Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 5 ... 59

#51 12-08-2017 o 17h01

Straż Obsydianu
cay
Rekrut
cay
...
Wiadomości: 66

https://68.media.tumblr.com/af09768034396009a8c6f5fc7496b0a0/tumblr_nmgj6pajci1uroi34o1_500.jpg


DANE OSOBOWE


Imię i nazwisko : Clement Valter Yves
Wiek : 17 lat
Orientacja : biromantyczny, aseksualny
Data urodzenia : 15 lutego (wodnik)
Status krwi : czysta

Różdżka : 10 cali, heban, pióro z ogona gromoptaka, giętka

Dom : w Ilvermorny Wampus
      w Hogwarcie Ravenclaw


Wzrost : 181 cm
krótkie, ciemnorude włosy; bursztynowe oczy; cera piegowata; jasna karnacja; ciało chude i kościste, acz całkiem smukłe; postawa wyprostowana; drobna twarz;
***


O POSTACI


Clement to właściwie chodząca zagadka - jaki jest, o czym myśli, dlaczego zaprzyjaźnił się z tym denerwującym Jasonem? Wielu z jego otoczenia zadawało sobie to pytanie, ale odpowiedzi na nie ku ich niezadowoleniu - nie doczekali się. Kto wie, może tylko Jason zna jego prawdziwe 'ja'?  Uczniowie Ilvermorny pamiętali go jako cichego, nieco skrytego chłopca o rozmarzonym spojrzeniu - choć zważywszy na to, że nie przykładał większej wagi do utrzymywania głębszych relacji z dużą ilością osób... mogą nie pamiętać go wcale. Jak poprzednio był wcieleniem wręcz olimpijskiego spokoju, tak teraz może być nieco bardziej roztrzęsiony i nerwowy - masakra rodu Yves nadal staje mu przed oczami i nawiedza go w snach; nie stracił jednak swojego typowego uporu i stanowczości.

status obecny : zbieg z Anglii; po ukończeniu Hogwartu, głośnej sprawie zamordowania całej rodziny Yvesów przez Voldemorta i propozycji dołączenia do Śmierciożerców zdecydował się chronić swoje życie i wrócić do Stanów Zjednoczonych; obecnie ukrywa się w niemagicznej wiosce New Ashford niedaleko szkoły


informacje



relacje

Ostatnio zmieniony przez cay (13-08-2017 o 12h10)


zwei din­ge sind unen­dlich, das uni­ver­sum und die men­schliche dum­mheit, aber beim uni­ver­sum bin ich mir nicht ganz sicher

Offline

#52 12-08-2017 o 20h41

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 657

Etto, jak ktoś ma pomysł na relacje, to zapraszam xP

https://zapodaj.net/images/16931a0ac5011.png



     Wprost uwielbiałam taką pogodę. Liczyłam na nadejście wiosny, a jednak ta jak zwykle pokazała, gdzie mnie ma. Czułam, jak zatoki mi pulsują, jednak nie miałam czasu skierować się do skrzydła, w którym ktoś udzieliłby mi medycznej pomocy. Może potem uda się złapać Peter'a, ale do tego czasu jakoś sobie poradzę. Przynajmniej po tym, jak sromotnie dziś zaspałam, czułam jakąś poprawę w stanie swojego zdrowia. Szkoda tylko, że był to jedyny plus obudzenia się o wiele później, niż by wypadało. Nie mniej jednak jakoś udało mi się przywrócić tempo dnia do odpowiedniego stanu. Puder i makijaż z ledwo żywej uczyniły ze mnie całkiem przyjemną dla oka i tylko stan mojego spojrzenia zdradzał, że coś jest nie tak. Znając jednak uczniów tej szkoły, jak i słysząc czym huczy obecnie, wątpiła aby ktokolwiek skusił się dziś na dogłębnym analizowaniu mojej persony.
     Zawsze znalazł się ktoś, kto we wszystkim znajdzie powód do świętowania. Dziś przyznaję, nie miałam pojęcia kim był ów ktoś, ale o imprezie dowiedziałam się całkiem szybko. Nie jestem fanem takich spotkań, ale to miłe zajęcie przed snem, łatwiej się zmęczyć, by potem spokojniej przespać noc. Poza tym liczyłam na miłe towarzystwo. Może też jakieś ciekawe plotki? Wcale nie tak trudno o nie w tej szkole. Wiedziałam jednak, że szukanie kogoś, kto uda się ze mną na miejsce imprezy zajmie zbyt dużo czasu, a też nie czułam potrzeby, jak niektóre szkolne gwiazdki, na posiadanie wianuszka dookoła siebie. To też sama skierowałam się w miejsce całkiem przez siebie lubiane.
     Dociskając szatę do szyi, niwelując tak wiatr, który chętnie porywał kosmyki moich długich włosów, stawałam krok za krokiem, aż znalazłam się nad imponującym jeziorem. Tafla wody marszczyła się przyjemnie, zdradziecko zapraszając do kąpieli. Było w tym widoku więcej magii, niż na wszystkich zajęciach w których uczestniczyłam razem wziętych. Bezwiednie uczyniłam kolejne kroki, jak pod wpływem uroku, czując, że zaraz skórzany but dopadną pierwsze, niewielkie fale opłukujące łagodne zejście. Dopiero jakiś przejaw obecności nieopodal mnie obudził mnie z transu.
     - Szukasz towarzystwa do pływania? - obróciłam się w jednej chwili, by napotkać na Ryana, oczywiście w otoczeniu dwóch kumpli, których pewność siebie nie dorównywała ich liderowi.
     Uniosłam brwi, przywołałam na twarzy spokój i cmoknęłam wymownie.
     - W tobie i tak go nie znajdę, jezioro jest nieco głębsze niż brodzik intelektualny w którym zwykłeś się taplać - odpowiedziałam grzecznie kwitując to uśmiechem. Ryan należał do mojego domu i jak nietrudno zauważyć, nie zyskał mojej sympatii.
     Minęłam go szybko, nie mając ochoty na rozmowy, ale siłą rzeczy zmierzaliśmy w tym samym kierunku. Na całe szczęście na horyzoncie pokazała się ziemia obiecana.
     - Reed, będziesz moim bohaterem - podeszłam do Theo od razu, pomijając przywitanie, a jedynie szeptem wtajemniczając go w jego rolę. Po chwili puściłam mu jeszcze oko. - Potrzebuję towarzysza, którego widok mnie nie irytuje - dodałam po chwili i widząc, że panowie, którzy zaczepili mnie nad jeziorem nie kręcą się już obok, odetchnęłam z pewną ulgą.
     Ponownie spojrzeniem powróciłam na przyjaciela. Może teraz wypadało naprawić swój błąd? Z drugiej strony powitanie po rozpoczęciu rozmowy nie jest zbyt normalną koleją rzeczy. Sądzę też, że mi to wybaczy, a może nawet nie zwróci na to uwagi.
     - To jak? Stęskniłeś się za mną? - zapytałam po chwili. - Pewnie byłeś samotny przez cały dzień - zażartowałam zaraz, starając się naprawić swoją fryzurę, po tym, co wyczyniał z nią wiatr.




* ostrzeżenie - moje pierwsze posty to zawsze dno den ;.;


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#53 12-08-2017 o 23h45

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 704


witam was w opowiadaniu \ *^* / oficjalnie~

https://zapodaj.net/images/41ad5b6a03d4a.png

        Leo się wcześniej nie pomylił. Wnętrze chatki było zmienione niemal nie do poznania – gdyby nie fakt, że wewnątrz nadal była przestrzeń wypełniona wodą przeznaczona do przechowywania jachtów i łodzi należących do mienia szkolnego, ciężko było by poznać starą przystań. Poustawiano krzesła, kanapy i fotele, które znalazły się tutaj zaiste za sprawą magii. Ktoś zajął się oświetleniem i zrobił to iście mistrzowsko, bo przyciemnione pomarańczowe latarnie biły magicznym światłem. Tylko wprawne oko kogoś wychowanego na niemaga mogło zauważyć, że jest to najprostsza żarówka ze szkłem przetopionym na nieco ciemniejszy kolor. Dla czarodziejów czystej krwi z pewnością mogło to być magiczne.
        Ludzie nieśmiało rozmawiali, popijając coś ze swoich szklanek. Wnętrze zostało uprzątnięte. Zniknęły pajęczyny, zamiast nich pojawiły się drobne ozdoby. Na stołach stały najprawdziwsze, miedziane kociołki, które ktoś podwędził z Sali z eliksirami. Rozejrzałem się za kimś znajomym, ale nie było tu nikogo, do kogo miałbym ochotę podejść po dość ciężkim dniu. Przez chwilę nawet zastanawiałem się strategicznie, co ja tutaj robię. Ale to tylko przez chwilę, bo zaraz wyczułem czyjąś bardzo dobrze znaną obecność.
        Jedna z nielicznych osób, które dzisiaj mogły poprawić mi humor niezasłużonego szlabanu i którą faktycznie mogłem mieć ochotę spotkać. W dodatku taka, która zniesie mój humor. Można prosić o więcej?
        Zadarłem spojrzenie i skierowałem je w miejsce, gdzie patrzyła Anne. Dopiero po dłuższej chwili udało mi się zrozumieć, dlaczego pojawiła się tak nagle znikąd z rozczochranymi włosami, przylepiając się do mnie niczym łechtający ego rzep. Miły rzep, trzeba przyznać. Uśmiechnąłem się lekko, poprawiając mankiety swojej koszuli.
        – A mi się wydaje, że potrzebujesz wymówki, żeby nie rozmawiać z tymi, którzy najwyraźniej na taką konwersację wyrażają zbyt nachalną chęć – powiedziałem w końcu, jednocześnie zgadzając się na pełnienie roli bohatera. Może mi nie pasowała, ale bardzo przyjemnie się w niej czułem. Skierowałem nas w stronę stołu, na którym stały szklanki, jakieś drobne przekąski no i oczywiście; alkohol. – Właściwie to całkiem przeciwnie. Świetnie się bawiłem w swoim towarzystwie. To było właśnie to, czego mi było trzeba. Szkoda tylko – dodałem, uśmiechając się kwaśno i wyciągając różdżkę z kieszeni – że chwilę cię nie ma, a ja już dostaję szlaban. Niesłuszny, w dodatku.
        Szepnąłem ciche Accio i stojąca po drugiej stronie przystani butelka wzbiła się w powietrze. Powoli podpłynęła do nas w niewidzialnej chmurze zaklęcia, które ją unosiło. Wewnątrz pachniało drewnem. Cała chatka była drewniana, raczej mało kto z niej naprawdę korzystał.
        – Właściwie to gdzie byłaś cały dzień?
        Na język pchało mi się zgoła inne pytanie. Na przykład, o nowych gości w szkole – ciężko nazwać ich uczniami – albo o to, co robiła wczoraj wieczorem. Oba jednak nie wchodziły w rachubę. O pierwszym rozmawiało już wystarczająco dużo ludzi wokół nas. Drugie zaś… Poczeka na nieco później. Nawet ja czasami mam granice swojej protekcjonalności nad Lilianne.

Offline

#54 13-08-2017 o 01h16

Straż Cienia
Einsamkeit
Pokonała kurę
Einsamkeit
...
Wiadomości: 703



Po dłuższej chwili prób uspokajania przez nauczycielkę uznał, że dłuższe tkwienie w tym piekle nie ma sensu. Tłumacząc się złym samopoczuciem i przykazem skierowania się do skrzydła szpitalnego, poczłapał z zajęć na dół, powoli, jak straceniec, znów pogrążony w ponurych myślach i wspomnieniach.
Jak bardzo chciał wysłać chociaż jeden list!
A może jednak warto spróbować?
Zajrzał do sowiarni; bez większych nadziei zwabił do siebie Paracelsusa. Wydawałoby się, że nawet sowa go w tej chwili rozumie; pieszczotliwie dziabnęła go w ucho, nim nadstawiła się, gotowa dostarczyć list.
Odezwij się do mnie, jeśli tylko możesz. Tylko o tyle proszę... Jason.[/color]
Patrzyła ze zrozumieniem, gdy powiedział jej, by dostarczyła list do Yvesa; raz jeszcze dziabnęła go pieszczotliwie, nim wyfrunęła z zamku w stronę pobliskiej wioski nieopodal gór. Sam chłopak oparł się jeszcze o parapet, ignorując coraz bardziej rozmazujący się w oczach widok.
Był bardzo emocjonalny, nie sposób temu zaprzeczyć; gdyby tłumił to w sobie, to chyba by wybuchł.
Tuż po tym zszedł na dół - cóż, chciał czy nie, i tak natknął się na dwójkę koszmarnych bliźniaków; pogrążony w zamyśleniu minął ich obojętnie, zaraz coś jednak go tknęło, żeby zawrócić.
Chciałeś zapytać o Yvesa, pamiętasz? Co z tego że masz czerwony nos i widać, że przed chwilą beczałeś jak dzieciak...[/color]
Mimowolnie się zaczerwienił; od jakiej strony zapytać? Odwrócił się na pięcie, wracając do nich; gdy dostrzegł lodowate spojrzenia tej dwójki, uśmiechnął się z nieukrywanym zażenowaniem.
- Przepraszam, że przerywam rozmowę, ale myślę, że powinienem przeprosić za moją sowę, Paracelsus jest dość... nieposłuszny - stwierdził, dzielnie znosząc ich wzrok; kurczę, jeszcze trochę i by się zamienił w sopelek lodu wrośnięty w podłogę.
- Ale chciałem jeszcze o coś za-zapytać... - zająknął się trochę. Na miłość boską, Jason! Po chwili odłożył swoją torbę i usiadł obok Dylana, opanowując się nieco bardziej. Było to trudne...
Nigdy nie ukrywał emocji - nawet teraz na twarzy Jasona pojawiło się niezwykłe dla niego strapienie, zmartwienie; chłopak spojrzał na nich z nieukrywaną rezygnacją i zmęczeniem. Wydawało mu się, że oboje nadal patrzą na niego wrogo, myśląc sobie coś w stylu "co za mięczak!".
- Uczyliście się w Hogwarcie jeszcze dwa lata temu, prawda? - stwierdził cicho, powoli, dając sobie czas na namysł. Bardziej obserwował Imogen, niżeli Dylana. Wydawała mu się w pewien sposób przystępniejsza niż lodowy królewicz na worku kartofli, przemieniony w żabę. Przynajmniej była mniej... ropusza, niż jej brat.
Może nawet lubiła żaby, tak jak on?
- Pytam stąd, że miałem tam przyjaciela... Yves uczył się w Wampusie, tak jak ja, ale któregoś dnia zniknął. Wszędzie go szukałem, w całej szkole, pociągu... nic. Początkowo pisał listy, później miałem wrażenie że coś jest nie w porządku, że coś się dzieje niepokojącego, ale nie mogłem tego sprawdzić... nie wiem, co dzieje się w Europie. Jakiś rok temu straciłem z nim całkowicie kontakt. Nie wiem, gdzie jest, nie wiem, gdzie go zacząć szukać, od czego zacząć, a chciałbym go znaleźć, bardzo mi na tym zależy. - pociągnął lekko nosem, starając się nadal opanować. - A może wy coś o nim słyszeliście? - wlepił w nich pełne nadziei spojrzenia, spragniony wieści o przyjacielu. Wydawałoby się, że jego wzrok zbitego spaniela, pełen nadziei, mógłby wypalić dziury w lodowych serduszkach obojga.

