Forum

Strony : 1 ... 6 7 8

#176 19-10-2020 o 20h56

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 588

Półroczna przerwa. Cóż ja mogę powiedzieć? Oby nie było żadnych dłuższych. Nie ma co się tłumaczyć tylko brać do roboty, bo choć nie szło mi pisanie przez wiele różnych czynników, rezygnować nie zmaierzam.



      W poprzednich rozdziałach...

     Ziemia: Yorgoren ma coraz większe wyrzuty sumienia. Do kontynuowania projektu namawia go Casper, który twierdzi, że potrafi rozwiązać jeden z ich problemów. Niedługo później Cathiela, chcąc udać się do Hieronima i Svana, mdleje na drodze. Jedynym, co usłyszała przed zupełną utratą przytomności było to, że miała czarne oczy, będące objawem Nigredo.

     Eldarya: Do Straży przybywa tajemnicza staruszka, która okazuje się bardzo bliską osobą dla Nevry. Kobieta jest zrozpaczona i tłumaczy, że jej wioski napadły Daudiny, mordując jej rodzinę. Gdy staruszka dochodzi do siebie, zdradza Nevrze, że wyczuwa tu Wieszcza. Lecz nie jednego, ale aż dwóch.


     ROZDZIAŁ XXXVI, cz. I


     […]mówiono, że nasz wszechświat składa się z czterech pomniejszych światów, tak zwanych wymiarów. Zabrzmiały wtedy cztery dzwony trzymane przez Czterech Mędrców, tworzycieli Czteroświatu. W czterech światach rozeszli się na cztery strony, rozrzucając cztery żywioły, aby tchnąć w te ziemie istnienie. Gdy dzieło się dokonało, dzwony ponownie zabiły, lecz nie cztery, a tylko trzy. Jeden z Mędrców, zbyt długo mieszając się z istotami o usposobieniu gorsząco niedoskonałym, wchłonął ich cień grzeszny, stając się żądnym czegoś, czego nigdy nie pragnął. Nie powrócił z czwartego świata, nie cofnął się na czwartej ścieżce. Nie zjednał się z Mędrcami, ogarnięty nienawiścią do swych niedoskonałych tworów. Marząc o ich zgubie, zamieszkał między nimi, objawiając się wszystkim tym, których uznał za niegodnych żywota i owy żywot z nich wysysał, kres czarny niosąc. Bywały jednak wyjątki, kiedy Mędrzec darował istocie, lecz nieznane są powody, którymi kierowało się bóstwo. Faery prędko jednak zrozumiały, że spotkanie z Mędrcem jest dla nich zwiastunem rychłej śmierci. W strachu przed nim nadali mu potworne imię Ódaudlegur, niekiedy też Daudinem go nazywając. Daudinem, który w swych zielonych ślepiach niósł tylko śmierć.

     Mawiają, że symbole to język pradawnych, z których ułożono świat. Mawiają, że to ścieżki i drogowskazy, słowa, myśli i czyny. Mawiają, że to potęga, a ten, kto je rozumie, posiada władze nad człowiekiem, który stworzony jest tylko do tego, by te symbole odczytywać.
     Tylko do tego. Do niczego więcej.
     Wiosna to życie. Słońce, żółć i ciepło — symbole szczęścia. Błękitne niebo to spokój, kolorowe kwiaty — beztroska. Symbole. Symbole.
     Wiosna to życie. To odradzająca się przyroda, to rosnąca roślinność, to nieśmiały śpiew kwiatów i trzepot pierwszych motyli. Wiosna to zieleń. To zieleń drzew, to zieleń trawy, to zieleń myśli, jaka rozlewa się w głowach ludzi pokrytych zimowym kurzem.
     Wiosna to życie. Wiosna to zieleń. Zieleń to życie.
     Nagle wiosenny obrazek zaczął się przekształcać. Zniknął żółtawy blask słońca, zniknęły czerwień i fiolet kwiatów, zniknął błękit nieba. Wszystko to zalała zieleń i tak oto zielone były motyle, zielone były też łąki i chmury. Słońce zaś, świecące na zielono, rozdzieliło się na dwie gwiazdy, błyszcząc trującym, zielonym blaskiem.
     Dwa zielone słońca świeciły potwornie wśród czerniejącego świata. I gdy nie zostało już nic poza tymi dwoma jaśniejącymi punktami, oczywistym się okazało, że to nie były gwiazdy. One nie dawały ciepła, nie łaskotały policzka przyjemnymi promieniami. Nie ofiarowały nadziei i nie napawały szczęściem. Zamiast tego mąciły w głowie, siały spustoszenie w myślach, a w serca wlewały paniczny strach. Strach i poczucie, że ta zieleń nie była symbolem życia.
     Była symbolem śmierci. Śmierci o błyszczących, zielonych ślepiach.

