Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 6 7 8

#176 02-07-2019 o 23h12

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 23 289

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Wiesz co? Jak Seoirse zemrze, to w ogóle nie będę za nim płakać.

A to co to było, ichniejsze Valar Morghulis? /static/img/forum/smilies/big_smile.png To jak połączenie Gry o Tron z Johnem Wickiem: jest jakieś pozdrowienie w obcym języku, jest też moneta, która otwiera wszystkie sekretne drzwi. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Hihi, najciemniej jest pod latarnią, nie? I c to była za akcja ze sztyletem? Przecież normalnie Elle w życiu by czegoś takiego nie z robiła, i to z kilku powodów:
1.    Bałaby się;
2.    Nie przepada za siłowowymi rozwiązaniami;
3.    Bałaby się;
4.    Pewnie sama tylko by się nim pokaleczyła;
5.    Bałaby się.
Więc wtf? :v I wiesz co? Tłumaczenie księciunia ani trochę mnie nie przekonuje.

Ok, robi się naprawdę ciekawie! Czekam niecierpliwie na resztę i pozdrawiam! ^^

Offline

#177 03-07-2019 o 16h04

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Hmmm... Wiesz, nienawiść jest jednym z najprostszych uczuć na świecie. Nie wymagającym wzajemności i niezwykle silnym, zwykle w towarzystwie silnego, wewnętrznego gniewu - mało kto potrafi nienawidzić na zimno. Dlatego te wszystkie emocje towarzyszące i wewnętrzne rozdarcie Est dziwne. Powinno w niej sie zakotłować i tłumiony gniew powinien pokierować jej ręką.Chyba, że to walczą psychologiczne uwarunkowania astrikos, którym naprawdę trudno nienawidzić (nie wyobrażam sobie istot "z natury dobrych", to nienaturalne, tak jak i brak skłonności do nienawiści - przynajmniej wg. mnie) z uwarunkowaniami ludzkimi. Powiem ci że to byłby JEDNOCZEŚNIE z*****sty (w sensie, że super - ach ta cenzura /static/img/forum/smilies/wink.png) i bardzo naciągany motyw. Aż mi si maluje przed oczyma urocza scenka:

<Est wbija sztylet w brzuch  Siraaja>
Siraaj:
- A-ale jak t-to... Przecież jesteś astrikos. Astrikos nie...
- W połowie jestem człowiekiem <przekręca ostrze> A ludzie bardzo często SĄ.
Ewentualnie zamiast Siraaja mógłby być antykwariusz. Też zasługuje na zadźganie. Spalenie żywcem. Poderżnięcie gardła... Albo coś.

Co do uczuć wobec Seoirse'e to podzielam w pełni uczucia Meci. Taki obojętny, ale w sumie byłoby miło gdyby coś go skonsumowało. Ale Siraaj na czarnej liście. Na najczarniejszej z czarnych. Nawet jeżeli Est wybaczy to ja nie /static/img/forum/smilies/big_smile.png. a przy tym jego martwieniu się, to aż człowiek ma ochotę rzygnąć. Ojeje, biedny, p******ony zdrajca i dwulicowiec. Chcę, żeby go coś zabiło. Najlepiej Est xD. I to bez wyrzutów sumienia!

Dobra, na koniec pochwała za opis miasteczka, szczególnie kontrowersyjnej moralności, jaką rządzą się miejscowi. Taki miły odskok od wspaniałych, wróżkowych metropolii ;]

Offline

#178 10-07-2019 o 13h35

Straż Obsydianu
Asteida
Nowo przybyła
Asteida
...
Wiadomości: 5

A ja się muszę przyznać, iż Seorise chwyta mnie za serce i z całego serca mu kibicuję. Cieszę się, że nie jest to kolejny romans z wesołą gromadką w Straży Eal. Uwielbiam księcia i mimo, że jest to nieosiągalne, to pragnę, żeby to on był z naszą gwiazdeczką. Nie cierpię osób ze straży i dlatego okropnie obawiam się tego, iż Est do nich wróci i nie daj Boże będzie z kimś od nich. Według mnie Seorise i Est idealnie do siebie pasują, nawet nie w kwestii związku, a po prostu jakiś przyjaciół. Widzę, że kreujesz swoją Eldaryę na bardziej mroczne miejsce, więc naprawdę wątpię, żeby moje ciche pragnienia ujrzały światło dzienne w twojej opowieści, lecz postanowiłam się podzielić moimi przemyśleniami, na przekór do powyższych osób, które nie przepadają za księciem.

Offline

#179 03-08-2019 o 21h09

Straż Absyntu
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 94

@Meth: Serio? Aż tak nie lubisz Seoirsa? /static/img/forum/smilies/sad.png

@Le0: O Astrikos będzie nieco więcej w tym rozdziale, a i w którym z dalszych pojawi się o nich więcej informacji /static/img/forum/smilies/smile.png To dość ciekawe istoty /static/img/forum/smilies/smile.png
Dobrze rozumiem, że Ty chcesz zamordować nie tylko Seoirsa, tak jak Meth, ale też Siraaja i antykwariusza? To opowiadanie musi mieć bohaterów! Nie mogę wszystkich uśmiercić /static/img/forum/smilies/neutral.png

@Asteida: Chwała! Przynajmniej jedna nie każe mi nikogo mordować! To opowiadanie nie ma zbyt wiele wspólnego z romansem bohaterki z kimś ze Straży Eel. Co to, to nie /static/img/forum/smilies/smile.png Moja Eldaryia nie jest AŻ TAK cukierkowa /static/img/forum/smilies/smile.png

Rozdział jest nieco nudny. Ale potrzebny /static/img/forum/smilies/smile.png
Miłego czytania! /static/img/forum/smilies/smile.png

