Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 03-11-2017 o 00h35

Straż Cienia
AliceAnnaJ
Rekrut
AliceAnnaJ
...
Wiadomości: 35

Życie po Wielkim Wygnaniu w świecie, który dopiero raczkował, nie było proste, bo żaden początek nigdy taki nie jest. Ale jeszcze zanim na vlekhn'daja - "substytut świata" - spadły wojny i zaczęła trawić ją wzajemna niechęć, a jej mieszkańcy zaczęli ścigać się, gwiazdy wraz z boginią, która tchnęła życie w krainę, odkryli, że Eldarya ma jeden wielki uszczerbek - nie jest w stanie dbać o siebie sama. Na początku bogini, wraz ze Słońcem, Księżycem i Kryształem, a także wieloma innymi dbali o to, by wygnańcy nie odczuwali różnic między ich nowym domem a tym, który musieli porzucić. Dbali by zmieniała się podoba, pory dnia i nocy, pory roku, by rośliny rozkwitały a zwierzęta zasiedlały lasy, pola i wody. Szybko jednak okazało się, że duchy sił przyrody upadają na siłach, dlatego postanowiono stworzyć istoty, które żyjąc będą utrzymywać przy życiu ten świat.
I tak powstały kitsune.
Każda z sił przyrody stworzyła klan, który miał opiekować się inną częścią świata a pomysł okazał się na tyle dobry, że duchy przeniknęły do ciał pierwszych Obdarowanych i pozwoliły reszcie toczyć się samej.
Jednak każda istota żywa będzie chciała dominować, toteż nic dziwnego, że nawet pośród lisich demonów zaczęło dochodzić do walk, spisków i knowań.
I właśnie pośród takich spisków i knowań urodziła się nowa Strażniczka Kryształu, pierwsza od paruset lat - Miiko.











          Kolejne uderzenie błyskawicy, zatrzęsłam się i wyrwałam czym prędzej z objęć matki, by następnie na oślep wpaść do domu i, pokonawszy labirynt korytarzy prosto do swojego pokoju, pod łóżko. Znów wszystko się zatrzęsło gdy kolejny piorun uderzył gdzieś niedaleko, zakryłam dłońmi uszy i zaczęłam płakać mając nadzieję, że wstrętna chmura pójdzie sobie tak szybko, jak to możliwe.
          Czym ci dorośli się tak zachwycali, czemu mama nie chciała mnie puścić? Przecież ja jestem grzeczna, czemu trzymali mnie tam na zewnątrz jak nie chciałam? Pewnie zaraz wpadnie tata i zacznie krzyczeć i w ogóle, że znowu przyniosłam wstyd rodzinie uciekając jak tchórz i, że przeżyłam przypadkiem a nie przez to, że byłam silniejsza niż moja siostra i, jeszcze, że wolałby syna...
          Ale ja też wolałabym być chłopcem, naprawdę! Biegać z kataną i walczyć i skakać po drzewach i robić to wszystko, co mi nie było wolno, jak inni chłopcy z klanu... Bardzo chciałam, przysięgam, tato, gdybym mogła, to bym nim była i byłbyś może w końcu dumny...
          A tak, to siedzę pod kocem, wszyscy obcy ludzie, których pierwszy raz na oczy widzę siedzą sobie w naszym ogrodzie i się popisują takimi strasznymi cudami i dziwami jak ten od błyskawic i nic nie mogę. To znaczy...
          Babcia Nami proponowała, żebym pokazała, co potrafię, bo ponoć coś potrafię ale tata się wtedy tak strasznie zezłościł, że aż cały dom drżał. Prawie jak teraz... Ale teraz tata się nie złościł, bo widziałam błysk rozlegający się w pokoju. Brr, czemu oni tak muszą... najpierw jakaś dziewczyna o ślicznym, brzoskwiniowym futerku prawie tańczyła z kataną, tylko jej ogonek błyszczał w słońcu i nawet nie było straszne, jak zaczęła pachnieć ciemnością, potem były jakieś bliźniaki z zielonoczarnym futerkiem i aż pięcioma ogonami, zrobiły tak, że mój krzew błękitnych róż zrobił się wielki i zaczął pięknie kwitnąć w parę sekund, potem jakiś chłopak, który w gruncie rzeczy był wieeelki i miał trzy jasne ogonki i błyszczał i tak ładnie się prawie świecił w słonku, które jakby zaczęło jaśniej świecić dla niego, i jeszcze jacyś inni, a potem przyszedł ten blond z czterema srebrnymi ogonami pokrytymi białym połyskiem. Byłam zachwycona jak zobaczyłam go, bo skojarzył mi się ze śniegiem, ale jak nagle zaczął błyskać jak piorun i nimi miotać...
          Przestał mi się podobać od razu. Był straszny. A ciocia Agnes jeszcze się śmiała, że od zakochania do strachu i nienawiści granica cienka, cieniutka, a ja się tylko zastanawiałam o czym ona w ogóle gada i kto się zakochał. Ale zanim spytałam, on zaczął miotać jeszcze bardziej błyskawicami i...
          No, i cześć, Miiko ucieka.
          Szybciutko wciągnęłam pod kocyk klatkę z płomykiem, który właściwie jako jedyny ze mną zawsze był, żeby dodać sobie otuchy i w jego świetle spojrzałam na swoje łapki.
          Czemu oni wszyscy potrafią robić takie ładne rzeczy, a ja nie umiem nic? To znaczy, no, babcia Nami mówi, że umiem, ale jak próbuję się skupić jak każe i zrobić coś magicznego to zawsze dzieje się jakaś katastrofa, nawet, jak tylko leciutko się skupiam! Raz niechcący rozbiłam wszystkie kryształowe wazy w całym domu, innym razem ogień w kominku buchnął dziko i zaczął szaleć a raz nawet, jak chciałam pomóc przy rannym i użyć zaklęcia leczącego to zegarek spadł ze ściany a rana zrobiła się jeszcze gorsza, jakby cofnęła się w czasie ale nie całkiem i znów go bolała. Tata zabronił mi wtedy się skupiać i przestali mnie uczyć. Westchnęłam smutno a mój własny ogon zaczął mnie łaskotać po nosie i brzuchu, zachichotałam i złapałam go mocno tuląc do siebie.
          -Ty też nie jesteś łady, wiesz? - powiedziałam do niego na co oklapł, jak gdyby rozumiał moją mowę. -Prawie czarny. Inne liski mają ładne jasne futerko, takie śliczne i lśniące a ja mam takie nudne, granatowe... takie mroczne – podrapałam się po nosie. -A może mnie sobie pomylili? Może ja jestem z jakiegoś innego strasznego klanu... co o tym myślisz? Może powinnam być nie Miiko tylko... um... Night! O tak! - zawiązałam sobie koc niczym pelerynę wokół szyi. -Może powinnam żyć tylko nocą, w sumie, to nawet w ciemności mi się oczy świecą. To by pasowało – stwierdziłam spoglądając w lustro, a w mroku pokoju rzeczywiście widać było tylko parę świecących na niebiesko oczu. Po chwili mój nastrój przygasł, wraz z uderzeniem kolejnego pioruna. -A może byłam kimś innym, z innego klanu, ale mnie wyrzucili bo tam też się nie nadawałam...? - spytałam granatową kitę z białą końcówką a potem znów się zatrzęsłam cicho płacząc. Niech on już przestanie piorunić i grzmieć, ja już nie chcę...! Niech to coś co się w nim zakochało, jak to powiedziała ciocia Agnes, weźmie sobie go i niech piorunują sobie gdzieś indziej!
          A tak w ogóle, to jak działa to zakochanie się? Ciocia ciągle tylko mówi, że to jak grom z jasnego nieba i inne takie, ale potem dodaje, że to cudowne i wspaniałe i nic z tego nie rozumiem. Jak grom może być wspaniały, skoro jest straszny? Przecież tak się nie da, albo straszne albo wspaniałe, dwóch na raz się nie da! Sama mi przecież powtarzała przy nauce wierszy, że dwóch na raz nie spamiętam, więc jak można czuć dwa różne uczucia jednocześnie? To jakieś głupie, w ogóle, dorośli są jacyś dziwni, nie chcę dorastać...
          Wiem. Jutro poszukam jakiegoś zaklęcia, które zatrzyma dla mnie czas i zostanę sobie dzieckiem aż do końca świata! Nie będę się niczym martwić, nie będę musiała wyruszać na wojny, nie będę musiała zarabiać ani siedzieć przy krysztale jak chciał tata zanim się na mnie zaczął tak strasznie złościć. Nie chcę całe życie siedzieć przy jednej bryłce, zwłaszcza, że kitsune są długowieczne i mogłabym utknąć w jakiejś grocie na ho ho ho ile czasu.
          Znów coś trzasnęło, tym razem bliżej. Skuliłam się cicho skamląc pod kocykiem i znów zakryłam uszy dłońmi, jednocześnie opatulając się puchatym ogonkiem. Czemu oni mu tak długo pozwalają piorunić, niech już ktoś inny się zacznie popisywać, na pewno jeszcze ktoś by chciał...!
          I nagle poczułam jak owiewa mnie chłodne powietrze a kocyk znika. Otworzyłam niepewnie oczy widząc, jak migocze płomyk od podmuchu a przede mną znajdowały się duże buty. Czy to tata po mnie przyszedł, żeby na mnie nakrzyczeć...?
          Podniosłam niepewnie wzrok a tam niespodzianka. To nie tata. To ten ładny lis, co dla niego tak słonko mocno świeciło. Patrzyłam chwilę na niego, nie rozumiejąc w ogóle po co tu przyszedł.
          -Umumum... zgubiłeś się? - spytałam niepewnie swoim dziecinnym głosem. Coś mi odpowiedział, ale przez zakryte uszy nic nie zrozumiałam, więc je puściłam, zapominając o tym, że tam na zewnątrz wciąż trwa sztuczna burza. -Ja przepraszam, ale nie słyszałam, możesz powtórzyć? - zaśmiał się i pogłaskał mnie po głowie jak jakiegoś dzieciaka. W sumie ja też jestem dzieciakiem ale on miał trzy ogony, w sumie tylko trzy, więc jak na lisie nie był taki stary, prawda?
          -Czemu uciekłaś? - spytał mnie łagodnie, jakoś tak inaczej niż robił to tata czy nawet mama. Mama zazwyczaj tylko wzdychała i nic nie mówiła.
          -Bo oni burzują a ja nie lubię burz – wyjaśniłam kuląc się z powrotem.
          -Burzy nie ma co się bać, zwłaszcza sztucznej.
          -Ale to jest jasne i pachnie prądem a jak raz dotknęłam prądu to mnie pokopał i bolało – pociągnęłam noskiem.
          -Ten prąd nic ci nie zrobi.
          -A jeśli? - wygięłam usta w podkówkę, na co on westchnął z dziwnym uśmieszkiem.
          -Ty jesteś Miiko, prawda? - spytał, zmieniając temat. Kiwnęłam głową. -A ja mam na imię Ukyo. Na jakiś czas z wami zamieszkam – oznajmił, a w jego głosie było coś prawie groźnego, ale w sumie jego ton wcale nie był taki groźny i straszny. Do tego, słoneczko go lubiło, więc chyba ja też mogłam, prawda?
          -Przyjaźnisz się ze słońcem?
          -Można tak powiedzieć.
          -To nie wiem, czy się polubimy – powiedziałam bardzo poważnie na niego patrząc. -Ja chyba jestem jakaś nocna – zaśmiał się słysząc moje poważne słowa. Co w tym śmiesznego?! Wygięłam usta w podkówkę i przytuliłam mocniej swoją granatową kitę, która nie wyglądała na zadowoloną z takiego układu i zaczęła się gibać tak, że końcówka łaskotała mnie po twarzy. -Ja mówię poważnie... Nie śmiej się...
          Zamilkł i chwilę mi się przyglądał w milczeniu, jakby nad czymś dumając, a ja nie wiedząc co zrobić zaczęłam głaskać własne futerko i starałam się na niego nie patrzeć. Chyba był miły i jakoś taki bardziej fajny, a na pewno milszy niż tata, ale i tak było w nim coś dziwnego. Tylko co? Myśl Mii, myśl! Przypomnij sobie chociaż jedną lekcję o aurach od cioci Agnes!
          Nagle wstał i bez problemu wziął mnie na ręce, a ja aż złapałam się go mocno zawijając ogonek wokół niego. Aż tak wysoko jeszcze nie byłam, jak mamę kocham!
          -Chodź, Panno Poważna. Pora wrócić do twoich gości – powiedział wesoło, wbiłam mu pazurki w ramiona chcąc zeskoczyć jak wcześniej zwiałam mamie.
          -Nie, ja nie chcę, on dalej burzuje!
          -Przestanie... Spokojnie, przestanie – powiedział trzymając mnie tak, że musiałam spojrzeć mu w oczy. Takie czerwone, straszne trochę, ale w gruncie rzeczy ładne. I bardzo nieustępliwe. Do tego, jakoś miałam wrażenie, że mówi poważnie i, że mogę mu uwierzyć. Zagryzłam wargę i ostatecznie kiwnęłam głową a on chwycił mnie wygodniej i wyszliśmy oboje z powrotem do ogrodu, a właściwie to on wyszedł a ja zostałam wyniesiona.
          I rzeczywiście, jeszcze raz ten szary grzmotnął, a potem spojrzał w naszą stronę i sobie poszedł i przyszedł się popisywać ktoś inny. Spojrzałam na blond lisa, który po mnie przyszedł. Ukyo, tak? Nie znam. Chociaż mama z tatą coś mówili, że będzie ktoś, komu "Słońce jest przychylne" ale to chyba nie on, prawda? Przecież ktoś taki ważny by po mnie nie przyszedł do pokoju bo po co. By zachowywał się jak tamte gbury.
          Właściwie, to przesiedziałam na rękach albo i czasem kolanach tego chłopaka do wieczora, mimo namowom mamy, że to nie grzeczne, aż w końcu wieczorem przy kolacji zwyczajnie zasnęłam.
          Co więcej? Nie pamiętam. Wiem tylko, że czułam się pewniej obok niego niż przy rodzicach.







Witajcie!

