Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 10 11 12 13

#276 08-04-2018 o 15h02

Straż Cienia
Lashanti
Szeregowiec
Lashanti
...
Wiadomości: 135

http://i68.tinypic.com/6rqbk1.jpg

  Kiedy się obudziłem prawie zaatakowałem siedzącego w moim pokoju lekarza. Cwaniak sobie nawet przesunął krzesło chyba tylko po to, żebym był bardziej zdenerwowany. Wysłuchałem jego wyjaśnień, a następnie westchnąłem zmęczony wczorajszymi wydarzeniami. Już nigdy więcej nie sięgnę po żaden kieliszek, by wyleczyć swój ból głowy. To należało do złych pomysłów.
  Po chwili zacząłem wyjaśniać mężczyźnie moje problemy, jak i zachowanie, które według niego bardziej odstawało. Zajęło mi to trochę czasu, lecz postawiłem na szczerość. Uważałem, że najlepsze lekarstwa mało pomagają jeżeli okłamujesz profesjonalnego doktora. Poza tym miałem duże trudności z kłamaniem. Może przed zabiegiem byłem kiepski w wypowiadaniu kłamstw? Nie wiedziałem, jednak mimo wszystko to należało do mych mniejszych zmartwień na obecny moment.
  - Zauważyłem, że mimo twojego wcześniejszego zachowania wobec kilku innych pacjentów w ośrodku to twój humor zmienia się bardzo szybko. Dlaczego? - zapytał lekko znudzonym tonem, choć można było dostrzec w jego oczach nutkę zaciekawienia.
  - Mój humor, jak i nastawienie do innych ludzi wcale się nie zmienia. Brałem pod uwagę okoliczności i co zapewniłoby mi większą szansę na przebywanie w ciszy oraz spokoju. To tyle - mruknąłem ignorując jego bazgranie w notesie. Jak się nazywał mój lekarz? Spojrzałem na przypiętą do płaszcza doktora plakietkę. Theo Black. Mało oryginalna nazwa.
   Po moich wcześniejszej odpowiedzi wdaliśmy się w długą dyskusję na temat moich relacji. Wyjaśniłem, że większość interakcji z innymi ludźmi strasznie mnie irytowała. Szczególnie wymieniłem kilka osób, które tamtą irytację zwiększały. Goście na balu też wpadali do tego samego worka. Jednakże nie musiałem ich widzieć codziennie w porównaniu do innych uczestników eksperymentu.
  - Jeżeli wymienieni pacjenci sprawiają, że się irytujesz może powinieneś zmienić do nich swe nastawienie? W większości wymienionych przez ciebie przypadków, niektóre zachowania są spowodowane przez twoje negatywne spojrzenie na ich zachowanie. Spróbuj spojrzeć na to z innej perspektywy, Neville. Może jeśli zaczniesz widzieć ich pozytywne cechy to specyficznie wymienione towarzystwo przestanie ciebie mniej irytować. A może zyskasz dzięki temu z nimi przyjaźń - oznajmił bez żadnego owijania w bawełnę. Przemyślałem swe wcześniejsze zachowanie wobec innych. Czy widziałem w nim coś złego wcześniej? Absolutnie nie. Dopiero ta rozmowa uświadomiła mi, że mogłem sprawić komuś przykrość, tak jak Zoe mej osobie podczas naszego pierwszego dnia w ośrodku.
  - Nic nie obiecuję. Spróbuję naprostować kilka spraw, ale nie zmienię się nagle w optymistę. O przyjaźni nie ma mowy. Przyjaciele ciebie zdradzają częściej niż partnerzy biznesowi, którzy dostali swoją część wynagrodzenia. Jednak jeżeli to doktora ucieszy... Postaram się zobaczyć te całe "pozytywne" cechy u innych, nawet jeśli mnie irytują i jak będą godnymi zaufania osobami wtedy możemy mówić o przyjaźni. W obecnej chwili i tak wolałbym przebywać na bezludnej wyspie - powiedziałem. Wszystkie słowa z mojej strony były szczere. Wiedziałem, że będzie mi ciężko patrzeć na pozytywne cechy u innych. Dla przykładu, nawet jeżeli wybaczyłem Zoe to nadal ciężko mi było widzieć u niej jakieś pozytywne cechy charakteru. To samo się tyczyło wszystkich osób z jakimi spędziłem większość swojego czasu. Wykluczając może moment kiedy jadłem gofry, ponieważ to jedyna chwila, gdzie naprawdę miałem dobry nastrój. Może... Faktycznie byłem zbyt zaślepiony mą niechęcią do innych, nawet po zawarciu z nimi kontaktu? Rozumiałem dlaczego mój lekarz prowadzący o tym wspomniał. Załóżmy, iż wyjdę z tego ośrodka jak będę funkcjonować w społeczeństwie jeśli kontakt z innymi osobami będzie wywoływał u mnie niezmierną irytację?
  Kontynuowaliśmy jeszcze przez godzinę naszą rozmowę, jednak tym razem o moich objawach. Musiałem wymienić swoje leki, żeby uniknąć takiego mocnego bólu głowy jaki mnie zaatakował podczas wczorajszego dnia. To wszystko. Poza tym nic się nie zmieniło. Za  dziewięć dni powinienem zacząć już chodzić o własnych siłach.
  Mój lekarz wyszedł i zalecił dzisiaj mej osobie odpoczynek. Tym bardziej, że wczoraj zaszalałem na balu. Zauważyłem też talerz z lekkim posiłkiem, więc go zacząłem jeść w momencie komunikatu dr Aculi. Nie znałem wymienionych w nim osób, choć cały kontekst wiadomości był ponury. Zamiast pomóc mi ona poradzić sobie z narastającym niepokojem jeszcze bardziej go zwiększyła.
   Spędziłem resztę dnia na przemyśleniu paru spraw, jak i przeglądaniu krótkiej wiadomości z tyłu mojego listu. Nie pamiętałem jak długo spoglądałem w stronę mojego charakteru pisma. A podczas całego myślenia doszedłem do kilku wniosków, które wcale nie pomagały mi "pozytywniej" spojrzeć na ewentualną przyjaźń z innymi.

Ostatnio zmieniony przez Lashanti (08-04-2018 o 15h21)

Offline

#277 08-04-2018 o 17h15

Straż Cienia
Aryla
Akolita Jednorożców
Aryla
...
Wiadomości: 420

------------------------------Link do zewnętrznego obrazka
     Obudziła się wczesnym rankiem z ogromnym bólem głowy. Czuła, jakby ktoś uderzał tępym narzędziem wewnątrz jej czaszki. Skrzywiła się, po czym powoli otworzyła oczy. Obróciła się leniwie, a serce niemal stanęło jej w piersi.
     Nie była sama w łóżku.
     Serce, które dopiero co prawie stanęło, teraz wręcz galopowało. Otrzeźwiała nawet na moment i podniosła się na łokciach. Z obawą nachyliła się pomału w stronę spokojnie śpiącego chłopaka.
     Adam? — zapytała z niedowierzaniem, jednocześnie budząc blondyna. Co ty robisz w moim po...? Co ja robię w twoim pokoju?! — poprawiła się szybko, rozglądając się po obcym pomieszczeniu.
     Wyskoczyła jak oparzona z łóżka, ponieważ nie pojmowała, jak do tego doszło.
     Dlaczego spałam u ciebie w łóżku? Dlaczego spaliśmy w nim razem?! — posłała chłopakowi zaniepokojone spojrzenie, ukazujące cały strach kłębiący się we wnętrzu Carter. Stali po dwóch stronach posłania, jak po przeciwnych stronach barykady.
     Cała sytuacja była absurdalna i nie układała się w logiczną całość. Pamiętała rozmowę z Adamem, to że weszła z nim na antresolę, a potem...
     Nic.
     Kompletna pustka, powodująca nieprzyjemny ucisk w żołądku. Jak się tu dostała? Co się stało? Tyle pytań zalewało jej umysł, ale żadne nie mogło przecisnąć się przez zaciśnięte gardło i spierzchnięte usta. Nie potrafiła spojrzeć mu w oczy.
     Ja... Niczego nie pamiętam... — wydusiła ledwo słyszalnie.
     Stali w milczeniu, a Adam nie silił się na żadne wyjaśnienia, jakby wyczuł, że w tej chwili one i tak do Lily nie dotrą. Wreszcie po dłuższej przerwie odetchnęła ciężko.
     Ja p*******... — wypuściła powietrze zalegające jej w płucach.
     Myślenie w tamtym czasie przychodziło Lily bardzo ciężko. Nie wiedziała, czy ma coś jeszcze powiedzieć, wyjść, przeprosić? A może wszystko naraz? Potarła palcami skronie, ponieważ ból nadal nie dawał jej spokoju. Zmusiła się do spojrzenia w czekoladowe oczy Adama.
     Słuchaj, nie wiem co się wydarzyło i chyba nie chcę wiedzieć. Może coś ci mówiłam, obiecywałam, cokolwiek - zapomnij o tym, jasne?
     Choć wyprostowała się i starała się być pewna siebie, to od środka palił ją wstyd i poczucie winy. Zareagowała gwałtownie, od razu zakładając, że coś się wydarzyło. Zupełnie niesłusznie. Chciała stąd, jak najszybciej wyjść, więc uczyniła to, rzucając na koniec wątłe "przepraszam".
     Wystarczyło kilka kroków i przekroczyła próg swojego azylu, który zostawiła w nienagannym porządku. W ciągu kilku dni narobiła tyle głupstw, błądziła po ścieżkach nowego życia. Weszła od razu do łazienki i podeszła do lustra. Oparła dłonie na umywalce i spojrzała na swoje odbicie. Włosy w nieładzie, rozmazany tusz do rzęs, którego wczoraj nie zmyła i resztki ciemnej szminki na ustach.
     Czuła się brudna, nie tylko z tego względu.
     Znalazła w szafce płyn micelarny i kilka wacików, przy pomocy których pozbyła się pozostałości makijażu. Następnie rozebrała się i weszła pod prysznic, pozwalając by letnia woda zmyła z niej wszystkie troski.
     Wyszła z toalety, a na krześle przy łóżku czekała na nią dr White.
     Mogła pani chociaż zapukać — powiedziała, podchodząc do szafy. Wybrała z niej ciemne, granatowe jeansy i jasnoniebieską koszulę.
     — Pukałam, ale nie słyszałaś. Nie martw się, nie zajmę ci wiele czasu, to tylko rutynowa kontrola. Idź się przebierz, a ja zaczekam.
     Lily kiwnęła potwierdzająco głową i udała się z powrotem łazienki, gdzie przebrała się i rozczesała włosy. Wróciła do blondynki, która opierała łokieć na szafce nocnej, a dłonią pocierała czoło.
     Czy ja wczoraj zrobiłam coś głupiego? — zapytała, wyrywając White z chwilowego odrętwienia. Wyraz jej twarzy zmienił się na spokojniejszy, niżeli tak jak wcześniej - zmęczony.
     — Wydaję mi się, że obie wczoraj postąpiłyśmy dość nierozsądnie na balu, ale nie przejmuj się tym. Każdy popełnia błędy, choć ja akurat nie powinnam dopuścić do takiej sytuacji — przyznała.
     Carter wiedziała, o czym mówi lekarka. Łatwo można było zauważyć, że i ona zmagała się ze skutkami balowania poprzedniego dnia.
     Miałam na myśli czas po balu — sprostowała.
     — Muszę cię zmartwić, ale nic mi na ten temat nie wiadomo. To prawda, że obserwujemy was przez całą dobę, ale nie zawsze robimy to osobiście — wyjaśniła.
     Rozumiem. Możemy przejść do badań? Chciałabym odpocząć.
     White sprawdziła ogólny stan Carter. Zmierzyła jej ciśnienie oraz przeprowadziła podstawowe, przedmiotowe badania neurologiczne. Wypełniła raport, po czym opuściła pokój Lily, przypominając jej, aby wyświetliła wiadomości od Aculi.
     Podeszła do telewizora i nacisnęła przycisk, oznaczony białą kopertą. Chwilę później ekran rozjaśniła postać Vllada Aculi. Wysłuchała go do końca i nie potrafiła ruszyć się z miejsca. Z całej trójki, to Alexa znała najlepiej i ani razu nie przeszło jej przez myśl, że ten zawsze radosny chłopak mógłby zrezygnować. Przypomniała sobie też intensywnie różowe włosy Aurory, to jak czekała z nią przy przymierzalni na Evę i dotarło do niej, że już jej więcej nie zobaczy. Eksperyment dużo im dawał, ale proporcjonalnie tyle także odbierał. Nie czuła żadnej ekscytacji na myśl o pojawieniu się nowych osób, odwrotnie było poprzednim razem.
     Przed wyjściem na śniadanie zaplotła włosy w warkocz i wyjęła z szuflady etażerki pierścionek, który potoczył się po jej dnie. Dopiero teraz zdobyła się na odwagę, żeby go założyć. Pasował idealnie, lecz i tak nie była pewna, czy powinna go nosić.
     Reszta dnia minęła Lily spokojnie, nawet jeśli za każdym razem, gdy gdzieś wychodziła uważnie rozglądała się wokół, aby przypadkiem nie trafić na Prescotta. Większość czasu spędziła na włóczeniu się po ośrodku lub bezczynnym siedzeniu w pokoju. Wieczorem, kiedy wracała z ogrodu, natknęła się na ekipę sprzątającą. Wychodzili właśnie z pokoju Alexa. Zasmucił ją widok pustego pomieszczenia, ale miała szczerą nadzieję, że chłopak, pomimo powrotu do dawnego życia, będzie szczęśliwy.

Online

#278 08-04-2018 o 18h13

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 805

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353951141060542465/371006641811750934/58e331566ed041c31a9b5496403fcb18.png
     Poranek nie należał do najmilszych. Adam myślał o nim jeszcze przed zaśnięciem, które zajęło mu zdecydowanie zbyt dużo czasu. Nie sądził, że jego nieproszony gość ma w zwyczaju, jak on, zrywać się z łóżka tak wcześnie. Czuł się źle. Był zrezygnowany i nie miał ochoty na tłumaczenie sytuacji, w której nie był nic nikomu winien.
     „Mówiłam, obiecywałam”- powtórzył w myślach. Nie. Nie, nic takiego nie miało miejsca. Ty po prostu spałaś.
     Kiedy tylko Lily wyszła, przez kilka chwil obserwował jeszcze zamknięte drzwi. Nadal miał przed oczyma jej twarz, która patrzyła na niego wrogo i pytająco. Sam już nie wiedział, czy było mu przykro, czy może jednak jego złość była czysta i nie miała w sobie ani grama innych uczuć. Poszedł do łazienki i zdjął z siebie piżamę, w której było mu gorąco. Po długim prysznicu przebrał się w swój standardowy zestaw ubrań, wrogo zerkając od czasu do czasu na krawat, które kilka godzin wcześniej niedbale położył na koszu na pranie.
     Komunikat od Aculi wcale nie poprawił mu humoru. Szczególnie wstrząsnęła nim jasna informacja o śmierci jednej z pacjentek.
     Udało mu się trafić na pustą kuchnię, kiedy postanowił coś zjeść. Po powrocie do pokoju, przed drzwiami czekała na niego pielęgniarka Florence. Spojrzał na kobietę pytająco, odgonił z twarzy oznaki wcześniejszego gniewu, ale nie silił się na jakikolwiek uśmiech.
-Czekała pani na mnie?- zapytał, chociaż odpowiedź wydała mu się od razu jasna. Przynajmniej przełamał ciszę.
-Tak- ona się uśmiechnęła.
     Dziwił się, dlaczego nie czekał na niego doktor, który go prowadził. Przez myśli od razu przeszło mu to, że zapewne chodziło o jakieś rutynowe badania. Może domyśliła się, że niezbyt lubił rozmawiać z wysokimi facetami z lekką lub bardziej widoczną siwizną? Mimo tego, że przecież doktor Andrew O’Riordan był człowiekiem, który wydawał się być w porządku. I miał nazwisko, które pasowało do pisarza książek dla młodzieży.
-Pani skądś się dowiedziała, że nie lubię obcych na moim terenie?- mruknął pod nosem.
-Adamie, czyż nie mówiłam ci, że czuję się staro, kiedy mówi się do mnie na „pani”?
     Jasnowłosy podniósł wzrok.
-Przepraszam, ale dzisiaj nie mam ochoty na żarty. Jeśli daje mi pani wybór, bo tak to rozumiem, wolę, aby badania rutynowe przeprowadzono w gabinecie lekarskim- odparł zimno.
     Pielęgniarka umilkła. Zrozumiała, że wiadomość o śmierci Aurory i odejściu Alexandra i Lariny musiała porządnie wstrząsnąć dziewiętnastolatkiem. Młodzieniec splótł ręce na torsie, puszczając brunetkę przodem. Udali się do windy, a następnie do gabinetu doktora O’Riordana.

-Ciśnienie też w normie- stwierdził mężczyzna z lekkim uśmiechem. –Doprawdy chłopcze, masz szczęście. Żadnych omdleń, bólów głowy, nic. Jesteś prawdziwym okazem zdrowia.
     Adam spojrzał na niego ze ściągniętymi brwiami.
-Czy coś się stało?- zapytał speszony lekarz, ściągając pacjentowi opaskę z ręki. Położył sprzęt na białym blacie swojego biurka.
-Tak. Mam kiepski humor. To wszystko- powiedział, starając się ująć to najdelikatniej jak potrafił.
-A może…
-Nie. Nie chcę rozmawiać z psychologiem.
     Doktor nieświadomie odsunął krzesło o kilka centymetrów. Wpatrywał się w Prescotta, aż jego ciemne oczy nie uspokoiły się i nie nabrały nuty słabego przestraszenia.
-Niesamowite, Adamie, jak czasem potrafisz wyprzedzać innych. Dobrze. Możesz już iść, jeżeli nie chcesz już o nic zapytać.
-Chcę. Właściwie, chciałem już wcześniej, ale w moich notatkach pisało, żeby tego nie robić. Chodzi o bliznę, którą mam wzdłuż mostka- zaczął. –Ona jest po jakiejś operacji, tak? Miałem chore serce? Bo gdybym miał takie nadal, wiedziałbym o tym, prawda? Miałbym jakieś powikłania? Czułbym jakieś niedogodności, tak?
     I to było jedno z tych pytań, na które dostał kolejną wymijającą, niesatysfakcjonującą go, niekonkretną i krótką odpowiedź.

     Po powrocie do pokoju zaczął w nim sprzątać. Przez jakiś czas wahał się, czy powinien zmienić pościel, gdyż naprawdę dziwnie czuł się z tym, że na jego łóżku leżał ktoś inny. I to przez tak długi czas. Później znowu się zezłościł i ostatecznie zrobił to, zmieniając poszewki na czyste i świeże, nieróżniące się wzorem zbytnio od poprzednich. Wydawało mu się, że chce spędzić ten dzień samotnie.  Nie chciał rozmawiać z Zoe i Neville’m. Pomyślał, że oboje powinni wytrzeźwieć. O spędzaniu czasu z Lily nawet nie pomyślał. Martwił się o Nathana i Evę, choć nie znał ich zbyt dobrze. Ostatecznie nie wytrzymał z samym sobą i będąc już zupełnie spokojnym, zapukał do drzwi Mei.
     Reszta dnia minęła mu w towarzystwie długowłosej, w odosobnionym kącie biblioteki. Stała tam kanapa i stolik, ze zdobieniami rodem z epoki wiktoriańskiej. Tam powiedział jej tylko tyle, że Lily zdenerwowała go wieczorem, że jego poranek również nie należał do entuzjastycznych, nie wdając się w szczegóły. Mieli czas skomentować zachowanie chłopaka na wózku z podwyższonym cukrem, który na balu przesadził z alkoholem. Adam zdążył nawet opowiedzieć Mei o tym, że dnia poprzedniego dużą część balu spędził na parkiecie, głównie z Zoe i o tym, że dziewczyna potrafiła tańczyć. Powiedział jej też, że następnym razem muszą zatańczyć ze sobą, bo na balu nie udało im się na siebie wpaść.
     W towarzystwie Mei zdołał odetchnąć. I wrócić do stabilizacji.

Ostatnio zmieniony przez Airi (28-05-2018 o 21h17)


https://66.media.tumblr.com/8c024eaefef499d2adc2db1a5a4a282c/tumblr_p2uxioE1mF1vpmpmko6_r1_400.gif https://66.media.tumblr.com/e65accd1059239b5d7f9143b407f5b1e/tumblr_p2uxioE1mF1vpmpmko7_r7_400.gif

Offline

#279 09-04-2018 o 20h31

Straż Cienia
Senira
Oficer Straży
Senira
...
Wiadomości: 1 390

--------------------------------Link do zewnętrznego obrazka
     Michael znał znaczenie słowa „kac”, ale do tej pory nie miał okazji poczuć go na własnej skórze. Gdy otworzył oczy, oślepiło go dzienne światło. Musiał odczekać chwilę, zanim mógł bez problemu popatrzeć przed siebie. Czuł niewiarygodną suchość w gardle, więc od razu wstał, aby poszukać czegoś do picia. Na raz zakręciło mu się w głowie i zrobiło niedobrze. Zatoczył się delikatnie, bardzo szybkim krokiem idąc do łazienki. Nachylił się nad muszlą klozetową. Miał odruch wymiotny, ale nic nie zwrócił. Wisiał tak nad nią, dopóki przestało mu się kręcić w głowie. Tak mocna reakcja na alkohol mogła być skutkiem osłabionego organizmu po zabiegu. Chociaż sam Michael nie pamiętał, że kiedykolwiek nadużywał alkoholu, to automatycznie robił wszystko, aby efekty uboczne poprzedniej nocy minęły. Nie miał pod ręką lodówki, więc napił się wody z kranu, po czym wziął powolny prysznic. Starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów, przebrał się w jakieś dresy i koszulkę. Zauważył, że jego garnitur leżał ładnie złożony na krześle. Nie przypominał sobie, aby go składał. Rozległo się pukanie do drzwi.
     – Michealu? Mogę wejść? – zapytał znany mu, kobiecy głos.
     – Tak, proszę – odpowiedział, siadając na łóżku.
Do pokoju weszła dr Selena Thompson, stukając małymi obcasami. W jednej ręce trzymała reklamówkę, a w drugiej aktówkę.
     – To dla ciebie. – Podała chłopakowi reklamówkę w której znalazł butelkę wody i soku. – Może się przydać.
Lekarka od razu przeszła do rutynowej kontroli. Wyciągała potrzebne rzeczy z aktówki.
     – Wygląda na to, że fizycznie wszystko jest u ciebie w normie. Ale gdybyś miał jeszcze jakieś pytania do tego, co się stało na balu, to zawsze możemy do tego wrócić i pomogę uporać ci się z tą sprawą. – Michael patrzył na nią tępo, gdy mówiła o „sprawie”.
Jaką sprawę miała na myśli? Nie od razu był w stanie przypomnieć sobie poprzednią noc. Na raz stanęło mu przed oczami wspomnienie przestraszonej Aurora, pocałunek i odprowadzenie go do pokoju przez dr Thompson.
     – Muszę ją przeprosić – powiedział, wstając gwałtownie.
     – Aurorę?
     – Tak, wiesz gdzie może się teraz znajdować? – Zrobił krok w stronę drzwi.
     – Zaczekaj chwilę. – Zatrzymała chłopaka, kładąc dłoń na jego ramieniu. Michael zauważył jej spanikowane spojrzenie i cienie pod oczami. – Aurora jest…
     Wypowiedź lekarki przerwał uruchamiający się telewizor z nagraniem od Aculi. „Dzisiejszej nocy zmarła jedna z pacjentek, Aurora Morris […]”. Na te słowa, chłopak usiadł z powrotem na łóżku. Jak to się stało? Wcale nie wyglądała na chorą. Czy to przez niego? Zadawał sobie pytania na które nie znał odpowiedzi. Mógłby zapytać o to dr Selenę, ale głos ugrzązł mu w gardle. Nie mógł wydobyć z siebie żadnego słowa, więc tylko bezsilnie zaciskał dłonie, patrząc w podłogę.
     – Posłuchaj, to w żadnym wypadku nie jest twoja wina, wystąpiły u niej nagłe komplikacje, których jej organizm nie wytrzymał, mogło się to przydarzyć każdemu – zaczęła tłumaczyć.
     – Może Pani stąd wyjść? – zapytał łamiącym się głosem, nie podnosząc wzroku.
Czuł, że zaraz się rozpłacze, więc nie chciał, aby ktokolwiek go widział w takim stanie. Nawet ona. Bez słowa wyszła, zgodnie z życzeniem. Na razie lepiej było go zostawić samego, skoro nie chciał towarzystwa. Gdyby zaczął robić coś głupiego, zawsze miała na niego podgląd.
     Michael zwinął się na łóżku w pozycję embrionalną. Przez następne godziny na zmianę spał i płakał. Czasami napił się czegoś, bo w dalszym ciągu męczyło go pragnienie. Gdy w końcu wyczerpał zapas łez, a żołądek dał o sobie znać, postanowił wstać. Był przekonany, że to częściowo jego wina. Przez większość balu Aurora wyglądała na niezbyt chętną do zabawy, mógł coś zauważyć wcześniej. Może mógłby jej pomóc, gdyby tylko się nie upił. Z bezsilności wymierzył cios pięścią prosto w ścianę. Dało się usłyszeć głuche uderzenie i jęk bólu. Michael zatrzymał pięść na ścianie przez kilka sekund, po czym przeciągnął ją w dół. Krwi nie było zbyt wiele, ale na zieleni farby pozostał czerwonawy ślad. Odetchnął ciężko. Na swój sposób, dało mu to ulgę.
     Poczuł jak bardzo jest głodny, więc założył byle jakie buty i udał się do kuchni. Tam szybko zrobił sobie kilka kanapek. Akurat nikt więcej się nie pojawił, więc skonsumował je w spokoju. Tym razem, nawet się cieszył, że nikogo nie spotkał. Z pewnością wszyscy słyszeli komunikat dr Aculi, więc rozmowa potoczyłaby się w oczywistym kierunku. W kierunku, gdzie musiałby mówić o śmierci Aurory. Znał ją bardzo krótko, tak jak każdą inna osobę w tym ośrodku. Jednak efekt, który wywoływała jej obecność, sprawiał, że czuł, jakby była mu znaczenia bliższa. Niestety nie mógł się dowiedzieć o niej nic więcej, skoro już nie było jej na tym świecie. Do tego wciąż nie wiedział czy wizje miały jakieś konkretne znaczenie i czy chciałby wiedzieć, kim była ta dziewczyna. Jeśli to ona była powodem dla którego tu trafił, to musiałby odzyskać wspomnienia, a tego, póki co, nie chciał.
     Gdy wychodził ze stołówki, przypomniał sobie, że tuż obok jest gabinet pielęgniarek. Patrzył przez chwilę na drzwi, nie wiedząc czy to dobry pomysł, bo nie miał pojęcia jak wytłumaczyć, że postanowił pobić ścianę. Z drugiej strony, chyba lepiej, aby ktoś obejrzał jego dłoń. Choć niemocno, to uciążliwe bolała przy każdym poruszeniu palcami. W gabinecie było zadziwiająco pusto. Zajęła się nim jedna, starsza pielęgniarka, która nie zadawała zbyt wielu pytań. Po prostu odkaziła mu poranione palce i owinęła bandażem z zaleceniem, aby starał się nie nadwyrężać tej dłoni przez parę dni.
     Następnie chciał wrócić do pokoju, ale zostało jeszcze sporo czasu do wieczora, a on spał przez pół dnia. Mimo to, dalej czuł zmęczenie. Na korytarzu wisiał plan budynku, więc uważnie go przestudiował. Nie miał dzisiaj kompletnie nic do roboty, więc stwierdził, że chociaż gdzieś się przejdzie. Jego uwagę przykuł napis „Biblioteka” na 10 piętrze. Nie miał siły, aby zejść tam na piechotę, więc użył windy. Tak jak poprzednio, poczuł niepokój, choć tym razem mniejszy. Okazało się, że biblioteka jest ogromna i zajmuje całe to piętro. Jakaś część jego duszy ucieszyła się na ten widok, choć on sam wyglądał jak chodzące zombie. Najbardziej zainteresował go dział z fantastyką, więc wziął z niego kilka książek losowych autorów. Kolejno wybrał po jednej książce z autorami na literę S, K i W. Niewiele myśląc, po prostu wyszedł z nimi z biblioteki i wrócił do pokoju. Nikt go nie powstrzymał, a on sam nie pamiętał, że zwykle wypożyczone książki trzeba wcześniej wpisać do karty bibliotecznej.
     Już z powrotem w swoim łóżku, sprawdził co zabrał ze sobą. „Sezon Burz” Andrzeja Sapkowskiego, „Sklepik z marzeniami” Stephena Kinga i „Niewiele pozostało” Susan Wright. Zaczął lekturę po kolei, czyli od Sapkowskiego. Chciał zająć sobie myśli, bo ciągłe zastanawianie się nad Aurorą nie sprawiało, że czuł się lepiej. Pierwsza książka poszła szybko i przyjemnie. Gdy skończył, było już ciemno za oknami. Nie czuł się jeszcze śpiący, więc zaczął kolejną. Powieść Kinga szła mu trochę oporniej. Jakoś w połowie lektury zrobił się bardzo senny. Zdążył się zmęczyć stylem Kinga, więc około pierwszej w nocy zasnął.

