Forum

Strony : 1 ... 5 6 7 8

#151 01-03-2019 o 19h45

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Coraz bardziej lubię naszego małego kudłacza. Normalnie jestem zafascynowana nim i obecność go w historii tak przykuwa moją uwagę, że trudmo mi zwrócić uwagę na inne wątki, a jest ich sporo. Jednak... AHHH!!! Stworek <3 Morderczy PYYYSIO! <3 A z usposobionka jeszcze taki ciutkę Gromble'owaty <3 Duże poczucie honoru i pokręcone poczucie sprawiedliwości plus gwałtowne zmiany nastroju Aghhhh <3

https://youtu.be/WuzPT7hHXNQ?t=41

...
Znajac życie wrzuciłabym do historii kogoś równie zafiksowanego na punkcie Ayyildiz'a jak ja xD Bo czemu nie dorzucić do bardzo poważnej historii świruski okazującej uroczemu diabelstwu czyste, niepodszyte kontekstem romantycznym uwielbienie w formie pokręonego elementu komediowego? Taki postrzał w kolano trochę, ale chyba bym się nie powstrzymała, bo STWOREK <3

Dobra, Leoś, skup się.... SKUP.

Co do reszty motywów to pierwsza rzecz i najważniejsza => kto zabił Folke'owego pustelnika i dlaczego? I czy aby na pewno? W końcu przypadkowe przenosiny na ziemię też mogłyby go "załatwić". No i nade wszystko, kto go obserwował i kto mógł wiedzieć/domyślać się całości obrazu jego badań?

I pytanie dnia - czy Ez i Stworek znajdą nić porozumienia prowadzącą ich ku wspaniałej, świetlanej przyjaźni, po tym jak loðingill przegryzie Folkemu gardło? (jakoś odniosłam wrażenie, że mój cukierasek nie przepada za elfim władcą <3)

Offline

#152 09-03-2019 o 08h43

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 11 095

Miałam zamiar przyjść tu wczoraj wieczorem, ale strasznie szybko zasnęłam, forgive.

W tym rozdziale było dużo informacji, wciąż nie pozbierałam wszystkiego go kupy. Dużo, dużo...

I ja również lubię tego małego stworka. Ma fajne imię. Poza tym wyobrażam go sobie jako przerośniętego, włochatego psa, to jeszcze bardziej sprawia, że go lubię.

Patrzyłam też na ten rozdział pod kątem jakichś błędów i nawet znalazłam kilka, ale po dalszym zagłębianiu się w treść okazało się, że to tylko struktury, które nieczęsto się widuje.
Ale jednak:
"Imre westchnął przeciągle, poruszał gwałtownie wystającymi zewsząd czułkami, po czym, lekkim ruchem głowy, obejrzał się na boki, jak gdyby rozważając..."
Zmieniłabym "poruszał" na "poruszył", bo tak jakoś niezbyt pasuje pomiędzy "westchnął" a "obejrzał".

Poza tym oczywiście uwielbiam Danielka. Świetnie wykreowana postać, chciałabym poznać go bliżej .3.

No nic, czekam na dalszą część TAK WIEM ŻE MASZ


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#153 30-03-2019 o 17h51

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 588

Witam witam! Przybywam z kolejnym rozdziałem, który i tak powinien pojawić się wcześniej, gdybym tylko pisała przy każdej sposobności. No, ale grunt, że wreszcie jest.
Niestety ostatnie [i pewnie najbliższe] części będą pozbawione akcji i raczej niewiele wyjaśnią, ale to przygotowywanie gruntu pod coś większego. Mam nadzieję, że ostatecznie nikogo tym nie rozczaruję.
Jak zawsze dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem i zapraszam na jej Gwiazdę ^^
Życzę miłej lektury!


              W poprzednich rozdziałach…


Ziemia: Aenyati powiadamia Cathielę, że Katedra płonie. Co więcej, wokół niej zebrały się demonie dzieci, upiornie śpiewając. Zielonowłosa natychmiast udaje się do Hieronima, lecz nie zastaje tam Svanthora. Ten pojawia się dopiero po dłuższej chwili oświadczając, że uratował proboszcza z pożaru. Wyraźnie ma jakiś tajemniczy plan, a w skradzionym duchownemu notesowi każe szukać informacji o niejakiej Eldaryi.

Eldarya: Ezarel, Daniel oraz towarzyszący im oddział Folkego przepytują Ayyildiza Imrego Bayraktara — stwora, który wdarł się do obozu. Wyjaśnia, że od dawna śledzi poszukiwanego przez wszystkich Verth’ana, ponieważ, jak się wyraził, jest jego „celem”. Wyjawia także, że słyszał o niejakim Rozevoundzie i określa go mianem Boga.




              Rozdział XXXI

              ZIEMIA

     Błądząc między upiorną bielą i mdłą zielenią, między kotarami noszącymi w sobie najobrzydliwsze zarazki i nieuleczalne schorzenia, Svanthor od razu czuł się chory. Z niesmakiem przyglądał się krążącym wokół medykom, zawodowo wręcz zobojętniałym na duszącą atmosferę rychłej śmierci. Śmierci, którą z czasem przestali traktować jak największego wroga, a zaczęli postrzegać jak nachalnego, ale koniecznego gościa.
     Zobojętnieli już nawet na Nigredo, jak gdyby godząc się z myślą, że nie da się tego wyleczyć, a szaleć będzie do czasu, aż w Drognasloe nie zostanie ani jedno dziecko. Pewnie zaczną się martwić dopiero wtedy, gdy to c###### zacznie się przenosić na dorosłych, pomyślał gorzko.
     — A ci cali twoi profesorkowie — zaczął stłumionym głosem — nie wpadli na to, by może zacząć myśleć nad znalezieniem lekarstwa?
     — Nie są moi — wysyczała Cathiela przez zaciśnięte zęby.
     — Moim zdaniem to byłaby świetna przykrywka — kontynuował, popisowo ignorując rozeźloną Pastereczkę — bo nawet gdyby ktoś jakimś cudem odkrył, co te bałwany wymalowały, to można by to zasłonić chęcią znalezienia lekarstwa na Nigredo. Wtedy nikt by się ich nie przyczepił. Ja bym tak zrobił na ich miejscu.
     — Leavitt próbuje je znaleźć…
     — Masz od niego jakieś wieści?
     — Żyje — mruknęła ponuro — i stara się opóźnić badania jak tylko może. Ale musi uważać, żeby Yorgoren nie zaczął niczego podejrzewać.
     Kasłanie dobiegające zewsząd przyprawiało Svanthora o ciarki. Machinalnym ruchem bardziej otulił się swoim zakurzonym płaszczem, jak gdyby miało go to uchronić przed zarazkami. Próbując wyrzucić z głowy wizję umierających pacjentów, skupił się na tym, co czekało go w pokoju czternastym. To tam pokierowała ich jedna z stacjonujących tu sióstr, zapytana o poparzonego księdza przywiezionego tu kilka dni temu. Był piekielnie ciekawy tej rozmowy, która mogła rzucić zupełnie inne światło na wszystko, co się ostatnio działo.
     A, ku udręce Svana, trochę się tego zebrało.
     Widok, który zastali we wskazanej przez siostrę sali, niczego nie polepszył. I, nieco paradoksalnie, w ogóle Edvarssena nie zaskoczył. Otóż w środku nie było absolutnie nikogo, a stojące tam trzy zaścielone łóżka wyglądały na nietknięte. Svanowi nawet przez myśl nie przeszło przeszukiwanie pozostałych pomieszczeń; wiedział, że skoro proboszcza nie znaleźli w tym konkretnym pokoju, to nie było go też w całym szpitalu. A o tę sprytną ucieczkę podejrzewał tylko jedną osobę.
     Svan zaśmiał się w duchu, nadal wcale się nie dziwiąc. To wszystko robi się takie przewidywalne, pomyślał.
     — Nie ma go! — zawyrokowała mocno zaskoczona Pastereczka, uważnie przyglądając się sali. — Jesteś pewien, że to…
     — Jestem — charknął w odpowiedzi, nawet na nią nie patrząc. Na twarzy wciąż błąkał mu się lekki uśmiech całkowicie pozbawiony radości, a wypełniony rozczarowaniem, zwątpieniem i zmęczeniem. — A to c### — mruknął bardziej do siebie, niż do swojej młodej towarzyszki. — Ciekawy jestem, o co tu dokładniej chodzi. Czy oni są serio takimi zaprzyjaźnionymi sojusznikami? Czy… — zmarszczył na moment brwi — czy on jest jakoś zastraszony, czy co? Bo nie sądzę, by Świętoszek go porwał. Pewnie księżulo wyszedł za nim dobrowolnie. Bo że to Świętoszek, jestem pewien — uciął, widząc otwierające się usta Pastereczki. — Na pewno wiedział, że próbujemy się dobrać proboszczowi do skóry. Wprawdzie udało nam się z tym młodym podrostkiem, ale jego…
     Edvarssen mimowolnie spojrzał na Pastereczkę, która lekko przygasła na wspomnienie wikarego. Było jej wyraźnie żal tego młodego księdza, zwłaszcza że w ciągu zaledwie kilku dni zdążyła go zbluzgać, a następnie lepiej poznać i chyba nawet polubić.
     — Sądzisz, że to Świętoszek podłożył ten ogień? — zapytała nieco niepewnie. — No wiesz… żeby pozbyć się niewygodnych…
     — Nie — przerwał zaskakująco łagodnie. — Jemu nie zależy na śmierci proboszcza. A to przecież ja go z tych ogni wyciągnąłem.
     Mimowolnie odwrócił się i skierował w stronę wyjścia. Wiedział, że nic tu po nim i nie znajdzie niczego ciekawego. Mógł wprawdzie przeprowadzić wywiad z całym personelem i najlepiej także z pacjentami, ale na samą myśl o rozmowie z tym gąszczem chorych i zgorzkniałych ludzi, od razu mu się odechciewało. A gdy dopadało go takie zwątpienie, za każdym razem powtarzał sobie „to nie moja walka”. Bo w istocie nią nie była. Albo i była, lecz tylko połowicznie. Chodziło o znalezienie mordercy Ramlaury i jej synka. W życiu by nie pomyślał, że przy okazji wplącze się jeszcze w jakiś spisek, prawdopodobnie powiązany z powstaniem śmiercionośnej zarazy.
     Teoretycznie mógł się wycofać. Mógł powiedzieć, że jego dawna towarzyszka i jej synek już dawno nie żyją, a on, choć próbował, nie zdołał odnaleźć mordercy. Lecz ani myślał tak postąpić, ponieważ przez ostatnie lata boleśnie brakowało mu dreszczyku grozy, niebezpieczeństwa, adrenaliny. Poza tym znowu mógł być liderem i tym razem nie zamierzał tego zepsuć. Zwłaszcza że pewna teoria od jakiegoś czasu nie dawała mu spokoju. I to właśnie ona napędzała go do działania i odganiała wszelką niechęć i zwątpienie.
     — Wyobraź sobie, czysto teoretycznie oczywiście — zaczął Svan, znacznie przyspieszając kroku — że istnieją inne światy, inne krainy. Że gdzieś obok istnieje jakby… inny wymiar, w którym żyją wróżki, gnomy, elfy i inne magiczne zwierzątka.
     — Co? — Cathiela zmarszczyła brwi, goniąc za pędzącym naprzód Svanem. — O czym ty mówisz?
     — Teoretyzuję. Skup się — odparł nieco szorstkim tonem. — I sobie to wyobraź. Wróżki i elfy. Chciałabyś żyć w takim świecie?
     Nastało długie milczenie, lecz Svan wcale nie oczekiwał od Pastereczki odpowiedzi. Zwłaszcza że przecież tylko teoretyzował.
     — Więc wyobraź to sobie. Wyobraź sobie też, że istnieje przejście między tymi światami. Że nie jest łatwo się tam dostać, ale nie jest to też niemożliwe. I wyobraź sobie, że pewnego dnia jeden wróżek uznał, że chciałby zamieszkać tutaj, między ludźmi.
     Czuł, jak głos mu drży pod wpływem rosnącej ekscytacji. Nie wiedział, co go doprowadzało do tego stanu, choć sama myśl, że może wreszcie znajdował się na właściwym tropie, od razu go napędzała.
     Zwłaszcza że gdyby to rzeczywiście była prawda…
     Mogłoby się zmienić dosłownie wszystko.
     — Więc przylazł tutaj ten wróżek z magicznego świata i tak sobie żył po cichu między ludźmi. Wtopił się między nich, zaprzyjaźnił i poczuł tak, jakby stał się jednym z nich. Jakby był szczęśliwy.
     Svan zamilkł na moment. Zastanowił się, westchnął ciężko, nieco smutno.
     — Ale teraz wyobraź sobie, że zaczyna dziać się coś złego. Wszyscy to zauważyli, lecz nie wiedzieli, co to jest. Wróżek też to zauważył, ale on wiedział. On jedyny wiedział. A dlaczego? — spytał z dziwnym, lekko obłąkańczym uśmieszkiem, na moment odwracając głowę w stronę Cathieli. — No dlaczego? Dlatego, że to nie było tutejsze zło. To było zło, które nasz pan wróżek już kiedyś widział, tam, po drugiej stronie. Począł się zastanawiać, ten nasz wróżek, jak to możliwe, że to magiczne zło przedostało się aż tutaj. Począł je badać i począł szukać tego, który jest za to odpowiedzialny. Bo przecież zło nie przenosi się samo w sobie. Zło przenosi człowiek.
     — Albo wróżki i elfy — dopowiedziała sceptycznym tonem Cathiela, robiąc przy tym dziwną minę. Skrzyżowała chude jak patyki ręce na piersi, znacznie zwalniając krok i wpatrując się uparcie w Svanthora. — O czym ty, do cholery, gadasz?! — wybuchnęła w końcu.
     Svan westchnął, przez króciutką chwilkę czując zrezygnowanie. Ale tylko przez sekundę; moment później pomyślał ze spokojem, że przecież nie powinien oczekiwać od nikogo zrozumienia. Nie w takiej sprawie jak ta.
     — Mam pewną teorię — wymamrotał przytłumionym głosem. — Muszę coś sprawdzić.
     — Znaleźć wróżka? — zakpiła Pastereczka.
     — Już go znalazłem.
     — Co…
     Nie dokończyła, ponieważ nagle ktoś ich zawołał. Oboje natychmiast odwrócili głowy, szukając tej osoby między krzątającym się personelem, aż w końcu ją dostrzegli. Wysoki, chudy jak tyczka mężczyzna, ledwie stał na nogach, trzymając się za prawe, obandażowane ramię. Grube, czarne oprawki jego okularów niemal upiornie kontrastowały z chorobliwie bladą cerą, a zwykle idealnie zaczesane na lewy bok ciemne włosy sterczały we wszystkie strony.
     Ku swojemu zaskoczeniu, Svan szczerze się ucieszył na widok Oliviera Sivy. Wyglądał jak siedem nieszczęść, ale, co najważniejsze, wyszedł z pożaru w jednym kawałku, i to nawet bez większych obrażeń. Kolejnym niemałym zaskoczeniem była reakcja Pastereczki, która na widok wikarego zapowietrzyła się i natychmiast rzuciła mu się w ramiona, wyraźnie uradowana jego widokiem. Fakt, że dziewczynę mocno przygnębiała myśl o śmierci młodego księdza, jednak nie spodziewał się po niej aż tak entuzjastycznej reakcji, zwłaszcza że jeszcze niedawno nieźle na niego bluzgała.
     Zarechotał, gdy zobaczył, jak Siva intensywnie się zarumienił, wyraźnie nie wiedząc, co ze sobą zrobić.
     — P-proszę pani… P-proszę mnie puścić, przecież to nie przystoi…
     — Przepraszam — wybąkała speszona, spuszczając wzrok. Svan raz jeszcze po cichu zachichotał, patrząc na zażenowane miny obojga młodziaków. — Po prostu m-myślałam, że ksiądz…
     — Że ksiądz spłonął razem z proboszczem — dokończył niecierpliwym tonem Svanthor. — Gdzie on?
     Wikary, nadal niepewny i wystraszony, bardzo ostrożnie zrobił krok naprzód, wpatrując się w Edvarsenna szeroko otwartymi oczami. W tym spojrzeniu lśniła ciekawość, trwoga i swego rodzaju… zrozumienie. Svan był wielce ciekaw, co może z tego wyniknąć.
     — Wyście wynieśli księdza proboszcza z tych ogni… prawda? — spytał cicho młody ksiądz. — Wyście mu życie uratowali…
     — No, myśmy — mruknął — ale ty mi powiedz wreszcie, gdzie on jest? Pomówić musimy. Domagam się podziękowań.
     Ku rozczarowaniu Svana, wikary spuścił głowę, wpatrując się ze wstydem w brudną podłogę. Długo nic nie mówił, zapewne obawiając się reakcji na to, co zaraz powie.
     — Nie wiem. Trafił tu razem ze mną. Ja byłem tylko lekko ranny, bo miałem właśnie wychodzić z kościoła, więc było mi blisko do drzwi, jak wybuchł pożar. Ale z proboszczem… — głos wikarego lekko się załamał — było gorzej. Dużo gorzej. Był tu kilka dni, odwiedziłem go raz nawet… ale jak chciałem kolejny raz, to już go nie zastałem.
     Edvarssen westchnął. Nie był zaskoczony takim obrotem spraw i już jakiś czas temu domyślił się, że Świętoszek po raz kolejny był szybszy od nich.
     — S########! — ryknął głośno, ignorując karcące spojrzenia personelu. — Ciągle wyprzeda nas o trzy kroki! Jak go znaleźć… jak…
     Niemal mimowolnie spojrzał udręczonym wzrokiem na wikarego. Także Pastereczka, wciąż nieco zawstydzona i cały czas mocno zdezorientowana, wpatrywała się w niego z ciekawością i oczekiwaniem. Na szczęście ksiądz zrozumiał ten niemy przekaz. Zrozumiał, że przez przypadek wmieszał się w coś, co mieszać się nie chciał i przede wszystkim nie powinien. Zrozumiał, że właśnie związał się cichą, niewypowiedzianą przysięgą z obcymi ludźmi; że zawarł z nimi pakt przeciwko nieznanemu wrogowi. Westchnął więc cichutko, po czym podniósł głowę. Wysoko. Niemalże dumnie. Mimo że w oczach wciąż błyszczał strach.
     Rozumiał, że miał do wypełnienia wielką misję.
     Pokonać diabła.
                                               
              ELDARYA


     Musiała się najeść. Była tak potwornie głodna.
     Potwornie. Potwornie głodna. Potwornie zmęczona. Potwornie obolała.
     Potworność towarzyszyła jej od samego dnia narodzin.
     Mimowolnie skierowała swoje kroki w stronę stołówki, choć wiedziała, że nie znajdzie tam dla siebie jedzenia. Ani myślała próbować nowych eksperymentów Karuto, które pewnego dnia zaczną żyć własnym życiem, uciekną z garnka na zmutowanych łapkach i zapoczątkują nową rasę chodzącego żarcia. Nie wiedziała, po co tam szła. Mało co wiedziała: przez ten cholerny ból głowy w ogóle nie dawało się myśleć. Jednak Hekate robiła co mogła, byle tylko po sobie tego nie pokazywać. Zwłaszcza przed Valkyonem i tą wariatką Eweleïn. Nie wątpiła, że medyczka, gdyby tylko jej pozwolono, znalazłaby lekarstwo na jej dolegliwość, ale wojowniczka absolutnie sobie tego nie życzyła.
     Dlatego każdego dnia od około miesiąca znosiła potworne katusze.
     Potworne.
     Nie wiedziała, co było przyczyną, lecz gdy weszła do zatłoczonego pomieszczenia, poczuła się tak, jakby ktoś bardzo mocno uderzył ją czymś w głowę. Zatrzymała się na chwilę, oszołomiona tym nagłym atakiem bólu i odczekała, aż stołówka przestanie wirować. Chyba tylko cudem nie straciła równowagi, za co z całego serca dziękowała bogom: nigdzie wokół nie miała niczego, o co mogłaby się oprzeć, a gdyby upadła, na pewno znowu trafiłaby do skrzydła szpitalnego. Czego bardzo, ale to bardzo nie chciała.
     Kiedy wszystko powoli zaczęło wracać do normy, uznała, że może jednak dobrze, że tu trafiła: coś chłodnego do picia mogło jej pomóc. Przepchała się więc do baru, zamówiła pierwszy-lepszy napój i usiadła przy jednym z niewielu stolików. Rozejrzała się dookoła: w środku znajdowało się wyjątkowo dużo strażników. Wszystkiemu winna była podła pogoda: od kilku dni bezustannie mżyło, a na dodatek paskudnie wiało, więc większość wolała nie opuszczać cieplutkiej i milutkiej Kwatery. A że akurat nastała pora obiadowa, Karuto i jego pomocnicy mieli mnóstwo do roboty.
     Hekate obejrzała się za siebie, zauważając, że wszyscy siedzieli w jakichś swoich skupiskach. Nie przeszkadzało jej to, a nawet wręcz przeciwnie, zważywszy na jej okropny ból głowy. Wkrótce jednak spostrzegła, że nie tylko ona zmagała się z samotnością w tłumie.
     W samym kącie sali, jak najbardziej oddalonym od reszty wrzeszczącej kompanii, siedziała młoda, drobniutka dziewczyna o przepięknych, białych włosach upstrzonych fioletowymi plamami. Strażniczka zdawała się pogrążona we własnych myślach, bezwiednie dźgając widelcem coś, co znajdowało się w małej miseczce.
     Hekate doskonale wiedziała, kim była ta dziewczyna. I niemal od razu poczuła wyrzuty sumienia.
     Ale przed wyrzutami pojawiła się jeszcze pewna myśl. Jakże kusząca. Dlatego wstała i podeszła do tamtego stolika.
     Była przeraźliwie głodna.
     — Cześć — przywitała się cichutko, uśmiechając się delikatnie. Miała nadzieję, że jej łysa głowa, z której środka wyrastał ciasno zapleciony warkocz, nie wystraszy dziewczyny.
     Ale wystraszył. Malutka zrobiła wielkie oczy, wpatrując się w Hekate z bezbrzeżnym lękiem. Chwilę zajęło, nim dziewczyna otrząsnęła się z szoku i pospiesznie kiwnęła w odpowiedzi głową, najwyraźniej nie mogąc wydobyć z siebie głosu. Jednak wojowniczka nie zamierzała rezygnować. Nie teraz, kiedy zdążyła się podekscytować i ucieszyć.
     — Mogę się dosiąść? — spytała uprzejmie, nie rezygnując z uśmiechu. — Wszędzie ogromny tłok, a kiepsko tak jeść i pić na stojąco.
     Miała nadzieję, że dziewczynka nie zauważyła pustego stolika stojącego kilka metrów dalej.
     Nie zauważyła. Kiwnęła więc lekko głową na znak zgody, natychmiast spuszczając wzrok. Hekate momentalnie poczuła, że mimo wszystko żal jej tej dziewczyny. Samotna, przerażona, bojąca się własnego cienia… cóż ona robiła w Kwaterze Głównej, siedzibie obrońców tej krainy? I co takiego musiała przeżyć, że to odcisnęło na niej aż takie piętno?
     Powietrze było czyste. Tak cudownie czyste i słodkie niczym najwspanialszy nektar.
     — Jestem Hekate — przywitała się radośnie. Nie wyciągnęła dłoni, bo bała się, że całkiem wystraszy tę małą. — A ty?
     — Metztlin — wymamrotała po krótkiej chwili zawahania.
     — Miło mi, Metztlin! Paskudna pogoda, co? Brr! Nie lubię, kiedy tak wieje. Deszcz jeszcze zniosę, bo lubię dźwięk kropel uderzających w okna. Ale wiatr nie wydaje ładnych melodii.
     Ku zaskoczeniu wojowniczki, dziewczyna lekko podniosła głowę. Wyraźnie było widać, że nie jest pewna, czy się odezwać czy nie, lecz po chwili przez jej bladą twarzyczkę przemknął ledwo zauważalny uśmiech.
     — Ja też lubię słuchać, jak pada deszcz — odparła cichutkim, cieniutkim głosem. — Zwłaszcza wieczorem. Kiedy zasypiam.
     — To najlepsza kołysanka, prawda? — zagadnęła radośnie, ukazując zęby w szerokim uśmiechu.
     — Tak — odparła Metztlin, coraz bardziej ośmielona.
     Hekate wciągnęła powietrze do płuc, uśmiechając się z błogością. Metztlin uśmiechnęła się jeszcze szerzej, co wojowniczka bezbłędnie wychwyciła kątem oka. I zmarszczyła brwi. Nie tego się spodziewała. Zwykle to wszystko działało inaczej i daleko temu było do radości. A jednak Metz rzeczywiście sprawiała wrażenie odprężonej. I mimo że wojowniczka nadal tego nie rozumiała, ostatecznie przestała się przejmować. Przecież czuła się tak dobrze.
     Obie czuły się dobrze.
     Powietrze zafalowało. Hekate odetchnęła.
     Ból głowy zniknął niczym za dotknięciem magicznej różdżki.


