Forum

Strony : 1 ... 4 5 6 7 8

#126 01-08-2018 o 18h54

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 845

Uuu, liczyłam na to że Metz w transie zwyczajnie wejdzie do portalu. Wtedy by się zrobiło ciekawie /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Polubiłam Yorgorena, chociaż chyba nie powinnam skoro to on namącił z tymi badaniami
jak zwykle się rozpisałam (żarcikhehe) więc teraz wrócę do czekania na kolejne rozdziały

Offline

#127 05-08-2018 o 21h11

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Tym razem nie przegapię czasu na dodanie komentarza /static/img/forum/smilies/smile.png

Dobrze wiesz, co myślę o "Nigredo". Jest niesamowite. I mam nadzieję, że nigdy nie wpadniesz na jakiś niemądry pomysł, żeby przestać pisać /static/img/forum/smilies/smile.png Historia z rozdziału na rozdział coraz bardziej wciąga. I uwierz mi, że betowanie opowiadani (powieści?) na tak WYSOKIM poziomie to naprawdę ZASZCZYT! /static/img/forum/smilies/smile.png (Nie, nie słodzę Ci. Tylko stwierdzam fakty /static/img/forum/smilies/smile.png )

Co do samej fabuły - okazuje się, że losy wielu postaci są tak naprawdę ze sobą związane. I wydaje mi się, że kiedy w końcu wszyscy się spotkają, zrobi się naprawdę ciekawie /static/img/forum/smilies/smile.png

Cóż mam powiedzieć... Odpoczęłaś na koncertach, to bierz się za pisanie! /static/img/forum/smilies/smile.png Czekam jak zawsze /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#128 25-08-2018 o 03h27

Straż Cienia
Sharessa
Szeregowiec
Sharessa
...
Wiadomości: 81

Hej hej /static/img/forum/smilies/smile.png
Pozdrawiam i potwierdzam, że nadal odwiedzam i czytam.
Życzę weny.

Offline

#129 07-09-2018 o 22h02

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Cześć przyjaciele! Trochę minęło, zanim uporałam się z tym rozdziałem i sama nie wiem, co sprawiało, że tak opornie mi się go pisało. No, ale mniejsza z tym - ważne, że coś już jest!
Za opiekę nad tekstem jak zawsze dziękuję Amrenie i zachęcam do zerknięcia na jej opowiadanie! ^^


              W poprzednich odcinkach...
Ziemia: Leavitt odwiedza Cathielę oraz Svanthora i informuje ich o swoim straszliwym odkryciu. Yorgorena odwiedza tak zwany Nieludź, który wprost wytyka naukowcowi jego błędy i oznajmia, że nie da się ich naprawić, co wywołuje u rudowłosego ogromne wyrzuty sumienia, a przede wszystkim panikę.

Eldarya: Ezarel przyjmuje zadanie Anthohna Folkego i zgadza się odszukać jego zaginionego naukowca. Tymczasem Metztlin znajduje kolejny portal, z którego słychać tajemnicze głosy. Swoje odkrycie zamierza zachować w tajemnicy.



              Rozdział XXV


     Tym razem Svanthor nie miał w zanadrzu żadnej ciętej riposty. Nie warczał, nie narzekał, nie krzyczał. Zamiast tego od dłuższego czasu siedział nieruchomo na starej, podejrzanie wilgotnej kanapie i wpatrywał się tępo w okno naprzeciwko. Mimo wszystko, jakimś cudem nie czuł stresu, nerwów, strachu. I właśnie nad tym dumał. Nad tym, że przecież od trzynastu lat nic nie szło dobrze. Wygnanie go z domu, oddzielenie od żony, obserwowanie, jak kona najlepszy przyjaciel. Potem lata błąkania się w poszukiwaniu niemożliwego, zamieszkanie u Ramlaury. Pożar, pragnienie zemsty…
     No właśnie. Pożar i pragnienie zemsty. Przecież chciał tylko znaleźć i zabić podpalacza. Przyczyniłby się społeczeństwu, więc właściwie byłby to dobry uczynek. Jak to więc możliwe, że krok po kroku wdepnął w tak głębokie, śmierdzące gówno?
     — Noż k#### — mruknął nadzwyczaj spokojnie — przyszło mi się użerać z c######, które stworzyły jakąś p######### chorobę. Ha!, a to ci dopiero.
     Lekko podniósł głowę, rozglądając się na boki. Ponury nastrój dopadł nawet Hieronima, który siedział potulnie przy stole. Pastereczka stała pod drzwiami, obejmując się ramionami. Drżąca, blada jak śmierć, wzbudziła w Svanie współczucie. Zdążył polubić tę smarkulę, a skoro okazało się, że jej szef z determinacją zabijał dzieci, które dziewuszka sama mu podsyłała pod nos, na pewno nie było jej łatwo. Hieronim w kółko jej powtarzał, że to nie jej wina, bo o niczym nie wiedziała, lecz Cathiela nie dawała się przekonać. Była przerażona i zjadana przez poczucie winy.
     — Spokojnie, Pastereczko — szepnął, przelotnie na nią zerkając. — Dorwiemy go i z########. Bo to on winny tego wszystkiego. Nie ty.
     — Trzeba zająć się Leavittem — powiedziała, nagle się prostując. Rysy jej twarzy stężały, a duże, niebieskie oczy błysnęły stalą. — Yorgoren na pewno go pilnuje. Nie może się dowiedzieć, że wiemy.
     — Zwłaszcza że mamy jeszcze tego młodego dupka na ogonie — zauważył Svanthor.
     — Podejrzewam, że się znudził — mruknęła Cathiela. — Rozmawiałam z nim jeszcze kilka razy, ale nie wyglądał na tak zaangażowanego jak przy naszym pierwszym spotkaniu.
     Edvarssen zmarszczył brwi, drapiąc się po szorstkim policzku.
     — Chyba mu nie ufasz?
     — Nie. Ale ważniejszy jest Leavitt. Zwłaszcza teraz nie powinien się wychylać i siedzieć cicho jak mysz pod miotłą.
     — Nie pamiętasz, jak się wzdrygał przed powrotem? — zapytał wyraźnie zaniepokojony Hieronim. — Pewnie się boi… no i na pewno nie będzie chciał więcej pracować z tym… z tym… tfu! — Staruszek splunął, krzywiąc się z niesmakiem. — A co, psiamać, jeśli ten bydlak zauważy, że się nasz pan Abélard dziwnie zachowuje?
     — Stary dobrze gada — przyznał Svan. — Pastereczka. Musisz tam leźć i go pilnować. Tobie najłatwiej, bo też tam pracujesz…
     Cathiela momentalnie pobladła, odwracając wzrok, na co Edvarssen lekko westchnął.
     — Jakżeś się tam do niego wkręciła, hę? — zagadnął cicho. — Nie mówisz o sobie wiele.
     — Ty też nie — odparowała, choć nie z taką mocą, jak zwykle. Przez dłuższy moment milczała, wyglądając przez okno. — A skoro żadne z nas nie chce o tym gadać, to…
     Nie dokończyła. Rozejrzała się zmęczonym wzrokiem po pokoju, po czym odwróciła głowę w stronę ciasnego, stęchłego korytarzyku, w głębi którego majaczyły drzwi. Svanthor zastanawiał się, co tę małą dusiło. Był pewien, że nie chodziło tylko o aferę z Nigredo. Zatonęła we własnych myślach, a minę zrobiła przy tym taką, jakby miała zaraz zacząć płakać. Dziwiło go to, że z pewnej siebie, agresywnej kobiety w mgnieniu oka stawała  się zagubioną, przestraszoną dziewuszką.
     — Muszę iść — mruknęła. — Muszę pilnować…
     — Abélarda — dopowiedział uprzejmy tonem Hieronim.
     — …Aenyati — dokończyła chłodno.
     Po tych słowach zniknęła w korytarzyku, a Svanthor od razu pomyślał, że on też się udusi, jeśli stąd nie wyjdzie. Poza tym widział, że Cathiela znajdowała się w fatalnym stanie: szokujące wieści, jakie kilka dni temu przyniósł im Leavitt, nadal mocno ją trzymały. Sam nie rozumiał tej zmiany, jaka w nim zaszła: jeszcze kilka tygodni temu szukał tej gówniary, by ją zabić. A dziś było mu jej zwyczajnie żal. Dlatego postanowił jej towarzyszyć. Pastereczka odpowiedziała ponurym milczeniem, co potraktował jak zgodę.
     Dzień zapowiadał się nieprzyjemnie: z jednolicie szarego nieba siąpił drobny deszczyk, od czasu do czasu też mocniej zawiało. Tylko temperatura dopisywała: nadchodził maj, a powietrze już powoli przesiąkało latem. Mimo to Cathieli i Svanthorowi było bardzo daleko do dzielenia radości reszty spacerowiczów. Milczący, o ciężkich, czujnych spojrzeniach, przemykali ostrożnie między tłumem, tkając w myślach olejne wizje rychłego nieszczęścia.
     Zwykle starał się kierować racjonalizmem. Chłodno analizował, nigdy nie popadał w hurraoptymizm, ale i nigdy też z miejsca nie zakładał najgorszego, by siąść w kącie i zacząć płakać. Dlatego niemal ze zdumieniem obserwował, jak otaczająca go nijakość, bieda i beznadzieja oblepiały go niczym popiół wyfruwający z dogasających zgliszczy. Bardzo powolutku i ledwie zauważalnie ulatywała z niego wola walki i pewność siebie…
     …choć przecież to trwało nieprzerwanie od trzynastu lat.
     Wypalał się. Zupełnie jak te zgliszcza, z których ulatuje popiół. Właśnie dlatego potrzebował jakiegokolwiek celu. Czegoś, co pchnie go do działania. Czegoś, co nie pozwoli mu zgnić w rynsztoku i zapewni mu w miarę godziwą śmierć. Bo że niebawem zginie, tego był jakimś dziwnym cudem pewien.
     — Dokąd my właściwie idziemy? — charknął, łypiąc ponuro na Pastereczkę.
     Młódka kroczyła tuż przed nim prężnym krokiem, z uporem patrząc przed siebie. Zupełnie nie przypominała tej Cathieli sprzed kilkunastu minut, kiedy to nadal obwiniała się za rewelacje, które przyniósł im Leavitt.
     — Ja idę do kościoła — parsknęła, podkreślając pierwsze słowo. — Tobie tam chyba nie po drodze?
     — No, nie bardzo — mruknął posępnie.
     Mimo to wciąż szedł dalej. Nie miał gdzie się podziać, a do Hieronima nie zamierzał wracać. Mógł także wznowić poszukiwania tych dwóch, którzy go pobili, lecz jego ramie wciąż nie było w pełni sprawne i Svanthor bał się, że nie wyszedłby żyw z kolejnego starcia.
     — Już prawie zapomniałem, że z ciebie taka bogobojna pastereczka — wymamrotał, uśmiechając się krzywo. — I nawet dlatego tak zacząłem cię nazywać. Dasz wiarę, że już o tym zapomniałem?
     Cathiela nie odezwała się ani słowem. Mimo to lekko zwolniła tempo.
     — Z czego będziesz się spowiadać? — zagadnął. — I jak często to robisz? Z twoim stylem bycia, to chyba ze dwa razy dziennie, hę?
     Kobieta pokiwała tylko lekko głową, ale nijak tego nie skomentowała. Lubił ją coraz bardziej.
     Nie miał żadnej ochoty iść do kościoła, zwłaszcza że nigdy nie był specjalnie religijny. Jednak musiał na spokojnie się zastanowić nad tym, co powinien dalej robić, a kto wie, może świątynia nie była najgorszym miejscem i skoro Pastereczce pomagało, to może i jemu jakoś ulży.
     Dumał nad tym, idąc przez jakąś ciemną, stęchłą uliczkę, kiedy nagle usłyszeli stłumiony krzyk. Zestresowana Cathiela stanęła jak wryta, oglądając się na boki. Nawet Svanthor z lekkim niepokojem zastanawiał się, kto i dlaczego mógł tak wrzeszczeć. Jeśli kogoś biją, to ja to p####### i s#########, pomyślał buntowniczo.
     Nie minęła nawet minuta, kiedy zza jednego ze zrujnowanych budynków wybiegł jakiś łachmyta. Brudne ubrania ledwo trzymały się na jego owłosionym ciele, rzadkie, długawe, siwe włosy były tłuste i pobrudzone jakąś breją, a bijący od mężczyzny odór szczypał w oczy.
     — D-dobrzy ludzie… pomóżcie… — wydukał, wpatrując się w nich błagalnie.
     — Ani myślę — mruknął Svan, zamierzając się odwrócić. Kiedy jednak o mało co nie wywrócił się o podstawioną nogę Cathieli, zrozumiał, że Pastereczka nie pozwoli mu odejść. Mordując ją spojrzeniem, tylko pokiwał gniewnie głową, po czym poszedł za zaniepokojoną młódką. 
     Jak się okazało, Svanthor poniekąd miał rację i faktycznie kogoś pobili, bo kiedy tylko skręcił za jedną z ruder, dojrzał majaczącą w oddali sylwetkę. Gdy podszedł bliżej, zobaczył, że to jakiś całkiem młody mężczyzna. Nie wyglądał może najlepiej, ale złamany nos i sińce na policzkach nikogo jeszcze nie zabiły. Mimo to facet dyszał ciężko, wyraźnie nie mając siły się podnieść.
     — Leży tu już trochę — wysapał bezdomny, stając między nimi a mężczyzną. — Tych łobuzów, co go tak załatwili, to jam nie widział… tylko jego, tutaj. Ale ja ni umim — wzruszył bezradnie ramionami — to znaczy, ja ni umim naprawiać, leczyć… a z nim coś trzeba… bo jak się wykrwawi…
     — Nie wykrwawi — przerwał ostro Svan, podchodząc bliżej i szturchając leżącego stopą. — Odpocznie jegomość tu na ziemi, wstanie, otrzepie się z kurzu i pójdzie. Będzie żył.
     — Pan zna się na tym? — spytał powątpiewającym tonem bezdomny.
     — Nie jeden raz gorzej mnie załatwili, a dycham jeszcze.
     — Hej, hej! — zawołała podekscytowana Pastereczka, klękając przy pobitym. Przyjrzała mu się uważnie, a nawet lekko podniosła mu głowę, by spojrzeć mu w oczy. — Ja go znam! To jakiś nowy ksiądz z katedry! Kojarzę go, bo raz mnie spowiadał! I wiesz co?! Jak mu zaczęłam grzechy wyznawać… no wiesz, zwyczajne takie, bez jakiegoś pieprzenia się z obcymi facetami, tylko jakieś zwykłe przeklinanie… to tak na mnie popatrzył, popatrzył, pokiwał głową i powiedział: „Nie wiem, co z ciebie za dziecko wyrośnie”!* Rozumiesz?! — burzyła się Cathiela. — Co ze mnie za dziecko wyrośnie! Mam, psiamać, dwadzieścia trzy lata, a on na starszego ode mnie nawet nie wygląda! To wiesz co? Niech on tu sobie leży. Na zdrowie.
     Svan uśmiechnął się krzywo, po czym cicho zachichotał. Bezdomny niczego nie rozumiał, więc stał jak wryty i spoglądał to tu, to tam. Pastereczka za to odwróciła się dumnie i, wyprostowana jak struna, ruszyła w przeciwnym kierunku. Widocznie tym razem to ona ani myślała pomóc księdzu, lecz Edvarssen ją powstrzymał. Spojrzała na niego z niedowierzaniem, ale nic nie powiedziała.
     — Pamiętasz, jak się poznaliśmy, Pastereczko? — spytał, uśmiechając się paskudnie.
     Dziewczyna przytaknęła głową. Na pewno pamiętała spotkanie pod katedrą, kiedy to oboje szukali niejakiego Świętoszka.
     — No właśnie. A skoro kazali błądzić wokół katedry, a ten księżulo właśnie tam stacjonuje, to, a nuż!, coś może wiedzieć. Zabierzmy go do Hieronima — tłumaczył cicho i spokojnie. — Niech go opatrzy, herbatkę zaparzy. Sama wiesz, że ten staruch wzbudza zaufanie jak nikt inny. Niech to podziała na księdza. Może coś wie, co się tu dzieje. Może coś słyszał o tym całym Świętoszku, może…
     — N-nie… nie wsp-pomina-ajcie… wsp-pominajcie… przy-y mnie… o… o t-tym… diable…
     Cała trójka zebrana wokół rannego wybałuszyła oczy, nie wiedząc, co powiedzieć. Tymczasem osłabiony, mocno poobijany ksiądz próbował się podnieść na ramionach, choć z marnym skutkiem, przez co cały czas upadał, dysząc ciężko. Mimo to zdołał wydukać to jedno zdanie, które zelektryzowało Svanthora i Cathielę. Słyszał o Świętoszku? Znał go? Musiał, skoro tak ostro go ocenił. I co mu zrobił, czym się naraził?
     — Ech, c##### sto — mruknął Svan.
     Westchnął lekko, myśląc sobie, że to niemal groteskowa scena. Poza tym uznał, że Los to wyjątkowo zimna s###: ot, najpierw nasyła na nich największego pecha, by później, gdzieś na środku tego całego gówna, uraczyć ich małym, przypadkowym szczęściem. I co mu to miało dać? Jeszcze więcej problemów.
     — Dobra — zakrzyknął dziarsko — zabieramy go. Pastereczka, nie połamiesz się na pół, jak mi pomożesz? Bo wątpię, a ja z tym ramieniem…
     — M-może ja pomogę… — pisnął nieśmiało bezdomny, lecz został popisowo zignorowany.
     Edvarssen wraz z Cathielą podnieśli młodego księdza, przełożyli sobie jego ramiona za karki i tym sposobem powolutku ruszyli w stronę małej chatki Hieronima.

