Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 ... 18

#26 04-11-2017 o 23h39

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

     Nie wiedziałem co się dzieje. Naprawdę starałem się ogarnąć sytuację, ale jedyne co zrozumiałem, to to że ani ja, ani Yervant nie chcemy w tym uczestniczyć. Głupie zabawy nie dostarczały mi żadnej rozrywki, a jedynie uczucie zażenowania i wstydu, które chciały ukazać się na mojej twarzy w postaci głębokiego rumieńca. Nie dawałem się jednak i zachowałem jasność twarzy, przy zaciętej minie. Krzesła szurały po parkiecie. Ludzie zachwycali się tym, co się z nami działo, a ja chciałem się zapaść pod ziemię i już stamtąd nie wrócić. Nie rozumiałem o co chodziło elfom, które gratulowały mi jakiegoś „chłopca”. Spojrzałem pytająco na upiora, ale jakiś wysoki typ mi go zasłonił i nie mogłem wymienić z nim zdziwionych spojrzeń.
      Kiedy już tłum się uspokoił, wodzirej znów rozpoczął swoją irytującą gadkę, sprawiając że głowa zaczęła mnie boleć. Zwłaszcza, kiedy zrozumiałem, co w zasadzie miało zaraz się stać. Policzki zapiekły mnie z gniewu i zażenowania jednocześnie.
- Nie zgadzam się! – krzyknąłem, podnosząc się z krzesła. Nie uspokoiłem się, nawet kiedy jacyś dwaj goście zaczęli mnie uspokajać i chcieli z powrotem usadzić mnie na krześle. – Po pierwsze, to nie jest wasza sprawa, po drugie oboje jesteśmy mężczyznami i nie będzie w naszym związku kobiety. Nie pozwalam na coś takiego! – awanturowałem się, patrząc gniewnie w oczy wodzireja. Nie chciałem słuchać takich rzeczy. Nie miałem zamiaru się do nich stosować. I nie chciałem by ktoś miał mylne wyobrażenie na temat mnie i Yervanta przez jakiegoś idiotę.
- Puśćcie go – zażądał ktoś z tłumu spokojnym tonem. Dwa goryle puściły moje ramiona, a do nas podeszła moja matka ze spokojem wypisanym na twarzy. – Lawin, słońce nie denerwuj się tak – poprosiła mnie, gładząc mnie po policzku. – Jeśli nie chcesz, pominiemy tę zabawę, prawda? – rzuciła, akcentując ostatnie słowo.
- Jeśli tak sobie życzysz, wasza wysokość – ukłonił się mężczyzna, posyłając mi filuterny uśmiech. Już wiedziałem, że bardzo go nie lubię.
             Tłum się uspokoił, a ja usiadłem na krześle. Byłem zmęczony. Chciałem tylko iść spać. Niestety irytujący facet miał co do mnie inne plany. Poczułem jego dłoń na swoim ramieniu. Musiałem się bardzo powstrzymać by jej nie zrzucić. Nie znosiłem dotyku obcych osób.
- W takim razie, proszę pana młodego o wybranie innej liczby od jeden do dziesięciu – zażądał, niby milutkim tonem, ale ja wiedziałem, że jakiejkolwiek cyfry bym nie wybrał, on da mi do wykonania coś wrednego, uwłaczającego i żenującego.
- Cztery – rzuciłem zrezygnowany, mając nadzieję, że im szybciej to zrobię, tym szybciej będę mógł iść i mieć spokój.
- Bardzo dobry wybór! – ucieszył się wodzirej, po czym machnął na jakiegoś dzieciaka, który podał mu złotą monetę. – Proszę pana o powstanie – rzucił, uśmiechając się do mnie złośliwie. Chłopiec ustawił po drugiej stronie parkietu talerzyk. – Zadanie dla pana polega na tym, by przenieść tę oto monetę między nogami bez upuszczenia jej, aż do tamtego miejsca – wyjaśnił, podając mi pieniążek.
               Zamrugałem zaskoczony powiekami. Że co? Ludzie patrzyli na mnie wyczekująco. Czułem, że się nie wymigam. Czując się jak największy kretyn na świecie, wykonałem polecenie, idąc z monetą między udami jak jakaś kaczka. Miałem nadzieję, że teraz już dadzą mi spokój. Niestety się przeliczyłem, poczułem jak ramię wodzireja obejmuje mnie za szyję, po czym zostałem przyprowadzony do Yervanta, jakby mnie przedstawiał.
- Gratuluję – powiedział, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. – Książę Lawin zdał test na dziewictwo śpiewająco. Proszę się nim dobrze zająć – parsknął, popychając mnie w kierunku upiora, tak że wpadłem na jego kolana.
- Trzymaj mnie, albo nie ręczę za siebie – mruknąłem do białowłosego, czując że mimo moich starań, moje uszy przypominają dojrzałe pomidory.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#27 05-11-2017 o 16h09

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

     Interwencja Lawina wcale mnie nie zdziwiła. Lepiej późno niż wcale- myślałem, patrząc nie bez nadziei na matkę mojego małżonka, wychodzącą naprzeciw tłumowi. I kiedy już, już byłem przekonany, że to w takim razie koniec... moje marzenia zostały brutalnie zniszczone.
     Zaczęła się jakaś nowa zabawa. Lawin miał teraz przenieść monetę między swoimi udami. Po co? Dlaczego? Tego nie wyjaśniono. Nie mogąc patrzeć dłużej na ten upokarzający mym zdaniem widok, przysłoniłem sobie twarz dłonią.
     Długo jednak mnie tak nie pozostawiono. Ręka natychmiast zniknęła z mej twarzy, gdy poczułem, że coś pada mi na kolana. Lawin?
     I jakie dziewictwo znowu? Delikatnie się zaróżowiłem, gdy uświadomiłem sobie bezpośredniość otaczających nas typów.
     -Przeraża mnie pańska obcesowość. Proszę się tak więcej nie zwracać do mojego szanownego małżonka- niemalże warknąłem, jednocześnie uśmiechając się na tyle na ile mogłem uspokajająco do Lawina, i pomagając mu wstać.
     Wodzirej nie był pod wrażeniem mojej gry aktorskiej.
     -Dobra, dobra... co innego teraz!- zakrzyknął, a widać było, że gorączkowo zastanawiał się, co by tu dalej zorganizować.
     -Labirynt- szepnął ktoś z tłumu, prawdopodobnie ktoś wtajemniczony, bo organizator od razu się ożywił.
     -Przypomniałem sobie! Następną zabawą będzie 'droga labiryntu'.
     -Tu nie ma labiryntu- stwierdziłem, ale spotkało się to tylko ze śmiechem wodzireja.
     -Moi ludzie już go postawili. Jest tam- oznajmił, wskazując mi palcem jakąś przestrzeń w oddali.
     Było już trochę ciemno, ale istotnie, można było tam ujrzeć wysokie żywopłoty. Strzelałem, że to musiała być jakaś magia, bo jak inaczej mogłyby się tak szybko pojawić?
     -A więc chodźmy- nie mogłem uciec, wodzirej objął mnie swoim silnym ramieniem i zaczął prowadzić, wraz z innymi, w stronę żywopłotu.
     -A zatem- zaczął, gdy już przed nim stanęliśmy- labirynt ma dwa wejścia. W jednym stanie jeden panicz, a w kolejnym drugi. Wasze oczy zostaną zasłonięte wstęgami- tłumaczył, a ktoś zaszedł mnie od tyłu, i zaraz zgodnie z obietnicą wszystko zlało się w czerń za sprawą opaski. -Wejdziecie do labiryntu z różnych stron i, wierzcie mi lub nie, ale w mig odnajdziecie się dzięki sile wzajemnej miłości. Będziecie patrzeć sercem, nie oczami. Zaczynamy!
     Przerażony, że nic nie widzę i jestem zdany na łaskę potworów, opierałem się nieco przy prowadzeniu do wejścia. W końcu jednak ktoś popchnął mnie lekko do przodu i, po sprawdzeniu swojego otoczenia rękami, potwierdziłem własne przypuszczenie, że od teraz znajdowałem się wewnątrz labiryntu.
     Szedłem do przodu, a ogarniała mnie coraz większa cisza. Cieszyłem się tylko, bo chyba nikt nas nie obserwował. A to by teoretycznie oznaczało, że mogłem sobie poluzować tę wstęgę na oczach, prawda...?
     Niestety, w momencie, gdy tego spróbowałem, rozniósł się donośny głos wodzireja, dochodzący jakby z oddali:
     -Byłbym zapomniał, za oszukiwanie dostajecie od siebie nawzajem po pięć klapsów w tyłek!
     ... chyba wolałem nie ryzykować. Opuściłem dłonie i szedłem dalej, czasem obijając się o ściany żywopłotu, czasem prawie wywracając o własną szatę.
     Wreszcie wydało mi się, że słyszę jakiś szmer.
     -Lawin?- zapytałem pełen nadziei, że to już koniec, idąc nieco szybciej.
     Szmer stał się nieco głośniejszy. Coś wyraźnie podążało w moją stronę.
     -Lawin, to chyba koniec- powiedziałem zadowolony, idąc przed siebie jeszcze prędzej.
     Lawin też się do mnie zbliżył. Chyba. W każdym razie czułem na sobie jego ciężki oddech.
     Zaraz, czy on wcześniej też tak dziwnie pachniał?
     -No powiedz coś- poprosiłem, a po chwili, całkiem już zniecierpliwiony, wyciągnąłem ręce i dotknąłem chłopaka przed sobą.
     -... dziwne. Nie podejrzewałbym cię o tak zarośniętą klatę- zaśmiałem się, coraz to niepewniej, czując pod palcami niemalże gęste futro. -A może to jakiś żart i powiedziano ci, że masz nic nie mówić? Pewnie miałeś mnie tylko nastraszyć, tak?
     Nadzieja na nic się jednak nie zdała.
     Do moich uszu dotarło niskie, bardzo niskie 'wrr'.
     -To nie jest śmieszne!- odsunąłem się na dwa kroki, zrywając wreszcie z oczu własną przepaskę.
     Gdybym mógł, w szoku zapadłym się w sobie.
     Przede mną, na dwóch łapach, stał potężny niedźwiedź.
     I nie wyglądał, jakby był pokojowo nastawiony.
     -S-spokojnie...- odsunąłem się powoli, kroczek za kroczkiem do tyłu, ale wtedy zwierzę opadło na cztery łapy i zaczęło do mnie przybliżać.
     Nie miałem innego wyboru. Odwróciłem się do niego tyłem i zacząłem uciekać.
     Pędziłem, słysząć za sobą sapanie zwierza i coraz szybsze uderzanie łap o trawę.
     -Pomo...!- chciałem krzyknąć, ale na pierwszym zakręcie wpadłem na kogoś.
     -Niedźwiedź- powiedziałem szybko do Lawina pod sobą, jednocześnie zapisując w swojej głowie, że jeśli wyjdziemy z tego żywi, to potem pomogę mu wykurować się z siniaków, jakie niewątpliwie powstaną.


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#28 05-11-2017 o 20h50

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

      Z każdym kolejnym słowem wodzireja, czułem się coraz bardziej niespokojny. Nie podobał mi się pomysł chodzenia po jakimś podejrzanym labiryncie, po ciemku w dodatku z zasłoniętymi oczami. Nie miałem jednak żadnego wyboru. Siłą zaciągnęli mnie do jednego z wejść i zawiązali opaskę na oczach. Nie chciałem tam wchodzić. Czułem chłód bijący od magicznie wyrośniętego żywopłotu i to ani trochę nie uśmierzało moich obaw. Nie zdążyłem zaprotestować, kiedy ktoś popchnął mnie do przodu, a ja poczułem jak ciepło ogrodu zostaje za mną. Nie miałem innego wyjścia, jak tylko podążać wytyczoną przez zieloną ścianę ścieżką. Wiedziałem, że posuwam się bardzo powoli, ale inaczej nie potrafiłem. Otaczała mnie cisza i tylko niekiedy słyszałem w niej poruszenia liści, jakby coś ocierało się o krzaki. Im dalej w to wszystko brnąłem, tym bardziej przerażony się czułem. Najdrobniejszy szmer sprawiał, że podskakiwałem jakby ktoś dźgnął mnie pod żebra i obracałem głowę w tamtym kierunku. Przestraszyłem się, kiedy roślina, której do tej pory dotykałem, usunęła się spod moich palców. Nadal było bardzo cicho, dlatego nie wiedziałem co się dzieje. Po chwili jednak zdałem sobie sprawę, że znajduję się na rozwidleniu dróg. Nie wiedziałem, w którą stronę powinienem iść. Opaska na oczach irytowała mnie, ale usłyszałem przestrogę najwyraźniej skierowaną do Yervanta. Gdzie on mógł być.
       Skierowałem się na lewo, ale nie minęło nawet pięć minut, a ja usłyszałem jakby przede mną upadło coś wielkiego. Poczułem na twarzy krople, a zaraz potem świst przecinanego powietrza. Instynktownie odskoczyłem do tyłu, ale to coś zdołało drasnąć mój policzek. Poczułem jak po wyziębionej skórze spływa mi gorąca stróżka krwi. Tyle mi wystarczyło, by odrzucić wszelkie pozory. Odwróciłem się na pięcie i starając się jednak nie wrzeszczeć, pobiegłem na oślep przed siebie. Nie wiem, ile czasu tak biegłem. Nie wiedziałem, czy to coś za mną podąża, bo w uszach słyszałem jedynie szum krwi.
       Zderzenie z czymś wyższym ode mnie, na dodatek twardym jak czyjaś broda wcale nie było przyjemne. Wylądowałem na ziemi, zagryzając wargi do krwi, by powstrzymać cisnący mi się na usta wrzask.
- Niedźwiedź – usłyszałem głos Yervanta. Nie dotarło do mnie, to co powiedział. Byłem tak szczęśliwy, że w końcu nie byłem sam w tym koszmarze, że zanim zdołałem się powstrzymać, a on ze mnie wstać, objąłem go za szyję, nie pozwalając mu się od siebie odsunąć.
- To wszystko jest chore – wydusiłem z siebie przerażonym głosem.
              W końcu jednak musiałem puścić upiora, a zmotywowało mnie do tego głuche warczenie, które usłyszałem tuż obok nas. Powoli podniosłem się do siadu, po czym zerwałem z głowy opaskę. Nie interesowało mnie, co ten szaleniec powie, chciałem wiedzieć co się dzieje. Widząc pysk wielkiego, włochatego zwierza, stwierdziłem, że już lepiej mi było z opaską na oczach.
- Są lepsze sposoby na pozbycie się niechcianego zięcia niż upozorowanie ataku niedźwiedzia – zażartowałem, wcale nie czując się w nastroju do żartów. Raczej jakby ktoś wierutnie sobie z nas zakpił, a potem stał nad nami, śmiejąc się do rozpuku. Przełknąłem ślinę, ale stwierdziłem, że jeśli ktoś miał coś zrobić z nadprogramowym zwierzem, to ja.
- Nie ruszaj się – poprosiłem upiora, samemu podnosząc się z ziemi z wyciągniętą dłonią.
- Spokojnie – mruknąłem, zwracając się tym razem do niedźwiedzia. Pamiętałem co mówił mój nauczyciel na jednej z lekcji, które i tak miały mi się nie przydać w życiu, ponieważ rodzice nie pozwalali mi brać udziału w polowaniach. Niedźwiedzie czuły w elfach dzieci lasu i jeśli nie sprowokowało się ich, lub nie zagroziło ich młodym, nie atakowały nas.
- Już w porządku – powiedziałem cicho, podchodząc na drżących jak galareta nogach do dzikiego zwierza. – Wszystko będzie dobrze – zapewniałem, ale nie byłem pewien, czy siebie czy kogoś innego.
               Bestia patrzyła na mnie, obnażając zęby, ale ja nie ustępowałem i zbliżałem się coraz bardziej, cały czas szepcząc jakieś uspokajające słowa. W końcu zbliżyłem się na tyle, że zwierz był w stanie powąchać moją dłoń. Serce biło mi jak oszalałe ze strachu, ale wiedziałem, że nie mogę się teraz cofnąć. Gdybym się zawahał, mógłbym zginąć. Wydawało mi się, że stałem tam z pół godziny, chociaż tak naprawdę trwało to tylko kilka sekund. Niedźwiedź sapnął, mruknął i odszedł, człapiąc wielkimi łapami i kołysząc łbem.
             Wszelkie siły mnie opuściły. To było dla mnie za dużo. Osunąłem się na kolana, plamiąc już i tak brudną szatę. Miałem wrażenie, że mózg zaraz mi eksploduje, a to nie był koniec, tej „wspaniałej zabawy”.
- Zabierz mnie stąd – poprosiłem wypranym z emocji głosem. Policzek mnie bolał, z rozciętej wargi nadal sączyła się krew, a krew pozbawiona już adrenaliny szumiała mi w głowie, potęgując jej ból. Chciałem się już tylko położyć i spać.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#29 06-11-2017 o 14h33

