Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 57 58 59

#1451 26-02-2019 o 21h16

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 743

___________________________https://i.imgur.com/kx3GtrP.png

___________________________https://fontmeme.com/permalink/190128/eafaa513204a502de6e764b4171022bf.png


   Wiedziała, że to był ich koniec. Max był kimś zupełnie innym, a i ona zmieniła się nie do poznania na przestrzeni minionych tygodni. Była pewna, że gdyby nie to co czuła do Sorrella, to teraz bez zastanowienia oddałaby się przyjacielowi i jeszcze by mu za to podziękowała. Cisza, która zapadła w namiocie była nie do zniesienia i przeszywała każdą komórkę ciała Mari, która siedziała sztywno na łóżku, czerwona jak burak. Jak mogła do tego dopuścić, jak mogła pozwolić żeby to wszystko się wydarzyło? Była bezsilna wobec losu, który codziennie kopał ją w dupę i przypominał, jaka jest beznadziejna. Chłopak, którym jest zainteresowana znika w niewyjaśnionych okolicznościach, a najlepszy przyjaciel zamyka się przed nią na cztery spusty i wyrzuca klucz, żeby nigdy już nie mogła się do niego dostać. Dziewczyna nie potrafiła określić w którym momencie jej życie zamieniło się w serię niefortunnych zdarzeń, ale nie można było wypierać się pecha, który towarzyszył jej od dłuższego czasu. Prawdopodobnie dostała go razem ze swoim darem, który nijak jest jej do życia potrzebny. Dlaczego przodkowie nie podarowali jej seksownej figury, czy choćby ładnej buzi? Skazali ją na wieczne potępienie i staropanieństwo. Gdyby chociaż cycki miała większe, to byłaby bardziej atrakcyjna dla facetów. Pewnie nie miałaby problemu, aby poprosić Martina o alkohol i z pewnością nie musiałaby wycierać kurzy pod jego posłaniem. Życie przeciętnej dziewczyny było bardziej trudne niż mogłoby się wydawać. Nic nie jest pewne, nic nie jest jednoznaczne. Jesteś dobrą znajomą, ale nie jesteś wystarczająca aby być ukochaną. Jeśli kogoś masz, to nie oficjalnie i nie licz, że przedstawi cię rodzicom. Wielkie, błędne koło.
   Idąc w ślady Maxa, zawiesiła nogi z brzegu łóżka i zaczęła ubierać buty, które wcześniej porzuciła obok butelki samogonu. Najlepiej będzie się teraz wycofać, bo i o czym mieliby rozmawiać? O pogodzie? Może gdyby wypili, to języki by się im rozwiązały, albo doszłoby do czegoś zupełnie innego. Sytuacja była bardziej niż zła i prawdopodobnie nic nie można było na to poradzić. Zaakceptowanie swojej porażki było ciężkie zwłaszcza, gdy nawet ie podjęło się żadnej próby rozwiązania problemu. Marianne czuła się niczym dziecko we mgle, które na oślep maca wszystko wokół siebie i stara się znaleźć wyjście z czarnej dziury, w której się znalazło.
   - Chciałabym, żeby wszystko było prostsze i żebyśmy byli trochę mniej skomplikowani. - stwierdziła, podnosząc się powoli z pryczy. Wade na nią nie patrzył, ona natomiast wpatrywała się w niego cały czas i to bez mrugnięcia okiem. Nie mogła wyjść i zostawić go w takim stanie, bo mimo iż czuła, że on nie traktuje jej już jak przyjaciółkę, to chłopak nadal był dla niej ważny. Nie zamierzała go porzucać. Zbliżyła się więc do niego i ponownie usiadła na łóżku, trącając go przy tym barkiem w bark, by zwrócić na siebie jego uwagę. Kimże by była, gdyby teraz odeszła?
   - Max, porozmawiaj ze mną, proszę. Co cię gryzie? Poczujesz się lepiej, obiecuję - odezwała się szeptem, uśmiechając się do niego delikatnie, aby dodać mu otuchy. Chciała go wspierać, bo przecież obiecała sobie, że będzie go chroniła, że zrobi wszystko by go ocalić nawet jeśli oznaczało to ocalenie go od samego siebie. Kiedy na nią spojrzał jego wzrok był pusty, jakby nagle stracił całą chęć do życia i maleńką cząstkę nadziei, która jeszcze się w nim tliła. Teraz nie było już nic, zupełnie nic. Mari była przerażona ogromem zniszczeń i wściekła na samą siebie, że chwilę temu miała idealną okazję, aby odczytać aurę chłopaka, ale nie zwróciła nawet na nią uwagi, bo skupiła się tylko na ich bliskości. Czy była aż taką gapą, żeby w dogodnym momencie nie wykorzystać nadarzającej się okazji, czy to jego ślepia przysłoniły jej cały świat?
    - Jeśli nie chcesz mówić, to możemy po prostu posiedzieć, ale wolałabym żebyś się nie zamykał. Może mogę ci jakoś pomóc, przecież zawsze jest jakieś wyjście, Max. Zawsze byłeś optymistą i to ty mnie podnosiłeś z ziemi, kiedy się poddawałam. Nie mogę znieść myśli, że jest ci źle, a ja nie mogę nic zrobić, bo nic nie wiem. Nic mi nie mówisz - jej głos drżał od nadmiaru emocji podobnie, jak całe ciało. Nie mogła tego w żaden sposób powstrzymać ani opanować. Musiała być silna, aby udźwignąć cały ciężar tego paskudne świata, zarówno swego własnego, jak i tego należącego do Wadea.