Mam przyjemność zaprosić was na opowiadanie będące rozszerzeniem fabuły Ezarelowej Szkółki Sarkazmu!
Kiedyś wspominałam, że planuję stworzyć osobne książki, by zagłębić się w wątki pozostałych postaci, których rozszerzenie w Szkółce byłoby dość niewygodne i odbiegające od głównej fabuły i takim oto sposobem, mam zaszczyt pokazać wam pierwsze opowiadanie z serii rozszerzeń: Kiedy Kryształ Zgaśnie.
Główną bohaterką oraz narratorką historii jest Miiko, ale będzie tutaj też objaśniony wątek Leiftana - losy tej dwójki, w mojej wersji historii, są nierozerwalnie połączone, opisywanie jednego z nich bez drugiego byłoby kompletnie bez sensu.
W opowiadaniu tym pojawiają się także postacie stworzone przez moją przyjaciółkę, Rin, odgrywają tu znaczącą rolę, dlatego też, z tego miejsca, składam jej podziękowania za to, że zgodziła się użyczyć mi swych dzieci.


Kiedy Kryształ Zgaśnie ukazuje się także na wattpadze (klik)


Na Szkółce Sarkazmu[/i] lada moment ukaże się (albo już to zrobił) dodatek Halloweenowy, w którym również pojawią się postacie z Kryształu zatem gorąco was zapraszam i, do zobaczenia pod następnym rozdziałem!

Ostatnio zmieniony przez AliceAnnaJ (03-11-2017 o 00h40)

Offline

#2 24-11-2017 o 23h55

Straż Cienia
AliceAnnaJ
Rekrut
AliceAnnaJ
...
Wiadomości: 35

Witajcie!
Jesień za pasem więc lisy harcują! Zwłaszcza małe liski.
Dlatego pewien mały lisek wpada do was z nowym rozdziałem!

