Forum

Strony : 1

#1 24-05-2021 o 15h45

Straż Cienia
Suzuya
Stażystka
Suzuya
...
Wiadomości: 46

https://fontmeme.com/permalink/210524/48a365a0a55848d4675591eee34c8cfc.png
||| pan i pani ||| dwie osoby ||| opowieść dwojga ludzi, którzy kochali ciepłe łuski i świszczący w uszach wiatr |||
https://i.pinimg.com/564x/c3/21/5a/c3215aa1a021c72ac67fd7a514035a81.jpg

. F A B U Ł A .
Wystarczy chyba, że oboje wiemy o co chodzi, czyż nie?
Ale jeśli ktoś jest ciekawy... Zapraszamy do czytania!

. B O H A T E R O W I E .
Pani >>> @Amasanii
Pan >>> @Suzuya

. R E G U L A M I N .
Znamy, kochamy i przestrzegamy. Tak jakby...
Powinien być już u nas wykuty na blachę~

. K A R T A  P O S T A C I .
Podstawowe dane, ciekawostki + arty

Mapa Ateii

Ostatnio zmieniony przez Suzuya (26-05-2021 o 13h55)


https://64.media.tumblr.com/4c9153591bd11b6f5bc681e84f1aa8d6/21cf7730123c3bbf-ee/s400x600/b8c1d966b15b5f96d26ecd83b1e273c8abfff172.jpg

Offline

#2 28-05-2021 o 13h19

Straż Cienia
Suzuya
Stażystka
Suzuya
...
Wiadomości: 46

https://fontmeme.com/permalink/210529/32a68f37f24ac4bc8a7d38b58ba10d9f.png
https://i.pinimg.com/564x/73/69/6a/73696a4ad037e65ae84fdc082f6cdfd8.jpg
Seebra Vinterdew  •  dwadzieścia pięć lat  •  biseksualny mężczyzna  •  Smoczy Zwiadowca
urodzony końcem zimy pod znakiem jelenia     •     przyszedł na świat późną nocą w Vinhii
syn elfiego smoczego jeźdźca i ludzkiej zielarki     •     żyjący od dziecka w Smoczym Forcie
prawie białe, krótkie włosy • jasnoszare oczy • smukła,  harmonijnie umięśniona sylwetka
6'0" wysokości • brak znaków szczególnych i znamion • sporo większych i mniejszych blizn
blada cera naznaczona zwiadowczymi tatuażami • ukrywający nierówno pozrastane żebra
kiepski strzelec • nieufny wobec koni • stracił smoka i partnera w Czwartej Smoczej Wojnie
specjalizuje się w walce bronią o długim drzewcu • opiekun nastoletniej Veii, siostry Nerisa

Satvari


Ostatnio zmieniony przez Suzuya (29-05-2021 o 22h24)


https://64.media.tumblr.com/4c9153591bd11b6f5bc681e84f1aa8d6/21cf7730123c3bbf-ee/s400x600/b8c1d966b15b5f96d26ecd83b1e273c8abfff172.jpg

Offline

#3 29-05-2021 o 12h54

Straż Absyntu
Amasanii
Stażystka
Amasanii
...
Wiadomości: 59

https://lh3.googleusercontent.com/-XVnU39IcPxw/YLIfg8luvCI/AAAAAAAAFCA/Klm9L-wjOroHCA2B-O-KK9hg2IxvSAXfwCLcBGAsYHQ/cooltext385334944145764.png

https://pbs.twimg.com/media/DTpaudZWsAAG2sq?format=jpg&name=small
•Nie posiada nazwiska•

•19 lat•

•175 centymetrów wzrostu•

•Pół elf, pół człowiek•

•Blizna na twarzy biegnąca od wewnętrznego kącika prawego oka, przez nos aż do żuchwy po drugiej stronie•


Awelina jest owocem zakazanego związku: człowieka i elfa.
Podrzucona na schody świątyni w wieku niemowlęcym, długo nie mogła znaleźć domu - bowiem każda rodzina zastępcza
szybko dostrzegała różnice między Awe, a innymi dziećmi...jej odrobinę za długie i szpiczaste uszy, popielate włosy
oraz nienaturalnie jasne oczy. Tułała się po różnych domach, aż w końcu przygarnęło ją stare małżeństwo, które potrzebowało
dodatkowych rąk do pomocy w ich rezydencji. Po jej niemal dwuletnim pobycie w jednym miejscu, mieszkańcy zarówno rezydencji,
jak i okolicznej wioski nie zaakceptowali jej. Codziennie musiała zmagać się z dyskryminacją, poniżaniem i wyśmiewaniem. Nauczyła się chować
swoje uszy przed nowo poznanymi osobami, resztę wyglądu tłumacząc albinizmem. Trudne dzieciństwo nie złamało jej jednak - jedynie
wzmocniło, kształtując ją na silną i pewnie stąpającą po świecie kobietę.. Sama uznaje się za nieprzynależne do żadnej rasy wynaturzenie
- odrzucona zarówno przez ludzi, jak i elfy.

Saarthal



https://lh3.googleusercontent.com/-sAkWskdU8ig/YLIn9hWy8BI/AAAAAAAAFCQ/QNJMdu3xhNQcBaH1tvvskh7muFHBx05NwCLcBGAsYHQ/w113-h200/PinClipart.com_tattoo-clip-art_5277627.png

Ostatnio zmieniony przez Amasanii (06-06-2021 o 10h13)


https://lh3.googleusercontent.com/-vm7PgXjGpbs/YLIxKrPKk-I/AAAAAAAAFCY/6Y_aLShOEnMiIq2tZVJGm7t3cAWtwvBpwCLcBGAsYHQ/s16000/miniaturka.png

Offline

#4 05-06-2021 o 11h24

Straż Cienia
Suzuya
Stażystka
Suzuya
...
Wiadomości: 46

____________________________________________https://fontmeme.com/permalink/210529/32a68f37f24ac4bc8a7d38b58ba10d9f.png
          Czarna bryła Smoczego Fortu rzucała złowrogi cień na miasteczko, które leżało u podnóża urwiska. Tego dnia gęsta kurtyna mgły zbliżającego się zmierzchu chroniła trenujących jeźdźców przed spojrzeniami ciekawskich cywili, jednak Seebra wiedział, że w słoneczne letnie dni miejska młodzież przygląda się powietrznym akrobacjom i marzy o lataniu. On znał wielu ludzi, którzy o tym marzyli. Młode dziewczyny zamknięte w zamtuzach, zmęczone życiem w rodzinie żony, chłopcy pracujący w tartaku lub rybim targu na wybrzeżu. Pragnących było mnóstwo, ale prawdziwe skrzydła mogli dostać nieliczni. Skrzydła te mogły być błoniaste, miękkie jak papier, pokryte łuskami przypominającymi pióra lub przyozdobione drobnymi rogami. Nieważne jak by nie wyglądały, zawsze były ciepłe w dotyku i przyjemnie kojące dla skołatanych nerwów. Wiedział to od zawsze, ponieważ jako dziecko, kiedy tylko mógł szukał schronienia pod szeleszczącymi, złotymi skrzydłami Ladry. Ojciec wówczas podejmował grę i bawiąc się w chowanego szukał syna, a smoczyca sprytnie chowała go w zwojach pergaminu, które zalegały w jej leżu. Kilkanaście lat później wylegiwał się w czerwonym kaftanie na silnych skrzydłach Partiti, a jej grube łuski w kolorze ultramaryny nagrzewały się przyjemnie w promieniach południowego słońca. Ostatni raz ukojenia w skrzydłach doznał pięć lat temu, kiedy po omacku z opuchniętą, spływającą krwią, łzami oraz czarnym tuszem twarzą wszedł do leża Satvariego. Smok próbował sykiem, trzepotem czerwonych kołnierzy i ciężkim smrodem siarki wypędzić go z swojej samotni, lecz ostatecznie obydwoje się poddali. Seebra tamtą noc spędził w kokonie z czerwonych błon, zalewany bólem i falami wspomnień. Teraz u smoków szukał towarzystwa, poczucia obecności.
          Dlatego schodząc spływającymi wilgocią, krętymi schodami schodził na coraz niższe kondygnacje podziemi. Słyszał rozmowy jeźdźców, śmiechy rekrutów oraz wszędobylski brzdęk osuwających się na kamień monet. Smoki z lubością wylegiwały się na zgromadzonych przez siebie kosztownościach. To był wyznacznik ich statusu. Nie potrzebowały kolorowych mundurów, ani wytatuowanych wzorów na licach. Liczyły się góry śniedziejących monet, gnijących pergaminów oraz pokruszonych pod szponiastymi łapami, kolorowych klejnotów. Nim zdołał zrobić kolejny krok, poczuł jak czyjaś dłoń chwyta go za ramię. Odwrócił się zaskoczony, spoglądając na młodą i uśmiechniętą twarz najnowszego nabytku w szeregach Smoczych Zwiadowców. Czarnowłosy Sirragh miał na wysokich kościach policzkowych strzeliste, ażurowe wzory przypominające do złudzenia kościane skrzydła. Był zbyt młody, zbyt optymistyczny i zbyt chętny do pracy. Jego smoczyca zginęła podczas potyczki z dzikim osobnikiem. Ten chłopak miał w sobie za dużo potencjału, który w ciągu dwóch lat nie został rozwinięty dostatecznie... I Sirragh podejrzanie często spędzał czas z Vią, co Seebrze nie podobało się podwójnie, odkąd elfka została pod jego opieką.
          - Bracie Vinterdew! - mruknął, pochylając nieznacznie głowę w geście grzecznościowym wobec starszego stażem. - Czy jutro jeździec Via będzie miała czas po wieczornym sparingu?
          Szare oczy półelfa zmrużyły się nieznacznie, a potem stanął przed chłopakiem i przechylił głowę.
          - Jeździec Via ma czas wolny jedynie między obiadem a kolacją wytyczaną przez kościany dzwon, bracie Faet - powiedział, odwracając się z powrotem by zejść poziom niżej. Czuł jak dłoń młodzieńca zsuwa się z jego ramienia, dlatego po przejściu dwóch stopni zatrzymał się i westchnął ciężko. Cholera, przecież też kiedyś miał siedemnaście lat. - Będzie miała wolny wieczór w biały dzień, wówczas będziecie mogli się gdzieś wybrać - stwierdził.
          Nie czekając na podziękowania ze strony bruneta, zniknął w mroku klatki schodowej, sunąc dłonią po ciemnych blokach ściany. Kierując się do leża Satvariego, starał się wyrzucić z głowy promiennego uśmiechu Sirragha. Odkąd Seebra został pięć lat temu sam z jedenastoletnią Vią, musiał zastąpić jej Nerisa najlepiej jak potrafił. Musiał stać się dla niej starszym bratem, rodzicem i przyjacielem. Musiał stać się kilkoma osobami zamkniętymi w ciele zmęczonego IV Smoczą Wojną jeźdźca, który stracił smoka. Musiał na swoich barkach dźwigać odpowiedzialność za jeszcze jedną osobę. Małą, czarnowłosą i o strzelistych uszach. To było jego oczko w głowie. Przechodząc korytarzem z impetem naparł na żelazną kratę, którą dostał się do jaskini przypominającej wyglądem olbrzymi, krągły garnek. Pośrodku wspinał się szeroki kopiec monet, na którym wylegiwał się czarny jaszczur. Słysząc huk zamykanej kraty, uchylił leniwie powieki i z zmierzył Seebrę uważnym spojrzeniem szkarłatnych ślepi. Wąskie, pionowe źrenice rozszerzyły się na sekundę, a stworzenie podniosło łeb z ciężkim, wibrującym pomrukiem.
          - Witaj Satvari - szepnął zwiadowca, wspinając się chwiejnie po stosie monet, by zbliżyć się do smoka. Dotknął silnych mięśni łap, które kryły się pod plastycznymi, czarnymi łuskami. - Co powiesz na krótką przejażdżkę, żeby oczyścić umysł? - zapytał, chwytając się płaskich łusek, które wyrastały gadowi pionowo z linii grzbietu. Mocno podciągnął się i ustawił nogę na usłużnie podstawionej łapie, aby wybić się do góry. Przerzucił nogę przez smoczy kark, starając się usadzić u podstawy długiej szyi. Jazda na oklep dawała mu o wiele więcej swobody niż w siodle. Nim zdołał jednak dostatecznie się rozluźnić, rozniósł się huk w podziemiach. Korytarze i ściany drgały w rytmie uderzeń kościanego dzwonu, który wybijał teraz sygnał alarmu. Satvari zasyczał głośno i nastroszył się, chcąc przekazać swoje zirytowanie. - Tak, masz rację... To pewnie ona, bo żadne inne stworzenie nie zniszczyłoby łańcucha - mruknął, prostując się i szybkim spięciem ciała informując gada pod sobą, że jest gotowy do lotu.
          Satvari ociężale podniósł się, a następnie zaczął kierować się w stronę tunelu, który prowadził z leża na sam skraj urwiska. Seebra bujał się na karku smoka, tak jak jego czystej krwi kuzyni bujają się na grzbietach swoich jeleni o rozłożystych, krętych porożach. Co jakiś czas odchylał się do tyłu, aby jego głowa nie została na jednym ze stalaktytów. Słyszał, że kilkadziesiąt lat temu było mnóstwo uszkodzeń ciał i zgonów, spowodowanych przez te skalne nacieki. Jednak ostatnimi czasy było o tym cicho, ponieważ większość jeźdźców kazała usuwać zawadzające im przeszkody. Nie zdążył nawet mrugnąć, kiedy poczuł chłodny powiew wiatru przeczesujący mu włosy i wkradający się pod czarny materiał kurty. Uśmiechnął się pod nosem, a następnie pozwolił bestii rozłożyć skrzydła, wykonać daleki skok w stronę wioski i sekundę później wzbić się w powietrze. Och, jak on kochał to uczucie wolności.

