Forum

Strony : 1 2 3 4 5 6 ... 8

#76 16-01-2018 o 20h09

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Jak obiecałam - wczoraj nie miałam czasu, ale dzisiaj to inna sprawa /static/img/forum/smilies/wink.png

Jak zwykle, co do błędów się nie wypowiadam, bo już miałam okazję.

Odnośnie fabuły i postaci natomiast...
1. Twój Nevra jest przeuczciwy. Myśli najbardziej logicznie i obiektywnie, za co ogromny plus.
2. Bardzo lubię Twoją Metz. Jest nieco zagubiona i zalękniona, ale pięknie przedstawiasz jej uczucia, w których dopatruję się takiego nieco dziecięcego, nie do końca świadomego zadurzenia się w Ezarelu /static/img/forum/smilies/wink.png Widać, że szanuje elfa. Jednocześnie najbardziej zależy jej na jego opinii, na tym, żeby to on się o nią troszczył. Choć czuję w kościach, że ta skrywana miłość zostanie przez Ciebie bardzo brutalnie zdeptana. Takie moje domysły /static/img/forum/smilies/wink.png

Rozdział faktycznie jest sporo krótszy od pozostałych, ale jest naprawdę dobry.
Czekam na kolejne, równie dobre rozdziały /static/img/forum/smilies/smile.png Z każdym kolejnym widać, jak ogromne postępy robisz /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#77 02-02-2018 o 23h34

Straż Absyntu
Lilith_
Piechur Straży
Lilith_
...
Wiadomości: 2 158

Zaliczyłam Ferdinanda! Także odzyskałam trochę sensu życia.
jakkolwiek to brzmi, chodziło mi o egzamin z językoznawstwa i filozofię owego pana, a nie jego postać fizyczną. ♥ XD
I skoro lubisz moje emocjonalne komentarze, to nie będę się krępować, dam upust każdej mojej rozemocjonowanej płytce myśli. ♥ XD

…Ezarel…
     Jeszcze jedno zawahanie.
     …był dla mnie bardzo miły. Tak jak ostatnio, w Przychodni. I wcześniej w Laboratorium. Bardzo się zaniepokoił, jak opowiadałam o samobójstwie mamy. Mam nadzieję, że nie udawał… Że naprawdę się o mnie martwił.


Rozumiem jej zawahanie - sama jak pisałam czyjeś imię w pamiętniku, to czułam się jakbym robiła coś nielegalnego, to takie specyficzne uczucie, którego od lat już nie czułam... Ale je przywołałaś i znowu czuję się tak inaczej, ale tym razem jeszcze trochę inaczej niż wtedy. bardzo sensownie ujęte, brawo Lil. Takich tłumaczy ludzkość potrzebuje XD Bardzo nie umiem w wyrażanie emocji, oj bardzo... </3 XD

Może to Eweleïn przyszła sprawdzić jej stan zdrowia? Może Lśniąca Straż postanowiła dowiedzieć się czegoś jeszcze? Może… może to Ezarel chciał z nią porozmawiać…

Aż mnie przeszły dreszcze... ♥ ♥ Autentycznie. ♥ Niech Ez zabiera ten swój elfi odwłok, odstawi ten bimber i tu przychodzi do Metz. ♥ Może w głowie Metz zagości wiosna, a w Eza rozum! ♥ XD przepraszam, musiałam ♥ XD *Ez nie zabieraj mi moich 50 maany, mam chowańca na utrzymaniu*

    — Możemy porozmawiać? — zapytał twardo bez zbędnych wstępów. — Obiecuję, że to zajmie tylko chwilę. Ale wolałbym nie stać na korytarzu… — dodał niepewnie, ukradkiem rozglądając się na boki.

Oezu, Nevra... Na piernik jasny i inne słodkości... No to idź sobie do łazienki, czy coś, psujesz właśnie takie romantyczne ujęcie, no motyl nawet był, taki dobry omen, a tu taki zong. :c Co za rozczarowanie........ nawet ilość kropek tego nie wyrazi Naprawdę jestem rozczarowana, no nie będę ukrywać, że na miejscu Metz nie mogłabym się powstrzymać przed takim "Oooh, to tylko ty". XD

— Nie daj się.

Pan Ferdinand i jego pojęcie znaku zepsuło mi wyobraźnię. Śmignęła mi w pamięci taka idiotyczna piosenka, której tytułu nawet nie muszę wymieniać. Zniszczyła takie momenty.

— Ezarel też chce, bym uwierzyła, że jestem Wieszczem?
     Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że naprawdę to powiedziała. Czując, że jej twarz czerwienieje, miała ochotę zapaść się pod ziemię. Nevra uniósł brwi, najwyraźniej nie spodziewając się takiego pytania.


.... ♥ :D Po prostu... ♥ ♥ ♥ ♥ :D Ojejku.... ♥ ♥ ♥ ♥ Metz jest przeurocza. ♥ :D Oezu, aż wyrwało mi się takie "aww". ♥

— Nie, raczej nie — mruknął, wzruszając lekko ramionami.

Trzymajcie mnie, bo nie wytrzymam. Już chciałam powiedzieć, że w sumie Nevra zachowuje się przeuroczo, ale po tej odpowiedzi, to...

sztuka to wyrazi lepiej


Znaczy się, doszedł do wielu trafnych wniosków i wykazał pierwiastek człowieczeństwa i w ogóle... Ale za to NIE, RACZEJ NIE mam ochotę go pacnąć. Moją saszetką apetizera albo opasłą książką pana de Saussure'a o językoznawstwie. W głowę albo... nieważne.

. . .

Biedna Metz! tak nawiązując już do końcówki rozdziału. A Ty jak zwykle urywasz w takich niewdzięcznych momentach, Meth, z Ciebie czasem jest taki Polsat. Chcę wiedzieć, co dalej, czy Ez w końcu odstawi bimber, ktoś jej jakoś pomoże, no cokolwiek, wiem, że ona tego nie chcę, ale tak mi jej szkoda... :c </3 Skoro nie możesz złamać mi serca, wszak go nie mam i poza tym to mięsień, to czuję, że pękło mi żebro. jak romantycznie, prawda? gdy już ja coś powiem...

Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy, chcę wiedzieć, jak ma się Metz. </3 :c


https://media.giphy.com/media/JOcJg53W2YIgM/giphy.gif








https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif

Offline

#78 07-02-2018 o 15h08

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 477

Cześć cześć, witam z nowym rozdziałem /static/img/forum/smilies/big_smile.png Póki co idzie nieźle, nie mam długich przestojów i oby tak dalej. Mam wrażenie, że fabuła mozolnie porusza się do przodu - nie spodziewałam się, że droga do jednego z ważniejszych wydarzeń będzie tak długa. Ale jakoś idzie /static/img/forum/smilies/wink.png
Jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem! Nigdy nie przestanę ci dziękować /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Miłej lektury! ^^

PS. Taaa, nadal staram się zrobić coś z interlinią. Na razie wygląda to tak. Lekko koślawo; jednak brak centera nieco kole w oczy, ale trudno. Wolę to od zwężonej interlinii.


     W poprzednim odcinku...

Metztlin rozmyśla nad tym, co powiedziała Lśniącej Straży. Jest przerażona, że nagle wszyscy skupiają na niej uwagę i snują przypuszczenia, że dziewczyna jest Wieszczem. Niespodziewanie odwiedza ją Nevra, który dodaje Metz otuchy i prosi, by nie dawała nikomu podejmować decyzji za siebie. Nabierając choć trochę wiary, niziutka faery postanawia na własną rękę zbadać, czemu tak dziwnie reaguje na tajemnicze wyładowania energii. Gdy zbliża się do jednego z nich, słyszy tajemnicze, niemal agresywne i złowieszcze szepty...

              Rozdział XV

     Stary, opuszczony magazyn wypełnił się krzykiem pełnym wściekłości i rozczarowania. Mieląc w ustach przekleństwa, Svanthor z całej siły kopnął krzesło, które wylądowało kilka metrów dalej. Był tak okropnie zły! Mężczyzna nie mógł pojąć, jak to możliwe, że nic nie szło dobrze! Nic! Od pieprzonych trzynastu lat! Odkąd tylko trafił do tego śmietniska, los wciąż podtykał mu kłody pod nogi…
     A przynajmniej tak sobie wmawiał. Svan już prawie zapomniał, że jego tragedia rozpoczęła się nie trzynaście, a prawie piętnaście lat temu.
     Co robił przez ten czas? Żył z dnia na dzień. Nie miał niczego i nikogo. Stracił żonę… a przynajmniej tak podpowiadał mu rozsądek. I choć wiedział, że to głupie, tak nie mógł pozbyć się nadziei, że zdoła kiedyś odnaleźć swoją ukochaną. Miał też kiedyś przyjaciela. Svan do dziś nie mógł sobie wybaczyć, że bezradnie patrzył, jak konał. Samotny i zgorzkniały, krążył od miasta do miasta, podejmując się prostych robót fizycznych. Po kilku latach odkrył w sobie smykałkę do kowalstwa, mimo że nigdy wcześniej nie trzymał w dłoniach młota — nie do tego przywykł w czasach swojej świetności. Dzięki temu dawał radę jakoś przeżyć, aż w końcu trafił do Ramlaury, zaczynając wreszcie wierzyć, że niemożliwym było odnalezienie ukochanej. U tej starej kobieciny i jej synka było mu dobrze. Mógł tak żyć. Niczego więcej nie oczekiwał; wiedział, że nie miał prawa.
     Wtedy pojawiła się kolejna kłoda. Płonęła żywym ogniem. Do tej pory Svanthor z pokorą przyjmował wszystkie swoje porażki, lecz tej nie zamierzał odpuścić. Dlatego właśnie wściekłość zżerała go od środka, gdy zdał sobie sprawę, że jego plan spełzł na panewce. Był przecież niemal pewien, że ta zielonowłosa kobieta coś wie! Cokolwiek, co przybliży go do zemsty. Właśnie na to wskazywało wiele poszlak, choć im dłużej Svan o tym myślał, tym bardziej się bał, że wiele rzeczy sam sobie dopowiadał, byle tylko nadać temu sensu i samemu w to uwierzyć.
     Znowu wszedł w ślepą uliczkę.
     Zielonowłosa młódka ledwie utrzymywała równowagę na rozklekotanym krześle, co jakiś czas chwiejąc się na nim niebezpiecznie. Od upadku chroniły ją tylko liny, którymi Svan przywiązał jej nadgarstki do oparcia. I choć krwawiła z nosa i wargi, tak rozzłoszczony i zdesperowany Svanthor wywołał uśmiech na jej paskudnej twarzy.
     — Chciałabym pomóc… naprawdę… — mówiła słabym głosem wypełnionym kpiną. — Szkoda… bo wygląda na to, że wiesz nawet więcej… ode mnie…
     Dziewczyna była wycieńczona serią uderzeń, jaką niedawno obdarował ją Svan. Nawet tak krótka przemowa sprawiła, że z trudem łapała dech. Jednak mimo tego patrzyła na niego ze spokojem. Jakby nic jej już nie obchodziło.
     Mimo to ta cała Cathiela powiedziała kilka ciekawych rzeczy i wyglądało na to, że jej szef to obślizgły typ żerujący na bezdomnych dzieciakach. A zielona k#$%a mu w tym pomagała.
     Cokolwiek więc to było, Svan tym pogardzał. Zwłaszcza że mścił się między innymi za małego, schorowanego Krielda, którego ktoś spalił żywcem.
     — Przecież to musi mieć jakiś związek… — mamrotał pod nosem, krążąc nerwowo po magazynie. Czuł na sobie spojrzenie Cathieli, lecz je zignorował. — Nie mogłem się aż tak pomylić…
     Raz jeszcze odtworzył w pamięci sznur powiązań, jakim się dotychczas kierował. Ktoś spalał żywcem całe rodziny, w których żyły demonie dzieci. Na początku chorobę łączono z tajemniczymi zniknięciami malców: ginęły na tydzień lub dwa, by wrócić z objawami Nigredo. Potem zaraza rozprzestrzeniła się tak szybko, że przestano to ze sobą wiązać. A jednak tamto zielonowłose babsko porywało dzieci i te same dzieci wracały z Nigredo. To samo zielone babsko porwało Eileen, córkę rybaka, która jakimś cudem wyzdrowiała. I to samo zielone babsko wróciło, by się w tym upewnić. Zresztą sama to przyznała do tego, gdy Svan ją wypytywał.
     — Powiedziałam ci już wszystko — wysapała zmęczonym tonem. — Powiedziałam, że porywam te dzieci! Albo… albo nie — wydusiła, przerywając na moment, by złapać dech. — Nie porywam, bo przecież potem je zwracam. Nie wiem, po co! Naprawdę! Ten mój szef mi każe. A ja nie pytałam. Mam u niego dług wdzięczności sięgający chyba samego nieba, więc nie mam prawa dyskutować… Poza tym tylko Yorgoren wie, o co chodzi… to jego badania. Po nich odsyła dzieci, całe i zdro…
     Przerwała nagle, spoglądając ponuro w bok. Zmarszczyła czoło, ze smutkiem spuszczając głowę. Svanthor zastanawiał się, o co mogło chodzić.
     — No? — pospieszył, ciekaw kontynuacji. — Odsyła te dzieci zdrowe czy nie?
     — Mówi, że odsyła…
     — „Mówi” — powtórzył kpiąco. — A ty mu wierzysz? Idiotka.
     — Nie wierzę — obruszyła się, patrząc na niego buntowniczo. — Ale tutaj wiara nie ma nic do rzeczy.
     Svan zaśmiał się krótko, mimo że złość nadal paliła mu trzewia.
     — Oj, pastereczko, pastereczko… głupiaś ty i naiwna jak wioskowa prostytutka.   
     Ta uwaga, ku uciesze Edvarssena, mocno zdenerwowała Cathielę.
     — Nie nazywaj mnie prostytutką — warknęła, patrząc na niego nienawistnie.
     — A nią nie jesteś? Wyglądasz mi na taką, co się ku#$i w wolnych chwilach, coby więcej zarobić — zarechotał. — Chociaż w sumie… z takim ryjem… Kto cię tak urządził? Hę, pastereczko?
     Zbliżył się do niej i niezbyt delikatnie złapał za brodę, obracając głowę nieco w prawo. Dzięki temu mógł uważniej obejrzeć bliznę zajmującą niemal pół lewego policzka. Ciemniejsza i pomarszczona wyraźnie wskazywała na poparzenie, i to raczej nieprzypadkowe. Svan nie czuł nawet odrobiny żalu, za to mocno się wkurzył, gdy dziewczyna próbowała napluć mu w twarz. Ostatecznie padło na koszulę, jednak i tak wymierzył jej siarczysty policzek, by choć trochę nauczyć ją kultury.
     — Zakatujesz mnie na śmierć? — spytała niemal znudzonym tonem, choć Svan wyraźnie widział, że mięśnie miała napięte. — Nie wiem, po co ci to, ale dobrze, w porządku. Rób ze mną co chcesz. Przez kilka godzin się pobawisz, a potem znowu będziesz z jednym wielkim niczym w dupie.
     — Bo ty mi, k#$%a, jakoś pomożesz — zakpił, zaciskając pięści.
     — Nie pomogę — wysapała — bo nie mam jak. Nie mam nic wspólnego z żadnymi pożarami. Ja tylko dostarczam bezdomne dzieciaki Yorgorenowi, a on je jakoś bada. Albo coś. Nie wiem, nie obchodzi mnie to, poza tym jestem nikim, więc dlaczego miałby mi się spowiadać?
     — No a ten profesorek? — zapytał nagle. Cathiela wspominała coś o jakimś staruszku, którego nazwiska już nie pamiętał. — Co z nim?
     — Interesuje go Nigredo — odpowiedziała niemal natychmiast. — Drażni go, że nie wiadomo, skąd pochodzi, jak działa i jak to wyleczyć.
     — Sądzi, że Yorgoren ma z tym coś wspólnego?
     Brak natychmiastowej reakcji i wyraźne zawahanie na szpetnej twarzy dziewczyny uznał za wystarczającą odpowiedź.
     — Może on wie coś więcej — mruknął bardziej do siebie niż do Cathieli. — No, pastereczko, dobre wieści! Spacerku zażyjesz! I, co ważniejsze, wreszcie się na coś przydasz!