Ostatnio zmieniony przez Senira (10-04-2018 o 19h43)

Offline

#280 09-04-2018 o 21h22

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 267

____________________________Mei Tokisaki
Ociężale otworzyłam oczy, po czym przewróciłam się na drugi bok. Miałam ochotę zostać w łóżku do końca dnia. Ponownie zamknęłam swoje ślepia w celu powrotu do snu, jednakże poczułam czyjąś obecność. Ostrożnie się podniosłam, po czym spojrzałam na mężczyznę, który przeglądał aktualnie przeglądał jakieś papiery. Nie minęła sekunda, a doktor spojrzał znad okularów na mnie.
- Och, dzień dobry, w końcu się obudziłaś. - stwierdził dr Aloise, kładąc papiery na swoich kolanach, po czym lustrując mnie swoim chłodnym wzrokiem.
- Najwyraźniej tak.. - skomentowałam, wciąż niewybudzona ze swojej wyimaginowanej rzeczywistości.
- Dobrze, a więc przeprowadźmy podstawowe badania. - zawtórował mężczyzna w okularach, który bacznie mnie obserwował. W odpowiedzi; kiwnęłam jedynie potwierdzająco głową.
Dr Aloise Chavez, standardowo zadał mi pytania na temat mojego samopoczucia oraz o różnych objawach, które sama zauważyłam. Na wszystko odpowiedziałam zgodnie z prawdą. Wspomniałam o tym, jak okropnie czułam się na balu, co poskutkowało zażyciem pewnej ilości ponczu, który na ogół pomógł o tym zapomnieć, jednakże przysporzył mnie o przeraźliwy ból głowy. Jeśli chodzi o skutki uboczne - żadnych dotąd nie dostrzegłam. Następnie mężczyzna zbadał mi ciśnienie, które okazało się być stabilne.
- Dobrze, wygląda na to, że ze zdrowiem nie masz problemu. Jeżeli chodzi o stan psychiczny, to nie chciałabyś porozmawiać z psychologiem? - powiedział obojętnym tonem głosu, jednocześnie zapisując informacje na papierach, po czym zadał mi kolejne pytanie. Zlustrowałam go zmęczonymi oczyma, zanim mu dałam odpowiedź.
- Nie potrzebuje. - odparłam, odwracając wzrok od dr Aloise'a, który ponownie powrócił swoim wzrokiem na papiery.
- Powinnaś dziś choć trochę odpocząć. Do widzenia. - dodał, zanim opuścił mój pokój; ja natomiast nic się nie odezwałam. Gdy dr Aloise Chavez wyszedł z pomieszczenia, to postanowiłam wziąć szybką, chłodzącą kąpiel po wczorajszym balu.
Po wykonanej czynności, poszłam założyć na siebie ubiór z czarno-białymi barwami oraz kwiecistymi wzorami.
Następnie rozczesałam swoje włosy, które postanowiłam tym razem zostawić rozpuszczone. Skierowałam się ponownie do łóżka. I przez chwile nie wiedziałam co ze sobą zrobić, więc odruchowo wzięłam flet, po czym przybliżyłam go do ust i zaczęłam grać jakąś znajomą mi melodie. Zajmowałam się tym zajęciem, dopóki nie usłyszałam komunikatu od dr Aculi. Usłyszawszy wiadomość o tym, że Alexander postanowił zrezygnować z eksperymentu, sprawił, iż na chwile zamarłam. Owszem, znałam go dopiero od wczoraj, ale z pozoru wyglądał na mężczyznę bardzo pewnego siebie, który na pewno nie byłby zdolny do powrotu szarej przeszłości. Nic nie odczułam, gdy usłyszałam, że jakaś Larina również zrezygnowała z nowego życia. Musiała być nowa, więc dlatego jej nigdzie jeszcze nie spotkałam i już raczej nie będę miała takiej okazji. Nie znałam kobiety o imieniu Aurora, jednakże wieść o niej sprawiła, że posmutniałam. Czy cały ten zabieg mógł nas doprowadzić do śmierci? Pokręciłam głową, aby odgonić od siebie te straszne myśli.
Nagle usłyszałam stukot do drzwi, dzięki czemu pośpiesznie wstałam, zostawiając na łóżku instrument, aby potem otworzyć drzwi. Moim oczom ukazał się Adam. Zdziwiłam się na jego widok przez co lekko przekrzywiłam głowę i zaczęłam szybko mrugać oczyma, ale natychmiastowo na mojej twarzy zagościł przyjazny uśmiech, ponieważ w tym momencie było mi naprawdę miło go zobaczyć, po tych szokujących nowościach. Przywitałam się z nim. Adam zaproponował mi wspólne spędzenie czasu w bibliotece; na co się od razu zgodziłam.
Resztę dnia spędziłam czas wraz z blondynem w księgarni. Chłopak w skrócie powiedział, iż go wczoraj wieczorem Lily zdenerwowała, a jego dzisiejszy poranek również nie należał do najlepszych. Posłałam mu skromny uśmiech w celu poprawy jego słabego humoru. Wymieniliśmy się zdaniami na temat Nevilla. Potem Adam wspomniał, że dużą część balu spędził na parkiecie wraz z Zoe. Pokiwałam głową potwierdzająco, gdy wspomniał o tym, abyśmy następnym razem ze sobą zatańczyli. Byłam ciekawa, czy potrafiłabym wirować tak samo, jak wczorajsze pary. Naprawdę, miło spędziłam czas w towarzystwie blondyna.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (09-04-2018 o 21h28)


I'll forget you, so go away, don't even look back - I'll erase you.
https://66.media.tumblr.com/ec956ca42d213b6c55a3a6a0960f733f/tumblr_pdgggsM3fr1sy8x5ho6_400.gif https://66.media.tumblr.com/01c846a28fe04ed695740a69a5a9d547/tumblr_pdgggsM3fr1sy8x5ho1_400.gif

Offline

#281 09-04-2018 o 21h53

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 687

........................................................Link do zewnętrznego obrazka
>> Dzień V.    Sobota       Godzina 10:00     05.09.2020r. Londyn
   Następnego dnia pobudka nie była tak ciężka. Nareszcie alkohol przestał mieć wpływ na jej samopoczucie, co odebrała ze spokojem. Ta dziura w miejscu, gdzie powinny się znajdować wspomnienia z powrotu do pokoju nie wywierała na niej wielkiego wrażenia. Przecież przechodziła przez to, pięć dni temu. Wtedy pustka była dużo większa.
   Z typowym dla zmęczonego człowieka ociąganiem się wstała z łóżka i powoli skierowała do toalety. Prysznic, mycie zębów, zmiana ubrań, już po kilku dniach miała swoją rutynę. Wydawało się to miłą odmianą. Stabilizacja i spokój, powtarzalne czynności, bez nowych wyzwań. Takie uspokajające i... nudne! Zero emocji, ciągle to samo, bez ryzyka, wyzwań, satysfakcji z wykonania zadania. Musiała przyznać, że odrobinę jej tego brakowało. Może mała wizyta w strzelnicy lub na siłowni to zmieni.
   Przemywając twarz, Zoe spojrzała w lustro. Pierwszy raz, to nie blizna, czy czerwone na balu usta, wyróżniały się najbardziej. Tym razem, to oczy zwracały uwagę. A raczej to, co było tuż pod nimi. Cienie i wory pod oczami. Zmęczenie się na niej odbijało, choć nie było większego powodu, by tak się działo. Nie robiła przecież nic wykańczającego. Poprzedniego dnia głównie czytała i rozmyślała, nie poszła spać późno, a sen dopadł ją dosłownie dwie minuty po przyłożeniu głowy do poduszki. Czemu więc? Możliwe, że wczorajsze słowa doktora Wrighta tego dotyczyły. Ale to nie one zaprzątały umysł Sanz. Grzech, kara, dobro i zło. Z wczorajszej lektury, właśnie to skłoniło ją do największej refleksji. Zaspokojenie wiedzy na temat Adama i Ewy jej nie wystarczyło. Gdy zaczęła, przeczytała całość w jeden dzień i teraz wszystkie informacje kotłowały się w jej głowie. Porzuciła na razie kwestię wiary i niewiary. Nad tym będzie musiała pomyśleć dłużej, ale sama tematyka moralności, o której wcześniej nie myślała, stała się czymś przytłaczającym. Bo ile grzechów zdążyła popełnić w te cztery poprzednie dni? Ile w życiu, którego nie pamięta?! I jak ma za nie żałować, skoro nawet ich nie zna? Tamtego dnia wymyśliła kilkadziesiąt scenariuszy, które mogłyby przedstawiać jej przeszłość. Robiła to nawet teraz. I za każde zło w nich popełnione starała się żałować, jakby było pewne, że właśnie ta przeszłość należy do niej. I nawet zaczęła żałować kłamstwa na balu. Dostrzegała już ile wad miało i jak bardzo zepsuła potencjalną relację z tamtą dwójką.
    — Witajcie. Mam nadzieję, że udało wam się wczoraj wypocząć i odbudować siły po balu. Dzisiaj zaczną się zajęcia, o których wspomniałem tamtego dnia. Prosiłbym, abyście za godzinę stawili się w bibliotece. Tam otrzymacie więcej informacji i będziecie mogli zadać pytania, które was nurtują.— Kolejna część rutyny, bezuczuciowy głos dr Aculi dobiegający z telewizora.
   Dwie osoby, które obudziły się tego dnia, usłyszały od prowadzącego naukowca inne słowa.
    — Witajcie. Miło mi was powitać jako członków eksperymentu. Mam nadzieję, że wasi lekarze prowadzący już wyjaśnili wam, co się dzieje i dlaczego nic nie pamiętacie. Mam nadzieję, że dobrze się czujecie i jesteście w stanie dotrzeć na zajęcia, które dla was zorganizowaliśmy. Prosiłbym, abyście za godzinę stawili się w bibliotece, na dziesiątym piętrze. Spotkacie tam lekarza, któremu będziecie mogli zadać pytania, które was nurtują, jeśli jeszcze nie tego nie zrobiliście.
   Zoe opuściła pokój od razu. Zabrała ze sobą Biblię, którą miała zamiar oddać do biblioteki. Po drodze wstąpiła do kuchni, gdzie przygotowała sobie kanapki, na wzór wczorajszego śniadania. Smakowały jej te, które przyniósł dla niej John. Po umyciu talerza skorzystała z windy i skierowała się tam, gdzie polecił dr Acula. Od razu podeszła do bibliotekarki, która najwyraźniej skończyła poprzednią książkę, ponieważ tym razem, w jej dłoniach Zoe ujrzała książkę „Moja sistra Rosa”. Nie przerywając jej lektury odłożyła Biblię na blat biurka i skierowała się w stronę regałów. Zostało trochę czasu z ustalonej godziny. I w ten sposób w jej dłoniach znalazła się „Margo”, którą zdecydowała się zabrać ze sobą, gdy będzie wychodzić.
    — Punktualność to dobra cecha, Zoe. — Usłyszała znajomy głos.
   John Wright. Co tutaj robił jej lekarz? Postanowił porzucić nowoczesne metody obserwacji i od teraz za nią chodzić. Raczej nie. Więc co go tutaj sprowadzało.
    — Dzień dobry. — Bo tak chyba powinno się mówić, nawet jeśli to kłamstwo.
   Kłamstwo. No tak, nie powinna kłamać. Jeśli naprawdę, to piekło istnieje, to jest coraz bliżej niego. Mimo to, powstrzymała się od sprostowania swojej wypowiedzi. Przeczytanie Biblii nie sprawi, że nagle zacznie dzielić się swoimi obawami i myślami od tak sobie. Jeśli już ma to robić, musi mieć do tego dobry powód.
    — Dzień dobry. No, miejmy nadzieję. Nie wyglądasz na szczególnie wypoczętą. Znów urządziłaś sobie mały spacerek w świetle księżyca. Pamiętasz to? — spytał, wiedząc jaką odpowiedź otrzyma.
    — Nie. — I tyle w tym temacie. Czuła dziwną niechęć do rozmów o tym. — Jesteś tu w związku z tymi zajęciami?
    — Dobrze, tym razem odpuszczę Ci tą zmianę tematu. Ale jeszcze do tego wrócimy, będziesz musiała się zmierzyć ze swoimi problemami i będzie to dużo prostsze, gdy nie będziesz w tym sama. Możesz mi zaufać. — Znów to powiedział, zauważyła Zoe. — I, tak. Dzisiaj ja poprowadzę zajęcia. Tym razem będą stricte organizacyjne.
    Rozmawiali aż nie wybiła ustalona godzina. W bibliotece zaczęli się zbierać uczestnicy eksperymentu.
    — Wybacz mi teraz, czas zaczynać — powiedział dr Wright, po czym odwrócił się w stronę zebranych.
   Zaprowadził ich do osobnego pomieszczenia ukrytego za drzwiami, między regałami. Poprosił by usiedli i czuli się swobodnie, choć nie było po nich widać, by posłuchali. Zoe też rozglądała się co chwilę. Czy to byli wszyscy? Pojawiło się parę nowych twarzy, ale Zoe interesowało, gdzie był Nathan? Dziewczyna pobladła i przestała skupiać się na słowach Johna, który właśnie zaczął mówić.
— Skoro jesteśmy już wszyscy, wydaje mi się, że pora zaczynać. Nazywam się John Wright, jestem psychiatrą i osobistym opiekunem Zoe. — Spojrzał na nią kątem oka i zauważył jak nagle spadło jej samopoczucie, dobrze jednak ukrył swoją reakcję i mówił dalej. — Od czasu, do czasu będę prowadził te zajęcia, na przemian z innymi lekarzami. Dzisiaj zajmiemy się tylko wyjaśnieniem i poznaniem się nawzajem. Oczekuję, że wszyscy powiedzą coś o sobie, choćby po to, żebym mógł lepiej poznać te piękne panie i moich konkurentów. — Uśmiechnął się szeroko, dając do zrozumienia, że żartuje i kontynuował. — Zanim zaczniemy, chciałbym wiedzieć, czy nie macie do mnie jakichś pytań. Wiem, że pojawiły się nowe osoby, a ci, którzy są tu dłużej, też na pewno nie dostali wszystkich odpowiedzi. Nie ma tu żadnych kamer, więc możecie pytać, o co chcecie. Nic nie powiem Aculi — mrugnął, jakby naprawdę planował stworzyć z nimi jakiś spisek, przeciw prowadzącemu naukowcowi. — Te zajęcia nie mają na celu was diagnozować, a przygotować przed życiem w społeczeństwie, do którego traficie po upływie roku.
   Zoe nadal nie specjalnie skupiała się na jego słowach. Najchętniej opuściłaby to pomieszczenie i zapukała do drzwi sąsiadujących z jej pokojem. Ale podniesienie się z krzesła wymagałoby zwrócenia na siebie większej uwagi, niż przyznanie się Johna, że zajmuje się jej przypadkiem. Sanz miała ochoty poszukać otuchy w oczach ludzi, od których mogłaby się jej spodziewać, jak Adam lub Eva, z którą choć wymieniła niewiele zdań czuła, że mogłaby się dogadać. Przynajmniej ona pojawiła się na zajęciach, co choć odrobinę uspokoiło Zoe. Tylko, czy znalazłaby to wsparcie, którego potrzebuje? Przez to pytanie zrezygnowała, jakby sama szansa porażki czyniła ją jedyną możliwą opcją.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#282 09-04-2018 o 22h18

Straż Cienia
Sahir
Młody rekrut
Sahir
...
Wiadomości: 12

https://zapodaj.net/images/d4317fc44852f.png

ŚMIERĆ IMIENIEM PRZESZŁOŚĆ

Pokój nie był sterylnie biały – ale z całą pewnością był sterylny. Akihiko nawet się nie rozglądal. Nie próbował znaleźć okruchów kurzu, niedoskonałości w postaci plam w miejscu przeznaczonym do tego, by leżeć na ciemnej kanapie i spoglądać w sufit, na którym nie było żadnych zacieków. Skoro jednak niczego tu nie było – to co było? Były wygodne, ciemne meble. Angielski styl dawno już chyba przestał być angielski, odkąd kraje świata zaczęły przenikać siebie wzajem. Teraz nic nie było już wystarczająco angielskie. Na szczęście wciąż były rzeczy wystarczająco japońskie. Nabijana kanpa mościła go bardzo wygodnie. Leżał ze złożonymi na klatce piersiowej rękoma i zamiast spoglądać na sufit – spoglądał na doktora siedzącego w fotelu obok niego. Za ich plecami znajdowało się przysłonięte okno, za którym szumiały drzewa – długowłosy ich nie widział, ale nie przeszkadzało mu to słyszeć ich szumu pomimo tego, że znajdowali się w Londynie. Nic nie pobije smrodu Tokio – powietrze tutaj wydawało się całkiem klarowne. Anglia wydawała się klarowna w porównaniu do ściśniętej Japonii, w której mrówki w postaci ludzi harowały w pocie czoła, by wykonać swoją obywatelską powinność. Obserwowanie ich z góry zawsz było tak samo interesujące – nie różnili się niczym od wspomnianych insektów. Może tylko tym, że w przeciwieństwie do mrówek – nie pochodzili od tej samej Królowej Matki i nigdy nie będzie im dane spotkać się twarzą w twarz z tym mechanizmem, który napędzał ich ruchy. Tak samo względne interesujące było obserwowanie tego mężczyzny – starszego, na pewno doświadczonego człowieka – widać to było po jego oczach, po zmarszczkach, które zostały wyżłobione przez czas na jego twarzy – wciąż nie był na tyle stary, żeby było ich wiele. Jednak były. Doliny wyznaczające kres i początek jego uczuć, zastygłe na mapie stworzonej ze skóry, którą  naciągnięto na jego twarz.
- Już nie będziesz sam. – Notował. Cały czas notował i poświęcał Akihiko pełną uwagę – dostawał ją zwrotnie. Dwie pary oczu tak samo uważnych i tak samo spokojnych spotykających się na jednym torze. Nie strzelały tu błyskawice. Nie gęstniała atmosfera. - Mamy wielu uczestników projektu, których będziesz miał okazję poznać, a dzięki odebraniu wspomnień poczujesz otaczający cię świat na nowo. – Jak banalnie to brzmiało. Jak słodko! Ilu tych "wielu"  skusiła wizja możliwości zaczęcia na nowo? Zrestartowania życia, które przetracili? Mróweczki, którym nie udało się wpasować do trybików, według których działał świat, które pokruszyły się, połamały i w końcu stały tak wypaczone i starte, że świat je odrzucił. Niepotrzebowano tutaj zepsutych mechanizmów. W końcu Akihiko sam takie zepsute elementy odrzucał.
- Czy to samo powiedział Cesarz do kanarka, zamykając go w złotej klatce? – Psychologowie, psychiatrzy. Dr. Nolan Clarkson, jak się przedstawił i jak głosiła jego tabliczka na biurku z ciężkiego drewna, nie należał do jednych z tych, którzy byli jakkolwiek poruszeni gadkami młodzieńca. Wydawał się je kompletnie ignorować – zawsze miał na wszystko gotową odpowiedź, a Akihiko całkiem dobrze się z nim bawił. Całkiem, bo ta zabawa przesiąknięta była odczuwalną pustką. Świadomym bezsensem. Gorycz osiadała na krańcu języka, jakby właśnie zjadł kawałek niedosłodzonej lukrecji. Cokolwiek przecież powie – nie miało to żadnego znaczenia, ja na spowiedzi u Pana Boga z tą różnicą, że nie był tym grzesznikiem, który oczekiwał rozgrzeszenia. Jego sumienie było czyste i klarowne. Tak jak klarowna była jutrzenka.
- Cesarz w tej przypowieści zamknął kanarka wbrew jego woli. Uważasz się za kanarka?
Akihiko uśmiechnął się nieznacznie – i ciężko było powiedzieć, nawet Nolanowi, co ten uśmiech miał oznaczać. Trafiła kosa na kamień – a Akihiko był niezwykle gładkim kamieniem. Kłosem trawy, który uginał się na wietrze w tę stronę,  w którą wiatr zechciał go przechylić, a to wcale nie świadczyło o jego kruchości. To wielkie dęby, nie kłosy traw, łamały się podczas największych wichur. Ciężko było skupić spojrzenie na jego jasnych, przenikliwych oczach – tym bardziej, że były tak od siebie różne. Tak jasne. Jakby przecinały człoweka na wskroś. Jak oko Boga, który nie spogląda na twoją twarz, twoje ubranie i twoje zewnętrzne usposobienie – po co? To go nie interesuje. Sięga prosto do twojego wnętrza. I nie powiesz, kto tu u kogo siedział na piecu u Pana Boga, kto gotów był wyznać swoje grzechy – cały profesjonalizm Nolana nie pozwalał mu na zbytnie spoufalanie się z rozmówcą, ale ten ciągle wciągał go właśnie do tego – spoufalenia się. W tych jasnych oczach nie było żalu za grzechy i nie było żadnego bólu. Nie było w nich też jednak radości. Akihiko potrzebował jeszcze bardzo, bardzo wiele, żeby złamać Nolana. Mieli na to czas. Bardzo dużo czasu.
- Człowiek nigdy nie został stworzony do latania. Jakbym śmiał uważać się więc za ptaka. – Mogli się przerzucać metaforami. Nolan mógł dalej skrobać w swoim notatniczku, wyciągając jakieś nieszczęsne wnioski o nieszczęśliwym człowieku, który zechciał stracić wspomnienia ze względu na swoją tragiczną przeszłość, ale kto wie? Może napisał o człowieku, który przyszedł tutaj dla zabawy, skoro i tak wegetował? Akihiko nidy nie uważał swojego intensywnego życia za wegetację – wręcz przeciwnie. Był ciekaw, jakie wnioski z całej tej długiej rozmowy wysnuje Nolan. Co tam zapisze? Jaki obraz samego siebie namalował w jego oczach? Ciekaw, bo doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że mężczyzna, którego miał przed sobą, nadal dość młody, nie był głupi. Nie kupował powierzchownego obrazu, chociaż Akihiko bardzo starannie dobierał barwy i pociągał pędzlem. Choć mniej starannie niż robił to dotychczas. Obojętność spłynęła na jego ramiona obezwładniająco. Nie miała czasu na ułożenie swojego letargu, bo podpalała ją złość. Bezsilna złość, która mówiła, że teraz jest wystarczająco bezsilny, żeby tylko tutaj leżeć i spoglądać w oczy cholernego psychologa w jeszcze bardziej cholernej Anglii. I spędzi resztę czasu z cholernymi ludźmi, kórymi gardził. Odpadkami społeczeństwa, którzy dla świętego spokoju tego świata powinni odratować resztki swojego honoru i się...
- Błądzisz w metaforach, bo nie chcesz być ze mną szczery?
- Jestem szczery. – Akihiko bardzo płynnie władał angielskim. Wszystko przez to, że sporo podróżował do USA i miał kontakt z różnymi ludźmi – nie tylko Japończykami. Angielski był jedynym sposobem na wzajemną komunikację. Uniósł się na sofie i usiadł, opuszczając nogi w dół. - Przejdźmy do konkertów. Możemy? – Strata czasu. Lepiej przejść do celu, do którego prowadzi cię przeznaczenie, niż być jak motyl, który próbował lecieć pod prąd wiatru. Zefir prędzej czy później i tak zwiewał go na te tory, na które sam sobie tego życzył. - Zagram z przyszłym sobą w grę. Będzie bardzo szczera i może  się Panu spodoba.
- Rozumiem, że chcesz napisać list, o którym wspominałem? Nie krępuj się. Być może po zabiegu naprawdę poczujesz szczęście.
Akihiko zaśmiał się.
- Jak może czuć szczęście ktoś, kto przestał istnieć??
Śmierć miała naprawdę wiele imion.
Szkoda, że czasami tak łatwo było ją nazwać.
Dlatego nigdy nie waż się o niej zapomnieć.
Nie nazywaj jej na nowo.

