Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2 3 ... 7

#1 23-06-2017 o 21h32

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

Cześć! Nadrobiłam tu wiele opowiadań, sporo jeszcze mam do nadrobienia, ale wakacje nadeszły, więc będzie do robić. Tymczasem i ja przyszłam ze swoim tworem. Publikuję też na Wattpadzie, ale uznałam, że tu też się przyda c:

Na wstępie małe wyjaśnienie tagów w tytule: to nie jest opowiadanie o parze Ezarel x Nevra wybaczcie /static/img/forum/smilies/big_smile.png Obaj są w tagach, bo to bardzo istote postacie, choć chcę skupić się na parach hetero. To tak gwoli ścisłości /static/img/forum/smilies/wink.png Niemniej sądzę, że fanki obu panów powinny być zadowolone c:

Mogę ostrzec, że rozkręcać się będzie w średnim tempie i wiele wydarzeń z początku będzie się rozgrywało na Ziemi, wśród ludzkich bohaterów. Jednak każdy rozdział będzie zawierał część poświęconą Eldaryi i jej własnemu wątkowi. I te właśnie wątki, Eldaryi oraz ziemskich bohaterów, w końcu się połączą - to mogę zdradzić /static/img/forum/smilies/wink.png

Tyle ode mnie. Będę bardzo wdzięczna za odzew oraz zapraszanie mnie do swoich opowiadań, których jeszcze nie przeczytałam ^^
Zapraszam więc do czytania c:





http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgProlog
                           ZIEMIA, DROGNASLOE

     Drognasloe, 1684

     Dla wielu zmierzch to z pewnością ulubiona pora dnia. Ruch na ulicach się uspakajał, rozdrażnione krzyki zmęczonych ludzi cichły. Problemy przeszłego dnia przykrywała cienka warstewka błogiego zapomnienia, a zamiast nich nadchodziła noc, przynosząc błogie, nierealne sny.
     Ale noc to nie tylko czas snów. To moment, w którym wszystkie tajemnice odżywają i odzywają się w człowieku, roznosząc głośniejsze echo. Cienie, coraz dłuższe i ciemniejsze, zdają się wyciągać swoje zimne dłonie ku najgłębiej skrywanym sekretom, które nagle wydają się za słabo strzeżone i jeszcze bardziej niepokojące. Duszę męczy świadomość, jak straszna jest tajemnica, jak zła, krucha i zabójcza.
     Tak. Nocą tajemnice się rodzą, nocą tajemnice dorastają.
     I nocą umierają.
     Abélard Leavitt nie był zadowolony z trybu nocnego, na jaki musiał się ostatnio przestawić. I nie chodziło już nawet o jego wiek, który nieuchronnie zbliżał się do sześćdziesiątki, ani o coraz bardziej dokuczające bóle pleców Chodziło tylko o to, że pracując o tak późnych porach czuł się jak zbrodniarz lękający się tego, że jego czyny mogły być odkryte i przerwane. I niestety, tak poniekąd było. Nie miał wrażenia, by robił cokolwiek złego — swoje życie starał się wieść spokojnie i godnie, bez zbędnych porywów, skandali i niedomówień. Wolał być zwykłym, niczym niewyróżniającym się obywatelem, bo tak było znacznie bezpieczniej, a i mniej stresowo. Tym bardziej więc czuł się źle, że musiał ukrywać się ze swoją pracą. Czasami jednak nachodziły go wątpliwości i zastanawiał się, czy jego przekonanie o słuszności tego projektu brało się stąd, że to rzeczywiście nic niepokojącego lub budzącego wątpliwości, czy ze słabości do chłonięcia wiedzy i odkrywania otaczającego go świata kawałek po kawałku. Za najistotniejszy, najbardziej tajemniczy i najbardziej fascynujący element uważał właśnie ludzi, już dawno więc Abélard zdał sobie sprawę, że w imię zaspokojenia swojej ciekawości był w stanie zrobić bardzo wiele.
Abélard był jednak przekonany, że nie przekroczył żadnej wyimaginowanej granicy. Nie pomyślał też nawet, by powiązać jego działania z tym, co od jakiegoś czasu działo się w całym Drognasloe. Związkowi tych dwóch elementów nie poświęcił ani jednej myśli.
     Mimo to od niedawna targał nim ogromny niepokój. Idąc mniej uczęszczanymi uliczkami coraz silniej ściskanymi objęciami mroku, rozglądał się nerwowo dookoła, upewniwszy się, że nikt go nie obserwuje. Nigdy wcześniej tego nie robił, wówczas jednak nie mógł pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. Przemykając wzrokiem po kolejnych obskurnych budynkach, z głęboką niechęcią zmieszaną ze strachem zerknął na wysoką wieżę pobliskiego kościoła panującą nad resztą budowli. Czerwone dachówki iskrzyły się w świetle ostatnich, intensywnie pomarańczowych promieni słońca, a krzyż umieszczony na samym szczycie, smukły i wysoki, poruszał wyobraźnię i podsyłał do głowy myśl, że krzyż sięgał aż do samego nieba. Abélard, krzywiąc się okropnie, wypluł kilka przekleństw, po czym ruszył dalej, przyspieszając kroku. Tylko spokojnie, nie popadaj w paranoję. Powoli, idź powoli, żeby nie wzbudzać żadnych podejrzeń, powtarzał sobie w duchu. Przecież chciał tylko w spokoju dotrzeć do swojej pracowni.
     Abélard rozejrzał się z niepokojem, lecz w pierwszej chwili niczego podejrzanego nie dostrzegł. Dopiero gdy jego oczy coraz lepiej przyzwyczajały się do wszechogarniającej go ciemności, dostrzegł pod jednym z bardziej podniszczonych budynków jakiś kształt. Nie będąc pewnym, co właściwie powinien zrobić, ostrożnie zaczął się zbliżać, powoli i niemal bezszelestnie sięgając po mały sztylet, który dla bezpieczeństwa zawsze nosił przy sobie. Czując narastający niepokój, coraz wyraźniej widział ukrytą w cieniu sylwetkę. Była drobniutka, a po dokładniejszym przyjrzeniu się Abélard zdał sobie sprawę, że to chłopiec, góra dziesięcioletni. Leżał na brzuchu na zimnej ziemi, lekko dygocąc. Wtem wszelka niepewność, jaką wcześniej wewnątrz siebie gromadził, uleciała z mężczyzny, zastąpiona jeszcze silniejszą dawką niepokoju i troski. Schował swój sztylet, a następnie czym prędzej podbiegł do chłopca. Gdzieś z tyłu głowy siedziało podejrzenie, co mogło mu dolegać, Abélard jednak miał wielką nadzieję, że się mylił. Niestety, kiedy tylko odwrócił chłopaka na plecy, gwałtownie wciągnął powietrze — mimo że spodziewał się tego widoku, szok uderzył w niego z olbrzymią siłą. W panice rozejrzał się dookoła, głośno wzywając pomocy. Lecz po chwili doszedł do wniosku, że zdzieranie sobie gardła na nic się nie zda, podniósł więc chłopca i pospiesznie ruszył w stronę głównej ulicy, zamierzając zanieść dziecko do szpitala. Po chwili wokół nich zebrali się ci, którzy dosłyszeli jego wołanie, z niemałym przerażeniem wpatrując się w chorego.
     — Mój Boże, kolejny... — lamentowała jakaś starsza otyła kobieta.
     — Odsuńcie się! — ryknął jakiś mężczyzna idący za Abélardem. — Nikt nie wie, co to jest, może być zaraźliwe!
     Abélard zdenerwował się w duchu. Wprost nie mógł uwierzyć, że na świecie żyli ludzie, którzy odmówiliby udzielenia pomocy choremu dziecku. Powstrzymując się, by nie powiedzieć czegoś niemiłego, jak gdyby na znak protestu dla wypowiedzianych przez tamtego faceta słów, jeszcze bardziej przycisnął chłopca do swojej piersi, błagając, by chociaż on był wyjątkiem i to przeżył.
     I nawet wtedy, trzymając żywą chorobę w swych zmęczonych ramionach, nie dostrzegał absolutnie żadnego związku między tym a swoim „projektem". Nikt nie dostrzegał. Bo i nikt o nim nie wiedział. Lecz już wkrótce miał się dowiedzieć.

     Kilka tygodni późnej paru szarym obywatelom przypomniało się, że późną nocą widywali jakiegoś spieszącego się gdzieś staruszka Większość omijała go szerokim łukiem, sądząc, że to co najmniej jakiś szaleniec. Byli jednak tacy, którzy nie przelękli się osobliwego spacerowicza i nie umykali na drugą stronę ulicy. Tym właśnie udało się usłyszeć, jak starzec mamrocze do siebie kilka zdań, powtarzając je raz za razem. Jak modlitwę. Jak mantrę. Znalazłem wielki, złoty hol. Wokół mnie są miliony drzwi. Jeśli znalazłem hol, znajdę też te drzwi. Jestem w holu. Lada moment, a przekroczę pierwsze złote wrota. Znalazłem wielki, złoty hol... — tak mówił, nie zwracając na nikogo uwagi.
     Dziwnego staruszka widziano jeszcze wiele razy, zawsze w towarzystwie nierozłącznego rodzeństwa: nocy i tajemnicy. Umykający pospiesznie i strachliwie, mamroczący swoją modlitwę. Którejś nocy jednak zabrakło jego cichutkich kroków. Zabrakło obłąkańczego szeptu.
     Starzec zniknął. Zniknął, ostatniego wieczoru nieco zmieniając swoją modlitwę.
     Znalazłem wielki, złoty hol. Wokół mnie są miliony drzwi. Znalazłem hol. Znalazłem też drzwi.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (17-12-2018 o 16h56)

Offline

#2 25-06-2017 o 15h19

Straż Obsydianu
Yvonne
Straż na szkoleniu
Yvonne
...
Wiadomości: 247

Witam /static/img/forum/smilies/smile.png Od razu uprzedzam, że nie jestem specjalistą. Piszę szczerze, to co myślę. A więc ... pierwsze co przykuło moją uwagę, to tytuł. Nietuzinkowy, przyciągający czytelników (w każdym razie, mnie przyciągnął). Skojarzył mi się z "teatrem życia codziennego" - koncepcją E. Goffmana oraz motywem "theatrum mundi". Równie ciekawy jest motyw tajemniczej zarazy, uśmiercającej dzieci ... Od razu pomyślałam, "dlaczego akurat one?". Opis opowiadania i prolog są świetnie napisane i sprawiają, że chce się wiedzieć, co będzie dalej. Przeczytalam już na Wattpadzie trzy wstawione przez Cb rozdziały i jestem pod ogromnym wrażeniem. Piszesz płynnie, z taką lekkością nie wiem jak to określić... No czuć, że sprawia Ci to przyjemność. Po każdym rozdziale mam ochotę na więcej i więcej /static/img/forum/smilies/smile.png Nie wiem co jeszcze napisać, więc gratuluję pomysłu, obserwuję na Wattpadzie i w tym wątku oraz życzę dużo weny i cierpliwości.
Pozdrawiam ♥


https://i.ibb.co/gDS9NZx/kryszta.gifhttps://i.ibb.co/7GdMG7S/ptaszek.pnghttps://i.ibb.co/L83r5jh/ptaszek1.pnghttps://i.ibb.co/gDS9NZx/kryszta.gif
Can  you  feel  the  love  tonight? The  peace  the  evening  brings.
The  world  for  once  in  perfect  harmony  with  all  it's  living  things.

Offline

#3 25-06-2017 o 17h39

Piechur Straży
Maniac
...
Wiadomości: 1 840

Skusiłam się zajrzeć do tego ff, gdyż czytałam już twoje małe opowiadanie w fc Eza i bardzo mi się spodobał twój styl pisania.

Po przeczytaniu "Streszczenia" pomyślałam, że z pewnością masz ciekawy pomysł na fabułę i nie zawiodłam się. Opisujesz zniszczony świat z najmniejszymi detalami. Widać, że nie będzie w nich postaci idealnych, rycerzy w lśniących zbrojach i księżniczek do ratowania. Jednak dzięki temu, są one bardziej realne i ludzkie.

Dodatkowo wszystko owiane jest tajemnicą, co tylko rozbudza wyobraźnię. Na razie mamy opisany tylko ludzki świat, ale z niecierpliwością czekam, aż pojawi się i ELdarya. A dzięki twojemu wprowadzeniu na początku, jestem ciekawa jak zamierzasz pokazać i tę złą stronę ^.^

Motyw zemsty również jest bardzo interesujący. Będzie stanowił fajną siłę napędową do działań bohaterów.

Tak samo uważam, że piszesz w ciekawy sposób, budując niepokój i zaciekawienie czytelnika, zdania są dobrze przemyślane, różnorodne i doskonale nadają klimat. Ach, będę czekała z niecierpliwością na kolejne rozdziały /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ostatnio zmieniony przez Maniac (25-06-2017 o 17h40)

Offline

#4 25-06-2017 o 21h44

Straż Obsydianu
Arha
Piechur Straży
Arha
...
Wiadomości: 1 990

Zapowiada się bardzo ciekawie. Podoba mi się w jaki sposób wszystko opisujesz. Widać, że naprawdę masz do tego smykałkę. Fajnie Ci idzie budowanie napięcia i zainteresowania. Zdecydowanie będę zaglądać jak tylko znajdę chwilę czasu /static/img/forum/smilies/smile.png


https://i.imgur.com/yy4ACIh.png

Offline

#5 25-06-2017 o 21h48

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

@Yvonne oraz @Maniac - jestem przeszczęśliwa, czytając wasze opinie <3 Bardzo się cieszę, że prolog oraz opis zdają wam się pełne tajemnic, bo tak właśnie ma być. Podobnie zresztą ze zbaczaniem ze schematów oraz brakiem rycerzy w lśniących zbrojach - będę się starała, by każdy bohater miał w sobie tyle samo dobra, co zła, dzięki czemu sam czytelnik będzie mógł zdecydować, czy dana postać jest w porządku, czy wręcz przeciwnie /static/img/forum/smilies/wink.png

W tym rozdziale pierwszy raz pojawi się Eldarya. Będą to drobne, powoli dodawane wstawki, ale istotne. Bardzo istotne /static/img/forum/smilies/wink.png

Raz jeszcze dziękuję za śledzenie, pozdrawiam i zapraszam na kolejny rozdział <3 I przepraszam za ich długość - ja krótszych pisać nie potrafię :c

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgRozdział I
                                ZIEMIA, DROGNASLOE

     Mały, wypłowiały krzyż od wielu lat wisiał w tym domu, stanowiąc istotny element całego wnętrza. Większość ścian była naga i tylko gdzieniegdzie można było dostrzec tani obrazek przedstawiający łąkę czy kilka zasuszonych wianków. Krzyżyk jednak najbardziej rzucał się w oczy, ponieważ wisiał dokładnie naprzeciwko wejścia do domku. Niegdyś jego właścicielka traktowała go jak najważniejszy przedmiot w całym domu, lecz kilka miesięcy wiele się zmieniło. Od tamtego czasu Ramaura nie mogła na niego patrzeć. Nie klękała przed świętym krzyżem, nie mamrotała modlitw. Nie wierzyła. Nie wierzyła, że jakiekolwiek bóstwa ją zbawią, że jej pomogą, że ją uratują. Dlatego pewnego dnia postanowiła, że zdejmie to cholerstwo ze ściany. I tak nie przydawał się do niczego, za to za każdym razem, kiedy kobieta na niego patrzyła, przypominały jej się wszystkie te rozpaczliwe błagania, które ten cholerny Bóg, niegdyś tak jej bliski, popisowo zignorował.
     Czasami jednak zaczęła się zastanawiać, jak to z tym Bogiem jest. Może jednak istniał? To wyjaśniałoby klątwę, która trawiła miasto Drognasloe. Albowiem co jak co, ale z karaniem ten diabelny brodaty bożek radził sobie znakomicie.
     Ramlaura, choćby chciała, nie mgła opuścić miasta, próbując uwolnić się od nędzy. Poza tym gdzie mogłaby uciec? Za co? Była marną szwaczką, która zarabiała nędzne grosze ledwie wystarczające na utrzymanie. I tak rok za rokiem. Więc jej życie długi czas było… zwykłoszare. Nijakie. I to jej odpowiadało. Lecz z czasem ta szarość zaczęła nabierać coraz ciemniejszego odcienia.
     Krield, jej najukochańszy, jedyny synek, poważnie zachorował. I nikt nie wiedział, co mu jest — podobnie jak dziesiątkom dzieci w całym Drognasloe. U każdego zaczynało się tak samo: przez pierwszy tydzień były to zwykłe nudności, osłabienie i… dziwna obojętność, utrata kontaktu z otoczeniem. Wtedy jeszcze Ramlaura myślała, że to jakiś rodzaj grypy, co, tak czy owak, ją przerażało. Jednak kolejny tydzień przyniósł zmiany. Sucha, swędząca skóra, zaczerwienione oczy, nieprzyjmowanie posiłków i bezsenność. To wzbudzało w kobiecie prawdziwą panikę. Lecz mijał już trzeci tydzień choroby Krielda i jej objawy tak jakby zelżały. Swędzenie ustało, czasami nawet chłopcu udawało się zasnąć. Ale poza tym… zupełnie stracił orientację i kontakt ze światem. Gdy nie spał, po prostu wpatrywał się tępo w sufit. Nie mówił, niemal się nie ruszał. Jakby spał z otwartymi powiekami. Jakby… jakby popadał w paraliż.
     Trzy tygodnie paniki i walki o każdego lekarza, nawet jeśli jego jedna wizyta kosztowała tyle, ile Ramlaura wydawała na tygodniowe zapasy jedzenia. Trzy tygodnie ledwie tlącej się nadziei, płaczu i lęku o życie jedynej bliskiej jej osoby. Jednak powoli przestawała się łudzić. Słyszała, jaki był czwarty etap choroby. Wysoka gorączka, drgawki, obfita potliwość. I pociemniałe źrenice. One przerażały najbardziej i to właśnie ich pochodzenia nikt nie potrafił wyjaśnić.
     Piątego etapu już nie było. I Ramlaura przestawała się łudzić, że w przypadku Krielda Bóg zrobi wyjątek. Dlatego ściągnęła krzyżyk.
     Tamtego dnia, w którym kobieta zdecydowała się zdjąć ten święty symbol, zdarzyła się jeszcze jedna niespodziewana rzecz. Kiedy zmęczona Ramlaura siedziała na skraju łóżka swojego ukochanego synka, drzwi jej skromnej chaty otworzyły się z hukiem. Do środka wszedł rosły mężczyzna o szerokich barach. Jego twarz, niemal kwadratowa, poorana była licznymi zmarszczkami, zbyt licznymi jak na jego jeszcze dość młody wiek. Szare oczy miał głęboko osadzone, przez co jego spojrzenie zdawało się jeszcze bardziej przenikliwe i ponure. Ciemnobrązowe, prawie czarne włosy, tu i ówdzie poprzetykane siwymi nitkami, miał mocno rozwiane i wyraźnie domagały się umycia. Zresztą nie tylko one: szary, długi płaszcz, którym towarzysz szczelnie się otulił, był w wielu miejscach poplamiony zaschłym błotem i jakimś szarym pyłem, a czujne oko szwaczki dostrzegło jeszcze kilka nowych dziur.
Ramlaura nie była zaskoczona, że mężczyzna w ogóle się z nią nie przywitał. Jedynie trzasnął drzwiami i skierował się do drugiego pomieszczania, gdzie opadł ciężko na krzesło i rozejrzał się za jakimś alkoholem. Kiedy go nie znalazł, zaklął siarczyście, ze złością spoglądając na Ramlaurę. Zaraz jednak dostrzegł chorego chłopca i, przypomniawszy sobie o jego stanie, zaniechał dalszego złoszczenia się, jedynie wbijając naburmuszone spojrzenie w stół kuchenny, przy którym siedział.
     — Svanthorze… — Ramlaura zerwała się z łóżka, spoglądając na niego błagalnie. — Proszę, pomóż mojemu synkowi… Na pewno znasz jakiś sposób! Tyle podróżujesz, na pewno dotarły do ciebie różne wieści… A może i znasz kogoś, kto by mógł spojrzeć na mojego drogiego Krielda i…
     — Nie. — Svanthor wypowiedział to jedno słowo z taką mocą, że zlękniona Ramlaura momentalnie zamilkła. Z napięciem czekała na to, co powie dalej, choć spodziewała się reszty. Już ją słyszała. — Nie znam żadnego sposobu. A nawet gdybym znał, nie pomógłbym ci. Cokolwiek to jest, ta choroba siecze dzieci jak jakaś zaraza. Jak dotąd nikomu się nie udało choćby przybliżyć się do jej uleczenia, więc dlaczego ja miałbym próbować?
     Svanthor zdawał się w ogóle nie zauważać zbolałej miny Ramlaury i łez napływających do jej oczu. Zresztą spodziewała się odmowy. Nie pierwszy raz prosiła Svanthora o pomoc. Zawsze odmawiał i wymówkę miał wciąż tę samą, którą po chwili raz jeszcze powtórzył.
     — Dałaś mi schronienie, a ja utrzymuję ciebie i twojego syna. To uczciwa wymiana. Na nic innego się nie pisałem. Ja ciebie nie proszę o żadne inne przysługi, więc i ty tego nie rób.
Ramlaura wiedziała, że miał rację. Wprawdzie to dzięki niej ten przerażający mężczyzna cztery lata temu znalazł dach nad głową. Nie zmieniało to jednak faktu, że jako szwaczka zarabiała naprawdę niewiele. Tymczasem maleńki warsztat kowalski Svanthora radził sobie dużo lepiej, dzięki czemu Ramlaura była w stanie zaspakajać podstawowe potrzeby domowników. I tutaj rzeczywiście Svanthor miał rację: to była uczciwa wymiana i Ramlaura nie miała prawa oczekiwać niczego więcej.
     Gospodyni potulnie usiadła na skraju łóżka, lekko spuszczając głowę. Svanthor natomiast nadal rozglądał się po kuchni, jak gdyby czegoś szukając. Ramlaura nigdy nie pytała, gdzie znikał na całe tygodnie: Svanthor nie zwykł się jej zwierzać. A jednak urządzał takie wędrówki regularnie od czterech lat. Kiedyś znikał na całe miesiące, teraz te podróże znacznie się skróciły. Ramlaura nie miała więc wątpliwości, że czegokolwiek szukał, szło mu coraz gorzej i zaczynał tracić nadzieję.
     Zupełnie jak ona.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgZIEMIA, SAF ENNORE

