Forum

Strony : 1 2 3 4 5 ... 8

#51 04-09-2017 o 21h04

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Cześć cześć, witam z nowym rozdziałem! Z góry pragnę podziękować Amrenie za to, że zechciała rzucić okiem na tekst: wierzę, że dzięki niej ta część będzie prostsza w czytaniu, bo niemało "utrudnień" tam wyłapała /static/img/forum/smilies/wink.png Raz jeszcze dziękuję, uwielbiam cię za to po kres dni!

A teraz mam dla was ciekawostkę. Wątpię, byście wiedzieli, ale jakoś przed wakacjami Oficjalny Fanklub Ezarela ogłosił konkurs. Dotyczył przedstawienia dzieciństwa naszego niebieskowłosego elfa. Oczywiście wzięłam udział i dodałam tam swoje opowiadanie. I właśnie tego dotyczy ciekawostka, ponieważ jeden z bohaterów tamtej małej opowiastki został umieszczony w tym rozdziale. I to wcale nie będzie bez znaczenia. Ciekawam, czy będzie się wam chciało grzebać i czy wyłapiecie to imię. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Okej, tyle ode mnie. Przepraszam za tyle baboli w poprzedniej części. Za bardzo mi się spieszyło i mam za swoje ;-;
Oczywiście odpowiedzi na komentarze oraz spis bohaterów, DZIŚ ZAKTUALIZOWANY, znajduje się na końcu.
Tyle ode mnie. Życzę miłej lektury! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

              W poprzednim odcinku...

Abélard Leavitt jest o krok od zrealizowania ich wielkiego planu, lecz dopadają go rozterki moralne. Nie jest pewien, czy dobrze postępuje, poza tym nadal czeka na wieści od Cathieli. Svan, podążając tropem Świętoszka, trafia do skorumpowanego księdza, który może wiedzieć więcej. Przy okazji trafia na Cathielę, nie będąc jeszcze świadom tego, że szukają tego samego człowieka. Dopiero Hieronim przypadkiem uświadamia mu, że to właśnie Cathielę ostatni raz widziano z Eileen. Svan postanawia ją odnaleźć.

              Rozdział IX                                               
              ELDARYA

     Tamtej nocy śniła o Lesie Calaljós. Raz jeszcze.
     Kluczyła między ogromnymi drzewami o pniach tak grubych, że potrzeba było kilku dorosłych mężczyzn, by mogli je objąć. Każde z nich emanowało białym, oślepiającym światłem, jednak Metztlin widziała wszystko bardzo wyraźnie. Błądziła samotnie w miejscu, w którego istnienie nikt nie wierzył, szukając tego jednego drzewa. Problem polegał na tym, że nie różniło się ono od innych zupełnie niczym. Tak samo wysokie, tak samo grube. Tak samo jasne i tak samo niebezpieczne.
     Dlaczego go szukała? Nie wiedziała. Wkraczając we śnie do Lasu Calaljós, nigdy nie potrafiła odpowiedzieć na to pytanie. Chciała kogoś znaleźć? Na pewno. Kogoś konkretnego? Tak. Jednak co by zrobiła, gdyby odnalazła… to drzewo? Tu właśnie pojawiał się wielki znak zapytania, który napawał Metz wielkim lękiem.
     Gdy otworzyła oczy, była zalana potem. Dysząc ciężko, spróbowała opanować nerwy, rozglądając się niespokojnie dookoła. Próbowała przekonać samą siebie, że to nie był Las Calaljós, tylko jej własny, przytulny pokoik. Podparła się na łokciu i sięgnęła ręką w stronę stojącego przy łóżku stolika, chcąc chwycić szklankę z wodą. Zawsze tam stała, razem z jakimś leżącym obok jabłkiem lub kromką chleba. Metztlin nie mogła zasnąć, dopóki nie nabrała pewności, że nocą nie zaskoczy jej ani głód, ani pragnienie. Ot, taka jej malutka, dziwaczna tajemnica; jedna z wielu. Dlatego niziutka faery zdziwiła się bardzo, gdy zauważyła, że na stoliku nie było ani szklanki, ani jabłka. Co więcej, dziewczyna zupełnie nie potrafiła sobie przypomnieć, co robiła tuż przed snem. Pisała coś w pamiętniku? Rozmawiała z kimś? Poszła po wodę i jedzenie? Jak mogła o tym zapomnieć?!
     Jakimś cudem fakt, że nie pamiętała o swoim „cowieczornym rytuale”, wpędził ją w panikę. Niezgrabnie zeskoczyła ze swojego łóżka, chcąc pójść na stołówkę. Musiała się napić, zwłaszcza że zaczęły ją męczyć zawroty głowy. Wymacała więc klamkę i, niemal chwiejąc się na nogach, powoli szła przed siebie.
     Nie pamiętała, jak dotarła do kuchni. „Zbudziła się” dopiero w momencie, w którym usłyszała głośny huk rozbijanego szkła. Metztlin spojrzała na dół, zupełnie nie rozumiejąc, co się stało. U jej stóp leżały szczątki szklanki, którą chwilę temu napełniła wodą. Mimo że tego nie pamiętała.
     Pamiętała za to Las Calaljós. Cały czas miała go przed oczyma. Cały czas mącił jej myśli, przez co głowa pękała od bólu.
     Opadła na ziemię, ledwie czując, jak odłamki szkła wbijały się w jej skórę. Coś też spływało jej po policzku. Metztlin potarła skórę rękawem, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że został przez to pobrudzony jakąś czarną cieczą.
     Nagle usłyszała krzyk. Spanikowana faery rozejrzała się dookoła, dostrzegając przed sobą rozmazaną, niewyraźną sylwetkę. Dopiero wtedy przypomniała sobie, że przecież przyszła tu po wodę. Tylko po to.
     — O K-krysztal-le… c-co za bał-łagan… j-ja to p-p-posprząt-tam…
     Tak majacząc, schyliła się ponownie, próbując krwawiącą dłonią wytrzeć rozlaną wodę. Ktoś w oddali coś krzyczał, coś wołał, lecz po chwili wrzaski zupełnie ustały. Intruz uciekł, a Metztlin zalała fala strachu, że oto znowu była sama. Zupełnie jak wtedy, gdy śniła o Lesie Calaljós. Tam też nikogo przy sobie nie miała. Nigdy.


     Łóżko Nevry było naprawdę duże. Spokojnie mogłyby pomieścić trzy osoby, gdyby się do siebie przytuliły. Wampir to wiedział, bo niejednokrotnie tego próbował.
     Jednak tamtej nocy spał sam. Rzecz dziwna, ale bywały i takie wieczory, kiedy praca zajmowała mu większość czasu i nie w głowie były mu flirty czy wysysanie krwi pannom z Absyntu. Kiedy więc Nevra kręcił się w łóżku, nie mogąc zasnąć, myślał sobie, że jego ostatni pracoholizm był wprost oburzający.
     Nagle usłyszał, jak ktoś dobija się do jego drzwi. Odwrócił głowę i zamiast od razu wstać i otworzyć, spoglądał uporczywie w tamtą stronę, nie dając wiary, że ktokolwiek chciał go widzieć przed czwartą nad ranem. Przemknęło mu nawet przez myśl, że to może któraś z jego poprzednich „koleżanek” nie mgła zasnąć, lecz był to pomysł na tyle absurdalny, że sam w niego nie wierzył. A że nachalne walenie w drzwi nie ustawało, musiał otworzyć.
     — Ja @$%@*&, o takiej porze…
     Nie dokończył narzekania na zbyt wczesne budzenie, ponieważ ujrzał przed sobą zapłakaną Ykhar. Twarz brownie była czerwona i napuchnięta od płaczu, poza tym dziewczyna cała drżała ze strachu.
     — Ykhar — wydusił zszokowany. — Co się stało?!
     Rudowłosa ze świstem nabrała powietrza do płuc, starając się uspokoić. Nijak nie pomagała jej w tym czkawka, która ją nagle zaatakowała.
    — Nevra… Na stołówce jest… hik!… jest Metztlin… Ale ona jest jakaś… hik!… dziwna… Nie wiem, co się z nią dzieje, błagam cię, chodź tam!
     Nie zadając żadnych innych pytań, wampir natychmiast pobiegł w stronę stołówki, nie przejmując się nawet zamknięciem drzwi. O Metztlin usłyszał niedawno, kiedy Ezarel wybrał ją do swojej ekipy badawczej. Dziewczyna zasłabła podczas analizy tajemniczej substancji wyciekającej z małych portali, które nadal dręczyły Straż Eel. Do tej pory Eweleïn nie potrafiła powiedzieć, co mogło się stać dziewczynie, jednak od dłuższego czasu nic jej nie dolegało. Więc wieść o dziwnym zachowaniu Metztlin była naprawdę niepokojąca.
     Kiedy Nevra wpadł do stołówki, osłupiał. Przez dobre kilka sekund wpatrywał się z przerażeniem w obraz, który uznał za wręcz abstrakcyjny. Oto bowiem widział Metztlin ubraną w brudną koszulę nocną. Klęczała na podłodze, wycierając zakrwawioną dłonią mokrą od wody posadzkę. Wszędzie wokół walały się odłamki rozbitej szklanki, jednak Metz w ogóle nie zdawała sobie z tego sprawy. Lecz tym, co najbardziej przeraziło wampira, było jej otępienie oraz wygląd twarzy. Dziewczyna cały czas mamrotała coś o sprzątaniu, jak gdyby nawet nie zauważyła obecności Ykhar i Nevry. Zapewne nie dostrzegła też, że łzawiła czarną cieczą. Ciemne smugi rozmazały się na jej policzkach, szyi, dekolcie i jasnej koszuli nocnej.
     Ykhar stała w progu, wyraźnie nie chcąc podchodzić bliżej. Nevra jednak musiał coś zrobić, dlatego ostrożnie podszedł do dziewczyny, nie chcąc jej spłoszyć. Na szczęście Metztlin nawet nie drgnęła, gdy go zauważyła i dalej z pasją zmywała podłogę, malując po niej krwawoczerwonymi smugami.
     — …b-brudno… j-ja p-pprzep-praszam-m… K-kar-ruto b-będzie zły… J-ja muszę… m-muszę t-to pos-sprząt-tać…
     — Cześć Metztlin — odezwał się Nevra. Mówił spokojnie, ale dość głośno, chcąc mieć pewność, że dziewczyna go usłyszy. — Chodź, zabiorę cię stąd. Pójdziemy do Eweleïn, ona już się tobą zajmie.
     Wtedy Metztlin gwałtownie podniosła głowę, patrząc na Nevrę szeroko otwartymi oczami. Fioletowe plamy na jej białych włosach miotały się we wszystkie strony, najpierw smętnie spływając na dół, a następnie wystrzelając gwałtownie w górę.
     — Zabrać mnie! — zawołała, błyskawicznie doskakując do Nevry. — Tak! Zabierz mnie! Zabierz! Do Lasu Calaljós! Muszę tam trafić! Muszę tam być!
     Las Calaljós? Nevra skądś kojarzył tę nazwę. Zdawało mu się, że to miejsce z jakichś bajek, którymi straszono niesforne dzieci. Z pewnością jednak taki las nie istniał, dlatego wampir coraz bardziej niepokoił się majaczeniem białowłosej faery.
     A potem Metztlin zaczęła śpiewać. Słabo, ledwie wyraźnie, niedźwięcznie.
     — Małe dziecię sobie śpi, śpi, tak słodko śpi. Jego matka w dłoni trzyma umoczony nóż we krwi! Stary świat rozrywa, żegnać się zaczyna, lecz choć bardzo chciała, nigdy nie odejdzie! Małe dziecię sobie śpi, śpi, tak słodko śpi. Nigdy się nie zbudzi, więc tak mocno śpi. Gdzieś już teraz zaszła, panno najstraszliwsza, w krainy dalekie, gdzie króluje raj? Czy tobie smutek i brud przeznaczone? Czyś może powinna rozrywać świat? Małe dziecko sobie śpi, śpi, tak słodko śpi…
     Metztlin zaczęła powtarzać tekst i choć oszołomiony Nevra mówił do niej i próbował nawiązać jakikolwiek kontakt, dziewczyna wciąż pozostawała nieprzytomna. Nie widząc innego wyjścia, podniósł drobniutką faery, zamierzając zanieść ją do Przychodni.
     Nie miał pojęcia, co się działo. Ale działo się źle.

              ZIEMIA, DROGNASLOE

     Działo się źle. Może i nie straszliwie, ale też nie najlepiej. Wszystko przez to, że Cathiela nie przewidywała aż takich trudności w zdobyciu potrzebnych informacji. Dotychczas właśnie tym się zajmowała i dzięki temu ona i jej młodsza siostra miały co włożyć do ust. Kiedy w wieku czternastu lat trafiła na bruk, szybko musiała zaleźć sobie jakieś zajęcie. Najczęściej szukała prac dorywczych, w większości w najróżniejszych karczmach. To właśnie tam zdała sobie sprawę, jak cenna jest informacja i jak wiele korzyści może przynieść handlowanie pożądanymi wieściami. Dlatego z biegiem lat nauczyła się sztuczek, dzięki którym łatwiej było podsłuchać ważne rozmowy lub wydusić od kogoś ich treść.
     Ze Świętoszkiem nie szło Cathieli tak łatwo. Sprawdzała różne tropy, chwytała się wszelkich plotek, a następnie je weryfikowała. Jedna z takich szeptanek doprowadziła ją nawet do księdza. Zielonowłosa panna była oburzona, gdy wyszło na jaw, że duchowny był skorumpowany. Jako osoba głęboko wierząca czuła wstyd, że ktoś, kto twierdził, że służył Bogu, tak zwyczajnie się sprzedawał. Zresztą ten trop i tak zaprowadził ją w ślepą uliczkę, więc Cath nie uzyskała nic poza irytacją w związku z klechą oraz jakimś nieznajomym jegomościem, który przyłapał ją na podsłuchiwaniu.
     Na szczęście istniała jeszcze jedna furtka, którą zamierzała wykorzystać.
     Umówiła się z Abélardem o trzeciej po południu w parku obok miastowego targu. Pogoda wyjątkowo sprzyjała handlowi, więc tamtego słonecznego, ciepłego dnia wokół krążyło mnóstwo ludzi. Nikt więc nie zwracał uwagi na Cathielę, choć zdarzyło się kilku takich, którzy popatrzyli krzywo na jej brązowo-zielone włosy. Między prostymi, schludnymi sukniami i grzecznie-zwyczajnymi fryzurami o pospolitym kolorze Cath wyglądała dość dziwnie, lecz jej poplamiona, połatana suknia sprawiała, że przechodnie dopowiadali sobie własną, wymyśloną wersję jej życiorysu i zostawiali ją w spokoju.
      — Mam nadzieję, że przynosisz dobre wieści? Bo ja tak!
     Cathielę wręcz zaniepokoił tak dobry humor naukowca. Szedł w jej kierunku sprężystym krokiem, a jego twarz zdobił szeroki uśmiech. Dziewczyna zdała sobie sprawę, że nigdy nie widziała go tak radosnego. Ba!, ani razu nie widziała żadnego z ludzi Yorgorena w podobnym nastroju.
     — Co się stało? — spytała, marszcząc brwi.
     Abélard naburmuszył się, widząc zwątpienie na twarzy towarzyszki. Nie trwało to jednak długo i już po chwili ukazywał swoje pożółkłe zęby w wesołym uśmiechu, wyraźnie pokazując, że jak najszybciej chciał przekazać radosne wieści.
     — Ta dziewczynka, Eileen, którą do nas przyprowadziłaś — mówił, nieco ściszając głos, by nie usłyszał go żaden ze spacerowiczów. — Pamiętasz ją?
     — Zachorowała po drodze — mruknęła, nadal zła na samo wspomnienie tamtej sytuacji. — Nie wiem, co się z nią dalej działo.
     — Ale ja wiem! Wyzdrowiała!
     Cathiela wytrzeszczyła oczy, nie dając wiary temu, co właśnie usłyszała. Nie wydawało jej się, by Leavitt kłamał. Nie miał powodu, by to robić, poza tym jego podekscytowanie mówiło samo za siebie.
     — J-jak…?  — wydukała, kompletnie oszołomiona. — Przecież dziewczyna się zaraziła, jak… jestem pewna, że to było Nigredo!
     — Ja też. My wszyscy byliśmy — wyjaśnił Abélard, nie przestając się uśmiechać. — Poza tym to naprawdę było Nigredo. Nie wiem, naprawdę jeszcze nie wiem, jak to możliwe. Ale liczą się fakty, a one są takie, że dziewuszka wraca do zdrowia! Jeszcze całkowicie choróbska z siebie nie wyrzuciła, ale podobno nie ma już czarnych oczu. Jest jedynie troszkę zdezorientowana, mało też je. Ale to wygląda jak pierwsza faza choroby, a nie jak czwarta! Więc wygląda na to, że Nigredo u niej… no nie wiem, zawraca chyba?
     Cathiela uśmiechnęła się lekko. Choć dziewczynka była jej zupełnie obca, ucieszyła się, że mała wracała do zdrowia. Niczemu przecież nie zawiniła i nie zasłużyła na tak paskudny los.
     — Myślałam, że wszystkie dzieci po tym umierają.
     — Bo dotychczas tak było.
     Tym razem Leavitt zamyślił się na moment, przez co jego uśmieszek nieco pobladł.
     — Nie rozumiem, dlaczego Nigredo jej nie zabiło. Być może… tak pomyślałem, że może ta zaraza jakoś mija? Może już niedługo będzie po kryzysie i więcej dzieciaczków z tego wyjdzie? 
     Cathiela kiwnęła głową na znak zgody, obserwując uważnie rozmarzonego Abélarda. Podobnie jak on cieszyła się z tego, że choroba ustępowała, jednak wciąż nie rozumiała jednej rzeczy.
     — Leavitt — zawołała twardym tonem, przywracając naukowca na ziemię. — Naprawdę jestem rozradowana tak samo jak ty, ale co to ma do rzeczy?
     — Wszystko — wyjaśnił pospiesznie, rozglądając się dookoła z wyraźnym lękiem w wodnistych oczach. — Chore dzieci to klucz. Pamiętasz naszą pierwszą rozmowę, prawda? Mam obawy, jeśli chodzi o to, co się dzieje z tymi maluchami, które poddawane są eksperymentom. Teraz jeszcze doszły podejrzenia, że Nigredo ma coś z tym wspólnego. Tylko nie wiem, co to takiego i jak to działa. Chciałbym kiedyś spróbować wynaleźć antidotum na tę chorobę. Ale być może nie będę musiał. A ciebie, panienko, Yorgoren już poinformował o tym, że masz chwytać demonie dzieci, prawda?
     — Ta — mruknęła markotnie. — Jutro wyjeżdżam na… hm, łowy. Ale nie martw się, starcze. Nie zapomniałam o zadaniu.
     — I czego się dowiedziałaś?
     Cath westchnęła ciężko.
     — Prawie niczego. Podobno jest ktoś, kto może wiedzieć więcej, ale nie mogę go znaleźć. Jeszcze się rozejrzę, ale ja też mam swoje podejrzenia i inny plan. Do tego będę potrzebowała właśnie demoniego bachora, więc dobrze się składa.
     — Zechcesz mnie wtajemniczyć?
     — Później. Pomysł jest jeszcze w proszku.
     — Cathielo…?
     Zielonowłosa spojrzała na niego ze zdziwieniem, zastanawiając się, skąd taka zmiana na oficjalny ton i to wyraźne zawahanie w głosie. Starzec patrzył na nią uważnie, jak gdyby ostrożnie układał w głowie to, co chciał powiedzieć.
     — Po czyjej ty właściwie stronie stoisz?
     Tym pytaniem ją zaskoczył. Bynajmniej nie dlatego, że nie wiedziała — wiedziała to bardzo dobrze. Dziwiła się jedynie, że Leavitta to interesowało. Owszem, zgodzili się ze sobą współpracować, ale każde z nich miało inny powód. Poza tym Cath nie poszłaby na ten układ, gdyby nie obietnica sowitego zarobku. Dlaczego więc pytał?
     — Po swojej.
     Stała po swojej stronie. Żadnej innej nie znała. Żadnej innej nigdy nie miała.


