Forum

Strony : 1

#1 01-05-2021 o 23h24

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

Witam wszystkich serdecznie. Nie wiem, czy ktoś zatęsknił za moją twórczością, ale jeśli były takie osoby - byłoby mi miło. Kiedyś swoje opowiadanie nazwałam "Kilka godzin z życia daemona" - ponieważ miało być krótkie i faktycznie przedstawiać okres kilku godzin (no może w porywie kilku dni). Jednak okazało się, że fabuła mi się rozrosła, dlatego teraz zmieniłam trochę tytuł. W międzyczasie powstał dodatkowy rozdział, będący czymś w rodzaju prologu, więc ponowna publikacja będzie wyglądać odrobinę inaczej niż poprzednia.
Dla tych, którzy nie chcą spoilerować sobie gry - historia przedstawiona u mnie i ta zawarta w grze są mocno powiązane, ale nie pokrywają się w pełni ze sobą. U mnie jest sporo wydarzeń i kilka postaci, które nie mają nic wspólnego z oryginalną fabułą gry. Czytając moją wersję, robicie to na własną odpowiedzialność /static/img/forum/smilies/smile.png
Pozdrawiam Was gorąco, a chętnych zapraszam do lektury.

PROLOG

          Dochodziła trzecia w nocy, a mimo to w najważniejszej sali budynku Kwatery, zwanej Kryształową Salą, siedział dość postawny mężczyzna i chociaż nie posiadał żadnej widocznej broni, to wyglądem i ubiorem od razu przywodził na myśl wojownika. Całe jego ciało pokryte było niezliczoną ilością złotych tatuaży, przedstawiających dziwne znaki i pismo. Stanowiły one niejako znak rozpoznawczy zaklinaczy, ponieważ zawsze samoistnie pojawiały się na ciele adeptów, już na samym początku ich szkolenia. Dla zaklinaczy były jednak swoistą tarczą ochronną, a ich liczba zwiększała się wraz ze wzrostem doświadczenia i zdobywanym stopniem wtajemniczenia przez ich posiadacza. Oznaczało to, że im więcej tatuaży ma zaklinacz, tym większe są jego umiejętności. Mężczyzna wpatrywał się w Wielki Kryształ spojrzeniem pełnym łagodności i jakby delikatnej tęsknoty. W jego pozbawionych źrenic i niebywale jasnych oczach czaiły się maleńkie łzy, mimo iż na twarzy malowały się spokój i radość.
          - Ciekaw jestem, czy zdajesz sobie sprawę… Shai, jak bardzo tęsknię za tobą… ? - wyszeptał cicho mężczyzna. - Mam nadzieję, że tak… Wpłynęłaś na życie tak wielu istot… Wyobraź sobie, że twoja przyjaciółka, ta ruda brownie o króliczych uszach, wydała w końcu swoją książkę, w której wspomniała nawet o tobie. Pewnie jeszcze nikt nie pokwapił się, aby ci to przeczytać, dlatego ja to zrobię… - dodał z uśmiechem i sięgnął po książkę, leżącą obok na fotelu.
          - Pamiętasz, jak zawsze powtarzała, że ma problemy z historią? Pewnie dlatego jej książka nosi tytuł: “Streszczona historia Eldaryi dla opornych”- mówiąc to, szybko przewertował kartki, aż w końcu zatrzymał się na zaznaczonym tekście i zaczął cicho czytać:
          - “Mało kto wie, że dawno temu ludzie i faery, czyli istoty magiczne żyli razem na Ziemi. Nadeszły jednak czasy, że przez dzielące ich różnice coraz częściej dochodziło do nieporozumień, które przyczyniały się do konfliktów i wzajemnych ataków. W końcu wspólne koegzystowanie w tym samym świecie stało się koszmarem, którego nie mogła znieść żadna ze stron. To wtedy faery podjęli decyzję o stworzeniu dla siebie świata bez ludzi, który stałby się ich nowym domem. Dwie legendarne rasy - smoki i aengele, będące najpotężniejszymi faery w owych czasach, zgodziły się oddać swoje życie w rytuale zwanym Niebieskim Poświęceniem, aby w ten sposób stworzyć ten nowy dom, zwany Eldaryą. Niestety część aengeli obawiała się śmierci i w ostatniej chwili wycofała się z rytuału, przez co inni faery poczuli się zdradzeni i oszukani. Ich rozgoryczenie i złość nasiliły się, gdy w dodatku wyszło na jaw, że nowopowstały świat jest wybrakowany i nie do końca stabilny. Tutejsze plony, mimo iż zjadliwe, a nawet sycące, to niestety okazały się pozbawione wartości odżywczych. Z tego powodu pozostali przy życiu faery zapałali nienawiścią i żądzą zemsty, co doprowadziło do chaosu i bratobójczych walk. W końcu udało się jakoś uspokoić emocje i zaprowadzić względny pokój, jednak tak burzliwa historia i coraz to nowe problemy, wymagały, aby ktoś pilnował tego porządku i zapewniał bezpieczeństwo w tym świecie. Tak powstała Straż Eel, której siedziba zwana Kwaterą Główną, położona jest mniej więcej pośrodku tej magicznej krainy. To w niej znajduje się Wielki Kryształ, będący sercem i kwintesencją Eldaryi. Powstał on z energii tych legendarnych dusz, które poświęciły życie w rytuale stworzenia, natomiast z ich wiedzy i doświadczenia narodziła się Wyrocznia, będąca inkarnacją ducha Kryształu. Od stanu i ogólnej kondycji Kryształu uzależniona była siła życiowa i moc Wyroczni oraz harmonia pogody i brak kataklizmów w tym świecie. Jednak w mroku kryło się zło, które pragnęło zniszczyć Wielki Kryształ i Wyrocznię, a przez to Eldaryę. Miało postać zamaskowanego mężczyzny w czarnej zbroi, który kilkakrotnie atakował Kwaterę i Kryształ. Jego poczynania sprawiły, że Eldarya, chociaż powoli, to jednak nieuchronnie zaczęła ulegać zagładzie. Wówczas do naszego świata trafiła pewna młoda dziewczyna z Ziemi, która nie dość, że zdemaskowała czające się zło, to jeszcze przyczyniła się do naszego ocalenia. Kryształ i Eldarya nie tylko ocalały, ale dzięki niej uzyskały stabilność, której im wcześniej brakowało. Kiedyś mówiono o niej Wybranka Wyroczni, za to dzisiaj jest... “
          - Witaj Itzalu. Co tu robisz wielki mistrzu świetlistych zaklinaczy? - przerwał mu białowłosy wojownik, podchodząc bliżej niego i uśmiechając się przyjaźnie.
          - Ja? Przyszedłem w odwiedziny do dawnej przyjaciółki - odparł mu zagadnięty z nostalgią w głosie i zamykając książkę, zerknął na niego przelotnie. - A ciebie drogi Valkyonie, co tutaj sprowadza o tej godzinie?
          - Chciałem zamknąć pewien rozdział swojego życia… - odpowiedział niepewnie. - Pomyślałem, że wyznanie JEJ całej prawdy będzie najbardziej odpowiednie… 
          - Tak, masz rację… - odpowiedział zaklinacz, wchodząc mu w słowo i  poprawiając się w fotelu. - Rozmowa z nią może zadziałać oczyszczająco…
          - Naprawdę wierzysz Itzalu, że zechce się ukazać i porozmawiać z nami? - dopytywał wojownik z powątpiewaniem, podchodząc jeszcze bliżej, z zamiarem usadowienia się obok mężczyzny na podłodze. - Na przestrzeni lat wielu starało się z nią spotkać, ale jak dotąd nikomu nie chciała się pokazać. Nikt nie wie dlaczego, ale mówi się, że podobno nikogo nie chce “faworyzować”… - dodał, spoglądając na swojego rozmówcę i robiąc sugestywny gest cudzysłowu rękoma.
          Mistrz Itzal zaśmiał się łagodnie i obdarzył mężczyznę tak rozbawionym spojrzeniem, że ten zaskoczony uniósł brew.
          - Chodzi o to, że każdy przychodził tylko z powodu niezdrowej ciekawości - zaczął mówić zaklinacz, spoglądając ponownie z uwagą na Kryształ. Nagle jego znaki na ciele delikatnie zaiskrzyły złotym blaskiem, a on przerwał i uśmiechnął się, jakby właśnie wyczuł czyjąś obecność i czekał, aż ta osoba zdecyduje się ujawnić. Jednak nikt i nic zauważalnego się nie działo, więc kontynuował bardzo spokojnym głosem: - A wiesz dobrze, że Shai nigdy nie lubiła być w centrum zainteresowania…
          - Wiem… - uśmiechnął się tajemniczo wojownik.
          - Chcesz, żebym wyszedł i zostawił cię z nią samego? - zapytał zaklinacz i po chwili dodał, już szepcząc: - Właśnie nas słucha z ukrycia.
          - Nie, wolałbym, abyś został - odparł Valkyon, uśmiechając się delikatnie. - Chyba będzie mi wtedy raźniej. I tak już jest mi ciężko, więc musiałem sobie wszystko spisać, aby o niczym nie zapomnieć…
          - W porządku… zatem czytaj…
          Białowłosy wojownik rozłożył i wygładził kartkę papieru, zapisaną gęstym i schludnym pismem, a następnie zaczął czytać. 
***
(historia zapisana w pewnym liście)
          W tym dniu, w którym pojawiłaś się w naszym świecie, już od samego rana miałem dziwne wrażenie, a może to było przeczucie, że coś się wydarzy. Nie byłem więc zbytnio zdziwiony, gdy szefowa wezwała nas na pilne zebranie do Kryształowej Sali. Wtedy zobaczyłem cię pierwszy raz, gdy Jamon wyprowadzał cię z pomieszczenia. Przechodząc obok, spojrzałaś na mnie przelotnie i bez większego zainteresowania. Wydawałaś się tylko trochę przestraszona, ale za to wyraźnie byłaś niezadowolona z tego, że kazano odprowadzić cię do lochów. Pamiętam, że koniecznie chciałaś wyrwać się z żelaznego uścisku naszego ogra, ale on nie zamierzał cię puścić, żebyś mu przypadkiem nie uciekła. Patrząc wtedy na ciebie, pomyślałem, że w sumie niczym szczególnym się nie wyróżniasz… No może poza tymi twoimi obłędnie liliowymi oczami. Na pierwszy rzut oka byłaś po prostu bardzo drobną, niską istotką, która w dodatku pachniała człowiekiem na kilometr.
          Kiedy Jamon cię wyprowadził, zapytałem Miiko, co zamierza z tobą zrobić, ale ona wzruszyła tylko ramionami, bo nie miała żadnego planu czy pomysłu. Chodziła za to i oglądała Wielki Kryształ z każdej możliwej strony, w kółko zastanawiając się, jak to zrobiłaś, że trafiłaś bezpośrednio do Sali Kryształu, omijając nasze zabezpieczenia. Musiało ją to naprawdę wkurzyć, bo rozkazała nam, szefom poszczególnych straży, byśmy osobiście sprawdzili wszystkie bariery i zaklęcia ochronne, a potem wrócili i zdali szczegółowy raport. Z Nevrą i Ezarelem obeszliśmy cały teren Kwatery, ale wszystko było w jak najlepszym porządku - nienaruszone i aktywne.
          Kilka godzin później okazało się, że jakimś cudem wydostałaś się z więzienia, ale dość szybko cię złapaliśmy. Niemal wszyscy byli za tym, aby się ciebie pozbyć z Kwatery, bo obawialiśmy się, że przysporzysz nam jeszcze większych problemów. Niestety odesłanie cię z powrotem do twojego świata nie wchodziło w rachubę, ponieważ koszty wyprawy na Ziemię były zbyt wysokie, a nam ciągle brakowało potrzebnych składników. Zebraliśmy się ponownie w Sali Kryształu, żeby zadecydować, co z tobą zrobić, ale zanim jeszcze zaczęliśmy cokolwiek ustalać, pojawiła się Wyrocznia i wyraźnie wskazując na ciebie, coś powiedziała. Nie pojawiała się od tak dawna, że wówczas byliśmy niezmiernie zaskoczeni jej obecnością i nikt nie wsłuchiwał się w jej słowa. To wtedy zaczęło coś mi świtać, że za tym twoim niespodziewanym pojawieniem się u nas, musi kryć się coś więcej. Tym bardziej że byłaś pierwszym w historii człowiekiem, który pojawił się w naszym świecie bezpośrednio przy Krysztale. Ostatecznie postanowiliśmy, że zostaniesz z nami w Kwaterze, a dodatkowo Leiftan zaproponował, aby przypisać cię do którejś Straży. Tłumaczył to tym, że będziemy mogli nie tylko mieć cię na oku, ale będzie z ciebie jakiś pożytek i jeszcze będziesz miała zajęcie, dzięki któremu nie pomyślisz o ucieczce.
          Pamiętam, jak się zbulwersowałaś, gdy potem padła propozycja, aby sprawdzić, czy masz może magiczne pochodzenie. Ty wciąż powtarzałaś, że jesteś zwyczajnym człowiekiem, a Ezarel - nasz mistrz od alchemii i szef Straży Absyntu, wkurzał się, że będzie musiał tracić swój cenny czas na robienie dla ciebie eliksiru testującego. Odkąd sięgam pamięcią, on zawsze nie znosił ludzi i ty nie stanowiłaś wyjątku. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy test wyszedł pozytywny. Oznaczało to, że jesteś faelien, czyli w twoich żyłach płynęła krew nie tylko ludzka, ale również jakiegoś faery. Wspólnie staraliśmy się odkryć, jakiej rasy faery mogą być twoimi przodkami, ale niestety nic nie mogliśmy ustalić. Nie miałaś przecież żadnych charakterystycznych cech rasowych ani żadnych mocy, a w dodatku nadal byłaś przekonana, że to pomyłka i jesteś tylko zwyczajnym człowiekiem. Informacje o twojej ziemskiej rodzinie też nas nie naprowadziły na żaden trop. W końcu daliśmy sobie spokój i stwierdziliśmy, że może z czasem wyjdzie na jaw, kim jesteś.
          Po wszystkim dostałaś pokój - tak wiem, Miiko przesadziła i dała ci najgorszy z możliwych, ale ona po prostu już taka wtedy była. Później Ykhar i Keroshane - nasze bibliotekarskie mole, zrobili ci test przynależności do straży i nie wiem, jakim cudem trafiłaś do mojej, a przez to automatycznie pod moją opiekę. Przyznam ci się szczerze, że wcale mi to nie odpowiadało. Na Wyrocznię, jaki ja byłem wkurzony z tego powodu… Jednak Miiko nie chciała słyszeć słowa sprzeciwu z mojej strony i kazała mi się tobą zająć. Jedyne, o czym wtedy myślałem to, że nie dość, iż jesteś mała, drobna i bezsilna, to jeszcze wydawałaś się naiwna i strasznie nieporadna. W dodatku od razu przyznałaś się, że nie potrafisz ani walczyć, ani się bronić, a przy tym kompletnie nic nie wiesz o naszym świecie. Jak zatem miałaś się odnaleźć w Straży Obsydianu, która zrzeszała i trenowała wojowników?
          Przez pierwsze tygodnie szef Straży Cienia, czyli nasz naczelny szpieg Nevra obserwował cię, żeby mniej więcej dowiedzieć się czegoś o tobie. Twierdził, że starałaś się dostosować do naszego stylu życia, ale raczej dość marnie ci to wychodziło. W sumie to chyba była bardziej nasza wina, bo nikt nie był zainteresowany tym, aby w jakikolwiek sposób ułatwić ci odkrywanie tajemnic naszego świata. Mieliśmy przecież zbyt wiele własnych problemów, aby jeszcze przejmować się tobą i twoją aklimatyzacją. Poza tym wydawało się, że jakoś sobie radziłaś, chociaż jak na nasze standardy byłaś trochę zbyt miła dla wszystkich i nie umiałaś się przeciwstawić ani tym bardziej tupnąć nogą, żeby postawić na swoim. Pamiętam, jak przyszłaś do mnie i poprosiłaś, abym poszedł z tobą na twoją pierwszą misję do lasu. Coś mi Ykhar wcześniej wspominała, że się pewnie zgłosisz, ale zapomniałem o tym i tą prośbą pokrzyżowałaś mi plany. Byłem zły i przez myśl mi wtedy nawet przeszło, aby cię zgubić gdzieś w lesie. Jednak ta misja sprawiła, że odkryłem coś, przez co nagle zacząłem na ciebie patrzeć zupełnie inaczej.
          Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to twój entuzjazm, pomimo tego, że wyraźnie było widać, iż nie odpowiada mi zbytnio twoje towarzystwo. Zaraz za bramą radośnie krzyknęłaś i wykręciłaś ze śmiechem pirueta, uszczęśliwiona, że w końcu możesz wyjść poza mury Kwatery. Co dziwne, twój entuzjazm okazał się zaraźliwy i nawet u mnie wywołał uśmiech. Szukając w lesie zaginionego małego kappy, rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. W pewnej chwili zdałem sobie sprawę, że czuję się całkiem swobodnie i zrelaksowany, a poza tym, po raz pierwszy od bardzo dawna, dzięki tobie miałem w ogóle ochotę na rozmowę. Było to dla mnie o tyle dziwne, że od śmierci brata zamknąłem się w sobie i unikałem kontaktu z innymi. Wszyscy mi powtarzali, że ogólnie stałem się małomówny i gburowaty, a już szczególnie przy kimś, kogo nie znałem. A wtedy przy tobie miałem wrażenie, jakbyśmy się znali od dawna i nie czułem potrzeby ukrywania swoich emocji. Zrozumiałem, że twoje miłe usposobienie wcale nie jest wadą, tylko wręcz przeciwnie - jest zaletą. Poza tym roztaczałaś wokół siebie jakąś taką aurę, że twoje towarzystwo działało kojąco. W dodatku okazało się, że wcale nie boisz się zaryzykować i nie unikasz wyzwań, chociaż nie do końca potrafisz oszacować, z jakim zagrożeniem przyszło ci się zmierzyć. Kiedy nas wtedy zaatakował blackdog, mówiłem, że masz tylko na chwilę odwrócić jego uwagę, a ty chciałaś się na niego rzucić z patyczkiem w dłoni - szalona dziewczyna…
          Kilka dni później popłynęłaś z Chromem na Ziemie Jaspisu, aby odprowadzić małego kappę do domu. Przyznam szczerze, że wtedy pierwszy raz przyłapałem się na tym, że brakuje mi twojego towarzystwa… I to nie tylko na treningach. Wiesz, że zacząłem się o ciebie martwić, gdy chowaniec Chrome’a przyleciał z wiadomością, że “zgubiliście statek” i wrócicie z opóźnieniem? Naprawdę poczułem ulgę, kiedy ktoś ogłosił, że w końcu wróciliście… Tyle że chwilę później dowiedziałem się, że o mało nie przypłaciłaś tego utonięciem, bo eliksir przemiany w syrenę zbyt szybko przestał u ciebie działać. Zmartwiłem się tym, a widok Leiftana niosącego cię wciąż pod postacią półnagiej syrenki do przychodni, dobił mnie jeszcze bardziej. Teraz już wiem, że wówczas po raz pierwszy poczułem się trochę zazdrosny, chociaż wtedy jeszcze nie zdawałem sobie z tego sprawy. Dość szybko okazało się, że ten niefortunny wypadek wywołał u ciebie silny strach przed wodą i nagle zaczęło ci brakować pewności siebie. Miiko powiedziała, że ktoś z nas musi się do ciebie zbliżyć, żeby sprawdzić, czy dasz sobie radę i ewentualnie pomóc ci jakoś dojść ze sobą do ładu. Oczywiście zgłosiłem się na ochotnika.
          Zaczęliśmy spędzać ze sobą coraz więcej czasu - wspólne misje, treningi, nawet czas wolny dość często zdarzało nam się spędzać wspólnie. Tak na marginesie - nie wiedziałem, że potrafisz tak dobrze gotować, a w kuchni ustawiasz wszystkich do pionu, nawet naszego gburowatego mistrza patelni Karuta. Potrafiłaś się cieszyć każdą chwilą, nigdy nie odmawiałaś nikomu pomocy i chyba nigdy nie widziałem, żebyś się na kogoś prawdziwie mocno rozzłościła. Nawet z Ezem i Nevrą zaczęłaś się dobrze dogadywać, pomimo ich przywar. Nie przeszkadzały ci złośliwości elfiego marudy ani tandetne podrywy wampirzego lovelasa. Patrząc z perspektywy czasu, mogę powiedzieć, że zaczęłaś wtedy wzbudzać coraz większe zainteresowanie i to nie tylko w Kwaterze, ale również poza nią. Szczerze ci wyznam, że coraz częściej zaprzątałaś również moje myśli, chociaż do dzisiaj nie wiem, dlaczego nie potrafiłem tego przyznać, nawet sam przed sobą. Nevra i Ezarel zaczęli mieć ze mnie ubaw i robili mi czasami sugestywne uwagi, a ja im powtarzałem, że sobie coś ubzdurali.
          Oczywiście w Eldaryi wieści rozchodzą się szybko, a już szczególnie gdy dotyczą ludzkiej dziewczyny, przybyłej z Ziemi i w dodatku wzbudzającej zainteresowanie Wyroczni. Nie wiem, czy nasz magiczny świat był gotowy na kogoś tak wyjątkowego, jak ty… Chociaż… Eldarya może i była, bo nie bez powodu przeznaczenie ściągnęło cię do nas, ale Straż Eel, a dokładnie dowództwo, czyli cała Lśniąca Straż - chyba raczej jeszcze nie dorośliśmy wtedy do tego. Zdawaliśmy sobie sprawę, że ludzie na Ziemi, a szczególnie twoi znajomi i rodzina mogą w końcu jakoś odkryć, że trafiłaś do naszego świata. Obawialiśmy się, że wówczas pomyślą, że skoro nie wróciłaś, to przetrzymujemy cię tu siłą i zechcą cię uratować. Biorąc pod uwagę nasze przekonanie o wciąż wrogim nastawieniu ludzi do istot magicznych, jak również kłopoty i problemy, których przysparzał nam zamaskowany mężczyzna, byliśmy pewni, że jakakolwiek interwencja z Ziemi będzie dla nas, jak gwóźdź do trumny. To dlatego Miiko zaproponowała, żeby nagiąć trochę zasady moralne i podać ci eliksir mnemosyne, który sprawi, że wszyscy na Ziemi o tobie zapomną. Teraz wiem, jaka to była głupota, ale wtedy to wydawało się jedynym rozsądnym wyjściem z sytuacji. Po burzliwej dyskusji i nie powiem - wciąż mając wątpliwości i pewne opory, ale w końcu przystaliśmy na to rozwiązanie. Ponieważ miksturę musiałaś przyrządzić osobiście, wmówiliśmy ci, że szykujesz eliksir ukrywający twoje ludzkie pochodzenie przed innymi mieszkańcami Eldaryi. Domyślaliśmy się, że gdybyś znała prawdę, to nie zgodziłabyś się na to wszystko. Miałaś sobie wybrać któregoś z nas do pomocy przy tworzeniu tego specyfiku i niestety wybrałaś mnie. Dlaczego nie wzięłaś wtedy Eza do pomocy? Nawet Miiko ci to zaproponowała…
          W dniu, w którym miałaś wypić eliksir, okazało się, że nasz wróg w masce, który notabene przedstawił się jako Ashkore, poinformował cię w liście, jakie jest prawdziwe działanie tego eliksiru. Nigdy nie zapomnę tego, jak przyszłaś wtedy do laboratorium, aby mi wygarnąć i przy okazji powiedzieć, jak bardzo jesteśmy egoistyczni i zakłamani. Nie chciałaś nawet za bardzo słuchać, jakie są powody naszej decyzji i nie miałaś zamiaru wypijać tego eliksiru. Wiedziałem, że jeśli tego nie zrobisz, to Miiko się potwornie wkurzy, więc kiedy się odwróciłaś i zaczęłaś wychodzić - spanikowałem. Wiedziałem, że muszę cię jakoś zmusić do wypicia tej mikstury i wiedziałem, że na mnie ona nie zadziała, a jedyny pomysł, jaki mi wtedy przyszedł do głowy, to pocałunek… Jak ostatni idiota, bezmyślnie nalałem sobie ten cholerny eliksir do ust i chwyciłem cię, żeby zaraz potem cię pocałować i w ten sposób ci go podać.
          Miało być szybko i niespodziewanie, żebyś tylko przełknęła ten eliksir. Nie spodziewałaś się chyba takiego zagrania z mojej strony, bo wtuliłaś się w moje ramiona i odwzajemniłaś pocałunek, a wtedy… Dotyk twoich warg i to, jak łagodnie do mnie przylgnęłaś… Na Wyrocznie… Nagle zdałem sobie sprawę, że pragnę cię trzymać tak w swoich ramionach i całować, i nie chcę tego przerywać… Jednak po chwili dotarło do ciebie, co się właśnie stało. Powoli się ode mnie odsunęłaś i spojrzałaś na mnie zrozpaczona. W twoim spojrzeniu malowało się takie rozczarowanie i żal, że poczułem się jak najgorszy niegodziwiec i drań. Nic nie powiedziałaś, tylko stałaś i patrzyłaś na mnie, a twoje oczy coraz bardziej wypełniały się łzami… Po tysiąckroć wolałbym, abyś wtedy wybuchnęła i nakrzyczała na mnie, a nawet spoliczkowała, ale nie zrobiłaś tego… Za to mi się zrobiło tak głupio i tak wstyd, że to ja uciekłem z pomieszczenia…   
          Po tamtym wydarzeniu bardzo się zmieniłaś. Stałaś się smutna, wycofana i rozżalona. Najgorsze, że oddaliłaś się nie tylko ode mnie - przez co unikałaś spędzania ze mną czasu i pomijałaś treningi, które ja prowadziłem. Oddaliłaś się wówczas od wszystkich w Kwaterze. Zauważyłem jednak, że jedynie z Leiftanem potrafiłaś się jakoś dogadać, co w sumie nie było takie dziwne, bo nasz blondyn zawsze miał miły i sympatyczny charakter i ogromne zdolności dyplomatyczne. W końcu nie bez powodu stał się prawą ręką naszej szefowej. Mimo tego bolało mnie to strasznie, szczególnie gdy odkryłem, że był tobą zainteresowany w ten sam sposób, co ja i wyraźnie starał się do ciebie zbliżyć. Czułem, że im częściej przebywaliście razem i rozmawialiście ze sobą, tym bardziej traciłem swoją szansę, nawet na zwyczajną przyjaźń z tobą…
          Wtedy przyjechała do nas dama Huang Hua - pretendentka do tytułu Feniksa i sytuacja się minimalnie poprawiła. Obie zaprzyjaźniłyście się i miałem wrażenie, że fenghuang bardzo pomogła ci dojść do ładu z własnymi uczuciami i rozżaleniem. Dość szybko jednak okazało się, że nie tak do końca jej się to udało… Wyszło to na jaw podczas incydentu na plaży, kiedy to razem z Karenn i Alaeyą uśpiłyście całą Kwaterę, bo chciałyście uratować siostrę syreny. Karenn źle podsłuchała rozmowę i myślałyście, że chcemy zabić tę młodą syrenkę, bo podejrzewaliśmy ją o to, że jest skażona kawałkiem Kryształu. Gdy was przyłapaliśmy, od razu wyznałyście, że chciałyście zapobiec zabiciu Colaii, a ty dodatkowo ze złością podkreśliłaś, że nie mamy prawa nikogo więcej pozbawiać rodziny. Nie wszyscy od razu zrozumieli, co masz na myśli, bo sprawa podania ci eliksiru mnemosyne, była raczej z tych ściśle tajnych. Wtedy jednak pod naciskiem innych tam zebranych, wyznałaś w końcu, co się stało i, że wciąż czujesz się potwornie zraniona i boli cię, że zostałaś całkowicie wymazana z pamięci swojej rodziny. Wtedy też z płaczem wykrzyczałaś mi prosto w twarz, że to ja cię zraniłem najbardziej. Przyznałaś, że tamtym pocałunkiem, nie dość, że cię zraniłem, to przy okazji złamałem ci serce... Dotarło wtedy do mnie, dlaczego to mnie wybrałaś do pomocy przy robieniu eliksiru i, że zmuszając cię do tamtego “zatrutego pocałunku” zaprzepaściłem swoje szanse na twoją miłość… Miałem potworne wyrzuty sumienia i z powodu mojej głupoty, coś wtedy we mnie pękło… Cały dzień chodziłem jak struty, szukając rozwiązania tej sytuacji… Wieczorem poszedłem do ciebie, aby przeprosić i błagać cię o wybaczenie. Pół nocy spędziliśmy wtedy razem - rozmawialiśmy, ty wypłakiwałaś swój ból i żal, a przez uderzanie bezsilnie pięściami w moją pierś, pozbywałaś się nagromadzonej na mnie złości. Obiecałem ci wtedy, że już nigdy cię nie zranię i oddam nawet własne życie, żebyś ty była bezpieczna… 
          Na szczęście mi uwierzyłaś i powoli zaczęłaś wybaczać… Przestałaś też w końcu mnie unikać i powoli poprawialiśmy wzajemne relacje. Zapaliła się we mnie nawet iskierka nadziei, że jeżeli zdołasz mi całkiem wybaczyć, to może jednak kiedyś będę miał szansę na coś więcej niż tylko przyjaźń. Nie wiedziałem, że w tamtym czasie zbliżyłaś się z Leiftanem i to tak bardzo. Dowiedziałem się o tym później, w świątyni fenghuangów, gdy udaliśmy się tam po błogosławieństwo Feniksa i po święty flet z Hameln-Weser, żeby… ale o tym za chwilę, żeby było po kolei… 
          Wszystko zaczęło się tego wieczoru, gdy Kwaterę zaatakowała Naytili, ta wiedźma, którą wywalili kiedyś ze Straży za praktykowanie czarnej magii. Pragnęła się zemścić za tamto i dlatego zaatakowała - chciała zniszczyć Straż i unicestwić Wyrocznię. Była naprawdę potężna i ciężko było nam się z nią mierzyć, szczególnie że wciąż korzystała z czarnej magii i jej rytuałów, a przez ostatnie lata jeszcze bardziej się w tej sztuce wyćwiczyła. Niestety w czasie walki zwróciłaś jej uwagę, ponieważ tak znienawidzona przez nią Wyrocznia, osobiście stanęła w twojej obronie. W końcu jednak, z twoją pomocą udało nam się ujarzmić moce tej wiedźmy, przy użyciu rytuału “Drzwi Janus - Geb”. Byłem taki dumny z ciebie, bo przeprowadziłaś go w sumie sama, tylko z niewielką pomocą Miiko i damy Huang. Nie chcieliśmy do tego dopuszczać, ale niestety tylko ty miałaś wcześniej bezpośredni kontakt z energią duszy tej wiedźmy, bo udało jej się na moment opętać twoje ciało i przez to łatwiej ją teraz wyczuwałaś. Po tym Naytili trafiła do więzienia, a znaleziony przy niej odłamek Kryształu, jak wszystkie inne odnajdywane, został przyłączony do głównego kamienia w Sali Kryształu. Gdybyśmy tylko wiedzieli, czym to się skończy…
          Wszyscy oczywiście odetchnęli z ulgą i rozpoczęło się porządkowanie Kwatery oraz naprawianie zniszczeń, które ta wiedźma spowodowała swoimi atakami. Niby wszystko było dobrze, ale któregoś dnia Naytili uciekła z więzienia, a do nas zaczęło docierać, że chyba ktoś w Kwaterze musiał jej w tym pomagać, czyli mieliśmy kreta w szeregach. Kiedy pewnego dnia zaczęłaś się dość dziwnie zachowywać, baliśmy się, że to z powodu ponownych manipulacji ze strony uciekinierki. Okazało się jednak, że to była wina Chrome’a, który oczywiście nieświadomie wpakował cię w kłopoty. Znalazł w ruinach jakiś stary pierścień, który chciał podarować Karenn, ale ona go nie przyjęła, więc później podarował go tobie, jako wyraz swojej przyjaźni i w podziękowaniu za pomoc w pracach porządkowych. Do pierścienia przywiązany był duch dawno zmarłej chimery o imieniu Yeu, który został nagle przebudzony. Yeu nie zdawała sobie sprawy z własnej śmierci i chciała odnaleźć swojego ukochanego - Tinha. Oboje byli chimerami, które znajdując swoją bratnią duszę, łączą się w miłości na śmierć i życie. Kiedy Yeu dowiedziała się, że ukochany nie żyje, pragnęła do niego dołączyć, odbierając sobie życie. Mogła to zrobić tylko poprzez opętanie kogoś i w rozpaczy opętała ciebie… Niestety ty również byś wtedy zginęła… Gdy to usłyszałem, to na samą myśl o utracie ciebie, pękało mi serce. Nie mogłem do tego dopuścić i dzięki specjalnemu rytuałowi odnaleźliśmy pierścień Tinha i Miiko przyzwała jego ducha do nas. Na szczęście zgodził się pomóc, tyle że, aby to zrobić, też musiał kogoś “wziąć w posiadanie”. Żeby cię ratować, to ja pozwoliłem mu się opętać i na szczęście udało się dotrzeć do ciebie na czas. Yeu i Tinh musieli się ponownie połączyć, aby móc nas opuścić, a to oznaczało, że mogli to zrobić tylko w jeden sposób - przez pocałunek.   
          Przyznaję - miałem nadzieję, że to wydarzenie zbliży nas do siebie, tym bardziej że uczucia obu duchów dość mocno wpłynęły na nas i na to, co my zaczęliśmy odczuwać. Jednak wtedy wyszło na jaw, że coś złego dzieje się z Kryształem i nie mieliśmy nawet za bardzo ani czasu, ani sposobności poważnie porozmawiać o tym wszystkim, jak również o tamtym pocałunku. Eldaryę bowiem ogarnęła fala dziwnych wstrząsów, a Wielki Kryształ zmienił barwę i w dodatku otoczyła go jakaś mroczna aura. Odkryliśmy, że to za sprawą tamtego odłamka od Naytili, który ona prawdopodobnie skaziła w jakiś nieznany nam sposób czarną magią, a ten po przyłączeniu doprowadził do skażenia całej reszty. Kryształ stracił swój blask i wyraźnie niszczał, a wtedy ty nas poinformowałaś o swojej wizji, że Wyrocznia umiera razem z Kryształem. Czuliśmy się bezsilni wobec tego problemu, bo zaklęcia i rytuały Miiko nie pomagały. W końcu dama Huang powiedziała, że musimy wezwać ciebie, żebyś zobaczyła na własne oczy, co się dzieje i spróbowała nawiązać kontakt z Wyrocznią. Liczyliśmy, że w ten sposób dowiemy się może czegoś istotnego.
          Kiedy pojawiłaś się w Sali Kryształu, nawet nie zdążyliśmy zareagować, bo niespodziewanie moc Kryształu przyciągnęła cię do niego, a gdy tylko zetknęłaś się z nim, w twoje ciało uderzyła dziwna ciemna energia. Nasze przerażenie było tym większe, że nie można było cię od niego oderwać i nie reagowałaś na to, co się wokół ciebie działo. Po dłuższej chwili w końcu Kryształ cię “puścił”, ale ty na kilka godzin straciłaś przytomność. Gdy się ocknęłaś, powiedziałaś nam o wizji ze świętym fletem i zrozumieliśmy, że to jest zapewne jedyny ratunek dla Kryształu i Wyroczni.
          Zaczęliśmy szykować się do wyjazdu do świątyni fenghuangów, żeby dostać błogosławieństwo Feniksa i poprosić go o możliwość skorzystania z mocy świętego fletu. Musieliśmy się spieszyć, ponieważ okazało się, że ciebie i Wyrocznię łączy jakaś dziwna więź, która jest czymś o wiele bardziej złożonym, niż nam się wydawało. Ty również bowiem odczuwałaś bolesne dolegliwości, które według Ewelein wyniszczały cały twój organizm, a najbardziej serce i powodowały, że i ty powoli zaczęłaś umierać. To wtedy ostatecznie dotarło do nas, że jesteś kimś więcej niż tylko Wybranką Wyroczni - jesteś w nierozerwalny sposób z nią związana. Nie mam pojęcia, jak ty to wszystko znosiłaś - pomimo tych wszystkich dolegliwości i częstych utrat świadomości, nigdy się nie skarżyłaś, nie narzekałaś i wciąż martwiłaś się o innych, a nie o siebie.
          W świątyni postanowiłaś mi w końcu wybaczyć na tyle, że znowu zaczęliśmy się przyjaźnić. Nie jestem do końca pewien, czy rzeczywiście wybaczyłaś mi, bo naprawdę tego chciałaś, czy to dlatego, że w tamtym czasie Leiftan nagle zaczął cię unikać i poczułaś się samotna. Nie miało to jednak większego znaczenia, bo powoli traciłem nadzieję na jakiekolwiek głębsze uczucia z twojej strony, ale z przyjaźni nie potrafiłem i nie chciałem rezygnować. Bardzo, naprawdę bardzo pragnąłem być blisko ciebie… Ponownie spędzaliśmy sporo czasu razem, ale chyba bardziej dlatego, że zawsze byłem gotów ciebie wysłuchać. Oboje byliśmy w jakiś sposób zagubieni, chociaż ja po incydencie z duchami Yeu i Thina, nareszcie uświadomiłem sobie, jak bardzo cię kocham. Widziałem jednak, jak się zmieniasz, gdy Leiftan był w pobliżu i jak patrzysz na niego - z tęsknotą i nadzieją w oczach. Postanowiłem wówczas, że nigdy nie powiem ci o swoich uczuciach, aby nie robić zamieszania w twoim życiu… Przyrzekałem, że będę cię chronić i zamierzałem dotrzymać słowa, zamierzałem być dla ciebie wsparciem emocjonalnym i duchowym, abym faktycznie mógł zasłużyć na miano twojego przyjaciela…
          Słuchałem wszystkiego, z czego mi się zwierzałaś… Z jednej strony cierpiałem katusze, ale nie miałem zamiaru ci tego okazywać, bo ja również na tym zyskałem. Z drugiej strony byłem szczęśliwy, że jesteś blisko mnie i mogę cię wspierać i poprawiać ci samopoczucie. Poza tym ja też mogłem swobodnie się wygadać przed tobą ze swoich żali i bolączek, co bardzo mi pomagało…  Wysłuchiwałem więc o twoich problemach z Leiftanem, o twoich obawach, o strachu przed śmiercią… I to mnie pierwszemu powiedziałaś o daemonie… Tak, to wtedy odkryłaś i uświadomiłaś nam, że jeden z przedstawicieli legendarnej rasy przetrwał i teraz stara się pomścić swoich pobratymców. To mnie wypłakiwałaś się na ramieniu za każdym razem, gdy przerażona wracałaś do świadomości po każdej wizji z nim. Co gorsza, okazało się, że te wizje są czymś więcej niż tylko obrazami, ponieważ w jednej z nich o mało nie zostałaś uduszona, a po powrocie do świadomości miałaś ślady duszenia na szyi…
          Kiedy mieliśmy już wracać do Kwatery ze świętym fletem, nagle świątynię zaatakowała Naytili - wspólnie i w porozumieniu z Ashkorem i jego poplecznikami. Oczywiście wiedźma skupiła swoją uwagę przede wszystkim na tobie i chcąc mieć pewność, że jej nie umkniesz i nikt jej nie przeszkodzi, zamknęła was obie w dziwnej magicznej klatce. Nikt nie potrafił się przez nią przebić… Gdy chciałem ją sforsować i rozbić, jedynie się od niej boleśnie odbiłem… Wtedy - na oczach wszystkich, Naytili z szyderczym śmiechem wbiła w ciebie swój sztylet, prawie cię zabijając… Kiedy upadłaś na ziemię, w kałużę własnej krwi, chciałem biec do ciebie, ale nogi mi odmówiły posłuszeństwa, a chwilę później ktoś mnie zaatakował. Widziałem jednak, że Leiftan ruszył w waszym kierunku i uwierz mi - nigdy w życiu nie przypuszczałbym, że jest zdolny do czegoś takiego… On naprawdę musiał cię kochać, ponieważ furia, która go wtedy ogarnęła, była nie do opisania…  Gdy zobaczył ciebie w tym morzu twojej krwi, a nad tobą Naytili, która wciąż szyderczo się śmiała i szykowała do kolejnego ciosu, rzucił się na barierę i roztrzaskał ją jednym uderzeniem, a w następnej sekundzie, zaledwie jednym ruchem ręki skręcił tej wiedźmie kark… Zaraz potem podniósł cię z taką delikatnością i takim przerażeniem w oczach, że już nie miałem żadnych wątpliwości - byłaś dla niego wszystkim… Byłaś całym jego światem, tak samo, jak dla mnie…
          Według Ewelein zdarzył się wówczas cud, bo nie miałaś prawa tego przeżyć… Zapewne przyczynił się do tego też fakt, że dama Huang Hua użyła wtedy mocy fletu, aby odeprzeć atak i utrzymać cię przy życiu. No i Leiftan oddał swoją krew do transfuzji dla ciebie, bo jako jedyny miał zgodną grupę z twoją. Trzy dni walczyłaś o życie, a my przez te dni umieraliśmy ze strachu o ciebie i wznosiliśmy modły, abyś ty przeżyła i żeby ponownie naładować moc fletu. Kiedy doszłaś do siebie, wróciliśmy do Kwatery i dopiero wtedy zobaczyliśmy, że z Kryształem było naprawdę bardzo źle. Ty również im bliżej byłaś Kryształu, tym gorzej się czułaś i tym mniej życia pozostawało w tobie. Wszystko spowite było przez mroczną mgłę i energię, przez którą mogłyście przejść tylko ty i dama Huang i tylko dlatego, że Wyrocznia ostatkiem sił stworzyła dla was to przejście. Na szczęście święta moc fletu zadziałała, chociaż musiałaś wspomóc go sporą ilością własnej energii magicznej. Udało się uratować i wyleczyć Kryształ, a przez to i ciebie…
***
          Nagle w Sali Kryształu rozbłysło oślepiające błękitne światło, sprawiając, że Valkyon przerwał czytanie w pół zdania i podniósł głowę, jednocześnie mrużąc oczy i przysłaniając je dłonią. Po chwili blask trochę osłabł i obaj panowie zobaczyli przed sobą eteryczną postać przepięknej, młodej kobiety. Była przyodziana w złoto-błękitne zwiewne szaty, a na jej plecach widniały olbrzymie śnieżnobiałe anielskie skrzydła. Patrzyła na nich z niewyobrażalną łagodnością w swoich liliowych oczach, a jej długie jasnopopielate włosy delikatnie falowały, jakby poruszane powiewami wiatru. Na czubku jej głowy znajdowały się dwa niewielkie złote rogi.
          - Witaj Shairisse - odezwali się obaj jednocześnie.
          - Witaj Itzalu - odezwała się czule, spoglądając na zaklinacza. - Jak miło cię znowu widzieć w Kwaterze. Witam również ciebie Valkyonie - tym razem zwróciła się do wojownika, podchodząc bliżej niego i kładąc dłoń na jego policzku. - Nigdy mi tak szczegółowo nie opowiedziałeś o tym, ile dla ciebie znaczyłam. Dlaczego?
          - Nigdy nie chciałem wywołać chaosu w twoim życiu - wyszeptał z uśmiechem. - Szczególnie gdy zrozumiałem, że tobie przeznaczony jest kto inny…
          - Tak… Mój mroczny anioł - powiedziała z lekką zadumą i nostalgią w głosie. - Posłuchaj zatem dalszej części tej historii mój najdroższy przyjacielu… Po wysłuchaniu jej dowiesz się, jakie jest twoje przeznaczenie…

