Forum

Strony : 1 2 3 4 ... 8

#26 16-07-2017 o 18h08

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć, pojawiam się z nowym odcinkiem c: Poprzedni był niemal w całości poświęcony Eldaryi, ten zaś będzie się kręcił wokół ziemskich bohaterów. Początkowo miałam nieco inny plan, ale w trakcie pisania trochę zboczyłam i nawet się z tego cieszę.

Pomyślałam też, że od teraz będę wypisywać bohaterów, którzy są istotni. Jest ich coraz więcej i łatwo się pogubić, czego bym nie chciała. Mniejszą czcionką wypisałam postaci mniej istotne, choć pojawiające się od czasu do czasu. Zakładki z bohaterami będą na samym dole.
Tyle ode mnie. Miłego czytania i naprawdę przepraszam za literówki przeklęte.

              W poprzednim odcinku...

Ezarel powołuję drużynę, która będzie miała za zadanie przebadanie tajemniczego, nie do końca wykształconego portalu. Wśród nich jest także Metztlin. Udaje im się zebrać próbkę cieczy, która kapie z ostrych krańców portalu. Abélard Leavitt, główny badacz Yorgorena, otrzymuje efekty ostatnich badań. Okazuje się, że przebadanie chorej Eileen było przełomowe i wszyscy są coraz bliżej zrealizowania swojego planu.

              Rozdział V
              ZIEMIA, DROGNASLOE

     Noc była nieocenioną przyjaciółką. Cichą i delikatną niczym szept kochanki. Zasłaniała całe istnienie swoją jedwabną kurtyną, rozpylając tym samym nutkę niepewności i tajemnicy. Sama zaś nigdy niczego nie zdradzała. To, co wydarzyło się za jej panowania, ginęło wraz z nadejściem brzasku.
     Svanthor nigdy wcześniej nie doceniał uroku nocy. Ba!, długi czas bardzo źle mu się kojarzyła. Wszystko przez to, co wydarzyło się te przeklęte trzynaście lat temu. Wszystko przez słowa po wielokroć wypowiadane przez strażników, którzy tamtej nocy mieli za zadanie pilnować Svana.
     — Ceremonia rozpocznie się po zachodzie słońca.
     — Zaczną o zmierzchu.
     — Koniec nastąpi, gdy księżyc zawiśnie na niebie.

     Svan do dziś pamiętał te upiorne szepty, choć słyszał je tak dawno temu.
     Ostatnio jednak Svanthor musiał polubić się z nocnymi spacerami. Za dnia wsłuchiwał się uważnie we wszystkie plotki, którymi wymieniały się kobieciny na targu. Wtedy notował sobie, czyj dzieciak ostatnio zachorował, na wszelki wypadek pytając też o to, jak wyglądał. Znalazłszy ich adres, kręcił się po okolicy, wypytując mieszkańców o jakiekolwiek informacje. Nocą zaś szukał wszelkich śladów, chcąc przyczaić się na podpalacza. Svan był bowiem przekonany, że ktokolwiek to był, chciał pozbyć się zżerającej miasto zarazy. Tego samego zdania byli mieszkańcy, którzy jeszcze bardziej znienawidzili demonie dzieci i ich rodziny. Co więcej, podpalacza powoli uznawano za bohatera, który samotnie zmaga się z nieszczęściem tysięcy ludzi. Nikt nie zdawał się przejmować tym, że pozbywając się zarazy, żywcem płonęły całe wielodzietne rodziny. Na to mieszkańcy patrzeli przez palce, władze zaś uparcie twierdziły, że robią co mogą, by złapać winowajcę.
     Svanthora też niewiele obchodzili ci wszyscy, których spotkał tak okrutny los. Nie licząc Krielda i Ramlaury, nie znał żadnej ofiary, a i do tamtych nie odczuwał aż takiego przywiązania, by przelewać swoją krew w zemście. A jednak zainteresował się podpalaczem, bo był ciekaw. Zastanawiało go, kto wpadł na tak szalony pomysł i kto był tak pewny siebie. W jakiś sposób ten psychopata go fascynował i choćby dlatego Svan zamierzał go odnaleźć. Zwłaszcza że miał już swoje podejrzenia. Jednak cały czas potrzebował dowodów. Dlatego czekał, a nocą kręcił się wokół domów, z których zniknęły dzieci mając nadzieję, że któreś w końcu zostanie „zwrócone”. Jak zawsze z chorobą w gratisie.
     I zostało. Pewnej bezgwiezdnej nocy, kiedy wiatr szumiał upiornie, jak gdyby wyszeptując złowrogie wróżby.
     Było około godziny czwartej nad ranem. Miasto bardzo powolutku budziło się do życia: w niektórych domach zapalało się światło, na ścieżkach zaś pojawiali się pierwsi ziewający przechodnie. Svan szedł akurat jedną z polnych ścieżek, klnąc w duchu, że gdy wróci do domu, Hieronim znowu będzie mu suszył głowę za zabłocone buty. Akurat mijał jakąś nędzną stodołę zarośniętą wokół wysokimi krzakami. Kiedy jednak przebiegł po nich spojrzeniem, uwagę Svana zwrócił jakiś ciemny kształt wystający zza jednego z krzewów. Zaintrygowany i czujny, wolnym krokiem podszedł bliżej. Ktoś tam leżał, a gdy Svan zdał sobie sprawę, że to jakieś dziecko, uklęknął przy maleństwu odzianym w jakieś brudne, obdarte szmaty, po czym odwrócił je na plecy. Svanthor nawet nie drgnął, kiedy spoglądał w przeżarte czernią oczy małego, może siedmioletniego chłopca. Mężczyzna jak zahipnotyzowany wpatrywał się w jego wychudłą, pobladłą, wykrzywioną strachem twarzyczkę. Chłopczyk mamrotał coś, lecz robił to tak niewyraźnie, że Svan nie był w stanie zrozumieć ani słowa. W końcu jednak zmusił się do wstania i rozejrzenia po okolicy. Musiał coś zrobić. Musiał wywołać szum i zwrócić zgubę rodzicom. I przeżartemu strachem miastu.
     Niech wiedzą, że jedno z zaginionych dzieci się znalazło. Niech wiedzą, że jest chore. Niech ludzie znowu zaczną huczeć od plotek.
     Czym prędzej dźwignął chłopca, przerzucił przez ramię, po czym skierował się w stronę głównej drogi, mając nadzieję tam kogoś spotkać. Na szczęście dróżką szedł jakiś jegomość w średnim wieku. Długawe, potargane kudły, rudawy zarost i w miarę czyste ubranie przywiodły Svanwi na myśl jakiegoś straganowego artystę. Gdy tylko mężczyzna zobaczył udającego przerażenie Svana niosącego nieprzytomnego chłopczyka, od razu do nich podbiegł.
     — Boże, a co to… — jęczał, brzmiąc przy tym jak na wpół obłąkany. — Kolejny… o matko… chory, prawda? Prawda, że chory? Ma już czarne oczy? Boże, boże… BOŻE!, ja wiem, co to… to dzieciak tego… tej, no!, Edgarów, tych spod rzeki… ależ to im miesiąc temu dzieciak zginął, a teraz… i chory… Boże kochany…
     — Panie! — ryknął poirytowany Svanthor. — Pomóż mi pan! Do szpitala z nim trzeba! Rodziców powiadomić!
     — Do szpitala to już nie — mruknął, machnąwszy energicznie ręką. — Toć nie widzi pan, że to Nigredo cholerne, psiamać? Temu dziecku nic nie pomoże, świeć Panie nad jego duszą…
     Obcy mężczyzna uniósł głowę ku górze, mamrocząc modły pod nosem. I gdy już Svan miał na niego wrzasnąć, facet popatrzył na dziecko z troską, jak gdyby nad czymś się zastanawiając.
     — Chodź pan, zaprowadzę pana do rodziców. Ale nie wiem, czy przyjmą…
     — Muszą przyjąć. To ich dziecko.

     — Noż cholera jasna, niech was diabli! Przecież to wasz dzieciak!
     Podczas gdy jego towarzysz stał tuż obok, jak gdyby nigdy nic przyglądając się tej ostrej wymianie zdań, Svan stał w progu starej, niezbyt solidnej chatki, nadal trzymając na rękach chorego chłopca. Tuż przed sobą miał obrzydliwie grubego, spoconego faceta w poplamionej jakimś napojem nocnej koszuli. Jego paciorkowate oczy łypały to na Svana, to na dziecko, z nieukrywaną złością i pogardą. I to ostatnie akurat Svanthora denerwowało, choć fakt, iż grubas nie chciał przyjąć dzieciaka pod dach, wcale go nie dziwił.
     — To już nie nasze — charknął, a Svan mimowolnie się skrzywił, kiedy poczuł zgniły oddech grubasa. — Jest skażone.
     — Jest chore, racja! — darł się Svanthor, w duchu będąc dumnym ze swojego aktorstwa. — Być może umrze, co jest straszne. Ale to niewinne dziecko i zasługuje na to, by było z rodziną! Z matką!
     Niziutka kobiecina czaiła się gdzieś za mężem, lamentując głośno. Co jakiś czas czepiała się ramienia grubasa, podszeptując mu coś błagalnie na ucho, lecz ten za każdym razem gwałtownie ją odpychał.
     — Nie weźmiemy go — warknął gruby, zawzięcie machając głową. Svana mdliło, kiedy parzył na jego poruszające się podbródki. — To już demon! To nie nasz Simon! Ja go nie wezmę…
     — Na Boga, Jahan! — błagała kobieta. — To Simon, nasz ukochany synek! Proszę cię, Jahan…
     Kiedy małżonka całkiem się rozpłakała, Svan dostrzegł błysk niepewności w świńskich oczkach tłuściocha. Najwyraźniej to samo zobaczył towarzysz Svanthora, bo odkaszlnął, najwyraźniej wreszcie zamierzając włączyć się do rozmowy.
     — Panie Edgar — zaczął poważnym tonem. — I pan wie, i ja wiem, że toć to mały Simon, co jeszcze parę tygodni temu uciekał spod kiecki matki i biegł do mojego sklepiku po te małe papierowe kokardki, co je ostatnio do nas zwieźli. Jest mi szalenie przykro, że zachorował i chyba wszyscy wiemy, jak to się skończy. Ale to żaden demon, tylko wasz syn, psiamać! Jak na was ludzie spojrzą, jak go do domu nie wpuścicie?! Sami was za diabła wezmą! Tfu!
     Svan był pod wrażeniem mowy faceta, zwłaszcza że tym razem grubas wyglądał na wyraźnie podenerwowanego. Co więcej, podniesiony głos sklepikarza przywiódł kilku gapiów, którzy stali na zewnątrz i z ciekawością wsłuchiwali się w kłótnię. Kilku sąsiadów nawet wyjrzało zza drzwi, a jakaś kobieta nawet się rozpłakała, gdy dostrzegła chorego Simona. Dla grubego Edgara to najwyraźniej było za wiele. Kiedy więc ruszył gwałtownie w stronę Svanthora, ten był pewien, że tłuścioch zamierza go uderzyć. On jednak wyrwał mu chłopca  z ramion, wymamrotał coś pod nosem, po czym trzasnął drzwiami, tym samym kończąc dyskusję. Jeszcze przez chwilę było słychać zapłakaną matkę, która zapewne właśnie tuliła ukochanego synka, a gapie swoim zwyczajem zaczęły gorączkowo komentować całe zajście. Svanowi było to bardzo na rękę. Ba!, o to właśnie mu chodziło. Po to właśnie urządził całą tę szopkę. Cóż go bowiem obchodził jakiś kolejny chory bachor? Kompletnie nic. Jemu zależało tylko na tym, by dzieciak został w domu i by ludzie zaczęli o tym gadać. Bo dzięki temu podpalacz dowie się o jeszcze jednym zatrzymanym demoniątku i zapewne podpali cały dom.
     Czy Svan chciał ochronić tę biedną rodzinę przed tragedią? W żadnym wypadku. Svan pragnął, by ten dom stanął w płomieniach razem z małym Simonem. Bo to będzie szansa na schwytanie podpalacza. I tym razem Svanthor jej nie przepuści.

