Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 01-11-2017 o 16h14

Straż Cienia
Kin-chan
Straż na szkoleniu
Kin-chan
...
Wiadomości: 159

https://cdn.thinglink.me/api/image/936040150650060801/1240/10/scaletowidth


PROLOG


U zarania dziejów Pan powołał do życia pradawne istoty, których połowa opowiedziała się po stronie dobra, a druga połowa po stronie zła powstały wraz z nimi istoty będące całkowitym przeciwieństwem tego, co stworzył pan. Powołał je cień Pana. Istoty te były tak szkaradne i pokraczne w swej naturze, że zostały nazwane Wynaturzeńcami i wypędzeni do Pustki, miejsca pustego i zimnego.

Jednak Wynaturzeńcy zdołali osłabić swoje wiezienie i wydostali się przez Wyrwę do naszego świata. Pan Wybrał, więc spośród swego anielskiego wojska, najznamienitszych wojowników i obdarzył ich wielką mocą do walki z Wynaturzeńcami.

Wielka bitwa trwała trzynaście dni i trzynaście nocy. Poległo wielu, jednak Wynaturzeńcy zostali odparci i ponownie zepchnięci do swego więzienia. Wybrani wojownicy poświęcając swe życia zapieczętowali Pustkę. By nigdy o nich nie zapomniano na ich cześć nazwano gwiazdozbiory, które znamy dziś pod nazwą Zodiaków.

Ale niestety po tysiącu lat znów pojawiła się Wyrwa i Wynaturzeńcy ponownie zagrozili światu. Dusze Zodiakalnych wojowników powróciły z nieboskłony by ponownie stanąć do walki. Bitwa znów została wygrana, a Wynaturzeńcy ponownie zapieczętowani. Lecz tym razem coś się stało. Dusze wojowników nie powróciły na nieboskłon, lecz trafiły na ziemię. Od tamtego wydarzenia Wojownicy nieświadomi tego, kim są żyli jak zwyczajni śmiertelnicy, odradzając się za każdym razem, gdy ich życie dobiegło końca nie pamiętając nic z poprzednich wcieleń.

Gdy po kolejnym milenium pojawiły się znaki zwiastujące otwarcie się kolejnej Wyrwy, a Wojownicy ponownie musieli zostać zebrani, utworzono Zakon by nauczyć Wojowników tego, kim naprawdę są i jakie jest ich przeznaczenie.

Wyrwa powracała, co każde tysiąc lat i wtedy też byli zbierani Wojownicy. I dziś ponownie zagrożenie zaczęło powracać, a grupka nastoletnich chłopców całkowicie nieświadomych tego, kim są zostanie wciągnięta w wir wymykających się logice treningów, nauki i walki. Tylko, kim jest ten dziwny chłopak, który zdaje się wiedzieć więcej niż to możliwe?

Ostatnio zmieniony przez Kin-chan (02-11-2017 o 12h44)


Kupię za rozsądna cenę elementy komplety Evil Shadow i dodatki Sweet Shinobi
|Jesteś mój | 13 Z | Zobiakalni rycerze niebios | Venandi et magi |

Offline

#2 01-11-2017 o 16h20

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 4 946

Twój wątek ma nieprawidłowy tytuł. Edytowałam go.
Zapoznaj się z regulaminem działu.


I ’ M    T H E    P E R S O N    L E A S T    L I K E L Y    T O    B E    F O R G O T T E N .
https://64.media.tumblr.com/3fbe6a1f9a8ed8a587df1311f5e4e136/tumblr_p34wdnrtJ51qkrmk9o7_400.gifv https://64.media.tumblr.com/68ad7d72798d46a13eb3694052cc76d6/tumblr_p34wdnrtJ51qkrmk9o2_400.gifv

Offline

#3 02-11-2017 o 10h49

Młody rekrut
Liwia8
...
Wiadomości: 18

Hejka
Przeczytałam i zostaje xd Czekam na dalsze części. Motyw zakonu będzie ciekawym aspektem opowiadanie, oby był ładnie rozwinięty. Szczególnie spodobał mi się pierwszy akapit.
Weny i chęci

Offline

#4 03-11-2017 o 00h51

Straż Cienia
Kin-chan
Straż na szkoleniu
Kin-chan
...
Wiadomości: 159

https://i.pinimg.com/564x/1c/a6/97/1ca69774de1e529ae128ef7387bb6e14.jpg

Rozdział 1- Wodnik


Williama obudziły głośne krzyki i dźwięki tłuczonej zastawy. Nie to nie byli jego rodzice, a nowi sąsiedzi z mieszkania piętro wyżej. Od trzech miesięcy chłopak nie miał ani jednej normalnej pobudki. Nawet w weekendy sąsiedzi urządzają awantury z samego rana, zatruwając życie nie tylko rodzinie Williama, ale i wszystkim sąsiadom. Ale chłopak przestał się tym przejmować. Za dwa tygodnie przeprowadzą się do nowego domu. Jedynie westchnął i podniósł się z łóżka szukając po omacku okularów. Grube, szczelnie zasunięte zasłony i spora wada wzroku nie są najlepszym połączeniem, ale bez pierwszego nie zaśnie, a o drugi się nie prosił.
Odsłonięcie okna raczej nie poprawiło mu nastroju. Padało. Znowu. Ale czego można się spodziewać w Anglii? Tu pada przez większa część roku. I bynajmniej dzisiejsza aura nie rozweselała wizji kończących się awkacji. Przecierając wciąż zaspane oczy, chłopak nachylił się nad klatką.
- Jack? Pobudka.- Uchylił drzwiczki i sięgnął dłonią w kierunku sterty poszarpanych chusteczek. Rozgarnął je i pogłaskał swojego szynszyla. Gryzoń z początku nie był zadowolony z pobudki, ale już po chwili pozwolił się wziąć na ręce. William kupił go miesiąc temu i od razu bardzo się przywiązał do futrzaka. W ciągu dnia pozwala mi chodzić swobodnie po swoim pokoju, lub nosi go na ramieniu.
- Trzeba cos zjeść mały.- Ziewnął i wyszedł z pokoju. Na całej długości korytarza walały się różne pudła, poduszki, kilka taboretów i popowieszanych na wysokości głowy dzwonków. Połowa z tych rzeczy była naszykowana do przeprowadzi a druga połowa stanowiła przeszkody dla Williama, który lunatykuje zawsze, gdy jest pełnia. Z tego powodu Zasze ma posiniaczone nogi i ręce. Lawirując miedzy domowymi zasiekami dotarł do kuchni i postawił Jacka na kuchennym stole i nasypał mu na spodek od filiżanki garść musli. Uśmiechnął się widząc jak ukochane zwierzątko ochoczo je i zabrał się za śniadanie dla siebie. Jeśli niektórzy ludzi mają wrodzony talent kulinarny to William z całą pewnością nie zalicza się do tego grona. Można by wręcz powiedzieć, że ma anty-kulinarny talent. Jeśli ktoś jest w stanie przypalić wodę w czajniku elektrycznym to tylko właśnie on. Chłopak sam stwierdził, że jeśli nie znajdzie sobie kogoś, kto będzie umiał gotować to, albo będzie musiał żywić się na mieście, albo będzie jeść suchy chleb. Kiedyś rodzice wyjątkowo mieli później wrócić z pracy i chłopak zaoferował, że zdobi na obiad spaghetti. I o ile sos udało mu się zrobić, bo był z torebki to tak makaron już nie koniecznie mu się udał. Chłopak zapomniał włączyć wodzy wiec kluski tylko nią nasiąkły będąc całkowicie surowe. Od tamtej pory ma zdrowia swojego i rodziców, chłopaka na ograniczony dostęp do kuchni i jeśli już zostaje sam ze zrobieniem obiadu to ma coś zamawiać. Tak, więc skończyło się na tym ze chłopak również zjadł musli i popił herbata. To jedyna rzecz, której nie umie zepsuć. Will wręcz uwielbia herbatę, cała jedna szafka w kuchni jest na nią przeznaczona i wypełniona po brzegi najróżniejszymi rodzajami herbaty. Nawet bardzo drogimi sprowadzanymi z zagranicy, rodzajami, które William trzyma na specjalne okazje. Dziś w drodze losowania zaparzył czerwoną z cytrusami.
Czekając aż woda się zagotuje, William narzucił na ramiona sweter i wyszedł z mieszkania zajrzeć do skrzynki na listy. Niestety, a może i stety skrzynka numer sześć była zapełniona, ale trzy czwarte stanowiły ulotki i gazetki. Wrócił do mieszkania by przejrzeć tą wartościową jedną czwartą.
- Rachunek, rachunek, bank, znowu rachunek, o pocztówka od wujka…- Odrzucał kolejne koperty, aż trafił na jedną, która wyglądała zupełnie inaczej. Była zaadresowana do niego, ale od razu było widać ze nie jest to normalny list. Nie była czysto biała z plastikowym okienkiem, przez które widać dane adresowe i adresata. Była żółta jak strona z bardzo starej książki i miała równie podobną fakturę. Dodatkowo była ciężka i można było wyczuć palcami ze w środku jest jakiś mały przedmiot oraz była poplamiona prawdopodobnie herbatą, i była zapieczętowana woskiem. William uważnie przyjrzał się herbowi odciśniętemu w fioletowym wosku, ale pierwszy raz widział coś takiego. Rozpieczętował kopertę i wyjął z niej list, zapisany na papierze w porównywalnym stanie jak koperta oraz ozdobny klucz.
- Ciekawe… Nawet całkiem ładny. Ej…, Ale numer. Tu jest symbol, jakim oznacza się wodnika, a to przecież mój znak, albo to jest jakiś totalny przypadek i zbieg okoliczności albo Toś celowo mi to wysłał.- Chłopak spojrzał na szynszyla, który skoczył już jeść i teraz kręcił się po stole.- Chodź tu mały.- Złapał stworzonko i posadził sobie na kolanach. Głaskając futrzaka jedną ręką do drugiej wziął list. Pismo było mocno pochylone w prawo zupełnie jakby autor obrócił kartkę pod sporym kontem, wąskie i pełne zawijasów.

