Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 16 17 18

#426 09-06-2019 o 02h02

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

          Z pewną dozą niepokoju przyglądałem się, jak Frahil i Yervant stają naprzeciwko siebie na ubitej ziemi. Wiedziałem, że to tylko taka zabawa i nikomu nic nie powinno się stać, ale nadal byłem zestresowany. Wiedziałem, że to przeze mnie i gdyby nie ja, to pewnie teraz dalej cieszylibyśmy się świętem w swoim towarzystwie, ale ja naprawdę nie chciałem, żeby coś tak uroczego jak malutki króliczek zostało przerobione na jedzenie. I to jeszcze w taki sposób jaki opisał to Frahil! Ale sam nie mogłem nic zrobić i byłem zły sam na siebie, że znowu zrzuciłem na Yervanta swoje zachcianki.
            A potem zaczęła się walka i nie mogłem myśleć już o niczym innym poza tym, że to wszystko wyglądało naprawdę groźnie i niebezpiecznie, ale w jakiś sposób fascynująco. Mój kuzyn i mąż wirowali wokół siebie, zderzając się ze sobą klingami i wymieniając ciosy, parując, tnąc i unikając siebie nawzajem. Nie mogłem oderwać od nich oczu, zatykając sobie usta dłońmi, żeby żaden okrzyk nie wyrwał mi się za każdym razem, kiedy Frahil prawie pozbawiał upiora broni. Yervant był naprawdę dobry, myślałem że najlepszy na świecie, ale patrząc na jego pojedynek z Frahilem miałem przeczucie, że jednak blondyn jest lepszy. Oboje walczyli na zupełnie innym poziomie niż ktokolwiek, kogo miałem okazję oglądać w swoim życiu. Ani Sevir, ani Berys, ani nawet lord Loryon nie poruszali się w taki sposób. Ale któryś z nich w końcu musiał ustąpić. I nie podobało mi się, że tym kimś był Yervant. Ale wcale nie dlatego, że nie dopuszczałem do siebie myśli, że chłopak mógł przegrać , ale dlatego że z boku wyglądało to tak, jakby mieli się zaraz pozabijać. Nie chciałem żeby Yervantowi coś się stało. Nie przeze mnie i tego królika.
             Nie udało mi się powstrzymać okrzyku, kiedy zobaczyłem jak miecz Fahila dosięga boku mojego męża. Przeraziłem się, kiedy zobaczyłem jak upiór pada na kolana, a potem zasłania sobie oczy ręką. Coś ścisnęło mnie boleśnie za serce i nie chciało puścić, nawet kiedy kuzyn wyciągnął rękę do upiora i pomógł mu wstać. Czy nic mu nie było? To uderzenie nie było bolesne? Przeszedłem przez niski płotek otaczający pole walki, chcąc podejść do Yervanta i zabrać od niego ewentualny ból, powiedzieć mu, że świetnie się spisał i że jestem z niego naprawdę dumny, nawet jeśli nie wygrał, ale on… On obrócił się na pięcie i uciekł gdzieś w las.
              Nie byłem pewien, co się stało, ale bardzo chciałem za nim pobiec, upewnić się, że nic mu nie jest, że wszystko jest w porządku, ale zanim zdążyłem za nim pobiec, drogę zagrodził mi Frahil, trzymając w dłoniach klatkę z królikiem.
- Jest twój – powiedział, wciskając mi w dłonie zwierzątko.
- Yervant, on… - wymamrotałem coś nieskładnego, próbując wyminąć kuzyna, ale on wcale mi na to nie pozwalał.
- Zostaw, ja z nim pogadam – powiedział spokojnie, a kiedy spojrzałem na niego nie rozumiejąc, co do mnie powiedział, uśmiechnął się w jakiś taki specyficzny sposób, którego jeszcze nie znałem. – Zaufaj mi. Weź królika, wcale nie chciałem przerobić go na pasztet. Możesz go zatrzymać – powtórzył, patrząc na mnie wyczekująco.
                Nie byłem pewien, co powinienem zrobić. Chciałem rzucić wszystko i pobiec za mężem, ale wzrok Frahila mówił mi, żebym odpuścił i żebym mu zaufał. Nie chciałem z jednej strony, a z drugiej on zawsze wiedział co robi. Nawet jeśli nam wszystkim wydawało się, że podejmował się szaleństwa, on wychodził z tego obronną ręką. Chciałem wierzyć, że wie co robi. I że nie pogorszy sprawy. W końcu Yervant był bardzo dumny, a przegrana z Frahilem musiała mocno nim wstrząsnąć. Zwątpiłem w to, czy dam radę go pocieszyć.
- On ucieka coraz dalej – przypomniał mi blondyn, a ja, zaciskając zęby, wziąłem od niego klatkę z króliczkiem.
- Zaufam ci. Ale jak tylko odniosę tę klatkę do pokoju, zacznę szukać Yervanta – powiedziałem pewnie, a potem podszedłem do skonfundowanego wydarzeniami Felixa i wziąłem go za rączkę.
- Chodź, pójdziemy odłożyć rzeczy do sypialni, dobrze? – zapytałem chłopca, a kiedy odwróciłem się, żeby spojrzeć na kuzyna, jego już nie było. Miałem tylko nadzieję, że dobrze zrobiłem…

Frahil


            Jedno trzeba było przyznać upiornej rasie. Długie nogi i wytrzymałość. Elf zdołał zgubić trop ukochanego męża jego ulubionego kuzyna zanim w końcu odnalazł go, ukrytego gdzieś przed wzrokiem wszystkich. Nie mógł uwierzyć, że ktoś był w stanie tak po prostu odbiec sobie po przegranej walce i zaszyć się w jakiejś mysiej dziurze. Mężczyzna odczekał chwilę aż jego oddech wróci do normy, a potem bezszelestnie zbliżył się do miejsca, w którym upiór oddawał się bezlitosnemu biczowaniu myślami, czego się spodziewał. Elf oparł się nonszalancko bokiem o pień drzewa, a potem tak po prostu, bez jakiegokolwiek sygnału, że i on tu jest, odezwał się:
- Oh, a więc to robią książęta po przegraniu uczciwej walki? – rzucił rozbawiony w powietrze, a kiedy Yervant na niego spojrzał, posłał mu pobłażliwe spojrzenie.
                   Spodziewał się, że chłopak widząc go znowu da nogę, więc szybko zmienił swoje położenie, stając przed nim.
- Zanim znów uniesiesz się dumą i uciekniesz, może posłuchasz co mam do powiedzenia? – zaproponował, splatając ręce na piersi. – Mam zamiar gonić cię tak długo aż się w końcu to się stanie, więc radzę ci zostać w miejscu. Oboje będziemy mieć to z głowy.
                  Uniósł brwi na odpowiedź upiora, ale jedyne co zrobił to westchnął głęboko ze zrezygnowanie.
- Eh, wy młodzi. A zwłaszcza wy, upiory. Hańba to, hańba tamto, czasem ma się wrażenie, że do toalety nie chodzicie, bo to wstyd – prychnął, a potem pociągnął Yervanta na jakieś powalone drzewo, by na nim usiąść.
- Po pierwsze, powiedz mi, ile ty masz lat? Tyle co Lawin, trochę więcej? Z kim do tej pory walczyłeś? Z nauczycielami? – dopytywał, chociaż każde z tych pytań było raczej retoryczne i nie oczekiwał na nie odpowiedzi. – Bo widzisz, mogę się założyć, że w swoim życiu stoczyłem więcej walk niż ty i ktokolwiek w moim wieku. Nie siedzę na dupie w pałacu i nie zbijam bąków, jak co poniektórzy. A przegrać z kimś, kto przewyższa cię nie tylko wiekiem, ale i doświadczeniem, to żaden wstyd, ale okazja – powiedział pewny siebie, a widząc minę księcia, roześmiał się. – Nie patrz na mnie jak na niepełnosprytnego jeża. Wiem co mówię.
               Na chwilę umilkł, a kiedy znowu się odezwał, w jego głosie pobrzmiewało uznanie.
- Wiesz po co była ta szopka? Chciałem cię sprawdzić. Nie ma w kraju elfów wielu, którzy mogą mi dorównać umiejętnościami, ale jeśli tobie by się to udało, mógłbym spać całkiem spokojnie. Jesteś niezły i mówię to ze szczerym przekonaniem. Ale jak sam miałeś okazję się przekonać na własnej skórze, nieźle to za mało. Mogę się założyć, że w swoim kraju nie miałeś sobie równych. I bardzo dobrze. Ale świat nie składa się na te dwa państwa, które znasz. Jeśli poprzestaniesz na tym, co już masz, w końcu znajdzie się ktoś o nieprzyjaznych zamiarach, kto uświadomi ci, że nie jesteś idealny. Ale wtedy będzie już za późno. Jeśli będziesz stał w miejscu i uważał, że już nic więcej w sobie nie możesz poprawić, będzie to pierwszy krok do zagłady siebie, Lawina i całego państwa upiorów. To wasza myśl przewodnia, postęp, trzymaj się jej. Nie ma nic złego w byciu nieidealnym. Bo tylko nieideały mogą dokonać cudów na tym świecie. Lawin jest moim cennym kuzynem, bardzo ważną osobą dla całego naszego narodu. Nawet on nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo my wszyscy go potrzebujemy. Dlatego nie mogę zostawić go komuś, kto stoi w miejscu i patrzy tylko w przeszłość. Jesteś dobrym wyborem. Prawdopodobnie najlepszym, jakiego ktoś dokonał. Przed twoim pojawieniem się nie widziałem Lawina tak szczęśliwego. Dlatego musiałem wiedzieć. Ale teraz jestem pewien. Zostawiam ci go, dobrze? – zapytał z uśmiechem, by stanąć przed upiorem i wyciągnąć rękę w jego kierunku. – Powierzam ci mojego słodkiego kuzyna i liczę na to, że przy tobie będzie szczęśliwy i bezpieczny. A co do tego drugiego – uśmiechnął się psotnie, a iskierki rozbawienia zamigotały w jego oczach. – Mogę cię nauczyć paru sztuczek.

B E R Y S

          Nie był pewien, co w tym pewnym siebie elfie przy nim było takiego pociągającego, ale kiedy już raz na niego spojrzał, nie mógł oderwać od niego wzroku. Jego spojrzenie ślizgało się po wyraźnych kościach jarzmowych, po szlachetnym nosie i idealnie wykrojonych ustach, które uśmiechały się do niego kusząco. Zazwyczaj preferował do rozmowy partnerów nieco mniej świadomych siebie i pewnych spraw, ale musiał przyznać, że te dwie uwagi wymienione z pięknym nieznajomym w jakiś sposób sprawiły mu więcej satysfakcji niż całe godziny z kimś innym. Nie był pewien, czy to zasługa alkoholu, czy uroku mężczyzny, ale z chęcią kontynuowałby ten zaowalony w kwieciste słówka flirt.
             Uśmiechał się nieco drapieżnie na wspomnienie wyzwania, ale zaraz uśmiech ten spełzł mu z ust, kiedy dojrzał co niebieskowłosy miał w swojej fryzurze. Czerwoną wstążkę poznałby wszędzie, jako że identyczna utrzymywała jego włosy w ryzach, a niemały zapas spoczywał w kufrze w jego mieszkaniu. Ale nie zdążył o niej wspomnieć. Nieznajomy, który nawet się nie przedstawił, dopił swojego drinka i uniósł się z krzesła, zostawiając Berysa samego i z głupią miną.
              Przez chwilę jedynie patrzył na oddalające się plecy odziane w czerwień, ale wystarczył głośniejszy stuk szklanki o blat baru, by mężczyzna natychmiast oprzytomniał. Wychylił swój trunek jednym haustem, a potem ruszył za Feniksem, jak w myślach nazwał nieznajomego, ciekaw skąd jego własność znalazła się w rękach tamtego. Najpierw nie był pewien, co zrobić, by się tego dowiedzieć, ale zaraz w jego oczy rzuciło się coś…
               Dogonił Feniksa, a potem stanął tuż przed nim, zatrzymując go na ścieżce.
- Chciałeś wyzwania, więc ci je zapewnię. Chodźmy razem do domu strachów, ten który się nie przestraszy - wygrywa. Jeśli przegram, dam ci się zaprosić na jeszcze jednego drinka. Jeśli ty przegrasz, odpowiesz mi na jedno pytanie – zaproponował, mierząc mężczyznę uważnym, nieco prowokującym spojrzeniem czerwonych oczu.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#427 10-06-2019 o 18h52

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

    Gdy byłeś upiorem, przegrana nie wchodziła w grę. Chciałem pogratulować Frahilowi niezwykłej wprawy we władaniu mieczem, ale moje korzenie i nauki wpajane przez lata sprawiły, że najważniejszą kwestią w tym momencie było ratowanie własnej twarzy- nawet jeśli poprzez głupkowatą ucieczkę. Pomyślałem, że jeśli uda mi się odbiec odpowiednio daleko, może ludzie pomyślą, że coś im się przywidziało. Ci, którzy zobaczyliby walkę w jej ostatnich chwilach, mogliby nawet nie zdążyć dostrzec, że pokonanym był nie kto inny, a książę Yervant. A to wszystko dzięki temu, że szybko bym stamtąd zniknął. I równie prędko oni wszyscy powinni o tym na zawsze zapomnieć.
    Po dłuższym biegu oparłem się o któreś z gęsto rosnących drzew i odetchnąłem. Co za dzień. Tu ktoś maca Lawina, tam elf zamierza nakłonić mnie do walki o królika... i moja przegrana. Nie do końca tak sobie wyobrażałem festiwal elfów.
    Podskoczyłem, gdy znienacka dobiegł mnie głos Frahila, który chyba nie liczył się z niczyimi emocjami, skoro zamiast zostawić mnie w spokoju, poleciał ze mną tak, jakbym ja chciał być przez niego odnaleziony. Spojrzałem na niego z wyrzutem i powoli rodzącą się we mnie niechęcią, zamierzając odejść. Szkoda, że on nie chciał mi na to pozwolić. Zaczął jeszcze bardziej podkopywać moje ego, więc nie wahałem się wytłumaczyć mu, że zostałem zhańbiony i nie mogłem zostać dłużej na polu walki. I liczyłem na to, że teraz mnie zrozumie i odejdzie z powrotem do reszty. Ale on zaczął mówić o tej sytuacji tak, jakby ją rozumiał- zdawało mu się, że tak jest. Oczywistym było, że nie studiował życia upiorów i nie wiedział, co to wszystko dla mnie znaczyło. Dla elfa z pewnością brzmiałby jak ktoś mądry, bo mówił o tym, by nie przejmować się głupotami. Ja nie byłem jednym z nich.
    "Bo widzisz, mogę się założyć, że w swoim życiu stoczyłem więcej walk niż ty i ktokolwiek w moim wieku. Nie siedzę na dupie w pałacu i nie zbijam bąków, jak co poniektórzy."
    Zagotowało się we mnie jak w garncu z przygotowywaną na obiad zupą. Bo akurat ten facet wiedział, co robiłem przez ostatnie kilkanaście lat u siebie za murami. Byłem ciekaw, czy wytrzymałby- nie, czy przeżyłby niekiedy spartańskie wychowanie upiornych dzieci. Tylko ze względu na Lawina, z czerwonymi ze złości policzkami i ciskającymi gromami oczami patrzyłem na Frahila i czekałem, aż skończy.
    Okazało się, że chciał mnie sprawdzić, że martwił się o Lawina. Dopiero teraz mówił z większym sensem, chcąc mnie, zdaje się, przekonać, iż warto było zawsze stawać się lepszą wersją siebie i nie zapominać o czyhających tu i ówdzie zagrożeniach. To doceniłem. Ale nie potrafiłem wymazać tego, jak wcześniej mnie zranił.
    Zjechałem wzrokiem na jego wyciągniętą rękę. Popatrzyłem na nią przez moment i uśmiechnąłem się uśmiechem, który nie dosięgnął moich oczu.
    -Źle cię oceniłem- powiedziałem krótko, sucho.
    Odwróciłem się o sto osiemdziesiąt stopni i zupełnie ignorując istnienie osobnika, zmierzyłem w stronę domku Lawina. Prawdopodobnie popełniałem błąd, bo ci dwoje byli sobie naprawdę bliscy i ważni dla siebie nawzajem. Powinienem bardziej dbać o moje relacje z elfami... ale, zarazem, uważałem, że i ja miałem prawo do tego, by spędzać czas z osobami, przy których czułem się dobrze. To małżeństwo było tak nagłe i wrzuciło mnie od razu do worka pełnego ludzi, o których wiele nie wiedziałem. Nie musiałem każdej pojedynczej osoby czynić swoim przyjacielem. Zawsze mogłem też na stałe wrócić do upiorów. Tak, nie widziałem ich z perspektywy czasu od naprawdę dawna. Chyba stęskniłem się za znajomymi klimatami, za osobami, które wiedziały, kim byłem, jak działałem. Kiedy ostatnio pomagałem radzie upiorów? Kiedy rozrysowywałem plany modernizacji przedmieść kraju? U siebie byłem ambitny i moje umiejętności mi wystarczały. Nie potrzebowałem za często miecza- ot, uczyłem się tyle, by w razie czego się obronić i możliwie wygrać. Ale częściej stosowaliśmy zasadzki, fortele i sprytne planowanie jako grupa. Ja, postawiony przeciwko elfowi, mógłbym przegrać, bo on miał swoją magię. Ja, stojący przed silnym orkiem, nie dałbym mu pod niemal żadnym względem rady. Dlatego uciekałem się do planów taktycznych. Chwytałem za piasek i rzucałem w oczy. W ten sposób wygrywaliśmy.
    Mimo wszystko chyba poćwiczę trochę fechtunku- ostatecznie przemknęło mi przez myśl, gdy chatka Lawina zaczęła ukazywać się moim oczom. Nie z Frahilem, ale może Sevir zgodziłby się na parę rund. Nawet jeśli byłby gorszym nauczycielem, sama praktyka też mogła mi dużo dać.
    Szkoda, że ja nie miałem kogoś, kto poszedłby do Lawina i to jemu kazał mnie chronić i czynić szczęśliwym. Bo to na mnie spadała ta odpowiedzialność, prawda?