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

     Cóż, czyli to by było na tyle, jeśli chodziło o wybawienie. Lawin był równie przerażony co ja, a do tego chyba jeszcze nie zdawał sobie sprawy, jakie zagrożenie na nas czyhało.
     Moment później zauważył, że mamy trzeciego do pary.
     -Ha, ha...- udałem śmiech, zaraz jednak chcąc zerwać się z siadu, kiedy elf się podniósł. -Ej, nie chcesz się z nim chyba pojedynkować?
     Chciałem jakoś dać znak, by się nie narażał, ale zauważyłem, że każde wywołanie hałasu denerwowało niedźwiedzia. A Lawin był już na więcej niż wyciągnięcie dłoni ode mnie.
     Miałem wielką ochotę zamknąć oczy, kiedy zbliżył się do zwierzęcia tak, że zaczęło ostrzegawczo warczeć. Lawin, nie rób tego- mógłbym krzyknąć, ale to tylko pogorszyłoby sytuację.
     Trzęsłem się pewnie prawie równie mocno co chłopak, kiedy już dał powąchać swoją dłoń. To się nazywała zabawa w ruletkę. Mogłeś wygrać wszystko- albo nic.
     Kamień, a może nawet głaz spadł mi z serca, gdy niedźwiedź zaczął się wycofywać; zaraz jednak na powrót urosła mi gula w gardle, bo elf upadł, a ja miałem wrażenie, że stało się coś, o czym nie wiedziałem.
     Prośby o zabranie nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Ukucnąłem przy chłopaku, po czym włożyłem mu pod kolana jedną dłoń, a drugą pod plecy.
     -Będzie dobrze- obiecałem, podnosząc małżonka bez specjalnego wysiłku. Czasem jednak upiorne moce się przydawały- choć słabsze od tych wampirów, nigdy zupełnie w nas nie umarły.
     Przyciskając chłopaka do klatki piersiowej, szybkim krokiem udałem się w stronę wyjścia z labiryntu. Czasem zerkałem na twarz elfa, trapiąc się tym, co nam ze wszystkich głupich zabaw przyszło- teraz niewinna osoba mogła zostać oszpecona blizną, a i żadne dobre wspomnienia z dzisiejszego dnia nam w głowach nie pozostały.
     Mało nie napłynęły mi łzy do oczu, gdy dotarłem wreszcie do upragnionego wyjścia.
     -Łuhu! Brawo! Hip hip hurra młodej parze!- kretyn od zabaw zaczął kręcić się wokół własnej osi, zachęcając innych do tego samego.
     Było głośno, nikt nie zwracał uwagi na to, że coś jest ewidentnie nie tak. A we mnie coraz mocniej wrzała złość i wcale już nie miałem ochoty na 'zabawy'.
     -Morda!- krzyknąłem, a wszyscy się zatrzymali, patrząc na mnie, chyba po raz n-ty dzisiaj, zdegustowanym wzrokiem. I w sumie to miałem nadzieję, że Lawin odpłynął i tego nie zapamięta. -Fajnie, że się tak dobrze bawicie, co? Wpuściliście nam prawdziwego niedźwiedzia do labiryntu! Lawin jest ranny...- dopiero po tych słowach rozległy się zaskoczone wzdechnięcia.
     -Lawin?- nie minęło kilka sekund, a elfia para królewska znalazła się przy mnie.
     -Źle się czuje. Trzeba go zabrać do namiotu- nakazałem twardym tonem, na co od razu przybiegły do mnie dwie służki i wraz z resztą tałatajstwa pobiegliśmy w stronę jednego ze schronień.
     Nie było żadnych łóżek, więc usiadłem na najbliższym miękkim siedzeniu z Lawinem na kolanach. Krępująca sytuacja, nawet bardzo... ale gdybym posadził go samego, mógłby się przewrócić.
     -Pan może już iść, damy sobie radę- powiedziała medyczka, która właśnie wpadła do namiotu i poczęła wyjmować jakieś strzykawki.
     -Nie- zaoponowałem, odsuwając się trochę, kiedy jeden z wcześniejszych goryli, zmuszających nas do wypicia wina, chciał zabrać mi z rąk młodego elfa. -Znowu coś wymyślicie. Na mojej warcie nikt nie umiera.
     -To jest tylko draśnięcie- siostra przewróciła oczami, jednocześnie pstrykając palcami w napełnioną niezindetyfikowanym płynem strzykawkę.
     -Właśnie widzę. Zostaw. mnie. w spokoju- wycedziłem chłodno do goryla, który już prawie łapał Lawina za nogę. I chyba wreszcie się odczepił, bo łaskawie stanął przy wejściu do namiotu.
     -A teraz podam mu zastrzyk adrenaliny...- kobieta w białej sukience zbliżyła się do elfiego księcia, po czym bezceremonialnie wbiła mu igłę w dłoń. -Trzeba go ożywić i dalej ciągnąć zabawę, nic nam nie przeszkodzi- dodała wesoło.
     Miałem nadzieję, że to nie była prawda.


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#30 06-11-2017 o 20h21

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

           Nie miałem siły zaprotestować, kiedy Yervant wziął mnie na ręce i niósł gdzieś jak jakąś księżniczkę. Byłem po prostu zbyt zmęczony, a jego zapach był w jakimś stopniu uspokajający. Zanim zdałem sobie sprawę z tego co robię, zasnąłem w jego ramionach, wtulając nos w klatkę piersiową upiora.
***

            Obudziło mnie nieprzyjemne uczucie kłucia w dłoni. Zaspany podniosłem powieki, tylko po to by dojrzeć, że półleżę na kolanach Yervanta, a jakaś nieznajoma uzdrowicielka, która chyba nigdy przy ziołach nie stała, wyciąga z mojej dłoni igłę. Zmarszczyłem brwi, widząc pusty zbiorniczek strzykawki. Co ona mi podała? Przekonałem się o tym bardzo szybko. W jednej sekundzie świat zwolnił, a ja poczułem się jakby ktoś rzucił na mnie zaklęcie pobudzające. Nie mogłem usiedzieć, musiałem się ruszyć. Każdy szczegół mojego namiotu był wyraźny, a szumiąca w uszach krew nie pozwalała mi się uspokoić. Chciałem uciekać. Poderwałem się do góry, cofając się przed wszystkimi zebranymi w prowizorycznym pomieszczeniu. Byłem jak zaszczute zwierzę i tak też się czułem.
- Już mu lepiej! – krzyknęła kobieta, łapiąc mnie niedelikatnie za dłoń, w którą wcześniej się wkłuła. Wiedziałem, mimo otumanienia, że będę mieć na niej jutro wielkiego siniaka.
            Wyszarpnąłem się z jej uścisku, ale zaraz ktoś złapał mnie za ramiona i wyprowadził z namiotu na świeże powietrze. Chłodne powietrze wieczora nieco mnie otrzeźwiło, choć nadal czułem się jakbym wypił czystą energię, która rozsadzała mnie od środka. Doszliśmy do parkietu, gdzie połowa gości oddawała się dzikim pląsom. Nie wiem co mi strzeliło do głowy. Chyba po prostu chciałem się pozbyć tego uczucia swędzenia pod skórą. Odnalazłem Yervanta wzrokiem i podbiegłem do niego, by złapać go za łokieć i gibiąc się, bo tańcem bym tego nie nazwał, w rytm muzyki, wyciągnąć go na środek parkietu. Teoretycznie potrafiłem tańczyć. Ale to co się stało… Chciałem zapomnieć i wymazać z pamięci wszystkich gości. Najpierw spokojnie ciągałem upiora do wykonywania ze mną najprostszych ruchów, ale w końcu stwierdziłem z jakiegoś powodu, że to za mało.
- Zagrajcie mi tango! – zażądałem, co publiczność od razu przyjęła wiwatowaniem.
- Mieliśmy się dalej bawić! – zaprotestował wodzirej, ale przerwał mu Frahil, podając gościowi pełną butelkę jakiegoś trunku.
- Niech tańczą – wybełkotał elf, zarzucając rękę na ramię mężczyzny. – Niech też coś dobrego mają z tej imprezy.
              Uśmiechnąłem się zadziornie, kiedy przez szum krwi w uszach przedarły się pierwsze takty piosenki.
- Zatańczysz ze mną? – zapytałem Yervanta, po czym znów nie czekając na jego zdanie, ująłem jego dłoń i zacząłem prowadzić w tańcu jak kobietę. Może nie było to zbyt poprawne politycznie z mojej strony, ale naprawdę nie wiedziałem co się ze mną działo. Adrenalina w moim stanie, nie była dobrym pomysłem.
                 Elfy i upiory były zachwycone naszym tańcem. Ja sam z każdą chwilą jednak czułem się coraz słabszy. Hormon nie dostarczany mojemu osłabionemu organizmowi przestawał działać, a ja miałem tego skutki odczuć w najbliższej przyszłości. W momencie, w którym powinienem pozwolić Yervantowi zawisnąć bezwładnie w moich ramionach, poczułem, że to ja tracę władzę w kończynach. Zrobiło mi się ciemno przed oczami i zanim zdołałem przewrócić upiora, sam upadłem.
- Nic mi nie jest, nic mi nie jest – zapewniłem, kiedy po raz kolejny tego dnia moja matka zmaterializowała się u mojego boku. Ból głowy powrócił ze zdwojoną siłą i tylko cudem z tego wszystkiego nie zacząłem wymiotować.
               Ktoś pomógł mi wstać, a potem już o własnych, wątłych siłach zdołałem doczłapać się do stołu i opaść na jedno z krzeseł. Odchyliłem się do tyłu, ciężką głowę opierając o drewnianą ramę krzesła. Dopiero teraz zacząłem odczuwać ogrom zmęczenia jaki zafundował mi ten dzień. Zakryłem twarz dłońmi, osłaniając podrażnione oczy przed delikatnym światłem lampek rozwieszonych nad stołem.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#31 10-11-2017 o 21h30

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

     Nie tego się spodziewałem. Co prawda wiedziałem, że adrenalina daje porządny zastrzyk energii, i było trochę podejrzanym, że uzdrowicielka chciała ją podać Lawinowi... ale zaufałem jej. Bo chyba nie musiałem patrzeć się wszytkim na ręce? To byli w końcu królewscy pracownicy, powinni być najlepszymi z najlepszych.
     Zważywszy na wydarzenia dzisiejszego wieczora, postanowiłem nie stresować  się tym, że elf zaczął zachowywać się, jakby był opętany. Spokojnie... spokojnie...- powtarzałem sobie w myślach, kiedy wychodziłem z namiotu zaraz za Lawinem. Chłopak znajdował się już przy parkiecie, ale nie na długo. Uniosłem jedną brew, kiedy zaczął biec w moją stronę.
     Spojrzałem na niego z przerażeniem, kiedy złapał mnie za łokieć i zaczął ciągnąć. Nie... on chyba stał się jednym z nich!
     -Lawin, nie mieszaj mnie, błagam- zdołałem z siebie wydusić, ale on już wyciągnął nas prosto na parkiet. Czy ta adrenalina naprawdę tak potwornie miesza w głowie?- myślałem, kiedy ze zmarszczonymi brwiami niechętnie powtarzałem po elfie jego taneczne ruchy. Mimo wszystko wciąż czułem, że szykuje się coś jeszcze większego. I miałem rację.
     -Tango?- moje oczy przybrały wielkość spodków, ale partner tego nie zauważył.
     Wiedziałem, co odpowiedzieć na tę propozycję.
     -Nie, nie i jeszcze raz nie- wycofałem się już o dwa kroki, ale nie miałem szans. Lawin był taki pełen siły i energii, że nie zdążyłbym mu się oprzeć. Choć strasznie to brzmi.
     -Chociaż zmieńmy role!- byłem gotowy się popłakać, kiedy zacząłem być prowadzony jak kobieta. No, z drugiej strony, wcześniej zrobiłem to samo Lawinowi... może powinienem to po prostu ścierpieć.
     Taniec szedł znakomicie, aż elf zaczął wyraźnie marnieć. Już tak szybko nie prowadził.  Patrzyłem na niego z niepokojem, a w końcu stał się tak wątły, że aż upadł.
      Wszyscy znowu zaczęli się wokół nas kłębić, ale chłopak żył, i chyba zamierzał usiąść przy jadalnym stole. I z jednej strony mógłbym teraz odetchnąć z ulgą- hurra, to koniec dziwnych wygibasów. Z drugiej, to był dopiero początek moich problemów- nie byłem na imprezie, z której mogłem wyjść w każdym momencie, wrócić do siebie i zapomnieć o sprawie. Nie, byłem na własnym ślubie, który okazał się katastrofą, a mój mąż był w okropnym stanie fizycznym i psychicznym.
     Czując poczucie obowiązku, też ruszyłem w stronę stołu i, odsunąwszy sobie krzesło obok Lawina, usiadłem. Dopiero teraz mogłem zauważyć, że elf dłońmi zasłania sobie twarz. Albo znowu był skrępowany, albo, co nieco bardziej prawdopodobne, coś musiało go drażnić.
     Spojrzałem na lampki uwieszone nad nami. Z tego, co wiedziałem, gdzieś wśród nich miał się znaleźć ukryty włącznik/wyłącznik.
     Chciałem pomóc koledze. Wstałem z powrotem i teraz stanąłem na krześle.
     -Zobaczmy...- mruknąłem i zacząłem szperać między lampeczkami. Trochę parzyły w ręce z nagrzania, ale byłem na tyle szybki, że nie powinny przynieść drastycznych szkód.
     Najwyżej jakiś świetny uzdrowiciel mi pomoże.
     Nie było wyłącznika. Wobec tego zszedłem z krzesła, przesunąłem je trochę, po czym dalej zacząłem sprawdzać oświetlenie.
     Było równo rozwieszone na specjalnie przygotowanym mini rusztowaniu. Rusztowanie było chybotliwe, ale miałem nadzieję, że nic dziwnego się znowu nie stanie.
     Wreszcie, przy końcu stołu, coś znalazłem. Nawet całe pudełeczko. Otworzyłem, widząc w nim parę przełączników niezindetyfikowanych funkcji. I jakiś niepozorny kabelek, który wystawał. 'Zasilanie'. Jeśli chciałem wyłączyć lampki, mogłem go spróbować odciąć.
     Wpierw wypróbowałem jednak te przyciski. Niestety wyłączały tylko pojedyncze światła, a ja nie miałem czasu. Chciałem pomóc Lawinowi, a co, jak by znowu zemdlał?
     Nie zastanawiając się dłużej, chwyciłem za nóż ze stołu, po czym wróciłem do pudełka i obciąłem kabelek.
     Nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, rozległ się dźwięk pyknięcia i...
     Wszystkie światła zgasły.
     -Co się stało?!- ktoś krzyknął, a ja, przestraszony, zamknąłem pudełeczko i zeskoczyłem z krzesła. Czemu wszystko się wyłączyło?! Nic nie rozumiałem.
     -Nic nie widzę- głos przestraszonego wodzireja mimo wszystko trochę mnie usatysfakcjonował.
     A jeszcze bardziej plusk wody, który dołączył po chwili.
     -Aaa! Wpadłem do jeziora!
     Uśmiechnąłem się delikatnie, z krzesłem przesuwając się po omacku w stronę Lawina. Było bardzo ciemno, wszystkiemu rzucał poświatę jedynie księżyc w pełni.
    Kiedy dotarłem do elfa, ktoś zdołał rozniecić spore ognisko. Spojrzałem w kierunku źródła światła, wokół którego zasiedli teraz ludzie.
     -... co powiecie na straszne historie?- zapytał ktoś.
     -Ja mam jedną. Baardzo straszną- mruknąłem do siebie, po czym znowu usiadłem obok Lawina.
     -To nie byłem ja. A teraz, co powiesz na alko?- zapytałem, wiedząc, że nie mogę już dłużej zwlekać. Chwyciłem za najbliższą karafkę i zacząłem pić prosto z niej. Ostre.
     -Dobre. Masz- podałem chłopakowi, po czym uświadomiłem sobie, że dopiero co z tego piłem, a on pewnie nie chciałby po mnie... i w ogóle. -Może lepiej nie- przycisnąłem alkohol z powrotem do siebie. Zresztą, pewnie wolał spać, a było już na tyle ciemno, że zaraz mógłby to zrobić...


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#32 11-11-2017 o 12h28

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

        Chwila spokoju była tym, czego było mi potrzeba. Trochę się uspokoiłem i ręce przestały mi drżeć. Niestety chwila nie była zbyt długa. Usłyszałem jak ktoś odsuwa krzesło po mojej prawej. Spojrzałem przez palce na Yervanta, ale nie odezwałem się. Spodziewałem się, że zrozumie, że ten dzień był dla mnie bardzo stresujący i wyczerpujący. Oczywiście nie spodziewałem się, by i on czuł się super, ale zgadywałem, że wygląda lepiej ode mnie.
- Co robisz? – zapytałem cicho, kiedy podniósł się z krzesła i zaczął coś majstrować przy rażących mnie lampkach. Czyżby zauważył? Poczułem przypływ sympatii do upiora, kiedy pomyślałem, że robił to dla mnie. Czy gdyby naprawdę był kobietą, to wszystko wyglądałoby tak samo?
            Przyglądałem się z zainteresowaniem jak grzebie przy nie chcącym współpracować oświetleniu, aż w końcu udało mu się coś zrobić. Ale to „coś”, to chyba nie było dokładnie to, o co mu chodziło. No chyba, że naprawdę chciał wyłączyć wszystkie światła. W takim wypadku udało mu się znakomicie. Odjąłem ręce od twarzy. Teraz, kiedy już nic mnie nie raziło, mogłem się cieszyć ciepłym wieczorem. Zachichotałem cicho, słysząc niezadowolony głos wodzireja. Miałem nadzieję, że pijawki, które ktoś hodował w tym stawie wgryzły mu się w tyłek.
- Dobra robota – pochwaliłem białowłosego, kiedy na powrót usiadł przy mnie.
               Ktoś rozpalił ognisko, a padające od płomieni światło padało delikatną łuną na jasną skórę upiora. Wyglądał intrygująco. Jakby ktoś rozlał czerwoną farbę na jego policzkach, a ogień zapłonął w jego oczach.
- Wiesz, jako dziecko nieco obawiałem się upiorów – wyznałem, krzyżując z nim spojrzenia. – Ale teraz, jestem stuprocentowo pewny, że nie miałem czego.
                 Tak. To była głupota. Kiedyś, gdy widziałem upiory na dworze moich rodziców, przerażała mnie ich jasna skóra i oczy przypominające lód. Poza tym, nie wychodzili zbyt często za dnia, co jeszcze bardziej utwierdzało mnie w dziecinnym przekonaniu, że są straszni, skoro nie lubią słońca. Teraz jednak byłem starszy, wiedziałem, że to nie ich wina. Że nie mogą chodzić po słońcu. No i kilka razy tego dnia widziałem jak skóra Yervanta robi się czerwona. A to był niepodważalny dowód, że płynęła w nim krew tak samo gorąca jak moja.
                 Uśmiechnąłem się szerzej, kiedy zaproponował mi trunek. Teraz już nikt nie powinien zwracać na nas uwagi, mogliśmy więc zapić nasz żal i smutek po utraconej wizji naszej współmałżonki. Już wyciągałem dłoń po podawaną mi karafkę, kiedy upiór się powstrzymał. Przewróciłem oczami i zabrałem mu z rąk szkło.
- Nie jestem już dzieckiem , tak samo jak ty. Wolno mi pić takie rzeczy – rzuciłem, po czym pociągnąłem łyka z butelki. I po raz kolejny tego dnia przekonałem się, że to nie był dobry pomysł. Zakrztusiłem się palącym napojem, prawie opluwając nim chłopaka.
- Albo wiesz co, chyba zostanę przy winie – wymamrotałem, ocierając brodę. Zawołałem na służącego, który przyniósł mi kieliszek czerwonego wina. I znów musiałem przewrócić oczami. Na szczęście na tacy miał całą butelkę, którą po prostu mu zabrałem.
- Książę, nie powinieneś… - zaczął elfi lokaj, ale powstrzymałem go uniesieniem dłoni.
- Czy wy wszyscy zapominacie, że nie jestem już dzieckiem? – zapytałem zirytowany, pociągając długiego łyka z pękatej butelki. – Jestem dorosły i mam… męża. Nie musicie już mnie niańczyć – zauważyłem, mając nadzieję, że mężczyzna nie wyda mnie mojej matce. Mimo wszystko, gdyby ona rozkazała mi przestać pić, nie mógłbym jej odmówić.
- Skaranie boskie z tymi ludźmi – mruknąłem, rozwalając się wygodnie na krześle, kiedy służący zniknął wśród drzew. – Nigdy nie pozwalają robić mi tego, na co mam ochotę – narzekałem, przesuwając palcem wzdłuż szyjki butelki. Myślałem, że może kiedy będę już starszy i po ślubie, cokolwiek się zmieni. Ale najwyraźniej nie zapowiadało się na to.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#33 11-11-2017 o 22h18