PS kochani ninja - śmiało wypowiadajcie się, ja nie gryzę <3




Pierwszy Odłamek - Wspomnienie






          Coś zrobiło się miękko... zbyt miękko... czemu? Pomachałam łapkami na oślep dopiero teraz czując, że mój ogonek jest zawinięty wokół poduszki a nie wokół ramienia mężczyzny jak wcześniej, gdy się martwiłam, że mnie po prostu upuści. Pod ręką wyczułam pluszaka, poduszkę, kocyk. Niepewnie uchyliłam powieki a potem zamknęłam je z powrotem z cichym piskiem i zakryłam się cała kołdrą.
          Byłam u siebie w pokoju, sama, do tego nikt nie zapalił lampki a płomyk był gdzieś daleko poza moim zasięgiem.
          Głupi tata, głupia mama i głupi ten lis co mnie dzisiaj nosił, w ogóle dorośli są jacyś głupi... przecież ja się boję ciemności!
          Postawiłam uszy wytykając je spod kołdry. Wciąż słyszałam śmiechy i muzykę, więc prawdopodobnie goście wciąż się bawią w ogrodzie. Poruszyłam się niespokojnie pod kołdrą obracając na drugi bok. Nie będę spać, bo jak zasnę a nie ma światła to coś po mnie przyjdzie. Na pewno, w ciemności zawsze jest mnóstwo potworów, one tylko czyhają jak się zrobi ciemno i jak dzieci zostaną same i...
          -Miiko? - podskoczyłam przestraszona i wcisnęłam głowę pod poduszkę.
          -Idź, potworze, nie ma tu żadnej Miiko! - wychlipałam prawie. No masz, to mój koniec, na pewno koniec, mama rano znajdzie tylko trochę mojego futerka o ile cokolwiek zostanie a ten potwór zrobi sobie ze mnie szalik i...
          Ktoś łagodnie zdjął ze mnie kołdrę, odsunął poduszkę i pogłaskał po głowie.
          -Miisiu, dziecinko, spokojnie, to tylko ja – odsłoniłam oczy.
          -Babcia! - przytuliłam się do lisicy o dziewięciu ogonach i zamknęłam oczy. -Myślałam, że to jakiś potwór bo znowu zapomnieli mi postawić płomyka...
          -Spokojnie, kruszynko żaden potwór cię tu nie złapie – powiedziała swoim ciepłym i czułym głosem, jednocześnie głaszcząc po głowie i plecach dla uspokojenia. Znów zaczęła nucić znaną mi melodię kołysanki, a gdy uspokoiłam się na tyle, by nucić wraz z nią, postawiła mnie na podłodze, zrobiła mi pelerynę z koca i wyciągnęła dłoń w moją stronę. -Chodź, przespacerujemy się.
          -Ale tak... w nocy? - spytałam niepewnie mimo wszystko ufnie łapiąc dłoń babci Nami.
          -A czemu nie? Ktoś mi powiedział, że uważasz, iż jesteś nocnym lisem, nie powinnaś się w takim razie bać – powiedziała ciepło a ja nadęłam policzki odwracając wzrok.
          -Ten Ukyo to papla, nie lubię go – burknęłam pod nosem na co kobieta zaśmiała się cicho i razem wyszłyśmy z mojego pokoju, jeszcze tylko złapałam swoją klatkę ogonkiem, by mieć pewność, że nie ogarnie nas nigdzie totalna ciemność. Bałam się jej chyba bardziej niż burzy, bo burza była okazjonalna a ciemność nadchodziła co wieczór, każdego dnia.
          -Nie lubisz go? A polubiłaś, by przestać? - spytała mnie łagodnie, gdy zaczęłyśmy się oddalać od gwaru koło posiadłości i ruszyłyśmy przez las. Brr... coraz ciemniej...
          -Nie wiem... ale wcześniej wydawał się być fajniejszy – powiedziałam a po chwili zatrzymałam się przez co i ona stanęła. -Babciu, ja się boję, nie idźmy tam.
          -Ależ nie ma czego skarbie – uśmiechnęła się do mnie i jednym ruchem ręki wygasiła mój magiczny płomyk a następnie przykucnęła i objęła ramieniem. -Spójrz przed siebie, tam, pomiędzy drzewa – zmrużyłam oczy szukając wzrokiem czegoś o czym mówiła babcia. Podrapałam się po policzku próbując wypatrzeć coś konkretnego, ale w tej ciemności nic nie widziałam.
          -Nic nie widzę, co tam zobaczyłaś? - odwróciłam głowę by spojrzeć na babcię ale jej już nie było. Serce zabiło mi mocniej. -Babciu?! - krzyknęłam spanikowana cofając się, ale coś mnie powstrzymało.
          -Nie cofaj się, kruszynko – usłyszałam gdzieś nad głową, chociaż nade mną niczego nie było. Rozejrzałam się uważnie szukając babci wzrokiem, jak mogła mnie tak zostawić? -Obiecuję ci, że tam, gdzie ci pokazałam, czekam ja. Co zrobisz?
          -No... - podrapałam się po policzku niepewnie. -Um... pójdę?
          -A dlaczego?
          -Bo obiecałaś, że tam jesteś.
          -A skąd wiesz, że będę?
          -Bo obiecałaś – cisza, pewnie mam powiedzieć coś jeszcze. -Iii, bo cię znam... i, bo ci ufam, bo wiem, że nie zostawiłabyś mnie tak samą w lesie.
          -No to chodź tu do mnie, kochanie – bez dłuższego namysłu ruszyłam przez las, a im bliżej byłam tego miejsca, które wskazywała babcia wcześniej, tym więcej światła stamtąd padało. Gdy w końcu dotarłam na miejsce okazało się, że była to plaża nad brzegiem morza, gdzie bawiłam się co dziennie. Na kłodzie przy brzegu siedziała babcia. Natychmiast do niej podbiegłam a ona porwała mnie na kolana tuląc z powrotem. -Co widziałaś po drodze skarbie?
          -Właściwie nic, bo było ciemno – powiedziałam nadąsana a widząc oczekiwanie na jej twarzy pomyślałam jeszcze chwilę. -Ale im bliżej byłam, tym się robiło jaśniej. Babciu, czy to kolejna twoja lekcja? - spytałam po chwili widząc jej uśmiech. Odwróciła twarz w stronę księżyca i zamknęła oczy.
          -Tak, właściwie, to tym razem to taka kumulacja wiedzy – uśmiechnęła się rozbawiona i westchnęła, znów patrząc tylko na mnie. -Ale pierwsza i najważniejsza skarbie... jeśli komuś ufasz a ten ktoś coś ci obieca, to nie bój się mu uwierzyć. Jeśli ten ktoś jest dla ciebie ważny, jeśli ty jesteś ważna dla niego, to nie musisz się martwić, że cię zawiedzie. A wiesz, dlaczego? Bo twoje szczęście, kruszynko, będzie dla tej osoby ważniejsze niż jej własne. I z wzajemnością – dotknęła opuszkiem palca czubka mojego nosa, aż potarłam go łapkami bo mnie zaswędział.
          -Jaka jest następna lekcja? - spytałam wesoło, nie dostrzegając w ogóle zamyślenia i dziwnego strapienia na twarzy babci. Pewnie znów jedna z jej wizji przyszłości, ale nie lubiła, gdy o to pytałam, więc nie miałam zamiaru ją męczyć.
          -Jak sama powiedziałaś, gdy szłaś do mnie przez las na początku nie wiele widziałaś bo było ciemno, prawda? - kiwnęłam głową przytakując. -Ale im bliżej byłaś, tym jaśniej się robiło, tak? - znów kiwnęłam głową a ona uśmiechnęła się ciepło. -Dużo słyszałaś, gdy tak szłaś nic nie widząc?
          -Właściwie... właściwie to wszystko. I robaczki na drzewach, i bicie serduszek zwierzątek... i chyba nawet ciebie – powiedziałam po chwili zamyślenia.
          -Czy to, co słyszałaś, było straszne?
          -Nie, w sumie nie.
          -Sama widzisz, kochanie. Idąc do mnie kierowałaś się tym i tym a nie tym – mówiąc to dotknęła mojego czoła i serca, a potem musiałam przymknąć oczy gdyż złożyła delikatne pocałunki na moich powiekach. -Czasem wzrok nie jest potrzebny by widzieć, czasem lepiej kierować się innymi zmysłami, które nie będą cię oszukiwać w danej chwili. A czasami, gdy inne zmysły zawodzą, trzeba kierować się intuicją i sercem, bo one nigdy cię nie okłamią – ucałowała mnie w czoło a potem postawiła na piasku i ujęła moją rączkę. -Poza tym... ciemność nigdy nie jest nieprzejednana i straszna. Gdy otworzysz szerzej oczy i się wyciszysz, możesz wiele zobaczyć, tylko musisz patrzeć.
          -Ale ja cały czas patrzę! - jęknęłam nie rozumiejąc nic, babcia się zaśmiała i położyła mi dłonie na ramionach gdy znalazłyśmy się pomiędzy drzewami.
          -Musisz otworzyć oczy duszy, kochanie.
          -Duszy?
          -Duszy... - przytaknęła i przyklęknęła kładąc mi dłoń na klatce piersiowej, w miejscu serca. -Skup się, kruszynko. Co sprawiłoby, że ten las stałby się teraz przyjemniejszy?
          -Światło.
          -A co daje światło?
          -Słońce, księżyc, gwiazdy, ogień, świetliki...
          -A pamiętasz, co ci mówiłam, że ukryte jest w tym lesie?
          -Hmm... - podrapałam się po nosku. -Kryształy, tak? - kiwnęła głową.
          -Poproś je o pomoc.
          -Ale jak? Przecież ja nie umiem...
          -Nie daj sobie wmawiać innym, że czegoś nie umiesz – przerwała mi stanowczo. -Nigdy nie daj sobie wmówić, że czemuś nie podołasz, że coś jest dla ciebie za trudne, bo nic nigdy nie jest za trudne, i o ile starasz się to osiągnąć, to zawsze dopniesz swego. A teraz, weź głęboki oddech... - nabrałam dużo powietrza w płuca. -Wypuść je i pomyśl, jak pięknie byłoby, gdyby kryształy ukryte w lesie zabłysły.
          Niezbyt przekonana co do pomysłu babci, mając w pamięci co się działo, gdy chciałam cokolwiek zaczarować, mimo wszystko powoli wypuściłam powietrze i wyobraziłam sobie, że kryształy, których nigdy nie widziałam, lśnią i błyszczą i ogólnie, że dzięki nim wszystko widzę. Nagle poczułam śmieszne mrowienie w palcach i jakieś coś zaczęło błyszczeć, a po chwili rozbłysł cały las, małymi, błękitnymi punkcikami, a blask oświetlił nie tylko ścieżkę ale i surowe konary, sprawiając, że przestały być takie straszne.
          -Jesteś dziecięciem światła, kochanie – powiedziała babcia odwracając mnie w swoją stronę i spojrzała mi w oczy poważnie, a ja czułam, że tym razem chce podzielić się ze mną jakąś tajemnicą, o której nikt nic nie wie. -Droga, którą będziesz musiała przejść, wcale nie jest kolorowa ani prosta kruszynko. Nie chcę cię straszyć, ale oni nie pozwolą ci poznać tego jaki świat jest stopniowo, tylko rzucą cię od razu na głęboką wodę – mówiła cicho i miękko, a ja wpatrywałam się w nią jak oczarowana. Jej oczy, takie same jak moje, błyszczały w świetle kryształów. -Masz do zrobienia wiele ważnych rzeczy, uratujesz wiele istnień choć pewnie i wiele z nich zginie z twoich rąk. Cokolwiek się stanie, nigdy się nie poddawaj, nie wątp, tak jak ja nigdy nie zwątpię w ciebie – pocałowała mnie w czoło a potem przytuliła mnie mocno. -Jesteś światełkiem, kruszynko, a w swojej wędrówce spotkasz wiele cieni, które będą potrzebować twojego blasku właśnie, by odzyskać spokój i szczęście. Nie bój się podzielić swym blaskiem, ale pamiętaj – tutaj znów się ode mnie nieco odsunęła. -Tylko jedną osobę będziesz mogła w zupełności ocalić. Tylko jednej przynieść ukojenie kompletne, więc wybierz mądrze, nie pod wpływem impulsu. A gdy twoje serce w końcu zgodzi się w rozumem i intuicją i cała trójka będzie zgodna co do wyboru, nie czekaj z powiedzeniem, co leży ci na sercu, bo możesz się spóźnić i później żałować swojej decyzji do końca życia – powiedziała poważnie, a ja aż zadrżałam.
          -Ale babciu, skąd ja mam...
          -Wsłuchaj się w siebie, dziecko, słuchaj tego, co w tobie jest. To cię nigdy nie zawiedzie – uśmiechnęła się a następnie machnęła lekko ogonami gasząc wszystkie kryształki niczym świeczki i podała mi dłoń. -Chodź, kochanie, wracamy do domu.
          -A będę mogła posiedzieć jeszcze z wami? Nie jestem już śpiąca – powiedziałam prosząco a ona chwilę milczała, by w końcu się uśmiechnąć tajemniczo.
          -Nie chcesz siedzieć z nami, przyznaj się... - odwróciłam się naburmuszona. -Po co chcesz do „głupich dorosłych"? - spytała a ja zamachałam nerwowo ogonkiem.
          -Chcę się policzyć z tamtym skarżypytą co go wszyscy tak chwalą – powiedziałam uparcie. Tak, właśnie tak, miałam zamiar mu wytknąć, że powiedział babci coś, co miało być tajemnicą. Głupek, ja nie wiem co słoneczko w nim widziało.
          -Tak, tak, oczywiście – zaśmiała się wesoło a ja spojrzałam na nią urażona.
          -Nie wierzysz mi, babciu?
          -Ależ wierzę, skarbie, wierzę ci jeśli ty sobie wierzysz – zamiast do drzwi ruszyłyśmy do ogrodu a babcia poczochrała mnie po włosach. -Owocnego upominania – powiedziała do mnie jeszcze rozbawiona a ja przytuliłam się do jej nóg i poleciałam w stronę siedzącego na uboczu lisa, który nawet nocą jakoś tak śmiesznie błyszczał.
          Im bliżej byłam, tym wyraźniej widziałam pierścionek, mały i błyszczący, który podrzucał w ręce, z wbitym weń wzrokiem dość nieprzytomnie, jakby patrząc na świecidełko widział coś innego. A co takiego? Może to przez to coś miał taki długi jęzor, że wypaplał co nie trzeba? Z drugiej strony, wygląda na smutnego tak trochę, ciekawe dlaczego...
          Podeszłam do niego ale chyba mnie nie zauważył, wpatrzony w świecidełko jak w obrazek. Odchrząknęłam. Jego spojrzenie stało się nieco przytomniejsze, przeniósł parę czerwonych oczu na mnie, a potem złapał po raz ostatni pierścionek.
          -Czemu nie śpisz, mała? - nadęłam policzki.
          -Nie jestem mała – ściągnął nogi z przeciwległego krzesła i pochylił się w moją stronę. W dalszym ciągu był wyższy, nawet na siedząco i zgarbiony.
          -Jesteś.
          -To ty się za bardzo rozciągnąłeś, nie moja wina. Nikt ci nie mówił, że jedzenie drożdży to zły pomysł? - przechyliłam głowę zaciekawiona wpatrując się w niego a on westchnął, w końcu z cieniem uśmiechu i spuścił na moment głowę. Gdy znów ją podniósł i na mnie popatrzył w końcu się uśmiechał, jak wcześniej, chociaż dalej z lekkim smutkiem. Już ja mu go wybiję z głowy, ot co!
          -Co tutaj robisz tak późno? Nie powinnaś spać? Ah, zapomniałem... jesteś jakaś nocna, prawda? - spytał z szerokim uśmiechem a ja bez namysłu palnęłam go ręką w głowę.
          -Nie jestem nocna ale ty jesteś kabel! - krzyknęłam na niego gdy masował się po głowie. Byłam taka silna czy chciał mi zrobić przyjemność? Jeśli to drugie, to mu się udało.
          -Miiko! - usłyszałam za plecami krzyk ojca i szelest jego pięciu ogonów gdy się podniósł, obróciłam się spanikowana. Uderzy mnie, uderzy jak nic, dostanę klapsa przy wszystkich i... i... i ja nie chcę! Zasłoniłam się ogonkiem i spuściłam uszka zamykając oczy.
          -Iwao, uspokój się... - uchyliłam powieki słysząc głos babci, która złapała swojego syna za rękę i zatrzymała w drodze do mnie. Nawet nie wiem, skąd pojawiły się wokół mnie dwa puchate ogony, bynajmniej nie moje. -Nie widzisz, że Miiko jest grzeczna?
          -Właśnie zdzieliła gościa honorowego w głowę! Tak się nie godzi!
          -Ukyo – babcia zwróciła się w naszą stronę, a właściwie w stronę właściciela puchatych blond kit. -Czy czujesz się urażony zachowaniem mojej wnuczki, albo, czy wyrządziła ci jakąś wielką krzywdę?
          -Raczej ciężko, by taki skrzat zrobił mi krzywdę. To było całkiem zabawne – rzucił chyba z jakąś dziwną miną, bo usłyszałam, że miał głos jakby zniekształcony, nie tak jakby się uśmiechał tylko bardziej... krzywił. O, to dobre określenie.
          -Kiedy ja... - zaczęłam cichutko ale nic więcej nie dane było mi powiedzieć.
          -Jak sam widzisz, nic się nie stało – dodała babcia beztrosko a potem zmarszczyła czoło. -Iwao – powtórzyła a tata usiadł niechętnie, wciąż patrząc na mnie z jakąś dziwną niechęcią. Nie chcąc widzieć tego spojrzenia odwróciłam się do tego lisa kablarza, ale nie podnosiłam na niego wzroku.
          -Przepraszam – powiedziałam tak, jak oczekiwał tego tata. Wciąż czułam jak świdruje mnie wzrokiem, jakby miał mi nim wyrwać język, albo serce i w ten sposób uciszyć.
          -Nie przepraszaj, przecież nic nie zrobiłaś – powiedział bardzo cicho lis i chwycił mnie za podbródek podnosząc moją głowę tak, że w końcu musiałam na niego spojrzeć. Gdy to zrobiłam dotknął palcem czubka mojego nosa a potem odchrząknął. -Przyjmuję przeprosiny ale pod jednym warunkiem – powiedział już głośno i wyraźnie, prawie oficjalnie. Zamrugałam zaskoczona wpatrując się w niego. Czego mógłby ode mnie chcieć?
          -Um jakim? - spytałam, wciąż czując na plecach spojrzenie taty.
          -Masz zacząć się dobrze zachowywać, młoda damo – gdy powiedział to skuliłam się.
          -A czy ja wam opowiadałam, jak ostatnio na treningu tak mu jebłam, że mu prawie łeb urwałam?! - aż podskoczyłam słysząc czyjś dziewczęcy, donośny głos. Dopiero teraz ojciec chyba odwrócił wzrok bo przestało mnie palić. Wtedy lis pochylił się znów nade mną z wesołym uśmiechem, wcześniej zerkając gdzieś ponad moim ramieniem.
          -No, to dlaczego jeszcze nie śpisz? Chyba najwyższa pora na takie małe liski, co? - spytał łagodnie, zabierając w końcu ogony. Prychnęłam zaplatając ręce na klatce piersiowej.
          -Nie jestem śpiąca.
          -Tylko masz śpiochy w oczach – popatrzyłam na niego i pospiesznie przetarłam oczy łapkami, nic nie było...
          -Kłamczuch!
          -Miiko... - westchnął męczeńsko znów poważniejąc i odchylając się na fotelu, by znów podrzucić pierścionek w górę. -Dzieci o tej porze powinny spać i tyle.
          -Czemu powiedziałeś babci o tym, co ci mówiłam? - spytałam gniewnie.
          -Jest już późno.
          -To było poufne.
          -Zmarzniesz.
          -Zawsze jesteś taką paplą?
          -Słuchasz czasem kogoś?
          -Powinnam się na ciebie obrazić.
          -Nie wiem po co jeszcze z tobą gadam.
          -Naprawdę żarłeś drożdże?
          -Czemu to ja z tobą siedzę a nie Nao?
          -Lepiej więcej nie jedz bo będziesz zahaczał o drzewa.
          -Jak zawsze gdy potrzebny to go nie ma...
          -Ile razy już uderzyłeś w żyrandol? - wdrapałam mu się na kolana i zaczęłam macać łapkami po głowie.
          -Co ty wyprawiasz? - jęknął zrezygnowany.
          -Szukam guzów.
          -Guzów?
          -Od żyrandoli – westchnął męczeńsko i złapał moje nadgarstki jedną dłonią właściwie i odsunął od swoich włosów.
          -Przestań. Nie zahaczam o żadne żyrandole.
          -A o konary?
          -Zawsze zadajesz tak dużo pytań?
          -Zawsze musisz popsuć zabawę?
          Zamilkł patrząc na mnie z jakąś dziwną miną a ja, nieustępliwie wpatrywałam się w niego czekając na jakąś jego reakcję. Był jakiś dziwny, znowu, jakby smutny. O czym myślał? Miałam ochotę popukać go lekko po czole by sprawdzić, czy coś tam się dzieje pod blond czupryną, ale nic nie mogłam zrobić bo mimo że nie bolał mnie jego uchwyt to był za mocny, bym coś zrobiła.
          -...I on wtedy zaczął krzyczeć, że to był cios powyżej pasa – znów wybił się ponad tłum głos tamtej dziewczyny a zaraz po tym wszyscy parsknęli śmiechem. Westchnął zamykając oczy a ja odwróciłam się, dostrzegając tamtą brzoskwiniową lisicę siedzącą na blacie jednego ze stołów i opowiadającą wesoło jakieś historie.
          -O kim ona opowiada? Dalej o tobie? - spytałam spoglądając na blondyna a ten zamiast odpowiedzieć zdjął ze mnie koc, zawinął nim jak naleśnik i wziął pod rękę. -Ej, co ty robisz?!
          -Odnoszę cię do łóżka, skrzacie – oznajmił wstając i ruszył między tłumem w stronę domu. Wszystkie kitsune patrzyły na nas niezrozumiale, widziałam, że tata znów był zły, a ta brzoskwiniowa tylko podniosła kciuk do góry i znów zaczęła coś opowiadać, przez co przestali się nam przyglądać i znów skupili na niej. To szare co ciskało piorunami siedziało naprzeciwko i wpatrywało z dezaprobatą w opowiadającą.
          -Ale ja nie chcę!
          -Ale ja chcę. Idziesz spać.
          -Po moim trupie – podniósł mnie tak by wciąż trzymać jak naleśnik na odległość swoich wyciągniętych rąk.
          -Powiedziałem spać, Miiko.
          -Powiedziałam, po moim trupie – zamilkł i znów posmutniał, a potem odstawił mnie na ziemię. Zwyczajnie się odwrócił i poszedł, ale nie w stronę gości tylko gdzieś indziej. -Ej! Nie zostawiaj mnie! - nie odpowiedział, a jeden jego krok oddalał go ode mnie o ponad metr. Zrzuciłam kocyk i pobiegłam za smętnym lisem, aż w końcu złapałam go za ogon i zaparłam się nogami w ziemię.
          -Puść mnie – rzucił nie zwalniając.
          -Nie!
          Zatrzymał się w końcu, ale zapobiegawczo wciąż trzymałam go za ogon i trzymałam by nie zwiał nigdzie ani nie poszedł ani nic. Po jakiejś chwili, stojąc w samej piżamie, zrobiło mi się zimno i opatuliłam się ogonem, ale ogon mimo iż puchaty, to tylko jeden, więc zaczęłam szczękać zębami.
          -Idź do domu, Miiko.
          -Nie.
          -Przemarzniesz – powiedział bez wyrazu, wciąż ani drgnąwszy. Może to typowe dla lisów tych ważniejszych? Jak tak to też chyba powinnam tak robić, może wtedy przestanie traktować mnie jak dzieciucha?
          -Nie zmarznę, mam futerko.
          -Powiedziałem, idź do łóżka.
          -Jak przestaniesz się smucić – przytuliłam się do jego ogona zamykając oczy. Chwilę milczał aż w końcu cicho westchnął i poczułam jak podnosi mnie na ogonie do góry, złapałam się mocno jego futra by nie spaść a już po chwilę wisiałam głową w dół.
          -Nie wiesz, kiedy odpuścić – usłyszałam gdzieś przed sobą.
          -Ty też!
          -Czemu za mną polazłaś? - uchyliłam powiekę. Stał do góry nogami, a właściwie, to ja wisiałam na jego ogonie do góry nogami, obejmując go rękami i nogami.
          -Bo byłeś wesoły i nagle zrobiłeś się smutny i chcę wiedzieć czemu – powiedziałam dziwnym głosem przez to, w jakiej pozycji się znajdowałam. Westchnął.
          -To nie twój interes.
          -No i co z tego – burknęłam. Pokręcił głową dotykając palcami skroni.
          -Nie dasz mi spokoju, co? - pokręciłam głową tym razem ja, mocniej wczepiając się w jego futro. Powoli mnie opuścił i z pomocą pozostałych ogonów postawił na nogi. Następnie spojrzał na mnie z góry. -Nic mi nie jest. A teraz no już, sio – machnął na mnie dłonią, tupnęłam nogą.
          -Nigdzie nie pójdę!
          -Idź, zanim się zezłoszczę – usiadłam na ziemi i zaplotłam ręce na klatce piersiowej.
          -Nie.
          -Miiko, nie mam czasu na twoje cyrki. To, że po ciebie przyszedłem nie znaczy, że będę cię niańczył.
          -Teraz ja niańczę ciebie bo chcesz jak głupi iść do lasu gdzie pełno dziur jak się nie wie gdzie pójść – powiedziałam uparcie, stał chwilę patrząc na mnie a potem przyklęknął. Wciąż zbyt wielki. Odwróciłam głowę uparcie.
          -Nie straszne mi dziury, jak sama zauważyłaś jestem strasznie wysoki.
          -W dziurach mieszkają potwory.
          -Niestraszne mi potwory z dziur, póki nie mają w amunicji drożdży.
          -A wraz z nimi małe, zmutowane kitsune, które kiedyś poszły do lasu też myśląc, że nie boją się potworów – milczał chwilę, znowu. Co on, nie umie szybciej myśleć? Chyba to prawda, co mówi ciocia, że u panów im więcej ogonów tym wolniej wszystko działa.
          -Czemu nie chcesz sobie iść? Czemu nie dasz mi spokoju? Czasem ludzie, gdy im smutno, chcą zostać sami, wiesz? Zwłaszcza nocą, gdy jest ciemno.
          -Nocą można się łatwo zgubić a babcia mówi, że ja jestem światełkiem, więc idę za tobą, żeby ci nie było ciemno – powiedziałam prosto z mostu a on znowu zamilkł, teraz patrząc na mnie z miną jakby mnie pierwszy raz na oczy widział. No co, znowu powiedziałam coś głupiego? Poniuchałam ruszając noskiem. Nie, nie pachnie jakby był zły czy smutny, już nie. I nie ma też zapachu zaklęcia wymazującego pamięć ani eliksiru. Może wypił coś wcześniej, a może to ten pierścionek?
          W pewnym momencie uśmiechnął się lekko, z jakimś takim ciepłem i poczochrał mi włosy.
          -Jesteś strasznie uparta. Chodź – wstał i wyciągnął do mnie dłoń. Popatrzyłam na nią a potem na właściciela niepewnie.
          -Chcesz iść do lasu...?
          -Chyba się nie boisz, co? - spytał, natychmiast zerwałam się z ziemi.
          -No oczywiście, że nie! - oznajmiłam butnie a potem zatrzęsłam się, gdy chłodniejszy podmuch wiatru uderzył centralnie we mnie, odruchowo ziewnęłam a ogon owinął mi się wokół nóg, jak wtedy, gdy szykowałam się do snu. Nim się obejrzałam poderwał mnie z ziemi i wziął na ramię, ruszając z powrotem w stronę domu. -Nie idziesz do lasu?
          -Nie, jeszcze wpadnę w dziurę i trafię do potworów – powiedział takim tonem, że nie byłam pewna, czy mówi to żartem czy serio. Nadąsałam się.
          -To nie jest śmieszne.
          -Poza tym, bez przewodnika to raczej ciężko iść w nieznany teren.
          -Babcia zna te tereny i lubi nocne spacery.
          -Wolę jednak pójść ze specem od potworów – podrzucił mnie lekko w chwili, gdy przecierałam oczy. Już miałam mu coś powiedzieć, gdy znów usłyszałam grzmot, automatycznie się rozbudziłam i wczepiłam w niego pazurkami.
          -Nie chcę tam, chcę na spacer, nie bierz mnie tam! - wyskamlałam spanikowana z przerażenia otwierając aż szerzej oczy.
          -Zasypiasz na stojąco, zaniosę cię do pokoju, położysz się, ja poproszę, by Ket przestała się popisywać i spokojnie zaśniesz – oznajmił po chwili wchodząc do domu, a ja go nie puszczałam. Wszedł w końcu do mojego pokoju, postawił na mojej szafce nocnej płomyk sprawiając, że zapłonął mocniej i jaśniej i usiadł ma brzegu mojego łóżka by mnie z siebie zdjąć. -Miiko... puść mnie.
          -Nie – wczepiłam się mocniej, westchnął.
          -Miiko, musisz iść spać a ja muszę...
          -Nie – westchnął męczeńsko i spróbował mnie odczepić siłą.
          -Czego chcesz w zamian za odczepienie się?
          -Zostań.
          -Jeśli zostanę, to nie przestaną ciskać piorunami.
          -Jak pójdziesz to pewnie zapomnisz i nie dość, że będzie burza to będę tu sama.
          -Obiecuję, że przestanie grzmieć jeśli pozwolisz mi iść.
          -Nie wierzę.
          -Czemu?
          -Bo babcia mówiła, że można wierzyć w obietnice tylko tych, dla których się coś znaczy – powiedziałam uparcie. Jęknął i padł na poduszki ze mną, wciąż wczepioną w jego ramię.
          -Muszę sobie porozmawiać z tą twoją babcią.
          -A spróbuj na mnie nakablować a znajdziesz pod łóżkiem armię potworów – zagroziłam wciąż go nie puszczając. Z pomocą ogonów naciągnął na mnie kołdrę.
          -Śpij już lepiej, gaduło – mruknął i zamknął oczy. Usatysfakcjonowana, że nie może nigdzie iść, wtuliłam się w poduszkę i jego rękę i powoli zasnęłam, ignorując grzmoty za oknem.