___________________________https://fontmeme.com/permalink/190128/11117c740fe022e9e8af6af7eb81e2c2.png


   Sorrell był cwany i zawsze wiedział, co powiedzieć, byle chronić swoje tajemnice. Siedząc nago przy nauczycielce wydawałoby się, że nie ma nic do ukrycia, a jednak sekrety aż z niego kipiały. Zamknął je i ukrył klucz, ale nie przewidział jednego - w końcu zniszczy go to od środka i nikt nie będzie w stanie go uratować. Kobieta analizowała za każdym razem jego odpowiedzi, badając czy jest między nimi jakiś ukryty sens, jakieś inne znaczenie, o którym być może on sam nie wiedział. Uwagi na temat związku z uczniem sprawiły, że myśli od razu skierowały się w stronę słodkiego Petera, a wspomnienia o ich wspólnym wypadnie do lasu rozgrzały jej serce. Kobieta była poruszona, ale nie okazywała już nadmiaru emocji, racząc chłopaka jedynie lekkimi uśmiechami. Odwróciła się nieco bardziej w jego stronę tak, że nogami dosięgała niemal wody, a chcąc uniknąć z nią kontaktu, cofnęła stopy podciągając kolana pod brodę. Wiatr zmorzył na sile, ale nie przeszkadzało jej to, wręcz przeciwnie. Chłód przyjemnie koił rozgrzane po wędrówce ciało, sprawiając że rumieńce traciły swój szkarłatny kolor, a cera ponownie stawała się nieskazitelnie jasna.
   - Nie wiadomo, jak potoczy się życie i gdzie rzuci nas los. Może jutro będziemy po zupełnie innych stronach barykady. To nie było wyzwanie, mój drogi i mam nadzieję, że uda nam się tego uniknąć. - stwierdziła, zastanawiając się co też siedzi w jego głowie. Ciekawiło ją, czy młody czarodziej ma jakiś plan, czy próbuje uniknąć odpowiedzialności, jaka na nim spoczywa. Rodzina wymagała wiele, Eva była świadoma tego, bo sama przeżywała to, co on i może dlatego czuła do Hathowaya coś na wzór sympatii. Utożsamiała się z nim, ale nie współczuła mu, bo współczucie jest oznaką słabości, a przecież ona nie była słaba. Jego wuj był k****** tego nie dało się ukryć i zapewne miał na chłopaka wielki wpływ, być może w jakiś sposób go to wypaczyło. Dziecku ciężko znieść narzucone przez kogoś szlaki, podążać wydeptana ścieżką i spełniać się w roli, którą dla niego wybrano. Człowiek z natury est ciekawy świata, chciałby się rozwijać, poznawać nowe rzeczy, a przede wszystkim decydować o swojej przyszłości. Odebrano jej to podobnie, jak Sorrellowi.
   - A jak idzie ci z Mari? - zagadnęła, choć wcześniej obiecała sobie tego nie robić. Ciekawość była silniejsza od niej i chciała dowiedzieć się, czy Soll poczynił jakieś postępy względem zakochanej czarownicy. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie uprzedzić go, że po powrocie do zamku dziewczyna będzie potrzebowała jego wsparcia. Uznała jednak, że nie będzie zdradzała, czego się dopuściła i postara się skierować podejrzenia na kogoś innego. Kto mógłby być kozłem ofiarnym? Miała już na oku pewną osobę, ale plan nie był na tyle doskonały, aby wprowadzać go w życie. Jeszcze nie teraz, było zbyt wcześnie. Aristov potrzebowała ostatniego elementu układanki, czegoś co będzie wszystko scalało. Musiała jeszcze pomówić z Jamesem i wybadać w posiadaniu jakich informacji jest, a z pewnością wiedział wiele, bo w przeciwnym razie by go tu nie było. Przeciągała ten moment możliwie najdłużej z obawy, że obudzi się w niej coś, co starała się wyprzeć, coś czego istnienia nie mogła znieść.
   - Czarny Pan się nieco niecierpliwi. Chciałabym powiadomić go o postępach - dodała kobieta, zaczesując kilka kosmyków ciemnych włosów za ucho, które co i rusz wysuwały się na policzek i łaskotały wrażliwą skórę. Kłamała, jak z nut. Sama chciała wykorzystać zdolności dziewczyny, a Voldemort nawet nie miał pojęcia o jej istnieniu. Gdyby to wyszło na jaw, to Czarnoksiężnik sam osobiście przybyłby do Ameryki, aby pozbawić ją życia, a Avery nigdy już by jej nie zaufał. Myśl o stracie Evansa bolała jakoś bardziej niż perspektywa śmierci.

