Forum

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 02-08-2017 o 01h21

Straż Cienia
Vanillka
Straż na szkoleniu
Vanillka
...
Wiadomości: 178

NASTĘPNY ROZDZIAŁ ~ OKOŁO 24 - 25.11


Podobno od dobrego wstępu wiele zależy, więc chciałam napisać tu "kebaby dla wszystkich!", ale nie wypłaciłabym się do końca życia, też wywieszam białą flagę.

*koniec super wstępu, przejdźmy do rzeczy*

Swojego czasu pisałam tu inne opowiadanie, aczkolwiek przez brak czasu i weny umarło ono równie szybko jak nieskalaność Nevry. "Domino" skrobię już od dłuższego czasu, też pomyślałam, że czemu by nie wypuścić tego na światło dzienne. Początkowo stawiałam na formę os'a, jednak nad pewnymi rzeczami wolałam dłużej podumać. Tak czy siak, historia nie będzie długa, ale nie jestem w stanie dokładnie określić, ile dokładnie rozdziałów mi zajmie. Czas pokaże.

Nie jestem wielkim znawcą elfich zwyczajów, więc większość rzeczy po prostu sobie wymyśliłam. To tyczy się całego magicznego świata – także jeśli znajdą się tu jacyś eksperci, z góry przepraszam za mój brak wiedzy - nie dość, że nie umiem we wstępy, to w fantastykę też nie, so sad (Ezarel rzuciłby we mnie butelką po bimbrze).

Nie wahajcie się wytknąć mi błędów: w przecinki też nie umiem (ten wstęp chyba skutecznie odrzuca ludzi od mojej osoby XD ups) i najchętniej postawiłabym je wszędzie, gdzie się da. Także czekam na rady, tylko bez bicia i rzucania kamieniami, bo chciałabym dożyć ślubu z pewną niebieską mendą.

Dla klimatu: historię tworzę przy soundtracku z Kamisamy (polecam anime, ta zacna dziewoja z mojej sygnatury tam występuje), więc jeśli ktoś ma ochotę, może sobie włączyć.

Enjoy!

~




- Mamo? Opowiesz mi bajkę na dobranoc?

    Kobieta przysiadła na krawędzi łóżka i zamyśliła się na chwilę. Alicja znalazła drogę powrotną z Krainy Czarów, Kopciuszek odzyskał pantofelek, a Roszpunka wyszła z wieży. Erice powoli zaczęło brakować tytułów, a córka wciąż domagała się opowieści. Wymyślenie czegoś na poczekaniu nie wchodziło w grę, bowiem była posiadaczką wyjątkowo upośledzonej wyobraźni i miała w tej dziedzinie niewielkie pole do popisu.
- Opowiedziałam ci już wszystkie bajki, jakie znam. – Na twarz dziecka momentalnie wpełzło rozczarowanie. – Ale nie martw się. Znam pewną historię, która może cię zainteresować. Daleko jej jednak do bajki.
- Dlaczego?
- W bajkach łatwo rozpoznać, komu można zaufać. Dobro zawsze pokrywa się z pięknem, a złe charaktery mają garbate nosy i chowają się pod czarnym kapturem. Nie istnieje nic pomiędzy. Można dopasować cię tylko do jednej grupy – masz dobre serce albo nie posiadasz go wcale. W życiu jest inaczej. Nie zawsze potrafimy odróżnić dobro od zła. Król też miał z tym problem. – Wspomnienie mężczyzny na chwilę zbija ją z tropu. – Zapamiętaj, że kiedy szukasz piękna, nie możesz poprzestać na pierwszej warstwie, bowiem to, co prawdziwe kryje się tylko wewnątrz.
    Dziecko chwyciło jeden z matczynych loków i owinęło jasny kosmyk wokół palca.
- Tata zawsze powtarza, że masz piękne serce. I ja też tak myślę – dodała dziewczynka z uśmiechem. – To właśnie o takie piękno chodzi, prawda?
- Teoretycznie tak, aczkolwiek twój ojciec mówi to tylko wtedy, gdy przypali obiad i chce mnie udobruchać, więc nie wiem, czy mogę mu wierzyć. A teraz, ułóż się wygodnie i zamknij oczy. – Dziewczynka posłusznie wykonuje polecenie, uważnie słuchając słów matki. – Gotowa?

    Narodziny królewskiego potomka zawsze napełniały serca mieszkańców nadzieją. Mocno wierzono, iż ta krucha istota, wyrośnie kiedyś na godnego następcę tronu, przyczyni się do nowych sukcesów oraz rozwoju państwa. Jakaż więc radość spotkała naród, gdy okazało się, że żona króla urodziła nie jednego, a dwa zdrowe elfy o buziach pięknych jak z obrazka.
Mieszkańcy składali dary pod drzwiami pałacu, przesyłali gratulacje, urządzali uroczystości. Nocami po ciemnym niebie żeglowały setki lampionów, oświetlające przystrojone ulice. Elfy uwielbiały bowiem otaczać się pięknem.
Niedługo po narodzinach, do miasta przybyła stara wróżbiarka. Kobieta przywykła do tego, iż większość przechodniów omijała ją szerokim łukiem, jak gdyby sam jej widok mógł spuścić na nich siedem lat nieszczęścia. Nie pobierała wynagrodzenia za swoje usługi, bowiem, jak zwykła twierdzić, przyszłość i tak ograbi wszystkich z majątku – i wcale nie miała na myśli pieniędzy.
    Jej dar przerażał nie tylko elfy – istoty faery uważały go za przekleństwo. Bały się prawdy. Właśnie dlatego wolały żyć w niewiedzy – to jedna z niewielu rzeczy, która na przestrzeni wieków pozostała nietknięta. Widzisz, wbrew pozorom, to nie kłamstwo niszczy najbardziej.
    Gdy król dowiedział się o przybyciu staruszki, postanowił zaprosić ją do pałacu. Machnął ręką na obawy zatroskanej żony, twierdząc, że ta stanowczo przesadza. Wróżbiarka, oczarowana postawą pary świeżo upieczonych rodziców, zapytała, jak może okazać im wdzięczność za gościnę. Słowa władcy nie napełniły jej jednak radością. Mężczyzna poprosił, by ta zajrzała w przyszłość jego dzieci i zdradziła mu choć kilka szczegółów. Początkowo staruszka nie zamierzała spełnić życzenia króla, tłumacząc, iż czasem lepiej żyć w niewiedzy, bowiem prawda może okazać się sporym rozczarowaniem. Mężczyzna pozostał nieugięty. Oświadczył kobiecie, że elfy są szlachetną rasą, a dzieci dorastające w tak dobrych warunkach nie mogą przynieść żadnego zmartwienia.
    Przybyszka niechętnie przystała na prośbę władcy, choć dobrze wiedziała, do czego prowadzi każde starcie z przyszłością. Nie bez powodu mówiło się, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Im mniej się wiedziało, tym z większą beztroską w sercu się żyło.
    Kiedy kobieta stanęła nad dziećmi, król z niecierpliwością oczekiwał odpowiedzi. W jego oczach nie widać było nawet cienia strachu. Od zawsze tkwił w przekonaniu, że nie może spotkać go nic złego, gdyż pochodził z tak szlachetnej rodziny, iż nawet duszę miał wysadzaną diamentami – cóż, przynajmniej w jego mniemaniu. Wiesz, córeczko, mężczyźni to wielcy idioci. Każdy. Bez wyjątku. Tak, twój ojciec też. On w szczególności.
    I, jak to bywa w życiu, los postanowił utrzeć temu zarozumialcowi nosa. Staruszka oświadczyła, że kiedy jedno z dzieci przekroczy granice królestwa przed ukończeniem osiemnastego roku życia, dojdzie do skażenia krwi. Wiesz, co to oznacza? Największy koszmar dla elfa, szczególnie tak wysoko postawionego jak król. Teoretycznie, czasy wydawania córek za członków elity dobiegły końca, aczkolwiek niektóre rasy wciąż działały na własnych zasadach. Elfy nie mieszały krwi. Z dzieci urodzonych w takich związkach często szydzono, w najlepszym wypadku – kompletnie je ignorowano.
    Zrozpaczony król rozkazał opuścić wróżbiarce pałac. Od tego momentu na granicach postawieni zostali strażnicy, mury wzrosły, a podróże wymagały odpowiednich dokumentów. Królestwo Elfów otoczyła kamienna ściana. Władca obiecał sobie, że nie dopuści do ziszczenia wróżby i żadne z jego dzieci nie opuści miasta, póki te nie skończą osiemnastu lat.


- Co dalej? Czy udało się ominąć klątwę?
- Coś ty! – Kobieta parsknęła śmiechem. – Wtedy ta historia byłaby nudna. Widzisz, los ma to do siebie, że nie lubi grać według zasad. O wiele bardziej woli je łamać.


~1~


- Na dzisiaj to już wszystko. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem. – Profesor skinął głową z uznaniem, zgarniając ze stołu przyniesione książki. Szczerze mówiąc, nie dbałem już o pochwały. Komplementy przyprawiały mnie o znużenie. Szczególnie, że codziennie słyszałem te same ociekające słodyczą słowa. – Szybko się uczysz.
- To prawda – odpowiedziałem z udawanym zadowoleniem. Los obdarzył mnie samymi szlachetnymi cechami, łącznie ze skromnością.
- Przekażesz notatki swojej siostrze? Mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia. Aczkolwiek… - Mężczyzna marszczy brwi. – Nie przypominam sobie, żeby twój ojciec wspominał coś o jej chorobie.
- Jest zajęty. To na pewno dlatego. – Wytłumaczyłem z uprzejmym uśmiechem. – Odprowadzić pana do drzwi? – Przerwałem naszą jakże sympatyczną pogawędkę, wskazując elfowi drogę do wyjścia. Modliłem się, by nie zechciał kontynuować tematu Meriel, inaczej bylibyśmy zmuszeni siedzieć tu do wieczora.
Całe szczęście, profesor oznajmił, że śpieszy się na następne spotkanie, co oficjalnie zwolniło mnie z roli obrońcy uciśnionych (czyt. przygłupich sióstr z pikantnym melonem zamiast mózgu). Zamknąłem za nim drzwi i odetchnąłem z ulgą.
Nauczyciele mnie uwielbiali. Cóż, nie mieli wyjścia. Z jednej strony, osiągałem imponujące wyniki nauce, z drugiej – byłem synem króla, co samo w sobie budziło zachwyt. W każdym razie, pozwalałem się podziwiać i tylko czekałem na dzień, w którym fani zaczną prosić mnie o autografy.
Niestety, nawet życie gwiazdy miało swoje wady. Moja wada miała czternaście lat, ujemny iloraz inteligencji i pomysły godne niedorozwiniętego gnoma. Co gorsza, byliśmy bliźniakami.
- Teren czysty? – Niebieski diabeł wystawił głowę zza drzwi szafy i przeszył wzrokiem pomieszczenie. – Świetnie. Wychodzę.
- Nie powinnaś omijać lekcji. – Postanowiłem wcielić się w rolę przykładnego starszego (o dwie minuty, ale zawsze) brata, lecz zamiast wdzięczności, otrzymałem jedyne przeciągłe ziewnięcie w pakiecie z miną niedorozwiniętego Poulpataty. – Nie dlatego, że martwię się o twoją edukację. Żeby coś rozumieć, potrzebny jest mózg, a twój, cóż… nawet tego nie skomentuję. Chodzi mi o tatę. Kiedy dowie się, że znowu zwiałaś, nie będzie zadowolony.
- A czy on kiedykolwiek był zadowolony? – Meriel prychnęła z pogardą, nadal nie doceniwszy mojej braterskiej troski. Pff. – Wokół nas od zawsze kręcą się tylko te przemądrzałe staruchy, których życie towarzyskie ogranicza się do dzikich randek z encyklopedią. Nie mamy żadnych przyjaciół. Skoro muszę żyć w takim bagnie, mogę czasem sobie odpuścić.
- Jesteśmy dziećmi króla. To normalne, że uczęszczamy na tyle zajęć. – Powoli miałem dość tłumaczenia jej tak oczywistych rzeczy. Idiotyzm się poszerzał. – A co do przyjaciół, nie jesteśmy sami. Mamy Ewelein.
- Ona się nie liczy. Jest tak samo nudna jak ty. Poza tym, prowadzi niewiele ciekawsze życie od naszego, więc nie mamy z niej wielkiego pożytku.
    Ewelein była córką osobistego doradcy mojego ojca i trzymała się z nami od zawsze. Niekiedy pełniła bardziej rolę naszej matki niż przyjaciółki, bo nieustannie wytykała nam (częściej Meriel, rzecz jasna) popełnione błędy i w dużym skrócie przytaczała najważniejsze punkty regulaminu. Prawdopodobnie nauczyła się go na pamięć. Trudno powiedzieć, czy byłem do niej przywiązany. Imponowała mi pod wieloma względami, aczkolwiek na tym chyba się to kończyło. Meriel uważała, iż moja fascynacja wynikała wyłącznie z powodu ubogiego życia towarzyskiego - w końcu spędzałem czas tylko z nimi obiema. Nie przeszkadzało mi to jednak tak bardzo jak jej. Lubiłem uczyć się nowych rzeczy, czując, że w przyszłości zrobię z nich użytek.
Moja siostra natomiast powoli wchodziła w najwyższe stadium depresji i pragnęła rozrywki do tego stopnia, że gdyby trafiła przypadkiem na najazd Templariuszy, to – zapewne z szerokim uśmiechem na ustach - pozwoliłaby się porwać.
- Zgoda, może nie mamy tu zbyt wiele rozrywek, ale to chyba dość zrozumiałe, nie sądzisz? W przyszłości to my zajmiemy miejsce rodziców. A przynajmniej jedno z nas. – Meriel gwałtownie pobladła, tak jak w każdym momencie, kiedy przypominało się jej o przejęciu pałeczki po głowach państwa. - Ojciec uważa, że powinniśmy nauczyć się wielu pożytecznych rzeczy.
- Dziesięć sposobów na użycie wody Lethe. Faktycznie, szalenie fascynujące. Nie chodzimy do normalnej szkoły. Nie poznajemy nowych ludzi. Siedzimy w zamknięciu, jak dwie bezradne królewny czekające na spóźnionego księcia – mamrocze pod nosem, po czym gwałtownie podnosi wzrok, co w przypadku Meriel oznacza, że właśnie dostała olśnienia. - Wiesz co? Jeśli książę nie przychodzi, trzeba poszukać wyjścia w pojedynkę.
- Szerokiej drogi – rzucam, kierując się w stronę półki z książkami. Przejeżdżam wzrokiem po ozdobnych tytułach i z żalem stwierdzam, że już prawie wszystko przeczytałem. – Jeśli znajdę czas, przyjdę na twój pogrzeb. Nie licz jednak na ładny wieniec, dostaniesz co najwyżej kwaśne źdźbło.
- Jeszcze się zdziwisz. – Meriel ostentacyjnie zarzuciła włosami i zatrzasnęła za sobą drzwi.
Nie wywarło to na mnie najmniejszego wrażenia. Zawsze tak mówiła, po czym zostawała z kwitkiem odesłana do swojego pokoju przez kipiącego ze złości ojca. Plany mojej siostry ograniczały się do zrobienia wszystkim awantury, tupnięcia nogą i uderzeniem w płacz po wyczerpaniu wszystkich argumentów. Rozważałem zakupienie  dla niej kagańca, ale prawdopodobnie by go rozgryzła.
    Nie zwykłem narzekać na swoje życie, ale po rozmowach z Meriel moją głowę atakowały natrętne pytania o treści „co by było gdyby…” i za nic nie potrafiłem się ich pozbyć. Zastanawiałem się, czy świat poza granicami rzeczywiście wyglądał tak, jak opisywały go książki i czy istniało miejsce, które urzekłoby mnie bardziej niż rodzinny dom.
    Takie myśli mijały zwykle wraz z zachodzącym słońcem, a ja budziłem się z czystym umysłem i nie poświęcałem więcej czasu na użalanie się nad swoim losem. Aż do momentu, w którym Meriel i jej przyjaciółka depresja ponownie zaszczycały mnie swoją obecnością.
    Tego feralnego dnia sprawy potoczyły się inaczej. Okazało się, że droga do spełnienia marzeń Meriel było krótsza, niż się spodziewałem.