Do imprezy nawiążę w następnym poście ^^

Ostatnio zmieniony przez Einsamkeit (13-08-2017 o 01h18)


Appearances rarely show the whole truth.

https://pa1.narvii.com/6735/051ef6a5b464b44eb03ca258ed73e965a3cda022_00.gif

Offline

#55 13-08-2017 o 18h05

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

https://fontmeme.com/permalink/170801/9bdcb38a2dc3a3d505251e9553d03702.png

         Jeśli był ktoś kogo Peter nie darzył sympatią rasowego złotego labradora to był nim właśnie Russ. Peter strzelił oczami ku niebu, gdy tylko usłyszał tekst o pielęgniarce.
-Nie wiem jakie masz fantazje w stosunku do mnie Russ, ale błagam niech pozostaną w twojej głowie. - odparł. -To pytanie jest zbędne. Zawsze wykonuje swoje obowiązki najlepiej jak potrafię. - mruknął wzdychając ciężko. Cóż nawet osoba z anielską cierpliwością może się wkurzyć kiedy przyłapie szkolnego podrywacza całującego się z dziewczyną, która jest twoją młodszą siostrą. Od tego czasu Peter, nie przepadał za chłopakiem. Choć Fel miała sporą liczbę adoratorów i chłopaków zmieniała dość często,to nigdy nie przyłapał jej na publicznym obściskiwaniu się. Uważał, że to całkowita wina tego...gościa. Po cichu liczył, że Dan trochę go utemperuje skoro mają lepsze relacje. Jej tekst go nie zawiódł. Uśmiechnął się słysząc docinki dziewczyny w stronę chłopaka. Jakoś tak zrobiło mu się dużo weselej. Wysłuchał ich wymiany zdań, poleceń pielęgniarki. W końcu musiał iść na zajęcia, które zleciały mu bardzo szybko, dodatkowym plusem była organizacja imprezy.
           Każdy kto spotykał Petera myślał, że całe życie spędza wypełniając księgi medyczne, ucząc się zaklęć które sprawdzą się w roli uzdrowiciela. To nie była prawda, przynajmniej nie całkowicie. Czasem nawet on wyściubiał nos ze szpitala po zajęciach. Nawet częściej niż treningi quidditcha. Peter postanowił więc sam dołączyć do dzikiej imprezy organizowanej przez uczniów. Nawet udało załatwić mu się kilka butelek z ciekawszą zawartością niż piwo kremowe.
           Szedł w stronę chatki w której odbywała się impreza. Zrzucił z siebie szaty szkoły, a zamiast tego przywdział modny mugolski zestaw. Dżinsy, biała koszulka i skórzana kurtka. Na nogach miał zwykłe trampki. W kieszeniach miał kilka butelek, które ukrywał do momentu wejścia do miejsca ich imprezy. Przez chwilę rozglądał się po pomieszczeniu, a kiedy zobaczył kociołki uśmiechnął się radośnie. Powitał jednego ze swoich znajomych, podał mu butelki, a tamten entuzjastycznie wlał ich zawartość do części kociołków. Sam pomieszał kilka z nich i zadowolony wlał sobie trochę ponczu. Stanął gdzieś z boku obserwując salę. Ciekawiło go czy nowi pojawią się na imprezie, w końcu to na ich cześć. Prawda była taka, że uczniowie Il wykorzystają każdą okazję na urządzenie przyjęcia, nawet zmianę nauczyciela traktują jako powód do świętowania. I to najlepiej na dwie imprezy, jedna z okazji pożegnania, druga powitalna. Gdzieś w kącie sali ktoś umieścił gramofon i włączył jakiś żywszy kawałek. Peter zaczął rozglądać się za kimś znajomym, może nawet w tłumie znajdzie Vincenta. Zauważył Theo i uniósł dłoń w geście powitania. Obok niego stała dziewczyna, dopiero po chwili zorientował się iż musi to być Lilianne. Uśmiechnął się i postanowił podejść do znajomych, w końcu co będzie stał jak kołek? Labradory lubią towarzystwo.
-Cześć wam. Jak tam samopoczucie Lili? - zagadnął koleżankę z dzieciństwa.

Ostatnio zmieniony przez Iku (17-08-2017 o 16h45)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#56 13-08-2017 o 19h17

Straż Obsydianu
Ermira
Pokonała kurę
Ermira
...
Wiadomości: 835

i m o g e n    m o e

        Dziewczyna kiwnęła głową ze zrezygnowaniem. Niestety nie miała imprezowego charakteru, a picie zdecydowanie nie było jej mocną stroną, o czym przekonała się na własnej osiemnastce. Słaba głowa w jej przypadku to mało powiedziane. Zmarszczyła brwi, przypominając sobie jak jeden ze znajomych Diane zaczął w nią wciskać coraz to więcej wszelakiego wina, szampana, mówiąc, że po nich zachowuje się zdecydowanie lepiej i łagodniej, a jej wzrok w końcu nie jest tak lodowaty.
        Usiadła zaraz obok Dylana, przymykając oczy. Trzeba przyznać, że kanapa była wygodna. Na tyle, że Imogen z chęcią spędziłaby na niej jak najwięcej czasu, najlepiej również omijając dziwnych uczniów, jak i całą tą imprezę.
   - Pukwudgie, co? Wychodzi na to, że jednak mam dobr... że jednak mam serce i dryg do lecznictwa. - stwierdziła, nieznacznie się krzywiąc. - Thunderbird. To jakoś mi do Ciebie pasuje... ale Pukwudgie... naprawdę? Nie uwierzę, że ten stary pryk nie mieszał w tym palców. - dodała, oczywiście mając na myśli dyrektora Hogwartu.
To w sumie w gruncie rzeczy wydawało się jej naprawdę komiczne. W końcu mogłaby trafić do każdego domu, wpasowałaby się naprawdę wszędzie... Ale akurat w tym widziała się najmniej, ba, uważała, że w ogóle do niego nie pasuje. Westchnęła, w końcu otwierając oczy. Wzdrygnęła się, widząc tego niskiego chłopaka od gargulków. (Einsamkeit) Imogen zmarszczyła brwi. Chłopak miał czerwony nos, lekko spuchnięte oczy. Płakał? - przeszło jej przez myśl. To jednak nie powstrzymało jej od trzymania na nim lodowatego spojrzenia. W końcu nie była typem osoby, który łatwo się rozczula, zwłaszcza przez tak nieistotne detale. Założyła nogę na nogę, przewróciła oczami słysząc przeprosiny. To przecież i tak jej się nie przyda - już lepiej żeby zignorował całą sytuację i po prostu ich unikał. Wszystkim by to przecież wyszło na dobre. Nie spuszczała z niego wzroku, kiedy jednak usiadł zaraz obok, w dodatku chcąc o coś spytać, Imogen zacisnęła mimowolnie ręce w pięści.
   - Odejdź, póki m... - nie dokończyła, wyłapując z jego wypowiedzi znajome nazwisko. Jej spojrzenie z lodowatego zmieniło się na zaciekawione, ale tylko na ułamek sekundy, małą chwilę.
Wstała, stanęła naprzeciwko chłopaka. Pochyliła się nieznacznie, tym samym próbując również zmusić go do uniesienia głowy ku górze, ażeby spojrzał jej w oczy. Nie wyglądał jakby kłamał, nie wyglądał jakby miał jakieś ukryte zamiary. Ale nauczyła się, że nie można wierzyć w każdą ckliwą historię.
   - Clement, tak? Clement Yves, jego masz na myśli? - kiedy chłopak kiwnął niepewnie głową Imogen westchnęła. - Wyspy Brytyjskie zdecydowanie nie są w najlepszej sytuacji. Wszystko z każdym dniem coraz bardziej się pogrąża. Śmierciożercy, morderstwa w biały dzień. - zaczęła, kątem oka zerkając na brata - Rodzina Yves również tego doświadczyła. Nie żyją. - dodała sucho, bez emocji. - Ciała Clementa jednak nie znaleźli. Pewnie się gdzieś skitrał. To inteligentny chłopak. - zakończyła, mając nadzieję, że młody się nie rozpłacze.
Jeszcze ktoś by uznał, że to oni doprowadzili go do takiego stanu, a spokój, którego tak bardzo teraz potrzebowali zniknąłby niczym bańka mydlana wśród stosu kaktusów. Skrzywiła się, miała wrażenie, że jego oczy się zaszkliły. W panice, bardzo niezdarnie przyciągnęła go do siebie, - nie wyobrażajcie sobie za wiele, toż to było przecież z iście egoistycznego powodu! - przytuliła, gładząc go lekko i niepewnie po plecach. Szkoda tylko, że nie wysiliła się na uśmiech, może wtedy ktoś by jej uwierzył, że martwi się o niego, a nie wyłącznie o siebie i Dylana.
   - Nie próbuj ryczeć, dzieciaku. - powiedziała, odsuwając się. - Przecież to nie przystoi - zwłaszcza na korytarzu szkolnym, w dodatku przy nas, to już dopowiedziała jedynie w myśli, na szczęście.
        Przez następne kilka godzin chodzili bez większego celu po korytarzach, wymieniając się wszelakimi uwagami na temat nowej szkoły. Ani myśleli o tym, żeby chociażby zajrzeć na ich 'imprezę powitalną'. Z małą pomocą Jasona - bowiem ten za udzielone informacje, taką wersję wydarzeń przynajmniej przyjęła Imogen, postanowił ich oprowadzić (na co przystał dyrektor) i pokazać najważniejsze miejsca, sale lekcyjne, łazienki - już mogli przemieszczać się nieco pewniej po budynku Ilvermorny. Imogen uśmiechnęła się do brata, szybko jednak kilku starszym uczniakom ten wyraz twarzy udało się zmyć. 'Komitet powitalny', który zupełnie nie zwracał uwagi jakie jest ich zdanie na temat siłowego zaciągnięcia ich na tą popijawę, postanowił ich ze sobą zabrać. Cóż, gdyby Imogen nie miała wystarczającej siły woli, prawdopodobnie choć jeden z nich dostałby zaklęciem niewybaczalnym... albo chociaż drętwotą. Nie znaczyło to jednak, że nie zamierzała się stawiać.

Ostatnio zmieniony przez Ermira (14-08-2017 o 00h00)


L     O     S     T                      I     N                      M     Y                      B     O     O     T     S     ,                      S     A     F     E                      I     N                      M     Y                      R     O     O     M

https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616562734716289024/1.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616563237734973471/2.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616563253858009099/3.gif  https://s3.gifyu.com/images/411d65a387673f8a8.gif  https://s3.gifyu.com/images/5a6701b8bd09977e0.gif

U     N     D     E     R                    T     H     E                    C     O     V     E     R     S     ,                    T     H     E     Y                    S     M     E     L     L                    L     I     K     E                    Y     O     U

Offline

#57 13-08-2017 o 19h23

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 657

https://zapodaj.net/images/16931a0ac5011.png


     Zwilżyłam delikatnie wargi, patrząc wymownie na chłopaka. Oczywiście, że miał rację i nie musiałam... ba, nie zamierzałam mu jej potwierdzać. Tak, czy inaczej nie zawiódł mnie i podjął się roli, jaką dla niego wybrałam. Co ważniejsze, jego towarzystwo nigdy mi nie przeszkadzało. Wiedziałam, że działa to w dwie strony i często ten fakt, tak jak teraz wykorzystywałam.
     Uniosłam brwi, kiedy w jednym zdaniu streścił mi, co mu się przytrafiło. W pierwszej chwili musiałam zwalczyć u siebie chęć złośliwego uśmieszku. Jeszcze byłby gotowy mnie za to ukarać i olać na resztę wieczoru, a to dalece mijało się z tym, czego potrzebowałam. Dlatego też stanęło na współczuciu, oczywiście w moim wydaniu, niezbyt ckliwym, ale za to prawie szczerym.
     - Theo i niesłuszny szlaban? Jak to możliwe? Powiedz, kto cię wrobił, a zaraz wetknę mu różdżkę tam, gdzie trzeba - wyszczerzyłam się radośnie, ciekawa całej historii, jaką niebawem, jak sądzę sprzeda mi przyjaciel. Kątem oka zauważyłam lecącą w naszym kierunku butelkę, ale nic nie powiedziałam na ten temat. W zasadzie nim odpowiedział na moje pytanie, zdążył już zadać własne. Nie ukrywam, lubiłam, jak się mną interesował. Łechtało to moje ego, a to chyba każdemu się podoba.
     - Czyli jednak tęskniłeś - nie mogłam się powstrzymać, aby zapanować nad uśmiechem, który miał go nieco zdemaskować. Po chwili jednak dotarł do mnie, że nie wiem, jak mam mu na to odpowiedzieć. Lubiłam pokazywać się jako ta silna, z domu Wampus, bez strachu, bez słabości... fajnie to brzmiało, a od prawdy leżało tak daleko, jak stąd do Wielkiej Brytanii. Odpowiedź, że smarkałam w chusteczki na pewno chluby by mi nie przyniosła. Kłamstwo jednak nie przejdzie, znając go to zauważy je od razu i uzna, że coś ukrywam, może nawet go tym zdenerwuję. Zatem bardziej chwalebna prawda, to jedyne co mi pozostało.
     - Nie najlepiej się wczoraj czułam, więc nie chciałam zawracać ci głowy, ale z kolei przez to nie mogłam dość długo zasnąć i rano nieco zaspałam - wzruszyłam ramionami, mówiąc to jak gdyby nigdy nic. Właśnie wtedy, niczym karetka pogotowia, zawsze na czas i w odpowiednim miejscu pojawił się Peter. Miałam wrażenie, że chłopak ma po prostu nosa do ludzi z zatkanym nosem. Cóż, poetycko i dosadnie, ale prawdziwie.
     - A samopoczucie Theo ciebie już nie interesuje? - przywitałam się grzecznie, zwinnie unikając odpowiedzi. Nie jestem fanem niedobrych i tajemniczych specyfików, które w zanadrzu kryje ten chłopak. Mam wrażenie, że kiedyś wyrośnie na medyka, który nie będzie się cackał. - Jest super, jak zawsze - odpowiedziałam pospiesznie, unikając kontaktu wzrokowego, maskując to wesołym uśmieszkiem. Szybko należało zmienić też temat, na bezpieczniejszy i może bardziej odpowiedni, jeśli spojrzeć na aktualne okoliczności.
     - Napijmy się! - zaproponowałam wesoło. Nie byłam fanką alkoholu, ale po procentach prawda stara jak świat, łatwiej zasnąć. Tego było mi naprawdę trzeba. - Damie nie wypada samej sobie polewać - dodałam po chwili zerkając to na jednego, to na drugiego.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#58 13-08-2017 o 22h28