Mirthal

    Zdaje się, że jego plan zadziałał. Rybka połknęła haczyk i stanęła przed nim, zatrzymując Mirthala w krokach. Zaciekawiło go to, co mężczyzna wymyślił. Dom strachów- fryzjer pamiętał, że zwiedzał taki tylko raz w życiu i od tego czasu postanowił, że więcej tam stopy nie postawi. Wynikało to z tego, że tamtego feralnego dnia cały czas musiał chować się za swoją koleżanką i parę razy wpadł na nią, niemal taranując, bo tak był przestraszony. Cóż, po tym wydarzeniu więcej się nie zobaczyli, ale do dziś pamiętał jej urażony wzrok i gniewne kroki stawiane w przeciwnym kierunku. Czy Berys wiedział, na co się pisał?
    Cały zaproponowany układ był dla Mirthala nieco zabawny.
    -Kiedy powiedziałem, że będę chciał cię zaprosić na jeszcze jednego drinka?- zapytał z uniesionymi brwiami, ale i- nieco słabo ukrywaną- szczęśliwością w głosie. Musiał pamiętać, nie mógł zapomnieć, że to wszystko było pułapką, że nie miał prawa mdleć tutaj, bo ̶m̶i̶ł̶o̶ś̶ć̶ ̶j̶e̶g̶o̶ ̶ż̶y̶c̶i̶a̶ Berys chciał z nim spędzić więcej czasu. Yervant trzymał za niego kciuki, więc Mirthal musiał się postarać i dopełnić planu.
    -Niech będzie, że w drodze wyjątku przyjmę twoją propozycję- powiedział łaskawym głosem, trzepocząc subtelnie rzęsami i pozwalając się prowadzić do domu strachów. Droga była krótka, ale fryzjer i tak czuł ekscytację rozlewającą się po całym jego ciele. On był tak blisko. I rozmawiał z nim, zwykłym, przeciętnym elfem. I miał taki piękny głos, zupełnie taki sam, jaki Mirthal często słyszał we śnie. A z bliska jego przystojna uroda promieniowała czystymi słonecznymi falami. Choć nie chciał tego przyznać, fryzjer wiedział, że Berys, nawet w obdartych łachmanach, bez włosów i umazany błotem byłby dla niego najcudowniejszy na świecie. Czuł to ciepło, gdy na niego patrzył, gdy go słyszał. Chciał sprawić, by mężczyzna był szczęśliwy.
    Ale wtedy zobaczyli dom strachów i Mirthal przypomniał sobie, że jego misja była zupełnie odwrotna. Jednak czasem cel mógł uświęcać środki, a on, choć z jednej strony nie chciał krzywdzić, z drugiej pamiętał swoje własne, trwające latami cierpienie i poszukiwania prawdziwej, euforycznej namiętności. Berys nigdy nie zwrócił na niego swego wzroku. Teraz gdy fryzjer wciągnie go w zasadzkę, będzie musiał za to zapłacić.
    Miejsce, które miało robić za dom strachów, zostało wybrane nieprzypadkowo- był to stary, nieodnawiany dom, którego deski chrzęściły pod stopami, a zawiasy drzwi jęczały dźwiękiem trzystuletniego żywota. Mirthal miał wrażenie, że gdy wchodzili z Berysem przez drzwi do budynku, jego czarne, nadżarte wiekiem dachówki zadrżały, zupełnie jakby chciały zrzucić mu się na głowę. 'To wszystko tylko jakaś iluzja' pragnął sobie uświadomić, niekontrolowanie idąc teraz jakby bliżej Berysa. 'Wiesz, jak to działa. Elfy potrafią oszukać każdy wzrok'.
    Musiał jednak przyznać, że gdy drzwi jakimś sposobem same się za nami zamknęły, przełknął ślinę i zaczął ostrożniej rozglądać się na boki. Tu było tak ponuro. Tapety złaziły pasami ze ścian, meble raziły wyblakłością, a jakiś zegar leżał roztrzaskany na podłodze. Coś zaszeleściło z górnego piętra, na które prowadziły wysokie schody, którym Mirthal zupełnie nie ufał. Niestety, to chyba było jedyne miejsce, do którego mogli zmierzyć. Fryzjer zerknął ukradkiem na Berysa. Miał nadzieję, że ten nie zauważył jeszcze jego spiętej postawy. Chciał się mu pokazać od jak najlepszej strony.
    Ruszyli schodami, które wydawały straszliwy, trzeszczący dźwięk pod stopami. Wokół roznosiła się woń kurzu i starości. Lampka ledwie oświetlająca pomieszczenie zaczęła złowieszczo mrugać. Mirthal poczuł, jak włosy jeżą mu się na karku, a z każdym kolejnym pokonanym stopniem dłonie zaczynają coraz bardziej dygotać. Przecież nie miał przy sobie nawet swoich nożyczek. Jak miał się w razie czego obronić? W takiej sytuacji wszelkie znane zaklęcia wypadały mu z głowy. To, co się teraz działo, było gorsze nawet od zobaczenia klienta z przetłuszczonymi włosami. Ba, to było gorsze od dotknięcia dziecięcych włosów, w których czaiły się wszy! Wzdrygnął się niekontrolowanie, a wtedy stanęli już na samej górze. Przed nimi znajdywały się uchylone drzwi.
    Naraz poczuł się w obowiązku pójścia przodem. Na razie nie szło mu najlepiej, więc musiał jakoś zrewanżować się za to towarzyszowi, pokazać, że jest coś wart, że opłaca się o niego walczyć. Nie mógł dopuścić do tego, by Berys pożałował, że zwrócił na niego swoją uwagę.
    Zdecydowanie ruszył ku wrotom i już, już wyciągnął dłoń, by nacisnąć klamkę...
    Po domu rozniósł się rozdzierający, alarmujący krzyk.
    Mirthal mało nie podciął sam sobie nóg i nie padł jak długi na podłogę. Serce powędrowało mu do gardła, gdy odskoczył gwałtownie od drzwi i wpadł na Berysa w taki sposób, że obaj zaczęli się kiwać i mężczyzna wiedział, że jeszcze odrobina obciążenia i runą po schodach na sam parter.
    Chwycił się barków partnera, patrząc mu desperacko w oczy. Teraz tamten krzyk został zdławiony, a zastąpił go demoniczny rechot. Fryzjer był absolutnie przerażony, a na domiar złego niezdolny do obronienia samego siebie i księcia. Co miał teraz zrobić?


Yervant

    Przekroczyłem próg chatki zmęczony i niemający wiary w to, że ten dzień stanie się w jakikolwiek sposób znośniejszy. Spodziewałem się, że Lawin będzie siedział przygnębiony przez stratę królika, a Felix zmartwiony sytuacją przytuli Kowalskiego i uśnie. Ale zamiast tego zastałem męża trzymającego na kolanach klatkę z białą kulką i duszka wkładającego palce między pręty, by pogłaskać miękkie futerko zwierzątka.
    Może to od dzisiejszego nadmiaru emocji, ale rozczulił mnie ten widok. Wróciłem do domu i zastałem moją rodzinę całą i zdrową, i to było najważniejsze. Zamknąłem za sobą drzwi, a potem z westchnieniem podszedłem do nich, kucając i przytulając całą... czwórkę, jeśli wliczyć w to króliczka i pluszowego pingwina.
    -Bardzo was kocham- wyszeptałem, na tyle niewyraźnie i cicho, że nie sądziłem, by usłyszeli. Królik poruszył zabawnie nosem i spojrzał na mnie, a ja wciąż nie mogłem nadziwić się temu, że go tu mieliśmy. Frahil faktycznie nie zamierzał bawić się w robienie pasztetu. Od początku nie o to tutaj chodziło.
    Puściłem moich chłopaków i wstałem, przeczesując sobie dłonią nieułożone od walki włosy.
    -Więc jak go nazwiecie?- zapytałem neutralnym tonem, tak, jakby nigdy tamto wcześniej nie miało miejsca. Czułem, że nie jestem czysty, więc zacząłem zbierać rzeczy potrzebne mi do łazienki. Niestety, Beth była najprawdopodobniej zajęta zabawą, a ja bynajmniej nie chciałem przerywać jej tego jednego dnia urlopu swoimi ciągłymi prośbami. To mogło stanowić wyzwanie, ale zdecydowałem się sam dzisiaj oporządzić.
    Moje własne oblicze w lustrze dosłownie zmroziło mi krew w żyłach. Te rozmierzwione włosy! Zabrudzone spodnie! Zgarbione plecy i pogięta koszula!
    Dramat. Zacząłem prędko rozpinać elfi, bogaty strój, przy okazji zauważając, że na moim boku, tam, gdzie Frahil uderzył, rozlał się okazały, fioletowy siniak. Miałem nadzieję, że Lawin nie zauważy, bo w jego oczach mógłbym się stać przez to mniej atrakcyjny. Wszak to był dowód mojej porażki i szpecąca zaróżowioną od słońca skórę plama...


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#428 13-06-2019 o 15h43

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

B E R Y S

     Berys nie pamiętał, kiedy ostatnio tak bardzo ucieszyła go czyjaś zgoda na zaproponowany układ. Nawet misje dyplomatyczne nie sprawiały mu takiej satysfakcji jak błysk w oku niebieskowłosego Feniksa. Nie był pewien, jak mężczyzna reagował na straszne rzeczy, ale wiedział, czego spodziewać się po sobie. Jedyne czego się bał, już dawno zniknęło mu z oczu, dlatego nie obawiał się, że przegra ten zakład. A wtedy zapyta o wstążkę we włosach nieznajomego.
          Dom strachów jak zwykle wyglądał dokładnie tak, jak się tego po nim spodziewał. Nie zobaczył nic niezwykłego, nawet po tym, kiedy drzwi zatrzasnęły się za nimi z hukiem, więżąc ich w czeluściach domostwa. Nie miał pewności co do swojej wygranej, ale kiedy tylko wyczuł, że Feniks zbliżył się tak bardzo, że niemal stykali się ze sobą ramionami, musiał się powstrzymać, by drapieżny uśmieszek nie pojawił się na jego ustach. Nie zatrzymali się, puścił mężczyznę przodem na schodach, chcąc w razie czego móc go złapać przerażonego i bezbronnego. Lustrując sylwetkę odzianą w czerwień, przytłumioną przez słabe światło, stwierdzał że bardzo podoba mu się to co widzi. Ruchy Feniksa nawet jeśli spięte, miały w sobie mnóstwo gracji, jakby cały czas prowokował, kusił, a potem uciekał. Berys czuł, że nawet jeśli to Feniks pierwszy do niego zagadał, to on będzie się musiał postarać, by tamten zechciał zamienić z nim więcej słów. I cholernie mu się to podobało.
            Kolejne drzwi okazały się krzyk-pułapką, sygnalizującą że dalej będzie tylko gorzej i straszniej. Berys nawet nie drgnął, prawie pogardliwie prychnął, słysząc przeraźliwy wrzask. Miał też ochotę ziewnąć ostentacyjnie, ale wtedy czerwona masa przerażonego ciała wpadła na niego z takim impetem, że musiał się cofnąć o krok, jeśli nie chciał stracić równowagi. Ale to wcale nie było takie proste, bo zaraz za nim znajdowały się schody. Poczuł, że traci grunt pod nogami i jedyne co powstrzymuje go przed runięciem w dół to dłonie nieznajomego. Odruchowo wyciągnął swoje ręce i złapał się ramion Feniksa. Wiedział, że nie ma za dużo czasu. Naparł lekko na przerażonego mężczyznę i stanowczo obrócił ich na bok, by żaden z nich nie znajdował się przy schodach.
- Spokojnie – powiedział, powstrzymując śmiech. Feniks wyglądał niezwykle urokliwie bez tego krzyczącego o atencję uśmiechu, za to przerażony i potrzebujący ochrony. – Już w porządku, nikt nie zrobi ci krzywdy – zapewnił, gładząc uspokajająco ramiona mężczyzny.
              Odczekał kilka minut dając niebieskowłosemu chwilę na uspokojenie swojego serca i oddechu, a potem całkiem naturalnie, jakby robił to od zawsze, sięgnął po jego dłoń i zacisnął na niej swoje palce.
- Chodźmy dalej – zaproponował, tym razem wysuwając się na przód.
                Za drzwiami znajdowało się wąskie pomieszczenie, tak bardzo zagracone, że trzeba się było przeciskać pomiędzy przedmiotami. Berys podejrzewał, że spomiędzy nóg krzesła, z żyrandolu i spomiędzy książek wypadną na nich nietoperze, jakieś dłonie złapią za ubrania, nic co zrobiłoby na nim wrażenie. Ale Feniks… Zerknął na niego szybko. W zasadzie już wygrał. I mógł poprosić osoby odpowiedzialne za dom strachów, by ich wypuścili. Ale chciał jeszcze trochę popatrzeć na nieporadną stronę tego seksownego mężczyzny.
- Może być trochę ciasno – rzucił beztrosko, a potem pociągnął za sobą mężczyznę pomiędzy graty.
                Drzwi znów zamknęły się za nimi same, ale tym razem po drugiej stronie ktoś dodatkowo przekręcił klucz, zmuszając ich do pójścia na przód. Dyplomata wewnętrznie wzruszył ramionami, ale na zewnątrz udał, że i on nieco się zaniepokoił, jakby coś takiego wcale nie było normalne w miejscach takich jak to. Po chwili zawahania, ruszył do przodu, spodziewając się następnej zasadzki. Ale nic się nie działo. Było cicho. Zbyt cicho. Nawet myszy przestały buszować pomiędzy rupieciami, korniki drążyć stare drewno, wiatr na zewnątrz ucichł…
- AAAAARGGHHHH!
                Włosy na głowie Berysa zjeżyły się, odruch obronny kazał mu biec przed siebie bez oglądania się. Ale on zerknął. A to co zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Za nimi tłukąc się o wszystko podążał najprawdziwszy ork.

