, profesjonalny, książkowy. Mogę też z całą pewnością powiedzieć, że jest to jedno z najlepszych opowiadań, jakie czytałam od czasu mojej przygody z syfem czy eldaryą (czyli będzie jakieś 8 lat).

A, jeszcze jedno. Nazwy i imiona - są cudowne, brzmią tak naturalnie, tak prawdziwie i unikatowo, ogromny plus.

Koniec 2 rozdziału, gdzie dowiadujemy się o kolejnym przypadku zachorowania i w końcu znamy nazwę choroby (która przewija się przecież w tytule!) - zmiażdżyłaś mnie tym totalnie.

Z naprawdę ogromną niecierpliwością czekam na kontynuację i przesyłam mnóstwo weny i pomysłów! <3

p.s teraz widzę, jak bardzo się rozpisałam. Mam nadzieję, że zagrzeje Cię to i  zmotywuje, bo ja już naprawdę nie mogę się doczekać /static/img/forum/smilies/wink.png

Ostatnio zmieniony przez Natsuki (08-07-2021 o 09h34)


https://i.imgur.com/Ab3ckNC.png

Offline

#13 10-08-2021 o 17h15

Straż Obsydianu
Divia
Debiutantka
Divia
...
Wiadomości: 105

Przybyla, przeczytała, napisałam~

W końcu mam naprawdę chwilę czasu, by siąść i zagłębić się w Twoim towrze; wierz lub nie, ale czekałam na to, bo jestem szczerze ciekawa zmian, jakie wprowadzasz do swoich rozdziałów :)

1. 
Znalazłam mały błędzik i nie do końca wiem, o co tu chodziło – czy o cztery lata, trzy-cztery lata czy coś jeszcze innego?

Methrylis napisał

Wprawdzie to dzięki niej ten przerażający mężczyzna cztery trzy temu znalazł dach nad głową.

Aaa, no nie mogę! Pięknie wszystko napisane i opisane, choć troszkę mnie wybił ten króciutki akapit o Cathieli. Myślałam, że rozwiniesz, go nieco bardziej, ale nic to – sama w końcu napisałaś, że w kolejnym rozdziale masz zamiar do nich wrócić ;)

Tak jak poprzednim razem Svan wydaje mi się strasznie gruboskórny, ale mimo wszystko go lubię. Mam trochę problem jak się do niego odnieść, bo z jednej strony wiem, jak jego postać prezentowała się w kolejnych rozdziałach, ale z drugiej wciąż wszystko może się zmienić.
Najmocniejszą stroną jest chyba przywoływanie trójki niemalże w każdym fragmencie. Wprowadzenie bomba, w bardzo prosty, przystępny sposób wyjaśniłaś dlaczego liczba trzy ma tak duże znaczenie. No i końcówka, tutaj nie spodziewałam się przywołania trójki, ale bardzo dobrze się złożyło, bo zastanawiałam się jaki ona może mieć związek z nagłym pojawieniem się Wieszcza w ostatnim akapicie. Nie pamiętam, czy w poprzedniej wersji też tak często przywoływałaś znaczenie ten liczby, ale muszę przyznać, że robi ono świetną robotę :D


2.
Ten wstęp TvT Coś pięknego! Zawsze lubię czytać wersje innych użytkowników na temat stworzenia Eldaryi. Każda jest na swój sposób ciekawa, ale i zapewnia logiczne,  niebanalne wytłumaczenie powstania świata.

Już lubię tego Bleda XD No jakbym widziała siebie – też potrafię po pięćdziesiąt razy poprawiać kucyka, szczególnie, kiedy jeszcze miałam włosy do pasa. Nie ma czegoś takiego jak idealne upięcie!

Opis tego świecącego bytu także jest świetnie przedstawiony. Historia ze świetlikami skojarzyła mi się trochę z lampą na owady – podlatują do światła, a kiedy siadają bach i komar opada martwy na ziemię. W sumie to ciekawe, czy to światełko tak działa? Może po prostu faery są "zbyt duże", w porównaniu do takich świetlików, dlatego nic nie czują/ ten byt na nie nie działa? Albo po prostu wydziela jakieś promieniowanie, które ma różne działanie na różne istoty? To już tak tylko moje własne przemyślenia, hah.

Hieronim… nie powiem, obrzydza mnie tym swoim dłubaniem w zębach, ale lubię gościa xD Taki nie pozorny, acz pomocny staruszek. Jedyne co mnie dziwi to fakt, że ma zupełnie w nosie oziębłość Svanthora, zupełnie jakby chciał mieć jakiekolwiek towarzystwo, byle towarzystwo. Dosłownie.


Powiem Ci, tak od serca, że jak dla mnie to uno – szczególnie druga część rozdziału wygląda tak, jakbyś tchnęła w nią nowe życie, a dos to Twój styl i zdolności pisarskie z pewnością nie są marne, raczej bym powiedziała, że jeśli po trzech (znowu ta liczba >.> Przypadek? Nie sądzę just kidding) nadal jesteś w znacznym stopniu zadowolona z tego, co napisałaś, to znaczy, że ten fragment jest naprawdę dobry. Pisz dalej, bo naprawdę mnie ciekawi, czy to, co udało mi się zapamiętać będzie odzwierciedlać kolejne rozdziały, czy może nastąpi jakaś zmiana? Nie mniej będę z chęcią tu zaglądać. Czekam na rozdział trzeci, pozdrawiam! ^^

Offline

#14 23-08-2021 o 21h52

Straż Absyntu
Methrylis
Pomocniczka Sylfów
Methrylis
...
Wiadomości: 1 226

...............................................................................................https://i.imgur.com/ATdsjbB.png


„[…]ichniejsza to próba jest; próba mająca uleczyć człowieczeństwo z człowieczeństwa. Człowiekiem być to już za mało. Przyszłość patrzy na nas pogardliwie i ciągle domaga się więcej. Chce czegoś, czego nie mamy i czego nie umiemy zdobyć. Ale cóżże to jest: człowiek — w starciu z czasami, w które wglądu nas złośliwie pozbawiono? I także Przyszłość, nasz nowy Bóg, poddaje najcięższej próbie sobie wybranych, najokrutniej się z nimi obchodząc.

