Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 5 ... 18

#51 08-12-2017 o 23h14

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     -To o czym miałem mówić? Gdybym nic nie wytłumaczył, wyszłoby, że cię skrzywdziłem- stwierdziłem, dostrzegając dąs Lawina za wyznanie prawdy o psie. Nie chciał to nie, następnym razem zostawię go samego z tłumaczeniami.
     -Zobaczymy- odparłem na pytanie o spacer, choć podejrzewałem, że najbliższe wyjście czekało nas szybciej, niż się tego spodziewaliśmy.
     Z czasem moje myśli na te tematy ucichły, a my doszliśmy wreszcie na dziedziniec pałacu.
     Zgiełk i nerwowość, jakie tu panowały, zdziwiły mnie nieco. Potem jednak oblał mnie zimny pot, bo uświadomiłem sobie, że wszyscy ludzie, którzy biegali w tę i we w tę w popłochu, byli głównie strażnikami. Czyli pewnie ktoś się zorientował, że nas nie ma, i teraz zrobili wielką akcję pod tytułem 'odzyskać synów'.
     Lawin wypatrzył naszych rodziców, więc od razu poszedłem do nich razem z nim. Spanikowany głos jego matki tak mnie przeraził, że przez chwilę sądziłem, iż to nie mogła być nasza wina. Bo kto by się tym chwilowym zniknięciem aż tak przejął? Ale dalsze słowa rozwiały me wątpliwości, to jednak my byliśmy przyczyną tak skrajnych emocji.
     Patrzyłem na matkę Lawina jak na nową, zupełnie obcą istotę, słuchając dodatkowo o jej niezbyt pochlebnych słowach na temat mojego małżonka. To nie było zbyt miłe, przecież on był już dorosły, miał pewnie z... właściwie to ile on miał lat?
     Widziałem, że moi rodzice też pragnęli się na mnie rzucić, ale na szczęście (lub i nie) jakaś nowa osoba wkroczyła na scenę. Czyjś przesłodzony głos sprawił, że odwróciłem się w jego kierunku, zastanawiając się, czy to znowu będzie jakiś jajcarz w stylu wodzireja.
     Jednak zamiast rosłego, solidnej tuszy starszego męczyzny, ujrzałem młodego, przystojnie wyglądającego elfa. Taak, te włosy od razu go zdradziły. Choć oczy powiedziałbym, że miał zupełnie wampirze. Intensywnie czerwone, pałające czymś, co mnie nieco odpychało. Reszta twarzy wyrażała jednak najmilsze zamiary. Fałszywa dobroć? Wszak to oczy były zwierciadłem duszy.
     Pewny siebie młodzianin zbliżył się do nas, myśląc chyba, że to z jego winy wszyscy tak się unieśli. A ja nawet nie wiedziałem, kim on był.
     -Drogi Berysie, witamy- matka Lawina sprawiała wrażenie, jakby natychmiast zapomniała o dopiero co powstałym zamieszaniu, i teraz dla odmiany zatopiła w miłej osobie tej enigmatycznej osobistości.
    -To ten Berys? Dużo o panu słyszeliśmy- moi rodzice też postąpili do przodu, a ja tylko zmarszczyłem brwi, spoglądając na Lawina. Kto to jest?- miałem ochotę spytać, ale wtedy z zaskoczeniem zrozumiałem, że właśnie te słowa, w tym momencie, wypowiadał Berys. Patrząc się na mnie.
     -Chyba 'a kim jest wasza dostojność'...- mruknąłem, ale moi rodzice zdali się nie zauważać tej drobnej impertynencji ze strony srebrnowłosego.
     -To nasz jedyny i najdroższy syn, Yervant- odpowiedzieli, patrząc na mnie z wyczekiwaniem, jakby liczyli na to, że się odpowiednio zaprezentuję.
     -Hm, rozumiem. To zaszczyt pana poznać- elf uśmiechnął się czarująco, a moja matka wyglądała tak, jakby właśnie została zupełnie zaślepiona jego dostojną postacią.
     Tak szybko jak zainteresowanie skupiło się na mnie, tak szybko także ze mnie zeszło. Teraz pełnia skupiła się na Lawinie.
     -Szanowny książę... to dla mnie zaszczyt- mój wytrzeszcz oczu chyba nie mógł wyrazić zdziwienia, jakie wywołał nagły skłon Berysa w pas, po czym ujęcie przez niego dłoni Lawina i ucałowanie jej. Zaraz, jeszcze wczoraj to ja ją całowałem... i chyba więcej tego nie zrobię.
     -Co za galanteria! Cudownie- ktoś z boku zaklaskał, część ludzi uspokoiła się, nie przygotowując więcej do poszukiwań, zamiast tego wszystko obserwując.
     -Wyglądasz panie, a jeśli mogę się odważyć, Lawinie, jeszcze piękniej niż zwykle... co jest powodem twojego rozkwitu?- zapytał, prostując się elegancko, patrząc uważnie na drugiego elfa. On chyba wcale nie zauważał, że byliśmy trochę poturbowani.
     -Ach, to pewnie przez wczorajszy ślub- moja matka rozmarzyła się już na całego.
     -Ślub? Jaki ślub?- elf wydał się ostrożnie nastawić ucha.
     -Oczywiście Yervanta i Lawina!- uśmiechnęła się, patrząc na naszą dwójkę jak na koszyk pełen uroczych szczeniaczków.
     I wszystko byłoby pięknie, ale coś zmieniło się w oczach Berysa. Była to tak gwałtowna zmiana, że elf drgnął niemal niezauważalnie, jego wzrok zamienił się w jakby pusty... ale w tym było jeszcze coś więcej.
     ... coś, czego inni nie widzieli...
     -Ślub?- wyszeptał, ale naraz z pałacu doszedł nas donośny wrzask. Obróciłem głowę, po czym na nasadzie nosa ułożyłem palce, widząc, jak wodzirej w swej sukni wybiega z pałacu. Frahila z nim nie było, ten chyba miał bardziej po kolei w głowie, nie chciał się dodatkowo ośmieszać.
     -Jak mogliście mi to zrobić! Zaufałem wam! Jak mogliście...- mężczyzna biegł w naszą stronę, ale ominął nas, po czym dopadł jakiegoś strażnika i zaczął nim trząść. Z jeszcze większym przerażeniem odkryłem, że strażnik zaczyna się czerwienić. No nie, to się nie dzieje naprawdę...
     Wszyscy patrzyli na wodzireja, tylko ja już dłużej nie mogłem. Wtedy okazało się, że jeszcze jedna osoba go nie obserwuje.
     Berys miał zaciśnięte pięści do białości, a tym, czego inni nie mogli zobaczyć...
     ...była czysta wściekłość i chęć mordu w jego oczach.
     -Ten wodzirej, chyba musimy go zwolnić...- rozległ się głos mojej matki, a ja popatrzyłem na nią z dużą dozą nadziei. Wtedy też srebrnowłosy elf wyprostował się, zdając się wrócić do poprzedniego stanu.
     -Tak, dziwna sytuacja... ale proszę mi powiedzieć więcej o ślubie- przybrał na nowo dawny, idealnie zadowolony wyraz twarzy. O co mu chodziło?

Ostatnio zmieniony przez Rain (08-12-2017 o 23h56)


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#52 10-12-2017 o 00h39

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

      Patrzyłem na to wszystko, zastanawiając się, co Berys robił w pałacu, podczas gdy powinien być z wizytą dyplomatyczną u cesarza Chiang-hui – przywódcą mitycznych smoków, z którymi targowaliśmy się o ceny herbaty. Jedno było pewne, elf jak zawsze robił wokół siebie dużo szumu, ale nie można mu było odmówić charyzmy i uroku, który sprawiał, że uwaga wszystkich skupiała się dokładnie na nim. Nie mogłem powiedzieć, że dobrze znam Berysa. Był częstym gościem na zamku w elfiej puszczy, spędzał też ze mną sporo czasu, kiedy zacząłem dorastać, ale nigdy nie mówił o sobie za dużo. Za to słuchał, jak gdyby było to jego jedyne zajęcie. Tym razem nie zamierzałem się odzywać, korzystałem z tego, że uwaga mojej matki skupiła się na nowym gościu, a ja mogłem po cichu wycofać się poza zasięg jej nadopiekuńczych ramion. Poczułem na sobie czyjś wzrok, a kiedy podniosłem głowę dojrzałem utkwione we mnie pytające spojrzenie Yervanta. No tak, nie spodziewałem się by kojarzył dyplomatę, a nawet jeśli, to nie z imienia. Wzruszyłem ramionami i dałem mu dyskretny znak, że zamierzam się wycofać i zaszyć gdzieś w czeluściach budowli. Może nikt mnie nie znajdzie dopóki nie zacznę znów wyglądać jak na elfiego księcia przystało.
             Nie dane jednak było mi odejść. Moją cichą ucieczkę zdemaskował sam Berys, zbliżając się do mnie w ukłonie. Zmieszałem się potwornie, kiedy ucałował wierzch mojej dłoni. Jedyna osoba, która do tej pory tak zrobiła, stała tuż obok mnie z dziwną miną. Zastanawiałem się, czy na pewno wszystko w porządku. Yervant nie wyglądał na zbytnio zadowolonego.
- Ciebie również miło widzieć, Berysie – mruknąłem po chwili, nie chcąc wyjść na niegrzecznego.
              Skrzywiłem się lekko, kiedy elf zapytał o mój „kwitnący” wygląd. Już mu miałem odpowiedzieć, że to przez ukartowane małżeństwo, ucieczkę z pałacu i wyścig z psem, ale się powstrzymałem, nie chcąc sypać solą przy tych wszystkich ludziach, którzy nas bezczelnie podsłuchiwali. Na szczęście, czy też nieszczęście matka Yervanta wybawiła mnie od odpowiedzi, rzucając zaraz informacją o ślubie. Atmosfera wokół nas jakby zgęstniała, chociaż w ogóle nie pojmowałem dlaczego. Uroczy uśmiech na twarzy elfa był tak samo promienny jak zawsze, a nasi rodzice plotkowali zawzięcie o wczorajszej uroczystości.
- Dlaczego ten cyrk nie może się skończyć… - mruknąłem do siebie, widząc wybiegającego na dziedziniec wodzireja, nadal ubranego w piękną, krwistoczerwoną suknię.
               Przyglądałem się chwilę jak szarpiącego się mężczyznę dwóch strażników odprowadza do środka pałacu. Nie było mi go żal. Wczoraj przez tego typa doznałem większego upokorzenia niż kiedykolwiek wcześniej. Nie przejmowałem się nawet tym, że niewinny człowiek stracił pracę. Cieszyłem się, że więcej nie zobaczę go na oczy.
- Pamiętasz pakt, który zawarliśmy kilkadziesiąt lat temu? – moja matka wydawała się wcale nie przejmować sytuacją, jakby mój powrót i nowy gość zajęły całą jej uwagę, chociaż zdawałem sobie sprawę, że tak nie mogło być. Ona zawsze się przepracowywała i nawet na sekundę nie przestawała myśleć o swoim ludzie.
- Owszem, ale nie uwzględniał on zaślubin syna waszej królewskiej mości – zauważył elf uprzejmym tonem, w którym pobrzmiewała dziwna nuta, której nie potrafiłem nazwać.
- Ależ tak. Na mocy traktu, który podpisaliśmy ustalone było, że nasze pierworodne dzieci zwiążą się węzłem małżeńskim. Tak też się stało – odpowiedziała kobieta, uśmiechając się do mnie przepraszająco.
- Żadne z nas nie przewidziało, że będziemy mieli dwóch synów, ale ostatecznie wszystko dobrze się skończyło, prawda? – ojciec Yervanta wyglądał na bardzo zadowolonego z siebie, a ja nie mogłem zrobić nic innego jak tylko uśmiechnąć się szeroko, jakby wszystko co powiedział było prawdą. W końcu musieliśmy udawać, że naprawdę zdołaliśmy się polubić przez ten jeden dzień.
- Można powiedzieć, że to była miłość od pierwszego wejrzenia – powiedziałem z obrzydliwie słodkim uśmiechem na ustach, łapiąc Yervanta za dłoń. Splotłem ze sobą nasze palce, chcąc by to wszystko wyglądało bardziej wiarygodnie. Nie spodziewałem się jednak, że ten gest wywoła tak skrajne reakcje. Moja matka miała łzy w oczach, za to przez twarz Berysa przemknął cień niezadowolenia.
             Posłałem mu pytające spojrzenie, ale zaraz na jego twarzy zagościł ten delikatny uśmiech, który potrafił uśmierzyć każdą z obaw. Jednego nie można było mu odmówić, potrafił załagodzić każdą, nawet beznadziejną sytuację. Nie bez powodu posiadał tytuł księcia, chociaż wcale nie pochodził z rodziny królewskiej.
- No ale dosyć tego gadania – królowa klasnęła w dłonie, tym samym przyzywając do siebie dwie służące. – Berysie, na pewno jesteś zmęczony po podróży, musimy również porozmawiać o twojej misji. Te dwie urocze damy pokażą ci twą komnatę, a potem podadzą przekąskę. Potem stawisz się w moim gabinecie i razem udamy się na podwieczorek w ogrodzie. Musimy omówić plany dla naszej pary młodej, tymczasem proponuję się rozejść do swoich spraw.
               Nie protestowałem. Gdy tylko kobieta skończyła mówić, pociągnąłem Yervanta za sobą do naszej, jakby nie patrzeć sypialni. Oddalając się, czułem na sobie czyjś wzrok, ale nie odwróciłem się, by sprawdzić, kto mi się przygląda. W pokoju opadłem zmęczony na łóżko, zwijając się w kłębek na samym jego środku. Nie chciałem omawiać szczegółów małżeństwa mojego i Yervanta, no chyba że dotyczyłyby rozwodu. W innym wypadku wolałem po prostu zostać sam, poza spojrzeniami służby, strażników i wścibskiej szlachty.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#53 10-12-2017 o 18h47

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     Słuchałem o pakcie, mając jednocześnie wielką ochotę oddalić się jak najprędzej od całej starszyzny i Berysa. Wyglądało na to, że przybysz naprawdę nie był zadowolony z ceremonii zaślubin, wprost odwrotnie zresztą co do reszty zebranych, która wciąż była tą imprezą zachwycona. Nawet Lawin zaczął grać w ich grę, łapiąc mnie za rękę i mówiąc ckliwe słówka. Zaraz dołączyłem do tego swój uśmiech, bojąc się, że inaczej coś się wyda.
     Elfia królowa zarządziła, aby Berys udał się na spoczynek do komnaty, a ja byłem bardziej niż zadowolony, gdy Lawin pociągnął mnie do naszej sypialni.
     Gdy byliśmy już wewnątrz pokoju, chłopak rozłożył się na łóżku, a ja oparłem o drzwi i skrzyżowałem ręce na piersiach.
     -Intrygujący ten wasz Berys- zagadnąłem. -Tak przymilny, a tak wrogo nastawiony- odbiłem się od oparcia i podszedłem do okna, by przez nie wyjrzeć. -Mam na myśli, że był jakiś nieswój, kiedy zaczął się temat ślubu. Też to widziałeś?- spytałem, odwracając się przodem do Lawina i po chwili siadając na brzegu naszego łóżka. Miałem ochotę spytać o osobę srebrnowłosego i o szczegóły jego misji, ale nie byłem pewien, czy powinienem się mieszać. Niby należałem teraz do rodziny, ale z drugiej strony przecież wkrótce miałem z niej odejść. Co do tego me zamiary się nie zmieniły.
     -Musimy uczestniczyć w podwieczorku, prawda? Przydałoby się oporządzić- stwierdziłem, wstając z posłania. -Pójdę pierwszy, możesz w tym czasie odpocząć.
     Zbliżyłem się do sznurów od wzywania służby i pociągnąłem za nie. Nie minęła minuta, a w pokoju znalazły się dwie, nieznane mi dotąd służące. Powiedziałem im, o co chodzi, i podeszliśmy do łazienki.
     Jedna z nich otworzyła mi drzwi, jednocześnie wchodząc do wnętrza, a wtedy...
     -Aaaa!- rozległ się piskliwy wrzask. Zaraz potem ta sama dziewczyna, która jeszcze przed chwilą pewnie wchodziła do pomieszczenia, wybiegła z niego zapłakana.
     -Ktoś... ktoś jest w wannie!- krzyknęła, chowając się za moją postacią.
     -W wannie? Zostańcie tu- przykazałem, a przestraszona pokojówka przytuliła się do drugiej. Jedno było pewne, nie miały najmniejszego zamiaru nie stosować się do polecenia.
     Ostrożnie wszedłem do pomieszczenia. W istocie, zza wanny wystawała kępka białych, sterczących na wszystkie strony włosów.
     Po chwili kępka poruszyła się, a z wanny coś wyjrzało. Para bardzo jasnych, błękitnych oczu, otoczonych białymi rzęsami.
     -Kim jesteś?! Wyjdź natychmiast z tej wanny- nakazałem surowo, nagle tracąc to napięcie, które czułem przed chwilą. To wyraźnie był jeden z moich, a teraz, gdy leniwie przełożył nogę przez oparcie wanny, widziałem to jeszcze dokładniej. Blada cera, jasność wszędzie. Przede mną stał chłopak na oko w moim wieku, oczywiście rasy upiornej. Jedno co mi się w nim nie podobało, to jego spojrzenie, które nie wskazywało na to, aby był chociaż trochę skruszony swoim zachowaniem.
     -Tłumacz się, albo wezwę strażników- powiedziałem jeszcze bardziej surowo, i nie umknęło mojej uwadze, że służące dyskretnie zajrzały do pokoju przez uchylone drzwi.
    -Daenerys- odpowiedział prosto. Miał bardzo spokojny głos.
     -A nazwisko?- byłem nieco zirytowany.
     -Tylko Daenerys. Sługa księcia Yervanta.
     To już mnie naprawdę zbiło z tropu.
     -Matka księcia kazała panu służyć. Mam polecenie panu towarzyszyć, 'żeby nie zdarzyła się jakaś kolejna feralna sytuacja z ucieczką'- upiór wyrecytował słowa królowej, prawie intonując jej ton głosu.
     Potarłem się w tył głowy.
     -Może książę odwołać służące. Ja księciu pomogę.
     Zmarszczyłem brwi. To wszystko było naprawdę dziwne. Moja matka nigdy mnie jakoś specjalnie nie kontrolowała, ktoś musiał jej to doradzić.
     -To jak będzie?
     Patrzył na mnie wzrokiem, którego nie potrafiłem odgadnąć. I ta ciągła twarz pokerzysty, to sprawiało, że miałem ochotę udowodnić chłopakowi, że też jestem nieustraszony.
     -Dobrze więc- powiedziałem. -Moje panie, możecie odejść. Dziękuję wam na razie-  odprawiłem dziewczęta. -Przekażcie Lawinowi, że wszystko jest w porządku. Do zobaczenia.
     Zamknąłem drzwi od środka, by po chwili oddać się w ręce nowego służącego. Nie spodziewałem się tego, ale był tak szybki i sprawny, że dużo prędzej niż dotychczasowe pokojówki sprawił, iż byłem jak nowo narodzony. I w niepodartych szatach.
     Z pokoju wyszedłem z błogim uśmiechem na ustach. Nawet moje włosy były trochę inaczej niż zwykle ułożone, ale podobało mi się to. Było... całkiem schludnie.
     -Teraz ty- powiedziałem do Lawina, przeciągając się i potem waląc na łóżko. -A przy okazji, to Daenerys. Wygląda na to, że będzie mi teraz trochę towarzyszył- wskazałem na chłopaka stającego przy łóżku. Miałem się wykłócać, że nie powinien nam przeszkadzać, ale chyba nie będzie aż tak źle. Przecież i tak nic niegodnego z Lawinem nie robimy, chyba nie będzie się czego wstydzić...