L A W I N


               Siedziałem jak na szpilkach, czekając na powrót Yervanta, albo Frahila. Chciałem natychmiast biec za nimi i odnaleźć męża, ale Felix zatrzymał mnie na miejscu, bo w paluszek wbiła mu się drzazga. Zanim ją wyciągnąłem, minęło trochę czasu, bałem się więc, że nawet jeśli wrócę w miejsce, gdzie ostatnio widziałem upiora i kuzyna, ich już tam nie będzie. Dlatego czekałem, przyglądając się jak chłopiec bawi się ze zwierzątkiem.
              A kiedy Yervant w końcu pojawił się w moim mieszkaniu, miałem ochotę po prostu odstawić klatkę na podłogę i rzucić się mu na szyję. Ale powstrzymałem się, widząc minę męża. Nie wyglądał na zbytnio zadowolonego. Zacząłem się bać, co takiego mógł mu powiedzieć Frahil. A potem on tak po prostu przyklęknął przy fotelu, na którym siedziałem i przytulił nas wszystkich. Coś ścisnęło mnie za serce, kiedy podniósł się i odezwał takim beznamiętnym tonem. Miałem ochotę wstać, znaleźć kuzyna i zrugać go od góry do dołu za to, że Yervant przez niego jest smutny. Ale to chyba nie była do końca jego wina, raczej moja, bo to ja chciałem żeby walczył o tego królika.
- Jeszcze nie zdecydowaliśmy – powiedziałem cicho, trochę niezręcznie, patrząc jak chłopak zbierał rzeczy do kąpieli. Nie zamierzałem mu przeszkadzać, ani wbijać do łazienki. Chyba potrzebował chwili dla siebie. Dlatego zrobiłem coś innego.
- Chcesz pokazać Kowalskiego mojej mamie? – zapytałem Felixa, a kiedy chłopiec się zgodził, wyszedłem z nim z domku w poszukiwaniu kobiety.
                 Znaleźliśmy ją w leśnym amfiteatrze, gdzie dopilnowywała, by nad specjalnym miejscem dla wyjątkowych gości jakimi byli Yervant i jego rodzice rozstawiono namiot, by zachodzące słońce nie podrażniło ich skóry.
- Mamo, zajmiesz się nim przez chwilę? – zapytałem królowej, wskazując brodą na Felixa.
- Jasne, z chęcią, coś się stało? – zmartwiła się, a ja pokręciłem zaraz głową.
- Nie, muszę tylko porozmawiać z Yervantem – wyjaśniłem, ale wyraz zmartwienia nie zniknął z jej oczu.
- Dobrze, ale pamiętaj, że za chwilę się zacznie – przypomniała mi.
- Pamiętam. Będziemy na czas, obiecuję – powiedziałem, a potem pochyliłem się nad kobietą ucałowałem ją w policzek, poczochrałem włosy Felixa, a potem…
                Puściłem się biegiem w stronę mojego mieszkania, modląc się do Evranin, żeby Yervant nie zdążył jeszcze wyjść z łazienki. Miałem szczęście, w chwili, w której on wychodził z łazienki, ja wpadłem do pokoju. Uśmiechnąłem się do niego lekko, pochylając się, by złapać oddech. A kiedy już uspokoiłem rozpędzone serce, podszedłem do upiora z pewnością w spojrzeniu.
- Mogę cię uczesać? – zapytałem, mając nadzieję, że się zgodzi.
                 Nie wiem, czy tak go zaskoczyłem swoją prośbą, czy co, ale zgodził się i pozwolił mi posadzić się na krześle. A kiedy to się stało… objąłem go za szyję, przytulając się do pleców Yervanta. Pochyliłem się nad nim bardziej, sięgając dłonią do boku, w który uderzył go Frahil, a kiedy znalazłem już to miejsce, wyszeptałem kilka smoczych słów, zabierając od chłopaka cały ból z tego miejsca i lecząc powstały siniak. Ale nawet po tym nie wyprostowałem się, tylko zrównałem z jego twarzą, by móc musnąć policzek męża ustami.
- Wiem, że niewiele mogę dla ciebie zrobić i że nie rozumiem dlaczego przegrana jest dla upiorów tak zła, jakby przekreślała wszystko co do tej pory zrobiłeś i że pewnie moje zdanie najmniej się liczy w tej sytuacji. Ale chciałbym żebyś wiedział, że dla mnie zawsze będziesz bohaterem. Uratowałeś mnie już tyle razy, dlatego jedna czy dwie porażki nie sprawią, że zmienię o tobie zdanie – powiedziałem, przytulając się policzkiem do białych włosów upiora.
               Chciałem poprawić mu humor, dlatego stwierdziłem, że może fryzura, którą lubi jakoś mu pomoże, dlatego zaraz zabrałem się za grzebień i układanie pukli chłopaka w odpowiednich miejscach na jego głowie. A kiedy skończyłem, było prawie tak jakby zrobiła to Beth. Obszedłem krzesło, żeby popatrzeć na upiora z przodu, a widząc efekt, uśmiechnąłem się zadowolony.
- Nadal jesteś najprzystojniejszym mężczyzną na świecie i wcale tego nie potrzebujesz – mruknąłem, sięgając do jego uszu, by zdjąć czar.
                 A kiedy już miałem przed sobą upiora z trochę bardziej upiorną fryzurą i bardziej upiornymi ubraniami, złapałem jego twarz w swoje dłonie i już trochę mniej pewnie i z wypływającym na uszy rumieńcem, pochyliłem się, żeby złożyć na jego ustach pocałunek. I nie wiem, naprawdę nie wiem jak to się stało, ale nagle znalazłem się na kolanach męża, całowany z ogromną pasją, którą sam przecież podzielałem i którą tak trudno było mi przerwać.
- Yerv… musimy… iść – wysapałem pomiędzy kolejnymi falami pieszczot, chociaż sam nie miałem ochoty ich przerywać. Usta Yervanta  uzależniały mnie od siebie i wymiatały z mojej głowy wszystkie myśli, które nie były z nim w jakiś sposób związane, ale to co planowałem miało z nim wiele wspólnego, dlatego musiałem się od niego oderwać.
- Naprawdę, musimy – jęknąłem, samą tylko siłą woli wyślizgując się z objęć męża, by upaść tuż obok na podłogę, jako że moje rozedrgane kolana nie utrzymały ciężaru mojego ciała.
- Później, zrobię co chcesz, pamiętasz? – wysapałem, próbując dojść do porozumienia z kołaczącym w piersi sercem i spragnionym dotyku Yervanta ciałem.  – Ale to dla mnie bardzo ważne, musimy tam iść, teraz. Bo się spóźnimy – poprosiłem, próbując się podnieść.
              Idąc w kierunku leśnego amfiteatru, czułem się jeszcze trochę rozedrgany, a obecność upiora obok nie pozwalała mi wyrzucić z głowy widoku jego oczu z bliska i nacisku słodkich ust na moich. Ale im bliżej byliśmy, a przez odgłosy lasu przedzierał się szmer rozmów i trzask wielkiego ognia, czułem się coraz bardziej podekscytowany i trochę zdenerwowany. Poprowadziłem Yervanta do miejsca, gdzie siedzieli moja matka z Felixem i jego rodzice. Kiedy zajmowaliśmy swoje miejsca, na stojących obok siebie krzesłach, mistrz ceremonii podniósł się z widowni i wstąpił na stojącą po środku scenę, z której przemówił do tłumu.
- Moi bracia, nasi drodzy goście, jak co roku zbieramy się tu wszyscy, by uczcić naszą matkę i złożyć jej podarunki. Dziękujmy jej za wszystko co dobrego spotkało nasz lud i módlmy się o powodzenie w nadchodzącym czasie. Matka jest łaskawa. Nie zignoruje próśb ze szczerego serca dlatego postańmy wszyscy i ofiarujmy jej, co dla nas najcenniejsze! - zakrzyknął, a tłum odpowiedział mu żywą reakcją.
              Najpierw podniosła się królowa elfów i do ognia wrzuciła przepiękny łuk wykonany z jarzębiny. Potem ja ofiarowałem Evranin przepiękną pozytywkę. Kiedy minęła nasza kolej, po kolei podnieśli się Lordowie, po nich przyszła kolej Hrabiów i na koniec całej reszty. Kiedy przechodzili obok, by wrzucić swoje dary, tłumaczyłem Yervantowi elfią hierarchię.
- Każdy członek naszego ludu jest ważny i cenny, ale wiadomo, że potrzebujemy przywódców. Najwyżej w hierarchii stoi król i królowa. Ale tytuł ten nie jest dziedziczony z krwią. Istnieje pięć rodów królewskich, których przywódcy mają tytuły Lordów. To wśród nich znajdują się przyszli władcy. Następne są hrabiny i Hrabie, to ci, którzy posiadają własne ziemie, ale nie mogą pretendować do tronu. Cała reszta odpowiada przed osobą, która dzierży władzę w swoim kawałku puszczy, ale wszyscy bez wyjątku muszą słuchać króla i królowej.
            Kiedy dary zostały złożone, mistrz ceremonii jeszcze raz wspiął się na podwyższenie, by smoczym krzykiem przypieczętować intencje darów i zakończyć ten rok. Po nim na scenę weszła pięknie ubrana elfka, która zapowiedziała kolejną teraz już bardziej rozrywkową atrakcję długiego wieczoru.
- Słońce chyli się ku zachodowi, zostało nam niewiele czasu do zimy i smutnego siedzenia we własnych drzewach. Dlatego bawmy się dziś i dzielmy czym mamy najlepszym z bliskimi przed długą rozłąką. A co jest lepszego od naszych unikalnych cech i talentów, których inni mogą nam co najwyżej pogratulować? Nic! Zanim jednak zacznę nasz doroczny pokaz talentów, nasza wspaniała królowa ma nam coś ważnego do powiedzenia! – dziewczyna zeszła ze sceny, a zewsząd potoczyły się oklaski. Nie wiedziałem, co się działo, bo moja matka nigdy nie robiła czegoś takiego, ale patrzyłem uważnie jak wstępuje na podwyższenie.
- Moi kochani, przybyliśmy tu dziś by się bawić i świętować, oraz wrzucić w ogień nasze dary. Nie możemy uniemożliwić nikomu uczestnictwa w tym rytuale. Ale jeśli się nie mylę, rytuał się skończył – powiedziała i jakby na znak, w kręgu gapiów pojawiło się kilku uzbrojonych elfów, którzy ku ogólnemu zadowoleniu odnaleźli w tłumie Salianeę i wrzeszczącą wyprowadzili poza amfiteatr. – Próba męża mojego syna rozpocznie się zgodnie z umową – oświadczyła jeszcze, kiedy w tłumie zaszemrały szepty na ten temat. – Ale teraz, bawmy się!
              Oklaski posypały się gęsto i sam do nich dołączyłem. Wiedziałem, że matka co roku wypraszała hrabinę po skończonym rytuale, ale nigdy nie zrobiła tego publicznie. Nie wiedziałem, o czym to mogło świadczyć, ale postanowiłem się tym za bardzo nie przejmować. Skupiłem się na rozpoczynających się występach. I tak oto zobaczyliśmy przedstawienie teatralne opowiadające historię młodej elfki, która bardzo pragnęła śpiewać, ale jej rodzice kazali jej uczyć się magii. Posłuchaliśmy trzech wspaniałych występów muzycznych i obejrzeliśmy pokaz taneczny. To wszystko było piękne i dobrze się bawiłem, ale z każdą chwilą, czułem że kamień w moim żołądku robi się coraz cięższy. Zerkałem też na upiora, chcąc wiedzieć, czy dobrze się bawi, a kiedy żonglerzy zeszli ze sceny i elfka jeszcze raz pojawiła się na podwyższeniu, zacisnąłem mocno dłonie na oparciach, błagając bym się nie wygłupił.
- A teraz, nasz ukochany książę Lawin podzieli się z nami swoim nowo odkrytym talentem! Zapraszamy!
            Prawie nie słyszałem burzy oklasków, która powstała po oświadczeniu dziewczyny, ale chcąc czy nie, już nie było odwrotu, musiałem się podnieść. Jeszcze raz zerknąłem na upiora i w myślach mając przeświadczenie, że to niespodzianka dla niego, dałem radę dojść do podwyższenia i wspiąć się na nie bez wywrócenia się. Sztywnym krokiem podszedłem do stojącego na scenie fortepianu i usiadłem na niskim stołku. Ale zanim zacząłem grać, uniosłem wzrok na publiczność, szukając w niej tylko jednej twarzy.
- Ehkm… Więc… Z pomocą przyjaciół, którzy są bardziej ode mnie utalentowani w tej dziedzinie niż ja, udało mi się, a w zasadzie jemu, bo to nie mój kawałek, tylko jego, stworzyć coś specjalnego. Ten ktoś jest dla mnie najbardziej wyjątkową istotą na ziemi i nie ma w moim życiu nikogo, kto dał mi tyle radości co on. Yervant, wniosłeś do mojego życia wiele światła i dlatego ja, chciałbym ci się odwdzięczyć wnosząc do twojego odrobinę muzyki. Ten utwór powstał z myślą o tobie i mam nadzieję, że ci się spodoba – skończyłem mówić, czując że jeszcze słowo i naprawdę się skompromituję, ale tak czułem i to chciałem mu powiedzieć. A kiedy już to zrobiłem, przeniosłem wzrok na białe klawisze i nieco drżącymi palcami, zagrałem dla mojego jedynego, najcenniejszego skarbu.
Dla upiora

Ostatnio zmieniony przez Ischigo (13-06-2019 o 15h44)


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#429 14-06-2019 o 13h25

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Mirthal

    Obawa, że runą ze schodów na pierwsze piętro, okazała się być niesłuszna. Mirthal rozszerzył oczy i usta, czując, jak Berys bez większych problemów obraca ich i odsuwa od niebezpieczeństwa. Był pod tak dużym wrażeniem, że, pomimo iż zagrożenie zniknęło, jego serce wcale nie zamierzało spowolnić swojej pracy; wręcz przeciwnie, teraz biło jakby trzy razy szybciej, szczególnie że nieziemsko przystojna twarz księcia spoglądała na niego z odległości co najwyżej kilkunastu centymetrów. Do tego te słowa... fryzjer rozpływał się sam w sobie, miał wrażenie, że zaraz zmięknie, straci cel ze swych oczu i na dobre rzuci się w ramiona tego magnetycznie przyciągającego elfa. Zapewnienie o wsparciu działało dla Mirthala jak balsam na rany, które pozostały otwarte po jego ostatnich miłościach. Jego narzeczeni, a szczególnie ostatni, Elissar, nie zawsze spełniali się w tej kwestii.
    Fryzjer wiedział, że to, co obiecał mu Berys, było aktualne tylko dla obecnej chwili, a jednak w myślach odrzucał tę możliwość, wyobrażając sobie, że jest ona poważna i wypowiedziana na wieczność. Motyle zatrzepotały mu niewinnie w brzuchu, gdy jego dłoń została naraz złączona z tą księcia. Teraz bał się już znacznie mniej. Berys, wiedząc już o jego niepokoju, wysunął się naprzód, ułatwiając tę sytuację. Co nie zmieniało faktu, że następne pomieszczenie było koszmarnie zagracone i fryzjer wolałby zwiedzić je jak najszybciej, a potem uciec z tego domu gdzieś daleko. Niestety, to jeszcze nie było wszystko. To właściwie było niczym, jeśli porównać z tym, co miało się zaraz pojawić.
    Głośny ryk za plecami niemal posłał Mirthala do grobu. Czując, że jeśli kaszlnie, to wypluje swoje serce, zerknął za siebie, ściskając dłoń Berysa dwa razy mocniej, niż dotąd. Ork. Co tu robił prawdziwy ork?! On nie był w stanie z nim walczyć, nie teraz. Czy to było zaplanowane? A może wdarł się tutaj zupełnie nieproszony? Zmierzał w stronę ich obojga w taki sposób, jakby naprawdę chciał zrobić im krzywdę. Mirthal nie zamierzał pozwolić tak po prostu dać się pokonać. Choć strach wprawiał jego umysł w otępienie, to instynkty samozachowawcze nadal istniały. Mężczyzna pociągnął Berysa i zaczął biec ku jedynym drzwiom, które tu zobaczył.
    Nie rozglądając się na boki, nie patrząc na to, co właściwie się tu znajdowało, zatrzasnął drzwi za sobą i prowizorycznie zaryglował je blisko stojącym, zdezelowanym krzesłem. Oczywiście ciężkie, zbliżające się kroki z drugiego pokoju nadal było słychać, więc szybko spojrzał na Berysa, a potem na otoczenie.
    To był bardzo ciemny korytarz, pozbawiony okien, za to pełen pajęczyn i posiadający mały wagonik, który miał, zdaje się, zmierzać po torach. Mirthal podejrzewał, że był on napędzany magią, ale i tak nie zamierzał do niego wsiadać. Przecież nie miał pojęcia, co kryło się głębiej w tym niebezpiecznym domu.
    Odwrócił się na pięcie. Kroki z sąsiedniego pomieszczenia ustały, co stanowiło dla niego nadzieję. Chciał się jednak upewnić, że już było bezpiecznie. Przyłożył ucho do drzwi, by wykryć choćby najlżejszy szelest.
    Potężne 'BUM' odsunęło go od wrót w mgnieniu oka. Mężczyzna złapał się za głowę, czując, jak mu się w niej kręci. Ten przeklęty ork! Właśnie w tym momencie postanowił zacząć się tutaj dobijać. Mirthal miał ochotę zacząć na niego krzyczeć, tylko że nie zdążył. Wielka ręka przebiła się przez drewno i zaczęła machać przed siebie, by dosięgnąć któregoś z 'intruzów' inwigilujących dom.
    Splótł swoje palce z Berysem.
    -Nie. Teraz nie możemy się poddać.
    Zanim dotarło do niego, że powiedział twardym głosem coś, co mogło go skompromitować w oczach towarzysza, drzwi wypadły z zawiasów.
    Mirthal pociągnął księcia ze sobą ku wagonikowi. Pięć, cztery... ile sekund zajmie orkowi dostanie się do nich? W tym momencie chłopak żałował, że nie był upiorem. Wskoczył do rozklekotanego pojazdu, a Berys razem z nim. Tak jak wszędzie indziej w tym domu, było tu wyjątkowo mało miejsca, ale musieli sobie poradzić. Na ich szczęście, mechanizm szczęknął i ruszył, prawdopodobnie reagując na nacisk ciężkości pasażerów na podłoże. W miarę posuwania się do przodu, jego prędkość zwiększała się wprost proporcjonalnie, a ork zostawał coraz bardziej w tyle, tak, że jego donośny głos stawał się coraz słabiej słyszalny.
    To w takim momencie jak ten Mirthalowi wydawało się, że Berys słyszy, jak jego oddech przy nim przyspiesza, albo że zauważa, jak czasem ukradkowo na niego spogląda. Prawie ramię fryzjera dokładnie przylegało do lewego księcia, a to było źródłem dodatkowych zawirowań w głowie młodego mężczyzny. Teraz zauważył, że wagonik, którym jechali, skręcał czasem w dość ostre zakręty. To, że się jeszcze nie wykoleili, było, zdaje się, wyłączną zasługą drugiego elfa. Trzymał dłonie na kierownicy i patrzył przed siebie.
    Mirthal zadziałał instynktownie, tego nie podyktowały mu nawet nieczyste zamiary.
    -Pomogę ci- zaproponował słabym głosem, ostrożnie kładąc swoje dłonie na tych Berysa. Nieco zbyt delikatnie, ze zbyt widocznym uczuciem, które mogło zdradzić jego wieloletnie zauroczenie. Spojrzał na białowłosego mężczyznę. Nie wszystko dało się powstrzymać. I gdyby tamten ork był prawdziwy, a jedyną tarczą, jakiej książę mógłby użyć, byłoby ciało Mirthala, mężczyzna z chęcią by za nią posłużył. Szkoda, że Berys o tym nie wiedział.



