Forum

Strony : 1 ... 3 4 5 6 7 8

#101 07-04-2018 o 13h39

Straż Cienia
Sharessa
Szeregowiec
Sharessa
...
Wiadomości: 81

Hej hej /static/img/forum/smilies/smile.png Jestem i zostane, bo twoja tworczosc wciaga jak chodzenie po bagnach hihi.
Rozdzial super i w pelni zgadzam sie z opinia kolezanki wyzej (na marginesie dodam, ze tez ma dziewczyna talent  /static/img/forum/smilies/tongue.png )
Pozdrawiam serdecznie i czekam na ciag dalszy

Offline

#102 19-04-2018 o 18h11

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Hej hej dawno mnie nie było tak więc wpadam byś nie myślała że zapomniałam :p
A więc tak, przeczytałam i powiem że jestem zachwycona że pojawiło się więcej Eldaryi, co prawda część z ziemi, też nie jest zła, ale twoja wersja Eza tak poprawia mi humor, miło się czyta jego wypowiedzi.
Swoją drogą zaintrygowały mnie te Artefakty, a zwłaszcza  kamień filozoficzny, ktoś tu lubi Harrego Potera :p
No nic, błędów nie widzę, bo ja nigdy ich nie widzę xD
Tekst wygląda, ładnie i jest przejrzysty. A moja ciekawość co do kolejnego rozdziału wzrosła po naszej rozmowie, tak więc nie umiem sie już doczekać!
Życzę ci weny, czasu oraz niesamowicie dużo weny do pisania, całuski i do następnego :*

Offline

#103 25-04-2018 o 19h27

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć cześć! Wpadam z nowym rozdziałem - zauważcie i doceńcie, że w kwietniu to już drugi wpis /static/img/forum/smilies/big_smile.png Jak na mnie to szaleńcze tempo. Ten rozdział znacznie nudniejszy, ale i takie czasem muszą się zdarzyć, żeby potem konkretniej ruszyć, także cierpliwości.
     Jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem. I TERAZ UWAGA! Sama się sobie dziwię i pluję w brodę, że tego wcześniej nie zrobiłam, ale ta moja wspaniała Amrena też piszę tutaj opowiadanie! I to o Eldaryi. ---> PRZEGENIALNE OPOWIADANIE <--- KLIK. Nie, to nie jest wazelina - wejdźcie i sami sprawdźcie. Proszę, zróbcie to, bo to kawał wspaniałej, a, mam wrażenie, mocno niedocenionej roboty.
     Tyle ode mnie. Życzę miłej lektury!


              W poprzednim odcinku...

     Svanthor zostaje pobity przez nieznanych sprawców. Okaleczonego mężczyznę znajduje Cathiela oraz jej młodsza siostra - Aenyati. Edvarssen jest pewien, że za wszystkim stoi Casper, który przecież niedawno ich śledził. Tymczasem Casper opowiada Yorgorenowi o tym, czego się dowiedział. Dostaje też instrukcje od szefa, by nie krzywdzić ani Cathieli, ani Leavitta, ani Svana, ale mieć ich na oku i zebrać jak najwięcej informacji.
     Ezarel ostatecznie decyduje się pomóc Straży. Z listu od Anthohna Folkego wynika, że artefakty, które zostały skradzione, mają związek z pradawnym Procesem Przemiany, co nie wróży niczego dobrego...



              Rozdział XIX


     Olivier Siva był gniewnym człowiekiem. Od środka wypełniony frustracją i wiecznym niezadowoleniem, kroczył po chichu między ławami Katedry św. Dyzmy w Drognasloe. Z krzywą miną rozglądał się po pomieszczeniu, szukając choćby najmniejszego papierka lub przekrzywionego modlitewnika. Zawsze coś znalazł, a niekiedy nawet potrafił sobie przypomnieć, kto tam siedział, zwłaszcza że wielu wiernych zajmowało stałe miejsca. Gdy więc miał pewność, kto zostawił nieporządek, nieraz podczas spowiedzi dawał dodatkową pokutę. Siva wiedział, że to złe, ale jednocześnie pocieszał się faktem, że był tylko młodym wikarym, przed którym jeszcze wiele nauki.
     A nauka to przecież metoda prób i błędów.
     Do następnej mszy zostały jeszcze dwie godziny, więc wikary miał dość czasu na uporządkowanie tego i owego. Od niedawna wszelkie zadania mniejszej i średniej wagi spadały na niego, ponieważ proboszcz Edeseus Netvor ostatnio cały czas był zajęty. Siva nie narzekał i nie wtykał nosa w nieswoje sprawy — nade wszystko gardził wścibstwem — musiał jednak przyznać, że było to lekko niepokojące.
     Nagle usłyszał ciche, choć stanowcze pukanie. Głuche, jakby czymś stłumione, dobiegające gdzieś z okolic ołtarza. Wikary znajdował się dość blisko, dlatego zdołał je usłyszeć, lecz zanurzeni w modlitwie wierni ani na moment nie podnieśli głów. Siva rozejrzał się ukradkiem, myśląc nad tym, co powinien zrobić. Wiedział, skąd dochodził ten dźwięk: ze strony starego, już od dawna nieużywanego wejścia dla ministrantów. Mimo to wikary powoli ruszył w stronę małych, dobrze ukrytych drzwiczek. Nie zamierzał ich otwierać, jednak na wszelki wypadek wolał pilnować przejścia. Nie miał pojęcia, kto stał po drugiej stronie i póki co nie chciał się tego dowiadywać.
     Wikary próbował nie pokazywać po sobie, że jest zestresowany; wierni mogliby się zaniepokoić albo, co gorsza, zainteresować tym, czego tak pilnował. Mimo to czekał, nasłuchując. Na moment nastała cisza, a później… zaczął wystukiwać rytm. Trzy razy, pięć i dwa.  Minęło może z dziesięć sekund i znowu powtórzył sygnał. Trzy, pięć, dwa.
     Silva doskonale go znał. I zestresował się jeszcze bardziej.
Tak samo zirytowany jak zaniepokojony, rozejrzał się dookoła. Wierni wciąż pokornie pochylali głowy nad złożonymi dłońmi, po chichu mamrocząc modlitwy. Jednak proboszcza, ku niezadowoleniu wikarego, nigdzie nie było. A kiedyś dał młodemu wikaremu wyraźne instrukcje: gdy usłyszy taki sygnał, winien nie reagować, tylko poczekać, aż proboszcz sam otworzy. Zwykle rzeczywiście Netvor krążył gdzieś w pobliżu, przemykając za ołtarzem i wpuszczając do środka swojego zakapturzonego gościa. Sivie nigdy nie udało się dostrzec jego twarzy, choć nie był pewien, czy chciał.
     Od zawsze gardził wścibstwem.
     Pukanie nie ustawało, a proboszcza nigdzie nie było. Co powinien zrobić? Zaczekać? A może wpuścić nieznajomego? Obawiał się, że gdy to zrobi, zostanie zrugany za mieszanie się w nieswoje sprawy. Lecz obcy cały czas pukał, wyraźnie chcąc wejść. Cóż, jeśli ksiądz proboszcz mu ufał, to ja też zaufam, pomyślał wątpliwie, po czym ostrożnie podszedł do drzwi, przykładając do nich ucho.
     — Kto tam…? — zapytał cicho, by nikt poza nieznajomym go nie usłyszał.
     Pukanie momentalnie ustało i przez chwilę nastała głucha cisza. Siva domyślał się, że zaskoczył obcego; pewnie nie jego się spodziewał.
     — Przyszedłem do księdza proboszcza — odpowiedział ktoś gładkim, sztucznie zaniżonym głosem. Siva zmarszczył brwi; coś w tonie tego człowieka sprawiło, że wikary pożałował, że się wtrącił.
     — Jeszcze go nie ma. Nie wiem, kiedy przybędzie.
     — Byliśmy umówieni.
     Jeszcze niedawno wikary był skłonny go wpuścić, ale głos obcego tak go przestraszył, że teraz ani o tym myślał.
     — Proszę zaczekać. Przywołam księdza proboszcza, jak tylko się pojawi…
     — Nie mam dużo czasu. Popełni wikary wielki błąd, jeśli mnie teraz nie wpuści.
     W Sivie zapłonął gniew. Ten gbur śmiał mu grozić! Wysłannikowi boskiemu na terenie kościoła! Czegoś równie karygodnego już dawno nie doświadczył.
     — Niech pan poda swoją godność, a na pewno przekażę ją proboszczowi — odparł najbardziej lodowatym tonem, na jaki było go stać.
     — Nazywają mnie Świętoszkiem — odpowiedział błyskawicznie nieznajomy. — Zapewne młody wikary o mnie słyszał.
     Istotnie, słyszał. I skoro już nabrał pewności, że to on, tym bardziej nie zamierzał go wpuścić.
     — Proszę zaczekać — odpowiedział dumnym, twardym tonem, bez słowa odchodząc od drzwiczek.
Siva odchrząknął, zdjął swoje okulary w grubej, prostokątnej oprawie, przetarł je o sutannę i jeszcze raz rozejrzał się po nawie głównej. Dopiero gdy usłyszał, że pukanie nie ustało, po raz kolejny tego dnia zapłonęła w nim irytacja. Poza tym pomyślał, że dużo lepiej byłoby, gdyby ksiądz proboszcz nie przyjął do siebie tego człowieka. Rozmawiał z nim zaledwie minutę, i to przez zamknięte drzwi, a już mu nie ufał. Jego przełożony też nie powinien.
     Jak na zawołanie, głównym wejściem pędził właśnie mężczyzna w średnim wieku. Niewysoki, całkiem szczupły, o krótko przystrzyżonych ciemnych włosach i pyzatej, opalonej twarzy spoglądał na wikarego z wesołym uśmiechem.
     — Już jestem, już jestem — mamrotał, mijając Sivę. — Musiałem jeszcze tylko wpaść na plebanię po…
     — Księże proboszczu — przerwał wikary, starając się, by jego ton brzmiał stanowczo.
     — Tak, Olivierze? — spytał ze zdziwieniem, stojąc już niemal przy ołtarzu.
     — Jakiś człowiek chce się z księdzem…
     Nie dokończył, ponieważ do jego uszu dotarło znajome pukanie. Ksiądz proboszcz też je usłyszał i natychmiast zrozumiał. Pokiwał głową z lekkim uśmiechem, po czym odwrócił się do Sivy.
     — Będziesz tak dobry i zajmiesz się wszystkim? Daj mi jakieś pół godziny i zaraz do ciebie wracam.
     Niedane było mu nawet odpowiedzieć, ponieważ Netvor niemal natychmiast się odwrócił i raźnym krokiem ruszył w stronę ukrytych drzwiczek. Z pewnością dobrze znał Świętoszka, poza tym Siva zdawał sobie sprawę, że jego przełożony już od jakiegoś czasu coś ukrywał. Dotychczas nie wydawało mu się to podejrzane, ale ten człowiek… niepokoił go. Proboszcz najwyraźniej nie podzielał jego obaw. Niestety.
     Olivier Siva od zawsze gardził wścibstwem. Dlatego usilnie sobie tłumaczył, że to nie jest wpychanie nosa w nieswoje sprawy, tylko zwykła troska o swojego nauczyciela i przyjaciela. Był pewien, że Bóg to zrozumie.
     I oby miał nad nim opiekę.

*

     Hieronim nie za bardzo wiedział, co powiedzieć, choć jakoś specjalnie się nad tym nie zastanawiał. Po prostu obserwował tę przedziwną scenę z lekko pochyloną w bok głową, dumając nad tym, jak mogło do tego dojść. Jednak im bardziej staruszek zdawał sobie sprawę z absurdalności tej sceny, tym bardziej zżerała go ciekawość, co się właściwie stało.
     — Czy to nie jest ta panienka, której szukałeś?
     Jakaś zielonowłosa młódka przetaszczyła rannego Svana w stronę łóżka, niezbyt ostrożnie go na nim układając. Edvarssen jęknął z bólu, łypiąc na nią ponuro, ta jednak nic sobie z tego nie robiła. Zamiast tego zmarszczyła brwi, rozglądając się po ciasnym domku, a gdy spojrzała na Hieronima, ledwie zauważalnie kiwnęła głową na przywitanie.
     — Tak, to ona — wycharczał Svan, opadając ciężko na poduszki.
     — Czy ty jesteś ranny? — spytał beztrosko, wskazując ręką na jego zabandażowane ramię. — Co się stało?
     — Mały wypadek przy pracy — odparła ponuro dziewczyna, nadal sztywno stojąc obok łóżka.
Hieronim pomyślał, że skoro młoda przyprowadziła tutaj osłabionego Svana, to ten nie chciał już jej zabić. A skoro tak, to śmiało mógł ją ugościć.
     — Pani sobie siada — wskazał na stare, drewniane krzesła poustawiane wokół okrągłego stołu zasłanego czerwono-brązową, nieco poplamioną narzutą. — Może herbaty się pani napije?
     — Ekhm…
     — To ja zaparzę.
     — Ja też chcę — charknął Svan.
     — Oczywiście, oczywiście.
     Krążąc po małej, zagraconej kuchni starał się nie rzucać oczy i udawać pochłoniętego parzeniem herbaty. W rzeczywistości próbował podsłuchiwać, chociaż to nie było takie proste: zielona młódka wyglądała na zestresowaną, więc szeptała, a Svan nie miał jeszcze aż tyle sił, by mówić głośniej.
     — …a on? — syknęła dziewczyna. Hieronim nadstawił ucha, ciekaw, co też o nim powiedzą.
     — Jest niegroźny — wymamrotał obojętnie Edvarssen.
     Starzec uśmiechnął się dumnie, interpretując tę odpowiedź jako najwyższy dowód zaufania. Mimo to cały czas czuł na sobie badawcze spojrzenie młódki. Dlatego gdy nagle na nią spojrzał, spłoszona zielonowłosa od razu odwróciła wzrok, a Hieronim pomyślał, że ma z nią teraz całkiem sporo zabawy. Podając herbatę do stołu, specjalnie nie spuszczał z niej wzroku, napawając się jej zakłopotaniem.
     — To kim pani właściwie jest? — spytał, lecz nim młódka choćby zdążyła otworzyć usta, Hieronim kontynuował: — Svanthor opowiadał mi o pani… tak myślę, bo wspominał o zielonowłosej d###ce. Nie chcę pani obrazić — zaznaczył natychmiast — ale zielone kudły się zgadzają, to pewnie o panią chodzi. Ale wpierw wyklinał na panią, a teraz go pani do domu rannego nosi? Jak to tak? I zaraz! — zawołał, przypominając sobie jeszcze o czymś. — I to nie pani wykradła pi#########u rybolowi małą Eileen? Ach, bo jak to pani, to ja chętnie panią wyściskam i jeszcze herbaty doleję! Oczywiście nie pochwalam porwań — Hieronim stanowczo pokiwał głową — ale tak paskudnego c###a to żem ja chyba w całym życiu nie spotkał… Przepraszam najmocniej za wyrażenia, psze pani, ale sama pani rozumie… No i, ma się rozumieć, dla małej Eileen lepiej, że się o nią może zamartwił jakoś czy co… no, ale do domu wpuścił. I to pani ją do domu sprowadziła, prawda to? I to zdrową! A ponoć wszyścieńkie dzieci do domu schorowane wracały! No wie pani: demonie!
     Kiedy Hieronim zamilkł, na moment zapanowała kompletna cisza. Dopiero po chwili Svan ryknął głośnym śmiechem, wpatrując się w otępiałą Cathielę. Dziewczyna rzeczywiście wyglądała na kompletnie skołowaną: wybałuszając oczy na gospodarza, usiadła z wrażenia na krześle, po omacku szukając postawionego w pobliżu kubka.
     — Owszem, to ja zabrałam Eileen — odparła powoli Cathiela, lekko blednąc — ale nie ja ją zwróciłam. Chociaż potem przyszłam do niej upewnić się… upewnić, że na pewno dotarła.
     Edvarssen błyskawicznie przestał się śmiać. Zamiast tego zmarszczył brwi i podciągnął się na kanapie, czemu towarzyszyły ciche jęki.
     — Jak to? Co chciałaś sprawdzić?
     Zielonowłosa wahała się jeszcze chwilę, zanim odpowiedziała.
     — Czy żyje.
     — W sensie — zaczął niepewnie Hieronim — czy ją jeszcze choróbsko nie zeżarło?
     — Nie. Chciałam się upewnić, że w ogóle wróciła, czy to z chorobą, czy bez niej.
     Po tych słowach znowu nastała cisza. Svan i Hieronim popatrzeli na siebie, wyraźnie zaniepokojeni tym wyznaniem.
     — To kim pani właściwie jest? — spytał bez ogródek gospodarz. — Bo pani jakaś dziwna… bez urazy.
     Cathiela siedziała sztywno, wpatrując się gdzieś w dal. Być może myślała nad odpowiedzią, być może wcale nie chciała jej udzielić. Hieronim nie umiał tego rozgryźć, czego bardzo żałował, bo ciekawiła go odpowiedź na zadane pytanie. Także Svanthor przysłuchiwał się tej rozmowie, z lekkim rozbawieniem zerkając to na niego, to na Cath. Jednak dziewczyna, ku rozczarowaniu obu, wstała nagle, spoglądając ze zmęczeniem na Edvarssena.
     — Na razie się nie wychylaj, skoro ktoś próbował cię zabić — mruknęła, kierując się w stronę wyjścia. — Ja też teraz trochę przystopuję, żeby nie dawać im powodów do podejrzeń. Później coś się wymyśli.
     — To zapraszam wtedy na herbatę — zawołał Hieronim.
     Cathiela uśmiechnęła się lekko, wyginając lekko swoją bliznę, a staruszek pomyślał, że wyglądało to naprawdę upiornie. Zresztą, nie tylko to było w niej podejrzane i tajemnicze, ale do podobnych zagadek przywykł dzięki Svanowi. Dlatego nie dziwił się spotkaniu obojga. Poza tym miał silne przeczucie, że ich ścieżki są ze sobą skrzyżowane.


     Zapowiadało się na deszcz. Tegoroczna wiosna nie rozpieszczała pogodą i rzadko kiedy wypuszczała cieplejsze promienie słońca, zwykle zasłaniając je ciężkimi, gnanymi wiatrem chmurami. Cath nawet się cieszyła, że niebo poszarzało, choć gdy zadrżała silniej, zatęskniła za latem.
     Idąc w stronę Burdelu, myślała o przyjacielu Svana. Wprawdzie wzbudził jej sympatię, choć niezaprzeczalnie był też dość… osobliwy. Albo po prostu dziwny. Ale skoro Edvarssen mu ufał…  Zresztą, to dziwiło ją najbardziej: jak to możliwe, że tak okrutny, porywczy człowiek zaprzyjaźnił się z tak miłym, radosnym staruszkiem? Chyba że czegoś jeszcze o nich dwóch nie wiedziała. Zapewne tak właśnie było.
     Cathiela odczuła ulgę, gdy weszła do ciepłego, gwarnego wnętrza. Ogromny hol jak zwykle zapełniony był mniej lub bardziej znanymi postaciami krążącymi we wszystkie strony. Ignorując ich tak samo, jak oni ignorowali ją, skierowała się w stronę swojego pokoju, zamierzając spędzić trochę czasu z Aenyati. Niedługo pewnie znowu przerzucą ją do kolejnego miasta, więc chciała skorzystać z tej chwilowej wolności, poza tym mała zapewne będzie pytać o Svana.
     — Znam tu prawie wszystkich. W końcu taka moja rola. Jak to więc możliwe, że akurat ty zawsze mi umykałaś?
     Zielonowłosa zdrętwiała, gdy usłyszała ten głos. Odkąd tylko Casper ich śledził, Cath czuła na sobie jego spojrzenie. Bała się, że w końcu zacznie temat, albo nawet zapyta wprost o te tajemnicze schadzki, lecz póki co zachowywał dystans. Mimo to Cath w napięciu czekała, aż mężczyzna zaatakuje. No i zaatakował.
     Odwróciła się swobodnie, lustrując Caspra spojrzeniem. Chcąc nie chcąc, musiała przyznać, że był przystojny. Opierając się nonszalancko o ścianę, patrzył na nią z szerokim, zawadiackim uśmieszkiem. Szare oczy błyszczały tajemniczym blaskiem, a czarne włosy związane zostały wysoko w krótką, niedbałą kitkę. Kilka kosmyków sterczało w różne strony, w większości opadając na czoło, co tylko dodawało mu uroku.
     Oczywiście nie mogła dać po sobie znać, że w jakimś sensie się jej podobał. Wobec tego wzruszyła tylko ramionami, nie odzywając się ani słowem.
     — W końcu jestem prawą ręką Yorgorena — mówił dalej pewnym tonem. — Bo ty mnie chyba znasz, co?
     — Znam — odparła zdawkowo.
     — Ale sama przyznaj — Casper oderwał się od ściany, podchodząc bliżej — że taka jednostronna znajomość jest do d###. Uwierz mi, że bardzo zyskuję przy bliższym poznaniu.
     Cas uśmiechnął się szeroko, odsłaniając swoje równe, białe zęby, a Cath z niepokojem zdała sobie sprawę, że był dobrym bajerantem. Mimo to odwzajemniła gest, choć ten był dużo mniej entuzjastyczny.
     — Więc? — zagadnął dziarsko. — Proponuję spacer nad jezioro. Tam jest spokojniej, łatwiej będzie porozmawiać. Będę zaszczycony, jeśli się zgodzisz.
     Cathieli, ku jej własnemu przerażeniu, bardzo podobało się to zaproszenie, a raczej sposób, w jaki to zrobił. Co innego powód, bo ten był jej doskonale znany. Jednak co mogła zrobić? Gdyby odmówiła, wzbudziłaby jego podejrzenia. Udając głupią i niczego nieświadomą, powinna się zgodzić i pozwolić mu uwierzyć, że ma ją w garści.
     — Każdemu pracownikowi proponujesz takie spacerki? — spytała podejrzliwie. Oczywiście zamierzała się zgodzić, ale nie tak szybko. — To trochę musiałeś ich już przebyć.
     Casper zaśmiał się cicho, a Cath nie za bardzo wiedziała, jak to interpretować.
     — Znam tu wszystkich, ale nie wszyscy interesują mnie tak jak ty.
     — A we mnie co takiego wyjątkowego poza szpetotą? — spytała bez ogródek i bez uśmiechu.
     Młody mężczyzna przez chwilę obserwował ją uważnie, zastanawiając się nad właściwą odpowiedzią.
     — Myślę, że siebie nie doceniasz — odparł w końcu. — A skoro tak, to pozwól chociaż, by zrobił to ktoś inny. Chyba nie jestem najgorszym kandydatem.
     Po raz kolejny zaimponował jej swoją odpowiedzią, co tylko wyprowadzało ją z równowagi. Jak to możliwe, że Cath musiała sama sobie przypominać, że to pułapka i powinna zostać czujna? Facet owijał ją sobie wokół palca i strach pomyśleć, co się wydarzy podczas spaceru.
     Była tego bardzo ciekawa. Dlatego tym chętniej się zgodziła.
     — Wspaniale — ucieszył się Casper. — Dzisiaj o szóstej? Czekałbym na ciebie na zewnątrz. Chyba że wolisz jutro. Jednak godzina jeszcze młoda, dlatego pomyślałem, że nie ma co czekać. Sama zdecyduj.
     — Szósta jest w sam raz.
     — Wspaniale — powtórzył, uśmiechając się szarmancko. Miał naprawdę bardzo ładny uśmiech. — W takim razie do zobaczenia.
     Po tych słowach odszedł w swoją stronę, a Cath jeszcze długo stała w miejscu, porażona tym, co się wydarzyło. Przez myśl jej przeszło ostrzeżenie Svanthora, lecz ostatecznie uznała, że Edvarssen i tak nic nie zrobi ze świeżo opatrzonym ramieniem. Leavitta też nie było co niepokoić, zwłaszcza że Yorgoren patrzył mu na ręce.
     Ale co w tym wszystkim było najgorsze? Cathiela. Cathiela tak nagle martwiąca się, że zdradzi sama siebie. Już po tak krótkiej rozmowie zrozumiała, że jeśli tylko Casper zechce, kompletnie ją omami i pozwoli jej uwierzyć, że naprawdę go zainteresowała. Nie mogła zapomnieć o tym, że to pułapka. Jednak…
     Jednak była tylko człowiekiem. Młodą, samotną, oszpeconą kobietą rozpaczliwie pragnącą uwagi, choć sama wstydziła się do tego przyznać. I to ją niepokoiło: że Casper znal jej słabość. I zapewne zamierzał ją wykorzystać.


Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 17h59)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#104 25-04-2018 o 20h24

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Szczerze powiedziawszy zupełnie inaczej wyobrażałam sobie Caspara. Jako nie do końca przystojnego, ale uroczego, z lekkim szaleństwem i przebiegłością wymalowanymi na twarzy. Coś ala to (postać z gry):

https://d1u5p3l4wpay3k.cloudfront.net/pathologic_gamepedia/4/4a/1.png?version=1aa6af7e28ef41a069675daee976cffe


Chociaż znów zrobienie z niego przystojniaka, złego Nevrę (pasuje nawet wyglądem xD) ma swoje plusy, chociaż nie do końca podoba mi się reakcja Cath na niego. Nie, nie tyle jej reakcja, co zakotwiczenie jej w krasomówstwie (te jego teksty nie są powalające) zamiast specyficznym uroku + wciśniętym między wiersze nigdy niezaspokojonym pragnieniu bycia w centrum zainteresowania jakiegoś ślicznolicego egzemplarza płci przeciwnej. Do tego, biorąc, że Cath wkurza się na wszystko i wszystkich, powinna być na siebie zła za tą dziwna, wewnętrzną uległość ;]
Za to reakcja Cath na Hieronimka i na odwrót naturalna i niemal urocza <3. W ogóle dziadzio to mój ulubiony charakter (jak wrzucisz go gdzieś na koniec tego wszystkiego czy to w Eldce czy na Ziemi, jako zgrzybiałego człowieka-rodzynka opowiadającego dzieciarni "straszne  przygody Svana i Cath" będę w niebo wzięta). Do tego świetne wejście z księżulkiem i te jego usprawiedliwianie samego siebie oraz karanie wiernych xD. Cudne Generalnie jestem na tak.

Offline

#105 26-04-2018 o 17h14

Straż Cienia
Sharessa
Szeregowiec
Sharessa
...
Wiadomości: 81

Czekalam niecierpliwie i doczekalam sie /static/img/forum/smilies/smile.png
Super genialne cudo.
Pozdrawiam i czekam na wiecej - bardzo bardzo zaintrygowalo mnie, co zrobi Cas.

Offline

#106 27-04-2018 o 16h33

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Meth, co Ty mi tu za reklamę robisz? O_O Chcesz mnie sprzedać...? (Poza tym, jak już kiedyś wspominałam, "przegenialne" to w moim przypadku dużo za duże słowo /static/img/forum/smilies/tongue.png)

A teraz... Odnośnie Twojego nowego rozdziału.
Kościół, Świętoszek, wikary - wspaniała kreacja /static/img/forum/smilies/smile.png Oby było takich więcej /static/img/forum/smilies/smile.png Ciekawi mnie kim tak naprawdę jest Świętoszek, mam nawet pewne podejrzenia, ale na razie zostawiam je dla siebie.

Svan, Hieronim i Cath - czy muszę po raz kolejny się powtarzać z tym, że budujesz naprawdę dobre postaci? /static/img/forum/smilies/smile.png Scena Hieronim vs Cath - cudowna i zgrabnie opisana. Doskonale widać tutaj jak nieufną istotą jest ta dziewczyna...
No i oczywiście scena z Casprem... Przystojniaczek, błysk w oku i pewnie jeszcze do tego szelmowski uśmiech. Każda samotna i tęskniąca za bliskością dziewczyna pozwoliłaby mu opleść się wokół palca. Cath w głębi serca musi być naprawdę samotna i przeszłość musiała ją bardzo skrzywdzić. Dzięki temu, że z całą pewnością nie należy ona do krystalicznie czystych postaci, a skrywa w sobie całe mnóstwo szarości i czerni - naprawdę ją cenię i lubię. Oby tak dalej.

Ciekawi mnie dalszy ciąg. I to zaplanowane spotkanie z Casprem. Może okazać się ciekawe /static/img/forum/smilies/smile.png

Życzę mnóstwa weny! /static/img/forum/smilies/smile.png I nie martw się - będę pilnowała, żebyś dokończyła pisanie tego opowiadania /static/img/forum/smilies/smile.png


Ach, no i jeszcze jedno... Pamiętam, że na początku ciągle Ci powtarzałam, że w niektórych momentach masz ciężki styl. I wiesz co? Już nie mogę się tego czepiać /static/img/forum/smilies/wink.png
Opowiadanie (albo raczej powieść /static/img/forum/smilies/wink.png ) czyta się z czystą przyjemnością /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#107 04-05-2018 o 21h33

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Witam witam! Przybywam z kolejnym rozdziałem i mam wrażenie, że między tym i ostatnim była dość krótka przerwa. Oby tak dalej xd
Jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem i zachęcam do zajrzenia na jej bloga!
Życzę miłej lektury!


              W poprzednim odcinku...
Cathiela wyprowadza rannego Svanthora ze szpitala i prowadzi go do Hieronima. Starzec wydaje się bardzo zainteresowany nową znajomą, choć niepokoją go jej opowieści dotyczące jej pracy. Natomiast w Burdelu na Cath czeka Casper. Zaprasza ją na przechadzkę, sugerując, że powinni się lepiej poznać. Choć dziewczyna jest pewna, że to pułapka, mimo wszystko się zgadza.


              Rozdział XX


     Obrazy migały jeden po drugim. Wprawdzie znikały dopiero po kilku sekundach, ale były tak niepokojące, poplątane i abstrakcyjne, że mózg nie potrafił ich przetworzyć. Dlatego jak gdyby nigdy nic płynęły wartkim strumieniem, zataczając koło. Koło, z którego nie sposób było się wydostać.
     To wszystko wydawało się takie prawdziwe, choć jednocześnie Metzlin miała poczucie, że to sen. Albo nie poczucie, ale nadzieję. Bała się tego, co ją otaczało, zwłaszcza że coś w tym koszmarze było wyraźnie nie tak. Nie powinna przecież słyszeć żadnych dźwięków, tymczasem gdzieś w oddali ktoś zaczął śpiewać. Nie powinna widzieć kolorów tak wyraźnie, a jednak bez trudu dostrzegała każdy najmniejszy szczegół miejsca, w którym się znalazła. Z czasem ta dokładność i wyrazistość zaczęły ją męczyć, a najgorszy był chór głosów. Albo raczej jednego. Jej głosu. Jednak nim zdołała się skupić na słowach, sceneria zaczęła się zmieniać. Jedna po drugiej, sekunda za sekundą.
     Znowu ktoś zamknął ją w kole. Aż nagle wszystko stanęło w jednym miejscu.
     Zielona dolina. Na jej dnie majaczył jakiś ciemny kształt, lecz nim Metz zdążyła się mu przyjrzeć, ujrzała kolejny obraz. Zakapturzony mężczyzna wybiegający z nędznej drewnianej chatki z drogocennymi łupami. Były niezwykle wartościowe, w to jakimś cudem nawet nie wątpiła. Dalej. Znów dno zielonej doliny. I chór jej głosów szepczący:

               A Brama już powstała;
               Choć jest ich wiele;
               Różne znaczenia, inne czasy;
               Czasy. Czasy. Czasy!
               Niebo sięga do przeszłości;
               Przyszłość dumnie leci w dół;
               A nauka z tego taka:
               Przeszłość jest waszą przyszłością.
               Przeszłość jest waszą przyszłością.


     Upiorne echo dudniło wokół nawet wtedy, kiedy uformowała się kolejna wizja. Dziewczyna nie mogła rozpoznać, co to za miejsce. Spowijał je dym wymieszany z pyłem, a ziemia usłana była nieruchomymi ciałami. Przez ten padół Śmierci, wrzeszcząc obłąkańczo, przebiegał jakiś mężczyzna. Nie widziała jego twarzy, a jedynie krew obficie wyciekającą z otwartej rany przecinającej plecy w poprzek. A potem…
     Potem ujrzała Las Calaljós. Metztlin kluczyła między ogromnymi drzewami, z uwielbieniem patrząc na dziury ziejące u ich podnóża. Wydobywał się z nich wspaniały blask. Tak kuszący. Tak słodki. Napawający Metz nieokiełznanym szczęściem, spokojem i kojącą tęsknotą. Wiedziała, po prostu wiedziała, że na dnie tych dziur znajdzie to, czego od zawsze tak mocno pragnęła…
     Gdy otworzyła oczy, policzki były mokre od łez. Plącząc się w zapoconej koszuli nocnej, próbowała wstać z łóżka, lecz nie miała żadnej władzy nad ciałem. Piszcząc panicznie, rozejrzała się po pokoju, jak gdyby szukała tam jakiejkolwiek pomocy. Metztlin wystraszyła się jeszcze bardziej, gdy zdała sobie sprawę, że za oknem królowała nieprzenikniona czerń, a mimo to wewnątrz było dziwnie jasno; blade, jakby stłumione światło opadało słabo na łóżko, szafę, biurko. Dziewczyna zdrętwiała ze strachu, nie wiedząc, co powinna zrobić: wstać i sprawdzić, co to za blask, dalej leżeć w bezruchu, a może wrzeszczeć i wzywać pomocy? A jeśli ktoś znajdował się w pokoju? Jeśli tak, to gdy Metz wstanie lub się odezwie, obcy mógłby ją skrzywdzić… Jednak co innego mogła zrobić? Wobec tego nabrała powietrza do płuc, po czym z szaleńczo bijącym sercem powoli zaczęła odwracać głowę w stronę połyskującego światła.
     Gdy to zobaczyła, z jej gardła wydobył się paniczny, niemal obłąkańczy wrzask.

     Mimo prawie czwartej nad ranem, w Sali Kryształu było głośno jak w ulu. Wszyscy przekrzykiwali wszystkich, tylko co jakiś czas wrzeszcząc: „dobra, cisza, ustalmy wreszcie cokolwiek!”. Tylko Nevra póki co nie miał nic do powiedzenia oraz biedna Metztlin, skulona w objęciach tak samo spanikowanej Ykhar. Wampir westchnął ciężko; całość wyglądała wręcz irracjonalnie, a on czuł zmęczenie na samą myśl, że bierze w tym udział.
     — Nie wiem, jak to możliwe! — wołała rozdrażniona Miiko. Nienawidziła, kiedy cokolwiek wymykało się spod jej władzy. — Przecież dotychczas mieliśmy wszystko pod…
     — Pod kontrolą? — dokończył ironicznie Ezarel. Choć jego wypowiedź brzmiała prześmiewczo, wyraźnie był wściekły. — Kontrolą nazywasz obce, nieznane nikomu „cosie” porozsiewane po całym mieście?
     — Dotychczas żaden portal nie pojawiał się w pobliżu terenów zamieszkałych — zauważył Valkyon.
     — Nie wiemy, czy to portale — wymamrotał niepewnie Kero.
     — No dobra — zawołał Ezarel, tłumiąc wzbierającą w nim złość — dotychczas pojawiały się poza miastem. A co teraz?! Jeden tych dziwnych zalążków pojawił się nie tylko w mieście, ale w Kwaterze! I to gdzie? W pokoju Metz!
     Mimo faktu, że to właśnie jej dotyczył cały problem, nikt nie zaszczycił Metztlin choćby spojrzeniem, co tylko Nevrę rozdrażniło. Ignorując kłótnię reszty, podszedł do dziewczyny i przy niej kucnął. Wciąż wtulona w pierś Ykhar, nawet go nie zauważyła, a wampir nie miał jej tego za złe. Wobec tego zwrócił się do brownie.
     — Może powinienem przynieść jej gorącej czekolady? Słodycze są dobre na wszystkie smutki.
     Załzawiona Ykhar pokiwała gorliwie głową, a Nevra, ignorując resztę członków Lśniącej Straży, skierował się ku wyjściu. Niestety szybko został dostrzeżony.
     — A ty gdzie się wybierasz? — warknęła Miiko.
     Wtem niespodziewanie wezbrał w nim gniew. Odwrócił się w stronę kitsune, patrząc na nią wojowniczo.
     — Po gorącą czekoladę dla Metz — wyznał bez ogródek. — Bo chyba, k###a mać, nikt z was nie zauważył, że jest roztrzęsiona. A wy, zamiast starać się ją uspokoić, drzecie mordy jak przekupki na targu! Może dajcie jej dojść do głosu, co?! A najpierw jej go przywróćcie, bo chyba wam umknęło, że ona jest przerażona!
     Nie czekając na ich odpowiedź, tak po prostu wyszedł z sali. Wciąż był wzburzony, ale ciche, ciemne korytarze nieco go uspokoiły. Idąc wolnym krokiem w stronę kuchni, rozmyślał nad tym, co się właśnie wydarzyło. Choć nadal był zły na swoją szefową, rozumiał jej roztargnienie: do tej pory tajemnicze wyładowania energii, przez wielu wprost nazywane portalami, pojawiały się za miastem. Natomiast tej nocy, zupełnie niespodziewanie, jeden z nich zabłysnął w pokoju Metztlin i nikt nie umiał tego wytłumaczyć. Jednak Nevrę najbardziej bolało to, że wszyscy uparcie ignorowali tę małą, przerażoną dziewuszkę. Swoje przewrażliwienie i nadmierną opiekuńczość tłumaczył sobie tym, że ma młodszą siostrę, która jest jego oczkiem w głowie. Pewnie dlatego też jako jeden z nielicznych rozumiał, że w tym wszystkim to właśnie niziutka faery z biało-fioletowymi włosami była najważniejsza.
     Rozmyślanie nad całą tą sytuacją tak go zajęło, że nawet nie zauważył, kiedy dotarł do sali z kubkiem gorącej czekolady. Gdy wszedł do środka, znowu zalała go fala gniewu, mimo że sytuacja teoretycznie znacznie się polepszyła. Przede wszystkim nikt już nie krzyczał, a Ezarel klęczał przy wciąż szlochającej Metztlin, coś do niej mówiąc. Pi#######y hipokryta, pomyślał mimo tego, że elf to jego najlepszy przyjaciel. Był pewien, że gdyby nie zwrócił uwagi na roztrzęsioną Metz, Ez nie kiwnąłby nawet palcem, by to jakoś zmienić. Dopiero teraz nagle zaczął odgrywać dobrego wujka i właśnie to niespodziewanie wkurzyło wampira. Jednak uśmiechnął się ciepło, gdy wręczał dziewczynie kubek. Patrzyła na niego swoimi zielonymi, szeroko otwartymi oczami, ledwie zauważalnie kiwając głową w geście podziękowania.
     — A ty Nevra, czy wysłałeś…?
     — Swoich ludzi z patrolów? Oczywiście — uzupełnił ponuro. — Ale nie musiałem tego robić, bo wiem, co znajdą. A raczej czego nie znajdą. Od pojawienia się pierwszego tego czegoś straż jest wyjątkowo wyczulona i także moim strażnikom powtarzam, by zwrócili szczególną uwagę na miejsca, w których to coś wisi. Najbliższe ustrojstwo znajduje się na obrzeżach lasu, a to i tak całkiem daleko. Wszystko jest ogrodzone i pilnowane, dlatego nie wydaje mi się, by chłopaki z patrolu znaleźli cokolwiek innego. Ale w razie czego natychmiast mają mi o tym donosić.
     Wszyscy wokół zamilkli, co oznaczało tylko tyle, że zgadzali się ze spostrzeżeniami wampira. Jedynie Leiftan był dziwnie pobudzony, patrząc z uporem na kitsune. Wyraźnie chciał jej coś przekazać i szefowa także to zauważyła, ponieważ po chwili westchnęła ciężko.
     — Musimy się upewnić — odpowiedziała na nieme pytanie.
     — O czym mówisz? — spytał nieco zaniepokojony Valkyon.
     Nevra chciał zadać to samo pytanie. Niestety, przywódczyni nie odezwała się ani słowem. Zamiast tego spojrzała na Leiftana, kiwając lekko głową. Ten z kolei wolnym krokiem podszedł do Metztlin i przy niej uklęknął. Zapłakana dziewczyna zerknęła na niego lękliwie, lecz gdy zobaczyła jego ciepły uśmiech, nieco się uspokoiła. Wampir zawsze był pod wrażeniem tego, jak ten facet działał na kobiety, zwłaszcza nieśmiałe i zagubione. Mimo to z napięciem obserwował, jak lorialet łagodnym głosem namawia Metz do wstania i odpowiedzenia na kilka pytań. Wtem w Nevrze znowu wezbrał gniew: domyślał się, że Miiko i Leiftan będą maglować biedną dziewczynę i wmawiać jej, że jest Wieszczem.
     — Na pewno nim nie jestem — odpowiedziała białowłosa, kiedy Leiftan delikatnie jej to zasugerował. — Jestem zbyt słaba i nijaka. Nic nie potrafię. Na pewno nie jestem Wieszczem…
     — To nieprawda — odezwał się natychmiast Ezarel. — Nie mów tak o sobie. Mimo młodego wieku jesteś bardzo utalentowaną alchemiczką. Rzadko zdarza mi się szkolić tak duży potencjał, jaki w tobie drzemie. Z takimi umiejętnościami nie możesz mówić o sobie, że nic nie potrafisz.
     Metztlin spuściła głowę, czerwieniejąc jak piwonia, a Nevrze się wydawało, że dostrzegł na jej twarzyczce cień uśmiechu. Wtedy stwierdził, że Ez działał na nią jeszcze lepiej niż Leiftan. A skoro tak, to może chociaż on powstrzyma tę chorą propagandę, pomyślał ponuro.
     — Mimo to fakty są takie — odrzekł spokojnie Leiftan — że Metztlin bardzo negatywnie reaguje na substancję, która pochodzi z tych dziwnych wyładowań. Ona jedyna. Poza tym niedawny incydent w kuchni niepokojąco mocno przypominał wizje Wieszczów. Tajemnicze, niejasne, pełne zagadek — tłumaczył zaciekle, a Nevra pomyślał sobie, że to najlepszy manipulator, jakiego w życiu widział. — Gwoździem do trumny jest ostatni portal, który pojawił się…
     — No z tym gwoździem to przesadziłeś — mruknął Ezarel.
     — …w pokoju Metztlin, chociaż dotychczas żaden z nich nie przekraczał granic miasta — dokończył Leiftan, popisowo ignorując uwagę elfa. — Nigdy nie wierzyłem w przypadki i także to na niego nie wygląda.
     — Wszyscy widzimy, że coś wyraźnie jest tu nie tak — powiedział Valkyon — ale to nadal nie są dowody na to, że Metztlin jest Wieszczem. To jedynie pozwala nam się domyślać, jaka jest prawda, ale nie mamy żadnych potwierdzonych informacji.
     — Nie można przeprowadzić jakichś testów? — spytała z nadzieją Ykhar. — Mnie nic nie przychodzi do głowy, ale chętnie poszukam czegoś w księgach, może uda mi się coś znaleźć… albo jakiś eliksir? — dodała, patrząc z nadzieją na Ezarela.
     — Czy wy myślicie — warknął, podnosząc głos — że na wszystko są jakieś eliksiry?! A ja jestem jakąś maszynką?!
     — Nie, przepraszam, ja przecież nie…
     — Przestań na nią krzyczeć — wysyczała Miiko — i się skup. Jak już to zrobisz, to sobie przypomnisz, że jednak jest taki eliksir.
     — Co?! O czym ty mó… — Ezarel zaciął się na moment. — A. Aitandi — mruknął posępnie. — No tak, teoretycznie jest jeszcze aitandi. No i co?
     Podczas gdy elf nie wyglądał na zainteresowanego tym pomysłem, Leiftan natychmiast zrozumiał, co Miiko chciała przekazać. Jego zielone oczy aż świeciły z ekscytacji, kiedy zaczął niespokojnie krążyć po Kryształowej Sali, patrząc to na kitsune, to na Metztlin.
     — Oczywiście — mruknął jakby do siebie. — Jak mogłem zapomnieć o aitandi? Cóż, nie codziennie objawia nam się Wieszcz, dlatego łatwo było nam zapomnieć, ale teraz…
     — Czy was w ogóle obchodzi ta dziewczyna? Czy tylko jakiś pi#######y Wieszcz?
     Po tych słowach zapadła cisza, co niespodziewanie Nevrę usatysfakcjonowało. Ale nie mógł się powstrzymać, a złość rozsadzała go od środka. Pragnął strzelić Ezarelowi w pysk, by się obudził i przestał patrzeć na Metztlin jak na eksperyment. Chciał nawrzeszczeć na Miiko i rzucić w jej kierunku imponującą wiązankę, dosadnie jej tłumacząc, jak bardzo złą musi być przywódczynią, jeśli na podwładnych patrzy jak na przedmioty. A przede wszystkim zaciskał pięści, usilnie powstrzymując się od pobicia Leiftana. Marzył o tym, by na niego skoczyć i obić tę jego bladą, nieskalaną buźkę, ponieważ to właśnie on najchętniej poświęciłby tę biedną małą tylko po to, by udowodnić swoją rację. Wizja poznania Wieszcza, albo raczej przymusowego wydobycia go z Metz, widocznie napełniała go największą ekscytacją. I nawet wtedy, kiedy wszyscy ucichli z zaskoczeniem patrząc na Nevrę, Leif nie wydawał się ani trochę poruszony.
     — Wiesz co, Leiftan? — wysyczał przez zaciśnięte zęby. — Myślałem, że po tym wszystkim trochę się opanujesz. Z Metztlin też zrobisz taką ofiarę jak kiedyś z Chrome’a?!
     Miał gdzieś, że wszyscy wokół wstrzymali oddechy, gdy o tym wspomniał. Miał gdzieś, że Miiko, gdy tylko wyszła z szoku, zaczęła na niego warczeć, że nie powinien wytykać takich rzeczy. On też tego nie lubił, a stara rana sprzed lat otwierała się na myśl o kapryśnym wilkołaku. Mimo to musiał jakoś ich przebudzić. A nie było lepszego sposobu na wstrząśnięcie Leiftanem niż wzmianka o tym dzieciaku.
     Tak jak się spodziewał, blondyn momentalnie zbladł i odwrócił wzrok. Jednak Nevrze ani trochę nie było go żal.
     — Wybaczcie, ale ktoś k###a musiał o tym wspomnieć — warknął — boście się chyba z chowańcami na mózgi pozamieniali. Nic o Metztlin bez Metztlin. Czy wy możecie, do k###y nędzy, zaprosić ją do tego pi##########o kółeczka adoracji, w którym planujecie jej życie?!
     — Już ją przesłuchaliśmy — odparła lodowato Miiko, na co Nevra tylko prychnął.
     — Ledwie daliście dać jej do słowa.
     — Metztlin — Ezarel popatrzył na dziewczynę intensywnie, uśmiechając się uspokajająco. — Czy jest jeszcze coś, o czym chcesz nam powiedzieć? Poza tym, że gdy się przebudziłaś, zobaczyłaś to coś w twoim pokoju?
     Białowłosa milczała zaskakująco długo. Momentalnie się uspokoiwszy, patrzyła na elfa bez najmniejszego lęku zupełnie tak, jakby nie usłyszała pytania. I kiedy już każdy chciał ją pogonić, Metztlin najspokojniej w świecie odpowiedziała:
     — Nie.