Straż Obsydianu
cay
Rekrut
cay
...
Wiadomości: 66

https://fontmeme.com/permalink/170813/5db48c31eda28284b993fb449b43888d.png


Wioska popołudniową porą mieniła się cudownie delikatnym, pomarańczowym światłem. Gdyby tylko nie raziło go w oczy... Odruchowo zmrużył ślepia, kiedy wyszedł zza bezpiecznego schronu przed zachodzącym słońcem w postaci drzew i skierował się ku głównej ulicy. O tej porze było tu najspokojniej, większość ludzi odpoczywała w zaciszu własnego domu; gdzieniegdzie tylko migała mu przed oczami jasna bądź ciemna czupryna bawiących się na podwórzu dzieci. Nie mógł powstrzymać się nieco smutnego uśmiechu, od którego rozbolały go policzki.
Bawcie się, do utraty tchu, póki jeszcze wam to dane...
Ciszy we wiosce oczekiwał z niecierpliwością każdego dnia, miał wtedy wolną rękę na wykonywanie swoich spraw; wolał pozostawać niezauważonym mimo tego, że nie wyróżniał się specjalnie - ot, zwyczajny jegomość w nieco wyświechtanym płaszczu; brał jednak pod uwagę, że z natury dość ciekawscy Amerykanie wypatrują ewentualnych nowych przez okna, toteż wybierał sobie coraz to nowsze i ciekawsze ścieżki, byle nie musieć przechodzić pod budynkami. Dzisiaj jednak nie miał wyboru... poczta sama się nie odbierze, a skrzynka ku jego rozczarowaniu wcale nie stała ukryta w lesie, tak jak by sobie tego życzył. Przemknął szybkim krokiem między domami (świetnie, Clement, to na pewno nie wygląda podejrzanie) i po paru minutach znalazł się przy - o zgrozo - jedynej skrzynce pocztowej na całą wioskę...
- Alohomora - wymruczał prawie szeptem, dotykając wyszarpniętą z rękawa różdżką klapy skrzynki... jak się spodziewał, prosto w jego trzęsące się w panice ręce wpadł stosik listów. Umknął w podskokach pod jakiś krzaczek, który zakrył go w całości (wyglądam już jak pedofil?) i począł przeglądać korespondencję. Kiedy dotarł już do upragnionego widoku swojego nazwiska, wcisnął list za pazuchę i kulturalnie wsunął resztę listów do skrzynki. Rozejrzał się jeszcze konspiracyjnie, czy aby na pewno nikt nie był wtedy w pobliżu... byłaby to straszliwie dziwna sytuacja dla obserwatorów z zewnątrz, prawda? Wycofał się z miejsca zdarzenia, w duchu krzywiąc się na samą wizję kolejnego przemarszu przez środek tego zadupia...
Nie przeszedł nawet metra, kiedy znienacka zaatakowała go sowa.
Osłonił się, odruchowo zakrywając ramionami głowę; niezrażony ptak z werwą starej babci w moherowym bereciku okładał go skrzydłem jak damską torebką... cóż za wstyd. Zdecydowanym ruchem wsadził sobie ptaka pod płaszcz, co nie było jednym z jego najlepszych pomysłów - miotający się pod materiałem ptak zaczął skrzeczeć. Pokonany Clement w ostatnim odruchu zdrowego rozsądku zrobił w tył zwrot, i widząc kątem oka jak otwierają się niektóre okna, postanowił następująco :
DZIDA! CHODU! RUN FOREST, RUN!
Rzucił się w pobliską wąską uliczkę między budynkami, jak najszybciej próbując dostać się do wylotu ścieżki..
Clemencie Yves, ty stary wariacie - jesteś stanowczo zbyt nobliwy na takie akcje. Nie służą twojemu zdrowiu... i nawet nie próbuj się usprawiedliwiać, że masz dopiero 17 lat!
Dochodząc do lasu puścił się pędem przed siebie, by dobiec do swojej aktualnej kryjówki i zatrzasnąć drzwi. Miał nadzieję, że drzewa i panująca wszem i wobec pusta i głębia zagłuszyły nieco hałas... Padł na wolne krzesło, uwalniając ptaka i podziwiając stan swojej podartej w kilku miejscach koszuli. Sowa huknęła gniewnie, przysiadając na prymitywnym, drewnianym parapecie. Dopiero teraz do niego dotarło, dlaczego ten ptak wydawał mu się tak bardzo znajomy...
- Paracelsus. - wyszeptał. Na moment zrobiło mu się słabo, z trudem wstał... pogładził ptaka palcem po puchatym łebku, zanim odwiązał liścik przyczepiony do nóżki - aż dziw, że podczas tej absurdalnej szamotaniny nie odpadł... Powoli odwinął papier, w kompletnej ciszy przeczytał...
Znalazłem cię!
Szybko napisał na odwrocie swoim charakterystycznym, dość niedbałym stylem kilka słów.
Mamy sobie dużo do opowiedzenia. Szukaj szczęścia między drzewami. Clement.
Miał tendencję do mówienia zagadkami, a jakże; miał nadzieję, że Jason odszyfruje tekst, wbrew pozorom był mądrym chłopcem. Przywiązał list z powrotem do Paracelsusa, mrugając do niego porozumiewawczo. Ptak doskonale wiedział, komu ma to dostarczyć... Obserwował przez chwilę lot zwierzęcia, zadzierając głowę wyżej i wyżej... aż w końcu sowa zniknęła za drzewami i Clement został sam. Zdecydował się wyjąć w końcu kopertę z płaszcza, spragniony nowych informacji. Musiał być przecież na bieżąco z sytuacją w Wielkiej Brytanii (mimo, że poczta mugolska przekazywała korespondencje niekiedy nawet z dwutygodniowym opóźnieniem). Przybliżył się do okna, skąd biło światło i pogrążył się w lekturze.


zwei din­ge sind unen­dlich, das uni­ver­sum und die men­schliche dum­mheit, aber beim uni­ver­sum bin ich mir nicht ganz sicher

Offline

#59 14-08-2017 o 09h19

Straż Absyntu
Dijira
Akolita Jednorożców
Dijira
...
Wiadomości: 292



Rozparty nonszelancko na kanapie Walijczyk mierzył tylko urządzającego scenę, rozpaczającego chłopaka (Eisamkeit) obojętnym, niezainteresowanym spojrzeniem.
Rozumiał, że chłopak przeżywa stratę kogoś obcego – nie rozumiał tylko dlaczego musi pokazywać tą rozpacz przy nich. Ich nauczono, że tak nie wypada – że dobrze wychowany człowiek nie powinien się uzewnętrzniać, czy robić z siebie widowiska przy innych ludziach. Nie powinien pozwalać innym zobaczyć swoich łez, z jednego, praktycznego powodu – każde ukazanie słabości może być łatwo wykorzystane przeciwko tobie, zszargać reputację, na którą rodzina pracowała od pokoleń i pokazać twoim wrogom, że jesteś łatwym celem.
Oduczono ich płakać przy publice już dawno, dawno temu,  a oglądanie scen urządzanych przez kogoś innego nie wydawało mu się ani przyjemnym, ani interesującym zajęciem, a sprawiało nawet, że nieprzyzwyczajony do takich sytuacji, wpadał w takie lekkie, niezręczne skrępowanie.
-Voldi nie lubi, kiedy mu się odmawia –wtrącił Dylan cicho, spokojnie. Pamiętał Yvesa… Minął go może kilka razy na szkolnym korytarzu i do tego ograniczała się ich znajomość, jako że chłopak był młodszy i nie z jego domu, ale tak jak oni teraz, swego czasu wywołał w Hogwarcie dość spore poruszenie swoją zmianą placówki nauczania, więc nawet pamiętał imię i nazwisko rudzielca.-Jego rodzina najpewniej zdecydowała, że nie chce brać udziału w chorej gierce Riddle’a i latać po nocach, mordując ludzi i wykrzykując przy tym nawiedzone hasła… Zazwyczaj paskudne wupadki przytrafiają się ludziom, którzy próbują mu się sprzeciwić –czyż bliźniaki nie były żywym tego dowodem? Co prawda w ich przypadku Tom Riddle (i jeśli spytacie skąd niby Dylan wiedział o nierozgłaszanej powszechnie tożsamości czarodzieja, którego niektórzy zwali Czarnym Panem, a którego to tytułu Moe’mu ciężko było nie wyśmiać za jego autentyczną przesadę… cóż, czarodziejskie drzewa genealogiczne powiedzą ci sporo, jeśli tylko umiesz je czytać) był wyjątkowo pobłażliwy. Zazwyczaj choćby cień odmowy powodował interwencję minionów i dość krwawe zejście „delikwenta” oni tymczasem… odmawiali więcej razy niż potrafił zliczyć. Najwyraźniej staremu szaleńcowi naprawdę na nich zależało.
A końcu to nie było tak, że tylko obcy mu ludzie znikali w podejrzanych okolicznościach, albo kończyli w czarnych workach na ciała, które z pierwszymi promieniami słońca aurorzy wynosili ze zniszczonych domów…
Przypominał sobie przyjaciółkę Diane, niejaką Izabel Bridges, która jako czarownica półkrwi zdecydowała się poślubić Mugola… Albo będące parę lat wyżej rodzeństwo Jeoffrey, dwoje Mugolaków (nie, żeby kiedykolwiek miał z nimi porozmawiać, gdyby nie Diane i niezwykły talen starszego z dwójki do Transfiguracji), czy nawet kilku sklepikarzy, u których Dylan lubił się zaopatrywać w mniej dostępne składniki do eliksirów i książki…
Wielka Brytania bardzo wyraźnie stała na skraju wojny, z każdą sekundą coraz bardziej przechylając się w stronę rozciągającej się przed nią przepaści i  w końcu któryś z incydentów miał przeważyć salę i piekło miało się rozpętać… A Dylan nie był pewien, czy jest zadowolony z faktu, że jest z dala tego wszystkiego, czy może czuje gorzkie zawiedzenie… Bo w końcu chodziło tu o jego dom i przyjaciół ( i Diane, która wciąż zajmowała jakąś osobną, ciężką do zinterpretowania kategorię) i porzucenie ich na pastwę losu, cóż, gdyby w ogóle miał wybór, to z pewnością byłby on ciężki.
- Est quaedam flere voluptas…-mruknął Dylan po łacinie, cytując Horacy’ego (istniała możliwość, że był chodzącą encyklopedią łacińskich sentencji… ale jest ciężko nie wyłapać rzeczy lub dwóch, kiedy spędzasz za dużo czasu nad książkami). „Jest jakaś przyjemność w płaczu…”  –Ale łzy przyjaciela ci nie zwrócą, w istocie jest on więc zupełnie niepotrzebny i mógłbyś go nam łaskawie oszczędzić. I zaufałbym Im, jeśli idzie o takie rzeczy... Skoro mówi, że istnieje szansa, że twój kolega mógł uciec, to najpewniej tak jest –teraz zrozumiałym było dlaczego trzy czwarte populacji Hogwartu brało go za kogoś dość mocno wyzutego z uczuć, ale to niestety na lepsze pocieszenie stać go nie było (nie zamierzał iśc w ślady siostry i, o zgrozo!, dzieciaka przytulać przecież), bo duża doza empatii nie znajdowała się w wachlarzu jego umiejętności społecznych.
Zresztą nawet nie próbował go pocieszać. Nie widział w tym sensu ani potrzeby - chłopak był wystarczająco dorosły by poradzić sobie samodzielnie z własną żałobą.

[…]


Dylan nie był pewien jakim cudem robiąc wszystko, żeby uniknąć udziału w szykowanej „dla nich” imprezie powitalnej, jakimś cudem i tak na niej skończyli…
Westchnął ciężko, tocząc spojrzeniem po rozbawionych nastolatkach dookoła siebie i stwierdzając z niedowierzeniem, ze… To się dzieje naprawdę.
Ledwie dzień po jednej z najbardziej przerażających nocy w jego życiu „balowali” (jeśli w ogóle tak można to określić). Gdzieś tam z głośników leciała jakaś muzyka, tu i ówdzie krążyły szklanki z ponczem i panowała ogólna atmosfera rozluźnienia – uczniowie nawet nie mieli już na sobie mundurków (a Dylan tylko dodał do swojej umieszczonej w mózgu listy, że jak pójdą do wioski, będą musieli skombinować jakieś ubrania, bo choć teraz miał na sobie czarną koszulę i spodnie… ile można nosić przetransfigurowane ubrania?)
-Lepiej znajdźmy jakiś kąt, z którego nie da się nas wyciągnąć, żeby mogli nas zalać masą nieprzyjemnych pytań…-mruknął do siostry, odwracając się przez ramię, tylko po to, żeby prawie wpaść na kogoś próbującego przejść gdzieś za nim.
Nienawidził ścisku na imprezach. Z całej duszy.

Ostatnio zmieniony przez Dijira (15-08-2017 o 07h53)


https://media.giphy.com/media/4zVFGozstXudG/giphy.gif

Offline

#60 14-08-2017 o 14h18

Straż Obsydianu
Ermira
Pokonała kurę
Ermira
...
Wiadomości: 835

r u s s e l l    m i l e s

        Russ wzniósł brwi, jego czoło nieznacznie się zmarszczyło. On i rola strażnika, sługusa? Jakby mieli je rozdawać to pewnie właśnie on byłby tutaj... księżniczką - jakkolwiek dziwnie by to nie zabrzmiało zawsze miał dryg do znajdywania atencji, a jego zachowanie było iście niezdecydowane. Przewrócił oczami, wzruszył ramionami. Wbił swoje spojrzenie w pielęgniarkę. Odbił się od ściany, machnął ręką do przyjaciółki.
   - Zbieram się, ostatnio nauczyciele grozili mi, że jak jeszcze raz opuszczę ich zajęcia... to... to się policzymy. - mruknął niezadowolony. - Z chęcią bym tu z Tobą jeszcze został, ale obowiązki wzywają. - zasalutował - Kuruj się królowo Bynes - mrugnął do niej, po czym wyszedł z pomieszczenia.
Westchnął, wolnym krokiem ruszył w kierunku sali. Ktoś jednak go zatrzymał, chwytając go za rękaw szaty. Zmarszczył brwi, spojrzał na małą dziewczynkę na oko z pierwszego roku. Uśmiechnęła się do niego lekko, przekrzywiając niepewnie głowę.
   - Wujku Miles, wujku Miles! - zawołała. Pod Russem natomiast lekko ugięły się kolana. Jakoś nie przepadał za byciem postarzanym. Jakoś nie zdziwiło go, że znała jego imię, takie rzeczy zdarzały mu się stosunkowo często. Już się przyzwyczaił - Ah, ja chciałam... zaprosić... - głos lekko jej drżał. Nie dokończyła swojej wypowiedzi. Po prostu odwracając się na pięcie, uciekając w jeden z najbliższych korytarzy.
        Dalej dzień minął mu raczej dość przyjemnie. Lekcje, unikanie Eleonory, dowiedzenie się o 'Imprezie Powitalnej'. Ubrał na siebie szarą koszulkę, czarne spodnie, rozczesał włosy prawdopodobnie spędzając przed lustrem więcej czasu niż niejedna dziewucha. Uśmiechnął się jeszcze do własnego odbicia w lustrze w taki sposób jakby reklamował pastę wybielającą.
        Na imprezie znalazł się dość wcześnie, zabierając ze sobą jeszcze panią prefekt. (Marci) Rozglądnął się, zaciekawiony wzrok zatrzymując na uczniach, stołach, później na Dan. Uśmiechnął się do niej szeroko, doskonale zdając sobie sprawę, że ta radzi sobie zdecydowanie gorzej w takich sytuacjach. W końcu on był przyzwyczajony. Często był na takowe imprezy zapraszany, czasami nawet pojawiał się na tych, które organizował dla siebie konkretny dom. Trzeba przyznać, że był popularny, a nawet szczególnie się nie starał. (Oczywiście, że się starał, ale przecież głośno się do tego nie przyzna!)
   - Mam nadzieję, że zaszczycisz mnie choć jednym tańcem. - zażartował - Mi chyba nie odmówisz? - dodał, przeczesując włosy ręką.
Lubił ją. W końcu ta zawsze traktowała go nieco inaczej, niż reszta. Potrafiła się mu odgryźć, zbesztać za nierozsądne zachowanie. Inne tego raczej nie robiły, - poza Alice rzecz jasna - zawsze jedynie zgadzając się na każdą jego propozycje. To na dłuższą metę było dla niego naprawdę męczące. Choćby nawet nie sprawiał takiego wrażenie lubił jak ktoś czasami potrafił się mu postawić. Trzeba przyznać, że to go nawet odrobinę kręciło.
   - Zresztą... może się napijemy? - spytał - Będzie zabawnie! - powiedział jeszcze zaskakująco pewnie.
Trzeba przyznać, że lubił patrzeć na podpitych czarodziejów. Potrafili wtedy robić naprawdę niestworzone rzeczy, a mu to jedynie służyło za rozrywkę. W końcu to on był najczęściej tym, który namawiał resztę do 'wzięcia kolejnego kieliszka'.