Przyszłość boleśnie i brutalnie doświadcza swoje potomstwo.
Bo czymże są nasze dzieci, jeśli nie przyszłością?”

— fragment notatki wędrownego wróża



„Nie można dokładnie stwierdzić, czym jest owa choroba. Pytań jest wiele, lecz przy tak znikomej wiedzy nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na żadne. Dlaczego choroba atakuje tylko dzieci? Najstarszy odnotowany przypadek miał lat szesnaście z dziewięcioma miesiącami. Siedemnastych urodzin nie dożył. Najmłodsze miały po trzy lata; młodszych nie odnotowano. Nie stwierdzono natomiast choroby u dorosłych, mimo przebywania wśród chorych dzieci, toteż nie jest to choroba zakaźna. Wiadomo tylko, że ma pięć etapów. Pierwszy: zmęczenie, dezorientacja, obojętność. Drugi: końcowe fazy snu, sucha skóra, oczy zaczerwienione i swędzące, odmowa przyjmowania pokarmu. Trzeci etap infekcji: paraliż. Pacjent nie wykazuje reakcji, zdaje się tracić rozeznanie otoczenia. Czwarty: ściemniałe źrenice, pacjent zamroczony i apatyczny, obfita potliwość, drgawki, wysoka gorączka. Piąty... piąty praktycznie nie istnieje. Źrenice całkowicie zaczerniały. Oddech i bicie serca ustają.
Notka: u małego procenta pacjentów śmierć następuje już w czwartym etapie.”

— Andreas van der Liett, cyrulik



„Zło spogląda na nas przez ślepia tych, których dusze zbyt niewinne są, by do piekła trafić, to więc one złe nie są. Nie dzieci temu winne, tylko ci, którzy swe niewinne lata już dawno porzucili, zawieszając na szali marnotrawstwa. Oni temu wszystkiemu winni: ich pycha, zawiść i wewnętrzna, roztaczająca się na wszystkie inne sfery zgnilizna. Ci oni, diabłom wierni, Bogu wrodzy, z uśmiechem na ustach czynią zło na świecie, radzi, że oto wreszcie wszystek ich otaczający staje się równie co oni zły i potworny.
I tylko ci maluczcy za to płacą”.

— ojciec Camilio






          ziemia, drognasloe
 

          Co może się znajdować w głowie szaleńca?
          Jak ciemne, jak poplątane muszą być jego myśli?
          A może — jest wprost przeciwnie? Może owe myśli wcale nie są poczerniałe i splątane? Może są ułożone i kolorowe? Może są lekkie, przejrzyste, pachnące kwiatami i miękkie niczym najmilszy puch? 
          Może są to myśli zbyt radosne, zbyt wspaniałe i proste, by pojąć je mógł zwykły człowiek targany normalnymi, codziennymi sprawami? Tak ponurymi, poplątanymi, nieciekawymi?
          Może szaleniec jest zbyt szczęśliwy, by być normalnym?
          Może. Ale któż to wiedział? Jednak podobne pytania pojawiały się coraz częściej, zwłaszcza gdy Nigredo roznoszące się po Drognasloe powoli przestało nie tylko przerażać, ale wręcz dziwić. Tę śmiertelną chorobę atakującą dzieci z czasem wciśnięto gdzieś w odmęty rutyny, powtarzając z udawanym, wyuczonym już żalem, że jak to szkoda kolejnego dzieciaka. Ale czy komukolwiek poza rodziną naprawdę było ich szkoda?
          A skąd. Bo niby dlaczego? Dlaczego mieliby żałować dzieci, które umierały? Najważniejsze przecież, że oni, dorośli, byli bezpieczni.
          Co może się znajdować w głowie szaleńca? Wielu zadawało to pytanie zwłaszcza spoglądając w te poczerniałe, puste, przeżarte Nigredo oczy. Zdawały się nieprzytomne, wręcz martwe, jakby coś w środku zniszczyło całego ducha i zostawiło jedynie tę przeklętą czerń przejmującą całe ciało. Źródłem zaś, co oczywiste, miały być oczy.
          Wszak nie od dziś wiadomo, że oczy są zwierciadłem duszy.