Daenerys


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#54 10-12-2017 o 23h39

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

    Miękkie łóżko to było zdecydowanie to, czego brakowało mi przez cały dzień. Zastanawiałem się, co mnie aż tak męczyło, ale wystarczyła chwila bym doszedł do wniosku, że to przez kontakt ze zbyt wieloma osobami na raz. Nawet jeśli wcześniej wokół mnie kręciło się mnóstwo służby i strażników to nigdy jakoś szczególnie nie naruszali mojej przestrzeni osobistej, trzymając się raczej na chłodny dystans. Teraz było zupełnie inaczej. Podniosłem lekko głowę, słysząc głos Yervanta. Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem. Nie bardzo rozumiałem co miał znaczyć jego ton głosu i same słowa.
- Czy ty coś sugerujesz? – zdumiałem się, nie mając bladego pojęcia o co mu chodziło. – Na pewno był w szoku, w końcu nie codziennie słyszy się o takich rzeczach, ale czy był wrogi? Nie zauważyłem – odpowiedziałem sam sobie, przekręcając się na plecy, tak że mogłem podziwiać sufit i namalowane na nim kwiatowe wzory.
      Kiwnąłem głową na pytanie o podwieczorek. Skoro moja matka chciała na nim porozmawiać o nas, wypadało na nim być. Poza tym z tego co wiedziałem, miało na nim być mniej ludzi niż wcześniej. Bardziej rodzinna atmosfera wpisywała się w moje gusta i mogłem nawet znieść na nim Frahila i kilku innych szlachetnych gości. Ciekaw byłem co wymyśliła moja rodzicielka i rodzice Yervanta. Znając jej nadopiekuńcze zapędy spodziewałem się, że będzie chciała nas mieć blisko siebie i zabierze nas ze sobą do puszczy, a z drugiej strony zastanawiało mnie, czy w takim wypadku rodzice Yervanta wyraziliby na to zgodę. W końcu oni też chcieliby mieć syna w niedalekiej odległości, prawda?
         Nieco zdumiałem się, kiedy upiór zadzwonił po służące. W końcu mówił o ogarnięciu się, a do tego wcale nie potrzeba było służby. Czyżby chodziło o ten krem, którego wolał by nałożył mu ktoś inny? Nie bardzo wiedziałem co o tym myśleć, dlatego stwierdziłem, że nie będę zaprzątał sobie tym głowy. Położyłem się na poduszkach z zamiarem ucięcia sobie krótkiej drzemki, ale kiedy tylko udało mi się odpłynąć w krainę Morfeusza, do moich uszu dotarł czyjś wrzask. Natychmiast poderwałem się z posłania, szukając wzrokiem niebezpieczeństwa. Dojrzałem jedynie dwie przerażone pokojówki i plecy Yervanta, który najwidoczniej rozmawiał z kimś w łazience. Ale czy tam nie powinno być pusto? Na palcach podszedłem do upiora i wyjrzałem zza jego pleców do wnętrza łazienki. Nie spodziewałem się zobaczyć w niej drugiego upiora, ale najwyraźniej naprawdę miał się w niej znajdować. Wzruszyłem ramionami, skoro to był służący Yervanta, nie miałem zamiaru się w to wtrącać. Wróciłem na łóżko, ale już nie chciało mi się spać.
          Pół godziny. Tyle zajęło Yervantowi  i nowemu koledze uporanie się z wyglądem mojego drogiego małżonka. Nie mogłem się powstrzymać od nieco złośliwego wyrazu twarzy, kiedy pojawił się z powrotem w sypialni czysty, pachnący i z błogim uśmieszkiem.
- Widzę, że dobrze się tobą zajęli – parsknąłem, podnosząc się niechętnie z posłania. Yervant natychmiast zajął moje miejsce, przez co posłałem mu nieco zazdrosne spojrzenie.
- Witaj, ja jestem Lawin. Skoro będziesz musiał usługiwać temu tam – wskazałem podbródkiem rozwalonego na całym łóżku upiora – myślę, że dobrze byłoby się zaprzyjaźnić – zaproponowałem, uśmiechając się.
           Nie czekałem na reakcję chłopaka, zabrałem z wielkiej szafy czyste ubrania dla siebie i ręczniki, po czym na dobre zabarykadowałem się w łazience. Gorąca kąpiel to zdecydowanie było to, czego mi było trzeba. Nie spieszyłem się, siedząc tam znacznie dłużej od upiora, ale nie zamierzałem odmawiać sobie przyjemności płynącej z wylegiwania się w otulającej mnie gorącej cieczy. I bąbelków. Piana sięgała mi niemal po samą głowę. W końcu ktoś zapukał zniecierpliwiony do drzwi, a ja niechętnie opuściłem wnętrze wielkiej wanny. Wysuszyłem się i ubrałem i jedynie moje włosy, z którymi zawsze miałem problem pozostały wilgotne.
- Mógłbyś mi pomóc? – zapytałem upiora, kiedy parujący i z zaczerwienionymi od gorąca policzkami opuściłem wnętrze zaparowanego pomieszczenia. W jednej dłoni trzymałem grzebień, a w drugiej spinkę od niego. Już zdołałem przywiązać się do ozdoby. Kamienie szlachetne na niej idealnie komponowały się z kolorem moich włosów, a sama spinka trzymała sploty w ryzach, tak że nie musiałem się wcale przejmować, że w którymś momencie grzywka wpadnie mi do oczu.

Ostatnio zmieniony przez Ischigo (10-12-2017 o 23h42)


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#55 11-12-2017 o 20h29

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     Lawin przywitał się z nowym służącym, a do tego zaproponował mu nawiązanie przyjaźni. Daenerys wyglądał na nieco zdziwionego, ja zresztą także. Co jak co, ale służby nigdy nie traktowałem jak przyjaciół. To były osoby, które miały mi pomagać, nie jacyś najbliżsi.
     Mój małżonek wszedł do łazienki, a ja zawinąłem się w kołdrę, szybko zaczynając przysypiać. Po chwili jednak uświadomiłem sobie, że Daen wciąż tu stoi, i postanowiłem sprawdzić, jak długo tak wytrzyma.
     Udałem że śpię, nasłuchiwałem, nasłuchiwałem... po pół godzinie nadal nic się nie zmieniło.
    -Możesz sobie usiąść, wiesz- wywinąłem się z kołdry, zagadując upiora.
     -A mogę o coś spytać?- przysiadł na łóżku.
     -Już zapytałeś... Ale niech będzie- przyzwoliłem.
     -Udawał książę, że śpi? Po co?- chłopak spojrzał na mnie pytająco, a ja nieco się zmieszałem. To było widać? Kurczę.
     -Uch... hmm... pójdę zapukać do Lawina, coś długo tam w środku siedzi- odbiegłem od tematu, wstając i podchodząc do drzwi łazienkowych. Zapukanie przyniosło oczekiwany rezultat, bo wkrótce elf stanął obok mnie. Czysty, pachnący i najprawdopodobniej gorący. Pięknie się zrymowało.
     -Mógłbyś mi pomóc?- zapytał, a ja, jednocześnie z Daenerysem, odparłem:
     -Jasne.
     Spojrzałem na chłopaka, on spojrzał na mnie, po czym już tylko ja podrapałem się w tył szyi.
     -Chcesz to pomóż, ale nie musisz mnie we wszystkim wyręczać- powiedziałem do niego.
     Skinął głową, podchodząc do Lawina i umiejętnie zaczesując mu włosy, po chwili także ładnie je spinając. Wtedy mignęła mi broszka, którą wczoraj podarowałem chłopakowi.
    -Cieszę się, że ją nosisz- napomknąłem z uśmiechem. -Lepiej, aby komuś służyła, aniżeli smętnie leżała w kącie, myśląc nad tym, 'co by było gdyby'...
     -Książę- powiedział naraz Daenerys. -Nie musisz udawać.
     Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem.
     Opuścił ręce z głowy Lawina, przesuwając się w stronę drzwi.
     -Ja wiem jak to jest naprawdę. I nie musicie grać szczęśliwej pary.
     Chwycił za klamkę, otwierając drzwi.
     -Za dziesięć minut podwieczorek. Powinniśmy iść.
     Wydawało mi się, że jeszcze przed chwilą na jego twarzy grało coś na kształt ożywienia, ale teraz znowu stał się bezbarwny.
     Zacisnąłem zęby, patrząc na Lawina. Co to miało znaczyć? On się domyślił. A jeśli on, to może i inni. Trzeba było o to zapytać.
     -Nie możemy się spóźnić- upiór ponaglił, a ja wstałem, rzucając niepewne spojrzenie swojemu mężowi i wychodząc z pokoju.
     Wszyscy udaliśmy się w stronę wyjścia z pałacu. Wkrótce stanęliśmy na dworze. Słońce było przykryte przez chmury, co akurat bardzo mi pasowało. Daenowi zapewnie też.
     Moi rodzice, wraz z matką Lawina i Berysem, siedzieli pod ozdobnymi, pastelowymi parasolami; spoczywali na czymś w rodzaju leżaków, ale wyściełanych grubym, miękkim obiciem. Przed nimi stał mały stolik, a na nim herbata i różnego rodzaju ciastka. Teraz sobie uświadomilem, że właściwie chętnie bym się czegoś napił.
     -O, jesteście- moja matka uśmiechnęła się do mnie, a ja zmarszczyłem brwi. -Świetnie Yervancie, że poznałeś nowego służącego. Widzę, że się dogadujecie.
     Nie wiem, na jakiej podstawie doszła do takich wniosków, skoro stałem na metr od upiora, a on był nieprzenikniony jak zawsze, ale nie pytałem. To chyba ta matczyna intuicja. Albo moja nowa fryzura.
     -Siadajcie, właśnie mówiliśmy o waszych planach poślubnych- mój ojciec zachęcił, abyśmy zajęli miejsce naprzeciwko nich. -A więc co powiedzielibyście na jakąś podróż poślubną?
     Zwykle odpowiedziałbym 'dzięki, ale nie', ale z drugiej strony, to mogło dać parę możliwości. Może w jakimś innym zakątku odnalazłbym wróżkę, która przepowiedziałaby mi w obecności rodziców, że nie powinienem nigdy zostawać mężem Lawina i, że powinniśmy to natychmiast anulować. Ha, to byłoby dobre. Wręcz idealne.
     Chwyciłem za filiżankę i nalałem sobie herbaty, wsłuchując się w kolejne słowa mojej rodziny.


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#56 11-12-2017 o 23h47

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

      Spojrzałem zaskoczony po dwójce upiorów. Nie spodziewałem się aż tak żywej reakcji na moją prośbę upięcia mi włosów. Zawahałem się, kiedy ten nieznajomy bardziej od Yervanta podszedł do mnie, ale ostatecznie oddałem w jego dłonie grzebień i swoje włosy. Już po chwili drobny warkocz zebrany z boku głowy wpadał w kaskadę na plecach, sprawiając że teraz już nie bałem się potknąć o własne nogi, bo coś wpadło mi do oczu. Co prawda lubiłem kiedy ktoś czesał moje włosy nieco dłużej, ale nie zamierzałem narzekać, byłem zadowolony z efektu końcowego i tylko to się liczyło.
- Oh, no tak, lubię ją… - mruknąłem z jakiegoś powodu czując zażenowanie. Dotknąłem dłonią ozdoby upewniając się, że na pewno spoczywa tam gdzie było jej miejsce. Nie chciałem jej zgubić.
         Spojrzałem dziwnie na służącego Yervanta. Może i faktycznie udawaliśmy szczęśliwą parkę, ale to nie znaczyło, że każdy miły gest w kierunku któregokolwiek był udawany. Naprawdę podobała mi się spinka od upiora i chciałem ją nosić jak najczęściej. Czy to było aż tak dziwne i nienaturalne? Zacisnąłem usta w wąską kreskę. Nie znałem go i nawet wcześniej proponowałem mu przyjaźń, ale nie wiedziałem czy to miało jakiś sens, skoro zamierzał komentować w taki sposób wszystko co z Yervantem mówiliśmy do siebie. Poza tym, to nie była jego sprawa, czy faktycznie udawaliśmy, czy nie.
           Z godnie uniesioną głową opuściłem sypialnię i skierowałem za Yervantem do ogrodu. W drodze jednak przyszło mi do głowy, ze upiór mógł wziąć za prawdę słowa tego drugiego i naprawdę pomyśleć, że nie podoba mi się spinka i tylko noszę ją, żeby ludzie wierzyli w naszą farsę z wielką miłością. A przecież to nie była prawda. Zmartwiony usiadłem na jednym z wolnych krzeseł, od razu biorąc do ręki jedno ciasteczko. Zdecydowanie brakowało mi cukru we krwi, zwłaszcza że wczoraj nie zdążyłem zjeść żadnej truskawki w czekoladzie zanim to wszystko znalazło się na ziemi.
- Pofrósz poszlupna? – zapytałem z ustami pełnymi kruchego ciasta.
            Ku mojemu zdumieniu Berys roześmiał się serdecznie i zanim ktoś zdołał mi odpowiedzieć, pochylił się w moją stronę i dłonią starł okruszki, które zostały mi na brodzie.
- Mój książę powinieneś bardziej zważać na swe zachowanie – skarcił mnie, ale w jego głosie pełno było łagodnego rozbawienia niżeli złości, czy przekąsu.
- Uh, dziękuję Berysie – mruknąłem, popijając szybko resztkę słodkości gorącą herbatą.
- Pomyśleliśmy sobie, że to może być dobra okazja, żebyście się lepiej poznali – oświadczyła moja matka sącząc wytwornie napar z delikatnej porcelany. – Ale oczywiście jeśli nie czujesz się na siłach, zorganizujemy wam coś na miejscu – zapewniła pospiesznie, a ja powstrzymałem się od przewrócenia oczami.
- Nic mi nie będzie. Gdzie mielibyśmy jechać? – zainteresowałem się, mając jednak w pamięci obraz sprzed kilku chwil. Czy naprawdę tak marnie odgrywaliśmy rolę zakochanej pary z Yervantem, że nawet szczere słowa wyglądały jak marna imitacja?
- Co powiecie o Waterlake? – zapytała królowa upiorów, posyłając mi jeden z uroczych uśmiechów. Nie potrafiłem nie lubić tej kobiety, była tak miła i sympatyczna.
- Nigdy nie widziałem oceanu – powiedziałem podekscytowany, patrząc pytająco na Yervanta. Czy i on nie miałby nic przeciwko udaniu się nad wielką wodę? – Ale… Możemy jechać gdzieś indziej – dodałem zaraz, myśląc o wrażliwej skórze mojego męża. – Gdzieś gdzie jest mniej słońca.
            Rodzice i ku memu zdumieniu, również Berys zaczęli zastanawiać się nad rzuconym przeze mnie kryterium miejsca. Stracili zainteresowanie naszą dwójką, co wykorzystałem, by pochylić się kierunku upiora.
- Hej… - zacząłem, ale zaraz przygryzłem wargę, zmieszany. To było głupie z mojej strony przejmować się takimi rzeczami, prawda?  A jednak ta jedna myśl nie dawała mi spokoju. – Yervant, ale ty wiesz, że ja... – zaciąłem się, a czując na sobie czyjś wzrok, spuściłem oczy na zieloną trawę pod naszymi stopami. Uszy mi poczerwieniały, ale musiałem brnąć w to dalej. Skoro już zacząłem, zamierzałem skończyć. – Że ja wcale nie noszę spinki od ciebie dla pozorów? – Nie chciałem by zabrzmiało to jak pytanie. – Naprawdę mi się podoba. Jest śliczna – zapewniłem żarliwie, unosząc nieśmiało wzrok na jasne tęczówki upiora.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#57 12-12-2017 o 23h31

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     Odpoczywaliśmy, spokojnie popijając herbatę, Berys znów przymilał się do każdego, a dyskusja na temat podróży poślubnej rozgorzała w najlepsze. Moja matka zaproponowała Waterlake, a ja nie mogłem powiedzieć, aby był to zły pomysł. Tym bardziej, że Lawin sam przyznał, że nigdy nie miał okazji do zobaczenia oceanu, i wyglądał, jakby go to całkiem ekscytowało.
     Spojrzałem na niego ze zdziwieniem, kiedy wspomniał o słońcu. Martwił się o mój stan? I zaraz przypomniały mi się słowa Daenerysa, że nie musimy udawać. Czy to było już udawane? Czy sam się przejął, nie myśląc o korzyściach?
     Zebrani zaczęli dywagować na temat Waterlake, a ja, zanim zdążyłem wtrącić swoje trzy grosze, usłyszałem cichy głos męża obok siebie. Chciał czegoś ode mnie, ale był nieco speszony i tylko czekałem, aż się wysłowi.
     Pokręciłem głową z lekkim uśmiechem, kiedy już wyznał, co mu leżało na wątrobie.
     -Teraz będziemy się ciągle zastanawiać, czy jesteśmy dla siebie mili tylko dla pozorów, prawda?- zastanowiłem się przyciszonym głosem. -Nie martw się, wiem, że przypadła ci do gustu. Nie podejrzewałbym cię o taką fałszywość.
     W międzyczasie starsi już się naradzili.
     -Yervant, ostatnie słowo należy do ciebie, ale naprawdę liczymy, że zgodzisz się na to miejsce- powiedziała moja matka, patrząc na mnie z nadzieją. -Mamy tam taką piękną willę.
     Właściwie nie musiałem zastanawiać się długo. Na miejscu na pewno byłyby jakieś wróżki, albo można było zabrać się na prywatny statek i wypłynąć na morze. Chwilę rozmarzyłem się nad rejsem w blasku księżyca, nad ucieczką od wszystkich problemów i obecnego życia.
     -Jedźmy tam- zadecydowałem pewnie, a kobieta tylko klasnęła w dłonie i znowu zaczęła żywo rozmawiać z pozostałymi.
     -Ale mieliśmy jeszcze jedną koncepcję- oznajmiła do tego królowa elfów. -Aby przed wyjazdem wyprawić bal dla was i dla wszystkich, którzy zaszczycili nas swoją obecnością na ślubie.
     Bal... miałem złe przeczucia, a wizja tańca z kimkolwiek sprawiała, że miałem ochotę zachować się jak szczeniak i zacząć symulować jakąś przybijającą do łóżka chorobę.
     -Świetny pomysł- powiedziałem niemrawo, a inni przytaknęli. Dlaczego ja.
     Chwyciłem za najbliższe ciasteczko, a wtedy ktoś nadbiegł do stolika. Był to służący, który szepnął coś na ucho mojemu tacie, a potem zostawił w jego rękach list.
     Król spojrzał na królową, po czym otworzył list i zaczął czytać na głos:
     -Szlachcice z wojskowego pułku upiorów pragną pogratulować zaślubin Lawinowi i Yervantowi- tu spojrzał na nas z uśmiechem, jakbyśmy mieli być już w co najmniej siódmym niebie- i wyrażają prośbę, a zarazem wielką chęć przybycia w dniu jutrzejszym na teren pałacu, aby móc złożyć im osobiste życzenia. Właśnie rezydują w pobliżu, wolni od misji pokojowych. Wspaniała nowina!- złożył list i spojrzał na nas wszystkich. -Będziemy mieli jutro znamienitych gości! Trzeba pospieszyć zatem z przygotowaniami.
     -Tak jest, nie ma na co czekać- moja matka już zakończyła spożywanie posiłku. -Trzeba ustalić dania, kolory sali, plan wieczoru, a potem jeszcze późniejszy wyjazd Lawina i Yervanta- rozmarzyła się. -Chłopcy, aby się tylko upewnić, zależałoby wam na tym, abyście w Waterlake mieli dom tylko dla siebie?
     Z początku nie rozumiałem, czemu nie wystarczyłby nam zwykły pokój, ale potem chyba zrozumiałem, o czym ona mówi. I musiałem trzymać rezon, aby się nie zaczerwienić.
     -... jeśli można- odparłem niepewnie.
     -Hoho...- królowa upiorów zachichotała cicho, a Berys spojrzał po niej, jakby robiła błąd.
     Spodziewałem się, że w każdym momencie może powiedzieć, że z chęcią uda się razem z nami, ale nie zrobił tego. Chociaż to było pewnie tylko kwestią czasu.
     -Daenerys- odezwała się moja matka, przywołując stojącego niedaleko upiora, o którego istnieniu, nawiasem mówiąc, zupełnie zdążyłem zapomnieć. -Pomóż spakować się moim synom. Wyjazd na pewno obejmie co najmniej kilka dni i trzeba ich przygotować na różne warunki pogodowe.
     Słowo 'synom' sprawiło mi większy ból, niż mógłbym przypuszczać.
     -No, idźcie już- odprawił mój tata, a ja wstałem, rozumiejąc, że starsi sami chcą się wziąć za przygotowania, chociaż nie omieszkają nas zawołać, gdyby czegoś potrzebowali.
     -Proszę za mną- zachęcił upiór, a ja wstałem niepewnie, czekając na Lawina. Daenerys był tak beznamiętny, że obawiałem się, iż chętnie popakowałby nam odpowiednie komplety bielizny i wciąż nie mrugnąłby nawet okiem. Nie chciałem do tego dopuścić.