     Gdziekolwiek pędził ten świat, podążał w bardzo złym kierunku. W kierunku, w którym żyją ludzie odporni na piękno zachodów słońca.
     Cathiela nigdy nie określiłaby się mianem osoby wrażliwej, a jednak każdego wieczora wspinała się na jedno ze wzgórz otaczających Saf Ennore. Opierała się wówczas o pień starego dębu i obserwowała z największym skupieniem ten przepiękny proces, w którym słońce zapada w sen. Nie lubiła napawać się tym widokiem sama, dlatego zachody wydawały się jej najpiękniejsze, kiedy ktoś jej towarzyszył. Ktokolwiek. Bo gdy miała kogoś u swego boku, to oznaczało, że sprawy miały się bardzo dobrze.
     Tamtego dnia niebo spowiły chmury koloru ołowiu. Spodziewając się burzy, Cathiela zaczęła się zastanawiać nad jakimś schronieniem. Wprawdzie do Drognasloe został jej jakiś dzień drogi, lecz nie zamierzała skracać sobie czasu nocną wędrówką. Zwłaszcza że miała swoisty bagaż, który powoli robił się śpiący.
     — Chodź, mała — zawołała dziarsko do swojej małej towarzyszki. — Zrobimy przedstawienie.
     Cathiela uklękła przy małej, dziewięcioletniej dziewczynce. Maleńka wyglądała doprawdy słodko: długie, gęste włosy koloru słomy miała związane w warkocz, duże, zielone oczy obserwowały otoczenie z największym zainteresowaniem, a na rumianej buźce błąkał się delikatny, senny uśmiech. Jedynie pognieciona, w niektórych miejscach brudna sukienka grejpfrutowego koloru i spora rana na kolanie dziewczynki nieco psuły efekt. Jednak Cathielę interesowała właśnie ta rana. Nie wyglądała najciekawiej, choć już zaczynała się goić. Nadal jednak widać było kilka zadrapań i czerwonych żyłek, co bardzo dziewczynę ucieszyło. Plan był prosty: Cathiela zamierzała wprosić się do jakiejś chatki, tłumacząc właścicielom, że jej kochana siostrzyczka uległa wypadkowi, a one nie mają się gdzie podziać. Współczucie zawsze działało. Korzystając z nieuwagi maleńkiej, Cathiela mocno nacisnęła na ranę. Dziewczynka, która wcale jej siostrą nie była, wrzasnęła z bólu, a Cath ze spokojem obserwowała, jak z dopiero co otwartej ranki maleńkim strumyczkiem popłynęła krew. Następnie Cathiela wyjęła mały nożyk i, wydając z siebie przy tym cichy syk, rozcięła sobie skórę na wewnętrznej stronie lewej dłoni. Naciskając na ranę tak samo, jak na siniaka dziewczynki, przyspieszyła wypływ krwi. Kiedy było jej już dosyć, wysmarowała nią nogę małej. Chciała też natrzeć krwią jej rączki, lecz dziewczynka zaczęła się wyrywać, ocierając z oczu łzy.
     — Chcesz spać pod gwiazdami czy pod dachem?! — warknęła, powoli się irytując.
     Jednak gdy zobaczyła, że przerażona Eileen zaczęła się cofać, dziewczyna uznała, że chyba przesadziła. Wzięła więc głęboki oddech i zrobiła najbardziej zbolałą minę, na jaką było ją tylko stać. Wyciągnęła zdrową rękę w stronę dziewczynki, mrugając do niej przyjaźnie.
    — No chodź, maleńka. Chodź do mnie. Zaraz wszystko będzie dobrze. Najemy się, umyjemy i wyśpimy. A jutro dotrzemy do domu. Co ty na to? Zobaczysz, wszystko będzie dobrze. Przepraszam, że zabolało. Ale musiało. Ktoś musi uwierzyć, że naprawdę stało ci się coś złego. Ale przecież nie stało, prawda?
     Eileen, wciąż jeszcze niepewna, powoli zaczęła się zbliżać. W końcu podeszła do Cathieli na tyle blisko, że dała się przytulić.
     — No już, mała — szeptała Cathiela. — Niedługo będzie po wszystkim. Niedługo doprowadzę cię do drzwi.
     — Jakich drzwi? — zaćwierkała z zaciekawieniem, choć łzy nadal błyszczały w jej pięknych, zielonych oczach.
     — Złotych, maleńka — odparła Cathiela z największą pasją. — Pięknych, wielkich, złotych, błyszczących cudownie wrót!
     Cathiela marzyła o nich każdej nocy. Widziała je w każdym zachodzie słońca. Wyobrażała sobie nierzadko, jak je przekracza. Jak wkłada złoty klucz do złotego zamka i jak wreszcie je otwiera. I nie wątpiła, że już wkrótce sen stanie się jawą, i to właśnie dzięki niej — dzięki Cathieli. I dzięki jej małym pomocnikom. Dzięki Eileen, dzięki wielu dzieciom przed nią i wielu po niej. To był podstawowy wymóg, bo reszta szła zadziwiająco gładko. I niech tak zostanie już do końca.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgZIEMIA, DROGNASLOE

     — Więc bawmy się! Bawmy się jak nigdy dotąd! Jest to bowiem wspaniały dzień! Wyjątkowy! W całości poświęcony Svanthorowi Edvarssenowi! To dzięki niemu się tu zebraliśmy! To dzięki niemu się tu bawimy! Więc tańczmy! Pijmy, jedzmy, bawmy się! Bawmy się tak, jakby miała to być nasza noc! Dla niektórych rzeczywiście nią jest…
     Svan nie mógł uwolnić się od tych słów. Słyszał je przed każdym zaśnięciem i po każdym przebudzeniu. Towarzyszyły mu zawsze i wszędzie, były przyklejone do jego duszy. Wtedy w wyobraźni widział też brudną twarz czcigodnego drania Anthohna Folkego, a także swoją ukochaną Inrichę. Przede wszystkim widział jednak tego biednego chłopaka. Widział jego bladą, przerażoną twarz. Widział wymalowaną na niej świadomość rychłej, bolesnej śmierci. Widział, jak życie w nim gaśnie po zanurzeniu sztyletu w kilku narzuconych przez rytuał miejscach na ciele chłopaka. Widział, jak jego poświęcenie otwiera bramy prowadzące ku końcowi Svanthora. Bo przecież o to właśnie chodziło. O to, by go ukarać. Kosztem innych — a to ironia. Svanthor widział to wszystko tak wyraźnie, jakby miał całą scenę tuż przed sobą. Czuł zapach strachu i krwi. Ten zapach, podobnie jak słowa Folkego, nigdy go nie opuszczą.
     Nawet teraz, kiedy Svan zwyczajnie przechadzał się obrzeżami miasta, myśli uciekały w stronę domu, z którego go wygnano. Minęło aż trzynaście lat, w tym cztery w cholernym Drognasloe. Svan sam nie wiedział, kiedy to minęło. Lecz jednego był pewien: jego życie było równie bezcelowe, jak istnienie Ramlaury, z którą mieszkał, i jej chorego synalka. Było tak samo pozbawione sensu, jak życie tych wszystkich ludzi, których mijał. Czym miał żyć, jeśli nie zemstą za wygnanie, za odebranie całego życia i jedynej miłości? Lecz nawet gdyby Svan był największym optymistą, wiedziałby, że zemsta jest daleko poza jego zasięgiem i nigdy nie zbliży się nawet o krok. Co więc miał robić? Jak miał żyć, na czym się skupiać, pomijając pracę w swoim małym warsztacie kowalskim i okresowe poszukiwania kogoś, kto mógłby być jego słodką Inrichą? Nijak. Nie miał więc nic.

     Kiedy Svanthor dotarł na swoją brudną, ponurą uliczkę i zobaczył, że horda dziadów i bab biegnie ku palącemu się budynkami z wiadrami wody, wybuchnął głośnym śmiechem. Po prostu nie mógł się powstrzymać. Teraz już dosłownie nie miał nic: nawet domu, ponieważ ten stał w płomieniach. Zaraz jednak Svan zaraził się niepokojem i wśród tłumu spanikowanych „ratowników” mężczyzna starał się dostrzec dwie znajome twarze. Niestety, nigdzie nie widział Ramlaury dźwigającej swojego chorego jedenastolatka. Zaczął się przeciskać przez tłum, nawołując imię swojej… przyjaciółki? Towarzyszki. To odpowiedniejsze słowo. Nigdzie jej jednak nie mógł znaleźć.
     — Ramlaura! Gdzie jest Ramlaura?! — wrzasnął na jakiegoś faceta tępo wpatrującego się w trawiony płomieniami budynek.
     — Kto… — zaczął sennie
     — Ta, która mieszkała w tym domu! — wrzasnął, tracąc cierpliwość.
     — No… tam — mruknął ze znudzeniem, kiwając głową na płonącą chatkę.
     Svanthor rzucił się w stronę budynku, lecz żar buchający od ognia oraz tłum noszący wiadra z wodą powstrzymały go od podejścia bliżej. Zresztą, co mógłby zrobić? Najwyżej spłonąć razem z nimi, a tego wolał uniknąć. I znowu zachciało mu się śmiać. Wprost nie mógł się powstrzymać, by wyśmiać ogrom niepowodzeń, jakie spadały na niego od dnia wygnania. Ale tak przecież miało być, prawda? Tak miało być, prawda, przeklęty draniu Folke?!
     W oddali słychać było bicie kościelnych dzwonów. Nikt nie zwrócił na nie uwagi, lecz Svan wręcz machinalnie odwrócił głowę w tamtym kierunku, starając się wypatrzeć wysoką, smukłą wieżyczkę kościoła. Nie zdołał, ponieważ zasłaniały ją liczne budynki, ale nie przeszkadzało mu to w upartym wbijaniu wzroku w tamtą stronę. Oczyma wyobraźni widział cały kościół. I wszystkich, którzy byli w środku. Wtem, jak na zawołanie, usłyszał rozmowę dwóch kobiet, które najprawdopodobniej nie zdawały sobie sprawy z obecności Svanthora.
     — …tak słyszałam, ale nie wiem, czy to prawda. Tak czy siak, to już czwarty pożar w ciągu ostatnich tygodni — paplała z przejęciem jedna z nich.
     — Podobno w każdym mieszkał chory dzieciak — dodała druga głosem przepełnionym podnieceniem. — Wszystkie już miały czarne oczy, to je kościół popalił.
     — No nie wiem… — mruczała z wyraźnym zwątpieniem ta pierwsza. — Naprawdę sądzi pani, że bogobojni księża byliby w stanie spalić ludzi żywcem?
     — To demony! — zawołała trwożnie jej towarzyszka. — Bo niby skąd u nich te czarne oczyska?! Jak pozbyć się diabłów, jeśli nie ogniem? A takie młode ciałko najlepiej się urabia! Jak gliniane naczynie!
     Svanthor zacisnął pięści, starając się powstrzymać przed zrobieniem czegoś naprawdę głupiego. Wprost nie mógł słuchać tych bzdur o demonach. Jak można było być aż tak pozbawionym empatii i współczucia? Svan miał wiele grzechów na koncie, jednak to dziecko… mały, bogu ducha winny Krield… Znał go przed chorobą. Pamiętał, jak się dziwił szczerej sympatii chłopca: podczas gdy większość trzymała się od Svana z daleka, chłopak uwielbiał zaglądać do jego warsztatu i oglądać, jak Svan wytwarza kolejne narzędzia. Powtarzał wtedy, że on też będzie kowalem i błagał Svana, by zaczął go uczyć, kiedy już troszkę podrośnie. A Svan za każdym razem się zgadzał. Co więcej, nie były to czcze obietnice i naprawdę zamierzał ich dotrzymać. Od początku miał taki zamiar. Dlatego nie mógł słuchać tych bredni o demonach.  Nie wiedział, co to była za choroba i powiedział prawdę Ramlaurze, kiedy odmawiał jej pomocy. Nie zmieniało to jednak faktu, że żałował ich śmierci. A zwłaszcza chłopca.
     Tylko co do jednego te stare, niespełna rozumu baby mogły mieć rację. Svanthor dałby sobie uciąć rękę, że te kościelne szumowiny byłyby zdolne spalić te dzieci, chcąc w ten sposób wygnać klątwę demonich oczu. To by się nawet zgadzało.
     Wtedy właśnie Svan przypomniał sobie słowa pewnego mędrca, którego spotkał przed laty. Znaczenie życia ludzkiego? Znaczenie? A cóż to jest? Gorzknieje człowiek, kiedy zdaje sobie sprawę, że jego życie pozbawione jest jako takiego znaczenia. Pozbawione jest celu. Ale może zwalczenie w sobie tego zgorzknienia już samo w sobie jest celem? Może początek walki ze sobą jest początkiem znaczenia?
     Svan nie chciał walczyć ze sobą. Przynajmniej nie do końca. Ale wreszcie znalazł swój cel. Swoiste znaczenie. Pierwszy raz od trzynastu lat.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpg
Złoty klucz w złotym zamku.
ELDARYA

     Ostatnimi czasy spokój był towarem luksusowym. Wszędzie wokół dało się słyszeć niecierpliwe wrzaski, nawołania, rozkazy i nakazy. Strażnicy krążyli w różne strony, zajmując się swoimi mniej i bardziej istotnymi sprawami. Kwatera Główna tętniła życiem i Kero zaczynał tęsknić za ciszą i spokojem. Więc gdy w końcu trafił się jeden spokojniejszy dzień, natychmiast postanowił go wykorzystać.
     Nie miał pojęcia, ile godzin mogło minąć, odkąd przed południem zasiadł przy stole w bibliotece, jednak kiedy do pomieszczenia wpadła znajoma brownie, Kero drgnął gwałtownie, rozglądając się na wszystkie strony. Tym samym jego spojrzenie mimowolnie padło na okna, za którymi świat powoli robił się pomarańczowy. Kero wytrzeszczył oczy, tępo wpatrując się w zachodzące słońce. Ot, minął prawie cały dzień, a on miał wrażenie, że nawet odrobinę nie posunął się w swojej pracy.
     — Co tu jeszcze robisz? — dziwiła się Ykhar, podchodząc do stołu. Kero już miał odpowiedzieć, kiedy jednak zaczął rozciągać swoje zesztywniałe kości, zebrało mu się na ziewanie. Przeprosił pospiesznie, jednak koleżanka nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi, wpatrując się spod zmarszczonych brwi w liczne księgi, które Kero ustawił sobie na stole.
     — Co to jest? Co ty tu robisz? — ponowiła pytanie, tym razem jednak Kero wiedział, że było dużo bardziej konkretne.
     — Staram się usystematyzować niektóre dziedziny, o których jeszcze niewiele nam wiadomo  — wyjaśnił leniwie, z zaskoczeniem zdając sobie sprawę, że jest naprawdę zmęczony. — Większość informacji mamy pod ręką, ale są takie segmenty, które są porozrzucane po najróżniejszych księgach. W każdej z nich jest dosłownie po jednym zdaniu, więc pomyślałem, że poukładam to jakoś, aby był łatwiejszy dostęp do…
     — Wieszcze — wyszeptała zafascynowana Ykhar, a Kero poczuł się lekko urażony, kiedy zdał sobie sprawę, że dziewczyna przestała go słuchać. — Wieszcze? — Tym razem to wyraźne pytanie było skierowane konkretnie do niego. — To oni jeszcze istnieją?
     Keroshane podrapał się po karku, zastanawiając się na odpowiedzią. Zmarszczył lekko brwi, niemal automatycznie rozglądając się po księgach, jakby spodziewał się tam zobaczyć jakąś wskazówkę.
     — Teoretycznie nie i to od dawna. Według tego, co udało mi się wyczytać, ostatni żył jakieś siedemdziesiąt lat temu. To stosunkowo niedawno, ale podobno nie był specjalnie wybitny.
     — To znaczy?
     — No… niewiele umiał. Jego siły mu na to nie pozwalały. Prawdziwy, naprawdę dobry Wieszcz potrafi… — Kero zawiesił się na moment. — Sam nie wiem, co potrafi. Mało kto wie. Ale według niektórych podań niektórzy Wieszcze, naprawdę potężni, potrafią otwierać portale.
     — Portale?! — wykrzyknęła zszokowana Ykhar, siadając na jednym z krzeseł i patrząc na kolegę szeroko otwartymi oczyma. — Te prowadzące na drugą stronę? Sam z siebie? To możliwe?!
     — Nie wiem — mruknął, zupełnie nagle tracąc wiarę w to, o czym sam właśnie opowiadał. — Natknąłem się na wzmianki, że to możliwe, ale nigdzie nie było informacji o konkretnych Wieszczach, którzy by tego dokonali.
     Choć ta rozmowa trwała bardzo krótko, a Ykhar zawsze była przez niego mile widziana, Kero poczuł się bardzo zmęczony i zniecierpliwiony. Niezgrabnymi ruchami pozamykał księgi i zaczął odkładać je na swoje miejsce z niepasującą do niego obojętnością, marząc o ciepłym łóżku. Niestety ta rozmowa najwyraźniej rozbudziła wyobraźnię uszatej koleżanki, ponieważ spoglądała niewidzącym wzrokiem w okno, głęboko się nad czymś zastanawiając.
     — Pomyśl, jak cudownie byłoby otwierać portale prowadzące na Ziemię bez żadnego ryzyka, bez poświęceń nikogo i niczego… Pomyśl — Ykhar zerwała się z krzesła na tyle gwałtownie, że je przewróciła, lecz nie poświęciła temu najmniejszej uwagi — jak cudownie byłoby zwiedzić świat ludzi! Niektórzy przypadkowo do nas trafiali, najczęściej przez Grzybowe Kręgi. To się zdarzało, owszem, ale powrót do domu zawsze okazywał się bardzo kłopotliwy… Ale z takim Wieszczem… Kero! — zakrzyknęła podekscytowana. — A pomyślałeś, czy może ludzie mają swoich Wieszczów? Albo swoje sposoby na otwarcie portalu? Może oni wiedzą więcej, niż nam się wydaje? W końcu portal jest obustronny — skoro u nas można go otworzyć, to może u nich też?!
     — Nigdy się nad tym nie zastanawiałem — odparł nienaturalnie szybko. — Jeśli chcesz, chętnie wrócę do tej rozmowy jutro. Możesz nawet mi pomóc z tymi Wieszczami. Ale jutro. Dziś chciałbym już…
     — Och — Ykhar wyglądała na lekko speszoną. — Oczywiście. Idź. Ja tu wszystko posprzątam. Dobranoc!
     — Dobranoc, Ykhar.
     Keroshane nie do końca wiedział, skąd wzięła się u niego ta dziwna myśl, a jednak uznał, że błędem było opowiadanie Ykhar o Wieszczach. Błędem było jakiekolwiek odgrzebywanie informacji o… „tego typu stworzeniach”. Nie miał pojęcia, dlaczego tak pomyślał. Chociaż mogło chodzić o przeczucie. O przeczucie, że ta wiedza może im się jeszcze przydać.
     Że ta wiedza, na ich wielkie nieszczęście, może im się jeszcze przydać.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (25-02-2018 o 00h27)

Offline

#6 25-06-2017 o 23h20

Straż Cienia
Mijaku
Oficer Straży
Mijaku
...
Wiadomości: 1 425

Piszę po przeczytaniu jedynie prologu, jednak spodobał mi się. Mam słabość do dawnych czasów, a postać naukowca staruszka jest na swoj sposób urzekajaca.
Całość jest napisana płynnie, ładne opisy, nie przerysowane, ale i nie biedne. Niestety wypatrzyłam kilka powtórzeń i to częściej niż raz. Kilkakrotnie również odrobinę zgubiłam się w sytuacji z powodu lekkiego odejścia od tematu w przemyśleniach bohatera. Mimo tego przyjemnie się czyta i zaciekawia.


https://i.imgur.com/1EogxEa.gif

Offline

#7 28-06-2017 o 18h27

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

@Mijaku - dzięki za wyłapanie błędów! Przyznam, że powtórzenia to moja pięta achillesowa i nijak nie umiem sobie jeszcze z nimi poradzić xd Także, jakby ci się kiedyś chciało je wyłapać, będę bardzo wdzięczna /static/img/forum/smilies/wink.png

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgW ostatnim odcinku...