     — …zielonych oczu… to one…
     Pierwszym, co poczuł tuż po przebudzeniu, był niezrozumiały, irracjonalny lęk.
     Pogrążony w ciemnościach własnego zagubienia, zawieszony gdzieś między snem i jawą, między szaleństwem a zrozumieniem, przeląkł się swego pierwszego świadomego oddechu. W desperackim, niemal rozpaczliwym geście nabrał powietrza do płuc, lecz zrobił to zbyt gwałtownie: porażony nagłym atakiem duszności, przekręcił się na bok, próbując opanować uporczywy kaszel.
     Gdy ponownie opadł na twarde deski podłogi, wciąż usilnie zamykając oczy, spróbował odzyskać oddech. To jednak paradoksalnie powodowało jeszcze większy strach: wraz z pierwszym spokojem nadeszła wwiercająca się w uszy cisza, odsłaniająca przed nim szaleńcze bicie jego własnego serca. Serca, które wiedziało coś, czego wciąż nie rozumiał umysł.
     Bał się, tak cholernie się bał. Ale czego?!
     Nie był w stanie otworzyć oczu; choć gdzieś z tyłu głowy miał świadomość, że powinien to zrobić, aby zbadać teren i rozpoznać ewentualne niebezpieczeństwo, to właśnie ten ostatni element odbierał mu odwagę, aby uchylić powieki. Zdając sobie niejasno sprawę, że wydarzyło się coś bardzo złego, potwornie się bał, że cokolwiek było ich wrogiem, nadal tam na nich czyhało. Pozostawiając oczy zamknięte, mógł udawać martwego, ratując tym samym życie.
     Mógł też nasłuchiwać. I cierpieć przez ciszę uporczywie piekącą uszy. Lecz ta cisza prędko okazała się złudna, jak gdyby umysł sam próbował wyciszyć otoczenie w obawie przed szokiem, jakiego Daniel mógłby doznać. Z czasem jednak zaczął wychwytywać ciche, chrapliwe oddechy, a po chwili odgłos kroków. Na ten dźwięk ciało szpiega momentalnie zesztywniało, zarówno ze strachu, jak i z gotowości do ewentualnej walki. I właśnie to poczucie, że powinien działać, pozwoliło mu się przełamać i wreszcie otworzyć oczy.
     Po uchyleniu powiek natychmiast je zamknął, porażony niespodziewanym uderzeniem światła. Wystraszył się, że ktokolwiek mógł dostrzec jego grymas, lecz było już za późno, by cokolwiek z tym zrobić. Dlatego Daniel raz jeszcze spróbował otworzyć oczy, tym razem powoli, aby wzrok przyzwyczaił się do otoczenia.
     Pierwszym, co ujrzał, był drewniany, spiczasty dach podpierany kilkoma grubymi belkami. Deski, z których powstała ta konstrukcja, wyraźnie miały już swoje lata, a sądząc po ciemnym brązie przechodzącym lekko w zgniłą zieleń, łatwo było wywnioskować, że ta chałupa pilnie potrzebowała remontu.
     Chałupa, którą Daniel kojarzył.
     Nie śmiał odwrócić głowy w bok, nadal w obawie, że ktoś mógłby go dostrzec. I właśnie wtedy jego wyobraźnia zaczęła działać na pełnych obrotach, a serce zaczęło bić w szaleńczym rytmie. Z trudem łapiąc oddech, Daniel tak nagle zgubił wspomnienie dachu, który miał nad sobą, nie mogąc sobie przypomnieć, gdzie go widział. Nie mógł sobie też przypomnieć, jak trafił do tej chatki. Co tu robił? Gdzie się znajdował? Jak to możliwe, że leżał? Gdzie byli jego towarzysze? Czy to wszystko to sen? Czy obudzi się już za chwilę w ciepłym łóżku ze świadomością, że wszystko idzie zgodnie z planem? A może nie obudzi się już nigdy? Może uśpiono go już po kres? Może ich zaatakowano, Daniela zaś śmiertelnie poraniono? Może obudził się już po drugiej stronie? Ale co z dachem? Co z tym drewnianym dachem, który kojarzył? Wpatrując się w niego coraz intensywniej, szpieg miał wrażenie, że drewniane bele rozciągają się na prawo i lewo, robią się giętkie i płynne. Obserwując z niemym przerażeniem, jak sufit nad nim faluje niczym wzburzone morze, był pewien, że całość lada chwila na niego runie. Instynkt samozachowawczy nakazywał mu zerwanie się z miejsca i ucieczkę, lecz Daniel nie mógł się ruszyć, jakby zupełnie stracił władzę nad swoimi mięśniami. Pogrążony w paraliżującym strachu oraz świadomy nieuchronnej śmierci, powoli dławił się swoim oddechem, niejasno wierząc, że któryś z nich będzie jego ostatnim.
     — WSTAWAĆ, K####!
     Drgnął gwałtownie, gdy usłyszał ten wrzask. Próbując zrozumieć, co właśnie dotarło do jego uszu, zdał sobie sprawę, że w tym krzyku nie wybrzmiewał jedynie gniew, lecz przede wszystkim… desperacja i rozpacz.
     — WSTAWAĆ, bo oni tu zaraz wlezą i dobiją resztę! Musimy UCIEKAĆ! K####...
     Kimkolwiek był ten mężczyzna, sądząc po cichnącym tonie głosu właśnie nachylił się nad kimś, a po chwili słychać było odgłos delikatnej szamotaniny. Ten ktoś próbował obudzić kogoś…
     Kogoś, kto był tak samo nieprzytomny jak ja?
     Wreszcie zdobył się na odwagę, aby odwrócić głowę w tamtą stronę. Obawiając się tego, co tam zobaczy, ujrzał po swojej prawej stronie… falującą podłogę. Podłogę nierówną, wyboistą, pokrytą kolorowymi szmatami. Długo nie rozumiał i dopiero gdy dostrzegł sylwetkę mężczyzny, który wciąż kogoś tarmosił, powoli zaczął rozumieć. A wtedy krew odpłynęła mu z twarzy.
     Bardzo powoli podniósł się z ziemi, lecz prędko tego pożałował. Rozejrzawszy się dookoła poczuł się tak, jakby ktoś uderzył go czymś w głowę. W uszach nieznośnie zapiszczało, wzrok na moment się zamglił, a żołądek zdawał się przykleić do kręgosłupa, powodując mdłości. Śmiertelnie porażony horrorem, który miał przed oczami, rozpaczliwie próbował zrozumieć, lecz nie umiał. Nie umiał, nie mógł, nie potrafił i nie chciał.
     Gdzieś z boku krzyczący wcześniej mężczyzna coś do niego mówił, a w słowach, które wypowiadał, Daniel rozpoznawał tylko mieszankę ulgi i strachu. Nie rozumiał jednak sensu tych wyrazów i nie miał siły się na nim skupiać. Po co? Skoro wszystko było jasne?
     Wszystko wytłumaczyło mu kilkanaście ciał leżących na podłodze chaty.
     Leżeli na plecach, w najróżniejszych pozach. Jedni mieli złożone w kolanach nogi, inni rozłożone szeroko ręce. Jedni mieli głowę przechyloną na bok, inni pustym, martwym wzrokiem wpatrywali się w ten sam sufit, który wisiał nad ich głowami.
Nie żyli. Oni wszyscy…
     — Nie żyją — szeptał Daniel, próbując otrząsnąć się z szoku.