ŚMIERĆ IMIENIEM WSPOMNIENIE

Człowiek jest z natury zapominalski. Wszystko przez to, że wykorzystujemy raptem dzisięć procent swogo mózgu – malutko, prawda? Procent waha się jeden w przód, jeden w tył – nie jestem pewien, przecież nie jestem żadnym naukowcem. Tym bardziej tym amerykańskim. Człowiek z natury jest też fałszywy. Sięgając do wspomnień wydaje mu się, że właśnie tak to wspomnienie przebiegało – dlaczego więc kłóci się ze swoim przyjacielem, z którym dzielą tą samą przeszłość? Czemu pamiętają to inaczej? Wspomnienie prostej, polnej drogi. Wystarczy, że jedna ze stron powie sobie – tam chyba stała czerwona, duża ciężarówka. I ta ciężarówka naprawdę się tam pojawi. Już tam zostanie. Nikt tego nie robił świadomie, no bo po co? Wszyscy chcą pamiętać najlepiej i potem chwalić się, że pamięć tego a tego jest zupełnie niezawodna! Wszyscy chcą się pochwalić, że zapamiętali tą jedną, czerwoną ciężarówkę na zupełnie pustej drodze – tą, o której ty nie pamiętasz. Co za ciamajda... Jak może nie pamiętać tak czerwonego, tak dużego samochodu? I to w zupełnie pustym miejscu.
Możesz wymazać swoje wszystkie wspomnienia – ale czy przez to na pewno zapomnisz? Skoro jesteś taki fałszywy, taki sprytny. Taki zapominalski. Tak głupi. Niewystarczająco dobry, żeby skorzystać ze stu procent tego, czym obdarzyła cię Matka Natura. Zawsze z tyłu w wyścigu szczurów, starając się nadążyć za innymi. Nie nadążałeś – pewnie dlatego spotykamy się właśnie tutaj.  W krainie obiecującej idealną resocjalizację dla spaczonych, dla gwałcicieli, dla psychopatów i dla tych, których zagięli ci pierwsi. Zaprogramują ci dane – będziesz dobrym obywatelem. Zaczniesz głosować na tego prezydenta, na którego chcą, żebyś głosował i czytać te lektury, które chcą, żebyś przeczytał. Raj? Wiek za wiekiem ludzie udowadniali sobie, że im coś piękniej brzmi tym okrutniejsze jest w rzeczywistości – ale nie martw się. I tak cię to nie zaboli.
W razie czego wróć tutaj i wykasuj sobie znowu pamięć.
Tylko nie zapomnij pamiętać, żeby o wszystkim prawidłowo zapomnieć.
Inaczej stwierdzą, że coś jest nie tak i zostaniesz przykładowym testem do dalszych badań, żeby dowiedzieć się co dokładnie nie tak poszło.
Nie wiem ile czasu długowłosy jeszcze by spał, gdyby nie ta arytmia serca.
Zerwał się do pionu.
Pierwszy oddech był bolesny – jak oddech u nowonarodzonego dziecka, które opuściło łono matki. Podobno dlatego właśnie dzieci tak płakały – bolał je tlen w płucach. Ake też zabolał. Ułożył dłoń na klatce piersiowej, oddychając głęboko, pochylając się w przód. Czując. Czując boleśnie i nieznośnie – ból, który rozrywał od środka i zmuszał do zaciśnięcia zębów, który ściągał brwi i tworzył między nimi pole marsowe.
- Ake, dobrze się czujesz? – Szurnięcie krzesła przy łóżku, męski głos – całkowicie obcy, całkowicie nieprzyswojony. I ruch dłoni ze strony pacjenta, który odtrącał nieznajomego osobnika na oślep. Z dwukolorowych oczu wytoczyły się łzy. Czemu​? Czemu tak boli. Oddychasz, chociaż nie wiesz jak, poruszasz się, chociaż ciało, które masz, wcale nie należy do ciebie. Myślisz, tylko to wcale nie są twoje myśli. Długowłosy uniósł gwałtownie głowę, jak spłoszony słowik na gałęzi drzewa, wbijając spojrzenie w ścianę naprzeciwko siebie. W biurko, przy którym krzesła nie było, w monitor, w... w ramkę powieszoną na ścianie, w którą ktoś wczepił pergamin, a na którym to pergaminie ktoś zgrabnymi, wdzięcznymi znakami napisał bardzo krótkie haiku.
Osoba, która wcześniej siedziała na krześle, a teraz stała przy pacjencie, nie poruszyła się. Skierowała spojrzenie za zamglonym wzrokiem mężczyzny na krótki list jego poprzedniego "ja" do obecnego. Nie rozumiał go. Nie znał języka japońskiego, ale tekst został sprawdzony – nie zawierał żadnych przykazów samobójstwa, nie nawoływał do niczego sprzecznego z tym, co chcieli osiągnąc w tym ośrodku badań. Zgodnie z ostatnią wolą osoby, która już zmarła – mógł zostać tu przywieszony.
Skoro pacjent się uspokoił, to znaczy, że dobrze zrobili.
- Nazywasz się Ake Shinoda. Wziąłeś dobrowolnie udział w eksperymencie usuwającym pamięć, żeby zacząć żyć jako nowy człowiek.
Brunet pokręcił lekko głową. Spoglądał na swoje własne dłonie, które wysunął przed siebie – ale czy na pewno były jego? Długie, blade palce, stworzone do tego, by trzymać pędzel. Coś załaskotało go w kark i policzek. Drgnął. Podskoczył. Sięgnął ręką do karku, by złapać kosmyki jedwabnych włosów, przeciągając je do przodu – naprawdę długich, ciemnych, kasztanowych kosmyków. Włosy. Jego myśli automatycznie znajdowały określenia. Jego mózg rozumiał – tylko serce nie rozumiało za bardzo. Każde słowo brzmiało obco, jego własny głos w jego głowie brzmiał obco. Jego ciało było obce, choć coś, lub ktoś, próbował mu wmówić, że naprawdę jest jego.
Podobno człowiek jedyne, co miał tak naprawdę swojego to myśli i wspomnienia, które go tworzyły – całą resztę można było mu odebrać.
Kim więc jest ktoś, kto tego nie posiadał?
Długowłosy uniósł duże, przerażone oczy na lekarza, który uśmiechnął się do niego łagodnie.
- Jestem doktor Nolan Clarkson. – Mężczyzna wyciągnął do młodzieńca dłoń. Dłoń, która na moment skupiła na sobie uwagę Ake, zanim znów nie przyciągnęło go spojrzenie doktora górującego nad nim w tym momencie. Niepewnie wyciągnął swoją rękę w jego kierunku, wahając się. W końcu ją uścisnął. - Mieliśmy już przyjemność ze sobą rozmawiać. Nie bój się. Nie ma czego. Jesteś całkowicie bezpieczny. – Tak? Bezpieczny?
Dotyk był przyjemny. Pewny, ciepły – a jednak brunet bardzo szybko cofnął swoją rękę.
Jego serce biło tak samo szybko, jak serce kobiety, której już nie pamiętał, po jednej kawie i jednym papierosie. Znów uderzało szybciej.
- Chcę stąd wyjść. – To... on? To jego głos? Strach napastował go ze wszystkich stron. Coś kazało mu biec. Coś kazało mu uciekać i jeśli potrzeba – chwycić się wszystkich niezbędnych środków, żeby się stąd wydostać. Zsunął z siebie jednym ruchem kołdę i zerwał do pionu – za szybko. Zdecydowanie za szybko, bo nogi od razu się pod nim ugięły, słabość ciała dała o sobie znać i gdyby nie Nolan – zwaliłby się w dół.
- Powoli, zrobisz sobie krzywdę. Jesteś bardzo słaby po zabiegu. Najpierw coś zjedz, weź tabletki. Potem porozmawiamy, dobrze?
Nie, nie, nie! Nie mógł, nie chciał, nie zamierzał. Złote pręty klatki paliły, wżerały się w mózg czymś niechcianym. Nigdy nie pożądanym.
Nie mógł rozłożyć tutaj swoich skrzydeł.
W amoku próbował wyszarpać się z rąk Nolana. Nie słuchał go nawet. Coś do niego mówił – mówił na pewno – ale nie słyszał nawet słowa. Nie docierały do niego. Jedyne słowo, jakie słyszał, było słowo drzwi – paradoksalne okno do wolności, które widział tuż przed sobą, do których próbował wyciągnąć swoje ręce.
Mimo słabości jego ciała, Nolan miał naprawdę spore problemy z utrzymaniem Japończyka.
Po ukłuciu w szyję cały świat się rozpłynął.

Przewiń taśmę w tył.
Tylko pamiętaj, żeby nie zapomnieć.

Ake bardzo powoli rozchylił powieki. Zanim jednakto nastąpiło – odetchnął. Odetchnął, wybudzając się leniwie, bez gwałtownych zrywów. Bez krzyku. Zapach hiacyntów, które nie miały prawa kwitnąć deszczowej jesieni, uderzył w jego nozdrza. W pomieszczeniu panowała zupełna cisza. Wszystko było całkowicie lekkie – poduszka pod jego głową, kołdra, którą był nakryty, ten zapach, który objął w swoje posiadanie każdy kąt pomieszczenia. Tylko on był ciężki. Za ciężki dla grawitacji tego skrawka klatki.
- Witajcie. Miło mi was powitać jako członków eksperymentu. Mam nadzieję, że wasi lekarze prowadzący już wyjaśnili wam, co się dzieje i dlaczego nic nie pamiętacie. Mam nadzieję, że dobrze się czujecie i jesteście w stanie dotrzeć na zajęcia, które dla was zorganizowaliśmy. Prosiłbym, abyście za godzinę stawili się w bibliotece, na dziesiątym piętrze. Spotkacie tam lekarza, któremu będziecie mogli zadać pytania, które was nurtują, jeśli jeszcze nie tego nie zrobiliście. – Ake wpatrywał się w monitor przed sobą bez żadnej refleksji, na którym pojawiła się nieznajoma twarz. Nie przypominała tej samej twarzy, która siedziała tuż przy nim... tylko jak ten człowiek wyglądał? Nazyał się Nolan. I miał zupełnie inny głos – ale jego mózg nie łączył jeszcze faktów. Wciąż zbyt ciężki. Jego mózg odbierał jedynie, że na czarnym monitorze pojawiło się nagranie – i ktoś z tego nagrania do niego przemawiał. Po zakończonymkomunikacie ekran znów stał się czarny.
Żyły już nie pulsowały coraz szybciej na rękach. Tak jak chcieli tego tutejsi doktorzy – serce pacjenta przestało wysyłać przez aortę krew z szaloną prędkością – uspokoiło się. A jednak wystarczyło tylko spojrzeć w dół – nie było tam świata.
Był tylko brud.
Długie palce zgięły się na pościeli i wzrok długowłosego znów powędrował w stronę ramki. List?
Drwina – nie list.
Ake podniósł się powoli – nauczony wypadkiem sprzed paru godzin. Instynkt przetrwania – coś, czego nie dało się nauczyć, zapamiętać – co było wpisane w nasz kod, albo nie było  go wcale. Przeklęci ci, którzy go nie mieli. Ten instynkt kazał mu uciekać – ten sam instynkt teraz kazał mu poruszać się ostrożnie – tak jak poruszali się po lodzie ci, którzy nie potrafili na nim jeździć. Kiedy wkraczasz między wrony – kracz tak jak one. Może wtedy uda ci się wymknąć ukradkiem.
W pokoju nie było żadnych osobistych pamiątek. Nie było zdjęć, po których mógłbyś powiedzieć "oh, to ja!", nie było pamiętnika, w którym zapisane byłyby wszystkie igraszki, które Los ściągnął na głowę dotychczas, a ty postanowiłeś spisać je pochyłym pismem. Nie było tu też pusto – zupełnie jak w tamtym gabinecie Nolana. Przecież były książki, łóżko, szafa i biurko. Na stoliku leżał cały zestaw do kaligrafii, na półkach ustawiono pojedyncze tomy w skrzanych oprawach, wszystkie pierdółki, mniejsze czy większe, tworzyły jakąś historię. Musiały tworzyć. Przesunął się powoli w kierunku biurka – utrzymanie równowagi wydawało się czynem niemożliwym, a jednak poszło mu całkiem gładko. Sięgnął dłonią do szufladki w biurku, otworzył szafeczkę, podszedł do wielkiej szafy i otworzył ją – ciuchy. Te całkowicie zwyczajne jak i te całkiem niezwyczajne – piękne, zwiewne kimona, które pyszniły się na wieszaku i do których sięgnął, badając strukturę materiału. Skoro to jego pokój – wszystkie te rzeczy były też jego? Obejrzał się na monitor, zamierając na moment w bezruchu. Obejrzał uważnie cały pokój, szukając kamer, jego dłonie zaczęły przesuwać się po meblach, za nimi, pod nimi – to było zwykłe nagranie czy mógł rozmawiać z tamtym mężczyzną? Jeśli to eksperyment – kontrolują tu wszystko? Szukał podsłuchów – żadnego nie znalazł. Tylko... właściwie dlaczego miałby się tym przejmować? Czemu ich szuka? A czemu miałby nie szukać? Większym pytaiem powinno być – co on tu robi? Miał więc uwierzyć na słowo, że ma na imię Ake? Nie podobało mu się to imię. Wcale nie brzmiało jak jego. Usiadł przy biurku i rozłożył przed sobą pergamin, który leżał tutaj tak, jakby ktoś przewidział, że zechce to zrobić i wręcz podkuszał go do tego, żeby spróbował. Spróbował.
Schronienie spłonęło -
wreszcie
widzę księżyc.

To było jego pismo. Spojrzał na te same znaki zapisane w ramce i na te, które zapisał tutaj. Niczym się nie różniły.
- Dzień dobry, Ake. Lepiej się już czujesz? – Przed słowami rozległo się pukanie, ale mężczyzna całkowicie je zignorował. Wpatrywał się w pergamin przed sobą, na które skapnął atrament z pędzla. Niedoskonałość w białym świecie. Zignorował również pytanie, które zadał mężczyzna. Tylko... coś w tych znakach się nie zgadzało. - Ake? – Mężczyzna odwrócił się, odrywając spojrzenie od pergaminu, żeby spojrzeć na Nolana. - Cieszę się, że jesteś już spokojniejszy. Czy nadal odczuwasz strach? Coś cię niepokoi?
- Nie. – Odparł bardzo gładko i bez żadnego zastanowienia. Tylko czemu?
Dlaczego tak gładko przyszło mu kłamstwo, zanim dobrze się zastanowił nad sensem pytania i nad odpowiedzią?
Czemu widział w tym mężczyźnie wroga?
Wrona krakała.
Nigdy nie był dobrą wroną.
- Śniło ci się coś złego? Chcesz mi o tym opowiedzieć?
- Nie. – Obserwował go uważnie i czujnie – tak samo, jak uważnie spoglądał na niego Nolan. Nie miał ochoty wdawać się z nim w jakiekolwiek rozmowy. - Nie chcę też o nic pytać. Proszę wyjść. Muszę się przebrać.
Sam. Chciał zostać sam i nie musieć śledzić  obcego w jego pokoju. Na jego terenie.
Zapach chiacyntów sprawiał, że bardzo łatwo przyswoił ten teren jako swój.
- Dobrze... poczekam na ciebie na zewnątrz. – Drzwi się zamknęły.
Mógł tak mówić? Nie za bardzo sobie pozwalał? Czy w ogóle mógł 'nie mieć pytań'? Przecież miał – barzo wiele... tylko teraz nie mogły się sklaryzować w jego głowie. Krzesło szurnęło cicho, kiedy się podniósł.  Źle robi. Chyba źle. Może właśnie dobrze? Wszystko w nim wydawało się całkowicie sztuczne. Jego własny głos, jego myśli, jego imię. Dotyk, którym przejeżdżał po biurku, doskonale znając nazwy rzeczy wokół siebie. W obu językach. Ten drugi... japoński. O wiele bardziej ostry od miękkiego angielskiego. Japoński? Czemu? Mężczyzna wzniósł dłonie do swojej twarzy, ostrożnie badając jej ksztalty. Miękkie poduszki warg, długie rzęsy, delikatne kości policzkowe. Naprawdę zgodził się wziąć udział w jakimś eksperymencie? Czemu? CZEMU? Oparł się ciężko o blat, czując nieprzyjemny zawrót głowy i uginające się pod jego własnym ciężarem ciała długie nogi. Czemu, czemu, czemu, CZEMU? Nie ważne, ile razy powtórzył to pytanie – nie było na nie odpowiedzi. Nie czekał nawet na tą odpowiedź. Nawet jeśli wszystko było obce – wiedział, że ta nie przyjdzie. Ha! Mógłby pewnie zapytać tamtego mężczyznę. Nolan?
Próba dojścia do okna i sprawdzenia, czy ma zabezpieczenia, które nie pozwolą go otworzyć i się stąd wydostać – byle jak najdalej – skończyła się na tym, że usiadł znów na krześle, ogarnięty słabością. Panika też nią była – słabością. Zaburzała myśli, odbierała trzeźwość funkcjonowania. Tylko co z tego, że o tym wiedział, skoro najwyraźniej jego uczucia i telepiące się w klatce piersiowej na nowo serce wiedziały to lepiej? I miały tę wiedzę głęboko w d** – na to wychodziło. Mów do serca, serce nie sługa – nie usłucha! Nie posłuchało Ofelii, czemu więc miałoby posłuchać jego? Huh? Ofelii? Obrócił się w stronę tych paru książek, które leżały na półeczce – wszystkie po japońsku. Też należały do niego? O ile rzeczywiście cokolwiek tutaj było prawdziwe – poza jego emocjami, które wypalały jego wnętrze czymś nieznośnym. Naprawdę bolesnym. Oparł łokcie na stole i podparł ciężko na dłoniach głowę. Włosy spłynęły po jego ramionach, zakryły twarz, do której przestały docierać promienie porannego słońca. Słowo dramat średnio tutaj pasowało. Z jakiegoś względu w głowie Ake pojawiło się określenie "tragikomedia". Bo przecież to musiał być jakiś żart. Jakaś pomyłka. Tak wkraczało się na syndrom wyparcia. Podniósł się z krzesła, chociaż nie był pewien, ile czas tak siedział, w kompletnym bezruchu, przez moment uśmiechając się kwaśno do swoich myśli (o ile były jego, o ile były...) i skierował do drzwi, żeby je otworzyć. Już spokojniejszy, trochę wolniej. Potrzebował odpowiedzi na pytania, którymi wzgardził – bardzo niesympatycznie, trzeba dodać. I sam nie wiedział, czemu to zrobił i czemu postawił taki mur między sobą a doktorem. Właśnie – lekarzem. Przedstawił się jako lekarz.
- Przepraszam... bardzo przepraszam za moje zachowanie. – Ake wyszedł na korytarz i uklęknął na kolanach przed Nolanem, który spoglądał na niego ze zdumieniem – co kraj to obyczaj, a Japończycy mieli w zwyczaju klękać przed osobą, którą chcieli żarliwie przeprosić.
- Ake, wstań, proszę! Co robisz? – Nolan ściągnął brwi, nieco zdziwiony, a nieco zakłopotany, rozglądając się na boki – koytarz był całkowicie pusty.
- Czy mógłby Pan odpowiedzieć na parę moich pytań?
- Po pierwsze – wstań. – Dwa razy nie musiał powtarzać, Ake podniósł się powoli. - Po drugie – żaden Pan. Nie jestem wiele starszy od ciebie. Po trzecie – wejdźmy do środka. Tak, odpowiem na wszystkie twoje pytania. Nic się nie stało. Rozumiem, że musisz być zagubiony. – Zdaje się, że mężczyzna się powtórzył. Trudno. Akihiko musiał usłyszeć to drugi raz. Skinął głową i obaj weszli do środka, Nolan zamknął za nimi drzwi. - Co chciałbyś wiedzieć?
- Jakie prawa posiadam jako obiekt badawczy?
- Dość surowo ujęte. – Nolan dał się zaskoczyć – i to mocno. Spoglądał w te jasne, dwukolorowe tęczówki i miał wrażenie, że niewiele się zmieniło – a jeśli zmieniło to na gorsze, przynajmniej jak na razie. Jakby mężczyzna, który przed nim siedział, nic nie zyskał, a jedynie stracił coś bardzo cennego – tą naturalną, spokojną siłę, która w nim drzemała. Teraz pełen bł niepokoju i zszarganych nerwów. Specyficzny przypadek. Bardzo specyficzny. - Posiadasz wszystkie prawa człowieka, dlaczego miałbyś ich nie mieć?
- Czy wolno mi opuścić teren badań, czy podpisałem jakiś dokument, który mnie ubezwłasnowalnia? – Nolan powstrzymał się przed uśmiechem – nie dlatego, że wydawało mu się to śmieszne – wręcz przeciwne. Cóż to były za pytania? I to od osoby, która dopiero się przebudziła. O czym myślał? Co więc chodziło po jego głowie? Już chciał rezygnować?
- Zgadza się, podpisałeś takowy. Możesz opuścić ośrodek badań równo za rok. Możesz również zrezygnować i wtedy zwrócimy ci wszystkie twoje wspomnienia, ale nie będziesz miał już wstępu do tego miejsca. – Czyżby przy tym pacjencie coś poszło nie tak? Każdy inaczej reagował na usunięcie pamięci, nie dało się zaprzeczyć.
- Czy tutaj również chroni mnie, jako pacjenta, klauzula poufności danych osobowych?
- Owszem. Podpisywałeś tę klauzulę.
Ake nieznacznie uciekł spojrzeniem w bok, przymrużając nieznacznie oczy. Więc... naprawdę się na to zgodził? Był tutaj, bo... on sam tego pragnął? Żeby zobaczyć księżyc, kiedy po roku spłonie schronienie, jak zostało napisane w liście? Rok. Rok czasu spędzony w... tutaj. Po prostu tutaj, gdziekowiek to "tutaj" jest.
- Jaki mamy rok, gdzie jesteśmy i kto jest obecną Królową?
- Mamy rok 2021, kraniec września. Obecną Królową Miłościwie Nam Panującą jest Elżbieta II. Obecnie przebywamy w Londynie, w Anglii.
Więc jego wspomnienia nie były AŻ TAK zapomniane. Pamiętał. Pamiętał dzień, pamiętał miejsce, pamiętał królową – i pamiętał jeszcze wiele, wiele innych danych. Jego umysł przetwarzał je jak komputer – logicznie i bez wzruszeń. To on dokładał niepotrzebnych pierwiastków do idealnego równania. Było dobre – po co więc w nim brudzić?
- Moja pamięć nie została wykasowana w pełni? – Nolan znów powstrzymał uśmiech – profesjonalizm na niego nie pozwalał – ale wewnętrznie się do samego siebie uśmiechnął. Smirk. Tak samo jak powstrzymał kiwnięcie głowy.
- Została. Posiadasz wiedzę na poziomie licealnym dotyczącą Japonii oraz Anglii. – Proste... przerażająco proste. Więc ze wspomnieniami można było już robić, co się chce? Cóż to za... monstrum?
- Czemu ma służyć projekt? Resocjalizacji?
- Ma pomagać ludziom takim, jak ty – którzy sami się do nas zgłosili ze swoimi problemami. Nie robimy tutaj nic przeciwko wam. Wasze dobro jest dla nas priorytetem.
Czy to było uspokajające? Nie. Nie brzmiało dobrze, bo idylle nie istnieją – a taką właśnie próbował sprzedać mu ten człowiek.
- Mam ostatnie pytanie. Na którym piętrze jest biblioteka? – Wiedza. Wiedza była kluczem do potęgi, więc żeby cokolwiek z tego wyciągnąć – musiał najpierw mieć wiedzę. Poziom licealny? Brzmiało jak nauka tego, jak podcierać sobie d***. Więcej. Więcej samoświadomości i zrozumienia. Musiał przecież zadawać pytania ostrożnie – skoro był to projekt o zapomnieniu to nie naprowadzą go na to, dlaczego tutaj był. I czy rzeczywiście to wszystko było takie śliczne, jakim sprzedawał mu go Nolan.
- Zaraz do niej pójdziemy na spotkanie to zobaczysz. Pozwolisz, że również cię o coś zapytam? – Akihiko skinął głową i wskazał gestem krzesło – jakże uprzejmie! Nolan potrząsnął ręką, żeby przesunąć zegarek, który nosił na zegarku, żeby zsunąć go niżej. Spod rękawa wysunęła się przejrzysta, wypolerowana tarcza. Dobrze – mieli jeszcze trochę czasu. Usiadł na proponowanym krześle. - Skąd te wszystkie pytania? Czego się dokładnie boisz?
To było dobre pytanie. Dziwnie byłoby zakładać, że mężczyzna jest tumokiem, bo cały ten eksperyment nie brzmiał przypadkowo. Nie miał niewinnego wydźwięku. Dobre pytanie od strony Nolana – złe dla Akihiko. Nie podejrzewał, że  mężczyzna przed nim daje cokolwiek za darmo – zarobiłeś? Więc nie zapomnij się rozliczyć z PITu. Skoro był tutaj pacjentem (więźniem, Ake, nazywaj rzeczy po imieniu) to Nolan miał pełne prawo pytać, a on powinien ćwierkająco odpowiadać. Ponoć to miało być dla jego dobra... lub w imię większego dobra. Zastanówmy się – skoro dzięki takiemu kasowaniu pamięci i programowaniu jej na nowo będzie można resocjalizować największe ścierwa tego świata, to dla kogo było to dobra – dla twojego, czy może raczej dla całego tego społeczeństwa, które dzięki twojej nieobecności będzie mogło spać spokojnie? Lepiej wybierz poprawną odpowiedź – możesz mieć tylko jeden strzał. Jedna fałszywa nuta w krakaniu i odkryją, że jednak coś z tobą nie tak, Przyjacielu.
- Człowiek boi się tego, czego nie rozumie. – I nienawidzi tego, czego się boi, ale tych słów już nie wypowiedział. Nie dokończył zdania, ktore na zakończone brzmiało – głosem spokojniejszym, bardziej stonowanym, chociaż on sam wcale bardziej spokojny nie był.  Z powodów, których wyjaśnić nie potrafił, nie mógł zaufać człowiekowi, którego zobaczył jako pierwszego po utracie pamięci. Wiecie, to niemal tak samo jak z oszustwami oka. Ryba płynie pod wodą blisko ciebie, zanurzasz dłoń, a tu się okazuje, że płynęła o wiele dalej, niż początkowo zakładałeś.
- Bardzo ogólna odpowiedź. Pytam konkretnie o twój niepokój.
- Jest ogólna, bo strach jest ogólny. Jak mógłby skonkretyzować źródło strachu, którego nie znam? – Żeby poprawnie odpowiedzieć na niektóre pytania, należało spojrzeć w głąb siebie. Zastanowić sie, przemyśleć. Otworzyć swoje wnętrze. Na szczęście Ake brzmiał wystarczająco pewnie w tym, co mówił. Cóż, ponoć moja jest tylko racja – i to święta racja!Nie posiadam wspomnień, chyba nie muszę tego przypominać. Zdaje się, że wraz z przeszłością ubyło przyszłości. Ubyło żalów i przybyło możliwości.* – Wszystko, co nowe, napawało niepewnością, a tu każdy zakątek był nowy. Każdy oddech i  każde słowo. Każdy obrazek zapisywany na nowo i każde nowe tworzenie. Daj dzieku karton z Lego – będzie się świetnie bawić. Daj mu Lego wielkości świata – nigdy się od niego nie oderwie.
- Jeśli są możliwości to i można wytworzyć nową przyszłość. – Nolan zabrzmiał tak, jakby czytał brunetowi w myślach przez tą jedną chwilę. Pewnie tak było. To skupienie, to zastanowienie, było wymalowane w oceanicznych oczach – jednym niebieskim jak pole smutnych irysów, drugim jasnym jak miodowe niebo podczas zachodu słońca. Nie miał problemów z przyznaniem tej racji, a choć nie wypowiedział tej zgody z myślą na głos – nie musiał.
- Nie ma budynku bez fundamentów.
- W takim razie od nich zacznij. Masz przecież dużo czasu i zapewniam cię, że nikt cię nie będzie poganiał.
Podstawowe pytanie brzmiało wciąż – dlaczego miałby ufa słowom tego człowieka? Ponieważ ładnie się uśmiechał i profesjonalnie brzmiał? Przy nim gardę należało trzymać wysoko, jego przenikliwe spojrzenie wsuwało się do umysłu i błyskawicznie analizowało. Drobne gest, najmniejse drgnięcie mięśni, zmiana w zmarszczkach mimicznych i nawet samej atmosferze, która otaczała człowieka. Sęk w tym, że Ake nie powinien mieć żadnego powodu, żeby strugać głupa i mieć się aż tak na baczności. Zrobią z nim i tak co zechcą, więc jeśli maja jakieś złe zamiary i tak ich dokonają. Jeśli nie – zaszkodzi tylko samemu sobie. Płyń z prądem – wtedy szybciej dotrzesz do otwartych wód, w których polującym sokołom ciężej będzie cię pochwycić. O ile w ogóle zdołasz dotrzeć, rzecz jasna.
- Usuwanie pamięci nie ma służyć wyłącznie resocjalizacji kryminalistów. Ma pomagać zwykłym ludziom, którzy chcą zacząć wszystko od początku. Jestem więczobowiązany, by pomóc ci te fundamenty wybudować. – Nolan dodał te słowa, bo Ake nie odpowiadał. Siedząc na brzegu łóżka milczał, chociaż nie było w tym milczeniu upartego zachowywania ciszy. Nieodzywanie się dla samego nieodzywania. Mielił informacje. Akceptował je? Uspokajały go? Tego wszystkiego musiał się dowiedzieć. Potrzebował informacji wyciąganych z rozmów i obserwacji, skoro miał być lekarzem prowadzącym tego specyficznego przypadku. Przypadku, który wziął udział w tym eksperymencie z przyczyn wiadomych tylko dla niego samego. Teraz z przyczyn niewiadomych dla kokolwiek.
- Jak można pomóc zacząć od początku komuś, kto przestał istnieć? Musiałbym udawać, że nigdy nie istniałem i dopiero dziś narodziłem się na nowo.
Brzmiało tak bardzo znajomo.
Ake nie rozumiał. Nie chciał chyba nawet zrozumieć tego, jak ktoś mógł pozwolić na to, by odebrano mu całe jego "ja". Nawet jeśli posiadał same najgorsze wspomnienia to właśne one sprawiały, że był sobą. Tworzyły go ze wszystkimi emocjami, które niosły.
Jak smutnym trzeba być, żeby dobrowolnie się uśmiercić?
Odejść zupełnie bezboleśnie – to przecież takie wygodne.
- Będziesz musiał sam do tego dojść. Zastanów się nad tym do naszego następnego spotkania. Musisz się jeszcze ubrać, nie powinniśmy się spóźnić na spotkanie. – Ach, rzeczywiście. Miało być przecież spotkanie w bibliotece z innymi badanymi. Ake skinął głową i przebrał się w milczeniu. W takiej samej ciszy upłynęła droga do stołówki. Przygądał się korytarzowi, wystrojowi wnętrz, windzie, widokom za oknem – za tymi samymi oknami, za którymi wydawało mu się, że słyszy drzewa, choć nie mógł ich usłyszeć. Byli przecież tak wysoko. Szum, o którym nie pamiętał, ale to nie przeszkadzało temu, by błękit nieba wspinał się dreszczem po jego plecach, kiedy tylko spoglądał ku nieskończonemu niebu. To po nim właśnie latały wolne. Według ludzi – wolne, tylko co to za wolność, gdy jesteś uzależniony od każdego podmuchu powietrza? Wolność, którą musisz pielęgnować, przysiadając ze zmęczenia na gałęziach drzew, gdzie tak łatwo o drapieżnika, który cię poskromi? Znam taką bajkę o zwierzętach, które również chciały poczuć wolność. Na pewno też o niej słyszałeś. Zabili ludzi, przejęli farmę, a potem? Ci najmądrzejsi sami władzą się opili.
Tak tragicznie skończył Folwark Zwierzęcy.