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#58 13-12-2017 o 23h05

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

        Słysząc odpowiedź Yervanta na moje słowa, pokręciłem żarliwie głową. Wcale nie chciałem by tak to teraz miało wyglądać. Chcieliśmy rozwodu, ale przecież to wcale nie przeszkadzało byśmy zostali przyjaciółmi, czego w sumie bardzo chciałem, jako że zdążyłem polubić Yervanta. Może i nie znałem go zbyt dobrze, ale to nie znaczyło, że nie miałem o nim dobrego zdania. I miałem nadzieję, że on mimo tej całej sytuacji nie będzie żywił wobec mnie nienawiści. Przyjaźń opiera się na zaufaniu, a my nie moglibyśmy sobie zaufać cały czas zastanawiając się, czy nasze zachowania są szczere. Dlatego uśmiechnąłem się z ulgą, gdy upiór zapewnił, że zdaje sobie sprawę, że ja wcale nie udaję. Bo też nie miałem czego. Jak taka śliczna ozdoba mogła mi się nie spodobać?
          Uśmiech na nowo zagościł na mojej twarzy, kiedy decyzja co do naszego wyjazdu zapadła. Skoro i tak musieliśmy czekać, żeby to wszystko odkręcić, równie dobrze mogliśmy to wykorzystać w najbardziej perfidny i przyjemny sposób i dać sobie zafundować trochę wolności. Ciekaw byłem jak naprawdę wygląda morze. Do tej pory miałem okazję oglądać tylko gęstwinę leśną boru, ewentualnie góry w podróży do neutralnej ziemi, na której się właśnie znajdowaliśmy. Wielka woda była jedną z tych rzeczy, które do tej pory mogłem sobie tylko wyobrażać. Dlatego bardzo się cieszyłem, że Yervantowi nie przeszkadzał ten wybór. Zapisałem sobie jednak w pamięci by przyrządzić więcej maści na oparzenia. W końcu wczoraj wyglądał jakby naprawdę bardzo mu pomogła. 
            Prawie jęknąłem słysząc o kolejnym balu. Czy oni naprawdę chcieli nas zmusić kolejny raz do robienia z siebie idiotów, do tego na oczach całej elfiej i upiornej szlachty, do tego z jakimiś wojskowymi oficerami. Poczułem, że kręci mi się w głowie od tego wszystkiego. Chciałem w końcu zostać sam na sam ze sobą, swoimi książkami i względną wolnością. Nie żebym nie lubił swojej rodziny z drobnymi wyjątkami, ale zbyt wiele zwaliło się na mnie w przeciągu dwóch dni. Musiałem pomyśleć. W spokoju.
              Nie zrozumiałem ogólnego podekscytowania przy stole, kiedy matka upiora wspomniała coś o wolnym domu. Wyraz twarzy Yervanta też zbyt wiele mi nie powiedział, a obawiałem się, że jeśli zapytam, nie skończy się to dobrze. Czy to była jedna z tych spraw, do których trzeba było dojrzeć, by zrozumieć? Nie wiedziałem, ale lekko denerwował mnie fakt, że znów jest mowa o czymś, o czym ja nie mam bladego pojęcia. Musiałem później zapytać o to białowłosego. Nie chciałem być jedynym niedoinformowanym w towarzystwie. Zwłaszcza, że moja matka wyglądała na jednocześnie przerażoną, rozbawioną i zażenowaną.
- Tylko proszę, nie przesadźcie. Przede wszystkim macie tam odpoczywać. Lawinku, bez szaleństw, dobrze? Nie przeforsuj mi się tam – upewniła się kobieta, patrząc na mnie i Yervanta błagalnie.
- Nic mi nie będzie. Yervant się mną zajmie, prawda? – rzuciłem z uśmiechem, niechcący dolewając oliwy do ognia. Aż Berys zakrztusił się herbatą, a ojciec upiora na chwilę przestał oddychać.
                 Poczułem ulgę, kiedy w końcu mogliśmy odejść, chociaż wcale nie podobało mi się, że jakiś upiór o beznamiętnym wyrazie twarzy ma zamiar dotykać moich rzeczy. Co prawda to był jakby rozkaz od matki Yervanta, ale nie sądziłem, by mi się sprzeciwił, gdybym stwierdził, że sam to zrobię. Poza tym nie widziałem żadnego problemu w spakowaniu sobie walizki. W końcu to ja wiedziałem co noszę, a czego raczej nie. Służący nigdy nie wyręczali mnie w wielu czynnościach, chociaż wiedziałem, że moja matka tego chciała. Ja jednak wolałem chociaż minimalnie nauczyć się samodzielności. Zawsze żałowałem tylko, że nie dane mi było nauczyć się gotować.
                 Idąc do naszej sypialni wpadliśmy na Frahila. Elf gdy tylko mnie zobaczył, wystartował w moim kierunku z zawrotną prędkością, aż w końcu dopadł mnie i złapał za kołnierz mojej szaty.
- Ty – warknął, ale zaraz opanował się i puścił mnie, przeczesując nerwowo blond włosy dłonią. – Dzięki kuzynku, twój żart był przedni. Mam nadzieję, że dobrze się bawiliście podczas gdy ja musiałem słuchać jęków tego kretyna, którego ubraliście w kieckę – marudził, sztyletując spojrzeniami to mnie, to Yervanta.
               Zrobiło mi się głupio. Wiedziałem, że to nie była jedna z moich lepszych decyzji, ale teraz, patrząc na zdenerwowaną twarz kuzyna wiedziałem, że to była przesada.
- Przepraszam, Frahil – powiedziałem skruszonym tonem, przestępując z nogi na nogę. – To było bardzo nie fair. Mam nadzieję, że wodzirej nie bardzo cię zanudził? – zapytałem ostrożnie, patrząc nieśmiało na elfa.
- Na śmierć – prychnął, po czym niemal natychmiast złapał mnie w swoje objęcia i zanim się spostrzegłem, czochrał mnie po włosach jakby chciał mi je wszystkie nastroszyć. Najlepiej każdy w inną stronę.
- Teraz jesteśmy kwita – stwierdził z zadowoleniem, przyglądając się mojej szopie na głowie, którą kiedyś mogłem nazwać fryzurą. Skrzywiłem się, dłonią próbując ogarnąć to co zostało z warkocza zrobionego mi przez Deanerysa, ale nie było czego ratować. Chwilę zajęło mi wyplątanie z kołtuna spinkę od Yervanta, a widząc ile razem z nią wyrwałem sobie czupryny skrzywiłem się jeszcze bardziej, rzucając za oddalającymi się plecami Frahila nienawistne spojrzenie.
- Jak ja się teraz rozczeszę – jęknąłem, spoglądając podejrzliwie na dwa upiory. Czy oni czasem nie mieli zbyt uradowanych min patrząc moją stronę?

Ostatnio zmieniony przez Ischigo (13-12-2017 o 23h06)


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#59 17-12-2017 o 23h47

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant
 
     Zmierzaliśmy w stronę sypialni, aż nagle zobaczyłem postać kogoś wyłaniającego się zza rogu. Kiedy zrozumiałem, że to Frahil, było już za późno. Chłopak doskoczył do Lawina i... o dziwo pogratulował mu udanego żartu.
     Uśmiechnąłem się na błogie wspomnienie wodzireja w sukni, jednocześnie patrząc na elfa bez zbytniej  skruchy. Daenerys za to sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział, i nie chciał wiedzieć, o co tu chodzi.
     Lawin poczuł moralną powinność i przeprosił kuzyna za nasze zachowanie. Kiedy jednak spodziewałem się po prostu wybaczenia i zwykłego rozejścia każdego w swoje strony, ten energiczny chłopak znów zaczął targać mojego męża po głowie. Na efekt jego pracy popatrzyłem z rozbawieniem i przerażeniem zarazem. Włosy Lawina były maksymalnie naelektryzowane i gdyby je jeszcze trochę natapirować, to chłopak wyglądałby jak skruszony baranek.
     Frahil odszedł, a Lawin w międzyczasie wyrwał sobie włosy. To znaczy spinka mu wyrwała, ale to dlatego, że ją wyjął.
     Nie byłem pewien, czy to 'jak ja się teraz rozczeszę' było jakąś prowokacją lub prośbą o pomoc, ale i tak zaoferowałem:
     -Ja pomogę.
     I... oczywiście jednocześnie z Daenerysem. Popatrzyłem na niego, on popatrzył na mnie, a potem obaj rzuciliśmy się jednocześnie w stronę włosów Lawina.
     Chwyciłem prędko za prawą połowę złotych pasm, a drugi upiór za lewą.
     -To nie jest jakaś konkurencja. Ja pomogę, ty nas spakujesz- powiedziałem.
     Pokiwał głową, ale nie puścił włosów. Przewróciłem oczami i zacząłem iść w kierunku naszego pokoju. Wtedy wszyscy zaczęliśmy kroczyć, a wyglądało to tak, jakby Lawin był panną młodą, a my nieśliśmy jej z tyłu welon.
     Gdy dotarliśmy do pokoju, Daenerys był dużo szybszy ode mnie. W mig złapał za najbliżej leżący grzebień i poprosił Lawina o spoczęcie na łóżku. Sam usiadł za nim i zabrał się do pracy. A ja tylko patrzyłem na niego niezadowolony.
     -Dobra dobra, i tak będę lepszy- stwierdziłem, po czym też usiadłem za mężem i zacząłem palcami przeczesywać jego blond włosy. Nie było łatwo. Właściwie to przeze mnie robiło się nawet gorzej... Dopiero po kilku minutach udało mi się zacząć robić ze swojej porcji jakiś bardzo krzywy warkoczyk.
     -Gotowe- usłyszałem ze swojej lewej strony i zszokowany popatrzyłem, jak Daenerys zakończył robotę. Zaraz, chwila, jak on to tak szybko...?!
     -Teraz zabieram się za pakowanie- powiedział, pozostawiając na połowie głowy Lawina idealnie zrobiony, śmiesznie speciony warkocz. Tak, właśnie, ta fryzura to jakaś śmieszność. On nawet nie użył gumki do włosów, którą ja miałem. U mnie wszystko powinno być lepiej.
     Zaczął wyciągać ubrania z szafy i pakować do waliz również z niej wyjętej, a ja przyglądałem mu się podejrzliwie.
    -Przy okazji... wcześniej mówiłeś coś o tym, że nie musimy udawać. Ale o co ci właściwie chodziło? Przecież Lawin i ja się... się kochamy- przełknąłem ślinę, bo te słowa zupełnie nie pasowały do moich ust.
     Chłopak nic nie powiedział, zaczął tylko wybierać jakieś szaty i zręcznie układać je tak, żeby się nie pogięły.
     -No naprawdę. Słowo upiora- powiedziałem, dalej starając się uratować nieudany, robiony przez siebie warkocz, ale Daenerys tylko pokręcił głową.
     -Chcesz dowodu? Dobrze. Proszę, oto dowód- oznajmiłem pewien siebie, białowłosy zwrócił na mnie całą swoją uwagę, a ja, przerażony w co się właściwie wpakowałem, musiałem kontynuować.
     -Tak... no więc... ekhem- wymamrotałem, po czym, wciąż siedząc tyłem do swojego męża, dotknąłem palcami jego brody, po czym uniosłem ją tak, aby jego wzrok znalazł się na suficie*.
     Wtedy przeniosłem się do pozycji klęczącej, a będąc głową ponad twarzą Lawina, schyliłem się, całując go... tuż pod jego dolną wargą.
     Wytrzymałem tak ze dwie sekundy, po czym wyprostowałem się uśmiechnięty, aż nawet szyja mi strzyknęła.
     -Proszę bardzo- byłem zadowolony z akcji, ale gdy spojrzałem na włosy Lawina... powiedzmy, że fryzurę będzie musiał dokończyć sam.
     -Oszust- usłyszałem tylko ze strony Daenerysa, a to ugodziło mnie prosto w serce.
     -Ale to jest przecież... to jest trułe lowe- powiedziałem w jakimś obcym języku, którego skądś liznąłem, ale którego nie znałem, ale upiór wciąż był nieprzekonany. I właśnie wyjmował z szafy coś dziwnego.
    -Zaraz...- moje oczy rozszerzyły się w szoku, kiedy sługa uniósł różowe, koronkowe majtki na poziom swojej twarzy.
     -A to ciekawe. Może książę Lawin zechce usłyszeć. Tutaj jest napisane: własność prywatna Yervan...
     -Zostaw je!!!- zerwałem się z miejsca, uderzony przez okrutną realizację. Rzuciłem się w stronę Daenerysa, ale ten mi uskoczył. Pobiegłem za nim aż na koniec pokoju, ale ten był tak szybki, że znowu mi się wyślizgnął.
     -Nie ukrywaj prawdy przed swoją miłością- powiedział z lekkim rozbawieniem.
     -One... to nie był mój pomysł!- zawołałem, a kiedy już wydało mi się, że dopadam chłopaka, bitwa przeniosła się na łożko. Szarpanie przyniosło jednak najgorszy skutek, jaki mógł z tego wyniknąć- bo kawałek bielizny wysprężynował z dłoni Daenerysa prosto na kolana Lawina.
     -Nie czytaj tego!- poprosiłem, trzęsąc się o swoją godność. To naprawdę nie była moja wina. Kolega z dworu powiedział mi, że załatwi idealny prezent ślubny dla przyszłej małżonki. I co przygotował? Majtki z napisem z tyłu 'Własność prywatna Yervanta Maughnama' i dodatkowo z datą zaślubin. Nic, tylko się zastrzelić.

*obrazek tematyczny, tylko dla dorosłych!1!one


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#60 19-12-2017 o 20h24

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

         Czując się ciągniętym za włosy z każdej możliwej strony, stwierdziłem że przy tych dwóch muszę powstrzymywać język przed wypowiedzeniem czegoś co mogłoby zabrzmieć jak prośba. W innym wypadku mógłbym skończyć łysy, albo z nerwicą natręctw. Nie podobało mi się, że w jakimś stopniu robiłem dla upiorów za konkurencję sportową. Nie byłem w końcu aż tak bezradny, poza tym oboje wyglądali jakby robili to z żywej chęci dopieczenia sobie nawzajem co mi się absolutnie nie podobało. Słysząc, że przynajmniej jeden zostawi moje włosy w spokoju, niemal odetchnąłem z ulgą, bo oświadczył, że zabiera się za pakowanie. Na szczęście widziałem w jego dłoniach jedynie ubrania Yervanta, więc chyba nie musiałem się martwić, że nagle zabierze się za moje.
            Zesztywniałem kiedy mój mąż poruszył temat, o którym wolałem nie plotkować. Na dodatek jego słowa brzmiały jak wierutne kłamstwo, nawet jeśli wymówił je z jakimś dziwnym przekonaniem. Nie rozumiałem, dlaczego w ogóle do niego wrócił. Myślałem, że to wszystko rozejdzie się po kościach, a my swoim zachowaniem w stosunku do siebie zdołamy jakoś przekonać chłopaka, że jednak mówimy prawdę.  Czując dotyk chłodnych palców Yervanta na swojej brodzie, zmarszczyłem lekko brwi w pytającym geście. Nie opierałem się, kiedy odchylił moją głowę do tyłu, tak że chcąc czy nie, musiałem spojrzeć na niego, podczas gdy dalej siedział za mną.
- Yerv… - zacząłem zaskoczonym tonem, ale widząc jego uparty wzrok utkwiony gdzieś w moim podbródku, po prostu się zamknąłem, za bardzo skonfundowany tym co upiór właśnie robił. A wyglądało to tak, jak gdyby chciał mnie pocałować. Moje serce natychmiast wskoczyło na wyższy bieg, prędkością uderzeń dorównując galopującemu mustangowi. Co on próbował osiągnąć?
             Dwie sekundy później było po wszystkim, a ja nadal nie mogłem wyjść z szoku. Upiór owszem, pocałował mnie. Ale nie w usta, a w brodę. Jego włosy zakryły nas, tak że Deanerys nie mógł mieć pewności, czy białowłosy udawał, czy nie.  A jednak zakwestionował czyn mojego współtowarzysza niewoli. Posłałem upiorowi zdenerwowane spojrzenie,  gdyby jego sługi nie było w pobliżu, oberwałby po głowie.
- Uprzedzaj mnie następnym razem, jeśli będziesz chciał zrobić coś takiego – syknąłem, czując że czerwień złości chce wypłynąć na moje policzki. Wziąłem głęboki oddech, nie chcąc by moje emocje wyszły na jaw, ale zaraz upiór siedzący obok mnie rzucił się w kierunku tego drugiego z dzikim okrzykiem na ustach.
             Przyglądałem się z rosnącym niepokojem na dziejącą się przede mną scenę, nie będąc pewnym, czy może nie iść sobie gdzieś indziej. Z mojego punktu widzenia wyglądało to tak, jakby ci dwaj musieli coś sobie wyjaśnić, najlepiej pięściami, a ja nie chciałem być tego świadkiem. Nawet chciałem się podnieść i iść po jakąś herbatę czy coś, kiedy na moich kolanach wylądowało coś zdecydowanie czerwonego i koronkowego. Zamrugałem zaskoczony powiekami, a słysząc jakieś dziwne prośby od białowłosego, wziąłem to to w dwa palce, żeby mu oddać. Jeśli nie chciał bym patrzył na jego własność, to nie zamierzałem tego robić. A jednak kiedy materiał rozwinął się na całą swoją skąpą okazałość, nie mogłem nie zauważyć, że trzymam damskie majtki. Na dodatek z napisem, o którym wolałem nie wiedzieć. Moje uszy pokryły się czerwienią. Czułem się zażenowany na samą myśl o tym, że trzymam coś tak odważnego w dłoniach. Ale ten napis…
- Tak z czystej ciekawości, kochanie – zacząłem, a mój głos był tak jadowity, że aż sam się zdziwiłem, że tak potrafię. – Chciałbyś żebym to założył? – zapytałem sztyletując go zniesmaczonym wzrokiem.
              Nie spodziewałem się po nim czegoś takiego. Kto by pomyślał, że Yervant nie dość, że chciałby zobaczyć swoją małżonkę w czymś tak skąpym, to jeszcze chciał ją podpisać jakby była jego własnością. Nie sądziłem, że chłopak okaże się tak przedmiotowy i bezczelny. Ale w sumie, co mogłem o nim wiedzieć? Nie znałem go na dobrą sprawę.
- Jesteście okropni. Obaj – zakomunikowałem podnosząc się z godnością na równe nogi. Oddałem upiorowi jego własność, po czym oznajmiając, że wybieram się po herbatę, opuściłem sypialnię.
                 Znalazłszy się za drzwiami, pozwoliłem by moją twarz pokrył głęboki rumieniec zażenowania. Potarłem dłonie o szatę, zastanawiając się, jak kobiety są w stanie chodzić w czymś takim i nie czuć się nago. Potrząsnąłem głową. Nie chciałem się nad tym rozwodzić. Wziąłem kilka karmicznych wdechów, po czym naprawdę ruszyłem się w stronę kuchni, starając się nie myśleć o niczym dziwnym. W połowie drogi usłyszałem głos mojej matki i innych służących. Nie miałem ochoty na spotkanie z królową elfów, dlatego szybko czmychnąłem do korytarza dla służby. Wiedziałem, że raczej się go nie używało. Nawet pokojówki tędy nie chodziły, woląc przestronne korytarze pałacu. Dlatego nie bałem się, że na kogoś wpadnę.
                 Zadowolony z obrotu sprawy, podążałem dalej w kierunku kuchni, starając się nie przejmować tym, że te korytarze były tak wąskie i ciemne. Szedłem dalej, aż  w którymś momencie zdałem sobie sprawę, że od dłuższego czasu słyszę czyjeś szepty. Zaintrygowany, zwolniłem kroku, starając się iść tak cicho jak tylko dawałem radę. Wyjrzałem zza najbliższego zakrętu tylko po to by w półmroku dojrzeć czyjeś dwie postacie. Męskie na dodatek. Jedna z nich, ta przyciśnięta do ściany, była jednym ze strażników, co poznałem po charakterystycznym mundurze. Ale ta druga?
- Adam, nie tutaj – usłyszałem błagalny głos mężczyzny. Czy ten drugi mu groził? Powinienem wezwać pomoc?
- Nikt tędy nie chodzi – uspokajający głos należał do wodzireja. – Poza tym, zwolnili mnie, jutro mnie tu nie będzie. Nie wiem kiedy znów się zobaczymy, James.
- Ale… - zaczął ten drugi, ale jego głos urwał się przerwany głębokim westchnięciem. Zamrugałem zaskoczony, co oni tu właściwie robili?
- Więc jak będzie? – obrzydliwie mruczący głos mężczyzny dotarł i do moich uszu, ale w przeciwieństwie do strażnika moim ciałem wstrząsnął dreszcz obrzydzenia. Chyba nie powinienem być świadkiem tej sceny?
- Tylko trochę… - usłyszałem jeszcze, zanim zacząłem się wycofywać w głąb korytarza. Słysząc krzyk, który był jednocześnie dźwiękiem bólu i przyjemności, zatkałem sobie uszy dłońmi i pobiegłem jak najdalej od tego miejsca. Nie chciałem się zastanawiać. Nie chciałem wiedzieć. A jednak, moje myśli ciągle do tego wracały. Wodzirej i ten strażnik, czy oni się kochali? Byli razem? Ale w takim razie, dlaczego spotykali się potajemnie w takim miejscu i robili jakieś dziwne rzeczy?
               Wypadłem na główny korytarz gdzieś niedaleko jadalni i wyjścia do ogrodu. Twarz mnie paliła, a serce z przerażenia i czegoś jeszcze biło szaleńczym rytmem. Chciałem wyrzucić z głowy obrazy sprzed kilku chwil, ale to nie było takie proste. Nie przestałem biec, aż w końcu stało się to, co nieuchronne. Wpadłem na kogoś. Kogoś wyższego ode mnie. Kogoś kto pachniał w tak znajomy sposób. Jego dłonie zacisnęły się na moich ramionach, przytrzymując mnie, bym nie upadł, a rubinowe oczy patrzyły na mnie z niepokojem wypisanym w tęczówkach. Berys.
- Mój książę, co ci się stało. Jesteś cały czerwony – powiedział z wyraźną troską w głosie.
                Potrząsnąłem głową, na co elf rozejrzał się, po czym pociągnął mnie za sobą do jakiegoś pustego korytarza. Nie było w nim nawet służby.
- Więc, co się stało? – zapytał, pocierając uspokajająco moje barki.
- Ja… - zacząłem, ale nie byłem pewien, czy powinienem o tym mówić. Uciekłem wzrokiem gdzieś na bok, starając się pozbyć uciążliwego rumieńca z policzków, ale jak na złość, nie chciał zejść.
                 Berys wzruszył ramionami, po czym zmarszczył nos z obrzydzeniem, patrząc na moje włosy.
- Ktoś cię, książkę chyba bardzo nie lubi. Komu dałeś zrobić ze swoich włosów to paskudztwo? – zapytał z wyrzutem w głosie.
- To… to Yervant i Deanerys próbowali mi pomóc, po tym jak Frahil… - zacząłem się tłumaczyć, ale mężczyzna uniósł dłoń, jakby nie chciał tego słuchać. Czy też raczej, jakby mówił, że wszystko jest jasne. Nie rozumiałem tego gestu.
               Bez słowa pociągnął mnie na stojącą gdzieś pod ścianą kanapę i posadził na niej, zabierając się za rozplątywania warkocza. Potem wyciągnął skądś grzebień i zaczął delikatnie rozczesywać moje włosy aż stałyby się moją naturalną miękką falą opadającą mi na plecy.
- Więc, powiesz mi teraz co cię tak bardzo wytrąciło z równowagi, że straciłeś nad sobą kontrolę? – zapytał spokojnie, a ja już do reszty uspokojony delikatnością elfa i hipnotyzującą mocą jego głosu opowiedziałem mu wszystko, rumieniąc się na samo wspomnienie.
- Więc mówisz, że nie wiesz, co takiego widziałeś? – upewnił się mężczyzna na koniec, związując mi włosy swoją czerwoną wstążką, którą zawsze nosił pod szyją.
- Nie bardzo – przyznałem, obracając się twarzą w jego stronę. Nie wiedziałem dlaczego, ale na ustach elfa pojawił się zadowolony uśmieszek.
- A jak twoja i Yervanta noc poślubna? – zapytał nagle, wyrwanym z kontekstu pytaniem. W każdym razie, dla mnie takie właśnie ono było.
- Emm… spokojna? – rzuciłem, nie bardzo wiedząc dlaczego zeszliśmy na ten temat.
- Rozumiem – powiedział jeszcze bardziej zadowolony z siebie, a ja nadal nie wiedziałem, o co mu chodziło.
                Posłałem mu pytające spojrzenie, a on bez słowa złapał mnie za dłoń i przysunął do mnie tak bardzo, że czułem przez ubranie ciepło jego ciała. Mimowolnie moja twarz pokryła się czerwienią, a mętlik w głowie, który zdołałem jakoś zepchnąć na drugi plan, znowu zagościł w moich myślach. Berys był zdecydowanie zbyt blisko. I pochylał się nade mną w jakiś taki dziwny sposób, nie przestając patrzeć przy tym w moje oczy. Zrobiło mi się gorąco z zażenowania. Dlaczego on się tak na mnie gapi?
- Czy ci dwaj służący… - zaczął, a jego głos niebezpiecznie zaczął przypominać ten wodzireja z korytarza dla służby. – Byli ze sobą tak blisko? – zapytał, a na jego wargi wypłynął jakiś dziwny uśmieszek.
- T-t-tak… - odpowiedziałem, przesuwając się do tyłu aż natrafiłem plecami na podłokietnik i nie miałem gdzie uciec od przeszywającego mnie na wskroś spojrzenia Berysa.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#61 25-12-2017 o 21h43