Yervant

    Rozprawienie się z samodzielnym rozebraniem, włączeniem prysznica, namydleniem i wysuszeniem stanowiło nie lada wyzwanie. Nie wątpiłem, że większość populacji na takie oświadczenie śmiałaby się ze mnie, ale dorastałem w uprzywilejowanych warunkach, luksusie, który wręczał mnie z takich obowiązków. To było ciekawe- móc samemu zadecydować o tym, gdzie najpierw chcę się oczyścić, czy jak szybko powinienem to zrobić. Posiadanie kontroli nad własnym ciałem i wyglądem chyba powoli zaczynało mi się podobać... choć oczywiście dogadzające ci, piękne upiorki też nie miały prawa być uznawane za karę.
    Nie spodziewałem się, że gdy wyjdę z łazienki, zostanę do niej od razu z powrotem zaciągnięty. Lawin chciał mnie uczesać i był bardzo zdeterminowany. A ja nie miałem nic przeciwko, bo w końcu lubiłem, gdy dotykał moich włosów. Jednak ilość troski i pieszczotliwości, jaką mnie obdarzył, rozczuliła mnie. W jedną chwilę odjął mi cierpienie psychiczne i fizyczne. Patrzyłem na niego już spod przymrużonych powiek, gdy zaczął do mnie mówić. Poszczególne słowa nie miały nawet znaczenia, bo po samym tonie jego głosu wiedziałem, że mnie kocha i nadal, niezależnie od wszystkiego, wspiera. Pragnąłem go przytulić, ale on chciał przeczesać moje włosy, na co też się zgodziłem. Ostatecznie zrozumiałem, że dla niego wygrywałem z wszystkimi elfami, jakie tylko mogłem sobie wyobrazić. Uszy nie miały znaczenia, gdy byliśmy w ten sposób razem, szczęśliwi.
    Pocałował mnie, a ja, oczywiście, nie mogłem tego tak zostawić. Natychmiast pogłębiłem pocałunek, stwierdzając, że wspólna noc mogła zacząć się już teraz, a ja nie miałbym absolutnie nic przeciwko. Usłyszenie jego głosu zdawało się priorytetem wyrastającym ponad inne, nie chciałem nawet słyszeć, że mielibyśmy teraz robić coś innego. Lawin nie mógł mnie tak zwodzić; wzniecać we mnie płomienia, by nagle mówić, że muszę go ugasić. On był dla mnie tym, czym dla pustelnika jest szklanka wody. Czymś niezbędnym i niezwykle przyjemnym, i chciałem mieć to teraz.
    Dlatego nie mogłem uwierzyć, gdy udało mu się mi wyrwać. Popatrzyłem na niego wzrokiem jednocześnie wygłodniałego wilka i zranionego jelenia, bo on nie żartował. To niemożliwe. Musiałem... powinienem wziąć teraz jakiś zimny prysznic, żeby ostudzić się ze swojego zapału.
    Okazało się, że nie było na to czasu. Nieco rozczarowany szedłem obok elfa, byle nie za nim lub przed nim, bo w tej pierwszej sytuacji jego ciało za bardzo by mnie rozkojarzało, a w drugiej zapewne próbowałbym powstrzymać go od dalszego oddalania się od naszej sypialni.
    Dotarliśmy do leśnego amfiteatru, gdzie znajdowała się chyba cała leśna puszcza, bo tłum był ogromny. Paliło się tu ognisko, do którego inni mieli wrzucać swoje dary. Patrzyłem na to z należytym szacunkiem, mimo że zupełnie nie wierzyłem w takie rzeczy- bogowie, nawet gdyby istnieli, powinni zadrżeć przed potęgą umysłu szanującej się osoby. Lawin tłumaczył mi tutejszą hierarchię, na co kiwałem głową, a przy tym dawałem się nieco upić jego głosem i bliskością. Prawie nie zauważyłem, że na zewnątrz wyniesiono rzucającą się Salianeę! Niekontrolowany uśmieszek wpełzł mi na usta, moi rodzice pewnie myśleli właśnie coś w rodzaju 'lepiej późno niż wcale'. Po tym przyszły różne występy, ale ten z Salianeą uznałem za najlepszy. A jednak, kiedy znienacka padło gdzieś imię Lawina, jakby się obudziłem. I w jednym momencie on zaczął odchodzić gdzieś w stronę sceny, a ja z opadającą niemal do ziemi szczęką musiałem złapać się przedramienia siedzącego obok Felixa, bo inaczej pewnie przeturlałbym się na scenę.
    -Lawin...?- wyszeptałem, drugą ręką chwytając swoją własną koszulę, nie wierząc w to, co słyszę. Mój Lawin, mój książę, mój mąż, moja miłość. Niespecjalnie dobrze czuł się, występując przed takim tłumem, a teraz wyszedł tam dla mnie, by powiedzieć mi takie piękne słowa. Dyskretne łzy zatańczyły mi w oczach, ale nie chciałem ich nawet powstrzymywać. Melodia była idealna i prawdziwa. Od teraz najdroższa mojemu sercu, bo wiedziałem, że zapamiętam ją już na zawsze. Skoro tyle dla niego znaczyłem, nie wiedziałem, czy będę w stanie podołać jako mąż. Och, Lawinie, dlaczego mnie wybrałeś?
    Piękna melodia zakończyła się. Byłem pierwszym, który podniósł się z siedzenia i zaczął klaskać. Wtedy zrobili to wszyscy inni, zrywając się do góry i dołączając do owacji. Zanim ktoś zdążył to zauważyć, ominąłem siedzenia i zszedłem po schodach w stronę sceny, na której stał mój klejnot. Pozwoliłem sobie wejść i zabrać mu tę chwilę chwały, tylko po to, by porwać go w ramiona i głęboko ucałować.
    Fala wiwatów jeszcze tylko się zwiększyła; nie zważałem na to. Patrzyłem mężowi w oczy, mając nadzieję, że widzi, ile dla mnie to wszystko znaczyło. I że ja naprawdę... że nie tylko on chciał, aby wszyscy wiedzieli. On dla mnie też był najistotniejszy na świecie, a ktokolwiek nie chciał tego zaakceptować, powinien w tym momencie dać sobie spokój. Tego, co nas łączyło, nie dało się złamać, nawet gdybyśmy sami jakimś cudem tego chcieli.
    Objąłem chłopaka w pasie, myśląc o tym, że chciałbym pobyć z nim sam na sam. Niestety, znienacka ktoś objął mnie w boku, a był to jakiś roześmiany, chyba skory do zabawy elf. Lawina z drugiej strony też ktoś pochwycił i naraz utworzyło się koło z kilkunastu osób, które zaczęły pląsać ku ognisku, by... zdaje się, że robić to, co elfy lubią najbardziej. Czyli skakać i do tego śpiewać, co dla mnie dobrze nie wróżyło. Tego drugiego nigdy nie robiłem. Popatrzyłem w stronę widowni, część osób została na swoich miejscach, część wyszła, a reszta zaczęła zmierzać w naszym kierunku. W tym Felix zbiegał po dwa stopnie naraz, by móc dołączyć do kręgu i chwycić inne osoby za ręce. Ach... a Lawin był tak blisko, a tak daleko. Niby w moich ramionach, a jakby nie w nich.
    Na szczęście na najlepsze zawsze warto było czekać.


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#430 14-06-2019 o 23h56

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

B E R Y S

       Szaleńcza ucieczka przed wściekłym orkiem miała być wspomnieniem, które na długo zapadło w pamięć Berysa. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz tak szybko biegł, ani przeklinał uwielbienie elfów do dbania o szczegóły. W końcu straszny dom powinien być STRASZNY nawet dla tych, którzy przywykli do niecodziennych widoków i niepokojących opowieści. Jednak to była gruba przesada! Kto wpuszczał dzikiego orka do miejsca, w którym okazjonalnie pojawiały się dzieciaki spragnione wrażeń mocniejszych niż tańce i śpiewy?
          Niemal odetchnął z ulgą, kiedy znaleźli się za kolejnymi drzwiami i odgrodzili się od stwora drewnianą przeszkodą i ciężkim krzesłem. Miał ochotę wyzwać tego idiotę, który wpadł na ten idiotyczny pomysł i z przyjemnością obić mu twarz, ale słysząc głośne „ŁUP” domyślił się, że jeśli czegoś nie zrobi, nie będzie miał już do tego okazji. Jednak jedyną ucieczką zadawał się być wagonik stojący spokojnie po środku korytarza, a temu mężczyzna ufał w tym samym stopniu co i orkowi za drzwiami.
           Mirthal zdecydował za nich obu, ale kiedy tylko popędzili wagonikiem w dół, a ryk stwora odbił się od kamiennych ścian, Berys miał ochotę mu podziękować. Dom strachów nie dał mu takiej możliwości. Zakręty na ich drodze okazały się być bardzo ostre, a ich pojazd wywrotny, o czym prawie się przekonali, kiedy zechciał wyskoczyć z torów. Dyplomata uchwycił się kierownicy i jedynie siłą woli zdołał utrzymać wagonik w swoich szynach. Wiatr ryczał mu w uszach, szarpał włosami i wstążką, unosząc jej końce do góry. Po raz pierwszy w swoim życiu odczuł strach przed śmiercią.
- Pomogę ci – usłyszał w swoim uchu, a zaraz po tym delikatne dłonie Feniksa spoczęły na tych jego, przypominając mu, że nie był tutaj sam. I na raz, patrząc na twarz mężczyzny poczuł, że nie może pozwolić im umrzeć. Nawet jeśli jego życie nie obchodziło go aż tak, ten seksowny elf zasługiwał by wyjść z tego żywym. Berys poczuł się odpowiedzialny za bezpieczeństwo niebieskowłosego.
- Wyjdziemy z tego – oświadczył zdecydowanie, zaciskając mocniej palce na kierownicy.
           Ciepło dłoni drugiego elfa wzbudziło w nim dawno uśpioną chęć walki. Do tej pory wszystko przychodziło mu z łatwością, nawet jeśli swoją pozycję zawdzięczał tylko i wyłącznie ciężkiej pracy. Nie spoczywał na laurach, nie marnował danego mu przez naturę talentu. Jednak kiedy osiągnął pewien poziom, wszystko stało się po prostu nudne i rutynowe. Miał wrażenie, że od dawna tkwił w tym letargu, czekając na bodziec, który mógł go z niego obudzić. Nie był pewien, czy Feniks nim był, ale poczuł chęć by to sprawdzić. Tym bardziej musiał ich wyprowadzić z tego wszystkiego całymi i zdrowymi.
             Wózek pędził coraz szybciej po torach, w każdym momencie grożąc upadkiem i połamaniem kręgosłupa. Minęli wielką przepaść, jaskinię, z której sufitu zwieszało się stado nietoperzy, które poderwały się do lotu, kiedy tylko przemknęli pod nimi z wielkim hukiem i łopotem szat. I kiedy Berys myślał o tym, że ich szalona jazda nigdy się nie skończy, na drodze wózka pojawiła się przeszkoda. Mężczyzna zaklął głośno, bardzo brzydko i zdecydowanie nie po elfiemu, ale nic nie mógł poradzić na to, co miało się zaraz stać. Wózek z impetem zatrzymał się na wystającym z ziemi kawale skały, wyrzucając pasażerów w powietrze. Berys starał się nie krzyczeć, zaciskając zęby tak mocno, że zanim się zorientował w jego ustach pojawił się smak krwi.
           To, co ich uratowało było wielką, pajęczą siecią, która złapała ich w swoje sidła i zamortyzowała siłę upadku. Dyplomata wisiał chwilę w potrzasku, nie mogąc się ruszyć, ale oprzytomniał, kiedy przypomniał sobie o obecności Feniksa. Nie bez problemu wydostał się z lepkiej sieci, a kiedy już mu się to udało, zatrzymał się przed nadal uwięzionym mężczyzną.
- Gdyby nie to, że prawie zginęliśmy i nadal jesteśmy zagrożeni, pomyślałbym że to bardzo korzystne, mieć cię unieruchomionego – parsknął znacząco, ale ten grymas w ogóle nie sięgnął czerwonych oczu, w których kryło się bardzo dużo ciepła.
             Mężczyzna wyciągnął przed siebie ręce, łapiąc elfa w pasie, by oderwać go od sieci, która mimo ratunku, mogła być ich zgubą, gdyby to nie był koniec strasznych atrakcji. Niebieskowłosy wpadł w jego ramiona, a Berys nie odsunął ich, a przynajmniej nie tak od razu. Odgarnął z czoła elfa niebieski kosmyk, szukając na twarzy tamtego oznak, że coś jest nie w porządku.
- Nie zraniłeś się nigdzie? – zapytał, oglądając go ze wszystkich stron.

L A W I N

             Ostatnia nuta rozbrzmiała w ciszy wieczoru, a ja poczułem się jeszcze bardziej zdenerwowany niż przed rozpoczęciem występu. Nie byłem pewien, czy Yervantowi się spodoba? Czy pomyśli, że wcale go nie kocham, bo melodia była słaba? Podniosłem wzrok znad klawiszy, a pierwszym co rzuciło mi się w oczy był… Yervant, który aż podniósł się z krzesła i kiedy cała reszta zaczęła bić brawo, on przecisnął się obok, by zaraz znaleźć się na scenie. Nie byłem pewien, co chciał zrobić i trochę się bałem jego reakcji, ale kiedy tylko podniosłem się ze swojego miejsca przy fortepianie, a on znalazł się tuż obok…
              Poczułem ręce upiora oplatające moje plecy i usta, które odnalazły moje, by wycisnąć na nich pocałunek pełen uczuć, których nie sposób było wyrazić w inny sposób. Ulżyło mi. Byłem tak szczęśliwy, że przez chwilę przestałem się przejmować tym, że wszyscy na nas patrzą i tak po prostu odpowiedziałem na wyraz uczuć upiora tym samym, wkładając w to całą radość jaką czułem w tamtym momencie. Moje serce śpiewało ze szczęścia, a usta mimowolnie układały się w szeroki uśmiech. Yervant, jak ja cię kocham.
               Nie dane nam było nacieszyć się swoim towarzystwem. Zaczęły się tradycyjne tańce wokół ogniska, ktoś wyciągnął lirę i flet. Po polanie rozeszła się skoczna melodia, a ja poczułem czyjeś ręce zaciskające się na moich nadgarstkach. Kuzyni odciągnęli mnie od Yervanta, jego ciągnąc w drugą stronę. Śmiech cisnął mi się na usta. Upiór otoczony rozochoconymi elfami wyglądał… uroczo nieporadnie. Wiedziałem, że nie muszę się o niego martwić. Bardzo dobrze radził sobie z moimi pobratymcami i chociaż nie dołączył do śpiewania, tańczył bardzo dzielnie, szybko łapiąc podstawowe kroki. Trzymaliśmy się wszyscy za ręce i chociaż moje nie znalazły się przez dobre dwie godziny w dłoniach upiora, czułem się jakbyśmy stali się sobie jeszcze bliżsi. Nasze spojrzenia cały czas krzyżowały się ze sobą nad ogniem i chociaż to był tylko kontakt wzrokowy, moje serce przyspieszało swojego biegu, a policzki paliły nie tylko od bijącego od ognia żaru.
               I kiedy tak północ zbliżała się nieuchronnie, a ja i Yervant jakimiś niemożliwymi sztuczkami w końcu znaleźliśmy się obok siebie, nie mogłem się powstrzymać od uśmiechania się do niego, chociaż nie mogłem pozbyć się z niego tak do końca pewnej dozy nieśmiałości. W końcu nie mieliśmy jeszcze okazji porozmawiać, a ja byłem bardzo ciekaw, co chłopak sądził o mojej niespodziance. Ale zanim zdążyłem go o nią zapytać, moją i wszystkich innych uwagę przykuł Sevir, który nagle pojawił się na scenie i poprosił muzyków by przestali grać. Wszystko ucichło, a zdumione elfy patrzyły na stajennego, który omiótł wzrokiem tłum, by zatrzymać go na kimś kryjącym się z tyłu. Chciałem zerknąć, na kogo mężczyzna patrzył z tak niezachwianą pewnością, ale w zasadzie wcale nie musiałem. Bo tylko jedna osoba była w stanie wywołać taki grymas na twarzy blondyna.
- Wybaczcie,  że przerywam zabawę w takim momencie, ale chciałbym was prosić, byście zostali świadkami bardzo ważnego wydarzenia. Wśród tego tłumu kryje się elf o nieskazitelnym sercu i najsłodszej ekspresji na świecie. I ja, Sevir, chciałbym żeby ten elf, spędził ze mną resztę życia. Nie jako przyjaciel, nie jako pobratymiec, ale jako małżonek – mówił, klękając na jedno kolano i wyciągając przed siebie prześliczny bukiecik polnych kwiatów. – Gilanie, wiem że proszę cię o zbyt wiele, ale czy zgodzisz się w najbliższej przyszłości zostać moim mężem? – zapytał, a jego czysty, pewny głos poniósł się ponad głowami zebranych.
                   Obejrzałem się do tyłu, na miejsce, w które mężczyzna wpatrywał się z tym zakochanym wyrazem twarzy. Mag stał pośród tego tłumu, ale jego twarz nie zdradzała niczego. Tłum rozstąpił się przed nim, robiąc mu przejście aż pod samą scenę, a kiedy Gilan kroczył w kierunku sceny, zewsząd rozległy się oklaski i okrzyki „Zgódź się! Zgódź się!”. Sam po chwili dołączyłem do tego, wierząc że tak właśnie powinno być. Sevir i Gilan byli dla siebie stworzeni o czym świadczyła czerwona nić łącząca ich dłonie. Mag musiał o niej wiedzieć, byłby więc bardzo głupi gdyby odmówił.
                 Zielonowłosy zatrzymał się przed podwyższeniem, a tłum za jego plecami coraz głośniej skandował słowa zachęty. Chciałem wiedzieć, czy mag się zgodzi, a z drugiej strony wyczułem okazję dla mnie i dla upiora byśmy mogli się wymknąć niezauważeni.
- Chodź za mną – szepnąłem mu na ucho, a potem, udając że chcemy podejść bliżej, wymknęliśmy się z objęć spragnionego sensacji tłumu.
                  Odwróciłem się jeszcze, żeby dojrzeć jak Gilan bez słowa przyjął bukiecik kwiatów, a potem posłałem upiorowi konspiracyjny uśmieszek i puściłem się biegiem przez ciemny las, łapiąc go wcześniej za dłoń. Czułem się niesamowicie, otoczony zewsząd ciemnością rozpraszaną jedynie światłem księżyca i blaskiem gwiazd, wiatr rozwiewał mi włosy i chłodził rozpalone od emocji policzki. Ale nie zatrzymałem się dopóki dźwięki muzyki i śmiech nie ucichły prawie do szeptu. Dopiero kiedy moim oczom ukazał się kamienny łuk obrośnięty nagimi gałązkami róż, zwolniłem, by tuż przed nim zatrzymać się całkowicie.
- Obiecałem ci, że pokażę ci puszczę, prawda? – zapytałem, patrząc nieśmiało w błękitne oczy upiora, w których odbijał się blask konstelacji. – Chciałem więc pokazać ci największą niezwykłość jaką miałeś okazję zobaczyć w  swoim życiu – zdradziłem, wskazując podbródkiem łuk i furtkę.
                Nie powiedziałem nic więcej dopóki nie znaleźliśmy się w moim ulubionym miejscu. Niski murek otaczał małą przestrzeń, całą obsadzoną krzakami róż. Ze względu na porę roku, były to tylko gołe łodyżki, z więdnącymi gdzieniegdzie liśćmi. Nie wyglądało to teraz zbyt pięknie, ale nie przejmowałem się tym ani trochę. Poprowadziłem upiora na sam środek ogrodu, gdzie białe kamienie ścieżki układały się w okrąg z rozchodzącymi się od niego promieniście dróżkami. Po środku tego okręgu znajdowała się malutka altanka, w której można było usiąść i cieszyć się ciepłymi, letnimi dniami. Pociągnąłem upiora na ławeczkę i przyłożyłem palec do ust, prosząc by na razie się nie odzywał. Nie chciałem psuć tej jednej, wyjątkowej chwili, do której czekałem z niecierpliwością rok w rok.
              A potem poczułem na policzkach podmuch ciepłego wiatru i wiedziałem, że się zaczęło. Na raz, jakby z nikąd w powietrzu zaroiło się od świetlików. Blask księżyca na chwilę stał się odrobinę bardziej jaskrawy, a powietrze przejrzystsze. W tym delikatnym świetle powoli wszystkie wyglądające na martwe kwiaty nagle ożyły, wypuszczając pączki i rozkwitając w jednej sekundzie, wydzielając upajający zapach lata. I ja poczułem się jakbym rozkwitał od przepełniającej moje ciało magii życia. Czułem mrowienie na całym ciele, jakby każdą najmniejszą komórkę wypełniło ciepło i światło.
- Yervant – powiedziałem po smoczemu, przysuwając się do upiora odrobinkę, by móc spojrzeć mu w oczy z bardzo bliska. – Szczęśliwego dnia Evranin – dodałem już normalnie, odszukując dłonią dłoń upiora, by spleść ze sobą nasze palce. Nie wiedziałem, co to było za uczucie, ale kiedy tylko moja skóra zetknęła się z tą Yervanta, po plecach przeszedł mi dreszcz, który zatrzymał się gdzieś w koniuszkach moich uszu i tam już został, zostawiając po sobie wrażenie nieznośnego gorąca.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#431 23-06-2019 o 15h23