     Deszcz stukał uporczywie w okna, wyśpiewując smutną, choć piękną melodię. Z początku cichutki i stłumiony, z czasem stawał się coraz głośniejszy, wreszcie wypełniając całe kolorowe, choć zaciemnione pomieszczenie. Metztlin podniosła się z łóżka, mrugając szybko powiekami, by się rozbudzić. Przez jakiś czas siedziała w bezruchu, analizując swoje samopoczucie. Analizowała je, ponieważ znacznie różniło się od tego, z którym budziła się w inne, równie zwyczajne dni. Zwyczajne dni wypełnione melancholią, samotnością, zmęczeniem, smutkiem.
     Tamtego dnia coś się zmieniło, ponieważ Metztlin nadzwyczaj rzadko budziła się rześka, wyspana i radosna.
     Pierwszy raz od dawna nie śnił jej się ani jeden sen, o koszmarach nawet nie wspominając. Pierwszy raz od dawna szczerze ucieszył ją padający deszcz i to radosne „kap, kap, kap!” rozbrzmiewające w całym pokoju. Pierwszy raz od dawna gdy poczuła głód, ucieszyła się na myśl o ciepłym, smacznym posiłku czekającym na nią w stołówce.
     Pierwszy raz od dawna z taką ochotą opuściła swój pokój. Swój jedyny azyl.
     Z ciekawością rozglądała się po jadalni i korytarzach, wyłapując znajome twarze i przypominając sobie, co ciekawego i przyjemnego jest w danej osobie i czy, gdyby tylko miała więcej śmiałości, chciałaby tego kogoś poznać. Z zainteresowaniem przeglądała się tablicy ogłoszeń i z radością uznała, że nie znalazła tam nic nadzwyczajnego i alarmującego.
     Smutno zrobiło jej się dopiero w momencie, w którym zerknęła w stronę Laboratorium. Gdy pomyślała, że tęskniła za tym, którego zawsze tam spotykała, a którego z pewnością tam nie było.
     Na szczęście otwarte drzwi wejściowe przegnały te nieprzyjemne myśli, a słodki zapach przesiąkniętego deszczem świata zachęcił ją do odprężającego spaceru. Niemal wybiegła na zewnątrz, jak zwykle nie przejmując się tym, że zmoknie. Nie przejmowała się tym, ponieważ za bardzo cieszyła się na myśl o tym, co za chwilę zobaczy.
     Jej „tajemny portal”, jak zwykła nazywać go w myślach, po kilku dniach zniknął, dlatego Metztlin krążyła po pobliskich, niezamieszkanych terenach w poszukiwaniu następnego. Zwykle znajdowała je bez trudu: okazało się, że tych tajemniczych, białawych wyładowań było całe mnóstwo. Straż wszystkie zabezpieczała, przez co nie można było do nich podejść, ale właśnie wtedy Metz szukała innych, przy których mogła usiąść i pomarzyć o tym, co znajdowało się po drugiej stronie.
     Ten jeden, którego Straż jeszcze nie odnalazła, znajdował się w głębi lasu, na dnie dość stromego wąwozu. Dziewczyna nieraz trochę się poobijała i podrapała, próbując dostać się do portalu, ale niczego nie żałowała. Dodatkowo ziemiste ściany chroniły ją przed niepożądanymi spojrzeniami, dlatego czuła się bardzo komfortowo.
     Zwłaszcza tego dnia, kiedy wszystko układało się tak dobrze.
     Portal, jak wielu go nazywało, wyglądał dokładnie tak samo jak inne: biały, podłużny, o postrzępionych, spiczastych bokach przypominających pozginane błyskawice, z których końców skapywały maleńkie, czerwonawe kropelki. Te jednak nigdy nie dotykały ziemi, a zamiast tego rozpływały się w powietrzu, nie zostawiając po sobie żadnego śladu. Metztlin wprost uwielbiała je obserwować.
     Portal skrzył się delikatnie i kojąco. Tylko raz na jakiś czas w samym środku tego dziwnego wyładowania przemykał jakiś cień, mniej lub bardziej wyraźny. Czasami nawet można było usłyszeć jakieś głosy, lecz Metz nigdy nie miała pewności, czy pochodziły portalu, czy coś jej się przesłyszało.
     Gdy tam przychodziła, wyobrażała sobie, co jest po drugiej stronie. Wyobrażała sobie, że wstaje, dotyka tego białego cudu koniuszkiem palca i przenosi się do jakiejś nowej, wspaniałej krainy. Dlatego za każdym razem, po kilkunastu minutach wpatrywania się w portal, dziewczyna wstawała i ostrożnie dotykała szklanej powierzchni portalu.
     Tamtego dnia też tak zrobiła.
     Dotknęła portalu.
     Ostatnim, co pamiętała, był głośny huk. I ciemność.


Odpowiedzi na komentarze



Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h07)


https://i.imgur.com/ujEBcI9.png





P A R R I E      M A S Z     4      M I E S I Ą C E      N A      D O K O Ń C Z E N I E    S P N     -    D O     2 3 . 0 3 . 2021 !
f     a     n                            l     d     s                            w     c      i     ą     g     a     j     ą     c     y                             t     o     n     y     '     e      g     o                              j     a     k                           v     e     r     ę
i n s t a g r a m                                              f a n k l u b    e z a                                        f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "
https://zapodaj.net/i

Offline

#154 30-03-2019 o 19h15

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 11 095

https://funkyimg.com/i/2SM9F.png
W życiu żem się tu tak szybko nie znalazła, ale trzeba w końcu nauczyć się trochę odpowiedzialności.
Uwaga, uwaga: komentuję na bieżąco, więc niektóre rzeczy mogą potem być wyjaśnione, i ja o tym nie wiem.

2 akapit od góry: "pomyślał gorzko." Mam wrażenie, że myśli nie mogą być gorzkie, ale popraw mnie, jeśli się mylę, bo może jest taki zwrot, a ja po prostu jeszcze się z nim nie zaprzyjaźniłam.

Tak w sumie to zapomniałam już, czemu Svan interesuje się całą tą sprawą. :')
Właściwie to myślę, że to właśnie Świętoszek mógł podłożyć ogień - w końcu bohaterowie nie do końca znają jego motywacje. Może proboszcz przestał być mu potrzebny?

No ja nie sądzę, żeby Svan tak bardzo teoretyzował. Ale będą jaja, jeśli Cath wyląduje kiedyś w Eldaryi i spotka te wszystkie "zwierzątka".
Ten Svan tak mądrze myśli, że w sumie logicznym by było, że Świętoszek nie podpalił kościoła. Ale coś mi tu mocno nie gra.

O kurczę, o kurczę, zapowiada się niezła zagadka do rozwiązania. I zastanawiam się, czy kiedyś uda się im przechytrzyć tego diabełka. Chociaż strasznie mnie intryguje i w sumie mu kibicuję :')

O, Elda?
BOŻE KIM JEST TA LASKA, mam wrażenie, że jej... Heki? :ooo
I METZ, O BOŻE, CZEKAŁAM NA TOOOO
Aż bym przytuliła to małe, trzęsące się chuchro, jejku, biedna </3
Podoba mi się ta znajomość - bo jeszcze nie przyjaźń, nie? Połączenie śmiałej Hekate i strachliwej Metz to miód na moje oczy.

O kurczę, to jeszcze nie koniec? Owo

O nie, wszystko układa się dobrze w ostatnim fragmencie, i już wiem, że nie skończy się dobrze.
I w sumie mam wrażenie, że Metz nie tyle sama znajduje portale, co one znajdują ją. Ale to tylko wolna myśl.

JAK MOGŁAŚ SKOŃCZYĆ W TAKIM MOMENCIE?!
o bOŻE ;-----; Metz, słońce, żyj!!!

Brutalne. Prawdziwie brutalne.
I czekam na więcej! <3


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#155 30-03-2019 o 19h30

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Jedno dziwne przemyślenie Hekate i cały tekst musiałam się skupiać aby nie myśleć o longinie (czy jak słodziakowi tam leci)podbijającym Eldaryę wraz z armią Karutowego żarcia i Karuto w roli krwiożerczego kuchennego dr. Frankensteina aka Sarumana tworzącego armię orków w kociołku.

Błędów się nie doszukiwałam, a łepetynka nawala mnie jak Hekate, więc...Wiec i tak nic mądrego nie napiszę ;)Zresztą nadal walczę z wizjami armii żarcia.

Cóż, jak podsumować ten rozdział? Chyba tylko tak, że gdyby tendencje autodestrukcyjne były osobą, to byłyby Metz. Teraz tylko pozostaje pytaniem czy przeniosło ją na Ziemię czy może zbudzi się w następnej części w szpitalu... Ewentualnie mogłoby być,że to ktoś przeleciał do eldki, a Metz została znokautowana jego tłustym dupskiem, ale  jakoś wątpię w ten scenariusz.

Offline

#156 30-03-2019 o 22h44

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Hekate + powietrze i już wiesz, że mam zagadkę co ona tak właściwe robi z innymi i co tak właściwie żre...  /static/img/forum/smilies/neutral.png

Akcja z Ziemi powoli się rozwija. Bardzo dobrze, że nie każdy rozdział jest pełen akcji, bo to pozwala na rozwój historii /static/img/forum/smilies/smile.png I te rozdziały, które według Ciebie są nudne, czytam z taką samą przyjemnością jak te, które uważasz za ciekawe /static/img/forum/smilies/smile.png Ten rozdział jest naprawdę dobry (choć jak już Ci wspomniałam przy betowaniu, znalazłam tam zdanie, które w ogóle mi nie pasowało do Twojego stylu, a jednocześnie było dobre /static/img/forum/smilies/big_smile.png )

Metz, cóż... Chodzący, uroczy pech /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Najgorsze w niektórych opowiadaniach tutaj jest to, że powstają rozdział po rozdziale i czasami trzeba czekać naprawdę długo... A przy czekaniu na Nigredo każdy dzień to wieczność /static/img/forum/smilies/sad.png

Czekam więc kolejną wieczność /static/img/forum/smilies/wink.png

Offline

#157 01-05-2019 o 19h59

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 588

Witam uprzejmie, przybywam do was z kolejnym rozdziałem!
Niestety nie ukrywam, że na razie będzie nudnawo. Bohaterowie zaczynają sobie dodawać 2 + 2 i będą teraz nad tym knuć. Jeszcze przez jakiś czas nie będę im w tym przeszkadzać, ale mam nadzieję, że wytrzymacie jeszcze kilka takich nudnawych rozdziałów - mam nadzieję, że warto.

Za opiekę nad tekstem jak zwykle dziękuję Amrenie i zapraszam na jej Gwiazdę!

Życzę miłej lektury!


              W poprzednich rozdziałach...

Ziemia:
Svanthor wraz z Cathielą udają się do szpitala, chcąc porozmawiać z proboszczem. Nie znajdują go tam, podejrzewając, że w wyprowadzeniu duchownego pomógł Świętoszek. W lecznicy spotykają jednak kogoś innego: młodego wikarego, Oliviera Sivę. Cała trójka zdaje sobie sprawę z tego, jak ważną misją jest odnalezienie proboszcza i Świętoszka.

Eldarya: Ezarel, Daniel oraz towarzyszący im oddział Folkego przepytują Ayyildiza Imrego Bayraktara — stwora, który wdarł się do obozu. Wyjaśnia, że od dawna śledzi poszukiwanego przez wszystkich Verth’ana, ponieważ, jak się wyraził, jest jego „celem”. Wyjawia także, że słyszał o niejakim Rozevoundzie i określa go mianem Boga.

Hekate zmaga się z coraz gorszymi bólami głowy. Gdy w stołówce spotyka Meztlin, postanawia się do niej przysiąść i zawrzeć znajomość, co znacznie wpływa na samopoczucie wojowniczki. Tymczasem Metz następnego ranka czuje się zadziwiająco dobrze. Chcąc z tego skorzystać, udaje się w ukryte miejsce, w którym znalazła jeszcze jeden portal. Niestety wyprawa kończy się bardzo źle.




              Rozdział XXXII


     — Nie martw się. Obiecałam, że cię wezwę, gdy coś się zmieni.
Gdy coś się zmieni?, powtórzyła w myślach. G d y  coś się zmieni? Już się zmieniło.
     Miiko nienawidziła braku kontroli. Nienawidziła wrażenia, że to, co najważniejsze, wymyka się jej z rąk. Lecz ta niechęć nie wynikała z zbyt wielkich ambicji, wmówionego sobie perfekcjonizmu czy ze strachu przed opinią publiczną. Wynikała z tego, co przerażało ją już od bardzo dawna, jeszcze od czasów, kiedy żył ich poprzedni przywódca, a jej mistrz. Niedługo przed jego śmiercią słyszało się plotki, że to właśnie ona, ta młoda, rezolutna lisica miała zostać główną dowodzącą. Doskonale pamiętała, jak paniczny strach ściął ją z nóg, gdy pomyślała o tej olbrzymiej odpowiedzialności, jaka będzie na niej spoczywać.
     Jak można jednej osobie powierzać życie aż tak wielu?
     To okrutne. I dla niej, i dla nich.
     A jednak Miiko nie miała wyjścia i z czasem, po wielu trudnych latach, nauczyła się znosić ból, jaki sprawiało jej to brzemię. Zmężniała, podniosła głowę do góry i przysięgła sobie, że zrobi co tylko może, by zadbać o bezpieczeństwo wszystkich żyjących wokół istot.
     Dlatego tak bardzo nienawidziła braku kontroli. A patrząc na tę biedną, białowłosą dziewuszkę leżącą na szpitalnym łóżku, miała przed sobą namacalny dowód na to, że być może uniosła głowę zbyt wysoko, ograniczając swoje pole widzenia.
     — Już się zmieniło — powtórzyła martwym głosem swoją wcześniejszą myśl.
     Nadal nie potrafiła ruszyć się z miejsca, mimo że Eweleïn wyraźnie sugerowała jej opuszczenie sali. Nie mogła. Nie mogła znieść myśli, że Metztlin leżała tam przez nią.
     Przez jej rażące zaniedbanie. Przez niedopełnienie swoich obowiązków.
     Przez brak kontroli.
     — Robiłaś jej badania, gdy się obudziła, prawda? — spytała wyoranym z emocji tonem, wpatrzona w spokojnie śpiącą dziewczynę. — Co wykazały? Wytłumacz mi normalnym językiem.
     Medyczka milczała przez chwilę, co momentalnie wzbudziło w Miiko niepokój. Jeśli Leïn milczała, to oznaczało, że miała jakieś wątpliwości. A jeśli ona nie była czegoś pewna, to kto miał być?
     — Od czasu wypadku w laboratorium — zaczęła nieco niepewnie — Metztlin jest badana raz w tygodniu. Dotychczas jej wyniki były…
     — Dobre?
     — Nie — mruknęła smętnie Leïn. — Ale nie były też najgorsze. Coś ewidentnie siedziało w tej dziewczynie… coś, co mąciło w wynikach. Teoretycznie nie sprawiało jej to problemu, choć te dziwne koszmary, napady hipnozy, wymioty… choć zdarzało się to rzadko, to jednak mocno mnie niepokoiło. Nie mogłam znaleźć tej jednej niewiadomej! — syknęła wzburzona. — Cały czas jej szukałam, lecz miałam też na uwadze, że wyniki Metz, choć… dziwne, były też stabilne. Aż do teraz.
     — Co się zmieniło? — zapytała powoli, nieco obawiając się odpowiedzi.
     Eweleïn znowu milczała, tym razem znacznie dłużej. Z pewnością nie chodziło o brak wiedzy, a raczej o pewien rodzaj niepokoju. O coś, co odczuwał każdy, kto tylko patrzył na tę biedną, niewinną, białowłosą istotkę.
     — Dotychczas Metztlin mogłabym określić… ustabilizowanym szaleństwem — Leïn podniosła głowę, patrząc na kitsune z największym skupieniem. — Teraz coś się zmieniło. Rozmawiałaś z nią i słyszałaś, co ci powiedziała — że nie pierwszy raz dotykała tego czegoś. Wcześniej nie mdlała. Dlaczego tym razem tak się stało?
     Miiko nie odpowiedziała, licząc na to, że elfka zrobi to za nią.
     — Jej odporność dramatycznie spadła — wyjaśniła. — Jest tak słaba, że nawet grypa jest  w stanie ją zabić. Jednak… niestety nie mam pojęcia, co jest tego przyczyną.
     Kitsune widziała zmieszanie i irytację medyczki. Wiedziała, że Leïn to perfekcjonistka, która najbardziej w świecie nienawidzi własnych porażek. Miiko ani myślała jej tego wypominać, zwłaszcza że wykonała ogrom wspaniałej pracy. Mimo to nie była w stanie wydać z siebie ani dźwięku; gardło miała boleśnie ściśnięte, a myśli zamroczone wszystkim, co najgorsze.
     — Musisz wyciągnąć z niej wszystkie informacje, dokładnie ją przepytać — powiedziała władczym tonem medyczka. — Oczywiście dopiero jak się obudzi i wypocznie — dodała pospiesznie — ale to konieczne, bym mogła ustalić, co aż tak się w niej zmieniło. To wygląda naprawdę groźnie, Miiko. Metztlin jest przerażająco niestabilna. I, cokolwiek odpowiada za te zmiany, musi siedzieć w niej!
     Miiko niczym w transie podeszła bliżej łóżka dziewczyny, uparcie wpatrując się w jej malutką, szczupłą, chorobliwie bladą twarz, którą okalały proste, białe włosy z fioletowymi końcówkami. Zwykle skaczące po całej fryzurze plamy opadły smętnie na same końcówki, być może również zmartwione stanem swojej właścicielki.
     Zastanawiała się, czy one naprawdę żyły. I czy czuły taki sam smutek.

     — Przepraszam… przepra…
     — Nie przepraszaj. Nic się nie stało.
     To oczywiste kłamstwo zaskakująco łagodnie wypłynęło z ust Miiko, siedzącej akurat tuż obok łóżka Metz. Dziewczynka, nadal przeraźliwie blada, spoglądała na kitsune z bezbrzeżnym lękiem, najprawdopodobniej obawiając się konsekwencji swojego nieodpowiedzialnego zachowania. I rzeczywiście, w normalnych okolicznościach musiałaby takowe wyciągnąć i ukarać strażniczkę, zapewne usuwając ją ze straży.
     Z tym że to nie były normalne okoliczności.
     Nienormalne pozostawało także to, że Miiko wprost nie potrafiła się gniewać na tę małą, przerażoną istotkę. Nie potrafiła jej wytłumaczyć, że postąpiła bardzo głupio i nierozważnie, oraz że swoim zachowaniem naraziła straż na niebezpieczeństwo. Bo czym były te dziwne, niepokojące wyładowania energii, potocznie zwane portalami, jeśli nie niebezpieczeństwem? I to tym gorszym, że nieznanym.
     — J-ja… ja n-naprawdę nie w-wiem, czem-mu…
     Metztlin nie dokończyła, przerażona i zawstydzona wyciekającymi z oczu łzami. Lecz nie zamierzała z tym walczyć, a coraz częstsze pociąganie nosem wskazywało na to, że dziewczyna lada moment zacznie płakać. Miiko bardzo się tego bała.
     — Spokojnie… już spokojnie…
     — T-tak mi wstyd…
     — Metztlin — odparła łagodnie — muszę cię o coś prosić. Muszę poprosić cię o to, byś pokazała nam wszystkie… portale, o których nie wiemy, a także ewentualne miejsca, w których mogą się pojawić w przyszłości. Potrafisz je odnaleźć, prawda?
     Dziewczyna niepewnie pokiwała głową. Chciała coś powiedzieć, zapewne zadeklarować chęć pomocy i naprawienia swoich błędów, lecz nie miała aż tyle odwagi.
     — Chciałabym też wiedzieć… — Miiko urwała na moment, zastanawiając się na odpowiednim doborem słów. Nie chciała przestraszyć dziewczyny, a dobitne pytanie, dlaczego ich okłamywała, raczej by niczego nie wskórało. Nic jednak nie przychodziło jej do głowy, lecz obie zdawały sobie sprawę z tego, że ten moment musiał w końcu nadejść. Przymknęła więc na chwilę powieki, odetchnęła lekko, po czym cicho, choć dość stanowczo, zapytała: — Dlaczego nie powiedziałaś nam prawdy?
     Miiko spodziewała się wielu reakcji ze strony dziewczyny: Metz mogła zacząć płakać, krzyczeć przeraźliwie, zblednąć i zamilknąć, spróbować schować twarz, zacząć błagać o wybaczenie. Na cokolwiek by się zdecydowała, na pewno nie poprawiłoby jej nastroju. Kitsune zdziwiła się więc mocno, kiedy białowłosa dziewczyna zasępiła się, patrząc pustym wzrokiem przed siebie. Milczała przez kilka chwil, być może szukając odpowiednich słów lub nurkując w odmętach swoich rozpierzchniętych myśli. Cokolwiek robiła, wyglądała na… zrelaksowaną, choć w jej oczach czaił się jeszcze większy niepokój.
     Dopiero kiedy się otrząsnęła, z jej twarzy znowu odpłynął kolor, a oczy zabłyszczały od łez.
     — Nie wiem — pisnęła lękliwie. — Chyba… ja nie wiem… chyba miałam nadzieję, że coś tam zobaczę! Coś, co mi pomoże! Bo one są ze mną jakoś związane, ja to czuję! — krzyczała coraz głośniej, jakby zapominając o obecności szefowej. — Muszę je widzieć, po prostu czuję, że muszę! Bo one nie są złe! Nie są, o nie! One nikomu nic złego nie zrobią! One nic nie potrafią! Ale… ale są piękne…
     Zielone oczy Metztlin zaszły mgłą. Rumieńce raz jeszcze wróciły na policzki, a usta, po raz pierwszy od chwili przebudzenia, wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. Obłąkańczym, jak pomyślała Miiko. Zlękniona, że z dziewczyną zaczynało dziać się coś złego, obejrzała się w poszukiwaniu Eweleïn, lecz zanim zdążyła ją zawołać, Metz znowu zabrała głos.
     — One są takie piękne… — szeptała. — Takie magiczne… kocham je. Chciałabym, by zaprowadziły mnie daleko stąd. Chciałabym, by zaprowadziły mnie do matki. Do Lasu Calaljós…
     To już nie jest Metz, mimowolnie pomyślała Miiko. Na szczęście nie musiała wołać medyczki, ponieważ Leïn, najwyraźniej zauważając, że coś jest nie tak, podbiegła do pacjentki, a następnie wstrzyknęła jej coś w żyły. Cokolwiek to było, natychmiast zadziałało, ponieważ dziewczynka najpierw jakby zwiotczała i zamknęła oczy, by następnie otworzyć je z niemałym trudem, po czym rozejrzeć się ospale po sali, jakby próbując sobie przypomnieć, co się właściwie wydarzyło. Zdezorientowana Miiko popatrzyła pytająco na Eweleïn, lecz ta tylko kiwnęła uspokajająco głową, po czym wyszła, pozwalając im na dalszą rozmowę.
     — Chyba nie powinnam ich już odwiedzać. Przepraszam — jęknęła Metz, dławiącym od płaczu głosem.
     — Zgadzam się — przyznała kitsune, wzdychając ciężko. — Dlatego… muszę objąć cię nadzorem. Od tej pory będziesz musiała powiadomić któregoś z członków Lśniącej Straży o wszystkich swoich wyjściach. Nie martw się, to nie szlaban — dodała, uśmiechając się pokrzepiająco — ale musimy przypilnować, byś była bezpieczna. Mam nadzieję, że to rozumiesz.
     Ku ogromnej uldze Miiko, Metztlin leciutko pokiwała głową.
     — Dobrze — westchnęła. — W dowód na to, że chcemy dla ciebie jak najlepiej, sama możesz wybrać sobie swojego opiekuna, czyli osobę, którą będziesz musiała o wszystkim powiadamiać.
     Miiko zdziwiła się nieco, kiedy zobaczyła, jak na bladą twarz dziewczynki wypływają intensywnie czerwone rumieńce. Metz lekko schyliła głowę, jak gdyby nie będąc pewna, czy powinna wypowiedzieć to, co krążyło jej po głowie.
     — Ezarel jest moim szefem… — wyszeptała wstydliwie, co miało być wyraźną sugestią.
     — To prawda, ale niestety nie będzie go przez dłuższy czas. Mogę ci obiecać, że gdy tylko wróci, to on przejmie ten… obowiązek. Ale teraz musisz wybrać sobie kogoś, hm, tymczasowego. Może Ykhar? — zaproponowała. — Sądzę, że…
     — A… Nevra? — bąknęła niepewnie. —  Szef Cienia… on jest miły…
     — Nevra? Oczywiście! — odparła, lekko zaskoczona tym wyborem. — Jestem pewna, że będzie zaszczycony. Zwłaszcza że bardzo cię lubi — dodała, uśmiechając się szeroko.
     Metztlin nic już więcej nie powiedziała, a i Miiko uznała, że nie powinna jej dłużej męczyć. Pożegnała się więc z małą, zamieniła ostatnie uwagi z Leïn, a następnie niczym burza pomaszerowała do Kryształowej Sali, nakazując Jamonowi zwołanie wszystkich Lśniących. Musieli poważnie porozmawiać.