Offline

#2 05-05-2021 o 20h16

Straż Absyntu
Methrylis
Pomocniczka Sylfów
Methrylis
...
Wiadomości: 1 233

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


No heja! Wpadam tutaj, bo już dawno miałam takie plany — twoje opowiadanie było prowadzone bardzo regularnie i, z tego co przeglądałam, stylistycznie wszystko tu ładnie wyglądało. Oczywiście wtedy, przy starym forum, do czytania zniechęcały mnie dwie rzeczy — długość, bo byłoby dużo do nadrabiania, i Leiftan, bo go nie cierpię. XD Pierwszy problem zniknął dzięki pożarowi, a z drugim sama się uporam, ale wole to ocenić po przeczytaniu tekstu, a nie przed ;]

Początek mi przypomina pewne bardzo popularne opko o Ezie na wattpadzie. Nazywało się chyba „Ezarelicznie” i całość polegała właśnie na tym, że Ez siedział przy łóżku pogrążonej w śpiączce ukochanej i brało mu się na wspominki, które autorka opisywała. A tu jeszcze Kryształ mamy — no dobrz!

Zaprezentowałaś fajny, sympatyczny skrót wydarzeń z pierwszych odcinków — i podoba mi się rozwiązanie, że całość z pierwszej osoby opowiada jeden z szefów. I nawet jeśli ogólnie nie cierpię pierwszoosobowej narracji, to tutaj miło się to czyta!

Żałuję tylko, że powieliłaś ten absurd, który występuje w grze — mało kto podszedłby z takim entuzjazmem do obcego świata, dopiero co straciwszy rodzinę. Logicznie rzecz biorąc, każdy by się bał — ale jedni byliby tym strachem wręcz sparaliżowani, a drudzy pchnięci na skraj, próbując walczyć i uciekać. Nikt normalny nie reaguje na obcy świat, obce istoty i wizję zostawienia swojej rodziny już na zawsze z taką radością. Ale spoko, to w sumie błąd gry i nie można cię winić za to, że idziesz jej tropem.

Generalnie dzięki temu prologowi nie trzeba grać w Eldke — wystarczy komuś podrzucić ten opis i będzie elegancko. :v

No dobrze! Większość nie była aaaż tak interesująca jak chociażby końcówka, ale to dlatego, że przechodziłam Eldke, więc to wszystko znam. Ale to ciekawe, że ta „Gardzia” tak sobie się objawia i sobie z nimi gawędzi na luzie.

Ale okej, czekam w takim razie na kolejny wpis i pozdrawiam!


https://i.imgur.com/hoEOs1F.png


https://i.imgur.com/6gLWhFY.png[/img]

Offline

#3 19-05-2021 o 21h57

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

Witam ponownie.
@Methrylis - dziękuję Ci za budujący komentarz. Jak dobrze zauważyłaś - ten prolog miał na celu wprowadzenie czytelników w klimat gry i jej fabuły (tak mniej więcej). Rozdziały faktycznie są często przydługie, ale to chyba przez to, że czasami lubię się rozdrabniać i mnie ponosi /static/img/forum/smilies/smile.png Jeśli chodzi o postać Leiftana - u mnie jest on trochę mniej "psychopatyczny" i mniej maniakalny niż ten oryginalny, ale za to jest... W sumie nie powiem - dam każdemu możliwość samemu go ocenić i poznać. Napisałaś, że moja bohaterka zbyt entuzjastycznie podeszła do tego, że znalazła się w nowym świecie, otoczeniu i ogólnie zbyt spokojnie przyjęła swoją "nową rolę". W późniejszych rozdziałach znajduje się niejako odpowiedź na to jej zachowanie, gdy zostaje wyjaśnione, kim tak naprawdę jest Shairisse.
Pozdrawiam wszystkich zaglądających i zapraszam do lektury.

cz.1 PRZERWANE WYZNANIE

      W pomieszczeniu panował klimatyczny półmrok, który nie był niczym niezwykłym o tej porze. Była trzecia nad ranem i jedyne źródło światła, to niebieska rezonująca poświata, bijąca od Wielkiego Kryształu. Chłopak wpatrywał się w niego intensywnie. Jego twarz była spokojna i skupiona, pomimo całego chaosu myśli, jaki gościł w jego głowie. Wiedział, że ktoś wszedł do pomieszczenia, mimo iż stał tyłem do drzwi, a słysząc odgłos bosych stóp na posadzce, od razu rozpoznał, że to ONA. 
    - Dlaczego tak mi się przyglądasz? - zapytał po chwili, nie odwracając się nawet w stronę dziewczyny.
   - Skąd wiesz, że ci się przyglądam? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. Zrobiła to machinalnie, gdyż już dawno odkryła, że chłopak ma dziwny dar spostrzegania tego, co się dzieje wokół niego. Z jednej strony ją to fascynowało, gdyż on sam stał się przez to intrygujący, z drugiej jednak strony trochę ją to przerażało, ponieważ czuła, że niczego przed nim nie da się ukryć. A musiała przyznać sama przed sobą, że ostatnio chciała sporo ukryć - nie tylko przed nim.
    - Czuję twoje spojrzenie na sobie - odpowiedział po chwili namysłu. - Czuję... - przerwał i spuścił wzrok, kręcąc głową. To, co chciał powiedzieć, nagle wydało mu się zbyt osobiste, a nawet wręcz intymne. Od tamtego feralnego dnia, a raczej nocy pragnął jej powiedzieć całą prawdę na swój temat. Był już naprawdę zmęczony wszystkimi tajemnicami, które tak skrupulatnie ukrywał w zakamarkach swojej duszy. Przez całe swoje życie nazbierał i ukrył tyle sekretów, że teraz nie był pewien, kim tak naprawdę jest.
   - Co czujesz? - zapytała zaciekawiona jego zachowaniem. Zdawała sobie sprawę z narastającego między nimi napięcia. Wyczuwała je nieomal od pierwszego dnia, kiedy spojrzała w jego zielone oczy w tej właśnie sali ponad rok temu. Wtedy była wystraszoną prawie na śmierć dziewczyną, która trafiła do nieznanego jej świata. Teraz była zagubioną dziewczyną, dla której ten nieznany świat stał się przymusowym domem, w którym starała się odnaleźć swoje miejsce.
   Chłopak głęboko westchnął i ukrył twarz w dłoniach. Wiedział, że dziewczyna nie przyszła tu bez powodu. O trzeciej nad ranem nikt nie chodzi bez jakiegoś powodu po Kwaterze, a szczególnie nie przychodzi do Kryształowej Sali. On przecież też tu przyszedł w jakimś celu. Chciał poskładać myśli i uporządkować swoje emocje. Miał nadzieję, że energia Kryształu pomoże mu okiełznać chaos, jaki zapanował w jego sercu. Ironią losu można chyba nazwać fakt, że powodem tego emocjonalnego bałaganu w jego sercu była dziewczyna, która właśnie stała kilka kroków za nim.
   - Boisz się mówić o tym, co czujesz? - spytała podchodząc w jego stronę i zatrzymując się krok za jego ramieniem.
   Chłopak ponownie utkwił wzrok w Krysztale i skrzyżował ramiona na piersi. 
   - Nie boję się o tym mówić - odpowiedział, nadal nie odwracając się. - Obawiam się raczej twojej reakcji na to, co chciałbym ci wyznać - nie musiał patrzeć na nią, by wiedzieć, że jego odpowiedź wzbudziła w niej zaciekawienie.
   - Mojej reakcji? - zdziwiła się. Spojrzała na niego i zdała sobie sprawę, że ich rozmowa chyba właśnie przestaje dotyczyć przyglądania się.
   - Wiesz, że nie jesteś mi obojętna? - zadając to pytanie, odwrócił głowę w jej stronę, ale swoje spojrzenie wbił w podłogę tuż przed nią. Nie miał w sobie tyle odwagi, aby teraz spojrzeć jej w oczy. Naprawdę obawiał się tego, co może w nich wyczytać.
   Dziewczyna nic nie odpowiedziała. Z niedowierzaniem przyglądała mu się przez chwilę. Nie wiedziała jeszcze, w jaki sposób zinterpretować słowa chłopaka. Faktem było, że zawsze był wobec niej troskliwy i zawsze mogła na niego liczyć. Kiedyś przypisywała to jego łagodnej i troskliwej naturze, ale od kilku tygodni zauważyła zmianę w jego zachowaniu wobec niej. Czasami miała wrażenie, że chłopak stawał się oschły i szorstki.
   - Od pierwszego dnia - kontynuował swoją wypowiedź, siadając na podłodze - gdy pojawiłaś się w tej sali, wystraszona i zagubiona, zwróciłaś moją uwagę. Byłaś pierwszą osobą, która intrygowała mnie, zanim ją jeszcze poznałem... Chciałem więc cię poznać lepiej i odkryć, kim jesteś i jaka jesteś. Bolało mnie, gdy mówiłaś, że chcesz wrócić do domu. Kiedy podali ci eliksir... z jednej strony byłem wściekły, że tak cię skrzywdzili, ale z drugiej strony cieszyłem się, wiedząc, że zostaniesz w naszym świecie... Zrozumiałem wtedy...
   Na chwilę przerwał, gdy usłyszał, że dziewczyna również siada na posadzce. Przelotnie spojrzał w jej stronę, aby odczytać emocje na jej twarzy, ale ona akurat skierowała wzrok na niego, więc od razu się odwrócił. Kilka sekund w milczeniu wpatrywał się w Kryształ, starając się uspokoić. Nie chciał, aby jego głos zdradzał, jak bardzo przeżywa to, o czym jej mówi.
   - Zrozumiałem wtedy, że stałaś się dla mnie najważniejszą osobą na tym świecie. Świadomość, że mógłbym cię stracić.... - zamilkł, przypominając sobie pewną podsłuchaną rozmowę w przychodni. Opowiadała wtedy o swoim pocałunku z innym pod wpływem opętania przez ducha, a on wówczas poczuł, że serce mu się rozpada na milion kawałków. Nie potrafił stłumić uczucia zazdrości, które owładnęło go do szpiku kości. Kilka dni później rozmawiając z nim wyjaśniła, że tamta sytuacja była całkowicie poza jej kontrolą i nie chce o niej nigdy więcej myśleć. Uspokoiło go to, ale nie sprawiło, aby uczucie zazdrości całkiem go opuściło. Nie chciał dawać po sobie poznać, że jest wciąż zazdrosny, dlatego musiał przez chwilę ponownie uspokoić swoje emocje. Dał jej się poznać jako łagodny i troskliwy chłopak - pragnął, aby nadal tak go postrzegała.
   Przez moment chciała mu zadać pytanie, dlaczego nigdy wcześniej jej tego nie powiedział, ale stwierdziła, że chyba w tej danej chwili lepiej będzie tylko słuchać. Miała wrażenie, że jak mu teraz przerwie, to chłopak jej więcej nic nie powie. A naprawdę chciała wiedzieć więcej, gdyż może ta wiedza rozwiałaby niektóre z jej wątpliwości.
    - Codziennie starałem się spędzić z tobą choć odrobinę czasu - kontynuował po chwili milczenia. - Szukałem wszelkich możliwości, aby móc spędzać chociaż kilka minut w twoim towarzystwie. Wszystkie nasze wspólne rozmowy sprawiały, że czułem się najszczęśliwszym gościem pod słońcem. Zaufanie, jakim mnie obdarzyłaś było dla mnie największą nagrodą. Drżałem z obawy o ciebie za każdym razem, gdy byłaś na misji. Twoje powroty do Kwatery były dla mnie jak małe święto. Ty byłaś dla mnie, jak balsam na utrapioną duszę... - wypowiadając ostatnie zdanie zawiesił głos. Podciągnął kolana do klatki piersiowej i objął je ramionami. Zastanawiał się, czy może powiedzieć jej o swoich sekretach ukrytych w duszy. Zerknął w jej stronę i zebrał całą swoją odwagę, aby wytrzymać jej spojrzenie. Dziewczyna patrzyła na niego liliowymi oczyma, a na jej twarzy widać było, że targają nią różne emocje.
   - Byłam? - wyrwało jej się mimowolnie. - To znaczy, że już nie jestem? - w jej głosie dało się słyszeć smutek i rozczarowanie. Sama nie bardzo wiedziała, dlaczego tak zareagowała.
   - Kiedy przez tę wiedźmę prawie straciłaś życie, mój świat się zawalił i wiedziałem, że zrobię wszystko, aby cię ratować - powiedział po chwili milczenia. - Dla ciebie i twojego bezpieczeństwa jestem w stanie... - tu zawahał się przez chwilę. Nigdy do tej pory nie przyznawał się nawet sam przed sobą, ile jest w stanie poświęcić dla niej.      Odruchowo spojrzał w jej stronę i westchnął z zachwytu. Siedziała wpatrując się w Kryształ i wyglądało, jakby o czymś rozmyślała. Niebieska poświata oświetlała jej delikatną twarz, nadając jej aurę tajemniczości. Po chwili spojrzała na niego, zdając sobie zapewne sprawę z tego, że nagle przerwał monolog i przyglądał się jej. Ich spojrzenia się skrzyżowały. Patrząc w jej oczy zwrócił uwagę, że blask Kryształu odbija się w jej tęczówkach i wygląda niczym roztańczone iskierki. Na jej ustach pojawił się nieśmiały uśmiech. Miał wrażenie, że w ten subtelny sposób dziewczyna zachęca go, aby kontynuował zwierzenia. Ponownie zwrócił twarz w stronę Kryształu.
    - Gdybym miał pewność, że nigdy nic ci już nie będzie zagrażać - tym razem mówił szeptem - i miał, chociaż cień nadziei, że kiedyś zdołasz mnie pokochać... - znowu zawiesił głos, czując jak emocje wzrastają w nim i po raz pierwszy od lat łzy napływają mu do oczu. Łzy szczere i prawdziwe, a nie takie wymuszone i na pokaz. - Gdybym miał taką pewność - kontynuował po chwili - porzuciłbym wszystko, wyrzekłbym się wszystkiego i dla ciebie stałbym się...
Nie dokończył, gdyż nagle ktoś zapalił światło w sali. Zirytowany odwrócił się w stronę drzwi i zobaczył kitsune. Chciał jej powiedzieć coś niemiłego, ale zauważył, że jest blada jak grecki posąg i przerażona.
   - Wszędzie cię szukałam - zawołała z daleka i ruszyła w jego stronę. - Chodź natychmiast do przychodni... Przywieźli ją... Jest naprawdę źle... Jesteś potrzebny... - złapała go za nadgarstek i zaczęła ciągnąć w stronę drzwi.
   - Kogo przywieźli? - zapytał zdezorientowany. - Z kim jest źle?
   - Z ziemianką... - przystanęła na chwilę i spojrzała na niego - ona umiera...
   - Ale przecież ja z nią właśnie.... - nagle urwał, gdyż odwracając się w stronę, gdzie przed chwilą siedziała dziewczyna zauważył puste miejsce. Rozejrzał się po sali, ale niestety - poza nim i kitsune, nikogo nie było. Poczuł jak krew odpływa z jego twarzy, serce ścisnęło mu się pozbawiając go oddechu... Zrozumiał, że tym razem rzeczywiście będzie musiał wybierać między życiem dziewczyny a swoim sekretem... Natychmiast biegiem rzucił się w kierunku przychodni. Zanim złapał za klamkę i wszedł do środka, wiedział już, co zrobi. Przed chwilą w Sali Kryształu oczyścił swoje serce, teraz nadszedł czas, aby dla NIEJ zacząć oczyszczać swoją duszę...

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Offline

#4 28-05-2021 o 22h23

Straż Absyntu
Methrylis
Pomocniczka Sylfów
Methrylis
...
Wiadomości: 1 233

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


No dobra — skoro mówisz, że tu wszystko ma swoją przyczynę, a my wszystkiego się dowiemy, to wierzę! I lecę czytać!

Rozumiem, że zabieg niepodawania imion bohaterów [a raczej tego jednego] jest celowy? ;] Mimo że łatwo się domyślić, że chodzi o Leiftana /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Kurde, ale to ciekawe — opko ledwie się zaczyna, a tu już ciśniemy z tak poważnym wyznaniem. Na razie mam wrażenie, że wszystko robisz na opak — ale w tym jak najbardziej pozytywnym sensie, bo podoba mi się to rozłożenie typowej historii na czynniki pierwsze i poskładanie jej zupełnie inaczej.

