Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 3 4 5

#101 31-10-2018 o 22h37

Straż Cienia
Methrylis
Akolita Kappy
Methrylis
...
Wiadomości: 18 132

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Dobra, wreszcie mam czas zająć się opowiadaniami! Eldka JAKO TAKO działa, więc trzeba z tego skorzystać.
Hej!, nie ma potrzeby aż tak się nad tym rozpisywać. Tak jak napisałam, ja też nieraz odpowiadałam na twoje komentarze i dopiero teraz wylazła ze mnie hipokryzja, że gdy ty to zrobiłaś, to się wkurzyłam. Więc po postu tego ni róbmy i tyle. + nie dziw się, że pisałam o twoim stosunku do straży. Nie czytam ci w myślach, nie siedzę w głowie, a jak na razie we wszystkich swoich opowiadaniach i komentarzach jesteś dość wyraźnie przeciwko nim. Twoje wyjaśnienie wiele zmienia, ale wcześniej nie mogłam tego wszystkiego wiedzieć. Tylko WEDŁUG MNIE chodziło tu o negatywny stosunek do straży. Jak widać, myliłam się, ale kierowałam się tym co widzę w twoich opowiadaniach. I to wszystko.

Och, na bogów, jak ja nie lubię Ashkore'a. Ale to już wiesz. Zastanawiam się, czemu nie podałaś imienia wspólnika. Czyżby to nie był tak oczywisty Leiftan? Inaczej chyba nie byłoby problemu z wyjawieniem imienia, zwłaszcza że wspomniano o aniołkach i demonkach. No kij, dowiem się z czasem. Zresztą, łagodność pomieszana z brutalnością - nah, jak to nie leif, to się zdziwię.

Ok, to czekam na kolejne części i pozdrawiam ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
T  R  E  N  C  H
I'll mourn for a kid, but won't cry for a king

https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#102 13-11-2018 o 17h26

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 264

@Methrylis - w opowiadaniach jestem przeciwko nim, bo odbija mi się nadużywanym motywem cacanych stworów z kądś-tam i bardzo be ludzi (ok, ludzie to gnoje, ale dlaczego ta druga strona tak często, gęsto kryształowa, lukrowa, och i ach?). Plus poirytowało mnie rozpisanie długofalowej reakcji Gardzi na parę motywów w grze, min zakichanego eliksiru (naturalne to i ludzkie jak oddychanie pod wodą). Więc dla dobra równowagi wszechświata przeginam w drugą stronę. Jednak w cudzych opowiadaniach moje reakcje zależą od świata przedstawionego... A że naturalnym jest dla mnie brania strony jednostki, którą szeroko pojęty system (tu Straż) chce przerobić na papkę...
                A co do wspólnika Ashkora, to tak, to był Leifan. Tak sobie postanowiłam, że nie rozpiszę tego super ofen, żeby nie spoilerować nowym graczom, ale... Ekhm... Spoiler pojawił się z innej strony /static/img/forum/smilies/wink.png

No to po tygodniowym urlopie comeback:

VII Praca, praca, nauka, praca… (cz. 1)


                Kawałek ciepłego, parującego ciasta, otaczała chmura smakowitego zapachu. Eryka nie miała pojęcia z czego jest zrobione, ale jeżeli smak chociaż w połowie odpowiadał zapachowi musiało być pyszne. Naprawdę pyszne.
Czując jak ślina napływa jej do ust, nabrała porcję na widelczyk. Po chwili na jej języku rozlała rozkoszna słodycz. Smak orzechów, miodu i kawy z maślaną nutą. Coś cudownego. Odkąd tu trafiła, naprawdę brakowało jej dobrego jedzenia, toteż niespodziewany prezent ze strony kucharza, bardzo poprawił jej nastrój. Otóż Karuto, w ramach przeprosin za wczorajsze zderzenie, polecił wydającemu żywność pomocnikowi, aby ten uprzyjemnił jej dzień solidnym kawałkiem jednego z jego specjałów. Co, jak co, ale musiała przyznać, że trafił. Ciasto było pyszne. Naprawdę pyszne. Zwykle nie jadała deserów do śniadania, które też okazało się względnie smaczne, ale nie zamierzała narzekać.
                Musiała przyznać, że humor bardzo jej się poprawił. Wyspała się, porządnie zjadła, odpoczęła, nabrała dystansu. Co prawda nadal irytowały ją szepty za jej plecami i natarczywe spojrzenia, ale potrafiła się od tego odciąć. Została przez faery sklasyfikowana jako nie wiadomo co i musiała sobie JAKOŚ z tym poradzić. No cóż, życie. Gdziekolwiek nie trafiała jako nowicjuszka, zawsze miała ciężko przez pierwsze trzy-cztery miesiące. To, że tutaj było jak było, mogła przewidzieć. Zresztą trudno, żeby w obcym, magicznym uniwersum, pośród zgrai czarodziejskich istot potrafiła się łatwiej odnaleźć w swoim świecie.
                Dobry humor dobrym humorem, a inna rzecz, że zwyczajnie nie miała czasu myśleć o wydarzeniach uprzedniego dnia, bo gdy tylko przekroczyła próg sali alchemii, natychmiast spadł na nią nawał zajęć. Zajęć dość prostych, podstawowych można by rzec, ale całkowicie absorbujących. W ich zakres wchodziło krojenie, obieranie, szatkowanie, ucieranie, odmierzanie i tym podobne. Otóż codziennie w sali alchemii tworzono dziesiątki, o ile nie setki specyfików zarówno na potrzeby Kwatery Głównej jak i w sporej mierze miasta, nie wspominając o posterunkach Straży znajdujących się gdzieś-tam daleko w świecie. W związku z tym przerabiano niemało składników, a owe składniki powinny być przerobione szybko, sprawnie i w jak najkrótszym czasie. Najprostszym zaś sposobem, aby ów cel osiągnąć, nie marnując czasu wyspecjalizowanych alchemików, było danie ich do obróbki komuś początkującemu. Na przykład jej. W ten sposób miała przyzwyczaić się do rytmu pracy alchemików, nauczyć obchodzenia ze składnikami oraz podłapać część podstawowych receptur. Musiała przyznać, że widziała w tym sens. W dodatku poczuła się ciut pewniej, gdy jeden z alchemików-laborantów wręczył jej niewielki zestaw noży mający ułatwić uporanie się z niektórymi z rzuconych na jej produktów. Od czasu jej występu na egzaminach zdarzało się, że napotykała niepewne spojrzenia, gdy brała do rąk sztućce, a tu od tak dali jej NAPRAWDĘ ostre noże. Spory kredyt zaufania, który wzięła za dobrą monetę. Zresztą słusznie.
                Ku swojemu zaskoczeniu odkryła, że całkiem nieźle sobie radzi z powierzonym zadaniem. Oczywiście musiała pamiętać o kilku podstawowych zasad bezpieczeństwa zapobiegających przypadkowemu generowaniu chaosu, jak na przykład: łokcie przy sobie, stawiać rzeczy z dala od krawędzi stołu i od łokci, odkładać wszystko na miejsce oraz uważać na palnik, nie ważne,  że jest wyłączony. Szczęśliwie szybko przeszła nad tym do porządku dziennego. Rzecz jasna z co po niektórymi składnikami potrzebowała małej pomocy, ale zawsze znalazł sie ktoś życzliwy, kto udzielił kilku rad. W większości była to Alajea, która zajmowała stół obok. Sabak obrał dość prostą strategię utrzymania porządku w laboratorium: posadzić wszystkich nowicjuszy na tyłach sali, gdzie nie znajdowało się nic nazbyt cennego, a do tego ulokować w pobliżu dwóch starszych alchemików, o niekoniecznie największej wiedzy, ale na pewno najlepszym refleksie… Oraz, jak przypuszczała, pewnej dozie nieufności w stosunku do życia.
                Raz po raz rozcierała w moździerzu na pył minerały, obierała, a potem ścierała bądź cięła na cienkie plastry grube korzenie, parzyła i przerabiała na papkę liście, wydobywała z muszli małe, oślizgłe małże, szatkowała tajemniczą zieleninę. Nie wiele czasu zajęło, a stanowisko pracy pochłonęła chmura intensywnych, bardzo tajemniczych, ale dość przyjemnych zapachów.
                - Całkiem nieźle ci to idzie – mruknęła z uznaniem Alajea. – Pod wodą wszystko robi się trochę inaczej, więc długo minęło nim przywykłam do przygotowywania składników. Jedyne, co mi wychodziło na początku, to rozbrajanie małż. Ale ty masz ku temu dryg.
                - Proste, powtarzalne czynności. Nic trudnego… Przynajmniej dla lądowego stwora – Uśmiechnęła się. – Boję się tego, co potem. WARZENIA eliksirów. W domu gotowanie niezbyt mi wychodziło. Kiedy przychodziło do przygotowania czegoś bardziej skomplikowanego, byłam stracona, a robienie eliksirów pewnie podobne.
                - Dasz radę. Wszystkiego da się nauczyć…
                - Naprawdę? – rozległ się zjadliwy głos. – Znaczy już niedługo poprawnie uwarzysz eliksir nocnego widzenia?
                Ezarel, który właśnie zdążał ku Eryce z koszem czegoś fasolopodobnego do obrania, posłał syrenie pełen wyższości uśmiech, a policzki tej natychmiast nabrały koloru najczystszej czerwieni. Eryka nie potrafiła ocenić czy bardziej czerwieni wściekłości czy wstydu, faktem jednak było, że Alajea wyglądała tak, jakby zamierzała robić mu kolbę kwasu na głowie.
                - Ja potrafię warzyć eliksir nocnego widzenia – warknęła. – Nie moja wina, że Josfinger okazał się uczulony na jeden ze składników.
                - Uczulony, było ci to na rękę prawda? – uśmiechnął się szachrajsko. – Szczególnie, że twoje poprzednie eliksiry nocnego widzenia miały bardzo ciekawe działanie. Szczególnie ten, który zrobił się nagle fioletowy i zaczął dymić. Biedny szef nawdychał się tego cholerstwa, a potem mdliło go blisko dziesięć godzin.
                - Och zamknij się.
                - Ziemianka jest już lepsza. Wątpię, żeby uwarzyła chociażby podstawowy eliksir oczyszczenia czy zrobiła dobrą maść na odparzenia, ale przynajmniej może pełnić rolę naszej naczelnej strugaczko-obieraczki.
                Co jak co, ale elf zasłużył na kuksańca. Może i Eryka nadal nie czuła się w jego obecności nazbyt pewnie, ale nie zamierzała milczeć, kiedy ktoś zachowywał się jak palant i to nie tylko wobec niej.
                - Ezrael, a zgadnij, co ja mam w rączce – mruknęła, ostrożnie machając trzymanym ostrzem.
                - Nóż do szatkowania. I co z tego?
                - A to z tego, że po moim popisie na egzaminach do Straży, nawet gdybym ci teraz z rozmysłem wbiła go w nogę, to i tak, jeżeli powiem, że to było przypadkiem, to prawdopodobnie mi uwierzą. Tak samo z Alajeą. Jeżeli uwarzy coś, co wypełznie ze zlewki i zacznie cię dusić, a potem zabierze zwłoki do ogrodu i zacznie zakopywać, też może powiedzieć, że to było przypadkiem.
Elf na początku się zająknął, potem zerknął na Alajeę, która nadal mordowała go wzrokiem, po czym znów spojrzał na Erykę.
                - Ty jej lepiej nie poddawaj takich głupich pomysłów. Jeszcze podziała to na jej wyobraźnię i wytruje nas wszystkich przed początkiem przyszłego tygodnia.
                - To ty lepiej zmykaj do swoich WAŻNYCH eliksirów ratujących świat i windujących twoje ego. Raz, raz. Bo jeszcze wyobraźnia Alajei zacznie działać, ręka jej zadrży w nieodpowiednim momencie i będzie nieszczęście. Albo, co gorsza, mój pech się odezwie.
                Ezarel zmarszczył brwi i wyraźnie chciał odpowiedzieć coś paskudnego, ale nie zdołał. Gdy tylko otworzył z usta, z tyłu dobiegł donośny okrzyk, którego źródłem był rogaty mężczyzna spotkany w świetlicy Absyntu:
                - Na moce Ez, zaniesienie czuprówek do Ziemianki powinno zająć ci dziesięć sekund nie minut. Przestań nam molestować damski personel, i tak nikt nie chce takiego wrednego dziada jak ty. Co ty NEVRA jesteś czy jak?
                Alajea parsknęła zduszonym śmiechem, na co Ezarel posłał jej nieprzyjemne spojrzenie, ale nic nie powiedział, a przynajmniej nie jej. Zamiast tego zwrócił się do krzykacza, znanego Eryce z świetlicy Absyntu mężczyzny o baranich rogach.
                - Nie jestem żaden Ez, tylko Ezarel, kmiotku. Jeżeli już w ogóle musisz się zwracać to mojej osoby, rób to poprawnie!
                - O jejciu, księżniczka się obraziła. Nasze szlachetne elfiątko zaraz się zapowietrzy. Bierz tyłek w troki, a nie wachluj językiem.
                - Prostak i prostacki język.
                - Prostacki język. Zatem to, co dziś usłyszałem z twoich ust, kiedy uderzyłeś palcem w stół, było językiem zarezerwowanych dla wyższych sfer? Dialektem filozofów, myślicieli i mędrców?
                Tu i ówdzie rozległy się chichoty, na które Ezarel, świadom swej porażki, zareagował zrezygnowanym, ale i poirytowanym westchnieniem, po którym niespiesznie ruszył w kierunku swojego stołu. Eryka zza pleców Ezarela posłała mu rogaczowi szeroki uśmiech, na co ten mrugnął łobuzersko.
                Przez cztery godziny obrabiała składniki, po czym w końcu nastąpiła upragniona przerwa obiadowa. Myślała, że zje w towarzystwie Alajei, ale ta ulotniła się zaraz  po przerwaniu swych zajęć, rzucając na odchodnym, że musi koniecznie spotkać się z  Ykhar. Eryka musiała przyznać, że poczuła się nieco zawiedziona. Nie lubiła jadać samotnie, a syrena była jedną z nielicznych osób, które nie patrzyły na nią, jak na coś, co należy utłuc i zbadać dla dobra nauki. Kero znów od wczoraj nie pokazywał się, a Karenn miała przerwę o innej porze… Zresztą to dobrze. Lubiła młodocianą wampirzycę, ale miała przeczucie, że ta pewnie byłaby zbyt zainteresowana kwestią jej pochodzenia i drążyłaby temat. Na to nie miała ochoty.
                Skupiając się na rychłym napełnieniu wiecznie dopominającego się o swoje żołądka, ruszyła wartkim krokiem do stołówki, gdzie jak zwykle wzięła po trochu wszystkiego. Szczęśliwie, jak się okazało, śniadaniowa dobra passa trwała. Jej kubki smakowe zaklasyfikowały wszystkie potrawy jako całkiem smaczne, co ponownie poprawiło jej nastrój.
                Pałaszowała sobie spokojnie, nie wadząc nikomu, aż tu nagle wyrósł nad nią wielki cień. Zaskoczona zerknęła w górę, spoglądając w twarz Valkyonowi. Ten przypatrywał jej się uważnie, chociaż nieco inaczej niż reszta Strażników.
                - Wolne? – zapytał, wskazując jedno z krzeseł.
                - Jasne, siadaj – mruknęła.
                Z jednej strony czuła respekt przed wielkim mężczyzną, ale z drugiej ciekawiło ją, czego ten od niej chce. Bo czegoś chciał, to dało się wyczuć.
                Valkyon zajął jedno z wolnych miejsc, kładąc przed sobą wypełnioną po brzegi tacę… Chociaż nie tak wypełnioną jak jej taca, nim zaczęła siać na niej spustoszenie. Usiał, wbił w nią spojrzenie złotych oczu i trwał tak dłuższą chwilę w kompletnym milczeniu.