XXX

Wyrwana kartka ze starego notesu prowadzonego przez Fahlianę Rayhm z domu Folke
Fragment sprawozdania z wygania Skazańca

48 dzień Trzeciej Hisli potocznie zwanej Prjoją
Norielath Hari
Strona 64


     „[…] Czcigodny Anthohn Folke w pełni zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo kosztowne będzie to pożegnanie, ale wprost nie mógł sobie tego odmówić. Zresztą nie tylko sobie — okoliczni już od dawna suszyli mi głowę, by tego dnia odbyła się tu prawdziwa uczta. Taka, o której będzie można opowiadać wnukom, prawnukom i jeszcze kolejnym pokoleniom. A kogo jak kogo, ale Folkego było na to stać, więc dlaczegóż by nie zabawić się porządnie chociaż ten jeden raz, zwłaszcza że okazja była tak znamienita?
     Całość zaś robiła imponujące wrażenie zwłaszcza dlatego, iż na przygotowanie balu Folke miał zaledwie cztery dni. Jeszcze tydzień temu nikt w życiu by nie pomyślał, że przyjdzie mu żegnać kogoś, przed kim jeszcze przed laty drżał. Oczywiście nikt nie miał o tym pojęcia, ale znałam swojego braciszka lepiej, niż by tego chciał. Jednak los raz jeszcze postanowił im przypomnieć, że potrafi być bardzo przewrotny i podarował szansę, która trafia się raz na milion. Folke nie zawiódł, dzięki czemu dziś mógł świętować. Wobec tego całość urządzona w zaledwie cztery dni była naprawdę wyborna. Mimo to Folke wzdrygał się, kiedy tylko przygadał się dokładniej ozdobom, jakie pozawieszano w sali balowej. Widziałam to wyraźnie; kogo jak kogo, ale mnie nigdy nie potrafił oszukać. Kiedy bowiem zapadła decyzja o urządzeniu wielkiego balu, zaczęto się zastanawiać, jaki wystrój byłby najodpowiedniejszy. Ktoś zaproponował, by urządzić całość w stylu wesela naszego Skazańca, i choć działo się to niemal dwadzieścia lat temu, znalazło się kilku takich, którzy bawili się wówczas z parą młodą i pamiętało to i owo. Chciał czy nie chciał, także Folke był tam obecny, choć nie pamiętał z tego zbyt wiele. Właściwie to prawie nic, a przynajmniej tak wynikało z jego relacji. Ale na pewno pamiętał granatowe kokardki poprzyczepiane do zasłon i krańców obrusów. Niejednokrotnie mimowolnie o nich wspominał, dopiero później gryząc się w język. Wiedziałam, że Anthohn nie mógł na nie patrzeć, choć niechętnie zdawał sobie sprawę z tego, że te nieszczęsne ozdoby były konieczne. Wszak to przecież przyjęcie zorganizowane na cześć Skazańca, nie jego.
     A iluż gości się tam zebrało! Ileż znamienitych dam prowadzonych pod rękę przez eleganckich gentelmanów! Ileż najwybitniejszych osobistości, polityków, malarzy, poetów lub szlachetnie urodzonych bez większych osiągnięć na koncie, pokaźnego posagu w skarbcu nie licząc. Niektórzy potem porównywali to przyjęcie do wygnania Ahiashi, zwłaszcza że nawet okoliczności były podobne. Goście więc tłumnie przybywali z zamiarem tańcowania do białego rana, objadania się do syta i wypicia tyle gorzałki, ile tylko starczy sił. Nikt nie planował się oszczędzać, dzień ten bowiem miał przecież przejść do historii.
     Oto zbliżał się koniec pewnej ery. Koniec, po którym wielu miało odetchnąć”.



Odpowiedzi




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h52)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#52 04-09-2017 o 23h11

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Problem polegał na tym, że nie różniło się ono od innych zupełnie niczym. - "ono" zbędne. Nie jest to błąd, ale zaburza płynność opisu, który ładny.
        Dysząc ciężko, spróbowała opanować nerwy, rozglądając się niespokojnie dookoła. Próbowała przekonać samą siebie, że to nie był Las Calaljós, tylko jej własny, przytulny pokoik.- "próbować" rzuca się w oczy. Po prostu "usiłowała przekonać...". I krócej, i ładniej, i płynniej

        Miłe zaskoczenie, naprawdę bardzo miłe. Jeżeli chodzi o technikę poprawa na wszystkich polach. Opisy nadal barwne, bogate i obrazowe, ale już nie ciężkie i nie przesadzone, ani nie zagmatwane. Las świetlistych drzew - wyszło świetne. Ładne, płynne wtrącenia, tak jak to o połatanej sukni. Opis chorej Metz też ładny. Słownictwo nadal bogate, lecz bez kwiatków-chwastów, co też się chwali.
        A teraz fabuła - ładny zwrot akcji, zaskakująca, podchmielona Ykhar (zajączek zalewa marchewkę? /static/img/forum/smilies/big_smile.png) , aczkolwiek nie rozumiem, czemu nie pobiegła ona do kogoś bardziej kompetentnego niż Nevra? Ezraela, Ewelein, kogokolwiek z Absyntu? Albo chociażby katuro, który pewnie ma pokój blisko kuchni i jako osoba pracująca z ostrzami powinien wiedzieć to i owo o plastrach? Trochę krzywe wprowadzenie wampira, chociaż można dużo zwalić na wstawienie Ykhar.
        No i to, co najbardziej u ciebie lubię - rozpisana psychologia postaci. Twoje postacie są żywe i maja własne charaktery, co z każdym rozdziałem coraz bardziej widoczne.
        Mam Nadzieję, że taka "trochę dłuższa opinia, nie licząc błędów" satysfakcjonuje /static/img/forum/smilies/wink.png

PS.
        A na koniec jeszcze jedno, trochę nie do końca na temat, bo tyczące sie twojego komentarza u mnie, ale tu szybciej przeczytasz, a jeżeli dodać coś wcześniej niż ja to może ci to coś w czymś pomoże:
W przypadku dialogów wytykanie powtórzeń i innych gramatoz mija się z celem, tak jak i ich unikanie w trakcie pisania. To wypowiedzi i to nie (tak do końca) autora tylko jego postaci zatem warto postawić w nich na naturalność, co często wiąże się z niepoprawnością. Przyznaję - ja nieco za blisko dialogu miałam posiane wyróżnionym słówkiem, co dało efekt czkawki - ale to tak ogólnie.

Offline

#53 07-09-2017 o 23h50

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Nie miałam czasu, żeby napisać komentarz. W sumie to nawet nie wiem czego on może się tyczyć... Wszystkie moje zastrzeżenia co do słów, budowy zdań i wszelkich kwestii technicznych znasz, więc myślę, że ten fragment mogę spokojnie ominąć /static/img/forum/smilies/smile.png

Odnośnie fabuły...
Bardzo, bardzo, bardzo przypadła mi ona do gustu. Nie jest oczywista. Nie jest przewidywalna. Ciekawi i wciąga. Nie mam się czego przyczepić. Pozostaje mi jedynie czekać na kolejne rozdziały.

Lubię Twoich bohaterów. Są prawdziwi, mają własne osobowości, a ich historie zgrabnie się przeplatają.

Co mam jeszcze napisać...? Chyba tylko tyle, że trzymam kciuki i czekam na ciąg dalszy /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#54 15-09-2017 o 12h42

Straż Cienia
Nadymka
Akolita Sylfy
Nadymka
...
Wiadomości: 1 086

https://3.bp.blogspot.com/-RoI6HjqpdYM/WLgIyzZFt3I/AAAAAAAAGUM/mId1hqPNw00JYBbtUDM4NLEyDOZ64Vv7wCLcB/s1600/Syg.png


W ferworze nauki nie starczyło mi czasu na czytanie opowiadań :c Na szczęście udało mi się znaleźć chwilę, aby umilić sobie czas.

Opowiadanie robi się co raz ciekawsze, mimo iż bohaterów jest dużo nie pogubiłam się :v Dzieje się dużo akcji, ale każda jest dobrze opisana, więc mogę się spokojnie wczuć :> Fajny pomysł z tą kartką, ciekawe kto to jest :v

Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział, weny życzę! ^^

Offline

#55 01-10-2017 o 17h22

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Cześć cześć! Wreszcie jestem po rekordowej przerwie, bo aż miesięcznej. Sama nie umiem wyjaśnić, co za tym stało, ale grunt, że pędzę z dodaniem kolejnej części!

Ten rozdział wyszedł dużo krótszy, ponieważ mogłam albo pociągnąć jeszcze wątek z ziemskimi bohaterami, który dołożyłby jeszcze ze 3-4 strony, albo mogłam to podzielić na dwa mniejsze. Zdecydowałam się na drugą opcję - myślę, że jest wygodniejsza i dla was, i dla mnie.

WIELKIE PODZIĘKOWANIA dla Amreny i Kinsley, które rzuciły okiem na mój tekst. Serio, bez nich byłoby bardzo krucho.

Dodałam taką nowość: streszczenie poprzednich odcinków. Wszystko przez to, że te moje odpisy są na tyle długie, że łatwo można zapomnieć, co się wcześniej działo.
Ok, tyle ode mnie. Miłej lektury!

W poprzednim odcinku...

Metztlin majaczy o Lesie Calaljós. W kuchni znajduje ją Ykhar - dziewczyna sprawia wrażenie obłąkanej, a z jej oczu płynie ciemna ciecz. Na pomoc przychodzi Nevra i kiedy chcą zaprowadzić ją do Eweleïn, Metztlin zaczyna śpiewać tajemniczą, nieznaną nikomu pieśń. Cathiela spotyka się z Abélardem. W czasie rozmowy wychodzi na jaw, że mała Eileen - dziewczynka, którą sprowadziła Cath i która zaraziła się Nigredo - wyzdrowiała.
Pojawia się także wspomnienie Fahliany Rayhm-Folke dotyczące wielkiego przyjęcia zorganizowanego przez Anthohna Folkego, prawdopodobnie na cześć Skazańca.


              Rozdział X                                               
              ELDARYA

     — Nie umiemy tego wytłumaczyć. Dlatego przypominam wam o mojej teorii. Spróbujmy do niej przypasować elementy tej układanki.
     Nevra popatrzył na Leiftana krzywo, nie mówiąc ani słowa. Zamiast tego rozejrzał się po jasnym, przestronnym pomieszczeniu, jakim była Przychodnia. Wystarczyło tylko przekroczyć jej próg, by od razu poczuć się lepiej. Wszystko dzięki mieszance jasnego różu i błękitu, która tam dominowała oraz dużej ilości wysokich okien przepuszczających światło dnia. Przez całą długość sali przepływał niewielki strumyczek idealnie czystej wody; szumiący dźwięk, jaki wydawał, koił zmysły i sprawiał, że człowiek był w stanie uwierzyć, że wszystko będzie dobrze”?
     Metztlin chyba nie miała czasu o tym pomyśleć, jak ją tu wnosiłem, pomyślał ponuro Nevra. Cała Lśniąca Straż zebrała się wokół łóżka chorej, z żalem i trwogą spoglądając na jej straszliwie bladą twarz. I choć z policzków starto czarną maź, pod oczami widać było jeszcze ciemne cienie. Metztlin spała twardym, spokojnym snem, ale nikt nie wiedział, ile ta cisza będzie jeszcze trwała.
     — Rzecz w tym, że te elementy w ogóle do siebie nie pasują — odezwała się w końcu Miiko, nawet nie patrząc na Leiftana. — Nikt nie umie wytłumaczyć tej czarnej mazi, którą płakała Metztlin. I tego jej majaczenia… macie to spisane?
     — Ta — odparł Nevra, podnosząc do góry dzierżony notatnik. — Co do słowa.
     — Przeczytaj.
     Wampir westchnął ponuro, czując coraz większe zmęczenie całą tą sytuacją. Mimo to zmusił się do zajrzenia do notesu i odczytania wersów, które czytał niezliczoną ilość razy.
     — Małe dziecię sobie śpi, śpi, tak słodko śpi. Jego matka w dłoni trzyma umoczony nóż we krwi. Stary świat rozrywa, żegnać się zaczyna, lecz choć bardzo chciała, nigdy nie odejdzie. Małe dziecię sobie śpi, śpi, tak słodko śpi. Nigdy się nie zbudzi, więc tak mocno śpi. Gdzieś już teraz zaszła, panno najstraszliwsza, w krainy dalekie, gdzie króluje raj? Czy tobie smutek i brud przeznaczone? Czyś może powinna rozrywać świat? A potem to samo, dopóki jej nie przerwaliśmy. Recytowała to nawet jak ją tu niosłem, choć już po cichu, jakby tylko do siebie.
     — Wieszczowie potrafili otwierać portale — powiedział Leiftan, lustrując członków Straży przenikliwym spojrzeniem. — Te, które pojawiają się u nas od niedawna, wyglądają jak one, ale niewykształcone. Poza tym wycieka z nich ciecz podobna do…
     — Podobna, ale nie ta sama. Metztlin płakała czymś czarnym, nie czerwonym.
     — Ale zemdlała, gdy dotknęła badanej mazi — dodał Ezarel, krzywiąc się na samo wspomnienie. — Może właśnie ten kontakt wywołał reakcję łańcuchową?
     — Przecież portale pojawiają się już od jakiegoś czasu… — zaczął Valkyon.
     — To nie są portale! — syknął Nevra.
     — …i to sporo przed atakami Metztlin — dokończył, kompletnie ignorując komentarz wampira. — Jak to niby powiązać?
     Leiftan milczał długo i nikt inny nie śmiał mu przerwać. Cała Lśniąca Straż miała świadomość, że tylko on wpadł na jakikolwiek pomysł, a lepsze to, niż nic. Nikt inny nie potrafił  niczego wymyślić, a coś trzeba było zrobić.
     — Moim zdaniem może wytwarzać je nieświadomie. Być może dlatego jest taka chorobliwa. No i podobieństwo tych cieczy nie może być przypadkowe.
     — Eweleïn już nad tym pracuje — odezwał się Ezarel. — Jeszcze nie skończyła, ale wstępnie to nie są te same substancje, chociaż podobne. Bardzo. To faktycznie dziwne.
     — Powinniśmy się przyjrzeć tej dziewczynie — kontynuował Leiftan — i sprawdzić ewentualny związek z tymi portalami — Nevra popatrzył na niego spod zmarszczonych brwi — lub cokolwiek to jest. Od czegoś musimy zacząć. A ta Metztlin to dobry początek.
     Niedługo potem wróciła Eweleïn warcząc, że taki tłok wokół łóżka Metz jest zdecydowanie niewskazany i jeśli nie opuszczą Przychodni, to wyrzuci ich stamtąd siłą. Wszyscy więc wyszli bez słowa, tylko Ezarel się wahał. Nevra rozumiał, że nadal kłuły go wyrzuty sumienia i wcale nie był tym zdziwiony. Sam miał wiele wątpliwości, a najbardziej denerwowała go postawa Leiftana. Patrzył na Metztlin jak na eksperyment, jak na obiekt służący jedynie badaniom. Zachowywał się tak, jakby zapomniał, że ta dziewczyna to faery zupełnie jak on i wszyscy w Kwaterze. Dlatego irytowało go takie podejście, mimo że on sam nie miał pomysłu na to, czym była ta dziwna energia ani czy choroba Metztlin faktycznie miała z tym jakiś związek.
     Miał nadzieję, że nie.
     Gdy już wszyscy rozeszli się w swoją stronę, szef Cienia dostrzegł Ykhar znikającą za drzwiami biblioteki. Wtedy właśnie go tchnęło i uznał, że musi się nieco doedukować. Czym prędzej poszedł w tamtą stronę, wzbudzając niemałe zaskoczenie u brownie. Wampir nie zaglądał do biblioteki zbyt często, ale jak mus to mus.
     — Daj mi wszystko, co masz o Lesie Calaljós. Proszę — dorzucił pospiesznie, widząc wymowne spojrzenie Ykhar.
     — Przecież już opowiadałam, co to za miejsce…
     — Wiem — przerwał jej pospiesznie. — Wiem i jestem wdzięczny, ale chciałbym coś sprawdzić.
     W połowie mówił prawdę. Rzeczywiście Ykhar wyjaśniła wszystkim, czym właściwie był ten Las, lecz opierała się na samych legendach i właśnie tak je traktowała: jak dziecięce bajki. Podobnie zresztą jak cała Lśniąca Straż, jednak Nevra słyszał na własne uszy, z jaką pasją Metztlin o nim opowiadała. Dlatego zaczął się zastanawiać, czy jakiekolwiek źródła wspominały o tym lesie jako o realnym miejscu. Warto było spróbować.
     Na szczęście Ykhar prawdopodobnie obraziła się na Nevrę za to, że zwątpił w jej wiedzę, więc bez słowa rzuciła mu na biurko odpowiednie księgi i wyszła. I tyle właśnie Nevrze wystarczyło. Zaczął przeglądać wszystkie tomiszcza, mając nadzieję, że nikt mu nie przerwie, choć to było raczej mało prawdopodobne. Niewielu wpadłoby na to, by szukać wampira w bibliotece. Chyba że trafi na Ykhar. Oby nie, pomyślał.
     Nevra wiedział, że czeka go nudne, senne zajęcie i rzeczywiście — już po niecałej godzinie potwornie ziewał, a słodkawy zapach pergaminu tylko go usypiał. Od czasu do czasu kichał przez nadmiar kurzu i dzięki temu otrząsał się z otępienia i wracał do czytania. Niestety, nie znalazł wiele informacji na temat Lasu Calaljós. Najpierw natknął się dość ciekawą wzmiankę o pochodzeniu nazwy. Nie było jasne, z jakiego języka się wywodziła, ale brano pod uwagę dwa: ah’htrai, w którym l’jois oznaczało „światło” i leihnoss, w którym „calahn” znaczyło ranę lub narzędzie, w zależności od kontekstu. Potem Nevra długo nie mógł znaleźć nic interesującego, ponieważ wszędzie traktowano opowieści o Lesie jedynie jak bajki. Bajki o tym, że tam, gdzie kończyła się Eldarya, rósł nawiedzony las i każdy, kto chciał zobaczyć granicę tej krainy, musiał go pokonać. Lecz w Lesie płonęły zwodnicze światła, które prowadziły śmiałków na fałszywe ścieżki i sprawiały, że już nigdy nie odnajdywali drogi do domu. Historyjką o Lesie Calaljós straszono niesforne dzieci, które nie słuchały rodziców i uciekały lub chodziły w miejsca, które były dla nich niedozwolone.
Inne, bardziej ponure wersje opowiadały o lesie pełnym drzew z wielkimi, głębokimi dziurami u ich podnóży. Wszystkie emanowały oślepiająco białym światłem nieznanego pochodzenia. Było wielu, którzy twierdzili, że to portale do innych światów, ale ci, którzy próbowali przez nie przejść, już nigdy nie wracali. Zdarzali się też tacy, którzy w ten sposób popełniali samobójstwa, dzięki czemu gdzieniegdzie Las opisywano jako „miejsce, w którym spadają dusze”.
Nikt jednak nie znał ewentualnej lokalizacji, w której rosłyby te wszystkie drzewa. Nie wspominano też o żadnym świadku, który miałby pewność co do istnienia tego Lasu. Dopiero po długich trzech godzinach Nevra trafił na irytująco nieskładną, choć bardzo ciekawą notatkę.
     „[…]między Norielatami a Vahtanami wybuchł wielki spór. Głównie rozchodziło się o surowce mieszczące się na granicy ich ziem. Głupia to kłótnia, albowiem wedle wielu źródeł złoża diamentów i arcenytów znajdowały się u Norielatów. Do Vahtanów należał za to Las Calaljós, z którego wycinali nazywane tam „białe drzewa”. Twierdzili, że drzewa, których łona… tak, oni nazywali to łonami drzew… świeciły, mają magiczną moc. Z tego drewna wykonywali kołyski dla swoich dzieci, to drewno palono w czasie rytualnych ognisk. Ale i Norielatowie byli zainteresowani tym lasem, choć nie chcieli sąsiadom oddać ani arcenyta. Podobno to właśnie była przyczyna najazdu Norielatów na Vahtanów i ostatecznej klęski tych drugich. Jednak, co ciekawsze, niektóre pogłoski mówią, że Las ich odrzucił i nie wpuścił intruzów. Bajarze mawiali, że drzewa zrobiły się złe, tak samo, jak ich światło. Hipnotyzowało ludzi i kazało im wejść do tych dziur, wpadając w niebyt i już nigdy nie wracając. Przeto o Lesie powstało wiele bajek, ale nikt nie umiał go znaleźć. Według starych map powinien się znajdować gdzieś na Norielath Hari, w pobliżu Gór Heyat Xetti. To za nimi właśnie niegdyś żyli Vahtanowie. I tylko ich Las wpuści do środka, choć już dawno temu wyginęli”.
     Nevra uznał, że to był jakiś trop. Zwłaszcza że opisywane wydarzenia nie wydarzyły się wcale aż tak dawno temu. Co więcej, w tej samej księdze trafił jeszcze na kilka wzmianek o Lesie Calaljós. W jednej nich powiązano go z zaginionymi mieszkańcami Norielath Hari; przy niektórych nazwiskach sugerowano, że ostatnio widziano ich w pobliżu miejsca przez wielu uważanego za mityczny Las Calaljós. Nevra przyjrzał się im, nie sądząc, by znalazł tam kogoś znajomego. Wampir pospiesznie przeleciał wzrokiem po nazwiskach. Zhoron Naewenys, Aire Magynore, Folmon Ilijeon, Aimer Kristhana, Halytria Virvyre, Ornthalas Venstina, Faelar Aelamin, Galaeron Iarzeiros, Ardreth Gilrona.
     — O K$%&#— krzyknął, zrywając się z krzesła.
     Nie spodziewał się tam znaleźć żadnego znajomego nazwiska. A znalazł.
     I to jakie.