     Poczucie winy rosło w niej niczym tocząca się w dół śnieżna kula. Na początku sama nie rozumiała, dlaczego natychmiast nie pobiegła do Miiko, do Ezarela albo nawet do Nevry i nie powiedziała im o swojej niedawnej wycieczce do najbliższego wyładowania energii. Nie opowiedziała o złowieszczych szeptach, które wtedy usłyszała. No i przede wszystkim nie wspomniała o swoim koszmarze, który wyglądał jak jakaś upiorna wizja.
     Początkowo naprawdę tego nie wiedziała. Lecz kiedy o świcie wierciła się w łóżku, nie mogąc już zasnąć, Metztlin doszła do oszałamiająco prostego wniosku. Nie chciała o tym wszystkim opowiadać, ponieważ panicznie się bała, że rzeczywiście była tym całym Wieszczem. A tak bardzo tego nie chciała…
     Nie wierzyła, że mogła być jakąś wszechpotężną istotą. Od zawsze uchodziła za słabą, nieśmiałą, strachliwą, a taki Wieszcz na pewno znajdowałby się w centrum zainteresowania, nie wspominając nawet o odpowiedzialności, jaka by na nim spoczywała. Nie, to nie ona, z pewnością nie ona. Nie wierzyła w to, nie chciała uwierzyć. A to, że nikt nie słyszał żadnych szeptów dochodzących z portali — strażnicy ich pilnują i gdyby coś wiedzieli, od razu przekazaliby wieści Miiko — i że śniła coś, co przypominało wizje, tylko pogarszało sytuację. Dlatego Metztlin naiwnie miała nadzieję, że przez zatajenie tych informacji nie stanie się żadna szkoda.
     Koło siódmej uznała, że nie wytrzyma dłużej w tym pokoju, więc zerwała się z łóżka, ubrała i zeszła na śniadanie. Mozolnie żując rogaliki, cały czas rozmyślała nad tym, co wydarzyło się ubiegłej nocy. Przejęta snem oraz wizją zostania Wieszczem, dopiero tam, w stołówce, Metztlin przypomniała sobie o czymś jeszcze. Miiko w pewnym momencie zasugerowała, że jest sposób na poznanie prawdy, a Ezarel potwierdził istnienie jakiegoś odpowiedniego eliksiru. Aitandi… nigdy o nim nie słyszała, ale poczuła nagłą potrzebę, by dowiedzieć się wszystkiego na jego temat.
     Tak jak się tego spodziewała, o tej porze w bibliotece świeciły pustki, co bardzo ją ucieszyło. Znalazła najbardziej oddalony od wejścia stolik, wygrzebała kilka starych ksiąg dotyczących elikiroznastwa i zaczęła czytać. Przez moment przeszło jej nawet na myśl, by zajrzeć do Laboratorium, ale wolała nie spotkać Ezarela, poza tym wiedziała, że nie lubił, gdy grzebano w jego prywatnym księgozbiorze. Dlatego stanęło na bibliotece.
     Metztlin domyślała się, że nie tak prędko znajdzie odpowiedni termin, zwłaszcza jeśli był to eliksir służący tylko i wyłącznie do odkrycia w kimś Wieszcza. Na szczęście jakąś godzinę później odszukała właściwą formułkę, lecz niestety niewiele wyjaśniała. Autor wspomniał jedynie, że to napój powodujący przebudzenie sił duchowych pradawnych istot. Jednak większość uznano za wymarłe, dlatego rzadko go używano. Następna definicja wyjaśniała nieco więcej, bo podkreślono, że eliksir wdaje się w reakcję między innymi z demonami, fenghuangami i smokami. W innej księdze Metz wyczytała niemal to samo, z tym że tam wspominano także o Wieszczach i kilku innych nieznanych jej stworzeniach. Dopiero po około dwóch czy trzech godzinach znalazła to, co interesowało ją najbardziej. I co śmiertelnie ją przeraziło.
     Sposób działania aitandi.
     […] bardzo intensywnie działa na wszystkie wysoce magiczne istoty, najczęściej te żyjące zaraz po powstaniu Eldaryi. Eliksir ma za zadanie pobudzenie czegoś, co wielcy uczeni zwykli nazywać Pierwiastkiem. Działanie aitandi porównywali do gorącego wywaru podanego zmarzniętemu podróżnikowi. Reakcja następowała natychmiast, zwykle przez drgawki, wysoką gorączkę i halucynacje. Według starych zapisków zdarzało się, że ktoś, kto niewątpliwie pochodził z rasy wysoce magicznych, umierał po podaniu eliksiru, nie mogąc zwalczyć gorączki. Większości się udawało, a objawy znikały tak nagle, jak się pojawiły. Choć te mogą się od siebie nieco różnić, cała rzecz polega na tym, by wskazana osoba przeżyła eksperyment. WYSOCE NIEWSKAZANE jest podawanie eliksiru, gdy nie ma  pewności, że to potężna magiczna istota. Aitandi podane zwykłemu śmiertelnikowi natychmiast wypala przełyk i inne narządy wewnętrzne, doprowadzając do szybkiego i bardzo bolesnego zgonu.
     Tyle jej wystarczyło. Wpatrując się w tekst szeroko otwartymi, załzawionymi oczami, nie mogła uwierzyć, że chcieli narazić ją na takie niebezpieczeństwo. Tak straszliwie ją bolało, że przywódczyni podeszła do tego pomysłu z całkowitą beztroską, jakby podanie wywaru nie było niczym nadzwyczajnym. Naprawdę za nic miała jej życie? A może Nevra miał rację i już teraz widzieli w niej Wieszcza? Dostrzegali rzekomo potężnego ducha, kompletnie nie przejmując się ciałem?
     Najbardziej jednak raniła obojętność Ezarela. Pamiętała, jak zareagował, kiedy Miiko wspomniała o eliksirze. „A. Aitandi. No i co?”. Przecież był mistrzem eliksirów i na pewno znał działanie tego diabelnego napoju. Mimo to opcja podania go Metztlin nie zrobiła na nim żadnego wrażenia. Obiecał, że będzie moim przyjacielem, myślała, szlochając cicho. Nie potrafiła już powstrzymywać łez, dlatego gwałtownie wstała z krzesła, z hukiem zatrzaskując księgi. Nie przejmowała się ich posprzątaniem ani tym, że gdy bibliotekarka to zobaczy, wpadnie w szał. Była po prostu załamana. Zrozpaczona. Zdradzona przez kogoś, na kim najbardziej jej zależało.
     Ale czego innego się spodziewałaś? Zawsze tak było. Nie liczysz się dla nikogo.
     Niespodziewanie ta myśl ją lekko uspokoiła, ponieważ nie była dla niej niczym nowym, a Metz w tej chwili bardzo potrzebowała choćby szczątkowego powrotu do normy.
     Wystrzeliwszy z biblioteki jak strzała, nawet nie myślała o tym, dokąd powinna pójść. Ze spuszczoną głową ruszyła gdziekolwiek, mając nadzieję, że stanie się niewidzialna i nikt jej nie zauważy, a zwłaszcza wyciekających z oczu łez. Wobec tego serce niemal jej stanęło, gdy się z kimś zderzyła.
     — Ostatnio coś często na siebie wpadamy, zauważyłaś? — zagadnął ktoś wesołym tonem.
     Słysząc ten głos, pękły wszystkie bariery, a Metz rozpłakała się na dobre. Choć akurat przy nim bardzo by chciała zachować twarz.
     — Metztlin… — Twarz Ezarela momentalnie zbladła, gdy zobaczył jej załzawioną, czerwoną buzię. — Co się stało…? Czemu płaczesz?!
     Widząc, jak w jego pięknych, turkusowych oczach błyszczy silny niepokój, niziutka faery miała ochotę posłać mu lekki uśmiech i skłamać, że to nic takiego. Jednak była tak roztrzęsiona tym, czego się niedawno dowiedziała, że nie mogła tego zignorować. I zanim to przemyślała, zanim przeanalizowała to, co właśnie rodziło się w jej głowie, drżącym, dławiącym głosem zadała tylko jedno pytanie. Pytanie, na które bardzo chciała znać odpowiedź.
     — Dlaczego chcesz mnie zabić?


Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h00)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#108 04-05-2018 o 22h49

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Mocna końcówka, takie lubię.

Bardzo podoba mi się rozpisana psychologia Metz, szczególnie ten moment, kiedy myśl, że nic nie znaczy, pocieszyła ją. Prawdziwy i bardzo dobry motyw. Kontrastowy w porównaniu z reakcją Zielonej na podryw, która, moim zdaniem jest nadal nieco nienaturalna (tak, jestem wstrętna i będę przy tym marudzić).

Nevra, Nevra, Nevra. Z jednej strony lublu, tak jak lublu to, ze Leif zapatrzony we swoje ideologie i wstrętny, ale tutaj momentami aż za cacy.

Kuśwa, chcę zobaczyć minę Eza na ten tekst. Normalnie chcę.

Fabularnie męczy, czym to ta Metz właściwie nie jest i co jej zrobi ten zły pan co ma przyjechać (bo przypuszczam,że dowali się do małej), ale tu nie jest to az tak nachalne. Odcinek w dziwny sposób spokojny. Może dlatego, że toczący się głównie "w głowach".

Offline

#109 05-05-2018 o 12h58

Straż Cienia
Sharessa
Szeregowiec
Sharessa
...
Wiadomości: 81

Witam /static/img/forum/smilies/smile.png
Zgadzam sie z kolezanka wyzej - mocne zakonczenie i tez baaaaaardzo bym chciala widziec mine Eza i ciekawe co jej odpowie. Coraz bardziej tez nurtuje mnie kim jest ta Metz.
Czekam z niecierpliwoscia na dalszy bieg wydarzen.
Pozdrawiam

Offline

#110 20-05-2018 o 13h30

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć cześć! ^^ Wpadam z kolejnym rozdziałem, choć trochę spokojniejszym niż poprzednie. Ale cóż, takie też są potrzebne, by potem wszystko się ze sobą zgrabnie połączyło.

Przypominam, że warto zaglądać do spoilera "Bohaterowie" na dole rozdziału, ponieważ nie tylko ułatwia to ogarnięcie, kto jest kim, ale przede wszystkim za każdym razem, gdy pojawi się jakaś nowa postać, natychmiast jest tam wpisywana.

Jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem i zachęcam do czytania jej opowiadania! [KLIK!]

Życzę miłej lektury!



              W poprzednim odcinku...
Metztlin ma koszmar, w którym widzi kilka przerażających scen. Gdy się budzi, w swoim pokoju znajduje tajemnicze wyładowanie energii, przez wielu nazywane portalem. Lśniąca Straż nie potrafi tego wytłumaczyć, ale coraz bardziej się przekonuje, że Metztlin może być Wieszczem. W trakcie dyskusji pada nazwa "Aitandi" - to jakiś eliksir, który pomógłby w zidentyfikowaniu postaci Metz. Kiedy jednak dziewczyna dowiaduje się, jak działa napój, zaczyna się bać, że Lśniąc Straż chce poznać prawdę o Wieszczu nawet za cenę jej życia...


              Rozdział XXI


     — Przebacz mi, ojcze, bo zgrzeszyłem.
     Odkąd tylko Olivier Siva zdecydował, że chce zostać księdzem, cieszył się myśl o wysłuchiwaniu cudzych grzechów. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że jego zadaniem było naprowadzanie zbłądzonych dusz na właściwą drogę, lecz jednocześnie pamiętał, że jako człowiek posiadał cały szereg wad. Dlatego nie za bardzo obwiniał się za tę chorobliwą wręcz ciekawość, choć po kilku miesiącach zdążył przywyknąć do niektórych win: w końcu ileż można wysłuchiwać zadręczonych babć czy małych dzieci, którym rodzice kazali tu przyjść? W związku z tym powtarzanie w kółko tego samego zaczęło go nużyć, ale dawanie pokut to co innego: Sivę ogarniała niewymowna satysfakcja, gdy karał grzeszników za ich czyny. Czuł się wtedy jak sam Bóg.
     — Czym zgrzeszyłeś, synu? — Starał się brzmieć poważnie mimo tego, że miał ledwie dwadzieścia siedem lat, a większość księży traktowała go jak wyrostka z mlekiem pod nosem.
     Na moment nastała cisza, a wikary ze znudzeniem pomyślał, że to kolejny wierny z rozterkami moralnymi. Tacy mogliby gadać całymi godzinami i zastanawiać się, czy ich występki to grzechy czy nie. Oczywiście cała ta przemowa służyła tylko temu, by Siva kojącym głosem oznajmił, że to nic złego, ponieważ tego właśnie oczekiwali. Nigdy tak nie robił i wprost mówił, co o tym sądzi. Wobec tego ciekawiło go, co też tamten miał do powiedzenia.
     — Czy… — Mężczyzna się zawahał, chrząknąwszy cicho. Siva poznał po głosie, że spowiadający się był już w podeszłym wieku, co wcale nie polepszało sprawy — tacy zwykle mieli najwięcej na sumieniu. — Czy… czy to grzech, jeśli nieświadomie przyczyniam się do pełnienia zła? Nawet jeśli naprawdę nic o tym nie wiedziałem i myślałem, że czynię dobro? — dodał panicznie.
     A nie mówiłem?, jęknął w duchu.
     — Oczywiście — odparł bez wahania. — Mądry człowiek o dobrym sercu powinien wyczuć, że dzieje się coś złego i się temu sprzeciwić, a…
     — Ale ja właśnie wyczuwam, że coś jest nie tak — przerwał lękliwym tonem — i staram się jakoś temu zapobiec… ale… ale nie wiem jak, bo nawet nie wiem, co to za zło — mruknął na końcu.
     — Jak to? — warknął. Zaraz jednak zrozumiał, że kapłan nie powinien się unosić, więc odchrząknął i powtórzył: — Co to znaczy, że nie wiesz? Jak to możliwe? Powinieneś opowiedzieć o tym od samego początku, bym mógł się postawić na twojej sytuacji.
     — N-nie wiem, czy powinienem…
     — A cóż to, własnemu kapłanowi, powiernikowi bożemu, boisz się wyjawić sekret? — spytał, usilnie starając się ukryć oburzenie.
     — Kapłan też człowiek, dlatego mam pewne wątpliwości…
     — No to już szczyt wszystkiego! — syknął. — Czy ty Boga w sercu nie masz, człowieku?!
     — Jeśli ksiądz pyta, czy w Boga wierzę, to… nie. Niezupełnie. Chyba nie.
     Siva osłupiał. Podczas gdy zwykle miał gotową odpowiedź, najczęściej dość cyniczną, tak wtedy zwyczajnie nie wiedział, co powiedzieć. W życiu się nie spodziewał, że będzie spowiadał niewiernego.
     — Ale… mimo wszystko wierzę, że ksiądz jest godzien zaufania — kontynuował spokojnie starzec — a ja potrzebuję kogoś, kto mi podpowie, co mam robić. Czy patrzeć bezmyślnie na dziejące się wokół zło, a przeczucia, że coś wokół mnie jest nie tak, schować do kieszeni, żeby się zanadto nie martwić? Ja tak nie umiem, proszę księdza! A tam te dzieci umierają! I jeśli to moja wina? Jeśli to ja je zabijam?! Nawet gdy nie robię tego bezpośrednio, nawet gdy nie ja trzymam nóż, to stoję i się temu biernie przyglądam?! Och, och, ja już nie wiem, co mam robić…
     — Dzieci?! — krzyknął, a echo jego głosu rozniosło się po kościele. Mimo to Siva w ogóle się tym nie przejął, szeroko otwartymi oczyma wpatrując się w kratę w konfesjonale. — Jakie dzieci, o czym ty… Czy ty byłeś świadkiem jakowegoś…
     — Nie, ależ oczywiście, że nie! — zaprzeczył natychmiast spowiadający. — Mam na myśli tę chorobę. Nigredo ją nazywają…
     — I cóż ty możesz mieć z nią wspólnego?
     — Ja… — Starzec znowu się zawahał, tym razem na dłuższą chwilę. — Boję się, że mogę jakoś pomagać… sam nie wiem… w jej rozwoju…
     — Co? Jak to możliwe?
     — Nie wiem — jęknął.
     W innej sytuacji Siva zapewne zacząłby się irytować i poganiać tego człowieka, by mówił konkretnie, jednak wtedy zupełnie odjęło mu mowę. Co to za tajemniczy jegomość?, myślał podejrzliwie. I o co mogło mu chodzić? Dlaczego uważał, że jest winny Nigredo? Wikary słyszał, że to choróbsko w błyskawicznym tempie rozprzestrzenia się po Drognasloe, ale nikt nie wiedział, skąd przybyło i jak to wyleczyć.
     Przecież to niemożliwe, by ten człowiek miał cokolwiek wspólnego z tą zarazą.
     — Więc czy to grzech? I czy nie czynię dobra, jeśli chcę się tego dowiedzieć na własną rękę? I ewentualnie to zatrzymać? Bo czy właśnie bezczynność nie jest zarodkiem grzechu?
     Siva nie odpowiedział, ponieważ niespodziewanie zalała go fala niepokoju. Słyszał tego starca, choć jednocześnie go nie słuchał. W głowie kołatało mu się to, co przed chwilą powiedział o bezczynności i z niezadowoleniem przyznał, że miał rację. A, co gorsza, w związku z tym wychodziło na to, że i on grzeszył przez bagatelizowanie coraz częstszych wizyt Świętoszka. Ostatnimi czasy proboszcz był bardzo roztargniony i zestresowany, a wszystko zapoczątkował właśnie ten tajemniczy mężczyzna. Może nie powinien mu ufać? Może powinien się dowiedzieć, kto to taki? Nawet mimo wewnętrznego sprzeciwu, że to największy przejaw wścibstwa, którym nad wyraz gardził. Jednak… jednak przecież zło rozwija swoje skrzydła nie wtedy, kiedy nie ma dobra, bo ono zawsze istnieje. Zło zwycięża, kiedy dobro śpi. Kiedy bagatelizuje problem.
     — Proszę księdza…?
     — Cokolwiek to jest, powinieneś starać się to wyjaśnić. — Siva mówił jak w transie, patrząc pustym wzrokiem przed siebie. — Doprowadź do rozwiązania tajemnicy, jeśli masz wrażenie, że to coś złego. Ulecz swą duszę, nawet… zwłaszcza jeśli czujesz, że jest zakażona. Ponieważ dopiero wtedy naprawdę będziemy źli, jeśli przejdziemy obok tego obojętnie.
     Siva ledwie słyszał, jak staruszek odetchnął, wymruczał podziękowania i odszedł. Tylko głuche odgłosy kroków odbijały się echem od ścian kościoła, wprowadzając wikarego w głęboką zadumę. Dziwił się samemu sobie, że wcześniej tego nie zauważył, a jednak dopiero wtedy spostrzegł, że odkąd spotkał Świętoszka, w jego sercu zamieszkał głęboki niepokój. Czego się bał? Co go stresowało? I co go to wszystko obchodziło? Ksiądz proboszcz usilnie próbował nie dopuszczać wikarego do swojej tajemnicy, choć jeszcze niedawno nie istniały takie bariery. Co uległo zmianie…?
     Świętoszek. Siva rozmyślał nad tym, czy to taka sama postać, jak z komedii Moilera. Choć tutaj nie było nikomu do śmiechu. Mimo to postanowił. Schowa dumę do kieszeni, zapomni o swojej niechęci do wścibstwa i dowie się, kim jest ten pomiot diabła i co go łączy z księdzem proboszczem.
     — Raz się żyje — wymamrotał cichutko, modląc się, by nie wypowiedział tego w złej godzinie.


     Cathiela nie chciała żyć między ludźmi uodpornionymi na piękno zachodu słońca. Nie rozumiała ich, a wręcz się bała. Dlatego wolała trzymać się na uboczu, w ciszy i spokoju obserwując ten przepiękny spektakl, kiedy słońce schodziło ze sceny, a na niebo opadała ciemnogranatowa kurtyna posypana milionem gwiazd.
     Mimo tego, że Cath wprost uwielbiała to przedstawienie, za każdym razem jej serce kłuł smutek na myśl, że nie miała nikogo obok siebie. Większą część swojego życia podróżowała z siostrą, o którą dbała najlepiej jak umiała. I choć bardzo ją kochała, Aenyati nie dostarczała jej takiego towarzystwa, o jakim Cathiela marzyła. Dlatego gdzieś w głębi cieszyła się, że tym razem ktoś siedział u jej boku. Ktoś niemal obcy, podejrzany, zapewne mający wobec niej wrogie plany. Jednak padająca na nich ciemnopomarańczowa łuna zamazywała wszystkie troski, obawy i zahamowania, pozostawiając tylko błogi, ulotny spokój. Zielonowłosa tak rzadko czuła podobne odprężenie, że nie była w stanie z niego zrezygnować. Nawet jeśli powinna. A z  pewnością powinna.
     Cath ledwie zauważalnie odwróciła głowę, obserwując swojego towarzysza. Patrzył w zamyśleniu na odległy horyzont, a w jego szarych oczach błyskał smutek. Casper zdawał się zupełnie zapomnieć o jej obecności, a Cathiela pomyślała sobie, że to musiał być człowiek o wielu twarzach. Nieraz słyszała o jego okrucieństwie, o tym, że jest pozbawiony serca, empatii, że jest potworem, że to on steruje Yorgorenem. Sama miała powody, by mu nie ufać i by się go obawiać, lecz w tamtej chwili wprost nie mogła. Nie mogła, ponieważ niemal zapomniała, że siedziała z tym Casprem, spoglądając na niego jak na kogoś, kogo dopiero poznała.
     Tylko od czasu do czasu jakiś cichutki głos szeptał Cathieli, że jeszcze nigdy nie nie wykazała się taką słabością i naiwnością.
     Dziewczyna drgnęła zaskoczona, kiedy Casper nagle się odwrócił, patrząc na nią z zainteresowaniem. Poczuła zażenowanie na myśl, że przyłapał ją na tak nachalnym obserwowaniu, jednak towarzysz nie wyglądał na rozgniewanego. Mimo to milczał przez chwilę, jak gdyby nad czymś się zastanawiając.
     — Jak trafiłaś do Yorgorena?
     Cath westchnęła cicho. Dotychczas omijali tematy pracy, rozmawiając o rzeczach lekkich i przyjemnych. Pospacerowali, trochę pożartowali, po czym udali się na wzgórze, kiedy tylko zielonowłosa wspomniała o tym, że uwielbia obserwować zachody słońca. Domyślała się, że prędzej czy później miły nastrój pryśnie, choć i tak czuła ukłucie żalu.
     — Wybacz — dodał szybko, widząc jej minę. — Jak nie chcesz, to nie mów.
     — Jak miałam czternaście lat, uciekłam z domu. Wzięłam ze sobą siostrę. I tak się przez wiele lat tułałyśmy, głównie po karczmach. Tam znalazł mnie Yorgoren i zaproponował opiekę nad małą w zamian za pracę. Ot, cała historia.
     Nie zamierzała wykładać mu całego życiorysu, ale taki ogromny skrót nie powinien być groźny. Cas jedynie pokiwał w zadumie głową.
     — Yorgoren to naprawdę w porządku facet, chociaż nie wygląda — mruknął. — Chyba nigdy cię nie oszukał? Płacił ci tak jak obiecał, nie narażał na nic siostry…
     — To fakt. Jest uczciwy.
     — Dobry z niego przyjaciel. Nie tobie jednej pomógł w ciężkiej sytuacji.
     — Tobie też?
     — Wyciągnął mnie z niezłego bagna. Niby buty dalej mam brudne, ale nie siedzę już w gównie po sam nos.
     Cath uśmiechnęła się półgębkiem.
     — Człowiek-tajemnica z ciebie — mruknęła.
     — I wzajemnie — odciął ze złośliwym uśmieszkiem.
     Oho, pomyślała, czyżby wstęp do przesłuchania? Była pewna, że za chwilę jakoś pokieruje rozmowę na jej znajomość z Leavittem i Svanem. Że zacznie delikatnie wypytywać, interesować się, ciągnąc za język. Czuła, jak wali jej serce i miała nadzieję, że Casper tego nie usłyszy. Nie zauważy, że jest zestresowana, że napina mięśnie w razie gdyby musiała się bronić albo uciekać. Dlatego czekała. Czekała w pełnej gotowości. Aż nagle…
     — Też mam rodzeństwo. Dużo, całkiem dużo. Moja matka miała chyba coś z królika, bo rozmnażała się jak one. Dasz wiarę, że nie pamiętam nawet imion tych najmłodszych? Zaraz, zaraz… ta mała, co mnie raz ugryzła aż do krwi, to chyba Kirian była. I ona chyba najmłodsza, chociaż nie wiem nawet, co się tam z nimi dzieje. Ale nie tęsknię. A ty tęsknisz za swoją rodziną? Chyba nie, skoro uciekłaś?
     Cathiela nie odpowiedziała od razu, wpatrując się tępo w Caspra. Co on kombinował? Czemu mówił o swoim rodzeństwie, a nie poruszał tematu, który go najbardziej interesował? Przez całe dwie godziny nie zbliżył się do tej kwestii ani odrobinę. Dlaczego? Próbował uśpić jej czujność? Zapewne. Mimo to…
     Mimo to nie mogła odgonić od siebie myśli, że może wcale nie chodziło o to, że ich kiedyś widział? Może naprawdę tak po prostu chciał się z nią spotkać…?
     Jesteś naiwna nie do uwierzenia, szeptał cichutki głosik w jej głowie.