~

- Ezarel!

    Przewróciłem się na drugi bok, ignorując irytujące głosy nad moją głową (brzmiały podejrzenie podobnie jak Meriel). Oddałem się w ramiona snu, gdzie stałem z dumnie podniesioną głową przed moimi poddanymi, odbierając gratulacje za osiągniecie światowego poziomu w dziedzinie alchemii. Najpiękniejsze w tym wszystkim było to, że w pobliżu nie kręciła się żadna niebieska diablica. Oznaczało to, że jeśli mój sen okaże się proroczy, Meriel zostanie porwana przez Templariuszy szybciej niż się spodziewałem, a tym samym nie będzie miała czasu, by zjawić się na uroczystości zorganizowanej na moją cześć.
Może jednak nie było za późno na zostanie jedynakiem.
- Ezarel! – Głos stawał się coraz głośniejszy. Jeśli to jedna z służących, dostanie ostrą reprymendę za zrzucanie mojego królewskiego oblicza z łóżka. Jeśli to Meriel, wyleci przez okno od razu, jak złapię kontakt z rzeczywistością. – PODNIEŚ ZAD, TY STARY BUCU BEZ SERCA.
To bez wątpienia była Meriel.
- Czego chcesz? – wyburczałem sennie, chowając głowę pod poduszką. – Nie, nie pożyczę ci znowu maany. Nie moja wina, że nie umiesz oszczędzać. A teraz spadaj i daj mi spać.
- Wcale nie chcę od ciebie ma… Ale skoro już o tym mówimy, mógłbyś trochę sypnąć kasą. Mniejsza, nie o to chodzi. Mam plan.
- A ja mam dość. Gratuluję, siostrzyczko. Idź stąd.
Gdyby wielka gira Meriel nie znalazła się na mojej twarzy, prawdopodobnie chrapałbym dalej, ale zamiast tego z hukiem spadłem na podłogę, ostatecznie opuszczając krainę snów. Ten, kto wymyślił siostry bliźniaczki, definitywnie miał coś z głową.
- Ubieraj się, księżniczko – rzuciła ironicznie, przyglądając się tarczy zegara wiszącego nad łóżkiem. – Mamy dwadzieścia minut.
- Na co? – wybełkotałem, wciąż ledwo kontaktując.
- Jedziemy na wycieczkę. – Prawdopodobnie byłem zbyt zaspany, żeby wnikać w szczegóły, więc tylko posłusznie skinąłem głową i otworzyłem drzwi szafy.
    Wciągnąłem bluzkę, święcie przekonany, że idziemy gdzieś z ojcem, który często zabierał nas na spacery o nieludzkich godzinach. Meriel pociągnęła mnie za ramię i jak najciszej zamknęła drzwi, upewniwszy się, że nikt nas nie obserwuje. Tamtego dnia nie mieliśmy lekcji, więc nie rozumiałem, dlaczego bawi się w bohaterkę powieści detektywistycznej, starając się zachować pełną dyskrecję. Właśnie wtedy, coś mnie tknęło.
- Gdzie jest tata?
- Co?
- Nie czeka na nas?
- Zdurniałeś? – Siostra dała mi szybkiego pstryczka w czoło. – Jesteś jeszcze głupszy niż Ewelein.
Nie dając mi więcej dojść do głosu, żwawym krokiem skierowała się w stronę balustrady i spuściła głowę. Z zadowoleniem stwierdziła, że w pobliżu nie kręci się żadna niepożądana dusza, po czym machnęła do mnie ręką, każąc podążać jej śladem. Szedłem za nią jak ostatni dureń, nie wiedząc, co tym razem strzeliło jej do tego głupiego łba. Gdy tylko chciałem o coś spytać, Meriel zakrywała mi usta dłonią i szeptem ostrzegała, że jeśli się odezwę, przestanie wykradać dla mnie miód ze spiżarni. Ten jeden jedyny raz postanowiłem się zamknąć, albowiem jak szukać szczęścia, to tylko w jedzeniu.
Nieopodal pałacu dostrzegłem powóz, przed którym stały gotowe do załadowania skrzynki. Co dwa tygodnie, Tanya szykowała kilkadziesiąt sztuk mikstur o przeróżnych właściwościach – przewożono je do kwater, innych królestw czy wiosek. Ostatnimi czasy zapotrzebowanie szczególnie rosło, a kobieta narzuciła sobie dodatkowe godziny pracy. Prócz wielkiego talentu alchemicznego, wyróżniała ją jeszcze jedna rzecz – nie była elfem. Przybyła do królestwa niedługo po naszych narodzinach i już tam została. Z początku mieszkańcy patrzyli na nią krzywym okiem, ponieważ wiedźmom rzadko przypisywano dobre intencje, też mało kto prosił ją o przysługę. Ale Tanya była inna. Do każdego wyciągała pomocną dłoń, chętnie wysłuchiwała żenujących historii Meriel oraz opowiadała jej o innych królestwach. Moja siostra darzyła ją ogromnym szacunkiem, bowiem tylko z jej lekcji nie uciekała. I choć mało interesowała ją alchemia, z uwagą chłonęła każde słowo.
- No i po co mnie tu przyprowadziłaś? Czy to koniec naszej wycieczki? – wymamrotałem, wciąż nie bardzo ogarniając plan siostry. – W takim razie, wracam do łóżka.
- Nie odzywaj się! – syknęła Meriel, co było sto razy głośniejsze od mojej wcześniejszej wypowiedzi, ale zdawała się nie dostrzegać w tym nic złego. – Zostały im ostatnie pakunki. Zaraz wyruszają – to powiedziawszy, popchnęła mnie w kierunku pustej skrzynki. – Właź tam!
- Co?! – Zamurowało mnie. Myślałem, że Meriel i jej ułomny iloraz inteligencji już niczym mnie nie zaskoczą, a jednak stałem jak wryty z rozdziawionym dziobem i nie wiedziałem, czy zabić tę idiotkę teraz, czy później. – Oszalałaś?!
- Może i tak, kto wie? – Bezradnie rozłożyła ręce, nie przestając się uśmiechać. – Oj, nie patrz tak na mnie. Wrócimy jeszcze przed obiadem. Już wszystko załatwiłam. Później ci powiem.
- To wbrew regułom. – Meriel posłała mi spojrzenie, które zabija. – Chcesz narazić się ojcu?
- Chcę choć na chwilę się stąd wyrwać.
Rozsiadła się w pustej skrzyni, jakby nie było wygodniejszego miejsca od paru zbitych razem desek. Nie miałem najmniejszej ochoty z nią jechać. Po pierwsze: nie wiedzieliśmy, co czeka nas za granicami i jak potem wrócimy do domu. Po drugie: nie chciałem doświadczyć gniewu ojca – potrafił rozpętać burzę o byle bzdety. Jeśli dowiedziałby się, że uciekliśmy, przez całą Eldaryę przeszłoby tornado.
Największą głupotą byłoby jednak zostawienie mojej siostry. Wpadała w tarapaty od kiedy pierwszy raz otworzyła oczy i nie zdziwiłbym się, jeśli jej wyjście za granice skończyłoby się wojną domową w Eldaryi.
- Będziemy mieć problemy, Meriel.
- Całe nasze życie to problem. – Wzruszyła ramionami. – Jeden kłopot wte czy wewte naprawdę nie robi mi już różnicy. To co? Jedziesz ze mną?
    Powinienem zaprzeczyć. Powinienem zawrócić i powiedzieć o wszystkim ojcu. Powinienem był zrobić cokolwiek, tylko nie podawać Meriel dłoni.
    ….
    W tym momencie, popchnąłem pierwszą płytkę domina.
    Gdybym odmówił siostrze, jeden błąd nie pociągnąłby za sobą kolejnego. Życie toczyłoby się tym samym rytmem, nikogo nie spotkałaby krzywda, łzy nie spłynęłyby po bladych policzkach.
    Ale ja się zgodziłem.
    I dalej nie umiem sobie tego wybaczyć.

Ostatnio zmieniony przez Vanillka (23-11-2017 o 00h34)

Offline

#2 02-08-2017 o 01h57

Straż Absyntu
Lilith_
Piechur Straży
Lilith_
...
Wiadomości: 2 158

Coś cudownego. ♥
Niebanalna historia, która naprawdę wciąga - do tego stopnia, że zamiast spać, to chcę więcej czytać, a za sześć godzin mam pobudkę, ale po prostu musisz wiedzieć o tej prawie drugiej w nocy, że wpadłaś na genialny pomysł i czekam na kontynuację.
Jeśli znajdę jakieś błędy, to zedytuję komentarz i się wtrącę, ale na chwilę obecną nic nie rzuciło mi się w oczy. Także super. Naprawdę świetne i Erika już w roli matki, podejrzewam, że tatusiem jej dziecka jest Ezarel. ♥ /static/img/forum/smilies/big_smile.png I cała historia będzie o tym, przez co oni musieli przejść aby być razem i wydać na świat córkę, chociaż mogę się mylić. Taka sobie luźna hipoteza na dobranoc. XD


https://media.giphy.com/media/JOcJg53W2YIgM/giphy.gif








https://66.media.tumblr.com/15b34c9fdbb286cf72513938da805c43/tumblr_pkt3qp1zfK1v69hruo1_540.gif

Offline

#3 03-08-2017 o 18h31

Straż Cienia
Nyarlathotep
Żołnierz Straży
sashka
...
Wiadomości: 548

Chylę czoło, opowiadanie jest niesamowite! Podoba mi się Twój pomysł z przepowiednią. Nie wiem czy to tylko moje kreskówkowe spaczenie, czy naprawdę tak jest, ale Meriel kojarzy mi się z Mabel (Wodogrzmoty Małe). Dlatego łatwo było mi ją polubić /static/img/forum/smilies/big_smile.png  Całość jest czymś czego jeszcze nie było więc będę obserwować wątek. Życzę miłych wakacji    /static/img/forum/smilies/smile.png

Ostatnio zmieniony przez sashka (03-08-2017 o 18h32)


Death is only the end if you assume the story is about you

https://i.ibb.co/JdMYfJ0/dcpq67b-6372a32c-dabb-4e09-871a-22c58620b124.gif

Offline

#4 03-08-2017 o 20h44

Straż Cienia
Hayal
Pokonała Dahu
Hayal
...
Wiadomości: 2 527

Meriel jest wspaniała! Kradnie każdą scenę, w której się pojawia. To niebanalny pomysł z takim układem głównych postaci, dzięki któremu będę tu jeszcze zaglądać.
Ale nie tylko /static/img/forum/smilies/wink.png Podoba mi się pomysł na rozpoczęcie fabuły, oddanie klimatu pałacu, opisanie problemów, które nawet takie wysoko urodzone dzieciaki mogą mieć. Dobrze zakończyłaś rozdział - uwielbiam takie zawieszenia akcji. Wiesz, jak narobić czytelnikowi apetytu na więcej!
Pozdrawiam i życzę weny /static/img/forum/smilies/smile.png

Ostatnio zmieniony przez Hayal (03-08-2017 o 20h45)



https://i.imgur.com/bne8BcV.gif

Offline

#5 03-08-2017 o 23h56

Piechur Straży
Maniac
...
Wiadomości: 1 840

Jejku, ten rozdział jest naprawdę dobry. Bardzo przyjemnie się go pochłaniało, więc kebaby nie będą potrzebne na zachętę ^.^ Podobała mi się ta swoboda w budowaniu opowieści, wyszło tak zgrabnie to, że się nie odczuwa czy są jakieś błędy czy nie (tutaj nie pomogę). A jednocześnie mam spory niedosyt, bo będę musiała czekać w niecierpliwości na kolejny rozdział, bo ten zdecydowanie skończył się za szybko /static/img/forum/smilies/lol.png
No i jeszcze, kupiłaś mnie tym tekstem <3
 

Vanillka napisał

Wiesz, córeczko, mężczyźni to wielcy idioci. Każdy. Bez wyjątku. Tak, twój ojciec też. On w szczególności.

Offline

#6 06-08-2017 o 22h27

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 501

Cześć cześć! Jako naczelny pochłaniacz opowiadań wpadam i do ciebie z nadzieją, że będę się tu dobrze bawić, zwłaszcza że uwielbiam Ezarela :3 Od razu też ostrzegam, że jestem grammar nazi i średnio mi idzie walka z tym nawykiem wypisywania błędów. Ale jestem zdania, że to tylko pomaga, bo dzięki temu my wszyscy się uczymy. No dobra, ruszajmy!
Polecam opowiedzieć historię Mulan o tym, jak ścinała głowy Hunom albo wysadzała ich w powietrze <3 Śpi się przy tym jak aniołek :v
Heh, a mamuśka ma dobre teksty xD
I mam dla ciebie ciekawostkę, bo widzę, że od czasu do czasu używasz słówka „bowiem”. Z nim, tak samo jak z „zaś” jest tak, że nie powinny stać na pierwszym miejscu, tylko drugim lub dalej. Od nich nie może zaczynać się zdanie, choćby po przecinku. Czyli powinno być: „była bowiem posiadaczką”, a w przypadku zdania „bowiem to, co prawdziwe kryje się tylko wewnątrz” — proponowałabym „bowiem” zamienić na „albowiem” — brzmi podobnie, ale to inne słowa i to drugie spokojnie może stać na początku.
Ty, ale serio matka, opowiadając dziecku bajkę na dobranoc, wyzywa ojca od idiotów? To tak trochę bardzo średnio, nie uważasz? xD Chyba że dziewczynka powinna go nienawidzić, a ja jeszcze o tym nie wiem.
Skażenie krwi? Zmieszanie znaczy? Czekaj, mam teorię! A może ten idiota-ojciec to Ezarel właśnie? <3 Wtedy wybaczyłabym tego idiotę :v I przepraszam za moje durne teorie, ale ja już tak mam w czasie czytania. Przynajmniej się pośmiejesz XD
Mniam, Ezarel ma siostrę bliźniaczkę? Bo wnioskuję, że ten elf to Ez. Słodko! Tylko myślałby kto, że to on jest odpowiedzialny, a mała taka rozbrykana /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ciekawy punkt widzenia :> No i jest Lein. Tak podejrzewałam, że się zjawi, ale zastanawiałam się, w jakiej roli. No proszę, żadna królewska krew. I dobrze, jest coraz ciekawiej.
Ale w sumie to rozumiem Meriel. Też nie chciałabym być zamknięta, odcięta od innych ludzi i przymuszana do stania się kimś, kim nie chcę być. Btw w sumie czaję, dlaczego to akurat Meriel jest rozbrykana. W końcu głównym bohaterem jest Ez i stawiam diamenty przeciw orzechom, że to on splami krew. Właśnie on — ten dumny, szlachetny, grzeczny. A przecież każdy spodziewałby się tego po Meriel. No! Ciekawam teraz, czy mnie zaskoczysz /static/img/forum/smilies/big_smile.png Och, ale, jak widzę, i Ez ma jakieś tam wątpliwości! Dobrze, bardzo dobrze.
Cóż mogę rzec? Kocham to opowiadanie! Jest po prostu u fantastyczne! I niemal pozbawione błędów — znalazłam tylko to „bowiem”, a to fantastycznie o tobie świadczy! Jestem naprawdę zachwycona! Tym bardziej byłoby miło, gdybyś zajrzała też do mojego opowiadanka — link jest w sygnie. Bo ja tu na pewno zostanę na dłużej — ta historia za bardzo mi się spodobała, by ją teraz porzucić. Więc tyle ode mnie, czekam niecierpliwie na kolejną część i pozdrawiam! <3


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#7 16-08-2017 o 19h51

Straż Cienia
Vanillka
Straż na szkoleniu
Vanillka
...
Wiadomości: 178

Hello, it's me.