     Czując, jak powoli traci władzę w nogach, oparł się o jedną z grubych bel podpierających strop. Łapiąc się jej mocno niczym ostatniej deski ratunku, rozejrzał się rozpaczliwie dookoła. Teraz pamiętał. Znajdowali się w chatce, w której mieli przenocować nadchodzącą burzę. To ona zatrzymała cały marsz i gdyby nie załamanie pogody, wyruszyliby z Thva Thalore już kilka dni temu. Domostwo pani Syjthnerr było dość skromne: parter składał się z jednej wielkiej drewnianej izby podzielonej półściankami. Gdzieniegdzie stały stoliki i krzesła, coby strudzeni wędrowcy mogli odpocząć, po prawej stronie, naprzeciwko wejścia, stała wysoka lada, za którą rezydowała właścicielka przybytku, a w głębi izby znajdowały się wysokie, strome schody prowadzące na piętro. To tam właśnie mieściły się sypialnie, wówczas zajmowane przez strażniczą załogę. Część drużyny nocowała tu, druga połowa miała rozgościć się w budynku kilkanaście metrów dalej.
     Daniel spojrzał w prawo. To właśnie tam, dokładnie naprzeciwko drzwi, znajdował się bar. Bar, który wyglądał na nienaruszony. Wszystkie butelki były całe, nie potłuczono ani jednej szklanki. Jak to możliwe, jeśli nastąpił atak? Podobnie zresztą było ze stolikami: wyglądały dokładnie tak samo jak zwykle. Tylko kilka krzeseł było wywróconych, lecz sądząc po ułożeniu ciał leżących obok, ten ktoś, upadając, zapewne zahaczył o mebel.
     Drgnął przestraszony, gdy ujrzał tuż przed sobą czyjąś twarz. Wysoki elf o wygolonej głowie, skośnych, jadowicie zielonych oczach oraz długiej, poziomej bliźnie przebiegającej niemal przez całe czoło, wpatrywał się w niego gniewnie, co jakiś czas coś pokrzykując. Wciąż oszołomiony Daniel nie miał dość woli walki, by dostatecznie się skupić, jednak przecież nie miał wyjścia. Musiał coś zrobić. Musiał się dowiedzieć.
     Musiał zrozumieć.
     — …uciekają! I my z nimi! Czy ty słyszysz, co ja do ciebie gadam?! OCKNIJ SIĘ WRESZCIE, K####!
     — Co tu… — szepnął, lecz jego głos był tak cichy i chrapliwy, że sam Daniel niewiele usłyszał. Odchrząknąwszy, przełknął ślinę i z trudem nabrał powietrza do płuc, bojąc się tego, co powie i co usłyszy. — Co tu się stało…? Czy oni…
     — Nie wszyscy — warknął łysy drżącym głosem. — Część… część jest martwa — dodał znacznie ciszej. — Inni zapadli w jakąś śpiączkę, taką jak ty...
     Zamilkł, jak gdyby dopiero teraz dotarła do niego skala tragedii.
     — Trzeba ich obudzić! — krzyknął Daniel, na moment odzyskując siłę i odwagę. — I im pomóc! Przecież…
     — Najpierw to ty ogarnij tego swojego stwora! — przerwał gniewnie łysy. — I razem pobudźcie resztę. A ja… ja muszę zobaczyć, jak daleko są… I czy się przenieśli…
     — Ale kto?! — krzyknął za nim, lecz na próżno: elf po chwili zniknął za drzwiami.
     Czując, jak krew odpływa mu z twarzy, Jeleń błyskawicznie spojrzał w stronę nieprzytomnych, z trwogą uzmysławiając sobie, że część z nich mogła nie żyć. Lecz co ich zabiło? Gdzie poszedł ten elf? O co tu chodziło? Daniel czuł, jak drży, a gdy w szaleńczym geście zaczął gwałtownie obracać się wokół siebie, jak gdyby chcąc odnaleźć jakąkolwiek pomoc… rzeczywiście ją odnalazł.
     Tylko przez chwilę wahał się, nie wiedząc, do kogo podbiec w pierwszej kolejności: do nieprzytomnych czy do stworzenia, które stało w kącie, drżące, przerażone, bliskie płaczu. Lecz właśnie to ostatnie spostrzeżenie kazało Danielowi jak najszybciej dotrzeć do Imrego. I, co ważniejsze, jak najszybciej go uspokoić.
     Jeśli kiedykolwiek zobaczysz, że płaczę… uciekaj. Jak najszybciej, jak najdalej.
     Daniel przywykł to tego, że Imre zmieniał swój wygląd. Zdołał też zauważyć pewne zależności: gdy loðingill był spokojny, jego ciało porastało miękkie, bardzo jasne włosie, z którego wyrastały długie, leniwie poruszające się czułka ozdobione czymś na wzór pawiego oka. W tym wyglądzie pluszowego misia tylko twarz stanowiła surowy kontrast, ta bowiem wciąż wyglądała jak wyciosana w białym marmurze przez samych bogów. Poważna i łagodna zarazem, nieskazitelnie gładka, o wspaniałych, idealnie podkreślonych rysach; o delikatnym, lecz groźnym uśmiechu i całkowicie białych oczach, w których, jakże paradoksalnie, można było ujrzeć wszystko, od największej dobroci przez powagę aż po ostrzeżenie, w którego cieniu skrywał się gniew. Lecz gdy Imre zamieniał się w niebezpieczną, śmiercionośną bestię, zrzucał z siebie całe owłosienie, wyglądając tym samym jak naga, bezpłciowa, porcelanowa lalka o mlecznej, gładkiej skórze. Wówczas ciało idealnie pasowało do twarzy, czyniąc z Imrego postać wyglądającą jak pierwszy, choć jednocześnie doskonały szkic ludzkiej istoty: dziki, nieokiełznany i nieprzewidywalny, lecz jednocześnie idealny, godny, jedyny właściwy. W tej formie było coś niepokojącego; coś budzącego irracjonalny strach i jedno jedyne pragnienie: ucieczki.
     Jednak ten Imre, którego Daniel znalazł wciśniętego w kąt za barem, wyglądał zupełnie inaczej. Nie miał na ciele ani jednego włoska, lecz to wyglądało tak, jakby… jakby nie miał też nawet ciała. Jego skóra stała się idealnie przezroczysta, przez co szpieg bez trudu widział drewnianą ścianę tuż za loðingillem. Jeleń był w stanie dostrzec istotę tylko dzięki ledwie wyraźnemu, rozmytemu konturowi oraz chrapliwym jękom, które z siebie wydawała. Jednak było coś jeszcze: twarz. Ta również pozostawała przezroczysta, włączając w to oczy i usta. Lecz mimo to — choć Daniel z pewnością tego nie widział — wyobraźnia uparcie podsuwała mu obraz szeroko otwartych, całkowicie białych oczu, w których połyskiwał bezbrzeżny, obłąkańczy strach oraz lekko otwartych, wciąż coś szepczących ust. Szpieg zdawał sobie sprawę, że to nie były jego myśli — całość sprawiała wrażenie, jakby widział dokładnie to, co Imre chciał mu pokazać.
     Czując, jak brak kontroli, strach i niepewność powoli odbierają mu zmysły, czym prędzej ukucnął przed Imrem, błagając w duchu siebie i jego, by stworzenie udzieliło jakichkolwiek informacji dotyczącej tej masakry. I choć oboje spędzili ze sobą wiele czasu, a niektórzy zauważali, że stwór wręcz przywiązał się do szpiega, Daniel wciąż odczuwał pewien lęk, gdy musiał się konfrontować z Imrem. Teraz było jeszcze gorzej, ponieważ Jeleń nie miał pojęcia, jak sobie poradzić z roztrzęsionym loðingillem, zwłaszcza że on sam wcale nie miał się lepiej. Odetchnąwszy głęboko, wziął się w garść i zabrał głos.
     — Imre — odezwał się najłagodniej, jak tylko potrafił. — Imre, to ja, Daniel. Rozpoznajesz mnie? Imre…