Ramlaura prosi Svanthora, by ten pomógł jej w uleczeniu jej synka Krielda. Ten się nie zgadza, mimo że to Ramlaura zapewniła mu dach nad głową. Niestety dom kobiety staje w płomieniach, paląc żywcem ją i jej dziecko. Svanthor postanawia znaleźć podpalacza i się zemścić. Cathiela prowadzi małą, dziewięcioletnią Eileen do Drognasloe. Ykhar i Kero porządkują wiedzę na temat Wieszczów wspominając, że ostatni żył prawie sto lat temu.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgRozdział II                                               
                                   ELDARYA

     Wielka Pani Nocy była ostatnimi dniami wyjątkowo łaskawa i nie sposób było nie docenić jej uderzającego piękna. Nadchodząc, odziała najpiękniejszą ze swoich sukien: długą, w kolorze najciemniejszego ze wszystkich granatu, mieniąca się miliardem jasnych punkcików. Plamki te migały radośnie, jak gdyby każda z nich chciała pokazać, że to właśnie jej blask jest najcudowniejszy. Migały więc wesoło i misternie, wnikając w sam głąb serc wszystkich istot. Napawając dumą i optymizmem. Dając do zrozumienia, że gwiazdy to przyszłość, ta bowiem jest równie jasna, co nieosiągalna i tajemnicza.
     Gwiazdy migotały. I szeptały. Nevra mógłby przysiąc, że słyszał, jak ich blask iskrzy, choć wiedział, że to jego jak zawsze o tak późnej porze wybujała wyobraźnia.
     W o wiele mniej filozoficznym nastroju była jego towarzyszka. Choć cały czas czujnie rozglądała się dookoła, skradając się po lesie bez wydania nawet jednego szelestu, tak co jakiś czas prostowała się gwałtownie, intensywnie wpatrując się w wampira. Zupełnie tak, jakby chciała mu coś powiedzieć i próbowała sobie przypomnieć, co to takiego.
     — Hreya na pewno kłamała — paplała od czasu do czasu, mierząc ponurym spojrzeniem pogrążony w ciemności las. — Poniosła ją fantazja. Pewnie to dlatego, że ostatnio sporo czasu spędza z Chromem.
     Nevra stłumił westchnienie, od niechcenia odwracając wzrok.
     — Na pewno kłamała — mruknął, wzruszając ramionami. — Ale chyba nie wydaje ci się, że moglibyśmy wrócić teraz do Miiko i powiedzieć jej, że nie chciało nam się obejść terenu do końca, bo nie wierzymy w te bujdy, które opowiada…
     — Swoją drogą ciekawe, skąd niby miałyby się brać te błyski? — Karenn niewzruszenie prowadziła swój prawie-monolog, a Nevra wprost nie mógł się powstrzymać przed cichym chichotem — niepoprawne gadulstwo siostry zawsze wprawiało go w rozbawienie. Mimo to raz jeszcze poruszył ramionami, nie znajdując na to pytanie odpowiedzi. Karenn jednak w ogóle na niego nie patrzyła, najwyraźniej odpowiedzi nie oczekując. — Najpierw myślałam, że chodzi jej o jakieś pioruny czy coś podobnego. Już chciałam powiedzieć, że burza to dość powszechne zjawisko i jak będę miała okazję, to jej to wytłumaczę. Ale wtedy zaczęła opowiadać, że te błyski… wisiały. W powietrzu. Kilka metrów nad ziemią. Niby jakim sposobem, jak…
     — Przecież to tylko Hreya. — Tym razem to Nevra przerwał siostrze lekko znudzonym tonem. — Dopóki nie zobaczymy, o co mgło jej chodzić, w życiu się w tym nie połapiemy. A na pewno nie zobaczymy, bo przecież…
     — Wow! — zawołała Karenn z nutką podziwu, kiedy wokół wampirzycy przefrunęło kilka świetlików. Dziewczyna przez jakiś czas stała niczym zahipnotyzowana, szeroko otwartymi oczami obserwując ten świetlisty taniec wśród drzew. Początkowo świetlików było niewiele: może ze trzy lub cztery. Lecz z czasem zaczęła nadlatywać prawdziwa chmara, fruwając wokół Nevry i Karenn. Żadnemu z nich nie wydało się to dziwne; raczej interesujące i nadzwyczaj piękne, dlatego przez jakiś czas oboje stali w ciszy, z szacunkiem wpatrując się w ten nocny teatr.
     To, co zdarzyło się w następnych sekundach, uderzyło w nich jak gwałtowny podmuch lodowatego wiatru. Świetliki bowiem momentalnie zebrały się w jedną wielką grupę, a następnie błyskawicznie pomknęły do przodu. Choć rodzeństwo przez moment było sparaliżowane szokiem, tak po chwili oboje drgnęli i rzucili się pędem za świecącymi owadami. Cały czas widzieli w oddali ich światełka, więc teoretycznie trudno było je zgubić, choć Nevra cały czas miał wrażenie, że ten nocny blask coraz bardziej się od nich oddalał.
     Wtem właśnie światło zostało uśmiercone. Świetliki jak jeden mąż padły martwe, i to dokładnie w jednym miejscu; wszystkie jak na znak runęły na ziemię niczym kurtyna na zakurzoną scenę. Kiedy Nevra i Karenn dobiegli na miejsce, przykucnęli, przyglądając się martwym owadom. Na ich językach siedziało mnóstwo pytań, jednak nie zdążyli zadać ani jednego.
     Nie zdążyli zapytać, dlaczego to światło umarło, ponieważ właśnie narodziło się kolejne.
     Oślepiająco białe, o poświacie czystej niczym najszlachetniejsze perły, wyglądało jak kilka skrzyżowanych ze sobą błyskawic, których groty celują w najróżniejsze strony. Ten podłużny, jasny kształt, unosił się kilka metrów nad ziemią, pulsując przy tym delikatnie. Jak gdyby żył.
     Nevra przez dłuższą chwilę zastanawiał się, co powinien teraz zrobić. Oczarowany delikatnym, ledwie widzialnym blaskiem, jaki roztaczało „to coś”, wampir wstał i bardzo powoli zaczął zbliżać się w stronę tajemniczego blasku. Kiedy Karenn to zobaczyła, raz jeszcze z trwogą spojrzała na martwe świetliki.
     — Nevra, nie podchodź tam! — syknęła z lękiem, nie mając pojęcia, co się stanie dalej.
      Ten jednak był już dosłownie o krok od tajemniczego światła. Mrużąc oczy, przyjrzał się temu dokładniej, lecz mimo upartego wpatrywania się w świetlisty kształt Nevra nie miał bladego pojęcia, co to mogło być. Widział, jak każda z „odnóg” światła pulsowała i falowała delikatnie, jak gdyby poruszana delikatnym wiaterkiem. Zdawało mu się też, że te wąskie, podłużne smugi światła, przecinając się wzajemnie, tworzyły kolejne warstwy, pod którymi gromadził się delikatny cień.
     Cień wewnątrz światłości. Nevra pomyślał z dziwnym, niepasującym do sytuacji rozbawieniem, że nawet on by na to nie wpadł.
     Co więcej, w samym środku tajemniczego światła cień był jakby… głębszy. Z daleka nie było możliwości tego dostrzec, ale teraz Nevra wyraźnie widział, jak coś lekko ciemniejszego pulsuje w samym środku. Był to zaledwie jeden z miliona najjaśniejszych odcieni szarości, lecz jednak wampir zdołał to dostrzec.
     Po chwili Nevra zauważył coś jeszcze. Lustrując spojrzeniem ostre krańce krzyżujących się odnóg światła dostrzegł, że ich czubki mają zupełnie inny kolor. Nie biały. Nie szary. Czerwony. Najdziwniejsze było jednak to, że ta czerwień, choć nie wyglądała na ciecz, kapała. Ale nie opadała na ziemię. W połowie drogi na dół po prostu nikła. Być może się rozpływała, a może stało za tym coś innego. Niemniej Nevra był pewien, że coś czerwonego kapało z czubków tych świetlistych gałęzi.
     — Krew? — szepnęła Karenn, a Nevra drgnął lekko, nie mając pojęcia, kiedy zdążyła się do niego zakraść.
     Niemniej jednak wampir pomyślał o tym samym, dlatego, z pewnym wahaniem, wyciągnął rękę pod jedną z odnóg, chcąc przechwycić czerwoną kroplę. Nevra obawiał się, że to tylko jakieś złudzenie i nie poczuje żadnej cieczy. Kiedy jednak wyraźnie odczuł coś na skórze, wcale nie był pewien, czy powinien się cieszyć, czy przeciwnie. Podniósł więc splamione tajemniczą substancją palce i powąchał, spodziewając się jakże charakterystycznego zapachu soli i rdzy. Jednak, ku jego największemu zaskoczeniu, Nevra nie poczuł zupełnie nic.
     — Nie, to chyba nie jest krew…
     — W takim razie co?! — zawołała niecierpliwie Karenn, intensywnie i z pewną irytacją wpatrując się w czerwone krańce.
     Nevra odsunął się kawałek, chcąc spojrzeć na tajemnicze światło w całej okazałości. Stał tak w milczeniu chwilę lub dwie, uparcie starając się zebrać myśli. Na próżno — cała nadzwyczajność sytuacji, w jakiej się znalazł, natychmiast wypierała z jego umysłu jakiekolwiek logiczne wnioski.
     — Nie wiem — odparł w końcu, zniechęcony próbą uporządkowania sobie tego wszystkiego w głowie. — Pewne jest tylko jedno.
     — Co?!
     — Hreya jednak nie kłamała.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgZIEMIA, KARISSTO

     W świecie, w którym jest tak wiele niemożliwości, choć jedna całkowicie pewna, stała rzecz jest istnym skarbem. Mało kto potrafił to zrozumieć, odnaleźć swoją cudowną stałość i ją doceniać, i właśnie dlatego Cathiela kochała zachody słońca. Tak spokojne, niespieszne, zawsze takie same, choć każdego dnia inne. I nawet gdy słońce kryje się za ciemnymi, grubymi chmurami lub znika za zalesioną linią horyzontu, Cathiela ma to błogie poczucie, że słońce zawsze wschodzi i zachodzi. I to się nigdy nie zmieni.
To zjawisko było jej synonimem zwycięstwa. Ale tylko wtedy, kiedy mogła się nim podzielić z kimś jeszcze. Kimkolwiek. Choćby obcym.
     Cathiela, z trudem odwracając wzrok od ciemnopomarańczowej, wszechpotężnej kuli przetaczającej się wolno po zachmurzonym niebie, popatrzyła z uwagą na swoją małą towarzyszkę. Dziewczynka o zwykle rumianej twarzyczce i jasnych, gęstych włoskach zaplecionych w warkocz, siedziała pod drzewem z podkulonymi pod brodę kolanami, wpatrując się w zamyśleniu przed siebie. Wydawała się zupełnie nie zauważać, że jest obserwowana, z czego Cathiela postanowiła w pełni skorzystać. Wtem właśnie zaczęła się zastanawiać nad tym, że Eileen była… inna. Inna niż wiele z dzieci, które „przeprowadziła”. Ta bowiem nie płakała. Nie rzucała się nagle na ścieżkę i nie wierzgała nogami i rękami. Nie wyrywała się, nie uciekała, nie wypytywała w kółko o rodziców. Ma tylko dziewięć lat, pomyślała, a już jest taka mądra. Być może jakimś cudem zdawała sobie sprawę, w jak trudnych czasach żyje. Być może rozumiała, że wyżywienie jej i siódemki rodzeństwa nie było proste. Być może dlatego nie oczekiwała od najbliższych troski i miłości, bo wiedziała, że były rozdzielana na tyle części, że ostatecznie nie zostało z niej niemal nic. Być może mała Eileen czuła, że nikt jej nie szukał.
     Mimo to Cathiela nie czuła żalu czy smutku. Przeciwnie: w jakiś sposób była dumna z tego, co robiła. Jakaś cząstka jej samej rozumiała, że dla tej małej dziewczynki nie ma lepszej przyszłości. Nie tu i teraz, w świecie brudu, kłamstwa i zdrad. Eileen miała spalony start i nie było szansy, by osiągnęła coś więcej. Cathiela to wiedziała i dlatego nie miała wyrzutów sumienia. Nigdy.
     W czasie tych rozważań Eileen nie spojrzała na Cathielę ani razu. Nawet wtedy, kiedy słońce zupełnie zniknęło za horyzontem, wypuszczając z klatki maleńkie gwiezdne świetliki.
     — No, mała — zawołała Cathiela, powoli wstając z ziemi i po raz ostatni żegnając się z zachodem. — Czas iść! Dziś nie robimy przedstawienia, nie ma w tym mieście chyba żadnych wieśniaków godnych zaufania. Przenocujemy w gospodzie. Jakoś damy radę… no!, Eileen, wstawaj!
     Dziewczynka powolutku podniosła główkę, patrząc na Cathielę ze znudzeniem zmieszanym z dezorientacją. Jak w zwolnionym tempie rozejrzała się dookoła, jednak nic, co zobaczyła, nie wzbudziło w niej zainteresowania, toteż ułożyła czoło na złączonych kolanach, nie odezwawszy się ani słowem.
     — Eileen — powtórzyła Cathiela, marszcząc brwi. Podeszła do dziewczynki i przykucnęła obok, dotykając jej ramienia. — Słonko, co ci jest? Śpiąca jesteś, nie? Pewnie, już zaraz idziemy, tu niedaleko jest gospoda. Tam przenocujemy, a już jutro będziemy na miejscu, w Drognasloe, tylko… Eileen! Nie usypiaj!
     Tym razem, już lekko spanikowana, ujęła dziewczynkę za brodę i dość gwałtownym ruchem uniosła jej głowę. Przez moment Eileen wyglądała na rozgniewaną, ale trwało to ledwie ułamek sekundy: po chwili znowu stała się apatyczna. Właśnie wtedy Cathielę nawiedziła potworna myśl.
     — Nie! Nie… Eileen! Wstań! Proszę cię… słyszysz?... wstań! Źle się czujesz? Masz mdłości? Zasypiasz? Powiedz! No odezwij się! Eileen!
     — Nic mi nie jest — wymamrotała dziewczynka tak cichutko, że Cathiela mogła się jedynie domyślić, co oznaczał ten ledwie zrozumiały pomruk. — Ja tylko… tylko…
     — Dość gadania — warknęła Cathiela, choć paniczny strach stłumił emocje na tyle, że nie zabrzmiało to tak groźnie, jak planowała.
     Chwyciła dziewczynkę pod pachy i siłą postawiła na nogi, przez moment podtrzymując Eileen i obserwując, czy mała czasem nie runie na ziemię. I choć nie runęła, to cały czas się chwiała, nędznie spuściwszy głowę.
     — Mój Boże, tylko nie to — jęknęła Cathiela, w pełni zdając sobie sprawę z ogromu swojej porażki.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgZIEMIA, DROGNASLOE