,,Wiem że po przeczytaniu tego listu pewnie uznasz ze to głupi żart, ale zapewniam że to nie jest żaden dowcip. Nie jestem w stanie ci wszystkiego opisać w jednym liście, ale postaram się ująć to, co najważniejsze. Świat jest w wielkim niebezpieczeństwie… Kosmicznie wielkim… Tak wielkim, że nie jesteś w stanie sobie teraz tego wyobrazić Williamie. Jesteś jednym z Wybrańców. Wyjątkowych anielskich rycerzy wybranych do obrony świata i zaświatów. Klucz, który był w kopercie jest bardzo ważny. Nie zgub go! Jeśli go zgubisz to będzie ogromny problem. Nigdy Dota żaden z twoich poprzedników go nie zgubił, więc nie bądź tym pierwszym. Niestety więcej nie mogę ci wyjaśnić na papierze. Chcę byś się dziś ze mną spotkał. Jakimś przyjemnym miejscu. Może być twoja ulubiona kawiarnia. Ta, w której czekasz na autobus po basenie. Wyjaśnię ci skąd to wiem. Obiecuję, że odpowiem na wszystkie pytania.”[/color]

- Dziwne… I jak tu nie potraktować tego jak żart. Albo nie zgłosić na policję starkingu.- William schował list i klucz do koperty.- Co o tym myślisz Jack? Powinienem tam pójść? I tak będę czekał na autobus… Najwyżej zadzwonię na policję. Chociaż nawet, jeśli to jest jakiś przestępca to chyba nie zaryzykuje niczym w kawiarni pełnej ludzi, więc w sumie, co mi szkodzi, nie?- Futrzak ziewnął i polizał chłopaka w nos, na co ten się zaśmiał.
William odniósł zwierzątko do pokoju i wygrzebał z szafy jakieś ubrania i zabrał się do sprzątania korytarza, chociaż wybitnie mu się nie chciało, ale co poradzić, jeśli leki na lunatykowanie nie działają i nie chce się zrobić czegoś głupiego i niebezpiecznego. Kiedyś zdarzyło się, że wyszedł w nocy z domu, kiedy na dworze sypał śnieg. Odchudził się w szpitalu i spędził tam ładne dwa tygodnie i to był prawdziwy cud, że nie odmroził sobie niczego.
Aż do popołudnia sobotnia rutyna chłopaka nie była niczym zaburzana. Sprzątanie, zakupu, wyczyszczenie klatki Jacka, obiad z rodzicami, wspólne spędzenie czasu. Dopiero przy pakowaniu się na basen William znów zaczął rozmyślać dziwnym liście i kluczu. Tak naprawdę to nie był do końca pewien czy iść się spotkać z tajemniczym autorem-stalkerem i rozmyślania te trzymały się go przez całe dwie godziny spędzone na pływaniu, i do wejścia do kawiarni, gdy zobaczył, że przy jego ulubionym, zazwyczaj pustym stoliku w rogu ktoś siedzi. Nie mając pewności czy to autor listu czy po prostu zwyczajna osoba, która tam usiadła z braku innych miejsc, chłopak powoli podszedł i usiadł naprzeciwko chłopaka, którego mógł określić jednym słowem. Kosmita. Nie chłopak nie był typowym Szarakiem, ale miał fioletowe włosy zaplecione w dziesiątki cienkich warkoczyków i dwukolorowe oczy. Jedno niesamowicie niebieskie, a drugie intensywnie czerwone. Kosmita zareagował lekkim uśmiechem, jednak nie odezwał się i tylko wpatrywał w Williama. Trwało to dłuższą chwilę, aż w końcu chłopak nie wytrzymał.
- Zaczniesz w końcu coś mówić czy będziemy się tak na siebie gapić aż do zamknięcia?
- Najpierw udowodnij ze ty to ty.- Po tej wypowiedzi William był już niemal pewien ze jego rozmówca jest kosmitą. Chłopak kompletni zdezorientowany mie miał pojęcia jak ma udowodnić, że on to on. W końcu z braku lepszego pomysłu wyjął z torby kopertę i położył na środku stolika. Kosmitą wyciągnął po nią szczupłą dłoń. Na serdecznym palcu William dostrzegł spory, srebrny pierścień z jakimś komplikowanym motywem, na którym dostrzegł ślady fioletowego wosku.- Dobrze to ty. Już się bałem ze jednak nie przyjdziesz.
- I tak muszę zaczekać na autobus, więc stwierdziłem ze spotkanie mi nie zaszkodzi. Jest tu tyle ludzi, że nie boję się, że nagle się na mnie rzucisz.
- Hahaha! Dlaczego miałbym to robić? Zabawny jesteś!- Kosmita zaśmiał się melodyjnie, a Williamowi opadła szczęka.- Ale nie jesteśmy tu żeby się śmiać. Tak jak ci napisałem w liście świat jest w wielkim niebezpieczeństwie.
- Tak. Mam być jakimś rycerzem czy kimś tam.
- Nie kimś tam! Jesteś Jednym z Wybranych anielskich rycerzy mających za zadanie chronić nasz świat przed strasznymi istotami, które wracają, co każde tysiąc lat. Tylko ty i pozostali rycerze jesteście w stanie je pokonać i uratować nasz świat!
- I pewnie mam jakieś magiczne moce, co?- Chłopak prychnął, bo Kosmita brzmiał po prostu niedorzecznie.
- Na jak długo wstrzymujesz oddech pod wodą?
- Słucham?
- Na jak długo jesteś w stanie wstrzymać oddech?
- Ja wiem? Koło piętnastu minut? A co?
- A to ze tak naprawdę mógłbyś nawet pod wodą oddychać gdybyś miał dostęp do swojej anielskiej mocy. Przyznaj ze od dziecka dużo lepiej czułeś się w wodzie i co każdą pełnię lunatykujesz i rysujesz wtedy dziwne symbole, których nigdy nie widziałeś.- William nie wiedział, co powiedzieć. Wszystko, co powiedział Kosmita to była prawda. W końcu udało mu się wydobyć z siebie głos
- Jak… Skąd ty to wiesz? Jesteś jakimś stalkerem?!- Chłopak sięgnął po telefon by zadzwonić na policję.
- Nie próbuj dzwonić. Jeśli to zrobisz będę musiał zabrać cioę ze sobą siłą a bardzo tego nie chcę. I nie jestem stalkerem. Starking to coś wstrętnego. Anielscy rycerze nie zniżają się do czegoś takiego.
- Więc skąd to wszystko o mnie wiesz?
-Bo tacy sami byli twoi poprzednicy, a raczej twoje poprzednie wcielenia. Jesteś blisko związany z wodą i dlatego, lunatykujesz gdy księżyc jest w pełni. A dziwne symbole, które rysujesz to litery pisma, jakim posługują się aniołowie. Możesz nie pamiętać tego, kim byłeś w poprzednich wcieleniach, ale twoja anielska dusza nigdy się nie zmieni i pewne cechy pozostaną z tobą na zawsze.
- Dalej ci nie wierzę. Udowodnij mi ze to nie jest jakiś głupi żart i że mówisz prawdę.
- Dobrze. Ale nie przy ludziach. Chodź ze mną do łazienki.
- Chyba Se żartujesz?! Nigdzie nie pójdę z kimś, kto plecie od rzeczy i wygląda jak Kosmita!
- Ale chcesz się dowiedzieć czy mówię prawdę? Jeśli tak to chodź ze mną do tej łazienki, bo nie otworze drzwi do innego wymiaru w miejscu pełnym zwyczajnych śmiertelników.
- Koniec tego dzwonię na policję.- Nim Wiliam zdążył dosięgnąć telefonu Kosmita już do złapał i wyjął kartę SIM, po czym chwycił chłopaka za wyciągniętą ręką. William zaczął krzyczeć nieświadomie zamykając oczy.
- Przestań wrzeszczeć bardzo cię proszę. O ni i tak nie słyszą. No weź się uspokój i otwórz te oczy.- William uchylił jedną powiekę i od razu otworzył oboje oczu tak szeroko, że aż zabolało. Kosmita naprzeciwko niego miał na sobie zamiast zwyczajnych ubrań jakąś szatę i do tego parę skrzydeł. Wielkich, czarnych skrzydeł.
- Co do ciężkiej ch…
- Nie! Nawet nie próbuj bluzgać.- Kosmita wbił w niego przenikliwy wzrok.
- Co to jest? Czym ty jesteś?
- No przecież mówiłem ze aniołem.
- Z czarnymi skrzydłami?
- A co? Możemy mieć dowolny kolor skrzydeł, włosów i oczu. A teraz usiądź. Dziwnie się czuję tak rozmawiając.
- Co zrobiłeś z pozostałymi ludźmi?! Nikt się nie rusza!
- Bo na chwilę maksymalnie spowolniłem upływ czasu dla nas obu. Tak naprawdę to mu poruszamy się tak szybko, że nie minął jeszcze ułamek sekundy. Teraz mi wierzysz, że mówię prawdę? Czy muszę jeszcze otwierać przejście do innego wymiaru?
- To… To jest…
- Szok? Nie możesz uwierzyć, że to się dzieje naprawdę? Nasz nadzieję że uderzyłeś się w głowę i teraz to wszystko ci się śni?
- Tak… Ale… To… Jeśli mówisz prawdę to jak ja mogę być… Aniołem? Jestem zwyczajnym człowiekiem…
- Wszystko ci wyjaśnię William, ale na razie wróćmy do normalnego tempa. Utrzymanie obecnego przyśpieszenia wymaga ode mnie zużywania energii która będzie mi jeszcze potrzeba. Poza tobą muszę odwiedzić jeszcze innych i ich też przekonać.- Kosmita zaklaskał i wszystko wróciło do normalności.- Tak lepiej. Nie mogę cię tu trzymać w nieskończoność, bo dokładne wyjaśnienie ci wszystkiego zajęło by zbyt dużo czasu i szczegółowe wyjaśnienia będą jak już wszystkich waz pozbieram, co nie będzie najłatwiejszą rzeczą jeśli będę reagować tak jak ty.
- Ale obiecałeś ze odpowiesz mi na wszystkie pytania…
- Bo odpowiem. Jeśli nie będziesz już panikować to postaram się jak najwięcej ci powiedzieć. Najważniejsza kwestia tego ze jesteś aniołem. Podczas drugiej wojny z Wynaturzeńcami, to te istoty, które wracają, co tysiąc lat by niszczyć nasz świat, cos się stało i Dusze wybranych Wojowników trafiły na ziemię zamiast wrócić na nieboskłon. Rycerze kompletnie zapomnieli ze są aniołami i żyli zupełnie zwyczajnie pośród ludzi, odradzając się za każdym razem gdy umierali. Było w miarę spokojnie dopóki Wynaturzeńcy nie zaatakowali po raz trzeci. Wtedy trzeba było pozbierać Wojowniku razem i nauczyć ich od nowa, kim są i jak opanować swoje anielskie moce. Po bitwie sytuacja się powtórzyła. Dusze trafiły na ziemię, odradzały się przez tysiąc lat, Wynaturzeńcy atakowali, wojowników trzeba było szkolić, wielka bitwa i tak w kółko aż do dzisiaj. To taki bardzo durzy skrót, ale na razie rozumiesz?
- Eee… chyba tak. Znaczy chyba tak. A co z tymi mocami? Czy skoro teraz wiem że je mam to nagle zaczną się objawiać w jakiś dziwny sposób?
- Nie. Dopóki twoja natura anioła nie zostanie przebudzona to nic się nie będzie dziać.
- A jak ją przebudzić?
- Takim specjalnym rytuałem, ale to teraz nie jest istotne.
- Mówiłeś o uczeniu się posługiwania mocami. Jak to będzie wyglądać?
- Kiedy już obudzimy wasze moce codziennie zamiast do zwyczajnej szkoły będziecie się udawać… Specjalnej szkoły w zakonie. Zakon to… no zakon aniołów, których zadaniem jest chronienie was z góry i kiedy zbliża się atak, Wynaturzeńców po zebraniu was razem nauczanie jak korzystać z waszych mocy. I zanim zapytasz normalne szkolne zajęcia też będziemy dla was prowadzić. O to się nie martw. Wszystko będzie odpowiednio załatwione. Jutro jak zajrzysz do skrzynki na listy znajdziesz tam kolejny. Będzie to pismo ze specjalnej szkoły. Wymyślę jakiś powód, dla którego dostałeś stypendium, nie martw się.
- No dobrze, a jak miałbym się przenosić do tego zakonu?
- Do tego służy ten kluczyk. Wystarczy, że znajdziesz, jakąkolwiek płaską powierzchnię. Najlepiej żeby to była jakaś ściana, bo szczerze nie polecam otwierania drzwi na podłodze czy stole chyba ze lubisz spadać na podłogę z wysokiego sufitu. Jak kiedyś tak zrobiłem i to się nie skończyło za przyjemnie Klucz gładko wejdzie w ścianę czy co tam wybierzesz, ważne żeby zmieściły się drzwi, i wystarczy, że go przekręcisz. Drzwi się pojawią i będziesz mógł wejść. Gdy będziesz już po drugiej stronie znikną żeby nikt nie mógł pójść za tobą. To takie zabezpieczenie. Żeby wrócić wystarczy, że podczas otwierania drzwi pomyślisz gdzie chciałbyś się znaleźć. To wygodny sposób podróżowania, ale nie wolno go nadużywać dla własnych celów. Aha i pamiętaj ze jak będziesz wracać do zakonu żeby zabierać ze sobą swoje zwierzątko.
- Po co mam zabierać ze sobą Jacka? I to by nie było dziwne gdyby rodzice wrócili do domu i zobaczyli ze klatka jest pusta? Kiedy nikogo nie ma zamykam go w klatce?
- Nie martw się o to. Siedziba zakonu znajduje się w miejscu między wymiarami gdzie czas działa inaczej. Można wejść do siedziby zakonu o ósmej rano, spędzić tam cały dzień a wyjść o ósmej pięć. To bardzo wygodne, ale też nie wolno wykorzystywać tego zakrzywionego upływu czasu, al. raczej jego braku do własnych celów. I żeby nie było. Ja będę wiedział, jeśli któryś będzie coś kombinował. A twoje zwierzątko będzie ci po prostu potrzebne. Uwierz mi, że to nie jest przypadek, że wybrałeś akurat tego konkretnego futrzaka spośród innych. Dobrze… To chyba było by wszystko, czy chcesz o coś jeszcze spytać?
- Chciałbym zapytać o mnóstwo rzeczy.
- Na wszystko też nie mamy czasu wybierz to co wydaje ci się najważniejsze.
- Jak… Jak masz na imię?- William dopiero teraz zdał sobie sprawę ze nie zna imienia swojego rozmówcy
- Możesz mi mówić Hejbi.- Uśmiechnął się
- Hejbi? To brzmi podobnie jak japońskie, Hebi czyli wąż…
- Dokładnie. Podałbym ci moje oryginalne anielski brzmienie imienia, ale nie dałbyś rady teraz tego powtórzyć. Wybrałem po prostu tłumaczenie na któryś z ziemskich języków i dodałem jedną literkę żeby brzmiało jak imię.
- Czyli na imię masz Wąż? Trochę dziwne i nie pasuje do anioła.
- A czemu by miało nie pasować? Dostałem akie imię i je lubię, nie ma ono żadnego związku z biblijnym przedstawieniem Diabła, jako węża i samym zwierzęciem. Po prostu się nad tyn nie zastanawiaj. Już i tak będziesz miał, nad czym.
- Tu masz rację. A nie mógłbym powiedzieć wszystkiego rodzicom? Nie lubię ich okłamywać.
- Nie rób tego. Jak to sobie wyobrażasz? Podejdziesz do nich z tekstem: ,,Hej mamo, tato. Jestem wcieleniem przedwiecznego anioła. Przez najbliższe kilkanaście miesięcy będę odbywać ciężki trening między wymiarami żeby stoczyć niebezpieczną walkę z istotami gorszymi od samego Diabła i wszystkich diabłów razem wziętych, ale nie macie się, co martwić. Powiedział mi to wszystko dziwny chłopak, który wygląda jak kosmita i chyba urwał się z wariatkowa.”?
- No jak tak to przedstawiasz to faktycznie nie brzmi jak coś, co można powiedzieć rodzicom.
- No widzisz. Ej nie masz za chwilę autobusu do domu?- William zerknął na zegarek i poderwał się z miejsca.
- O matko jak teraz nie wyjdę to mi ucieknie! Musze, iśc Hejbi!- Wybiegł w pośpiechu wpychając do torby swój telefon i kopertę. Ledwo, co udało mu się wskoczyć do autobusu.
Po powrocie do domu, wciąż będąc w szoku starał się sprawiać wrażenie, że absolutnie nic się nie stało i wszystko jest w jak najlepszym porządku. A tak naprawdę po położeniu się do łóżka nie był w stanie zasnąć do późna.
Następnego nie, tak jak Hejbi powiedział w skrzynce znalazł się list ze szkoły, w którym pisało ze William dostał sportowe stypendium w nowo otwartym liceum dla chłopców. Rodzice byli trochę zaskoczeni, ale o dziwo kupili to bez pieszych problemów i jeszcze byli zadowoleni ze ich syn został doceniony, jako sportowiec..