Offline

#103 18-11-2018 o 17h33

Straż Cienia
Methrylis
Akolita Kappy
Methrylis
...
Wiadomości: 18 132

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Mniam. Też bym sobie zjadła jakieś dobre ciasto.

„Nie wiele czasu zajęło” — ‘niewiele’ ;]

Nadal mam wielką nadzieję, że Eryka to nie druga Liwka. Przez Antymagię jestem strasznie uczulona na merysuowatość i jak tylko czytam, że Eryce wychodzi to i tamto + idealnie odgryzła się Ezowi, znowu zaczynam mieć obawy. Chociaż ją nadal lubię nieporównywalnie bardziej.

„Na moce Ez” — przecinek! Bo w pierwszej chwili pomyślałam, że chodzi ci o zawołanie „na mocne Eel” i tu faktycznie nie trzeba przecinka. Ale jeśli ktoś coś do kogoś woła, to przed „Ez” powinien być przecinek.

I teraz napiszę coś, co prawdopodobnie totaaaalnie zignorujesz, ponieważ jestem nieobiektywna, a za przykład biorę… hm, nie pamiętam, jak go tam określiłaś, mojego „ukochanego elfika” czy jakoś tak. Założę się, że w tym opowiadaniu Ez nie będzie miał ani jednej celnej riposty. Że ani razu nie zagnie Gardzi ani nikogo w swoim otoczeniu. Wiesz czemu? Bo niektóre twoje działania są bardzo schematyczne. I tu, niestety, znowu wracam do tego, o czym pisałam wcześniej, z czego wytworzyła się całkiem spora dyskusja. I ja wieeeem, że ty się ze mną nie zgodzisz, bo ty się ze mną na tym polu nigdy nie zgadzasz. Ale masz tu trzy opowiadania, więc można się połapać w twoim stylu, jakoś go poznać. I zrozumieć, że u ciebie pewne kwestie [nie wszystkie, a nawet tylko niektóre] są albo czarne, albo białe. I nadal przykładem jest Ez, bo tę myśl przyprowadziła mi scena z kłótnią Gardzi i Alki: Ez w twoich opkach zapewne zawsze będzie tym głupim. W Antymagii tłumaczyłaś to perspektywą Liwki, bo faktycznie, to narracja perwszoosobowa. Ale tu mamy trzecioosobową. A jest w sumie to samo :v I wieeem wieeem, jestem nieobiektywna i pewnie sądzisz, że tak naprawdę uraziłaś mnie sposobem, w jaki obeszłaś się z Ezem. Myśl co chcesz, a ja myślę co chcę i o tym piszę. Bo serio, niektóre rzeczy, np. ta, są po prostu u ciebie schematyczne. I nikogo nie zaskakują, a tego właśnie mi tu brakuje. Neutralności.

Ok, tyle ode mnie. Czekam na resztę i pozdrawiam ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
T  R  E  N  C  H
I'll mourn for a kid, but won't cry for a king

https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#104 20-11-2018 o 19h35

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 264

@Methrylis - neutralność, neutralnością, ale i tobie jej brakuje, bo z jednej sceny wyciągasz kilometrowe wnioski /static/img/forum/smilies/wink.png I to sceny, gdzie na dobrą Sprawę Ezowi nie dopiekła Eryka tylko ktoś inny /static/img/forum/smilies/wink.png Ignorując to, że wcześniej pyskówki całkiem dobrze mu szły i Eryka się z nich wycofywała nawet nie podnosząc rękawicy. Bo twój Ez i Antymagia (która naprawdę rozbija się o perspektywę Liwki będącą perspektywą zgorzkniałego dziada, któremu niemal wszystko przeszkadza i który wszystkich uważa za debili), gdzie jadę ostro po wszystkich. A tak serio to wróć myślami do sceny z świetlicy, gdzie był ten sam "dogadujący". Podobnie jak tamta miała niejako pokazać wierzchnią warstwę stosunku Straży do niego, która nieco było widać po wypowiedziach Nevry. Stosunku  pod tytułem "upierdliwy, arogancki dupek", chociaż niekoniecznie/nie zawsze w ostrym wyrazie (czasami raczej takim z kręceniem głową i uśmiechem na twarzy bądź wymownym wywróceniem oczami). No i wprowadzeniu postaci  "rogacza", którą potem będę potrzebować. Do czegoś. A co do Eza-idioty... Mam Erykę z nim jakoś spiknąć, prawda? JAK mam ją spiknąć z debilem? Jest zbyt bystra na bycie z kompletnym kretynem (co nie znaczy, ze Ez w moim wydaniu nie będzie miał sporo za uszami i nie będzie musiał zwalczyć kilku zwyczajów oraz skorygować punktu widzenia na wiele spraw... Zresztą, jak pisałam, nasze trio nie będzie w opowiadaniu miłe). Zresztą sama będzie miała parę wad... Znaczy takich, co ich jeszcze nie widać. Dość nieprzyjemnych. No i jeżeli cię to pociesza, to rozpisała już dużą sytuację, w której chociaż nie ma zwycięzców, bo nie ma mowy o walce słownej, to (nie licząc rąbnięcia losu, które uderza i w niego i w Erykę), Ez wychodzi bardzo na swoje. Ku frustracji ciralaka (ale nie, nie będzie tajemniczej kupy w elfim bucie. JESZCZE! /static/img/forum/smilies/big_smile.png => z kotem nie wykorzystanie tego motywu byłoby grzechem).

VII Praca, praca, nauka, praca… (cz. 2)