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

     Zadowolił mnie fakt, że Lawin trochę odżył. A więc jednak chodziło o te światełka.
     Ach, i mówi, że bał się upiorów? To zrozumiałe. Ale teraz, przeze mnie... już nie boi? Tak być nie mogło.
     -Hej, ten upiór potrafi być naprawdę straszny, jeśli tego zapragnie- powiedziałem, wskazując na własną osobę z wyjątkową pewnością siebie. Chłopak pewnie w myślach stwierdzi, że to żart, ale ja byłem poważny. Jeszcze mnie nie znał.
     -Ohoho...- uniosłem jedną brew na śmiałe poczynania kolegi, jednocześnie uśmiechając się zadziornie. Elf nie wyglądał mi na takiego, co jest wstanie wlać w siebie trzy browary i przeżyć.
     I miałem rację. Niestety. Niestety dlatego, że zakrztusił się napojem, czym wywołał u mnie niemalże palpitacje serca. Sztuczne oddychanie zostawmy na kiedy indziej... nie, lepiej w ogóle je zostawmy.
     Pokiwałem głową, 'winna' alternatywa, to nie był zły pomysł. No, dopóki elf nie chwycił za całą butelkę trunku. Ja nie myślałem, żeby się odezwać, ale przeczuwałem kolejną, powoli zbliżającą się katastrofę. I tak samo lokaj, ale ten został odprawiony.
     -Wow- popatrzyłem na chłopaka ze zdziwieniem. -Lawin, jakże mi ciepło na serduszku teraz- dotknąłem się w jego miejscu teatralnie. -Oficjalnie uznajesz za benefit mieć mnie za męża.
     Zaśmiałem się serdecznie z naszej sytuacji. Skoro nikt nie musi go niańczyć, bo ma męża... to czy to znaczy, że ja, będąc mężem, powinienem?
     -W sumie- rozłożyłem się wygodniej na krześle, podłapując wątek- w sumie to nie wiesz, jak by to było, gdybyś wyszedł za jakąś upiorzycę. Bo co, jeśli chciałaby ci wszystko dyktować? 'Lawin chodźmy tu, chodźmy tam, teraz pograjmy w to, kup mi tamto...'- zastanowiłem się, wiedząc, że mogłoby się tak zdarzyć.  -A co najgorsze, nie mógłbyś jej wymienić. A mnie możesz- powiedziałem, po czym zrobiło mi się nieco niezręcznie, więc chwyciłem za alkohol i pociągnąłem łyka. Ach... naprawdę ciepło się po tym robi.
     -Raz byłem sam w domu. Siedziałem na kanapie. Moja żona była w tym czasie w pracy, ale akurat tego dnia wróciła z niej wcześniej- naraz, z oddali, dało się słyszeć donośny głos wodzireja, załamujący się z zimna. -I kiedy tak siedziałem, ona w pewnym momencie...
     Zrobiło się cicho, nawet ja nadstawiłem ucha.

    -... stanęła przede mną. Jak nie wrzasnąłem ze strachu... Najgorsza sytuacja, jaka mi się w życiu przytrafiła. Poza tą przed chwilą.
     Moja ręka spotkała się z twarzą, ale tylko po to, bym po chwili miał pretekst do wzięcia kolejnego łyku alkoholu.
    -To było... wzruszające. Sami też mamy pewną historię, z Yervantem w roli głównej.
     Głos mojej matki sprawił, że niespokojnie obróciłem się na siedzeniu.
     -Trwał akurat Dzień Straszenia*. Wraz z mężem byliśmy na wizytacji w innym królestwie, a na wieczór mieliśmy wrócić do domu. Niczego nie planowaliśmy, bo nie było takiej tradycji...
     -Ale jak wróciliśmy do pałacu, spotkała nas nie lada niespodzianka- z oddali dotarł do mnie głos ojca. -Wewnątrz było całkiem ciemno, a kiedy akurat strzeliła błyskawica...
     -Usłyszeliśmy potworny krzyk. A na górze schodów, w holu, ujrzeliśmy sylwetkę małej dziewczynki- głos mojej matki był przerażający, ale byłem pewien, że moja mina jeszcze bardziej.
     -Naturalnie sądziliśmy, że dziewczę okaże się być seryjnym zabójcą jak w tych wszystkich strasznych książkach- mój tata mówił z autentycznym przejęciem- Ale wtedy zapaliły się wszystkie światła i...
     -To był Yervant. Yervant w sukience- zaśmiała się moja mama, a ja, bardzo niezadowolony, miałem ochotę wejść pod stół.
     -Przebrała go w nią jedna z służących i...
     Ale ja już nie słuchałem. I oby alkohol nie pozwolił i Lawinowi słuchać.
     Po raz kolejny dzisiaj chwyciłem za karafkę i wychyliłem ją aż do ostatniej kropli. Ohh... to mnie dobiło.
     -E... Lawin... nie słuchaj co oni o mnie mówiom... a i... czemu masz dwie głowy- zaśmiałem się, wskazując na elfa, a karafka w dłoni trochę mi się zatrzęsła, na szczęście nie mając już czego rozlać.
     -Foiwefilfd- wybełkotałem i przewiesiłem się przez oparcie krzesła.
     -Jestem pszeciesz menski...- mruknąłem, po czym znowu zacząłem pić z naczynia, w którym to jednak nic już nie było.

*Halloween xD


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#34 12-11-2017 o 14h16

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

      Parsknąłem ni to z oburzeniem, ni z rozbawieniem na stwierdzenie Yervanta. No skoro już nas sobie poślubili to chyba byliśmy małżeństwem? Krótko bo krótko, na dodatek chcieliśmy zakończyć to jak najszybciej, ale to chyba jego plan obejmował zachowywanie się jak zakochana para? Wypomniałem mu to między kolejnymi łykami czerwonego napoju. Prawie znów się zakrztusiłem słysząc alternatywną wersję mojej małżonki.
- To ja już chyba wolę ciebie – powiedziałem przerażonym tonem, mając przed oczami wizję ślicznej upiorki, która z miną aniołka ciągałaby mnie po WSZYSTKICH sklepach na targu. Czy dałbym radę wytrzymać z taką osobą? Nie wiedziałem. Poza tym nie zachwycała mnie opcja zostania pantoflem. Całe dotychczasowe życie musiałem się podporządkowywać, nie chciałem więc stracić ani minuty mojej złudnej wolności zapewnionej mi przez małżeństwo na coś, co nie niosło ze sobą żadnego pożytku.
        Potem milczeliśmy, każdy pogrążony we własnych myślach. Wieczór był ciepły, koniki polne i żaby zaczynały koncert, pieszcząc uszy naturalną muzyką, przez którą przedzierały się rozmowy i delikatne ballady wygrywane przez kapelę. Kiwałem się na boki, zasłuchany w odgłosy natury, kiedy do moich uszu dotarła rozmowa wodzireja z rodzicami Yervanta. Nie chciałem podsłuchiwać, to po prostu oni znajdowali się niedaleko, ja nie byłem jeszcze aż tak pijany, a oni mówili dosyć głośno. Zagryzałem wargi, powstrzymując się przed parsknięciem śmiechem, kiedy widziałem twarz Yervanta. Najwyraźniej i on słyszał opowieść o sobie i nie podobało mu się, że rodzice o nim rozmawiają.
- Też chciałbym zobaczyć cię w sukience – parsknąłem śmiechem, nie zważając na jego zmianę tematu. Najwidoczniej nie tylko mnie alkohol uderzył do głowy, chociaż oboje reagowaliśmy na niego zupełnie inaczej. Mnie chciało się śmiać. Po prostu śmiać. Ze wszystkiego. Miny Yervanta. Słów wodzireja. Tańczących elfów.
         Słysząc bełkot upiora nie mogłem się powstrzymać, by nie przysunąć swojego krzesła do jego. Potem złapałem jego policzki w dłonie i zacząłem ugniatać jego twarz, w taki sposób by na pewno miał głupią minę.
-Bardzo męski – zacząłem się śmiać, aż łezki radochy spłynęły mi po rumianych od trunku policzkach. A kiedy już zacząłem, nie mogłem przestać. Chichrałem się tam jak jakiś idiota, trzęsąc się razem z krzesełkiem jak obłąkany.
- Pamiętam jak pewnego lata do naszego dworu zawitali moi bracia ze wschodniej puszczy – spokojny głos mojej matki przebił się przez mgiełkę zamroczenia. Nastawiłem ucha, będąc ciekawym, o czym opowiada. Ale to co usłyszałem, wcale nie poprawiło mi humoru. – Noszą się oni bardzo oryginalnie, bo zakładają na głowy wilcze czaszki i skóry. Któregoś wieczora mój brat zabłądził w pałacu i zamiast do swojego pokoju, trafił do sypialni Lawina. Moje biedne dziecko tak się przestraszyło wuja, że przybiegło do mnie w te pędy. Po tym wydarzeniu spał ze mną do końca wizyty mojej rodziny – matka chichotała, zasłaniając usta dłonią, a ja chciałem zapaść się pod ziemię.
- A skoro już mowa o wspólnym spaniu! – przez ogólną wesołość przy stole przedarł się rozochocony głos wodzireja. – Którą mamy godzinę? – zapytał retorycznie, a tłumek wyraźnie poweselał. Ewentualnie co poniektórzy wykazywali stan ducha podobny do zażenowania.
- Już czas! Już czas! – krzyknął ktoś, a towarzystwo zaczęło podnosić się z krzeseł i zbierać kółkiem wokół mnie i Yervanta.
- Co się dzieje? – zapytałem lekko nieprzytomny. Ktoś pomógł mi wstać z krzesła i zanim się zorientowałem, byliśmy z upiorem prowadzeni przez tłum w kierunku zamku.
              Ktoś coś krzyczał, ktoś śpiewał, śmiał się, a mnie z wrażenia i ilości wypitego trunku zakręciło się w głowie. Przeprowadzono nas przez próg pałacu, obrzucając z jakiegoś powodu ryżem. Nie bardzo wiedziałem co się działo, aż zatrzymaliśmy się przed jakimiś podwójnymi drzwiami na piętrze.
- Panie, panowie – znów odezwał się mężczyzna, przekrzykując tłum. – Pora zostawić parę młodą samą sobie. Dajmy im trochę prywatności i pożegnajmy aż do jutrzejszego poranka. Udanej nocy poślubnej! – krzyknął, a kilka osób powtórzyło za nim ostatnie słowa.
              Nie zrozumiałem. Ale zanim zdołałem zapytać kogoś o co chodzi, zostaliśmy wepchnięci za drzwi i zostawieni sami sobie. „Noc poślubna”? Gdzieś mi dzwoniło, że wiem o co chodzi, ale w zamroczonym umyśle nie potrafiłem odnaleźć definicji tego określenia. Dopiero kiedy dostrzegłem wystrój pokoju, w którym się znaleźliśmy, mój mózg odnalazł właściwą drogę, zwalając na mnie rzeczywistość jak ciężką cegłę. Poczułem, że momentalnie wytrzeźwiałem. Komnata była iście królewska. Marmurowe ściany, przykryte ręcznie tkanymi gobelinami, piękne meble z ciemnego mahoniu i kominek, w którym ktoś napalił rzucający łagodny blask płomieni na wielkie łóżko z baldachimem. Zbladłem z przerażenia i poczerwieniałem z zażenowania w jednym momencie. W co oni mnie wpakowali?


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#35 12-11-2017 o 16h58

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant
   
     -Pfoielsnw, co robisz- zamarudziłem, kiedy elf zaczął bawić się moją twarzą. Wszystko mi migotało i nie byłem wcale tak daleko od zwymiotowania, a ten wręcz prosił się o to, żeby go wybrudzić.
     No i, tak jak ja, postradał zmysły. Mogłem tylko patrzeć, jak się zaśmiewał, a potem jego śmiech zlał mi się z opowieścią jego własnej matki.
     -Hehehe- zachichotałem na historyjkę. Wyglądało na to, że Lawin niejednego bał się w dzieciństwie.
     Tak czy owak nie minęło pół minuty, a już zainteresowało mnie coś zupełnie innego.
     -Spanie?- uniosłem głowę, bo zbawienne słowa nieco rozjaśniły mój umysł. -Spaniee...- wyciągnąłem ręce, kiedy jakiś elf podszedł do mnie i pomógł wstać, by potem zacząć prowadzić w kierunku pałacu. Musiałem przyznać, że kiedy byliśmy już naprawdę blisko wejścia do budynku, głowa mi opadła, i sam stałem się praktycznie bezwładny. Oprzytomniałem dopiero u celu podróży.
     -Udanej nocy poślubnej!- uśmiechnąłem się do wszystkich z wdzięcznością, bo noc po ślubie winna być bardzo miłą. Byłem padnięty, odpoczynek świetnie...
     Zmrużyłem oczy, nagle coś sobie uświadamiając. Ja już dzisiaj o tym myślałem...
     Nagle wepchnięto mnie do środka pomieszczenia. I, o dziwo, Lawin stał tuż obok mnie.
     Chcąc nie chcąc rozejrzałem się po pokoju. I wtedy sobie uświadomiłem.
     ... myślałem już o tym dzisiaj, ale wcale nie byłem zadowolony.
     Noc poślubna oznaczała połączenie ze swoim ukochanym.
     Upadłem na podłogę, łapiąc się dłońmi za głowę. Nie... to nie mogła być prawda.
     Nie mogąc wstać, przesunąłem się w stronę drzwi i chwyciłem za klamkę.
     Ani myślała ustąpić.
     -Lawin...- jęknąłem z przerażeniem. -Oni nas zamknęli...
     ...nie mogłem na zawsze pozostać na podłodze. Wstałem, podpierając się na nieustępliwej klamce.
     -Uch...- ruszyłem w stronę krwiście czerwonego łoża. Może w którejś z komod obok tego mebla znajdował się klucz?
     Siadłem z nieco za dużym impetem na materac, a on niemalże podbił mnie do góry. Potem poszperałem w komodzie.
     -To... nie... to... nie... a co to?- zapytałem, unosząc ponad twarz dziwny, metalowy, a jednocześnie puchaty obiekt.
     -Ty, to się chyba na ręce zakłada- stwierdziłem z rozbawieniem, po czym podszedłem do Lawina. -Poka, sprawdzimy- wziąłem go za nadgarstki i zapiąłem 'to coś' na nich.
     -Słabe- skwitowałem, bo rzecz nie wyglądała najpiękniej. Postanowiłem ją zdjąć, ale...
     -...- ku mojemu przerażeniu, tego nie dało się zdjąć.
     Odsunąłem się na dwa kroki, nie wiedząc, co robić.
     -Eee... przynajmniej w nocy będę bezpieczny?- pomyślałem, a dopiero po chwili uświadomiłem sobie, że zrobiłem to na głos. -Ups... hehe- czyli przypadkiem wyszło na to, że obawiałem się Lawina. To na tyle, jeśli chodziło o budowanie zaufania.
     -Hmm- wróciłem znowu do szafki i chciałem znaleźć coś do uwolnienia elfa, ale jedyne, co odkryłem, to jakąś dziwną tubkę.
     -Lawin, czemu oni tutaj trzymają żel pod prysznic?- zapytałem ze zdziwieniem, prezentując mu tubkę z tajemniczym, niebieskim, gęstym płynem.
     Ale w sumie...
     -Pomogę ci- zadecydowałem, znowu zbliżając się do kolegi. Otóż teraz stwierdziłem w swojej spitej głowie, że żel pomoże zdjąć dziwne bransolety. Dzięki niemu zrobi się lepszy poślizg.
     Jak pomyślałem, tak uczyniłem. Wylałem żel na miejsce wokół ozdoby, po czym rzuciłem tubkę w kąt.
     -Psst, synu- na czyjś szept podskoczyłem w miejscu i spojrzałem od razu w stronę dziurki od klucza. Czyjeś oko (prawdopodobnie wodzireja) łypało przez nią- to nie tam, tego się gdzie indziej używa!
     Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Zebrałem więc z podłogi żel, podszedłem do drzwi i... prysnąłem nim prosto przez dziurkę od klucza.
    -Gdzie indziej, czyli tu?- zapytałem niewinnie, ale krzyk i odgłosy oddalających się kroków utwierdziły mnie w przekonaniu, że chyba jednak nie.
     -I co, da się to zdjąć?- zwróciłem się do Lawina, ale wątpiłem, żeby tak było.
     I wtedy zauważyłem wtapiające się w ścianę niepozorne drzwi. Czy to była nasza szansa na zbawienie?