    50. Co nas prowadzi

       Zapach stęchlizny i kurzu unosi się w powietrzu, jednak po raz pierwszy ani trochę mi to nie przeszkadza. Mocniej wciskam twarz w śmierdzący materac, który, mimo twardości i wystających sprężyn wgniatających się w różne części mojego ciała, jest o wiele wygodniejszy od podłogi lub chłodnej ziemi. Od kiedy opuściłam Gwalijar nie miałam okazji skorzystać ze zbyt wielu wygód i tęsknię za miękkim łożem w pałacu i możliwością wzięcia cieplej, relaksującej kąpieli. Zdaje sobie jednak sprawę, że moje poczucie komfortu mogłoby znów drastycznie spaść, gdyby zamknięto mnie w lochu i upuszczano ze mnie krew.
       W porównaniu z torturami, nawet podłoga wydaje się całkiem przyjemnym miejscem do spania.
       Niechętnie uchylam powieki i rozglądam się po pokoju. Od wczoraj nic się nie zmieniło. Pomieszczenie dalej jest tak samo obskurne i brudne. Seoirse leży na swoim łóżku, z rękami podłożonymi pod głowę i tępo wpatruje się w sufit.
        - Cześć – wyduszam przez zaschnięte gardło.
        Chłopak nie odpowiada. Obrzuca mnie lekko poirytowanym spojrzeniem i powraca do uważnego studiowania plam, znajdujących się na suficie. Mam ochotę zerwać się z łóżka i mu przyłożyć za to w jaki sposób mnie traktuje. Bezwiednie zrywam się na równe nogi, zaciskam palce na sztylecie i rzucam się w stronę chłopaka. Mimo tego, że nie chcę krzywdzić Seoirsa, moje ciało zdaje się w ogóle mnie nie słuchać. Z przerażeniem patrzę na zmniejszający się dystans pomiędzy mną a gwalijarskim księciem.
        Po moich policzkach spływają łzy. Dlaczego nie mogę się zatrzymać?!
        Wszystko trwa zaledwie kilka sekund, jednak wydaje mi się, że jest to wieczność. Sztylet przecina powietrze, kiedy Seoirse w ostatniej chwili zrywa się z łóżka. Po chwili mocno chwyta mnie za przedramię i wykręca rękę. Z mojego gardła wyrywa się jęk bólu, jednak mimo to moje ciało wciąż stara się wyswobodzić z męskiego uścisku. Kątem oka dostrzegam jakiś ruch i na mojej szyi ląduje rzemyk z przyczepioną do niego monetą z wygrawerowanym symbolem czaszki. Kiedy tylko chłodny metal dotyka mojej skóry, natychmiast nieruchomieję. Cała wściekłość, która mnie wypełniała momentalnie ulatuje, pozostawiając we mnie jedynie zagubienie i strach.
        Boję się poruszyć. Nie wiem czy zaraz znowu nie stracę nad sobą panowania.
        - Myślałem, że wytrzymasz nieco dłużej – stwierdza znudzonym głosem Seoirse. – Biorąc pod uwagę twój wybitny pacyfizm, sądziłem, że szybciej potniesz siebie samą niż mnie – dodaje złośliwie.
       Posyłam mu pełne niedowierzania spojrzenie. Co on mi zrobił? I dlaczego w ogóle nie przejmuje się tym, że właśnie usiłowałam go zabić?! 
         - Co ty…
         - Nie, nie dosypałem ci nic do eliksiru przemiany – przerywa mi, wywracając wymownie oczami.
         - To co się wydarzyło…? Dlaczego chciałam cię zabić? – spoglądam na moje drżące ze strachu dłonie. – Przecież…
          - Jesteśmy w Noardbloed, a to jeden z uroków tego miasta – rzuca, jakby od niechcenia. – To miejsce doprowadza żywe istoty na skraj szaleństw w czasie Krwawego Księżyca. Jeżeli pojawia się w tobie jakiekolwiek negatywne uczucie, staje się ono o stokroć silniejsze. Chcesz zabijać. I uwierz mi, że kiedy w końcu ci się to uda, nie poprzestaniesz na jednej ofierze. – Chłopak znów rozkłada się na trzeszczącym łóżku. – Śmierć i krew. Tym żyje to miasto – wzdycha rozmarzony.
         Jest psychopatą, to bardziej niż pewne. Czy w tym świecie naprawdę nie mogę spotkać kogoś całkowicie normalnego? A jeżeli nie normalnego, to przynajmniej bez morderczych zapędów.
          - Dlaczego mi o tym nie powiedziałeś? – pytam cicho, przysiadając na brzegu łóżka.
          - Zabawnie było patrzeć jak zastanawiasz się, dlaczego chcesz kogoś zabić. – Uśmiecha się kpiąco.
          - Czy ty jesteś niepoważny?! – podnoszę głos. – Mogłam zrobić ci krzywdę!
          - Słucham? – Seoirse wybucha głośnym śmiechem. – Naprawdę sądzisz, że jesteś w stanie cokolwiek mi zrobić? Nawet Krwawy Księżyc nie sprawi, że będziesz mniejszą niedojdą – parska.
           Ma rację. Bez problemu powstrzymał mój cios. Zresztą sama widziałam jak walczy w lesie. Nie mam z nim najmniejszych szans, niezależnie od tego, jak bardzo bym próbowała. W końcu to książe. Wojownik. Zapewne od najmłodszych lat przechodził przez różne terningi i ćwiczył władanie bronią. Jak mogłabym się z nim mierzyć, z moim kilkutygodniowym szkoleniem w Straży Eel?
          - Zanim znowu się rozryczysz i stwierdzisz, że ostatecznie mnie nienawidzisz… - mówi nagle poważnie Seoirse, podnosząc się do pozycji siedzącej. – Pomijając to, że zabawnie było patrzeć na to jak się męczysz,  miałem też w tym inny cel. Symbol, który masz teraz na szyi, niweluje działanie Krwawego Księżyca. Co prawda chciałem ci go dać już przy wejściu do miasta, ale kiedy zobaczyłem, że mamy ogon… - zawiesza na chwilę głos, marszcząc brwi. – Jeżeli masz udawać Łowcę, nie możesz zachowywać się jak bezbronna panienka. Łowcy nie są łagodni i sami potrafią o siebie zadbać, więc to, że prawie wbiłaś wczoraj sztylet w rękę tego wampira, działa na naszą korzyść. Z pewnością nie podejrzewali by małej, biednej gwiazdeczki o takie zachowanie. – Kręci głową, uśmiechając się ironicznie. – Co innego Łowcę. Dla nich takie zachowanie jest całkowicie normalne. – Przypatruje mi się badawczo. – Kiedy odstawię cię do władcy Noardbloed, nasze drogi się rozejdą. Dlatego byłoby dobrze, gdybyś wzięła sobie do serca to, że nie jesteś już zagubioną Ziemianką. Nie możesz sprawiać wrażenia bezbronnej i przerażonej, bo ten świat cię pożre. Zginiesz na pierwszym zakręcie. A jeżeli naprawdę chcesz wrócić do domu, to dobrze by było, gdybyś wróciła tam żywa.
           Wpatruję się w chłopaka w milczeniu. Mogę za nim nie przepadać. Mogę uważać, ze jest zadufanym w sobie dupkiem. Ale muszę przyznać, że jest wyjątkowo inteligentny. Mam wrażenie, że każdy krok, który postawiliśmy po ucieczce z Gwalijaru, był wyjątkowo dobrze przemyślany i zaplanowany w najmniejszym stopniu. Podejrzewam, że jedynym zaskoczeniem dla Seoirsa było nasze spotkanie z Nieznajomymi, ale nawet wtedy był zdeterminowany, żeby odstawić mnie do Noardbloed. Liczyła się tylko misja.
           I wciąż liczy się tylko ona.
           Dlaczego tak bardzo mu na tym zależy?
           - Podziwiam cię – oznajmiam nagle. – Za twoją inteligencję, zdolności strategiczne i to jak walczysz. I jestem naprawdę wdzięczna za to, że pomogłeś mi uciec z Gwalijaru, choć podejrzewam, że sam też uratowałeś dzięki temu swoją głowę – kontynuuję. – Zastanawia mnie natomiast to, dlaczego to wszystko robisz. – Przyglądam mu się badawczo. – Na początku wierzyłam w to, że chodzi o obietnicę, którą dałeś ojcu, ale ryzykujesz zbyt wiele, żeby mógł to być jedyny powód. Zresztą nie tylko ty. Naraziłeś Dyausa, Aithne, a teraz władcę Noardbloed. Dobrze wiesz, że wszyscy mnie szukają. Więc… Dlaczego? – pytam.
            Zapada cisza. Seoirse nie porusza się nawet o milimetr. Zastygł w jednej pozie, a o tym, że nie jest posągiem, świadczy lekko poruszająca się klatka piersiowa. W końcu wzdycha ciężko i kręci zrezygnowany głową.
         - Bo twoje miejsce jest na Ziemi. Nie w Eldaryi – odpowiada krótko. – W ogóle nie powinno cię tu być. Żadne z Dzieci Gwiazd nie powinno pojawić się w tym świecie. Twoja obecność tutaj przyniesie nam same szkody. – Zaciska usta w wąską linię. – Straż Eel co prawda nie jest najlepszym miejscem dla ciebie, ale byłoby lepiej, gdybyś siedziała tam, niż dostała się w ręce Nieznajomych. Królowa Gwalijaru przy nich to słodkie stworzenie. Wolę nie wiedzieć, co by ci zrobili. Albo co zrobili by nam, gdyby byli w stanie wykorzystać twoją moc do swoich celów. Dlatego nie myśl sobie, że wszyscy narażamy nasze życie bezinteresownie. Robimy to, żeby ocalić nasze własne tyłki.
         - Łatwiej byłoby wam mnie zabić. – Odwracam wzrok. – Pozbyć się problemu.
         - I jednocześnie pierwszego żywego Astrikos, który pojawił się tutaj w przeciągu dwudziestu lat? – prycha poirytowany. – Nie ma takiej opcji. Odeślemy cię tam, skąd przylazłaś – oświadcza stanowczo. – Eldarya jest winna to twojej rasie – dodaje gorzko.
         - Co masz na myśli?
         Atmosfera panująca w ponurym pokoju staje się jeszcze cięższa.
         Seoirse odwraca wzrok. Milczy przez chwilę i dopiero potem zaczyna mówić:
         - Byłem dzieciakiem, kiedy trwała Mroźna Wojna, dlatego niewiele z niej pamiętam. Całą przetrwałem w zamkniętym na cztery spusty Gwalijarze, więc jej przebieg znam tylko z historii opowiadanych przez moich nauczycieli i ojca – wyjaśnia. – Wiem, że rozpoczęli ją Nieznajomi. Ich przywódca chciał władać całą Eldaryią, Podobno ten świat nie znał innego, równie potężnego maga. Łatwo zjednywał sobie ludzi i w bardzo krótkim czasie utworzył sporą armię, składającą się z przeróżnych istot. Nikt nie był w stanie go powstrzymać. Podbijał miasto za miastem. A każdy, kto się sprzeciwił, tracił życie. – Seoirse opiera łokcie na kolanach i pochyla się lekko w moją stronę. – To była naprawdę brutalna wojna. Zaczęła niszczyć Eldaryię, a Nieznajomych nikt nie był w stanie zniszczyć. Magiczna równowaga została bardzo poważnie naruszona. Aż w końcu ktoś z najbliższego otoczenia dowódcy Nieznajomych postanowił go zdradzić. Zrobił to, na co wcześniej nie odważył się nikt inny… Poprosił o pomoc Gwiezdne Dzieci. Nikt nie wierzył w to, że pozwolą sobie one na ingerencję, jednak, jakimś cudem, tym razem zrobiły wyjątek. W ciągu jednego dnia zakończyły to, czego wszystkie siły Eldaryi nie mogły zakończyć przez lata. Siły Nieznajomych zostały zdziesiątkowane, ci, którzy przeżyli, zeszli do podziemi, a w Eldaryi znowu zapanował pokój.
            - Czekaj, czegoś tutaj nie rozumiem… - przerywam chłopakowi. – Skoro Gwiezdne Dzieci były tak potężne, to dlaczego nie zareagowały wcześniej? Przecież mogły zakończyć tę wojnę, zanim naprawdę się rozpoczęła… To wszystko by się nie wydarzyło.
           - Też nie do końca to rozumiem. Znam to jedynie z opowieści. Podobno Gwiezdne Dzieci są istotami, które nie mogą czynić zła. Brzydzą się zarówno nim jak i przemocą. Nie mogą zabijać. To całkowicie nienaturalne, ale ponoś takimi stworzyły je Gwiazdy. – Kręci głową ze zrezygnowaniem. – Miały pomagać mieszkańcom i strzec magicznej równowagi. Ingerencja w wojnę i sprowadzenie śmierci na tysiące istot podobno je złamała – wyjaśnia. – Pieprzeni pacyfiści… Patrząc na ciebie i to w jaki sposób podchodzisz do jakiejkolwiek walki, to zaczynam wierzyć, że jest to prawda.
           - A później? – Ignoruję złośliwy przytyk. – Gdzie się podziali?
           - Nie wiadomo. – Seoirse wzrusza obojętnie ramionami. – Po zakończeniu wojny, kiedy okazało się jak są potężne, wszyscy zaczęli się ich bać. A strach rodzi przemoc. Bardzo dużo Gwiezdnych Dzieci zabito, na innych przeprowadzano eksperymenty… - mówi, a mnie przechodzą ciarki na wspomnienie gwalijarskich lochów i rurek podłączonych do mojego ciała. – Aż wreszcie zmądrzały i pewnego dnia po prostu zniknęły. Przestały pomagać Eldaryi, pozostawiając po sobie tylko kryształy, które miały za zadanie utrzymać magiczną równowagę w tym świecie. Jednak okazało się, że to za mało. Opieka Astrikos sprawiała, że mogliśmy uprawiać tu normalne rośliny, być samowystarczalni. Za ich czasów nie potrzebowaliśmy Ziemi jako źródła zapasów. Bez nich ten świat powoli umiera… - wzdycha.
         Czuję przepełniający mnie smutek. Nie potrafię zrozumieć dlaczego tak dobre istoty zostały potraktowane w tak brutalny sposób. Zostały ukarane za to, że odpowiedziały na prośbę o pomoc. Za to, że uratowały ten nieszczęsny świat i życie milionów istot. Za to, że chciały postąpić właściwie. Doskonale rozumiem, dlaczego postanowiły usunąć się w cień i zniknąć z tego świata.
          Tu po prostu nie było dla nich miejsca. Nie było miejsca dla czystego dobra i bezinteresowności.
           - Też bym was zostawiła – mówię nagle, zanim zdążę powstrzymać słowa.
           - Co? – Seoirse spogląda na mnie zaskoczony.
           - Też bym was zostawiła – powtarzam głośniej. – Skoro nie potrafiliście docenić wszystkiego, co dla was zrobili, nie zasługujecie na ich pomoc. 
            - Wyjątkowo się z tobą zgodzę – oznajmia chłopak. – Ale to i tak nie zmienia gówna, w którym aktualnie się znajdujesz. Od lat nie widziano tu żadnego Astrikos, więc twoje pojawienie się to nie lada okazja do zyskania karty przetargowej w postaci twojej osoby. Mam nadzieję, że teraz rozumiesz, że jeżeli trafisz w ręce nieodpowiednich istot, możesz skończyć naprawdę bardzo źle. A wtedy, gwarantuję, zatęsknisz nawet za Gwalijarem.
            - W dalszym ciągu nie rozumiem, dlaczego mi pomagasz? – Marszczę brwi. – Skoro jestem tak cenna, może tak naprawdę nie chcesz mi pomóc? Może jestem dla ciebie tylko kartą przetargową albo łupem, który chcesz komuś opchnąć? – Mrużę podejrzliwie oczy. – Może wcale niczym nie różnisz się od tych wszystkich, którzy chcą mnie wykorzystać?
            Chłopak nic nie mówi. W milczeniu mierzymy się wzrokiem, aż w końcu na twarzy Seoirsa pojawia się lekki, ledwo widoczny uśmiech.
            - Może – mówi. – Ale w tym momencie nie masz żadnej lepszej alternatywy ode mnie.
            Oblewa mnie fala zimna. Przez moment przez myśl przeszło mi, ze mogłabym choć odrobinę zaufać chłopakowi, jednak teraz wiem, że nie mogę wierzyć absolutnie nikomu. Niezależenie od tego czy ktoś uważa się za mojego przyjaciela czy nie, muszę pamiętać, że jestem tutaj sama. I mogę liczyć tylko na siebie.
             - Nie rób miny jak skrzywdzony Minaloo – parska książe, podnosząc się z łóżka. – Od samego początku ostrzegam cię, że nie możesz nikomu ufać. – Chwyta swój plecak i zarzuca go na ramię. – A nikomu oznacza, że NIKOMU. Nie wiem, dlaczego miałbym stanowić jakiekolwiek wyjątek… - prycha.
             Patrzę na niego z wpół otwartymi ustami i nie wiem co powiedzieć. Dlaczego on zawsze sprawia, że czuję się jeszcze bardziej zagubiona i przerażona?!
           - Zostajesz tutaj – oznajmia jakby nigdy nic. – Muszę się z kimś spotkać i przy okazji zorganizować ci jakieś lepsze szmaty do ubrania. Być może jutro uda mi się odstawić się do władcy Noardbloed. I w końcu się pożegnamy – rzuca, podchodząc do drzwi. – I nie waż się wyściubiać nosa z tego pokoju! – warczy, naciskając na klamkę. – Siedzi nam na głowie Straż, a w pobliżu prawdopodobnie krążą Nieznajomi. Ograniczamy ryzyko do minimum. Byłoby dobrze, gdyby nie zabito cię podczas mojej nieobecności.
           Seoirse wychodzi, zatrzaskując za sobą drzwi. Zostaje sama w małym, obskurnym pokoju.
           Boję się. Jesteś śmiertelnie przerażona tym, co jeszcze może spotkać mnie w tym świcie. Jednocześnie zaczynam rozumieć, że wydarzyły się tu historię, których wcale nie chciałam poznawać i że sama śmierć, która niechybnie mnie spotka, nie jest aż tak straszna.
           O wiele gorsze jest oczekiwanie na nią.
           A ja ciągle czekam.