XXX


Jedna z kartek ze starego notesu prowadzonego przez Fahlianę Rayhm z domu Folke
Niezatytułowany fragment

12 dzień Szóstej Hisli potocznie zwanej Altinttą
Norielath Hari
Strona 141


     „[…] Na zewnątrz robi się szaro i ponuro. Nienawidzę takiej pogody, nienawidzę Altintty i tego, jak świat umiera, gdy tylko nadchodzi. Pamiętam, że jako mała dziewczynka bałam się deszczu; tak upiornie stukał w okna… Wtedy najczęściej przychodził do mnie Anthohn, tulił do siebie i opowiadał bajki. Co śmieszne, nie chciałam takich, które były wesołe i dobrze się kończyły, mimo bardzo ponurego nastroju. Najbardziej lubiłam bajkę o Pierwszym Wieszczu. Ale… tę inną wersję. Ta podstawowa jest nudna, bo twierdzi, że Wieszcz zrodził się ze związku Wyroczni i Śmiertelnika. Ładna, nudna historia. Na szczęście Anthohn znał lepszą, dlatego pomyślałam, że zajmę się czymś w tę niepogodę i spiszę ją tak, jak ją zapamiętałam.

     Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami i dolinami istniał pewien magiczny świat. Wszystkie mieszkające tam istoty były bardzo szczęśliwe, nikt nie odczuwał głodu i pragnienia. Sąsiedzi miłowali się wzajemnie, a ból, strach i gniew nie miały tam wstępu.
Ten świat był wyjątkowy z jeszcze jednego powodu. Panowała w nim tak wielka dobroć, ponieważ to nie dorośli nim rządzili, ale dzieci. To one bowiem posiadały potężną magiczną moc, którą wszystko spajały. Dzieci więc cieszyły się największym szacunkiem i spełniano wszystkie ich pragnienia. Swe cudowne umiejętności traciły wraz z wkroczeniem w wiek dorosłości, lecz nikt nie był smutny z tego powodu, a małe istotki cieszyły się wielce, mogąc pomagać dorosłym.
     Niestety pewnego dnia do tego doskonałego świata wkroczyło pierwsze zło. Pewien Zły Pan pozazdrościł wielkiej magicznej mocy, jaką posiadały dzieci, nie mogąc zrozumieć, dlaczego nie dane mu było zachować swojej. Postanowił więc znaleźć sposób, by ją odzyskać. Chcąc osiągnąć swój cel, wymyślił okrutny podstęp. Przebrał się za cyrkowca i najcudowniejszymi sztuczkami zwabił dwoje dzieci, by następnie wyprowadzić je w las i zamknąć w starej chatce. Jednak Zły Pan musiał się spieszyć, bo gdyby dzieci zauważyły, że grozi im niebezpieczeństwo, użyłyby swoich mocy, by się wydostać. Wtedy Zły Pan wpadł na straszliwy pomysł. Najpierw zaczął rozmawiać z dziećmi jak przyjaciel z przyjacielem, by otworzyć ich umysły. Gdy już były dostatecznie otwarte, wyjął z nich dusze i je połknął. Małe dzieci niczego nie poczuły, jedynie zrobiły się trochę senne. Zły Pan więc je wypuścił, ucieszony z narastającej w nim mocy.
     Na szczęście dorośli żyjący w tym doskonałym świecie zrozumieli, że wydarzyło się coś złego. Zobaczyli, że dwoje dzieci utraciło swoje moce. Także maleństwa zrozumiały, że zostały okradzione, więc natychmiast rozpoczęto poszukiwania. Niestety Zły Pan poza Wyrocznią uchodził za najpotężniejszą istotę i trudno było go pokonać. Wtedy właśnie wszystkie dzieci zjednoczyły się i stworzyły Portal, przez który przegnały Złego Pana w pustkę. To miał być koniec zła w ich idealnym świecie.
     Jednak Zły Pan wciąż posiadał swoje wielkie moce. Dzięki temu z pustki, w którą został wtrącony, stworzył swój własny świat. Nie był on jednak idealny, panował w nim gniew i głód. Lecz Zły Pan bardzo go kochał i pragnął sprowadzić do niego więcej istot. Na szczęście dla niego po wielu latach otworzył się kolejny Portal. Wyszło z niego mnóstwo najróżniejszych stworzeń, które zostały wygnane z jakiegoś innego świata. Zły Pan, nazywający sam siebie Wieszczem, bardzo się z tego powodu ucieszył i przyjął wszystkich z otwartymi ramionami. Obiecał, że razem zbudują piękny świat, jeszcze bardziej idealny niż tamten.
     Tak zrodziła się Eldarya. I Wieszczowie, którzy od setek lat trzymali ją w ryzach, nie pozwalając na jej zatracenie”.



Bohaterowie




Odpowiedzi na komentarze

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h52)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#56 01-10-2017 o 20h19

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

"uwierzyć, że wszystko będzie dobrze”?" - ten cudzysłów i pytajnik chyba zapomniało się wykasować, co? prawdopodobnie stąd: "Metztlin chyba nie miała czasu o tym pomyśleć, jak ją tu wnosiłem". Kiedy wrzucamy czyjeś myśli to zawsze albo kursywa albo cudzysłów, a najlepiej jedno i drugie. Ja kursywy na forum unikam, bo wygląda kiepsko i źle się ją czyta, ale chociaż ten cudzysłów...
"Nevra wiedział, że czeka go nudne, senne zajęcie i rzeczywiście — już po niecałej..." - dałabym nie senne, ale usypiające.
"W połowie mówił prawdę. " - to zdanie jest tu całkowicie zbędne, bo nie do końca prawdziwe - jego słowa były praktycznie stuprocentowo prawdziwe, co dalej pisząc potwierdzasz, tyle że z lekka potraktowane czymś co nazywam "nieuprzejmą uprzejmością". Zresztą lepiej brzmiałoby "częściowo", albo przemienienie na "tylko w połowie mówił prawdę".
"na Nevrę za to, że zwątpił w jej wiedzę, więc bez słowa rzuciła mu na biurko odpowiednie księgi i wyszła. I tyle właśnie Nevrze wystarczyło" - zamiast drugiego "Nevrze" "mu".
"lub chodziły w miejsca, które były dla nich niedozwolone." - po prostu "niedozwolone miejsca".

Podoba mi się. Błędów ciut więcej niż ostatnio, odcinek krótki, ale klimatyczny. To co u mnie rozwiązuje paranoja Liwii (bo dobra paranoja nie jest zła) ty ujmujesz w legendy, stare zapiski, sny i baśnie dodając lekturze mistycyzmu. Szczególnie ciekawa jest nowa wersja powstania Eldaryi jako lądu stworzonego przez tamtejszy odpowiednik Szatana. Sama opowieść o magicznych dzieciach z punktu widzenia psychologi ("dzieci nie są "zwyczajnie złośliwe", one po prostu są złe" - Z. Freud") jest absurdalna, ale wiadomo - legendy takie są i nie należy ich interpretować dosłownie. Powoli tworzysz klimat Wielkiej Tajemnicy wykraczającej poza intrygi i eksperymenty, co się ceni. Czekam na jeszcze.

Offline

#57 04-10-2017 o 20h16

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Rozdział spokojniejszy. Mimo to, nie jest ani trochę nudny /static/img/forum/smilies/smile.png Poza tym mam wrażenie, że ten rozdział, pomimo małej ilości "akcji", będzie dosyć ważny.
Kartki z pamiętnika i historia Wieszcza - bardzo fajny pomysł, bardzo zgrabnie opisany /static/img/forum/smilies/smile.png Oby tak dalej.
Jak zawsze czekam na dalszy ciąg historii i na moment, kiedy Metz wybudzi się ze swojego majaczenia i, być może, wyjaśni się choć trochę kwestia tajemniczego lasu.

Wspominałam o tym już, ale napiszę jeszcze raz - naprawdę coraz mniej "kwiatkujesz" i tekst robi się lżejszy /static/img/forum/smilies/smile.png W dobrym kierunku to wszystko idzie - zarówno pod kątem stylu jak i fabuły.

Cóż... Czekam na dalszy ciąg /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#58 08-11-2017 o 23h05

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Cześć cześć! Po bardzo długiej przerwie przybywam z kolejnym rozdziałem! Bynajmniej go nie zawieszam - co to, to nie! - ale w związku z brakiem czasu kolejne części pewnie będą się pojawiać w podobnych odstępach czasowych.
Jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem!
Ok, tyle ode mnie. Życzę miłej lektury ^^

              W poprzednim odcinku...

Lśniąca Straż debatuje na temat Metztlin i jej ewentualnego powiązania z ostatnimi wydarzeniami. Tylko Nevrze wydaje się, że chodzi tu o coś innego i przeprowadza własne śledztwo, w czasie którego trafia na bardzo ważną informację. Tajemnicza Fahliana Rayhm-Folke w swoim dzienniku przedstawia mniej znaną wersję powstania Eldaryi.

              Rozdział XI
              ZIEMIA, DROGNASLOE

     Drognasloe było niewielkim, brzydkim miastem, w którym mieszkali równie brzydcy i nieciekawi ludzie. Nic więc dziwnego, że plotki rozchodziły się błyskawicznie i już w najdalszym zakątku tej mieściny słyszano, że jeszcze jeden dzieciak zachorował, a kolejny zmarł. Z czasem oczywiście przestawano się tym aż tak przejmować, ponieważ śmierć maluchów zaczynała być powszechna. Mimo to niektóre przypadki nadal dziwiły. Jednym z nich była Eileen, córka rybaka mieszkającego nad stawem.
     Do Hieronima docierały już przeróżne pogłoski. Słyszał, że mała wróciła, że ostatecznie zmarła oraz że nagle cudownie wyzdrowiała. Starzec irytował się, wysłuchując tego durnego paplania przesiąkniętego fałszywą ekscytacją. Nie rozumiał, jak można było robić tanią sensację z cierpienia dziecka i jego rodziny, dlatego długo niczego nie komentował. Zainteresował się dopiero wtedy, kiedy coraz częściej mówiono o uzdrowieniu dziewczynki. Niby nikt nie dawał temu wiary, lecz wielu przysięgało, że widziało ją na własne oczy bawiącą się z rodzeństwem. Czegoś takiego nie można było zignorować, dlatego Hieronim postanowił sprawdzić to osobiście. Zapakował do papierowej torby kilka pierniczków domowej roboty, które ostatnio zasmakowały nawet wiecznie marudnemu Svanthorowi, i postanowił pójść do domu rybaka, chcąc pogratulować szczęśliwego zakończenia tej paskudnej historii. Swojemu lokatorowi o niczym nie wspominał. Hieronim nie sądził, by to dziecko cokolwiek go obchodziło.
     Rybol zakichany, pomyślał z uśmiechem, stojąc w progu małej chatki.
     Chudy, śmiesznie niski jegomość o pulchnej, czerwonej twarzy spoglądał na Hieronima podejrzliwie, ale ostatecznie odszedł na bok, kiedy żona Marya łypnęła na niego karcąco. Chmara dzieciaków momentalnie się rozstąpiła, rozumiejąc, że kolejny gość przyszedł pozdrowić Eileen. Po chwili z tłumu rodzeństwa wyłoniła się niziutka dziewuszka o jasnych włosach i rumianej twarzyczce. Uśmiech miała szeroki, a oczy błękitne i wesołe.
     Bogu dzięki, nie są czarne, pomyślał, kucając przy niej i częstując ją ciasteczkiem. Początkowo dziewczynka była nieufna, jednak ochota na łakocie zwyciężyła i już po chwili, wraz z resztą braci i sióstr, zajadała się słodyczami. Hieronim cieszył się, że smakowały im jego wyroby.
     — To wszystko nastąpiło tak nagle — opowiadała później Marya, co jakiś czas ocierając łzę wzruszenia. — Kiedy… kiedy zniknęła… my z mężem podejrzewaliśmy, co mogło się z nią stać. To, co z innymi! Ale jej szukaliśmy! Szukaliśmy! I rodzina pomogła, sąsiedzi też… no ale nic. — Kobieta poprawiła swoje ciemne, nieco poczochrane loki. Hieronim zauważył w nich mały kawałek makaronu, ale nie śmiał się odezwać. — A potem… potem w nocy znaleźliśmy ją przed naszymi drzwiami. Zmarzniętą, przestraszoną… demonią. Panie Hieronimie, jak ja się wystraszyłam! I jeszcze… — Marya zerknęła w stronę śpiącego w sąsiednim pokoju męża, nabierając pewności, że nie podsłuchiwał. — Harvey nie chciał jej wpuścić. Bo demonia. Ale na Boga, przecież to nasze dziecko, prawda? I ostatecznie wpuścił. Wiedziałam, że wpuści. On tak tylko gada; w gębie to on mocny… Aleśmy niewiele się cieszyli, bośmy wiedzieli, jak te dzieci potem kończą… No to czekaliśmy. Ale modliłam się o cud, żarliwie się modliłam! I dzieciaki też! Wszyscy! Iśmy wymodlili! Dziecko moje kochane któregoś dnia obudziło się bez tych wstrętnych czarnych oczysk. A potem to już było tylko lepiej!
     Marya z czułością popatrzyła na córkę, która gawędziła wesoło z dwiema innymi dziewczynkami w pobliżu kuchni. Także Hieronim zerknął w tamtą stronę, uśmiechając się ze spokojem. Miał wielką nadzieję, że uzdrowienie Eileen było początkiem końca tej straszliwej choroby.
     — Długo maleńka tu zalegała po tym, jak żeście ją znaleźli?
     — Oj niedługo! Może z tydzień. Po prostu jej się nie gorszyło. A jak zniknęły te oczyska straszliwe, to tylko zaczęła zdrowieć! Mówiła już coś, coraz więcej jadła, aż w końcu wstała z łóżka!
     — No a kto ją porwał? Pytaliście? Przecie jakoś zniknęła. I jakoś tu wróciła.
     Marya zasępiła się nieco na samo wspomnienie.
     — Niewiele o tym mówi. Wspomniała tylko o… hmm… „zielonej cioci”. Ale nie wiem, czy to ona ją zabrała, czy tu przyprowadziła. Jak tylko zaczynam ten temat, Eileen kiwa główką i wzrusza ramionami. Ale to chyba nikt zły, bo maleńka się jej nie boi.
     — „Zielona ciocia”? — powtórzył z ożywieniem. — To znaczy, miała zielone włosy?
     — Tak, zdaje się, że tak. I brzydką, poparzoną twarz. Tylko tyle powiedziała.
     — I kiedy ostatnio ją widziała?
     — Wczoraj — odezwał się cichutki, wysoki głosik.
     Marya i Hieronim momentalnie odwrócili głowy w stronę Eileen, która niezauważenie podeszła do stołu. Wpatrywała się w dorosłych z uprzejmym zainteresowaniem, najwyraźniej nie widząc w ich szoku niczego dziwnego.
     — Wczoraj zielona ciocia tu była. Widziała mnie. Pomachałam jej. Ucieszyła się, że jestem zdrowa. Ale była tylko na chwilę. Potem poszła.
     Hieronim patrzył na nią uważnie, nie mając pojęcia, co o tym myśleć. Matka dziewczynki była przerażona, a i on sądził, że to zły znak. Dlaczego to babsko tu wracało? I czy rzeczywiście cieszyła się ze zdrowia dziecka? Bo jeśli to ta sama zielona, którą widział wcześniej Hieronim, to właśnie ona porwała Eileen. Czego mogła tu chcieć?
     Jedno nie ulegało wątpliwości. Musiał koniecznie porozmawiać o tym ze Svanthorem.