Ostatnio zmieniony przez Suzuya (05-06-2021 o 12h00)


https://64.media.tumblr.com/4c9153591bd11b6f5bc681e84f1aa8d6/21cf7730123c3bbf-ee/s400x600/b8c1d966b15b5f96d26ecd83b1e273c8abfff172.jpg

Offline

#5 06-06-2021 o 02h30

Straż Absyntu
Amasanii
Stażystka
Amasanii
...
Wiadomości: 59

__________________________________________________________ https://lh3.googleusercontent.com/-XVnU39IcPxw/YLIfg8luvCI/AAAAAAAAFCA/Klm9L-wjOroHCA2B-O-KK9hg2IxvSAXfwCLcBGAsYHQ/cooltext385334944145764.png

____________________________________________________ *1206 rok Smoczej Ery, gdzieś w okolicach północnej Venhii*


       Biało odziana postać niemal wtapiała się w krajobraz. Zbliżała się zima, chociaż jakiś przejezdny mógłby stwierdzić, że tutaj zima panuje cały czas. Śnieg padał przez trzysta dni w roku, nie mając miłosierdzia dla rolników. Większość mieszkańców tych terenów zajmowała się więc hodowlą : kóz, krów, owiec. Liczba ludności nie przekraczała dwustu w żadnej wiosce czy wsi - prawdę mówiąc, ludzie bali się tu osiedlać. Od jednej z nich, Zømersnew, był tylko rzut beretem do Dzikich Gór, jak nazywali je wszyscy. Nieliczni myśliwi zapędzali się w Dzikie Góry, miejsce zamieszkane przez nieposkromione, wolne smoki. O tym miejscu krążą legendy, którymi straszy się dzieci na dobranoc. Każdy nastolatek wie już jednak, że to czcze gadanie i bujdy, którymi nie należy się przejmować. Oczywiście nikt nie podważa istnienia smoków - sądzi się jednak, że zapadły one w bardzo długi sen lub mają tam zbyt dużo pożywienia, by niepokoić niżej położnych ludzkich sąsiadów. Nikt nie widział smoka w tych stronach od pięćdziesięciu lat. Serce Dzikich Gór, gdzie ponoć mieści się dolina pełna zwierzyny, i tak było nie do zdobycia dla człowieka - to tam, według podań, głęboko w swoich pieczarach śpią skrzydlate potwory, które tylko czekają na przebudzenie...
       Na horyzoncie ukazał się pokaźny budynek z kamienia, w oddali zamajaczyły Dzikie Góry. Biała postać przyspieszyła kroku. Wprawne oko dostrzegłoby, że osłania coś przed chłodnym wiatrem, chowając w połach płaszcza. Budynek okazał się pokaźnych rozmiarów świątynią z kamienia, na dachu stał posąg boga światła - Azury. Świątynia miała być ostatnim schronieniem dla myśliwych i żadnych przygód szaleńców, wyprawiających się w królestwo smoków. Nieznajomy pokonał kilka stopni dzielących go od przedsionka, pochylił się do ziemi i chwilę trwał w tej pozycji. Gdy wstał, na odśnieżonej posadzce leżało coś w kształcie bochenka chleba. Nie było to jednak żadne jedzenie, bowiem zawiniątko poruszyło się zaraz niespokojnie i zaszlochało przy spotkaniu z mroźnym podmuchem wiatru. Osobnik w białym przebraniu oddalił się, wyciągnął dłoń - a jakaś niewidzialna siła pchnęła wrota, otwierając je i prawdopodobnie budząc tym samym mieszkańców świątyni. Bochenek zapłakał jeszcze głośniej, jakby chcąc zwrócić na siebie uwagę. Nieznajomy ruszył przed siebie - ale nie w kierunku, z którego przyszedł...tylko w stronę skutych wieczną zmarzliną szczytów.

***

Znajdę cię, mój Jeźdźcu.


       Awelina nigdy nie była lubiana wśród żadnej społeczności. Z początku podejrzewała, że to z powodu blizny zdobiącej niemal połowę jej twarzy. Mimo to nie można było powiedzieć, że jest szpetna - stwierdzenie, iż jest piękna zależało już od gustu. Nigdy nie chodziła brudna i zaniedbana, myła się częściej niż raz w tygodniu (co reszta mieszkańców uważała za przesadę - "raz na dwa wystarczy"). Wielu uważało, że straciła swój główny atut, gdy obcięła włosy do ramion - nie zmniejszyło to jednak liczby jej adoratorów. Nastoletnia Awelina szybko zrozumiała, że chłopcy nie zważają na jej charakter, ani nawet na, niczego sobie, urodę. Fascynowała ich jej egzotyczność, pokładali wiarę w przesądy w stylu "Będziesz miał branie wśród reszty kobiet po spędzeniu nocy z elfką". Nie chciała nikogo rozczarować, ale była tylko pół elfką - choć jej wygląd wskazywał na coś zupełnie innego: porcelanowa skóra, nietypowy kolor włosów (śnieżnobiały), jasnoniebieskie oczy oraz długie kończyny, którymi poruszała z taką wrodzoną gracją, iż zyskała sobie wrogów w większości dziewczyn. Jedynie uszy zdradzały, iż nie była pełnej krwi - prawdziwy elf od razu zauważyłby subtelną różnicę w ich kształcie i długości. Pewnego dnia zjawił się w jej ówczesnym zastępczym domu handlarz - nie byle jaki, bo elficki. Przywiózł najlepszą stal i pancerze wykonane przez pobratymców, pan domu niemal już dobijał z nim targu...gdy kupiec zobaczył biegnąca korytarzem Awelinę.
- Mieszaniec - prychnął z niesmakiem i zawinął błyskawicznie swój kram, porzucając negocjacje.
Pan domu był tego dnia bardzo rozgniewany i nie szczędził dziewczynce pasa.
    Wszelkie poniżenie i zawiść, jakie ją spotkały - nie złamały jej, wręcz wzmocniły i sprawiły, że jako dorosła osoba nie pozwala nikomu podnieść na siebie ręki - uciekała z każdego domu, w którym miało to miejsce. Jako siedemnastolatka trafiła na dwór państwa Svenów, założycieli wsi Zømersnew. Byli to ludzie w podeszłym już wieku, pragnący jedynie spokoju i porządku - zazwyczaj po prostu nie zważali na obecność półelfki, dopóki robiła swoją robotę. Mogła wychodzić z domu kiedy chciała, nikt nie ustalał jej godzin policyjnych ani nie strofował za noc poza domem. Obie strony po prostu wzajemnie akceptowały swoją obecność, nie wchodząc sobie w drogę. Dni mijały szybko, słońce zachodziło wcześnie i zanim dziewczyna się obejrzała, minęły już dwa lata. Była dorosła od prawie roku, mogła iść dokądkolwiek...tylko właśnie gdzie? Nie znała swojej rodziny, była mieszaną przybłędą, którą ktoś podrzucił na schody świątyni. Tu przynajmniej miała dach nad głową i ciepły posiłek raz dziennie. Znała wszystkich we wsi, a oni tolerowali jej obecność - nie wchodząc jej w paradę. Wiedziała jednak, że cała sielanka może runąć w każdej chwili, jak domek z kart. Wystarczy jeden błąd, a obrócą się przeciwko niej. Była tylko osieroconą przybłędą.
       Był to dzień jak co dzień, słońce niemal już zachodziło za horyzont, robiło się chłodno i ciemno - codziennie o tej porze chodziła nad zamarznięte jezioro, które było tak rozległe, że ciągnęło się aż do oddalonego o parę dobrych kilometrów urwiska. Awelina już miała zamiar ruszyć w drogę powrotną, gdy na tle nieba - tuż nad urwiskiem - zauważyła ciemny kształt, który zdecydowanie nie mógłby być chmurą. Czarny punkt zdawał się powiększać z każdą sekundą, po niecałej minucie zaobserwowała rozłożyste skrzydła.
- Co to za wielki ptak...- urwała, rejestrując jeszcze większe przyspieszenie lotu kreatury.
Stała jak zahipnotyzowana, wpatrując się w coraz większego smoka. Nigdy wcześniej nie miała okazji widzieć tego stworzenia (nie licząc ilustracji w książce), mimo że Smoczy Fort znajdował się zaledwie dwa dni drogi marszu stąd - kadeci nie latali w stronę Dzikich Gór. Gad zniżył lot, zahaczył skrzydłem o zlodowaciałe jezioro...i runął w dół. Rozległ się ogromny huk, który obudziłby zmarłego z grobu, w jeziorze powstała ogromna dziura, a woda chlusnęła parę metrów w górę. Smok zniknął pod powierzchnią.
- Niech to...- Awelina nie mogła uwierzyć, że jej pierwsze spotkanie ze smokiem okazało się śmiertelne dla tego majestatycznego stworzenia...naprawdę miała aż takiego pecha? Serce niemal jej podskoczyło do gardła, gdy po chwili smok wygramolił się niezdarnie z wody i wzbił ponownie w powietrze, obrzucając okolicę kroplami cieczy. Tym razem spokojnie podleciał na brzeg, zatrzymując się tuż przed dziewczyną. Czy czuła strach? Oczywiście, że tak. Tylko głupiec by się nie bał. Bestia była pokaźnych rozmiarów, łeb miała spokojnie większy od tułowia Aweliny. Liliowe łuski przechodziły w kolor biały przy pysku, by czarnieć na czubku głowy. Całkowicie białe oczy nigdy nie zdradzały, w którą stronę stworzenie patrzy.
- Czy jesteś ślepa...? - mruknęła półelfka do siebie pod nosem
Widzę wyraźniej, niż większość moich pobratymców.
Głos w głowie wydał się Awelinie znajomy. Nie raz nachodził ją w snach. Resztki strachu przed wielką kreaturą zniknęły całkowicie, pojawiło się poczucie bezpieczeństwa i zrozumienia. Czy to smok właśnie do mnie przemówił? Czy one potrafią się komunikować telepatycznie? Kompletnie nic nie wiedziała o tych istotach, w wiosce był to temat niepożądany, wręcz zakazany.
- Ja...czy ty do mnie mówisz?
Stworzenie przekrzywiło zabawnie łeb w bok, a Awe była pewna, że białe oczy patrzą teraz tylko na nią. Poczuła rozbawienie i lekką irytację, emocje te nie należały jednak do niej. Łuskowata głowa zbliżyła się na wyciągnięcie ręki, którą dziewczyna bez wahania wyciągnęła przed siebie, nie dotykając jednak smoka. Pysk zbliżył się jeszcze bliżej, a półelfka poczuła ciepło wolno rozchodzące się po ciele, serce zaczęło jej bić w nienaturalnym rytmie. Nogi się pod nią ugięły.
Nagle wszystko spowiła ciemność.