Offline

#180 06-08-2019 o 13h56

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 23 289

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Tak. Aż tak go nie lubię. XD

CHCIAŁA ZABIĆ KSIĘCIA?! DALEJ, DZIEWCZYNO, DAAAALEEEEJ!!!
*wymachuje dwiema kolorowymi chorągiewkami w geście kibicowania*
A tak poważnie, to już w poprzednim odcinku było widać, że w czasie przemiany coś poszło bardzo mocno nie tak. Nie wiem, może ona otrzymała nie tylko czyiś wygląd, ale i charakter? Może tak naprawdę nie tylko się przebrała, ale stała się dosłownie kimś innym, kto jest agresywny i nie potrafi nad sobą panować. Tak jakby głowa Elle była na miejscu, ale do tego innego, obcego ciała były jeszcze doszyte jakieś obce cechy.
Bardzo to interesujące!

Ach, a więc to jedynie siła miasta w połączeniu z księżycem. Szkoda. Moja wersja podobała mi się bardziej. :< XD

No, ale trzeba przyznać, że Seoirse gada bardzo sensownie i miał rację, że nie dał jej od razu tego amuletu. Faktyczne, nawet gdyby Straż jakimś cudem podejrzewała, że ta ciemnowłosa babka to Elle pod przykrywką, to od razu by dali sobie z tą tezą spokój, widząc jej agresję.
CHOCIAŻ
Z drugiej strony Straż na pewno głupia nie jest i powinna wiedzieć, jak krwawy księżyc wpływa na to miasto. I mogliby wziąć to pod uwagę. Well, oni i tak nie mają żadnych podstaw by sądzić, że ta ciemna to Elle, no ale t urok powinien działać na wszystkich, choć pewnie na tych słabszych, mniej opanowanych nieco bardziej.

Rzeczywiście ten odcinek był bardzo potrzebny, bo mam wrażenie, że my, czytelnicy, jesteśmy tu jak ta biedna Elle — niby wiedzieliśmy, że bohaterka znalazła się w wielkim gównie, ale dopiero teraz widzimy, w jak głębokim.

I nawet powiem ci, że w tym odcinku Seoirse mi niemal zaimponował.

Ok, to czekam niecierpliwie na kolejny odcinek i pozdrawiam! ^^

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (20-10-2019 o 19h51)

Offline

#181 16-08-2019 o 15h37

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Hmmm, Gwiazdeczka zaczyna brać Śmierć za pewnik. samospełniająca się przepowiednia, kolejny powrót zza grobu czy może będzie to miało bardziej duchowy wymiar?

Rozdział istotnie potrzebny. Trochę lepiej księżulek wypada, trochę rzeczy się klaruje. ładnie wyjaśnione z naturą gwiezdnych dzieci, piąteczka za podkreślenie "nienaturalności" w braku ich agresji. Jednak muszę wytknąć pewien zgrzyt. Ziemia jako źródło zasobów. Chyba wcześniej nigdzie w tym opowiadaniu nie zostało wspomniane, że faery robią eskapady na ziemię i traktują ją jako źródło zasobów. Chyba - opko długie, rozdziały nie sypią się jeden za drugim, mogłam coś przeoczyć w każdym razie, jeżeli jest to istotnie pierwszy wspominek to trochę gafa. Dlaczego? Bo jeżeli wcześniej Est o tym wszystkim wiedziała, jej prośby co do odesłania powinny mieć zupełnie inną formę i w ogóle powinna być dużo bardziej podejrzliwa w stosunku do faery - jak to nie umieją jej odesłać na Ziemię, skoro sami tam podróżują. No i czytelnik powinien o tym wiedzieć, bo to WAŻNY szczegół. Natomiast jeżeli Est dopiero teraz się dowiedziała o tym, razem z czytelnikiem, to powinna skoczyć na równe nogi - skoro Ziemia jest źródłem zasobów to znaczy faery tam podróżują, to znaczy jest droga do domu, to znaczy Straż od samego początku ją okłamywała i tak dalej... Cały efekt przyczyno-skutkowo-myślowego domino.