ŚMIERĆ IMIENIEM ZAPOMNIENIE

Nie miał dobrego pierwszego wejścia. Może drugie chociaż się uda? Pewnie wszyscy tak reagowali – bo jak nie bać się nieznanego? Budzisz się – i nie wiesz, dlaczego. Po prostu jesteś. Pełen niepewności co o tego, kim byłeś i jeszcze bardziej niepewny tego, kim się staniesz. Był jednym z wielu w tym miejscu – niewystarczająco specjalnym, żeby specjalnie się poczuć. Niedostatecznie oryginalny, żeby spoglądano na niego przez lupę – niewytarczająco nieszczęśliwy za życia i niewystarczająco szczęśliwy po swojej śmierci. Prawie jakby był małolatem, co wychodzi z półpiętra na klatkę, żeby usiąśćna parapecie i zapalić szluga. Dlatego ta droga koryarzem i jazda windą były takie ciche – Ake był zbyt zajęty dymem na półpiętrze i spoglądaniem na to, jakie dzisiaj wykreśli w powietrzu kształty, żeby zapamiętać, że na tym korytarzu nie był sam. Był też sam, kiedy sięgnął dłonią do klamki i wszedł do środka.
Ake nie był zbyt wysoki – jak to już na Japończyka przystało. Wysoki w swoich stronach, niezby wysoki w tutejszych. Sięgał tych 180 centymetrów wzrostu, ale to tyle – nie strzelał w górę, sprawiając, że kobietki mogły czuć się przy nim naprawdę drobne. Nie miał androgenicznej budowy, a mimo to, gdyby stał do kogoś plecami, bardzo łatwo było go pomylić z kobietą. Smukła sylwetka, wąskie, nienapięte barki, wyprostowany, o długich włosach sięgających samego pasa, które opadały na plecy jedwabnymi, ciemnymi pasmami. Jakby sama Śmierć splotła pajęczą nić i pobłogosławiła blade lico Japończyla. Bo i był blady jak sama Kostuchna. Wszystko przez tą anemię. Czarny golf i tego samego koloru dżinsy tylko mocniej tę bladość podkreślały. Marmurowa sylwetka o oceanicznym spojrzeniu. Granice kosmosu wydawały się być na wyciągnięcie dłoni – wystarczyło tylko poczuć nieskończoność. Oprzeć się pewnie na marmurowych barkach, bo wydawały się nieugięte, niezniszczalne – a przecież marmur był tak delikatnym kamieniem. Ocean spojrzenia miał dwie barwy. Miodowo-błękitne oczy, zachodzące słońce, zalewające złotem niebo i niespokojne tafle wód i drżące pod muśnięciem wiatru pole niebieskich irysów pozbawione zieleni łodyk i liści. Nie były bardzo skośne – nie był też wystarczająco migdałowe, żeby nie okrzyknąć go od wejścia Azjatą. Okolone ciemną, gęstą linią rzęs oczy. Pojedyncze kosmyki włosów opadały na jego oczy, opierały się na obojczykch i klatce piersiowej – krócej przycięte niż te na plecach.
Gdyby Ake tylko pochylił głowę to zniknąłbyw tłumie – ale nie pochylał jej. Wyprostowany spoglądał na wprost, nie ważne kogo miał właśnie przed oczami.
Aktualnie było to, zdaje się, Przeszłość, Wspomnienie i Zapomnienie.
Zbiór słodkich konsekwencji tego, kim jesteś tu, teraz i dziś.
- Dzień dobry. – Ake pokłonił się głęboko przed ludźmi, których dane mu będzie poznać – i najwyraźniej miał z nimi spędzić najbliższy rok. Uniósł wzrok na lekarza prowadzącego i przed nim również się pokłonił, nim wszedł do środka. - Wolne? – Zwrócił się z pytaniem do Zoe. Miał bardz miękki głos. Cichy i melodyjny, ale to nie sprawiało, że był niezrozumiały.
Zapach książek był przyjemny. Otoczenie wiedzą było przyjemne – dało się tu uspokoić. Porwać aurze wiedzy, która wsuwała się do żył, napędzana tętnieniem serca. Już sam poranek go zmęczył, cała ta rozmowa, całe długie śniadanie – usiadł na krześle i przymknął oczy, opierając policzek nalekko zgiętych palcach. Prawie jakby drzemał. Im więcej bezruchu tym bardziej stabilny był marmur – nawet jeśli wydawało się, że wcale nie oddychał. Słuchał przemówienia lekarza. Bajkowa idylla rysowała w jego ustach swoje granice po tej stronie raju – ale to nie mógł być raj. Nawet jeśli człowiek założył, że zmarł i narodził się na nowo to reinkarnacja toczyła swoje koło. Należało tu zadać odpowiednie pytania i uzyskać jeszcze bardziej odpowiednie odpowiedzi, skoro głuie pytania nie istniały – wolna polka. Tylko był za bardzo zmęczony...
I koniec końców Ake mógł tylko powiedzieć: ręka mi drży, ale serce nie.**

*- Wie pan co? Wydaje się,że czas się tu zatrzymał.Czy naprawdę ciągle płynie?
- Niestety ciągle płynie. Mija bardzo szybko. Przybywa przeszłości i ubywa przyszłości. Ubywa możliwości i przybywa żalów. - Haruki Murakami "Tańcz, tańcz, tańcz"
**A.Hitler. Dłonie drżą czasem ze zmęczenia. Hilter chorował natomist na parkinsona.

Ostatnio zmieniony przez Sahir (09-04-2018 o 22h39)


https://data.whicdn.com/images/232030300/original.gif

Offline

#283 11-04-2018 o 04h07

Straż Cienia
Senira
Oficer Straży
Senira
...
Wiadomości: 1 390

--------------------------------Link do zewnętrznego obrazka
     W środku nocy obudził go jakiś dźwięk. Dźwięk szlochania. Skulona postać siedziała w rogu pokoju. Obejmowała dłońmi kolana, nie patrząc na niego. Michael bardzo powoli zsunął z siebie kołdrę i wstał. Nieproszony gość jakby nie zauważał jego istnienia. Blondyn praktycznie skradając się, podszedł do postaci. Z takiej odległości, mógł już określić, że jest to kobieta.
     – Kim jesteś? – zapytał, schylając się do niej.
Na dźwięk jego głosu, dziewczyna momentalnie przestała szlochać. Podniosła głowę, przyglądając się blondynowi. Było na tyle ciemno, że nie mógł jej rozpoznać. Ta, wciąż bez słowa, wstała. Miała długie włosy. Nagle drzwi od pokoju otworzyły się, wpuszczając do niego wiązkę światła z korytarza. W drzwiach stanęła Eva, tak samo piękna, jak na balu. Michael chciał krzyknąć, ale nie mógł. Nie potrafił się także ruszyć z miejsca. Przed sobą miał kobietę ubraną w podartą, balową sukienkę. Miała zakrwawione usta, ale szeroko się uśmiechała. Wyciągnęła do niego rękę, która po chwili wylądowała mu na ramieniu.
     – Ze mną nie zatańczysz? – zapytała Aurora.
Niemy krzyk rozległ się w jego głowie.
     Obraz rozmył się, gdy poczuł ból w prawej dłoni. Od razu otworzył oczy, zdając sobie sprawę z tego, że to był tylko sen. Do tego uderzył ręką o szafkę nocną. Na budziku widniała godzina 6:53. Michael odetchnął. Sen, choć straszny, był jedynie snem. Nie chciał iść z powrotem spać, więc zabrał się za dokończenie czytania „Sklepiku z marzeniami”. Choć czytanie Kinga nie sprzyjało brakowi koszmarów, to chłopak usilnie nie chciał zasnąć. Wolał pozostać trochę zmęczony niż znowu zobaczyć Aurorę w wersji z horroru.
     Parę godzin później, odłożył przeczytaną książkę na szafkę. Zaczynały go już boleć plecy od długiego leżenia, więc wreszcie postanowił wstać. Szafka miała jedną jedyną szufladę, której wcześniej nie otwierał. Zaciekawiony zajrzał do niej w poszukiwaniu sekretów. Delikatnie zawiedzony, wyciągnął z niej tylko kopertę. Liczył na coś więcej. Choć sam do końca nie wiedział na co. Może chciał znaleźć tam jakieś relikty przeszłości? Cokolwiek, co wiązałoby się z jego poprzednim życiem. Otworzył tą niepozorną, białą kopertę. W środku znalazł kartkę, zapełnioną niedbałym, pochyłym pismem. Wyglądało, jakby ktoś śpieszył się przy pisaniu.

Pisze do ciebie Michael, twoje stare ja. Nie przejmuj się tym, co było kiedyś i ciesz się, że niczego nie pamiętasz. Lepiej żebyś sobie nie przypomniał. Jednak wiedz, że muzyka, to coś, co kochasz, a wymazanie pamięci nie powinno tego zmienić.
Powodzenia w nowym życiu,
Michael Savage


     Liścik był krótki i nie wyjaśniał niczego. Na dnie koperty znalazł jeszcze kostkę do gry na gitarze. Muzyka? Z chęcią sprawdziłby na czym potrafi grać, ale znów audycja Aculi przerwała jego plany. Był ciekawy czy inni również znaleźli tak lakoniczne listy od samych siebie. Jego treść sprawiła, że wątpliwości, co do tego dlaczego zdecydował się na utratę wspomnień, wcale się nie zmniejszyły. Jednak poprzedniemu Michaelowi zależało na muzyce, więc ten aktualny postanowił spełnić to życzenie. Oczywiście zaraz po tym, jak już dotrze na zajęcia.
     Przebrał się w czarne dżinsy i trampki oraz białą koszulkę, która ładnie podkreślała jego mięśnie. Zostało mu jeszcze trochę czasu, więc zaczął przeglądać rzeczy znajdujące się w pokoju. Skoro w jednej szufladzie znalazł list, to może gdzie indziej było coś jeszcze do odkrycia? W biurku znalazł tylko mnóstwo papierów i różnokolorowych długopisów. W szafie znajdowały się standardowe rzeczy, czyli ubrania i buty. Gdy otworzył ją na oścież, dostrzegł, że ma dodatkową półkę u góry, która coś skrywała. Stając na palcach, udało mu się wyciągnąć futerał na gitarę. Jak się po chwili okazało, z gitarą w środku. Myślał, że będzie musiał specjalnie fatygować się na inne piętro, ale stary Michael wolał zostawić muzykę bezpośrednio w pokoju. Ucieszony, od razu spróbował coś zagrać. Dźwięk nienastrojonej gitary rozszedł się po pomieszczeniu. Blondyn przysiadł na łóżku, próbując nastroić instrument. Okazało się, że choć nie do końca wiedział jak, to potrafił wykonać tę czynność automatycznie. W niedługim czasie, gitara była już nastrojona i mogła wydać z siebie kilka czystych dźwięków. Jednak sam Michael nie mógł zbyt długo pograć, bo dłoń zaczęła dawać o sobie znać. Do tego granie z zabandażowanymi palcami nie było najłatwiejsze. Mimo że przygoda z muzyką była na razie krótka, to zdecydowanie podobało mu się takie spędzanie czasu. Dźwięki gitary sprawiały, że stawał się spokojniejszy. Odłożył ją na miejsce, a sam dalej przeszukiwał pokój. Wcześniej nie zwrócił na to uwagi, ale jego łóżku również miało szuflady. Dwie, podłużne, które zapełniały książki. Były to głównie tytuły z gatunku fantasy, a także horrory i kryminały.
     Zbliżał się czas pójścia do biblioteki. Przeczytał już dwie z trzech wypożyczonych książek, więc wziął je ze sobą. Zanim to zrobił, przyjrzał się jeszcze raz ostatniej powieści. Miała twardą, białą okładkę. Gdy ją otworzył, ze środka wypadła koperta. Zwykła, biała koperta, taka w jakiej niedawno znalazł swój list. Czy w książce mógł przypadkowo znaleźć czyjąś korespondencję? Zapewne nie miała wcale trafić w jego ręce. W pierwszym odruchu chciał zgłosił ten fakt do, chociażby, dr Thompson, ale ciekawość wzięła górę. Z koperty wyciągnął kartkę zapisaną eleganckim, schludnym pismem. Dłuższą chwilą przypatrywał się notatce, próbując pojąć, co właśnie przeczytał. Według wszelkiej logiki, to niemożliwe, aby ta koperta znalazła się w jego posiadaniu. Szybko włożył kartkę z powrotem do niej i włożył pomiędzy strony książki. Gdy to robił, natknął się także na fotografię* dziewczyny, która zapewne była autorką notatki.
     Gonitwa myśli, z którą ścierał się Michael, była nie do opisania. Z coraz większym przerażeniem, sprawdził jeszcze jedną sprawę. Otworzył książki, które przeczytał, aby poszukać oznaczenia biblioteki w postaci pieczątki. Tak, obie je miały. Lecz w środku „Niewiele pozostało” nie odnalazł żadnej informacji tego typu. Co znaczyło, że książka nie pochodzi z tej biblioteki albo nie została oznaczona. Nie miał czasu, aby dłużej się nad tym zastanawiać, bo zostało już tylko 10 minut do zajęć. Dlatego wrzucił białą książkę do szuflady szafki i wyszedł z pokoju.
     Tym razem po prostu bardzo szybko zszedł schodami. Dotarł na zajęcia na styk, ale jeszcze zdążył przeprosić bibliotekarkę za wzięcie książek bez pytania i oddanie ich. W sali było już większość osób, a także dwie całkiem nowe twarze i pacjenci, których Michael jeszcze nie zdążył poznać. Chłopak przysiadł na jednym z krzeseł, nie odzywając się do nikogo. Siedział, patrząc w stolik i z założonymi rękoma. Prowadzący zajęcia zaczął mówić. Gdy się przedstawił, Michael zaskoczony popatrzył na niego. Wright? Już dzisiaj widział to nazwisko. Miał wrażenie, że przez zbyt długą chwilę przypatrywał się doktorowi, więc z powrotem spuścił wzrok. Lekarz wyraźnie próbował rzucać żartami i może w innej sytuacji Michael by się zaśmiał, ale nie teraz. Jednak zdziwiła go informacja o braku kamer. Sądził, że skoro to eksperyment, to będą chcieli obserwować każdy aspekt ich życia. Chyba że Wright kłamał, aby poczuli się swobodniej. To była jedna z opcji, a blondyn był w takim nastroju, że był skłonny w nią uwierzyć. Rozejrzał się po pokoju, nie zauważając w żadnym rogu kamery. Zatrzymał wzrok na twarzy Zoe, o której wspomniał dr Wright. Kojarzył ją z balu, choć nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Wśród zgromadzonych, wychwycił także spojrzenie Evy, ale od razu przerwał kontakt wzrokowy. Nie wiedział jak blisko była z Aurorą, ale było mu w jakiś sposób głupio. Prowadzący chciał, aby uczestniczy zaczęli mówić. Niestety on sam nie miał najmniejszej ochoty zaczynać. Właściwie to wolałby pójść zjeść śniadanie, bo kompletnie o nim zapomniał, a później zabrać się za czytanie tajemniczej, białej książki.

*Fotografia

Ostatnio zmieniony przez Senira (11-04-2018 o 04h09)

Offline

#284 11-04-2018 o 09h41

Straż Obsydianu
Hicu
Straż na szkoleniu
Hicu
...
Wiadomości: 203

Kevin Mikko Silverheim

    Raczej nie udało mu się wyjść na prostszą ścieżkę. Miał wiele możliwości, a jednak zdecydował się na zabieg - wybrał sobie trudniejszy tor, o wiele bardziej wyboisty i nieznany. Był na tyle mu obcy, że niczym małe dziecko wrzucone do kołyski okazał się być odizolowany od realiów na niego czekających za murami. Malutki człowiek po niespełna roku zaczyna raczkować, wtedy rodzice jeszcze wzmacniają jego bezpieczeństwo barierkami przy łóżeczku, aby wiercąca się pociecha nie zrobiła sobie krzywdy.
    Kiedy jednak się obudził w towarzystwie odbijającego się echem głośnego, zachrypniętego kaszlu doktora, Kevin nie pomyślał nawet o swoich bliskich, którzy byli dalej niż kiedykolwiek, ciałem i duchem. Nie przyszło mu nic związanego z nimi do głowy, ponieważ o nich najprościej już nie pamiętał. Nawet ich twarzy. Imion.
    Podłączony do jakichś aparatur jak eksponat doświadczalny mający na celu udowodnić, że ziemniaki mogą przewodzić prąd, powoli otworzył oczy po raz pierwszy od około godziny; Wybudził się ze snu wcześniej, lecz nie miał sił, ochoty i jednocześnie śmiałości do nawiązywania jakichkolwiek interakcji z drugim człowiekiem, obserwującym go bardzo uważnie swoim spojrzeniem martwej ryby. Doktor odziany w biały kitel, z którego kieszonki wystawała otwarta paczka papierosów budziła w Kevinie pewnego rodzaju zaniepokojenie, jednak, z drugiej strony, pracownik placówki wydawał się mu być niezmiernie interesującym człowiekiem. I to nie przez fajki. Tamten pewnie też myślał o Silverheimie, lecz spłycając jednak wszystko pod kątem badań.
    - Nie mamy za dużo czasu, więc mógłbyś w końcu spróbować wstać – zaczął stojący nad nim mężczyzna. Kolejno westchnął ciężko, jakby miał sto lat, po czym kontynuował: -  Nazywam się Bryan Cartney i będę się zajmował twoim przypadkiem. Jesteś tutaj, ponieważ sam tego chciałeś. Wymazano ci dawne wspomnienia, na własne życzenie, oczywiście. Jest tutaj więcej takich przypadków jak ty, Kevinie, i wraz z nimi będziecie poznawać świat na nowo, bez żadnych wcześniejszych traum czy problemów.
    Mężczyzna usiadł, po chwili masując po chwili swoje lewe kolano, co wydało się chłopakowi dosyć dziwnym, swobodnym zachowaniem. Dopiero gdy z żółwią prędkością podniósł się do siadu, dostrzegł metalową protezę doktora Cartney'a, wystającą spod nogawki. Wpatrywał się ździebko zdziwiony o moment za długo w sztuczną nogę swojego opiekuna, lecz ten zaraz zbył wszelkie komentarze niedbałym machnięciem ręki, zanim Kevin zdążył cokolwiek powiedzieć.
    - Wypadek samochodowy. Pamiętaj, by zawsze spoglądać w prawo, lewo, i jeszcze raz w prawo. I może jeszcze raz w lewo. Kto wie, kiedy jakiś wariat nie wyjedzie zza zakrętu. Masz jakieś pytania? Niedługo odbędzie się spotkanie z innymi pacjentami...
    Przed dalszymi wytłumaczeniami sytuacji wyprzedził go nieznany, męski głos dochodzący z głośnika. Nie przykuwał większej uwagi do komunikatu. Usłyszał, zrozumiał, przyjął do wiadomości. Kiedy dalej trwała powitalna przemowa, Kevin zauważył ubrania poskładane w nienaganną kostkę, tuż obok swojego łóżka.
    - Na pewno nie masz żadnych pytań? - dodał po chwili mężczyzna, nieznacznie uniósłszy brew.
    - Dużo jest czasu do dziesiątej? - odezwał się w końcu, jednak zawtórowała mu taka suchość w gardle, że zaraz tego pożałował. Bezskutecznym okazało się odchrząkanie, co dodatkowo zdawało się jedynie jeszcze bardziej podrażnić domagający się wody przełyk.
    - Mamy pół godziny, by zrobić ci rutynowe badania, doprowadzić do w miarę normalnego stanu, i zaprowadzić na miejsce spotkania. - Cartney przysunął w jego kierunku plastikowy, biały kubeczek wypełniony wodą. Kevin kiwnął lekko głową w ramach podziękowania, zaraz zwilżając usta.