                - Ym… Jeżeli chodziło ci o to, żebym poczuła się nieswojo, to właśnie osiągnąłeś swój cel – mruknęła Eryka, poruszając się nieco niespokojnie. – Jeżeli o coś innego, to miło byłoby, gdybyś przeszedł do sedna.
                - Słyszałem o twojej drugiej próbie magii – odpowiedział Valkyon, zanurzając łyżkę w czymś co wyglądało jak zabarwiona na niebiesko fasolka po bretońsku.
                - Wszyscy słyszeli. Dlatego wszyscy patrzą na mnie jak na wybryk natury.
                - Ja nie o tym. Chodzi mi bardziej o to, jak zareagowałaś na pytania o ojca. Chciałbym wiedzieć, o co dokładnie chodziło… Jeżeli można rzecz jasna.
                Zbaraniała. No takiego pytania to się nie spodziewała. Szczególnie tak wprost… A przynajmniej nie ze strony Valkyona. Karen… Może, w końcu szczyciła się swoim wścibstwem, ale on nie wyglądał na kogoś wściubiającego nos w cudze sprawy.
                - A po co ci to potrzebne?
                - Powiedzmy, że sam mam nieco… Skomplikowaną sytuację rodzinną. Dlatego interesują mnie powody stojące za twoim wybuchem.
                - Kompletny brak taktu ze strony Miiko – mruknęła, marszcząc brwi.
                - To jedna rzecz. Druga, to fakt, że chociaż utrzymywałaś, że ojciec nic cię nie obchodzi, zareagowałaś dość emocjonalnie na pytanie.
                - Bo zirytowała mnie jego forma. – Westchnęła ciężko. W sumie odpowiedź nic jej nie kosztowała, w końcu nie ukrywała żadnej, ponurej tajemnicy. – Jakby to określić… Mój ojciec, ten biologiczny, mnie nie obchodzi. Ale obchodzi mnie i niesłychanie wkurza, że usiłuje się mi wmówić, że powinien. Że powinno mi być wstyd za niego, że powinnam się smucić, bo mnie nie kocha, że powinno mi czegoś brakować. Obchodzi mnie to, że degradują rolę człowieka, który mnie wychował, troszczył się o mnie i praktycznie od zawsze był moim przyjacielem. Osoby będącej moim prawdziwym ojcem, chociaż nie z urodzenia. Tym bardziej, że nie raz podobne przytyki robiły mu wyraźną przykrość. Złości mnie, że tak wielu usiłowało i czasem nadal usiłuje wtłoczyć moje w życie w ustalone przez siebie ramki, że uważa, że wie lepiej ode mnie, co powinnam czuć i myśleć. I tu pojawia się zagwostka logiczna, bo wszyscy uważają, że powinnam przejmować się kompletnie dla mnie obcym człowiekiem, w dodatku podłym. I to tylko dlatego, że mnie spłodził. Nic z tego. Stosuję w życiu zasadę: nie tracić czasu na osoby, które nie wnoszą do twojego życia niczego pozytywnego. Dlatego nie mam zamiaru przejmować się ani moim biologicznym ojcem, ani innymi palantami, a wszyscy, którzy uważają, że powinnam, niech się walą. Zaspokoiłam twoją ciekawość?
                - Poniekąd, chociaż twoja filozofia jest dla faery dość dziwna. Może nie w ogólnym ujęciu, ale spojrzeniu na rodzinę tak. – Westchnął ciężko. – Dla większości z nas krew i pochodzenie jest ważna. Może nie tutaj, bo Straż to jeden wielki przytułek dla osób, których los nie rozpieszczał, w tym tych z rozbitych rodzin i odrzuconych, ale dla wszystkich z zewnątrz i owszem. Pochodzenie to coś, z czego powinno się być dumnym. Krew, to coś, czego powinno się bronić. Dlatego wielu tak bardzo dziwi, że nie dążysz do poznania swojego pochodzenia, o spojrzeniu na ojca nie wspominając. Nawet wieśniak potrafi wymienić swych przodków do co najmniej pięciu pokoleń wstecz, a ty nie jesteś tym nawet zainteresowana.
                - I uważam to za najrozsądniejszą postawę. To czyim jestem dzieckiem, nie ma wpływu na to, jaką jestem osobą. Co prawda charakter jest w części dziedziczny, ale ważniejsze od tego dziedziczenia są wychowane, środowisko, w którym się dorastało i osoby, które spotkało się na swojej drodze. No i oczywiście własna wola. „Krwią” należy się przejmować, tylko jak w rodzinie występują jakieś choroby dziedziczne i tym podobne… No może u was, znaczy wśród faery, jest trochę inaczej, no bo po przodkach dziedziczycie pewnie też różne dodatkowe zdolności i takie tam, ale nadal uważam, że to nie ma dużego wpływu jaką się jest osobą.
                - No cóż, Straż stara się kierować podobnymi regułami, ale w praktyce różnie to bywa. Dlatego bądź… Hm… Ostrożna. Wielu, przez ten twój egzamin, może widzieć w tobie więcej lub mniej niż tylko to, kim jesteś.
Zamrugała. Po raz kolejny ktoś ją ostrzegał, pierw Sabak, a teraz Valkyon. Nie dodawało jej to pewności siebie, która i tak podupadła, chociaż zwykle była jedną z jej naczelnych cech.
                - Powinnam się bać? – zapytała.
                - Raczej nie. Chodzi mi bardziej o sposób w jaki niektórzy mogą patrzeć na ciebie. Z góry, jak na nic wartego mieszańca lub przeciwnie. Kogoś tkniętego palcem przeznaczenia. Różnych się tu trafia.
                „Kogoś tkniętego palcem przeznaczenia”. Osobiście bardziej czuła się tknięta palcem pecha, bo ostatnio prześladował ją niefart, jednak wątpiła, aby wspomniane przez Valkyona, bliżej nieokreślone osoby tak patrzyły na sprawę. W każdym razie miała nadzieję, że ostatnie wydarzenia nie zmienią stosunku Kero do niej. Ani Karenn. Póki co tylko przy tej dwójce czuła się swobodnie. No, z Alajeą tez zaczynała łapać kontakt, ale na dobrą sprawę rozmawiały dopiero dwa razy.
                Chciała zapytać mężczyznę, co dokładnie ma przez to na myśli, ale nie zdążyła, bo do stolika przysiadła się, nie pytając nawet czy może, Ykhar. Wyglądała na mocno nabuzowaną. Jej długie zajęcze uszy strzygły we wszystkie strony, a policzki pokrywał intensywny rumieniec. W głębi swego umysłu Eryka zaczęła odliczać do wybuchu. Trzy, dwa, jeden i…
                - Uspokoić się!? Jak na łysą dupę wyłysiałego orokarga mam się uspokoić?! No jak, się pytam?! – ryknęła, waląc pięścią w stół, tak że wszystkie naczynia podskoczyły w miejscu. – Najpierw mnie ochrzania, że raporty są z opóźnieniem, potem, że grożę Strażnikom, bo raportów nie donoszą, a kiedy zaczynam wszystko wykładać, mówi, żebym się uspokoiła! Przeklęte, opierzone przyrodzenie starego, zaśmierdniętego moogliz! Przecież w tym mniej logiki niż w moim śnie o Jamonie w damskim gorsecie broniącego KG przed szarżą niebieskich mebli! Właśnie, dlaczego niebieskich?! Dlaczego nie normalnych, brązowych?! ARRRGGGH! Zero logiki w tym! I ja mam się uspokoić?!
                Eryka nabrała przemożnej ochoty, żeby zacząć klaskać, bo przedstawienie było nieziemskie, gwałtowne i stanowczo oderwało ją od rzeczywistości oraz problemów. Jednakże, właśnie ze względu na jego gwałtowność, kontrolnie zerknęła na Valkyona, sprawdzając czy czasem lepiej się nie ewakuować. Jednak mężczyzna siedział spokojnie, obserwując brownie z lekkim uśmiechem, więc uznała, że raczej nie grozi jej niebezpieczeństwo.
                - Rozumiem, że masz ciężki dzień? – zapytała.
                - I to jeszcze JAK! Kolejny z dziesiątek ciężkich dni ostatnio! Się stara to wszystko poukładać, posystematyzować, dla dobra wszystkich, a wszyscy to mają w dupie. Jeden, wielki r*****l! Normalnie jak… Jak… Jak kibelek w barze pod Półksiężycem po święcie chowańców! Smród, bród i malaria, przenośnie oczywiście. Niedługo wszyscy tu zaczną biegać z nocnikami na głowach, a załatwiać się do kapeluszy i hełmów, a ja mam to wszystko ogarniać! A im jeszcze dobrze z tymi zafajdanymi nocnikami na głowach i niczego niedoceniają. NICZEGO. Normalnie ostatni miesiąc to jeden wielki zły dzień. W całej KG to chyba tylko ty masz bardziej przerąbane niż ja, bo nie dość, że cię tu przeniosło, że cię prawie zabili, to jeszcze teraz robisz za naczelne dziwadło… Nie, nie dziwadło, dziw. Coś dziwnego, ale nie dziwacznego, raczej takiego do przebadania, albo pomacania za pieniądze. Rozumiesz, o co mi chodzi?
                Rozumiała. Z trudem, ale rozumiała. I podziwiała dziwne meandry, jakimi krążył umysł Ykhar, a szczególnie jej empatia. To dziwne, że ta kobieta zajmowała się ogarnianiem wszystkiego od strony proceduralnej i robiła to względnie dobrze, skoro sama przypominała chodzący chaos.
                - Rozumiem. Jestem dziwna jak nietypowy okaz w gablotce, który przyjeżdżają sobie obejrzeć tłumy obcych. W każdym razie dziękuję za współczucie i zrozumienie.
                - Nie ma sprawy – mruknęła Ykhar albo nie zauważając, albo ignorując pobrzmiewającą w głosie Eryki, pozbawioną wyrzutu ironię. – Bogowie! Ile ja jeszcze będę musiała tu wycierpieć, to ja naprawdę nie wiem. Przynajmniej ty mi nie rób takich numerów, jak ci dadzą jakąś misję. Żadnego migania się od raportu, a jak już się z nim spóźnisz, to żadnego płaczu, że niby cię terroryzuję. A terroryzować będę! Bo tylko terror działa na te leniwe łajzy!
                Słysząc to, Eryka nie potrafiła się powstrzymać, żeby się nie roześmiać. Naprawdę zajęczyca miała ciekawe podejście do życia. Przypominała tym trochę Emmę, a trochę Nikolę, z tym, że żadna z nich nie była aż tak eksplozywna.
                - Wiesz, na razie pełnię rolę żywej obieraczki, więc nie sadzę, żeby czas jakichkolwiek misji dla mnie szybko nadszedł. Inna rzecz, że nie potrafię pisać po waszemu, zresztą mówić też bym nie umiała, gdyby nie ta obroża, więc średnio widzę to całe pisanie raportów.
                - Znam w piśmie rosyjski, angielski i hiszpański – mruknęła Ykhar. – Jeżeli znasz którykolwiek z tych języków nie będzie problemu.
                - Trzy ludzkie języki? Łał, niezła jesteś…
- Niestety tylko w piśmie. W pełni  znam tylko dwanaście dialektów Eldary’ańskich i dwa języki gestów.
                Eryka rozwarła usta. Sama chciałaby znać tyle języków, ba! Chociażby połowę z tego, niestety nigdy nie miała głowy do ich nauki i prócz ojczystego znała jedynie angielski i bardzo pobieżnie włoski.
Valkyon uśmiechnął się.
                - Ykhar to nasz specjalista-lingwista. Ma w tym zakresie niezwykły talent, między innymi dlatego pierw trafiła do straży Cienia, a potem została przeniesiona do Lśniącej.
                - Za to jestem fatalna z historii, zarówno tej dawnej, jak i współczesnej. W ogóle nie mam pamięci do dat. Jeżeli kiedyś wyjdę za mąż, mój wybranek będzie prawdziwym szczęściarzem. Nie będzie musiał pamiętać o żadnych rocznicach ani okazjach. Ja nawet o swoich urodzinach potrafię zapomnieć! No i zoologia, tej to też nie cierpię. Jest brudna, śmierdząca i może zaatakować. Lepiej się od niej trzymać z daleka. Między innymi dlatego z ulgą przyjęłam przeniesienie do Lśniącej. Żadnego siedzenia w lasach, żadnego krycia się po krzakach, ani załatwiania w blasku księżyca. Żadnych bzyczących, gryzących krwiopijców i innych drobnych ścierw wchodzących w miejsca, o których chciałabym nie myśleć.
                Valkyon zatrzymał załadowana jedzeniem łyżkę w połowie drogi do swych ust, po czym spojrzał na Ykhar z ukosa z wyraźnym wyrzutem. Ta tego nie zauważyła. Albo to zignorowała, Eryka nie potrafiła dokładnie określić. Zresztą sama też miała przejściowe trudności z jedzeniem, bo dusiła się ze śmiechu. Natomiast, co do obrzydzenia… Naprawdę trzeba było się postarać, żeby obrzydzić jej jedzenie. W każdym razie, towarzystwo Ykhar, chociaż niespodziewane i przypominające mikro tajfun w mundurze, podniosło ją na duchu… Oraz dostarczyło wielu ciekawych przemyśleń odnośnie miejscowej fauny.
                Dalsza część dnia upłynęła Eryce mniej przyjemnie, bo dołączyła do ekipy sprzątającej, co należało do powszechnie przyjętych obowiązków świeżo przyjętych rekrutów. Nie przepadała za szorowaniem i zamiataniem podłóg, zresztą mało kto uważa te zajęcia za fascynujące. W dodatku członkowie ekipy sprzątającej wykazywali duże i mało subtelne zainteresowanie jej osobą, co sprawiało, że czuła się niezbyt komfortowo. Przynajmniej na początku. Otóż ekipą sprzątającą zarządzała słusznych rozmiarów, korpulentna faery o smoliście czarnej skórze i jaskrawozielonych, odblaskowych oczach. Osoba dziarska, konkretna i żywiołowa, a przy tym wesoła. Szybko ukróciła wszystkie zaczepki, porozstawiała sprzątaczy po kątach i zagoniła do roboty. Tu na chwilę, gdy przyszło do mycia schodów, ponownie przyatakował Erykę pech. Wystarczyło, aby na chwilę opuściła gardę, a prowadzące do piwnicy, spiralne, mokre stopnie „podstawiły jej nogę”. W akompaniamencie donośnego wrzasku poślizgnęła się, efektownie stoczyła ze wszystkich stopni, po czym znowu zaczęła krzyczeć. Tym razem „Żyję!!! Nic mi nie jest!!!”. Zaskoczyła tym sprzątaczy, bo wszyscy, nawet szefowa ekipy, stwierdzili, że taki upadek bez śmiertelnego skręcenia karku jest zwyczajnie niemożliwy.