     — Żartujesz sobie? Ty się naprawdę zgodziłaś?
     Nie miała pojęcia, czemu naszła ją ta myśl, jednak zlękła się, że może Svanthor chciał na nią nawrzeszczeć za ten jawny przejaw głupoty z jej strony. Nie podniósł głosu, ale nie wyglądał też na zbyt zadowolonego.
     — Musiałam się dowiedzieć, co wie i czego chce — wyjaśniła, wzruszając ramionami. Jak dla niej to było oczywiste, choć rozumiała oburzenie kompana.
     — No i czego się dowiedziałaś? — zapytał z wyraźną kpiną, wygodniej sadzając się na poduszkach.
     Cath westchnęła, przysiadając przy stole. Hieronim właśnie podał kubek z herbatą, bez krępacji wpatrując się to w nią, to w Svana. Trochę ją to irytowało, niemniej nie śmiała się poskarżyć, skoro to gospodarz domu.
     — Niczego — wymamrotała gorzko. — Ani razu nawet o tym nie wspomniał.
     — Jak nic chce cię w coś wrobić — wkurzał się Svan. — I na coś ty się godziła?! Czemuś nam nic nie powiedziała? Przecież to jasne jak słońce, że coś tu jest nie tak! Widział nas! I nasłał na mnie tych pi#########h zbirów! Nie pomyślałaś, dziewczyno, że i ciebie mógł potraktować podobnie?!
     — A to ciekawe — warknęła, zerkając na niego gniewnie — że tak się o mnie troszczysz, skoro jeszcze niedawno sam mnie skatowałeś! Pamiętasz?!
     — ŻE CO PROSZĘ?! — ryknął Hieronim, zrywając się z krzesła. — Toś ty damski bokser?! Dzieci bijesz?! A ja żem cię pod MÓJ DACH WPROWADZIŁ?!
     — Oj, nie wrzeszcz już tak, głowa mi pęka — jęknął Svan, zupełnie obojętny na te oskarżenia. — No owszem, poprztykaliśmy się z Pastereczką. Ale musiałem się dowiedzieć, kto podpala te dzieciary. I w pewnym momencie myślałem, że to Pastereczka. Ale to nie Pastereczka. Przeprosiłem…
     — Nie przeprosiłeś.
     — No to przepraszam! — zawołał. — Byłem zdesperowany. Nadal jestem. Jak my wszyscy.
     Tu musiała przyznać mu rację. Nawet Hieronim zamilkł, ponownie zajmując swoje miejsce, chociaż wciąż ponuro zerkał na Svanthora.
     — Właśnie dlatego wolałam zaryzykować. Ale ani on niczego się nie dowiedział, ani ja. Nie wiem, czego chciał.
     — To o czymście gadali?
     Cath wzruszyła ramionami.
     — O naszych rodzinach, o Yorgorenie i tym, co dla nas zrobił, o miejscach, które zwiedzieliśmy… różnie.
     — Brzmi jak randka — wyparował Hieronim, który zachichotał, gdy zobaczył, że Cathiela lekko się zarumieniła.
     — Nieee — zaprzeczyła od razu. — Nie randka. Zwykłe spotkanie. To nie randka, bo przecież kto by chciał z czymś takim jak ja…
     Dziewczyna machinalnie dotknęła swojej dużej blizny na policzku. Tak bardzo jej wstydziła, a tym samym nienawidziła, zwłaszcza że nijak nie można było ukryć tej szramy. W końcu to nie jakaś cieniutka kreseczka, którą można zapudrować, ale szerokie oparzenie. Do tego dochodziły zniszczone, poplątane włosy i sylwetka pozbawiona jakichkolwiek kobiecych kształtów. Cath była szpetna i w pełni zdawała sobie z tego sprawę. Między innymi dlatego nie wierzyła w bezinteresowność Caspra i zwykłą chęć poznania jej bliżej. Choć jednocześnie tak bardzo by tego chciała. Marzyła o tym, by ktoś wreszcie ją dostrzegł. By nie patrzył tylko na jej wygląd, by zechciał poznać, pomóc, wesprzeć.
     Nawet nie zauważyła, kiedy do oczu napłynęły jej łzy.
     — Wiem, że to głupie — mruknęła cicho — ale czasami chciałabym, by ktoś się mną zainteresował. Zawsze byłam sama i jakoś sobie radziłam, ale… co to za życie? Kiedy nie ma nawet do kogo pyska otworzyć? Kiedy każdy patrzy na ciebie z obrzydzeniem, nawet się nie zastanawiając, że pod tą szpetną buźką kryje się taki sam człowiek jak oni? Dobra, wiem — podniosła głos — że to tylko głupie mrzonki małolaty. Ale nic na to nie poradzę. Cały czas jestem sama. Cały czas musiałam sobie jakoś radzić. I daję radę. Więc nie wiem, czego chciał Casper. Pewnie właśnie informacji, bo na pewno nie zainteresowałby się samą mną. Na pewno nie…
     Czuła, jak pieką ją policzki i szczypią oczy, dlatego pospiesznie odwróciła wzrok, skupiając się na niedopitej herbacie. Kątem oka widziała, że Hieronim patrzy na nią z rozdzierającym serce smutkiem, a na plecach czuła palące spojrzenie Edvarssena.
     — To naiwne — odezwał się w końcu Svan, przerywając krępującą ciszę. W Cathielę niespodziewanie wstąpił gniew, choć zdawała sobie sprawę, że miał rację.
     — A ja tam ją rozumiem — odparował pewnym tonem Hieronim, patrząc na niego buntowniczo. — Dziewczyna jest młoda, a z tego co opowiada, całe życie była sama. Ma prawo oczekiwać od życia znacznie więcej niż my, stare pierniki, dlatego przestań ją dołować, z łaski swojej.
     — Powiedziałem, że to naiwne, a nie, że jej nie rozumiem — odpowiedział nad wyraz spokojnie. Jego ton był tak łagodny, że Cath aż odwróciła głowę, spoglądając na niego z zainteresowaniem. Ten jednak na nich nie patrzył; zamiast tego wpatrywał się uważnie w swoją prawą dłoń, lekko ją obracając. Dopiero po dłuższej chwili podniósł głowę, spoglądając na Hieronima. — Wiedziałeś, że jestem żonaty?
     Starzec nie wydawał się poruszony tym wyznaniem. Zamiast tego zmarszczył brwi, natychmiast patrząc na jego prawą dłoń.
     — Nie widzę obrączki.
     — Musisz uwierzyć mi na słowo.
     — To gdzie ona teraz? — dopytywał prowokującym tonem. — Żona, nie obrączka.
     Svan spuścił głowę, zaśmiawszy się gorzko.
     — Takt nie jest twoją mocną stroną, co?
     Hieronim pozostawał niewzruszony, czekając na odpowiedź.
     — Nie żyje? Porwano ją? Gdzie jest?
     Edvarssen milczał przez chwilę, zastanawiając się nad odpowiedzią.
     — Chyba w naszym starym domu.
     — A co się stało?
     — Zabrano mi ją.
     — Zabrano? — spytał, wyraźnie poruszony. — To kim ty jesteś, jakowym zbrodniarzem wojennym?
     Svanthor nie uśmiechnął się ani nie zaśmiał. Zamiast tego spojrzał na Hieronima z największą uwagą, wyraźnie wahając się, co powiedzieć.
     — Tak — odparł powoli. — Właściwie to tak.
     Cathiela wpatrywała się jak urzeczona w Svanthora, który właśnie ciężko opadł na sofę, znikając pod kocem. Najwyraźniej uznał rozmowę za skończoną, choć także Hieronim cały czas obserwował Edvarssena, gotów zadać tysiące pytań. Cath też wielce się dziwiła, ale nie historii, ale samemu Svanowi. Jak mogła tego wcześniej nie zauważyć? Nawet mimo tego, że mężczyzna miał długie, ciemne włosy, które zawsze opadały mu na czoło. Jakoś nie zwracała uwagi na to, że nie zakładał ich za ucho, choć teraz chyba rozumiała dlaczego.
     — Co się stało z twoimi uszami?
     Svanthor podniósł się lekko, przewiercając ją wzrokiem. Niemal natychmiast poprawił włosy, przez co nie było widać jego pokaleczonych uszu. A wyglądało to tak, jakby ktoś od linijki obciął mężczyźnie górną krawędź ucha. Cathielę ciekawiło, czy z drugim stało się to samo.
     — Wypadek przy pracy — wymamrotał. — Tak jak z twoją blizną. Nie chcesz o niej mówić, to i mnie o uszy nie pytaj.
     Po tych słowach zakrył się kocem aż po sam nos, dając wyraźnie do zrozumienia, że nie chce już o niczym rozmawiać.
     — Ale co z uszami? — pytał zdezorientowany Hieronim. — Czemu ja nic nie zauważyłem?
     Cath niespodziewanie uśmiechnęła się pod nosem. Polubiła tego staruszka, mimo że znała go bardzo krótko. Był taki miły, sympatyczny, beztroski. Rozumiał ją, stanął w jej obronie. Poza tym robił wyśmienitą herbatę.
     — Można jeszcze? — spytała cicho, wskazując na kubek.
     Hieronim szybko zapomniał o svanowych uszach, uśmiechając się szerzej.
     — Tym razem panienka nie ucieknie jak poprzednio?
     — Herbata jest pyszna.
     Staruszek coś odpowiedział, ale Cath niemal go nie słyszała. Zamiast tego myślała o tym, jak dobrze się tam czuła. I jak miło było zapomnieć o tym, że gdy wyjdzie z tego starego, podejrzanie pachnącego domku, znowu wrócą wszystkie szare, natrętne obawy, które przyległy do niej całe lata temu. Tutaj… było stabilnie. Było dobrze.
     Cathiela zastanawiała się, ile to może potrwać. Na pewno niedługo. Już przecież cała lata temu pokłóciła się ze szczęściem…

              XXX

          Wyrwana kartka ze starego notesu prowadzonego przez Fahlianę Rayhm z domu Folke

          37 dzień Piątej Hisli potocznie zwanej Beşfimmem
          Norielath Hari
          Strona 258


         Cały szmat czasu temu

     […]Sama zaczynam się bać. Nastały bardzo niespokojne czasy i wiem, że mój kochany brat postępuje słusznie. W jego kierunku padło tak wiele krzywdzących oskarżeń… Nawet ze mną nie chciał o tym rozmawiać; otworzył się dopiero razem z butelką wódki i… nie do końca zrozumiałam, co miał na myśli. Brzmiało to tak, jakby… jakby Anthohn przyznał się do zarzucanych mu przez tłum win. Następnego dnia nic nie pamiętał, a ja wolałam nie pytać, będąc świadoma, że rozgniewany Anthohn potrafił być bardzo niebezpieczny. Może nie powinnam pisać tego jako jego siostra, zwłaszcza że nigdy mnie nie skrzywdził, ale dobrze go znam i wiem, jak by zareagował, gdybym mu powiedziała, co mi wczoraj zdradził.
     Niemniej wierzę, że mój brat postępuje słusznie. Już od dawna krążą słuchy o rozprzestrzenianiu się tej zarazy na Norielath Hari i gdyby nie stanowcza reakcja Anthohna, kto wie, co by się mogło wydarzyć. Zresztą, wydaje mi się, że nie zareagowałby tak ostro, gdyby nie bał się o swoje stanowisko. On chyba sądzi, że to całe plugastwo mogłoby tak urosnąć w siłę, że zagroziłoby jego pozycji. Zwłaszcza że podobno jest ich bardzo wielu — co zresztą widać po częstotliwości organizowania Płomienin. Swoją drogą nie rozumiem, jak można nadać czemuś tak strasznemu nazwę. Płomieniny, czyli palenie tych szumowin na stosie. Samej metody nie pochwalam, choć oni wszyscy musieli być straceni. I będą. Jednak wracając… Anthohn chyba się boi, że ta zaraza mogłaby odebrać mu władzę, tak jak przed laty próbował to zrobić Wygnaniec. Wtedy Anthohn zastosował najokrutniejszą z kar, nawet straszniejszą niż śmierć. Nie dziwię się więc, że teraz jest mądrzejszy i każde, nawet najmniejsze zagrożenie od razu spala.
     Najgorsze jest to, że na Norielath Hari są też tacy, którzy bronią tych zdradzieckich istot. Wyobraź sobie, mój drogi Przyjacielu, że niedawno o audiencję poprosił mnie wyjątkowy gość! Przybyła do nas sama „gwiazda wysp”, niejaka Kahiarre Hreint. Błagała mnie, bym przemówiła bratu do rozsądku. Prosiła, by przestał spalać ojców i matki, by przestał osieracać małe dzieci. Próbowałam jej wyjaśnić, że to niezbędne środki ostrożności, ale mnie nie słuchała. Była naprawdę wzburzona, gdy wyszła, a ja natychmiast opowiedziałam o tym Anthohnowi. W ogóle się nie przejął, za to ja nieco się obawiam. Sama Kahiarre to tylko nisko urodzona krawcowa, ale to przede wszystkim oblubienica młodego księcia var Antàvela. Przestraszyłam się, że może poprosić swojego kochanka o interwencję, a z kim jak z kim, ale z rodem var Antàvelów nawet Anthohn musi się liczyć, mimo że podobno seniorzy rodu są bardzo niezadowoleni z wyboru swojego dziedzica. Wprawdzie nie wiem, co mogliby zrobić: Norielath Hari to nie ich rewir, ale mimo wszystko… Poza tym słyszałam, że Kahiarre stała się bohaterką jednych z ostatnich Płomienin, ale nie wiem dokładnie, o co chodzi. Muszę to nadrobić. Oby to nie było nic ważnego — naprawdę nie chcemy tu drugiego buntu…




Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h24)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#111 20-05-2018 o 15h58

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Co by tu napisać...

Pierwsza część naprawdę niewiele dokłada do historii, aczkolwiek co nieco zdradza z przeszłości bohaterów, szczególnie Svana. Intryguje, chociaż nie aż tak jak zdająca się mieć coś wspólnego ze Svanem część druga. Ta co prawda wiele nie wyjaśnia, ale stanowi werbel po którym człowiek poznaje "oj, chyba za chwile coś się podzieje". Czasami nawet werbel jest smaczniejszy od reszty akcji.

Offline

#112 24-05-2018 o 11h38

Straż Cienia
Sharessa
Szeregowiec
Sharessa
...
Wiadomości: 81

Witam /static/img/forum/smilies/smile.png
Bylam, przeczytalam i nadal bede przybywac i czytac, bo karmisz moja ciekawosc i pobudzasz wyobraznie /static/img/forum/smilies/smile.png
Pozdrawiam i czekam na c.d.

P.S.
" — Nie, ależ oczywiście, że nie! — zaprzeczył natychmiast spowiednik. — Mam na myśli tę chorobę. Nigredo ją nazywają…"
Powinno chyba byc "spowiadajacy sie", bo spowiednik to raczej okreslenie ksiedza sluchajacego czyjejs spowiedzi - tak mi sie wydaje, ale nie dam sobie reki uciac /static/img/forum/smilies/tongue.png

Offline

#113 24-05-2018 o 20h32

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć przyjaciele! Przybywam do was z krótką, ale bardzo ważną notką. Miałam to zrobić po 20. rozdziale, ale jakoś brakło mi czasu, by to zrobić, więc niech będzie po 21. O co konkretniej chodzi? O streszczenie tego, co się dotychczas wydarzyło w moim opowiadaniu. Nieraz docierały do mnie głosy, że niektórzy musieli wracać do poniektórych fragmentów, ponieważ gubili się w akcji, zwłaszcza tej dziejącej się na Ziemi. Dlatego też wyciągam do was rękę i publikuję skrót wszystkiego, co się wydarzyło.

     Żeby znowu nie plątać, podzielę streszczenie na ZIEMIĘ, ELDARYĘ oraz XXX i poniżej opiszę wydarzenia dla poszczególnych kategorii. Mam nadzieję, że to wam jakoś pomoże lepiej zrozumieć to, co się obecnie dzieje. Bo będzie się działo jeszcze więcej i rozumiem, że łatwo się w tym poplątać. Poniżej znajduje się też spoiler z listą bohaterów i ich krótkim opisem — ten sam, który publikuję pod każdym postem.

     Przy okazji dziękuję wszystkim tym, którzy co jakiś czas tu zaglądają i czytają, czy to z komentowaniem, czy bez. To naprawdę wiele dla mnie znaczy, tak samo jak sama ta historia. Jeszcze nigdy nie zżyłam się aż tak z czymś, co sama wymyśliłam, dlatego mam nadzieję, że skończę to opowiadanie. Dlatego jeszcze raz bardzo wam dziękuję i mam nadzieję, że wytrzymacie ze mną do końca! :]


ZIEMIA

     Prolog
przedstawia nam postać Abélarda Leavitta — naukowca pracującego nad tajemniczym projektem, który nawet jego samego napawa przerażeniem. Późną nocą idąc w stronę swojej pracowni, natyka się na leżące na ulicy dziecko. Wygląda na poważnie chore, a jego poczerniałe oczy wskazują na jedno — to kolejne dziecko zarażane tajemniczą chorobą nazywaną Nigredo. W pewnym momencie doktor zaczyna nawet podejrzewać, że z chorobą jakiś związek ma jego szef — Yorgoren. Leavitt, nawet będąc najważniejszym naukowcem, nie ma pojęcia, na czym polega ten eksperyment. Gdy się dowiaduje, że do badań Yorgoren przyprowadza dzieci chore na Nigredo, prosi o pomoc Cathielę Keelenar.
     Cathiela także pracuje dla Yorgorena, ale w innym charakterze. Jej zadaniem jest przyprowadzanie bezdomnych lub niechcianych dzieci, które poddawane są tajemniczym badaniom. Nie ma pojęcia, co się z nimi dzieje, lecz nie ma prawa pytać — Yorgoren przed laty znalazł bezdomną Cathielę i jej młodszą siostrę Aenyati i obiecał dach i opiekę w zamian za posłuszeństwo. Jednak i ją martwiły te wszystkie chore dzieci, dlatego zgodziła się pomóc Leavittowi. Dzięki swojemu małemu śledztwu dowiaduje się, że potrzebne informacje może posiadać Świętoszek — nieuchwytny handlarz informacjami. Niestety, mimo wielu prób, Cathiela nie może go znaleźć. Jednak coraz więcej świadczy o tym, że Yorgoren robi tym dzieciom coś złego. Dlatego wraz z Leavittem robią eksperyment i wysyłają na „badania” zdrowe dziecko udające chorobę. Plan kończy się tragedią, ponieważ dziewczynka nie przeżyła badań. W związku z tym Leavitt ma okropne wyrzuty sumienia. Mimo to Cathiela, między swoim śledztwem, wciąż musi pracować. Usłyszawszy plotki, udaje się w miejsce, w którym podobno skrywają się dzieci wygnane, bezdomne i chore na Nigredo. To właśnie tam wpada w pułapkę Svanthora Edvarssena.
     Svanthor
z winy niejakiego Folkego przez trzynaście lat  tułał się po świecie ze swoją własną misją. Po latach coraz bardziej tracąc nadzieję, osiadł w Drognasloe u biednej kobieciny samotnie wychowującej syna. Niedługo po tym, jak chłopiec choruje na Nigredo, dom wraz z nim i matką zostaje podpalony. Rozwścieczony Svanthor pragnie ich pomścić, a więc odnaleźć podpalaczy i ich zabić. Tymczasowo wprowadza się do swojego sąsiada Hieronima. Ciekawski staruszek opowiada Svanthorowi, że niedawno po mieście panoszy się fala porwań małych dzieci, a gdy te się odnajdują, zwykle są już zarażone Nigredo. Dodał też, że niedawno zniknęła córka rybaka, Eileen i że ostatni raz, jak ją widział, dziewczynce towarzyszyła jakaś zielonowłosa kobieta. Svanthor uznaje, że porywane dzieci i pożary muszą mieć ze sobą jakiś związek, dlatego wymyśla podstęp, wykorzystując do tego jedno z chorych dzieci. Plan się udaje, ponieważ Svanthor natrafia na dwóch podpalaczy. Po zaciętej walce jeden z nich wyjawia, że więcej informacji na ten temat posiada Świętoszek. Próbując go namierzyć, trafia na zielonowłosą kobietę, lecz początkowo nie zwraca na to uwagi. Dopiero gdy Hieronim powiadamia go, że mała Eileen się znalazła i że widziano przy niej zielonowłosą młódkę, Svanthor orientuje się, że chodzi o tę samą kobietę. W związku z tym szykuje na nią pułapkę.
     Gdy Svanthor znajduje Cathielę, brutalnie ją przesłuchuje. Nie dowiaduje się jednak niczego na temat podpaleń, mimo to jest zainteresowany Yorgorenem i jego podejrzanymi eksperymentami. Dzięki temu Svanthor poznaje Leavitta i dochodzą do wniosku, że porywanie dzieci, Nigredo i podpalenia są ze sobą związane, a tym samym Yorgoren musi mieć coś wspólnego z pożarami. Niestety ich knowania dostrzega prawa ręka Yorgorena, Casper. Mężczyzna natychmiast powiadamia o tym swojego szefa, który każe mu mieć całą trójkę na oku. Na pierwszy ogień idzie Cathiela.
     Tymczasem młody wikary, Olivier Siva, odkrywa, że ksiądz proboszcz spiskuje z niejakim Świętoszkiem. Początkowo nie chce się w to mieszać, jednak po jednej ze spowiedzi dochodzi do wniosku, że nie może zignorować swojego złego przeczucia i musi poznać tajemnicę tego człowieka, w którym wikary widzi samo zło.