Offline

#182 20-10-2019 o 19h48

Straż Absyntu
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 94

51. Beaumont

        Z niedowierzaniem wpatruję się w plątaninę różnokolorowych szmat, które Seoirse wyrzucił z plecaka na moje łóżko. Podnoszę jedną z nich. Cienka, prawie przezroczysta sukienka z lejącego, błyszczącego materiału jest piękna, jednak na pewno nie przykryje niczego, co powinno przykrywać ubranie.
         - Nie ma opcji. Nie założę tego – oznajmiam stanowczo.
         - Co ci znowu nie pasuje? – warczy chłopak, na moment odrywając się od tajemniczych pergaminów, które studiuje od kiedy tylko wrócił do pokoju.
         - To nic nie zasłania – stwierdzam.
         - No i? – Unosi pytająco brwi. – To twój największy problem? Bo jeżeli tak, to nie mam na to czasu. – To Eldaryia, a nie Ziemia. A ty idziesz do władcy Noardbloed i uwierz mi, że im mniej zasłonisz, tym lepiej będzie dla ciebie.
         - Nie jestem prostytutką – warczę.
         - A ja niańką – prycha Seoirse. – Jak widzisz oboje jesteśmy niezadowoleni ze swoich ról – mruczy pod nosem. – A teraz, z łaski swojej, zamknij się wreszcie i pozwól mi się skupić. Radzę ci odpocząć, bo czeka nas naprawdę długi wieczór.
        Posyłam mojemu towarzyszowi pełne niedowierzania spojrzenie. Jak mam odpocząć dusząc się w tej małej, ciasnej, zakurzonej klitce? Do tego w jego towarzystwie? To jest niewykonalne. Chcę dać upust mojemu niezadowoleniu i już otwieram usta, kiedy rozlega się pukanie do drzwi. Zamieram. Czuję jak przechodzi mnie dreszcz niepokoju i oblewa fala zimna. Ogarnia mnie jeszcze większy niepokój, kiedy dostrzegam napinające się mięśnie Seoirsa i dłoń, którą zaciska na broni.
        Chłopak podnosi się i daje mi gestem znak, żebym była cicho i schowała się pod łóżko. Bez najmniejszego sprzeciwu wykonuję jego polecenie. Kładę się na podłogę i wsuwam pod stary mebel. Po chwili książe wrzuca do mojej kryjówki ubrania, które mi przyniósł. Przyznaję, nie pomyślałam nawet przez chwilę o tym, żeby je ukryć.
        Słyszę kroki, a później do moich uszu dobiega dźwięk przekręcanego w zamku klucza i ciche skrzypnięcie drzwi.
        - Chcę porozmawiać.
        Wstrzymuję oddech, słysząc ten głos. Co do cholery robi tu Ezarel?
        - Mamy umowę, a Łowcy dotrzymują słowa. Co jeszcze chce ustalać ze mną Straż Eel?
        - Mogę wejść? Wolałbym nie poruszać tych tematów na korytarzu – rzuca na pozór beztrosko elf.
        Seoirse otwiera drzwi nieco szerzej i zatrzaskuje je z hukiem, kiedy tylko gość wchodzi do środka.
        - Gdzie twoja towarzyszka? – pyta Ezarel.
        - To moja towarzyszka. Ciebie nie powinna interesować – ucina krótko książe. – Czego chcesz, elfie?
        - Przyszedłem, żeby upewnić się, że dobrze się zrozumieliśmy i doceniasz wagę sytuacji. Ta dziewczyna MUSI zostać znaleziona i wrócić do Straży Eel. W przeciwnym razie wszystkim nam będzie groziło ogromne niebezpieczeństwo.
        - To tylko jedna lalunia. Poradzimy sobie z nią razem z Inӓną, możesz być o to spokojny.
        - Ta lalunia, jak ją nazywasz, jest Astrikos – zaznacza Ezarel. – Nie lekceważcie jej.
        - To wam zwiała – parska z dezaprobatą Seoirse. – Wielka Straż Eel nie potrafiła upilnować jednej ziemskiej dziewczyny. Cała Eldaryia się z was śmieje. Tak samo jak z Gwalijaru – dodaje.
        - Jeżeli już poruszyłeś ten temat, Łowco… - Ezarel odchrząkuje głośno. – Osobą, która zapłaciła wam za poszukiwanie tej dziewczyny z całą pewnością jest królowa Gwalijaru. Nie musisz tego potwierdzać – zaznacza szybko. – Interesuje mnie natomiast coś innego. Mamy solidne podstawy, żeby twierdzić, że opuszczając Gwalijar, dziewczyna była bardzo ciężko ranna. Można powiedzieć, że wręcz balansowała na granicy śmierci. Interesuje mnie, co tam zaszło.
        Wstrzymuję oddech. Wspomnienie gwalijarskich lochów sprawia, że oblewa mnie fala zimna i ogarnia czyste przerażenie. To był prawdziwy koszmar. Horror rozgrywający się w realnym świecie.
        Boję się usłyszeć tę historię z ust kogoś innego. Nie chcę do tego wracać.
        - Nawet gdybyś sypnął kolejną sakiewką złota, nie jestem w stanie ci pomóc – stwierdza Seoirse. – Nie mam żadnych potwierdzonych informacji na ten temat, a nikt z Gwalijaru jakoś nie kwapił się, żeby zwierzać się ze swoich morderczych zapędów – wyjaśnia. – Była ranna. Tyle wiem. Dlatego wzięliśmy tę fuchę. Sądziliśmy, że łatwo będzie ją dorwać – wzdycha zrezygnowany.
        Zapada cisza. Staram się nie oddychać, żeby Ezarel przypadkiem nie zauważył mojej obecności. Dlaczego jeszcze nie wychodzi z pokoju?!
        - Skoro już tu jesteś i mamy wam pomóc… - zagaja beztrosko Seoirse, rzucając się na łóżko. – To może chcesz podzielić się ze mną informacją, dlaczego ta lalunia od was zwiała, co? Co żeście jej zrobili? Chcieliście wykorzystać jej super moce? Pozbyć się jej? 
        Deski nad moją głową skrzypią boleśnie, kiedy chłopak zmienia pozycję na materacu. Pytanie, które zadał, sprawia, że mam ochotę mu przyłożyć. Dobrze wie, że to nie jest przyjemny dla mnie temat, a mimo to go porusza. Bezczelny, zadufany w sobie pajac. Przysięgam, że któregoś dnia go uduszę. Gołymi rękami.
        - Powtórzę po raz kolejny, że to nie jest twój interes, Łowco. Ty masz tylko ją znaleźć. Za to ci zapłaciłem. Nie za zadawanie zbędnych pytań – odpowiada chłodno elf. – Więc weź się lepiej do roboty i znajdź tę dziewczynę.
        Nie pada już ani jedno słowo. Stanowczym krokiem Ezarel wychodzi z pokoju i głośno trzaska drzwiami, jednak dopiero kiedy na korytarzu zapada zupełna cisza, odważam się wyczołgać spod łóżka.
        - Nie dziwię ci się, że zwiałaś – stwierdza beztrosko Seoirse.- Okropny typ. Kim on w ogóle jest, co?
        - Dowódca Straży Absyntu – odpowiadam automatycznie. – Naczelny alchemik Straży Eel. I mój dawny dowódca – dodaję, krzywiąc się lekko.
        - Twój dowódca? – Chłopak parska głośnym śmiechem. – To wyjaśnia dlaczego jest taki obsrany twoją ucieczką. Pewnie nieźle mu się oberwało za twoje zniknięcie – rechocze.
        Marszczę brwi. Muszę przyznać, że do tej pory nie zastanawiałam się jakie konsekwencje poniósł Ezarel w związku z moją ucieczką. W końcu był moim opiekunem i miał dbać o to żebym była bezpieczna. Mam nadzieję, że Miiko zgotowała mu prawdziwe piekło. I strasznie żałuję, że nie byłam tego świadkiem.
        - W każdym razie mamy pewność, że nie mają najmniejszego pojęcia o tym, gdzie aktualnie szukać swojej zguby – kontynuuje Seoirse, całkowicie nie przejmując się moim milczeniem. – To oznacza, że jesteś w miarę bezpieczna. 
        W miarę bezpieczna. Mimowolnie krzywię się słysząc te słowa. Doskonale wiem, że w tym świecie nigdy nie będę mogła spokojnie odetchnąć. Nie mogę liczyć na spokojny sen, bez obawy o czającego się w ciemności wroga i pogoń depczącą mi po piętach. Nie widzę w lustrze własnego odbicia, a jedynie to, które otrzymałam dzięki eliksirowi Aithne. Eldaryia powoli odbiera mi wszystko. Z każdym kolejnym dniem zatracam się coraz bardziej w tym świecie i w kłamstwach, na których jest zbudowany.
        Tracę samą siebie i powoli zaczynam zapominać moje dawne życie. Zapach świeżych rogalików z piekarni, wydaje się być tak odległy, jakby był tylko snem. Rozmowy z Felixem to jedynie mgliste, powoli ulatujące wspomnienie. Moja rodzina, choć wciąż ją pamiętam, nie jest dla mnie już tak bliska jak kiedyś.
        Ten świat powoli odbiera mi wszystko. Boję się, co nastąpi, kiedy nie pozostanie już nic więcej do odebrania. Kim się wtedy stanę?
        I czy to dalej będę ja?
        - Hej, mówię do ciebie – z zamyślenia wyrywa mnie poirytowany głos Seoirsa. – Skup się, laluniu.
        Patrzę nieprzytomnie na chłopaka, nie mając najmniejszego pojęcia co do mnie powiedział.
        - Zanim przestałaś mnie słuchać, powiedziałem, żebyś się ruszała. Nie będziemy dłużej czekać z wizytą u władcy Noardbloed. Odstawię cię tam dzisiaj.
        - Ale jak to…? – Mrugam zaskoczona. – Przecież mówiłeś, że…
        - Nieważne co mówiłem. Ruszaj się! – warczy, pakując rzeczy do plecaka. – Im dłużej będziemy czekać, tym więcej szemranych typów zleci się do tego miasta…
        Moje serca zaczyna bić jak oszalałe. Ogarnia mnie panika. Co prawda Seoirse nie jest najlepszym towarzystwem, ale przynajmniej nigdy nie próbował mnie wykorzystać albo, co gorsza, zabić. Jaką mam mieć pewność, że władca Noardbloed nie pójdzie w ślady królowej Gwalijaru i nie zacznie przeprowadzać na mnie jakiś chorych eksperymentów? Ten świat jest na tyle chory i przepełniony nienawiścią, że ta opcja jest bardzo prawdopodobna.
        Jeżeli mam wybierać to wolę żyć i dalej męczyć się z księciem, zamiast zostać zamordowana.
         - O co ci znowu chodzi? – pyta poirytowany Seoirse. – Widzę przecież, że wyglądasz jakbyś miała się zaraz rozryczeć… - dodaje, zanim zdążę cokolwiek powiedzieć.
        - Władca Noardbloed… - zaczynam niepewnie, nie patrząc na towarzysza. – Czy… Czy można mu ufać? – wyduszam w końcu.
        - Ufać? – Seoirse patrzy na mnie zaskoczony. – Odesłał cię do niego mój ojciec, który ufał mu całkowicie. Więc raczej jest to osoba godna zaufania.
        - Nie pytam o twojego ojca – przerywam mu stanowczo. – Pytam o mnie. Czy JA mogę mu ufać? I czy ty mu ufasz?
        Chłopak przez chwilę milczy, głęboko się nad czymś zastanawiając. Jego twarz przybiera pochmurny wyraz,  a spojrzenie staje się wyjątkowo chłodne i mroczne.
        - Jeżeli pytasz o zaufanie, to odpowiedź brzmi: nie. Nie ufam mu – odpowiada ponuro. – I jeżeli dobrze odrobiłaś lekcje, które dostałaś w tym świecie, to powinnaś wiedzieć, że ty również nie powinnaś mu ufać. Ani jemu, ani nikomu innemu – kontynuuje. – Nie zagwarantuję ci, że będziesz tu całkowicie bezpieczna, ale wiem, że mój ojciec nie przysłał by cię tutaj bez powodu. A to była jedna z niewielu osób, którym kiedykolwiek zaufałem – dodaje nieco łagodniej. – Ja mam tylko odstawić cię do Noardbloed, a to, co zrobisz dalej, to twoja prywatna sprawa. Możesz tu zostać, możesz stąd zwiać… Mi nic do tego. – Wzrusza ramionami. – Mam do załatwienia swoje własne sprawy.
        Słowa Seoirsa ani trochę mnie nie przekonują, a jedynie uświadamiają, że niezależnie od tego czy chcę spotkać władcę Noardbloed czy nie, to tak naprawdę decyzja nie należy do mnie i nie mam absolutnie żadnego wyboru. Muszę się z nim zobaczyć, nawet jeżeli miałoby to oznaczać mój koniec.
        Wzdycham ciężko i chwytam jedno z ubrań, które przyniósł mi Seoirse.
        Jeżeli umrę, to chociaż w ładnych łachach.