     Stwór drgnął gwałtownie, jak gdyby dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że ktoś przed nim stał. Wpatrując się w Daniela z szeroko otwartymi oczami, przestał na chwilę mamrotać, wsłuchując się w słowa szpiega.
     Gdy Imre nabrał powierza do płuc, Jeleń ucieszył się w duchu, że wreszcie usłyszy jakiekolwiek wieści, które być może pomogą mu zrozumieć. Ulga zbyt prędko rozgościła się po jego umyśle, przez co Daniel zupełnie nie był przygotowany na to, co po chwili usłyszał.
     — Uciekajmy stąd.
     Daniel mimowolnie odskoczył do tyłu, słysząc ten przerażający głos. Przywodził na myśl ostrą chrypę połączoną z odgłosem dławienia. Mocno zniekształcony, surowy i niewyraźny, wbijał się szpilkami w uszy i umysły, kłując strachem i zawieszoną w tym szepcie groźbą niebezpieczeństwa. Potwornego dzieła dopełniały jego oczy, które zdawały się puste, jak gdyby pogrążone w hipnozie, lecz skrywające gdzieś głęboko nieme wołanie o pomoc.
     Imre wyglądał jak szklana figurka, po której prześlizgiwał się ponury cień grozy.
     — Musimy stąd odejść… — szeptało stworzenie, wpatrzone gdzieś ponad ramię Daniela.
     — Nie możemy! — krzyknął panicznie Daniel, jak na znak spoglądając na dywan nieprzytomnych ciał. — Musimy im pomóc! Imre! Co się im stało?! Musisz mi powiedzieć!
     Adrenalina buzująca w jego żyłach wyłączyła w nim jakikolwiek instynkt samozachowawczy. Przez to zapomniał, że nie powinien krzyczeć na Imrego, który był niczym śmiercionośna broń zdolna w każdej chwili wpaść w odmęty szaleństwa, niosąc zgubę każdemu, kto znajdowałby się w pobliżu. Jednak szpieg nie potrafił się na tym skupić i kontrolować swoich emocji, choć przecież przez tyle lat właśnie tego go uczono.
     W tamtym momencie jednak najważniejsi byli nieprzytomni. Daniel rzucił się do najbliżej leżącego elfa. Długie, rude włosy lepiły się mu do spoconej twarzy i dopiero gdy szpieg je odgarnął, ujrzał szklane, szeroko otwarte oczy. W pustym, martwym błysku zdawał się jeszcze ślizgać cień obłąkańczego strachu, którego resztki spełzły na Jelenia, przepełniając go trwogą. Przez moment poczuł się tak, jakby pierwszy raz w życiu ujrzał zmarłego i to właśnie ten złudny szok przetrzymał go przez kilka cennych sekund w zupełnym bezruchu, odrętwiały przez strach, zagrożenie i nieuchronność śmierci. Ocknął się dopiero wtedy, gdy usłyszał za sobą cichutkie kroki, które bez wątpienia należały do Imrego. Lecz stwór nie odezwał się ani słowem, a miast tego szpieg czuł na sobie jego palące spojrzenie. Wtem przyszła mu do głowy niezwykle absurdalna myśl, jakoby Imre się bał i dlatego nie odchodził od Daniela ani na krok.
     Imre się bał. Ta myśl obijała się boleśnie w głowie szpiega, bijąc na alarm. Więc w jak fatalnej musieli znajdować się sytuacji, skoro stworzenie, dotąd uznawane za najniebezpieczniejsze, odczuwało strach?
     Rzucił się w stronę kolejnego leżącego, usilnie próbując stłumić kotłujące się wewnątrz wyrzuty sumienia. Nie powinien zostawiać tamtego elfa, ale z drugiej strony nie mógł mu już pomóc, a na ratunek mogli oczekiwać inni. Niestety, także krótko ogolony elf o ostro zarysowanej, lekko zarośniętej szczęce był martwy. Ten jednak, w przeciwieństwie do poprzedniego wojaka, miał spokojny wyraz twarzy, jakby nie zdążył sobie zdać sprawy z zagrożenia. Albo jakby był z nim pogodzony. Jednak Daniel nie potrafił odgadnąć przyczyny śmierci: powierzchowne oględziny nie wykryły żadnych ran, sińców czy choćby zadrapań. Ich ciało zdawało się nienaruszone, a jednak ktoś ich zamordował. Ale jak?
     — Imre… — szeptał coraz bardziej spanikowany Daniel. — Oni… jak to możliwe, że… Ten żyje! — wrzasnął nagle, czując niespodziewany przypływ energii. — Ale jak go obudzić? Imre! A może ty…
     Stwór ani drgnął, mimo że powoli nabierał kolorów i stawał się coraz mniej przezroczysty. Swoją postawą wyraźnie dawał do zrozumienia, że nie zamierzał nikomu pomagać, lecz nie ze złośliwości, a z czystego, pierwotnego strachu, jaki nim zawładnął. Daniel także miał wielką ochotę pogrążyć się w tym prostym, lekkim chaosie, jaki próbował przejąć jego umysł. Miał ochotę zacząć się bać i czekać na ratunek, nie czyniąc, poza tym nic innego. Miał ochotę przestać myśleć, przestać zastanawiać się nad tym, co się stało i jak może uratować innych.
     Miał ochotę okazywać swój strach tak samo wyraźnie, jak go odczuwał.
     — H-hej… Hej! — Daniel potrzasnął kilkukrotnie elfem o gęstej blond czuprynie. Przez zamknięte oczy i lekko uchylone usta wyglądał tak, jakby pogrążył się w głębokim śnie. Jednak puls miał wyczuwalny, serce pracowało miarowo, a na ciele nie widać było żadnych ran ani krwi. Mimo to wciąż pozostawał nieprzytomny, a Daniel nie miał pojęcia, co powinien zrobić. — HALO! — krzyknął raz jeszcze, czując, że głos coraz bardziej mu drży. — Obudź się. OBUDŹ…! Sole trzeźwiące, one by pomogły… Zaraz! Ezarel je ma! Imre! Gdzie jest Ezarel?!
     Ezarel, jak na przywódcę przystało, powinien wiedzieć, co należało zrobić w tak stresowej sytuacji. Swoją drogą, że Daniel także powinien mieć tę wiedzę, lecz z jakichś nieznanych sobie przyczyn strach, który nim zawładnął, nie chciał dopuścić do głosu zdrowego rozsądku, a wraz z nim choć krzty profesjonalizmu. Dlatego miał nadzieję, że alchemik sprawdzi się w tej roli lepiej od niego. Poza tym, no właśnie — to alchemik. Na pewno znał podstawy medycyny, wobec tego bardzo by się tu przydał.
     Jednak… gdzie on był? Czy wyszedł już na zewnątrz, aby zbadać teren? Czy…
     Momentalnie pobladł, gdy oczyma wyobraźni ujrzał najczarniejszy z możliwych scenariuszy. Wprawdzie nie przepadał za tym aroganckim elfem, jednak nigdy nie życzył mu śmierci, a zwłaszcza teraz — w tak okropnych okolicznościach i w czasie, w którym był tak bardzo potrzebny.
     — Imre — Daniel odwrócił się do stwora, spoglądając na niego błagalnie. — Imre, gdzie jest Ezarel?! Proszę, muszę to wiedzieć! Gdzie je…