Wielkie dzięki za miłe słowa, dziewczyny! Dzięki wam moja wiecznie nieobecna motywacja postanowiła się zreflektować, też udało mi się coś stworzyć.

@sasha: kiedy kreowałam postać Meriel, w ogóle nie myślałam o Mabel, ale faktycznie mają tę samą iskrę ^^
@Methrylis: o, wielkie dzięki za "bowiem", nie wiedziałam o tym XD Eldarya bawi, Eldarya uczy *ociera łzy wzruszenia*
P.S. Bardzo się cieszę, że tutaj jesteś, bo z całego serduszka uwielbiam twoje opowiadanie, choć jeszcze nie zostawiłam pod nim znaku życia (komentuję z prędkością światła, meh [*])

Życzę miłego czytania, a sama wracam dalej z uwielbieniem molestować klawiaturę. Trudno powiedzieć, kiedy pojawi się trzeci rozdział, bo w piątek wyjeżdżam i nie będę miała dostępu do komputera (a pisanie opowiadania na telefonie to zło koniecznie - głównie przez autokorektę, która nieustannie sugeruje mi, że Ezarel to IZRAEL). Może wyrobię się do końca sierpnia, kto wie.

P.S. Mam nadzieję, że poprawiłam wszystkie literówki, ale mój mózg zapadł dzisiaj w hibernację i musiałam przeczytać jedno zdanie dziesięć razy, zanim uświadomiłam sobie, że jest w nim błąd.