OWOWOWOWO to z kim on gadał? XD Okej, ale nie powiem, zakończyłaś w idealnym momencie, żeby zaciekawić czytelnika /static/img/forum/smilies/big_smile.png Więc czekam na resztę i pozdrawiam! ^^


https://i.imgur.com/hoEOs1F.png


https://i.imgur.com/6gLWhFY.png[/img]

Offline

#5 23-06-2021 o 19h52

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

Witam wszystkich.
@Methrylis - dziękuję za komencik. Jak wspominałam, u mnie fabuła będzie się trochę różnić od oryginalnej i losy bohaterów potoczą się w sumie inaczej, niż w grze.
Pozdrawiam zaglądających i życzę miłej lektury.

cz.2 OCZEKIWANIE

          Biegnąc do przychodni, obawiał się najgorszego. Ostatnie słowa kitsune - "ona umiera" - huczały mu w głowie niczym uderzenia dzwonu. Nie miał pojęcia, co się wydarzyło i dlaczego dziewczyna była w stanie krytycznym. Dwa dni temu rozmawiali, po jej powrocie z kilkudniowej misji i nic nie wskazywało, żeby coś było nie tak. Co prawda powiedziała, że czuje się dziwnie zmęczona, ale oboje zgodzili się, że porządny sen i kilka dni wolnego wystarczą, by odzyskać równowagę. Umówili się na spotkanie po jego powrocie z misji. Miał wrócić jutro, ale jakaś niepojęta siła ciągnęła go do Kwatery i wrócił wcześniej.
           - Gdzie ona jest? Co się stało? Co z nią? - zaczął gorączkowo dopytywać, gdy tylko otworzył drzwi do przychodni. Na kozetce zauważył leżące bezwładnie ciało ziemianki, a nad nim pochylała się Ewelein. Nie pierwszy raz widział główną pielęgniarkę wykonującą badanie, ale pierwszy raz widział, żeby robiła to w takim skupieniu. Jego uwagę od razu przykuła blada, całkowicie pozbawiona życia twarz dziewczyny. Spanikowany chciał do niej podbiec, ale elfka łagodnie, acz stanowczo zatrzymała go i wyprosiła za drzwi.
           - Poczekaj na zewnątrz - powiedziała. - Już jest wystarczająco nerwowo i bez ciebie - mówiąc to, spojrzała wymownie na różanego lisa siedzącego pod oknem. Rowstya - chowaniec nieprzytomnej dziewczyny, warknął cicho, po czym przybrał niewinny wyraz pyszczka. - Jak widzisz Athira wszystkiego już pilnuje - dodała, uśmiechając się delikatnie.
           Kiedy drzwi zamknęły się za nim, poczuł, jak bezsilność opanowuje każdą komórkę jego ciała. Westchnął zrezygnowany i bezradnie rozejrzał się dookoła. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z obecności innych osób. Nie bardzo rozumiał, dlaczego o tak późnej porze obecni są nawet Ykhar i Keroshane. Domyślał się, że przyczyną jest tajemnicza więź ziemianki z Wyrocznią. Od momentu ujawnienia się tej więzi, nagle zaczęto traktować dziewczynę z dużo większym szacunkiem niż dotychczas. Dlatego pewnie jej stan spowodował teraz takie poruszenie w szeregach Lśniącej Straży. - "Banda hipokrytów" - pomyślał i skierował się w stronę schodów.
           Wszyscy rozmawiali i zastanawiali się nad przyczyną zaistniałej sytuacji. Wszyscy poza Miiko, która intensywnie wpatrywała się w niego z pytającym wyrazem twarzy. Doskonale znał tę minę i wiedział, jaki jest powód intensywności jej spojrzenia.
           - Nie teraz Miiko - mruknął na odczepnego i przysiadł na stopniach. Nie miał w tej chwili ochoty na tłumaczenie się szefowej. Nie miał ochoty nikomu się tłumaczyć... Wsparł się łokciami o kolana i ukrył twarz w dłoniach. Pragnął się wyciszyć i uspokoić emocje, aby nie dopuścić swojej drugiej natury do głosu. Uświadomił sobie, że kilka tygodni temu był w podobnej sytuacji, gdy dziewczyna walczyła o życie po ataku Naytili. Tamtej feralnej nocy transfuzja jego krwi uratowała jej życie, a on odreagował swoją wściekłość i nienawiść, łamiąc kark wiedźmie, która ją zaatakowała. Teraz jednak było o wiele gorzej, gdyż nie wiedziano, co dolega ziemiance.
           Wzdrygnął się i mimowolnie spiął wszystkie mięśnie, kiedy poczuł na swoim ramieniu uścisk czyjejś dłoni. Spojrzał na nią i westchnął głęboko, zdając sobie sprawę, do kogo owa dłoń należy. Zamknął oczy, aby uspokoić myśli i narastającą irytację.
           - Mówiłem, że nie chcę teraz rozmawiać - powiedział ledwie słyszalnym głosem, mając nadzieję, że szefowa jednak sobie odpuści. Kitsune usiadła koło niego i spojrzała przed siebie, pozostając dłuższą chwilę nieruchomo i w ciszy.
           - Wiem, że nie masz ochoty rozmawiać, ale muszę o to zapytać - odezwała się w końcu prawie szeptem. - Kiedy weszłam do Kryształowej Sali, z kimś rozmawiałeś. Mogę wiedzieć z kim?
Zadając to pytanie, skierowała wzrok na niego. Patrzył teraz cały czas w przestrzeń przed sobą, a wyraz jego twarzy był nieodgadniony. Wyglądał w tym momencie, jak gipsowa skorupa pozbawiona duszy i emocji, a jedyną oznaką, że jest to nadal żywa istota, była poruszająca się klatka piersiowa.
           - Leiftan? - kobieta cicho wypowiedziała jego imię, starając się wzbudzić jakąś jego reakcję.
           Dopiero kilka długich sekund później, odwrócił twarz w jej stronę i spojrzał prosto w błękitne oczy kitsune. Zauważył w nich kryjącą się trwogę, której nigdy wcześniej tam nie widział. On czuł taką samą w swoim sercu, dlatego coraz bardziej był pewny, że wydarzenia dzisiejszej nocy są początkiem czegoś niezwykłego.
           - Miiko... Czy wyczuwasz jej ducha? - ton jego głosu przepełniony był strachem i bólem. Pytanie to zadał, gdyż jak każdy w Kwaterze wiedział, że czarnowłosa szefowa Lśniącej Straży ma dar porozumiewania się z duchami. Wyczekująco wpatrywał się więc w oczy dowódczyni, w duszy błagając, aby nie usłyszeć potwierdzającej odpowiedzi. Zdawał sobie bardzo dobrze sprawę, co by to wtedy oznaczało.
           - Przecież ona jeszcze żyje - odpowiedziała mu trochę nerwowo, patrząc w jego bladą twarz i przepełnione smutkiem zielone oczy. Tak bardzo chciał wierzyć słowom Miiko, ale wątpliwości wdzierały mu się do umysłu, z każdym przywołanym dzisiejszym obrazem ziemianki. Najpierw siedzącej z nim w Sali Kryształu - tak tajemniczej, kruchej i bardzo spokojnej, a później leżącej bezwładnie na kozetce w przychodni. Wbrew wszystkiemu, co opowiadają, wcale tam nie wyglądała, jakby spała. Brak jakichkolwiek rumieńców i sine usta, bardzo skutecznie zacierały wrażenie snu na bladym obliczu dziewczyny.
           - To jakim cudem rozmawiałem z nią, gdy po mnie przyszłaś? - zadając to pytanie, zwrócił uwagę, że kitsune niespokojnie poruszyła uszami. Zdał sobie sprawę, że nie takie słowa spodziewała się usłyszeć. Chwilę później westchnęła przeciągle, jakby chciała wyrzucić z siebie jakąś negatywną energię. Cały czas przyglądał się badawczo kobiecie, analizując jej zachowanie.
           - Miiko, co ty przede mną ukrywasz? Dlaczego ona była poza Kwaterą? - zmrużył oczy i znowu poczuł, że krew odpływa mu z twarzy. Wyczekując odpowiedzi, usłyszał, jak otwierają się za nim drzwi. W jednej chwili wszystkie jego obawy, troski i ból skoncentrowały się w jego piersi, odbierając mu oddech. Strach przed tym, co może za chwilę usłyszeć, sparaliżował jego mięśnie i nie był w stanie nawet się podnieść. Odwrócił się nieznacznie i spojrzał w stronę wyjścia z przychodni. Okazało się, że to jedna z asystentek Ewelein wyszła na poszukiwanie szefa Straży Absyntu. Oznaczało to, że potrzebny jest jakiś naprawdę silny i trudny do wykonania eliksir. - "Czyżby jakieś poważne problemy?" - myśl ta pojawiła się w jego głowie tak gwałtownie, że nieomal poczuł ją namacalnie. Prawie natychmiast też, rozpaliła się w nim iskierka nadziei - "Jeżeli szukają Ezarela i eliksirów, to znaczy, że wciąż o nią walczą i wciąż jest nadzieja!". Westchnął cicho, lekko poirytowany brakiem informacji. Ponownie utkwił wzrok w szefowej, ale ona obdarzyła go tylko przelotnym spojrzeniem. Po chwili zaczęła się podnosić, aby odejść, wyraźnie nie chcąc kontynuować niewygodnego dla niej tematu. Czując coraz bardziej, jak wzbiera w nim złość z powodu bezsilności i frustracji, dość gwałtownie złapał kitsune za ramię.
           - Ukrywasz coś przede mną? - niemalże warknął, przytrzymując ją. - Jeśli coś wiesz, powiedz mi!
           - Ewe robi wszystko, aby utrzymać ją przy życiu - powiedziała, spoglądając na niego i kładąc dłoń na jego dłoni w geście pocieszenia. - Problem polega na tym, że nikt nie ma pojęcia, co jej dolega. Ewelein wykluczyła fizyczne obrażenia i nie znalazła żadnych toksyn we krwi, więc wyklucza też otrucie... - zawahała się, czy mu powiedzieć całą prawdę, ale pod presją jego spojrzenia zdecydowała się dokończyć swoją wypowiedź. - Niestety nie mamy pojęcia, jak jej pomóc. Jej duch balansuje na granicy życia i śmierci. Ona jest w stanie agonii. Przykro mi Leiftanie...
           Nagle, cała reszta słów wypowiadanych przez kobietę, przestała do niego docierać. Jedyne co słyszał, to odbijające się w jego głowie jak echo zdanie - "Ona jest w stanie agonii". Kiedy i to echo ucichło, w jego umyśle zapanowała grobowa cisza. Poczuł się pusty w środku, całkiem pozbawiony emocji i jakichkolwiek uczuć. Uświadomił sobie, że ten stan jest mu bardzo dobrze znany. Tak samo pusty i przybity czuł się po stracie Veroma i Naupile, kiedy jako dziecko był świadkiem ich śmierci. Wówczas strata ukochanych opiekunów spowodowała, że jego wewnętrzną pustkę wypełniła złość, nienawiść i niepohamowana chęć zemsty na istotach odpowiedzialnych za tę tragedię. Ta nieokiełznana nienawiść wypełniała go i prowadziła przez ostatnie lata. Towarzyszyła mu każdego dnia i w każdej chwili jego życia, kiedy planował przebiegły i misterny plan zemsty. Plan, który przewidywał różne alternatywy i scenariusze - poza jednym... Nie spodziewał się, że w jego sercu może zagościć magia, nad którą nawet on - ostatni "czysty" z rasy Aengel, nie będzie w stanie zapanować. Magia, która jest na pozór banalna i wielu nawet w nią nie wierzy. Magia, którą niezależnie od rasy i gatunku, a przede wszystkim niezależnie od pochodzenia i wymiaru wszyscy nazywają "MIŁOŚĆ".
           Nie chciał o tym myśleć, ale ta magia żyła swoim własnym życiem i wyznawała swoją własną filozofię. Im bardziej ktoś starał się ją ignorować, tym intensywniej dawała znać o swojej obecności. Zdążył się już o tym przekonać w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Zdając sobie z tego sprawę, zamknął oczy i czekał. Wiedział, że w chwili takiej jak ta, kiedy wszystkie jego emocje i myśli rozproszyły się, pozostawiając go pustego w środku, musi dać sobie chwilę, aby powróciły i poskładały się od nowa w całość. Liczył, że wówczas uda mu się ogarnąć zaistniałą sytuację świeżym spojrzeniem i znajdzie jakąś wskazówkę lub pomysł, który do tej pory przeoczył.
           Siedząc z zamkniętymi oczyma, pogrążył się w swoich myślach. "Shairisse nie została ranna, nie została otruta, więc jedyne wytłumaczenie to jakieś... czary?!" Nie spodobała mu się ta myśl, ponieważ oznaczała, że ktoś posłużył się zakazaną magią tajemną. Przypomniał sobie o pewnej księdze, która zamknięta była w specjalnej sekcji w bibliotece. Sekcji zamkniętej dla wszystkich poza członkami Lśniącej Straży, a i oni mieli dostęp tylko za zgodą Miiko. Znajdowały się tam księgi zakazane o wiedzy tajemnej, czarnej magii i okultyzmie. Używanie takiej magii zostało zabronione we wszystkich krainach i królestwach Eldaryi. Stwierdził, że musi sprawdzić, czy owa księga jest na swoim miejscu i czy ewentualnie ktoś z niej ostatnio korzystał.
           Rozejrzał się dookoła i stwierdził, że na korytarzu poza nim, jest tylko Miiko i Valkyon. Kobieta dyskutowała o czymś z szefem straży Obsydianu, ale prawie natychmiast oboje umilkli, gdy zdali sobie sprawę, że do nich podszedł. Obecność białowłosego wojownika od jakiegoś czasu go irytowała. Dokładnie od dnia, gdy uświadomił sobie, że ziemiankę i jej szefa straży, łączą dziwnie zażyłe relacje. Nie podobało mu się to, ale nic nie mówił, żeby nie wypaść na zazdrośnika w oczach innych. Musiał dbać o swój wizerunek zrównoważonego i niebywale spokojnego lorialeta.
           - Gdzie są pozostali? - zapytał, chcąc upewnić się, że Kero i Ykhar nie ma w bibliotece. Planował się tam udać i nie miał zamiaru komukolwiek tłumaczyć się z tak późnej wizyty w czytelni. Dodatkowo miał przecież zamiar zajrzeć do bardzo starej księgi zakazanej, która była napisana w języku jego przodków, a czego do tej pory nikt, poza nim nie odkrył. Często do niej zaglądał, nigdy jednak nie prosząc o pozwolenie. Nie chciał ujawniać, że zna wymarły język używany przez Aengels.
           - Ezarel poszedł do lasu na poszukiwanie ayahuasca do eliksiru - zaczęła wyliczać szefowa. - Nevra sprawdza miejsce, gdzie znaleziono Shairisse, aby upewnić się, że nic nie zostanie przeoczone. Ykhar i Kero poszli spać, bo rano będzie sporo papierkowej roboty. My z Valkyonem właśnie staraliśmy się zrozumieć, dlaczego dziewczyna była poza Kwaterą, skoro na kolacji była jeszcze...
           - To nie wysłałaś jej z żadną misją? - zdziwiony przerwał jej dość gwałtownie. - Skąd zatem wiadomo było, że jest za murami? Kto ją znalazł?
           - Ja ją znalazłem - odezwał się milczący do tej pory Valkyon. - Athira przyszedł do mojego pokoju. Obudził mnie i sygnalizował, że mam za nim iść, więc poszedłem. Doprowadził mnie na polane, koło tego drzewa z dziuplą. Shai leżała nieprzytomna na środku polany.
           Leiftan oparł się o ścianę i westchnął głęboko. Czuł narastający strach, gdyż coraz więcej faktów potwierdzało jego przypuszczenia. Dzisiaj była pełnia, czyli faza księżyca, podczas której wszelkie magiczne rytuały mają najsilniejsze działanie. Osoby chcące wykonać jakiś rytuał, mają w tym momencie najsilniejszą moc magiczną. Leśna polana, czyli odosobnione i wyodrębnione miejsce do przeprowadzenia rytuału. Poza murami Kwatery, gdyż w jej obrębie działają zaklęcia ochronne i przeciwdziałające czarnej magii. Dodatkowym niepokojącym faktem było to, że często dla wzmacniania takich praktyk magicznych, wykorzystuje się cykl siedmiodniowy. Trzy dni przed pełnią dla przygotowania, w czasie pełni właściwy rytuał i trzy dni po pełni, aby umocnić działanie rytuału. Ostatnio Shairisse mówiła mu przecież o dziwnym zmęczeniu, jakie odczuwa i wynikało z ich rozmowy, że zaczęło się właśnie trzy dni przed pełnią. Pozostawały pytania: "Komu zależało na skrzywdzeniu dziewczyny i z jakiego powodu?".
           - Widziałeś tam coś podejrzanego? Albo kogoś? - spojrzał badawczo na wojownika, wyrywając się ze swoich ponurych myśli.
           - Nie wiem, skupiłem się na ratowaniu Shai - odpowiedział mu Valkyon z lekkim zakłopotaniem. - Ale jak teraz o tym myślę, to chyba coś musiało się kryć w krzakach, bo Athira warczał w stronę lasu - dodał po chwili namysłu i w tym samym momencie zrobił minę, jakby coś sobie uświadomił. Następnie szef straży Obsydianu spojrzał przepraszająco na obecnych i bez chwili namysłu ruszył schodami w dół, a później wybiegł z budynku Kwatery.
           - Jest już prawie piąta rano, połóż się spać Leiftanie - powiedziała zmęczonym głosem szefowa straży. - Ewelein zapowiedziała, że przez najbliższe kilka godzin i tak nikogo nie wpuści do Shairisse - mówiąc to, położyła mu dłoń na ramieniu, a następnie skierowała się w stronę schodów.
           - Wejdę jeszcze do biblioteki po formularze raportowe - stwierdził, uśmiechając się nieznacznie. - I tak nie będę pewnie mógł zasnąć, więc może coś uda mi się już wypełnić.
            Skierował się w stronę biblioteki, nie zwracając uwagi na schodzącą po schodach Miiko. Twarz miał spokojną i skupioną, mimo że w środku czuł, jak cały trzęsie się z narastającego uczucia bezsilności i strachu. Otwierając kluczem drzwi czytelni, ledwie był w stanie opanować drżenie rąk. Wszedł do środka i zamknął drzwi. Oparł się o nie, zamykając oczy i wzdychając głęboko. Po chwili, nie zapalając nawet światła, szybkim krokiem ruszył w stronę wydzielonej i zamkniętej części pomieszczenia, w której znajdowały się zakazane woluminy. Bez chwili namysłu otworzył zamknięte drzwi i ruszył do regału, gdzie znajdowała się księga, którą tak często lubił studiować - "Ard Gaeth", czyli Wrota Światów.
           W momencie, kiedy przerażony dostrzegł puste miejsce na regale, za plecami usłyszał szelest, a zaraz potem głos, należący do osoby, którą bardzo dobrze znał.
           - Za późno Leiftan. Księga zniknęła, a życie tej małej należy teraz do mnie...

Offline

#6 04-07-2021 o 18h19

Straż Absyntu
Methrylis
Pomocniczka Sylfów
Methrylis
...
Wiadomości: 1 233

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


No heja, witam ponownie! Skoro mówisz, że pozdrawiasz zaglądających, to i do swojego opka zapraszam ;]

No więc tak. Ja na fb jestem znana jako antyfanka Leifa, ale tylko w grze. Jeśli postać zostanie poprowadzona dobrze, to jest spoko. Ja sama w swoim opku zamierzam go wykreować nieco inaczej, przez co będzie pozytywną i całkiem istotną postacią. I tutaj też wzbudził moją dużą sympatię, bo widać, że bardzo się boi o główną bohaterkę i fajnie było czytać, jak Leiftan i inni, choć głównie on, wszystko analizują i próbują dojść do tego, co się stało. Rozdział teoretycznie wiele nie wnosi, ale mimo to nie był nudny, a wprost przeciwnie — w pewnym sensie ciągle coś się działo, co nie odrywało czytelnika od tekstu. Super rozdział, czekam na resztę i pozdrawiam ^^


https://i.imgur.com/hoEOs1F.png


https://i.imgur.com/6gLWhFY.png[/img]

Offline

#7 20-08-2021 o 21h17

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

Witam wszystkich.
Przepraszam za niewielkie opóźnienie.
@Methrylis - dziękuję, że zaglądasz i cosik komentujesz. Zawsze liczyłam na Twoje odwiedziny i zawsze ceniłam Cię za Twoje podejście do twórczości innych. Ja do Ciebie też zaglądam i w najbliższym czasie postaram się zostawić po sobie tam jakiś znak. Aczkolwiek w moim życiu sporo się ostatnio dzieje i niestety jestem trochę "rozbita", że tak to ujmę.
Nie przedłużając - pozdrawiam wszystkich zaglądających.

cz.3  ZDRADA CZY GŁUPOTA?


        - Co zrobiłeś Shairisse? - zapytał złowrogo, a całe jego ciało spięło się, pozostając w pełnej gotowości do ewentualnego ataku.
        - Zaskoczyłem cię? - osoba ukrywająca się w mroku biblioteki, wydawała się szczerze rozbawiona. - A może spodziewałeś się jakichś kłopotów, skoro wróciłeś wcześniej ze swojej misji?
        Oparte na regale dłonie lorialeta, same zacisnęły się w pięści z taką siłą, że paznokcie o mało nie przebijały mu skóry. Całym sobą starał się powstrzymać przed odwróceniem w stronę, z którego dochodził głos. Dobrze wiedział, że jeśli stanie twarzą w twarz, z osobą odpowiedzialną za obecny stan dziewczyny, to nie powstrzyma się przed skręceniem mu karku. Jednak znając zawartość księgi, którą najprawdopodobniej zabrał i ukrył jego rozmówca, wolał powstrzymać się przed nieprzemyślaną i gwałtowną agresją. Zdawał sobie sprawę, że zanim podejmie jakiekolwiek działania, musi poznać wszystkie tajemnicze poczynania tego, który w tej chwili skrywał się w ciemnościach, między regałami. Koniecznie chciał dowiedzieć się, skąd ten marny pomiot zna wymarły język jego przodków. Musi poznać przyczynę tak złego stanu dziewczyny, a przede wszystkim musi dowiedzieć się, czy można jej pomóc i w jaki sposób. Wiedział więc, że musi zdać się na swój zdrowy rozsądek i nie może dać się ponieść emocjom.
        - Nic nie mówisz, więc chyba udała mi się niespodzianka - zadowolony z siebie głos, odezwał się tuż przy jego uchu. - Wygląda na to, że nie jestem jednak tak potulny, jak ci się wydawało...
        - Mów, co jej zrobiłeś!? - warknął przez zęby, starając się stłumić narastającą w nim wściekłość. Nonszalanckie zachowanie osobnika za jego plecami, wcale nie pomagało w utrzymaniu nerwów na wodzy. Czuł, że rozmówca specjalnie stara się wyprowadzić go z równowagi. Nie mógł tylko zrozumieć, czemu miałoby to służyć. Dlaczego tak otwarcie go prowokował?
        - Posłuchaj mnie uważnie, Leiftanie - kontynuował arogancko prowodyr, a ton jego głosu stał się poważniejszy. - Twoja mała ziemianka tylko chwilowo jest nieprzytomna. Gdyby nie jej lisek, to pewnie nikt by nawet nie wiedział, że wywabiłem ją z Kwatery - nagle przestał mówić, jakby się nad czymś zastanawiał. - A tak swoją drogą - czy to nie dziwne, że ten chowaniec sprowadził Valkyona, a nie ciebie do TWOJEJ Shairisse? - zapytał po chwili kpiąco, a następnie się roześmiał.
        Blondyn zacisnął zęby i zamknął oczy, czując, że jest na granicy wytrzymałości. Chcąc powstrzymać zbliżający się wybuch niekontrolowanego gniewu, starał się przywołać w swojej pamięci coś, co zadziałałoby na niego uspokajająco. Nieoczekiwanie odkrył, że działanie takie mają wspomnienia związane z ziemianką. Tym, co wywoływało u niego samoistny uśmiech i sprawiało, że czuł przyjemne ciepło na sercu, była myśl o niej samej. Nagle czas w jego umyśle, jakby się zatrzymał, a jego myśli wypełnił obraz Shairisse. Drobnej dziewczyny o łagodnym usposobieniu, ufnym spojrzeniu liliowych oczu i promiennym, delikatnym uśmiechem, który pojawiając się na jej twarzy, sprawiał wszystkim sporo radości - szczególnie jemu...
        - Tak między nami - zaczął mówić mężczyzna, tłumiąc śmiech - muszę przyznać, że masz całkiem niezły gust. Ona nie jest brzydka, powiedziałbym nawet, że jest na czym oko zawiesić. Sam bym do niej podbijał, gdyby była bardziej...
        W tym momencie Leiftan poczuł, że jego cierpliwość sięgnęła właśnie zenitu. Nie był w stanie dłużej powstrzymywać wzbierającej w nim złości i pogardy, do których teraz jeszcze dołączyła zazdrość. Odwrócił się gwałtownie do tyłu i z pełnym impetem chwycił aroganta za gardło, podnosząc go nieco nad poziom podłogi i przyciskając do regału. Na jego szczęście, biblioteczne meble były solidnie przymocowane do podłoża, więc ten nagły wybuch agresji, nie spowodował żadnej większej katastrofy, poza upadkiem kilku woluminów.
        - Nawet nie próbuj wypowiadać na głos swoich brudnych myśli - syknął przez zęby, zbliżając twarz do czarnej maski, która skrywała prawdziwe oblicze prowokatora. - Odpowiesz w końcu na moje pytanie Lance? - warknął, zaciskając mocniej dłoń na jego gardle. - Czy przeprowadziłeś na niej jakiś rytuał z tej księgi?
        Zaatakowany mężczyzna w czarno-czerwonej zbroi zaśmiał się szyderczo.
        - Nie radzę Leiftanie - burknął chrapliwie, gdyż dłoń na jego gardle zacisnęła się jeszcze mocniej. - Jeśli mnie zabijesz, ona też umrze.
        Lorialet poluźnił nieco uścisk dłoni, ale nadal nie puścił mężczyzny. Od razu przyszedł mu na myśl rytuał związania energii życiowych, dawniej powszechnie nazywany ślubem dusz. Rytuał ten miał na celu umocnienie energii życiowej związanych nim osób. Niestety miał też swoją mroczną stronę. Śmierć jednej ze związanych osób skutkowała śmiercią też drugiej osoby i dlatego rytuał ten został zakazany.
       - Przeprowadziłeś na niej rytuał związania dusz? - zapytał, chcąc się upewnić, że jego przypuszczenia są prawidłowe. W jego głosie dało się wyczuć złość i niedowierzanie. W międzyczasie uścisk jego dłoni na gardle zamaskowanego osobnika się rozluźniał.
        - Tak - odpowiedział dumnie, a zarazem gniewnie Lance. - Nie pozostawiłeś mi wyboru. Przez tę dziewczynę zmieniłeś się - kontynuował, stojąc już o własnych siłach, gdyż blondyn zabrał rękę z jego gardła i podszedł do okna. - Ostatnio mam wrażenie, że twoje priorytety się zmieniły. Czepiasz się mnie z byle powodu, wydajesz się mniej zaangażowany w sprawę. Po naszej sprzeczce w świątyni i wiedząc, jak postąpiłeś z Naytili, mam wrażenie, że ta dziewczyna stała się dla ciebie zbyt ważna. Z tego powodu trochę się obawiam o nasz sojusz. Musiałem się więc zabezpieczyć przed twoją ewentualną zmianą frontu lub planów.
        - Jak odczytałeś tę księgę? - zapytał zirytowany trafnością spostrzeżeń swojego rozmówcy. Stojąc przy oknie i wpatrując się gdzieś w horyzont, zdawał sobie sprawę, że ewentualne uratowanie ziemianki będzie bardzo skomplikowanym i niebezpiecznym procesem. Ogromny księżyc w pełni powoli krył się za linią drzew, a świergot budzących się ptaków zwiastował rychłe nadejście świtu. Wiedział, że upływający czas działa na jego niekorzyść.
        - Zapomniałeś, że znam język deamonów? - zdziwił się osobnik w zbroi. - Co prawda, księga zapisana jest w bardzo starym dialekcie, ale dałem radę ją odczytać.
        Blondyn oparł się dłońmi o parapet i westchnął zrezygnowany. Zawsze złościło go, gdy jego rasę mylnie nazywano deamonami. W tej chwili było to jednak mało znaczące dla niego, gdyż zaczął rozumieć, jakie mogą być przyczyny złego stanu Shairisse.
        - Język, w którym napisana jest ta księga, to nie język deamonów, tylko wymarły język aengels. Podobne, ale nie takie same - zaczął powoli wyjaśniać zamaskowanemu jego pomyłkę. - Przygotowując eliksir związania, zapewne wykorzystałeś nieodpowiednie składniki. Fakt, że przeprowadziłeś teraz ten rytuał, upewnia mnie, że nie doczytałeś informacji na końcu jego opisu...
        - Przeczytałem wszystko dokładnie - przerwał mu Lance lekko zirytowanym tonem, w którym dało się jednak wyłapać nutę rodzącej się niepewności - i nie pomyliłem żadnych składników. Oczyszczona woda, kwaśne źdźbło, arkaniczny pył i złote płatki róży...
        - ZACZAROWANA woda, kwaśne JAGODY, GWIEZDNY pył i złote płatki róży - poprawił jego wypowiedź Leiftan, akcentując pomyłki. - A na samym dole opisu rytuału była wzmianka o tym, że nie można go przeprowadzać na osobie, której QI jest z jakiegoś powodu niestabilna. Shairisse sześć tygodni temu otarła się o śmierć, więc jej energia życiowa jest wciąż mocno osłabiona - mówiąc to, odwrócił się tyłem do okna i oparł się o parapet. Czuł, jak jego ciało drży ze zdenerwowania i emocji. Intensywnie wpatrywał się w zamaskowanego i z każdą sekundą wzrastała jego pogarda do tego osobnika.
        Mężczyzna w zbroi powoli zdawał sobie sprawę ze swojej pomyłki i kiepskiego położenia. Stał teraz lekko zgarbiony, a cała arogancja, pewność siebie i rozbawienie, jakimi jeszcze całkiem niedawno emanował, rozproszyły się gdzieś pomiędzy okurzonymi księgami. Zdjął maskę i nerwowo miętosił ją w dłoniach. Białe, zmierzwione włosy, niesfornie opadały mu na czoło, a błękitne oczy niepewnie i z obawą spoglądały w kierunku lorialeta.
        - Milczysz, więc chyba zdajesz sobie sprawę z popełnionego błędu - odezwał się po chwili ciszy blondyn. Ton jego głosu był lodowaty i złowieszczy jak nigdy przedtem. - Dla twojej wiadomości, Shairisse nie jest zwyczajnie nieprzytomna, tylko jest w stanie agonii - wypowiadając te słowa, zaczął zbliżać się do białowłosego. - Jeżeli coś jej się stanie lub, nie daj Wyrocznio, ona umrze, to zapowiadam ci - w tym momencie zatrzymał się, będąc zaledwie kilka centymetrów od twarzy swojego przerażonego rozmówcy - piekło wyda ci się rajem, w porównaniu z tym, co ja zrobię z twoim życiem. A teraz masz godzinę, aby księga znalazła się u mnie w pokoju i nie pokazuj mi się na oczy, bo nie ręczę, że przeżyjesz to spotkanie.
        Chłopak w zbroi, patrząc w czarno-zielone oczy Leiftana, bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z powagi jego groźby. To, że kolor oczu blondyna zmienił się, świadczyło tylko o tym, że za chwilę może nadejść apogeum jego wściekłości. Wiedząc, czym to grozi, wolał szybko wycofać się z zasięgu Aengela. Jednym szybkim ruchem założył maskę i zniknął między regałami, kierując się do sekretnego wyjścia.
        Leiftan chwilę stał jeszcze, wsłuchując się w odgłosy Kwatery, by upewnić się, że nadal jest uśpiona. Ostatni raz zerknął w stronę okna i wyszedł z sekcji ksiąg zakazanych, a przekręcając klucz w zamku, nadal odczuwał silne drżenie rąk. Nie do końca wiedział, czy to ze złości na Lance, czy ze strachu o ziemiankę, czy po trochu wszystkiego. Wiedział jednak, że musi chociaż na chwilę, wyjść gdzieś na otwartą przestrzeń, aby złapać oddech pełną piersią.
        Pogrążony w swoich myślach, jak w transie ruszył przed siebie. Czuł się przytłoczony całą sytuacją i zastanawiał się, czy po części nie jest odpowiedzialny za to, co spotkało dziewczynę. Gdyby ją trochę lepiej pilnował, to czy doszłoby do tego wszystkiego? Dlaczego nie pomyślał, aby przydzielić jej jakąś ochronę po wydarzeniach w świątyni Fenghuangów? Czy mógł przewidzieć zachowanie swojego wspólnika? Czy mógł zapobiec tej całej absurdalnej sytuacji?
         Zatrzymał się, dopiero gdy poczuł na stopach chłodną morską wodę. Rozejrzał się dookoła i od razu rozpoznał plażę, na którą przyprowadziła go kiedyś Shairisse. Podszedł kilka kroków w stronę sporego głazu, znajdującego się w wodzie, na którym siedzieli wówczas, oglądając najpiękniejszy, jej zdaniem, zachód słońca. Przypominając sobie tamten wieczór, od razu się uśmiechnął i poczuł się odrobinę lżejszy. Teraz był tutaj sam i miał okazję oglądać wschód słońca. Rześka bryza otulała jego ciało niczym najdelikatniejszy jedwabny szal. Jego stopy obmywały leniwe fale, łaskocząc przy tym łagodnie. Na lazurowym niebie sennie przesuwały się nieliczne chmury, które promienie słońca ubarwiły gamą ciepłych pomarańczowych i czerwonych odcieni. Podobnymi odcieniami chwaliło się morze, odcinając się jednak od nieba i chmur intensywną czerwoną linią horyzontu.
        - Shai, tak bardzo chciałbym ci kiedyś pokazać taki wschód słońca - wyszeptał, czując, że ten widok wycisza jego emocje i wypełnia go spokojem. Wpatrywał się w najbardziej czerwony punkt horyzontu, wyczekując na pojawienie się tarczy słońca. Kiedy złoto-czerwona kula zaczęła wynurzać się z głębin morza, rozpraszając wszelkie inne barwy złotymi promieniami światła, on w swoim wnętrzu poczuł rodzącą się nadzieję i nową siłę. Wziął głęboki oddech.
        - Zrobię wszystko Shairisse, abyś mogła obejrzeć takie narodziny dnia...
----------------------------------------------------------
P.S.
Mały bonus w formie wiersza

Zabierz mnie proszę, aż do gwiazd,
Tam gdzie mogę zbawić swą duszę
Bez ciebie jestem jak zimny głaz,
Dlatego wszędzie za tobą wyruszę.
Pragnę czuć życie całym sobą,
Przy tobie pragnę świat poznawać
Gdy jestem sam na sam z tobą
Nie muszę niczego udawać
Czarne zakamarki serca mego
Ty rozświetlasz swym spojrzeniem
Nigdy bym nie zaznał tego
Obudziłaś mnie swym tchnieniem.
Dla ciebie gwiazdy na niebie świecą
Przez ciebie luna z zazdrości płacze
Do ciebie moje myśli lecą
Gdy tylko cię zobaczę
Niech blask niewinności twojej
Prowadzi mnie gdy za tobą wyruszę
Nie odrzucaj miłości mojej
I zbaw proszę mą przeklętą duszę
Czym jest miłość przy tobie pojąłem
Moja dusza może być odmieniona
Wierz mi tak bardzo tego pragnąłem
Więc zabij we mnie złego demona.