____________________________________________

Co do wypadku ze schodami - aby uniknąć oskarżenia o robienie z Eryki szczęściary, napominam, że jeżeli chodzi o zwykłe (chociaż malownicze, czasem nawet epickie) wypadki, to po prostu ma okropne szczęście w pechu i pecha w szczęściu czego przyczynę już wyjaśniłam.

Offline

#105 25-11-2018 o 16h57

Straż Cienia
Methrylis
Akolita Kappy
Methrylis
...
Wiadomości: 18 132

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Dziwisz mi się, że wyciągam kilometrowe wnioski? Po Antymagii, w której tylko bohaterka i jej bliscy są biali, a wszyscy inni czarni? Wiedziałam, że będzie jak grochem o ścianę tylko dlatego, że wzięłam za przykład Eza, a przecież go lubię. Wiedziałam. I nie, nie jest dla mnie pocieszeniem, że kiedyś Ez będzie miał celną ripostę. Bo zapewnienie, że w ogóle taka będzie, jest co najmniej niepokojące. Lubię Erykę, lubię jej fajtłapowatość i nieogarnięcie i mam po prostu szczerą nadzieję, że tak to zostanie. Masz niebezpieczne skłonności do merysuowatości, stąd te obawy. Stąd drażni mnie, że z postaci, której wyraźnie nie lubisz, będziesz robić ciągłego idiotę i oczerniać go na tle innych. I to się tyczy praktycznie wszystkich postaci, które nie będą Eryce przychylne.
Życzyłabym sobie, żebyś wzięła przykład z Ceny, w której wszystko jest idealnie szare. Bo jeśli komedia to w twoim rozumieniu robienie z tych i tamtych idiotów, to zdecydowanie nie jest to mój typ humoru. I może dlatego się czepiam. Zresztą, życzyć to ja sobie mogę. To twoje opowiadanie, a ja jestem tylko zwykłym, nędznym czytelnikiem i nic mi do tego.

Hm, to, co Eryka mówiła o swoim biologicznym ojcu… naprawdę fajnie to tu przedstawiłaś. W sumie w ogóle podoba mi się ta scena, bo zgadzam się tak samo z Eryką, jak i Valkiem. Z jednej strony pochodzenie jest ważne i potrafi pomóc, ale też nie zawsze i rzeczywiście nie krew odpowiada za to, kim dana osoba się stanie.

To słownictwo w ogóle mi nie pasuje do opanowanej i raczej wstydliwej Ykhar, nawet gdy jest wściekła, ale ta twoja wizja jest nawet ciekawa i zabawna xd

Akurat tego, że zleciała ze schodów i nic jej się nie stało, bym się nie czepiała :v Wręcz dziwne by było, gdyby się mocniej poturbowała, bo z tym pechem to też bez przesady. Właśnie o to chodzi, by wszystkiego tu było z umiarem: tak samo szczęścia, jak pecha. Tyle samo mądrości, co głupoty. Tyyylko o to mi cały czas chodzi.

No dobra, czekam na kolejne części i pozdrawiam!


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
T  R  E  N  C  H
I'll mourn for a kid, but won't cry for a king

https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#106 27-11-2018 o 20h06

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 264

@Methrylis - Liwia biała? Liwia chcąca zabić od tak Huang Hua, która nic jej nie zrobiła, bo czuje że ta może jej narobić kłopotów biała? Której nie obchodzą inni "ludzie" ani to co się z nimi stanie? O której mówiłam, że dalej NIE będzie w tym względzie lepiej. No comment.. Nie wspominając o tym, że Lidia jest tylko postacią wspominaną i nie weszła (jeszcze?) do historii....
            Dobra, dość o Antymagii. Gdzie zrobiłam w tej historii z Ezarela idiotę, bo jakoś tego nie widzę. Tą sceną? Bo Eryka spróbowała zareagować, bo widziała, że Alajea sobie z nim nie radzi (to, że sama w tym "konflikcie" ma za uszami to inna rzecz i nie muszę rzucać wszystkiego na raz chociaż i tak wale tu spoilerem jak diabli) + spróbowała to zrobić w sposób zabawny, przerabiając rzecz na żart, bo jeszcze czuje w stosunku do Ezarela zbyt duży, zaprawiony urazą respekt? Czy może tym, że wtrącił się ktoś trzeci. Nie wspominając, że podobne dyskusje toczą się codziennie w tysiącach domów i miejsc pracy?
            Natomiast co do pokazywania Ezarela ze złej strony.... Ez ma najtrudniejszy charakter z pozytywnych postaci przedstawionych w świecie Eldaryi. Narcystyczny, krytyczny, mający kłopoty z empatią, budujący między sobą a innymi dystans + posiadający niekoniecznie miłe poczucie humoru. Bywa dupkiem. W dodatku te negatywne cechy daje poznać jako jedne z pierwszych (zresztą przy takim usposobieniu trudno byłoby inaczej). Co prawda postaci Chino przepuszczam przez swoje sito, ale chcę żeby jednak jakoś pozostały sobą, więc i potworowy Ez taki jest. Do tego wygrał konkursik, więc muszę go jakoś polubić z Eryką, dlatego daję jej poznać jego wady z lżejszej, zaprawionej humorem perspektywy. A Eryka? Jest miła. Do tego dość mądra w takim przyziemnym, swojskim ujęciu i chciałabym, żeby taka pozostała. A czy mądre dziewczyny (nie mylić mądrości z inteligencją) są z dupkami? Nie. Czy dziewczyna, która tak a nie inaczej przedstawiła swojego ojca i swoją opinię o nim mogłaby być z dupkiem? Nie. Dlatego czeka mnie mała gimnastyka, w której podobne sceny będą odgrywać pewną rolę. Z - dajmy na to - Nevrą byłoby łatwiej, bo chociaż jest dziwką, to jednocześnie stara się być miłym gościem i kiedy jest miły nie kryje tego pod grubą warstwą cynizmu etc. Jest prosty. Nie oszukuje siebie ani innych. BA! Nawet Ashkore byłby prostszy, bo jest szczery sam ze sobą, no i można można byłoby się pobawić bazowaniem na jego żalu. Dodatkowo nie zapominajmy, że Ez musi NAPRAWDĘ polubić za coś Erykę, a o ile z Nevrą i nawet Ashem wzbudzenie ich sympatii byłoby dużo prostsze, to przy nim trzeba się ciut bardziej napracować. A jedno w grze widać - Ez szanuje osoby, które nie są wobec niego potulne/uległe. Zresztą u person z wysokim ego, które jednak nie są egoncyrykami oczekującymi od świata wazeliny i całowania po pośladach, to dość charakterystyczne.
            I nie, nie mogę tu postąpić jak w Cenie zaczynając na szaro, bo w Cenie, przynajmniej w  Opowieści Sprawiedliwości, pole relacji ustępuje dziejącej się historii. Nie ma tam mowy o przyjaźniach czy romansach i chociaż ogólne stosunki są wyraźnie zarysowane, wszystko jest traktowane przy okazji albo jako uzasadnienie. Relacje są tłem, którym można coś dodatkowo podkreślić albo sposobem na opisanie świata przedstawionego. Dodatkową barwą. No i lwia część z nich zaistniała przed akcją. Tu relacje będą ważne, a że wszystko dzieje się z perspektywy Eryki wszystko jest nowe, tak jak i ona w Eldaryi. Dlatego muszę odwalić obyczajówkę, bo jak na dobre przejdę do poważniejszej części zrobi się ponuro i jeżeli nie nawiąże mocnych relacji z Eryką teraz, to potem... Dora i tak już dość pospoilerowałam. W każdym razie mogłabym pocisnąć czymś z cyklu "uratował ją i wpadła w jego ramiona", co bodajże funduje Harlequin i trochę gra (chociaż gra już nawet w to się nie bawi, nie dajac żadnego uzasadnienia przy relacjach), ale proszę cię... Poza tym, jak wspominałam Eryka jest dość mądra (co nie znaczy, ze nie będzie robić głupot), więc zależy jej na czymś trwałym. A coś trwałego raczej nie powstanie bo los wrzucił dwoje osób w duże kaka. Chwilowa namiętność, fascynacja oraz sporo emocji bazujących na adrenalinie i wątłym poczuciu bezpieczeństwa, które daje sojusznik owszem. Z tym, że to wygasa. To co trwałe rozbija się codzienność i radzenie sobie z nią, gdzie od osłaniania piersią tej drugiej osoby ważniejsze jest np: wyniesienie śmieci i zwykłe lubienie siebie. Bo zginać za kogoś jest łatwiej, niż przez dwadzieścia lat biegać ze śmieciami czy cierpliwie zmywać naczynia o ignorowaniu niektórych irytujących zwyczajów drugiej osoby nie wspominając.

VII Praca, praca, nauka, praca… (cz. 3)