     Nie dokończył, jak urzeczony obserwując podnoszącą się z wolna rękę stwora. Loðingill wskazał palcem gdzieś w prawą stronę, w okolice stolików. Nie czekając na nic więcej, Daniel momentalnie zerwał się na równe nogi i pognał we wskazanym kierunku, ledwie połowicznie zwracając uwagę na leżących na ziemi elfy. Gdy zaś dotarł pod samą ścianę, rozejrzał się panicznie dookoła, spanikowany brakiem jakichkolwiek śladów. I gdy już miał ponownie zwrócić się do Imrego po pomoc, dostrzegł charakterystyczną niebieską kitę w okolicy schodów prowadzących na pierwsze piętro. Bojąc się choćby myśleć o najgorszym, ruszył w tamtą stronę, by następnie ostrożnie kucnąć przy nieprzytomnym Ezarelu. Wstrzymując oddech, zbliżył dwa palce do szyi swojego dowódcy, a gdy wyczuł puls, chłodna, otrzeźwiająca ulga z niemal miażdżącą siłą rozlała się po całym jego ciele. Odzyskując wreszcie oddech, rozejrzał się dookoła, szukając jakiejś elfiej torby, w której miałby jakieś lekarstwa lub cokolwiek, co pomogłoby wybudzić tych wszystkich nieprzytomnych. I owszem, znalazł jedną małą torbę przyczepioną do paska Ezarela, lecz znajdujące się w niej fiolki były albo potłuczone, albo zawierały bliżej nieznaną substancję, której użycia Daniel wolał nie ryzykować. Dlatego musiał jakkolwiek ocucić alchemika. Kierowany paniką i rozpaczliwym pragnieniem znalezienia jakiegokolwiek sojusznika, chwycił elfa za ramiona i dość gwałtownie nim potrząsnął, jednocześnie nie bardzo wierząc, że da to jakiekolwiek efekty.
     Drgnął zaskoczony, gdy Ezarel nagle otworzył oczy. Jednak jego reakcja znacznie różniła się od tej, jakiej szpieg się spodziewał: elf pod wpływem dotyku zerwał się do pionu i momentalne odsunął do tyłu, spoglądając dookoła szeroko otwartymi oczyma, w których lśnił ogromny, paranoiczny wręcz strach. Dopiero po dłuższej chwili, gdy dojrzał Daniela, powoli zaczął się uspokajać, choć nadal silnie drżał. Jeleń początkowo uznał to za zwykłą reakcję na szok, jaki w niego uderzył po przebudzeniu. Zaraz jednak przypomniał sobie o jego obsesyjnej niechęci do dotyku. Dotąd wydawało mu się, że wynikała ona ze zwykłego poczucia wyższości, jednak sądząc po reakcji, za tą awersją krył się jakiś głęboki psychiczny uraz.
     Ezarel bez zrozumienia rozglądał się dookoła, a w jego turkusowych oczach wciąż nie gasnął strach, będący najprawdopodobniej pozostałością tego, co się wydarzyło przed omdleniem. Co więcej, ta przerażająco błyszcząca panika wciąż nie znikała. Daniel poczuł się tak, jakby coś lodowatego spłynęło mu po piersi aż na sam dół, rozlewając się nieprzyjemnym chłodem po ciele. Zrozumiał, że cokolwiek się z nimi stało, zasiało w nich nieracjonalną panikę, z którą nikt nie był w stanie walczyć. Także ich przywódca, który błędnym wzrokiem wpatrywał się w leżące dookoła ciała. On też nie rozumiał. I też bał się zrozumieć.
     — Hej, słyszysz mnie?! — krzyknął Daniel drżącym głosem. Zdziwiła go jego własna niepewność, co tylko utwierdzało go w przekonaniu, że ogarniająca ich panika nie była naturalna. — Ez, słuchaj… nie wiem, co się stało, ale…
     Przerwał mu huk gwałtownie otwieranych drzwi. Szpieg momentalnie zerwał się na równe nogi, gotów do ataku. Ten naturalny odruch bardzo pocieszył Daniela i miał nadzieję, że to początek odzyskiwania panowania nad sobą i swoimi emocjami.
     Na szczęście nie musiał atakować, ponieważ w progu stanął jeden z elfów z armii Folkego. Ciemnoskóry mężczyzna o długich, czarnych włosach zaplecionych w gruby warkocz, wraz z misternymi białymi tatuażami zdobiącymi jego szczupłą twarz, wpatrywał się w nich z rozdrażnieniem zmieszanym z największym stresem. Próbując złapać oddech, pochylił się na moment, nabrał powietrza do płuc i dopiero gdy się wyprostował, zabrał głos.
     — Oni nadal tam są — jęknął panicznie. Usta mu drżały, a w oczach lśniły zalążki obłędu. — Nie wiem, jak się wydostaniemy… Nie wiem…
     — Ale kto?! — wrzasnął Daniel, coraz bardziej zniecierpliwiony tą narastającą tajemnicą.
     Elf spojrzał na niego z największą powagą, milcząc przez krótką, lecz jakże nieznośną chwilę. Minę miał taką, jakby badał, czy Jeleń sobie z niego kpił, czy może naprawdę nie wiedział, co było źródłem zagrożenia.
     — Daudiny.
     W pomieszczeniu nastała martwa cisza. Trwała może dwie sekundy, może trzy, lecz nie więcej. Mimo to ta jedna chwila boleśnie się rozciągała, usilnie trwając jak najdłużej, chcąc wtłoczyć w umysły zebranych tam osób jak najwięcej szoku, paniki… a przede wszystkim bezradności. Bezradności i poczucia, że to był ten moment, w którym należało pogodzić się ze Śmiercią, której oddech każdy czuł na swoim karku.
     Zimnie, nieprzyjemnie dreszcze szarpnęły ciałem Daniela, uderzając do głowy i rozlewając w niej strach przepełniony niezrozumieniem. W pewnym sensie nie wierzył w to, co usłyszał i miał nadzieję, że to jakaś tragiczna pomyłka. Przecież to niemożliwe, by Daudiny… to niemożliwe, by urządziły tę masakrę. To niemożliwe, by było ich więcej niż jeden. To niemożliwe…
     Niemożliwe? A może jednak?
     Pot spływający po twarzy ciemnoskórego elfa oraz błysk paranoi w oczach był wystarczającym dowodem na prawdziwość jego słów.
     — Jak to… Daudiny? Ile?
     Jeleń poczuł ukłucie ulgi, gdy usłyszał głos Ezarela. Cieszył się, że ktoś wreszcie przerwał tę przerażającą ciszę, nawet jeśli w tonie jego szefa pobrzmiewało zwątpienie i zrezygnowanie.
     — Nie wiem — wydyszał elf, opierając się o drzwi. — Nie wiem. Widziałem czterech… albo pięciu… ale może być ich więcej…
     Ezarel spojrzał na Daniela szeroko otwartymi oczami, lecz nic nie powiedział. Nie musiał, bo Daniel był tak samo zaskoczony i spanikowany.
     Daudin uchodził za uosobienie śmierci, za jej posłannika, kochanka, najwierniejszego sługę. Mawiano, że to nikt inny, jak bóg śmierci, który zaplątał się między ludźmi, nie mogąc wrócić do domu. Z tego powodu zaczął mścić się na śmiertelnikach, zjawiając się nagle przed ich obliczami i mordując bez chwili zawahania i cienia litości. Jednak to wszystko to tylko mity, ponieważ nikt jak dotąd nie zebrał dostatecznej ilości faktów dotyczących tego mitycznego stworzenia. Pewnych było tylko kilka rzeczy: że pojawiało się nagle i mordowało w mgnieniu oka. Potrafiło rozmawiać, niekiedy nawet prowadziło dialog ze swoją ofiarą. Czasami pozwalało jej odejść, jednak nikt nie wiedział, czym kierowały się Daudiny, mordując jednych, a litując się nad drugimi. Wiadomo było, jak wyglądały: zdawały się utkane z ciemnego, gęstego dymu przywodzącego na myśl cień, który ożył, posiadłszy własną wolę. Czarna materia powoli formowała się na kształt humanoidalny, lecz nie miała ni twarzy, ni rąk, ni głowy. Jedynie w miejscu, w którym powinny znajdować się oczy, widniały dwa punkciki świecące intensywnie zielonym światłem.