(...)

-Mamo? - odwróciłam się do stojącej za mną synowej, lisicy o pięknym, błękitnym futrze i z czterema ogonami.
          -Tak, Rei? - spojrzałam łagodnie na kobietę wycierając dłonie w ściereczkę i opierając się o zlew za mną.
          -Czy jesteś pewna, że to na pewno dobry pomysł? - spytała niepewnie siadając przy stole. Wzięłam swoją filiżankę z ziołami i usiadłam naprzeciwko niej. Powoli zbliżał się świt, wszyscy goście rozeszli się do pokoi ale widać matczyne serca o tej porze trawi największy strach o dzieci. 
          -To, czyli?
          -Żeby Miiko przebywała w pobliżu ulubieńca słońca.
          -Czemu się nad tym zastanawiasz?
          -Martwię się o moją małą Mii. Dziecię światła, które para się mrokiem? To nie wróży nic dobrego, do tego jest dość młody, może unieść się gniewem i niechcący...
          -Rei, śliczny dzwoneczku – położyłam spanikowanej synowej dłoń na splecionych nerwowo palcach, patrząc jej w oczy. Jej własne były szkarłatne, niczym brudna krew wypływająca z żył. -Twoja mała Mii jest silniejsza niż ci się wydaje. A on jej nie skrzywdzi.
          -Mamo, ona wciąż jest dzieckiem – spojrzała na mnie z uporem i bólem. -A on...
          -On potrzebuje światła, a ona jest światłem – przerwałam jej. Wstała i podeszła do okna, by wbić spojrzenie we wstające słońce. -Potrzebuje jej, by znów odzyskać równowagę, tak jak ona potrzebuje jego, by poczuć się bezpieczną i obudzić w sobie to, czego nikt z nas nie jest w stanie zbudzić.
          -Co zbudzić? Ma ją przestraszyć, by użyła w końcu magii? Mamo, czy ty słyszysz, co mówisz? Ona jest tylko małą dziewczynką, musi stopniowo uczyć się wszystkiego a nie budzić w sobie na przymus.
          -Dzisiaj rozpaliła leśne kryształy.
          -Co? - synowa odwróciła się do mnie zszokowana.
          -Wzięłam ją na spacer do lasu wieczorem. Chwilę rozmawiałyśmy i zaproponowałam jej, by spróbowała rozpalić śpiących strażników.
          -No i, no i?! - ponagliła mnie, uśmiechnęłam się rozbawiona.
          -Obudziła wszystkie, w całym lesie – kobieta aż usiadła w pełnym szoku, zakrywając dłonią usta. -Wątpicie w nią bo wiecie, co robiła do tej pory. On nie wie. Jego klan nie jest w stanie nijak mu pomóc, bo wie kim jest i co go spotkało. Potrzebują siebie, teraz i później. Od ich relacji może zależeć cała nasza przyszłość, cały ten świat – dopiłam napar i odstawiłam filiżankę do zlewu. -Solus zgodziła się ze mną w tej kwestii choć bardzo niechętnie – dodałam dumna z siebie. Rei chwilę milczała.
          -Zatem dlatego to właśnie on i Yoru zostają u nas, prawda? To samo z Ketsurui, zgadza się? - kiwnęłam twierdząco głową. Milczałyśmy aż westchnęłam.
          -Słońce już nie wstaje dla nas, a właśnie dla nich. Musimy pozwolić im kwitnąć i zdjąć z nich wreszcie daszki i osłony i pozwolić im kwitnąć i podstawiać podpory, by mogli pleść się wyżej i wyżej – uśmiechnęłam się do Rei łagodnie i poklepałam lekko jej ramię. -Dobranoc, Rei – i wyszłam, pozostawiając młodą matkę jej własnym rozmyślaniom.

Offline

#3 25-11-2017 o 09h45

Straż Obsydianu
Rosaviel
Piechur Straży
Rosaviel
...
Wiadomości: 1 789

Ojeju... Ale czemu nie ma tu jeszcze żądnego komentarza?! Tosz to straszne!

     Dobrze, po chwili na uspokojenie i zalanie wrzątkiem kawy - bo jakoś obudzić się muszę, nie? - mogę pisać dalej. Jak się masz, droga Alice? Trochę chyba minęło między dodania ostatniego rozdziału ESS i wrzucenia prologu tu. Mam nadzieję, że wszystko u Ciebie dobrze, a ta luka była jakąś chwilową niedyspozycją.

     Podoba mi się przedstawienie historii Miiko praktycznie od samego początku - jeszcze z rodziną. Zabiegi takie są bez dwóch zdań dobre, by pokazać mechanizmy kształtowania się charakteru, co da nam pełniejszy obraz Miiko takiej, jaką wykreowałaś, pomoże nam rozumieć jej wybory. Albo chociaż część z nich. Bardzo podoba mi się przedstawienie naszej kitsune jako w pewien sposób odgrodzonej od rodziny, co w sumie w pewien sposób jest zrozumiałe i dające do myślenia dla osób będących na bieżąco z wersją francuską. ;>
     Z błędów dopatrzyłam się gdzieś tam braku kilku przecinków, a przynajmniej wydaje mi się, że powinny być w tych miejscach, a ich nie ma. Interpunkcja nigdy nie była mym mocnym punktem, więc nie chciałabym wprowadzać w błąd - lepiej, by wypowiedział się tu ktoś, mający szerszą wiedzę w tej kwestii. :> I literówki. W kilku miejscach wymieniłaś sobie literki i np w miejscu, gdzie powinno być "z", wstawiałaś "w".

     Więcej błędów nie pamiętam, niczego nie żałuję i czekam na kolejną część! /static/img/forum/smilies/big_smile.png



https://i.imgur.com/K63JwVO.gif

Offline

#4 23-12-2017 o 06h44

Straż Cienia
AliceAnnaJ
Rekrut
AliceAnnaJ
...
Wiadomości: 35

@Rosaviel kopę czasu ^^ Dorosłość postanowiła, że troszkę mi namiesza, dorzuci obowiązków tak trzy razy tyle, ile miałam i wyszło jak wyszło... i teraz znowu niestety opóźnienie - tego, co tu u mnie się wyrabia starczyłoby, żeby napisać książkę z czarnym humorem za motyw przewodni i pewnie bym to zrobiła gdyby nie ten straszny brak czasu.
Cieszę się, że pomysł przypadł ci do gustu. Właściwie opowiadanie powstało dzięki pewnej osóbce, która opowiadała mi jakoś pół roku temu z zamiłowaniem o świecie lisim. Jej opowieści ruszyły moje trybiki, zmusiły poniekąd do przemyślenia postaci naszego władczego liska i cóż... Miisia stwierdziła, że pozwoli mi się wziąć pod skrzydła i opisać jej historię /static/img/forum/smilies/wink.png Zwłaszcza, że Miiko nie jest zbyt lubianą postacią a przecież jest takim chodzącym dobrym serduszkiem, które po prostu musi szefować, więc nie może być tak miękkie jakby chciało, bo Kwatera Główna byłaby przedszkolem a nie strażą ^^"
Postaram się bardziej pilnować tak przecinków jak i literówek, które niestety zdarzają mi się często, a czasem jeszcze złośliwie nie dają wyłapać podczas edycji. Okrutne z ich strony.
Dziękuję ci ślicznie za cudowny komentarz <3 Mam nadzieję, że będziesz mieć spokojne i pełne ciepła święta i życzę ci tego z całego serca!
Do zobaczenia <3


Dzień dobry, dobry wieczór, Wesołych Świąt, cześć!
Dzisiaj coś nowego, bo zima i w ogóle i niedługo pojawi się parę szybkich updejtów historii, gdyż rozdziały mam gotowe od jakiegoś czasu i tylko czekają na mój ruch! Tym czasem, zapraszam was na "wstawkę".
Pod nazwą "Historia Zaklęta w Krysztale" będziecie mogli poczytać tzw one-shoty do opowiadania - mają one związek z główną akcją i są istotne, ale Miisia raczej nie będzie ich wspominać w postaci rozdziałów, gdyż często będą to rzeczy krępujące albo, niekoniecznie dotyczące bezpośrednio jej, np. będą opowiadane przez inne postacie lub będą dotyczyć życia stricte tych postaci.