Ostatnio zmieniony przez Ermira (14-08-2017 o 15h19)


L     O     S     T                      I     N                      M     Y                      B     O     O     T     S     ,                      S     A     F     E                      I     N                      M     Y                      R     O     O     M

https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616562734716289024/1.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616563237734973471/2.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616563253858009099/3.gif  https://s3.gifyu.com/images/411d65a387673f8a8.gif  https://s3.gifyu.com/images/5a6701b8bd09977e0.gif

U     N     D     E     R                    T     H     E                    C     O     V     E     R     S     ,                    T     H     E     Y                    S     M     E     L     L                    L     I     K     E                    Y     O     U

Offline

#61 15-08-2017 o 01h27

Straż Cienia
Einsamkeit
Pokonała kurę
Einsamkeit
...
Wiadomości: 703



Patrzył nań szczerze, nie kryjąc swoich emocji - nawet gdyby chciał, nie potrafiłby ich aż tak dobrze ukrywać. Pokiwał głową, potwierdzając; tak, chodziło o Clementa Yvesa.
W napięciu czekał na informacje od nich obojga, odruchowo nawet wbił paznokcie w dłoń, czekając niecierpliwie; zastygł na swoim miejscu, zaraz jednak, słysząc od Imogen i Dylana, że Yvesowie nie żyją, momentalnie sflaczał. W jasnych oczach pojawił się smutek i żal, mimo to niezaprzeczalnie ucieszył się, słysząc informację o tym, że chociaż Clement żyje.
Pokiwał, zgadzając się z Dylanem; rzeczywiście byłoby dziwne, gdyby Yvesowie przystali na plan Riddle'a. Przynajmniej się nie rozpłakał, a to jest plus! Wręcz  przeciwnie, po przetrawieniu całej informacji dosłownie rozpłynął się w szerokim uśmiechu, choć do śmiechu mu akurat nie było. Ale jednak Clement żył!
- To wyjaśnia, dlaczego nie odpisywał. - stwierdził cicho, zanim otworzył szeroko oczy. Imogen go PRZYTULIŁA?
CO TU SIĘ DZIEJE, NA ŚWIĘTĄ...[/color]
Bez słowa się w nią wtulił, przymykając oczy, pozwalając sobie się uspokoić; rozumiał, że najbardziej dziewczyna boi się o siebie, mimo to doceniał ten gest zwłaszcza, że musiał być dla niej dość trudny i wyjątkowy. Nie wyglądała na łatwą w obyciu ani kontaktach; przypominała mu surową bibliotekarkę, która go nie znosiła. Zaraz się uśmiechnął.
- Nie zamierzam płakać. I wierzę Imogen... myślę, że macie rację. - odrzekł spokojnie, podnosząc się ze swojego miejsca. Tuż po tym zgarnął swoją torbę; zarzucił ją sobie na ramię, patrząc na obojga rodzeństwa Moe.
- Muszę iść do skrzydła szpitalnego. Mogę wam pokazać szkołę, jeśli chcecie.
Było to niezobowiązujące zaproszenie, ale i również, na swój sposób, podziękowanie; w zasadzie mogli odmówić.

W sumie to niezwykłe, że tacy królowie lodu jak Imogen i Dylan byli w stanie mu... współczuć...? Prawdę mówiąc, nie tego się po nich, zwłaszcza po Imogen, spodziewał - początkowo odniósł na jej temat zupełnie inne wrażenie, radykalnie odmienne. Być może samotność tak na nią wpływała, sprawiając, że pokazywała swoją odmienną stronę; być może w ten sposób, udając niemiłą i niesympatyczną, starała się chronić przed innymi ludźmi?
To głupie, ale oboje zaczęli mu się podobać.
I Dylan, i Imogen.
No hej, dopóki się do tego nie przyznawał publicznie, to mógł się nimi jarać, nie? Chyba przypadkowo stał się pierwszym członkiem ich fanklubu czy coś w tym stylu... fakt faktem, że tym gestem zyskali jego przychylność, a tu, w Ilvermorny, oznaczało że zyskali swój mały radiowęzeł, który mógł informować ich od razu o wszystkim... także o tym, co ich nowi znajomi knują.

Leciałem gdzieś przez ten gęsty las. Głupi automatyczny sowi lokalizator. Akurat miałem takie szczęście, żeby się przemieniać w magiczną sowę! Założę się, że gdyby ci głupi czarodzieje sami musieli latać tam i z powrotem, targając ciężkie rzeczy, już nie byłoby im do śmiechu.
W sumie nawet lubiłem tego głupiego dzieciaka, Jasona czy jak mu tam. A jaka dziś była zabawa z tymi gargulkami! Nawet nie żałowałem, a wręcz przeciwnie, chętnie bym zrobił to jeszcze raz. Ten wyraz wściekłości na twarzach tych Brytyjczyków był bardziej niż cudowny.
W końcu jaka sowa, taki jej niewolnik, prawda?
Dostrzegłem gdzieś między gęstwiną jakiegoś typeczka, który skradał się jak, nie przymierzając, kruk na tentegesowanie. Z góry był podejrzany, toteż zanurkowałem, zamierzając w razie czego zaatakować go skrzydłem.
Kiedy podejrzany osobnik (chociaż mój sowi radar działał niezawodnie, podobnie jak rozpoznawanie twarzy - serio, powinni mnie zatrudnić w MACUSie, od razu bym zrobił to lepiej niż ich pożal się boże eksperci) dorwał się do skrzynki pocztowej, upewniłem się, że to on. Wkrótce zacząłem go atakować, w ramach zemsty za swojego panicza - bóg mi świadkiem, że chociaż nie znosiłem Jasona, Clementa również nie lubiłem za to, że musiałem w nieskończoną ilość razy nosić tę pocztę, na którą nawet nie raczył odpisywać. Phi, cała moja praca na marne!
Nie przewidziałem tylko jednego: że Clement zacznie się ze mną szarpać. Wkrótce wylądowałem pod jego płaszczem, skrzecząc z nieskrywanego obrzydzenia:
- CZŁOWIEKU, CZY TY SIĘ CZASEM MYJESZ? NO I JA SIĘ PYTAM CZŁOWIEKU DUMNY TY JESTEŚ Z SIEBIE ZDAJESZ SOBIE SPRAWĘ Z TEGO CO ROBISZ? MASZ TY W OGÓLE ROZUM I GODNOŚĆ CZŁOWIEKA? JA NIE WIEM ALE ŻAŁOSNY TYPEK Z CIEBIE, CHYBA NIE POMYŚLAŁES NAWET CO ROBISZ I KOGO OBRAŻASZ, MOŻESZ SOBIE OBRAŻAĆ TYCH CO NA TO ZASŁUŻYLI SOBIE, ALE NIE MNIE!! W OGÓLE MUGOLE SPRZEDAJĄ MYDŁO! OD CZASU DO CZASU MOŻESZ SIĘ WYKĄPAĆ, NIC BY CI TO NIE ZASZKODZIŁO!! - darłem się pod jego płaszczem, dziobiąc zawzięcie jego palce. Zawsze przypominały mi wyjątkowo blade kiełbaski, takie co dają do żuru postnego w domu Jasona na Wielkanoc.
Nie przerywałem walki, nawet kiedy Clement rzucił się do biegu przez chaszcze; nadal krzyczałem o swojej niesprawiedliwości i krzywdzie, o tym że w sumie to już troszkę te robaczki mi podchodzą do gardła i żeby lepiej się zatrzymał.
Pokonał mnie!
Wkrótce cały wymiętoszony i pokonany ległem na parapecie; łypnąłem na Clementa wrogo, ale pozwoliłem się pogłaskać, zwalczając z trudem pokusę dziobnięcia go w klejnoty rodzinne. Mogły mu się jeszcze kiedyś przydać, choć moim zdaniem raczej nie na wiele - nie wyglądał na takiego typa, który by chciał uwić sobie swoje własne gniazdo, nie mówiąc o wysiadywaniu pisklaków.
Zaraz zaskrzeczałem oburzony; znowu muszę wracać?! No nie!! Z rezygnacją zerwałem się z miejsca, wracając do Jasona. W końcu skończyło się na tym, że musiałem ścigać go po całej szkole; ciągle łaził gdzieś z tymi dziwakami od gargulków. Na miłość boską, fakt że byłem sową, nie uprawniał ich do łażenia gdziekolwiek im się podoba! W ramach zemsty Jason oberwał listem dosłownie w twarz, nim wylądowałem na ramieniu Dylana, skrzecząc z oburzeniem. Wyłapałem też spojrzenie Imogen. Oooo nie. Co to to nie, paniusiu. Tylko spróbuj rzucić we mnie jakąś klątwą, to ci pokażę, gdzie sowy zimują...
[/color]

Tuż po wizycie Paracelsusa zlokalizowali ich znajomi; dramat! Jasonowi też nie bardzo chciało się iść, ale nie na długo mogli się ukrywać - ciągle ich szukali.
Sprawdzali dosłownie wszędzie, nawet w toaletach damskich, gdzie faceci nie mieli absolutnie żadnego wstępu! (poza Dylanem i Jasonem, którzy mieli absolutnie VIPowski dostęp wszędzie).
Głośna muzyka nie sprzyjała skupieniu, toteż zostawił swoich nowych przyjaciół z przykazem, żeby nie pili niczego podejrzanego, nim oddalił się w stronę lasu; przeczytał liścik od Clementa, nim rozejrzał się wokoło.
Gdzie jesteś?
Mam nadzieję, że nie zrobiłeś mi głupiego żartu...
Albo że to nie podpucha Śmierciożerców
[/color], przypomniał sobie poniewczasie ostrzeżenie Dylana i Imogen. Pytanie, czy to byłoby w ich stylu? Wydawało mu się, że niekoniecznie, mimo to...
Mimo to wszystko korciło go, aby sprawdzić; rozejrzał się wokoło, wyjmując na wszelki wypadek różdżkę, i zagłębił się bardziej w las. Szedł powoli, ostrożnie, wypatrując śladów ludzkich lub zwierzęcych; Clement miał w sobie coś z lisa, więc zapewne w takiej formie by się pojawił.
Po chwili przykucnął, widząc jezioro błyszczące nieopodal, między drzewami; dostrzegał bawiących się znajomych na zewnątrz, podobnie jak widział ciemne oczka lisa, wpatrujące się w niego. Stworzonko siedziało przyczajone pod krzakiem, jakby wyczekujące, ostrożne, niepewne, czy na pewno może prześlizgnąć się obok bez ryzyka zostania złapanym. Czyżby naprawdę się bał?
- Długo czekałem na ciebie - szepnął cicho Jason, wyciągając do niego ręce; szczerze się uśmiechnął, szeroko, w oczach zalśniły iskierki szczęścia. Rozpoznawał tę plamkę na mordce, to mądre spojrzenie ciemnych oczu; zaraz poczuł w ramionach ciepłe, drobne ciałko lisa, jego gładkie, szorstkie futerko i pyszczek, mokry nosek wciśnięty w swój policzek. No i ten zapach długiego niemycia się ani nieczyszczenia futerka. Ani chybi Clement!
Głaskał jego futerko zadowolony, w końcu szczęśliwy - nieważne jak bardzo głupio musiało to wyglądać dla ludzi z przeciwnej strony jeziora, o ile ktokolwiek by im się przyglądał...

Ostatnio zmieniony przez Einsamkeit (15-08-2017 o 01h29)


Appearances rarely show the whole truth.

https://pa1.narvii.com/6735/051ef6a5b464b44eb03ca258ed73e965a3cda022_00.gif

Offline

#62 15-08-2017 o 12h17

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 704


https://zapodaj.net/images/41ad5b6a03d4a.png

        Przyglądałem się jej tylko przez chwilę, zastanawiając się czy nie ponaglić jej do mówienia. Cierpliwość jednak zazwyczaj popłacała, więc po prostu czekałem, podobnie jak na swój trunek, który falował w powietrzu.
        Nie chciało mi się wierzyć, że powiedziała mi wszystko, ale nie dane też było o nic zapytać. Znaliśmy się chyba wystarczająco długo, żebym potrafił zauważyć zmęczenie czające się w oczach i uśmiech, który był mniej promienny po nieprzespanej nocy. Ale Anne dobrze się starała, żeby pokazać, że wszystko jest w porządku. A ja zamierzałem dobrze się starać, żeby pokazać jej, że w to wierzę.
        – Lepiej uważaj, co chcesz wkładać, zwłaszcza drewnianego, gdzie i komu, bo w gruncie rzeczy chyba od tego zaczął się ten szlaban – odpowiedziałem lakonicznie, uśmiechając się.
        Odstawiłem butelkę na stół. W powietrzu wirowały świetliki, nie byłem pewny jednak, czy prawdziwe czy jedynie wyczarowane. Ktoś, kto to organizował naprawdę nieźle się postarał. W niczym nie przypominało to szalonych, szkolnych imprez, na których najważniejsze jest wypicie wszystkiego do dna. Wbrew pozorom, wszystko wydawało mi się wręcz… bardzo dystyngowane.
        – Poza tym, zgoda – dodałem, nachylając się lekko nad nią, widząc kierującego się w naszą stronę Petera. – Trochę tęskniłem – popchnąłem ją lekko łokciem w bok, prostując się na widok przyjaciela, zatrzymującego się tuż obok nas. – Cześć Peter, ja też dobrze się czuję – dodałem przekornie, sięgając po przygotowany wcześniej napój.
        Na moment w pomieszczeniu zapanowało większe zamieszanie. Pewnie przyszedł ktoś oczekiwany albo znany większości osobom, bo atmosfera nieco się ożywiła. My na szczęście staliśmy bezpiecznie daleko od centrum tego zawirowania. Przynajmniej ktoś miał dobry gust muzyczny i nie będziemy musieli słuchać jakiegoś badziewia.
        Zawahałem się jednak, wyciągając przed siebie butelkę. Obok nas na stole stał kociołek, najprawdziwszy miedziany kociołek do ważenia eliksirów. By wypełniony niemal po brzegi czymś, co przyzwoicie pachniało i być może miało sporo procentów. Nie sposób się nie skusić. Uśmiechnąłem się przebiegle, biorąc w zamian trzy kubki, po jednym dla każdego. Naszła mnie ochota, żeby spróbować tego specyfiku.
        – Poncz niespodzianka, proszę państwa, serwowany prosto przez barmana Reed’a. Pasuje? – zapytałem, nie czekając nawet na odpowiedź. Po prostu podałem tej dwójce kubki wypełnione napojem. – Poza tym nie widzę damy w naszym towarzystwie, chyba że mowa o tej białej.
        Wewnątrz nadal było spokojnie. Nikt jeszcze nie tańczył, może poza dwoma uczennicami z niższego roku po drugiej stronie pomostu, nikt się nie bił ani nie kłócił. Generalnie, nie wylało się jeszcze wystarczająco dużo procentów. Uśmiechnąłem się tajemniczo, leniwie, unosząc kubek do toastu. Chwilę później pochłonąłem całą jego zawartość. Nie zwróciłem nawet uwagi na to, że tuż nad powierzchnią napoju unoszą się niespotykane opary, zataczające wolne koła, ledwo widoczne w tym oświetleniu. Za bardzo chciało mi się pić.
        Niezłe. Choć jak dla mnie, trochę za słodkie.
        Poza tym było coś więcej. Zapach. Alkohol pachniał czymś bardzo przyjemnym. Mokrą kocią sierścią, świeżo po deszczu... Słaby, ale wyczuwalny zapach uderzył mnie w nos nieoczekiwanie.
        Co do cholery?