     Pomożesz, to odzyskasz brata.
     Te słowa nieznośnie huczały jej w głowie, wpełzając w najgłębsze zakamarki umysłu i zarażając strachem każdą komórkę ciała. Tamta pani, która wiedziała, gdzie schował się jej braciszek, obiecała, że po wszystkim ją stąd uwolni i znowu zobaczy Matheiasa, a także mamę i tatę. Lilian karciła się w myślach za pomysł zabawy z chowanego; gdyby nie on, na pewno by nie zabłądzili i nie natrafiliby na tę straszną, zakapturzoną panią. Ale teraz nie miała wyboru. Musiała zrobić to, co obiecała.
     Pierwsza faza była dość prosta: wystarczyło udawać chorą na Nigredo. W pierwszych dniach zarażonemu dziecku towarzyszyło zmęczenie, otępienie i nienaturalna wręcz obojętność. Dla Lilian nie stanowiło to problemu, dlatego łatwo zmieszała się z równie zaspanym, ponurym tłumem zainfekowanych dzieci. Jednak niektóre z nich były już poważnie chore. Miały czarne oczy. Od tych Lilian wolała trzymać się jak najdalej.
     Trzynastoletnia dziewczynka pocieszała się, że w razie gdyby zauważono, że Lilian tak naprawdę nie jest chora, od razu ją wyrzucą. Straszna pani w czarnym płaszczu zapewniła, że w takim przypadku nic jej się nie stanie, a w razie problemów to właśnie ona, nie mała, zostanie ukarana.
     Grupkę dzieci wprowadzono do dużej, czystej sali oświetlonej jedynie starymi lampami o niezwykle mocnym świetle. Wszystkich poustawiano przy zaścielonych łóżkach szpitalnych, a następnie podeszli do nich panowie w białych kitlach. Zanim Lilian dołączyła do chorych malców, miły starszy pan towarzyszący strasznej pani wytłumaczył dziewczynce, jak będzie przebiegała cała podróż. Zaczynali właśnie w tej sali od badań kontrolnych. Lekarze odsyłali tutaj dzieci chore na coś innego niż Nigredo, wykluczali też wszystkich niepełnosprawnych. Miły starszy pan zapewniał, że we wczesnych fazach nie potrafiono rozpoznać Nigredo ze stuprocentową pewnością, dlatego jeśli tylko Lilian będzie spełniała podstawowe kryteria i dobrze udawała, zostanie przepuszczona dalej. I tak też się stało.
     W następnej sali przechodzili kolejne testy, lecz te były inne. Dzieci sadzano przy niskich drewnianych ławkach, a na głowy zakładano im czapeczki z poprzyczepianymi do nich sprężynkami. Te z kolei podłączone były do wielkiej aparatury stojącej w kącie sali, która upiornie syczała i burczała. Następnie podano dzieciom kilka kartek. Jedna zawierała kilka łamigłówek, druga jakąś starą pieśń, trzecia wiersz, a na czwartej widniało parę rysunków.
     Lilian najpierw sięgnęła po wierszyk, lecz już po pierwszych wersach stwierdziła, że nic z tego nie zrozumie, więc zerknęła na piosenkę. Ta podobała jej się dużo bardziej: była krótka, prosta, wesoła i pełna rymów. Dziewczynka chichotała, czytając o bardzie nieudolnie próbującym podbić serce swojej lubej. Następnie popatrzyła na rysunki. Dom, dwa duże czarne psy, wazon. Lilian pomyślała, że ten ktoś miał duży talent, zwłaszcza że jeden z piesków przypominał jej Brutusa. Posmutniała, kiedy pomyślała o swoim zwierzaku, braciszku, mamie i tacie, ale zaraz się pocieszyła, że straszna pani, a przede wszystkim miły starszy pan obiecali, że po wszystkim odprowadzą ją do domu. A ona im wierzyła.
     Dziewczynka nawet nie ruszyła łamigłówek, ale na szczęście nie musiała, bo niebawem zaprowadzono ich do trzeciej sali. Musieli zejść na sam dół i dopiero wtedy wprowadzono ich do ponurego, zaciemnionego pokoju pełnego brzęczących głośno maszyn, świecących kabelków i pikających diod. Zapalono światła ukazujące obskurne, brązowe ściany i zabite deskami małe okienka. Tam też stało kilka łóżek, krzeseł i ławek, ale to wszystko wyglądało na bardzo stare i zaniedbane. Lilian poczuła przejmujący strach, który tylko narastał, gdy rozglądała się wokół i widziała ten sam niepokój w oczach innych dzieci. Wtedy też zauważyła, że grupka znacznie zmalała; najwyraźniej wielu nie przeszło testu w poprzedniej sali. Na czymkolwiek ten test polegał.
     Dziewiątkę maluchów poustawiano w rzędzie i kazano się rozebrać aż do samej bielizny. Niepewne i wystraszone posłusznie wykonały rozkaz, choć atmosfera wyraźnie gęstniała. Gdy już wszystkie dzieci były prawie nagie, poprzyklejano im w różne miejsca na ciele białe naklejki, do których podłączono świecące kabelki. Lilian czuła nieprzyjemny, gwałtowny dreszcz rozchodzący się po jej ciele, a im dłużej ją tam przetrzymywali, tym silniej na nią działał. Niektóre maluchy, zwłaszcza te z czarnymi oczami, momentalnie zginały się w pół i wymiotowały, lecz zupełnie nikt nie zwracał na to uwagi: dzieci były przestraszone tym, co się działo z nimi, nie z kolegami, a dorośli zawzięcie coś sprawdzali i notowali. Co jakiś czas tylko podchodzili do nich i przyklejali naklejki w inne miejsca, nie mówiąc przy tym ani słowa.
     Po około dziesięciu minutach już nie tylko demonie dzieci wymiotowały, ale i cała reszta. Jedynie Lilian nie poddawała się mdłościom, chociaż przez te sztuczne dreszcze nie czuła się najlepiej. Dziewczynka nie wiedziała, dlaczego tylko ona nie zwracała i po chwili także lekarze zaczęli nad tym dumać.
     Dziwili się przez krótką chwilę. Potem zrozumieli. 
     — %&*#$ — zaklął jeden ze złością, podchodząc do Lilian i oglądając ją uważnie. — Ona nie jest chora! To zdrowe dziecko!
     — Jak to zdrowe? — zdenerwował się drugi, zerkając to na kolegę, to na dziewczynkę.
     — No zdrowe! Zobacz, przecież w ogóle nie reaguje.
     — Podaj jej skyjarin — dodał ze złością trzeci.
     Lilian zaczęła panikować. Najwyraźniej lekarze zrozumieli, że mała tylko udawała i choć starszy pan zapewniał, że w takim wypadku ją odeślą i nawet straszna pani nie będzie jej za nic winić, Lilian i tak była przerażona. Nie chciała przynieść wstydu, poza tym kuliła się w sobie pod wpływem tych wszystkich wrogich spojrzeń. Mimowolnie się odsunęła, kiedy jeden z naukowców podszedł do niej, gwałtownie łapiąc za ramię. Nic nie dawało wyrywanie, zwłaszcza że mężczyzna chwycił ją za brodę i kazał otworzyć buzię, wlewając jej jakiś rzadki, czarnawy płyn. Lilian rozkaszlała się czując, jak łzy napływają jej do oczu. I chociaż napój był potwornie gorzki, dziewczynka nie poczuła żadnej zmiany.
     Lekarze też jej nie widzieli.
     — Faktycznie, zdrowa.
     — %&*#$, co ona tu robi? Które z tych idiotów przyprowadziło tu zdrowe dziecko?!
     — No nic, wywalcie ją. Jest niepotrzebna.
     — Stójcie.
     Z kąta wyłonił się wysoki, szeroki w barach mężczyzna. Jego kitel poplamiony był jakąś ciemną mazią, a rude, zazwyczaj nienagannie ułożone włosy, miał w lekkim nieładzie. Zebrani wokół lekarze momentalnie zamilkli, wpatrując się w swojego szefa z nerwowym oczekiwaniem. Ten zbliżył się do drżącej ze strachu Lilian i uważnie się jej przyjrzał.
     — Rzeczywiście… okaz zdrowia… — mruczał jakby do siebie.
     Dziewczynka czuła coraz większy niepokój. Według strasznej pani i miłego staruszka powinni ją wypuścić zaraz po zorientowaniu się, że nie miała Nigredo. Dlaczego więc ten mężczyzna cały czas się w nią wpatrywał?
     — Do niedawna cały czas pracowaliśmy na tych zdrowych — mamrotał, jeszcze chwilkę wpatrując się w przepełnione strachem oczy Lilian. Następnie wyprostował się gwałtownie, spoglądając na swoich towarzyszy. — Jakoś sobie radziliśmy. Nie ma co jej odsyłać, zabierzcie ją razem z resztą. Tylko zastosujcie równie silne środki co w przypadku demonich.
     — Ale Yorgoren… — jeden z pracowników niepewnie wystąpił do przodu, zerkając to na dziewczynkę, to na szefa. — Przy takiej dawce żadne dziecko nie przetrwało. Wiesz przecież.
     — Teraz wiemy więcej — odpowiedział stanowczym tonem. — Kto wie, może się uda. A jeśli nie, to… cóż. Mamy zapas w postaci reszty czarnookich maleństw.
     Lilian nie wiedziała, o czym mówili, lecz brzmiało to straszliwie. Wniosek był jeden: nie chcieli jej wypuścić, tylko poddać jakimś eksperymentom, razem z resztą otumanionych dzieciaków. Rozejrzała się lękliwie po wnętrzu, czując narastającą panikę. Niestety drzwi były zagrodzone przez wielu lekarzy, więc natychmiast by ją złapali. Coś szło nie tak, bardzo nie tak.
     — B-błagam… j-ja nie chciałam… — zaczęła szlochać, padając na kolana. — Nie chciałam! Ja sobie pójdę! Przepraszam, bardzo p-przepraszam… Ale ta pani… zabrała mi braciszka… j-ja… BŁAGAM!
     Zebrani nie wydawali się poruszeni nagłym wybuchem płaczu. Nie czuli żalu, a jedynie zaskoczenie. Równie zdziwiony był Yorgoren, który uklęknął przy szlochającej Lilian i delikatnie chwycił za brodę, lekko podnosząc głowę. Uśmiechnął się dobrotliwie, mrugając do małej porozumiewawczo, dzięki czemu dziewczynka powoli zaczęła się uspakajać.
     — Ktoś ci kazał tu przyjść, ponieważ porwał twojego braciszka? To naprawdę straszliwe! Tak nie można. Pewnie bardzo go kochasz. Jak ma na imię?
     Lilian z trudem otarła cieknące po policzkach łzy, patrząc na Yorgorena dużymi, błyszczącymi oczami.
     — M-matheias…
     — Matheias — powtórzył łagodnie. — Bardzo ładne imię. A ty…
     — Lilian.
     — Imię równie ładniutkie, jak ty. A więc Lilian. Jest mi bardzo smutno, że ktoś dopuścił się tak straszliwego czynu. Ale obiecuję, że ci pomogę. Nic ci nie zrobię. Wyprowadzę cię stąd i pomogę znaleźć brata. Jednak będziesz musiała mi pomóc. Co ty na to, Lilian?
     W głowie dziewczynki zaczęły się układać wizje jej powrotu do domu. Widziała jej szczęśliwych rodziców i wesołego Matheiasa skorego do zabaw ze swoją starszą siostrzyczką. Tak bardzo żałowała, że spotkała tę zakapturzoną panią! Dlaczego nie uciekała? Dlaczego dała się złapać? Na szczęście ten pan chciał jej pomóc. Wobec tego Lilian posłusznie pokiwała głową, a gdy Yorgoren uśmiechnął się radośnie na ten gest, dziewczynka poczuła ulgę.
     — Musisz mi powiedzieć, co to za pani kazała ci tu przyjść. Opowiedz mi o niej wszystko, co wiesz. Dobrze?
     Dobrze?


     W sali było paskudnie zimno. Wewnątrz świeciło się tylko jedno słabe światło, poza tym nie rozpalono żadnych pieców, dlatego w pokoju znajdującym się kilka pięter pod ziemią panował niesamowity ziąb. Niestety takie warunki były konieczne do eksperymentów, którymi się zajmowali. Poza tym przy wyższej temperaturze na całym korytarzu pachniałoby trupem.
     Yorgoren powłóczył spojrzeniem po wnętrzu. Na stojących w rzędzie brudnych łóżkach leżała dziewiątka omdlałych bachorów. Każde z nich miało w ramiona powbijane liczne igły oraz jeden szeroki plaster na czole. Podłączone do nich kabelki odchodziły do wielkiego szklanego zbiornika, w którym powoli zbierała się ciemna, kleista masa. Coś, czego Yorgoren od lat tak pożądał. Wprawdzie do wymarzonej formy było jeszcze daleko; ciecz po wyjęciu ze zbiornika należało przefiltrować, przegotować i uzupełnić o kilka dodatkowych składników, lecz już sama surowa substancja zachwycała.
     To dzięki tym małym szkaradom spełniało się jego pragnienie.
     Wszystkie one leżały teraz na łóżkach i ciężko dyszały, walcząc o każdy dech. Prawie każde z nich przeżyło, właśnie dzięki Nigredo. To Yorgorena niebywale bawiło: choroba utrzymywała je przy życiu. Ot, taki paradoks. Tylko jedna dziewuszka nie przetrwała badania. Mała Lilian leżała na wznak z szeroko otwartymi, pustymi oczami. Naukowiec dostrzegał na jej upiornie bladych policzkach zaschnięte łzy. Jednak wcale go to nie dziwiło. Dziewczynka była zdrowa, więc spodziewał się, że nie przeżyje dawki, którą znosiły demonie dzieciaki. A mimo to bardzo się przydała.
     Właśnie dzięki Lilian Yorgoren nabrał pewności, że miał kreta. A to niestety tylko jeden z jego problemów.
     Dumanie nad zaistniałą sytuacją przerwał mu jeden z pracowników, który przybył opróżnić szklany zbiornik. Jednak widząc pozbawioną wyrazu twarz szefa zamarł na moment, najwyraźniej nie będąc pewnym, czy na pewno właściwie postępował.
     — Badania już zakończone — powiedział, choć w jego głosie brzmiała nutka niepewnego pytania. — Mam zabrać?
     — Taa — wymamrotał. — To, co zwykle. Oczyścić, przygotować i oddać Leavittowi. Będzie miał nad czym pracować. Ach, Henry! — zawołał za odchodzącym już pracownikiem. — Caspra mi tu. Migusiem.
     Na szczęście nie musiał czekać zbyt długo na swojego wiernego zastępcę. Wysoki, dobrze zbudowany młodzian kroczył dumnym, sprężystym krokiem. Duże, szmaragdowe oczy, kwadratowa, gładka szczęka i czarna czupryna, którą często umyślnie sobie mierzwił sprawiały, że niejedna panna się za nim oglądała. Casper mógł mieć nie więcej niż trzydzieści lat, a już osiągnął naprawdę wiele. Poza tym był nadzwyczaj inteligentny i samodzielny, co czyniło go idealną prawą ręką.
     — No, czego tam?
     Tylko te jego maniery, pomyślał z rozbawieniem, które momentalnie zniknęło.
     — O, jedno padło — zauważył Casper obojętnie, spoglądając na martwą Lilian.
     Yorgoren zamyślił się, przez chwilę nie odpowiadając.
     — Mam nadzieję, że Abélard szybko się uwinie ze swoją robotą. Jest coraz gorzej, Casper. Problem za problemem. I wiesz co, cholera? — Yorgoren popatrzył gniewnie na przyjaciela. — Dość tego. Czas posprzątać ten burdel.
     Casper uśmiechnął się paskudnie. To mogło oznaczać tylko jedno.
     I właśnie tego Yorgoren oczekiwał.

Odpowiedzi na komentarze



Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h53)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#59 08-11-2017 o 23h51

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Nie wiem czy to Twoja zasługa czy Amreny, ale ty razem nie zauważyłam w tekście niczego, co by mnie zakuło. Co prawda błędów jako-takich nigdy specjalnie nie szukam, tylko wypisuje, co mnie uderzy, ale tym razem nic. no i znaczna poprawa stylu. A teraz do rzeczy czy jak wolisz do treści.

Bardzo podoba mi się brutalność przedstawionego świata.Nie liczenie się z cudzym życiem, traktowanie innych jak przedmioty. "Zło się bierze z traktowania innych ludzi jak rzeczy" jak to napisał sir T.P czy też powiedziała Babcia Wetherfax. I trudno się nie zgodzić czytając ten tekst. Podoba mi się też to, że postaci pierwotnie będące jedynie tłem powoli zaczynają odgrywać coraz ważniejsze role jak np: Hieronim.

Generalnie warto było czekać :)Rozdział jak z prawdziwej książki.

Offline

#60 09-11-2017 o 18h03

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Już o tym wspominałam, ale z chęcią napiszę to jeszcze raz: rozdział jest naprawdę dobry. Jest w nim coś mrocznego, prawdziwego i lekko niepokojącego. Za postaci wielki plus - każda z nich ma swoją własną duszę, nie są powielanie kopie.

Co do fabuły - robi się coraz bardziej ponura i intrygująca. Każdy kolejny rozdział stanowi rozbudowanie historii i chce się czekać na więcej. Nic nie jest jasne i oczywiste, ale to właśnie jest prawdziwy urok Twojego dzieła.

Twój styl się rozwija i zmierza w dobrym kierunku /static/img/forum/smilies/smile.png Czekam na dalszy ciąg. Niecierpliwie.

@Le0kadia: gwarantuję Ci, że to co czytałaś jest zasługą Meth. Ja jestem tylko malutkim głosem doradczym, bez którego to opowiadanie (a może prawie-książka) byłoby dalej tak samo dobre /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#61 10-11-2017 o 17h44

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Przybywam jak obiecałam :p
Przeczytałam całość i w pełni się zgadzam z opinią Amrena, twoje opowiadanko jest bardzo ciekawe, posiada mroczny klimat.
Nie jestem fajką tak zbitego tekstu co pewnie też widać u mnie, no ale każdy ma swoje gusta.
Sam pomysł miałaś świetny a twoja obecność w dziale FF jest cudowna, bo ja nie mam odwagi czytać aż tyle!!!
Życzę niekończącej się weny i fali nowych pomysłów /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#62 15-11-2017 o 16h33

Straż Absyntu
Lilith_
Piechur Straży
Lilith_
...
Wiadomości: 2 158

Nadrobiłam zaległości z czystą przyjemnością - aż żałuję, że już jestem na bieżąco i zmuszona będę czekać na kolejny rozdział. Nic nowego raczej nie powiem, widać, że masz wszystkie niezbędne umiejętności aby poprowadzić to cudo do końca. Uwielbiam klimat tego opowiadania, jak najbardziej trafiony w mój gust. ♥ Podobnie jak reszta czekam na ciąg dalszy, życzę mnóstwa czasu, bo weny raczej Ci nie brakuje. ♥


https://media.giphy.com/media/JOcJg53W2YIgM/giphy.gif








https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif

Offline

#63 10-12-2017 o 13h14

Straż Cienia
Acrynologia
Artylerzysta Straży
Acrynologia
...
Wiadomości: 3 992

Witaj kochana. Tak jak obiecałam przyszłam przeczytać twoje dzieło /static/img/forum/smilies/smile.png W końcu nikt mnie od niego nie odciągał i mogłam się skupić na fabule. Swoją ocenę pisze po każdym przeczytaniu rozdziału nie patrząc na kolejne /static/img/forum/smilies/smile.png

Prolog


Rozdział  I


Rozdział II


Rozdział III


Rozdział IV


Rozdział V


Rozdział VI


Rozdział VII


Rozdział VIII


Rozdział IX


Rozdział X


Rozdział XI



Dobra, ledwo widzę co pisze, bo oczy mi się naświetliły, więc muszę dyktować na głos /static/img/forum/smilies/hmm.png
Podsumowując. Klimat opowiadania jest cudowny. Z każdym rozdziałem staje się mroczniejszy i bardziej tajemniczy. Postacie nie są płaskie i można na nie spojrzeć wielowymiarowo. Podoba mi się to, że co jakiś czas piszesz o cechach, które ich obrazują nie dając nam tym samym pełnego obrazu postaci. To czytelnik sam musi wyłapać takie rzeczy i poskładać je w całość. Tak jak pisałaś na początku. Twoi bohaterowie mają tyle samo dobra co i zła.
Sam styl pisania mi nie przeszkadza /static/img/forum/smilies/smile.png Barwnie opisujesz świat w jakim rozgrywa się fabuła. Dialogi natomiast są bardzo naturalne. Brak w nich sztuczności i drętwości.
Zazębianie fabuły różnych wątków jest czymś co po prostu uwielbiam. Miło, że wszystko prędzej czy później z czegoś wynika, co daje nam zupełnie inny obraz danej sytuacji.

Mam zamiar dalej śledzić to pełne napięcia opowiadanie. Mam nadzieję, że moja skleroza mi w tym nie przeszkodzi. Jeśli jednak zapomnę zajrzeć (a prędzej, czy później tak się stanie) to przypomnij mi /static/img/forum/smilies/smile.png Naprawdę mam z tym problem co może irytować innych.

Strychu życzę weny!


https://i.imgur.com/J7Odxes.jpg

Offline

#64 10-12-2017 o 20h21

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Cześć cześć! Jak zwykle po około miesiącu przybywam z kolejnym wpisem. Pierwotnie miał być dużo dłuższy, ale podzielony na dwie części. Ostatecznie jednak uznałam, że wpychanie czterech wątków do jednego rozdziału to przesada, dlatego na ciekawsze akcje trzeba będzie poczekać [prawdopodobnie] kolejny miesiąc ;-; Średnio jestem z tego zadowolona, ale cóż. A rozdział i tak wyszedł całkiem spory.
Jak zawsze też dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem!
Życzę miłej lektury! ^^

W poprzednim odcinku...

Hieronim odwiedza rodzinę Eileen przekonując się, że dziewczynka rzeczywiście wyzdrowiała. Przypadkiem mężczyzna zdobywa informacje o zielonowłosej kobiecie, która miała związek z porwaniem dziewczynki. Chce porozmawiać o tym ze Svanthorem. Tymczasem mała Lilian zostaje zmuszona do wzięcia udziału w tajemniczych eksperymentach Yorgorena. Podstęp wychodzi na jaw, Lilian umiera, a Yorgoren wraz ze swoim przyjacielem Casprem zdają sobie sprawę, że ich eksperymenty przysparzają im coraz więcej problemów.

              Rozdział XII                                               
              ELDARYA