     — Musisz pilnować Leavitta.
     Zaskoczony Casper odgarnął z oczu kosmyk czarnych włosów i popatrzył na przyjaciela, oczekując ciągu dalszego.
     — A jaśniej można, łaskawco pi#$%&#%$y?
     Yorgoren wywrócił oczami, wykrzywiając usta w grymasie dezaprobaty. Reagował tak za każdym razem, gdy spotykał się z „brakiem kultury” ze strony Caspra. Tak to nazywał.
     — Podejrzewasz go, czy co? Hej, hej, zaraz — zawołał nagle, podnosząc ręce. — Ty chyba nie myślisz, że ta starowinka to nasz mały krecik?
      Podczas gdy Casper wybuchł głośnym śmiechem, zginając się wpół, tak Yorgoren patrzył na niego lodowato, najwyraźniej rozdrażniony tym brakiem poważnego podejścia do sprawy. Dopiero gdy się wyprostował i machinalnym ruchem zmierzwił swoje włosy, nieco spoważniał, zdając sobie sprawę, że jego przyjaciel nie żartował.
     — No to o co ci chodzi?
     — Mamy tylko Leavitta — odparł Yorgoren bez ogródek. — Reszta jest dobra, ale nikt inny nie wie, co robić z naszym „paliwkiem”. Tylko Leavitt potrafi złożyć wszystko do kupy. Ale ostatnio jest jakiś… no nie wiem, nieswój.
     — On? — zakpił niespodziewanie Casper, chichocząc cicho. — A czy to nie ty przypadkiem rzuciłeś się na niego z łapami?
     — K#$%a mać, myślałem, że coś już wie — wysyczał przez zaciśnięte zęby. Zaraz jednak spoważniał, wyprostował się i opanował. — Wiesz, że powoli dostaję paranoi. Im szybciej to się skończy, tym lepiej.
     — A co ci niby grozi? — spytał Casper, obojętnie wzruszając ramionami. — Nawet jakby się wydało, nikt ci nie uwierzy.
     — Ale mimo wszystko.
     Brunet milczał przez chwilę, po czym spojrzał na przyjaciela karcąco, kiwając głową. Myślał sobie, że Yorgoren, mimo swojego ognistego zapału, nie nadawał się na lidera. Im bliżej było końca badań, tym bardziej zjadał go stres i Casper podejrzewał, że lada dzień jego ognistorude włosy zeżre siwizna. Początki były piękne i Cas pamiętał, że to właśnie Yorgoren zawzięcie przekonywał go, że to wszystko to nie tylko bzdurne bajeczki dla dzieci, ale najprawdziwsza rzeczywistość, którą zamierzał odkryć. I choć długo pozostawał sceptyczny, pierwsze sukcesy zrodziły w jego sercu nadzieję, że być może naprawdę stali przed czymś wielkim.
     Dziś wszystko było dopięte na ostatni guzik. Reszta zależała od Leavitta, ponieważ tylko on potrafił złożyć wszystkie elementy, które Yorgoren i Casper przez wiele lat pieczołowicie zbierali. Dlatego obaj wiedzieli, że nie było mowy o żadnej pomyłce, zwłaszcza gdy od mety dzielił ich zaledwie krok. Również dlatego Caspra drażniło wahanie Yorgorena. W tak ważnym momencie powinien się zachowywać jak dzielny przywódca, nawołując pracowników do zwiększenia starań, by sięgnąć po cenną nagrodę. Tymczasem rudy zwyczajnie zdziadział, a Casper miał wrażenie, że jego szef i przyjaciel coraz bardziej polegał właśnie na nim.
     — No dobra — zaśmiał się cicho, wzruszając ramionami. Wbrew temu, co uważał Yorgoren, Casper nie ukrywał, że traktował to wszystko jak ciekawą przygodę. — Mogę się mu przyjrzeć. Masz kogoś jeszcze? — dopytał po chwili, drapiąc się po szyi. — Ktoś jeszcze mógłby być tą pi#$%&@#$ą zdradziecką szują? Mogę ich przycisnąć.
     — Żadnego przyciskania! — wrzasnął Yorgoren, a jego bladą twarz wykrzywił gniew. — Nie chcę, by ten zasraniec się spłoszył i zwiał. Masz być… stanowczy. Nic więcej.
     Casper wywrócił oczami, ale nic nie powiedział.
     — I nie, na razie nie mam żadnych podejrzeń — dodał po chwili ściszonym głosem. — Rozejrzę się. Najważniejsze, by nic nie wypłynęło na wierzch. I by Leavitt dokończył zadanie. Zależy mi głównie na nim, więc bądź łaskaw się tym zająć. Liczę, że twoje wieści mnie uspokoją.
     — Dobra — mruknął leniwie — odwiedzę go zaraz w jego pokoiku. Pogadamy sobie milutko i ja, w przeciwieństwie do niektórych, nie będę się z nim szarpał.
     Młodzieniec zachichotał kpiąco, obserwując, jak na twarzy Yorgorena wykwitają rumieńce. Wiedział, że go zdenerwował, ale nie robił tego pierwszy raz. Dlatego nie zamierzał przepraszać, a zamiast tego odwrócił się na pięcie i skierował w stronę gabinetu Leavitta, mając nadzieję, że go tam zastanie. Nie uśmiechało mu się ganiać za starcem po całym Drognasloe tylko po to, by stwierdzić coś, czego i tak był pewien. Leavitt to naukowiec. Celował tylko w coraz lepsze wyniki i samorozwój. To wszystko oferował mu właśnie Yorgoren, dlatego nie było powodu, by staruszek zdradził. Ale skoro szef chciał się upewnić, to niech mu będzie.
     Klął pod nosem, idąc wąskimi, wilgotnymi korytarzami. Nienawidził schodzić do piwnic, ponieważ klaustrofobia natychmiast dawała o sobie znać. Najgorsza była wnęka, do której należało się wcisnąć, by dotrzeć do laboratorium. Casper już myślał, że z ulgą wślizgnie się do środka, ale nic z tego: drzwi były zamknięte. Ciskając wyzwiska na prawo i lewo, spiesznym krokiem wyszedł z podziemi, dumając, gdzie ten przeklęty staruch mógł poleźć. Miał nadzieję, że niedaleko: pokręci się po okolicy, zahaczając o najważniejsze punkty miasta i może jakoś go znajdzie. Nie miał wyjścia: Yorgoren byłby wściekły, gdyby nie dostał żadnych informacji, a Casper nie chciał oglądać jego rozwścieczonej gęby, o słuchaniu panicznego narzekania nie wspominając.
     Klaustrofobia klaustrofobią, ale na zewnątrz też nie lubił zbyt długo przebywać. Nie interesowały go spokojne spacerki, podziwianie natury czy inne tego typu bzdury. Poza tym nie lubił wdawać się w dyskusje z obcymi pajacami, którzy z jakiejś przyczyny go zaczepiali. Wolał krążyć wokół znanego towarzystwa, a największą przyjemność sprawiało mu rozłożenie się na balkonie i rzeźbienie w drewnie figurek nagich, cycatych panienek. Niestety, ostatnio coraz rzadziej miał na to czas, ale liczył, że gdy już to wszystko się skończy, to…
     …to będzie po staremu? Oj nieeee, pomyślał, chichocząc w duchu. Nic nie będzie tak jak dawniej. Świat wywróci się do góry nogami. Mimo to Casper miał nadzieję, że balkon i cycate, drewniane panienki zostaną niezmienne.
     Tegoroczny kwiecień był dość chłodny, dlatego Cas zadrżał od silniejszego podmuchu wiatru. Otulił się szczelniej płaszczem i już zaczynał myśleć nad powrotem, gdy w głębi parku, nieopodal małego strumyczka, dostrzegł znajomą sylwetkę. Zgarbiony, siwy dziad lękliwe rozglądał się na boki i niewiele brakowało, a zauważyłby też Caspra. Mężczyzna odskoczył do tyłu, znikając za jednym z drzew, lecz nie była to zbyt dobra kryjówka, więc musiał podejść nieco bliżej. Udało mu się dopiero gdy Leavitt skupił uwagę na kimś innym. Również Caspra ten obcy bardzo zaciekawił, dlatego dyskretnie podszedł bliżej i zaczął obserwować.
     Nie znał mężczyzny, z którym rozmawiał naukowiec. Facet był ogromny, szeroki w barach, o wysokim czole, pomarszczonej, opalonej twarzy i sięgających ramion czarnych włosach przetykanych siwizną. Płaszcz, który miał na sobie, poszarzał od brudu i mnóstwa łat, a i buty wyraźnie wiele przeżyły. Mimo niechlujnego wyglądu obcy nie wyglądał na bezdomnego, a prędzej na podróżnika. Może dlatego Cas go nie kojarzył.
     Doskonale za to znał pannę, która mu towarzyszyła: tych zielonych włosów i dużej blizny na lewym policzku nie sposób było pomylić. Jedna z paskudniejszych pracownic Yorogorena. Choć teraz wyglądała inaczej, bo ktoś ją nieźle stłukł: miała sporo zadrapań i drobnych ran na twarzy, pękniętą wargę i brew. O ile Cas się nie mylił, była kurierem, a więc dostarczała mu dzieciaki. Bardzo go ciekawiło, co ta trójka mogła mieć ze sobą wspólnego.
     Najpierw starego wystraszył wygląd zielonej… nie pamiętał jej imienia. Olbrzym jakoś to wyjaśnił, ale Casper tego nie usłyszał, więc ostrożnie zakradł się bliżej. Dopiero wtedy zaczęły do niego docierać strzępki rozmowy.
     — …mi pomógł… — jąkała zielonowłosa.
     — Wielkie nieba — jęczał Leavitt. — Ale czy na pewno…
     — Nic jej nie jest — przerwał ostro olbrzym. — A trafiliśmy na siebie, bo prawdopodobnie szukamy tego samego.
     — C-co? — przestraszył się naukowiec. — Ja nic n-nie… Panienko Cathielo… Co panienka mu naopowiadała…?
     Cathiela, pomyślał. Muszę zapamiętać to imię.
     — Tyle, ile musiała — warknął wielkolud. — Podobno krzywdzi cię los demonich dzieciaków? Mnie też. Jednego mi nawet spalono żywcem, więc zamierzam tego gnoja znaleźć i wyrwać mu jaja.
     Coraz bardziej przerażony Leavitt popatrzył lękliwie na Cathielę, która cały ten czas milczała, nie podnosząc głowy.
     Dziewczę wyraźnie miało coś na sumieniu.
     — A-ale… ja nic nie wiem o spalaniu…
     — To już mi powiedziała… panienka Cathiela. — Wielkolud z wyraźną kpiną wypowiedział ostatnie dwa słowa. Splunął i rozejrzał się dookoła, przez co Casper z powrotem umknął za drzewo. — I nie sądzę, by kłamała, podobnie jak ty. Kłamstwo i strach rzadko kiedy ze sobą współgrają. Bardziej niż wy dwoje interesuje mnie wasz szef. Więc pozwólcie państwo, że przeniesiemy się gdzieś indziej. Musimy sobie pogawędzić. Bo ja, tak się składa, jestem kurewsko niecierpliwym człowiekiem. I chciałbym się już dorwać temu sk#$%&@#$%i do d###. Więc jazda, jeśli łaska, bo mi się spieszy.
     — Najjaśniejsza panienko! — zakrzyknął przerażony Leavitt.
     — Ciszej! — syknął olbrzym.
     — Co ty chcesz z nami…
     — Porozmawiać! — krzyknął, a po chwili powtórzył, tym razem dużo łagodniej: — Porozmawiać. Podejrzewam, że możemy mieć wspólny interes. Spokojnie, nic ci przecież nie zrobię, masz moje słowo. Panienka Cathiela potwierdzi, prawda?
     Jej skinienie głową było ledwie widoczne.
     O c####j, o c##j, śpiewał sobie w głowie Casper, będąc wyraźnie pod wrażeniem tego, co usłyszał. Podejrzana trójka zaczęła się oddalać, a on nie zamierzał dać im odejść. Zastanawiał się tylko, czy od razu powinien ich nakryć, czy pokrążyć jeszcze trochę, by nabrać pewności, że spiskują. Po chwili jednak doszedł do wniosku, że właściwie wszystko usłyszał podczas tego krótkiego strzępka rozmowy. Cas pomyślał sobie, że Yorgoren miał rację — faktycznie mieli kreta. Nie sądził tylko, że jest ich aż dwóch. A najgorsze w tym wszystkim było to, że Yorgoren bardzo liczył na Leavitta. Tymczasem jego zaufany pracownik okazał się zdrajcą. Prawdopodobnie.
     Idąc za podejrzanymi, Casper pomyślał, że częściej powinien wybierać się na spacery.


Odpowiedzi na komentarze



Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h56)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#79 07-02-2018 o 19h02

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Casper budzi moją tymczasowa sympatię, mimo że mam cholerne przeczucie, że to osoba, którą należałoby napalić w piecu... Tak dla dobra świata i ciepełka domowego. Swoją droga fabuła zaczyna zbiegać się do wielkiego łubudu i aż zacieram łapki, co to dalej będzie. Hmm... Może Casper zostanie przeniesiony do Eldaryi, gdzie dorobi się fortuny sprzedając Nevrze figurki cycatych panienek? To byłby zwrot akcji. I wyzwanie dla rzeźbiarza, no bo cycki, jak i panienki dostałyby nowych kształtów dziesiątek fantastycznych ras Eldaryi /static/img/forum/smilies/big_smile.png
          Co do formy tekstu to ta nadal na wysokim poziomie, wiec generalnie nie mam uwag. Lublu i to tyle /static/img/forum/smilies/wink.png

Offline

#80 11-02-2018 o 22h31

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Meth, co ja mam Ci tutaj jeszcze pisać? Kolejne pieśni pochwalne czy coś w tym guście? /static/img/forum/smilies/wink.png Piszesz dobrze, co powtarzam Ci za każdym razem, a Ty za każdym razem mi w to nie wierzysz, więc to już jest błędne koło /static/img/forum/smilies/big_smile.png Czego się doczepić miałam, to doczepiłam się już wcześniej i teraz nie mam już żadnego punktu zaczepienia /static/img/forum/smilies/tongue.png

Co do samej fabuły - rozwija się przecudownie i każdy odcinek powoli pozwala ułożyć kolejny element układanki /static/img/forum/smilies/smile.png W końcu zbuduje się z tego całości i wtedy będziemy wiedzieć kto jest dobry, kto jest zły, a kto tak naprawdę jest zły mimo tego, że wydawało się, że był dobry /static/img/forum/smilies/wink.png Twoje postaci mają przeróżne motywacje do działania i to jest naprawdę fantastyczne.

Wiesz czego mi brakuje w tym rozdziale? Nevry. Tego Twojego Nevry. Naprawdę go lubię /static/img/forum/smilies/smile.png Chociaż Casper, mimo że raczej jest "TYM ZŁYM" również zasługuje na uwagę.

Czekam na kolejne rozdziały /static/img/forum/smilies/smile.png I proszę bez dziękowania za betowanie, bo powtarzam, że to CZYSTA PRZYJEMNOŚĆ pracować z TAKIM tekstem (no i mam dostęp do rozdziałów przedpremierowo, więc wiesz.... /static/img/forum/smilies/wink.png ) /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#81 11-02-2018 o 23h48

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Przybyłam i ja, w czasie jazdy na zamek postanowiłam nadrobić i powiem że przechodziły mnie w tym rozdziale dreszcze!
Jakim cudem stworzyłaś taką scenę tortur, aż zaczęło mnie boleć wszystko. A jak na razie tylko tutaj widziałam tyle przekleństw ( za cenzurowanych oczywiście :p ) w jednym tekście.
Czyżbyś była podirytowana w trakcie pisania tego? Bądź co, bądź nastrój pisarki podobno najbardziej wpływa na jej dzieła.
Nie pozostaje mi nic innego, jak życzyć ci weny i czasu i chęci do dalszego pisania /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#82 23-02-2018 o 15h03

Straż Absyntu
chomiczak
Akolita Sargousetów
chomiczak
...
Wiadomości: 5 038

Witam! Postanowiłam wpaść do Ciebie i naskrobać parę słów o tym, co zdążyłam przeczytać. Jestem aktualnie po czwartym rozdziale, ale mam nadzieję, ze mi to wybaczysz, bo.. Nie oszukujmy się, jest u Ciebie co czytać, Twoje rozdziały są naaaaprawdę długie. Zostawię tu tylko parę spostrzeżeń, a kiedy będę na bieżąco, będę normalnie komentowała wszystko, a nie tak ogólnikowo.

1) Bardzo podoba mi się tytuł, brzmi tajemniczo i zachęca do tego, by do Ciebie zajrzeć.
2) Masz piękny styl. Wspaniale tworzysz opisy, ale... Operujesz dość trudnym słownictwem. Naprawdę trzeba się skupić na tekście, żeby się nie pogubić. Nie jest to coś, przy czym można wyłączyć myślenie. Czasami naprawdę musiałam parę razy wracać do jakiegoś fragmentu, gdyż przez swoje własne zmęczenie nie wiedziałam, co ja właśnie przeczytałam.
3) Tworzysz wielowymiarowe postacie. Nikt nie jest do końca dobry, albo zły. Każdy ma jakieś motywy działania, każdy coś przeżył i to go ukształtowało. Z Twoimi postaciami nie można się nudzić, z każdą można przeżyć coś ciekawego. Póki co najbardziej do gustu przypadł mi kowal (Niestety, zapomniałam imienia, chyba na S coś miał. Ale to u mnie normalne, nie mam pamięci do imion. Dla mnie Valkyon to ciagle Valkoyn. :v) i Cath? Pewnie znowu coś pomieszałam, ale mam nadzieję, że domyślisz się o kogo chodzi. :'D Tak poza tym to love Ezarel, ale to wiadomo...
4) Fabuła. Jest ciekawa. Ładnie przeplatasz wydarzenia na Ziemi i Eldaryi. Widać, ze powoli wszystko zaczyna się łączyć w całość. Czuć też, że wszystko masz przemyślane i nic tu nie jest przypadkowe.

No cóż, to póki co nie mam więcej do dodania. Kiedy nadrobię resztę rozdziałów, wpadnę znowu podzielić się kilkoma swoimi spostrzeżeniami. A tymczasem pozdrawiam i życzę dużo weny! ^^


https://i.imgur.com/EnMF3Hu.png


Offline

#83 26-02-2018 o 16h29

Straż Absyntu
Artus
Rekrut
Artus
...
Wiadomości: 36

Hej /static/img/forum/smilies/smile.png
Po Twoich pełnych wypowiedziach u mnie postanowiłem wybrać się do Ciebie /static/img/forum/smilies/wink.png błędów wytykać nie będę, bo sam nie ogarniam za bardzo, zresztą mogłem nie dopatrzyć, mimo okularów na nosie. Tytuł, masz kapitalny. Rzuca się w oczy i zachęca do czytania. Co do fabuły, to mam jeszcze niewiele przeczytane, z racji tego, że piszesz bardzo dużo na raz, a na komputerze, ciężej mi się czyta. Prolog mnie zaintrygował i mimo poważnego stylu pisania i wielkiej tajemnicy, zatopiłem się w nim ze smakiem. Co do pierwszego rozdziału, no to stwierdzam, że potrafisz oddać osobowość postaci. Jest opisana na tyle konkretnie, że od razu odczuwam z kim mam do czynienia. Z racji z tego, że mam wiele książek przeczytanych w swoim życiu, to z czystym sercem mogę stwierdzić, że masz talent dziewczyno! Widać, że treść, którą chcesz przekazać czytelnikowi, jest dobrze przemyślana i że bardzo poważnie podchodzisz do pisania, co jest bardzo wielkim plusem. Obiecuję nadrobić całość Twojego genialnego dzieła i śledzić później uważnie każdy rozdział, który wrzucisz tu albo na Wattpadzie /static/img/forum/smilies/wink.png Pozdrawiam serdecznie i życzę, żeby Ci wena nie minęła /static/img/forum/smilies/wink.png


https://zapodaj.net/images/0b76f558f4253.png

Offline

#84 26-02-2018 o 18h14

Straż Obsydianu
Samaveth
Straż na szkoleniu
Samaveth
...
Wiadomości: 156

Witaj.
Od jakiegoś czasu zabierałam się za Twoje opowiadanie, ledwo nadgoniłam z rozdziałami. Pomyślałam sobie, że także podzielę się z Tobą moją opinią.

Przede wszystkim zwrócę uwagę na to, o czym wspominały już moje poprzedniczki - tytuł. Rzeczywiście świetny. Kilka słów ustawionych w odpowiednim szyku i tyle wystarczy na początek, by przykuć uwagę. Myląca okazała się zbitka słów romans/Ezarel/Nevra - co prawda ostrzegłaś już na początku, iż to nic z BL, no ale kurde, poczułam się zwiedziona (jak wyszło później, bynajmniej nie zawiedziona)! Powiem Ci jednak, że w Twoim wykonaniu BL pomiędzy tą dwójką mógłby wypaść dość ciekawie, bo fajnie oddajesz osobowości tych postaci. W formie dygresji, dodam jeszcze może tyle, że trochę brakuje mi tej buty typowej dla Nevry, ale generalnie jest ok.