     — Cóż to znowu?! Czy wy sobie z mojego domu przytułek jaki robicie?! — krzyczał rozhisteryzowany Hieronim, podbiegając do ułożonego na sofie rannego księdza i podkładając mu pod kark poduszki. — Ostatnio co rusz mi tu kogoś sprowadzacie! No jak to tak? — pytał, rozkładając ręce. — Jak to tak?
     Svan opadł ciężko na miejsce tuż obok klechy, próbując złapać oddech. Nie spodziewał się, że ten pozornie niedługi spacer aż tak go osłabi. Dlatego nie zwracał najmniejszej uwagi na paplaninę staruszka, choć to i tak nie było nic nowego. Dopiero po chwili na niego spojrzał, usłyszawszy chrapliwy oddech księdza. Był w naprawdę kiepskiej kondycji i należało go jak najszybciej opatrzyć.
     Na szczęście Hieronim sam na to wpadł, bo nim Edvarssen zdążył otworzyć usta, naburmuszony gospodarz już dreptał z opatrunkami i szwami.
     — No i czemuście go do szpitala nie zabrali? Co? — narzekał, siadając obok nieznajomego. — Tylko się nie ruszaj… nie jestem w tym aż tak dobry… Zara zara… a ja pana chyba skądś znam…
     — To młody ksiądz z katedry.
     — Ach! No tak! Faktycznie, rzeczywiście… Ja się, wprawdzie, tylko u księdza proboszcza spowiadam, ale…
     Wtem młody zerwał się gwałtownie, cicho przy tym pojękując. Ignorując oburzenie Hieronima, próbował wstać, lecz zaraz niebezpiecznie się zachwiał, przez co Svan musiał interweniować. Mamrocząc pod nosem przekleństwa, złapał młodziaka i niemal siłą posadził go na kanapie.
     — N-nie… j-ja musz… muszę… porozmawiać z prob-bo… z prob-boszczem… On…
     Młody ksiądz wciąż wyglądał na zszokowanego tym, co się stało. I najprawdopodobniej wiedział, za co go pobito, skoro koniecznie chciał z kimś o tym porozmawiać. Niestety, przez długi czas był bardzo małomówny i tylko od czasu do czasu mamrotał coś o spotkaniu z proboszczem. Dopiero gdy Hieronim skończył go opatrywać, dał wody i nakarmił, dało się z nim porozumieć.
     — Lepiej by mu było w szpitalu… — mruczał starzec zmartwionym tonem.
     — Nie. Jest nam potrzebny.
     — Ha! Wiedziałem! Stary łotr z ciebie, Svanthorze! Najgorszego świństwa byś się dopuścił, byle tylko osiągnąć to, czegoś sam sobie zażyczył!
     Edvarssen nie zaprzeczył. Zamiast tego z uporem wpatrywał się w wyraźnie zaskoczonego wikarego. Ostatecznie nikogo z zebranych nie znał, więc każdy rozumiał tę małomówność. Jednak Svanowi bardzo zależało na tym, by z nim porozmawiać, choć wpadł na to zaledwie kilkanaście minut temu. W innym wypadku rzeczywiście odesłałby go do szpitala, albo po prostu pozwolił tamtemu bezdomnemu zająć się wikarym. Ale…
     Spojrzał na Pastereczkę, mając nadzieję, że zrozumiała. Nieco się rozczarował, gdy dostrzegł jej pytające spojrzenie.
     — Po diabła ci ten wikary? — spytała bez ogródek. Jak zwykle stała oparta o framugę, krzyżując ręce na piersi.
     — Ciekawy dobór słów — charknął, uśmiechając się krzywo. — Poza tym, spodziewałem się po tobie większej światłości umysłu, zwłaszcza że już raz ci to tłumaczyłem. Pamiętasz, jak się poznaliśmy, tak? I przez kogo?
     Cathiela momentalnie się wzdrygnęła. Svan nie miał jej tego za złe, zwłaszcza że początki ich znajomości rzeczywiście nie należały do najprzyjemniejszych. Jednak najważniejsze było to, że pamiętała.
     — No przez Świętoszka — odpowiedziała ponuro.
     — P-potwór… — wydyszał wikary, który nadal wyglądał na mocno osłabionego.
     — Dokładnie — przytaknął, ignorując księdza. — A skoro my szukaliśmy Świętoszka, bo był nam potrzebny, a ten tutaj go zna, no to przyznaj, że może się przydać! Nie?
     — Z tym że ja go szukałam, bo chciałam wiedzieć, skąd się bierze Nigredo — warknęła — a to już wiemy.
     Svan spojrzał kątem oka na wiercącego się księdza. Młody wyglądał na mocno poruszonego wieścią o Nigredo, choć to akurat nie dziwiło — choróbsko od dawna zbierało krwawe żniwo i każdy pragnął pozbyć się tego draństwa raz na zawsze. Lecz jak to zrobić, nie wiedział nikt, a wiedza o tym, kto odpowiadał za zarazę, w niczym nie pomagała.
     — Ja tam go szukałem z innego powodu — mruknął w zamyśleniu — bo podobno wiedział coś o tym, kto podpala całe rodziny demonich dzieciaków. Ale się, k####, niczego nie…
     — Svanthor!  — syknął urażony Hieronim.
     — …dowiedziałem — dokończył ze stoickim spokojem.
     Raz jeszcze popatrzył na wikarego. Facet trząsł się jak w febrze, ze strachem spoglądając na otaczających go ludzi. Svan zdawał sobie sprawę, że gdy tylko zacznie się lepiej czuć, będzie chciał jak najszybciej uciec i najprawdopodobniej zacznie omijać ich szerokim łukiem, jako że oni również mieli coś wspólnego ze Świętoszkiem. Na to na razie nie mogli pozwolić.
     — Pamiętasz, jak wyglądali ci, którzy cię napadli? Ilu ich było?
     Wikary zerkał to na niego, to na Cathielę, to na Hieronima, wyraźnie nie wiedząc, co począć.
     — K-kim wy… wy j-jesteś-ście…
     — Ja to Svanthor Edvarssen — odparł swobodnie, uderzając się w pierś. — Ta tu to Cathiela… — urwał, zastanawiając się nad tym, czy Pastereczka kiedykolwiek podała mu swoje nazwisko. — Cathiela. A ten tu to gospodarz domu, Hieronim… jak ty się zwiesz w ogóle?
     — Jam Hieronim Bertocchi — odparł, dumnie unosząc podbródek.
     — A kim dokładniej jesteśmy? — kontynuował, lekko podnosząc głos. — Kimś, kto może ci pomóc. Boś w niezłe gówno wdepnął, skoro sądzisz, że cię Świętoszek napadł. Albo ktoś od niego. Bo widzisz, my też go szukaliśmy. Z różnych przyczyn. A co ty mu zrobiłeś, skoro na ciebie zapolował?
     Ksiądz nadal uparcie milczał, najwyraźniej ani trochę nie ufając przybyszom. Na szczęście Hieronim zaraz uraczył go filiżanką herbaty, co nieco rozluźniło napięta atmosferę. Svan tego nie rozumiał, ale wychodziło na to, że ten napój posiadał jakąś magiczną moc, bo okiełznał już Pastereczkę i Leavitta. Więc kto wie, może uda się z wikarym.
     — Szukaliśmy Świętoszka — podjęła cicho Cathiela — ponieważ podobno to najlepszy handlarz informacjami. Tego właśnie potrzebowaliśmy, ale nie mogliśmy go znaleźć. Skąd ksiądz go zna?
     Milczał, zasłaniając się filiżanką parującej herbaty.
     — Proszę posłuchać — kontynuowała łagodnie. Svan chyba nigdy nie widział Pastereczki w takim wydaniu. — Tu chodzi o bardzo poważną sprawę. Na pewno słyszał ksiądz o Nigredo. O dzieciach, które nazywają demonimi. Które umierają na jakąś nieznaną zarazę. Tak samo ja, jak i mój towarzysz dowiedzieliśmy się, że Świętoszek wiele wie na temat tej choroby. Dlatego chcemy go znaleźć…
     — Po co się w t-to mieszacie…?
     Księżulo jąkał się coraz mniej, co Svan uznał za postęp.
     — Sami nas w to wmieszali — burknął. — Mnie ktoś spalił żywcem kobietę, u której mieszkałem. I jej dzieciaka, bo był demoni. Ktoś po kolei wypala wszystkie chałupy z demonimi, żeby się choroby pozbyć. Tylko że nie tędy droga, ale jeszcze tego ta kur… — odchrząknął — ten drań nie pojął. Poza tym — Svanthor nachylił się lekko nad księdzem — teraz to nasza wspólna sprawa. Nie? Więc lepiej trzymać się w kupie, skoro wszyscy mamy coś do tego dziwnego gościa.
     — Nie mogę wam ufać…
     — A komu ksiądz może? — spytała cicho Cathiela.
     Milczał, wpatrywać się w prawie opróżnioną filiżankę. Wikary wciąż lekko drżał, lecz ta garstka wiadomości, którą otrzymał, wyraźnie zmąciła mu myśli. Długą chwilę dumał po cichu nad tym, co może powiedzieć, a co lepiej zachować dla siebie. Svan to rozumiał, dlatego wyjątkowo go nie pospieszał. Mimo że czasu przecież mieli coraz mniej. Czuł to w kościach.
     W końcu jednak nie wytrzymał i musiał wznowić rozmowę.
     — To pobicie to tylko ostrzeżenie. Mogą posunąć się dalej. Jeśli księżulo nie ma nikogo do pomocy, a będzie dalej wtykał nochala w nieswoje sprawy, to w końcu księdza zakatrupią. Takie są fakty.
     Wikary momentalnie zbladł. Nie do końca o taki efekt chodziło Edvarssenowi, ale nigdy nie był zbyt taktowny.
     — J-ja już n-nie b-będ-dę…
     — Obawiam się, że to nie ma żadnego znaczenia. Chyba że księżulo prędziuchno stąd wyjedzie. Zniknie z miasta, zaszyje się gdzieś na drugim końcu świata i pozwoli, że Świętoszek o księżulu zapomni. Ale najpierw chcemy usłyszeć wszystko, co wiadomo o Świętoszku.
     Młody duchowny znowu milczał, tym razem nawet jeszcze dłużej niż poprzednio. Nadal drżał, czasami nawet mamrotał coś pod nosem, by po chwili zajęczeć płaczliwie. Lecz wciąż nie podejmował rozmowy, zwłaszcza że wyraźnie bił się z własnymi myślami.
W końcu westchnął męczeńsko. Bał się tego, co miał zrobić, ale najwyraźniej wybrał mniejsze zło.
     — Ten… ten diabeł — wysyczał — często o-odwiedzał księdza proboszcza… N-nie wiem, po co, nie i-interes-sowałem się… A-ale źle temu człowiekowi z oczu patrzyło, oj źle! Aż… — Na twarzy wikarego wykwitły czerwone rumieńce. — Aż w k-końcu… podsłuchałem… niewiele się dowiedziałem… Tylko t-tyle… że ksiądz p-proboszcz szuka s-sposobu, by wyleczyć te b-biedne dzieci. Świętoszek p-ponoć wie, jak to zrobić, a-ale to bardzo dużo kosztuje. I ponoć j-już jest w trakcie działania… To tyle…
     Wikary wyglądał na zawstydzonego tym, co powiedział. Być może uważał, że zgrzeszył, wyjawiając takie sekrety, lub żałował, że nie posiadał więcej przydatnych informacji. Svan nie miał pojęcia, co siedziało w jego głowie, ale niespecjalnie go to interesowało. Zwłaszcza że był pod wielkim wrażeniem tego, co usłyszał. Świętoszek chciał wyleczyć dzieciaki, bo proboszcz go o to poprosił?  Taki z niego dobry duszek? Dlaczego więc zastraszył i pobił wikarego? O ile to faktycznie był on…?
     — A skąd pewność, że to Świętoszek tak pana urządził?
     Słyszał syknięcie Cathieli, zapewne spowodowane nieodpowiednim zwrotem, jakiego użył wobec księdza. Dziwił się tej agresywnej reakcji, zwłaszcza że Pastereczka jeszcze niedawno zapewniała, że nie znosi młodego wikarego i życzyła mu jak najgorzej. Tymczasem duchowny zląkł się tego pytania, wyprostował gwałtownie, a potem schylił posępnie głowę.
     — Tych dwóch obrzydliwych zbirów, c-co to mnie napadli… wyrecytowali mi f-fragment z Biblii… P-powiedzieli, że… — Wikary przymknął powieki, po czym zaczął mówić: —  Grzeszy ten człowiek, który chce więcej otrzymać od swego bliźniego, niż dać z siebie Panu Bogu. Ten demon w-wiedział, że go podsłuchiwałem. I wiedział, co usłyszałem.
     Svanthor coraz mniej z tego rozumiał. Co Świętoszkowi do tego, że wikary usłyszał fragment o jego dobroduszności? Aż tak pilnie strzegł swoich tajemnic? Dlaczego? Intencje proboszcza potrafił jeszcze zrozumieć: możliwe, że ten stary klecha naprawdę żałował śmierci małych, niewinnych dzieciaków, więc szukał sposobu, by to jakoś naprawić, skoro medycyna była bezsilna. Egzorcyzmy nie pomogły?, zaśmiał się w duchu.
     Egzorcyzmy…
     Nagle go olśniło.
     Pomysł, który coraz śmielej formował się w jego głowie, był absurdalny, lecz natychmiast wybudził w Svanthorze choć odrobinę utraconej przed laty nadziei. Przez chwilę rozważał ewentualne za i przeciw, lecz ostatecznie uznał, że to, o czym myślał, mogło być możliwe.
     — Musimy znaleźć tego pok######## — zawołał z mocą w głosie.
     Zbywając kolejny syk Cathieli, spoglądał na to przedziwne grono z istnymi ognikami w oczach. — Mam pewną teorię i muszę ją sprawdzić. Poza tym, jeśli ten cały Świętoszek faktycznie chce zwalczyć Nigredo, to gramy w tej samej drużynie. Księżulo! — Svan wskazał na rannego palcem. — Pomożesz nam. Musimy sobie z panem Świętoszkiem bardzo poważnie pogadać.

* true story



Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h04)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#130 08-09-2018 o 19h36

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Mnie to ksiądz chciał spalić na stosie. Byliśmy na jakiejś wycieczce w kościele, księżulo był przewodnikiem i nagle wpadł na pomysł, żeby zapodać nam spontaniczną modlitwą. Wszyscy do ławek, modlują, a ja siadam i se książeczkę czytam, "Kroniki miecza mroków" o ile dobrze pamiętam i chichotam pod nosem z perypetii Simklina (jeden z bohaterów, srogo tyrpnięsty na musk). Pomodlili, wstają, a ksieżulo do mnie, czemu ja nie dołączyłam do dziękowania Panu. No to odpowiadam, że nie jestem katoliczką. No to on - nie pamiętam dokładnie, jakoś to tak pokrętnie obwieścił - że każdy, kto przyjął chrzest jest wśród dzieci pana i nie ma to znaczenia. No to ja mu, że nie byłam chrzczona. Facet zrobił MINĘ i spory krok krok do tyłu jakby diabła zobaczył. Normalnie, aż myślała, że mi przywali biblią xD

A księżula w opowiadanku lubię. Wydaje się taki pokrętnie niewinny na tle reszty postaci. Taka trochę wścibska ciotka-klotka przyzwoitka. Mam nadzieję, że poturla się dalej w historii. Ech... Ciekawie byłoby, gdyby trafił do Eldki i spotkał Folkego. mnóstwo istot przypominających demony plus ktoś, kto nawet dla nich jest jakby diabłem /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (08-09-2018 o 19h38)

Offline

#131 09-09-2018 o 12h32

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Może i rozdział powstawał długo, ale jest naprawdę dobry /static/img/forum/smilies/smile.png Zresztą już Ci o tym pisałam.

Pytań póki co jest więcej niż odpowiedzi, ale niecierpliwie czekam na moment, kiedy te dwa światy w jakiś sposób się połączą (chociaż właściwie to chyba już trochę zaczęły się łączyć...). Mam też jakieś niejasne przeczucie, że Sven jest napraaawdę ważny. Tak samo jak Metz, która może lekko nie ogarnia sytuacji, w której się znalazła i chyba jeszcze nie do końca rozumie, że wpada w naprawdę spore problemy.
Odnośnie wikarego - jest tak niewinny, że momentami naprawdę mu szczerze współczuję. Chciał dobrze i przez to wszystko wdepnął w naprawdę wielkie gówno (i mam wrażenie, że pewnie niedługo się o tym przekona).
No i oczywiście czekam aż w końcu ktoś dopadnie Świętoszka /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Czekam na dalszy ciąg. Tak samo niecierpliwie jak zawsze /static/img/forum/smilies/smile.png

I po raz kolejny powtórzę... Tak, to jest naprawdę dobrze.

Trzymam kciuki za Twoją wenę /static/img/forum/smilies/smile.png

Ostatnio zmieniony przez Amrena (09-09-2018 o 18h59)

Offline

#132 13-09-2018 o 17h38

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 975

Miałam zrobić to od razu po przeczytaniu, co udało mi się już dawno, ale obowiązki mnie tak zmiażdżyły, że przychodzę tu dopiero teraz. Nie zrób mi krzywdy, proszę <3

Znasz moje zdanie na temat tej opowieści, ale ponownie to powtórzę: JAK JA TO UWIELBIAM, OMG.
Miałam straszne opory przez zabraniem się za czytanie, jak wiesz, ale no... Udało się i teraz wisisz mi cały wielki budynek. <3
Świetnie operujesz postaciami, nie wiem czego spodziewać się po coraz to kolejnych odcinkach: ten ostatni jest świetnym przykładem, bo nie spodziewałam się, że zrobisz krzywdę tej wspaniałej i uroczej postaci, wikaremu. Jak mogłaś, co? :<
Nadal uwielbiam Hieronima, w sumie coraz bardziej, jest moją ulubioną postacią właściwie, a Cathiela nadal nie budzi mojej sympatii. I Metz też właściwie. I to też wiesz.

Póki co zostawię tyle, bo za jakiś czas to chyba byś mi wyskoczyła z telefonu, żądając, żebym w końcu wypowiedziała się o Nigredo.

Przybędę tu z kolejnym rozdziałem, to pewne.
Dużo miłości ode mnie, trzymaj się i weny <3


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#133 01-10-2018 o 21h35

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Cześć cześć! Przybywam do was z nowym rozdziałem! A w nim dwie nowe postaci! Podpowiadam, że na dole rozdziału zawsze znajduje się spis postaci wystepujących w opowiadaniu, który na bieżąco aktualizuję. Mam więc nadzieję, że to wam jakoś pomoże ;]
Jak zawsze dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem i zapraszam na jej bloga!
Ale w tym odcinku wyjątkowo podziękowania należą się jeszcze jednej osobie. Dzięki, Rissie /static/img/forum/smilies/big_smile.png Już ty sama wiesz za co ;] TU też link do jej opka, bo i ona pisze, choć nie o Eldce, tylko o MCU.

Tyle ode mnie. Miłej lektury życzę ^^


              W poprzednich częściach...

Ziemia: Svanthor, Cathiela i Hieronim rozmawiają o tym, czego niedawno dowiedzieli się od Leavitta - o tym, kto odpowiada za Nigredo. W czasie spaceru Edvarssen i Cath natrafiają na pobitego wikarego Sivę. Dowiadują się od niego, że zna Świętoszka. Wszyscy wspólnie dochodzą do wniosku, że muszą z nim porozmawiać.

Eldarya: Ezarel przyjmuje zadanie Anthohna Folkego i zgadza się odszukać jego zaginionego naukowca. Tymczasem Metztlin znajduje kolejny portal, z którego słychać tajemnicze głosy. Swoje odkrycie zamierza zachować w tajemnicy.


              Rozdział XXVI


     Eweleïn, jako główna medyczka Straży Eel, wzywana była tylko do najpoważniejszych przypadków. Rzadko się zdarzało, by opatrywała jakiś drobny uraz czy rozprawiała na temat krwotoku z nosa: tego rodzaju sprawy zostawiała swoim współpracownikom oraz ich asystentom lub stażystom.
     Czasami jednak zdarzały się wyjątki. Dlatego gdy elfka zobaczyła Valkyona niosącego w ramionach młodą dziewczynę, natychmiast do nich podbiegła. Znała ją i to dlatego była tak zszokowana tą wizytą.
     — Zemdlała — wydyszał Valkyon, układając delikatnie nieprzytomną wojowniczkę na łóżko.
     Wygląd miała przedziwny i przepełniony paradoksami: niska, o mocno wysportowanej sylwetce, głowę miała prawie całą ogoloną. Prawie, bo tylko z tyłu sterczał długi, blond-rudawy warkocz. Kolor włosów gryzł się z oliwkową cerą i jasnozielonymi oczami. Patrząc na dziewczynę miało się wrażenie, jakby Wyrocznia losowo przylepiła do niej poszczególne części ciała.
     Leïn nie znała wszystkich strażników w kwaterze, jednak tę jedną kojarzyła już od dłuższego czasu. I właśnie dlatego śmiało mogła stwierdzić, że pojawienie się Hekate w lecznicy było dziwne. Bardzo dziwne.
     — Znowu migrena? — spytała, uważnie oglądając pobladłą twarz wojowniczki.
     Hekate od około miesiąca zmagała się z potwornymi bólami głowy. Wydawały się pojawić zupełnie nagle, ponieważ dziewczyna uparcie twierdziła, że nigdy wcześniej czegoś takiego nie miewała, podobnie jak reszta rodziny.  Na początku nikt niczego nie podejrzewał, nawet Valkyon jako jej przywódca. Z czasem jednak dostrzegł, że w czasie treningów strażniczka jest ospała i wyraźnie osłabiona. Po kilku dniach bóle zaczęły się nasilać na tyle, że opuszczała kolejne ćwiczenia i leżała całymi dniami w łóżku. Ale nigdy nie zemdlała. To był pierwszy raz.
     — Cały dzień wyglądała jakoś dziwnie — odparł, z niepokojem zerkając na swoją adeptkę. — Tłumaczyłem jej, że jeżeli źle się czuje, to powinna do ciebie zajrzeć, ale… — Valk spochmurniał. — Sama wiesz.
     Wiedziała. I właśnie dlatego się dziwiła, że ją tu zobaczyła: Hekate  n i e n a w i d z i ł a  lekarzy. Lekarzy, szpitali, zastrzyków czy choćby eliksirów przeciwbólowych. Uparcie twierdziła, że każdy ból, który wlazł w ciało, musi też w końcu wyleźć. Eweleïn nie znosiła podobnego rozumowania, uważając je po prostu za niebezpieczne. Ale, choć próbowała jak mogła, nie zdołała przekonać Hekate do badań. Aż w końcu skończyło się tak, jak podejrzewała. Zemdlała.
     — I co teraz? — spytał Valkyon. Jak zwykle miał kamienną twarz, ale Leïn nie znała go od wczoraj i widziała, że poważnie się martwił.
     Nagle Hekate zerwała się do pionu, lekko zamglonymi oczami rozglądając się dookoła. Gdy zrozumiała, gdzie się znajdowała, natychmiast zeskoczyła z łóżka, udając się w stronę wyjścia.
     — Hekate, wróć! — zawołała za nią Leïn.
     — Ja dziękuję — odparła łagodnym, choć stanowczym głosem. — Nic mi nie jest.
     — Ty zemdlałaś! — krzyknęła wzburzona.
     — Czuję się już dobrze…
     — HEKATE! STAĆ!
     Ten stanowczy okrzyk zadziałał na dziewczynę jak zaklęcie. Natychmiast stanęła, prostując się jak struna. Valkyon jeszcze jakiś czas mierzył ją wzrokiem, aż wreszcie odwróciła głowę, patrząc na nich buntowniczo.
     — Musisz poddać się badaniom — kontynuował szef Obsydianu. — To rozkaz.
     Wojowniczka zajęczała cicho.
     — Nic mi nie jest!  Już mnie nie boli…
     — To trwa od miesiąca!
     — Nic mi nie jest! Zdrowie to moja indywidualna sprawa.
     — Należysz do straży! Straż ma być jednością; jednym organizmem, w którym wszystko działa jak należy! Więc to nie jest twoja indywidualna sprawa!
     Hekate zacisnęła usta w wąską linię, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie śmiała sprzeciwić się dowódcy, choć wyraźnie nie zamierzała poddać się leczeniu. Eweleïn znała strach przed złą diagnozą i wcale się nie dziwiła, że ktoś może się bać lekarzy. Ale to? Ta kobieta była już dorosła i odpowiedzialna, tymczasem jej uparte unikanie badania zakrawało o dziecinadę. Lecz co z tego, skoro nawet Valkyon zdawał się bezsilny.
     — Obiecuję, że gdy następnym razem źle się poczuję, od razu tu przyjdę.
     Po tych słowach Hekate skłoniła się lekko, po czym wyszła z lecznicy. Eweleïn i Valk jeszcze długo wpatrywali się w zamknięte za nią drzwi, zanurzeni w swoich własnych myślach. Oboje niepokoili się o dziewczynę, czując gdzieś w kościach, że to coś więcej niż migrena. U Leïn tego typu przeczucie było wpisane w zawód, a Valkyon, jako dowódca strażniczki, znał ją na tyle dobrze, by samemu to wyczuć.
     — Nie przyjdzie tu — mruknęła medyczka, nadal wpatrując się przed siebie.
     Kątem oka zauważyła, jak jej towarzysz przecząco pokiwał głową.
     — Valkyon, pilnuj tej dziewczyny! — rozkazała, odwracając się gwałtownie w stronę szefa Obsydianu. — Ciebie słucha…
     — Widzisz, jaka jest uparta — uciął zmęczonym tonem.
     — Więc z nią pogadaj! — krzyknęła wzburzona. — Przeprowadź wywiad! Nie musi tu przychodzić, jeśli aż tak nie chce. Ale spróbuj się chociaż dowiedzieć, od kiedy ma te bóle, czy ma podejrzenia, skąd się biorą… Valkyon, cokolwiek! Jeśli nie pozwala mi się zbadać, może uda mi się ustalić coś z daleka, żeby wyeliminować kilka opcji. Ona zemdlała, Valk — powiedziała z poważną miną. — To już nie są przelewki. Zrób to, o co cię proszę.
     Valkyon zastanowił się chwilę, odwracając wzrok. Eweleïn zdawała sobie sprawę, że wypytanie Hekate o jej stan zdrowia nie było najprostszym zadaniem, ale oboje też wiedzieli, że coś musieli zrobić. Dlatego szef Obsydianu w końcu skinął lekko głową, tym samym składając cichą tajemnicę. Po chwili skłonił się w geście pożegnania i wyszedł z pomieszczenia, pozostawiając Leïn samą ze swoimi ponurymi myślami.
     Zaraz jednak wróciła na ziemię. Na głowie miała jeszcze wielu pacjentów, papierkową robotę, zarządzanie całym sztabem medycznym. A Hekate była po prostu kolejną chorą. I nie było w niej nic niezwykłego.
     Nic a nic.