     — Od tej chwili Metztlin ma być twoją źrenicą oka — zarządziła, świdrując wampira spojrzeniem. — Zdaję sobie sprawę, że to zadanie wymagające wiele uwagi i czasu, ale musimy jej pilnować. Wygląda na to, że z tą dziewczyną jest coraz gorzej i nikt nie wie, co jej jest. Dlatego ma ci meldować o wszystkim, co zamierza robić, a ty masz obowiązek sporządzać co tydzień dokładny raport opisujący ze szczegółami wszystkie jej działania, zmiany nastroju oraz wszelkie niewiadome i zagwozdki. Masz wiedzieć, co jadła na śniadanie, obiad i kolację, o czym śniła, z kim rozmawiała. Jesteś szpiegiem, więc ufam twoim umiejętnością i wierzę, że to dla ciebie niewielkie wyzwanie. Czy wyraziłam się jasno?
     — Pewnie — odparł Nevra, jak na znak się prostując. Wampir, podobnie jak wcześniej Miiko, też wyglądał na mocno zaskoczonego, lecz szybciej odnalazł się w tej sytuacji. — Cieszę się, że obdarzyła mnie takim zaufaniem. Choć zgaduję, że byłem jej drugim wyborem — dodał, uśmiechając się zagadkowo.
     — To prawda. Gdy tylko wróci Ezarel, to on przejmie to zadanie. Metztlin wydaje się być bardzo do niego przywiązana.
     — Ja sądzę… — zaczęła Ykhar, momentalnie robiąc się czerwona na twarzy — że ona… Ona jest chyba zakochana w Ezarelu…
     Miiko westchnęła ciężko, opuszczając ramiona.
     — Tym gorzej, że go tu nie ma — mruknęła zmęczonym tonem. — Pilnuj jej — dorzuciła, znowu patrząc na Nevrę. — Trzymaj ją z dala od Folkego i spróbuj przepytać, o co jej chodzi z tymi portalami. Dzisiaj niewiele mi powiedziała, ale przez chwilę była jakaś… dziwna… i chyba zasugerowała mi pewną rzecz. Ykhar, Kero — zawołała, spoglądając na bibliotekarzy — natychmiast po zebraniu zabierzcie się za wynalezienie wszelkich informacji o Lesie Calaljós. Nevra wam pomoże z tym, co już wcześniej znalazł, ale chcę mieć pewność, że zgromadzimy wszystkie dostępne na ten temat notatki.
     Oboje gorliwie pokiwali głowami, choć ich twarze wyraźnie zradzały niepewność i zwątpienie. Miiko rzucała rozkazami na prawo i lewo, lecz nie raczyła wyjaśnić ich przyczyny. Zebrani w sali strażnicy wiedzieli, że za chwilę wszystkiego się dowiedzą, lecz poniekąd ekscytowała ich myśl, że ich przywódczyni wpadła na jakiś trop.
     Kitsune z kolei podekscytowana nie była ani trochę. Owszem, sądziła, że na coś wpadła, ale to, co miała w głowie, to tylko kolejne pytania bez odpowiedzi.
     Brak kontroli. Jakże nienawidziła braku kontroli!
     — Miiko — odezwał się łagodnie Leiftan — oświecisz nas, o co właściwie chodzi? Dlaczego chcesz znowu grzebać w notatkach dotyczących tego mitycznego lasu?
     — Metztlin przyznała, że jest w jakiś sposób związana z tym czymś, co większość nazywa portalami — wyjaśniła pospiesznie. — Mówi, że czuje z nimi jakieś połączenie. Nagle zrobiła się jakaś dziwna… oczy zaszły jej mgłą… mówiła jakby była w jakimś transie. I znowu zaczęła opowiadać o swojej matce. O tym, że chciałaby, by te portale zaprowadziły ją do niej. Metztlin już wcześniej o tym mówiła! W kontekście…
     — Dziur w drzewach z Lasu Calaljós — dokończył lekko zaskoczony Nevra.
     — Właśnie! — zawołała, czując narastającą ekscytację. Gdzieś z tyłu głowy karciła się za to poddawanie emocjom, lecz musiała coś robić. Cokolwiek, co zatrze wrażenie utraty kontroli. Mimo wszystko musiała się uspokoić: wzięła kilka głębokich wdechów, przymknęła oczy, po czym zaczęła od nowa, nieco uspokojona: — Przypomnijmy sobie wszystko od początku. Metztlin trafiła do nas cztery lata temu po tym, jak zmarł jej ojciec. Mieszkała w schronisku, ale szybko dostrzeżono jej zdolności alchemiczne, więc trafiła do Absyntu. Dotychczas niczym się nie wyróżniała i nie wspominała o swoich rodzicach. O matce też nie. Aż do czasu, kiedy zaczęły pojawiać się te dziwne wyładowania energii. To wtedy Metztlin zaczęła wpadać w trans i opowiadać, że jej matka odeszła i zamieszkała w Lesie Calaljós. Według niej, matka weszła do wielkiej, świecącej dziury, które znajdują się między korzeniami tamtejszych olbrzymich drzew. Nevra z kolei ustalił — tu kitsune zwróciła oczy ku wampirowi — że tę kobietę rzeczywiście uznano za zaginioną, a ostatni raz widziano ją w okolicach, którzy poszukiwacze uznają za tereny tego mitycznego lasu.
     Sala Kryształu zatonęła w ciszy przetykanej największym skupieniem. Każdy z ogromną ciekawością wsłuchiwał się w szefową, niecierpliwie czekając na wielki finał. Finał, którego Lśniący zaczęli się domyślać.
     — Powołując się na absurdalnie banalne porównanie — podjęła — mamy teraz do czynienia z białymi cosiami nazywanymi portalami oraz, jeśli wierzyć legendom, białymi dziurami w Lesie Calaljós. Jedno i drugie jest ostatnio bardzo często wspominane. A przede wszystkim, jedno i drugie jest bezpośrednio związane z Metztlin. Dlatego pomyślałam… Może ona uważa, że te mityczne dziury i te dziwne portale są ze sobą jakoś połączone?
     — Albo że te dziury to dokładnie te portale — podpowiedział Leiftan.
     — Więc albo Las istnieje i jakoś się uaktywnił, wysyłając te świecące coś — mówiła dalej kitsune — albo nie istnieje, a w legendach mówiono właśnie o tych dziwnych portalach, które mogły się już kiedyś pojawiać! Dlatego potrzebuję na ten temat wszystkich informacji, jakie tylko znajdziemy!
     — Hmmm — mruczała Ykhar — możliwe, że sporo tekstów znalazłoby się w królewskiej bibliotece. Moglibyśmy napisać list do Huang-Hua z prośbą o przejrzenie notatek. Któreś z nas nawet samemu mogłoby tam pojechać.
     — Tak, to dobry pomysł, Huang-Hua z pewnością nam pomoże — przyznała Miiko. — Na razie wyślij list. Mają tam swoich bibliotekarzy, więc niech oni na razie zajmą się wyszukiwaniem wszystkiego, co może się przydać. Was potrzebuję na miejscu. A propos listów — zahaczyła, nagle sobie o czymś przypominając — wysłałaś odpowiedź Ezarelowi?
     — Tak jest!
     — Więc już wiecie, co macie robić. Gdy tylko Metztlin wydobrzeje, wskaże nam wszystkie miejsca, w których są lub mogą pojawić się portale. Stąd prośba do was jako do szefów straży, byście tak zorganizowali partole, by wasze oddziały mogły patrolować wszystkie wskazane patrole. To samo dotyczy ciebie, Stellan — Miiko zwróciła się do nienaturalnie wręcz wysokiego, żółtawoskórego półelfa — chcę, by twoi strażnicy mieli częsty i swobodny dostęp do portali, by mogli je jak najdokładniej przebadać. Będziesz miał też wgląd do badań Eweleïn, a także możliwość przepytania Metztlin, lecz to tylko za moją zgodą.
     Zastępca Ezarela wbijał w Miiko bystre spojrzenie niepokojąco czerwonych oczu, dając tym samym do zrozumienia, że przyjął rozkazy i jest wdzięczny za otrzymane pozwolenia. Milcząc, stał sztywno, podobnie jak reszta zebranych w sali, czekając na omawianie kolejnych punktów spotkania. Lecz kitsune miała dość. Rzuciła tylko, że czeka na ich opinie i Lśniący zaczęli dyskutować, rozważać, snuć plany i zadawać kolejne pytania. A ona, jako szefowa, miała to kontrolować. Stała tam więc, wodząc wzrokiem po tych wszystkich zaufanych doradcach, podekscytowanych kolejnym tropem. Stała, obserwowała i usiłowała uczestniczyć w rozmowie. Usiłowała, lecz nie dawała rady.
     Duchem była już zupełnie gdzie indziej.


                                                                                                         ***


     Nie do końca wiedział, jak poradzić sobie z tą sytuacją, tym bardziej, że nikt zdawał się tego nie zauważać. Wprawdzie kilku wojaków rzucało zaniepokojone spojrzenia i jak najostrożniej odsuwało się o co najmniej kilka metrów, ale tak poza tym nikt nie zechciał jakkolwiek zareagować. Bo i teoretycznie nie było na co. Zwłaszcza że pewien niewypowiedziany problem nieoczekiwanie rozwiązał się sam.
     Daniel przymknął powieki, wyostrzając słuch. Słyszał, że ktoś się za nim skradał, lecz nie musiał się nawet zastanawiać, kto go śledził, ponieważ doskonale to wiedział. Co więcej, Jeleń zdawał sobie sprawę, że wreszcie powinien go przyłapać i porozmawiać, lecz coś go przed tym powstrzymywało.
     Nie bał się przed sobą przyznać, że przyczyną był strach. Chcąc nie chcąc, ten dziwny, kudłaty stwór napawał go trudnym do wytłumaczenia lękiem.
     Właśnie dlatego problem opieki nad Ayyildizem Imrem Bayraktarem rozwiązał się sam — intruz, kiedy tylko uzyskał szczątkową wolność, a więc odwiązano i wypuszczono go z namiotu z zakazem opuszczania obozu, począł chodzić za Danielem krok w krok. Niczym cień trzymał bezpieczny dystans i, choć nie odezwał się ani słowem, nie spuszczał z niego wzroku. Daniel nieraz się zastanawiał, czy ten stwór chce się na niego potajemnie rzucić i go pożreć, czy wręcz przeciwnie, zwłaszcza że podczas przesłuchania Imre był dla niego nadzwyczaj miły.
     Cóż, wolał go nie drażnić i o to nie pytać.
     Jako prawa ręka Ezarela, nie miał prawa wyruszyć na dalsze poszukiwania. Tym samym, póki alchemik miał tutaj jakąś robotę, Jeleń pozostawał uziemiony. Nie mógł się doczekać, aż wyruszą na właściwie poszukiwania, lecz na to się nie zanosiło, a stwór, który się tu włamał, w niczym nie pomógł, podrzucając im kolejne pytania.
     Chcąc nieco odpocząć od natrętnych oczu stwora, szpieg wśliznął się do biblioteki poszukiwanego naukowca, w której cały czas stacjonował Ezarel. Ucieszył się wielce, gdy zauważył, że alchemik zaczął już pakować swoje rzeczy, co mogło oznaczać tylko jedno.
     — Jutro o świcie wyjeżdżamy — oświadczył elf, nie podnosząc nawet wzroku znad jakiejś notatki.
     Daniel skinął głową, nadal uparcie wpatrując się w swojego dowódcę. Wyglądał na ekstremalnie zmęczonego, ale tym razem musiało chodzić o coś innego niż brak kawy i snu. A więc o coś, co znajdowało się w tej notatce.
     — Co to? — spytał, wskazując na pergamin.
     Ezarel, odchylając się w krześle, rzucił list na biurko, lecz nie uczynił żadnego gestu wskazującego na to, by Daniel mógł go odczytać. Zamiast tego podniósł na niego swoje zmęczone spojrzenie, przez chwilę uparcie milcząc. Dopiero gdy uśmiechnął się w swój złośliwy, paskudny i irytujący sposób, Daniel zrozumiał, że jednak wszystko było mniej więcej w porządku.
     — Słyszałem, że robisz za opiekunkę — syknął, nadal bezczelnie się uśmiechając.
     Daniel nie uznał za potrzebne odpowiadać, dlatego nadal stał wyprostowany jak struna, z największą uwagą śledząc alchemika. Spędziwszy z nim już trochę czasu potrafił rozpoznać, kiedy elf tylko się droczył, a kiedy miał coś konkretnego do powiedzenia, nawet jeśli wstęp do rozmowy na to nie wskazywał. Tym razem Jeleń miał pewność, że Ez chciał mu coś przekazać.
     — To dobrze — podjął alchemik, rozciągając się w krześle — bo dziwadło jedzie z nami. A ty, skoro się tak polubiliście, będziesz dbał o to, by nie uciekł. Czymkolwiek ten stwór faktycznie jest, to ma sporą wiedzę, której nie możemy zaprzepaścić. Więc zaprzyjaźnij się z nim, Jeleń, bo jako jedyny masz do tego warunki.
     Szpieg westchnął cicho, wyobrażając sobie, jak będzie wyglądała opieka nad Imrem. Bał się tego jak diabli i ten cholerny elf doskonale o tym wiedział.
     Cóż, on też się go bał. Wszyscy się go bali.
     — On już wie? — spytał cicho.
     — Nie. To twoje zadanie, by go o tym powiadomić. Zresztą, to nie ma wielkiego znaczenia — cokolwiek to jest, znajduje się pod naszą kontrolą. Możemy go wysłać do Kwatery, gdzie na nic nikomu się nie przyda, albo wziąć go na poszukiwania, zwłaszcza że ma sporo przeciwko temu, którego szukamy. Więc wybór jest prosty i chyba nawet ty to widzisz, co, Jeleń? A — dodał nagle, jak gdyby nagle sobie o czymś przypominając — masz trzymać to coś z dala ode mnie. A teraz czytaj — odparł, zanim Daniel zdążył zaprotestować, i podał mu list.
     Coraz bardziej zaciekawiony, natychmiast sięgnął po notatkę, rzucając na nią okiem. Wystarczyło, że dotknął pergaminu, a już wiedział, skąd pochodził list. Kolejną wskazówką była pieczęć, a stąd niedaleko do domyślenia się, o czym traktowało pismo.
     — Musimy jak najszybciej stąd wyjechać, tutaj już nic nie ma — mruknął Ezarel zmęczonym tonem. — Mimo moich szczerych chęci, nie znalazłem tu żadnych Składników. Ten przeklęty Verth’an musi mieć je ze sobą. Bo że je rzeczywiście posiadał, co do tego nie mam niestety żadnych wątpliwości. Jest tu od cholery śladów po Śniączkach, a także kilka całkiem obiecujących śladów sugerujących posiadanie Kamieni, głównie Rubedo i trochę Albedo. Żadnego Nigredo, co jest akurat dziwne, bo ma pierwszy i ostatni składnik, a nie ma środkowego. No i, cholera — mruczał strapiony — Nigredo… Nigredo, Nigredo… z tym można robić naprawdę nieciekawe rzeczy. No i jest jeszcze…
     — Rozevound — dokończył szpieg, trzeci raz odczytując list.
     — To list od Ykhar — powiedział Ezarel, coraz bardziej rozgniewany nie wiadomo na co. — Już wiem, skąd kojarzyłem to nazwisko! Wiedziałem, że skądś je znam! Wprawdzie minęliśmy się, bo kiedy ten cały Rozevound trafił do Straży, mnie jeszcze w niej nie było, ale o nim swego czasu było bardzo głośno. Już od początku wzbudzał podejrzenia, bo bardzo interesował się Ziemią i miał o niej niebywałą wiedzę. Potem uznano go za zdrajcę, bo w czasie misji zbiegł. Na dziewięćdziesiąt procent został na Ziemi, bo, choć to było kupę lat temu, do tej pory nie udało się go znaleźć. I właśnie z nim tak często kontaktował się nasz poszukiwany Verth’an…
     — Zaraz — przerwał nagle Daniel, próbując zrozumieć, co mu właśnie sugerowano. — Niedawno rozmawialiśmy o tym, że Imre nazwał tego Rozevounda Bogiem. Uznaliśmy, że to może oznaczać, że jest Wieszczem. A skoro tak, to znaczy…
     — To znaczy — dokończył wyraźne strapiony i koszmarnie wyczerpany Ezarel — że prawdopodobnie mamy na Ziemi Wieszcza.



Odpowiedzi na komentarze





Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h08)


https://i.imgur.com/ujEBcI9.png





P A R R I E      M A S Z     4      M I E S I Ą C E      N A      D O K O Ń C Z E N I E    S P N     -    D O     2 3 . 0 3 . 2021 !
f     a     n                            l     d     s                            w     c      i     ą     g     a     j     ą     c     y                             t     o     n     y     '     e      g     o                              j     a     k                           v     e     r     ę
i n s t a g r a m                                              f a n k l u b    e z a                                        f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "
https://zapodaj.net/i

Offline

#158 02-05-2019 o 17h55

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Dwie uwagi techniczne:
"Straż", kiedy słowo występuje jako nazwa organizacji, powinno być z duże litery.

"napady hipnozy" - WUT? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Metz wyskakiwał zza rogów z wahadełkiem w łapce, spoglądała innym w oczy i mówiła "robisz się coraz bardziej senny"?. Może chodziło o napady histerii? Albo ewentualnie epizody lunatyczne?

Co do fabuły, to nadal tkwimy w zawieszeniu. Mnóstwo sugestii, dodatkowych pytań, wzrasta napięcie. Ale nie uchodzi. Jedno śledztwo w toku, drugie nagle wykwitło jak grzyb po deszczu, a do tego Metz robi za opętaną. Pytanie tylko czy coś ją opętało dopiero teraz czy teraz się zbudziło. <tum, tum, tum...> W każdym razie, czekamy na więcej /static/img/forum/smilies/wink.png

Offline

#159 21-05-2019 o 22h53

Straż Absyntu
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 4 017

Cóż moja droga dawno mnie tu nie było, lecz przybyłam podobnie chwalić cię i całować po tych cudownych pisarskich paluszkach.
Nie mam co pisać o jakich tam literówkach czy czymś takim, bo sama się na tym nie znam, a Le0kadia najwyraźniej super to robi dla ciebie.
Co do samej fabuły mocno trzyma za moje serduszko, a miło mi leżąc przybita do łóżka raz na jakiś czas nawet cofnąć się nieco w czasie do starszych rozdziałów by po przypominać sobie całość.
Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy twojego opowiadania, mnóstwa weny i energii do dalszego pisania!

Offline

#160 29-05-2019 o 17h17

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Wstyd, wstyd, wstyd! Pierwsza powinnam być tu z komentarzem! A do tej pory nic nie napisałam /static/img/forum/smilies/sad.png To wszystko przez to betowanie... Następnym razem przy betowaniu będę tworzyła komentarz, o! Wtedy na pewno nie będzie takiego wstydu...
(I już nie dziękuj mi tak przy każdym wstępie - opieka nad tym tekstem to CZYSTA PRZYJEMNOŚĆ i dobrze wiesz, że niewiele mam do roboty /static/img/forum/smilies/wink.png )

Wbrew temu co mówiłaś - rozdział wcale nie jest nudny. Nie ma w nim co prawda szybkiej akcji, pościgów, morderstw czy innych tego typu rzeczy, ale mimo to jest naprawdę interesujący. Totalnie interesujący pod względem fabularnym. Pozwala nam lepiej poznać postaci, widzieć ich rozwój i wnosi do całej historii pewnego rodzaju napięcie. Takie oczekiwanie na to, co się w końcu wydarzy. Bo jak już się wydarzy, to z pewnością będzie to coś wielkiego. Bardzo, bardzo wielkiego.

Postaci, które pojawiają się w tym rozdziale już poznałam, więc nie będę po raz kolejny przypominała jak bardzo podoba mi się ich kreacja (która jest bardzo, bardzo dobra /static/img/forum/smilies/big_smile.png ). Uwielbiam Twoją Miiko.

Czekam aż wyjaśni się dlaczego Metz prześladuje ten las. Czekam aż znajdą Wieszcza. Czekam aż wszystko w końcu wybuchnie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi... /static/img/forum/smilies/sad.png


Czekam (nie)cierpliwie na ciąg dalszy /static/img/forum/smilies/smile.png Trzymam kciuki i kopię Cię w cztery litery, żebyś się zmobilizowała.

Offline

#161 01-06-2019 o 20h12

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 11 095

https://funkyimg.com/i/2SM9F.png
Ok, trochę mnie tu nie było, bo szkoła próbowała zmusić mnie do popełnienia harakiri (czy ja tak już gdzieś wcześniej nie pisałam), ale oto jestem, świadoma, że powinnam uczyć się na biologię!

Ten odcinek pozostawia dużo niewiadomych i kończy się z intrygującą informacją na końcu. Muszę przyznać, że jestem normalnie oczarowana tym, jak stopniujesz napięcie, ale BY THE GOD'S SAKE, czemu nie ma jeszcze kontynuacji?

Czekam dalej i przysięgam, że niedługo oberwiesz obcasem :v


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

#162 26-06-2019 o 22h21

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 588

Ok ok, obiecałam sobie wstawiać rozdziały częściej i jak zwykle nic z tego nie wychodzi.
Przedstawiam wam ciąg dalszy rozwiązywania zagadek. Niestety, ale moi bohaterowie nie są tak sprytni jak większość książkowych/filmowych postaci i nie idzie im aż tak sprawnie.
Za opiekę nad tekstem jak zawsze dziękuję Amrenie - no, nie przestanę tego robić.
Życzę miłej lektury!



              W poprzednich rozdziałach...

Ziemia: Svanthor wraz z Cathielą udają się do szpitala, chcąc porozmawiać z proboszczem. Nie znajdują go tam, podejrzewając, że w wyprowadzeniu duchownego pomógł Świętoszek. W lecznicy spotykają jednak kogoś innego: młodego wikarego, Oliviera Sivę. Cała trójka zdaje sobie sprawę z tego, jak ważną misją jest odnalezienie proboszcza i Świętoszka.

Eldarya: Miiko zadręcza się, że nie potrafi zapobiec kolejnym niepokojącym wydarzeniom. Także Ewelein ma coraz więcej wątpliwości dotyczących stanu zdrowia Metztlin. Tymczasem dziewczynka, przerażona swoim ostatnim wybrykiem, obiecuje poprawę i zgadza się na nadzór, który ma sprawować nad nią Nevra.
Ezarel i Daniel otrzymują list z Kwatery, z którego dowiadują się, kim jest tajemniczy Rozevound.