~2~



    Księżycowy Las od ładnych kilkunastu lat cieszył się złą sławą. Ewentualni wędrowcy krążyli jedynie po jego obrzeżach, albowiem każdy z nich lękał się tego, iż srebrzysta ścieżka może okazać się drogą prowadzącą prosto do grobu. Przekazywane z pokolenia na pokolenie legendy podsycały strach mieszkańców, a podkoloryzowane plotki ostatecznie zniechęcały niedoszłych zwiedzających. Bardziej optymistyczna wersja głosiła, iż las przypominał nieskończenie długi labirynt, gdzie odnalezienie wyjścia uchodziło za zadanie niemalże niewykonalne - dlatego nie każdemu udawało się stamtąd wrócić. Niektórzy utrzymywali, że pośród koron drzew kryją się duchy, które nie życzą sobie zakłócania im spokoju. Pojawiały się też komentarze dotyczące kręcących się w oddali bestii. Swojego czasu, znalazło się paru odważnych, którzy chcieli sprawdzić autentyczność plotek. Poszła szóstka, wrócił tylko jeden z nich. Przez długi czas nie mógł dojść do siebie, a na pytania o pozostałych przyjaciół odpowiadał tylko, że nikt nie dał rady zgasić ognia. Owe słowa powtarzał na okrągło, przez co wszyscy zgodnie stwierdzili, że biedak postradał zmysły.
    Historie o dziwnym lesie obiły mi się o uszy, aczkolwiek rzadko zwracałem na nie uwagę. Wszystko, co działo się poza granicami, uważałem za niewarte zachodu. Skupiałem się na własnych obowiązkach. Może gdybym lepiej słuchał, wiedziałbym, że owe miejsce znajduje się całkiem niedaleko Królestwa Elfów. I pod żadnym pozorem, nie powinienem tam zaglądać. Ale postawiłem o jeden krok za daleko, klamka zapadła, a ja już nie mogłem zmienić postanowienia.
    Wspomniany krok za daleko zaprowadził mnie prosto do Księżycowego Lasu, gdzie żaden trzeźwo myślący mieszkaniec Eldaryi nie powinien się zapuszczać - a już na pewno nie dziecko. Od zawsze miałem siebie za bystrą i inteligentną osobę, która nie podejmuje pochopnie decyzji. Nim wskazywałem na konkretny wybór, musiałem poważnie przemyśleć konsekwencje, rozważyć wszystkie „za i przeciw", powtórzyć cały proces około pięciu razy.
    Jakim więc cudem porzuciłem wszystkie swoje idee i zamiast wybić Meriel z głowy jej absurdalny plan, stałem się jego częścią?
- Nie wierzę, że się zgodziłem.
- Powtarzasz to od ponad godziny. Zmień repertuar, braciszku.
- Ojciec nas zabije.
- To nie taki zły scenariusz. Nie mielibyśmy już więcej lekcji.
- Ty i tak na nie nie chodzisz.
    Łamanie zasad od zawsze było jedną z największych pasji Meriel i nikt nie mógł odwieść jej od powolnego procesu zagłady świata. Moim zdaniem, to nie panujące reguły popychały moją siostrę do mało chwalebnych czynności. Nie chodziło o punkty zawarte w regulaminie, bo jakkolwiek brzmiałaby ich treść, ta idiotka zrobiłaby to samo. Meriel miała określony cel: wyprowadzić ojca z równowagi.
    Kiedy z miną męczennika włóczyłem się za siostrą, czułem się mniej więcej tak radośnie, jak tata, kiedy ta głupia niebieska diablica wywołała eksplozję w laboratorium. Sama jazda była już wystarczająco traumatyczna. Z trudem mieściliśmy się w mikroskopijnej skrzynce, a kiedy powóz gwałtownie zahamował, tyłek Meriel wylądował na mojej twarzy. Po około godzinie podróży, dziewczyna uznała, że możemy już wysiadać – chciałem opuścić skrzynkę z pełną gracją, jednak przegrałem z grawitacją i zaliczyłem spotkanie trzeciego stopnia z ziemią.
- To był najgorszy pomysł, na jaki mogłaś wpaść.
- Tak? Nie, jestem pewna, że kiedyś wymyślę coś lepszego.
    Ładne dwie godziny bez konkretnego celu krążyliśmy po buszu, obrażając siebie nawzajem. Meriel obiecała mi, że zdążymy wrócić przed zachodzącym słońcem, jednak jak znałem życie, nie należało wierzyć jej słowom.
    Wysiadka na obrzeżach lasu okazała się nie najlepszym pomysłem. Dużo łatwiej było się zgubić niż odnaleźć drogę powrotną. Mimo to, dziewczyna dalej brnęła przed siebie, jakby rzeczywiście wierzyła, że odnajdzie nowy fantastyczny świat i wreszcie poczuje swój upragniony przypływ adrenaliny. W ogóle nie brała pod uwagę ewentualnego rozczarowania. A powinna.
    Mimo, że krajobraz prezentował się dość ubogo (drzewa, kolejne drzewa, jeszcze więcej drzew), jakaś dziwna część mnie odczuwała coś w rodzaju ekscytacji. Rzecz jasna, za nic nie przyznałbym się do tego Meriel, bo zaraz obdarzyłaby mnie ckliwą przemową na temat swoich genialnych pomysłów, a jej samoocena podskoczyłaby do samego nieba. Poza tym, niezbyt podobało mi się to uczucie. Wytłumaczyłem je sobie chwilową fascynacją, która minie równie szybko, jak się pojawiła.
    Im dalej szliśmy, tym odczuwałem większy niepokój. Powietrze stawało się coraz cięższe, a moje nozdrza wypełniła intensywna woń spalenizny, co wywołało lekkie zawroty głowy. Chciałem jak najszybciej opuścić to miejsce i pobiec z powrotem do domu.
- Zawróćmy. - Poprosiłem Meriel słabym głosem, ciągnąc ją za rękaw. - Niczego tu znajdziemy.
    Musiała być równie otumaniona duszących zapachem, bo bez słowa przystała na moją propozycję i niemalże od razu zmieniła kierunek. Przeczuwałem, że gdy znajdziemy się znów w punkcie wyjścia, dziewczyna obierze inną trasę, a ja ponownie odegram rolę jej nieszczęśliwego niewolnika. Tak czy siak, wolałem cierpieć w bardziej cywilizowanym miejscu.
    Rozważania pochłonęły mnie do tego stopnia, że wpadłem prosto na plecy siostry, kolejny raz lądując na ziemi. Świetnie, przednia zabawa. Zirytowany podniosłem wzrok, pocierając obolałą głowę.
- Może byś tak pomogła mi wstać? Martwię się o stan mojej skóry. Duma królestwa powinna prezentować się nienagannie.
Ale Meriel nie odpowiedziała. Nieco mnie to zmartwiło, bo zazwyczaj obdarowywała mnie chociażby ubogim „zamknij się, Ezarel", tymczasem stała jak wryta i ani drgnęła.
- Hej, nie ignoruj mnie, debilko!
- Stul pysk. – Ożyła, jak miło. Kiedy miałem zaserwować następną turę komplementów, powędrowałem za jej wzrokiem i już wszystko zrozumiałem.
    Tak naprawdę, każdy głupi może sobie wmawiać, że jest odważny, kiedy jego życie to droga do nieba sowicie obsypana różami. Dopiero, gdy stanie się oko w oko ze strachem, można obiektywnie ocenić swoje możliwości. Oczywiście, jeśli starczy na to czasu, bo śmierć ma w głębokim poważaniu wszelkie kalkulacje.
    Blackdog powolnym krokiem zmierzał w naszym kierunku. Najprawdopodobniej zastanawiał się, które z nas zjeść w pierwszej kolejności. Cóż, w innej sytuacji wystawiłbym Meriel na pożarcie, ale tym razem musiałem wymyślić lepszy plan. Groził mi szlaban stulecia za wymknięcie się poza granice. Jeśli do tego wszystkiego miałaby dojść kara za zjedzenie mojej siostry przez spasionego potwora, prawdopodobnie wygrałbym luksusowe wakacje w lochach do końca życia.
    Rozejrzałem się dookoła, rozpaczliwie szukając czegoś, co mogłoby uratować nam skórę. W książkach owe akcje wyglądały o wiele lepiej. Nieustraszony bohater potrafił zrobić sobie miotacz ognia z dwóch zapałek i patyka, tymczasem my staliśmy jak kołki, gotowi na pewną śmierć.
- Musimy zachować spokój. – Bez większego namysłu skopiowałem kwestię większości papierowych postaci, którą wygłaszano w kryzysowych chwilach. To był błąd. Nie da się nie panikować, kiedy wiesz, że lada chwila twoje życie będzie tylko pięknym wspomnieniem.
- Jak mam niby być spokojna?! – Bingo. – Nie mogę umrzeć w takiej chwili! Nie znalazłam jeszcze męża!
- Masz czternaście lat, Meriel.
- No właśnie! To nie jest dobry czas na śmierć. – Panika mojej siostry działała chyba na innych obrotach. – Mogę rzucić w niego butem?
- Nie, idiotko. Rozjuszysz go.
    Moja kreatywność spadła do poziomu zero. O bijatykach słyszałem jedynie z opowieści Tanyi, bo tylko ona miała odwagę „demoralizować królewskie dziecko", jak to zwykła mawiać jedna z mniej uprzejmych służących. Wiedza z książek również na niewiele się zdawała, gdyż tamtejsi bohaterowie wychodzili z każdego problemu bez szwanku, a los zawsze im sprzyjał.
    Ja nie mogłem liczyć na nikogo. A już w szczególności na własną siostrę, która za najlepszy plan unicestwienia bestii uznała rzucenie w nią butem.
- Nie ruszaj się.
- Mam czekać, aż mnie zje? – jęknęła cicho Meriel.
- Nie ruszaj się – powtórzyłem z naciskiem. – I postaraj się uspokoić oddech. Nie może wyczuć, że się boisz.
    Strasznie trudno grać opanowanego i tuszować mentalny zawał serca, kiedy w głębi duszy chcesz krzyczeć jak mała przerażona dziewczynka. Gdybym jednak pokazał Meriel, że się boję, miałaby ubaw do końca swoich dni – czyli przez jakąś minutę, bo na tyle oszacowałem resztkę naszego życia.
- O, tutaj jesteś! Tyle cię szukałam!
    Gdy do uszu potwora dotarł zachrypnięty dziewczęcy głos, ten natychmiast zmięknął i z wywieszonym jęzorem ruszył ku krętej ścieżce. To tak, jakby psychopatyczny morderca przykładał ci nóż do szyi, a chwilę później wyciągnął zza pleców kolorowe piłeczki i zaczął nimi żonglować z szerokim uśmiechem na twarzy. Meriel wyglądała na równie zdezorientowaną, co ja.
- Mam nadzieję, że nie zrobił wam krzywdy.
    Prawie zginąłem, ale i tak powinienem podziękować za troskę. W paru dobitnych słowach zamierzałem wyrazić swoją dezaprobatę, ale los postanowił (znowu) pokrzyżować mi plany.
Żeby się zgubić, wcale nie trzeba wejść do jednej z krętych ścieżek labiryntu. Czasami wystarczy spojrzeć komuś w oczy. Kwestia kilku sekund, a już wiesz, że nieprędko znajdziesz drogę powrotną, jeśli w ogóle takowa istnieje.
    Blackdog – a raczej jego anielska wersja – wrócił w towarzystwie drobnej dziewczyny nijak pasującej do roli właścicielki przerośniętej bestii. Przypominała mi trochę jedną z kolekcji porcelanowych lalek, które Meriel kazała ustawić służbie na najwyżej półce, tak żebym nie dał rady znowu obciąć ich lśniących loków. Rzadko miałem styczność z przedstawicielami obcych gatunków, jednak Tanya dokładnie opisała mi te najbardziej powszechne. Nie umiałem przyporządkować obcej do żadnej ze znanych mi ras.
- I czego się gapisz? – Wówczas czar trochę prysł. Natychmiast wróciłem do świata żywych, przeklinając w myślach chwilę nieuwagi, zupełnie nieświadomy tego, że stanąłem właśnie twarzą w twarz ze swoim największym problemem. 
- Czym ty jesteś? – Postawiłem na bezpośredniość. Uznałem, że jest mi to winna, skoro chwilę temu prawie zostałem zjedzony przez jej oślinionego przyjaciela. Przekrzywiłem głowę, jeszcze raz analizując delikatne rysy twarzy. – Nie znam takiego gatunku.
Po miażdżącym spojrzeniu nieznajomej, wywnioskowałem, że raczej nie zostaniemy przyjaciółmi.
- Najgorszy tekst, jaki mogłeś powiedzieć dziewczynie. – Meriel westchnęła z niekrytą dezaprobatą, a ja popukałem się w czoło, dobrze wiedząc, co miała na myśli. Wcale nie próbowałem poderwać właścicielki tego potwora, dziewczyny nie były mi potrzebne do szczęścia.
    Milczeliśmy przez dłuższą chwilę, zastanawiając się, czy kontynuować tę niezwykle ambitną dyskusję, czy powiedzieć sobie parę słów na do widzenia i grzecznie wrócić do domu. Byłem zwolennikiem tej drugiej opcji i już miałem się pożegnać, ale w tym momencie – jak na złość – moja siostra postanowiła przerwać ciszę.
- Proszę wybaczyć mojemu bratu to wyjątkowo niegodziwe zachowanie. Zazwyczaj wykazuje się większą kulturą – wyjaśniła dobrodusznym tonem, po czym zamyśliła się na chwilę. – Chociaż nie. Dla mnie jest okropny.
    Gdy spojrzenie nieznajomej ponownie skrzyżowało się z moim, natychmiast spuściłem wzrok. Skarciłem się w myślach za to, że się tak gapię. Najzwyczajniej w świecie, zżerała mnie ciekawość. Nie licząc Tanyi, jeszcze nigdy nie stałem twarzą w twarz z przedstawicielem obcej rasy. Obracałem się jedynie w towarzystwie innych elfów o równie szlacheckim pochodzeniu, co moje. Ojciec często gościł w pałacu osobniki pochodzące z innych królestw, aczkolwiek nigdy nie miałem okazji z nimi porozmawiać. Przypuszczałem, że nawet nie znalazłbym dobrego tematu do konwersacji, ponieważ dyskusje z przybyłymi tyczyły się głównie spraw majątkowych.
Na domiar złego, Blackdog nadal złowrogo łypał na mnie okiem i prawdopodobnie nie do końca zrezygnował z planu zrobienia ze mnie obiadu.
- Jest oswojony – wytłumaczyła dziewczyna, klepiąc przerośniętego zwierza po głowie. – No, prawie. Nie lubi obcych.
- Blackdogi słabo sprawdzają się jako chowańce. To jeden z najniebezpieczniejszych gatunków. – Drżącym głosem wyrecytowałem fragment encyklopedii, którą praktycznie umiałem na pamięć. – Nie powinnaś trzymać go blisko siebie.
- Gucio nie jest niebezpieczny! – obruszyła się nieznajoma, a „Gucio" odsłonił śnieżnobiałe kły, co wziąłem za sygnał ostrzegawczy i momentalnie się zamknąłem. - Nie powinniście zapuszczać się w te strony. Co tutaj robicie?
    Mógłbym zadać dziewczynie identyczne pytanie, jednak gdybym to zrobił, skończyłbym w żołądku jej pupila spod ciemnej gwiazdy. Mimo wszystko, musiałem interweniować, gdyż po minie Meriel wywnioskowałem, że bardzo chętnie podzieli się historią o tym, jak zmusiła mnie do nielegalnego przekroczenia granic z powodu braku rozrywki w swoim żałosnym życiu.
- To nie twój interes. - Skrzyżowałem ramiona. - Poza tym, i tak już wracamy.
- Ty jesteś jakimś idiotą?! - Meriel pacnęła mnie w głowę. - Pierwszy raz poznajesz kogoś, kto nie jest zapatrzonym w siebie elfem i zachowujesz się jak niedorozwój!
- Mówisz o naszej rasie. Uważaj na słowa. - Upomniałem ją, lecz w odpowiedzi nie otrzymałem ani krzty skruchy. Żadna nowość. - Nie jesteśmy zapatrzeni w siebie. Po prostu mamy wiele powodów do dumy, gdyż nasze pochodzenie...
- Z czego ty jesteś dumny, co? Z tego, że siedzisz całymi dniami w domu i nie możesz zobaczyć nawet kawałka świata, bo ojciec się zdenerwuje? Z tego, że wszystkie miejsca znasz jedynie z książek, bo nigdy nie poszedłeś dalej niż przed pałac? - Meriel spojrzała na mnie z pobłażaniem, a ja miałem ochotę tupnąć nogą jak małe dziecko i udowodnić jej, że się myli. Tylko nagle zabrakło mi argumentów. - Przestań być taki naiwny, Ezarel. Nasze życie nie jest takie kolorowe, jak ci się wydaje. Jesteś ślepo zapatrzony w słowa ojca i nawet nie ośmielisz się pomyśleć o nim źle.
- To z tobą od zawsze były problemy. Nie potrafisz zrozumieć tego, że jako dzieci króla mamy swoje obowiązki.
- Nie wierzę, że tata całe swoje dzieciństwo spędził z nosem w książkach i ani na chwilę nie wyściubiał nosa zza drzwi pokoju. Nie na tym polega bycie "wyżej postawionym".
- A co ty możesz o tym wiedzieć?
- A ty? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, coraz bardziej wyprowadzając mnie z równowagi.
    Naprawdę kochałem Meriel i z ręką na sercu musiałem przyznać, że gdyby nie ona, prawdopodobnie umarłbym z nudów. Ale jednocześnie chciałem, żeby w końcu zeszła na ziemię i zaczęła robić to, co leżało w zakresie jej obowiązków. Fakt, nie zaznaliśmy zbyt wiele rozrywek w dzieciństwie. Podczas gdy nasi rówieśnicy poświęcali całe dnie na zabawy, siedzieliśmy na lekcjach zorganizowanych przez ojca i jego świtę. Mimo to, nie śmiałem narzekać, ponieważ dobrze wiedziałem, że owe zajęcia niegdyś wyjdą naszej dwójce na dobre.
    Niestety, moja siostra nie umiała tego zrozumieć.
- Ekhem, cóż - chrząknęła nieznajoma, przez co Meriel i ja przestaliśmy grać w grę "kto sprzeda komu groźniejsze spojrzenie". Zupełnie zapomnieliśmy o jej istnieniu. - Nie chciałabym przerywać tej pasjonującej dyskusji, ale czuję się trochę niezręcznie. I proszę: nie krzyczcie tak. Gucio się denerwuje. Swoją drogą, skoro jesteście dziećmi króla, to chyba nie powinniście oddalać się w te tereny bez opieki, prawda?
- NO WŁAŚNIE. Nie powinniśmy. - Natychmiast przytaknąłem, może nieco zbyt żarliwie. - Moja siostra wpadła na wyjątkowo durny pomysł.
- Straszny z ciebie tchórz, braciszku.
- Nie jestem tchórzem. Po prostu uważam, że po coś istnieją zasady. I NIE. – Meriel zastygła z otwartymi ustami. – Nie po to, żeby je łamać.
- To jedna z wielu opcji – zasugerowała z uśmiechem nieznajoma. – Ale jeśli wasi rodzice są tacy jak moi, naprawdę powinniście wracać do domu. Lepiej chodźcie za mną. Porozmawiamy trochę bliżej wyjścia, tutaj nie jest zbyt bezpiecznie.
    Jasnowłosa znała teren, jak własną kieszeń. Domyślałem się, że musi spędzać tu sporo czasu, bo las naprawdę przypominał labirynt, a idealne zapamiętanie drogi graniczyło z cudem, więc z pewnością wymagało lat praktyki. Bezpiecznie wyprowadziła nas na normalną ścieżkę i chociaż zapewniła, iż w tej strefie nic nam nie grozi, nadal obawiałem się, że w krzakach czyhają kolejne wygłodniałe Blackdogi.
    Dziewczyna usiadła na ziemi, gestem zachęcając nas do usadowienia się obok niej. Meriel od razu przystanęła na jej prośbę, w ogóle nie przejmując się konsekwencjami. Prychnąłem z pogardą, licząc, że zabrzmię choć trochę groźnie, jednak nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Nie zamierzałem dołączyć do dziewczyn, nie chciałem pobrudzić swoich ubrań. Ojciec wpadłby w szał, gdybym uszkodził swój strój - w naszej garderobie nie było miejsca na tanie tkaniny, dlatego musiałem bardzo uważać na stan drogocennych materiałów.
- Nie siadasz?
- Nie zamierzam się brudzić - rzekłem z odrazą. - Jestem przyzwyczajony do lepszych warunków.
- Mogę zbudować dla ciebie tron z patyków, ale to trochę potrwa. - Nie rozumiałem, czemu zaczęła się śmiać. Cóż, po części to jasne, nie była przyzwyczajona do życia w luksusach, aczkolwiek mogła wykazać się większą kulturą. W końcu nie miała do czynienia z byle kim.
- Meriel, idziemy stąd. Ojciec miał rację. Poza murami mieszkają same niewychowane odpadki.
- Odezwała się Miss Kultury. Wypadałoby się przedstawić!
- Nie przedstawia się przypadkowym dziwakom spotykanym w środku lasu!
- Lottia. - Dziewczyna spojrzała na nas z uśmiechem i odgarnęła do tyłu liliowe loki, które wysmyknęły jej się z gumki. - Ten niewychowany odpadek ma na imię Lottia. Skoro już mnie znacie, może opowiecie coś o sobie? Cóż, nie mogę bawić się z innymi, ale łamię tę zasadę, kiedy tylko nadarza się okazja. Moje życie towarzyskie to obraz nędzy i rozpaczy, rzadko kto się tu przewija. Ten las nie jest zbyt bezpieczny - powiedziała, głaszcząc zwierza za uchem. - Ale po latach praktyki da się przyzwyczaić.
- Sama mówiłaś, że powinniśmy wracać. - Z wypiekami na twarzy przypomniałem jasnowłosej o jej wcześniejszych słowach. Z tej gromadki, tylko ja zostałem obdarzony przez los zdrowym rozsądkiem i naprawdę nie chciałem przynieść wstydu ojcu. - Nie mamy czasu.
- Nie sądzę, że odnajdziecie drogę powrotną. - Otworzyłem usta, by wytknąć dziewczynie tę feralną pomyłkę, aczkolwiek dotarł do mnie fakt, iż ta rzeczywiście mówi prawdę. - Nawet stali bywalcy mieliby problem z określeniem właściwej ścieżki. Nie martwcie się, pomogę wam stąd wyjść. - W ogóle się nie martwiłem, też coś. Gdybym tylko chciał, sam prędzej czy później trafiłbym na właściwą trasę. - Tak czy siak, pięć minut wte czy wewte stanowi niewielką różnicę. Jak już wspomniałam, rzadko tu ktokolwiek przychodzi.
    Meriel wyglądała na totalnie oczarowaną naszą nową znajomą. Według niej, idealna bratnia dusza musiała spełniać jedynie dwa proste warunki: nie być elfem i rozumieć jej zapotrzebowanie towarzyskie. Nie zamierzałem wystawiać swojego zaufania na sprzedaż za marne grosze. Po pierwsze: znaliśmy się może od kilkunastu minut. Po drugie: ktoś, kto mieszka w lesie po brzegi wypełnionym Blackdogami (co prawda, spotkałem tylko jednego, ale byłem święcie przekonany, że gdzieś w krzakach czai się reszta jego głodnej rodziny) nie może być całkowicie normalny.
- Spokojnie, książę, nie zabiję cię. - Przestraszyłem się, że Lottia umie czytać w myślach i - jak od początku przypuszczałem - pochodzi z najczarniejszych zakamarków piekieł, jednak to moja niezbyt szczęśliwa mina zdradziła wszelkie obawy. Szkoda, że emocjom nie da założyć się kagańca. Podobna sytuacja absolutnie nie powinna mieć miejsca. Przybrałem wyraz twarzy cegły, by uczucia znów nie przejęły nade mną kontroli. Swoją drogą, mogła darować sobie tę ironię przy „księciu”. - Jak się tutaj znaleźliście?
    Meriel w dużym skrócie opowiedziała naszej nowej znajomej historię o ucieczce z królestwa, dodawszy przy okazji mnóstwo szczegółów, które w dużym stopniu mijały się z prawdą. Jednym z nich było to, że ryczałem przez całą drogę, co wyjątkowo zraniło mój honor, albowiem w każdej sytuacji zachowywałem się jak prawdziwy mężczyzna, a siostra mogła co najwyżej wiązać mi sznurówki. Szybko skorygowałem ten niedopuszczalny błąd, ale Lottia wierzyła wyłącznie w wersję Meriel i tylko mnie wyśmiała.
    Gdy zrozumiałem, że w sprawie autentyczności tej hańbiącej opowieści mogę zdziałać tyle, co nic, postanowiłem obrazić się na zawsze i dyplomatycznie przemilczeć końcówkę. Miałem nadzieję, że Lottia podzieli się również swoją historią, bo jakoś nie chciało mi się wierzyć, że mała dziewczynka o twarzy porcelanowej lalki i dwoma niesfornymi kitkami po bokach, chodzi na spacery do zamglonego lasu dla rozrywki. Chociaż, kto ją tam wie. Jej największą życiową miłością był Blackdog, a w żyłach zamiast krwi płynęła ironia. To też nijak współgrało z wyglądem niewinnego dzieciaka.
- Myślałam, że wrócimy w taki sam sposób, jak się tu dostaliśmy. Pod nasz pałac często podjeżdżają powozy dostawcze. Łatwo je rozpoznać, każdy z nich posiada godło naszego królestwa wymalowane na drzwiczkach. Problem tkwi w tym, że niełatwo dostać się do środka. Ale gdybyś tylko odwróciła jakoś uwagę kierowcy, to...
- Odpada - ucięła Lottia. - Ja... Cóż, nie powinnam pokazywać się innym.
- To dlaczego jeszcze tu jesteś? - burknąłem, nabierając coraz większej ilości podejrzeń. Wypowiedzi dziewczyny były dosyć niespójne i już sam nie wiedziałem, czego się po niej spodziewać. - Dlaczego w ogóle do nas wyszłaś?
- Mój chowaniec chciał was zjeść - wytłumaczyła z pobłażaniem. - Co prawda, daleko mi do roli królowej miłosierdzia, ale zapewniam cię, że nie uszczęśliwiłby mnie widok pożeranych elfów. Poza tym, nie stwarzacie zagrożenia. A, wolałabym, żebyście nikomu o mnie nie mówili. Jeśli któreś z was odważy się to zrobić, zapraszam do siebie na obiad. Gucio się ucieszy.
    Pobladłem. A mówiłem, że psychopatkom z lasu nie należy ufać!
- Do jakiej rasy należysz? - Powtarzałem się, ale naprawdę chciałem poznać odpowiedź. Poza tym, miałem przeczucie, iż lęk dziewczyny dotyczy kwestii pochodzenia. Jak się okazało, strzeliłem w dziesiątkę.
- Jesteś zbyt ciekawski - stwierdziła niby żartem, jednak z łatwością wyczułem, że temat gatunku był jej nie na rękę.
    Za wszelką cenę chciałem wydobyć jej wady na powierzchnię, a fakt, że znalazłem dobry punkt zaczepienia tylko pogłębił moją satysfakcję. Nie mogłem przeboleć tego, iż Meriel tak bardzo lgnęła do nieznajomej, tymczasem moje rady miała w głębokim poważaniu, chociaż byliśmy rodzeństwem i to mnie powinna słuchać.
- Kiedy się kłóciliście, uznałam, że jesteśmy do siebie podobni. Że w pewnym sensie, każdy z nas to więzień. - Nie, stop. Czy ona zasugerowała, iż mój dom to więzienie? Doprawdy, co za tupet. - Ten las to jedyne miejsce, do którego wolno mi chodzić. Krąży o nim - nie bez powodu - sporo mrocznych historii, też nie narzekamy na tłumy. Od czasu do czasu, widuję tu wiedźmy, które szukają ziół do swoich mikstur, aczkolwiek i ich obecność jest dość rzadkim zjawiskiem. Kiedy ktoś wpada na nasz ślad, jesteśmy zmuszeni go usunąć. - Oblałem się zimnym potem. - W sumie, to nie ja. Tylko moi rodzice. Między innymi, właśnie dlatego do was przyszłam. Są zajęci, więc teraz się tu nie pojawią. Poza tym, siedzimy w bezpiecznej strefie. W innym przypadku, w ogóle nie zatrzymywałabym waszej dwójki w tym miejscu.
    Meriel zdecydowanie nie należał się order za funkcję najlepszego przewodnika turystycznego. Jej nieograniczona głupota zaprowadziła nas w sam środek lasu, gdzie hasały głodne Blackdogi, a pewna rodzina "usuwała" ewentualne zagrożenia - cokolwiek Lottia miała przez to na myśli. Chciałem jak najszybciej opuścić owe przerażające miejsce i raz na zawsze zapomnieć o tym dniu. Sęk w tym, że koszmary trudno wyrzucić z pamięci. Ba, zapamiętujemy je dokładniej niż te lepsze wspomnienia. Znamy każdy kawałek niewidzialnego obrazu namalowanego przez własny strach.
- Jeśli dzieje się tu coś dziwnego, powinniśmy niezwłocznie powiadomić specjalne służby. - Kolejne spojrzenie pełne dezaprobaty zawędrowało do kolekcji. Powinienem założyć czarną listę osób, które podle gardzą moimi pomysłami.
- To nie takie proste. Nie mówię wam tego wszystkiego bez powodu. Jeśli puścicie farbę, możecie drogo za to zapłacić. I nie tylko wy. To dla waszego dobra. Nie popieram tego, co się tu dzieje, ale tylko tyle mogę zrobić.
    Odniosłem niemiłe wrażenie, że zawarliśmy coś w rodzaju paktu. Zmarszczyłem brwi. Nie zamierzałem dotrzymywać obietnicy, ba, nawet o nią nie prosiłem. Jak gdyby nigdy nic, Lottia powierzyła swoją tajemnicę w moje ręce i oczekiwała, że przystanę na każde jej słowo. Dobre sobie. Postanowiłem, że ledwo wrócę do domu, opowiem o wszystkim ojcu, a mroczna aura Księżycowego Lasu zostanie raz na zawsze wymazana z pamięci mieszkańców Eldaryi.
    Tak, właśnie to zamierzałem zrobić.
- Wiem, że to brzmi absurdalnie, ale musicie mi zaufać.
    Patrząc na to, jak bardzo wypowiedź jasnowłosej poruszyła Meriel, wystarczyło jeszcze jedno słowo, a oddałaby jej swoje łóżko, tron i połowę Królestwa. Nie mogłem pozwolić na to, by świeżo poznana osoba tak bardzo namieszała nam w głowach. Może właśnie przed tym ostrzegał nas ojciec? W oczach Lottii dostrzegłem jednak coś, co uderzyło we mnie sto razy mocniej niż jej wcześniejsze słowa.
    To nie była prośba. Tylko ostrzeżenie.
    Gdybyśmy nie trafili na dziewczynę, lecz dalej w zaparte szli przed siebie, znalazłby nas ktoś inny. I dałbym sobie rękę uciąć, że wówczas gniew ojca stałby się naszym najmniejszym problemem. Jeszcze raz spojrzałem w stronę jednej z krętych ścieżek. Przeszedł mnie nieprzyjemny dreszcz. W jednej chwili przypomniały mi się wszystkie książki, w których bohaterowie zawsze pakowali się tam gdzie nie potrzeba. Do tej pory, tajemnice odnajdywałem jedynie w słowach zapisanych na papierze, a przygód doświadczałem przewracając poszczególne kartki powieści. Nigdy nie uczestniczyłem w zapierającym dech w piersiach wydarzeniu – zawsze wcielałem się tylko w rolę widza, nigdy bohatera. A teraz powoli docierał do mnie fakt, że byłem o krok od wejścia w sam środek paszczy lwa i mogłem przeżyć coś równie wstrząsającego, jak postacie z moich ulubionych powieści.
- Odprowadzę was. - Lottia wyciągnęła dłoń do Meriel, by pomóc jej wstać. - Jeśli chcecie wyrwać się z domu, obierzcie inny kierunek. Swoją drogą, jesteście całkiem fajni. A moi rodzice twierdzili, że elfy są zapatrzone w siebie, aroganckie i uparte.
- I mieli rację – rzuca Meriel z przekąsem. Po raz setny tego dnia zgromiłem ją wzrokiem, modląc się, by lada chwila walnął w nią piorun albo – przy odrobinie szczęścia – nawet dwa. - Jesteś pewna, że nie wolno ci stąd wychodzić? Mogłabyś wpadać do nas od czasu do czasu – zaproponowała elfka, na co dziewczyna tylko smętnie pokręciła głową. – Wiem, jak się czujesz. To musi być straszne… Siedzieć samej w takim miejscu.
- Nie jestem sama. Mam rodzinę. – Wbrew pozorom ostatnie słowa nie zabrzmiały ani odrobinę pokrzepiająco. – Powodzenia z ojcem. Sądzę, że nie jest jeszcze za późno, by móc coś zmienić.
- A po co w ogóle cokolwiek zmieniać? – prychnąłem z pogardą, za co dostałem od Meriel w nos. – Po dzisiejszym dniu, powinnaś bardziej docenić nasz dom. Jest czysty, zadbany i bezpieczny. I sto razy ładniej w nim pachnie.
- Ty już lepiej nic nie mów, bo wpędzasz moją depresję w depresję – wycedziła przez zaciśnięte zęby, po czym ponownie zwróciła się do nowej koleżanki. – Nie chcę, żebyś była sama. Możemy cię czasem odwiedzać!
- Chyba oszalałaś – stwierdziłem krótko, nim Lottia zdążyła zastanowić się nad odpowiedzią. – Prawie cię zjedzono, a ty już planujesz następną podróż? Co jest z tobą nie tak?!
- Nie mam na myśli regularnych spotkań – sprecyzowała, złowrogo łypiąc na mnie okiem. – Możemy widywać się każdego pierwszego dnia miesiąca. Tanya wystawia wtedy mikstury do zabrania, a że mieszka tuż przy naszym pałacu, banalnie łatwo jest się tam dostać. Koło jej mieszkania nie stoją żadni strażnicy. Zresztą, sam dzisiaj widziałeś.
    Nad głową mojej siostry niespodziewanie zalśniła złocista aureola, a anielski orszak zaczął klaskać z niekrytym podziwem. Ta kanalia każdego dnia sieje zamęt i sumiennie dąży do zagłady Eldaryi, a akurat dzisiaj jej dobre serce musiało dać o sobie znać.
- Chciałabym. Zresztą, twój przesympatyczny brat również marzy o tym, żeby jeszcze raz mnie zobaczyć. – Lottia wyszczerzyła zęby w uśmiechu, na co tylko podirytowany wywróciłem oczami. Nigdy więcej podróży. – Możecie mieć problemy z organizacją. Do bezpiecznej strefy w Księżycowym Lesie należą wyłącznie obrzeża. A i tam lepiej nie zostawać za długo. Gdyby moi rodzice zorientowaliby się, że za długo nie wracam, zapewne wpadliby z wizytą.
- Świetnie. Wszyscy umrzemy – rzuciłem z przekąsem, jednak – jak zwykle – nikt mnie nie słuchał.
    Mimo szczerych chęci, dziewczyna miała wiele wątpliwości, co do przyjęcia propozycji Meriel. Los był na tyle podły, że obdarzył moją siostrę wyjątkowym darem przekonywania, też nawet jeśli wpadała na absurdalnie głupi pomysł, często doczekiwała się jego realizacji – rzecz jasna, dzięki wsparciu paru naiwnych osób. Lottia również uważnie chłonęła każde jej słowo i, o zgrozo, ostatecznie wyraziła zgodę. Zaznaczyła jednak, że musimy być bardzo ostrożni i nic się nie stanie, jeśli zrezygnujemy. Nie miałem pojęcia, czemu użyła liczby mnogiej. W końcu już nigdy więcej nie zamierzałem tu wracać. Jeżeli Lottia sądziła, że moja królewska noga jeszcze kiedyś postanie w nafaszerowanym Blackdogami buszu, to się grubo myli.
    Kiedy tata wygłaszał kazanie o niebezpieczeństwach, myślałem głównie o potworach, kataklizmach czy najeźdźcach. Nigdy o drugiej osobie. A okazało się, że największe tragedie wychodzą prosto spod ludzkich dłoni. Poznajesz kogoś i nie masz pojęcia, w jak krótkim czasie stanie się on jednym z pierwszoplanowych bohaterów twojej książki.
- Jeśli wszystko przebiegnie zgodnie z planem, na pewno przyjedziemy się z tobą spotkać! – Meriel w międzyczasie zdążyła opracować nowy genialny pomysł, w którym za żadne skarby nie zamierzałem uczestniczyć. Lottia zdawała się podzielać jej entuzjazm; mocno objęła dziewczynę ramionami, jakby bała się, że lada chwila może zniknąć. – Zobaczysz, że wszystko pójdzie dobrze!
    Osobiście „będzie dobrze” uważałem za najgorsze słowa świata. Zazwyczaj moment po ich wypowiedzeniu, przez duszę przechodziło tornado, niebo spadało na głowę, a los z uśmiechem pokazywał mi środkowy palec. W ustach Meriel owe stwierdzenie było wręcz skazane na klęskę.
    Z dziwnych przyczyn, Lottia postanowiła pożegnać się również ze mną. Zrobiła to tak gwałtownie, że nie miałem nawet szansy na szybką ucieczkę. Czym zasłużyłem sobie na tyle nienawiści od losu? Nie miałem bladego pojęcia.
- Nie dotykaj mnie, pognieciesz mi ubranie – zaprotestowałem, ale już tonąłem w niedźwiedzim uścisku i nie mogłem nic z tym zrobić. Nie przywykłem do przytulania. Meriel nie dotknęłaby mnie nawet kijem, a jeśli już, to tylko po to, żeby zadać mi cios. Tata ograniczał się do dyplomatycznego poklepania po głowie, natomiast mama…. Cóż. – Duszę się.
    Czułem, jak pieką mnie policzki. Za kogo ona się uważała, żeby tak bezczelnie zignorować przestrzeń osobistą i zbliżyć się do mojego królewskiego oblicza? Święcie obrażony otrzepałem koszulę, z żalem stwierdziwszy, iż nie udało mi się utrzymać jej nienagannego stanu. Na domiar złego, Meriel wymamrotała pod nosem coś o „żelaznej dziewicy”, poniżając mnie jeszcze bardziej.
- Cieszę się, że mogłam was poznać. – Uśmiech sam cisnął jej się na usta, choć nie powinna mieć żadnych powodów do radości. Spojrzałem na nią spode łba. Tylko tyle? Żadnego „przepraszam, że śmiałam cię dotknąć”? Bezczelność. – Uważajcie na siebie.
- Ja zawsze na siebie uważam. – Dumnie wypiąłem pierś, po czym ruszyłem przed siebie i potknąłem o wystający korzeń. – No co? To było specjalnie. Lubię sobie czasem poleżeć.