     Podobno ogień oczyszczał. Wobec tego Svanthor był bardzo ciekawy, jak ta siła zadziała na niego.
     Od pożaru domu, w którym mieszkał od czterech lat, minął już tydzień. Po nędznej, drewnianej chatce nie zostało zupełnie nic; podobny los spotkał zresztą mały warsztacik kowalski Svana, który znajdował się dwa budynki dalej. I choć ten nie spłonął doszczętnie, tak jego odbudowana znacznie przerosłaby możliwości Svana, wobec czego musiał skreślić swój plan na zarabianie jako kowal. Na szczęście przez te cztery lata wyrobił sobie jakąś tam renomę, dzięki której był kojarzony chociaż w najbliższym gronie sąsiadów. I to właśnie jeden z nich udzielił mu tymczasowego schronienia, gorąco żałując spalonego domu. I tak samo przypalonych lokatorów.
     Ten łysy, chudy jak szkapa jegomość miał może koło pięćdziesiątki, choć twarz miał pooraną zmarszczkami bardziej niż niejeden starzec chwiejący się nad grobem. Gibki i dość rezolutny jak na swoją klasę, nigdy się nie ożenił i tę swoją „samotność” rekompensował sobie idealnymi stosunkami z sąsiadami. I choć Svan zamienił z nim może kilka zdań, Hieronim zachowywał się co najmniej tak, jakby wychowali się w tej samej dzielnicy. Sytuacja jednak zmuszała Svana do udawania, że i on jest zachwycony tym towarzystwem. Bądź co bądź, miał gdzie spać i to na razie wystarczało.
     — To naprawdę straszne, oj straszne! — Hieronim reagował lamentem za każdym razem, kiedy wspomniało się o tych tragicznych wydarzeniach. — Biedna Ramlaura i jej synek! Taka miła to kobieta była! Czasami szyła mi rękawy w kombinezonie, jak już się zaczęły pruć. I to za darmo. Wiesz, Svan… czasami to sobie nawet myślałem, że ja i ona… no. Wtedy, jak jej chłop zmarł, była taka smutna. Żal kobiety było. A teraz… oj!, oj! Byłem na pogrzebie. Nie mieli co chować, to tylko trumny pogrzebali… Puste… zresztą, sam wiesz, byłeś tam. I…
     — Nie byłem.
     — Oj, oj… — zmartwił się Hiernonim, błądząc wzrokiem po małej klitce, którą nazywał domem. — Wypadło ci coś? No tak, pewnie tak musiało być, po co ja głupi pytam. Tylko… pierwej jestem ciekaw, co to się wtedy stało? Podpalił to kto?
     — Podpalił.
     — Ależ kto, na jasną panienkę?!
     Svan parsknął, kiedy pomyślał sobie, że stary może mieć na myśli albo najświętszą panienkę, albo jakąś białogłowę, której pewnie brakuje mu w łożu. Wtem Hieronim spojrzał na niego najpierw ze zdziwieniem, potem z niesmakiem, co Svan popisowo zignorował. Kiedy jednak zastanowił się nad postawionym pytaniem, powoli zaczął wracać wspomnieniami do tych szarych, nudnych dni, kiedy to nic nadzwyczajnego się nie działo. Nienawidził tej monotonności i nijakości, która pokrywała wszystko dookoła jak kurz, jednak gdy tak o tym myślał, ze zdziwieniem spostrzegł, że trochę za tym tęskni. Że przywykł do przeżywania każdego kolejnego dnia dokładnie tak samo.
     — Wiedziałeś, że Krield był demoni? - zapytał powoli.
     Hieronim skrzywił się na dźwięk tego słowa, choć i na to Svan nie zwrócił uwagi. Zdawał sobie sprawę, że dzieci, które trawiła nieznana choroba, co niektórzy fanatycy nazywali diablętami lub demonami: w końcu czarnych oczu nie spotyka się u co drugiego dzieciaka. W związku z tym rodziny, które chowały pod swoim dachem chore dziecko, momentalnie były piętnowane. Nie pomagano im, nie okazywano współczucia i nie podawano dłoni, bo to nie uchodziło i krzywo się na to patrzyło. Znalazło się jednak wielu takich, którzy w chorobie znajdowali tylko chorobę, nie dopisując sobie do niej innych znaczeń. Ci właśnie starali się walczyć z krzywdzącym określeniem „demonich dzieci”, choć niewielu się tym przejmowało.
     — Słyszałem — wyszeptał po dłuższej chwili milczenia. — Słyszałem od Grubej Emilki. Ma czwórkę dzieciaków, żadne nie ma więcej niż dziesięć lat. To się boi, że i jej dzieciaka to choróbsko hycnie. Dlatego pilnuje ich teraz jak oka w głowie — słyszałeś przecież, że prawie wszystkie dzieciaki znikają na kilka dni, a kiedy wracają, są już chore. Gruba Emilka ostrzegła mnie, żebym się do dzieciaka Ramlaury nie zbliżał, bo to nasienie diabła i pewnie nas wszystkich dookoła pozabija… głupia baba — dodał markotnie, zaciskając pięści.  — Jak chce dzieciaki chronić, to niech się z Drognasloe wynosi. Bo tu wszędzie dookoła same chore bachory. Jedno nam nawet w sąsiady przyjdzie.
     Svan po raz pierwszy od dawna przyjrzał się Hieronimowi z zainteresowaniem. Dotychczas paplał sobie bez ładu i składu, a Svanthor wyłapywał tylko te najważniejsze fragmenty. I ten był jednym z nich.
     — Jak to? Znowu jakieś dziecko zachorowało?
     — Jeszcze nie — mruknął, wyjmując z kieszeni cienki kawałek drewna o poczerniałej końcówce, którym zaczął grzebać sobie w zębach, co jakiś czas przyglądając się temu, co wydłubał. — Ale kolejny zniknął. Nie ma jej już od trzech dni.
     — Kto taki?
     — Mała Eileen, córka tego starego rybola. No, tego, co obok stawu mieszka. W ich domu jeszcze siódemka takich samych dzieciaków, więc stary rybol już rozgadywał, że jak mała się z chorobą znajdzie, to jej za próg nie wpuści. Pieprzony rybol, niech sczeźnie w piekle…
     — Wiesz o niej coś więcej? Kiedy ją ostatnio widziałeś?
    — Noo… — Hieronim spojrzał na sufit; ręka, która wędrowała z powrotem do ust, by kontynuować grzebaninę w zębach, zamarła gdzieś w połowie drogi. — No, tak właśnie ze cztery dni temu jakoś. Bawiła się z kimś. Z jakąś dziewuchą. Młoda czarnulka, chociaż zdaje mi się, że miała włosy czymś zielonym ubabrane. Ponoć to kuzynka małej, tak słyszałem, to pytań nie zadawałem… Co?! - Hieronim przerwał swoją mowę, wybałuszając oczy i patrząc na swojego towarzysza. - Myślisz, że to ona ukradła dziecko? Że to ta czarnula roznosi to choróbsko?!
     Svan pozwolił sobie zignorować to pytanie, tępo wpatrując się w brudną, popękaną ścianę przed nim. Miast tego zastanawiał się, czy podpalenie, porywanie dzieci i choroba miały ze sobą coś wspólnego. Wszak Krield był demoni, a skoro choroba zaczynała się od porwania, to kto wie, czy dziecko nie wróci za kilka dni z demonimi objawami. A jeśli tak, to czy podpalacz i wtedy się nie zawaha i spali dom z dziesiątką ludzi w środku (lub dziewiątką, jeśli rybol rzeczywiście dziewczynki nie wpuści)? Jakimś cudem Svanthor w to nie wątpił. Ba!, był tego całkowicie pewien. Dlatego postanowił. Poczeka na rozwój wypadków. Poczeka, aż mała Eileen wróci z demonimi oczami. Poczeka, aż podpalacz się odezwie i spali dom i całą wielką rodzinę. A wtedy Svan nabierze pewności i będzie mógł rozpocząć poszukiwania tego drania.
     Lecz dlaczego? Jaki miałby w tym cel? Zemsta za Ramlaurę i Krielda? Być może, lecz Svanowi wydawało się, że po prostu nie lubi niedokończonych spraw. Choć przecież całe trzynaście lat, jakie tu spędził, to jedna wielka niedokończona sprawa. Albowiem Svanthor istniał tylko wtedy, przed trzynastoma laty. Potem przestawał istnieć. Zanikał. Szarzał. A teraz miał szansę odzyskać kolor. Odzyskać sens… sens czegokolwiek.
     Wtem z rozmyślań raz jeszcze wyrywał go Hieronim. Lecz powiedział tylko jedno zdanie, po czym zniknął ze swoją brudną wykałaczką, zostawiając go w spokoju aż do końca dnia. Dając mu rozmyślać nad tym wszystkim, czego się dowiedział.
     — Nadali nawet temu choróbsku nazwę. Wiedziałeś o tym, Svan? Teraz to nie tylko demonie oczy. Teraz to już jest Nigredo.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (05-02-2018 o 19h08)

Offline

#8 28-06-2017 o 21h17

Straż Absyntu
Lilith_
Piechur Straży
Lilith_
...
Wiadomości: 2 110

Nawet nie za bardzo potrafię zabrać się za skomentowanie Twojego dzieła, bo wszystko wygląda po prostu fantastycznie. Widać, że masz - jak tu ktoś już wcześniej wspomniał - smykałkę do pisarskiego fachu. Niewątpliwie ląduje w kolekcji moich perełek, jest naprawdę wciągające i przede wszystkim pięknie napisane. Mam słabość do cudownych opisów, ponieważ sama nigdy nie potrafię dobrać odpowiednich słów, a Tobie wygląda na to, że przychodzi to z naturalną łatwością. /static/img/forum/smilies/wink.png


ˢᵉᵗᵗˡᵉ ᵈᵒʷᶰ,
ʸᵒᵘ ᵈᵒᶰ'ᵗ ʷᵃᶰᶰᵃ ˢᵉᵉ ᵐᵉ ᵈʳᵃᵍ ᵗʰᵉ ᵈᵉᵛᶤˡ ᵒᵘᵗ
ᶤ'ᵐ ᵈᵉᵛᶤˡᶤˢʰ, ᶤ'ᵐ ᵈᵉᵛᶤˡᶤˢʰ, ᶤ'ᵐ ᵈᵉᵛᶤˡᶤˢʰ

https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif









https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif

Offline

#9 28-06-2017 o 21h24

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

Przybywam za zaproszeniem, przeczytałam i muszę powiedzieć, że ciekawe. Oczywiście prócz tego są i uwagi. Niektóre neutralne, niektore pozytywne, nie które negatywne. Na pewnym szkoleniu odbywam właśnie lekcje z komunikacji, więc uwagi rozpiszę metodą FUKO (fakt,uwagi, konsekwencje i oczekiwania) tak dla treningu /static/img/forum/smilies/tongue.png Może się uda.

Opowiadanie napisałaś ciekawie, bogatym językiem, opisy są ładne, rozbudowane, nie powtarzające się i zwykle rozsądnej długości (zwykle). Jednak jego język jest dość trudny , co chociaż samo w sobie nie jest wadą, bo w tej formie ów język stanowi formę stylizacji, może jednak odstraszać. Zdarzają się też oczywiste zająknięcia np: "syknęła z lękiem, nie mając pojęcia, co się stanie dalej. Podejrzewała, że to właśnie tajemnicze światło spowodowało śmierć owadów, dlatego nie chciała, by jej brat się do tego zbliżał." Powinno to brzmieć mniej-więcej "syknęła z lękiem, podejrzewając, że to właśnie tajemnicze światło spowodowało śmierć owadów" Po tym już oczywistym jest, czemu się boi i że nie chce, to coś, czego czytelnik z miejsca się domyśla (a w każdym razie powinien, bo są ludzie i parapety). Brakuje też opisy Nevry, Ykhar etc. Tak, to są znane nam postaci z gry i w wypadku, kiedy piszesz to tutaj, na stronie fanowskiej przeskoczenie opisów dopuszczalne, jednak gdzie indziej, nawet jeżeli to podpiszesz jako funfick niekoniecznie. Czytając tekst nawet osoba niefandomowa powinna móc go w pełni zrozumieć i odebrać.
   Właśnie odbiór przy Twoim opowiadaniu jest największym problemem, chociaż nie wiem czy to wada. Jednym z elementów utrudniających odbiór jest stylizowany, trudny język i poetyckie (MIEJSCAMI - rzadko ale jednak - zbyt poetyckie)opisy. Wszystko to wymaga, żeby czytelnik skupił się nad Twoim opowiadaniem (co po 8h szkoleń nie przyszło mi łatwo). W efekcie mamy tekst wartościowy i przyjemny, przyciągający osoby lubujące się w słowach, ale nie do końca hm..hm... rozrywkowy? Relaksujący? Chyba domyślasz się o co mi chodzi. Tak jak na pisałam, nie jest to wada,tylko ogólna uwaga o raczej neutralnym wydźwięku. Kolejną rzeczą, która odbiór utrudnia i jest tym razem na minus, to forma. Brak wcięć przy akapitach etc. Bawienie się spacją celem zrobienia porządnego wcięcia, a potem przekopiowywanie go w te i z powrotem to robota głupiego, ale ułatwia czytanie.  Właściwie każdy publikowany tekst powinien być akapitowany i justowany, ale zabawa z BBCode to zło i niedobro, wiec tu justowanie darujemy sobie ;]
    Coś jeszcze? Ach tak. Trochę nie za bardzo wiadomo, co jest co. Nie chodzi tu o tajemnicę, ale o światy. Jak rozumiem mamy tu alternatywną wersję naszego niemagicznego i fantastyczny (chyba, że to dwa fantastyczne, wtedy przepraszam, a Ty czytać dalej tego akapitu nie musisz). Rzecz w tym, że oba, ze względu na wybraną przez ciebie epokę, są do siebie bardzo podobne  nie wiadomo co gdzie i jak. Żeby je jakoś rozdzielić można użyć dwóch zabiegów. 1 po akapitach będących zmianami świata narracji pisać Eldarya/Ziemia etc - nieporęczne, ciut sztuczne, ale skuteczne. 2 - przy Ziemi zainwestować w bardziej oczywiste/popularne imiona, kojarzące się z ziemią czy to polskie czy to angielskie.
   Radzę przemyśleć uwagi, bo zastosowanie ich może poprawić jakość odbioru.

   Na koniec jeszcze trochę pozytywów, imających się głownie fabuły. Baardzo dobrze uchwycony element tajemnicy, a "modlitwa" w prologu cacy - niby zabieg oklepany, ale zawsze bardzo przyjemny, jeżeli dobrze - czyli tak jak u Ciebie - użyty. Dobry motyw też z tymi ubabranymi "czymś zielonym" włosami. Pozwala snuć wiele smakowitych domysłów. No i nade wszystko podoba mi się to, że historia zdaje się nie mieć stuprocentowo pozytywnych postaci.

Co do kropek, przecinków i literówek nie licz na mnie ._. Jestem wyeksploatowana.

Offline

#10 28-06-2017 o 21h42

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

@Lilith_ i @Le0kadia - pięęęknie dziękuję wam za wasze opinie, to dla mnie wiele zależy! Zwłaszcza Le0kadii dziękuję za konstruktywną krytykę, bo to rzadkość, więc tym bardziej należy docenić takie złoto. Wobec tego spieszę z odpowiedzią! Powiem tak: z każdą twoją uwagą w pełni się zgadzam i zastosuję się do twoich wskazówek. Zwłaszcza mam tu na myśli akapity oraz rozdzielenie światów. Chyba już mam pomysł, jak zrobić to drugie —prawdopodobnie wystarczy na początku akapitu dopisek z „planetą”, miastem i ogólną datą, czyli chociażby miesiącem i rokiem. To chyba faktycznie ułatwi odbiór, a i mnie nawet trochę pomoże. Więc jedno z głowy — dzięki /static/img/forum/smilies/big_smile.png Druga rzecz, to akapity. Sama jestem chora, kiedy w Wordzie nie mam idealnych akapitów, pauz i tak dalej, ale w tym edytorze nie wygląda to tak kolorowo, a nigdy nie byłam fanką napieprzania spacjami czy tabami. Ale chyba trzeba spróbować, albo ewentualnie jest jeszcze opcja wiersza odstępu. O tym się jeszcze pomyśli.
Co się opisu postaci tyczy, to nie chodzi tu o to, czy postać jest z Eldaryi, czy nie. Cathiela nie pochodzi z gry, a jednak też nie została jeszcze opisana, ubabranych włosów nie licząc. W sumie to nikt prócz Svana i Eileen nie został opisany, ponieważ nienawidzę umieszczać takich chamskich, niewpasowanych opisu wyglądu. Zamiast tego wplatam je gdzieś w fabułę, dlatego zazwyczaj trwa to kilka odcinków, że tak to ujmę. Raz napomknę, że ktoś ma zielone włosy, innym razem wspomnę o kolorach oczu i skóry… i gdzieś tam to się łączy. Stąd brak opisów, co zapewne za kilka odcinków się zmieni.
Za to z opisami od zawsze miałam „problem” xd Uwielbiam takie poetyckie przedstawienie świata i w pełni zdaję sobie sprawę, że często są przesadzone. Nie wiem, czy kiedykolwiek nauczę się skracać zdania i pisać je troszkę łatwiejszym, przystępnym językiem — będę próbować, ale to nigdy nie będzie dla mnie rzecz konieczna, bo póki co lubię swój styl, nawet jeśli czasami faktycznie można zaplątać się w zdaniu XD
Za pozostałe uwagi, także te pozytywne, przepięknie dziękuję! Och, byle więcej takich obszernych komentarzy, które coś wnoszą /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Offline

#11 28-06-2017 o 23h12

Straż Obsydianu
Rosaviel
Oficer Straży
Alysonn
...
Wiadomości: 1 743

Okiej. Jako, że została zaproszona, jestem. ;>

     Oficjalnie mówię Ci, autorko, cześć i czołem i witaj i o jak fajnie piszesz. Mogłabym rozpisać się nad ochami i achami jakie miałam z tyłu głowy, czytając wszystkie rozdziały już jakiś czas temu, ale niestety nie mam już siły po tym dniu pełnym wrażeń. Skpię się więc teraz na szybko na najważniejszych - przynajmniej dla mnie - sprawach.
     Widzę, że masz bardzo rozbudowaną fabułę. Szczerze, oszczędziłam sobie streszczenie - wolę mieć niespodziankę, niż od razu wiedzieć wszystko o danej historii. jakoś wtedy lepiej mi się czyta. Wracając - podoba mi się przeskakiwanie pomiędzy różnymi "scenami" - pokazujesz, że nie skupiasz się na jednym konkretnym wydarzeniu, a i kolejne, choć początkowo zdaje się, że nie mają ze sobą nic wspólnego, z czasem zbiegają się w logiczną i spójną całość. Za to masz plus - niby oddzielnie, ale jednak wszystko jest ważne.
     Kreowanie nastroju wychodzi Ci fenomenalnie i to mogę przyznać z ręką na sercu. Podobnie jest z opisami - szczerze początkowo odrzuciła mnie nieco ilość zbitego tekstu, jednak im dalej czytałam, tym mniej zwracałam na to uwagę. Obecnie więc nie żałuję poświęcenia czasu na czytanie. Zdążyłam tez wysnuć już swoją teorię, jednak zostawię ją dla siebie i zobaczę, że może myślimy podobnie. Choć w jakimś stopniu ;>
     Za to nie podoba mi się jedna rzecz - wolne linie między akapitami. Wizualnie nie wygląda to dobrze, osobiście pomyślałabym o zwykłych wycięciach w pierwszym wierszu danego akapitu. Dobrze wydziela części tekstu, a i większość ludzi jego do nich przyzwyczajona.
     Poza tym wyłapałam kilka literówek, zmianę płci bohaterki, kilka powtórzeń i brak logicznej ciągłości wypowiedzi. Trzy pierwsze na pewno, ostatnie... zawsze może być to złudzenie wywołane przepracowaniem. Nie wiem.

     Tak, czy inaczej dziękuję za zaproszenie, życzę weny, chęci i czasu na dalsze pisanie ;>


https://78.media.tumblr.com/4a8cc9f0d8e071eb62a7f839904bd569/tumblr_nkoilykZTD1s3r70co1_500.gif

Offline

#12 28-06-2017 o 23h30

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

@Alysonn Pięknie dziękuję za cudowną opinię <3 Ach, te literówki. To moja zmora i nijak nie mogę się z nimi uporać.  To znaczy z tekstem jest tak, że on kilka dni powinien "poleżeć", wtedy łatwiej się na niego patrzy i można to i owo wyłapać. Z brakiem logiki w jakimś zdaniu wcale bym się nie zdziwiła, bo te moje zdania są bardzo długie xD Ale zmianą płci mnie zaskoczyłaś XD W którym to momencie ten kretyński błąd mi się wdarł? Bo aż tak źle ze mną nie jest, bym myliła tak podstawową rzecz XD

Co do wcięć, to może jednak pomęczę się ze spacjami... nienawidzę ich, ale skoro mówisz, że tak będzie ładniej, to okej!

Raz jeszcze pięknie dziękuję za twój komentarz!

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (28-06-2017 o 23h31)

Offline

#13 29-06-2017 o 00h37

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Przeczytalam z przyjemnoscia dwa razy, ale wypowiem sie szerzej, gdy napiszesz wiecej rozdzialow /static/img/forum/smilies/smile.png
Nieustannej weny Ci zycze!

Ostatnio zmieniony przez Laique (29-06-2017 o 00h38)

Offline

#14 29-06-2017 o 22h18

Straż Obsydianu
Arha
Piechur Straży
Arha
...
Wiadomości: 1 990

Bat nieco został z tyłu (to przez to te dwa opa dziennie xD) więc mogę usiąść i poczytać (znaczy jeszcze widły nade mną krążą, ale może się uratuję (': ). W każdym razie jestem i nadrabiam zaległości.
Kiedy zaczęłam czytać rzuciło mi się na oczęta kilka błędów. Czasami zjadasz literki, ale to da się spokojnie przelecieć wzrokiem i nie razi (Choć w jednym momencie zmieniłaś panu o kwadratowej szczenie płeć xD). Czasami zaginie Ci i jakiś przecinek, ale na szczęście nie utrudnia to czytania. Niestety masz także kilka tych logicznych byczków. Takie choćby: "krzyżyk ze ściany; i tak nie przydawał się do niczego, a wręcz przypominał kobiecie o swojej jakże wielkiej niedoli" wychodzi nieco na to, że krzyżyk przypominał kobiecie o swojej niedoli... w sensie to krzyżyk to robił i to była niedola tego krzyżyka, a nie kobiety. Tak, literówki i tak zwane "kwiotki" zdarzają się każdemu, ale kłopot rodzi się kiedy czyta się naprawdę dobre opowiadanie i widzi coś takiego. Kiedy opisy są bardzo dopracowane, bohaterowie są fajnie wykreowani, a do tego realia jednak ponure, takie rzeczy bolą w oczy zdecydowanie bardziej, niż gdyby czytało się jakąś pierdółkę, z której można przysłowiowo "pociś bekę".