     Dotąd twierdzono, że istnieje tylko jeden Daudin. Wszechobecny, wszechmogący, dla którego nie było granic, a czas i miejsce nie grały roli. Jeden Daudin był ogromnym problemem i wielka traumą. Ale pięciu… Nikt nie był wyobrazić sobie potęgi, jaką posiadały te stworzenia i siły, jaką władały, łącząc się w grupy.
     — Są tam nadal? — szepnął Daniel.
     — Są. Zmieniają miejsca, jakby… — Ciemnoskóry zawahał się na moment, błądząc oczami po pomieszczeniu. — Jakby czegoś szukały.
     — Co?! — krzyknął Ezarel, zrywając się do przodu. Daniela bardzo zdziwił ten nagły wybuch, zwłaszcza że na moment z twarzy elfa znikł cały niepokój, zastąpiony przez zniecierpliwienie, ekscytację i gniew. — Czego? Widziałeś coś? Cokolwiek?
     Ciemnoskóry przez chwilę patrzył na Ezarela w ciszy, również nie rozumiejąc tej nagłej zmiany nastroju. Zmarszczył brwi, lustrując alchemika podejrzliwym spojrzeniem.
     — Widziałem… widziałem coś dziwnego — wyznał po chwili. — Widziałem coś… nie wiem, jak to nazwać… Coś błyszczącego, białego… Jakby jakiś portal…
     Daniel wytrzeszczył oczy, momentalnie rozumiejąc, co wojak Folkego miał na myśli. Najpewniej mówił o tych samych portalach, które pojawiały się na obrzeżach Miasta Eel. Tylko co one mogły robić tutaj, setki kilometrów dalej? I czy to oznaczało, że były rozsiane po całym świecie? Jeleń zerknął kątem oka na Ezarela i momentalnie zrozumiał, że alchemik myślał o tym samym. Ezarel gwałtownie pobladł, przez co sprawiał wrażenie, jakby nie dowierzał w to, co usłyszał. Skala problemu, która się przed nimi objawiła, zdawała się go przytłoczyć, przez co sprawiał wrażenie, jakby na moment stracił rezon i zupełnie nie wiedział, co powinien zrobić.
     — Daudiny próbowały do tego jakby wejść — tłumaczył elf z warkoczem. — Uparcie na to napierały, ale bez skutku. Te dziwne portale… one zmieniały miejsca. Jakby przeskakiwały z jednego miejsca na drugie. I one, te Daudiny, zaraz do tego leciały, otaczały to i po kolei uparcie próbowały do tego wleźć. To naprawdę wyglądało jak jakiś portal, tylko że zamknięty. A one jak te dzieciaki, co nie rozumieją zakazu, cały czas próbowały. I nadal próbują.
     Ciemnoskóry elf powłóczył spojrzeniem po swoich słuchaczach, licząc na jakąś reakcję oraz wyjaśnienie tego, czego był świadkiem. Ezarel, zupełnie oniemiały, wpatrywał się pustym spojrzeniem przed siebie, oszołomiony tym, co usłyszał. Także Daniel nie miał pojęcia, co o tym wszystkim sądzić. Nie był aż tak wtajemniczony w problem z portalami, które nagle zaczęły się pojawiać wokół miasta, ale wiedział, że podczas badania jednego z nich jakaś dziewczynka trafiła do szpitala. Wiedział też, że mają powierzchnię jak szkło i faktycznie wyglądały na nieaktywne — zakładając, że to w ogóle były portale.
     Daniel mimowolnie zerknął na Imrego. Stwór znów stał się widzialny, tym samym przeistaczając się w nagiego potwora o ostrych, idealnie gładkich rysach przywodzących na myśl lalkę lub wręcz pierwotny szkic stworzenia ludzkiego, pozbawionego jakichkolwiek widocznych na ciele wad. Mleczna, gładka skóra zdawała się niemal lśnić, makabrycznie zlewając się z białymi oczami oraz nienaturalnie szerokimi, wąskimi ustami, wykrzywionymi wówczas w grymasie silnego niepokoju. I dopiero wtedy Daniel zrozumiał, czego Imre tak się bał. Zrozumiał, że jednak istniała istota straszniejsza, potworniejsza i bardziej niebezpieczna niż loðingill.
     — Musimy stąd uciekać — odpowiedział się niespodziewanie Ezarel. — I to jak najszybciej. Ty — zwrócił się do Daniela — znajdź najbezpieczniejszą drogę.  Ty i… — spojrzał niepewnie na ciemoskórego elfa, wyraźnie domagając się jego imienia.
     — La’salle.
     — Zabierz go ze sobą — kontynuował alchemik, patrząc na Daniela z całą stanowczością — i dowiedzcie się, jak daleko od nas są Daudiny. Jeśli blisko, nie ryzykujcie — natychmiast wracajcie. Jeśli są daleko, spróbujcie przebadać teren i namierzyć możliwie najbezpieczniejszą drogę ucieczki. Ja i twój stwór zajmiemy się nieprzytomnymi. Wygląda na to, że tym, którzy tylko zemdleli, nic nie jest… Tylko mu wytłumacz — dodał agresywnie, grożąc Danielowi palcem — że ma mi pomagać, a nie mnie zjeść. Są jeszcze jacyś potrzebujący? — spytał, patrząc na podwładnego Folkego.
     — W sąsiednim budynku. Tam miało kwaterę większość naszych. Tam też jest kilku… martwych…
     — A ktoś już się obudził?
     — Nie wiem…
     Ezarel zaklął cicho, jednak nic więcej nie powiedział. Jedynie kiwnął głową w stronę Daniela, dając tym samym znak, że powinien ruszać, po czym sam zbliżył się do nieprzytomnych, badając ich funkcje życiowe. Jeleń zaś, kierując się poleceniem swojego przełożonego, zbliżył się do drżącego ze strachu Imrego, patrząc mu prosto w białe ślepia.
     — Wyjdziemy z tego — odparł pocieszająco. — Zostań tu i proszę, pomóż Ezarelowi w uratowaniu innych. Ja zaraz wracam.
     — Nie wrócisz.
     Jeleń poczuł, jak nagły chłód ściska mu pierś. Porażony tym, co usłyszał, wpatrywał się w Imrego z niemym przerażeniem.
     — Wrócę — szepnął powoli, choć sam zaczynał wątpić w swoje zapewnienia. — Obiecuję, że wrócę.
     Loðingill nie odpowiedział. Zamiast tego natychmiast odwrócił się w stronę Ezarela i podszedł do niego, aby uzyskać potrzebne instrukcje. Gdzieś z tyłu La’salle pytał go, czy mogą już wyruszać i rzucał wyjaśnieniami, tłumacząc, gdzie ostatnio widział Daudiny. Jednak to wszystko wlatywało do jednego ucha, a wylatywało drugim, Daniel bowiem nie mógł pozbyć się niepokoju, który nim szarpnął po usłyszeniu wróżby Imrego. Jak dotąd nie miał poczucia, że być może nie wróci z tej wyprawy. Był odważny, pewny siebie i doświadczony. Był odporny na stres, znał się na walce i szpiegostwie. Potrafił być jak cień i zwykle to on rozdawał karty. Jednak jak mógł walczyć z czymś tak nieuchwytnym jak cień? Jak mógł go złapać, uwięzić, pokonać?
     Jak mógł pokonać Śmierć?
     Wyszedł z budynku. Wyszedł, patrząc na świat brudny, brutalny, chłodny i szorstki.
     Wyszedł, choć nie wiedział, czy wróci.