Kolejna sprawa, która prawdę mówiąc średnio mi się podoba, to wymyślne imiona. Tworzysz naprawdę ciekawe i nietuzinkowe osobowości, ale ciężko je zapamiętać z imion. Ramlaura. A dlaczego po prostu nie Laura? Edvarssen. A czy Edvard brzmiałby źle? Rozumiem, iż poniekąd może to wynikać ze specyfiki klimatu, jaki kreujesz, jednak osobiście nie rozumiem tej dziwnej tendencji wśród pisarzy do tworzenia skomplikowanych, fantazyjnych i trudnych do spamiętania imion.

Nie wiem też, może to tylko moje wrażenie, ale czy pisząc inspirujesz się twórczością Martina? Pomyślałam tak z racji na Twoją technikę - układ i podział tekstu, styl dialogów, opisy, itp. A propos opisów - duży szacun. Treściwe, niezwykle urokliwe i sprzyjające wczuwaniu się w klimat.

Podoba mi się także to, że przejawiasz coś, co ja nazywam szacunkiem dla czytelnika. To taka, powiedzmy, kurtuazja wśród internetowych pisarzy, którą coraz rzadziej się spotyka. Doceniam to, że przed rozdziałem przypominasz, co działo się w poprzednim. To, że odpowiadasz na komentarze. Oraz przede wszystkim to, że nadal piszesz. W Internecie wprost roi się od niedokończonych opowiadań, które zapowiadały się świetnie, ale które autor postanowił z jakichś powodów porzucić. Mam szczerą nadzieję, że doprowadzisz swoje do końca.

Na razie to tyle z mojej strony. Życzę Ci dużo weny i wielu inspiracji! c:


https://media.giphy.com/media/l2ZDNVxwwxfAHLjUI/giphy.gif

Offline

#85 02-03-2018 o 21h54

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 477

Hej hej! Wpadam z nowym odcinkiem! Nie przedłużając, jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem! <3

Na dole będę miała dwie małe ciekawostki, tymczasem mam propozycję: jeśli tylko chcecie, przy części, która dzieje się w Eldaryi, możecie posłuchać pewnego utworu, ponieważ świetnie pasuje do relacji dwóch bohaterów, którą tam przedstawiłam: KLIK: Diary of Dreams - Choir Hotel

Miłej lektury! ^^


              W poprzednim odcinku...

Svanthor za pomocą tortur próbuje wyciągnąć od Cathieli istotne dla niego informacje. Niestety dziewczyna nie wie niczego, co mogłoby się przydać. Mimo to postanawia porozmawiać z profesorem Leavittem. Wraz z Cathielą spotykają się ze starcem w umówionym miejscu. Nie mają pojęcia, że na ich trop wpadł Casper. Wysłał g Yorgoren obawiający się, że Leavitt może wiedzieć na temat eksperymentu więcej, niż powinien. Zaintrygowany Casper postanawia się dowiedzieć, co takiego razem może knuć ta dziwna trójka...


              Rozdział XVI
              ZIEMIA, DROGNASLOE


     To zbyt piękne, by było możliwe, myślał ponuro mimo wciąż narastającej ekscytacji. Tak to już z tym szczęściem bywało, że pojawiało się w najmniej spodziewanych momentach, a w chwili kryzysu pryskało jak bańka mydlana. Dlatego Casper, mimo swojego optymizmu, miał obawy, że nie wszystko pójdzie po jego myśli, choć gorąco się o to modlił. Nie do Boga, bo w niego nie wierzył; do tego wystarczały mu jego drewniane, cycate figurki.
     Przez pierwsze kilkanaście minut chodzenie za Levittem i jego dwoma towarzyszami nie było specjalnie trudne. Najwyraźniej nikt się nie zorientował, że Cas ich śledził, dlatego wolnym krokiem kluczyli między tłumem, by następnie zniknąć w plątaninie starych ruder. W większości były to pustostany, niedokończone szkielety czy spalone stodoły, toteż zalęgało się tam mnóstwo pospólstwa. Casper czuł odrazę na samą myśl, że będzie musiał wchodzić w to siedlisko brudu i chorób, ale nie miał wyjścia. Ciekawość zżerała go od środka, poza tym nie mógł się doczekać, aż opowie o tych rewelacjach Yorgorenowi. Kto wie, może rudy przyjaciel jakoś by mu to wynagrodził, zwłaszcza że Cas marzył tylko o jednym rodzaju nagrody.
     Niestety wkrótce zaczęły się schody. Mężczyźnie zaskakująco trudno było śledzić cele między starymi, zrujnowanymi budynkami, przez co kilka razy tracił ich z oczu. Poza tym w tamtych rejonach panowały pustki, więc Casper musiał zachować jak największą ostrożność. Żaden z niego szpieg i zawsze wolał bezpośrednie starcie, zwłaszcza gdy mógł spojrzeć ofierze w oczy. Dlatego musiał nieźle kombinować, by nikt go nie dojrzał, a zwłaszcza ten wielkolud w połatanym płaszczu, a jednocześnie nadal ich śledzić. Było coraz trudniej i trudniej…
     — K###a! — zaklął wściekle, rozglądając się po drewnianym labiryncie.
     Zgubił ich. Nici z nagrody, pomyślał, zaciskając usta w cienką linię. Jeszcze jakiś czas przeczesywał okolicę, ignorując fakt, że gdziekolwiek ta banda była, pewnie go widziała. Zaglądał do spalonych ruder i przeskakiwał przez zrujnowane murki, ale nikogo nie znalazł. Długo nie mógł odpuścić, ale gdy już przejrzał wszystko, co można zbadać, w końcu się poddał. I tak to, co podsłuchał, było całkiem interesujące…
     Poza tym Yorgoren miał rację, pomyślał. Rzeczywiście trzeba pilnować Leavitta.


     — Żesz k###a mać! I co teraz?!
Svanthor krążył po jednej z opustoszałych piwniczek ukrytych pod ruinami. To tam schronienie znajdowali bezdomni oraz demonie dzieci, które wygnano. Spróchniała skrytka nie nadawała się już do zamieszkania, dlatego była pusta, co Svan postanowił wykorzystać. I całe szczęście, że zdążył, bo aż strach pomyśleć, co by się stało, gdyby tamten facet ich tu znalazł.
     Kimkolwiek był ten, który ich śledził, nie najlepiej poradził sobie z zadaniem, bo Svan dość szybko wychwycił, że coś jest nie tak. Dyskretnie przekazał wiadomość towarzyszom, a następnie poprowadził ich właśnie tutaj. I gdy już upewnili się, że obcy odszedł, zaczęli panikować.
     — Kto to był?! — wrzasnął, nie myśląc nawet o tym, że obcy mógłby go usłyszeć, jeśli nie odszedł za daleko. — Znacie go?!
Svan popatrzył kolejno na Cathielę i Abélarda. Do piwnicy wpadało bardzo słabe światło, więc mężczyzna niedokładnie widział ich twarze. Mimo to z łatwością zauważył, że oboje byli przerażeni. Więc nawet gdy nie zareagowali, zapewne sparaliżowani strachem, Svanthorowi tyle wystarczyło. A więc go znali.
     — Kto to? — powtórzył nieco łagodniej.
     Ku zdziwieniu Edvarssena, zielonowłosa dziwka aż drżała ze strachu. Zasłoniła usta dłonią i rozglądała się lękliwie po piwnicy, jakby w obawie, że gdzieś tam czyhał ten facet. Jak to możliwe, że jeszcze niedawno pastereczka była taka harda i nieustraszona, a teraz panikowała jak małe dziecko zgubione w tłumie? Czyżby tamten gość stanowił tak duże zagrożenie? Najwyraźniej, zwłaszcza że doktorek też wyglądał na mocno zaniepokojonego.
     Najgorsze było to, że oboje milczeli.
     — NO JUŻ! — ryknął Svan, na co oboje aż podskoczyli.
     — To Casper Slaemgot — wypaliła w końcu Cathiela, spoglądając ze strachem w dół.
     — Panienko…  — zaczął lękliwie Leavitt, najwyraźniej nie będąc przekonanym, czy to dobry pomysł, by o tym opowiadać.
     — Mów dalej — pogonił ją Svan.
     Cath zawahała się przez chwilę, aż w końcu nabrała powietrza do płuc, choć odrobinę opanowała drżenie ciała i zaczęła mówić.
     — To prawa ręka Yorgorena. Tego, u którego ja i Leavitt pracujemy. Niebezpieczny, agresywny człowiek. Niektórzy sądzą, że to on pociąga za sznurki, a Yorgoren tylko świeci buźką. Ale jeśli on trafił na nasz trop… o Boże…
     Zielonowłosa powoli usiadła pod ścianą i podkuliła kolana pod brodę. Była wyraźnie spanikowana: lekko się trzęsła, a głowę miała spuszczoną. Svan za nic nie potrafił pojąć tej nagłej zmiany. Niemal go poruszyła, bo cokolwiek ją tak przeraziło, musiało być naprawdę poważne; pastereczka nie wyglądała na taką, która płakała bez powodu.
     — Czego się tak boisz, hę? — warknął. — Przy mnie jakoś nie byłaś taka strachliwa, a chyba wyglądam mniej urodziwie niż tamten przystojniaczek, co?
     — Nie rozumiesz! — ryknęła płaczliwie, spoglądając na niego nienawistnie. Svanthora zaskoczyły łzy w jej oczach; do tej pory myślał, że to babsko było wyprane z jakichkolwiek ludzkich odruchów. — To przyjaciel Yorgorena, mojego szefa! Jeśli Casper doniesie, a na pewno doniesie, to jestem skończona! Ja i Aenyati!
     — Jaka Aenyati?
     — Moja siostra. Pracuję dla Yorgorena w zamian za opiekę za nią…
     — To idiotyczne — wyznał bez ogródek. Nie znał szczegółów, ale już teraz ten układ wydawał mu się pozbawiony sensu.
     — Nie miałam wyjścia, byłam podparta pod ścianę. Zresztą, co cię to obchodzi? — naskoczyła, patrząc na niego gniewnie. — Przez ciebie Yorgoren się nas pozbędzie! I pewnie nas zabije! I moją małą też… Och, Boże, co ja narobiłam… co ja narobiłam…
     Kiedy skulona Cathiela zaczęła płakać, Leavitt wpadł w panikę. Spoglądał z niemym przerażeniem to na nią, to na Svana, najpewniej oczekując, że ktoś nagle wymyśli jakiś cudowny sposób, by wyjść z tej opresji. Jednak nic z tego i sam Svan zaczął zdawać sobie sprawę, że było coraz gorzej. Bo jeśli ten cały Yorgoren rzeczywiście miał coś wspólnego z pożarami, to Svan był na spalonej pozycji jeszcze zanim zdążył choćby cokolwiek zaplanować. Na spalonej dosłownie i w przenośni, pomyślał, uśmiechając się krzywo. Musiał się jakoś z tego wykręcić, choć to nie mogło być łatwe. Teoretycznie mógłby porzucić tę zieloną dziwkę i starca, zwłaszcza że Casper ich znał. Mógłby zwyczajnie od nich uciec i kontynuować śledztwo na własną rękę… Jednak nie brał tej opcji pod uwagę, choć sam nie wiedział czemu. Być może dlatego, że to byli tylko staruszek i dziecko. Bo ile ta brzydka dziewucha mogła mieć lat? Trochę ponad dwadzieścia. A jeśli Yorgoren, czyli prawdopodobnie właśnie ten, na którego polował, zamierzał zabić Leavitta i Cathielę, to Svan z przyjemnością pokrzyżuje mu plany i do tego nie dopuści.
     Ot, uratuje ich dla swojej własnej satysfakcji.
     — Oj, przestań ryczeć, k###a mać — warknął na Cathielę, mimo że w serce delikatnie kłuł go żal. — Nie wiem co, ale coś zrobimy. I nic nie będzie tej twojej małej. Mnie też spalono dziecko. Spalono je, k###a, żywcem! — wrzasnął, lecz nie agresywnie. Podniósł głos tylko po to, by dotarło do nich, że on też poniósł wielką stratę, dlatego nie zamierza odpuścić. — Więc opanujcie się i wymyślcie, co można zrobić!
     — Czy cokolwiek się da? — spytał cichutko Leavitt. — To wszystko moja wina — jęknął płaczliwie. — A chciałem tylko poznać tę chorobę… Na co mi było wiedzieć więcej?! Głupi, durny starzec! I jeszcze to biedne dziecko w to wciągnąłem…
     — Nie wiem jeszcze, czy ten wasz szefuńcio jest tym, którym szukam, ale nawet bez tego wygląda na to, że to kawał fiuta, więc, tak czy inaczej, przysłużymy się światu, jak go piz###my do grobu. Poza tym — ożywił się nagle — nawet nie wiemy, co ten piz##ś podsłuchał. Może nic ważnego! Może widział nas tylko razem, co wydało mu się podejrzane, bo was zna. Leavitt, ty jesteś tam kimś ważnym?
     Naukowiec poczerwieniał na szyi, nerwowo błądząc wzrokiem po otoczeniu.
     — C-cóż… ja… hm, chyba t-tak… ja… nie jestem pewien, czy mogę o t-tym mówić, ale…
     — Jest najważniejszym naukowcem Yorgorena — wydukała Cathiela, nadal na nich nie patrząc.
     — Pewnie dlatego tamto gówno się nami zainteresowało. Ty też go zdziwiłaś, pastereczko, nie mówiąc już o mnie, bo mnie nie zna. Ale skoro tak, to nic się złego nie stało. O ile żadne z was nie dało im wcześniej powodów do podejrzeń, to nie jest źle. A jest szansa na zrobienie z tego chłopczyka idioty. Wystarczy jakaś głupia wymówka… zaraz, zaraz! – Svan uważniej przyjrzał się Leavittowi, który ze strachu wybałuszył oczy. Najwyraźniej nie lubił być w centrum uwagi. — Powiedziałeś, że chciałeś poznać tę chorobę, tak? Nigredo?
     Starzec niemrawo pokiwał głową. Wyglądał na coraz bardziej przerażonego.
     — Według tamtego chłoptasia pytań jest kilka. Pierwsze, mniej istotne: kim jestem? Drugie, bardziej istotne: co we troje robimy? Trzecie: czemu poleźliśmy w tereny, w których nikt nie mieszka? I czwarte: czy coś ukrywamy? Jakby tak to połączyć… hm… no dobra. To będzie szalone, bezpośrednie, niemal chamskie i ryzykowne, ale… Chyba mam plan.
     Svanthor po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się szeroko. I choć był to okropny,  groźnie wyglądający grymas, Leavitt i Cathiela popatrzyli na mężczyznę z nieśmiałą radością. Oboje znajdowali się w tak marnej sytuacji, że każdy zalążek nadziei był na wagę złota. W związku z tym, że to właśnie Svan miał ich z tych kłopotów wyciągnąć, przez chwilę poczuł się jak ich opiekun. Przywódca.
     Przywódca starucha i rozkapryszonego dzieciaka. Ale mi się trafiło, pomyślał. Ale na początek lepsze to niż nic.
     Niż nic…

              ELDARYA

     Już prawie, już prawie… tak niewiele brakowało, by Miiko wreszcie wygrzebała się spod sterty papierów, które mocno zaniedbała. Ostatnimi czasy w Kwaterze Głównej działo się dość sporo, choć póki co o tych najważniejszych rewelacjach wiedziała tylko Lśniąca Straż. Tajemniczych wyładowań energii nie mogli w żaden sposób ukryć, więc nawet nie próbowali, ale niepokojąca choroba Metztlin i podejrzenia, że mogła być Wieszczką, to już co innego. Nie lubiła niewyjaśnionych spraw, dlatego wolała nie wywoływać paniki i dokładniej wszystko zbadać. Tym samym umysł Miiko zaprzątnięty był tylko tymi najważniejszymi rzeczami, inne drobnostki odkładając na bok. Dzięki temu na biurku piętrzył się stos dokumentów i nastał właśnie czas, by z nim zawalczyć.
     Po około czterech godzinach zostało jej już naprawdę niewiele i po cichu liczyła, że zdoła się uwinąć przed kolacją. Nawet nie podejrzewała, że pukanie do drzwi, które właśnie usłyszała, miało kompletnie zniweczyć ten plan.
     — Proszę — mruknęła lekko zaspanym głosem.
     Do gabinetu raźnym krokiem wszedł posłaniec. Kilkunastoletni chłopiec o pyzatej, czerwonej od wysiłku buźce miał nad wyraz poważną minę — najwyraźniej sądził, że przyszedł z bardzo ważnymi wieściami. Miiko uśmiechnęła się półgębkiem; według tych niewinnych dzieci wszystkie wiadomości zaadresowane do samej szefowej były czymś wyjątkowym. Zwykle jednak chodziło o jakieś drobnostki lub sprawy drugiego rzędu, które spokojnie mogły poczekać, ale Miiko nie zamierzała wyprowadzać dzieci z błędu.
     — Dziękuję — odparła uprzejmie, posyłając chłopcu uśmiech. Malec zarumienił się jeszcze bardziej, po czym wybiegł z pokoju, delikatnie zamykając za sobą drzwi.
     Kitsune nie zdążyła nawet zerknąć na adres i pieczęć, a już wiedziała, że coś jest nie tak. Wystarczył jej sam dotyk. Koperta została wykonana z bardzo dobrego papieru. Dobrego i drogiego. W tych okolicach nikt by nie zmarnował takiego na tworzenie kopert, wobec tego wieści pochodziły z daleka. Z coraz większą ciekawością odwróciła kopertę, by przyjrzeć się pieczęci. Nie pamiętała wszystkich, dlatego miała nadzieję, że chociaż tę rozpozna.
     Rozpoznała od razu. Sparaliżowana szokiem jeszcze długo spoglądała na kopertę wykonaną ze złotawego papieru. Choć to bezpodstawne, Miiko niemal bała się złamać tę pieczęć. To na pewno nie były dobre wieści.
     W końcu otworzyła kopertę i wyjęła dość krótki list; niemal od razu wyczuła woń drogich perfum, którymi potraktowano papier. Autor bardzo ogólnie przedstawił swój problem, co momentalnie ją zirytowało. Jednak ostatnie zdania wszystko wyjaśniły. I z  dwojga złego Miiko wolała powierzchowne wieści bez żadnego wyjaśnienia.