              Rozdział XXXIII



     Iście niedorzeczne było uczucie spokoju, swoistego odprężenia i delikatnie kiełkującej radości, kiedy wokół działo się tak źle. Niedorzeczny był wesoło trzaskający ogień tańczący na twarzach zebranych wokół stworzeń. Niedorzeczne było ciepło rozlewające się nadzieją po sercu oraz światło spalające wszechobecny mrok. Mrok, który winien pozostać ich nieodłącznym towarzyszem, wnikając w umysły, zasiewając niepokój, napinając mięśnie gotowe do ataku i podszeptując na ucho najbardziej pesymistyczne scenariusze.
     Daniel uśmiechnął się mimowolnie, wprost nie mogąc się powstrzymać od chwilowego zapomnienia. Zaśmiał się w duchu, przyglądając się uważnie temu małemu, prowizorycznemu obozowi rozbitemu na środku jakiegoś nikomu nieznanemu lasu. Płomienie trzeszczały radośnie w palenisku, zapach pieczonego mięsa podsycał głód, a radosne szepty przywodziły na myśl wspólne pikniki z przyjaciółmi. Można było wręcz zapomnieć, że to nie zabawa, lecz misja, coraz bardziej zagmatwana i niepokojąca.
     Równie dobrze zdawał się bawić siedzący obok Imre. Stworzenie, teraz pozbawione choćby włoska na ciele, a tym samym wyglądające jak zaginione dziecię bogów, z największym uwielbieniem i skupieniem przyglądało się nabitemu na patyk upieczonemu szczurowi. Analizując każdy skrawek jego maleńkiego ciała, bardzo powoli zaczęło odgryzać mięso, lecz wszystko to robiło niezwykle powoli, ostrożnie, wręcz z nabożeństwem, jak gdyby ten jeden szczur był istnym cudem świata. Daniel pomyślał, że być może to z powodu wielkiego głodu, jaki cierpiał Imre, przez co momentalnie zrobiło mu się go żal. Myślał nawet nad tym, czy by go o to nie spytać, lecz nie za bardzo wiedział, jak zacząć. A jednak Imre nie śpieszył się z posiłkiem, za to wyglądał tak, jakby się nim delektował. Ot, polnym szczurem. Gdy skończył, rozejrzał się błogo po otoczeniu z tym swoim przerażającym, morderczym uśmiechem. I, jak zwykle, jego spojrzenie na dłużej zatrzymało się na Danielu.
     — Nie bój się — powiedział Imre słodkim, melodyjnym głosem — nie chcę was zjeść.
     Jeleń mimowolnie się uśmiechnął.
     — Słyszałem, że nie jesteśmy zbyt smaczni.
     — To prawda — Imre kiwnął głową w zamyśleniu, co wyraźnie wskazywało na to, że nie odebrał tego jako żart. — Jesteście łykowaci. Z małego kawałka mięsa trzeba wyciąć dużo niejadalnych żyłek. Choć macie mięsa dużo, nie starcza go na długo.
     Czując się odrobinę nieswojo, Daniel zastanawiał się, czy powinien w ogóle kontynuować temat. Jednak wrodzona ciekawość oraz poczucie, że stwór go lubił, nakazało mu zadawać kolejne pytania, teoretycznie żartobliwe.
     — Zdarzyło ci się kiedyś kogoś zjeść? — spytał, uśmiechając się lekko. — Kogoś z faery?
     Imre pokiwał powoli głową.
     — To znawca z ciebie — mruknął, udając, że z podziwem kiwa głową. — Dodatkowym problemem jest też zbroja, prawda? Łatwiej znaleźć kogoś, kogo nie trzeba wydłubywać z metalowej puszki.
     Loðingill zaśmiał się cichutko, a Daniel od razu pomyślał, że to najpiękniejszy śmiech, jaki kiedykolwiek słyszał. Delikatny, perlisty, dźwięczny i w jakimś sensie rytmiczny, jeszcze długo rozbrzmiewał w uszach, mimowolnie wywołując uśmiech na twarzy.
     — Wtedy zwracamy uwagę na tych, którzy jej nie mają — mruknął Imre z lekko złośliwym uśmiechem, delikatnie odwracając głowę w lewo. Także Daniel tam spojrzał i ledwo stłumił śmiech, gdy ujrzał siedzącego pod drzewem Ezarela. Alchemik od kilku godzin ślęczał nad mapami, co jakiś czas coś spisując. Kiedy ich zauważył, zacisnął usta w cienką linię, po czym demonstracyjnym ruchem odwrócił się nieco w bok, wyraźnie dając znać, że nie życzy sobie widowni.
     — Zbyt łykowaty? — zagadnął uprzejmie Daniel.
     Imremu raz jeszcze wyrwał się chichot, choć bardzo króciutki i ledwo słyszalny. Wtem Daniel zauważył ze zdziwieniem, że wywoływanie w tym przerażającym stworzeniu śmiechu sprawiało mu niesamowitą przyjemność. Tym samym pomyślał, że dobrze się stało, iż ten potwór wdarł się do obozu. Gdyby nie to, Jeleń nie miałby nawet pojęcia o istnieniu podobnych stworzeń. Gdyby nie to, nie miałby pojęcia, że mogło istnieć coś, co ma w sobie aż tyle sprzeczności. Imre był bowiem niczym bezkształtna poczwara, niebezpieczna i nieprzewidywalna, budząca silny niepokój i lodowaty strach. Lecz jednocześnie wydawał się ucieleśnieniem piękna, zbyt skomplikowanym do zrozumienia przez zwykłego śmiertelnika. I nie chodziło już nawet o jego wygląd zewnętrzny, zwłaszcza gdy zrzucał z siebie ciemne włosie i leniwie kiwające się czułki. Nie chodziło o jego lśniącą, idealnie gładką, mleczną skórę wyglądającą jak najdroższa porcelana, o duże, idealnie białe oczy, w których lśniły niewinność i groźba, czy o hipnotyzujący uśmiech, który błyskawicznie zarażał, choć mógł oznaczać najstraszliwsze niebezpieczeństwo. Chodziło przede wszystkim o aurę, którą roztaczał i która fascynowała wszystkich. Choć, mimo wszystko, u większości dominował paniczny strach.
     I właśnie nad tym strachem dumając, Daniel poczuł ogromny żal, zdając sobie sprawę, że Imre musiał czuć się bardzo samotnie. Domyślał się, że pewnie wielu odtrącało stwora, gdy już go spotkało, nie pozwalając się bliżej poznać. Zastanowił się, jakby było, gdyby to on wywoływał u wszystkich tak nieprzyjemne uczucia. Co by było, gdyby nawet jego ukochana Camille pewnego dnia zaczęła się go bać…
     — Jak wielu jest was na świecie? — spytał z największą ciekawością, jeszcze bardziej odwracając się w stronę stworzenia. Wzrok nadal miał nieco zamglony przez niedawne rozważania, lecz zmysły cały czas pracowały na najwyższych obrotach.
     Imre, nadal nie pozbywając się swojego szerokiego, morderczego uśmiechu, zastanowił się chwilę.
     — Niewielu.
     — Koło tysiąca? Dwóch?
     — Koło setki.
     Jeleń od razu pożałował swoich zawyżonych domysłów, czując jeszcze większy żal na myśl o wymierającym gatunku.
     — Przykro mi. Chociaż… potraficie zmieniać wygląd, tak? Nieraz to prezentowałeś…
     Imre gwałtownie pomachał głową w przeczącym geście, na co Jeleń momentalnie zamilkł.
     — To tylko kilka naszych form. Nie potrafimy się zmieniać w tego, kogo chcemy.
     Szpieg pokiwał głową ze zrozumieniem. Chciał wiedzieć więcej o tej rasie, choć z tyłu głowy czuł, że jeśli będzie naciskał, może przekroczyć jakąś niewidzialną granicę, której z całą pewnością przekroczyć nie chciał.
     — Dlaczego…
     Stwór nie odezwał się ani słowem, lecz w jego oczach pojawił się błysk, który momentalnie uciszył Daniela. Zamiast dokończyć zdanie, czekał cierpliwie, aż Imre sam zacznie swoją opowieść, doskonale odpowiadając na niezadane pytanie.
     — Legendy — szepnął po chwili, a szpieg znowu miał wrażenie, że nigdy czegoś takiego nie słyszał. Głos Imrego brzmiał jak miliony maleńkich, złotych drobinek opadających na szklaną powierzchnię; jak cichutkie, dobiegające gdzieś z bardzo daleka słodkie dzwoneczki. — Legendy powstają i legendy umierają. Umierają, by pozostać wiecznie żywe. Prawdziwie martwy jest ten, o kim nikt nie pamięta, a legendy… każda jest stworzona z maleńkich kawałków duszy tych, o których opowiada. Nie pozwala im umrzeć. Utrzymuje ich przy życiu póty, póki i one nie zamienią się w pył zamierzchłych wspomnień.
     Loðingill zamilkł na moment, najwyraźniej zatopiony we własnych myślach. Spoglądał nieobecnym wzrokiem w ciemne połacie lasu, a Daniel nawet nie śmiał mu przerwać. Co więcej, kątem oka zauważył, że nie tylko on słuchał opowieści Imrego.
     — Chyba że bohater legendy chce umrzeć i zatonąć w niepamięci historii. Wtedy to jego przekleństwo.
     Stworzenie lekko posmutniało, a widok ten momentalnie chwycił Daniela za serce. Nie rozumiał tego, co się wówczas działo, lecz zdawał sobie sprawę, że nawiązał z Imrem silną nić zrozumienia i, co więcej, obaj byli tego świadomi. Uważnie go obserwując, Jeleń nie śmiał nawet popędzić swojego towarzysza, choć bardzo był ciekaw odpowiedzi na niezadane pytanie.
     — Przed laty — podjął Ayyildiz — gdy nas… odkryto, bogaci panowie zabierali nas do domów i traktowali jak służbę. Byliśmy wtedy nieznanym, egzotycznym gatunkiem. Panowie chwalili się nami. Byliśmy miarą ich bogactwa i inni im nas zazdrościli. Ale niedługo trwał nasz dobrobyt. Większość nie chciała kontaktu z cywilizacją, ukrywała się, ale i tak faery dowiedzieli się, że jest nas więcej. Przestaliśmy być egzotyczni i tych trzymanych w wielkich, złotych domach, przestano traktować dostojnie. Wreszcie stali się tymi, kim mieli być od początku — niewolnikami. Nie dostrzegano w nas żadnego zagrożenia. Dopiero gdy zdarzył się wypadek, wygnano nas i uznano za posłusznych demonom. Zaczęto się nas bać i straszyć nami małe dzieci. Zaczęły powstawać niewiarygodne, przerażające historie, które podburzały lud. Zaczęto na nas polować, więc uciekliśmy. Na końcu, gdy było nas już naprawdę mało i nowe pokolenia przestały wierzyć w nasze istnienia, powstały legendy. Uchwyciliśmy je, odzialiśmy się w nie i odeszliśmy. Pod płaszczykiem legendy, w której nie ma ani ziarna prawdy. 
     Daniel wyraźnie czuł, jak po kręgosłupie spływał mu chłodny dreszcz niepokoju. Nie potrafił wyjaśnić, co było przyczyną: czy ponury i, przede wszystkim, bardzo smutny ton, którym Imre opowiadał, czy sama historia. Stwór zdawał się błądzić we własnych myślach, jak urzeczony wpatrując się w wesoło płonące ognisko. Wyraz jego twarzy był nieodgadniony i nawet Jeleń, uznawany za mistrza w sztuce demaskowania, nie potrafił go rozszyfrować.
     Ciekawiło go jeszcze, o jaki wypadek mogło chodzić. Nie miał pojęcia dlaczego, ale bał się o to zapytać. Czuł, że gdy to zrobi, przekroczy granicę, za którą mógłby zapłacić potworną cenę.
     — Jeśli kiedykolwiek zobaczysz — wyszeptał ledwo słyszalnie Imre, nadal wpatrzony w ognisko — że płaczę… uciekaj. Jak najszybciej, jak najdalej.
     Nie wiedząc, cóż innego mógłby zrobić, kiwnął lekko głową, dając do zrozumienia, że zapamięta to ostrzeżenie. Z całą pewnością je zapamięta. Był pewien, że będzie je słyszał nawet w snach.
     Rozejrzał się ukradkiem dookoła, rozumiejąc, że Imre nie wypowie już ani jednego słowa. Zdziwił się, gdy dostrzegł nieruchomego wręcz Ezarela. Jego postawa wyraźnie wskazywała na to, że słyszał całą rozmowę. Co więcej, na jego twarzy nie było śladu złośliwości, choć Daniel sądził, że mógłby zlekceważyć opowieść stwora. A jednak elf wyglądał na wyjątkowo poważnego i zadumanego. Jak gdyby i jego poruszyła opowieść, którą usłyszał.
     Dopiero po chwili alchemik zauważył, że jest obserwowany. Drgnął lekko, odchrząknął, po czym podniósł się, chwytając największą mapę, i podszedł do nich, patrząc na zebranych spod zmarszczonych brwi.
     — Już późno — mruknął ponuro niczym ojciec sugestywnie karcący dziecko — a my jutro musimy wcześnie wstać. Jeśli nie napotkamy żadnych trudności, do Thva Thalore dotrzemy pojutrze późnym rankiem…
     — Idąc cały czas na południe — zauważył Daniel z niezadowoleniem. — Jeśli przy Górach Drekkich skręcimy na wschód i przedostaniemy się przez przełęcz, możemy…
     — Albo i nie możemy — urwał Ezarel stanowczym tonem. — Tereny za przełęczą nie są zbadane i na mapie widnieją jako biała plama. Wiem, że idąc na południe, po dłuższej drodze prosto i tak będziemy musieli skręcić w kierunku gór, lecz główny trakt zaprowadzi nas do celu. Nie wiem, co jest za przełęczą i nie zamierzam głupio ryzykować.
     — Sądziłem, że jako naukowiec zechcesz przy okazji zbadać te tereny.
     Ezarel momentalnie spiorunował go wzrokiem, lecz Daniel nie potrzebował odpowiedzi, by wiedzieć swoje. Był pewien, że alchemika mocno korciło odkrycie tego, co do tej pory nie zostało odkryte, lecz odpowiedzialność, jaka na nim spoczywała, nakazywała mu wybranie bezpieczniejszej ścieżki.
     — Ruszamy o świcie — warknął, po czym odwrócił się i ruszył w stronę swojego namiotu.


     Musiał przyznać, że widoki, które malowały się tuż przed nimi, zapierały dech w piersi, choć początkowo nic na to nie wskazywało. Poprzedniego dnia, kiedy zamiast skręcić na wschód w stronę przełęczy, poszli prosto, ujrzeli przed sobą suchą, opustoszałą równinę. Porośnięta ledwie mieszkiem trawy i kilkoma krzewami, prezentowała się wyjątkowo nijako, a na dodatek mocno odsłaniała cały pochód wojowników, co było oczywiście niewskazane. Dopiero po kilkunastu kilometrach weszli do niewielkiego lasku, a to, co ujrzeli za nim, wynagrodziło im cały trud.
     U wybrzeży Thva Thalore, głównego okolicznego punktu portowego, wysokie, szaro-niebieskawe góry wyrastały nad gładkim, lazurowym morzem, otaczając je od zachodniej strony niczym kamienni strażnicy zesłani przez samych bogów. Całość robiła imponujące wrażenie, a jeszcze piękniejszy okazał się maleńki, kolorowy punkcik majaczący gdzieś na dole, tuż przy ciemnoniebieskiej linii horyzontu. To tam kolorowymi dachówkami lśniło Thva Thalore i to tam zmierzali w pierwszej kolejności.
     Daniel godzinę wcześniej został wypuszczony do przodu, aby przebadał teren i zdał raport, czy droga jest bezpieczna. Gdy wrócił i powiadomił, że wszystko jest w porządku, ponownie wyprysnął w dół, zamierzając dokonać szerszego rozeznania terenu. Tymczasem Ezarel, trochę bardziej uspokojony na myśl o bezpiecznym dotarciu do celu, nadal intensywnie rozmyślał nad tym, co znalazł w laboratorium Verth’ana. A więc Rozevound, były strażnik Kwatery, który podstępem przedostał się na Ziemię, wcześniej często spotykał się z zaginionym właśnie tutaj, w Thva Thalore. Dlaczego akurat tutaj? Być może Rozevound stąd pochodził? Ykhar w swoim liście tłumaczyła, że próbowała do tego dojść, lecz bezskutecznie. Nie miał jej tego złe, lecz tym bardziej uznał, że musieli sprawdzić tę wioskę w pierwszej kolejności. Oczywistym było, że nie spotkają tu Rozevounda ani najprawdopodobniej Verth’ana, ale według notatek, które wręczył im Ayyildiz Imre Bayraktar, znajdował się tutaj jeszcze jeden poszkodowany przez nieuczciwego zaginionego. I to właśnie z nim zamierzali się spotkać.
     Jeleń spisał się ze swoim zadaniem, ponieważ, ledwie widoczny zza swojego ukrycia, dawał im dyskretne wskazówki, którędy iść, by dotrzeć do celu. Był nim niejaki Ecthelion Jyuthayu, tutejszy żeglarz. Według Imrego, to jeden z tych, którzy bardzo chcieli się dobrać Verth’anowi do skóry, co w naturalny sposób czyniło go podejrzanym. Z tego powodu potrzebna była dyskrecja, dlatego razem z generałem Harijavem ustalili, że pójdą tylko oni wraz z trzema podkomendnymi, a reszta ustawi się wokół w ukryciu. Daniel miał czekać już na miejscu, a wedle jego doniesień Ecthelion Jyuthayu znajdował się na plaży.
     Sama wioseczka tylko z daleka wyglądała urzekająco. Wprawdzie dachy domostw rzeczywiście były kolorowe, bo i czerwone, i niebieskie, zielone, żółte, pomarańczowe i różowe, ale reszta prezentowała się bardzo nijako: ot, drewniane rudery z zarastającymi ogródkami za krzywym płotem. Domki, pobudowane dosłownie jeden obok drugiego, tworzyły zbitą ścianę z obu stron ścieżki, która w pewnym momencie zaczęła stromo prowadzić w dół. Idąc ostrożnie i pilnując, by się nie potknąć, kluczyli w stronę plaży, skąd biła ostra woń morza i ryb. Ezarel z niesmakiem marszczył nos; wprawdzie wychował się w pobliżu morza, a i Kwatera mieściła się niedaleko wielkiej wody, lecz stamtąd pachniało orzeźwieniem, wilgocią i solą, a nie smrodem gnijących ryb.
     Będąc już prawie na plaży, Ezarel dostrzegł kątem oka czającego się w cieniu jakiejś szopy Daniela. Szpieg kiwnął delikatnie głową w stronę dwóch gawędzących ze sobą starców, dając tym samym znać, że jeden z nich to ten, którego szukali. Alchemik, ściągając brwi, przyjrzał się obu mężczyznom. Nie było dla niego zaskoczeniem, że ich skóry miały odcień zgniłej zieleni, a gdzieniegdzie dało się dostrzec śliskie łuski. Większość rybaków i żeglarzy należało do ras z gatunku syrenowatych i tak też musiało być w tym przypadku.
      Kiedy Ezarel wraz z generałem Harijavem i jego trzema wojownikami zbliżali się do mężczyzn, obaj zamilkli jak zaklęci, podejrzliwie przyglądając się przybyszom. Alchemik jednak nie zamierzał tracić czasu na ceregiele.
     — Ezarel var Antàvel, Kwatera Główna — wyrecytował, błyskając im przed oczami wisiorkiem intensywnie świecącym na niebiesko. W medalion wtopiony został pył pochodzący z samego Kryształu i to jemu zawdzięczał swój nienaturalny blask. Tego rodzaju wizytówki mieli wszyscy członkowie Lśniącej i Srebrnej Straży, reszta natomiast posiadała podobne, lecz świecące znacznie mniej intensywnym blaskiem.
     — Generał Viktor Harijav, dowódca sił zbrojnych Norielath Hari — przedstawił się jego towarzysz, stanąwszy na baczność. Po chwili obaj kątem oka zauważyli, że cicho i niepostrzeżenie zakradł się do nich Daniel. Tym samym także Imre niczym cień stanął u boku szpiega, wyraźnie domagając się przedstawienia. — Wraz z nami przybyli także Daniel… — generał zająknął się, nie mogąc przypomnieć sobie nazwiska.
     — Daniel Jós Nari — uzupełnił nieco niecierpliwie Ezarel — oraz Ayyildiz Imre Bayraktar. Szukamy niejakiego Ectheliona Jyuthayu’a.
     Nietrudno było odgadnąć, który z tych dwóch to poszukiwany. Sędziwy staruszek o głowę niższy od tego drugiego, o pyzatej, rumianej buzi ozdobionej sumiastym, siwym wąsem, oraz wydatnym brzuchem, pobladł momentalnie, z przerażeniem łypiąc swoimi wodnistymi, czarnymi oczkami to na jednego, to na drugiego.
     — K-kwatera… Kwatera i Folke… mnie szukają…? — pytał lękliwie, jak gdyby próbując zrozumieć, co się właśnie dzieje. Jego kumpel wymamrotał tylko jakieś usprawiedliwienie i momentalnie się ulotnił, najwyraźniej błyskawicznie dochodząc do wniosku, że jeśli dwie tak grube ryby kogoś szukały, to nie mogło oznaczać nic dobrego.
     — Czy możemy porozmawiać w jakimś bardziej ustronnym miejscu? — spytał Ezarel surowym, choć jednocześnie w miarę uprzejmym tonem.
     Wyraźnie spanikowany starzec zaczął kiwać głową, mamrocząc coś pod nosem. Starając się unikać ich wzroku, spuścił głowę, po czym poczłapał kawałek pod górę, by dosłownie po kilku metrach przejść przez jakiś mizerny drewniany płotek i zbliżyć się do drzwi, z których łuszczyła się wyblakła, czerwona farba. Po chwili okazało się, że wnętrze prezentowało się równie mizernie i w gruncie rzeczy wyglądało jak stodoła: wyczyszczona, zadbana, ale jednak stodoła, i to dość nieskładnie wybudowana. Sprawiała wrażenie, jak gdyby cały dom składał się z jednego, ogromnego pomieszczenia, oddzielonego gdzieniegdzie kawałkiem ściany. Gospodarz nie pofatygował się nawet, by je pomalować, przez co ich krzywizna, starość i brud były znacznie bardziej uwypuklone. W niektórych pomieszczeniach stały wysokie, równie nędznie wyglądające kolumny podtrzymujące dach, lecz ich rozmieszczenie także sprawiało wrażenie powtykanych losowo. Jedynie kilka puchowych poduszek, serwetek, obrazków i świec nastawianych na każdej półeczce wskazywały, że ktokolwiek rzeczywiście tu mieszkał.
     Żeglarz poprowadził ich w głąb domku, prowadząc do niewielkiego saloniku. Ezarel poczuł się nieco lepiej, ponieważ poprzednie pokoiki nie miały dostępu do naturalnego światła, tymczasem jedna ze ścian głównej izby składała się prawie wyłącznie z szerokich okien. Elf przymknął na chwilę powieki; jeszcze do tej pory miał wrażenie, że znalazł się w jakiejś piwnicy, do której zaryglowano drzwi. Tymczasem wnętrze mimo wszystko okazało się całkiem przyjemne; choć skromnie urządzone, było jasne i ciepłe: w palenisku wesoło trzaskał ogień, a z powieszonego nad nim kotła smakowicie pachniał obiad. Wszyscy zebrani usadowili się na połatanej, choć całkiem miękkiej kanapie. Ezarel i Harijav siedzieli wyprostowani jak struna, Daniel czaił się gdzieś w kącie, a gospodarz garbił się ponuro, przytłoczony palącym spojrzeniem siedzącego naprzeciwko Imrego.
     — A więc… — zaczął żeglarz drżącym głosem. Jego upiornie blada twarz zalśniła kroplami potu. — Więc w czym mogę panom służyć?
     — Szukamy Shantaema Verth’ana, alchemika pana Anthohna Folkego, władcy Norielath Hari — wyjaśnił generał chropowatym głosem.
     Ezarel zadrżał na dźwięk tego nazwiska, lecz zachował kamienny wyraz twarzy, uparcie wpatrując się w gospodarza, próbując nie zgubić się we własnych, przesiąkniętych nienawiścią myślach.
     — VERTH’ANA?! — ryknął żeglarz, zrywając się nagle z siedziska.
     Wszyscy zebrani w środku spojrzeli na mężczyznę szeroko otwartymi oczami, zupełnie nie spodziewając się tej reakcji. Tymczasem Ecthelion Jyuthayu, poprzednio blady jak ściana, teraz momentalnie poczerwieniał, szurając gniewnie swoimi pożółkłymi zębiskami. Co jakiś czas otwierał usta, by zaraz potem je zamknąć, jak gdyby chciał coś powiedzieć, lecz żadne słowa nie oddawały tego, co czuł. Tarmosząc swoje posiwiałe wąsy, w końcu opadł na sofę, spoglądając na gości tak, jakby widział ich po raz pierwszy. Dopiero po dłuższej chwili się ocknął, nabrał powietrza do płuc, wypuścił je ze świstem, po czym na moment przymknął powieki.
     — Co z nim? — warknął gniewnie. — Tutaj go nie ma. A niechbym się tylko dowiedział, że jest gdzieś w pobliżu, to NOGI BYM Z RZYCI POWY… — Jyuthayu raz jeszcze prawie się zerwał z kanapy, lec w ostatniej chwili się powstrzymał, odchrząknąwszy znacząco. — Przepraszam — bąknął — ale ten drań… takie bydlaki jak on nie powinny w ogóle po ziemi chodzić.
     Ezarel kątem oka dostrzegł, jak Imre poruszył się lekko. Dotychczas spokojny, niemal zrelaksowany, z nieco sennym wyrazem twarzy, po tym gwałtownym wyznaniu ożywił się jakby, uśmiechając się nienaturalnie szeroko i mrużąc lekko oczy. Każdy w pomieszczeniu natychmiast zauważył tę zmianę i spiął się momentalnie, ponieważ Imre wyglądał wówczas jak rasowy morderca szykujący się do ataku. Nikt nie wiedział, jak stwór mógł zareagować w kolejnej sekundzie i jak się przed tym bronić, a jednak strażnicy zacisnęli pięści na broni, elf napiął mięśnie, gotów w każdej chwili do odskoku, a gospodarz pobladł jak mleko. Nawet Daniel wychylił się nieco, uważnie i odrobinę podejrzliwie przyglądając się stworzeniu. Wszyscy zapomnieli o głównym temacie rozmów i skupili się na bladym strachu, który ich oblał.
     — Życzysz mu śmierci — odezwał się cicho Imre, nie zmieniając wyrazu swojej upiornej, porcelanowej twarzy. Powolnym ruchem wyciągnął swoje długie, chude ręce i złożył je ostrożnie na kolanach, odrobinę pochylając się ku Jyuthayu’owi.
     Żeglarz otarł drżącą ręką spływający po czole pot, nerwowo i rozpaczliwie spoglądając na pozostałych rozmówców, szukając u nich jakiegokolwiek wsparcia. Żadnego nie otrzymał.
     — N-nie, p-an-nie… n-nie ż-życzę… — jąkał spanikowany. — N-nie życzę, a-a-ale… a-ale…
     — Czym ci ten faery zawinił? — zaciekawił się Daniel. Pytanie zadał bardzo spokojnym, wręcz kojącym tonem, nie rezygnując przy tym ze stanowczości, która miała wydobyć z przesłuchiwanego prawdę.
     Przez kilka chwil Jyuthayu wyglądał tak, jakby nie rozumiał, co się do niego mówiło. Gapił się z lekko uchylonymi ustami gdzieś w przestrzeń, a wzrok miał całkowicie zamglony. I nawet gdy już odwrócił głowę ku Jeleniowi, długo nic nie mówił.
     — Ja zaraz przyniosę — wymamrotał cicho, po czym podniósł się z kanapy i wyszedł z pomieszczenia.
     Ezarel zmarszczył brwi, dziwiąc się, a jednocześnie czując narastającą ekscytację. W wyobraźni momentalnie ujrzał obraz, w którym ten przerażony starzec przynosi mu zaginiony Składnik. Rozumiał, że to nie tylko mało prawdopodobne, ale wręcz niemożliwie, lecz nie mógł się oprzeć tej wizji. Zwłaszcza że poszukiwania Nigredo, Albedo i Rubedo już dawno temu stały się jego głównym celem podczas tej misji.
     Zdębiał, kiedy zobaczył, że żeglarz wrócił, ostrożnie niosąc jakiś mały kuferek wykonany z dębowego, bogato zdobionego drewna. Jyuthayu powoli ułożył je na niskim stoliku, patrząc na nie z najszczerszą nienawiścią. Przez chwilę stał nieruchomo, jak gdyby zastanawiając się, co dalej począć. W końcu usiadł, lecz od razu było widać, że uciekła z niego cała energia. Ze spuszczonymi głową i ramionami, wpatrywał się tępo w podłogę.
     — To już cztery lata, jak moja Iazamin całkiem podupadła na zdrowiu — zaczął, nadal na nich nie patrząc. — Choroba rozwijała się powoli, ale zmierzała do najgorszego. Myślałem, że mam czas, żeby coś wymyślić, znaleźć lekarstwo… Wędrowałem, pytałem. Zwoływałem tutaj największych medyków, znachorów i oszustów podających się za uzdolnionych magów. Próbowaliśmy wielu metod leczenia i jedne rzeczywiście pomagały, choć na krótko, a drugie nie działały wcale. Szukałem więc dalej. I znalazłem.
     — Spotkałeś Verth’ana? — spytał Ezarel.
     Żeglarz w milczeniu pokiwał głową.
     — Twierdził, że zna lekarstwo — podjął po dłuższej chwili — lecz będę musiał za nie sowicie zapłacić. Nie uwierzyłem od razu, więc zażądałem dowodów. Byłem pewien, że to kolejny szubrawiec. Ale on nie miał z tym żadnego problemu. Podarował mi… och, bogowie, nie pamiętam nazwy… — Jyuthayu przygryzł wargę — taki podłużny, nieco owalny, brązowawy kamień, z którego robiło się jakiś eliksir, trochę jak kartofel wyglądał, i on…
     — Śniączka — dopowiedział Ezarel, coraz bardziej zaintrygowany przedstawianą historią.
     — Tak — zawołał gospodarz, pierwszy raz od dawna podnosząc głowę — Śniączka. Pokazał mi, jak się je tworzy i powiedział, że podaruje mi ich kilka na początek…
     — ZARAZ — przerwał podekscytowany elf, prawie zrywając się z kanapy. — Jak to ci pokazał?!
     Żeglarz, lekko przestraszony tą nagłą reakcją, popatrzył na niego bez zrozumienia.
     — No… udostępniłem mu wszystkiego, czego potrzebował… a potrzebował niemało. Ale to, co najważniejsze, miał ze sobą. Proces stworzenia tego… tego… tej Śniączki, czy jak jej tam, trwał trzy księżyce, a pracował nad tym tylko nocą. No i w końcu zrobił…
     — Jakich składników użył? — dopytywał elf. — Jak wyglądały?
     — O, panie, ja nie pamiętam… tylko jedno takie… hm, trochę jak biała, świecąca plastelina wyglądało… nie pozwalał mi się do tego zbliżać. Twierdził, że to jak białe złoto, a nawet cenniejsze. Tylko że to złoto na pewno było, bo to takie… sam nie wiem…
     Ezarel czuł, jak zaczyna mu się lekko kręcić w głowie. Próbował poukładać jakoś wszystkie te rewelacje, lecz przeszkadzał mu natarczywy, wewnętrzny głosik śpiewający o tym, że Składniki Procesu Przemiany nie tylko naprawdę istniały, ale ma je w zasięgu ręki. To jak spełnienie jego najskrytszych marzeń i największych ambicji.
     — Albedo — wyszeptał niemal z czcią.
     — A ja tam nie wiem, jak to się to nazywało — mamrotał strapiony Jyuthayu — ale powiedział mi ten chędożony Verth’an, że… że on z tego świecącego zrobi… nazywał to Esencją. I że ta Esencja uzdrowi moją Iazamin…
     — Esencja z Albedo? — podchwycił Ezarel, mówiąc bardziej do siebie, niż do innych. — To możliwe. Albedo to faza oczyszczenia, odrodzenia. Te zagadnienia mogą dotyczyć dosłownie wszystkiego, bo na tym właśnie polega potęga Albedo i reszty Składników: że mając je w posiadaniu, można wytworzyć wszystko, wedle własnej interpretacji… i w bardzo ogólnie określonym zakresie danego Składnika. A skoro Albedo to odrodzenie, to łatwo to powiązać ze zdrowiem. Nigdy nie słyszałem o takim eliksirze, ale… to naprawdę możliwe… Co jest w tym pudełku?! — krzyknął nagle, wskazując na drewnianą skrzyneczkę.
     Żeglarz jeszcze bardziej się zgarbił i, choć przez moment widać było w jego oczach błysk gniewu, te szybko zgasły, zalane głębokim smutkiem. Nic nie mówiąc, przesunął pudełko na krawędź stolika, wyraźnie sugerując, by Ezarel je otworzył. Nie czekając ani sekundy dłużej, natychmiast przy nim uklęknął i ostrożnie podniósł wieko. To, co znalazł w środku, na moment zaparło mu dech w piersiach.
     Maleńka, smukła fiolka była prawie pusta i jedynie na samym dnie zostało odrobinę białawego, mętnego płynu. Podnosząc flakonik i obracając go pod światłem wpadającym przez okno, alchemik uważnie przyjrzał się zawartości, zastanawiając się nad tym, czy powinien ją otworzyć. Niewiele wiedział o Albedo, a jeszcze mniej o jego wytworach. Powszechnie znane były jedynie Śniączki, ale i o nich słyszało się coraz mniej, co uniemożliwiało pogłębianie wiedzy na ich temat. Jednak koniecznie musiał się przyjrzeć temu płynowi. Gdy leciutko potrząsnął fiolką, ciecz na moment rozbłysła, lecz już po kilku sekundach zaczęła powoli gasnąć. Ezarel zmarszczył brwi: substancja pochodząca z Albedo nie powinna tak szybko tracić swoich właściwości…
     — To nie jest to, o czym pan myśli.
     Zaskoczony alchemik popatrzył na zmarnowanego żeglarza, który również wstał.
     — Esencja to oszustwo — wyjaśnił, a głos mu drżał od targających nim emocji. — Zapłaciłem krocie za to draństwo, bo myślałem, że to uratuje moją żonę. Miałem jej to podawać raz w tygodniu, po jednej kropli zmieszanej z oczyszczoną wodą. Kuracja miała trwać pół roku. Nie wiedziałem, czy to pomoże czy nie, ale wtedy z Iazamin było już coraz gorzej, a tonący brzytwy się chwyta…
     Ezarel z napięciem czekał na kontynuację opowieści. Lecz wiążąc ze sobą jego nienawiść do Vertha’na i brak Iazamin w domu, mógł się domyślać, jak to się skończyło.
     — Nie wyobraża sobie pan nawet, jaki byłem szczęśliwy, kiedy już po miesiącu widać było cudowne efekty tego leczenia. Wreszcie uwierzyłem, że to rzeczywiście działa, a moja żona wyzdrowieje…
     Cisza, która nastała po tym wyznaniu, trwała bardzo długo i nikt nie śmiał jej przerwać. Jyuthayu wyraźnie ze sobą walczył, a Ezarel domyślał się, że dokończenie tej opowieści jest dla niego bardzo trudne.
     — Trzy miesiące — powiedział w końcu martwym tonem. — Działało trzy miesiące. A potem… jakbym podawał jej samą wodę. Iazamin momentalnie się pogorszyło… nie od eliksiru, ona… ona jakby po prostu wróciła do stanu sprzed kuracji… Zrozumiałem, że zostałem oszukany — wyznał z goryczą. — Wydałem na to wszystkie moje oszczędności. Sprzedałem piękny dom i wyniosłem się do tej klitki, a to wszystko na nic, bo ona…
     Wtedy głos mu się załamał i nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa. Opadł ciężko na kanapę, zakrywając twarz w dłoniach, a wszyscy zebrani wokół ponownie zamarli w ciszy, nie chcąc powiększać cierpienia gospodarza. Jednak nie mogli się stamtąd wynieść, nie uzyskawszy wszystkich informacji. Dlatego po prostu czekali ze spuszczonymi głowami, pogrążając się w ponurej zadumie. Wszyscy jak jeden mąż myśleli wtedy nie o Verth’anie, nie o żeglarzu, nie o Albedo i nie o eliksirze, ale o Iazamin. O Iazamin, której nikt z badaczy nie znał, choć wydawało się wszystkim, że znali ją całe życie. O Iazamin, która padła ofiarą okrutnego oszustwa. O największej cenie, jakie za nie zapłaciła i o chęci pomszczenia tej biednej kobiety.
     — Szukałem go potem — mruknął cicho Jyuthayu. — Szukałem, ale znalazłem jedynie innych poszkodowanych. Pamiętam ich nazwiska, mogę je panom podać, jeśli panowie tego potrzebują. Sprowadzałem tu też alchemików, pokazywałem im ten płyn… wszyscy tylko przypuszczali, że to mogło pochodzić od prawdziwego Albedo, bo nigdy czegoś takiego nie widzieli, ale na pewno nie była to prawdziwa Esencja…
     Ezarel cały czas obracał fiolkę w palcach, dumając nad jej zawartością. Nie śmiał prosić o zatrzymanie jej, lecz zastanawiał się, jak mógł delikatnie poprosić o zbadanie zawartości.
     — Pan z Kwatery? — spytał żeglarz, patrząc na Ezarela tak, jakby go widział pierwszy raz w życiu. — Jest pan alchemikiem?
     — Naczelnym alchemikiem.
     — Ach — Jyuthayu pokiwał głową. — Niech pan to zabierze. Niech pan to ode mnie weźmie. Panu przyda się bardziej.
     Ezarel ukłonił się lekko, lecz gospodarz już na niego nie patrzył. Wlepił puste spojrzenie gdzieś w bok, jak gdyby zupełnie zapominając o swoich gościach. A przecież została jeszcze jedna, najważniejsza kwestia…
     — Gdyby pan go spotkał na swojej drodze… — zaczął powoli Daniel. — Co by pan zrobił?
     — Zabiłbym go — odpowiedział cicho, nadal na nich nie patrząc.
     Alchemik podszedł do swojej torby i wyjął z niej małą fiolkę z przezroczystym płynem oraz mały naparstek. Odlał do niego odrobinę mikstury, po czym podszedł do żeglarza, podając mu napój.
     — Proszę to wypić.
     — Co to? — Jyuthayu ponuro popatrzył na naparstek. Ezarel już otwierał usta, by odpowiedzieć, lecz żeglarz mu przerwał. — A zresztą, co mi tam.
     Po tych słowach wypił zawartość, co spowodowało natychmiastową reakcję: starzec wyprostował się lekko i spojrzał na Ezarela ze spokojem i łagodnym oczekiwaniem.
     — Czy zabiłeś Shantaema Verth’ana?
     — Nie.
     Ezarel westchnął. Spodziewał się tej odpowiedzi, a mimo to i tak poczuł rozczarowanie. Nadal pozostawali w martwym punkcie, a do sprawdzenia mieli kolejne ofiary oszustw Verth’ana. I jeśli pozostali także pokażą ślady używania Albedo, to by oznaczało, że zaginiony rzeczywiście miał przy sobie te słynne Składniki. A to oznaczało…
     To oznaczało, że musieli go znaleźć. Za wszelką cenę.