Miłego czytania i Wesołych Świąt! <3

PS Kochani ninja, naprawdę... nie gryzę /static/img/forum/smilies/wink.png





Historia Zaklęta w Krysztale #1


Soundtrack: Bang Bang
cover byMax, Sam Tsui, Kurt Shneider






          -Oh, dziękuję! - zachichotałam kokieteryjnie kołysząc lekko czterema puchatymi ogonami, jednego z nich zaś używając niemal jak damy używają wachlarza. Następnie wlałam w siebie kolejnego drinka, niemal od razu.
          -Ależ nie ma za co, tak piękna kobieta powinna być obsypywana komplementami – oznajmił kitsune o pięciu złotych ogonach, które mieniły się lekko w świetle kolorowych lampek rozwieszonych po przestronnej sali. Gdzieś po środku znajdowała się kula stworzona z kawałków lustra, pod nią parkiet taneczny, ja siedziałam przy barze a pomiędzy mną a parkietem znajdował się labirynt wysokich stolików z równie wysokimi krzesłami. Jeszcze chwilę temu tańczyłam jak każdy z gości Giny, która obchodziła właśnie kolejną setkę, chyba trzecią... albo czwartą... nie wiem! Jestem zbyt pijana by myśleć. Ale na pewno są to jej urodziny a ja dostałam się na tą imprezę głównie przez to, że sama organizatorka była przez jakiś czas moją opiekunką. Była tutaj właściwie śmietanka towarzyska jak i wiele młodych i dorosłych lisów, w końcu kitsune starzeją się nieco inaczej niż pozostałe rasy. Byłam osobiście jedną z najmłodszych obecnych, mając ledwie setkę na karku, chociaż mało kto zdawał sobie z tego sprawę – cztery ogony i wszyscy myślą, że jesteś dorosła! Ah, jak milusiooo... -Powinnaś słyszeć je przez cały czas, do późnej nocy... - brązowowłosy przysunął się do mnie wpatrując się w moje pewnie lśniące od alkoholu i ciemności oczy. -I od samego rana... - jego dłoń spoczęła na moim udzie, nie osłoniętym przez krótką, obcisłą granatową sukienkę. Zachichotałam głupiutko i strzepnęłam z obrzydzeniem jego dłoń.
          -A to prawda, ale nie ma śmiałka, który by chciał być ze mną od samego rana – oznajmiłam bez zająknięcia. Wciąż mogłam mówić składnie i nienagannie, więc chyba wciąż za mało w siebie wlałam. Chociaż, Ukyo był innego zdania... W ogóle, zrobił mi taki wstyd...
          (...)
          Zebrałam ciemne włosy w wysokiego kucyka, wpinając w nie jeszcze drobne ozdoby i zakładając kolczyki, a następnie spojrzałam na siebie w lustrze. Duże, lśniące błękitem oczy podkreślone, wargi też, sukienka leżąca idealnie na mnie, szyta na miarę i mieniąca się delikatnie nawet w najdrobniejszym świetle. Uśmiechnęłam się dumna do samej siebie.
          I-de-a-lnie!
          Gina mówiła, że na imprezie będzie mnóstwo różnych ludzi, w tym wiele lisów, a po tym jak nasłuchałam się jej opowieści z jej podbojów miłosnych, samej mi się zachciało takowych. To musiało być strasznie fajne, gdy mężczyźni wokół niej skakali i ją adorowali i miała wszystko co chciała, ah, też tak chciałam...! Chyba mało która kobieta nie chciałaby, by mężczyźni obdarowywali ją swoją uwagą. Dlatego też postanowiłam, że zrobię z siebie chodzący kryształek. W sumie pasuje, czasem nazywano mnie kryształkiem, nawet Ukyo parę razy się to wyrwało, więc czemu by nie wcielić tego w życie? Jeśli taka cholera jak Ketsurui mogła być nazywana sreberkiem, Giną, to ja mogłam być Kryształkiem! Zamruczałam przeciągając się jeszcze a następnie założyłam na nadgarstki srebrne bransolety w kształcie obręczy i poszukałam takiego samego naszyjnika, a właściwie mini kolii wysadzanej białymi cyrkoniami. Drobna ale lśniąca, idealnie pasująca. Gdy już ją znalazłam założyłam na szyję i zapięłam, w tym samym momencie, w którym usłyszałam kukanie kukułki w zegarze. Oho, na mnie czas! Mam się spotkać z Ukyo na dole, w holu i mamy pójść razem. Założyłam w pośpiechu czarne szpilki z granatową podeszwą, chwyciłam niewielką torebkę i wybiegłam nawet nie zamykając drzwi. Cały budynek należał do rodziny Giny, a ja miałam tu tylko trochę ubrań i innych drobiazgów, poza tym, nie sądziłam by ktoś odważył się wejść do mojego pokoju pod moją nieobecność.
          Zbiegłam po marmurowych schodach i pociągnęłam nosem, szybko lokalizując Ukyo. Stał oparty o barierkę i palił, znowuuu... Pokręciłam głową z dezaprobatą. Mnie upominał, że w ogóle chciałam spróbować a sam kopci jak smok. Hipokryta. Ale jak zwykle bardzo elegancki i jednocześnie luźny hipokryta... Biała koszula, jeansy, włosy zmierzwione... Na pewno i za nim lisice się oglądają! Po raz kolejny pogratulowałam sobie wyboru butów, w szpilkach może będę mniej wyglądać jak krasnal. Podbiegłam do niego i przytuliłam od tyłu.
          -Miiko, znowu spóźniona – wytknął mi gasząc peta na kamiennej barierce i rzucił go gdzieś przed siebie, w ciemność.
          -Cześć! - zaświergotałam i odsunęłam się po chwili, a on odwrócił się i zrobił wielkie oczy wpatrując we mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy. Obejrzałam się sama, zmartwiona, że wyglądam źle. -Coś nie tak? Brudna jestem? Ukyo, powiedz coś! - jęknęłam łapiąc go za rękę i lekko pociągnęłam, chcąc by wyrwał się z tego zawieszenia.
          -Miiko... jak ty wyglądasz... - rzucił tępo w końcu patrząc mi w oczy a nie gdzieś na nogi. Zmarszczyłam brwi.
          -Co masz na myśli? - spytałam podejrzliwie.
          -No... uh, lisica w twoim wieku nie powinna się ubierać tak wyzywająco – wykrztusił odwracając wzrok. Nadęłam policzki.
          -Mam już ponad sto lat, do tego ubrałam się normalnie.
          -Mhm. Akurat. To jest niestosowne, byś się tak nosiła – oznajmił tonem nieznoszącym sprzeciwu. Zazgrzytałam zębami.
          -Co jest niestosownego w moim ubiorze? - spytałam wojowniczo.
          -Odkryte plecy i ramiona, długość sukienki, fakt, że jest obcisła, szpilki, makijaż... Jeszcze mi powiedz, że będziesz piła, to już w ogóle katastrofa gotowa.
          -Może powinnam założyć tamten różowy, kaszmirowy sweterek, do tego spódnicę po kostki i balerinki, hm? - rzuciłam z kpiną w głosie. Wciąż na mnie nie patrzył, tylko gdzieś ponad moją głową. -Tak, mam zamiar pić, upiję się jak jeszcze nigdy!
          -Tak, właśnie tak byłoby najbardziej stosownie – zmroził mnie wzrokiem. -Spróbuj tylko tknąć alkohol a cię...
          -Jesteś głupi! - rzuciłam tylko urażona jego słowami. Uważał, że jestem aż tak brzydka, że nie powinnam się pokazywać w takim wydaniu? Bezczelny!
          -Miiko, ja po prostu... - chciał mnie chyba przytulić ale odepchnęłam go za brzuch.
          -Nie! Nie lubię cię! Daj mi spokój! - krzyknęłam i starając się unikać ciekawskich spojrzeń pobiegłam przed siebie, już po chwili gubiąc go pośród gości. Taki wstyd, przy ludziach powiedzieć mi, że wyglądam źle... bezczelny, okrutny, wredny! Nie dziwne, że tyle czasu był sam, pff.
          (...)
          I tak właśnie, od początku imprezy starałam się go unikać, bo gdy się pojawiał coś się działo i nagle moi przystojni rozmówcy się oddalali albo znikali w drodze po drinka. Nie fajnie. Kiwnęłam na barmana, który błyskawicznie postawił przede mną kolejną boską mieszankę, z czterech różnych alkoholi, to się nazywa tak ładnie... Long Island Ice Tea? Coś takiego. Pyszności, mocne pyszności, mmm...
          -A może ja spróbuję, moja piękna? - mruknął nie zrażony moim zachowaniem i znów pogłaskał mnie po kolanie. Patrzyliśmy sobie w oczy. -Dasz mi szansę szeptać ci komplementy od samego rana? - uśmiechnął się tajemniczo. Udałam, że się zastanawiam przykładając palec do policzka.
          -Hmm... może być. Aczkolwiek bardziej od śniadania – zauważyłam. -Potrzebuję po śnie chwili by się ogarnąć, dopiero wtedy schodzę na śniadanie, wiec dopiero wtedy będziesz mógł zacząć mnie komplementować – uśmiechnęłam się słodko na co on parsknął śmiechem.
          -Jesteś urocza, wiesz? Taka niewinna... i wstawiona – rzucił rozsądnie.
          -Pf, wydaje ci się, mogę spokojnie jeszcze pić – dopiłam kolejną szklankę do końca. Chyba pora się wybrać do łazienki... Zsunęłam się z krzesła a on zrobił to samo. -Ale najpierw muszę się przejść tam gdzie król chodzi piechotą – zachichotałam i odsunęłam się od baru, gdy nagle zakręciło mi się w głowie i gdyby nie ramię złotoogoniastego w pasie to straciłabym równowagę.
          -Co powiesz na eskortę? - szepnął mi na ucho. Też był wyższy ode mnie... ale nic dziwnego, lisy przecież tak mają. Już miałam odpowiedzieć, że nie, że podziękuję, gdy dostrzegłam opartego o stolik Ukyo, obok niego stały już dwie puste butelki po jakimś alkoholu a ręce miał kieliszek i kolejną, w połowie opróżnioną butelkę. Odwrócił wzrok w naszą stronę i chwilę na siebie patrzyliśmy, ale szybko odwróciłam wzrok. A wypchaj się, innym się podobam...
          -To może być dobry pomysł, dziękuję – zamruczałam i ruszyliśmy ku wyjściu z sali. Po chwili jednak, zamiast poprowadzić mnie w stronę łazienek, pociągnął na zewnątrz. -Ej, ale to chyba nie po drodze – rzuciłam rozbawiona, zwalając tą zmianę kierunku na jego upicie się.
          -Nie martw się księżniczko, to bardzo po drodze... - zamruczał zaciskając palce na moim biodrze i trącając nosem moje ucho. To było... dziwne... Zatrzymałam się i odsunęłam go od siebie.
          -Nie, nie sądzę – mruknęłam, a ten znów do mnie przylgnął, tym razem jego dłonie znalazły się na wysokości moich pośladków.
          -Nie ufasz mi, księżniczko?
          -Puść mnie – oznajmiłam głośniej, chcąc go od siebie odepchnąć.
          -Oj, daj spokój, przecież nie powiesz mi, że nie zdawałaś sobie sprawy z tego, jak skończy się ten wieczór, gdy ubierałaś się w taki sposób, hm? Lisica w twoim wieku powinna...
          -Ona ma dopiero setkę – usłyszałam z głębi holu chłodny głos Dziecięcia Słońca i aż drgnęłam, wychylając się zza swojego natrętnego adoratora by zobaczyć lisa. Jednak zanim cokolwiek dostrzegłam, blondyn złapał go za kołnierz i odsunął ode mnie gwałtownym szarpnięciem, stawiając przodem do siebie. -Mówiła ci, że masz ją puścić. Słowa damy należy uszanować – syknął a jego oczy zrobiły się jakieś... dziwne... Aż zadrżałam, łapiąc się filaru przy drzwiach. Wieczór był chłodny, więc w sumie mogłam się też trząść z zimna.
          -Panienka ma swojego ochroniarza i nie uprzedziła? - prychnął natręt i miał coś dodać, gdy Ukyo cisnął nim jak zabawką o ścianę.
          -Żebym cię więcej nie spotkał – warknął tylko, złapał mnie za nadgarstek i pociągnął stanowczo w stronę pokoi.
          -Ale ja chcę jeszcze... - spojrzałam tęsknie na salę, z której dobywała się muzyka.
          -Mówiłem ci, byś tyle nie piła. Ostrzegałem – mamrotał wściekle pod nosem.
          -Ukiiiiś... nie złość się... - jęknęłam prosząco patrząc na tył jego głowy, bo tylko tyle z tej perspektywy widziałam.
          -Jesteś nieodpowiedzialna – rzucił chłodno i pchnął drzwi do mojego pokoju. Tam, na łóżku, spała rozwalona jakaś lisica z klanu Burz w towarzystwie innej lisicy. Chyba były tak najebane, że nie zauważyły różnicy między pokojami. Westchnął ciężko patrząc na ten obrazek, a ja przytuliłam się do jego ręki.
          -Ukiś... Ukiś, sam widzisz, nie mogę tu zostać... chodź, wrócimy się bawić i...
          -Nie – urwał mi tylko i pociągnął znów za rękę. Wyszliśmy i pociągnął mnie w inną stronę, a im bliżej byliśmy tym mocniej pachniało jego wodą kolońską, aż w końcu otworzył drzwi do jednego z pokoi i zapach ten wręcz się wylał ze środka. Wciągnął mnie do środka. -Śpisz dzisiaj tutaj – mruknął nawet na mnie nie patrząc.
          Chciałam powiedzieć coś mądrego, ale przez umysł pijanego mało co mądrego przechodzi. A on taki przystojny był teraz, z tą zagniewaną miną, gdy stał przy oknie i drżącymi rękami znów odpalał papierosa... Zachichotałam cicho i podeszłam do niego mrucząc, uwiesiłam się na jego ramieniu.
          -Uuukiiiiś... A ty wiesz, że jesteś ładny...? - zamruczałam zamykając oczy i uśmiechając się jak głupi do sera.
          -A ty jesteś pijana.
          -Fajnego masz tego rozczochrańca na głowie...
          -Nie kompromituj się.
          -I tak dobrze ci w koszulach... - mruczałam dalej, nie zrażona jego odpowiedziami.
          -Kładź się spać – rzucił, ale słyszałam w jego głosie coś na kształt uśmiechu. Otworzyłam oczy, rzeczywiście coś majaczyło w kąciku ust na niewzruszonej, wyrzeźbionej w kamieniu twarzy. Zrobiłam smutną minkę.
          -Ale nie mam piżamy – zauważyłam. Westchnął na moment zamykając oczy a następnie, z papierosem w zębach, podszedł do swojej szafy, wręczył mi jedną z koszul i szlafrok.
          -W łazience są ręczniki.
          -Dobrze – zachichotałam i usiadłam na kanapie, powoli zaczęłam zdejmować biżuterię.
          -Co ty robisz? - mruknął patrząc na moje tempo godne żółwia.
          -Rozobrączkowuję się.
          -Eh... dobra, to ja idę wziąć prysznic a ty się rozobrączkuj – mruknął niemrawo i po chwili zniknął w łazience. Spinka po spince, kolczyki, kolia, bransoletki i wszystko, nawet granatowa podwiązka spoczęła na niewielkim stoliku. Zsunęłam gumkę z włosów by związać je w niedbałego koka, a w tym czasie lis wyszedł z łazienki, czysty i pachnący. Stanął przede mną w bokserkach i odchrząknął. -Twoja kolej – rzucił i chyba chciał coś dodać, gdy zobaczył co leży na blacie przede mną. Odwrócił wzrok zmieszany. -Tylko się nie potknij o nic...
          -Tak jest! - złapałam go za ramię i pociągnęłam w dół by pocałować w policzek, a następnie błyskawicznie poleciałam do łazienki, starając się nie potknąć o własne ogony czy też stopy. To ciekawe, ale człowiek pijany jest w stanie potknąć się o samego siebie. Śmieszne acz prawdziwe. 
          Szybki prysznic, by zmyć z siebie zapachy różnych mężczyzn, którzy obejmowali mnie w tańcu i w ogóle, i po chwili wyszłam z łazienki w bieliźnie, na to miałam narzuconą jego koszulę a szlafroka całkiem zapomniałam. Na szczęście koszula była na tyle wielka, że sięgała mi tak, jak sukienka, połowy uda. Ukyo już leżał na kanapie pod kocem.
          A w mojej biednej, pijanej główce pojawił się szatański pomysł...
          -Ukiiiiś... - zamruczałam podchodząc do niego i "nagle" potknęłam się o coś, przez co wylądowałam na nim z chichotem. -Ale ja nie chcę spaaaać...
          -Miiko – jęknął podnosząc się i mnie również do pionu. -Możesz przestać się wygłupiać?
          -Ja się nie wygłupiam! Ja po prostu...
          -Jeśli wydaje ci się, że mnie uwiedziesz – tutaj zrobił krótką przerwę, nieprzerwanie wpatrując mi się w oczy, jakby to był jedyny bezpieczny punkt. -To jesteś w błędzie. Idź spać i nie rób sobie i mi wstydu.
          -Ale czemu ty mnie tak skreślasz! - jęknęłam żałośnie obejmując go ramionami wokół szyi, przez co dolna granica koszuli nieco się uniosła. -Czemuuu... czy jestem taka brzydka? - westchnął, poczułam jak obejmuje mnie ramieniem w talii.
          -Nie jesteś – mruknął i wstał wraz ze mną, następnie ruszając przed siebie, przez co ja musiałam zacząć się cofać. -Jesteś naprawdę śliczna – kontynuował aż poczułam za sobą materac łóżka. Popchnął mnie i nim się obejrzałam, już leżałam na miękkiej pościeli a nade mną wisiał on, opierając się dłońmi obok mojej głowy. -Na tyle, że nie żałuję tego, że spędziłem imprezę odstraszając twoich kolejnych adoratorów zamiast flirtując z płcią piękną – mruknął cicho patrząc mi w oczy, a mi aż zrobiło się gorąco, co z pewnością widać było też na moich policzkach, płonących od rumieńca. Czy... czy on... serce zaczęło bić mi dwa razy szybciej. -I naprawdę chciałbym... - mówiąc to pogłaskał jedną z dłoni mój bok, jego usta były tak blisko moich, zamknęłam oczy czekając na ten pierwszy w moim życiu pocałunek z niecierpliwością i podekscytowaniem takim, jak nigdy. -Ale nie wybaczyłbym sobie, gdybym coś ci zrobił gdy jesteś pijana – mruknął i po chwili poczułam pocałunek na czole. Oh...? Tylko tyle...? Spojrzałam na niego ze zbolałą miną. -Nie patrz tak na mnie, Mii. Jesteś dla mnie zbyt ważna, bym nie bał się, że jutro nie będę mógł spojrzeć ci w oczy – oznajmił z opiekuńczym uśmiechem, chociaż kątem oka widziałam, jak wbija palce w pościel.
          -Czyli... czyli to nie tak, że jestem brzydka...? - spytałam niepewnie. Zaśmiał się chrapliwie.
          -Nie, nie tak. A teraz proszę, nie prowokuj mnie i idź grzecznie spać, dobrze? - poprosił a mi aż zrobiło się głupio... Ty głupi lisie, coś ty chciała narobić... No nie, jeszcze wywołał u mnie poczucie winy! Cholera jedna... Zagryzłam wargę.
          -Ukyo... a możesz spać obok mnie? - podniosłam na niego wzrok. -Zimno... a ja dalej... nie lubię ciemności – wymamrotałam. Westchnął rozbawiony i podniósł się, by następnie ułożyć mnie właściwie na łóżku, przykryć i położyć tuż obok.
          -Chodź tu, zmarzluchu – rzucił jak dawniej, gdy byłam dzieckiem i chowałam się u niego po nocach w trakcie burzy. Bez chwili namysłu wtuliłam się w niego zamykając oczy. Znów pocałował mnie we włosy. -Dobranoc.
          -Dobranoc, Ukiś – zamruczałam i westchnęłam, powoli zasypiając pod wpływem jego dłoni głaszczącej mnie po włosach i plecach.
          -Kiedyś doprowadzisz mnie do zawału, mały bezczelny lisku... - usłyszałam jeszcze ale nie odpowiedziałam, bo sen ściął mnie całkiem. Bez chwili sprzeciwu oddałam mu się, wciąż tkwiąc w bezpiecznych objęciach mojego opiekuna.