     Cathiela nawet nie miała tego w planach. Ba!, podejrzewała, że nikt nie miał.
     Tak to bowiem zazwyczaj wyglądało, że Cath ściągała Yorgorenowi małe dzieciaki, najczęściej bezdomne, a czasami zabierane z biednych rodzin. Po dobroci zaciągała je do podgryzionego przez ząb czasu dużego budynku, który kiedyś był nędznym, tanim burdelem. Cathiela nigdy nie pytała, po co Yorgorenowi te dzieciaki, choć miała swoje podejrzenia. Lecz nawet gdyby się sprawdziły, nic jej to nie obchodziło. Nawet nie miało prawa obchodzić, zwłaszcza że Cath zawarła dobry układ: praca dla Yorgorena w zamian za opiekę nad jej młodszą siostrą. Dzięki temu Aenyati dostarczono wszystkiego, czego jej było trzeba: dachu nad głową, wyżywienie, opiekę. Miała tylko jedenaście lat i nie mogła sobie sama poradzić. Na szczęście nie musiała, dlatego Cathiela nie wpychała nosa w nieswoje sprawy i siedziała cicho.
     Jednak coś uległo zmianie. Po tym, jak Cath przyprowadziła do Yorgorena chorą na Nigredo Eileen, dziewczyna zamierzała czym prędzej opuścić dawny burdel i zająć się kolejnymi poszukiwaniami. Mimo to kazano jej zostać: jak się okazało, zatrudnieni przez Yorgorena badacze byli zachwyceni możliwością zbadania chorego dziecka. Cathiela przelotnie pomyślała, że może chodzi o znalezienie leku na tę chorobę, choć szybko wykluczyła tę opcję. Niemniej kazano Cathieli zostać aż do ukończenia badań. Więc została.
     — Przynajmniej będziesz mogła spędzić więcej czasu z siostrą — zadrwił Yorgoren, poprawiając ten swój paskudny niebieski płaszczyk.
     No właśnie, pomyślała strapiona Cathiela i, chcąc nie chcąc, udała się do pokoju Aenyati. Pomieszczenie było nieduże, skromnie urządzone, ale znalazły się w nim pościelone łóżko, komoda i nocnik. Kiedy Cathiela tam weszła, mała odwróciła głowę i wytrzeszczyła oczy, spoglądając na nią pytająco. Cath pomyślała, że siostra nic się nie zmieniła. Jedynie jasne włosy trochę urosły, a policzki jakby się zaokrągliły — widocznie naprawdę nie żałowali jej jedzenia, skoro udało jej się utyć. Poza tym była tą samą Aenyati — niziutką dziewuszką z piegami i migdałowymi zielonymi oczami.
     — Coś się stało? — zapytała swoim słodkim głosikiem. Pytała o to za każdym razem, kiedy widziała Cathielę. Nie cieszyła się. Nie biegła do niej, by ją uściskać i powiedzieć, że się cieszy z jej widoku. Po prostu pytała. Cath nie była więc zaskoczona tą nieco oziębłą reakcją.
     — Nic — mruknęła, siadając na brzegu zajętego przez Aenyati łóżka. — Kazali mi tu na razie zostać.
     — A potem idziesz?
     Cathiela odwróciła głowę, spoglądając na tę małą, piegowatą twarzyczkę pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. Wtem pomyślała, że gdyby Aenyati była wyższa i miała włosy nie blond, a zielone, wyglądałaby niemal dokładnie tak jak ona. Z tą samą kamienną twarzą.
     — Pewnie tak. Tak szybko chcesz się mnie pozbyć?
     Maleńka wzruszyła ramionami, odwracając się od niej plecami.
     — Zawsze potem znikasz.
     — A ty za to jesz. Nie narzekaj.
     — Przecież nie narzekam — mruknęła naburmuszona, a Cath zaśmiała się w duchu i pomyślała, że to naprawdę musi być jej siostra.
     Czując ogromne zmęczenie, położyła się na łóżku, przymykając powieki. Rozłożyła szeroko ramiona i pomyśli, że trafi stalową gwiazdą w każdego, kto jej przeszkodzi w odpoczynku. Cathiela zawsze nosiła ze sobą te niebezpieczne zabawki. Yorgoren jej kazał, tym samym ucząc ją, jak się gwiazdkami posługiwać. „Tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś się dowiedział” — tak powiedział, gdy podarował Cathieli ten wyjątkowy prezent. A ona nie zadawała żadnych pytań. Jak zawsze.
     Poleżała może z pięć minut, kiedy ktoś wszedł do pokoju, wcześniej nawet nie pukając. Wiedziałam, że tak będzie, pomyślała, mocniej zaciskając powieki.
    — Jasny szlag — syknęła, zrywając się z łóżka.
     Gdy otworzyła oczy, zobaczyła jakiegoś niskiego, łysawego starca. Był zapewne po sześćdziesiątce, a może nawet zbliżał się do siedemdziesiątki, wnioskując po rzedniejących, choć nadal czarnych włosach, wychudłej twarzy pooranej głębokimi zmarszczkami i nieco zgarbionej postawie. Ubrany był w jakiś stary, szarawy fartuch, poplamiony i przypalony w paru miejscach. Zebrawszy to wszystko do kupy, Cath doszła do wniosku, że to pewnie jeden z tych cudownych naukowców Yorgorena. Tylko dlaczego chciał się z nią widzieć?
     — No czego? — zapytała, już nieco spokojniej.
     Starzec zmarszczył brwi w geście niezadowolenia. Najwyraźniej nie spodobała mu się ta nieprzyjazna reakcja, ale Cathiela ani myślała przepraszać — to on chciał się z nią widzieć, przerywając odpoczynek. Mimo to mężczyzna stał jeszcze chwilę w progu, mierząc ją karcącym spojrzeniem i zastanawiając się, czy podejmować rozmowę. Ostatecznie westchnął ledwie zauważalnie i wszedł do środka, nie czekając na zaproszenie.
     — To ty, panienko, sprowadzasz tu te wszystkie dzieci?
     — Między innymi — odparła obojętnym tonem.
     W tym nienazwanym przybytku Yorgorena panowało kilka niepisanych zasad. Najważniejszą było niewtrącanie się w robotę innych. Naukowcy zamykali się więc w piwnicach i pracowali nad swoimi badaniami, strażnicy tych badań pilnowali, Yorgoren wraz z kilkoma prawymi rękami nadzorował, a Cathiela z paroma innymi młodzikami zaciągała tu dzieciaki. Nikt nie zawierał tam znajomości, nie pytał o szczegóły ich zadań ani nie węszył. Dlatego też dziwiła się, po co starcowi ta wiedza.
     Naukowiec strapił się nieco, zerkając gdzieś w bok.
     — Mnie chodzi o konkretne dziecko. O dziewczynkę. O Evelyn, Enri czy…
     — Eileen — poprawiła błyskawicznie. — Tak, ja ją przyprowadziłam. Czemu pytasz? I kim, do diabła, jesteś?
     Starzec drgnął, robiąc niepewną minę, po czym skłonił się lekko.
     — Abélard Leavitt, panienko, jeden z tutejszych naukowców. To ja przyjąłem Eileen i…
     — Jednak ją przyjęliście? Eksperyment się udał? Abélardzie — Cathiela wstała gwałtownie z łóżka, zbliżając się do nowo poznanego starca. Patrzyła na niego szeroko otwartymi oczami, zastanawiając się, czego ten człowiek byłby w stanie dokonać. — Ta dziewczynka… nie chciałam, by zachorowała. Nie wiem, co robisz w tym laboratorium i nie chcę o to pytać, ale… nie myśleliście o tym, by spróbować uleczyć tę chorobę?
     Cathiela wyraźnie dostrzegła błysk ekscytacji w jego szarych, wodnistych oczach. Zaraz jednak nieco się speszył, zerkając niepewnie na małą Aenyati. Najwyraźniej to, co chciał przekazać, było poufne, przez co Leavitt nie życzył sobie obecności nikogo innego. Cathiela w pełni to rozumiała.
     — Mała, wyjdź. — Cath zmroziła dziewczynkę spojrzeniem, jak gdyby była winna milczeniu Leavitta.
     — Ale to mój pokój…
     — Wynocha!
     Aenyati pisnęła coś pod nosem, ze złością cisnęła gdzieś w dal leżącą obok poduszkę, po czym prędkim krokiem wyszła z pomieszczania, trzaskając za sobą drzwiami. Naukowiec sprawiał wrażenie, jakby miał wyrzuty sumienia, jednak Cathielę w ogóle to nie interesowało. Bardziej była ciekawa wizyty Leavitta, dlatego gdy dziewczynka wyszła, Cath spojrzała na mężczyznę oczekująco.
     — Cały czas myślę o antidotum — odezwał się w końcu Leavitt, kiwając energicznie głową. — Między innymi o tym. Na razie pracuję nad czymś innym; nad czymś, czego Yorgoren ode mnie oczekuje. Dotychczas sądziłem, że ten… hm, projekt i choroba nie mają ze sobą nic wspólnego, ale…
     — Ale co? — ponagliła go zniecierpliwiona już Cathiela.
     Mężczyzna rozejrzał się lękliwie po pomieszczeniu, jak gdyby chciał  się upewnić, że gdzieś za szafką lub pod łóżkiem nie czai się ktoś, kto mógłby podsłuchać ich rozmowę.
     — To musi zostać między nami…
     — Dlaczego niby? — przerwała mu, zanim starzec zdążył dokończyć myśl. — Czemu chcesz mi zdradzać jakiekolwiek sekrety? Po co mnie wciągasz w swoje tajemnice? Jeśli to coś przeciwko Yorgorenowi, to ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego! Nie będę spiskować przeciw komuś, kto zapewnia mnie i mojej siostrze…
— Nie, nie, nie, panienko, proszę tak nie myśleć! Nie o to mi chodzi! — wołał Leavitt spanikowanym tonem, machając przy tym wyciągniętymi w jej stronę rękami. — Nie przyszło mi nawet do głowy, by przeciwko niemu spiskować! O nie. Yorgoren to dobry człowiek. Pewny siebie, zaborczy, ale… dobry…
     To ostatnie słowo brzmiało dziwnie fałszywie. Zwątpienie starca podkreślało błagalne spojrzenie, które rzucał w stronę Cathieli. Po chwili westchnął i opadł na krzesło postawione przy niskiej toaletce.
     — Panienka sprowadza te dzieci — kontynuował ze zmęczeniem, wbijając wzrok w zakurzoną podłogę. — Sprowadza je, byśmy mogli je badać. To znaczy, by oni mogli je badać. Ja w tym nie uczestniczę, nie wiem, co z nimi robią, a…
     — Jak to? Przecież jest pan jednym z nich.
     — Tak… — przyznał z wahaniem. — Mnie jednak przydzielono inne zadanie. Dostaję jedynie wyniki tamtych badań przeprowadzanych na dzieciach i pracuję na ich podstawie. Ale to zawsze były zdrowe maluchy. Zdrowe — podkreślił — to znaczy bez Nigredo. A Eileen była pierwsza, która zachorowała. Słyszałem o tym, że przyniosłaś chore dziecko. Najpierw Yorgoren nie chciał się zgodzić na badanie, ale Stehan, jeden z naukowców badających te dzieciaczki, chciał ją sprawdzić. Pozwolono mu. I wie panienka co? — Leavitt podniósł głowę, patrząc na Cathielę ze śmiertelną powagą. — Teraz będą panienkę prosić o zabieranie tylko chorujących dzieci. Bo one mają… mają lepsze wyniki.
     — Ale jakie wyniki? Jakie? I czemu chore dzieci są lepsze od czystych?
     Leavitt pokiwał gwałtownie głową w geście protestu.
     — Tego nie mogę powiedzieć. Poza tym ta niewiedza panience wręcz pomoże…
     — Pomoże w czym? — przerwała, coraz bardziej poirytowana.
     Wtem naukowiec jakby odmłodniał. Wyprostował się, przybrał poważny wyraz twarzy i spojrzał na Cathielę z mocą, jakiej jeszcze u niego nie widziała. Przez moment więc Cath zapomniała o swoich nerwach i w napięciu czekała, co mężczyzna ma jej do powiedzenia.
     — Sama panienka pytała mnie, czy chciałbym znaleźć lek na Nigredo. — Jego ton także się zmienił. Zniknęła drobna chrypka, a przede wszystkim wyparowała niepewność, z jaką dotychczas Leavitt nie mógł sobie poradzić. — Czy to znaczy, że panience też zależy na zatrzymaniu choroby?
     Cathiela nie wiedziała, co odpowiedzieć. Z jednej strony żal jej było tych wszystkich dzieci, które chorowały, a po miesiącu umierały. Z drugiej strony jednak nikogo przez to nie straciła, bo i nikogo nie miała. Została jej tylko Aenyati, lecz ta była doskonale strzeżona tu, gdzie przebywała i mimo że znajdowała się w grupie ryzyka, Cath się o nią nie martwiła. Dlatego choroba oczywiście była czymś straszliwym i ją niepokoiła, ale nie tak, jakby tego chciał Leavitt.
     Nadal nie wiedząc, jak zareagować, niepewnie kiwnęła głową. Na szczęście mężczyźnie to wystarczyło.
     — Mnie też na tym zależy. Tym i na projekcie, który tworzę. Nie sądziłem, że jedno może kolidować z drugim, ale… Nie potrafię zrozumieć, jak to możliwe, że choroba jest kluczem. Będą chcieli, by panienka sprowadzała teraz tylko chore dzieciaki. Niedługo powiedzą panience to oficjalnie, ale ja to mówię teraz, bo… niepokoję się. — Powróciło wahanie, z którym Leavitt zmagał się całą rozmowę. Tym razem jednak to uczucie niepewności udzieliło się także Cathieli, z napięciem słuchając przemowy starca. — Jeśli Nigredo pomaga w projekcie Yorgorena, to nigdy nie zgodzą się nad prace nad antidotum. I, jak wspomniałem, nie jestem dopuszczony do badań nad tymi dziećmi. Ale ty… ty jesteś poza kręgiem podejrzeń. Mogłabyś rozpytać… dowiedzieć się czegoś więcej. Chcę tylko wiedzieć, w jaki sposób wykorzystują te dzieci i co z nimi robią po zakończeniu badań. To wszystko. Bez tego nie będę mógł się nawet zastanowić, jak im pomóc.
     Leavitt zamilkł, spoglądając na Cathielę błagalnie. Znowu się postarzał o jakieś dziesięć lat: zgarbił się i zmarszczył. A jednak to, co usłyszała, było naprawdę interesujące. I ryzykowne, bardzo ryzykowne, lecz to jeszcze bardziej napędzało Cathielę. Dlatego też podniosła głowę i popatrzyła na Leavitta z największą uwagą.
     — Co będę z tego miała?
     Starzec się speszył, a Cath zdziwiła się, że mężczyzna nie pomyślał o tak oczywistej kwestii. Wszak miała podjąć się rzeczy niepewnej i niebezpiecznej, dlatego też nie zamierzała nadstawiać karku za darmo. Choć ciekawość zżerała ją od środka, więc była w stanie negocjować.
     — Cóż… nie mam zbyt wiele… skromny ze mnie człowiek — mamrotał, wyraźnie zakłopotany. — Moja rodzina niby szlachecka, ale zubożała i niewiele jestem w stanie ci dać, ale… ale…
     — Dobrze — ucięła to żałosne kwilenie czując, że prawie robi jej się żal naukowca. — Pomogę ci. Postaram się dowiedzieć, o co tu chodzi, ale nie wiem, ile mi to może zająć. I ostrzegam — nic przeciwko Yorgorenowi. Jeśli wynik mojego małego dochodzenia go pogrąży, to się od tego odcinam. Zrozumiałeś? A rozliczymy się na końcu, jeśli coś znajdę.
     Leavitt pokiwał gorliwie głową. Potruchtał w stronę Cathieli, ukłonił się, raz jeszcze wymamrotał podziękowania, po czym zniknął z pokoju. Kilka chwil późnej do środka weszła wciąż naburmuszona Aenyati. Cath czuła na sobie jej lodowate spojrzenie, ale w ogóle się tym nie przejęła. Jej głowę zaprzątało co innego. Zadanie, które powierzył jej Leavitt.
     To może być ciekawe, pomyślała, a na jej szpetnej twarzyczce odmalował się lekki uśmiech.
     To na pewno będzie ciekawe.



Odpowiedzi na komentarze, za które ślicznie dziękuję!



Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h47)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#27 19-07-2017 o 14h37

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Uwagi mam jedynie dwie:

"Musiał wywołać szum i zwrócić zgubę rodzicom. I przeżartym strachem miastu." Przeżartemu. Końcóweczka się majtnęła

Druga to wspomniane przez rudawego sklepikarza czekoladki. W podanym przez ciebie okresie czekoladki nie istniały, czekolada w formie znanej dzisiaj została stworzona - zdaje się - pod koniec 19-stego wieku. Gorąca czekolada i kakao do picia sprowadzono niedługo po podboju ameryki, ale wymyślenie receptury na czekoladę zajęło sporo sporo czasu. Pierwsze tabliczki czekolady były niejednorodne, tłuste i tak-jakby się mydliły. Co najważniejsze jednak były cholernie drogie. Kupowali je jedynie miastowi możni w drogich delikatesach - ale to nie duża wpadka, mało kto o tym wie. Ja po prostu obejrzałam film dokumentalny o czekoladzie xD

Poza tym dobrze. Text trzyma poziom, fabuła się rozwija. Baedzo mi się podoba sukinkoctwo bohaterów

Offline

#28 21-07-2017 o 22h48

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Skoro ty odwiedzasz moje opowiadanie to postanowiłam też wstąpić do ciebie. Mam za sobą co prawda dopiero prolog ale już mogę stwierdzić że mamy odmienne formy pisania tekstu. Nie wspomnę już o doświadczeniu, wiele osób odwiedza twoje opowiadanie i ja na pewno również przeczytam całość. Zaciekawiła mnie ta choroba, to dziecko, staruszek mamroczący. Aż nie umiem się doczekać kiedy nawiążesz do naszej kochanej Eldaryi. Wiedz że masz u mnie czytelniczkę i na pewno znowu zajrzę by czytać dalej /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#29 24-07-2017 o 19h08

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Methrylis, ogromne, ogromne "dziękuję" za wypisanie bohaterów /static/img/forum/smilies/smile.png Jak już wspominałam, można się było pogubić.

Co mam napisać... Rozdział, mimo tego, że czysto "ziemski", to jest ciekawy. Nic nie wybucha, nie dzieje się nic "łał", a mimo to jest bardzo dobry. Można poznać trochę lepiej postaci, które naprawdę są ciekawe. Mają swoje własne "ja" i nie zlewają się w bezkształtną, kluchowatą masę.

Cóż... Czekam na kolejne rozdziały. W tym chyba wszystkie błędy zostały wymienione już wcześniej, więc chwilowo nic tu po mnie /static/img/forum/smilies/wink.png

Ostatnio zmieniony przez Amrena (24-07-2017 o 19h08)

Offline

#30 27-07-2017 o 21h19

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć! Przybywam do was z kolejnym odcinkiem! Szósty odcinek jest równie spokojny, co piąty: jak wspomniałam w odpowiedzi na komentarz Amreny, potrzebne jest pewne wprowadzenie. Jestem też świadoma, że może was doskwierać brak Ezarela w Ezarelu [jak przeczytacie, to zrozumiecie] i zapewniam, że będzie wiele scen, w których elf objawi się ze swoją złośliwością. Jednak to dramat, nie komedia, dlatego póki co mało tu wesołych scen.
PS ta chemia to czysta improwizacja. Nie znam się, więc wybaczcie xd

Dołączam też zakładkę z bohaterami, którą znajdziecie na końcu rozdziału. Życzę miłej lektury!

              W poprzednim odcinku...

Svan wspomina swoją przeszłość. Zamierza zaczaić się na podpalacza i do podstępu używa zarażone Nigredo dziecko. Cathiela spotyka się ze swoją siostrą, Aenyati, lecz ich stosunki nie są najcieplejsze. Cath odwiedza Abélard Leavitt i proponuje, by dziewczyna spróbowała się dowiedzieć, po co Yorgorenowi dzieci, dlaczego akurat na nich wykonuje eksperymenty i co im wtedy robi, na co Cathiela się zgadza.