Odpowiedzi na komentarze





Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h08)


https://i.imgur.com/ujEBcI9.png





P A R R I E      M A S Z     4      M I E S I Ą C E      N A      D O K O Ń C Z E N I E    S P N     -    D O     2 3 . 0 3 . 2021 !
f     a     n                            l     d     s                            w     c      i     ą     g     a     j     ą     c     y                             t     o     n     y     '     e      g     o                              j     a     k                           v     e     r     ę
i n s t a g r a m                                              f a n k l u b    e z a                                        f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "
https://zapodaj.net/i

Offline

#163 28-06-2019 o 18h44

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Imre, mój ulubieniec <3 Więcej go, więcej jak najwięcej. I niech zapłacze. Niech poje wewnętrzne oko mi każe coś się wtedy dzieje <3

Cóż, co do fabuły dużo powiedzieć nie można. Małymi kroczkami, byle do przodu. Mogę natomiast to i owo powiedzieć na temat formy - bardzo ładnie rozpisana perspektywa Daniela. Opisy bardzo obrazowe, szczegółowe, ale nie nachalne ani przytłaczające. Chociaż całość miała jakiś poetycki wydźwięk, przeleciało się przez to szybko i z przyjemnością. Duża różnica w porównaniu z nadzdobnym stylem z początku. Jak profesjonalistka w tym kawałku osiągnęłaś efekt o jaki chodziło przy użyciu dość prostych, lecz eleganckich form. To tak jakby porównać przesyt kapiącego złotem rococo machniętego przez średniego rzemieślnika (początek) z stonowaną elegancją stylu wiktoriańskiego. Rzadko tak chwalę więc się tarzaj w lubością w tym komciku jak wesoła świnka w chłodnym błotku w trakcie upału.

I dzięki za przypomnienie o Cenie - paradoksalnie tekst do wrzucenia mam, nawet na 2 może nawet 3 części, ale jakoś przy tych temperaturach nie potrafię zabrać się do korekty /static/img/forum/smilies/neutral.png trzeba będzie poratować opko, ale może to jutro. Dzis jestem po dentyście, dośc traum na jeden dzień, żeby byc jeszcze łowcą baboli.

Btw - widzę, że "Czający..." cię pokonali. /static/img/forum/smilies/big_smile.png rozumiem. Duże bloki tekstu na raz, szczególnie kiedy nie do końca się wie (albo w ogóle), o co pełza nie są fajne. Ale tym sposobem zamykam żale odnośnie zbyt krótkich odcinków xD (a ta, która dała zamówienie na opko i tak happy). Wyobraź sobie teraz, że i u reszty nie dzielę rozdziałów na fragmenty ;]

Offline

#164 06-07-2019 o 11h24

Straż Absyntu
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 4 017

Methrylis przybyłam znowu ja, by móc cię pochwalić i polać miodek na twoje gorące serduszko by zrobić ci dobrze, bo po przeczytaniu rozdziału stwierdzam że jest wow! Już wiem czemu, Le0kadia zachwyca się Imre, postaci ciekawa, lecz do mnie akurat nie przemówiła, jednakże samo to jak opisujesz bohaterów, daje mi wiele do myślenia i podoba mi się to! Wiele mogę wyciągnąć z czytania twojego opowiadania i bardzo ci dziękuje za wskazówki, jakie napisałaś u mnie, w pełni skorzystam z każdej rady, a tobie życzę weny i czasu, byś mogła dalej tworzyć piękną historie na naszym dziale FF.

Offline

#165 13-07-2019 o 14h13

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 847

Kolejny świetny rozdział, nastrój bohaterów udzielił mi się podczas czytania.
Btw gdzieś w środku zjadłaś ł i został czasownik zakończony na samo ą, co mnie strasznie boli xd
Naprawdę super. Czekam na więcej eluwa

Offline

#166 03-08-2019 o 21h15

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Arghht! Przez betowanie zapominam potem o wstawieniu tutaj komentarza!
Głupia ja... /static/img/forum/smilies/sad.png /static/img/forum/smilies/sad.png /static/img/forum/smilies/sad.png

Także standardowo jestem mocno spóźniona...

Co do samej fabuły - rozdział jest przeciekawy. Lubię takie rozdziały, ponieważ kreują one obraz świata w mojej głowie. Do samej historii nie wnoszą wielkich fajerwerków, ale stanowią ważny element, bez których tych fajerwerków później nie będzie /static/img/forum/smilies/wink.png

Imre - uwielbiam Twojego "potworka". Jest w nim coś co mnie przeraźliwie smuci. Chyba po prostu mu współczuję. I rozumiem go.

Co do samego stylu - Le0kadia już wystarczająco Cię wychwaliła /static/img/forum/smilies/big_smile.png Naprawdę jest duża różnica pomiędzy pierwszym rozdziałem i ciężkimi opisami, a tym, w którym bardzo plastycznie wszystko opisujesz, jednocześnie utrzymując pewną lekkość. Za to brawa! /static/img/forum/smilies/smile.png Chylę czoło /static/img/forum/smilies/smile.png

Oczywiście czekam aż wrócisz do domu, zasiądziesz na tyłku i napiszesz kolejny, wspaniały rozdział /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#167 13-10-2019 o 22h02

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 588

To mój niechlubny rekord - ponad 2 miesiące bez postu. Ale tak wyszło, że sporo się u mnie w tym czasie zmieniło, było nóstwo zamieszania i tak naprawdę nadal nadrabiam liczbe zaległości, w tym pisanie.

Dodatkowo miałam takie zamieszanie w materiale, który chciałam tu opublikować, że powstało sporo nadwyżek. Więc za tydzień-dwa może dodam kolejny rozdział ;] Zależało mi na tym, by dodać tu dwie części, ale to zajęłoby naprawdę bardzo dużo stron. Dlatego ten rozdział jeszcze będzie nudnawy, ale kolejne powinny się powoli rozkręcać.

Wiem, że to napięcie nie ma na razie ujścia, co może męczyć. Staram się przyspieszyć akcję, ale muszę mieć na uwadze, że akcja na Ziemi i w Eldaryi musi iść w pewnym sensie równiutko. W pewnym momencie te dwie akcje się zderzą, ale musi się to stać w idealnym momencie, którego muszę pilnować.

Tyle ode mnie gwoli tłumaczenia. Jak zawsze pięknie dziękuję Amrenie za opiekę nad tekstem c:

Życzę miłej lektury!



              W poprzednich rozdziałach...

Ziemia: Svanthor wraz z Cathielą udają się do szpitala, chcąc porozmawiać z proboszczem. Nie znajdują go tam, podejrzewając, że w wyprowadzeniu duchownego pomógł Świętoszek. W lecznicy spotykają jednak kogoś innego: młodego wikarego, Oliviera Sivę. Cała trójka zdaje sobie sprawę z tego, jak ważną misją jest odnalezienie proboszcza i Świętoszka.

Eldarya: Ekipa poszukująca Verth'ana rozbija obóz w lesie. W czasie postoju Daniel dowiaduje się więcej na temat rasy Imrego. Kiedy następnego dnia docierają do odpowiedniej osady, przesłuchują tam mężczyznę, który niegdyś skorzystał z usług uczonego. Jak się okazało, obiecał lek, który uleczyłby ciężko chorą żonę mężczyzny, lecz lek okazał się wielkim oszustwem. Mimo to dzięki tym informacjom Ezarel utwierdza się w przekonaniu, że Verth'an jest w posiadaniu Składników Przemiany.