     Szanowna Pani, zdaję sobie sprawę, że treść listu jest bardzo ogólnikowa i pozbawiona najważniejszych szczegółów. Zrobiłem to specjalnie, ponieważ sama Pani wie, w jak niebezpiecznych czasach żyjemy. Z obawy, że wiadomość mogłaby zostać przejęta, pozwoliłem sobie wyjaśnić tylko najważniejsze kwestie, które ewentualnemu wrogowi na nic by się zdały bez odpowiednich szczegółów. Znam je wszystkie i pragnę się z Panią nimi podzielić. Osobiście. Jeśli tylko bogowie będą łaskawi, powinienem dotrzeć do Kwatery za około tydzień. Zapewne sama Pani rozumie, że o czymś tak ważnym musimy porozmawiać osobiście. Przyjaciele winni sobie pomagać…



     Przyjaciele?!
, pomyślała oburzona Miiko, mając ochotę zmieść list i wrzucić go do kominka. Ostatecznie się powstrzymała, zdając sobie sprawę, że musi go przeczytać reszta Lśniącej Straży.
     Ezarel też. I to ją najbardziej niepokoiło.


     Niecierpliwiła się. Nie lubiła długo czekać, a miała wrażenie, że wydała rozkaz Jamonowi całe wieki temu. Tymczasem wciąż nie przybył ani jeden członek Lśniącej Straży, przez co Miiko coraz bardziej zjadał stres. Pragnęła mieć tę rozmowę już za sobą, o wizycie arcyważnego gościa nie wspominając.
     List był już dość mocno wymięty, kiedy wszyscy przybyli do Kryształowej Sali. Spokojni, niczego się niespodziewający strażnicy patrzyli oczekująco w swoją przywódczynię, czujni i gotowi do działania. Miiko zdawała sobie sprawę, że ten zapał niedługo błyskawicznie zgaśnie.
     — Chciałaś nas widzieć — odezwał się uprzejmie Leiftan. — O co chodzi?
     Miiko drgnęła, w głębi ducha wdzięczna za to, że przyjaciel zdołał ja wybudzić z letargu. Pomyślała wtedy, że musi się wziąć w garść i opowiedzieć o liście.
     — Nie będę przedłużać — odparła w końcu. Byle mieć to za sobą. — Dzisiaj otrzymałam list zapowiadający przybycie bardzo ważnego gościa.
     — Huang Hua? — ucieszył się Nevra. Valkyon tylko zerknął na niego karcąco, a Ezarel przysłonił oczy dłonią, najwyraźniej nie dając wiary głupocie przyjaciela. — Nasze ostatnie spotkanie może nie było zbyt radosne, ale mam jeszcze kilka szans, a Huang Hua to przecież kobieta równie mądra co piękna, więc na pewno prędzej czy później przejrzy na oczy i…
     — I z uczuciem strzeli ci w ryj. Na miłą Wyrocznię, zamknij się wreszcie — jęknął Ezarel, choć na jego twarzy błąkał się kpiący uśmieszek.
     — Nie  — westchnęła — to nie ona.
     — To kto? — spytał spokojnie Valkyon.
     Och, na bogów, powiedz to wreszcie!, karciła się w myślach. Mimo to długo jeszcze milczała. Aż w końcu…
     — Anthohn Folke.
     Choć w tamtej chwili właśnie tego bała się najbardziej, wprost nie mogła się powstrzymać, by ukradkiem nie zerknąć na Ezarela. Wyraźnie widziała, jak z jego twarzy odpływa cała krew, pozostawiając na jej miejscu tylko upiornie bladą maskę. Widziała, jak zaczął drżeć z gniewu i jak zaciskał pięści tak mocno, że aż zbielały mu knykcie. Miiko pomyślała nawet, że być może przeciął sobie paznokciami skórę.
     — On… — wysyczał, dysząc ciężko. Być może tylko się jej zdawało, ale elf coraz silniej się trząsł. — ON?! — ryknął tak nagle, że stojąca niedaleko Ykhar aż podskoczyła, lękliwie na niego spoglądając. Wyglądał przerażająco: pochylony groźnie, drżący jak w febrze i zgrzytający zębami. Miiko widziała, jak w jego turkusowych oczach zionęła nienawiść. Była tak ogromna, że prawie całkiem zakryła czający się gdzieś pod spodem straszliwy ból. — TEN POTWÓR… TEN… CHCESZ GO TU WPUŚCIĆ?! ZA NASZ PRÓG?! CZYŚ TY ZGŁUPIAŁA DO RESZTY?!
     Nie zareagowała na tę obrazę, ponieważ zdawała sobie sprawę, w jak strasznym stanie musiał się teraz znajdować Ezarel. Wobec tego wciąż stała dumnie wyprostowana czekając, aż wybuch gniewu powoli zacznie słabnąć. Nie wiedziała tylko, jak długo to potrwa.
     — Ja nie będę… — dyszał, opętany wściekłością. Cały czas kiwał przecząco głową, jakby jego słowa nie wystarczały. Na moment zamilkł, nie wiedząc, co ze sobą począć. A gdy złapał się za głowę niczym wariat tracący zmysły, nastąpił kolejny atak. — NAPRAWDĘ SĄDZISZ, ŻE MU POMOGĘ?! ŻE PRZYJMĘ GO JAK GOŚCIA?! JAK SWOJEGO?! Czy ty… czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, kim on jest?! Co zrobił?!
     — Ezarel… my wszyscy to doskonale wiemy, ale… — zaczęła, lecz niedane było jej skończyć. Elf obdarzył ją nienawistnym spojrzeniem, a zszokowana Miiko pomyślała sobie, że jeszcze nigdy tak na nią nie spojrzał.
     — Nie ma. K###a. Mowy — wysyczał przez zaciśnięte zęby.
     Jeszcze nigdy nikt nie opuścił zwołanego przez nią zebrania. Ezarel był pierwszy. Nadal patrząc na nią jak na pozbawioną zmysłów wariatkę, zerwał się z miejsca, wyminął ją bez słowa i wyszedł z pomieszczenia. Trzasnął drzwiami tak mocno, że Ykhar aż przymknęła powieki, przytłoczona tym, co właśnie zaszło.
     W Sali Kryształu jeszcze długo panowała niezręczna, dusząca cisza. Wszyscy wbijali spojrzenia albo w swoje buty, albo gdzieś w bok, niemal bojąc się na siebie spojrzeć. Nawet Miiko przez jakiś czas nie była w stanie wypowiedzieć ani słowa. Spodziewała się takiej reakcji Ezarela i nie zamierzała wyciągać konsekwencji z jego zachowania, jednak martwiła się, że elf w ogóle nie zechce im pomóc.
     — Czego Folke może od nas chcieć? — spytał cicho Valkyon. Miiko była mu niezwykle wdzięczna, że przerwał tę trującą ciszę. — Mówią o nim, że jest samowystarczalny, że nie potrzebuje nawet zbyt wielu sojuszników, bo niewielu jest głupców, którzy wchodzą mu w drogę.
     — To prawda — przyznał Kero, wciąż lekko zestresowany tym, co się przed chwilą wydarzyło. — Sir Anthohn…
     — Nie używaj tego tytułu — przerwała Miiko. — Jest fałszywy.
     Keroshane zarumienił się lekko, ale po chwili kontynuował:
     — Anthohn Folke bardzo rzadko podróżuje. Zazwyczaj wysyła swoich podwładnych, ale też rzadko. Dlatego nie rozumiem, dlaczego chce nas odwiedzić osobiście. Ostatnim razem był tu… dawno temu, bo jakieś…
     — Przy okazji afery z Wygnańcem — uzupełnił Leiftan.
     — Tak. Ówczesny przywódca, nasz szlachetny Yonuki był wtedy wściekły, zresztą jak głowy wszystkich ważniejszych rodów Eldaryi. Również Yonuki chciał wiedzieć, co kierowało wtedy Folkem i wezwał go na rozmowę. Oczywiście, jak się domyślacie, skończyło się na naganie i wrzaskach, że powinien być ostrożniejszy, ale Folke niewiele sobie z tego zrobił, bo nie musiał. Nikt mu nie zagrażał, nawet wtedy.
    Miiko poczuła, jak wzrasta w niej wzburzenie. Jeszcze wtedy nie należała do Straży, lecz słyszała o historii Wygnańca. Odbiła się szerokim echem w całej krainie i do dziś budziła wiele emocji. Tym bardziej więc drażniło ją, że osoba odpowiedzialna za tak straszną zbrodnię oczekiwała od nich współpracy.
     — Dziś otrzymałam list od Folkego, w którym prosi nas o pomoc — wyznała po chwili, choć spojrzenie miała lekko nieobecne. — Nie zdradził wiele szczegółów i zapowiedział swoją wizytę za około tydzień. Wtedy ma powiedzieć więcej.
     — A ogólnie o co chodzi? — dopytał Leiftan, marszcząc brwi. Miiko znała go dobrze i domyślała się, że przyjaciel dziwił się jej roztargnieniu. Bardzo rzadko trzeba było poganiać kitsune do mówienia.
     Przez chwilę milczała, zastanawiając się nad odpowiedzią. O co chodzi? O coś, czego Miiko nie do końca rozumiała. O coś, co wydawało jej się dziwne, absurdalne i… zbyt mało ważne, by oczekiwać od Kwatery pomocy. Nie rozumiała, dlaczego Folke przejął się taką błahostką na tyle, by osobiście prosić o wsparcie. To wszystko wyglądało źle, bardzo źle, a Miiko już teraz wątpiła w prawdomówność potężnego przywódcy.
     Dlatego nie mogła się powstrzymać, by na zadane przez Leiftana pytanie odpowiedzieć sarkastycznie. Tylko na tyle zasługiwała ta dziwna prośba o pomoc.
     — O znalezienie artefaktu, który nie istnieje.



CIEKAWOSTKI:

Nie będę AŻ TAK wredna i wyjawię wam kilka rzeczy:

#1: Jeśli jakimś cudem nazwisko Anthohn Folke coś wam mówi, to słusznie. A jeśli nie mówi, to podpowiem, że facet został wspomniany w dwóch odcinkach i za każdym razem na końcu, w "dodatkowej" notce: w ROZDZIALE IX [początek 3. strony] i w ROZDZIALE X [pierwsza połowa tej samej strony];
#2: Powód nienawiści Ezarela do Folkego nie jest żadną tajemnicą. Serio.

Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h57)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#86 02-03-2018 o 22h54

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Plan Yogorgena ciekawi jak diabli, a Nevra, z którego wyszedł... Nevra cieszy jak diabli, a wściekły Ez, chociaż ciekawie się o nim czyta, nie dziwi. Już w grze sprawia wrażenie takiego, co to może walnąć jak petarda. Bardzo mi się za to spodobał opis Miiko. Jest taka ludzka, rzeczywista.

Powiem ci, ze od jakiegoś czasu żałuję, ze to opowiadanie to ff bo naprawdę osiągnęłaś poziom powieści, a twoja Eldarya jest tak różna od growej i to pod wszelakimi względami, ze mogłabyś to rozpisać na normalna książkę. I wydać. I zarabiać piniążki. i żuj nie popierdzielać 200 km do pracy tylko być ą-ę autorkę

Offline

#87 03-03-2018 o 09h51

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Jak zawsze się zjawiam, żeby skomentować rozwój wydarzeń... /static/img/forum/smilies/smile.png

Folke - myślę, że to jest najważniejsza postać w tym rozdziale, tym bardziej, że Ezarel reaguje na niego wprost alergicznie i ze szczerą nienawiścią. To, co się wydarzyło, musi mieć naprawdę ogromne znaczenie.
Sprawy na Ziemi również toczą się w ciekawym kierunku. Pozostaje tylko czekać na ich dalszy ciąg /static/img/forum/smilies/smile.png

Jak już Ci wcześniej wspomniałam, fragment dotyczący Eldayri jest naprawdę bardzo, bardzo dobry. Realistyczny. Totalnie prawdziwy. I chociaż pewnie dalej mi w to nie wierzysz, to chapeau bas /static/img/forum/smilies/smile.png Gwarantuję, że za jakiś czas nie będę już miała czego betować /static/img/forum/smilies/wink.png Bo z każdym kolejnym rozdziałem piszesz coraz lepiej /static/img/forum/smilies/smile.png

Czekam na dalszy ciąg. Z niecierpliwością /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#88 04-03-2018 o 15h10

Straż Cienia
Lorelie
Młody rekrut
Lorelie
...
Wiadomości: 26

Korzystam z zaproszenia, dołączam do imprezy.

Przede wszystkim - dokonałaś niemożliwego, bo Twoja Miiko wzbudza autentyczną sympatię. To znaczy, mnie się podoba. Jest kanonowa, a przy tym kompletnie inna; mam niemal wrażenie, że potraktowałaś tę postać poważniej, niż twórcy naszej kochanej novelki.

Jestem świadoma Twojego ogłoszenia, że ten tekst to nie żadne BL, ale kiedy widzę tak szczerą nienawiść, jak ta Eza do pana Folke... Cóż poradzę - shipuję. Czekam na niego z niecierpliwością. Mam nadzieję, że to będzie prawdziwa gnida.

Moją uwagę zwrócił też ogólnie Twój styl pisania - taki słodko-gorzki. Chwilami widzę oczami wyobraźni wszystko, co opisujesz i sprawia mi to ogromną przyjemność, po czym czuję w ustach smak żelaza i mam wrażenie, że Autorka chce pokazać czytelnikom, co tak naprawdę rządzi - mrok, nie żadne czcze marzenia. Nazwałabym to dwubiegunowością literacką i jeżeli jest to świadomy zabieg, to gratuluję, a jeżeli nie, to mam nadzieję, że będziesz go doskonalić.
Grząski grunt, nie powiem. Ale czuję, że warto. Poradziłaś sobie z tak ogromnym rozbudowaniem świata, z tym też dasz radę.

Pozdrawiam. Weny, moja droga. Czekamy na więcej.



Hogwart / Eldarya / fantasy / romans / Ezarel i inni

Offline

#89 04-03-2018 o 23h13

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Jej uwaga, wpadam i ja bo zobaczyłam nowy rozdział!
Powiem szczerze, jak zobaczyłam, że zrobiłaś kawałek z Eldaryi to uśmiechnęłam się jak mała dzidzia z radości :p
Pierwszy raz ujrzałam, jak ktoś pisał o tak wkurzonym ( by nie przeklinać xD ) Ezarelu! Matko święta, co ten koleś zrobił, ominęło mnie coś? Czegoś nie doczytałam, czy to nowy wątek? Muszę się cofnąć by przypomnieć sobie to nazwisko, może się połapię.
Poza tym fajny pomysł z muzyką, przyjemnie się czytało, dodało to odrobinę klimatu /static/img/forum/smilies/smile.png
Nie pozostaje mi nic innego jak  życzyć weny na kolejny rozdział, powodzenia i czekam na więcej :*

Offline

#90 17-03-2018 o 15h22

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 522

Witam serdecznie i bardzo dziękuję za zaproszenie mnie tutaj. Zrobiłaś mi tym już dwa wieczory, a jestem zaledwie po lekturze sześciu rozdziałów, więc z pewnością spędzę miło i ze trzy kolejne (albo jeden i noc xD). I w związku z tym oprę swoją ocenę jedynie o poznany już fragment Twojego opowiadania. Niemniej już czuję, że nie będzie to mój jedyny komentarz w tym wątku. No to lecimy!

Po pierwsze masz u mnie ogromny plus za to, jak bardzo wciągasz czytelnika w wykreowany przez siebie świat, gdy już przeczyta te pierwsze dwa-trzy akapity prologu. Od tego momentu z każdym kolejnym zdaniem, coraz to bardziej pragnie on poznać dalsze losy bohaterów i rozwikłać wszystkie pojawiające się w opowiadaniu tajemnice. A tych z każdym rozdziałem mam wrażenie, że tylko przybywa.
Po drugie kolejny plus za styl i opisy, nawet jeśli nie od razu udało mi się do nich przyzwyczaić. Używasz naprawdę bogatego słownictwa, wspaniale oddajesz mroczny klimat wykreowanego przez siebie i zmagającego się z Nigredo Drognasloe (swoją drogą nie chciałabym w nim mieszkać) i sprawiasz, że opisywane przez Ciebie miejsca i bohaterowie od razu pojawiają się w wyobraźni czytelnika.
Po trzecie i najważniejsze tworzysz wspaniałych bohaterów. Każdy z nich ma zarówno wady, jak i zalety, swój cel oraz własne spojrzenie na świat i pojawiające się na jego drodze problemy. Nie narzucasz też czytelnikowi, którego z nich powinien polubić, a którego znienawidzić, za co kolejny plus. Osobiście na razie najbardziej polubiłam Metztlin (jest naprawdę urocza!), ale wszystko może się jeszcze zmienić, w końcu to dopiero początek dzieła i każda z postaci z pewnością jeszcze się rozwinie i pokaże, na co ją naprawdę stać.

Podsumowując, właśnie zyskałaś kolejną wierną czytelniczkę, która życzy Ci wręcz nieskończonych pokładów weny i jak największej ilości czasu na pisanie (;

PS. Bardzo dziękuję za wskazanie błędów w moim opowiadaniu ^^


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#91 17-03-2018 o 18h54

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 477

Cześć cześć, wpadam z nowym rozdziałem! Cóż, przyznam wprost, że jest dość nudny, bo wyprany z akcji. Miałam tu umieścić jeszcze jedną bardzo ważną rozmowę, ale że to, o tu wrzuciłam zajęło mi koło ośmiu stron, a brakujący fragment zająłby kolejne pięć, to postanowiłam odpuścić i zamieścić go w kolejnej części.
Jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem, a odcinek dedykuję NIEOBECNEJ JUŻ CHYBA Lilith, ponieważ już od dawna prosiła mnie o więcej scen z tymi dwoma bohaterami. Proszę bardzo /static/img/forum/smilies/big_smile.png


              W poprzednim odcinku...

Casper postanawia śledzić Svana, Cathielę i Leavitta, ale szybko ich gubi. Z kolei tamta trójka w ukryciu zastanawia się, co zrobić z Casprem i jak się wyłgać z oskarżenia o knucie przeciwko Yorgorenowi. Na szczęście Svanthor twierdzi, że ma pewien plan. Tymczasem Miiko dostaje list od Anthohna Folkego, w którym informuje, że za tydzień zjawi się w Kwaterze prosząc o pomoc w pewnej barzo delikatnej kwestii. Gdy Ezarel się o tym dowiaduje, wpada w szał i oświadcza, że nie zamierza mu pomagać.