     — To jest Daniel. Jeden z moich najlepszych ludzi. Całkowicie mu ufam i zapewniam, że doskonale wywiąże się ze swojego zadania.
     Ezarel słyszał o tym szpiegu. Należał do najwyższego, a jednocześnie do najgorszego kręgu strażników Cienia, a więc, jako jeden z nielicznych wybrańców, zajmował się brudną robotą. W końcu czasami nawet Straż musiała kogoś przekupić, zaszantażować, a nawet zlikwidować. Do takich wątpliwych przyjemności wysyłano właśnie Cirkilów. Brudnych.
     Jednak wspomniany Daniel w ogóle nie przypominał zabójcy na zlecenie. Co więcej, jego matka musiała mieć ogromne poczucie humoru, nadając mu takie, a nie inne imię. Otóż Daniel naprawdę wyglądał jak daniel: wysoki i szczupły, choć dobrze zbudowany, skórę miał lekko opaloną, a przede wszystkim przyozdobioną ciemnymi, futrzastymi plamami. Z jasnobrązowej czupryny na głowie wystawały mu dwa niskie różki, a stawy miał przedziwnie powyginane do przodu, co nadawało mężczyźnie iście karykaturalną posturę. Mimo to, dzięki czekoladowym, roześmianym oczom i szczeremu, łagodnemu uśmiechowi, w ogóle nie przypominał mordercy.
     Daniel skłonił się nisko przed stojącym przed nim Folkem. Przywódca Norielath Hari, odziany w grube, bogato zdobione szaty i futra, wpatrywał się podejrzliwie w szpiega, krzywiąc się nieznacznie. Ezarel zerknął kątem oka na Miiko. Widział, że to nagłe i zupełnie niezrozumiałe niezadowolenie Folkego mocno ją zaniepokoiło.
     — Nie chcę żadnego zabijania — orzekł władczo, nadal mrożąc Daniela wrogim spojrzeniem. — Oczekuję jedynie…
     — Daniel to szpieg — przerwał Ezarel niedbałym tonem. Czuł na sobie morderczy wzrok Miiko, lecz nic sobie z tego nie robił. Wiedział, ze Folke się za to nie pogniewa: z jakiegoś powodu był nim zachwycony, pewnie ze względu na jego matkę. Tak czy inaczej, czuł, że ma pozwolenie na tak swobodne zachowanie. — Nie będzie nikogo zabijał, bo od tego są ludzie pańskiego generała, oczywiście tylko w razie potrzeby. Daniel ma nam pomóc dotrzeć na miejsce. Bez dobrego szpiega mało zdziałamy, a najpierw musimy jakoś trafić na ślad tego twojego uczonego. Mylę się?
     Mimo swojej dość śmiałej tezy, że mógł sobie pozwolić na więcej, Ezarel pomyślał przez chwilę, że udało mu się rozzłościć samego Anthohna Folkego. Nie przeraziłby się tym ani trochę, choć zapewne przywódczyni po spotkaniu dałaby mu za to do słuchu. Ostatecznie jednak władca wzruszył ramionami, a na rumianej twarzy ponownie zagościł radosny uśmiech. 
     — Dobrze, już dobrze, niech będzie ten cały Daniel — mruknął, machnąwszy lekceważąco ręką. Wyglądało na to, że Folke nic sobie nie robił z faktu, że lekko blady szpieg cały czas stał tuż obok. — Przede wszystkim, tak jak wspominałem, oczekuję dokładnych raportów. Czy wasz szpieg jest zapoznany ze wszystkimi szczegółami?
     — Tak jest, sir — odparł gładko Daniel, kłaniając się leciutko.
     — Dobrze, dobrze. Generał Harijav zaprowadzi pana — Folke znacząco spojrzał na Ezarela — oraz pańskiego towarzysza we właściwe miejsce. Zależy mi na znalezieniu Shantaema oraz tego, co mu skradziono. To wszystko.

     — To wszystko — mruknął rozeźlony Ezarel, sprawdzając, czy na pewno wszystko spakował. — O cholerę mu chodzi? Co? Zgubił mu się jakiś niewolnik i wysyła po niego Straż, bo… bo co? Bo jego ludzie są aż tak niekompetentni, że nie mogą sobie z tym poradzić? Pewnie kretyn zrozumiał, w co się wpakował, godząc się na warunki Folkego, i zwiał! Ot, cała tajemnica!
     Wściekły alchemik miotał się po laboratorium, często łapiąc się na tym, że zapominał, czego szukał. Większość i tak już zapakował, lecz spieszyło mu się, ponieważ sądził, że im szybciej wyruszy na poszukiwania, zostawiając Folkego daleko w tyle, tym lepiej.
     — To po co się godziłeś? — spytał Daniel, nonszalancko opierając się o framugę. — Mogli wysłać tam kogokolwiek innego. Nawet twojego zastępcę. O co więc chodzi?
     — O Nigredo — burknął, łypiąc na niego złowrogo. — Jeśli to prawda, że je skradziono… ba!, że w ogóle posiadał te składniki… Chcę to sprawdzić. Osobiście. Znaleźć je, zbadać i…
     — Wykorzystać?
     — Jestem alchemikiem — wysyczał przez zaciśnięte zęby.  — Chyba nie postawię ich sobie na półeczce do podziwiania, nie?
     — Folke pewnie będzie domagał się ich zwrotu…
     — Folke niby jest taki mądry — warknął, pochylając się nad ułożoną na stole torbą — ale zapomniał wspomnieć o nagrodzie. Na szczęście pomyślałem o tym za niego.
     Czuł na sobie powątpiewające spojrzenie szpiega, co jeszcze bardziej go zirytowało. Ledwie się powstrzymał, by nie dołożyć jakiegoś przykrego komentarza — to raczej nie byłby dobry początek ich wspólnej podróży. Wprawdzie wolałby kogoś, kogo lepiej znał, ale nie chciał już więcej narzekać. Wątpił, by cokolwiek mogło umilić mu wyprawę, dlatego uznał, że najlepiej obchodzić się ze wszystkim z chłodną obojętnością.
     Nagle drzwi się otworzyły i do środka weszli Miiko i Nevra. Na szczęście Ez nigdzie nie dopatrzył Folkego: gdyby wprowadzono go do jego małego królestwa, prawdopodobnie szlag by go trafił na miejscu. Mimo to i tak czuł zmęczenie na myśl o długiej przemowie, jaką zapewne przygotowała przywódczyni. Zazdrościł przyjacielowi, który najwidoczniej niespecjalnie się tym interesował i od razu podszedł do Daniela, przekazując mu ostatnie wskazówki.
     Wtem nagle coś wpadło mu do głowy. Po chwili zaklął siarczyście pod nosem, wściekły na siebie, że wcześniej na to nie wpadł.
     — Ezarel — zaczęła Miiko poważnym tonem — wiesz dobrze, jak ważne jest to…
     — Tak, tak — mruknął wymijająco, machnąwszy na nią ręką.
     Zdawał sobie sprawę, że prawdopodobnie bardzo ją tym uraził, ale koniecznie musiał załatwić coś innego. I to możliwie jak najdalej od spiczastych uszu szefowej.
     — Nevra, chodź — elf kiwnął na niego znacząco głową, odciągając na bok. Wampir wyglądał na zaskoczonego, ale nie protestował. — Słuchaj — zaczął, lustrując go przeszywającym wzrokiem. — Z ciebie taka opiekuńcza ciocia, a mnie, chociaż ja bym się do tego najlepiej nadawał, teraz nie będzie, a nie wiem, kiedy wrócę…
     — Stary, o czym ty gadasz?
     — Musisz zająć się Metztlin — wyrzucił jednym tchem.
     Na moment zapanowała cisza. Nevra, podobnie jak elf, znany był ze sporego poczucia humoru i traktowania wielu spraw po macoszemu. Jednak profesjonalizmu nie można było mu odmówić i gdy chodziło o naprawdę ważne sprawy, zamieniał się w skupionego perfekcjonistę. I tak też wyglądał, gdy usłyszał o młodej faery, co nieco Ezarela uspokoiło.
     — Chyba masz z nią niezły kontakt — kontynuował półgłosem. — Ostatnio sporo jej broniłeś. Miej ją na oku, co? Sam wiesz, jaka jest z nią sytuacja. No i… ta k#### Folke… — Ezarel skrzywił się z niesmakiem na samo wspomnienie o przywódcy Norielath Hari. — Nie może jej dorwać. Nie może się nawet dowiedzieć o jej istnieniu. Niby Miiko i Straż to wszystko wiedzą, ale…
     Zamilkł na moment, zastanawiając się, jak wiele mógł powiedzieć. Na swój sposób lubił każdego z członków Lśniącej Straży i dobrze mu się z nimi pracowało. Nie mógł jednak ukryć sam przed sobą, że względem niektórych miał pewne obiekcje. Zwłaszcza po pewnych wydarzeniach z przeszłości. A to, co działo się wokół Metz było bardzo poważne, więc mimo wszystko musiał wyłożyć karty na stół.
     — Pilnuj jej, ok? Zwłaszcza przed Leiftanem…
     Niespodziewanie Nevra wybuchnął śmiechem, ściągając na siebie zaciekawione spojrzenie Daniela. Najwyraźniej Miiko wyszła, planując opieprzyć Ezarela kiedy indziej. Jednak niespecjalnie się tym przejmował, zwłaszcza że nie rozumiał reakcji przyjaciela.
     — Już z nią o tym rozmawiałem — odparł Nevra, nadal lekko rozbawiony. — To znaczy, z Metztlin. Mówiąc wprost, ostrzegałem ją przed nim. Mnie też się nie podoba, że traktuje ją tak, jakby była tylko… — wampir zastanowił się na moment. — Nie wiem, przedmiotem potrzebnym do realizacji planów.
     — No — mruknął zamyślony Ez. — O to chodzi. Pilnuj jej, dobra? Miej na nią chociaż oko.
     — Jasne. Możesz na mnie liczyć.
     Ezarel pokiwał głową w geście podziękowania. Mimo to nie odchodził, nadal się nad czymś zastanawiając. Z trudem się powstrzymał, by nie łypnąć podejrzliwie na swojego przeszłego towarzysza.
     — A ten cały Daniel… — szepnął. — Jesteś go pewien…?
     — Całkowicie mu ufam — odparł natychmiast. — Jest najlepszy. Poza tym bardzo lojalny. Ufam mu niemal jak Shaitainowi…
     — Biorąc uwagę na fakt, że użarł ci oko, to mnie nie pocieszyłeś.
     Nevra zachichotał, ale nie dodał nic więcej. Zamiast tego kiwnął jeszcze tylko głową, po czym skierował się w stronę drzwi, na odchodne klepiąc Daniela po ramieniu.
     Zostali sami. Spakowani, przygotowani psychicznie, pożegnani ze swoimi kobietami: Daniel z Camillą, swoją narzeczoną, a on z Leïn, bo poza nią i tak nikogo bliższego nie miał. Musieli ruszyć w drogę. W misję wydającą mu się kompletnie bezsensowną, pełną dziur logicznych i, przede wszystkim, bardzo podejrzaną. Właśnie dlatego Ezarel nie mógł pozbyć się wrażenia, że być może nie znajdą tego, czego Folke od nich oczekiwał. Ale na pewno znajdą coś innego. Nie był tylko pewien, czy chciał to znaleźć. Bo być może to coś, co powinno pozostać w ukryciu aż po wieki.
     Tak. To na pewno będzie coś takiego. Ezarel czuł to w kościach.
     — To ostatni moment, by się wycofać — mruknął do Daniela zmęczonym głosem.
     Szpieg momentalnie się wyprostował, wpatrując się w elfa stalowym spojrzeniem, w którym błyszczała determinacja. Głupek, pomyślał Ez, choć sam nie wiedział dlaczego.
     — No, skoro tak… To idziemy.



Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h04)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#134 02-10-2018 o 16h27

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

HEKATE? Grecka bogini czarów, wiedźm i magii jako członkini Straży Obsydianu? Hyhyhy, niezły kontekst imię-miejsce. Hm... zastanawia mnie czy to bohaterka epizodyczna czy może zagości na stałe i ma jakąś-tam, większą rolę?
             Natomiast to, że znajda puszkę Pandory, jest poniekąd oczywiste. Bardziej mnie ciekawi, kiedy światy zaczną się mieszać i kto, gdzie przeskoczy. Przyznaję, ze względu na to, iż na Ziemi panują czasy średniowiecza nie będzie to zabawne, tak jak mogłoby być (Ezrael i pierwszy kontakt z tramwajem, Folke i potworna, choroba lokomocyjna... /static/img/forum/smilies/big_smile.png). Ech...
             Dobra, dawno nie robiłam ci uwag co do pisowni etc, ale tu mi się parę rzeczy rzuciło w oczy:
"też wiedzieli, że coś musieli zrobić" - powinno być "muszą". To zestawienie czasów przeszłych daje wrażenie, że musieli zrobić coś wcześniej niż ma miejsce czas akcji.
"straży! Straż ma być jednością" - jeżeli Straż w zdaniu to nazwa organizacji, to powinna być pisana dużą literą. Nie wiem, jak pisałaś wcześniej, bo nie zwracałam uwagi, ale tu mnie zakuło ze względu na zestawienie dużej i małej litery (i dlatego w moich opkach raz po raz pojawia się w jednej to w drugiej formie zależnie od kontekstu/znaczenia)
"tym samym składając cichą tajemnicę." a nie czasem obietnicę?
" dopatrzył Folkego" - chyba brakuje "się". Chyba. Nie jestem pewna. Dziwnie mi zabrzmiało w głowie
"jeszcze tylko głową" - bez tego "jeszcze tylko", albo chociaż samo jeszcze we "jedynie".

To tyle i czekam cierpliwie na cdn.

Offline

#135 04-10-2018 o 06h50

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 975

Aaa, już jestem! Wybacz zwłokę, za dużo mam na głowie.
I Hekiiii, moja malutka, jak się cieszę, że się w końcu pojawiła!
Daniela nie znam, ale chętnie go poznam, bo wydaje się być spoko gościem.

Ten żart o gallciu Nevry był świetny, serio. Chcę takich więcej.
I aaa, opiekuńczy Ez! Tego mi trzeba! Więcej, więcej!

Chcę kolejny rozdział, spiesz się, Pućka ❤️


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#136 04-10-2018 o 20h13

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

To ten rozdział z typu: "zaraz zdarzy się coś ważnego"? Kojarzy mi się z takimi samymi, które czasami pojawiają się u mnie. Tak zwane przygotowanie do wielkiego BUM /static/img/forum/smilies/wink.png No ale nie o tym...

Ciężko wypowiadać mi się o tym opowiadaniu, bo nie mam się do czego przyczepić, a po raz kolejny pisać że jest świetne i ciekawe i że je uwielbiam... No. Trochę to monotonne /static/img/forum/smilies/wink.png Ale po raz kolejny muszę powtórzyć, że "Za kurtyną Nigredo" jest naprawdę dobre, bo po prostu jest dobre i ma świetnie skonstruowanych bohaterów. I muszę przyznać, że zniknęła ta ciężkość tekstu, której tak strasznie czepiałam się na samym początku.
Chapeau bas - to tak w podsumowaniu /static/img/forum/smilies/smile.png

Doskonale wiesz, że czekam na dalszy ciąg niecierpliwie i że na pewno któregoś dnia ostaniesz ode mnie wiadomość o treści "I jak pisanie?" /static/img/forum/smilies/smile.png Nie odpuszczę Ci, dopóki nie postawisz ostatniej kropki /static/img/forum/smilies/wink.png (Może to brzmieć trochę jak groźba, no ale cóż... /static/img/forum/smilies/wink.png  )


Czekam na dalszy ciąg. Tym bardziej, że polubiłam Hekate. I Daniela. Stanowczo lubię Daniela. Nie wiem dlaczego, ale tak o, po prostu. Proszę, jeżeli masz w planach uśmiercenie go, to nie rób tego. Bo to będzie smutne /static/img/forum/smilies/sad.png
Ezarel i Nevra jak zawsze przedstawieni w Twój wyjątkowy sposób, który uwielbiam.


Nie mogę napisać już nic więcej poza tym, że czekam. I pamiętaj o tym /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ostatnio zmieniony przez Amrena (04-10-2018 o 20h14)

Offline

#137 14-10-2018 o 18h51

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Witam uprzejmie! Przybywam z nowym rozdziałem, który, mam wrażenie, napisałam dość szybko. Przyznam, że praca przy nim szła mi błyskawicznie, choć zawiera mnóstwo opisów. I musicie mi wybaczyć, że na razie będzie tu sporo tekstów typowo opisowych. Opowieść znajduje się akurat w takim momencie, w którym bohaterowie będą odkrywać coraz więcej, co doprowadzi ich do pierwszego małego punktu kulminacyjnego. Ale to jeszcze chwila.
     Jak zawsze pięknie dziękuję Amrenie za sprawdzenie tekstu i zapraszam do "Drugiej Gwiazdy na lewo"!
     Życzę miłej lektury!


              W poprzednich odcinkach...

Ziemia: Svanthor, Cathiela i Hieronim rozmawiają o tym, czego niedawno dowiedzieli się od Leavitta - o tym, kto odpowiada za Nigredo. W czasie spaceru Edvarssen i Cath natrafiają na pobitego wikarego Sivę. Dowiadują się od niego, że zna Świętoszka. Wszyscy wspólnie dochodzą do wniosku, że muszą z nim porozmawiać.

Eldarya: Valkyon przyprowadza do lecznicy omdlałą wojowniczkę. Okazuje się, że Hekate od dawna męczy się z okropnymi bólami głowy, lecz uparcie odmawia pomocy. Tymczasem Anthohnemu Folkemu zostaje przedstawiony Daniel - szpieg, z którym Ezarel wyruszy na poszukiwania. Po załatwieniu wszystkich formalności obaj, pełni wątpliwości, wyruszają na Norielath Hari.