Offline

#8 23-08-2021 o 21h07

Straż Absyntu
Methrylis
Pomocniczka Sylfów
Methrylis
...
Wiadomości: 1 233

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Och, przykro mi, że źle się czujesz i cokolwiek się dzieje, oby niebawem było lepiej!

Wybacz, że ja tak zawsze z doskoku, ale zwykle tak robię — że odwalam wielką serię nadrabiania całego FF w jednym czasie. Oczywiście lepiej by to było robić na bieżąco, więc może kiedyś wreszcie się do tego zmotywuję XD

Ano, tak jak wcześniej wspominałam, przed pożarem nie zaglądałam tutaj, bo cały czas miałam w planach, ale rozdziałów przybywało i trudno było się zmotywować. Ale teraz, jak opko leci od początku, żal nie skorzystać ;]

Ej no, ale w sumie — o ile tylko Lance nie ściemnia — to postąpił logicznie. Jakaś Gardzia mu mieszka i owija sobie jego sojusznika, tzn Leifa, wokół palca, to wypadałoby się zabezpieczyć. Wie, że na Garnka chuchają i dmuchają, więc jej śmierć nie jest aż tak prawdopodobna. A na pewno nie chcieliby jej śmierci, to i Lance’a muszą zostawić w spokoju. Well, sprytne całkiem.

Ach, czyli bombki strzelił jego plan

Kurcze, nawet uroczy ten rozdział, chociaż ja nie cierpię Leiftana XD Ale tutaj, jak już chyba jakiś czas temu wspominałam, jest serio do zniesienia, więc z samo to już plus. Ojeju, a wiersz piękny! <3 Bardzo mi się podoba! Tak samo zresztą jak rozdzial, więc czekam na resztę i pozdrawiam ^^


https://i.imgur.com/hoEOs1F.png


https://i.imgur.com/6gLWhFY.png[/img]

Offline

#9 23-10-2021 o 15h08

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

Witajcie.
Z małym poślizgiem czasowym, ale problemy zdrowotne trochę mnie przystopowały i zblokowały.
@Methrylis - miło mi, że wiersz się spodobał. Jeśli chodzi o Leiftana - jak już mówiłam, u mnie jest on trochę inny niż w oryginale.
Nie przeciągając - pozdrawiam zaglądających i życzę miłej lektury.

cz. 4 NIEPEWNOŚĆ

        Leiftan siedział nieruchomo na kamieniu, ze stopami zanurzonymi w leniwie poruszających się morskich falach i obserwował ostatnie chwile wschodu słońca. Złota tarcza powoli odrywała się od linii horyzontu, aby samodzielnie przemierzać błękit nieba, z którego dopiero co przegoniła senne chmury. Poczuł, że dzisiaj będzie w stanie przeciwstawić się wszystkim problemom, jakie pojawią się na jego drodze.
        Pełen nadziei i nowych sił witalnych, skierował się w stronę klifu i kamiennych schodów, stanowiących wyjście z plaży. Wspinał się po nich szybko, przeskakując po dwa stopnie, a że była bardzo wczesna pora, nie spodziewał się kogokolwiek napotkać. Kiedy był już prawie na szczycie, zdziwił się, usłyszawszy odgłosy prowadzonej rozmowy.
        - ... i dlatego nie możesz się poddawać.
        - Nie mam zamiaru się poddawać, ale zrozum, że nie mam pojęcia, w jaki sposób pomóc Shai - osoba mówiąca te słowa, wydawała się załamana i całkowicie bezradna. - Oddałbym własne życie, gdybym tylko wiedział, że dzięki temu ona wyzdrowieje.
        Leiftan słysząc te słowa, zatrzymał się i przykucnął na schodach, aby pozostać niezauważonym. Zaciekawiło go, że ktoś dyskutuje o Shairisse i to w tak emocjonalny sposób. Pragnął dowiedzieć się, kto prowadzi tę rozmowę i co mówią na jej temat.
        - Valkyon, wszystko będzie dobrze - uspokajał łagodnie pierwszy rozmówca. - Dzisiaj wraca Huang Hua i na pewno nie pozwoli jej umrzeć. Jestem pewien, że z Miiko i naszymi molami bibliotecznymi coś wymyślą, żeby uratować Shai - pocieszał spokojnie. - Wiesz, że z Ezem też zrobimy wszystko, by ją ratować...
        - Wiem chłopaki, dzięki... - szef straży Obsydianu westchnął głęboko.
        - Jest jeszcze Leiftan... - odezwał się nagle trzeci głos. - Widząc go dzisiaj, nabrałem pewności, że nasz mały człowieczek nie jest mu obojętny...
        - Zamknij się Ez... - skarcił go pierwszy rozmówca.
        Słysząc treść rozmowy, nabrał pewności, że to szefowie straży prowadzą konwersację. Powoli zszedł kilka stopni, aby móc swobodnie się wyprostować i wziąć głęboki oddech. Nie chciał pokazywać, że słyszał rozmowę, więc nieśpiesznie ruszył w górę. Na szczycie schodów, udając zamyślonego, skierował się w stronę Kwatery. Kątem oka, zgodnie z przewidywaniami, zauważył stojących szefów straży.
        - Witaj Leiftan - przywitali go prawie chóralnie.
        Odwrócił się w ich stronę i udając zdziwienie, skinął głową na powitanie. Nie zatrzymał się jednak ani nie odezwał słowem, aby nie prowokować grzecznościowej wymiany zdań. Nie miał ochoty wdawać się teraz w żadne rozmowy, gdyż właśnie zaczynał docierać do niego sens tego, co przed chwilą słyszał. Sposób, w jaki Valkyon wypowiadał się o ziemiance, świadczył, że nie jest mu ona obojętna. Nigdy wcześniej nie słyszał, aby szef straży Obsydianu tak bardzo martwił się o kogokolwiek. Ból, jaki słyszał w jego głosie, gdy mówił, że nie wie jak jej pomóc, był nieomal namacalny fizycznie. Zaczął zastanawiać się, czy czasami nie przeoczył jakichś sygnałów, które świadczyłyby o głębszej relacji łączącej Shairisse z szefem jej straży.
        Idąc ścieżką w stronę Kwatery, zatopił się w swoich myślach, przeszukując wspomnienia i starając się wyłapać jakieś wskazówki. Jednak nie mógł przypomnieć sobie żadnych sytuacji, które jednoznacznie wskazywałyby, że tych dwoje łączy coś więcej poza przyjaźnią. Fakt, że ostatnio Shai spędzała sporo czasu w towarzystwie Valkyona, ale było to spowodowane treningami. Cała Lśniąca Straż jednogłośnie stwierdziła, że po wydarzeniach w świątyni konieczne jest, aby dziewczyna podszkoliła się w walce i obronie. Wielokrotnie obserwował jej treningi, nie zawsze ujawniając się przy tym. Nigdy nic nie wzbudziło jego podejrzeń. Zawsze traktowała swojego szefa z taką samą sympatią, jak pozostałych w Kwaterze - no może poza Ezarelem, gdyż z nim zawsze sobie "przyjaźnie dogryzali". Może więc przemawiało przez niego to, że nie przepadał za tym wojownikiem? A może to tylko zmęczenie i jego zazdrosna natura podpowiadała mu coś, co tak naprawdę nie miało miejsca?
        Potrząsnął głową, jakby chciał wyrzucić z niej wszystkie te czarne myśli i przyspieszył kroku, aby jak najszybciej znaleźć się w swoim pokoju. Liczył na to, że Lance odniósł już zabraną księgę. Koniecznie chciał sprawdzić, jaki eliksir stworzył i podał dziewczynie jego nieodpowiedzialny wspólnik. Zdawał sobie sprawę, że to będzie żmudne zajęcie. Pomimo swojej wiedzy na temat eliksirów, którą skrzętnie ukrywał przed innymi, nie mógł równać się z Ezarelem. Nie bez powodu ten sarkastyczny elf, nazywany był mistrzem alchemii i stał na czele straży Absyntu.
        Wchodząc głównym wejściem do holu Kwatery, potrącił kogoś, ale nawet nie zwrócił na to uwagi. Pomimo szczerej chęci, nie potrafił przestać myśleć nad prawdziwą naturą relacji Valkyona z ziemianką. Myśl o tym, że chłopaka i Shairisse może łączyć coś głębszego niż przyjaźń, wracała do niego i męczyła niczym natrętny komar. Co, jeśli białowłosy wojownik rzeczywiście darzy uczuciem dziewczynę? A jeśli ona odwzajemnia to uczucie? Jeśli tych dwoje naprawdę coś łączy? Jak on ma się wtedy zachować?
        Spokój, jaki wypełnił go na plaży, teraz z każdym oddechem wypierany był przez rosnące uczucie niepewności. Świadomość, że jego uczucia mogły nie być odwzajemnione, frustrowała go. Szybkim krokiem przemierzył hol Kwatery, zwany Salą Drzwi i skierował się do korytarza, prowadzącego do pokojów mieszkalnych. Przechodząc obok pokoju dziewczyny, zwolnił nagle kroku, gdyż do głowy wpadła mu nieoczekiwana myśl - "A gdyby tak wejść tam i trochę rozejrzeć się pod jej nieobecność?". Zatrzymał się i dłuższą chwilę bił się z myślami, wpatrując w zamknięte drzwi. Pokusa wejścia do "królestwa nieładu", jak nazywała swój pokój Shairisse, była bardzo kusząca. Jednak szybko odpędził ją od siebie, przypominając sobie sytuację z Kryształowej Sali. Nie mógł mieć pewności, że nagle nie zostałby przyłapany przez "ducha" Shairisse, a tego naprawdę by nie chciał. Ponownie ruszył do siebie żwawym krokiem.
        Wchodząc do swojego pokoju, postanowił, że musi szczerze porozmawiać z Valkyonem. Kiedy zamknął drzwi, dał upust swojej irytacji, głośno przeklinając. Nie obawiał się, że ktoś może go usłyszeć, gdyż jego pokój znajdował się na końcu korytarza i dodatkowo był przez niego wygłuszony zaklęciem ochronnym. Nikt w całej Kwaterze nie wchodził do jego azylu, poza wspólnikiem i Chromem. Teraz też od razu zauważył, że Lance zaszczycił go odwiedzinami pod jego nieobecność. Na łóżku leżała dobrze mu znana księga, a obok niej siedziała Amaya, wpatrując się w niego z zaciekawieniem.
        - Nie patrz tak na mnie szkodniku jeden - mruknął do swojego chowańca, siadając na brzegu łóżka. Panalulu nadal przyglądała mu się intensywnie, jakby starała się zrozumieć, co gryzie jej właściciela. Nie zwracając uwagi na swojego pando podobnego chowańca, złapał księgę i zaczął wertować jej kartki w poszukiwaniu interesujących go wiadomości. Wyszukiwał w spisie eliksirów - po składnikach, mając cały czas na uwadze różnicę w nazewnictwie. Niestety, nie znalazł informacji, które chociaż trochę pasowałyby do szukanego schematu.
        Nagle na jego kolanach wylądowała złożona kartka, która wyraźnie była wyrwana z jakiegoś notatnika. Zdziwiony, odłożył wolumin obok na łóżko i wziął kartkę w dłonie. Siedząca do tej pory spokojnie Amaya prychnęła głośno i się zjeżyła.
        - Co jest z tobą? Coś ci się nie podoba? - spojrzał lekko zirytowany na swojego chowańca. Puchata towarzyszka fuknęła raz jeszcze i ostentacyjnie przeniosła się z łóżka na parapet. - Co za złośnica - burknął Leiftan i rozłożył kartkę. Były na niej zapisane zaledwie trzy zdania. Od razu rozpoznał pismo swojego sojusznika.

     "Zajrzyj pod łóżko. Przejrzyj, a potem oddaj właścicielce.

     P.S.
      Może zrozumiesz, dlaczego poszła w nocy na polanę"

        Schylił się i zajrzał pod swoje łóżko. Od razu zauważył czarny, skórzany notes, który nie był jego własnością. Jakież było jego zdziwienie, kiedy go otworzył i zobaczył dobrze znane sobie pismo - jej pismo. Zrobiło mu się gorąco, a po plecach przeszedł mu dreszcz, kiedy na pierwszej stronie odczytał ozdobnie napisane słowo "PAMIĘTNIK". W dłoniach trzymał teraz zeszyt pełen odpowiedzi na wiele dręczących go pytań. Patrzył na niego chwilę i poczuł, jak znów wypełnia go niepewność. Czy powinien przeglądać jej pamiętnik, czy może powinien natychmiast go odnieść? Dylemat moralny nie męczył go jednak długo. Może i powinien go odłożyć na miejsce, ale on przecież całe swoje życie łamał zasady i igrał z moralnością, więc ten kolejny raz nic chyba raczej nie zmieni.
        Wstał z łóżka i poszedł usiąść bliżej okna, aby wykorzystać światło słoneczne. Rozsiadł się wygodnie na białych poduszkach w swoim półokrągłym, podwieszanym rattanowym fotelu. Zawsze w nim siadał, gdy jego myśli skupiały się na dziewczynie. Otworzył pamiętnik i zaczął go pobieżnie przeglądać. W międzyczasie ciepłe promienie słońca leniwie przesuwały się po bladozielonym, puchatym dywanie. Łagodny wietrzyk, wpadający przez uchylone wykuszowe okno, kołysał białe kwiaty jedwabnego drzewka bonsai i psotnie łaskotał twarz lorialeta. Cichy szum wodnego źródełka, przepływającego pod łóżkiem, idealnie zgrywał się z odległymi, radosnymi odgłosami przyrody. Cała ta idylliczna atmosfera okazała się idealnym tłem dla wpisu, na którym skupiły się zielone oczy Leiftana. Był to wpis z dnia, który oboje spędzili na plaży. Czytając go, od razu przypomniał sobie tamten dzień. Od dłuższego czasu, nosił się z zamiarem zaproszenia gdzieś dziewczyny i kiedy w końcu się odważył to zrobić, zgodziła się bez wahania. Chwile spędzone w jej towarzystwie były dla niego niczym najpiękniejszy dar od losu. Słysząc jej śmiech i patrząc w jej radosne liliowe oczy, czuł, że nic więcej nie jest mu potrzebne do szczęścia. Bardzo dobrze pamiętał, jak wielką miał ochotę pocałować Shairisse, gdy potykając się, wylądowała w jego ramionach. Ciepło jej ciała i dotyk jej skóry powodował wtedy wrzenie jego krwi. Jej zapach odurzał go, a niewinne spojrzenie hipnotyzowało, sprawiając, że nie potrafił i nie chciał wypuścić jej z objęć. Naprawdę zamierzał ją pocałować i już prawie czuł smak jej ust, gdy nagle całą magię chwili przerwała Ykhar wykrzykując, że poszukuje go Miiko. Ile by teraz dał, aby cofnąć czas... Dziś nie przepuściłby okazji...
        Westchnął głęboko i oparł głowę na poduszkach. Powoli czuł narastające zmęczenie, będące skutkiem nieprzespanej nocy i silnych emocji. Przez chwilę rozważał możliwość drzemki, ale gdy przymknął powieki, natychmiast powrócił do niego obraz bladej, nieprzytomnej twarzy Shairisse. Wyprostował się ponownie na swoim fotelu i przewrócił kilka kolejnych kartek z jej pamiętnika. Ostatni wpis był z poprzedniego wieczora.

     "Dzisiaj Leiftan poprosił mnie o spotkanie. Napisał, że musi ze mną pilnie porozmawiać i chce się spotkać o północy, na polanie przy drzewie z dziuplą. Dziwna pora na rozmowy, ale może to dlatego, że blask księżyca go uspokaja. [...] Mam nadzieję, że wyjaśnimy sobie sytuację między nami..."

        Teraz zrozumiał, że Lance wywabił dziewczynę z Kwatery, podszywając się pod niego. Znów poczuł narastającą złość i przeklął pod nosem. W tym samym momencie znudzona brakiem zainteresowania ze strony swojego pana Amaya, wskoczyła na jego kolana, zrzucając pamiętnik na podłogę.
        - Już ci przeszło paskudnico? - zapytał, drapiąc puchatą towarzyszkę za uchem. Ta fuknęła, zeskoczyła na podłogę i dąsając się, wyszła z pokoju.
        Leiftan schylił się po pamiętnik i nagle jego wzrok zatrzymał się na zdaniu, które wywołało dreszcz wzdłuż jego kręgosłupa. Powoli, nie dowierzając własnym oczom, położył zeszyt na kolanach. Czuł w żołądku ścisk i rosnącą gulę w gardle, a z twarzy odpłynęła mu cała krew. Jego ciało zamarło, gdy ponownie przeczytał zdanie zapisane w języku jego przodków:
        -"N'te va it Anaryon".
        Z odrętwienia wyrwało go głośne, przeraźliwie żałosne wycie. Dopiero po chwili rozpoznał, że jest to wycie Athiry - chowańca ziemianki.
        - Na litość Wyroczni, Shairisse!! - wykrzyknął i pełen przerażenia rzucił się w stronę drzwi.

Offline

#10 03-12-2021 o 01h39

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

Witam wszystkich i pozdrawiam.