     Nevra niecierpliwie wertował swoje notatki, próbując znaleźć jeden z zaznaczonych fragmentów. Choć nikt z zebranych go nie pospieszał, wampir zaczynał się irytować myśląc, że niepotrzebnie tyle tego spisywał, skoro i tak najważniejsza informacja była tylko jedna. Jednak jakoś należało im to wytłumaczyć, a potem zrobić burzę mózgów. Lub ewentualnie się upić, bo samemu i na trzeźwo niełatwo to zrozumieć.
     — Pamiętacie, że Norielath Hari toczyło kiedyś spór z Vahtanią? — zaczął, rozglądając się po zebranej w Kryształowej Sali Lśniącej Straży. Ślizgał się po ich skupionych twarzach, lecz kiedy natrafił na spojrzenie Ezarela, momentalnie pożałował, że wspomniał o Norielath Hari. Doskonale wiedział, że obudzi przez to paskudne, ledwie wyraźne wspomnienia, ale nie miał innego wyjścia.
     — A z kim nie toczyło? — spytała gniewnie Miiko.
     Nevra wzruszył ramionami, tym samym przyznając jej rację.
     — Ekhm… — Ykhar, czerwona aż po koniuszki swoich długich uszu, popatrzyła ze wstydem na wampira. — Niestety, ale nie bardzo… pamiętam… ekhm…
     — Vahtania to nieistniejący już kraj leżący w pobliżu wyspy Norielath Hari — wyjaśnił Leiftan. — Około dwustu lat temu… może trochę mniej… pokłócili się o złoża arcenytów i diamentów. Podobno znajdowały się niemal na granicy, ale ostatecznie to była własność Norielatów…
     — Ale przecież Norielath Hari to wyspa — spostrzegła zdziwiona Ykhar.
     — Teraz tak. Jednak przed Wielką Wodą, która wylała niecały wiek temu, istniał jeszcze cienki pas ziemi granicznej. Tam znaleziono złoża i o nie się pokłócono…
     — Dobra, nieważne, przecież nie o arcenyty mi tu chodzi — przerywał pospiesznie Nevra, przeglądając swoje notatki. — Dziwniejsze jest to, że Vahtanowie też mieli coś cennego. Las Calaljós.
     W całej sali zapanowała cisza. Do niedawna opowieści o tym mitycznym lesie wkładano między bajki, lecz ostatnimi czasy strażnicy musieli się na nich bardziej skupić. Dlatego wszyscy z napięciem czekali, aż Nevra będzie kontynuował.
     — To o tym lesie mówiła Metztlin — zauważył wciąż lekko blady Ezarel.
     — Dokładnie. Nikt w niego nie wierzył; nawet jak dla nas drzewa ze świecącą dziurą wśród korzeni wydawały się dziwne. Poza tym nikt ich nie znalazł, mimo że wielokrotnie przeczesywano te ziemie. Złoża arcenytów zatonęły, ale o Lesie nic nie było wiadomo. Mimo to znalazło się kilku wariatów chcących go znaleźć. Wielu z nich potem uznawano za zaginionych. I wiecie co? — spytał z ekscytacją, rozglądając się po zebranych coraz szerzej otworzonymi oczami. — Wśród zaginionych jest też Halytria Virvyre.
     Wampir się nie spodziewał, by to nazwisko cokolwiek mówiło zebranych tam członkom Lśniącej Straży. Ewentualnie Miiko jako szefowa mogła coś kojarzyć, ale i to nie było takie pewne, zwłaszcza że strażników Kwatery było naprawdę wielu. Jednak Nevra nie na nią liczył, ale na Ezarela. I rzeczywiście elf popatrzył na niego ze szczerym zdziwieniem, tym samym dając znak, że zaczyna rozumieć.
     — Virvyre? — powtórzył, marszcząc brwi w zamyśleniu. — Halytria Virvyre… Chcesz nam powiedzieć, że w Lesie zaginęła matka Metztlin? Bo to jej nazwisko.
     — Zaraz ją o to zapytamy — odparła Miiko. — Jamon ma ją tu za chwilę przyprowadzić.
     Nevrze nie spodobał się ton, z jakim kitsune to powiedziała. Dla niego zabrzmiało to tak, jakby Metz była więźniem przyprowadzanym na przesłuchania. Tymczasem to tylko drobniutka, nieśmiała strażniczka, której jeszcze do niedawna nikt nie kojarzył. Wampir niemal jej współczuł podejrzewając, że dziewczyna czuła się jak zaszczuta.
     — Ale to i tak niewiele wyjaśnia. Właściwie to nic — zauważył ponuro Valkyon. — Jeśli jej matka rzeczywiście zniknęła w Lesie, to tłumaczy jej koszmary związane z tym miejscem. Jednak co z tym dziwnym wierszem, który wyrecytowała w transie? Co z samym transem i jej czarnymi łzami?
     Podczas gdy Miiko i Leiftan pokiwali głowami w zamyśleniu, Nevra spojrzał na przyjaciela z wyrzutem.
     — Lepsze to niż nic — burknął. — Zwłaszcza że niektórzy z was nadal twierdzą, że Metztlin to Wieszcz.
     — Wiele na to wskazuje…
     — Nic na to nie wskazuje — przerwał Leiftanowi, czując narastającą irytację. — Odrobiłem lekcje i nie dość, że wyjaśniłem związek Metz z Lasem, to jeszcze poczytałem o Wieszczach. Wszystkich Wieszczów, bez względu na ich siłę, rozpoznawano niedługo po narodzinach. Często już ciężarna matka czuła, że coś jest na rzeczy. Tak czy siak, takie dzieciaki już od małego pokazywały, że są wyjątkowe. A Metztlin…  z całym szacunkiem do niej… jest przeciętna. Zna się na eliksirach, Ez nawet wyznaczył ją do specjalnej grupy badawczej, co chyba coś znaczy. Ale nic poza tym. Nie wiadomo nawet, jakiej jest rasy, ale nie ma żadnych wyjątkowych umiejętności.
     — Może jeszcze ich nie ukazała — upierał się Leiftan, choć głos miał nadal spokojny. — Powinniśmy się jej przyjrzeć i dać okazję do ujawnienia całego swojego potencjału.
     — Jak? — zapytał Ezarel, krzyżując ręce na piersi.
     — A ty nie potrafiłbyś czegoś stworzyć? — zawołała z nadzieją Ykhar. — Coś na wzór eliksiru rozpoznającego krew faery?
     — Tylko z grzeczności nie zaprzeczę, że jestem wybitnym alchemikiem — odparł z kpiącym uśmieszkiem — ale czegoś takiego jeszcze nie stworzono. Zwłaszcza że Wieszczowie to arcyrzadkie przypadki. A nawet wolę nie myśleć, ile musiałbym się natrudzić i ile cholernie rzadkich składników musiałbym zmarnować, by stworzyć taki eliksir. I stałby sobie na półce przez dwieście, trzysta lat, aż do pojawienia się jakiegoś Wieszcza. O ile jakikolwiek by się pojawił.
     — Ale musicie zwrócić uwagę na to…
     Miiko przerwała nagle, spoglądając w stronę drzwi. W wejściu stał ogromny, ciemnoskóry ogr, uśmiechając się dumnie. Robił to za każdym razem, kiedy wypełniał polecenie kitsune. Tym razem jego zadaniem było przyprowadzenie Metztlin i chwilę zajęło Lśniącej Straży, by dopatrzyć niziutką faery stojącą za Jamonem. Jej twarz poczerwieniała ze wstydu i nerwów, a fioletowe plamy na jej białych włosach latały jak szalone, wyraźnie ukazując emocje targające dziewczyną. Bała się wyjść na środek, choć zdawała sobie sprawę, że właśnie tego od niej wymagano.
     Nevra nie znał za dobrze tej małej, dlatego zerknął oczekująco na Leiftana i Ezarela. Ten pierwszy zawsze był uprzejmy dla wszystkich i już kilkakrotnie gawędził z Metztlin. Drugi był jej szefem, więc mała faery mogła się czuć przy nim swobodniej. I podczas gdy Leif nie dostrzegł tego przeszywającego wzroku szefa Cienia, tak elf poparzył na Nevrę z wyrzutem, wzruszając ramionami. Ostatecznie westchnął ledwie zauważalnie i ostrożnie wystąpił do przodu. Niestety nie dało to oczekiwanych rezultatów, ponieważ Metztlin wyraźnie się spięła. Nevrze przeszło przez myśl, że takie podchody raczej wiele nie dadzą i na szczęście także Ez na to wpadł, ponieważ wyprostował się i uśmiechnął z wyższością.
     — No już, mała, podejdź — powiedział stanowczym, lecz ciepłym tonem.
     Cokolwiek Ezarel zrobił, zadziałało. I choć Metztlin jeszcze chwilę się wahała, w końcu wyszła z ukrycia, nieśmiało podchodząc do swojego szefa. Dłonie miała złożone, a głowę pochyloną, tylko co jakiś czas zerkając niepewnie na elfa i stojącą tuż obok Miiko. Jej fioletowe plamy na białych włosach co jakiś czas smętnie opadały na sam dół, by po chwili zerwać się do góry i zacząć szaleć.
     — Czujesz się już lepiej? — spytał, uważnie ją obserwując.
     Metztlin przełknęła ślinę, nerwowo poprawiając swoją jasną sukienkę. Po chwili kiwnęła głową, starając się nie natrafiać na spojrzenie Ezarela. Jej policzki płonęły czerwienią.
     — Chcieliśmy z tobą porozmawiać — kontynuował ostrożnie. — O tym, co się niedawno wydarzyło.
     — Rozumiem — wydusiła ledwie słyszalnie. — I wiem, o co chcecie spytać. O Las Calaljós.
     Lśniąca Straż popatrzyła po sobie niepewnie, zaskoczona tą niespodziewaną odpowiedzią.
     — Owszem — przyznał ostrożnie Ezarel. — Podczas ostatniego… ataku… sporo o nim mówiłaś, a…
     — W Lesie Calaljós żyła moja matka — wyparowała nagle, jak gdyby w ogóle nie słyszała swojego szefa. — Kroczyła między błyskającymi drzewami, a gdy ją zabrano, spacerowała między nimi nawet w swojej głowie. Cały czas tam była. W Lesie. Dlatego nie pozwolono jej tam wchodzić. Ale ona uciekła. I weszła do jednego z drzew. Tam zamieszkała i już nigdy nie wyszła. Marzyła o tym. I ja też marzę. O Lesie. Ja też w nim żyję. Tam mieszkam. Zawsze tam mieszkałam. Umrę w tym Lesie.
     Takiego wyznania nikt się nie spodziewał. Wszyscy wokół spoglądali na siebie ze zdezorientowaniem, tylko Ezarel uważnie przyglądał się dziewczynie. I podczas gdy jeszcze niedawno usilnie unikała jego spojrzenia, tak teraz patrzyła mu prosto w oczy bez choćby cienia strachu. Elfa zaniepokoiła ta nagła zmiana, dlatego pomyślał, że być może to początek jej ataku. Jednak długo nic takiego nie następowało. Zamiast tego Metz gwałtownie drgnęła i zachłysnęła się zbyt gwałtownie wciągniętym powietrzem. Jej drobną twarzyczkę wykrzywił paskudny grymas strachu, a gdy zrobiła kilka kroków w tył i wpadła na Jamona, przestraszyła się jeszcze bardziej. W końcu rozejrzała się panicznie po strażnikach, szukając w nich jakiegokolwiek wsparcia.
     — Nie pozwólcie mi na to, bym umarła w tym Lesie — zawołała płaczliwie.
     Po policzku Metztlin spłynęło kilka łez. Nie czarnych. Bezbarwnych. Równie złych.

              ZIEMIA, DROGNASLOE

     Abélard Leavitt pędził doskonale sobie znanymi, zaciemnionymi korytarzami. Po wejściu do budynku ostro w lewo, potem w prawo aż do piwnic. Schodami w dół, długo prosto, lekko w prawo, znowu prosto, następnie w lewo i aż do końca korytarza. Nie było tam nic poza brudnymi, chłodnymi ścianami, lecz z boku znajdował się wąski otwór. To w tej wnęce Abélard znalazł drzwi, które go interesowały. Jako chuderlawy starzec nie miał najmniejszego problemu ze wciśnięciem się do środka, dzięki czemu już po chwili wszedł do słabo oświetlonej sali wypełnionej dziwacznymi, tylko jemu znanymi machinami. Niestety ktoś tam miał na niego czekać, choć naukowiec nie miał na to spotkanie żadnej ochoty.
     Wysoki mężczyzna o rudych, krótko przystrzyżonych włosach spacerował po pokoju, bawiąc się paskiem swojego czarnego, skórzanego płaszcza. Nie zwracając najmniejszej uwagi na stojącego w wejściu Abélarda, spoglądał z zainteresowaniem na największą konstrukcję. Przypominała drewniane rusztowanie, choć wokół belek zawinięto mnóstwo poskręcanych kabelków. Wszystkie połączono z dużym, okrągłym kotłem, w którym znajdowała się czarnawa, mętna ciecz. Ciecz, która nawiedzała Abélarda we wszystkich koszmarach.
     — Na biurku stoi kolejna partia — odezwał się cicho Yorgoren. — Jesteśmy już blisko, Abélardzie. Mam nadzieję, że już wkrótce przyniesiesz mi najlepsze wieści. Jesteśmy na to gotowi.
     Leavitt zerknął niepewnie w stronę swojego biurka. Rzeczywiście, kilka statywów było wypełnionych fiolkami z tą samą breją, która pływała w kotle. Starca zaniepokoił ten widok; dotąd przynosili mu po cztery-pięć sztuk, więc nie rozumiał, skąd ta nadwyżka.
     — Dużo tego… — mruknął, siląc się na spokój.
     — Ostatni eksperyment przebiegł wyjątkowo pomyślnie.
     — Yorgoren… A co z tymi dziećmi…?
     Jego szef przeszył go czujnym spojrzeniem, ale naukowca zainteresowało coś innego. Jak w transie podszedł do biurka, uważnie przyglądając się fiolkom. Wszystkie wypełnione były ciemną cieczą, ale jedna mocno odstawała od reszty. Jej zawartość była dużo jaśniejsza, co mogło oznaczać tylko jedno.
     — Niedemonie — wymamrotał ze zdziwieniem.
     Po chwili serce ścisnął mu niepokój na myśl o malutkiej Lilian, którą wraz z Cathielą tak podstępnie wykorzystali. To musiała być fiolka zabrana od niej, choć Abélard nie miał pojęcia, w jaki sposób to zrobiono. Miał tylko nadzieję, że nic się dziewczynce nie stało; i tak miał wyrzuty sumienia, że wykorzystał niewinne dziecko.
     — Co z nią? — zapytał, nadal przyglądając się fiolce.
     Starca zalała fala gorąca, kiedy zdał sobie sprawę ze swojej fatalnej pomyłki. Sprecyzował płeć dziecka, od którego pobrano próbkę, a przecież Abélard nie miał prawa tego wiedzieć. Niemal słysząc szaleńcze bicie swojego serca, czekał na reakcję Yorgorena. Musiał to zauważyć. Tylko jak to zinterpretuje?…
     — „Z nią?” — powtórzył z zaskoczeniem.
     Abélard czuł, jak drżą mu wargi. Chwycił brzeg biurka, mając nadzieję, że jego serce wytrzyma tę dawkę stresu.
     — No… z tą duszyczką… — wydukał, mając nadzieję, że brzmiał choć trochę neutralnie. — Bo niedemonia, to…
     Umilkł, wpatrując się w Yorgorena z narastającym przerażeniem. Jego szef najpierw pobladł, a następnie z dziką wściekłością wymalowaną na twarzy rzucił się na Abélarda, powalając go na biurko. Chwycił go za szyję, nie ściskając jej aż tak mocno, by naukowcowi brakło tchu, lecz na tyle, by mocno go nastraszyć.
     — Skąd to wiesz?! — warczał przez zaciśnięte zęby. Z jego ust pryskała ślina, ale Leavitt był zbyt sparaliżowany strachem, by zwrócić na to uwagę. — No skąd?!
     — A-ale Yorgoren… J-ja nap-prawdę nie w-wiem… o c-co ci…
     — Skąd to wiesz?! SKĄD TO WIESZ?! — krzyczał opętańczo, kiwając głową w stronę fiolek.
     Mimo tego, że panika nie pozwalała mu się skupić, Abélard zauważył, że coś było nie tak i o cokolwiek oskarżał go Yorgoren, nie miało związku z dziewczynką. Więc o co? Co mogło go wyprowadzić z równowagi aż do takiego stopnia? Leavitt nie miał pojęcia i aż bał się pytać.
     — Nie wiem! — krzyknął panicznie, zbierając w sobie całą energię. — Nie wiem! Nie powiedziałeś mi! Mnie chodziło tylko o niedemonie dziecko!
     Nagle Yorgoren od niego odskoczył, jak gdyby się poparzył. Dysząc ciężko, spoglądał na Abélarda szeroko otwartymi oczami, jakby sam nie mógł uwierzyć w to, co się właśnie stało. Leavitt nawet nie śmiał drgnąć, wciąż leżąc na biurku poplamionym breją wyciekającą z rozbitych fiolek. Nie wiedział, co wywołało tak nagłą falę złości i wolał nie ryzykować, ponieważ następny atak mógł być tragiczny w skutkach. Kiedy więc Yorgoren w końcu drgnął i zaczął się zbliżać, Leavitt pomyślał lękliwie, że być może szef postanowił dokończyć dzieła.
     — Przepraszam — wydyszał ze wstydem, niepewnie wyciągając dłoń.
Abélard zupełnie nie rozumiał, co się właśnie wydarzyło. Mimo to podał dłoń Yorgorenowi, a ten pomógł mu wstać.
     — Przepraszam — powtórzył raz jeszcze, ze złością zmieszaną ze smutkiem spoglądając w stronę rozbitych fiolek. — To było nieporozumienie.
     — Miałem na myśli tylko to zdrowe dziecko — wymamrotał Abélard, bojąc się podnosić głos. — Czego… czego się wystraszyłeś?
     — Niczego — uciął pospiesznie. — To nieważne. Jakoś ci to wynagrodzę. Na szczęście kilka fiolek ocalało. A to niedemonie… tak… było jedno. Ale chorowite. Umierające. Zmarło niedługo potem. Nie mogliśmy nic zrobić. Zwróciliśmy je rodzicom. Aaa… a ten atak… — Yorgoren zawahał się na moment. — Przepraszam cię najmocniej. Straciłem nad sobą panowanie. Ostatnio jestem kłębkiem nerwów. Może Casper powinien mnie zastąpić na jakiś czas. To już chyba paranoja… ach… albo starość… Raz jeszcze przepraszam. Wynagrodzę ci to. Obiecuję. A teraz wybacz.
     Po tych słowach odszedł spiesznym krokiem, opuszczając salę. Abélard, wciąż zszokowany, cały czas stał przy biurku, jedną ręką trzymając się jego brzegu, by czasem nie upaść. Zupełnie nie rozumiał, co właśnie zaszło, a tysiące myśli boleśnie bulgotało w jego głowie. Próbując złapać oddech i opanować spłoszone serce, rozglądał się rozpaczliwie po pomieszczeniu. W tamtym momencie sprawiało wrażenie jeszcze bardziej upiornego i nieprzyjaznego niż wcześniej, dlatego zdecydował, że jak najszybciej musi stąd wyjść. Potrzebował odetchnąć świeżym powietrzem. Musiał poukładać myśli, choć obawiał się wniosków, do jakich dojdzie.

     Czekała na niego w umówionym miejscu. W szarym, zapatrzonym w swoje nosy tłumie była niewidoczna, zwłaszcza dzięki ciemnemu płaszczowi, którym się otuliła. Z kaptura wypływały zielone kosmyki zniszczonych, postrzępionych włosów i tylko po tym ją poznał. Czym prędzej do niej podbiegł, nie siląc się na żadną dyskrecję. Pragnął jedynie jak najszybciej podzielić się z dziewczyną zdobytymi informacji. Pragnął jedynie jak najszybciej je z siebie wyrzucić.
     — Panienko… — wysapał, z trudem łapiąc oddech. — Panienko Cathielo…
     — Leavitt, co się stało? — warknęła ostro, choć w jej ciemnoniebieskich oczach błysnął niepokój.
     Abélard przymknął powieki, niemal bojąc się tego, co zaraz miał powiedzieć. Jakby nadal nie mógł w to uwierzyć.
     — Panienko… — zajęczał, spoglądając na nią ze strachem. — Oni ją zabili! Zabili to biedne, niewinne dziecko! Przez nas! Przez nas! To wszystko nasza wina!
     Starzec opadł ciężko na pobliską ławkę, zakrywając twarz dłońmi. W głowie mu wirowało, nie mógł też zapanować nad drżeniem rąk. Tego dnia wydarzyło się zdecydowanie za dużo. Stary, naiwny głupiec, skarcił się w myślach. Może przed laty nie powinien zaakceptować oferty Yorgorena, mimo że była tak kusząco korzystna? A po ostatecznym zgodzeniu się na jego warunki powinien dokładnie wypytać o szczegóły badań i zażądać wglądu w potrzebne dokumenty, zamiast dobrowolnie kiwać głową na wszystko, co mu podtykali pod nos? Wystarczyłoby mu wiedzieć, na czym polegały eksperymenty przeprowadzane na dzieciach i czym jest substancja, którą mu dostarczali. Tak niewiele, a tak wiele.
     Do tego dochodziło jeszcze jedno pytanie. Co tak zdenerwowało Yorgorena?
     — Tego jest za dużo… za dużo… — jęczał płaczliwie. Wreszcie podniósł głowę, wpatrując się ze złością i bezsilnością w swoją towarzyszkę. Ta stała jak wryta, patrząc nieobecnym wzrokiem gdzieś w dal. Abélard poczuł niespodziewaną satysfakcję, że swoim wyznaniem wywołał u dziewczyny szok. Dotychczas była nieugięta, a Leavitt nie dostrzegał u niej ani cienia emocji.
     — Skąd wiesz? — zapytała martwym tonem.
     Naukowiec kilka razy musiał głęboko odetchnąć, by w końcu zacząć mówić.
     — Odwiedził mnie Yorgoren. Dostarczył towaru i pytał o badania. Zapytałem go… o dzieci… — Leavitt poczuł, że na samą myśl o swojej pomyłce robi się cały czerwony. — Przyznał wtedy, że jedno umarło. I to zdrowe, bez Nigredo! Ale powiedział, że dziecina była chorowita i niedługo po eksperymencie zmarła, a oni zwrócili ciało rodzicom. Bzdura! — krzyknął, nagle zrywając się na nogi. — Bo Lilian nic nie dolegało, sprawdziliśmy to! Poza tym nikt nikomu nie zwracał żadnego ciała. Pilnowałaś domu, nie było tam nikogo poza rodzicami i bratem tej dziewczynki. Kłamią. Okłamują nas wszystkich. I maczają palce w śmierci małych, niewinnych dzieci… Ale to zmarło przez nas! Panienko Cathielo, to zmarło przez nas…
     — Nic nie mogliśmy zrobić — odparła beznamiętnym tonem, nawet na niego nie patrząc. Jednak Abélard słyszał, że jej głos lekko drżał.
     — Mogliśmy! — krzyknął opętańczo, łapiąc się za głowę. — Mogliśmy jej tam nie wysyłać! Mogliśmy sami spróbować to wybadać, a teraz…
     — Teraz przynajmniej wiemy więcej — przerwała ostro. — Yorgoren gra nieczysto. A my jesteśmy na jego tropie, więc bądź ostrożny i nie nadwyrężaj jego zaufania.
     Abélard raz jeszcze pomyślał o niedawnej wściekłości szefa, ale coś mu podpowiadało, by na razie nie wspominać o tym Cathieli.
     — A ty…
     — Ja mam zadanie.
     — Po tym wszystkim nadal będziesz polować na dzieci?!
     — Coś muszę robić! — warknęła, zbliżając się do starca. — Jeśli zawiodę, Yorgoren gotów jest wywalić moją siostrę na bruk. Poza tym właśnie odkryliśmy, że jest zdolny do wszystkiego. I ja też nie mogę zachowywać się podejrzanie, dlatego grzecznie będę wykonywać jego rozkazy. Ale nie zapomnę o danym ci słowie. Wyjeżdżam na kilka dni — dodała, kiedy Leavitt nie miał już nic do powiedzenia. — Dostałam cynk z miejscem, w którym znajdę sporo wygnanych demonich dzieciaków. To jakieś prowizoryczne schronisko. Nikt nie zauważy zniknięcia jednego czy dwóch dzieciaków.
     — Od kogo masz ten cynk? — spytał podejrzliwie.
     — Nie wiem — odparła szczerze. — Dlatego będę ostrożna. Ale nie martw się, starcze. Potrafię o siebie zadbać.
     Po tych słowach odwróciła się na pięcie i odeszła, pozostawiając Leavitte’a samego. Opadłszy znowu na ławkę, raz jeszcze zakrył twarz w dłoniach, walcząc ze sobą, by tak po prostu nie zacząć płakać. Bał się, panicznie się bał, że wplątano go w coś, co będzie zagryzało jego sumienie aż do końca życia. Próbował sobie tłumaczyć, że przecież o niczym nie wie i tylko wykonuje swoje obowiązki w imię rozwoju nauki, ale z każdym dniem ta śpiewka brzmiała coraz mniej przekonująco. Za to rosło poczucie, że wokół działo się coś bardzo złego, a on nie tylko to widział, ale przede wszystkim brał w tym udział.
     Był złym człowiekiem. Choć tak bardzo chciał czynić dobro…
     Dobrymi chęciami jest wybrukowane Piekło, Leavitt, pomyślał ponuro, niespodziewanie marząc o Piekle.