Dwa tygodnie później po przeprowadzce do nowego domu, w dniu rozpoczęcia roku szkolnego William, dziękując Bogu za to, że rodzice pracują tylko na porannej zmianie, wziął na ręce swojego ukochanego szynszyla i pierwszy raz użył swojego klucza by otworzyć przejście do zakonu.


Kupię za rozsądna cenę elementy komplety Evil Shadow i dodatki Sweet Shinobi
|Jesteś mój | 13 Z | Zobiakalni rycerze niebios | Venandi et magi |

Offline

#5 03-11-2017 o 23h13

Młody rekrut
Liwia8
...
Wiadomości: 18

Hejka
Will zaakceptowany, już go lubię. Do Kosmity mam narazie neutralny stosunek. Fajna sprawa z tym kluczem. Ogółem opowoadanie ma potencjał, liczę że go wykorzystasz.
Weny i chęci

Offline

#6 03-11-2017 o 23h16

Straż Cienia
Kin-chan
Straż na szkoleniu
Kin-chan
...
Wiadomości: 159

https://i.pinimg.com/564x/9e/c8/02/9ec8025842f8fa588ebcddaa686e83c5.jpg

Rozdział 2- Ryby


Zane nigdy nie lubił swojego budzika. Nie ważnie ile budzików przewinęło się przez jego nastoletnie życie, wszystkie i tak kończyły w ten sam sposób. Roztrzaskane na ścianie. Z tego powodu chłopak postanowił kupić taki budzik, który nie skończy jak poprzednie. I dlatego teraz, gdy urządzenie zaczęło piszczeć, chłopak bez skrupułów rzucił nim o ścianę wiedząc, że gadżet bezpiecznie się od niej odbije. Nim zdążył usiąść wskoczył na niego, jego rudy kot wyduszając powietrze z płuc. Nie, dlatego że futrzak był wredny i specjalnie się rozpędził, chociaż to też po części było przyczyną. Ale głównym powodem przyduszenia był rozmiar kota. Nie był to zwyczajnie utuczony kot. To był dwunasto kilowy Majkut.
- Miaaa!- Zamiauczał trącając, a raczej okładając łapą chłopaka.
- No już, już wstaję Sparki.- Mruknął zrzucając z siebie kocura i siadając na łóżku.- Ciekawe, co zrobisz jak mnie kiedyś udusisz taką pobudką, co?- Poczochrał kocisko i powlókł się do szafy po drodze rzucając kotu piłeczkę z dzwoneczkiem. Kocisko pobiegło za zabawką, więc Zane z zadowoleniem zaczął się ubierać. Uwielbia tego kota, ale czasami futrzak potrafi być niesamowicie namolny i włazi tam gdzie nawet zwykłe koty nie włażą. Raz musiał go wyciągać zza pralki, bo głupek tam wlazł i się zaklinował. Albo z samej pralki. I wielu innych miejsc zastanawiając się, jakim cudem kocisko do nich wlazło. Ciężko się nie zastanawiać, kiedy otwierając zmywarkę oprócz brudnych talerzy znajduje się tam też wielki rudy kot patrzący na ciebie jak na ostatniego idiotę, który nie rozumie ze zmywarka to idealne miejsce do spania.
Wychodząc z pokoju Zane zgrabnie ominął dwójkę młodszych sióstr, które z niewiadomego powodu uwielbiają z samego rana bawić się pod jego pokojem, i złapał najmłodszego braciszka.
- A ty, dokąd kolego? A może by się tak ubrać, co?- Odniósł malucha rodzicom i poszedł szukać smyczy Szparkiego. Niby zawsze ją odkłada w to samo miejsce, ale roczny braciszek uwielbia się nią bawić i zawsze gdzieś ją zaniesie. W końcu znalazł ją pod wanną w łazience. Teraz jeszcze trzeba było znaleźć kota.- Sparki! Spacer!- Zawołał potrząsając smyczą dzwoniąc przyczepionym dzwoneczkiem. Kocur znalazł się w kuchni siedząc na krześle patrząc wyczekująco. Zane zapiął mu smycz i wyszedł z domu.
Od kiedy mają rudzielca chłopak przyzwyczaił się do tego ze ludzie dziwnie się patrzą, gdy bierze go na spacer. Reakcje były różne, od śmiech przez zainteresowanie po oburzenie i stwierdzenia ,,Kto to widział kota na smyczy prowadzić!” A no Zane widział. Kocisko wielkości psa, lubi chodzić po dworze to, czemu by nie nauczyć kota, że oprócz kuwety ma się załatwiać podczas spaceru? Przy okazji kocur znajduje pająki dokoła domu, których Zane po prostu nie znosi. Jeśli na jakiegoś trafi to reakcja zależy od rozmiaru pająka. Jak jest mały to w ruch idzie but, albo gazeta. Jeśli większy to chłopak zwyczajnie ucieka. No, co zrobić? Każdy się czegoś boi, a Zane boi się pająków. A niestety te w Australii potrafią być naprawdę wielkie i przerażająco inteligentne.
Z zamyślenia na temat pająków wyrwało chłopaka szarpnięcie smyczy.
- Sparki, co ro…- Nie dokończył bo nie i wierzył w to co widzi. Jego kot, który normalnie nie lubi obcych i nie daje się głaskać nieznajomym teraz łasił się do jakiegoś chłopaka wyglądającego jakby urwał się z jakiegoś konwentu dla fanów Si-Fi.- Sparki!- Pociągnął kota do siebie.- Przepraszam. Normalnie tak nie robi.
- W porządku. Lubię koty. Do zobaczenia.- Wyminął Zana.
- Do zoba… Ej, o co ci…Gdzie on zniknął?- Chłopak odwrócił się tak szybko jak umiał, ale konwenciarz po prostu się rozpłynął w powietrzu. Chociaż nie do końca. Na ścieżce leżała mocno sfatygowana koperta. Kierowany wrodzona ciekawością chłopak schylił się po kopertę tylko po to by ją upuścić. Na kopercie cienkim, mocno pochylonym pismem na fioletowo było zapisane jego imię i nazwisko. Sparki obwąchał kopertę i zamiauczał radośnie i zaczął mruczeć pocierając pyszczkiem o kopertę. To było dla Zana tak dziwne ze nie mógł w to uwierzyć. Po prostu wepchnął kopertę do kieszeni i zawrócił w stronę domu. Po drodze kocur cały czas podskakiwał do kieszeni, w której spoczywała koperta. Wchodząc do domu wpadł na mamę. Kobietę o umyśle ostrym jak brzytwa, ale sercu gołębia.
- Zane coś się stało? Jesteś jakiś blady.
- Wpadłem jak jakiegoś dziwnego chłopaka. Sparki się do niego łasił.
- Naprawdę? Nasz Sparki?- Kobietę bardzo zaskoczyła odpowiedź najstarszego dziecka.
- Mnie to zaskoczyło równie mocno.- Odpiął kota i skierował się do kuchni. Dziś była jego kolej na gotowanie i męczenie się z nakarmieniem młodszego brata, co jest sporym wyzwaniem, bo malucha interesuje wszystko tylko nie jedzenie.
Dopiero po prawie godzinie, z czego pół trwało samo karmienie malca, chłopak mógł wrócić do swojego pokoju żeby poszukać budzika, którego rano znowu zapomniał odłożyć na szafkę koło łóżka. O dziwo żadne z rodzeństwa ani kot się do niego nie dorwało wiec zegarek leżał tam gdzie rano wylądował. Za akwarium z tropikalnymi rybkami. Część z nich chłopak sam złapał nurkując na rafie. Przy okazji wyciągania zegarka sprawdził też czy wszystkie rybki żyją i sypnął im trochę karmy. Uwielbia rybki. Przez długi czas szykował akwarium tworząc w nim miniaturową rafę. Miał nawet koralowce, które kosztowały go pół roku oszczędzania i marudzenia rodzicom.. Ale jego miłością Życia i tak był Sparki. Wziął go z ulicy myśląc, że to zwyczajny mały dachowiec, a po paru tygodniach okazało się ze słodka mała kuleczka już nie jest taka mała, ale wciąż słodka. Przynajmniej wtedy, kiedy nie próbuje go zadusić z samego rana.
- No dobra, zobaczmy, co to takiego.- Sięgnął do kieszeni i wyjął kopertę. Przez wciśnięcie do kieszeni wosk, którym była zapieczętowana trochę się skruszył, więc zawartość wypadła chłopakowi na kolana. Kluczyk i jakiś list. Zane zaczął od listu.