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#36 13-11-2017 o 22h29

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

     Przestraszyłem się, kiedy Yervant tak niespodziewanie upadł na podłogę, łapiąc się za głowę. Nie wiedziałem co się dzieje, ale nie byłem w stanie krzyczeć, żeby wezwać kogoś na pomoc. Głos uwiązł mi w gardle. Jeszcze nigdy nie czułem się tak skrępowany jak w tamtym momencie. Tysiące myśli przelatywało przez moją głowę, ale żadna nie dawała mi jasnego obrazu zaistniałej sytuacji. Noc poślubna oznaczała konsumpcję małżeństwa, ale w naszym wypadku to by nie zadziałało. Przecież oboje byliśmy facetami, na dodatek nie sądziłem by którykolwiek z nas tego chciał.
- Do... dobrze się czujesz? – zapytałem zaniepokojony upiora, kiedy ten uwiesił się na klamce całym ciężarem ciała. Nie wiedziałem co robić, dlatego stałem jak ten słup soli w jednym miejscu, skubiąc nerwowo mankiet rękawa.
        Zmarszczyłem brwi w zdumieniu, kiedy chłopak powiedział, że nas zamknęli. Tyle to i ja zauważyłem, ale to była kolejna rzecz, z którą nie wiedziałem co zrobić. Poza tym, nie mogli nas tu trzymać wiecznie no i wodzirej powiedział coś, że zobaczymy się na śniadaniu, więc dłużej niż do rana nie mogli nas więzić. Nie wiedziałem więc skąd te nerwy u upiora. Może miał klaustrofobię? Albo nie lubił kiedy się go zamykało? Dla mnie nie była to nowa sytuacja. Cztery ściany i ja. Co prawda drzwi zawsze były otwarte, ale strażnicy stojący za nimi murem byli jak zamek nie do pokonania, bo nie było do niego klucza.
            Przyglądałem się w ciszy poszukiwaniom Yervanta, powoli uspokajając myśli i uczucia. Nikt do niczego nie mógł nas zmusić, a i widziałem po minie i zachowaniu upiora, że on również nie ma zamiaru poczynać jakichś kroków w tym kierunku. Jeszcze tego by brakowało, żebym zaczął się bać mojego jedynego sprzymierzeńca w tej sytuacji.
- Czy to są kajdanki? – zapytałem zdziwiony i zdegustowany jednocześnie, zastanawiając się, po co to komu w sypialni. Z tego co wiedziałem, lochy kryły się w podziemiach tego ogromnego zamczyska, a i żadne z tamtych narzędzi nie miało w sobie ani krztyny… futerka?
             Myślałem, że Yervant żartuje z tym sprawdzaniem, czy działa, czy na dłonie, czy nie wiadomo co jeszcze. Dlatego się nie cofnąłem. I to był błąd, bo chyba podpity umysł upiora nie skojarzył, że to się może źle skończyć. Zagryzłem wargi, by powstrzymać cisnące mi się na usta przekleństwo niegodne elfiego księcia. Nie lubiłem mieć skrępowanych dłoni. Ani tym bardziej mieć ich w puchatych kajdankach, będąc zamkniętym z jakby nie patrzeć obcym człowiekiem w jednym miejscu. Uniosłem brew do góry, słysząc że przynajmniej może czuć się bezpieczny.
- W takim razie znajdź drugie i sobie załóż, żebym i ja mógł spać spokojnie – mruknąłem zły, szarpiąc się z metalem. Niestety dziadostwo wcale nie było tak słabe na jakie wyglądało. Nawet upiór nie dał mu rady, a tym bardziej jakiś dziwny żel, który owszem, sprawił że moje dłonie były śliskie, ale nic poza tym. Bransolety były zbyt wąskie, bym dał radę przecisnąć przez nie dłonie, nie raniąc się przy tym, a nie miałem na to specjalnej ochoty.
- Tak samo jak spodnie przez głowę – zauważyłem kwaśno, zaprzestając prób uwolnienia się z nadprogramowej ozdoby.
              Westchnąłem cicho, próbując jakoś poprawić włosy w takim stanie, ale jedyne co udało mi się uzyskać to przekrzywiony wianek z konwalii. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, zastanawiając się, gdzie mógł znajdować się kluczyk do tego ustrojstwa. Mój wzrok padł na niewyróżniające się niczym drzwi ukryte w ścianie.
- Myślisz o tym samym co ja? – zapytałem szeptem, widząc że i Yervant wpatruje się w tę stronę.
               Szybko podszedłem do drewnianej części ściany i złapałem za delikatną gałkę klamki. Zerknąłem na upiora, wahając się przez chwilę, ale zaraz już bez lęku pchnąłem drzwi, otwierając je. To co zobaczyłem w środku, raczej mnie załamało niż pocieszyło. Pomieszczenie okazało się być przestronną łazienką z ogromną wanną. Na jej brzegu, tak samo jak na prawie całej powierzchni podłogi ktoś zapalił drobne świeczki i rozsypał płatki róż, które roztaczały upajający zapach po całym pomieszczeniu. Na parapecie okna w wiaderku chłodził się szampan, a obok niego w płytkiej miseczce pyszniły się truskawki w czekoladzie. Skądś dobiegała nastrojowa muzya. Przełknąłem ślinę, po czym nie oglądając się za siebie, wróciłem do sypialni, zamykając za sobą drzwi. Gdybym znalazł ten pokój w innym miejscu i w innych okolicznościach, nie zastanawiałbym się nad niczym i wypluskałbym się w tej wielkiej wannie za wszelkie czasy. Ale okoliczności nie były sprzyjające.
- Wiesz co, może po prostu pójdźmy spać? – zaproponowałem, stwierdzając że to będzie najlepsze wyjście. Oboje byliśmy zmęczeni tym dniem, na dodatek nie do końca trzeźwi i przy zdrowych zmysłach.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#37 14-11-2017 o 20h48

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant
   
     Nadzieje związane z pokojem nie na wiele mi się zdały. To nie było tajne przejście, a tylko zwykła- no, może nie taka zwykła, bo z pewnością dużo bardziej luksusowa- ale wciąż niewyróżniająca się żadnym sekretem łazienka.
     Mało nie przewróciłem oczami, gdy ujrzałem wszystkie te naszykowane dla nas 'atrakcje'. Ech, i po co inni się tak starali? Sądzili, że tak po prostu spikniemy się pierwszego dnia, dwóch chłopaków, którzy oczekiwali dziewczyny? Wątpliwe...
     -Dobra myśl- przytaknąłem Lawinowi, gdy zaproponował udać się na spoczynek. Dobrze, tylko teraz... kto gdzie śpi?
     Przystanąłem na chwilę, zastanawiając się nad rozwiązaniem. Cóż, chyba wychodziło na to, że... musiałem się tym razem poświęcić.
     -Będę spał w wannie- oznajmiłem, otwierając drzwi do łazienki i stając w ich przejściu. -Głupio byłoby spać razem, a jestem ci coś winny za... za to zniewolenie- mruknąłem, mając na myśli puszki na rękach chłopaka. -To dobranoc- nie mówiąc już nic więcej zamknąłem drzwi i ze średnim zadowoleniem wlazłem do wanny, zgasiłem świeczki, po czym zasnąłem.
***

     Nie wiem, o której się obudziłem. Wiedziałem jednak, że musiało być już całkiem późno, bo wskazywałoby na to przedpołudniowe światło dochodzące z okienka.
     Poruszyłem się w wannie i natychmiast pożałowałem.
     -Uch...- dłońmi dotknąłem głowy, która pulsowała niemiłosiernie. Nigdy w życiu nie czułem czegoś takiego.
     Musiałem poprosić o pomoc, więc z wielkim trudem wyczłapałem się z wanny. Kiedy rozprostowałem kości, znowu pożałowałem.
     -Au...- głośne strzyknięcie i ból pleców nie był miłym prezentem ślubnym za to, że przeżyłem wczoraj największe męczarnie.
     Idąc powolnym, chwiejnym krokiem do drzwi, przez głowę przelatywały mi wspomnienia z wczorajszego dnia. Nie chciałem widzieć ani 'piłka parzy', ani zepsutego ucztowania, ani też niedźwiedzia czy wyłączenia wszystkich świateł, ani Lawina tańczącego jakby się świat kończył... ale nie mogłem nic na to poradzić.
     Wyszedłem z łazienki. Elf spał jak zabity, miałem jednak nadzieję, że wciąż ma się dobrze.
     Podszedłem do sznurka, którym wzywało się służbę i pociągnąłem.
     Kiedy zjawiły się służące, przykazałem im być cicho i udać się ze mną do łazienki, by mogły mnie oporządzić.
     Godzinę? A może dwie? Sam nie byłem już pewien, ile czasu trwało doprowadzanie mnie do porządku. Należało się umyć, wysuszyć, ułożyć włosy, nałożyć kremy, przebrać się godnie (co by nie chodzić w zaplamionych krwią z czerwonej polewki ubraniach)...
     Wreszcie wyszedłem z pokoju. Przykazałem służkom, aby przyniosły jakieś napary na intensywny ból głowy i lekkie śniadanie.
     Potem podszedłem do łoża, na którym spał Lawin, i usiadłem na brzegu.
     Musiałem przyznać, że chłopak wyglądał całkiem urokliwie z rumieńcem na policzku i złotymi włosami rozsypanymi wokół siebie.
     Ale nie po to tu przyszedłem. Po co się tak gapiłem? Czy dlatego, że powoli- bardzo powoli, ale jednak, zaczynałem odzyskiwać zmysły po wczorajszym szaleństwie? Może dopiero teraz do mnie docierało, jakie trudności losu jeszcze na nas czekały. Tak wiele, abyśmy mogli każdy rozejść się w swoją stronę.
     -Lawin- powiedziałem cicho, delikatnie potrząsając ramieniem chłopaka. Zważywszy na ilość wypitego wczoraj alkoholu, lepiej było nie budzić go agresywnie. A ktoś i tak musiał to zrobić, bo według służących zaraz miała dochodzić czternasta. Tak więc albo ja, albo ten... wodzirej nie wodzirej, bo pewnie zaraz tu przylezie. Lawin, lepiej dla ciebie, żebyś się obudził...


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#38 14-11-2017 o 23h11

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

     Nie miałem siły protestować, kiedy Yervant zadeklarował się, że będzie spał w wannie. Mimo wszystko niezręcznie byłoby spać w jednym łóżku, kiedy ja byłem bezbronny,  a on pijany. Rzuciłem za nim ciche „dobranoc” kiedy zniknął za drzwiami łazienki, po czym wyczerpany opadłem na mięciutkie łóżko i pachnącą pościel. Westchnąłem z ulgą, kiedy moje stopy nie musiały dłużej utrzymywać mojego ciała. Zdjąłem buty bez użycia rąk, po czym tak jak byłem, wpełzłem pod kołdrę i momentalnie zasnąłem, gdy moja głowa dotknęła poduszki.
***

          Rano obudził mnie czyjś głos i lekkie poszturchiwanie za ramię.
- Hmm…? – jęknąłem cierpiętniczo, marszcząc brwi niezadowolony. Chciałem spać. Dlatego też, nie zważając na nic przekręciłem się na drugi bok, ale ten ruch wystarczył, by w mój mózg wbiło się tysiące igieł bólu. Jęknąłem, tym razem bardziej przekonująco, co wywołało jakiś podejrzany chichot. Niechętnie i z trudem uniosłem powieki, by dojrzeć dwie, młodziutkie służące, które chichotały do siebie, patrząc na mnie z rozbawieniem.
- Auć – mruknąłem, podnosząc się do siadu. Każdy ruch bolał, jakby ktoś rzucił mną o ścianę. – Czy ty mnie wczoraj zrzuciłeś z jakiegoś balkonu, a potem przyniosłeś tu dla niepoznaki? – zapytałem, krzywiąc się na sam dźwięk mojego głosu. Czułem się jakbym w oczach miał tonę piasku, a w ustach istną pustynię.
- Książę, wypij to – jedna z dziewczyn podała mi jakieś naczynie, którego zawartość mocno pachniała ziołami. W żołądku mi się przekręciło. Poczułem się tak, jakby wszystko co wczoraj zjadłem i wypiłem, chciało się wydostać na zewnątrz. Przezorna dziewczyna podsunęła mi pod nos jakiś kubeł.
- Przypomnij mi następnym razem, że picie wina to nie jest najlepszy pomysł – poprosiłem Yervanta, nieuważnie ocierając usta rękawem szaty. Bransoletki na moich nadgarstkach zabrzęczały nieprzyjemnie, przypominając mi, że nadal mam je na sobie.
- No proszę! Co my tu mamy?!
            Słysząc donośny i bardzo bolesny głos wodzireja, poczułem się tak jakbym znowu miał zwymiotować. Dlaczego ten człowiek nie mógł zostawić nas w spokoju? Stwierdziłem, że będę go ignorować i oddałem się w dłonie służących. Napar okazał się działać błyskawicznie i niemal od razu uśmierzył ból, zostawiając jednak tępe pulsowanie w skroniach, które byłem w stanie znieść. Pozwoliłem by dziewczęta rozplotły moje włosy i rozczesały je, zanim poszedłem się wykąpać. No i przede wszystkim by ktoś zdjął ze mnie w końcu te cholerne kajdanki. Czysty i pachnący, nałożyłem na siebie przyniesione mi ubrania i dopiero wtedy byłem gotowy stanąć jeszcze raz przed Yervantem i tym męczącym mężczyzną.
- Obiad czeka, moje panie – rzucił elokwentnie wodzirej, wskazując nam zamaszystym gestem drzwi na zewnątrz. Zastanawiałem się, dlaczego wygląda na tak zadowolonego, ale ostatecznie stwierdziłem, że wolę nie wiedzieć.
               Jadalnia pełna była gości weselnych, którzy rozmawiali między sobą głośniej niż bym się tego spodziewał. Na nasz widok jednak rozmowy ucichły do rangi szeptów, co ani trochę nie poprawiło mi humoru. Na dodatek widziałem już z daleka, że Frahil z bananem na twarzy zmierza w naszym kierunku.
- Jak tam twój tyłek, kuzynie? – zapytał od razu, zarzucając mi rękę na ramie.
- Dobrze? – zdziwiłem się, nie mając bladego pojęcia o co mu chodzi.
- Będziesz w stanie usiąść? – dopytywał dalej, mierząc mnie rozbawionym spojrzeniem, zatrzymując go dłużej na widocznych pod moimi oczami sińcach. Nie chciałem by służące zakrywały je makijażem, w końcu to nie było coś, czego mógłbym się wstydzić. Zanim odpowiedziałem, mrugnął w stronę Yervanta i posyłając mu uniesiony kciuk, odszedł na swoje miejsce, pomiędzy dwie śliczne upiorki.
        Wodzirej chichrając się pod nosem jak głupi zaprowadził nas na nasze miejsca u szczytu stołu, gdzie po prawej stronie siedziała moja matka, a po lewej matka Yervanta. Kobiety patrzyły na mnie z troską w oczach, której nie rozumiałem. Usiadłem, zastanawiając się, czy dam radę w ogóle w siebie coś wcisnąć, kiedy poczułem delikatne muśnięcie na swojej dłoni. Podniosłem głowę do góry, by napotkać współczujące spojrzenie królowej elfów.
- Jak się czujesz skarbie? – zapytała, oglądając uważnie moją twarz.
- Dobrze, służące pomogły mi wyleczyć kaca – odpowiedziałem, nalewając sobie soku. Mimo wszystko odczuwałem ogromne pragnienie, które chyba tylko rzeka wody byłaby w stanie ugasić.
- A… A jak… jak twój… jak twoja pupa? – zniżyła głos do szeptu, rozglądając się dokoła jakby nie chciała by ktoś podsłuchał. Zauważyłem ze zdumieniem, że jej uszy są lekko czerwone. O co znów chodziło?
- Dlaczego wszyscy nagle interesują się moim tyłkiem? – odpowiedziałem pytaniem na pytanie, marszcząc brwi. Nie rozumiałem tego zainteresowania moim miejscem gdzie plecy kończą swą szlachetną nazwę.

Ostatnio zmieniony przez Ischigo (14-11-2017 o 23h14)


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#39 16-11-2017 o 23h41

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant
   
     Służące pojawiły się bez chwili zwłoki. I choć byłem zadowolony z tego, jak oddanie służą monarchom, to jednak trochę stałem się o nie zazdrosny; bo dlaczegóż to one zdołały obudzić Lawina, a ja nie? Hmph, może to po prostu oznaczało, że byłem mniej denerwujący, czy coś...
     Tak, jak się spodziewałem, elf także cierpiał na silnego kaca. Na szczęście i tym razem dziewczęta pomogły, podając mu napój ziołowy. Ja już swój wypiłem, nie był taki zły. Memu mężowi jednak chyba nie przypadł do gustu.
     Nagły wrzask wodzireja przyprawił mnie o intensywne pulsowanie głowy. Co ja takiego zrobiłem w życiu, że mnie na niego skazano?
     Po przygotowaniu się Lawina do jako takiego funkcjonowania, ruszyliśmy w stronę jadalni. Sądziłem, że choć raz może będzie spokój, ale nie... wszyscy się nami zainteresowali. Co do ostatniej osoby.
     Krewny Lawina zagadał do nas jako pierwszy, a na jego ustach błąkał się niebezpieczny uśmieszek.
     Z początku, kiedy nadmienił coś o tyłku, sam nie wiedziałem, o co mu chodzi. Ale realizacja wreszcie się pojawiła, a ja musiałem opanować wewnętrzną burzę i udawać, że wszystko jest w porządku. A nawet bardziej niż w porządku.
     Przywdziałem wyraz twarzy mówiący 'ta noc była niezapomniana' (nie miałem w tym żadnego doświadczenia, więc pozostawało mi tylko liczyć, że połkną haczyk), po czym nawet szczęśliwszy ode mnie wodzirej zaprowadził mnie i Lawina na nasze miejsca.
     Uśmiechałem się pod nosem, niewinnie podsłuchując cichą rozmowę królowej elfów i mojego męża. W pewnym sensie było to naprawdę zabawne. Lawin nie zdawał sobie sprawy z tematu, jaki był teraz na ustach wszystkich? Ale zdawało mi się, że wczoraj rozumiał, o co chodziło z nocą poślubną...
     Zaraz, dlaczego właściwie ja wiedziałem, o co chodziło?
     Zaczerwieniłem się lekko, nie wiedząc, skąd u mnie ta tajemna wiedza o obcowaniu chłopaka z chłopakiem, ale szybko moja twarz znowu nabrała rezonu. Musiałem jakoś wybawić elfa, żeby nie zepsuło się nasze wybitne udawanie zakochanych małżonków.
     -Droga królowo, jeśli mogę się ośmielić, teściowo...- zacząłem, uniżenie pochylając głowę, gdy się do niej zwracałem. -Lawin był doprawdy w najlepszych rękach ostatniej nocy. Proszę się nie martwić, osobiście dopilnowałem, by nic nie wycierpiał. Można to poświadczyć samym zachowaniem pani cudownego syna, gdyż nawet nie wyobraża sobie, że mógłby czuć się niekomfortowo- uśmiechnąłem się słodko, teraz sam układając dłoń na dłoni Lawina. Po chwili uniosłem ją do swoich ust, skłaniając na niej delikatny niczym trzepot skrzydeł motyla pocałunek.
     Gdyby mógł, wodzirej już malowałby dziesiąty portret uwidaczniający mnie i chłopaka w miłosnych uniesieniach.
     Sytuację przerwało wniesienie dań przez kelnerów. Świnia z jabłkiem w ryjku, dania wegetariańskie, zero czarnej polewki. Byłem zadowolony.
     Wszyscy zabrali się do konsumpcji. Nie spodziewałem się żadnych tragedii, więc po prostu ze spokojem przeżuwałem placek z warzywami. Był wyborny.
     -Właściwie to wpadłem na pewien pomysł- na głos wodzireja miałem ochotę wsadzić twarz w swe danie. -Dlaczego nie przyspieszymy procesu z malowaniem portretu pary? To przecież świetna zabawa!
     -Dlaczego mówisz do nas, jakbyś był jednym z nas?- mruknąłem, przewracając oczami. On się tutaj zadomowił. Czułem, że jeśli nikt nic z tym nie zrobi, to on stąd nie wyjdzie.
     -Właściwie to dobry pomysł- usłyszałem głos mojej matki, ale sam nie mogłem uwierzyć w to, że się z nim zgadza. -Namalujmy go jeszcze dzisiaj. Zaraz po obiedzie.
     Kątem oka zerknąłem na Lawina. Ciekawe, co o tym myśli. Jeśli nas namalują, to ciężej będzie im potem uzmysłowić, że ten 'związek' nie wypali.
     -Jeszcze jeden plan- znowu odezwał się nasz zabawiacz, a ja mało nie zemdlałem. -Musimy dać informację do gazety. Taka piękna para, cały świat musi wiedzieć! Sojusz upiorów z elfami! Hip hip hurra!
     -Hurra!- wszyscy unieśli kieliszki z napojami, a ja już kombinowałem, jak uniknąć tej zabawy.
     Po obiedzie wstałem, złapałem Lawina za rękę i zaprowadziłem go do jednego z kątów pomieszczenia.
     -I co teraz? Chcą namalować nasz obraz, a potem pewnie będzie w gazecie i wszyscy się dowiedzą- powiedziałem w zamyśleniu, jednocześnie pocierając się dłonią w brodę. -Chyba, że...- urwałem na chwilę. -Chyba, że to sabotujemy- uśmiechnąłem się, w głowie układając już pierwsze plany. -Co sądzisz? Akurat w psuciu wszystkiego jesteśmy całkiem nieźli- stwierdziłem, przypominając sobie między innymi wczorajsze przypadkowe zgaszenie świateł.
     -Malarz i dziennikarze przyjdą za dwie godziny- usłyszałem za sobą oznajmiający głos matki.
     -Pysznie! Trzeba przygotować parę! Lawin w sukienkę, dla Yervanta mucha! Chodźmy!- ten szaleniec wodzirej podbiegł do nas prędko, a potem wyprowadził z sali. Następnie zabrał, wraz z kroczącymi za nami, ledwo zresztą nadążającymi rodzicami, do jakiegoś jasnego pomieszczenia.
     -Zaraz się przyniesie parawan... a! Niepotrzebny- zaśmiał się, po czym klasnął na dwie służące, które, zaciekawione, również szwędały się gdzieś przy wejściu. -Wy dwie! Przynieście najpiękniejszą suknię jaką macie i jakieś ubranie dla tego białego! Lećcie!
     Irytowało mnie to, że dla wodzireja byłem głównie 'białym'. Moje imię było widocznie za ciężkie do zapamiętania dla jego małego móżdżka.
     -Trzeba coś wymyślić- mruknąłem w sposób incognito do Lawina. A gdyby tak... a gdyby tak odurzyć wodzireja i ubrać go w sukienkę, po czym dobrać mu do tego jakiegoś kawalera? Żart byłby przedni.
     -I chyba już wiem, kogo wykorzystamy. No chyba, że chcesz to na siebie założyć- powiedziałem, mało nie parskając śmiechem, gdy służące przyniosły elegancką, męską szatę i czerwoną suknię z wycięciem na nogę. Nie żałowały sobie, to trzeba było im przyznać.