cz. 5 PRZEPOWIEDNIA

           - Czy z Shairisse wszystko dobrze? - zapytał, podbiegając do zielonowłosej dziewczyny, która właśnie opuszczała przychodnię. Narenda, asystentka Ewelein, spojrzała na niego nieco zdezorientowana, przez chwilę starając się zrozumieć, kto to jest i czego od niej chce.
           - Och, Leiftan! - westchnęła, zdając sobie w końcu sprawę, że właśnie jego szła szukać. - Przed chwilą miała problemy z oddychaniem i akcją serca, ale Ewelein już przywróciła funkcje życiowe do względnej normy - odpowiedziała mu teraz spokojnie, patrząc w jego przerażone, zielone oczy. - Ewe wysnuła pewne podejrzenie, ale to ona osobiście zaraz ci powie, bo ja nie mam takich kompetencji - uśmiechnęła się nieśmiało. - Poczekaj tu chwilkę, powiem jej, że już jesteś - mówiąc to, weszła z powrotem do przychodni.
           Leiftan rozejrzał się dookoła, ale na korytarzu nie było nikogo, poza nim. Oparł się plecami i głową o ścianę, przecierając dłońmi zmęczoną twarz i przeczesując włosy. W jego umyśle krążyło całe mnóstwo domysłów i pytań, na które pragnął poznać odpowiedzi. Odetchnął głęboko, jakby chciał trochę oczyścić swoje myśli, a po chwili zamknął oczy i bezwiednie zsunął się po ścianie, przykucając.
           - Anaryon, Anaryon... - powtarzał szeptem imię, chcąc przypomnieć sobie, co ono znaczy. Zdawał sobie sprawę, że było to prastare imię i teraz, nie tylko nikt go nie używał, ale prawie nikt go nie pamiętał. Kojarzył, że występowało ono w podaniach i mitach, powstałych tuż po stworzeniu Eldaryi. Nie pamiętał jednak dokładnie jakich, ale gdzieś w podświadomości świtało mu, że było to coś niezwykłego, co niestety zatarło się z upływem czasu.
           Nagle, niczym porażenie piorunem, uderzyło go znaczenie tego imienia - "Dziecię Słońca". Pomimo tego olśnienia, dotychczasowy chaos myśli w jego głowie, wcale nie chciał się klarować. Jednak pewne pytania, teraz dręczyły go bardziej od innych. Dlaczego w pamiętniku Shairisse pojawiło się zdanie "N'te va it Anaryon", co znaczy "Nie idź tam Dziecię Słońca"? Czy dziewczyna wiedziała, co znaczy to zdanie, czy zapisała je bez zrozumienia? Kto je wypowiedział? Do kogo było ono skierowane? Dlaczego to imię pojawiło się właśnie teraz? I co Shai miała z tym wszystkim wspólnego? Im dłużej myślał nad tym, tym większy odczuwał mętlik. Dodatkowo, coraz bardziej dawało mu się we znaki zmęczenie, spowodowane brakiem snu i ciągłym napięciem emocjonalnym. Opuścił głowę, opierając się czołem o kolana i splótł dłonie na karku. Miał wrażenie, że im dłużej rozmyśla, tym większą ma pustkę w głowie.
           - O Wyrocznio... - westchnął bezsilnie, nie zwracając uwagi, na otwierające się w tym momencie drzwi przychodni.
           - Leiftanie? - usłyszał nad sobą lekko zmęczony i zatroskany głos. Kiedy podniósł głowę, natrafił na zmartwione spojrzenie Ewelein. - Dobrze się czujesz? - spytała, spoglądając na niego badawczo i kładąc dłoń na jego ramieniu.
           - Tak... - odpowiedział niepewnie i pośpiesznie podniósł się na równe nogi. - Powiedzmy, że tak... To tylko zmęczenie i brak snu - dodał po chwili, starając się ukryć lekki zawrót głowy, spowodowany gwałtowną zmianą pozycji. - Czy z Shairisse wszystko w porządku? - zapytał, chcąc szybko zmienić temat.
           Niebieskowłosa elfka nie dała się jednak zbyć pytaniem i przez moment przyglądała mu się uważnie. Jego blada twarz, podkrążone oczy, smętne spojrzenie i nieco rozczochrane włosy, w porównaniu do prawie zawsze nienagannego i zadbanego wyglądu, stanowiły teraz bezsprzeczny dowód na to, że chłopak był na skraju wytrzymałości. Nie odpowiadając na jego pytanie, otworzyła ponownie drzwi przychodni i zaglądając do środka, zwróciła się do asystentki:
           - Narendo, jeśli możesz, podaj mi eliksir wzmacniający z szafki pod oknem - mówiąc to, wskazała dłonią na niewielką szafkę z oszklonymi drzwiami, za którymi widniały idealnie poukładane fiolki z różnokolorowymi płynami. Praktykantka o zielonych włosach i czerwonych, wężowych oczach, bez zwłoki podała flakonik z turkusową cieczą. - Miej oko na dziewczynę. Jeśli coś będzie się działo niepokojącego, to proszę natychmiast mnie informować, będę w Kryształowej Sali - poprosiła, odbierając buteleczkę i zamykając drzwi przychodni.
           - Wypij to Leiftanie - zwróciła się do lorialeta i podała mu eliksir. - To cię trochę wzmocni, bo naprawdę kiepsko wyglądasz, a mam wrażenie, że na drzemkę cię w tej chwili nie namówię - uśmiechnęła się do niego ciepło i łagodnie.
            - Masz rację, nie namówisz mnie - potwierdził zmęczonym głosem, chwytając fiolkę i bez sprzeciwu opróżniając jej zawartość. - Dziękuję Ewe - dodał po chwili, siląc się na delikatny uśmiech wdzięczności. - Nie odpowiedziałaś mi, co się dzieje z Shairisse? - przypomniał cicho, kierując swoje kroki za elfką, która właśnie zaczęła schodzić schodami w dół. - Dlaczego Athira tak żałośnie zawył?
         - Chodź ze mną, zaraz wszystkiego się dowiesz - odpowiedziała poważnie, spoglądając w jego stronę, gdy zrównywał się z nią na ostatnich stopniach. - Jeśli chodzi o Athirę, to była jego reakcja... - zawahała się przez chwilę, szukając odpowiednich słów i odwracając od niego wzrok - na chwilowe zatrzymanie funkcji życiowych jego pani. - Westchnęła głęboko i poprawiła włosy. - Poprosiłam o zebranie w Sali Kryształu, bo mam pewną hipotezę, co do przyczyny problemów Shai i potrzebuję opinii Lśniącej Straży. Sprawa jest niestety poważna i nie wiem, co dalej robić.
           Spojrzał na pielęgniarkę zaniepokojony i zaintrygowany jednocześnie. On przecież już wiedział, co jest przyczyną jej stanu - głupota jego wspólnika i źle przeprowadzony rytuał związania dusz. Nie był tylko pewien, w jakim dokładnie stanie jest ziemianka. Zdawał sobie sprawę, że z racji swojego pochodzenia i posiadanej wiedzy, ma umiejętności, dzięki którym mógłby sam się tego dowiedzieć i wtedy próbować ją ratować. Jednak fakt, iż swoją prawdziwą tożsamość ukrywał przed innymi w Kwaterze, sprawiał, że ilość możliwych umiejętności, z których mógł skorzystać, nie ujawniając się, była ograniczona. Miał więc wielką nadzieję, że hipoteza elfki okaże się prawidłowa i na zebraniu uda się ustalić, w jaki sposób ratować dziewczynę.
          Wchodząc do Sali Kryształu, poczuł dziwny niepokój, którego nie odczuwał nigdy wcześniej. Coś jakby wisiało w powietrzu - coś złowróżbnego i nieokreślonego. Przystanął na chwilę, zamknął oczy i zrobił głęboki wdech i wydech, chcąc oczyścić umysł i pozbyć się złej energii ze swoich myśli. Ewelein w tym czasie podeszła bliżej zgromadzonych już osób.
           - Och, jesteście w końcu - przywitała ich Miiko, prostując się i niespokojnie spoglądając w stronę drzwi. - Czekamy jeszcze na Huang Hua, powinna być lada moment.
            Na twarzy szefowej od razu dostrzegł wyraźne oznaki zmęczenia, a dobrze mu znana bruzdka na jej czole świadczyła, że nad czymś intensywnie myślała. Rozejrzał się po obecnych i zauważył, że Ewelein coś szeptem tłumaczyła Ykhar i Kero. Brownie, była blada na twarzy jak prześcieradło, a z jej oczu wyzierało przerażenie. Po chwili przytakując pielęgniarce, oboje z Keroshane skierowali się do wyjścia. Domyślał się, że zostali wysłani po jakieś informacje do biblioteki. W tym samym czasie w drzwiach pojawiła się Huang Hua. Widząc ją, lorialet mimowolnie się wzdrygnął, gdyż pomimo wszelkich starań, nie potrafił przemóc niechęci względem kobiety. Uważał, że za fasadą jej idealnych manier i stoickiego spokoju, kryje się jakaś druga, mniej piękna i szlachetna natura. Wiedział, że ziemianka stała się jej ulubienicą, dumnie nazywając Huang Hua swoją przyjaciółką. Na początku ich znajomości był przekonany, że fenghuang traktuje dziewczynę, jak swego rodzaju "okaz z Ziemi". Obserwując jednak w ostatnim czasie wzajemne relacje obu kobiet, był skłonny uwierzyć, że naprawdę łączą je prawdziwe więzi przyjaźni. Czasami zdarzało mu się nawet, czuć coś w rodzaju ukłucia zazdrości, gdy dziewczyna z uwielbieniem i szacunkiem opowiadała mu o Huang Hua i spotkaniach z nią.
          - Jestem już i pozdrawiam wszystkich - przywitała się pospiesznie dama Huang Hua. - Co dzieje się z Shairisse? - zapytała bez ceregieli i z troską w głosie, wpatrując się w twarz szefowej Straży. Kitsune niespokojnie poruszyła swoimi ogonami i skinęła na Ewelein, dając jej tym samym znak, aby zabrała głos. Elfka podeszła trochę bliżej do obu kobiet i spojrzała w bursztynowe oczy Huang Hua.
           - W nocy Athira zaprowadził Valkyona do nieprzytomnej Shai w lesie. On przyniósł ją do przychodni, a tu okazało się, że dziewczyna jest w agoni - zaczęła spokojnie tłumaczyć. - Nie ma żadnych obrażeń fizycznych ani nie było śladu trucizn we krwi, a mimo to była bliska śmierci. I niestety, ale od jakiejś godziny, jest z nią coraz gorzej... - głos Ewelein zadrżał, gdy to mówiła, a ona sama spuściła głowę, starając się ukryć napływające do błękitnych oczu łzy.
           Leiftan i Valkyon jednocześnie z przerażeniem spojrzeli na kobietę, wyczekując dalszych informacji. Od razu dało się zauważyć, że obu panów zmartwiła wiadomość o pogarszającym się stanie dziewczyny. Również na twarzy Huang Hua malowało się niezrozumienie i trwoga, kiedy ta złapała elfkę za ramiona i delikatnie nią wstrząsnęła, zmuszając, by spojrzała jej ponownie w oczy.
           - Co masz na myśli, mówiąc, że jest coraz gorzej? - zapytała łamiącym się głosem.
           - Od godziny ma bardzo niemiarowy oddech - zaczęła cicho Ewelein. - Ciśnienie krwi i tętno miała słabe, ale stabilne, a teraz wciąż delikatnie spadają. Poziom maany we krwi, też znacznie spadł... - elfka przełknęła ślinę - a kwadrans temu miała zatrzymanie akcji serca...
           Zaskoczona dama Huang Hua westchnęła przerażona, zakrywając usta dłonią.
           - Na szczęście, udało mi się przywrócić funkcje życiowe i chwilowo je ustabilizować - dodała pospiesznie Ewelein, widząc również panikę w oczach reszty zgromadzonych. - Razem z Ezarelem i Valkyonem podejrzewamy, że ktoś ją wywabił z Kwatery, w celu przeprowadzenia jakiegoś rytuału lub czarów...
           - Skąd te przypuszczenia? - przerwała jej, wyraźnie zaniepokojona Miiko, patrząc to na szefów straży, to na pielęgniarkę.
           - W pokoju Shairisse znalazłem dzbanek z dziwnym osadem - odezwał się w tym momencie Ezarel - a Valkyon niedaleko polany, gdzie ziemianka była w nocy, znalazł fiolkę, w której zostało kilka kropel jakiejś cieczy. Zbadałem osad i zawartość tej fiolki - mówiąc to, rozłożył małą karteczkę, którą do tej pory trzymał w dłoniach. Oczy wszystkich skierowały się na mistrza alchemii, w niemym oczekiwaniu na dalszy ciąg jego wywodu. Elf zerknął do kartki, a później na szefową i Huang Hua.
            - Ten osad, to pozostałości po eliksirze Are'T Vian, używanego kiedyś przed wykonywaniem rytuałów duchowych lub poważniejszych czarów i uroków. Miał sprawiać, że osoby stawały się podatniejsze na tego typu praktyki. Teraz stosowanie tego eliksiru, dozwolone jest tylko w wyjątkowych sytuacjach i pod nadzorem odpowiednich osób.
           - A co było w fiolce z lasu? - dopytywała szefowa.
           - Zawartości fiolki nie mogłem do niczego dopasować - stwierdził szef Absyntu. - Nie znam żadnej receptury ani żadnego eliksiru, który by do tego pasował - mówiąc to, podrapał się zakłopotany po głowie. - Podejrzewamy więc z Ewelein, że jest to ciecz powstała w skutek źle odczytanej formuły.
           Słysząc to, wszyscy zaczęli szeptać i snuć domysły, kto i jakiemu rytuałowi chciałby poddać ziemiankę. Leiftan zastanawiał się, jak ewentualnie naprowadzić pozostałych na prawdę, nie ujawniając przy tym, że wie, o jaki rytuał chodziło i kto go spartolił. Nie mógł też podpowiedzieć Ezarelowi, co konkretnie jest nie tak w tym pseudo eliksirze, gdyż w Kwaterze wszyscy przekonani byli, że nie zna się na alchemii, a on nie chciał ich wyprowadzać z błędu.
           W pewnym momencie do Sali wrócili Ykhar i Keroshane, niosąc ze sobą księgę "Alchemia dla zaawansowanych - Rytuały Ducha i QI". Widząc ich z tym opasłym tomiszczem, lorialet odetchnął z ulgą. Skoro elfka poprosiła o przyniesienie akurat tego woluminu, to znaczyło, że wysnuta przez nią hipoteza, odnośnie problemów Shairisse, jest bliska prawdy. Był pewien, że teraz Ewe wraz z Ezarelem szybko dojdą do sedna problemu.
           - Skąd wiadomo, że to formuła była źle odczytana? - zapytała po chwili Miiko. - Może to być przecież eliksir, którego po prostu nie znasz, Ezarelu?
           Dotknięty jej komentarzem, szef straży Absyntu posłał kitsune piorunujące spojrzenie. Gdyby wzrok mógł zabijać, szefowa padłaby właśnie na posadzkę bez życia.
           - Mam nadzieję Miiko, że tylko sobie żartujesz, bo w przeciwnym razie...
           - Ucisz się Ezarelu - przerwała mu łagodnie, acz stanowczo Ewelein. - Powiedziałeś, że osad w dzbanku, to resztki po eliksirze Are'T Vian? - upewniła się, wertując już kartki księgi.
           - No tak... - burknął elf.
           - Używanego przed poważniejszymi czarami bądź urokami? - dopytywała spokojnie.
           - Tak - odpowiedział już bardziej zaciekawiony. - Przy rytuałach skupiających się na energii życiowej i sferze ducha, jest wręcz obowiązkowy - dodał, marszcząc brwi.
           - Jeśli więc Shai podano Are'T Vian, to logicznym wydaje się, że planowany rytuał miał być, albo z tych poważnych, albo tych duchowych - tłumaczyła Ewelein, wciąż przeszukując księgę. - Do jednych i drugich używa się mikstur na bazie zaczarowanej wody, bo mają wtedy dużo większą moc działania - dodała i zatrzymała się na jakimś wpisie w księdze. - Ciecz w fiolce była zrobiona na wodzie oczyszczonej, czyli tej o słabszej mocy. Ta wiedza dała nam podstawę do stwierdzenia, że mikstura jest wynikiem jakiejś pomyłki - mówiąc ostatnie zdanie, pielęgniarka spojrzała wymownie na kitsune.
            - Idąc dalej tokiem pomyłek, jeżeli to miała być zaczarowana woda, a nie oczyszczona - podjął się teraz tłumaczenia elf - to obecny w zawartości fiolki arkaniczny pył, też musiał być pomylony. Każdy alchemik wie, że nie można stosować go z zaczarowaną wodą, gdyż powstaje wtedy żrący kwas. Podobnie brzmiącą do arkanicznego pyłu, nazwę alchemiczną ma gwiezdny pył i tu zawężamy pole poszukiwań do rytuałów duszy. Gwiezdnego pyłu nie używa się bowiem do żadnych innych eliksirów.
           Ezarel na chwilę się zamyślił, chcąc ułożyć sobie w całość wszystkie wypowiedziane na głos informacje. Ewelein w tym czasie, podała mu księgę i wskazała wpis, na którym zatrzymała się już jakiś czas temu. Oboje zaczęli szeptać o tym, że nazwa pewnego użytego składnika, pomimo upływu lat się nie zmieniła, więc jego obecność w zawartości fiolki była zamierzona. Zgromadzeni w ciszy patrzyli na nich, oczekując, że mistrz alchemii zaraz rozgryzie zagwozdkę pomylonych składników formuły. W pewnej chwili na twarzy elfa pojawił się grymas, który był mieszaniną zaskoczenia, niedowierzania i strachu.
           - Czyżby chodziło o eliksir związania dusz...? - wymamrotał pod nosem i z przerażeniem spojrzał na Huang Hua, która w tym samym momencie, zrobiła się blada, niczym posąg z gipsu. - Do rytuału zaślubin dusz? - Ezarel niepewnie dokończył swoją wypowiedź.
           - Rytuał zaślubin dusz? - cicho powtórzyli zebrani. Szmer i szepty zaczęły się nasilać. Nazwa ta bowiem była powszechnie znana, ale z powodu obowiązującego zakazu, jak i upływu lat, prawie nikt już nie pamiętał, jakie działanie miał ten rytuał, a jeszcze mniej osób wiedziało, w jaki sposób się go prawidłowo przeprowadza.
          - Czy wiesz coś na temat tego rytuału? - Miiko spojrzała na fenghuang.
           - Tak... Przed stworzeniem Eldaryi - zaczęła tłumaczyć Huang Hua - był to powszechnie stosowany rytuał, wśród tak zwanych władców smoków i tylko oni go znali. Miał na celu wzmocnienie więzi smoka i jego ludzkiego towarzysza. Dzięki tej więzi oboje coś zyskiwali - smok mógł przyjmować ludzką postać, a związana z nim osoba stawała się prawie niemożliwa do pokonania. Formuła tego rytuału została jednak wykradziona i zaczęto stosować ją powszechniej wśród faery i ludzi. Wtedy odkryto, że śmierć jednej ze związanych tym rytuałem osób, powoduje również śmierć też drugiej osoby. W związku z tym uznano ten rytuał za zbyt niebezpieczny i zakazano go...
           - Dlaczego ktoś miałby związywać swojego ducha z duchem Shairisse? - wyrwało się nagle Valkyonowi.
           - Może z powodu jej więzi z Wyrocznią? - zasugerowała Ykhar. - Albo może.... - Twarz rudowłosej brownie nagle pobladła. - A co jeśli to sprawka TEGO, który wcześniej zatruł Kryształ?
           W pomieszczeniu znowu zaczęły się szepty, dlaczego ktoś miałby przeprowadzać taki rytuał na ziemiance. Leiftan nie zamierzał przysłuchiwać się dyskusji, gdyż znał już odpowiedź na to pytanie. Teraz, skoro już ustalono, co jest przyczyną złego stanu Shai, chciał tylko dowiedzieć się, czy ktokolwiek wie, jak ratować jej życie.
            - Słuchajcie - odezwał się stanowczym tonem i w Sali, jak na komendę zapadła cisza. - Moim zdaniem najważniejsze teraz, to uratować Shairisse. Jak już będzie bezpieczna, to będziemy mogli debatować kto i w jakim celu zrobił to, co zrobił. Poza tym może ona sama będzie w stanie nam trochę ułatwić "dochodzenie".
           Wypowiedź lorialeta spowodowała, że zaczęła się dysputa o tym, co się teraz może dziać z ziemianką. Ewelein z Ezarelem przerzucali się pomysłami, odnośnie wpływu składników z feralnego eliksiru na organizm i stan ducha dziewczyny. Miiko przypomniała o rozmowie Leiftana z duchem Shairisse w chwili, gdy ta była reanimowana w przychodni. Leiftan zaznaczył, że duch wyraźnie nie zdawał sobie sprawy z faktu, że opuścił ciało. Keroshane i Ykhar starali się przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek zdarzyło im się trafić na opis podobnej sytuacji w księgach lub raportach.
           W tym samym czasie, Valkyon i Nevra dyskutowali o zachowaniu i samopoczuciu dziewczyny w ostatnich dniach. Leiftan, oparty o balustradę stał nieopodal nich i przysłuchiwał się uważnie wszystkiemu, co mówili. Jego uwaga w większości skupiała się na tym, co i w jaki sposób, białowłosy wojownik opowiadał o ziemiance. Z jego wypowiedzi starał się wyłapać cokolwiek, co ujawniałoby, jaki jest charakter ich kontaktów. Niestety, nie dowiedział się niczego konkretnego, poza tym, że Shai często spędzała czas w towarzystwie szefa swojej straży. Wspólnie trenowali i dbali o kondycję. Często też spędzali czas wolny razem lub z pozostałymi szefami.
            Słuchając rozmowy szefów Straży Obsydianu i Cienia, zaczął zdawać sobie sprawę, że Valkyon wie o Shairisse i jej problemach, znacznie więcej od niego. Znowu poczuł narastającą w nim zazdrość. Nie pierwszy raz dzisiaj, ale równie deprymującą, jak dotychczas. Zauważył, że od czasu zatrucia Kryształu i wyjazdu do świątyni fenghuangów, nie rozmawiała z nim już tak często, jak kiedyś. Zawsze było coś do zrobienia, coś do zbadania lub jakaś misja do wykonania. Co prawda, starał się wpływać na grafik tak, aby na misje wyruszali razem, ale to i tak nie dawało zbyt wiele możliwości do wspólnych rozmów. Ostatnią dłuższą rozmowę przeprowadził z nią na wyspie, gdy ścigając Marie - Anne, Shairisse odkryła w sobie zdolności magiczne. Przegadali wtedy prawie całą noc przy ognisku, ale nie wyczuwał już tak przyjaznej nuty w ich rozmowie, jak dawniej. Na samą myśl o tym, zrobiło mu się dziwnie przykro. Westchnął smutno i opuścił głowę, wbijając wzrok w podłogę.
           - Nie martw się na zapas, Leiftanie - usłyszał nagle, tuż obok siebie łagodny głos. - Uratujemy Shai.
           Zrezygnowany i zmęczony spojrzał w stronę osoby, która oparła się o balustradę obok niego. Nie był zachwycony, widząc, że to Huang Hua, ale bezsilność i ogromne poczucie samotności i pustki, które wypełniało go w tej chwili, było silniejsze niż niechęć do kobiety.
           - Wiem - odpowiedział smutno, patrząc gdzieś przed siebie.
           - Popraw mnie, jeśli się mylę - szepnęła do niego ciepłym i spokojnym głosem. - Martwisz się o nią bardziej, niż chcesz to przyznać przed innymi, prawda? I nie tylko jej zdrowie, spędza ci sen z powiek?
           Leiftan spojrzał na nią, trochę zaskoczony jej pytaniem. Tak, martwił się bardziej, niż ktokolwiek byłby w stanie podejrzewać. Martwił się, nie tylko jej obecnym stanem, ale także tym wszystkim, co w ostatnich tygodniach działo się w jej życiu. Przerażała go myśl, że oddalają się z Shairisse od siebie. Czy miał jednak ochotę rozmawiać o tym? Szczególnie z Huang Hua? Przez chwilę rozważał możliwość niepodejmowania tej rozmowy. Nawet miał już powiedzieć, że martwi się, jak każdy inny i nie chce o tym dyskutować, ale w tym momencie go oświeciło. A może właśnie powinien z nią porozmawiać? Przyjaźniła się przecież z Shairisse, sporo wiedziała o dziewczynie, a jako uczennica Feniksa, powinna znać odpowiedzi na dręczące go od rana pytania? Postanowił więc odłożyć na chwilę na bok, swoje uprzedzenia względem kobiety i wykorzystać sytuację, by czegoś się dowiedzieć. Nie musi przecież od razu zdradzać, że jego sprawa ma jakiś związek z Shai.
           - Masz rację - odpowiedział cicho i spuścił głowę. - Martwi mnie ostatnio sporo rzeczy. Może z jedną z nich będziesz mogła mi pomóc.
            Fenghuang spojrzała na niego z zaciekawieniem. Wyczuwała jego niechęć względem siebie oraz to, że lorialet nie bardzo ma ochotę rozmawiać o swoich uczuciach do dziewczyny. W czym zatem potrzebował jej pomocy?
           - Czy słyszałaś imię Anaryon? - zapytał bez owijania w bawełnę i kątem oka obserwował reakcję kobiety. Zastanawiał się, czy Shai poruszyła z nią ten temat. Tak, jak się spodziewał, Huang Hua momentalnie spoważniała i patrzyła teraz na niego pytająco.
           - Anaryon? - powtórzyła, jakby upewniając się, że dobrze usłyszała. - Przecież to bardzo stare imię, którego teraz już nikt nie...
           - Wiem - przerwał jej dość gwałtownie. - Dlatego pytam, czy je gdzieś ostatnio słyszałaś? - spojrzał na nią z niebywale poważnym wyrazem twarzy.
           - Nie, nie słyszałam - odpowiedziała, jednocześnie czując się coraz bardziej zaintrygowana tematem ich rozmowy. Chciała zadać mu pytanie, ale gdy tylko otworzyła usta, on odwrócił od niej wzrok. Był to wyraźny sygnał, że nie zamierza odpowiadać na żadne pytania. Mimo rozbudzonej ciekawości i chęci zrozumienia, dlaczego lorialet porusza akurat teraz, temat prastarego imienia, Huang Hua postanowiła uszanować jego decyzję.
           - A czy wiesz może coś więcej? - zapytał, już trochę łagodniej. - Kogo albo czego ono dotyczy? - doprecyzował swoje pytanie, wpatrując się w Kryształ.
           - W prajęzyku Quenya, imię Anaryon znaczyło dosłownie "Dziecię Słońca", a na Ziemi przez ludzi tłumaczone jest teraz jako "łaskawy dar od Boga" - zaczęła mówić po chwili namysłu fenghuang. - Określało ono osobę o czystym sercu i czystej duszy, która potrafiłaby oprzeć się wszelkiej niegodziwości i nienawiści. Wiesz jednak równie dobrze, jak ja, że natura zarówno ludzka, jak i faery, podatna jest na spaczenie i łatwo poddajemy się wszelkim złym uczuciom i emocjom - mówiąc to, westchnęła smutno. - Świadczą o tym wszystkie wojny i prześladowania. Stworzenie Eldaryi i jej początki, też przecież okraszone są zdradą, krwią i nienawiścią. Arkadianie kiedyś przepowiedzieli, że pewnego dnia pojawi się potężna istota, która poprzez swoje czyny, odkupi przewinienia swoich przodków, a dzięki mocy jej serca, Eldarya stanie się światem, jakim miała być po Niebieskim Poświęceniu. W mitach, podaniach i wszelkiego rodzaju przekazach powtarzano, że imię tej istoty z przepowiedni to właśnie Anaryon.
           Informacje, które właśnie usłyszał od Huang Hua, wstrząsnęły nim tak bardzo, że aż zakręciło mu się w głowie. Odpowiedź uzyskana na dręczące go pytanie wywołała falę nowych pytań, podejrzeń i domysłów. Wiedział, że odpowiedzi na większość z tych pytań, mogą pojawić się dopiero za jakiś czas i niestety, on nie ma na to żadnego wpływu. Z zamyślenia wyrwał go dotyk dłoni na ramieniu. Spojrzał trochę zagubionym wzrokiem na tę dłoń, a następnie podnosząc głowę, napotkał bursztynowe spojrzenie fenghuang.
           - Nie wiem, czemu zapytałeś o to imię - powiedziała, gdy tylko jego spojrzenie stało się trochę bardziej przytomne - i skoro nie chcesz mi powiedzieć, to uszanuję to i nie będę dopytywać. Chcę jednak żebyś wiedział Leiftanie, że zawsze możesz przyjść i porozmawiać ze mną, gdy poczujesz taką potrzebę - mówiąc te słowa, delikatnie uścisnęła jego ramię, a potem cofnęła dłoń. - Jeśli chodzi o przepowiednie, to wszyscy przestali już dawno wierzyć, że się spełni.
           - Czemu? - zapytał zdziwiony.
           - "Potężna istota, która odkupi przewinienia swoich przodków po Niebieskim Poświęceniu", to wskazuje na potomka demonów, ewentualnie smoków - odpowiedziała i szykując się do odejścia, dodała - Niestety, jak wszyscy wiemy, rasy te uznane są za wymarłe.
           "Wymarłe? Nic bardziej mylnego" - pomyślał, patrząc przez chwilę, jak fenghuang podchodzi do Miiko. Kiedy obie kobiety zaczęły rozmawiać o proponowanych rozwiązaniach, aby uratować ziemiankę, również poszedł posłuchać. Każda z propozycji miała jakiś słaby punkt - albo wymagała za dużo czasu, którego Shairisse nie miała, albo była zbyt słabe, by zadziałać, albo zbyt ryzykowna. Padło też kilka pomysłów, które wydawały się odpowiednie i do zastosowania od razu, ale ich wykonanie wymagało potężnej mocy i rzadkich składników lub specjalnych umiejętności.
           Powoli pomysły zaczęły się kończyć i dało się wyczuć narastającą wśród zebranych frustrację. Leiftan spojrzał na zmartwioną Huang Hua, która mimo całej posiadanej wiedzy, też nie potrafiła znaleźć rozwiązania "na teraz". Dotarło do niego, że w tej sytuacji musi podjąć pewne ryzyko, jeżeli chce uratować tę, którą kocha.
           - Mam pewien pomysł - powiedział głośno, starając się zwrócić uwagę innych. Kiedy ich spojrzenia skierowały się na niego, przełknął ślinę i kontynuował. - Zaklęcie "Unum mundum", czyli "jeden świat".
            - A-Ale... - zająknęła się Ykhar, robiąc się na twarzy prawie zielona ze zdziwienia i strachu. - Przecież to zaklęcie...
            - Tak Ykhar - wszedł jej w słowo. - To zaklęcie daemonów...

Offline

#11 05-01-2022 o 21h52

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

Witam ponownie i pozdrawiam.

cz.6 RYZYKOWNA DECYZJA

          W Kryształowej Sali zapadła grobowa cisza, a oczy wszystkich obecnych skupione były na osobie Leiftana. Wiedział, że zaproponowana przez niego magia, jest uważana w obecnych czasach za coś wręcz utopijnego. Dla niego jednak nie była utopią, tylko umiejętnością wyższego poziomu. Zaklęcie "jeden świat" miało na celu stworzenie pomostów pomiędzy różnymi wymiarami, tak aby duch rzucającego czar mógł swobodnie się po nich poruszać, na przykład w poszukiwaniu zagubionej duszy. Jeżeli nie chciał, by ktokolwiek domyślił się jego prawdziwej tożsamości, musiał skrzętnie zakamuflować fakt, że sam ma wystarczającą moc do użycia czaru. Zdawał sobie sprawę, że wiedza na temat jakichkolwiek demonich zaklęć, jest w obecnych czasach naprawdę niewielka. Dawało mu to więc pewne pole manewru do kłamstw, którymi miał zamiar omamić zgromadzonych, tak aby nikt nie domyślił się prawdy.
          Kiedy rozejrzał się po zgromadzonych, od razu zwrócił uwagę na zdziwione, a zarazem bardzo przenikliwe spojrzenia Ykhar i Keroshane. Patrząc na nich dotarło do niego, że jeżeli ta dwójka zacznie zadawać jakieś dociekliwe pytania, to jego kłamstwa mogą okazać się mało wiarygodne. Zdał sobie sprawę, że o wiele łatwiej i bezpieczniej będzie oszukać jedną osobę, nawet jeśli będzie ona zadawać niewygodne pytania. Z poważnym wyrazem twarzy zaczął teraz spoglądać, to na Miiko, to na Huang Hua, chcąc wydedukować, z którą z pań powinien porozmawiać. Kitsune stała nieruchomo, niczym lodowy posąg, wpatrując się w niego zdziwionymi oczyma wielkości dukatów. Nigdy nie przepadał za szefową, a jej obcesowe traktowanie Shairisse, jeszcze bardziej wzmogło jego niechęć względem niej. Huang Hua patrzyła na niego ze zdziwieniem, ale i z zaciekawieniem, przez co odniósł wrażenie, że uczennica Feniksa popiera jego propozycję i oczekuje na więcej szczegółów.
          - "Unum mundum" nie bez powodu było zaklęciem używanym tylko przez daemony - powiedziała po chwili ciszy szefowa Straży. - Jest to zaklęcie, które wymaga od rzucającego sporo mocy i umiejętności. W jaki więc sposób chcesz z niego skorzystać? I kto według ciebie miałby je rzucić? - zapytała trochę z przekąsem. - To jest niewykonalne Leiftanie, nikt już bowiem nie ma takich umiejętności, a tym bardziej mocy. Nie mówiąc o tym, że sama formuła czaru nie do końca jest znana.
          Spojrzał na kobietę trochę zirytowany, mimo iż rozumiał jej podejście do propozycji, którą przedstawił. Nie spodobał mu się jednak ton jej wypowiedzi, który sugerował, że potraktowała go jak kogoś, kto nie bardzo wie, o czym mówi. Przebywał w Straży Eel już od tak dawna, że powinna była przywyknąć, że cokolwiek robił, mówił, czy też proponował, było zawsze dokładnie zaplanowane i przemyślane. Pomagał jej w zarządzaniu Lśniącą Strażą, był przydzielany do wszystkich spraw i misji dyplomatycznych i tych, gdzie wymagana była kurtuazja i błyskotliwość. Nie bez powodu przecież został jej prawą ręką. Po tej wypowiedzi kitsune zrozumiał, że łatwiej będzie mu się dogadać z Huang Hua, bo ta przynajmniej jest gotowa go wysłuchać.
          - Miiko - westchnął z rezygnacją, starając się ukryć irytację i rozczarowanie jej postawą. - Nie chcę być niegrzeczny, ale jeśli pozwolisz, to wolałbym wpierw porozmawiać z damą Huang Hua na osobności. - Spojrzał wymownie na fenghuang, w oczekiwaniu na jej reakcję.
          - Ale ratowanie Shairisse, to sprawa całej Straży - zaczęła protestować kitsune. - Nie możesz...
          - Wiem o tym - przerwał jej gwałtownie. - Jednak cała Straż, nie wymyśliła jak na razie nic sensownego - dodał lekko zjadliwie. - Ja rzuciłem propozycje i chciałbym ją omówić z damą Huang Hua w cztery oczy - powiedział, kładąc nacisk na ostatnie słowa.
          - Oho, w oazie spokoju chyba zaczęło grzmieć - mruknął z ironicznym uśmiechem Ezarel, jednak wszyscy go zignorowali.
          Miiko zwróciła się w stronę przyjaciółki, licząc na jakieś wsparcie z jej strony, ale kobieta tylko uśmiechnęła się do niej łagodnie, a następnie poprosiła wszystkich o cierpliwość. Odwracając się do Leiftana, złapała go pod rękę i oboje skierowali się do wyjścia z Sali Kryształu. Za nimi dało się słyszeć szepty pozostałych zebranych, starających się zrozumieć sytuację, która przed chwilą miała miejsce. Wyglądało na to, że jedynie szefowa jest zbulwersowana, a pozostali wydawali się rozumieć postawę lorialeta.
          Po opuszczeniu Sali blondyn poprosił Huang Hua, aby zaproponowała najlepsze, jej zdaniem miejsce na bardzo prywatną rozmowę. Fenghuang wyczuwała, że mężczyzna prowadzi jakąś wewnętrzną walkę i stwierdziła, że spacer w stronę klifów dobrze zrobi im obojgu. Wiedząc, że Leiftan nie przepada za nią, była naprawdę ciekawa, o czym chce z nią porozmawiać.
          Do głównej bramy Kwatery szli wolno i w milczeniu, jakby oboje szukali sposobu na rozpoczęcie rozmowy. Prawda jednak była taka, że lorialet bił się z myślami, starając się na szybko wymyślić takie argumenty i tłumaczenie, które przekonałyby Huang Hua, że rzucenie "demoniego" zaklęcia jest możliwe przez osobę niebędącą demonem. Liczył na to, że będzie na tyle przekonujący, a chęć uratowania Shai będzie dla uczennicy Feniksa na tyle ważna, że uwierzy jego argumentacji, bez zbędnej dociekliwości. Kiedy wyszli za mury Kwatery, Leiftan odetchnął głęboko i spojrzał na kobietę.
          - Zapewne zastanawiasz się, dlaczego zaproponowałem zaklęcie "Unum mundum" - powiedział prosto z mostu i spuścił głowę, patrząc teraz na drogę tuż przed nimi.
          - Skłamałabym mój drogi, gdybym zaprzeczyła - odpowiedziała spokojnie Huang Hua. - Twoja propozycja jest bardzo kontrowersyjna i w związku z tym, rodzi się sporo wątpliwości i pytań.
          - Pytaj, o co chcesz.
          - Na początek - skąd znasz to zaklęcie? - spytała, zerkając na blondyna z zaciekawieniem.
          "No, to przedstawienie czas zacząć" - pomyślał Leiftan. Wiedział, że teraz zarówno od jego wiedzy, jak i zdolności improwizacji i aktorstwa uzależnione jest, czy uda mu się wdrożyć plan ratowania ukochanej bez ryzyka, że zostanie zdemaskowany. Dodatkowo na jego korzyść wpływał fakt, że jak do tej pory, nikt nie dopytywał o jego życie sprzed pojawienia się w Kwaterze. Miał więc jakieś pole do popisu w naginaniu prawdy, odnośnie do nabycia swoich rzekomych umiejętności i wiedzy.
          - Zanim trafiłem i zadomowiłem się w Straży Eel - zaczął snuć opowieść, nie patrząc na fenghuang - dużo podróżowałem i poznałem sporo różnych osób. Kiedyś jesienią, w lasach Północnego Królestwa Liangh'turse, uratowałem pewnego staruszka, którego napadli rabusie i zostawili na pewną śmierć. Odprowadziłem go do domu i przez kilka dni opiekowałem się nim. Eradegez - bo tak miał na imię staruszek, jak się okazało, był magiem-alchemikiem, którego fascynowała historia prastarej alchemii i magii. Nigdy nie chciał mi zdradzić, skąd ma wszystkie swoje księgi i gdzie posiadł całą swoją wiedzę, a była ona naprawdę imponująca. Badał też wszelkie możliwe sposoby na zwiększanie mocy i wydajności eliksirów i czarów. W zamian za pomoc i opiekę, zaoferował mi dach nad głową, pracę w roli asystenta i podzielenie się swoją wiedzą. Jako że zbliżała się zima, a gospodarz okazał się niebywale miłym i utalentowanym badaczem, postanowiłem skorzystać z jego propozycji. Zostałem u niego przez trzy lata... - mówiąc to, podrapał się po karku i zawiesił głos. Chciał w ten sposób zaakcentować, że to, co powie w dalszej kolejności, jest dla niego dość bolesne. - Na wiosnę trzeciego roku Eradegez zachorował i dosłownie, z tygodnia na tydzień, nikł w oczach... Bardzo się zżyliśmy ze sobą przez ten czas... i kiedy... - przerwał na chwilę, niezdarnie wycierając z kącików  oczu wymuszone łzy. - Przepraszam...
          Przez całą swoją opowieść, lorialet ukradkiem obserwował Huang Hua, starając się wychwycić jej reakcję na swoją zmyśloną historię. Kobieta prawie nie odrywała od niego swoich bursztynowych oczu, w których zauważył wzrastające współczucie i smutek. W geście pocieszenia zacisnęła trochę mocniej swoją dłoń, którą wciąż trzymała na jego ramieniu, od momentu wyjścia z Kryształowej Sali.
          - Spokojnie Leiftanie - powiedziała ciepłym, uspokajającym głosem. - Rozumiem, że formułę tego zaklęcia znasz właśnie od niego?
          - Tak - potwierdził już spokojniej i bez łez. - Od niego też wiem, jaki jest dokładnie efekt tego zaklęcia. Widząc, co się dzieje z Shairisse, mam wrażenie albo raczej... - zrobił pauzę, szukając lepszego określenia - dziwne przeczucie, że przez ten nieudany rytuał, jej duch gdzieś się zagubił...
          - Chyba rozumiem, o co ci chodzi - odezwała się lekko zamyślona kobieta. - Skoro znasz formułę tego zaklęcia, to wnioskuję, że to ty chciałbyś rzucać czar?
          - Chciałbym... - odpowiedział cicho. - Uważam, że mam wystarczające umiejętności, aby to zrobić.
          - Ale umiejętności to nie wszystko, mój drogi - stwierdziła Huang Hua, wzdychając przy tym ciężko. - Niestety, do rzucenia takiego zaklęcia potrzeba naprawdę sporo mocy - spojrzała na niego zmartwionymi oczyma. - Jak chcesz uzyskać taką moc Leiftanie?
          W międzyczasie doszli do klifów i zatrzymali się przy sporej wielkości kamieniu. Chłopak zdjął płaszcz i położył go na nim, proponując kobiecie, by usiadła. Kiedy to zrobiła, usiadł koło niej i teraz oboje spojrzeli na horyzont.
          - Jestem lorialetem, czyli dzieckiem księżyca, a co za tym idzie i nocy - zaczął tłumaczyć. - Moje umiejętności i moc magiczna, są więc trochę lepsze, niż innych ras. Stają się one jeszcze wydajniejsze w okolicach pełni księżyca. Dodatkowo Eradegez nauczył mnie specjalnej medytacji, dzięki której umocniłem jeszcze swoje zdolności magiczne. Nauczył mnie też magii runicznej - kontynuował swoją opowieść, zadowolony, że na razie idzie mu ona dość gładko. - Znam futhark i runy, dzięki temu wiem, jakich run używać do wzmacniania swojej mocy, zaklęć i uroków. Znam też pentagram runiczny, który kreśli się na ziemi, a w środku, którego osoba rzucająca czar, może korzystać z mocy i maany innych, jeśli oni wcześniej udzielą zgody. - W tym momencie zamilkł i zwrócił się w stronę kobiety, oczekując na jej reakcję.
          Uczennica Feniksa spojrzała na lorialeta i przez chwilę, z zaintrygowaniem przyglądała się jego twarzy. Widać było, że chłopak naprawdę martwi się o dziewczynę i mocno wierzy, że może ją uratować. W jego oczach widziała niesamowitą determinację.
          - Powiedz mi - zaczęła po chwili niepewnie - dlaczego chciałeś rozmawiać ze mną na osobności? Na razie wszystko, o czym rozmawiamy, mogliśmy spokojnie poruszyć przy innych.
          Chłopak uśmiechnął się delikatnie, a jednocześnie z lekkim zakłopotaniem, po czym ponownie utkwił wzrok, gdzieś w odległym punkcie horyzontu.
          - Wiem damo Huang Hua, że znasz moje uczucia do Shairisse - powiedział cicho, jakby bojąc się, że ktoś jeszcze może go usłyszeć. Kobieta z lekkim uśmiechem przytaknęła. - Nie chciałem przy wszystkich mówić o moich uczuciach. Nie jestem chyba gotowy ujawniać otwarcie, że dziewczyna nie jest mi obojętna, tym bardziej że nie mam pojęcia, jak ona się na to zapatruje. Dlatego chciałem rozmawiać z tobą prywatnie. Wiem, że moje uczucia będą miały wpływ na siłę zaklęcia i moc, jakiej będę mógł użyć do jego rzucenia. Nauczono mnie, że jeśli chce się rzucić potężny czar, trzeba mieć odpowiedni poziom wewnętrznej motywacji. Moje uczucia do Shai i chęć jej ratowania, dają mi niesamowicie wielką motywację.
          Spojrzał w stronę Huang Hua, a w jego spojrzeniu można było wyczytać olbrzymią miłość, oddanie i szczerość, z jaką wypowiadał te słowa.
          - Rozumiem Leiftanie - pokiwała głową fenghuang, a delikatny uśmiech nie schodził z jej ust. Dzięki swoim zdolnościom widzenia "aury serca", już od dawna wiedziała, że chłopak jest bezgranicznie zakochany w  Shairisse.
          - Jest jeszcze inny powód, dla którego nie chciałem rozmawiać przy innych - dodał po chwili, znów odwracając wzrok w stronę morza.
          - Jaki? - zapytała, poważniejąc.
          - To wszystko, co ci powiedziałem... - na chwilę zawiesił głos i spuścił głowę, spoglądając na swoje dłonie. - Nigdy nie opowiadałem o swoim życiu, sprzed przybycia do Kwatery. Jesteś jedyną osobą, której się z tego zwierzyłem i chciałbym, aby tak zostało.
          - Jeśli tak sobie życzysz, to tak będzie. Dziwi mnie jednak trochę, że nie powiedziałeś innym o swoich umiejętnościach i mocy. Nawet Miiko o tym nie wie? Dlaczego? - dopytywała, nie rozumiejąc, czemu to ukrywał.
          - Nauczyłem się, że większość osób boi się tych, którzy mają ponad przeciętnie rozwinięte zdolności magiczne. Gdy byłem dzieckiem, na moich oczach zabito moją rodzinę, tylko dlatego, że wykazywali się większą mocą i zdolnościami od pozostałych w wiosce - powiedział łamiącym się głosem, gdyż ta część jego historii była akurat zgodna z prawdą. - Mnie matka ukryła i tylko dlatego przeżyłem - dodał smutno. - W czasie swoich późniejszych podróży, niejednokrotnie byłem przeganiany, albo grożono mi śmiercią i musiałem uciekać. Zrozumiałem wtedy, że dla własnego bezpieczeństwa, najlepiej będzie nie ujawniać moich zdolności. Dlatego nie ujawniłem ich po przybyciu do Kwatery, a później jakoś nigdy nie nastał odpowiedni czas...
          Huang Hua przyglądała się dłuższą chwilę chłopakowi. Słuchając tych wyjaśnień, zaczęła rozumieć, że nieufność lorialeta wobec innych osób i trzymanie ich na dystans, spowodowane są jego wcześniejszymi doświadczeniami.
          - Zdajesz sobie sprawę, że po dzisiejszym dniu, poważna rozmowa z Miiko cię nie ominie? - spytała, wciąż mu się przyglądając.
          - Wiem - westchnął ciężko. - Kiedyś ten dzień musiał nadejść.
          - A wracając do naszej rozmowy. Powiedz mi, ale tak całkiem szczerze Leiftanie, bo wiem, że za mną nie przepadasz - powiedziała łagodnie, na co chłopak lekko się spiął. - Tylko nie zaprzeczaj, mój drogi, wyczuwam takie rzeczy - dodała pospiesznie i uśmiechnęła się serdecznie.
          - Dlaczego postanowiłeś porozmawiać o tym wszystkim właśnie ze mną?
          - Ponieważ Shairisse ufa ci bezgranicznie i bardzo cię szanuje, a po dzisiejszej naszej rozmowie, zaczynam ją rozumieć - powiedział, uśmiechając się nieznacznie. - Przyjaźnisz się z nią... - mówiąc to, spojrzał na kobietę i znów westchnął głęboko. - Chciałbym cię prosić, abyś wspomogła mnie swoją mocą podczas rzucania zaklęcia.
          - Dobrze, zgadzam się - odparła bez zastanawiania. Gdy to powiedziała, nagle gdzieś w środku zaczęła odczuwać niezrozumiały niepokój. Jednak szybko go zignorowała, przekonana, że to z powodu stresu i nadmiaru emocji.
          - Dziękuję bardzo - uśmiechnął się z ulgą lorialet. - Wracajmy teraz do Shai, naprawdę chciałbym, aby to wszystko się już skończyło - powiedział, schodząc z kamienia i podając dłoń Huang Hua, żeby jej pomóc zejść.
          - Też pragnę, by to się skończyło Leiftanie - odparła kobieta i wzięła głęboki oddech.