Ostatnio zmieniony przez Charo (27-02-2019 o 15h28)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#1452 01-03-2019 o 18h19

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 636

___________________________https://i.imgur.com/kx3GtrP.png
____________https://i.imgur.com/o7O282l.png

        Ta myśl, raz zasiana w moim umyśle, powoli kiełkowała i dawała znać o tym, że już nie zamierza mnie opuścić.
        Mówiłem jej wiele rzeczy, złych, dobrych, kłamałem i mówiłem prawdę, prowokowałem, bo lubiłem ją taką zadziorną i zdeterminowaną, ale nigdy nie wypowiedziałem tych trzech słów składających się w proste wyznanie, które każdego dnia na całym świecie słyszą tysiące, a może miliony osób setki razy w ciągu doby. To było żałosne i nieistotne, a te słowa nic nie znaczyły, często lżejsze niż wiatr, były na niego rzucane; a mimo to poczułem, jak powoli zaczyna mnie to dręczyć. Prawdopodobnie było to kolejną rzeczą, którą sobie tylko wkręcałem, ale nieważne ile razy powtórzyłem w myślach do siebie, że to nie jest ważne, bo i tak całe moje jestestwo krzyczało, że jest na odwrót.
        Kolejne słowa Mari wpadły i wypadły, nie wywołując u mnie żadnej reakcji; ani widocznej w ciele, ani w moim zagłębiającym się w tamtych przemyśleniach umyśle. Skomplikowani? Właśnie roztrząsałem najmniej istotną rzecz na świecie i wcale nie czułem, żebym był skomplikowany, wręcz żałośnie i do bólu prosty. Ale jutro był dzień. Pojutrze. Nawet, jeśli zamierzali po tej aferze wziąć Ciarę do domu, w końcu ją znajdę, jak zawsze znajdywałem. Prawda?
        Coś krzyczało głośno, że tym razem jest inaczej. To, co kryło się w jej spojrzeniu, kiedy byliśmy w lesie i kiedy kazała mi odejść. Jedno jej słowo nie pasujące do kontekstu – „ostatni” – i ogarniająca mnie dziwna pewność, że nigdy już nic nie będzie dobrze. A także moja zupełna, bezwarunkowa bezradność w tym temacie. Dawniej często czułem się słaby, bezradny, biedny, poddany rozkazom matki i Bóg wie kogo jeszcze, ale nigdy jeszcze nie było to wrażenie tak dotkliwe.
        Poczułem, jak materac obok mnie znów się nieznacznie ugina w chwili, w której Marianne usiadła obok mnie. Dziwne, myślałem że poszła już dawno, dawno temu. Sto lat temu.
        Zerknąłem na nią kątem oka, zaledwie przelotnie muskając spojrzeniem jej twarz, ale tym razem skupiając się na malujących się na niej emocjach zamiast na pożądaniu. Po raz kolejny miałem wrażenie, że mógłbym po prostu powiedzieć Marianne. Powiedzieć prawdę. Ale kiedy spojrzenie przebiegało po jej ustach, już wiedziałem, że to nie jest dobry pomysł.
        Chciałbym, ale nie umiałem jej zaufać. Wolałem, żeby moje mroczne sekrety pozostały w cieniu tajemnicy choćby miały się stać moim brzemieniem i kulą u nogi podczas topienia się, żeby tylko nie poleciały prosto do szpiega Hathowayów, a także – jak się ironicznie dla naszej dwójki złożyło – ukochanego Mari.
        — Ja też to czuję, Mari. Też chciałbym, żeby ktoś mnie po prostu… Kochał. — Ostatnie słowo niemal wyplułem z obrzydzeniem, jakby to była trucizna. Obróciłem wolno butelkę w palcach, a potem znów wypiłem kolejny łyk, czując nadchodzące powoli rozluźnienie spiętych do tej pory mięśni. Dawno nic nie jadłem i czułem, jak alkohol przyjemnie wpływa na pusty żołądek. — Ale odnoszę wrażenie, że to jest cholerny, p********* luksus. — podjąłem. — Masz swojego księcia na białym koniu, Mari? Jak sądzisz, ile przyjdzie za to zapłacić? Sorrell, hmm — rozsmakowywałem to imię na języku. A potem zmieniłem temat, z każdym procentem czując, że żadnego już nie muszę się trzymać: — Ostatecznie w miłości chodzi tylko o nasz egoizm. Chcemy być z kimś blisko, bo chcemy żeby to o nas ktoś dbał i żeby nas otaczał miłością.
        Po tych słowach wcisnąłem jej butelkę z kradzionym samogonem w dłonie i odchyliłem się do tyłu, opierając się wygodnie na dłoniach położonych nieco dalej za plecami. Z tej strony namiot stał nieco niżej, ale ułożony w ten sposób, z lekko odchyloną do tyłu głową, mieściłem się pod krzywym jego sufitem.
        — Myślisz, że Ciara może coś sobie zrobić? — zapytałem niespodziewanie nawet dla samego siebie.
        Może dziewczyna siedząca obok mnie nie była odpowiednią osobą aby ją o to pytać, bo prawdopodobnie gdyby Ciara miała złe zamiary, to Mari jeszcze by jej pomogła. Wciąż pamiętałem jej słowa wtedy na błoniach, kiedy dowiedziała się o tym co nas łączyło i wyznała swoje uczucia. Jak to było? Jeszcze nie zdążyła się umyć po poprzednim kiedy wylądowała w moim łóżku?...
        Alkohol zaczynał działać.