          Stara rudera z zewnątrz nie wyglądała najciekawiej. Niegdyś znajdował się tu burdel, ponoć niecieszący się zbyt dobrą sławą. Szybko upadł, a budynek zaczął niszczeć. I choć starano się go uratować, pewnych uszczerbków nie dało się naprawić. Nadgryzione zębem czasu czerwone ściany już dawno wyblakły. Niemal wszystkie okna zamurowano lub zabito deskami, ościeżnice okienne, kiedyś białe, były popękane i poczerniałe, a trzy stopnie prowadzące do równie zaniedbanych głównych drzwi były odrapane i poszarzałe. 
          Dopiero z tyłu ten, który wiedział, czego szukać, mógł coś odnaleźć. Właśnie na tyłach budynku, zarośniętych dzikimi krzewami i wysokimi trawami, znajdowało się przejście ukryte za jeżynami. Niewielka, drewniana klapa prowadziła do dużo bardziej zadbanych, jasnych drzwi, których pilnowało dwóch odzianych w błękit jegomościów. Nie mieli oni tam wiele roboty: niewielu przebywających wewnątrz kwapiło się w ogóle, by wychodzić na zewnątrz. W środku mieli wszystko, czego tylko potrzebowali: sypialnie, kuchnię ze stołówką, toalety, salę gier i zabaw, bibliotekę, a nawet małą oranżerię.
          Jednak większość stanowiły wszelkiego rodzaju laboratoria i pokoje badawcze. To o tym budynku bardziej wtajemniczeni szeptali, że tutaj właśnie pracowano nad lekarstwem na Nigredo. Ochotnicy, jedni zwabieni wizją zarobku, a drudzy sławy i poklasku, próbowali znaleźć odpowiedź na pytanie: czym tak właściwie było Nigredo i jak z nim walczyć? Szukano więc, sprawdzano i porównywano.
          A to wszystko z pomocą tych maluczkich, których choroba dotykała.
          Takich właśnie maluczkich sprowadzała Cathiela Kellanar. I za to ją właśnie ukarano: za to, że sprowadziła dziecko chore, a nie zdrowe. Lecz jaki to miało sens? Przecież badali chorobę — więc powinni szukać dzieci chorych. Jednak Cathiela już dawno przestała pytać. I tak by jej nie odpowiedzieli, a ona zbyt wiele zawdzięczała tym wielkim, ważnym panom, by im podpaść.
          Ale podpadła.
          W owalnym, stosunkowo niewielkim gabinecie skąpanym w ciepłych brązach oczekiwał na nią jej szef. Wysoki, chudy jak tyczka mężczyzna miał bladą, pociągłą twarz o wąskich, malinowych ustach, intensywnie niebieskich, wiecznie podkrążonych oczach i rudych, krzaczastych, niemal zrośniętych ze sobą brwiach. Jego krótkie, marchewkowe włosy lśniły w delikatnym świetle, gładko zaczesane do tyłu. Lśniły także złote klamry jego długiego, niebieskiego płaszcza, z którym mężczyzna zdawał się nigdy nie rozstawać. Zwykle płaszcz był rozpięty, a Yorgoren lubił chwytać obiema dłońmi za jego poły, by jeszcze bardziej podkreślić swoją powagę — i przewagę. Teraz zaś, wpatrując się w Cathielę wściekle, tak mocno zaciskał na nich palce, że aż zbielały mu knykcie. Cath wolała patrzeć na nie niż spoglądać w oczy – tych się bała.
          — Jak ty to sobie wyobrażasz? — wycedził przez zaciśnięte zęby.
          Nie wiedziała. W ogóle tego sobie nie wyobrażała, bo nie sądziła, że po drodze mała Eileen zdoła zachorować na Nigredo. Cathiela mimowolnie zerknęła na stojącą pod ścianą dziewczynkę: dziecko kiwało się delikatnie w przód i w tył, wbijając puste spojrzenie w podłogę. Z ust ciurkiem ciekła jej po brodzie ślina, lecz Elieen nie zwracała na to żadnej uwagi. Cath zmarkotniała na ten widok; miała przyprowadzić ją zdrową i jak na razie bardzo dobrze sobie radziła z tym zadaniem. Ta wpadka była pierwsza, ale Cathiela nie miała wątpliwości, że Yorgoren będzie bezlitosny. I był.
          — To dziecko jest chore! — warczał. — Chore na nic nam się nie zda! Ile razy miałem ci powtarzać, żebyś trzymała się procedur?! Ile…
          — Przecież się ich trzymałam! — zaprotestowała, choć jej głos był wątły i piskliwy, jasno zdradzając jej stres. — Trzymałyśmy się bocznych uliczek, a zatrzymywałyśmy się tylko w domach bezdzietnych i bezzębnych starców! Tylko dwa razy schroniłyśmy się w gospodzie, ale za każdym razem sprawdzałam, czy czasem gdzieś wokół nie kręci się jakiś czarnooki dzieciak! No i ten drugi raz był wtedy, jak już mała była chora. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że Eileen złapała Nigredo! Robiłam wszystko, jak należy! Może ta choroba rozpyla się już jakoś inaczej? Może jest w powietrzu, może…
          — TO DZIECKO JEST BEZUŻYTECZNE! — ryknął Yorgoren, a Cathiela aż drgnęła nerwowo, wyraźnie przerażona tym wybuchem. Momentalnie się w sobie kuląc, chwyciła machinalnie kosmyk swoich zniszczonych, kręconych, zielonych włosów, nawijając go sobie wokół palca. Zawsze tak robiła, gdy była w stresie, jakby podświadomie chcąc zniknąć za swoją gęstą czupryną. — Chcemy zdrowe dzieci, nie wraki, które za mniej niż miesiąc będą martwe! — Na chwilę Yorgoren zamilkł, chwytając się dwoma palcami za kość nosową. Przymknął przy tym oczy, odetchnął kilka razy, najwyraźniej starając się uspokoić, po czym gwałtownie uniósł głowę i kontynuował upiornie spokojnym tonem: — Daliśmy ci jedno bardzo proste zadanie. W zamian za opiekę nad Aenyati, która sprawnie i prawidłowo się tu rozwija. Dlaczego więc zawodzisz?
          Cathiela wybałuszyła oczy i aż poczuła, jak zapiekły ją policzki, na których wypełzł intensywnie czerwony rumieniec. Nie spodziewała się tak surowej obelgi ze strony swojego szefa, tym bardziej, że z całą pewnością była niesprawiedliwa. Momentalnie urósł w niej bunt, który jeszcze przez jakiś czas walczył wewnątrz niej ze strachem. Jednak w końcu udało jej się zrozumieć, że musiała walczyć o swoje, bo nie była tutejszą niewolnicą i dobrze wykonywała swoje obowiązki. Nigdy nie oczekiwała za to żadnego dobrego słowa, ale stwierdzenie, że zawodziła, było boleśnie na wyrost.
          — Ile już dzieciaków ci sprowadziłam? — spytała zjadliwym tonem, czując, że powoli traci nad sobą panowanie. — Dwadzieścia? Trzydzieści? Nie liczę. Sprowadzam jedno i wracam, by rozejrzeć się za kolejnym. Nawet nie wiem, po co wam one, ale wiesz co? Zupełnie mnie to nie obchodzi, bo, jak sam zauważyłeś, opiekujecie się Aenyati. Tylko dlatego latam po wisach i miastach i zbieram dla was bezdomne i biedne dzieciaki. Wszystkie były zdrowe. Ale k####! — Cathieli coraz trudniej było nad sobą panować, więc w pewnym momencie po prostu przestała to robić. — Nie wiem, czy zdarza ci się wyściubiać nos poza to swoje p###### laboratorium, ale po Drognasloe rozlazła się panika. Coraz więcej dzieci choruje na to cholerne coś, a kto wie, czy za jakiś czas nie przeniesie się to na starszych. I co wtedy zrobisz? Za staruchami mam ci ganiać?! To była jedna wpadka. — To ostatnie zdanie wręcz wycedziła, bardzo dobitnie wypowiadając każde słowo. 
          Wbrew temu, czego oczekiwała, Yorgoren jedynie uśmiechnął się kpiąco na ten jej mało znaczący wywód. Nie wypowiedziawszy na ten temat ani jednego słowa, odwrócił się na pięcie, świszcząc swoją niebieską peleryną. Następnie zmarszczył brwi, z uporem wpatrując się w chwiejącą się lekko dziecinę. 
          — Możecie z nią zrobić, co chcecie — mruknęła Cathiela, korzystając z tej krótkiej chwili ciszy. — Nie wiesz przecież, co się stanie, jak wykorzystacie do swoich badań chore dziecko. To dopiero pierwsza faza i macie cały tydzień, nim choroba zacznie postępować. A to, że jest otępiałe i zdezorientowane – to wam powinno jedynie pomóc. A jak się nie uda… no cóż. Najwyżej zrobicie z nią to co zwykle. Cokolwiek to jest.
          To ostatnie najwyraźniej zainteresowało Yorgorena, ponieważ spojrzał na nią z kpiącą ciekawością, uśmiechając się nieco złośliwie. Coś w jego niebieskich oczach niebezpiecznie błysnęło i Cathiela już wiedziała, że nie powinna podejmować tej walki — cokolwiek miało nią być.
          — Nigdy cię to nie interesowało? — zagadnął ze spokojem jej opiekun.
          — Nie — odparowała stanowczo Cathiela, tym samym chcąc wreszcie skończyć ten wątek.
          Wystarczy, że się domyślam, pomyślała ponuro. 