              Rozdział XXXIV



     Mówi się, że z prądem płyną tylko martwe ryby. Że życie należy brać za rogi, nie patrzeć wstecz i ryzykować wszystko, bo tylko w ten sposób można uczynić swój żywot wartościowym, ciekawym. Tylko tak można poczuć ciekawość przyszłości: dzięki ciągłym zmianom. Zmianom na lepsze.
     Cathiela zupełnie się z tym nie zgadzała, już dawno zauważając, że wszelkie zmiany, jakie ją spotykały, były coraz gorsze. Dlatego wolała trwać w swojej podłej, szarej rutynie, dbając o nią z największą ostrożnością jak o popękaną, porcelanową figurkę, która pod wpływem większego wstrząsu w każdej chwili mogła rozpaść się w drobny mak.
     Ona też była taką porcelanową lalką. Popękaną, przerażoną lodowatym wichrem zmian. Wichrem, który przecież sama przywołała.
     Tym ponurym myślom wspaniale sprzyjała głęboka, smutna cisza zalegająca w pomieszczeniu. Przerywały ją jedynie dźwięki starej, ledwie działającej aparatury medycznej, która miała utrzymywać pacjenta w stabilnym stanie. Cathiela, siedząc tuż obok jego łóżka, przyglądała mu się z największą trwogą, uporczywie walcząc z myślą, że to między innymi ona doprowadziła go do takiego stanu. Nie zareagowała w porę, nie wyrwała go ze szponów Yorgorena, nie odciążyła go z tego, co odkrył.
     W końcu świadomość, że pracowało się nad czymś, co przy okazji zabijało małe dzieci, stanowiło ogromne obciążenie.
     I właśnie wtedy, kiedy Abélard Leavitt leżał na łóżku, pogrążony w płytkim, niespokojnym śnie, widać było, jak wiele kosztowały go te badania. Jego poorana głębokimi zmarszczkami twarz miała kolor niezdrowej szarości, policzki były przerażająco zapadnięte, a siwe, przydługie włosy przerażająco przerzedzone. Praca w laboratorium bardzo powoli go wykańczała, aż w końcu całkowicie go przerosła, zwalając z nóg. Lekarze twierdzili, że to tylko zasłabnięcie, a jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, ale ta wiadomość nie uspokoiła Cathieli tak, jak się tego spodziewała. Nadal bardzo się bała o starca. Oraz o to, co odkrył tygodnie temu.
     O to, co odkrył tygodnie temu, powtórzyła w myślach. Całe tygodnie bezczynności. I oto, do czego ta bezczynność doprowadziła.
     Drgnęła zlękniona, kiedy poczuła na swoim ramieniu czyjąś dłoń. Nie musiała się odwracać, by wiedzieć, do kogo należała, dlatego nie reagowała.
     — Czas na nas, Pastereczko.
     Svanthor wypowiedział te słowa łagodnie, cichutko, niemal z czcią, na jaką zasługiwał staruszek leżący w tej sali. Mimo to brzmiała  w jego głosie pewna stanowczość, bez której Cathiela z pewnością mimowolnie zignorowałaby ten komunikat.
     — Wracajmy — dodał — bo jeszcze trochę, a i ty będziesz tu leżeć. Jesteś blada jak trup.
     — Powinnaś coś zjeść — odezwał się nieco nieśmiałym, strapionym głosem Hieronim. — Od rana nic nie jadłaś…
     — Pomodlić możesz się w domu. Nie pomożesz profesorkowi, jak sama padniesz jak długa.
     — W ogóle nie mogę mu pomóc — wyszeptała ledwie słyszalnie.
     Poczuła, jak dłoń Svanthora nieco mocniej zaciska się na jej ramieniu.
     — To się jeszcze zobaczy, Pastereczko — zagadnął tajemniczo.
     Cathiela, choć nie widziała jego twarzy, wręcz mogła wyczuć, że się przez moment uśmiechnął. Dziewczyna z trudem stłumiła westchnienie pełne zrezygnowania; jeśli Edvarssen miał jakiś plan, to nie zwykło kończyć się dobrze. Uwielbiał ryzyko i pluł na to, co mógł stracić, zaślepiony tym, co mógłby zyskać. Cathiela tak nie potrafiła, ponieważ odkąd pamiętała, martwiła się o swoją młodszą siostrzyczkę. Czuła się za nią odpowiedzialna i sama niejednokrotnie poświęcała swoje dobro i zdrowie, byle tylko Aenyati żyło się choć odrobinę łatwiej. A teraz, patrząc na wycieńczonego Leavitta, uzmysłowiła sobie, że musiała dać spokój tej zabawie w kotka i myszkę. Yorgoren z pewnością miał ją już na oku, podejrzewając o szpiegostwo. I nawet jeśli nie miał dowodów, wcale ich nie potrzebował — niegdyś, przed laty, dobrowolnie zaoferował Cathieli i Aenyati schronienie, w zamian za drobną przysługę. Gdyby uznał, że jest nielojalna, w każdej chwili mógłby je wywalić za próg.
     Przymknęła powieki, starając się choć na chwilę zapomnieć, że nie jest sama.
     Spróbowała powstrzymać łzy, które napłynęły do oczu.
     Nienawidziła okazywać słabości, dlatego walczyła sama ze sobą, by tak po prostu nie zacząć płakać. Choć od bardzo dawna miała na to wielką ochotę, naiwnie marząc, że być może dzięki temu będzie jej prościej. Marząc, że dzięki temu kamienie, od lat ciążące na jej sercu, wreszcie opadną. Przywykła do nich oraz do uczucia niepewności. Nie wiedziała, co ją spotka następnego dnia, następnego tygodnia czy miesiąca. Nie wiedziała, co się stanie z nią i z jej siostrą, nie wiedziała, czy przeskoczą kolejne przeszkody. Właśnie ze strachu przed tymi niewiadomymi Cathiela nigdy nie zastanawiała się nad przyszłością, a gdy tylko takie niechciane myśli wkradały się do jej głowy, natychmiast je odtrącała. Bała się swojej przyszłości, doskonale wiedząc, że zapewne namalowana jest najczarniejszymi barwami.
     Jednak do tej pory strach wynikał z niewiedzy. Tym razem jednak niepokój nie pozostawał gdzieś daleko w tyle lub mocno z przodu. Tym razem był przerażająco realistyczny, wyraźnie pachnący bólem i lękiem. To było coś, co kazało Cathieli zatrzymać się na moment i rozejrzeć się dookoła, by zobaczyć, że to już nie są igraszki tylko prawdziwe ryzyko, przez które podświadomie stawiała na szalę wszystko, co miała.
     — Macie rację — mruknęła cichutko, podnosząc się z miejsca. — Wracajmy. Mam już dość.
     Czuła na sobie zaniepokojone spojrzenie Hieronima oraz badawczy wzrok Svanthora. Ignorując to, czym prędzej wyszła z sali. Jednak gdy zobaczyła, kto czekał na zewnątrz, gwałtownie się zatrzymała, czując, że serce wali jej jak oszalałe. Z jednej strony nie spodziewała się tu swojego szefa, choć z drugiej było to dość oczywiste. I kiedy szok powoli zaczął ustępować, Cath zauważyła, że Yorgoren zrzucił swoją maskę i zamiast wszechwiedzącego, bezczelnego rudzielca stał przed nią lekko roztargniony i być może nawet skruszony mężczyzna. W tej wersji nie wyglądał tak groźnie, lecz cóż z tego, skoro za jego plecami stał Casper. Zielonowłosa od razu przypomniała sobie ich niegdysiejsze „spacery”, zastanawiając się, jak wiele informacji zdążył już zebrać na ich temat.
     — Spodziewałem się, że cię tu znajdę — odparł Yorgoren zaskakująco chłodnym tonem, który sprawił, że Cath momentalnie skurczyła się w sobie. — Ostatnio bardzo się przywiązałaś do Abélarda. Czyż nie?
     Nie odpowiedziała, bojąc się choćby pisnąć. Zlękła się jeszcze bardziej, gdy usłyszała, że na korytarz wyszli też Svan i Hieronim. I o ile ten drugi był niegroźny, tak Edvarssen miał niewyparzoną gębę i zapewne nie wyczuł, że pyskowanie było w tej sytuacji absolutnie niewskazane.
     — Jak się miewa? — dopytał Yorgoren, świdrując Cathielę wzrokiem.
     — Jest bardzo słaby, ale lekarze mówią, że wystarczy mu kilka dni odpoczynku, by wrócił do formy.
     — Pewnie uważasz, że to moja wina?
     Tym pytaniem mocno ją zaskoczył, zwłaszcza że i na to nie miała przygotowanej żadnej odpowiedzi.
     — A niby kogo?
     Raz jeszcze przymknęła powieki, nie mogąc uwierzyć, że Svan naprawdę to zrobił i odezwał się w tak bezczelny sposób do jej szefa. Przez to naprawdę mocno się przestraszyła, że jeszcze dzisiaj wraz z Aeną będą musiały się wyprowadzić.
     — Czy ty, człowieku, wiesz, ile ten staruszek ma lat? — warczał Svan, patrząc na Yorgorena spod byka. — Dużo — wycedził, nie doczekawszy się odpowiedzi. — Ludzie mający dużo lat zwykle nie mają aż tyle siły, by harować dzień i noc nad wymyślnymi projektami jakiegoś j####### marzyciela. A jak ci, k####, wrzucę worek kartofli na plecy i każę pracować po dwanaście godzin dzień w dzień, to jak myślisz, ile tak pociągniesz, c####?
     — Svan! — jęknęła coraz bardziej przerażona Cathiela, mając nadzieję, że jej towarzysz zrozumie to krótkie ostrzeżenie. Nic z tego, zwłaszcza że obaj mierzyli się wzrokiem, kompletnie ignorując wszystkich dookoła. A długa cisza, która między nimi zapadła, była zatrważająca.
     — Pewnie niedługo — odparł w końcu Yorgoren z największym spokojem. — Dlatego przyznaję się do winy. Niedostatecznie zadbałem o naszego wspólnego przyjaciela. Jest mi z tego powodu okropnie wstyd i mam nadzieję, że Abélard, gdy tylko się obudzi, wybaczy mi to haniebne zaniedbanie.
     Przyznał się do tego zbyt gładko, powiedział to zbyt swobodnym tonem. Cathiela dziwiła się, dlaczego Yorgoren postawił na tak prosty do wykrycia blef, lecz to jeszcze bardziej ją niepokoiło. Musiał się czuć wyjątkowo pewnie, skoro tak bezczelnie to okazywał. Zresztą, dziewczyna wcale się temu nie dziwiła: jakim była dla niego zagrożeniem? Absolutnie żadnym. To on dał jej schronienie, nakarmił, objął opieką.
     Był jej właścicielem. Dlatego miała związane ręce.
     — A teraz was przeproszę — odezwał się po chwili Yorgoren, tym samym obojętnym, swobodnym tonem — ale chciałbym się spotkać z naszym przyjacielem.
     Cathiela czym prędzej oskoczyła na bok, chcąc jak najszybciej uciec przed tym potworem. Przerażona tym całym zajściem zerknęła ostrożnie na Svanthora, który cały czas piorunował Yorgorena wzrokiem. Dopiero kiedy trzasnęły drzwi, zielonowłosa odrobinę się uspokoiła.
     — No i na co ten teatrzyk?! — warknęła, podchodząc do Svana. — Na coś na niego warczał?! Czyś ty oszalał?!
     Spodziewała się, że mężczyzna zaraz na nią naskoczy i odparuje, że Yorgorenowi się należało, więc nie ma czego żałować. Ten jednak, ku wielkiemu zaskoczeniu Cathieli, zmieszał się odrobinę, patrząc gdzieś w bok spod zmarszczonych brwi.
     — Może faktycznie, trochę mnie poniosło — burknął. — Ale zasłużył c### jeden.
     Westchnęła, spuszczając ramiona. Widocznie ten typ tak ma, pomyślała, nadal silnie zaniepokojona.
     Cały czas zerkała na Svanthora, jakby w nadziei, że wymyśli coś mądrego na załagodzenie tej całej sytuacji. Zwłaszcza że była absolutnie pewna nadchodzących kłopotów związanych z niedawną rozmową z Yorgorenem. Jednak Svan zdawał się zajęty czymś zupełnie innym: rozglądał się za czymś po korytarzu, jakby dopiero teraz sobie o czymś przypomniał.
     — A gdzie Hieronim? — spytał ze zdziwieniem, cały czas błądząc dookoła wzrokiem. — Zwiał? Co za tchórz — zarechotał.
     Szczęściarz, pomyślała.
     — Powinieneś zwiać razem z nim — mruknęła, kierując się ku wyjściu.
     Nie miała tam już nic do roboty, a panicznie się bała ponownej konfrontacji z Yorgorenem. Niezupełnie wiedziała, dlaczego: w końcu poniekąd z nim mieszkała, widywała go setki razy i nierzadko się z nim sprzeczała. Owszem, niekiedy odczuwała wobec niego pewnego rodzaju… respekt, a czasem nawet niepokój. Lecz to, co targało nią wtedy, było czymś zupełnie innym. Czymś jak ciemne, burzowe chmury zbierające się gdzieś w jej umyśle, grzmiące z tyłu głowy. Czuła, jak jakaś potężna siła wwierca się w jej trzewia, a żołądek opada na samo dno i lepi się do kręgosłupa, zabierając dech w piersi.
     Strach od zawsze był jej nieodłącznym towarzyszem, ale do tej pory wydawało jej się, że potrafiła nad nim panować, zwłaszcza że do niego przywykła.
     Nad tym nie potrafiła.
     — Ile jeszcze razy będziesz mi to wypominać — burknął Svan, marszcząc czoło. — Poniosło mnie i tyle. A zresztą! Tylko na niego nawarczałem! A mogłem mu w gębę dać, bo zasłużył. A i za to niewiele mógłby mi zrobić…
     — Ale mnie mógłby! — syknęła Cathiela, równie wściekła, co przerażona. — I Aenyati! Ona jest od niego kompletnie uzależniona! Ja bym sobie poradziła, ale ona… — Zielonowłosa na powrót zmarkotniała. — To słodkie dziecko, niewinne. Zginęłaby, gdyby ją Yorgoren wyrzucił i kazał iść w świat. Rozumiesz? Myślisz, że po co ja to wszystko robię? Po co pracuję dla Yorgorena? Po co pozwalam się poniżać? Nie wierzę, że tego nie rozumiesz. Nie wierzę, że nigdy nie miałeś nikogo bliskiego.
     Spodziewała się jakieś wymijającej odpowiedzi, dlatego zaskoczyła ją cisza, która nagle między nimi zaległa. Zdążyli wyjść ze szpitala i odetchnąć świeżym powietrzem, zanim Svan podjął rozmowę. A gdy się odezwał, jego głos brzmiał dziwnie obco i odlegle. Jakby mężczyzna na chwilę odpłynął myślami bardzo daleko.
     — Miałem — odparł w końcu, nie dodawszy więcej ani słowa.
     Cathiela mimowolnie pożałowała tego ostatniego pytania, choć wciąż uważała, że jej kompan zasługiwał na naganę. Niemniej wzmianka o bliskich musiała wzbudzić w nim jakieś ponure, nieszczęśliwe wspomnienia. Wszak Svan nigdy nie wspominał o swojej przeszłości, a tym bardziej o rodzinie, a skoro tyle lat tułał się po świecie, jasnym było, że nie miał nikogo bliskiego. Poczuła ukłucie żalu na tę myśl, na bok spychając cisnące się gdzieś z tyłu głowy myśli, że przecież była taka sama jak on; tak samo samotna, żałosna i godna najnędzniejszego współczucia.
     — Wracamy — warknął nagle, wybudzając Cath z ponurej zadumy. — Musimy pogadać.

     Kiedy dotarli do dusznego, ciasnego domku Hieronima, prędko się okazało, że jego właściciel już dawno tam przebywał, oddając się swojemu ulubionemu zajęciu, czyli parzeniu herbaty. Nie był przy tym tak swobodny i rozśpiewany jak zawsze, a jego pomarszczoną twarz co jakiś czas przeszywał cień niepokoju, wykrzywiający usta w okropny grymas strachu. Początkowo Cathiela nie wiedziała, co mogło wywołać ten stan, dlatego lekko się wystraszyła. Nawet Svanthor zmarszczył powieki, obserwując roztrzęsionego Hieronima.
     — A tobie co, zdrajco? — spytał, nadal mierząc go podejrzliwym spojrzeniem.
     Starzec drgnął gwałtownie, patrząc na Edvarssena tak, jakby widział go pierwszy raz w życiu. Dopiero po chwili się otrząsnął, odwrócił wzrok, wzruszył ramionami, po czym odwrócił się, by wrócić do blatu i nalać herbaty do trzech filiżanek. Mocno zdziwieni tym zachowaniem, Cath i Svan nie odzywali się ani słowem, czekając na rozwój wydarzeń. W tym czasie Hieronim z największą ostrożnością ułożył filiżanki na okrągłym stole stojącym na środku pomieszczenia, które stanowiło połączenie kuchni, salonu i sypialni, po czym usiadł na jednym krześle, układając złożone ręce na stoliku i patrząc w dół.
     Jeszcze długo plątała się między nimi lepka, ciężka cisza, wwiercając się w uszy wyjątkowo boleśnie.
     — Straszny człowiek — odezwał się w końcu Hieronim, wzdrygając się gwałtownie. — To ten zwyrodnialec, tak? Ten… ten, o którym mówił pan Leavitt… że…
     — Tak — urwała Cathiela, widząc, że mówienie o tym przychodziło staruszkowi coraz trudniej. — Według tego, co mówił Leavitt, to Yorgoren wie o Nigredo więcej, niż twierdził…
     — Przestań się w tańcu p####### i mów normalnie — warknął wyraźnie rozgniewany Svan. — Macza w tym swoje brudne paluchy, s######.
     — Ale niby jak? — spytała Cathiela. Mogło to zabrzmieć tak, jakby poddawała wątpliwościom tę dość śmiałą tezę, jednak było zupełnie inaczej. Czego jak czego, ale winy Yorgorena zielonowłosa była całkowicie pewna. Nie miała jednak pojęcia, jak ktoś tak… mimo wszystko „nijaki” jak jej szef mógł wywołać taką katastrofę. Według słów Leavitta, mógł zrobić to nieświadomie, jednak to w żaden sposób go nie usprawiedliwiało.
     Ku jej ogromnemu zaskoczeniu, a także odrobinie oburzenia, Svan uśmiechnął się bezczelnie.
     — W ogóle mnie nie słuchacie — odparł niby pretensjonalnym tonem. — A zwłaszcza ty, Pastereczko. Już ci mówiłem, że mam swoje podejrzenia.
     — Jakie? — wypalił niecierpliwie Hieronim bez zbędnych wstępów.
     Cathiela poczuła nagle pilną potrzebę opuszczenia mizernej chartki. Poczuła, że musi stamtąd wyjść, pobiec do siostry, zamknąć drzwi na klucz i się nie wychylać. Zapomnieć o znajomości ze Svanthorem i Hieronimem, zapomnieć o tym, co widziała, czego się dowiedziała, a na końcu wyjaśnić wszystko swojemu szefowi i poprosić go o wybaczenie. A w najgorszym wypadku odejść z tego miasta i spróbować znaleźć swoje miejsce gdzie indziej. W końcu robiła to dziesiątki razy.
     Kiedy o tym myślała, zdała sobie sprawę, że to nie tylko bzdurne mrzonki, ale być może jedna z najważniejszych decyzji w jej życiu. Czy odwagą mogłaby nazwać podjęcie ryzyka i ucieczkę z tego domu? A może to tchórzostwo względem tego, jak daleko już zaszła i co mogłaby zrobić, by pomóc tym biednym dzieciom? I może właśnie to byłoby odwaga, a poddanie się tchórzostwem? Cokolwiek by to nie było, Cathiela czuła z tyłu głowy, że to, co zrobi w tej jednej, krótkiej, ulotnej chwili, zaważy na jej przyszłości.
     Czy to odwaga, czy tchórzostwo, że była odrętwiała ze strachu, nie mogąc ruszyć choćby palcem, przez co wciąż siedziała na krześle, jedynie marząc o ucieczce? Nie wiedziała. Nie chciała wiedzieć.
     — Pastereczko — charknął Svan, a zielonowłosa drgnęła nerwowo, czując, że skutki podjętej przed chwilą decyzji nadejdą szybciej, niż się tego spodziewała. — Jesteś w stanie naszkicować ogólny plan tej pipidówy, którą ten c### twój szef uważa za swoją siedzibę?
     Chce się włamać, pomyślała beznamiętnie, coraz silniej przejęta strachem.
     — Byłabym — odparła wypranym z emocji głosem, patrząc niewidzącym wzrokiem gdzieś w dal. — Nie wiem tylko, po co ci to.
     — Ach, Pastereczko, ty jakaś mało myśląca dzisiaj jesteś — nadął się Svan, lecz ta żartobliwa obelga podziałała na Cath jak kubeł zimnej wody. Zerwała się z krzesła, patrząc na mężczyznę buntowniczo.
     — I po co chcesz tam leźć, hę?! — warknęła. — Po co? Żeby się przespacerować? Żeby znowu nazwymyślać Yorgorena? Żeby za to wściekł się na mnie i wyrzucił Aenę na zbity pysk?!
     Svanthor westchnął, przymykając na moment oczy.
     — Nikt tego nie chce. Ale czasami trzeba podjąć pewne ryzyko, żeby…
     — Żeby co?! — wrzasnęła, tracąc nad sobą panowanie. — Żeby się tam włamać i grzebać w rzeczach Yorgorena, kiedy pół godziny wcześniej go zwyzywałeś?! Nie wiem, co planujesz i co przed nami ukrywasz, ale jeśli myślisz, że to dobry pomysł zrobić włam, to jesteś zaskakująco głupi!
     — Musimy to zrobić! — upierał się Edvarssen. — Stoimy w miejscu, a po Świętoszku ani śladu! Ten c###, twój szef, na pewno ma z tym wszystkim coś wspólnego. Pomyśl: to on wywołuje Nigredo, tak? C### mnie obchodzi, czy robi to celowo, czy przypadkiem, ale nie uważasz, że skoro wychodzą mu takie efekty uboczne, to bezpiecznie byłoby spalić dowody?! Świętoszek zwiał, ale mamy pod nosem jeszcze tego całego Yorgorena. Po dobroci na pewno nic nam nie powie, więc sami musimy się dowiedzieć tego i owego.
     Momentalnie opuściły ją wszystkie siły. Zamykając oczy, usiadła powoli na krześle, ostrożnie układając ręce na stole. W głowie jej huczało, mięśnie jakby zwiotczały, a serce stało się ciężkie nie do wytrzymania. Miała dość.
     — Rób, co chcesz — mruknęła zrezygnowana. — Jak tam pójdziesz, to cię może zabiją.  Jak pójdę razem z tobą, będzie jeszcze gorzej. Chociaż, z drugiej strony, Yorgoren i tak wie, że oboje przeciw niemu knujemy.
     — Dlatego ty, Pastereczko — odparował natychmiast — jesteś mi potrzebna do czegoś innego. Znasz cały ten gmach, co jest nam bardzo potrzebne. I nie jestem głupi — burknął, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o zarzutach Cathieli — bo wiem, że ja tam wleźć nie mogę. Ty wprawdzie możesz, ale to też zbyt wiele nie da, bo za dobrze cię zna. Dlatego pomyślałem o kimś innym…
     — Ojeju — westchnął wyraźnie zmartwiony Hieronim, zasłaniając usta dłonią. — Nie jestem pewien, czy ten młody wikary zechce z wami współpracować. Sami wiecie, ile przeszedł… Po tobie spodziewałbym się takiego okrucieństwa, Svanthorze — syknął, łypiąc ponuro w stronę Edvarssena — ale panienka Cathiela na pewno by tak nie postąpiła! Dlatego dajcie mu święty spokój…
     Wtem po całym ciasnym, wilgotnym, podejrzanie pachnącym pomieszczeniu rozlał się gromki śmiech. Svan, wyginając się do tyłu, położył dłoń na klatce piersiowej, śmiejąc się do rozpuku. Cathiela aż podskoczyła, zaskoczona tą nagłą reakcją, Hieronim natomiast, wyraźnie oburzony przerwaniem jego przemowy, mordował go spojrzeniem.
     — Stary, dobry Hieronim! — wrzasnął radośnie Svan, podchodząc do staruszka i mocno go obejmując. Przez chwilę wyglądali jak najlepsi przyjaciele ze starych, dobrych lat. — Gdybyś tylko był tak samo bystry jak zabawny… ach!
     — To o co ci chodzi? — burknął, coraz bardziej zirytowany.
     — O to — zaczął powoli i swobodnie — że kogoś innego miałem na myśli.
     — Kogo?
     Hieronim nie wiedział, o kim mówił Svan. Nie miał bladego pojęcia i nie chciał tego wiedzieć.
     Tym bardziej, że z tyłu głowy formowała się już wyjątkowo paskudna odpowiedź.



Odpowiedzi na komentarze




Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h09)


https://i.imgur.com/ujEBcI9.png





P A R R I E      M A S Z     4      M I E S I Ą C E      N A      D O K O Ń C Z E N I E    S P N     -    D O     2 3 . 0 3 . 2021 !
f     a     n                            l     d     s                            w     c      i     ą     g     a     j     ą     c     y                             t     o     n     y     '     e      g     o                              j     a     k                           v     e     r     ę
i n s t a g r a m                                              f a n k l u b    e z a                                        f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "
https://zapodaj.net/i

Offline

#168 18-10-2019 o 18h53

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 340

Wspólna cecha Hieronima i Cath? Używanie wyparcia jako tarczy, jednak ta prędzej czy później się łamie i człek dostaje światem z liścia jak starą rybą w twarz. Svan znów... Cóż, bohaterowie mają to do siebie, że ratując świat robię z innych szczeble drabiny, po której pędzą. szczeble, które nierzadko się łamią. Lepie nie być przyjacielem bohatera. Żadnego.

Offline

#169 22-01-2020 o 21h12

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 588

Nie ma co się tłumaczyć, bo znowu strasznie zaspałam. Powiem tylko tyle, że przyczyną nie jest żadne wypalenie albo brak pomysłów. Nie zapomniałam o Teatrze i cały czas zamierzam publikować kolejne części.
W nagrodę za cierpliwość oddaję dłuższy rozdział, od którego akcja powinna trochę ruszyć, przynajmniej na razie.
Jak zawsze pięknie dziękuję Amrenie z jej cenne uwagi dotyczące tekstu!

Ach, PS. W tekście pojawi się coś, czego nie wyjaśniłam, choć powinnam. Ostrzegam, że zrobiłam to celowo.

     W poprzednich rozdziałach...

     Ziemia: Abélard Leavitt trafił do szpitala, gdzie  odwiedzają go Svanthor, Cathiela i Hieronim. Tam też trójka bohaterów spotyka Yorgorena i Caspra, przez co dochodzi do ostrej wymiany zdań. Po kłótni Svan zarządza, że muszą włamać się do biura Yorgorena.
     Eldarya: Ekipa poszukująca Verth'ana rozbija obóz w lesie. W czasie postoju Daniel dowiaduje się więcej na temat rasy Imrego. Kiedy następnego dnia docierają do odpowiedniej osady, przesłuchują tam mężczyznę, który niegdyś skorzystał z usług uczonego. Jak się okazało, obiecał lek, który uleczyłby ciężko chorą żonę mężczyzny, lecz lek okazał się wielkim oszustwem. Mimo to dzięki tym informacjom Ezarel utwierdza się w przekonaniu, że Verth'an jest w posiadaniu Składników Przemiany.


     ROZDZIAŁ XXXV


     E  L  D  A  R  Y  A

     Łagodne odcienie błękitu i różu tańczą wraz z wpadającymi przez wejście główne promieniami słońca, tworząc kojącą mieszankę delikatnego, miękkiego poczucia bezpieczeństwa. To nie surowe, szare mury, to nie ciemny, twardy metal, to nie zbroje, broń i krew. Sala Drzwi to pastelowe odcienie; to żywe, bujne, soczyście zielone kwiaty i krzewy, to wymyślne, cieszące oko zdobienia. To błękit, róż i słońce, przywodzące na myśl leniwą, słoneczną niedzielę w samym środku lata.
     Błękit, róż i słońce, tak często zadeptywane przez cienie przemierzających salę strażników. Przez tłum tych, którzy przed oczami mają tylko cele i misje, zadania i polecenia. Którzy na oczach mają niewidzialną opaskę zasłaniającą im obraz bliźniego.
     Początkowo nikt jej nie dostrzegł. Dwóch strażników, po przejrzeniu jej dokumentów i potwierdzeniu tożsamości, eskortowało ją do Sali Drzwi, zabierając jej dwie torby, w których zmieściła cały dobytek i odkładając je chwilowo do wartowni. Wtedy została sama, otoczona dziesiątkami obcych twarzy traktujących ją jak ducha. Nie było trudno ją przeoczyć: niziutka, chudziutka, tak potwornie zgarbiona, że wysoki mąż nie byłby w stanie spojrzeć jej w oczy. Charakterystyczne były bardzo długie, siwe włosy, które staruszka niemal ciągnęła po ziemi. W innych okolicznościach nawrzeszczałaby na każdego, kto nadepnął jej na choćby jeden kosmyk, ale wtedy nie wiedziała, co robić, co czuć.
     Z trudem rozumiała, gdzie się właściwie znajdowała. Tam, gdzie chciała. Lecz czy to przyniosło oczekiwany skutek? Czy odetchnęła z ulgą? Czy poczuła spokój, odprężenie? Czy poczuła się jak w domu?
     Nie. Błękit, róż i słońce zostały zadeptane przez dziesiątki cieni, dla których była tylko duchem.
     Z trudem dotarła na sam środek sali, a potem upadła.
     I zaczęła płakać. Głośno. Rzewnie. Przeszywająco. Histerycznie.
     Płakała, tracąc zmysły.