              Rozdział VI                                               
              ELDARYA

     Dla wielu zmierzch był ulubioną porą dnia. Słońce dopiero chyliło się ku horyzontowi, lecz czerń nie zapanowała jeszcze całkowicie nad światem. Słodkie zmęczenie zaczynało kiełkować w sercach, podszeptując delikatnie, że udało się przeżyć kolejną dobę i czas szykować się na następną. Matki opowiadały dzieciom bajki na dobranoc, a kochankowie tulili się na łóżkach, gotowi do zapadnięcia w sen. Skończywszy wszystkie swoje zadania, można było zanurzyć się we wspomnieniach i marzeniach.
     To była kolejna rzecz, która odróżniała Metztlin od reszty. Niziutką faery bowiem przerażało jasnogranatowe niebo widniejące za oknem Laboratorium Alchemicznego. Niepokoił ją ten spokój, który wszystkich wokół usypiał, nie ufała też tej błogiej radości wiążącej się z zakończeniem trudów dnia. Dla Metztlin zmierzch był niczym innym jak czasem niemiłych, bolesnych wspomnień, gryzącej tęsknoty oraz samotności. Jakże więc mogła miłować tę porę? Jakże więc mogłaby nie odczuwać przed nią lęku?
     Tamtego dnia na szczęście czuła się dużo lepiej, a wszystko przez to, że miała się czym zająć. W związku z „aferą portalową”, jak zaczęto to nazywać wśród strażników, było bardzo dużo roboty. Kiedy już Miiko oficjalnie przedstawiła problem, zaczęto wytyczać zadania. Głównie skupiano się na patrolach oraz zdobywaniu wiedzy na temat tajemniczych wyładowań energii. W przypadku tego drugiego rozsyłano listy do innych sprzymierzonych ludów w nadziei, że może oni słyszeli o nękającym Straż problemie. Wszak ich zadaniem była ochrona Eldaryi, więc musieli zebrać jak najwięcej informacji dotyczących tego dziwnego zjawiska i ocenić, czy jest niebezpieczne.
     Zaszczytną rolę w całym procesie odkrywania tajemniczej energii miała specjalna piątka wyróżniona przez Ezarela. Jako strażnicy Absyntu, posiadali dużą wiedzę alchemiczną, więc to ich zadaniem było zbadanie zebranej niedawno próbki.
     Pracowali nad tym już trzeci dzień. W międzyczasie odnaleziono kolejne wyładowanie energii, tym razem znajdujące się całkiem blisko ścieżki prowadzącej do Kwatery Głównej. Lśniąca Straż z niepokojem zdawała sobie sprawę, że cokolwiek to jest, zapędza się coraz bliżej siedzib mieszkalnych. Niemniej i stamtąd zebrano „krwawą” substancję, która kapała z odnóg niedorobionego portalu, tak na wszelki wypadek. Ich porównaniem i upewnieniem się, że to na pewno ta sama substancja, zajmowali się Amfald i Tithiar. Panowie długi czas się głowili, jak dokonać idealnego testu, lecz wkrótce im się udało, udowadniając tym samym, że z obu niby-portali kapało to samo. Więc, cokolwiek to było, nie ulegało żadnej zmianie poza położeniem. Wtedy pałeczkę przekazano Rickainowi i Metztlin. To na nich ciążyło najpoważniejsze zadanie, bo mieli choćby spróbować okryć, czym jest ta dziwaczna ciecz. O ile to w ogóle ciecz. Zamykali się więc w Laboratorium Alchemii na długie godziny, mając pełen dostęp do wszystkich składników i wyników badań. Metztlin poczułaby się wręcz ekskluzywnie, gdyby tylko miała na to czas.
     Do pięcioosobowej drużyny należała jeszcze Hildari. Ta sama Hildari, która miała zaszczyt zbliżyć się do tej tajemniczej energii i zebrać próbkę kapiącej cieczy. Ona jednak nie podejmowała się żadnych badań, a jedynie sporządzała raporty. Ezarel jako członek Lśniącej Straży cały czas gdzieś biegał i nie mógł wszystkiego doglądać. Dlatego takie zwykłe notki obserwacyjne stwarzała właśnie Hildari. Rudowłosa klucha, jak zwykła nazywać ją Metz, była swego rodzaju łącznikiem między nimi a Ezarelem.
     Och, jakże Metztlin jej tego zazdrościła. Jakże jej za to nienawidziła.
     — Bleh! Ech, cholera.
     Niziutka faery odrzuciła na bok swój biało-fioletowy warkocz, spoglądając na kolegę z ciekawością. Jego także te badania pochłonęły bez reszty i nawet gdy już zmierzchało, wolał dalej tu siedzieć, zamiast wrócić do pokoju. Metztlin bardzo go za to polubiła, a także za to, że był zwyczajnie miły i nie traktował jej jak powietrze. 
     — Tym się nawet da pobrudzić — mamrotał Rickain, machając wściekle swoją prawą ręką, patrząc ze wstrętem na poplamione czarną substancją palce. Plamka po kilkunastu sekundach zaczęła blednąć, aż wreszcie znikła, nie pozostawiając po sobie żadnego śladu. — Hmm. To było interesujące.
     Metztlin uśmiechnęła się pokrzepiająco, po czym spojrzała na swój notes wypełniony najróżniejszymi rysunkami, notatkami i wzorami. Zaczęli od ogólnego przebadania substancji, a potem zajęli się znalezieniem czegokolwiek podobnego istniejącego w Eldaryi, co znacznie ułatwiłoby im dalszą pracę. To jednak nie było takie proste i powoli zaczynało im brakować pomysłów, do czego mogliby przyrównać tę substancję i, przede wszystkim, jak mogliby jej użyć.
     — Może na dzisiaj dość? — zagadnęła uprzejmie Metztlin, ponownie spoglądając na Rickaina. Dziewczyna pomyślała, że jej towarzysz był nawet na swój sposób przystojny. Wysoki, dobrze zbudowany, o nieco wychudłej, pociągłej twarzy, głęboko osadzonych ciemnoniebieskich oczach i nieco przydługawych ciemnych włosach. Metz mogła się tylko domyślić, że niejedna strażniczka wzdychała na jego widok.
     Rickain spojrzał na nią ze zdziwieniem wymieszanym z dezorientacją.
     — Niee, jeszcze nie. Jest dopiero koło ósmej, a chciałbym jeszcze sprawdzić kilka rzeczy.
     Po tych słowach wstał od biurka i zbliżył się do jednej z bardzo wysokich szafek. Pootwierał kilka szuflad, przejrzał zawartość i zaraz zamykał, jak gdyby szukał czegoś konkretnego. Albo nie szukał niczego, a jedynie rozglądał się za czymś, co mogłoby nawiązać reakcję z tajemniczą substancją. Po kilku chwilach Rickain wyjął duży, zakurzony słój wypełniony jakąś ciemnobrązową breją. Chłopak zmarszczył się, ale ostatecznie wzruszył ramionami i odłożył znalezisko na biurko.
     — Co to?
     — Błoto zebrane z ziemi — odparł obojętnym tonem, rzucając jeszcze okiem na pozostałe półki. Najwyraźniej jednak nic tam nie znalazł, bo zasiadł ponownie na swoim krześle. — Nevra się upiera, że to nie jest żaden portal. A co, jeśli jest? I druga strona to właśnie Ziemia? Nie spodziewam się, że… to coś zareaguje jakoś na błoto, ale jeśli pochodzi z Ziemi, to kto wie…
     Metztlin wstała i podeszła do kolegi, uważnie przyglądając się eksperymentowi. Rickain zaś chwycił fiolkę umoczoną w wywarze rekrainostyjnym, w którym to znajdowała się tajemnicza substancja. Nabrał jej odrobinkę, po czym upuścił kilka kropel na wyłożone na spodek błoto. Reakcja była natychmiastowa: substancja przeżarła błocko, pryskając przy tym i sycząc. Na samym środku zebrało się trochę bordowej, wciąż bryzgającej wody, znad której unosiła się żółtawa para. Metztlin i Rickain niemal natychmiast zbliżyli nosy do pary, o mało co nie zderzając się głowami. A gdy jej powąchali, oboje spojrzeli na siebie z wielką ekscytacją, jednak żadne z nich nic nie powiedziało. Zamiast tego Rickain zrobił porządek na biurku, odsuwając niepotrzebne rzeczy, a Metz pobiegła po niewielką metalową skrzynkę. W środku znajdowało się kilka metalowych ustrojstw oraz trochę zielonkawej gąbki nasączonej specjalnym specyfikiem. Rick nabrał trochę powstałej niedawno wody i umieścił ją na gąbce licząc na to, że zmieni kolor. I choć spodziewał się pozytywnego wyniku, był naprawdę podekscytowany.
     — To notridioksyna! — zawołała Metz. Z podziwem wpatrywała się w eksperyment, niemal machinalnie dotykając błota, rozcierając je między kciukiem a palcem wskazującym.
     — Na pewno ona! Rozpuściła błoto i wytworzyła tę charakterystyczną parę… tylko… — Rickain zawahał się na moment. — Widzisz tę czerwoną wodę w środku, którą przesiąkła papka? Czekaj, zbadam ją, ale wydaje mi się, że…
     Nic więcej nie powiedział, skupiając się na badaniu wytworzonej wody. Metz za to pobiegła po swój notatnik i zanotowała wszystko, co udało im się zaobserwować. Trop prowadził ich na Ziemię i to było tak samo ekscytujące, jak i niepokojące.
     — Metz… — Rickain zawołał ją niepewnym głosem, a dziewczyna natychmiast podbiegła bliżej. — Miałem rację. Ta woda nie pochodzi z tego ziemskiego błota. To po prostu ta nasza dziwaczna substancja z portalu, tylko całkowicie skroplona. Ale nie jest to też krew. To po prostu… woda. Czerwona woda, która…
     — …wytwarza notridioksynę, choć nie powinna — dokończyła Metztlin. — Notridioksyna to związek, który istnieje tylko u nas. Silnie reaguje ze wszystkim, co ma inne pochodzenie, choćby ziemskie. Bardzo łatwo się przenosi.
     — Tak ze trzydzieści lat temu przybyło do Eldaryi ziemskie dziecko — mruknął nagle chłopak jakby do siebie. — Było chore na grypę. Kilka dni później umarło, a razem z nim trójka naszych dzieci. Wtedy też prowadzono badania, bo nikt nie wiedział, jak zatrzymać rozprzestrzeniającą się chorobę. I wiesz, co tam znaleźli? — Rickain spojrzał na dziewczynę, a jego twarz wyrażała olbrzymie zmęczenie. — Notridioksynę. To ona odpowiadała za przenoszenie się zarazy w Eldaryi; tak jakby nadała grypie właściwości umożliwiające przetrwanie w naszym świecie. Samą chorobą nie była, ale po prostu ułatwiała jej wędrówkę.
     Metztlin zmarszczyła czoło, powoli analizując to, co odkryli i dodając do tego opowieść Rickaina. Chwyciła swój notesik i zaczęła notować, choć nie było jej łatwo przez narastający ból głowy. Nieco ociężale wypisywała wszystkie obserwacje i kreśliła powyginane we wszystkie strony strzałki, które odsyłały do jeszcze innych teorii. Kiedy niziutka faery skończyła, przyjrzała się uważnie swojej pracy, po czym podała notes koledze. Ten wpatrywał się w zapiski z wymalowanymi na twarzy skupieniem i niepokojem, najwyraźniej dochodząc do tych samych wniosków co Metztlin.
     — Portal, czy cokolwiek to jest, wytwarza notridioksynę — powiedziała Metz, uważnie dobierając każde słowo. - A skoro portal pochodzi z Ziemi, a prawdopodobnie tak jest, to...
   — Zapewne przeniósł coś ziemskiego - dokończył Rickain. - Ale tak sam z siebie? Te trzydzieści lat nośnikiem było dziecko i dopiero wtedy wytworzyła się notridioksyna. Więc nie wiem, jak to możliwe, by cokolwiek samo się przenosiło. Ale jeśli tak jest, to... Metz...
     Rickain zamilkł nagle, po czym lekko pobladł, wpatrując się w osłupieniu to w Metztlin i jej poplamione od zaschniętego błota palce, to w swoje własne, również niedawno pobrudzone. Przekaz był jasny: jeśli się nie mylili, to, cokolwiek ta notridioksyna nosiła, Metz i Rockain mogli być tym zainfekowani.
     I byli. A przynajmniej ona. Metztlin nagle bardzo wyraźnie to poczuła.
     Ból głowy był nie do zniesienia. Oczy się zamgliły, a ciało zdawało się ważyć kilkanaście kamieni więcej, bo Metz nagle runęła na ziemię, resztkami sił podpierając się dłoniami. Jej łokcie drżały, po chwili uginając się niczym złamane zapałki. Dysząc ciężko, Metz leżała na chłodnej podłodze Laboratorium, nie rozumiejąc, co się z nią działo. Wtem przeszedł ją silny dreszcz, ciało zadrżało silnie, a w Metz wstąpiła jakaś chorobliwa, nienaturalna energia, która poderwała ją do pionu. Lecz tylko na moment. W następnej chwili dziewczyna zgięła się wpół, po czym zwymiotowała, nadal lekko się trzęsąc.
     Czuła, jak ktoś do niej podbiega. Zaćmiony umysł starał się nie tracić kontaktu z rzeczywistością, choć było coraz trudniej. Po długiej, męczącej chwili domyśliła się, że ten ktoś obok to Rickain. Pokrzykiwał coś w panice, pewnie do niej lub do siebie. Nie rozumiała ani jednego słowa, więc nawet nie starała się wysilać. Zamiast tego przymknęła powieki i zacisnęła zęby, próbując odgonić kolejną falę bólu głowy i stłumić mdłości. Nie udało się i niemal sina Metz po raz kolejny zwymiotowała.
     Wtedy usłyszała jakiś huk i podniesione głosy. Rickaina i kogoś jeszcze. Umysł nie potrafił go rozpoznać, choć serce najwyraźniej doskonale sobie z tym poradziło, bo zabiło mocniej. Przez jej ciało przebiegł miły prąd, lecz błyskawicznie został stłumiony przez kolejną dawkę dreszczy.
     Ten straszliwy stan trwał jeszcze chwilę. Nagle jednak głosy dwóch pochylonych nad nią mężczyzn stały się głośniejsze i wyraźniejsze. Metztlin zaczęła rozróżniać poszczególne słowa, udało się jej nawet rozpoznać, że ten drugi głos należał do nikogo innego, jak do Ezarela. Jej serce znowu przyspieszyło, jak gdyby motywując ją do podniesienia głowy. Tak też zrobiła, lecz zanim natknęła się na twarz elfa,  jej spojrzenie padło na kałużę żółci. Metztlin poczuła, jak zalewa ją gorąca fala wstydu.
     — P-przepra… Przep-pra-aszam — wydukała chrapliwie — j-ja to posprząt-tam…
     — …zabierz też tę próbkę… nie… ją wezmę… Eweleïn…
     Metztlin starała się jak mogła zrozumieć to, co mówił Ezarel, lecz szło jej naprawdę marnie. Wciąż była bardzo słaba, więc nie protestowała, kiedy ktoś ją delikatnie uniósł. Wprawdzie początkowo to lekkie bujanie przyprawiło ją o mdłości, lecz tym razem udało się zwalczyć słabość.
     Przynajmniej tę jedną.


     Ezarel był wściekły. Dało się to odgadnąć po jego zniekształconych rysach twarzy, po zaciśniętych pięściach i po niecierpliwym, sprężystym kroku, którym krążył wokół Przychodni. Bynajmniej jednak nie czuł złości w stosunku do Rickaina czy przede wszystkim do Metztlin, chociaż początkowo tak to mogło wyglądać. Czuł ją do siebie. Obwiniał się, że zostawił ich samych z tak odpowiedzialnym zadaniem. Nie przypilnował ich i nie przebadał tej substancji sam, mimo że powinien. Gdyby choć trochę pomyślał, na moment przestał biegać jak kot z pęcherzem i poważnie się zastanowił, mógł tego uniknąć. Tymczasem to, co Metztlin i Rickain odkryli, okazało się bardzo niebezpieczne. Ezarel, jako szef Straży Absyntu i osoba odpowiedzialna za swoich podopiecznych powinien wziąć to zadanie na siebie. Przez jego nieodpowiedzialność ucierpiała niewinna dziewczyna i tego nie potrafił sobie wybaczyć.
     Wprawdzie gdy doniósł dziewczynę do przychodni, stan niziutkiej faery wyraźnie się poprawił. Rozumiała, co się wokół niej działo, nie wymiotowała już, a jej twarzyczka nabrała koloru. W kółko przepraszała za to, co się stało i zapewniała, że posprząta bałagan, którego narobiła w Laboratorium. Jeszcze wtedy Ezarel niemal nie słyszał jej słów, zbyt przerażony tym, co się wydarzyło. Lecz gdy przywołał to niedawne wspomnienie, uśmiechnął się lekko: jej niewinna beztroska była wyjątkowa. Tym bardziej żałował, że naraził Metztlin na takie niebezpieczeństwo.
     Ezarel niecierpliwie czekał na wieści od Eweleïn. Sterczał pod drzwiami już od dłuższego czasu i wciąż nie wiedział, w jakim stanie są Metz i Rickain. Zwłaszcza że przecież także ten drugi miał kontakt z substancją, mimo że nie zdradzał żadnych niepokojących symptomów. Być może choroba zmorzy go później, kiedy nikt się tego nie będzie spodziewał — w końcu nic o niej nie wiedzieli. I to było najgorsze.
     Kiedy elf usłyszał charakterystyczny, piskliwy dźwięk otwieranych drzwi, gwałtownie odwrócił głowę, wypatrując Eweleïn. Stała tuż przed nim, piękna i dumna jak zawsze. Elfka była niewiele niższa od Ezarela, lecz jej twarde spojrzenie błękitnych oczu skutecznie niwelowało tę drobną różnicę. Długie, białe włosy, wtedy nieco roztargane, nadal olśniewały blaskiem. Idealne, delikatne rysy zaś wykrzywiło coś na kształt niepokoju i konsternacji.
     — Co z nimi? — zaatakował natychmiast, zbliżając się do Eweleïn.
     — Wszystko w porządku — odparła, a Ezarel poczuł, jak po kręgosłupie spływa mu nieprzyjemny dreszcz. Wszystko przez to, że sposób, w jaki przekazała te dobre wieści, był niemal upiorny: głos Eweleïn brzmiał jak wyprany z emocji, przyprawiony jedynie maleńką nutką niepewności. Tak jakby właściwy stan pacjentów był czymś niedobrym.
     I najwyraźniej rzeczywiście stanowił problem, bo gdy Eweleïn popatrzyła intensywnie na Ezarela, na jej twarzy malowało się coraz więcej emocji. Działo się coś złego, bardzo złego.
     — Metztlin błyskawicznie wróciła do zdrowia — zaczęła swój wywód tonem znawcy. — Wymioty ustały, podobnie jak dreszcze. Nie ma gorączki, ciśnienie jest w normie. Wierząc samej dziewczynie, nic jej nie dolega. Tak samo jak Rickainowi, lecz jemu ani przez moment nic nie doskwierało, był całkowicie zdrowy. No… może nie całkiem… — Eweleïn zawahała się na moment. — U każdego z nich znalazłam kilka koronawirusów. To jeden z wirusów odpowiedzialnych za zwykłe przeziębienie. Wygląda to tak, jakby ich organizm niedawno zwalczył tę chorobę. Ale Metztlin i Rickain zapewniają, że od dawna na nic nie chorowali. A poza tym… nie znalazłam nic. Zupełnie nic.
     Ezarel zaczynał rozumieć niepokój przyjaciółki.
     — Więc dlaczego Metztlin tak gwałtownie zareagowała na zetknięcie się z notridioksyną? Według Rickaina to stało się zaraz po tym, jak dotknęła błota. Wcześniej to Rickain się pobrudził, ale bezpośrednio samą substancją! Jak to więc możliwe, że na nią to zadziałało, a na niego nie?!
     Szef Straży Absyntu coraz bardziej się denerwował. Nienawidził tracić kontroli nad sytuacją, a w tym momencie sprawy miały się wręcz tragicznie. Podobnie zresztą czuła się Eweleïn; Ezarel znał ją zbyt dobrze, by tego nie wiedzieć. Zapewne dręczyła się, że oto mistrzyni w swoim fachu, całkowita perfekcjonistka, nie dotarła do sedna sprawy i nie znalazła odpowiedzi na pytanie: co się stało?
     No właśnie. Co się stało?
     — Będę potrzebowała wszystkiego, nad czym pracowali — odezwała się elfka. — Muszę to dokładniej zbadać…
     — Pomogę ci — wpadł jej w słowo tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Zawaliłem. To moja wina. Jakoś muszę to naprawić.
     — Ezarel — odezwała się niespodziewanie. — Jak myślisz… co to może być?