          eldarya, miasto eel


          W świecie wypełnionymi najwymyślniejszymi, magicznymi stworzeniami rodem z bajek dla dzieci, powstało coś równie pięknego i magicznego. Lecz nikt z tamtejszych, jakże baśniowych stworzeń, nie potrafił tego wyjaśnić.
          Jak to możliwe, że magia nie znała magii? I jak to możliwe, że owa magia w ogóle istniała? Nie wiadomo. Lecz jej egzystencja była niepodważalnym faktem, a równie jasnym okazało się, że nieodłącznym towarzyszem tych czarów jest tajemnica. Baśniowym stworkom bowiem musiało się tylko zdawać, że posiedli całą magiczną wiedzę. Ale czy to było w ogóle możliwe?
          Ci starsi i mądrzejsi wiedzieli, że nie. I z zachwytem wpatrywali się w żywy przejaw magicznej tajemnicy.

          Niezidentyfikowaną energię odnalezioną na skraju okolicznego lasu nazwano Eldingar, a wszystko przez jej połyskliwy kształt przypominający błyskawicę. Tak to właśnie bowiem wyglądało: jakby bogowie cisnęli naraz kilka piorunów i skrzyżowały się one w jednym miejscu, tworząc Eldingar. Lecz czym właściwie ten Eldingar był? I dlaczego końce tych grotów były czerwonawe, jakby umazane krwią? Tego miała się dowiedzieć Lśniąca Straż — grupa stworzeń mających za zadanie bronienie porządku w tej jakże pięknej, tchniętej magią okolicy. Zebrawszy wszystkie informacje, już niebawem mieli wybrać się na zwiad w poszukiwaniu większej ilości śladów. Lecz zanim to nastąpi, musieli przesłuchać jeszcze jedną osobę: małą Hreyę, dziewczynkę, która jako pierwsza zobaczyła Eldingar. Zdaniem wielu była to strata czasu, lecz przywódca Straży Cienia, zrzeszającej wszystkich szpiegów i strażników nocnych, chciał dowiedzieć się jak najwięcej. Dlatego z uwagą przyglądał się nastolatce stojącej na samym środku Sali Kryształu.