              Rozdział XVII

     Pokój wyglądał jak po przejściu tornada.
     Firanki zostały zdarte z okien, dywan poplamiono woskiem, na podłodze leżały przewrócone krzesła i porozrzucane notatki, w wielu przypadkach rozerwane i zgniecione. Jeden z obrazów niebezpiecznie się przekrzywił, a inny upadł, sprawiając, że szkło pokryło się pajęczynką pęknięć. Pościel rozrzucono, a kilka poduszek rozdarto. Ot, istny chaos i ukazanie całej złości, jaka  pustoszyła właściciela pokoju.
     Ot, zobrazowanie jego stanu ducha.
     Ezarel siedział na skraju łóżka, zakrywając twarz dłonią. Dyszał ciężko, łapiąc oddech po niedawnym ataku szału. Nawet nie pamiętał, jak i kiedy wyszedł z Kryształowej Sali. Nie pamiętał, jak huknął drzwiami i z szaleństwem w oczach zaczął demolować wszystko wokół. Nie pamiętał, jak rozrywał na strzępy zapiski, nad którymi pracował całymi godzinami. Zapewne gdy jedna furia minie, wpadnie w drugą, kiedy zacznie szacować straty. Mimo to był pewien, że zgodziłby się na zniszczenie wszystkich swoich badań i puszczenie laboratorium z dymem, gdyby tylko mogło to zetrzeć Folkego z powierzchni ziemi.
     Nie mógł uwierzyć, że ten drań wciąż go prześladował. Po tylu latach znów się pojawił, znów miał stanąć tuż obok i wlepić w niego swoje bezlitosne, puste oczy. Ez nienawidził go każdą najmniejszą cząstką swojego ciała i wszystko w nim wrzało na samą myśl, że ten wyprany z uczuć potwór stanie w Kwaterze Głównej. W miejscu, które od jakiegoś czasu nazywał drugim domem.
     Jeden już mu zabrał.
     Minęły długie godziny, zanim Ezarel doszedł do siebie. I choć nienawiść nadal zatruwała jego serce, przynajmniej mógł zebrać myśli. Wzbierała w nim niezdrowa chęć wybuchnięcia śmiechem, gdy zaczynał rozważać pomoc Miiko. Zdawał sobie sprawę, że konflikt między nim a Folkem jest kwestią prywatną, a on jako profesjonalista nie mógł mieszać tego z pracą. Zwłaszcza że jego szefowa nie była niczemu winna, tak samo jak reszta Lśniącej Straży. Ale wyobrażenie,  że miałby spojrzeć mu w oczy i w czymkolwiek pomóc… mimo szczerej chęci wsparcia Miiko wprost nie mógł się na to zgodzić. Nie po tym wszystkim.
     Musiał to przemyśleć. Jednak tydzień to bardzo mało czasu.
     Nagle poczuł, że wybuchnie, jeżeli zostanie w tym pokoju choćby chwilę dłużej. Emanowało z niego wszystko, co siedziało w Ezarelu; miał nadzieję, że gdy wyjdzie na zewnątrz, świeże powietrze wykurzy toksyczne emocje.
     Marzenia ściętej głowy.
     Nie zastanawiając się dłużej, wstał z łóżka i wyskoczył z pokoju. Był już w połowie drogi do wyjścia, gdy zdał sobie sprawę, że chyba nie zamknął drzwi na klucz. Mamrocząc pod nosem przekleństwa sprawdził, czy na pewno ma go w kieszeni, po czym gwałtownie się odwrócił. A gdy poczuł, że na kogoś wpadł, złość znowu w nim zakipiała.
     — CZY TY K###A NIE WIDZISZ, JAK LEZIESZ…
     Zalała go fala paniki, gdy tylko zdał sobie sprawę, na kogo właśnie nawrzeszczał. Otworzył usta w niemym przerażeniu, obserwując, jak w oczach dziewczyny błyszczą łzy, a fioletowe plamy na białych włosach smętnie opadają na sam dół. Nim zdążył przeprosić, Metztlin już nie było; choć jej nie widział, w uszach brzmiał mu ledwie wyraźny szloch. Ezarel nie miał pewności, czy rzeczywiście płakała, czy tylko to sobie wyobraził, lecz to nie miało żadnego znaczenia. W końcu Metztlin była ostatnią osobą, którą chciał zranić, zważywszy na jej ostatni stan i podejrzenia o bycie Wieszczem. Nie można było jej narażać na żaden stres, za to należało pilnować jak oczka w głowie.
     W związku z tym wydzieranie się na dziewczynę było wysoce niewskazane.
     — K###A MAĆ! — wrzasnął wściekle. Gniewne echo odbijało się przez chwilę od ścian i kolumn Sali Drzwi, skutecznie wypłaszając tych, którzy byli w pobliżu. Kogo jak kogo, ale szefa Absyntu znali wszyscy i wiedzieli, że lepiej do niego nie podchodzić, gdy coś nie szło po jego myśli.
     A przecież ostatnio nic nie szło po jego myśli.
     Przez chwilę się wahał, czy nie powinien za nią pobiec i przeprosić. Szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu uznając, że był raczej w kiepskim stanie i istniało ryzyko, że znowu bez powodu na nią nakrzyczy. Najpierw musiał odetchnąć. Potem zastanowi się nad resztą.
     Nie myślał o tym gdzie idzie, ale gdy ze zdziwieniem odkrył, że stał pod Przychodnią, ostatecznie uznał, że to dobry pomysł. Przez moment się wahał, bo nie wiedział, czy o tej porze zastanie akurat Eweleïn. Kiedyś znał jej grafik na pamięć, ale to były stare, zamierzchłe czasy, które raczej gorzko wspominał. Mimo to wciąż byli przyjaciółmi, dlatego Ezarel ostrożnie uchylił drzwi, rozglądając się po wnętrzu. Miał to szczęście, że sala główna była niemal pusta; kilka pielęgniarek krążyło tu i tam, a Leïn siedziała przy biurku, starannie coś notując. Gdy tylko usłyszała, że ktoś wszedł, uniosła głowę, przyglądając się badawczo swojemu gościowi.
     — Co ci się stało? — spytała bez ogródek, lekko marszcząc brwi.
     — Nic mi się nie stało — odparował urażonym tonem, choć usilnie próbował brzmieć spokojnie. — Tak tylko wpadłem.
     Ezarel zdawał sobie sprawę, że elfka nie da się nabrać na tak banalne kłamstwo. Była zbyt inteligentna, poza tym za dobrze go znała. Dlatego już po chwili westchnął ciężko i usiadł na skraju jednego z łóżek.
     — Co mam zrobić, żeby przeprosić kobietę? — zapytał zmęczonym tonem, wpatrując się nieobecnym wzrokiem w podłogę. Dopiero gdy nastała długa cisza, podniósł wzrok.
     — Kogo i za co chcesz przepraszać? — spytała podejrzliwie, krzyżując ręce na piersi.
     — Nieważne, nieistotne — wymamrotał. Eweleïn na moment zacisnęła usta w cienką linię, czym pokazała, że tak lakoniczna odpowiedź jej nie zadowoliła.
     — Czyżbyś wyszedł z wprawy w relacjach damsko-męskich?
     Ez wzruszył ramionami, tym samym przyznając przyjaciółce rację.
     — Przypomnij sobie, co robiłeś, kiedy to mnie przepraszałeś…
     — Ale tobie wystarczyło kupić butelkę różanego i było z głowy. Jej wina na pewno nie dam. Nie przejdzie.
     Eweleïn najpierw zbladła, a następnie poczerwieniała ze złości. Już dawno nie słyszała tak paskudnego i nietaktownego komentarza pod jej adresem, a gniewała się tym bardziej, że usłyszała go od kogoś, kto był jej bardzo bliski. Ezarel jednak tak mocno zanurzył się w  swoich myślach, że w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Oparłszy smętnie łokcie na kolanach, podparł brodę na złożonych dłoniach, nadal dumając nad odpowiednim prezentem przeprosinowym.
     — Kwiaty? Czekoladki? — mamrotał niemal znudzonym tonem. — Zaraz, czekoladki lepiej nie — dodał, nagle się prostując. — Może być uczulona. Cholera, ale na kwiaty też mogłaby być, to całkiem częste. Chyba że miś? Nie, zbyt… no nie wiem, nie pasuje. W końcu mam ją tylko przeprosić, a nie zapytać, czy będzie moją walentynką. Szlag… chyba jednak kwiaty. Jakie? Róże? Czerwone róże? Co myślisz? Hej — zawołał, spoglądając na nią spod zmrużonych powiek. — Co ci jest? Źle się czujesz?
     Eweleïn sprawiała wrażenie, jakby chciała czymś w niego rzucić. Mimo to wciąż stała w miejscu, patrząc na niego z mordem w oczach.
     — No serio, co ci jest? — dopytywał, nie za bardzo rozumiejąc, czemu Leïn znowu się na coś obraziła, zamiast normalnie mu pomóc. Wtem do głowy przyszła mu odpowiedź. — Nie mów mi tylko, że jesteś zazdrosna! Leïn — jęknął przeciągle — to nie jest żadna randka albo coś! Nie wymyślaj sobie. Po prostu muszę kogoś przeprosić, bo trochę na tę dziewczynę naskoczyłem i… AUA! ZA CO?!
     Siarczysty policzek wymierzony przez Eweleïn kompletnie go zaskoczył. Co gorsza, za swoje ostatnie pytanie otrzymał kolejny cios, po którym pani medyk odwróciła się na pięcie, pomaszerowała do swojego gabinetu i z hukiem trzasnęła drzwiami. Zszokowany Ez zupełnie zignorował ciekawskie spojrzenia pielęgniarek, nie mogąc zrozumieć, co takiego zrobił. Odtwarzał w pamięci niedawną rozmowę i próbował znaleźć moment, w którym może zachował się nie tak, lub powiedział coś złego, lecz na próżno. Ostatecznie uznał, że wszystko przez wspomnienie o innej kobiecie i bezpodstawną zazdrość elfki. Cóż, na to nic nie mógł poradzić, ale gdy już się uspokoi, koniecznie będzie musiał z nią porozmawiać.
     Jasny c##j, pomyślał strapiony, jeszcze ją muszę  potem przepraszać.
     Tego dnia naprawdę NIC nie szło po jego myśli.
     Kiedy już wyszedł z Przychodni, niczym zombie stanął na środku korytarza, próbując zebrać rozbiegane myśli. Wciąż dręczyła go rozgniewana Leïn, a przecież dużo ważniejsza była Metztlin. Poza tym nadal nie wiedział, jak ją przeprosić. Ostatecznie stanęło na kwiatach, dlatego Ez zastanawiał się, jakie byłyby najodpowiedniejsze. Z róż zrezygnował; były zbyt romantyczne jak na taką okazję. Więc jakie? Ezarel nie miał pojęcia, dlatego pilnie potrzebował pomocy. Tylko kogo? Kto lubi kwiaty? Kto ubiera się w stroje z podobnymi motywami?
     Wiosenny strój, ruda czupryna, królicze uszy. Ykhar, ten mały zając może pomóc!, pomyślał uradowany, natychmiast rzucając się w stronę biblioteki. Gdy wpadł tam z impetem, z rozczarowaniem stwierdził, że w środku siedziało tylko kilku ledwie znanych mu strażników, a gdzieś między półkami kręcił się Kero, który w tym momencie w ogóle nie był mu potrzebny. Ignorując jego strachliwe spojrzenie, zapewne spowodowane ostatnią kłótnią podczas narady, niemal wybiegł z pomieszczenia, rozmyślając nad tym, gdzie ten rudzielec mógł się podziewać. Jeśli nie w bibliotece, to może w Kryształowej Sali. Tam jednak wolał nie wchodzić, bo istniało ryzyko, że spotkałby Miiko, na co nie miał żadnej ochoty. Dlatego Ezarel zdecydował, że przejdzie się po terenach wokół Kwatery. Raz, że świeże powietrze na pewno dobrze mu zrobi, a dwa, że brownie wszędzie było pełno, więc może gdzieś tam ją znajdzie.
     Chociaż ten raz bogowie byli dla niego łaskawi, ponieważ wystarczyło może z pięć minut spaceru, by znalazł Ykhar niedaleko targu. Jak zwykle taszczyła jakieś książki i wypełnioną po brzegi torbę. Nie mając czasu na to, aż się z tym wszystkim pozbiera, raźnym krokiem do niej podszedł i niemal władczo zabrał jej większość ksiąg.
     — Daj, pomogę — mruknął niecierpliwie, nawet nie siląc się na uprzejmość.
     Kiedy pomknął do przodu, zamierzając jak najszybciej odłożyć książki do biblioteki i opowiedzieć o swoim problemie, nie zwrócił uwagi, że Ykhar cały czas stała w miejscu. Gdy wreszcie to zauważył, odwrócił się gwałtownie, czując narastającą irytację.
     — No co? — zapytał, lekko podnosząc głos.
     Brownie uparcie milczała, czerwieniąc się jak piwonia.
     — No… ja… dziękuję za pomoc — wymamrotała, nerwowo podbiegając do elfa.
     — Nie ma sprawy — odparł obojętnie, ruszając do przodu.
     — Mmm… już ci lepiej? — zapytała cichutko i ostrożnie, najpewniej bojąc się jego reakcji. Lekko drżała, nadal przeżywając to, co niedawno zaszło w Kryształowej Sali.
     — Niezupełnie — odparował błyskawicznie.
     — Wiesz, naprawdę jest mi przykro. Domyślam się, jaki to musiał być dla ciebie cios…
     — No musiał, musiał — przerwał niecierpliwie — ale teraz mam inny problem i mam nadzieję, że mi pomożesz.
     Ykhar ochoczo pokiwała głową, wyrażając natychmiastową chęć pomocy. Wyraźnie starała się go pocieszyć i jakoś naprawić wizerunek Lśniącej Straży, która tego dnia tak bardzo go zdenerwowała. W normalnych warunkach Ezarel byłby jej za to nawet wdzięczny, jednak wtedy w ogóle go to nie interesowało.
     — Znasz się na kwiatach?
     — Tak, i to dosyć dobrze — odparła nerwowo. — Znam większość gatunków rosnących w naszych okolicach, mam nawet mały ogródek, w którym kwitną te najpiękniejsze…
     — Świetnie — przerwał Ezarel. — Wiesz może, jakie nadają się na przeprosiny? Kwiaty mają przecież jakieś specjalne zastosowania i konkretne są odpowiednie na dane okazje… a tak się składa, że potrzebuję teraz takiego bukietu…
     — Chcesz przeprosić Miiko? — spytała wyraźnie ucieszona Ykhar.
Nawet czerwień na jej policzkach lekko zelżała, a uszy zwinęły się w rulonik, by po chwili wystrzelić w górę. — To cudownie! Wiesz, ona bardzo się przejęła tym twoim wybuchem. Jak my wszyscy, ale ona zwłaszcza, bo musiała przekazać te złe wieści, poza tym sam wiesz, że jest szefową i to wszystko spoczywa na jej barkach, a wcale nie jest tak twarda, jak większość sądzi — jest taka jak my wszyscy, tylko na wyższym stanowisku, a to przecież presja i…
     — ZARAZ, czekaj, halo, stop! — zawołał Ezarel, gwałtownie się zatrzymując. Pochłonięta swoim monologiem Ykhar o mało co na niego wpadła, przez co ponownie intensywnie się zarumieniła. — O czym ty gadasz?
     Brownie zamrugała powiekami, z niepewną miną spoglądając na elfa.
     — Jak to…? — spytała ostrożnie. — O przeprosinach. Chcesz przeprosić Miiko za to, że tak na nią nawrzeszczałeś, mimo że przecież ten list to nie była jej wina. Prawda?
     — NIE! NIEPRAWDA! — ryknął, coraz bardziej rozdrażniony tym, że dosłownie nikt go dziś nie rozumiał. — Chodzi mi zupełnie o kogoś innego! Miiko nie ma tu nic do rzeczy!
     — Ale przecież… przecież… tak na nią nakrzyczałeś…
     — A ty byś na moim miejscu się nie wściekła?!
     Ykhar najpierw nieco pobladła, potem odłożyła swoją torbę na ziemię, a następnie wyjęła z niej jakąś małą książeczkę. Ezarel nie do końca wiedział, co miało z tego wyniknąć, jednak, nie spodziewając się niczego złego, nadal uważnie ją obserwował, oczekując jakiejkolwiek reakcji.
     Aż w końcu się doczekał.
     — Ty straszliwy głupku! — wrzasnęła,  atakując go cieniutką, ale twardą książeczką. — Ty zadufany palancie! — Kolejne kilka uderzeń. — Czy przestaniesz… wreszcie… udawać… cholerną księżniczkę… i zauważysz… że innym wokół… też może… BYĆ ŹLE?!
     — AUA, Ykhar, wariatko, przesta… PRZESTAŃ! Aua, uspokój się, cholera jasna!
     Zajęczyca wpadła w istny szał: czerwona ze złości okładała Ezarela po każdym urywanym krzyku.
     — Naprawdę nie widzisz… że Miiko… też jest… źle?! Że jest smutna, bo… tak źle… to odebrałeś…?! I NIE ZAMIERZASZ… JEJ PRZEPROSIĆ?!
     Te wrzaski były ostatnimi. Wymęczona Ykhar odrzuciła książeczkę na bok, próbując złapać oddech. A gdy zszokowany Ezarel nie był w stanie wydukać ani słowa, łzawiąca ze złości brownie pozbierała swoje rzeczy, podniosła porozrzucane przez elfa księgi, po czym dumnie go wyminęła i zniknęła we wnętrzu Kwatery.
     Kolejne kwiaty. Ja się zabiję, zapłakał w duchu.
     Jeszcze przez chwilę stał w miejscu, poważnie zastanawiając się nad tym, czy by nie rzucić tego wszystkiego w cholerę. Jednak w końcu przypomniał sobie, że tu przecież nie chodziło o Ykhar, Leïn ani nawet o Miiko, a przede wszystkim o Metztlin. Dlatego koniecznie potrzebował tych kwiatów, choć skoro stanowiły tak duży problem, to może  faktycznie czekoladki byłyby lepsze. Idąc wolnym krokiem w stronę Bramy Głównej, dumał nad odpowiednim prezentem, kiedy gdzieś w pobliżu ogrodu dostrzegł jednego z ogrodników. Natychmiast ruszył ku niemu, mając nadzieję, że chociaż on mu jakoś pomoże.
     — Przepraszam! Zna się pan na kwiatach, nie?
     Mężczyzna z wypłowiałą chustą na głowie i w starych, startych spodniach noszących ślady ziemi i trawy spojrzał na niego dziwnie spod mocno zmarszczonych brwi.
     — Jestem ogrodnikiem.
     — Świetnie. Jakie się nadają na przeprosiny?
     Ogrodnik zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem, drapiąc się po zarośniętym policzku.
     — A dla kogo? Kochanki? Przyjaciółki? Matki? Kumpla? Bo to ważne.
     — Ech… Dla przyjaciółki!
     Być może nie nazwałby jej w ten sposób, ale lepszego pomysłu nie miał. Poza tym chciał się pokazać z jak najlepszej strony.
     — Hmmm… jak tak, to frezje. Albo goździki, bo są neutralne. I za co chcesz je przepraszać? Bo takie frezje, to szacunek. A te drugie, zwłaszcza czerwone, to podziw. No chyba żeś faktycznie spartaczył, to najbezpieczniej begonie.
     — Mhm, begonie — mamrotał lekko zestresowany. — Dobrze, a gdzie takie znajdę?
     Ogrodnik posłał mu jeszcze jedno spojrzenie pełne politowania.
     — U Harissy. W jej kwiaciarni.
     — No tak, jasne, dzięki.
     Na szczęście wspomniana kwiaciarnia była niedaleko, więc już po kilku minutach Ezarel rozglądał się po wypełnionym najróżniejszymi kwiatami sklepiku. Wyczuwał wiele znajomych zapachów, ponieważ niektórych z tych roślin używał do swoich eliksirów. Rzadko jednak korzystał z nich w innych celach.
     W kwiaciarni nie obsługiwała sama Harissa, tylko jej młodszy asystent: niski, chuderlawy chochlik leśny o jasnozielonkawej skórze i poskręcanych brunatnych rogach. Najprawdopodobniej były to jego pierwsze dni pracy, bo gdy zobaczył Ezarela, nieco się przeląkł, o mało co się o coś nie potykając.
     — W… w czym mogę pomóc?
     — Macie…
     Jak się nazywały te kwiaty?
     — …moment… hm, bagonie? Bagienie?
     — Begonie.
     — Możliwe.
     Asystent lekko zmarszczył brwi, a po chwili skinął raźnie głową.
     — To ja poproszę bukiet…
     — Bukiet begonii! Już się robi! Jakiś konkretny kolorek?
     — N-nie wiem… — wyjąkał. — Jeden może biały… albo fioletowy… albo najlepiej taki i taki. Drugi… bogowie miłosierni… nie wiem, błękitny. Trzeci ciemnofioletowy, czwarty w jakichś kolorach wiosny…
     Gdy skończył wyliczać oczekiwał, że zobaczy asystenta biegającego za kwiatami. Ten jednak stał jak wryty, wpatrując się w Ezarela szeroko otwartymi oczami.
     — Cztery bukiety…?
     — No cztery! — warknął, ponosząc głos. — A czy ja niewyraźnie mówię?!
     Spłoszony chochlik zarumienił się intensywnie, wymamrotał przeprosiny i czym prędzej pobiegł do składziku.
     — Tylko na wczoraj je chcę! — burknął, siadając na stojącym obok stoliku. Rozgniewany i nieco zestresowany Ezarel skrzyżował ręce na piersi, zastanawiając się, jak straszliwe zbrodnie musiał w przeszłości popełnić, że teraz los tak okrutnie go karał.