,,Wiem że po przeczytaniu tego listu pewnie uznasz ze to głupi żart, ale zapewniam że to nie jest żaden dowcip. Nie jestem w stanie ci wszystkiego opisać w jednym liście, ale postaram się ująć to, co najważniejsze. Świat jest w wielkim niebezpieczeństwie… Kosmicznie wielkim… Tak wielkim, że nie jesteś w stanie sobie teraz tego wyobrazić Zane. Jesteś jednym z Wybrańców. Wyjątkowych anielskich rycerzy wybranych do obrony świata i zaświatów. Klucz, który był w kopercie jest bardzo ważny. Nie zgub go! Jeśli go zgubisz to będzie ogromny problem. Nigdy dotąd żaden z twoich poprzedników go nie zgubił, więc nie bądź tym pierwszym. Niestety więcej nie mogę ci wyjaśnić na papierze. Chcę byś się dziś ze mną spotkał. Może być podczas południowego spaceru z twoim kotem. Najlepiej przy tej pomalowanej w paski latarni, przy której znalazłeś Sparkiego. Wyjaśnię ci skąd to wiem. Obiecuję, że odpowiem na wszystkie pytania.”

- O ile wcześniej nie zadzwonię na policję.- Mruknął w odpowiedzi na ostatnie zdanie listu i upchnął go powrotem do koperty i zaczął przyglądać się kluczykowi.- To ma być jakiś żart czy ktoś za bardzo wnikał w moje dane osobowe?- Stwierdził widząc na kluczyku symbol Ryb, które są jego znakiem zodiaku. Zane stwierdził ze pójdzie się spotkać z tajemniczym autorem listu. Chociażby tylko po to żeby zadzwonić na policję i zgłosić prawdopodobną kradzież tożsamości, a w każdym razie staling. A do czasu południowego spaceru miał lepsze zajęcia. Chociażby zajmowanie się młodszym rodzeństwem. Kochał swoje siostry i brata, ale czasem potrafią być niesamowicie męczący. Zwłaszcza najmłodszy Dany. Zana codziennie zadaje sobie pytania, czemu małe dzieci muszą dotykać absolutnie wszystkiego, wszystko brać do ręki i wszystko wsadzić do buzi. Zanim pojawiły się siostry mógł spokojnie zostawić swój sprzęt do nurkowania na podłodze. Teraz nie może tam zostawić na dłużej niczego żeby nie zniknęło pochwycone prze dziecięce raczki. Albo pomazane kredkami… Raz nie zamknął drzwi do pokoju i kiedy wrócił jego ulubiona deska surfingowa była cała wymazana flamastrami. Dobrze, że mama szybo przyniosła swój zmywacz do paznokci i mazaki zeszły. Teraz na szczęści dziewczynki już nie marzą po byle, czym, a Zane zawsze zamyka pokój, kiedy wychodzi.
Popołudniu zabrał ze sobą kopertę z listem i kluczem, i zabrał Sparkiego na spacer. W duchu liczył, że na umówionym miejscu nikogo nie, zastanie, ale na ławeczce obok latarni w paski, siedział ten sam chłopak, na którego wpadł rano.
- To ty?! Ten list to ma być jakiś żart? Skąd wiedz ze tutaj znalazłem Szparkiego? Lepiej mi wszystko wyjaśnił zanim zadzwonię na policję!
- Przecież napisałem, że to nie jest żaden zart. Uspokój się proszę i usiądź. Wszystko ci wyjaśnię. Mamy sporo czasu.
- No ja myślę. Bo numer mam już wybrany i jeśli coś mi się nie spodoba to zadzwonię.
- Nie zadzwonisz.
- A skąd wiesz?
- Bo wiem i już. No to chyba lepiej już zacznę. Co chciałbyś wiedzieć najpierw?
- Najlepiej powiedz, kim jesteś skąd wiesz o mnie rzeczy, o których wiedzą tylko moi najbliżsi?
- Z doświadczenia wiem ze tłumaczenie nie jest najlepsze wiec najpierw ci pokażę.
- Pokażesz, co? Mów zę nor… O mój świecie.- Zane opadła szczęka, gdy zobaczył zę konwenciarzowi nagle wyrosły skrzydła, a jeansy i bluza zmieniły się w szatę. Po chwili chłopak znów wyglądał normalnie.- Co to do było?! Jak ty… Co tu jest grane?
- To była moja prawdziwa postać. Jestem aniołem i mam na imię Hejbi. Tu jesteś wcieleniem jednego z wybranych anielskich rycerzy. Twoim i twoich towarzyszy zadaniem była walka z potwornymi istotami nazywanymi Wynaturzeńcami. Atakują, co tysiąc lat żeby zniszczyć nasz świat.
- Ta… tylko jes jeden spory problem. Jestem zwyczajnym człowiekiem i dalej nie wierze ze jesteś jakimś aniołem z misją ratowania swiata. Udowodnij mi to. Zrób coś.
- Pokazałem ci skrzydła. To nie wystarczy? Wodnikowi wystarczyło.
- Niestety jestem cieżkim przypadkiem i potrzebuję dużo wyjaśnień.
A jak sprawie ze twój kot się do ciebie odezwie to uwierzysz?
- Tak. Jeśli Sparki przemówi to wtedy uwierzę, ale to nie możliwe…
- Jesteś strasznym śpiochem Zane. I czemu zawsze rzucasz budzikiem o ścianę? Co ci ten biedny zegarek zrobił?- Zane wytrzeszczył oczy widząc i słysząc jak jego kot gada.
- Sparki? Ty mówisz?
- Jeszcze przez chwilę.- Futrzak polizał łapkę i zaczą się czyścić.
- Teraz mi wierzysz Zane?- Hejbi podrapał kota za uchem.
- Dobra koty nie zaczynają gadać od tak, więc chyba mogę ci uwierzyć. Więc o cho chodzi ze jestem wcieleniem jakiegoś rycerza?
- Kiedyś, jeszcze zanim Ziemia w ogóle była w planach pojawiły się istoty nazywane Wynaturzeńcami. To potworne byty które chcą zabijać wszystko co się rusza. Bóg wybrał grupkę rycerzy i obdarzył ich specjalną mocą. Wynaturzeńców udało się pokonać i zapieczętować, a dusza twoja i pozostałych zostały umieszczone na niebie jako gwiazdozbiory, które potem zostały nazwane zodiakalnymi. Wynaturzeńcy jednak wrócili i znów byliście potrzebni. Po wygranej bitwie coś się stało i wasze dusze zamiast wrócić na nieboskłon trafiły na Ziemię, która już na szczęście istniała. Żyliście normalnie przez tysiąc lat odradzając się za każdym razem, gdy wasze życia dobiegały końca. Wynaturzeńcy niestety wrócili i trzeba było was wszystkich zebrać i wyszkolić, ponieważ nie pamiętaliście ze jesteście anielskimi rycerzami i posiadacie wyjątkowe moce. Znów stoczyliście bitę i wróciliście na Ziemię. I tak w kółko aż do dzisiaj. Wynaturzeńcy znów wracają i jesteście potrzebni. Bez was anielskie wojsko nie ma szans i Ziemia razem z całym światem zostaną zniszczone. Dlatego tu jestem żeby was wszystkich zebrać i zaprowadzić do Zakonu.
- Co to Zakon.
- Takie jakby stowarzyszenie. Jesteśmy specjalna grupą aniołów mający za zadanie ochranianie was w czasie waszego ziemskiego życia. Gdy pojawiają się Wynaturzeńcy zbieramy was razem i uczymy jak macie korzystać z waszych mocy w jednej z Siedzib Zakonu. Wszystkie znajdują się między wymiarami wiec czasy jest mocno zakrzywiany. Możesz wejść do siedziby o dowolnej porze, spędzić tam nawet pół roku, a wyjść kilka minut później w jakimś zupełnie innym miejscu. To zależy gdzie i o której porze chcesz wyjść. Do otwieranie przejścia służy kluczyk. Masz go przy sobie prawda?
- Tak mam. Jak się do używa?
- Musisz sobie wybrać odpowiednio durzą płaską powierzchnię. Najlepiej żeby to była jakaś ściana, albo inne drzwi. Nie polecam otwierać drzwi na podłodze, bo wtedy w siedzibie drzwi otworzą się na suficie, a sumptu są u nas dosyć wysokie, więc mógłbyś cię nieźle potłuc. W Zakonie oprócz nauki waszych anielskich mocy i treningu bojowego, będziecie też mieć zwyczajne lekcje, więc nie musisz się martwić szkołą. Jutro dostaniesz list wyglądający jak pismo ze specjalnej szkoły.
- No szkołą się akurat nie przejmuję. Jestem już studentem i studiuję przez Internet.
- O, to bardzo ułatwia sprawę.
- Rozumiem ze raczej nie powinienem mówić o tym wszystkim rodzicom i rodzeństwu, prawda?
- Bystrzak. Nie mogą się pod żadnym pozorem dowiedzieć. Dla ich dobra nie powinni wiedzieć. Wyobraź sobie jak bardzo by się martwili.
- Mama pewnie by zeszła na zawał…
- No aż tak dramatycznie pewnie by nie zareagowała. Ale domyślam się ze na pewno by zemdlała. A właśnie musisz pamiętać żeby do siedziby zabierać ze sobą Sparkiego.
- Po co?
- Ponieważ będzie ci potrzebny. Jest powód, dla którego wtedy, gdy go znalazłeś wracałeś do domu dłuższą drogą. Chcesz jeszcze o coś zapytać?
- Tak. Jak to będzie z tymi mocami? One się nagle pojawią? Obudzę się jutrze skrzydłami czy jak?
- Nie spokojnie. Twoje mocy i natura są uśpione. Do ich odblokowania służy specjalny rytuał, który odprawię, kiedy wszyscy się zbierzecie. Czyli za niecałe dwa tygodnie, kiedy twoim towarzyszom z Europy zacznie się rok szkolny. Z początku pewnie nie będziecie za dobrze panować na waszymi mocami, ale nie będziecie musieli się martwić. Dam każdemu z was jakiś przedmiot, który będzie czymś w rodzaju… Przekaźnika waszych mocy, co bardzo ułatwi kontrolę i używanie mocy. Skrzydłami teżnie musisz się przejmować. Nie będą się pojawiać, kiedy będziesz w tym wymiarze. Pojawia się dopiero, kiedy wejdziesz do siedziby zakonu lub gdy przeniesiesz do jakiegoś innego pozaziemskiego wymiaru/
- To dobrze. Nie wiem co bym powiedział rodzicom. Ani co bym zrobił z rodzeństwem. Jak nicy wyskubało by mi wszystkie pióra w kilka dni.
- Pewnie tak.- Hejbi uśmiechnął się. Myślał że będzie trudniej.
- Miaaa!- Sparki siedzący do tą cicho zaczął się domagać uwago od swojego pana.
- Co już ci się nudzi?- Zane spojrzał na kota a tan wyciągnął łapkę i trącił go w ramię.- Nudzi ci się. Chyba muszę już iść.
- Mogę kawałek przejść się z tobą. Odpowiem ci jeszcze na parę pytań.- Obaj wstali i ruszyli w drogę powrotną do domu chłopaka.
- Mówiłeś coś wcześniej o Wodniku. O co chodziło?
- On był pierwszy na liście. Jesteście poukładani według daty urodzenia. Tak jest wygodniej. Dla każdego z was mam przeznaczony jeden dzień.
- No to trochę ci nie bardzo wyszło z planowaniem.
- Czemu tak myślisz?
- Bo powiedziałeś ze treningi zaczniemy wtedy kiedy będzie się tamtym zaczynać rok szkolny. Ale z tego, co mówisz to do ostatniego na liście przyjdziesz dwa dni przed rozpoczęciem roku.
- Ale mi chodziło o moje dni. Tak naprawdę to w ciąg dzisiejszego dnia miałem w planach spotkać się z pierwszą trójką. Zaraz skoczę do Zakonu żeby się przygotować i lecę do kolejnego z listy. Jestem w brew pozorom całkiem zajęty Zane.
- Nie zazdroszczę. Kazali ci przekonać dwanaście osób, które mogą zareagować w różny sposób.
- Właściwie to trzynaście. Bliźnięta to naprawdę są bliźniaki.
- To życzę powodzenia.
- Dzięki. Przyda mi się. No niestety tutaj muszę cię zostawić.
- Gdzie chcesz otworzyć przejście? Nie masz tu żadnej ściany.- Zane rozejrzał się, dookoła, ale jego rozmówca zdążył już zniknąć.- Będę go musiał zapytać jak to robi.
Po powrocie do domu chłopaka bardzo korciłoby powiedzieć wszystko rodzicom. Nigdy nie czuł się dobrze mając sekrety przed nimi. Ale nie chciał ich narażać na ewentualne niebezpieczeństwo.