              Rozdział XXVII


     Podróż statkiem na Norielath Hari trwała około półtora tygodnia, i to przy dobrych wiatrach. Na szczęście pogoda sprzyjała niemal przez cały rejs, pozwalając podziwiać wszechstronne piękno. Całkiem zabawnie było obserwować, jak niektórzy z wojowników generała  Harijava podbiegali do burt, z uwielbieniem oglądając rozmaite tańce dzikich syren. Co śmielsze próbowały wdrapywać się na statek, chcąc wskoczyć do środka, a niektórzy głupcy próbowali im pomóc. Zaraz ich przyłapywano, a generał, olbrzymi, barczysty półogr z długą, zaplecioną w warkocz czerwoną brodą, warczał na nich tak, że aż włos jeżył się na karku. Mimo to dzikie syreny rzeczywiście znakomicie urozmaicały tę nudną podróż. Przepiękne, o bujnych włosach, ponętnych kształtach, migdałowych oczach i lśniących ogonach, używały wszelkiej magii, byle tylko zwrócić na siebie uwagę, dzięki czemu niemal co wieczór organizowały istny pokaz kolorowych świateł. Tworzyły na wodzie wielobarwne kręgi, wznosiły niskie fale, czasami nawet śpiewały. To wyraźnie wpływało na nastroje żaglarzy oraz wojowników Harijava, którzy zwykle siedzieli zbici w jedną grupę, grali na gitarze i śpiewali sprośne pieśni.
     Ezarel dokładnie tak wyobrażał sobie typowego żeglarza i był rozczarowany tym, że w niczym się nie pomylił.
     Nie interesowały go hulanki towarzyszy, nawet na syreny rzadko patrzył. Mimo to uwielbiał wychylać się za burtę i wpatrywać w ciemną toń. Jego ród od zawsze był związany z wodą, a pałac, w którym mieszkał z rodziną, otaczały liczne jeziora i strumyki. Uśmiech wstępował na jego twarz za każdym razem, gdy wspominał swoje dziecięce lata i przypominał sobie, jak biegał po ogrodzie wraz ze swoją młodszą siostrą Tamai. Nierzadko wrzucał ją do pobliskich płytkich rzek, najczęściej w ramach małej zemsty. Ale to się działo, wbrew pozorom, dopiero gdy byli znacznie starsi. Jako siedmo-ośmioletni chłopiec nie miałby odwagi, by zrobić coś złego i dać rodzicom powód do wstydu.
     Do dziś pamiętał ten paraliżujący strach na myśl, że mógłby ich rozgniewać lub zawieść.
     Mimo to ciepło rozlało się po jego sercu na wspomnienie o rodzinie. Był ciekaw, czy ta wariatka Tamai nadal nie potrafi strzelać z łuku, ojciec wciąż spędza całe dnie na szachach, a matka odsyła służbę na przymusowe wolne, chcąc samej posprzątać pokoje gościnne. Momentalnie za nimi zatęsknił i pomyślał, że jak skończy się ta cała farsa z Folkem, weźmie urlop i pojedzie do domu. Na pewno wysłucha tam wyrzutów, że zbyt rzadko ich odwiedza, ale cóż, mieli rację. Jak tylko ich wreszcie się z nimi spotka, przyrzeknie wpadać częściej.
     Podróż miała się już ku końcowi, co Ezarel przyjmował z ulgą. Przebywał  tę trasę co kilka lat w ramach swojego własnego rytuału, lecz to w żaden sposób nie uodporniło go na trudy tak długiej i nudnej podróży. Wobec tego przez ponad tydzień miał tylko dwa zajęcia. Pierwszym i niewątpliwie najważniejszym było przeglądanie wszystkich notatek dostarczonych przez Folkego. Godzinami studiował mapy, zapoznawał się z historią poszukiwanego Shantaema Verth’ana oraz czytał wszystko, co tylko znalazł na temat Składników Przemiany.
     Mapy niewiele mu pomogły, ponieważ, chcąc nie chcąc, dobrze znał Norielaty, a przynajmniej Céhennem, stolicę wysp. Wprawdzie Verth’an mieszkał gdzieś na obrzeżach miasta, ale generał był świetnie obeznany w okolicy; zresztą Ezarel sądził, że nawet bez niego byłby w stanie trafić na miejsce. Mało też dowiedział się o samym poszukiwanym, lecz z dostarczonych zapisków wywnioskował, że to szemrany typ. Pochodzący gdzieś z zachodnich kresów, ma zakaz wstępu do kilku większych miast, najczęściej za czarny handel, czasami za jakieś rozboje, a raz nawet za wszczynanie buntu. To ostatnie zastanowiło Ezarela, ponieważ wielce nierozsądnym było zwracanie się do Folkego o pomoc, mając w kartotekach podżeganie tłumu do rewolty. Za coś podobnego władca Norielath Hari skazał Wygnańca na największą z możliwych kar, więc Vert’an był albo odważny, albo głupi.
     Równie marnie poradził sobie z szukaniem wiadomości o Składnikach. Dostał wiele potrzebnych ksiąg, lecz mało która dostarczyła mu nowych informacji. Jedynymi nowinkami były doniesienia o ostatnim właścicielu Składników. Podobno widziano je u jednego z Wieszczów żyjącego przed trzema wiekami. Z notatek wynikało, że ten, w przeciwieństwie do ich ostatniego Wiedzącego, wykazywał naprawdę niezłe umiejętności. Gór może nie przenosił, ale ponoć znał się na potężnej magii. Potem już nie widziano wszystkich trzech elementów, a jedynie od czasu do czasu widziano poszczególny Składnik, najczęściej albedo. Albedo, jako „środkowy” czynnik, był całkowicie uzależniony od nigredo, strefy czerni i chaosu, oraz rubedo, fazy oczyszczenia i bieli. Zazwyczaj wytwarzano z nich Śniączki: kamienie pomagające w bezsenności, umożliwiające sterowanie snami, a, przy wyjątkowo dużej mocy i wiedzy alchemika, nawet wyciągnięcie snu z umysłu w fizycznej formie. Oczywiście to ostatnie Ezarel traktował jak zwykłe bajaniem starych babć, jednak natykał się na nie zaskakująco często. Poza tymi rewelacjami jeszcze jedną nowinką była alternatywna wersja tego, jak powstały Składniki Przemiany. Znalazł ją w bajce opowiadającej o stworzeniu Eldaryi, lecz nie występowała w niej Wyrocznia, a Wieszcz. Według opowieści to on stworzył ten świat, wcześniej zostając wygnany z innego, rządzonego przez dzieci nieskalane złem. Gdy kreował swoją własną ziemię, z nieba spadły trzy kamienie: czarny, czerwony i biały. Nigredo, albedo i rubedo. Oczywiście Ezarel szczerze wątpił, by coś podobnego miało miejsce; z drugiej strony nadal nie było wiadomo, jak stworzono Składniki.
     Za każdym razem, gdy czytał o Wieszczach, myślał o Metztlin. Jak się miewa? Co z jej zdrowiem? Czy nastąpił jakiś atak? Teoretycznie Nevra obiecał słać listy, informując o wszelkich odstępstwach od normy, ale i tak martwił się o tę małą. No i czy Folke jej nie dorwał? Czy nie słyszał o podejrzeniach, że w Kwaterze przebywała osoba, która być może obdarzona jest ogromnymi mocami? Ezarel naprawdę miał nadzieję, że się mylili, że Metz nie jest żadnym Wieszczem, a jej dolegliwości to tylko jakaś niegroźna choroba, którą zdołają wyleczyć. To tylko krzywdzone, słabe, płaczliwe dziecko. Jeśli, nie daj Wyrocznio, dziewczyna rzeczywiście okaże się tak potężnym stworzeniem… nie sądził, by sobie z tym poradziła.
     To było właśnie jedno z zajęć, którym się zajmował w czasie tej mozolnej podróży. Drugie polegało na nieustannym powtarzaniu sobie, że zamordowanie Daniela nie jest dobrym pomysłem. Nienawidził tego jelenia, chociaż znał go od niecałych dwóch tygodni. Jego towarzysz, jak na szpiega przystało, miał oczy i uszy szeroko otwarte, dzięki czemu nic nie umykało jego uwadze. Pod tym względem należało go pochwalić, zresztą ze wszystkimi rewelacjami dzielił się właśnie z elfem. Niestety, poza pokładowymi plotkami i poznaniem kartotek towarzyszących im wojowników, Daniel nie miał zbyt wiele do roboty. Z nikim nie zawierał bliższych kontaktów, a z Ezarelem rozmawiał tylko na temat misji i najbliższych planów. Znalazł sobie więc inne zadanie: bezustanne przyglądanie się elfowi. Ez na początku próbował to ignorować, potem zaczął zwracać mu uwagę. Lecz nic nie przynosiło oczekiwanego efektu, a elfa trafiał szlag. Cały czas czuł na sobie badawcze spojrzenie szpiega, jakby chciał go odczytać niczym litery w otwartej księdze. Czego się dopatrzył, nie miał pojęcia i nie zamierzał się dowiadywać. A najgorsze w tym wszystkim było to, że Daniel w pełni zdawał sobie sprawę, że już dawno przeciągnął strunę. I kompletnie nic sobie z tego nie robił. Zwykle to Ezarel doprowadzał kogoś do białej gorączki, ale nie przywykł do sytuacji, w której jest dokładnie na odwrót. Tymczasem jeleń niemal popisowo wyprowadzał elfa z równowagi.
     Coraz częściej marzył o wyskoczeniu za burtę i popłynięciu wpław do Kwatery. Zwłaszcza że nie miał najmniejszej ochoty odwiedzać Norielath Hari. Nienawidził tego miejsca tak samo, jak jego władcy. A gdy na horyzoncie ujrzeli cienką, czarną linię horyzontu, Ezarel nawet nie ukrywał, że zwyczajnie się bał. Bał się tam dotrzeć, postawić nogę na tej zakrwawionej ziemi, oddychać tym trującym powietrzem. Mimo że dobrowolnie poddawał się tym torturom co kilka lat.
     W końcu jednak dobili do brzegu, a po małym zamieszaniu na pokładzie wreszcie stanęli na lądzie. Ezarel rozejrzał się dookoła. Nadchodził zmierzch, ale wszędzie wciąż kręcili się rybacy z sieciami, handlarze morskimi owocami czy spacerowicze. Wokół rozbrzmiewał przyjemny gwar pracy. Gwar życia. Te dźwięki mimowolnie uspokoiły Ezarela. Sprawiły, że zaczęły wracać wspomnienia.
     Że przypomniał sobie dom.
     Nienawidził tych wspomnień.
     — Zbliża się wieczór. Przenocujemy w Gospodzie Rawieckiej, a jutro o świcie ruszamy.
     Generał Harijav spojrzał na niego oczekująco, a gdy elf pokiwał głową, wyprostował się dumnie i ruszył naprzód. Dowódca oddziału, olbrzymi półogr o śniadej cerze i szerokich barach bardziej przypominał mu Jamona niż któregoś z elfów zaciągniętych do tej małej armii. Co ciekawe, Folke wprost uwielbiał otaczać się osobnikami swojego gatunku; nigdy nie ukrywał swojego rasizmu. A jednak to Harijava mianował generałem. Ezarel rozumiał to postępowanie. Folke naraził się tak wielu, że konkretna ochrona to podstawa.
     Kiedy wreszcie dotarli do gospody, dopiero przy ciepłym świetle świec i zapachu strawy poczuł, jak bardzo był zmęczony. Generał oraz kilku jego podwładnych natychmiast podeszli do gospodyni, chudej jak tyczka, ciemnowłosej elfki, rozmawiając z nią wesoło. Najwyraźniej dobrze się znali, a wojownicy zapewne przechlewali tu swój żołd. Ez przymknął powieki, czekając niecierpliwie, aż ktoś wręczy mu klucz do pokoju. Miał dość. Miał serdecznie dość. A dopiero tu przypłynął.
     Pokój, jaki dostał, był do bólu prosty. Drewniane ściany, sufit i podłoga, ze dwa powieszone obrazki, łóżko, niski stolik, komoda i nocnik. Jako szef Straży przywykł do innych standardów, jednak nie zamierzał narzekać. Dopiero gdy po chwili doniesiono resztę bagażu, zatrzasnął drzwi i opadł ciężko na łóżko, pragnąc natychmiast zasnąć.
     Nie potrafił, co zmęczyło go jeszcze bardziej niż podróż.
     — K#### mać — jęknął, podnosząc się z łóżka.
     Nie miał pojęcia, która mogła być godzina, ale na dole, w głównej salce gospody, zabawa rozkręciła się na dobre. Śpiewy, hulanki, dużo alkoholu — dokładnie to samo przeżywał na statku, dlatego miał tego serdecznie dość. Dlatego zameldował któremuś z podwładnych Harijava, że idzie na spacer, po czym wyszedł z dusznego, ciepłego wnętrza, przywitany rześką, chłodną nocą. Zatrzymując się u progu, przymknął powieki, kierując twarz ku jasno świecącym gwiazdom. Po chwili odetchnął, otworzył oczy i ruszył przed siebie.
     Nie znał tej uliczki, choć z łatwością przypominał sobie mapę miasta i bardziej znajome zakamarki. Poza tym, czy tego chciał czy nie, musiał przyznać, że Céhennem prezentowało się naprawdę ładnie, zwłaszcza opustoszałe i ciche. Jako że Folke uwielbiał podkreślać wyższość elfów, wszystkie ważniejsze budynki wybudowano w bardzo starym stylu, który niegdyś kojarzono tylko z ich rasą. Dlatego w centrum miasta dominowały smukłe wieżyczki o spiczastych, lśniących dachach, czy schludne domki z cegły i kamienia z mnóstwem cudacznych zdobień. Placyki były zadbane, cieszące oko zielenią trawy i fantazyjnymi kształtami marmurowych fontann. Po obu stronach kamiennych ścieżek poustawiano niziutkie płoty, za którymi rosły nieruszane przez elfią stopę kwiaty. Cała stolica prezentowała się tak, jakby uchodziła za miejscowość turystyczną. Jakby była wioską z bajek dla dzieci. Miłą, wesołą, ładną, kolorową.
     Stopy automatycznie wiodły go w jedno miejsce. To jedno, do którego chodził za każdym razem, gdy odwiedzał wyspy. Zawsze właśnie tam się zatrzymywał w pierwszej kolejności. Nie musiał myśleć nad drogą, by wiedzieć, że idzie we właściwym kierunku. Jeszcze jedno skrzyżowanie. Jeszcze jeden zakręt… Bał się. Absurdalny lęk atakował jego serce, które zaczynało bić coraz szybciej.
     Aż w końcu…
     Choć wiedział, że to niemożliwe, za każdym razem odnosił wrażenie, że pomnik wygląda jakoś inaczej. Że zmienił się układ wyrzeźbionych tam postaci, że któryś z elfów ma inną minę, że figur jest mniej albo wręcz więcej niż poprzednio. Dopiero kiedy ostrożnie przyglądał się kolejnym szczegółom, dochodził do tego samego wniosku co zawsze: to tylko zimny kamień, który niczego nie zmienił.
     Drgnął, gdy kątem oka dojrzał poruszający się cień. Warknął pod nosem i zacisnął pięści, gdy sylwetka wyłoniła się z ciemności, prezentując całą swoją jeleniowatość. Najpierw Ezarel poczuł, jak wzrasta w nim gniew, lecz gdy zerknął na Daniela i zobaczył, jak spogląda na pomnik z ogromnym skupieniem i szacunkiem, złość lekko opadła. Tak jak zwykle, szpieg milczał, lecz co jakiś czas odwracał głowę w stronę elfa, jakby ciekawy, czy ma cokolwiek do powiedzenia.
     Nie miał. Dlatego obaj przez długi czas wpatrywali się w pomnik.
     Monument przedstawiał ośmiu elfów zbitych ciało przy ciele w okrąg. Każdy z nich trzymał inną broń, każdy miał inny wyraz twarzy. Jedni wyglądali hardo z wysoko uniesionymi toporami, a inni mieli lęk wypisany w tych martwych, kamiennych oczach. Wyrzeźbiono elfów dorosłych, starych opierających się o lasce i młodziutkich z maleńką rączką zaciśniętą na lalce. Wszyscy opowiadali jedną historię, wszyscy walczyli przeciwko jednemu, wszyscy za tę jedną sprawę zginęli.
     Za każdym razem, gdy patrzył na ten pomnik, myślał sobie, że on też tam jest. Wśród tej ósemki elfów.
     Westchnął cicho, opuszczając głowę. Czuł na sobie badawcze spojrzenie Daniela.
     — Podnieś pomnik — szepnął, przymknąwszy powieki — a wyleje się krew.
     Przez moment panowała cisza. Ezarel domyślał się, że szpieg chce zadać pytanie, ale nie jest pewien, czy powinien.
     — Za co… — Jednak się odważył. — Za co przelano ich krew?
     — Przelano ją dwukrotnie — odparł, gwałtownie się prostując. Popatrzył na Daniela twardo, czując narastające zmęczenie. — Mieszkańcom bardzo zależało, by stanął tu pomnik tych ofiar. Folke nie chciał się na to zgodzić. Więc elfy powstały, wszczęły bunt. Były gotowe walczyć z armią Folkego tylko o to, by ten cholerny kamień tu stanął! Pojmujesz to? Pojmujesz, że za kawałek betonu zginęło tu wielu elfów?
     Daniel nie odezwał się ani słowem. I dobrze. Ezarel byłby w stanie zabić, gdyby mu przerwano.
     — Walki trwały długo, aż wreszcie Folke musiał postawić ten pomnik. Wieści o tym, że wielki przywódca nie chciał dać obywatelom nawet kawałka kamienia, zaczęły wypływać poza wyspy, więc musiał interweniować. A po co ten pomnik, zapytasz — westchnął, opuszczając ramiona. — Za co przelano tu tyle krwi? Słyszałeś o Płomieninach?
     Milczał, co mogło oznaczać tylko jedno.
     — No tak — mruknął — nie jesteś elfem. Tutaj tę opowieść zna każdy. Nie będę wnikał w szczegóły — znowu przymknął powieki — ale kiedyś jeden pajac oskarżył Folkego o studiowanie czarnej magii. Od tego zaczęły się polowania na czarownice. Nie patrz na mnie jak na idiotę — warknął — bo zdaję sobie sprawę, jak to brzmi. Każdy tu pukał się w głowę na tak absurdalny pomysł, ale Folke, żeby odbić od siebie zarzuty, zarządził, że trzeba wytępić każdego, kto para się czarną magią. Jak się pewnie domyślasz, wyrżnięto całe mnóstwo elfów i nie wiem, czy ktokolwiek z nich miał cokolwiek wspólnego z czarną magią. Zapewne nie. Palono ich zwykle na stosie. Stąd ta wdzięczna nazwa. Płomieniny — wycedził ostatnie słowo zupełnie tak, jakby parzyło go w język. Splunął gniewnie, rzucając ostatnie wściekłe spojrzenie na pomnik.
     Odwrócił się z zamiarem powrotu do gospody. Nie mógłby zostać tam ani minuty dłużej. Więc odszedł. Tak po prostu.
     Tak jak to zrobił wiele lat temu.

     Nie mógł zasnąć. Jego myśli wciąż krążyły wokół pomnika i tego, o czym przypominał. Dlatego niemal się zląkł, gdy zobaczył wschodzące powoli słońce. Tak jak się spodziewał, już po chwili ktoś załomotał do drzwi, wzywając do jak najszybszego zejścia na dół. Ezarel zmęłł w ustach przekleństwo, po czym dźwignął się ciężko z łóżka, witając kolejny okropny dzień.
     Ubranie się i poranna toaleta zajęły mu może z dwadzieścia minut, a i tak na dole był jednym z pierwszych. Na jego nieszczęście, Daniel już siedział przy stole, wpatrując się w żołnierzy tym swoim bezczelnym, natarczywym spojrzeniem. Oczywiście gdy tylko Ezarel zszedł ze schodów, natychmiast wyczuł, że jest obserwowany. Próbując to ignorować, oparł się o kolumnę, zerkając na swoją torbę i próbując sobie przypomnieć, czy na pewno wszystko zabrał.
     Gdy wreszcie cała załoga wyszła z gospody, przywitał ich wyjątkowo nieciekawy poranek. Mgła, przetykana mżawką i poranną ciepłotą, okropnie lepiła się do ciała, wszystkim momentalnie psując humor, a niebo koloru ołowiu wprost krzyczało, że niebawem przyniesie burzę. Cała załoga z wyjątkowo ponurymi minami ruszyła w stronę wyjścia z miasta, by wkrótce wejść na wiejskie, błotniste ścieżki. Po obu stronach widniały bezkresne pola zbóż, które zapewne i tak nie dadzą zbyt wielu plonów, tak samo jak w ciągu ostatnich lat. Gdzieś w oddali majaczyła cienka, ciemna linia lasu; Ezarela natychmiast ogarniała głęboka niechęć, gdy myślał, że właśnie tam znajduje się cel ich podróży, że to tak daleko, że pewnie nic tam nie znajdą. Podobno szpiedzy Folkego dokładnie zbadali teren, lecz niewiele wskórali. Więc cóż może zdziałać jeszcze jeden szpieg w parze z alchemikiem?
     Droga do lasu zajęła im prawie godzinę. Gdy wreszcie wkroczyli między wilgotne paprocie i ogromne pnie, których korony niemal całkowicie zasłaniały niebo, dopadło go jeszcze większe przygnębienie. Wojacy mamrotali między sobą, rechotali ze sprośnych dowcipów, jeden nawet podśpiewywał sobie coś pod nosem. Czuli się dość swobodnie, bo uznawali tę misyjkę jako przymusowy urlop. W końcu nie musieli zbyt wiele robić, a jedynie pilnować, by nikt nie skręcił Strażnikom karku. 
     Po przejściu gęstwiny leśnej, przeskoczeniu przez kilka strumyków i uporaniu się z nie do końca stabilnym mostem prowadzącym przez niewielkie, lecz dość głębokie jezioro, dotarli wreszcie do chaty Verth’ana. Wyglądała wyjątkowo mizernie: drewniana, ze ścianami zabitymi próchniejącymi deskami i dachem pokrytym strzechą, zdawała się runąć przy pierwszym groźniejszym podmuchu wiatru. Jednak wystarczyło podejść bliżej, by wyczuć, że „szopkę” chroniły całkiem niezłe zaklęcia, dzięki czemu nic jej nie groziło. Wiatr nie przedzierał się przez dziury, deszcz nie kapał z sufitu, a i wichury nie stanowiły zagrożenia. Wszędzie wokół, zarówno przy ogrodzeniu, jak i kilkanaście metrów dalej, stali podkomendni Folkego, mający za zadanie pilnować chaty w dzień i noc, na wypadek, gdyby wrócił naukowiec lub ten, który go porwał.
     Generał Harijav rozstawił swoich ludzi, wykrzykując rozkazy, a Ezarela i Daniela wpuszczono do środka. Jeszcze zanim przekroczyli próg, uderzył w nich przedziwny, duszący zapach. Ezarelowi przypominał mieszankę gnijącego mięsa i silnego odoru ziołowych leków. Marszcząc nos, wszedł do niewielkiej izby, bacznie się rozglądając. Bijąca ze ścian magia była niemal uciążliwa, a elf dumał nad tym, dlaczego Verth’an aż tyle jej tu pakował. Tak bardzo dbał o swoje zarobaczone lokum, czy coś mu groziło? Zapewne jedno i drugie. Niemniej, w izdebce nie spotkali niczego ciekawego. Ot, zwykły pokoik do jedzenia i spania. Pod ścianami upchane były komody, szafki, łóżko i piecyk. Bliżej kominka stał drewniany, przeżarty przez czas stół i trzy krzesła, każde z innej modły. Ez na wszelki wypadek zajrzał do wszystkich szafek, lecz nie spodziewał się, by znalazł coś ciekawego. I nie znalazł.
     Podczas gdy Ezarel uważnie oglądał pomieszczenie, Daniel od razu przystąpił do pracy. Klękał na ziemi, zaglądał pod deski, czegoś nasłuchiwał. Aż w końcu podniósł się, rozejrzał, zamyślił. Alchemik znowu poczuł rosnącą irytację, jednak zacisnął usta, czekając na jakikolwiek werdykt. Kiedy jednak się go nie doczekał, warknął coś niezrozumiale, po czym ruszył w stronę kolejnego pomieszczenia.
     To było dużo ciekawsze, ponieważ wyglądało na pracownię Verth’ana. Naprzeciwko wejścia, tuż pod ścianą z zasłoniętymi kotarą oknami, stało zawalone księgami i papirusami biurko. Ściany z obu stron zostały zasłonięte półkami uginającymi się pod naporem opasłych woluminów, a na podłodze ktoś byle jak odrzucił okrągły, czerwony dywanik. Zapewne służył za przykrywkę, ponieważ na samym środku pokoiku widniała klapa prowadząca do piwnicy.
     — O, interesujące — mruknął bardziej do siebie niż do krążącego wokół Daniela. — Ciekawe, czy to zwykła piwniczka na kompoty i konfitury, czy coś bardziej…
     — HEJŻE! — wrzasnął nagle szpieg, odwracając głowę ku wyjściu. — Panie generale, pozwoli pan tu!
     Ezarel był zszokowany bezczelnością Daniela zakrawającą wręcz o brak szacunku. Zdziwił się jeszcze bardziej, gdy zobaczył, że na Harijavie nie zrobiło to żadnego wrażenia. Jedynie wyprostował się dumnie, patrząc na ich dwójkę ze śmiertelną powagą.
     — Czy to pomieszczenie już przebadano? — spytał Ezarel, wskazując kiwnięciem głowy na piwnicę.
     — Oczywiście — charknął od razu generał. — Piwnicę chroniono silnymi zaklęciami, dzięki czemu pozostawała niezauważona. Jednak moi ludzie znakomicie poradzili sobie z tym zadaniem, dzięki czemu pomieszczenie zostało zabezpieczone i przebadane. Obecnie jest całkowicie bezpieczne.
     Harijav wyglądał na wyjątkowo dumnego ze swoich poczynań, co w ogóle Ezarela nie pocieszało. Co oni mieli tu do znalezienia, jak wszystko zostało przebadane?
     — Co tam znaleziono?
     — Dużo czarnomagicznych wywarów, kilka ksiąg o równie demonicznej tematyce, kilkanaście wyjątkowych artefaktów…
     — I? — ponaglił go Ezarel, czekając na wieści o Składnikach.
     — …a także niewielkie ilości pyłku litarnianego.
     W tym momencie Ezarel poczuł, jak opadają mu ramiona, jednocześnie myśląc o tym, jak bardzo chciałby już wrócić do domu.
     — Pyłku litarnianego? — powtórzył niedowierzającym głosem, uśmiechając się krzywo. — Ja chyba śnię…
     Generał zrobił obrażoną minę i już chciał coś powiedzieć, lecz Ezarel popisowo go zignorował, kucając przy klapie do piwnicy i siłując się z jej podniesieniem. Ostatecznie musiał mu pomóc Daniel, co tylko nasiliło nienawiść, jaką darzył jelenia. Mimo to w końcu obaj zeszli po koślawej drabinie, zanurzając się w kompletnych ciemnościach. Po chwili szpieg zapalił kilka stojących tam świec, lecz nawet to niewiele pomogło.
     — Co to ten cały pyłek i czemu się tak wkurzyłeś? — spytał Daniel, nawet na niego nie patrząc. Był zajęty upartym wpatrywaniem się w jedną z niskich szafek.
      Naprawdę nienawidził tego jelenia.
     — Bo cokolwiek tu znaleźli, na pewno nie był to pyłek litarniany. Coś podobnego nie istnieje, a nazwa określa kilka podobnych do siebie substancji alchemicznych, których głupcy nie umieją rozróżnić.
     — Ach — westchnął Daniel, grzebiąc przy tej samej szafce, którą wcześniej tak dokładnie oglądał. — A ty umiesz?
     Ezarel usilnie próbował zamordować go wzrokiem.
     — Oczywiście, że umiem — odparł dumnie, próbując ukryć narastające wzburzenie. Jak ten przeklęty zwierzęcy szpieg mógł w to wątpić? Czując dodatkową determinację, podszedł do szafki, która już wcześniej została oznaczona przez badaczy Harijava. Ezarel schylił się, uważnie oglądając delikatny czerwonawy osad. — Pyłek litarniany — prychnął gniewnie. — Ci idioci nie wiedzą, za co się zabierają! To nie żaden p######### pyłek! To ślad po J###### ALBEDO! Noż k#### — dodał nadzwyczaj spokojnie, czując, że jeszcze chwila, a wybuchnie. — Pracuję z p########### idiotami. Dobra — zakrzyknął wściekle — bo mnie zaraz coś trafi. Gdzie rubedo?! Jeleń — zwrócił się do Daniela, nawet na niego nie patrząc — szukaj takiego samego pyłku jak ten, ale białego jak śnieg. Folke mówił, że…
     — Tutaj.
     Elf błyskawicznie doskoczył do szpiega, przyglądając się jasnemu, niemal skrzącemu się pyłkowi. Tak, to zdecydowanie był ślad po rubedo. Co więcej, osad wskazywał na coś jeszcze.
     — Nie rozumiem faceta — mruknął Ez. — Był w posiadaniu potężnych Składników, wiedział, jak je użyć, skoro umiał wytworzyć Śniączki — tu alchemik kiwnął głową w stronę niskiego stolika, na której stała brązowa szkatułka wypełnione jajowatymi, przezroczystymi, idealnie gładkimi kamykami — a mimo to tak strasznie je niszczył…
     — Jak to?
     — Żaden ze Składników nie powinien zostawiać po sobie śladu. Te są w marnym stanie, jeśli zwyczajnie kruszeją.
     — Tu jest jeszcze tego trochę…
     — Co?!
     Daniel miał rację; wewnątrz jednej ze skrytek, którą wcześniej odkryto i zabezpieczono, zaleziono jeszcze trochę pyłu, zarówno białego, jak i czerwonego. Proszek pokrywał też kilka miejsc na podłodze i, zapewne gdyby dokładniej poszukać, znalazłoby się tego więcej.
     — Przecież nie mógł ich mieć tak wiele — mruczał elf, mając w głowie coraz większy mętlik — i wszystkie tak samo zaniedbywać…
     — Był albo za głupi, albo za sprytny, nie? — parsknął lekko rozbawiony Daniel.
     Tym razem Ezarel wyjątkowo go zignorował, wpatrując się tępo przed siebie. Będzie musiał posiedzieć tu przez kilka dni i wszystko bardzo dokładnie przejrzeć, począwszy od dziwnego pyłu, a skończywszy na każdym dokumencie i książce. Musiał to zbadać, ponieważ wyglądało na to, że szpieg się nie mylił. Już na samym początku wyprawy pojawiły się małe komplikacje, a w grę wchodziły same Składniki. Kimkolwiek był porywacz, najprawdopodobniej miał wiedzę na podobnym poziomie, skoro wiedział, czego szukać i jak to dostać. Nie wspominając już nawet o tym, że zapewne szukał ich w jakimś konkretnym celu. Tylko jakim?
     Właśnie to go najbardziej niepokoiło. Zwłaszcza że zaginął najniebezpieczniejszy, najbardziej niestabilny składnik: nigredo.
     — To chyba oni są sprytni — mruknął w zamyśleniu, machinalnie zerkając na Śniączki — a my głupi.



Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie




Mały BONUS

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h05)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#138 14-10-2018 o 23h16

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

No nie wiem, kto tu się od kogo uczy....   /static/img/forum/smilies/neutral.png

Ale ok, wracając do rozdziału...

Po pierwsze - poleciałabym na Daniela. Podoba mi się jego irytujący charakter, choć na miejscu Ezarela już dawno bym mu przyłoiła. Tak dla zasady. W każdym razie bardzo mnie cieszy, że będzie go teraz sporo, bo lubię gościa.
Po drugie - rozdział bardzo przyjemny i ciekawy mimo dużej ilości opisów. Co do samych opisów są bardzo dobre, plastyczne i bardzo obrazowe. Za nie ogromne brawo! )
Po trzecie - fabuła jak zawsze dobra /static/img/forum/smilies/smile.png Pięknie się rozwija. Nie lecisz z nią zbyt szybko i to jest bardzo dobre. Charakter Eza na plus. Taki jak powinien być.

Cóż. Nie mam się do czego przyczepić. Pozostaje mi tylko czekać na kolejne rozdziały i odpowiedzi na całe mnóstwo pytań, które pewnie ma wiele osób /static/img/forum/smilies/smile.png

Więc oby kolejne rozdziały powstawały w równie dobrym tempie /static/img/forum/smilies/wink.png

Offline

#139 15-10-2018 o 17h06

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

"Jak tylko ich wreszcie się z nimi spotka, przyrzeknie wpadać częściej." - coś się przekombinowało?
"HJEŻE!"  - zjedzone literki są widoczniejsze, gdy są duże, chociaż ich nie ma /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ezarel nie lubi Daniela... Bo? Jest bezczelny tak jak on? Pyszałkowaty jak on? Ech, prawda taka, że gdyby Ezio musiał spędzić z charakterologiczną kopią siebie chociażby tydzień, to krew trzeba byłoby zmywać nawet z sufitu. Dobrze dla Daniela, że jednak jakieś różnice między nimi są.

Co do odcinka niewiele on wnosi, chociaż mówi to i owo o twoim ulubieńcu, aczkolwiek - szczerze powiedziawszy - nie widzę oznak ciężkich przeżyć w jego codziennym zachowaniu, wszelkie objawy nastąpiły dopiero po pojawieniu się Folkego. właśnie Folke - prawdziwa przyczyna płomienin wyjaśniona - czarnoksiężnik palił innych, aby odwrócić uwagę od siebie i słusznych wobec siebie zarzutów + eliminował konkurencję. Spal innych zanim oni spalą ciebie xD jakaś strategia to jest muszę przyznać.

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (15-10-2018 o 17h07)

Offline

#140 18-11-2018 o 20h08

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 975

Jak to możliwe, że nie skomentowałam wcześniej, to ja nie wiem.a może po prostu za szybko spadło na dół i zapomniałam, who knows

Niemniej utrzymujesz poziom, podoba mi się nadal, chociaż żałuję, że nie ma mojej małej Heki.

Za to fajne opisy, bardzo fajne nawet, miło się je czytało.

I ty też powinnaś zrobić coś swojego, Pućka, bo marnujesz się w tym fandomie.

Czekam na następną część skomciam wtedy od razu, ogarniasz?!.
Dużo weny, szczęścia i czasu, kochu <3


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#141 25-11-2018 o 20h08

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Hej hej! Oj, długo, bardzo długo mnie tu nie było, co mnie samej mocno przeszkadza. Na szczęście udało się skończyć rozdział i mam nadzieję, że dłuższego przestoju już nie będzie.
Jak zwykle pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem i zapraszam do jej Gwiazdy!
Życzę miłej lektury! ^^


              W poprzednich odcinkach...

Ziemia: Svanthor, Cathiela i Hieronim rozmawiają o tym, czego niedawno dowiedzieli się od Leavitta - o tym, kto odpowiada za Nigredo. W czasie spaceru Edvarssen i Cath natrafiają na pobitego wikarego Sivę. Dowiadują się od niego, że zna Świętoszka. Wszyscy wspólnie dochodzą do wniosku, że muszą z nim porozmawiać.

Eldarya: Ezarel i Daniel docierają na Norielath Hari. W czasie podróży elf wspomina swoją rodzinę. Po dotarciu na ląd natychmiast udają się do chatki zaginionego, by przeprowadzić niezbędne oględziny. Już na starcie znajdują ślady po Składnikach Przemiany.



              Rozdział XXVIII


     Opadła ciężko na łóżko, wbijając zamyślone spojrzenie w sufit. Biało-szarawy od brudu, niezbyt dokładnie wykończony, był przetykany dziesiątkami wypukłych żyłek. Cathiela nie wiedziała, co to takiego, ale lubiła układać sobie z nich wzory. Machinalnie odszukała wzrokiem swój ulubiony, przedstawiający absurdalnie krzywy domek. A przynajmniej tak jej się wydawało, że to domek, lecz przecież o to w tej całej wyobraźni chodziło — by widziała coś, czego nikt inny nie zdołałby dostrzec.
     A resztki jej wyobraźni w połączeniu z tym żyłkowatym, koślawym domkiem, dawały wspaniałe rezultaty i kazały pomyśleć nad tym, czym właściwie jest „dom”. Miejscem, w którym czuła się zrelaksowana, bezpieczna i do którego zawsze chętnie wracała — do takich wniosków doszła już dawno temu. Podobnie jak do tego, że w takim razie w ciągu swoich dwudziestu trzech lat prawdziwy dom miała zaledwie chwilkę. Chwilkę uciętą przez śmierć obcej kobiety, którą wraz z siostrą kochały jak matkę. Wtedy skończyła się sielanka, a dziewczyny znowu wróciły na ulicę, by pewnego dnia znalazł je wszechmogący Yorgoren Mehv.
     I tak oto znalazła się w tym miejscu. Wpatrzona w żylasty sufit.
     Ostatnie tygodnie były dla niej koszmarnie wyczerpujące. Wprawdzie rzadko miała czas lub humor, by dać sobie odpocząć, lecz natłok emocji, jaki zagwarantowały jej niedawne wydarzenia oraz nowe znajomości, nieźle dały jej w kość. Natomiast świadomość tego, że jeszcze nic tak naprawdę nie zostało odkryte i załatwione, jedynie ją dobijała.
     Jęknęła głośno, gdy usłyszała, że ktoś wchodzi do pokoju, nawet nie racząc zapukać. Cathiela nie musiała spoglądać w tamtą stronę, by wiedzieć, kto ją odwiedził. Tylko jedna osoba miała tutaj wolny wstęp; zresztą, nikt inny nie miał potrzeby wpadania do zielonowłosej z wizytą. Może poza Leavittem, ale i jego widziała coraz rzadziej, co ją jednocześnie pocieszało i martwiło. Niby słyszała, że profesorek siedział po cichu w swojej norze i pracował, lecz mimo wszystko wolałaby z nim choć przez chwilę porozmawiać i zobaczyć, jak sobie radzi.
     Odwróciła lekko głowę, nadal nie mając ochoty podnosić się z łóżka. Aenyati nie raczyła usiąść i cały czas stała jak wryta, patrząc na Cath z uporem zmieszanym z niepokojem. Dziewczyna od zawsze miała wyjątkowo jasny odcień skóry, lecz w tamtym momencie Aena wyglądała wręcz blado.
     — Co jest, mała? — spytała cicho, uważnie przyglądając się młodszej siostrze..
     Mimo faktu, że Cathiela zawsze ją tak nazywała, musiała przyznać, że to już nie był ten maleńki, cichutki dzieciaczek. Wysoka i chuda jak patyk, o jaśniutkiej cerze, wąskich, lekko zaróżowionych ustach, jasnozielonych oczach i długich, prostych jak drut blond włosach, z całą pewnością przyciągała spojrzenia rówieśników. I właśnie przez to, że Aenyati wyrosła na śliczną dziewuszkę, a Cathiela urodą nie grzeszyła, mało kto wierzył, że faktycznie są spokrewnione. Wprawdzie tylko przez matkę, bo ojców miały różnych, ale siostra to siostra.
     — Coś się dzieje na placu — wyznała sztywno. Mała zawsze była powściągliwa w okazywaniu emocji, nawet jeszcze bardziej niż Cath.
     — Co? No mów — ponagliła lekko, podnosząc się z łóżka.
     — Nie wiem — mruknęła Aenyati, wzruszając ramionami i patrząc gdzieś w bok. — Jakiś pan poradził, bym stamtąd uciekała, bo niebezpiecznie, ale… chyba płonie katedra.
     Cathiela zerwała się z miejsca, otwierając szeroko oczy. Chciała krzyknąć, zakląć, zrobić cokolwiek, lecz przez chwilkę jedynie stała w bezruchu, zszokowana tą informacją. W końcu pobiegła w stronę drzwi, lecz zanim wyszła z pokoju, odwróciła się do Aenyati.
     — Nie waż się stąd wyłazić — zagroziła. — Masz tu siedzieć cicho jak mysz pod miotłą! Jak wrócę, masz tu być! Zrozumiano?!
     Nie czekając, aż mała zacznie marudzić, zatrzasnęła za sobą drzwi, po czym jak najszybciej wyszła z budynku, udając się w stronę centrum. Dziękowała Bogu, że nikt jej po drodze nie zatrzymywał, choć to bardziej dzięki Yorgorenowi i temu, że dał jej urlop. Odkąd u niego pracowała, jeszcze ani razu go nie wykorzystała, dlatego teraz chętnie wzięła kilka dni wolnych.
     Wystarczyło wejść na szersze, nieco bardziej zaludnione uliczki, by zauważyć, że coś jest nie tak. Tłum był niespokojny, ludzie miotali się wte i wewte, szepcząc między sobą ciężkie, przetkane strachem plotki. Działo się coś złego. A czarne, ciężkie chmurzyska krążące nad miastem tylko potęgowały to uczucie.
     Ale to nie były chmury. Tylko dym. Dym, ciemny, trujący, duszący. Gęsty, wszechobecny, zlepiający się w istny mur zagradzający drogę ucieczki. Dym wnikający głęboko w płuca i umysły, zasiewając paniczną myśl o ogniu, niebezpieczeństwie, śmieci.
     O śmierci. To właśnie ona sunęła nad miastem, zakrywając niebo swoim ciemnym płaszczem. To właśnie ona. I wszyscy to czuli.
     Większość uciekała z centrum, mniej lub bardziej panicznie. Matki zabierały swoje pociechy, mężowie odprowadzali żony, a dobroduszni obcy pomagali niedołężnym staruszkom wrócić do domu. Mało kto pchał się w stronę katedry, a niektórzy nawet wprost wrzeszczeli, by stamtąd uciekać. Co aż tak ich wystraszyło? Czyżby pożar tak szybko się rozprzestrzeniał i już trawił pozostałe budynki? Cathiela mimowolnie pomyślała o Svanthorze. Jemu też ogień odebrał najbliższych. Wobec tego może lepiej, że go tam nie było.
     Nagle uderzył w nią swąd spalenizny. Krzyki stały się głośniejsze, bardziej piskliwe i boleśniej wwiercające się w uszy. Dym oblepił jej myśli, podpowiadając, by stąd uciekać. Mimo to szła dalej. A gdy wreszcie zbliżyła się do centrum i przedarła przez tłum gapiów…
     Już wiedziała, jak mogło wyglądać Piekło.
     Rzeczywiście, tak jak mówiła Aenyati, cała katedra stała w płomieniach. Wyglądała dosłownie jak mały, spiczasty domek z kart zżerany przez ogromnego, ognistego potwora. Zresztą, nie tylko świątynia została poszkodowana, ponieważ pożar łatwo przeskakiwał na sąsiednie budynki. Wszędzie wokół krzątały się zastępy straży wraz z pomagającymi im cywilami: pomagał każdy, kto miał środki i odwagę, by stawić czoło żywiołowi. Spory kawałek dalej stali ciekawscy ludzie, obserwując rozgrywający się dramat. Mimo to gdzieś pod cieniutką warstwą zainteresowania czaił się ledwie wstrzymywany, niezrozumiały lęk. Cathiela przez chwilę zastanawiała się nad jego przyczyną, zwłaszcza że im dalej szła, tym częściej spotykała osoby o podobnym wyrazie twarzy.
     Nagle zmarszczyła czoło, nasłuchując. Wydawało jej się, że coś jej się przesłyszało…
     Nie. Nie przesłyszało. Ktoś śpiewał. Tam, blisko ognia. 
     — Zabieraj stąd dzieciaka, głupia babo! — ktoś krzyczał. — Nie widzisz, że one tam siedzą? I wyją?!
     Cathiela z zainteresowaniem spojrzała na wrzeszczącego faceta. Chciała zapytać, o kim mówił, lecz była za daleko. Na szczęście ktoś ją wyręczył.
     — No jak kto?! — ryknął panicznie. — One! Te dzieciaki! Demonie! Kompletnie oszalały!
     Ta wieść wywołała wielkie poruszenie. Spora część gapiów natychmiast się wycofała, a ci, którzy zostali, przedostali się bliżej barierek odgradzających ich od zagrożonego terenu. Wszyscy chcieli na własne oczy ujrzeć ten przedziwny, przerażający koncert. Cathiela też. Dlatego, gdy jakimś cudem przedarła się bliżej, wreszcie je zobaczyła. Dzieci. Bezdomne, chore, w łachmanach i w czystych ubrankach. Starsze, mniejsze, chłopców i dziewczęta. Przeróżne. Wszystkie demonie. Stały w różnych punktach i zupełnie nikt z osób gaszących pożar nie zwracał na nie uwagi. Dla tamtych liczyła się walka z ogniem oraz ratowanie poszkodowanych, więc śpiewające dzieci na nikim nie robiły wrażenia. A jeśli robiły, to i tak nie reagowano, bo większość zwyczajnie bała się do nich podejść. A one śpiewały. Cichutko, nierówno, przez co cały chór brzmiał niewyraźnie i nieskładnie. Cath za nic nie potrafiła wyłapać słów pieśni, choć nie sądziła, by to miało jakiekolwiek znaczenie.
     — To na pewno one podpaliły katedrę! — wrzasnął mężczyzna, który wcześniej ostrzegał przed demonimi dziećmi.
     Cathiela drgnęła. Zauważyła, że ten agresywny facet z łatwością podjudzał tłum, wmawiając im winę tych biednych dzieci. I, niestety, osiągnął swój cel, bo po chwili krzyczeli też inni.
     — To one!, te dzieciary!
     — Czemu nikt ich nie łapie?!
     — Niech zapłacą za to, co zrobiły!
     — I tak zapłacą! Lada dzień, wszystkie pozdychają!
     To wszystko zapowiadało rychłą tragedię. Cath nie miała wątpliwości, że jak tylko pożar zostanie choć trochę opanowany, znajdzie się grupa takich, która zechce się zemścić za zniszczenie świątyni. Głusi na argumenty o zbadaniu miejsca i odszukaniu winnych na podstawie dowodów, po swojemu wymierzą sprawiedliwość. Cathiela nie mogła na to patrzeć, choć serce jej się krajało na myśl, że nie mogła z tym nic zrobić. Bo niby co? Stanąć przeciwko rozjuszonemu tłumowi? Kto ją poprze w ochronie demonich? Nikt. Dlatego zielonowłosa zdecydowała, że nie może dłużej patrzeć na tę tragedię. Odwróciła się i, niemal agresywnie się przepychając, wydostała się z tłumu, czym prędzej biegnąc w stronę dobrze sobie znanej chatki, która, na całe szczęście, stała w znacznej odległości od centrum.
     Gdy dotarła do celu, od razu weszła do środka. Zaniepokoiła się, gdy zastała tam samego Hieronima.
     — A gdzie Svan? — zapytała bez choćby słowa przywitania.
     Na szczęście staruszek, choć zwykle by ją za to zrugał, wyglądał na mocno przygnębionego ostatnimi wydarzeniami, dlatego tylko pokiwał smutno głową, dając w ten sposób znać, że sam chciałby to wiedzieć. Po chwili wskazał jej głową krzesło, po czym skierował się do swojej zagraconej kuchni, szykując herbatę. Obecnie wolałaby napić się czegoś mocniejszego, ale nie chciała nadużywać gościnności Hieronima.
     — Kiedy wyszedł? — spytała, obracając w dłoni gorący kubek.
     — Ach, z samego rana gdzieś wystrzelił. Oczywiście nie raczył mnie ostrzec — dodał z wyrzutem — ani gdzie idzie, ani kiedy wróci. Aj, aj, aj… widziała panienka, co się tam dzieje?
     Cathiela w milczeniu pokiwała głową.
     — A ja nawet tam nie zachodziłem — mamrotał Hieronim, nadal mocno przygnębiony. — Bałem się. Nie ognia — zaznaczył — bo aż taki bojaźliwy to ja nie jest. Ale tego, co bym tam zobaczył. I znowu ktoś straci dom… rodzinę całą… aaaaj… co za tragedia…
     Cathiela poczuła żal na widok mocno strapionego staruszka, dlatego przysunęła się bliżej niego i pocieszycielsko poklepała po ramieniu. Nie wiedziała, co innego mogła zrobić. Oboje potrzebowali się choć trochę odprężyć, zresztą zielonowłosa nie zamierzała ruszać się stąd na krok, dopóki nie porozmawia ze Svanem. Choć właściwie nawet nie wiedziała, czego od niego chciała. Zwyczajnie czuła, że powinna to zrobić.
     Dopijali właśnie drugą filiżankę, kiedy rozległ się jakiś głośny trzask. Zaraz po chwili Cath i Hieronim wyczuli swąd dymu, aż wreszcie z ciasnego, ciemnego korytarzyka wyłonił się Svanthor. Wyglądał jak siedem nieszczęść: przygarbiony, w zniszczonych, osmolonych ubraniach i z umazaną sadzą twarzą. Wzrok miał zamglony i zmęczony, a minę posępną. Całkowicie ich ignorując, runął na kanapę, dość długo się nie podnosząc. Pozostałą dwójkę ogarnął szok odejmujący im mowę i dopiero po kilku minutach Hieronim zdołał się ocknąć i zareagować.
     — Na litość boską! — wrzasnął, łapiąc się za głowę. — Co ci się stało?!
     Svan wyburczał coś niewyraźnie, po czym przekręcił się na bok, odwracając się do nich plecami. Staruszek momentalnie poczerwieniał ze złości.
     — SVANTHOR! — ryknął z największym oburzeniem. — Mówi się do ciebie! I złaź mi z mojej kanapy, bo ją całkiem osmolisz!!!
     Edvarssen znowu coś zaburczał, lecz tym razem głośniej i agresywniej. Wyraźnie poirytowany, podniósł się gwałtownie, wstał i usiadł na krześle, wyglądając rozwścieczonym wzrokiem za okno. Hieronim natychmiast podleciał do sofy, próbując ją wyczyścić rękawem, a Cathiela, czując się kompletnie zignorowana, nadal nie wiedziała, co powiedzieć.
     — Masz tu coś do żarcia? — mruknął Svan, rozglądając się błędnym spojrzeniem po pomieszczeniu.
     — W szafce jest resztka z obiadu, weź sobie.
     Mężczyzna podniósł się ociężale, jęknął, po czym poczłapał do małej, prowizorycznej kuchni, mrucząc coś pod nosem. Zdawał się w ogóle nie przejmować uporczywymi spojrzeniami wbijanymi w niego przez Hieronima i Cathielę. I o ile zielonowłosa była tym wszystkim raczej zaciekawiona i lekko zaniepokojona, tak staruszka wyraźnie szlag jasny trafiał.
     — POWIESZŻE WRESZCIE, CO SIĘ STAŁO?! — ryknął nagle, zrywając się na równe nogi. — Przyłazisz do MOJEGO DOMU usmolony jakbyś z kotła wylazł i nie raczysz nawet słowa powiedzieć?! A TAM KATEDRA, PSIAMAĆ, PŁONIE!
     — Wiem — mruknął, nieczuły na ten nagły wybuch gospodarza. — Sam się o mało w niej nie spaliłem, to wiem.
     Krzykacz i Cathiela wybałuszyli na niego oczy, choć teoretycznie się tego domyślali: w mieście płonęła świątynia, a Svanthor wrócił do domu cały w sadzy. Jednak co innego coś podejrzewać, a co innego to usłyszeć. Dlatego nawet Hieronim zamilkł i z wrażenia ponownie usiadł na krześle. Za to Cath poczuła nagłą potrzebę zadawania pytań.
     — Ty? W katedrze? — spytała nadzwyczaj spokojnym tonem. — Aż tak pożałowałeś, że ostatnim razem nam się nie udało tam wpaść?
     Skrzywiła się z niesmakiem, gdy zobaczyła, jak tłuszcz ściekał Svanthorowi po brodzie. Musiał być naprawdę głodny, bo z prędkością światła pochłonął wielką, tłustą nogę kurczaka. Widocznie ten kawałek jedzenia musiał go zadowolić, bo zaraz uśmiechnął się w swój charakterystyczny, kpiący sposób. Nie odezwał się jednak, a zamiast tego po dłuższej chwili spochmurniał, marszcząc czoło.
     Nagle złapał się za głowę, zmierzwił włosy, ukazując swoje upiorne, ucięte uszy, po czym zazgrzytał zębami, jęknąwszy przy tym gniewnie. Na końcu usiadł na krześle, uderzając pięścią w stół.
     — Ja p###### — warknął — za dużo tego ostatnio, za dużo!
     Opadł niedbale na oparcie, po czym zaczął chwilę grzebać w wewnętrznych kieszeniach swojego zakurzonego, połatanego płaszcza. Nie odezwał się ani słowem, gdy rzucił na stół niewielką, dość grubą książeczkę z czarną, gładką okładką.
     — Co to? — charknął nadąsany Hieronim.
     — Dziennik proboszcza.
     — Co?! — krzyknął wzburzony. — Jak…
     — J###### mu, jak już go wynieśli z katedry.
     — Co… jak…
     — Byłem tam, przecież mówiłem. Jeszcze przed tym, jak to się stało. No to zdążyłem pomóc księżulowi. Wiecie — podjął nagle z żywym zainteresowaniem — ja myślę, że to ta k#### Świętoszek. Że to on podłożył ogień.
     Hieronim i Cathiela potrzebowali dłuższej chwili, by oswoić się z tym, co właśnie usłyszeli. I w tym jednym zgadzali się ze Svanem: ostatnimi czasy działo się zdecydowanie za dużo. Jedna zagadka goniła drugą, a odpowiedzi nie dostali prawie żadnych. No, może poza wieścią, że to Yorgoren odpowiadał za rozprzestrzenianie się Nigredo. Lecz co im ta wiedza dała? Zupełnie nic. A teraz jeszcze pożar katedry i Svanthor w roli bohatera. I Świętoszek, ten cholerny Świętoszek...
     — A to nie ci, co próbują wypalić Nigredo? — spytała Cathiela, marszcząc brwi. — Metoda zwalczania zła ogniem stała się ostatnio modna w Drognasloe. Jak dla mnie to oni są za to odpowiedzialni… kimkolwiek są.
     — Ci „ktokolwiek” spalali tylko demonie dzieci — zauważył Svanthor.
     — Może ten ktoś dowiedział się, że Świętoszek stara się je uleczać? — zagadnął Hieronim.
     — Ale w takim razie nie byłoby problemu — mruknął posępnie — bo każde z nich działałoby po swojemu w jednym celu: by zwalczyć zarazę.
     — Hmmm, no tak… Ale Świętoszek chce to ponoć załatwić najłagodniejszą metodą. Może tym złym bydlakom to nie w smak?
     Svanthor westchnął ciężko, wzruszając ramiona. Nikt już nie miał nic do powiedzenia, choć w powietrzu nadal wisiało wiele pytań. Atmosfera gęstniała z sekundy na sekundę, a cisza stała się tak męcząca i przenikliwa, że nawet tu docierały ciche, stłumione i przerażające dźwięki z centrum. Niespokojny spokój, jaki panował w tym małym domku, mimo tak strasznych okoliczności, zdawał się wręcz irracjonalny. I fałszywy.
     Zresztą, taki w istocie był.
     — A to? — Cathiela nie mogła dłużej znieść tego napięcia, więc zabrała głos, zerkając z ukosa na małą książeczkę. — Co z tym?
     — Mówiłem — odparł Svan zmęczonym tonem — że to księdza.
     —  I na diabła ci ona?
     Wzruszył obojętnie ramionami. Wyglądał na okropnie wymęczonego, a Cath podejrzewała, że lada moment uśnie na krześle. Wcale mu się nie dziwiła po tym, co przeżył, a wręcz wolałaby, by jak najszybciej odpoczął. Dlatego po chwili pożałowała, że zadała pytanie o dziennik, choć z drugiej strony zżerała ją ciekawość.
     — Nie wiem — charknął. — Zauważyłem, to j######. A nuż znajdzie się tam coś ciekawego. Zwłaszcza że ojczulek knuje ze Świętoszkiem.
     — No… no a ten młody…? Siva? — spytał zaniepokojony Hieronim.
     — Ach — ożywił się lekko Svan — tego właśnie nie widziałem. I nie wiem, gdzie się skitrał, chociaż się rozglądałem…
     — Olaboga — jęknął przerażony gospodarz. — A jeśli on SPŁONĄŁ?!
     Cathieli momentalnie udzielił się nastrój Hieronima. Nie mogła uwierzyć, że tak łatwo zapomniała o młodym wikarym. Przecież to właśnie proboszcz, którego uratował Svan, był zwierzchnikiem Sivy. Obaj odprawiali msze w tej samej katedrze i wielce prawdopodobne, że także on znajdował się w środku podczas pożaru. Możliwe, że nikt go nie znalazł i nie zdołał uratować. Na myśl, że być może wikary spłonął żywcem, Cath ukłuł ogromny wstyd; przecież jeszcze niedawno chciała go zostawić pobitego w jakimś samotnym, cuchnącym zaułku.
     — Może go tam w ogóle nie było — powiedział Svan, wyrywając Cathielę ze straszliwych rozmyślań. — Nie wiem, nie widziałem. Zresztą, mniejsza o niego. Księżulo wisi mi teraz z####### dług wdzięczności, więc jak wydobrzeje, to se z nim pogadamy. A teraz dziennik. Ja muszę odespać to, co ostatnio — po tych słowach przeciągnął się jak kot, wydając przy tym dziwne dźwięki, jak gdyby połączenie jęku i wrzasku — ale wy możecie sobie go przeczytać. Skupcie się przede wszystkim na tych hasłach…
     Edvarssen rozejrzał się po pokoju, aż nagle zerwał się z krzesła, podszedł do starej, rozklekotanej komody, chwycił kawałek kartki i pióro, po czym nabazgrał kilka słów i bez słowa rzucił na stół.
     — Nigredo rozumiem — mruczała Cathiela, przyglądając się zapisanym hasłom. — Ale… ru… rubedo? I Albedo. Co to?
     — Powiązane z Nigredo — odparł lekceważącym tonem. — Wątpię, byście coś znaleźli, no ale zapisałem…
     Hieronim pochylił głowę, widocznie również ciekaw tego, co znajdowało się na kartce.
     — A ta… Eldarya… to też jakiś składnik?
     — Nie. To kraj, z którego pochodzę.
     — A co ma piernik do wiatraka?
     — Nic! — warknął agresywnie. — Stul dziób i szukaj! Jak znajdziecie, to potem wyjaśnię. A teraz idę się wyszorować i wyspać. Dobranoc towarzystwu.
     Na Hieronimie jak zwykle te huśtawki nastroju nie zrobiły żadnego wrażenia, dlatego, kompletnie ignorując Svana, wciąż wpatrywał się w karteczkę, po czym z sięgnął po książkę i z największą ciekawością zaczął oglądać pierwszą stronę.
     Cathiela okazała mniejsze zainteresowanie hasłami-kluczami, za to mocno niepokoił ją stan Svana. Co on robił pod Kwaterą? Nie potrafiła oprzeć się wrażeniu, że jego pobyt tuż przed pożarem i ocalanie proboszcza to nie przypadek. Tylko dlaczego to nie miałby być przypadek? Na to nie potrafiła sobie odpowiedzieć. Ale podobno kobieca intuicja jest niezawodna, a Cath czuła w kościach, że Edvarssen albo kłamał, albo co najmniej coś ukrywał. Tylko dlaczego? Czy nie działali razem we wspólnej misji? Owszem, tak samo ona, jak i on mieli swoje tajemnice, ale tym razem Cath miała nieodparte wrażenie, że Svanthor ukrywał coś bardzo ważnego. Coś, co mogło mieć ogromny wpływ na to, nad czym pracowali.
     Chyba że sam jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy.




Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h05)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#142 25-11-2018 o 20h24

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Jak już wspominałam na TAKI rozdział warto czekać nieco dłużej /static/img/forum/smilies/wink.png

Dużo się w nim działo. Niby tylko pożar kościoła, ale historie, które kręciły się wokół niego, dają dużo do myślenia /static/img/forum/smilies/smile.png

Oczywiście śpiewające, demonie dzieci... Dlaczego śpiewały? Zagadka, którą, mam nadzieję, wyjaśnisz /static/img/forum/smilies/smile.png

Przeszłość Svana, jego pochodzenie, Eldaryia... Myślę, że to wyjątkowo ważny wątek, choć można podejrzewać kim tak naprawdę jest Svan /static/img/forum/smilies/smile.png

I Cathiela. Uwielbiam Cię za nią, wiesz? Jest tak totalnie prawdziwą postacią, że aż miło się o niej czyta. Nie doszukałam się grama sztuczności w jej kreacji, majstersztyk po prostu. Ani biała, ani czarna. Z charakterem i jednocześnie czasami pełna wątpliwości. Nie jest idealna. Tak jak każdy człowiek ma wady i zalety. Więc za nią ogromne brawa /static/img/forum/smilies/smile.png
Ogólnie wszystkie postaci wychodzą Ci naprawdę bardzo, bardzo dobrze, ale Cathiela jest trafiona w punkt.


Do tej pory zawsze chętniej czytałam wydarzenia, które dzieją się w Eldaryi. W tej chwili, cóż... Ziemia wydaje się być tak samo, o ile nie bardziej interesująca /static/img/forum/smilies/smile.png


Czekam na kolejny rozdział. Jak zawsze niecierpliwie /static/img/forum/smilies/smile.png I pamiętaj, że jak będziesz się ociągać, to znowu zacznę Ci jęczeć /static/img/forum/smilies/wink.png Nigredo MUSI być dokończone. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Offline

#143 27-11-2018 o 16h27

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

P"Co on robił pod Kwaterą?" - a nie czasami Katedrą?
            PJa tam się raczej zastanawiam co on taki głodny. Owszem, bez śniadanka, ale...
            PDobrze, czyli podejrzenia potwierdzone - Swan to ten cały wygnaniec. Świętoszkiem jest pewnie Nieludź Yoga. Część motywów się wyjaśnia.
            Podobała mi się scena z demonimi dzieciakami i ładne podsumowanie tego, co się z nimi stanie. Ach ten uroczy, ludzki gatunek.

Offline

#144 30-11-2018 o 20h50

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 975

Yo, przybywam w końcu, żeby się wypowiedzieć.
to nie tak, że przeczytałam to już dawno, dawno temu...
Coraz bardziej lubię Svana. Jest fajnym ziomeczkiem. Dobry materiał na męża dla mnie. Ale Hieronim to i tak nadal moja fav postać, jest takim fajnym facecikiem, co częstuje wszystkich herbatą.
Spalenie kościoła to coś, czego się nie spodziewałam. Ale jest bardzo pozytywne. I te dzieciaki, ajaj...
Ten dziennik to coś, co mnie serio intryguje. I przeszłość Svana, omg. A CO JEŚLI ON JEST ELFEM?!

Nah, spinaj poślady i pisz mi kolejny rozdział, bo taki czas oczekiwania jest gorszy, niż czekanie na trailer A4.
Dużo weny i czasu <3


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#145 27-12-2018 o 21h04

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Witam, witam! Spóźnione wszystkiego naj naj z okazji świąt. A już niedługo naj naj z okazji Nowego Roku. I własnie przy okazji tego drugiego naszły mnie jakieś takie refleksje. Kurcze, pierwszego posta wrzuciłam tu 23 czerwca 2017 roku. Piszę to opko już półtora roku. Półtora roku i prawie 30 rozdziałów. Hm, spory kawałek czasu temu poświęciłam. Mam tylko nadzieję, że to nie pójdzie na marne i to dokończę. Dla każdego czytelnika, jaki tu jest, ale i dla siebie. Chyba przede wszystkim dla siebie.

Możecie trzymać kciuki.
Tymczasem zapraszam na kolejny rozdział! Jak zawsze pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem i zapraszam do jej Gwiazdy!

Życzę miłej lektury!


              W poprzednich rozdziałach...
Ziemia: Aenyati powiadamia Cathielę, że Katedra płonie. Co więcej, wokół niej zebrały się demonie dzieci, upiornie śpiewając. Zielonowłosa natychmiast udaje się do Hieronima, lecz nie zastaje tam Svanthora. Ten pojawia się dopiero po dłuższej chwili oświadczając, że uratował proboszcza z pożaru. Wyraźnie ma jakiś tajemniczy plan, a w skradzionym duchownemu notesowi każe szukać informacji o niejakiej Eldaryi.

Eldarya: Ezarel i Daniel docierają na Norielath Hari. W czasie podróży elf wspomina swoją rodzinę. Po dotarciu na ląd natychmiast udają się do chatki zaginionego, by przeprowadzić niezbędne oględziny. Już na starcie znajdują ślady po Składnikach Przemiany.