     Już dawno nie czuł czegoś tak dziwnego. Właściwie przecież to nie było nic takiego — ot, zwykłe wypaplanie „przepraszam, nie chciałem na ciebie nakrzyczeć” i wręczenie kwiatów schowanych za plecami. Trzy pozostałe bukiety czekały na swoją kolej w jego pokoju; wolał nawet nie myśleć, jak straszliwie wyglądałby jego żywot, gdyby nie przeprosił dwóch najbardziej wściekłych bab w całej Kwaterze. I Ykhar. Dlatego wolał nie ryzykować i je także przeprosić za swoje zachowanie. Choć w przypadku Eweleïn nadal nie wiedział, co źle zrobił. Lecz rozsądek podpowiadał mu, by tego nie roztrząsać.
     Poza tym najważniejsza była Metztlin, dlatego stał właśnie pod drzwiami jej pokoju, cały czas bojąc się zapukać. Nawet nie miał pewności, że ją zastanie. Być może poszła do przyjaciółki opowiedzieć jej, jaki z niego buc. Być może krząta się gdzieś po lesie, karmi na zewnątrz chowańca, o ile jakiegoś ma, lub cokolwiek innego. Albo cały czas siedzi w pokoju i płacze przez to, że na nią nakrzyczał… Z dwojga złego Ez już wolał jej nie zastać. Mimo to musiał pokazać, że jest prawdziwym mężczyzną i w końcu zapukał.
     Te kilka sekund niepewności było udręką. Właściwie nie wiedział nawet, czemu mu zależało. Nakrzyczał na nią bez powodu, to fakt. Ale ledwie ją znał, a martwił się jedynie dlatego, że jej stan zdrowia nie był ostatnio najlepszy i gdyby Miiko się o tym dowiedziała, zapewne by go zabiła. Jednak kiedy tak stał przed tymi drzwiami, mając nadzieję, że mu otworzy, zdał sobie sprawę, że to nie do końca tylko obowiązek, ale… zwykła chęć szczerej rozmowy z dziewczyną. Szczerych przeprosin.
     Gdy wreszcie mu otworzyła, Ezarela coś ukłuło w serce. Niziutka, szczupła dziewuszka o długich, lekko falowanych, białych jak śnieg włosach patrzyła na niego z bezbrzeżnym lękiem. Fioletowe plamy na głowie co rusz wnosiły się, by wariować, a następnie smętnie opadały na sam dół. To wszystko wyraźnie pokazywało jej zszargane nerwy, jednak najgorsze były czerwone obwódki pod oczami. Płakała, i to przez niego. Czuł się jak palant i koniecznie musiał to naprawić.
     — Cześć, Metztlin — powiedział łagodnie, lekko się uśmiechając. Miał nadzieję, że dzięki temu dziewczyna choć trochę przestanie się bać.
     Nie odpowiedziała. Zamiast tego otarła łzy z kącików oczu, patrząc na niego z lękiem zmieszanym z ciekawością.
     — Przyszedłem cię przeprosić — wyznał, wzdychając cicho.
     Kiedy wyciągał zza pleców bukiet kwiatów, naprawdę się bał, że dziewczyna go odrzuci, wygoni albo stwierdzi, że nie lubi begonii. Albo, co byłoby istną katastrofą, miałaby na nie uczulenie. I tak też zaczął podejrzewać, kiedy policzki Metztlin zapłonęły szkarłatem — nawet nie rumieńcem, tylko intensywną czerwienią. Poza tym znowu zaczęła łzawić.
     — Przepraszam! — zawołał spanikowany. — Nie wiedziałem, jakie kwiaty lubisz… mogę je wyrzucić, a-albo przynieść inne…
     O dziwo Metz w ogóle nie zwróciła uwagi na jego paplaninę. Zamiast tego bez słowa przyjęła kwiaty, z uśmiechem wdychając ich zapach. Wtedy Ezarel zdał sobie sprawę, że chyba nigdy nie widział jej uśmiechniętej.
     — Dziękuję — wymamrotała ledwie słyszalnie.
     — Nie chciałem na ciebie nakrzyczeć. Nie wiedziałem, że to ty tam stałaś. Byłem zły, rozdrażniony… Raz jeszcze przepraszam i chcę, żebyś wiedziała, że naprawdę nie jestem na ciebie zły. Nigdy nie byłem. — Na chwilę zamilkł, zastanawiając się, co powinien zrobić dalej. Niemal automatycznie zerknął najpierw w głąb pokoju, potem na dziewczynę. — Może…
     — Och… przepraszam, proszę…
     Nie wiedział, czy to w ogóle możliwe, ale Metz zrobiła się jeszcze bardziej czerwona.
     Pokój był bardzo schludny i uporządkowany. Wszystko, nawet pojedynczy ołówek, znajdował się na swoim miejscu. Tylko pościel na dużym, wysokim łóżku była rozmierzwiona; zapewne przez to, że Metz na nim leżała, gdy płakała. Na ścianie wisiało pełno rysunków, najprawdopodobniej jej autorstwa, a także kilka napisów i obrazków. Na stoliku, na biurku i na półkach stały wazony z kwiatami, więc Ezarel ucieszył się, że chociaż z tym prezentem trafił. To wszystko wyglądało w miarę wesoło, a jednak w środku panowały ciemne kolory, a zaciągnięte zasłony nie wpuszczały światła dnia.
     Ezarel usiadł na jednym ze stolików, a Metz podeszła do półki z książkami, otworzyła jedną szafkę i wyjęła szklany wazon. Nalała do niego wody z dzbanka, po czym ostrożnie włożyła begonie, raz jeszcze patrząc na nie z uwielbieniem. Następnie wskoczyła na swoje łóżko, nerwowo wygładzając pościel. Oboje nie wiedzieli, co ze sobą począć.
     — Jeszcze raz cię przepraszam — powtórzył w końcu, uważnie ją obserwując. — Pewnie mocno cię wystraszyłem.
     Metz ledwie wyraźnie wzruszyła ramionami, nadal wpatrując się w pościel.
     — Stało się coś złego? — spytała cichutko, jednak po chwili otworzyła szeroko oczy w niemym strachu. — Przepraszam! Pewnie nie powinnam o to pytać, to pańska sprawa…
     Mimo napiętej sytuacji Ez wprost nie mógł się powstrzymać, by nie zachichotać.
     — Już ci kiedyś mówiłem, byś nie nazywała mnie „panem” — oparł wesoło. — Mów mi po imieniu.
     — Ale przecież pan… to znaczy… że jesteś... — Zrozpaczona Metz przymknęła powieki, próbując się opanować. — Do szefa nie wypada mówić po imieniu.
     — W takim razie możesz się uznać za wyjątek. Tak w ramach rekompensaty za mój dzisiejszy wrzask — odparł z uśmiechem. — Poza tym możesz pytać, co się stało — dodał poważniej. — Po prostu do Kwatery niedługo przyjedzie ktoś, kogo szczerze nienawidzę. Kto bardzo skrzywdził moich bliskich.
     Na samą myśl o Folkem coś się w nim zagotowało. Przestało, kiedy napotkał przestraszone i zatroskanie spojrzenie Metztlin.
     — Przykro mi.
     — No — westchnął — mnie też.
     — Wiem, jak to jest. Kogoś stracić.
     — Twoi rodzice…?
     Metz pokiwała delikatnie głową.
     — Mamę zabrał Las. A tatę kilka lat później śmierć.
     Coś mu się w tej wypowiedzi nie zgadzało.
     — Uważasz, że twoja mama może żyć? — spytał żywo zainteresowany. Zdawał sobie sprawę, że chodził po grząskim gruncie, jednak postanowił zaryzykować.
     — Tak czuję. To znaczy… — Mała spuściła głowę. — Wszyscy mi mówili, że popełniła samobójstwo. Chociaż najpierw, że uciekła. Potem, że nie żyje. Na pewno znalazła Las Calaljós, na pewno do niego trafiła. Pewnie wskoczyła do dziury. I tam żyje.
     — Masz na myśli coś jak inny wymiar? Inny świat?
     — Możliwe — przyznała cichutko. — Boję się, że kiedyś sama będę musiała to sprawdzić.
     — Przecież nie musisz, jeśli nie chcesz! — zawołał delikatnie, choć stanowczo.  Wyprostował się na stołku, spoglądając na nią z uporem. — Obiecaliśmy, że ci pomożemy. Ja i cała Lśniąca Straż. Nie damy cię skrzywdzić, Metz. I nie pozwolimy, byś robiła cokolwiek wbrew sobie.
     — Dlatego, że myślicie, że jestem Wieszczem?
     Ezarela dosłownie zatkało. Nigdy nie sądził, że coś takiego padnie z jej ust, choć po chwili uznał, że to nawet nie powinno go dziwić. Rzeczywiście, wcześniej niemal nikt jej nie zauważał. Ez znał ją tylko dlatego, że należała do jego straży, poza tym była naprawdę dobrą alchemiczką. Jednak zawsze cicha, wyobcowana, łatwo znikała w tłumie. I dopiero gdy zachorowała, a Straż wysnuła teorię o Wieszczu, zaczęto się nią interesować.
     Z tej perspektywy wyglądało to wyjątkowo okrutnie.
     — Nie — odpowiedział cicho, choć nie był pewien, czy nie skłamał. — Nie pozwolimy na to, bo jesteś jedną z nas. Jesteśmy tu jak jedna, naprawdę wielka rodzina i nikt tu nie da nikogo skrzywdzić. A po to jest rodzina, po to są przyjaciele, by o siebie dbać.
     — Nie mam rodziny — wyznała cichutko, spoglądając w dół. — Przyjaciół też nie mam żadnych.
     Ezarel poczuł lęk, gdy ujrzał łzy w kącikach jej zielonych oczu. Poza tym zdał sobie sprawę, że rzeczywiście zwykle widywał ją samą. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, bo i nie miał powodu. Lecz jeśli ta dziewczyna nie miała nikogo bliskiego, a wokół niej działy się ostatnio tak straszne rzeczy…
     — Ja mogę nim być. Twoim przyjacielem. Jeśli zechcesz.
     Metztlin otworzyła szeroko oczy, nie przejmując się wpływającymi z nich łzami. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała, a na potwierdzenie Ezarel posłał jej promienny uśmiech, mając nadzieję, że nie wyszedł mu jakiś upiorny grymas. Naprawdę żal mu było tej dziewczyny i może i robił to wszystko z litości, a może po prostu ją polubił. Sam tego nie wiedział, ale nie widział też potrzeby, by się nad tym zastanawiać. Za to szczerze ucieszyło go, gdy zobaczył rosnący uśmiech na jej drobnej, zaczerwienionej twarzyczce.
     Wtedy pomyślał sobie, że może to i dziwne i paradoksalne, ale dla tego jednego uśmiechu warto było na nią nakrzyczeć.


Odpowiedzi na komentarze



Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h58)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#92 17-03-2018 o 19h17

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 845

O mój Bożeeee, to zakończenie, rozpływam się!!! Jakie to urocze aaaaaaaaaaaa
Teraz jak przystało na beznadziejną romantyczkę liczę na to, że Ez zakocha się w Metztlin tak jak ona w nim XD mimo że nie do końca do siebie pasują
Niby w tym rozdziale nie ma akcji, jednak przyjemnie się go czytało. Ani razu nie poczułam uczucia znużenia, tylko czytałam z zaciekawieniem, chciałam wiedzieć czy Ezowi uda się ją przeprosić czy nie. Aż czułam jego frustrację xd
Styl pisania jak zwykle cud i miód.
Pewnie nic nadzwyczajnego - zastanawia mnie, co Folke odwalił.

Tradycyjnie - czekam na więcej /static/img/forum/smilies/big_smile.png
i jak ci już mówiłam - ja jestem na bieżąco. Po prostu nie zawsze mam coś więcej do powiedzenia na temat rozdziału :p

Ostatnio zmieniony przez Fujimen (17-03-2018 o 19h19)

Offline

#93 17-03-2018 o 19h33

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

O trzaskaniu po pysku Ezraela mogłabym czytać całymi godzinami <3
A tak serio to mega przeskok w klimacie w stosunku do poprzedniego odcinka. Ale przyznam, że to dobry pomysł, żeby w ten sposób zbliżyć Ezraela i Metz. Kontrast ich usposobień może tu działać na korzyść. Swoją droga jakoś średnio rozumiem motyw z kupowaniem prezentów na przeprosiny, zawsze pachniało mi to tandetnym przekupstwem, ale to takie już moje widzi misie kolorowe... Tu było to wygodnym sposobem na rozwinięcie akcji i zafundowanie elfowi masażu twarzy. Chociaż aż dziwi czemu nikt nie zauważył, czemu ma czerwoną gębę /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Poza tym dobre rzeczy pozostają takie same, więc nie ma co dalej mędzić. Trzymaj poziom. /static/img/forum/smilies/wink.png


Edit: znalazłam na Internetach i normalnie tak mi pasuje do tego rozdziału, że muszę:
https://www.weekendowo.pl/files/thumbs/entries/1/11258/308940ca8d0d0daade579dc1bcc7ff10.d061ea086d632e02e0bead1d78945cdd.jpg

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (20-03-2018 o 22h03)

Offline

#94 18-03-2018 o 01h20

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 522

Jednak tak bardzo się wciągnęłam, że nie dałam rady rozdzielić sobie tego na kilka dni i nadrobiłam wszystko, korzystając z odrobiny wolnego czasu. Twoje opowiadanie za bardzo wciąga, by odkładać je na później!
No dobrze to skoro znam już akcję wszystkich rozdziałów, to w końcu mogę się porządnie wypowiedzieć.

Pierwsza rzecz, którą zauważyłam to, iż jeszcze poprawiłaś swój styl. Już w pierwszych rozdziałach mnie zachwycił i sądziłam, że nie może być lepiej, bo jest doskonale, a tu proszę! Znalazłaś sposób, by uczynić go nieco lżejszym (przez co znacznie szybciej czyta się kolejne rozdziały), jednocześnie nie tracąc tego czegoś, co czyniło go unikalnym i tak wspaniale oddawało klimat opowiadania. No po prostu bomba!

Druga sprawa: fabuła i ostatni rozdział, bo to o nich chciałam tu coś jeszcze kilka słów naskrobać.
Po pierwsze przeczuwam, że plan Svanthora nie wypali.
Po drugie rozdział XVII oficjalnie staje się moim ulubionym. Zrobiłaś w nim dokładnie to, o co po przejściu kilku pierwszych odcinków gry byłam gotowa błagać Beemoov, by umieściło w fabule: ZDZIELIŁAŚ EZA KSIĄŻKĄ. A dodatkowo wprowadziłaś jeszcze tę akcję ze znaczenie kwiatów. <3 Nawet nie wiesz, jak uwielbiam, gdy jacyś bohaterowie, kiedy już idą w ten klasyk i dają kwiaty na przeprosiny, przynajmniej wpierw zastanawiają się nad ich znaczeniem. Albo chociaż kolorem, a nie kupują pierwsze, co rzuci im się w oczy, czy też idą po najmniejszej linii oporu i wybierają róże. No i ta scena pod koniec, gdy Ez proponuje przyjaźń Metztlin. To było takie słodkie i urocze! <3

Podsumowując nie wiem co mogłabym napisać poza "ucz mnie mistrzyni". (;
Czekam na kolejną część, pozdrawiam i życzę masy weny ^^

Ostatnio zmieniony przez Sofja (18-03-2018 o 01h21)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#95 18-03-2018 o 17h27

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

Chetnie chwilowo zastapie Lilith w zachwytach i podziekowaniach za scene miedzy Ezarelem i Metz, bo sama na to czekalam (choc po cichu).