Dwa tygodnie upłynęły stosunkowo spokojnie. A w każdym razie tak spokojnie jak spokojne może być życie z trójką małego rodzeństwa i kotem porannym zabójcą. Po odstawieniu sióstr do przedszkola a braciszka do żłobka Zane wrócił do domu i łapiąc kota pod pachę otworzył przejście do zakonu w swoim pokoju.
- No to chodźmy ratować ten świat Sparki.- Podrapał kota i przekroczył próg do innego wymiaru.

Ostatnio zmieniony przez Kin-chan (25-01-2018 o 19h42)


Kupię za rozsądna cenę elementy komplety Evil Shadow i dodatki Sweet Shinobi
|Jesteś mój | 13 Z | Zobiakalni rycerze niebios | Venandi et magi |

Offline

#7 04-11-2017 o 23h10

Młody rekrut
Liwia8
...
Wiadomości: 18

Hejka
Świetny kot, uwielbiam takie ^^ Zastanawiam się również, czy chcesz przedstawic tak wszystkich, czy tylko te ważniejsze. Will wkupił się jak narazie bardziej w moje łaski niż Zane. To wcale nie ma nic wspólnego z tym, że też jestem antykucharzem xD
Życzę weny i chęci

Offline

#8 04-11-2017 o 23h33

Straż Cienia
Kin-chan
Straż na szkoleniu
Kin-chan
...
Wiadomości: 159

Liwia8. Tak mam zamiar tak przedstawić wszystkich


https://i.pinimg.com/564x/b3/43/ad/b343adc9c9c9074e5141abf6cf29aa47.jpg

Rozdział3- Baran


Gerarda jak każdego ranka przywitała czarno biała mordka jego ukochanego psa Wofiego. Pies szczekną i polizał chłopaka, machając radośnie ogonem.
- Ja też się cieszę mordko.- Potarmosił się trochę z pupilem nim wstał z łóżka, chociaż nie musiał zrywać się z samego rana. Po sprowadzeniu owiec z Hal chłopak nie bardzo wiedział, co ma ze sobą robić zanim zacznie się rok szkolny. Gdyby mógł to wypasałby owce cały rok.. Miłością do pasterstwa zaraził się od swojego brata, z którym mieszkał. Chociaż braćmi byli tylko na papierze. Gerard został adoptowany, gdy miał siedem lat, ale to mu nigdy nie przeszkadzało w kochaniu swojego brata. Ubrał się szybko i zbiegł po schodach na dół do kuchni, po której krzątał się już Saturnin.
- Jak ci się spało wilczku?- Zagadnął
- Nie jestem wilkiem tylko owieczką.- Wydął policzki siadając do stołu.
- Nic nie poradzę, że wyglądasz jak wiedźmin.- Baca zaśmiał się i postawił przed bratem jajecznicę.- No taką wersje light. Nie masz blizn i jesteś uroczy.
- Jak owieczka.
- Dobrze jesteś owieczka.
- Twoja ulubioną owieczką?
- Najulubieńszą na całym świecie.- Poczochrał brata po głowie i również usiadł do stołu.- Będziemy mieli dzisiaj gościa.
- Naprawdę? Kogo? Ciocia i wujek?- Gerard spytał z nadzieją.
- Nie, niestety nie. To… Mój znajomy.
- Który? Znam go?
- Nie, nie znasz. Poznaliśmy się zanim zostałeś adoptowany. Ale tak się złożyło, że wyjechał, ale teraz wrócił i chciałby się ze mną spotkać i poznać ciebie. Dużo mu o tobie pisałem.
- Pisałeś mu o mnie.
- Tak. Nie mogłem się powstrzymać. Ciężko jest się nie chwalić takim uroczym i zdolnym braciszkiem. Chodzisz jeszcze do szkoły, a już zdałeś egzamin na Juhasa.  No wytresowałeś tego żarłoka.- Dodał na sam koniec zerkając na Border Coli łapczywie opróżniającego swoją miskę.
- Weź, bo się zawstydzę. To, o której przyjdzie ten twój kolega?
- Umówiliśmy się na obiad. Będzie fajnie. Ale ma dla ciebie bojowe zadanie.
- Sprzątanie?- Chłopak jęknął. Nie lubił sprzątać. Głównie przez uczulenie na kurz.
- No myślałem o zakupach, ale jeśli wolisz odkurzać…
- Nie! Zakupy jak najbardziej! Wszystko tylko nie sprzątanie!
- No to zabierz ze sobą Wolfiego i umowa stoi. Ponieważ będziemy mieć gościa dzisiaj ci odpuszczę i pozwolę kupić ciasta bezowe.
- Naprawdę! Dziękuję Saturnini! Jesteś najlepszy na świecie!- Chłopak objął brata ucieszony z wizji ulubionych słodyczy.
Po śniadaniu i pozmywaniu naczyń Gerard wyszedł z domu puszczając przodem Wolfiego. Nie bał się ze pies ucieknie. To pies pasterski, więc wie, że nie może się oddalać i ma się pilnować chłopaka. Przez chwilę Gerard patrzył na położone niżej miasteczko. Uwielbiał en widok. To był jego drugi ulubiony. Pierwszym było oczywiście jego spokojnie pasące się stadko owiec. Zbiegł w dół zbocz przecinając trzy razy wijącą się drogą do ich domku. Wolfi skakał dookoła niego szczekając z radości, że może biegać razem z panem. I pewnie by tak przebiegli przez całe miasteczko gdyby chłopak nie zdeżył się z kimś i nie poleciał do tyłu na chodnik.
- Bardzo przepraszam…- stęknął pocierając bolącą głowę. Guz na pewno będzie i to spory.
- Nic się nie stało. Nic ci nie jest?- Gerard spojrzał na chłopaka wyciągającego do niego rękę i na chwilę się zawiasił. Pierwszy raz widział tego kogoś. Jego miasteczko jest tak małe, że każdy zna każdego i na pewno by wiedział o kimś tak… Dziwnym. Pierwsze skojarzenie, jakie przyszło chłopakowi do głowy to kosmita. Głównie przez fioletowe włosy i ogromne oczy w różnych kolorach.- Wszystko w porządku?
- Tak, tak. Ja… No… Wyglądasz…
- Dziwacznie?
- Chciałem powiedzieć ze interesująco. Ale tak wyglądasz trochę dziwnie.
- W porządku. Przywykłem do wzbudzania takiego wrażenia. To twój pies? Bo chyba mnie lubi.
- Tak! Przepraszam za niego. Normalnie tak nie skacze, mimo że lubi ludzi.- Chłopak chwycił psa za obroże i odciągnął oh chłopaka-kosmity.
- Nie szkodzi. Jakoś tak mam ze wszystkie zwierzęta mnie lubią. Jak się wabi?
- Wolfi. Chociaż brat nazywa go żarłokiem.- Uśmiechnął się.- Przepraszam, ale musze już iść. Muszę oblecieć sporo miejsc.
- Dobrze, do zobaczenia.
- Ja też mam nadzieję ze się jeszcze spotkamy. Miły jesteś. Pa!- Chłopak ruszył w dalszą drogę.
Obejście wszystkich sklepów zajęło mu sporo czasu mimo braku kolejek. Gerard po prostu nie może się powstrzymać przed rozmową i ze wszystkim zawsze zamieni kilka zdań. Po prostu czuł wewnętrzną potrzebę rozmowy. Zwłaszcza, kiedy przez kilka miesięcy jest się san na sam z psem i stadem owiec. Niby można gadać do psa, ale ten przecież nie odpowie. A jeśli tak to znaczy ze już stanowczo za długo jest się samemu.
Kiedy w końcu wrócił do domu, dostał kolejne zadanie zajrzenia do obecnie jedynej owcy, która nie była na Halach.
- Betki jak się czujesz?- Gerard uchylił bramkę do boksu, w którym leżała jedyna z całego stada czarna owca. Musiał ją sprowadzić z Hal przed czasem, ponieważ owca potknęła się i mocno zraniła w nogę. Chłopak uklęknął przy owcy i pogładził ją po głowie. Było mu smutno ze jedna z jego owieczek jest ranna. Dlatego chodził do niej trzy razy dziennie żeby zobaczyć jak się czuje.- No pokaż mi się.- Dotknął ostrożnie, zranionej nogi Betki, na co ta zabeczała głośno.- Wiem, że cię boli mała, wiem. Ale musisz jeszcze trochę wytrzymać. No już, już. Dzielna dziewczyna. Niedługo będziesz zdrowa.- Poklepał owce po boku. Noga na szczęście goiła się prawidłowo, co uszczęśliwiło młodego pasterza.- Zajrzę do ciebie później.- Podsunął owcy wodę i wyszedł zamykając bramne.
- No i jak tam Betki?- Zagadnął brat, kiedy chłopak wszedł do domu.
- Marudna, ale na szczęście rana goi jej się bardzo ładnie. Szkoda tylko ze musiałem ją sprowadzić miesiąc wcześniej.
- Nic na to nie poradzimy mały. Ale będziesz mógł wziąć udział w Redyku. Nie mógłbym ci odmówić czegoś takiego.
- Jesteś najlepszym bratem na całym świecie!- Rzucił mu się na szyje.
- Dobra, dobra. A teraz ruchy na górę. Widziałem ten barłóg, który nazywasz łóżkiem. Nie wymigasz się od ogarnięcia tego. Jakim cudem rano dałeś radę się wyplątać z tego majdanu?
- Mam wrodzony talent.- Wyszczerzył się i pobiegł na górę. Saturnin miał rację. To na prawdę było nieprawdopodobne, jakim cudem Gerard potrafił tak skotłować pościel. I nie chodzi tutaj o zwinięcie kołdry w kłębek podczas wstawania. To mały pikuś. Gerard potrafi w ciągu nocy zwalić wszystkie poduszki, obrócić się tak ze głowę na w nogach łóżka i spać przykuty ledwie rogiem kołdry, albo zawinąć się w kołdrę jak gąsienica w kokon, lub całkiem się stoczyć z łóżka i spać na podłodze. Tylko jeden raz w życiu spał w śpiworze. I nie skończyło się to dobrze. Nie dla śpiwora, który po nocnym wierceniu się chłopaka nadawał się już tylko na posłanie dla Wolfiego.
Ogarnięcie pokoju zajęło mu tyle czasu ze nie musiał czekać na obiad i przyjscie gościa. To raczej obiad i gość musieli zaczekać chwilę na niego. Gdy zbiegł na dół by się przywitać, zatrzymał się gwałtownie gdy zobaczył kolegę brata.
- To ty?- Zdziwił się siadając do stołu.
- Spotkaliście się już?- Saturnin spojrzał zdziwiony na brata.