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Mirthal

    Wózek jeszcze bardziej nabierał rozpędu, a Mirthalowi coraz trudniej było utrzymać kierownicę, nawet na spółkę z Berysem. Pojazd był mało zwrotny i fryzjer naprawdę się zastanawiał, kto u licha zaprojektował tę część domu. Zapewne jakiś elf, który chciał mieć jednego ze swoich na sumieniu. Tutaj było naprawdę niebezpiecznie. Z łatwością można było zrobić sobie krzywdę, a w najgorszym wypadku stracić życie, jeśli wypadłoby się z wagonu.
    Ta ostatnia opcja stała się nagle realna, gdy przed mężczyznami wyrósł ogromny kamień i wózek uderzył w niego, a siła rozpędu wyrzuciła Mirthala do góry. Mężczyzna zamknął oczy, gotując się na ogromny ból. W tej chwili żałował, że nigdy Berysowi nie powiedział. Bawił się z nim w jakieś gierki, marnując ich czas, który mogli spędzić razem. Gdyby mógł, wyznałby mu, że...
    Naraz fryzjer uderzył w coś nieco lepkiego, ale amortyzującego impet. Otworzył oczy. Znajdował się na wielkiej sieci, z której powoli odklejał się jego towarzysz. A więc przeżyli. Mirthal poczuł ogromną ulgę, odetchnął i prawie nie usłyszał słów wypływających z ust oswobodzonego księcia. Gdy do niego dotarły, nie miał za bardzo czasu zastanowić się nad błyskotliwą i flirciarską ripostą, bowiem Berys już położył dłonie na jego biodrach i och, fryzjer cały rozpłynął się w wewnętrznej błogości. Wpadł w ramiona mężczyzny jak w jakiejś epickiej książce i popatrzył mu głęboko w oczy, wpadając w trans zauroczenia. Przysięgał, że gdyby to nie był on, nie osoba, którą tak długo obdarzał swoimi uczuciami, to już porwałby go do swojego mieszkania. Niestety, tym razem takie działanie wszystko by zepsuło, wiedział o tym. I choć był niecierpliwy i miał ogromną ochotę należnie podziękować kompanowi za ratunek, to powstrzymał się ostatkiem swojej silnej woli.
    -Chyba wszystko w porządku- odparł, niechętnie odsuwając się od księcia. Dokładnie poprawił swoje szaty i przygładził włosy. Ocenił wzrokiem drugiego elfa, stwierdzając, że chyba nic mu się nie stało.... no prawie. Jego warga była w jednym miejscu lekko rozcięta, krew sączyła się z niej powoli.
    -Jesteś ranny- powiedział z niepokojem, ostrożnie dotykając twarzy Berysa i obracając ją na boki. -W porządku- zostawił go i wyciągnął w jego stronę dłoń- pójdziemy cię opatrzeć. Pomogę ci.
    Ujął jego rękę w sposób jakby naturalny, jakby one od zawsze do siebie przynależały. Przez ten sztuczny flirt przebijały się czasem Mirthala szczere uczucia i troska, i to był taki moment. Nie zamierzał pozwolić na to, by piękne usta Berysa doznały jakichkolwiek szkód.
    Zabrał go ze sobą do jednego z namiotów od nagłych wypadków, które obowiązkowo musiały znajdować się na festiwalu. Usadził księcia na prowizorycznym łóżku i poszperał w drewnianej szafeczce, by znaleźć płyn odkażający i wacik, który pochwycił pęsetą.
    Usiadł na łóżku i zamoczył wacik w płynie. Drugą ręką uniósł brodę Berysa i obrócił ją w swoją stronę. Począł lekko przykładać przedmiot do zranionych ust.
    -Mam nadzieję, że za bardzo nie boli- stwierdził ze zmartwieniem. Spojrzał w oczy elfa. -Przy okazji, zdaje się, że wygrałeś nasz zakład. Jakie jest twoje pytanie?



Yervant

    Tańcom i śpiewom zdawało się nie być końca. Starałem się unikać dołączania do grupek, które głośno deklarowały swoją radość, i dawałem się tylko porwać  pląsaniu. Nie było możliwości ucieczki, a żałowałem, bo chciałem pobyć jakiś czas sam na sam z Lawinem. Często napotykałem jego spojrzenie, gdy wirował z resztą elfów w oddalonym ode mnie kółku i wzdychałem, że tak chyba miał się zakończyć ten wieczór.
    Naraz ktoś wszedł na scenę i zaczął uniesionym głosem przemawiać do zebranych. Odsunąłem się od trzymających mnie za ręce osób, póki mogłem, i popatrzyłem z zaskoczeniem na Sevira, który wyraźnie miał w głowie plan. Szanowałem go jako osobę i gdy tylko uświadomiłem sobie, co zamierzał zrobić, natychmiast zacząłem klaskać i wołać razem z innymi. Radość przejęła moje ciało tak, że niemal miałem ochotę podbiec tam natychmiast i klepnąć Sevira mocno po plecach, i pogratulować mu jego śmiałej decyzji. A co! Miał facet siłę woli. Podejrzewałem, że Gilan nie należał do najłatwiejszych w obyciu osób, ale Sevir radził sobie z nim wręcz idealnie i sądziłem, że ci dwaj od zawsze byli dla siebie zapisani w gwiazdach. Gwizdałem jeszcze wtedy, gdy Lawin zaczął odciągać mnie od tłumu i zabierać zupełnie gdzie indziej. Nic nie mogłem poradzić. Byłem podekscytowany.
    Chwila w oddaleniu od hałasu wystarczyła, bym zaczął bardziej zwracać uwagę na mojego elfa. Zabrał nas do ogrodu, przed którym stał kamienny łuk obrośnięty gałązkami róż. Uśmiechnąłem się do Lawina, pomimo że wnętrze tego miejsca raczej w obecnej sytuacji nie mogło zwalić człowieka z nóg. Rosło tu wiele krzaków róż, ale żadne z nich nie kwitły, więc nie było za bardzo czego podziwiać. Cieszyłem się więc, że miałem inną, niesamowitą piękność przy swoim boku, na której z chęcią pragnąłem swój wzrok zawiesić. Udaliśmy się do tutejszej altany. Ułożyłem swoją dłoń na tej męża i zapatrzyłem się w jego oczy.
    To właśnie w nich naraz zaczęły odbijać się małe światełka, na które z zaskoczeniem popatrzyłem. Drobny wietrzyk przeczesał nasze włosy, a w całym ogrodzie pojawiły się... świetliki! Z zachwytem obserwowałem, jak wszystkie kwiaty rozkwitły na jakiś niewidzialny, tylko dla nich zrozumiały rozkaz, a niesamowity zapach rozniósł się po okolicy. To była magia. Choć nie czułem jej na swoim ciele tak, jak musiał to odbierać Lawin, wpatrywałem się w nią ze zdumieniem i z podziwem.
    -Lawin...- mruknąłem po smoczemu, dostrzegając, jak elf jaśniał w tym otoczeniu i zdawał się żywszy, zdrowszy i przepełniony szczęśliwością. -Cieszę się, że spędziłem ten wyjątkowy dzień z tobą. Dziękuję.
    Przypomniały mi się nasze pocałunki, które wymienialiśmy skrycie w łazience i poczułem, jak krew zaczęła buzować mi w dziwny sposób. Może jednak ta magia też na mnie trochę wpływała? Poczułem się jak pijany z miłości, objąłem plecy Lawina dłońmi i przewróciłem go na ławkę, układając pod sobą.

~ciąg dalszy nastąpi na priv~


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#432 07-07-2019 o 14h52

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

B E R Y S

    Berys z ulgą przyjął słowa Feniksa o ogólnie dobrym samopoczuciu. Gdyby okazało się, że ten przystojny mężczyzna doznał przez niego jakiejś kontuzji, czułby niemałe wyrzuty sumienia. Na szczęście nic mu nie było, poza rozwianymi włosami i ubraniu w nieładzie, które próbował doprowadzić do porządku. Dyplomata nie miał serca powiedzieć mu, że na nic się zdały jego starania i jak bardzo był rozczochrany tak nadal był.
       Słysząc zaniepokojony ton głosu Feniksa, zmarszczył lekko brwi. Nie czuł się źle, nic go nie bolało… Dopiero kiedy niebieskowłosy zwrócił uwagę na jego wargę, zdał sobie sprawę z tego, że niemiłosiernie go szczypała, a kiedy oblizał usta, poczuł na języku smak krwi. Dotyk delikatnych palców na twarzy zaskoczył go, ale nie odrzucił. Jeszcze nikt nie ośmielił się bez wyraźnego pozwolenia na taką poufałość, ale w tym wypadku miał wrażenie, że to on jako pierwszy naruszył przestrzeń osobistą Feniksa.
- W porządku – zgodził się odruchowo, widząc wyciągniętą w jego stronę dłoń mężczyzny. Nie był pewien, dlaczego te wszystkie gesty przychodziły mu z taką łatwością. Jego poprzednie podboje ograniczały się do prostego flirtu, któremu nikt nawet nie próbował się oprzeć, żeby skończyć w jego sypialni i opuścić ją po kilku godzinach. Berys nigdy nie łapał nikogo za ręce, nie przytulał, nie dawał złudnych nadziei na to, że nie były to dla niego jednorazowe przygody.
     Jednak Feniks po raz drugi sprawił, że nie dość, że ujął go za palce, tak jeszcze nie miał najmniejszej ochoty ich puścić. Nie były to dłonie zimne, ani gorące, nie były spocone, ani spracowane, ani nadmiernie delikatne, takie… idealne. Mężczyzna niemal żałował, że przed ich oczami pojawił się punkt medyczny, a on został posadzony na łóżku i zostawiony na czas poszukiwania medykamentów. Przyglądał się ruchom Feniksa. Były szybkie, precyzyjne, jakby mężczyzna miał nad nimi pełną kontrolę. Berys zaczął się zastanawiać, co robił na co dzień i czy mógłby kiedyś na to popatrzeć.
         Kiedy niebieskowłosy usiadł naprzeciwko niego z wacikami w dłoniach, starał się nie ruszać i nie krzywić, kiedy poczuł pieczenie, a z drugiej strony miał ochotę udać, że bardzo boli, niemal umiera, tylko po to, by zobaczyć wyraz zmartwienia na twarzy Feniksa. Nie zrobił tego jednak, stwierdzając że chyba już dosyć mu tego dnia napsuł nerwów. Uśmiechnął się jedynie uspokajająco i poczekał cierpliwie aż skończy go opatrywać.
            Słysząc pytanie, przypomniał sobie o istocie ich zakładu i na raz spoważniał, odnajdując wzrokiem swoją wstążkę we włosach Feniksa. Skąd to masz? – cisnęło mu się na usta, a jednak, nie powiedział tego na głos, wpatrując się uważnie w twarz mężczyzny. Nie był pewien, co kazało mu zastanowić się, czy faktycznie chciał zapytać właśnie o to, a potem sobie iść, ale posłuchał niechętnie posłuchał tego głosiku i faktycznie znalazł kilka ważniejszych na ten moment pytań. O wstążce mógł się dowiedzieć… później. A przynajmniej jeśli o niej nie zapomni.
- Jak masz na imię? – zapytał ostatecznie, uśmiechając się pogodnie. Wstążka mogła poczekać, a on nie mógł cały czas nazywać w myślach mężczyzny Feniksem.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#433 14-07-2019 o 00h54

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Mirthal

    Odsunął wacik od twarzy Berysa z zaskoczeniem. Ech? Zapytał go o imię? Naprawdę? Mirthal opuścił ręce, wewnętrznie bijąc się z myślami. Tego typu pytanie książę mógł zadać w każdym momencie, a fryzjer by mu odpowiedział, bo to przecież nie tajemnica. Był przekonany, że zostanie raczej wybadana sprawa z czerwoną wstążką, a tutaj czekało go takie zaskoczenie. Powiódł wzrokiem po całej twarzy Berysa. Już teraz bardzo go cenił, ale chyba nie w takim stopniu, w jakim powinien.
    -Mirthal- przedstawił się jakby z zawstydzeniem. Spojrzał na swoje ręce. Właśnie teraz musiał sobie przypomnieć, że rozmawiał z kimś stojącym znacznie wyżej w hierarchii niż on sam. U elfów nie robiło to co prawda aż tak dużej różnicy, jednak chłopak poczuł wątpliwości powodzenia swojej misji, jeśli wyznałby Berysowi prawdę o tym, czym się zajmował.
    -A twoje imię?- zapytał tak, jakby wcale go nie znał. Jakby od lat nie obserwował jego majestatycznej sylwetki na tle niebieskiego słońca. Jakby nie śnił o nim przez setki nocy, nie wypłakiwał łez w poduszki, że ten kochał innego. Jakby nigdy nie marzył o nim, nie modlił się o jego bezpieczeństwo na wyprawach.
    Uzyskawszy odpowiedź, której oczekiwał - to znaczy kurtuazyjne powstanie, wypowiedzenie imienia, tytułu oraz wymiany licznych zasług dla narodu elfickiego, oraz ucałowanie w dłoń, powiedział: -Robi się późno. Pozwól, że odprowadzę cię do domu.
    Ku jego zadowoleniu, Berys na to przystał. Mirthal nie chciał go teraz zostawiać, obawiał się, że mężczyzna może być jeszcze w zbyt słabym stanie. On sam też co prawda wpadł na wielką pajęczynę, w dodatku nie dał rady samemu się z niej oswobodzić, ale drugi elf krwawił i to go zmartwiło, nawet jeśli rana była bardzo mała. Od tamtego momentu ostrzegawcza lampka zapaliła się w jego głowie i postanowił zaopiekować się mężczyzną. Wziął jego dłoń w swoją własną i zeskoczył z łóżka, wychodząc na zewnątrz.
    Docierając pod dom mężczyzny, Mirthal coraz bardziej spowalniał swoje kroki. To... nigdy dotąd nie widział tej pięknej rezydencji. Przyklejona do okazałego, zdrowego drzewa, była dwupoziomowa i na pewno stanowiła o wysokiej pozycji Berysa wśród elfów. Fryzjer nic nie powiedział, ale z podziwem oglądał to dzieło architektury. W takim miejscu mógłby rozbudować swój salon, klienci czekaliby na usługę na dole, a on na górze strzygłby, farbował włosy i wykonywał wszystkie inne, polecone mu czynności. Marzenie.
    Przystanęli pod drzwiami. Mirthal nie za bardzo wiedział, co mógłby powiedzieć, dlatego żeby przerwać ciszę zdecydował się na śmiały czyn. Dał Berysowi delikatnego całusa w policzek i odsunął się, uśmiechając wdzięcznie.
    -Było mi miło. Nie... było mi bardzo miło- poprawił się, chowając sobie dłonie za plecy. I to ten moment. Kiedy musi odejść, odwrócić wzrok. Czy jeszcze się zobaczą? Zostawił dobrą przynętę na haczyku, ale... czy to wystarczy?