Odpowiedzi na komentarze



Bohaterowie




MAŁA UWAGA: Walczę z tą przeklętą zwężoną interlinią, która mimo wszystko utrudnia czytanie. I wiecie, co ją zwęża? CENTER! Ale niestety, bez niego to wszystko nie wygląda zbyt estetycznie, więc chyba się poddam. Wybaczcie ;-;

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h54)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#65 10-12-2017 o 22h12

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Jestem pod wrażeniem. Postęp jaki wykonałaś od pierwszego rozdziału do tego jet naprawdę imponujący (też bym tak chciała xD). Naprawdę, czyta się to coraz bardziej jak powieść, w dodatku masz cholernie dobre wyczucie, kiedy i jak kończyć tekst by przykuć czytelnika do niego pytaniem "co dalej". O co chodzi Metz? Podwójna osobowość? Czym jest Las? Jak naprawdę została stworzona Eldarya i czy zostanie to odkryte? Jaki jest konkretnie plan Yorgoren'a, co DOKŁADNIE chce osiągnąć? I czy czasami nasza zielonowłosa nie pakuje się w pułapkę Sav'a? I co ona oraz Abelard zamierzają zrobić, kiedy odkryją prawdę?
Przeczytacie w kolejnym odcinku /static/img/forum/smilies/wink.png

Masz, nażryj się lukru, bo niestety nie umiem znaleźć żadnych wad i chyba  już mi czas wpaść w kompleksy XD

Offline

#66 11-12-2017 o 16h36

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Przybyłam jak pisałam, pozostawiam cię z wielkimi oklaskami za rozdział. Po prostu perełka moim zdaniem.
Nie wiem czemu ale jakoś bardziej zawsze podoba mi się część dziejąca się w Eel, niż na ziemi. Zboczenie gierkowskie :p
Ta mała strażniczka po prostu urocza, wyściskała bym takiego skrzacika.
Życzę ci tak jak zawsze weny, weny, chęci i jeszcze raz weny, ob czytanie twojego opowiadania jakoś ostatnio poprawia mi humor po przeklętej nocce lub nerwowym dniu :p

Offline

#67 11-12-2017 o 18h40

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

I co ja jeszcze mam Ci napisać, co Meth? /static/img/forum/smilies/smile.png Znasz moją opinię na temat opowiadania - jest świetne i gwarantuję, że to tylko Twoja zasługa. Opieka nad takim tekstem to czysta przyjemność /static/img/forum/smilies/smile.png

Lubię Twoje postaci. I to lubię je wszystkie. Przynajmniej na razie /static/img/forum/smilies/smile.png Fabuła robi się coraz bardziej wciągająca i intrygująca. Dodatkowo całość ma nieco mroczny charakter, a ilość wątków, które pozostają niewyjaśnione każe czekać na kolejne rozdziały.

A więc czekam. Niecierpliwie /static/img/forum/smilies/smile.png

P.S. Lubię Twojego Nevrę. Jak ja lubię Twojego Nevrę <3 /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#68 11-12-2017 o 22h46

Straż Absyntu
Lilith_
Piechur Straży
Lilith_
...
Wiadomości: 2 158

Melduję, że znowu tu jestem. Czuwam!
Zacznę od końca, bo...

Bał się, panicznie się bał, że wplątano go w coś, co będzie zagryzało jego sumienie aż do końca życia. Próbował sobie tłumaczyć, że przecież o niczym nie wie i tylko wykonuje swoje obowiązki w imię rozwoju nauki, ale z każdym dniem ta śpiewka brzmiała coraz mniej przekonująco. Za to rosło poczucie, że wokół działo się coś bardzo złego, a on nie tylko to widział, ale przede wszystkim brał w tym udział.
     Był złym człowiekiem. Choć tak bardzo chciał czynić dobro…
     Dobrymi chęciami jest wybrukowane Piekło, Leavitt

... ten fragment chwycił mnie za serce i perfidnie wyrwał mi je z żeber. Zostało mi po nim tylko wspomnienie. Naprawdę rzadko zdarza się, aby coś tak mnie poruszyło i nawet nie jestem w stanie opisać swoich uczuć, bo w miejscu serducha mam teraz zakasującą pustkę. </3

Wampir się nie spodziewał, by to nazwisko cokolwiek mówiło zebranych tam członkom Lśniącej Straży. Ewentualnie Miiko jako szefowa mogła cokolwiek kojarzyć [...]


Moje astmatyczne oczko zarejestrowało powtórzenie cokolwiek. W drugim zdaniu wymieniłabym je na coś skojarzyć. Jednak to nie jest faux pas kalibru skarpetek i sandałów - powiedziałabym raczej, że to bardziej jakieś tam moje luźne obserwacje, czepianie się, sama nie wiem. ♥ ♥ XD

— Tylko z grzeczności nie zaprzeczę, że jestem wybitnym alchemikiem


Nie wiem, jak tego dokonałaś, ale za każdym razem gdy to czytam odruchowo wywracam oczami. ACH, TEN EZAREL. XD A skoro już tak zaczęłam o nim mówić, to...

A nawet wolę nie myśleć, ile musiałbym się natrudzić i ile cholernie rzadkich składników musiałbym zmarnować[...]


Moja kolejna luźna sugestia, którą można pominąć. Ja zrobiłabym taki manewr - A nawet wolę nie myśleć, ile musiałbym się natrudzić i jak wiele[/b] cholernie rzadkich składników zmarnować - wciąż to me prawe astygmatyczne oczko rejestruje takie drobnostki.

Tylko jak to zinterpretuje?…

Tak sugeruję - Tylko jak to zinterpretuje...? - bo w moim mniemaniu wygląda lepiej wizualnie. Po prostu.

To ten moment, w którym powinnam uciszyć moje piszące szare komórki i przestać publikować moje myśli, aby zostać zapamiętana jako osoba z wyższym ilorazem inteligencji od mleka sojowego.
Powinnam. Tak bardzo powinnam i tego nie zrobiłam.

Po policzku Metztlin spłynęło kilka łez. Nie czarnych. Bezbarwnych. Równie złych.


Tryb fangirl on - JEZUUU.... ♥ ZAKOCHAŁAM SIĘ, JAK TO PIĘKNIE UJĘŁAŚ, SJFSKJFKDFDKJ ♥. TAKIE CUDO, ŻE AŻ NIE MOGĘ SIĘ WYSŁOWIĆ, TO TAKIE IDEALNE. ♥ ♥  W OBLICZU PIĘKNA ROZUM MI ODBIERA, A TO BYŁO PO PROSTU PRZEPIĘKNE.. ♥ ♥ Jak ten tryb się wyłącza?Halo, halo, moje szare komórki sztuk 2 i 1/2, zaraz wyjdę tu na jakąś niepoważną. 1/2 mojej szarej komórki: może nikt mnie nie czyta, może wszyscy dostali astygmatyzmu.
Ekhm, przepraszam. Te emocje. ♥

Moje dwie jeszcze działające szare komórki mówią, że powinnam sobie pójść. Szybko. Na-ten-tychmiast. Już nawet nie natychmiast, bo to TEN moment. Gdzie moje mleko sojowe, może pozwolę mu przemówić za mnie, wyjdę na mądrzejszą i bardziej stabilną emocjonalnie.
To ja się już odmelduję zanim owe komórki rozsadzą mi czaszkę.

A co do interlinii - wyjdzie z tego masło maślane, ale może ktoś zrozumie - wszystko normalnie wygląda kiedy wejdzie się w "napisz odpowiedź". I wtedy nie ma tej zwężonej interlinii. Także można czytać jakby stamtąd. Taki tip dla czytelników z astygmatyzmem na prawe oko - opatentowany by mua. XD

Ostatnio zmieniony przez Lilith_ (11-12-2017 o 23h13)


https://media.giphy.com/media/JOcJg53W2YIgM/giphy.gif








https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif

Offline

#69 12-12-2017 o 17h53

Straż Cienia
EveIynn
Patrolowiec Straży
EvelynnChan
...
Wiadomości: 5 974

Cóż, przewinęło się tutaj wiele osóbek, ale ja jeszcze nie! I mimo że twoje opowiadanie czytam, czytam i długo nie mogę zamknąć jadaczki, tak długo nie miałam po drodze by się tutaj rozpisać.
Ale jak dobrze wiesz - opowiadanie uwielbiam. I mimo, że to co już napisałaś nie jest nawet połową historii, jestem zakochana w każdym kolejnym rozdziale. W małej Aenyati, w Ezarelu, w Cathieli... I oczywiście w cudownej Metzlin, której wspomnienie jak dotąd zawsze niezmiernie mnie cieszy.
Podoba mi się, jak Nevra karci spojrzeniem każdego, kto powie o niej coś złego. Jak widać ma z nich wszystkich najwięcej empatii i za to ma ode mnie wielkiego plusa <3 Normalnie uściskałabym go! <3
Rozmowa między Leavittem a Yorgorenem była MISTRZOSTWEM. I to nawiązanie, którego tak usilnie szukałam, a dopiero ty mi je wskazałaś... Zgadzam się z opinią osób nade mną, że rozwijasz się w zastraszająco szybkim tempie i jestem z ciebie dumna, PRZEDUMNA! <3
I nie piszę tego dlatego, że miałam napisać, albo dlatego, że się przyjaźnimy.
W tym momencie traktuj mnie jak zwykłego czytelnika, który po samym opisie kupiłby taką książkę do domu i przeczytał wielokrotnie z uśmiechem na twarzy <3
DZIAŁAJ, KOCHANIE!!! <3

Ostatnio zmieniony przez EvelynnChan (12-12-2017 o 17h54)


HeavenHeaven
https://i.imgur.com/8XMybYr.png

Offline

#70 30-12-2017 o 16h16

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Witam uprzejmie po świętach! Jak tam, najedzeni i obgadani? /static/img/forum/smilies/wink.png Mam nadzieję. A przed nami Sylwester i Nowy Rok i skoro już tu jestem, to życzę wam wszystkim genialnej zabawy i przyszłego roku jeszcze lepszego niż stary! ^^ A tak to zapraszam do czytania! Niestety przegrałam walkę z interlinią, ale mam nadzieję, że jakoś dacie radę.
Jak zawsze dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem! Jesteś niezastąpiona!
Miłej lektury! ^^

W poprzednim odcinku...

Nevra wyjaśnia Lśniącej Straży, że odkrył związek między Metztlin a Lasem Calaljós - jest nim jej matka, która przed laty zaginęła właśnie w tym miejscu. Na rozmowę zostaje wezwana sama zainteresowana, która wyznaje, że boi się, że skończy tak samo jak jej matka. Na Ziemi Abélard rozmawia z Yorgorenem. Niespodziewanie szef rzuca się na naukowca bojąc się, że ten może wiedzieć za dużo. Zaniepokojony Leavitt spotyka się z Cathielą i wyjawia, że dziewczynka, którą wysłali wcześniej na zwiady, została zamordowana. Informację o ataku Yorgorena postanawia na razie zataić...

              Rozdział XIII
              KILKA DNI WCZEŚNIEJ
                    ZIEMIA, DROGNASLOE


     — Pomyślałem, że to ważne. To znaczy… tak pomyślałem… ale nie wiem…
     Svanthor był pod wrażeniem zebranych przez Hieronima informacji. Nie spodziewał się, że ten przyjazny staruszek tak po prostu wparuje do chatki rybaka i wypyta o zdrowie porwanej niedawno dziewczynki. Dziwiło go też, że mała wyzdrowiała, co prawdopodobnie oznaczało, że nikt nie spali ich żywcem. Wobec tego Edvarssen nie musiał obserwować tego domku — podpalacze się nie zjawią, a on będzie musiał jakoś inaczej na nich zapolować. Właśnie dlatego Svan był wdzięczny Hieronimowi, ponieważ dostarczył mu informacje o zielonowłosej kobiecie, o której już tyle słyszał.
     Podpalanie domów łączyło się z demonimi dzieciakami. Demonie dzieciaki łączyły się z Eileen, bo sama miała czarne oczy. Eileen w jakiś sposób łączyła się z zielonowłosą dz#%&ą. To była prosta matematyka i Svanthor nie mógł tego spieprzyć.
     — Dziękuję ci, stary. — Svan zawsze tak go nazywał, tym samym złośliwie podkreślając wiek Hieronima. Na szczęście ten nigdy nie chował urazy, a jedynie lekko uśmiechał. Między innymi za ten dystans do siebie Svanthor naprawdę polubił swojego lokatora. O zapewnieniu dachu nad głową i przekazywaniu plotek nie wspominając.
     — Co teraz chcesz zrobić? — podpytał, lekko pochylając się w jego kierunku. — Po co ci ta zielona? I co z nią zrobisz, jak ją znajdziesz?
     Svana zalała fala gniewu na myśl, że miał ją w swoich szponach i tak po prostu pozwolił odejść. Ta kobieta musiała coś wiedzieć, a to, że cały czas natykał się na nią nawet w opowieściach, musiało coś znaczyć.
     — Najpierw muszę ją znaleźć — burknął, mimowolnie tarmosząc kosmyk swoich czarnych, przydługich włosów. Gdy na niego spojrzał, zdenerwował się jeszcze bardziej. Nawet nie zauważył, kiedy zaczął siwieć, a był pewien, że gdy tu przybył trzynaście lat temu, miał czuprynę czarną jak noc. — Potem sobie z nią porozmawiam.
     Hieronim spoglądał na niego z niepewną miną, wyraźnie nie wiedząc, czy powinien się odezwać.
     — Nie rozumiem za bardzo, do czego ty zmierzasz, Svanthorze — mruknął w końcu, nie mogąc powstrzymać swojej ciekawości. — Dlaczego sądzisz, że to ona stoi za podpaleniami?
     — Nie ona — wyjaśnił niecierpliwie. — To chuderlawe dziecko, więc wątpię. Ale może sporo wiedzieć. Ostatnio coś za dużo o niej słyszę. Poza tym nie mam innego tropu.
     — A wiesz już, jak ją znaleźć?
     Svan zerknął przez okno na szarą, nudną, zaludnioną ulicę rozmyślając nad tym, co zamierza zrobić i jakie są szanse, że mu się uda.
     — Powiedzmy — mruknął cicho, napinając mięśnie.
     Trzeba było zacząć działać, więc wymyślił plan. Prosty, ale czasochłonny i wymagający dużo szczęścia. A że Edvarssen miał go w ostatnich latach jak na lekarstwo, poważnie wątpił w powodzenie tego pomysłu. Mimo to musiał spróbować. Nie miał nic do stracenia. Bo i nie było już co tracić.

     Nigdy by nie wpadł na to, że w takiej ruderze mogli żyć ludzie. Co więcej, Svan znalazł ją przez przypadek, kiedy śledził podejrzanie wyglądającego faceta. Gość ostatecznie okazał się niewinny, ale Edvarssena zainteresowała stara, zrujnowana chata między przegniłymi, rozpadającymi się budynkami. Svanthor nie rozumiał, dlaczego nikt tego nie zburzył, zwłaszcza że wszędzie wkoło stały pustostany. Mimo to coś mu podpowiadało, żeby to sprawdzić. Dlatego bardzo się zdziwił, gdy w jednej z tych ruin znalazł kiepsko ukrytą klapę do piwnicy, tym samym odkrywając, co tam było ukryte. A raczej kto. W środku schronienie znalazły dziesiątki bezdomnych, lecz w większości… dzieci. Demonie. Svan szybko pojął, co tam robiły. Albo opiekunowie ich wygnali, albo maluchy same zrozumiały, że grozi im spalenie żywcem. Zwłaszcza że między siedmio- i ośmiolatkami znajdowali się też nastolatkowie wyglądający jak młodzi dorośli. Z tego, co Svanthor pamiętał, najstarszy zarażony dzieciak miał koło szesnastu lat. Starszych Nigredo nie tykało. Dlatego wyrzutki opiekowały się wyrzutkami. Bezdomni otaczali opieką dzieciaki, które uciekały przed nienawidzącym ich światem. Svana niemal rozczuliła ta myśl, jednak emocje były ostatnią rzeczą, której powinien poświęcić uwagę.
Mężczyzna był pod wrażeniem, że nikt wcześniej nie wykrył tego skupiska demonich, ale mu to odpowiadało. Właśnie wtedy pomyślał, że mógł to schronisko wykorzystać do własnych celów. Jego plan naraziłby tamte dzieciaki na to, że ktoś w końcu trafi na ich ślad, ale właśnie o to mu chodziło. By ktoś je znalazł. I to ktoś konkretny.
     Zielonowłosa dz&#a.
     Svan musiał być bardzo ostrożny, ponieważ zdawał sobie sprawę, że gdy plotka dotrze do niewłaściwych uszu, cała chata może stanąć w płomieniach, a tego by mimo wszystko nie chciał. Godził się sam ze sobą na poświęcenie jednego czy dwóch dzieciaków jako przynęty na dz$#%ę, ale nic więcej. Zaczął więc od obserwowania okolic kościoła, przy którym ją spotkał. Skoro znała te strony, plotka łatwiej mogła do niej trafić.
     Mijał dzień za dniem, a jego małe podchody nie przynosiły rezultatu. Mimo to Svanthor nie zamierzał się poddawać i próbował zyskać zaufanie tamtejszych „mieszkańców”. Podarowanie im chleba i miodu okazało się niezłym początkiem, a rzadkie, nienachalne wizyty i opowieść o spaleniu Ramlaury i jej synka dobrą kontynuacją. W końcu naprawdę poczuł żal na myśl, że prędzej czy później te wszystkie dzieci i tak umrą, a gdzieś głęboko w środku zaczął się nawet cieszyć, że zielonowłosa dz#$%a jeszcze nie usłyszała plotek.
     Szóstego dnia Svanthor pojął, że jednak usłyszała. Co więcej, udało się jej go wykiwać i porwać jedno z dzieci bez wszczęcia alarmu. Wpierw wściekły Edvarssen musiał przyznać, że była dobra. Potem ze strachem pomyślał, że to może wcale nie zielonowłosa, tylko ktoś jeszcze inny. Tak czy inaczej, musiał tego kogoś przyłapać, nie dopuszczając do kolejnego porwania. Pozostało tylko czekać…
     — I ty mówisz, że tam te wszystkie dzieciary siedzą…? Oj matulu… Biedactwa… Ale Svanthorze! A jeśli ten, kto porwał to dziecko, teraz podpali stodołę? Ojejku…
     — Hieronim — warknął przez zaciśnięte zęby, grożąc mu palcem — jeśli cokolwiek komukolwiek wypaplasz, to ci te twoje zasrane ciasteczka w d### wsadzę!
     Na starcu nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Jedynie zamrugał powiekami, dając tym samym znak, że oczekuje odpowiedzi. Svan westchnął ciężko, poprawiając swój długi płaszcz.
     — Właśnie tam idę. Tak jak zwykle, pewnie wrócę dopiero jutro. Minął już prawie tydzień od porwania dzieciaka, a nie chce mi się wierzyć, że na jednym poprzestanie.
     Zbierając swoje rzeczy, ruszył w stronę drzwi. Zaskoczyło go, że Hieronim nie rzucił na odchodne pożegnania i nie życzył powodzenia. Marszcząc brwi, odwrócił się i popatrzył na starca, dziwiąc się w duchu, że w ogóle go to obchodziło. A jednak poczuł niepokój, gdy dostrzegł minę swojego lokatora. Dziadek patrzył na Svana ze złością, żalem i politowaniem.
     — Zastawiłeś pułapkę — oświadczył rzeczowym tonem. — I chcesz wykorzystać do niej te biedne małe dzieciaczki! — ryknął tak nagle, że Svan aż drgnął.
     — Uch, Hieronim! — zawołał pretensjonalnym tonem. — Nie będę z tobą dyskutował na ten temat. Poza tym, k#$&a — zirytował się nagle, poprawiając plecak — wolisz, żeby je wszystkie w diabły pospalali?! Jak dorwę tego śmiecia, to je przed tym uchronię.
     — A jak przyjdzie kolejny?! Sam mówiłeś, że podpalaczy jest więcej!
     — Ale nie powiedziałem, że porywacz dzieci i podpalacz to ta sama osoba. Sam jeszcze tego nie wiem.
     — ONE SĄ W NIEBEZPIECZEŃSTWIE!
     — K&#%a mać — warknął Svan, tracąc cierpliwość, po czym wyszedł z domu, trzaskając drzwiami.
     Wiedział, że z Hieronimem i tak nie wygra, więc wolał się poddać i jak najszybciej uciec z pola bitwy. Zresztą nie było czasu do stracenia, a on gorąco liczył na to, że podczas tej ledwie godzinnej nieobecności nic nie uległo zmianie i dzieciaki oraz bezdomni nadal byli cali, zdrowi i ani trochę zwęgleni. Czym prędzej udał się pod starą stodołę, lustrując teren. Wolał nie wchodzić do środka, by nie odstraszyć potencjalnego porywacza. Albo porywaczki. Udał się więc do swojej starannie przygotowanej kryjówki, mając nadzieję, że nic nie umknie jego uwadze.
     Jeśli zginie jeszcze jeden dzieciak, Hieronim nie da mu żyć. A Svanthor nawet nie będzie próbował się bronić.
     Dlatego musiał złapać tego ch##a. Musiał. To była jego ostatnia szansa.
     Zresztą nie tylko jego.