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     Wiedziałem, że to się tak skończy. Lawin miał tak niezadowolone spojrzenie (przeszyte dodatkowo nutą obrzydzenia!) że momentalnie zrobiło mi się jeszcze głupiej za to, co zobaczył. Aczkolwiek jego zachowanie i to, jak po prostu wyszedł z pomieszczenia bez poczekania na czyjąkolwiek odpowiedź, też było nie najmilsze.
     -Książę, wcale nie jesteś okropny- usłyszałem ze strony Daenerysa, na co westchnąłem, łapiąc się za nasadę nosa z niezadowoleniem.
     -I po co to wyciągałeś? Chyba miałeś być moim służącym- powiedziałem do niego, odwracając się do chłopaka przodem. Nie ulegało wątpliwości, że przekroczył prawa, jakie mu przysługiwały.
     Popatrzył na mnie poważnym spojrzeniem.
     -Zrobiłem księciu przysługę. Jeśli taka drobnostka was podzieli, to znaczy, że do siebie nie pasujecie.
     Wstałem, nie mogąc tego dłużej słuchać. Nie pasowaliśmy do siebie? Pewnie nie, a jakże. Ale nie chciałem zostawić tak tej sytuacji bez wytłumaczenia.
     -Zobaczysz, że Lawin wszystko zrozumie i jeszcze będzie mu głupio, że tak łatwo wyciągnął co do mnie wnioski. Chodź, wychodzimy- zakomenderowałem, wymarszowując z sypialnej komnaty.
     Idąc korytarzem usłyszałem, jak Daenerys dołącza do mnie i wreszcie idzie normalnie, oddalony o dwa kroczki. Szedłem, rozglądając się za zagubionym mężem, aż kiedy chciałem skręcić w jeden korytarz... wpadłem na kogoś. I to nie na byle kogo. Na wodzireja i jakiegoś strażnika.
    -...- popatrzyłem groźnie na mężczyznę, który wyglądał na jakiegoś dziwnie uchachanego i jeszcze był zaczerwieniony na twarzy. A żeby ktoś zobaczył chłopaka, który stał obok niego... ze źle pozapinanymi guzikami od munduru, z włosami rozwianymi na wszystkie strony...
     -Teraz już wiesz, czemu cię tu jutro nie będzie- powiedziałem zniesmaczonym tonem, odwracając wyniośle wzrok od mężczyzny i idąc korytarzem dalej przed siebie. Dałbym głowę, że ten chciał coś do tego powiedzieć, ale jego znajomy go od tego powstrzymał. I bardzo dobrze.
     -Bezwstydny- wyraziłem się do truptającego za sobą sługi, kiedy już nieco odszedliśmy.
     Nie odpowiedział mi, bo może nie podzielał tego zdania. Albo i niczego nie zrozumiał.
     Szliśmy dalej, aż w którymś z kolei korytarzu pojawiły się przejrzyste okna, a że byliśmy już na parterze, to łatwo mogłem dojrzeć z nich ogród. Wtedy też zobaczyłem dwóch chłopaków prawdopodobnie młodszych ode mnie, rozgrywających partię szachów przy metalowym stoliku.
     -Uwielbiam szachy- usłyszałem Daenerysa, na co zmarszczyłem brwi i nagle przystanąłem.
     -Serio?
     -To takie dziwne?- wyglądał na niezadowolonego moim powątpiewaniem.
     -Nie wiem... jakoś nie spodziewałem się tego po tobie- przyznałem, choć nie było to do końca przemyślane, wszak w krwi upiorów leżało wygrywanie i smakowanie się w grach logicznych.
     -To, że jestem sługą, nie oznacza, że potrafię tylko sprzątać- powiedział, patrząc jakoś tak melancholijnie przez szybę.
     Podążyłem za jego wzrokiem, aż stwierdziłem:
     -Zagrajmy potem. Jak już znajdziemy Lawina. Może nawet w trójkę. Ja, kontra ty i on.
     -Nawet z samym mną byś nie wygrał, książę. Nie dałbym ci forów- powiedział upiór, zaczynając zarazem iść przed siebie.
     -Hej, co to miało znaczyć?- ruszyłem za nim, aż on zaczął biec, a potem ja zacząłem biec...
     Przy pewnym zakręcie wpadłem na jego plecy.
     -Co się...
     Zatkałem sobie usta dłonią, widząc przed sobą niecodzienną sytuację. Na kanapie stojącej w przejściu siedział Lawin z... Berysem. Wyglądali tak, jakby rozmawiali na naprawdę intymne tematy.
     -Książę, on ma wstążkę Berysa- szepnął mi do ucha Daenerys, a ja zmrużyłem oczy, wtedy także ją zauważając.
     -No co za... na co on sobie pozwala- byłem oburzony, ale nie tyle faktem, że Lawin pozwala się komuś adorować, a tym, że Berys został do tego dopuszczony. Bo przecież to zwykły krętacz, widać od razu.
     To, co się działo potem, ciężko było w ogóle zrozumieć. Berys chwycił za dłoń Lawina, przysunął go do siebie, Lawin zrobił się czerwony jak opalony rak... a to wszystko wyglądało jak tajemna schadzka kochanków.
     -Książę...- zaczął Daenerys. -Chyba czas coś z tym zrobić.
     -Znaczy co?- byłem tak sztywny, że nawet ręka służącego na moich plecach była przeze mnie niemal niewyczuwana.
     -Książę, bo ktoś nas przyłapie i wyda się, że ci w tej sprawie wszystko jedno- szepnął upiór, a ja spojrzałem na niego najpierw pustym wzrokiem, a potem z nagłym zrozumieniem.
     -Masz rację. Sprawdzimy Lawina. Jak coś jest na rzeczy, to nawet nie spróbuje tego wytłumaczyć. W sumie niby nie ma powodu, ale jednak powinien- zacząłem się gubić w sobie, wreszcie machając ręką. -A, do diaska!
     Powiedziałem to chyba nieco zbyt głośno, bo Berys, ten nikczemy zbrodniarz, jedynie uniósł wzrok znad oczu- czy może też ust- Lawina.
     Z początku nie powiedziałem nic, przetrzepując swoje ubranie i wchodząc dumnie do korytarza.
     -Aha... Lawin, Berys... jak miło- odezwałem się zwyczajnie, idąc sobie dalej jakby nigdy nic. Za mną szedł Daenerys i podejrzewałem, że wyglądał na nawet bardziej nonszalanckiego ode mnie. To wcale nie tak, że kogoś podglądaliśmy. My tu tylko byliśmy... przechodem.
     Dotarliśmy do końca korytarza, gdzie przystanąłem, obracając tylko głowę w stronę pary.
     -Kurczę, ja i Daenerys... my to jednak jesteśmy okropni- powiedziałem, patrząc gdzieś w przestrzeń, potem zaciskając usta i kiwając głową, jakbym właśnie powiedział jakiś znaczący cytat. A cała ta uszczypliwość odnosiła się do wcześniejszych słów mojego męża.
     Nie mówiąc nic więcej, wyszedłem z korytarza wraz z Daenerysem.
     -To było dobre. Chociaż niemiłe- uznał mój kompan. Nie mogłem temu zaprzeczyć.
     -Chodźmy już zagrać w te szachy. Zaraz się ściemni i nie będzie nic widać- zaproponowałem, po czym udaliśmy się do ogrodu. Tamtej grającej dwójki już nie było, a dodatkowo zostawiła wszystko porozrzucane, zatem sami mogliśmy zabrać się do gry.
     Po godzinie byłem tak nakręcony na wygraną, że wraz z Daenerysem wytężaliśmy wzrok, aby móc choćby cokolwiek zobaczyć.
     -Chyba powinniśmy już kończyć- stwierdził białowłosy.
     -Czyli się poddajesz- odparłem nieustępliwie.
     -Ja się nigdy nie poddaję- i tak oto gra trwała dalej.
     Dopiero kolejną godzinę później zgodnie schowaliśmy wszystko do drewnianego pudełka i z niechęcią wróciliśmy do pałacu. To był remis, ale obiecaliśmy sobie, że kiedyś rozstrzygniemy spór.
     -Daenerys, zrób dzisiaj proszę jakąś ładną maseczkę rozjaśniającą Yervantowi. Jutro wielki dzień- przejście przez pałac nie omieszkało zakończyć się wpadnięciem na królową upiorów. To jej obecność przypomniała mi, że jutro wielki bal i jeszcze przybycie wojska. Zapowiadała się masa pracy.
     Potem dotarliśmy już spokojnie do sypialni. Wtedy przypomniałem sobie, że przecież miałem zrealizować plan rozwiązania sprawy z tym aresztowaniem.
     -W sumie to... dajmy spokój z tą maseczką. Spakuj nas na tajną misję- powiedziałem konspiracyjnym tonem, a Daenerys bardziej niż skwapliwie mi usłużył.
     Dziesięć minut później, w czarnych płaszczach i pod osłoną nocy ruszyliśmy w stronę zamkowych murów.


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#62 27-12-2017 o 17h04

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

        Pojawienie się Yervanta i Deanerysa w jakiś sposób uratowało mnie od tej niezręcznej sytuacji. Nie wiedziałem o co chodziło Berysowi, ale nie podobało mi się jego zachowanie. Za bardzo przypominało to wodzireja w stosunku do tamtego gwardzisty, a ja nadal nie wiedziałem, co oni tam właściwie robili. Jedno było pewne, nie chciałem tego powtarzać. Dlatego korzystając z okazji zerwałem się z kanapy, uciekając poza zasięg rąk elfa. Chciałem nawet iść za Yervantem, przeprosić że tak wyszedłem bez dania mu szansy na wyjaśnienia jak jakaś obrażona księżniczka, ale powstrzymał mnie ton jego głosu. Dlaczego upiór wyglądał jakby był zły? Czy zrobiłem coś złego?
- Yervant… - zacząłem, ale zamknąłem się, widząc lodowaty wzrok upiora utkwiony gdzieś w przestrzeni. Naprawdę nie rozumiałem. Czy obraził się za moje zachowanie? Jeszcze jego słowa. Jakbym zrobił coś niewybaczalnego. Tylko, co takiego?
           Upiór odszedł, a za nim Deanerys posyłając mi zdegustowane spojrzenie. Stałem przez chwilę patrząc skonfundowany na plecy mojego małżonka, przeczesując w pamięci rzeczy, które wydarzyły się dzisiejszego dnia, ale nic poza ucieczką z pokoju nie przychodziło mi do głowy. Nawet przez myśl mi nie przeszło, że moja zażyłość z Berysem wyglądała dwuznacznie. W końcu znałem go całe życie. Był dla mnie jak starszy brat, a do starszego brata nie żywi się romantycznych uczuć. Nie wiedziałem, że dla kogoś innego mogło to wyglądać jakbym zdradzał upiora z dyplomatą.
- O co mogło mu chodzić? – zapytałem Berysa, posyłając mu nie tyle przestraszone, co spłoszone spojrzenie.
- Nie mam pojęcia, książę. Może to on zrobił coś złego, a teraz chce zrzucić winę na ciebie – podsunął mi usłużnie mężczyzna, ale niemal natychmiast odrzuciłem tę opcję. Yervant nie miał czasu by zrobić coś, co trzeba by było ukrywać. A przynajmniej tak mi się wydawało. Zagryzłem wargę, zastanawiając się, co zrobić. Nie lubiłem niedokończonych spraw, a tak właśnie się czułem, kiedy myślałem o upiorze. I nie była to miła alternatywa. Dlatego zamierzałem iść i wyjaśnić sobie wszystko z moim, jakby na to nie spojrzeć, mężem.
             Jednak zanim zdołałem o tym powiedzieć na głos, w korytarzu pojawiła się jedna ze służących wykazując tendencję do głośnego sapania. Kiedy tylko mnie dojrzała, jej twarz rozjaśniła się. Prędko pokonała dzielącą nas odległość i złapała mnie za łokieć.
- Wszędzie cię szukam, książę – powiedziała, ciągnąc mnie w stronę przeciwną do tej, w którą poszedł Yervant. – Jej wysokość królowa elfów kazała księcia odnaleźć.
- Mnie? Po co? – zdumiałem się, prawie biegnąc u boku dziewczyny. Byłem pewien, że kobieta będzie zajęta szykowaniem sali balowej na jutro, nie wiedziałem więc, po co jej była moja obecność. Nie znałem się na planowaniu.
- Nie wiem, ale wyglądała na bardzo przejętą – poinformowała mnie, przyspieszając jeszcze kroku.
       Jak się okazało, matka wcale nie potrzebowała mojej pomocy. Nie wiedzieć czemu wymyśliła sobie, że nauczy mnie planować przyjęcia. Zaczęło się od dobierania potraw, przez wystrój sali, na muzyce skończywszy. Nie wiedziałem, po co mi ta wiedza. W końcu to kobieta powinna zajmować się takimi rzeczami, prawda? Zdenerwowałem się jedynie, kiedy dotarło do mnie, że królowa elfów próbuje zrobić ze mnie żonę. Nie odezwałem się jednak. Byłem wściekły. Ale wyglądała na tak zadowoloną, że może się podzielić z kimś swoją wiedzą na ten temat, że w końcu i złość mi ustąpiła. Wiedziałem, że mama chciała mieć córkę. Móc splatać jej warkocze, nauczyć wyszywać i grać na skrzypcach.  I ostatecznie wydać za mąż. Ale trafiłem się jej ja. Mnie nie mogła nauczyć tego wszystkiego. A przynajmniej nie do teraz, skoro według niej i tak miałem robić w tym związku za dziewczynę.
       Kiedy w końcu byłem wolny było już ciemno. I grubo po północy. Wyszedłem z sali balowej zmęczony, ale i w jakiś sposób zadowolony. Pomieszczenie wyglądało niesamowicie. Część wystroju była moją zasługą, dlatego miałem nadzieję, że ludziom się spodoba. Że Yervantowi się spodoba. Kiedy tylko pomyślałem o upiorze, przypomniało mi się, co się zdarzyło wcześniej. Dopadły mnie wyrzuty sumienia. Nie chciałem, żeby białowłosy był na mnie zły. Zwłaszcza, że nie wiedziałem, co złego zrobiłem. Zanim stchórzyłem, ruszyłem w kierunku naszej sypialni. Powinien tam być, prawda?                           
          A jednak kiedy tylko przekroczyłem próg pogrążonego w ciemnościach pokoju, okazał się on być całkowicie pusty. Zajrzałem do łazienki, ale i tam nie zarejestrowałem obecności upiora. Nie wiedziałem, gdzie mógł się podziać. Czy nadal był gdzieś na zamku z Deanerysem? Wróci tutaj, żebym mógł z nim porozmawiać? Nie wiedziałem. I ta niepewność sprawiała, że zacząłem się denerwować. Nie lubiłem takich sytuacji. Przejmowałem się kiedy ktoś na kim mi w jakimś stopniu zależało, się na mnie złościł. A mimo, że zostaliśmy z Yervantem poślubieni sobie bez naszej woli, nie chciałem mieć w nim wroga. Chciałem się z nim zaprzyjaźnić. Zacząłem krążyć bez celu po pokoju, zastanawiając się co teraz. Czekać? Iść spać? Wiedziałem jednak, że nie uda mi się zasnąć. Dlatego z czeluści jednej szuflady wyciągnąłem gotowe kawałki drewna przeznaczone na kolejną pozytywkę i moje narzędzia. Rozłożyłem się na biurku, po czym zabrałem się za wydłubywaniu w delikatnym materiale kwiatowych wzorów. To zawsze działało. Precyzja i skupienie pozwalało mi na ukojenie nerwów i zajęcie myśli czymś innym.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#63 27-12-2017 o 23h09