Pomijając jednak błędy fabuła wydaje się bardzo ciekawa i zastanawia mnie jak to dalej pociągniesz i co z tego wyniknie. Zdecydowanie jest tu niemała tajemnica, aczkolwiek nieco podejrzewam, zobaczymy czy się sprawdzi xD

Ostatnio zmieniony przez Arha (29-06-2017 o 22h26)


https://i.imgur.com/yy4ACIh.png

Offline

#15 29-06-2017 o 22h39

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

@Arha, dziękuję ci pięknie za opinię! Wreszcie znalazłam tego byka ze zmianą płci, bo od dawna na niego polowałam, a nie mogłam wypatrzyć! xd Dziękuję za wszystkie pochwały, ale przede wszystkim dziękuję za uwagi. Własne błędy bardzo trudno wypatrzeć, o wiele łatwiej jest z cudzym tekstem. Dlatego rozglądam się za betą, kimś, kto rzuciłby okiem przed dodaniem i sprawdził mi błędy. Może znasz kogoś takiego? :< xd A co do tego zdania z krzyżykiem, to zmieniłam je, chociaż krzyżyk tylko przypominał o złych chwilach samym widokiem. Tak jej się kojarzył. Tylko to miałam na myśli /static/img/forum/smilies/big_smile.png Niemniej trochę zmieniłam szyk i mam nadzieję, że jest ok.
Raz jeszcze dziękuję za szczerą opinię! c:

Offline

#16 29-06-2017 o 22h47

Straż Obsydianu
Arha
Piechur Straży
Arha
...
Wiadomości: 1 990

@Methrylis jak coś to służę okiem <wyciąga oczko i rzuca w jej stronę, może odrośnie> /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Mam jeszcze kilak takich kwiatuszków i jak będziesz chciała to mogę Ci je wypisywać choć moje mózgowie średnio działczy o tej porze... Śmieszne, bo w takich własnie porach najczęściej piszę... Hłe, hłe, hłe, a później się dziwić, że mi pierdoły wychodzą xD

Dobra, póki pamiętam. Masz np.: "Cathiela uklękła przy małej, dziewięcioletniej dziewczynce. Wyglądała doprawdy słodko: długie, gęste włosy koloru słomy miała związane w warkocz"
Tu też masz bykola, bo wychodzi to tak, jakby to Cathiela wyglądała słodko itd. bo to od jej osoby zaczynasz akapit. Zmiana myśli, podmiotu = zmiana akapitu lub zaznaczenie o kim mowa.

Ostatnio zmieniony przez Arha (29-06-2017 o 22h51)


https://i.imgur.com/yy4ACIh.png

Offline

#17 04-07-2017 o 18h27

Piechur Straży
Maniac
...
Wiadomości: 1 840

A ja cieszę się, że jest zainteresowanie tym opkiem i niektórzy są w stanie skazać różne błędy. Może i sama bym jakieś znalazła, gdybym nie czytała wszystkiego na szybko. Ot, taka ciekawość zżera, co będzie dalej xD

Swoją drogą lubię takie ponure klimaty, przez co ten język pisania mi nie przeszkadza. Przeciwnie, nadaje takiej realności, jeżeli można o niej wspominać w świecie fantasy.

Dodatkowo bardzo lubię postać Svana, gdyż zapewne dźwiga ze sobą spory bagaż doświadczeń tych złych i może trochę dobrych. Widząc taką postać nie umiem przejść obojętnie, zwłaszcza, że "na razie (?)" wszystko jest przeciwko niemu /static/img/forum/smilies/hmm.png Dlatego też chciałabym już przeczytać kolejną część i jeszcze kolejną, ... /static/img/forum/smilies/wink.png Oby pojawiła się szybko.

Offline

#18 04-07-2017 o 20h23

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

@Maniac - co za zbieg okoliczności /static/img/forum/smilies/big_smile.png Bo właśnie weszłam na forum, by wygrzebać swoje opowiadanie w celo dodania nowej części. A tu taki komentarz /static/img/forum/smilies/big_smile.png

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgW poprzednim odcinku...

Nevra i Karenn udają się na nocny zwiad. W lesie znajdują tajemniczą energię, która przypomina mały, nie do końca uformowany portal. Cathiela w drodze do Drognasloe orientuje się, że mała Eileen zaraziła się Nigredo — chorobą, która od tygodni atakuje i zabija tylko dzieci. Svanthor znajduje schronienie u starszego, rozgadanego sąsiada Hieronima. Dowiaduje się o porwaniu małej Eileen. Svan zastanawia się, czy oba wydarzenia mają ze sobą coś wspólnego i ostatecznie zamierza iść tym tropem.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgRozdział III
                                 ZIEMIA, DROGNASLOE

     Mało który widok budził taką grozę, choć nie było tam krwi, brudu czy przemocy. Cóż bowiem strasznego w małej, kilkuletniej dziewczynce o jasnych włoskach zaplecionych w dwa warkoczyki, ubranej w kolorową sukieneczkę, białawe podkolanówki i czarne buciki? Cóż złego było w dziecku spokojnie stojącemu w kącie? Teoretycznie zupełnie nic. Ot, zwykły dzieciak niezwracający uwagi na to, że kilka metrów dalej, w tym samym pomieszczeniu, spór o niego wiodło dwoje dorosłych ludzi.
     A jednak naprawdę mało który widok był tak straszliwy. Jakże bowiem patrzeć na niczemu winną dziewuszkę, w której cieniu zagnieździła się sama Śmierć?
     Dziecko chorowało, to nie ulegało żadnej wątpliwości. Ledwie trzymając się na nogach, kiwało się delikatnie w przód i w tył, bezwładnie wymachując małymi rączkami. Oczy tej dziewczynki, zazwyczaj pełne dziecięcego blasku, teraz zgasły zupełnie i stały się mętne, jakby zamglone. Skóra całkowicie zbladła, pozbawiając jej urodziwą twarzyczkę jakichkolwiek rumieńców. Maleńka miała usta lekko rozchylone; po brodzie ciurkiem spływała jej ślina, lecz najwyraźniej jej to nie przeszkadzało.
     Teraz nic jej nie przeszkadzało. Nic jej nie obchodziło. Nic nie docierało, nic nie wydawało się mieć jakiegokolwiek sensu. I tylko od czasu do czasu dziewczynka jakby budziła się z letargu, z niemym przerażeniem rozglądając się dookoła i zastanawiając, jak i gdzie się znalazła. Te chwile świadomości trwały ledwie moment — zaraz potem Eileen znowu zapadała się sama w sobie. Zapadała się w Nigredo.
     Nienaturalnie wręcz wysoki mężczyzna o lekko rudawych, krótko ostrzyżonych włosach, pociągłej, bladej twarzy i krzaczastych, prawie zrośniętych ze sobą brwiach zacisnął mocno usta, machinalnym ruchem poprawiając swój i tak dokładnie zapięty niebieski płaszcz. Stojąc tak dumnie wyprostowany, wyraźnie górował nad Cathilelą i dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę, że taki właśnie był zamiar. Wobec tego przyznać musiała, że Yorgoren wyglądał naprawdę dostojnie. Jego rudawe włosy idealnie współgrały z płaszczem koloru nieba ze złotymi, idealnie wypolerowanymi klamrami. Zaciśnięte usta i szare oczy, gniewnie wlepione w Cathielę, nadawały mężczyźnie pewną otoczkę rozsiewającą niepokój.
     Ta otoczka była niezbędnym elementem ubioru Yorgorena.
     — Jak ty to sobie wyobrażasz? — wycedził przez zaciśnięte zęby. Cathielę porażał jego wielki gniew, lecz przysięgła sobie, że się nie zlęknie ani nie ugnie. W ten sposób okazałaby swoją słabość, a na to nie miała ani ochoty, ani nawet prawa. — To dziecko jest chore! Chore na nic nam się nie zda! Ile razy miałem ci powtarzać, żebyś trzymała się procedur?! Ile…
     — Trzymałam się tych twoich pieprzonych procedur! — ryknęła Cathiela, nie bojąc się ani tego, że jeszcze bardziej rozgniewa Yorgorena, ani tego, że spłoszy małą Eileen. Tej ostatniej, na nieszczęście, było już wszystko jedno. — Trzymałyśmy się bocznych uliczek, a zatrzymywałyśmy się tylko w domach bezdzietnych i bezzębnych starców! Dwa razy schroniłyśmy się w gospodzie, ale za każdym razem sprawdzałam, czy czasem gdzieś wokół nie kręci się jakiś czarnooki bachor! No i ten drugi raz był wtedy, jak już małą dopadła choroba. Nie mam pojęcia, jak to możliwe, że Eileen złapała Nigredo! Robiłam wszystko, jak należy! Może ta choroba rozpyla się już jakoś inaczej? Może jest w powietrzu, może…
     — TO DZIECKO JEST BEZUŻYTECZNE! — ryknął Yorgoren, a Cathiela otworzyła szeroko oczy, zaskoczona i poniekąd przerażona tym wybuchem. — Chcemy zdrowe dzieci, nie wraki, które za mniej niż miesiąc będą martwe! — Na chwilę zamilkł, chwytając się dwoma palcami za kość nosową. Przymknął przy tym oczy, odetchnął kilka razy, najwyraźniej starając się uspokoić, po czym gwałtownie uniósł głowę i kontynuował upiornie spokojnym tonem: — Daliśmy ci jedno bardzo proste zadanie. W zamian za opiekę nad Aenyati, która sprawnie i prawidłowo się tu rozwija. Dlaczego więc zawodzisz?
     Tego było dla niej już za wiele. Oparła dłonie o biodra, spoglądając pretensjonalnie na mężczyznę, któremu rzeczywiście zawdzięczała wszystko. Mimo to jednak nie mogła uwierzyć, że za jeden błąd została oceniona tak surowo. W jej ocenie była to jawna niesprawiedliwość, co zamierzała Yorgorenowi wyraźnie okazać.
     — Ile już dzieciaków ci sprowadziłam? — spytała zjadliwym tonem, czując, że powoli traci nad sobą panowanie. — Dwadzieścia? Trzydzieści? Nie liczę. Sprowadzam jedno i wracam, by rozejrzeć się za kolejnym. Nawet nie wiem, po co wam one, ale wiesz co? Zupełnie mnie to nie obchodzi, bo, jak sam zauważyłeś, opiekujecie się Aenyati. Tylko dlatego latam po wisach i miastach i zbieram dla was bezdomne i biedne dzieciaki. Wszystkie były zdrowe. Ale cholera! — Cathieli coraz trudniej było nad sobą panować, więc w pewnym momencie po prostu przestała to robić. — Nie wiem, czy zdarza ci się wyściubiać nos poza to swoje pieprzone laboratorium, ale po Drognasloe rozlazła się panika. Coraz więcej dzieci choruje na to cholerne coś, a kto wie, czy za jakiś czas nie przeniesie się to na starszych. I co wtedy zrobisz, zdziadziały profesorku?! Za staruchami mam ci ganiać?! To była jedna wpadka. — To ostatnie zdanie wręcz wycedziła, bardzo dobitnie wypowiadając każde słowo.
     Wbrew temu, czego oczekiwała, Yorgoren jedynie uśmiechnął się kpiąco na ten jej mało znaczący wywód. Nie wypowiedziawszy na ten temat ani jednego słowa, odwrócił się tylko na pięcie, świszcząc swoją niebieską peleryną. Następni zmarszczył brwi, z uporem wpatrując się w chwiejącą się lekko dziecinę.
     — Możecie z nią zrobić, co chcecie — mruknęła Cathiela, korzystając z tej krótkiej chwili ciszy i spokoju. — Nie wiesz przecież, co się stanie, jak wykorzystacie do swoich badań chore dziecko. To dopiero pierwsza faza i macie cały tydzień, nim choroba zacznie postępować. A to, że jest otępiałe i zdezorientowane — to wam powinno jedynie pomóc. A jak się nie uda… no cóż. Najwyżej zrobicie z nią to co zwykle. Cokolwiek to jest.
     — Nigdy cię to nie interesowało? — zagadnął ze spokojem jej opiekun.
     — Nie — odparowała stanowczo Cathiela, tym samym chcąc skończyć ten wątek.
     Wystarczy, że się domyślam, pomyślała ponuro.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgELDARYA

     Rogi małej Hreyi były fantastycznym zjawiskiem i nikt nie potrafił go wyjaśnić. Długie, nieco poskręcane, o chropowatej, lekko brązowawej powierzchni i porozsiewanych gdzieniegdzie czarnych żyłkach były twarde jak stal i żadne znane w Eldaryi ostrze potrafiło ich przeciąć. A jednak, kiedy tylko ta mała trzynastolatka tego chciała, jej cudowne rogi wyginały się pod najróżniejszymi kątami na wszelkie sposoby. Często się nimi bawiła lub zabawiała kilkuletnie istotki, które wprost uwielbiały nawlekać swoje zabawki na jej ruchome rogi. Przede wszystkim jednak ten wyjątkowy element zdradzał Hreyę i jej emocje. Bo kiedy się czegoś bała lub czymś się stresowała, jej rogi machinalnie się wyginały i dziewczyna nijak nie potrafiła nad tym zapanować.
     A gdy stanęła na środku Kryształowej Sali, rogi śmigały we wszystkie strony z prędkością światła.
     Przerażona Hreya rozglądała się na wszystkie strony, starając się unikać spojrzeń zgromadzonych tam ludzi. Większość z nich znała z widzenia, innych potrafiła rozpoznać po jakimś charakterystycznym elemencie, o którym słyszała, ale ani razu z nikim nie rozmawiała. W końcu to sama Lśniąca Straż! Hreya nigdy by nie pomyślała, że kiedykolwiek spadnie na nią zaszczyt rozmowy z takimi osobistościami. Tymczasem w ciągu ostatnich kilku dni zdarzyło się to już dwukrotnie. Wtedy rozmawiała z tym wysokim blondynem o zielonych oczach i białym, długim płaszczu. Był bardzo miły i wyrozumiały, dlatego miała nadzieję, że i teraz to on będzie przeprowadzał z nią wywiad.
     Jakże się więc ucieszyła, kiedy wspomniany blondyn podszedł do niej wolnym krokiem i uklęknął na jednym kolanie, lekko zadzierając głowę, by móc spojrzeć jej w oczy.
     — Pamiętasz mnie, prawda? — zapytał łagodnym, miłym dla ucha głosem.
     Dziewczynka skinęła lekko głową.
     — Pamiętasz, co mi wtedy mówiłaś?
     Kolejne skinienie.
     — O wszystkim najpierw powiedziałam Chrome’owi! Często rozmawiamy, dlatego myślałam, że on… że on przekaże… — tłumaczyła lękliwie nastolatka.
     — Opowiedz jeszcze raz, co tak naprawdę widziałaś — odezwała się rzeczowym tonem ich szefowa. Wysoka, czarnowłosa lisica o spojrzeniu, które mogłoby zabić.
     Hreya czuła, jak jej rogi szaleją gdzieś wśród jej marchewkowo rudej czupryny, ale nawet gdyby chciała, i tak nie byłaby w stanie ich zatrzymać. Za bardzo się bała, by móc nad nimi zapanować.
     Dopiero kiedy blondyn mrugnął do niej przyjaźnie, nabrała powietrza do płuc, by następnie wypuścić je ze świstem i powoli zacząć mówić.
     — A… a nie ukarze mnie pan…?
     — Mów mi Leiftan — zagadnął ze spokojem. — I nie, przysięgam, że nie stanie ci się nic złego.
     — D-dobrze… — odparła, choć trochę uspokojona. — Byłam wtedy na polanie Akha’hr — zaczęła ze wstydem. Polana Akha’hr była miejscem niedostępnym dla dzieci i młodzieży, dlatego bała się przyznać do swojego przewinienia, podejrzewając, że otrzyma za to jakąś karę. — Uciekłam, bo pokłóciłam się z bratem. Chciałam być tam, gdzie mnie nikt nie znajdzie. Więc poszłam na polanę. A dalej do lasu. Nie weszłam w głąb, kręciłam się tylko po skraju. I wtedy właśnie… coś się rozbłysło. Najpierw pomyślałam, że to burza, ale niebo było czyste. Po chwili znowu zaczęło błyszczeć. Błyskało się jak szalone! Wystraszyłam się i już miałam uciekać, ale to zaraz potem się uspokoiło. Tylko w głębi lasu coś lekko świeciło. Było bardzo ładne, więc pomyślałam, że jednak sprawdzę, co to. I zobaczyłam…
     — Poskręcane światło z czerwonymi końcami? — dokończył za nią mężczyzna o czarnych, potarganych włosach z zakrytym przepaską prawym okiem.
     Hreya pokiwała posłusznie głową, nie wiedząc, co mogłaby powiedzieć.
     — Coś jeszcze wtedy widziałaś? Lub kogoś? — spytał z uśmiechem Leiftan. Lubiła tego pana — kiedy się do niej zwracał, jej rogi choć na chwilę zwalniały swój szaleńczy taniec. I to właśnie ze względu na niego Hreya starała się jak mogła, by przypomnieć sobie cokolwiek z tamtego przedziwnego dnia.
     Pamiętała błyski oraz strach i niepewność, jakie wtedy czuła. Pamiętała, jak powoli się zbliżyła do tajemniczego, poskręcanego światła, które wyglądało jak świecąca meduza z czerwonawymi końcami swoich macek. Pamiętała, że bała się tego dotknąć lub choćby się do tego zbliżyć, aczkolwiek długo nie mogła oderwać wzroku od przepięknego pulsowania. Kiedy więc światłość znowu zaczęła trzaskać i tak jakby się „psuć”, zlękniona dziewczynka uciekła do domu w obawie o swoje zdrowie. Ostatecznie więc Hreya pokiwała przecząco głową, nieco zasmucona, że w żaden inny sposób nie będzie mogła pomóc panu Leiftanowi. On jednak na szczęście się na nią nie gniewał; zamiast tego uśmiechnął się promiennie i poklepał delikatnie po ramieniu, dając tym samym znak, że dobrze sobie poradziła.
     — Jesteś już wolna. Bardzo ci dziękujemy za twoją pomoc, była nieoceniona — powiedział blondwłosy pan, żegnając ją uśmiechem.