     Cathiela miała bardzo złe przeczucia. Nie było to jednak nic nowego, dlatego szybko nauczyła się je ignorować. Tak jak wtedy, kiedy spomiędzy krzaków obserwowała starą, zrujnowaną stodołę wystającą zza starych, drewnianych, zjedzonych przez korniki ruder. Cuchnęło tam moczem i stęchlizną, dlatego większość omijała to miejsce szerokim łukiem. Cath pewnie też by tak zrobiła, gdyby nie pewne ciekawe plotki. Ale nie była głupia i nie zamierzała im ufać bez wcześniejszego sprawdzenia. Ostrożnie pytała, nasłuchiwała, obserwowała. Początkowo nie chciała nikogo śledzić, bojąc się, że za szybko wpadnie i cały jej plan spali na panewce. Zainteresował ją dopiero pewien bezzębny żebrak, którego raz czy dwa razy przyłapała na rozmowie z demonim. Co ważniejsze, bezdomny co jakiś czas znikał ze swojego stałego miejsca, a Cathiela postanowiła to sprawdzić. Całe szczęście, bo dzięki temu odkryła tę przedziwną kryjówkę.
     Potem musiała ryzykować; siedzeniem w krzakach niczego by nie osiągnęła. A, mimo poważnych obaw Abélarda, musiała kontynuować zadanie wyznaczone jej przez Yorgorena. Gdyby tego nie zrobiła, wzbudziłaby w nim podejrzenia, czego bardzo nie chciała. Wobec tego Cathiela tłumaczyła sobie, że te dzieciaki będą ostatnimi, jakie porwie, a później…
     Później nie wiedziała, co się wydarzy. Ale musiało być tylko lepiej. Bo gorzej być nie mogło.
     Musiała ryzykować. Wobec tego postawiła na najprostsze rozwiązanie: przebrała się za żebraczkę. Znalezienie starych, brudnych szmat nie było problemem, jej pokryte bliznami, wychudłe ciało tylko nadawało przebraniu realizmu… jedynie zielone włosy przeszkadzały. Upchnęła je więc pod wypłowiałą chustą, mając nadzieję, że żaden uparty kosmyk jej nie ucieknie; i tak miała się tam pojawić tylko na chwilę. Chciała przemknąć niepostrzeżenie, zwabić jakiegoś dzieciaka wizją szybkiego zarobku na jedzenie i… być może wrócić po jeszcze jednego bachora.
     Za pierwszym razem przebieranka się udała. Padło na rudowłosego, niezbyt rozgarniętego chłopczyka. Cath pomyślała, że rodzina na pewno go wyrzuciła: nie dość, że prawdopodobnie nie był w pełni sprawny umysłowo, to jeszcze zachorował na Nigredo. Kobieta niespodziewanie poczuła żal i zastanawiała się nawet, czy oby na pewno powinna go porywać. Ostatecznie jednak uznała, że skrupuły ją jedynie spowalniają, a chłopaka i tak już nic lepszego nie spotka, więc cichutko go wyprowadziła i ruszyła w stronę przybytku Yorogrena.
     A ten kazał wracać. Niezwłocznie. Więc wróciła.
     Plan oczywiście nie uległ zmianom, choć Cathiela cały czas się obawiała, że był zbyt prosty, by wszystko poszło dobrze. Dlatego postanowiła, że ta wyprawa do stodoły będzie jej ostatnią. Gdyby Yorgoren twierdził inaczej, naopowiada mu bajeczek, że została nakryta i uciekła. Szef wpadnie w szał, ale przynajmniej zabroni jej wracać. Wtedy byłaby spokojniejsza.
     Jednak musiała działać. Nadchodził świt, który Cathiela uznała za najbezpieczniejszą porę dnia. Niczym cień przemykała między labiryntem spróchniałych belek, o tak wczesnej porze nie przewidując żadnych intruzów. Niedługo biedacy pójdą na żebry, a co odważniejsze dzieciaki, jeszcze nie czarnookie, zabawią się w młodocianych złodziejaszków. Wystarczyło tylko poczekać…
     Zaniepokoiły ją szelesty wydobywające się zza jednego z sąsiednich budynków. Tę śmierdzącą uliczkę omijano nawet w środku dnia, nie wspominając już nawet o świcie. Co to mogło być? Cathiela miała nadzieję, że to może tylko zabłąkany kocur, jednak mimo wszystko poczuła niepokój. Nie chcąc dopuścić, by ktokolwiek krzyżował jej plany, ostrożnie wyjęła jedną ze stalowych, pięciogrotowych gwiazdek i zaczęła się skradać w tamtą stronę. Po chwili uznała, że nie ma tu nic ciekawego i  że to rzeczywiście kot…
     — Mam cię, s%&o.
     Nie miała pojęcia, co się działo. Zupełnie nagle wyrósł przed nią jakiś olbrzym, brutalnie przygwożdżając ją do drewnianej ściany jednej z ruder. Przez panikę, jaka ją zalała, początkowo w ogóle nie reagowała, z niemym przerażeniem patrząc na swojego napastnika. Dopiero po dłuższej chwili podjęła próby wydostania się, lecz wtedy nieznajomy złapał ją za gardło, jeszcze mocniej przyciskając do ściany. Powoli tracąc dech, próbowała kopnąć mężczyznę w krocze, lecz i to nie poskutkowało, a jedynie go rozbawiło.
     — Przestań się szarpać, bo ci ukręcę ten twój pi%&#%&ny zielony łeb — wysyczał gniewnie, raz jeszcze niemal uderzając nią o drewnianą ścianę.
     Niespodziewanie ta obelga delikatnie złagodziła siejącą spustoszenie panikę. Cathiela popatrzyła na mężczyznę buntowniczo, po czym splunęła mu w twarz. I choć tego nie żałowała, przelękła się wyrazu jego twarzy, kiedy ścierał ślinę z nosa. Patrząc nią z zimną furią, wymierzył jej siarczysty policzek, który zwalił ją z nóg. Przez chwilę leżała na chłodnej ziemi, sparaliżowana strachem, lecz kiedy usłyszała, że napastnik znowu się zbliżał, próbowała wstać i zacząć uciekać. Nie zdążyła; obcy zamachnął się i kopnął ją w brzuch. Jęknąwszy głośno, otarła cieknące po policzkach łzy, nawet nie próbując wstawać. Ból i strach zupełnie ją obezwładniły, a nieznajomy był na tyle bezlitosny, że za kolejną próbę ucieczki zapewne by ją zabił.
     Resztkami sił dźwignąwszy się na rękach, popatrzyła niepewnie na oprawcę. Miał szeroką, opaloną twarz okoloną przydługimi, ciemnymi włosami przyprószonymi siwizną. Cathieli zdawało się nawet, że już go gdzieś widziała, lecz nie mogła sobie przypomnieć gdzie. Zresztą to nie była właściwa pora na tego typu rozmyślania. Poza tym może mężczyzna jej przypomni, jeśli zechce wyjaśnić, dlaczego ją zaatakował.
     Jeżeli będzie chciał rozmawiać, to znak, że pozwoli jej żyć.
     — Dalej chcesz uciekać, zielona k&#%o? — zapytał ze stoickim spokojem. Wyraźnie sobie z niej drwił, co powinno ją wkurzać, a wprawiało w jeszcze większe przerażenie.
     — Kim ty… Mój Boże… czego chcesz…? — wycharczała cichutko.
     Mężczyzna zarechotał złowieszczo.
     — Nie powiesz mi chyba, że taka dz&%#a jak ty jest bogobojna? — Zaraz po tych słowach jego spojrzenie spoczęło na dekolcie. Kiedy dostrzegł zawieszony na szyi drewniany krzyżyk, raz jeszcze wybuchnął upiornym śmiechem. — O żesz k%#&a! To jest dopiero herezja, słowo daję!
     Cathiela nie śmiała nawet drgnąć. Stalowe gwiazdki, które ukryła między fałdami spódnicy, na nic by się jej teraz nie przydały; miała oko do strzelania, ale o walce wręcz nie miała pojęcia. Nie mówiąc już o tym, że najzwyczajniej w świecie potwornie się bała tego mężczyzny.
     — No dobra, cnotliwa pastereczko — zakpił, podchodząc bliżej — pogadajmy sobie. Bo coś tak mnie się wydaje, jak na ciebie patrzę, że chyba umrzeć nie chcesz, co? Więcej ci nawet powiem — zawołał radośnie, klękając przy wystraszonej Cathieli — ja też nie chcę, żebyś tu zdechła. Przynajmniej nie teraz, bo pies j&#%ł, co się tam z tobą później stanie.
     Chwilę zajęło Cathieli zrozumienie jego słów. Nie chce mnie zabić, nie chce mnie zabić, nie chce mnie zabić… Ta świadomość lekko ją uspokoiła. Nadal ostrożna, podciągnęła się nieco na ręce, uważniej przyglądając się swojemu oprawcy. Chciała, by w jej spojrzeniu nie było już strachu, lecz cały czas obawiała się ciosu z jego strony.
     — Więc czego ode mnie chcesz? — spytała, z zadowoleniem zauważając, że jej głos już nie drżał.
     — Informacji. Pozwól, że nie będę się pi%#&%ił i zapytam wprost: to ty porywasz te dzieciaki. Nie?
     Cathiela wybałuszyła na niego oczy, nie mogąc zrozumieć, jak się dowiedział. Mimo trudności próbowała zachować środki ostrożności i zmieniała miasta oraz stosowała różne przebieranki. Poza tym w większości porywała dzieci bezdomne lub wygnane, a więc takie, o które nikt nie dbał. Czyżby więc miała do czynienia z jakimś rozeźlonym tatusiem? Nie, Cathieli się nie wydawało, by to o to chodziło.
     — O, nie słyszę piskliwego „Co?! O czym ty mówisz?! Ja nic nie wiem!”, więc uznam to za przyznanie się do winy.
     — A co, ukradłam ci krewnego? Dlatego tak cię to kłuje? — spytała jadowicie, gratulując sobie w duchu, że odzyskuje spokój.
     — Nie — odparł, pochylając ku niej głowę. — Ale, do k&%#y nędzy, o ile coś tam pamiętam, to Bóg nakazywał czynić dobro. A ty, bogobojna pastereczko, postępujesz bardzo źle. Nie wolno porywać dzieci. Nie wolno ich zabijać. NIE WOLNO ich, k#%&a, spalać żywcem!
     Po tych słowach chwycił ją za włosy i gwałtownie pociągnął do góry, tym samym stawiając na nogach. Cath z trudem zdołała utrzymać równowagę, znowu spoglądając na mężczyznę ze strachem.
     — Co…? Jakie spalanie… co? O czym ty gadasz?! Nikogo nie paliłam żywcem! — wrzeszczała opętańczo, przerażona wagą i okrucieństwem oskarżeń.
     Mężczyzna wywrócił oczami, miaucząc coś pod nosem. Ponownie ją od siebie odepchnął, po czym skrzyżował ręce na piersi, patrząc na Cath z rozbawieniem.
     — No i proszę — mruknął niby pretensjonalnym tonem — jednak jest śpiewka o niewinności. Ale pastereczko, nie radzę ci mnie wk#%&#ać, bo jestem naprawdę zmęczony. Nie spałem ostatnio wiele — mówił znudzonym tonem — i wszystko przez ciebie i twoich kumpli. Dwóch nawet spotkałem, ale jeden, k#%&a, uciekł. No ale skoro już mam ciebie, to mi wszystko wyśpiewasz.
     Cathiela bała się coraz bardziej. Nie miała pojęcia, o co oskarżał ją nieznajomy, lecz przeczuwała, że wszystko to było powiązane z Yorgoronem. Spalanie ludzi…? Cath słyszała o pożarach trawiących miasto, dotarły też do niej pogłoski, że płonęły głównie demonie dzieci, choć nie tylko. Ale powód, by pozbyć się chorych, miało wielu: władze Drognasloe, przerażeni cywile… Choć za tym mógł stać też jej szef. Wystarczyło przypomnieć sobie przypadek małej Lilian, która nie przeżyła jego eksperymentu.
     Nie chciała zdradzić Yorgorena, nienawidziła nielojalności. Jednak jej życie było zagrożone, poza tym nawet sam Abélard Leavitt czuł niepokój. A przecież właśnie to mu obiecała — wyjaśnienie, co się działo z tymi dziećmi. Tymczasem jakiś obcy mężczyzna sugerował jej, że miała coś wspólnego z paleniem ich żywcem.
     A jeśli miała? Tylko nie zdawała sobie z tego sprawy?
     — Przysięgam, że nie wywoływałam żadnych pożarów — wyjęczała zachrypniętym głosem. — Porywałam dzieci, przyznaję się. Ale nic więcej! I nie wiem, o czym mówisz — powtórzyła pospiesznie, lekko się odsuwając ze strachu, że obcy znowu wpadnie w gniew i ją uderzy. — Ja robię tylko swoje. Mogę ci o tym powiedzieć! Nie wiem, co z tym zrobisz i czy ci to pomoże, ale powiem! Powiem! Tylko…
     Nieznajomy jednym susem znalazł się tuż przy niej, obejmując ją za kark. I choć z daleka mogło to wyglądać jak przyjacielski gest, mężczyzna ścisnął ją na tyle mocno, by dać do zrozumienia, że jej nie puści.
     — To co, mała? — zarechotał paskudnie, ruszając do przodu. — Zrobimy sobie mały spacerek?
     Cathiela z paniką rozejrzała się dookoła. Szukała kogoś, komu mogłaby dać znać, że jest w niebezpieczeństwie. Kogoś, kto mógłby jej pomóc. Wiedziała jednak, że nikogo takiego nie było. Ani tu, ani nigdzie.
     Nigdy nikogo takiego nie było.


Odpowiedzi na komentarze



Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h55)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#71 30-12-2017 o 17h05

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

znalazłam jeden błąd logiczny - "polubił swojego lokatora". - Chata należy do Hieronima z tego, co kapuję, więc jest  on WSPÓŁlokatorem ew właścicielem, wynajmującym czy też najemnym. Lokator to pan duży /static/img/forum/smilies/wink.png

Poza tym... To jest dobrze. Do tego puntu dobrze, że mam coraz mniej uwag. Akcja na Ziemi doprowadzona do przełomowego punktu i wszyscy łącznie ze mną łamią sobie główki, co dalej. Dwie niemoty się spotkały i co? Czy teraz wraz z Abelardem i Hieronimem zaczną się bawić w częściowo tetrycznych muszkieterów dla moralnie zwichniętych, a może rzucą sobie do gardeł jak chomiki europelskie/stepowe? Zobaczymy w następnym odcinku /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (30-12-2017 o 17h44)

Offline

#72 30-12-2017 o 17h29

Straż Absyntu
Lilith_
Piechur Straży
Lilith_
...
Wiadomości: 2 158

Akurat potrzebowałam ucieczki od francuza, przybyło wybawienie! <3

Svana niemal rozczuliła ta myśl, jednak emocje były ostatnią rzeczą, której powinien poświęcić uwagę.


Nie uzasadnię tego, dlaczego to zdanie mnie kupiło - smakuje mi czarną lukrecją. To komplement, naprawdę. <3

Godził się sam ze sobą na poświęcenie jednego czy dwóch dzieciaków jako przynęty na dz$#%ę, ale nic więcej.


Kurczę, jak ostro! Czytam i czytam i coraz pikantniejsze padają wyrażenia, także emocje sięgają zenitu....

[..]a pewno go wyrzuciła: nie dość, że prawdopodobnie nie był w pełni sprawny umysłowo, to jeszcze zachorował na Nigredo. Kobieta niespodziewanie poczuła żal i zastanawiała się nawet, czy oby na pewno powinna go porywać. Ostatecznie jednak uznała, że skrupuły ją jedynie spowalniają, a chłopaka i tak już nic lepszego nie spotka[...]


Gdybym miała jeszcze serce - które mi wyrwałaś w poprzednim rozdziale - to prawdopodobnie straciłabym je właśnie teraz. To takie tragiczne... :c

Szukała kogoś, komu mogłaby dać znać, że jest w niebezpieczeństwie. Kogoś, kto mógłby jej pomóc. Wiedziała jednak, że nikogo takiego nie było. Ani tu, ani nigdzie.
     Nigdy nikogo takiego nie było.


OEZU, NIE... cudnie ujęte, ale takie przykre. Aż poczułam się jak na miejscu Cat.... :c Nie umiem się wysłowić, niech to zrobi wielokropek................ :c

Opis starcia - przepełniony brutalnością, którą niemalże poczułam na własnej skórze - ciężki kawał chleba, ale naprawdę sobie poradziłaś. U mnie to pięta achillesowa, takie przedstawienie słowami tylu różnych akcji i gestów i to jeszcze w taki sposób, aby to nie wyglądało śmiesznie i sztucznie (bo zwykle jakoś mnie nie ruszają sceny walki, to trudne do napisania, łatwe do pokazania) jest perełką w tym rozdziale.

Transkrypcja mnie woła, także muszę odpowiedzieć na jej nawoływania. Po rozdziale pełnym spięć i trudnych emocji trzeba wrócić do nudnawych obowiązków. :c Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział, bo będzie się sporo w nim działo... <3


https://media.giphy.com/media/JOcJg53W2YIgM/giphy.gif








https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif

Offline

#73 01-01-2018 o 21h27

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Jestem i przybywam aby powiedzieć ci co myślę.
Jak zawszę zazdroszczę ci wizualności tekstu, mimo dużego opowiadanka spokojnie można przeczytać całość bez problemu.
Błędów nie widać, bo sama robię tyle że ich też nie widzę xD
I tka jak mi pisałaś czekam z niecierpliwością na część z eldaryi, za bardzo lubię je.
Na prawdę bardo fajna całość, mam nadzieje że zdobędziesz czas oraz wenę na dalszą część.

Offline

#74 15-01-2018 o 20h20

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Cześć cześć, witam was z nowym rozdziałem! Zaczęłam pisać go dość szybko, potem miałam straszny zastój, aż się zawzięłam i skończyłam w błyskawicznym tempie. Niewiele się w nim dzieje, ale muszę jakoś poprowadzić akcję do tego wielkiego "boom", by wszystko było "w miarę" zrozumiałe /static/img/forum/smilies/wink.png
Jak zawsze dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem. Jesteś naprawdę wspaniała!
Miłej lektury ^^

W poprzednim odcinku...

Svanthor jest pewien, że kluczem do rozwiązania zagadki jest kobieta, która porywa dzieci i którą już kiedyś spotkał. Przy okazji tropienia jej trafia na miejsce, w którym kryją się bezdomni i demonie dzieci. Wykorzystuje je do zwabienia zielonowłosej kobiety, a gdy ją łapie, brutalnie zmusza ją do współpracy...