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     Obiecałem sobie, że załatwię sprawę ze strażnikami, i tak też zrobiłem. Daenerys w sumie nie był mi potrzebny, ale wyglądał na bystrego, a lepiej było mieć obstawę, jak się nocą chodziło po tym wątpliwego bezpieczeństwa miasteczku.
     Strażnicy, po zobaczeniu odpowiednich insygniów, kłaniali się w pas i głęboko przepraszali, skłonni byli nawet poddać karze wcześniejszego kupca, który mnie wydał, ale im odmówiłem. Poza tym kazałem dać dwa dni wolnego strażnikowi, którego wcześniej zamknąłem, żeby się odstresował. Na szczęście nie zdążyli jeszcze wyrzucić go z roboty, choć słyszałem, że mieli taki zamiar.
     A przy okazji poznałem psa, który wcześniej mnie gonił. Miła psina, był wyjątkowo potulny.
     Na odchodnym jeden z ludzi powiedział, że słyszał o zamążpójściu, że życzy wszystkiego dobrego i ma coś dla mnie i dla żony. Bałem się, co to może być, ale okazało się, że chyba nic groźnego. Otrzymałem tylko podkowę z dwoma koniami wyrzeźbionymi wewnątrz niej. Kiedy zażartowałem, pytając, który z koni ma kogo symbolizować, odpowiedział, że ten z tyłu to pan młody, a ten z przodu to pani młoda. No to klops.
     Potem z Daenerysem wracaliśmy na teren zamku, rozprawiając o tym, jak by to było zostać strażnikiem. Lał deszcz, a my znów zaczęliśmy rozmawiać o wodzireju i o tym, co robił z naszym służącym. Bardzo liczyłem na to, że jutro faktycznie już go nie będzie.
     Powrót do sypialni przyniósł niemałe zaskoczenie. Lawin wciąż nie spał. Z tego co wiedziałem dochodziła trzecia w nocy, a on... rzeźbił w drewnie.
     -Umm... cześć- odezwałem się, drapiąc w tył szyi, po czym ani się obejrzałem, a Daenerys już ściągał ze mnie czarny płaszcz. -Nie śpisz? Wybacz, jeśli musiałeś czekać- powiedziałem, rozgrzewając sobie dłonie przez pocieranie. Wtedy też przypomniałem sobie o podkowie. -A właśnie, patrz, co dostaliśmy- wyjąłem ją z trzymanego przez sługę płaszcza, po czym pokazałem mężowi. -Znaczy ty i ja. Jako prezent ślubny- dodałem, pochodząc bliżej i teraz widząc wyraźniej, co on sam tworzył.
     -Och, pozytywki?- uśmiechnąłem się delikatnie, przypominając sobie prezent ślubny otrzymany jeszcze dzień wcześniej. Swoją drogą, moja mama zarekwirowała go od czasu, gdy został narażony na zniszczenie przez to wywrócenie stołu do góry nogami... zresztą, nie warto wspominać, dawno i nieprawda... prawda?
     Poszedłem do łazienki odświeżyć się i jako tako osuszyć, nastawiając ucha, gdy Daenerys zaczął mówić coś do Lawina. Chyba słowa pochwały czy też może zwykłego zaciekawienia jego zajęciem.
     Wróciłem do głównego pokoju, nagle przypominając sobie, jak wcześniej niemiło potraktowałem chłopaka. Może... może on z tego powodu nie mógł zasnąć? Bo zagrałem jak wredna osoba? Albo lubi Berysa i chce mi to szczerze powiedzieć.
     Pokręciłem głową. Nie chciałem o tym myśleć. Trzeba było iść spać.
     A właśnie, w kwestii spania znowu był problem. Spojrzałem za niepokojem w stronę łazienki.
     -... dobrych snów, co nie- mruknąłem, a Daenerys to zauważył.
     -Nie ma problemu, ja będę spał z księciem- powiedział, a ja przez chwilę stałem jak stałem, by po chwili...
     -C-co?- zmarszczyłem brwi, nie rozumiejąc.
     -Zrobię wygodne posłanie w wannie i zapewnię ciepło- powiedział z poważną jak zawsze twarzą, a ja odsunąłem się od niego na krok.
     -Zaczynam się bać- cofnąłem się nieco bardziej.
     -Nie ma czego przecież. I tak jesteśmy mokrzy, nie moczmy i Lawina- odparł on, i tak doszliśmy aż do łazienki. Miałem wrażenie, że to dziwne rywalizowanie, a może i kłótnia, nigdy się nie skończy.


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#64 28-12-2017 o 17h16

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

   Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zainteresowałem się pozytywkami. W każdym razie, fascynował mnie ich mechanizm, piękny dźwięk, który z siebie wydawał. To delikatne brzmienie, tak bardzo inne od reszty instrumentów. Moja matka miała ich sporo, ale większość z nich była uszkodzona z jakiegoś powodu, o który nigdy nie spytałem. Nudziłem się, sam w wielkim pałacu. I pomyślałem sobie, że to bardzo smutne, by coś tak pięknego nie nadawało się dalej do oglądania. Dlatego zakradłem się do sypialni królowej i zabrałem z niej wszystkie zepsute zabawki. A potem zacząłem je naprawiać. Najpierw niezbyt mi to szło, ale kiedy już zrozumiałem jak to wszystko działa, na powrót rozgrywały swoje melodie, ciesząc moje ucho. Potem nie miałem już co naprawiać, ale nadal kochałem pozytywki. Dlatego zacząłem sam je tworzyć. Mojej matce spodobało się, że znalazłem sobie w miarę bezpieczne hobby, więc pozwoliła mi robić to, co kochałem.
          Podskoczyłem na krześle, raniąc się maleńkim dłutkiem, kiedy tak niespodziewanie usłyszałem za sobą głos Yervanta. Nie wiem, czemu przestraszyłem się aż tak bardzo, w końcu na niego czekałem. Ale teraz, kiedy w końcu mogłem się czegoś dowiedzieć, nie wiedziałem, czy chciałem pytać. Co prawda chłopak nie wyglądał jakby był na mnie zły, ale mógł to ukrywać prawda?
- Nic się nie stało, zasiedziałem się – powiedziałem, odkładając narzędzie na blat biurka. Zmarszczyłem brwi, dostrzegając na jego blacie kroplę krwi, ale zaraz przypomniałem sobie, że się zraniłem. Rana nie była głęboka, więc nie zamierzałem nią nikogo niepokoić, ale krwawiła. Powstrzymałem cisnące mi się na usta westchnięcie, wciskając sobie palec do ust.
- Gdzie byliście? – zapytałem, widząc czarne płaszcze na dodatek ociekające wodą. Czy ja przegapiłem ulewę, czy to po prostu oni poszli się kąpać w ciuchach?
            Zaskoczony patrzyłem na trzymany przeze mnie przedmiot, czując się strasznie niezręcznie z jakiegoś powodu. Yervant był taki… taki spokojny. Jakby nic się nie stało. A ja nie wiedziałem, czy naprawdę złość mu przeszła, czy może tylko udaje, żeby zachować pozory. Patrzyłem chwilę z konsternacją wypisaną na twarzy na trzymane przez siebie podkowy. Dawało się je na szczęście prawda? Były śliczne, a wyrzeźbione w nich konie nadawały przedmiotowi jakiegoś uroku, sprawiając że wyglądały na najprawdziwszą ozdobę. Nie zauważyłem, że białowłosy zniknął w łazience, dopóki Deanerys nie wziął do ręki jednej części drewnianego pudełka.
- Od dawna je robisz? – zapytał, przyglądając się wyrzeźbionym w drewnie kwiatom.
- Od kiedy skończyłem dziesięć lat – odpowiedziałem, uśmiechając się lekko. Dla elfów wtedy byłem dzieckiem i teraz też według standardów byłem młokosem z mlekiem pod nosem, ale to była jedna rzecz, za którą uważali mnie za dojrzałego. Żeby zrobić taką pozytywkę, potrzebowałem naprawdę dużo czasu i cierpliwości.
- Jest piękna – usłyszałem jeszcze głos służącego, po czym wcisnął mi kawałek w dłonie i odszedł do Yervanta, który właśnie wyszedł z łazienki.
- Dziękuję – mruknąłem z niewielkim zaskoczeniem. Nie spodziewałem się słów pochwały od tego upiora.
            Kiedy znów pojawił się problem spania, miałem zamiar zaprotestować. W końcu upiór wcale nie musiał spać w wannie. Łóżko było tak duże, że byłem pewien, że i we trzech czy czterech dalibyśmy radę w nim spać, no i nie chciałem skazywać go na spanie w niewygodzie. Nie odezwałem się jednak, przysłuchując się dziwnej wymianie zdań pomiędzy Yervantem a Deanerysem. Czy ja coś pominąłem, czy to może oni przez te kilka godzin zdołali dojść do takiego stopnia zażyłości? Pomyślałem z przykrością, że jak zawsze to ja zostawałem sam. A niby po ślubie to miało się zmienić. Ale dlaczego miałbym się dziwić, oboje byliśmy facetami, nie chcieliśmy być swoimi małżonkami. To było normalne, że Yervant wolał spędzać czas, czy choćby zaprzyjaźnić się z drugim upiorem niż ze mną. Pewnie gdyby miał wybór, nigdy nie chciałby nawet mnie poznać.
            Wiedziałem, że najpewniej upiór wcale tak nie myśli. Że nakręcam sam siebie i tylko dolewam oliwy do ognia, sprawiając że było mi bardziej przykro niż wcześniej. Ale nie potrafiłem przekonać sam siebie, że to wszystko jest tylko moim wymysłem. Zagryzłem wargi, chcąc powstrzymać lawinę złego humoru, ale nie dałem rady. Ze zdwojoną siłą wróciły do mnie wspomnienia wieczorów, kiedy w pogodę taką jak ta dzisiaj, siadałem sam na parapecie i patrzyłem na odbijające się o szyby krople deszczu. Wtedy nie było przy mnie nikogo i teraz też tak było. A ja choćbym chciał przestać użalać się nad sobą, nie potrafiłem. Bo takich wieczorów było po prostu zbyt dużo. I teraz, kiedy to miało się zmienić, wszystko było po staremu, a może nawet gorzej. Bo teraz nawet moja matka nie interesowała się moim losem.
             Potrząsnąłem głową, chcąc pozbyć się z głowy uporczywych, czarnych myśli. Musiałem iść spać. Jutro miał być bal, a ja nie mogłem pokazać się na nim z fioletowymi z niewyspania sińcami pod oczami. Dlatego szybko zebrałem swoje narzędzia i pochowałem je do odpowiednich szuflad. Ale potem pojawił się problem. Yervant z Deanerysem urzędowali w łazience, a ja wcześniej nie pomyślałem o tym, by się odświeżyć. Czy powinienem zapukać i poprosić o użyczenie mi pomieszczenia? A może lepszym pomysłem byłoby wymknąć się do innej, pustej komnaty i tam się umyć? W końcu nie wiedziałem, czy oni już nie śpią, a z drugiej strony to było naprawdę dziwne, by oboje spali w jednej wannie. Ciekawość i niepewność zaczęły zżerać mnie od środka. Jak oni się tam zmieszczą? Wyobraziłem sobie, że Deanerys leży z zadowoloną miną na Yervancie, ogrzewając go swoim własnym ciałem, ale zaraz skarciłem się za takie myślenie. Nie, przecież nie mogliby spać w ten sposób, prawda?
           Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, a ja przekroczyłem go dzisiaj dwa razy. Kiedy tylko sługa Yervanta otworzył drzwi, niemal natychmiast zażenowanie dało o sobie znać i moje uszy pokryły się czerwienią. Nie wiedziałem co powiedzieć.
- Mogę porozmawiać z Yervantem? – rzuciłem pierwsze co mi przyszło do głowy, od razu tego żałując. Powinienem iść spać. Tak po prostu i bez żadnych ceregieli. Umyłbym się jutro.  Głupi Lawin!
- Emm… Bo ja… Chciałem… - zacząłem od razu plącząc się w zeznaniach, a wzrok upiora wcale nie pomagał mi w zachowaniu spokoju. – Chciałem przeprosić – wykrztusiłem z siebie w końcu, przypominając sobie o dręczącej mnie wcześniej myśli. – Zachowałem się jak dziecko nie dając ci się wytłumaczyć, jeszcze powiedziałem, że jesteście okropni. A-ale ja wcale tak nie myślę – zapewniłem szybko, wyłamując palce. Nie byłem zbytnio przyzwyczajony do wyjaśniania czegoś przed drugą osobą. – Dlatego bardzo ciebie i Deanerysa przepraszam za swoje zachowanie. Nie chcę żebyś był na mnie zły. Mogę wam nawet odstąpić łóżko, co w sumie chciałem zrobić, bo przecież nie możesz wiecznie spać w wannie, prawda? Mama nas zabije jeśli któryś z nas będzie jutro wyglądał na wymęczonego, a jestem pewien, że nie będzie ci wygodnie w tej łazience – paplałem bez ładu i składu, zastanawiając się, czy chłopak cokolwiek zrozumiał z mojego bełkotu. Czułem, że czerwień z uszu przenosi się na moje policzki, co za wszelką cenę starałem się powstrzymać, bo to przecież niegodne księcia czerwienić się jak piwonia.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#65 28-12-2017 o 23h22

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     Dziwna wymiana zdań z Daenerysem trwała, chłopak usilnie starał się mnie namówić, że wspólne spanie w wannie byłoby świetne. Ja jednak zupełnie sobie tego nie wyobrażałem i zacząłem nawet rozważać, czy by nie przeszkodzić Lawinowi i nie spać razem z nim.
     Gdy służący postanowił zabrać coś z głównego pokoju i wyszedł na moment z łazienki, odetchnąłem z ulgą, przymykając oczy. Kiedy je jednak otworzyłem, ujrzałem dość nietypowy obrazek- to Lawin, wyglądał, jakby wewnętrznie wyrywał się, aby coś powiedzieć, a zarazem jakby chciał schować się gdzieś głęboko pod ziemią.
     Jego pytanie zabrzmiało tak dziwnie, że mało nie zakrztusiłem się powietrzem.
     -Eh... pewnie? To ty jesteś moim mężem- zaśmiałem się niezręcznie, po czym zbliżyłem  się do chłopaka.
     Słysząc jego przeprosiny, zamiast czuć pychę lub cokolwiek równie głupiego, było mi wstyd. A jednak wcześniej za bardzo go przycisnąłem, przecież miał prawo do posiadania  o nas opinii takiej, jakiej chciał. No i może naprawdę byliśmy z Daenerysem okropni, czasem zachowywaliśmy się jak nie przystało na monarchów i ich kompanów.
     Chciałem to powiedzieć na głos, ale nieoczekiwanie chłopak zmienił temat i zjechał na sprawy noclegu.
     -Może jednak śpijmy razem?- wypaliłem, po chwili się poprawiając. -To znaczy... mówisz że obaj musimy jutro dobrze wyglądać, więc ani ty, ani ja nie powinniśmy spać w niewygodnej wannie.
     -Nie jest niewygodna!- zawołał Daenerys gdzieś zza pleców Lawina, ale nie zwróciłem na to większej uwagi.
     Pozostała kwestia tego, czy Lawinowi w ogóle by coś takiego pasowało. Znaczy może mówił, że nam ustąpi łóżko, bo nie życzył sobie spania w tym samym ze mną? Ale chyba nic złego by się przez to nie stało?
     Postanowiłem jednak zaryzykować. Dla dobra jutrzejszego balu.
     -Daenerys, czy mógłbyś dzisiaj zrobić wyjątek i pójść spać samotnie do wanny? Jutro porozmawiam z królową, aby na przyszłość załatwiła ci godne posłanie, bo to naprawdę skandal, że musimy się tak kisić- powiedziałem, a chłopakowi zmarszczyły się tylko brwi, po czym wzruszył ramionami.
     -Oczywiście.
     -Dziękuję. Czyli reszta osób śpi w głównym pokoju- oznajmiłem, omijając słowa, że to byliśmy ja i Lawin (bałem się, że by go to speszyło, od początku rozmowy był nieco zaczerwieniony).
     Spojrzałem jeszcze raz na męża, uśmiechając się teraz do niego.
     -Nie przejmuj się niczym. Dziękujemy za przeprosiny, ale więcej nie będę cię cenzurował. No chyba, że powiesz coś naprawdę niemiłego- zaśmiałem się, ale szczerze nie podejrzewałem go o to. -Wybacz, bo sam przesadziłem ze swoim zachowaniem przy tobie i Berysie. Wasze sprawy, to wasze sprawy- tak zakończyłem wątek, a potem, zanim chłopak spróbował i to wytłumaczyć, pospiesznie podszedłem do szafy, wyjąłem co mi potrzebne i zwróciłem się ku łazience.
     -Ja się w try miga przygotuję, zaraz wracam- oświadczyłem, po czym udałem się do pokoju i zamknąłem drzwi.
     ...
     Uchyliłem drzwi i wystawiłem przez nie głowę.
     -Halo.
     Mój ton był władczy, a Daenerys szybko ruszył mi na pomoc.
     -Samo się nie zrobi- dodałem nadąsany, po czym drzwi się zamknęły.
     Za moją prośbą służący oporządził mnie w piętnaście minut. Z łazienki wyszedłem z prawie suchymi włosami, w oczywiście białej piżamie i z ręcznikiem zawieszonym na szyi.
     Podszedłem do Lawina, chcąc powiedzieć, że teraz czas na niego, kiedy zauważyłem, że... na najbliższym stoliku nocnym znajdowała się plamka krwi. Moje oczy momentalnie zjechały na ręce męża, a kiedy zobaczyłem zacięcie na jednym z jego palców, popatrzyłem na niego jak na dziecko, które się lubi, ale które powinno zostać skarcone.
     Nie powiedziałem nic, chwyciłem go delikatnie za nadgarstek i zabrałem prosto do łazienki.
     Tu zbliżyliśmy się do umywalki, po czym odkręciłem słaby strumień wody i pod niego włożyłem palec Lawina. Kiedy krew się zmyła, poszperałem w szafce pod tą umywalką i-eureka- znalazłem tam apteczkę, która powinna się obowiązkowo znajdować w każdym pokoju.
     Wyjąłem z niej mały plasterek, po czym nakleiłem go ostrożnie na rankę.
     -Powiesz, że była mała, ale przecież i tak zaplamiłaby posłanie- usprawiedliwiłem się, odsuwając od elfa. Plaster był mocno przylegający i wodoodporny, więc nie powinien być problemem w przygotowaniu się do spania.
     -Już nie przeszkadzam- wyszedłem z pomieszczenia, sam siadając na łóżku i... czekając. Wtedy też przypomniałem sobie, że w końcu nie powiedziałem chłopakowi, gdzie byliśmy, ale może to nawet i lepiej. Grunt, żeby znowu nie pytał.