                                      ***

        Wejście do dworu, który zamieszkuje władca Noardbloed, w niczym nie przypomina ozdobnych, rzeźbionych bram gwalijarskiego pałacu. To zwykła, surowa, stalowa brama, której szczyt zakończony jest ostrymi szpikulcami, pokrytymi szkarłatną substancją. Biorąc pod uwagę charakter całego Noardbloed, jestem skłonna przypuszczać, że jest to krew, która stanowi nieodłączny element tego miasta. W oddali, na niewielkim wzgórzu, majaczy ogromna posiadłość, której okna wabią nas jasnym blaskiem. Mam wrażenie, że jestem jak ćma, która leci wprost w stronę płomieni, nie zdając sobie sprawy z grożącego jej niebezpieczeństwa.
        Pytanie tylko czy spłonę tak samo jak ona.
        Podchodzimy z Seoirsem do dwóch uzbrojonych strażników, który łypią na nas podejrzliwie, jednak po chwili lekko kiwają głowami w stronę księcia i pozwalają nam przejść na drugą stronę.
        Każdy kolejny krok przybliża nas do ogromnej posiadłości.
        Każdy kolejny krok sprawia, że coraz bardziej drżę z przerażenia.
        - Śmierdzisz tchórzem na kilometr – parska rozbawiony chłopak. – Ogarnij się.
        -  Po prostu się boję – odpowiadam zgodnie z prawdą. – Po tym co zgotowali mi w Gwalijarze, chyba mam prawo być lekko nieufna, co? – pytam poirytowana.
        - Na pocieszenie mogę powiedzieć, że nic gorszego raczej cię już nie spotka – zauważa Seoirse. – Ktoś musiałby być naprawdę kreatywny, żeby przebić królową.
        Przerywamy naszą rozmowę, kiedy zatrzymujemy się przed solidnymi, drewnianymi drzwiami. Książe wyciąga rękę, aby chwycić złotą kołatkę w kształcie dziwnego, nieznanego mi stworzenia, które nieco przypomina lwa, jednak zanim jego dłoń dosięga metalu, drzwi ustępują samoistnie, wydając z siebie bolesne, przeciągłe jęknięcie.
        Takie sceny widziałam tylko w horrorach. Tych najstraszniejszych, w których wszyscy ginęli.
        Biorę głęboki oddech i, lekko pchnięta przez Seoirsa, przekraczam próg posiadłości. Od razu rozglądam się wokół, szukając potencjalnego zagrożenia, jednak nic takiego nie dostrzegam. Zamiast tego wita mnie przyjemny, jasny hol z marmurową podłogą i pięknymi, rzeźbionymi kandelabrami, w których umieszczono świecie, dające przyjemne, migotliwe światło. Na białych ścianach wiszą portrety nieznanych mi, przystojnych mężczyzn, którzy zdają się świdrować mnie wzrokiem, co sprawia, że czuję się bardzo nieswojo. Odrywam od nich spojrzenie i przenoszę je na ogromne, rzeźbione schody. Wtedy zamieram. Na samym ich szczycie, trzymając w dłoni kielich wypełniony czerwoną cieczą, stoi ubrany na czarno mężczyzna. Jest naprawdę przystojny. Ma chłodną, kamienną twarz, a spojrzenie ciemnych oczu jest całkowicie hipnotyzujące, dlatego, kiedy nieznajomy powoli schodzi po kolejnych stopniach, nie śmiem drgnąć nawet o milimetr.
        - Omnes mortui sunt. – Przyjemny dla ucha głos przerywa panującą w pomieszczeniu ciszę.
        - Et quamlibet resurrectionem – odpowiada gwalijarski książę, uśmiechając się lekko.
        - Dobrze cię widzieć, drogi Seoirsie. – Mężczyzna chwyta go za ramiona i lekko zaciska na nich palce. – Kiedy dotarła do mnie wieść o twoim ojcu, a moim przyjacielu… To wielka, przeogromna strata dla nas wszystkich – mówi smutno, kręcąc głową z lekkim niedowierzaniem. – Nie sądziłem, że ona jest w stanie posunąć się tak daleko…
        - Nikt się tego po niej nie spodziewał – potwierdza chłodno chłopak. – I nie wiem do czego jeszcze jest zdolna. Dlatego przyprowadziłem tutaj tę dziewczynę. – Kiwa głową w moją stronę. – Ojciec powiedział, że o wszystkim wiesz i na pewno jej pomożesz.
        - Ach tak, dziewczyna… - Mężczyzna przenosi wzrok na mnie. – Gdzie są moje maniery. Bardzo miło mi cię poznać, młoda damo. – Chwyta moją dłoń i składa na niej pocałunek, wyjątkowo zimnymi ustami. – Beaumont de Tremblay. Władca ziem północnych i tego wspaniałego miasta. I absolutnie nie słuchaj tego, co o nas mówią. Mimo tego, że krążą pogłoski, że Noardbloed rządzi śmierć, to obiecuję ci, że będziesz tutaj całkowicie bezpieczna, młoda damo.
        Wpatruję się w mężczyznę szeroko otwartymi oczami. Zupełnie nie wiem jak mam się zachować. Jego nienaganne maniery i sposób, w jaki się wypowiada wprawiają mnie w ogromne zakłopotanie, które choć na moment pozwoliło mi zapomnieć o przeszywającym strachu.
        - Ale, gdzie są moje maniery! Proszę, chodźcie za mną! Na pewno jesteście zmęczeni podróżą i w końcu chcecie odpocząć w cywilizowanych warunkach!
        Gospodarz rusza przed siebie długim korytarzem. W jego ślady idzie Seoirse, chwytając mnie za nadgarstek i ciągnąc za sobą.
        - Przyznaję, że nie spodziewałem się, że uda nam się do ciebie dotrzeć, Beaumont.
        - Też miałem pewne obawy – odpowiada mężczyzna. – Szczególnie, kiedy doszły do mnie słuchy, jak wielkie poszukiwania Gwiezdnego Dziecka są prowadzone. Wszyscy są postawieni na nogi. – Zerka na mnie kątem oka. – Zapraszam was. – Otwiera jedne z wielu drzwi i gestem zaprasza nas do środka.
        Niepewnie wchodzę do pomieszczenia, które okazuje się przyjemnym, niewielkim salonem z ogromnymi, miękkimi fotelami i sofą oraz ogniem wesoło trzaskającym w kominku.
        - Pozwoliłem sobie nieco ogrzać ten pokój. Zazwyczaj tego nie robię, bo sam nie odczuwam zimna.
        Nie odczuwa zimna?
        Szybko spoglądam na mężczyznę. Jego wyjątkowo blada skóra, sine, chłodne usta, ciemne, praktycznie czarne oczy… Jakby był martwy.
        - Nie jesteś chyba trupem? – pytam podejrzliwie, zanim zdążę ugryźć się w język.
        Seoirse posyła mi pełne zrezygnowania, karcące spojrzenie.
        - Ależ skąd, młoda damo. Trupami są nzambe. Ja jestem tylko lekko martwy. – Mężczyzna chucha na swoje paznokcie i bardzo powoli wyciera je w jasny materiał koszuli.
        - Lekko martwy? Lekko martwy, czyli kto? – dopytuję.
        - Wampir, młoda damo. – Beaumont wypełnia czerwoną cieczą kieliszki stojące na niewielkim stoliku i rozsiada się wygodnie w fotelu. – Proszę, częstujcie się – zachęca, uśmiechając się szarmancko.           
        Waham się przez chwilę. Siedzi przede mną wampir, który, co gorsza, jest bardzo przystojnym wampirem, a uśmiechem zapewne jest w stanie uwieść każdą kobietę. Dodatkowo częstuje mnie winem, co mogłabym odebrać, jako pewnego rodzaju zaproszenie na randkę, gdyby nie stojący obok mnie, posapujący niecierpliwie Seoirse.
        To wszystko wydaje mi się być jednym wielkim żartem, na tyle nieprawdopodobnym, że jestem w stanie niego uwierzyć.
        Ostatnio wiele niestandardowych rzeczy w moim życiu jest godnych wiary.
        Siadam na fotelu naprzeciwko Beaumonta i sięgam po naczynie z napojem. Waham się jednak przez chwilę, zanim przykładam je do ust. Krwisty płyn jest podejrzanie krwisty.
        - To wino. Jeden z lepszych roczników – uprzejmy głos gospodarza rozwiewa moje wątpliwości. – Nie odważyłbym się poczęstować tak cudownego gościa wampirzym napojem, moja droga.
        Przykładam brzeg kieliszka do ust i próbuję jego zawartość. Rzeczywiście to wino. Seoirse również zajmuje miejsce i częstuje się alkoholem, idąc w moje ślady.
        - Zawsze myślałam, że wampiry zabijają ludzi… - zauważam ostrożnie.
        - Tylko te bardzo sfrustrowane – odpowiada beztrosko.
        No tak. To rzeczywiście wszystko wyjaśnia.
        - A na ile sfrustrowany jesteś dzisiaj? – rzucam na wszelki wypadek.
        - Mam całkiem dobry dzień – oznajmia radośnie. – Nie zjem was, jeżeli o to ci chodzi. Nie zabijam przyjaciół. Ani tak szczególnych istot, jak ty – dodaje, świdrując mnie spojrzeniem. – A teraz, kończąc już wszystkie uprzejmości, opowiedzcie mi, proszę, wszystko. Od samego początku.