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#40 17-11-2017 o 19h19

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

      Drgnąłem lekko, kiedy Yervant wtrącił się w rozmowę mojej i matki. Najwidoczniej on rozumiał te znaczące uśmieszki i zakłopotanie mojej matki, ja nie koniecznie. Ale to co, powiedział jakoś nie szczególnie poprawiło mi humor. Dlaczego potwierdzał coś, co nie miało miejsca, na dodatek było fizycznie niemożliwe? Posłałem mu zdumione spojrzenie. Czy ja coś przegapiłem? Na szczęście kobieta wyglądała na uspokojoną, choć nie mniej zażenowaną. A kiedy chłopak uniósł moją dłoń do ust, pomyślałem że jak nic zaraz spalę tam buraka. Gdyby okoliczności były inne, niechybnie pomyślałbym, że Yervant najzwyczajniej w świecie próbuje mnie poderwać.
- W takim razie cieszę się, że mój syn trafił w tak dobre ręce. Lawin jest taki delikatny, tak bardzo się martwiłam o tę noc poślubną, ale skoro wszystko jest w porządku, już nie będę zaprzątać sobie tym głowy – moja matka wydawała się całkowicie usatysfakcjonowana odpowiedzią upiora, a ja dalej zastanawiałem się, czy kiedy ja sobie smacznie spałem, on wkradł się w łaski wszystkich moich krewnych. 
      Obiad przebiegał w spokojnej atmosferze. Na szczęście obyło się bez czarnej polewki i dań niezawierających w sobie więcej krwi niż było trzeba, dlatego w ramach dyplomacji i pokazania upiorów, że mimo wszystko elfy też potrafią jeść mięso, zajadałem kawałek pieczystego, ciesząc się jego rozpływającym się na języku smakiem. Po porannych mdłościach nie było nawet śladu, a i pulsowanie w głowie gdzieś zniknęło, sprawiając że ten dzień stawał się coraz lepszy. Śmiałem się właśnie z jakiegoś żartu Frahila, kiedy głos znów nieproszony zabrał wodzirej. Zmarszczyłem brwi niezadowolony. Kto mu dał prawo odzywania się tak do mnie, Yervanta i obu par królewskich? Kto go tu w ogóle zaprosił?
          Nie mogłem uwierzyć w to, że nasi rodzice tak szybko zgodzili się z pomysłem tego niezrównoważonego mężczyzny. Przecież to przekreślało całkowicie nasze plany o unieważnieniu tego małżeństwa, a na dodatek gdyby prasa i ludzie się o tym dowiedzieli, wybuchłaby totalna masakra. Przyjęcia, bankiety, bale i inne imprezy, na które na sto procent dostalibyśmy zaproszenia i musieli się na nich pojawić, byłyby nie do uniknięcia. A ja po wczorajszym weselu miałem dosyć większych zebrań szlachty na co najmniej pół roku. Nie mogłem się doczekać momentu, kiedy w końcu goście odjadą do siebie, a ja z Yervantem zostaniemy sami w pałacu, by według założeń mieć czas na poznanie się i przeżycie miesiąca miodowego. Ale ja wiedziałem, że dla nas ten czas będzie gęsto wypełniony knowaniami i próbami rozwodu. Dlatego ukrywając własne zniecierpliwienie czekałem na zakończenie posiłku, by móc porozmawiać na ten temat z upiorem. Na szczęście on też wyglądał na zachwyconego pomysłem rodziców i wodzireja i sam gdy tylko służący zabrali ostatni talerz, pociągnął mnie w kat pokoju.
- Nie podoba mi się to – mruknąłem, rozglądając się wokoło, by sprawdzić, czy na pewno nikt nas nie podsłuchuje. – Wygląda to niby niewinnie, ale czy nie wydaje ci się dziwne, że wszystkie nasze zwyczaje ślubne są łamane, czy też raczej przyspieszane? Może domyślili się, że chcemy się rozwieść i dlatego próbują zrobić wszystko, by nam się to nie udało? – wnioskowałem  na głos, zastanawiając się, ile może być prawdy w moich spekulacjach.
- No tak, masz absolutną rację – zachichotałem, przypominając sobie wszystkie wczorajsze wpadki.
            Niestety nie dane nam było dłużej rozmawiać, ponieważ w naszą przestrzeń osobistą znów wtrącił się wodzirej i zaciągnął w tylko sobie znane miejsce. Krew we mnie zawrzała i już nawet nie starałem się powstrzymać rumieńców wściekłości, kiedy służące przyniosły dla Yervanta zwykły garnitur, a dla mnie piękną suknię z głębokim rozcięciem z boku.
- Czy wszyscy zapomnieli, że i ja jestem mężczyzną? – rzuciłem wściekły, ale nikt mnie nie słuchał. Musiałem szybko coś wymyślić. Służące już się do mnie zbliżały, by przy tych wszystkich świadkach wcisnąć mnie w kieckę.
- Chwila! – zażądałem, unosząc dłonie. Nie wiedziałem co robię, ale lekko panikowałem. Zabrałem materiał z dłoni służących, po czym przycisnąłem go do swojej piersi, we wstydliwej pozie, jakbym był nagi i tylko ten kawałek czerwieni osłaniał moje ciało.  Skoro traktowali mnie jak kobietę, tak zamierzałem się zachowywać, a przynajmniej na razie. – Matko, nie godzi się, bym przebierał się przy tych wszystkich ludziach, prawda? Chcę by Yervant ze mną został i mi pomógł, reszta może wyjść – poprosiłem, patrząc na nią wzrokiem, któremu się nie odmawia. Widziałem, jak w jej oczach pojawiło się wzruszenie. Byłem jedyną słabością królowej elfów.
- Oczywiście skarbie. Tak cię wszyscy zaatakowaliśmy, przepraszam. Już wychodzimy, wodzireju, pan także. Przygotujcie się chłopcy, nie będziemy wam przeszkadzać – to mówiąc moja kochana matka wyprowadziła towarzystwo na korytarz, zostawiając nas samych.
           Niemal natychmiast puściłem sukienkę, jakby jej materiał mnie parzył. Nie interesowało mnie, że drogi jedwab mógł się uszkodzić, w życiu nie dałbym tego sobie założyć.
- To teraz, mój drogi małżonku, wcielamy w życie plan „ośmieszyć wodzireja” i zmywajmy się stąd – zaproponowałem, przywdziewając na twarz złośliwy uśmieszek. – Nie wiem jak ty, ale ja w tym towarzystwie nie wytrzymam ani minuty dłużej. Ja się zajmę Frahilem. Bo myślę, że nikt się nie nadaje lepiej do roli małżonka naszego drogiego wodzireja – dodałem, już ciesząc się na myśl o zrobieniu psikusa mojemu denerwującemu kuzynowi.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#41 18-11-2017 o 21h05

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

     Obserwowałem twarz Lawina z wyczekiwaniem. Byłem pewien, że chłopak zaraz się złamie i zrobi coś, cokolwiek, aby nie musieć ubrać tej jakże kobiecej, przyniesionej przez służące czerwonej sukienki. I miałem rację.
     -Brawo, brawo- zaklaskałem w dłonie, kiedy już wszyscy zostali przez elfa wyproszeni z sali. Dzięki temu działaniu mieliśmy jako taką swobodę w planowaniu dalszych ruchów.
     -Hej, uważaj na nią- ostrzegłem niby to poważnym tonem, podnosząc czerwoną kreację z ziemi po tym, jak Lawin ją upuścił. -Bo jeszcze wodzirej nie będzie jej chciał ubrać. Hehehe- uśmiechnąłem się, przewieszając sobie ubranie przez ramię.
     Skoro mój małżonek miał zająć się Frahilem, to mnie przypadła ta druga część planu.
     Podszedłem do jedynych dostępnych drzwi i uchyliłem je lekko, sprawdzając, czy ktoś za nimi stoi. O dziwo nikogo tam nie było- poza dwiema służkami. O, tak.
     -Psst- zwróciłem się do nich, a one popatrzyły na mnie ze zdziwieniem. Uczyniłem dyskretny ruch dłonią, by weszły do środka; co też niezwłocznie uczyniły.
     -Mam dla was rolę specjalną do odegrania- oświadczyłem podniosłym tonem, aby dziewczęta myślały, że mogą poczuć się wyróżnione. -Chcemy z mym mężem zrobić niewinny żart na reszcie rodziny. To taka... tradycja weselna, że odwdzięczamy się za to, co było wczoraj. A jest za co, oj tak- uśmiechnąłem się, 'z utęsknieniem' wspominając wczorajsze zabawy.
     Tak jak sądziłem, obie młode elfki były bardzo zaciekawione. Już wcześniej kręciły się pod pokojem, nawet bez zaproszenia, potem gorliwie przyniosły ubranie dla Lawina...
     -Co mamy robić?- zapytała jedna z nich, sama konspiracyjnie zniżając głos.
     -Znajdźcie u nadwornego medyka apteczkę, a w niej charakterystyczną, fioletową fiolkę z syropem nasennym. Niczego innego się takim kolorem nie oznacza- powiedziałem, a dziewczęta zdały się sumiennie zapisywać informację w swych głowach. -Potem przynieście ją tutaj, wraz z przygotowanym przez was napojem ziołowym, może być dowolny... byle mógł zabić dziwny zapach syropu i jego smak goryczy. Na pewno coś takiego znacie- obie panny pokiwały głowami na potwierdzenie. -Kiedy już wszystko tu przyniesiecie, zawołajcie do mnie wodzireja. Niech przyjdzie sam. I nikt, pod żadnym pozorem nie może się dowiedzieć o naszym sekretnym planie. Umowa?- zapytałem, uśmiechając się do nich z nadzieją.
     -Umowa!- odpowiedziały i z chichotem wybiegły z pokoju, mało się nie przewracając. Miałem nadzieję, że nie zdradzą się ze swoimi zamiarami i coś wymyślą, aby niepostrzeżenie wykraść lek od medyka... czas pokaże, czy im sie udało.
     Po około piętanstu minutach otrzymałem do pokoju jakąś mocną herbatę i fioletową fiolkę.
     -Idźcie po wodzireja- przypomniałem zziajanym dziewczynom, a te, mimo wyraźnego zmęczenia przebieżką po komnatach, od razu wypadły z pokoju.
     -Teraz tak... ile się tego daje?- nie byłem pewien, ile przepisywano ludziom syropu nasennego. Czy w takim razie powinienem eksperymentalnie wlać połowę? A może cały?- zastanawiałem się, ale wtedy usłyszałem czyjeś kroki na korytarzu i zrozumiałem, że muszę działać szybko.
     -Pewnie chcą mojej cennej opinii!- głośny głos wodzireja tylko przyspieszył moje działania. W mig wylałem zawartość fioletowej fiolki do herbaty, po czym chwyciłem za filiżankę i ruchem nadgarstka zamieszałem gotowy napój.
     Gdy wodzirej wszedł do pokoju, ekspresowo chwyciłem za mały talerzyk i przytknąłem go do filiżanki. Teraz pustą fiolkę ukryłem za plecami.
     -No! I jak tam, biały?- zapytał wodzirej, podchodząc do mnie energicznym krokiem.
     Yervant, głęboki wdech... i wydech. Jesteś za młody, by popełnić zbrodnię.
     -Świetnie. Właściwie to zawołałem pana, by podziękować za cały trud, jaki włożył w pracę nad naszym weselem. Proszę, to w podzięce. Własna receptura- powiedziałem, podając mężczyźnie napój do rąk.
     -To... to naprawdę piękne- nie byłem zdziwiony, gdy ujrzałem w jego oczach autentyczne łzy wzruszenia. -Zazwyczaj moje usługi nie spotykają się z uznaniem, choć powinny... ale teraz otrzymałem nagrodę za moją pracę! Dzięki ci... jak ty się właściwie nazywałeś?
     -... po prostu pij pan to- moja dłoń niekontrolowanie ułożyła się na nasadzie nosa.
     -Dobra- powiedział pan niezwykle-elokwentny i jednym haustem pozbył się zawartości naczynia.
     -Może być- oznajmił szczerze, zacmokał, odłożył filiżankę, po czym dało się zauważyć jakąś zmianę w jego oczach.
     -Widzę gwiazdy...- wymamrotał i nagle pochylił się niebezpiecznie do przodu.
     Odsunąłem się o duży krok w bok, a mężczyzna zwalił się na ziemię.
     -To załatwia sprawę- uśmiechnąłem się, ostatkiem dobrej woli powstrzymując od postawienia stopy na swej zdobyczy. -Czy możecie go teraz przebrać?- zwróciłem się do dwóch służących, które wciąż stały przy wejściu.
     Mniej gorliwie niż wcześniej, ale wciąż zbliżyły się do wodzireja.
     -W co?- zapytały.
     -W to- mój wyraz twarzy zmienił się w diaboliczny, gdy podałem im do rąk czerwoną, kuszącą kieckę.
     Pięć minut później, na białym tronie, siedział potężny wodzirej, przebrany w czerwoną suknię z głębokim dekoltem i wycięciem na nogę, z głową odchyloną do tyłu i z ustami rozwartymi na oścież.
     -Idealnie- byłem dumny ze swojego dzieła. -Dziękuję wam, dziewczęta. Spisałyście się na medal- przyznałem służkom, a one przybiły sobie nawzajem piątkę. Teraz pozostało mi już tylko czekać na ruch mojego małżonka.