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#66 30-12-2017 o 21h23

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

          Zamrugałem zaskoczony kiedy Yervant zaproponował spanie razem. Myślałem, że spał w wannie właśnie dlatego, że nie chciał dzielić ze mną łóżka nawet jeśli nie kryło się za tym nic poza zwykłym odpoczynkiem. Niemniej ucieszyłem się, słysząc te słowa. W końcu oznaczały, że upiór nie był na mnie zły, prawda? Gdyby było inaczej raczej unikałby mojego towarzystwa. Dlatego szybko pokiwałem głową na zgodę, nie widząc w tym żadnego problemu. Nie chciałem narażać chłopka na ból pleców tylko dlatego, że chciałem z nim zerwać zaślubiny i nie być już jego mężem.
- Jestem za – powiedziałem, starając się by mój głos nie brzmiał na tak zadowolony jak w rzeczywistości byłem. Jeszcze Yervant mógł pomyśleć o mnie coś dziwnego, a ja naprawdę tylko cieszyłem się z tego, że między nami jest wszystko w porządku. Nie chciałem jedynie by jedyna osoba, która stała po tej samej stronie barykady co i ja, odwróciła się ode mnie.
- Ah, to nic takiego… - zacząłem, słysząc że białowłosy wspomniał coś o poprzedniej sytuacji ze mną i Berysem w roli głównej, ale zanim zdołałem powiedzieć coś więcej, Yervant już nie wydawał się być zainteresowany rozmową, a przygotowaniami do snu.
              Postanowiłem zrobić to samo, dlatego na dobre uprzątnąłem biurko z drewnianych wiórów i swojej krwi i zabrałem się za rozplątywanie warkocza, który zrobił mi Berys. Patrzyłem tępo na trzymaną w dłoni wstążkę, którą przewiązał mi włosy. Coś mi nie pasowało… Gdzie się podziała spinka od Yervanta? Byłem pewien, że miałem ją na sobie… A przynajmniej rano, kiedy wychodziliśmy z komnaty i potem kiedy Frahil postanowił zrobić z moich włosów ptasie gniazdo. Ale co się z nią stało potem, kiedy wróciliśmy i Deanerys z Yervantem zaczęli się szarpać? Czy została w pokoju? Nie pamiętałem bym miał ją potem na sobie.
                Spojrzałem z konsternacją wypisaną na twarzy na białowłosego, który już gotowy do spania wyłonił się z łazienki. Chciałem zapytać, czy pamięta co się z nią stało, ale momentalnie odechciało mi się mówić, kiedy dostrzegłem jego wzrok utkwiony gdzieś w moich dłoniach. Nie wiem dlaczego speszyłem się jak dziecko przyłapane na czymś niedozwolonym i schowałem dłonie za plecami, jakbym miał coś do ukrycia. Przecież to była tylko drobna ranka i do tego niezbyt boląca. A jednak było mi wstyd, jakbym niepotrzebnie dopuścił do zranienia.
                 Chciałem zaprotestować, kiedy Yervant pociągnął mnie w stronę łazienki, ale stwierdziłem, że to raczej nic nie da. Jednego byłem pewien jak na razie, upiór był naprawdę upartą osobą. Dlatego pozwoliłem mu przemyć swój palec i przykleić do małej ranki plasterek. Czułem się dziwnie, kiedy chłopak tak się mną zajmował. A badawczy wzrok Deanerysa utkwiony gdzieś w moich plecach wcale nie pomagał mi w ogarnięciu własnych emocji.
- Dziękuję – mruknąłem cicho, zanim chłopak zdążył wyjść z pomieszczenia.
                  Planowałem się szybko ogarnąć i iść spać, ale Deanerys miał co do mnie inne plany. Nawet nie zauważyłem kiedy pomagał mi nałożyć odżywkę na włosy i rozczesywał je wprawnymi ruchami. A ja naprawdę nie potrzebowałem pomocy do umycia się. Wydawało mi się jednak, że chłopak czerpie jakąś przyjemność w rozplątywaniu mojej złotej kaskadzie, dlatego nie przerywałem mu, czując się bardziej niezręcznie niż wtedy, gdy Yervant ucałował moją dłoń na oczach wszystkich. Gotowy do snu, w końcu opuściłem pomieszczenie, dziękując chłopakowi za pomoc. Był naprawdę dobrym sługą, czego nie omieszkałem mu powiedzieć tak przy okazji.
                    Dopiero w sypialni zdałem sobie sprawę, że w zasadzie to będzie pierwszy raz jak miałem spać z kimś, kto nie był moją matką, czy którymś z kuzynów, bo ich też kobieta czasem przekonywała by ze mną spali, by mieć pewność, że nic mi się w nocy nie stanie. Nie wiedziałem co robić, zwłaszcza że Yervant siedział na skraju łóżka i gapił się gdzieś w moją stronę z zamyśloną miną. Dlatego stałem dobre pięć minut przy tych drzwiach i zastanawiałem się gorączkowo, co powinienem zrobić. Zagaić jakąś rozmowę, czy może po prostu zgasić światło i iść spać? Ostatecznie stwierdziłem, że zacznę od zgaszenia światła, by Yervant nie widział moich zaczerwienionych z zażenowania uszu, a potem zajmę się resztą. Nie przewidziałem jednak, że po drodze potknę się o własne stopy.
- Nic mi nie jest – zapewniłem szybko, podnosząc się w zawrotnym tempie z podłogi.
             Potem już nie zwracałem uwagi na żadne pozory, czy inne bzdety, najzwyczajniej w świecie ulokowałem się na swojej połowie łóżka i zakopałem pod pierzyną, mając nadzieję, że nie spalę siebie i całego pałacu ze wstydu. Co ze mną było nie tak?!
- Dobranoc – mruknąłem jeszcze niewyraźnie, czując poruszenie w niedalekiej odległości od siebie. To było dziwne uczucie, wiedzieć że ma się obok siebie całkowicie obcą jakby nie patrzeć osobę. A jednak nie było to złe. Raczej miłe. Wiedzieć, że ta jedna osoba będzie przy tobie całe życie. Że kiedykolwiek bym nie zasnął i się obudził, zawsze będzie. I jakoś tak cieplej mi się zrobiło na sercu. Uśmiech nie zniknął z mojej twarzy nawet po tym, kiedy już zasnąłem.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#67 04-01-2018 o 23h44

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     Poczekałem, aż Lawin i Daenerys wyjdą z łazienki. Mój służący jak zawsze niezwykle garnął się do roboty, ale uważałem to za miłe, że chciał pomóc. Nawet jeśli Lawin tego nie potrzebował, a nietrudno było zauważyć, że był naprawdę zaradny w zajmowaniu się sobą. W przeciwieństwie do mnie, ale to chyba nic złego?
     Potem mój służący zdecydował się jednak zostać już w łazience i pewnie ułożyć sobie legowisko, więc tylko mój mąż zakradł się do sypialni. Tak, zakradł się, bo odnosiłem wrażenie, że miał zamiar jak najbardziej niepostrzeżenie zgasić światło, a na dodatek wcale mu się to nie udało; wręcz się chyba przewrócił, na co chciałem wstać i sprawdzić, czy coś mu się stało, ale po gorączkowym zapewnieniu, że nie, światło zostało zgaszone, a ja z westchnieniem zakopałem się pod pierzyną. Potem i Lawin, od drugiej strony łóżka dołączył do mnie.
     -Dobranoc- odpowiedziałem mu, zamykając oczy i starając się udać w objęcia Morfeusza.

      -Ale cudowni...
     -To wzruszające... nigdy nie zapomnę tego widoku...
     -O patrz, budzi się...

     Mm... dobrze mi się dzisiaj spało. Śniły mi się krainy pełne dobrobytu, dźwięki natury i inne idylle. Trochę dziwne jednak, że jakieś głosy pojawiły się pod koniec...
     Poruszyłem się, otworzyłem oczy...
     -Witaj, synu.
     Ujrzenie twarzy mojej matki tuż nad moją sprawiło, że moje serce walnęło o klatkę piersiową jak oszalałe.
     -Co się dzieje?!- byłem przerażony, co po chwili zmieniło się w zdenerwowanie.
     -Przyszliśmy tylko popatrzeć- usłyszałem zza matki, gdzie ujrzałem jeszcze własnego ojca i królowę elfów. No i Daenerysa, który wyglądał na nieco zażenowanego i chyba miał ochotę zrobić mi coś złego.
     I wtedy to zauważyłem. Moja prawa ręka bezwstydnie oplatała pewnego właściciela złotych włosów w pasie. I leżała tam tak naturalnie, że przez chwilę się zastanawiałem, czy ktoś mi jej przypadkiem nie odciął i tam nie podłożył.
     Zabrałem ją ostrożnie z ciała Lawina, licząc na to, że o niczym się nie dowie. To był wypadek!
     -Eh...- było mi głupio, usilnie powstrzymywałem się od zaróżowienia. -Może zostawcie nas samych? Po co budzicie mi męża?
     Na te słowa kompania wzruszyła się tylko bardziej, a potem Daenerys delikatnie popchnął wszystkich, aby wyszli z pokoju.
     Wtedy zaczęło burczeć mi w brzuchu i poczynałem sobie uświadamiać, że chyba znowu obudziłem się później, niż bym tego chciał.
     -Która godzina?- spytałem cicho upiora, gdy ten oparł się o wreszcie zamknięte drzwi.
     Spojrzał na mnie wzrokiem bez emocji.
     -Piętnasta.
     I wszystko stało się jasne.
     -Trzeba go obudzić- powiedział do mnie głośnym tonem, a ja uciszyłem go szybkim 'ćśś'.
     -Wiem przecież, ale trzeba to zrobić delikatnie. Znaczy... po prostu na spokojnie- wymamrotałem, tłumacząc sobie własne zachowanie tak, że nie chciałbym tego dnia Lawina całego w nerwach. Sam nie dałbym rady zająć się gośćmi.
     Za zachętą służącego dotknąłem ramienia męża i lekko nim potrząsnąłem.
     -Czas wstawać- powiedziałem, a gdy zaczął się budzić, zeskoczyłem z łóżka.
     -Nie dodałeś kochanie- uznał Daenerys, a ja tylko pacnąłem go w ramię, po czym zacząłem zastanawiać się nad swoim strojem.
     -Przy okazji, książę, bal zaczynamy już za dwie godziny. A potem, niedługo po rozpoczęciu, przybędą ci wojskowi.
     Słowa służącego naprawdę uderzyły do moich zmysłów. Dwie godziny to nie było wbrew pozorom aż tak dużo czasu.
     -...czas się przygotować- zakomenderowałem, po czym w mig ruszyliśmy do łazienki. Wyszliśmy z niej prawie godzinę później, ale potrzebowałem zrobienia ładniejszej niż zwykle fryzury i jak zawsze porządnego wysmarowania kremem. Poza tym ubrałem się dość szykownie.
     Ale kiedy wyszliśmy, zobaczyłem dwie szaty leżące na małżeńskim łóżku. Były inne niż te ślubne, już nie tak romantyczne, za to... dość mocno się od siebie różniły. Ja otrzymałem granatowe spodnie i garnitur z bogatymi, złotymi naszyciami (była przy nim karteczka z moim imieniem), a Lawin pasującą do niego szatę, w tym samym kolorze i z podobnym wzorem. Widać było, że komuś zależało, abyśmy wyglądali na parę. Pewnie rodzinie. A to, że Lawin miał szatę, zapewne wynikało tylko z elfiej tradycji?
     -Rodzice je przynieśli?- zapytałem chłopaka, próbując jednocześnie wybadać, czy jest zadowolony z tego, co właśnie otrzymał.


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#68 06-01-2018 o 16h49

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

       Było mi tak cieplutko i mięciutko, że prawie nie zauważałem tych głosów nade mną, które usilnie próbowały mnie obudzić. Nie dam się! Ja chcę spać. Głosy w końcu ucichły, a ja zadowolony, nie wybudzając się pomyślałem, że w końcu będę mógł śnić sobie do woli. Ale wtedy kolejny głos przedarł się przez mgiełkę zamroczenia, tym razem bliżej, prawie mówiąc mi do ucha. Doszły jeszcze do tego nieprzyjemne wstrząsy, jakby ktoś wrzucił mnie na pędzącego konia. Zmarszczyłem brwi niezadowolony tym, że ktoś mnie budzi, ale ostatecznie uniosłem powieki. Promienie słońca wpadały do pomieszczenia pod kątem, którego bym się nie spodziewał.
- Która godzina? – zapytałem, pocierając zaspane oczy.
- Piętnasta – odpowiedział mi Deanerys beznamiętnym tonem.
- Że która?! – popatrzyłem na niego jakby z choinki się urwał. Dlaczego nikt mnie wcześniej nie obudził?!
           Yervant również poczuł nóż przyjęcia na gardle, bo zarządził przygotowania. Musiałem przyznać mu rację, nie było co zwlekać. Dlatego kiedy on zajął naszą łazienkę, nie czekałem, ale skorzystałem z pustej komnaty obok naszej. Służące pomogły mi uporać się z włosami, splatając je w skomplikowanego warkocza. Dostałem również delikatny diadem, który nie pozwalał by luźne kosmyki opadły mi na twarz. Drugi egzemplarz miał dostać Yervant, ale nie sądziłem by chciał go założyć. Jakoś tak… nie pasował mi do niego. Nie potrafiłem powiedzieć dlaczego. Tak po prostu.
            Podziękowałem dziewczynom za pomoc, na co jedynie zachichotały, szepcząc między sobą, że chcą bym podobał się mężowi. Musiałem powstrzymać przewrócenie oczami, ale w zasadzie było mi przykro. Wszyscy tak wierzyli w nasz związek i to małżeństwo, a my chcieliśmy je jak najszybciej rozbić. Bo nie mogliśmy zostać razem. Wróciłem do komnaty w momencie, w którym dwie rozchichotane służące zostawiały na łóżku szykowne szaty, które dla nas przygotowano. I tak jak strój Yervanta był naprawdę zachwycający, tak gdy patrzyłem na ten z karteczką z moim imieniem, czułem się jednocześnie zły, sfrustrowany i przygnębiony. Czy teraz już zawsze to miało tak wyglądać? Usiadłem na łóżku tuż obok ubrań, machinalnie skubiąc rąbek szlafroka, który na sobie miałem.
- Powiedz mi, co powinienem zrobić, żeby stać się kobietą? – zapytałem, nie podnosząc wzroku na upiora. Zignorowałem tym samym jego pytanie, ale było mi wszystko jedno. Tak pusty i bezwartościowy już dawno się nie czułem. – Ah, to chyba nie ma znaczenia. W końcu w oczach wszystkich poza sobą już nią jestem. Czy to nie ironia? Miałem się ożenić z dziewczyną, która miała ze mną zostać do końca życia, a wyszło na to, że to ja nią będę, nadal mając się za faceta. Śmieszne – rzuciłem wcale nie czując radości, czy rozbawienia. Raczej gorycz i żal do wszystkich. Co im dawało dręczenie mnie?
            A potem poczułem złość. Tak wielką, że niewiele myśląc złapałem najbliżej leżące nożyczki i pociąłem strój przygotowany dla mnie. Z długiej, damskiej szaty zrobiła się tunika, która po dokonaniu kilku poprawek z całą pewnością mogła robić za męski ubiór.
- Nie. Dam. Się! – Rzuciłem bojowym tonem, szukając po szufladach zestawu do szycia.
            Ku mojemu zdziwieniu, Deanerys po krótkiej chwili podał mi pudełko, którego szukałem.
- Pomogę ci – zaproponował, jakby domyślał się, co chciałem zrobić.
             Kiwnąłem głową, czując przypływ sympatii do tego upiora. Dobrze było wiedzieć, że ktoś jeszcze w tym miejscu nie uważa mnie za kobietę, którą jakby na to nie spojrzeć, nie byłem. Usiedliśmy razem nad zniszczonym odzieniem, szybko wyrównując krawędzie i zaszywając je tak, by nie wyglądały jakby ktoś faktycznie je pociął. A kiedy skończyliśmy, to wszystko wyglądało tak niewinnie jakby naprawdę nikt przy tym nie majstrował.
- Dobra robota – pochwaliłem upiora, uśmiechając się do niego.
               Ale to nie było wszystko. Mój wzrok spoczął na moim drogim małżonku. Miałem nadzieję, że się zgodzi, a jeśli nie, musiałbym wymyślić coś innego. Podszedłem do upiora i nie zważając na różniący nas wzrost, spojrzałem mu prosto w oczy.
- Pomóż mi – poprosiłem, kładąc dłonie na ramionach białowłosego. – Wiem, że pewnie nie będziesz zachwycony, ale mam dosyć traktowania mnie jak kobietę. Nie jestem twoją żoną, tylko mężem. Najwidoczniej wszyscy o tym zapomnieli, dlatego chciałbym im o tym przypomnieć. Dlatego… - zatrzymałem się na chwilę, żeby wziąć głęboki oddech. – Dlatego chcę cię prosić o przysługę. Jestem pewien, że zanim cokolwiek się zacznie, znowu każą nam tańczyć. Zgodzisz się, żebym to ja prowadził? Tak całkowicie na trzeźwo i tym razem bez potknięć? Proszę, Yervant. Proszę – błagałem go z najbardziej poważną miną na jaką było mnie stać.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#69 06-01-2018 o 18h34

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     Im dłużej spoglądałem na Lawina, tym bardziej utwierdzałem się w przeświadczeniu, że jego strój nie przypadł mu do gustu. Jego następne słowa sprawiły, że niemal sam poczułem ból, jakim były przesycone.
     Nic nie mówiłem, kiedy złapał za nożyczki i zaczął niszczyć przyszykowaną dla siebie szatę. W zasadzie... nie, jednak jej nie niszczył. On ją przerabiał. A Daenerys postanowił włączyć się w robotę. Ja nie miałem takich zdolności, ani nie wiedziałem do końca co chłopcy mieli na myśli, więc stałem tylko w miejscu i patrzyłem na to, jak Lawin buntuje się przeciw dziwnym oczekiwaniom naszych rodziców.
     Potem zwrócił swoją uwagę na mnie i już wiedziałem, że coś kombinuje. I chyba nic co by mnie mogło ucieszyć.
     Zbliżył się, ułożył swe dłonie na moich barkach, a ja coraz bardziej się niepokoiłem. Ale gdy tylko wysłuchałem jego prośby... wówczas go rozumiałem.
     -Pewnie, że się zgodzę- odparłem w końcu. -Tym razem to trzeba uważać, żebym ja się nie upił- uśmiechnąłem się. -A w ogóle, mogłeś zostawić tamten ubiór w stanie nienaruszonym. Założyłbym tę suknię i udał, że od początku była podpisana moim imieniem- rozmarzyłem się, myśląc o wyrazach twarzy wszystkich, którzy by mnie tak zobaczyli. Choć sam pewnie czułbym się trochę niezręcznie.
     -A i, przy okazji, wiesz pewnie, że... no, ja... nie uważam cię za dziewczynę. Ja niczego z tego nie chciałem- powiedziałem poważnym tonem. -Takie traktowanie ciebie jest niesprawiedliwe. Jesteś książę Lawin i jeszcze znajdziesz dla siebie własną ukochaną.
     Nigdy nie uważałem, abym był dobry w poważnych przemowach. I tym razem też już zrobiło mi się niezręcznie, więc czym prędzej odsunąłem się od elfa.
     -A teraz trzeba by się ubrać- chwyciłem za swoje przebranie, z szafy wyciągnąłem jeszcze eleganckie buty i znowu zniknąłem w łazience. Daenerys dołączył do mnie po chwili, i całe szczęście, bo już sam nie wiedziałem do czego służą wszystkie te guziki.
     Kiedy wyszedłem z pokoju, byłem ubrany w pełnię stroju, który na szczęście leżał jak ulał. Lawin też był już gotowy.
     -Wyglądasz jak rasowy mężczyzna- stwierdziłem z uznaniem. Teraz już niemal nic nas nie różniło. No może poza tym, że on już wcześniej skądś wytrzasnął diadem i miał go na głowie, a ja nie.
     -Idziemy?- zapytałem, a Daenerys pokiwał głową.
     -Zaraz się zacznie. Ja zostaję.
     Zostaje?- Spojrzałem na niego ze zdziwieniem.
     -Jak to? Nie chcesz też skorzystać z balu? Będzie jedzenie- nie rozumiałem.
     -Nie, nie. Ale bawcie się dobrze- odwrócił się do nas tyłem i wrócił do łazienki.
     -No cóż. Może jest zmęczony- zastanowiłem się do Lawina, po czym wyszliśmy z pokoju. Czułem, że to mogło być coś innego, ale nie sposób było ustalić, co. Przynajmniej jeszcze nie teraz.