- Wpadł na mnie na ulicy.
- Dosłownie wpadłem.- Chłopak lekko się zawstydził.
- Znowu biegałeś bez zastanowienia?
- No może troszkę.
- Ty to sobie kiedyś zrobisz tak krzywdę mały.
- Oj daj spokój Saturnin. Przecież nic się nie stało. A właśnie zapomniałem się przedstawić. Jestem Hejbi. Tak wiem ze trochę dziwne.
- Patrząc na nietypowy wygląd to nawet się spodziewałem jakiegoś wymyślnego imienia. Ja jestem Gerard.
- Jak ten wiedźmin z opowiadań i gry? Nawet wyglądasz podobnie do Białego wilka.
- Jestem owieczką, a nie wilkiem.
- No w sumie białe włoski to już masz.
- Kiedyś były blond. Nie wiem jakim cudem osiwiałem w wieku dwunastu lat.
- Ale powiem ci ze ładnie ci w takim kolorze.- Hejbi uśmiechnął się.
- Naprawdę?
- Oczywiście.
- Widzisz mały ja też ci to powtarzam.
Posiłek upłynął w miłej atmosferze. Gerard uznał Hejbiego za naprawdę miłego i ciekawego, chociaż też trochę enigmatycznego. Ale miał w sobie cos… hipnotyzującego i przyciągającego uwagę, co nie było jego dziwnym kolorem włosów i oczu. Po obiedzie cała trójka usiadła w saloniku żeby dalej rozmawiać.
- Do tej pory rozmowa była bardzo miła, ale teraz chyba będziemy musieli przejść do tej mniej przyjemnej części spotkania.- Hejbi spoważniał.
- Nie rozumiem… O co chodzi?
- Jest coś, co ukrywałem przed tobą mały. Nie jestem do końca kimś za kogo mnie masz… Nie bardzo wiem jak ci to powiedziec…
- Nie jesteś jakimś przestepcą?
- Nie skądże! Ja… Właściwie to ja i Hejbi… My nie jesteśmy ludźmi.- w końcu z trudem to z siebie wyrzucił.
- Ale jak to? Jak nie możecie być ludźmi to, kim mielibyście być? Kosmitami? W sumie patrząc na Hejbiego to by nie było takie dziwne.
- Nie jesteśmy kosmitami Gerard. Jesteśmy aniołami. Wiem, że to trudne do zrozumienia, ale to prawda. Możemy ci się pokazać w prawdziwych postaciach, jeśli…
- Tak pokażcie!- Chłopak zawołał podekscytowany i krzyknął z wrażenia, gdy jego bratu i jego koledze wyrosły piękne skrzydła.- Ale niesamowite!
- Nie jesteś w szoku? Ani zły na mnie?- Saturnin spytał zaskoczony.
- Oczywiście ze jestem w szoku, ale to niesamowite. Jak mógłbym być zły? Mój starszy brat jest aniołem! To po prostu… No nie wiem, co powiedzieć!
- Ty też nim jesteś Gerard.- Hejbi wyraźnie odetchnął z ulgą tak jak Saturnin.
- Naprawdę? To, czemu nigdy nie widziałem u siebie takich skrzydeł jak wasze? Możecie tak zrobić żebym je miał? Chcę wiedzieć jak to jest!
- Nigdy wcześniej ich nie widziałeś, ponieważ twoje moce i ta część ciebie, która jest anielska, są uśpione. Żeby je obudzić potrzebny jest specjalny, ryrułał, ale on wymaga dłuższych przygotowań i pochłania sporo energii, więc odprawie go, kiedy będziesz razem z innymi.- Wyjaśnił, fioletow-włosy.
- Jacy inni? I w sumie to, czemu dowiaduje się dopiero teraz?
- Cóż tak naprawdę to do ostatniej chwili mieliśmy nadzieję ze nie będziesz musiał się o tym dowiedzieć. A przynajmniej nie w takich okolicznościach…
- Ale, w jakich?- Chłopak koniecznie chciał wiedzieć, o co chodzi.
- Świat jest w niebezpieczeństwie mały. Zagrażają mu straszne istoty, które chcę zniszczyć wszystko, co istnieje. Ci inni, o którym wspomniał Hejbi to wybrani przez Boga rycerze. Ty jesteś jednym z nich. Bardzo dawno temu, kiedy te złe istoty zaatakowały po raz pierwszy bóg obdarzył ciebie i pozostałych rycerzy, specjalną mocą, dzięki której mogliście pokonać Wynaturzeńców. Udało wam się ich pokonać i w nagrodę wasze dusze zostały umieszczone na niebie jako gwiazdozbiory by nigdy o was nie zapomniano. Niestety Wynaturzeńcy wrócili i znów musieliście z nimi walczyć, ale tym razem coś się stało i wasze dusze trafiły na ziemię. Żyliście spokojnie jak zwyczajni ludzie nie zdając sobie sprawy z tego kim jesteście. Odradzaliście się przez tysiąc lat aż Wynaturzeńcy po raz kolejny zaatakowali. Znów musieliście walczyć, ale najpierw musieliście się nauczyć jak korzystać z waszych mocy i kim tak naprawdę jesteście. Dlatego powstał zakon. Specjalne zgromadzenie anielskich nauczycieli i opiekunów. Wynaturzeńcy wracają, co tysiąc lat i wtedy jesteście zbierani razem i szkoleni. W czasie pokoju żyjecie normalnie jak zwykli ludzie, chronieni z góry przez Zakon Ja i Hejbi należymy do Zakonu. Gdy okazało się ze nie masz żadnej rodziny postanowiłem, że przybiorę ludzką postać i się tobą zajmę. To było też durze ułatwienie dla Zakonu, bo ktoś był przy tobie cały czas. Poza tym już się tobą kiedyś zajmowałem, jako rodzina zastępcza wiec mnie więcej wiedziałem jak to z tobą będzie. Mimo ze masz zupełnie inną osobowość to niektóre cechy masz takie same. Na przykład potworne wiercenie się w nocy.
- Czyli że wcale nie masz trzydziestu lat, prawda?
- Trzydzieści plus dwa zera.- W tym momencie Gerard po raz pierwszy od początku tej rozmowy otworzył usta ze zdziwienia.
- Hejbi też ma tyle lat, co ty?- Spytał patrząc na ich gościa.
- A nie powiem. To moja tajemnica. Fizycznie jestem jakoś tak w twoim wieku, ale duchowo… Gdybym ci powiedział ile lat ma twoja dusza by byś nie był w stanie pojąć takiego wieku.- Hejbi sięgnął do kieszeni i wyjął z niej kluczyk, który podał chłopakowi.- Proszę to dla ciebie. Tylko go nie zgub, bo zrobienie nowego zajęłoby kilka miesięcy.
- A do czego on jest? Jaki ładny! Hej, tu jest mój znak zodiaku! Wygląda jakby był specjalnie dla mnie.
- Bo jest specjalnie dla ciebie. Należał do twoich poprzedników. Dzięki niemu możesz otworzyć przejście do Zakonu. Wystarczy ze wsuniesz do w ścianie i przekręcisz a pojawią się drzwi.
- A co gdybym nie miał żadnej ściany i musiał otworzyć przejście na ziemi?
- Wtedy analogicznie drzwi otworzą się na suficie. A sufity w siedzibie Zakonu mamy dosyć wysokie i nie skończyłoby się to za dobrze gdybyś spadł.
- Wiem cos o tym. Kiedyś Hejbi tak zrobił i zgadnij, kto akurat miał pecha być wtedy bezpośrednio pod miejscem, w którym otworzył drzwi.- Saturnin wzdrygnął się.- Pierwszy i ostatni raz byliśmy tak blisko twarzą w twarz.
- To musiało zabawnie wyglądać.- Gerard zaśmiał się.
- No nam do śmiechu wtedy nie było. Ale już tym, którzy to widzieli było.
- A kiedy zacznie się ten trening? Chciałbym jak najszybciej mieś skrzydła i te wszystkie moce.- Chłopak zaklaskał i już sobie wyobraził tak to by było latać na własnych skrzydłach.
- Za dwa tygodnie, wraz z początkiem roku szkolnego. Oczywiście nie będziesz już chodził do ziemskiej szkoły. Będziesz mieć szkołę w zakonie. Tam czas płynie inaczej, a raczej jest pojęciem względnym, ale to już może ci wyjaśnić Saturnin razem z zasadami korzystania z klucza i przenoszenia się w różne miejsca na świecie. Kiedy będziemy zaczynać szkolenie jeszcze raz wszystko wyjaśnię, ale póki, co będziesz mógł pomęczyć brata. Ja będę musiał się zacząć pomału zbierać. Muszę jeszcze odwiedzić pozostałych. Dorze ze ty od razu uwierzyłeś i nie zacząłeś panikować. To miła odmiana i wytchnienie po pierwszych dwóch podejściach. Obaj chcieli dzwonić na policje, a wodnikowi musiałem nawet zabrać telefon i awaryjnie zmienić nasz upływ czasu.
- A co to znaczy?
- To znaczy dla nas wszyscy dokoła nagle się zatrzymali, a tak naprawdę to my poruszaliśmy się niezwykle szybko.
- To musi być całkiem wygodne i przydatne w niektórych sytuacjach.
- Tak i to bardzo. Ale nie wolno tak robić żeby oszukiwać na sprawdzianach w szkole.
- Ja nigdy nie oszukiwałem nawet jak byłem nieprzygotowany. Już wolałem dostać złą ocenę.
- I bardzo dobrze. Uczciwość to cenna cecha. A teraz naprawdę muszę się zbierać. Miło było pogawędzić. A ty Saturnin bardzo się poprawiłeś z gotowaniem.
- W końcu miałem, dla kogo.- Położył dłoń na głowie brata. Pożegnali Hejbiego, który chyba chciał zrobić efektownie wyjście, bo otworzył drzwi właśnie na podłodze.
- A ostrzegaliście żeby tego nie robić.- Zdziwił się Gerard.
- Tak, ale teraz jak tak robi to, otwiera przejście w swoim pokoju na łóżkiem żeby już na nikogo nie spaść. Hejbi zapomniał o jednej ważnej rzeczy.
- O jakiej? Będziesz musiał zabierać ze sobą Wolfiego. To twój duchowy przewodnik. Będzie ci potrzebny.
Bracia spędzili jeszcze dużo czasu rozmawiając. Głownie to Saturnin mówił odpowiadając cierpliwie na wszystkie pytania młodszego brata i w efekcie musiał go zmuszać do pójścia spać, bo chłopak był zbyt podekscytowany myśląc o tym jak ważne ma zadanie.