     Co to mogło być? Metztlin nie mogła pozbyć się tego pytania z głowy.
     Dziewczyna wpatrywała się z mordem w oczach w młodą asystentkę Eweleïn, której nakazano pilnować pacjentki. I choć Metz tłumaczyła, że czuje się w pełni dobrze i wystarczy, że wróci do pokoju i się położy, tak Eweleïn się uparła i kazała jej zostać na noc. Nic nie mogła na to poradzić, więc leżała w łóżku, bawiąc się swoimi włosami. Co jakiś czas zerkała na swoje fioletowe plamki, lecz nie miała złudzeń: wszystkie spłynęły na sam dół, barwiąc końcówki kolorem fiołków. Nic dziwnego, gdyż Metz, choć czuła się jeszcze trochę słabo, była przede wszystkim zła na siebie. Mogła nie dotykać tego przeklętego błota! Mogła pracować dalej i kto wie, może dowiedzieliby się czegoś więcej! Odkryli już tak dużo…
     Metztlin drgnęła gwałtownie, kiedy ktoś otworzył drzwi. Była pewna, że wróciła Eweleïn i mała faery już się szykowała, by walczyć o powrót do swojego pokoju, kiedy zamarła. I choć spodziewała się tej wizyty, widok Ezarela wprawił ją w osłupienie. A kiedy ten stan minął, pojawiło się kilka innych: panika, ekscytacja, szczęście, wstyd. Metztlin momentalnie poczuła, jak robi jej się gorąco, a na pobladłą twarz wstępują intensywnie czerwone rumieńce.
     — Jak się czujesz? — spytał łagodnie, zatrzymując się przy jej łóżku.
     Jak się czuję? Jak ja się czuję? Metztlin starała się przeanalizować te pytania, zrozumieć je i znaleźć najlepszą odpowiedź, lecz obecność elfa znacznie utrudniała jej zebranie myśli.
     — Dobrze — wymamrotała, spuszczając głowę. Bała się na niego spojrzeć, zwłaszcza po tym, jak go zawiodła. Chciałaby go przeprosić, ale i tego się obawiała. Metztlin nigdy nie należała do odważnych osób.
     — Przepraszam…
     Dziewczyna była pewna, że się przesłyszała, lecz kiedy podniosła głowę i ujrzała skruszonego Ezarela, musiała uwierzyć. To on ją przepraszał, nie ona jego. Jak to możliwe? Czego miałby być winien? Nie znajdując odpowiedzi na to pytanie, po prostu czekała na ciąg dalszy, wpatrując się w swojego szefa z szokiem wymalowanym na twarzy.
     — Naraziłem cię na niebezpieczeństwo. Byłem zaganianym głupcem, który myślał, że może zdoła was czegokolwiek nauczyć. Zamiast tego…
     Metz przeraziła się tymi oskarżeniami, dlatego natychmiast mu przerwała, sama się dziwiąc temu przejawowi odwagi.
     — Nie! — zawołała, gwałtownie się prostując. Ezarel spojrzał na nią zaskoczony, lecz Metz nawet nie drgnęła. — To nie pana wina! Nikt nie wiedział, co to takiego i ktoś musiał to zbadać! Przecież jesteśmy ze straży Absyntu! Prędzej czy później kogoś by to dopadło, czy to pana, czy mnie. Ale nic mi nie jest! Eweleïn na pewno panu mówiła! Poza tym…
     Przerwała, kiedy Ezarel uśmiechnął się z rozbawieniem. Odwaga momentalnie się ulotniła, zastąpiona wstydem i zażenowaniem.
     — Nie jestem żaden „pan” — powiedział, nadal szeroko się uśmiechając. Metztlin zarumieniła się jeszcze silniej, choć nie była pewna, czy to w ogóle możliwe. — Mam na imię Ezarel. I chciałbym, żebyś tak do mnie mówiła.
     — Jest pan moim szefem… — bąknęła cichutko, lecz Ezarel szybko jej przerwał.
     — …przez którego leżysz w szpitalu. W tej chwili nie zasługuję na ten tytuł.
     Na chwilę zapanowało milczenie. Metztlin odwróciła głowę, wciąż czując na sobie spojrzenie Ezarela. Wtem mała faery pomyślała, że jej szef nie powinien tu przychodzić. Byłaby spokojniejsza, gdyby jej nie odwiedził, nawiedzana jedynie swoimi naiwnymi marzeniami. Cóż, właśnie wtedy jedno z nich się spełniło — przyszedł. I Metz nie miała pewności, czy to dobry pomysł. Doskonale bowiem zdawała sobie sprawę, że elf zrobił to z obowiązku. Dotychczas ledwie znał jej imię, choć prawdą było, że wyróżnił jej umiejętności. Niemniej jednak poza tym nic ich nie łączyło i gdyby nie ten wypadek, zupełnie nic by się nie zmieniło. Był jej szefem, nie przyjacielem. Mało tego, pochodził z wysokiego rodu elfów, podczas gdy ona to tylko na wpół osierocona faery nieznanego pochodzenia o wyglądzie małej dziewczynki. Niziutka, z biało-fioletowymi włosami, jasnozielonymi oczami i dziecięcą buźką nie mogła być brana na poważnie i Metz już dawno się z tym pogodziła, choć nie było łatwo.
     — Przejmę badania — odezwał się niespodziewanie. — Mimo tego, co się stało, chciałem wam podziękować za wasz wkład. Odkryliście coś wielkiego, ale nie mogę ryzykować, że coś wam się może stać…
     — Nie! Błagam, proszę! — Metztlin poczuła rozpacz na myśl o odsunięciu od badań. — Ja muszę się dowiedzieć więcej! Nie mogę tego porzucić… teraz, kiedy tyle się dowiedzieliśmy… Błagam! Będę ostrożna! Nie będę niczego dotykać! Będę tylko grzecznie wykonywać notatki i dzielić się obserwacjami… czysto teoretyczna praca! Żadnej praktycznej! Błagam pana… Ezarela… błagam cię…
     Metztlin zdawała sobie sprawę, że jej prośby musiały wyglądać żałośnie, lecz w tamtej chwili o to nie dbała — zbyt mocno zależało jej na tym, by dokończyć swoją pracę. Poza tym gdzieś z tyłu głowy myślała sobie, że w związku z tym, co się stało, miała prawo stawiać warunki. Nie ważyłaby się jednak wypowiedzieć tego na głos.
     Ezarel zmierzył ją czujnym, nieco podejrzliwym spojrzeniem, zastanawiając się nad odpowiedzią. Milczał parę chwil, napinając nerwy Metz do granic możliwości. Niech się zgodzi, myślała przerażona. Musi się zgodzić!
     — Zastanowię się nad tym — mruknął poważnym, nieco ponurym tonem. — Choć to nie jest dobry pomysł.
     — Całą odpowiedzialność biorę na siebie!
     — Nie — przerwał ostro. — To ja jestem waszym szefem, to ja za was odpowiadam bez względu na wszystko. Rozumiem, że ci zależy. Tak jak obiecałem, zastanowię się nad tym.
     Ezarel zrobił krok w tył, ostatni raz spoglądając na Metztlin. Uśmiechnął się lekko, a serce Metz zadrżało silniej.
     — Wracaj szybko do zdrowia.
     Dziewczyna kiwnęła niemrawo głową, nie mając pojęcia, co odpowiedzieć. Jednocześnie cieszyła się, że Ezarel wychodził i modliła, by został choć chwilkę dłużej. Jednak nie to najbardziej ją martwiło. Ważniejsza była zgoda Ezarela na kontynuowanie badań. A że Metz miała niemal pewność, iż tej zgody nie otrzyma, musiała znaleźć inny sposób, by poznać wyniki.
     Metztlin chciałaby mieć w sobie więcej odwagi i stwierdzić, że nie ugnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel, lecz wcale nie była tego taka pewna.
     Nienawidziła samej siebie. Tak bardzo nienawidziła…


Bohaterowie




Odpowiedzi na komentarze

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h48)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#31 27-07-2017 o 22h09

Straż Absyntu
Latynedia
Pokonała Dahu
Latynedia
...
Wiadomości: 2 631

Yaaay! Kolejny rozdział! Hmm, piszesz,że nie znasz się na chemii, a moim zdaniem bardzo profesjonalnie to wszystko opisałaś. To znaczy, ja też kompletnie się na tym nie znam,ale tak to brzmiało! Uwielbiam postać Metz, a jednocześnie jest dla mnie straszną zagadką. Nie wiem do końca, czego się po niej spodziewać. W tym opowiadaniu, no nie oszukujmy się, praktycznie wszyscy dbają tylko o siebie i do świętych z całą pewnością nie należą, a Metz wydaje mi się na razie najlepsza z nich wszystkich i to dość podejrzane! xD
To samo z Rickiem(pozwolisz,że będę tak pisała w skrócie?), też wydaje się dość sympatyczny. Zastanawiam się, czy w późniejszych rozdziałach będzie miał jakąś większą rolę do odegrania. A to,że Ezarel w tym odcinku nie był złośliwy wcale mi nie przeszkadza. W końcu on też ma serce(tak, też na początku nie chciałam uwierzyć) i w takiej sytuacji po prostu się martwił i dlatego był miły. Oczywiście jak zawsze było bardzo ciekawie, a scena kiedy dowiadują się o tym,że mogą być zakażeni była mega! Cóż, dopiero przeczytałam ten rozdział,a już nie mogę doczekać się następnego! Weny życzę i pozdrawiam! :*

Offline

#32 28-07-2017 o 20h49

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Tirararara... Powiem, że mam gorzko-słodkie odczucia do tego wpisu. Bardzo podoba mi się rozwój fabuły, powolne kształtowanie się postaci, pieczołowitość intrygi. To, że  choroba ni z tego ni z owego nie okazała sie smiertelna bądź obłozna, tylko po to, żeby pobawić się dramatyzmem. Fabularnie nie mam nic do zarzucenia, bo widać, że pracujesz nad opowiadaniem, że jest  przemyślane. Ale... No właśnie "ale".

Może zacznę od drobnostki. Otóż żaden laborant nie pożyłby nazbyt długo, gdyby wdychał wyziewy eksperymentów lub pchał paluchy w nieznane substancje. W prawdzie realia twojej Eldaryi są ciut średniowieczne, więc i środki bezpieczeństwa nie takie jak teraz, ale i tak to, co zrobiły twoje postacie zakrawało na beztroskę. Jednak to da się przeżyć.

Gorszym przewinieniem jest zaśmiecanie tekstu. Używasz staromodnych wyrażeń i cięższego słownictwa, co się chwali - tu ie mam nic do zarzucenia. Jednak niepotrzebnie przekombinowywujesz niektóre rzeczy. Jak to było? "charakterystyczny, skrzypiący dźwięk drzwi"? Chyba tak, nie chce mi się szukać. Starczyłoby skrzypnięcie drzwi. Drzwi skrzypią, a nie wydają charakterystyczne, skrzypiące dźwięki. Opis upadku Metz też przekombinowałaś - raz, ze słowo runęła było ciut za mocne, skoro dała się radę podeprzeć (runięcie kojarzy mi się z barwnym upadkiem z bardzo wysokich schodów), dwa sam opis był nieco zagmatwany. Podobnych wpadeczek o wiele więcej. To są małe rzeczy, drobiażdżki, ale jest ich strasznie dużo. Zaśmiecaja tekst, sprawiają, że staje się trudny do czytania. wiem, ze chcesz się trzymać klimatu, pisać językowym odpowiednikiem stylu gotyckiego, ale nie tędy droga.

Uważaj na to, bo tekst pod względem fabularnym jest świetny, więc przydałoby się, żeby i forma była dobra.

Offline

#33 29-07-2017 o 11h17

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Wypoczęta i wyspana, wzięłam się za dokładne przeczytanie rozdziału.

Fabuła i bohaterowie - tu nic się nie zmieniło. Dalej jest ciekawie, dalej jest dobrze i dalej mi się podoba /static/img/forum/smilies/smile.png Z niecierpliwością czeka się na dalszy rozwój historii . I ja też czekam /static/img/forum/smilies/smile.png
A przy okazji - lubię Twoich bohaterów. Ot, taka informacja /static/img/forum/smilies/smile.png

Przyznaję, że poprzedni wpis, mimo tego, że dotyczył głownie Ziemii i prawie nic się w nim nie działo, jakoś bardziej mnie wciągnął (nie wiem dlaczego i sama tego nie rozumiem  /static/img/forum/smilies/neutral.png ). Chociaż nie, chyba wiem o co chodzi. Wspominałaś ostatnio o "udziwnieniach" w tekście i tutaj chyba właśnie one są w nadmiarze. Jest takie powiedzenie, oczywiście wrzucam tutaj w wersji nieco ocenzurowanej: "Jak coś mnie denerwuję to mówię, że mnie denerwuje, a nie, że złowrogo szumią wierzby czy duch mój na rozżarzone węgle gołą dupą usiadł." Nie wiem czy rozumiesz o co mi chodzi? /static/img/forum/smilies/big_smile.png


Brak literówek! /static/img/forum/smilies/big_smile.png A przynajmniej ich nie zauważyłam, więc jeżeli jakakolwiek się pojawiła, to nie była warta uwagi /static/img/forum/smilies/wink.png

Tak ogólnie, podsumowując... To naprawdę dobre opowiadanie i zawsze chętnie do niego zaglądam.
Proszę, trzymaj taki poziom dalej! /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#34 31-07-2017 o 13h04

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Przeczytalam w koncu na spokojnie calosc i zaluje swego braku cierpliwosci. Moglam odczekac az zbierze sie wiecej!
Czekanie na kolejne odcinki ulubionych opowiadan to dla mnie prawdziwa meka, nie wiem czym sie zajac (zart, szczesciem zycie daje sporo ilosc zajec /static/img/forum/smilies/big_smile.png)!

Bardzo polubilam Metz i mam nadzieje, iz nie pozostanie ona taka szara myszka Absynthu a jej relacje z szefem nabiora rumiencow (i dla jasnosci - nie mam tu na mysli banalnego "happily ever after").

Poza tym jestem pod wrazeniem Twego kunsztu literackiego i budowania swiata i realiow. Dopracowywania szczegolow.
Postaram sie uzbroic w cierpliwosc, zwlaszcza iz zauwazylam Twa czesta (w porownaniu z innymi autorkami) aktywnosc tworcza.

/static/img/forum/smilies/smile.png

Ostatnio zmieniony przez Laique (31-07-2017 o 13h05)

Offline

#35 01-08-2017 o 17h35

Straż Absyntu
Lilith_
Piechur Straży
Lilith_
...
Wiadomości: 2 158

— Jest pan moim szefem… — bąknęła cichutko, lecz Ezarel szybko jej przerwał.
— …przez którego leżysz w szpitalu. W tej chwili nie zasługuję na ten tytuł.


Jakie to pełne uczucia. ♥ Tak jak wspomniałaś, Ezarela w Ezarelu jest nieco mniej niż powiedźmy w oryginale, ale to absolutnie fantastyczne, że nie trzymasz się utartego schematu i nie jest on wiecznie tylko złośliwym trollem, bez krzty uczuć wyższych. /static/img/forum/smilies/wink.png
Zakładka z bohaterami jest dobrym pomysłem, bowiem u Ciebie pojawia się wiele ważnych postaci, z którymi nie mamy styczności w grze tylko poznajemy ich w Twoim dziele.
Chyba Ci już to kiedyś pisałam - szczerze nie pamiętam, mam czasem pamięć jak Lysander, przepraszam XD - masz bogaty zasób słownictwa, co pomaga lepiej wizualizować sobie różne sytuacje, ale ten fragment jakoś mi zbyt ładnie nie zagrał.

Och, jakże Metztlin jej tego zazdrościła. Jakże jej za to nienawidziła.


Odnoszę wrażenie, że powtórzenie to celowy zabieg mający na celu wyraźnie zaznaczyć jakie Metzilin żywi uczucia wobec Hildari. /static/img/forum/smilies/wink.png Nie mam pomysłu, jak można by przeredagować te dwa zdania, musisz mi wybaczyć, ale wena mi padła. Czyli wychodzi na to, że tak po prostu się przyczepiam z powodu swojego widzimisię, także nie przejmuj się tym. XD Ogólnie pod względem formy jest wspaniale, niemalże perfekcyjnie. Zarys fabuły też jest nietuzinkowy, więc pozostaje mi już Cię tylko pozdrowić i czekać na kolejny rozdział. /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Także pozdrawiam cieplutko. ♥ /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ostatnio zmieniony przez Lilith_ (01-08-2017 o 17h36)


https://media.giphy.com/media/JOcJg53W2YIgM/giphy.gif








https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif

Offline

#36 10-08-2017 o 21h41

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć! Przybywam do was z kolejnym rozdziałem, lecz tym razem dość mocno okrojonym. Pojawiło się tu bowiem kilka scen nienadających się do opublikowania na tym forum. Ciekawych pełnej wersji informuję, że znaleźć ją możecie TUTAJ.

Tyle ode mnie. Poniżej standardowo lista bohaterów, tak dla ułatwienia. Oczywiście wraz z przebiegiem fabuły kolejne postaci będą dodawane, ale na razie macie te, które są potrzebne. Milej lektury!

EDIT: Zarówno odpowiedzi na wasze komentarze jak i zakładka „Bohaterowie” znajdują się na końcu strony. Dlaczego? Ano dlatego, że spoilery zmniejszają interlinię. Idiotyczne, prawda? /static/img/forum/smilies/wink.png

              W poprzednim odcinku...

Metztlin wraz z kolegą badają tajemniczą ciecz wyciekającą z portalu. Dziewczyna po zetknięciu się z substancją traci przytomność. I choć szybko wraca do zdrowia, Ezarel zarządza, że to on przejmuje badania. Mimo to Metz błaga go, by pozwolił jej pomóc, co Szef Absyntu obiecuje przemyśleć.