              Rozdział XXIX


     — I jak ma na imię pana narzeczona?
     — Camille.
     — Och, Camille! Jak pięknie! Wie pan, moja wnusia ma na imię podobnie, bo Kamilja. To znaczy, właściwie to ona jest wnuczką mojego brata, ale żeśmy ze sobą mocno zżyci, to Kamilcia jakby i moja jest!
     Daniel uśmiechnął się lekko na tę paplaninę, westchnąwszy cichutko. Całkowicie zrelaksowany, akurat tam, na skraju lasu, wśród szumu drzew i świergotu ptaków, z łatwością ignorował pokrzykiwania ustawionych wokół strażników oraz charakterystyczny szczęk broni, skupiając się jedynie na dźwiękach natury. I na głosie tej przeuroczej staruszki, z którą siedział właśnie przy jednym stole. Całość z daleka wyglądała jak przyjacielska pogawędka, lecz w rzeczywistości Daniel przesłuchiwał tę starowinkę. Musiał, ponieważ pani Gottyasil była jedną z ostatnich osób, która widziała Shantaema Verth’ana tuż przed zaginięciem. Niska, dość przysadzista, o opalonej, obsypanej pieprzykami i pomazanej zmarszczkami twarzy, pracowała dla naukowca w charakterze gosposi. Odwiedzała go kilka razy w tygodniu, by posprzątać i donieść zapasy pożywienia.
     Choć panią Gottyasil już wcześniej przesłuchiwano, wyciągając najważniejsze informacje, Daniel uparł się, że chce tego wszystkiego posłuchać na własne uszy.
     — To wielka szkoda i ogromny dramat — lamentowała staruszka — że taki wspaniały człowiek… wspaniały!... nie znalazł sobie nigdy kobiety. Zawsze to lepiej mieć kogoś przy sobie. Albo dzieci nawet! Ale nie… on zawsze samotnik był… no i ta choroba…
     — Sętoractwo?
     — Taaaaak — wyszeptała gosposia z przejęciem. — Męczył się z nią, bidula, od kilku lat… Chociaż, wie pan co, panie Danielu? Jemu chyba nie było z tą chorobą tak źle. Bo wie pan, on zawsze był samotnik — powtórzyła — to jemu kontakty z innymi nie były potrzebne. Tylko mnie widywał ostatnio… i kilku jakichś tam swoich klientów, ale to rzadko bardzo. No ale mnie nie dotykał, bo i by nie miał po co! A tymi krostami okropnymi tylko przez dotyk można się zarazić. No, a że poza szpetotą nic mu to nie robiło, to zupełnie mu to nie przeszkadzało!
     — Mmm… a ci klienci…?
     — Ja nic nie wiem, panie Danielu, przepraszam — zaskomlała. — Już mówiłam tamtym panom, że mnie o tym nic nie wiadomo! Na oczy żadnego nie widziałam, a jedynie pan Verth’an czasami mi o nich wspominał. Nie robił z tego tajemnicy. Toć nic dziwnego, że się dzielił swoimi wyrobami! To wspaniały naukowiec. I człowiek też!
     Daniel odchylił się w krześle, uważnie lustrując wzrokiem panią Gottyasil. Uśmiechnął się lekko, po czym machinalnie spojrzał na swoje notatki. Nic z nich nie wyczytał, bo i nie musiał: wszystko znał na pamięć.
     — Z moich informacji wynika, że pani szef to raczej szemrany typ.
     Biedna starowinka wyraźnie się zmieszała, błądząc gdzieś wzrokiem. W końcu nabrała powietrza do płuc i już chciała coś powiedzieć, lecz zrezygnowała. Aż w końcu…
     — Ooooj, ja wiem — jęknęła zbolałym głosem — że jego przeszłość taka mętna… ale to dobry człek! — zawołała żywiołowo, gwałtownie pochylając się ku Danielowi. — Dobry! Nigdy o mnie żadnego złego słowa nie powiedział! Nigdy źle nie traktował! Gdy co źle zrobiłam, to uprzejmie uwagę zwrócił, a jak co, to nawet pochwalił! O, na przykład, jak mu ta zupa grzybowa ostatnio smakowała, to… oj — staruszka znowu posmutniała — tęsknię ja za nim. Wie pan, panie Danielu? Bo to dobry człek był!
     Pokiwał uprzejmie głową, podziękował za poświęcony czas, po czym wstał od stołu i odszedł kawałek dalej, by westchnąć ze zmęczeniem. Jeden z wojaków generała, który wcześniej przesłuchiwał staruszkę, miał rację: nic przydatnego nie dało się z niej wycisnąć. Potwierdziła jedynie, że Verth’an dalej handlował, no i wyjawiła, że naukowiec chorował na sętoractwo: dolegliwość polegającą na wyskakiwaniu dużych, fioletowawych krost, które szybko pękały, wydobywając z siebie okropnie cuchnącą wydzielinę. Łatwo można było się nią zarazić, bo wystarczył tylko chwilowy kontakt ze skórą. Ale poza szpetotą i smrodem, sętoractwo w niczym nie dokuczało, więc ta informacja nie dawała zbyt wielu tropów.
     Z braku zajęć, postanowił przespacerować się wokół obozu. Niedawno wrócił z wyprawy poza oznaczone tereny chatki, lecz pobieżne oględziny niewiele dały. Daniel potrzebował na to znacznie więcej czasu i mniej rozpraszających go żołnierzy, lecz o samotnej wyprawie nie było mowy. Generał Harijav wyraźnie pokazywał, że ufa tylko swoim ludziom, więc nakazał pilnowania zarówno szpiega, jak i Ezarela, a także tylko swoim podwładnym wyznaczał tak odpowiedzialne zadania jak patrole. „Obcym ze Straży” zostawiał tylko to, co niezbędne, a także, bardzo niechętnie, informował ich o wszystkich postępach w sprawie. Zapewne gdyby nie fakt, że Folke mu to rozkazał, wszystko trzymałby dla siebie, przeświadczony o samowystarczalności swojego oddziału.
     Cóż, jak na razie rzeczywiście czuł się dość bezużyteczny. Pani Gottyasil była na razie jedynym świadkiem, do którego dotarli, a teren wokół domku został już dokładnie przeszukany. Dlatego Jeleń zaczynał się lekko niecierpliwić; pragnął jak najszybciej przystąpić do najważniejszego zadania, czyli poszukiwania Shantaema Verth’ana. Niestety, bez dostatecznych śladów i wskazówek mieli związane ręce i póki Ezarel nie znajdzie w biblioteczce czegoś przydatnego, będą musieli tu siedzieć. Z tą myślą Daniel uznał, że powinien odwiedzić swojego towarzysza: a nuż od czasu ich ostatniego spotkania odkrył coś nowego.
     Wszedłszy po cichu do zakurzonego pomieszczenia, szpieg ujrzał doskonale znany sobie widok: alchemika zakopanego w stosach ksiąg. Siedział za biurkiem praktycznie całe dnie, co rusz coś znajdując, zapisując, podkreślając i rozszyfrowując. Jednak wtedy alchemik całkowicie się wyciszał i mocno ograniczał swoje przemądrzałe, ociekające sarkazmem powiedzonka, dlatego Daniel dużo bardziej wolał ten szał badawczy.
     Ale coś się zmieniło. Zwykle Ezarel po prostu przeglądał kolejne tomy i zapisywał notatki. Lecz w tamtym momencie wyglądał tak, jakby szukał czegoś konkretnego: marszcząc czoło, przeskakiwał z jednego woluminu do drugiego, mamrocząc coś pod nosem. Zdawał się w ogóle nie dostrzegać obecności szpiega, który stał w drzwiach już od dobrych kilku minut. Jednak ciekawość zżerała Jelenia od środka, dlatego w końcu postanowił się odezwać.
     — Coś znalazłeś? — spytał bez ogródek.
     Spodziewał się standardowego lodowatego spojrzenia, lecz tym razem elf nawet nie podniósł wzroku, nadal w pełni skupiony na treści ksiąg. Danielowi przemknęło przez myśl, że może alchemik był tak zajęty swoim zadaniem, że nawet go nie usłyszał, więc powinien przyjść później. Jednak nie zdążył się nawet odwrócić, gdy, ku wielkiemu zaskoczeniu, otrzymał odpowiedź.
     — Nie wiem… chyba tak — mamrotał, lekko roztargniony. — Ale… cholera.
     Nagle Ezarel się wyprostował, gniewnie odrzucił od siebie jakieś zabazgrane kartki, po czym chwycił dość cienką książeczkę i spiesznym krokiem podszedł do szpiega.
     — Patrz.
     Jeleń przyjrzał się zawartości i znalazł tam wyraźnie zakreślone jedno słowo.
     — Rozevound? — odczytał, uważnie przyglądając się nazwisku. — Kto to?
     — NIE WIEM — ryknął z wyraźną irytacją, zatrzaskując książkę i chowając ją pod pachę. — To nazwisko pojawia się w kilku zapiskach Verth’ana. Albo inicjały A.R., ale podejrzewam, że chodzi o tę samą osobę: gdzieniegdzie zgadzały się konteksty.
     Ezarel znowu zmarszczył gniewnie brwi, nadymając się jak mała rybka, po czym wrócił do biurka, ciężko opadając na krzesło. Daniel był pewien, że zanurzy się w kolejnych zapiskach, lecz zamiast tego położył łokcie na blacie, splótł dłonie i ułożył na nich brodę, głęboko nad czymś dumając.
     — Możliwe, że to jakiś klient — zauważył szpieg. — Ta gosposia, z którą przed chwilą rozmawiałem, wyraźnie dała mi do zrozumienia, że Verth’an spotykał się z wieloma osobami, z którymi handlował. Ale nie wyjeżdżał — dodał pospiesznie, traktując to jako istotną informację. — Nigdy nie ruszał się z terenów swojej chatki, a klientów przyjmował tutaj albo gdzieś w okolicy.   
     — Folke mu nie pozwalał — prychnął gniewnie.
     — Nie wiem. Ale…
     — To nie klient — parsknął Ezarel, znowu zrywając się z miejsca. Wyraźnie coś go nosiło. — Albo i klient — mruknął po chwili — ale jakiś wyjątkowy. Bo żaden inny nie pojawia się w zapiskach tak często. Poza tym, k####!, ja kojarzę skądś to nazwisko!
     Tym Ezarel go zaskoczył. Daniel zmrużył podejrzliwie oczy, wpatrując się w swojego kompana.
     — Skąd?
     — A żebym to ja wiedział — jęknął ze zmęczeniem. — Po prostu zdaje mi się, że gdzieś je już słyszałem. Może raz albo dwa, ale jednak. Brzmi jakoś tak… ach… przecież możliwe też, że to zbieżność nazwisk… albo słyszałem o jakimś Rovenghardzie czy innym…
     To było dość dziwne, ale dopiero wtedy Daniel spojrzał na Ezarela jak na żywą osobę, a nie jak na szalonego, zautomatyzowanego naukowca. Zmęczony, z potarganymi niebieskimi włosami i ciemnymi worami pod oczami, oparł się smętnie o jedną z półek, na moment przymykając powieki. Jeleń nie miał pojęcia, ile elf mógł tu siedzieć i pracować, ale faktem było, że nieczęsto widział, jak alchemik cokolwiek jadł albo opuścił bibliotekę, by się przespać. Pracował na najwyższych obrotach, choć szpieg podejrzewał, że Ez robił to bardziej dla własnej satysfakcji niż dla dobra zadania.
     — Nic już nie wiem — jęknął lekko łamiącym się głosem.
     Daniel domyślał się, że ten chwilowy kryzys zaraz mu przejdzie, dlatego nawet nie drgnął.
     — Wyślij list do Kwatery — zaproponował. — Może oni…
     — Już to zrobiłem.
     — Ach.
     Nagle Ezarel zerwał się do pionu i znowu zaczął krążyć po pokoju. Jeleń westchnął ukradkowo: przestawał już nadążać za tymi elfowymi zmianami nastroju.
     — Potrzeba mi więcej informacji o tych klientach — zarządził władczym tonem, wskazując na Daniela palcem, choć nawet na niego nie patrzył. — Dowiedz się o nich jak najwięcej, a najlepiej wyskrob skądś jakieś nazwisko. Jedno już masz. ROZEVOUND — wycedził — zapamiętaj sobie! Jak jesteś szpiegiem, to pewnie masz jakieś swoje metody na zapamiętywanie i wyciąganie informacji. To ich użyj! Byle skutecznie. O wszystkim masz mnie informować… najpierw mnie — zaznaczył, miażdżąc go wzrokiem — żeby ci się czasem nie pomyliło i byś z tym najpierw nie poszedł do generała. To ja tu jestem twoim szefem, a nie…
     — Nevra jest moim szefem — zauważył swobodnym tonem, powoli czując się lekko zmęczony tą przemądrzałą paplaniną.
     Tak jak się spodziewał, Ezarel najpierw gwałtownie przerwał, po czym spojrzał na niego jak na obrzydliwego robala, którego pragnie zmiażdżyć butem. Zapowietrzył się lekko, wyraźnie szykując się do jakiejś ostrej odpowiedzi, lecz w ostatniej chwili zrezygnował i błyskawicznie odzyskał równowagę.
     Choć wyraźnie był wściekły. I to jak diabli.
     — Jak na szpiega, twoje umiejętności obserwacji są raczej marne — wycedził — skoro nie zauważyłeś, że Nevry tu nie ma. Pojechałeś tu ze mną. Jako moja pomoc. Więc proszę cię pierwszy ostatni raz, byś nie mylił więcej stanowisk i rang.
     Daniel uśmiechnął się pod nosem, ledwie zauważalnie kiwając głową. Nie miał pojęcia, co siedziało w głowie alchemika, ale podejrzewał, że nie chodziło tu tylko o słynną elfią dumę. Wprawdzie słyszał, że Ezarel to raczej dupek święcie przekonany o swej świetności, lecz arystokratyczne wychowanie pewnie zrobiło swoje, dlatego Jeleń specjalnie się temu nie dziwił. Mimo to miał wrażenie, że chodziło o coś jeszcze.
     O coś, co aktywowało się na tej wyspie.
     Wzruszając lekko ramionami, poczekał chwilę, aż Ezarel dostatecznie się uspokoi. Nie chciał wyprowadzić go z równowagi, ale widocznie robił to bezwiednie i działał na uczonego jak płachta na byka. Jednak sprawy, o których rozmawiali, były o tyle ważne, że wymagały burzy mózgów. Mózgów oczyszczonych ze wszelkich nerwów i gotowych do wysuwania genialnych wniosków.
     — Coś jeszcze? — mruknął Ezarel, wracając do rozwalonych na biurku ksiąg.
     — Nic szczególnego. Verth’an to odludek, wyłażący ze swojej nory tylko po to, by handlować. Najprawdopodobniej tym, co wytwarzał ze Składników, które u siebie miał. Świadczą o tym chociażby znalezione Śniączki, które, jak sam stwierdziłeś, musiały powstać nie dalej jak rok temu. Nigdy nie wyjeżdżał za daleko… taa — mruknął pospiesznie, napotkawszy znaczące spojrzenie Ezarela — pewnie dlatego, że Folke wolał trzymać rękę na pulsie. Siedział w domu i z nikim nie utrzymywał bliższych kontaktów, głównie przez sętoractwo, na które cierpiał od kilku lat.
     Oparł się nonszalancko o framugę, dumając nad tym, co jeszcze zdołają odkryć i kiedy wreszcie wyruszą na właściwe poszukiwania. Od razu zastanowił go ten Rozevound; Ezarel miał rację z tym, że często powtarzające się nazwisko musiało oznaczać coś ważnego. Może to on go zabił? Albo wręcz przeciwnie, był kimś bliskim? Cóż, ktokolwiek to był, musieli go odszukać.
     — Co to za konteksty? — zapytał znienacka. — Te, o których wspominałeś przy Rozevoundzie. 
     Wyglądało na to, że także elf pogrążył się we własnych myślach, bo nagle podniósł głowę, patrząc na Daniela z cieniem niezrozumienia w oczach. Dopiero po chwili się otrząsnął i poprawił w krześle.
     — Nie było tam nic konkretnego — burknął, najwyraźniej niezbyt zadowolony z tych wyników. — Można z tego wywnioskować tylko tyle, że obaj się znali i czasami widywali. Jedno spotkanie jest nawet zaplanowane i raz Verth’an użył pełnego nazwiska, a raz, już w innym notesie, tylko inicjałów. Ale ogólnie wszystko się zgadzało. Przybliżona data, bo nie nakreślił jej dokładnie, a nawet miejsce. Thva Thalore.
     Daniel zmarszczył brwi, próbując przypomnieć sobie tę nazwę.
     — To chyba gdzieś na wschód? Północny wschód? Gdzieś przy miastach portowych…
     — Dokładnie tam. To jedna z większych osad rybackich. Właściwie to już miasto. Tam mieli się spotkać: Verth’an i Rozevound oraz Verth’an i A.R. Wątpię, by to był jakiś zbieg okoliczności.
      — Słabe środki ostrożności, co? Skoro raz daje same inicjały, a raz…
     Ezarel wzruszył ramionami, wyraźnie nie wiedząc, co o tym myśleć. Także Daniel nie miał na razie więcej do powiedzenia, lecz zauważył, że jego towarzysz momentalnie zatopił się we własnych myślach. Musiał na coś wpaść, choć zapewne to coś, zamiast dostarczyć mu jakichkolwiek odpowiedzi, zadało tylko kolejne pytania.
     — Co jest? — spytał w końcu, będąc wielce ciekawy tego, co krążyło Ezarelowi po głowie.
     — Ta choroba… — mruknął, nadal głęboko zamyślony. Oparłszy brodę o prawą dłoń, wpatrywał się pustym wzrokiem w przestrzeń. — Sętoractwo. Nieczęsto się na to choruje.
     Daniel wzruszył ramionami, zastanawiając się nad tym zagadnieniem.
     — No może. Ale, z drugiej strony, to też nic nadzwyczajnego. Więc chyba nie jest aż taka rzadka.
     — Czemu jej nie wyleczył?
     Daniel zmarszczył brwi, nie za bardzo wiedząc, co powiedzieć. Najpierw pomyślał, że może alchemik sobie z niego kpił. Jednak minę miał ponurą i zamyśloną, przez co wyglądał tak, jakby mówił poważnie. Jednak Jeleniowi aż wierzyć się nie chciało, że sam szef Straży Absyntu posiadał tak dziurawą wiedzę na ten dość powszechny temat. Dlatego postanowił wyprowadzić elfa z błędu, choć domyślał się, że skończy się tylko kolejnym wybuchem gniewu.
     — Sętoractwo jest nieuleczalnie — odparł powoli, nadal nie będąc pewnym, czy Ezarel nie robił sobie z niego żartów.
     Tak jak się tego spodziewał, Ezarel znowu wyglądał tak, jakby chciał czymś w niego rzucić. Na moment zrobił się lekko purpurowy ze złości, wybałuszając oczy, po czym z cichym świstem wypuścił powietrze z płuc, uśmiechając się z niedowierzaniem.
     — Naprawdę beznadziejny z ciebie szpieg — syknął równie złośliwie, co złowrogo. — Powinieneś czym prędzej zaktualizować informacje. Sętoractwo od bodaj dwóch latach już jest uleczalne. Ale mało się o tym mówi, i to z dwóch powodów. Raz — zaczął wyliczać, świdrując Daniela wzrokiem — że skuteczność nie jest jeszcze dokładnie potwierdzona i wskazuje na około siedemdziesiąt procent. A dwa, że to cholernie, ale to cholernie drogie.
     Jeleń z pokorą pokiwał głową, wdzięczny za to wyjaśnienie. Rzeczywiście nie miał pojęcia o tych najnowszych badaniach i nie wątpił, że Ezarel był w tym temacie na bieżąco. Dlatego też nie zamierzał się kłócić.
     — Więc czemu uważasz, że Verth’an powinien się z tego wyleczyć?
     — A czemu nie? — parsknął, choć w tym krótkim śmiechu wyraźnie rozbrzmiewała irytacja. — Co miałby do stracenia? Sam powiedziałeś, że choroba mu nie przeszkadzała. Ale kto normalny chciałby zostawić sobie śmierdzące krosty porozsiewane na całym ciele? No i kasa też nie jest problemem — w końcu miał przy sobie Folkego, który spełniał wszystkie jego zachcianki… oczywiście w ramach rozsądku. Ale podobno Verth’an nie był zbyt wymagający. Więc… — Ezarel ułożył się powoli na oparciu krzesła, uważnie i podejrzanie uprzejmie spoglądając na szpiega. — Więc dlaczego nie skorzystał z szansy? Skoro znaleziono lekarstwo? A na pewno o tym wiedział. To uczony, poza tym Folke informował go o wszystkim; ja, na ten przykład, nie chciałbym pracować z jeleniem obsypanym pękającymi krostami.
     Ignorując ten delikatny przytyk, pokiwał w zamyśleniu głową, tym samym przyznając Ezarelowi rację. Skoro Verth’an miał środki i możliwości, dlaczego z nich nie skorzystał? Był aż tak aspołeczny, że wolał trzymać tę chorobę przy sobie, odstraszając tym samym innych przybyszy?
     Na chwilę w bibliotece zapadła cisza. Zarówno Ezarel, jak i Daniel pogrążyli się we własnych myślach, dumając nad tym, czego się dowiedzieli oraz czego im jeszcze brakowało.
     Wtem na zewnątrz rozległ się wrzask generała. Dźwięk trąb przeszył powietrze, jeżąc włos na karku i natychmiast nawołując do działania. Szpieg i alchemik najpierw spojrzeli na siebie zszokowani, po czym rzucili się w stronę wyjścia, biegnąc w stronę obozu. Jednak gdy rozejrzeli się dookoła, szybko zrozumieli, że chyba nie działo się nic złego, a dość przerażające dźwięki były trochę przesadzone. Wprawdzie przy głównym namiocie panowało spore poruszenie i generał Harijav wykrzykiwał jakieś rozkazy, ale nic poza tym. Jednak coś musiało się stać, dlatego obaj pobiegli w stronę dowódcy.
     — Co się dzieje? — spytał ze zdziwieniem Ezarel, wciąż rozglądając się dookoła.
     — Najprawdopodobniej ktoś podjął próbę włamania się do obozu — odparł lodowato. — Zachodni patrol doniósł o podejrzanych sygnałach, po czym natychmiast przystąpił do przeszukiwania okolicznego terenu. Znaleźli tam ślady świadczące o tym, że niedawno ktoś musiał się tam zapuszczać. To około pół kilometra stąd, lecz nie możemy ignorować żadnego sygnału.
     — Zgłaszam gotowość do wyruszenia na poszukiwania, generale — wyrecytował Daniel tonem nieznoszącym sprzeciwu.  — Jako szpieg Kwatery Głównej mam zarówno prawo, jak i obowiązek uczestniczyć w tego typu wyprawach.
     Generał zmierzył go nieprzychylnym spojrzeniem, lecz Ezarel szybko odwdzięczył mu się równie lodowatym gestem, wyraźnie dając tym samym znać, żeby nawet nie próbował dyskutować. Harijav naburmuszył się lekko, ale ostatecznie kiwnął głową, wskazując ręką na formujący się oddział przy jednym z namiotów. Nie oglądając się za siebie, Daniel natychmiast ruszył w tamtą stronę.
     Na pierwsze ślady natknęli się zaledwie kilkadziesiąt metrów od granicy obozu. Danielowi wystarczyło szybkie zerknięcie na wydeptaną ziemię, by zrozumieć, że nie był to żaden wyszkolony szpieg, a jedynie jakiś niespełna rozumu wścibski idiota. Jednak nie mogli lekceważyć żadnego zagrożenia, dlatego należało odnaleźć żartownisia i odpowiednio go ukarać. Lecz wyglądało na to, że mieli przed sobą dość łatwe zadanie, bo znajdowanie tropów przychodziło im wyjątkowo szybko. Przy jednym z drzew aż roiło się od śladów, dlatego Jeleń przykucnął i uważnie się im przyjrzał. Wyglądało na to, że ktoś dość długo krążył w tym jednym miejscu, zapewne podglądając. Bardzo łatwo było wywnioskować, że stała tu tylko jedna osoba; dodatkowo sam odcisk buta dostarczał kilku informacji. Jelenia od razu zastanowił fakt, że ktokolwiek tu węszył, w ogóle nie przejął się zacieraniem śladów. To właśnie dzięki temu zauważył, że odcisk buta był mały, lecz dość szeroki. Musiał więc należeć do osoby dorosłej, najprawdopodobniej do niskiego mężczyzny. Porównując lewy i prawy ślad, dało się zauważyć, że prawy mocniej wbijał się w ziemię, więc ten, którego ścigali, zapewne utykał. To wszystko dawało nadzieje na prędkie schwytanie cwaniaczka, choć szpieg brał też pod uwagę możliwość ustawionej na nich pułapki. Dlatego Jeleń miał maksymalnie wyostrzone zmysły, nie chcąc przegapić ani jednego szczegółu.
     Kroki urwały się przy niewielkim, płytkim strumyku, natomiast po drugiej stronie nie widać było już żadnych śladów. Załoga szybko orzekła, że ścigany zapewne wszedł do wody i uciekał tą drogą, dlatego postanowiono się rozdzielić i przeszukać rzeczkę wzdłuż, a także ścieżki prowadzące w głąb lasu. Daniel wraz z kilkoma wojakami poszli w prawo, mając nadzieję wreszcie znaleźć tego cwaniaczka.
     Tak jak Jeleń podejrzewał, poszukiwania nie trwały długo i po zaledwie kilkunastu minutach rozległ się dźwięk trąb nakazujący powrót do obozu. Sygnał tym samym ogłaszał odnalezienie podglądacza, co by znaczyło, że to nie żadna zmyślna pułapka, tylko jakiś głupawy gap.
     Gdy dotarli na miejsce, natychmiast zaprowadzono go do namiotu generała. Wysoki, zielono-szary, otoczony był żołnierzami; tylko trzech strzegło wejścia, a reszta po prostu starała się cokolwiek podsłuchać. Wyglądało to mało profesjonalnie, lecz Daniel niczego innego się po nich nie spodziewał. Nie zdziwił się też, gdy natychmiast wpuszczono go do środka, co mimo wszystko przyjął z lekką ulgą.
     Od razu uderzyło w niego duszne, słodkawe powietrze, dlatego mimowolnie odkaszlnął, mrużąc oczy. Nienawidził ciasnych pomieszczeń i choć nie uważał tego za chorobę, wolał ich zwyczajnie unikać, więc już przy wejściu zaczynał marzyć o przedarciu się przez te nagrzane, materiałowe ścianki. Westchnął cichutko, rozglądając się dookoła. Po tym dumnym, przekonanym o swojej wyższości generale spodziewał się odrobiny luksusu. Zdziwił się więc lekko, gdy w środku zastał jedynie materac z kilkoma kocami, broń i niski, składany stolik, na którym rozłożono mapy i notatki.
     Lecz nie to było najważniejsze, ale to, co znajdowało się na środku. Na niewielkim, drewnianym krześle siedział ich uciekinier. Stworzenie wyglądało przedziwnie i Daniel musiał przyznać, że jeszcze nigdy nie widział czegoś podobnego. Niziutkie, choć dosyć pulchne, przypominało zapuszczone, dawno zapomniane bóstwo. Jego twarz wyglądała niczym wyrzeźbiona z najdroższego marmuru, pozbawiona choćby najdrobniejszej zmarszczki czy pieprzyka. Cerę miał jasną i gładką, nos idealnie prosty, a malinowe usta pełne i doskonale skrojone, wykrzywione w delikatnym uśmiechu. Reszta jednak nie prezentowała się tak zjawiskowo: całe ciało, łącznie z głową, pokrywało krótkie, choć gęste, ciemne włosie. Gdzieniegdzie wystawały z niego długie, leniwie wijące się czułka; te dłuższe miały na czubku coś na kształt pawiego oka, które od czasu do czasu mrugało.
     Zarośnięty anioł wyglądał na bardzo z siebie zadowolonego. Niezbyt przejęty zebranymi wokół niego ludźmi gotowymi wymierzyć mu srogą karę, obserwował ich z ciekawością zmieszaną z wyraźną kpiną. Z daleka sprawiał wrażenie osoby panującej nad zaistniałą sytuacją, choć przecież pozostawał więźniem. Daniel momentalne napiął mięśnie: coś mu podpowiadało, że stworzenie wcale nie było tak głupie, jak na początku przypuszczali.
     Jakiś czas nikt z zebranych nie ważył się odezwać. Szpieg wcale się temu nie dziwił: nie miał pojęcia, skąd to się brało, lecz gdy tylko spojrzenie stwora prześlizgiwało się po nim, coś związywało mu język, przez co nie potrafił wydobyć z siebie ani słowa. I to nie z powodu jakiegoś rodzaju klątwy, lecz przez jakąś dziwną niepewność i może nawet lęk, który wywoływał ten potworek.
     I jego oczy. Duże. Całkowicie białe, pozbawione źrenic.
     W końcu generał wraz ze strażnikami zbliżyli się do więźnia, celując w niego bronią. Ezarel, wyraźnie spięty, natychmiast odskoczył do tyłu, ani na moment nie odrywając spojrzenia od stworzenia. Stworzenia, które cały czas upiornie się uśmiechało.
     — Kim jesteś? — zapytał w końcu elf. Daniel był pod wrażeniem: mimo nerwów, jakie zapewne go zjadały, pewnie operował głosem, w którym dało się nawet usłyszeć wrogie tony.
     Potwór leciutko drgnął, po czym bardzo powoli odwrócił głowę ku alchemikowi i szeroko się uśmiechnął, wyraźnie ukazując swoje spiczaste, ostre jak brzytwa zęby. Ten teoretycznie niewinny gest natychmiast wywołał spore poruszenie: generał i jego podwładni jeszcze bardziej zbliżyli miecze, przez co jeden gwałtowny ruch kosztowałby stwora śmiercią, natomiast Ezarel zjeżył się wyraźnie, a jego pewność siebie momentalnie wyparowała.
     Temu także Daniel się wcale nie dziwił. On sam czuł się wyjątkowo nieswojo w pobliżu tego włochatego czegoś.
     Stwór jeszcze przez chwilę patrzył na elfa tak, jakby tylko czekał na dogodny moment, by na niego skoczyć i wbić mu swoje zęby w szyję. Aż w końcu bardzo powoli odwrócił głowę, spoglądając na resztę towarzystwa. Daniel zastanawiał się nawet, czy to stworzenie ich rozumiało i czy potrafiło mówić ich językiem, lecz już po chwili samo rozwiało te wątpliwości.
     Gdy przemówił, blady strach oblał szpiega, rozlewając się lodowatym strumieniem po całym ciele. Zesztywniały i gotowy do ataku, kątem oka spostrzegł, że wszyscy w środku zareagowali podobnie. Lecz nie chodziło o to, co powiedział, a o jego głos. Gładki, dźwięczny, głęboki i opanowany. Z jakichś niezrozumiałych przyczyn, wprost przerażający.
     — A więc to prawda — wypowiedział spokojnie z upiornym uśmiechem. — Wreszcie Shantaem Verth’an zdechł.


Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h06)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#146 27-12-2018 o 21h45

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 975

I DIDN'T SEE THAT COMING.

Jestem na bieżąco i przeczytałam ten rozdział do razu, yo, możesz być ze mnie bardzo dumna. I od razu tu przychodzę, bo mi będziesz marudzić, zupełnie jak ja.

OFICJALNIE KOCHAM DANIELA. To zaczepisty gostek, wielbię go połową serduszka - druga połowa wciąż należy do Hieronima.

Imię tego poszukiwanego gościa kojarzy mi się mocno ze Svanem... Ale serio, te imiona SĄ podobne! Shantaem  i Svanthor. Jesus.

Ezarel w końcu wygląda jak ludź i ma ludziowe odruchy. Propsy, propsy.

I CZYM JEST TEN ZIELONY CATATAPILAR, CO? On mnie przeraża, będę miała koszmary, thx.

Potrzebuję szybko następnej części, halo, za mało.
Życzę dużo weny i czasu! <3


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#147 28-12-2018 o 18h36

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Rozdział, co prawda, nie wnosi zbyt wiele nowych informacji ale jest naprawdę ciekawy (i dobry!) /static/img/forum/smilies/smile.png

Lubię Daniela - ale o tym wspominałam Ci już wcześniej. Wydaje mi się, że czerpie on jakąś cichą satysfakcję z irytowania Ezarela, a te wszystkie wybuchy złości spływają po nim jak po kaczce /static/img/forum/smilies/big_smile.png Jest lekko bezczelny, ale wie gdzie są granice (a przynajmniej póki co to chyba bada gdzie one są). Dobra postać, oj dobra. Wyważona /static/img/forum/smilies/smile.png

Sam Ezarel faktycznie pokazuje jakieś nieco bardziej ludzkie oblicze i okazuje się, że ma uczucia, potrafi być zmęczony i chyba nieco zagubiony. I oczywiście zbyt ambitny. I to ta chora ambicja nigdy nie pozwala mu odpuścić, jak już się na coś uprze.

To COŚ z zębami i w ogóle z tym całym dziwnym wyglądem... Chyba tego nie lubię, wiesz? Jest niepokojące, mimo tego, że póki co nic nikomu nie zrobiło. Ale ewidentnie nie przepadało za Shantaem.