Ostatnio zmieniony przez Amasanii (13-08-2021 o 13h34)


https://lh3.googleusercontent.com/-vm7PgXjGpbs/YLIxKrPKk-I/AAAAAAAAFCY/6Y_aLShOEnMiIq2tZVJGm7t3cAWtwvBpwCLcBGAsYHQ/s16000/miniaturka.png

Offline

#6 10-06-2021 o 21h04

Straż Cienia
Suzuya
Stażystka
Suzuya
...
Wiadomości: 46

____________________________________________https://fontmeme.com/permalink/210529/32a68f37f24ac4bc8a7d38b58ba10d9f.png
          Satvari pomimo swojego olbrzymiego ciężaru leciał bardzo płynnie i był nad wyraz zwrotnym smokiem. Seebra mimowolnie rozłożył ramiona na boki, czując mocny powiew wiatru na wytatuowanej twarzy. Z błogością przymknął oczy, spinając wszystkie mięśnie, aby nie spaść ze smoczego grzbietu. Lot w górę urwiska był jednym z najtrudniejszych manewrów wśród kadetów. Wymagała od jeźdźca niezwykłego wyczucia równowagi, a także ogromnej dozy zaufania do swojego wierzchowca. W końcu nie każdy gad byłby w stanie uratować swojego człowieka przed upadkiem z takiej wysokości. Niemniej Seebra Vinterdew się nie bał. Wielokrotnie w przeszłości obserwował poczynania Satvariego, zapamiętując mimowolnie nawet najmniejsze zmiany w jego postawie. Nie było niczego co mogłoby go zaskoczyć. Docierali się do perfekcji pięć lat, aby stworzyć ostatecznie jedną z najbardziej zgranych, choć niezwiązanych, par. Nie potrzebowali czytać sobie w myślach, aby wiedzieć co muszą zrobić i jak się zgrać. Dlatego kiedy bestia zaczęła wyrównywać lot, zwiadowca zerknął w dół przez prawe ramię by obejrzeć dokładnie dziedziniec Smoczego Fortu. Następnie przesunął spojrzeniem wzdłuż głównej ścieżki, aby zlokalizować jeden z drobnych składzików broni, którego zwykle używał on oraz jego bracia. Miękkim ruchem zatoczył dłonią w rękawiczce łuk, sunąc po czarnych łuskach. Następnie poczuł pod mięśniami jak smok lekko skręca ciało, zaczynając krążyć nad terenem budynku.
          Białowłosy wziął głęboki wdech, starając się uspokoić galopujące z ekscytacji serce. Znajdowanie się w powietrzu dawało mu nieopisane poczucie wolności, które na chwilę wyrywało go z trudów codziennego życia zdegradowanego jeźdźca. Przez jedno uderzenie serca znów miał bladą twarz pozbawioną tatuaży, szeroki uśmiech goszczący na wargach, a pod sobą ultramarynowe łuski. Przez jedno uderzenie serca znowu widział roześmianego Nerisa i jego długie, czarne włosy rozwiane z finezyjnego kucyka. Przez ten jeden, krótki moment czuł ich wspólną radość z lotu, gorące uczucie jakim siebie darzyli, płonące pożądanie, w którym tonęli nieraz i parę nocy z rzędu. A potem wracała do niego rzeczywistość, z którą już dawno się pogodził.
          Wiedział, że smok coraz bardziej obniża lot i wykręca ciało, aby ustawić skrzydła prostopadle po ziemi. Seebra powolnym ruchem przesunął jedną z nóg nad grzbietem, zsuwając się na prawą łapę Satvariego, którą wyprostował nieznacznie by zwiadowca mógł w niej znaleźć oparcie. Obserwował uważnie skrzydło, wyczekując odpowiedniego momentu, aby się wdrapać w miejsce stawu; gdzie kości skrzydła łączyły się z stawem przygrzbietowym. Robiło się coraz bardziej stromo, gad coraz bardziej się okręcał. Dlatego po ostatnim, nieznacznym drgnięciu chwycił się łusek na łuku skrzydłowym i pociągnął się, osiadając na wydętej błonie. Siedział przy jednym z palców, wspierając się na nim. A potem, w odpowiednim momencie, po prostu opadł na plecy i zsunął się gładkim ruchem, opadając ciężko na ziemię. Upadek zamortyzował prostym koziołkiem, a następnie wyprostował się spoglądając jak w jednej chwili Satvari wyrównuje lot i nurkuje w dół urwiska. Mężczyzna nie tracąc czasu ruszył szybkim krokiem w stronę małej zbrojowni. Szybkim ruchem otworzył niezabezpieczone kłódką drzwi, rozglądając się po pomieszczeniu tonącym w półmroku. Mgła i nadchodzący zmierzch mogły przez chwilę działać na korzyść zbiegłej smoczycy, jednak to tylko kwestia czasu. Jeszcze nie miała z nim do czynienia. Wnet wypatrzył swoją partyzanę zakończoną zgrabnym obosiecznym grotem wykutym z czarnego żelaza, wzmocnionego smoczym szkliwem. Wprawnym ruchem w dwie pętelki na plecach kurty (jedną przy lewym ramieniu, drugą przy prawym biodrze), a także sięgnął po zakończony drobnym hakiem harap. Jego również przytroczył do biodra. Później opuścił sprawnie zbrojownię, nie domykając za sobą drzwi. Ruszył tylko w stronę brzegu urwiska, ostatnie parę metrów pokonując biegiem.
          Mocno wybił się tuż przed krawędzią, pozwalając sobie na chwilę bezwładnego spadania w zasnutą mgłą otchłań. Nim jednak zdołał się obejrzeć, już czuł wpasowujące się pod niego ciepłe ciało. Nie mogąc się powstrzymać poklepał kompana po szyi, kiwając mu w uznaniu głową.
          - Zawsze wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć w kwestii idealnego wyczucia czasu - stwierdził, nachylając się nieznacznie by smok mógł przyspieszyć. Sunęli bezszelestnie po ciemniejącym niebie, zmierzając w stronę gęstego lasu otaczającego okoliczne wioski i miasta. Smoczyca nie mogła się daleko ukryć. Oni natomiast już zaraz staną się niewidoczni, a co za tym idzie... piekielni skuteczni.


https://64.media.tumblr.com/4c9153591bd11b6f5bc681e84f1aa8d6/21cf7730123c3bbf-ee/s400x600/b8c1d966b15b5f96d26ecd83b1e273c8abfff172.jpg

Offline

#7 26-06-2021 o 17h26

Straż Absyntu
Amasanii
Stażystka
Amasanii
...
Wiadomości: 59

__________________________________________________________ https://lh3.googleusercontent.com/-XVnU39IcPxw/YLIfg8luvCI/AAAAAAAAFCA/Klm9L-wjOroHCA2B-O-KK9hg2IxvSAXfwCLcBGAsYHQ/cooltext385334944145764.png