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#434 17-07-2019 o 23h56

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

B E R Y S

       Słysząc imię Feniksa, Berys powtórzył je cicho jeszcze raz, żeby zaraz w myślach przywołać je kilkanaście razy, jakby chciał się upewnić, że na pewno je zapamięta. Mirthal. Imię zwiewne, tajemnicze, przywodziło mu na myśl nitki babiego lata pokryte poranną rosą. Piękne, delikatne, ale i silniejsze niż komuś mogłoby się wydawać. Znikały w promieniach słońca, by pojawić się kolejnego dnia. Berys patrząc na mężczyznę miał wrażenie, że właśnie tak będzie. Był wieczór, dosyć późny na dodatek, słońce schowało się za horyzontem, kryjąc w mroku piękno czyjś niezwykłych oczu.
- Berys – odpowiedział na zadane pytanie, podnosząc się z kozetki, by pokłonić się dwornie i może odrobinę zbyt pompatycznie przed niebieskowłosym mężczyzną. Ujął delikatnie jego dłoń w swoją, a potem uniósł do ust, by złożyć na niej delikatny pocałunek. – Książę Berys, dyplomata, zasłużony dla ludu, założyciel elfiej ambasady w kraju krasnoludów, przyjaciel króla smoków i jedyny, który podpisał pakt z rusałkami – przedstawił się, wymieniając najbardziej znane ze swoich zasług. Było ich oczywiście znacznie więcej, ale stwierdził, że nie chce się przecież popisywać.
            Słysząc propozycję odprowadzenia pod dom, przez chwilę miał ochotę zaprotestować. Był dorosłym mężczyzną, na dodatek wpływowym i szanowanym. Nie potrzebował obstawy. A potem zdał sobie sprawę z tego, że to była jego szansa, by pobyć choć chwilę dłużej z Fe… Mirthalem. Jego duma w świetle takich a nie innych wydarzeń została nienaruszona, a on bez zbędnego przeciągania, które elf mógł uznać za wahanie, przyjął propozycję.
             Ku jego niezadowoleniu, droga minęła mu zbyt szybko, a on nie zdążył nacieszyć się ciepłem dłoni Mirthala. Stojąc pod swoim domem, poczuł że jeszcze nie chce do niego wracać. Nie, kiedy w tych czterech ścianach miało nie być nikogo poza nim. Berys rzadko kiedy się do tego przyznawał bo i sam wybrał swoje lokum i odszedł od rodziny, ale kiedy tylko myślał o tym miejscu, tak pustym i pozbawionym czyjegoś głosu, robiło mu zimno. Elfy z natury były rodzinnymi stworzeniami, a on wcale się od nich nie różnił. Pustkę w sercu próbował zatkać wyjazdami, ale ilekroć pojawiał się w puszczy na dłużej przytłaczała go świadomość nieznośnej samotności. Tym samym też było jego uczucie do elfiego księcia. Próbą zatuszowania własnych uczuć i ucieczką od przytłaczającej rzeczywistości.
          Dlatego kiedy tylko poczuł na policzku delikatne muśnięcie warg Mirthala, nie mógł się pogodzić z faktem, że za chwilę zostanie całkiem sam. Jedyna myśl, jaka przychodziła mu do głowy była absurdalna i na pewno nie zostałaby odebrana jako coś normalnego. A mimo to miał ochotę spróbować. Wyrwać się jeszcze choćby na godzinę.
- Oh nie! Chyba coś zgubiłem po drodze! Musimy wrócić i to znaleźć! – oświadczył głośno, czując że od wypowiedzianych słów mężczyzny robi mu się niezwykle ciepło gdzieś w okolicach serca.
          Nie czekając na reakcję towarzysza, znów złapał go za rękę, splatając ze sobą ich palce. Pociągnął go w stronę, z której wrócili, ale gdzieś w połowie drogi z pałacu na festyn, przestał udawać że fortel był tylko zwykłym przekrętem, by mógł spędzić z Feniksem jeszcze trochę czasu. Puszcza wyglądała wspaniale. Magia nie przestała jeszcze działać, kwiaty zwisały całymi wodospadami z podniebnych kładek aż do samej ziemi, a pomiędzy nimi błyszczały delikatne światła lamp. Mrok rozjaśniały rozpalane tu i ówdzie ogniska, a przy nich elfy śpiewały i bawiły się, przepełnione życiową energią.
           Było już późno, dlatego z terenu festynu zniknęły dzieci i przemęczone pilnowaniem pociech matki. Zostali zakochani, grupki przyjaciół i pojedyncze osoby szukające wśród przedmiotów rzadkich okazów rękodzieła.
- Zagramy? – zapytał Berys, podchodząc do miejsca gdzie rzucało się do celu piłeczkami. Miał ochotę zgarnąć jakąś nagrodę i był zdeterminowany by nie zbłaźnić się w oczach Mirthala. Na szczęście miał całkiem dobre oko, no i kiedy właściciel straganu nie patrzył, szybko włożył w odpowiednie miejsca trzy pozostałe mu piłeczki.
- Wygrana! – oznajmił młody elf o zielonych włosach, po czym podrapał się po karku. – Niestety dzieciaki pozabierały wszystkie bezpieczniejsze prezenty i zostało mi już tylko to – powiedział, wyciągając spod lady kufer pełen ostrych narzędzi takich jak sztylety w zdobionych pochwach wyglądające na dzieło krasnoludów, czy pudełkach na biżuterię z pułapkami.
- A to? – zapytał białowłosy dostrzegając wśród tego piękny kwiat wykonany ze srebra z błękitnym oczkiem w środku.
- To szpilka do włosów z ukrytą igłą. Niepozorne, ale zabójcze – odpowiedział mężczyzna, demonstrując jak wyciągnąć z ozdoby broń.
- Wezmę to – oświadczył elf, ściskając w palcach piękny kwiat.
              Odeszli od stoiska, a wtedy Berys zatrzymał na chwilę Mirthala na ścieżce pośrodku straganów, ciepłego żółtego światła i ludzi.
- Chciałbym, żebyś to wziął – powiedział cicho, spoglądając w oczy elfa. W tym świetle nabierały zupełnie innego koloru. Były ciemniejsze i przypominały spienione morskie fale. – Na pamiątkę pierwszego festynu, na którym bawiłem się tak dobrze – dodał, a jego usta wygięły się w delikatnym uśmiechu, którego nikt inny nie miał okazji oglądać.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#435 28-07-2019 o 22h36

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Mirthal

    -Naprawdę?- Mirthal zadziwił się tą reakcją Berysa, nie przypominając sobie, by widział, aby mężczyźnie coś spadało po drodze. Ale skoro tak mówił... Fryzjer ufnie za nim podążył, nie podejrzewając swojego ideału o żadne nieczyste intencje. Dopiero kiedy zobaczył, że książę nie rozgląda się za niczym, a ze spokojem przypatruje się magicznemu otoczeniu, zrozumiał, co tu się święciło. Przyjemne ciepło rozlało się po jego ciele i zacisnął swoje palce mocniej na dłoni towarzysza. Wszystko aż do momentu, gdy ten postanowił zagrać w rzucanie do celu. Mirthalowi nigdy nie udało się niczego zdobyć w takiej zabawie, gdyż albo miał za słaby cel, albo ta konkurencja była oszukana. Na moment spojrzał w inną stronę, a potem usłyszał tylko okrzyk zwycięstwa i ze zdumieniem popatrzył na Berysa. A więc wygrał? To... niesamowite! Zaklaskał mu z radością, gratulując zwycięstwa. Cieszył się, że mężczyzna, na którym w jakiś sposób mu zależało, tym miłym akcentem mógł zakończyć sobie dzień.
    Nie spodziewał się za to jego gestu, nie myślał, że cokolwiek zostanie mu ofiarowane. Popatrzył w oczy elfa, ledwo powstrzymując się, by czegoś nie powiedzieć. Nie wyznać. Nie podejść do niego, by wreszcie złożyć na jego ustach pocałunek prawdziwej miłości.
    Jakiej prawdziwej miłości? Przecież o nim zapomniał i chciał zostawić ten etap za sobą. Mirthal przyjął przedmiot, na moment dotykając ciepłej skóry mężczyzny, a następnie bardzo zręcznie zmienił swoją fryzurę i stworzył sobie taki kok, który przecinany był właśnie szpilką z pięknym kwiatem.
    -Dziękuję. Jesteś kochany- wyszeptał, nie przyznając przy tym, że te słowa można było rozumieć na dwa sposoby. Stanął obok Berysa i przytulił się do niego bokiem, biorąc go pod łokieć. Może to było zbyt wiele, ale nie mógł sobie odmówić chwili bliskości z kimś tak wspaniałym. Nawet jeśli będzie przez to płakał przez następny tydzień, to wspomnienie będzie zarazem trzymał w umyśle niczym w szkatułce już do końca swoich dni.
    Wrócili tam, skąd przyszli. Teraz to Mirthal nie chciał się odsunąć i wracać do siebie, choć zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że powinien to zrobić i to jak najszybciej, zanim zmajstruje tu coś nieodpowiedzialnego. Chciał już pożegnać się ze swoim czarującym kompanem, gdy...
    -Berys- wymamrotał z przestrachem, łapiąc delikatnie za jego rękaw. -Mógłbyś mnie wpuścić do swojego domu?
    Fryzjer bynajmniej nie zamierzał zostawać na noc. Nie chciał sprawiać kłopotów, nie było w tym żadnego drugiego dna, on tylko... dojrzał pewną postać kilkanaście metrów od siebie, i mógł postawić swoją głowę na to, że był to osobnik, którego na pewno nie zamierzał spotykać. Elissar, z którym zerwał i kazał mu się do siebie nie zbliżać, zmierzał w tę stronę, teraz nawet jakby szybciej i pewniej, więc Mirthal prawdopodobnie został już zauważony.
    -Proszę, pomóż mi. Tylko na pięć minut, potem ci wszystko wyjaśnię- popatrzył błagalnie w oczy elfa, i ku swojej wewnętrznej radości nie odnalazł w nich ani krztyny wahania. Berys od razu odblokował drzwi, a fryzjer mógł tylko liczyć na to, że książę nie obejrzał się za siebie.
    Wewnątrz odetchnął, ostrożnie zakradając się do najbliższego okna i wyglądając przez nie. Sylwetka niepożądanego mężczyzny wciąż majaczyła mu nieopodal, ale chyba chwilowo stracił zainteresowanie dostaniem się do środka. Mirthal popatrzył na Berysa przepraszająco i skłonił się w pół, by wyrazić swój żal, że zawracał mu głowę.
    -Dziękuję. To się więcej nie powtórzy- objął się ramionami i zmarszczył brwi. Ciężko mu się o tym mówiło, ale nie chciał mieć przed mężczyzną tajemnic. Poza tym on zasługiwał na prawdę. Wiedząc, że Berys zadaje sobie jedno pytanie: "kto to był?", postanowił mu na nie odpowiedzieć.
    -Elissar. Były narzeczony. Za często używał pięści, więc skończyłem nasz związek. Nadal mnie nachodzi- Mirthal wzruszył ramionami, jakby to było nic. Jakby nadal nie leczył się z tych mężczyzn, na których niefortunnie trafił. Ale to wszystko była jego wina. Berys nie wiedział dlaczego. Po prostu nigdy nie mógł żadnego z nich spotkać. Bo wtedy natychmiast by zrozumiał. I wszystko by się wydało.

Ostatnio zmieniony przez Rain (28-07-2019 o 22h36)


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#436 31-07-2019 o 19h11

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

B E R Y S

       Berys przyglądał się z zadowoleniem jak Mirthal splata włosy w wymyślnego koka i spina go podarowaną szpilką. Zdecydowanie pasowała mu ta fryzura i sama ozdoba, której delikatne srebro odznaczało się od błękitnych kosmyków, a szafir w środku podkreślał ich niezwykły kolor. Podziękowanie i komplement przyjął z niewymuszonym uśmiechem. Owszem, lubił kiedy służący podlizywali mu się służalczością i ponadwymiarowym szacunkiem, ale szczere słowa miały w sobie zdecydowanie więcej słodyczy. Przytulenie i wzięcie pod bok przyjął jak coś naturalnego. W końcu zdołał już zauważyć, że jego krótka znajomość z Mirthalem była wyjątkowa i nie zamierzał sobie tej wyjątkowości odmawiać. Czuł się… zdumiewająco szczęśliwy.
         Droga do domu znów minęła mu zaskakująco szybko i kiedy znów przystanęli pod drzwiami lokum dyplomaty, nie mógł uwierzyć, że ten wieczór miał się skończyć kiedy nie był na to przygotowany. Ale kiedy z całych sił powstrzymywał się, by nie zerknąć na Feniksa, bo to oznaczałoby pożegnanie, usłyszał swoje imię wypowiedziane spiętym tonem głosu. Spojrzał ze zdumieniem na towarzysza, a widząc jego wyraźnie wystraszoną minę, zmarszczył groźnie brwi, szukając w pobliżu potencjalnego zagrożenia.
          Nie dostrzegł niczego takiego poza dziwnym mężczyzną, który zdawał się zbyt pewnie kierować w ich stonę, ale błagalny głos i wzrok elfa wystarczył, by uwierzył mu na słowo, że nie był to ktoś, z kim Mirthal chciał rozmawiać. Bez wahania otworzył drzwi zapieczętowane zaklęciem, które pozwalało dostać się do środka jedynie Berysowi i osobom upoważnionym. Kiedy tylko postawił stopę wewnątrz mieszkania, kolejne zaklęcie odpaliło dwie lampy znajdujące się po obu stronach przestronnego pokoju. Wielkie pomieszczenie było gustownie urządzonym salonem. Dwie kanapy w szarym kolorze stały naprzeciwko siebie, a pomiędzy nimi znajdowała się szklana ława. Antyczny zegar tykał w kącie pokoju, a obrazy przedstawiające widok na morze zdobiły każdą ze ścian. Po prawej stronie znajdowały się kręcone schody prowadzące na drugie piętro, a za nimi widać było kilkoro drzwi prowadzących do sypialni, z których zazwyczaj korzystali obecni w królestwie elfów ambasadorzy i dyplomaci innych krain.
            Berys założył ręce na piersi i przyglądał się z zaniepokojeniem nerwowemu zachowaniu Mirthala. Nie był pewien, co się stało, ale widział że nic dobrego i bardzo mu się to nie podobało. Ten wieczór miał się skończyć słodko i szczęśliwie, nie nerwowo i pod znakiem zapytania. Widząc Feniksa zgiętego w pół, coś ścisnęło go za gardło i natychmiast kazało podjeść mu do niego i go pocieszyć. Zgadywał, że jego wyraz twarzy był jednym wielkim pytaniem, ale nie spodziewał się, że mężczyzna naprawdę na nie odpowie. I w ogóle nie spodobało mu się to, co usłyszał. Gniew zapłonął w jego sercu.
- On… on cię bił? – rzucił przez zaciśnięte zęby, podchodząc do elfa, by złapać go za ramiona. Nie chciał go przestraszyć bardziej, ale w głowie mu się nie mieściło, że ktoś z jego rodaków mógł dopuścić się czegoś takiego. Nie był naiwny jak książę Lawin. Wiedział, że wśród elfów znajdowali się i mordercy, co nie znaczyło wcale, że miał zamiar stać z boku kiedy działo się coś takiego.
- Zapłaci za to, już ja się o to postaram – warknął, spoglądając przez okno na majaczącego gdzieś w oddali podejrzanego mężczyznę.
             Dopiero postawa Mirthala sprawiła, że odrobinę się uspokoił. Odetchnął głęboko, a potem odsunął się od elfa, poprawiając na sobie ubranie.
- Masz rację, prawdziwy mężczyzna nie powinien zniżać się do poziomu zwykłego bandyty. Jestem dyplomatą, nie zbirem, załatwię to w inny sposób – uśmiechnął się w bardzo niedyplomatyczny sposób, odrzucając do tyłu włosy, które opadły mu na twarz.
              Pomyślał chwilę, co powinien zrobić w tej sytuacji, ale tylko jednego był w niej pewien. Nie zamierzał wypuścić stąd Mirthala. A przynajmniej nie bez obstawy.
- No dobrze, w takim razie daję ci dwie możliwości – powiedział z profesjonalnym uśmiechem na ustach. – Pierwsza, zostajesz u mnie, dopóki nie uznam, że ten… nieobliczalny mężczyzna już ci nie zagraża. Druga, odprowadzam cię do domu, po drodze załatwiając ci strażnika, a on będzie cię chronił dopóki nie uznam, że jesteś już bezpieczny. Którą opcję wybierasz? – zapytał, patrząc na niego z iskierkami w oczach. – I uprzedzając, nie daję możliwości wyboru innej opcji. Te dwie, słodki. Tylko te dwie.
                Przyglądał mu się w milczeniu, dopóki mężczyzna nie podjął decyzji, a kiedy usłyszał satysfakcjonującą go odpowiedź, pokiwał z zadowoleniem głową. Wyciągnął do niego dłoń i poczekał aż tamten ją ujmie.
- Chodźmy, to część dla gości z zagranicy – wyjaśnił, obejmując gestem drugiej dłoni całe dolne piętro.
               Pociągnął go na schody, a kiedy znaleźli się na ich środku, światło na dole zgasło, zastąpione cieplejszym blaskiem sączącym się z drugiego piętra. Salon, w którym się znaleźli był znacznie mniejszy niż ten poniżej i bardziej przytulny. Połączono go z małą kuchnią łukowatym przejściem wyrzeźbionym w liście winorośli. Tutaj też znajdowała się kanapa, ale ta była mniejsza i wysiedziana, na jednym oparciu leżały książki. W półokrągłym kącie pokoju znajdował się prywatny gabinet Berysa, na który składały się dwa regały zawalone książkami, słownikami, wzorami traktatów i wielkie biurko, na którym piętrzyły się stosy papierów. Z salonu można było wyjść na taras. Przez uchylone drzwi wpadał podmuch ciepłego magicznego wiatru, który poruszał delikatną firanką. Do sypialni Berysa i jego łazienki wchodziło się przez niewielkie drzwi znajdujące się w kuchni.
                Elf odprężony przebywaniem we własnym domu, rozpiął przytrzymującą poły jego peleryny spinkę i rzucił ją na kanapę. Mógł się wydawać całkowicie rozluźniony, ale w jego głowie kręciły się trybiki, wyszukujące wśród myśli najlepszego rozwiązania problemu z natrętem. Nie chciał jednak by Mirthal przejął się zwyrodnialcem bardziej niż było to konieczne, dlatego zachował spokój i chciał jakoś odegnać od elfa złe myśli.
- Nie musisz być taki nieśmiały, czuj się jak u siebie – zaprosił go z uśmiechem w głąb pokoju, samemu podchodząc do niewielkiej szafki kryjącej się za kanapą, by wyciągnąć z niej butelkę wina i dwa kieliszki.
- Napijesz się? A może jesteś głodny? Potrafię ugotować to i owo – zaproponował z łagodnym, choć nadal pewnym siebie uśmiechem. – Aczkolwiek jeśli jadasz mięso, nie mogę cię nim dzisiaj uraczyć. Nie jestem przygotowany na taką ewentualność - dodał, puszczając Feniksowi oczko.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#437 04-08-2019 o 16h44