          Rogi małej Hreyi były fantastycznym zjawiskiem i nikt nie potrafił go wyjaśnić. Długie, nieco poskręcane, o chropowatej, lekko brązowawej powierzchni i poroztykanych gdzieniegdzie czarnych żyłkach były twarde jak stal i żadne znane w Eldaryi ostrze nie było w stanie ich przeciąć. A jednak, kiedy tylko ta mała trzynastolatka tego chciała, jej cudowne rogi wyginały się pod najróżniejszymi kątami na wszelkie sposoby. Często się nimi bawiła lub zabawiała kilkuletnie istotki, które wprost uwielbiały nawlekać swoje zabawki na jej ruchome rogi. Przede wszystkim jednak ten wyjątkowy element zdradzał Hreyę i jej emocje. Kiedy się czegoś bała lub czymś się stresowała, jej rogi machinalnie się wyginały i dziewczyna nijak nie potrafiła nad tym zapanować.
          A gdy stanęła na środku Kryształowej Sali, rogi śmigały we wszystkie strony z prędkością światła. 
          Przerażona Hreya rozglądała się na wszystkie strony, starając się unikać spojrzeń zgromadzonych tam ludzi. Większość z nich znała z widzenia, innych potrafiła rozpoznać po jakimś charakterystycznym elemencie, o którym słyszała, ale ani razu z nikim nie rozmawiała. W końcu to sama Lśniąca Straż! Hreya nigdy by nie pomyślała, że kiedykolwiek spadnie na nią zaszczyt rozmowy z tymi największymi osobistościami. Tymczasem w ciągu ostatnich kilku dni zdarzyło się to już dwukrotnie. Wtedy rozmawiała z tym wysokim blondynem o zielonych oczach i białym, długim płaszczu. Był bardzo miły i wyrozumiały, dlatego miała nadzieję, że i teraz to on będzie przeprowadzał z nią wywiad.
          Jakże się więc ucieszyła, kiedy wspomniany blondyn podszedł do niej wolnym krokiem i uklęknął na jednym kolanie, lekko zadzierając głowę, by móc spojrzeć jej w oczy.
          — Pamiętasz mnie, prawda? — zapytał łagodnym, miłym dla ucha głosem.
          Dziewczynka skinęła lekko głową.
          — Pamiętasz, co mi wtedy mówiłaś?
          Kolejne skinienie.
          — O wszystkim najpierw powiedziałam Renniemu! Często rozmawiamy, dlatego myślałam, że on… że on przekaże… — tłumaczyła lękliwie nastolatka. 
          — Opowiedz jeszcze raz, co tak naprawdę widziałaś — odezwała się rzeczowym tonem ich szefowa. 
          Wysoka, czarnowłosa lisica machała zawzięcie swoimi ogonami, zdradzając tym samym, że była poirytwana. To mocno Hreyę martwiło, dlatego tym bardziej starała się skupić wyłącznie na miłym blondynie. Mimo to czuła, jak jej rogi szaleją gdzieś wśród jej marchewkowo rudej czupryny, ale nawet gdyby chciała, i tak nie byłaby w stanie ich zatrzymać. Za bardzo się bała, by móc nad nimi zapanować. Dopiero kiedy blondyn mrugnął do niej przyjaźnie, nabrała powietrza do płuc, by następnie wypuścić je ze świstem i powoli zacząć mówić.
          — A… a nie ukarze mnie pan…?
          — Mów mi Leiftan — zagadnął ze spokojem. — I nie, przysięgam, że nie stanie ci się nic złego.
          — D-dobrze… — odparła, choć trochę uspokojona. — Byłam wtedy na polanie… tej obok pola pana Ihiana — zaczęła ze wstydem. Polana Akha’hr była miejscem niedostępnym dla dzieci i młodzieży, dlatego bała się przyznać do swojego przewinienia, podejrzewając, że otrzyma za to jakąś karę. — Uciekłam, bo pokłóciłam się z bratem. Chciałam być tam, gdzie mnie nikt nie znajdzie — burknęła, na moment zapominając, że nie była sama. — Więc poszłam na polanę. A dalej do lasu. Nie weszłam w głąb, kręciłam się tylko po skraju — wyjaśniła pospiesznie, nieco spanikowana. — I wtedy właśnie… coś się rozbłysło. Najpierw pomyślałam, że to burza — przekonywała, a jej ton nagle się zmienił z ponurego na energiczny — ale niebo było czyste! Po chwili znowu zaczęło błyszczeć. Błyskało się jak szalone! Wystraszyłam się i już miałam uciekać, ale to zaraz potem się uspokoiło. Tylko w głębi lasu coś lekko świeciło. Było bardzo ładne, więc pomyślałam, że jednak sprawdzę, co to. I zobaczyłam…
          — Poskręcane światło z czerwonymi końcami? — dokończył za nią mężczyzna o czarnych, potarganych włosach z zakrytym przepaską prawym okiem.
          Hreya pokiwała posłusznie głową, nie wiedząc, co mogłaby powiedzieć.
          — Coś jeszcze wtedy widziałaś? Lub kogoś? — spytał z uśmiechem Leiftan. Lubiła tego pana — kiedy się do niej zwracał, jej rogi choć na chwilę zwalniały swój szaleńczy taniec. I to właśnie ze względu na niego Hreya starała się jak mogła, by przypomnieć sobie cokolwiek z tamtego przedziwnego dnia. 
          Pamiętała błyski oraz strach i niepewność, jakie wtedy czuła. Pamiętała, jak powoli się zbliżyła do tajemniczego, poskręcanego światła, które wyglądało jak świecąca meduza z czerwonawymi końcami swoich macek. Pamiętała, że bała się tego dotknąć lub choćby się do tego zbliżyć, aczkolwiek długo nie mogła oderwać wzroku od przepięknego pulsowania. Kiedy więc światłość znowu zaczęła trzaskać i tak jakby się „psuć”, zlękniona dziewczynka uciekła do domu w obawie o swoje zdrowie. Ostatecznie więc Hreya pokiwała przecząco głową, nieco zasmucona, że w żaden inny sposób nie będzie mogła pomóc panu Leiftanowi. On jednak na szczęście się na nią nie gniewał; zamiast tego uśmiechnął się promiennie i poklepał delikatnie po ramieniu, dając tym samym znak, że dobrze sobie poradziła.
          — Jesteś już wolna. Bardzo ci dziękujemy za twoją pomoc, była nieoceniona — powiedział blondwłosy pan, żegnając ją uśmiechem.