____________________________________________________

       Śniła. O szumiącym w uszach wietrze. O trzepocie skrzydeł. O ciepłych łuskach. Gdy otworzyła oczy, sen okazał się rzeczywistością. Ziemia, a raczej zamarznięta woda, była jakieś dwadzieścia stóp pod nią - upadek z takiej wysokości mógłby ją jeśli nie zabić, to chociaż trwale okaleczyć. Bestia trzymającą ja w szponach zdawała się być w swoim żywiole, no tak...dla niej to było, jak chodzenie. Coś takiej wielkości przy upadku zadrapie sobie tylko skrzydło, albo wyjdzie bez szwanku - jak chwilę wcześniej. Awelina przypomniała sobie, co się zdarzyło przed jej utratą przytomności, jak smok niezdarnie zaczepił o wystający lód i runął w ciemną toń. Teraz jednak lecieli wyżej, drogę mieli całkowicie czystą, nawet śnieg porzucił na moment swoje zadanie numer jeden - padanie z nieba. Co może się stać?
       Sceneria pod nią nagle się zmieniła, jedyne co miała w zasięgu wzroku to : skały, skały i jeszcze więcej skał. Oblał ją zimny pot. Awelina w swoim życiu bała się śmierci tylko raz - gdy wybiła szybę w oknie i jej zastępczy ojciec zaczął ją gonić po całej stodole, to było jej pierwsze w życiu lanie. Teraz znów bała się o swoje życie. Próba nawiązania jakiekolwiek kontaktu z istotą wydała jej się absurdalnym pomysłem. Smok szarpnął się nagle w górę, wypuszczając dziewczynę ze szponów. Zaczepił o bardziej wystającą skałę i stracił równowagę na parę sekund, które decydowały o "być albo nie być" przerażonej elfki. Od zabójczego gruntu dzieliło ją zaledwie parę stóp, gdy smok kłapnął zębami i chwycił nimi jej kaftan. Nabrała w tym momencie odrobiny wiary w swojego towarzysza i w to, że przeżyje. Przynajmniej lot. Dokąd? Tego nie wiedziała.
       Smok leciał parę minut, może kilkanaście...trudno mieć jakiekolwiek poczucie czasu, gdy jedyne co widzisz to: skały skały i jeszcze więcej skał. Zamek, który kolorem niemal stapiał się z tłem, był istotną fortecą. Na jednej z wież wyszczerzało swoje kły straszliwe smoczysko, które z bliska okazało się tylko kawałem podniszczonego przez warunki pogodowe marmuru. Wrota twierdzy miały postać otwartej paszczy smoka, ze skrzydłami po bokach. Fioletowo-łuski zręcznie przefrunął nad tym wszystkim i zaczął pikować ku wyrwie w ścianie. Tunel, w którym się znaleźli, był istnym labiryntem - smok zdawał się jednak doskonale wiedzieć, gdzie leci. Zatrzymał się dopiero w pomieszczeniu z wysokim sklepieniem, które zdawało się być ukształtowane tak przez naturę. Znajdowała się w zamku? Na pewno pod nim. W jakiejś jaskini. Nawet najmniejszy promień światła tutaj nie docierał...było jednak zaskakująco jasno. Miejsce rozświetlały mieniące się różowym blaskiem kryształy, którymi usiane były ściany. Kryształy leżały w stosach na ziemi, w kufrach i sakwach, przecinały nurt gładko płynącej przez środek jaskini rzeczki. Dziewczyna nigdy nie widziała piękniejszego miejsca. Bestia zwinęła się w kłębek pod ścianą, swoimi ślepymi oczami zdawała się patrzeć wprost na dziewczynę, po chwili mruknęła z zadowoleniem i zapadła w sen. Dziewczyna powinna ten czas wykorzystać na ucieczkę - ciesząc się z tego, że jeszcze żyje. Jednak nieodparcie coś ciągnęło ją do tych pięknych kryształów, wyciągnęła dłoń w kierunku najbliższego z nich... różany blask zgasł odrobinę, by zaraz rozpalić się jeszcze jaśniej. Pół-elfka poczuła ciepło, kryształ zachowywał się jak żywa istota, która próbowała znaleźć się jak najbliżej nowego przybysza. Było coś niezwykłego w tym niemal fizycznym kontakcie, elfka zaczęła czuć siłę większą niż kiedykolwiek w życiu, jednak przerażona tym kompletnie nowym doświadczeniem, odskoczyła od kryształu, zrywając kontakt. W tym samym momencie w głębi tunelu rozległy się ryk, fioletowo-łuski wybudził się ze snu i ryknął w odpowiedzi. Awelina schowała się za stosem kryształów tuż przed pojawieniem się w pieczarze czarnego smoka i jego jeźdźca. Smukły, wysoki mężczyzna o jasnych włosach zręcznie zeskoczył ze swojego wierzchowca, dzierżąc w ręku jeden z końców żelaznej siatki - drugi koniec w pysku trzymał jego czarno-łuski gad. Człowiek zaczął powoli obchodzić zaspaną istotę od boku, nie wydając przy tym najmniejszego dźwięku, w tym czasie gady rzuciły się na siebie, ewidentnie nie chcąc jednak sobie zrobić krzywdy. Czarny smok powalił mniejszego i wyzbytego energii pobratymca, wspólnie ze swoim jeźdźcem zarzucili na niego sieć, pysk został zamknięty w srebrnej obręczy. Sama obręcz wydawała się dość łatwa do rozerwania, był to jednak produkt zaklinaczy - magia zaklęta w środku nie pozwalała smokowi na podjęcie jakichkolwiek działań. Mężczyzna założył podobną obręcz, tym razem połączoną z łańcuchem, na jedną z łap.
- Słuchaj mała, to się musi skończyć. Nie możesz tak ciągle uciekać, na początku dostarczałaś mi rozrywki... ale po tylu latach to się zaczyna robić nudne...
Awelinie wyrwał się z ust okrzyk, gdy rozbił jeden z kryształów i odłamkami przytwierdził łańcuch do ściany, wtopiły się w skałę sprawiając, że łańcuch będzie niemożliwy do zerwania...przez jakiś czas.
Mężczyzna dał po sobie poznać, że ją usłyszał, co było sugestią, by się poddała i wyszła z kryjówki. O sekundę za późno rzuciła się w tył, by ukryć się znów za stosem kryształów...nieznajomy posłał w tamtym kierunku sztylet, który wbił się w rękaw jej koszuli.
- Choroba jasna! Mogłeś wbić mi go w rękę. - warknęła i wyszła, nakładając na głowę kaptur.
Dalsze ukrywanie się nie miało sensu, jeśli miała dzisiaj zginąć, to chociaż na swoich warunkach. Teraz, gdy bestia była w bezpiecznej odległości i przykuta do ściany, półelfka odzyskała werwę i pewność siebie. Oczywiście, ten nowy i większy smok był pewną przeszkodą - facet jednak zdawał się mieć go pod kontrolą. W pierwszej kolejności musiała martwić się tym wytatuowanym osobnikiem, który sekundę wcześniej rzucił w nią ostrzem.
- Kim jesteś i co tu robisz?
- Jeśli zechcesz mi sprecyzować, gdzie jestem, postaram się odpowiedzieć na twoje pytanie.
- Mam uwierzyć, że nie masz pojęcia, gdzie się znajdujesz? - prychnął.
Awelina znała Smoczy Fort jedynie z podań, od zawsze cała ta historia brzmiała dla niej bardziej jak mit, niż prawdziwe życie. Podświadomie może i zdawała sobie sprawę z tego, gdzie jest...tylko nie chciała się przyznać przed samą sobą. Ona, zwykła służąca, miałaby zostać zabrana przez smoka do Fortu? Dobre sobie. To by jednak tłumaczyło, dlaczego ten gad jej nie zjadł od razu - nie jest z Dzikich Gór, miał już kontakt z człowiekiem. Jest ze Smoczego Fortu, w którym właśnie się znajdowali. Spoglądając na uzbrojonego blondyna i czarnego potwora z wrogim spojrzeniem, zaczęła się zastanawiać, która opcja byłaby jednak lepsza.
- Po co mnie tu sprowadziłeś?
- To się robi coraz lepsze. Intruz wparowuje do najgroźniejszej twierdzy w Vinhii i pyta się, dlaczego go tu sprowadziliśmy.
- Najlepsza będzie część, w której osobiście cię wychłostam, chłopcze - rozbrzmiał głęboki, męski głos.
Wielki, brodaty mężczyzna z toporem na plecach wyłonił się z cienia w tunelu. Jasnowłosy natychmiast spuścił głowę, mamrocąc coś pod nosem. Brodacz był jednym z członków Rady, która decydowała o wszystkich działaniach frakcji Smoczych Jeźdźców...i nie należał do wyrozumiałych osób, o czym boleśnie mieli się zaraz przekonać.
- Miałeś jedno zadanie: sprowadzić to uparte smoczysko
z powrotem, zanim ktokolwiek się zorientuje. Strażnicy zdali raport, że sama tu wróciła...w dodatku z bagażem! Masz świadomość tego, że złamałeś jedno ze świętych praw? Nikt z zewnątrz nie postawił stopy w forcie od ponad...
- Pragnę zauważyć, że to nie jest jego wina. Nie może odpowiadać za działania tego...zwierzęcia, które mnie tu przyniosło - wtrąciła Awe, która zaczynała powoli rozumieć coś z całej sytuacji.
Ciszę, która nastała po jej słowach, przerwał odgłos uderzenia w policzek. Zaskoczenie. Metaliczny posmak ustach. Kaptur spadł jej z głowy, a ona sama ledwo zachowała równowagę. Miała ochotę serdecznie oddać cios temu wielkiemu dupkowi, ale była nawet bez szans na zamachnięcie się. Wyprostowała dumnie głowę i spojrzała w oczy Radnemu, pozwalając krwi płynąć.
- Elfka - wielkolud obrócił się gwałtownie na te słowa, które nie wydobyły się z usta żadnego z trojga. - Rumcajsie, nie waż się podnieść ręki na to dziecko.
Do wesołego grona dołączyła staruszka. Najstarsza i najbardziej szanowana członkini Rady, była dla każdego mieszkańca Fortu niczym troskliwa babcia. Mimo bijącej od niej empatii i życzliwości, nie cieszyła się zbytnią popularnością, ponieważ kontakt z nią mógł przynieść... niepożądane skutki - kobieta posiadała dar przepowiadania przyszłości, który objawiał się w różnych momentach. Nie każdy chciałby usłyszeć, że wkrótce straci swojego smoka lub prawą kończynę.
- Nemora - warknął - To moja interwencja.
- Widzę, mój drogi, że sobie ewidentnie nie radzisz ze swoimi emocjami - odpowiedziała spokojnie siwa kobiecina - Spójrz na to biedne dziewczę.
Awelina była w istocie istnym obrazem nędzy i rozpaczy: włosy miała zaplątane w kołtuny, przyozdobione w mech i zwiędłe liście, twarz zakrwawioną i ubrudzoną piachem, pomijając już drobne skaleczenia na niemal całej powierzchni ciała. Ubranie było poszarpane, a jednego buta musiała zgubić gdzieś w czasie lotu.
- Bracie Vinderdew - zwróciła się do wciąż pochylonego młodzieńca, który drgnął na dźwięk swojego nazwiska - Zaprowadź naszego gościa do łaźni.

Ostatnio zmieniony przez Amasanii (13-08-2021 o 13h50)


https://lh3.googleusercontent.com/-vm7PgXjGpbs/YLIxKrPKk-I/AAAAAAAAFCY/6Y_aLShOEnMiIq2tZVJGm7t3cAWtwvBpwCLcBGAsYHQ/s16000/miniaturka.png