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#70 07-01-2018 o 14h44

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

        Yervant zaskoczył mnie, zgadzając się na wszystko bez większych oporów. Czyżbym go nie docenił? Prawdopodobnie, ale teraz już wiedziałem, że jest naprawdę miłą osobą. Wzruszający był fakt, że mógłby nawet założyć szatę przygotowaną dla mnie jako dowód na to, że nie jestem kobietą. Ani w tym związku, ani w ogóle. Ale to niestety nie było wykonalne.
- Bardzo ci dziękuję, ale obawiam się, że mógłbyś mieć problem ze założeniem mojego ubrania – zachichotałem, posyłając mu dziękczynny uśmiech. To było naprawdę miłe wiedzieć, że mimo wszystko upiór chciał mi pomóc.
         Kiwnąłem głową, przyznając Yervantowi rację i kiedy on zniknął w łazience z Deanerysem, ja sam przebrałem się w swoje ubranie, wygładzając niewidzialne zmarszczki na materiale. Teraz było mi trochę przykro, że zniszczyłem ciężką pracę służących, ale nakazałem sobie o tym nie myśleć. Nie, kiedy bal miał się zaraz odbyć, a ja miałbym zostać na nim w jakiś sposób ośmieszony. Bo tak w moich oczach wyglądała ta cała sytuacja.
- Dziękuję, ty również – parsknąłem, słysząc uwagę upiora co do mojego wyglądu. Miałem nie dawać mu tego diademu, ale ostatecznie stwierdziłem, że nie do mnie należy decyzja, czy ma go nosić, czy nie. Dlatego podszedłem do niego z ozdobą w dłoniach i umocowałem ją na jego głowie, tam gdzie było jej miejsce.
- Prezent od mojej matki – powiedziałem, odsuwając się by zobaczyć efekt. I tak jak się spodziewałem, upiór nie wyglądał z nim ani trochę lepiej. Raczej lekko komicznie. – Ale jeśli nie chcesz, to nie musisz go nosić – zaznaczyłem, krztusząc się od tłumionego śmiechu.
         Nie rozumiałem, dlaczego Deanerys nie chciał iść na bal. Czy też raczej, rozumiałem, ale nie spodziewałem się po nim, że będzie wolał zostać w pokoju i stracić szansę na usługiwanie Yervantowi co dotychczas robił bardzo ochoczo, a nawet jakby to był jego święty obowiązek. Wzruszyłem ramionami na słowa chłopaka. Jego wybór. Nie zamierzaliśmy go do niczego zmuszać, prawda?
           Muzykę z sali balowej słychać było już z daleka, chociaż do oficjalnego rozpoczęcia balu zostało jeszcze trochę czasu. Zastanawiałem się, czy wodzirej nadal był obecny w pałacu, ale kiedy tylko przypomniała mi się sytuacja z wczoraj, miałem nadzieję, że nie. Nie chciałem widzieć jego obrzydliwej gęby i zastanawiać się nad tym, co się działo wczoraj. Potrząsnąłem głową, wracając myślami do teraz. Musiałem się skupić, żeby nie paść z wrażenia i stresu. W końcu zrobiłem coś, co nigdy mi się nie zdarzało. Sprzeciwiłem się matce. I śmiałem to zrobić przed wszystkimi. Zacząłem się denerwować. A co jeśli się wygłupię? Albo zrobię coś co i mnie i Yervanta na zawsze wykluczy ze społeczeństwa. W końcu powiedział, że wystarczy jedno potknięcie, by uważano go za nic nie wartego. Nie chciałem tego, dlatego się zawahałem.
            Ale nie było już odwrotu. Zanim się zorientowałem, jakiś nadęty bufon anonsował nasze wejście na salę balową, a wszystkie oczy zwróciły się w naszą stronę. Starałem się wyłapać z tłumu wzrok mojej matki, ale nigdzie nie dostrzegłem królowej elfów. Zanim zdążyliśmy zejść ze schodów, do naszej dwójki ustawiła się kolejka by pogratulować nam ślubu i cudownego wesela. Musieliśmy się uśmiechać i udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, chociaż czułem się jakby ktoś z każdą minutą dorzucał na moje ramiona ogromny ciężar.
- Dobra robota, kuzynku – pochwalił mnie Frahil, kiedy przyszła jego kolej, by uścisnąć nam dłoń.
- Dzięki, ale nie wiem o co ci chodzi – zaryzykowałem tym stwierdzeniem, mając nadzieję, że wyjaśni mi, co ma na myśli.
            Elf poklepał mnie przyjaźnie po ramieniu.
- Widziałem twoją szatę, zanim ją zepsułeś – zachichotał, ale kiedy podniósł na mnie wzrok, w jego oczach błysnęła stal, którą nie często można było w nich dojrzeć. – Cieszę się, że nie dajesz się omotać. I nie myśl sobie, że to wina twojej matki, ona również tego nie chciała. – Frahil zniżył głos do szeptu, aż musiałem wytężyć słuch, by usłyszeć jego kolejne słowa. I nie były one wcale optymistyczne. – Szlachta naciska. Wczoraj wszystko było w porządku, ale któryś z nich po cichu buntuje resztę, by sprzeciwiała się waszemu małżeństwu. Nie jesteśmy w stanie określić kto. Dlatego bądźcie ostrożni – ostrzegł nas jeszcze, a kiedy się wyprostował, ten sam głupkowaty wyraz twarzy wrócił na jego oblicze.
- Co o tym myślisz? – zapytałem cicho Yervanta, kiedy kolejka się skończyła, a my mogliśmy chwilę odetchnąć przed oficjalnym rozpoczęciem balu.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#71 07-01-2018 o 19h29

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     A jednak diadem był pisany i mnie. Lawin mi go założył, ale zamiast okrzyku zachwytu czy choćby reakcji neutralnej, otrzymałem jego cichy chichot.
     -Phi- w odpowiedzi zadarłem nosa i poszedłem dalej, zaraz jednak zapominając o sprawie, gdy dotarły do mnie pierwsze dźwięki granej na sali balowej muzyki. Niedługo potem weszliśmy do pomieszczenia, witani przez wszystkich zebranych i osaczeni przez gratulacje i spojrzenia pełne aprobaty. Nawet Frahil znalazł czas dla Lawina i na szczęście tym razem obyło się bez podtekstów. Tylko jedna rzecz w jego wypowiedzi mnie zadziwiła... byłem przekonany, prawie na sto procent, że to nasi rodzice wykombinowali samodzielnie pomysł z tą szatą. A tymczasem... ktoś miał chcieć rozbić małżeństwo moje i Lawina. Czy to był jakiś żart?- zastanawiałem się, gdy kuzyn elfa się oddalił. Sądziłem, że wszyscy uwielbiali nas jako parę. A tymczasem było odwrotnie? Może realizacja naszego planu miała być prostsza, niż sądziliśmy.
     Jako, że sala balowa była duża, ktoś zarządził, aby przy ścianach znajdowały się długie stoły, które teraz pękały od bardzo eleganckich słodkości i alkoholów. Sięgnąłem po jeden kieliszek (był naprawdę bardzo mały!) i spojrzałem na Lawina, gdy do mnie zagadał.
     -To dość niespodziewane. Ale czy nie przypadkiem korzystne dla nas? Może nie będziemy musieli nawet nic robić, żeby... no wiesz- mruknąłem, zastanawiając się nad tym głębiej. Jedno, co by mnie mogło tu nie zadowalać, to pytanie, dlaczego właściwie ktoś miałby chcieć nas osobno?
     I w tym momencie twarz jednej, konkretnej osoby wpadła mi do głowy. I już otwierałem usta, aby podzielić się swoją teorią z Lawinem, ale wtedy sobie przypomniałem, że przecież on go lubił. Już raz był nieco oburzony, gdy coś zasugerowałem.
     Wobec tego nic nie powiedziałem, a tylko wychyliłem pierwszy kieliszek. A kiedy go odłożyłem, mało nie dostałem zawału. Przede mną stał Berys, patrzący się na mnie z uniesioną brwią.
     -Interesujący dobór akcesoriów- powiedział w moją stronę. -Dobry wieczór, Lawinie- zwrócił się teraz ku elfowi, skłonił i ucałował jego rękę.
     Miałem ochotę zdjąć swój diadem i przywalić bufonowi, a powstrzymywała mnie tylko moja książęca godność.
     Dlatego zamiast zrobić cokolwiek, obserwowałem mężczyznę. Coś mówił do Lawina, ale w jego oczach nie malowało się zaskoczenie jego ubiorem. Może źle go oceniłem? Może on wcale za tym nie stał...
     Skoro już Berys podebrał mi kompana do rozmowy, miałem chwilę by zauwazyć, co działo się przy nieco oddalonym od nas stole. Jakiś rosły człowiek trzymał mały, płócienny worek i wrzucał do niego babeczki. Jedną po drugiej, jedną po drugiej. Gdy dwa talerze zostały do czysta opróżnione a worek napełniony, mężczyzna szybkim krokiem począł wycofywać się z sali.
     Miałem potraktować to jako czyjeś dziwactwo i nie zwracać uwagi, ale gdy już się odwracałem, ów osobnik potknął się, miotając przy tym jakieś lekkie przekleństwo. A ten głos...
     -Co on tutaj robi?- zapytałem niezadowolonym tonem, momentalnie odsuwając się od Lawina i Berysa i idąc w stronę człowieka. Jednak ten już zdążył wstać i chyba zauważył, że inni na niego patrzą, bo... zaczął uciekać.
     Podążyłem za nim szybkim krokiem, ale zdążył wpaść na jakieś schody i uciec.
     Westchnąłem, wracając ze zrezygnowaniem na swoje miejsce. Kiedy chciałem przeczesać włosy opadające mi na twarz, odkryłem, że...
     -Nie mam diademu- zmarszczyłem brwi, uświadamiając sobie, że musiałem go gdzieś po drodze upuścić. Wobec tego wróciłem na trasę, ale nigdzie go nie było.
     I wtedy stało się coś bardzo dziwnego. Światło w sali zgasło, sprawiając, że zebrani wydali z siebie odgłosy zaskoczenia. A potem zapaliło się i... znowu zgasło. I nieciężko było zauważyć prostą zależność- światło zaczęło migać w rytm muzyki.
     Spojrzałem w górę, gdzie znajdowały się balkony, a tam czyjaś ciemna sylwetka stała przy włączniku i chyba świetnie się bawiła. I kolejny raz tego dnia chciałem zainterweniować, ale już jakiś strażnik odciągnął od tego miejsca mężczyznę.
     -To było silniejsze ode mnie. Ja chciałem tylko rozkręcić imprezę!- zapłakany, ledwo dosłyszalny, ale jednak niezaprzeczalnie- głos wodzireja, przedarł się przez salę aż do mnie. Ten facet był jakiś niespełna rozumu.
     -Lawinie, wszystko w porządku. Sytuacja opanowana- usłyszałem i Berysa uspokajającego mojego męża. Ha, jakby cokolwiek zrobił w tym kierunku!
     Na horyzoncie ujrzałem podchodzącą do nas matkę. Zbliżyłem się do niej czym prędzej, łapiąc ją za ramiona.
     -Nic nie mów- spojrzałem jej prosto w oczy. -Tylko zacznijmy to i już skończmy- poprosiłem, a ona zacisnęła usta i skinęła głową, po chwili klaskając w dłonie, by uciszyć zebranych i oznajmić, że bal pora rozpocząć.


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#72 11-01-2018 o 00h50

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

       Nie rozumiałem, co się działo. Dlaczego ktoś ze szlachty, ktoś kto tak samo dobrze jak moja matka znał treść paktu zawartego między elfami, a upiorami miał chcieć nas rozdzielić. I choć było to dla nas z jednej strony korzystne, tak z drugiej niebezpieczne. W końcu nie wiedzieliśmy do jakich czynów jest zdolna osoba, której nie podobały się moje zaślubiny z Yervantem. Ale to wszystko mogło być tylko jednorazowym wybrykiem, dlatego jak na razie postanowiłem nie zawracać sobie tym głowy i chociaż minimalnie cieszyć się przyjęcia. Zmarszczyłem brwi z niezadowoleniem, kiedy mój drogi przyjaciel upiór wychylił jeden kieliszek. Posłałem mu spojrzenie pełne dezaprobaty. Mieliśmy tańczyć na trzeźwo. Ale nie skomentowałem zachowania chłopaka, w końcu nie miałem zamiaru wtrącać się w jego sprawy. A jutrzejszy kac był zdecydowanie w jego interesie. Ja sam nie zamierzałem pić czegokolwiek co nie byłoby wodą, czy sokiem. Nie miałem ochoty na powtórkę z rozrywki.
           Przywitałem się grzecznie z Berysem, prosząc go przy tym, by nie całował mnie więcej w dłoń. Czułem się niezręcznie kiedy to robił, no i mogło to źle wyglądać z boku. Zbył jednak moje słowa pobłażliwym machnięciem dłoni i wrócił do komplementowania doboru stroju. Byłem zadowolony, że nie zauważył, iż nie było to oryginalne szycie. Mogłem przynajmniej udawać przed niewtajemniczonymi gośćmi, że tak miało być.
- Służące naprawdę napracowały się nad szatą waszej książęcej mości – chwalił dalej elf, jakby nie zauważył zamieszania z wodzirejem.
- A tak, jasne – mruknąłem jedynie bez przekonania, pochłonięty przyglądaniem się, jak strażnicy odciągają zapłakanego mężczyznę od włącznika światła.
- Żenujące – syknąłem, krzywiąc się z niesmakiem. Ten człowiek naprawdę nie miał w sobie ani odrobiny godności.
                Posłałem krzywe spojrzenie Berysowi kiedy zaczął powtarzać, że sytuacja opanowana, jakbym potrzebował takiego zapewnienia. Nie byłem zdenerwowany tą sytuacją. Ba, kiedy dłużej o tym pomyśleć, mógłbym nawet stwierdzić, że była zabawna. Niesmaczna i raczej niewzbudzająca sympatii, nie mniej komiczna. Elf widząc moją minę, od razu się zamknął i zaczął proponować mi coś do picia, ale grzecznie odmówiłem, słysząc że królowa upiorów pragnie zacząć już bal.
                 Nie mogłem powiedzieć, bym nie cieszył się z takiego obrotu sprawy. Im szybciej zaczniemy, tym szybciej będziemy mogli iść spać. A taką przynajmniej miałem nadzieję, kiedy z Yerantem przemierzaliśmy salę, co by tłum cofnął się z parkietu i zrobił nam miejsce. Denerwowałem się. I to bardzo. Miałem jedynie nadzieję, że nie widać tego po moim sztywnym kroku i spoconych dłoniach, ale na to ostatnie mógł narzekać jedynie białowłosy. Zatrzymaliśmy się po środku sali balowej, gdzie złożyłem głęboki ukłon przed upiorem, wyciągając do niego dłoń w zapraszającym geście. Nie dało się nie usłyszeć szeptu zaskoczenia, który przeszedł przez zebrany tłum, gdy to ja objąłem Yervanta w pasie jak ukochaną partnerkę do tańca i ustawiłem się odpowiednio do męskiej postawy.
- Gotowy na śmierć? – zapytałem chłopaka, posyłając mu coś na kształt krzywego uśmiechu. Pięć centymetrów różnicy między nami musiało wyglądać komicznie w tej sytuacji, ale chciałem coś udowodnić i nie zamierzałem się tym przejmować.
               A potem orkiestra zaczęła wygrywać znaną nam melodię, a ja poprowadziłem do niej Yervanta, z całych sił starając się nie wyglądać jak drewno, którym się czułem i nie podeptać mu palców. Wszystko szło gładko, pięknie. Tłum wyglądał na coraz bardziej zachwycony, a kiedy przyszła pora na inne pary, moja matka bez zbędnego czekania została porwana do tańca przez Berysa. Wirowaliśmy z Yervantem w tłumie, aż w końcu ktoś zakrzyknął odbijany i ku mojemu wielkiemu zdumieniu wylądowałem w ramionach białowłosego elfa.
- Nie wiedziałem, że książę jest tak doskonałym tancerzem – mruknął mi do ucha, a moje ciało przeszedł dreszcz, ale nie było to wcale miłe uczucie. Chciałem się raczej odsunąć od dyplomaty i sprawdzić, czy nie ma mnie gdzieś indziej. Na przykład przy stole z przekąskami.
- A jednak to pan prowadzi, co nieco zaprzecza pana słowom – zauważyłem, starając się bezskutecznie przesunąć dłonie elfa z mojej talii na ramiona, co dałoby mi złudne poczucie równości.
            Nad ramieniem Berysa złapałem wzrok Yervanta, który tańczył z moją matką. Posłałem mu wymowne spojrzenie, które mówiło ni mniej ni więcej, jak tylko „Ratuj!”. Bo choć bardzo lubiłem białowłosego, tak czułem się jakby naruszał w jakiś sposób moją przestrzeń osobistą. I bardzo mi się to nie podobało.