~

    Jakimś cudem udało się nam niepostrzeżenie wślizgnąć na przyczepę powozu, nie robiąc przy tym niepotrzebnego szumu. Jakimś cudem przekroczyliśmy granicę, znalazłszy się z powrotem w bezpiecznym Królestwie Elfów. Jakimś cudem bezszelestnie opuściliśmy pojazd i na palcach skierowaliśmy się w stronę tylnych drzwi.
    I na tym lista cudów się skończyła.
    Przy bramie pałacu stał ojciec i wyglądał mniej więcej tak, jakbyśmy wrócili właśnie z najazdu na Iluminatów. Mój palec oskarżycielsko wycelował w Meriel, na co ta tylko wzruszyła ramionami. Podczas gdy ja nie potrafiłem spojrzeć tacie w oczy, ona wojowniczo ułożyła dłonie na biodrach i z bezczelnym wyrazem twarzy zbliżyła się do Króla.
- Macie mi coś do powiedzenia? – Uparcie milczałem, a siostra nadal ostawiała pokaz swoich mrocznych min. – Może raczycie odpowiedzieć?! – To powiedziawszy, uderzył pięścią w ścianę, na co jeszcze bardziej skuliłem się w sobie. Meriel zauważyła, że cały się trzęsę, też zasłoniła mnie plecami, uśmiechając się beztrosko.
- Złość piękności szkodzi, tatku.
- To nie jest czas na twoje durne żarty, Meriel. Natychmiast powiedz mi, gdzie byliście!
- Mam romans z okolicznym wampirem. Czasami wymykam się z Królestwa, żeby oddać mu swoją krew, ewentualnie coś więcej. Mocno się wgryza, ale dziesięć sekund i po wszystkim. Mogę zaprosić go na rodzinny obiad?
    Mimowolnie parsknąłem śmiechem, choć brzmiało to bardziej jak jęk znerwicowanej Sabali. Ojciec nie podzielał jednak dobrego humoru córki. Meriel wiele razy dostawała kary za liczne przewinienia, ale jeszcze nigdy nie doprowadziła Króla do takiego stanu. Bałem się, że pewnego dnia zrobi dziewczynie krzywdę, bo jej głupota zaprowadzi ją za daleko.
- Dzieciaki były ze mną. - Głos zbawienia rozbrzmiewający zza moich pleców prawdopodobnie uratował mnie i Meriel od długiej i bolesnej śmierci. - Spacerowaliśmy kawałek dalej od ogrodów. Wybacz, mój drogi, powinnam cię o tym niezwłocznie powiadomić.
    Setny powód, dla którego Tanya powinna dostać order najlepszej osoby w Eldaryi: choćby nie wiem co, zawsze uratuję ci skórę. Bez względu na to, czy sprawa dotyczy błahej kradzieży ciasteczka ze spiżarni, czy zbrodni większego kalibru. Spojrzałem na nią z wdzięcznością, a ona dyskretnie mrugnęła do mnie okiem. Wiedźma zawsze wstawiała się za Meriel, co mijało się z moją aprobatą, lecz teraz okazało się lekiem na całe zło.
    Król zmierzył wzrokiem całą naszą trójkę, usiłując uspokoić oddech. Po chwili, machnął tylko ręką, jakby wcześniejszy napad furii w ogóle nie miał miejsca.
- Nie można było tak od razu? – Ojciec westchnął z rezygnacją spoglądając w stronę Meriel, na co ta tylko wzruszyła ramionami. – Wiesz, że musisz informować mnie o takich rzeczach, Tanya.
- Będę pamiętać. Jeszcze raz przepraszam za kłopot.
    Gdy ojciec przekroczył bramy pałacu, między nami zapadła niezręczna cisza. Powinienem z miejsca podziękować Tanyi, aczkolwiek nadal czułem, jak szybko bije mi serce. Ojciec musiał zauważyć naszą nieobecność niedługo przed przybyciem do Królestwa, gdyż dookoła kręciło się tyle samo strażników, co zwykle. W innym przypadku, na pewno od razu postawiłby ich na nogi.
- Nie do końca kłamałam. – Meriel znienacka przerwała milczenie. - Naprawdę lubię wampiry. Co prawda, jeszcze nigdy żadnego nie spotkałam, ale czytałam taką książkę i…
- Idź już – poprosiłem słabym głosem, a Tanya z uśmiechem skinęła głową i delikatnie popchnęła dziewczynę w kierunku bramy.
    Trudno powiedzieć, co najbardziej mną wstrząsnęło. Z jednej strony, wciąż czułem na ramionach ostre szpony strachu, z drugiej: strasznie się wstydziłem. Bo przecież miałem być wzorem do naśladowania. Miałem nie popełniać błędów i podejmować tylko dobre decyzje. Miałem stać się godnym następcą tronu. A wszystko zepsułem. To tak, jakbym przez cały ten czas patrzył na swoje nieskazitelne lustrzane odbicie, po czym rozbił zwierciadło na kawałki.
- Wszystko ci wytłumaczę.
- W porządku, Ezarel. Każdy ma swoje tajemnice. - Nuta tajemniczości w głosie Tanyi była trochę niepokojąca.
- Ty też?
- Jasne. Pewne rzeczy trzeba ukryć w ścianach własnej duszy i pod żadnym pozorem nie wystawiać ich na światło dzienne. Kiedy sekret obija się o zbyt wiele par uszu, przestaje być wyjątkowy.
- To się więcej nie powtórzy!
- Nie jestem twoim ojcem, Ezarel. Nie denerwuj się, dobrze? – poprosiła łagodnym tonem. – Jeśli jeszcze kiedyś będziesz chciał gdzieś wyjść z Meriel, przyjdźcie z tym do mnie, w porządku? Na pewno coś razem wykombinujemy.

    Gdy niebo spowiła ciemność, nadal przewracałem się z boku na bok, próbując zmusić się do zaśnięcia. Demony codzienności wślizgnęły się przez dziurkę od klucza i atakowały mnie z każdej strony. Nie potrafiłem przestać myśleć o Księżycowym Lesie i o tym, że być może Lottia nie ma nikogo takiego jak Tanya, kto mógłby obronić ją przed rodzicami. Ja również nie mogłem narzekać na tłumy wokół siebie, ale w Królestwie Elfów mieszkało parę osób, które chętnie przychodziły mi z pomocą. Z żalem stwierdziłem, że ten wstrętny ośliniony Blackdog to jedyne – w miarę normalne – towarzystwo dziewczyny.
    I nagle jej samotność zaczęła doskwierać mi nieco bardziej niż własna.