ELDARYA



     Pierwszy raz spotykamy się z tym światem w Rozdziale I, kiedy Kero i Ykhar uporządkowują wiadomości o Wieszczu. Wieszcz to pradawne, potężne stworzenia, bardzo rzadko spotykane. Podobno ostatni Wiesz żył prawie sto lat temu i nie był zbyt potężny, co większość uznała za wygaszenie tej rasy. Wiedza na ich temat szybko okazuje się przydatna, ponieważ podczas jednego z nocnych patroli Nevra odkrywa coś, co przypomina świetlisty portal. Lśniąca Straż jest tym bardziej zaniepokojona, że dziwnych wyładowań energii jest więcej i zbliżają się do miasta. Dlatego strażnicy wysnuwają teorię, że „portale” wytwarza młody, niedoświadczony Wieszcz — wedle starych zapisków to potężne stworzenie jest zdolne władać taką magią. Tymczasem Ezarel zbiera swoich najlepszych alchemików, by pomogli mu zbadać substancję pochodzącą z tego dziwnego zjawiska. W tej grupie znajduje się Metztlin — młoda, nadzwyczaj nieśmiała dziewczyna podkochująca się w swoim szefie. Nie chcąc zawieść Ezarela, mocno angażuje się w badania, lecz niestety po kontakcie z zebraną substancją jej stan ulega znacznemu pogorszeniu. Ezarel i Eweleïn dokładnie badają substancję, lecz z ich badań wynika, że nie jest niebezpieczna i tylko Metztlin tak źle na nią reaguje. Niestety, to nie koniec jej problemów. Niedługo później dziewczyna śni o Lesie Calaljós — lesie wypełnionym ogromnymi drzewami z ziejącymi u podnóży dziurami, z których wydobywa się oślepiające, białe światło. Gdy Metztlin się budzi, zaczyna majaczyć: płacząc czarnymi łzami i w kółko recytuje jeden wierszyk. Następnego dnia niewiele pamięta, a Lśniąca Straż zaczyna podejrzewać, że to właśnie ona może być Wieszczem. Nevrze bardzo nie podoba się przedmiotowe traktowanie dziewczynki, dlatego postanawia na własną rękę poszukać o niej informacji. Okazuje się, że dziewczyna jest sierotą: jej matka zaginęła, a ojciec kilka lat później śmiertelnie zachorował. Jednak według starych zapisków, matka dziewczyny zaginęła w okolicach, które określane są terenami Lasu Calaljós. Tę teorię potwierdza sama Metztlin, która opowiada, że jej matka popełniła samobójstwo, wskakując do jednej z tamtejszych dziur. Nevra nadal niepokoi się o młodą faery, dlatego radzi jej, by nie słuchała wszystkiego, co mówi Lśniąca Straż i uważała na Leiftana, który jest zbyt mocno wpatrzony w swoją teorię. Po tej rozmowie Metz udaję się do najbliższego portalu, z którego dobiegają ją przerażające szepty, jednak nikomu nic nie mówi. Tymczasem Miiko dostaje wyjątkowy list od bardzo ważnego gościa. Kwaterę Główną ma odwiedzić sam Anthohn Folke, władca wysp Norielath Hari. Ta wiadomość wprawia Ezarela w istny szał; elf, żywiący głęboką nienawiść do Folkego, natychmiast zapowiada, że nie zamierza mu pomagać. Z czasem jednak dochodzi do wniosku, że Miiko nie jest niczemu winna, dlatego jakoś się zmusi do wysłuchania tego, którego tak nienawidził. Dopiero wtedy poznaje treść listu. Podobno porwano uczonego, który twierdził, że posiada trzy najważniejsze składniki alchemiczne, zdolne stworzyć sam Kamień Filozoficzny. Zaginięcie tak ważnych elementów jest o tyle groźne, że zdecydował się poprosić o pomoc Lśniącą Straż. Tymczasem Metztlin ma kolejne niepokojące sny przypominające wizje. Wciąż rozważając nad tym, że dziewczyna może być Wieszczem, proponują wykorzystanie Aitandi. Zaciekawiona Metztlin sama sprawdza, co to takiego. Aitandi okazuje się eliksirem umiejącym określić, czy dana osoba jest przedstawicielem jakiejś potężnej rasy. Jednak aby eliksir był skuteczny, trzeba mieć co do tego najwyższą pewność; w innym wypadku eliksir natychmiast zabija. Metztlin jest przerażona i myśli, że Lśniąca Straż chce od niej tylko Wieszcza; jeśli nim nie jest, bez skrupułów mogą ją zabić…



XXX



     Poszczególne rozdziały, a konkretniej Rozdział IX, Rozdział X oraz Rozdział XXI są uzupełnione o notatkę od Fahliany Folke-Rayhm, siostry Anthohna Folkego.
     Pierwsza z nich nosi tytuł „Fragment sprawozdania z wygania Skazańca” i dotyczy wielkiego balu, który zorganizował władca Norielath Hari specjalnie z okazji wygnania kogoś z miasta. Fahliana przyrównuje to wydarzenie do wygnania wiedźmy Ahiashi.
     Druga notatka przedstawia alternatywną wizję powstania Eldaryi. Według niej to nie Demony, Smoki i Fenghuangowie stworzyli ten świat, ale pewna wyjątkowo niegodziwa istota. Wedle tej opowieści, przed tysiącami lat istniał świat idealny, w którym największą mocą obdarzone były dzieci. Jednak pewien mężczyzna nie mógł się pogodzić z tym, że dorósł i magicznie osłabł, dlatego zwabił dwoje dzieci do lasu i skradł ich moc. Mimo to inni mieszkańcy szybko dowiedzieli się o tym okropnym uczynku i wygnali złodzieja do innego świata — świata ponurego, pustego i wyjałowionego. I kiedy już samotnik myślał, że aż do śmierci nikogo nie ujrzy, w jego krainie otworzył się portal, wypuszczając na świat ogrom magicznych istot. Mężczyzna wszystkie je przyjął z otwartymi ramionami i wraz z ich pomocą uczynił ten świat piękniejszym. Nazwał go Eldaryą, a na siebie samego ochrzcił „Wieszczem”, czyli obrońcę tego świata.
     Ostatni wpis opowiada o Płomieninach, czyli paleniu na stosie istot, które Anthohn Folke uznał za niebezpieczne. Fahliana przyznaje, że sama nieco się tego boi, lecz, choć nie pochwala metody, zgadza się, że najlepiej ich wszystkich wytępić. Wspomina także, że odwiedziła ją Kahiarre Hreint, oblubienica młodego księcia wywodzącego się z elfiego rodu var Antàvel. Kobieta błagała o zatrzymanie Płomienin, na co Folke naturalnie się nie zgodził.


Bohaterowie




     
Mam nadzieję, że to wam troszkę ułatwiło sprawę. Myślę, że będę umieszczać ten skrót pod każdym rozdziałem, co jakiś czas dopisując do niego ważniejsze informacje.

     Jeszcze raz dziękuję tym, którzy nadal tu są i serdecznie pozdrawiam! :]

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h25)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#114 24-05-2018 o 22h36

Straż Obsydianu
Laique
Szeregowiec
Laique
...
Wiadomości: 86

BARDZO Ci dziękuję za to streszczenie, droga autorko /static/img/forum/smilies/smile.png

...po czym pozostaję w oczekiwaniu na ciąg dalszy opowieści.

Offline

#115 27-05-2018 o 22h21

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

To po prostu wstyd, że tak długo mnie tu nie było. Wstyd, wstyd, wstyd. Obiecuję poprawę /static/img/forum/smilies/smile.png

Chociaż, mimo mojej nieobecności, nic się nie zmieniło - poziom jak zawsze bardzo, bardzo wysoki /static/img/forum/smilies/smile.png Historia się toczy a Svan i Cath... Ich przeszłość jest coraz bardziej intrygująca. To naprawdę bardzo dobre postacie /static/img/forum/smilies/smile.png
No i Casper. Jest świetnie wykreowany i go lubię, mimo tego, że pewnie okaże się kawałem *... bardzo niemiłym człowiekiem /static/img/forum/smilies/smile.png Ale takie typy zawsze mnie fascynowały /static/img/forum/smilies/wink.png

Podziw za napisanie streszczenia (chociaż ja na szczęście go nie potrzebuję - póki co nie gubię się w historii i jestem na bieżąco /static/img/forum/smilies/big_smile.png). Na pewno pomoże to wielu czytelnikom - w szczególności ze względu na ilość wydarzeń i postaci /static/img/forum/smilies/smile.png

Oby tak dalej, Meth /static/img/forum/smilies/smile.png

P.S. na poprawę humoru /static/img/forum/smilies/big_smile.png:
Jestem Harry. Tylko Harry.

Offline

#116 12-06-2018 o 21h11

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć cześć! Przybywam z nowym rozdziałem, choć nadal lekko nudnawym. Mam jednak nadzieję, że już niebawem nadciągnie ważniejsza akcja, no ale trzeba przedstawić kilka rzeczy oraz wprowadzić niektóre postaci. Na przykład tę, która pojawi się już w tej części, choć wcześniej już wielokrotnie była wspominana.
Jak zwykle przepięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem i zapraszam do zapoznania się z jej opowiadaniem ^^
Miłej lektury!

              W poprzednim odcinku...

Wikary Olivier Siva spowiada starca, który opowiada, że zaangażował się w coś, co prawdopodobnie czyni zło i czego bardzo żałuje. To składnia Sivę do rozmyślań nad Świętoszkiem. Decyduje, że zainteresuje się podejrzanym nieznajomym i dowie się, jakie są jego zamiary. Tymczasem Cathiela opowiada Svanowi i Hieronimowi o spotkaniu z Casprem. Przy okazji Edvarssen opowiada o swojej utraconej małżonce.
Pojawia się kolejna notka z pamiętnika Fahliany Folke-Rayhm. Wspomina w nim o "Płomieninach", czyli spalanie na stosie stworzeń, które Anthohn Folke uznał za niebezpieczne.




              Rozdział XXII


     — Nie chciałem cię zabić.
     Zapowiadał się naprawdę ładny dzień. Słońce wisiało na idealnie niebieskim niebie, rozgrzewając ziemię swoimi jasnymi promieniami i pobudzając wszystko wokół do życia. Wiał lekki wiaterek, lecz temperatura była na tyle wysoka, że nikomu to nie przeszkadzało. Tak, zwiastowano piękną wiosnę, a fakt ten cieszył tym bardziej, że w ostatnich latach Annðik nie rozpieszczał pogodą.
Wiosenną aurę najlepiej było widać w lesie. Serce rosło, gdy zauważało się śmiało kwitnące kwiaty i drzewa coraz szybciej obrastające zielenią. Powietrze przesycały najróżniejsze zapachy, a całość urozmaicał niemal wariacki śpiew ptaków. Ezarel usilnie próbował cieszyć się tym widokiem, lecz niepokój i złość mu na to nie pozwalały.
     Napięcie było tym większe, że tuż obok elfa po cichutku kroczyła Metztlin. Głowę miała spuszczoną, a mięśnie napięte; wyraźnie było widać, że jest zestresowana tym spotkaniem, zwłaszcza że niemal się nie odzywała. Ezarel doskonale rozumiał, skąd ten strach i brak zaufania i choć próbował to naprawić, obawiał się, że szkody były nieodwracalne. Mimo że wyjaśnił Metz, że nikt nie zamierzał jej skrzywdzić, co jakiś czas znowu to powtarzał, jakby mając nadzieję, że im częściej wypowie magiczne zdanie „nie chciałem cię zabić”, tym szybciej niziutka faery w nie uwierzy.
     Nie zapowiadało się na to.
     Ezarel westchnął ciężko. Ostatnio kompletnie nic nie układało się po jego myśli. Naprawdę nie sądził, że niedługo po deklaracji przyjaźni tak mocno zrazi do siebie Metztlin. Na domiar złego, jutro czekało go coś, czego obawiał się od bardzo dawna, co nijak nie pozwalało mu na odprężenie. Nie mógł uwierzyć, że to już następnego dnia. Że już zaraz spotka się twarzą w twarz ze swoim największym koszmarem…
     — O czym myślisz?
     Drgnął, słysząc ten piskliwy, niepewny głosik. Mimo to momentalnie zalała go nieśmiała radość, że Metztlin odważyła się odezwać.
     — O tym, co wydarzy się jutro — odpowiedział, słabo się uśmiechając.
     Metztlin nerwowo pokiwała głową. Ezarel wyraźne widział, jak mocniej ściska zaplecione dłonie, zerkając gdzieś w bok. To oznaczało tylko jedno.
     — Możesz o to zapytać. To żaden problem.
     — Chodzi o przyjazd tego ważnego władcy? Tego, o którym mówiła nam Miiko?
     Ezarel próbował stłumić w sobie narastający gniew, by nie wystraszyć dziewczyny.
     — Tak. O niego chodzi.
     Metztlin znowu spuściła wzrok, lekko się czerwieniąc. Elf przymknął na moment powieki, próbując uspokoić oddech. W końcu sam zdecydował, że na tę małą, wyjątkową misję zabierze właśnie tę dziewczynę, dlatego nie mógł wybuchnąć przy niej gniewem; coś takiego niewątpliwie by ją wystraszyło i pogorszyło ich i tak napięte stosunki. Dlatego próbował się uspokoić i ze spokojem opowiadać o tym, co z pewnością bardzo ją ciekawiło.
     — Ta kreatura… — nie umiał nawet wypowiedzieć jego imienia —  kiedyś bardzo skrzywdziła moich bliskich. I, choć przecież powinien, nigdy za to nie zapłacił.
     — Przykro mi.
     Pokiwał głową. Pamiętał, że i ona nie miała prostego dzieciństwa, dlatego nie wiedział, co powinien powiedzieć.
     — Obawiasz się spotkania z nim? — spytała cichutko. — Obawiasz się, że może ci coś zrobić?
     Ezarel mimowolnie się uśmiechnął, choć ten gest nie zawierał w sobie ani grama wesołości.
     — Nie. On nie ma pojęcia, kim jestem i co mi zrobił.
     Czuł na sobie zaciekawione spojrzenie Metz, lecz, mimo wszystko, tego nie zamierzał jej wyjaśniać. Nie lubił opowiadać o całym wydarzeniu, nie wspominając już nawet o wdawaniu się w tak bolesne szczegóły. Na szczęście niziutka faery nie odezwała się ani słowem, ponownie spuszczając głowę. Ezarel pomyślał przez chwilę, że może uraził lub zasmucił dziewczynę tym brakiem zaufania, lecz gdy zauważył, że Metztlin z zainteresowaniem rozgląda się to tu i tam, zrozumiał, że po prostu nie zamierzała być wścibska.
     Coraz bardziej lubił tę dziewczynę.
     — Czy mogę cię o coś jeszcze… — Metztlin zawahała się na moment, wciąż bojąc się na niego spojrzeć. Tuptając cichutko krok za nim, cały czas nie podnosiła głowy. Ezarel z jakiegoś powodu bardzo chciał to zmienić, lecz nie za bardzo wiedział, jak to zrobić.
     — Śmiało pytaj — odparł spokojnie.
     — Dlaczego wybrałeś do tego zadania akurat mnie?
     Ezarel ucieszył się, słysząc to pytanie.
     — Wiesz, jaki mamy dzisiaj dzień?
     Zdawał sobie sprawę, że mógł mocno onieśmielić dziewczynę, zwłaszcza że odpowiedź pozornie nie miała związku z pytaniem.
     — Dwudziesty dziewiąty dzień Annðika… — odparła z lekkim wahaniem.
     — Dokładnie. Dla każdego alchemika to bardzo ważna data.
     Metztlin wpatrywała się w niego jak urzeczona, a Ezarel uśmiechnął się dumnie, rad z tego, że wreszcie zmył z niej choć odrobinę lęku i nieśmiałości.
     — Sjæfur to wyjątkowy kwiat o wprost niesamowitych właściwościach leczniczych — wyjaśnił rzeczowym, choć łagodnym tonem. — Kilka kropel wywaru z tej rośliny jest w stanie wyleczyć całkiem sporą ranę, świetnie też działa na kości. Eweleïn podaje ten napar pacjentom z wyjątkowo trudnymi złamaniami. Ale — zaznaczył gwałtownie, uważnie przypatrując się Metztlin — sprawa nie jest na tyle prosta, że wystarczy wyjść na łąkę i zerwać kwiatek, ponieważ ten kwiatek zakwita tylko dwa razy do roku. Zawsze tego samego dnia.
     — Dzisiaj — westchnęła zafascynowana Metztlin.
     — Dzisiaj — przytaknął, rozglądając się uważnie po otoczeniu. Byli już bardzo blisko. — Zerwanie Sjæfura to żadna sztuka, ponieważ liczy się tylko dzień i mniej więcej godzina; najlepsze jest samo południe, kiedy słońce świeci wysoko. I choć to nieskomplikowane zadanie, nigdy nie zlecam go żadnemu uczniowi. Uważam, że to na tyle wyjątkowa chwila, że powinienem celebrować ją sam, z nikim się nią nie dzieląc.
     Ezarel zerknął kątem oka na Metztlin. Z trudem powstrzymał się od chichotu, gdy zobaczył, że dziewczyna poczerwieniała jak piwonia. A to oznaczało, że zrozumiała aluzję.
     Już z daleka widział właściwy punkt, choć domyślał się, że ignoranci nic by tam nie zauważyli, a może nawet bezczelnie zdeptali ten wyjątkowy kwiat. Mimo elf musiał przyznać, że miejsce zakwitu Sjæfura wyglądało bardzo niepozornie: była to jedynie maleńka, okrągła polana otoczona chudymi brzózkami. Bez trudu dostrzegł niewielkie, białe kwiatki wystające z długiej trawy. Raźnym krokiem podszedł bliżej, delikatnie kucając przy jednym z nich i uważnie go oglądając. Teoretycznie nie było w nim nic ciekawego: ot, białe, podłużne płatki z ledwie zauważalnymi czerwonymi kropeczkami. Między innymi dlatego dotychczas przychodził tu sam; szczerze wątpił, by ktokolwiek poza nim docenił to niepozorne piękno. Na szczęście Metztlin była inna. Inna pod wieloma względami, jak zdołała się przekonać Lśniąca Straż, ale przede wszystkim wyjątkowo wrażliwa. Widać to było zwłaszcza wtedy, gdy pochylała się nad Sjæfurem, patrząc na niego szeroko otwartymi oczami i coraz szerszym uśmiechem na twarzy.
     Ezarel wyjął z torby wszystkie potrzebne przyrządy, złapał szczypczyki, uważnie przyjrzał się łodyżce, a następnie rozejrzał po otoczeniu. Znalazł jeszcze cztery podobne kwiatki, co i tak było całkiem niezłym wynikiem. Jednego roku nie znalazł żadnego, ale  to za sprawą koszmarnych deszczy, które lały nieustannie przez kilka miesięcy.
     — Sjæfur najlepiej uciąć tutaj… widzisz…? Troszeczkę powyżej tego wybrzuszenia — tłumaczył powoli. Zaklikał nożyczkami, po czym ostrożnie odciął kwiatek, wrzucając go do specjalnego naczynia. — No i po krzyku — mruknął, podnosząc głowę. Popatrzył na Metz, a ta, pierwszy raz tego dnia, bez krępacji wytrzymała to spojrzenie, uśmiechając się łagodnie.
     Uśmiech momentalnie zrzedł jej z twarzy, gdy elf wyciągnął w jej stronę otwartą dłoń, na której leżały nożyczki. Przez chwilę wpatrywała się w nie jak urzeczona, lecz ani drgnęła.
     — Czyń honory — zachęcił dziewczynę, uśmiechając się szeroko.
     W końcu chwyciła za szczypczyki, lecz onieśmielenie wyraźnie odjęło jej mowę. Żeby jeszcze bardziej jej nie peszyć, Ezarel odwrócił wzrok udając, że szuka czegoś w torbie. Podziałało, bo dziewczyna od razu przystąpiła do szukania roślinki. Lecz gdy już ją znalazła, nie śmiała nawet drgnąć, dopóki Ez do niej nie dołączył. Dopiero gdy nabrała pewności, że ma przyzwolenie, ostrożnie zabrała się do roboty.
     — Metztlin — zagaił cicho, kiedy dumna z siebie dziewczyna schowała ściętego kwiatka.
     — Tak? — odparła bez cienia strachu, z uwielbieniem rozglądając się za kolejną zdobyczą. A Ezarel pomyślał, że to wręcz fascynujące, że jego towarzyszka zachowywała się jak radosne, szczęśliwe dziecko, a przecież miała już koło dwudziestu lat.
     — Tak à propos tego gościa, który ma nas odwiedzić… — Nawet nie próbował odtworzyć jego imienia i nazwiska w swojej głowie. — Miiko rozmawiała z tobą na ten temat, prawda…?
     Nie chciał poruszać tego tematu, ale nie miał wyjścia, zwłaszcza że sama kitsune go o to prosiła. I niestety, tak jak się tego spodziewał, dziewczyna momentalnie posmutniała.
     — Tak — wyszeptała ledwie słyszalnie.
     — Proszę cię, nie zrozum tego jako przytyk w twoją stronę — zaczął, nieco się obawiając, że ta rozmowa może obrać złe tory. — Bardzo cię szanujemy i wiesz, że możesz na nas liczyć. Ale… — urwał na moment. — Ale Folke… to niebezpieczna istota. Nie wiemy, czy jesteś Wieszczem. Może nie jesteś, a twoje dolegliwości wynikają z czegoś innego. Jednak, cokolwiek to jest, może go zainteresować. A już zwłaszcza jakby dotarły do niego plotki o jakichkolwiek podejrzeniach. Mógłby chcieć to wykorzystać, czego bardzo byśmy nie chcieli. I nie dlatego — dodał, podnosząc nieco głos — że to leży w naszym interesie. Tu chodzi przede wszystkim o ciebie, Metztlin. Nie chcemy, by ci się coś stało. Dlatego… dlatego najlepiej będzie, jeśli…
     — Nie będę się wychylać.
     — Nie mówimy o zamknięciu cię na klucz — dopowiedział, uśmiechając się słabo. — Ale… lepiej, żebyś go omijała. I my też się o to postaramy.
     Metz pokiwała lekko głową, choć Ezarel wyraźnie widział, że zabił w niej cały zapał. Pluł sobie w brodę, że nie wspomniał o tym w czasie drogi powrotnej, tym samym nie odbierając jej radości z opieki nad tak wyjątkowymi roślinami.
     — Przepraszam…
     — Nic się nie stało — odparła z szerokim uśmiechem. W jej oczach lśniły łzy. — Mogę ściąć jeszcze jeden?
     Elf ledwie zauważalnie kiwnął głową. Był na siebie zły, ale ostatnio to nic nowego. Zwłaszcza że od kilku dni nic nie szło po jego myśli. A jutro…
     Jutro miała nastąpić kulminacja jego nieszczęść.