Dwa tygodnie później jeszcze bardziej podniecony otworzył przejście mając u boku wiernego Wolfiego starszego brata.
- To będzie niesamowita przygoda!- zawołał przekraczając próg do innego wymiaru.


Kupię za rozsądna cenę elementy komplety Evil Shadow i dodatki Sweet Shinobi
|Jesteś mój | 13 Z | Zobiakalni rycerze niebios | Venandi et magi |

Offline

#9 05-11-2017 o 19h48

Młody rekrut
Liwia8
...
Wiadomości: 18

Hejka
Gerald xd light wersja XD
Wiedziałam że to Hejbi jest tym przyjacielem! Ale to z rozkopywaniem w łóżku mnie zastanawia czy to tak rzuciłaś czy ma głębszy sens.
Czekam na koziorożca! Nie wcale nie dlatego, że to mój znak zodiaku, wcale...
Życzę weny i chęci

Offline

#10 08-11-2017 o 00h58

Straż Cienia
Kin-chan
Straż na szkoleniu
Kin-chan
...
Wiadomości: 159

https://i.pinimg.com/564x/20/33/a6/2033a6bbfafc9a2edcd7ff705ce59c53.jpg

Rozdział czwarty- Byk


Cruz od zawsze był śpiochem. Gdyby to było możliwe to w ogóle by nie wychodził z łóżka. Zwłaszcza w wakacje. Jego mottem jest ,,W wolne spania nigdy nie jest za dużo." Dlatego teraz też nie chciał opuszczać ciepłego łóżka.
- Cruz... Cruz. Cruz no! No Wstawaj Cruz!
- Mmmmyy...
- Nie mmmmyymaj mi tu tylko wstawaj śpiochu jeden!
- Jeeeeeszcze póóóóół gooooodziiiinyyy...
- Już południe! Masz występ!
- Doooopieeerooo weeeeee.... Wtoooooorek...
- Dzisiaj jest Wtorek!
- Sooo..?- Siostra nie wytrzymała i nachylił się tuż na uchem brata odgarniając długie czarne włosy.
- Występ! O czwartej! Dzisiaj! Jest dwunasta!- Zawołała mu prosto do ucha, co wreszcie obudziły chłopaka.
- Co?! Jest was osiem! Czemu żadna mnie nie obudziła?- Wyskoczył z łóżka jak oparzony i potykajac się poleciał do szafy.
- Myślisz, że nie próbowałyśmy? Spałeś jak kamień i nie szło cię obudzić.
- Było zwalić z wyra!- Zawołał wywalając na podłogę połowę zawartości szafy.
- Żebyś się poobijał w dniu premiery? Jeszcze czego. Twoja dyrygentka to diablica. Pamiętasz jak ostatnio zareagowała jak poszedłeś na próbę z siniakiem na nodze?
- Weź mi nie przypominaj.- Chłopak wzdrygnął się na samo wspomnienie.- Ale i tak będę mieć przerąbane, jeśli się spóźnię!- Poleciał do łazienki żeby się ogarnąć. Jeszcze nigdy nie przebierał się i nie czesał tak szybko. Wybiegł z łazienki i wpadł do kuchni.- Karmelita podwieź nie błagam!
- Nie ma szans. Samochód jeszcze u mechanika. Po południu będzie do odbioru.
- Po południu to już będzie dawno po mnie jak się teraz spóźnię na próbę generalną!
- To biegnij! Zdążysz jeszcze jak się pośpieszysz. Przyjdziemy na wys…- Nie skończyła, a raczej już niemiała, komu kończyć, bo Cruz złapał torbę i wybiegł z domu.
Chłopak pędził przez wąskie uliczki między budynkami obierając możliwie jak najkrótszą trasę, co nie było łatwe w miasteczku tak gęsto zabudowanym, że wyglądało jak labirynt. Z dala od głównej ulicy lepiej nie chodzić, jeśli jest się turystą i nie ma przewodnika. Jeśli nie chce się skończyć w ślepym zaułku. Cruz zgrabnie przeskakiwał i wymijał wszelkie przeszkody. Od małego uczył się tańczyć. W końcu pochodził z rodziny tancerzy gdzie tradycja tańca siegała dziewięciu pokoleń wstecz. Cruz miął kolejny zakręt i zobaczył w oddali dach opery
- Tak! Zdążę na czas!- Krzyknął i jeszcze przyśpieszył. Zbiegł po nieco stromej uliczce by zaraz wbiegać pod górę drugiej. Skręcił jeszcze dwa razy i całe powietrze radość z niego uleciały. Most, przez który miał zamiar przebiec był zamknięty z powodu robót drogowych. Chłopak jękną zrezygnowany. Ten most to jeden z dwóch, dzięki którym można się dostać na wysepkę, na której znajduje się opera. Problem polega jednak na tym, że aby dostać się na drugi most Cruz musiałby przebiec przez pół miasta, co by oznaczało spóźnienie na próbę. Jednak nie mając innego wyjścia zawrócił szukać innej drogi. Wybiegając z uliczki wpadł na kogoś.
- Przepraszam! Śpieszę się! Most zamknięty, musze się dostać na drugi.- Pozbierał się z chodnika i na spojrzał, na kogo wpadł i zaniemówił. Nigdy nie widział kogoś, kto mógłby mieć na głowie taką ilość warkoczyków. Do tego fioletowych.
- To może cię podwieźć? Mam motor, a i tak się wybieram do opery.
- Tak! Dziękuję!- Cruz nie mógł uwierzyć w swoje szczęście i poszedł za dziwnym chłopakiem. Gdy zobaczył swoja podwózkę zaniemówił. Maszyna była piękna! Czarno niebieska, smukła i błyszcząca jakby dopiero, co zjechała z taśmy produkcyjnej. Złapał podany kask i usiadł na fioletowo-włosym.
- Trzymaj się mocno panie tancerz.- Rzucił jego kierowca i odpalił silnik. Maszyna zamruczała jak dziki kot i pomknęła na przód.
- Skąd wiesz, że tańczę?!- Cruz spróbował przekrzyczeć pęd powietrza.
- Biegłeś do opery, a dziś jest tam premiera spektaklu tanecznego. I tasiemki od baletek ci z torby wystają!
- Serio?! Nie zauwarzyłem! A ty wybierasz się na przedstaiwnie? Jest dopiero o czwartej wiec troche poczekasz!
- Tak jakby. Będę dziś zastępować jednego z oświetleniowców!
- Którego?!
- Manolo! To mój kuzyn! Chyba cos go rozłożyło, bo jak zadzwonił to mówił przez nos!
- A jak ty się nazywasz tak w ogóle?! Ja jestem…
- Cruz Estepan Diego Hulio Rocardo Montoja-Delaroza-Ramirez!
- Skąd…
- Z Internetu! W reklamie przedstawienia byli wymienieni tancerze! Występuje tylko jeden chłopak wiec nie trudno się domyślić ze to ty! Ja jestem Hejbi!
- Hejbi?! Dziwne imię.
- Jestem z Japonii!
- To by wyjaśniało kolor włosów i te setki warkoczyków!
- Dzięki!
Kontynuując rozmowę dojechali pod operę w dziesięć minut, co naprawdę uratowało Cruza przed pożarciem przez Dyrygentkę. W czasie próby pomimo profesjonalnego podejścia chłopak nie mógł się powstrzymać żeby nie zerkać, co jakiś czas w gorę na oświetleniowców biegających po rusztowaniu. Za każdym razem, gdy podnosił wzrok bezbłędnie odnajdywał Hejbiego, który machał do niego. Było w nim coś takiego, co przyciągało wzrok, ale Cruz nie potrafił odgadnąć, co to takiego konkretnie jest. Po prostu nie mógł się oprzeć pokusie patrzenia.
Półgodziny przed rozpoczęciem przedstawienia Cruz siedział w swojej garderobie i lekko się krzywiąc masował stopy. Większości ludzi wydaje się ze balet to jest coś pięknego i przyjemnego. Niestety w rzeczywistości kończy się tylko na pięknym. Stopy większości baletnic, które już odeszły na emeryturę, wyglądając jak po wypadku. Cruz wiedział na co się pisze decydując się na ten konkretny rodzaj tańca, jednak stara się z całych sił uratować swoje nogi przed tragiczny końcem codziennie je masując i nosząc specjalne buty. Nagle rozległo się pukanie.
- Proszę!- Zawołał nie podnosząc wzroku.
- Dyrygentka poprosiła żebym przyniósł ci wody. Chociaż to co jest w tej butelce nie wygląda mi na zwykłą wodę… W ogóle nie wygląda jak woda…. Hej coś się stało? Bolę cię? Dasz rade zatańczyć?
- Co? Ta, tak. Nie przejmuj się tym Hejbi. Daj ta miksturę. To coś to napój energetyczny, po którym nie trzeba po pół godzinie lecieć do łazienki.- Chłopak sięgnął po butelkę, wypił od razu połowę i wrócił do masarzu.
- Na pewno wszystko w porządku?
- Tak. To normalne ze bolą. Ale ja kocham tańczyć, więc mogę znieść ból. Jak je teraz porządnie rozmasuje to nie będzie problemu?
- A może ja bym ci je rozmasował. Znam się na tym.
- No nie jestem pewien. Masz świadomość tego ze Dyrygentka zatłucze nas obu jeśli nie dam rady zatańczyć?
- Spokojnie. Jeszcze będziesz błagać o kolejny po występie.
Hejbi nie kłamał. Cruz jeszcze nigdy nie miał tak dobrego masarzu, po którym stopy zupełnie go nie bolały, zupełnie jakby dopiero, co wstał z łóżka. W czasie występu chłopak miał wrażenie, że porusza się z jeszcze większą lekkością, co tylko dodało mu pewności siebie wraz z widokiem ośmiu sióstr i rodziców w pierwszym rzędzie, a to przełożyło się na jeszcze lepszy występ.
Po zakończonym występie widownia jeszcze długo oklaskiwała tancerzy, nawet, gdy ci już schodzili ze sceny. W drodze do garderoby koleżanki z zespołu klepały chłopaka gratulując mu najlepszego jak do tond występu. Padł na sofę w swojej garderobie i dopiero wtedy pozwolił sobie na rozluźnienie. Długo jednak sam nie był, bo po kilku minutach ktoś zapukał do drzwi. Chłopaka bardzo to zdziwiło, bo umówił się z rodzicami ze najpierw odwiozą jego siostry a potem po niego wrócą, Dyrygentka też to nie mogła być, ponieważ rozmawiała z nim i dziewczynami zaraz po zakończeniu przedstawienia.