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (15-08-2017 o 12h20)

Offline

#63 15-08-2017 o 13h34

Straż Obsydianu
Lindszej
Szeregowiec
Lindszej
...
Wiadomości: 86

Uwaga: oto moja niezgrabna próba zgrabnego wcięcia się w akcję xD Przepraszam, że tak sama do siebie, ale pogubiłam się w tych postach i nie chciałam nikomu nic namieszać ;-;
https://fontmeme.com/permalink/170803/e0c46a49f2c7d324eada7518b0c64d08.png

     Z powodu niecodziennych wydarzeń, jakie miały miejsce dzisiejszego ranka, reszta dnia przeleciała mi niczym w mgnieniu oka. Lekcje mijały jedna za drugą, uczniowie niepotrafiący skupić się na nauce i nauczycielach, w podekscytowaniu rozmawiali o nowych uczniach oraz imprezie, która miała być swego rodzaju sprawdzianem dla rodzeństwa Moe. I choć stałą bywalczynią tego typu wydarzeń nie byłam, to dałabym sobie rękę uciąć, że i tym razem nie skończy się to dobrze. Pijani czarodzieje zdecydowanie nie potrafią trzymać się słowa "dyskrecja", nie wspominając o wielu głupich pomysłach, niejednokrotnie kończących się w skrzydle szpitalnym. Jednakże jak widać, nie tylko ja nie potrafię uczyć się na własnych błędach... a może po prostu nie potrafili odmówić sobie tej chwili przyjemności i oderwania się od codziennej rutyny w Ilvermorny?
     Swój dyżur w bibliotece skończyłam dość późno, głównie ze względu na jakiś zabawnych pierwszoroczniaków, którzy postanowili dwa regały książek pozamieniać ze sobą, tym samym niszcząc odpowiednią kolejność i porządek między lekturami. Wychodząc z czytelni, nie omieszkałam rozejrzeć się dokładnie po korytarzach. Wszędzie było pusto, a wniosek nasuwał się jeden - wszyscy znajdowali się na tej słynnej powitalnej imprezie. Miałam ochotę parsknąć z zażenowaniem na samo wyobrażenie tego, co mogło się tam dziać, jednocześnie w ten sam sposób tłumiąc w sobie rodzącą się wewnątrz złość. Złość na to, jak nienormalną osobą byłam, bojąc się najmniejszego dotyku od strony innych osób. Przecież to nie tak, że kontakt fizyczny był dla mnie śmiercionośny. Jednakże choćbym nie wiem ile razy próbowała, nigdy nie potrafiłam przemóc się do chociażby dobrowolnego uściśnięcia komuś dłoni. Wszyscy skutecznie mnie odpychali i przerażali... No może poza małym wyjątkiem, jakim był Russell, ale ten przypadek nadal staram się rozszyfrować.
     Ostatecznie, nie wiem co mnie do tego pchnęło, ale postanowiłam walczyć sama ze sobą i iść na tą zakichaną imprezę, przynajmniej zobaczyć jak to wszystko wyglądało. Irytowała mnie pustka w dormitorium, a także pokoju wspólnym. Nie chciałam samotnie wyczekiwać aż ktoś wróci, jednocześnie zastanawiając się nad tym, jak wszyscy muszą się świetnie bawić. Dlatego też jakieś pół godziny po tym, jak opuściłam bibliotekę, znalazłam się w miejscu całego wydarzenia, gdzie ludzi zdawało się być coraz więcej z każdą upływającą minutą. Wygładziwszy wierzch swojej czerwonej bluzki na długi rękaw i ciemnych dżinsów, niepewnym krokiem wtargnęłam do wnętrza niewielkiej chatki, będącej wręcz nie do poznania. Krzesła, kanapy, fotele, nieco przyciemnione, klimatyczne światło i rozlewający się dokoła poncz. Trzeba było przyznać, że ci co zajmowali się organizacją tego wszystkiego, wiedzieli co robią. Jedynym problemem była zwiększająca się ciasnota, która zagoniła mnie gdzieś w kąt pomieszczenia, gdzie nie musiałam martwić się przypadkowym zderzeniem z kimś innym. Krzyżując kurczowo ramiona na piersi, oparłam się delikatnie o jedną ze ścian, z lekką zazdrością przyglądając się innym, dobrze bawiącym się uczniom. Chyba niepotrzebnie się tam pchałam, dobrze wiedząc, jak to się może skończyć. Jak już mówiłam, Solange Maymac zdecydowanie nie potrafi uczyć się na własnych błędach.


https://1.bp.blogspot.com/-fpbFDZO8nuI/Ww0KdX7b5rI/AAAAAAAAA4s/qDev9AXcRFYDm32qPvFJSZkdNJMZm1mHgCLcBGAs/s1600/tumblr_p76wo1m0J21x0ex3do8_250.jpg  https://3.bp.blogspot.com/-Q4trwsxzfyI/Ww0JQ0wWIsI/AAAAAAAAA4Q/glX-72BwWiYpH8QfC_R5ebh80GQuKvNPwCLcBGAs/s1600/tumblr_p76wo1m0J21x0ex3do1_250.jpg  https://1.bp.blogspot.com/-yBJp562lhas/Ww0JVDN_uPI/AAAAAAAAA4Y/iQLuswLTPjkXiRezQ1ogV-VVhHsWbcGEACLcBGAs/s1600/tumblr_p76wo1m0J21x0ex3do9_1280.jpg  https://3.bp.blogspot.com/-ZrYbWe32b4Y/Ww0JS3NSnQI/AAAAAAAAA4U/2AYp50mF7VULibmIlOnSsVU5-YYnRB8xgCLcBGAs/s1600/tumblr_p76wo1m0J21x0ex3do7_250.jpg  https://4.bp.blogspot.com/-qPiYuHxSLNw/Ww0KaOnJK1I/AAAAAAAAA4o/wvhgesp0lKM1qE7eBzl5K5YnWxitHX1IACLcBGAs/s1600/tumblr_p76wo1m0J21x0ex3do6_250.jpg

Offline

#64 15-08-2017 o 14h54

Straż Obsydianu
ThetaSigma
Szeregowiec
ThetaSigma
...
Wiadomości: 107

https://fontmeme.com/permalink/170805/f917051ea23a1dee080690802d9aa465.png

Odpis – poziom żałość. Wszelkie zażalenia prosimy spisać i nic z tym nie robić, nasz dział BOK zignoruje wszystkie skargi tak szybko, jak to możliwe.

      – Vince! No nie bądź taki, chodź! – usłyszał za plecami nawoływania kolegów z dormitorium. Westchnął ciężko, z trzaskiem zamykając opasłe tomiszcze, nad którym się dotychczas pochylał. To wcale nie tak, że był nietowarzyski. Po prostu wolał rozmowę na poziomie – tylko przy Peterze poziom Vincenta się zaniżał – ale nawet dla tego pajaca z Pukwudgie nie miał ochoty wybrać się nad jezioro. Wątpił, żeby nawet po wypiciu całego krajowego zapasu ognistej mógłby zniżyć się do niebezpiecznie niskiego poziomu Jasona albo dorównać głupotą Theodore’owi. Ale kto wie, ostatecznie to dobra okazja, by podchwycić kilka informacji, zaobserwować rzeczy, które w przyszłości da się wykorzystać do własnych korzyści i, co najważniejsze, może uda mu się kogoś utopić. Miałby nawet kilka pomysłów kogo.
       Nie przebierał się. Przydługie włosy i tak niepokornie buntowały się przy każdej próbie maltretowania ich grzebieniem, więc od dawna Vince przeczesywał je palcami, a ponieważ w jego szafie od niepamiętnych czasów królowała czerń, nie miał się nad czym zastanawiać i wyszedł tak, jak stał, w prostych spodniach z ciemnego jeansu i czarnej koszuli. Zastanawiał się, czy nie opuścić rękawów, podwiniętych do połowy, ale uznał, że to strata czasu i zbędny zachód.

       Westchnął ciężko, kiedy dostrzegł, że przyszła dosłownie cała szkoła. Przynajmniej połowa, żeby zadręczać Dylana i Imogen, druga połowa najprawdopodobniej miała na celowniku szansę na darmowy alkohol. Nie lubił tłumów, nadmiar ludzi w jednym miejscu zwyczajnie go drażnił, co w przypadku bycia prefektem naczelnym nie było zbyt dobrą sprawą. Nie przeciskał się jednak przez tłum, przechodził, z wysoko podniesioną głową, ciskając pioruny z czarnych jak noc oczu w każdego, kto odważył mu się wejść pod nogi, zwłaszcza, że w większości przypadków były to jakieś dzieciaki z niższych roczników. Wypraktykował tę metodę jak tylko został prefektem, to pozwalało mu utrzymać w ryzach wycieczki pierwszorocznych, których był przewodnikiem, a także niepokornych starszaków, którzy naiwnie sądzili, że ich kolega nie każe im wylizywać toalet. Szybko się okazało, że Vincent najwyraźniej nie posiada skrupułów, a dręczenie ludzi szlabanami uważał za świetną zabawę. Zamierzał z resztą po ukończeniu nauki starać się po posadę Prezydenta w MACUSA, jak jego dziadek – pytano przecież o kwalifikacje i umiejętności, a nie o fakt posiadania uczuć. Myślał chwilę, czy by nie unikać najbliższych kolegów z Thunderbird oraz oczywiście Petera, bo nieliczne grono przyjaciół zawsze jakoś nastrajało go pozytywnie, ale zaraz mrugnął do blondyna, którego wyłapał wzrok gdzieś w tłumie. Nie zamierzał tam do niego iść, zwłaszcza, że w jego pobliżu był Theo, z którym wolał unikać interakcji poza osobistym pilnowaniem go na najbardziej paskudnie-złośliwych szlabanach. Odbił więc w zupełnie przeciwnym kierunku, tym samym dołączając do zaszczytnej połowy studentów, którzy przybyli tylko po to, żeby napić się gratis.


nie mam czasu być. bardzo wszystkich przepraszam.
ONLY A NINJA CAN SNEAK UP TO ANOTHER NINJA
https://68.media.tumblr.com/9bca2d961bc6ade086afaf55a42ef51d/tumblr_nrykq0ch4s1rpby98o5_r1_250.gif https://68.media.tumblr.com/b8b011d5402745add04a3fd26a36c18c/tumblr_nrykq0ch4s1rpby98o3_250.gif https://68.media.tumblr.com/fecec757ffddc94b10971a691ac4396c/tumblr_nrykq0ch4s1rpby98o1_250.gif

Offline

#65 15-08-2017 o 21h56

Straż Obsydianu
Ermira
Pokonała kurę
Ermira
...
Wiadomości: 835

z góry Cię przepraszam, Theta za wszystko co działo się od czwartego akapitu :"D + teksty kursywą pochodzą z Romea i Julii. Enjoy.

i m o g e n    m o e

        Imogen nie mogła uwierzyć, że jednak zostali tu przyciągnięci i, że nie użyła na tych desperatach jakiegoś mało przyjemnego zaklęcia. Westchnęła, uważnie się rozglądając. Po chwili powiedziała bratu, że pójdzie po coś do picia, na rozluźnienie. Skoro już tutaj byli to przecież mogli się choć odrobinę "rozerwać" - jakkolwiek by to nie zabrzmiało po tak strasznej, męczącej nocy - w swoim własnym, skromnym towarzystwie. Zanim jednak udało jej się dojść do stolika, na którym były rozłożone wszelakie napoje i przekąski ktoś wpadł na nią, sprawiając, że wbiła się w plecy jakiegoś blondyna. (iku) Momentalnie się odsunęła, zakrywając ręką obolały nos, próbując jakoś okiełznać łzy cisnące się jej do oczu. Nabrała głęboki wdech, przymknęła na chwilę oczy. Później odwróciła się, ażeby znaleźć sprawcę całego zdarzenia. Nikogo jednak za nią nie było. Winowajca uciekł, nawet nie rzucając w stronę Imogen marnych przeprosin - nie żeby mu wtedy wybaczyła, po prostu wiedziałaby w kogo przy pierwszej okazji miałaby rzucić drętwotą.
        Dopiero teraz zawiesiła wzrok na nieco bardziej poszkodowanym (still Iku) niż ona, oraz jego znajomych. (Cho, Deny) Zmarszczyła brwi, widząc, że przez nią - a raczej przez tego kretyna, który wcześniej na nią wpadł - cała zawartość kubka chłopaka wylądowała na jego białej bluzce.
   - Oh... - westchnęła przeciągle, wyjmując różdżkę - Chłoszczyść - szepnęła sucho. - I już. - odparła do siebie, jeszcze na wszelki wypadek dotykając jasnego materiału, ażeby sprawdzić czy przypadkiem nie jest mokry. Nie był, toteż schowała różdżkę.
Dopiero teraz ściągnęła rękę z twarzy, przejeżdżając nieprzyjemnym spojrzeniem po grupce znajomych. Skrzywiła się nieznacznie. Nie chcąc jednak wchodzić z nimi w większą interakcję po prostu odwróciła się na pięcie, podchodząc do najbliższego stolika z napojami. Jeden szczególnie przykuł jej uwagę, dlatego wzięła dwa kubki - dla siebie i dla Dylana oczywiście! - i nalała go do nich.
        Będąc już przy bliźniaku wzięła pokaźnego łyka. Poczuła miły i bardzo przyjemny zapach ziół. Skojarzył jej się nieco z babcią Marią, aczkolwiek miał w sobie też coś zupełnie innego. Coś o czym dotychczas nie miała pojęcia, coś czego jeszcze nie znała.
        Co za blask strzelił tam z okna! - albo raczej z drugiego końca sali, ale kto by brał pod uwagę tak nieistotne szczegóły. Imogen wlepiła rozmarzone spojrzenie - cała jej podświadomość krzyczała o zachowaniu lodowatej postawy, ale kto słuchałby jej w takiej sytuacji? - w ciemnowłosego chłopaka. (Theta) W jednej chwili zapragnęła wiedzieć jak się nazywa, kim jest, z jakiej rodziny pochodzi mimo, że wcześniej zupełnie nie wykazywała zainteresowania żadnym obcym oddychającym stworzeniom. Zamrugała kilkakrotnie oczami, jakby z niedowierzaniem. Nigdy nie czuła się w taki sposób. Tak dziwny. Tak przyjemny.
        Wypiła napój do końca, zbierając się na odwagę, żeby podejść do szczęściarza, - raczej największego pechowca - który w ciągu kilku sekund zyskał sobie jej zainteresowanie. Skrzywiła się lekko, niepewnie kładąc mu rękę na ramieniu. Uśmiechnęła się krzywo, po czym... zupełnie nie wiedziała co powinna powiedzieć. Mimo nabrania tak wielkiej "odwagi", przecież dalej w rozmowy i interakcje z innymi ludźmi była zupełnie do kitu.
   - Mmm... - zabełkotała cicho. - Jedyna moja miłość, jaką dotąd znałam, tam weszła, gdzie jedyną nienawiść zasiałam. - powiedziała po chwili zastanowienia.
Potrząsnęła niepewnie głową, poprawiła sukienkę - ciemnozieloną, po kolana, po czym znów wbiła w niego łaknące rozmowy spojrzenie.