Offline

#12 20-02-2022 o 15h00

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

Witam wszystkich i pozdrawiam.

cz.7 BO BEZ NIEJ...

          Kiedy Leiftan i Huang Hua wchodzili do budynku Kwatery, wpadł na nich zdenerwowany Nevra.
          - Gdzie wyście byli?! Wszyscy was szukają! - zawołał bez ogródek czarnowłosy, skłaniając jednak nieznacznie głowę przed kobietą.
          - Coś się dzieje z Shairisse? - zapytała zaniepokojona fenghuang.
          - Nie wiem dokładnie - odpowiedział nerwowo wampir i spojrzał na Leiftana, który kolejny raz tego dnia, zrobił się blady na twarzy niczym marmurowy posąg. - Wezwali Ewelein do przychodni, już jakiś czas temu i na razie nikt nie wychodził informować, co i jak...
          Lorialet spojrzał przerażonym wzrokiem wpierw na Nevrę, potem na kobietę i bez chwili namysłu, szybkim krokiem ruszył do ambulatorium. Zapukał do drzwi, ale nie czekał na odpowiedź, tylko od razu je otworzył. Bez zastanowienia wszedł do środka i się rozejrzał. Kiedy jego wzrok zatrzymał się na pustej kozetce, na której ostatnio widział nieprzytomną dziewczynę, poczuł jak jego serce skurczyło się ze strachu i pominęło kilka uderzeń. Z każdym oddechem miał wrażenie, że jakaś niewidzialna siła zaciska swoje macki na jego klatce piersiowej, pozbawiając go powietrza. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jego kręgosłupa, a w oczach zaczęły czaić się łzy. Przez kilka długich sekund stał jak wmurowany w podłogę, nie mogąc zrobić kroku i wpatrując się w puste miejsce przed sobą.
          - Leiftanie? - z marazmu wyrwało go, delikatne potrząsanie ramienia i trochę chrapliwy głos Narendy. - Shairisse jest w pokoju obok - powiedziała, gdy w końcu na nią spojrzał. To krótkie zdanie, w tym momencie, było dla niego swoistym rytuałem "wznowienia życia", albo jak porażenie defibrylatorem w ludzkim świecie - przywracało mu bicie serca i uwalniało oddech spod władzy niewidzialnych macek. Podziękował wężookiej dziewczynie za informację i uśmiechając się delikatnie, poszedł do drugiego pokoju.
          Podchodząc do parawanu, za którym leżała dziewczyna, zobaczył krzątającą się Ewelein. Kiedy minął parawan, zaskoczony zatrzymał się w pół kroku, widząc przy Shairisse nie tylko elfkę. Niedaleko łóżka przy oknie, oparty o parapet stał Valkyon. Spoglądając w jego twarz, od razu zauważył zmęczone spojrzenie zaczerwienionych oczu, które wypełnione były bezsilnością, strachem i smutkiem. Szef straży Obsydianu wyglądał prawie tak samo, jak wówczas, gdy dowiedział się o stracie brata. Widząc to i przypominając sobie poranne słowa białowłosego, zrozumiał w końcu, że Shai stała się sensem życia nie tylko dla niego. Nie przepadał za tym wojownikiem o złotych oczach, ale widok tak załamanego chłopaka, nawet u niego wywoływał współczucie.
          Nagle rozległ się głośny dźwięk z aparatury przy łóżku dziewczyny, który sygnalizował, że coś złego dzieje się z podpiętą do niego pacjentką. W sali prawie natychmiast pojawiła się Narenda, niosąc miseczkę z jakimś proszkiem, który wciąż mieszała. Zaraz za nią wbiegł Velandel, trzymając niebiesko-złotą skrzynkę. Nieczęsto zdarzało się, aby w przychodni, poza główną pielęgniarką, było obecnych dwoje asystentów, a dzisiejszy dzień na pewno do zwyczajnych się nie zaliczał. Oboje szybko podbiegli do łóżka Shairisse i wraz z Ewelein zaczęli przygotowywać ziemiankę do resuscytacji.
          Valkyon wycofał się kilka kroków za parawan i usiadł przy stoliku. Oparł łokcie na blacie stołu i szepcząc coś, wsparł głowę na splecionych dłoniach. Leiftan przez chwilę mu się przyglądał. Średniej długości, białe włosy opadły do przodu, zakrywając twarz wojownika i skrywając ból, jaki ich właściciel przeżywał. Bardzo wymowną oznaką dramatu, jaki rozgrywał się za zasłoną tych białych włosów, były mokre, słone ślady, pojawiające się na śniadej skórze wzdłuż umięśnionego przedramienia.
          - Shai, proszę nie zostawiaj mnie - to były jedyne słowa, które zrozumiał z tych szeptanych przez Valkyona.
          Kiedy spojrzał w stronę Shairisse, czas nagle jakby zwolnił. Widział, jak Velandel przesuwa kolorowe kryształki na dziwnej aparaturze, od której kilkanaście rurek i wężyków podłączonych było do jej ciała. Ewelein w pełnym skupieniu pochylała się nad nieprzytomną dziewczyną, układając na jej klatce piersiowej białe kamienie z elfickimi motywami. Ich ułożenie przypominało pięcioramienną gwiazdę, na której elfka rozrysowała pentagram proszkiem od Narendy. Prawie od razu kamienie zaczęły przybierać czerwony kolor, a w obrębie pentagramu roziskrzyło się od drobnych błysków. Z drugiej strony łóżka wężooka asystentka wstrzykiwała w wężyk kroplówki jakąś różową miksturę. Twarz ziemianki była tak blada, że aż prawie przezroczysta. Lekko spierzchnięte usta, nie różniły się kolorem od reszty twarzy. Jej popielate włosy, w nieładzie rozrzucone były na białym prześcieradle. Im dłużej przyglądał się dziewczynie, tym większe miał wrażenie, że jej ciało delikatnie otula blada poświata, która wyglądem przypominała coś, na kształt rezonującej mgiełki. Leiftan zmrużył oczy, chcąc się lepiej przyjrzeć dziwnemu zjawisku, ale w tym samym momencie kamienie na piersi Shai rozbłysnęły mocniejszym światłem i natychmiast zgasły.
          - Wróciła! - wykrzyknęła radośnie elfka i wyprostowała się, wzdychając z ulgą.
          Szef straży Obsydianu pospiesznie podniósł się z krzesła, a lorialet automatycznie podniósł wzrok, by spojrzeć na Ewelein. Odczuł wówczas, jakby czas z powrotem przyspieszył. Radość i ulga na twarzy pielęgniarki gościły jednak tylko przez chwilę. Velandel wskazał odczyty na aparaturze i oblicze elfki ponownie spochmurniało.
          - Bloede arse* - zaklęła pod nosem w staroelfickim.
          - Co się dzieje Ewe? - zapytał zaniepokojony Valkyon, stając obok Leiftana.
          - Nie wiem, na jak długo wróciła - powiedziała poważnym głosem, zwracając się do obu panów. - Następnym razem, może mi się nie udać, bo Shai jest coraz słabsza - dodała smutno.
          - Coraz słabsza? - jak echo powtórzył wojownik.
          - Tak - potwierdziła pielęgniarka. - Jej parametry życiowe są niestety coraz gorsze. Bardzo płytki oddech, bardzo niskie ciśnienie krwi i nitkowate tętno... I nie mam już możliwości naładowania elfich kamieni życia, aby przeprowadzić rytuał "wznowienia życia".
          Bezwłosy asystent głównej pielęgniarki, bardzo delikatnie wkładał właśnie białe kamienie do niebiesko-złotej szkatułki. Leiftan spojrzał na niego, jakby chcąc upewnić się, że rzeczywiście kamieni nie da się wykorzystać, a następnie zamyślony rozejrzał się po pomieszczeniu.
          - Ewelein - zwrócił się do elfki i podszedł do łóżka Shairisse - potrzebuję drobny perłowy piasek, jakąś świeczkę, trochę wody i grudkę ziemi.
          Wszyscy obecni w sali spojrzeli ze zdziwieniem na lorialeta. Żadna ze zgromadzonych osób, nie potrafiła zrozumieć, w jakim celu chłopak prosi o tak różnorodne przedmioty. Widząc ich konsternację, zrozumiał, że wystosowana przez niego prośba, musiała dla nich brzmieć niedorzecznie.
          - Potrzebne mi będą, żeby użyć prastarego, ochronnego zaklęcia druidów - wyjaśnił poważnie. - Do przyzwania wzmacniającej mocy żywiołów.
          - Ja przyniosę z ogrodów ziemię - bez zastanowienia i zbędnych pytań powiedział Valkyon. Nie czekając na reakcję innych, od razu skierował się do wyjścia. Velandel prawie natychmiast podał szklankę wody, a Narenda wyszukała w szafkach piasek i świeczkę.
          Ewelein poprawiła pościel ziemiance i badawczo spoglądała na Leiftana, chcąc zrozumieć, co się właśnie dzieje. Znała blondyna od ładnych paru lat i ani razu nie zauważyła, żeby wykazywał się jakimiś zdolnościami tego pokroju. Prastare, druidzkie zaklęcia? Przyzywanie mocy żywiołów? A przede wszystkim, ta niepokojąca pewność siebie, gdy mówił, czego potrzebuje. Wszystko to było bardzo dziwne i tak bardzo niepodobne do niego.
          W tej samej chwili do sali wszedł Valkyon z ziemią, a za nim Huang Hua z zaniepokojoną miną. Kobieta od razu podeszła do łóżka i przysiadła na taborecie. Złapała drobną dłoń Shairisse w swoje dłonie i spoglądała z troską w jej twarz.
          - Wracaj do nas moja piękna - powiedziała czule i pochyliła się, aby ucałować dziewczynę w czoło.
          - Damo Huang Hua, bardzo bym prosił o oddalenie się od łóżka - powiedział łagodnie Leiftan, podchodząc do wojownika, by odebrać ziemię. - Valkyonie, ty też stań trochę dalej.
          Nikt ze zgromadzonych nie protestował. Fenghuang podeszła do szefa Obsydianu i chwyciła jego dłoń.
          - Wszystko będzie dobrze mój drogi - szepnęła. - Shai wróci do nas.
          - Mam nadzieję, że tak - odpowiedział smutno białowłosy. - Bo bez niej...
          - Nie Valkyonie - przerwała mu Huang Hua. - Nie możesz tak nawet myśleć.
          W międzyczasie, Leiftan odstawił parawan pod ścianę i nieznacznie przesunął łóżko dziewczyny, tak aby pomiędzy wezgłowiem i ścianą pozostało trochę wolnej przestrzeni. Następnie na podłodze wokół łóżka, drobnym perłowym piaskiem narysował okrąg. Mniej więcej w centrum okręgu, który znajdował się również w centralnym punkcie pod łóżkiem, naznaczył kwadrat, będący odpowiednikiem runy Ingwaz. Runa ta oznaczała odpoczynek, regenerację, odnowienie i niespodziewaną pomoc, a niesionym przez nią potencjałem była cierpliwość. Przy nogach łóżka ustawił po kolei zapaloną świeczkę, szklankę wody, kupkę ziemi, a przy ostatniej, skinięciem dłoni wywołał coś, na kształt mikro trąby powietrznej.
          - Teraz proszę o ciszę - powiedział, stając u wezgłowia łóżka.
          Wszyscy w skupieniu przypatrywali się jego poczynaniom. Lorialet zamknął oczy i po chwili zaczął mówić niezbyt głośno, ale pewnie:
          Niechaj twoja dusza zauważy
          Jakie moce stawiam dziś na straży
          Oto teraz wzywam cztery żywioły
          Zaklinam je na przodków mych popioły
          Powietrze ziemia ogień i woda
          Niechaj egzystencji twej energii doda
          Nie pozwolą się duchowi od ciała oddalić
          Wspomogą złych mocy działanie obalić.
          Kiedy wymieniał poszczególne żywioły, ich odpowiedniki przez moment drżały. Na koniec, rozrysowany na podłodze okrąg rozbłysnął różową poświatą, by zaraz potem przygasnąć, pozostawiając tylko delikatny, iskrzący się ślad.
          - Przez najbliższe, co najmniej sześć godzin, nic nie grozi Shairisse - powiedział, podchodząc do zdziwionej Ewelein i kładąc jej dłoń na ramieniu. - Możesz odpocząć Ewe, będzie ją chronić moc żywiołów.
          Następnie spojrzał na pozostałych, którzy również przyglądali mu się ze zdziwieniem, ale i z podziwem i wdzięcznością. Velandel podszedł do aparatury przy łóżku dziewczyny, żeby sprawdzić odczyty, a następnie zwrócił się do elfki, oznajmiając jej, że parametry są nadal dość słabe, ale wyglądają na stabilne. W tym samym momencie Valkyon chciał podejść do Shairisse, ale Leiftan złapał go za ramię i zatrzymał. Nie chciał, aby wojownik przy niej zostawał, bo na samą myśl o tym czuł narastającą złość i zazdrość.
          - Jeśli możesz Valkyonie - zaczął mówić, starając się brzmieć jak najbardziej spokojnie - idź do pokoju i odpocznij...
          - Chciałbym przy niej zostać - odpowiedział białowłosy.
          - Wiem - lorialet ledwo wytrzymywał, żeby nie okazać irytacji. - Chciałbym, abyś jednak mnie posłuchał. Wieczorem chcę wprowadzić w życie plan, który zaproponowałem na zebraniu. Huang Hua obiecała mnie wspomóc mocą, ale może się okazać, że będę musiał skorzystać z pomocy jeszcze kogoś. Chciałbym wtedy poprosić o pomoc ciebie, gdyż wydajesz się mocno związany z Shai - słowa ledwo przechodziły mu przez gardło, ale w obecnej chwili, to było jedyne sensowne wytłumaczenie tego, żeby wojownik nie zostawał w przychodni, jakie mu przyszło do głowy. - Dlatego prosiłbym, abyś odpoczął i naładował swoją energię.
          Szef straży Obsydianu przez chwilę się wahał. Kiedy jednak spojrzał na uczennicę Feniksa, która z łagodnym uśmiechem potwierdziła słowa blondyna, zgodził się wrócić do swojego pokoju. Zanim jednak wyszedł z sali, podszedł do nieprzytomnej dziewczyny.
          - Trzymaj się maleńka - wyszeptał, biorąc jej dłoń i pochylając się, by złożyć delikatny pocałunek na jej czole. - Błagam cię, nie zostawiaj mnie samego - dodał, całując ją teraz w rękę i delikatnie pieszcząc jej policzek kciukiem drugiej dłoni.
          Leiftan zerknął w tamtą stronę i zacisnął zęby, starając się zapanować nad coraz bardziej wzbierającą zazdrością. Każdy czuły gest białowłosego względem Shairisse wzbudzał w nim irytację. Każde słowo wypowiadane z troską i będące niezaprzeczalnym dowodem sporej zażyłości między tą dwójką, były dla lorialeta jak sztylety wbijane w jego ciało. Coraz bardziej przytłaczała go myśl, że tego rodzaju zachowanie będzie czymś, na co w przyszłości zmuszony będzie codziennie patrzeć. Czy był na to gotowy? Czy wytrzyma nerwowo? W tej chwili nie był tego pewien, ale kiedy patrzył na dziewczynę, wiedział jedno - ONA musi być obecna w jego życiu. Nie wyobrażał sobie dnia bez jej uroczego uśmiechu na powitanie, bez zaciekawionego spojrzenia liliowych oczu, gdy wychodził z zebrania, czy też bez widoku popielatych kosmyków, niesfornie opadających na czoło, gdy czytała książkę w ogrodzie. Wiedział, że bez niej cały jego świat będzie potwornie pusty, dlatego teraz najważniejszą rzeczą dla niego było zadbanie, by pozostała w tym świecie. A z całą resztą jakoś sobie poradzi... Na pewno, w jakiś sposób sobie poradzi...
          - Damo Huang Hua - Leiftan zwrócił się do fenguang - my też powinniśmy coś zjeść i odpocząć przez najbliższe kilka godzin.
          Kobieta zerknęła na zegarek wiszący na ścianie. Dochodziła trzecia po południu.
          - Mówiłeś, że ochrona żywiołów trwa sześć godzin? - spytała, podchodząc bliżej niego.
          - Sześć godzin to minimum - odpowiedział. - Niestety wycieńczenie organizmu Shairisse oraz moje zmęczenie wpływają na moc zaklęcia, dlatego nie liczyłbym na dłuższe działanie - wyjaśnił smutno.
          - To zaklęcie też znasz od Eradegeza? - zapytała szeptem.
          - Nie - odszepnął. - Tego nauczyli mnie Alasdair i Moira, druidzi, którzy mnie przygarnęli, gdy wymordowano moją rodzinę i jako dziecko, błąkałem się samotnie po lasach.
          Uczennica Feniksa w odpowiedzi uśmiechnęła się do niego smutno, a następnie zaczęła kierować się w stronę wyjścia z przychodni. Zanim jednak wyszła, poprosiła jeszcze Ewelein, aby kogoś przysłała po nią przed upływem sześciu godzin. Elfka przytaknęła i przeszła do drugiej sali. Po chwili z sali wyszli też Narenda i Velandel. W sali zapanowała przyjemna cisza, którą przerywał jedynie świergot alfeli, dobiegający z ogrodów Kwatery.
          Leiftan korzystając z chwili samotności, podszedł do Shairisse, przysiadł na skraju łóżka i delikatnie ujął jej dłoń. Była chłodna, delikatna w dotyku, wręcz aksamitna i lekka jak piórko. Wolną dłonią z niebywałą łagodnością odgarnął kosmyki włosów z jej czoła i czule pogłaskał po policzku. Spojrzał na spierzchnięte usta dziewczyny i odruchowo rozejrzał się za czymś, czym mógłby je nawilżyć. Na szafce obok łóżka, zauważył kubek z wodą, a na nim patyczek zakończony gazikiem. Złapał patyczek i zamoczył gazę w wodzie, a następnie delikatnie obmył spierzchnięte wargi dziewczyny. Następnie odłożył patyczek z powrotem na kubek i ucałował dłoń ziemianki.
          - Obym zdołał cię dzisiaj odnaleźć - szepnął, odrywając usta od jej dłoni i wstając z łóżka. Przez cały czas nie zauważył stojącej w drzwiach i przyglądającej mu się Ewelein, która w tym momencie wycofała się po cichu do drugiego pokoju. Zanim wyszedł z przychodni, poprosił elfkę, aby poinformować go, gdyby coś się działo.
          W drodze do swojego lokum spotkał kilka osób, które starały się od niego dowiedzieć, co jest przyczyną takiego poruszenia w Kwaterze. Każdemu na odczepnego mówił, że dowiedzą się w swoim czasie. Chciał jak najszybciej znaleźć się w swoim azylu, gdyż odczuwał potworne zmęczenie i wrócił do niego ten dziwny niepokój z Sali Kryształu. Jedyne, o czym marzył w tej chwili, to oddać się w objęcia Morfeusza. Miał nadzieję, że ów niepokój minie wraz z tymi kilkoma przespanymi godzinami. Jego irytacja ponownie wzrosła, gdy pod drzwiami swojego pokoju dostrzegł szefową Straży Eel i uczennice Feniksa. Obie kobiety dyskutowały o czymś i dopiero po chwili zauważyły zbliżającego się lorialeta. Leiftan w tym czasie starał się opanować swoje wzburzenie, aby nie okazywać złości z powodu obecności obu pań.
          - Czy możesz mi powiedzieć Leiftanie, o co w tym wszystkim chodzi?! - zapytała bez zbędnych wstępów Miiko. - Proponujesz coś, co jest niewykonalne - kontynuowała podniesionym tonem - później ignorujesz wszystkich i wszystko, żeby porozmawiać z Huang Hua sam na sam, a na koniec nawet nie zamierzasz wytłumaczyć co i jak?!
          Lorialet przystanął i zrezygnowany, westchnął głęboko. Dobrze wiedział, że kitsune poczuła się urażona tym, że nie poinformował jej od razu o wszystkim.
          - Rozmawiałem z damą Huang Hua właśnie o mojej propozycji i doszliśmy do wniosku, że jest szansa na uratowanie Shairisse - powiedział spokojnie. - Żeby jednak się udało, zarówno ja, jak i Huang Hua musimy wypocząć, aby naładować swoją energię. Dlatego proszę cię Miiko o trochę cierpliwości, a obiecuję, że wszystko ze szczegółami ci opowiem, ale nie teraz.
          Szefowa patrzyła na niego zirytowana i wyraźnie chciała coś jeszcze powiedzieć, ale fenghuang ją powstrzymała, kładąc jej dłoń na ramieniu i kiwając głową, by tego nie robiła.
          - Kochana moja - powiedziała Huang Hua - jeszcze dziś wszystkiego się dowiesz, tylko później.
          - To, co wy planujecie? - spytała zrezygnowanym tonem kitsune.
          - Jeszcze dzisiaj uratować Shairisse - odpowiedział Leiftan, wchodząc do swojego pokoju.
          Kiedy wszedł i zamknął drzwi, usłyszał jeszcze, jak Miiko pyta fenghuang, dlaczego robią taką tajemnicę z tego i dlaczego to akurat on ma ratować ziemiankę. Odpowiedzi już nie usłyszał, bo obie panie oddaliły się w stronę swoich pokoi. Zmęczony oparł się o drzwi i zamknął oczy.
          - Chcę ją ratować, bo pokazała mi, jak żyć, a bez niej... Bez niej, jestem tylko martwą skorupą wypełnioną nienawiścią... - wyszeptał sam do siebie i skierował się do swojego łóżka.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------
*bloede arse - popularne, siarczyste przekleństwo, ale w ładnym elfim języku

Offline

#13 26-03-2022 o 15h50

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

To znowu tylko ja. Witam i pozdrawiam wszystkich.