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Mirthal


Odwrócił wzrok, nie chcąc przyznawać się do tego, co Berys próbował potwierdzić. Wstydził się tego, że dał się skrzywdzić, wziąć przez Elissara z zaskoczenia. Czasem każdemu wydawało się, że odnalazł bratnią duszę, osobę, z którą mógłby spędzić resztę życia... tylko po to, by dostać od niej potem nożem w plecy. Mirthal był jedną z wielu ofiar, nie uważał swojego przypadku za nic specjalnego. Głównie żałował, że nie mógł oderwać się od pewnych przykrych wspomnień, bo były cały czas go nachodził.
    - Nie - powstrzymał Berysa, patrząc mu błagalnie w oczy. Nie mogli się zobaczyć, poza tym to było niebezpieczne. Fryzjer nie potrafiłby znieść myśli, że osoba, na której tak mu zależało, naraża się z jego winy. Odetchnął z ulgą, gdy udało mu się przekonać mężczyznę do swoich racji. Może nie w stu procentach, bo ten nadal miał zamiar wmieszać się w tę sprawę na polu dyplomatycznym, ale Mirthal wierzył, że i od tego będzie mógł go potem odciągnąć.
    - Nie, to naprawdę nie jest... - urwał, wysłuchując wypowiedzi księcia do końca. A więc nie miał wyboru, hm? Fryzjer jeszcze gotów obrazić się o to, że traktowano go jak kogoś słabego. Zmienił zdanie dopiero wtedy, gdy usłyszał gdzieś ukrytą w głosie Berysa troskę, a gdy ten dodał jeszcze to tego wyraz słodki, po cichu rozpuścił się w środku, jak czekoladka.
    - Wolałbym nie kłopotać kolejnej osoby... - zasugerował, a jego decyzja została od razu podchwycona. Dał się porwać własnemu zachwytowi, gdy Berys ujął jego dłoń i oprowadził go po swoim domu. Mirthal przyglądał się wszystkiemu z prawdziwie szczerym zaciekawieniem. Musiał przyznać, że spodziewał się wnętrza bardziej surowego, tymczasem czuł sie tutaj zupełnie komfortowo. Pomieszczenia były przytulne i zadbane, elfie, wskazujące też na charakter ich gospodarza. Berys był dyplomatą i dało się to zauważyć w paru miejscach, szczególnie w jego gabinecie, na którego wnętrze fryzjer zerknął tylko przelotnie. Ale znajdowało się tam tyle ciekawych rzeczy... książę musiał mieć niezliczoną ilość historii ze swoich wypraw do opowiedzenia.
    Z zamyślenia wyrwało go pytanie o poczęstunek.
    - Napiję się - przytaknął z uśmiechem wdzięczności. - Jedzenie raczej nie przejdzie mi przez gardło. I też nie jadam mięsa - przyznał, będąc mile zaskoczonym, że potężny książę, jak mu się wydawało, był wegetarianinem. Czyli raczej nie korzystał z magii zbyt często. Mirthal w zasadzie też nie. W końcu był fryzjerem, układanie włosów zajmowało większość jego dni.
    Usiadł na kanapie już z lampką w dłoni. Poobracał ją przez chwilę i popatrzył na przelewanie się czerwonego płynu. Gdy Berys do niego dołączył, zwrócił swój wzrok na niego.
    - Dziękuję za całą pomoc - odezwał się, z zaintrygowaniem oglądając sylwetkę księcia niezakrytą białą peleryną. Była niesamowicie atrakcyjna, więc Mirthal szybko odwrócił wzrok, by nie dać nic po sobie poznać. - Gdyby nie ty, pewnie wieczór zakończyłby się dla mnie mniej miło. A jednak muszę o coś spytać - wziął drobny łyk wina i złapał kontakt wzrokowy z mężczyzną. - Każdemu napotkanemu mężczyźnie tak pomagasz? Poznajesz kogoś nowego, a potem bez oporów zabierasz go do domu?
    W tych pytaniach kryło się drugie dno. Chciał wiedzieć, czy był w jakikolwiek sposób dla księcia wyjątkowy, ale przy tym próbował wyciągnąć z niego inne wyznanie. Mirthala ciekawiło - czy kanapa, na której siedzieli, była używana przez niejedne rozgrzane ciała; czy do tych ładnych ścian byli przypinani inni ludzie, czy w sypialni Berysa często się ktoś zjawiał. Fryzjerowi było głupio za własne myśli, ale skrycie podejrzewał, że książę sprowadzał tu wielu kochanków. W każdym razie kiedy był w domu, bo przez resztę czasu rezydował w innych miejscach.
    Nie to, żeby Mirthal był wiele lepszy... ale jednak miał narzeczonych. Zazwyczaj nie sypiał z przypadkowymi ludźmi.
    Wyhylił lampkę do końca i poprosił o dodatkową porcję.
    - Powiedz - zacisnął dłoń na trzonku kieliszka. - Byłeś kiedyś zakochany?
    To pytanie mogło się wydawać nie na miejscu, a Mirthal nawet w tym momencie nie flirtował. Coś zabolało go w środku, gdy pomyślał, że Berys mógłby mieszkać z kimś w tym uroczym domku, szczęśliwy, że tę przestrzeń może zajmować z gwiazdą swojego życia. Największym problemem był oczywiście książę Lawin. Dyplomata mógł nadal coś do niego czuć, nawet jeśli książę Yervant z nim był. Berys mógłby mu elfa odebrać, a wtedy... a... wtedy...
    Szkło pękło w dłoni Mirthala, a większa część kieliszka wraz z winem wylały się na jego szaty, brudząc przy tym i kanapę.

Ostatnio zmieniony przez Rain (04-08-2019 o 16h44)


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#438 13-08-2019 o 22h18

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

B E R Y S

   Nie zdarzało się często by Berys był kimś tak oczarowany, by proponować mu wino ze swojej kolekcji. Przechowywane na specjalne okazje, przywiezione z czterech stron świata raczyły podniebienie dyplomaty i królowej w ciche zimowe wieczory, kiedy oboje znudzeni samotnością szukali wsparcia w swoim własnym towarzystwie. Tylko ta niezwykła kobieta i raz, jeden raz ambasador smoczego ludu mieli okazję usiąść na prywatnej kanapie księcia i skosztować zazdrośnie skrywanego wnętrza gustownych butelek.
         Ale ten elf był inny. Miał w sobie więcej wdzięku niż ktokolwiek inny. I, co Berys zdołał zauważyć, znacznie więcej uroku niż chciał mu pokazać. Był ciekaw, co jeszcze ukrywało się pod seksownym, kuszącym czerwonym strojem i niebieską grzywą pięknych włosów. Odkorkował niespiesznie butelkę, przyglądając się dyskretnie i nienachlanie Mirthalowi. Rozlał odrobinę wina do kieliszków i podał jeden z nich gościowi. Przez chwilę nie ruszał się ze swojego miejsca, przyglądając się płynnym ruchom mężczyzny, kiedy ten zabrał od niego kieliszek z delikatnego szkła i siadał na kanapie. Usatysfakcjonowany obserwacją, bo Feniks wiedział, jak trzymać naczynie i wyglądać przy tym niezwykle elegancko, usiadł po drugiej stronie ulubionego mebla.
              Słuchał podziękowań z delikatnym uśmieszkiem wkradającym mu się na wargi. Nie zrobił tego z jakiegoś wyraźnego powodu. Po prostu nie mógł go zostawić na pastwę losu i groźnego nękającego go mężczyzny. Nie był jednak pewien, czy powinien ujawniać prawdę, dlatego kiedy usłyszał pytanie, uśmiechnął się szelmowsko i spojrzał na gościa przez szkło kieliszka.
- Jeśli jest dostatecznie wyjątkowy, to dlaczego by nie – odpowiedział tajemniczo, zlizując z warg samotną kroplę trunku. Uznał to pytanie za flirt i tak na nie odpowiedział, bijąc się z myślami, że gdyby był odrobinę bardziej szczery z Feniksem i sam ze sobą, przyznałby że to był pierwszy raz. Ewentualnie drugi, ale spędzania czasu z księciem Lawinem nie uznawał za ratunek. Chyba, że dla siebie. Każda inna z jego znajomości kończyła się bardzo szybko i zazwyczaj burzliwie, chociaż Berys nie uważał by to była jego wina. On nie dawał złudnych nadziei. Kochanków traktował dobrze, ale od razu zaznaczał swoją pozycję i fakt iż romans nie może trwać dłużej niż jego pobyt w danym państwie. Większość zdawała się akceptować ten fakt, a przynajmniej do czasu jego wyjazdu. Wtedy im wszystkim nagle odpalała się czerwona lampka w mózgu i pretensje sprowadzane do stwierdzenia iż sądzili, że dla nich zostanie na dłużej, a potem na zawsze.
Co to za pytanie? – roześmiał się, z pozoru swobodnie, zatrzymując wzrok na oczach Mirthala. Przez chwilę miał wrażenie, że dostrzegł w nich coś niebywale smutnego. Jakąś głębię rozpaczy, która ziała w duszy Feniksa jak głęboka rana, której nie sposób było uleczyć.
            Zanim jednak zdołał się zorientować w czym rzecz, rozległ się dźwięk tłuczonego szkła, a Mirthal zalał się winem i ostrymi odłamkami kiedyś pięknego kielicha. Berys natychmiast poderwał się z kanapy i nakazując sobie spokój, wyjął ostrożnie z palców Mirthala to co zostało z jego zastawy.
- Skaleczyłeś się? – zapytał z troską, zbierając z jego szaty większe odłamki.
             Nie był pewien, co się wydarzyło, ale miał niejasne wrażenie, że to była jego wina. Powstrzymał cisnące mu się na usta westchnienie. Nie lubił niejasnych sytuacji, miał wtedy wrażenie, że nawet jego zawodowy spokój na nic się nie przydawał.
- Nie przejmuj się tym, tej kanapie już nic nie zaszkodzi – parsknął lekko, widząc plamy, które pojawiły się na obiciu mebla. Zachęcił mężczyznę by podniósł się z kanapy, a potem upewnił się, że nawet najdrobniejszy odłamek szkła znalazł się poza zasięgiem jego ciała.
- To był długi dzień… - zaczął, oglądając powstały bałagan. – Chodź, dam ci coś do przebrania. Powinieneś odpocząć – zarządził łagodnym tonem głosu, odciągając mężczyznę od powstałego chaosu do swojej sypialni.
                Pomieszczenie było przestronne,  w kształcie okręgu z oknem obrośniętym kurtyną bluszczu. Duże łóżko z mnóstwem poduszek znajdowało się na jego środku zachęcając do odpoczynku, a dyskretne drzwi mieszczące się tuż obok długiej komody prowadziły do małej łazienki. Wnętrze ozdobione było kilkoma roślinami w doniczkach i kolekcją wstążek, którymi Berys zazwyczaj związywał włosy. Brakowało jednej.
                Białowłosy elf podszedł do komody i chwilę szperał w jej wnętrzu aż znalazł w niej to, czego szukał. Komplet piżam w jasnym kolorze z przyjemnego materiału, oraz czyste ręczniki. To wszystko podał Mirthalowi, wskazując brodą drzwi do łazienki.
- Możesz się tam umyć i przebrać, a potem pójść spać. Ja jeszcze chwilę popracuję, więc gdybyś czegoś potrzebował, znajdziesz mnie w gabinecie – powiedział cicho i spokojnie, nawet słowem nie wspominając o incydencie w salonie. Miał zamiar posprzątać i zapomnieć, że coś takiego się wydarzyło. No chyba, że Mirthal sam chciałby o tym porozmawiać.
              Zostawił go i ruszył do wyjścia, ale zanim wyszedł, na chwilę zatrzymał się w otwartych drzwiach.
- Zapomniałbym… Nie musisz się niczym martwić, słodki – powiedział, myśląc że w sumie to możliwe by Feniks brzydził się dzielić łóżko kogoś kogo nie znał i nie wiedząc co ten ktoś mógł robić w tymże łóżku. – Jesteś pierwszą, oczywiście poza mną, osobą która przebywa w tym pokoju – uśmiechnął się lekko, a potem życząc Mirthalowi dobranoc, wyszedł, zamykając za sobą cicho drzwi.
               Nie wiedział, czemu to robił. Dlaczego pozwolił komuś, do tego dopiero co poznanemu tak bardzo wtargnąć w jego przestrzeń życiową. Do tego nie czuł się tym ani trochę skrępowany, czy zniesmaczony. Obecność Mirthala była… Nie potrafił nazwać tego uczucia. Miał wrażenie jakby w końcu wszystko było na swoim miejscu, a on znalazł to, czego szukał tak długo w przygodnych znajomościach.
                  Po chwili oderwał się od rozmyślań i złapał za szczotkę, by posprzątać szkło i wino, ale zgarniając je w jedno miejsce, nie potrafił pozbyć się wrażenia, że coś przegapił. Że odpowiedź na niewyraźne pytania kryła się w tych okruchach delikatnego szkła. A kiedy wyrzucił je do kosza, czuł się jakby zrobił coś bardzo złego. Westchnął, odkładając miotłę na swoje zwyczajne miejsce, a potem złapał butelkę i swój kieliszek, po czym zasiadł do biurka. Klaśnięciem zgasił górne światło i zapalił stojącą na biurku lampę, ale nawet nie zerknął na leżące na nim papiery. W głowie nadal słyszał pytanie Mirthala. „Byłeś kiedyś zakochany?”
                   Myślał, że był. Książę Lawin był taką dobrą, niewinną istotką. Łatwo było obdarzyć go uczuciem i nazwać je miłością. Był taki szczery, nigdy nie wykazywał chęci kłamania, nawet jeśli miał zostać skrzyczany za swoje czyny. Nieuświadomiony i czysty, nie rozumiał cielesności i to było w nim wyjątkowe. Berys chciał za wszelką cenę chronić tę czystość. A potem pojawił się ten w mniemaniu dyplomaty ohydny upiór i zniszczył wszystko, co było w nim dobre, niewinne. Lawin się zmieniał, a Berys nie wiedział czy na lepsze. Nie chciał wierzyć, że tak. Nienawidził tego pyszałkowatego, zbyt pewnego siebie mężczyzny i w głównej mierze to było powodem, dla którego nie chciał odpuścić, nawet jeśli książę wyglądał przy nim na tak szczęśliwego.
                  Zacisnął pięści i oparł na nich czoło, chowając twarz za kurtyną włosów. Ludithe miała rację. Od zawsze wiedział, że to nie on znajdzie się u boku księcia. Ta świadomość była bezpieczna, nie dawała złudzeń, że kiedyś zostanie zraniony, bo żadnej relacji, która miałby do tego dopuścić miało nigdy nie być.
- Żałosne. Jestem naprawdę żałosny – prychnął, jakby chciał siebie samego upewnić w przekonaniu, że to co robił do tej pory było tylko wymówką, ucieczką i farsą, w którą zabrnął za daleko.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#439 21-09-2019 o 20h54

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Mirthal


    Kiedy zorientował się, że niepotrzebnie poniosły go emocje, od razu się zawstydził. Co za porażka. Czy Berys już go przejrzał? Wiedział, dlaczego Mirthal tak intensywnie przy nim reagował?
    Szczęśliwie zdawało się, że nie. Największym minusem całego zajścia było to, że fryzjer zabrudził kanapę i siebie. A książę nadal był niezwykle szarmancki, nie robił z tym żadnego problemu. Mirthal patrzył na niego jak na niedościgniony ideał, skrywając uczucia w swoich ustach, które miał ciasno zaciśnięte. Nigdy nie zasługiwał na takiego mężczyznę. Dlatego trafiali mu się faceci pokroju Elissara.
    Został zaprowadzony do sypialni, równie urokliwej co reszta domu. Otrzymał piżamę i taki ogrom zrozumienia i życzliwości, że miał ochotę choćby przytulić Berysa za to wszystko, co dla niego robił. Fryzjer nie miał jednak na tyle śmiałości, a nawet nie powinien urządzać tego typu scen, nie znali się w końcu wystarczająco dobrze. Popatrzył więc tylko na księcia dziękczynnym wzrokiem, spuczając go, gdy dotarło do niego słowo "słodki". Zdecydowanie za dużo było mu już dziś słodyczy.
    - Jesteś kochany - wyszeptał zaraz po wyjściu mężczyzny z pokoju.
    Mirthal nie mógł mieć pojęcia o jego rozterkach ani przemyśleniach. Nie sądził nawet, by coś specjalnego miało zaprzątać teraz księciu głowę. Nie chciał stawiać się na piedestale, więc nie podejrzewał, by Berys mógł rozmyślać o nim.
    W łazience oporządził się, korzystając z okazji i używając specyfików, które wybrał dla siebie białowłosy. Były tu najróżniejsze płyny do kąpieli i szampony, których doboru akurat Mirthal nie do końca pochwalał. Jako znawca miał stale oko na znacznie lepsze sztuki.
    I wtedy wpadł na pomysł - w podzięce za dzisiejszy miło spędzony czas i hojną gościnę, podaruje mu zestaw najlepszych kosmetyków do włosów. Nie było to co prawda wystarczającą podzięką, ale na dobry początek mogło wystarczyć.
    Wyszedł spod prysznica i nieco niechętnie wysunął ze swoich niebieskich kosmyków wstążkę, zawieszając ją na pustym miejscu, gdzie było jej miejsce.
    - Żegnaj - mruknął nieco niepotrzebnie, nieco smutno, dotykając jej po raz ostatni i przywdziewając piżamę, by wrócić do sypialni.
    Rzucił się na łóżko, rozmyślając o rzeczach. O której Berys pójdzie spać? Nie chciał tu leżeć bez niego. To łoże było za duże na jedną osobę, a zajmując tylko jedną poduszkę z dwóch można było poczuć się samotnie. Co gorsza, Mirthala powoli zaczęła obezwładniać wszechobecna woń jego ulubionego elfa.
    Miał ją na sobie, bo użył jego specyfików.
    I nosił piżamę, która także poniekąd pachniała Berysem.
    O pościeli nie trzeba już chyba było wspominać.
    Powiercił się przez chwilę, ale było jasne, że nie potrafił zasnąć.
    Uniósł się i cicho ruszył po domu w poszukiwaniu księcia.
    Znalazł go pochylonego nad biurkiem, przy zapalonej lampce.
    Oparł się o framugę i zmiął piżamę w dłoniach.
    - Hej... będziesz się wybierać do spania? - zapytał nieśmiało, nie chcąc mu przeszkadzać, jeśli faktycznie coś robił. Ale martwił się o niego, o to, jaki był skurczony, jakby całą swoją sylwetką pokazywał, że jest zmęczony życiem, albo jakimś konkretnym jego etapem.