Offline

#8 14-07-2021 o 23h30

Straż Cienia
Suzuya
Stażystka
Suzuya
...
Wiadomości: 46

____________________________________________https://fontmeme.com/permalink/210529/32a68f37f24ac4bc8a7d38b58ba10d9f.png
          Nie pamiętał, kiedy ostatni raz jego akcja była tak krótka. Ledwo z Satvarim zalecieli w pobliże lasu otaczającego jezioro, które wśród rekrutów nazywane było Milowym. Rzut kamieniem od niego leżała niewielka wioska, w której niektórzy rekruci oraz jeźdźcy pojawiali się z pergaminami zapieczętowanymi kolorowymi lakami Smoczej Rady. Tylko nieliczni mogli liczyć na oficjalne przepustki, które zezwalały im na opuszczenie twierdzy mieszczącej się na niższych szczytach północno-zachodniej Vinhii.
          Nim się zorientował, jego smok już zawracał gwałtownie pozwalając mu się utrzymać jedynie poprzez niewygodne wygięcie swojej długiej szyi. Seebra z rosnącym na twarzy zdziwieniem wpatrywał się w jasny kontur ciała smoczycy, która spokojnie kierowała się w stronę Smoczego Fortu, jakby kilka godzin temu nie próbowała z niego zaciekle uciec. Wielokrotnie smoki robiły dziwne rzeczy, kiedy odzyskały namiastkę wolności, jednak jeszcze nigdy same z siebie nie wracały do swojego leża. Satvari wydawał się być tak samo zaskoczony jak jego jeździec. Zwiadowca czuł napinające się twarde mięśnie, które w normalnych warunkach miały być dla niego ostrzeżeniem. Każdy smok posiadał zmysł, którzy ludzie zwykli nazywać szóstym. Potrafiły w niewielkim stopniu przewidzieć zachowanie przedstawicieli swojego gatunku, choć zwykle były to przeczucia ich bystrych umysłów. Urwisko i kostka piętrzącego się w górze Fortu zlały się w jeden niepewny kształt, wokół którego bałby się manewrować niewprawny jeździec. I choć młody Vinterdew bardzo długi czas również wolał omijać kontury zamczyska, bojąc się wówczas uszkodzenia skrzydeł Partiti, teraz z pewną nostalgią spoglądał na strzeliste wieżyczki, których dachy zdobiły kamienne gargulce. Jeszcze parę lat temu śmiałby się podczas podniebnego wyścigu, który po biegu wśród labiryntu korytarzy zakończyłby się w jego łóżku. Rzadko wpadali do izby Nerisa, gdzie zwykle spała niczego nieświadoma Via. Zdarzało im się to wyjątkowo rzadko, a jak już miało to miejsce to kończyło się niedelikatnym zrzuceniem stojących na komodzie przedmiotów na kamienną podłogę. Gdyby pięć lat temu nie ruszył z Nerisem na wschód to ich relacja rozwinęłaby się do tego stopnia, że inni nazywaliby to więzią i może Via nadal byłaby dla nich dzieckiem, a nie dojrzewającą kobietą. Gdyby nie zostali wysłani na front to życie byłoby lepsze. Normalniejsze.
          Wspominki przerwał mu głęboki pomruk Satvariego, który wprawił wnętrzności Seebry w przyjemne drżenie. Mężczyzna skupił swój wzrok na tunelu leża, w którym właśnie zniknęła biała smoczyca. Czarny gad posłusznie pomkną za nią, miękko lądując na niewielkim kamiennym występie. Następnie Satvari zaryczał groźnie, dając samicy do zrozumienia, że ma nad nią przewagę nie tylko w sile, ale również w doświadczeniu bojowym. Potem powoli sunęli do leża, z którego bił przyjemny blask kryształów. Kiedyś Seebra za nimi nie przepadał, ponieważ ich obecność w większości przypadków drażniła smoki jeszcze bardziej, jednak po odkryciu, że mają cudowne właściwości wiążące metal; zrozumiał, że ich obecność pod Smoczym Fortem jest zbawieniem. Smoczyca, spoczywająca aktualnie spokojnie na ziemi, odpowiedziała Satvariemu, jednak nie podniosła się ze swojego miejsca. Mierzyła ich spojrzeniem zupełnie białych ślepi, jakby próbowała zajrzeć im do głów. Młody Vinterdew nie przejął się jednak tym pokazem z jej strony. Zbyt wiele smoków próbowało go w ten sposób wystraszyć, jednak bezskutecznie. Dlatego zeskoczył zgrabnie z karku swojego wierzchowca i dał mu pojedynczy, krótki znak ręką by pomógł mu z siatką. I choć z pewnym wysiłkiem podniósł jeden z jej boków (drugą podtrzymywał czarny smok), udało mu się zarzucić ją na skrzydła białej bestii. I choć stawiała chwilowy opór, wystarczyło jeden ruch potężnej i szponiastej łapy Satvariego, aby zmęczona gadzina padła ponownie na grunt. Później Seebra sięgnął po, również dość ciężką, obręcz, których w Forcie było tylko kilka sztuk. Zrobili je na specjalne zamówienie Rady doświadczeni zaklinacze, aby Zwiadowcy dawali radę trzymać nienaznaczone smoki w ryzach. Metal z głośnym szczękiem zamknął się wokół smukłego pyska, a następnie podobną zapiął wokół przedniej łapy. Łańcuch przerzucił sobie przez ramię i dociągnął do ściany, starając się wymacać wolną ręką przyjemnie pulsującego energią różowego kryształu.
         - Słuchaj mała, to musi się skończyć – westchnął, zwracając się do białego gada. Nie zwracał uwagi na to, czy ta go słucha. – Nie możesz tak ciągle uciekać. Może na początku dostarczałaś mi rozrywki… Ale po tylu latach to zaczyna się robić nudne – mówił, odnajdując odpowiedni minerał. Rozbił do sprawnym uderzeniem łokcia, a następnie przyłożył ogniwo łańcucha do pulsującego wnętrza, które sprawnie rozpuściło metal i stworzyło mocne spoiwo. W tym samym momencie po leżu rozległ się dźwięk, którego w pierwszej chwili nie był w stanie określić. Na początku myślał, że smoczyca próbuje go wykiwać, jednak sekundę później zrozumiał. Ktoś krzyknął. Unosząc wysoko brwi rozejrzał się po jaskini, przyglądając się stercie kryształów, których cień zniekształcił się na ścianie. Seebra wprawnym, wyćwiczonym latami morderczych ćwiczeń, ruchem wyrzucił z cholewy buta niewielki sztylet i posłał go krótkim ruchem w stronę stosu. Neris żartobliwie nazywał owy sztylecik „nożykiem do listów”, ponieważ drobna klinga w kształcie liścia wierzby wyglądała w jego dużych dłoniach komicznie. Jednak w trochę mniejszych rękach Seebry owa broń była ostatnią deską ratunku i wielokrotnie ostrze tonęło w smoczych oczach, kiedy zdziczałe osobniki rzucały się na niego. Kiedy kryształy krzyknęły oburzone, a zza nich wypadła sylwetka młodej kobiety, półelf jedynie zmarszczył nieznacznie brwi i odwrócił się, by mieć intruza na oku. – Kim jesteś i co tu robisz? – zapytał zdawkowo, próbując lepiej przyjrzeć się obcej. Miała popielate włosy i długie, strzeliste uszy, których los pożałował Seebrze. Jej jasne oczy spojrzały na niego gniewnie, a zaraz potem nadeszła bezczelna odpowiedź, chciał tylko pomasować nasadę nosa w geście bezsilności. Chyba trafił na kogoś wyjątkowo głupiego. – Mam uwierzyć, że nie masz pojęcia gdzie się znajdujesz? – zapytał, doskonale maskując zaskoczenie w swoim głosie. Ta dziewczyna zdawała się być wyrwana z innej rzeczywistości. Wszyscy w promieniu kilkudziesięciu kilometrów doskonale znali ciemną sylwetkę Smoczego Fortu piętrzącą się nad miastami, wioskami i lasami. Satvari za jego plecami poruszył się lekko, jakby starając się przyjrzeć nieznajomej elfce nad ramieniem Zwiadowcy. Słysząc pytanie dziewczyny, nie był w stanie powstrzymać już wrogiego prychnięcia. Chyba naprawdę trafił na istotę o inteligencji kamienia. – To się robi coraz lepsze – parsknął, bardziej do siebie niż do dziewczyny, która mierzyła go wrogim spojrzeniem. – Intruz wparowuje do najgroźniejszej twierdzy w całej Vinhii i pyta się, dlaczego go tu sprowadziliśmy – powiedział, jednak nie dane było mu dokończyć, ponieważ przerwał mu niski głos.
          - Najlepsza będzie część, w której osobiście cię wychłostam, chłopcze.
          Seebra w sekundzie zesztywniał i pochylił głowę w uległym geście, przykładając jednocześnie prawą dłoń do lewego ramienia w geście pozdrowienia. Potężnie zbudowany, brodaty Rumcajs wyłonił się zza załomu tunelu i mierzył białowłosego ciężkim spojrzeniem. Vinterdew niemalże czuł jego siłę na swoich barkach, więc skulił się nieznacznie jakby miało mu to w czymś pomóc. Jakby ciężar nadchodzącej kary był mniejszy, choć tak nie było. Zestresowany oblizał wargi i przymknął powieki, wiedząc co zaraz usłyszy.
          - Miałeś jedno zadanie: sprowadzić to uparte smoczysko z powrotem, zanim ktokolwiek się zorientuje. Strażnicy zdali raport, że sama tu wróciła… W dodatku z bagażem! Masz świadomość, że złamałeś jedno ze świętych praw? Nikt z zewnątrz nie postawił stopy w Forcie od ponad…
          Ponad pięćdziesięciu lat. Wiedział o tym doskonale, ponieważ sam często powtarzał tą formułkę rekrutom, którzy pojawiali się na swoich pierwszych treningach w Smoczym Forcie. Nawet nie zwrócił uwagi na to co mówiła nieznajoma dziewczyna. Nie miało znaczenia, czy go broni, czy też obarcza winą za swoje przybycie tutaj. Potem jednak rozległ się dźwięk Seebrze tak dobrze znany, że aż sam się instynktownie spiął. Nie poczuł jednak niczego, dlatego zaskoczony podniósł wzrok i zauważył, że jasnowłosa łapie w ostatniej chwili równowagę. Nie ruszył się jednak z miejsca, aby jej pomóc. To nie była jego potyczka.