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#73 14-01-2018 o 16h10

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

    A więc nadeszła pora. Spojrzałem z pewną dozą niepokoju w stronę Lawina, nie wątpiąc w jego umiejętności, za to będąc nieprzekonanym co do swojego bycia 'kobietą' w tym tańcu. Ale przecież nie mogło być niesprawiedliwości.
     Kiedy już chłopak objął mnie w należyty sposób, to całe zdziwienie sali zrekompensowało mi drobne zawstydzenie. Miałem ochotę powiedzieć, że dobrze im tak, że nigdy nie będzie, jak oni by chcieli, ale wtedy mój partner zapowiedział coś o śmierci, ja na powrót się zestresowałem i... zaczęliśmy tańczyć.
     Szło nam dobrze, na całe szczęście. Po czasie nawet już nie zwracałem uwagi na wszystkie ciekawskie spojrzenia. Tym bardziej byłem zadowolony, że wkrótce kolejne pary zaczęły udawać się na środek sali. I sądziłem, że jeszcze chwilę się pokręcimy i przez 'zmęczenie' udamy na bok, by tylko poobserwować, ale... ktoś odbił mi Lawina. I zupełnie nie byłem zdziwiony, gdy okazało się, że to Berys.
     Nie mogłem stać sam jak palec, poprosiłem więc do tańca królową elfów. I było całkiem przyjemnie, dopóki nie zauważyłem, że w oddali Berys trzyma swe łapy na biodrach mojego męża. No doprawdy! Chyba widział, że chłopak oczekiwał traktowania go jak każdego mężczyznę. Pięknie, teraz jeszcze zaczynał szeptać mu coś do ucha.
     Zdało mi się, że Lawin zaczyna mi, przez ramię Berysa, rzucać jakimiś przerażonymi spojrzeniami. Albo może bardziej pasowałoby tu 'pseudo- niezadowolonymi' bo gdy przypominałem sobie sytuację sprzed jednego dnia, to myślałem tylko o tym, że przecież ta dwójka się lubi. A mój mąż może tylko stwarzać pozory, że tak nie jest, żeby ktoś sobie czegoś nie pomyślał.
     Wobec tego nic nie zrobiłem. Pięć minut pokręciłem się jeszcze po parkiecie, po czym dokończyłem taniec, chcąc na moment odpocząć. Wtedy zobaczyłem, że na drugim końcu sali Berys i Lawin również podpierali ściany, choć tylko ten pierwszy żywo o czymś rozprawiał.
     Miałem plan podejść gdzieś bliżej nich, żeby nie było, że nie chcę spędzać czasu z małżonkiem, ale wtedy...
     Jedne z wielkich drzwi wejściowych otworzyły się. I zrobiły to z takim impetem, że parę kandelabrów stojących nieopodal natychmiast zgasło. Rozległy się, po raz kolejny tego wieczoru, okrzyki zaskoczenia. Wszyscy patrzyli na drzwi w oczekiwaniu pełnym napięcia, gdy... do sali w idealnym szyku weszło kilkunastu mężczyzn na czele z jednym.
     -Och, to chyba oni- szepnęła moja matka i zaczęła biec w tamtą stronę. Tymczasem dwóch służących już na nowo zapalało świece. Wkrótce dało się wszystko zobaczyć.
     Dwunastu wysokich mężczyzn ubranych w eleganckie, wojskowe mundury, stanęło przy wejściu w idealnym szeregu, z dwoma wyjątkami: dwóch z nich, będących w środku, było o krok bardziej przesuniętych do przodu.
     Moja matka nadeszła im na przywitanie, zaraz za nią mój ojciec, a potem i królowa elfów. Chyba nie spodziewali się wojskowych w tym dokładnie momencie, ale to i tak nieważne. Wyglądali na dość zafascynowanych całym ich widokiem.
     -Królowo, królu, wspaniała królowo elfów- jeden z dwóch mężczyzn, którzy stali bardziej z przodu, pokłonił się. Zaraz za nim pokłonili się i wszyscy. I byłbym również się tam zbliżył, jak nakazywała przyzwoitość, ale goście tak skłębili się przy nowoprzybyłych, że za nic nie byłem w stanie tam dotrzeć.
     -Przepraszam... przepraszam... mogę przejść?- pytałem ludzi, niestety bez skutku, po czym wreszcie sobie darowałem. Stanąłem w tłumie i założyłem rękę za rękę. Nawet nie za wiele mogłem stąd zobaczyć.
     Mimo to dało się słyszeć oficjalne powitania, szczebiot mojej matki i bardzo aksamitny głos któregoś z żołnierzy.
     -Przybyliśmy, by złożyć hołd wspaniałej młodej parze.
     -Jesteśmy bardzo wdzięczni- powiedział mój ojciec, po czym chyba zaczął rozglądać się za nami po sali. -Ach, tam jest mój zięć- oznajmił, zapewne wskazując na stojącego gdzieś Lawina. Potem usłyszałem tylko jakieś szepty pełne nerwów i chyba mój małżonek został wypchnięty przed gapiów.
     -Książę Lawin, książę Yervant- powiedział z zafascynowaniem któryś z żołnierzy, po czym dało się słyszeć jego jęk bólu. Co tam się działo?
     -To nie jest książę Yervant. To Berys, elfi książę- i znów tamten spokojny, majestatyczny głos przemówił pełnią mądrości. A we mnie wszystko się gotowało. Jak ktokolwiek mógł pomylić mnie z tamtą dwulicową gadziną? Świat się kończył.
     -Proszę pozwolić. Chyba go widzę.
     W tej mojej złości nagle dotarło do mnie, że ludzie przede mną zaczynają się rozstępować. Lepiej późno niż wcale- pomyślałem, gdy już zupełnie się rozrzedzili. A na końcu ludzkiego tunelu stał on- właściciel aksamitnego głosu.
     -Książę Yervant- ukłonił się, a ja nie mogłem zrobić nic innego, jak tylko się zbliżyć. Wtedy mogłem też wreszcie przyjrzeć się przybyszowi... a było na co popatrzeć. Miałem wrażenie, jakby stojący przede mną był lepszą wersją mnie. Mężczyzna miał na sobie piękny, na oko bardzo kosztownego materiału płaszcz, który sięgał mu niemal do ziemi. Orientalne wzory i wystająca spod niego złota, sztywna koszula, tylko bardziej dodawała mu elegancji. Nie dało się też ukryć, że przynależał do mojej rasy- miał nowocześnie ścięte, białe włosy, bladą cerę i te typowe, błękitne oczy, otoczone woalką białych rzęs.
     Przeszliśmy do reszty, gdzie faktycznie stało kilkunastu żołnierzy, wszyscy bardziej lub mniej różniące się upiory. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że byli świetnie wyszkoleni- no może poza tym jednym, który już dostał kuksańca za swoją pomyłkę sprzed chwili.
     Zbliżyłem się do Lawina, który stał obok rodziców, i dotknąłem ramienia Berysa, który wciąż tam był.
    -Możesz odejść- powiedziałem chłodno, a ten jakby otrząsnął się i niechętnie, powoli zszedł na stronę. Co on sobie w ogóle wyobrażał? Że wystąpi za mnie w charakterze księcia?
     -Wspaniale, że jesteśmy w komplecie- moja matka klasnęła w dłonie. Wyszła jednocześnie bardziej przed własny szereg, chcąc chyba przedstawić tych, co przybyli. -Drodzy goście, oto wojskowi z pułku upiorów.
     Rozległy się oklaski, których się nie spodziewałem, ale dołączyłem także do tego i swoją wdzięczność.
     -Przed wami wybitna jednostka, wieloletni, zasłużony dla narodu żołnierz, nietuzinkowa postać... generał armii Romeo Minett- tu wskazała na mężczyznę, który wcześniej mnie rozpoznał. Wybuch jeszcze większych oklasków mnie nie zaskoczył, za to piski jakiś uradowanych dziewcząt i chyba odgłos mdlenia jednej z nich, już bardziej. Ale, jak to mówią... za mundurem panny sznurem? Chyba też powinienem się tak ubrać od czasu do czasu.
     -Naprawdę, przecenia się moje zasługi. Niczego bym przecież nie osiągnął bez przyjaciół przy duszy- oznajmił generał, teraz cofając się, by ukazać osoby, z którymi przyszedł. Tu wymienił imiona ich wszystkich, których i tak nie byłem w stanie zapamiętać, przy czym pod koniec wyróżnił jedną osobę.
     -... i oczywiście, najbliższy memu sercu, chirurg wojskowy, Hades Villarino. Bez niego już dawno straciłbym rękę i nogę- wskazał na mężczyznę, a aplauz znowu zatrząsł posadami pałacu. Kiedy jednak sam przyjrzałem się temu chirurgowi, byłem pewien, że z niespecjalną przyjemnością oddałbym się w jego ręce. Miał surowy wyraz twarzy i wyglądał, jakby miał ochotę kogoś zganić. Ale pewnie w swoim fachu był dobry.
     -Przepraszam, że przerwaliśmy dobrą zabawę- odezwał się znowu Romeo. -Chcielibyśmy już tylko pogratulować młodej parze zaślubin- tu zbliżył się do mnie i do Lawina, po czym pstryknął palcami, a tamten Hades nadszedł spokojnie i stanął krok za nim.
     -Pewnie słyszeliście to już wiele razy, więc nie chcę was zanudzić- uśmiechnął się sympatycznie. -Ale niezależnie od tego, jak wam pójdzie, życzę wszystkiego dobrego dla każdego z osobna. Sto lat i więcej- naraz stojący za nim żołnierz włożył ręce do kieszeni i jednocześnie wyciągnął z nich po malutkiej buteleczce, którą podał mnie i Lawinowi.
     -Przyjmijcie proszę ten skromny podarunek. W każdej z tych buteleczek znajduje się tabletka- wyjątkowo rzadka do spotkania, perełka medycyny. Potrafi pomóc, kiedy czasy są ciężkie. Może nawet uratować... ta, którą ty trzymasz, książę Lawinie, mogłaby uratować życie Yervanta. Ta, którą trzyma książę Yervant, życie Lawina. Miejmy nadzieję, że nie będzie okazji, ale może kiedyś sobie nawzajem pomożecie... a wierzcie mi, dzierżąc życie drugiego kochanka, naprawdę umocnicie wzajemną więź.
     Generał mówił to wszystko przyciszonym głosem, chcąc stworzyć kameralniejszą atmosferę, ale i tak dało się słyszeć wszechobecne wzdechy zachwytu.
     -Dziękujemy- pokłoniłem się, ściskając w dłoni podarunek i w duszy zastanawiając się, czy to nie przypadkiem jakiś pic na wodę.
     -W takim razie proszę wracać do zabawy- generał cofnął się o krok, ludzie, wyczuwając, że atmosfera się rozluźniła, natychmiast zaczęli tańcem wypełniać sztywność, która jeszcze przed chwilą była obecna, a ja odszedłem z Lawinem na bok, patrząc jak dalej monarchowie rozprawiają z wojskowymi. A potem dało się już tylko zauważyć panny podbiegające do wysokich kawalerów i starające się swoim wdziękiem zachęcić ich do tańca.
     -Sądziłem, że to będzie bardziej typowy wieczór...- mruknąłem, unosząc otrzymaną buteleczkę na poziom swojej twarzy. Duża, czarna tabletka zamknięta w niej wyglądała bardziej śmiercionośnie, aniżeli zbawiennie, ale to chyba nie mi było oceniać.
     -I co myślisz? Ciekawe, że rozpoznał mnie w takim tłumie- popatrzyłem na stojącego w oddali generała. Tutaj było tak wiele upiorów, a on i tak wiedział, gdzie za mną iść. A pewnie pierwszy raz widział mnie na oczy.
     Oparłem się o ścianę. Przynajmniej wodzireja nie było, Berys też gdzieś zniknął... i tak powinno pozostać.

Generał armii Romeo i Chirurg wojskowy Hades


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

#74 16-01-2018 o 00h11

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 907

L A W I N

     Nie mogłem uwierzyć własnym oczom, gdy Yervant tak po prostu zignorował moje nieme s.o.s i odwrócił wzrok jakby nic się nie działo. Tymczasem Berys bezkarnie prowadził mnie w tańcu jak kobietę, ośmielił się na dodatek okręcić mną parę razy i przyciągnąć do siebie bliżej. Czułem się niezręcznie kiedy tak naruszał moją przestrzeń osobistą, ale nic nie mogłem zrobić. Nie chciałem wszczynać kłótni na samym środku sali balowej. No i oczy elfa, które śmiały się do mnie w ten dobrotliwy sposób, który pamiętałem z dzieciństwa. On się najzwyczajniej w świecie ze mną droczył! I choć robił to w sposób, który mnie ani trochę nie odpowiadał, stwierdziłem że przecież o to chodzi w denerwowaniu drugiej osoby.
- Berysie, moglibyśmy chwilę odpocząć? – zapytałem ostatecznie udając zmęczenie, chcąc w jakikolwiek sposób pozbyć się chłodnych dłoni białowłosego z mojej talii. 
- Już się zmęczyłeś, mój książę? – zapytał z niedowierzaniem, ale spojrzałem na niego tak przekonująco wypranym z energii wzrokiem, że ostatecznie ustąpił i z godną miną wyciągnął mnie z kółka tańczących.
- Może przyniosę ci coś do picia? – zaproponował, przechodząc na nieoficjalny ton. Zawsze gdy w pobliżu nie było nikogo, kto zwróciłby na to uwagę, zwracał się do mnie w nieformalny sposób. Podobało mi się to. Nie lubiłem zaznaczać swojej pozycji, poza tym znałem Berysa od kiedy tylko nauczyłem się rozpoznawać twarze, nie widziałem więc większego sensu w zwracaniu się do siebie po tytułach.
- Poproszę – rzuciłem, opierając się o ścianę, jakbym naprawdę był bardzo zmęczony. Nie wiedziałem jak słabo udaję, ale wnioskując po roześmianym spojrzeniu elfa i jego pobłażliwej minie, wnioskowałem, że kiepsko. Nigdy nie byłem w tym dobry. Nie potrafiłem ukrywać swojego nastroju. Kłamać. Grać. Nie leżało to w mojej naturze. Mama zawsze powtarzała mi, że to bardzo dobrze. Mogłem ze szczerym uśmiechem zwracać się do swojego ludu i w ten sposób zdobyć jego zaufanie. Nie miałem ani siły, ani charyzmy, więc jeśli udałoby mi się to moją szczerością, to byłbym bardzo szczęśliwy.
- Proszę, Lawinie, przyniosłem ci soku pomarańczowego – Berys pojawił się z kieliszkiem napoju w dłoni. Podziękowałem mu krótkim skinięciem głowy i żeby nie wyjść na gołosłownego, opróżniłem naczynie.
            Potem na szczęście elf nie ciągnął mnie na parkiet, a zaczął rozprawiać do mnie o jednej ze swojej wypraw. I choć byłem bardzo zainteresowany tą opowieścią, nie potrafiłem się skupić na jego słowach. Cały czas szukałem w tłumie Yervanta. Nie dostrzegł mojej prośby? Chciał mi zrobić na złość? A jeśli tak, to dlaczego? Czy jednak nie wszystko między nami było w porządku? Rozmyślania na ten temat przerwało mi pojawienie się znamienitych gości. I jak bardzo przyzwyczaiłem się do mojego małżonka i jego rodziców, ba nawet szlachty, która razem z nimi urzędowała teraz w pałacu, tak upiorny pułk wojskowych wprawiał mnie w zupełnie inne uczucia. Czułem się przytłoczony, gdy ludzie wypchnęli mnie przed szereg, prosto przed oblicze jakiegoś ważnego rangą upiora.
- To dla mnie zaszczyt – bąknąłem coś pod nosem, czując się niesamowicie niezręcznie pod przeszywającym spojrzeniem błękitnych oczu mężczyzny. Nie mógł umknąć mojej uwadze fakt, że byli do siebie z Yervantem naprawdę podobni. I nawet nie chodziło tu o wygląd. Roztaczali wokół siebie chłodną aurę dostojeństwa, o której ja ze swoimi długimi włosami i bezradnym wyrazie twarzy mogłem tylko pomarzyć.
             Nie zauważyłem, że Berys nadal tkwi u mego boku, dopóki Yervant nie odesłał go, jakby nie był członkiem rodziny królewskiej. I fakt, może naprawdę nim nie był, ale również posiadał tytuł księcia i według mnie mógł uczestniczyć w rozmowie. No i był dyplomatą. Mógł więcej zdziałać ze swoją elokwencją niż ja z zaczerwienionymi uszami i umiejętnością wysławiania się pięciolatka. Dlatego jedyne co robiłem, to stałem tam speszony i kłaniałem się, gdy wymagała tego sytuacja. Zarówno generał Romeo jak i chirurg Hades mieli w sobie coś, co sprawiało, że czułem się jak pisklę, które dopiero wykluło się z jajka. W ich oczach odbijało się tysiące żyć, które mogli dostrzec na swojej drodze. Kim ja byłem w porównaniu do takiej potęgi?
             A jednak uśmiech generała był niezwykle sympatyczny. Musiałem przyznać, że bardzo pasował do jego przystojnej twarzy. Sprawiał, że surowość widoczna w spojrzeniu łagodniała, dodając zupełnie nowego wymiaru jego osobowości. Przez chwilę gapiłem się bez zrozumienia na podarunek w dłoni, a potem podziękowałem szczerze z całego serca za coś tak ważnego. Może i nie mieliśmy z Yervantem zostać ze sobą do końca świata, ale zamierzałem przechować podarunek dla jego przyszłej miłości. Bo nigdy nie było wiadome, kiedy tak cudowna rzecz mogłaby się przydać.
- Będę tego strzec jak oka w głowie – obiecałem, ściskając w palcach delikatną buteleczkę. Wiedziałem co z tym zrobić, ale jak na razie trwał bal, więc schowałem ją do bezpiecznej kieszonki szaty i wycofałem się z upiorem gdzieś w okolicę stołu z przekąskami.
               Miałem się nie obrażać ani nic takiego, ale słysząc słowa Yervanta nie potrafiłem się powstrzymać od naburmuszenia się w typowy dla siebie sposób. Założyłem ręce na piersi, gapiąc się wszędzie, byle tylko nie na upiora.
- Dobrze, że on cię rozpoznał, bo ja chyba mam jakieś omamy wzrokowe. Byłem całkowicie pewien, że to ty tańczyłeś obok z moją matką i nie raczyłeś ruszyć mi z odsieczą, gdy tego potrzebowałem – wypomniałem mu, wspominając sytuację sprzed chwili. I to wcale nie było tak, że martwiłem się tym, dlatego postanowiłem o tym wspomnieć.
                Zerknąłem z ukosa na upiora, ale zaraz odwróciłem wzrok, żeby przypadkiem nie dostrzegł,  że się na niego patrzę. Myślałem, że rozumiał moją potrzebę traktowania mnie jak pełnoprawnego mężczyzny, ale w chwili, w której przestało chodzić o niego, bo to Berys ze mną tańczył, już się tym nie przejmował. Ale w sumie czemu ja się dziwiłem? Po co miałby się przejmować nie swoimi problemami? Nie byliśmy przyjaciółmi. Nawet jeśli ja tego chciałem, to znaliśmy się za krótko i najwyraźniej było to tylko moje urojone pragnienie. Wykluczyć siebie nawzajem z naszych żyć. To było to, czego chciał Yervant, prawda? Jakim więc prawem mogłem mu tego zabraniać?
               Zrobiło mi się przykro. Znów nastawiłem się na coś zbyt szybko i entuzjastycznie, by zaraz dostać cegłą po głowie. Ja chyba naprawdę nie miałem dosyć rozczarowań. Ale czy to było głupie, mieć nadzieję, na choćby jedną relację opartą na przyjaźni?
- Idę coś zjeść – oznajmiłem sam nie wiem po co, nie odwracając się w stronę upiora. Zniknę, tak jak tego chciał. I choć miało to być tylko na teraz, to od jutra postaram się bardziej by rozplątać tę nić, która owinęła się wokół naszych ciał, by spleść je razem. Ale podczas gdy ja czułem jak gdyby wyciągała mnie ona na górę, tak Yervant sprawiał wrażenie, że zaciska się na jego szyi, by odebrać mu oddech.

Ostatnio zmieniony przez Ischigo (16-01-2018 o 00h12)


https://data.whicdn.com/images/308951332/original.gif

Offline

#75 16-01-2018 o 01h57

Straż Cienia
Rain
Oficer Straży
Rain
...
Wiadomości: 1 361


Yervant

     Spojrzałem na Lawina z uniesioną brwią. A tego co ugryzło? To on mi wyrzuca, że go nie uratowałem? Myślałem, że to wcześniej to było zwykłe pozerstwo. A może po prostu teraz miał zły humor i szukał zaczepki?
     Zmierzyłem go sceptycznym wzrokiem, gdy on spojrzał na mnie z ukosa. Chyba naprawdę był zły. Może wściekły. Nie znałem go na tyle dobrze, by z pewnością ocenić, ale...
    -Zaraz, Lawin- podniosłem głos, rozkładając ręce, kiedy elf tak po prostu odszedł ode mnie. No jak to tak... przecież trzeba było tę sytuację wytłumaczyć.
     Ruszyłem za nim żwawo, kiedy on udał się w stronę któregoś ze stołów. Parę szybkich kroków dalej byłem już naprawdę blisko, gdy...
     Bam. Poczułem jak coś popycha mnie, a ja upadam prosto na posadzkę.
     -Uch...- najpierw ostrożnie uniosłem jedną rękę, a potem drugą, by podeprzeć się z ziemi. Co to było?
     -Ach, przepraszamy!- usłyszałem czyjś przestraszony głos za sobą, a zaraz potem czyjeś inne niezadowolone szepty. Mimo wszystko nie obchodziły mnie one, gdy wstawałem na nieco chwiejących się nogach, ze złością patrząc na wnęrza swoich dłoni teraz porysowane czerwonymi kreskami.
     -Kto...?- obróciłem się, by zobaczyć oprawcę, ale...
     Tego się nie spodziewałem.
     Przede mną stało dwóch facetów w maskach karnawałowych. A jeden z nich, bardzo rosły, na swojej głowie dumnie nosił mój własny diadem!
     -Co to ma być?- ująłem się pod boki, by po chwili syknąć z bólu i zaniechać tego czynu. -Co panowie wyprawiają? I czemu pan ma na sobie moją własność?
     Byłem zły, a perspektywa obrażonego Lawina zajadającego smutki za moimi plecami tylko potęgowała negatywną aurę.
     -My... tylko tańczyliśmy. Trochę się zapomnieliśmy. Przepraszamy- powiedział ten, który już wcześniej jako pierwszy się odezwał.
     Pokręciłem głową, patrząc nieco ku górze, by dać wyraz swojemu zirytowaniu.
     -No dobrze, a co z diademem?
     Facet z diademem na głowie przez chwilę wyglądał, jakby nie zamierzał niczego tłumaczyć, ale po otrzymaniu kuksańca od swojego partnera syknął i wyznał dość zaskakującą prawdę:
     -No co. Leżała to wziełem.
     Nie mogłem w to uwierzyć.
     -To się nie dzieje- złapałem się za głowę. Ten niski głos mógł należeć tylko do jednej osoby. -To znowu ty! Prześladujesz mnie! Straże- zacząłem wołać. -Ten człowiek bezprawnie znajduje się na terenie pałacu! Proszę go stąd zabrać- wskazałem na wodzireja schowanego pod grubym płaszczem, z kapturem na głowie, z maską karnawałową na twarzy i z diademem jako wisienką na torcie.
     -Wybacz mi, najdroższy- dało się słyszeć spod tego kaptura, po czym wodzirej, w całej swojej potężnej okazałości, zaczął biec w stronę wyjścia z sali.
     Kiedy stojący obok mnie, teraz już samotny mężczyzna zaczął chlipać, westchnąłem ciężko.
     -Słuchaj, nie znam cię, ale źle dobierasz sobie znajomych. Na przyszłość polecam bardziej z tamtej klasy- tu wskazałem kciukiem na upiorów, którzy dopiero co przybyli na zabawę. -No już, leć. A o tamtym zapomnij- popchnąłem chłopaka w ich kierunku, i znów moje ręce dały o sobie przypomnieć.
     Mimo to nie chciałem iść się nimi zajmować. Szczypały, ale dało się żyć. To wizja rozeźlonego z mojego powodu elfa piekła teraz dużo bardziej.
     -Lawin- podszedłem do chłopaka, który, na moje szczęście, nadal znajdował się przy stole z jedzeniem. -Rozumiem, jesteś na mnie zły, ale chciałbym wyjaśnić to nieporozumienie- wziąłem głęboki wdech. -Bo widzisz, sądziłem, że twoje wcześniejsze spojrzenia były zwykłym aktorstwem. Od czasu kiedy pojawił się Berys, zawsze byłem przekonany, że go lubisz. Że go lubisz na tyle... że dasz mu się trzymać w kobiecy sposób? Coś w tym rodzaju, haha- zrobiło się niezręcznie, ale przynajmniej to powiedziałem.
     -Więc tak właśnie widzę tę sytuację. Jednak jeśli faktycznie chciałeś, żebym ci wtedy pomógł, to przepraszam. Chyba coś źle zinterpretowałem- mruknąłem, chwytając za najbliższy kieliszek z ponczem, po czym odkładając go z powrotem na miejsce. Na trzeźwo, Yervant. Na trzeźwo.


nihonjini kiedy nie mogę sobie przypomnieć jak jest Japończyk po japońsku
https://i.ibb.co/nzyFYmq/received-293550708671070.jpg

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 5 ... 18