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#440 23-10-2019 o 00h10

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

B E R Y S

  Samotność. Smutek. Pustka. Odrzucenie. Berys bał się tych uczuć, które zawsze gdzieś przy nim były i czaiły się w tym domu, pustym i cichym, gdzie poza kurzem nigdy nikt na niego nie czekał. Nie lubił go, choć nazywał go domem. Innego nie miał i to już od dawna. Jego rodziną była kanapa, teraz z plamami po winie, a przyjaciółmi traktaty i podróże. Wszędzie było tak samo. Czy też raczej, wszędzie było inaczej, nieswojo, tam też nie miał domu. Czy wymagał od świata tak wiele? Nie chciał sławy, nie chciał pieniędzy, rozgłosu, ani prestiżu, pod tym względem nie różnił się wcale od innych elfów. On chciał tylko… tylko kogoś komu mógłby pokazać świat, kogoś kto czekałby na niego w domu, kogoś kto sprawiłby, że zapomni jakie to uczucie wracać do pustki.
            I kiedy tak użalał się nad sobą, do jego uszu dotarł cichy dźwięk, którego najpierw nie dopuścił do swojego umysłu. Szum, jednostajny dźwięk wody nieprzerwanie wciskał mu się uszy, aż w końcu zrozumiał, czym on jest. To był prysznic. Mirthal się kąpał, napełniając mieszkanie dyplomaty subtelnym dowodem swojego istnienia. Rozpraszał ciszę, zastępując ją głosem nienachlanej obecności. Białowłosy przyłapał się na myśli, że podoba mu się ten stan. Czy to tak wyglądało kiedy ktoś był tuż obok? Niby nie razem, a jednak nie osobno. Nie mógł się powstrzymać, zasłuchał się w te odgłosy, wyobrażając sobie jakby to mogło być, gdyby ktoś naprawdę z nim mieszał. Berys wstawał zawsze o świcie, więc śniadania do łóżka nie byłyby zaskoczeniem. Wspólne kąpiele, dobór ubrań, spacery w jaskrawym świetle poranka.  Codzienna rutyna nie przerażała go, wręcz przeciwnie, on jej pragnął. Dowiedzieć się w końcu jak by to było kłaść się spać i budzić obok tej jednej, wyjątkowej osoby do końca życia. Marzenia były piękne, ale wiedział że są tylko snem na jawie. Mimo to pragnął śnić choćby chwilę dłużej.
             Drgnął zauważalnie słysząc głos Mirthala. Przez chwilę miał wrażenie, że zasnął, oparty o biurko, a mężczyzna obudził go z tego letargu. Spojrzał na niego z roztargnieniem, odgarniając włosy z twarzy. Nie spodziewał się zobaczyć tego pewnego siebie, seksownego mężczyznę opartego o framugę z opuszczonymi na stopy oczami, mnącego materiał piżamy jakby krępował się tego, że w ogóle postanowił wyjść z sypialni Berysa bez wcześniejszego zapytania go o zgodę. Białowłosy poczuł się tak, jakby ciepła woda zmyła z Mirthala otoczkę pewności i zostawiła to, co ukrywał pod śmiałym ubiorem. Nie przeszkadzało mu to, co zobaczył. Raczej poczuł się zaszczycony, że mógł zobaczyć to słodkie, nieśmiałe oblicze mężczyzny.
- Tak, tak idę… - zaczął, na końcu języka mając, że będzie spał na kanapie. Nie mógł jednak tak po prostu tego powiedzieć. Mirthal wyglądał jak spłoszone zwierzątko szukające pocieszenia. Nie dałby rady zostawić go samego w takim stanie.
                Potrząsnął głową, chcąc odgonić dziwne myśli, które napłynęły mu do głowy, a potem niespiesznie podniósł się zza biurka i spokojnym krokiem, jakby zbliżał się do dzikiego kota, podszedł do Mirthala. Kusiło go, by rzucić jakimś niewybrednym tekstem, powiedzieć coś o tym, że nie spodziewał się, że tak szybko chciał się z nim znaleźć w jednym łóżku… Powstrzymał się jednak, bo wiedział, że to nie to błękitno włosy miał na myśli. Nie chciał go peszyć jeszcze bardziej, ani dać mu powodów do myślenia o nim jak o zboczeńcu, w końcu nie był taki.
- Chodźmy, bo się przeziębisz – powiedział zamiast tego, łapiąc go delikatnie za ramiona, by zaprowadzić go z powrotem do sypialni. Posadził go na łóżku, ale wcale nie zmuszał do położenia się.
- Zaraz wrócę – obiecał, zabierając z komody piżamę dla siebie i ręczniki.
                  Wykąpał się szybko i z nadal mokrymi włosami wyszedł z pomieszczenia, nie chcąc by ten dłużej na niego czekał. Kiedy znalazł się po swojej stronie łóżka, przypomniał sobie te wszystkie zimne, niespokojne noce, podczas których próbował mimo wszystko zasnąć w zbyt dużym jak na jedną osobę łożu. Nigdy mu się to nie udało, jeśli nie był wystarczająco zmęczony i ostatecznie kończył z kocem na kanapie, jeszcze bardziej przybity i samotny. Nie wiedział jak będzie tym razem i miał nadzieję, że chociaż Mirthal wypocznie.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#441 22-11-2019 o 23h29

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

    Rozchyliłem leniwie powieki, czując delikatne poruszenie tuż obok siebie. Spojrzałem na Lawina, leżącego na moim ramieniu, wtulającego twarz w mój bark, tworzącego ciekawy kontrast między piękną, pocałowaną przez słońce skórą, a śnieżną białością, której "niezdrowy" wygląd chłopak zdążył tak bardzo polubić. Uśmiechnąłem się niemal od razu, nie zastanawiając się nawet, dlaczego: bo przecież ... on był obok, zdrowy, niezwykle słodko pogrążony we śnie, a ja kochałem go tak, że serce mogłoby mi pęknąć, gdybym go zaraz po wstaniu nie zobaczył.
    Trwałem odurzony tym bardzo silnym uczuciem, ale nawet ono dało się przebić świadomości, która podpowiedziała mi, że musi być już bardzo późno. W końcu nasze zbliżenie skończyło się, gdy ptaki na zewnątrz wydawały z siebie cichy trel, a teraz fale światła, świadczące o południu, wpadały prosto do pokoju.
    Umówiliśmy się dzisiaj na randkę, a zatem coś bardzo ważnego, coś, co miało sprawić, że Lawin... ale nie powinienem zbyt wiele się nad tym zastanawiać. Chciałem, żebyśmy mieli czas tylko dla siebie, poszli w zawczasu wybrane przeze mnie miejsce, a potem elf sam uzna, czy mu się podobało.
    Swoją drogą, właśnie zaczął otwierać oczy.
    Nie chciałem go straszyć, ale nie potrafiłem się powstrzymać: wyciągnąłem ramiona i objąłem go, i przyciągnąłem do siebie tak, że nasze nagie torsy się ze sobą zetknęły.
    - Dzień dobry - wymruczałem nisko z delikatnym, zadziornym uśmieszkiem na ustach. - Gotowy na kolejną rundę...?
    Przylgnąłem do niego całym sobą, jedną z dłoni wsuwając w jego złote włosy i całując go głęboko, na moment, by zaraz przenieść usta na jego szyję, darując tam kolejną pieszczotę, dodatkowo wzbogaconą ostrożnym przygryzieniem. Drugą, wolną dłoń posunąłem wzdłuż kręgosłupa mojego ślicznego elfa, zatrzymując ją tuż nad jego pośladkami.
    Popatrzyłem mu przez moment w oczy, jakbym naprawdę miał zamiar zrealizować to, o czym mówiłem. Potrzebowałem go trochę rozgrzać. Gdy się budził, był zupełnie zaspany i mógłby chcieć leżeć w łóżku jeszcze przez godzinę: teraz jego oczy były szeroko otwarte, źrenice rozkosznie rozszerzone, kręgosłup nieco wygięty, jakby faktycznie się czegoś spodziewał.
    Przymknąłem powieki i uśmiechnąłem się, tym razem łagodnie, już bez rysów twarzy sugerujących skłonność do podstępnych (ale wciąż pikantnych) żartów.
    - Żartowałem, kochanie. Chciałem cię tylko troszkę rozbudzić. - Ciepłym wierzchem dłoni przejechałem po jego policzku, starając się sprawić, by się uśmiechnął, bądź pogłębił już istniejący uśmiech. Po paru chwilach spoważniałem, częściowo zsuwając z nas kołdrę i szybkim spojrzeniem oceniając jego wylegujące się ciało. - A mówiąc poważnie: dobrze się czujesz? Czy po wczoraj... wszystko w porządku?
    Byłoby mi ciężko sobie wybaczyć, gdybym był dla niego przyczyną dyskomfortu, a co gorsza bólu, i nie mógłbym choćby spróbować ulżyć mu w tej sytuacji.
    Uniosłem się na przedramieniu i dałem mu jeszcze jednego buziaka, w czubek głowy.
    - Chciałbyś, żebym przyniósł ci śniadanie? Obiad? Z rozkoszą powiem wszystkim, że jesteś niedysponowany - zaproponowałem przyjemnym, powłóczystym tonem, i ułożyłem sobie głowę na zaciśniętej pięści. Tylko żartowałem, ale...
    Moje palce wytoczyły szlak idący od jego barku, przez całe ramię, muskając biodro i kończąc na udach.
    - Chciałbym dziś oglądać ciebie. Tylko ciebie. - Skupiłem na nim swoje spojrzenie. Felixa uwielbiałem z całego serca, ale ten dzień miał być wyjątkowy. Gdybym mógł poświęcić go swojemu elfowi, byłbym przeszczęśliwy.
    Jednocześnie trochę obawiałem się tego, że gdy mi odpowie, jego głos może być zachrypnięty.


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#442 08-12-2019 o 23h36

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

           Płynąłem leniwie na falach sennego upojenia, ciesząc się ciepłem i cudownym zapachem, który łaskotał mnie po nosie za każdym razem, gdy brałem oddech. Nie chciałem jeszcze wstawać. Było mi tak bardzo wygodnie i przyjemnie, a na zewnątrz czekał na nas Felix i rodzice i choć bardzo ich kochałem, nie chciałem tego dnia opuszczać boku Yervanta. Nasza noc, która skończyła się tak przyjemnie nadal odbijała się echem w moim ciele i choć nie było to może do końca komfortowe, nie miałem zamiaru narzekać. W końcu oboje tak się staraliśmy i no cóż… choć była to myśl zawstydzająca i może nieco zbyt śmiała, miałem nadzieję, że jeszcze kiedyś to powtórzymy.
                W końcu jednak trochę wyrzutów sumienia zakradło się do moich myśli i chcąc czy nie, musiałem otworzyć oczy. Ale widząc przed sobą rozluźnioną i tak piękną, ukochaną twarz mojego męża, przestałem żałować. A kiedy zaraz ramiona chłopaka objęły mnie i wciągnęły na siebie, poczułem jak rumieńce wkradają się na moje uszy. Bo my nadal byliśmy nadzy, a jego głos, tak ciepły i zadziorny obiecywał mi kolejną dawkę nieziemskiej przyjemności, której już wiedziałem, że nie będę w stanie mu odmówić.  Na głęboki pocałunek, połączony z dłońmi przesuwającym się wzdłuż mojego ciała nie mogłem odpowiedzieć inaczej niż zadowolonym, leniwym pomrukiem aprobaty. Uwielbiałem kiedy to robił. Kiedy w tak namacalny sposób udowadniał mi jak wielkie łączy nas uczucie. Zaraz jednak leniwa pieszczota zmieniła się w coś mniej spokojnego, a ja nie potrafiłem nic zrobić z tym, że oddech mi przyspieszył, a serce biło w piersi szybciej niż do tej pory.
- Yervant – jęknąłem, nie bardzo wiedząc co w zasadzie chciałem uzyskać. Poprosić go by przestał, czy raczej wręcz przeciwnie.
             Niemniej kiedy stwierdził, że to był tylko żart, poczułem jakiś rodzaj zawodu, który zaraz zniknął, kiedy jego ciepła dłoń znalazła się na moim policzku. Natychmiast przytuliłem się do niej, przymykając oczy. Kochałem go tak bardzo, a chwile takie jak ta sprawiały, że i ja czułem się kochany. Skrzywiłem się, kiedy upiór zrzucił z nas kołdrę, pozwalając chłodnemu powietrzu owiać nasze nagie ciała. Widząc jego przesuwający się po mnie wzrok, zarumieniłem się, ale nie próbowałem zakryć. Jakoś tak, po wczoraj mniej przeszkadzała mi myśl, że widział mnie w całej okazałości, z wszystkimi niedoskonałościami i śladami, które po sobie zostawił.
- Em… wszystko w porządku – powiedziałem, a raczej próbowałem, bo zaraz okazało się, że z mojego gardła wydobywają się tylko ochrypłe, zawstydzające dźwięki. Zagryzłem wargę, nie bardzo wiedząc co z tym zrobić. A kiedy spojrzałem w dół, podążając za wzrokiem męża, dostrzegłem że tak jak poprzednim razem, po obu stronach na biodrach miałem po pięć siniaków, które doskonale obrazowały, gdzie białowłosy trzymał mnie przez całą, intensywną noc.
           Przełknąłem ślinę, próbując jakoś nawilżyć obolałe gardło, ale niewiele mi to dało.
- Nic mi nie jest – spróbowałem jeszcze raz i tym razem udało mi się zabrzmieć… niezbyt dobrze, ale przynajmniej dało się zrozumieć, co mówię. Przynajmniej nie było słychać, że nie do końca to była prawda. Niby nie bolało tak jak za pierwszym razem, ale nadal czułem w biodrach intensywność nocy.
- Naprawdę – spróbowałem jakoś go przekonać, ale nie wyglądał jakby do końca mi wierzył.
- Udowodnię! – oznajmiłem buntowniczo, ale kiedy tylko dzielnie podniosłem się do siadu, musiałem się powstrzymać przed wydaniem z siebie niezbyt pozytywnego dźwięku. – W-widzisz? Nic mi nie jest – próbowałem dalej, nie chcąc żeby pomyślał, że zrobił mi krzywdę.
            Widząc jego minę, w końcu dałem za wygraną i położyłem się z powrotem, natychmiast wtulając się w jego ramiona i zmuszając go by spojrzał mi w oczy.
- No dobrze, może nic to nie jest dobre słowo, ale nie boli bardzo – zapewniłem, nieśmiało muskając jego policzek nosem. – No i wczoraj… podobało mi się – wyznałem cicho, czując gorąco na koniuszkach uszu. Taka była prawda. I nie zamieniłbym się z nikim na te piękne chwile.
- A co do obiadu… - zacząłem, chcąc zmienić temat, ale mój brzuch postanowił uzupełnić wypowiedź za mnie i odezwał się głośno, przypominając raczej dzikie zwierzę, albo jakiegoś jelenia na rykowisku niż głodny żołądek. – Nie odmówię – dodałem, mając wrażenie, że lepiej mimo wszystko nie pokazywać się w sali tronowej. Miałem niejasne wrażenie, że kiedy tylko się tam pojawimy, powitają nas znaczące uśmieszki i spojrzenia, a na samą myśl robiło mi się gorąco ze wstydu.
- A co z tobą? – zapytałem jeszcze, przez chwilę zatrzymując go przy sobie. – Jak ty się czujesz? – chciałem wiedzieć, czy się wyspał, czy po wczorajszym wieczorze pełnym magii nie bolała go głowa, co czasem się zdarzało i czy miejsce, w którym uderzył go Frahil już go nie boli.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 16 17 18