     To był zły dzień, bardzo zły. Czasami już tak bywa, że wstaje się lewą nogą i nic nie idzie po dobrej myśli, nic się nie udaje, a każda upływająca minuta obfituje w małe iskierki, które tylko czekają na wybuch.
     Denerwowało go wszystko. Denerwowała go sterta papierów do uzupełnienia. Denerwowało go, że sterta stała nierówno i poszczególne kartki z niej wyłaziły. Denerwowało go, że lada moment zabraknie mu tuszu i będzie musiał wstać, by go poszukać. Denerwowała go krzywo stojąca lampa, denerwował arkusz, który miał przed sobą i który wymagał mnóstwa denerwujących szczegółów, których nie znał. Denerwowało go straszliwie to, że jako szef szpiegów musiał się użerać z tak niskimi i nieciekawymi zajęciami jak uzupełnianie i podpisywanie raportów, układanie grafików, wyliczanie gaży, przeglądanie zwolnień i wniosków, zamawianie nowego umundurowania.
     Denerwowało go, że wypełniał papiery w momencie, w którym białe portale nadal wisiały wokół Miasta Eel i nikt nie wiedział czym są i co z nimi zrobić. Denerwowało go, że od Ezarela i Daniela od dawna nie było żadnych wieści, choć dotychczas regularnie zdawali relacje. Denerwowało go, że nadal nic nie było wiadomo o Metztlin.
     Dlatego, gdy nagle ktoś bez pukania wpadł go jego gabinetu, wpadł w szał.
     — CZEGO TAM?! NIE WIDZIAŁEŚ TABLICZKI, ŻE ZAJĘTE?! — ryknął na strażnika z Obsydianu wpatrującego się w Nevrę z największym zaskoczeniem, które szybko przeobraziło się w zażenowanie i wstyd.
     — Przepraszam, szefie — wybąkał mężczyzna, który wyglądał jak góra: wysoki, szeroki, obity w jeszcze szerszą, grubą zbroję prezentował się dość karykaturalnie. Ale chociaż zwrócił się do wampira poprawnie: wszyscy strażnicy winni nazywać szefem lub szefową każdego członka Lśniącej Straży, bez względu na straż, do której zostali przydzieleni. Niektórym jednak zdarzało się o tym zapomnieć, co było uznawane za wielki nietakt. — Musi pan wyjść do Sali Drzwi, tam…
     — Muszę? — przerwał mu gniewnie Nevra, czując, że zaraz krew go zaleje. Zacisnął zęby, sam się sobie dziwiąc, że tego dnia rozlazło się po nim aż tyle złości. — Mam ci przypomnieć, że ja, twój szef, niczego nie muszę?! Zwłaszcza wykonywania rozkazów podrzędnego strażnika!
     — Przepraszam, szefie — powtórzył potulnie strażnik, tym razem już czerwony jak piwonia. — Nie to chciałem powiedzieć, ale w Sali Drzwi ktoś na pana… — Nagle strażnik zamilkł, jak gdyby nagle sobie uświadamiając, że mówienie ogółami nic nie da. — Sześćdziesiątka Szóstka wróciła. Leży na środku sali, chyba ma atak paniki. Nie chce nigdzie iść i wzywa tylko pana.
     Momentalnie zerwał się z krzesła, jak szalony wybiegając z sali. Każdy element tej wiadomości wprawił go w największy szok. Sześćdziesiątka Szóstka, ta walnięta staruszka, naprawdę wróciła? Ta, która w poważaniu miała większych i ważniejszych od siebie, która sama w niektórych wzbudzała swoisty lęk, teraz leżała na środku, zamroczona paniką? Niczego nie rozumiał, dlatego jak najszybciej musiał się wszystkiego dowiedzieć.
     Furia rozpaliła krew w jego żyłach, gdy zobaczył tłum ciekawskich gapiów zebranych wokół staruszki. Niemal jej nie widział przez ten ciasny mur ciał, lecz gdy już się przedarł do środka, gniew momentalnie ustąpił rozpaczy.
     To rzeczywiście była ona, ta walnięta babuszka. Leżąca na podłodze, nienaturalnie zgięta, otoczona swymi siwymi włosami, które lepiły się do jej zapłakanej, pooranej zmarszczkami twarzy wykrzywionej najgłębszym strachem. Gdy tylko ujrzała Nevrę, zawyła jeszcze głośniej, próbując się podnieść, choć bez skutku. Porażony tym widokiem wampir natychmiast do niej podskoczył i pomógł, podkładając swoją rękę pod jej plecy, by mogła się podeprzeć. Chwilę potem odwrócił się w stronę tłumu z nadzwyczajną prędkością, wyszczerzył kły po czym zasyczał wściekle, wyraźnie dając znać, że jeśli w tym przeklętym kręgu zostanie choćby jedna osoba, rozerwie jej szyję. Błyskawicznie podziałało, dzięki czemu przy babuszce został tylko Nevra oraz Eweleïn i jeden z jej pomocników.
     Sześćdziesiątka Szósta przytuliła się do Nevry, wciąż nie mogąc przestać płakać. Przeląkł się potwornie, gdy poczuł, jak mocno staruszka drżała.
     — Babciu… — szepnął uspokajająco, mając nadzieję, że jego głos choć troszeczkę jej ulży. — Babciu, spokojnie… już… cśśś, nie płacz…
     Przez jakiś czas po prostu siedział z nią na podłodze, tulił i głaskał po włosach, jednocześnie kiwając głową w stronę Leïn, dając jej tym samym znać, że na razie sam się nią zajmie, a gdy tylko babcia będzie gotowa, zaprowadzi ją do Skrzydła. Serce mu pękało, widząc ją w takim stanie, lecz wiedział, że nie ma prawa naciskać i wszystkiego dowie się w swoim czasie.
     — Babciu… — zaczął cichutko i delikatnie. — Babciu… ktoś cię skrzywdził…?
     Takiej reakcji się nie spodziewał. Staruszka o twarzy siwej od zlepionych włosów wyrwała się gwałtownie z jego objęć, patrząc na niego obłąkańczo. Przez chwilę otwierała i zamykała usta na przemian, jak gdyby nie mogła wydobyć z siebie głosu. A gdy już się jej udało, zapłakała głośno, wykrzyczawszy trwożnie tylko jedno słowo.
     — DAUDIN! — zawyła rozdzierająco, silnie drżąc.
     Nevra zamarł, słysząc tę nazwę. Lodowaty dreszcz przebiegł mu po kręgosłupie, przypominając sobie opowieści o tym przerażającym stworzeniu. Teraz rozumiał, dlaczego babuszka była tak przerażona: spotkanie z Daudinem zwykle było bardzo traumatyczne, a ci, którzy mieli to szczęście w nieszczęściu się z nim spotkać, często jeszcze długo nie mogli się po tym pozbierać.
     — Nawiedził cię Daudin…? — spytał cichutko i delikatnie, lecz na nic się to nie zdało. Staruszka znowu mu się wyrwała, patrząc na niego z największą paniką i rozpaczą.
     — DAUDINY! — chrypiała przez łzy drżącym głosem. — DAUDINY! D-daudiny… z-zostałam tylko j-ja… Daudiny… zabrały w-wszystkich… Ivank-kę… mojego… synka, wszystkich…
     Wtem babka zamilkła, przestała też szlochać. Miast tego wbiła puste spojrzenie w podłogę, lekko uchylając usta. Wampir silnie się tym zaniepokoił, dlatego odszukał wzrokiem medyka, który wciąż stał w pobliżu w razie potrzeby i dał mu znak, by pomógł przetransportować staruszkę do Skrzydła.

     — Co z nią?
     Leïn westchnęła cichutko, machinalnie odwracając głowę w stronę drzwi, za którymi leżała Sześćdziesiątka Szóstka.
     — Jak na prawie czerystuletnią babkę, jej stan jest ogólnie bardzo dobry — odparła, robiąc przy tym ponurą minę. Minę zupełnie nie pasującą do przekazywanych wieści, co Nevra natychmiast wychwycił i co go bardzo zaniepokoiło. — Jest wycieńczona, musiała przejść bardzo długą drogę. Poleży tu kilka tygodni, zanim wróci do zdrowia, ale fizycznie nic jej nie grozi. Tylko…
     Medyczka rozejrzała się dookoła, chcąc się upewnić, że nikt ich nie podsłuchuje. Przez chwilę się wahała, po czym gestem głowy wskazała, by poszedł za nią. Poprowadziła ich do swojego gabinetu: małego, skromnego pokoiku skąpanego w barwach delikatnego różu i jasnej zieleni. Niewielkie biurko i dwa krzesła, po jednym z obu stron, po prawej dwie półki z książkami, po lewej niski stolik i fotel, a naprzeciwko wejścia duże okno, przez które wpadało światło dnia — to wszystko, co znajdowało się w środku. Nevra zawsze się dziwił, że nie stało tam żadne łóżko albo chociaż większa sofa, ponieważ zdawało mu się, że Eweleïn to pracoholiczka, która w szpitalu spędzała całe dnie i noce. Zresztą niezwykle rzadko można ją było zastać w swoim prywatnym pokoju, dlatego też niezmienne dziwił go brak łóżka w biurze.
     — Siadaj — mruknęła, wskazując mu jedno z krzeseł przy biurku. Sama zajęła swoje miejsce, pobieżnie robiąc porządek na blacie. — Celestiel przekazał mi, co usłyszał z waszej rozmowy na korytarzu. Nevra… — Leïn zawahała się na chwilę. — Ty ją znasz najlepiej z nas wszystkich. Powiedziała, że widziała Daudina… to możliwe?
     — Wiesz, że tak — odparł, zaskoczony tym dość prostym pytaniem. — Daudin to nie żadna bajeczka, a stworzenie, które zostało szeroko opisane. Nie widzę powodu, by jej nie wierzyć.
     Elfka pomyślała przez chwilę, wyraźnie nie będąc przekonana. Nevra zastanawiał się, co mogło ją tak niepokoić, choć powoli zaczynał się tego domyślać.
     — Mówiła o kilku Daudinach.
     Wampir westchnął. A jednak myślimy o tym samym, przemknęło mu przez głowę.
     — Tak — przyznał. — Podobno… z tego co mówiła wynikałoby, że Daudiny… że one zabiły wszystkich. Całą jej rodzinę. Wspominała o swoim synu i Ivance, jego żonie.
     — To straszne… — jęknęła łamiącym głosem. — Ale… kilku Daudinów?
     — Sama wiesz, że nikt dokładnie nie wie, jak to z nimi jest — czy jest tylko jeden, czy kilku.
     — Słyszałeś o przypadkach, był Daudin zabił całą rodzinę?
     — Nie — przyznał ponuro. — Zwykło się mówić, że spośród większej grupy zawsze wybierał tylko jednego do swojej… hm, gry.
     Zamilkli oboje, czując, że nie ma tu więcej nic do powiedzenia. Zostałyby im najwyżej puste pytania, na które żadne i tak nie znało odpowiedzi. Lecz to właśnie ta niewiedza i niepewność ściskały im gardła i mąciły w głowach.
     — Leïn… — zaczął powoli, wahając się, czy na pewno powinien o tym wspominać. Nie mógł się jednak pozbyć myśli, że babka mieszkała w Dalur. To około stu dwudziestu kilometrów do Thva Thalore, dokąd zmierzali Ezarel z Danielem i całą tą folkową świtą. Teoretycznie to dość bezpieczna odległość, ale sądząc po panice babki, po tym, że Daudin zamordował całą jej rodzinę oraz po tym, że staruszka do opisu stwora użyła liczby mnogiej, można podejrzewać, że to była rzeź. A Ezarel już kilka dni spóźniał się z wysłaniem raportu, co dotąd nigdy mu się nie zdarzało…
     — Tak? — spytała medyczka, przerywając ciszę.
     Nagle Nevra wstał czując, że nie usiedzi tam ani chwili dłużej. Zwłaszcza że nie był w stanie jej tego zasugerować. Może sama się tego domyślała, a może nie. Jeśli nie, niech będzie spokojna; najprawdopodobniej bardzo źle zniosłaby wieść o tym, że Ezarelowi mogło stać się coś złego.
     — Posiedzę z nią trochę — mruknął, wzdychając cicho. — Potem spróbuję wydobyć z niej coś więcej.
     — Może powinnam powiadomić Miiko…
     — Nie — mruknął, zbliżając się do drzwi. — Nie ma takiej potrzeby. W końcu to zwykła staruszka. Kolejna pacjentka. Nic więcej.
     Wyszedł, dławiony słowami, które przed chwilą sam wypowiedział.

     Dopiero po kilku godzinach odgarnęła siwe włosy z twarzy, co Nevra uznał za symboliczny gest odzyskania przytomności. Wampir niemal się przeląkł, gdy przypomniał sobie, o ile mniej zmarszczek miała babcia jeszcze kilka lat temu, gdy widział ją po raz ostatni. Przeraziło go, że tym razem nie mógł odnaleźć w jej złotych oczach szaleńczego błysku, a usta nie wyginały się w złośliwy uśmieszek albo gniewny grymas, który przerażał każdego w Kwaterze. Arija Kihtenn-Rhat nie była jego prawdziwą babką, jak wielu przypuszczało, a jedynie wściekłą staruszką, która z jakiegoś powodu bardzo wampira polubiła, a i on błyskawicznie się do niej przywiązał. To dlatego wzywano go do wszelkich problemów związanych z Sześćdziesiątką Szóstką, jak to zwykło ją nazywać dzięki jej specyficznym umiejętnościom. Jako praprawnuczka Wieszcza, którego tamtejsze źródła opisywały jako dość potężnego, odziedziczyła po nim szczątkowy dar zaglądania do przyszłości. Jednak nie wszystkie jej wróżby się sprawdzały i któregoś razu ktoś obliczył, że jej przepowiednie pokrywają się w około sześćdziesięciu sześciu procentach. Staruszce, o dziwo, bardzo spodobała się ta przydługa ksywka i gdy tylko ktoś śmiał skrócić ją do zwykłej sześćdziesiątki, natychmiast na niego naskakiwała wrzeszcząc, że jej wróżby są dokładniejsze o dodatkowe sześć procent, czego nikt nie ma prawa lekceważyć.
     Uśmiechnął się smutno na to wspomnienie, a usta mu zadrżały, gdy spojrzał na jej zamyśloną, ponurą twarz, całkowicie pozbawioną tamtego wariackiego, jakże charakterystycznego wyrazu.
     — Tutaj jesteś bezpieczna, babciu. Nie pozwolę cię skrzywdzić.
Tylko tyle był jej w stanie powiedzieć przez ten cały czas, kiedy siedział przy jej łóżku. Bał się zacząć temat Daudina, zdając sobie sprawę, że ta trauma pozostanie z nią aż do końca dni. Zdziwił się więc i silnie zaniepokoił, kiedy to staruszka zaczęła mówić.
     — Nie widziałam tego w swoich przepowiedniach — wyznała pustym, martwym tonem, nadal wpatrzona gdzieś w dal. — Nie widziałam… gdybym widziała… mogłabym ich ostrzec… wyjechać, uciec… zabrać tutaj… Tutaj Daudiny nie mają wstępu…
     Nevra zmarszczył brwi. Wprawdzie słyszał o przypadkach, w których Daudin zaatakował kogoś w pobliskich lasach, lecz rzeczywiście ani razu nie wdarł się za mury Kwatery. Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale możliwe, że to dzięki Kryształowi. Choć mimo wszystko była to dla niego dość naciągana teoria.
     — Cóż — mruknął, nadal niepewny — Kryształ chroni nas przed wieloma anomaliami, więc…
     — Niee, nie Kryształ! — przerwała mu nagle staruszka, spoglądając na niego spod gniewnie zmarszczonych brwi. — To nie Kryształ! To przecież… oooooch! — Babcia odchylił się gwałtownie do tyłu, wpatrując się w wampira tak, jakby widziała go pierwszy raz w życiu. I mimo że ta reakcja bardzo szpiega zaskoczyła, w duchu ucieszył się, że wreszcie z jej twarzy zniknęła panika i troska. — Wy nic nie wiecie! Nie wiecie, co zalęgło się pod waszym dachem! Ty nic nie czujesz, prawda, synek? Wy wszyscy nic nie wyczuliście! Ooooch…
     Po raz kolejny tego dnia po kręgosłupie przebiegł mu lodowaty dreszcz. Raz, że jako szpieg nienawidził świadomości, że coś mu umknęło. A dwa, że nie miał pojęcia, co mogło zalęgnąć się w Kwaterze. Co to mogło być, skoro, według słów staruszki, odstraszało Daudina? Tymczasem babka aż pokraśniała z ekscytacji na myśl, że wiedziała coś, czego nie wiedziała cała Straż.
     — Co takiego się tu zalęgło? — spytał ostrożnie, nieco obawiając się odpowiedzi.
     Starowinka milczała jeszcze chwilę, wpatrując się w Nevrę uporczywie, jakby zachęcała go do odgadywania.
     — Nie wiecie, że macie w Kwaterze Wieszczów?
     Wampir najpierw wybałuszył oczy, potem odetchnął w duchu. Kompletnie zapomniał o tej opcji oraz o tym, że Wieszczowie wytwarzają wokół siebie aurę, którą poszczególne media są w stanie rozróżnić. Nie wątpił więc, że Sześćdziesiątka Szóstka wyczuła Metztlin, która przecież najprawdopodobniej była właśnie Wieszczem. Dotąd wciąż mieli wątpliwości, ale jeśli starowinka sama to potwierdziła, nie mogli się mylić.
     Pochylił się nad nią, kątem oka upewniając się, że nikt ich nie podsłuchuje.
     — Nikt nie może się o tym dowiedzieć, rozumie babka? — spytał stanowczo. — Tak, wiemy o tym, że mamy Wieszcza. Przynajmniej podejrzewamy pewną dziewczynę, że faktycznie może nim być. Ale… Wieszczowie są zdolni odgonić Daudima? Jak? Ta dziewczyna… ona jest bardzo wrażliwa… i słaba. Nie sądzę, aby…
     — Nie trzeba jej mocy, wystarczy sama aura. Żadna zmora nie zbliży się do Wieszcza. A już zwłaszcza do dwóch.
     — Jakich dwóch? — spytał Nevra, marszcząc brwi. — Mówiłem tylko o dziewczynie…
     — Czyli jednak nie wiecie! — syknęła staruszka. — A ja wyraźnie czuję drugiego! Macie dwóch Wieszczów! No proszę, ale wysyp! Skoro mówisz, że ta dziewuszka jest słaba, to wiem, która aura jest jej. Ale ta druga aura jest silniejsza… chociaż trochę inna… ale to chyba Wieszcz. Na pewno. Inaczej bym jej nie wyczuła. A przecież i we mnie płynie ich krew… Tak… na pewno jest ich dwóch.
     Czuł, jak fala lodowatego strachu oblewa całe jego ciało. Nie był w stanie się ruszyć czy choćby drgnąć; nie był w stanie zrobić nic poza tępym wpatrywaniem się w staruszkę, która delikatnie ułożyła głowę na poduszkach i obserwowała wampira z największą ciekawością.
     Czy wierzył babce? Z całą pewnością. Nie widział powodu, by miała kłamać, a te jej procenty dotyczyły jedynie przepowiedni, a nie wyczuwania aur, zwłaszcza że rzeczywiście w żyłach Sześćdziesiątki Szóstki płynęła wieszcza krew, co tylko nadawało jej przeczuciu wiarygodności. A więc…
     A więc nie tylko Metztlin. Ale… kto jeszcze?
     Jednak musiał porozmawiać z Miiko. I to koniecznie.


     Z  I  E  M  I  A

     Otworzył szufladę. Trzecią od góry, jasnobrązową, drewnianą. Zwyczajną szufladę, niczym niezabezpieczoną, wypełnioną mnóstwem od dawna nieprzeglądanych dokumentów. Otworzył ją i zajrzał do środka, całkowicie machinalnie. Wszystko było na swoim miejscu, przynajmniej wtedy, gdy patrzył. Tylko wtedy. Lecz co się działo, gdy jego wzrok nie spoczywał na tej szufladzie? Na trzeciej od góry, drewnianej, tak ważnej?
     Czy wtedy też wszystko było na swoim miejscu?
     Nienawidził swojego niezdecydowania. Nienawidził tego, że nie potrafił być liderem swojej drużyny. Nienawidził tego, że z taką łatwością poddawał się czyjemuś zdaniu, na bok odkładając swoje własne przekonania. Nienawidził swojego braku asertywności, nienawidził swojej nieuwagi. Nienawidził tego, że musiał polegać na innych. Bo na sobie nie mógł.
     Otworzył szufladę. Trzecią od góry, jasnobrązową, drewnianą. Wypełnioną mnóstwem od dawna nieprzeglądanych dokumentów, które zakrywały stary, skórzany notes. Leżał teraz na wierzchu, tak wyraźny, tak straszliwie odsłonięty, narażony na oczy każdego, kto tylko zechce do tej szuflady zajrzeć.
     — Pozwól mi to zrobić.
     Ignorując ten głos gdzieś z kąta pokoju, nadal niczym zahipnotyzowany wpatrywał się w ten biedny, zniszczony notatnik. Co mógł z nim zrobić? Spalić, zawierzając w moc swojej pamięci? Fatalny pomysł. Lecz gdzie mógł go ukryć? Nosić zawsze ze sobą? Ze sobą — wierząc, że czeka go rychła śmierć? Śmieszny pomysł. Więc co? Co zrobić z kilkudziesięcioma stronami papieru, które zdawały się więcej warte niż całe jego życie? Co zrobić, by nie narazić go na wzrok innych, obcych?
     Za późno. Za późno. Dokonało się. Teraz mogę go zniszczyć. Zniszczyć? Ten ostatni namacalny dowód swojego jestestwa i, co ważniejsze, swoich osiągnięć? Bo przecież czegoś w życiu dokonałem. I cały czas dokonuję, w tym tego najważniejszego! Więc nie jest za późno! Lecz co, jeśli jednak jest?
     — Yorgoren. Wiesz przecież, że to jedyne wyjście.
     Drgnął na dźwięk swojego imienia i podniósł głowę, szukając źródła tego dźwięku. Gdy ujrzał siedzącego w kącie młodzieńca o rozczochranych, ciemnych włosach i przenikliwych oczach, lekko oprzytomniał. Zimny dreszcz spłynął po jego ciele, gdy zdał sobie sprawę, o czym mówił Casper.
     — Wierzymy w piekło?
     Był jednocześnie zaskoczony i niezaskoczony tym cieniutkim, niemal piskliwym głosem, jaki niespodziewanie wydobył się z jego gardła. Zmarszczył brwi, gdy słowa już zdążyły odlecieć w przestrzeń i trafić do uszu Caspra, zastanawiając się przy tym, czy to dobrze, że to pytanie padło. Lecz cóż z tego, skoro już się dokonało? Skoro już nie mógł tego cofnąć? Tak słów, jak i piekła.
     — Musimy w nie wierzyć — szeptał dalej, wpatrzony pustym wzrokiem w ścianę pokrytą czerwonawą, złuszczoną, śliską farbą. — Musimy, skoro z całą pewnością do niego trafimy. A skoro tak… to czy mamy w ogóle jeszcze coś do stracenia? Bo jeśli nie, to po co nam te wyrzuty sumienia? Po co te wszystkie udręki?
     Sądził, że jego towarzysz za chwilę gorliwie pokiwa głową i podchwyci tę myśl, wykorzystując ją do dalszego namawiania. Jednak Casper był inteligentnym młodzianem. I dobrze znał swojego szefa. Wiedział, kiedy nie należało mu przerywać.
     — Lecz jeśli zatrzemy już całkiem wszystkie granice — kontynuował cicho — to czy przypisane nam będzie to samo piekło co tym, którzy jedynie odrobinkę zgrzeszyli? Czym bowiem jest kradzież kilku cukierków lub pobicie jakiegoś bandyty w porównaniu z obdzieraniem dzieci z ich własnych dusz? I czy jeśli istnieje w piekle sprawiedliwość, to czy jesteśmy ostatecznie zgubieni? I czy jest cokolwiek, co jest w stanie nie tyle wnieść nas do nieba, ale choć do wyższego, łagodniejszego kręgu piekielnego?
     Dopiero wtedy Yorgoren jakby się ocknął, wlepiając w swojego kompana niemal obłąkańcze spojrzenie.
     — Czy nadal mamy o co walczyć, Casprze?
     — Nie musisz się tym zajmować — przekonywał go przyjaciel. — Sam to zrobię.
     Nie słuchał, pomyślał ze smutkiem, smętnie opadając na oparcie fotela. Cóż to dla niego piekło, skoro jest młody? I cóż jest piekłem dla tego, który już za życia go doświadczył? Wiedział, że Casper nie miał łatwej młodości i być może właśnie dlatego był taki butny. Wypowiadał te słowa poważnym tonem wypełnionym skupieniem i stalową pewnością. Był tak przerażająco przekonujący, że Yorgoren nie mógł go słuchać. Nie mógł go znieść, będąc pewien, że lada chwila jego silna wola złamie się z głośnym trzaskiem.
     — Nie masz wrażenia — wyszeptał cicho Yorgoren, raz jeszcze otwierając szufladę i pustym wzrokiem wpatrując się w notes — że poszliśmy o krok za daleko?
     Przeraziła go ta martwa cisza, która zaległa w pokoju. Przeraziło go to, że ta cisza przekazywała więcej niż jakiekolwiek słowa. Przerażało go to, że właśnie otrzymał potwierdzenie czegoś, czemu sam uparcie tak bardzo przeczył.
     — Oboje wiemy, że już dawno przekroczyliśmy pewną linię — odparł ostrożnie Casper. — Teraz jesteśmy w nicości. I musimy się ruszyć. Albo do tyłu, poddając się, albo do przodu, przekraczając tę złotą linię, o której od tak dawna marzymy.
     Wyobraził to sobie, coraz bardziej rozumiejąc, że Casper miał rację.
     — Już dawno poszliśmy o krok za daleko — przyznał cicho Casper. — Dlatego nie możemy się cofnąć. Musimy uciec. Tylko do przodu. Za tę złotą linię. Sam tego chciałeś.
     Sam tego chciałeś. Chciałem? Doprawdy? Jak dawno to musiało być, skoro wcale tego nie pamiętam? I jak dawno to musiało być, jeśli już tego nie chcę?
     — Pozwól mi to zrobić. — Głos Caspra był jak nóż przecinający gęstą ciszę. Z tej pociętej ciszy wypływała krew, powodując niemal fizyczny ból. — Nic złego się nie stanie. Zadbam o to. Przecież mi ufasz?
     — Ufam — westchnął, przyznając mu rację. Zrobił to trochę machinalnie, ale nie miał nawet siły się zastanowić, czy powiedział to szczerze. Może i szczerze. A może i nie? To nie miało wtedy dla Yorgorena żadnego znaczenia. — Zrób to — odparł drżącym głosem, czując, jak cały dygocze. Te dwa słowa z całą pewnością mówił wbrew sobie, ale chciał mieć to za sobą. Chciał mieć po prostu święty spokój, chciał mieć to wszystko z głowy. Niech to się skończy, proszę, jęknął rozpaczliwie w myślach. — Ale Casper — szepnął słabo — ostrożnie. Proszę, nie zrób nic złego. Tylko to, o czym mówiłeś, ale nic poza tym. Nie kieruj się nienawiścią. Proszę.
     Długa cisza, jaka po raz kolejny zaległa w gabinecie, zmroziła krew w jego żyłach. Wiedział, co to milczenie oznaczało: Casper właśnie bił się z myślami, zastanawiając się, czy posłuchać swojego szefa, czy też postąpić zgodnie ze swoim zdaniem.
     — Jesteś zbyt pobłażliwy. Oni mogą wszystko popsuć. Powinieneś mieć nad nimi kompletną władzę.
     Yorgoren odetchnął, kiedy usłyszał w tonie Caspra zwykłe kazanie. Nic poza tym. Żadnego gniewu, żadnej pretensji. Po prostu stwierdzenie faktu, z którym rudowłosy wprawdzie się zgadzał, lecz ta reszta sumienia, jaką w sobie miał, trzymała się go na tyle kurczowo, że nie pozwalała się zgodzić z tym, co Casper sugerował.
     — Zrób tylko to. Nic więcej.