          — Nevra, to naprawdę to? To dziecko dobrze mówi?
          Szef Straży Cienia, czarnowłosy wampir z przepaską na prawym oku długo milczał, starając się zebrać myśli. To prawda, gdy tylko jego ludzie znaleźli ten twór, od razu udał się na miejsce, ale nie umiał zbyt wiele określić. Do tego potrzeba było hordy alchemików i innego rodzaju badaczy: każdego, kogo Ezarel, szef Straży Alechemii, miał w swoich szeregach. Nevra okrążył teren, obsadził go swoimi strażnikami, ale żadnych innych śladów nie znalazł: poza tym, że tuż pod Eldingarem trawa była wypalona. Stąd istniała obawa, czy tego czegoś można dotknąć i czy nie robi krzywdy, ale to właśnie musieli sprawdzić. Między innymi.
          — Mniej więcej — przyznał dość ponuro. —  Przeszukaliśmy teren, ale niczego nie znaleźliśmy. No i faktycznie, to ma czerwone końce — przyznał po chwili. — Wydawało mi się, że coś stamtąd kapie... 
          — I wygląda jak krew? — dopowiedział wysoki elf o długich, związanych na karku włosach w kolorze nieba. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. — Widziałem to miejsce. Nietrudno było je przeoczyć, bo wokół roślinność była lekko… podwęglona. Ale nie znalazłem żadnych śladów krwi…
          — Bo nie wiem, czy to była krew! — irytował się Nevra. — Nie miało smaku ani zapachu. Właściwie to wyglądało jak połączenie cieczy i gazu. Ale czułem to na skórze i faktycznie wyglądało jak krew. Choć równie dobrze to mogła być zwykła farba albo nie wiem co — zakończył markotnie. 
          Przez jakiś czas cała Lśniąca Straż stała w milczeniu, zastanawiając się nad tym, co jeszcze można było zrobić.
          — Nie wiadomo, czy ta energia pojawiała się gdzieś wcześniej — dorzucił Nevra, drapiąc się w zadumie po swojej gładkiej brodzie. — Wiemy tylko o Akha’hr i lewym skrzydle lasu. Światłość pojawiła się w krótkich odstępach czasu i na terenach raczej oddalonych od naszych siedzib. 
          — Musimy rozszerzyć patrole — odparła Miiko, kitsune szefująca Lśniącej Straży, wpatrując się niewidzącym spojrzeniem w podłogę. — Wiem, że to szukanie igły w stogu siana, ale trzeba coś zrobić. Nie wiemy, skąd wzięło się to coś ani co powoduje i czy nam zagraża. 
          — Ale nawet jeśli to znajdziemy — odezwała się Ykhar, lękliwa brownie o burzy rudych włosów, odziana w jak zwykle kwiecistą sukienkę — to co zrobimy? Jeśli to czysta energia, to nie wsadzimy jej do słoika i nie zbadamy, a przecież…
          — A jeśli to coś, co znamy lepiej niż nam się wydaje? — Ton Leiftana sprawił, że wszyscy momentalnie odwrócili się w jego stronę. Blondyn przyzwyczaił swoich przyjaciół do tego, że był wyważony i milczący, a swoimi uwagami dzielił się tylko wtedy, kiedy sądził, że mogą być przydatne. Rzadko kiedy też poddawał się jakimś silniejszym emocjom. Dlatego, gdy wyraźnie dało się wyczuć w jego głosie przejęcie zmieszane z niedowierzaniem i niepokojem, w głowach pozostałych zebranych zabrzmiał alarm ostrzegawczy. Cokolwiek bowiem wymyślił Leiftan, z pewnością musiało być przełomowe. I raczej nikomu się nie spodoba.
          — Co masz na myśli? — ponagliła go Miiko.
          Leiftan spojrzał na nią z pewną intensywnością. Przez kilka chwil milczał, układając sobie swoją teorię w głowie, dobierając wszystkie za i przeciw oraz wyszukując odpowiednie słowa, którymi mógłby to opisać.
          — Jeśli to zjawisko to czysta energia — zaczął bardzo powoli — to możliwe, że już to znamy. 
          — Już to mówiłeś, a… — niecierpliwiła się Miiko, ale Leiftan nie pozwolił jej dokończyć.
          — Co jeszcze jest czystą energią? Potężną i nie do końca przez nas zbadaną, choć od bardzo dawna wykorzystywaną? 
          Miiko wybałuszyła szeroko oczy, Ykhar nabrała gwałtownie powietrza do płuc, a Kero wydał z siebie dźwięk, który mógł być połączeniem ziewnięcia i wyrazu zachwytu. Nawet Valkyon i Ezarel wydawali się poruszeni tym, co sugerował Leiftan. Tylko Nevrze coś się nie zgadzało.
          — Gdyby to był portal, na pewno bym to poczuł — odparował, lekko zdenerwowany tym, że dorabiali do tego dziwnego zjawiska tak abstrakcyjne teorie. — Taka energia aż wciąga, wsysa wszystko, co znajduje się wokół. Przy tym czymś nawet wiaterku nie poczułem, chociaż prawdą jest, że coś tam na środku było, jakiś lekki cień. Ale portale są wielkie! A to było… małe. Miało może z metr wysokości. No i najważniejsze! — Nevra nie panował na tym, że wciąż podnosił głos, lecz nikt nie zamierzał go w takiej chwili uciszać. Wampir korzystał z tego jak mógł, dając upust swojemu gniewowi, więc nabrał powietrza do płuc, po czym ryknął: — Nasze portale nie krwawią! 
          — Pozwól, że sprostuję twoje własne, bardzo sumienne zeznanie — wtrącił Ezarel. I choć minę miał poważną, jego oczy zabłyszczały radośnie. Wszyscy znali ten błysk i doskonale wiedzieli, że to nie skończy się dobrze. Wszak Nevra był wściekły, a elf wydawał się tym zachwycony i zapewne zamierzał skorzystać z podrażnienia się z przyjacielem.  — Po pierwsze, sam przyznałeś, że nie wiesz, czy to krew. To jakaś dziwna ciecz, ale nikt nie zna jej pochodzenia. A skoro poczułeś ją na skórze, to znaczy, że można ją zbadać. Po drugie, mój drogi wampirzy kolego, kto ci powiedział, że to nasz portal? 