Ostatnio zmieniony przez Vanillka (16-08-2017 o 22h51)

Offline

#8 16-08-2017 o 22h39

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 501

Och, mówisz, że czytasz moje opowiadanie? No to jest mi teraz baardzo miło i cieszę się, że ci się podoba <3 O kurczaki, nawet niekrótki ten rozdział, cudownie ^^ To idę czytać!
Nikt nie dał rady zgasić ognia? Smoki to jakie czy co? Ale już na samym wstępie jestem zaintrygowana, bo cóż to może się czaić w tym Księżycowym Lesie? ;>
Kurcze, aż trudno uwierzyć, że Meriel to ezowa bliźniaczka. Chooociaż… może nie aż tak? Bo jakby się teraz tak zastanowił, to gdy Ez podrośnie, będzie taki sam XDD Chociaż ta wspomniana konsekwencja w działaniu i planowaniu zostanie mu do końca. To taki elfi perfekcjonista chyba, no nie? Tak sobie teraz o tym myślę…
„okazała się nie najlepszym pomysłem” — ‘nienajlepszym’ c:
„Mimo, że krajobraz” — ‘mimo że’ to taki fajny wyjątek i tu nie stawia się przecinka. Tak jak przy „mimo iż”, ‘zwłaszcza że”.
„Tak naprawdę, każdy głupi może sobie wmawiać, że jest odważny, kiedy jego życie to droga do nieba sowicie obsypana różami. Dopiero, gdy stanie się oko w oko ze strachem, można obiektywnie ocenić swoje możliwości. Oczywiście, jeśli starczy na to czasu, bo śmierć ma w głębokim poważaniu wszelkie kalkulacje.” — genialny akapit. Na tyle genialny, że aż go musiałam skopiować /static/img/forum/smilies/big_smile.png
KIT  Z SIOSTRĄ I BLACKDOGIEM, ALE KURDE KURDE SZLABAN XDDD
Gucio to imię iście doskonałe dla takiej bestii xd
Ale jak tak Meriel opowiadała o tym, że duma elfów to kupa, a nie duma, a Ez, choć wie wszystko, to nie wie nic, bo niczego nie zwiedzał… mądra mała! Btw jak tak wspomniała o tym, że Ezarel jest ślepo wpatrzony w ojca i że robi wszystko, co tylko każe, to aż mi się skojarzył Dean Winchester z serialu „Supernatural”. On miał z ojcem tak samo. Sam zaś był jak Meriel, bo cały czas się buntował i chciał żyć po swojemu.
„Otwieram usta, by wytknąć dziewczynie tę feralną pomyłkę, aczkolwiek dociera do mnie fakt, iż ta rzeczywiście mówi prawdę.” — czemu tu tak nagle zmieniłaś czas z przeszłego na teraźniejszy? Cały tekst pisałaś czasem przeszłym, więc tego należy się trzymać /static/img/forum/smilies/wink.png
A że Lottia i Meriel się polubią, to można było przewidzieć. Obie są cholernie charakterne xd
„postanowiłem obrazić się na zawsze i dyplomatycznie przemilczeć końcówkę” — piękne XDDD
Uuu, Lottia nie powinna pokazywać się innym? A to czemu?
„stwierdziła niby – żartem” — tu myślnik nie jest potrzebny.
„A raczej, to moi rodzice są” — to zdanie jakoś tak dziwnie brzmi.
„Znamy każdy kawałek niewidzialnego obrazu namalowanego przez własny strach.” — boże, znakomite! /static/img/forum/smilies/yikes.png
„Po raz setny tego dnia gromię ją wzrokiem” — znowu zmieniłaś czas. Nieładnie ;p
NO WŁAŚNIE! Cały czas przewija się temat ich ojca. Ojciec to, ojciec tamto. A co z matką? Już od dawna doskwierał mi jej brak w tym opowiadaniu i tutaj dostałam dowód na to, że coś poważnego jest na rzeczy. Nie żyję? Ech, wątpię, to zbyt proste. Może jest poważnie chora? Właściwie to właśnie ta opcja od razu mi się skojarzyła. No, zobaczymy!
Kurde, ale Meriel nie jest już odważna. Ona jest głupia /static/img/forum/smilies/yikes.png xD
Tanya jest serio epicka /static/img/forum/smilies/big_smile.png
O kurcze, mały Ezarelek zaczął martwić się o Lottię? No kto by pomyślał!
Ej, serio uwielbiam to opowiadanie <3 Co chyba widać po moim komentarzu, prawda? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ech, że też nikt tak mojego nie komentuje ;-; XDDD No nic, tyle ode mnie. Czekam niecierpliwie na kolejną część i pozdrawiam! /static/img/forum/smilies/big_smile.png


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#9 15-09-2017 o 22h15

Straż Cienia
Vanillka
Straż na szkoleniu
Vanillka
...
Wiadomości: 178

Rozdziały będą trochę krótsze, gdyż jestem w klasie maturalnej (oł yeah, lajf is bjutiful) i mam trochę mniej czasu na pisanie (chyba, że rozprawek na hiszpański), a nie chcę znowu do archiwum XD Podzieliłam więc trójeczkę na dwie części, też lof stori Ezia zobaczymy trochę później.
@Methyrylis DZIĘKI BARDZO, MOJA GRAMMAR NAZI <3
~p.s. pierwszy fragment jest niedużym skokiem w przyszłość, nie piszę do końca chronologicznie.
~p.s once again - nie miałam za bardzo dostępu do komputera, też byłam zmuszona kończyć rozdział na telefonie (zło konieczne), więc będę wdzięczna za wskazanie błędów, bo ja już dostaję spazmów XD oddajcie mi laptop, pls.

bardzo dziwnie pisze się o Ewce i Ezie z zepsutym światopoglądem...


~3~


   Szkoda, że czas nie zapytał nas, czy chcemy być dorośli.
   W oczach dziecka pełnoletniość to władza, całe życie w garści, długie pasmo sukcesów. Wyrwanie się z rodzinnego gniazda i lot na własnych skrzydłach. Podróż w nieskończoność bez asekuracji.
   Z biegiem czasu okazuje się jednak, że życie to nie dziecięca zabawa w dom. Nie stajemy się matką, która z czułością splata włosy córki w gruby warkocz, ani ojcem skrupulatnie wspinającym się na nowe szczeble kariery. Gramy zupełnie inne role. A nasze scenariusze są zazwyczaj tak oklepane, że mógł napisać je tylko ktoś tak złośliwy, jak los.

   Oddałbym wszystko, by choć na chwilę wrócić do czasów, gdy wszystko wydawało się jakoś prostsze.
   Gdy siedziałem pod niebem pełnym gwiazd, wierząc, że te spełnią wszystkie moje życzenia.
   Gdy najbezpieczniejszym miejscem na świecie były jej miękkie dłonie.
   Gdy chciałem wymalować marzenia na płótnie rzeczywistości kolorami wyobraźni.

   Bylebym tylko nie siedział dłużej w pułapce uformowanej z tysiąca błędów, chwil słabości i nieprzemyślanych decyzji, zły na świat, że nie dał mi skrzydeł, na których mógłbym odlecieć.

~

   Ewelein lubiła być tą silniejszą. Nie zwykłem nikogo podziwiać, aczkolwiek dziewczyna naprawdę potrafiła utrzymać w dłoniach całą galaktykę. Odnosiłem wrażenie, że nawet życie nie mogło już jej zaskoczyć, bo gdy nieszczęście cicho skradało się w jej stronę, ta wychodziła mu naprzeciw zaopatrzona w potrzebną artylerię. I wygrywała. Zawsze wygrywała.
   Tak więc byłem święcie przekonany, że pewnego dnia Ewelein zbawi cały świat.
- Meriel zawsze pakuje cię w kłopoty – wyznała dziewczyna z widoczną pretensją w głosie, kiedy oboje siedzieliśmy w altance i obserwowaliśmy jak słońce powoli chowało się za horyzontem. – Próbowałam przemówić jej do rozsądku, ale ona...
- ... nigdy nie słucha. Wiem. W sumie już mnie to nie rusza. – Wzruszyłem ramionami. – Kwestia przyzwyczajenia.
   Ojciec nieustannie powtarzał Meriel, jak to cudownie się składa, że jego osobisty doradca ma córkę w podobnym wieku, co ona. Obaj mężczyźni celowali w towarzystwo z wyższych sfer, też aprobowali "przyjaźń" swoich dzieci, chociaż tylko oni określali tę relację owym wdzięcznym mianem.
   Moja siostra w żaden sposób nie podzielała entuzjazmu taty, albowiem Ewelein była ostatnią osobą, z którą chciałaby się zaprzyjaźnić i prędzej poszłaby na kakao z Templariuszem, niż podzieliła z elfką swoimi sekretami. Najbardziej poróżniała je wrodzona upartość, gdyż każda postępowała wedle własnych idei (tudzież ich braku), nie chcąc nawet wysłuchać opinii tej drugiej.
- Nadal mi nie powiedziałeś, gdzie wymyka się wasza dwójka. - Ewelein przechodzi w oskarżycielski ton głosu, a ja wzdycham na myśl, iż czeka mnie dwudzieste przesłuchanie w ciągu miesiąca.
- Rozmawialiśmy o tym. Tanya i my...
- Nie. Nie wierzę ci. – Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersi, groźnie mierząc mnie wzrokiem. - Powiedz mi, dokąd NAPRAWDĘ się udajecie.
   Z wielką chęcią opowiedziałbym jej o jednej z przygód w nawiedzonym lesie, tym samym narażając się na dożywotni pobyt w celi, gdyż jasne było to, że jak tylko dojdę do ostatniego zdania historii, elfka już będzie w trakcie zgłaszania skargi przed królewskim obliczem. Jasne, nie zrobiłaby tego złośliwie. Najzwyczajniej w świecie dbała o nasze bezpieczeństwo, co równoważyło z nieustannym korygowaniem popełnionych błędów i godzinnymi przemowami edukacyjnymi.
- Czemu ci tak na tym zależy? - Nie zwykłem na nią naskakiwać, lecz słowa same wyleciały mi z ust i nie było możliwości włożenia ich tam z powrotem. Jeszcze nigdy nie okłamałem Ewelein. Ale tym razem prawda zaliczała się do najgorszych możliwych decyzji do podjęcia. - Zajmij się swoim życiem.
   Kiedy zrozumiałem, co przed chwilą powiedziałem, uleciała ze mnie cała odwaga. Jakkolwiek źle to brzmiało, nie mieliśmy życia poza sobą. Bardzo nie chciałem dopuścić do siebie takiej myśli, jednak towarzystwo Meriel ostatnimi czasy za bardzo dało mi się we znaki. Ewelein również nie opuszczała bram królestwa, chociaż - w przeciwieństwie do nas - miała taką możliwość. Była jednak święcie przekonana, iż nie może opuścić nas na dłużej, też rezygnowała z towarzyszeniu ojcu w podróżach i poświęcała swój czas mnie i Meriel.
- Wybacz - wybąkałem skruszony. - Po prostu uważam, że powinnaś zająć się czymś innym niż ja czy Meriel.
Nie powiedziała ani słowa, ale dobrze wiedziałem, jak brzmiałaby odpowiedź - nie mam czym.
- Ale Meriel... Wiesz, że nie powinieneś jej...
- Wiem.
   Całe moje życie skupiało się na tym, czego nie powinienem.
   Nie wiedziałem, czy powinienem natychmiast wyrzucić tę myśl z głowy, czy zatrzymać ją przy sobie na dłużej.
- Co ci się stało, Ezarel? - Dobre pytanie. - Od tamtego dnia zachowujesz się... dziwnie. Nie jesteś sobą. Cóż, nie zdziwiłabym się, gdyby Meriel wymieniła swojego brata na maanę, a zamiast niego przyprowadziła jakiegoś nieudolnego klona.
   Nie jesteś sobą.
   Nie wiedziałem, dlaczego słowa te tak bardzo zbiły mnie z tropu. Trudno być sobą, kiedy twoje życie to obszerny zbiór reguł, których trzeba bezwzględnie przestrzegać. I to do tego stopnia, że czasem trzeba upchnąć własną duszę na dnie szuflady.
   Od zawsze byłem słaby w opisywaniu uczuć, a teraz, kiedy do mojego serca zapukała cała grupa nowych lokatorów, moje umiejętności osiągnęły poziom zerowy. Początkowo uważałem, że Meriel postradała zmysły i prędzej się utopię, niż znowu jej zaufam. Ale z czasem zaczęło mi czegoś brakować. Kiedy raz złamiesz zasadę, rodzi się pragnienie, by naruszyć drugą. Już raz przekroczyłem bramy Królestwa. I chociaż wtedy przysięgałem sobie, że kolejny raz tego nie zrobię, czułem się coraz bardziej zafascynowany otaczającym mnie światem.

   Niech piorun strzeli Meriel i jej zaraźliwe marzenia.

- Dlaczego nigdy nie chciałaś wyjechać z ojcem? - Zmieniłem temat. Nie tylko dlatego, żeby uciec od poprzedniego, naprawdę pragnąłem poznać odpowiedź. - Wiem, że zależy ci na tym, żeby spędzać z nami czas, ale skoro miałaś taką możliwość... Nigdy nie chciałaś poznać nowych miejsc? Innych ras? Tego wszystkiego, o czym wiemy tylko z książek?
- To tutaj jest mój dom. - Ewelein spuściła wzrok. - I nigdy nie czułam potrzeby wyrwania się stąd. Lubię tu być. To dobre miejsce. Poza tym, wiesz... Jestem przyzwyczajona do naszego królestwa.
   Coś było w tych zmianach, bo choć potrafiły wywołać gęsią skórkę, to jak już przychodziły, okazywały się wcale nie takie złe. A potem zmieniała się rola berka i to my biegliśmy w ich stronę, licząc, że zatrzymamy je przy sobie na dłużej.
- Jedź z ojcem następnym razem - rzuciłem na odchodne, łapiąc zdziwione spojrzenie dziewczyny. - I powiedz mi, czy zmieniłaś zdanie.