    Irytującym faktem było to, że Kevin po podniesieniu się wcześniej z łóżka miał wrażenie, że jego ciało to zupełnie obcy obiekt, co ma głęboko w nosie to, co chciał chłopak zrobić. Lekko zdrętwiałe kończyny swoim uporem przypominały mu jakiegoś rodzaju kłody, ciężkie – i w tamtej chwili – całkowicie bezużyteczne. Oprócz tego, ku zdziwieniu doktora, nie posiadał żadnych zawrotów głowy, nudności, efektów ubocznych po przyjęciu leków. Ciśnienie także było wzorcowe, jak u sportowca, którym kiedyś miałby może okazję zostać, gdyby nie zabieg.
    Podobno jego „poprzednie wcielenie” zostawił list, jednak nie miał czasu już go przeczytać.
    Byli prawie spóźnieni. Po wyjściu z  pomieszczenia, skierowali się bezpośrednio do biblioteki. Szli tym samym tempem, nie narzucając szybszego tempa, w końcu ktoś nie miał jednej nogi.
    Ubrania miał zwyczajne, nieco luźne. Ot, zwyczajna bluza przykrywająca dobrze dopasowaną, granatową koszulę. Nieco przetarte, dziurawe spodnie. Czarne, wojskowe buty.  Kevin nie angażował się w staranne ich wiązanie, wpychając asymetrycznie odstające sznurowadła do środka butów.
    - Na pewno cię nic nie boli, nie dwoi ci się wizja?
    - Nie, a powinno? - Skierował ciemne oczy na opiekuna, wyczekując odpowiedzi. Raczej wszystko jest dobrze, to dlaczego tak bardzo się o wszystko go wypytywał? Może prościej byłoby powiedzieć, że widzi u jego nogi pięć protez, a nie jedną?
    - Cóż... każdy człowiek jest inny.
    - Po zabiegu każdy jest inny?
    Mężczyzna przytaknął.
    - Przed, po... sam się przekonasz, zaraz ich wszystkich zobaczysz.
    Po niespełna minucie, po pokonaniu kolejnego korytarza, Cartney zostawił swojego podopiecznego, pokrzepiająco poklepując go po ramieniu, jednocześnie zachęcając do wejścia do środka.
    - A, doktorze, jak mam na imię? - zapytał na odchodne, łapiąc za klamkę drzwi.
    - Kevin. Trzymaj się i powodzenia.
    Wszedł do środka, rozglądając się po częściowo wypełnionej sali. Zajął pierwsze lepsze miejsce obok jakiegoś chłopaka. Nie przyglądał się bardzo poszczególnym twarzom, lecz doszedł do wniosku, że każda z młodych osób była po zabiegu. I że wszyscy mieli jakiś zewnętrzny urok. Czy tylko ludzie spełniający wymogi do zakwalifikowania się do grona osób miłych dla oczu poddawała się tak radykalnym zmianom w swoich życiach?
    Westchnął cicho, podwijając rękawy bluzy, kiedy stanął przed nimi, jak się okazało, doktor Wright.
    Kevin mimo sytuacji, w jakieś się znalazł, nie mógł znaleźć żadnego pytania, jakie chciałby skierować na forum całej grupy. Czy też w cztery oczy z psychiatrą. Wiedział, jak na imię. Nie wiedział za to, dlaczego usunięto mu wspomnienia i czemu zdecydował się na zabieg. Ale był niemalże pewien, że grzebanie w przeszłości nie przyniesie niczego dobrego, w końcu od tego uciekł. I mu się udało, cokolwiek to było.
    Nie wiedział też, kim był ten cały Acula. Czyżby to jego głos słyszał z głośnika niedługo po przebudzeniu? Czyżby był złym człowiekiem, że doktor Wright chciał coś przed nim, być może, ukryć? W ogóle, co kwalifikowało człowieka do bycia niedobrym?
    - To było niesmaczne... - mruknął pod nosem, bardziej do siebie niż do kogoś, marszcząc lekko nos, gdy prowadzący zajęcia zażartował. Czy takie coś mogło mieć miejsce w takiej placówce? Konkurenci, że jak niby. Sporo osób wydawało się nie być wniebowziętymi po tamtym dowcipie, więc chyba odczucia Kevina nie były czymś wyjątkowym.

Offline

#285 11-04-2018 o 19h33

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 3 367

____________________________https://i.imgur.com/qotqziH.png
        Jej wzrok skupiony był na milionach pikseli, które mieniły się przeróżnymi kolorami, przeskakując od jednej barwy do drugiej w niezwykle krótkich odstępach czasu. Razem tworzyły zwarty, żywy obraz, który miała okazję oglądać już od jakiegoś czasu. Przypomniała sobie, że gdy ostatni raz była w tym miejscu, spoglądała na ekran z ogromnym zaciekawieniem, przez pewien czas w ogóle nie zwracając uwagi na osobę jej towarzyszącą. To była kolejna z ich wspólnych chwil, których nie wykorzystała w całości.
        Przed jej oczami zarysowała się smukła sylwetka sarny. Zwierzę ze stoickim spokojem przeżuwało pokarm, bez jakiegokolwiek pośpiechu pasąc się na rozległej, dzikiej łące. Było tam też mnóstwo roślinności. Rosła sobie, ot tak, po prostu; bez żadnej ingerencji człowieka. Dokładnie tak, jak chciała. To wydało się Collins szczególnie piękne.
        Na ten moment nie wyobrażała sobie jakiegokolwiek samodzielnego życia. Z pewnością nie była jak jeden z tych dziko rosnących kwiatów, który poddany był samowolce, miał wszystko gdzieś i rósł sobie dokładnie tam, gdzie mu się podobało – w obecnej sytuacji bardziej przypominała… no właśnie, co?
        Jako uczestniczka eksperymentu nie miała nic wspólnego z tą naturą, którą właśnie podziwiała na ekranie kina. Była sztucznym wytworem, maszyną, zaprojektowaną dokładnie tak, jak chciał tego personel tego ośrodka. Czy to możliwe, że kiedykolwiek mogłaby sama zachcieć tego wszystkiego? Bez jakichkolwiek wątpliwości podpisać umowę, bez wahania poddać się trwałej modyfikacji pamięci? I gdzie byli wówczas jej bliscy? Ich też to nie obchodziło? No i… czy w ogóle miała jakiś bliskich?
        Poczuła, jak ogarnął ją niezwykły chłód. Objęła się ramionami i podkurczyła nogi, nieco bardziej wbijając się w fotel – zupełnie tak, jakby to miało w jakiś sposób pomóc jej wypełnić tę bezwzględną pustkę, która tak strasznie dręczyła ją od środka.
        Sarna z ekranu nagle obejrzała się za siebie. Najwyraźniej zauważyła coś znaczącego, gdyż już chwilę później zniknęła w najbliższych zaroślach oddzielających las od polany. Lektor wypowiedział dźwięcznym głosem coś o stadnych tendencjach tych zwierząt, a także o szybkości, z jaką potrafią się przemieszczać. Już chwilę później miała okazję ujrzeć parę innych istot z tego samego gatunku. Mimowolnie uśmiechnęła się delikatnie. Zerknęła na miejsce nieopodal, to, które jeszcze parę dni temu zajmowane było przez kogoś innego. Uśmiech nadal nie znikał z jej twarzy.
         Jestem zwierzęciem stadnym. Żyję po to, aby być dla kogoś, a ktoś inny po to, by być dla mnie. Nie będę sama. Już nigdy więcej.   
        Oglądanie filmu uspokajało ją w jakiś dziwny sposób. Chciała wierzyć, że po prostu lubiła tę czynność, a nie starała się ślepo podążać w te miejsca, które odwiedziła już wcześniej z nim i które przez to miały dla niej… szczególną wartość.
        Nagle słowa lektora zostały przerwane w połowie, a film wyłączył się. Już chwilę później jej oczom ukazała się dobrze już jej znana sylwetka Aculi.
        Jeszcze przez moment siedziała w fotelu nieruchomo, gdy komunikat dobiegł końca, jednocześnie wznawiając dokument. Kompletnie straciła rachubę czasu. Nie miała pojęcia, ile tak naprawdę tutaj spędziła. Wiedziała jedynie, że w nocy udało jej się przespać zaledwie trzy godziny i udała się do kina wtedy, gdy za oknami było jeszcze ciemno, a w całym ośrodku panowała wręcz przerażająca cisza.
        Podniosła się z miejsca i wyłączyła odtwarzanie. Następnie udała się do stołówki, robiąc sobie jakieś kanapki, których nawet nie zjadła na miejscu, a wzięła ze sobą, do pokoju, by następnie spożyć je przy swoim własnym biurku. Gdy w końcu nadeszła odpowiednia godzina na udanie się do biblioteki, wyruszyła w tym kierunku. Miała na sobie luźne jeansy z wysokim stanem, czerwone trampki i nieco obcisłą, czarną bluzkę z krótkim rękawem. Na rękę nałożyła tę samą bransoletkę z maską teatralną, którą dotychczas nosiła każdego dnia. Stwierdziła, że w jakiś dziwny sposób się do niej przyzwyczaiła.
        Po wejściu do środka oblała wszystkich zgromadzonych dość beznamiętnym spojrzeniem, po czym zajęła miejsce obok nieznanego sobie chłopaka. Mimo iż po raz pierwszy mieli okazję widzieć się w zupełnie nowym, „odświeżonym” gronie, nie zwracała szczególnej uwagi na innych. Jednocześnie starała się nie okazywać swoim zachowaniem zbyt wiele – ot, po prostu istniała, poniekąd trochę tak, jakby tu jej nie było.
        Gdy usłyszała słowa doktora, poczuła lekkie zażenowanie. Jak się chwilę później okazało, chłopak, obok którego usiadła, najwyraźniej miał na ten temat podobne zdanie, gdyż nie pozostawił zaistniałej sytuacji bez komentarza. Lekko uniosła kącik ust.
        - Dlaczego nie ma tu żadnych kamer? – odezwała się nagle, tuż po tym, jak prowadzący oświadczył, iż mogą zadawać pytania. Mimo że była niezwykle drobna i wyglądała na niezbyt przejętą całą tą sytuacją, jej głos brzmiał niezwykle pewnie, głośno i wyraźnie. Cały czas patrzyła na Wrighta, zupełnie tak, jakby nie chciała, aby umknęła jej jakakolwiek zmiana w jego zachowaniu.

Offline

#286 16-04-2018 o 17h07

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 805

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353951141060542465/371006641811750934/58e331566ed041c31a9b5496403fcb18.png

     „Właściwie, jak to się dzieje, że ten cholerny tablet, który stoi na komodzie, potrafi sam się włączać, jak jakieś widmo?”
     Takie pytanie zapisał Adam niedługo po przebudzeniu się, na luźnej kartce, którą następnie zwinął w kulkę i wyrzucił do kosza. Mało brakowało, a zacząłby się zastanawiać nad napisaniem dreszczowca, którego akcja działaby się w L.I.C.E.U.M. Główna fabuła nie kręciłaby się wokół problemów pacjentów, a problemów stwarzanych przez sprzęty elektroniczne, które same załączałyby się w nocy i z samego rana. Na koniec okazałoby się, że ktoś nimi steruje- najprawdopodobniej jakiś przybysz z kosmosu lub ktoś z rodziny głównego bohatera- lub bohaterki.
     Chłopak odchylił się na obrotowym krześle, wzdychając głęboko. Pozwolił sobie na dłuższe zamyślenie, bawiąc się cienkim łańcuszkiem od wisiorka, a i samą „Evę” obracając delikatnie w palcach.
     Świadomy tego, że lekko się spóźni, odepchnął się wraz z krzesłem od biurka i zakręcił na środku pokoju, starając się wyrzucić z siebie wszystkie niepotrzebne myśli. Od poprzedniego dnia wcale ich nie ubyło, jednak pocieszeniem było odkrycie nowych rzeczy. Na przykład, tego, że w tym budynku byli ludzie, w których towarzystwie mógł czuć się dobrze. I nie myśleć tyle.
     Podwinął rękawy czarnej koszuli i wyszedł z pokoju, wrzucając wisiorek za gładki materiał. Po drodze klepnął się otwartymi dłońmi w policzki, a potem, z myślą, że za chwilę zobaczy innych, uśmiechnął się słabo.
     Zdziwiony ciszą, która panowała w pomieszczeniu, również nie odezwał się głośno. Zajął miejsce niedaleko Avenity i mężczyzny, którego imienia nie znał. Rozejrzał się po twarzach zgromadzonych, najkrócej zatrzymując się na Zoe, a najdłużej na doktorze. Skupiony na jego słowach, wyglądał jak student na pierwszym roku, który zainteresował się wykładem z nie swojego wydziału.
     Kiedy Wright zarzucił nietypowym żartem, Adam przymrużył oczy. Pewnie rozwodnik, pomyślał. Wyglądał mu na rozwodnika. Albo po prostu na takiego człowieka, który choć się starał, życie rodzinne mu raczej nie wyszło. Dziewiętnastolatek starał się nie spędzać dużo czasu nad sprawami, które go nie dotyczyły, ale to były tylko myśli, a za myśli chyba tylko bóg mógł karać. Poza tym, snucie scenariuszy sprawiało, że czas leciał szybciej, a on przestał zauważać tę ciężką atmosferę, która mu przeszkadzała.
     Kiedy oznajmił, że mogą zadać mu jakieś pytania oraz opowiedział baję o braku kamer, jasnowłosy odwrócił wzrok, tracąc jakiekolwiek zainteresowani, które okazywał zewnętrznie. Zerknął na Collins i podłapał temat, wracając ciemnymi oczami do doktora.
-Właśnie. Wczoraj jeszcze były, a dzisiaj już ich nie ma?- Jego głos był spokojny.
     W jego głowie pojawiła się sprzeczność. Z jednej strony jak najbardziej chciał podważyć kłamstwo doktora, a z drugiej nie miał siły i ochoty na to, aby wdać się w kłótnię z kimkolwiek. Nie ufał mu. Był przekonany, że wszyscy, w tym on, byli pod stałą obserwacją osób trzecich. Osoba mówiąca o tym, że w jednym, jedynym pomieszczeniu kamery są nieobecne, była dla niego zbyt abstrakcyjna.
-Poza tym, jak osoba współpracująca z doktorem Aculą, główną osobą, która pociąga za wszystkie sznurki, ma nie mówić mu o tym, co mówimy panu na takich spotkaniach?- Zapytał. –Może większość z nas jest zagubiona, jak dzieci, ale raczej dziećmi nie jesteśmy, więc proszę, niech pan nie żartuje z takich rzeczy.- Westchnął cicho, w dalszym ciągu nie zmieniając swojego spokojnego tonu głosu.
-A jeśli pan nie żartował, to na miejscu Aculi, zwolniłbym pana z pracy- dodał, po czym rzucił mu jeden ze swoich lekkich i szczerych, ale tym razem i zmęczonych uśmiechów.

Ostatnio zmieniony przez Airi (28-05-2018 o 21h17)


https://66.media.tumblr.com/8c024eaefef499d2adc2db1a5a4a282c/tumblr_p2uxioE1mF1vpmpmko6_r1_400.gif https://66.media.tumblr.com/e65accd1059239b5d7f9143b407f5b1e/tumblr_p2uxioE1mF1vpmpmko7_r7_400.gif

Offline

#287 16-04-2018 o 23h20

Straż Cienia
Hayal
Pokonała Dahu
Hayal
...
Wiadomości: 2 490

https://zapodaj.net/images/02844b78d3200.png

    Gdyby ktoś ją zapytał, jak spędziła dzień i kolejną noc po przebudzeniu, nie umiałaby odpowiedzieć. Trudno by jej było określić, czy leżała bezsennie, wodząc bezmyślnie wzrokiem po bieli sufitu, czy tylko śniła o jego gładkiej, zimnej powierzchni. A może jedno i drugie, bo tabletki od doktora Rashida wprowadziły ją w stan pośredni między jawą a snem? Był on pełny dojmującego poczucia pustki, niemożności wykonania najprostszej czynności, czy choćby skupienia myśli na jednym punkcie. To pewnie dlatego, gdy otworzyła oczy następnego ranka na dźwięk nagrania Aculi, wspomnienie poprzedniego filmu z informacją o śmierci Aurory uderzyło w nią ze zdwojoną siłą. Nie miała dość czasu na oswojenie tego faktu i dopiero po przebudzeniu zaczęła analizować, zdanie po zdaniu, wysłuchaną wcześniej wypowiedź medyka. Jakkolwiek jednak próbowała zrozumieć przyczyny któregokolwiek ze zdarzeń, czy to odejścia Aurory, czy to rezygnacji Lariny oraz Alexa z eksperymentu, czuła w mózgu bolesną blokadę. Coś w środku sprawiało, że, mimo wysiłków, trudno jej było przypomnieć sobie szczegóły twarzy tej trójki, choć zdawać by się mogło, iż dość dobrze je poznała. Jakby własny organizm chronił ją przed nadmiernym rozpamiętywaniem, dociekaniem powodów, a kto wie, może otwarciem oczu na prawdę, zbyt trudną, by mogła póki co być na nią gotowa.
    Uniosła się lekko na łóżku, zauważając na stoliku nocnym kilka kanapek, którym towarzyszyły tabletki, wyglądające na inne od tych zażywanych poprzedniego dnia. Sięgnęła po nie i po kolei połknęła, popijając herbatą z kubka. Była jeszcze ciepła, bo przecież ten, kto ją przyniósł wiedział mniej więcej, kiedy Eva się obudzi. Na tę myśl przypomniała sobie, że - o ile jej się to nie śniło - doktor Rashid odwiedził ją kilkukrotnie podczas tego dziwacznego letargu, trwającego od ich ostatniej rozmowy. Pamiętała jak przez mgłę jego zmarszczone brwi, gdy zapisywał coś w notesie i lekki ucisk, towarzyszący przykładaniu jej do czoła czegoś, co po chwili zaczynało wydawać wysokie, krótkie dźwięki. Kto wie, może to była specjalna maszynka do prania mózgu i to dlatego mają się wszyscy stawić w bibliotece, by lekarze mogli zweryfikować, jak wiele z dawnej tożsamości w nich jeszcze zostało?
    Udała się ostrożnym krokiem pod prysznic, gdzie nie opuszczała jej wizja Aculi, wściekłego po rezygnacji dwójki uczestników i decydującego się na podkręcenie efektów eksperymentu przy pomocy podejrzanych tabletek oraz pikających maszynek. Z drugiej strony, gdyby postanowiono zrobić im coś takiego, to czy w głowie Evy mógłby powstać podobny pomysł? Analizowała to przez dobre pół godziny, zanim udało jej się umyć, wysuszyć włosy oraz ubrać, aż wreszcie musiała sama przed sobą przyznać, że nie przypomina, póki co, robota zaprogramowanego na bezmyślne wykonywanie rozkazów szalonego medyka. Po prawdzie, nie do końca nawet miała pomysł, czegóż to miałyby one ewentualnie dotyczyć i w jakim celu Acula planowałby tworzyć sobie armię wypranych z osobowości pacjentów ośrodka. Pokręciła głową z politowaniem nad własną nadmierną fantazją, ale idąc na spotkanie w bibliotece, z tyłu głowy nadal miała obraz Zoe, Lily i Michaela, patrzących w przestrzeń pustym wzrokiem, podążających, niczym żołnierze, za ubranym jak dowódca doktorem.
    Na szczęście w umówionym miejscu zastała nie jego, a Wrighta, co było pocieszające, nie towarzyszył mu bowiem mundur ani uśmiech szaleńca. Był jednak świadkiem jej wczorajszego omdlenia oraz późniejszego stanu w pokoju, zobaczywszy go więc, Eva odpowiedziała tylko pospiesznie na pozdrowienie, uciekając wzrokiem w bok i czym prędzej zajmując najbliższe miejsce przy stole, obok Adama. Ledwie usiadła, odnotowała obecność Michaela, ale też Zoe, tuż naprzeciwko. To powiększyło tylko jej zawstydzenie, miała bowiem przed sobą, na kilku zaledwie metrach kwadratowych, aż dwie osoby, będące świadkiem jej co najmniej dziwnego zachowania na balu. A może ktoś jeszcze widział całą sytuację? Gdyby tak się zastanowić, mógłby to być potencjalnie każdy ze zgromadzonych, może poza dwoma chłopakami, których twarzy niemal na pewno dotąd nie widziała. Myśl, że prawie wszyscy zgromadzeni uważają teraz, że ma jakieś dziwne skutki uboczne i zaraz zapewne umrze jak Aurora, sparaliżowała Evę zupełnie. Poczuła nagłe, nieprzyjemne ciepło, rozlewające się po policzkach, szyi, a nawet dekolcie, spuściła więc głowę, by to ukryć. Siedziała tak, obserwując własne, zaciśnięte dłonie, wyłącznie słuchając głosów doktora Wrighta, Adama i nieznajomej dziewczyny. Sama nie odważyła się odezwać, choć także w niej rzekomy brak kamer budził nie do końca sprecyzowane podejrzenia i pytania.

Ostatnio zmieniony przez Hayal (17-04-2018 o 17h32)



https://i.imgur.com/bne8BcV.gif

Offline

#288 17-04-2018 o 18h53

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 687

........................................................Link do zewnętrznego obrazka
>> Dzień V.    Sobota       Godzina 11:00     05.09.2020r. Londyn
    — Tak — mruknęła Zoe, zaskoczona pytaniem obcego mężczyzny o długich włosach. Była tak pogrążona w myślach, że nawet nie usłyszała, gdy podszedł obok niej. Dzięki niemu zwróciła jednak uwagę na rozmowę, która właśnie zaczynała swój bieg.
   Sanz również zdziwił brak kamer. Jednak z jakiegoś powodu mogła powiedzieć, że John nie kłamie. Może już na tyle ją omotał, że uwierzyłaby w każde jego słowo? Nie, raczej nie. Wiedziała, że są rzeczy, w które nie uwierzyłaby nikomu. Jej uwagę od rozmowy i rozmyślań odwróciła Eva. Zoe ucieszyła się na jej widok. Poczuła jakby kamień spadł jej z serca, gdy upewniła się, że z dziewczyną jest na tyle dobrze, by mogła uczęszczać na te spotkania. I choć Zoe przyszło to z trudem, uśmiechnęła się do rudowłosej, by przywitać ją bez słowa.
    — Wybaczcie, chciałem rozluźnić atmosferę, ale chyba nie jestem w tym dobry — powiedział dr. Wright po krytyce z ust chłopaka, którego Zoe pierwszy raz widziała na oczy.
   Wcześniej poznała tę pewną stronę Johna. Teraz wydawał się inny, jakby nie do końca wiedział, co powiedzieć, gdy jego odbiorcą nie była już tylko jedna osoba. Ożywił się jednak, gdy odezwała się pierwsza osoba, Avenity. Kontynuacja tematu przez Adama jak widać tylko dodała mu skrzydeł.
    — Nie do końca. Na całym terenie L.I.C.E.U.M. wciąż są kamery. Tu nie było ich od początku - sprecyzował. — To akurat nie był żart, Adamie. Może rzeczywiście powinien to zrobić. — Uśmiechnął się.
   Zoe nie spodobał się ten pomysł. Nie miała zamiaru przyzwyczajać się do nowego lekarza, szczególnie nie wiedząc na kogo trafi. Przemilczała swój sprzeciw i dalej słuchała jego słów.
    — Ale nie po to przedstawiłem mu szereg argumentów, o tym jak dobrze wpłynie na was swobodna rozmowa, w której nie będziecie musieli gryźć się w język za każdym razem, gdy przypomnicie sobie, że pan i władca tego ośrodka was obserwuje. — Powiedział, intonując wyolbrzymioną rolę Aculi. Wcześniej też postrzegał go jako największy autorytet, z nieograniczoną władzą, ale znacząco zmienił swoje poglądy. — Żeby potem o wszystkim mu opowiadać — dokończył. — Jeśli nadal mi nie wierzycie możecie przeszukać całe pomieszczenie i zapewniam was, że nie znajdzie nic. Poza tym nie uważam was za dzieci i dlatego chcę z wami porozmawiać normalnie, jak równy z równym, bo właśnie tacy jesteśmy, bez żadnych podsłuchów czy kamer. Przysięgam wam, że nic o czym tu mówimy nie wyjdzie za ten pokój i mam nadzieję, że i wy nie postanowicie od razu uprzejmie komuś donieść, że nieco naginam tutejsze zasady.
   Zamilkł. A Zoe nie wiedziała jak zareagować. Wcześniej nie wydawał się być jej równy. Raczej jak opiekun, troskliwy, ale jednak wyżej w hierarchii. Teraz naprawdę mówił jakby wierzył w ich równość jako ludzi. Jakby podział na pacjentów i lekarzy na chwilę miał zniknąć. Może właśnie o to mu chodziło.
    — W takim razie, możesz powiedzieć mi teraz dlaczego nie ma z nami Nathana? Doktor Acula nic o nim nie wspomniał, a przecież wczoraj czuł się dobrze. — Nie chciała zabrzmieć oskarżycielsko, ale tak się stało.
   Martwiła się, a niepewność wprowadzała ją w stan podenerwowania. Czuła się winna temu, że nie może nic zrobić, by pomóc osobie, która nie oceniając jej po pierwszym wrażeniu pomogła jej. Chciała tylko wiedzieć. Co mogło się stać, że się nie pojawił?
    — Widzę, że od razu przechodzisz do rzeczy. Jeśli byłyby tu kamery, pewnie rzeczywiście zaczęto by rozważać moje usunięcie, za to co zaraz powiem. — Wydawał się jednak niewzruszony taką możliwością. — Sądzę, że macie prawo wiedzieć, co dzieje się z wami nawzajem, nawet jeśli ta prawda może być nieprzyjemna.
Czy on mógłby przestać tyle gadać i przejść do rzeczy? To chyba pierwszy raz, gdy Zoe szczerze się przez niego zirytowała. Denerwowały ją te przydługie wprowadzenia do prawidłowej odpowiedzi.
    — Nathan Moore został wprowadzony w stan śpiączki farmakologicznej. — To nie była wystarczająca odpowiedź. Nie dla Zoe.
    — Dlaczego? — dopatrywała Sanz.
    — Tak jak widziałaś, zanik funkcji życiowych. Póki co, musi być pod stałą obserwacją, do czasu, aż nie odkryjemy, co dokładnie wywołuje w nim taki stan i jak temu zapobiec. Ale nie martw się tak, jest w dobrych rękach.
   Zoe więcej się nie odezwała. Miała co chciała, a jednak ta wiedza nie przyniosła jej ukojenia. Czuła się nawet bardziej rozdarta, ale była wdzięczna za szczerość. Szczerość, właśnie, znów to słowo. Wiedziała już, że jej zachowanie często takie nie było, ale dopiero, gdy potrafiła je zmienić ludzie przychylniej do niej podchodzili. Kłamstwa zrażały ludzi do siebie, teraz to wiedziała, ale nadal wydawały się kuszące. Choćby wywołanie uśmiechu w tej chwili, by nikt nie widział jej zmartwienia. Porzuciła to. Uśmiech był ciężki, czy prawdziwy, czy nie. Spojrzała więc na Adama, bo szukając wsparcia, wracała tam, gdzie znalazła je po raz pierwszy. On jednak na nią nie patrzył, więc sama po chwili odwróciła wzrok.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#289 17-04-2018 o 22h59