          - Elfka – kolejny głos poniósł się po jaskini i Seebra po raz kolejny przyłożył dłoń do ramienia w geście pozdrowienia, jeszcze niżej pochylając przy tym głowę. – Rumcajsie, nie waż się podnieść ręki na to dziecko – dodała Nemora, wchodząc raźnym krokiem pomiędzy nich.
          Członkini Rady wyglądała dokładnie tak, jak wszyscy ją sobie opisywali. Wyglądała bardzo kojąco, pomimo okropnej blizny ciągnącej się przez lewe oko. Siwe włosy spięte miała w skomplikowanego koka, którego większość życia nosiły arystokratki. Jej suknia w kolorze burgundu jak zwykle była skromna, długa i ozdobiona koronkowym dekoltem ze stójką.
           - Nemora, to moja interwencja.
           - Widzę, mój drogi, że sobie ewidentnie nie radzisz z emocjami. Spójrz na to biedne dziewczę – powiedziała, uśmiechając się delikatnie, jakby kpiła ze swojego młodszego przyjaciela. Była w Smoczej Radzie o wiele dłużej od niego i już doskonale wiedziała jak radzić sobie z jego wybuchami. Delikatnym ruchem ręki wskazała na umorusaną ziemią oraz pokrytą malutkimi skaleczeniami dziewczynę, która zdawała się być dalej oszołomiona uderzeniem. – Bracie Vinterdew, zaprowadź naszego gościa do łaźni.
          Seebra drgnął na dźwięk swojego nazwiska, ukłonił się nisko i następnie podszedł do nieznajomej, kładąc dłoń na jej ramieniu. Delikatnym ruchem popchnął ją przed siebie, aby ruszyła w stronę kraty oddzielającej leże od głównego korytarza. Kiedy mijali Nemorę, poczuł na ręce dotyk jej delikatnej dłoni. Zacisnął tylko mocniej szczękę i szybkim krokiem wyprowadził obcą poza jaskinię. Prowadził ją korytarzem, a następnie po wąskich i krętych stopniach w górę. Im wyżej się wspinali, tym więcej ciepłego powietrza docierało do ich ciał. Wyjście z podziemi zajęło im parę długich minut, podczas których pięli się wąską klatką schodową do pierwszego szerszego korytarza, po którym przemykało sporo młodych osób w szarych kaftanach. Gdzieniegdzie przebijała się pojedynczy biały lub czerwony płaszcz, przed którymi Seebra ulegle pochylał głowę i starał się jak najszybciej ich ominąć, starając się jednak cały czas prowadzić elfkę koło siebie. Do łaźni wcale nie było daleko, a kiedy na horyzoncie zamajaczyła białowłosemu charakterystyczna czarna czupryna, Zwiadowca odetchnął z ulgą.
          - Vi… Jeźdźcu Vio! – krzyknął, stawiając w ostatniej chwili na formalny ton. W końcu nadal zwracał się do kogoś wyższym rangą, nawet jeśli była to prawie jego młodsza siostra. – Proszę o zaczekanie! – dodał, widząc jak Via odwraca się powoli na dźwięk jego głosu. Usłużnie się zatrzymała, czekając aż Seebra wraz z elfką do niej dołączą. W jej zielonych oczach czaiło się wyraźne zaskoczenie. Wszak nigdy nie widziała swojego opiekuna z jakąkolwiek kobietą.
          - Coś się stało, bracie Vinterdew? – spytała lekko, zarzucając czarne włosy na plecy i odsłaniając delikatny, czarny malunek na prawym policzku.
          - Czy mogłabyś, jeźdźcu Vio, zając się gościem Smoczej Rady i pomóc jej oporządzić się w damskiej łaźni? – poprosił, posyłając dziewczynie umęczone spojrzenie. Czasami nie miał serca jej zawracać głowy. – Muszę jeszcze pospieszyć na ważne zebranie z Radą, jednak odbiorę gościa i zaprowadzę ją do odpowiedniej izby. Postaram się nie spóźnić – powiedział, pochylając głowę i oczekując na werdykt ze strony podopiecznej.
          - Ależ oczywiście, nie ma problemu bracie Vinterdew – odpowiedziała Via, uśmiechając się lekko i dotykając szybkim ruchem czoła Seebry. – Będziemy oczekiwać twojego powrotu.
          Białowłosy wyprostował się i pozdrowił je, odwracając się następnie i kierując się tylko sobie znaną drogą na wewnętrzny dziedziniec. Labirynty wysokich korytarzy były na pierwszy rzut oka zdradliwe, jednak zaskakująco łatwo szło się uczyć licznych tras. Dlatego nie zwlekając ani chwili Zwiadowca parł przed siebie, pochylając głowy przed jeźdźcami, których mijał na swojej drodze. I choć znaczna większość z nich go ignorowała, zdawało mu się, że słyszał na plecami ciche śmiechy co poniektórych. I nie mógł mieć im tego za złe, mieli do tego prawo. Przecież już nie był prawdziwym jeźdźcem, a swoim prześladowcom nie mógł nawet spojrzeć w oczy. Dlatego kiedy wypadł przez boczne drzwi na plac treningowy, czuł się spokojniejszy. Tutaj mogli czekać na niego nieliczni. Obrzucił pojedynczym spojrzeniem tonący w świetle księżyca dziedziniec, zauważając już trzy osoby stojące przy wbitym w ziemię pręgierzu. Wziął głęboki wdech, a następnie rozsznurował zapięcie skórzanej kurty, spod której wystawała jeszcze jasna koszula niemalże zlewająca się swoim kolorem z odcieniem skóry Seebry. Nie czekając na nic, pozwolił się pchnąć na ziemię, kiedy podszedł i odmówił wzięcia między zęby knebla. Oparł spocone czoło o szorstki materiał, którym owinięty był pręgierz i posłusznie dał związać sobie dłonie po drugiej stronie słupa. Czuł jak Gallas – ubrany w piękny, szkarłatny kaftan jeździec – zrywa mu z pleców koszulę, a potem słyszał jak odchodzi by kopnąć porzuconą chwilę wcześniej na ziemi kurtkę. W następnej chwili nie było niczego. Tylko świst, napięcie mięśni i ból, który przeszywał do szpiku kości.
          Nie wiedział ile razy oberwał. Obraz ciemniał mu przed oczami, a on sam chwiał się dłuższą chwilę, kiedy w końcu rozwiązano mu ręce. Bolało go całe ciało, chociaż w tej chwili nie był w stanie nazwać żadnej jego części. Plecy paliły go żywym ogniem. Oddychając ciężko wzniósł wzrok do gwiazd, spoglądając w spokojne nocne niebo. Cóż… Najwyraźniej wszyscy, których już nie było byli świadkami jego upokorzenia. Powolnym krokiem odszedł od pręgierza, starając się oddychać równomiernie i odepchnąć od siebie ból. Spoglądał na pokrytą kurzem i ziemią kurtkę, po którą schylał się dłuższą chwilę. Najdelikatniej jak tylko mógł, wciągnął ją na siebie i zasznurował ciasno, jakby nic się nie stało. Jeszcze parę razy odetchnął, a potem sięgając do wszystkich pokładów swojej żelaznej kontroli opuścił wyprostowany dziedziniec żwawym krokiem. Tą samą ścieżką, którą pokonał jakiś czas wcześniej (ból i gwiżdżący w uszach świst zaburzyły jego poczucie czasu), wrócił i skierował się w stronę kobiecej łaźni, której drzwi były przyozdobione wyrzeźbionym symbolem róży. Na korytarzu czekały na niego Via i nieznajoma, rozmawiając. Obca ubrana była w prosty strój złożony z skórzanych pantofli, prostych spodni i lnianej koszuli z sznurowaniem na dekolcie. Najwyraźniej ktoś życzliwy, może nawet sama Via, użyczył jej ubrań. Seebra na widok swojej podopiecznej pozdrowił ją, pochylając się nieznacznie.
          - Jeźdźcu Vio, bardzo dziękuję za zaopiekowanie się gościem Rady. Pozwolisz, że teraz odprowadzę gościa do jego pokoju – powiedział.
          Nie otrzymał odpowiedzi, a jedynie muśnięcie palców na czole. Z nieznacznym uśmiechem rzucił Vii miłe spojrzenie, a następnie chwycił intruza za ramię i prowadził koło siebie, aby przypadkiem nie myślała o tym, aby mu uciec.
           - Mam nadzieję, że jeździec Via dobrze się tobą zaopiekowała – stwierdził, starając się utrzymać swoją minę obojętną. Szli przez dłuższą chwilę w ciszy, a korytarze pustoszały w zatrważającym tempie. Większość mieszkańców wybierała się już na spoczynek. Seebra stanął z elfką przed prostymi drzwiami z żelaznym okuciem. Otworzył je sprawnym ruchem, wpuszczając światło z korytarza do środka. – To twoja izba na dzisiejszą noc. Rano stawię się po ciebie, aby zaprowadzić cię przed oblicze Smoczej Rady – poinformował ją, pozwalając się dziewczynie rozejrzeć po prostym wnętrzu. – Miłej nocy – dodał na odchodne.
          Pokonał czternaście korytarzy i piętnaście zakrętów, zanim znalazł się przed drzwiami swojej izby. Nie zdziwił się nawet, że Via siedziała na jego łóżku i mierzyła go ponurym spojrzeniem. Przy niej już nie musiał wyglądać, jakby nic mu się nie stało. Dlatego kiedy tylko zamknął drzwi, jego usta opuściło udręczone westchnienie i jęk bólu, które zlały się w bliżej nieokreślony dźwięk. Rwanie w plecach zaatakowało go z nową siłą, kiedy z pomocą szesnastoletniej podopiecznej próbował zdjąć ciężką kurtę. Po oderwaniu jej od ran czuł już tylko gorący strumień płynący wzdłuż kręgosłupa.