     — To była czysta energia! Pojawiła się znikąd, unosiła się nad ziemią… Żyła! Jak inaczej mam to nazwać?! — krzyczał rozdrażniony Nevra.
     Wampir uznał tamtą wyprawę za swoją osobistą porażkę. Choć znalazł to, o czym mówiła Hreya, tak nie potrafił wyjaśnić, co to było. Ba!, nie zdobył nawet żadnych dowodów na potwierdzenie swoich słów. Mimo to wszyscy od razu mu uwierzyli i zaczęli zastanawiać, co to mogło być. Nevra jako jeden z nielicznych widział to obce cholerstwo. I nie zrobił nic, mimo że tajemniczy kształt istniał tylko przez kilka minut. Po tym czasie światło rozproszyło się, by po chwili całkiem zniknąć. Jednak wampir czuł, że powinien coś zrobić, jakoś zbliżyć się do rozwiązania zagadki. Właśnie to go najbardziej bolało
     — Przeszukaliśmy teren, ale niczego nie znaleźliśmy — odezwał się wysoki elf o długich, związanych na karku włosach w kolorze nieba. Zmarszczył brwi, zastanawiając się nad odpowiednim doborem słów. — Widziałem to miejsce. Nietrudno było je przeoczyć, bo wokół roślinność była lekko… podwęglona. Ale nie znalazłem żądnych śladów krwi…
     — Bo nie wiem, czy to krew! — irytował się Nevra. — Nie miało smaku ani zapachu. Właściwie to wyglądało jak połączenie cieczy i gazu. Ale czułem to na skórze i faktycznie wyglądało jak krew. Choć równie dobrze to mogła być zwykła farba albo nie wiem co — zakończył markotnie.
     Przez jakiś czas cała Lśniąca Straż stała w milczeniu, zastanawiając się nad tym, co jeszcze można było zrobić.
     — Nie wiadomo, czy ta energia pojawiała się gdzieś wcześniej — dorzucił Kero, drapiąc się w zadumie po swojej gładkiej brodzie. — Wiemy tylko o Akha’hr i lewym skrzydle lasu. Światłość pojawiła się w krótkich odstępach czasu i na terenach raczej oddalonych od naszych siedzib.
     — Musimy rozszerzyć patrole — odparła Miiko, wpatrując się niewidzącym spojrzeniem w podłogę. — Wiem, że to szukanie igły w stogu siana, ale trzeba coś zrobić. Nie wiemy, skąd wzięło się to coś ani co powoduje i czy nam zagraża.
     — Ale nawet jeśli to znajdziemy — odezwała się Ykhar — to co zrobimy? Jeśli to czysta energia, to nie wsadzimy jej do słoika i nie zbadamy, a przecież…
     — A jeśli to coś, co znamy lepiej, niż nam się wydaje? — Ton Leiftana sprawił, że wszyscy momentalnie odwrócili się w jego stronę. Blondyn przyzwyczaił swoich przyjaciół do tego, że był wyważony i milczący, a swoimi uwagami dzielił się tylko wtedy, kiedy sądził, że mogą być przydatne. Rzadko kiedy też poddawał się jakimś silniejszym emocjom. Dlatego, gdy wyraźnie dało się wyczuć w jego głosie przejęcie zmieszane z niedowierzaniem i niepokojem, w głowach pozostałych zebranych zabrzmiał alarm ostrzegawczy. Cokolwiek bowiem wymyślił Leiftan, z pewnością musiało być przełomowe. I raczej nikomu się nie spodoba.
     — Co masz na myśli? — ponagliła go Miiko.
     Leiftan spojrzał na nią z pewną intensywnością. Przez kilka chwil milczał, układając sobie swoją teorię w głowie, dobierając wszystkie za i przeciw oraz wyszukując odpowiednie słowa, którymi mógłby to opisać.
     — Jeśli to zjawisko to czysta energia — zaczął bardzo powoli — to możliwe, że już to znamy.
     — Już to mówiłeś, a… — niecierpliwiła się Miiko, ale Leiftan nie pozwolił jej dokończyć.
     — Co jeszcze jest czystą energią? Potężną i nie do końca przez nas zbadaną, choć od bardzo dawna wykorzystywaną?
     Miiko wybałuszyła szeroko oczy, Ykhar nabrała gwałtownie powietrza do płuc, a Kero wydał z siebie dźwięk, który mógł być połączeniem ziewnięcia i wyrazu zachwytu. Nawet Valkyon i Ezarel wydawali się poruszeni tym, co sugerował Leiftan. Tylko Nevrze coś się nie zgadzało.
     — Gdyby to był portal, na pewno bym to poczuł — odparował, lekko zdenerwowany tym, że dorabiali do tego dziwnego zjawiska tak abstrakcyjne teorie. — Taka energia aż wciąga, wsysa wszystko, co znajduje się wokół. Przy tym czymś nawet wiaterku nie poczułem, chociaż prawdą jest, że coś tam na środku było, jakiś lekki cień. Ale portale są wielkie! A to było… małe. Miało może z metr wysokości. No i najważniejsze! — Nevra nie panował na tym, że wciąż podnosił głos, lecz nikt nie zamierzał go w takiej chwili uciszać. Wampir korzystał z tego jak mógł, dając upust swojemu gniewowi, więc nabrał powietrza do płuc, po czym ryknął: — Nasze portale nie krwawią!
     — Pozwól, że sprostuję twoje własne, bardzo sumienne zeznanie — wtrącił Ezarel. I choć minę miał poważną, jego oczy zabłyszczały radośnie. Wszyscy znali ten błysk i doskonale wiedzieli, że to nie skończy się dobrze. Wszak Nevra był wściekły, a elf wydawał się tym zachwycony i zapewne zamierzał skorzystać z podrażnienia się z przyjacielem.  — Po pierwsze, sam przyznałeś, że nie wiesz, czy to krew. To jakaś dziwna ciecz, ale nikt nie zna jej pochodzenia. A skoro poczułeś ją na skórze, to znaczy, że można ją zbadać. Po drugie, mój drogi wampirzy kolego, kto ci powiedział, że to nasz portal?
     Tym razem to na elfie spoczęły wszystkie wielce zaskoczone spojrzenia. Nie sposób było nie zauważyć lekkiego uniesienia kącika ust Ezarela, który był wyraźnie zadowolony ze ściągnięcia na siebie uwagi oraz, co najważniejsze, podsycenia gniewu Nevry. Niemniej jednak najważniejsza była kwestia tajemniczej światłości, nad którą dyskutowała cała zebrana w Kryształowej Sali Lśniąca Straż. A Ezarel miał na to zjawisko swój własny pomysł.
     — Najpierw raz jeszcze musimy się na to natknąć — odparł rzeczowym tonem, nie pozwalając, by ktokolwiek przerwał mu myśl. — Wtedy będę mógł wziąć próbkę tego krwiopodobnego czegoś. Możliwe, że to nam bardzo pomoże i na to liczę. A teoria, że ta światłość to portal, jest wielce obiecująca. Ykhar — Ezarel niespodziewanie zwrócił się do brownie, która zamrugała gwałtownie powiekami, zaskoczona tym gwałtownym wywołaniem. — O czym mi niedawno opowiadałaś? Jakie porządki robiłaś niedawno z Kero?
     — Yyy… och — jęknęła Ykhar, starając się zebrać rozbiegane myśli. Jej królicze uszy zaczęły się nerwowo kiwać, czego ruda brownie nie była świadoma. — Cóż… Keroshane ostatnio robił porządki w bibliotece… Pomagałam mu uporządkować dokumenty dotyczące różnych zagadnień. W większości dotyczyły chowańców, tych legendarnych, rzadko spotykanych — kiedy tak składaliśmy różne informacje o nich, okazało się, że całkiem sporo o nich wiemy! Czytaliśmy też…
     Miiko, Kero, Laiftan i Valkyon spoglądali na brownie ze zdezorientowaniem zmieszanym z ciekawością, Nevra zaś wbijał w nią swoje rozzłoszczone jedno oko. Tylko Ezarel był spokojny. Po chwili wywrócił oczami, westchnął przeciągle, po czym uderzył się otwartą dłonią w twarz, tym samym ponownie skupiając na sobie uwagę.
     — Ykhar! — krzyknął nieco zniecierpliwiony, ale i trochę rozbawiony bezsensowną paplaniną przyjaciółki. — Do rzeczy! Wiesz, co mam na myśli!
     — Tak, tak, oczywiście… — Czerwona jak burak Ykhar starała doprowadzić się do porządku, choć nie szło jej to najlepiej. Po chwili jednak wzięła się w garść i choć nadal jej policzki zdobiły soczyste rumieńce, brownie wyprostowała się, a jej spojrzenie stężało. — Szukaliśmy też informacji o Wieszczach.
     — O Wieszczach? — zdziwił się potężnie zbudowany mężczyzna o białych włosach sięgających nieco za ramiona. — O ile pamiętam, ostatni żył może ze sto lat temu i nie był specjalnie dobry.
     — Nie był — przyznał Kero, tym samym przejmując pałeczkę. — Wieszczowie pojawiali się przed setkami lat, podobno już w czasach, kiedy faery żyły jeszcze na Ziemi. Wtedy było ich wielu i w ciągu jednego stulecia trafiało się nawet po kilku Wieszczy. Jednak później zostaliśmy wygnani do Eldaryi i nawet oni nic nie mogli na to poradzić. Podobno właśnie po… powstaniu liczba Wieszczów gwałtownie zmalała. Nie byli już tak potężni, jak wcześniej opowiadano. Większość z nich parała się ujarzmianiem natury, trafiali się też czarnomagiczni Wieszczowie, lecz nie było ich wielu. Natomiast co pięćset, sześćset lat trafiał się Wieszcz naprawdę silny. Taki podobno potrafił otwierać własne portale. Żaden ze wspomnianych w zapiskach Wieszczy nie umiał manipulować czasem, dlatego podróże między światami były bardzo trudne, bo nie wiedział… hm, „kiedy” trafi na Ziemię. Ale grunt, że tam trafiał.
     — Pozwólcie, że to podsumuję — odezwała się prędko nieco zniecierpliwiona Miiko. — Leiftanie, sugerujesz nam, że to dziwne światło to portale stworzone przez Wieszcza?
     — To nie portale, nawet nie… — zaczął buntowniczo Nevra, ale kitsune przerwała mu jednym groźnym spojrzeniem.
     — Być może niepełny portal, skoro Nevra twierdzi, że ta energia była zbyt słaba, by zerwać choćby wiaterek — odpowiedział Leiftan, zastanawiając się nad tym głęboko. — Ale tak. Taka jest moja teoria.
     Jakimś cudem nikt nie zamierzał jej kwestionować. Najwyraźniej wywarła ona wielkie wrażenie na wszystkich tam zebranych osobach, przez co każda z nich zatopiła się we własnych myślach. Zastanawiali się więc nad tym, co właśnie usłyszeli, nie będąc pewnym, co o tym sądzić. I choć to wszystko to tylko domysły i dopowiedzenia, po plecach członków Lśniącej Straży spływał przyjemny dreszcz, ilekroć tylko wyobrażali sobie, że po ziemiach Eldaryi mógł stąpać kolejny Wieszcz. I to jaki! Wieszcz, który potrafi otwierać własne portale. Znajomość takiego człowieka mogłaby ułatwić żywot wszystkich mieszkających tu istot. Mieliby siłę się bronić, mieliby możliwość zdobycia jedzenia tak, by nikt więcej nie musiał głodować. Cóż to za cudowna wizja… Jednak równie ulotna, co sama teoria o istnieniu Wieszcza.
     Poza tym przeszkadzał im pewien podstawowy problem.
     — Jeśli nawet ta światłość jest dziełem Wieszcza — zaczął bardzo powoli Valkyon, ignorując stopniowo kierowane na niego spojrzenia — to teraz pytanie: kim on jest? I jak go znaleźć?
     No właśnie, pomyśleli wszyscy niemal jednocześnie, kim jest Wieszcz?

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (05-02-2018 o 19h10)

Offline

#19 05-07-2017 o 00h46

Straż Absyntu
Lilith_
Piechur Straży
Lilith_
...
Wiadomości: 2 110

Mój refleks godny zdechłego szczura nakazał mi przed zaśnięciem zajrzeć do działu ff - ujrzawszy nowinkę podejrzewałam, że nie oddam się w objęcia Morfeusza bez zapoznania się z kolejnym rozdziałem Twojego dzieła. Po przeczytaniu jestem wręcz pewna, że nie zasnę, bowiem pobudził mnie niczym mocna kawa - po takiej dawce emocji nie można po prostu pójść spać.

Methrylis napisał

A jednak, kiedy tylko ta mała trzynastolatka tego chciała, jej cudowne rogi wyginały się pod najróżniejszymi kątami na wszelkie sposoby. Często się nimi bawiła lub zabawiała kilkuletnie istotki, które wprost uwielbiały nawlekać swoje zabawki na jej ruchome rogi.


Pięknie opisane, bardzo plastycznie, niemalże widziałam tę scenę.
Oczyma wyobraźni, oczywiście.

Methrylis napisał

[...] Był bardzo miły i wyrozumiały, dlatego miała nadzieję, że i teraz to on będzie przeprowadzał z nią wywiad.


Hreya ma bardzo gust skoro chciała, żeby to Leif ją przesłuchiwał. ♥

Methrylis napisał

Jakże się więc ucieszyła, kiedy wspomniany blondyn podszedł do niej wolnym krokiem i uklęknął na jednym kolanie, lekko zadzierając głowę, by móc spojrzeć jej w oczy.


... brak słów ♥ ♥ ♥

Tak szczerze, to aż zrobiło mi się żal biednego, zdesperowanego Nevry na którym żerował sobie ten wredny, mały troll Ezarel. On, jako ambitny dowódca Straży Cienia przeżywa kryzys emocjonalny, a Ez oczywiście zawsze i wszędzie znajdzie okazję żeby dolać oliwy do ognia. No tak, why not? XD Czekam na następny rozdział! /static/img/forum/smilies/wink.png


ˢᵉᵗᵗˡᵉ ᵈᵒʷᶰ,
ʸᵒᵘ ᵈᵒᶰ'ᵗ ʷᵃᶰᶰᵃ ˢᵉᵉ ᵐᵉ ᵈʳᵃᵍ ᵗʰᵉ ᵈᵉᵛᶤˡ ᵒᵘᵗ
ᶤ'ᵐ ᵈᵉᵛᶤˡᶤˢʰ, ᶤ'ᵐ ᵈᵉᵛᶤˡᶤˢʰ, ᶤ'ᵐ ᵈᵉᵛᶤˡᶤˢʰ

https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif









https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif

Offline

#20 05-07-2017 o 13h05

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

"...teraz wygasły zupełnie i stały się mętne, jakby zamglone" - zgasły zupełnie, blask w jej oczach zupełnie zgasł. Wygaśniecie oczu mogłoby mieć miejsce tylko u Saurona.

"nadawały mężczyźnie pewną otoczkę rozsiewającą niepokój. " - sprawiały, że mężczyzna zdawał się promieniować budząca niepokój aurą, chociaż tutaj to raczej chodziło o aurę siły, kogoś nie znoszącego sprzeciwu.

"innych potrafiła rozpoznać po jakimś charakterystycznym elemencie, o którym słyszała" - innych znała z opowieści, potrafiła rozpoznać na podstaw różnych opowieści. Zdanie samo w sobie nie jest złe, ale brzmi mi dziwnie (możliwe, że to mój shiz). I to, że nigdy z nikim nie rozmawiała dałabym przed nim.

"Hreya nigdy by nie pomyślała, że kiedykolwiek spadnie na nią zaszczyt rozmowy z tymi największymi osobistościami" - z takimi osobistościami. Tyle wystarczyłoby.


Ładnie opisane stosunki między postaciami, szczególnie Ezrael-Newra i straż(ogólnie)-Leifan i Cathiela-Yogorgen. Widać tu też, że szykuje się większa intryga, a do tego ładnie splatasz historię świata dodając sporo od siebie. Jedna uwaga, co do chorej dziewczynki czy raczej jej opisu - ubranie nie pasuje do epoki, szczególnie nie do dziecka z nizin społecznych.

Offline

#21 08-07-2017 o 17h09

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 698

Bardzo dziękuję za komentarze, pochwały i uwagi c:

Dzisiejszy rozdział wyszedł nieco dłuższy. Znaczna większość akcji dzieje się w Eldaryi i sądzę, że fanki Ezarela powinny być zadowolone /static/img/forum/smilies/wink.png Pojawia się też nowa postać. Zapamiętajcie Metz, bo to istotna panna.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgW poprzednim odcinku...

Cathiela wraz z chorą Eileen dociera do Drognasloe. Staje przed swoim przełożonym, Yorgorenem, którego bardzo rozgniewało niedopatrzenie dziewczyny. Ta jednak przekonuje Yorgorena, by spróbowali poddać eksperymentom także chore dziecko i ostatecznie się zgadza. Mała Hreya, która jako pierwsza znalazła portal podobny do tego odkrytego przez Nevrę i Karenn, składa zeznania. Leiftan wysuwa teorię, że to rzeczywiście portal i sugeruje, że być może to znak objawienia się kolejnego Wieszcza.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgRozdział IV                                               
                                         ELDARYA