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#42 19-11-2017 o 20h30

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

       Podekscytowanie zawładnęło moim ciałem, gdy cichaczem opuściłem pomieszczenie, w którym mieliśmy się przebrać z Yervantem. Utarcie nosa kuzynowi i temu durnemu wodzirejowi napawało mnie szczęściem większym niż cały ten ślub i późniejsze wesele. Trochę smucił mnie fakt, że gdyby na miejscu upiora pojawiła się dziewczyna, raczej nie byłbym taki niechętny, ale to nie była moja wina, że spodziewałem się kogoś płci przeciwnej do mojej na ślubnym kobiercu. I myślałem, że on miał tak samo. W końcu całe życie przygotowywano nas do roli mężów, a tu ni stąd ni zowąd któremuś z nas przypadło w udziale być żoną. Miałem jakieś niejasne wrażenie, że wszyscy założyli z góry, że to ja się podporządkuję, choć nie miałem na to najmniejszej ochoty. Dlatego też, tym bardziej chciałem im o tym przypomnieć.
         Droga przez pałac w poszukiwaniu Frahila była jak zabawa w chowanego z moją matką, gdy miałem piętnaście lat. Kiedy tylko ktoś pojawiał się w zasięgu mojego wzroku lub słuchu, chowałem się gdzie tylko mogłem, byle tylko nikt mnie nie zobaczył. Ciężko byłoby wytłumaczyć komuś, dlaczego znajduję się po drugiej stronie pałacu kiedy powinienem być gdzieś indziej. Na dodatek nie miałem pojęcia jak znaleźć mojego drogiego kuzyna. On mógł być wszędzie. I kiedy mówiłem wszędzie, to miałem na myśli WSZĘDZIE! Począwszy od kuchni na ogrodach skończywszy. Ostatecznie to tam skierowałem swe kroki, wiedząc że ulubionym miejscem Frahila do podrywania panienek jest łono natury. Nie przeliczyłem się, szeptał coś do ucha jakiejś upiorki, a ona chichotała wdzięcznie, zasłaniając usta dłonią. Naprawdę nie wiedziałem jak on to robił, że każda która mu się spodobała, wystarczyło kilka słów i już były jego. Tym razem niestety musiałem mu przerwać i nie czułem z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia. Musiałem tylko wymyślić odpowiednio dobrą bajeczkę.
- Pssst, Frahil – szepnąłem zza krzaka dzikiej róży. Dziewczę spłonęło rumieńcem, jakbym przyłapał ich na gorącym momencie, po czym szybciutko uciekło, unosząc swoją zwiewną suknię.
- Młody, lepiej żeby to było coś ważnego – warknął elf, przeczesując włosy dłonią.
            Kurtyna, akcja! – pomyślałem wychylając się spomiędzy kłujących gałązek z dłońmi zaciśniętymi na rąbku bluzki i zażenowanym uśmiechem na ustach. Wyraz twarzy Frahila momentalnie się zmienił. Zamiast zirytowania widniało na niej zaintrygowanie pomieszane z pobłażaniem.
- Bo widzisz… mam do ciebie takie pytanie… - zacząłem udając niepewność. Czasem aż sam się zastanawiałem jak oni wszyscy dają się nabrać na moją marną grę aktorską.
- No co tam? – zapytał jakby obojętnie, ale ja wiedziałem, że wpadł w moją pułapkę.
             Rozejrzałem się, jakbym bał się, że ktoś może nas podsłuchać. Pokręciłem głową jakbym nie wierzył temu konkretnemu miejscu i pociągnąłem kuzyna za ramię do środka pałacu. Na początek trochę protestował, ale przestał, gdy powiedziałem, że chodzi o Yervanta. Zastanawiałem się jakie myśli kłębią się w jego głowie, ponieważ zrobił taką minę, jakby spodziewał się co najmniej pikantnych szczegółów z naszej nocy poślubnej. Nie zorientował się, że coś jest nie tak, dopóki nie zaciągnąłem go do jakiejś pustej komnaty tuż zaraz obok tej, gdzie mieliśmy się przebrać z upiorem.
- No dobra, widzę że coś kręcisz, Lawin. O co ci chodzi? – zapytał podejrzliwie, splatając ręce na piersi.
              Nie miałem wyjścia. Westchnąłem przeciągle, jakbym miał zaraz zamiar pozbyć się wstydliwego problemu, po czym usiadłem na łóżku, ciągnąc za sobą kuzyna. Zacząłem coś opowiadać. Coś całkowicie bez sensu i logicznej całości, byle tylko odwrócić jego uwagę od tego, co robiły moje ręce. Za jedno musiałem podziękować mojej matce, przez jej chorobliwą bojaźń o mnie, zostałem doskonale wyszkolony w posługiwaniu się magią obronną, która jednak mnie samemu krzywdy wyrządzić nie mogła, a mianowicie – tworzyć piasek snu. Zanim brwi Frahila zdążyły stworzyć jedną linię, sypnąłem mu złotym pyłem w twarz. Zamrugał szybko, po czym niemal natychmiast opadł na plecy. Cieszyłem się, że w tym pokoju jest łóżko.
- Dobranoc, kuzynie – parsknąłem, strzepując z rękawa pozostałość piasku.
          Z lekkim trudem podniosłem go na swoje ramiona i zaciągnąłem do pokoju, gdzie już na jednym z foteli spoczywał przebrany wodzirej. Zagwizdałem z uznaniem, wciągając do środka Frahila.
- Dobra robota – stęknąłem, czując że jeszcze trochę i ciało elfa mnie przewróci. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że Frahil jest aż taki ciężki.
             Na szczęście udało mi się jakoś dociągnąć go do drugiego krzesła. Tam z pomocą Yervanta przebraliśmy go w garnitur i ustawiliśmy tak, by wyglądali naturalnie. Potem jeszcze raz zacząłem szeptać cicho kolejne zaklęcie. A kiedy skończyłem, uśmiechnąłem się szeroko i pokazałem uniesiony kciuk upiorowi.
- Teraz wszyscy będą widzieć ich jako nas, ale malarz namaluje prawdziwego Frahila i wodzireja. Ale się wszyscy zdziwią – zachichotałem, widząc te wszystkie miny oczami wyobraźni. Może to nauczy ich, by nie traktowali mnie teraz jak kobiety skoro nią nie byłem i że młodej parze należy dać spokój.

Frahil

Ostatnio zmieniony przez Ischigo (19-11-2017 o 20h53)


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#43 22-11-2017 o 21h23

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

     Lawin przyprowadził Frahila, a potem razem go przygotowaliśmy i wszystko wydawało się być w porządku. Patrzyłem z zaciekawieniem, gdy mój mąż wyszeptał jakieś zaklęcie na elfa i wodzireja.
     -Serio?- oczy rozbrysły mi z zachwytu. -To idealnie. Nikt nie podniesie na alarm, a niewinny żarcik uda się od początku do końca.
     Rzuciłem jeszcze raz spojrzenie na tę dwójkę, żałując, że poza portretem w pamięci nie mogę uchwycić ich i uwiecznić jeszcze w jakiś inny sposób (oby ktoś w przyszłości wpadł na wynalezienie takiej innowacji), po czym skinąłem Lawinowi, dając znak, że powinniśmy iść. Bo chyba nikt nie chciałby zobaczyć dwóch Lawinów i Yervantów w jednym pomieszczeniu.
     Udaliśmy się w stronę ogrodów. Szedłem prędko, przy przechodzeniu w kolejne korytarze zerkając, czy nikt nas nie zobaczy. W końcu, przy wyjściu, zwróciłem się znowu do naszych słóżek, żeby w razie czego wmawiały innym, że wszystko jest w najlepszym porządku.
     Wyszliśmy na dwór.
     -Chyba nikt nas nie widział... ale co dalej?- zastanowiłem się na głos, prowadząc Lawina wzdłuż muru zamku. Gdzieś przy bramie wyjściowej, okalającej ze swym ogrodzeniem cały budynek, musieli się znajdować strażnicy. I powiedzieliby przecież, że nas widzieli.
     -Musimy się stąd wydostać- zadecydowałem. -Co powiesz na przechadzkę po mieście?- uśmiechnąłem się, jednocześnie czując w głębi, że to niezły pomysł. Pozostanie na miejscu byłoby po prostu ryzykowne, zaraz by jakiś kolega wodzireja nas przyuważył.
     -Zatem chodźmy- zachęciłem małżonka ruchem ręki, po czym pobiegłem w stronę przeciwną do wartowników przy bramie- za zamek.
     Dobiegając do ogrodzenia, dopiero zauważyłem, że jest ono dość wysokie. Ze dwa i pół metra miało jak nic.
     Zmierzyłem Lawina pytającym wzrokiem. Da radę przez to przejść?
     -Najwyżej przedrzemy sobie szaty, prawda? Nie ma nic do stracenia. I na pewno nie pakujemy się w kłopoty- stwierdziłem, po czym zaproponowałem chłopakowi, że go podsadzę.
     Szybko znalazł się po drugiej stronie, a po dłuższej chwili dołączyłem do niego i ja. Wspinanie się po ogrodzeniu z ostrymi szpicami na górze nie należało do moich ulubionych czynności. Dodatkowo rozciąłem sobie kawałek spodni, w które akurat byłem ubrany.
     -Lecimy- zakomenderowałem, po czym szybkim krokiem zacząłem zmierzać przed siebie. Znajdowaliśmy się właśnie na terenach porośniętych trawą tak zieloną, że zieleńszej nigdy wcześniej w życiu nie miałem okazji uświadczyć; była niesamowicie bujna i wysoka. W oddali widziałem już potężne mury miasta.
     -Ładnie- odezwałem się w stronę Lawina. -Jest tak idyllicznie, że jedyne, co by mnie mogło teraz zmartwić, to niechciany kleszcz na nodze.
     Zmierzaliśmy prędko w stronę muru. Był on dodatkowym czynnikiem odgradzającym miasto od terenu zamku i jego okolic.
     Przy murze stało dwóch wartowników.
     -Witam, witam- przywitałem się, a im zaledwie ułamek sekundy zajęło zrozumienie, kto przed nimi stoi.
     -Książę Yervant. Książę Lawin...- uśmiechnął się jeden z nich, ten pewniejszy siebie- Witamy. A gdzie panów małżonki?
     Rozszerzyłem oczy ze zdziwienia. Zaraz, oni myśleli, że ja i Lawin tutaj przyjechaliśmy na ślub z dziewczętami? Czyli teoretycznie jeszcze niewiele osób wiedziało... o tej całej feralnej pomyłce?
     -Eee... tego...- podrapałem się w tył głowy.
     -Pewnie odpoczywają po wczoraj. Znaczy dzisiaj. Proszę o wybaczenie- drugi skulił się w sobie pod moim ostrym spojrzeniem.
     -Nieważne. Chcemy wejść- zarządałem, po czym bez pytania pchnąłem drzwi do miasta.
     Powitał mnie gwar i ruch, typowy na ulicach dla tej godziny. Choć nieczęsto bywałem w miastach, to zawsze bardzo dobrze je pamiętałem- ludzi, którzy mogli zostać kim chcieli, ludzi uśmiechniętych, smutnych, lepiej ubranych, gorzej ubranych... każdego sortu. Byli niezwykle ciekawi do obserwowania, aż żal, że rzadko miałem po temu okazję.
     Otaksowałem spojrzeniem bazary, które otwierały wejście do miasta. Całkiem sprytne posunięcie, to ustawienie ich tutaj.
     I w tym momencie zauważyłem, że ktoś na mnie popatrzył. Jakiś chłopiec, który zaraz potem odwrócił się, i zaczął gdzieś biec ile sił w nogach.
     -Właściwie...- znowu zwróciłem się do Lawina. -Chyba powinniśmy znaleźć jakieś płaszcze- zastanowiłem się, wiedząc, że bez nich zaraz wywołamy zamieszanie. No i pojawiłoby się pełno pytań co do tych całych ślubów...


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#44 23-11-2017 o 14h35

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

   Pokiwałem entuzjastycznie głową, przytakując słowom Yervanta. Dzięki zaklęciu miałem nam kupić nieco więcej czasu niż ktoś mógłby się spodziewać. Byłem bardziej zadowolony z żartu niż własnego małżeństwa, ale w tamtym momencie przestało mi to przeszkadzać. Zostawiliśmy za sobą przebranego wodzireja i Frahila, po czym wyszliśmy z zamku. Trochę nie nadążałem za upiorem, kiedy szybkim krokiem zmierzał w przypadkowym kierunku, ciągnąc mnie wzdłuż murów pałacowych. Nie było to zbyt bezpieczne miejsce. Wszędzie kręcili się strażnicy, służba, elfia i upiorna arystokracja, a ci ostatni raczej na pewno zawróciliby nas gdyby zobaczyli nas tak daleko od miejsca, w którym powinniśmy się obecnie zajmować. Mieliśmy szczęście, że udało nam się odejść tak daleko, nie wzbudzając niczyjego zainteresowania.
- Nie jestem pewien – odpowiedziałem, spoglądając za ramię, by sprawdzić, czy na pewno nikt za nami nie idzie, tylko po to, by zaraz nas zawrócić.
          Ożywiłem się, słysząc propozycję Yervanta. Skoro uciekliśmy przed portretem, równie dobrze mogliśmy spożytkować ten czas na zwiedzanie. A ja na zobaczenie czegoś innego niż plecy wartowników. Ochoczo zgodziłem się z upiorem, czując jak ekscytacja barwi moje policzki na czerwono. To wszystko było takie ciekawe! Po raz pierwszy mogłem gdzieś wyjść, nie będąc przy tym czujnie obserwowanym przez gwardzistów i żołnierzy mojej matki. Kordon wokół jednej osoby zawsze rzucał się w oczy, dlatego nawet jeśli miałem kiedyś ochotę wyjść gdzieś z pałacu, rezygnowałem, wiedząc że tym samym jedyne do czego doprowadzę to zakłopotanie. Moje i poddanych. Nie mogli nie kłaniać się członkowi królewskiego rodu, którego rozpoznali, a ja bardzo tego nie lubiłem. Wolałem by mój lud patrzył mi w oczy niż na moje buty.
            Nie nadążałem za Yervantem. To była jedyna rzecz, którą zapamiętałem z tej szalonej wycieczki poza mury, aż do czasu gdy znaleźliśmy się za nimi. Byłem tak podekscytowany, że całkowicie zapomniałem, że w białych szatach będziemy się wyróżniać z tłumu. A on był niesamowity. Tak różny od tych, które widywałem w pałacu. Dzieci biegały i śmiały się, dorośli chodzili za swoimi sprawami, często obarczeni wielkimi koszami, w których znajdowało się jedzenie i inne przedmioty. Kupcy krzyczeli, zachwalając swoje towary, a niezadowoleni z cen klienci targowali się jak tylko mogli. Cieszyłem się, mogąc to wszystko zobaczyć na własne oczy. Elfy, upiory, ludzie, krasnoludy – ludzie wszystkich nacji i narodów zmieszani w jeden, przekrzykujący się tłum.
- Masz absolutną rację – powiedziałem, chociaż tak naprawdę nie słuchałem ani jednego słowa mojego małżonka. Wszystko pochłonęło mnie do tego stopnia, że nie zwracałem uwagi na nasze bezpieczeństwo.
- Chodźmy to zobaczyć! – zakomenderowałem, słysząc gdzieś z prawej strony tłumu muzykę.
                Wąski chodnik rozszerzał się coraz bardziej, w miarę jak się nim posuwaliśmy, aż stał się szerokim placem z fontanną pośrodku. Miała ona kształt koła, a na cokole ustawiona była rzeźba pięknej syreny, z której włosów kaskadą toczyła się woda. Jakaś kobieta czerpała z fontanny wodę do pękatego dzbana. Po lewej stronie placu ustawiono podwyższenie, na którym w tamtym momencie rozkładali się jacyś grajkowie. Rozpoznałem wśród nich jednego elfa z delikatną lutnią, karła z bębnem tak wielkim jak on sam i zwykłego człowieka, który ubrany był jak bajarz.
- Widziałeś kiedyś coś takiego? – zapytałem Yervanta, patrząc na niego błyszczącymi z przejęcia oczami. To wszystko, dla innych było całkowicie naturalnym zjawiskiem, ale ja tak naprawdę widziałem to wszystko po raz pierwszy.
                   Muzyka rozbrzmiała pomiędzy tłumem znajomą dla wszystkich melodią. Nawet ja ją znałem. Skoczna ballada opowiadająca o głupiej dziewczynie, która zakochała się w księciu z odległych krain po tym jak zobaczyła jego podobiznę w księdze. Wyruszyła w podróż, by go odnaleźć, ale zanim dotarła na miejsce, zestarzała się a książę umarł. Dziewczyna z żalu chciała popełnić samobójstwo, ale powstrzymała ją wróżka, która obserwowała całą jej podróż. Powiedziała jej, by wróciła do domu, a tam znajdzie swoje szczęście. Dziewczę posłuchało i wyruszyło w podróż powrotną, której nie przeżyło. Ale gdy tylko oddała ostatnie tchnienie światu, wróżka tak jak obiecała, połączyła jej duszę z duszą księcia i umieściła je obie w drzewie, które rozrosło się na dwa osobne pnie, połączone u spodu. Ballada była głupia, ale mimo wszystko ludzie lubili ją za dobre zakończenie.
            Zanim się zorientowałem, jakaś dziewczyna pociągnęła mnie do tańca. Zerknąłem na Yervanta, ale i on został porwany przez jakąś śliczną driadę. Nie mogłem się nadziwić temu, jak wiele ras mieszkało w tym jednym mieście. W każdym razie zatraciłem się w muzyce, tańcu, a i dziewczyna w jakiś dziwny sposób oczarowała mnie swoim głosem. W moim mózgu zapaliła się czerwona lampka, ale nie potrafiłem się od niej odsunąć. Mogłem się tylko uśmiechać jak idiota i patrząc na nią, oddalać się jeszcze bardziej od upiora. Chciałem go zawołać, ale nie mogłem wydobyć z siebie głosu. Coś było zdecydowanie nie tak. A kiedy zamiast na placu, znaleźliśmy się w jakiejś wąskiej uliczce, gdzie straszny odór śmieci uniemożliwiał mi oddychanie, wiedziałem że wpadłem w poważne tarapaty.
- Niezła zdobycz, Lyz – z jakiegoś progu podniósł się mężczyzna wyglądający na wikinga. Miał na sobie skórzane ubrania, do pasa przytoczony topór, a połowę jego twarzy zasłaniała broda zapleciona w cienkie warkoczyki.
- Od razu mi się rzucił w oczy – parsknęła dziewczyna, popychając mnie do przodu. Nadal oszołomiony jej zaklęciem, bo to musiało być to, upadłem u stóp wikinga.
- Czego chcecie? – zapytałem, kiedy już odzyskałem zdolność mowy. – Nie mam przy sobie pieniędzy – zaznaczyłem, myśląc że o to może im chodzić. Śmiech, który nad sobą usłyszałem zmroził mi krew w żyłach. Poczułem ostrze sztyletu przesuwające mi się po plecach.
- Za te włosy dostaniemy niezłą sumkę – stwierdziła kobieta, ciągnąc mnie za nie do góry, zmuszając mnie tym samym do podniesienia się z ziemi.
- Sama ta buźka jest wiele warta – dorzucił mężczyzna, łapiąc mnie niedelikatnie za brodę. Szarpnąłem się do tyłu, wyrywając się z jego uścisku.
              Cofnąłem się pod ścianę. Mówili o mnie jakbym był towarem na sprzedaż. Nie zamierzałem poddawać się bez walki, cokolwiek by chcieli ze mną zrobić. Kilka metrów dalej kończyła się uliczka, a zaczynał plac. Tam byli ludzie. I Yervant. Miałem nadzieję, że jemu nic nie jest. Musiałem to sprawdzić, no i uciec tym okropnym ludziom.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#45 26-11-2017 o 14h24