            Następne dwa dni upłynęły Eryce podobnie, nie licząc oczywiście upadku ze schodów, aczkolwiek raz dość porządnie oberwała drzwiami od toalety. Jedyną pamiątką po tym zajściu był piękny, żółto-fioletowy siniec, jaki rozgościł się na jej ramieniu. Pewna zmiana w harmonogramie zajęć nastąpiła dopiero jej czwartego oficjalnego dnia roboczego. Otóż, po odbębnieniu zleconych jej prac nadeszła pora na jej szkolenia. Dwie godziny szkolenia alchemicznego, a po nich, po piętnastominutowej przerwie, kolejne dwie tym razem z magii.
            Denerwowała się tym wszystkim. Tymi szkoleniami. Być może, gdyby brała w nich udział wraz z strażnikami Absyntu, których zdążyła już pobieżnie poznać, nie odczuwałaby tego tak mocno. Niestety nie była regularnym rekrutem. Pojawiła się w Kwaterze Głównej między falami naborów i jako nowa musiała chodzić na zajęcia wraz z Strażnikami Cienia oraz Obsydianu, którzy chcieli się podciągnąć w sztuce warzenia magicznych mikstur lub chcieli posiąść podstawowe umiejętności czarodziejskie. Normalnie obcy jej nie przeszkadzali, z tym, że do tej pory to byli obcy ludzie. Ludzi znała, a po faery nie wiedziała, czego może się spodziewać.
            Zajęcia odbywały się w mniejszej sali alchemii umieszczonej w podziemiach i na dobrą sprawę różniącej się od tej na górze głównie brakiem okien, które zastępowały skomplikowane kanały wentylacyjne i przywieszone pod sufitem czarodziejskie lampy. Same zajęcia prowadziła starszawa, przypominająca tyczkę faery o wyglądających niczym pajęcza nić włosach i jasnym, praktycznie przeźroczystym ciele, które zdawało się czasem dziwnie połyskiwać. Oczywiście, jeszcze nim weszli do środka, Eryka zdołała  ją zapytać do jakiej rasy należy – okazało się, że kobieta jest widmem i jednym z powodów, dla których ludzie tak, a nie inaczej, wyobrażają sobie duchy.
            Na samym początku pani widmo – Eklegda jak się przedstawiła – podzieliła ich w pary i posadziła przy stołach. Eryka trafiła do pary z na oko osiemnastoletnim nagą z Obsydianu, chłopakiem o wyjątkowo krzywym uzębieniu, nie licząc prostych kłów. Coś jej podpowiadało, że to brat tej bibliotekarki… Azelii. Podobnie jak on miał fioletowo-czarną łuskę, jednak poza tym, przynajmniej zewnętrznie, niewiele ich łączyło. O ile ogon Azelii pasował do jej granatowo-fioletowych i czarnych jak atrament włosów, to w przypadku młodzika… No cóż zestawienie kolorytu łuski  z kasztanowymi włosami, zielono-brązowymi oczami oraz ziemistą, upstrzoną licznymi piegami cerą nie stanowiły najlepszego połączenia. Chłopak był tym brzydszym z rodzeństwa. Tak jak Eryka, która, jeżeli chodzi o urodę, mogła Eddie czyścić buty. Może właśnie dlatego z miejsca polubiła młokosa. A może dlatego, ze sprawiał wrażenie potwornie skrępowanego perspektywą bycia w parze z dziewczyną. W każdym razie jakoś jej ulżyło, że to właśnie on miał być jej partnerem.
            - Eryka – przedstawiła się wyciągając do niego dłoń.
            - Ertram – mruknął nieśmiało. – M-miło mi poznać.
            - Dobrze, to słuchajcie – Eklegda klasnęła w chude ręce, skupiając na sobie spojrzenia wszystkich w sali. – Dzisiaj będziemy przyrządzać eliksir klarowności. To prosty napój magiczny mogący usunąć skutki zmęczenia umysłowego, a częściowo również fizycznego. Niestety można go stosować jedynie raz na czterdzieści osiem godzien, pity częściej nie będzie przynosił żadnych efektów. Mikstura nie daje żadnych skutków ubocznych, nie licząc nie do końca przyjemnego, cebulowego oddechu. Do sporządzenia go będzie wam potrzebny podstawowy zestaw alchemiczny do mikstur: kociołek, palnik, chochla miarowa, waga, łyżka miarowa, zakraplacz. Składniki to czarny wapieniec, błękitny bursztyn, księżycowe łzy, ogniste łzy, czarci czosnek, złote serca…
            Eryka skrupulatnie wszystko notowała w jednym ze swoich zeszytów. Eliksir rzeczywiście wyglądał na prosty, a składniki na pospolite i łatwe do obróbki. Czarny wapieniec często występował na terenach Eel i aby go użyć, starczyło go zetrzeć, podobnie zresztą błękitny bursztyn podobno regularnie wyrzucany na plażę przez morskie fale.  Księżycowe łzy stanowiły pierwszy ze składników roślinnych, a konkretniej rzecz ujmując nektar księżycowych kwiatów i miały postać gęstej, lekko złocistej cieczy. Aby wylądowały w eliksirze trzeba było je tylko odmierzyć zakraplaczem. Ogniste łzy – przypominające sezam nasionka o kształcie idealnej kropli, piekielnie ostre w smaku i używane jako przyprawa. Czarci czosnek – czosnek o czerwonym kolorze i potwornie mocnym zapachu, wymagający drobnego poszatkowania. Złote serca – małe, sercowate owoce o żółtej skórce które musiała obrać i utrzeć na miazgę. Wszystko trzeba było dodać w odpowiedniej kolejności do wrzątku, intensywnie mieszając oraz obserwując gęstość i zmiany barw. Nic skomplikowanego. Jedna rzecz tylko ją zastanawiała.
            Podniosła dłoń.
            - Przepraszam… - Spojrzenie kobiety-widma natychmiast spoczęło na niej. – Wiem, że to może być głupie pytanie, ale jestem w Eldaryi nowa i… Znaczy się, słyszałam, że warząc eliksir trzeba obudzić magiczne moce składników czy coś takiego. Jak to zrobić?
            - To nie jest głupie pytanie. – Eklegda uśmiechnęła się półgębkiem. – Właściwie dobrze, że o tym wspomniałaś, bo wielu z początkujących alchemików o tym zapomina. Otóż wystarczy potrzymać dany składnik w dłoni, skupić się nad nim i tym, że chcesz wydobyć jego magię. Brzmi irracjonalnie, ale tak to działa. Pewnie mając zajęcia poboczne w laboratorium zauważyłaś, że wielu z alchemików Absyntu obraca substraty lub zawierające je pojemniki w palcach. To właśnie po to. I właśnie, wszyscy, którzy tego słuchają, nie zapominamy o tej podstawie.
            - Myślałam, że to bardziej skomplikowane. – Eryka uniosła brwi. – Jak to jest, że na Ziemi nigdy się nie zdarzyło, aby ktoś przypadkiem uwarzył eliksir?
            - Na Ziemi magia jest związania. Nie tylko ta w zwierzętach i roślinach, ale też w ludziach. Aby człowiek wyzwolił swoją magię potrzebna jest głęboka medytacja i inne takie… Dokładnie nie wiem. Temat, szczerze powiem, nigdy mnie specjalnie nie interesował. W każdym razie, test magii, któremu cię poddaliśmy, nie tylko pokazał twoją magię, ale także automatycznie uwolnił ją z więzów.
            - Acha…
            Zmarszczyła brwi. Znowu czegoś nie wiedziała. Rozumiała, że i tak musiałaby przejść ten cały test magii, ale mogliby jej powiedzieć z czym ów dodatkowo się wiąże. Tym czasem po raz kolejny została niedoinformowana. Nie rozumiała tego. Co takiego zyskiwali trzymając ją w niewiedzy i to w sprawach, które i tak miała poznać? Przecież to po równi głupie, śmieszne i nie fair.
            - Dobrze… - Eklegda rozejrzała się po sali z uśmiechem – To do rzeczy. Każde z was przyrządzi swój własny eliksir, jednak jest wskazanym, żebyście podzielili się po równi pracą przy składnikach i pomagali sobie wzajemnie, to znacznie przyspieszy pracę. Dobrze, to raz-raz, zaczynamy.
Podział obowiązków przy składnikach przyszedł Eryce i Ertramowi dość naturalnie. On zajął się ucieraniem minerałów, co wymagało sporej siły, a ona szatkowaniem, z czym musiała przenieść się na skraj stołu – chłopak miał wrażliwy węch i zapach czarciego czosnku był dla niego niemal nie do zniesienia. Właściwie to miała wrażenie, że z ich dwojga to on bardziej cieszy się z takiego, a nie innego rozdysponowania zadań niż ona.
            Uwarzenie eliksiru, chociaż generalnie nie zakrawało na skomplikowane, wymagało pewnej uwagi i cierpliwości, bo reakcje zachodzące w bulgoczącym kociołku przebiegały wyjątkowo powoli. Do tego ciągłe obserwowanie barwy. Napój miał być pierw brązowy, potem czerwony, aż w końcu wejść w chłodny, liliowo-niebieski fiolet. Wszystkie kolory pomiędzy tak nikle różniły się od siebie, że zadanie wymagało sporej czujności, aby pododawać kolejne składniki w odpowiednim momencie, nie wspominając o wyłączeniu palnika.
Kiedy wszyscy skończyli Eklegda zaczęła się przechadzać po sali, oceniając eliksiry w dziesięciopunktowej skali. Każdy punkt oznaczał dziesięć procent skuteczności wywaru. Jak się szybko okazało, eliksir nie był tak prosty, jak się na początku wydawało. Nikt nie zdobył dziesięciu punktów. Na dwadzieścia osób jedynie trzy dostały dziewięć, a aż osiem zdobyło sześć, czyli najniższy wynik w grupie. Dlatego też wyrok „osiem” bardzo pozytywnie zaskoczył Erykę, tym bardziej, że nigdy wcześniej nie sporządzała żadnego eliksiru… Właściwie to jeszcze miesiąc temu nawet nie myślała o robieniu czegoś podobnego, chyba że w grze komputerowej.
            - Pewnie jesteście zaskoczeni wynikami w przeciwieństwie do mnie. – Widmo uśmiechnęła się półgębkiem. – A czemu ja nie jestem zaskoczona? Bo nazbyt często spotykam się z błędami , które popełniliście. Po pierwsze większość z was nie skupiła się przy aktywacji składników, czyli zignorowała moją uwagę po podaniu przepisu. Magia jest wśród nas tak powszechna, że wielu zdaje się myśleć, że niektóre rzeczy robią się same. Nie ma tak prosto. Jeżeli chcesz osiągnąć coś konkretnego, to nic nie podzieje się samo, a jak podzieje się samo, to za twoimi plecami i nie wyjdzie ci to na dobre. Drugim błędem jest niewłaściwe potraktowanie składników. Jeżeli mówię, że wapieniec ma zostać roztarty na drobny, lekki niczym mąka puder to ma tak zostać starty. Jeżeli mówię, że trzeba go wstrząsać wsypując tak, żeby nad powierzchnią eliksiru utworzył wodospad kurzu, to tak ma zostać wstrząśnięty. To drobne rzeczy, ale ważne. Ostatni błąd, to rzecz jasna, brak uwagi czy też słaby refleks. Spóźnienie się z momentem, kiedy trzeba dodać kolejny składnik, bądź zgasić palnik, przeoczenie właściwej barwy. Warzenie eliksirów, to precyzyjne zajęcie, które można przyrównać do pracy zegarmistrza. Jednak pocieszę was, że nie ma najgorzej. Zdarzały mi się gorsze grupy. Dobrze… Osoby, które dostały siedem punktów i więcej mogą przelać eliksiry do butelek i zabrać ze sobą. Są wasze. Pewnie prędzej czy później przydadzą się wam, kiedy przyjdzie chwila zmęczenia. Dla osiągnięcia właściwego efektu wystarczy pociągnąć jeden, nieduży łyk. Reszta może wylać swoje mikstury do zlewu na tyłach sali. Hm… Co ja to jeszcze miałam… Ach tak. Eryka, Ertram, zdaje się, że macie pierwszy raz kontakt z alchemią, prawda?
            Zgodnie pokiwali głowami.
            - W takim razie mszę przyznać, że osiem punktów przy pierwszym eliksirze to całkiem niezły wynik. Gratuluję. Oby tak dalej i lepiej. To tyle na dzisiaj. Dziękuję państwu i do następnego spotkania.
            Eryka spojrzała na Ertrama, którego twarz przeciął szeroki, chociaż ciut nieśmiały uśmiech. Wyraźnie pochwała nauczycielki mile go połechtała.
            - No to chyba nam się udało – stwierdziła, na co ten przytaknął. – No to co, piąteczka?
            - Piąteczka? – spojrzał na nią zdziwiony, widząc, że ta podnosi rękę.
            - E… No tak, nie jestem na Ziemi, a wy… Znaczy tego… Tak zwane „przybijanie piątki” to ziemski zwyczaj jak się coś powiedzie.  Uniesienie rąk i wzajemnie uderzenie wyprostowaną dłonią w dłoń.
            Chłopak pierw uniósł brwi, po czym uniósł rękę i wykonał instrukcję. Było to strasznie sztywne, ciut wymuszone i niezręczne.
            - Takie coś?
            - Mniej więcej. Tylko bardziej spontaniczne.
            „Dużo bardziej” – dodała w myślach, jednocześnie odnotowując, żeby uważać co, komu proponuje i co do kogo mówi. W końcu jeden nierozważny gest, parę nierozważnych słów i konflikt kulturowy jak wypisz wymaluj.
            Szybko zebrała ze stołu swoje rzeczy i krótko się żegnając, ruszyła do jednej z sal magii, w której miały odbyć się następne zajęcia. Ku jej zaskoczeniu, naga ruszył za nią. Uniosła brwi:
            - Ty też na zajęcia z magii?
            - T-tak. Póki mogę, mam zamiar korzystać z okazji i rozwijać się we wszystkich, możliwych kierunkach. Nie wiadomo kiedy, co mi się przyda.
            „Póki mogę” w ustach chłopaka zabrzmiały jakoś szczególnie. Zapytała o to, na co ten ciut się zmieszał.
            - Póki mogę, znaczy póki jestem w Straży. Za około siedem lat chcę stąd odejść.
            - A mogę zapytać czemu? Znaczy, o ile to nie jest zbyt osobiste?
            - N-nie jest zbyt osobiste. Właściwie to nie. – Westchnął nieco skrępowany. – Pewnie już zauważyłaś, że mam bardzo krzywe zęby. To efekt pewnej dotykającej moją rasę choroby, która ustaje niedługo po dwudziestym piątym roku życia. Niestety przed tym nim wygaśnie… No cóż, mogłoby mi pokrzywić nie tylko zęby. Wstąpienie do Straży pozwoliło mi na leczenie, które normalnie byłoby utrudnione, ale… No nie bardzo chcę tu zostać. Nie na stałe. Bycie strażnikiem to fajna sprawa, pomaga się innym i tak dalej, ale to też mnóstwo polityki, a polityka… No mam do niej uraz. Zresztą gdyby mi kazano kogoś pojmać, uwięzić albo, Wyrocznio broń, zabić, bo ma inne poglądy na politykę i tak dalej… No nie wiem czy potrafiłbym to zrobić, czy nie odmówiłbym wykonania rozkazu. Jednak spędzę tu co najmniej siedem lat, a to dużo możliwości, więc chcę skorzystać. Szczególnie, że wyglądam jak wyglądam. Prezencja nie jest moją najmocniejszą stroną, więc muszę nadrabiać umiejętnościami.
            Erykę zakuły te słowa. Po pierwsze, dlatego że sama nie miała najlepszej prezencji, a przynajmniej tak uważała. Jednak jakoś nigdy nawet nie przeszło jej przez myśl, że swe niedobory w urodzie MUSI czymś nadrabiać. Samą konkluzje uważała za dziwną i przygnębiającą. Po drugie zrobiło jej się żal Ertrama. Wydawał się przemiłym, inteligentnym i wrażliwym chłopakiem – przynajmniej na tyle, na ile mogła ocenić po kilku chwilach znajomości. To, że myślał tak o sobie, że sądzi, że musi nadrabiać swój wygląd, jasno świadczyło o tym, że życie, a konkretnie inni faery nie byli dla niego zbyt delikatni. Nie lubiła kiedy mili, dobrzy lud… Kiedy miłe, dobre osoby obrywały od losu z tak banalnych powodów. Sama tego doświadczyła, z tym, że ona miała twardy kręgosłup i naprawdę mocno stosowała się do swojej  zasady „nie przejmuj się osobami, które nie wnoszą do twojego życia niczego dobrego”. Nie wszyscy wykazywali się tak wielką siłą psychiczną.
            - Niczego nie musisz – oświadczyła stanowczo, na co chłopak nieco uniósł brwi. – Stanowisz wartość samą w sobie jako osoba, to że chcesz się rozwijać tylko to podkreśla.