L     O     S     T                      I     N                      M     Y                      B     O     O     T     S     ,                      S     A     F     E                      I     N                      M     Y                      R     O     O     M

https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616562734716289024/1.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616563237734973471/2.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616563253858009099/3.gif  https://s3.gifyu.com/images/411d65a387673f8a8.gif  https://s3.gifyu.com/images/5a6701b8bd09977e0.gif

U     N     D     E     R                    T     H     E                    C     O     V     E     R     S     ,                    T     H     E     Y                    S     M     E     L     L                    L     I     K     E                    Y     O     U

Offline

#66 16-08-2017 o 00h31

Straż Absyntu
Marcepani
Straż na szkoleniu
Marcepani
...
Wiadomości: 152

Danielle Bynes

     Ku uciesze Danielle, katusze w szpitalu skończyły się zaskakująco szybko, mimo że leżakowanie musiała spędzać jedynie w towarzystwie ponurych myśli i bzyczenia muchy obijającej się o szybę, a gdy wróciła na lekcje, jej dumy nie obciążały ciekawskie i przepełnione współczuciem spojrzenia...być może dlatego, że nie zaskarbiła sobie u owych uczniów odrobinę sympatii, by ta poruszyła ich empatię. Dowiedziała się za to o imprezie powitalną, która w środowisku uczniów stanowiła jedyną oficjalną formę przyjęcia w progi szkoły. Ceremonia przydziału, choć niosła ze sobą napięcie iskrzące nie tylko od przydzielanych do nowego domu, ale i reszty społeczności, była tylko nudnym formalnym obowiązkiem, który największe przeżycie budził jedynie za pierwszym razem. Wieść rozniosła się szybko, jak każda inna wiadomość odnośnie przyjęć, na które lubiano się wpraszać. Nie wszystkich zaspokajała książka przeczytana w samotności albo szlifowanie umiejętności. Być może niektórzy chcieli na moment odetchnąć od ciężkiego (choć dla Danielle było to jak zapach unoszący się we wnętrzu perfumerii; piękny, a zarazem ciekawy i rozległy, spleciony z różnych woni) odoru nauki, który atakował ich z każdej strony. Koniec roku zbliżał się wielkimi krokami, a zaczerpnięcie odrobiny swawoli jeszcze nikomu nie zaszkodziło...prawda? Panna Bynes po wstydliwym incydencie z sobą i Lilianne w roli głównej, miała wobec tego inne przekonania. 
     Jako prefekt czuła się odpowiedzialna za uczniów i nie mogła odmówić sobie podglądania zawartości ich kieliszków i pilnowania granicy przyzwoitości. Fakt, że miała u swojego boku Russa pozwalał jej przełknąć głośną muzykę i stado imprezowych bestii. Z drugiej strony przyjaciel miał niepokojący dar przekonywania (a może to wina tych zdradliwie kuszących oczu?) i gdy tylko patrzyła na kociołki z ponczem napadało ją przerażenie, że znowu przesadzi i się zagapi z ilością kieliszków, a jak wiadomo, alkohol służył szczerości. Podobno co człowiek na trzeźwo pomyśli, to po alkoholu powie. Danielle wolała, żeby skrywane w chaosie myśli tajemnicy pozostały na swoim miejscu i nie ujrzały światła dziennego. 
     –Taniec? – parsknęła, mimowolnie zanosząc się śmiechem – Żebym znowu trafiła do skrzydła szpitalnego? Nie ma mowy – pokręciła zdecydowanie głowa, wydymając wargi – Bierz blondynę w obroty. Taniec z tobą w romantycznym świetle księżyca to zapewne jedna z jej fantazji. 
     W głębi duszy cieszyła się, że jeszcze go nie dorwała i to ona jest tą szczęściarą, którą poprosił do tańca. 
     – Alkohol? Jestem prefektem i mam stanowić wzór. Moim zadaniem nie jest demoralizować młodzieży piciem, tylko wszczepić im abstynencję na całe życie – mruknęła dumnie, mimowolnie wygładzając boki czarnej, eleganckiej sukienki, jaką ubrała z okazji przyjęcia, jakby brak najmniejszej zmarszczki na ciemnym materiale miał rozwiać wszelkie wątpliwości co do jej słów. Wykorzystywała jak najlepiej każdą okazję, gdzie nie musiała kisić się w różowo-niebieskich szatach. 
     Odrywając wzrok od Russela (dzienny limit już dawno został przekroczony, należało więc okiełznać wyrzuty sumienia i przestać świecić oczami), rozejrzała się po licznym tłumie. Zauważyła główne atrakcje imprezy – niejakich bliźniaków Moe, Dylana i Imogen. Na widok Lilianne i Theo żołądek począł wykonywać rozmaite fikołki, więc szybko przemknęła wzrokiem na łagodniejszy obiekt - Petera. Zmarszczyła brwi, nie zauważając obok niego Vincenta. 
     I nagle, tą szczegółową analizę uczniów przerwał jej widok, przez który omal się nie zagotowała. Blond włosa bogini zwana również Eleonorą zmierzała w stronę jej stronę, a właściwie w stronę Russella, bo z Danielle nigdy nie łączyły ją przyjazne relacje. 
     – Russ, Dan, hej! – pomachała z daleka, udając wielce zaskoczoną. Na Bynes nie podziałała ta gierka; widziała, jak czai się na jej przyjaciela zza tłumu – Tak szybko zniknąłeś! Nie mogłam cię potem spotkać – mruknęła, oplatając dłonie na jego szyi, przyjmując jakby smutnawy ton głosu. – No ale nic! Teraz cię mam i liczę, że nie znikniesz, gdy pójdę nam po drinki – przysunęła się; omal nie doszło do pocałunku. Eleonore najwidoczniej przypomniała sobie o obecności osób trzecich. 
     Danielle powstrzymała się przed grymasem zniesmaczenia. 
     – Tobie też przynieść, Dan? – spytała, odklejając się od blondyna.
     – Nie, dzięki, nie piję – mruknęła, krzyżując dłonie na piersiach.
     – Serio? Daj spokój, nie bądź taka sztywna! Okej, rozumiem, jesteś prefektem, ale jeden kubek nie zaszkodzi! – prychnęła w śmiechu, spoglądając na Russa ze zmarszczonymi brwiami. 
     – Huh? Po prostu wolę nie pić i zachować resztki godności – warknęła Bynes, wywracając oczami
     – Co jest z tobą? Dzień w dzień chodzisz naburmuszona, na imprezę, gdzie zwykle się pije przychodzisz i sławisz się abstynencją – syknęła, patrząc na nią spode łba; lukrowa aura nagle prysła.
     –  Widzę, że picie alkoholu jest dla ciebie ogromnym wyznacznikiem w dobieraniu sobie znajomych, Eleonoro. Dość ambitnie, nie powiem! To by w sumie wyjaśniało, co widzisz w Russie oprócz urody. Dobraliście się, nie powiem – wypaliła; zanim udało jej się pomyśleć, słowa rozbrzmiały przeraźliwie głośno wśród hałasu i muzyki. 
     Spojrzała ze strachem na blondyna. Nie zdążyła wybadać jego reakcji; uciekła wzrokiem w ziemie i przełknęła ślinę. Wiedziała, że posunęła się za daleko, więc zanim Eleonora zdążyła uchylić usta i dobić ją całkowicie, ominęła ją i Russella zgrabnie, czując purpurę na polikach. Wściekłość na samą siebie odebrało jej resztki spokoju i opanowania. Szła, nie zwracając uwagi na innych, więc kilkakrotnie dostała po ramieniu. 
     Powędrowała do stoliku z ponczem i gwałtownie nalała sobie sporą ilość cieczy, nie zwracając na nią nawet większej uwagi. Trzęsły jej się ręce, więc pole bitwy z chochlą nie pozostało nienaruszone. Zaciskając palce na kubku, już miała ruszyć przed siebie i standardowo zatopić obarczające ją myśli, ale coś, lub raczej ktoś skutecznie jej to utrudniło. Silne uderzenie w ramię sprawiło, że zawartość zmoczyła jej dekolt. 
     – Może byś łaskawie przeprosił, nieumiejętnie chodzący frajerze? – warknęła, ciskając kubkiem w głowę chojraka; mrok sprawił, że nie kompletnie nie potrafiła zidentyfikować jegomościa.

zapraszam wszystkich, którzy chcą zobaczyć, jak to dostać z kubka B]] no i wybaczcie za byle jakie dialogi ;__;

Offline

#67 16-08-2017 o 02h10

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

https://fontmeme.com/permalink/170803/2ca076fc2036b3a3696a464a356f43e3.png
         
        Kiedy masz dziewiętnaście lat i wszyscy cię wkurzają masz ochotę pokazać im, że grubo się mylą i jednocześnie ich opinie masz gdzieś. Nie wszczynasz buntu, nie płaczesz w poduszkę, nie krzyczysz i nie szukasz akceptacji na siłę. Przynajmniej nie kiedy jesteś Alice Gifford. Kiedy jesteś osobą która musi być najlepsza we wszystkim udowadniasz innym, że się mylą. Dlatego też Alice postanowiła iść na imprezę o której było głośno przez cały dzień.
        Wygrzebała z kufra jedną ze swoich kiecek na specjalne okazje, których raczej nie zakłada się do szkoły. Nawet zrobiła lekki makijaż i ładnie ułożyła włosy, które zazwyczaj, albo wiązała w kucyk, albo zostawiała rozpuszczone bez wymyślnych fantazji. Trochę jej zajęło przygotowanie się na imprezę, ale cóż czuła się jak miliony Dragotów. Eleganckie buciki i była gotowa, różdżkę schowała do kieszonki, którą przygotowała specjalnie na możliwość ukrycia w niej tej magicznej pomocy.
        Otworzyła drzwi do pomieszczenia w którym odbywała się impreza i do jej nozdrzy dotarł aromat ponczu zmieszany z dusznym powietrzem i jakimś dobrym kawałkiem. Alice wsłuchała się dokładnie i rozpoznała Jailhouse Rock. Pewnym siebie krokiem weszła do sali, kilka osób zaniemówiło na jej widok, kilka wskazało ją sobie palcami. Przez chwilę zastanawiała się czy jej sukienka czasem nie jest zbyt krótka. Jednak o to chodziło. Zaszokować ich? Prawda? Uśmiechnęła się sama do siebie i mijała grupki gapiów. Jakiś chłopak z uśmiechem amanta wręczył jej kubek z ponczem, a ona o dziwo z uśmiechem go przyjęła. Cóż w końcu nie ma kija w wiadomym miejscu i ogólnie „Nu, Theo! Nu pagadi!”. Chłopak próbował jeszcze ją zagadywać, ale ona zadowolona zauważyła Russa. Zadowolona pomachała chłopakowi, który najwyraźniej mocno zaprawiony procentami nie rozpoznał naczelnego dziwadła szkoły, ewentualnie to wina sukienki. Pokazanie sarnich nóżek nieraz działało cuda jak to mawiała jej matka. Choć Ona uważała, że jej nogi raczej wyglądają jak dwa patyczki. Generalnie Alice należała do dziewcząt o dość wątłej figurze. Och przecież nie przyszła tu użalać się nad swoja figurą.
        Podeszła do znajomych pleców Russa i połaskotała go jedną ręką. 
- Widzę pan w swoim żywiole. - stanęła obok i zaczęła bujać się w rytm muzyki. - Szczerze nie wierzę, że tu jestem. - spojrzała na chłopaka z uśmiechem i na swój strój. -Chyba nie wyglądam źle co? - zapytała wygładzając fałdki powstałe na sukience. Jej pewność siebie nieco zaburzały spojrzenia innych, których nie potrafiła rozgryźć. Nie była pewna co oznaczają, ale z drugiej strony czy nie o to jej chodziło. W sumie, kichać na to. Ona chciała się dobrze bawić, choć raz w tej szkole zabawić się jak człowiek, a nie spędzać czas wyłącznie jak odludek zamknięty w szkolnej bibliotece. Przecież do [cenzura] jest też człowiekiem, dziewczyną, młodą kobietą i potrzebuje do życia kontaktów z ludźmi. Nawet jeśli większość z nich doprowadza ją do szewskiej pasji. Dość szybko opróżniła zawartość swojego kubka, a w głowie czuła przyjemne szumienie. Cóż chociaż jedną noc w życiu odpuści sobie na przemyślenia i pobawi się jak normalny uczeń Il.


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#68 16-08-2017 o 23h22

Straż Cienia
Einsamkeit
Pokonała kurę
Einsamkeit
...
Wiadomości: 703



W międzyczasie Rianna również zdecydowała się przybyć na tę, pożal się boże, imprezę; niewiele zmieniła w swojej stylówce, poza spleceniem włosów w warkocz, przeplatany złotą nicią losu (no w końcu jakiś image trzeba mieć, nie? Zwłaszcza że była takim jakby czarodziejskim grabarzem...), i zamienieniem szaty na krótką czarną sukienkę, odsłaniającą - olaboga! - jej kolana. Całkiem seksowne kolana, należałoby uprzejmie zaznaczyć. Przynajmniej tak uznałaby niewielka część tych chłopaków, która miałaby odwagę tam zerknąć...
Rozejrzała się wokoło, próbując wyłapać wzrokiem znajomych bądź bardziej lub mniej interesującą sytuację, której mogłaby poświęcić swoją uwagę; jak zawsze raczej nie wdawała się z innymi w rozmowy, choć niekiedy korciło ją wmieszać się w jakieś dialogi. I tak też zrobiła - już-już podeszła do kociołka, gdy wpadła na czyjąś męską klatę (póki co, twarzy jeszcze nie widziała), popchnięta przez kogoś z tyłu. Alice? A może Danielle? Sądząc po jęku z tyłu, żadna z nich.
Odruchowo oparła dłoń na męskim torsie, żeby tylko całkowicie na niego nie wpaść. Może tak tylko trochę wbiła do tego jeszcze paznokcie... po chwili poczuła na dłoni coś mokrego, jednak nie zwróciła na to uwagi.
- Patrz, jak łazisz! - warknęła przez ramię, patrząc na kolegę z roku, który właśnie rozcierał obolały łeb po spotkaniu ze szklanką Danielle. Rzuciła mu wyjątkowo nieprzyjemne spojrzenie, nim zwróciła uwagę na równie pechowego chłopaka, który rozlał sobie drinka na koszulę. I przy okazji na jej dekolt, nie mówiąc o dłoni. Skrzywiła się, odrywając mokrą rękę od jego koszuli. No, tego by nie przyznała głośno, ale miał całkiem niczego sobie klatę... z całą pewnością wygrałby konkurs na Mistera Mokrego Podkoszulka, no ale nieważne, nie przyszła tu romansować.
Miała przecież jasną wizję na życie: Stara panna z siedmioma czarnymi kotami, w sklepie Borgina i Burkesa. Nie inaczej!
W międzyczasie coś trzasnęło... pechowy kolega, który na nich wpadł, zupełnym p r z y p a d k i e m  wpadł na inny kociołek, rozlewając zawartość i ślizgając się po podłodze. Nie uszło to uwadze Rianny, która znowu uśmiechnęła się paskudnie.
- Wybacz. - rzuciła obojętnie w stronę Dylana, nim dotknęła różdżką jego koszuli, susząc ją. Trochę szkoda... mimo to nie zmieniła ani na jotę swojego wyrazu twarzy, nadal pozostając obojętna. Nieważne, że na niego wpadła, że przez nią i tego idiotę się oblał, że mogła go pomacać... choć pewnie większość dziewczyn dałoby sobie za to, hehe, uciąć rękę. Tym razem uśmiechnęła się nieco milej, acz nadal dość przerażająco, nieruchomo obserwując pechowego Dylana w milczeniu. Nie zamierzała zaczynać tematu, ależ skąd! Zamierzała go, dla odmiany, porządnie wystraszyć - tak jak zresztą większość innych facetów ze szkoły. Pytanie, jak szybko ucieknie?
- Zamierzasz się w ogóle przesunąć? - zapytała uprzejmie, wciąż nie spuszczając z niego nieruchomego spojrzenia. 3, 2, 1...
Rianna Burkes, królewna romansu. Panie i panowie, oto fascynująca historia tego dramatu...