Ostatnio zmieniony przez Valeriane (01-03-2019 o 20h39)


_________. .__T O   L O V E   I S     T O   D E S T R O Y
https://78.media.tumblr.com/dbcc5471449ac9ed4ea835bcf39f5d2d/tumblr_p2m6tbY2zg1we2qvuo5_400.gif https://78.media.tumblr.com/b20a2c8bb697d76ff65f3857bf9c7314/tumblr_p2m6tbY2zg1we2qvuo6_400.gif
                                                                                                  T O   B E   L O V E D   I S   T O   B E   T H E   O N E   D E S T R O Y E D

Offline

#1453 02-03-2019 o 14h28

Straż Cienia
Umbreonna
Żołnierz Straży
Umbreonna
...
Wiadomości: 478

https://cdn.discordapp.com/attachments/462262574440775686/525381672477130752/download_2.png

Seoul, Korea Południowa

Znowu ten sam sen. Stoję na korytarzu koreańskiego szpitala i czekam na wynik operacji, którą przechodzi ojciec. Gdzieś pod ścianą siedzi spanikowana mama i Sung próbujący ją pocieszać. Wie, że do mnie lepiej się nie zbliżać, bo jestem w bojowniczym nastroju. Aż sama się dziwię, że mam w sobie tyle siły, którą chcę teraz przekazać teraz ojcu. Mimo iż tego człowieka nie było przez tyle lat w moim życiu, nie chciałam aby umierał. Nie teraz. Nie gdy moje życie w końcu zaczęło się układać.
Po chwili z sali operacyjnej wychodzi lekarz. Azjata jest cały spocony, jakby przed chwilą stoczył ciężką bitwą. Próbuję odczytać coś z jego twarzy, ale ta ma kamienny wyraz. Nie wiem jakie wieści za chwile nam przekażę. Liczę na dobre, że za chwile za nim wyjdzie ojciec i jak gdyby nigdy nic każe nam wracać do posiadłości, bo on ma jeszcze mnóstwo spraw do załatwienia w firmie.
Niestety w tym momencie sen zmienia się w koszmar. Wszystko wokół wydaje się jakby ciemniejsze i mroczniejsze. Akcja przebiega jak w filmach. Patrzę za siebie i widzę jak mama z łzami na policzkach pada w ramiona Sunga. Odwracam się do lekarza. Ściąga czepek i już wiem co chce nam przekazać. Z moich ust wyrywa się krzyk.