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (27-11-2018 o 20h10)

Offline

#107 27-11-2018 o 21h17

Straż Cienia
Methrylis
Akolita Kappy
Methrylis
...
Wiadomości: 18 132

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Super, bardzo mnie cieszy ta odpowiedź, z której wynika, że nie zrobisz z Potwora przerysowanej opowieści o karykaturach bohaterów Eldki. Naprawdę jestem z tego zadowolona, bo, jak już wspomniałam, bardzo lubię to opowiadanie. Bardziej mnie martwi twoje podejście do moich opinii. Rzucasz się na nie jakbym ci co najmniej kota zabiła. Spokojnie, krytyka to wielka część tej całej zabawy i trzeba umieć sobie z nią radzić. A nie od razu rzucać się z pazurami. Doceniam, że mi to wszystko tłumaczysz jak krowa na rowie, ale czuć w tym, że jesteś wściekła, że śmiałam wygłosić negatywną i, jak się okazuje, mylną opinię [chociaż w sumie chyba nie ma czegoś takiego jak mylna opinia, bo to opinia :v No to mylną ocenę czy coś]. Ale tak to jest z opiniami: może mi się wydawać jedno, a się okazać drugie. Więc serio, trochę więcej dystansu do tego wszystkiego, bo to wygląda tak, jakbyś za chwilę miała mi napisać, że mam zakaz komentowania twoich opowiadań, jeśli coś mi się nie podoba. To raczej słabo…

„Tym czasem po raz kolejny” — ‘tymczasem’

Eeeej, mi też żal Ertrama! Taki sympatyczny kochany chłopak z niego. Najpierw pomyślałam, że może cierpi na jakąś śmiertelną chorobę, że powiedział „póki co”, no ale na szczęście prawda okazała się znacznie łagodniejsza.
Hoho, eliksirowy talent rośnie? :v — o, widzisz? Dużo w tym komentarzu przesady. Do niej też chyba musisz przywyknąć.

Szkoda, że gruba większość komentarza to nasze przekomarzania, bo wolałabym po prostu skupić się na rozdziale. Chociaż fakt, że to ja zaczęłam swoimi narzekaniami.

No nic, to czekam na kolejne części i pozdrawiam ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
T  R  E  N  C  H
I'll mourn for a kid, but won't cry for a king

https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#108 04-12-2018 o 18h51

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 264

@Methrylis - pazur nie był spowodowany krytyką jako-taką, tylko wyolbrzymianiem n-nty raz pewnych rzeczy "bo Antymagia" + późniejszy tekst, że nie przejmuje się twoją opinią w tej kwestii (mimo iż skrótowo napisałam, że scena mi potrzebna, w którym dało się wyczuć swego rodzaju tupnięcie nogą. Oba opowiadania zbudowane na wspólnym szkielecie z cyklu "młoda kobieta trafia do innego świata", obie bohaterki są silnie związane ze swymi rodzinami + obie historie mają być WYJŚCIOWO lekkie, więc podobne będą, przynajmniej pozornie i już kilka razy o tym napisałam. W Antymagii nie reaguję na uwagi co do Liwki, bo postać została wykreowana, więc nie mogę o tak zmienić jej zachowania (???) + mam już zaplanowane wydarzenia do końca. W przypadku Eryki przyznam się, że mogę parę razy przegiąć, ale w kompletnie inną stronę, co też będzie mi potrzebne, a potem koniec końców wyjaśnione.
                  Tak, Ertram to miły gościu. Jeden z nielicznie prawdziwie miłych w tej historii, chociaż dla niej samej raczej neutralny.

VII Praca, praca, nauka, praca… (cz. 4)