Straż Cienia
Sahir
Młody rekrut
Sahir
...
Wiadomości: 12

https://zapodaj.net/images/d4317fc44852f.png
xXx

Człowiek to niesamowita maszyna. Adaptuje się. Improwizuje. Przezwycięża. Stary mem – ale dobry mem. Przekazywał więcej prawdy niż chcielibyśmy sami to przyznać. Lepiej się zaśmiać, klepnąć ręką w udo – "ha! DOBRE!". Klasyczny okrzyk, którzy poprzedzał wybuch śmiechu. Kiedy miał wspomnienia – wyciągał wnioski. Na własnych błędach, rzecz jasna, bo tylko tym ponadprzeciętnie inteligentnym dane było uczyć się na cudzych porażkach. Poprawiał ruchy na przyszłość. Pawie jak w Monopolu – sterujesz swoimi poczynaniami, ale kości mogą wypaść felerne. Więc improwizuj, kiedy staniesz na czyjejś parceli i będą chcieli, żebyś zapłacił więcej, niż możesz dać. Walcz. Kuś jak wąż, który oplątał się wokół rosłej jabłoni i szepcz do uszka obietnice, które zostaną spełnione w sposób nie pasujący do idyllicznych wyobrażeń. Nawet jeśli to zwykła gra rodzinna, planszówka, która nie powinna mieć znaczenia – człowiek czuje ciśnienie i presje, żeby wygrać. Tak samo było w życiu. Dla jednych wygraną była rodzina, dla innych pieniądze, a dla jeszcze innych prestiż, władza i sława. Sam wybierz – skreśl niepotrzebne albo nie skreślaj wcale. Minione wieki udowadniają raz po raz, że ludzie przywykali do najgorszych warunków. Zamkniesz człowieka w klatce – stanie się psem. Wyrzucisz go w dzicz – będzie wilkiem. Spróbuj pokazać mu parę luk i sztuczek a stanie się lisem. W tropikalnym klimacie, na Syberii, na pustyni czy w lasach śródziemnych – osiądzie wszędzie. Więc jeśli nie ma wspomnień – jak się adaptuje? O dziwo wtedy przychodziło to jeszcze prościej. Nie ważne, jak bardzo będziesz próbował wyprzeć obecną sytuację – musisz ją przyswoić, żeby przeżyć.
No i tutaj pojawiał się kluczowy problem – kto z nich wszystkich naprawdę chciał przeżyć?
Wszyscy.
Byli tutaj, bo chcieli przetrwać. Przeskoczyć nad problemami, których supeł gordyjski zacisnął pętle na ich szyi, odbijając na skórze czerwone pręgi plecionego włosia, z którego zrobiono sznur. Tylko co takiego było trudnego, że nie mogli tego przeskoczyć? Co musiało się wydarzyć, by człowiek tak naiwnie poddał się eksperymentowi igrającemu z ludzką psychiką? Ake nie musiał otwierać oczu, by słyszeć Śmierć zakradającą się za jego plecami. Przychodzili wszyscy po kolei, w ciszy i w rozmowie, zajmowali swoje miejsca, meble niezauważalnie, niesłyszalnie uginały się po ich ciężarami, ale on słyszał to wyraźnie. Anonimowe sylwetki o anonimowych twarzach, które zostały okryte woalem Porażki. Nikt jej nie lubił. Tej kobiety o laurowych oczach, z typowym b*** face. Mądrzejsi przyjmowali ją z godnością, jak nieoczekiwanego gościa, zgodnie z zasadą, że gość w dom – Pan w dom, ale nie oznaczało to jeszcze, że za nią przepadali. Ci głupsi nie zgadzali się z nią i zakładali klapki na oczy. Tacy byli ci ludzie tutaj? A on wśród nich. Głupcami, którzy chcieli latać, zanim nauczyli się skakać? Nic dziwnego, że nadal żyli. Nikt przecież nie widział, jak osły umierają.*
Ake rozchylił powieki dwukolorowych tęczówek dopiero, kiedy Adam się odezwał. Nie uniósł ich, nie zaczął się rozglądać. Chłonął dźwięki, znużony, chociaż postawił ledwo parę kroków. Poranek – bardzo intensywny poranek – odciskał swoje piętno. Ułóż wszystko po swojemu. Zaufaj na słowo, bo nic innego nie pozostawało. Poddawanie w wątpliwości pozostaw tym, którzy mieli zbyt dużo energii do przetrawienia. Zbyt dużo zdrowego rozsądku do stracenia.
Śmieszna sprawa, bo wystarczyła naprawdę drobna chwila, żeby znaleźć się obok tej rozmowy. Tych ludzi. I nie była to niczyja wina. Żeby dowiedzieć się, jak wrony krakały, należało im się najpierw przysłuchać. Zrozumieć hierarchię. Odkryć kod – bo zawsze był jakiś kod. W jednej społeczności powiedzenie do siebie "siema" było dziwne, a w drugiej witano się k*** na dzień dobry. Tutaj witano milczeniem. Czy to naprawdę było napięcie? Uczucie, które przesuwało się po jego bladej skórze, bijące od nieznajomych twarzy, którym dopasował ich własne maski Muerte? To chyba jeszcze nie ta pora na Dia de Muertos**, choć już... już blisko. Mieli przecież wrzesień.
- Czemu ludzie bez wspomnień, w zamkniętym ośrodku, mieliby obawiać się kamer? – Odezwał się, pomijając kompletnie zagadnienie nieznajomego w śpiączce. Powinno go to zapewne ruszyć. Powinien się tym przejąć, ale... z jakiegoś powodu czuł, że nie powinien roztrząsać tematu. Pajęczy zmysł albo dobry diablik (ten wąż z jabłoni drżącej na wietrze) szepczący do uszka rady. Nie to, że nic nie poczuł. Było jakieś ukłucie. Potwierdzenie faktu, że tylko samobójcy łapali się tak ostatecznego czynu, jak dobrowolne zamordowanie samego siebie. Ci samobójcy, którzy nie zasłużyli na honorowe zbawienie a byli tylko zwykłymi tchórzami. I on był jednym z nich, ale to nic, to nic... Należało więc spróbować odbudować stracony honor, czyż nie? Dopiero teraz podniósł spojrzenie. Obrócił je najpierw w stronę Zoe, a potem powiódł nim po zebranych. Krótko, bez szczególnego, intensywnego przyglądania się każdemu. Tak nie wypada. Przede wszystkim – nie wypada wychylać się przed szereg, kiedy nawet nie zostało się do niego przyjętym. Ake doskonale sobie zdawał z tego, że jest teraz na siłę dopiętym ogniwem. Należało więc grać ostrożnie. - Kamery mają zapewnić bezpieczeństwo badanych i upewnić się co do komfortu pacjentów. – Założył nogę na nogę i splótł długie palce na udzie. - Ze względu na powszechność badań i podpisywane klauzule nie ma możliwości, by zebrane o pacjentach dane dotarły w ręce niepowołane ręce. Mylę się? – Zwrócił się bezpośrednio do doktora, który... wydawał się Ake bardzo przerysowany. Bardzo miękki. Miał wrażenie, że gdyby wciągnął do niego ręce to byłby w stanie ukształtować go jak miękką plastelinę. - Brak swobody oznacza brak zaufania. Jeśli tak jest to coś należy poprawić w pracy obecnej kadry. – Och? Nie. Nie, nie, nie! Chyba nie powinien tego wszystkiego mówić! Źleee, źle, coofniij... no tak, nie dało się. Nie czuł się spanikowany. Nie czuł się też swobodnie. Nie wiedział, czy to, co mówi, mówi on sam, czy ktoś przemawia jego ustami – wąskimi, równo wykrojonymi wargami (to ten wąż, Przyjacielu, zapomniałeś o nim?). Na szczęście rozjazd wcale nie był tak duży, bo to były jego myśli... chyba... jego.
Kimkolwiek był on.
Kimkolwiek był Shinoda Ake.

* "Osły mają długie życie. Żadne z was nigdy nie widziało martwego osła." - George Orwell "Folwark Zwierzęcy"
** Hiszpańskie święto zmarłych, które w przeciwieństwie do Europejskich jest obchodzone radośnie  z hukiem.


https://data.whicdn.com/images/232030300/original.gif

Offline

#290 20-04-2018 o 22h02

Straż Cienia
Aryla
Akolita Jednorożców
Aryla
...
Wiadomości: 420

------------------------------Link do zewnętrznego obrazka
     Mimo niespodziewanych wiadomości o zakończeniu przez niektórych eksperymentu - Lily spała spokojnie. Pusty dzień, przeznaczony na odpoczynek widocznie jej pomógł. Nic nie zmąciło jej snu, oprócz krótkiego zamieszania na korytarzu, który wskazywał na to, że pokój Alexa już nie jest pusty.
     Wymieniali ich szybko, jak wadliwy produkt - byle zbiór obiektów eksperymentalnych pozostał kompletny. Bo przecież byli jedynie obiektami do ciągłej obserwacji, prawda? Nazwiskami w komórkach tabel o ich zachowaniu, jakichkolwiek odchyleniach, które tak skrupulatnie wypełniła dr White przy każdej wizycie. Pewnie nawet i po lub przed. Acula nie mógł sobie pozwolić na gwałtowne zmiany w liczbie pacjentów, pomimo, że był na nie przygotowany. To kolejny raz zaburzało poczucie własnej tożsamości Lily jako człowieka, osoby, która ma pełną kontrolę. Ale tak przedstawiała się rzeczywistość. Rzeczywistość, na którą się zgodziła, więc zażalenia mogła mieć tylko do siebie, a raczej do kogoś, kim była wcześniej. Dziwne, że myślała o starej wersji siebie, jak o osobnym bycie.
     Obudziła się, kiedy ekran telewizora rozjaśnił kolejny komunikat od dr Aculi, przypominający o spotkaniu w bibliotece w związku z rozpoczęciem tajemniczych zajęć. Podniosła się leniwie na łóżku, aby wysłuchać wiadomości, choć nieprzypadkowo błądziła spojrzeniem po pokoju, bo widok Vlada Aculi powodował u niej odruch wymiotny. Odetchnęła z ulgą, gdy komunikat dobiegł końca. Przeciagnęła się, wstając z łóżka i powolnym krokiem skierowała się do łazienki. Po porannej toalecie, przebrała się w czysty komplet ubrań, składający się z szarej, wyblakłej koszuli i jeansów. Pościeliła łóżko, zatrzymując wzrok na wazonie z kwiatami. Nie wymieniała w nim ani razu wody. Nie zauważyła też żadnego uschniętego listka, choć minął prawie tydzień od jej pobytu w L.I.C.E.U.M. Ktoś musiał to robić za nią, nie miała wobec tego wątpliwości. Czy to było jedno z jej życzeń przed zabiegiem? Dlaczego te róże były dla niej tak ważne i czy miały też związek z pierścionkiem, który otrzymała?
     Prawdopodobnie tak.
     Zegar na ścianie wskazywał równo godzinę jedenastą, czyli rozpoczęcie zajęć, na których jeszcze się nie zjawiła. Założyła przed wyjściem czarne trampki i udała się w stronę windy. Zaskoczył ją widok młodego mężczyzny w białym kitlu, kiedy rozsunęło się wejście do windy. Zazwyczaj nie spotykała na swojej drodze personelu.
     Dzień dobry. — Przywitała się uprzejmie, stając obok.
     — Cześć! Na które piętro jedziesz? — zapytał lekarz z uśmiechem.
     Carter zerknęła na oznaczenia pięter, szukając napisu "biblioteka".
     Dziesiąte.
     Brunet pokiwał głową, po czym nacisnął wspomniany przez Lily przycisk. Pożegnała się z doktorem, wychodząc z windy.
     Otworzyła cicho drzwi biblioteki, czując specyficzny zapach książek. Kobieta za biurkiem przestała przeglądać czasopismo i gestem dłoni wskazała jej miejsce spotkania.
     Trafiła w sam środek gorącej dyskusji o kamerach, a raczej ich braku w pomieszczeniu. Głos zabrał długowłosy chłopak o niezwykłych oczach. Rozejrzała się po zebranych, szukając wolnego miejsca. Eva siedziała zbyt blisko Adama, którego wolała na razie unikać, więc usiadła obok Zoe. Zerkała co jakiś czas na chłopaka z heterochromią, lecz nie dlatego, że był nowy. Dziś może tutaj być, a jutro już nie. O czym zdążyła się brutalnie przekonać. Dopiero teraz zwróciła uwagę na osobę, która miała prowadzić zajęcia. Nie był to Acula, a lekarz prowadzący Zoe, co nieco zbiło ją z pantałyku.
     Oparła się wygodnie i założyła ręce na piersi, uważnie obserwując pozostałych. Sama na razie wycofała się z dyskusji, czekając na rozwój wydarzeń.

Online

#291 21-04-2018 o 13h42

Straż Cienia
Lashanti
Szeregowiec
Lashanti
...
Wiadomości: 135

http://i68.tinypic.com/6rqbk1.jpg

  Pierwszą rzeczą, którą usłyszałem po przebudzeniu się był komunikat dr. Aculi. Szczerze powiedziawszy słyszenie jego głosu praktycznie każdego poranka przypominało mi o tym, że to właśnie te komunikaty zwiastowały większość złych wiadomości niż dobrych. Nadal czułem się niepewnie jeżeli chodziło o kontakty z innymi ludźmi. Nie potrafiłem zmienić nagle na ich temat wyrobionej sobie opinii przez pstryknięcie palcem.
  Poranne czynności takie jak ubieranie czy mycie zębów zajęło mi dłużej niż zwykle przez moją niekomfortową sytuację. Wiedziałem, iż znów się spóźnię, choć może powinienem przegapić całe to spotkanie, nawet jeżeli było obowiązkowe. Zbyt duża ilość ludzi potrafi być przytłaczająca. Jednakże mały głosik, który szepnął mi, żeby jednak skierować koła swojego wózka do biblioteki przeważyła. Kiedy ma osoba wcisnęła guzik od windy było już za późno na sterowanie tych kół wstecz.
  Gdy już wjechałem do biblioteki zebrał się spory tłum osób. Przykładowo blady pajac zombie siedzący koło Zoe, tak samo jak Lily. Obok zombie siedział opalony blondyn, który najwyraźniej nie znał znaczenia słowa "kremu przeciwsłonecznego", natomiast koleś zajmujący miejsce blisko niego przypominał wersję jakiegoś męskiego modela do czasopism. Mogłem również zauważyć pomiędzy Adamem, Avenity i rudowłosą kobietę. Prowadzącym był najwidoczniej inny lekarz, a nie Acula. Obecnym tematem były kamery. Mogę już stąd wyjść?
  Wiedziałem, że znowu oceniłem po pozorach tych ludzi, lecz właśnie takie pozory pomagały mi przetrwać chorą sytuację w jakiej się znajdowałem. Chociaż współczułem Lily oraz Zoe, które przebywały blisko szanownego pana "zombie" podjechałem wózkiem tam gdzie siedziała rudowłosa kobieta. Przebywanie jak najdalej od gadających żywych truposzy znajdowało się w mojej liście priorytetów. Kamery były mniej interesującym mnie tematem niż bezludna wyspa, więc przez połowę wrzącej dyskusji milczałem.

Ostatnio zmieniony przez Lashanti (21-04-2018 o 13h46)

Offline

#292 22-04-2018 o 11h35

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 267

____________________________Mei Tokisaki
Z mojego spokojnego snu wybudził mnie komunikat dr Aculi. Leniwie uniosłam swoje powieki, wręcz od razu przymrużając je z powodu nieprzyjemnego kontaktu z światłem dziennym. Uniosłam jedną brew ku górze i przez chwilę się zastanawiałam, o jakie spotkanie chodziło starszemu mężczyźnie. Westchnęłam, po czym przekręciłam się na prawy bok. Nagle sobie uświadomiłam, że jednak wiem o co biegało z całym zebraniem w pomieszczeniu wypełnionym samymi książkami, które sprawiały wrażenie, jakby miały zaraz wypłynąć ze wszystkich półek, stosów i innym takim podobnym. Miałam jeszcze wolną godzinę przed konferencją. Przymknęłam oczy. A zdrzemnę się tylko na parę minutek, przecież nic się nie stanie. Nie mam czym się martwić. Na pewno zdążę. I w taki sposób ponownie odpłynęłam do zaświatów.

Zerwałam się z łóżka, o mało z niego nie spadając, po czym w ekspresowym tempie spojrzałam na zegarek, który wskazywał, że zostało mi 10 minut na ogarnięcie się, jak i na wstawienie się w bibliotece. Przeklęłam pod nosem, wręcz rzucając się na szafę i wyrzucając z niej to, co miałam zamiar dziś założyć. Teraz do mojego ubioru wkradły się mroczne klimaty. Mianowicie czarny z krwistoczerwoną barwą. Mieszały się i tworzyły ze sobą naprawdę ładne połączenie. Oczywiście, znalazł się jeden kwiecisty element, który jako jedyny był w odcieniu perlistym, ale był splamiony tym krwistoczerwonym kolorem. Splotłam włosy w koka, jednocześnie wyciągając parę kosmyków, żeby swobodnie opadały na moje ramiona. Na sam koniec wpięłam dwie czarne spinki, aby utrzymywały całe dzieło. Efekt fryzury był w przyjemnym nieładzie i właściwie to mi się podobało. Zanim opuściłam swój pokój, to jeszcze odwiedziłam łazienkę w której zrobiłam rutynową, poranną toaletkę, a następnie wybiegłam i pośpiesznie założyłam czarne trampki, aby potem wyparować ze swojego pokoju i pobiec w stronę windy. Wcisnęłam przycisk pod którym widniał napis "biblioteka" i niecierpliwie czekałam, aż w końcu znajdę się na dziesiątym piętrze.
Minęło parę sekund, może nawet do minuty; drzwi się rozsunęły. Bibliotekarka wskazała mi ręką miejsce, gdzie odbywało się spotkanie. Kiwnęłam jej głową na wyraz wdzięczności i szybkim krokiem udałam się w wskazane położenie. Wparowałam w środek rozmowy na co skwitowałam krótkim i cichym "przepraszam", po czym zajęłam wolne miejsce obok Nevilla, chociaż jakoś nie miałam ochoty, to nie miałam innego wyjścia. Nie wszystkich uczestników eksperymentu znałam, więc wolałam nie siadać przy "nieznajomych". Jeżeli mowa już o nieznajomych, to natknęłam się na całkowicie mi obcych dwóch mężczyzn, których jeszcze w ogóle tu nie widziałam. Przełknęłam ślinę lekko zawiedziona tym. Przypomniało mi się to, co spotkało Aurorę i co zadecydował Alex wraz z Lariną. Powiodłam wzrokiem na lekarza, który okazał się nie być dr Aculą. Nie czułam chęci do wdawania się w dyskusje, więc jedynie przysłuchiwałam się temu, co mieli wszyscy do powiedzenia.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (22-04-2018 o 11h38)


I'll forget you, so go away, don't even look back - I'll erase you.
https://66.media.tumblr.com/ec956ca42d213b6c55a3a6a0960f733f/tumblr_pdgggsM3fr1sy8x5ho6_400.gif https://66.media.tumblr.com/01c846a28fe04ed695740a69a5a9d547/tumblr_pdgggsM3fr1sy8x5ho1_400.gif

Offline

#293 22-04-2018 o 21h49

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 687

........................................................Link do zewnętrznego obrazka
>> Dzień V.    Sobota       Godzina 11:20     05.09.2020r. Londyn
   Rozmowa szybko wróciła do tematu kamer, który Zoe uważała za zamknięty. Nie włączała się więc w niego i czekała, aż wkroczą na inny grunt. W tym czasie obserwowała obecne na sali osoby, lecz patrząc na ich twarze nie skupiała się na nich, a odpływała myślami.
    — Nie sądzę, że ktoś tutaj obawia się kamer, jednak bycie ciągle obserwowanym nie jest zbyt komfortowe i zdaję sobie z tego sprawę. A zależało mi na tym, byście czuli się na tych zajęciach swobodnie. — Można było odczuć, że stara się z nimi dogadać, jednak ten rzeczowy sposób wyjaśniania spraw nie pomagał mu w tym. Na szczęście miał jeszcze ten swój szczery uśmiech. — Sam nie czuję się dobrze, gdy ktoś mnie obserwuje, a poza swoim pokojem jestem wystawiony na obecność kamer równie często. Tak samo jak wy, zgodziłem się na to podpisując umowę.
    — Nie mylisz się. Wszystkie nagrania są dobrze strzeżone i dostęp do nich ma tylko personel ośrodka — odpowiedział. — Możliwe, że masz rację. Jednak brak zaufania jest dość powszechnym zjawiskiem w naszych czasach. Ale przecież nie musi być uznawany za coś złego. Jest przejawem ostrożności.
   Nieufność, ostrożność. Rzeczywiście szły ze sobą w parze. Gdy komuś zaufasz, już nie pilnujesz się na każdym kroku, nie obserwujesz też tej osoby. A myśląc o zaufaniu i obserwacji, Zoe zważyła, że Neville zdecydowanie nie ufa tu zbyt wielu osobom, a raczej nikomu. Obserwował wszystkich jakby oceniał każdego po kolei, aż jego wzrok padł na mężczyznę o długich włosach, siedzącego obok Sanz. Melville obserwował go tak, jakby spodziewał się, że ten za chwilę zrobi coś złego. Zdecydowanie nie dało się w nim dostrzec zaufania. Inni również nie wydawali się spokojni. Również wędrowali wzrokiem tu i tam. Jak można się im dziwić? Tyle działo się w tym miejscu i ciężko było znaleźć osobę, która stanie się twoim wsparciem.
   Inny wzrok miał John. Jakby właśnie był w towarzystwie najbardziej zaufanych mu osób. Nawet ten początkowy stres już w niego wyparował. Teraz widać było po jego twarzy, żywej gestykulacji czy samej postawie, że czuje się wśród nich dobrze. Tylko, czy na pewno powinien. W głowie Zoe pojawiła się myśl, że może nie powinna się zastanawiać czy ufać lekarzom, a nad tym, czy na pewno można zaufać wszystkim pacjentom. W końcu nic o nich nie wie, nawet oni sami o sobie wiedza niewiele. A może właśnie, niektórzy wiedzą za dużo. Co jeśli ktoś nie stracił pamięci i tylko udaje? A może ma w tym konkretny cel. Nie samo wynagrodzenie za udział. Może chodzi o coś więcej i nawet inni pacjenci są zagrożeni.
   To były tylko hipotezy, jednak miały w sobie coś niepokojącego. To, że cała niepewność otaczająca eksperyment działała na ich korzyść.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#294 22-04-2018 o 22h32

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 805

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353951141060542465/371006641811750934/58e331566ed041c31a9b5496403fcb18.png
     Adam splótł ręce na torsie, nie spuszczając wzroku z doktora Wrighta. Słysząc odpowiedź na jego słowa, chłopak ściągnął brwi, szukając logicznej spójności w wypowiedzi mężczyzny. W dalszym ciągu mu nie ufał, a sytuacja wydawała się dziwna i nieprawdopodobna, zbyt abstrakcyjna. Nie miał zamiaru biegać po pomieszczeniu i szukać urządzeń w rozmiarach mikro, które mogły być dosłownie wszędzie. Nie miał zamiaru wierzyć mu, że w bibliotece nie było ich wcale, od początku.
-Skąd ma pan pewność, że nikt z nas do niego nie pójdzie z tą sprawą?- Zapytał, kątem oka spojrzawszy na Evę, która przed chwilą usiadła przy stole, zaraz obok niego. Skinął jej głową, prawie niewidocznie. Czuł, jak po plecach przechodzą mu ciarki, tylko z powodu, że kobieta ma na imię tak, a nie inaczej.
-Ufam wam- odpowiedział John Wright, jakby było to oczywiste.
     A później, jeden z tych, których pierwszy raz widział na oczy, odezwał się w sposób nietypowy. Treść tego, co im przekazywał wprawiła Adama w dziwne zakłopotanie. To był kolejny taki raz, w którym uświadamiał sobie, że nie przemyślał każdego scenariusza, dlatego, że wydał mu się nieistotny. A jednak- długowłosy młodzieniec myślał w sposób zupełnie odmienny do jasnowłosego. Adamowi przypomniał o nastawieniu, które trzymało się go kilka godzin po przebudzeniu.
     Postawił przed sobą to samo pytanie. Dlaczego obawiasz się kamer? Przecież to po to, abyś był bezpieczny, aby inni byli bezpieczni.
     Nie zorientował się, kiedy chwila, w którym jego wzrok zatrzymał się na Japończyku, zaczęła się przedłużać.
-Kamery mogą nie być złe- stwierdził w końcu, przyciszonym głosem. –Ale tylko z zaufaniem, że wszyscy tutaj robią to, o czym mówią.
     Czy ten chłopak naprawdę nie czuł się dziwnie z myślą, że będąc sam, tak naprawdę ktoś na niego patrzył, w dodatku nie do końca wiadomo, z jakiego miejsca?
     Kiedy Zoe zapytała o Nathana, Prescott zwiesił głowę. Niesforne kosmyki opadły mu na czoło, a on, nie odgarnął ich jak zwykle- od razu, tylko siedział w niezmienionej pozycji przez jakiś czas, w spokoju słuchając kolejnych wypowiedzi. Przez chwilę poczuł się, jakby znalazł się w jakiejś cholernej grupie wsparcia, która takim osobom jak on nie mogła dać niczego, oprócz kolejnych lub dłuższych refleksji na temat życia i nie-życia.
     W pomieszczeniu pojawiły się kolejne osoby. Unikał najkrótszego zerknięcia w stronę Lily, ale nie mógł powstrzymać spojrzenia w stronę Nev’a i dyskretnego uśmiechu skierowanego do Mei.
     Skoro doktor Wright sprawia wrażenie, jakby istniały strony, a on był po tej naszej, może byłby w stanie odpowiedzieć na pytania, które poprzedniego dnia dostały wymijające odpowiedzi, pomyślał.
"Ale czy powinienem ryzykować?"
     Zastanawiał się. Dlaczego śmierć, dlaczego śpiączka, dlaczego zerwanie umowy i nagły wyjazd z tego miejsca? I kto miał być następny? Czy lista rezerwowych doktora Aculi była tak długa, jak przypuszczał?