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Ostatnio zmieniony przez Einsamkeit (16-08-2017 o 23h39)


Appearances rarely show the whole truth.

https://pa1.narvii.com/6735/051ef6a5b464b44eb03ca258ed73e965a3cda022_00.gif

Offline

#69 17-08-2017 o 10h51

Straż Absyntu
Dijira
Akolita Jednorożców
Dijira
...
Wiadomości: 292


W panującym dookoła ścisku, Dylan zgubił gdzieś siotrę. W jednej chwili wpychała mu do ręki kubek z jakimś wysokoprocentowym napojem, w drugiej już gdzieś zniknęła w labiryncie tańczących, ściśniętych na małej powierzchni ciał, a w panującym dookoła półmroku, zakłóconym jedynie kolorowymi światłami pobsłyskującymi na suficie nigdzie nie mógł jej zauważyć.
-Dlatego nienawidzę imprez –pomyślał, przeciskając się pomiędzy dwoma obłapiającymi się parami, które taniec chyba tylko udawały. Miał nadzieję, że uda mu się dojść do tego najspokojniejszego kąta w samym rogu, gdzie padnie na ciemnofioletową pufę i spędzie resztę wieczoru, sącząc powoli zawartość kubka, roztaczając aurę ponurości na trzy kilometry i czekając aż ludzie będą w takim stanie, że nie zauważą, że się ulotni, tudzież uda mu się wypatrzyć siostrę i razem wykręcą się z imprezy. Dlaczego nie opuścił dyskoteki od razu? Właściwie powód był tylko jeden. Przeklęte zniknięcie Imogen…
Moe nie gwarantował długiego żywota trójce idiotów, która przyłapała rodzeństwo pod koniec „Wycieczki krajoznawczej” i wręcz siłą zaciągnęła na potańcówę… Aktualnie w głowie miał obrazy krwawej (i bolesnej) zemsty, albowiem skazali go na najgorszą z tortur (a przynajmniej tak to odczuwał w tej chwili, bo głowa zaczynała pękać mu od głośnej muzyki).
Fukając pod nosem, pociągnął w biegu łyk z kubeczka, który trzymal w dłoni i właściwie wcale nie zwrócił uwagi na to, że w powietrzu nagle rozszedł się ledwie wyczuwalny zapach morskiej bryzy, zmieszanej z dymem ogniskowym i zapachem starego pergaminu. Na moment tylko zaświatała mu w głowie myśl, że to dziwne, bo w końcu Ilvermorny nad morzem nie leżało, ale stwierdził, że to nieważne i może ktoś w tłumie miał po prostu wyjątkowo dobre, magiczne perfumy… W końcu istniały zaklęcia zamykające dany zapach w buteleczce.
Był w połowie drogi od upatrzonej (wolnej! Póki co) kanapy, gdy poczuł jak ktoś się na niego wpada, przez co on sam zderza się ze stojącą obok dziewczyną (Rianna). Już szykował się na zmierzenie sprawcy całego zamieszania najbardziej lodowatym spojrzeniem na jakie było go stać (i ledwo powstrzymując się od arcykrytycznej tyrady na temat Ameryki, bo póki co… w niczym mu nie zaimponowała, tylko niesamowicie go denerwując), gdy zerknął na dziewczynę, która ratowała się od upadku podpierając o jego klatkę piersiową (miała szczęście, że jego zmysł równowagi jako tako funkcjonował).
Zamrugał gwałtownie.
Spojrzał jeszcze raz.
Zamrugał…
Miał przed sobą niewątpliwie najpiękniejszą istotę jaka stąpała do tej pory po tej ziemi! Miała oślepiający (w ten złośliwy, okrutny, acz zaiste ponętny sposób!) uśmiech, a jej oczy lśniły wręcz takim niebezpiecznym, fascynującym blaskiem… I ciężko było od nich oderwać wzrok.
-Wolałbym w ogóle się nie przesuwać… -przełknął ślinę, z trudem zerkając na podłogę. –Jeśli ci to nie przeszkadza –
Uczucie, które go oponowała było praktycznie niewyrażalne. Nie mógł oderwać spojrzenia od tego zjawiska i musial przyznać, że nigdy nie czuł do tej pory tak przemożnej chęci dowiedzenia się o kimś wszystkiego w jednej, krótkiej chwili. Nigdy tak bardzo nie chciał być obok kogoś od pierwszej chwili, w którym go zobaczył… Nawet z Diane budował relację powoli i opierała się ona głównie na powolnym zdobywaniu wzajemnego zaufania, a tutaj… Czuł się tak, jakby w tej chwili znalazł tą jedyną, jak bohater jednego z romansów babci Marii, tych które chowała pod materacem, myśląc, ze ciekawskie wnuki ich nie znajdą… Jakby był młodym łowcą wampirów Jorvigiem Hugglenumb’em, który płynąc statkiem do Afryki, wypada za burtę podczas sztormu i budzi się na wyspie, na której nie ma żywego ducha, nie licząc milczącej czarodziejki, która uratowała mu życie wyciągając z wody (Dylan naprawdę żałował, że zdecydował się babciną książkę otworzyć, mimo, że potem miał mnóstwo materiału na drobne złośliwości)
-Amare simul et sapere ipsi Iovi datur – “jednocześnie kochać I zachować rozsądek nie jest dane nawet Jowiszowi”, westchnął  cicho sam do siebie.
Chwila. CHWILA! Co?
Jak to kochać?!
Błyskawicznie odsunął się od dziewczyny, patrząc na nią tak, jakby w tej chwili wyrosła jej druga głowa (ale cholera, ta druga głowa też na pewno byłaby urocz… Nie Dylan, nawet się nie waż!)
Coś jednak nie pozwalało mu zabrać czterech liter w troki i uciec. Zamiast tego zatrzymał się w pół kroku, tylko po to by wypalić…
-Jak się nazywasz? – nikt nigdy nie twierdził, że Walijczyk należał do najlepszych podrywaczy.

Ostatnio zmieniony przez Dijira (17-08-2017 o 10h52)


https://media.giphy.com/media/4zVFGozstXudG/giphy.gif

Offline

#70 17-08-2017 o 17h46

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

https://fontmeme.com/permalink/170801/9bdcb38a2dc3a3d505251e9553d03702.png

         Peter uśmiechnął się słysząc uwagę Lili. No nie że wcale, ale Theo był wyraźnie zdrową kupą fajnie wyćwiczonego mięcha, na widok której autorka tego posta podkłada sobie serwetkę pod brodę. Po prostu blondyn jako grzeczny twór wyobraźni najpierw interesował się stanem płci pięknej o której dobro nauczony był dbać bardziej niż o swoje własne. Jednak dziewczyna wyraźnie nie chciała mówić o swoim samopoczuciu, no trudno innego dnia podręczy ją pytaniami o zdrówko, może nawet napoi ją jakimś niedobrym syropkiem na wzmocnienie wedle sadystycznych życzeń swej twórczyni. Teraz zaproponowała im picie, a Peter mając jednak polskie pochodzenie ( co nie spodziewaliście się? Luz, ja też) nie odmawia kiedy mu proponują, tym bardziej kiedy coś proponują mu kobiety.
- Bardzo chętnie. - rzekł dopijając resztki tego co miał w kubku. Jednak widząc jak Theo podaje mu kubek wziął drugi od niego swój zostawiając gdzieś w stercie innych już zużytych kubeczków. Zaśmiał się gdy ten rzucił tekstem o damach, cóż jeśli ktoś wiedział jak sobie nagrabić, to był to właśnie Reed. Nagle ktoś wpadł na niego ( Ermiś) wypuścił swój kubek ochlapując sobie koszulkę, a reszta napoju razem z kubkiem wylądowały na podłodze. Spojrzał na swój strój i westchnął ciężko. Nie żeby Peter nie nadawał się na mistera mokrego podkoszulka, ale paradowanie w koszulce przylegającej do jego torsu jakoś tak było nie na miejscu. Nie chodzi mi tu o ilość pożerających go wzrokiem panien, bo nie oszukujmy się jako obrońca musi mieć choć trochę siły, a żeby to zdobyć trzeba ciężko popracować i miało bardzo ładne skutki uboczne. Blondyn odwrócił się do sprawczyni wypadku i spojrzał na nią pytającym wzrokiem. Dziewczyna tylko machnęła różdżką i koszulka była w poprzednim stanie, sprawdziła jeszcze czy materiał jest suchy, a on zmarszczył brew i spojrzał pytająco na Lili i Theo. Dopiero wtedy dotarło do niego, że sprawczynią jest nowa dziewczyna z Anglii. Nim zdążył zagadnąć panna zwiała niczym sarenka widząca myśliwego celującego w jej kierunku. Mówi się trudno, żyje się dalej i tak każdy prędzej czy później ląduje w szpitalu. Nie życzył oczywiście nikomu nic złego, ale taka prawda wybuchy na eliksirach, niebezpieczne roślinki czy zwykłe lenistwo nieraz sprowadza ludzi do przychodni, a tam zazwyczaj jest też on. No chyba, ze akurat ma zajęcia, albo trening, a to też nie dzieje się jakoś mega często.
- No to chyba muszę sobie nalać. - rzucił i podszedł do stolika gdzie nalał sobie do kubka poncz, nie zwracając uwagi, że polewa z innego kociołka niż wlewał jego kumpel. Choć stojąc obok kociołków wyczuł wyraźną nutkę nugatu i lili . Zastanowił się nawet czy ktoś nie przyniósł czegoś dobrego na imprezę, albo jakaś dziewczyna nie użyła jakichś perfum, ale poncz pachniał normalnie, a on wrócił do swojego towarzystwa.
- Ok wróciłem, a jak tam przydział tej dwójki? Bez szaleństw? - zagadnął popijając zawartość kubeczka i wskazując głową kierunek w którym zniknęła była uczennica Hogwartu.

Ostatnio zmieniony przez Iku (17-08-2017 o 17h51)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#71 17-08-2017 o 21h02

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 657

https://zapodaj.net/images/16931a0ac5011.png



     Uniosłam brwi, tym samym nie kryjąc mojego zdziwienia. Bardzo interesowała mnie na historia, dlatego nie zapytałam o nią teraz. Lepiej będzie poczekać do końca imprezy, żeby dowiedzieć się szczegółów związanych ze szlabanem Theo. W każdym razie, w mojej głowie już zdążyły narodzić się pewne świetne wizje, pasujące do jego krótkiego opisu i przyznaję... nie chcę wiedzieć kto i w czyjej dupie grzebał, ale zabrzmiało to z goła obrzydliwie. Może przez to też nie chciałam teraz poruszać tego tematu? Lubię swoją reputację i dlatego wolę, aby nikt nie słyszał, jak rozmawiam o takich tematach.
     Poza tym... jeśli Reed się na czymś znał, to na pewno na tym, jak mnie kupić. Może dlatego, w ułamku sekundy, w którym nachylił się nade mną, nie powstrzymałam zadowolonego uśmieszku, który w jego odczuciu na pewno oznaczał, że taka odpowiedź mnie satysfakcjonuje. W końcu bardziej od nielubienia uczucia bycia zbędną, kocham czuć, że jestem ważna.
     Odprężyłam się, gdy alkohol trafił już do moich rąk. Może z tego powodu nie zauważyłam kiedy Peter stracił swój trunek. Dziewczyny za której sprawą się to wydarzyło też nie kojarzyłam. Dobrze, że Peter był taki zaradny, szybko znalazł sobie nową porcję alkoholu, a ja podobnie, jak Theo upiłam kilka łyków ponczu. Przyznaję, że wybitnym alkoholikiem nie jestem, ale smak wydał mi się dziwny. Skrzywiłam się, spojrzałam na przyjaciela, chcąc sprawdzić, czy też ma dziwne odczucia, ale nim o cokolwiek zapytałam, zeszło to na inny plan. Zakręciło mi się w głowie, więc dla pewności odłożyłam szklankę.
     - Każda dama świnia, gdy dżentelmen bez polotu - odparowałam słowa Reed'a szybko, jakby z odruchu, widząc, że nic sobie z tego nie zrobi. Wtedy też koło nas na powrót znalazł się Peter, ale nim zdążyłam jakoś zareagować na jego słowa, nad jego ramieniem ukazała się ona. Była jak grom z jasnego nieba, uczucie jakiego nie znałam rozlało się po mojej klatce piersiowej. Wstydziłam się go, a jednak...
     - Peter, chyba się zakochałam... - mruknęłam, nawet nie spoglądając na chłopaka. Po prostu nieładnie posunęłam go ręką i ruszyłam przed siebie, prosto do dziewczyny, która właśnie rozmawiała z Russelem, którego znałam z mojego domu (Ermira & Iku). Ta znajomość, chociaż nie jakaś specjalna była mi teraz bardzo na rękę.
     - Och, Russel... - przywitałam się, tylko przez chwilę zawieszając na nim spojrzenie, bo te natrafiło na stojącą obok dziewczynę. - Kim jest twoja urocza towarzyszka? Nie uważasz, że dobrze byłoby nas sobie przedstawić? - zagadnęłam niby chłopaka, ale więcej uwagi już ode mnie nie otrzymał. - Nie sądziłam, że na takiej imprezie spotkam taką ślicznotkę. Jak to możliwe, że wcześniej nie zwróciłam na ciebie uwagi? - zagadnęłam już bezpośrednio, patrząc w jej roziskrzone oczka.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#72 17-08-2017 o 21h23

Straż Obsydianu
cay
Rekrut
cay
...
Wiadomości: 66

https://fontmeme.com/permalink/170813/5db48c31eda28284b993fb449b43888d.png


Powtarzał sobie, że to co robi, jest  b a r d z o  głupie, nieodpowiedzialne, że może zginąć... a jednak poszedł. Las po raz kolejny zadziwił go swoją nieprzeniknioną głębią, wielkością, zapachem... niemal tonął w zieleni mchu, traw i krzaków wszelakich. Zdawało mu się, że zanim dotarł do celu, minęła wieczność... choć o dziwo słońce jeszcze nie zaszło.
Zaraz po trafieniu w ramiona Jasona zdał sobie sprawę, że jest bliski śmierci, nawet, jeżeli kolega intencje miał jak najlepsze...
Stary, dusisz. Nie miał wyjścia, musiał się przemienić... Chociaż nie bardzo miał ochotę.
Modlił się tylko, żeby zgromadzeni nad jeziorem nie zobaczyli ruchu dwóch sylwetek skrytych za drzewami, kiedy lis nagle zamienił się w chłopaka. I oto przed Jasonem siedział Clement - trochę chudszy, trochę bardziej ponury, trochę bardziej zmęczony, ale to nadal był on... Zaraz zamknął go w niedźwiedzim uścisku, przypadkowo wytarzał w liściach.
- Nadal jesteś kiepski w zabawie w chowanego. - stwierdził, nadal trzymając go w objęciach, jakby się bał, że Locke zaraz zniknie, rozpłynie się... - Wiem, czekałeś w cholerę długo. - odparł na jego wcześniejsze słowa. - Przepraszam.
Pozwolił Jasonowi wtulić się w jego płaszcz, zaciągnąć zapachem szalika... zerknął do tyłu, jakby pilnując, sprawdzał, czy nikt ich nie widzi. W przeciwnym razie musiałby wrócić do postaci lisa. Dosłyszał z oddali jakąś muzykę, smiechy, rozmowy.
- Co tam się dzieje? - nie mógł powstrzymać ciekawości, zerknął na przyjaciela z góry.
Zmrużył oczy, kierując wzrok na okna chaty; dostrzegał zarysy kształtów, widział ruch, acz twarzy zindentyfikować nie potrafił. Na jego oko, impreza. I to konkretna.