              Rozdział XIV

     Deski podłogi zaskrzypiały upiornie, więc zlękniona Metztlin rozejrzała się po pokoju w obawie, że ktoś ją podglądał. Mimo że była w swoim azylu. Sama. Jak zawsze. Jednak niepokój związany z tym, co miała za chwilę zrobić, zawładnął nią całkowicie. Nadal drżąc i panicznie rozglądając się dookoła, kucnęła przy swoim łóżku, wymacała odpowiednią deskę, uchyliła ją lekko i z dna kryjówki wyjęła pamiętnik. Wskakując na posłanie, z największą ostrożnością otworzyła cienką książeczkę, lękliwe przewracając kartki. Metz nie chciała przeczytać ani słowa z tego, co kiedyś tam zapisała. Wstydziła się tego i bała, więc z ulgą przywitała pustą stronę. Chwyciła za pióro i zaczęła pisać.

     56 Annðik 1157 roku

     Zawołała mnie Lśniąca Straż. Pytali o moją wizję. O moją matkę. Dowiedzieli się, że zaginęła w Lesie. A ja im powiedziałam prawdę. Byli w szoku, gdy się dowiedzieli, że moja matka popełniła samobójstwo. Prawdopodobnie. Tak to każdy nazywał, aż w końcu i ja zaczęłam tak robić. Mama od zawsze opowiadała mi bajki o tym Lesie. Kochała go. Marzyła o nim i śniła, a ja pokochałam go tak samo jak ona. Często w snach widzę mamę, która z uśmiechem na twarzy wskakuje do jednej ze świecących dziur. Jestem pewna, że tak wyglądała naprawdę.
     Czy była egoistką? Skoro się cieszyła, podczas gdy tata nie mógł powstrzymać łez?
     I czy jestem potworem, skoro nie zapłakałam za nią ani razu?
     Przecież ją kochałam. Nadal bardzo kocham! W końcu to moja mama. Ale… sama nie wiem. Chyba wiedziałam, że tam, dokądkolwiek ta świecąca dziura prowadzi, będzie lepiej. Zawsze była marzycielką. Ja też nią jestem. I tego się właśnie boję… że będę taka sama jak ona. I  że skończę tak samo jak ona.
     Opowiedziałam im o tym…

     Metztlin się zawahała. Myślała nad tym, czy to imię powinno tam paść. Oczywiście, że powinno, myślała ze strachem.
     …Ezarel…
     Jeszcze jedno zawahanie.
     …był dla mnie bardzo miły. Tak jak ostatnio, w Przychodni. I wcześniej w Laboratorium. Bardzo się zaniepokoił, jak opowiadałam o samobójstwie mamy. Mam nadzieję, że nie udawał… Że naprawdę się o mnie martwił.
     Ja też się martwię. Nie wiem nawet, co mi jest! Nigdy wcześniej tak nie miałam. Straż sądzi, że moja choroba ma związek z Wieszczami, chociaż ten wampir się z tym nie zgadza. Denerwuje mnie! On i jego za wysokie mniemanie o sobie. A jak się puszył, jak ktoś sugerował mój związek z tymi wyładowaniami! Jak się wkurzał, że to nie są portale, a ja nie jestem Wieszczem…
     Mili bogowie. Oni uważają, że mogę być Wieszczem…


     Metztlin odrzuciła pióro na bok. Atrament poplamił jasną pościel, lecz niziutka faery w ogóle nie zwróciła na to uwagi. Zamiast tego ześlizgnęła się z łóżka i podeszła do okna, wzdychając leciutko. Nadal nie mogąc opanować drżenia, obserwowała krążących po placu strażników. Słońce wisiało na lazurowym niebie przystrojonym kilkoma białymi smugami chmur. Drzewa, już prawie całkiem zielone, chwaliły się swoimi świeżymi, bujnymi koronami, a po chwili tuż przed oknem przeleciał kolorowy motyl. Metztlin z uwielbieniem obserwowała jego lot, dopóki nie zniknął jej z oczu. Lubiła tę porę roku, kiedy wszystko rozkwitało. Dni stawały się dłuższe i weselsze, a ciemność i strach miały coraz mniej do powiedzenia.
     Każdego roku Metz powtarzała sobie, że także w jej głowie i sercu kiedyś zagości wiosna.
     Podskoczyła w miejscu, kiedy usłyszała delikatne pukanie do drzwi. Otwierając szeroko oczy, początkowo nie wiedziała, co zrobić. Kto mógł chcieć ją zobaczyć? Może to Eweleïn przyszła sprawdzić jej stan zdrowia? Może Lśniąca Straż postanowiła dowiedzieć się czegoś jeszcze? Może… może to Ezarel chciał z nią porozmawiać…
     Ta ostatnia myśl wcale jej nie pomogła, lecz mimo to dziewczyna ostrożnie podeszła do drzwi. Jeszcze chwilę się wahała, lecz w końcu je otworzyła, jednocześnie chcąc i nie chcąc zobaczyć tam niebieską czuprynę.
     Połączenie zaskoczenia i rozczarowania było dla niej stosunkowo nowym uczuciem.
     — Słucham? — wybełkotała cichuteńko, kuląc się w sobie.
     Postać wysokiego, dobrze zbudowanego wampira o groźnym, wbitym w nią spojrzeniu górowała nad malutką Metztlin, wprawiając ją niemal w panikę. Jeszcze przed chwilą tak niepochlebnie o nim myślała, a teraz stał w progu jej pokoju. Niemożliwym było, by czytał w myślach i dowiedział się, co o nim sądziła, lecz mimo wszystko poczuła lęk.
     Nevra wyglądał na bardzo skupionego, może nawet zmęczonego, rozdrażnionego i… zaniepokojonego. Metz ciekawiło, co mu dolegało i dlaczego przyszedł właśnie do niej.
     — Możemy porozmawiać? — zapytał twardo bez zbędnych wstępów. — Obiecuję, że to zajmie tylko chwilę. Ale wolałbym nie stać na korytarzu… — dodał niepewnie, ukradkiem rozglądając się na boki.
     Metz bez słowa odskoczyła do tyłu, wpuszczając szefa straży Cienia do środka. Rozejrzał się dookoła, podszedł do okna i zasunął zasłony, po czym błyskawicznym ruchem odwrócił się w stronę dziewczyny. Jego spojrzenie momentalnie złagodniało.
     — Musisz być tym wszystkim przytłoczona — zaczął cicho. — Tym szumem wokół ciebie.
     Niziutka faery stała jak wryta, bojąc się choćby drgnąć bez zgody Nevry. Nieważne, że przebywała we własnym pokoju, a on nie był jej szefem; to autorytet, członek Lśniącej Straży, o którym niedawno tak źle myślała. Było jej wstyd i miała nadzieję, że wampir tego z niej nie odczytał. Mimo to zmusiła się, by ledwie zauważalnie kiwnąć głową. Na razie nie chciała nic mówić, zwłaszcza że to, co musiała, powiedziała już w Kryształowej Sali.
     Nevra westchnął cicho, rozglądając się pobieżnie po pokoju. Wyraźnie był czymś zirytowany. A im dłużej milczał, tym bardziej Metz sądziła, że go czymś rozgniewała. I dlatego do niej przyszedł.
     — Nie daj się.
     Powiedział to tak nagle, że mała aż podskoczyła, gwałtownie wyrwana ze swoich niespokojnych myśli. Nie rozumiała, o co mogło mu chodzić, więc milczała, szeroko otwartymi oczami wpatrując się w wampira i oczekując kontynuowania.
     — Już teraz traktują cię jak królika doświadczalnego — powiedział ni to łagodnie, ni to twardo. — Nie wiemy, co ci dolega i obiecuję, że zrobimy wszystko, by ci pomóc. Ale nie daj sobie wmówić tego, kim jesteś. Niech nikt inny tego nie ustala za ciebie. Nic o tobie bez ciebie, Metztlin. Wierzysz w to, że możesz być Wieszczem?
     Nie wiedziała. Jeszcze niedawno sama nad tym myślała i uznała, że to surrealistyczna wizja. Ale jeśli większość Lśniącej Straży miała takie podejrzenia, coś w tym musiało być. Dlaczego więc jeden z jej członków się z tym nie zgadzał?
     — Wierzysz?
     Drgnęła, gdy ją tak popędził, więc pospiesznie pokiwała przecząco głową. Tymczasem Nevra westchnął, opadając na krzesło stojące przy biurku.
     — Ja też nie. Nie chodzi o to, że w ciebie nie wierzę — dodał pospiesznie — ale coś mi tu nie gra. Gdybyś była Wieszczem, ty pierwsza byś o tym wiedziała. Poza tym… wydaje mi się, że to prędzej jakaś choroba niż wyjątkowa moc.
     Wampir popatrzył na nią smutno, a Metztlin poczuła się niemal wzruszona jego troską.
     — Oni wszyscy będą cię teraz przekonywać do swoich racji i robić co zechcą. Zaczną tobą manipulować, aż w końcu im uwierzysz. Pewnie niedługo odwiedzi cię Leiftan — ten to dopiero umie czarować. Tak cię zagada, że nawet nie zauważysz, kiedy będziesz przekonywać, że jesteś Wieszczem, a te wyładowania energii to twoja wina.
     Metztlin zlękła się na samą myśl o nich. Od razu przypomniała sobie, jak zemdlała po styczności z tą dziwną cieczą i jak wpadła w nocny trans.
     — A jeśli… — zaczęła cichutko i niepewnie — to naprawdę moja wina?
     — Nie twoja! — odparował natychmiast, podrywając się z krzesła. — Jak mogłaby być? Nie masz z nimi nic wspólnego. Nikt nie ma. I w tym problem…
     — Źle na nie reaguję… tylko ja…
     — Wyleczymy cię z tego. Przysięgam.
     — Ezarel też chce, bym uwierzyła, że jestem Wieszczem?
     Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że naprawdę to powiedziała. Czując, że jej twarz czerwienieje, miała ochotę zapaść się pod ziemię. Nevra uniósł brwi, najwyraźniej nie spodziewając się takiego pytania.
     — Nie, raczej nie — mruknął, wzruszając lekko ramionami. — Jemu zależy przede wszystkim na zbadaniu tego czegoś i rozgryzieniu, dlaczego tak źle na to reagujesz. O Wieszczu raczej nie ma zdania. Bardziej miałem na myśli Miiko, Valkyona i Leiftana. Zwłaszcza Leiftana.
     Mimowolnie poczuła ulgę, gdy usłyszała, że Ezarela naprawdę niepokoił jej stan. Serce jej urosło, a mięśnie się rozluźniły. Przez to niemal miała ochotę wrócić do Kryształowej Sali i pokazać, że kwestia jej wyleczenia jest bardzo ważna. Byle tylko być w centrum jego zainteresowania…
     — Po prostu się nie daj, dobrze? — Nevra raz jeszcze wyrwał ją z zadumy, kierując się ku wyjściu. Metz natychmiast odskoczyła do tyłu, niemal wpadając na szafę. — Nie daj sobą pomiatać i za siebie decydować. I spodziewaj się wizyty Leiftana. Uważaj na niego — jest znakomitym mówcą.
     — Dlaczego jesteś przeciwko nim? — spytała, sama nie dając wiary, że się odważyła.
     Wyraźnie zaskoczyła go tym pytaniem.
     — Nie jestem przeciwko nim — odpowiedział po chwili namysłu. — Jestem razem z nimi. Nie podobają mi się jedynie niektóre metody, jakie wobec ciebie stosują. Dla mnie to nie wygląda jak pomoc, a eksperyment. A jeśli tego nie zauważyłaś, to znaczy, że już cię mają. Właśnie przed tym chciałem cię ostrzec. Mam nadzieję, że nie jest za późno.
     Po tych słowach wyszedł, pozostawiając osłupiałą Metztlin samą z natłokiem myśli. Dlaczego Nevrze tak na niej zależało? Pamiętała, że podczas rozmowy w Kryształowej Sali był przeciwny teorii o Wieszczach i przez resztę czasu mało co się odzywał. Wtedy Metz uznała to za przejaw braku dojrzałości, ale teraz…
     A jeśli tego nie zauważyłaś, to znaczy, że już cię mają. Tak powiedział. Metztlin usiadła na łóżku i raz jeszcze odtworzyła w głowie przebieg całej rozmowy, przywołując także wspomnienia rozmów ze Lśniącą Strażą. Do tej pory nikt jej nie naciskał ani nie był nachalny. Niczego jej nie nakazywano ani nie sugerowano, może poza tą wzmianką o Wieszczu. Niziutka faery bała się jedynie, że ktoś będzie chciał poddać ją bolesnym badaniom, by to sprawdzić. To niemożliwe… On nie pozwoliłby na to…, pomyślała lękliwie. Miała opory przed wymówieniem jego imienia choćby w głowie, mimo że już nieraz to robiła. Lecz przede wszystkim bała się, że nie miała racji. Że pozwoliłby na takie badania dla większego dobra. W końcu był naukowcem…
     Dziewczyna opadła ciężko na miękką pościel, zakrywając twarz poduszką. Starała się wyrzucić z głowy wszystkie negatywne wizje, choć nie szło jej zbyt dobrze. Wolała więc pomyśleć o tym, co powinna zrobić dalej. Na pewno obowiązkowym punktem na liście była biblioteka: musiała wyczytać o Wieszczach wszystko, co tylko istniało. Poza tym… bardzo ją korciło, by raz jeszcze dotknąć tej cieczy i sprawdzić reakcję jej organizmu. Lecz chciała zebrać ją z samego źródła. Czyli tych tajemniczych wyładowań energii.
     Z tego co słyszała, cały czas pojawiały się jakieś nowe, choć pocieszenie było takie, że znajdowano je w mniej więcej równych odstępach czasu oraz że omijały tereny mieszkalne. Nadal nie udało się usunąć żadnego z nich, a badania stały w miejscu, choć Ezarel i Eweleïn robili co mogli. Metztlin raczej wiele by nie pomogła; sama sądziła, że wręcz przeszkadzała przez swoją chorobę. Ale mimo wszystko musiała zacząć coś robić. Cokolwiek.
     Dlatego postanowiła. Musiała dostać się do jednego z tych wyładowań.
     Nie wiedziała jeszcze jak i kiedy to zrobić. Być może wieczorem, gdy będzie mniejsze ryzyko, że ktoś ją zauważy. Oczywiście wokół wszystkich wyładowań krążyli strażnicy, lecz ze względu na brak wyraźnego zagrożenia ze strony tych tajemniczych kul energii, traktowano to dość pobłażliwie. Wobec tego nie powinno być problemu z przyjrzeniem się jednej z nich.
     Ostatecznie Metz zdecydowała, że wybierze się tam przed nadejściem zmierzchu. O tej porze po Kwaterze i wokół niej chodziło coraz mniej strażników, a straż Cienia dopiero szykowała się do rozpoczęcia patrolu. Ubrała więc długi, ciemny płaszcz, nałożyła na głowę kaptur, by ukryć rozszalałe fioletowe plamy skaczące po jej włosach, i ruszyła w stronę lasu. Właśnie tam znaleziono pierwszą kulę energii. Poza tym była najbardziej oddalona od Kwatery, co tylko sprzyjało Metztlin. Mimo to cały czas się bała, że ktoś ją zatrzyma i nakryje.
     Istniały obawy, że strażnicy nie wypuszczą jej poza mury Kwatery, zwłaszcza że zbliżał się wieczór. Na szczęście jeden z nich tylko burknął, by nie łaziła za daleko, ale nic poza tym. Droga była wolna, a jak tylko Metz zobaczyła przed sobą ciemnozieloną ścianę lasu, przyspieszyła kroku, chcąc mieć to już za sobą.
     Dotarcie do celu nie zajęło jej wiele czasu i szybko dostrzegła białawe, niezwykle mocne światło. Cokolwiek to było, wyglądało jak portal złożony z połączonych ze sobą błyskawic. Całość otoczona została niskim płotkiem, dając wyraźny znak, że zakazano podchodzenia bliżej. Jednak wokół nikt się nie kręcił i niespodziewanie Metz poczuła lęk i rozczarowanie; ostatecznie przecież nikt nie wiedział, co to było i co potrafiło. Dlaczego więc nikt nie pilnował tego czegoś, skoro stanowiło tak dużą zagadkę? Przecież jeśli to faktycznie zalążek portalu, jak niektórzy podejrzewali, coś mogłoby przez to przejść. Oczywiście zakładając, że portal się rozrośnie. Jednak mimo wszystko istniało takie ryzyko…
     Zastanawiając się nad tym wszystkim, Metztlin znowu dopadły wątpliwości. Stwierdziła nawet, że bardzo głupio robi, na siłę szukając czegoś, co niedawno zwaliło ją z nóg. A jeśli dawka tej substancji prosto ze źródła jest w stanie ją zabić?
     Nie mam nikogo, kto by za mną płakał, pomyślała smutno, pokonując niski płotek.
     Nie od razu przystąpiła do działania. Zamiast tego usiadła tuż przed portalem, patrząc na niego z nieukrywaną fascynacją. Bezpieczny czy nie, wyglądał naprawdę pięknie. Tak wspaniale się skrzył i delikatnie falował, zupełnie jakby był stworzony z delikatnej zasłonki, którą lekko kołysał wiatr. Wyglądał… jakby żył. I jakby płakał czerwonawymi łzami wyciekającymi z krańców grotów. Właśnie wtedy, gdy je dostrzegła, Metz jak w transie wyciągnęła rękę w ich kierunku pozwalając, by jedna kropla opadła na jej palce. Zabierając dłoń, uważnie się jej przyjrzała. Rzadka ciecz momentalnie wniknęła w skórę, a Metztlin przez dłuższy czas nie czuła żadnej zmiany. Na chwilkę nawet zakiełkowała w niej nadzieja, że może już wyzdrowiała i ta dziwna ciecz już jej nie szkodzi…
     Wtedy właśnie jej ciałem wstrząsnął silny dreszcz. Dziewczyna wygięła się nienaturalnie, położyła na ziemię, przekręciła na plecy, a następnie na bok, by zwymiotować. W głowie jej wirowało, a wnętrzności zdawały się płonąć żywym ogniem. Próbowała krzyknąć, poruszyć palcami, spróbować się podnieść, lecz to wszystko na nic. Odrętwiała, opanowana przez wściekły ból, czekała jedynie, aż ten koszmar minie.
     Długo nie mijał, a na domiar złego do straszliwych dolegliwości doszły jeszcze omamy. Bo przecież to niemożliwe, by Metztlin słyszała szepty, skoro nikogo wokół nie było. Poza tym obce głosy zdawały się wydobywać właśnie z tej kuli energii.
     — …czegoś brakuje…
     — …gotowe… masz…
     — …źle…
     — …musisz!...
     — …zginiemy...
     — …nie my… nie!… oni…
     Poczuła się jak gwałtownie wynurzona z wody. Próbując złapać oddech, zerwała się z ziemi i rozejrzała panicznie dookoła, nawet nie zauważając, że wszystkie wcześniejsze objawy minęły. Widząc, że nigdzie nie było kogoś, kto mógłby jej pomóc, puściła się biegiem, o mało co nie potykając się o płotek. Czuła, jak serce wali jej jak oszalałe, a łzy spływają po policzkach. Zaczynało jej brakować tchu, więc stanęła koło Nory, nie będąc gotowa wrócić do Kwatery w takim stanie. Nie chciała, by ktokolwiek ją zobaczył i tym bardziej nie chciała nikomu niczego tłumaczyć. Opadła ciężko na ziemię, podkuliła nogi, po czym zaczęła głośno płakać, nie mogąc opanować drżenia ciała.
     Teraz już nie była przestraszona czy zaniepokojona.
     Była spanikowana.


Odpowiedzi na komentarze



Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h56)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#75 15-01-2018 o 20h52

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Przyznaję, że jestem dość zaskoczona tym, jak przedstawiasz tu Nevrę - jako pana uczciwego... znaczy nie licząc jego historii "miłosnych". W każdym razie jako tego jedynego, który chce zbadać sytuację, tak naprawdę, a nie naginać ludzi i rzeczywistości do swoich teorii. Taki śledczy odpowiednik Ezraela, przynajmniej pod tym względem.Ładnie wygląda też konstrukcja emocjonalna postaci. każda jest inna i czuć, że taka naprawdę jest. Szczególnie to widać przy skrajnie nieśmiałej, zalęknionej i zamotanej emocjonalnie Metz. Swoja drogą ładnie przyuważasz, że marzyciele nie zawsze muszą być optymistami.
Sam odcinek... Cóż, podsumowanie mam tylko jedno: Agent K nawiązał kontakt /static/img/forum/smilies/big_smile.png ... Czy raczej tutaj Agent M /static/img/forum/smilies/wink.png

Offline

Strony : 1 2 3 4 5 ... 8