Ostatnio zmieniony przez Airi (28-05-2018 o 21h18)


https://66.media.tumblr.com/8c024eaefef499d2adc2db1a5a4a282c/tumblr_p2uxioE1mF1vpmpmko6_r1_400.gif https://66.media.tumblr.com/e65accd1059239b5d7f9143b407f5b1e/tumblr_p2uxioE1mF1vpmpmko7_r7_400.gif

Offline

#295 23-04-2018 o 14h09

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 3 367

____________________________https://i.imgur.com/qotqziH.png
        To wszystko wydawało jej się być zbyt abstrakcyjne. Swobodniej oparła się o krzesło, spoglądając na doktora, a na twarz przybrała delikatny uśmiech, bynajmniej nie przyjazny. W jej opinii zachowanie mężczyzny było co najmniej dziwaczne. Już chciała odezwać się z pytaniem o to dlaczego właściwie ma do nich aż tak duże zaufanie, skoro równie dobrze któraś z zebranych tu osób mogłaby pobiec prosto do Aculi i powiedzieć mu o tym, co zaszło na terenie jego ośrodka, jednakże wyręczył ją w tym Adam. Na chwilę przeniosła na niego spojrzenie. Chłopak wydawał się być pewny wypowiadanych przez siebie słów, czym poniekąd u niej zyskał.
        Parsknęła cicho, słysząc odpowiedź lekarza.
        - Ufa nam pan, w porządku. Ale dlaczego ja miałabym zaufać panu? Skąd mam mieć pewność, że nie jesteśmy panu potrzebni tylko i wyłącznie do realizacji pana własnych celów, które, okej, faktycznie mogą nie do końca współgrać z planami Aculi, ale wciąż należą do nie-moich-spraw?
        To mówiąc, patrzyła na prowadzącego z lekko zmrużonymi oczami. Nie chciała, aby cokolwiek umknęło jej w jego zachowaniu, jakikolwiek fałsz, obłuda czy niepewność. Coś, co by go zdradziło.
        - Skoro jest pan naszym wielkim sojusznikiem, to niech nam pan powie: po co tu tak naprawdę jesteśmy? Po cholerę testować usunięcie pamięci na ludziach z całego globu, na co to komu, jaki jest w tym cel? Czy znajdzie się więcej ofiar takich, jak ta Morris? Dlaczego – tu na moment przerwała, zupełnie tak, jakby początkowo dalsza część wypowiedzi nie mogła przejść przez jej gardło – Dlaczego Alexander i Larina zrezygnowali? Dowiedzieli się czegoś, o czym nie mieli prawa wiedzieć? I czy kiedykolwiek przestaniemy być bezbronnymi owieczkami prowadzonymi na rzeź?
        Oddychała miarowo, nagle uświadamiając sobie, że obie dłonie zacisnęła na brzegu stołu, powodując, że całkowicie zbielały jej knykcie. Patrzyła na doktora wyczekująco. Nieszczególnie zwróciła uwagę na reakcję pozostałych osób; szczerze mówiąc nie bardzo ją to już w jakikolwiek sposób obchodziło. 
        Gdy usłyszała wypowiedź nieznanego z imienia mężczyzny, który miał różnokolorowe oczy, mimowolnie skierowała na niego swe spojrzenie. Z jego słów biła błoga nieświadomość, piękna naiwność nowonarodzonego dziecka, które dopiero co poznawało otaczający je świat. Musiał być jedną z tych całkowicie nowych osób mających za zadanie „uzupełnić braki” po trzech byłych uczestnikach. 
        W końcu, po chwili przerwy, ponownie przeniosła wzrok na Wrighta.
        - Na czym będą polegały te zajęcia? Jak ma wyglądać przystosowanie nas do życia w społeczeństwie?

Offline

#296 24-04-2018 o 22h38

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 687

........................................................Link do zewnętrznego obrazka
>> Dzień V.    Sobota       Godzina 11:30     05.09.2020r. Londyn
   Dr Wright był przygotowany na liczne pytania. Spodziewał się ich i w głowie miał już niektóre odpowiedzi, jednak wiedział, że żeby wypaść naturalnie musiał mówić szczerze, bez większych przygotowań. Robił więc tak, tylko czasem posiłkując się wcześniejszymi przemyśleniami.
    Po pytaniu Avenity szybko wyrzucił z głowy żart o tym, że powinna mu zaufać, ponieważ jest tak czarujący, że nie da mu się oprzeć. Zdążył sobie przypomnieć, że takie dowcipy działały tylko na jedną bliską mu osobę, która zawsze kwitowała je jednym sarkastycznym zdaniem z domieszką złośliwego śmiechu. Takie słowa mogły rozbawić tylko przyjaciół, a wcześniej błędnie poczuł się w ich towarzystwie zbyt luźnie. W końcu, oni nie mieli podstaw, by ufać mu bardziej niż Aculi. Tylko Zoe zdążyła się przekonać, że nie darzy go takim szacunkiem, jakim powinien. I to była pierwsza rzecz, dzięki której zyskał w jej oczach. Sanz doceniała samodzielne myślenie. Wyrwanie się spod kontroli, jeśli ta narzuca coś niechcianego. Nie musiała nawet wiedzieć, przeciw czemu ta osoba się buntuje. Podobała jej się ta odwaga do sprzeciwu, przeciw temu, czego nie uważamy za słuszne.
    — To prawda — przyznał. — Nie masz powodu, by mi ufać. Wszyscy nie macie. Kto nie szukałby podstępu, gdy pojawia się nieznajoma osoba znienacka mówiąca „jestem po twojej stronie, zaufaj mi, bo ja ci ufam”? To nawet brzmi niedorzecznie. — Uśmiechnął się szeroko, jakby dając do zrozumienia jak go to bawi.
   A Zoe w myślach przyznała mu rację. Bo nie chciałaby przyjąć pomocy, jeśli wcześniej, by o nią nie poprosiła. Podstęp. Można to tak nazwać. Być miłym, by coś zyskać. Nawet jeśli pomoc jest dobra, czy podstęp nie przekreśla tej dobroci? Ale Nathan nic nie zyskał, gdy pomógł jej pierwszego dnia. Adam również, pocieszając ją nie dostał nic w zamian. A więc? Jak to jest z tym podstępem w dobroci? Odpowiedź okazała się prosta. Oboje zyskali w tamtym momencie jej zaufanie, w przyszłości pomoc, którą będzie chciała się odwdzięczyć. Takie proste. Tak łatwo oszukać człowieka, który zwiedziony pierwszym wrażeniem będzie za tobą podążał.
    — Ale jest kilka powodów, przez które wiem, że możecie mi zaufać. Nie chodzi tylko, że jestem strasznym paplą i gdybym nawet coś knuł i tak, długo bym tego w tajemnicy nie utrzymał. — Bez problemu zdradził im swoją słabość. Owszem, miało to swój cel. Pokazał, że z łatwością mogliby zdemaskować jego podstęp. Ale czy to prawda? Przecież w jego rodzinie podstęp był talentem dziedzicznym. A teraz... — Ale też dlatego, że sam mogłem się znaleźć między wami. Niecałe trzy lata temu, gdy straciłem wszystko, prawie zdecydowałem się dołączyć do eksperymentu. I teraz myślę, że gdybym jednak to zrobił, byłbym w tym samym miejscu, co wy. Zagubiony i szukający odpowiedzi. I wiem, jaką frustrację wywołałby u mnie ich brak. Widzę siebie, pośród was. I może to czysty egoizm, ale chciałbym, żeby w takim momencie pojawiła się osoba, która powiedziałaby mi prosto w twarz „możesz mi zaufać”. Nie zaufałbym, to pewne. Nie od razu. Ale już widziałbym, że jest ktoś, do kogo mogę się zwrócić, gdy będę czegoś potrzebował. I takie poczucie chciałbym dać wam. Nie muszę ja być tą osobą. Ale w życiu trzeba mieć kogoś, komu można zaufać. Tylko trzeba dobrze wybrać. — Gdy mówił jego usta rozjaśniał smutny uśmiech. Oczy przepełniała nostalgia, jakby wspominał dni, w których był tak bliski dołączenia do grona pacjentów doktora Aculi.
   I Zoe musiała przyznać, że te słowa do niej trafiły. Nie była pewna, czy im zaufać. Ale jeśli to prawda, ten człowiek naprawdę mógł ich rozumieć. Nie ich obecne uczucia, które tylko sobie wyobrażał, lecz to wahanie przed decyzją. Powiedział, gdy straciłem wszystko. Te słowa były najsilniejszym przekazem ze wszystkiego, co powiedział. Ponieważ, teraz nie był dla niej tylko bezosobowym lekarzem, z grona innych szarych postaci. Wszyscy przy tym stole coś stracili. Te słowa, w jakiś sposób włączyły go w ich grono. Jednak...
    — Więc dlaczego zrezygnowałeś? Powiedziałeś, że straciłeś wszystko. Co więc powstrzymało cię, od porzucenia bolesnych wspomnień? — spytała Zoe. Czekała aż powie coś o nie poddawaniu się i odwadze. Pokazując tym samym, jak bardzo oni są beznadziejni, bo przecież nie dali rady żyć z ich brzemionami.
   — Nie mając tego, za co byłeś gotów oddać życie, zdajesz sobie sprawę, że teraz tylko to życie Ci zostało. — Czy chciał zabrzmieć mądrze jakby cytował poetę, czy nie, udało mu się. — Trzy lata temu wyniki eksperymentu nie były tak dobre jak teraz. — Lekko zawahał się przy słowie dobre. Postanowił go jednak użyć, by podkreślić różnicę między poprzednimi latami, a obecnymi. — Śmiertelność eksperymentu była wyższa. Znacznie wyższa. Prawie stu procentowa. A i skutki uboczne nie ograniczały się do bólów głowy. Mimo to, ludzie wciąż przychodzili do Aculi. Tyle nocy spędziłem myśląc o ryzyku i tym, co mogę zyskać. Wolność od bolesnych wspomnień była naprawdę silnym argumentem za. Jednak to jedno przeciw przeważyło szalę. Bałem się śmierci. A raczej tego, że jeśli umrę nie zrobię już nic. Podziwiałem osoby, które odważyły się podjąć ryzyko... A później patrzyłem jak nie dożywają tych beztroskich dni, na które czekały.
   Widocznie posmutniał. Możliwe, że i z tamtymi ludźmi próbował się dogadać. Jeśli mu się udało. Mógł zyskać przyjaciół. I później ich stracić. Czy to nie był jeszcze większy ból?
   To, co mówił tak bardzo różniło się od tego, w jakim świetle zabieg przedstawiał Acula. Mówił o nim jak o rozpoczęciu nowego życia. Wright natomiast jakby było to, tylko jego kolejnym krokiem, bardzo ryzykownym, którego podejmowali się tylko naprawdę zdesperowani ludzie. Bolesnym doświadczeniem, nie tylko dla tych, którzy je przechodzą. Dotąd Zoe myślała tylko o tym, że może spotkać ją śmierć taka jak innych lub śmierć osoby, która już stała się częścią jej życia. A teraz docierało do niej, że obecni tam lekarze stracili już wiele takich osób. Przecież oni musieli w jakiś sposób przywiązywać się do swoich pacjentów. Też cierpieli po ich stracie. Przyszła jej do głowy myśl, że może któryś z lekarzy tylko czeka aż zabieg stanie się całkowicie bezpieczny, by sam mógł z niego skorzystać.
   Avenity nie odpuszczała. Jakby jej zaufanie było już naruszone i by je zdobyć nie dało się tylko powiedzieć kilku słów. To czyny mają mówić za człowieka, pewnie tak myślała.
   — Jesteście tu, bo chcieliście zapomnieć. Ale pewnie nie o to pytasz. Jesteście tu, ponieważ zanim usuniecie pamięci stanie się ogólnie odstępnym zabiegiem trzeba najpierw uczynić go w pełni bezpiecznym, a bez wielu testów nie da się tego zagwarantować. Każde większe medyczne osiągnięcie udało się kosztem wielu ofiar. Jeśli pytasz o cel Aculi... Nie znam go. Może pieniądze, żądza wiedzy, może sam chce o czymś zapomnieć. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, czym się kieruje. — Westchnął przed kolejną odpowiedzią. — Ofiary. Jak wiele? Naprawdę poczujesz się lepiej jeśli wymienię Ci wszystkich? Pamiętam każdego pacjenta z jakim miałem styczność, ale czy poznanie tych imion i ilości w czymś pomoże? Dużo. Ten eksperyment już trwa od kilku lat. Ja biorę w nim udział od trzech. — Jego twarz wyrażała ból. Naprawdę mógł wymienić tych wszystkich ludzi. Susan, Alexandra, Naoki, Maxa, Lidiaę, Abigail, Victora, Leona, Dianę, Paula, Blanca'e, Kenjiego, Irenę, Samuela, Zofię, Louisa, Rebekę, Norę, Joego, Ayano, Hannah... Nie chciał przypominać sobie tych wszystkich imion i twarzy, ale robił to właśnie w myślach. Mimo, że chciał przekazać pacjentom prawdę, wolał oszczędzić im swojego bólu.
    — Niestety nie znam dobrze przypadku Lariny i Alexandra. Wiem tyle, że z samego rana przyszli do gabinetu Aculi i powiedzieli, że rezygnują. — Posmutniał, gdy Avenity nazwała eksperyment rzezią. To słowo, którego sam kiedyż użył w odniesieniu do niego. — Nigdy nimi nie byliście. Mimo że eksperyment jest ryzykowny wszystko, co się dzieje po nim jest kierowane waszym dobrem. Macie stałą opiekę lekarską, jesteście w tym budynku z tego powodu. Ja i inni lekarze jesteśmy tu, by o was dbać.
   Zoe obserwowała rysy jego twarzy. Nie zawsze potrafiła rozpoznać konkretne emocje. A jednak niektóre były tak wyraźne, że nie dało się ich przeoczyć. Ten żal, gdy wspominał o poprzednich uczestnikach, zmarłych uczestnikach. I pewność, gdy mówił, że chce im zapewnić bezpieczeństwo. Wtedy biła od niego troska. Jakby już byli jego przyjaciółmi. Dla Sanz było to niezrozumiałe. Owszem, zdążyła poznać inne osoby, zaufać im trochę, lecz nikogo nie uznała za bliskiego. Nie miała jeszcze przyjaciół.
    — Zajęcia będą prowadzili różni lekarze na zmianę. Będziemy powoli tłumaczyć wam jak działa społeczeństwo i przyzwyczajać was do tego. Nie wszyscy musieliście przyswoić prawa panujące na świecie, a jest to konieczna wiedza.
   Jak łatwo zmieniał nastrój i ton odpowiednio do padającego pytania. Nie kłócił się, że chciał mówić dalej. Zwyczajnie odpowiadał. Raz z uśmiechem, czasem prawie ze łzami.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#297 25-04-2018 o 00h35

Straż Cienia
Sahir
Młody rekrut
Sahir
...
Wiadomości: 12

https://zapodaj.net/images/d4317fc44852f.png
xXx

Przeciętne twarze. Przeciętny świat, w nim przeciętne twarze. Albo przeciętny świat w przeciętnych twarzach? W końcu odbijał się w nich jednako – w ich oczach. Podobni do siebie – a przecież każdy inny. Widziałem zmieniający się świat i widziałem zmieniające się twarze – które z nich było więc bardziej stabilne? Świat? Dlatego, że płynęły mu milenia i na karku miał długi powiew zmiennego trwania? Dźwigał na sobie wszystkie zmiany i wszystkich ludzi jak strudzony tytan, który zbyt długo podpierał nieboskłon. Odpocznij. Odpocznij, bo to najwyższy czas. Podglądany, poskramiany w lustrzanych odbiciach, chłonięty z ciekawością i obojętnością – a wszystko to w tych przeciętnych twarzach. Przeciętny świat w przeciętnych oczach. Widzisz? Chociaż to  świat ma milenia a nie ty, ja, czy tamten chłopak na wózku inwalidzkim. Nie ten, którego oczy szukały książek, nie ta dziewczyna, która wpatrywała się z ufnością w lekarza, nie ten chłopak, który wątpił i nie ten zagubiony, który wolał trzymać się z boku. Nie mamy nawet dwudziestu pięciu lat – a jednak to my posiedliśmy świat. Nie świat nas. My – więźniowie własnych słabości. Niewdzięczni. Tak przyzwyczajeni do tego, że ktoś inny podtrzymuje dla nas niebo, że nie zastanawialiśmy się nad włożoną w to pracą. Nad poszczególnymi ruchami atomów, które tworzyły obraz tego, co fałszywie tworzyło nasze oko, przywdziewając gładkość rysów i barw. Mówię – przeciętne twarze, tylko dlatego, że cisza gościła na ustach zebranych. Wycofanie, wola przysłuchiwania się, którą też wykazywałeś. Rujnowały się zasady, opadały podwaliny początkowej strategii – nie wychylaj się, a łatwiej będzie się przystosować, ale... A jednak dobrze ci było właśnie tak – wychylonemu lekko do przodu. Bardziej swobodnie, pomimo myśli, żeby lepiej zamknąć jadaczkę. Która zwyciężyła widać od razu. I z tych przeciętnych twarzy żadna nie była przeciętna na prawdę. Z jakichś powodów pełzała po myślach myśl, że są ponadprzeciętnie piękni. Szlachetny rys, muśnięcie pędzla kształtującego gładkość marmuru na policzkach, gładkie noski, smukłe szyje stworzone do tego, by oblewać je pocałunkami. Zbieranina tych przypadkowych ludzi, chowających pod ciuchami swe blizny, była piękna. I każdy był inny. W tej inności zawsze był ktoś, kto bardziej czy mniej wpadał w oko. Na przykład ta wycofana dziewczyna, obok której siedział. Na przykład Adam, który zabrał głos, odważny, celny jak strzał snajpera, całkowicie rzeczowy – a Ake miał wrażenie, że lubił tą rzeczowość. Wrażenie, bo jeszcze sam nie był pewien, co dokładnie lubił, a czego nie. Nie wiedział nawet kim jest. Właśnie – jak dziecko. Nowo narodzone dziecko, któremu wręczono wiedzę jak nagi bagnet, obrócono w kierunku bitwy, każąc mocno go ściskać w rączkach i na do widzenia szepcąc do ucha "tylko nie oglądaj się za siebie". Popchnięcie w stronę wojny było krokiem następnym – bo końców efekt był taki, że dziecko szło przed siebie.
Wszak czemu nie?
Ponoć dzieci nie znają strachu, bo nie wiedzą, że powinny się bać.
Ake całkiem mocno trzymał swoją broń, którą mu wręczono.
Przysłuchiwał się tej wymianie zdań. Nie odpowiedział nic na słowa, że doktor nie spodziewał się, że komuś brak kamer mógł przeszkadzać – owszem, przeszkadzał. Nie chodziło o to, że Ake lubił kamery. Ba! Z jakiegoś powodu bał się ich. Z jakiegoś powodu czuł się zagrożony, kiedy jego ruchy były obserwowane – ale jeszcze bardziej zagrożony czuł się tutaj. W złudnie bezpiecznym, zaufanym pomieszczeniu, gdzie przed sobą mieli jeszcze bardziej złudnego doktora. Wszystko to wydawało się snem, a wiecie – kiedy we śnie umierasz, po prostu się budzisz. Tylko po to, by śnić znów o tym, jak umierasz. Chwytanie czegokolwiek we mgle było ciężkie. Łatwo było trafić na ostre kolce róż. Co z tego, że były piękne, skoro w te mżawce każda woń tonęła, a obrazy gubiły się w kurtynach barwy mleka – gęstych i osiadających na skórze chłodnymi kroplami. Ubrania nasiąkały wodą, a ziemia pod nogami zmieniała się w błoto. Nie dla każdego ta droga tak wyglądała, co? Chociaż pewnie każdy czuł się mniej czy bardziej zagubiony – kwestia charakteru. Nie byli pustymi lalkami – to było pokrzepiające. I oznaczało tyle, że lekarze nie byli w stanie wykasować wszystkiego.
- Już raz dobrowolnie dałaś się zaprowadzić na rzeź, teraz nagle cię to przerasta? – Zapytał z czystej ciekawości, zwracając oczy na Avenity. Ciekawe. Więc nikt tu się nie boi kamer... a jednak drżeli, bo kogoś zabrakło? Był zapychaczem miejsca. Elementem, który został wepchnięty, ponieważ jakieś miejsce się zwolniło – i to miejsce po kimś, kogo najwyraźniej większość lubiła. Te dwie dziewczyny na pewno. Może jakaś ich miłostka? Avenity wydawała się bardzo bojowo nastawiona – ciekawe. Strata musiała zaboleć, co? Jak nóż, który wbijasz w trzewia i przeciągasz nim w górę, pozwalając, by...
- To nic osobistego. Każdy z nas dobrowolnie zamordował samego siebie żądając nowej szansy. W tym świecie nie ma nic za darmo, więc twoim obowiązkiem teraz jest teraz zapłacić za to, co otrzymałaś. – Czy może teraz chciała się wycofać, ponieważ ktoś odpadł? Ktoś, kogo tutaj znali, kto się do nich uśmiechał, kto z nimi rozmawiał i tańczył na ostatnim balu? O czym przecież Ake pojęcia nie miał – o balu zwłaszcza. Mógł się jednak domyślać. Mógł kreować na płótnie, kreślić kolejne linie i dodawać barwy – i mylić oczy spoglądających tak samo sprawnie, jak sprawnie ludzkie oko oszukiwało mózg. I w tych pytaniach rzeczywiście mogła drzemać naiwność – ale był to raczej realizm, nie naiwność. Ake daleko było do bycia naiwnym (albo było mu bliżej, niż chciał sam przed sobą przyznać). Daleko mu było do zaufania tym ludziom i temu, co się tutaj dzieje. Po prostu... Właśnie – po prostu co? Po prostu ich prowokował? Najpierw lekarza, a teraz dziewczynę, która pociągnęła strunę emocji, wydając z niej czysty, klarowny dźwięk? Podobało mu się to brzmienie.
Jeszcze.
Ake odkrył, że jego obawy przed tymi nieznanymi mieszały się z ciekawością. Bo to było ciekawe doświadczenie. Gra, którą podjął i którą podjęli wszyscy tutaj – z samymi sobą, ze swoimi umysłami, pewnie zdając sobie sprawę z tego, że po obudzeniu się, bez wspomnień, będą zagubieni. Na starcie nie określał ich mianem ameb, zakładał, że byli inteligentni – taki był z niego już dobry ziomek zombie.
- Jeśli istniałoby zaufanie, po co byłyby kamery? – Spojrzał w kierunku Adama, spoglądając na niego. Rzeczowy? Wycofany? Ludzie uwielbiali określać splot ramion na klatce piersiowej jako "pozycję zamkniętą". Nie koniecznie oznaczało to jednak, że człowiek rzeczywiście się zamyka i jest wycofany. Bardziej przypominało to podpieranie samego siebie i przyjmowanie defensywnej postawy. Słowo "zastanowienie" pasowało tutaj jak ulał – a z pewnością pasowało idealnie do spojrzenia, które chłopak wbijał w... w niego. Przez moment ich spojrzenia się spotkały. Tak jak spojrzenie jego i Avenity się minęły, bo ona skupiła swoje na doktorze. Czy faktycznie interesował go ten temat? Tak – myśl o byciu obserwowanym. Śmieszne, że ich myślenie prawie się ze sobą pokryło. Ake zapytał samego siebie o to samo – czemu istnieje strach przed byciem obserwowanym? Dlaczego to takie nieprzyjemne? No czemu? Brak odpowiedzi na pytania był frustrujący – dlatego tak dobrze stawiało się je innym. Co jeśli zapytasz tak, by inni odpowiedzieć nie potrafili? Jeśli będą ciągnąć, zręcznie oszukiwać – wszystko, co nas teraz otacza, było fikcją. Bajką, w której wyskakiwały figurki z kartonów, jedno drzewko i trzy kępki trawy, rozkładając się ku uciesze czytelnika. Więc najpierw widzisz kartonowe figurki – oceniasz je, cieszysz nimi oczy, albo krzywisz się, bo wyjątkowo brzydko je wycięto. Dopiero potem czytasz treść. Tak jak to robił Neville.
Ale w życiu trzeba mieć kogoś, komu można zaufać.
Ake nie wiedział dlaczego, ale miał wrażenie, że teraz jego struna uczuć została pociągnięta. Do tego stopnia, że przestał przyglądać się zebranym, już teraz całkowicie jawnie, obserwując ich z zainteresowaniem, podpierając głowę na pięści ręki podpartej o blat. Rzeczywiście – było w tym coś nostalgicznego. Pytanie – jak zaufać komuś, jeśli nie można ufać samemu sobie? Bytowi obcemu i zupełnie... nie-naszemu? Tym razem jednak nie zabrał głosu. Cofnął się o krok, bo czuł, że jego rytm tutaj nie pasował. Mojry wplotły pomiędzy uczestników projektów dwie miodowo-irysowe nici. Niestety nici popełniły błąd. Poplątały się. Chyba błędem było to, że dały się wyciszyć. Brunet przesunął spojrzenie na lekarza. Rzeczywiście – jak plastelina. Giął się – czy tylko sprawiał takie wrażenie? To on gniótł ich. Kształtował na swoją wolę słodkością słów. Nie miało znaczenia to, czy komukolwiek tu zaufają czy nie.
- Dręczenie samego siebie ciągłym zwątpieniem, czy nie jest się oszukiwanym, jest stratą energii. – Przymknął oczy i przechylił lekko głowę, wsłuchując się w bicie własnego  serca. W głosy innych. - Oczywiście zwątpienie rodzi pytania, pytania zaś są podstawą rozwoju. Należy rozsądnie postawić granicę.  - I meritum sprawy, meritum... Bo przecież trzeba było tutaj dobrze wybrać, prawda?
Słowa doktora tylko utwierdziły go w przekonaniu, jak żałosnymi stworzeniami byli – Oni, ci "odważni", którzy wzięli udział w tych badaniach. Mizerniutkimi, maluczkimi... Nie potrafiącymi o siebie zadbać.
- Z całym szacunkiem, ale raczej nie ma czego podziwiać. – Ach, stu procentowa śmierć. Jak słodko. Jak słodko musiały brzmieć wszystkie struny uczuć rozpaczy, która grała tu swoje crescendo. Wszystko przez to, że łaska pańska na pstrym koniu jeździ. Raz ci daje – drugi raz odbierze. Zazwyczaj z nadwyżką. Przecież procent rośnie. - Brak zdolności udźwignięcia własnego życia na barkach jest godne pożałowania, nie podziwu. – Uchylił nieco powieki, żeby spojrzeć na doktora.
- Wiele przypadków historii mówi nam, że powinniśmy się uczyć na własnych błędach. Jaki cel ma trzymanie historii naszych przeszłych "ja" w tajemnicy? – Skoro już poruszali temat uczenia się, bla, bla, bla... Ake nie potrafił się pozbyć irytującego wrażenia utraty czasu. Wrażenia, że już to wszystko przerabiał i teraz musiał sobie to wszystko tylko odświeżyć.
Długowłosy podniósł się z krzesła.
- Skoro mamy się tu uczyć, jak żyć w społeczeństwie, to pozwolę sobie spróbować zacząć od podstaw. Najmocniej przepraszam, jeśli kogokolwiek uraziłem swoimi słowami. – Przesuwał wzrokiem po obecnych. Po tych udzielających się i po tych milczących. Od Mei, która milczała, która ciężko przełknęła ślinkę, jakby wraz z tą wydzieliną przełykała własny strach, topiąc go w kwasie własnego żołądka, próbując roztopić go żywcem, po uspokojoną słowami lekarza Zoe. - Dopiero się przebudziłem i próbuję się dostosować. Odnoszę jednak wrażenie, że źle zacząłem. – Przywdział na twarz przyjemny, ulotny uśmiech. - Nazywam się Shinoda Ake, miło mi was poznać. Przykro mi, że zająłem miejsce waszego przyjaciela. Mam jednak nadzieję, że się mną zajmiecie. – Pokłonił się tak jak nakazywała tego etykieta wyniesiona z dalekiej Wyspy przed uczestnikami projektu, ale zaraz wyprostował się i zwrócił w kierunku doktora. - W Japonii mamy powiedzenie, że dojrzewające ziarna ryżu pochylają głowy. – Wyciągnął łagodnie kąciki ust w górę. Wdzięcznie. Na jego twarzy nie było jednak faktycznej wdzięczności, próżno szukać tam też słodyczy.
Pochylił przed doktorem głowę i usiadł na swoim miejscu.
Wszystko to wydawało mu się zupełnie nie takie. Jakby ktoś nałożył na niego kostium (kostium clowna-zombie, brr), a on zaczął automatycznie odgrywać rolę, nawet się nad tym nie zastanawiając.