cz.8 OSTATNIA PROSTA

          Leiftan gwałtownie podniósł się do siadu, obudzony pukaniem do drzwi. Spojrzał w ich stronę, nie będąc do końca pewny, czy rzeczywiście ktoś pukał, czy to tylko jego podświadomość w taki sposób starała się go wybudzić. Spojrzał na zegarek stojący na regale. Zostały jeszcze prawie trzy kwadranse z sześciogodzinnej ochrony żywiołów. Przetarł zmęczoną twarz dłońmi, starając się rozbudzić i przywołać myśli do względnego ładu. Kiedy spuścił nogi z łóżka, znowu rozległo się pukanie do drzwi.
          - Chwila - powiedział, przeciągając się i wstając z łóżka. Nie musiał nawet niczego na siebie narzucać, bo nie rozbierał się przed snem. Był po prostu zbyt zmęczony i nie chciał tracić czasu, gdyby ewentualnie zdarzyło mu się za długo przysnąć.
          Zanim poszedł do drzwi, szybko rozejrzał się po pokoju, poszukując wzrokiem rzeczy, które podczas wizyty osób trzecich, nie powinny znajdować się na wierzchu. Z parapetu zabrał pamiętnik Shairisse, a z łóżka księgę "Ard Gaeth" i schował je do sekretnego schowka w podeście, na którym stało jego jedwabne drzewko bonsai. Kiedy stwierdził, że na widoku pozostały już tylko "legalne" przedmioty, podszedł do drzwi i otworzył je. Widząc w nich Miiko, westchnął zrezygnowany i przewrócił oczami.
          - Nie wzdychaj Leiftanie, nie przyszłam prawić ci morałów - powiedziała z uśmiechem szefowa. - Przyszłam ci tylko powiedzieć, że Huang Hua i Valkyon poszli właśnie do przychodni i prosili, aby ci przekazać, że tam będą na ciebie czekać. Chciałam się też upewnić, czy czegoś nie potrzebujesz.
          - Dziękuję Miiko - odpowiedział i skinął delikatnie głową. - Wejdziesz na chwilę? - zapytał, otwierając szerzej drzwi i gestem ręki zapraszając kitsune, by weszła. Wiedział, że musi znowu zacząć grać swoją rolę łagodnego i uległego lorialeta, aby nie wzbudzić podejrzeń szefowej. Teraz był idealny moment, aby uśpić czujność czarnowłosej.
          Kobieta trochę zaskoczona propozycją weszła do środka i zaintrygowana rozejrzała się po pomieszczeniu. Nigdy wcześniej nie była w jego pokoju, gdyż lorialet bardzo niechętnie dzielił się swoją prywatną przestrzenią życiową. Od razu jej uwagę zwrócił wyjątkowy porządek i ład panujący w jego azylu. Chłopak zamknął drzwi i podsunął jej pufę z białą poduchą, zachęcając, by usiadła. Sam zaraz potem usiadł na łóżku.
          - Chciałbym cię przeprosić za moje wcześniejsze zachowanie - zaczął się tłumaczyć skruszonym tonem. - To wszystko ze zmęczenia, bezsilności i strachu. Trochę stresuje mnie ta cała sytuacja z Shairisse i... emocje wzięły górę nad rozsądkiem.
          - Tak, trochę mnie zirytowała twoja postawa dzisiaj w Sali Kryształu - powiedziała poważnie kitsune. - Rozumiem cię jednak, bo widziałam, jak przeżywasz to wszystko - stwierdziła i przez chwilę wyraźnie się nad czymś zastanawiała. - Skoro już tak szczerze mamy rozmawiać Leiftanie - odezwała się po krótkiej pauzie - czy mogę zadać ci osobiste pytanie?
          Lorialet spojrzał na nią, czując się delikatnie zaniepokojony. Minęło sporo czasu od momentu, kiedy ostatnio "szczerze" rozmawiał z szefową. Nie przepadał za tego typu rozmowami, bo zawsze wtedy musiał uważać na to, co powie i w jaki sposób. Starał się ich unikać jak diabeł święconej wody. Teraz jednak nie mógł odmówić Miiko, bo przecież chciał naprawić swoje relacje z nią, nadwątlone zapewne przez wcześniejsze jego zdystansowanie.
          - Co chciałabyś wiedzieć? - zapytał, patrząc jej w oczy. Wiedział, że taka postawa będzie odebrana przez nią jako oznaka zainteresowania i obietnica bycia szczerym.
          - Powiedz mi, proszę, czemu tak bardzo pragniesz uratować tę dziewczynę? - spytała, a w jej głosie wyczuwało się tylko zwykłe, przyjacielskie zaciekawienie.
          Leiftan spuścił wzrok, a w dłonie odruchowo wziął liliowy materiał, leżący obok na łóżku. Był to miękki, tiulowy szal, który Shairisse jakiś czas temu zostawiła w bibliotece, a który on znalazł i... jakoś tak wyszło, że już jej nie oddał. Nie chciał go oddawać, bo na nim wciąż utrzymywał się słodki zapach jego właścicielki. Przynajmniej w taki sposób, chciał mieć ją bliżej siebie. Na samo wspomnienie o niej, poczuł, że robi mu się gorąco, a na twarzy pojawiają się rumieńce. Myśl o niej, w połączeniu z jej zapachem sprawiała, że jego serce gwałtownie zrywało się do galopu, wypełniając całe ciało falą ciepła i pożądania. Od pamiętnego spaceru po plaży, kiedy o mały włos jej nie pocałował, pragnął czuć jej bliskość i dotyk na swojej skórze. Musiał przyznać to sam przed sobą - pragnął jej w każdym tego słowa znaczeniu.
          - Coś was łączy? - dopytywała kitsune, widząc jego delikatne zakłopotanie.
          - Nie, nic nas nie łączy - zaprzeczył, chociaż nie zabrzmiało to zbyt przekonująco. Patrząc na zaciekawioną i łagodnie uśmiechniętą szefową, doszedł do wniosku, że może dobrym zagraniem byłoby opowiedzenie jej pewnego snu, który nawiedzał go od dłuższego czasu. Miiko doceni wtedy jego "otwartość i zaufanie", a on w końcu komuś opowie to, co mu leży na duszy i może dzięki temu poczuje się trochę lepiej.
          - Coś ci opowiem droga przyjaciółko i bardzo cię proszę, wysłuchaj mnie do końca i nie przerywaj mi - powiedział, spoglądając to na rozmówczynie, to na swoje dłonie, w których wciąż trzymał liliowy szalik. - Jestem pewien, że wtedy sama zrozumiesz, dlaczego tak bardzo zależy mi na ratowaniu Shai.
          Przez chwilę patrzył kitsune prosto w oczy, po czym jego spojrzenie utkwiło gdzieś w przestrzeni za nią. Zaczął mówić tonem łagodnym i delikatnie zamyślonym, aczkolwiek bardzo uważnie zwracając uwagę na dobór słów. Chciał sprawiać wrażenie, jakby widział to, o czym opowiada.
          - "Leżę na łące, wpatrzony w bezkres błękitu nieba. Powietrze wypełnione jest zapachem kwiatów, śpiewem ptaków, szelestem owadzich skrzydeł i szumem liści, poruszanych delikatnym, letnim wiatrem. W oddali słyszę radosny śmiech, który zbliża się w moją stronę. Siadam, spoglądając w jego kierunku i widzę małego chłopca z kobietą i mężczyzną, bawiących się beztrosko w ciepłych promieniach słońca. Łąka przypomina różnobarwny dywan, utkany z miliona kwiatów, nad którym latają wszelakiej maści motyle i pszczoły. Bose stopy radosnej rodziny, raz po raz odbijają się od miękkiej, zielonej trawy, a lekkie, zwiewne ubrania delikatnie tarmosi ciepły wiatr. Nagle chłopiec zatrzymuje się na środku tej łąki i spogląda na dorosłych, pozostających w całkowitym bezruchu. Podnoszę się i zaciekawiony staram się do nich zbliżyć, ale kiedy robię krok w ich stronę, kobieta i mężczyzna rozpadają się, jak piaskowe posągi na wietrze. Zdziwiony robię kolejny krok i w tym momencie, ten mały chłopiec odwraca się w moją stronę. Wtedy dociera do mnie, że ten malec to ja. Jego twarz pozbawiona jest całkowicie emocji, a zielone oczy wpatrują się we mnie beznamiętnie. Robię kolejny krok w jego stronę, a wtedy ustaje wiatr, zapada grobowa cisza, kwiaty więdną, zaczynając od tych najbliżej jego stóp. Na niebie pojawiają się ciemne chmury, a na horyzoncie coś, jakby czarna mgła, która szybko pełznie i zbliża się w stronę chłopca. Chcę do niego podbiec i przytulić, by ochronić go przed tą bezkształtną, złowieszczą chmurą, ale nie mogę się ruszyć. Patrzę tylko, jak ta czarna masa otula małego, jak gasną w jego oczach te zielone ogniki. Oczy stają się czarne i puste, a wtedy ja zaczynam się dusić. Nie mogę złapać oddechu, jakby coś zassało całe powietrze, tworząc próżnię. Czując, jak powoli uchodzi ze mnie życie, zapadam się w ciemność. Kiedy wydaje mi się, że właśnie umieram, nagle staję się świadom czyjejś obecności w tym mroku. Słyszę cichy, dziewczęcy głos, który woła mnie po imieniu. Czuję, że jakaś niesamowita siła rozgania cały mrok i wyciąga mnie z tej próżni. Otwieram oczy i widzę przed sobą uśmiechniętą twarz, którą otacza burza niesfornych, popielatych kosmyków, a para liliowych oczu wpatruje się we mnie..."
          Leiftan zamilkł i dopiero teraz ponownie spojrzał na kitsune, która przyglądała mu się szeroko otwartymi, błękitnymi oczyma. Od razu dostrzegł w nich zdumienie i konsternację. Najbardziej zaskoczyły go jednak maleńkie, iskrzące się łzy w kącikach jej oczu, których trochę niezdarnie starała się pozbyć wierzchem dłoni. Widok ten uświadomił mu, że jego plan się sprawdza.
          - Teraz rozumiesz? To jest sen, który nawiedza mnie od kilku miesięcy - odezwał się po chwili milczenia. - Niby tylko sen, ale jego przekaz jest dla mnie bardzo czytelny.
          - Chyba rozumiem. Tak mi się wydaje... i naprawdę nie wiem, jak w tej sytuacji zareagować - powiedziała szefowa, uśmiechając się przyjaźnie i starając się za tym uśmiechem ukryć swoje zakłopotanie. Wyraźnie dało się zauważyć, że nie spodziewała się takiego wyznania ze strony chłopaka. Zapadła niezręczna cisza, podczas której Leiftan spoglądał na nią z ledwo zauważalnym uśmieszkiem satysfakcji, a Miiko rozglądała się po pokoju, szukając jakiegoś sposobu na przerwanie krępującej ciszy. Odczuła pewną ulgę, kiedy zerknęła na zegarek i zdała sobie sprawę, że trochę czasu im uciekło przez te zwierzenia.
          - Wracając do ratowania Shairisse - powiedziała trochę niepewnie, mając nadzieję, że ta zmiana tematu nie będzie źle odczytana przez lorialeta. - Jeśli chodzi o ten czar "unum mundum", to już mniej więcej wiem, co i jak, bo Huang Hua mi wyjaśniła najważniejsze sprawy. Powiedziała mi też, że obiecała wspomóc cię swoją mocą. Czy coś jeszcze będzie ci potrzebne? Czy ja mogę jakoś pomóc?
          - Nie, dziękuję za troskę - odpowiedział jej, łagodnie się uśmiechając. - Jeśli idziesz do przychodni, to przekaż Ewelein, aby poza personelem medycznym, Huang Hua i Valkyonem nikogo więcej nie było. Ja zaraz przyjdę, tylko wezmę szybki prysznic i coś przegryzę.
          - Dobrze, przekażę - powiedziała szefowa, wstając z pufy. - Powiedz mi jeszcze Leiftanie, czy wiesz, jak długo to wszystko potrwa?
          - To zależy moja droga - odparł spokojnie, podnosząc się z łóżka. - Nie wiem, gdzie zagubił się duch Shairisse, więc nie wiem dokładnie, gdzie szukać. Wszystko będzie jasne, gdy stworze ten połączony wymiar i w zależności, jak szybko duch Shai odpowie na moje wezwania, tak długo to wtedy potrwa - mówiąc to, odłożył szal i zabrał przybory kąpielowe oraz świeże ubranie z komody. - Mówię oczywiście czysto teoretycznie, bo nie wiem jak to będzie dokładnie wyglądać - dodał szybko, widząc badawcze spojrzenie kitsune.
           Miiko ze zdziwieniem spoglądała na chłopaka i marszcząc brwi, moment mu się przyglądała. Przez krótką chwilę odniosła wrażenie, że Leiftan dobrze wie, o czym mówi i ta magia nie jest mu obca. Znała go od kilku lat i zawsze był delikatny, wręcz nieśmiały, więc pewność siebie, z jaką odpowiedział teraz na jej pytanie, trochę ją zaskoczyła. Huang Hua co prawda uprzedziła ją dzisiaj, że Leiftan ma prawdopodobnie spore zdolności magiczne, ale i tak jego zachowanie wydało jej się osobliwe. Rozmawiali przecież o potężnym zaklęciu daemonów, a nie o zwykłych czarach ochronnych, czy wzmacniających. Łapiąc za klamkę, uświadomiła sobie, że powinna bliżej przyjrzeć się swojemu zastępcy. Postanowiła też, że musi porozmawiać z Ykhar i Keroshane, bo w jej głowie pojawiało się coraz więcej pytań, na które brakowało odpowiedzi. Tym wszystkim postanowiła jednak zająć się w późniejszym czasie, teraz priorytetem było ratowanie Wybranki Wyroczni.
          - Mam czekać na wiadomości od ciebie? - zapytała, otwierając drzwi.
          - Jeśli jesteś zmęczona, to możesz iść spać - odpowiedział chłopak, kierując się w jej stronę. - Chyba że chcesz i masz siłę, to możesz posiedzieć przy Krysztale, prosząc Wyrocznię o wsparcie.
          - W takim razie poczekam w Sali Kryształu, gdybyś potrzebował jakiejś pomocy - powiedziała, wychodząc wraz z lorialetem za drzwi. - Powodzenia Leiftanie i niech Wyrocznia cię wspomoże.
          - Dziękuję Miiko - odparł z łagodnym uśmiechem i delikatnym skinięciem głowy. Zamknął drzwi na klucz i przez chwilę patrzył za odchodzącą szefową. Jej badawcze spojrzenie na koniec ich rozmowy trochę go zaniepokoiło. Dobrze wiedział, że kitsune zaczynają zapewne dręczyć jakieś podejrzane myśli, bo zawsze wtedy, w ten właśnie specyficzny sposób, przyglądała się innym. Ponownie też wróciło do niego to dziwne podenerwowanie, jakie zaczął dzisiaj odczuwać w Sali Kryształu. Nie wiedział, czemu je odczuwa i nie miał ochoty głębiej się nad tym zastanawiać, dopóki życie Shairisse było zagrożone. Kierując się w stronę pryszniców, miał już ustalony plan na najbliższe kilka godzin - umyć się, zjeść coś na szybko, uratować ukochaną i się w końcu porządnie wyspać. Nawet na chwilę nie dopuszczał do siebie myśli, że coś może się nie udać.
          W łaźni natrafił na Ezarela i Nevre, którzy przepasani ręcznikami, kończyli właśnie wieczorną toaletę. Obaj panowie zasugerowali chęć pomocy, ale im również grzecznie odmówił i podziękował. Szefowie straży jednak nalegali, argumentując swoje naciski tym, że im również leży na sercu dobro dziewczyny i nie chcą bezczynnie czekać na rozwój wydarzeń. Zaproponował im wtedy, żeby poszli wesprzeć Miiko w Sali Kryształu.
          Kiedy wszedł do kabiny i puścił ciepłą wodę, uświadomił sobie, że najchętniej spędziłby pod prysznicem nawet całą godzinę. Ciepłe strumienie wody spływały wzdłuż jego ciała, przyjemnie pieszcząc jego skórę i powoli usuwając napięcie i emocjonalny stres. Zdając sobie sprawę, że ponownie robi się senny i rozleniwiony, zmienił strumień na dużo chłodniejszy, aby ostatecznie rozbudzić się i dodać sobie energii.
          Po odświeżeniu się pospiesznym krokiem wrócił do pokoju, aby odłożyć przybory kąpielowe i zabrać potrzebne runy. Wycierając włosy ręcznikiem, stanął przy biurku, a jego wzrok zatrzymał się na kartce, na której zapisane było kilka zdań.
          " Krótkie zasady zabiegów magicznych. 
     1. Zachowaj czysty i spokojny umysł. Jeśli jesteś zdenerwowany, zmęczony, albo pod wpływem silnych emocji, to daj sobie spokój z magią. 
     2. Przy wszelkich zabiegach magicznych, niezbędny jest odpowiedni poziom wewnętrznej motywacji. Musisz wiedzieć, w jakim celu to robisz, i że bardzo chcesz ten cel osiągnąć.
     3. Nikt i nic nie może Ci przeszkadzać w miejscu przeprowadzania zabiegu magicznego."
          Zdawał sobie sprawę, że gdyby nie chodziło o życie ukochanej ziemianki, to w obecnym stanie emocjonalnym, nigdy nie podjąłby się użycia takiej magii. Wiedział jednak, że w zaistniałej sytuacji, gdy owa magia jest dla niej jedynym ratunkiem, to zdolny jest zaryzykować swoje zdrowie, a nawet życie, byleby ONA była bezpieczna. Czuł gdzieś głęboko w sobie, że dzięki temu on również będzie w pewnym sensie bezpieczny. Miał nieodparte wrażenie, że ta drobna dziewczyna jest jego swoistym aniołem. Pragnął ponownie usłyszeć jej dźwięczny śmiech, ponownie spojrzeć w jej ufne fiołkowe oczy, a przede wszystkim pragnął jej w końcu szczerze wyznać, jak wiele dla niego znaczy. Zrozumiał, że te pragnienia motywują go do działania bardziej, niż cokolwiek innego do tej pory, bardziej nawet, niż dotychczasowa chęć zemsty za śmierć ukochanych opiekunów.
          Zdecydowanym ruchem zabrał z regału niebieski, aksamitny woreczek z runami i skierował się w stronę wyjścia. Przed drzwiami ostatni raz rozejrzał się po pokoju. Wszystko wyglądało nieskazitelnie - łóżko zaścielone, na regale i biurku wszystko równo poukładane, okno jak zawsze uchylone, a drzewko podlane. Kiedy złapał za klamkę, jego diaboliczna panalulu wydała z siebie pomruk, przypominający rzewne westchnienie. Zaintrygowany odwrócił się i jego spojrzenie skrzyżowało się ze smutnym spojrzeniem rogatej pandy, leżącej na swoim posłaniu. Amaya nigdy wcześniej nie zachowywała się w ten sposób.
          - Niedługo wrócę paskudnico - powiedział z łagodnym uśmiechem.
          Gdy tylko otworzył drzwi pokoju, w jego uszach zabrzmiało oskarżycielskie pytanie.
          - Co ty wyprawiasz Leiftanie?! Czy z Shairisse jest naprawdę tak źle, że chcesz zaryzykować zdemaskowaniem?
          W progu stał niewysoki, czarnowłosy wilkołak i wpatrywał się w lorialeta oczyma, w których malowało się niedowierzanie i zdenerwowanie. Nastroszone uszy, poważny wyraz twarzy oraz oskarżycielsko-karcący ton głosu chłopaka, kompletnie nie pasowały do jego młodzieńczej aparycji w fikuśnym stroju, z którego Leiftan zawsze sobie żartował, że Purriry zabrakło materiału, aby go dokończyć.
          - Nie krzycz tak Chrome - poprosił przyciszonym głosem. - Skąd wiesz, co się dzieje z Shai i jak ją chcemy ratować? Znowu Karenn wtykała swój wampirzy, ciekawski nosek w nieswoje sprawy? - zapytał rozbawionym tonem, wychodząc i zamykając drzwi na klucz. Dobrze wiedział, że młody ma słabość do wścibskiej wampirzycy, która była znana ze swojego szpiegowania i zamiłowania do plotek. Sam kilkukrotnie przyłapał nastoletnią siostrę Nevry na próbie pozyskania poufnych informacji, które później w "tajemniczy" sposób rozprzestrzeniały się po Kwaterze. Nie raz i nie dwa, zdarzało się, że szef straży Cienia tłumaczył się przed Miiko z wybryków swojej siostry, która notabene była również jego podopieczną w straży.
          - To nie ważne skąd wiem - prychnął nastolatek. - Ja się ciebie pytam, czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, jak wiele ryzykujesz? Ja wiem, że dla ciebie ta radosna ziemianka jest wyjątkowa, jedyna i niepowtarzalna, ale... 
          - Naprawdę myślisz Chrome, że nie przemyślałem tego, co zamierzam zrobić? - przerwał mu Leiftan, nie chcąc wysłuchiwać litanii. W takich chwilach jak ta żałował, że powiedział młodemu, jak ważna jest dla niego dziewczyna. Musiał to jednak zrobić, ponieważ wiedział, że chłopak, znając tę prawdę, będzie bardziej odpowiedzialny i opiekuńczy względem Shairisse. Wszyscy w Kwaterze wiedzieli, że pomimo wzajemnego dogryzania i przekomarzania się, tę dwójkę łączyła osobliwa przyjaźń. Pomijając osobistą interwencją lorialeta w grafik, właśnie ta wiedza, była głównym powodem wysyłania tej dwójki na wspólne misje.
         - Stan Shairisse jest krytyczny - powiedział po chwili, kierując się w stronę stołówki, a nastolatek ruszył za nim. - Niestety, jak do tej pory nie znaleźliśmy innego sposobu, aby ją uratować. Dlatego też podjąłem taką, a nie inną decyzję, aby ją ocalić...
          - Rozumiem, chociaż nie wiem, czy dobrze robisz - westchnął Chrome. - Jesteś naprawdę pewien, że to jedyna możliwość?
          - Gdybyś miał moje umiejętności - lorialet przybrał poważny ton głosu - i zagrożone byłoby życie Karenn, to... będąc na moim miejscu, co byś zrobił? - zapytał, chociaż z góry wiedział, jaka padnie odpowiedź.
          - Dokładnie to, co ty teraz - odpowiedział zrezygnowanym tonem nastolatek. - Wiadomo chociaż, kto jej to zrobił? - zapytał po chwili, wbijając swoje pomarańczowe spojrzenie w twarz lorialeta.
          - Tylko ja to wiem - burknął Leiftan, a na samą myśl o Lancie mimowolnie zacisnął szczęki, a przez jego spokojną i skoncentrowaną twarz przebiegł grymas wściekłości, nad którym jednak szybko zapanował. Reakcja ta nie umknęła jednak uwadze wilkołaka, który od razu zrozumiał, że sprawca tego nieszczęścia, musi być dobrze znany blondynowi. Domyślał się też, że nie był to raczej nikt z Kwatery, gdyż tutaj dziewczyna była szanowana i ceniona za swój altruizm i radosne usposobienie.
           Gdy doszli do spiżarni, lorialet zatrzymał się i sięgnął do kieszeni płaszcza, aby wyjąć złożoną kartkę papieru. Rozejrzał się dookoła, czy nikt ich nie obserwuje i podał ją chłopakowi.
          - Słuchaj młody - powiedział poważnie, patrząc prosto w oczy Chroma - Tu masz instrukcje, co będziesz musiał zrobić, gdyby coś poszło nie tak. Nie przewiduje co prawda żadnych problemów, ale nigdy nic nie wiadomo, więc wolę się zabezpieczyć na wszelki wypadek.
          Wilkołak spojrzał na swojego rozmówcę wzrokiem, który od razu zdradzał, że zachowanie i słowa lorialeta bardzo go niepokoiły. Do tej pory nigdy nie zdarzyła im się taka rozmowa, w której blondyn przyznałby tak otwarcie, że przyszłe wydarzenia mogą zakończyć się nieprzewidywalnymi komplikacjami. Mimo to wilczek nie chciał otwarcie okazywać swojego podenerwowania.
          - Ty sobie chyba ze mnie żarty stroisz? - prychnął, starając się brzmieć jak najbardziej spokojnie, ale ton jego głosu mimowolnie zdradzał, że targa nim silne poczucie strachu i niepewności.
          - Wszystko będzie dobrze - uspokajał go Leiftan z łagodnym uśmiechem na twarzy. - Wiesz, że zawsze lubię mieć wszystko dopięte na ostatni guzik, dlatego dostajesz te instrukcje. Teraz idź spać, a ja idę coś zjeść, a potem na spotkanie z moją ziemianką - dodał z łobuzerskim grymasem, starając się ukryć własny niepokój, który nie opuszczał go przez prawie cały dzień.
          - Jak chcesz - powiedział Chrome bez przekonania, wiedząc, że drążenie tematu nic nie da, gdyż lorialet i tak nie zmieni zdania. - Uważaj na siebie i nie rób głupstw.
          Kiedy nastolatek wyszedł ze spiżarni Leiftan żwawym krokiem skierował się w stronę kuchni po jakąś szybką przekąskę. Wiedział, że Karuto nie opuścił swojego stanowiska pracy, pomimo późnej pory. Ten złośliwy satyr zawsze kładł się spać po północy, jako jeden z ostatnich w Kwaterze.
          Z kuchennej lady wziął małe opakowanie sałatki i butelkę wody. Nie poczekał nawet na szefa kuchni, który właśnie wyłaniał się z zaplecza. Zdziwiony Karuto chciał rzucić jakąś kąśliwą uwagę, ale ostatecznie zrezygnował i mamrocząc tylko coś pod nosem, wrócił na zaplecze.
          Leiftan szybkim krokiem przeszedł przez stołówkę i skierował się do przychodni. Im bardziej zbliżał się do jej drzwi, tym wyraźniej odczuwał narastające obawy i niepewność. Czy na pewno dobrze wszystko przemyślał? Czy rzeczywiście nie ma innego sposobu, by ocalić dziewczynę? Czy podjęte przez niego decyzje, są właściwe? Czy warto podejmować takie ryzyko? A co będzie później? Czy jego uczucia będą odwzajemnione? Czy uda mu się zachować jego tożsamość w tajemnicy? Wszystkie te pytania kłębiły mu się w głowie, sprawiając, że coraz bardziej nasilało się uczucie zwątpienia i strachu. Przed drzwiami ambulatorium przystanął i wziął głęboki oddech. A potem drugi. Wiedział, że gdy przejdzie przez próg przychodni, to nie będzie już miejsca na żadne wątpliwości i wahania. Musiał więc oczyścić swoje myśli z wszelkich oporów i sceptycyzmu.
          Oparł się plecami, a następnie głową o chłodną, bladoróżową ścianę i zamknął oczy. Starając się wyciszyć, przywołał w myślach pewne wspomnienie związane z Shairisse:
          "Siedział późnym wieczorem przy stuletniej wiśni i był pochłonięty bolesnymi wspomnieniami swoich opiekunów. Bardzo często w rocznicę ich śmierci dopadał go taki nostalgiczny nastrój. Nie chciał, żeby ktokolwiek widział go w takim stanie, dlatego przeważnie szedł gdzieś w ustronne miejsce, by w samotności móc pomyśleć i dać upust tęsknocie i bólowi. Tamtego wieczoru zastała go tak Shairisse, która chyba również poszukiwała miejsca na wyciszenie się i przemyślenia. Kiedy przyszła pod wiśnię i zobaczyła, że on wcześniej znalazł to miejsce, przeprosiła i chciała się po prostu wycofać. Wtedy obejrzał się w jej stronę i poczuł, że jej obecność w żaden sposób mu nie przeszkadza, a wręcz działa kojąco na niego.
          - Zostań, jeśli chcesz - powiedział cicho, starając się zapanować nad łamiącym się głosem i zbierającymi się w oczach łzami.
          - Jesteś pewien? - zapytała łagodnie szeptem, jakby nie chcąc burzyć spokojnej, melancholijnej atmosfery panującej w cieniu tego wiekowego drzewa.
          - Tak - odparł, przesuwając się nieznacznie na ławce, aby zrobić więcej miejsca dla dziewczyny. Ona jednak nie usiadła, tylko stanęła tuż przed nim i spoglądała w jego szklące się oczy. Wtedy po raz pierwszy pozwolił, aby ktoś widział go w chwili jego słabości. Co dziwne, nie czuł się przy niej wcale skrępowany czy zawstydzony. Nie odczuwał też potrzeby ukrywania przed nią swojego bólu. Przez dłuższą chwilę w milczeniu patrzyli sobie w oczy. Milczenie to było bardzo kojące i wyciszające. W jej spojrzeniu nie dopatrzył się żadnej nachalnej ciekawości, która domagałaby się wyjaśnień, co jest powodem jego smutku. Spojrzenie jej było przepełnione pocieszającą łagodnością, ciepłem i zrozumieniem, które w tamtej chwili działały jak balsam na jego smutek i tęsknotę. Czuł, że przy niej mógłby powoli zapomnieć o swoich bolączkach. Ujął delikatnie jej dłonie, aby w podzięce za jej obecność czule je ucałować. Przez cały czas żadne z nich nie odczuwało potrzeby odzywania się, wystarczała im wzajemna obecność, tak jakby rozumieli się bez słów. "
          To wspomnienie pozwoliło mu na nowo zebrać siły i odpędzić czarne myśli. Nie wiedział, co się wydarzy, gdy już uratuje ziemiankę. Zdawał sobie jednak sprawę, że musi ją uratować, żeby móc jej powiedzieć jak jest dla niego ważna i mieć chociaż cień szansy, że odwzajemni jego uczucia. Zawsze przecież warto zawalczyć o miłość. Z takim nastawieniem uda mu się wszystko.
          Podbudowany i z nowymi pokładami zapału, nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Wszedł do przychodni, gotowy zmierzyć się ze wszystkimi przeciwnościami losu, aby tylko uratować ukochaną.

Offline

#14 22-04-2022 o 23h05

Straż Obsydianu
Sharessa
Młoda Rekrutka
Sharessa
...
Wiadomości: 12

Witam wszystkich ponownie i zapraszam do lektury.