              Rozdział VII                                               
              ELDARYA

     — Wyglądasz jak trzy ćwierci do śmierci.
     Ezarel był zadziwiony tym komplementem ze strony Eweleïn i chętnie by podziękował, lecz obawiał się, że to kosztowałoby go zbyt wiele wysiłku. Wobec tego, gdy tylko wszedł do Przychodni, rozejrzał się błędnie po przestronnym, jasnym pomieszczeniu, wypatrzył najbliższe łóżko i ciężko na nie opadł. Elf pomyślał wówczas, że gdyby teraz do środka wpadł jakiś chory, nie byłoby siły, która ściągnęłaby go z posłania.
     Istotnie, szef Straży Absyntu czuł się tak samo źle, jak wyglądał. Fioletowawe cienie pod oczami upiornie kontrastowały z chorobliwie bladą cerą, niebieskie włosy miał potargane i niezbyt dokładnie związane na karku, a zazwyczaj idealnie czysty kitel był pognieciony i poplamiony. Leżąc na wznak, Ez wpatrywał się pustym spojrzeniem w sufit, zastanawiając się, czy kiedykolwiek dopadł go tak silny kac. Do niczego innego bowiem nie mógł przyrównać tego stanu, który go powoli wykańczał.
     — Przynajmniej coś znalazłeś? — spytała Eweleïn nieco pretensjonalnym tonem.
     Ezarel lekko odwrócił głowę, z rozbawieniem obserwując, jak przyjaciółka krzyżuje ręce na piersi, mierząc go podejrzliwym, choć nieco zatroskanym spojrzeniem. Spodziewał się tego sceptycyzmu i chyba właśnie dlatego po zakończeniu badań przyszedł właśnie do niej. Swoją drogą, że jako jedna z niewielu potrafiła zrozumieć te wyniki i wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski. Przede wszystkim jednak Ez liczył, że jej chłodny realizm i nieustępliwość postawią go na nogi.
     — Cholera — westchnął lekko, ponownie odwracając głowę i wręcz z rozmarzeniem wpatrując się w sufit. — Zarwałem dwie noce. Nie śpię od około pięćdziesięciu godzin. Poza tym jestem rozczarowany swoim wynikiem. Dwa dni, Lein. Dwa dni! Jak mogłem się tak opuścić? Chyba wypadam z formy. Masz na oku jakiegoś sprytnego alchemika? To już chyba czas, Lein. Czas szukać zastępcy. Ty! A może ciebie mianuję na Szefową? Podszkolisz tylko tę całą Ariadnę na medyka i tyle!
     Eweleïn coraz bardziej traciła cierpliwość i Ezarel doskonale o tym wiedział. Znowu się uśmiechnął, po czym westchnął męczeńsko i z trudnemu podciągnął się na łóżku, opierając się o przyjemnie chłodną ścianę. W nonszalanckim geście splótł nogi na kolanach, machinalnie bawiąc się kosmykiem swoich długich, niebieskich włosów.
     — Jednak odpowiadając na twoje pytanie — zaczął leniwie, podejrzewając, że prędzej czy później Eweleïn go pogoni — coś tam znalazłem. I to chyba całkiem sporo, ale jeszcze nie wszystko.
     — To znaczy?! — zawołała jednocześnie zniecierpliwiona i podekscytowana. — Dowiedziałeś się, co przenosi notridioksyna?! Wiesz, co dolega Metztlin?!
     — Nie. — Ezarel nagle spoważniał, prostując się na łóżku i patrząc na Eweleïn ponuro. Jednak to trwało tylko chwilkę, bo kilka sekund później pobladłą ze zmęczenia twarz elfa wykrzywił złośliwy uśmieszek, jakże dla Ezarela charakterystyczny. — Jesteś w stanie poświęcić się na rzecz nauki?
     Eweleïn zmarszczyła czoło, najwyraźniej nie mając pojęcia, o co mogło mu chodzić. Jej zniecierpliwienie nieco zelżało, choć nadal była niezadowolona z tych podchodów, w które bawił się Ezarel.
     — Ez, czy możesz mi wreszcie powiedzieć… — zaczęła zmęczonym tonem, lecz elf błyskawicznie jej przerwał.
     — Jesteś czy nie?
     — Oczywiście, że tak — odparła bez namysłu.
     — Świetnie.
     Ezarel jak gdyby nigdy nic wstał, rozciągnął się, zamruczał jak kot, po czym zaczął grzebać w jednej z wewnętrznych kieszonek swojego płaszcza. Po chwili wyjął stamtąd malutką fiolkę z ciemnoczerwoną cieczą. Dokładnie tą, która w ciągu ostatnich dni wywołała tyle zamieszania. Elf zaczął obracać fiolkę między palcami, przyglądając się jej z zaciekawieniem. Ezarel czuł na sobie piekące spojrzenie przyjaciółki i był pewien, iż Eweleïn oczekiwała obszernego raportu, który umożliwiłby jej rozpoczęcie własnych badań.
     Właśnie wtedy, zupełnie nagle, Ezarel odkorkował fiolkę i jak gdyby nigdy nic prysnął zawartością w stronę Eweleïn. Brunatne krople opadły na strój, szyję i włosy, ale po krótkiej chwilce całkowicie się wchłonęły, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Podczas gdy Eweleïn wybałuszyła oczy, nie dając wiary temu, co się właśnie wydarzyło, Ezarel nonszalancko oparł się o jeden z filarów, obserwując paniczną szamotaninę przyjaciółki.
     — Wybacz — mruknął, choć trudno było mu ukryć rozbawienie. — Musiałem na kimś przetestować, czy ta substancja jest śmiertelnie niebezpieczna. Sam mógłbym się poświęcić, ale kto wtedy dokończyłby badania? Podejrzewam, że taka strata byłaby zbyt bolesna dla Lśniącej Straży. No a skoro dla ciebie nauka jest tak samo cenna, jak dla mnie i jesteś w stanie się dla niej poświęcić, no to pomyślałem, że…
     — EZAREL!!!
     Dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie, kiedy usłyszał ten rozdzierający wrzask. Pomyślał nawet, że być może troszeczkę przesadził, ale ostatecznie stwierdził, że w sumie nic złego nie zrobił, więc nie miał czego żałować.
     — Oto co odkryłem — zaczął pospiesznie, spodziewając się, że jeśli prędko tego nie wyjaśni, Eweleïn gotowa była rozedrzeć go na strzępy. — Nic.
     Cisza, jaka zaległa między nimi na te kilka sekund, była ciężka niczym ołów.
     — I mówię poważnie! — usprawiedliwiał się Ez, widząc otwierające się już usta Lein. W połączeniu z jej oczami ciskającymi gromy mogłoby zacząć dziać się źle, gdyby elfka zabrała głos. — Ta ciecz ma w sobie notridioksynę, ale to już ustalili Metztlin i Rickain. Rzecz w tym, że notridioksyna często jest jakimś nośnikiem. Lecz w tym przypadku… Lein, tam nie ma nic. Nic. Kompletnie. Może poza kilkoma koronawirusami, które sama znalazłaś przy badaniu dzieciaków. Ale to wszystko. Więc nie martw się, nie umrzesz od tego pochlapania. Ja też nie umrę, a nieźle się tym wybrudziłem. Mogę ci to nawet wypić, a gdy Karuto nie będzie patrzył, wlać całą fiolkę do tego jego obrzydliwego sosu pieczarkowego. Więc jestem pewien na dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięć procent, że…
     — A gdzie ta jedna dziesiąta? — zapytała ponuro Eweleïn.
     Najwyraźniej wieść o nieszkodliwości substancji nie wywołała u niej hurraoptymizmu. Podobnie jak u Ezarela.
     — Tą jedną dziesiątą jest Metztlin — odparł z największą powagą. — Nie wiem, jak to możliwe, ale coś… coś w niej musiało tak gwałtownie zareagować na zetknięcie się z notridioksyną. Bo nikt inny nie odczuł skutków tej mazi i zapewniam cię, że nie odczuje. Spędziłem całe dwa dni… i noce… na to, by się upewnić, że ta substancja jest bezpieczna. A ja się nie mylę, Lein. I na pewno nie w tym przypadku. No, chyba że koronawirusy są za to odpowiedzialne, ale nie sądzę, by resztki po przeziębieniu mogły wywołać takie spustoszenie.
     — I mnie się nie wydaje, ale… skąd one się tam wzięły?
     — To two-o-o-je zadanie — jęknął, przy okazji ziewając potężnie. — Ja ledwie myślę. Muszę się wyspać, obudźcie mnie za jakieś trzy tygodnie. I zbadaj Metztlin. Dokładnie. Bo tu cały czas coś nie gra.
     Ezarel odwrócił się i skierował do wyjścia, pozostawiając przyjaciółkę zanurzoną w swoich myślach. Elf potrzebował choć trochę odpoczynku, by móc na spokojnie poukładać sobie w głowie te wszystkie odkrycia. Nie miał pojęcia, skąd się wzięły te dziwaczne portale, dlaczego kapała z nich tajemnicza ciecz z notridioksyną i dlaczego tylko Metztlin na nią reagowała, na dodatek tak negatywnie. Dlatego też czuł niepokój, mimo że teoretycznie udowodnił nieszkodliwość cieczy. Cóż bowiem, jeśli gdzieś się pomylił? Jeśli coś przeoczył i już wkrótce kolejna osoba zostanie zaatakowana przez coś, co na chwilę zmogło Metztlin?
     Starał się nie dopuszczać tych myśli do głowy, gdyż był pewien, iż taka dawka pesymizmu nie pozwoli mu usnąć.
Najważniejsze, że notridioksyna nie jest niebezpieczna. Nie jest. Sam to sprawdziłem. Nie jest.
     Ezarel miał nadzieję zasnąć z tą kołysanką w głowie, modląc się przy okazji, by była prawdziwa.

              ZIEMIA, DROGNASLOE

     Drognasloe płonęło. Raz jeszcze czerń oczu postanowiono wypalić ogniem.
     Kolejny pożar tylko podsycał panikę tłumu. Nie było wątpliwości, że za wszystkim stał podpalacz, lecz nikt nie wiedział, któż to taki i jak go złapać. Zresztą wielu nawet się nad tym nie zastanawiało; pewna grupa sądziła, iż wypalanie demonich dzieci jedynie uzdrowi społeczeństwo. A jednak niektórzy nadal się dziwili, nadal wrzeszczeli i nadal latali z wiadrami pełnymi wody, które wylewali na płonące domostwa. Chcieli ratować sąsiadów, czy może obawiali się, iż ogień przejdzie na ich własne chałupy? Svanthor stawiał na tę drugą opcję. Nigdy jakoś nie dawał wiary ludzkiej uczciwości i nigdy też nie udowodniono mu, że się w tej kwestii mylił.
     Mimo wszystko jednak Svana bardzo ten pożar interesował i to z kilku powodów. Po pierwsze, płonęła chata podłego grubasa, któremu Svanthor niedawno zwrócił dzieciaka. Po drugie, właśnie po to oddał mu bachora: by zwabić tu podpalacza. Zapewne gość nie podejrzewał, że ktokolwiek mógł podążać jego tropem. Był nadzwyczaj pewien siebie, zdawał się nieustraszony. To wszystko kazało Svanowi sądzić, że być może podpalacz jest tylko narzędziem w dłoniach kogoś znacznie silniejszego.
     Tamtej nocy miał zamiar się tego dowiedzieć.
     Wszystko zaczęło się tak samo nagle, jak przy poprzednich podpaleniach. Pożar wybuchł w nocy, kiedy mieszkańcy miasta byli otumanieni snem. Okiennice miały ziać pustą czernią, uliczki powinny świecić pustką. Jednak Svan był czujny i kręcił się wokół, nie chcąc przegapić ani jednego szczegółu. I nie przegapił.
     Svan dostrzegł ich jakieś pół godziny przed wybuchem pożaru. Nie widział ich dokładnie; odziani od stóp do głów w ciemne płaszcze niemal zlewali się z otaczającą ich ciemnością. Niemniej jednak taki spacerek o drugiej w nocy nie był zwyczajny. Svanthor sam musiał uważać, by nikt go nie nakrył i nie oskarżył o podpalanie, ale jak na razie szło mu nieźle. Podpalaczom też. Lecz być może właśnie popełnili błąd i się pokazali. Svan nie mógł wiedzieć, czy to na pewno te dwa przemykające cienie, ale musiał zaryzykować śledzeniem podejrzanych nieznajomych.
     Niedługo później pojawił się ogień. Svan nie widział samego momentu podpalenia, jednak raz jeszcze ujrzał dwie zakapturzone postaci. Wtedy pomyślał, że to nie mógł być przypadek. Wobec tego, podczas gdy ludzie próbowali opanować ogień, łudząc się, że może mieszkańcy jeszcze żyli, Svanthor skorzystał z zamieszania, podążając za dwoma osobnikami. Z daleka nie potrafił rozpoznać, czy to mężczyźni, czy kobiety: wzrostem był przeciętni, podobnie zresztą z budową, ni to szczupłą, ni barczystą. Niczego też nie ułatwiały długie płaszcze, lecz Svaowi ostatecznie było wszystko jedno. Chciał ich dorwać. Chciał odczuć satysfakcję, że schwytał tych drani i należycie ukarał, by następnie zapomnieć tak o nich, jak i o ludziach, których spalili żywcem.
     Rzekomi podpalacze skradali się po cichu, ledwie zauważalnie. Doskonale znali wszystkie uliczki oraz mniej uczęszczane przejścia; niektóre zaskakiwały nawet Svana, który uważał się za znawcę Drognasloe. Jednak im dalej się zapuszczali, tym bardziej Svanthor się martwił, że w końcu ich zgubi. Dlatego musiał zaryzykować i zaatakować. Ujawnić się i przyszpilić tamtych dwóch, wyciągając z nich całą prawdę.
     — Nie za późno na takie spacerki?
     Postaci, które w tych ciemnościach zdawały się tylko cieniami, zamarły na moment. Stały nieruchomo kilka chwil, po czym ledwie zauważalnie odwróciły głowę. Tymczasem Svanthor nie zamierzał się kryć. Był świadom, iż obcy mogli mieć przy sobie jakąś broń, lecz i on ukrył swój nóż. Poza tym w tamtym momencie zaatakowała go swoista beztroska; świadomość, że był tak blisko rozwiązania zagadki wprawiała go w podniecenie wyciszające rozsądek. Svanthor od zawsze kochał adrenalinę i często sądził, że to ona przywiodła go do tego miejsca, w którym się znalazł. Zwłaszcza te trzynaście lat temu.
     — Nie interesuj się, dobrze ci radzę.
     — Och, więc jednak potraficie mówić? — zdziwił się Svan.
Wprawdzie ochrypły, niski głos zakapturzonego mężczyzny mógł przyprawić o ciarki, zwłaszcza o tak późnej porze, jednak Svanthor ucieszył się z nawiązanego kontaktu. Był coraz bliżej.
     Nieznajomi najwyraźniej nie byli pewni, co zrobić. Nie mieli pewności, czy Svan był zwykłym wieśniakiem, czy może rzeczywiście jakimś szpiegiem. Jednak Svanthor porzucił wszelką rozwagę i postanowił sam pomóc w rozwiązaniu rozterki.
     — Ten pożar chyba jakoś słabiej wam wyszedł, nie? — zagadnął niby nonszalancko. Mimo to ledwie zauważalnym ruchem wyczuł schowany za pazuchą nóż, upewniając się, że na pewno znajdował się na miejscu. — Trochę powtarzalne. Ludzie już zrozumieli, o co chodzi i podobno udało im się tego dzieciaka uratować. Matka dość przypieczona, ale za to grubasa udało wam się ud####! I za to jestem akurat wdzięczny. Nigdy nie lubiłem tego idioty.
     Svanthor był przygotowany na to, że za chwilę nastąpił atak, dlatego sądził, że nic go nie zaskoczy. Jakże się więc zdziwił, kiedy dwóch nieznajomych pochyliło się ku sobie i wyszeptało kilka słów, po których jeden z nich odszedł spiesznym krokiem. Drugi zaś odwrócił się i przyjrzał Svanowi z największą uwagą.
     — A tamten gdzie polazł?! — zawołał Edvarssen beztrosko.
     Nie otrzymał odpowiedzi, gdyż obcy natychmiast rzucił się w jego stronę. Svanthor ucieszył się w duchu, kiedy dojrzał w dłoni atakującego nóż. Jeśli więc nie była to bardziej wyszukana broń, to Svan spokojnie powinien sobie z nim poradzić. Komplikacji większych nie przewidywał, a optymistyczny scenariusz polegał na szybkim pokonaniu pierwszego gościa i jak najszybsze rzucenie się w pogoń za drugim.
     Czego Svan nie przewidział? Że rywal był dobry. Bardzo dobry. Zaatakował szybko i zwinnie, niemal od razu zmuszając Svanthora do obrony. Więc odskakiwał, uchylał się i próbował wyprowadzić cios, lecz na początku szło mu dość marnie. W międzyczasie nieznajomemu opadł kaptur, ukazując twarz. I to było kolejne zaskoczenie, bo oblicze napastnika było… nijakie. Ot, ukazała mu się w miarę młoda gęba przyozdobiona kilkoma czerwonymi plamami na policzkach i lekkim zarostem. Mężczyzna miał gładko ogoloną głowę i malutkie, płasko przylegające uszy. Być może właśnie ten element był dość charakterystyczny, ale nic poza tym. Svan poczuł się niemal rozczarowany: po podpalaczu spodziewał się co najmniej straszliwego lica, nie ledwie chłopięcego.
     Ten przedziwny taniec trwał jeszcze jakiś czas, kompletnie niezauważany przez okolicznych mieszkańców usiłujących ugasić pożar. Napastnik cały czas atakował, zmuszając Svana do obrony. Zaczynało go drażnić, że nie udawało mu się wyprowadzać ataków, choć zdawał sobie sprawę, że nigdy nie był żadnym wojownikiem. Jednak adrenalina buzowała w żyłach, przez co w pewnym momencie Svanthor pomyślał, że albo teraz, albo nigdy. Kiedy więc obcy raz jeszcze zamachnął się nożem, Edvarssen ledwo co się uchylił, po czym niemal szaleńczo natarł na przeciwnika, powalając go na ziemię. Tak gwałtowny i nieprzemyślany czyn nie mógł się dobrze skończyć, dlatego po krótkiej chwili Svan mimowolnie wrzasnął, czując chorobliwe ciepło rozpływające się po lewej ręce. Całym ciałem wstrząsnął dreszcz, a dłoń rozrywał wielki ból. Na moment Svana sparaliżował strach, choć nie do końca rozumiał, co się właściwie wydarzyło. Dopiero kiedy zerknął w dół, zrozumiał, że przeciwnikowi udało się zranić go w dłoń. Ten widok tak bardzo go zatrwożył, że nie zauważył nawet, kiedy napastnik o mało co nie wyślizgnął się z uścisku Svana. Wtedy właśnie mgła w jego umyśle się rozstąpiła. Svanthor chwycił swój nóż, zamachnął się wysoko, po czym zanurzył ostrze w ramieniu przeciwnika. Raz jeszcze w ciągu ostatnich minut rozległ się głośny wrzask i choć także Svan czuł promieniujący ból, zacisnął zęby, patrząc z nienawiścią na młodego, nijakiego napastnika.
     — To sobie teraz porozmawiamy — syknął czując, że coraz trudniej mu ignorować poważnie zranioną rękę. — To wy podpalacie domy z demonimi dzieciakami?
     Nieznajomy między wrzaskami spróbował napluć Svanthorowi w twarz, lecz nie miał tyle siły, przez co wypluta ślina pociekła mu po policzku. Edvarssen zaśmiał się przez zaciśnięte zęby, dając znak, by mężczyzna sobie z nim nie żartował.
     — To jak?
     — Aaaach… jaaa-aa… ja-asny szlag... WYJMIJ TO GÓWNO!
     — Wyjmę — mruknął uprzejmie. Ręka bolała coraz bardziej. — Ale współpracuj. To wy podpalacie?
     — Chryyyste… TAK! My-y… Wyjmij…
     — Ten drugi — przerwał mu natychmiast. — Kto to? Czemu zwiał?
     — B-bo to… tchórz…
     — Kłamiesz! Ustalaliście coś!
     — W-wyjmij… błagam…
     Svanthor silnym ruchem wyrwał sztylet, czemu towarzyszył kolejny krzyk. Podniósł się chwiejnie, stając rozkrokiem nad zbolałym dzieciakiem, który już nie był tak hardy, jak jeszcze chwilę temu.
     — No więc? — warknął. — Gdzie ten drugi?
     Mężczyzna przekręcił się nieco, łapiąc się za zranione ramię. Jęcząc przy tym cicho, patrzył na Svana z wrogością zmieszaną ze strachem.
     — Mogę wbić też w drugie — zagroził w odpowiedzi na to spojrzenie. — To jak?
     — Dorwą cię — syknął, choć już mniej agresywnie.
     Svanthor uśmiechnął się kpiąco, wyraźnie dając mu znak, że był świadom tego zagrożenia. Milczenie zaś miało być wymowne, prowokując rannego rywala do dalszego mówienia. Na szczęście zrozumiał przekaz; być może zmotywował go widok obracanego między palcami noża.
     — Nie znajdziesz go. Teraz jesteś ich celem.
     — Kogo?! Kto za to odpowiada?
     — Zabiją mnie za to...
     Svan kucnął przy mężczyźnie, przyglądając mu się z obrzydzeniem. Ręka bolała nie do wytrzymania, ale musiał jeszcze trochę wytrzymać.
     — Nie czujesz wyrzutów sumienia? — zagadnął z udawaną swobodą. — Nie szkoda ci było tych wszystkich ludzi? Ktoś gdzieś tam kazał ci mordować niewinnych i naprawdę wykonywałeś te rozkazy bez mrugnięcia okiem? Bo wiesz, mi też kogoś spaliłeś. I mógłbym cię za to z zimną krwią zabić. Ale daruję. Może uda ci się uciec, tak jak mi. Teraz oboje jesteśmy na czarnej liście. Więc powiedz mi, kto was wysyła. Może ich wyprzedzę, rozprawię z nimi i oboje będziemy bezpieczni. Zastanów się nad tym.
     Nieznajomy, dysząc ciężko, patrzył na Svana uważnie. Tym razem bez złości, jedynie ze strachem. Wtedy Edvarssen już wiedział, że facet będzie współpracował.
     — Ralph Maley… on wie więcej…
     — Gdzie go znajdę?
     — Kazali pytać o niego w okolicach katedry…
     Katedra, pomyślał. Dopiero wtedy Svanthor usłyszał od dawna bijące na alarm dzwony. Odwrócił głowę w stronę wnoszącej się ponad dachami smukłej wieży. Maley. Katedra.
     Przynajmniej już wiedział, od czego zacząć.