https://data.whicdn.com/images/232030300/original.gif

Offline

#298 27-04-2018 o 03h59

Straż Cienia
Senira
Oficer Straży
Senira
...
Wiadomości: 1 390

--------------------------------Link do zewnętrznego obrazka
     Zestresowany blondyn, co rusz patrzył na różnych uczestników spotkania. Szukał w ich twarzach jakichś wątpliwości, może smutku? Bardzo go korciło, aby wyjść z tych zajęć od razu. Jednak powstrzymał się, nie chcąc zwracać na siebie uwagi. Z czasem pojawiało się coraz więcej spóźnionych osób, a dyskusja wrzała. Szczególnie zainteresowany wydawał się jeden z nowych, który siedział tuż obok niego. Chłopak o długich włosach i kolorowych oczach. Sam Michael z ciekawością słuchał odpowiedzi dr Wrighta. Na razie inni zadawali wystarczająco dużo pytań. Im mocniej ludzie angażowali się w rozmowę, tym bardziej się rozluźniał. Mimo że nie była to dyskusja o pogodzie i słodkich szczeniaczkach, to wydawało mu się, że w ten sposób uczestnicy zbliżyli się do siebie odrobinę. Pomijając oczywiście bliskość fizyczną. Michael zaczął zastanawiać się, co mają na celu te zajęcia. Oprócz pogawędki o kamerach. Doktor wyraźnie starał się ich przekonać do siebie. Miał w sobie coś takiego, przez co chciało mu się od razu zaufać. Jednak może nie przy pierwszym spotkaniu, nie po informacjach, które do nich dotarły w poprzednim dniu.
     Dyskusja trwała, a głos ponownie zabrała jasnowłosa dziewczyna. W zupełności zgadzał się z jej słowami. Zagryzł wargę, gdy usłyszał nazwisko Aurory. Poruszyła go wypowiedź dziewczyny. Było też widać, że jest zaangażowana emocjonalnie. Dr Wright w odpowiedzi uchylił im rąbka tajemnicy ze swojego życia. Bardzo niespodziewanego, bo co mogło się zdarzyć w jego historii, że chciał zapomnieć? Michael znów wrócił myślami do książki, którą miał w szufladzie. Może to tylko zbieg okoliczności z nazwiskami, ale musiał się upewnić. Słuchając dalej, coraz bardziej współczuł temu mężczyźnie. Z pewnością widok tylu nieudanych eksperymentów nie napawał optymizmem. Na koniec odpowiedział na pytanie, które wcześniej sam chciał zadać Michael. Chłopak zaczął stukać palcami o blat z niecierpliwości. Po chwili zreflektował się, bo wciąż sprawiało mu to ból. Syknął cicho, chowając zabandażowaną dłoń z powrotem pod stół.
     Niejaki Ake, bo tak sam się później nazwał, nadzwyczaj chłodno ocenił sytuację. Wydawało się, że wręcz naskakuje na jasnowłosą dziewczynę, ale po chwili przeprosił. Michael nie wiedział co o nim sądzić. Wydawał się mu zagadką do rozwiązania. Jednak aż tak bezuczuciowe wnioski trochę go przerażały. Aby szybciej zakończyć zajęcia, musieli najwyraźniej dojść do jakiejś konkluzji. W blondyna wstąpiła nowa energia i zrobił to samo, co jego poprzednik.  Wstał.
     – Cześć wszystkim, nazywam się Michael Savage i dołączyłem do eksperymentu niedawno, część z was już znam, ale z chęcią zapoznam się z resztą z którą nie miałem tej przyjemności. – Mówił dość szybko, ale głośno i wyraźnie. Po tym krótkim przedstawieniu się, usiadł, zwracając się tym razem bezpośrednio do Ake. – Zgadzam się z tobą. Częściowo. Dręczenie samego siebie pytaniami jest stratą energię, ale co nam pozostało, gdy nie znamy swojej przeszłości? Jeśli ją poznamy, to odzyskamy wspomnienia i eksperyment się dla nas zakończy. A musiało się coś stać w naszym życiu, co nas złamało. Nie zastanawiałeś, co akurat ciebie popchnęło do takiego przedsięwzięcia? I owszem, musimy płacić naszą obecnością tutaj, ale czy mamy 100% pewności, że ktoś nas nie zmusił do tego eksperymentu? – Nie mówił szczególnie głośno, ale jeśli nikt inny się nie odzywał, to reszta bez problemu mogła usłyszeć jego słowa.
     Może pytania, które zadał były zbyt osobiste, może nieodpowiednie. Jednak nie dbał o to. Był zwyczajnie ciekawy, co mu odpowie poetycki Ake. Może zacznie mówić wierszem? Jego wypowiedzi przypominały Michaelowi jakiegoś poetę, który deklamuje swoje myśli. Tak różny od niego samego. Zaczęły ciekawić go te różnice. Nie tylko w wyglądzie. Także w sposobie wypowiadania się, siedzenia czy nawet spoglądania. Przy stole siedziały osoby z różnych zakątków świata. Ich wspomnienia zostały wymazane, ale sposobu myślenia czy mówienia nie dało się pozbyć tak po prostu.

Offline

#299 27-04-2018 o 18h01

Straż Cienia
Lashanti
Szeregowiec
Lashanti
...
Wiadomości: 135

http://i68.tinypic.com/6rqbk1.jpg

  Nie minęło dużo czasu, aż się zebrał spory tłum w całym tym przedstawieniu. Podczas wrzącej dyskusji o kamerach, znudzony zacząłem się wpatrywać przez pewien czas na przemawiającego i odpowiadającego pytania doktora. Jeżeli naprawdę chciał, żebyśmy czuli swobodę bez świadomości bycia obserwowanym to raczej mu dobrze nie wyszło. A przynajmniej ja tak to odczułem. Na pytanie Adama starszy mężczyzna odpowiedział:

  "Ufam wam"

  Te dwa słowa tylko przypomniały mi o moim kiepskim samopoczuciu na balu, kieliszku oraz śnie jakiego doświadczyłem wcześniej i wspomniane w nim słowa:

  "To twoja wina, Neville! Ty naprawdę jesteś zarazą! Miałeś rację. Nigdy nie powinieneś być naszym przyjacielem!

  Czy dr Wright powiedziałby do mnie osobiście, że mi ufa jeślibym zdradził jego zaufanie? Szczerze w to wątpiłem. Z zaufaniem jest dokładnie tak, jak z kartami kredytowymi. Tyle tylko, że rządzi się ono własnym tempem. Dajesz komuś kredyt czasu, by je zdobył, a gdy już je ma to zaliczył u ciebie stałą pożyczkę. Jednak co  byłoby, gdyby osoba jakiej ufasz ten kredyt zaufania zdradziła i potajemnie założyła sobie konto w innym banku? "Zostałem zdradzony już raz przez kogoś mi bliskiego, więc tym razem to ja będę kimś kto zdradzi. Dzięki temu uniknę zranienia swoich własnych uczuć." To może być jeden z tysiąca możliwych procesów myślowych kogoś kto nadszarpnął już kiedyś czyjeś zaufanie, choć może za bardzo nad tym myślałem. Dlaczego, więc nie czułem się swobodnie z deklaracją zaufania doktora? Odpowiedź była całkiem prosta.
  Nie chciałem, żeby wypowiadał słowa "ufam wam" z taką lekkomyślnością. Irytowały mnie one. To nie było nawet przez to, iż go osobiście podejrzewałem lub skreśliłem jego wypożyczony na obecny moment kredyt zaufania. Wszystko było kwestią tylko jednego pytania huczącego mi od tego momentu po głowie. Jak mam komuś zaufać, a tym bardziej innym jeżeli nie mogę kompletnie ufać sobie samemu? Kto w pierwszym miejscu sobie chciał wymazać własną pamięć? Ja sam tego chciałem i właśnie dlatego sobie nie powinienem ufać.

  A jeżeli nie mogłem ufać sobie samemu to czy potrafiłem dać wspomniany kredyt zaufania komuś innemu?

  Na moje szczęście wszystkie myśli czy wątpliwości na chwilę zniknęły dzięki wybuchowi Avenity. Zadane przez nią pytania były częściowo tym co samo chodziło mi po głowie, lecz nie do końca się z wszystkim zgadzałem. Być może dlatego, że osobiście nie wiedziałem kim do diabła jest Aurora lub chociażby Larina. Jedyne znajome imię w rozpoczętej konwersacji należało do Alexa. A jego praktycznie nie miałem okazji dobrze poznać. Widziałem go podczas swojego pierwszego dnia w tym ośrodku i to tyle...

  Jednak czy to jest dobry powód, żeby podchodzić do czyjejś śmierci lub rezygnacji z obojętnością i ignorancją? Czy może to tylko przez to, że wykorzystując ich istnienie egoistycznie chciałem skierować swój tor myśli z dala od efektów ubocznych, jakie właśnie teraz przeżywam przez eksperyment? 

  I wtedy dr Wright ponownie namieszał w moich spostrzeżeniach swoją odpowiedzią na pytania zadane przez Avenity. Jego słowa dotyczące zaufania sprawiały, że prawie chciałbym mu zaufać, ale nie potrafiłem. Im bardziej wyrażał w swoich słowach swoje pragnienie byśmy mu ufali... Tym bardziej chciałem, by to on przestał nam ufać. Cała historia jaką nam przedstawił mogła być rzeczywiście szczera. Szansa na to jest zawsze pół-na-pół.

  Jeżeli rzeczywiście pragnie byśmy mu zaufali, dlaczego nam nie pokaże jakiegoś dowodu, że jego wszystkie słowa są prawdziwe?

  Mimo wszystko nawet jeżeli jego słowa są szczere to w pewnym sensie należą też do okrutnych. To oznaczało, że widział przebieg tego eksperymentu przez trzy lata, opiekował pacjentami, widział na własne oczy ofiary tego szaleństwa oraz kompletnie nic do tej pory z tym nie robił. Oczywiście nie mam na myśli tego, iż dr Wright w ogóle nie walczył. Jednak czasami bycie kompletnym ignorantem oraz biernym obserwatorem czyni osobę tak samo odpowiedzialną za pewne sytuacje. Oczywiście my również jesteśmy odpowiedzialni. Tak jak ujął to klaun zombie sami siebie zaprowadziliśmy na rzeź i tamci ludzie nie są wyjątkiem. Jego słowa wyglądały troszkę jak atak na Avenity, ale wyrzucając wszelkie uczucia do kosza to wypowiedziane przez niego spostrzeżenia wydawały się kompletnie logiczne.

  Dlaczego, więc miałem problem określić jaką osobą jestem? Nadmiernie uczuciową czy może chłodną, podążającą za logiką i zachowującą jak klaun zombie? A tak pomijając temat to godność naszego pana zombie "Shinoda Ake" kojarzy mi się z nazwą sklepu sprzedającego tanie meble. I kompletnie nie wiem dlaczego chciałbym teraz odwiedzić ten sklep.

  Następny głos zabrał entuzjasta opalania. On też wstał, by się przedstawić. Serio? Nie mówcie mi, iż będziemy wstawali w kółeczku, żeby wyjawić swoją godność?! Na pewno zacznę skakać i klaskać z zachwytu jeżeli inni zaczną to robić. W pewnym sensie pan blondynek wątpił troszkę, w logikę pana zombie, więc czeka nas raczej interesująca dyskusja. Prawdopodobnie.
   - To ja w takim razie też się przedstawię. Jestem Neville Melville - powiedziałem zanim inni zaczną wstawać, by się przedstawić. Nie ma mowy, żebym dał im tutaj grać domowe przedszkole albo jakieś głupie introdukcje rodem z podstawówki. Nie przeżyłbym tego, a już miałem wystarczająco zbyt dużo kłębiących się pytań w środku mej głowy.
  - A ja uważam, że to co dla jednego może być stratą czasu i energii może wcale nie być dla kogoś innego. Tak samo jest z byciem na sto procent pewnym siebie wszystkiego. Czy nie po to jest cały sens tego spotkania, żeby dostać odpowiedzi na dręczące nas pytania? A tak poza tym możemy się dowiedzieć jeżeli zostaliśmy naprawdę zmuszeni do tego eksperymentu. Panie doktorku chciałbym zadać ci kilka pytań. Dlaczego nie ma tu bezludnej wyspy? Czy sklepy mają tu wyprzedaż na słodycze? Gdzie jest pan Terminator? A tak przechodząc już do czegoś ważniejszego... Czy wszystkie zebrane tu osoby przeczytały już swoje umowy? Ach, no i czy kiedy je podpisywaliśmy byliśmy nagrywani? Chciałbym byśmy wszyscy mogli zobaczyć teraz nasze umowy. I ostrzegam obecnie nie jestem największym fanem spacerów podczas wschodu słońca  - wypowiedziałem jeden z najdłuższych monologów w mym nowym życiu. Nigdy więcej tego nie zrobię.
  Wiedziałem, że pierwsze pytania były kompletnie pozbawione sensu, ale miałem już dość tej ciężkiej atmosfery. Jak i obserwowania życiowych dram innych uczestników eksperymentu w postaci zadawanych przez nich pytań. Byłem ciekawy jak dr Wright zareaguje na pytanie dotyczące naszych umów. A przede wszystkim jeżeli pozwoli je nam przeczytać w jednym pomieszczeniu. W pewnym sensie to był test na ile sobie mogę pozwolić jeśli chodziło o zadawane pytania. Może komuś to pomoże lub zaszkodzi.
  Kiedy ten cały eksperyment się zakończy zamieszkam na bezludnej wyspie. Posiadanie małego domku nad morzem też nie brzmi źle. A na razie spróbuje znaleźć coś pozytywnego w doktorach, którzy noszą białe kitle. Jednak jedyną pozytywną rzeczą jaką mogę w tym znaleźć jest to, że każdy lekarz nosi plakietkę zawierającą ich godność. Dzięki temu nie muszą się oni przedstawiać cały czas swoim pacjentom. Plakietki... Może sam powinienem zostać lekarzem albo naukowcem. Jeślibym poznał lepiej świat w jakim przebywa dr Acula zrozumiałbym więcej w temacie przeprowadzonego na nas eksperymentu. Biblioteko, prawdopodobnie niedługo staniesz się moim drugim pokojem. Kamery, hmm... Może powinienem jakoś wykorzystać ich brak w tym pomieszczeniu.

Ostatnio zmieniony przez Lashanti (28-04-2018 o 22h27)

Offline

#300 27-04-2018 o 21h53

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 805

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/353951141060542465/371006641811750934/58e331566ed041c31a9b5496403fcb18.png

     Nieprawdopodobne, że wystarczyło tylko jedno spojrzenie, aby zapamiętać dokładnie barwę czyichś oczu. Tęczówki długowłosego mężczyzny nie miały nic wspólnego z piwnymi oczami Zoe, a jednak, kiedy wpatrywał się w jego dwukolorowe oczy, pomyślał o dziewczynie siedzącej obok Ake. Różnobarwność tęczówek była dla Adama widokiem niezwykłym- i choć lekko niepokojącym, odwrócenie się od nich było trudniejsze, niż mógł przypuszczać. Uczucie, którego po raz pierwszy doznał przy Zoe- świadomość tego, że jest się w stanie dokładnie odtworzyć czyjąś twarz w wyobraźni, powróciło do niego nieoczekiwanie podczas spotkania w bibliotece. Oba te spojrzenia, zarówno Shinody jak i Sanz nie potrafił porównać do Mei, która poprzedniego wieczoru zerkała na niego raz na jakiś czas, by później powrócić do tekstu gazet i książek. Adam zdobył dziwne przekonanie tego, że na świecie nie istnieją dwa takie same spojrzenia, bo choć jedno miało prawo przypominać mu drugie, mogły być równocześnie zupełnie do siebie niepodobne.
     Nie spodobało mu się to, jak „ten nowy” odnosił się do Avenity. Choć z samą dziewczyną nie wymienił bezpośrednio ani jednego zdania, ostre słowa w jego ustach, z akcentem, który miał w sobie znajomą nutę odebrał bardzo negatywnie. Momentalnie zmarszczył brwi i ze srogim spojrzeniem zwrócił się do długowłosego. Powstrzymał się od skomentowania wszystkiego tak dosadnie, jak chciał powiedzieć na początku. Od ironicznego podziękowania mu za nowe wrażenia, jakich mu dostarczył. Adam po raz pierwszy w życiu poznał jak to jest, kiedy chce się kogoś uderzyć w twarz. Poczuł się… urażony.
-Trochę się zagalopowałeś- powiedział.
     Nie skreślał go. Rozumiał to, że nimi wszystkimi targały przeróżne emocje. Wiedział już, że jeśli nie zdoła polubić tej osoby, będzie do niej niechętny i źle nastawiony. Że o obojętności i neutralizmie nie było mowy.
-Kamery? Po to, aby zareagować, gdy ktoś zasłabnie na korytarzu, a nikogo nie będzie akurat w pobliżu- oznajmił. Jego spokojny ton wolno wracał na swoje miejsce. –Tak myślałem na początku.
     Historia doktora Wrighta opowiedziana była w sposób prawdopodobny. Adam nie chciał przyznać ani okazać tego, że naiwna część jego osobowości kupiła część. Myślał o tym jak o bajce, nie ufając mu dalej, a tamta strona dalej krzyczała na niego i rozkazywała mu śmiało szukać silnych argumentów, które obaliłyby całkowicie opowieść Johna Wrighta. Darował sobie skomentowanie tego, ale jak zwykle, nie wszyscy wybrali tę samą ścieżkę.
     Po przedstawieniu się przez Ake, wbił wzrok w Michaela. Z jego zdaniem również mógł się utożsamić. Zgadzał się. Nie mieli pewności, że nikt nie zmusił ich do tak desperackiego kroku, jakim było dobrowolne odebranie sobie wspomnień. Następnie, głos zabrał ciemnowłosy chłopak. Kiedy Neville skończył mówić, Adam wstał z miejsca, z zamiarem przedstawienia się tym, którzy jeszcze go nie poznali. 
-Nazywam się Adam Prescott. Zgadzam się z Michaelem. Czy jest jakiś sposób, abyśmy mieli pewność, czy aby na pewno wszyscy chcieliśmy tego, co się stało?- Zerknął na złotowłosego, a później na doktora. Następnie przeniósł wzrok na Japończyka i uśmiechnął się do niego w podobny sposób, w jaki on uraczył ich wcześniej swoim podniesieniem kącików ust.
-Przyjmuję twoje najmocniejsze przeprosiny.- Niemal od razu zaczął zastanawiać się nad tym, czy było to bezczelne zachowanie z jego strony, czy jedynie zbyt przesadne okazanie mu szczerości.
     Zajął miejsce, by później spojrzeć na Nevilla.
-W dalszym ciągu sądzę, że twoje bytowanie na bezludnej wyspie zależy tylko od ciebie, Nev- Parsknął cicho, przymykając oczy i odwracając głowę w bok.
     Przejechał spojrzeniem po wszystkich, nieco dłużej zatrzymując się na Evie siedzącej obok. Przez zaangażowanie się w rozmowę, przebywanie obok nie było dla niego aż tak niezręczne, jak na początku. Zastanawiał się, dlaczego się nie odzywała, mimo tego, że nie była jedyną osobą, która wolała tylko słuchać.
      Denerwowało go to, że przez pryzmat imienia, postrzegał ją inaczej od innych. Podjęcie rozmowy z nią byłoby trudniejsze niż podjęcie jej z Avenity, Zoe, czy nawet z Lily, której planował unikać przez jakiś czas, ale nie do końca. Mimo tego, czuł się zupełnie bezradny. To, że ona w jakiś sposób dawała znać o swojej aktualnej nieśmiałości, onieśmielało go i nie ułatwiało sprawy. Czuł, że chciałby z nią porozmawiać, chociażby o tym, że kwiaty w ogrodzie są miłe dla oczu, albo, że ilość książek w bibliotece była imponująca. O czymś błahym, o czymś, co mógłby określić „czymkolwiek”. Przypuszczał jednak, że gdyby przyszło mu z nią rozmawiać, wszystkie pomysły uciekłyby od niego na drugi koniec świata.
     I jeszcze dalej.

Ostatnio zmieniony przez Airi (28-05-2018 o 21h18)


https://66.media.tumblr.com/8c024eaefef499d2adc2db1a5a4a282c/tumblr_p2uxioE1mF1vpmpmko6_r1_400.gif https://66.media.tumblr.com/e65accd1059239b5d7f9143b407f5b1e/tumblr_p2uxioE1mF1vpmpmko7_r7_400.gif

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 10 11 12 13