https://orig00.deviantart.net/1d03/f/2017/356/1/e/when_the_crystal_die___miiko_x_ukyo__oc__by_annaelisej-dbxjv61.jpg

Na osłodę końcówki Miiko i Ukyo by me - w końcu z jakichś powodów dostałam się na Art&Design c'nie XD

Wesołych Świąt!

Ostatnio zmieniony przez AliceAnnaJ (23-12-2017 o 06h46)

Offline

#5 26-01-2018 o 15h52

Straż Cienia
AliceAnnaJ
Rekrut
AliceAnnaJ
...
Wiadomości: 35

Drugi Odłamek - Powrót


I was painting a picture
The picture was a painting of you, and...
For a moment I thought you were here
But then again, it wasn't true, ooh
And all this time I have been lying
Oh, lying in secret to myself
I've been putting sorrow
On the farthest place on my shelf
Da-di-daaa

And I was running far away
Would I run off the world someday?
Nobody knows, nobody knows, and...
I was dancing in the rain
I felt alive and I can't complain

But now take me home
Take me home where I belong
I got no other place to go
I can't take it anymore


~Cytat i soundtrack rozdziału: Runaway by Aurora

https://www.youtube.com/watch?v=d_HlPboLRL8





          Szłam przez gęsty las, pełen nor i pułapek. Szukałam czegoś, nie wiem do końca czego, a wokół mnie były tylko drzewa, a pomiędzy nimi odbijało się echo czyjegoś głosu, moje imię. Szłam wręcz po omacku, jak wtedy gdy babcia wzięła mnie na spacer po lesie nocą, próbując znaleźć źródło dźwięku by dowiedzieć się co tutaj robię, a kryształki wokół mnie rozbłyskały, gdy się do nich zbliżyłam. Przydałby mi się teraz Ukyo... miał lepszy słuch niż ja, za to ja miałam mocniejszy węch.
          Właśnie, Ukyo!
          -Ukyo! - krzyknęłam układając dłonie obok ust by mój głos poniósł się echem, ale nie wydobył się spomiędzy moich warg ani dźwięk, chociaż dałabym sobie rękę obciąć, że krzyczałam. -Ukyo! - zawołałam raz jeszcze z identycznym skutkiem. Panika zaczęła we mnie narastać coraz bardziej, jeśli nie mogę mówić, to jak go znajdę, skoro nie mogę zawołać ani wyniuchać?! -UKYO! - krzyknęłam raz jeszcze lecz mój głos wciąż nie rozbrzmiewał, jedynie kryształy zaczęły jaśniej świecić.
          -Nie ma go tu... nie znajdziesz go... nie ma go... nie wróci... - szeptał nieznany mi głos a po chwili szept przerodził się w wycie, wciąż te same słowa, kryształy zaczęły lśnić jeszcze jaśniej aż oślepiły mnie a tuż obok ucha usłyszałam ów nieznany szept. -Nie żyje, Strażniczko Kryształu – a następnie nieziemski pisk, złapałam się za uszy.
          -Nie! - krzyknęłam i poderwałam się z przerażeniem z łóżka łapiąc za serce. Biło jak oszalałe omal nie gruchocząc mi żeber. Rozejrzałam się wokół. To tylko mój pokój, środek nocy, tylko ja i nic więcej.
          Tylko ja...
          Pochyliłam się do przodu ukrywając twarz w dłoniach i pocierając nimi skórę by się ocknąć. To tylko koszmar, Miiko, tylko głupi koszmar, do tego znasz ten koszmar. Śni ci się od prawie dwóch miesięcy. Wstałam z łóżka, zgarnęłam leżącą na szafce nocnej paczkę papierosów i usiadłam na parapecie. Płomyk z klatki poszybował wprost do moich palców i odpalił papierosa, dym uniósł się w powietrze gdy zaciągnęłam się nim po raz pierwszy, głęboko a następnie wypuściłam go z płuc z cichym westchnieniem, spoglądając w dół, na rozpościerające się poniżej ogrody Kwatery Głównej.
          O tej porze prawie wszyscy spali. Było cicho, ciemno i pusto, ale cicho i pusto bywało także za dnia. Odkąd Yoru i Ukyo wyruszyli bez słowa, Kwatera przestała być tak piękna i radosna. Była już tylko Kwaterą... Oparłam stopy na parapecie i objęłam kolana rękami znów zaciągając się papierosem. Było mi zimno ale bardziej skupiona byłam na zimnie psychicznym, które sięgało umysłu, serca i duszy. Wciąż było wokół pełno osób, mnóstwo ludzi, o których dbałam, których lubiłam, o których się martwiłam, ale to nie było to. W szeregi straży wstąpiło wielu nowych, nawet demony i jeden mag, który właściwie od jakiegoś czasu nie odstępował mnie na krok jeśli nie było to konieczne, ale to nie było to samo.
          Tworzyłam dom dla innych, nie potrafiąc znaleźć w nim miejsca dla siebie. Żyłam by żyć, żyłam czekaniem i nadzieją, która zastępowała mi tlen. Nie było w tym radości, nie było w tym ani cienia pozytywu, bo wiedziałam, że niebawem może przyjść list, oznajmiający, że on... że oni...
          Drżącymi wargami objęłam filtr papierosa i zamknęłam oczy. Musiałam skupić na czymś swoją uwagę, na czymś, co nie było otaczającą mnie rzeczywistością i chociaż spróbować udawać, że śpię... Gabriel, gdyż tak miał na imię ów mag, miał dar czytania w myślach i pokój dość blisko mojego. Już parę razy wpadł tu przestraszony tym, co widział w mojej głowie, by potem mnie zrugać, że nie mam co robić tylko rozmyślać o takich rzeczach i spędzić noc przy mnie, uspokajając i kołysząc do snu. W błyskawicznym tempie zrobił mi się bardzo bliski, choć nie nazwałabym błyskawicznym tempem trzech miesięcy, gdyż pojawił się na krótko po odejściu Ukyo i Yoru. Zastał mnie w moim najgorszym czasie, czego właściwie nie mogłam sobie wybaczyć.
          Mój gabinet, cisza, chociaż naokoło było tak głośno i radośnie. Przybył, poprosił o zakwaterowanie gdyż chciałby zobaczyć jak życie toczy się tutaj, w świecie zapomnianym przez jego Ojca. A ja zamiast zachować zimną krew już po chwili rozmowy pękłam drżąc ze strachu, złości, bólu i smutku i płacząc mu w rękaw. Dosłownie, w przenośni... Ta, która miała utrzymać w garści całą Kwaterę i świat, na którym przyszło jej żyć i którego miała strzec, od trzech miesięcy drżała jak piórko na wietrze nie radząc sobie z samą sobą. Żałosne.
          Podciągnęłam kolana pod brodę i zaciągnęłam się jeszcze raz dymem wpatrując w nocne niebo, dostrzegłam kątem oka jak zapala się światło w oknie maga. Nie śpi, będzie słyszał. Zadrżałam z zimna ale nie wstałam z parapetu. Po prostu westchnęłam i zamknęłam oczy.
          Dlatego uspokój się, Miiko... uspokój i spróbuj zapomnieć, jednocześnie wszystko pamiętając.

          (...)