                                               ***

- Spokojnie kochanie, to tylko sen. - Sung przytulił mnie do siebie gdy faktycznie przebudziłam się z krzykiem. Nie był to pierwszy raz. Odkąd przyjechaliśmy do Korei i ojca stan był w pewnym momencie krytyczny nawiedzają mnie te koszmary. Tak naprawdę cała sytuacja z szpitala miała miejsce. Faktycznie czekaliśmy parę tygodni temu z kamieniami na duszy na wynik operacji. Na szczęście wtedy ojciec wyszedł z tego cało i po paru dniach nawet wrócił do pracy. Oczywiście jego życie nadal wisi na włosku i w każdym momencie, może mieć nawrót ataku, ale póki co wszystko wydawało się być w porządku.
Dlatego też ostatecznie postanowiłam na jakiś czas nie wracać do Ilvermorny. Chciałam być blisko rodziny i Sunga, który kategorycznie odmówił kolejnego wyjazdu. Był naprawdę wiernym pracownikiem. Widząc ile w ostatnim czasie robił dla ojca zaczynałam doceniać go jeszcze bardziej, mimo iż oznaczało to, że miałam go dla siebie jedynie wieczorami i w nocy. Z rana mężczyzna wylatywał z mieszkania i pędził na złamanie karku aby spędzić tam cały dzień. Niby też powinnam tam przebywać częściej, ale ojciec po kazaniu jakie zrobiła mu matka, dał mi parę tygodni “wolnego”. Nie tyczyło się to oczywiście nauki, no i niestety na miejsce zapracowanego Sunga przyszedł Pan Park, który był naprawde miły i cierpliwy, ale no… Nie był moim ukochanym, z których chciałam spędzić każdą minutę swojego czasu tutaj.
Dużo nam pomogła moja tymczasowa przeprowadzka. Może i było trochę za szybko, bo nasza relacja trwała naprawdę krótko i nie obyło się bez kłótni o dziwo z mamą. Ojciec przyjął informację z spokojem po czym zabrał Sunga na słówko do siebie. Mama niestety z nieznanych mi przyczyn nie ufała mojemu nowemu, sic pierwszemu partnerowi. Próbowałam mi wytłumaczyć, że sytuacja jest poważna i że znamy się za krótko, ale ona nic nie rozumiała. Ja i Sung to było coś magicznego. Rozumieliśmy się z mężczyzną bez słów, a gdy przyjechaliśmy tutaj to już w ogóle nasza więź się zacieśniła. Miałam wrażenie, że to właśnie on jest tym jedynym i na niego czekałam całe życie. Ostatecznie zgodziła się na takie ‘tymczasowe’ rozwiązanie, ale pod warunkiem, że będzie nas cały czas odwiedzać.
- Przepraszam, że cię znowu obudziłam. - Czułam się naprawdę głupio, że mężczyzna znowu będzie musiał iść do pracy niewyspany. I tak musiał zrywać się o świcie aby załatwić pewne pilne sprawy.
- Nic się nie stało. Chociaż chyba wiesz w jaki sposób można jeszcze uratować ten poranek. - Wystarczył jeden jego uśmiech i gest, abym wiedziała o co mu chodziło. Jego ręka momentalnie znalazła się na moim policzku, a usta bez problemu się znalazły. Gdy nasze ciała w końcu ciasno do siebie przywarły opadliśmy połączeni znowu na łóżko, aby znowu udać się w podróż do nieznanej mi, ale jakże cudownej krainy wzajemnej bliskości.