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant


     Lawin wyglądał na niecodziennie pochłoniętego tym, co zobaczył. Pewnie tego nie zauważył, ale prawie musiałem za nim biec, kiedy już do reszty wciągnęło go samowolne poruszanie się po mieście.
     Dotarliśmy na urokliwy plac, gdzie fontanna na nim będąca, i ludzie przy niej rozmawiający dodawali tylko nastroju spokojnego, obywatelskiego życia. Uśmiechnąłem się do swojego kompana, nie mając serca powiedzieć mu, że owszem, widziałem już takie rzeczy. No przecież i tak byłem prawie równie zachwycony, co on.
     Na placu pobrzmiała skoczna melodia. Jej tekst nigdy nie zachwycał mnie swoją treścią, ale lepiej było się nie odzywać. Otworzyłem tylko usta ze zdziwienia, kiedy Lawin dał się porwać jakiemuś dziewczęciu do tańca. Ech, zaraz, może ustalmy miejsce zbiórki- miałem ochotę go zatrzymać, ale para coraz szybciej się oddalała. I nagle i mnie porwała jakaś młoda driada, która, patrząc mi ciągle w oczy, łapała z chichotem za policzki, kiedy mój wzrok zjeżdżał w stronę Lawina.
     Czy powinienem był po prostu wyluzować? Może, ale trochę się niepokoiłem. I to wcale nie tym, że Lawin mógłby faktycznie zechcieć czegoś więcej i pójść sobie z dziewczyną 'na stronę'. Bo przecież nawet się na nią jakoś specjalnie nie patrzył. No, może trochę. Zresztą, co ja mówiłem, przecież oni tylko tańczyli...
     Tańczyłem więc i ja, tańczyłem, aż driada zostawiła mnie i machnięciem swojej szczupłej dłoni podziękowała za zabawę. Odetchnąłem wtedy, siadając na skraju fontanny.
     Posiedziałem przy niej chwilę, ale poderwałem się od razu, gdy nigdzie na horyzoncie nie zdołałem dostrzec drugiego księcia. Kurczę, a więc jednak? Poszedł gdzieś z tą kobietą? Ciężko mi było w to uwierzyć. Nie wyglądał na... takiego. W każdym razie nie mogłem go zostawić i po prostu iść sobie. Lepiej było go znaleźć i upewnić się, że wszystko gra. Pewnie po prostu rozmawiali. Podstęp ze strony dziewczyny był mało prawdopodobny.
     Obleciałem więc kilka sąsiednich, wąskich uliczek; plac też przemierzyłem wzdłuż i wszerz. Nie trwało to bardzo długo, choć dla mnie ciągnęło się niczym wieczność.
     Wreszcie zdało mi się, że słyszę jego głos. Stałem wtedy za ścianą prowadzącą do jednej z pomniejszych, bardziej niepozornie wyglądających uliczek.
     Ku mojemu przerażeniu, zaraz dotarł do mnie też głos jego partnerki, który powiedział coś bardzo niepokojącego. Za jakie włosy? On jednak z nią nie flirtuje? To w co się wpakował?
     Ostrożnie, powolutku, spojrzałem w ich stronę. Rzeczywistość była jeszcze gorsza, niż się spodziewałem. Kobieta i jakiś wielki mężczyzna zbliżali się do Lawina przyklejonego do ściany. Widać było, że chłopak analizuje, jak by się tu wydostać z całej sytuacji.
     Schowałem się z powrotem za ścianą. Właśnie dlatego mówiłem, żeby załatwić sobie jakieś okrycia...
     Zerknąłem jeszcze raz zza kryjówki, potem znów się wyprostowałem...
     ... i wpadłem na pomysł.
     Przy placu znajdowało się parę sklepów z tkaninami, z żywnością, z jakimiś bibelotami... oraz sklep z orężem. A przed sklepem z orężem stała rycerska zbroja, z przytroczonymi po obu jej stronach dużymi mieczami.
     Nie było na co czekać, podbiegłem od razu do sklepu i chwyciłem za obie bronie, wysuwając je ze swoich pochw. Jedna była dużo cięższa od drugiej. Szperając w pamięci uświadomiłem sobie, że jeśli już ćwiczyłem walkę wręcz, to częściej z taką lżejszą bronią. Moce wampiryczne pozwalały mi na szybkość i miałem z nią zazwyczaj spore szanse.
     Już zaczynałem odbiegać, kiedy jakiś rozwścieczony właściciel musiał mnie zauważyć.
     -Hej, ty! Oddaj to!- wrzasnął wściekle, niestety nie rozpoznając we mnie nikogo ze szlachty.
     -Nie mogę teraz- odpowiedziałem tylko, nie robiąc sobie nic z jego prośby.
     -Zapłać! Oddawaj! Złodziej!!!- naraz wiele osób zwróciło na mnie swoją uwagę, a niebepieczeństwo złapania i stawienia przed królem (o ironio) stało się jeszcze większe.
     -Dobra, potem ci zapłacę...! Oddam ci się w niewolę! W porządku?!- zapytałem, biegnąc ciągle dalej. I to chyba poskutkowało, bo właściciel wykrzyczał jeszcze tylko jakieś 'trzymam cię za słowo', a ja dotarłem wreszcie do uliczki.
     Tak, mogłem kogoś poprosić o pomoc. Ale czy ktoś w ogóle zechciałby mi pomóc? Nawet nie wiedziałem. A teraz, widząc, że ten bandzior-wiking przykłada ostrze do szyi Lawina, nie mialem nawet sekundy czasu.
     -Zostaw go!- krzyknąłem, wbiegając w aleję, i unosząc jeden z swych mieczy ku górze. Sądząc po minach wszystkich obecnych, element zaskoczenia wyszedł mi idealnie.
     -A bo co?- zgodnie z oczekiwaniami, wiking odsunął się od długowłosego.
     -Bo wyzywam cię na pojedynek- powiedziałem hardo, na co mężczyzna i jego kompanka spojrzeli po sobie, po czym głośno zarechotali.
     -Ty? Ahaha, a po co miałbym z takim chuchrem walczyć? A w ogóle o co ci chodzi?- zapytał już nieco groźniej, teraz zbliżając się do mnie ze swoim toporem.
     Nie zmieniłem przybranej maski obojętności, chociaż słowa faceta trochę mnie zdenerwowały.
     -A o co miałoby chodzić? Też chcę jego włosów. O nie zawalczymy- uśmiechnąłem się, ale dziewczyna, która wcześniej zwiodła Lawina, teraz zbliżyła się do niego, łapiąc od tyłu, i łypiąc na mnie podejrzliwie.
     -Lepiej tego nie róbmy. Z nim jest coś nie tak- powiedziała ostrzegawczo.
     -Co? Sugerujesz, że mi się nie uda?- Wiking popatrzył na nią ze złością.
     -Właśnie? Przecież on wygląda na bardzo silnego, chyba go nie doceniasz?- zapytałem, a rosły mężczyzna wkurzył się jeszcze bardziej.
     -To nie o to mi chodził...
     -I tak jej nie słucham. Teraz walczymy- mężczyzna, zupełnie już rozeźlony, wyciągnął przede mnie swój topór.
     -Ale zaraz. Walczymy tym- zaoponowałem, ukazując cięższy z dwóch dzierżonych mieczy i rzucając go wikingowi.
     Pech dla niego, że nie był zbyt zręczny i złapał go za ostrze.
     -Niby czemu- burknął, chowając topór i zranioną rękę za siebie, wycierając ją dyskretnie o ubrania. Nie chciał się przyznać, że już zyskałem przewagę.
     -I ty i ja chyba nie znamy się na takiej walce. Będzie to więc uczciwy pojedynek na talenty. Dałem ci nawet lepszy miecz, jest mocniejszy- pokiwałem głową, a wiking, nieprzekonany, tylko go wyważył w dłoni.
     -To teraz odwracamy się do siebie tyłem i na 'zero' rozpoczynamy walkę- oznajmiłem, po czym odwróciłem się jako pierwszy. I mój przeciwnik chyba też to zrobił, bo usłyszałem głośne stąpnięcie.
     -Trzy...- odliczyłem- dwa...- spiąłem się, słysząc cichy szmer. -Jeden...- odskoczyłem w bok, gdy ciężka klinga uderzyła w ziemię obok mnie. No jasne, wiking chciał szybko zakończyć sprawę, jeszcze zanim zdążyłbym się choćby odwrócić. Ale nie ze mną takie numery, a on nie wyjdzie stąd z głową Lawina na talerzu.
     -Ty mały oszuście- uśmiechnąłem się, odwracając przodem do mężczyzny, po czym niezwykle szybko tnąc po materiale, jaki miał w pasie.
     -A ty... nie umiesz walczyć!- zarechotał ten w odpowiedzi, unosząc się ze swoim ciężkim mieczem i znowu biorąc na mnie zamach.
     Niestety, zanim zdążył jakkolwiek spróbować uderzyć, musiał poczuć zimno w gaciach, bo szybko spojrzał z przerażeniem w dół.
     -Na przyszłość polecam mocniejszy pasek- uśmiechnąłem się ironicznie, opierając o miecz i obserwując, jak mężczyzna zaczyna się denerwować.
     -Ty #, to miała być walka, zabiję cię!- uniósł broń i, nie zważając na to, że jego pas osłaniają już tylko majtki w czerwone grochy, rzucił się w moją stronę.
     A ja, zanim zdążyłem cokolwiek zrobić, usłyszałem jakieś hałasy z tyłu.
     -To tutaj, to tutaj panie władzo! On ukradł mój miecz!- naraz do uliczki wpadł wcześniejszy kupiec i dwóch strażników. Zdębieli, gdy zobaczyli, co się tu wyprawia.
     -Ej, ja spadam- wcześniej harda, teraz spłoszona jak mały jelonek czarodziejka puściła Lawina i zaczęła uciekać.
     -Lyz! Ty głupia... nie zostawiaj mnie tutaj!- i wiking puścił oręże, po czym, podtrzymując spadające spodnie, pobiegł za nią, powodując uniesienie się piachu i kurzu.
     Zakaszlałem, po czym nagle poczułem, jak moje ręce zostają skute czymś zimnym.
     -Moment, ja musiałem to zrobić- nie rozumiałem dlaczego 'pan władza' zaczął pchać mnie ku wyjściu z uliczki. -Wy chyba nie wiecie kim ja jestem. Książę Yervant, powinniście o mnie słyszeć.
     -Tak tak, tutaj każdy jest księciem. Bez wygłupów.
     Odwróciłem głowę za Lawinem, nie wierząc w to, co się tu działo. Jedyne, co przykuwało teraz moją uwagę, to pęk kluczy, które miał przytroczone do swego pasa strażnik. Pewnie któryś z nich otworzyłby kajdany. Tylko niestety nie miałem najmniejszych szans się do nich dobrać...


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#46 27-11-2017 o 19h25

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

     Sytuacja z każdą chwilą wyglądała na coraz bardziej nieciekawą. Wiking uniósł topór i przycisnął jego ostrze do mojej szyi, grożąc że jeśli za nimi nie pójdę po dobroci, skróci mnie o głowę. A ja swoją potylicę bardzo lubiłem tam gdzie było jej miejsce. Mimo wszystko nie zamierzałem się poddać. Teraz kiedy moje życie w końcu miało się zmienić, nie zamierzałem dać się kolejny raz zniewolić. Już miałem zacząć czarować, rzucić się na kogoś, czy choćby zacząć krzyczeć, kiedy w zaułku pojawił się Yervant z okrzykiem na ustach i mieczem w dłoni. Miałem ochotę strzelić się z otwartej dłoni w czoło. Upiór wyglądał dokładnie tak jak przystało na księcia, to znaczy jak zadbany młodzian bez jakiejkolwiek wiedzy na temat tego jak powinno się choćby trzymać broń. Podejrzewałem jednak, że nie jest aż takim idiotą i wie, co robi.
         Wytrzeszczyłem oczy, słysząc że chce zawalczyć o moje włosy. Czy on na mózg upadł? Nie wiedziałem, ale nie mogłem go powstrzymać, ponieważ kobieta złapała mnie mocno za ręce i zatkała usta jedną dłonią, żebym przypadkiem nie zaczął krzyczeć. Mogłem tylko przyglądać się z rosnącym zmartwieniem, jak ci dwaj stają naprzeciw siebie. Potężny wiking i szczupły upiór. Wojownik i arystokrata. Bałem się tego, jak to wszystko może się skończyć. Nie chciałem narażać Yervanta na niebezpieczeństwo, a swoim lekkomyślnym zachowaniem sprawiłem, że teraz musiał walczyć, na dodatek nie wiadomo z jakim skutkiem.
             Wstrzymałem oddech, kiedy mężczyzna w zbroi ze skór dzikich zwierząt rzucił się na upiora zanim ten skończył odliczać, ale szarpnięcie się do przodu nic nie dało. Wróżka była silniejsza niż się tego mogłem po niej spodziewać. A potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Gacie wikinga opadły, Lyz mnie puściła, w zaułku zakotłowało się od straży i zanim się zorientowałem co się dzieje, Yervant został zakuty w kajdany i oskarżony o kradzież.
- Chwila, co tu się dzieje?! – zapytałem, dopadając do kupca, który najwidoczniej był prowodyrem wydarzeń.
- Twój koleżka ukradł moje miecze. Odpowie za to przed sądem – mężczyzna splunął na chodnik, a ja nie mogłem uwierzyć w to co się działo.
                  Nie mogłem pozwolić, by go zabrali. Musieliśmy wrócić do pałacu zanim ktoś zdołałby się zorientować, że zniknęliśmy. Mój wzrok spotkał się z tym upiora, kiedy odwrócił się w moją stronę. Nie mogłem się teraz załamywać i przejmować zdaniem mojej i jego matki. Musiałem coś zrobić. Dojrzałem wielki pęk kluczy uwieszony paska jednego ze strażników. Niewiele myśląc, rzuciłem się za nimi w pogoń i zanim mężczyzna zdołał zareagować, porwałem klucze, przy okazji niszcząc jego pas. Broń upadła na ziemię.
- Łapać go! – wrzasnął wściekły mężczyzna, a ja ledwo uniknąłem zwinnych dłoni drugiego strażnika.
                   Nie miałem jak wyswobodzić Yervanta, tak by samemu nie dać się złapać. Dlatego posłałem mu przepraszający uśmiech i uciekłem w tłum, słysząc za sobą pokrzykiwanie strażnika. Ktoś z tłumu rzucił w moją stronę pomidorem, ale uchyliłem się i owoc trafił stróża prawa w twarz. Ludzie w końcu zorientowali się, że mnie gonią. Ktoś próbował mnie złapać, ale wywinąłem się dzięki elfiej zwinności. W tamtym momencie byłem wdzięczny matce, która załatwiła mi trening ucieczki. Wolała bym nauczył się skutecznie dać nogę niż wpakować się w bitwę na śmierć i życie. Potrafiłem długo biec, ale nie mogłem, kiedy wokół mnie kręciło się tylu ludzi. Dojrzałem szansę na ucieczkę w postaci wozu, na który szybko się wspiąłem, a z niego na jakiś balkon.
- Zboczeniec! – z wnętrza domostwa usłyszałem przerażony i oburzony krzyk, a w moją twarz trafił miękki trzewik.
- Przepraszam panią! -  odkrzyknąłem, wspinając się po okiennicy na dach. Nie wiedziałem, czy cieszyć się, że mimo wszystko niczego nie widziałem, czy żałować.
                   Nie to jednak było teraz najważniejsze, musiałem wydostać Yervanta z aresztu. Wymacałem w kieszeni szaty pęk kluczy, na szczęście nigdzie mi nie wypadł podczas tego szalonego biegu. Uspokoiłem oddech i kiedy już byłem pewien, że moje płuca chcą zostać na swoim miejscu w klatce piersiowej, podniosłem się by z góry zorientować się w sytuacji. Odnalazłem wzrokiem miejsce gdzie mógł znajdować się areszt i nadal poruszając się po dachach, skierowałem się w tamtą stronę.
***

                Odnalezienie celi, w której zamknęli mojego męża nie zajęło mi dużo czasu. Tak jak się spodziewałem, dla tych, których jeszcze oficjalnie nie zamknięto, cele mieściły się na parterze. Odnalazłem odpowiednie okno, po czym upewniając się, że nikt na mnie nie patrzy, wlazłem na parapet, by widzieć wnętrze celi.
- Pssst, Yervant – syknąłem, chcąc zwrócić na siebie uwagę upiora. – To ja, Lawin – rzuciłem, żeby na pewno wiedział z kim ma do czynienia.
                 Rzuciłem mu klucze, żeby mógł uwolnić swoje dłonie, no i siebie, chociaż wątpiłem by w pęku znalazł się ten, który otwierał drzwi jego celi.
- Masz jakiś plan, jak cię stamtąd wydostać? – zapytałem, jako że sam nie bardzo wiedziałem, co mogę zrobić. Mój ostateczny plan polegał na tym, że wpadłbym na posterunek, przedstawił się jako książę i zażądał wypuszczenia upiora, ale coś czułem, że to mogło nie wypalić.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#47 04-12-2017 o 22h15

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

     Droga do aresztu nie trwała długo; mimo to czułem się okropnie, bo wielu ludzi po drodze patrzyło na mnie z odrazą, a ja nawet nie zrobiłem nic, co mogłoby przysporzyć komuś kłopotów. Dodatkowo mój immunitet księcia mógł pójść sobie potańczyć, wyraźnie i tak nikt mnie nie uznawał.
     Widziałem jak Lawin bohatersko zwinął klucze z paska strażnika, po czym jakimś cudem udało mu się wywinąć i uciec. Tak czy owak nie potrafiłem być mu wdzięczny. Czułem wręcz niechęć, kiedy myślałem chłopaku- wszak to on nas w to wszystko wpakował.
     I wreszcie byliśmy na miejscu. Budynek aresztu był mały i obskurny. Kiedy mnie do niego wprowadzono, przez dobre kilka minut dusiłem się od pleśni, jaką można tu było wyczuć. W międzyczasie spisano jakieś papiery i bez żadnych pytań poprowadzono mnie do celi.
     Nie wiedziałem, czy to standard, ale nic w niej nie było. Nawet łóżka czy dwóch źdźbeł siana, aby na nich przysiąść. Po prostu cztery brudne ściany, no i okno. Podszedłem do niego, aby wyjrzeć na dwór.
     Niewiele było widać, a dodatkowo otwór był oczywiście zakratowany. Z miną męczennika stanąłem przy zamkniętych drzwiach, zastanawiając się, co teraz zrobić.
     Dotarcie do mnie konspiracyjnego szeptu sprawiło, że najpierw się przestraszyłem, a potem uświadomiłem swoją szansę. Do mojej celi zostały wrzucone klucze i to nie przez byle kogo, bo przez samego Lawina.
     -Może- odpowiedziałem wymijająco, podnosząc przedmiot i nie patrząc na chłopaka. Ostatnia rzecz, jakiej teraz chciałem, to pogawędka, żeby strażnik nas usłyszał.
     Nową zdobytą rzeczą otworzyłem kajdanki. Z zadowoleniem zdjąłem je ze swoich rąk, ciągle jednak nie zrzucając na ziemię. Były takie ciężkie i metalowe... mogły się do czegoś przydać.
     Sceny przemocy błysnęły w mojej głowie zupełnie nieoczekiwanie. Nie, nie, musiały istnieć jakieś inne sposoby...
     Niestety pęk kluczy nie otwierał drzwi do celi.
     -Kurczę...- oparłem się plecami do drzwi, po czym przejechałem po nich w dół. Teraz zaczęło mi się zdawać, że jedynym dostępnym sposobem na ucieczkę będzie podstęp na strażniku. I to chyba musiałem ostatecznie uczynić.
     Uniosłem się, postanawiając działać na żywioł.
     Rzuciłem spojrzenie Lawinowi, po czym otworzyłem usta...
     -Dobrze że wreszcie mamy trzecią.
     Zanim jednak zdążyłem się odezwać, dotarły do mnie jakieś głosy z korytarza. Nastawiłem ucha, by je wyraźniej usłyszeć.
     -Całe szczęście. Od rana błagam o łyczek kawy.
     -Sovini, zostawiamy cię samego. Chyba dasz radę z jednym aresztowanym?- rozległy się śmiechy, zapewne z tego wywołanego.
     -Nie kpijcie sobie ze mnie- odburknięcie strażnika tylko spotęgowało śmiech, po czym w oddali dało się słyszeć otwieranie i zamykanie drzwi.
     -Co za barany...- mruknął ten upokorzony, który najwyraźniej został zmuszony pozostać.
     Zrozumiałem, że to moja szansa. W tym momencie pilnował tylko on, zapewne nie na długo. Teraz powinienem wcielić w życie jakiś plan.
     -H-halo?!- zawołałem z celi.
     -Czego chceesz- niezadowolony głos strażnika powoli zbliżył się w moim kierunku.
     -Muszę do toalety- zakomunikowałem.
     -Wytrzymasz- mężczyzna zgrywał nieugiętego.
     -Nie wytrzymam- odparłem z przytłaczającą pewnością siebie, aż ten musiał ulec.
     -Dobra, niech ci będzie. I tak byłoby źle, jakby się dowiedzieli, że cię nie zabrałem...
     Rozległo się otwieranie drzwi do celi. Wtedy przypomniałem sobie, że mam przecież rozpięte kajdanki; ekspresowo je więc zapiąłem z powrotem, klucze chowając pod własną koszulkę. Uch, tylko ślepy by ich nie zauważył.
     Strażnik był jednak chyba otumaniony (w końcu jemu nie dano tej upragnionej kawy) bo gdy wszedł do celi, nic nie powiedział.
     Wyszedłem z klitki ostrożnie, a mężczyzna zaczął wychodzić za mną. Ostatkiem łutu szczęścia krzyknąłem:
     -Zaraz! Kto stoi tam w oknie? To jakiś skandal!
     Strażnik odwrócił się znowu przodem do celi, nagle dostrzegając Lawina.
     -Hej, tu nie wolno stać!- odruchowo postąpił o jeden krok do przodu, i ten jeden krok sprawił, że on był wciąż w celi... a ja poza nią.
     -No i pa- mruknąłem, zaciągając drzwi w swoją stronę. Ciężko uderzyły, a ja podparłem klamkę najbliższym stojącym krzesłem. Całe szczęście, że w ogóle było tutaj jakieś krzesło.
     -Co ty zrobiłeś!- wrzask z celi był nie do zniesienia. -Jak śmiesz, wypuść mnie w tym momencie!
     Nie mogłem sobie nic z tego robić. Rozpoczęło się uderzanie w drzwi, krzesło już się zachybotało, strażnicy zaraz mieli wrócić z kawki... nie miałem za wiele czasu.
     Pobiegłem przez korytarz, prosto ku drzwiom wyjściowym.
     Kiedy byłem już prawie na wolności, coś przede mnie wybiegło.
     -No nie...- jęknąłem, zakrywając twarz dłonią. Tylko psa mi tu brakowało.
     Pies, wyglądający na prawdziwie groźną rasę, zaczął warczeć, po czym chyba nie chciało mu się dłużej czekać na cokolwiek, bo rzucił się w moją stronę.
     Uskoczyłem, z ogromną motywacją biegnąc znowu ku drzwiom wyjściowym.
     Nie chciałem przypadkiem przytrzasnąć zwierzęcia, więc ich nie zamknąłem. Wydawało mi się jednak, że zwierz wciąż za mną biegnie, kiedy ja leciałem już w stronę Lawina.
     -Spadamy stąd- powiedziałem do chłopaka, biegnąc cały czas, łapiąc go za rękę i unosząc.
     Niezłe bagno z tego wyszło. Od czasu zaślubin narobiłem sobie chyba kilkunastu wrogów....