Czekam na kolejny, równie dobry rozdział /static/img/forum/smilies/wink.png

Offline

#148 28-12-2018 o 21h38

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

"pomazanej zmarszczkami twarzy" - te "pomazanej" niezbyt pasuje. Zmarszczki to nie brud tylko trwała zmiana faktury. "Pooranej" akuratniejsze /static/img/forum/smilies/wink.png

To tyle z uwag.

Oficjalnie: upiorny stworek właśnie został moim ulubieńcem. Pal licho fabułę, niech wszystkich zje i będzie szczęśliwy <3

A tak serio to widać, że intryga coraz bardziej się zawiązuje oraz jest mocno rozbudowana. Niewykluczone, że "robienie dziur w światach" było pomysłem kogoś z Eldaryi, który postanowił wykorzystać na Ziemi, bo tam były lepsze warunki, a może i niezbędne składniki. Na en przykład nigredo.

Hmmm, uleczalna choroba nieuleczona...? Czyżby dlatego, żeby leśno-anielskie bóstewko o demonicznym charakterze nie przegryzło mu gardła?

Offline

#149 29-12-2018 o 19h57

Straż Cienia
EveIynn
Patrolowiec Straży
EvelynnChan
...
Wiadomości: 5 974

Pojawiam się i ja~
Ta co czyta ale zawsze do cholery zapomni, że czytała ;-;

Wychodzi na to, że byłam do tyłu tylko z rozdziałem który dodałaś dwa dni temu /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Początkowe szoki z podpalenia katedry i odnalezienia kawałków albedo i rubedo - bo to właśnie najmocniej wyryło mi się w pamięci, wróciły dopiero teraz, gdy przeczytałam przypomnienia poprzednich rozdziałów.

I cholerka, nie będę inna niż reszta - Daniel jest jedną z bardziej zapadających w pamięć postaci. Jeleń. Rogacz. Irytujący ale uroczy.

Podoba mi się i EKSCYTUJE mnie fakt że światy zaczynają się łączyć, w końcu Cath wreszcie zna słowo Eldarya!

No i najważniejsze dwie sprawy.

Kim/czym jest to zębate coś? :v I jaki ma cel?

Czy SIVA żyje? Wiesz, że go lubię. Chcę wiedzieć, bo nie wiem czy się zmucić czy jeszcze mieć nadzieję.

Cholernie ludzki Ezarel - Uwielbiam ten wątek. Zwyczajny, zmęczony, zagubiony. Lubię widzieć w nim te cechy, takiego zwykłego 'człowieczeństwa'. Bo to, że jest bardzo dumny i nieraz to pewnie jeszcze pokaże jest absolutnie pewne /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Świetne rozdziały kochanie, naprawdę jesteś coraz lepsza! Mimo nawału obowiązków jakie masz. Brawo <3

Ostatnio zmieniony przez EvelynnChan (29-12-2018 o 20h04)


HeavenHeaven
https://i.imgur.com/8XMybYr.png

Offline

#150 27-02-2019 o 20h50

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 476

Cześć i czołem! Wreszcie jestem - no wiem, przegięłam z przerwą - ale tak mi się pewne rzeczy nałożyły, że nie za bardzo miałam na pisanie czas. Niestety.
Przeżyłam przez to nawet małe chwile grozy, bo Teatr na moment trafił do Archiwum. Mam nadzieję, że ten wypadek da mi motywację do częstszego wstawiania postów :v
Kolejny na pewno pojawi się szybciej, a to dlatego, że pierwotnie ten rozdział miał się składać z dwóch części: eldaryowej i ziemskiej. Jednak gdy zobaczyłam, że piszę już ósmą stronę, a samej Eldki jest ponad pięć, to uznałam, że Ziemię przerzucę do kolejnego rozdziału xd

Jak zawsze dziękuję Amrenie za sprawdzenie tekstu i zapraszam na jej Gwiazdę ^^

Życzę miłej lektury ^^


              W poprzednich rozdziałach...
Ziemia: Aenyati powiadamia Cathielę, że Katedra płonie. Co więcej, wokół niej zebrały się demonie dzieci, upiornie śpiewając. Zielonowłosa natychmiast udaje się do Hieronima, lecz nie zastaje tam Svanthora. Ten pojawia się dopiero po dłuższej chwili oświadczając, że uratował proboszcza z pożaru. Wyraźnie ma jakiś tajemniczy plan, a w skradzionym duchownemu notesowi każe szukać informacji o niejakiej Eldaryi.

Eldarya: Daniel stara się zdobyć jakieś informacje dotyczące Verth'ana, lecz z marnym skutkiem. Ezarelowi idzie tylko niewiele lepiej, lecz w zapiskach poszukiwanego znajduje często pojawiające się nazwisko Rozevound. Elf uważa, że gdzieś już słyszał to nazwisko, lecz ich rozważania przerywa alarm. Okazuje się, że do obozu wdarł się niespodziewany gość.



              Rozdział XXX


     Jego głos był jak szkło.
     Gładki, natychmiast wpadający w ucho, wwiercający się w umysł, otumaniający. Ostry niczym nóż, brutalnie, choć słodko przecinający ciszę. Śliski, wzbudzający silne dreszcze przebiegające po całym ciele. Ten głos przerażał, lecz jednocześnie chciało się go słuchać; brzmiał przecież tak pięknie, delikatne, czysto, doskonale.
     Ezarel, w każdej chwili gotowy do odskoczenia do tyłu, wpatrywał się w stworzenie z największym niepokojem. Marnym pocieszeniem był fakt, że jego towarzysze wyglądali na równie zestresowanych. Gdzieś pod grubymi warstwami lęku wstydził się tego poniżającego uczucia; jako szefa straży nieraz wysyłano go na misje uchodzące wręcz za niebezpieczne. Potrafił walczyć i zdarzało mu się stawać w szranki z potworami większymi i silniejszymi niż to zębate coś siedzące przed nim na krześle. A jednak nie pamiętał, kiedy ostatnio aż tak się bał.
     Umysł cały czas płatał mu figle i pokazywał przed oczami obraz samego siebie wykrwawiającego się na podłodze. Nieprzyjemnie wyraźnie widział swoją szyję rozszarpaną przez tę przerażającą istotę.
     — Kim jesteś? — powtórzył Daniel, lecz dużo łagodniej i ostrożniej niż Ezarel poprzednim razem.
     Elf mimowolnie odetchnął, gdy zobaczył, że stwór powoli przenosi swoje spojrzenie na Jelenia. Zaraz jednak skarcił się za to w duchu: nie miał prawa choćby myśleć o tym, że jego podopiecznemu mogłoby się coś stać. Wówczas wina spoczywałaby tylko na nim.
     Jednak, ku ogólnemu zdziwieniu, więzień nie wyglądał na rozgniewanego tym pytaniem. Co więcej, przez chwilę wpatrywał się w szpiega z uprzejmym zainteresowaniem i dopiero  gdy jego spojrzenie złagodniało, zaczął mówić.
     — Ayyildiz Imre Bayraktar — odparł krótko, kłaniając się lekko. I powoli. Każdy jego ruch był wyważony, ostrożny, przemyślany i także to, wbrew pozorom, nasycało emanujący od niego niepokój. — Wywodzę się z rasy loðingill…
     — Loðingill? — przerwał szeptem jeden ze strażników. — Myślałem, że wymarły…
     Głupiec dopiero po chwili zrozumiał, że popełnił błąd, odzywając się bez pozwolenia. Stworzenie, tym razem nieco szybciej niż zwykle, odwróciło głowę w jego stronę, raz jeszcze uśmiechając się w ten upiorny, zębiasty sposób. Wpatrywał się w strażnika swoimi dużymi, całkowicie białymi ślepiami, jakby chciał go przejrzeć na wylot.
     — Prosimy o wybaczenie — odezwał się nagle Daniel, kłaniając się nisko.
     Zwykle okazywanie więźniowi szacunku uchodziło za największą słabość, a więc było niedopuszczalne. Ezarel wiedział, że powinien zrugać za to swojego podwładnego, lecz nie zamierzał tego robić. Nie w takich okolicznościach. Nie w takim towarzystwie. Nikt nie wiedział, skąd pochodziło to dziwne uczucie, lecz wszyscy w namiocie mieli świadomość, że nie wolno zadzierać z tym stworzeniem. I nie chodziło tu tylko o kwestie bezpieczeństwa, ale o wydobycie cennych informacji. Ten stwór wiedział całkiem sporo i mógł okazać się przydatny. Niestety.
     Na szczęście bestia znowu przyjrzała się Danielowi z największym zainteresowaniem, po czym delikatnie kiwnęła głową w geście przyjęcia przeprosin. Jeleń wyprostował się jak na komendę, spoglądając na stworzenie.
     — Dlaczego próbowałeś dostać się do obozu?
     — Nie próbowałem — wyznał niemal natychmiast. Lecz nie zechciał kontynuować tematu; zamiast tego obserwował strażników uważnie, jak gdyby czekając na kolejne pytanie. Zdezorientowany Daniel zaraz się otrząsnął, odchrząknął, zmarszczył brwi.
     — Więc po co tu przybyłeś?
     — W sprawie zawarcia sojuszu — odparł spokojnym tonem.
     — Z Verth’anem? — spytał Ezarel, zaskoczony tym dość nagłym obrotem spraw.
     Dreszcz ponownie przebiegł mu po plecach, kiedy Imre powoli odwrócił głowę, by zlustrować go swoimi białymi ślepiami.
     — Nie.
     Niepokój duszący elfa natychmiast zastąpiła fala irytacji spowodowana lakonicznymi odpowiedziami, jakich udzielał loðingill. Wyraźnie się z nimi drażnił, a Ezarel nie miał na to ani czasu, ani cierpliwości. Czuł się więc tym gorzej ze świadomością, że nic z tym nie może zrobić: obawiał się, że gdy zacznie pospieszać więźnia, ten nie tylko odmówi współpracy, ale wręcz ich zaatakuje.
     Znowu miał przed oczami swoją rozgryzioną szyję.
     — To z kim? — warknął generał. Alchemik zjeżył się, słysząc ten dość agresywny ton.
     — Z wami.
     W namiocie zaległa kompletna cisza. Wśród wielu zaskoczeń tego dnia to było największe, przez co zebrani tam strażnicy dosłownie oniemieli, nie wiedząc, co o tym myśleć. Także Ezarel miał mętlik w głowie. Czego to stworzenie mogło chcieć właśnie od nich? Od jak dawna ich obserwowało, skoro wiedziało, że tu przebywali?
     — Dlaczego z nami? — spytał uprzejmie Daniel. Ezarel nie miał pojęcia, jakim cudem szpieg nie poddawał się stresującej atmosferze i nie tylko prowadził rozmowę do przodu, ale przede wszystkim wytrzymywał czujne spojrzenie stwora.
     Imre westchnął przeciągle, poruszał gwałtownie wystającymi zewsząd czułkami, po czym, lekkim ruchem głowy, obejrzał się na boki, jak gdyby rozważając, co może powiedzieć, a czego nie powinien.
     — Bo potrzebujecie pomocy — wyznał wreszcie spokojnym tonem. — Ja też.
     — Przysługa za przysługę?
     — Tak.
     — Jaką pomoc nam oferujesz? — zapytał Ezarel, starając się ukryć w swoim głosie nutę podejrzliwości.
     Nie lubił tego potwora. Nie lubił, nie ufał, kompletnie mu się nie podobał. Wręcz paradoksalnie miał nadzieję, że stwór nie posiada żadnych przydatnych informacji, dzięki czemu Straż z czystym sumieniem będzie mogła odmówić mu azylu. Zbieraniem informacji o Verth’anie zajęliby się sami.
     Zaraz po tym, jak loðingill odwrócił głowę w jego stronę, pożałował, że w ogóle się odezwał. W przeciwieństwie do Daniela, elf z trudem nie spuszczał wzroku, byle tylko nie patrzeć w te puste ślepia. Jednak ani myślał ukazywać przed podwładnymi swoje lęki, dlatego zawziął się i patrzył stworzeniu prosto w oczy, robiąc przy tym lekko zuchwałą minę. Taką, jaką nosił na co dzień, gdy myślał, że ma przewagę.
     Miał ogromną nadzieję, że jego usta nawet nie drgnęły.
     — Mam… — stwór zawahał się na moment — sporo pożytecznych informacji. O Verth’anie. Szukacie go. Prawda? To wam pomoże.
     — Co to takiego?
     — Mapy. Listy. Plotki.
     — Plotki nas nie interesują — odparł chłodno. — I skąd miałbyś resztę?
     Wyraźnie igrał z losem, wyzywając na słowny pojedynek tego zębiastego stwora, jednak irytacja i swego rodzaju przemądrzałość zaczęła górować nad strachem. Wprost nienawidził, kiedy ktoś robił z niego idiotę, a to owłosione coś wyraźnie rozkoszowało się podkreślaniem, że posiada wiedzę, która jest im potrzebna. To było dla Ezarela za wiele.
     — To moje zadanie. Zbierać informacje.
     — Jesteś szpiegiem? — spytał Daniel ożywionym tonem.
     Stworzenie zamilkło na moment, najwyraźniej zastanawiając się nad odpowiedzią.
     — Nie.
     Chwila ciszy. Lakoniczne odpowiedzi stwora zaczynały być coraz bardziej denerwujące.
     — Więc kim?
     — Bardziej… pośrednikiem handlowym.
     — To znaczy?
     — Dbam o interesy moich klientów. Sprawdzam, czy obie strony dotrzymują warunków umowy. A gdy tego nie robią, wymierzam karę.
     — Verth’an był twoim klientem? — spytał elf podejrzliwie.
     — Nie.
     — To kim? — warknął, coraz bardziej tracąc cierpliwość.
     — Celem.
     — Szpiegowałeś go? — zapytał Jeleń.
     — Kiedyś.
     — Kiedy?
     — Przed laty.
     K#### mać!, wrzasnął w myślach Ezarel, z tym czymś nie da się rozmawiać. Musiał się jednak opanować: wiedział, że nie mieli wyjścia i trzeba było wycisnąć z gada wszystko, co się dało.
     I, tak jak się spodziewał, wyciąganie z niego informacji stanowiło niemałe wyzwanie, lecz mimo wszystko Imre rzeczywiście wiedział całkiem sporo. Według jego wersji, Verth’an od wielu lat handlował niezwykle rzadkimi składnikami i wyrobami. Ich opisy świadczyły o tym, że rzeczywiście mogły pochodzić ze Składników Przemiany, zwłaszcza że i stwór miał takie podejrzenia, choć dotychczas nie traktował ich zbyt poważnie. Zdziwił się więc nieco, gdy Ezarel mu wyznał, że to bardzo prawdopodobna wersja zdarzeń. I nikogo z zebranych nie pocieszał fakt, że Verth’an handlował czymś, co powstało z trzech wielkich kamieni.
     Jednak, jak się okazało, handlarz nierzadko oszukiwał swoich klientów. Najczęściej chodziło po prostu o pieniądze i wielu z poszkodowanych zatrudniało właśnie Ayyildiza Imrego Bayraktara w celu zastraszenia oszusta i odebrania tego, co należało się poszkodowanym. Lecz Verth’an umiał sobie radzić i z łatwością ukrywał się przed stworem, a gdy uzyskał protekcję Folkego, stał się niemal nietykalny. Ale tych, którzy nadziali się na nieuczciwe interesy handlarza, wciąż pozostawało wielu. Dlatego Imre miał pewność, że skoro do tego czasu Verth’an nie wrócił do swojej chatki, to znak, że w końcu dorwał go jakiś poszkodowany i go zamordował.
     — Lepiej nie — mruczał Ezarel. — Potrzebny jest nam żywy.
     — To niegodziwiec, kłamca i oszust! — wrzasnął nagle stwór, próbując poderwać się z krzesła.
     W namiocie powstało poruszenie i wojownicy jeszcze bardziej zbliżyli swoją broń, gotowi do ataku. Jednak ten chwilowy wybuch bardzo szybko minął, a Imre oparł się spokojnie o oparcie krzesła i przeprosił za swoje zachowanie.
     — Jeśli nie żyje, to dostał to, na co zasłużył.
     Ezarel z zadowoleniem zauważył, że im bardziej stwór się denerwował, tym więcej mówił. A że elf nadal go nie lubił i miał nadzieję, że jak najszybciej się go pozbędą, wyciąganie z Imrego informacji robiło się coraz przyjemniejsze.
     — Twierdzisz, że nie żyje — zaczął, świdrując loðingilla wzrokiem. Wzrastająca w nim pewność siebie była niczym najsłodszy nektar. — Skąd? Verth’an uchodzi za zaginionego. Jego odnalezienie wciąż jest możliwe.
     Cała buta błyskawicznie z niego wyparowała, gdy stworzenie nagle pokraśniało. Uśmiechnęło się niebezpiecznie szeroko, ukazując w całej swej wspaniałości długie, wąskie, spiczaste zęby. Wyglądał jak rasowy morderca szykujący się do skoku. Do skoku, na który od dawna czekał. Najwyraźniej Imrego wyraźnie podekscytowało to pytanie. Ucieszył się wręcz, gdy je usłyszał, przez chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią.
     — Wiecie, co mógł tu chować — zaczął, nadal nie rezygnując ze swojego upiornego uśmiechu. — Wiecie, jak długo to ukrywał i jak długo łajdaczył nieuczciwie zdobytymi wiedzą, znajomościami i pieniędzmi. Czy sądzicie więc, że był tak głupi, by zostawić swoje najcenniejsze skarby na zmarnowanie? — Imre rozejrzał się dookoła, jak gdyby czekając na odpowiedź. Od nikogo jej nie otrzymał. — Nie. Nie ma go tu od tygodni. Nie pozostawił po sobie ani jednego śladu. Nie wrócił. A, uwierzcie mi, to może oznaczać tylko jedno.
     Trudno było nie przyznać mu racji, dlatego wszyscy zebrani wokół stworzenia długo milczeli, dumając nad tym, co usłyszeli. Jednak, nawet jeśli Verth’an naprawdę był martwy, musieli się upewnić i odnaleźć ciało. Zresztą, wbrew pierwotnemu założeniu wyprawy, już nie chodziło tylko o naukowca, a o coś więcej. O to, co posiadał i jak to wykorzystywał. Ezarel wiedział, że tego nie odpuści i dowie się wszystkiego, co tylko zdoła wyśledzić.
     — Oczekujesz od nas ochrony — zaczął ostrożnie Daniel. — Przed kim?
     — Moje informacje są cenne. Jest wielu, którzy chcą mi je wykraść. Uważam, że Kwatera jest w stanie zapewnić mi pomoc.
     — To trochę mało…
     — Oto zaliczka — przerwał Imre.
     Po tych słowach przymknął powieki, podobnie jak wszystkie wystające czułka, które zamknęły swoje pawie oczka, miotając się przy tym nerwowo. Nagle całe ciemnobrązowe włosie, pokrywające ciało stwora, wsiąkło w skórę. Lecz odsłonięte ciało nie pozostało nagie, lecz odziane w startą, lnianą koszulę nocną. Jej biel już dawno wypłowiała, wyglądając teraz jak brudny szary, a ze szwów wystawały nitki. Imre westchnął przeciągle, po czym sięgnął do wewnętrznej kieszonki na piersi. Wojacy generała natychmiast się zjeżyli, lecz stworzenie wyjęło jedynie mały zwój pergaminu. Najpierw popatrzył na niego czule, a dopiero po krótkiej chwili namysłu wbił swoje uporczywe spojrzenie w Daniela, po czym kiwnął w jego stronę głową, zachęcając do tego, by podszedł bliżej. Szpieg, sztywny i czujny, powoli zbliżył się do Imrego i ostrożnie sięgnął po zwój. Gdy go przechwycił, stwór raz jeszcze westchnął, po czym uśmiechnął się lekko, jak gdyby poganiając Daniela, by odczytał treść. Gdy Jeleń rozwinął pergamin, ich więzień nie czekał na odczytanie, a sam przystąpił do wyjaśnień.
     — Aż do teraz nie wiedziałem, że Verth’an jest martwy — zaznaczył — ale wolałem to zatrzymać. To lista ostatnich klientów tego szubrawca. Kilku z nich zapłaciło mi za to, bym się nim zajął, lecz nie udało mi się ich odnaleźć. Są tu ich nazwiska oraz adresy większości z nich. Niestety, o niektórych klientach słyszałem tylko z pogłosek, stąd mniej informacji.
     Daniel analizował listę, zerkając to na nią, to na Imrego. Od czasu do czasu spoglądał także na Ezarela, aż wreszcie podszedł do niego i wręczył mu pergamin. Elf obejrzał uważnie notatkę, zastanawiając się, na ile można ufać temu dziwnemu stworzeniu. Będzie musiał zastanowić się nad tym później, lecz tę listę niewątpliwie należało sprawdzić. Pomyślał, że po przesłuchaniu rozkaże wysłać list pierwszemu z zapisanych klientów, chcąc uzyskać od niego potwierdzenia tego, o czym mówił Imre. Jeśli adresat przyzna, że został oszukany przez Verth’ana, wybiorą się tam osobiście.
     Westchnął w duchu. Naprawdę nie podejrzewał, że poszukiwania jakiegoś niewolnika Folkego zamieni się w tak skomplikowaną podróż, pełną niepokojących śladów, nowych wątków i wielu niedopowiedzeń.
     — Na pewno było ich więcej — zaczął powoli, machinalnie bawiąc się pergaminem.
     Imre kiwnął powoli głową, wpatrując się bacznie w Ezarela. I choć przestał się go bać, elf mimowolnie poczuł, jak po kręgosłupie spływają mu dreszcze.
     — Jedni sprowadzą was do innych.
     Spoglądając na zapisane nazwiska, Ezarel na moment odbiegł myślami w dal. Jeśli ten włochaty stwór rzeczywiście był jakimś dziwnym rodzajem szpiega i miał sporo kontaktu z Verth'anem, możliwe, że znał osoby z jego otoczenia. A skoro tak...
     — Rozevound… — wyszeptał jakby do siebie. — Słyszałeś o nim?
     Stworzenie natychmiast się ożywiło, kręcąc się niecierpliwie na krześle.
     — Taaak — westchnął, uśmiechając się zagadkowo. — Ale nie wiem zbyt wiele. Przechytrzył nas wszystkich. To legenda.
     Ezarel zmarszczył brwi. Nie podobały mu się te zabawy w zgadywanki.
     — W jakim sensie? — zagadnął zaciekawiony Daniel.
     Imre wzruszył ramionami.
     — Żył tu dawno temu, przed laty. Już wtedy był wielki. Jego umysł… posiadał wiedzę, o której nie słyszał tu nikt. Miał umiejętności, o jakich najwięksi magowie tylko śnili. Ja myślę…
     Stwór zaczerpnął powietrza, przymknął powieki, po czym odchylił głowę do tyłu. Na jego pięknej twarzy błąkał się delikatny, lekko drąży uśmiech. Obłąkańczy. Przerażający.
     Wyglądał tak, jakby marzył.
     — Myślę, że był Bogiem.



Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h06)


P A R R I E     M A S Z    3    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                      s n a p                                       f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

Strony : 1 ... 4 5 6 7 8