     Kryształowa Sala była naprawdę ogromna. Nawet mimo tego, że w jej centralnym punkcie stał wielki Kryształ, w pomieszczeniu bez trudu zmieściłoby się około setki osób. A jednak nie stało tam ani jedno krzesło, dlatego wszystkie zebrania odbywano na stojąco. Nie było to zbyt wygodne, lecz wszyscy zdążyli do tego przywyknąć. Tym bardziej więc dziwił duży, bogato zdobiony fotel postawiony pod ścianą. Zasiadał na nim elfi mężczyzna w kwiecie wieku, rozglądając się żywo po pokoju. Już sam jego wygląd wzbudzał sympatię i swego rodzaju zaufanie: wysoki i całkiem szczupły, lecz z lekko zaokrąglonym brzuchem, odziany był elegancko, choć bardzo kolorowo. Blond włosy sięgające ramion miał zaczesane do tyłu, fiołkowe, bystre oczy aż lśniły, a spod nieco rudawej brody wykwitał szeroki, niemal dziecięcy uśmiech. W całości wyglądał jak podekscytowany dziadek, który nie mógł się doczekać, aż wnuczęta usiądą mu na kolanach.
     — Aj, aj, jak dobrze tutaj być — zaćwierkał wesoło. — A tego starego przyjaciela — dodał poważnym tonem, spoglądając na Kryształ — powinienem dużo częściej odwiedzać. Choć widzę, że pod czujnym okiem Straży jest bezpieczny, dlatego nie mam co się obawiać.
     Miiko wymusiła w sobie uśmiech, jednak nie miała pojęcia, co powiedzieć, dlatego milczała. Zresztą z tego, co słyszała, Anthohn Folke sam decydował o tym, kto i kiedy zabiera głos.
     — Sporo czasu minęło od mojej ostatniej wizyty, aj, aj, naprawdę sporo — mówił dalej, splatając dłonie. — Ostatnio, jak tu zasiadałem, władzę nad tutejszymi miał jeszcze szlachetny Yonuki Kaze, ale, jak widzę, berło przejęła po nim równie piękna co mądra następczyni.
     Kitsune skłoniła się nisko, uśmiechając się drętwo w odpowiedzi na te nieszczere komplementy.
     — Omawialiśmy wtedy kwestię Skazańca — mruknął z lubieżnym uśmieszkiem, a Miiko poczuła oburzenie na myśl, że Folke w ogóle się nie krępował, opowiadając o czymś, za co skarcili go wszyscy najważniejsi władcy Eldaryi. — Aj, aj, tutaj się o nim mówi chyba jako o Wygnańcu — zauważył beztrosko. — Bez różnicy. Ale do rzeczy — zagadnął dziarsko, podnosząc się z fotela. — Nie przybyłem tutaj, by wspominać stare, dobre czasy. Przybyłem tutaj, by prosić was o pomoc, moi mili przyjaciele.
     Kitsune rozejrzała się nerwowo po członkach Lśniącej Straży. Dzięki bogom, Ezarel zachowywał kamienną twarz, choć domyślała się, ile gniewu w nim płonęło. Miała więc nadzieję, że nie zrobi niczego głupiego.
     — W liście, który do was dotarł, wyjaśniłem tylko podstawowe informacje, a teraz pozwolę sobie rozszerzyć wszystkie kwestie — rozpoczął swoją przemowę, przybierając poważną minę. Dzięki temu nie wyglądał już jak radosny dziadek, a Miiko niespodziewanie poczuła dreszcze na myśl, że znajdowała się z nim w jednym pomieszczeniu, nawet mimo tego, że był pilnie strzeżony. — Otóż cała sprawa opiera się na Shantaemie Verth’anie. Tak się nazywa wspomniany przeze mnie uczony. Ale nie chodzi o samo jego zaginięcie. Niestety, ale sprawa jest dużo bardziej złożona…
Wyraźnie zmartwiony Folke uciekł wzrokiem w bok, odwracając się powoli i zasiadając na swoim fotelu.
     — Mówiąc od ogółu do szczegółu — ciągnął — wspomniany Shantaem kilka lat temu wpadł w niemałe tarapaty. Podobno szukał schronienia u wielu, aż w końcu trafił do mnie. Jak każdy desperat, zwodził mnie bogactwem swojej wiedzy, lecz ja, w przeciwieństwie do tamtych głupców, dałem mu szansę i kazałem się wykazać. Szybko się okazało, że uczony nie kłamał i posiadał ogromne umiejętności, a przede wszystkim wiedzę tajemną. Fascynowało mnie to, nie ukrywam — przyznał żywym tonem — więc zgodziłem się mu pomóc. Twierdził jednak, że nadal jest ktoś, kto może mu zagrażać. Prosił o ochronę, lecz jeszcze wtedy miałem wątpliwości. Dopiero gdy zaczął mi naprawdę mocno pomagać, ukryłem go w maleńkiej krainie na mojej wyspie; byłem pewien, że nikt go tam nie doścignie. Poza tym miał dodatkową ochronę i wiele zabezpieczeń. Od razu uprzedzę wasze pytania — zawołał, podnosząc otwartą dłoń — rzeczywiście chciałem go wykorzystać do swoich celów. Miałem własne problemy, a Shantaem śmiało opowiadał mi o swoich nowatorskich rozwiązaniach. 
     Folke rozmarzył się na chwilę, a Miiko zaczęła się denerwować: to nie były ogóły, a szczegóły i póki co w ogóle nie poruszali się w historii. Dopiero kiedy ich gość wznowił swoją opowieść, kitsune wręcz się przestraszyła, że ten przerażający elf mógł czytać w myślach.
     — Ale zagubiłem się w nieważnych wspominkach, wybaczcie — odparł z szerokim uśmiechem. — Kilka tygodni temu Shantaem przepadł bez śladu. Co w tym złego? Otóż przeszukaliśmy jego dom. Znaleźliśmy tam całe mnóstwo Śniączek, o czym wspominaliśmy w listach, a także coś… coś, czego nie spodziewaliśmy się tam znaleźć. Ślady pewnego… pewnego składnika…
     — Chodzi o składnik Kamienia Filozoficznego — przerwał wyraźne zdenerwowany Ezarel. — Wiemy.
     Cała Lśniąca Straż wstrzymała oddechy, a Miiko jednocześnie się przestraszyła i zdenerwowana. Co ten idiota robi?! Miał trzymać swoje emocje na wodzy! Kitsune szczerze się dziwiła, ponieważ sądziła, że mogła liczyć na elfa oraz na to, że spróbuje okiełznać swoją nienawiść i nie drażnić Folkego. Wprawdzie ją samą upokarzała ta niczym nieuzasadniona uległość, lecz, mówiąc wprost, po prostu się go bała. I nie tylko ona. Dlatego odetchnęła z ulgą, gdy na twarzy władcy Norielath Hari zagościło czyste, niezmącone gniewem zdumienie.
     — A skąd pan wie? — spytał, wpatrując się w niego szeroko otwartymi fiołkowymi oczami.
     — To oczywiste — odparł lodowato, choć już nieco spokojniej. — Wspomina pan — ostatnie słowo niemal wysyczał — o  Śniączkach. Choć sam artefakt niegdyś był bardzo powszechny, w dalszym ciągu można go stworzyć tylko dzięki jednemu z trzech najważniejszych składników alchemicznych, czyli z albedo. A skoro mowa o albedo, to musi być też rubedo i Nigredo, czyli składniki Procesu Przemiany będące w stanie utworzyć Kamień Filozoficzny.
      Folke patrzył na Ezarela z nieukrywanym podziwem, lecz w jego spojrzeniu czaiło się coś jeszcze. Coś, czego Miiko nie potrafiła rozgryźć.
     — Pan to zapewne tutejszy mistrz alchemii?
     — Zgadza się — odparł sztywno.
     — Cóż — zakrzyknął Folke, zacierając ręce — nie pozostaje mi nic innego, jak powiedzieć, że rozpiera mnie duma! To naprawdę wspaniałe uczucie rozmawiać z kimś pojętnym, a zwłaszcza z pojętnym Norielatem!
     No to koniec, po spokojnej rozmowie, pomyślała spanikowana Miiko. Folke nie miał prawa wspominać o tym, że Ezarel pochodził z Norielath Hari. I jeśli tym razem alchemik straci cierpliwość, kitsune nie będzie się temu dziwiła, mimo że zapewne pociągnie to za sobą tragiczne konsekwencje.
     Ostatecznie jednak nie było aż tak źle. Wprawdzie Ez najpierw chorobliwie zbladł, a następnie poczerwieniał ze złości aż po końce swoich spiczastych uszu, jednak długo nie wypowiadał ani słowa. Jedynie zacisnął mocno pięści, zapewne sam próbując się opanować.
     — Nie pochodzę z pańskich wysp — wysyczał agresywnie.
     — Ależ jak to? — spytał mocno zaskoczony. — Niemożliwe!
     Folke póki co nie wyglądał na rozgniewanego, choć Miiko zdawała sobie sprawę, że to znakomity kłamca i manipulator; nawet jeśli wtedy nie okazywał złości, niedługo później mógł do niej podejść i zagrozić, że jeśli coś podobnego powtórzy się jeszcze raz, postara się o przeczyszczenie składu Lśniącej Straży. I Miiko doskonale wiedziała, że Folke potrafił to zrobić.
     — Wszędzie bym rozpoznał swojego rodaka! — ćwierkał ze stalową pewnością w głosie. — Nikt na świecie nie ma tak pięknych, pastelowych kolorów włosów! Nie chce mi się wierzyć, że nie pochodzi pan z wysp moich przodków! A nawet jeśli się pan u nas nie urodził, to pańscy krewni z pewnością! Dam sobie rękę uciąć, że płynie w panu norielańska krew! No, ale dobrze — mruknął, nic sobie nie robiąc z Ezarela mordującego go wzrokiem — dość o naszych korzeniach, bo znowu się rozgaduję. Owszem, chodzi o składniki Procesu Przemiany. Nie wiem, czy Yoenron naprawdę pracował nad Kamieniem, pewnie tak; był naprawdę ambitny. Poza tym wiele na to wskazuje. Po jego zaginięciu natychmiast przeszukano jego dom. Jak wspomniałem, znaleziono tam dużo Śniączek, co, jak zauważył wasz mistrz alchemii, wskazuje na posiadanie co najmniej jednego składnika Procesu. Cóż… mamy podejrzenia, że posiadał też drugi.
     — Co?! — krzyknęła Ykhar, zanim zdała sobie sprawę ze swojego niewłaściwego zachowania. Brownie momentalnie się zaczerwieniła, na co Folke uśmiechnął się pokrzepiająco.
     Niemniej ta informacja wywołała ogromne poruszenie. Ezarel bardzo dokładnie wyjaśnił im wszystkim, jak potężne są składniki Procesu Przemiany i jak trudno było je wytworzyć.  Wobec tego, jeśli ktoś mający je w posiadaniu nagle zaginął, to rzeczywiście nie wróżyło dobrze.
     — Tak — przyznał markotnie Folke — domek został bardzo dokładnie sprawdzony. I muszę przyznać, że nie doceniałem mojego dobrego Shantaema, ponieważ natworzył niemało najróżniejszych skrytek, których, zapewniam was, mili przyjaciele, wcześniej tam nie było. W jednej z nich, wyjątkowo misternie wykonanej i chronionej, odnaleźliśmy ślady po rubedo i albedo. Ale tu pojawia się jeden z większych kłopotów: teoretycznie nie mamy pewności, że Shantaem był w ich posiadaniu, choć, zapewniam was, mili państwo, że wiele na to wskazuje. Najlepiej będzie, jeśli szlachetna przywódczyni wyznaczy zespół, który uda się na moje święte wyspy i sam to sprawdzi. Ale… to nie wszystko. Znaleźliśmy jeszcze kilka niepokojących śladów każących nam podejrzewać, że ktokolwiek stał za porwaniem Shantaema, zabrał coś jeszcze. Coś, co, zapewniam państwa, niewątpliwie tam było.
     — Co to takiego…? — spytała ostrożnie Miiko.
     Anthohn Folke zrobił długą pauzę, spoglądając na wszystkich posępnie i tylko nasycając panujące wokół napięcie. I cokolwiek miał jeszcze do pozwiedzania, to musiało być coś bardzo, ale to bardzo złego. Miiko czuła to w kościach i była przekonana, że także pozostali mieli takie podejrzenia.
     — Nigredo.


Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h01)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#117 12-06-2018 o 22h11

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Czyżby S. był Wygnańcem? Te obcięte uszy. Może bardzo chciał, albo ktoś bardzo chciał, żeby nie wiedziano, że jest elfem. Sporo by to wyjaśniało.
(Zgadłam? Dostane nagrodę? a jak tak to jaką???)

Cóż, wiele się nie działo, a moment kulminacyjny do przewidzenia, jednakże mimo to smakowicie. szczególnie przypadło mi do gustu zobrazowanie Folkego przeskakującego ze skrajności w skrajność (Chciałabym go widzieć w starciu z Liwią, gdy ta już pokaże się z nieco innej strony).

Skomplikowane backstory. Na razie nie widać, ale to problem (?) i moich bohaterów. Małym wyjątkiem tu Eryka, aczkolwiek i ona ma coś na swoim koncie. W każdym razie lubie i zacieram łapki.

Offline

#118 13-06-2018 o 14h50

Straż Cienia
Sharessa
Szeregowiec
Sharessa
...
Wiadomości: 81

Witam witam /static/img/forum/smilies/smile.png
Jak zwykle czytałam z zapartym tchem. Miałam to samo spostrzeżenie w sprawie pana z obciętymi uszami, gdy czytałam tekst.
Pozdrawiam serdecznie i czekam niecierpliwie na c.d.

Offline

#119 23-06-2018 o 10h12

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Dobra... Jestem i ja. Wracam powoli do świata żywych /static/img/forum/smilies/smile.png

Po pierwsze - ten rozdział nie jest nudny. Absolutnie. I zakoduj to sobie na zawsze - u Ciebie nie ma nudnych rozdziałów /static/img/forum/smilies/smile.png

Co do samej fabuły - powoli posuwa się naprzód w idealnym tempie /static/img/forum/smilies/smile.png Wszystko zaczyna spinać się w całość, a sądzę, że jeszcze nie raz nas zaskoczysz /static/img/forum/smilies/wink.png
Folke - postać nad wyraz interesująca, choć z pewnością nie zaliczę go do "jasnej strony mocy". Takich typów unika się w życiu. Zawsze.


Co mam Ci jeszcze napisać? Może tyle, że Twój styl jest o wiele, wiele lżejszy w porównaniu z tym z pierwszych rozdziałów. Czyta się fantastycznie i cóż... Pozostaje mi tylko trzymać kciuki i czekać na ciąg dalszy /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#120 01-07-2018 o 21h18

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć przyjaciele! Jestem z nowym odcinkiem i tym razem mogę wam obiecać, że zacznie dziać się więcej. A to dlatego, że niedawno sama uznałam, że jak miałabym się zająć rozwlekaniem wszystkich problemów, kwestii itp., to mi zajmie wieki. No, ale zobaczymy!
Jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem i polecam jej opowiadanie!
Życzę miłej lektury! :]


              W poprzednim odcinku...

Ezarel zabiera Metztlin na małą wyprawę po wyjątkową roślinę. Elf stara się zrekompensować jej ostatnie nieporozumienie związane z eliksirem, jednak psuje efekt, gdy wspomina o tym, że nie powinna rzucać się w oczy Folkemu. Gdy ten jakże ważny gość już przybywa, wyjaśnia Lśniącej Straży, że bardzo zależy mu na znalezieniu swojego naukowca. Największym problemem jest fakt, że z jego chatki zniknął wyjątkowo ważny składnik: Nigredo...



              Rozdział XXIII


     Do spotkania dochodziło w każdy czwartek. Zawsze o szesnastej, w biały dzień. Tego Olivier Siva nie potrafił pojąć: czy człowiek, który sam siebie nazywał Świętoszkiem, był aż tak bezczelny, by załatwiać swoje brudne sprawki właśnie wtedy, gdy każdy mógł go wypatrzyć? I podobno to legenda, nieuchwytny szpieg. No właśnie — szpieg. Czego więc ksiądz proboszcz mógł od niego chcieć? Raczej nie chodziło o śledzenie grzeszników, którzy przestali się pojawiać w kościele. Więc o co?
     Długo myślał nad tym, w jaki sposób mógłby wyśledzić zamiary Świętoszka. Najprostszą metodą wydawało się podsłuchanie ich czwartkowej rozmowy, choć jeśli ten tajemniczy mężczyzna rzeczywiście był tak dobrze wyszkolony, zapewne nie pozwoli się śledzić, a jakiś młody wikary nie będzie dla niego żadną przeszkodą.
     Siva aż zadrżał, gdy pomyślał o ewentualnych konsekwencjach. Najgorsze byłoby rozczarowanie księdza proboszcza; kogoś, kogo traktował niemal jak ojca. Ale musiał zaryzykować. Czuł, po prostu czuł w kościach, że jeśli nie zareaguje, stanie się coś złego. Bo czy właśnie bezczynność nie jest zarodkiem grzechu? — tak powiedział mu ten starzec, którego spowiadał przed kilkoma dniami. Ten sam, który pobudził go do działania. Dzięki temu wikary nabrał pewności, że zgrzeszy dopiero wtedy, gdy nic nie zrobi ze swoim silnym przeczuciem, że dzieje się źle.
     Nadszedł kolejny czwartek i ktoś znowu zapukał do ukrytych drzwi. Tym razem ksiądz proboszcz się nie spóźnił, tylko natychmiast poszedł na spotkanie. Wpuścił obcego, przywitał się z nim ciepło i poprowadził do prywatnych komnat. Siva bez krępacji obserwował Świętoszka, próbując dostrzec jakiś charakterystyczny element. Łysa, blada głowa, jasne oczy, ciemny, zakrywający każdy skrawek ciała strój. Wyglądał jak zwykły zakonnik, choć w Sivie nie wzbudzał ani grama zaufania. Na szczęście Świętoszek nie zwrócił na niego uwagi, dlatego gdy wraz z proboszczem zniknął za kotarą oddzielającą nawę główną od pomieszczeń przeznaczonych dla duchownych, wikary powoli i niepewnie ruszył za nimi.
     Nie za bardzo wiedział, co zrobić i gdzie się ukryć, zwłaszcza że nie miał pojęcia, gdzie spoczęli proboszcz Netvor i jego podejrzany gość. Mimo to musiał zaryzykować. Wobec tego delikatnie odsunął kotarę i po cichutku szedł naprzód. Mając nadzieję, że nikt go nie usłyszy, skradał się blisko ścian, uważnie nasłuchując. Niestety, nie docierał do niego żaden dźwięk. Jak to możliwe? Przecież nie mogli odejść daleko, a żadne z pomieszczeń nie miało aż tak grubych ścian, by stłumić wszystkie odgłosy. Wobec tego szedł dalej…
     …a serce omal mu nie stanęło, gdy przekraczając kolejny próg, stanął twarzą w twarz z proboszczem i  Świętoszkiem. Nagle milknąc, spojrzeli z zaciekawieniem na Sivę, który momentalnie oblał się intensywnym rumieńcem. Graj dalej!, wrzeszczał jakiś głosik w jego głowie.
     — P-przepraszam, księże proboszczu… — wybąkał, spuszczając ze wstydem głowę. — Z-zabrakło świec liturgicznych, a do mszy zostało t-tylko…
     — Czy siostra Morgana nie zrobiła tego dziś rano? — spytał proboszcz ze szczerym zdziwieniem. Siva starał się jak mógł, by nie patrzeć na Świętoszka, zwłaszcza że czuł na sobie jego palące spojrzenie.
     — O i-ile mi wiadomo, udała się dziś rano do szpitala. Może po p-prostu zapomniała… Niech ksiądz nie ma do niej o to żalu…
     — No dobrze, dobrze — mruknął proboszcz, machając na niego ręką. Może to tylko jego wrażenie, ale Sivie się zdawało, że to Świętoszek go pospieszał swoim niepokojącym spojrzeniem. — Idź po świeczki, ja zaraz do ciebie dołączę.
     Olivier skłonił się lekko, po czym pomknął do sąsiedniego pokoju, starannie zamykając za sobą drzwi. Nie miał innego wyjścia: gdyby je choć minimalnie uchylił, mógłby wzbudzić jakieś podejrzenia. Co powinien zrobić? Wprawdzie gdyby się wsłuchał, być może zdołałby coś wyłapać. Nieco panicznie rozejrzał się po wnętrzu małego pokoiku w poszukiwaniu jakichś pomysłów. Kilka metrów dalej zobaczył jeszcze jedno wejście prowadzące do wąskiego korytarzyka ciągnącego się wzdłuż nawy głównej. Siva doskoczył do niego, otworzył drzwi zamaszystym ruchem, rad z tego, że głośno zaskrzypiały, po czym je zatrzasnął, chcąc dać tym samym znak, że wyszedł już z pokoju. Wikary miał nadzieję, że ten naiwny teatrzyk cokolwiek da, a on odkryje chociaż rąbek tajemnicy skrywanej przez proboszcza i Świętoszka. Z sercem bijącym jak oszalałe powoli zakradł się do właściwych drzwi, przyklęknął i nasłuchiwał.
     — …to nic takiego, proszę się nie martwić — mówił Świętoszek. — Spotkałem tego wikarego poprzednio, gdy nie zastałem księdza. Był dość nieufny. Ale to dobrze. Zresztą, nie mówimy tu o wielkich tajemnicach. Nic się nie stało.
     — Dobrze, dobrze, dziękuję — mamrotał proboszcz lekko drżącym głosem. — A więc… a więc… och, dużo tego… Sporo to kosztuje…
     — Chce ksiądz proboszcz powiedzieć, że to więcej, niż się umawialiśmy? — przerwał mu stanowczym, choć lekkim tonem. — Owszem, ale sam się nie spodziewałem, że spotkam na drodze pewne utrudnienia.
     — Co to za utrudnienia?
     Świętoszek bardzo długo milczał.
     — Mam nadzieję, że to nie jest problem?
     — Och… hm, cóż… — miotał się proboszcz. — Jeśli lekko zaciśniemy pasa, to… Ale jest pan pewien? Jest pan? On na pewno jest najlepszy? Ten specjalista?
     — To wybitny fachowiec. Drogi i trudno dostępny, ale poradzi sobie ze wszystkim…
     — Ze wszystkim? — spytał proboszcz z wyraźnym powątpiewaniem. — Toć mówimy tu o całym mieście… a choroba się stale rozszerza… Jak to możliwe, by ten człowiek był w stanie wyleczyć ich wszystkich?
     — Potrafi dużo więcej, niż się księdzu wydaje.
     — Cóż, skoro pan tak twierdzi… Kiedy będę mógł się z nim spotkać?
     — To niemożliwe.
     — Ale dlaczego? — naskoczył na niego proboszcz. Sądząc po długiej przerwie, szybko tego pożałował. — Przepraszam…
     — Nic się nie stało.
     — …niemniej sądziłem, że skoro za niego zapłaciłem, będę mógł z nim chociaż porozmawiać…
     — Jednym z podstawowych wymogów tego specjalisty jest anonimowość — wyjaśnił cierpliwie Świętoszek. — Nie zgadza się na kontakt z kimkolwiek innym poza mną. Nie miałem wyjścia, jak tylko uszanować jego wybór. Gdybym się nie zgodził, moglibyśmy zapomnieć o usługach, które oferuje. Nie chciałem rozczarować księdza proboszcza, więc się zgodziłem. Jestem świadom, że to problem, ale niestety nic innego nie mogłem zrobić.
     Tym razem to proboszcz bardzo długo milczał.
     — Droga ta usługa, droga… ale tak po prostu trzeba. Rozumiem, że specjalista już działa?
     Świętoszek musiał pokiwać w odpowiedzi głową, bo Siva nic nie usłyszał, za to ksiądz po chwili kontynuował:
     — Wybaczy pan, że pytam, ale jeśli tak, to dlaczego nic nie słyszę o wyleczonych przypadkach?
     — To trochę bardziej skomplikowane. Ale z powodzeniem wypełnia powierzoną mu misję. Wyleczył już wiele uciśnionych dusz. Dodatkowo ma jeszcze jedno zadanie…
     — Jakie? — przerwał podenerwowany proboszcz. — Myślałem, że skupia się tylko na…
     — To część zadania, z które ksiądz proboszcz zapłacił — uspokoił go Świętoszek. — Wygląda na to, że nie tylko możemy uleczyć te biedne dzieci, ale i dowiedzieć się, kto jest odpowiedzialny za Nigredo.
     — Co takiego?! Jak to możliwe?!
     — Wszystkiego się ksiądz dowie, jak już rozwiążemy tę kwestię. A teraz czas na mnie, powinienem jeszcze…
     Korzystając z tego, że Świętoszek zaczął się zbierać i żegnać z proboszczem, wikary zakradł się do korytarzyka, tym razem przeklinając drzwi za to, że zaskrzypiały. Miał szczerą nadzieję, że nikt tego nie usłyszał i nie zauważył jego obecności.
     To, czego się dowiedział, było bardzo ważne i wywołało jeszcze większy mętlik w jego głowie. Z rozmowy wynikało, że Świętoszek pomagał księdzu w znalezieniu sposobu na wyleczenie dzieci chorych na Nigredo. Co więcej, wyglądało na to, że temu tajemniczemu człowiekowi się powiodło. Poza tym odkrył źródło tej zarazy. Jak to możliwe? Zwłaszcza że Świętoszek wyraźnie użył słowa „kto”. A więc to jakaś osoba ponosiła za to odpowiedzialność?
     Z jednej strony to były dobre wiadomości i Siva powinien się cieszyć. Ale z drugiej… Z drugiej strony Świętoszek nie jest „tym złym”, myślał zaniepokojony wikary. Tak wynikało z jego rozmowy z proboszczem. Czemu więc Olivier kompletnie w to nie wierzył? I dlaczego całkowicie nie ufał Świętoszkowi?
     Jednak to i tak tylko błahostki w obliczu dwóch podstawowych pytań.
     Pierwsze: kim jest specjalista potrafiący wyleczyć dzieci z Nigredo?
     No i drugie.
     Kto za nie odpowiada?