     Powietrze było gorące, przesycone wonią potu i obrzydzenia. Jej intensywność przyprawiała o mdłości, dlatego Cathiela modliła się w duchu, by jak najszybciej uwolnić się od tego koszmaru. Niestety, to nie było takie proste, dlatego leżała bez ruchu na łóżku, wpatrując się ponuro w sufit i starając się zapomnieć o tym, że nie była sama. Tuż obok bowiem leżał powód jej obrzydzenia. Mężczyzna w średnim wieku, chudy, o wysokim czole i zbyt dużych, lekko wystających zębach. Dyszał ze zmęczenia, choć dało się usłyszeć, że był uszczęśliwiony. Już Cathiela się o to postarała.
     Po dłuższej chwili milczenia facet podniósł się na łokciu, pożerając nagą Cathielę wzrokiem.
     — Z gęby toś paskudna — mruknął, uśmiechając się ordynarnie — ale tam jesteś piękna!
     Cath miała wielką ochotę skrzywić się z niesmakiem, a potem przyłożyć facetowi w gębę, lecz z trudem się powstrzymała. Obiecała przecież Abélardowi Leavittowi, że postara się wybadać prawdę dotyczącą badanych dzieci. Być może zbyt mocno się w to zaangażowała. Możliwe, iż nie chciała zawieść Abélarda, któremu zależało na prawdzie znacznie bardziej niż jej. Jednak skoro już podjęła się wyzwania, zamierzała doprowadzić zadanie do końca. Nawet jeśli wymagało tych rzekomo najprostszych i najpaskudniejszych rozwiązań.
     — Skąd ta blizna? Tu, na policzku.
     Jego głos wydał się Cathieli nieprzyjemnie oślizgły. Mimo to zmusiła się, by na niego spojrzeć.
     — Cavin, mieliśmy umowę.
     Wspomniany Cavin uśmiechnął się krzywo, wzdychając beztrosko. Opadł na poduszkę, najwyraźniej zbierając myśli.
     — To dziwne, że nie mówili ci o tym, co się dzieje z dzieciakami, które sama sprowadzasz — mamrotał, nawet na nią nie patrząc.
     — Dlatego przyszłam do ciebie. Handlujesz informacjami.
     — Ty też się tym kiedyś zajmowałaś.
     — Ja też.
     Nie było sensu przeczyć, a Cathiela nie chciała pokazać przed nim swojego zaskoczenia. Nie wiedziała, skąd Cavin o tym wiedział, choć teoretycznie na tym przecież zarabiał. Na znajomości tych informacji, które powinny być zakopane i niedostępne.
     — Słyszałem tylko plotki. Niektórzy interesują się tymi dzieciakami, więc jak ktoś umie słuchać, to sporo może się dowiedzieć. Ale ja nie znam żadnych konkretów.
     Cathiela zerwała się z łóżka, zapominając o tym, że była całkiem naga. Spojrzała na Cavina z szokiem zmieszanym z oburzeniem i wściekłością. Nie na to się umawiali, a teraz czuła się wykorzystana. Wprawdzie spodziewała się, że tak to się mogło skończyć, niemniej i tak była rozeźlona i rozczarowana.
     Najbardziej drażnił ją ten spokojny uśmieszek Cavina: facet nawet nie drgnął, gdy Cath wyskoczyła z łóżka, z łagodną ciekawością obserwując jej poczynania.
     — Zna je kto inny — powiedział, a Cathiela przysięgłaby, że usłyszała nutkę rozbawienia w jego głosie. Mężczyzna poklepał pościel, tym samym wyraźnie dając znak, by Cathiela wracała do łóżka. Bez słowa wykonała polecenie, pełna podejrzliwości i ciekawości.
     — Kto…
     — Nazywają go Świętoszkiem. Podobno też handluje informacjami, ale to facet-legenda, trudno go znaleźć. Kręci się wokół katedry, choć nie jestem pewien, dlaczego akurat tam. Ze wstydem przyznaję, że na ten temat nie wiem zbyt wiele; moje braki w informacjach są żenujące. Ale chciałem ci pomóc, dlatego nie chciałem żadnej nagrody… prócz tej…
     — Świętoszek? — powtórzyła nieco agresywnym tonem.
     Cavin spoważniał nagle, patrząc na nią z uwagą.
     — Świętoszek. I katedra. Pasuje, nie?
     Cathiela nie miała pewności, czy pasuje, ale chciała to sprawdzić. Gorąco liczyła, że ta informacja nie zaprowadzi ją do ślepego zaułka, choć ta opcja była wysoce prawdopodobna. Nie ufała Calvinowi; nie ufała absolutnie nikomu, dlatego musiała być bardzo ostrożna. Jednak mimo to…
     Mimo to przynajmniej już wiedziała, od czego zacząć.

Bohaterowie




Odpowiedzi

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h49)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#37 11-08-2017 o 00h00

Straż Cienia
Mijaku
Oficer Straży
Mijaku
...
Wiadomości: 1 469



Witam, jak zwykle rozdział do tyłu. :')
Do rzeczy.

Jak na razie najbardziej urzekła mnie część 6, nie wiem czemu. Po prostu przypadła mi do gustu. Metz to dalej troszkę niedorajda, ale chyba powoli zagrzewa sobie u mnie miejsce. Do złudzenia przypomina mi mnie gdy byłam małym dzieckiem. Cóż mentalnie mniejszym niż teraz. xD

Doszukałam się jednego powtórzenia:
,,Wtem przeszedł ją silny dreszcz, ciało zadrżało silnie, a w Metz wstąpiła jakaś chorobliwa, nienaturalna energia, która poderwała ją do pionu.''
Dodałam trochę więcej tekstu żeby łatwiej było wyszukać fragment.

Powiem Ci tak, ty wiesz co ja sądzę o Ezarelu, ale ten fragment w przychodni wywołał uśmiech na mojej twarzy.

Nie jestem dobra w pisaniu długich komentarzy więc to tyle. ^^

Ostatnio zmieniony przez Mijaku (11-08-2017 o 00h01)


https://i.imgur.com/1EogxEa.gif

Offline

#38 12-08-2017 o 12h51

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

" Ezarel był zadziwiony" - zadziwionym można być niezwyką sztuczką, zaskakującym pokazem niezwykłych umiejętności etc. Do kontekstu pasuje bardziej "zaskoczony".

"Elf pomyślał wówczas, że gdyby teraz do środka wpadł jakiś chory, nie byłoby siły, która ściągnęłaby Ezarela z posłania" - Nie ma to jak myśleć o sobie w osobie trzeciej

"Fioletowawe cienie pod oczami upiornie kontrastowały z chorobliwie bladą cerą, niebieskie włosy miał potargane i niezbyt dokładnie związane na karku" - Sine (to fioletowawy inaczej)cienie pod oczami silnie (upiornie to zbyt mocne określenie) kontrastowały z bladą cerą, a niebieskie włosy miał luźno związane i potargane. <= w poprzedniej części chyba było parę uwag co do przekombinowywania opisów, prawda?

"Swoją drogą, że jako jedna z niewielu potrafiła zrozumieć te wyniki i wyciągnąć z nich odpowiednie wnioski." => swoją drogą co? Jest początek, jest wypełniacz-uzasadnienie, anie ma końca. Spapało się? /static/img/forum/smilies/wink.png

Jeszcze jedna uwaga: za dużo "lecz". Jeszcze troszku więcej a zrobisz z niego leczo. Warto czasem stosować pospolite "ale"

Zwroty akcji, chociaż nie gwałtowne są, fabuła posuwa się na przód, wycieka coraz więcej smaczków, postaci zachowują się naturalnie. Po przekwiatkowanym, ezraelowym początku tekst trzyma poziom. Jest dobrze. Czekam na jeszcze.

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (12-08-2017 o 16h05)

Offline

#39 12-08-2017 o 15h38

Straż Cienia
Endine
Akolita Jednorożców
Endine
...
Wiadomości: 366

Witaj!

Pisałam, że wpadnę to wpadłam i zanurzyłam się jak śliwka w kompot.

W sumie to dość dziwne oznajmienie Ci, że spodobało mi się i zostanę tu na dłużej...

Widzę, że panie przede mną błędy wypisały, więc ja ich nie będe powtarzać.

A więc tak, ogólnie wielki plus za postaci. Są naturalne, i mimo że na razie nie dały mi powody by jakoś je polubić, to no cóż zyskały moją sympatię, jak to zrobiłaś? XD

Pięknie opisujesz odczucia bohaterów, gdzie się znajdują i ogólnie muszę przyznać, że strasznie Ci tego zazdroszczę XD widocznie albo długo już piszesz, albo masz wyjątkowy talent pisarski.
Albo jedno i drugie.

Ogólnie muszę przyznać, że masz fajny styl pisania, nie umiem go wytłumaczyć, ale jest świetny.

No i co tu jeszcze... będę komentować częściej i przesyłam ci wiaderko weny!


https://i.imgur.com/PsO8WDR.gif

Offline

#40 20-08-2017 o 23h53

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Często zaglądasz do mnie więc i na mnie przyszła pora by wziąć się w garść i zacząć odwiedzać regularnie inne pisarki działu FF. Muszę powiedzieć że bardzo spodobał mi się ten rozdział, a zwłaszcza kawałek z Eldaryi. Ta rozmowa o toksynach wyglądała naprawdę realnie jak by rozmawiało ze sobą dwóch chemików.
Posiadasz ogromną wiedzę i doskonale ją wykorzystujesz w swoich opowiadaniach. Życzę powodzenia z kolnym rozdziałam i przede wszystkim weny.

Offline

#41 21-08-2017 o 20h01

Piechur Straży
Maniac
...
Wiadomości: 1 840

Oooo, w sumie dawno nic nie pisałam, ale nadal czytam ten ff. "Długo" też musiałam się naczekać na pojawienie się Eza, ale było warto /static/img/forum/smilies/big_smile.png Lubię jego w takiej wersji, w jakiej go opisujesz. Skomplikowana istota się z niego zrobiła... i taka zdystansowana od innych.

No i widzę, że historia się ruszyła już troszkę do przodu, więc też coraz więcej ciekawości we mnie zbudza to, co ty tam zamierzasz z nią zrobić.

A tak, to pozostaje... czekać na więcej X"D

Offline

#42 21-08-2017 o 21h13

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Straaasznie trudno jest w tym momencie skomentować ten rozdział. Wszystkie błędy zostały wcześniej wypisane, nie ma sensu, żebym po raz kolejny je wymieniała.
Dalej zdarza Ci się poszaleć z kwiecistymi opisami, chociaż przyznaję, że jest ich dużo, dużo mniej /static/img/forum/smilies/smile.png
I to chyba na tyle, jeżeli chodzi o stronę techniczną. Nie mam się czego uczepić /static/img/forum/smilies/wink.png


Co do samej fabuły...
Jak już wspominałam wcześniej - podoba mi się Twoja kreacja postaci i mam nadzieję, że dalej będziesz trzymała taki poziom. Choć przyznaję, że na razie ciężko mi określić czy lubię któregokolwiek z Twoich bohaterów. Na razie się zastanawiam /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Ogromny plus za nastrój całego opowiadania. Mroczno-tajemniczy. Chociaż brakuje mi nieco humoru /static/img/forum/smilies/sad.png Chociaż odrobinki...


Historia powoli zaczyna się rozwijać i widać, że wiesz, w którym kierunku to wszystko ma podążać. To się po prostu czuje /static/img/forum/smilies/smile.png
I dlatego też z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały i, mam nadzieję, że powoli zaczniesz wyjaśniać wszelkie niewyjaśnione sprawy, bo przyznaję, że na to właśnie czekam /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#43 22-08-2017 o 14h04

Straż Cienia
Nadymka
Akolita Sylfy
Nadymka
...
Wiadomości: 1 086

https://3.bp.blogspot.com/-RoI6HjqpdYM/WLgIyzZFt3I/AAAAAAAAGUM/mId1hqPNw00JYBbtUDM4NLEyDOZ64Vv7wCLcB/s1600/Syg.png

Przeczytałam wszystko ^^
Muszę Ci pogratulować! Nienawidzę dzieci, nigdy nie było mi ich żal. Po raz pierwszy w życiu zrobiło mi się przykro jak czytałam o objawach tej choroby. Brawo! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Zazdroszczę Ci, że potrafisz pisać w dawnych czasach. Ja używając na co dzień gwary śląskiej i "dawniejszych słów" nie potrafię pisać o wydarzeniach przed rokiem 1950. Może to wina mojego poczucia humoru? Sama nie wiem... Ale tak czy siak, zazdroszczę i to bardzo :>

Pisałaś przy moim opowiadaniu, że masz toporny styl pisania. Po przeczytaniu kilka razy niektórych zdań chyba wiem czym się różnimy :v Niekiedy jedno Twoje zdanie u siebie przerobiłabym na trzy pojedyncze. Jest to Twój styl, więc zbytnio się nie czepiam ^^

Czekam na kolejny rozdział ^^
Życzę weny <3

Offline

#44 23-08-2017 o 22h17

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 845

No hej, w końcu stawiłam czoła ścianom tekstu i teraz wspieram koszałkowe opowiadania /static/img/forum/smilies/big_smile.png Z początku te wszystkie opisy mnie zniechęcały i miałam chyba 5 podejść do czytania, jednak dziś dałam radę i przeczytałam wszystko.
Jestem zachwycona stylem pisania, opisy są użyte idealnie, bez przeciągania. Strasznie się wczuwałam w ten klimat podczas czytania. Czułam się, jakbym czytała normalnie wydaną książkę (w sensie no, bo często po fikach widać, że to tylko fiki. Tu jest inaczej)
Zmiana punktów widzenia jest dla mnie supi, bardzo podoba mi się to że wszystko nie kręci się wokół jednej osoby. I te różne wątki które powoli się zazębiają, sztos!
na lepszy komentarz mnie nie stać, wiec wiedz że masz kolejnego fana /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Offline

#45 25-08-2017 o 00h01

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć cześć! Witam was z kolejnym rozdziałem, tym razem nieco nudniejszym - wolę od razu ostrzec. Niestety, czasami potrzebne są takie zapychacze, które niby popychają fabułę do przodu, ale same nie są przepełnione akcją. Taki jest właśnie ten rozdział. Musicie mi to wybaczyć, ale obiecuję, że kolejne części będą znacznie ciekawsze /static/img/forum/smilies/cool.png

Odpowiedzi na wasze komentarze oraz zakładka "Bohaterowie" od teraz będą się znajdować na samym dole. Skąd taki pomysł? Ano stąd, że spoilery zwężają interlinię. Głupie, nie? A gdy jest tak zwężona, naprawdę niełatwo się czyta.

Tyle ode mnie. Miłej lektury!

W poprzednim odcinku...

Ezarel po zbadaniu tajemniczej cieczy dochodzi do wniosku, że jest ona zupełnie niegroźna i nie potrafi zrozumieć, dlaczego Metztlin tak negatywnie na nią zareagowała. Podejrzewa, że to z dziewczyną musi być coś nie tak. Podstęp Svanthora się udaje i w końcu staje twarzą w twarz z jednym z podpalaczy. Nie dowiaduje się jednak wiele poza tym, że więcej informacji może mieć niejaki Świętoszek. Również Catheila realizuję obietnicę daną Abélardowi. Spędzając noc z jednym z bardziej wpływowych ludzi dowiaduje się, że więcej o eksperymentach na dzieciach i całym Nigredo może mieć… niejaki Świętoszek. Zarówno Svanthor, jak i Cathiela postanawiają go znaleźć.