                          ***

Po zajęciach z Panem Parkiem przeważnie brałam się za sprzątanie mieszkania. Wiedziałam, że nie muszę tego robić, bo po jakimś czasie przychodziły wynajęte przez Sunga pracownice, ale i tak nie miałam nic lepszego do roboty. Zawsze te miłe panie potem miały mniej pracy. Ścierając kurze, czy myjąc podłogi zawsze starałam się szanować prywatność swojego partnera. Jak mnie prosił abym nie wchodziła do jego gabinetu, tak nigdy tego zakazu nie łamałam. Ufałam mu i nie widziałam potrzeby aby tam myszkować.
Tego dnia jednak Sung zostawił uchylone drzwi. Nie dziwiłam mu się. Nasze poranne ‘powitanie’ trwało dzisiaj trochę dłużej niż zwykle, więc musiał szykować się do pracy w pośpiechu. Biedny nawet nie zdążył wypić kawy.
Miałam zamiar po prostu przymknąć te drzwi i wrócić do swoich zajęć, lecz gdy się zbliżyłam z pomieszczenia dostał się do moich nozdrzy cudowny zapach. Był tak kuszący, że chcąc nie chcąc musiałam na chwilę wejść do gabinetu. To było naprawdę przeżycie. Jego prywatne biuro nie przypominało ani trochę pokoju, który przydzielono mu w szkole. Ogromna biblioteka na jednej ścianie, drewniane meble nadające odpowiedni klimat, lekko czerwonawe światło. Czułam się jakbym wkroczyła do zupełnie innego świata. Najbardziej moją uwagę przykuł znajdujący się na biurku złoty globus. Był taki piękny. Zbliżyłam się do niego i naprawdę ledwo co się powstrzymywałam aby go dotknąć. Chyba aż tak nie powinnam nadużywać zaufania ukochanego.  Na pewno by mu się nie podobała moja obecność tutaj. Powinnam już wyjść. Spuściłam wzrok z wyrzeźbionej Europy i wtedy padł on na notes. Nie taki zwykły i normalny notes. Serce mi stanęło i wstrzymałam oddech. Na okładce znajdowało się moje imię i nazwisko. Nagle poczułam się tak jakbym z cudownego snu znalazła się w klatce. Teraz tylko pozostawało pytanie czy chciałam poznać odpowiedź na pytania, które tak nagle pojawiły się w mojej głowie…

C.D.N


https://66.media.tumblr.com/f371ca2930f0a07f877822bdf581d251/tumblr_pjg2vyJInL1vv5i8eo1_500.gif