Offline

#183 20-10-2019 o 20h07

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 23 289

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


No więc tak. Jak na twoje obawy dotyczące błędów w odcinku, jest bardzo dobrze, bo znalazłam tylko dwa. Pierwszy, bardziej ogólny: zmień nazwę na „Eldarya” zamiast „Eldaryia” — to „i” jest tu niepotrzebne.

A druga rzecz to to zdanie:

„- No i? – Unosi pytająco brwi. – To twój największy problem? Bo jeżeli tak, to nie mam na to czasu. – To Eldaryia, a nie Ziemia. A ty idziesz do władcy Noardbloed i uwierz mi, że im mniej zasłonisz, tym lepiej będzie dla ciebie.” — ten ostatni myślnik jest tu niepotrzebny, bo to raczej nadal dialog.

Co do innych uwag, to dziwię się, że Straż tak mało wie, ale w sumie tym lepiej dla Elle. I zastanawiam się, czy oni mają wobec niej jakieś konkretne plany, czy mają ją znaleźć, bo mają ją znaleźć?

No, ale mniejsza, bo są lepsze rzeczy do obgadania.

Beaumont de Tremblay. Nie obchodzi mnie, czy ten wampir ich zje i czy jest dobry czy zły, bo ja już teraz go uwielbiam! Wprawdzie jest lekko stereotypowy — wielki władca, żyjący w ogromnej, starej posiadłości, bardzo przystojny i dobrze wychowany. Ale niespecjalnie mi to przeszkadza, zwłaszcza że genialnie wypadła ostatnia rozmowa Elle z wampirem — wprost kocham tę jej nieostrożną bezpośredniość (lekko martwy i pytanie, na ile jest sfrustrowany XD) oraz lekkość w odpowiedziach wampira. Jestem naprawdę ciekawa, czy faktyczie jej pomoże i w sumie mam nadzieję, że tak.

Okej, to czekam niecierpliwie na kolejną część i pozdrawiam ^^

Offline

#184 20-10-2019 o 21h12

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 63

Hej hej hej /static/img/forum/smilies/smile.png
Dawno nie dawałam znaku życia w tym wątku, ale nie znaczy to, że przestałam zaglądać. Nadal z wielką przyjemnością śledzę rozwój wydarzeń i wciąż tak samo zafascynowana jestem opowiadaniem. Pozdrawiam serdecznie i życzę niekończącej się weny /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#185 21-10-2019 o 19h18

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Od ewentualnych potknięć w pisowni jest Mecia, więc ja sobie tym już nie zaprzątam głowy.
            Generalnie podoba mię się coraz bardziej postępująca paranoja Gwiazdki, poczucie odrealnienia i obcości. Bardzo ładnie rozpisane. Powtarzalne, ale to nadaje ładnego, obsesyjnego wymiaru całości - myśli zataczają szaleńcze, napędzane lękiem kółka. No i mam nadzieję, że solidnie oberwie się rykoszetem Ezarelowi, który w tym opowiadaniu jest prawdziwym dupkiem... I który nawet został podobnie określony przez księciunia-dupka, a swój pozna swego /static/img/forum/smilies/big_smile.png.
            Jedyna niekorzystna uwaga tyczy się Beaumonta. Kolejny wampir i kolejny po Nevrze lowelas? Naprawdę? Nie mówiąc już, że to po stereotypie trochę leci. Chciałaś kogoś charakterystycznego, mogłaś dać przypominającego tygrysa szablozębnego wielkoluda o ponurej, marudnej twarzy i wyszlifowanych manierach damy prowadzącej szkołę dla panienek z dobrych domów... Albo coś.

Offline

#186 02-11-2019 o 07h03

Straż Obsydianu
Frogatia
Pokonała kurę
Frogatia
...
Wiadomości: 681

wciągnęłam twoje opowiadanie w bodajże trzy dni i z jednej strony tak bardzo się cięszę, że mogłam czytać wszystko na raz, a z drugiej szkoda mi, że nie mogłam komentować na bieżąco. XD
jestem pod ogromnyn wrażeniem fabuły i tego, jak konsekwentnie podchodzisz to wszystkiego co robi główna bohaterka. piszesz w taki sposób, że aż nie chce się odrywać od czytania.
z estelle mam taki problem, że jej ciapowatość odrobinę mnie irytuje. no taka ciamajda, ale! widzę, że w toku wydarzeń się rozwinęła i zahartowała, co jest jak najbardziej na plus.
w ogóle podziwiam to, jak kreujesz wszystkich bohaterów, jak potrafisz od razu wywrzeć na czytelniku różne emocje. chociażby nasza ulubiona królowa psychopatka, która od samego początku budziła przeczucie, że coś jest z nią nie tak. siraaj, który był taki milutki, słodki, kochany i troskliwy a tu chlap, to była jego misja.
nie mogę się doczekać dalszych rozdziałów, dużo czasu i weny ci życzę!


https://media1.tenor.com/images/cb31909bba05b3d4ce06aafff54082ed/tenor.gif?itemid=8606387[img][center]

Offline

#187 07-12-2019 o 11h29

Straż Absyntu
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 94

@Meth: Cieszy mnie, że lubisz Beaumonta. Zgadza się, że jest stereotypowy ale to czy jest dobrzy czy zły pozostawię do Twojej własnej oceny na podstawie kolejnych rozdziałów /static/img/forum/smilies/smile.png

@Le0kdia: Niestety Noardbloed to nie miejsce na olbrzymy o marudnych twarzach i szkoły dla dam /static/img/forum/smilies/wink.png Ale kto wie, co będzie dalej… Może w sumie to całkiem niezła inspiracja? /static/img/forum/smilies/big_smile.png

@Sharessa: Zawsze dobrze wiedzieć, że ktoś tu jeszcze zagląda /static/img/forum/smilies/smile.png Liczę na to, że opowiadanie zawsze będzie Cię tak przyciągało /static/img/forum/smilies/smile.png

@Frogatia: Miło poznać /static/img/forum/smilies/smile.png Bardzo się cieszę, że opowiadanie Cię tak wciągnęło i że udało mi się zatrzymać Cię na nieco dłużej niż jeden rozdział /static/img/forum/smilies/wink.png
Co do samej Elle… Jak sama słusznie zauważyłaś była ciapowata, ale powoli, powoli się zmienia. Cięzko jej to idzie, ale jednak /static/img/forum/smilies/smile.png
Z czystej ciekawości: którego z bohaterów lubisz najbardziej? /static/img/forum/smilies/wink.png


Wiem, że długo mnie nie było, ale zapewniam, że ciągle mam dużo pomysłów i będę pisać!
Zapraszam do kolejnego rozdziału /static/img/forum/smilies/smile.png