- Tak? Kto tam?
- Hejbi. Mogę wejść?
- Ta… I tam przez najbliższe dziesięć minut nie wstanę.- Głowa chłopaka opadła na poduszkę.- Mógłbyś…
- Pomasować?
- Taaaak. Masz zaczarowane dłonie.
- Mówiłem, że będziesz błagał o więcej.
- Chyba cię zatrudnię. Serio.  Ile chcesz za te masarze?
- Jeśli chcesz to będę robił to za darmo. Ale teraz zrobię ci masarz pod warunkiem, że mnie wysłuchasz.
- Wszystko mistrzu masarzu.
- No wiec jak byś zareagował gdybym ci powiedział, że jesteś aniołem, który ma uratować świat przed potwornymi istotami chcący zagłady ostatecznej?
- Brzmi nieźle. Mów dalej.
- I geod początku roku szkolnego będziesz chodzić do specjalnej szkoły w miejscu między wymiarami gdzie będziesz odbywać treningi swoich mocy?
- Dalej nieźle.
- I że do tej szkoły będziesz wchodził przez magiczne drzwi otwierane magicznym kluczem, który dla ciebie przyniosłem?
- No ciekawie. Coś jeszcze?
- Tak naprawdę twoja dusza jest niesamowicie stara. Zostałeś powołany do życia na długo przed powstaniem Ziemi. Stoczyłeś setki bitew z Wynaturzeńcami. Pierwotnie twoja dusza i dusze pozostałych rycerzy miały wracać na nieboskłon w postaci gwiazdozbiorów, ale coś się stało i wasze dusze trafiły na Ziemię. Żyliście spokojnie jak zwyczajni ludzie odradzając się za każdym razem, kiedy jedno życie dobiegało końca. I tak do kolejnej wielkiej bitwy, kiedy trzeba było was wszystkich zebrać razem i wyszkolić, bo niczego nie pamiętaliście. Po bitwie wasze dusze znów wróciły za ziemię i tak w kółko i w kółko aż do dnia dzisiejszego, kiedy ziemia znowu jest w niebezpieczeństwie.
- Na serio brzmi nieźle. Kiedy casting?
- Co?
- No casting. Opowiadałeś mi fabułę filmu prawda?
- Nie… To wszystko, co powiedziałem to prawda. Ja też jestem aniołem.
- Tak jasne.  A ja matadorem.- Cruz zaśmiał się.- Oryginalny żart, przyznaję. Długo go wymyślałeś?
- To nie jest żart Cruz. To naprawdę prawda. Odwróć się i spójrz na mnie.
- No dobrze, ale co to… O cho…
- Nie. Nie kończ. Nie lubię bluzgów. Zwłaszcza z ust aniołów.
-Dobra to chyba sen. Po prostu zasnąłem jak się położyłem i to mi się po prostu śni.- Cruz wciąż gapił się na piękne skrzydła Hejbiego.
- To nie jest żaden sen Cruz. To jest najprawdziwsza prawda.
- Ale jak to wogłole możliwe. Skoro jesteś aniołem to, czemu wszyscy cię widzieli i gdzie były twoje skrzydła?
- Jestem widzialny, ponieważ przechodząc do twojego świata stałem się materialny. Teraz widzisz moje skrzydła, bo przybrałem moją oryginalna postać, ale za chwilę wrócę do mojego kamuflażu.
- Powiedzmy ze to prawda i ci wierzę. Skoro, więc ja też jestem aniołem to gdzie są moje skrzydła i te moce, o których mówiłeś?
- Na razie ich nie masz, ponieważ ta część ciebie, która jest anielska jest uśpiona. Mogę ją obudzić specjalnym rytuałem, ale wymaga on sporo przygotowań i pracy wiec zrobię to dopiero, kiedy zbiorę wszystkich rycerzy. Trójka już jest. Ty jesteś czwarty.
- Dobra to zabrzmi samolubie, ale czemu jestem dopiero czwarty?
- Bo odwiedzam was w takiej kolejności w jakiej następują po sobie wasze znaki zodiaku. Jesteś bykiem. Byk jest czwarty, więc na mojej liście byłeś na czwartym miejscu. Co nie zaznaczy, że jesteś mniej ważny. Cała trzynasta jest tak samo ważna.
- Eee… Ale zodiaków jest tylko dwanaście.
- Bliźnięta to prawdziwe bliźniaki.
- Aha. A co by było z moją szkołą?
- Już byś do niej nie chodził. W Zakonie miałbyś szkołę. Czas, jaki byś spędzał w szkole będziesz spędzać w zakonie gdzie czas to pojęcie względne wiec kilka godzin może się tam zamienić w kilka lat. Oczywiście w ramach przykrywki jutro dostaniesz fałszywy list z fikcyjnej specjalnej szkoły, z której dostałeś stypendium.
- A co z moim baletem? Z tego nigdy nie zrezygnuję!
Na balet spokojnie będziesz mógł chodzić. Nie musisz się o to martwić. Ja wszystko zorganizuje i dopasuję tak by jak najmniej zaburzyć twoje codzienne życie.
- A wysyłanie mnie codziennie do innego wymiaru na kilka godzin to nie jest wystarczające zaburzenie codzienności?
- Ja bym je umieścił w średniej kategorii.
Czy ty mi niczego nie dodałeś do mojego napoju przed występem?
- Nie. Dlaczego o to pytasz?
- Bo to jest zbyt pokręcone żeby było prawdziwe.
- Ale to jest prawdziwe. Proszę uwierz mi Cruz. Ty jesteś aniołem i ja też. Świat jest w niebezpieczeństwie. Posiadasz wyjątkową moc, dzięki której możesz ochronić świat i swoich bliskich. Pomyśl o swoich rodzicach i siostrach. Ile lat ma najmłodsza? Sześć? Jakoś tak prawda? Pomyśl o tym, że jeśli nie podejmiesz się tej trudnej misji za jakiś czas już nie będziesz mógł tańczyć razem z siostrami, bo świata już nie będzie. Wynaturzeńcy pożerają dusze swoich ofiar.
- Czemu szantażujesz mnie losem mojej rodziny? Podobno jesteś aniołem.
- To nie jest żaden szantaż. Ja tylko staram się podkreślić ci jak ważne zadanie spoczywa na twoich barkach. Musisz mi uwierzyć Cruz… Cruz? Czemu płaczesz?- Hejbi był bardzo zdziwiony. Takiej reakcji się nie spodziewał
- Bo… Bo jeśli to co mówisz to prawda i nie uda mi się ochronić rodziny to sobie tego nigdy nie wybaczę! Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Ważniejsza niż taniec!
- Hej Cruz spokojnie. Nie powiedziałem przecież ze ich nie uratujesz. Do tej pory zawsze ratowałeś świat. Teraz też go uratujesz.
- Tak myślisz?
- Tak. Ale będziesz musiał się naprawdę przyłożyć do treningów, bo to nie będzie łatwe. Będziesz musiał ciężko pracować. Ty i twoi towarzysz. Ja będę przy was i będę służył wam wsparciem.
- Obiecujesz ze będziesz obok? Zawsze?
- Tak. Od tego jestem. By być waszym wsparciem. Zawsze będziesz mógł na mnie polegać.- Hejbi sięgnął do kieszeni i wyjął kluczyć, który podał chłopakowi.- Proszę. To twój własny klucz do otwierania przejścia do Zakonu. Nie zgub go proszę, bo zrobienie nowego zajmie mi sporo czasu, a swojego ci nie będę mógł pożyczyć. Swój specjalnie ustawiałem tak żeby drzwi w zakonie otwierały się w moim pokoju i nie chciałbym gdybyś na przykład spadł mi z sufitu na łóżko, kiedy ja będę spać. Nie polecam otwierania drzwi w podłodze. Rób to tylko w ostateczności. Ściany są do tego by były w nich drzwi. Nie podłogi. Żeby otworzyć przejście wystarczy ze wsuniesz klucz w ściane i przekręcisz. Pojawia się wtedy drzwi. A właśnie. Jakie masz zwierzątko?
- Zwierzątko? Mam fretkę Migela. A co?
- Bo będzie ci potrzebny więc będziesz musiał go zabierać ze sobą.
- Jak mam wynosić z domu fretkę tak żeby nikt nie widział?
- Wystarczy ze będziesz otwierać przejście, kiedy nikogo nie będzie w domu. Kiedy będziesz wracać do domu wystarczy, że pomyślisz, o której godzinie chciałbyś wrócić. To proste, szybko powinieneś załapać. To jak? Dasz z siebie wszystko?
- Tak! Chcę uratować moją rodzinę!- Telefon Cruza zadzwonił. Chłopak sprawdził wiadomość. Tata już po mnie wraca. Będzie niedługo.
- Jasne. Musisz się jeszcze przebrać. W sumie to powiedziałem ci już wszystko, co musiałem. Zostawię cię już.- Hejbi odwrócił się by wyjść, ale Cruz złapał go za rękaw.
- Zaczekaj. To, kiedy zaczyna się ten trening?
- Zaczynamy wtedy, kiedy rozpoczyna się rok szkolny, więc nie stracisz wakacji. A teraz się przebierz i naciesz z rodziną występem. Wypadłeś niesamowicie.
Kiedy Hejbi wyszedł Cruz jeszcze przez chwilę siedział myśląc to tym, czego się dowiedział i przebrał się w ostatniej chwili zanim odebrał go tata. W domu z rodziną chłopak szybko ochłonął i się zrelaksował. Następnego dnia do domu faktycznie przyszedł list, o którym Hejbi mówił. Wszystkie siostry zazdrościły Cruzowi stypendium.

Dwa tygodnie później otworzył przejście w swoim pokoju po zrobieniu dużego kółka przez pół miasta żeby nieć pewność ze w domu nikogo nie będzie.
- Show time.- Powiedział do siebie i przeszedł przez drzwi z fretką siedzącą na ramieniu.


Kupię za rozsądna cenę elementy komplety Evil Shadow i dodatki Sweet Shinobi
|Jesteś mój | 13 Z | Zobiakalni rycerze niebios | Venandi et magi |

Offline

#11 15-12-2017 o 12h20

Młody rekrut
Liwia8
...
Wiadomości: 18

Hejka
Mamy tancerza to, co będą balety? ^^
Fajnie że oni wszyscy mają inne zainteresowania.
Żyć że weny i chęci
Ps tak wiem długo komentowałam xD

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1