              Rozdział VIII
              ZIEMIA, DROGNASLOE

     Komnata była pogrążona w ponurym, przeszywającym półmroku. Iluzję bezpieczeństwa zapewniały dwie wypalające się świece stojące na dębowym biurku. Nie znajdowało się na nim nic poza świeczkami, grubym notesem oprawionym w czarną skórę oraz drewnianym, prowizorycznym statywem, w którym tkwiło kilka fiolek. Światło małych płomyków tańczyło upiornie na szkle, niebezpiecznie wyraźnie ukazując ich tajemniczą zawartość.
     Abélard Leavitt ostrożnie zagłębiał się w tę poranioną ciemność, jak zahipnotyzowany słuchając głuchych odgłosów swoich kroków. Zbliżał się nieuchronnie do biurka, choć im bliżej był, tym mniej chciał do niego dotrzeć. Mimo to już z daleka widział sześć fiolek w statywie. Pięć z nich było zwyczajnych. Zawierały resztki białawej substancji, która miała być ich zbawieniem. Yorogoren tak twierdził i Abélard także przez długi czas go w tym popierał. Jednak ostatnia fiolka zawierała czarny osad. Dotąd nieznany, potem odrzucany, by na końcu uznano go za największą świętość. Wpatrując się przez dłuższy czas w te fiolki, Abélard pomyślał, że musi istnieć jakiś porządek na świecie. Musi istnieć wyraźny podział na zło i dobro, noc i dzień, czerń i biel. Jakże by nie istniał, skoro Leavitt widział go tuż przed sobą w tym drewnianym statywie?
     Białe fiolki miały przynieść zbawienie. Ta czarna, tak pożądana, napawała Abélarda zgrozą, choć nie umiał tego racjonalnie wyjaśnić. Tak samo, jak tego, że czuł się jak zbieg. Zbrodniarz. Pracował tylko nocą, kiedy większość oczu już nie patrzyła, a te, które pozostały jeszcze otwarte, łatwiej było kontrolować. Przeprowadzał badania, używając do nich składników, których nie znał, a aby je poznać, wynajmował obcą dziewkę, by dowiedziała się szczegółów. Abélard oblał się zimnym potem, gdy pomyślał, co by się stało, gdyby jego spiskowanie wyszło na jaw. Ale musiał wiedzieć więcej. Przecież misją wszystkich naukowców było dowiadywanie się tego, czego nikt inny sobie nie wyobrażał.
     Ktoś zaś chyba wyobraził sobie aż za dużo. Abélard musiał wiedzieć, co to takiego. Chciał sprawdzić, czy czerń rzeczywiście sprowadzi chaos, biel zaś przyniesie samą dobroć. Przede wszystkim jednak był ciekaw, co wyniknie z połączenia jednego i drugiego. Czysto teoretycznie niby wiedział. Praktycznie zaś próbował jakoś działać, ale za każdym razem, gdy był zbyt blisko rozwiązania, obejmował go strach, który kazał mu się wycofać. Abélard jako naukowiec bardzo się tego wstydził, lecz lęk za każdym razem wygrywał.
     Dziś miało się to zmienić. Abélard  nie spodziewał się od razu oszałamiających efektów — na to było dużo za wcześnie. Musiał się jednak przekonać, że zmierzał w dobrym kierunku. Dobrym — to słowo zabrzmiało Abélardowi dziwnie ironicznie. Dlatego z lekkim wahaniem chwycił obie buteleczki i zaniósł je w najbardziej zaciemniony kąt komnaty. Tam też stała prowizoryczna drewniana konstrukcja nieco przypominająca rusztowanie. Miała może z półtora metra i nie wyróżniało jej nic poza glinianą misą, która stała pod nią. To właśnie przy niej kucnął Abélard, uważnie się jej przyglądając.
     No, stary głupcze. Wlewaj to cholerstwo!, poganiał się w myślach. Abélard spodziewał się, że kiedyś nadejdzie moment, w którym zacznie się bać tego, co przecież przed laty tak ukochał.
Zawahanie trwało dłuższą chwilkę, jednak w końcu ciekawość, nachalnie popędzana wewnętrznym poczuciem obowiązku, zwyciężyła. Abélard najpierw wlał do misy białą substancję, ponieważ była mniej… podejrzana. Coś między płynem a cieczą opadło niespiesznie na samo dno.
     No dalej, no dalej. Wlej to, wlej to!
     Abélard odkorkował fiolkę wypełnioną resztkami ciemnej substancji. Mógłby przysiąc, że przez ułamek sekundy widział nad naczyniem jakiś ledwie wyraźny obłok pary. Zastanawiał się nad tym długo, jak najbardziej wydłużając swoje zawahanie.
     Aż w końcu ciemność zlała się z bielą. Mieszanka zabulgotała leniwie, lecz tylko przez chwilkę. Zaraz potem w górę uniosła się szarawa mgiełka, dużo wyraźniejsza od tej, którą Abélard zdawał się widzieć po odkorkowaniu drugiej fiolki. Tajemnicza mgła coraz bardziej gęstniała, unosząc się kilkanaście centymetrów nad misą. Była niewielka; średnica nie wynosiła więcej niż pięć centymetrów. Jednak Abélarda zastanawiały dwie rzeczy.
     Po pierwsze, ze wszystkich stron mgiełka utworzyła coś na kształt malutkich, krótkich wystających strzałek i Leavitt miał wrażenie, że świeciły nieco jaśniej niż sam środek. Po drugie zaś, to coś teoretycznie było mętne. Mimo to w środku przebijał się jakiś obraz, choć Abélard miał pewność, że nie przedstawiał komnaty, w której się znajdował. Więc co? Naukowiec poczuł ekscytację, która momentalnie zniwelowała uporczywy lęk. Przecież o to im właśnie chodziło, do tego dążyli! Czyżby więc faktycznie czarna fiolka była kluczem? Na to wyglądało: kiedy Leavitt używał do eksperymentu białej substancji, z misy unosiła się jedynie niewyraźna jasna para. Nic poza tym. To, co ukazało się Abélardowi w tamtej chwili… stanowiło zupełną nowość. Nowość, której tak pożądali.
     Jednocześnie wyjątkowo irytujące było to, że Abélard czuł wyrzuty sumienia. Wiedział, że ta ciemna substancja powstała dzięki badaniom przeprowadzonym na chorym dziecku. Podczas gdy ono cierpiało przez wyżerające je Nigredo, ludzie Yorgorena radowali się, gdyż powoli realizowali swój cel. Lecz cóż w związku z tym? Abélard pragnął zagłębić się również w tajniki choroby i być może znaleźć lekarstwo. Póki co jednak nie można było im pomóc; a skoro tak, to dlaczego by w jakiś sposób z tego nie skorzystać? Zwłaszcza że byli bardzo blisko dokonania niemożliwego…
     Robił to przecież dla dobra nauki. Dla dobra postępu.
     Dla dobra ich wszystkich.

     Ten gnój, którego Svanthor przygwoździł nocą do ziemi, miał rację. Niewątpliwie istniał ktoś nazywany Świętoszkiem, lecz bardzo trudno było go znaleźć. Istny człowiek-legenda: niby wielu o nim słyszało i nawet robiło interesy, ale nikt go nie widział, nikt go nie śledził. Svan zgodnie z poleceniem kręcił się wokół katedry, tak za dnia, jak i nocą. Ale kolejne dni mijały, a mężczyzna nijak nie posuwał się w swoim śledztwie do przodu. Podpalaczy nie było co śledzić; nocna walka z tamtym jednym zupełnie nic nie dała i Svan nie spodziewał się, że dzięki temu pożary ustaną. I nie ustały, przez co demonie dzieci nadal płonęły żywcem. Wniosek nasuwał się jeden: tych tchórzliwych drani było więcej i kierował nimi ktoś potężny. Nie było sensu ganiać za małymi płotkami, więc należało zaczaić się na grubszą rybę. Niestety, potrzebne informacje mógł posiadać jedynie Świętoszek. Svanthor rozglądał się nawet za innymi handlarzami informacji, ale, ku jego niepokojowi, ci wyjątkowo dobrze się ukrywali. A gdy już któryś zgodził się ze Svanem współpracować, okazywało się, że gówno wiedział. Więc potrzebny był Świętoszek.
     Svan bardzo uważnie obserwował przechodniów, zwłaszcza kręcących się wokół katedry. Interesowali go głównie ci, którzy krążyli tam w czasie wolnym od nabożeństw, chociaż zdarzało się, że sam Svan wpadał na jakąś mszę tylko po to, by się dokładniej rozejrzeć. Minęło aż za dużo czasu, nim dało się zauważyć pewną podejrzaną zależność.
     Łapówki, które pobierały klechy, nie były niczym nowym i Svanowi nawet tygodnia by nie zajęło sporządzenie listy wszystkich księży, którzy brali w łapę za to i owo. Podobnie było z jednym z duchownych, którego Svan czasami widywał na mszach. Wyglądał jak wysuszony dziadek z kryzysem wiary, dlatego Svanthora dziwiło, że ten mało ważny klecha nierzadko przyjmował trochę ciemnego grosza. Edvarssen miał tylko podejrzenia i choć nie sądził, by ten biedny dziad był Świętoszkiem, to całkiem możliwe, że mógł mieć z nim cokolwiek wspólnego. Lepiej sprawdzić każdy trop, dlatego Svan postanowił bliżej mu się przyjrzeć.
     Cały czas czekał na moment, w którym ta wcale niemała katedra będzie w miarę pusta. Nigdy nie była całkowicie bezludna, lecz Svanowi wystarczyło kilka modlących się bab i sam jeden klecha w swoim pokoiku. I w końcu się doczekał. Nastawał właśnie wieczór, kolejna, ostatnia tego dnia msza miała się rozpocząć za nieco ponad godzinę. Svan, niby spacerkiem, zaszedł na sam tył, zbliżając się do tylnych drzwiczek. Odczekał chwilę, aż kilku przechodniów przejdzie uliczką i już miał chwytać za klamkę, kiedy w ostatniej chwili się zawahał. Coś mu nie pasowało…
     Zrobił to nagle, dzięki czemu dziewczyna była mocno zaskoczona tym zagraniem. Czaiła się ukryta za jednym z krzewów przylegających do katedry i gdyby nie drobny szelest brudnej, cienkiej sukni, Svan pewnie zupełnie by jej nie zauważył. Lecz kiedy tylko ją dostrzegł, rzucił się do przodu, chwycił za rękę i gwałtownie pociągnął do przodu, pozbawiając ją swojej nędznej kryjówki.
     — Au! Puszczaj, do cholery! — syknęła, krzywiąc się buntowniczo.
     Svan przyjrzał się tej dziewuszce, która mogła mieć może z dwadzieścia pięć lat. Od razu stwierdził, że jest dość szpetna: wysoka, mizernej budowy, miała długie, poplątane włosy zaplecione w rozczochrany warkocz. Co więcej, to jej siano było wymalowane jakąś zieloną farbą, choć spora część już się zmyła, ukazując naturalne, jasnobrązowe kudły, na dodatek mocno zniszczone. Dziewczę twarz miało bladą, w niektórych miejscach lekko podrapaną, a na lewym policzku tuż przy szyi rozciągała się szeroka blizna po poparzeniu. Podglądaczka miała wąskie usta, niemal pozbawione koloru. Okolone były słabymi zmarszczkami, choć skórę przecież miała młodą; wyglądało to tak, jakby policzki były zbyt duże i nie mogły się wygładzić na twarzy.
     Jedyne, co było w niej naprawdę ładne, to oczy. Duże, ciemnoniebieskie. Patrzące na Svana z gniewem i irytacją.
     — Kim jesteś? I co tu robisz? — warknął, ale młoda nie dała się zastraszyć.
     — Nie twój zasrany interes, panie. No puszczaj! Bo jak zacznę krzyczeć…
     Nie dokończyła, gdyż Svan zwolnił uścisk, nadal bacznie przyglądając się dziewczynie.
     — Czego tu? — powtórzył nieco głośniej i agresywniej. — Dorośli chcą zrobić interesy, więc jazda do szczotki! A jak się nie przyznasz — wtem Svan ściszył głos, patrząc na młodą groźnie — to wyrwę ci wszystkie te twoje zielone kudły. Chcesz się przekonać, czy żartuję?
     Młoda cofnęła się o krok, lecz bynajmniej nie ze strachu, a po to, by zlustrować Svanthora podejrzliwym, nieco naburmuszonym spojrzeniem.
     — Jezu, spiętyś mocno, panie — mruknęła pogardliwie. — Oszczędź dobrej duszyczki. Toć ja tylko wspomóc kościół datkami przyszłam.
     Mówiąc to, potrząsnęła lekko mieszkiem przypiętym do sznura oplatającego jej talię. Nie było tego wiele, a patrząc na nędzny wygląd dziewczyny, nie należało się spodziewać większej kwoty.
     — O co chcesz się… pomodlić?
     — O siostrę, panie — wyrecytowała zupełnie zmienionym głosem. Teraz była radosną, pewną siebie, brzydką panną. — Jest już stara, ma całe siedemnaście lat i choć kilku chłopa się za nią ogląda, to ta głupia gęś nie przyjęła jeszcze żadnego. A czasu coraz mniej na ożenek, więc pomyślałam, że może księżulek nasz drogi zdoła jakoś tę moją nieszczęsną siostrę przekonać do tego, że wiecznie młoda nie będzie!
     Dziewucha bezczelnie kłamała i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że Svan nie połknie tak beznadziejnej bajeczki. Uśmiechała się więc zjadliwie milutko, czekając tylko, aż Svanthor straci cierpliwość.
     — Wynoś się stąd — machnął na dziewczynę ręką, myśląc o celu swojej wizyty. — Pomodlisz się kiedy indziej.
     — A co to, do diabła, twój przybytek, panie? — warknęła. — Myślałam, że ten kościółek należy już do…
     — WYNOCHA!
     Zielonowłosa brzydula zrobiła tylko obrażoną minę, odwróciła się na pięcie, wyrecytowała pod nosem kilka obelg i odeszła. Svan jeszcze jakiś czas mierzył ją spojrzeniem i dopiero gdy upewnił się, że młoda znacznie się oddaliła, ponownie zbliżył się do tylnego wejścia. Stracił dużo czasu i bał się, że klechy już w środku nie ma albo że do katedry naniosło się więcej ludzi. Ne mógł wymyślić żadnego dobrego i szybkiego planu, jak to sprawdzić, dlatego postawił na spontaniczność. W związku z tym bez wahania pociągnął za klamkę i wszedł do środka. Błyskawicznie zlokalizował wysuszonego, starego klechę, który wpatrywał się w Svana szeroko otwartymi oczami. Ten jednak minął księdza i zajrzał za kotarę, upewniając się, że będzie miał niewielu świadków rozmowy.
     Rzeczywiście, w nawie głównej klęczało tylko kilka bab, co Svanthor uznał za całkiem niezłe warunki na przyjacielską pogawędkę.
     — A cóż to znowu? Tu nie wolno, a msza dopiero za…
     Svan błyskawicznie podszedł do klechy i zatkał mu dłonią usta. Ksiądz wybałuszył ze strachu oczy, lekko się szamocząc. Edvarssen odczekał chwilę, aż staruszek przestanie się wyrywać i zrozumie, że najlepszym wyjściem jest wysłuchanie, co napastnik ma do powiedzenia.
     — Posłuchaj mnie uważnie — szepnął ze spokojem. — Nie chcę cię skrzywdzić. Nie mam zamiaru cię obrabować ani niczego zniszczyć. Chcę tylko informacji. Wiem, że bierzesz w łapę, dlatego pewnie sporo wiesz. I nie martw się — dodał, zauważając wzdrygnięcie klechy na wspomnienie o łapówkach — tego też nikomu nie zdradzę. Po prostu powiedz mi, co wiesz o Świętoszku.
     Klecha zamrugał głupkowato, a Svan poczuł ukłucie irytacji. Naprawdę nie chciał zrobić nic złego temu księżulkowi. Co innego podpalacze, ale ten starawy, skorumpowany sługa boży to co innego. I choć niechętnie się do tego przed sobą przyznawał, tak czułby się zwyczajnie źle, gdyby zrobił coś złego jakiemukolwiek duchownemu.
     — Ale jak zaczniesz krzyczeć i wzywać pomocy — zauważył Svan ze swobodą, zupełnie jakby przypominał o zabraniu drugiego śniadania do pracy — to wyrwę ci ten twój jęzor i wcisnę do gardła tak głęboko, że ci samą d### wyjdzie. Ale bardzo bym tego nie chciał, uwierz mi. To co, będziesz współpracował?
     Ksiądz pokiwał posłusznie głową. Svan wyczuwał, jak lekko drżał ze strachu. Mimo to postanowił mu zaufać i odsłonił dłoń, dając klesze odetchnąć. Nie oddalił się jednak ani na krok, wbijając w niego ostrzegawcze spojrzenie.
     — Czego chcesz wiedzieć? — spytał, łypiąc na Svana ponuro.
     — Wszystkiego na temat Świętoszka.
     — Myślisz, że go znam? — Starzec zbladł lekko. — Nie wymagaj tego ode mnie — to człowiek, o którym krążą plotki, ale nigdy go nie spotkałem! Wątpię, czy w ogóle istnieje, a…
     — Jakie plotki?
     — Powiem… powiem ci wszystko — wyznał z markotną miną.
     To mogło oznaczać tylko jedno: klecha naprawdę coś wiedział i zamierzał wyjawić wszystko Svanowi. Tego właśnie potrzebował. Przełomu.