Offline

#1454 04-03-2019 o 08h53

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 743

___________________________https://i.imgur.com/kx3GtrP.png

___________________________https://fontmeme.com/permalink/190128/eafaa513204a502de6e764b4171022bf.png



  Słowa chłopaka wywołały u niej niemal rozbawienie, ale był to odruch bezwarunkowy i wcale nie spowodowany wesołością sytuacji. Wręcz przeciwnie, było tak beznadziejnie, że jedyne co Marianne mogła zrobić, to parsknąć śmiechem. Nie zrobiła tego, powstrzymała się i zdusiła w sobie wszelkie oznaki, które mogłyby wskazywać na to, że bawi ją to, o czym rozmawiali, bo w istocie tak nie było. Sama nie wiedziała, co się z nią działo i dlaczego reagowała w taki sposób. Być może była zbyt przerażona tym, że Max w końcu powiedział jej prawdę, że powiedział co czuje. Wewnątrz niej szalało tornado, które sprawiało, że nie była w stanie usiedzieć spokojnie na miejscu, że chciała zrobić coś z rękoma, dotknąć przyjaciela i zdradzić mu wszystkie swoje sekrety, zapewnić o swoich uczuciach. Nie mogła tego zrobić, bo to złamałoby jego świat i zapewne zburzyło iluzję jej świata, czegoś co wydawało jej się do tej pory prawdą. Sama myśl o tym, że wszystko, co zbudowała na przestrzeni ostatnich tygodni, było kłamstwem, sprawiało, że miała wielka ochotę uciec i nigdy już nie wracać, miała ochotę stać się kimś zupełnie innym, jak wtedy w górach. Mogłaby być na zawsze Sophie i zapomnieć, że ktoś taki jak Marianne Caron kiedykolwiek istniała.
   Dziewczyna odebrała butelkę od przyjaciela i upiła kilka głębokich łyków, krzywiąc się przy tym lekko. Martin nie kłamał, samogon wypalał wnętrzności i złe samopoczucie. Już po chwili poczuła rozluźnienie, więc mogła wrócić do bardziej swobodnej rozmowy z Maxem.
   - Ja i Soll, hm? Przecież to się nie mogło udać. Nie jestem głupia i wiem, że ktoś taki jak on nigdy nie pomyśli o mnie, jak o tej jedynej. Miałam złamane serce prawdopodobnie już od samego początku, bo dobrze wiedziałam, że to nie ma sensu. - odpowiedziała, wzruszając lekko ramionami, jakby mówiła o braku budyniu na śniadaniu, a nie o chłopaku, do którego coś czuła. Coś, no własnie. Nie potrafiła już tego określić, bo nie miała nawet sensu z nim normalnie porozmawiać. Może to i lepiej, że tak się stało? Może tak właśnie powinno być. Podała alkohol przyjacielowi i poszła w jego ślady, aby usiąść podobnie, jak on. Spoglądał w górę, a Mari na niego i znowu przyłapała się na tym, że myśli o nim nie tak, jak wypadało. Nienawidziła się za to, nienawidziła wszystkich myśli które miały związek z nią i Maxem i które nie przedstawiały ich wcale, jako przyjaciół. Ciężko było jej wrócić na właściwe tory i dlatego była taka rozbita. Czuła, jak jej dusza z każda kolejną chwilą rozrywa się coraz bardziej i nigdy już nie wróci do swojej pierwotnej postaci. Na zawsze pozostanie zniekształcona i spaczona.
   - Najwyraźniej jesteśmy skazani na samotność - stwierdziła, posyłając mu lekki uśmiech. Kiedy wspomniał o Ciarze, twarz dziewczyny od razu pociemniała i nie próbowała nawet tego ukryć. Ten temat był ostatnim, jaki chciała poruszać w tym momencie, ale nie mogła pozostawić tego pytania bez odpowiedzi. 
   - Ciara, którą znałam nigdy by tego nie zrobiła, ale ta dziewczyna, która dała popis przed wszystkim i która wróciła z Salem... Nie jestem pewna, Max. Nie znam jej. Mam nadzieję tylko, że nie chce zwrócić na siebie uwagi i nie zrobi nic głupiego - powiedziała Mari nieco drżącym głosem. Czy chłopak czuł to samo? Czy zauważył zmianę w zachowaniu Linder i podobnie jak ona, nie rozumiał jej. A może chodziło o coś zupełnie innego? Może był w podobnej sytuacji, co ona i źle ulokował swoje uczucia.
   - To nie tak, że życzę jej źle i chciałabym jej śmierci. Nie mogę na nią patrzeć, nie mogę znieść myśli, że ona może znaczyć dla ciebie więcej ode mnie, że była z tobą tak blisko. K**** przepraszam, ale jestem wściekła na sama siebie, a jej obecność jeszcze to potęguje. Gdybym tylko potrafiła zdobyć się wtedy na odwagę i powiedzieć o swoich uczuciach, to może wszystko wyglądałoby inaczej. Nawet nie wiesz, jak tego żałuję i jak bardzo chciałabym cofnąć czas - szepnęła, z trudem powstrzymując łzy. Odebrała od niego butelkę nim zdołał upić kolejny łyk. Przechyliła ją i piła tak długo aż zabrakło jej powietrza. Poczuła na policzkach pieczenie i wiedziała już, że jest cała czerwona na twarzy, tylko nie była pewna czy to zasługa samogonu czy słów, które przed chwilą wypowiedziała. Sytuacja z Sorrellem była tak niejasna, że wydawała się w ogóle nieprawdziwa, jakby Mari ubzdurała sobie, że coś ich łączy. Potrzebowała go, a ciągle coś było ważniejsze, ciągle tliła się w jej głowie ta sama niepewność, że coś jest bliższe jemu sercu niż ona. Znikał i wracał i znowu zachowywał się tak, że cały świat przestawał dla niej istnieć, a później znowu go nie było i poczucie pustki było dobijające. Nie potrzebowała codziennie zapewnień i gorących słów, ale jeden gest potwierdzający uczucia, coś co sprawie, że w końcu przestanie szukać bliskości wszędzie, bo będzie wiedziała, że może liczyć na nią od niego. Czy to nie jest wielka rzecz - znaczyć dla kogoś wszystko?

Ostatnio zmieniony przez Charo (04-03-2019 o 12h18)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 57 58 59