     Ten budynek był nawiedzony. Ogromny, stary gmach, o mnóstwie tajemnych, pilnie strzeżonych drzwiach, wilgotnych, upiornych okiennicach, tajemniczym, rozległym strychu i starych, nieszczelnych oknach, w które okiennice uderzały z potwornym hukiem podczas silniejszych porywów wiatru. Z milionem ciasnych, słabo oświetlonych korytarzy, mnóstwem mniejszych i większych sal. Wypełniony setkami duchów przemykających tamtędy każdego dnia.
     Aenyati była jednym z nich, co akurat bardzo ją cieszyło. Sprawnie umykając przed rozpędzonymi naukowcami, przed ich myślami, nerwami i spojrzeniami, manewrując między innymi mieszkańcami, podążała swoją codzienną trasą, od lat nieulegającą żadnej zmianie. Według wielu takie życie byłoby uznane za niewolnictwo; wszakże siedziała od dawna w jednym miejscu, mało kiedy wychodząc ze swojego ciasnego pokoiku, a wyłaniając się z niego jedynie za potrzebami fizjologicznymi albo po odbiór racji żywnościowych ze stołówki. Rzadko wychodziła, bo nie miała do kogo. Jeszcze rzadziej z kimkolwiek rozmawiała, bo nie miała żadnych przyjaciół. Nawet Cathiela zwykle przychodziła i wychodziła, w kilku słowach jedynie upewniając się, czy wszystko jest w porządku. Lecz Aenyati nigdy na to nie narzekała. Zwykle po prostu czytała, spała. Albo leżała i myślała.
     Myślała o tym, jak i dokąd uciec.
     Myślała, jak wyrwać się z tego więzienia, które tak lubiła.
     Mijała te nijakie twarze, ledwie kojarzone, zlewające się w jedną szarą, wrogą, rozmazaną maskę, podążając znaną, utartą ścieżką. Wyjść z pokoju, skręcić w prawo, potem w lewo i zejść wąskimi schodami na parter. Stamtąd prosto przez wiecznie otwarte drzwi do głównego hallu, z którego zawsze powiewa chłód od wciąż otwieranych wrót wejściowych, potem lekko w prawo i dalej prosto, aż do stołówki. I z powrotem, do swojego starego, ciasnego pokoiku.
     Chuderlawy, łysy kucharz, jak zwykle wrzeszcząc na swoich podwładnych, łypnął na Aenyati groźnie, lecz nic nie powiedział. Nigdy nic do niej nie mówił, dlatego blondynka dość szybko przestała się go bać. Zamiast tego cierpliwie czekała, aż otrzyma swój przydział i niczym duch ulotni się do pokoju. Ścisnęło ją w żołądku na myśl, że będzie musiała się odezwać: rzadko odbierała obiad także dla Cathieli, której albo zwyczajnie nie było, albo tłumaczyła, że nie jest głodna. Kiedy więc podano tylko jedną miskę, cichutkim, niepewnym głosem upomniała się o drugą. Kucharz raz jeszcze ponuro na nią spojrzał, ale ponownie niczego nie skomentował i podał jedzenie, dzięki czemu Aenyati z największą ulgą mogła wreszcie się oddalić.
     Gdy wróciła do pokoju, jej siostra wciąż siedziała na skraju łóżka i coś notowała. Aenyati nawet nie próbowała pytać o co może chodzić, bo wszystkie próby zwykle kończyły się powarkiwaniem Cathieli, że ma się zająć swoimi sprawami. Jakimi sprawami?!, chciałaby wtedy spytać. Co ja mogę robić w tej klatce, do której mnie wrzuciłaś?
     Mimo to nigdy nie wypowiedziała tego na głos, ponieważ wiedziała, jaką odpowiedź by otrzymała, Usłyszałaby, że te prawie dziesięć lat temu sama błagała swoją starszą siostrę, by nie uciekała z domu bez niej. Sama chciała odejść, choć jako ośmiolatka nie miała pojęcia, na co się pisała. Nie miała pojęcia, że przez tyle lat będzie praktycznie bezdomna, kryjąc się po kątach kolejnych karczm, w których Cathiela znajdowała pracę. Aenyati sama skazała się na ten los, będąc dodatkowym ciężarem dla siostry, która starała się jak mogła, by obie miały co jeść i gdzie spać.
     Dlatego bez słowa położyła talerz na łóżku, tuż obok Cathieli, po czym usiadła na niskim stołku stojącym kawałek dalej i zajęła się swoim posiłkiem. Był letni i mocno przesolony, ale już bardzo dawno temu nauczyła się nie narzekać na nic, co ją spotyka. Jadła w milczeniu, tylko kątem oka zerkając na Cathielę, która w ogóle nie tknęła swojego dania. Zamiast tego zupełnie nagle zerwała się z łóżka, schowała swój notes do szuflady, dopiła resztki swojego soku, rzuciła jakieś niewyraźne pożegnanie i wybiegła z pokoju.
     Za każdym razem, gdy była tak okrutnie i dobitnie ignorowana przez swoją siostrę — jedyną bliską osobę, jaką miała — czuła silne ukłucie żalu, lęku i złości. Miały tylko siebie, a mimo to prawie ze sobą nie rozmawiały. Cathiela zajęta była pracą dla Yorgorena, a ostatnio też spotkaniami z tymi dwoma starcami. Bywało tak, że zostawiała ją tu samą na całe dnie. Aenyati nie mogła wychodzić bez wyraźnej zgody Cathieli, co doprowadzało ją do szału. Jednak musiała przyznać, że miała dach nad głową, ciepłe łóżko i posiłek. Nie miała prawa narzekać, jednak im dłużej tam przebywała, tym bardziej miała wrażenie, że jej życie umyka jej przez palce. Gdy były bezdomne i tułały się po kolejnych miastach, przynajmniej miała jakiś cel, jakieś marzenia. I choć były one dobitnie przyziemne, bo dotyczące znalezienia domu, to przynajmniej były.
     Teraz miała coś na wzór domu. Coś, co odebrało jej wszystkie marzenia. Coś, co pożarło całą jej duszę, co wyruszyło ją co dna ze wszelkich uczuć. Czuła się jak ta pusta małża, której ktoś skradł perłę. Dlatego musiała to zmienić. Coś zrobić. Zadziałać, wziąć los w swoje ręce.
     Pierwszy raz w życiu faktycznie poczuć, że to życie.

     Nie wzięła ze sobą notatnika, bo nie czuła, by go potrzebowała. Wszystkie potrzebne notatki miała w głowie, a Svan i Hieronim byli na tyle inteligentni, że na pewno zrozumieją to, co Cathiela miała im do przekazania. Zresztą, najważniejsze jest co, co już odkryli i co mają do odkrycia. Profesor Leavitt nie był w stanie im teraz pomóc, ponieważ nadal leżał w szpitalu. Po Świętoszku i księdzu proboszczu ślad wszelki zaginął, mimo że Svanthor wciąż ich szukał, a młody wikary i tak niewiele wiedział.
     A co oni wiedzieli? Tylko tyle i aż tyle, że to Yorgoren był odpowiedzialny za powstanie Nigredo. Nie wiedzieli do końca, w jaki sposób się to odbywało, wiedzieli jednak, że do swoich eksperymentów używali dzieci, które sami zanieczyścili chorobą. Co więcej, Svanthor wciąż szukał odpowiedzialnych za pożar, w którym zginęli jego bliscy i podejrzewał, że i z tym mieli coś wspólnego. Trzeba im było więcej informacji, a że na Leavitta nie mogli liczyć, podobnie jak na Świętoszka, należało zająć się tym samemu. Sama starała się dyskretnie obserwować teren, kilkukrotnie wypuścili też w te okolice Hieronima, którego na szczęście ani Casper, ani Yorgoren nie kojarzyli na tyle, by rozpoznać go w przebraniu. Raz nawet udało mu się wejść do środka, podając się za mechanika i skopiować kilka kartek z prywatnego dziennika Yorgorena. Był to czyn wysoce ryzykowny i wręcz nieodpowiedzialny, a na dodatek skradzione informacje niewiele im dały, dlatego na razie zaniechali powtórek.
     Nie chcieli stać w martwym punkcie. A nawet jakby chcieli, to było już za późno.
     Został jej jeszcze kawałek drogi do przejścia; już z daleka widziała małą, nędzną chatkę Hieronima. Zarzuciwszy czarny kaptur na głowę nikt nie zwracał na nią uwagi, dzięki czemu mogła niezauważona przemykać między tłumem. Z czasem jednak musiała zwolnić czując, że powoli brakuje jej tchu. Zdziwiła ją ta nagła zadyszka, lecz szła dalej. Jednak oddychało się jej coraz gorzej, a po chwili zaczęła odczuwać jakiś dziwny ucisk na klatkę piersiową. Momentalnie zrobiło jej się duszno, a ciało lekko zesztywniało. Cathiela zatrzymała się, targana silnym niepokojem. Nie miała pojęcia, co jej dolegało, lecz uznała, że musi po prostu odpocząć. Wzięła kilka głębokich wdechów, próbując się uspokoić, lecz to nic nie dało. Ręce zaczęły jej potwornie drżeć, a dreszcze rozproszone po wszystkich kończynach niemal bolały. Coraz bardziej spanikowana i potwornie osłabiona, resztkami sił zeszła z ruchliwej ulicy i zwaliła się na trawnik, dysząc ciężko. Głowa pękała jej od bólu, podobnie jak oczy, które straszliwie piekły. Nie miała sił, by się ruszyć, nie mogła nawet wydobyć z siebie głosu. Wpatrzona w szare, kwietniowe niebo, nie była w stanie zrobić zupełnie nic. Cierpiąc w ciszy dostrzegała kątem oka, jak ktoś się do niej zbliżył. Zbliżył, obejrzał ją…
     A potem zaczął krzyczeć. Przeraźliwie. Panicznie. Złowrogo. Potem krzyczeli kolejni, zbierając się wokół niej coraz tłumniej. Cathiela niczego nie rozumiała, ale zaczęła się coraz bardziej bać.
     — Czy… — pisnęła niewyraźnie, przejęta największą paniką. — Czy ja umieram…
     Czuła, jak po policzkach ciekną jej łzy, spływając na boki i ginąc w jej gęstych, zielonych włosach.
     — P-proszę… — załkała niewyraźnie — pomóżcie…
     — Zostawcie ją! — krzyknął ktoś gdzieś w oddali. — Zostawcie ją! Niech nikt jej nie dotyka! Słyszycie?! Bo się zarazicie! Nie widzicie jej oczu?! Są czarne! To Nigredo!
     Czarne oczy… Nigredo.
     Cathiela bardzo mocno bała się śmierci.



Odpowiedzi na komentarze



Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (30-05-2020 o 18h09)


https://i.imgur.com/ujEBcI9.png





P A R R I E      M A S Z     4      M I E S I Ą C E      N A      D O K O Ń C Z E N I E    S P N     -    D O     2 3 . 0 3 . 2021 !
f     a     n                            l     d     s                            w     c      i     ą     g     a     j     ą     c     y                             t     o     n     y     '     e      g     o                              j     a     k                           v     e     r     ę
i n s t a g r a m                                              f a n k l u b    e z a                                        f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "
https://zapodaj.net/i

Offline

#170 23-01-2020 o 15h06

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 847

Mogę tylko napisać - :ooooooooooo to przez te dwa plot twisty
Nie zwlekaj tyle z następnym rozdziałem!!

Offline

#171 23-01-2020 o 19h39

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 22

Cześć! ^^
Pierwszy raz komentuję twoje opowiadanie, dlatego wypowiem się najpierw trochę o całokształcie. Ogólnie wywarło na mnie ogromne wrażenie, dlatego pozwól, że będę trochę słodzić /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Jestem zupełnie oczarowana tym, jak powoli dwa światy zaczynają się łączyć, jak gładko (ale też raczej nieprzewidywalnie) powoli zbiegają się wątki zachorowań na Ziemi z historią poszukiwania eldaryjskiego alchemika. Całość ma taki fajny, trudny do opisania klimat, wszystko jest owiane tajemnicą. Podoba mi się to, że z każdym rozdziałem pojawiają się u mnie nowe teorie nt. dalszego ciągu wydarzeń, bo też razem z bohaterami łączę kolejne elementy układanki.
Przechodząc do samej treści rozdziału — powiem szczerze, że naprawdę zaskoczyła mnie szczególnie końcówka. Pozostaje zastanawiać się, czy to Nigredo zaczęło wymykać się spod kontroli i atakować nie tylko młodsze dzieciaki, czy też ktoś znacząco "pomógł" Cathieli się tym choróbskiem zarazić.
Och, i bardzo lubię twojego Nevrę. Mam wrażenie, że pokazujesz jego trochę inną stronę, niż tego powszechnego wampierzo-podrywacza. Intryguje mnie jego relacja z Sześćdziesiątką Szóstką. W ogóle mam tendencję do lubienia większości postaci tutaj; no może poza Folkem, którzy szczerze mnie niepokoi :v
Życzę dużo weny i czekam na kolejne części ^^


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#172 02-02-2020 o 22h11

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Wracam do świata żywych...

Już kilka razy mówiłam Ci, że uwielbiam Twojego Nevrę. Prawda? Jeżeli nie, to mówię. Uwielbiam go. Jeden z najlepiej poprowadzonych bohaterów w Twoim opowiadaniu (czy to już bardziej "powieści"? /static/img/forum/smilies/wink.png ). Majstersztyk.

Więcej niż jeden wieszcz, to naprawdę ciekawy element fabuły. Pytaniem: kto nim jest? Pewnie jeszcze chwilę poczekamy na odpowiedź. Będę cierpliwa /static/img/forum/smilies/smile.png

Odnośnie Ziemii... Lubię Cath i nie sądzę, żebyś ją uśmierciła (nie zrobisz tego, co nie? Jest za fajna... ). Dlaczego dopadło ją Nigredo? I czy faktycznie nie umrze...

Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi...

Warto było czekać tak długo na kolejny rozdział. Jest naprawdę BARDZO DOBRY. Mam nadzieję, że wena będzie dopisywała /static/img/forum/smilies/wink.png Bo ja już czekam na następny /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#173 31-05-2020 o 00h12

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 588

Cześć cześć! Nie zapomniałam o tym opowiadaniu, nie ma nawet mowy. Fakt, że kwarantanna nie sprzyjała mojemu pisaniu, ale nowy rozdział jest niemal skończony i wpadnie tu na dniach.

Tymczasem wrzucam coś, co planuję już od dawna. Kiedyś wstawiłam tu streszczenie ówczesnych odcinków i teraz zamierzam zrobić to raz jeszcze: tak gwoli przypomnienia.


Więc po kolei:

       STRESZCZENIE ROZDZIAŁÓW 0 - 20


       ZIEMIA:

•    PROLOG przedstawia naukowca Abélarda Leavitta pracującego nad tajemniczym projektem. Jego szefem są Yorgoren i jego prawa ręka: Casper.

•    W tym samym czasie w mieście, w którym toczy się akcja — w Drognasloe — pojawia się epidemia choroby, którą nazwano Nigredo. Choroba atakuje tylko małe dzieci i kończy się ich śmiercią. Dzieci w dniu śmierci mają całkowicie czarne oczy.

•    U Yorgorena pracuje główna bohaterka — Cathiela. Pomaga Yorgorenowi w zamian za mieszkanie i opiekę nad młodszą siostrą Aenyati. Jej zadaniem jest zdobywanie „materiału do badań”, a więc przyprowadzanie do niego małych dzieci.

•    Zaniepokojony chorobą naukowiec Abélard prosi Cathielę o pomoc obawiając się, że za powstaniem choroby stoi konkretny człowiek. Martwi się też tym, że ktoś spala żywcem rodziny dzieci chorych na Nigredo. Cathiela zgadza się pomóc naukowcowi.

•    Cathiela dowiaduje się, że informacje na temat choroby oraz pożarów ma mieć niejaki Świętoszek. Próbuje go znaleźć, lecz bezskutecznie.

•    Na tropie Świętoszka jest także Svanthor Edvarssen. Pragnie zemsty na tym, kto spalił żywcem ludzi, u których Svan mieszkał — biedną kobietę i jej syna chorego na Nigredo.



       ELDARYA:


•    Kero i Ykhar w czasie porządkowania dokumentów odnajdują informacje o Wieszczach — pradawnych, niezwykle potężnych istotach.

•    W tym samym czasie Straż odkrywa, że na obrzeżach Miasta Eel powstają białe skupiska energii, wyglądające jak niewykształcone portale. Szybko pojawia się teoria, że stoi za tym jakiś młody, niedoświadczony Wieszcz.

•    Grupa alchemików ma za zadanie przebadanie substancji, która wycieka z „portalu”. Jednym z tych alchemików jest młoda, nieśmiała dziewczyna Metztlin.

•    To właśnie Metztlin podczas badania tajemniczej substancji bardzo źle na nią reaguje i mdleje. Następnie analiza wyjawia, że substancja nie stanowi żadnego zagrożenia i tylko dla Metztlin jest niemal śmiertelna.

•    Po tym wydarzeniu Metztlin ma wizje o mitycznym Lesie Calaljós, w którym — jak wierzy — zaginęła jej matka. Od tego czasu zachowanie Metztlin gwałtownie się zmienia, a Straż podejrzewa, że to ona może być Wieszczem.



       STRESZCZENIE ROZDZIAŁÓW 21 — 35


       ZIEMIA:

•    Dzięki poszukiwaniu Świętoszka, Cathiela i Svanthor spotykają się i z czasem dochodzą do porozumienia, rozpoczynając wspólne poszukiwania Świętoszka. Częściowo pomaga im naukowiec Leavitt oraz młody wikary Olivier Siva, który twierdzi, że wie coś więcej o Świętoszku.

•    Abélard Leavitt dowiaduje się, nad czym pracuje Yorgoren. Jest tym przerażony i natychmiast opowiada o tym Svanthorowi i Cathieli.

•    Yorgorena odwiedza tajemniczy mężczyzna, który zdaje się znać wszystkie plany naukowca. Co więcej, wie też o rozprzestrzeniającej się chorobie i daje Yorgorenowi do zrozumienia, że nie da się jej powstrzymać.

•    Pożar katedry wywołuje ogromne poruszenie w mieście. Tymczasem Svanthor wyjaśnia, że w trakcie pożaru był w pobliżu i udało mu się uratować stamtąd proboszcza — tylko dlatego, że ma informacje dotyczące Świętoszka. Udało mu się też zdobyć dziennik księdza, w którym znajduje się informacja o niejakiej Eldaryi.

•    Kiedy Cathiela i Svanthor chcą się spotkać z rannym proboszczem, okazuje się, że zniknął ze szpitala. Para podejrzewa, że zabrał go stamtąd Świętoszek.

•    Yorgoren obawia się, że ktoś włamał się do jego gabinetu i wykradł cenne dokumenty. Zleca też swojemu partnerowi tajemnicze zadanie.

•    Cathiela w drodze do Svanthora nagle mdleje. Czuje się bardzo źle, a wokół słyszy przerażone głosy sugerujące, że kobieta ma czarne oczy, co by oznaczało, że zapadła na Nigredo.


       ELDARYA:

•    Kwaterę Główną odwiedza Anthohn Folke — władca północnych wysp Norielath Hari. Oczekuje on od Straży pomocy w odnalezieniu alchemika — Shantaema Verth’ana — który służył na jego dworze. Folke twierdzi, że alchemik posiadał słynne Składniki — niezwykle rzadkie, niemal mityczne artefakty alchemiczne.

•    Ezarel początkowo nie zgadza się na pomoc — nienawidzi Folkego i oskarża go o skrzywdzenie jego rodziny. Ostatecznie jednak to właśnie elf podejmuje się zadania i wraz ze szpiegiem ze Straży Cienia, Danielem, oraz wojownikami armii Folkego wyruszają na poszukiwania.

•    Metztlin pod wpływem ostatniego koszmaru odszukuje nowe wyładowanie energii, z którego dobiegają jakieś głosy. Między urywkami rozmów słyszy nazwisko Leavitt.

•    Do Eweleïn trafia Hekate, strażniczka Obsydianu, która od dłuższego czasu skarży się na straszne bóle głowy. Te niespodziewanie ustępują w towarzystwie Metztlin.

•    Ezarel i Daniel trafiają do domku poszukiwanego Verth’ana, w którym znajdują ślady Śniączek — mitycznych artefaktów — oraz samych Składników.

•    Ezarel w czasie przeszukiwania gabinetu alchemika, trafia na jego notatki, w którym często przewija się jedno nazwisko — Rozevound. Tymczasem do obozu ustawionego wokół domostwa przedostaje się obcy. Jest nim tajemnicze, nieznane nikomu stworzenie, które wyraźnie życzy Verth’anowi śmierci.

•    Tajemniczym gościem okazuje się Ayyildiz Imre Bayraktar, przedstawiciel uważanej za wymarłą rasy loðingillów. Stwór zgadza się współpracować ze Strażą w wytropieniu poszukiwanego alchemika.

•    Metztlin trafia do szpitala po tym, jak zemdlała po dotknięciu kolejnego „portalu”. Twierdzi, że te wyładowania w jakiś sposób ją wzywają lub że są z nią połączone. Mimo to obiecuje już się do nich nie zbliżać.

•    Daniel, Ezarel oraz załoga Folkego ruszają pod adres wskazany przez Imrego. Mieszka tam ktoś, kto miał styczność z poszukiwanym Verth’anem. Świadek wyznaje im, że został oszukany przez Verth’ana, jednocześnie sugerując, że ten rzeczywiście mógł być w posiadaniu Składników.

•    Do Kwatery trafia Sześćdziesiątka Szóstka — staruszka, która ma swoiste umiejętności przepowiadania przyszłości. Jest roztrzęsiona i wyznaje Nevrze, że uciekła z miasta, w którym mieszkała, ponieważ to zostało zaatakowane przez Daudiny — mityczne stworzenia bez opamiętania mordujące faery. Wyjawia także, że w Kwaterze wyczuwa aurę nie jednego Wieszcza, lecz aż dwóch.



Klasycznie też wrzucam spis postaci występujących w opowiadaniu:

Bohaterowie



Do następnego rozdziału! ;]

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (16-11-2020 o 21h07)


https://i.imgur.com/ujEBcI9.png





P A R R I E      M A S Z     4      M I E S I Ą C E      N A      D O K O Ń C Z E N I E    S P N     -    D O     2 3 . 0 3 . 2021 !
f     a     n                            l     d     s                            w     c      i     ą     g     a     j     ą     c     y                             t     o     n     y     '     e      g     o                              j     a     k                           v     e     r     ę
i n s t a g r a m                                              f a n k l u b    e z a                                        f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "
https://zapodaj.net/i

Offline

#174 03-06-2020 o 17h55

Straż Cienia
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 98

Wciąż czekam /static/img/forum/smilies/wink.png Dobrze, że wena wróciła /static/img/forum/smilies/wink.png

Offline

#175 10-07-2020 o 15h31

Straż Absyntu
Lix
Straż na szkoleniu
Lix
...
Wiadomości: 262

Zupełnie nie spodziewała bym się po sobie że aż tak wkręcę się w to forum. Dział FF omijałam jak najszerszym łukiem spodziewając się przesłodzonych romansów z daną postacią, ale twoje dzieło działa na mnie jak płachta na byka (wspaniale). Każdy rozdział czytałam z coraz większym zaangażowaniem i ciekawością, chociaż przyznam się bez bicia że na początku interesowała mnie tylko Eldarya, to z biegiem czasu zaczęłam przekonywać się też do ziemi i jej bochaterów.

Wyłapywania błędów nie możesz po mnie oczekiwać, ale myślę że w bohaterach możesz zmienić informację o Svanie - w końcu jak sam powiedział pochodzi z Eldaryi

Pozdrawiam cieplutko i życzę mnóstwa weny

Offline

Strony : 1 ... 5 6 7 8