          Tym razem to na elfie spoczęły wszystkie wielce zaskoczone spojrzenia. Nie sposób było nie zauważyć lekkiego uniesienia kącika ust Ezarela, który był wyraźnie zadowolony ze ściągnięcia na siebie uwagi oraz, co najważniejsze, podsycenia gniewu Nevry. Niemniej najważniejsza była kwestia tajemniczej światłości, nad którą dyskutowała cała zebrana w Kryształowej Sali Lśniąca Straż. A Ezarel miał na to zjawisko swój własny pomysł. 
          — Najpierw raz jeszcze musimy się na to natknąć — odparł rzeczowym tonem, nie pozwalając, by ktokolwiek przerwał mu myśl. — Wtedy będę mógł wziąć próbkę tego krwiopodobnego czegoś. Możliwe, że to nam bardzo pomoże i na to liczę. A teoria, że ta światłość to portal, jest wielce obiecująca. Ykhar — Ezarel niespodziewanie zwrócił się do brownie, która zamrugała gwałtownie powiekami, zaskoczona tym gwałtownym wywołaniem. — O czym mi niedawno opowiadałaś? Jakie porządki robiłaś niedawno z Kero?
          — Yyy… och — jęknęła Ykhar, starając się zebrać rozbiegane myśli. Jej królicze uszy zaczęły się nerwowo kiwać, czego ruda brownie nie była świadoma. — Cóż… Keroshane ostatnio robił porządki w bibliotece… Pomagałam mu uporządkować dokumenty dotyczące różnych zagadnień. W większości dotyczyły chowańców, tych legendarnych, rzadko spotykanych — kiedy tak składaliśmy różne informacje o nich, okazało się, że całkiem sporo o nich wiemy! Czytaliśmy też…
          Miiko, Kero, Laiftan i Valkyon spoglądali na brownie ze zdezorientowaniem zmieszanym z ciekawością, Nevra zaś wbijał w nią swoje rozzłoszczone jedno oko. Tylko Ezarel był spokojny. Po chwili wywrócił oczami, westchnął przeciągle, po czym uderzył się otwartą dłonią w twarz, tym samym ponownie skupiając na sobie uwagę.
          — Ykhar! — krzyknął nieco zniecierpliwiony, ale i trochę rozbawiony bezsensowną paplaniną przyjaciółki. — Do rzeczy! Wiesz, co mam na myśli!
          — Tak, tak, oczywiście… — Czerwona jak burak Ykhar starała doprowadzić się do porządku, choć nie szło jej to najlepiej. Po chwili jednak wzięła się w garść i choć nadal jej policzki zdobiły soczyste rumieńce, brownie wyprostowała się, a jej spojrzenie stężało. — Szukaliśmy też informacji o Wieszczach. 
          — O Wieszczach? — zdziwił się potężnie zbudowany mężczyzna o białych włosach sięgających nieco za ramiona. — O ile pamiętam, ostatni żył może ze sto lat temu i nie był specjalnie dobry.
          — Nie był — przyznał Kero, tym samym przejmując pałeczkę. — Wieszczowie pojawiali się przed setkami lat, podobno już w czasach, kiedy faery żyły jeszcze na Ziemi. Wtedy było ich wielu i w ciągu jednego stulecia trafiało się nawet po kilku Wieszczy. Jednak później zostaliśmy wygnani do Eldaryi i nawet oni nic nie mogli na to poradzić. Podobno właśnie po… powstaniu tego świata liczba Wieszczów gwałtownie zmalała. Nie byli już tak potężni, jak wcześniej opowiadano. Większość z nich parała się ujarzmianiem natury, trafiali się też czarnomagiczni Wieszczowie, lecz nie było ich wielu. Natomiast co pięćset, sześćset lat trafiał się Wieszcz naprawdę silny. Taki podobno potrafił otwierać własne portale. Żaden ze wspomnianych w zapiskach Wieszczy nie umiał manipulować czasem, dlatego podróże między światami były bardzo trudne, bo nie wiedział… hm, „kiedy” trafi na Ziemię. Ale grunt, że tam trafiał. 
          — Pozwólcie, że to podsumuję — odezwała się prędko nieco zniecierpliwiona Miiko. — Leiftanie, sugerujesz nam, że to dziwne światło to portale stworzone przez Wieszcza?
          — To nie portale, nawet nie… — zaczął buntowniczo Nevra, ale kitsune przerwała mu jednym groźnym spojrzeniem.
          — Być może niepełny portal, skoro Nevra twierdzi, że ta energia była zbyt słaba, by zerwać choćby wiaterek — odpowiedział Leiftan, zastanawiając się nad tym głęboko. — Ale tak. Taka jest moja teoria. 
          Jakimś cudem nikt nie zamierzał jej kwestionować. Najwyraźniej wywarła ona wielkie wrażenie na wszystkich tam zebranych osobach, przez co każda z nich zatopiła się we własnych myślach. Zastanawiali się więc nad tym, co właśnie usłyszeli, nie będąc pewnym, co o tym sądzić. I choć to wszystko to tylko domysły i dopowiedzenia, po plecach członków Lśniącej Straży spływał przyjemny dreszcz, ilekroć tylko wyobrażali sobie, że po ziemiach Eldaryi mógł stąpać kolejny Wieszcz. I to jaki! Wieszcz, który potrafi otwierać własne portale. Znajomość takiego człowieka mogłaby ułatwić żywot wszystkich mieszkających tu istot. Mieliby siłę się bronić, mieliby możliwość zdobycia jedzenia tak, by nikt więcej nie musiał głodować. Cóż to za cudowna wizja… Jednak równie ulotna, co sama teoria o istnieniu Wieszcza. 
          Poza tym przeszkadzał im pewien podstawowy problem.
          — Jeśli nawet ta światłość jest dziełem Wieszcza — zaczął bardzo powoli Valkyon, ignorując stopniowo kierowane na niego spojrzenia — to teraz pytanie: kim on jest? I jak go znaleźć?
          No właśnie, pomyśleli wszyscy niemal jednocześnie, kim jest Wieszcz?