     Horyzont był białawo-żółty i tamtego wieczora stanowił swoiste pole walki. Dzień bowiem zapowiadał się w miarę pogodny; rankiem słońce nieśmiało wyglądało zza kłębów grubych, jasnoszarych chmur krążących niecierpliwie po niebie. Powietrze było przyjemnie rześkie, podsycane lekkim wiaterkiem. Nie pachniało ani deszczem, ani burzą. A jednak z każdą kolejną godziną chmury coraz śmielej zbijały się w szarą jedność, zakrywając każdy skrawek nieba. Kiedy zaś całkiem pociemniały, zaczęło mżyć. Wtem właśnie horyzont zaczął jaśnieć i podsyłać resztki promieni słońca, jak gdyby dając znak, że jeszcze się nie poddaje. Choć przegrywa.
     Tamtego dnia mokre niebo było złote. Metztlin pomyślała, że ten widok całkiem dobrze określał Eldaryę, zwłaszcza w ostatnich dniach.
     Niziutka faery nieznanej rasy przechadzała się leniwie po swoim pokoju, co jakiś czas stając przy jedynym oknie w pomieszczeniu i przyglądając się lejącemu deszczowi. Lubiła obserwować taką pogodę: wtedy najłatwiej było jej zebrać myśli. Wtem właśnie łapała je wszystkie i pilnowała dopóty, dopóki nie spisze ich w swoim pamiętniku. Najważniejszym i najcenniejszym przedmiocie, jaki kiedykolwiek posiadała. Dlatego tak pilnie go strzegła — zawierał dokładnie każdą uformowaną myśl, jaka zrodziła się w głowie Metztlin. Większością z nich nie dzieliła się z nikim. Zresztą, nie miała nawet z kim, rzadko się bowiem zdarzało, by Metztlin rozmawiała z drugą osobą dłużej niż pięć minut. Nigdy nie była zbyt śmiała i rozmowna, właśnie dlatego jej przyjacielem stał się zwykły notes w twardej, czarnej oprawie.
     Mała pesymistka była niezwykle podatna na tę pogodę. Widać to było nie tylko po zachowaniu Metztlin, ale przede wszystkim po jej wyglądzie. Jej włosy, długie, proste jak struna, w kolorze brudnego śniegu, miały pewną wyjątkową właściwość. Polegała na tym, iż białe włosy upstrzone były fioletowymi plamami. Najważniejsze jednak, że plamy były żywe i reagowały na emocje Metztlin. Kiedy więc dziewczyna była zestresowana, zła czy smutna, jej plamki, zazwyczaj porozrzucane w różnych miejscach, nędznie spływały na sam dół niczym zmyta farba. Tak też było tamtego dnia, dlatego Metztlin  po chwili wpatrywania się w deszcz poczuła nagły impuls, by spisać wszystko to, co tłukło się w jej głowie. Raz jeszcze. Podobnie zapisanych stron zapewne znalazłaby w pamiętniku bardzo dużo, a to dlatego, że o pewnych tematach rozmyślała aż za często. Tak samo, jak o pewnych osobach. Jednak nawet gdyby miała się powtarzać, Metztlin musiała to zrobić. Była uzależniona od przesiewania swoich myśli piórem. Z tego właśnie powodu już po chwili klęczała przy swoim łóżku, odsuwając na bok starannie ułożone pudła. To stanowiło jej pierwsze zabezpieczenie. Drugim była deska podłogowa, pod którą znajdowała się skrytka. To właśnie tam, pod stertą papierów i pajęczyn spoczywał jej skarb. Metztlin włożyła tam rękę, ignorując łaskotanie wywołane przez jakiegoś pełzającego pająka, i wyjęła pamiętnik. Otarła go z kurzu i obdarzyła lękliwym spojrzeniem. Bała się tej książeczki. Bała się tego, co jest zapisane w środku. Dlatego nigdy, ale to nigdy nie czytała tego, co napisała. Prawdopodobnie dlatego, że po tak traumatycznym zdarzeniu już nigdy nie zdołałaby niczego napisać, pozbawiając jej duszę jedynego sita oddzielającego toksyny.
     Siadając ostrożnie na łóżku, Metztlin raz jeszcze wyjrzała przez okno. Niebo już nie miało barwy złota. Było szare, prawie granatowe. Dziewczyną targnął niepokój, a w sercu zakotłowała się tęsknota. Czym prędzej więc otworzyła pamiętnik, chwyciła pióro i zaczęła pisać. Słowa rozlewały się po papierze niczym strumień wody wylany na idealnie gładką powierzchnię. I nic go nie przerwie, dopóki Metztlin nie spisze wszystkiego, co ją dręczyło. Nienawidziła, gdy jej w tym przerywało, choć jej natura samotniczki sprawiała, że ta opcja była bardzo mało prawdopodobna. 
     Kiedy Metztlin pisała, wpadała w trans. Dlatego też nagłe pukanie do drzwi wydawało jej się tak odległe, jakby pochodziło nie z tego świata. Wobec tego Metztlin najpierw wbiła w drzwi szeroko otwarte oczy, błyszczące zielenią i ciekawością, czekając na to, co się stanie dalej. Lecz gdy pukanie ponowiono, tym razem jakby bardziej niecierpliwie, dziewczyna dźwignęła się z łóżka i z pewnym wahaniem ruszyła w ich stronę. Gdy je otworzyła, w progu ujrzała jakiegoś średniego wzrostu chłopaka o włosach blond-rudawych. Mógł mieć może ze dwadzieścia kilka lat i Metztlin wydawało się nawet, że gdzieś już go widziała. Prawdopodobnie należał do tej samej Straży i kojarzyła go z zebrań, choć nie miała pewności. Metztlin nie radziła sobie najlepiej z zapamiętywaniem twarzy i imion.
     — Ezarel cię wzywa. To pilne. — Ledwie skończył mówić, a już go nie było, pozostawiając oniemiałą Metztlin wpatrującą się tępo gdzieś w bok. Chwilę jej zajęło, by otrząsnęła się z szoku, a gdy już ten moment nastał, puściła się biegiem, nie chcąc, by jej szef czekał na nią choć chwilę dłużej.
     Bała się tego spotkania jak diabli. Bała się swojego szefa oraz tego, że wezwał ją, właśnie ją, w trybie pilnym. Nie miała pojęcia, o co mogło chodzić: obecnie nie miała przyznanej żadnej misji, poza tym w Straży było jak w ulu i wszyscy najwyżsi rangą latali w tę i we w tę jak wściekłe osy. Większość strażników podejrzewała, że działo się coś złego, lecz póki nie wygłoszono oficjalnego oświadczenia, nie zostało nic prócz domysłów. Teraz zaś sam szef Straży Absyntu wzywał ją. Akurat ją. Po co? Metztlin  podejrzewała, że chodziło o wyjaśnienie ostatniego zamieszania. Od razu za to wykluczyła opcję prywatnej rozmowy. Wszak prócz zdawania raportów nigdy nie zamieniła z Ezarelem ani słowa. Nie witał się z nią mijając na schodach, nie machał też ręką, kiedy siadała w jego pobliżu na stołówce. Wprawdzie Ezarel reagował tak na każdego, kogo prawie nie znał, mimo to coś boleśnie kłuło Metztlin w serce, gdy z całą mocą zdawała sobie z tego sprawę. Czego więc teraz mógł od niej chcieć?
     Kiedy mała faery wpadła do Laboratorium Alchemii, doznała bardzo dziwnego uczucia: wymieszania największego rozczarowania wraz ze zbawienną ulgą. Przyczyną tego dziwnego stanu była mała grupka, która zebrała się w Laboratorium. Znajdowało się tam może jeszcze z pięć, sześć osób i większość z nich dziewczyna kojarzyła choćby z twarzy. Wszyscy wyglądali na zniecierpliwionych, a kiedy Metztlin weszła do środka, nikt nie poświęcił jej najmniejszej uwagi. Stanęła więc niepewnie obok jednego ze stołów, spuszczając wzrok i czekając na wyjaśnienie. Bała się rozejrzeć dokładniej, bo gdy wbiegła do sali, nigdzie nie znalazła szefa. Być może stał gdzieś z boku, lecz Metztlin nie miała tyle śmiałości, by to sprawdzić. Wtem właśnie dziewczynę zaczęły nawiedzać najczarniejsze myśli: a może zrobiła coś źle i Ezarel zaprosił widownię tylko po to, by publicznie ją za to zbesztać?
     Nim to wyobrażenie na dobre uformowało się w jej umyśle, do Laboratorium wpadł lekko rudawy chłopak, który niedawno powiadomił ją o spotkaniu, oraz sam szef Straży Absyntu. Jak zawsze wyglądał nienagannie: niebieskie, niezwykle długie włosy miał związane na karku w kucyk, a jego biało-błękitny strój nie był skalany nawet jedną plamką. Metztlin długo nie wytrzymała patrzenia na niego i zaraz spuściła głowę, niemal trzęsąc się z nerwów i strachu. Strachu… przed czym? Tego sama nie potrafiła wyjaśnić.
     — Cieszę się, że wszyscy… tak, że wszyscy przybyli — zaczął, pospiesznie prześlizgując się po garstce zebranych.
     Wtem Metztlin podniosła lekko głowę: jeśli Ezarel sam rozpoznał, że wszyscy wezwani byli obecni, to czy to oznaczało, że ją dostrzegł i poznał? Głupia, przecież zdajesz mu raporty. Jesteś jego podopieczną. Musi cię znać!, krzyczał jakiś słaby, trawiony chorobą głosik. Był ledwie słyszalny, dlatego Metztlin wciąż czuła, jak jej dłonie się trzęsą.
     — Bez zbędnych wstępów, zapewne każdy z was domyśla się, że ostatnio nastroje w Kwaterze Głównej są mocno napięte — zaczął, a Metztlin pomyślała, że bardzo rzadko widziała go aż tak poważnego. W tamtej chwili wyglądał niemal upiornie: jego turkusowe oczy lśniły stalą, rysy stężały, w głosie zaś nie słychać było ani jednej radosnej nuty. — Dziś wieczorem Miiko zwoła specjalne zebranie, dzięki któremu każdy członek Straży usłyszy o nękających nas problemach. Ale wy dowiecie się tego już teraz.
     Gdzieś w oddali dało się usłyszeć jakiś podekscytowany pomruk, lecz gdy Ezarel wbił mordercze spojrzenie gdzieś na lewo, szepty natychmiast ustały. Za to Metztlin coraz śmielej spoglądała na swojego szefa, a przyczyną była ciekawość. Cokolwiek bowiem się działo, musiało być naprawdę poważne.
     — W ostatnich tygodniach zarejestrowaliśmy tajemnicze wyładowania energii — mówił Ezarel z tym samym straszliwie poważnym, tak niepodobnym do niego wyrazem twarzy. — Znajdowano je w różnych miejscach, lecz za każdym razem były znacznie oddalone od miejsc zamieszkanych. Energia ta wygląda jak czyste światło unoszące się nad ziemią. Ma kształt skurczonego portalu i mamy teorię, że to rzeczywiście może być portal, choć nie do końca wykształcony.
     Tym razem pomruki rozległy się w całej sali. I choć Ezarel chciał kontynuować, najwyraźniej zdawał sobie sprawę z wagi tej wieści, ponieważ, lekko się krzywiąc, odczekał kilka chwil, dając wyszumieć się swoim adeptom.
     — Nie wiemy, skąd pochodzi — dodał głośniej, tym samym wyraźnie ucinając podniecone szepty — ale chcemy się tego dowiedzieć. Ostatnie wyładowanie zarejestrowaliśmy dwa dni temu, a dziś znaleziono kolejne. Właśnie dlatego was tu zawołałem. Każde z was zapowiada się na bardzo zdolnych alchemików. W każdym z was dostrzegam potencjał, dlatego chcę, byście udali się ze mną zbadać to wyładowanie. To może was wiele nauczyć, a mnie bardzo pomóc. Jednak ostrzegam tych, którzy już teraz się cieszą: jeszcze raz powtórzę, że nie znamy pochodzenia tych wyładowań i nie wiemy, czy są bezpieczne. Ręczę za wasze bezpieczeństwo, dlatego nawołuję o ostrożność.
     Metztlin zupełnie zapomniała o swojej nieśmiałości, dzięki czemu stała wyprostowana, śmiało patrząc na Ezarela. Nie lękała się, że przechwyci jej spojrzenie, że ją dostrzeże, że na nią jakkolwiek zareaguje. W tamtej chwili rządziła nią chęć poznania wszystkich szczegółów tego tajemniczego zjawiska, które ostatnio tak zaabsorbowało Straż. Poza tym czuła się w obowiązku okazać jak największe zainteresowanie — sam szef wybrał ją do tego zadania, nazywając jedną ze zdolniejszych uczniów. Dla Metztlin była to niewymowna radość i przytłaczający niemal zaszczyt, dlatego przysięgła sobie, że nie zawiedzie Ezarela. Nie jego. Nie mogłaby.
     — Widziałeś już ten portal, szefie? — spytał jakiś wysoki, dość dobrze zbudowany chłopak o kruczoczarnych włosach i pociągłej, chudawej twarzy.
     — Nie, jeszcze nie. Około pół godziny temu znaleźli go zwiadowcy Straży Obsydianu. Na miejscu powinien być też Nevra, który ma ustalić, czy portal wygląda tak samo jak ten, na który natknął się wraz z Karenn podczas swojej nocnej warty dwa dni temu. Jeszcze jakieś pytania? Jeśli nie — Ezarel nawet nie czekał na odpowiedź, pospiesznie spoglądając na swoich podopiecznych — to macie dziesięć minut na przygotowanie się do drogi. Spotkamy się pod Główną Bramą.
     Nie powiedziawszy nic więcej, zrobił kilka kroków w głąb Laboratorium, jak gdyby pokazując, że to już koniec przemowy i reszta może już wyjść. Mała grupka, nie ważąc się podpaść swojemu szefowi, natychmiast skierowała się ku wyjściu. Podobnie postąpiła Metztlin, choć wówczas poczuła się dość niekomfortowo. Wyróżnieni, czyli dwie dziewczyny i trzech chłopaków, zbili się w swoje zwarte grupki, dyskutując zawzięcie o zleconej im misji. Najwyraźniej wszyscy dobrze się znali i nawet Metztlin po chwili stwierdziła, że pamięta ich imiona. Mogłaby więc podejść i porozmawiać z nimi, zwłaszcza że z pewnością by jej nie odrzucili, lecz nie miała na to ochoty; nie chciała się narzucać. Z drugiej jednak strony bała się zostać z tyłu, żeby Ezarel czasami nie pomyślał, że się ociąga. Zmroziło ją od środka, kiedy wyobraziła sobie, jak szef ponagla ją lodowatym tonem. Dlatego, nadal uparcie milcząc, przepchnęła się do wyjścia. Cała reszta czym prędzej udała się w stronę swoich pokoi, jednak Metztlin nie miała czego ze sobą zabrać. Jedyne, co mogło jej się przydać, to notesik i ołówek, lecz te zawsze nosiła przy sobie na wypadek, gdyby wydarzyło się coś, co musiałaby potem zapisać w pamiętniku. Wobec tego wolnym krokiem zeszła ze schodów i skierowała się ku wyjściu. Jeszcze tylko raz się odwróciła obserwując, jak Ezarel zbiega na dół i pędzi w stronę Sali Kryształu, nie zaszczycając Metztlin nawet jednym spojrzeniem. Dziewczyna uśmiechnęła się leciutko, kiedy poczuła delikatne ukłucie żalu. Dzień jak co dzień, przemknęło jej przez myśl, po czym ruszyła w stronę Bramy Głównej.
     Dopiero kiedy wyszła na zewnątrz, zdała sobie sprawę, że przecież nadal cały czas mżyło. I choć Metztlin miała jeszcze czas, by wrócić do pokoju po parasol, nie uznała tego za potrzebne. Lubiła deszcz, a ten, ciepły i drobny, przyjemnie łaskotał jej skórę. Zmywał z niej wszystkie, jakże liczne nieprzyjemne myśli, ścierał z niej zmęczenie i stres, przywracał do pionu. Wobec tego, dość paradoksalnie, tak paskudna pogoda poprawiła jej humor.
     Teoretycznie samo wyróżnienie przez Ezarela powinno wprawić dziewczynę w największą radość, jednak jeszcze nie zdołała otrząsnąć się z szoku.
     Idąc lekkim krokiem w stronę umówionego miejsca, Metztlin już z daleka zobaczyła swojego ulubionego strażnika. Nie znała go z imienia, a poznawała jedynie z twarzy. Kojarzyła go, ponieważ jako jedyny odpowiadał na jej powitanie. Pozostali zazwyczaj ją zbywali, czasami tylko zaszczycając obojętnym spojrzeniem. Ten jeden zaś, o pooranej porami twarzy, z czarnym, cienkim wąsikiem i małymi, ciemnymi oczkami, zawsze uśmiechał się i odpowiadał na jej „dzień dobry”, kiedy tylko ją widział. Tak też było i tym razem, gdy Metztlin powitała się, a następnie oparła o gruby mur, czekając na resztę.
     — A panna gdzie ma parasol? Zmoknie! — zawołał swym niskim głosem. Jego kompan wpatrywał się w niego spod zmarszczonych brwi, najwyraźniej nie rozumiejąc, dlaczego strażnik w ogóle zaczął rozmowę.
     Metztlin uśmiechnęła się szeroko, rozczulona tą zwyczajną, a jednak niecodzienną troską.
     — Nie lubię parasoli, a lubię deszcz. I już zmokłam. Pan też. I gdzie ma pan parasol?
     Miły strażnik zachichotał i nawet tamten drugi uśmiechnął się półgębkiem.
     — Ja mam hełm — poklepał się po swoim ciemnoczerwonym nakryciu głowy.
     — To się nie liczy, bo i tak jest pan mokry — mruknęła buntowniczo, na co strażnik wybuchnął śmiechem, choć nic więcej już nie powiedział.
     Prędko odechciało jej się żartów, kiedy zobaczyła, kto wychodził właśnie z Kwatery Głównej. Czując, jak jej mięśnie napinają się do granic możliwości, Metztlin rozejrzała się panicznie dookoła. Niestety, wyglądało na to, że z zaproszonych adeptów ona przybyła jako pierwsza, wobec czego nie mogła zająć rozmową z kimś innym. Strażnicy też odpadali — nawet jeśli ten miły był jej przyjazny, tak jego praca wymagała skupienia i nie należało mu przeszkadzać. Cóż więc dziewczyna mogła robić, by nie zwrócić na siebie uwagi Ezarela? Nie mając innego pomysłu, po prostu spuściła wzrok, mając po cichu nadzieję, że to uczyni ją niewidzialną. Szczęściem w nieszczęściu było to, że jej szef nie szedł sam. Towarzyszył mu wysoki osiłek o białawych włosach sięgających ramion. Valkyon. Spośród trzech szefów Straży, to właśnie jego Metztlin lubiła najbardziej. Mała faery rzadko dłużej z kimkolwiek rozmawiała, jednak całkiem często zdarzało jej się zamienić z Valkyonem parę słów. Poza tym mieli kilka cech wspólnych: przede wszystkim oboje byli małomówni i oboje byli faery nieznanej rasy. Dlatego jego się nie bała, w przeciwieństwie do dwóch pozostałych szefów.
     — …próbuje nam udowodnić, że się mylimy. Właściwie to byłbym szczęśliwy, gdyby miał rację. — Valkyon i Ezarel byli coraz bliżej, przez co do Metztlin docierały fragmenty ich rozmowy. I o czymkolwiek mówił szef Straży Obsydianu, wyglądał na dość mocno zaniepokojony.
     — No co ty, Val!, nie czujesz tego dreszczyku emocji? — zapytał Ezarel z przesadną radością, z której aż sączył się sarkazm.
     Valkyon nie raczył odpowiedzieć na to pytanie; zamiast tego rozejrzał się czujne po otoczeniu, a kiedy dostrzegł Metztlin, uśmiechnął się lekko. Dziewczynie wydawało się, że odwzajemniła ten gest, choć ostatecznie nie miała pewności, czy to „coś”, co pojawiło się na jej twarzy, było uśmiechem, czy wstrętnym grymasem. Ezarel natomiast nie obdarzył jej ani jednym spojrzeniem, będąc w tym czasie zajętym pospiesznym przetrząsaniu swoich kieszeni. Najwyraźniej blondyna nie interesowały jego nerwowe poszukiwania, gdyż rozpoczął inny temat, zapewne będąc przekonanym, że Metztlin go nie słyszy.
     — A więc zebrałeś adeptów. — Val spojrzał na Ezarela, najwyraźniej oczekując od niego odpowiedzi. Kiedy jednak elf nadal marszczył czoło, zaglądając w najróżniejsze zakątki swojego płaszcza, blondyn niewzruszenie kontynuował: — To do ciebie niepodobne. Zawsze wszystko robisz sam.
     — Noż cholera… nie wierzę, że zapomniałem tej fiolki… nie, czekaj, mam… co? 
     Valkyon pokiwał z politowaniem głową i nawet Metztlin uśmiechnęła się półgębkiem, choć kiedy zdała sobie z tego sprawę, zaczęła modlić się o to, by nikt tej reakcji nie zauważył. Mimo to ciekawość zwyciężyła z nieśmiałością, przez co dziewczyna od czasu do czasu zerkała na dwóch szefów, przysłuchując się ich dyskusji.
     — Bierzesz ze sobą uczniów — powtórzył rzeczowym tonem. — To coś nowego.
     Niebieskowłosy elf zmierzył swojego przyjaciela krytycznym spojrzeniem.
     — Więc mówisz, że zapraszasz nas na ognisko dziś wieczorem, bo z braku czegokolwiek do roboty dobre i to? Jasne, koleżko, chętnie wpadnę, o ile po drodze nie usnę z nudów!
     Valkyon westchnął z rezygnacją zmieszaną z irytacją, najwyraźniej nie widząc w tej przesyconej sarkazmem wypowiedzi nic śmiesznego.
     — Nie wiem, z czym mam do czynienia. — Elf wyprostował się, jak na rozkaz robiąc poważną minę. — A ja się nie rozdwoję, dlatego przyda mi się trochę niewolników. Zajmą się drobnymi zadaniami, na które ja nie będę miał czasu. Wbrew pozorom jest ich całkiem sporo i choć nie są zbyt skomplikowane, to w dalszym ciągu pozostają istotne. Wybrałem więc kilku takich z mojej straży, którzy najprawdopodobniej tego tak całkiem nie spartaczą.
     Metztlin, czując, jak jej twarz momentalnie robi się czerwona, błyskawicznie spuściła głowę. Jej chwilowa śmiałość odleciała bezpowrotnie, przez co znowu zaczęła błagać w myślach o to, by ani Valkyon, ani tym bardziej Ezarel, na nią nie patrzyli.
     Ale patrzyli. Czuła na ciele ich palące spojrzenia.
     — Ez, przecież ona tam stoi… — mruknął karcąco Valkyon, a Metztlin zaklęła w duchu.
     — Deszcz zagłusza słowa? Niewyspany jesteś? Czy o co chodzi? — pytał Ezarel lekko rozdrażnionym tonem. — Powiedziałem przecież, że wybrałem takich, którzy raczej tego nie zepsują. To był komplement!
     — No tak, z twoich ust nie można liczyć na nic lepszego.
     Błogosławionym dźwiękiem był szmer rozmów dobiegających z oddali. Do Bramy Głównej zbliżała się właśnie reszta „wybrańców”, co ucięło rozmowę Valkyona i Ezarela, tym samym nieco uspakajając Metztlin. Kiedy więc pozostali dołączyli, szef Absyntu dopowiedział jeszcze kilka słów, po raz ostatni ostrzegł przed zbytnią arogancją (Metztlin mogłaby przysiąc, że w tym momencie usłyszała, jak Valkyon wykaszlał coś, co brzmiało jak „hipokryta”), wszyscy mogli ruszyć we wskazane miejsce. Nie podano im konkretnej nazwy lokacji, dlatego wszyscy szli gęsiego za szefostwem, nie bardzo wiedząc, czego się spodziewać. Większość podejrzewała poznanie jakichś nowych zakątków lasu, kiedy więc cała grupa po około dziesięciu minutach marszu zatrzymała się na małej polanie położonej w pobliżu lewego skrzydła lasu, twarze niektórych wykrzywiło rozczarowanie. Szybko im przeszło, kiedy im oczom ukazała się największa tajemnica ostatnich dni.
     Portal był przepiękny. Wyglądał jak plątanina błyskawic, które zgubiły się podczas burzy. Każda „odnoga”, zabarwiona na końcu czerwienią, falowała lekko. Metztlin musiała wykorzystać całą siłę woli, by nie wchłonąć w siebie światła, które „to coś” emanowało, i nie podejść bliżej. Jednak zdołała się opanować, ograniczając się jedynie do głośnych ochów i achów.
     — A te dzieciaki co tu robią?
     Metztlin skrzywiła się w duchu, kiedy usłyszała ten głos, a zaraz potem dostrzegła jego właściciela. Ezarel ostrzegał, że na miejscu pojawi się też Nevra, jednak dziewczyna zdążyła o tym całkiem zapomnieć. Teraz zaś płaciła za swoją sklerozę nieprzyjemnym rozczarowaniem. Nigdy nie przepadała za Nevrą, nigdy ich jakże rzadkie rozmowy się nie kleiły i nigdy Metztlin nie czuła się w jego towarzystwie swobodnie. Nadal też miała w pamięci, jak niedługo po jej dołączeniu do Straży Nevra upatrzył w niej swój nowy cel. Początkowo Metztlin była niechętna tym flirtom, ale im dalej w las, tym przyjemniej słuchało się słodkich komplementów. I gdy już dziewczyna zaczęła mieć nadzieję, wampir się znudził. Poza tym nigdy nie proponował Metztlin, że upuści z niej trochę krwi, co zwykł oferować większości strażniczek ze Straży Absyntu. Niziutka faery była jednym z nielicznych wyjątków, co wzbudzało w niej absurdalną wręcz zazdrość. I jeszcze ten arogancki ton i nazywanie ich dzieciakami! Metztlin wprost nie mogła się powstrzymać i spojrzała ze wstrętem na wysokiego, ciemnowłosego wampira z opaską zasłaniającą prawe oko. Mam nadzieję, że bolało, pomyślała mściwie, choć po chwili jej policzki zaczerwieniły rumieńce, kiedy zdała sobie sprawę z tego, jak okropnych rzeczy życzyła Nevrze.
     — Pomagają. I stawiam diamenty przeciw orzechom, że przydadzą się ze trzynaście razy bardziej niż ty — mruknął Ezarel, szybkim krokiem podchodząc do nierozwiniętego w pełni portalu. Wygrzebał z wewnętrznej kieszeni dwie fiolki, po czym przyjrzał się obu uważnie, ważąc w dłoniach.
     — Spróbuj uderzyć w to coś! — zawołał Nevra, zupełnie ignorując tamten komentarz. 
     Ezarel spojrzał na wampira jak na idiotę, Valkyon zaś zmarszczył brwi, zastanawiając się, pewnie, jak ten absurdalny pomysł może przyczynić się do rozwiązania zagadki.
     — Że co ja mam zrobić…
     — Spróbować w to walnąć. Albo po prosto dotknąć, pogłaskać czy cokolwiek tam robią Dziecięcia Natury takie jak ty.
     Na polanie zapanowało krępujące milczenie. Adepci ze skupieniem śledzili tę wymianę zdań, Ezarel nadal patrzył na Nevrę jak na kretyna, za to Valkyon zaczął się nad czymś głęboko zastanawiać. Ten stan nie wróżył prędkiego dojścia do porozumienia, co najwyraźniej zaczęło wampira drażnić. Wzdychając męczeńsko, ruszył dziarskim krokiem w stronę portalu, zamachnął się, po czym z hukiem uderzył stopą w sam środek.
     — IDIOTO ZŁAMANY @#&!%&# JEGO MAĆ WAMPIRZE — wrzeszczał Ezarel, gwałtownie szarpiąc za włosy.
     Widząc reakcję przyjaciela, Nevra wybuchł śmiechem, zginając się przy tym wpół. Valkyon zaś podbiegł do portalu, badając miejsce, w które Nevra przygrzmocił swoim butem. Kiedy, po króciutkiej chwili wahania, zdecydował się dotknąć portalu, momentalnie zabrał rękę, wpatrując się w świetlisty kształt zupełnie tak, jakby widział go pierwszy raz w życiu.
     — Ciekawe, no nie? — zapytał wampir, szczerząc się wesoło. — Nie chciałem tego zniszczyć, ale chciałem się dobrać do tego małego cienia w samym środku. Chodźcie, dzieciaki, skoro już tu jesteście — przyjrzyjcie się. Widzicie? Nie wiem, co to jest, więc chciałem dojść do samego środka. Ale się nie da! Cokolwiek to jest, jest schowane pod czymś, co wygląda na…
     — Szkło — dokończył na wydechu blondyn.
     — Idealnie gładkie szkło! — ekscytował się Nevra. — Więc jak to ma być portal, skoro nie da się ani wejść, ani wyjść? Nawet Leiftan wraz ze swoją idiotyczną teorią był trochę skołowany, a Miiko, jak to zobaczyła...
     — To Miiko tu była? Wyszła z Kwatery?! — Ezarel gwizdnął z podziwu. — Prawdziwe Święto Lasu.
     Nevra wzruszył obojętnie ramionami, jednak widać było wyraźnie, że jest dumny ze swojego obalania teorii o portalu. Ezarel zaś zbliżył się do świetlistego kształtu, uklęknął przy nim, po czym uważnie przyjrzał się czerwonym krańcom grotów. Tak jak opowiadał Nevra, z każdego z nich kapała jakaś czerwona ciecz, która rozpływała się, zanim uderzyła o ziemię. Elf wyciągnął rękę i pozwolił, by jedna kropelka opadła na jego bladą skórę. Zmarszczył się nieznacznie, kiedy dziwaczna ciecz zjechała po jego ręce, po czym opadła na dół, także i tym razem nie docierając na ziemię.
     — Chodźcie tu — wymamrotał ledwie wyraźne, nadal pozostając maksymalnie skupionym na tajemniczej substancji.
     Prymusom Absyntu nie trzeba było powtarzać, więc natychmiast zbili się w małą grupkę wokół swojego mistrza, przypatrując się z uwielbieniem portalowi i jego czerwonym krańcom. Metztlin przez moment wahała się, czy na pewno powinna podejść tak blisko Ezarela, ostatecznie jednak uznała, że zignorowanie rozkazu skończyłoby się dużo gorzej. Obserwowała więc w skupieniu, jak elf wyjmuje z kieszeni dwie fioki o wysokiej, wąskiej szyjce i szerokim dnie. Jedna była niebieska, druga pomarańczowa.
     — To jest zwykła fiolka — Ezarel uniósł ku górze niebieskie naczynie — bez żadnych właściwości magicznych. Spróbujemy umieścić w niej kilka kropel tej cieczy. Jednak jest pewna trudność: kropla nie może dosięgnąć ziemi, a fiolka prawdopodobnie nie będzie pod tym względem inna. Więc jeśli po wpuszczeniu do środka ciecz się rozpłynie, użyjemy tej drugiej. — Ezarel przyjrzał się uważnie pomarańczowemu pojemnikowi, obracając go w dłoniach. — To szkło moczone w wywarze rekrainostyjnym. Sprawia, że to, co jest zamknięte w środku, nie poddaje się grawitacji. To może być sposób na naszą czerwoną maź.
     Ezarel odwrócił się na moment, rozglądając się po swoich uczniach. Kiedy jego spojrzenie prześlizgnęło się po Metztlin, dziewczyna zamarła na moment, zapominając o oddychaniu. Trwało to jednak tylko sekundę, zwłaszcza że chwilę później szef Absyntu podał niebieską fiolkę wysokiemu chłopakowi o pociągłej, wychudłej twarzy. Metztlin pamiętała nawet, że miał na imię Rickain.
     — Czyń honory.
     Chłopak uśmiechnął się z wyższością i chwycił niebieskie naczynie, które podał mu Ezarel. Jednak Metztlin nie dała się oszukać i widziała, jak Rickainowi trzęsły się ręce. Bardzo powoli, wręcz z szacunkiem zbliżył się do portalu, po czym podłożył fiolkę pod jeden ze strumieni tajemniczej substancji. Coś zachlupotało w środku, a dźwięk ten wszczepił w serca zebranych nadzieję, że może najprostsza metoda okaże się skuteczna. Ale nic z tego — po płaskim pluśnięciu coś zagulgotało w środku. Kropelka zaczęła się miotać, by po chwili wznieść się ku górze i błyskawicznie wyparować. Wszyscy zebrani wokół Rickaina wpatrywali się w ten spektakl szeroko otwartymi oczami. Nikt nie wiedział, czego się spodziewać, ale na pewno nie oczekiwali czegoś takiego.
     — To było interesujące doświadczenie — przyznał Ezarel tonem znawcy. — No to druga fiolka! Jedziesz, Hildari.
     Niewysoka, pulchniutka dziewczyna o burzy rudych krzaczorów na głowie aż zapowietrzyła się z wrażenia. Metztlin parzyła z zazdrością, jak Hildari odbiera od Ezarela pomarańczową fiolkę i na drżących nogach podchodzi do portalu. Kiedy wyciągnęła rękę w stronę strumienia, wszyscy wstrzymali oddechy, modląc się w duchu o powodzenie. Gdy Metztlin ukradkiem zerknęła na Ezarela, zobaczyła w jego oczach coś dziwnego, jakby mieszankę rozpaczy ze stalową pewnością siebie. Pomyślała wtedy, że niepowodzenie będzie dla niego osobistą porażką, tym bardziej więc dziewczyna miała nadzieję, że wszystko się uda.
     I udało. Wszyscy momentalnie podskoczyli do zszokowanej Hildari, starając się zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.
     Kiedy kropla tajemniczej cieczy wpadła do pomarańczowej fiolki, tak jak podejrzewano, nie opadła na samo dno. Nie stało się tak między innymi przez magiczne właściwości naczynia. Najważniejsze jednak było to, że czerwona kropelka nie zniknęła. Nie rozpuściła się, nie rozbiła na setki małych cząstek. Po prostu wisiała na samym środku, leciutko się poruszając. Ezarel, nie czekając na reakcję ze strony Hildari, wyrwał jej fiolkę, uważnie przyglądając się temu, co znajdowało się w środku. Potrząsnął nią kilkukrotnie, odwrócił, przerzucił z jednej dłoni do drugiej, ale kropelka stabilnie trzymała się samego środka próbówki.
     Eksperyment zakończył się powodzeniem.