Ostatnio zmieniony przez Suzuya (14-08-2021 o 15h23)


https://64.media.tumblr.com/4c9153591bd11b6f5bc681e84f1aa8d6/21cf7730123c3bbf-ee/s400x600/b8c1d966b15b5f96d26ecd83b1e273c8abfff172.jpg

Offline

#9 17-07-2021 o 00h00

Straż Absyntu
Amasanii
Stażystka
Amasanii
...
Wiadomości: 59

__________________________________________________________ https://lh3.googleusercontent.com/-XVnU39IcPxw/YLIfg8luvCI/AAAAAAAAFCA/Klm9L-wjOroHCA2B-O-KK9hg2IxvSAXfwCLcBGAsYHQ/cooltext385334944145764.png

____________________________________________________

        Białowłosy przyłożył prawą rękę do lewego ramienia i schylił się lekko, oddając ją młodej kobiecie pod opiekę. Półelfka, nawykła do kierowania takich gestów wobec swojej pani domu, odpowiedziała tym samym - czego mężczyzna nie mógł zauważyć, bo już zniknął w korytarzu obok. Jeździec Via była wysoką, czarnowłosą elfką, na pierwszy rzut oka czystej krwi. Jej uszy były idealnej długości, spiczaste na końcach i przyozdobione perłowymi kolczykami, nos prosty i iście królewski, a jej gładka na każdym centymetrze skóra lśniła od wpadającego z małego okna światła. Awe poczuła w tym momencie wstyd przed swoim pochodzeniem i szybko nałożyła na głowę kaptur.
  - Chyba nie zamierzasz kąpać się w ubraniu? Z resztą jest dziś tak gorąco, Rhorn daje do pieca cały dzień. - zaśmiała się i zaczęła machać ręką, jakby miało jej to dać jakikolwiek powiew chłodu.
Nie czekając na odpowiedź złapała ją za nadgarstek i wciągnęła w labirynt korytarzy, które zdawała się znać tak dobrze, że mogłaby iść tu po omacku...w przeciwieństwie do swojej towarzyszki, która na pewno nie umiałaby wrócić tą samą drogą.
Zatrzymały się dopiero przed dużymi, mosiężnymi drzwiami z wymalowaną na środku czerwoną różą.
  - Nie stój tak, pomóż mi pchnąć to diabelstwo - czarnowłosa obdarzyła ją powalającym uśmiechem.
W pomieszczeniu było ciasno, większość przestrzeni wypełniały szafki i ławy do siedzenia, na ścianie ktoś namalował czarna farbą sylwetki smoków.
  - Wy to chyba macie obsesję na punkcie tych gadów
  - O, jednak umiesz mówić - rzuciła w nią ręcznikiem - Rozbieraj się.
Białowłosa nieraz musiała się rozebrać w czyjejś, zazwyczaj niepożądanej przez nią, obecności...teraz jednak jej nieśmiałość miała inne źródło - tamta dziewczyna była idealna w każdym calu, jej długie do pasa włosy lśniły swoim własnym blaskiem, a kształtów zazdrościłby cała żeńska część Vinhii. Awelina nie była wyjątkiem. Nie mogła się powstrzymać przed zerkaniem na tą piękną dziewczynę, która doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest obserwowana i najwyraźniej jej to nie przeszkadzało, a gdy stała już na posadzce tak, jak ją Bogowie stworzyli - półelfka jedyne, co miała nagie, to stopy.
  - Rozbierzesz ty się czy sama mam zedrzeć z ciebie to ubranie?
Mimo że słowa te miały wydźwięk żartobliwy, jasnowłosa skuliła się i zrobiła krok w tył. Via zmierzyła ją podejrzliwym wzrokiem, który zaraz zelżał i przerodził się w wyraz troski.
  - Chodź, nikt cię tu nie skrzywdzi. Pomogę ci. - wspólnymi siłami oddzieliły zakrwawione ubranie od ciała. Obijanie się o smocze pazury nie należało do najprzyjemniejszych - Tak w ogóle to nazywam się Naviathaliene. Qiel est heter tu? - jej głos zabrzmiał bardziej gardłowo w elfim języku.
Awelina w całym swoim życiu nie słyszała ani jednego słowa po elficku, nie miała więc pojęcia, co elfka właśnie powiedziała.
- Oh, nie mówisz po elficku, przepraszam. Zapytałam, jak masz na imię. - wydawała się lekko zmieszana tym nieporozumieniem
  - Awelina. Nie jestem z Castii, całe życie spędziłam niedaleko Dzikich Gór.
  - Jesteś pewna? Bo to znak klanu Gwueblaid. - wskazała na biały, praktycznie niewidoczny ślad pod lewą piersią.
  - To tylko blizna. - dziewczyna nie chciała przyznać, że jej serce zabiło mocniej na myśl, że mogłaby przynależeć do jakiejś społeczności.
Via musiała rzadko widywać swoich czystokrwistych pobratymców, skoro nie zauważyła subtelnej różnicy w kształcie uszu Aweliny, która uznała, że małe przemilczenie jej pochodzenia nikomu nie zaszkodzi. W końcu i tak długo tu nie zabawi.
  - Jak uważasz - odpowiedziała dyplomatycznie - Chodź, pewnie przynieśli już ciepłą wodę.
Faktycznie, w przebieralni zaczęło się robić duszno, ale nie mogło się to równać z temperaturą w kolejnym pomieszczeniu, gdzie zrobiła się istna sauna. Na środku stała wielka balia wody, w której można by ugotować zupę z trolla. Nie, żeby ktoś chciał jeść te śmierdzące stworzenia. Półelfka weszła chwiejnym krokiem na strome schodki - jeden nieostrożny krok mógłby ją kosztować złamanie karku. Wszyscy w tym miejscu zachowywali się, jakby mieli własne skrzydła. Spotkanie z wodą dla białowłosej początkowo nie było zbyt przyjemne, ponieważ podrażniło otwarte rany. Potem, gdy już przywykła, woda stała się idealna, koiła zmęczone mięśnie i dawała bezpieczeństwo. Obie z radością zanurzyły się po szyję, Via powoli wyciągała z jej włosów gałązki i liście, nucąc przy tym jakąś elficką kołysankę. Białe włosy wreszcie swobodnie mogły opaść na podrapane ramiona, Awelina nie mogła odpędzić się od myśli, że wyglądają marnie w porównaniu do tych należących do siedzącej z nią dziewczyny.
  - Mam nadzieję, że wiesz, co to mydło - zaczęła się nacierać fioletową kostką.
Osobowość elfki można było nazwać "komfortową", nie była sztucznie miła ani otwarcie wroga, starała się traktować gościa Fortu jak równą sobie - co jednak kłębiło się pod tymi ciemnymi kosmykami, tego nikt nie wiedział.
  - Różne rzeczy można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że chodzę brudna - zaśmiała się lekko.
Via spojrzała na nią wymownie.
  - Przed naszą kąpielą byłaś w godnym pożałowania stanie.
  - Miałam dzisiaj parę przygód.
Awelina nie wiedziała, na ile może sobie pozwolić w kwestii powiedzenia prawdy, ciemnowłosa nie zaczepiała tematu pojawienia się Awe w Forcie, logicznie można założyć, że nikt nie miał czasu jej wtajemniczyć w okoliczności. Mydełko miało zapach paczuli i lekko wyczuwalnej lawendy - za chwilę będzie pachniała nim od stóp do głów, ale na szczęście lubiła ten zapach. Jej towarzyszka zniknęła na chwilę, by zaraz pojawić się z kompletem tkanin.
  - Może i mamy tu surowe warunki, ale czystej pościeli i ręczników nigdy za wiele.
- Dobra, daj, może i jestem ze wsi, ale umiem się sama wytrzeć - półelfce widocznie udzielił się dobry nastrój i humor Vii.
  - Obyś też umiała się sama podetrzeć.
Białowłosa odwróciła się tyłem do niej i uśmiechnęła szeroko, nie chcąc dawać dziewczynie tej satysfakcji.
         Wyszły z łaźni, Awe najchętniej położyłaby się już spać, Via jednak wyjaśniła, że to Seebra - mężczyzna, który ją znalazł - został przydzielony do opieki nad nią i dostałby surową karę, gdyby ktoś ją przyłapał bez niego. - No, masz, chyba nosimy ten sam rozmiar, pasują jak ulał.
  - Wątpię - prychnęła Awelina, lustrując powalająca figurę elfki.
  - Uwydatnia ładnie twój biust, powinnaś je zatrzymać. Będą się jeszcze za tobą uganiać.
  - Ja.... dziękuję - przypomniała sobie, że jej ubrania są praktycznej w strzępach. - Jeśli wszyscy mężczyźni tutaj są jak jeździec Vinterdew, to szczerze wątpię. Nawet nie potrafi na mnie spojrzeć.
Twarz ciemnowłosej momentalnie zmieniła swój wyraz na poważny. Jasnowłosa zaraz pożałowała swojej szczerości.
Choroba jasna....czy oni dwoje...
  - To nie jest do końca jego wina, musiałabym ci wyjaśnić panujące tutaj zasady. Z resztą on...woli inne towarzystwo.
         Ledwie to powiedziała, a z końca korytarza wyłonił się obiekt ich rozmowy. Początkowo ucieszyła się na widok blondyna, który uratował ją z niezręcznej rozmowy. Seebra na widok Vii pozdrowił ją, pochylając się nieznacznie - kompletnie ignorując stojącą obok półelfkę, która chciałaby faktycznie zapaść się w tym momencie pod ziemię.
  - Jeźdźcu Vio, bardzo dziękuję za zaopiekowanie się gościem Rady. Pozwolisz, że teraz odprowadzę gościa do jego pokoju – powiedział i złapał ją stanowczo za ramię, ciągnąc ją za sobą i uniemożliwiając dziewczynom należyte pożegnanie.
  - Mam nadzieję, że jeździec Via dobrze się tobą zaopiekowała - rzucił jakby od niechcenia
Na pewno lepiej, niż ty.
Resztę drogi do jej nowego lokum odbyło w ciszy, przerywanej jedynie pojedynczymi krokami ludzi udających się do swoich kwater na spoczynek. Zatrzymali się przy drzwiach, które wyglądały jak dziesiątki innych w tym korytarzu. Weszła do środka, rozglądając się po oświetlonym jedynie jedna świecą pomieszczeniu. Było tam łóżko, komoda, stół z dwoma krzesłami i umywalka - był to zdecydowanie dobry standard, jak na jej gust.
  - To twoja izba na dzisiejszą noc. Rano stawię się po ciebie, aby zaprowadzić cię przed oblicze Smoczej Rady. Miłej nocy. - zamknął jej drzwi przed nosem, zanim zdążyła cokolwiek z siebie wydobyć.
  - Co za nieprawdopodobny głupiec - zacisnęła pięści, siadając ciężko na pojedyncze łóżko.
Przywykła do drwin, obrzucania kamieniami i plucia - jednak obojętność tego osobnika doprowadzała ją do pasji. Nie była osobą, którą łatwo zdenerwować, ale gdy już się komuś to udaje, to rozpętuje się istny Armagedon.
        Chciała wymyślić jakie przemówienie, by bronić się jutro przed Smoczą Radą i ewentualnymi fałszywymi oskarżeniami, jednak gdy tylko jej głowa dotknęła poduszki, dziewczyna zapadła w objęcia Morfeusza.