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#48 06-12-2017 o 20h13

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

      Przyglądałem się z niepokojem jak Yervant chodził po celi, próbując rozkuć się z kajdan i dopiero gdy mu się to udało, zdałem sobie sprawę z tego, że wstrzymałem oddech. Nie lubiłem pakować ludzi w kłopoty, a to była moja stuprocentowa wina, że zamknęli upiora w areszcie. Czułem się okropnie z myślą, że przeze mnie nie tylko jego ślub był porażką, ale i kolejny dzień, chociaż miały być to najlepsze dni naszego życia. Tak jak się spodziewałem, drzwi wewnątrz celi nie otwierały się kluczem, który zdołałem podwędzić strażnikom, ale na szczęście białowłosy miał plan. Co prawda nie bardzo wiedziałem, na czym miał on polegać, ale chłopak wyglądał jakby wiedział co robił, dlatego postanowiłem mu zaufać. Kiedy w pomieszczeniu rozległ się krzyk, a obecny w wartowni strażnik spojrzał w moją stronę, odruchowo puściłem się krat i zeskoczyłem na nierówny bruk zaraz pod nim. Nie wiedziałem co robić, dlatego czekałem tam, zastanawiając się co dalej.
          Najpierw usłyszałem czyjś krzyk, potem groźne szczekanie wielkiego psa, a na koniec Yervant capnął mnie za dłoń i pociągnął w przeciwną do hałasu stronę. Nie trzeba mi było dwa razy powtarzać. Gdy tylko zobaczyłem ścigającą nas czworonożną bestię, adrenalina uderzyła  mi do głowy, pozwalając biec szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie lubiłem psów. Nie znosiłem psów. Bałem się ich. W którymś momencie nawet prześcignąłem białowłosego, pchany do przodu siłą lęku. Chciałem się znaleźć jak najdalej od ostrych kłów, piany kapiącej z pyska i silnych łap, które mogły powalić mnie na ziemię w jednej chwili. W pewnym sensie tłum zebrany na placu nam pomagał. Przy takiej ilości stworzeń, nasz zapach ginął, pozwalając nam wtopić się w tło. Taką przynajmniej miałem nadzieję.
           Nie wiedziałem, jak długo biegłem i jak znalazłem drogę, ale kiedy w końcu się zatrzymałem, będąc niemal pewien, że straszny pies już nas nie goni, znajdowaliśmy się przy zewnętrznym murze zamku. Niedaleko nas znajdowała się furta, którą wyszliśmy w miasto, ale na szczęście wysokie, ozdobne krzaki zasłaniały nas przed wzrokiem strażników. Byłem wyczerpany. Moje serce nie chciało się uspokoić. Kołatało w mojej piersi, sprawiając że nadal chciałem uciekać. Czując dotyk zwykłej gałązki na plecach, odskoczyłem do tyłu, prawie wpadając na Yervanta.
- Przepraszam – wydyszałem, opierając dłonie na kolanach. Pochyliłem się do przodu, chcąc złapać oddech, ale przychodziło mi to z trudem. Do tego wspomnienie goniącej nas bestii sprawiało, że miałem łzy w oczach. Psy były najgorszym z moich lęków. Nawet jeśli wiedziałem, że nie wszystkie są groźne i że niczego mi nie zrobią, bałem się ich. Gorzej niż niedźwiedzi. Otarłem twarz rąbkiem rękawa, nie chcąc by Yervant dojrzał, że rozklejam się z takiego powodu, ale od zawsze tak miałem. Gdy tylko „najlepszy przyjaciel człowieka” pojawił się na horyzoncie, potrafiłem się rozpłakać w najmniej odpowiednim momencie z nerwów. 
- Tak bardzo mi przykro, Yervant. To moja wina, nie powinienem był tak bardzo się ekscytować i zachować większą ostrożność– powiedziałem, wciąż trzęsącym się głosem, chociaż bardzo nie chciałem pokazywać po sobie, że nadal się boję.
- Ah, mama miała rację – mruknąłem już ciszej i bardziej do siebie. Nie potrafiłem nie czuć ogarniającego mnie przygnębienia. – Moje miejsce jest w zamku. Za murami. Tam nikogo nie martwię i nie wpędzam w kłopoty. Wracajmy – powiedziałem już głośniej, podnosząc wzrok zaczerwienionych oczu na białowłosego. – Myślę, że już dosyć czasu daliśmy im do pośmiania się z naszych denerwujących „przyjaciół” – zakończyłem, zaciskając drżące dłonie w pięści.
               Nie chciałem wracać. Nie chciałem pokazać się wszystkim w takim stanie. Przyznawać matce, że miała rację, chociaż to była prawda. Pomyślałem niechętnie, że przecież nie bez powodu trzymała mnie przez te wszystkie lata pod stałą ochroną. Nie dlatego, że ludzie byli źli, z tymi dało się coś zrobić. To po prostu ja nie nadawałem się do życia w społeczeństwie, które nie wiedziało jak na mnie uważać. Tym bardziej musiałem się postarać, by unieważnili moje małżeństwo z Yervantem. Nie chciałem mu przysporzyć więcej kłopotów niż do tej pory.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#49 07-12-2017 o 22h31

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 369


Yervant

     Lawin biegł tak szybko, że momentami zastanawiałem się, czy to on nie ma upiornych mocy. Nie zdążyłem złapać wyrazu jego twarzy, ale miałem wrażenie, że całe to przyspieszenie musiało być spodowane niczym innym, jak przerażeniem. Bał się psów.
     Dotarliśmy do murów później, niż bym tego chciał. Byłem wyczerpany, zestresowany i miałem poczucie winy, i to podwójne, bo nie tylko złamałem prawo i w pewien sposób skrzywdziłem strażnika, ale jeszcze wcześniej uknułem niemiły żart na nielubianych przez siebie osobach.
     Pochyliłem się, powoli uspokajając oddech. Spojrzałem na mojego małżonka, kiedy przepraszał. Wcześniej byłem na niego nieco obrażony, ale teraz... widząc, że wiele przeżył w związku z całą sytuacją, stwierdzałem, że nikt więcej nie powinien go już swoim zachowaniem karać.
     Obserwowałem chłopaka coraz bardziej przybity; wyglądało na to, że teraz, jeśli nikt nie naprowadzi go na inne myślenie, uzna, że nie jest zdolny do wychodzenia poza zamek.
     Przez chwilę nie chciałem w ogóle nic mówić. Przecież to nie moja sprawa, a wina jego rodziców, że go tak przekonali. Potem jednak coś nieokreślonego sprawiło, że zmieniłem zdanie- i niezależnie, czy były to szczere łzy wiszące na jego rzęsach, czy trzęsące się ciało, nie mogłem na ten obraz patrzeć.
     -Głupoty gadasz- burknąłem, podchodząc do chłopaka i nieoczekiwanie go przytulając. Wyszło to trochę niezgrabnie i zdecydowanie nie tak pocieszająco jak miało, ale i tak chciałem kontynuować. -To znaczy... nie myśl tak o sobie. Każdy popełnia błędy, niektórzy nawet dużo gorsze, nawet nie żyjąc na zamku. To ja w przeszłości bywałem już w miastach, więc ja powinienem był zważać na sytuację. A twoja ekscytacja jest uzasadniona, tam było pięknie... tylko ludzie nieprawi. Ale to od nas nie zależy- wyciągnąłem rękę, by pogładzić chłopaka delikatnie po plecach, czego jednak po chwili zaprzestałem, zmieniając to na zwykłe klepanie.
     -Chciałbym żebyś wiedział, że nie jestem zły ani nic takiego. I wybacz za to, że dopuściłem do tak niekomfortowej sytuacji. Następnym razem to się nie stanie- puściłem chłopaka, odsuwając się od niego na krok i uśmiechając subtelnie. -Jeśli oczywiście zgodzisz się na następny raz.
     Odparłem chęć otarcia jego twarzy, bo i tak nie miałem czym; ostatecznie po prostu objąłem męża ramieniem i ruszyłem w stronę bramy.
      -Może zróbmy tak- zaproponowałem. -Nie powiemy o tym, co się stało, nikomu na dworze. Wina i tak jest wyważona, ja uciekłem z więzienia, ale to nas zaatakowano. A jeśli kiedyś nas tamci strażnicy zobaczą, wtedy będziemy już przygotowani z dowodem na to, że jesteśmy z dworu. Nie będą mogli nic zrobić.
     Tak naprawdę miałem nieco inny plan co do rozwiązania sprawy, ale nie chciałem mówić Lawinowi. Jeszcze by powiedział, że to on powinien to zrobić, albo że pójdzie ze mną, a to byłoby już zbyt ryzykowne.
     Teraz pozostała tylko kwestia tego, jak wytłumaczyć innym cały nasz stan, ale zawsze można było wymyślić jakąś odpowiadającą temu historię. Albo po prostu nie wspominać o paru faktach.
     Zbliżyłem się do strażników, a oni zrobili przerażone miny, tylko nas ujrzeli.
     -K-książę, co się stało?!
     -Spokojnie, nie ma co podnosić głosu- uniosłem dłoń w uspokajającym geście. -Na przechadzce spotkała nas niemiła sytuacja. Długo by mówić, ale gonił nas jakiś rozwścieczony pies. Właściwie dzień jak co dzień, wszak wczoraj zabawialiśmy z niedźwiedziem- wspomniałem, a strażnicy spojrzeli po sobie z wyraźnym niezrozumieniem wypisanym na twarzy.
     -Poprosimy o wejście. I chusteczkę, jeśli panowie mają.
     Szczęściem drugi strażnik miał chusteczkę, a nawet i dwie.
     -Są nowe, obiecuję- powiedział, a ja z wdzięcznością przyjąłem kolorowe kawałki materiału.
     -Dziękujemy- skinąłem głową, po czym brama się otworzyła.
     -Dla ciebie- oznajmiłem, podając Lawinowi nowy nabytek. Miałem nadzieję, że czuł się już nieco lepiej.


https://i.ibb.co/0n1p08k/Be-Funky-collage-3.png

Offline

#50 07-12-2017 o 23h48

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

       Nie miałem pojęcia, czego spodziewałem się po Yervancie, ale na pewno nie tego, że mnie przytuli. Nie było to jakieś szczególnie zgrabne, czy przemyślane z tego co zauważyłem, ale nie mniej był to najbardziej pokrzepiający gest jaki ktoś wykonał w moim kierunku. Łzy otwarcie popłynęły po mich policzkach, ale tym razem nie spowodował ich strach, a wdzięczność. W tamtym momencie cieszyłem się, że miałem przy sobie nie kogo innego, a właśnie tego białowłosego upiora.
- Nie pozwolę ci zrzucić teraz całej winy na siebie – zauważyłem naburmuszonym tonem, kiedy kontynuował najazd na siebie. – Oboje jesteśmy nie bez winy, dobrze? – zapytałem, odsuwając się kawałek, kiedy zaczął klepać mnie po plecach. To już zdecydowanie mniej mi się podobało. Znacznie bardziej wolałem tego nieplanowanego przytulasa. Klepanie po plecach było takie… bezosobowe.
- Czy to znaczy, że będzie następny raz? – wyrwało mi się, chociaż wcale nie chciałem by w moim głosie pobrzmiewało aż tyle nadziei. Mimo wszystko, nie chciałem przez wieczność być zamkniętym za pałacowym murem. Chciałem zobaczyć wszystko co tylko można było dostrzec. A świat zaliczał się do tych rzeczy.
             Pozwoliłem chłopakowi objąć się za ramiona i poprowadzić w stronę bramy. Wizja kolejnego  wypadu, tym razem jednak w bardziej bezpieczny sposób zamroczyła mnie do tego stopnia, że dopiero krzyk strażnika uświadomił mi, że nadal wyglądam jak siedem nieszczęść. Zacząłem pospiesznie ocierać twarz z resztek słonej cieczy, przeklinając w duchu fakt, że za każdym razem gdy płakałem, choćby odrobinę, moje oczy robiły się czerwone, a z nosa ciekło jak z kranu. Dlaczego nie mogłem zawsze wyglądać jakby nic się nie stało? To było niegodne księcia być takim rozmazanym.
- Nic, nic mi nie jest – mruknąłem niezbyt przekonująco, czując jak końcówki moich uszu robią się czerwone po słowach Yervanta. Nie musiał od razu trąbić wszystkim na prawo i lewo, że boję się psów.
- Dzięki – mruknąłem niezbyt zadowolony, chociaż z wdzięcznością przyjąłem od niego kawałek materiału. Wydmuchałem nos, zapisując w pamięci by później wyprać darowane mi chusteczki.
- Wiesz, wcale nie musiałeś mówić o tym psie – zwróciłem mu uwagę, ocierając kąciki oczu, chociaż na pewno były już suche. – To przecież wcale nie tak, że inni nie wiedzą o tym specjalnie – dodałem z lekkim sarkazmem w głosie, mnąc w palcach kawałek materiału.
- Ale dziękuję – mruknąłem znacznie ciszej, obracając twarz w drugim kierunku. – Gdyby nie ty, pewnie dalej tkwiłbym w tym miejscu jak ptak w klatce. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś dasz się namówić na spacer.
             Mury zamku skończyły się, ukazując nam szeroki plac dziedzińca, na którym wprost wrzało. Służący biegali w te i we w te. Strażnicy siadali na konie, ktoś krzyczał, ktoś wydawał rozkazy. Pomyśleć by można, że elfy i upiory szykują się na wojnę. Uniosłem brwi w zdumieniu, posyłając pytające spojrzenie upiorowi. Co tu się stało, kiedy nas nie było? Zacząłem przeciskać się w stronę drzwi do pałacu, gdzie dojrzałem smukłą sylwetkę mojej matki i Frahila. Nie brakowało tam również zaniepokojonej upiornej pary królewskiej.
- Co się dzieje? – zapytałem, kiedy już znaleźliśmy się na równi z naszymi rodzinami.
- Jak to, co się dzieje?! – matka naskoczyła na mnie, prawie zbijając z nóg. – Lawin i Yervant nam zniknęli! Porwali ich! Zabrali moje dziecko, a ty się pytasz, głupi, co się stało?! – krzyczała w niebo głosy, zdradzając tym samym, że elfy wcale a wcale nie są be uczuć.
- Mamo, nic nam nie jest – powiedziałem uspokajającym tonem, zanim zatrzęsła mnie na śmierć. Chyba dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że to mnie trzyma za kołnierzyk.
- Lawin, dziecko drogie, gdzie wyście byli? Wiesz jak się martwiłam o ciebie. A gdyby coś wam się stało? Pomyślałeś o tym? Jesteś taki chorowity i niezdarny, jeszcze byś się gdzieś przewrócił, zadrapał i zakażenie jak nic, murowane – biadoliła, sprawiając tym samym, że miałem ochotę zapaść się pod ziemię. Takiego publicznego upokorzenia nie zafundowała mi już dawno. A ja miałem nadzieję, że wszystko będzie w porządku.
- Ojejku, a co to za zamieszanie? Czy to moja wina? Nie uprzedziłem nikogo o wizycie!
              Gdzieś w tłumie rozległ się głos, którego tak dawno nie słyszałem. Poniżej, między kłębiącą się szlachtą utworzyło się przejście, a pewnym siebie krokiem zmierzał nim w naszą stronę wysoki elf. Długie, srebrne włosy spływały kaskadą na jego plecy. Czerwone oczy zawsze patrzyły z jakimś pobłażaniem na świat, jakby wszyscy byli jego ukochanymi dziećmi. Przystojny, szalenie charyzmatyczny i z uśmiechem, za który większość elfich panien była gotowa zabić – książę Berys.

Berys


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 ... 18