zwei din­ge sind unen­dlich, das uni­ver­sum und die men­schliche dum­mheit, aber beim uni­ver­sum bin ich mir nicht ganz sicher

Offline

#73 18-08-2017 o 20h14

Straż Obsydianu
Ermira
Pokonała kurę
Ermira
...
Wiadomości: 835

r u s s e l l    m i l e s

        Russ uśmiechnął się do przyjaciółki. Później znalazła się przy nich Eleonora. Młody Miles z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami. On rozumiał, że dziewczyny lubiły z nim przebywać, on rozumiał, że lubiły z nim rozmawiać, ale wręcz nienawidził, kiedy nie potrafiły zrozumieć jasnej aluzji. To, że unikał ją cały boży dzień wcale nie było romantyczną zabawą w chowanego czy innego berka. Po prostu ją unikał.
        Skrzywił się nieznacznie, kiedy dziewucha uwiesiła się mu na szyi. Jednak nie zaprotestował. Nigdy tego nie robił, nawet przybliżając się do niej nieco. Kiwnął lekko głową, kiedy zaproponowała, że przyniesie im drinki - co jak co, ale jeśli od razu uciekną w inny kąt to trudno ich przecież będzie wypatrzyć w takim tłumie. Plan wydawał mu się nadzwyczaj wymyśli, wręcz idealni... dopóki Dan nie dała się sprowokować.
        Uniósł nieznacznie brwi, a jego usta zacisnęły się w wąską linię. Wydawało mu się jakby właśnie dostał solidnego kopa w brzuch. Niesamowite. - pomyślał tylko poddenerwowany, krzyżując ręce na piersi. Niech sobie panna ucieka, niech sobie robi co chce. Dopóki nie przeprosi, nawet nie może liczyć na rozmowę z Russellem Milesem. Nie był przecież jakimś pierwszy, lepszym pijaczyną - a właściwie to nawet nie pił tak dużo, namawiając do tego innych.
        Wypuścił ze świstem powietrze. Nie tylko Dan zniknęła, Eleonora również. Długo jednak na towarzystwo czekać nie musiał, bowiem zaraz pojawiła się przy nim panienka Gifford. Uśmiechnął się szeroko na jej widok, jakby zupełnie zapominając o wcześniejszej sytuacji - nie zapomniał, po prostu nie chciał nikogo martwić taką głupotką.
   - Nadzwyczaj seksowne kolana, Al. - stwierdził, udając niedowierzanie. - Matka pewnie już dawno kazałaby mi zasłonić oczy. - dodał,  mając na myśli sytuację z dzieciństwa, kiedy to na ekranie pojawiał się chociażby mały, krótki pocałunek, a on siedział razem z rodzicami.
Po chwili podeszła do nich Lilianne - znajoma z tego samego domu, ewidentnie dość łakomie zerkając w stronę Alice. Właściwie nie zerkając, ona wręcz pożerała ją wzrokiem. Russ stłumił śmiech, zasłaniając ręką usta. Miał nadzieję, że zabawa w obserwatora będzie przednia.
   - Oh, moja nadzwyczaj cudowna koleżanka? -  nacisnął na ostatnie dwa słowa, chwytając Al od tyłu za ramiona. - Alice Gifford, dom horned serpent, sweet nineteen, drugi pokój na lewo, inteligentna, często bywa w bibliotece... -  zaczął wymieniać z wrednym uśmieszkiem - Singielka, bez drugiej połówki. - mrugnął do Anne, odsuwając się od Al.
Czy Go to bawiło? Oczywiście, że tak! Jak bardzo? Kolosalnie wręcz!
        Unikając jakiejkolwiek reakcji ze strony Alice, po prostu uciekł między ludzi, ażeby go przypadkiem nie trafiła jakimś nieprzyjemnym zaklęciem. Podchodząc do stolika z napojami jeden szczególnie przykuł jego uwagę. Naprawdę ładnie pachniał. Nie był do końca w stanie określić czym... a mimo to doskonale potrafił go dopasować do kobiety. Kobiety, która była w jego życiu niesamowicie ważna. Była. Nalał sobie, by od razu go wypić.
        Wtedy zauważył JĄ. Tą którą chciałby poślubić, spędzić z nią resztę życia, mieć mały domek z trójką dzieci (najlepiej dwoma chłopcami i jedną, najmłodszą dziewczynką) z białym płotkiem i dużym psem, labradorem skaczącym radośnie wokół ich nóg. Podszedł nieśmiało do Sol, oparł się na ścianie zaraz obok, nieśmiało na nią zerkając.
- Pięknie dzisiaj - odparł rozmarzony. - Ty... ty również dzisiaj cudownie wyglądasz. Znaczy, nie dzisiaj, codziennie! - przemógł się, aby w końcu spojrzeć w jej piękne oczęta.
        Kiedy ostatni raz czuł się taki mały, miękki, nieśmiały? Z nią. Z jego pierwszą miłością.


L     O     S     T                      I     N                      M     Y                      B     O     O     T     S     ,                      S     A     F     E                      I     N                      M     Y                      R     O     O     M

https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616562734716289024/1.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616563237734973471/2.gif  https://cdn.discordapp.com/attachments/541567871948423171/616563253858009099/3.gif  https://s3.gifyu.com/images/411d65a387673f8a8.gif  https://s3.gifyu.com/images/5a6701b8bd09977e0.gif

U     N     D     E     R                    T     H     E                    C     O     V     E     R     S     ,                    T     H     E     Y                    S     M     E     L     L                    L     I     K     E                    Y     O     U

Offline

#74 19-08-2017 o 15h08

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 704


https://zapodaj.net/images/41ad5b6a03d4a.png

        Niespodziewanie tempo wewnątrz małej chatki przybrało na sile. Muzyka stała się jakby głośniejsza, zrobiło się tłumniej, ciaśniej, ludzie zaczęli tańczyć. Ktoś śmiał się głośno – albo może kilka osób? Barwy stały się intensywniejsze, podobnie jak wszystkie emocje. Alkohol sprawił, że czułem je co najmniej ze zdwojoną siłą. Nigdy wcześniej nie przytrafiło mi się coś podobnego, więc teraz starałem się zlokalizować przyczynę takiego zjawiska. Tym łatwiej było mi zignorować wszystko, co stało się w krótkiej chwili, od kiedy napiłem się ponczu. Tylko kątem oka dostrzegłem, że ktoś prawie na nas wpadł. Nie wiem kto. Nie znałem jej (Ermira). Poza tym mój mózg chciał skupić się tylko na jednej, jedynej rzeczy…
        Nigdy wcześniej nie zauważyłem, jak dobrze wyrzeźbione mięśnie torsu posiada Peter. Mokra koszulka przylepiła się do jego skóry… Musiałem przyznać sam przed sobą, że kolana mi zmiękły. Niespodziewane, silne uczucie. Oparłbym się na Anne, ale ta odeszła, jakby nagle znalazła lepsze towarzystwo. Nawet nie podążyłem za nią przepełnionym zazdrości spojrzeniem, jak pewnie zrobiłbym to normalnie, żeby sprawdzić gdzie się udała.
        Nie. Teraz całą moją uwagę skupiał na sobie przyjaciel.
        I to w sposób, jakiego nigdy bym po sobie się nie spodziewał.
        Racjonalna część mnie chciała krzyczeć, że to niemożliwe. Emocjonalna część jednak skutecznie przygwoździła inne myśli. O mój boże. Czułem dziwnie przejmującą falę wstydu na myśl o tym, co właśnie chciałbym zrobić ze swoim  n a j l e p s z y m  przyjacielem. Odchrząknąłem cicho. Won z moich myśli, wy zdradliwe wizje i obrazy.
        – Właściwie to naleję sobie chyba jeszcze nieco tego… Specyfiku – odparowałem wymijająco, odwracając się od chłopaka niemal siłą. Miałem nadzieję, że opieranie się temu przejmującemu uczuciu pomoże w ochłonięciu, ale praktycznie stało się coś całkiem odmiennego. – Cholera, na jasnego Merlina, co się…
        Krótka wiązanka przekleństw spoczęła na jakimś uczniu, który nalewał sobie ponczu. Odepchnąłem go i napełniłem swoją szklankę, narażając się na ciche pogróżki. Nie miało to teraz znaczenia. Wypiłem kolejną dawkę. Uczucie intensyfikacji całego otoczenia tylko się pogłębiło. Jęknąłem cicho, odwracając wzrok w stronę Petera. Teraz albo nigdy. Nie mogę dłużej z tym walczyć!
        Zaczesałem dłonią włosy do tyłu i odpiąłem jeden guzik koszuli. Zrobiło się niesamowicie gorąco. A może to blondyn sprawił, że atmosfera tak się podgrzała.
        – Szkoda, że tamta dziewczyna wcześniej wysuszyła ci koszulę. Widok był przedni. Twoje sutki… - zacząłem, a później ugryzłem się w język. Chyba nie tylko w mojej głowie zabrzmiało to zdecydowanie zbyt obcesowo. Druga dawka alkoholu kopnęła mnie mocniej niż przypuszczałem. – No w każdym razie. O czym to rozmawialiśmy? – zapytałem, chcąc ukryć lekki rumieniec, który pojawił mi się na twarzy.
        O zgrozo… Jakie jego ciało jest niesamowicie seksowne. Jak tu mu się opierać? Nawet nie starałem się ukrywać, że patrzę na zarysowane pod koszulą mięśnie ramion i torsu.

Offline

#75 19-08-2017 o 20h14

Straż Absyntu
Rosker
Straż na szkoleniu
Rosker
...
Wiadomości: 211



Mam bolesną świadomość tego, że jestem niczym odprysk rzeczywistości. Wyraźnie odcinająca się, szarawa zadra na wielobarwnej, wręcz jaskrawej, powierzchni. Jasna skóra, jasne włosy, olbrzymie szkła okularów odbijające jasne niebo. Nawet kolory moich szkolnych szat wydają się bardziej wyblakłe niż u reszty moich rówieśników – możliwe, że to przez częste przebywanie na świeżym powietrzu, przez nierozważne wystawianie tkaniny na działanie promieni słonecznych – co sprawia, że w kolorowym tłumie zalewającym szkolne korytarze, jawię się jako jeden z duchów. Zabawna historia – dwa lata temu jeden z chłopców poważnie się wściekł, kiedy okazało się, że nie jest w stanie przeze mnie przeniknąć. To był pierwszy i jedyny (mam nadzieję) raz, kiedy ktoś wylądował przeze mnie u magomedyków. Był to też ostatni raz, kiedy słyszałam pełne zazdrości komentarz niektórych dziewcząt wymyślających, czego to by nie zrobiły i kogo by nie zdobyły posiadając tak specyficzną urodę, jak moja. Ostatecznie okazałam się być równie nijaka, jak przyozdabiające mnie barwy.
I całe szczęście. Bez wianuszka bardziej lub mniej lojalnych koleżanek, bez nieustannie zwróconych w twoją stronę oczu większości braci uczniowskiej swobodniej jest oddychać. Patrzeć. Być. Robić rzeczy, których nie wypadałoby wykonywać, gdyby spoglądał ktokolwiek. Bez skrępowania podciągać spodnie, gdy za bardzo się zsunęły, poprawiać uwierające ramiączko stanika, przecierać oczy, kiedy są już tak zmęczone, że traci się właściwą ostrość widzenia.
Albo zbierać skorupki z jajek, kiedy worek z nimi niespodziewanie się rozerwie. W ostateczności mogłabym darować sobie dzisiejsze karmienie kur, przetransmutować odpadki w kałamarz i zanieść go do najbliższej klasy, a potem udać się prosto na tę imprezę, o której informacje krążyły dziś po całej szkole. Mogłabym. Tak zrobiłby każdy na moim miejscu. Problemem jest to, że nie wiem, czy chcę tam być. To śmieszne, ale nie rozumiem powodów jej zorganizowania, choć może to wykracza poza moje wąskie ramy rozumowania – takie zabawy urządza się chyba bez powodu. By się wyszumieć, by pobyć z ludźmi, by się napić, mieć wymówkę do nieodrobienia zadanej przez profesora pracy, by świętować przybycie nowych uczniów. Głupio mi, że dla mnie to dzień, jak co dzień i dlatego sama chcę mieć wymówkę, by zmyć się stamtąd, kiedy uznam, że męczy mnie natężenie dźwięków; kiedy od samego zapachu alkoholu będzie szumiało mi w głowie; gdy nie będzie działo się absolutnie nic wartego uwagi. Bo, jakby nie było, niekiedy zwyczajnie lubię przyglądać się swoim kolegom, opierając się o ścianę w zacienionym kącie pomieszczenia, z kubkiem pełnym tego, co akurat podają do picia, i chłonąć ich śmiechy, gorączkowo opowiadane historie, ukradkiem rzucane spojrzenia, w kierunku tego, do kogo rwie ich serce. Większość z nich jest wówczas bardziej ludzka. Mniej napawają mnie obawami. Może dziś będzie tak samo. Może dlatego zatrzymuję się w połowie kamiennej ścieżki prowadzącej z zamku do jeziora i na moment przylegam do chłodnej, skalnej ściany, wyciągając z kieszeni szaty pomadkę i szybkim, wyuczonym przez wakacje ruchem muskając nią usta. Blady róż wystarczająco odcina się od reszty skóry, by dodawać odwagi, by wtopić się w bawiącą się gawiedź. Z każdym krokiem coraz wyraźniej docierają do mnie dźwięki muzyki, gwałtowne wybuchy śmiechu, odgłosy stukających się ze sobą szklanek. Jasna plama światła wylewa się przez drzwi chatki, niczym płynne złoto. Trawa pokryta już o tej porze rosą wygląda bardziej magicznie niż magia, jakiej się uczymy, mimo to przezwyciężam odruch, by zostać na zewnątrz i jeszcze chwilę, jeszcze dwie minuty przyglądać się roziskrzonym drobinkom.
W środku panuje zaduch i atmosfera absolutnego rozluźnienia – niemalże natychmiast robi mi się lżej, dłońmi nie ściskam od wewnątrz kieszeni szaty, a uśmiechy posyłane w stronę mijanych, znajomych twarzy nie są nerwowe. Docieram do stołu z ponczem chwilę po tym, jak dochodzi przy nim do drobnej katastrofy z udziałem Danielle (to prawdopodobnie nie jest jeden z jej najlepszych dni), więc po nalaniu sobie odrobiny napoju do kubka, odsuwam się nieznacznie, by nie znaleźć się w centrum zaistniałej afery. Jako prefekt, Bynes zapewne zaraz sobie z tym poradzi.


https://78.media.tumblr.com/7ca872cb20a0640fa519f4cfb029eaff/tumblr_p0ula6lvw11r73dymo3_400.gif https://78.media.tumblr.com/cf4e43d793d99eeaaea1d7fb1bed5666/tumblr_p0ula6lvw11r73dymo4_400.gif
e  v  e  r  y  t  h  i  n  g     i  s     c  o  n  n  e  c  t  e  d

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 5 ... 59