~

   Na próżno doszukiwać się sensu w planach Meriel. Trzy czwarte z nich powstały pod wpływem impulsu i dość szybko zostały zrównane z ziemią. Moja siostra, jak na złość, nie zamierzała przyjąć do wiadomości faktu, że jest niebezpiecznie głupia, dalej snując irracjonalne marzenia o ucieczce z domu (najlepiej z jakimś przystojnym wampirem u boku). Dość szybko godziła się z porażkami, bo szybko wpadała na nowe pomysły (jeszcze gorsze niż poprzednie), którymi regularnie zatruwała moją codzienność.
   Tym razem, zaszła odrobinę dalej.
   Zgodnie z umową, spotykała się z Lottią każdego pierwszego dnia miesiąca. Początkowo nie zamierzałem jej towarzyszyć, albowiem przerażała mnie wizja rozgniewanego ojca. O wiele bardziej wolałem zostać w swoich bezpiecznych czterech ścianach i czytać książki. Z żalem stwierdziłem, iż mam za dobre serce, bo choć broniłem się jak mogłem przed udziałem w kolejnym genialnym planie mojej siostry, ostatecznie towarzyszyłem jej w każdej wyprawie. Nie chciałem, żeby zrobiła sobie krzywdę, szczególnie, iż ta mała idiotka potrafiła wleźć wszędzie. Kiedy wyrzucano ją drzwiami, wracała oknem. A potem ewentualnie robiła podkop.
   Dotychczas odwiedziliśmy dziewczynę trzy razy. Rzadko włączałem się do dyskusji, trzymając się myśli, iż nie przyjechałem tam w celach towarzyskich, tylko po to by bronić siostry podczas ewentualnego zagrożenia. Najczęściej siedziałem odwrócony plecami, dyskretnie przysłuchując się rozmowie. Meriel mówiła jeszcze więcej niż zwykle. Śmiała się ze sztywnych gości ojca, narzekała na rygorystyczny regulamin, opowiadała Lottii bajki, które Tanya czytała nam kiedyś na dobranoc. Jasnowłosa z zaciekawieniem chłonęła każde słowo, jakby historie z królewskiego dworu były czymś szaleniem interesującym i mogłaby słuchać ich w nieskończoność. Wówczas zrozumiałem, że nuda doskwiera jej sto razy bardziej niż mojej siostrze. Postanowiłem wypomnieć to mojej siostrze, licząc, iż ta w końcu doceni nasze życie i przestanie zadręczać mnie swoimi absurdalnymi problemami, lecz zamiast skruchy dostałem gałęzią w twarz.
   Lottia uwielbiała baśnie. Za każdym razem, gdy Meriel opowiadała jej coś nowego, w oczach dziewczyny pojawiały się radosne iskierki, a nieodłączny cynizm ustępował miejsca dziecięcej ekscytacji. Jak dla mnie, niektóre historie były nazbyt ckliwe, aczkolwiek uważnie obserwowałem nową znajomą i po jakimś czasie pojąłem, dlaczego tak lubiła słuchać mojej siostry. Nie chodziło o piękne suknie księżniczek, kiczowate kwestie królewicza czy wystawne przyjęcia organizowane w zamku. W bajkach każdej dobrej postaci los serwował szczęśliwe zakończenie. Marzenia - chociażby tandetne - zlewały się z rzeczywistością, sklejając w całość wszystkie kawałki złamanego serca. Lottia potrzebowała wiary, nawet jeśli pochodziła ona z mało wiarygodnych historii o naiwnych królewnach. Bo skoro niezbyt ogarnięte baśniowe paniusie osiągały swój cel, to niby czemu jej miałoby się nie udać?
   Żyłem w przekonaniu, że Księżycowy Las jest tylko zbiorowiskiem drzew rzucających złowrogie cienie, jednak dość szybko uświadomiono mnie, iż nieopodal istniały inne drogi. Lottia obiecała pokazać nam niektóre z jej ulubionych miejsc, co nieszczególnie mnie cieszyło, albowiem patrząc na głębiny lasu, po drodze dostanę tak z trzydzieści zawałów, jeśli nie więcej.
   Nasze spotkania nie zawsze dochodziły do skutku. Często ojciec pojawiał się w najmniej spodziewanym momencie, przez co musieliśmy porzucać plany wyprawy i siedzieć z nosem w książkach, udając, że pochłaniają nas lekcje. Nadal nie aprobowałem pomysłów mojej siostry, gdyż byłem pewien, iż któregoś dnia zaprowadzą ją one do grobu. Ale, o zgrozo, zacząłem czuć do niej coś w rodzaju wdzięczności, bo nie mogłem doczekać się zwiedzenia lokacji, o których opowiadała Lottia.
   Właśnie wtedy przyłapałem się na tym, że chciałem pojechać razem z Meriel. I ani trochę mi się to nie podobało.
   Nie rozumiałem kontrastów namalowanych na mojej duszy, nie rozumiałem uczuć, o których nigdy wcześniej nawet nie myślałem. Od zawsze cechowała mnie spora ciekawość, jednakże zaspokajałem ją książkami, tudzież opowieściami Tanyi. Słowa już mi nie wystarczały. Chciałem zobaczyć wszystko na własne oczy; sprawdzić, czy moja wyobraźnia się nie pomyliła. Gdybym nie przekroczył wtedy granicy, nadal tkwiłbym w głupim przekonaniu, iż niczego mi więcej do szczęścia nie trzeba, a świat Eldaryi ani trochę nie umywa się do domu rodzinnego.
   Pewnej nocy, gdy gwiazdy świeciły jaśniej niż zazwyczaj, znalazłem kolejny element układanki. Zacząłem myśleć inaczej. Zacząłem odsuwać się od Ewelein i króla. Zacząłem coś, o czym nigdy nawet nie ośmieliłem się marzyć. I wówczas w mojej głowie pojawiła się myśl, że - wbrew temu, co mówił ojciec - być może mama nie do końca kłamała.


~ Kilka wiosen wcześniej ~


- Chciałabym, żebyś mógł zobaczyć wszystko, co najpiękniejsze. - Czuły głos matki rozlał promienie słońca na każdym skrawku mojej duszy. - Wszystko, Ezarel.

O wiele bardziej wolałem siedzieć na jej kolanach, niż krążyć po korytarzach pałacu, gdzie roiło się od przepychu, przesadnie błyszczących zdobień i naczyń wypolerowanych tak bardzo, że biły po oczach. Gdy ojciec spodziewał się gości, zwykły obrus zmieniano na śnieżnobiały, wieszano gigantyczne ozdoby na ścianach, stawiano kwiaty w każdym kącie. Mężczyzna nie życzył sobie, by ktokolwiek - z naciskiem na mamę - pałętał mu się pod nogami, też wraz z Meriel udawaliśmy się do ogrodu, by przeczekać tam całe zamieszanie.

- Nasz dom jest piękny. Najpiękniejszy w całej Eldaryi. Tata tak mówi. - Uśmiecham się, chcąc dać mamie do zrozumienia, że nie musi się martwić, lecz ta tylko przecząco kręci głową. Nienawidzę, kiedy jest smutna.

- Wcale nie.

- Mamy ładne ogrody, plac, królestwo... Ech, może nie teraz. Nie lubię tych wszystkich ozdóbek. Osobiście wolałbym coś bardziej praktycznego.

- Twój tata nie rozumie piękna. - Wyszeptała w moje włosy. - Uważa je za coś, co jest nieskazitelne, na czym nie widnieje ani jedna rysa. A wiesz co? Zepsute rzeczy też mogą być piękne. Tak samo jak zepsuci ludzie.

Zatopiona w absurdzie własnej wyobraźni. Tak określił ją tata. Prosił mnie, bym nie brał do siebie słów mamy, albowiem ta od jakiegoś czasu żyła we własnym świecie i "miało być tylko gorzej". Wiedziałem, że dorosłych powinno się słuchać, ale nie umiałem sprostać życzeniu ojca. Nie potrafiłem przestać odzywać się do mamy, mimo iż nakazano mi traktować ją jak powietrze.

A przecież bez powietrza nie da się oddychać.

- Nie słuchaj taty, Ezarel. Nie słuchaj. - Mięła w ustach słowa pełne goryczy, powtarzała je jak mantrę, jakby bała się, że mógłbym nie zapamiętać. Ścisnąłem matczyną dłoń, modląc się, żeby niebo wysłuchało moich próśb, a promienie słońca tchnęły ciepło w jej zepsutą duszę.

Kiedy poprosiłem tatę, by sprowadził dobrego lekarza, ten w kilku dobitnych słowach oznajmił, iż nawet najwybitniejszy medyk nie uleczy psychiki mojej mamy. Nikt nie zaszyje motylom rozprutych skrzydeł, bo po naprawie nie będą prezentować się już tak nienagannie jak wcześniej. Nie wrócą do poprzedniego stanu perfekcji. A przecież nikt nie lubi motyli bez skrzydeł.

Gdyby słońce zeszło na ziemię i przybrało postać ludzkiej istoty, jestem pewien, że wyglądałoby identycznie jak mama.

Mama.

Moje słońce w kawałkach. Kawałkach, których nikt nie dał rady pozbierać.

Ostatnio zmieniony przez Vanillka (15-09-2017 o 22h17)

Offline

#10 17-09-2017 o 17h12

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 501

No cóż, nic to, że rozdziały będą krótsze — ważne że będą /static/img/forum/smilies/big_smile.png A klasa maturalna to zło. Mam to już za sobą, ale nadal pamiętam, więc zdecydowanie rozumiem /static/img/forum/smilies/wink.png No nic, to lecę czytać!
„   Szkoda, że czas nie zapytał nas, czy chcemy być dorośli.” — O BOŻE, DOKŁADNIE! W życiu bym się nie zgodziła. Serio, nawet jako dzieciak nie marzyłam o dorosłości. Mądra byłam ^^ xD
O kurde, piszesz o związku z Ewką? XDDDD Hahaha, no to faktycznie światopogląd trochę rypnął. No ale dobra, to jest twój świat i twoje kredki, więc nie ma się co dziwić.
Hah, nie dziwię się, że Meriel nie lubiła Ewelein. Obie mają niemal identyczne charaktery, więc zetknięcie się ich ze sobą po prostu nie mogło skończyć się dobrze.
Och! Tanya?! Jak cudownie!
„zajmij się własnym życiem” — oj Ez, nie tędy droga, bo brzmi to jak odpowiedź gimnazjalisty xd
„zaraźliwe marzenia” — pięknie to brzmi!
„Nie potrafiłem przestać odzywać się do mamy, mimo iż nakazano mi traktować ją jak powietrze.
A przecież bez powietrza nie da się oddychać.” — mój Boże, jakie to smutne…
Cały ten rozdział był straszliwie smutny :< Jakim okrutnikiem musiał być ten człowiek, że kazał dzieciom nie zbliżać się do matki i odmówił wezwania medyków?! I Ezarel słuchał go jak jakiś automat… W tym momencie wcale nie dziwię się Meriel, że się buntowała. Bo cóż innego robić? Całe szczęście, że Ezarel zaczynał to dostrzegać. Bo najgorsze więzienie to takie, którego się nie zauważa.
Cudowny rozdział. Naprawdę. I nawet błędów nie znalazłam! Nie wiem, czy to przez zaczytanie się, czy faktycznie był czysty. Tak czy siak czekam na kolejną część i pozdrawiam! ^^


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#11 21-10-2017 o 19h24

Straż Cienia
Vanillka
Straż na szkoleniu
Vanillka
...
Wiadomości: 178

Przybywam z nowym rozdziałem, który miał pojawić się tu już jakiś czas temu, ale byłam zbyt zajęta fangirlowaniem Eza w nowym odcinku francuskiej elki. Swoją drogą, kiedy pisałam tą część, myślałam o tym, że Ezarel oglądający gwiazdy to byłaby najpiękniejsza rzecz na świecie, hehe.

P.S. Jakoś niedługo wrzucę perspektywę tej niebieskiej mendy, o ile czas i wena mi na to pozwolą.

~



~4~


LOTTIA.



    Targowisko Dusz było przystankiem między życiem a śmiercią. Mimo mrocznej nazwy główne wejście nie prezentowało się ani trochę strasznie, wręcz przeciwnie - wyglądało jak portal do lepszej rzeczywistości. Imiona ofiar spisywano niebieskim atramentem w Księdze Uśpionych, po czym odsyłano je na krótki ceremoniał oddzielenia duszy od ciała. Stamtąd zmarli podążali w wyznaczonym im kierunku. Istoty o czystych sercach przechodziły przez portal pełen jasności, natomiast potwory w ludzkiej skórze wrzucano do Czarnej Dziury.
Istniały jednak specjalne egzemplarze: dusze sprzedawane bezpośrednio Handlarzom, tudzież wędrowcy, którzy weszli w głąb Księżycowego Lasu przypadkiem nie mając bladego pojęcia, że nie dostaną biletu na drogę powrotną. Owe wyjątki trafiały do wyodrębnionej części Targowiska zwanej również Otchłanią. A tej daleko było do raju.
Mieszkańców Otchłani wyróżniała możliwość odkupienia ich z powrotem do świata żywych. Mimo to wymiany często nie przebiegały zgodnie z regulaminem. Bardziej przebiegli Handlarze sprytnie wykorzystywali naiwność zainteresowanych i zostawiali ich bez grosza z jeszcze bardziej posiniaczonym sercem. Wbrew pozorom, maana była najmniej popularnym środkiem płatności. Sprzedawcom należało wyświadczyć „drobne przysługi”, tudzież zdobyć jakieś wyjątkowo rzadkie relikty. Bywało, iż za główne zadanie Handlarz wyznaczał przelanie krwi. Ludzie naiwnie przystawali na ich prośby, nie wiedząc nawet, czy ci rzeczywiście dotrzymają danej obietnicy. Rodzice twierdzili, że tylko głupcy przystępowali do targu ze Sprzedawcami Dusz, ale ja im nie wierzyłam. Tęsknota za drugą połówką serca może zaprowadzić człowieka nawet w najciemniejsze zakątki labiryntu.

- Będziemy za piętnaście minut. Nie odchodź za daleko. – Poleciła mi matka. – A, postaraj się nie rozmawiać z Duszami. Masz za dobre serce, mogą łatwo wejść ci na głowę.

Moja rodzina mogła pokazywać się jedynie w Otchłani, gdyż nikt stamtąd nie potrafił samodzielnie wyrwać się z pułapki i położyć kres naszej tajemnicy. Ponadto prowadziła wspólne interesy z Handlarzami i w pewien sposób utrzymywała ich przy życiu, też nawet oni – mimo wyjątkowo paskudnej osobowości – nie mieli prawa jej zaszkodzić.
Przejście z jednego świata do drugiego nie stanowiło większego problemu. Nasza rasa mogła swobodnie poruszać się po portalach, jednak sytuacja wymagała pozostania w jednym punkcie.
Nie lubiłam schodzić do Otchłani. Rozdzierający krzyk porzuconych dusz towarzyszył mi jeszcze długo po powrocie na ziemię, a ja nie mogłam zdzierżyć irytującego uczucia bezradności, bo w żaden sposób nie potrafiłam im pomóc. Mimo to każdą wizytę na Targowisku przeznaczałam na odwiedziny zabłąkanych ofiar, konsekwentnie łamiąc zasady narzucone przez moją matkę.
Ezarel chyba czuł, że mam parę tajemnic na sumieniu, ale nie mogłam wypuścić prawdy na światło dzienne. Nie chciałam, żeby moi przyjaciele zrobili o jeden krok za daleko i w pogoni za mną skończyli jako więźniowie Otchłani. Głównie dlatego, iż elf zapewne działałby na nerwy wszystkim porzuconym duszom, a one i tak miały już wystarczająco przerąbane.
Po Otchłani kręciło się niewiele dzieci, ale to właśnie ich cierpienie uderzało we mnie najmocniej. Za każdym razem poświęcałam parę minut na dotrzymanie im towarzystwa. Opowiadałam historie, które wcześniej czytała mi Meriel, czasami nawet starałam się wymyślać własne, ale nieco opornie mi to szło. Głównie dlatego, że dziewczynki nalegały na romanse, a ja nie za bardzo umiałam w miłość.
Kiedy dzieci – zawiedzione moim brakiem talentu do tworzenia ckliwych historii o bogatych księżniczkach i jeszcze bogatszych królewiczach – rozchodziły się do „domów”, udawałam się w stronę wyjścia. W owych okolicach przebywały istoty najbardziej samotne, którym tęsknota za domem doskwierała aż za mocno. Całymi dniami ocierały łzy z zapadniętych policzków, nie mając pojęcia, czy kiedykolwiek znajdą drogę do domu. Inne natomiast zmagały się ze swoim bólem w ciszy, albowiem wiedziały, że nie było nikogo, kto chciałby je uratować.
Nie wszystkie dusze lubiły obcych. Niektóre rzucały mi chłodne spojrzenia, jakby wyjątkowo przeszkadzał im fakt, że – w przeciwieństwie do nich – mogłam w każdej chwili wrócić do normalnej rzeczywistości o ile moje życie dało określić się tym wdzięcznym mianem. Nie miałam o to pretensji. Pewnie też byłabym wściekła, gdyby los zaprowadził mnie prosto w ramiona ciemności, nie słuchając błagalnych próśb o litość. Byłabym, gdybym miała za kim tęsknić.
Otchłań zamieszkiwało jednak wiele życzliwych istot, które doceniały moje wizyty i przyjmowały mnie z otwartymi ramionami. Starałam się wlać ich do serc trochę wiary, bo tylko to mogłam zrobić. Człowiek tak naprawdę nigdy nie zostaje z niczym, gdyż nieodłącznie towarzyszy mu nadzieja. A jej nawet los nie potrafi ukraść.
Gorzej, jeśli sami spiszemy ją na straty.

- Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Nawet do bólu – odpowiedziała długowłosa kobieta, kiedy głupio spytałam ją o samopoczucie. – Dawno cię nie widziałam.

- Powiedzmy, że znalazłam sobie znajomych. A właściwie, znajomą, bo jej brat patrzy na mnie mniej więcej tak sympatycznie, jakbym lada chwila miała wysadzić mu królestwo, a potem jeszcze zatańczyć na jego gruzach.

- Twoi rodzice się zgodzili? Opuściłaś Księżycowy Las?

- Niezupełnie. To ta dwójka się napatoczyła. Mój chowaniec chciał ich zjeść. Nie był to najlepszy początek znajomości, ale przynajmniej będę miała opowiadać o czym dzieciom. Jeśli kiedykolwiek takowych się doczekam, bo póki co nie wolno mi nawet wyściubiać nosa z lasu.

Kobieta parsknęła śmiechem, po czym delikatnie przejechała dłonią po moich włosach i uśmiechnęła się ciepło. Lubiłam z nią rozmawiać. Może dlatego, że jako jedna z nielicznych więźniarek potrafiła wykrzesać z siebie iskierki optymizmu, a jej śmiech potrafił ogrzać nawet najbardziej skamieniałe serce. Ciągle opowiadała mi o tym, co zrobi, jak już wróci do swojej rodziny, jakby rzeczywiście wierzyła, iż ten moment – wbrew wszystkiemu – w końcu nadejdzie. Życzyłam jej tego z całego serca.

- Wiem, że to wszystko wydaje ci się beznadziejne, ale uwierz, że życie jeszcze nieraz cię zaskoczy.

- To nie ty powinnaś mnie pocieszać. – Mimo że znosiła ciężar mrocznej rzeczywistości, miała w sobie więcej determinacji niż ktokolwiek inny. Zrobiło mi się głupio; chciałam ją wesprzeć, tymczasem to ona sklejała moje połamane nadzieje. – Zostałabym dłużej, ale moi rodzice niedługo wracają. Nie są wielkimi zwolennikami moich wycieczek krajoznawczych, też lepiej będzie, jak szybko się stąd ulotnię. Przyjdę tu następnym razem.

- Dziękuję. – Kobieta spojrzała na mnie z wdzięcznością, a ja natychmiast pożałowałam, że nie mogłam jak gdyby nigdy nic otworzyć przed nią drzwi i wypuścić do lepszego życia.

~
   
Strasznie trudno dbać o swój wygląd, kiedy mieszka się w samym środku lasu, gdzie ludzkość nie zwykła organizować targów. Dotychczas niespecjalnie się tym przejmowałam, ale w towarzystwie Meriel odzianej w bogato zdobioną sukienkę czułam się mniej więcej tak piękna, jak Corko po turbulencjach życiowych. Dokładałam wszelkich starań, by choć trochę przypominać przyzwoitą osobę, lecz moje lustrzane odbicie tylko spoglądało na mnie z pobłażaniem, jakbym chciała dokonać niemożliwego.
Ostatecznie pogodziłam się z myślą o upadłej karierze modelki, a moją „wielka metamorfoza” ograniczyła się do rozpuszczenia jasnych włosów. Z niecierpliwością oczekiwałam nadejścia znajomych, gdyż obiecałam im wycieczkę na wzgórze skąd był doskonały widok na gwiazdy. Meriel – po cichu lubująca się w ckliwych romansach – natychmiast przystała na propozycję. Ezarela natomiast pochłonęła gra w kółko i krzyżyk ze sobą samym, też pewnie nawet o niczym nie usłyszał.
Ku mojemu zdziwieniu, na miejscu spotkania stawiła się tylko jedna osoba. I to ta, która chętniej zostałaby w domu.

- Błagam, powiedz, że Meriel nic nie zjadło.

- Niestety nie – burknął. – Ale mam nadzieję, że niebawem się to zmieni.

Chłopak uparcie nie chciał spojrzeć mi w oczy, a jego policzki przybrały odcień pąsowej czerwieni. Najprawdopodobniej spędzenie ze mną czasu bez siostry uważał za najgorszy możliwy koszmar i najchętniej uciekłby z powrotem do domu.

- Jeśli chciałeś pobyć ze mną sam na sam, mogłeś uprzedzić wcześniej. Ubrałabym się jakoś ładniej.

Ezarel niestety nie załapał ironii; popukał się w czoło, dobitnie oznajmiając, że postradałam zmysły i nigdy PRZENIGDY nie umówiłby się z dziewczyną, która nie jest elfem. Po chwili namysłu dorzucił, że w sumie to w ogóle nie interesują go randki, bo ma za dużo lekcji na głowie, a w jego wieku nie powinno się bawić w miłość.

- To był tylko żart – wytłumaczyłam dobrodusznie. – Możesz odetchnąć.

- Przecież wiem! Ja też tylko żartowałem.

- Czyli nie interesują cię wyłącznie elfki?

- NIKT MNIE NIE INTERESUJE, OKEJ?

- Nie musisz tak krzyczeć. Żywot starej panny z dwunastoma Poulpatatami dookoła może być całkiem fajną perspektywą na przyszłość.

- Bardzo śmieszne. – Elf zmarszczył brwi, ale zszedł z chłodnego tonu. – Kiedy byliśmy gotowi do drogi, Meriel przypomniało się, że zapomniała o książkach dla ciebie. Zanim zdążyła wrócić, powóz już ruszył. Powinienem był z niego wysiąść, ale… - Tu starał się wymyślić jakąś wyjątkowo kreatywną wymówkę, ale chyba nic nie przyszło mu do głowy, bo ostatecznie tylko machnął ręką. – No więc…

- Więc…

Obydwoje mieliśmy problem z przetrawieniem faktu, iż przez najbliższe parę godzin będziemy skazani na własne towarzystwo. Dotychczas Ezarel trzymał się na uboczu i choć Meriel starała się włączyć go do rozmowy, ten tylko mamrotał pod nosem, żeby dała mu spokój. Mimo to obserwował mnie uważnie, jakby przez cały ten czas usiłował związać koniec z końcem i znaleźć odpowiedzi na dręczące go pytania. I upewnić się, czy przypadkiem nie skoczę Meriel z nożem do gardła, bo najprawdopodobniej wciąż figurowałam jako płatny zabójca na jego liście ludzi do odstrzału.

- Chodź ze mną. – Przerwałam ciszę, gdyż mimo wszystko milczenie nie było dobrą alternatywą na resztę dnia. – Pokażę ci coś. To trochę daleko, ale zajdziemy na miejsce w sam raz, kiedy słońce schowa się za horyzontem.

- Muszę wrócić do domu na czas – przypomniał. – Jesteś pewna, że zdążę?

- Jasne.

W czasie drogi chłopak nieufnie rozglądał się dookoła, jakby bał się, że zmierzamy w sam środek paszczy lwa. Nie omieszkał zaznaczyć, iż w ogóle mi nie ufa i nie ma pojęcia, dlaczego tak naiwnie pozwolił wciągnąć się w podróż. Gdy znaleźliśmy się w pobliżu wzgórza, Ezarel nie mógł poradzić sobie ze wspinaczką, więc z miną dobrodziejki wyciągnęłam do niego rękę, usiłując ułatwić wycieczkę tej biednej sierotce. Elf sceptycznie spojrzał na moją dłoń, po czym odsunął ją od siebie i dumnie pomaszerował do przodu.

- Sam sobie poradzę.

Dwie sekundy później leżał jak kłoda na ziemi, nadal upierając się, że absolutnie nie potrzebuje mojej pomocy.
Nie byłam osobą, która wielce lubowała się w przyrodzie i rozckliwiała się po pięć godzin nad jednym liściem, ale wszędzie szukałam piękna. Nie miałam dużego pola manewrów jeśli chodzi o podróże, też w każdym nowym miejscu starałam się dostrzec coś, co na stałe zapisze w swoim sercu. I chociaż czubek wzgórza nie należał do wybitnie urodziwych okolic, najbardziej lubiłam przychodzić właśnie tam.
Za każdym razem, kiedy patrzyłam w górę, wszystko wydawało mi się możliwe. Nieco poobijana nadzieja ponownie splatała swoją dłoń z moją, a ja kolejny raz powierzałam los gwiazdom, szczerze wierząc, że z czasem rzeczywistość wpuści promienie słońca w sam środek mojej duszy.
Najbardziej lubiłam letnie wieczory pod czarną taflą obsypaną milionem jasnych gwiazd. Nieskończona ilość drogowskazów prowadzących w nieznane. A ich blask był jak niewypowiedziana obietnica.

- Czemu mnie tu przyprowadziłaś? Jeśli zamierzasz rzucić się z tego wzgórza, to chętnie ci pomogę. A potem sam z niego skończę, bo nie będę umiał żyć z myślą, że cię dotknąłem. Doprawdy, co za pomysł, żeby… - Nie zdążył wymyślić kolejnej obelgi, bo zastygł z szeroko otwartymi ustami, jakby pierwszy raz w życiu miał do czynienia z podobnym widokiem. – W porządku, twoja śmierć może poczekać.

Chłopak musiał być naprawdę zafascynowany, bo gdy gestem ręki poprosiłam go, żeby usiadł, nie dostałam w odpowiedzi klasycznego tekstu w stylu „nie zamierzam brudzić swojego ubrania, za kogo ty mnie masz?!”. Ulokował się w stosownej odległości od krawędzi, po czym natychmiast mentalnie odleciał, poświęcając całą swoją uwagę migającym punkcikom na czarnym niebie.
Od samego początku starałam się go rozgryźć, ale nie do końca mi to wychodziło. W przeciwieństwie do Meriel, która potrafiła dać swoją duszę na tacy, Ezarel żył we własnym świecie. Może nie tylko ja, ale i on sam nie zdawał sobie do końca sprawy, kim jest, co czuje i czego naprawdę chce. Całe życie podporządkowywał się bezwzględnemu ojcu, w ogóle nie myśląc o własnej duszy. Myślał, że postępuje dobrze, a coraz bardziej oddalał się od swojego prawdziwego „ja”.
Gdy bezustannie podąża się za głosem innych, nawet dusza może wypaść z zawiasów.

- Wierzysz w to, że gwiazdy spełniają życzenia?

Wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od nieba. Przynajmniej miał dobry pretekst, żeby na mnie nie patrzeć.

- Nie wiem. Właściwie, to nigdy nie miałem marzeń, bo nie musiałem o nic prosić. A ty? Wierzysz?

- Myślę, że tak. Ale moja gwiazda była jakaś wybrakowana i jak tylko usłyszała życzenie, uciekła na niebo z powrotem, bo chyba nieco ją ono przerosło.

- Zobaczyła twojego chowańca, to zawróciła. Dziewczynka z Blackdogiem u boku na bank nie może chcieć niczego dobrego.

- Ech, racja. Moje marzenie o zagładzie najwidoczniej musi poczekać.

Mimowolnie wpuścił uśmiech na swoje usta, ale już chwilę później przybrał wyraz twarzy człowieka – cegły, który nie wie, co to emocje. Zastanawiałam się, czy to on sam postanowił nie dopuszczać do siebie uczuć czy po prostu nie potrafił. 

- Pobawimy się w „opisz siebie w trzech słowach”?

- Nienawidzę swojej siostry.

- Nie do końca o to mi chodziło, ale dobre i to.

- Nie, poważnie. Do tego sprowadza się całe moje życie. Dziewięćdziesiąt procent problemów powstało z winy Meriel.

- A pozostałe dziesięć?

- Długa historia. Tak czy siak, nie zamierzam ci jej opowiedzieć. Nawet nie dlatego, że jesteś mocno podejrzana i ci nie ufam. – Mimowolnie parsknęłam śmiechem. – Po prostu nie lubię do tego wracać. Teraz jest dobrze. – Przy ostatnim słowie na chwilę się zawahał, jakby powątpiewał w wiarygodność własnej wypowiedzi. – A przynajmniej tak powinno być.

Zdrowy rozsądek nakazywał mi nie naciskać, więc stłumiłam szaleńczą ciekawość milczeniem, ze zrozumieniem skinąwszy głową. Ezarel po części zdawał sobie sprawę z absurdu w jakim przyszło mu żyć, lecz posłusznie akceptował wyroki losu – przyzwyczaił się do tego stopnia, że zaczął wmawiać sobie, iż wszystko jest w idealnym porządku.
Też tak kiedyś próbowałam. Ale nie da się przemalować piekła na niebiesko i zrobić z niego niebo.

- Dogadujesz się ze swoją mamą?

- Poniekąd. – Trudno mówić o zgodzie między mną a rodzicami, ale siłą rzeczy moje kontakty z matką nie wyglądały aż tak źle. – A ty?

- Ja…

Nie wiedziałam, czy to blask gwiazd wyciągnął zwierzenia z jego ust, czy wreszcie wsłuchał się w bicie swojego serca. Tak czy siak, odsłonił przede mną historię, której – choć bardzo chciał – nie mógł wyrzucić z pamięci.

Offline

#12 21-10-2017 o 20h51

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 25 501

http://i64.tinypic.com/mbhi6o.jpg


No fakt, dość dawno cię tu nie było. Ale nie narzekam, bo sama się lenię z moim opkiem, chociaż i tak prawie nikt go nie czyta :v
O kurde, przegenialnie wymyśliłaś z tym Targowiskiem Dusz! Genialny plan!
„tudzież zdobyć jakieś wyjątkowo rzadkie” — tutaj ostrzegam, bo to się myli tak samo często jak „bynajmniej-przynajmniej”: ‘tudzież’ to nic innego, jak ‘oraz’, ‘także’. Nie mylić więc z synonimem słowa „czyli”, jak w sumie robi większość. Aż wkleję definicję ze słownika:
„tudzież «także, oraz»: Zaproszono rodzinę t. najbliższych przyjaciół.”
Wow, to niezłe ziółko z tej Lotti. Podobnie jak Ez podejrzewałam, że wiele ukrywa, ale pozytywnie mnie zaskoczyłaś!
„Głównie dlatego, iż elf zapewne działałby na nerwy wszystkim porzuconym duszom, a one i tak miały już wystarczająco przerąbane.” XDDDDDDDD
Gra w kółko i krzyżyk ze samym sobą? Spoko, Ez, spoko! /static/img/forum/smilies/big_smile.png
NO ALE CO TO ZA HISTORIA?!?!?!
Ech. Ale żeś skończyła :<<<< Jeju, uwielbiam twoje pisanie — piszesz tak lekko i przyjemnie! Nie wspominając o tym, że tak ciekawie to wszystko wymyśliłaś! Z niecierpliwością więc czekam na kolejną część i pozdrawiam! c:

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (21-10-2017 o 20h52)


P A R R I E     M A S Z    4    M I E S I Ą C E    N A     D O  K O Ń C Z E N I E     S P N    -   D O    2 3 . 0 3 . 2 0 2 1
i n s t a g r a m                                                           f a n k l u b    e z a                                       f f    " z a    k u r t  y n ą     n i g r  e d o "

https://i.imgur.com/7ZeR6g2.png












https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif[/img]





https://i.imgur.com/HGv2gQz.png[/img]


































https://media.discordapp.net/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif



...



...

Offline

#13 05-11-2017 o 19h23

Straż Cienia
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 11 007

Przybywam tu z odmętów Wattpada i stwierdzam, że jestem tym oczarowana bardziej, niż Twoim opowiadaniem "Zapamiętaj" z Miraculous. Nie zdemaskowałam Cię przypadkiem, prawda?
Czytam to ponownie i, woah, nadal nie wiem, jak można mieć taki talent. Chylę czoła, poważnie, i ze zniecierpliwieniem czekam na ciąg dalszy ヾ(⌐■_■)ノ♪


https://funkyimg.com/i/38Hou.png

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1