notka od meth





odpowiedzi na komentarze





Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (23-08-2021 o 23h38)


https://i.imgur.com/hoEOs1F.png


https://i.imgur.com/6gLWhFY.png[/img]

Offline

#15 23-08-2021 o 23h35

Straż Absyntu
Rhianwena
Pokonała Kurę
Rhianwena
...
Wiadomości: 771

Lektura jak zawsze bardzo przyjemna, ale chcę kilka rzeczy wyszczególnić, co mi się podobało, co trochę mniej!

- Przede wszystkim na plus jest balans, jaki tutaj przeplatasz. Ani nie jest to usilnie trzymające się Eldaryi, w sposób odtwórczy, ani nie skupiasz się jedynie na totalnie obcym uniwersum. To mnie bardzo cieszy, bo wydaje mi się, że brak takiego wyczucia potrafi dużo spartaczyć. Z jednej strony przeciążenie nowością - bo przecież chce się czytać FF, a nie zupełnie nowy twór; a z drugiej deja vu, bo nic nowego nie wychodzi. Tutaj tego nie ma. Jest coś ze świata dobrze nam znanego, ale jest też sporo dodane. To mi się bardzo podoba na obecną chwilę.

- Wzmianki na początku, cytaty, również bardzo mi przypadły do gustu. Dodaje takiego ciekawego charakteru, smaczku. :]

- Temat pokrewny balansowi, jednak bardzo też mnie cieszy sposób, w jaki przeskakujesz między miejscami akcji... Przechodzi to wszystko w sposób gładki i naturalny.

- Imiona. Ty do nazw własnych generalnie masz czuja jak mistrz lotto, ale strasznie podoba mi się, jak nie dajesz się ponieść dziwnym, eldkowym nazwom, tylko zrobisz własny research i wychodzi ci coś ciekawego! Oby tak dalej.

Treść sama w sobie zapowiada się ciekawie i jestem zainteresowana, co zadzieje się dalej. Szczególnie teraz w mojej głowie siedzi Cathiela, bo wiem, że to z postaci dla ciebie osobiście chyba dość ważna postać... Ale zobaczymy, co jest takim fenomenem u niej! Do tego czasu mam dwie małe uwagi:

- Trochę za szybko zleciała mi rozmowa Lśniącej Straży. Wydaje mi się, ze dobrze by było poprzeplatać to nieco dłuższymi opisami. One same w sobie nieraz potrafią powiedzieć więcej niż same słowa wypowiadane przez bohaterów. <3
- W bohaterach wepchnęła ci się literówka na samym końcu, połknęłaś też nawias, żaba. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

A tak to dziękuję za rozdział i czekam na kolejny. ♥


skonsternowana kama
https://i.imgur.com/h6lPGWd.png

Offline

#16 17-09-2021 o 15h57

Straż Absyntu
Natsuki
Żołnierka Straży
Natsuki
...
Wiadomości: 537

Z lekkim opóźnieniem, ale lepiej późno niż wcale! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Już na wstępie muszę powiedzieć głośno i wyraźnie: naprawdę UWIELBIAM te notatki zamieszczone w Twoich rozdziałach. Dodają takiego unikalnego klimatu, aż chce się czytać.
Bardzo podoba mi się wykreowanie przez Ciebie świata ziemskiego, sam wątek Cathieli jest naprawdę interesujący, pełni taką dziwną rolę: nie jest ani specjalnie zła, ale nie nazwałabym ją dobrą, kocham takie pomieszanie i nie oczywistości, w końcu nie wszystko jest czarne albo białe, c'mon.

Wprowadzenie postaci Wieszcza - wow, tego się nie spodziewałam, chyba ta teoria o Złym Panie mnie za bardzo wciągnęła, by brać pod uwagę inne możliwości. Ale brzmi to mega, serio. Pół-portal i ta dziwna ciecz wypływająca z niego... Podejrzewam, że albo jest to portal między Eldaryą i Ziemią, albo to z tego portalu wychodzi Nigredo. Kurczę, ale jestem ciekawa, co właściwie z tego będzie uwu

Nie mogę do końca zgodzić się z moją przedmówczynią: wg mnie wcale nie brakuje opisów. Wydaje mi się, że poczucie "szybkości" w czytaniu bierze się raczej z Twojego lekkiego pióra i naturalności dialogów, niż z braku wtrąceń narratora. Mamy wplątany w dialog zarówno opis wyglądu jak i zachowań, a nawet samych myśli i odczuć : tu ktoś dodał coś niepewnym tonem, temu oko się zaświeciło, tutaj ktoś się speszył, ktoś inny przerwał albo dokończył, są gesty i opisana mimika. Jeśli już bym miała coś dodać, to może jakieś krótkie wtrącenie przy wypowiedzi Kero, bo wydaje się pisana jednym ciągiem i czytałam ją również na jednym wdechu, ale poza tym to nie mam absolutnie żadnych zastrzeżeń.

Dziękuję za rozdział, jak zwykle czytało się ciekawie i z zapartym tchem, czekam na dalszą część! <3


https://i.imgur.com/Ab3ckNC.png

Offline

Strony : 1