     — A ty coś z taką burzową miną? Stało się co?
     Jedną z irytujących cech Hieronima było to, że choćby Svan mu nóż do gardła przyłożył i groził, że go zabije, to staruch i tak biadoliłby swoje, niespecjalnie wzruszony, a najwyżej nieco zdziwiony. Svan westchnął więc, nie mając ochoty wdawać się w dyskusję ze swoim nieszczęsnym lokatorem.
     — Coś nie poszło? — dopytywał dalej, niby to od niechcenia.
     Svanthor mieszkał z nim dopiero od kilku tygodni, ale poznał Hieronima na tyle, by wiedzieć, że gdy niby od niechcenia pociera swoją łysinę, to znaczy, że od środka zżera go ciekawość. Tak też było i wtedy.
     — To jest coś, co ostatnio poszło?
     Hieronim wzruszył obojętnie ramionami.
     — Nie wiem. Podpalenia są nadal, Nigredo jest nadal. Ale mała sąsiadka Eileen się znalazła, a mnie wreszcie wyszedł ten makaron, po którym wczoraj rzygałeś jak kot. Dzisiaj jest naprawdę smaczny! Chcesz spróbować?
     Svanthor błyskawicznie odwrócił głowę w stronę Hieronima, gromiąc go wzrokiem.
     — I dopiero teraz raczysz mi o tym powiedzieć?!
     — Nie rozumiem, skąd to wielkie zainteresowanie — wymamrotał, zupełnie ignorując wrzask swojego towarzysza. — I tak nic z tym nie zrobisz, i tak. A mała się znalazła, owszem. Oczywiście biedaczysko ma czerniutkie oczęta. Stary rybol cholerny, jej ojciec, opowiadał wcześniej, że jak córa demonia wróci, to jej za próg nie wpuści. Ale wpuścił, bo go żona i sąsiedzi naciskali i na ręce patrzyli. No a mała… — Hieronim nieco zmarkotniał. — A mała kona. Jak dziesiątki innych dzieciaków. Ech, Svan… co to się na tym świecie dzieje…
     Svanthor niemal go nie słuchał, zastanawiając się nad tym, jak pojawienie się dziewczynki mogłoby mu pomóc. Ostatecznie doszedł do wniosku, że nijak. Mógłby wprawdzie znowu pilnować domu, który zostanie prędzej czy później podpalony i spróbować złapać kolejnych zbrodniarzy w nadziei, że ci będą wiedzieli więcej. Były to jednak złudne nadzieje i Svan obawiał się, że bez informacji o Świętoszku stał w miejscu.
     — Co śmieszne — trajkotał dalej Hieronim — do ryboli zjechała się teraz rodzinka, żeby przywitać cudownie odnalezioną Eileen. I zaraz mają wyjeżdżać, to znaczy wszyscy, razem z gospodarzami, bo się pożaru boją. Mądrze, chociaż myślisz, że ich ci gnoje nie dopadną? Jak miejsce zmienią?
     — Nie wiem.
     — Może i tak. — Staruszek zamyślił się na moment, by po chwili wzruszyć ramionami i wznowić swój prawie-monolog. — Oby. Milutkie z niej dziecko. I z jej matki też. Tylko ten rybol cholerny… a i rodzeństwo ma nie najgorsze. Chociaż ten mały Kristo to diabelny urwis jest! Ile żem to ja razy go z kijem ganiał… a Miria… hm, rodzice powinni trochę bardziej zadbać o jej higienę. Czasami mocno od niej cuchnie, a przecież to już dojrzała panna. I włosy ma czymś wiecznie ubabrane. Jak ta jej kuzynka cała. Chyba kuzynka. Nie wiem. Ta, co ci o niej...
     — Jaka kuzynka?
     — No ta, co to ją ostatnio z Eileen widziano — wyjaśnił cierpliwie. — To znaczy, przed jej porwaniem. Opowiadałem ci. Taka młoda z brudnymi włosami…
     Svanthor zerwał się z krzesła jak rażony prądem, spoglądając na Hieronima z szokiem zmieszanym z gniewem i niedowierzaniem.
     — Jak wyglądała?! Miała zielone włosy?!
     — Toć przecież mówię, że brudne. — Pierwszy raz od dawna Hieronim zdradził jakiekolwiek objawy irytacji. — Były czymś zielonym ubabrane, jakby jej kto farbą na głowę nasrał.
     — A blizna? Miała bliznę na policzku?
     — Nie wiem, nie przyglądałem się przecie. Wścibski nie jestem.
     — No niech mnie szlag!
     — Hej! Ja naprawdę nie wtykam nosa w sprawy innych, chociaż…
     Svan wprost nie mógł w to uwierzyć. Ostatnią osobą, która widziała Eileen przed zaginięciem, była jakaś zielonowłosa dziewka. Nie wiedział, czy ta sama kobieta miała cokolwiek wspólnego z innymi porwaniami, ale Svanthor nie wierzył w przypadki. Więc jeśli to prawda i, co ważniejsze, ta młoda to ta sama kobieta, którą spotkał przed kościołem… Svan czuł, jak zalewa go gniew. Był tak blisko! Trzymał tę babę swoimi łapskami, nie podejrzewając nawet, że mogłaby mieć z tym cokolwiek wspólnego. Tymczasem on tylko zmarnował czas na przepytywanie klechy, który uparcie twierdził, że nic nie wie.
     Musiał ją znaleźć. Musiał znaleźć tego zielonowłosego brzydala. A gdy już dorwie te dziewuchę, to postara się, oj postara, by doprowadziła go do samego środka tego gówna.



Bohaterowie




Odpowiedzi

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h49)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#46 25-08-2017 o 09h32

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 845

Miałam czekać do północy, ale książka mnie zmuliła i zasnęłam xd

Niby piszesz że nudny, ale końcówka sprawiła że gdybym tylko mogła to bym pożarła kolejny rozdział XD no i wcale nie był to taki nudny rozdział, przesadzasz
A co do opisu Catheli, to aż mam ochotę ją narysować, tylko nie wiem czy dam radę bo mam mało różnorodną kreskę. Ale próbować mogę :v
Może jestem nieczuła, ale zirytowały mnie te wyrzuty Abelarda; przecież te dzieci i tak i tak umrą bo lekarstwa nie ma, więc czemu nie wykorzystać tej sytuacji dla dobra nauki?
Mówiłam już, że kocham jak wątki się zazębiają? XD
Czekam na wincyj

biedateorie


a tak w ogóle to włosy Metztlin od razu skojarzyły mi się z Diavolo z jjba

Ostatnio zmieniony przez Fujimen (25-08-2017 o 23h46)

Offline

#47 25-08-2017 o 20h17

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

"Komnata była pogrążona w ponurym, przeszywającym półmroku." => Przeszywające może być światło, ból, ale nie półmrok, z rzadka ciemność (aczkolwiek to ryzykowny opis, pasujący do nielicznych sytuacji). Półmrok może być np: lepki
"Iluzję bezpieczeństwa zapewniały dwie wypalające się świece stojące na dębowym biurku. Nie znajdowało się na nim nic poza świeczkami, grubym notesem oprawionym w czarną skórę oraz drewnianym, prowizorycznym statywem, w którym tkwiło kilka fiolek." => Swiece, świeczki, niby nie powtórzenie, ale niezgrabne. lepiej byłoby:...wiece na dębowym biurku/dogorywające na dębowym biurku świece. Stały na nim jedynie one...
"Światło małych płomyków tańczyło upiornie na szkle, niebezpiecznie wyraźnie ukazując ich tajemniczą zawartość." => "upiorne" niezbyt tu pasuje, lepiej szaleńczo/obłąkańczo. "Niebezpiecznie wyraźnie" to przesadzenie, lepiej poszukać lepszego niż "ukazując" czasownika lub jednego, dobitniejszego przysłówka/przymiotnika.
"Abélard Leavitt ostrożnie zagłębiał się w tę poranioną ciemność, wsłuchując się jak zahipnotyzowany w głuche odgłosy swoich kroków. Zbliżał się nieuchronnie do biurka, choć im bliżej był, tym mniej chciał do niego dotrzeć" - SIĘ, za dużo "się". Zdania trzeba byłoby przebudować (a prze "się" to okropnie trudne do zrobienia, wiem o rozumiem)
"sześć fiolek umieszczonych w statywie" => "umieszczonych" zbdne, usztywnia zdanie.
"Yorogoren tak twierdził i Abélard także przez długi czas go w tym popierał." => err, te także zbędne tu. Sugeruje, że prócz Abelarda popierał Yorogena jeszcze ktoś.
"nie patrzyła, a te, które były jeszcze otwarte, łatwiej było kontrolować "=> "być" powtórzenie. Lepiej dać "pozostawały jeszcze otwarte"
"Przecież misją wszystkich naukowców było dowiadywanie się tego, czego nikt inny sobie nie wyobrażał." => dobra, to będzie teraz czepialstwo (a może rada), ale nie używaj "być" kiedy da się tego ominąć, bo zaraz może ci być potrzebne /static/img/forum/smilies/wink.png "Przecież misja naukowców to dowiadywanie się (zgłębianie?) niewyobrażalnego"
"Chciał sprawdzić, czy czerń rzeczywiście" => przed "czy" nie dajemy przecinków, chyba że się powtarza (tak jak z "i")
"Dziś miało być inaczej. Abélard  nie spodziewał się od razu oszałamiających efektów — na to było dużo za wcześnie. Musiał się jednak przekonać, że zmierzał w dobrym kierunku." => znowu powtórzenie "być". "Dziś miało się to zmienić"
"Póki co jednak nie można było im pomóc; a skoro tak, to dlaczego by w jakiś sposób z tego nie skorzystać? Zwłaszcza że byli bardzo blisko dokonania niemożliwego…" => być... "że niemożliwe zdawało się na wyciągnięcie ręki"
"tych tchórzliwych drani było więcej i kierował nimi ktoś potężny. Nie było sensu ganiania za małymi płotkami" => nie miało sensu
"Łapówki, które pobierały klechy, nie były niczym nowym i Svanowi nawet tygodnia by nie zajęło sporządzenie listy wszystkich księży, którzy brali w łapę za to i owo. Podobnie było z jednym z duchownych" => Być... "łapówki nie stanowiły nowości"
" Cały czas czekał na moment, w którym ta wcale niemała katedra będzie w miarę pusta. Nigdy nie była całkowicie bezludna" - być... "Nigdy nie wyludniała się/opróżniała/pustoszała całkowicie"
"Svan przyjrzał się tej dziewuszce, która mogła mieć może z dwadzieścia pięć lat. Od razu stwierdził, że była dość szpetna: wysoka, mizernej budowy, miała długie, poplątane włosy zaplecione w rozczochrany warkocz. Co więcej, to jej siano było wymalowane jakąś zieloną farbą" => "stwierdził, że JEST szpetna" - dla niego to była teraźniejszość, więc nie używamy czasu zaprzeszłego. Poplątane i rozczochrany to za dużo, zresztą do warkocza lepiej pasuje "luźny/niezgrabny". I "siano zostało pomalowane" - unikaj nadmiaru "być". Generalnie opis dziewczyny do stylistycznej przeróbki.
"Dziewczę twarz miało bladą, w niektórych miejscach lekko podrapaną, a na lewym policzku tuż przy szyi rozciągała się szeroka blizna po poparzeniu. Podglądaczka miała wąskie usta," - powtórzenie "mieć". Poprawiając wcześniejsze zdania mogłabyś dać "twarz dziewczęcia, kobiety była"
"się oddaliła, ponownie zbliżył się do tylnego wejścia" =M ponownie podszedł". Powtórzeń "się" czasem nie można uniknąć ale tu tak nie było...
"który wpatrywał się w Svana szeroko otwartymi oczami. Ten jednak minął księdza i zajrzał za kotarę, upewniając się, że będzie miał niewielu świadków rozmowy." => który wlepiał w Svana. Znowu "się"
Dobra, koniec z błędami bo SIĘ wnerwię i BYĆ może tego do jutra nie przeczytam.
No i od momentu, kiedy przestałam poprawiać błędów mniej... /static/img/forum/smilies/neutral.png Prawie w ogóle.

Fabularnie elegancko. Wszystko się ze sobą łączy, ale nic nie jest wymuszone. Nikt nie okazuje się być zbawicielem/wybrańcem, nurty przeznaczenia nikogo nie pokazują palcem mówiąc "teraz ty to ku*** zrobisz i ch**". Bardzo podoba mi si zderzenie charakterów dwójki bohaterów, a w szczególności pokazania tego jak nasza zielonowłosa dziewoja reaguje na osoby spoza jej środowiska, tego jak potrafi być pewna siebie etc. Do tego obserwacja poczyniona przez Svana, niepierwszoperspektywiczna (tak, wiem - nie ma takiego słowa /static/img/forum/smilies/tongue.png). Podobnie z rozterkami naszego Abelarda, jego wojną wewnętrzną i naturą naukowca. Do tego pięknie zrobiony, wścibski dziad i eleganckie, swobodne lecz utrzymane w oldschoolowym wydźwięku dialogi. Bardzo klimatyczne.
Gdyby nie te błędy...

GODZINĘ (chyba nawet z hakiem) to czytałam. GODZINĘ. A i tak pewnie w cholerę rzeczy nie wyłapałam. Co się kurde stało, że tak zbublowałaś? Ti już nie tylko kwiatki, tu wszystko leci. Powtórzenia, nietrafione przymiotniki o nadmiarowych czasownikach/przymiotnikach to nie wspomnę. Przyznaję, przy poprzednim wpisie tez trochę pojechałaś, ale tyczyło się to jednego akapitu czy tam dwóch, a teraz? 3/4 tekstu! Dziewczyno! Bo potrząsnę tobą jak Svan!
Przypuszczam, że nie zrobiłaś tego, co powinno się robić- nie zostawiłaś tekstu na dzień/dwa i nie przeczytałaś, kiedy już ostygł. Niestety takie zwykle są tego efekty. Na świeżo mało co człowiek widzi... A czasem nawet i po ostygnięciu mało czego j sama jestem niechlubny dowodem.

A co do "kwiatków" Ozdobne pisanie to jedno,a moje kwiatkowanie to drugie. Ozdobne pisanie jest jak słodki tort czekoladowy, a kwiatki to mdłe ciasto szatana, po którym bełt  sam wyskakuje z ust, a insulina szaleje. Piszesz obrazowo, ozdobnie, co przyjemnie kontrastuje z naturalnie topornymi dialogami i pozwala \smakować tekst. Malujesz słowami. Niestety momentami walisz tak dużo farm, że oczy bolą i człek chce uciekać - to są kwiatki.

Za fabułę i dialogi duże piwo (albo co tam chcesz) za formę i błędy gazetą po łbie.

Offline

#48 25-08-2017 o 21h53

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Muszę powiedzieć że bardzo ciężko mi się czyta twoje opowiadanie, obstawiam że to przez to że mamy odmienne style, ja wole krótsza i szybszą akcje. Ale powalczyłam i dałam rade xD
Wracając jednak do samego rozdziału, to był fajny. Jak ten Abélard walczył cały czas ze sobą czy wlać czy nie te substancje. Ten moment najbardziej mnie wciągną. Robisz bardzo dużo opisów otoczenia przez co łatwo można sobie wyobrazić miejsce w którym dzieje się akcja za co podziwiam.
Tyle miałam ogólnie do powodzenia, życzę wiadra weny na kolejny rozdział /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#49 26-08-2017 o 00h30

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

@Le0kadia aż ci muszę odpisać, bo jak zobaczyłam ilość błędów, to się złapałam za głowę XD Ale większości z nich sama bym nie wyłapała bez względu na to, czy zostawiłabym tekst nawet na tydzień i potem jeszcze raz sprawiła. Po prostu pewne rzeczy mnie wydają się naturalne, jak jakieś przeszywające ciemności i inne bzdury, niektórym zaś niekoniecznie. Tego więc zmieniać nie będę, bo zwyczajnie źle bym się z tym czuła XD Ale może zaznaczę, co poprawiłam dzięki tobie, a co nie:

1. O przeszywającej ciemności wspomniałam.
2. Nad świeczkami muszę się zastanowić. Bo fakt, że to niby nie jest powtórzenie, ale jest.
3. A dlaczegóż "upiornie" nie pasuje? Przypasowując to do klimatu i późniejszych przemyśleń bohatera, to moim zdaniem było bardzo upiornie /static/img/forum/smilies/wink.png
4. Z tym "się" masz słuszność i już to poprawiłam. "Umieszczonych też wywaliłam", ale "też" zostawiłam.
5. Poprawiłam też błąd z oczkami, które patrzyły.
6. KWESTIA "CZY"! Oto prawdziwy powód, dla którego piszę ten komentarz. Otóż stawia się przecinek, moja droga. Na pewno w tym przypadku, jak i w większości. Przecinka przed "czy" nie stawia się tylko w momencie, w którym mamy do czynienia z jakimiś sprzecznościami, np. "kawa czy herbata?". I tylko wtedy właściwie nie stawia się przecinka. Więc to zdanie nie miało błędu.
7. Głupie "był".
8. Hej, czy ty mi każesz wyeliminować absolutnie wszystkie "być" w tekście? XD Rozumiem, jak w okolicy kilku wersów znajdą się ze trzy, ale bez przesady /static/img/forum/smilies/wink.png
9. Co jest złego w rozczochranym warkoczu? /static/img/forum/smilies/big_smile.png A z czasem teraźniejszym racja.
10. A nadmiarowe przymiotniki i czasowniki zawsze będą. Przynajmniej na razie, dopóki się nie wyuczę XD

Więc, jak na uparte stworzenie przystało, trochę poprawiłam, trochę nie - z jednym się zgadzałam, z innym nie. Niemniej dziękuję. Jestem w szoku, że ci się chciało! To znaczy ja niby też cały czas wyłapuję u innych błędów i nie sprawia mi to problemu, ale skoro ciebie to aż wkurzało, to czy jest sens? /static/img/forum/smilies/big_smile.png To znaczy JA NIE ODCIĄGAM, nie proszę o zaprzestanie, a przeciwnie! Taa, chciałam rozdział wydać za szybko, to mam. Pewnie jeszcze kilka razy będę go czytała i może przy okazji coś jeszcze znajdę.

Raz jeszcze dzięki i kłaniam się nisko za to, że ci się w ogóle chciało. I przepraszam, że aż cię tymi błędami wnerwiłam XD Ale przynajmniej fabuła w miarę ok. I wolę take błędy, niż te logiczne. ;-;

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (26-08-2017 o 00h31)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#50 27-08-2017 o 20h21

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Strasznie ciężko mi skomentować ten rozdział, bo właściwie to sama nie do końca wiem, co o nim myślę.

Na pewno fabuła powoli toczy się dalej i nie traci nic ze swojej fantastycznej fabułowatości /static/img/forum/smilies/smile.png Więc za to dalej plus (nieskończenie wielki).

Odnośnie samego rozdziału... Jest ciężki. Po prostu ciężki. I to nie jest kwestia potknięć wymienionych przez Le0kadię czy nawet jakiś małych błędów, tylko samej atmosfery i sformułowań, których używasz. No po prostu mnie przygniotłaś tym razem. Zawsze trafiają się takie ponure rozdziały...

Więc moja opinia pozostaje bez zmian /static/img/forum/smilies/smile.png Fabuła, dialogi, bohaterowie - super. Język - nieco ciężki, ale przez to Twoje opowiadanie ma taki nastrój jaki ma.

Czekam na kolejny rozdział. Dłuższy /static/img/forum/smilies/smile.png I z większą ilością wrażeń.

P.S.
Za dyskusję w temacie "czy i przecinki" stawiam duże piwo /static/img/forum/smilies/big_smile.png Nauczyć się czegoś można z tych komentarzy /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

Strony : 1 2 3 4 ... 8