                  Sala magii, a konkretniej rzecz ujmując, sala magii aktywnej, podobnie jak mniejsza sala alchemii położona była w podziemiach. Aby ją opisać wystarczyło jedno słowo: kamienna. Ściany z kamiennych, szaro-sinych płyt, kamienne półki, kamienne sprzęty, a nawet żyrandol i krzesła… Właściwie nie krzesła tylko stołki czy raczej bloki ułożone w gruby okrąg, za którymi, na tyłach pomieszczenia stało parę kamiennych stołów. Po środku kręgu stał niski, pulchny kitsune o trzech ogonach, mnóstwie piegów i intensywnie czerwonych włosach sterczących we wszystkie strony. Trzydziestokilkuletni okularnik, wyższy rangą członek Absyntu, stanowił idealną wizualizację słów „nieco nawiedzony”, a przy tym sprawiał przesympatyczne wrażenie.
                  - Witam moich nowych uczniów – zawołał, posyłając zebranym szeroki uśmiech. Ku zaskoczeniu Eryki zajęcia z magii miały dużo mniejszą popularność. O ile na lekcji eliksirów siedziało dwadzieścia osób, teraz było ich zaledwie dziesięć. – Siadajcie, siadajcie. Zrelaksujcie się, oczyście umysły i tak dalej. Dzisiaj macie pierwsze zajęcia z magii stosowanej. Tutaj nie da się niczego zrobić na siłę ani wymusić. Owszem, skupienie jest potrzebne, ale tak samo zrelaksowanie. Zestresowani nic nie zdziałacie. Dalej, sadzamy zadki. Bardzo dobrze, a teraz wszyscy, tak na dobry początek, ziewamy, ale tak porządnie. Ziewanie odpręża.
                  Pozostali patrzyli na siebie nieco zdziwieni, najwyraźniej nie wiedząc co o tym myśleć lub zwyczajnie czując się głupio. Eryka głupio się nie czuła, bo też nie rozmyślała specjalnie nad poleceniami nauczyciela, tylko usiadła na pierwszym-lepszym stołku i ziewając potężnie, przeciągnęła się, aż jej stawy strzeliły. Miała za sobą nużący dzień pełen obierania, szatkowania, ucierania oraz szorowania podłóg, więc jeżeli ktoś nalegał, żeby się zrelaksowała, nie zamierzała oponować. W końcu parę osób nieśmiało poszło w jej ślady.
                  - Świetnie, cudownie – podekscytowany mag zaklaskał w ręce, uśmiechając się szeroko, a jego ogony zafalowały. – Dobrze, to może się przedstawię. Jestem Yere Y’o i będę prowadził z wami te zajęcia. Waszym celem na nich będzie opanowanie podstawowych umiejętności magicznych, szczególnie tych mogących wspomóc wasze działania w Straży. Zaklęć ciszy i niewidzialności dla tych z was, którzy służą Cieniowi, a magicznych tarcz i tym podobnych dla osób z Obsydianu. No i mamy jeszcze naszego prawie człowieka, pannę Erykę Zgasłą. – Klasnął w ręce spoglądając na nią z bezmierną, pełną ekscytacji, a jednocześnie nie nachalną ciekawością. – Nasza koleżanka z Absyntu sprawdzi, jak wielkie ma zdolności czarodziejskie. Jeżeli się okaże, że wielkie, to spróbuję wycisnąć z niej wszystko, co będę potrafił. A jeżeli okaże się, że maciupkie, to nie szkodzi. Samo sprawdzenie, cóż za moce się w niej kryją, zapewne będzie niezwykłą przygodą dla nas obojga. Prawda?
                  - Mam nadzieję – uśmiechnęła się ciut niezręcznie. Przedstawienie jej w ten sposób nie wpływało dodatnio na swobodną atmosferę w grupie. – Chociaż rodzaj mocy, jaki we mnie drzemie, zapewnie będzie zależał od tego, co podadzą w stołówce. Dzisiaj jest w porządku, ale wczoraj po tej kaszce czy co to tam było, nie chciałby pan ich odkrywać.
                  Parę osób zachichotało, wliczając w to samego Yere. Atmosfera ponownie uległa pewnemu rozluźnieniu.
                  - To dotyczy nas wszystkich – mrugnął łobuzersko, uśmiechając się półgębkiem. – Wielki Karuto odprawia w swej kuchni najmroczniejszą magię i najbardziej diaboliczną alchemię, więc lepiej nie wymawiajmy jego imienia na daremno, bo jeszcze ściągniemy na siebie nieszczęście. Dobrze…  Pożartowaliśmy, to teraz powoli do rzeczy. Każdy z was, za wyjątkiem Eryki, która jest póki co niewiadomą, wykazał się co najmniej średnim potencjałem magicznym. Sam ten potencjał daje wam predyspozycje by być  średniej klasy czarodziejem, lecz potencjał to nie wszystko. Trzeba mieć jeszcze odpowiedni umysł, aby go spożytkować. Często się zdarza, że osoby mające potencjał godzien prawdziwych wielkich magów, posiadają zbyt słabe umysły lub zbyt zaburzonego ducha, żeby rzucać nawet średnie zaklęcia, z trudem wychodzą im proste. Tutaj się przekonamy jak to z tym jest u was i podszkolimy was na tyle, na ile damy radę. Znaczy ja przeszkolę.  Jednak pierw trzeba zacząć od rzeczy elementarnych, a jak rzeczy elementarne to elementy czyli żywioły. Ziemia, ogień, woda, powietrze i rzecz jasna umysł.  Pięć  elementów tworzących świat i świadome życie. Umysł jest przy tym najważniejszy, bo nie tylko jest narzędziem w samym w sobie, ale też dzięki niemu można dotrzeć do pozostałych żywiołów, tak zwanych elementów podstawowych czyli, tak jak już wymieniałem, kolejno: ziemi, ognia, wody i powietrza. To właśnie z tymi czterema zapoznamy się na początku. Nie każdy z was będzie w stanie w równym stopniu potrafił opanować wszystkie z nich, podobnie jak wyższe czary, każdy bowiem ma własne, indywidualne talenty. Dobrze, to zacznijmy pierw od czegoś małego. Zapoznamy was z żywiołami. Może na początek, to, co na ćwiczeniach sprawia najwięcej zamieszania. Ogień. Odhaczymy go i na spokojnie będziemy mogli skupić się na reszcie.
                  Zabawa z ogniem nigdy nie kojarzyła się Eryce nazbyt dobrze, a nauczyciel najwyraźniej podzielał jej zdanie, gdyż pierwsze co zrobił, to rozdał rękawiczki z cienkiej, aczkolwiek wedle jego zapewnień, całkowicie ognioodpornej skóry. W ślad za rękawiczkami poszły świece. Każdy dostał po jednej, mając za zadanie ją zapalić, zgasić, ponownie zapalić, wydłużyć jej płomień, a na koniec nadać mu kulistawy kształt. Brzmiało prosto, ale Eryka nie wyobrażała sobie, aby mogła to zrobić. Zwyczajnie nie czuła się w żaden sposób magiczna. Nie miała wrażenia, że drzemie w niej jakaś moc ani nic w tym guście. Podobno po teście jej zdolności obudziły się – skoro uwarzyła eliksir to naprawdę powinny – jednak nie wyczuwała żadnej różnicy przed i po. Wedle swej opinii nadal była wesołym, patykowatym chudzielcem z niezwykłym talentem do dziwnych wypadków i żadnym innym. Nic mniej, nic więcej. Dlatego też podchodziła do pomysłu sceptycznie, przy czym nieszczególnie się denerwowała, kiedy przyszło ćwiczenia. Na dobrą sprawę aktywna magia nie była jej w niczym niezbędna. Oczywiście, pewnie znacznie ułatwiłaby zdobycie składników do klucza portalu, ale to alchemii NAPRAWDĘ potrzebowała. Dlatego też to, że przydzielono ją do Straży Absyntu uważała za szczęśliwie zrządzenie losu. Pierwsze odkąd tu trafiła… No może drugie. W końcu, gdyby nie tamten mężczyzna w zbroi – Ashkore jak go tutaj nazywali – nie uwolnił jej, prawdopodobnie zmarłaby w lochu.
                  Przed przejściem do właściwego ćwiczenia wszyscy przystąpili do swego rodzaju grupowej medytacji, mającej pomóc im oczyścić umysł i nawiązać kontakt ze swoim wnętrzem. Podążając za poleceniami Yere usiedli po turecku, zamknęli oczy i zaczęli miarowo oddychać wsłuchując się w dźwięk pocieranego palcem kryształowego kielicha na wpół wypełnionego wodą. Nauczyciel w międzyczasie miał duchowo pomagać „otworzyć im swe aury”, cokolwiek to nie znaczyło. Eryka w każdym razie nie czuła, żeby cokolwiek otwierało się w niej, ale nie narzekała. Po dniu pełnym zajęć naprawdę przyjemnie było posiedzieć trochę i chwilę ponicnierobić.
Ziewnęła przeciągle. Nie miała pojęcia, jakim Yere jest magiem, ale specjalistą od technik relaksacyjnych byłby wspaniałym.
                  Po bliżej nieokreślonym czasie, kitsune delikatnie wyprowadził ich z medytacji, każąc otworzyć oczy, poprzeciągać się, poziewać. Gdy to zrobili, nie przeciągając sprawy, polecił im zapalić świece
Eryka spojrzała na świecę z nietęgą miną. Nie miała pojęcia, jak się za to zabrać, a i Yere nie udzielił żadnych wskazówek. Małym pocieszeniem było, że reszta również wyglądała na nieco skołowaną.
                  Westchnęła. Przecież jak nic nie wykrzesze z siebie, to i tak się nic nie stanie, prawda? Zwyczajnie okaże się, że jest kiepska w te klocki, dadzą jej spokój i będzie miała więcej czasu wolnego. Chociaż chciałaby coś zdziałać. Z wielu powodów. Po pierwsze, żeby zrobić coś porządnie i przełamać złą passę. Niby uwarzenie eliksiru osiem na dziesięć  punktów wyglądało obiecująco, ale to jak to mówią „jedna jaskółka wiosny nie czyni”. Po drugie, czarowanie naprawdę mogło jej się przydać. Do obrony i wielu innych… Po trzecie magia to… MAGIA! Coś nieuchwytnego i fascynującego. Kto normalny nie chciałby czarować? W szczególności ktoś wychowany na przygodach Harry’ego Pottera, „Narni”, prozie Tolkiena, Pratchetta i grający w pełne magii gry… Do tego Gwiezdne Wojny. W końcu Moc to coś podobnego do magii, prawda?
                  „Zapal się, zapal się, zapal się, zapal…” myślała w skupieniu wytrzeszczając oczy na czarny knot świecy, jednak nic się nie działo. Przynajmniej nie u niej. Tu i ówdzie w asyście jasnego błysku i sugestywnego pyknięcia pojawiały się małe płomienie… Małe… Jeden był całkiem spory i przypiekł zaskoczonej driadzie brwi. Eryka już wiedziała, czemu Yere nazwał ogień robiącym najwięcej zamieszania. Na pewno wypadki z jego udziałem nie były miłe. W każdym razie, chociaż niezbyt przejmowała się tym, że może jako jedyna nic nie zdziałać, to jednak wolałaby, żeby tak nie było. Jednak, póki co, jeż mantra „zapal się, zapal się…” zakrawała jedynie na pobożne życzenia.
                  Nagle poczuła to. Te dziwne wrażenie, jakby jej umysł naparł za ścianę i nieoczekiwanie wpadł w szczelinę, jakieś ukryte przejście. Już wiedziała… Nie, wiedza to za dużo powiedziane. Już CZUŁA, co zrobić, aby świeca zapłonęła. Rzecz w tym, że nie było to proste, oj nie. Przypominało jej bardziej mentalny odpowiednik taszczenia pięćdziesięciokilogramowej lodówki na piętro w budynku bez windy. Jednak jak mus to mus… W końcu przyszła tu nabyć nowych umiejętności, prawda? Nikt nie powiedział, że to będzie łatwe.
                  Po chwili i jej świeca płonęła, a ona sama… No cóż, miała wrażenie, że mózg zaraz wycieknie jej przez uszy. I nos. Gdyby jej siły psychoduchowe mogły przybrać na chwilę ludzką formę, zapewne leżałyby teraz rozciągnięte na podłodze ciężko dysząc i pomstując na czym świat nie stoi. Jednak zrobić tego nie mogły, w związku z czym Eryka doświadczała swego rodzaju rozdwojenia, z którym nie potrafiła sobie poradzić – z jednej strony czuła, że zaraz zemdleje z wycieńczenia, z drugiej jej ciało zasypywało mózg informacjami, że wszystko jest w porządku i nie potrzeba robić paniki. W dodatku coś kiepsko jej się myślało. Bardzo kiepsko. Właściwie to nie potrafiła sklecić nawet jednej myśli i tylko bezmyślnie gapiła się przed siebie.
                  - Ojojoj… Powinienem być ciut bardziej ostrożny – mruknął Yere, kucając naprzeciw niej. W jego oczach malowała się wyraźna troska.
                  - Czy coś się stało? – usłyszała zaniepokojony głos Ertrama. Chociaż siedział obok niej, miała wrażenie, że dobiega z oddali. Spojrzała w jego kierunku, ale nie bardzo rozumiała, co mówi. Co obaj mówią. – Wygląda na bardzo skołowaną.
                  - To mało powiedziane… Ech, nie wziąłem pod uwagę, że nigdy nie miała kontaktu z magią w jej w pełni aktywnej formie, że nie używała jej. Większość z nas, faery, robi to nieustannie. Mamy swego rodzaju magiczny zmysł, którym badamy otoczenie, chociaż nasza świadomość tego nie rejestruje. Ona znowu… Powiedzmy, że zabrała się za coś, o czym nie miała pojęcia. To tak jakby… Mm… Nigdy nie widzieć zbiornika wody większego niż szklanka, nie potrafić pływać i nagle być zmuszonym do przepłynięcia ogromnego jeziora. Ona je przepłynęła i teraz jest wycieńczona oraz w niemałym szoku… A przynajmniej jej umysł jest. Znaczy ta jego część, która odpowiada za kontrolę magii. Zapewne jest to potwornie nieprzyjemne, chociaż raczej nie niebezpieczne. Powinno przejść za pół godziny, może godzinę. Na razie może posadźmy ją gdzieś z boku, żeby mogła się wyciszyć… O, najlepiej pod ścianą, żeby mogła się oprzeć. Potem zobaczymy co i jak. Pomożesz mi?
                  Ertram skinął głową. Wraz z Yere wzięli ją Erykę pod pachy i zaprowadzili na tył sali, żeby w ciszy mogła dojść do siebie, podczas gdy oni kontynuowali lekcję.

Offline

#109 06-12-2018 o 21h45

Straż Cienia
Methrylis
Akolita Kappy
Methrylis
...
Wiadomości: 18 132

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Przejdę od razy do rozdziału, coby kolejnej wojny nie wszczynać.

A jednak dalej cię podenerwuję:
„Zrelaksujcie się, oczyście umysły i tak dalej” — musisz na to uważać, bo to jest dla ciebie meeeega charakterystyczne i wiele postaci, bez względu na opka, ma taki nawyk, by uogólniać dalszą część zdania. Trochę tego nadużywasz.

Lubię tego czarodzieja  — że tak go nazwę :v Taki milutki, wesoły, trochę przypomina mi Flitwicka z Pottera xd „Doskonale, doskonale! Obrót i trach! A teraz powtarzaaaamy: Wingaardium Leviooosa” :v

Ach, już myślałam, że natychmiast rozpali świecę xd Ale to rozwiązanie było dużo lepsze /static/img/forum/smilies/big_smile.png To musiał być całkiem zabawny widok, poza tym ogólnie podoba mi się takie rozstrzygnięcie.

Odcinek bardzo przyjemny do czytania, ale Potworek na szczęście większość takich ma. I oby tak dalej. Czekam na kolejne części i pozdrawiam!


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
T  R  E  N  C  H
I'll mourn for a kid, but won't cry for a king

https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Online

#110 11-12-2018 o 16h35

Straż Cienia
Le0kadia
Straż na szkoleniu
Le0kadia
...
Wiadomości: 264

@Methrylis - różnica między eliksirami a magią jest taka, że przy pierwszych starczy BARDZO doża doza uwagi, którą Eryka - jako osoba wybitnie pechowa - im poświęciła chociażby po to, żeby nie zrobić sobie kuku /static/img/forum/smilies/wink.png A i tak nie była rewelacyjna tylko dobra.
               Z tym "i tak dalej" racja. Tak jak z "otóż" i "owszem". Staram się pilnować, ale pewne rzeczy nadal mi uciekają, szczególnie w dialogach /static/img/forum/smilies/hmm.png
               Bardzo mnie cieszy takie spojrzenie na Yere /static/img/forum/smilies/big_smile.png. Bardzo.


VII Praca, praca, nauka, praca… (cz. 5)