52. Pawie martwi

       Przyjemne ciepło sprawia, że nie mam najmniejszego zamiaru podnosić głowy z poduszki i wystawiać nosa spod miękkiej kołdry. Dawno nie miałam okazji wyspać się w tak komfortowych warunkach. Nie sądziłam, że poza trupami, krwią, brudem i smrodem, Noardbloed jest w stanie zaoferować mi jakiekolwiek luksusy. Chociaż raz ten świat mnie miło zaskoczył.
        Przeciągam się jak kot, wydając z siebie pomruk zadowolenia. Wczorajszy wieczór był naprawdę długi. Beaumont chciał dokładnie poznać szczegóły mojego pobytu w Gwalijarze i drogi, którą pokonaliśmy do Noardbloed. Chłonął każde słowo, które padało z moich ust, a każdą informację, którą uzyskał od Seoirsa notował na niewielkim kawałku papieru. To jedna z niewielu osób, która zdaje się naprawdę przejmować naszym losem i choć Eldarya już wielokrotnie pokazała, że nie powinnam ufać nikomu, tym razem naprawdę mam ochotę zrobić wyjątek.
         Rozlega się ciche pukanie. Niechętnie wysuwam się spod kołdry, stawiam nogi na miękkim, puszystym dywanie i po chwili przekręcam klucz w zamku. Lekko uchylam drzwi.
         - Długo masz zamiar się wylegiwać?
         Seoirse spogląda na mnie z politowaniem. Zmęczenie, które ostatnio było widoczne na jego twarzy, całkowicie zniknęło. Chłopak jest w pełni sił. Wygląda tak, jakby przespał ostatni miesiąc i nie miał zamiaru dalszego marnotrawienia czasu na sen. Szybkość tej regeneracji jest naprawdę godna podziwu.
          - Też miło mi cię widzieć – burczę. – Myślałam, że nie mamy już żadnych wspólnych planów. Odstawiłeś mnie do Noardbloed, tak jak obiecałeś ojcu i jestem ci za to wdzięczna. Czego jeszcze ode mnie chcesz?
          Seoirse zaciska szczęki, jednak nie daje się ponieść emocjom i znów przyjmuje swoją standardową maskę pełną obojętności.
           - Beaumont zaprosił nas wczoraj na wspólne śniadanie. Wykrzesaj z siebie chociaż odrobinę dobrego wychowania, bo tylko dzięki Beaumontowi mogłaś w końcu spokojnie przespać noc. Należy mu się choć odrobina szacunku.
           Wydaję z siebie jęk niezadowolenia. Jak zawsze Seoirse ma rację. Czy ten typ kiedykolwiek się myli? Jest w stanie popełnić jakikolwiek błąd?
            Pieprzony ideał.
            - Daj mi pięć minut. Muszę się ubrać – oznajmiam niechętnie.
            - Stanowczo – stwierdza chłopak lustrując mnie wzrokiem. – To niezbyt odpowiedni strój na śniadanie.
            W jednej chwili  zatrzaskuję z hukiem drzwi i oblewa mnie rumieniec. Mam na sobie jedynie majtki i koszulkę, a nie jestem przyzwyczajona do paradowania w takim stanie przed obcymi facetami.
             Ze sterty ubrań podarowanych mi przez Seoirsa, wygrzebuję zieloną sukienkę, która, mimo sporego dekoltu, wydaje się być najmniej wyzywającym strojem. Już mam opuścić pokój, kiedy zatrzymuję się w pół kroku i wracam do nocnej szafki. Zabieram z niej pas, który zapinam na udzie pod sukienką i wciskam w niego mały sztylet. W tym świecie trzeba być przygotowanym absolutnie na wszystko.
             Nieco bardziej pewna siebie wychodzę na korytarz. Seoirse opiera się znudzony o ścianę, jednak kiedy tylko mnie widzi, natychmiast się prostuje i bez słowa rusza korytarzem. Podążam za nim w ciszy. Nie mam zamiaru się odzywać. Zawsze kiedy to robię, chłopak traktuje mnie jak idiotkę, więc milczenie wydaje się być najlepszą strategią. Dość już mam upokorzeń.
           Dostrzegam, że książe zerka na mnie kątem oka, jednak staram się to ignorować.
           - Dlaczego jesteś cicho? – pyta nagle. – Zazwyczaj dużo gadasz.
           - Nauczyłam się, że przy tobie nie warto – odpowiadam ponuro.
           Seoirse uśmiecha się lekko i kręci głową.
           - Może jeszcze uda ci się przeżyć w tym świecie – rzuca rozbawiony. 
           Chłopak popycha jedne z drzwi i naszym oczom ukazuje się duża, przestronna jadalnia. Na środku znajduje się ogromny, suto zastawiony stół z litego, ciemnego drewna, a u jego szczytu siedzi Beaumont, zapraszając nas gestem do zajęcia wolnych miejsc. Kiedy siadamy z Seoirsem na krzesłach naprzeciwko siebie, dostrzegam, że z twarzy księcia całkowicie zniknęło rozbawienie, a jego miejsce zajęły skupienie i podejrzliwość.
            - Miło was dzisiaj widzieć. – Gospodarz uśmiecha się do nas uprzejmie. – Mam nadzieję, że noc minęła wam spokojnie.
            - Od dawna tak dobrze nie spałam – przyznaję, jednak odczuwam lekkie zaniepokojenie, widząc dziwne zachowanie mojego towarzysza.
            - Czy coś cię niepokoi? – Wampir zwraca się bezpośrednio do Seoirsa.
            - Jesteśmy tu w trójkę, a są cztery zastawy. Kto jeszcze tu będzie? – pyta bez owijania w bawełnę.
             Wytrzeszczam oczy. Nie zwróciłam nawet najmniejszej uwagi na dodatkowe miejsce przy stole. Nie sądziłam, że może być to istotne.
            - To prawda, będziemy mieli dzisiaj gościa. Ale nie musicie się niczym przejmować. Z pewnością nie dowie się on o waszej prawdziwej tożsamości. Daję wam moje słowo. – Kiedy tylko padają te słowa, drzwi otwierają się, a ja zamieram.
             Co on tu do cholery robi?!
             Nevra wydaje się być równie zaskoczony naszą obecnością.
             - Witaj, stryju. – Pewnym siebie krokiem dowódca Straży Cienia przechodzi przez pomieszczenie i ściska Beaumonta.
             - Dobrze cię widzieć, bratanku. Twoja wizyta tutaj zawsze jest przyjemnością.
             Młody wampir krzywi się, słysząc te słowa. Najwyraźniej przebywanie w tym miejscu nie jest mu ani trochę na rękę, mimo tego, że władca Noardbloed jest jego krewnym.
              - Siadaj, bardzo proszę. Jak widzisz, mam też dzisiaj innych gości.
              -  Łowców – zauważa z wyrzutem Nevra, zajmując miejsce przy stole. – Mieliśmy już przyjemność się poznać – dodaje, wlepiając we mnie ponure, stalowe spojrzenie.
              Oblewa mnie fala gorąca. Kiedy ostatnio widziałam chłopaka, chciałam przebić jego dłoń sztyletem. Zapewne nie zalicza tego do udanych spotkań.
              - Jak widzisz, wciąż jesteśmy krok przed wami – rzuca beztrosko Seoirse, lekko odchylając się na krześle i uśmiechając się kpiąco.
              - Nie sądziłem, że Noardbloed układa się z Łowcami – warczy Nevra.
              - Wyłącznie w szczytnym celu – zaznacza Beaumont, ze stoickim spokojem nakładając na talerz wyjątkowo krwiste mięso.
               - Skoro są tutaj oni, to domyślasz się, po co ja tu przyszedłem.
               - Mój drogi, proszę, nie przy śniadaniu – wzdycha gospodarz. – Zjedzmy w dobrej atmosferze, a później porozmawiamy. Choć nie powiem ci nic więcej ponad to, co powiedziałem tym młodym ludziom. – Wkłada kawałek potrawy do ust, pozwalając by z kącika wargi ściekła mu kropla krwi, którą elegancko ociera serwetką. – A wiem tylko tyle, że Gwiezdne Dziecko zmierzało w stronę Noardbloed. Niestety żaden z moich szpiegów nie dostarczył mi informacji, że tutaj dotarło.
               Nevra lekko blednie i dostrzegam, że palce jego dłoni zaczynają się delikatnie trząść. Jest zdenerwowany, jednak nakłada porcję jedzenia na talerz. Zerkam na Seoirsa, który skinieniem głowy daje mi znak, żebym się poczęstowała i na razie nie wtrącała w tę wymianę zdań.
              Częstuję się kawałkiem chleba i serami. Wydają mi się być tutaj najbardziej bezpiecznym i najmniej krwawym pożywieniem.
             - Władca Gwalijaru… - zaczyna Nevra, jednak nie jest dane mu dokończyć.
             - Był moim długoletnim przyjacielem – przerywa mu jego stryj. – I został zamordowany z zimną krwią. Naprawdę chcesz kontynuować ten temat przy posiłku i gościach? – pyta lekko poirytowany.
              -  Sądzę, że widzieli i robili w swoim życiu już o wiele gorsze rzeczy i ta rozmowa nie sprawi, że poczują się nieswojo – zauważa Nevra. – A skoro przyjąłeś ich na śniadaniu, musieli wzbudzić twoje zaufanie i na pewno wiesz, że również szukają Gwiezdnego Dziecka.
              - Jesteś uparty dokładnie tak samo jak twoja matka – wzdycha Beaumont. – Niestety nie jestem w stanie ci pomóc. Sam czekam, aż Gwiezdne Dziecko przybędzie do Noardbloed, żeby móc udzielić mu schronienia. Taka była ostatnia wola mojego przyjaciela. Chciał abym pomógł tej dziewczynie i chronił w miarę moich możliwości – wyjaśnia, upijając łyk wina. – I to właśnie mam zamiar zrobić.
               - I dlatego pomagasz Łowcom? – parska Nevra.
               - Czy Straż Eel nie zapłaciła im za pomoc? – Beaumont unosi zaskoczony brwi. – Jeżeli jest to nieprawdą i tych dwoje mnie okłamało, proszę, powiedz mi o tym. Gwarantuję, że już nigdy nie będą w stanie nikogo okłamać.
               Przysłuchuję się tej rozmowie z nieskrywanym zainteresowaniem i szczerym podziwem dla tego, jak płynnie i dobrze kłamie władca Noardbloed. Jest przy tym tak pewny siebie, że sama byłabym skłonna uwierzyć mu, że nie ma mnie w tym mieście.