Twoj Ezarel to w istocie, nieziemski (haha) d...k. Ale jakos go tu nawet lubie. I ciekawi mnie, czy poswiecisz po kilka zdan pozostalym trzem bukietom i przeprosinom, czy raczej  pozostana one w domyslach czytelnikow. Zabieram sie za ponowne odczytanie Twego opowiadanka (powiesci juz wlasciwie...) od poczatku, jednym ciagiem, bo sie odrobine pogubilam w porzadku akcji, zwlaszcza tej ziemskiej.

Pozdrawiam i zycze, jak wszystkim obiecujacym autorkom - mnostwa niekaprysnej weny

Offline

#96 28-03-2018 o 16h08

Straż Cienia
Sharessa
Szeregowiec
Sharessa
...
Wiadomości: 81

Witam /static/img/forum/smilies/smile.png
Dobilam do konca prawie na jednym oddechu - no dobra na wiecej niz jednym, ale z wypiekami i po stwierdzeniu, ze narazie wiecej nie ma pomyslalam OCH NIEE /static/img/forum/smilies/sad.png
Czyta sie bardzo przyjemnie, gdyz tekst napisany jest skladnie, profesjonalnie i niesamowicie gladko. Fabula bardzo wciaga i kolejne rozdzialy sprawiaja, ze coraz bardziej pragnie sie znac dalsza czesc.
Pozdrawiam i zycze weny. Niecierpliwie oczekuje ciagu dalszego gratulujac talentu pisarskiego.

Offline

#97 03-04-2018 o 21h48

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 477

Hej hej! Przybywam do was z kolejnym rozdziałem. Cieszy mnie, że akcja naprawdę posuwa się do przodu i może jeszcze tego nie zauważacie, ale coraz więcej już wiadomo. Także lecimy dalej!
Jak zawsze pięknie dziękuję Amrenie za to, że co jakiś czas zerka na moje teksty! Jesteś wielka!
Miłej lektury!

              W poprzednim odcinku...

Ezarel wciąż nie może się pogodzić z tym, że znienawidzony przez niego Anthohn Folke ma przybyć do Kwatery. Nie panując nad swoim gniewem, niechcący wrzeszczy na Metztlin. Spanikowany próbuje wymyślić sposób, jak ją przeprosić. Na szczęście małą faery nie chowa urazy, a Ezarel z niemałym przerażeniem zdaje sobie sprawę, jak delikatna i niewinna jest ta mała strażniczka Absyntu i rzekoma Wieszczka...

              Rozdział XVIII
              ZIEMIA, DROGNASLOE

     Svanthor miał pewien plan. Prosty, banalny, niemal naiwny i głupi, ale lepszy taki niż żaden. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że coś może pójść nie tak, a oni wszyscy wpadną w niemałe tarapaty. Mimo to chciał zaryzykować; czuł, że to już nie pora na podchody i zabawę w ostrożność. Pragnął wyłożyć karty na stół i albo zwyciężyć, a następnie w spokoju wrócić do szarej egzystencji, albo polec i ostatecznie zakończyć tę nijaką wędrówkę.
     Svanthor miał plan. Jednak nawet w najśmielszych snach nie podejrzewał, że ów pomysł zostanie zniszczony jeszcze zanim na dobre się rozkręci.
     To i tak cud, że skończyło się tylko na rozszarpanym ramieniu i kilku głębszych zadrapaniach. Napastników było trzech: wszyscy zamaskowani i dobrze uzbrojeni. Sądząc po tym, jak sprawnie go otoczyli w jakimś brudnym zaułku, już od dawna musieli go śledzić. Bez słowa rzucili się na niego z nożami, nie dając Svanowi szansy na obronę. Nieźle go poharatali, ale najwyraźniej nie zamierzali zabić, a jedynie nastraszyć. „Nie w########j się nam w drogę” — wyszeptali nad skulonym Svanem, po czym tak po prostu odeszli.
     Nim zdołał się pozbierać, minęło sporo czasu. Wiedział, że powinien spróbować dotrzeć do najbliższego szpitala, ale był zbyt zdenerwowany, by o tym myśleć. Przede wszystkim chciał znaleźć albo Leavitta, albo Pastereczkę, by jak najprędzej opowiedzieć im o tym, co zaszło i ostrzec, że dupki szybko zaczęli działać. Ostrzeżenie było o tyle ważne, że przecież oboje znajdowali się w paszczy lwa. Mimo wszystko nie chciał mieć ich na sumieniu, a istniało poważne ryzyko, że ten cały Casper w końcu dorwie też młódkę i starca.
     W pierwszym odruchu skierował się w stronę parku. Poraniony, kulejący, odziany w brudny, połatany płaszcz wyglądał jak bezdomny, skutecznie odstraszając od siebie przechodniów. To mu było akurat na rękę, a gdyby Pastereczka kręciła się gdzieś w pobliżu, na pewno by go zauważyła. I na to właśnie liczył, zwłaszcza że często ją tam widywał.
     Jakiś czas krążył po alejkach, ale gdy ręka coraz bardziej krwawiła, opadł ciężko na pobliską ławkę. To już nie były żarty, więc uznał, że jak tylko troszkę odpocznie, w końcu jakoś pokuśtyka do szpitala. Po chwili przymknął powieki, próbując nie myśleć o bólu i zastanawiając się nad tym, jak to możliwe, że Casper tak szybko posłał na niego swoich zbirów. Przestał, kiedy zdał sobie sprawę, że ktoś bacznie go obserwował.
     Gdy otworzył oczy, ujrzał przed sobą niską, chuderlawą nastolatkę. Mogła mieć może z piętnaście, szesnaście lat, choć przez jej drobniutką posturę trudno było to ocenić. Miała bardzo długie, proste jak drut blond włosy, szeroką, lekko trójkątną twarzyczkę obsypaną piegami i duże, intensywnie zielone oczy. Dziewczyna przypatrywała się Svanowi z ciekawością, co jakiś czas zerkając na jego krwawiące ramię.
     — Czego? — charknął. — Jesteś pielęgniarką? Jeśli tak, to mi to opatrz. Jeśli nie, to s#######aj.
     Młoda nic nie powiedziała; jedynie zmarszczyła brwi, odwracając głowę w bok. Wypatrywała tam kogoś, choć Svan w ogóle nie był ciekaw, kogo szukała.
     — Czy to nie ten mężczyzna, o którym mi mówiłaś? — zapytała kogoś cichym, wypranym z emocji głosem. Podniósł lekko głowę, spoglądając na tę, do której mówiła dziewuszka. I aż sam się zdziwił, gdy zdał sobie sprawę z ulgi, jaka go zalała.
     — Pierwszy raz się cieszę, że cię widzę, Pastereczko — wydyszał, niemal ześlizgując się z ławki.
     Cathiela stanęła sztywno tuż obok nastolatki, obejmując ją ramieniem. Tego akurat Svan nie rozumiał, choć w pierwszym momencie pomyślał, że te dwie to kochanki. Nawet jeśli by tak było, w ogóle by mu to nie przeszkadzało, chociaż nieco kłuła w oczy różnica wieku. Tak jak podejrzewał, Pastereczka po chwili uśmiechnęła się złośliwie, niemal z radością spoglądając na jego ramię. Normalnie pewnie by go to wkurzyło, jednak wtedy był zbyt zmęczony i obolały, poza tym on sam zgotował jej wcześniej dużo gorsze przedstawienie. Domyślał się więc, że żadna z panienek nie będzie chciała mu pomóc, ale mógł spróbować.
     — Czy twoja kochanka albo nawet ty znacie się na tym? — Svan ledwie dostrzegalnym ruchem głowy wskazał na swoje ramię. — Do szpitala chyba daleko, a mnie jest jakoś ciężko…
     — To moja siostra, kretynie — wysyczała przez zaciśnięte zęby. Mimo to wyraźnie była spięta, a Svan domyślał się, co ją tak zestresowało.
     — Tak, to chyba on — wyszeptał, odpowiadając na niezadane jeszcze pytanie. — Zaatakowali mnie niedawno i kazali się od########ć od ich spraw. Uważaj na siebie, Pastereczko. I na tę swoją siostrę-niesiostrę, bo niespecjalnieście podobne. Leavitta też ostrzeż…
     Cathiela nie powiedziała ani słowa. Zamiast tego ukradkiem spojrzała na młodą i lekko kiwnęła głową. Cokolwiek to znaczyło, blondynka zrozumiała, bo obie podeszły do Svanthora i delikatnie go podniosły. Jęknął cicho, mając nadzieję, że dziewuszka nie nadwyręży rannego ramienia. Na szczęście była bardzo delikatna i jakoś we trójkę zaczęli kuśtykać do szpitala.
     — Jesteś pewien, że to on? — szepnęła Cath.
     — Nie do końca — wysapał. — Wiesz, nie zdążyli mi się przedstawić, tylko od razu z nożami napadli. No ale kto inny, jak nie on?!
     — Ale tak szybko… — mruczała zmartwiona Pastereczka. — Przecież zaledwie wczoraj nas widział. Potem jestem pewna, że nigdzie indziej nie łaził. Tak jak kazałeś, grzecznie wróciliśmy z Leavittem do Yorgorena, chociaż nie widziałam go w Burdelu…
     — W Burdelu?
     — Tak to nazywamy, bo tam faktycznie kiedyś był burdel. Mniejsza. Yorgorena wczoraj cały dzień nigdzie nie było. Casper gdzieś się tam kręcił i nieraz przyłapywałam go na tym, jak się na mnie gapi, ale nic poza tym. Nic na nas nie ma i już prędzej doczepiłby się mnie i Leavitta niż ciebie, bo cię nie zna. Nie wie, kim jesteś i najpierw chyba wypadałoby to sprawdzić, nie?
     — No ale kto inny?! — warknął, przymykając na chwilę powieki. Ramię szarpało go coraz bardziej. — Nikomu innemu na odcisk nie nadepnąłem…
     Nagle urwał, poważnie zastanawiając się nad tym, czy faktycznie nikomu nie zalazł za skórę. Niemal automatycznie pominął Folkego, traktując go jako osobną, wręcz abstrakcyjną historię, jednak przypomniał sobie dwóch zbirów, na których natrafił podczas śledzenia podpalacza. Jeden uciekł, ale drugi coś tam powiedział. Kazał mu szukać Świętoszka: najlepszego handlarza informacjami w okolicy, faceta owianego legendą. Wprawdzie Svan go nie znalazł, ale skoro był tak dobry, to pewnie usłyszał, że ktoś go szukał. Zwłaszcza że podobno miał informację o podpalaczach. Chyba że sam nim maczał w tym palce.
     Niespodziewanie przypomniało mu się coś jeszcze. Pamiętał, jak dowiedział się o pożarze domku Ramlaury, w którym ona i jej synek spłonęli żywcem. Pamiętał, że dotarł na miejsce, kiedy okoliczni próbowali ugasić pożar. Pamiętał też strzępek rozmowy dwóch durnych bab. Mówiły, że w Drognasloe podpalają domy rodzin z demonimi dziećmi i to prawda. Jednak dodały też, że to prawdopodobnie kościelni za to odpowiadali. Podobnież po to, by pozbyć się z miasta diablego nasienia. Svan nie mógł uwierzyć, że tak szybko o tym zapomniał. Czy to możliwe, by bogobojni duchowni byli zdolni do czegoś tak okrutnego? Był pewien, że tak.
     — Ja p######ę — westchnął męczeńsko. —  Co się tu dzieje?



     — Gdzieś ty, do k###y j#####j mać, był?! Od wczoraj cię k###a szukam!
     Yorgoren ze stoickim spokojem otrzepał z kropelek deszczu swoje krótko przystrzyżone  rude włosy, spoglądając kpiąco na przyjaciela. Poprawił jeszcze swój intensywnie niebieski płaszcz, przetarł złote klamry tak, by jak najjaśniej świeciły, po czym wygodnie usadowił się w fotelu, zarzucając nogi na swoje biurko.
     Casper zupełnie nie podzielał jego radości. Wręcz kipiał z gniewu, który podsycany był obojętnością kompana. Zresztą zdawał sobie sprawę, że Yorgoren robił to specjalnie.
     — Pracowałem, Casper. Pracowałem.
     — Jakoś zwykle nie wyściubiasz nosa poza Burdel — wysyczał. — I co to k###a za interesy?
     Yorgoren zdjął nogi z biurka, po czym pochylił się w stronę towarzysza, uważnie mu się przyglądając.
     — Pamiętasz, od czego zaczął się nasz projekt? Dzięki czemu pomyślałem w ogóle, że warto spróbować?
     — Pamiętam.
     — Facet podobno miał tego więcej. Chciałem go znaleźć, ale to nie takie łatwe.
     Casper westchnął, machinalnie odgarniając swoje czarne włosy. Jeśli za chwilę się nie uspokoi, zacznie je sobie wyrywać; zawsze zaczynał je skubać, gdy był zestresowany.
     — A po c##j ci więcej? Masz w zanadrzu jeszcze jakieś inne cudowne projekty?
     Szef energicznie opadł na oparcie krzesła, przez chwilę milcząc.
     — Nie — odparł wreszcie, składając palce obu dłoni w piramidkę. — Ale nigdy nie wiadomo, co się może stać…
     — Weź przestań p######ić — jęknął — bo mamy większy problem. Chyba miałeś rację co do Leavitta. On coś kombinuje.
     Slaemgota wyraźnie cieszyło obserwowanie, jak mina rudzielca rzednie. Na to właśnie liczył: na wywołanie u niego jakichkolwiek emocji, chociażby takich jak wczoraj, kiedy panikował, że ktoś odkryje tajemnice eksperymentu. Teraz Yorgoren był zbyt zadowolony z handlu i zdawał się zapomnieć o dręczącym ich problemie, o którym Casper postanowił mu przypomnieć.
     Rudy  milczał, nerwowo oczekując ciągu dalszego, na co Casper uśmiechnął się kpiąco.
     — Kazałeś mi mieć na niego oko — zaczął w końcu, ostrożnie dobierając słowa. — Poszedłem do jego laboratorium, ale go tam nie było. No to zacząłem go szukać po mieście i znalazłem w parku. Jakiś taki nerwowy  był, czaił się i widocznie na kogoś czekał.
     — Przylazł ktoś? — zapytał Yorgoren podniesionym głosem.
     — Ano przylazł. I to kto! — zakrzyknął, chichocząc. — Dwójka ich była. Jedna to ta zielona brzydota, co ci dzieciaki znosi. Nie znam jej imienia, ale ty chyba ją znasz. A drugi to nie wiem kto to, ale na pewno nie stąd. Dryblas taki, naprawdę ogromny gość w czarnych przydługawych włosach. Pierwsze na oczy go widzę. Śledziłem ich kawałek, ale mi się k###a zgubili w jakichś zasranych, zapomnianych przez Boga uliczkach.
     Rudy wybałuszył oczy, jeszcze bardziej pochylając się do przodu. Tarmosząc kołnierz swojego niebieskiego płaszcza, spoglądał gdzieś w bok, zanurzając się w swoich myślach.
     — Ta zielona to Cathiela — wymamrotał, nadal na niego nie patrząc. — Bezdomna sierota, przygarnąłem ją i jej siostrę dwa lata temu. To ona zniosła tu pierwszego chorego dzieciaka i dzięki temu badania idą szybciej. Ale ona i Leavitt…? Zdradziliby? Nie, coś mi się tu nie klei.
     Casper obojętne wzruszył ramionami, przyglądając się swoim brudnym paznokciom.
     — Dotychczas dobrze się tu spisywała — kontynuował. — Jej siostrę Aenyati cały czas trzymamy pod swoim dachem i to jest wynagrodzenie za jej posługę. W zasadzie młoda ma już koło siedemnastu lat i moglibyśmy ją wziąć na posłańca, ale Cathiela nie chce o tym słyszeć, więc niech jej tam będzie. Ale rzecz w tym — Yorgoren odwrócił głowę, intensywnie patrząc na towarzysza — że ta mała to nasza karta przetargowa. I Cathiela na pewno nie jest taka głupia, żeby spiskować przeciwko mnie, skoro mam obok siebie jej siostrzyczkę.
     Slaemgot podrapał się po głowie, myśląc nad tym, co usłyszał. Do tej pory sądził, że ta trójka to jacyś spiskowcy. Ale teraz, gdy się dowiedział, że mają u siebie małą zakładniczkę, podobnie jak Yorgoren raczej wątpił w jej ewentualną zdradę. Mimo to, po co im te schadzki wyludnionymi uliczkami? I kim był tym dryblas?
     Yorgoren zdawał się czytać Casprowi w myślach.
     — Dalej pilnuj Leavitta — rozkazał stanowczym tonem. — Dowiedz się, co tam kombinują, o ile coś kombinują, i rozpytaj o tego wielkiego.
     — Jaaasne, szefie.
     — Tylko Cas! — Yorgoren wstał, spoglądając na przyjaciela groźnie. — Żadnych numerów, zrozumiano?! Żadnego straszenia ani nic! Na razie nic nie wiemy, a ty masz tylko zebrać informacje. Dotarło?!
     Casper popatrzył na niego buntowniczo, urażony jego oskarżeniami.
     — Nie jestem jakimś j#####m rębaczem.
     Rudy jeszcze przez chwilę mierzył go badawczym spojrzeniem.
     — I dobrze. Jesteś mi potrzebny.