               Dojść do siebie… Trochę jej to zajęło. Nie pół godziny, nie godzinę, ale prawie półtorej. Yere miał rację, było to bardzo nieprzyjemne… A do tego dziwne. W szczególności to, jak jej umysł z opóźnieniem, niezwykle powoli rozpracowywał sens tego, o czym nauczyciel i naga rozmawiali. Czuła się jak komputer ze zbyt małą ilością RAM’u. Ktoś naklikał, a ona reagowała z ogromnym opóźnieniem, podczas gdy sytuacja już się pozmieniała.
Odrętwiała od długiego siedzenia w tej samej pozycji, powoli wstała, rozciągając wątłe ciało, a stawy wydały z siebie serię głośnych trzasków. Naprawdę nie spodziewała się takiego finiszu tych zajęć, chociaż gorsze opcje, jak chociażby zapalenie samej siebie zamiast świecy, nie zdziwiłyby jej. Może to dlatego, że nie licząc problemów kardiologicznych w dzieciństwie była okazem zdrowia? Prawie nigdy nie chorowała, a mimo licznych upadków, wypadków i dziwnych przypadków nigdy nic sobie złamała? No przynajmniej nie do czasu wypadku samochodowego, ale tu już do działania wkroczył nie jej wrodzony pech, a bliżej nieznane siły trzecie. Tymczasem wystarczyła ociupina magii, zwykłe zapalenie durnej świeczki, żeby wyłączyć ją na półtorej godziny. W dodatku nadal nie czuła się stuprocentowo w porządku. Miała wrażenie, że w jej głowę wypełniają miliardy ruchliwych mrówek, przy czym nie było to odczucie fizyczne. Nie potrafiła tego wszystkiego nazwać. Dorastała w świecie, w którym nie działy się podobne rzeczy, więc nie istniały na nie odpowiednie określenia.
               Rozejrzała się dookoła. Zajęcia powoli dobiegały końca. Salę porządkowano, większość uczniów zbierała się do wyjścia, a nauczyciel na odchodnym rzucał ostatnimi wskazówkami i radami. Jedynie Ertram nie spieszył się z opuszczeniem sali, rzucając jej niespokojne spojrzenia. Wyraźnie chciał się upewnić, że wszystko z nią w porządku. Nie chcąc niepokoić chłopaka, powoli ruszyła w jego kierunku.
               - Dobrze się czujesz? – zapytał. – Kiedy zapłonęła twoja świeca… Wyglądało to dość strasznie. Patrzyłaś takim pustym, kompletnie nieobecnym spojrzeniem przed siebie i nie było z tobą żadnego kontaktu. Jakby ciebie już tam w środku nie było.
               Słysząc to wzdrygnęła się. Wizja pustego, ale nadal żyjącego ciała, w którym chlupocze magia poruszyła jej wyobraźnię, a obraz nie był przyjemny.
               - Nie, nic mi nie jest. Chociaż nadal czuję się niespecjalnie. Umysł mi mrowi czy jakoś tak. Nie znam odpowiednich słów, żeby to opisać. Okropne wrażenie.
               - Naprawdę bardzo mi przykro, powinienem to przewidzieć – Yere przepraszająco położył po sobie uszy, a jego ogony zafalowały niespokojnie. – Niestety bardzo rzadko mamy tu ludzkich gości i nie o wszystkim się myśli. No i przyznam, że byłem nieco zbyt zaaferowany pozaludzkim elementem twojego pochodzenia. Odwróciło to moją uwagę od ważniejszych rzeczy. Jeszcze raz bardzo przepraszam…
               - E… Nic takiego się nie stało, w końcu jestem cała i zdrowa. Chyba.
               - Stało się. – Zmarszczył brwi. – Możesz w różnych aspektach inaczej reagować na magię niż faery i powinienem o tym pamiętać. Tym razem było to tylko niewielkie przeciążenie, ale kiedy indziej… No cóż, musimy z tobą uważać. Na razie nie widzę możliwości, abyś na tym tle mogła zrobić sobie krzywdę czarując, no bo w końcu podczas czarowania magia będzie WYCHODZIĆ od ciebie, ale to nie znaczy, że się nie mylę. Dobrze… - Zerknął na Ertrama, który nadal przyglądał się jej z lekkim niepokojem. – Możesz już wracać do swoich zajęć. Odprowadzę ją do pokoju. Przy okazji omówimy parę kwestii… - Spojrzał na nią. – Między innymi ustalimy, kiedy będziesz mogła odrobić te zajęcia. W końcu wypadałoby, żebyś była na tym samym poziomie co reszta grupy, prawda?
               Przytaknęła. Nie chciała zostawać w tyle. Podobnie jak Ertram zamierzała wykorzystać wszystkie możliwości, które oferowała Straż. Każda z nich mogła jej pomóc wydostać się z Eldaryi. Poza tym Yere sprawiał na tyle sympatyczne wrażenie, że nie miała nic przeciwko spędzeniu z nim odrobiny czasu, szczególnie, że na dobrą sprawę prawie nikogo tu nie znała. Nie na polu towarzyskim. W dodatku ostatnimi czasy Kero, Karen i Alajea byli bez przerwy zajęci, więc nie miała zbyt wiele okazji, żeby z kimś porozmawiać, przez co czuła się nieco samotna. Odsunięta na bok. W domu nigdy nie cierpiała na niedobór towarzystwa, zawsze miała się do kogo odezwać, kogo przytulić, a do tego sama była tulona, zagadywana, uwielbiana… Po prostu kochana. Tutaj nie miała nikogo, a spędzane na samotnych spacerach popołudnia przypominały jej o tym. Dlatego dodatkowe zajęcie, pozwalające jakoś wypełnić otaczającą ją ostatnimi czasy pustkę, było jej na rękę.
               Eryka w drodze do swego pokoju milczała, podobnie jak Yere, chociaż wyglądał na gadułę. Przypuszczała, że mężczyzna wyczuł, że póki co, jakakolwiek dłuższa rozmowa przerasta jej możliwości – nadal myślenie przychodziło jej z pewnym trudem – i uprzejmie postanowił  dać jej wytchnąć. Była mu za to szczerze wdzięczna, bo naprawdę nie chciało jej się nie tylko myśleć i gadać, ale też chodzić, oddychać i żyć. Właściwie to jedyne, co jej się chciało to spać. Tak bardzo, że była gotowa pójść do łóżka bez kolacji, co wiele mówiło o jej stanie.
               W końcu stanęli pod drzwiami jej pokoju. Yere uśmiechnął się ciepło.
               - Dobrze, to może ustalimy termin naszej lekcji wyrównawczej – mruknął. – Masz jutro czas?
               - Dopiero wieczorem. Po dyżurze w sali alchemii mam cztery godziny w szkole… Mam chodzić na lekcje z dzieciakami ze Schroniska, żeby dowiedzieć się rzeczy o Eldaryi i takie tam.
               - Wieczór znowu mi nie pasuje, mam inne plany. Pojutrze?
               Zmarszczyła brwi starając się wydobyć z kłębowiska waty – bo miała wrażenie, że właśnie tym stał się jej mózg – informację na temat tak odległej przyszłości jak „pojutrze”. Nie było to łatwe, ale w końcu się udało.
               - Podobnie, ale tym razem dwie godziny treningu fizycznego. Znaczy nauki walki.
               Skrzywiła się nieco. Nie miała pojęcia na czym ów trening będzie polegał, ale miała przed sobą wizję licznych siniaków i otarć. Chociaż miało to i swoje dobre strony – wreszcie jakoś wykorzysta powoli kumulującą się w niej energię fizyczną. Naprawdę żałowała, że nie dano jej chociaż częściowej swobody, z chęcią przeszłaby się nad morze i popływała.
               - Och współczuję. – Yere zmarszczył brwi. – Straż strasznie pilnuje tego całego treningu bojowo-kondycyjnego. Nieprzyzwyczajonym może dać naprawdę w kość. Zresztą przyzwyczajonym, a nie mającym predyspozycji do tego typu rzeczy też – mruknął, a w jego tonie pojawiła się wyraźna sugestia, że sam jest jedną z takich osób. – Nie mam serca męczyć cię po tych torturach. A następnego dnia?
               Westchnęła. Niby wykuła na pamięć swój rozkład zajęć na cały tydzień, ale jakoś w obecnym stanie przypomnienie sobie czegokolwiek mogła  przyrównać do gry w bierki rozgotowanym makaronem albo jedzenia zupy widelcem. Jednak w końcu wydobyła odpowiednią informację. Właściwie to dwie – jedną odnośnie dnia, teoretycznie wolnego, ale tak naprawdę zajętego przez ćwiczenia, a drugą będącą ogólną konkluzją, która wylęgła się w jej głowie, kiedy przyjrzała się swemu grafikowi. Jaką? Otóż, o ile teoretycznie miała mieć dyżury w Absyncie podzielone pomiędzy naukę alchemii i magii, a pomoc w laboratorium, to pierwszy tydzień wyglądał tak, że spędzała pełne sześć godzin w laboratorium, a potem dodatkowo miała lekcje. Przypuszczała, że to dlatego, że alchemicy zwyczajnie nie wyrabiają się z robotą – wszyscy dwoili się i troili przy swoich eliksirach, maściach i proszkach, jednak nie mogła nie zauważyć, że jest ich za mało. Jedna czwarta stołów stała nieobstawiona. Straż musiała mieć naprawdę ogromne problemy z rekrutacją toteż „stażystka z nikąd”, jak o sobie myślała, bez zająknięcia zajmująca się obróbką składników i innymi czysto roboczymi zadaniami stanowiła spore odciążenie. Pewnie nadgonili wiele rzeczy. Miała tylko nadzieję, że harmonogram w przyszłym tygodniu będzie miała nieco mniej napięty, ułożony wedle wspominanego przez Sabaka podziału. Cztery godziny pracy w laboratorium, dwie sprzątania, a potem jeszcze upchnąć gdzieś w tygodniu cztery godziny treningów fizycznych i wykładów, po dwie godziny nauki eliksirów i magii, a do tego nauka z szkolnymi dzieciakami, która nie była jakoś określona czasowo… Trochę tego dużo. Nie wspominając o tym, że powinna co jakiś czas odbywać wycieczki do miasta i w jego okolice, żeby się trochę usamodzielnić. W końcu nie mogła być uziemiona w Kwaterze Głównej na wieki wieków amen, prawda?
               - Z rana dwugodzinny wykład Sabaka, a po nim kolejne dwie godziny treningu fizycznego. Potem jestem wolna – mruknęła, mając nadzieję, że to koniec pytań ze strony Yere. Co robiła dzień po tym, czy miała jakieś zajęcia dodatkowe… Wątpiła, żeby dała radę sobie to przypomnieć.
               - Uh… Znowu trening fizyczny. No dobrze, to może umówmy się tak na około osiemnastą. Do tej pory powinnaś mniej-więcej dojść do siebie po tych torturach. Pasuje?
               - Chyba tak – mruknęła niepewnie, mając nadzieję, że o niczym nie zapomniała.
               - Dobrze, to widzimy się w tremb o osiemnastej.
               - Tremb? – zamrugała.
               - Tak… Tak się nazywa ten dzień tygodnia.
Westchnęła. No tak, dostając grafik zorientowała się, że tutejszy tydzień ma nie siedem, a osiem dni, przy czym tylko dwa dni wolne, co nieco rekompensował sześciogodzinny dzień roboczy. W każdym razie, skoro tydzień inaczej wyglądał, to również jego dni musiały się inaczej nazywać. Będzie musiała się nauczyć ich nazw. Dobrze, że ma dobrą pamięć. Może nie teraz, ale tak ogólnie.
               Pożegnawszy się z  Yere, szybko wślizgnęła się do swojego pokoju i zamknęła drzwi na klucz, dziękując niebiosom, że to koniec tego dnia.  Działając niemal automatycznie, zrzuciła z siebie ubrania, które wylądowały niedbale na krześle i padła na łóżko. Miała gdzieś rzeczy takie jak mycie się czy chociażby założenie pidżamy. Resztki jej sił mentalnych zostały zużyte na nastawienie budzika, po czym natychmiast zapadła w sen.
               Następny dzień nie należał do szczególnie przyjemnych, chociaż wszystkie dolegliwości wynikłe z bawienia się w prawdziwą magię minęły jak ręką odjął. Dłuższy sen dodał jej energii, ale niestety nie świeżości. Przez wczorajsze zaniechanie czegoś równie fundamentalnego jak prysznic czuła się jak ser pleśniowy. Miała wrażenie, że w jej ustach coś zdechło, język porosła trawa, a ciało lepiło się jak kiełbasa trzy miesiące po utracie terminu ważności. W dodatku była potwornie głodna, a miała tylko pół godziny przed rozpoczęciem swego dyżuru.
               Prysznic, wyszorowanie zębów na wysoki połysk, ubranie się i oględne osuszenie włosów zajęło jej niecałe dwadzieścia minut, po których wpadła jak burza na stołówkę. Dopadła kontuaru z jedzeniem, niemal tratując po drodze parę osób – a kiedy ktoś o wadze komarzej kogoś tratuje, jasno to mówi jak jest głodny –  i zgarnęła na tacę prawdziwą GÓRĘ jedzenia. Chwilę później siedziała już przy stoliku żywiołowo pałaszując. Naprawdę żywiołowo, chociaż – o dziwo – względnie schludnie. Mimo tego, spoczęło na niej kilka po równi zafascynowanych, zdjętych grozą i zaskoczonych spojrzeń.  Kiedy wreszcie stawiła się w sali alchemii, jej żołądek wydawał ciche, ale nieustanne dźwięki świadczące o tym, że intensywnie pracuje. Parę osób rozglądało się, wyraźnie szukając źródła tych dziwnych, ledwo słyszalnych pomruków, jednak nikt nie zadał kluczowego pytania. A potem… Potem dała ponieść się rutynie. Przez cztery godziny przygotowywała składniki, po których  przez kolejne dwie pomagała ekipie sprzątającej.

Offline

Strony : 1 ... 3 4 5