http://i64.tinypic.com/w86wpf.jpgZIEMIA, DROGNASLOE

     Eksperyment zakończył się powodzeniem.
     Abélard Leavitt wprost nie mógł w to uwierzyć, a jednak dowód miał tuż przed oczami, na wyciągnięcie swojej wychudłej ręki. Wyciągnął więc dłoń i chwycił delikatnie wąską fiolkę wykonaną z delikatnego, bezbarwnego szkła. Wyraźnie widział tę przedziwną substancję, która dosłownie lewitowała w naczyniu. Zawieszona mniej więcej w połowie, wyglądała jak ciemnoszara mgiełka zwinięta w kulkę i otoczona jakąś białawą poświatą. Cokolwiek to było, poruszało się delikatnie, zupełnie jakby było żywym stworzeniem.
     Cud. Czysty cud zamknięty w próbówce.
     Abélard spojrzał z szacunkiem na wysokiego jegomościa o rudawych, krótko przystrzyżonych włosach. Stał wyprostowany jak struna ze złożonymi na plecach dłońmi, bez cienia uśmiechu przypatrując się alchemikowi.
     — Tyle tygodni badań, przygotowań, ale wreszcie… — mamrotał Abélard, obracając w dłoniach delikatną fiolkę. Długo nie mógł oderwać od niej wzroku, w końcu jednak spojrzał na swojego pana z pewnym wahaniem błyszczącym w oczach. — Yorgorenie… Ja… ja wiem, że raczej nie powinienem pytać, ale… ale jak… Ta substancja to coś, czego nie zna współczesny człowiek. Nikt nie osiągnął tego, co my! Nikt nawet nie wpadł na takie nierzeczywiste pomysły, a my nie tylko o nich pomyśleliśmy, ale zaczęliśmy realizować. Do tego niezbędny jest ten malutki element, ale jak… jak żeście wy go…
     — Wielu znakomitych badaczy pracowało nad tą substancją tygodniami — uciął Yorgoren. — Aby ją ukończyć, niejeden musiał się… poświęcić.
     Abélardowi nie spodobało się to zawieszenie głosu, ale musiał to zignorować.
     — Dziś już wiemy, jak w łatwiejszy sposób to pozyskiwać. Będziesz potrzebował więcej takich fiolek jak ta, by dokończyć nasz plan. O to się nie obawiaj, mój uczony przyjacielu. Już niebawem będziesz tym szczęśliwcem, który otworzy odwiecznie strzeżone wrota. Złamiemy pradawny kod, oszukamy samą Śmierć i uciekniemy przed nią tam, gdzie nas nie znajdzie. „Przejście na drugą stronę” nabierze zupełnie nowego znaczenia.
     Abélarda przeszły ciarki, kiedy słuchał tej przemowy swojego pracodawcy. Tak jak się tego spodziewał, nie dowiedział się, skąd pobierano tę tajemniczą substancję. Jednak ta wiedza nie była przeznaczona dla niego — on dostał jedynie gotowy schemat, który miał zrealizować. Wszystkie składniki dostarczał Yorgoren, ale ten znajdujący się w naczyniu był najważniejszy. Dzięki niemu mógł wreszcie spróbować otworzyć złote drzwi, o które się tak modlił. Cóż go więc obchodziło, skąd Yorgoren wziął tę dziwną substancję?
     Może i lepiej, że tego nie wiem, pomyślał, nadal obracając fiolkę w dłoniach.
     Może i lepiej…

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (05-02-2018 o 19h12)

Offline

#22 08-07-2017 o 18h42

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 331

Jak zwykle parę niezręczności słownych, ale nie mam weny, żeby ich wypisywać.

Trzymasz poziom, a z każdą nową częścią kształtuje się historia twojego świata. To, co mi się w nim podoba, to brak głównego bohatera. Póki co "bohaterem" jest sama opowieść, sam spisek, samo nie-wiadomo-co. No coraz widoczniejsze charaktery postaci.

Offline

#23 09-07-2017 o 16h50

Straż Cienia
Nutak
Szeregowiec
Nutak
...
Wiadomości: 118

Jejciu to niesamowite jaki talent niektórzy posiadają. Przeczytałam większy kawałek i wiem już na 100% co będę robić przed snem <3


 
 

Offline

#24 09-07-2017 o 20h46

Straż Absyntu
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 92

Zajęło mi to trochę czasu, przyznaję. Ale chciałam wszystko przeczytać, żeby mieć jakąkolwiek opinię. No, lepiej brzmi: żeby mieć opinię.

Odniosę się do całości, jako że nie ma sensu wypisywać wszystkich "za" i "przeciw" do wcześniejszych rozdziałów.

1. Brawo za pomysł.
2. Jeszcze raz brawo za perspektywę dwóch światów.
3. Opisy - gratuluję /static/img/forum/smilies/smile.png Są naprawdę dobre (chociaż czasami lekko przydługie, ale jakoś jestem to w stanie przeżyć /static/img/forum/smilies/big_smile.png). To stanowczo ogromny plus pisania w narracji trzecioosbowej - można poszaleć z przedstawieniem świata.
4. Dialogi. Chwała Ci za to, że są jakie są. Brzmią naturalnie, a to najważniejsze. Nie są sztuczne, nie są wymuszone. Są takie, jakie mogłyby pojawić się w prawdziwym życiu.
5. Postaci. I tu mam zagwozdkę. Nie ma jednego, głównego bohatera, tylko całe mnóstwo postaci, co sprawia, że można się w nich odrobinę zagubić. Z drugiej jednak strony - dużo postaci oznacza, że ten świat żyje. Uważaj tylko, żeby za bardzo nie przesadzić i z ilością - zazwyczaj kończy się to nagłym "zapomnieniem" o niektórych przedstawionych postaciach albo ich "zaginięciem", "wchłonięciem", "przepadnięciem" bez żadnego głębszego powodu, tylko po to, żeby się ich pozbyć.
6. Do stylu absolutnie nie mogę się przyczepić. Jest po prostu dobry. Nic dodać, nic ująć /static/img/forum/smilies/smile.png Trzymasz naprawdę dobry poziom.
7. Pierdolety. Tak, tak. Ha tak nazywam wszystkie te przecinki i literówki, których nie da się uniknąć. Można czytać i poprawiać kilka razy, a i tak zawsze coś umknie. Postaram się w przyszłości komentować na bieżąco i wskazywać ewentualne takie niedociągnięcia (chociaż nie są one najważniejsze, jakby ktoś pytał). Bardziej bolą w oczy ewentualne błędy logiczne, które też każdemu się zdarzają (ktoś, gdzieś tam wcześniej wskazał Ci przykład nawet). Czasami trzeba się nieźle nagimnastykować słowami, żeby ich uniknąć /static/img/forum/smilies/smile.png

Podsumowując...
Będę tu zaglądała. Żal tego nie robić, kiedy trafiło się na "perełkę" /static/img/forum/smilies/smile.png
Mam nadzieję, że w najbliższym czasie będę też mogła wypowiedzieć się, co do postaci, bo póki co, to nie mam jakiegoś konkretnego zdania w tym temacie /static/img/forum/smilies/smile.png

No i... Oczywiście: życzę weny, wspieram, kibicuję, służę pomocą /static/img/forum/smilies/smile.png
Co tylko chcesz /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Offline

#25 10-07-2017 o 00h54

Straż Cienia
Mijaku
Oficer Straży
Mijaku
...
Wiadomości: 1 425


Przybywam po raz drugi, tym razem nadrobiłam rozdziały, choć IV jeszcze przede mną. Ale dzisiaj już się naczytałam, teraz czas coś od siebie.

Wcześniejszy posta pisałam po prologu, teraz według mnie błędy które wcześniej wytknęłam zostały zlikwidowane. Nie przypominam sobie rażących w oczy powtórzeń, opisy choć długie mają swoje uroki i bardzo mi się podoba. Nie zdarzyło mi się już pogubić w sytuacji z powodu wylewnych przemyśleń ponieważ teraz trzymasz je w ryzach.
Trochę przeszkadza mi masyw tekstu. Nie chodzi tu o ilość, ponieważ akurat dla zaciekawionego czytelnika ilość tekstu nie powinna być żadnym problemem (no chyba że byłby chorobliwie mały), tylko wygląd graficzny. Stosujesz wcięcia tekstu, ale jest go tak dużo, że ledwo je widać, i do tego miesza się z dialogami które rozpoczynają się od myślników. Na twoim miejscu chyba stosowałabym oddzielenie kawałków tekstu po prostu enterem. Ale również to nie każdemu się podoba, to tylko moja opinia /static/img/forum/smilies/smile.png

Tak czy inaczej, opko się rozkręca, podoba mi się świat przedstawiony i że zaczyna się dość makabrycznie. Postać dziewczyny (wybacz nie mam głowy do imion), również przypadła mi do gustu, zaradna i dająca sobie radę. Za to ta mniejsza średnio, ale to dlatego że ie przepadam za dziećmi. Nie wiem jak je trzymać. jestem ciekawa jak ten świat wykreowany przez Ciebie wpłynie na Eldariowych koleżków i koleżaneczki.

Życzę miłego dnia/wieczoru/nocy a autorce duuuuużo weny, pomyślnych wiatrów i pozytywnych wibracji.


https://i.imgur.com/1EogxEa.gif

Offline

Strony : 1 2 3 ... 7