cz.9 POZNANIE PRAWDY

          Leiftan wszedł do przychodni i od razu skierował swoje kroki do pokoju, w którym leżała nieprzytomna Shairisse. Zmierzch za oknami i przygaszone światła powodowały, że w salach królował przytulny półmrok. Przez otwarte okna słychać było wieczorny koncert świerszczy, dobiegający z ogrodów Kwatery, w który od czasu do czasu wplatało się pohukiwanie seryphona. Cichy i jednostajny szmer aparatury monitorującej stan ziemianki, idealnie współgrał z tymi odgłosami. Wszystko to sprawiało, że w pomieszczeniu panowała spokojna, wręcz błoga atmosfera, która była całkowitym przeciwieństwem napiętego i bardzo nerwowego poranka i południa.
          Po wejściu na salę, od razu zwrócił uwagę na siedzącego przy łóżku dziewczyny szefa Obsydianu. Ten słysząc kroki, odwrócił się w jego stronę i skinął głową na powitanie. Od razu domyślił się, że mężczyzna nie spał po południu, gdyż oznaki zmęczenia i niepokoju na jego twarzy, były bardziej widoczne niż poprzednio.
          - Spałeś cokolwiek Valkyonie? - zapytał, chcąc zachować pozory uprzejmości, mimo że widok wojownika drażnił go i z góry przewidywał jego odpowiedź.
          - Nie, nie mogłem zasnąć... - potwierdził jego przypuszczenia białowłosy, a kończąc wypowiedź, ponownie zwrócił się w stronę okna i obserwując nocne niebo, zagubił się w swoich rozmyślaniach.
          - Rozumiem - lorialet mruknął już bardziej do siebie niż do wojownika. Chciał zadać mu jeszcze jedno, bardzo konkretne pytanie, ale chwilowo powstrzymał się, czując jak kolejny raz dzisiejszego dnia, mimowolnie i bezwiednie narasta w nim irytacja i zazdrość. Zamknął oczy i w myślach postanowił policzyć do pięciu, starając się w ten sposób zapanować nad tymi negatywnymi odczuciami. Na jego ustach zawitał delikatny, zabłąkany uśmiech, gdy wypowiadając w myślach cyfrę pięć, uświadomił sobie, że właśnie korzysta z porady ziemianki, odnośnie do uspokajania nerwów i myśli. To przecież ona tak wiele razy powtarzała mu, że nie warto ulegać pierwszej złości i trzeba sobie pozwolić na drugi oddech. Nazywała to "oddechem opamiętania", który miał zapobiegać pochopnej i nieprzemyślanej reakcji na złe emocje i polegał na liczeniu w myślach do dziesięciu. Właśnie! Tu jego uśmiech nieznacznie się poszerzył. Przecież mówiła o liczeniu do dziesięciu! Lekko rozbawiony doliczył więc w myślach do dziesięciu. Otwierając oczy, zdał sobie sprawę, że kolejny raz dzisiaj korzysta z porad ukochanej i kolejny raz dzięki temu udaje mu się ujarzmić złość. Coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że dziewczyna jest jak anielskie tchnienie w jego życie.
          - Gdzie są dama Huang i Ewelein? - zapytał po chwili zaciekawiony, gdyż nie widział obu pań, a Miiko mówiła, że fenghuang miała być już obecna.
          - Są w sali naprzeciw - odpowiedział wojownik, wyraźnie wyrwany z zamyślenia.
          - Ok, dziękuję - odparł spokojnie i w tym samym momencie poczuł, że jego żołądek zaczyna delikatnie domagać się swego. Nie było to nic dziwnego, skoro od prawie dwóch dni nie miał jedzenia w ustach. Usiadł więc przy stoliku z zamiarem zjedzenia sałatki, którą wcześniej zabrał z kuchni.
          Konsumował ją powoli i w zamyśleniu, jednocześnie analizując w głowie szczegóły rytuału i układając wstępnie plan działania. Przez całe swoje życie poszukiwał i zgłębiał wszelaką wiedzę magiczną i alchemiczną, a ten konkretny rytuał poznał szczególnie wnikliwie. Jako dziecko kilkukrotnie próbował skorzystać z niego, wierząc, że w ten sposób odnajdzie dusze Veroma i Naupile i sprowadzi ich z powrotem. Niestety jego moc i umiejętności były wówczas niewystarczające do użycia tak potężnego zaklęcia.
          Dopiero w późniejszym czasie dowiedział się, że rytuał ten jest elementem potężnej, prastarej magii. Relacje osób, które korzystały z tego czaru, były przeróżne i tak odmienne, że ciężko było ustalić jakiś konkretny schemat jego działania, a i skutków nie dało się przewidzieć ze stuprocentową pewnością. Wiadomo było tylko, że tworzy się "swoisty pomost", łączący różne wymiary i umożliwiający względnie swobodne poruszanie się po nich. Z tego właśnie powodu zaklęcie to ostatecznie zyskało nazwę "unum mundum", czyli jeden świat.
          Wszyscy korzystający z tego czaru twierdzili też, że wygląd stworzonego świata zależy w dużej mierze od ilości i jakości użytej mocy oraz od umiejętności rzucającego to zaklęcie. Teraz o swoje umiejętności i moc się nie martwił, ponieważ w używaniu prastarej magii, wyszkolił się do poziomu mistrzowskiego. Zdawał sobie sprawę, że najważniejszym czynnikiem, mającym wpływ na działanie tego czaru, jest motywacja do jego użycia. Po cichu więc liczył, że nic złego nie może się stać, skoro chce użyć go w celu ratowania życia ukochanej.
          Kiedy kończył jeść, do sali weszły obie kobiety i powitały go z uśmiechem. Ewe poszła sprawdzić odczyty na aparaturze przy łóżku Shai, a dama Huang usiadła obok niego. Tak jak się tego spodziewał, fenghuang dopytywała go o szczegóły rytuału i ewentualne działania niepożądane. Wyjawił jej wszystkie te informacje, które uważał za odpowiednie i bezpieczne, a zataił całą resztę, która jego zdaniem była niejednoznaczna i kontrowersyjna. Nie chciał wzbudzać żadnych podejrzeń i prowokować do niepotrzebnych przemyśleń. W międzyczasie Ewe potwierdziła, że stan Shairisse jest nadal stabilny i oznajmiła, że będzie w sali naprzeciwko. Zanim wyszła, poprosił ją jeszcze o igłę oraz żeby nikogo nie wpuszczała do tej sali, aż do zakończenia rytuału.
          Po wyjściu pielęgniarki Huang Hua dała każdemu amulet ochronny. Widząc zdziwione spojrzenie lorialeta wytłumaczyła, że musi dbać o ich bezpieczeństwo, szczególnie gdy ma być używana magia daemonów. Podczas zakładania amuletów nad każdym wymamrotała krótkie błogosławieństwo Feniksa.
          Leiftan podchodząc do łóżka dziewczyny, uważnie przyglądał się Valkyonowi. Pragnął dowiedzieć się w końcu, co tak naprawdę łączy tego wojownika i Shairisse. Stając przy nim, uświadomił sobie, że właśnie teraz jest na to najlepszy moment. W głowie poukładał sobie szybko, w jaki sposób uzyskać odpowiedź na dręczące go pytanie, bez wywoływania zbędnej ciekawości i zainteresowania ze strony białowłosego.
          - Zanim zaczniemy, muszę dowiedzieć się jednej ważnej rzeczy - oznajmił, wpatrując się w spokojną twarz nieprzytomnej ziemianki. Chwilowo nie chciał patrzeć na szefa Obsydianu, mając nadzieję, że dzięki temu dłużej uda mu się zachować spokój. - Muszę wiedzieć, co dokładnie łączy Shairisse i... ciebie Valkyonie - głos mu delikatnie zadrżał, mimo że bardzo starał się nie okazywać narastającego podenerwowania.
          - Czemu o to pytasz? - zdziwił się wojownik.
          - Duch Shai zagubił się w jakimś wymiarze i nie potrafi samoistnie wrócić - zaczął tłumaczyć, równocześnie starając się wewnętrznie uspokoić. - Żeby jej ducha odesłać z powrotem do ciała i samemu uniknąć zagubienia, potrzebne będą dla niej i dla mnie mentalno-duchowe kotwice, czyli tak zwane ancoris. Jeśli was dwoje łączy wzajemne uczucie, to wtedy będziesz dla niej idealną kotwicą, która bezproblemowo przyciągnie jej ducha do ciała. Jeśli jednak uczucie jest jednostronne, to istnieje spore ryzyko, że to ona przyciągnie twojego ducha i wtedy on również się zagubi. W tym wypadku bezpieczniej będzie, aby to dama Huang Hua była kotwicą dla Shairisse. Co prawda przyjaźń wytwarza słabsze zakotwiczenie, ale łącząca je wzajemna i obustronnie tak samo silna więź, zapobiegnie ewentualnym powikłaniom.
          Na krótką chwilę zapanowała niezręczna cisza, która dla lorialeta jednak wydawała się nieznośnie długa. Oczekując odpowiedzi, miał wrażenie, że czas spowolnił swój bieg, a krew w jego żyłach zastygła. Tysiące sprzecznych odczuć i myśli torpedowało jego umysł, nie dając mu spokoju. Czy naprawdę gotowy jest na to, co może za chwilę usłyszeć? Czy nadal będzie tak zdeterminowany, by uratować dziewczynę, jeśli okaże się, że jest związana z innym? Poczuł ucisk w żołądku i rosnącą gulę w gardle na samą myśl, że jego Shai może być zakochana w szefie swojej straży. Valkyon spojrzał na dziewczynę, potem na Leiftana i westchnął głęboko.
          - Nie jesteśmy razem - słowa te wypowiedział niemalże bezgłośnie i wyraźnie dało się odczuć, że temat ten jest dla niego bardzo bolesny. Za to Leiftan słysząc je, poczuł niewyobrażalną ulgę, jakby wielki ciężar spadł z jego ramion. Te trzy słowa w tej właśnie chwili sprawiły, że jego ciało i umysł oswobodziły się z niewidzialnego jarzma i w końcu mógł swobodnie odetchnąć pełną piersią. Te trzy słowa dodały mu otuchy, mnóstwa nowej energii i wzmocniły jego wiarę, że zabieganie o względy ukochanej ziemianki nie jest daremne.
          Przez dłuższą chwilę stał z zamkniętymi oczami, starając się wyciszyć salwę pozytywnych doznań, które opanowały jego ciało i umysł, niczym wystrzelone na Nowy Rok fajerwerki. Kiedy się już względnie uspokoił, z kieszeni płaszcza wyjął czerwoną, jedwabną nić i zawiązał pętelki na nadgarstkach damy Huang i Valkyona. Miało to zapobiec nieprzewidzianym i nieodwracalnym zmianom mogącym wystąpić w trakcie rytuału.
          - Poprosiłbym teraz, abyście chwilowo odsunęli się od łóżka - zwrócił się do nich kurtuazyjnie, odwieszając przy tym swój płaszcz na krzesło. - Chciałbym odpowiednio przygotować aurę i meridiany Shairisse do rytuału.
          Wojownik i fenguang odsunęli się nieznacznie i z zaciekawieniem obserwowali poczynania lorialeta, który w pełnym skupieniu rozkładał runy na prześcieradle wokół głowy dziewczyny. Trzy najważniejsze ułożył w newralgicznych miejscach na jej ciele. Na czole umieścił runę stabilizującą więź ducha z ciałem, na klatce piersiowej runę wzmacniającą Qi i na brzuchu runę symbolizującą cel podróży.
          - Uczennico Feniksa - niezwykle poważnie zwrócił się teraz do Huang Hua. - Bardzo bym prosił cię o twoje szczególne błogosławieństwo dla Shairisse, aby chroniło ją i jej ducha przed wszelkim złem i złą karmą. Nas chronią amulety, więc niech i ją chroni przychylność Feniksa. - Wypowiadając ostatnie zdanie, delikatnie ukłonił się i pochylił głowę, starając się w ten sposób okazać szacunek rozmówczyni. Nie do końca był szczery w swoim zachowaniu, ale dla dodatkowej ochrony ziemianki był w stanie zrobić wszystko.
          Kobieta spojrzała na niego z ogromnym uznaniem i podziwem. Wzruszał ją fakt, że chłopak tak bardzo stara się zapewnić wszelką ochronę swojej wybrance. Podeszła do łóżka i zamknęła oczy, recytując najsilniejsze znane sobie zaklęcie ochronne.
          - Słowo moje niech cię chroni, niech przed całym złem osłoni, aura twa niech będzie czysta, a twa dusza wciąż przejrzysta. Niech twe serce nie zna złego, niech nie straci piękna swego, niechaj klątwa cię nie sięgnie, szczęście niech ci los przysięgnie. Od dziś będziesz już bezpieczna, ta ochrona będzie wieczna, od złych czarów, klątw, uroku, od wszelkiego złego mroku.
          Gdy fenghuang kończyła recytować słowa błogosławieństwa, jej aura rozświetliła się delikatnym blaskiem ognia i prawie natychmiast przeszła na dziewczynę, delikatnie otaczając ją swoim płomiennym odcieniem. Przez kilka sekund rezonowała wokół ziemianki, skrząc się ognistymi kolorami, a następnie przygasła sprawiając wrażenie wnikania w ciało Shairisse.
          Leiftan w tym czasie, z pozostałej czerwonej nitki zrobił dwie większe pętle, a następnie z szafki wziął pozostawioną przez Ewelein igłę i delikatnie nakłuł poduszeczki palców wskazujących Shai, a potem również swoich.
          - Damo Huang Hua, proszę stań po lewej stronie Shairisse i weź ją za rękę w taki sposób, aby na wewnętrznej stronie twojej dłoni zostawiła ślad swojej krwi - poprosił łagodnym głosem. - A ty Valkyonie stań obok mnie i daj mi swoją dłoń - dodał, wyciągając prawą rękę w stronę szefa straży. - Muszę teraz stworzyć połączenia ancoris. Poczujecie pod koniec delikatne, ale niebolesne ukłucie w klatce piersiowej, które świadczyć będzie, że zakotwiczenie się powiodło.
          Kiedy wojownik podał mu rękę, a Huang Hua ujęła dłoń ziemianki, lorialet zamknął oczy i wypowiedział krótkie zdanie: "Tornar-se uma âncora para a alma escolhida*". Gdy wyrecytował zaklęcie Valkyon i fenghuang w jednym momencie syknęli, odczuwając zapewne owo ukłucie. Oboje od razu uspokajali, że nic im nie jest i stwierdzili, że rzeczywiście nie było to bolesne, tylko trochę zaskakujące.
          Widząc ich reakcję, życzliwie się uśmiechnął i poinformował, że ancoris powstały i są prawidłowe. Następnie poprosił, aby usiedli po obu stronach łóżka, zamknęli oczy i skupili swoje myśli całkowicie na Shairisse. On w międzyczasie, tworząc znak nieskończoności z utworzonych przez siebie nitkowych pętelek, połączył dłonie swoje i ziemianki w taki sposób, aby jego krew połączyła się z jej krwią.
          - Moją krew i twoją krew połączyć teraz muszę, abym bez problemu odnalazł twoją duszę - wyszeptał pod nosem zaklęcie, które miało połączyć go z Shairisse i ułatwić poszukiwanie jej ducha. Żeby okazać szacunek dla powstałej więzi i umocnić jej siłę, kolejno ucałował nakłute palce, wnętrza dłoni i wnętrza nadgarstków dziewczyny. Następnie wysunął dłonie z pętelek i bardziej owinął nitki wokół jej nadgarstków. Później łagodnie ułożył jej ręce wzdłuż ciała i obszedł dookoła łóżko, stając na koniec w jej nogach. Przez chwilę przyglądał się ukochanej i analizował tempo jej oddechu, aby do niego dostosować swój oddech. Kiedy złapał z nią wspólny rytm, przymknął powieki, aby odgrodzić się od rozpraszających bodźców. Powoli wyciszał myśli, koncentrując się nad związaniem swojej energii z energią Huang Hua i Valkyona. Nie było mu to konieczne do rytuału, ale przecież musiał zachować ostrożność i stworzyć przed nimi pozory korzystania z ich energii, aby ukryć prawdziwą naturę swojej mocy. Po kilku oddechach zaczął niezbyt głośno, ale stanowczo i pewnie mówić zaklęcie:
          "Oto przed wami dzisiaj staję ja; Wzywam wszystkie duchy dnia;
           Niech udzielą mi dziś mocy; Również wszelkie duchy nocy;
           Potrzebuję dzisiaj wsparcia; Do wymiarów wrót otwarcia;
           Woli swojej nie dam zmorzyć; Bo chcę jeden świat utworzyć;
           W nim odnaleźć kogoś pragnę; Po to więc zasady nagnę;
           Po to oddam część swej duszy; Niechaj mury wszelkie skruszy;
           Niech zagubioną znaleźć zdołam; Niech mi odpowie, gdy zawołam;
           By ją wyrwać z koszmaru cienia; I wydobyć z zagubienia"
          Mniej więcej w połowie zaklęcia poczuł, jak jakaś nieznana moc, niczym trąba powietrzna, zasysa jego wewnętrzną energię. Mimowolnie coraz mocniej zaciskał powieki i usilnie starał się skoncentrować nad wypowiadanymi słowami. Instynkt podpowiadał mu, że powinien poddać się tej mocy, która teraz sprawiała, że czuł się jak na karuzeli. Każdą komórką swojego ciała coraz silniej odczuwał, jakby coś lub ktoś starał się wyrywać mu jego duszę. O dziwo nie było to bolesne, tylko dawało wrażenie całkowitej utraty kontroli nad ciałem i umysłem. Dla niego wrażenie to było jednak bardzo nieprzyjemne, gdyż nie lubił tracić kontroli nad czymkolwiek, a już na pewno nie nad sobą. W głowie słyszał narastający dźwięk, którego nie potrafił nazwać, ani z niczym porównać, a który stawał się coraz bardziej natarczywy. Gdy wydawało mu się, że jest u kresu swojej wytrzymałości, resztką sił wypowiedział ostatnią frazę zaklęcia, używając języka praprzodków:
          >> It tulin, it tarnin, at este Leiftan << **
          W tym momencie coś, co zabrzmiało jak uderzenie w gong, spowodowało, że przenikliwy dźwięk w jego głowie ustał, a on poczuł, jakby jakaś potężna siła wyrwała go z rzeczywistości i cisnęła nim gdzieś w przestrzeń.
          Dłuższą chwilę trwało, zanim ponownie odzyskał kontrolę nad swoim umysłem i mógł zebrać myśli w całość. Pospiesznie otworzył oczy i rozejrzał się dookoła siebie. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie dostrzega żadnego kształtu ani żadnego światła, tylko otacza go mrok tak ciemny i nieprzenikniony, iż można by go kroić nożem. Powoli też uświadamiał sobie, że nie docierają do niego żadne odgłosy ani żadne zapachy. Wokół niego panowała po prostu niczym niezmącona ciemność i grobowa cisza. Czując narastający niepokój, wyciągnął ręce, aby sprawdzić, czy cokolwiek namacalnego znajduje się w jego pobliżu, ale niestety niczego nie zdołał zlokalizować.
          - Na Wyrocznie, co jest grane? - pomyślał zaskoczony, gdy unosząc ręce, natrafił na pustą przestrzeń w miejscu, w którym był przekonany natrafić na swoją twarz. - Co się dzieje ze mną? Gdzie ja trafiłem? Czyżby coś poszło nie tak? Jak mam tu znaleźć Shairisse? - zaczął zastanawiać się chaotycznie, czując, że powoli ogarnia go strach. Wzmogło się też to dziwne nieprzyjemne uczucie, które od dzisiejszej porannej wizyty w Kryształowej Sali prawie go nie opuszczało. Z całej siły starał się poukładać swoje rozbiegane, chaotyczne emocje, aby nie dać się opanować panice i móc jasno pomyśleć.
          Nagle stało się coś, czego Leiftan się absolutnie nie spodziewał i czego w życiu nie doświadczył. Dotarły do niego słowa, które były jak obce myśli, ale w jego umyśle. Słowa, które nie były dźwiękiem, ale miały brzmienie, jakby je ktoś wypowiedział. Najbardziej zaskakujące było jednak to, że słowa te brzmiały w sposób dziwnie znajomy i kojący.
          - Uspokój się i oczyść umysł. Skoncentruj się na odczuciach, a nie na zmysłach. W wymiarze pozazmysłowym nie staraj się patrzeć oczami, tylko patrz sercem. Nie staraj się niczego dotknąć czy usłyszeć, tylko staraj się to czuć.
          Eteryczna melodyjność i niespotykana wręcz subtelność, z jaką trafiały do jego umysłu te bezdźwięczne słowa, sprawiły, że prawie natychmiast poczuł błogość i wszechogarniający go spokój.
          - Kim jesteś? - zapytał, odkrywając przy tym, że wypowiadane przez niego słowa są bardziej jego myślami, niż dźwiękiem wydobywającym się z ust. - Gdzie ja jestem i czemu tu jest tak ciemno?
          - Spokojnie mój drogi, wszystko po kolei - łagodnym tonem odezwała się rozmówczyni. - Miejsce, w którym się znajdujesz to vestibulum, chociaż wy zapewne nazywalibyście to przedsionkiem. Ja nazywam się Sehanine i w ogólnym skrócie mówiąc, jestem główną strażniczką wymiarów. Ta ciemność, którą rzekomo postrzegasz, jest twoim wytworem i zniknie, gdy przestaniesz się za nią chować.
          Kiedy usłyszał imię strażniczki, zdał sobie sprawę, że już kiedyś je słyszał. Nie było to jednak nic związanego z tym rytuałem, ale raczej z wierzeniami praprzodków.
          - Moim wytworem? Przestanę się za nią chować? - dopytywał zdziwiony. - Nie rozumiem, co chcesz przez to powiedzieć.
          - Jesteś w miejscu, które rządzi się swoimi prawami i są to prawa odmienne od tych, które znasz z twojego świata - odpowiedziała spokojnie Sehanine. - Jeśli starasz się coś zataić w tym miejscu, wtedy miejsce to również ukrywa coś przed tobą. Do tego świata należy przybywać całkowicie szczerym i otwartym.
          - Ale ja niczego nie ukrywam - zapewnił odruchowo. - Jestem Leiftan i ...
          - Wiem kim jesteś Leiftanie - przerwała mu delikatnie rozbawionym tonem strażniczka - i wiem, po co tu przybyłeś.
          - Wiesz, kim jestem? - zapytał zdziwiony z nadzieją, że nie ma ona na myśli jego prawdziwej tożsamości.
          - Tak, wiem o tobie wszystko - odparła mu całkiem spokojnie - nawet to, co tak usilnie starasz się ukryć przed wszystkimi. Nie oceniam tego, kim jesteś ani tego, że tak bardzo pragniesz to zataić. Nie do końca jednak pojmuję motywy twojego postępowania i intencje, z jakimi tu przybyłeś. Z tego też powodu się pojawiłam. Twoje przybycie tutaj budzi bowiem pewne obawy.
          Nagle przypomniał sobie, skąd kojarzy imię strażniczki. W wierzeniach jego praprzodków Sehanine Moonbow była uważana za boginię transcendencji, mistycyzmu, nocnego nieba i snów. Wielu uważało, że ma również wpływ na przebieg podróży, a nawet w jakiś sposób jest związana ze śmiercią. Zrozumiał od razu, że przed nią musi być całkowicie szczery, gdyż istota ta nie znosiła kłamstwa.
          - Wybacz pani, ale ukrywanie mojej tożsamości przed innymi spowodowane jest uprzedzeniami do przedstawicieli mojej rasy - wyjaśnił pospiesznie.
          - Już ci mówiłam, ja tego nie oceniam - powiedziała strażniczka. - Jednak intencje, z jakimi tu przybyłeś, są dla mnie niejasne.
          - Przybyłem tutaj, aby ratować ukochaną - zaczął tłumaczyć i starał się przy tym być jak najbardziej szczerym. - Pewien osobnik przeprowadził na niej nieudany rytuał związania dusz. Znając moje uczucia do tej dziewczyny, był przekonany, że dzięki temu będzie mógł wpływać na moje decyzje, a przy okazji myślał też, że zapewni sobie nietykalność. Okazało się jednak, że źle odczytał rytuał i nie udało mu się osiągnąć zamierzonego celu. Jednak jego działania spowodowały, że dusza dziewczyny została wyrwana z ciała i podejrzewam, że zagubiła się w tym świecie. Przybyłem tutaj, aby ją odnaleźć i pomóc jej wrócić do naszego świata.
          Gdy Leiftan opowiadał strażniczce, dlaczego zdecydował się przybyć do jej wymiaru, ciemność, która go otaczała, zaczęła ustępować. Powoli ukazywał mu się dość długi, średnio szeroki korytarz, w którym nie było okien, za to po obu jego stronach było mnóstwo pozamykanych drzwi. Wszystkie wyglądały jednakowo, jakby je ktoś wykonał według konkretnego szablonu, z litego drewna mahoniowego, bez jakichkolwiek udziwnień i zdobień, z metalową klamką w kolorze złota. Jedynym źródłem przytłumionego światła były niewielkie kinkiety, wykonane z żółtych kryształów, osadzonych w złotych, ozdobnych obręczach. Kamienne ściany w kolorze przybrudzonej cegły przechodziły łagodnym łukiem w sufit, tworząc niezbyt wysokie sklepienie w tym samym kolorze. Nad drewnianą, mocno polakierowaną podłogą, przez całą długość korytarza wiły się kłęby dymu, które przypominały opary porannej mgły nad mokradłami, a wysokością sięgały klamek u drzwi.
          Lorialet dopiero po chwili zauważył rozproszoną, bladobłękitną energię, która pojawiła się mniej więcej w połowie długości korytarza. Energia ta skumulowała się i teraz kształtem łudząco przypominała postać kobiety w długiej, zwiewnej sukni. Zaciekawiony przyglądał się świetlistej postaci, gdy nagle uświadomił sobie, że tylko jedna jego myśl wystarczyła, aby poruszył się w jej stronę. Zatrzymał się w pewnej odległości od niej z obawy, że zbyt bliskie podejście, może zostać uznane przez strażniczkę za zbytnią nachalność lub przejaw braku kultury z jego strony.
          - Czy zdajesz sobie sprawę Leiftanie, kim jest ta dziewczyna, po którą tutaj przybyłeś? - zapytała strażniczka, a ton jej wypowiedzi był niezwykle poważny.
          - Jest drobną ziemianką, która zawładnęła moim sercem - odpowiedział po chwili namysłu szczerze i zgodnie z tym, co odczuwał. - Dziewczyną, która stała się całym moim światem. Tracę oddech na samą tylko myśl, że mógłbym jej już nie zobaczyć. Dla niej... chyba byłbym w stanie się zmienić... i zmienić całe swoje życie...
          Ostatnie zdanie wypowiedział z lekką zadumą, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że właśnie taka jest prawda. I tak też rzeczywiście było. Dopiero tutaj, w innym wymiarze zdał sobie tak naprawdę sprawę z siły swoich uczuć względem Shairisse. Przez całe swoje życie nie spotkał nikogo na swojej drodze, dla kogo chciałby, chociaż pomyśleć o zmianie swojego życia, czy też choć przez chwilę naraziłby się na zdemaskowanie. A dla NIEJ? Dla niej nie tylko o tym pomyślał, ale również zaryzykował ujawnienie swojej tajemnicy, a nawet naraził swoje życie.
          - Teraz już rozumiem - odparła z dobrodusznym uśmiechem strażniczka. - W takim razie pozwolę ci spotkać się z twoją ukochaną, a później odeślę was do waszego świata. Chodź ze mną, zaprowadzę cię do twojego anioła.
          Leiftan słysząc te słowa, uśmiechnął się, delikatnie zawstydzony. Czyżby nawet Sehanine odkryła, że Shai jest dla niego jak anioł? Nieznacznie unosząc się nad podłogą, powoli ruszył w jej stronę. Gdy zbliżył się do świetlistej postaci strażniczki na odległość kilkunastu centymetrów, zauważył, że jest to smukła kobieta o nieskazitelnych kształtach. Stwarzała wrażenie bardzo młodej i niewinnej dziewczyny o niezwykle delikatnych rysach twarzy. Długie, lekko falujące, jasne włosy łagodnymi kaskadami spływały wzdłuż jej pleców, sięgając aż do połowy pośladków. Ubrana była w długą, zwiewną suknię, której materiał do złudzenia przypominał błękit letniego nieba, na którym ktoś wysypał miliony diamentów. Całą jej postać otaczała świetlista, roziskrzona aura, przypominająca gwiezdny pył.
          Strażniczka w milczeniu zaczęła lewitować w stronę drzwi na końcu korytarza. Zatrzymała się przed nimi i odwróciła w stronę lorialeta. Przyglądała mu się przez chwilę z anielskim uśmiechem na twarzy.
          - Jesteś gotowy na spotkanie? - zapytała niezwykle łagodnym głosem, łapiąc za klamkę.
          - Tak - odparł i wziął głęboki oddech. - Mam tylko jedną prośbę, pani - dodał po chwili.
          - Jaką mój drogi? - spytała z zaciekawieniem, jednocześnie otwierając drzwi.
          - Czy Shairisse mogłaby przez jakiś czas pozostać nieświadoma tego, kim naprawdę jestem? - zadając to pytanie, zbliżył się niepewnie do otwartych drzwi.
          Jego oczom ukazał się widok, który zapierał dech w piersi. Za drzwiami znajdował się olbrzymi, półokrągły taras, który okalała niezwykła, artystycznie zdobiona balustrada wykonana z białego alabastru. Co jakiś kawałek przerywała ją smukła kolumienka wykonana z tego samego materiału. Na kolumnach osadzony był niezbyt szeroki daszek, wykonany z kolorowego szkła witrażowego, a wszystko scalały złote obręcze. Z daszku zwisały kolorowe kwiatostany wiciokrzewu, wypełniając powietrze przemiłym, świeżym zapachem. Na środku tarasu znajdował się okrągły brodzik z lazurową wodą, otoczony niskim, opalizującym murkiem. Posadzka zrobiona była z białego marmuru, wypolerowanego na wysoki połysk. Na lewo i prawo od drzwi stały dwie ogromne, lazurytowe donice, w których kwitła niezliczona ilość rozmaitych kwiatów. Nad tarasem rozpościerało się bezchmurne nocne niebo, na którym niesamowity spektakl tworzyła zorza polarna. Cały taras skąpany był w blasku księżyca, który idealnie rozświetlał tę romantyczną scenerię.
          - Niestety drogi Leiftanie - odezwała się Sehanine, wyrywając chłopaka z błogiego zachwytu. - W tym wymiarze nie dasz rady ukryć swojej prawdziwej tożsamości przed drugim...
          - Na Wyrocznię... - wyszeptał lorialet, wchodząc w słowo strażniczce. Dosłownie w tym momencie na tarasie pojawiły się dwie skrzydlate postacie. Jedną z nich okazała się Shairisse, na której plecach lśniły dwie pary białych skrzydeł.
          - Ona jest aengelem...? - wymamrotał lorialet, nie dowierzając temu, co właśnie widzi.
          Strażniczka spojrzała na niego z przerażeniem, uświadamiając sobie, że chłopak nie miał pojęcia, kim tak naprawdę jest jego ukochana. Jednocześnie zdała sobie sprawę, że źle zinterpretowała wszystkie wydarzenia, które miały miejsce od momentu pojawienia się tej zagubionej dziewczęcej duszy. Oznaczało to, że jeszcze nie wszystkie nitki przeznaczenia wplotły się w historię tej pary, aby można mówić, że przepowiednia się spełni i dojdzie do zapowiadanego i oczekiwanego cudu. W takim przypadku musiała zrobić jedyną rzecz, jaka przyszła jej do głowy. Musiała odesłać tych dwoje jak najszybciej z powrotem, ale przy tym koniecznie zadbać o wymazanie chłopakowi wszystkich wspomnień z tego miejsca. Nie lubiła tego robić, gdyż proces ten był bardzo bolesny dla osoby, która go przechodziła. Niestety w tym momencie to było jedyne rozwiązanie, które przyszło jej do głowy. Dziewczyna była w korzystniejszej sytuacji, ponieważ jej pobyt w tym świecie, był wynikiem zagubienia, więc po powrocie do swojego świata i tak nie będzie nic pamiętać.
        ***
          Valkyon i Huang Hua siedzieli na łóżku Shairisse z zamkniętymi oczyma i usilnie starali się skupić myśli na dziewczynie, tak jak prosił ich o to Leiftan. Kiedy lorialet zaczął recytować zaklęcie, oboje poczuli, jakby wysysano z nich życie. Fenghuang otworzyła oczy, aby sprawdzić, co dzieje się wokół i upewnić się, że owo uczucie wysysania rzeczywiście dotyczy ich mocy, a nie sił życiowych. Spojrzała na wojownika i zmrużyła oczy, aby przyjrzeć się jego aurze. Odetchnęła z ulgą, widząc, że aura pozostaje nienaruszona, bo to świadczyło, że jego energia życiowa również jest bezpieczna. Obejrzała się w stronę Leiftana, który stał w nogach łóżka Shai. Wyraźnie widać było, że rzucane przez niego zaklęcie w jakiś sposób musi oddziaływać na jego ciało, bo coraz silniej zaciskał powieki i wydawało się, że zaraz upadnie. Ponownie zamknęła oczy i w myślach powtarzała błagalne wołania do Wyroczni i Feniksa o pomoc i opiekę.
          Nagle nastała cisza i dziwne uczucie wysysania ustało. Zdezorientowana dama Huang ponownie otworzyła oczy i w tym samym momencie usłyszała, jak lorialet wypowiada zdanie w jakimś dziwnym języku. Gdy umilkł, do jej uszu dotarł dźwięk głuchego uderzenia o podłogę. Prawie natychmiast spojrzała na Valkyona, który też w tym momencie zaniepokojony spojrzał w jej stronę. Oboje równocześnie odwrócili się w stronę lorialeta, zdając sobie sprawę, że to zapewne on musiał upaść.
          - Na Wyrocznię! - krzyknęła zaniepokojona fenghuang. - Valkyon sprawdź, proszę, czy z Leiftanem wszystko dobrze!
          Szef straży wstał i podszedł do leżącego na podłodze chłopaka, a kobieta pochyliła się nad dziewczyną i delikatnie pogładziła jej twarz dłonią, szepcząc jej imię. Chciała w ten sposób sprawdzić, czy zareaguje ona jakoś na jej dotyk, dając w ten sposób znać, że to już koniec rytuału. Przez chwilę przyglądała się jej twarzy, ale ta nadal nie wykazywała żadnych oznak powrotu świadomości.
          - Chyba wszystko jest dobrze, bo oddycha - stwierdził spokojnie białowłosy.
          - Proszę, podłóż mu to pod głowę - poprosiła fenghuang i podała mu poduszkę, którą wcześniej wzięła z parapetu okna.
          - Może zawołać Ewelein? - zaproponował Valkyon, układając delikatnie głowę nieprzytomnego chłopaka na poduszce. Pobladła twarz blondyna sprawiała wrażenie niezwykle spokojnej.
          - Nie wiem mój drogi - odpowiedziała kobieta. - Leiftan mówił, aby nikogo nie wpuszczać do zakończenia rytuału.
          - Niech więc tak będzie - stwierdził białowłosy i sięgnął niewysoki podnóżek, który stał przy oknie. Następnie wsunął go pod uniesione nogi lorialeta, aby jego stopy znajdowały się trochę wyżej od głowy.
          - Mam nadzieję, że wszystko się szczęśliwie zakończy - powiedział po chwili, siadając na łóżku i wpatrując się w Shairisse.
          Dama Huang spoglądała na niego w zadumie. Widać było, że złotooki wojownik martwi się o dziewczynę bardziej, niż o kogokolwiek innego, a jego "aura serca" wyraźnie wskazywała, że darzy ziemiankę uczuciem równie silnym, co Leiftan. Widząc ostatnio reakcję obu panów na siebie nawzajem, zrozumiała, że oni też są świadomi rywalizacji o uczucia Shai. Szczególnie obserwując ich zachowanie dzisiaj, nabrała pewności, że żaden z nich nie chce odpuścić i obawiała się, że w niedługim czasie dojdzie do eskalacji konfliktu między nimi.
          Z zamyślenia wyrwało ją nagłe naprężenie się Shairisse i towarzyszący temu jej bardzo gwałtowny wdech. Oboje z Valkyonem skoczyli na równe nogi, by po chwili pochylić się nad dziewczyną.
          - Shai! Maleńka! - krzyknął głośno wojownik. - Błagam cię, otwórz oczy... Proszę, wracaj do nas... - gorączkowo szeptał, gładząc kciukiem delikatnie jej policzek.
          Dziewczyna oddychała szybko i płytko, a aparatura monitorująca jej stan głośno zaczęła piszczeć. Huang Hua widząc, że białowłosy zajmuje się ziemianką, poszła sprawdzić, czy coś dzieje się z Leiftanem.
          - Ewelein! Chodź tutaj szybko! - zawołała w stronę drzwi, gdy zobaczyła, że lorialet leży wyprężony i napięty niczym struna, a jego twarz wykrzywiona jest w grymasie bólu. - Ewelein!!!
          W tym momencie otworzyły się drzwi i do sali wbiegła elfka. Szybko rozejrzała się po zgromadzonych i podbiegła do piszczącej aparatury. Błyskawicznie zapoznała się z odczytami, a zaraz potem włączyła jakiś przycisk i przesunęła kilka kryształków. Z szafki sięgnęła coś, co wyglądało jak łańcuszek z zielonymi koralikami i położyła go na szyi dziewczyny. Prawie natychmiast jej oddech stał się spokojniejszy, a piszczenie aparatury ustało.
          - Już wszystko dobrze - powiedziała do Valkyona i położyła mu dłoń na ramieniu w uspokajającym geście. - Teraz musi odpoczywać.
          - Wróciła? - zapytał wciąż zaniepokojony.
          - Tak, wróciła - potwierdziła Ewe, uśmiechając się łagodnie.
          - Chwała Wyroczni - odetchnął z ulgą wojownik i pochylił się, aby z czułością ucałować dziewczynę w czoło.
          Elfka w międzyczasie szybkim krokiem podeszła do Leiftana, którego ciało wciąż było naprężone do granic możliwości. Przyjrzała się wnikliwie jego twarzy, a następnie pochyliła, aby sprawdzić bicie serca i oddech. Po chwili położyła jedną dłoń na czole chłopaka, a drugą na jego piersi i zamykając oczy, zaczęła pospiesznie szeptać jakieś staroelfickie frazy. Kiedy skończyła recytować, ciało blondyna opadło na podłogę.
          - Valkyonie, chodź go przytrzymać! - zawołała Huang Hua, gdy po chwili ciało lorialeta zaczęło drgać, jak przy silnym napadzie epilepsji.
          Wojownik szybko i zwinnie doskoczył do głowy leżącego chłopaka i chwycił ją w obie dłonie, aby uniemożliwić jej niekontrolowane ruchy. Ewelein klęczała po jednej stronie, a Huang Hua po drugiej stronie leżącego i przytrzymywały jego ramiona. Drgawki trwały kilka chwil i ustały tak samo niespodziewanie, jak się zaczęły.
          - Trzeba go przenieść na łóżko - oznajmiła Ewelein, spoglądając na Valkyona. - On będzie chyba potrzebował odpoczynku - dodała, podnosząc się z podłogi.
          Kiedy elfka poszła szykować posłanie dla lorialeta, dama Huang podeszła do łóżka dziewczyny i przyglądała się jej z delikatnym uśmiechem na twarzy. W tym czasie szef straży Obsydianu poniósł nieprzytomnego Leiftana i stanął obok łóżka, które Ewelein kończyła przygotowywać.
          - Ewe, chyba coś jest nie tak - stwierdził nagle z niepokojem. - Spójrz na jego twarz.
          Pielęgniarka odwróciła się i przeklęła pod nosem. Twarz lorialeta była blada jak nigdy przedtem. Czoło lśniło od potu, a z ust i nosa chłopaka wypływały dwie cienkie strużki krwi.
          - Połóż go szybko i zawołaj Narendę i Velandela... Ezarel też niech przyjdzie - poprosiła, sięgając do szafki po jakąś fiolkę i strzykawkę. - To będzie ciężki dyżur...
----------------------------------------------------------------------------------------------
* stań się kotwicą dla wybranej duszy
** Tu przychodzę, tu pukam, ja jestem Leiftan.

Offline

Strony : 1