Odpowiedzi na komentarze





Bohaterowie

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (19-10-2020 o 20h57)


https://i.imgur.com/ujEBcI9.png





P A R R I E      M A S Z     4      M I E S I Ą C E      N A      D O K O Ń C Z E N I E    S P N     -    D O     2 3 . 0 3 . 2021 !
f     a     n                            l     d     s                            w     c      i     ą     g     a     j     ą     c     y                             t     o     n     y     '     e      g     o                              j     a     k                           v     e     r     ę
i n s t a g r a m                                              f a n k l u b    e z a                                        f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "
https://zapodaj.net/i

Offline

#177 25-10-2020 o 21h37

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 22

Cześć! Szalenie miło jest zobaczyć kolejny rozdział, szczególnie w takim niespokojnym czasie.
Ogólnie rozdział jest świetny, już zapewne wiesz, że naprawdę uwielbiam twój charakterystyczny styl pisania i przedstawianie postaci – zarówno tych kanonicznych, jak i twoich oryginalnych. Z tego powodu ten odcinek był naprawdę, naprawdę emocjonalny, bo zaczęłam się porządnie obawiać, że zginie ktoś, kto należał do moich ulubieńców :> (za każdym razem, kiedy w opisie nieprzytomnych pojawiało się słowo "elf" przechodziłam mini zawał).
Wybacz mi, że nie jestem najlepsza w komentowaniu, ale chciałam tylko dać znać, że czytam i kocham tę historię.
Dużo zdrowia i weny!:3


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#178 11-12-2020 o 15h16

Straż Cienia
Divia
Straż na szkoleniu
Divia
...
Wiadomości: 185

Witam,
na wstępie od razu chcę powiedzieć, że bardzo cieszę się, że zawitałam w Twoich skromnych progach. Niby kończę dopiero ósmy rozdział i jestem daleeeeko w lesie, ale postanowiłam już teraz dodać komentarz, bo fabuła bardzo mnie wciągnęła.