     — Dobra, to ja idę na swoje poszukiwania, na razie… Ech, k###a, a tobie co znowu?
     Wyglądało na to, że Yorgoren miał za sobą trudny dzień. Prawie leżał na swoim biurku z twarzą ułożoną na skrzyżowanych ramionach, łypiąc ponuro na przyjaciela. Poza tym, co ważniejsze, jego ukochany, intensywnie niebieski płaszcz zwisał smętnie z krzesła, pozbawiając swojego właściciela swego rodzaju dostojności. W białej, poplamionej czymś koszuli i z rudą, poczochraną czupryną wyglądał jak siedem nieszczęść.
     Casper nie przywykł do takiego widoku, dlatego zmarszczył brwi, po czym zbliżył się do biurka, siadając na wolnym krześle.
     — Miałem głowę w chmurach, kiedy kupowałem te kamyczki — wymamrotał ledwie wyraźnie, patrząc gdzieś w bok. — Wydawało mi się wtedy, że dokonam niemożliwego i że moje nazwisko zostanie zapamiętane na wieki. Chociaż z tego, co ten facet mówił, nie odkryłbym niczego, o czym nie było wiadomo wcześniej. Ale przynajmniej ogłosiłbym to światu. Więc i tak byłbym znanym odkrywcą.
     Brunet westchnął cicho, kiwając głową. Znał tę gadkę na pamięć, ponieważ Yorgoren recytował ją za każdym razem, gdy dopadały go wątpliwości.
     — Nawet mi przez myśl nie przeszło, że to mogłoby się udać. Ale Casper — rudzielec zerwał się nagle, patrząc na przyjaciela błyszczącymi oczami — udało się! To znaczy, udaje! Jesteśmy tak blisko! — Po tych słowach Yorgoren ponownie zmarkotniał, spuszczając głowę. — Ale im bliżej jesteśmy, tym więcej mamy problemów. I boję się, że, jak na złość, coś się przydarzy na samym końcu.
     — Spokojnie, będzie dobrze — mruknął Casper, jednak powiedział to bez przekonania, więc Yorgoren jedynie wyprostował się lekko w krześle, przeciągnął, po czym westchnął ciężko.
     — Dostałem wieści od Marka…
     — I co ci ta nieporadna k###a powiedziała? — zakpił Casper.
     Rudy skrzywił się, spoglądając na młodzieńca z wyrzutem.
     — Naprawdę mógłbyś czasem przystopować z tym…
     — Dobra, dobra — uciął. — To jak? Co ci powiedział?
     — Nic — mruknął posępnie. — Nadal nic nie wiadomo. Ależ do diabła! Kto i na cholerę podpala te dzieciaki?! Nie dość, że w mieście panuje panika… akurat teraz — Yorgoren podniósł głos — jak potrzebujemy ciszy i spokoju, to jeszcze te pieprzone pożary zwracają na nas uwagę! Niepotrzebnie, rany, niepotrzebnie! I tak mamy dość problemów!
     — Jakich? — spytał Casper, kompletnie zbity z tropu. — No i co się przejmujesz pożarami, skoro to nie nasza sprawa?
     Slaemgot nie wiedział, czym tak zdenerwował swojego szefa i przyjaciela, ale przynajmniej postawił go na nogi, co go cieszyło. Natomiast Yorgoren był wyraźnie wściekły: zerwał się z krzesła i huknął pięścią w stół. Na Casprze nie zrobiło to najmniejszego wrażenia, a i rudy po krótkiej chwili się uspokoił, jedynie spoglądając na towarzysza z politowaniem.
     — I właśnie dlatego tylko mi pomagasz, podrostku.
     Casper wyszczerzył się wesoło na tę obrazę. Wiedział, że Yorgoren mówił poważnie, choć z drugiej strony obaj mieli pewność, że nikt się o to nie pogniewa.
     — No to mi to wyjaśnij.
     — Naprawdę jesteś taki głupi? — spytał Yorgoren ze szczerym zdziwieniem. — Przecież to proste. Na kim eksperymentujemy?
     — Na demonich dzieciach — odpowiedział bez namysłu.
     — A kogo jakiś wariat spala?
     — Hmm… no tak.
     — My te dzieci wypuszczamy, jeśli tylko oczywiście są zdolne. Ale mimo wszystko, do jasnej cholery, nie zabijamy ich! Boże, Casper — zawołał rudzielec z nagłą paniką w głosie — przecież gdyby ktoś się dowiedział, co robimy, natychmiast połączyłby te pożary z nami! Bo przecież to idealny sposób, by pozbyć się dowodów! Nie?!
     Casper nie odpowiedział. Doskonale wiedział, że w takiej chwili lepiej przyjacielowi nie przerywać, mimo że sam nie do końca się z tym wszystkim zgadzał. Rudy musiał się wyładować, by odzyskać czysty umysł. Po prostu już tak miał.
     — Przecież my nigdy byśmy czegoś takiego nie zrobili! Dobrze, owszem, mamy swoje za uszami — mamrotał, przechadzając się po pokoju — i wywołaliśmy prawdziwą lawinę nieszczęść… nie patrz tak na mnie, Casper, to prawda. Nie rozumieliśmy tego, za co się bierzemy, a to, co z tego wynikło, jest prawdziwą tragedią. Ale nie będziemy się poddawać! A gdy już osiągniemy to, o co walczymy, spróbujemy jakoś naprawić nasze błędy! Może da się jakoś to zwalczyć… no nie wiem… słyszałem nawet, że jedno dziecko wyzdrowiało! Więc może jest jakaś szansa! Ale, na miłość boską, nikogo byśmy nie spalili! Nie jesteśmy pieprzonymi zabijakami! Jedynie ty jesteś narwany i agresywny, ale bez przesady!
     Slaemgot pokiwał głową. Mimo wszystko rozumiał przyjaciela i wiedział, że miał rację. Od razu przypomniał sobie moment, w którym się poznali, w którym Yorgoren mu pomógł i w którym opowiedział mu o ciekawych plotkach, jakie usłyszał. Początkowo nie wierzył w te bajki, jakie opowiadał, lecz teraz musiał się skłonić nisko przed Yorgorenem i jego zapałem oraz cierpliwością, bo rzeczywiście została im ostatnia prosta.  Tymczasem ktoś próbował im to zepsuć. Kto? I dlaczego?
     A może…
     — A może — zaczął ostrożnie Casper — ktoś wie? I dlatego spala dzieciary? Może to ostrzeżenie? Albo ktoś próbuje nas wyprzedzić? No nie wiem, chce wypalić je wszystkie, byśmy nie musieli ich kraść?
     Yorgoren natychmiast pobladł, patrząc na kompana ze zgrozą w oczach.
     — Nawet tak nie mów — wyszeptał chorobliwym tonem. — To niemożliwe, by ktokolwiek wiedział… ale może się dowiedzieć, jeśli nic nie zrobimy z tymi przeklętymi pożarami!
     — To co robimy?
     — No jak to? — Niespodziewanie Yorgoren się uspokoił. Wyprostował się, zmarszczył brwi oraz, co najważniejsze, włożył swój niebieski płaszcz. — Musimy znaleźć tego s######la i grzecznie wyjaśnić, że nie wolno bawić się ogniem.



     Czas ich naglił. A panujący ostatnio spokój tylko pogłębiał to wrażenie.
     Svanthor nie mógł już wytrzymać. Wyleżał się za wszystkie czasy i choć ramię wciąż mu dokuczało, nie było z nim aż tak źle, jak jeszcze kilka dni temu. Dlatego postanowił, że znowu wyjdzie na miasto. Hieronim w kółko mu powtarzał, że to za duże ryzyko, ponieważ, ktokolwiek go zaatakował, na pewno ma go na oku.
Staruszek miał rację: w końcu napastnicy wyraźnie dali Edvarssenowi do zrozumienia, że to tylko ostrzeżenie. A skoro tak, to był ciekaw, co go spotka, gdy znowu da o sobie znać, tym samym pokazując, że nie zamierza rezygnować ze swojego małego śledztwa. Choć sam już zaczynał się w nim gubić.
     Na razie wszystko opierało się na jego przeczuciach, choć to raczej średnio działało. Ostatnio przecież podejrzewał, że to Pastereczka ma coś wspólnego z podpaleniami. Poczuł ogromne rozczarowanie, gdy zrozumiał, że to fałszywy trop, choć poznanie tej szpetnej kobietki nie było aż tak bezcelowe, ponieważ okazało się, że porywała demonie dzieciaki, które prowadziła na jakieś chore eksperymenty. Właśnie to stanowiło element, który łączył jej sprawę z jego interesem: Nigredo. To przeklęte choróbsko. W końcu to właśnie chorobę próbowano wypalić pożarami i przecież dlatego biedni Ramlaura i Krield spłonęli żywcem: ponieważ chłopak miał czarne oczyska.
     Wniosek pozostawał jeden: to się musiało mieć ze sobą jakiś związek. Właśnie dlatego Svan podejrzewał, że to Casper wysłał na niego zbirów. Ale to nadal były tylko przeczucia. Przeczucia, które koniecznie musiał sprawdzić.
     Tylko jak?
     Mógł pokręcić się w tamtych okolicach, mógł wścibsko zacząć wypytywać mieszkańców tylko po to, by zwrócić uwagę napastników i raz jeszcze stanąć z nimi twarzą w twarz. Lecz jaki dałoby to efekt? Co by wtedy zrobił? Musiał przyznać przed samym sobą: stał w martwym punkcie. Raz natknął się na podpalaczy, a ci podali mu imię Świętoszka. Jednak facet pozostawał nieuchwytny, a nikt inny nie wiedział, kto i, przede wszystkim, dlaczego pali żywcem demonie dzieci wraz z całymi rodzinami. Dlatego zaangażował się w pomoc Pastereczce i temu staremu profesorowi Leavittowi. Niespecjalnie wierzył, by to mu jakoś pomogło, ale…
     Musiał coś robić. Musiał mieć jakiś cel.
     Zapewne dumałby tak dalej, ignorując przy tym denerwujące trajkotanie Hieronima, gdyby nie to, że ktoś nagle wtargnął do domku. Svan spodziewał się odwiedzin Cathieli, lecz nie przypuszczał, że przyprowadzi ze sobą kogoś jeszcze.
     — Och, dzień dobry panienko! — zawołał radośnie Hieronim, kiedy tylko wypatrzył zielonowłosą brzydulę. Dopiero gdy zobaczył jej towarzysza, zatrzymał się wpół kroku, parząc na niego podejrzliwie. — A to kto?
     Pastereczka popisowo zignorowała Hieronima, natychmiast spoglądając na Svanthora.
     — Mamy za#######e duży problem — wydyszała, opierając się o ścianę.
     — Nic nowego — mruknął ponuro. — Co się dzieje, profesorku?
     Svan nie pamiętał Abélarda Leavitta zbyt dobrze, lecz nawet jemu łatwo było zauważyć zmianę, jaka zaszła w naukowcu. Pobladły staruszek ledwie trzymał się na drżących nogach. Włosy miał potargane, kitel poplamiony, a oczy zalane prawdziwą grozą.
     — Profesorze? — dopytał coraz bardziej zaniepokojony.
     — Ja…
     Tego się nie spodziewał. Czując, jak cały sztywnieje ze strachu, obserwował, jak starzec opada na podłogę, a po jego policzkach spływają rzewne łzy.
     — J-ja wiem… W-iem, nad czym oni tam pracują…
Cathiela uklękła tuż przy Leavicie, łapiąc go za drżącą dłoń.
     — I jeśli się nie mylę... to oby Bóg istniał. I miał nas w opiece.



Odpowiedzi na komentarze





Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h02)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#121 01-07-2018 o 22h09

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Podoba mi się jak Joguś usprawiedliwia swoje sprawki uparcie twierdzć, ze to nie on jest tym złym. Ojojojo, jaki to on biedny. Przecież on TYLKO sprowadził NIGREDO. Chyba większość tych "złych" tak ma. Chcą się usprawiedliwiać. Mało który jest w stanie powiedzieć "je****y ze mnie s****iel i dobrze mi z tym".

Coraz bardziej mnie intryguje ten powód. Pierw myślałam => przejście do innego świata. Potem => kamień filozoficzny. Naprawdę ciekawe co te skurkowańce naprawdę chcą namotać.

Dlaczego mam wrażenie, że Specjalista i osoba odpowiedzialna za podpalenia to jedna i ta sama persona? Hm, hm, hm....

No cóż, czekamy.

Offline

#122 02-07-2018 o 10h42

Straż Cienia
Sharessa
Szeregowiec
Sharessa
...
Wiadomości: 81

Witam /static/img/forum/smilies/smile.png
Znowu super się czytało i powiem szczerze, że tak jak LeOkadia coraz bardziej ciekawi mnie powód badań - szczególnie po ostatniej wypowiedzi profesorka. Co do specjalisty - to też obstawiam, że to on stoi za podpaleniami.
To, co mi się podoba w opowiadaniu, to charakter postaci - uwielbiam sposób w jaki kreślisz ich osobowości; podoba mi się bardzo atmosfera świata, w którym żyją - czytając opisy od razu jestem w stanie wyobrazić sobie, co i jak wygląda; zgłębiając się w treść odkrywasz tajemnicę na tyle tylko, aby zaciekawić czytelnika i zaintrygować jeszcze bardziej niż dotychczas.
Pozdrawiam i czekam na c.d.

Offline

#123 03-07-2018 o 18h19

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Dawno mnie tutaj nie było, jednakże przybywam, by dać o sobie znać i pragnę ci przypomnieć iż wciąż podziwiam twoje umiejętności pisania oraz zdolności do tworzenia niesamowitych momentów, zwrotów akcji. W każdym twoim rozdziale widzę mnóstwo nowości, czegoś co zapiera mi dech w piersiach!
Z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział twojego opowiadania i dlatego też życzę mnóstwa czasu i weny :p

Offline

#124 01-08-2018 o 16h31

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 475

Cześć przyjaciele! Myślałam, że nie zdążę dodać odcinka tuż przed cudowną wyprawą na Pol'and'Rock Festival [wcześniej Woodstock], ale na szczęście się udało. W tym rozdziale niemal chamsko wyjaśniłam coś, czego się większość spodziewała, a to znak, że rozwiązuje się coraz więcej i wielkimi krokami zbliżamy się do drugiej części! Bardzo mnie to cieszy! <3
     Jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem i zapraszam na jej "Drugą Gwiazdę na lewo" ^^
     Życzę miłej lektury!



              Rozdział XXIV                                               
              ELDARYA


     — Dobra — mruknął zmęczonym tonem, łapiąc się wymownie za przegrodę nosową. — Ja to zrobię.
     Czuł na sobie zaniepokojone spojrzenie Miiko, co w ogóle go nie zdziwiło. Spodziewał się, że jego decyzja zaskoczy wszystkich, chociaż jednocześnie miał wrażenie, że każdy tego od niego oczekiwał. Drażniło go to, lecz jednocześnie uznał, że nie warto walczyć z wiatrakami.
     — Jesteś pewien? — spytała spokojnie przywódczyni. Jej głos ani drgnął, ale Ezarel znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że za tą powłoką pewności siebie skrywały się ogromne pokłady wątpliwości i strachu.
     — Tak — mruknął niecierpliwie.
     Nie rozumiał, dlaczego w kółko go o to pytali, skoro już wcześniej wyraził się jasno. Musiał się przespać z tą decyzją, a następnie ponarzekać, poprosić kilka osób o poradę i znowu ponarzekać, by dojść do wniosku, że to najlepsze wyjście. Dlatego, gdy tylko nabrał pewności, natychmiast poszedł do kitsune i wyjaśnił, że tak będzie najlepiej.
     — Szczerze mówiąc, też uważam, że ty najlepiej byś się do tego nadawał…
     Już mi to mówiłaś, pomyślał, czując narastającą irytację.
     — …zważywszy na twoje alchemiczne umiejętności — kontynuowała Miiko. — Z nas wszystkich to ty najlepiej będziesz wiedział, czego szukać…
     — DOKŁADNIE! — ryknął radośnie Anthohn Folke, dotychczas z największą fascynacją przysłuchując się rozmowie. — Jestem pewien, że wasz mistrz alchemii najlepiej poradzi sobie z tym zadaniem! Poza tym miło będzie wrócić w rodzinne strony, czyż nie?
     Ezarel bez najmniejszego skrępowania zamordował go wzrokiem, jednak Folke, choć z pewnością to widział, kompletnie nic sobie z tego nie robił. Elf uważał to za dość podejrzane zachowanie, chociaż niejasno zdawał sobie sprawę, że być może to i lepiej, że tak potężny władca nie odczytał tego jako zniewagę.
     O ile nie odczytał.
     — Masz rację — odpowiedział szefowej, starając się ukryć wzburzenie. — Wiem, czego szukać, dlatego sobie z tym poradzę. Tylko dajcie mi jeszcze jakieś wsparcie, żeby w razie czego nie było żadnych kłopotów i mogę ruszać w drogę.
     — Powierzę panu wszystkie cenne mapy — powiedział rzeczowym tonem Folke, wstając ze swojego bogato zdobionego fotela.  — Tereny, na których zamieszkiwał Shantaem, to głównie lasy i mokradła, dlatego lepiej, by pan wiedział, które ścieżki są najbezpieczniejsze. Udostępnię także wszystkie zapiski i poszlaki, jakie udało nam się znaleźć, a także klucz do domku Shantaema, by pan sam mógł go zbadać i ocenić, na ile pana własne obserwacje pokrywają się z naszymi. Od pana wymagam tylko jednego: by niezwłocznie informował mnie o wszystkich spostrzeżeniach i ostrzegał przed swoimi następnymi czynami. Niech się pan nie spodziewa ode mnie zakazów, jednak wolę mieć kontrolę nad tym, co dzieje się na moich ziemiach. Powierzę panu kilku moich…
     — Wolę kogoś ze Straży — przerwał chłodno Ezarel.
     — Kolaboracja nie będzie problemem, prawda? — spytał z łagodnym uśmiechem.
     Tak bardzo cię nienawidzę, pomyślał elf, zaciskając zęby.
     — Proszę o to, by odnalazł pan mojego przyjaciela oraz składniki, które najprawdopodobniej ma ze sobą. Jako tutejszy mistrz alchemii — Ezarel nie znosił, gdy Folke używał tego tytułu — na pewno zdaje pan sobie sprawę z powagi sytuacji.
     Elf ledwie zauważalnie kiwnął głową. Zdecydowanie był świadom tego, że coś tu bardzo mocno nie grało, i to niejedno. Przede wszystkim: dlaczego ktoś tak potężny jak Anthohn Folke nie potrafił sobie poradzić z upilnowaniem jakiegoś jednego podstarzałego alchemika? Jak go poznał, jak to możliwe, że prawdopodobnie potrafił wytworzyć najważniejsze składniki alchemiczne? Gdzie zniknął? I dlaczego dumny, samowystarczalny Folke poprosił o pomoc Straż? Oczywiście Miiko wyjaśniała im wszystkim, że wraz z odwiedzeniem Kwatery, przywódca planował spotkać się z innymi ważnymi osobistościami władającymi krajami Eldaryi, podobno w celu „podtrzymania przyjaźni”. Ezarelowi robiło się niedobrze, gdy wyobrażał sobie te wszystkie nieszczere uśmieszki i uściski dłoni. Zebranie organizowano właśnie tutaj i to był główny powód, który skłonił elfa do podjęcia decyzji o wyjeździe.
     — Zostawię pana pod opieką oddziału generała Harijava — kontynuował Folke. Wizerunek wesołego wujka gdzieś zniknął: jego rysy twarzy stężały, a ton głosu nieco się obniżył. Dzięki tej zmianie, paradoksalnie, był mniej przerażający. — To doświadczony mąż, więc będzie pan w dobrych rękach. Od momentu wyruszenia to pan będzie decydował o wszystkim, a generał Harijav będzie przekazywał wszystko swoim podwładnym. Nie będą panu przeszkadzać, jeśli pan sobie tego nie życzy.
     Ezarel kiwnął głową. Mimo wszystko brzmiało to dobrze. A jednak elf odwrócił się w stronę Nevry, dając tym samym znak, że wolałby też kogoś ze Straży.
     — Mógłbym ci oddać Hienę i jego szpiegów — zaczął, drapiąc się po brodzie — ale skoro sir Folke podarował ci tylu wojaków, to ja ci dam tylko jednego. Ale najlepszego.
     — Daniela — mruknął Valkyon z lekkim uśmiechem. — Wciąż żałuję, że nie trafił do mnie.
     — To dobry wojownik, ale jeszcze lepszy szpieg — odparł wampir, puszczając przyjacielowi oczko.
     Elf słyszał o tym szpiegu. Cichy, nierzucający się w oczy, wysyłany tylko na najbardziej wymagające misje, zwłaszcza dotyczące infiltracji. Od razu pomyślał, że to bardzo dobry wybór.
     — Biorę go — odparł dziarsko. — Mogę ruszyć już jutro. Spakuję się, przekażę wszystko Stellanowi i…
     — Stellanowi? — zapytał Folke z uprzejmym uśmiechem.
     — Mojemu zastępcy. To on przejmie teraz stery i przekaże wszystko reszcie Srebrnych… — Widząc pytające spojrzenie władcy Norielath Hari, westchnął i pospieszył z wyjaśnieniami: — My to Lśniąca Straż, szefowie szefów. Srebrna to niżsi rangą szefowie konkretnych szczebli. Pode mnie, czyli Straż Alchemii, podpina się chociażby Naczelny Mag i wszelkie inne magiczne kwestie. Pod Valkyona poszczególni szefowie dotyczący uzbrojenia, strategii i tak dalej… I tak dalej.
     — A więc jutro? — dopytał Folke, zupełnie ignorując małą przemowę Ezarela. — Znakomicie; im szybciej, tym lepiej. Jak tylko sporządzę wszystkie materiały, dostarczę je do pana gabinetu…
     — Proszę przekazać je Miiko.
     — …a nie powinno mi to zająć więcej niż dwie godzinki. Zgoda?
     Nie odpowiedział. Nie przeszłoby mu przez gardło zawarcie zgody z istotą, która, wbrew jego woli, ułożyła mu życie na nowo.