          -No, a teraz o... o tak, właśnie tak. Tylko musisz stanąć stabilniej – Yoru podeszła do mnie i rozsunęła mi nieco nogi, bym mocniej zaparła się w podłoże. -Widzisz? A teraz zamachnij się, przenosząc jednocześnie ciężar ciała na prawą nogę, żeby cała siła przeszła w twoje ramię – odbiłam się lewą nogą od podłoża i zamarłam a następnie stanęłam prosto i zmarszczyłam brwi patrząc na nią z niezrozumieniem.
          -Co? - spytałam, szczerze w ogóle nie zrozumiałam o co w tym chodziło. Stanąć jak? I co zrobić? Jak przenieść siłę i jaką siłę? Magiczną?
          -Co „co"? - spojrzała na mnie zaskoczona.
          -No... to „co" - powiedziałam zamachnąwszy rękami, a ona przechyliła głowę patrząc na mnie niepewnie.
          -Eh, no... - podrapała się po nosie. -Chciałaś, żebym cię czegoś nauczyła, więc tak jak się umawiałyśmy, uczę cię samoobrony i walki wręcz – oznajmiła po chwili ale wciąż jakoś tak śmiesznie niepewnie.
          -Ale to to akurat wiem – zmarszczyłam czoło. -Przecież nie mam sklerozy.
          -No to czego nie rozumiesz i o co pytałaś? - chyba zgłupiała tak jak ja przed chwilą.
          -Eh, przecież mała nie rozumie o co ci chodziło z tą siłą, to chyba jasne – usłyszałam za plecami miękki, chociaż jakiś taki pełny kpiny głos. Odwróciłam się dostrzegając siedzącego na huśtawce lisa o srebrzystych włosach, tego, co tak walił piorunami. Oglądał swoje pazury jak jakaś baba. Fuuu.
          -To ja ją uczę, nie wtrącaj się – powiedziała do niej moja nauczycielka a następnie oparła dłonie na biodrach. -Wróć do pozycji wyjściowej, wyjaśnię jeszcze raz.
          -Mówię ci, że nie zrozumiała o co chodziło z siłą, więc wyjaśnij jej tylko to, nie tłumacz całości bo jej namieszasz – rzucił znowu ten sam lis. Miał strasznie babski głos, ale w ogóle nie wyglądał jak kobieta. Zmarszczyłam lekko nosek i szybko spuściłam wzrok, gdy to srebrzyste coś o blond włosach podniosło wzrok. Miało ładne fioletowe oczy ale bałam się, że znowu walnie piorunem czy czymś. Brr.
          -A ja ci mówię, żebyś się zamknęła, Ketsurui – rzuciła do niej ostrzej moja nauczycielka prostując się i opierając dłonie na biodrach. Krótkowłosa istota wstała z huśtawki i podeszła do nas, tak, że teraz stałam między, jak się okazało, nie lisicą i lisem a dwoma lisicami. W sumie ja stała tak teraz tuż obok to zauważyłam, że mimo bandaży wystających z boku pod ubraniem, gdyż bluzka odsłaniała niemal cały bok, widać zarys spłaszczonego biustu.
          -Nie mów do mnie Ketsurui, niedobitku – mruknęła niemal z pogardą blondynka na co ogony Yoru się zjeżyły. Smutne, ale nawet na tym polu Ketsurui miała przewagę, bo miała ich aż cztery... Powolutku się wycofałam, nawet nie zauważyły.
          -Bo co? Tak masz przecież na imię, prawda, księżniczko? - spytała wrednie Yoru.
          -Doigrałaś się – warknęła blondyna i usłyszałam nad głową pioruny.
          -Na to liczyłam – usłyszałam jeszcze Yoru zanim puściłam się biegiem do domu. Na oślep, zakrywając dłońmi uszy przebiegłam przez korytarz z zamiarem dostania się do pokoju i schowania pod łóżkiem, ale gdy tak biegłam i nie patrzyłam pod nogi nagle zderzyłam się z czymś odbijając i lecąc na podłogę. No nie! Pisnęłam ale zanim spotkałam się z podłogą zawisłam w powietrzu.
          -Nie uczył cię nikt, ze się nie biega po korytarzach? - usłyszałam zmęczony głos i po chwili zostałam postawiona do pionu przez mięciutkie blond kity. Otworzyłam oczy i od razu uczepiłam się nogi Ukyo znów zamykając ślepka i owijając się wokół niego ściśle. -Eh, co ty...
          -Znowu burzują – wymamrotałam płaczliwie zaciskając palce bardziej na materiale jego spodni. -Yoru chyba walczy z tym szarym, a to szare w ogóle nie jest chłopcem jak myślałam tylko babą – wychlipałam.
          -Miiko, ty naprawdę... eh – westchnął i poczułam jak gdzieś idzie, ze mną uczepioną jego nogi. Otworzyłam niepewnie jedno oko, zawrócił do pokoju. -Możesz mnie na chwilę puścić, krasnalu? Chciałbym usiąść – usłyszałam, pokręciłam głową. Westchnął męczeńsko a następnie poczułam jak leci, a wraz z nim ja, następna rzecz, jaką poczułam to jak moje dłonie przez to, że były z tyłu jego nogi, są przyciśnięte przez nią do materaca.
          -Wylegujesz się w środku dnia? Tata mówi, że to jest lenistwo i... - miałam powiedzieć coś jeszcze gdy piorun znów trzasnął, potrójnie nawet. Spanikowałam i błyskawicznie wpełzłam pod kołdrę i pod jego ramię, tak, by czuć przez kołdrę, że jest obok. Znowu to ciężkie westchnienie.
          -Twój tata to nie mój tata.
          -Jesteś pewien, że jesteś z klanu Słońca? - spytałam, chwilę milczał.
          -Tak, jestem. A co?
          -Bo brzmisz jakbyś był z jakiegoś klanu Wzdychaczy, nie Słońca. Ciągle tylko wzdychasz i wzdychasz i marudzisz i wzdychasz... - zaczęłam wyliczać, gdy ponownie walnął piorun. Pisnęłam raz jeszcze w panice wczepiając się w kołdrę.
          -W takim razie ty jesteś z klanu Piszczałek – rzucił rozbawiony na co tylko zawarczałam przez kołdrę. Chwilę milczał. -Naprawdę myślałaś, że Gina to chłopak? - spytał po chwili, gdy nie zareagowałam na pierwsze zdanie.
          -Kto to Gina? - spytałam tuląc do siebie kitę i jednocześnie tuląc się przez kołdrę do jego boku. Poczułam jak klepie mnie ręką po plecach, także przez kołdrę.
          -To ta lisica od piorunów, Ketsurui.
          -A czemu Gina?
          -Wiesz, co znaczy Gina, prawda? - pokręciłam głową. -To znaczy „srebrny, srebrzysty" w ziemskim języku japońskim.
          -Aha... czyli to od jej futerka na ogonkach?
          -Nie do końca – mruknął, brzmiał jakby się uśmiechał. No w końcu. -To od jej stylu walki.
          -Od tych piorunów?
          -Między innymi. Jest bardzo szybka, więc często przypomina taką srebrną smugę. No i od piorunów oczywiście też – miałam wrażenie, że jego spokojny głos zagłusza odgłosy burzy zza okna, a nawet deszczu, który zaczął nagle bić o szyby.
          -Jak można być szybkim mając cztery ogony? Ja mam problem żeby się rozpędzić mając jeden... - wymamrotałam żałośnie a kita machnęła dając mi po nosie swoim koniuszkiem, kichnęłam.
          -Po prostu jesteś niezdarą – rzucił jakoś dziwnie. Co, ja niezdara?! Odrzuciłam kołdrę i spojrzałam na niego machając swoim jednym ogonkiem w niezadowoleniu.
          -Coś ty powiedział?
          -Niezdara – powtórzył z szerokim uśmiechem a ja chwyciłam bez namysłu poduszkę i przyłożyłam mu nią z całej siły w głowę.
          -Pacan! - wydarłam się na niego zła a on się tylko wrednie śmiał. Wstałam, przeskoczyłam przez niego a następnie zeskoczyłam na ziemię i wybiegłam z jego pokoju wpadając od razu na ojca, od razu mnie zmroziło. -P-przepraszam, ojcze, nie chciałam – powiedziałam skruszona spuszczając uszy pokornie. Spojrzał w głąb pokoju a potem chwycił mnie za ramię i pociągnął korytarzem. Jęknęłam cichutko, zabolało. -Tato, proszę, puść...
          -Nie dość, że głupia, to jeszcze bez jakiegokolwiek szacunku, już ja nauczę cię manier – warknął tylko mocniej zaciskając palce na mojej ręce. Jęknęłam jeszcze raz zapierając się nogami w podłożu.
          -Przepraszam, naprawdę przepraszam, tato, proszę, puść, już nie będę, przysięgam – chlipałam gdy usłyszałam za plecami chrząknięcie. Ojciec zatrzymał się i szarpnął mną tak, bym stała za nim.
          -Coś nie tak? - spytał znany mi dobrze głos.
          -Nie wtrącaj się. Nic ci do tego.
          -Ależ będę, po to tu jestem. Żeby się wtrącać – miał tak dziwnie chłodny głos, inny niż ten, którym mówił do mnie. Czy to jakiś nowy tryb? Nieśmiało wyjrzałam zza nóg ojca ocierając wolną dłonią mokre policzki. Blondyn nawet nie spojrzał na mnie, wbijając nieustępliwe spojrzenie w mojego tatę. -Powtórzę pytanie. Czy coś nie tak, Iwao?
          -Ten mały gówniarz nie daje ci w spokoju pracować.
          -Ten mały gówniarz, jak raczyłeś nazwać spadkobierczynię swojego klanu, zapewnia mi rozrywkę, bo ty, jako gospodarz, najwyraźniej o tym zapomniałeś – oznajmił chłodno a ja aż zadrżałam. Byłam dla niego rozrywką? To niezbyt miłe... Tata warknął cicho.
          -Nie przyjechałeś tutaj, żeby się bawić.
          -Nie przyjeżdżałbym w ogóle gdybyś nie namieszał – wyciągnął dłoń w stronę taty. -Pozwolisz, że wrócę do przeprowadzania wywiadu z perspektywy tej małej? Jako jedna z nielicznych w tym domu jest całkiem szczera, jej opinia jest ważna dla mojej pracy – podkreślił ostatnie słowo. Tata chwilę na niego patrzył a potem szarpnął mną tak, że poleciałam w stronę Ukyo, złapał mnie puchatą kitą zanim znowu jak ostatnia niezdara potknęłam się o własny ogon. -Dziękuję – powiedział jeszcze a tata rzucił na mnie okiem a potem wściekły znowu sobie poszedł. Skuliłam się. Jak ta tyczka sobie pojedzie to będę mieć przekichane... Podrapałam się po nosku. Chłopak chwycił mnie za rękę i wrócił ze mną do pokoju a potem posadził na fotelu i przyklęknął przed nim. -Nic ci nie jest, Miiko? - pokręciłam głową pociągając przy tym noskiem. Westchnął. -Często ci tak robi?
          -Po co pytasz skoro jestem rozrywką? - spytałam płaczliwie zamiast odpowiedzieć na jego pytanie. Westchnął i z dziwnym, łagodnym uśmiechem poczochrał mi włosy.
          -Jesteś małym liskiem, który mówi szybciej niż myśli – mruknął wciąż z tym uśmiechem a potem znowu spoważniał. -Często tak cię traktuje?
          -To nie jest miłe, zostać rozrywką – zacisnął wargi na moment, jakby chciał na mnie krzyknąć a potem westchnął cierpiętniczo.
          -Mały uparty lisek – mruknął. -Jesteś moją koleżanką, tak lepiej? - spytał patrząc na mnie poważnie. Udałam chwilę, że myślę a potem pokiwałam głową. Uśmiechnął się i na powrót nieco spoważniał. -Często się tak zachowuje wobec ciebie? - kiwnęłam głową.
          -Tata strasznie nie lubi, gdy jestem niegrzeczna. A ja czasem nawet nie wiem, że jestem niegrzeczna, bo nic mu nie robię... I staram się, naprawdę się staram! - zamachnęłam łapkami a potem objęłam się nimi tuląc samą siebie. -Nie chcę, żeby się tak ciągle na mnie złościł. Ukyo? - spytałam nagle gdy mnie oświeciło. -Ty też na pewno miałeś tatę, prawda? Był z ciebie dumny?
          -Eee... no...
          -Co robiłeś, że był? - spytałam natychmiast wyraźnie zbitego z tropu kitsune, który podrapał się po karku.
          -Właściwie to nic... Tata był ze mnie zawsze dumny.
          -Oh... też bym tak chciała... - westchnęłam opierając twarz na dłoniach i wbiłam wzrok w podłogę, machając zwisającymi z fotela nogami, które nie sięgały jeszcze całkiem do ziemi. -Żeby rodzice byli ze mnie dumny zawsze... Ale oni nie są, prawie nigdy. Zawsze coś psuję, nawet jak się staram i w ogóle... Czasem wydaje mi się, że mnie przez to nie kochają. Moich kuzynów rodzice tulą i głaszczą i chwalą nawet za byle jakie rysunki a mnie nigdy – pociągnęłam noskiem.
          -H-hej, Miiko... - wyciągnął rękę ale zawiesił ją w przestrzeni a potem znowu schował za siebie. Zrobiło mi się jeszcze bardziej przykro, jakby się bał, że jak mnie dotknie to też przestaną go rodzice kochać. -Ej, nie płacz mi tu... - wstał, znów kucnął, znowu wstał a potem poczułam jak łapie mnie pod ręce, podnosi i przytula do siebie mocno, jak jakiegoś pluszaka. Szybko poczułam też puchate ogony, którymi mnie otulił. -Nie płacz. Na pewno cię kochają, rodzice zawsze kochają swoje dzieci.
          -A-ale... - wykrztusiłam chlipiąc, na co przycisnął dłonią moją głowę do swojej klatki piersiowej, jakby chcąc mnie schować.
          -No już, cii. Kochają cię, jestem pewien, po prostu... po prostu chcą, byś była jeszcze lepsza. Czy ci, których rodzice chwalą, poprawiają to, co robią?
          -N-no... no nie... - wymamrotałam niewyraźnie.
          -A ty? Jak cię nie chwalą, czy starasz się być ciągle lepszą?
          -Ch-chyba tak...
          -Oni tak akurat okazują tobie swoją miłość, Miimi – wyjaśnił łagodnie, chociaż jego głos, przez to, że miałam uszy wtulone w niego, słyszałam prawie aż w ogonie. Taki ciepły, głęboki i spokojny. W gruncie rzeczy miły, chociaż coś niespokojnego w nim było. -Chcą, byś była lepsza i lepsza. U ciebie tata ciągle cię krytykuje, mnie zawsze pouczała mama, wiesz? - odsunęłam się nieco od niego by móc spojrzeć mu w oczy.
          -Naprawdę? - spytałam zaciekawiona. Otarł palcami moje mokre od łez policzki.
          -Naprawdę – potwierdził uśmiechając się i usiadł na parapecie sadzając mnie sobie na kolanach, a ja wpatrywałam się w niego prawie jak oczarowana. -Zawsze coś było do poprawienia. I teraz, jak widzisz, wszyscy się mnie słuchają, nawet ci, którzy są starsi ode mnie – uśmiechnął się szeroko, wyraźnie dumny z tego faktu. Zmarszczyłam lekko czoło myśląc.
          -Wszyscy? - skinął głową. Owinęłam się ogonkiem. -A to bijące piorunami? I babcia Nami? I ta lisica co też miała tak dużo ogonów jak moja babcia i przy której stałeś ze spuszczonymi uszami? - zamrugał patrząc na mnie zaskoczony. -No ta, co była na tym... no... tym takim zlocie czy co to to było! Jak goście wyjeżdżali i ona też to mówiła coś tobie i Yoru i potem jeszcze tej od burzy... Ginie! Widzisz? Zapamiętałam – uśmiechnęłam się wesoło dumna ze swojego osiągnięcia, podczas gdy on patrzył na mnie dziwnie jakoś, jakbym mu zburzyła światopogląd. Właściwie, to nie wiem, co to jest, ale dorośli często mówią tak, gdy ktoś się głupio patrzy. -Ukyo? A co to światopogląd? - spytałam zaciekawiona. Chwilę jeszcze na mnie patrzył a potem westchnął ciężko.
          -Chcesz potrenować? - spytał całkiem zmieniając temat. Spojrzałam na niego podejrzliwie.
          -A co?
          -Cokolwiek, co chcesz – wzruszył ramionami.
          -To chcę.
          -A co konkretnego?
          -Jazdę konną – oznajmiłam bez chwili zająknięcia.
          -Się robi – odetchnął z ulgą i postawił mnie na podłodze a potem zerknął przez okno i zmarszczył czoło. -Wiesz... chyba będzie z tym problem, wciąż pada – zauważył a ja uśmiechnęłam się do niego słodko, więc w chwili, gdy na mnie spojrzał, dostrzegł buzię chochlika nie grzecznej dziewczynki. -Czy ty... - uśmiechnęłam się szerzej a on jęknął i wzniósł oczy ku niebu, z miną taką, jakby szukał tam ratunku.

          (...)