Rozdziały mają bardzo przystępną długość, nie są na siłę przeciągane i czyta się je naprawdę bardzo płynnie. Już dwa razy niemal popłakałam się ze śmiechu chociażby przy wydarzeniach przy domniemanym portalu, kiedy to Ezarel w tak wyrafinowany sposób zwyzywał naszego Wampira.
— IDIOTO ZŁAMANY @#&!%&# JEGO MAĆ WAMPIRZE — wrzeszczał Ezarel, gwałtownie szarpiąc za włosy.
Koło tego nie da się przejść obojętnie :D Drugą zaś było spotkanie z Ewelein w przychodni. Naprawdę w genialny sposób opisujesz te jego podchody ♡

Ponadto metafory, których używasz, jak np. ta:
Noc była nieocenioną przyjaciółką. Cichą i delikatną niczym szept kochanki. Zasłaniała całe istnienie swoją jedwabną kurtyną, rozpylając tym samym nutkę niepewności i tajemnicy. Sama zaś nigdy niczego nie zdradzała. To, co wydarzyło się za jej panowania, ginęło wraz z nadejściem brzasku.są po prostu niesamowite. Tak.. wyrafinowane, przemyślane. Miód na moje oczy.


Teraz trochę poteoretyzuję, bo to opko aż samo się o to prosi.

A więc:


Dobra, nagadałam się to czas wrócić do czytania. Życzę masy weny, która mam nadzieję, że Cię nie opuści. Na koniec tylko dodam, że podziwiam Cię za to, jak długo prowadzisz już to opowiadanie i jak dużo rozdziałów powstało. Oby tak dalej!


EDIT:
Oki doki, lecę z ‘aktualizacją’ mojego komentarza ^^

Divia napisał

Teraz tylko zaczekać aż drogi Svana i Cathieli się przetną.

No i się przecięły…
Po przeczytaniu rozdziałów VIII-XV utwierdziłam się w przekonaniu, że Svan to po prostu zwykły dupek. Serio, miał swoje powody do gniewu, rozgoryczenia i rozpaczy, ale aahgrgrrr to nie daje mu prawa do takiego zachowania! Ech, biedna ta Cathiela :< Nie wiem, czy wyjaśni się to dalej, ale zastanawia mnie kolor jej włosów- sądzę, że jak ktoś bierze się za farbowanie, to chyba jednak dba o swoje włosy, a tu nie dość, że piszesz o ‘odroście’ (patrząc na wzmiankę o brązowym kolorze jej włosów) to jeszcze, że włosy Cath są zniszczone.. Chyba, że w ten sposób została naznaczona? Chociaż to mogło by się raczej odnosić do oparzenia na policzku…

Szkoda mi Metztlin, bo wydaje się bardzo sympatyczną postacią, a tyle zwaliło jej się na głowę w tak krótkim czasie. Ale to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jest bezpośrednio związana z Nigredo, biorąc pod uwagę, że wciąż dość gwałtownie reaguje na tą dziwną ciecz.
Jeśli chodzi o plemię/ ród Vahtanów, które jako jedyne miało wstęp do Lasu Calaljós, to wydaje się bardzo prawdopodobne, że Metz pochodzi właśnie od nich. I nie wydaje mi się żeby to był zbieg okoliczności, że domniemane portale emanują światłem jak i drzewa we wcześniej wspomnianym lesie.

Rozdział XVI
Bardzo mi się podobało, jak opisałaś emocje Eza, gdy dowiedział się o przyjeździe Folkego. Wyszło naprawdę naturalnie. Natomiast nie mam pojęcia o jaki artefakt może chodzić, lecz nie było by dla mnie dużym zaskoczeniem gdyby okazało się, że ma on coś wspólnego z Nigredo. A może chodzi o Metztlin…?

Rozdział XVII
Może nie powinnam, ale uśmiałam się ze zmagań Ezarela. Rozwścieczona Ewelein, która policzkuje elfa, potem Ykhar okładająca go książką.. Swoją drogą biedna ta książka.
Coś czuję, że coś się kroi między Metz i Ezarelem. Od dłuższego czasu mam wrażenie, iż jego troska o dziewczynę nie jest spowodowana tylko jej stanem. Cóż, okaże się

Rozdział XVIII

Divia napisał

Natomiast nie mam pojęcia o jaki artefakt może chodzić, lecz nie było by dla mnie dużym zaskoczeniem gdyby okazało się, że ma on coś wspólnego z Nigredo. A może chodzi o Metztlin…?

Ha, wiedziałam! (może nie wszystko, ale jednak!)
Teraz wszystko zbiera się w całość- porywanie demonich dzieci, Lilian, która jako jedyna była zdrowa, substancje czarna- zapewne nigredo, biała, od zdrowego dziecka- zapewne albedo i ostatnia- wyciekające z portalu rubedo. Z tego wynikało by, że Yorgorenowi brakuje tylko rubedo, które znajduje się w Eldaryi.. Czy w liście od Folkego jest mowa o starcu z prologu? To było pierwsze, co mi przyszło na myśl, ale wydaje się być logiczne- Aberald nagle zniknął z Dragonsloe po czym pojawia się w laboratorium Yorgorena. Tylko dlaczego zniknął z Eldaryi? Może to ma związek z wyczynami Folkego?

Ostatnio zmieniony przez Divia (18-01-2021 o 15h17)


https://zapodaj.net/images/1b8130842a811.gif

Offline

#179 20-12-2020 o 12h16

Straż Absyntu
Fujimen
Patrolowiec Straży
Fujimen
...
Wiadomości: 5 847

Przypomniałam sobie po dwóch miesiącach że przecież napisałaś nowy rozdział XD
bardzo emocjonujący, końcówka mi mówi że Daniel nie będzie miał szczęśliwego zakończenia
musze chyba doczytać spis bohaterów bo jak czytam komentarz wyżej to sobie myślę "kto to kuźwa jest Ralph"
edit: dalej nie wiem XD
no to czekamy dalej :v

Ostatnio zmieniony przez Fujimen (20-12-2020 o 12h21)

Offline

Strony : 1 ... 6 7 8