              ELDARYA

     Przeczucie rzadko go zawodziło. A skoro tak, to  Ezarel szczerze wątpił, by następne dni przyniosły jakąkolwiek poprawę.
Dzięki przychylności bogów oraz ogrodnika udało się załagodzić konflikt z trzema wściekłymi babami. Wprawdzie Ykhar wciąż wyglądała na nieco urażoną, a Eweleïn zagroziła, że gdy przyjdzie do niej z bólem zęba, to wyrwie mu go bez znieczulenia, jednak ostatecznie nie poszło tak źle. Czwarty bukiet postanowił zostawić na koniec, a kwiaty wolał podarować na osobności, co sprzyjałoby rozmowie dotyczącej Folkego. W końcu Ezarel musiał określić swoje stanowisko i zdecydować, czy im pomoże, czy też nie. Nie było łatwo, ale im dłużej nad tym myślał i rozważał wszystkie za i przeciw, tym bardziej sądził, że i tak nie zdoła uciec przed tym gnojem. Więc nie pozostawało nic innego, jak tylko się z nim zmierzyć. Dla ogólnego dobra mieszkańców Eldaryi, o ile rzeczywiście o nie chodziło.
     Wiele pomogła mu także rozmowa z Metztlin. Przede wszystkim zdołał jakoś się uspokoić i pozbierać myśli. Ta mała, wiecznie przestraszona faery zadziałała na niego uspokajająco, za co był dziewczynie bardzo wdzięczny. Tym bardziej też cieszyło, że i on jej pomógł: wciąż miał przed oczami ten szeroki uśmiech, gdy zaproponował, że zostanie jej przyjacielem. Swoją drogą, że nie do końca był pewien, czy powiedział to szczerze, czy też z litości; nie miało to większego znaczenia, ponieważ naprawdę chciał jej pomóc, a jeśli Metztlin aż tak zależało na jego obecności, to nie zamierzał tego zaprzepaścić.
     Dlatego postanowił jak najszybciej załatwić wszystkie naglące go sprawy. Najważniejszą była rozmowa z Miiko i resztą Lśniącej Straży, ponieważ z tego, co słyszał, przywódczyni wstrzymała się z wyjaśnieniem szczegółów do czasu, aż Ezarel przedstawi swoje stanowisko. Nie było sensu dłużej czekać.
     — Coś nie tak z kwiatami? Przepraszam… nie wiedziałem, jakie lubisz…
     — Są bardzo ładne. Dziękuję.
     Miiko przyjrzała się bukietowi z delikatnym uśmiechem, wdychając delikatną woń kwiatków. Mimo to cały czas wydawała się ponura i niespokojna, a gdy podniosła głowę, jej spojrzenie stężało.
     — Jesteś tego pewien? Nie zamierzam cię do niczego zmuszać, wiesz o tym.
     Ezarel westchnął cicho, zerkając w dół.
     — Nie, nie jestem. Ale raczej nigdy nie będę, więc po prostu już to zróbmy. Chcę mieć chociaż tę rozmowę z głowy. A potem wizytę Folkego… — Elf skrzywił się paskudnie na samą myśl o tym zwyrodnialcu. — Jak dobrze pójdzie, to może uda mi się mu przywalić w szczękę… Żartowałem — dodał pospiesznie, widząc ostrzegawcze spojrzenie kitsune.
     Miiko odłożyła bukiet na biurko, po czym zbliżyła się do okna, smętnie przez nie wyglądając. Ezarelowi przyszło do głowy, że przyjaciółka wyglądała nawet gorzej od niego: blada, z podkrążonymi oczami i ponurą miną. Zapewne zjadał ją stres związany z tajemniczymi wyładowaniami i niepokojącą chorobą Metztlin. Do tego dochodził jeszcze jeden z najpotężniejszych włodarzy Eldaryi oczekujący od Straży pomocy. To wszystko musiało być dla niej wyjątkowo trudne, a Ezarel poczuł ukłucie wstydu na myśl, że swoim wybuchem gniewu dostarczył jej kolejnych trosk.
     — Co cię tak niepokoi?
     Zdawał sobie sprawę, że to zbyt ogólne pytanie, ale wiedział, że Miiko właściwie je rozszyfruje. Zdziwił się więc, gdy kitsune jedynie zerknęła na niego ze zmęczeniem, po czym bez słowa wyszła z pokoju. Oniemiały elf przez krótką chwilę nie wiedział, co się właściwie stało i co powinien zrobić, lecz nim zdołał zareagować, Miiko wróciła.
     — Jamon zaraz przyprowadzi resztę — oznajmiła, wzdychając lekko. — Chodźmy do Kryształowej Sali.


          33 dzień Trzeciej Hisli zwanej potocznie Prjoją
             Norielath Hari

     Szanowna Miiko, Liderko Straży Eel, Księżniczko Północnych Ziem Jaspisu
     A przede wszystkim: moja dobra przyjaciółko

     Na wstępie pragnę wyrazić nadzieję, że tak samo ty, Pani, jak i twoi dzielni podopieczni jesteście w pełnym zdrowiu, a nad waszymi duszami świeci najjaśniejsze ze słońc. Modlę się o to gorąco i życzę, by ów słońce nigdy nie znikało z waszego horyzontu.
Przyznać jednak muszę, że nie zwracam się do jaśnie Pani tylko po to, by zapytać o Pani szlachetne zdrowie. Otóż, silny w wierze, że nasze ludy związane są solidnym przymierzem, oraz już teraz deklarując, że sowicie się odwdzięczę, pragnę poprosić o pomoc. Przyznaję to wprost, że stanąłem przed problemem, z którym nie mogę poradzić sobie w pojedynkę. Nie znalazłszy nikogo lepiej pasującego, natychmiast postanowiłem się zwrócić o pomoc do Straży Eel.
     O co więc chodzi? O zaginiony, bardzo potężny artefakt. Wiele lat temu poznałem pewną istotę; samotnik to i dziwak, ale o niezwykle pojętnym umyśle. Twierdził, że jest wybitnym alchemikiem posiadającym wiedzę, o której nie śniło się żadnemu z nas. Jak się pewnie domyślasz, miła Pani, nie uwierzyłem mu, lecz mędrzec niejednokrotnie udowodnił, że prawdę mówił o swych niezwykłych umiejętnościach. Zapracował na moje zaufanie i je otrzymał, a ja szybko znalazłem się w kręgu jego najbliższych, dzięki czemu zdradził mi swój największy sekret.
     Mędrzec  twierdził, że potrafił odtworzyć… pewien alchemiczny proces. Co więcej, uważał, że ma wszystkie potrzebne składniki. Aby to udowodnić, ukazał mi samodzielnie wytworzone Śniączki. Zapewne słyszeliście o tych artefaktach, choć już dawno temu włożono je między bajki. Nawet ja tylko raz w życiu byłem w posiadaniu Śniączki, na dodatek wyjątkowo słabej. Ta jednak była doskonała i naprawdę potężna. Mędrzec twierdził, że to dopiero początek jego możliwości, a ja mu wierzyłem.
     Alchemik otrzymał ode mnie wszystko, czego tylko zapragnął, z ochroną na czele. Mimo to zawiodłem: starzec zaginął, zabierając ze sobą swoje Śniączki, przepis na wspomniany proces i potrzebne do niego składniki. Jesteś wyjątkowo mądra, o Pani, dlatego nie wątpię, że zdaje sobie Pani sprawę z powagi sytuacji: jeśli mędrzec rzeczywiście był w posiadaniu tych składników i ktoś je skradł, to możne oznaczać prawdziwą tragedię. Przyznaję się, że to wyłącznie moja wina i zrozumiem, jeśli Pani odmówi mi pomocy, jednak, jak wspomniałem, to może przynieść opłakane skutki.
     Szanowna Pani, zdaję sobie sprawę, że treść listu jest bardzo ogólnikowa i pozbawiona najważniejszych szczegółów. Zrobiłem to specjalnie, ponieważ sama Pani wie, w jak niebezpiecznych czasach żyjemy. Z obawy, że wiadomość mogłaby zostać przejęta, pozwoliłem sobie wyjaśnić tylko najważniejsze kwestie, które ewentualnemu wrogowi na nic by się zdały bez odpowiednich szczegółów. Znam je wszystkie i pragnę się z Panią nimi podzielić. Osobiście. Jeśli tylko bogowie będą łaskawi, powinienem dotrzeć do Kwatery za około tydzień. Zapewne sama Pani rozumie, że o czymś tak ważnym musimy porozmawiać osobiście. Przyjaciele winni sobie pomagać, a, jak wspomniałem, jak tylko uda się odnaleźć mego mędrca, zrobię wszystko, co w mojej mocy, by spłacić ten ogromny dług. A sama Pani wie, że potrafię i mogę bardzo wiele.
     Nie mając nic więcej do dodania wierzę, że zechce mi Pani pomóc. Proszę o przygotowanie kwater dla siedmiu osób; ewentualne opóźnienie przewiduję na około dzień lub półtora, lecz nie więcej. Chcę jak najszybciej rozwiązać ten problem i zrobię wszystko, co tylko mogę, by tego dokonać.
     Z wyrazami najszczerszego szacunku,

          Anthohn Folke
          Wielki Książę Norielath Hari


     Kitsune bawiła się zgniecionym listem od Anthohna Folkego, z napięciem czekając na reakcję. Po tym, jak odczytała tę krótką, dość tajemniczą wiadomość, w całej Sali zaległa surowa, trudna do zniesienia cisza.
     — Zapomniało mu się na końcu dopisać „Samozwańczy”. Co za pech — wysyczał w końcu Ezarel, zaciskając pięści.
     — Ten list jest bez sensu — wyznał bez ogródek Valkyon, a elf gorliwie pokiwał głową na znak zgody.
     — Dobrze zrozumiałem? — odezwał się powoli Leiftan. — Jakiś leśny alchemik zaginął, a wraz z nim jego Śniączki?
     — I o to tyle szumu? — dziwił się Nevra. — To jest serio dziwne…
     — Tak samo jak to, że ktokolwiek wytworzył jeszcze Śniączki — zauważyła Ykhar. — Tak jak wspomniano, te artefakty już dawno włożono miedzy bajki; ostatni widziano jakieś dwieście lat temu. — Nagle brownie rozejrzała się po towarzyszach, czerwieniąc się lekko. — Nie wiem, czy o tym opowiadać, czy może wiecie coś o nich…
     — Opowiadaj — poleciła Miiko.
Ykhar odchrząknęła, nabrała powietrza i kontynuowała:
     — Więc… ostatnie widziano bardzo dawno temu, choć wiele źródeł podaje, że jeszcze przed półwieczem te artefakty były bardzo popularne. Łatwo się je wytwarzało, bo wymagały tylko jednego z trzech mitycznych składników alchemicznych, dlatego nie stanowiły rzadkości. Najczęściej używały ich stare znachorki czy nadworni magowie…
     — Ale jak działały? — zainteresował się Valkyon.
     — Najczęściej używano ich do zwalczania bezsenności albo wyganiania koszmarów. Tak działały te powszechne, ale dało się podobno stworzyć nawet takie, które tak jakby… hmmm… wyciągają sen na zewnątrz. Można było dosłownie dotknąć… substancji snu. Ale to tylko plotki, bo o czymś podobnym nie wspominają żadne zaufane źródła.
     Ezarel przysłuchiwał się temu wszystkiemu z narastającą ciekawością. Zaintrygowany zagadką z listu niemal zapomniał, kto był jego autorem. Zwłaszcza że prawie rozwiązał tę tajemnicę.
     — Użył słowa „proces” — mamrotał, patrząc nieobecnym wzrokiem gdzieś w dal. — Zrobił to specjalnie. Wiem, o co mu chodzi, zwłaszcza że to się łączy ze Śniączkami i trzema składnikami alchemicznymi, o których wspominała Ykhar.
     Elf czuł na sobie zainteresowane spojrzenia całej Lśniącej Straży, jednak nic sobie z tego nie robił. Cały czas milczał, analizując w głowie to, co usłyszał oraz to, co sam pamiętał o tajemniczym procesie. Podobnie jak w przypadku Śniączek, te historie traktowano jak zwykłe opowiastki na dobranoc, ale dla każdego alchemika była to swoista świętość. Choć tak bardzo nierzeczywista.
     A jeśli miał w zasięgu ręki prawdziwą legendę? Ta myśl napawała go ogromną ekscytacją.
     — Słyszeliście o kamieniu filozoficznym? — mruknął, nadal na nich nie patrząc. Nie czekając na reakcję, niemal od razu kontynuował: — Krótko mówiąc, to eliksir życia: płynne, życiodajne złoto, nad którym alchemicy pracują od setek lat. Nadal bez skutku, ale mimo to udało się odkryć chociaż jedno. Mianowicie kamień filozoficzny można stworzyć tylko podczas Procesu Przemiany. Nie ma na to innego sposobu. I to ten proces ta p#######na k###a miała na myśli.
     Nie mógł się powstrzymać, by tak nie nazwać Folkego. Mimo to opowiadanie o Procesie Przemiany tak go zaabsorbowało, że nie czuł nawet złości na myśl o władcy Norielath Hari.
     — Proces Przemiany składa się z trzech etapów, a dokładniej ze stworzenia trzech najważniejszych alchemicznych składników: nigredo, albedo i rubedo. Wtedy zaczyna się z nimi zabawa duchowa, medytacje i inne takie bzdury. Tylko że wytworzenie ich graniczy z cudem, dlatego nawet głupia Śniączka była wyczynem, bo mimo wszystko wymagała jednego z tych trzech składników, a konkretniej samego albedo. A więc… — Ezarel zamyślił się na moment. — Jeśli ta k###a nie kłamie i naprawdę zna alchemika, który potrafi wytworzyć potężne Śniączki, to znaczy, że potrafi też wytworzyć albedo. I teraz został porwany… to faktycznie może być jakiś problem.
     W Sali Kryształu zaległa cisza. Dla większości zebranych to, o czym opowiadał Ezarel, było kompletną nowością, dlatego nie za bardzo wiedzieli, co mogli na ten temat powiedzieć. Miiko powoli dochodziła do wniosku, że być może ta sprawa była rzeczywiście dużo poważniejsza niż myślała, choć Folke jednocześnie wykazał się wyjątkową nieostrożnością, tracąc kogoś takiego z oczu. A Ezarel…
     Ezarel westchnął ciężko myśląc, że teraz nie ma wyjścia i musi pomóc temu draniowi. Na pewno nie dla niego, ale dla samego siebie: ciekawość rozniosłaby go od środka, gdyby odrzucił możliwość zbadania Śniączek. A skoro przebadałby artefakt, może dotarłby też do samych składników, między innymi do albedo. Jakby się udało, mógłby spróbować odkryć pozostałe dwa.
     Nie był jednak zachłannym głupcem i zdawał sobie sprawę, że to nie tylko jest trudne, ale niebezpieczne. Albedo stanowiło najmniejsze zagrożenie, dlatego wielu alchemików próbowało z nim eksperymentować. Rubedo to znacznie bardziej skomplikowany proces, ponieważ w dużej mierze opierał się na siłach duchowych.
     Ostatni składnik stanowił największą zagadkę. To on rozpoczynał proces i to na nim poległo większość uczonych. Nazywano go fazą czerni, strefą chaosu.
     Tak… Nigredo było najgorsze.


Odpowiedzi na komentarze



Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h59)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#98 03-04-2018 o 22h17

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Powiem ci szczerze, że ociupinię przypomina mi teraz fabuła grę "dreamfall" (swoją drogą polecam)stanowiacą rozwinięcie "The Longest Journery" gdzie też naukowcy z części magicznej i naukowej podzielonego świata badali pewien ewenement. W każdym razie mamy pierwsze, duże nawiązanie. Robi się smakowicie.

Biedny osiłek wpakowała się w nie wiadomo co. Pytanie tylko czy podpalacze to tylko szaleni okrutnicy czy też wiedzą o nigredo, o tym jak bardzo jest groźne i chcą je zniszczyć? Och jak ja lubie dające paranoje watki.Utrzymuję swoje zdanie: opek nadaje się na książkę. Ze względu na zalążek w Eldaryi wydany być nie może, ale zachowaj sobie motywy i przerób. To naprawdę kawał smakowitego fantasy.

Offline

#99 03-04-2018 o 22h19

Straż Cienia
EveIynn
Patrolowiec Straży
EvelynnChan
...
Wiadomości: 5 974

Faaaaaakt, zwykle piszę ci moją opinię na priv, ale dzisiaj zrobię wyjątek <3
Zaczynając od pierwszych kwestii, mogę powiedzieć że niemal udało mi się wyobrazić sobie Svana okładanego pięściami czy atakowanego nożami przez tych typów, a potem ciężko dyszącego na ziemi ubrudzonej krwią. Nie ukrywając - Bardzo lubię Svana, lubię jego charakter, jego postać, determinację i bezpośredniość.
,,— Czego? — charknął. — Jesteś pielęgniarką? Jeśli tak, to mi to opatrz. Jeśli nie, to s#######aj.'' - No mistrz no XDDD.

Ayenati!!! Kurcze, nie spodziewałam się, że ta malutka dziewczynka ma już tyle lat! Wyobrażałam ją sobie jako taką małą i bezbronną, a to już prawie dorosła kobieta! No normalnie jak ja XDD

Nie będę może wspominać o kim pomyślałam, gdy przeczytałam ,,Rudy''. Czy ty coś piszesz z myślą o mnie?
Nie no, ja wiem, rudych jest wiele, ale to ten jeden siedzi w mojej głowie /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Yorg... Yorg mnie ciekawi, Casper tym bardziej, ale coś mi się nie wydaje, że to taka potulna owieczka i będzie tańczył jak mu Rudy zagra.
Wydarzenia w Eldce... Myślący i skupiony Ezarel to wydarzenie godne zapisania w kalendarzu, lub co najmniej w księdze Guinessa. Haha, brawo Elfiku  <3

Czuję, że wkrótce oba światy wreszcie znajdą się na prostej drodze do zetknięcia się, o rany, pisz kobietko ty moja, pisz i niech klawiatura płonie!

KAMIEŃ FILOZOFICZNY, HALO, JA TO ZNAM.

Podoba mi się wszystko. Wszystko mnie ciekawi, a fakt że znam fabułę nic nie znaczy w tym momencie, bo co to jest 5 stron opisu opowiadania, a sama historia?
Jestem coraz bardziej zaintrygowana i z każdym opowiadaniem wkręcam się coraz bardziej <3 Moje kochanie, tak pięknie się rozwija to opowiadanie! Jestem z cienie dumna, ale to wiesz!
Mam nadzieję, że i mnie coś w końcu kopnie i zacznę pisać coś swojego!
Nie bierz ze mnie przykładu! Pisz, pisz <3 Powodzenia kochanie, czekam ja więcej <3


HeavenHeaven
https://i.imgur.com/8XMybYr.png

Offline

#100 05-04-2018 o 17h09

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

No i co ja mam Ci jeszcze tutaj pisać? Błędów żadnych się nie przyczepię - z wiadomych względów /static/img/forum/smilies/smile.png

A odnośnie fabuły... Każdy rozdział pochłaniam już przy betowaniu. I na każdy kolejny czekam z niecierpliwością.
Historia zmierza w naprawdę dobrym kierunku, postaci są fantastyczne i w ogóle wszystko jest MNIAM.
Już kiedyś Ci wspominałam, że powinnaś coś wydać, bo piszesz naprawdę dobrze (ale mnie się nie słucha, bo co ja tam wiedzieć mogę, co nie? /static/img/forum/smilies/wink.png )

W każdym razie Kamień Filozoficzny, Ezarel i Folke stanowią trio, które na pewno wniesie bardzo dużo do fabuły. Swoją drogą podoba mi się Twoja kreacja Ezarela - choć tak jak zawsze bywa dupkiem /static/img/forum/smilies/smile.png No i Svan. Jego też uwielbiam.
Chyba wszystkich uwielbiam /static/img/forum/smilies/big_smile.png Mam jakiś problem ze sobą...


Co mam powiedzieć - czekam na kolejny bardzo dobry rozdział /static/img/forum/smilies/smile.png
Powodzenia! /static/img/forum/smilies/wink.png

Offline

Strony : 1 2 3 4 5 6 ... 8