     — Proszę zaczekać!
     Krew momentalnie zabuzowała mu w żyłach, kiedy usłyszał za sobą ten głos. Czego ten demon mógł jeszcze od niego chcieć? A miał cichą nadzieję, że poza naradami nie będzie miał z nim nic wspólnego…
     — Słucham? — mruknął, ledwie na niego zerkając.
     Jednak tym razem Folke nie zamierzał zgrywać łagodnego, ciemnego nowicjusza. Wyprzedził go, a następnie stanął tuż przed nim, z wyższością unosząc brodę i patrząc na elfa z góry. Zmierzył go posępnym spojrzeniem, robiąc przy tym dziwną minę: coś pomiędzy złośliwym uśmiechem a grymasem zadumy. Ezarel czuł, jak napinają mu się mięśnie. Teraz musiał uważać na każde wypowiedziane słowo. W związku z tym on także się wyprostował, bez cienia strachu patrząc wprost w te okrutne, szare oczy.
     — Pan… — zaczął Folke, efektownie przeciągając samogłoskę i na moment urywając, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. — Pan var Antàvel, czyż nie?
     Ezarel zmarszczył brwi. Zatrzymał go tylko po to, by spytać o nazwisko, które i tak miał zapisane w udostępnionych mu dokumentach? Mimo to już otwierał usta, by odpowiedzieć, kiedy Folke ponownie się odezwał:
     — Pan var Antàvel… ten fałszywy? — spytał z żywym zainteresowaniem.
     To było jak uderzenie w policzek. Bezczelne, szokujące, do głębi bolesne. Kimkolwiek Folke był lub nie był, nie miał prawa tak go nazwać. Czując, jak blednie i zaciska pięści, próbował opanować nerwy, by nie rzucić się na niego z pięściami: gdyby tylko stał przed nim jakikolwiek inny strażnik, już dawno popłynęłaby krew.
     N i e   b y ł  fałszywym var Antàvelem.
     Nie był…
     Złość momentalnie z niego uleciała, a zastąpiła ją chwilowa panika, gdy za plecami Folkego ujrzał drobniutką, dobrze mu znaną dziewuszkę. Modląc się w duchu, by właśnie tłumaczący się Folke nie zwrócił na to uwagi, Ez lekko kiwnął głową na Metztlin, by ta jak najprędzej zmykała. Na szczęście mała od razu zrozumiała i błyskawicznie zniknęła za zakrętem; elf nawet nie chciał myśleć, co by się stało, gdyby ten przeklęty drań dowiedział się o tej dziewczynie i jej rzekomych zdolnościach. O ile jakieś istniały.
     — …słucha mnie pan?
     — Nie — wysyczał Ezarel, wracając do rzeczywistości. — Jeśli zatrzymał mnie pan tylko po to, by mnie obrazić, to na tym możemy zakończyć tę rozmowę…
     — Raz jeszcze powtarzam, że wolałem się upewnić, z kim pracuję. I że to na pewno chodzi o pana — upierał się Folke. — Poza tym, skoro już nabrałem pewności, tym bardziej się cieszę, że to akurat pan zaoferował swoją pomoc. Jestem pewien, że syn samej słodkiej Kahiarre znakomicie poradzi sobie z tym zadaniem. Swoją drogą — proszę ją serdecznie ode mnie pozdrowić.
     Po moim trupie, pomyślał.
     — Och, no i właśnie — jak pan mógł zaprzeczać, że pochodzi z Norielath Hari, skoro to właśnie ta ziemia zrodziła pana cudowną matkę? Mówiłem panu — potrafię rozpoznać swoich rodaków. Poza tym tak mi się wydawało, że już kiedyś pana widziałem. I teraz już wiem, gdzie i kiedy! Miał pan wtedy może ze trzy albo cztery latka… hm, Kahiarre wtedy zrobiła mi niezły raban o… hm, właściwie już nie pamiętam, o co tak krzyczała… och, wspaniała to kobieta, naprawdę…
     Odszedł. Po prostu wyminął Folkego. Nie mógł tego słuchać, a każde kolejne słowo wychodzące z jego ust raniło jak ostrze. Wiedział, o jakiej sytuacji mówił ten potwór. Choć miał zaledwie kilka lat, choć był malutki i nie rozumiał, co się wokół niego działo. I długo zrozumieć nie mógł. A gdy wreszcie pojął, kolejne lata zajęło mu pogodzenie się z tą przedziwną prawdą. Nie chciał tego wspominać, a Folke robił co tylko mógł, by rozdrapać stare rany.
     Nienawiść płonęła w nim żywym ogniem. Wręcz go to niepokoiło, ponieważ nawet sam siebie nie znał aż tak dobrze, by przewidzieć, co z tą nienawiścią zrobi…


              DROGNASLOE


     Deszcz wściekle zacinał o szyby, co wyjątkowo mocno irytowało Yorgorena. Z jakiegoś powodu na niczym nie potrafił się skupić, a każdy najmniejszy dźwięk natychmiast wyprowadzał go z równowagi. W końcu zaklął siarczyście, odrzucił od siebie pióro, jakby nagle go oparzyło, po czym rozłożył się wygodnie na fotelu, zasłaniając oczy ramieniem. Był tak okrutnie zmęczony. Próbował nie dopuszczać do siebie tej myśli, a jednak czasami nie potrafił powstrzymać cichutkiego głosiku krzyczącego: mam dość. Czuł się tak już od bardzo dawna, jednak ani myślał się poddać.
     Jeszcze tylko troszkę i zostanie nagrodzony rajem.
     Kiedy rudzielec usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, które następnie zatrzasnęły się z hukiem, mimowolnie poczuł ulgę. Był rad, że Casper już wrócił, choć podejrzewał, że zakończy swoje poszukiwania dopiero późno w nocy. Ale skoro już przyszedł, to tym lepiej, zwłaszcza że odczuł nagłą potrzebę mówienia.
     — Co dzisiaj tak krótko? A zresztą… ech, jestem taaaki… zmęczony…  — zaczął, przeciągając się jak kot.
     — Trudny dzień? Tydzień? Miesiąc?
     Yorgoren zdrętwiał, gdy rozpoznał ten głos. Zerwał się z krzesła, nie dając wiary temu, co usłyszał. I zobaczył. Minęło tak wiele lat, a on wciąż doskonale pamiętał tę twarz. Co on tu robi?! Czego tu chce?! Jak mnie znalazł?!
     —J-ja… — wydukał. Czuł ogromną gulę w gardle, przez którą nie mógł wycisnąć z siebie ani słowa.
     Tajemniczy gość wyglądał dokładnie tak jak kiedyś: średniego wzrostu, szczupły, o okrągłej, lekko pyzatej twarzy, nienaturalnie dużych fiołkowych oczach i łagodnym uśmiechu. Bladą twarz miał wysypaną brązowawymi, lekko wypukłymi plamami, a siwe, krótko przystrzyżone włosy u samej nasady zdawały się niebieskawe. Całość wyglądała naprawdę osobliwie, ale najgorzej było, gdy obcy się uśmiechał. Niemal każdy ząb oddzielony był wąską szparą, przez co cała twarz nabierała drapieżności. Krótko mówiąc, Yorgoren wprost się go bał, mimo że teoretycznie nie miał ku temu powodu.
     Gość zarechotał upiornie, po czym bez krępacji usiadł na krześle po drugiej stronie biurka.
     — Narozrabiałeś, Yorgoren — zaczął stanowczym tonem. — Ostrzegałem cię przed skutkami ubocznymi!
     Co on tu robi, co on tu robi, conturobi, conturoi…
     Milczał. Nie był w stanie wypowiedzieć ani słowa. Wiedział, że nie musi.
     — Idzie ci to chociaż? — spytał z nutką wątpliwości. — Ten eksperyment?
     — Zmienił pan zdanie? — zagadnął najuprzejmiej, jak tylko potrafił.
     Mężczyzna zaśmiał się beztrosko, poprawiając swój czarny płaszcz.
     — Nieee. Podjąłem decyzję ponad dziesięć lat temu i nie zamierzam jej zmieniać. Stary już jestem — gość uśmiechnął się, a Yorgoren automatycznie zadrżał — to po co mi to? Ja o ciebie pytam. Idzie?
     — I-idzie jakoś…
     Obcy pokiwał głową w geście dezaprobaty.
     — Jakoś — zakpił. — Właśnie widzę.
     — Ale jesteśmy już ku końcowi! — zawołał niemal rozpaczliwie, mając gorączkową nadzieję, że jakoś go przekona. — Jeszcze… no nie wiem, kilka tygodni… i… i…
     — A co tutaj, w tej mieścinie? — spytał rzeczowym tonem, pochylając się nad biurkiem. — Co żeś spaprał, to nie naprawisz. Bo nie umiesz.
     Yorgoren czuł, że spocił się jak świnia. Panika coraz bardziej przeżerała jego serce oraz umysł i nic nie mógł na to poradzić. Przybycie tego mężczyzny było dla niego największym koszmarem. Zdawało mu się wręcz, że jest uczniem karconym przez największy autorytet. Tak bardzo pragnął słowa pochwały, lecz wiedział, że na to nie zasługiwał.
     Wstał z krzesła, zaczynając nerwowo krążyć po pokoju. Próbował się jakoś uspokoić, ale nie potrafił. A panika wciąż przybierała na sile.
     Jestem złym człowiekiem… Boże, jestem złym…
     — …człowiekiem, jestem złym… — mamrotał opętańczo. Dopiero po dłuższej chwili spojrzał na swojego gościa z istnym szaleństwem w oczach. — Ale przecież coś da się zrobić! Musi! MUSI! Wszystko da się naprawić… Błagam, pomóż…
     Mężczyzna odziany w czarny płaszcz patrzył na Yorgorena beznamiętnie. Długo milczał, co doprowadzało rudzielca do szału.
     — Ale co ty chcesz naprawiać? — mruknął, wzruszając ramionami. — Nic się nie da zrobić…
     — Jak to? — jęknął płaczliwie.
     — Ano tak to! — zawołał, a Yorgoren z przerażeniem stwierdził, że ten człowiek czerpał niewymowną radość z jego chwilowego załamania nerwowego. — Wyobraź sobie, że planujesz kogoś zabić…
     Yorgoren natychmiast pobladł.
     — …więc dostajesz nóż — kontynuował gość. — Niestety, w wyniku okropnego przypadku, zabijasz kogoś bliskiego. Chcesz go uratować, ale nie możesz. Czemu? Bo nie masz odpowiednich przyrządów. Tylko nóż. A nożem tego kogoś nie uleczysz. Nóż tylko zabija. I ty też wybrałeś sobie coś, co potrafi jedynie niszczyć. Aby to naprawić, potrzebujesz zupełnie czegoś innego. A ja tego nie mam. Bo nie o to prosiłeś. Poza tym nawet mnie nie udało się zdobyć pozostałych dwóch składników, więc…  ale spokojnie! — zawołał łagodnie. — Może, jak to choróbsko już pozżera wszystkie dzieciaki, to się skończy? O ile oczywiście nie wydostanie się poza mury miasta. No ale jak nie, to spokojnie! Choróbsko się skończy, zacznie się rodzić nowe pokolenie i koniec!
     — Wierzy… wierzy pan w to?
     — Ja? — zdziwił się gość. — To nie ja mam w to wierzyć, tylko ty. Wiara czyni cuda!, mój dobry przyjacielu.
     Wiara czyni cuda, powtórzył w myślach, choć zabrzmiało to wyjątkowo słabo, żałośnie i przede wszystkim nieprzekonująco.


     — Och, dzień dobry, panie Mehv!
     — Dobry, Matyldo — wymamrotał pospiesznie Yorgoren. Wciąż czuł, jak drży. Ze stresu, z przerażenia, z niezdrowej ekscytacji.
     — Pokój szósty — odpowiedziała na niezadane pytanie, uśmiechając się słodko na swojej pyzatej buzi. — Siedzą tam już od kilku dobrych godzin, więc pewnie już po wszystkim.
     — Dziękuję.
     Pokój szósty mieścił się na pierwszym piętrze, niemal zaraz przy schodach. Rudy już dawno przywykł do tego przybytku oraz przede wszystkim tego, co się w nim działo. Mimo to, wchodząc po schodach, czuł dogłębne obrzydzenie. Miał świadomość, że to lekka hipokryzja, ale i tak nie mógł tego powstrzymać.
     Skoro minęło już kilka godzin, odkąd Casper tu przybył, Yorgoren nie zamierzał pukać. Zamiast tego przymknął powieki, westchnął ze zmęczeniem, po czym wszedł do pomieszczenia. Widok dwóch nagich mężczyzn leżących na jednym łożu w ogóle go nie zaskoczył. Bez namysłu podszedł do przyjaciela, szturchnął go w ramię i wołał, by wstał, popisowo ignorując przy tym powarkiwania tamtego drugiego.
     — Casper, do k###y, wstawaj, problem mamy! — syczał, czując narastająca irytację.
     Brunet drgnął gwałtownie, podniósł się lekko i zmrużył oczy, na wpółprzytomnie rozglądając się po pomieszczeniu. Dopiero gdy zauważył Yorgorena, pokiwał lekko głową.
     — Dobra… już dobra… już idę… — mruczał, powoli zbierając swoje ubrania.

     — To nie był Joshua…
     Yorgoren pokiwał w milczeniu głową. Doskonale znał to jedno krótkie zdanie i wiedział, jak wiele oznaczało. Objął więc przyjaciela ramieniem, lekko go do siebie przyciskając.
     — Ale miał takie złotawe włosy… — kontynuował cicho Casper, będąc w swego rodzaju transie. — I chyba nawet podobną kurtkę, wiesz? — spytał nieco żywiej. — Joshua też miał taki czerwony płaszcz, ale z postawionym kołnierzem chyba… chyba… nie pamiętam… — wyszeptał płaczliwym tonem. — Nie… nie pamiętam…
     Yorgoren nigdy nie wiedział, co wtedy powiedzieć.
     — To nie był Joshua…
     — Przykro mi…
     — Czego ode mnie chciałeś?
     Ta nagła zmiana tonu w ogóle go nie zaskoczyła. Rudy przygryzł wargę, mimowolnie tarmosząc swój intensywnie niebieski płaszcz.
     — Casper… — zaczął słabym głosem. — Nieludź u mnie był.
     Młodzieniec momentalnie stanął jak wryty, wpatrując się w Yorgorena wybałuszonymi oczami.
     — O żesz c##j! Co ta k###a od ciebie chciała?! Zrobił ci coś?!
     Mimowolnie odetchnął z ulgą. Dużo bardziej wolał tego Caspra, mimo że uszy mu więdły, gdy słuchał tych wulgaryzmów.
     — Niee, nic… — mruknął, przypominając sobie jego przerażające zęby. — Przyszedł tu chyba tylko po to, by nas wykpić. Otwarcie wytknął mi porażkę i uświadomił, że nie można tego naprawić… Casper… — jęknął, patrząc na niego błagalnie.
     Młody wzruszył lekceważąco ramionami.
     — Czyli nic nowego nie powiedział. Słuchaj — zaczął stanowczo — wiemy, że s############y z tym jednym. Ale drugiego nie zj#####y. Sam wiesz, że to już prawie koniec. A jak stąd sp########y, to w dupie będziemy mieli to p########e Nigredo.
     Yorgoren nie był tego taki pewien. Wciąż wpatrując się tępo w błotnistą ścieżkę, myślał nad tym, czy Nieludź mówił poważnie o tym, że nic się już nie da zrobić. Być może tylko żartował? Tylko go straszył? Musiało tak być…
     — Poza tym wiesz — kontynuował Casper — my nic nie wiedzieliśmy. To nie nasza wina! A skutki uboczne się zdarzają, to normalne w każdym procesie. Już się tak nie stresuj, rudy przyjacielu.
     — Ale przecież powinniśmy to naprawić…
     — Powiedział ci, jak to zrobić?
     — Nie…
     — To trzeba go znaleźć i się dowiedzieć. To coś, o ile istnieje, pewnie podziewa się gdzieś w jego stronach, zanim stamtąd s########ł. Więc, jak już tam poleziemy, znajdziemy to gówno i wyślemy kogoś, żeby się z tym ch######m męczył i to naprawił. No sam powiedz — czy to nie jest dobry pomysł?!
     Gdyby nie to, że Yorgoren był kompletnie przybity i pozbawiony wszelkiej wiary w lepsze jutro, przyznałby mu rację. Wobec tego wręcz zmusił się, by myśleć pozytywnie. Casper dobrze to wymyślił i tego powinni się trzymać. Uparcie, aż do bólu. Byle do końca. Nawet jeśli przeciwieństwa przybywały w przerażającym tempie. Akurat wtedy, kiedy marzenia powoli go uskrzydlały.
     — Sam się mogę tym zająć — zaproponował Casper. — Poszukam c###a i wyciągnę z niego wszystko, co nam trzeba.
     — Nie — zaprzeczył cicho, choć stanowczo. — Ty masz pilnować Leavitta, Cathieli i tego trzeciego.
     — No dobra — mruknął — ale nic ciekawego się nie dzieje… Ach! Zapomniałem w sumie. Wiesz, że tego starszego ktoś napadł? I mu ramię ro#########ł? Ciekawe, kto to… Ale może by się tym zainteresować i go znaleźć? Wiesz — wróg naszego wroga to nasz przyjaciel.
     — Rób co chcesz — wyszeptał ledwie słyszalnie.
     Był wykończony, Tak okrutnie zmęczony, pokonany, po brzegi wypełniony wątpliwościami. Zaczął nawet myśleć, że gdyby te prawie sześć lat temu widział, co się z nim stanie, omijałby Nieludzia szerokim łukiem. Nigdy nie zgodziłby się na interesy z tym przedziwnym człowiekiem, a tym samym nie poznałby tajemnicy, której nie zna na tym świecie niemal nikt. Kiedyś czuł się z tego powodu kimś wyjątkowym; miał świadomość, że posiada wiedzę, o której wielu mogło tylko pomarzyć, co automatycznie stawiało go ponad resztą zaciemnionego motłochu. To go wznosiło ku górze i motywowało do działania. Właśnie ta głupia duma zaprowadziła go aż tak daleko.
     Pędził na złamanie karku, nie przejmując się ryzykiem upadku. Pożałował tego chorego wyścigu dopiero teraz, gdy zaczął się mocno chwiać.
     Wiedział, że w każdej chwili może upaść. I już by się z tego nie podniósł.


              ELDARYA


     Przyjazd Anthohna Folkego był wielkim wydarzeniem, wobec tego w Kwaterze Głównej wrzało jak w ulu. Strażnicy biegali między sobą, nie zwracając uwagi na nic poza swoimi niesłychanie ważnymi obowiązkami. Wśród takiej zapracowanej armii duchów bardzo łatwo zniknąć. Dla Metztlin to zadanie było tym prostsze, że praktycznie zawsze miała wrażenie, że jest niewidzialna. Dla każdego.
     Nikomu nie powiedziała o swoim ostatnim śnie. Nie był zbyt interesujący, choć z całą pewnością czaiło się w nim coś podejrzanego i niepokojącego. O czymś podobnym powinna natychmiast informować Lśniącą Straż, lecz nie chciała im przeszkadzać. Poza tym nakazano jej omijać Folkego szerokim łukiem, wobec tego nie chciała kusić losu.
     Wyśniła kolejny „portal”. Jednak ten nie wyglądał jak tamte małe, ledwie rozwinięte. Ten był duży, znacznie większy od niej. Ach, a jakże on pięknie się skrzył! Jak pięknie błyszczał bielą przetykaną szarymi żyłkami! Metztlin z największym uwielbieniem obserwowała, jak strzeliste groty porozstawiane na krawędziach portalu delikatnie falowały, jak gdyby poruszane łagodnym wiaterkiem. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś piękniejszego…
     Gdy się obudziła, natychmiast zalała ją pewność, że to, co wyśniła, już przepłynęło do rzeczywistości. Musiała, po prostu musiała odnaleźć ten portal. Jednak wiedziała, że nie mogła powiedzieć o tym Straży. Nawet Ezarelowi.
     Zwłaszcza Ezarelowi.
     Bez trudu znalazła właściwe miejsce. Wszystkie tajemnicze wyładowania energii były pilnie strzeżone, zwłaszcza ze względu na obecność Folkego. Jednak o tym jednym nikt nie wiedział. Jak w transie szła leśnymi ścieżkami, mijała resztki niskiego murku, pokonywała wysokie trawy, by wreszcie, po prawie dwóch kilometrach, znaleźć to jedno jedyne miejsce. Gdzieś w środku lasu, na środku niczego, unosiło się coś, co dla Metztlin było obrazem ideału. Portal z jej snu. Ogromny na prawie dwa metry, biały z szarymi żyłkami, lekko falujący. Pamiętała, że wszystkie dotychczasowe portale miały szklaną powierzchnię. Dziewczyna jeszcze tego nie sprawdziła, a już wiedziała, że tym razem będzie inaczej. I miała rację. Gdy delikatnie dotknęła tej poruszającej się mgiełki, doznała nadzwyczajnego uczucia. Przez tę krótką chwilkę nie czuła dosłownie nic. Uśmiechnęła się błogo, pozwalając, by odprężenie zalało cały jej umysł i serce. Czymkolwiek była ta powierzchnia, zdawała się miękka niczym najdroższy, najwspanialszy jedwab.
     Siedziała przed portalem całymi godzinami, z największym uwielbieniem wpatrując się w dzieło swojego snu. Czuła się jak w transie. Dlatego niemal w ogóle nie zwracała uwagi na wydobywające się zeń szepty. Słyszała je i rozumiała, lecz nie wzbudzały w niej niepokoju. Wręcz przeciwnie: kochała je tak samo, jak swój wyśniony twór.
     — …dużo tego… szef kazał zostawić…
     — …znasz plotki? …nie chcę… nic wspólnego…
     — …nie moja sprawa… jeśli to prawda…
     — …też chciałem… ale kto…
     — …nic nie powie… Leavitt… on to zrobi…
     Te słodkie szepty rozbrzmiewały przez dobre kilkanaście minut, aż wreszcie całkiem zamilkły. Metztlin było ich żal, lecz miała nadzieję, że już wkrótce je usłyszy. Tak często się modliła i błagała… czyż więc bogowie nie powinni jej odpowiedzieć?
     Chyba właśnie odpowiedzieli. To były ich szepty. Szepty bogów.
     Kimkolwiek jesteś, panie Leavitt, niech cię Wyrocznia błogosławi, pomyślała błogo.



Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 22h44)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Online

#125 01-08-2018 o 17h40

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Metz powinna napisać poradnik pod tytułem "jak się wrąbać w dużą kakę" ;]

W rozdziale najbardziej intryguje pojawienie się "Nieludzia" i wlokące za tym pytanie "czyżby to był tajemniczy Alchemik pana F.?". Jeżeli tak to nic dziwnego, że Folke nie potrafi go znaleźć. I jakoś wątpię czy Ezarel da radę. No chyba że zacznie robić podobne badania w Eldaryi, co Yogorgen na Ziemi, a to raczej nie przyniosłoby niczego dobrego.

Swoją drogą czy Metz ma w sobie nieco ludzkiej kwi? To by wyjaśniało reakcje na nigredo.

Offline

Strony : 1 ... 3 4 5 6 7 8