               - To prawda. Aktualnie pracują dla nas – potwierdza niechętnie wampir.
               - Tak więc uważam, że ten problem mamy rozwiązany. – Beaumont uśmiecha się promiennie. – Powiedz mi za to, mój drogi, jak się miewa moja bratanica? Nie odwiedzaliście Noardbloed już kilka lat… Czy twój ojciec wie, że jesteś w mieście? Z pewnością…
               - Nie wie i się nie dowie – przerywa ostro Nevra. – Nic wam do mnie i do Karenn. Wydawało mi się, że wyraziłem się wystarczająco jasno, kiedy stąd odchodziłem. – Gwałtownie wstaje od stołu. – Nie sądzę, żebyście zaprzestali swoich praktyk, a dopóki tego nie zrobicie, nie będziemy rodziną. Dziękuję za gościnę, stryju, ale na mnie już czas – głos chłopaka wręcz ocieka chłodem. – A wy… - Spogląda na nas ponuro. – Nie zapominajcie, że mamy umowę.
             Dowódca Straży Cienia wychodzi, trzaskając za sobą drzwiami.
             - Mój bratanek zawsze miał ciężki charakter. Jest strasznie uparty i zawzięty – wzdycha Beaumont. – Szanuję go za to.
            Nie rozumiem tej różnicy w zachowaniu Nevry. W Straży Eel wydawał się być najbardziej pobłażliwym i opiekuńczym dowódcą. Nigdy nie narażał swoich podopiecznych na niebezpieczeństwo, a kiedy sami ładowali się w jakikolwiek problemy, stał za nimi murem. Dla Karenn jest najlepszym bratem, jakiego tylko można sobie wymarzyć, dlatego nie potrafię pojąć skąd ten cały chłód i gniew, który tutaj zaprezentował.
            - Zaprosiłem was na wspólne śniadanie nie bez powodu, moi drodzy. – Nagle władca Noardbloed wstaje od stołu i podchodzi do jednego z dużych okien. – Chciałbym wam coś pokazać… - mówi, w zamyśleniu wpatrując się w krajobraz. – A szczególnie tobie, moja droga. Tak, abyś mogła zrozumieć, że Noardbloed nie zawsze było tak ponurym miejscem, jakie poznałaś teraz.
             Kęs chleba staje mi w gardle i usiłuję go odkrztusić. Słowa Beaumonta nie zabrzmiały dobrze i wzbudziły we mnie duży niepokój.
            - Czy to niebezpieczne? – pyta szybko Seoirse.
            - Nie, nie. Oczywiście, że nie – odpowiada wampir, obracając się w naszą stronę. – Chciałbym tylko, żebyście wiedzieli i zrozumieli jak ważna była obecność Gwiezdnych Dzieci w naszym świecie. Chodźcie, proszę, ze mną. – Powoli rusza w stronę drzwi.
             Wymieniamy z Seoirsem spojrzenia. Chłopak wzrusza obojętnie ramionami, chwyta kawałek kiełbasy ze stołu i rusza za gospodarzem, przeżuwając mięso. Nie mając zbytniego wyboru, idę w jego ślady. Po chwili doganiamy Beaumonta, który, ściskając w dłoniach pochodnię, czeka przy schodach prowadzących do podziemnych kondygnacji budynku. Kiedy tylko znajdujemy się przy nim, rusza w dół.
              - Noardbloed kiedyś było zupełnie inne – mówi nagle mężczyzna, kiedy coraz bardziej zagłębiamy się w podziemiach. Naszym mottem były słowa „Anioł, który jest strażnikiem”. Chroniliśmy Eel. Dawaliśmy bezpieczne schronienie każdej uczciwej istocie, która tego potrzebowała. Mieliśmy wystarczająco dużo pożywienia i ludzi i stanowiliśmy pierwszą linię obrony dla tego świata. Mogliśmy sobie na to pozwolić, bo w razie potrzeby zawsze mogliśmy liczyć na pomoc Gwiezdnych Dzieci. Doceniały dobro… Tak… To były ostatnie żywe stworzenia, które naprawdę je doceniały – wzdycha z nostalgią. – A później nadeszła Mroźna Wojna i wielkie polowanie na Astrikos. Stanęliśmy w ich obronie, próbowaliśmy ich chronić, ale nic to nie dawało… Aż w końcu zniknęły. Jednego dnia. Tak, jakby nigdy nie istniały… A razem z nimi zniknęła magiczna równowaga, którą utrzymywały na tym świecie. Od tamtej pory Noardbloed zaczęło się staczać, a my nie mogliśmy już zapewnić nikomu bezpieczeństwa. Nie potrafię go zagwarantować nawet własnej rodzinie…         
       Beaumont zatrzymuje się przed masywnymi drzwiami, które mienią się dziwnym blaskiem. Dotyka ich powierzchni dłonią i wymawia słowa w nieznanym mi języku. Chwilę później wrota ustępują, pozwalając wejść nam do przestronnego pomieszczenia.
           - Nie potrafię tego zrobić, od kiedy kryształ choruje… - głos mu drży.
           Z ust Seoirsa wydobywa się ciche gwizdnięcie, a ja wstrzymuję oddech. Kilka metrów od nas, na niedużym podeście na samym środku gładkiej, błyszczącej posadzki, znajduje się kryształ. Wygląda tak samo jak ten, który widziałam w Kwaterze Głównej. Jedyną różnicą jest brak jasnego, przyjemnego światła. Ten kamień pulsuje niezdrowym, czerwonym blaskiem.
        Wygląda, jakby umierał. 
         - Co mu się stało? – pytam, robiąc kilka kroków w stronę kamienia.
         - Nie zbliżaj się. – Seoirse chwyta mnie mocno za ramię. – Nie wiesz, co TO może ci zrobić.
         - On ma rację… - wzdycha Beaumont. – Nie jestem w stanie przewidzieć, jak się zachowa. Jest coraz bardziej niestabilny. Nie wiem, co wydarzy się, kiedy dotrze do granicy… Co wtedy stanie się z Noardbloed….
          Marszczę brwi. Coś wewnątrz mnie każe podejść mi do mieniącego się kamienia i go dotknąć, jednak strach przed tym, co może się wydarzyć skutecznie mnie powstrzymuje.
         - Dlatego chcę ci pomóc, moja droga. Wierzę w to, że jeżeli uda się ocalić ciebie, to Gwiezdne Dzieci kiedyś wrócą do Eldaryi i naprawią to wszystko. Uleczą kryształ i Noardbloed przestanie być miejscem, które rodzi we wszystkich istotach agresję i chęć zabijania. Wtedy w końcu zapanuje tu spokój… Nieznajomi nie wygrają.
          - Ja… - Patrzę na Beamonta zaskoczona. – Chyba źle rozumiesz to, dlaczego tu jestem. Chcę wrócić do domu. Do mojego domu. Na Ziemię. Rizzoli powiedział, że mi pomożesz…
          - I nie okłamał cię – oznajmia wampir. – Odesłanie cię na Ziemię, to najlepsze co możemy zrobić. Tam będziesz bezpieczna. Z daleka od Nieznajomych, którzy chcą zniszczyć ten świat. Tylko wtedy będzie istniała choć iskra nadziei, że będziemy mogli to przetrwać.
            Gospodarz gestem zaprasza nas do opuszczenia pomieszczenia i sam podąża za nami. Zamyka drzwi, nakładając na nie magiczną pieczęć i ponownie prowadzi przez ciemny korytarz. 
            - Chciałbym tylko, abyś mi obiecała, moja droga, że jeżeli będziesz w stanie nam w jakikolwiek sposób pomóc, nie narażając przy tym siebie, to uczynisz to.
            - O-Oczywiście – potwierdzam lekko drżącym głosem.
            - Może na to nie zasługujemy, bo naprawdę robiliśmy rzeczy, z których nie jesteśmy dumni. Ale są takie rzeczy, których nie chcemy robić i mimo tego, że przysięgamy, że nigdy ich nie zrobimy, to w końcu i tak się wydarzają – kontynuuje wampir, idąc przed siebie, jednak ja przystaję, słysząc dziwne odgłosy dobiegające zza jednych z drzwi. – Takie rzeczy po prostu dzieją się same i nie powinno się tego…
             Słowa Beaumonta stają się coraz mniej wyraźne, kiedy razem z Seoirsem powoli znikają w ciemności korytarza w ogóle nie zwracając uwagi na brak mojej obecności. Po chwili na ścianie widzę jedynie gasnący blask pochodni. Niepewnie popycham uchylone wrota i wchodzę do nieznanego mi miejsca. Jest przeraźliwie ciemno. Po omacku idę przed siebie, wabiona przebłyskami światła, przebijającymi się pod drzwiami prowadzącymi do kolejnego pomieszczenia. Zatrzymuję się przy progu i na chwilę zamieram.
           Co ja w ogóle robię?  Po jaką cholerę tutaj przylazłam? Powinnam trzymać się Seoirsa, a zamiast tego próbuję zaspokoić jakiś chory przypływ ciekawości.
           - Jak ty jesteś durna… - mówię sama do siebie, obracając się na pięcie.
          Chcę odejść, kiedy do moich uszu dobiega dziwne pobrzękiwanie i stłumiony jęk. Zamieram.
          Cholera jasna. Pożałuję tego. Na pewno tego pożałuję.
          Jestem skończoną idiotką!
          Wracam do drzwi, chwytam z klamkę i otwieram je z impetem. Wchodzę do środka.
           Jasne pochodnie początkowo mnie oślepiają i nie jestem w stanie stwierdzić, gdzie jestem, jednak po chwili moje oczy przyzwyczajają się do światła.
           Oblewa mnie fala zimna, a nogi robią się jak z waty. W jednej chwili zwracam całe śniadanie, którym poczęstował mnie Beaumont.
           Z mojego gardła wyrywa się pisk przerażenia, kiedy na materiale mojej sukienki zaciskają się chude, blade palce.
          - Pomóż mi… Błagam… - chrypi istota tak przeraźliwie wyniszczona, że nie powinna już żyć.
         W panice strząsam z siebie obcą dłoń i przywieram plecami do ściany. 
         Gdzie ja, do cholery, jestem?!

Offline

#188 07-12-2019 o 14h28

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 23 289

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Czuję niewymowny żal z tego powodu, że miły pan wampir jest jednak chyba zły. W związku z tym Nevra miałby rację, by się na niego boczyć, choć podejrzewam, że nawet on do końca nie wie, co się tam odprawia. I ogólnie jestem miło zaskoczona, że on i nevra są spokrewnieni.
No i dobra, co to za stworzonko?
Czekam niecierpliwie na kolejną część i pozdrawiam ^^

Offline

Strony : 1 ... 6 7 8