          -I proszę, moje drogie... - pani Nami spojrzała najpierw na Yoru potem na mnie. -Nie macie się o co kłócić ani sprzeczać, a tym bardziej walczyć. Dobrze? - obie milczałyśmy jak zaklęte więc po chwili ponowiła przemowę. -Yoru, Ketsurui, obie jesteście wspaniałymi wojowniczkami i wspaniałymi nauczycielkami. A jak się dogadacie i zaczniecie współpracować, to będziecie jeszcze lepsze. No już, macie sobie podać ręce na zgodę – oznajmiła gdy dalej nie kwapiłyśmy się do jakiegokolwiek ruchu czy gestu w swoją stronę. Obie przemoczone do suchej nitki, moje wspaniałe cztery ogony były smutno klapnięte, zresztą jej dwie kity tak samo. Łypnęłyśmy na siebie z byka a puszyste ogony pani Nami zakołysały się niebezpiecznie. -Dziewczęta... - spojrzała na nas z taką miną, że automatycznie nas zmroziło.
          -Przepraszam! - burknęłyśmy do siebie w tym samym momencie ściskając dłonie a potem objęłyśmy się ramionami jak odbicia lustrzane. Kobieta od razu złagodniała.
          -Znacznie lepiej – oznajmiła znów ciepło a potem objęła nas ramionami i poprowadziła na kanapę. -Nie sądzę, byście miały zbyt szybko opuścić ten dom, dlatego mam nadzieję, że przez ten czas nauczycie się, że współpraca między klanami jest bardzo ważna i bez niej nic nikt by nie osiągnął. Liczę też, że dzięki temu, mimo tego, w jakiej sytuacji się tu znalazłyście, nawiąże się między naszymi klanami nić porozumienia i... - nagle przerwał jej dziecięcy śmiech i głośne „wiooo!". Odwróciłyśmy się w stronę drzwi, przez które wpadł Ukyo z małą spadkobierczynią Kryształu usadzoną na barana i śmiejącą się radośnie. Mała trzymała się go za włosy a on miał minę mówiącą tyle co „zabijcie mnie".
          -Prr, koniku! - zawołała nagle mała mocniej go szarpiąc na co zatrzymał się przed nami, nie podnosząc nawet wzroku. Wciąż trzymał nogi małej wiszące na jego ramionach a ogony asekurowały ją od tyłu. Dziewczynka wyglądała na szczęśliwą a ja miałam ochotę parsknąć śmiechem. Spojrzałam kątem oka na Yoru, która akurat w tym samym momencie zerknęła na mnie. Obie miałyśmy znów takie same miny; jeszcze chwila patrzenia i wybuchniemy śmiechem aż do łez. Pani Nami zaś wyglądała na rozczuloną i rozbawioną jednocześnie. -Cześć babciu! Zobacz, mam konika! - zaświergotała lisica i pogłaskała blond czuprynę naszego Słoneczka tuląc się do jego głowy.
          -Może chciałabyś bat, by biegał szybciej? - spytała Yoru grając poważną.
          -Albo uprząż? - spytałam tym razem ja, równie poważnie. Mała spojrzała na nas oburzona.
          -Nieee! Ten konik jest bardzo grzeczny – pocałowała go w czubek głowy na co on jeszcze bardziej pobladł nie ważąc się nawet wyprostować za bardzo, jak dobrze, że sufit mają tutaj wysoki...
          -Tylko nie wyrwij mu za dużo włosów, dobrze, Mii? - spytała łagodnie pani Nami. Lisiątko pokiwało entuzjastycznie główką.
          -Dobrze babciu! - uśmiechnęła się wesoło a potem prawie podskoczyła widząc, że przestało padać. -Ukiś, Ukiś, patrz! Nie pada! - zawołała i zaczęła się wiercić. -Postaw mnie, postaw! - zdjął ją ze swoich barków bez słowa i już miał się odwrócić gdy mała chwyciła go za dłoń. -Chodź, pokażę ci coś! - spojrzała na niego wielkimi, błękitnymi oczami prosząco. Chwilę patrzył na nią z wahaniem aż westchnął.
          -Zaraz przyjdę, tylko się czegoś napiję, dobrze?
          -Mhm! - przytaknęła radośnie i wybiegła z salonu na zewnątrz. On tylko westchnął.
          -Dziękuję, że się tak opiekujesz moją wnusią – powiedziała łagodnie wieszczka podchodząc do wysokiego na ponad dwa metry mężczyzny i poklepała go lekko po ramieniu.
          -To drobiazg, proszę pani – uśmiechnął się do niej w odpowiedzi i chwycił szklankę z wodą.
          -Żaden drobiazg i dobrze o tym wiesz. Jeszcze sam się przekonasz – powiedziała tajemniczo i ruszyła do drzwi, rzucając nam jeszcze czujne spojrzenie. Chwilę milczeliśmy aż uśmiechnęłam się złośliwie.
          -Hej, koniku, może mi też pozwolisz się przejechać? - zażartowałam puszczając mu oczko. Zamknął oczy udając, że nie słyszy i skupił się na piciu.
          -Ciesz się, że wnusia pani Nami woli chodzić na boso a nie w ostrogach – dodała Yoru.
          -Na pewno nie skusisz się na bat?
          -Nie zajeźdź swojej pani, wciąż jest malutka.
          -Uważaj by kiedyś nie wpadła ci do stajni gdy będziesz zajęty zabawami dla dużych koni – uśmiechnęłam się szeroko na co Yoru parsknęła śmiechem a on aż się zadławił. Zakaszlał zamykając oczy a potem zmroził nas, dwie chichoczące lisice owinięte kocami, wzrokiem zimnym prawie jak lód.
          -Jesteście chore – rzucił chłodno, odstawił szklankę i ruszył ku wyjściu na taras.
          -Może czasem cię zmienić w opiece nad Mii? - spytała z udawaną troską Yoru.
          -Od dziecka wara – oznajmił wciąż chłodno i zniknął na tarasie, w ślad za dziewczynką a my wróciłyśmy do chichotania jak głupie. Po chwili obie zamilkłyśmy i siedziałyśmy w tej ciszy parę minut.
          -Wiesz, nie jesteś taka zła – rzuciłam do różowej.
          -Dzięki – powiedziała i chwilę milczała. -Ty też.
          -Dzięki – odpowiedziałam i znów zamilkłyśmy. -Mam ochotę jeszcze ponabijać się z Ukyo.
          -Ja też.
          -Idziemy? - spojrzałyśmy po sobie i Yoru miała odpowiedzieć gdy nagle kichnęła a tuż za nią ja.
          -Nie dzisiaj chyba.
          -Jeszcze będzie okazja.
          -Będzie – i znów zamilkłyśmy. Jakaś lisica przyniosła nam dzbanek herbaty z miodem i cytryną i kazała pić. I mimo iż milczałyśmy, to ta cisza była nawet przyjemna, taka swobodna.

          (...)

          Oparłam głowę na kolanach chowając twarz przed promieniami wschodzącego słońca, wpadającego prosto do mojego pokoju przez okno, na parapecie którego siedziałam. Ścisnęłam w palcach kolejnego, wypalonego tej nocy papierosa i wrzuciłam niedopałek do pełnej już popielnicy stojącej w kącie okna i zrzuciłam na twarz włosy. Przeklęte słońce... A może ja cię dziś nie chcę widzieć? Nie chcę cię widzieć dopóki nie przyniesiesz mi swojego najdroższego dziecięcia, a przecież tego nie zrobisz, prawda? Dbasz tylko o to, by było dobrze tobie.
          Machnęłam wściekle ogonem gdy słońce stało się jaśniejsze, jakby ktoś podkręcił jego blask maksymalnie, było tak mocne jak w południe chociaż przecież był dopiero świt a ono dopiero wyłaniało się zza horyzontu.
          -Idź precz... precz! - krzyknęłam i ze złością cisnęłam popielnicą w okno. Szyba, która powinna pójść w drobny mak w akompaniamencie dźwięcznego odgłosu imitującego dzwonki nagle błysnęła błękitem, gdy kryształ pokrył ją chroniąc przed rozbiciem. Stałam chwilę jak wryta a następnie ponowiłam czynność z tym samym efektem, zaczęłam bić w szkło pięściami aż w końcu opadłam z sił i zaczęłam cicho płakać opierając się czołem o kryształową powłokę, która dopiero wtedy zniknęła, czując moją bezsilność.
          Jestem opiekunką serca tej krainy, jestem jej częścią i siłą trzymającą ją przy życiu. Dlaczego więc nie mogę sprawić, by słońce zaszło? Dlaczego nie mogę podejmować decyzji o wszystkim i nie mogę anulować rozkazów najwyższych z lisich rodów? Czemu nie mogę nawet zatrzymać przy sobie moich najbliższych i zatroszczyć się o nich tak, jak na to zasługują? Oczy zapiekły mnie od łez gdy zachlipałam. Nic więcej nie chcę... Zrobię wszystko, byle tylko mieć pewność, że ci, których kocham, są bezpieczni i są przy mnie. Naprawdę, wszystko. Czegokolwiek świat by ode mnie nie zażądał. Wszystko, bez najmniejszego wyjątku, bez chwili zastanowienia, bez sprzeciwu czy przemyślenia sytuacji. Wszystko.
          Przełknęłam gulę w gardle by nie rozpłakać się całkiem, gdy nagle jakiś złośliwy promień słońca przebił się przez moje włosy i uderzył bezpośrednio w moje oczy. Warknęłam cicho.
          -Czego jeszcze ode mnie chcesz? - jęknęłam. Okno otwarło się gwałtownie na oścież przynosząc do mnie znany zapach. Ten sam, ciepły, zapach imbiru i światła. Poderwałam się z parapetu i przetarłam załzawione oczy. Coś lśniło w lesie, słabo, ale lśniło i widziałam to coś, było coraz bliżej granicy drzew a zapach z każdą chwilą stawał się mocniejszy.
          Wrócili.
          Wypadłam w koszuli nocnej i na boso z pokoju, biegnąc na złamanie karku przez korytarz straży. Po drodze tylko jeszcze zahaczyłam o pokój pewnego wilkołaka.
          -Chrome, wstawaj! - rzuciłam a wilk podskoczył przerażony nagłą pobudką. Nie musiałam nic więcej mówić bo widząc moją minę poderwał się na równe nogi i zaczął wciągać spodnie, ja zaś wygnałam znów na korytarz.
          Cichy odgłos moich bosych stóp odbijał się echem po korytarzu wciąż pogrążonej we śnie kwatery, w akompaniamencie przyspieszonego bicia mojego serca i łez, które ze szczęścia spływały po moich policzkach i spadały gdzieś na dół, co chwilę musiałam ocierać wierzchem dłoni oczy by widzieć, gdzie biegnę, choć tak naprawdę biegłam na oślep, widząc nie oczami, a sercem. Tym, które tak mocno biło, nie mogąc się doczekać by porwać w objęcia dwie najbliższe mi osoby.
          Nie dbałam o to, że po chwili marmurowe schody zastąpił twardy bruk. Nie zdążyłam dopaść do bramy gdy mój promyk słońca przekroczył ją wraz z drobną, wyraźnie wykończoną lisicą. Za sobą zaś słyszałam ciężki oddech Chrome'a, który również biegł nie patrząc na nic w ślad za mną. Szybko mnie przegonił i momentalnie porwał w objęcia Yoru, która sprawiała wrażenie, jak gdyby zobaczyła ducha, szybko jednak i u niej na twarzy pojawiła się radość w najczystszej postaci. Sama chciałam skoczyć w objęcia mojego ukochanego, ale na metr przed nim się zatrzymałam. Wpatrywałam się w ożywione, odcinające się na bladej twarzy szkarłatne oczy, wbite we mnie zupełnie, jakby ich właściciel zobaczył ducha. Podczas gdy moja mała przyjaciółka chlipała głaszcząc po głowie swojego wilczka, który kompletnie nie zamierzał jej wypuścić.
          A ja miałam wrażenie, że czas się zatrzymał.
          Blond włosy nastroszone bardziej niż zazwyczaj, nieco dłuższe. Siedem puchatych ogonów nieco oklapłych, ale wciąż pięknych. Czerwone oczy, choć wyraźnie wymęczone, teraz lśniły w jakiś niezrozumiały dla mnie sposób. Wydawał się ledwie trzymać na nogach, chociaż, jednocześnie, jakby jakaś nowa energia w niego wstąpiła. Czułam zapach krwi, ale grunt, że był cały, w jednym kawałku, żywy, tuż przede mną, tak blisko, że gdy wyciągnął rękę to mógł swobodnie dotknąć mojego policzka, zupełnie, jakby się upewniał, że nie jestem tylko jego wyobrażeniem. Serce zabiło mi mocniej w piersi, łzy, które teraz były powstrzymywane tylko cudem.
          -Ukyo – szepnęłam czując jak wraz z tym imieniem uchodzi ze mnie cały strach, wszystkie nerwy, cała tęsknota zamknięta we mnie przez tak długo. Uśmiechnął się lekko a ja bez chwili zawahania przytuliłam się do niego, jednak uważając, by nie sprawić mu tym objęciem bólu, szybko jednak uścisk został wzmocniony, gdy ramiona mojego ukochanego otoczyły mnie ściśle przyciskając do siebie. -Tak się martwiłam... nie znikaj mi tak więcej, proszę, nigdy – wyszeptałam przez łzy, czując jak szczupłe palce mężczyzny przeczesują moje włosy. Wczepiłam palce w jego kimono jakby bojąc się, że zaraz zniknie.
          -Już, już, cichutko, MiiMii... - usłyszałam jego głos, znów tak dokładnie, znów sięgał głęboko we mnie, aż do końców ogonów, wypełniając mnie spokojem.
          -Nie rób mi tak więcej – odchyliłam się nieco a teraz czując jego zmęczenie wyraźniej chwyciłam go ramieniem i pociągnęłam w stronę budynku, martwiąc się, że zaraz mi zemdleje na drodze.
          -Mii, spokojnie, jeszcze jestem w stanie chodzić – westchnął mimo to ruszając równo ze mną. Zerknęłam przez ramię na Yoru i Chrome'a. Teraz to jego obecności bardziej potrzebowała niż mojej. Uśmiechnęłam się widząc jak wilczek podnosi na mnie przeszczęśliwe spojrzenie ponad ramieniem brzoskwiniowej lisicy. Poruszyłam ustami wypowiadając nieme „zaopiekuj się nią", on odpowiedział kiwnięciem głowy i znów schował nos w różowych puklach włosów. -Miiko – rzucił wyrywając mnie z zamyślenia, od razu spojrzałam na blondyna, który przyglądał mi się w dalszym ciągu. -Cieszę się, że jesteś cała i zdrowa – powiedział ciszej a potem westchnął. -Ale skup się na mnie... no co ja z tobą mam.
          Po raz pierwszy od paru miesięcy zachichotałam szczerze, naprawdę szczęśliwa i naprawdę rozbawiona, takim drobiazgiem jak jego zwykłe, typowe miny. Przytuliłam się do jego boku, nie przerywając jednak marszu.
          -To co ja z tobą, łajzo – mruknęłam rozbawiona i odetchnęłam z ulgą, w końcu mogąc zaczerpnąć pełen oddech, który wypełni mnie w całości i doprowadzi tlen do każdej części ciała, uwalniając mnie spod dziwnych więzów. -To co ja z tobą – powtórzyłam i uśmiechnęłam się bardziej, czując, jak dłoń wykończonego lisa jeszcze głaszcze lekko moje ramię.
          -I tak wiem, że tęskniłaś – mruknął znów cicho wzdychając, a w tym westchnięciu dało się słyszeć ulgę.
          Tak, tęskniłam. I cieszę się, że to już koniec tej tęsknoty.
          Słońce wstało jak co rano, ale teraz jego blask mi już nie przeszkadzał, nawet ten nienaturalny, tak jasny jak nigdy. Dawał mi nadzieję na nowy, piękny dzień. Bo każdy dzień, który mogłam rozpocząć wraz z nim i z nim zakończyć był piękny.

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1