Ostatnio zmieniony przez Amasanii (17-08-2021 o 10h07)


https://lh3.googleusercontent.com/-vm7PgXjGpbs/YLIxKrPKk-I/AAAAAAAAFCY/6Y_aLShOEnMiIq2tZVJGm7t3cAWtwvBpwCLcBGAsYHQ/s16000/miniaturka.png

Offline

#10 17-07-2021 o 16h15

Straż Cienia
Suzuya
Stażystka
Suzuya
...
Wiadomości: 46

____________________________________________https://fontmeme.com/permalink/210529/32a68f37f24ac4bc8a7d38b58ba10d9f.png
          Tej nocy po raz pierwszy od dawna nie przyszły koszmary. Sen Seebry był lekki, jednak z pewną radością czuł za sobą uspokajającą obecność Vii. Po pierwszym przemyciu otrzymanych wieczorem obrażeń i opatrzeniu ich, została z nim układając się na sienniku. Przytulała się do jego pokaleczonych pleców przez poduszkę, starając się za wszelką cenę nie podrażnić ran. Oddychali w zgodnym rytmie, dzieląc między sobą wiele niewypowiedzianych słów. Świt nadchodził wielkimi krokami, a przez okno do izby zaczynało wpadać jasne światło poranka. Zwiadowca wiedział, że musi już powoli wstawać, jeśli chce odświeżyć się w łaźni, a następnie ubrać w odpowiedni strój. Jednak nie był jeszcze gotowy, aby rozpocząć dzień. Powolnym ruchem uchylił powieki, mając uczucie deja-vu. Już kiedyś spotkał się z tą sytuacją…
          Drgnął gwałtownie, kiedy drobna dłoń musnęła jego białe włosy. Via delikatnie nawijała kosmyki na swoje smukłe palce. Zdawało się, że robiła to instynktownie, nie zdając sobie sprawy z tego ruchu. Seebra westchnął cicho, przymykając na powrót oczy.
          - Nie zachowuj się jak brat, Vio – mruknął, starając się uspokoić szybciej bijące serce.
          - Wybacz – szepnęła, nie przestając jednak przeczesywać włosów mężczyzny. – Pamiętam jak z Nerisem potrafiliście tak trwać całe godziny – dodała, uśmiechając się pod nosem.
          Młody Vinterdew poruszył się niespokojnie, czując nad sobą widmo wspomnienia. On również doskonale to pamiętał. Długie palce szczypiące go po okrągłych, zupełnie nie elfich, uszach, cichy śmiech ginący w przytłaczającej ciszy spokoju, czułe spojrzenie fiołkowych tęczówek. Delikatne pocałunki przesuwające się od ust, aż do krzywych żeber. Zmieszane na chwilę oddechy. Powolnym ruchem sięgnął do twarzy i przetarł zmęczone oczy. Nie miał czasu, aby wracać do tamtych dni.
          - Ja też – westchnął mimowolnie, podnosząc się i siadając na brzegu łóżka. Wyrwał się spod wścibskich dłoni Vii, chowając twarz w dłoniach. – To wtedy było… bezpieczne – powiedział wstając.
          Plecy rwały go tępym bólem, który swoją intensywnością zaciemniał obraz przed oczami. Ten dzień miał być jednym z gorszych. Jednak nikt by mu nie pozwolił na chwilę odpoczynku. Obowiązki należało wykonać, niezależnie od stanu w jakim się znajdował. Powolnym krokiem podszedł do stolika, na którym stała przyniesiona wczoraj przez Vię misa z wodą oraz pływająca w niej czysta szmatka. Seebra ubrany jedynie w wczorajsze, robocze spodnie z rozmysłem chwycił tkaninę i nie wyciskając jej, zarzucił ją sobie na jasny kark. Pozwolił, aby zimna woda spływała mu po poranionych plecach i torsie. Zacisnął zęby i czekał, aż organizm przyzwyczai się do chłodu. Pochylił się, napinając powoli wszystkie mięśnie i rozruszać nieznacznie obolałe ciało. Czuł na sobie palące spojrzenie podopiecznej.
          - Co takiego zrobiłeś, że cię ukarali?
          Wiedział, że to pytanie w końcu musiało paść. Wczoraj elfka miała na tyle taktu i nie pytała. Bez słowa pomogła mu się podnieść i rozebrać. Teraz nadszedł czas przesłuchania.
          - Nic takiego… Nie wykonałem swoich obowiązków tak jak powinienem – przyznał, przypominając sobie pierwsze spotkanie z jasnowłosą, obcą dziewczyną.
          - Żartujesz sobie?! – krzyk Vii poniósł się po pokoju, kiedy zerwała się z łóżka i podeszła do niego pewnym krokiem. – Za głupie niedopatrzenie wyryli ci na plecach coś co mogłoby robić za mapę Dzikich Gór?
           - Nie to nie było zwykłe niedopatrzenie – stwierdził, zsuwając szmatkę z powrotem do misy, kiedy przyniosła mu namiastkę ukojenia. – Nieważne – uciął, chcąc jak najszybciej zakończyć tę dyskusję. – Muszę iść się umyć, a potem pójdę po gościa Rady – powiedział, spoglądając w stronę szafy.
           Wisiały w niej już od pięciu lat te same ubrania. Czarne kaftany, ciemne koszule, skórzane spodnie i wygodne buty. Kiedyś w pokoju wisiało jeszcze duże lustro, jednak Vinterdew strzaskał je jakieś cztery lata temu. Nie był w stanie patrzeć na swoją wytatuowaną twarz, nie potrafił się opędzić od wspomnień, które widział w szklanej powierzchni. Via natomiast przeczesała ciemne włosy i pokręciła głową. Czasami zrozumienie Seebry nie szło jej tak sprawnie jak sądziła.
          - Wiesz… Gość Rady… Ona ma imię.
          Zwiadowca posłał jej zaskoczone spojrzenie spod uniesionych brwi. Zaraz jednak stracił zainteresowanie elfką, wracając do wybierania rutynowego stroju.
           - Och, doprawdy? To ci zaskoczenie – sarknął. Niemniej jakaś jego cząstka cieszyła się, że dziewczyny znalazły jakąś nić porozumienia. – I jak ma na imię?
           - Awelina – powiedziała pewna siebie, krzyżując ramiona pod biustem.
           Seebra powoli pokiwał głową, starając się zapamiętać to imię. Słyszał je w życiu po raz pierwszy, a przynajmniej tak mu się zdawało. Wśród elfów królowały długie i skomplikowane imiona, których wymowa mogła sprawiać problem zwykłym ludziom. To nie było imię elfa z Castii. Z lekko zmarszczonymi brwiami spojrzał na Vię, która mierzyła go czujnym spojrzeniem. Nadal miała na sobie ubrania, które ubrała po wieczornej wizycie w łaźni. Tamta dziewczyna nie mogła sama kręcić się po korytarzach Smoczego Fortu sama.
          - Mogę prosić cię o przysługę? – spytał, chwytając w dłoń płócienny worek, do którego zaczął pakować świeże ubrania. Nie doczekując się twierdzącej odpowiedzi, zdecydował się kontynuować. – Mogłabyś pójść po gościa Rady i pójść z nią do jadalni, kiedy tylko zabije kościany dzwon? Ja w tym czasie chciałbym skorzystać z okazji i pójść do łaźni – powiedział, chwytając w dłoń wczorajszą kurtkę i próbując ją wciągnąć na siebie.
           - Jeszcze się pytasz? Oczywiście, że po nią pójdę. Będziemy wypatrywać cię z miejsca przy naszym stole – powiedziała, chichocząc.
           Zaraz potem opuściła pokój, kierując się do swojej kwatery. W końcu ona również musiała założyć na siebie szary uniform kadeta, a potem zjeść serwowane w głównej jadalni śniadanie. Seebra odczekał parę minut, zarzucając na kurtkę długi płaszcz i wciągając na jasne włosy kaptur. Później wyszedł na korytarz, zamykając za sobą drzwi i postukując stalowymi, płaskimi obcasami butów. Kierował się korytarzami w stronę bocznego wyjścia z Fortu, które prowadziło prosto poza mury. Na szczęście po Forcie nie kręciło się jeszcze zbyt wiele osób, przed którymi musiałby zniżać głowę. Tam, poza murami, kierując się wydeptaną oraz wysypaną jasnymi kamieniami ścieżką na północ poprzez las, po paru minutach marszu dochodziło się do niewielkiego naturalnego zbiornika, z którego unosiła się delikatna para. Z trudem wspinał się pod górkę, starając się jednocześnie nie pochylać zbytnio. Miał wrażenie, że gdyby tak zrobił – plecy pękłyby mu wpół. Plusk wody i ciche rozmowy powitały Seebrę w łaźni przeznaczonej dla Zwiadowców. Widział wszystkie trzy kobiety w ich szeregach, które myły sobie nawzajem włosy nacierając je porządnie pachnącymi lawendą kostkami mydła. Podkochujący się w Vii Sirragh właśnie wnurzał się z siarkowej wody, otrzepując się jak pies. Śmiał się z żartu, który wypowiedział najstarszy w ich grupie Amadeus. Mógł być świeżo po trzydziestce, a skórę miał śniadą i upstrzoną na nosie ciemnymi piegami. Jego ciemnobrązowe, kręcące się włosy opadały mu kaskadami na ramiona. Czworo innych Zwiadowców właśnie ubierało się w czarne mundury, wymieniając się zdawkowo informacjami dnia poprzedniego. Widząc jednak Seebrę zamilkli i spuścili głowy, przyspieszając zakładanie ubrań. On natomiast szybko odwrócił od nich wzrok, zaczynając się rozbierać. Płaszcz z szelestem zwinął się wokół jego kostek, a w jego ślady poszła kurtka. Już przestał ukrywać przed Zwiadowcami żebra, które wystawały lekko pod dziwnymi kątami odznaczając się delikatnej skórze klatki piersiowej. Pod prawym obojczykiem miał wyraźne wgłębienie, którego nabawił się podczas pierwszego upadku z grzbietu Partiti. W tym jednym miejscu kości nie zrosły się prawidłowo, jednak nie było ono zbytnio zauważalne, kiedy stał wyprostowany. Zaraz potem pozbył się spodni oraz butów i wszedł powoli do źródła. Wziął głęboki wdech, kiedy rany weszły w kontakt z wodą. Amadeus podszedł do niego z rozłożonymi ramionami, jakby nie widzieli się całe wieki. Zatrzymał się w ostatniej chwili, marszcząc brwi. Na jego czole bladł już czarny tusz tatuaży, które spływały gładko z czoła poprzez skronie aż do podbródka; one również swoim kształtem przypominały smocze skrzydła, jednak w czasie spoczynku.
          - Słyszałem, bracie Vinterdew, że twój wczorajszy pościg za białą smoczycą miał zaskakujący finał.
          - Widzę, że nic się przed tobą nie ukryje, bracie Halt – przyznał z lekkim uśmiechem Seebra, zanurzając dłonie i potem przeczesując nimi włosy. Sirragh również skierował się w jego stronę. – Bracie Faet, czy mógłbym cię prosić potem o założenie opatrunku? – zapytał, posyłając brunetowi jasne spojrzenie.
          Sirragh wywołany pokiwał od razu głową, przyglądając się wczorajszym ranom, które nadal pulsowały krwią i groziły ponownym otworzeniem się. Wczoraj Via w pierwszym odruchu dała radę zatamować krwawienie. Amadeus również powoli odwrócił półelfa, aby przyjrzeć się szkodom. Wciągnął ze świstem powietrze przez zęby.
          - Rozumiem, że dopadł cię Radny Rumcajs? – spytał, choć odpowiedź była oczywista. – On zawsze się przykładał do chłosty, ale teraz przeszedł samego siebie. Ktoś mu towarzyszył?
          - Jeździec Gallas – potwierdził, a nim się obejrzał stała przy nim Janna.
          - On wyjątkowo nas nie trawi. Sądzi, że jesteśmy gorsi, bracie Vinterdew – powiedziała, przeczesując krótkie, rude włosy. – Ale, gdyby przyszło mu wykonywać naszą pracę to już dawno zmoczyłby spodnie – dodała, uśmiechając się złośliwie i odsłaniając diastemę między górnymi jedynkami.
          Wszyscy przyznali jej rację, choć nikt inny głośno tego nie powiedział. Kiwali głowami, mocząc się w cuchnącej siarką wodzie, nacierając się mydłami o woni lawendy. Amadeus w imię przyjaźni pomógł mu jeszcze umyć włosy, które spłukać pomogła im Janna. W ramionach, które sprawiały wrażenie za długich uniosła cebrzyk, którego zawartość wylała na głowę półelfa. Potem wszyscy wspólnie wyszli ze źródła, podając sobie nawzajem ręczniki, które poskładane były w równy stosik na jednym z płaskich kamieni. Nim Seebra się obejrzał, siedział na jednym z takich skalnych bloków i pozwalał Sirraghowi smarować sobie plecy znieczulającą maścią, której zielony kolor uzyskany z rozmarynu barwił bandaże. Ostry zapach zniknął w miarę szybko, ponieważ Zwiadowca zdołał się do niego przyzwyczaić. Sprawnie obandażowany tors oraz plecy nie ograniczały mu swobody ruchów, ani nie przeszkadzały przy próbie wzięcia głębszego oddechu. Po ubraniu skórzanych spodni oraz butów z wysokimi cholewami. Potem w towarzystwie reszty towarzyszy broni zaczął wciągać na ramiona czarną koszulę, którą musiał związać na wysokości lewego obojczyka. Jako ostatnią ubrał kurtkę, która miała ciasne sznurowanie po skosie. W ten sposób był gotowy, aby stawić się z innymi Zwiadowcami w jadalni. Schował brudne ubrania do worka, który miał zamiar odnieść przed śniadaniem do swojego pokoju. A gdy to już zrobił, właśnie wtedy Fortem zatrząsnął znajomy dźwięk. To kościany dzwon zwoływał wszystkich na śniadanie. W towarzystwie Sirragha, Amadeusa i Janny młody Vinterdew skierował się w stronę jadalni, gdzie powinna już przebywać większość jeźdźców i kadetów. Dotarli pod potężne drzwi, na skrzydłach których lśniły żelazne smocze sylwetki. W ich oczach błyszczały nieoszlifowane białe kryształy, których blask był widoczny dopiero, gdy zapalono smoczy jad w misach zawieszonych pod wysokim sklepieniem korytarza.
          Przepuścili jeszcze kilku jeźdźców w czerwonych kaftanach, a następnie prowadząc z pochylonymi głowami rozmowę między sobą, skierowali się w stronę swojego stołu. Na podwyższeniu za nimi stał potężny stół Rady z czterema wygodnymi tronami, a blat był zastawiony potrawami, o których niektórzy mogli tylko pomarzyć. Seebra usiadł pomiędzy bratem Faetem, a bratem Haltem, prowadząc z nimi dyskusję na temat nadchodzących zajęć z kadetami. Rudowłosa Janna przepychając się koło swoich dwóch sióstr broni – Derwy i Treviny – sięgnęła po drewnianą tackę, na której parowała w miskach ciepła owsianka. Podsunęła każdemu z przyjaciół po jednej, szturchając Amadeusa łokciem w bok.
          - Pamiętajcie, żeby poczekać z jedzeniem do przybycia przynajmniej jednego Radnego. Ostatnim razem o tym zapomniałam i musiałam zajmować się samotnymi patrolami nocnymi przez dwa tygodnie. Przewodniczący Flathorn stał mi nad głową, żebym przypadkiem nie miała towarzystwa. Straszna nuda…
          - Tylko ty, siostro Creswell, mogłaś rzucić się na jedzenie przed przybyciem przewodniczącego – parsknął półelf, uśmiechając się kącikiem ust. Obok niego Sirragh pomachał nieśmiało komuś w głębi sali, a Vinterdew podniósł wzrok. Napotkał tylko błyszczące, zielone tęczówki Vii, która machała w ich stronę energicznie.

Ostatnio zmieniony przez Suzuya (17-07-2021 o 18h57)


https://64.media.tumblr.com/4c9153591bd11b6f5bc681e84f1aa8d6/21cf7730123c3bbf-ee/s400x600/b8c1d966b15b5f96d26ecd83b1e273c8abfff172.jpg

Offline

#11 17-07-2021 o 20h24

Straż Absyntu
Amasanii
Stażystka
Amasanii
...
Wiadomości: 59

__________________________________________________________ https://lh3.googleusercontent.com/-XVnU39IcPxw/YLIfg8luvCI/AAAAAAAAFCA/Klm9L-wjOroHCA2B-O-KK9hg2IxvSAXfwCLcBGAsYHQ/cooltext385334944145764.png

____________________________________________________

         Ze snu wyrwało ją brutalne pukanie do drzwi. Czy ten wytatuowany gbur nie mógł dać jej paru godzin snu więcej? Zdecydowanie nie wstała dzisiaj prawą nogą. Zgodnie z dawnym obyczajem została wczoraj ugoszczona, ale dziś sytuacja wyglądała już inaczej, a jej wcale jej się nie spieszyło do lochów. Szans na ucieczkę miała dokładnie...zero. Średnich rozmiarów okno mogła swobodnie otwierać i zamykać, jednak na wyjście tamtędy nie było szans - do ziemi prowadziła długa na trzydzieści metrów droga w dół. Krzyknęła głośno, by dać jej chwilę na ogarnięcie się, jednak gdy zamiast męskiego głosu usłyszała rozentuzjazmowany szczebiot poznanej wczoraj elfki, odetchnęła z ulgą i otworzyła drzwi. Czarnowłosa stała w progu z wypełnioną wodą miską i przewieszonym przez ramię ręcznikiem, ta kobieta chyba zawsze wiedziała, czego akurat potrzebują inni. Po szybkiej toalecie Awelina z szarej, nocnej koszuli wskoczyła we wczorajszy
strój. Wczoraj była pewna, że nic ją nie obchodzi ta cała Rada...dziś jednak czuła dziwny ucisk w żołądku. W końcu ma stanąć przed Smoczą Radą z Fortu Ilbryen Yesjyre, o którym czytała w książkach z biblioteki Pani Rosy Dumpklin, jej przybranej matki - chociaż bardziej pasowałoby tu słowo "pracodawca". Państwo Dumpklingowie nie byli dla niej źli, właściwie to najmilsza rodzina, na jaką trafiła przez całe życie. Byli ludźmi w już w podeszłym wieku, bezdzietnymi i pragnącymi jedynie spokoju oraz porządku w gospodarstwie, w swojej łaskawości dali jej nawet własny pokój i nauczyli pisać i czytać, chociaż to pierwsze nie wychodzi jej najlepiej.         Po raz pierwszy przebiegła przez jej głowę myśl, czy jej szukają...tylko ona potrafiła ułożyć włosy swojej pani w zadawalający sposób, znała jej przyzwyczajenia i dziwactwa. Na pewno dostanie surową karę po powrocie do domu.
  - Ziemia do Liny, jadalnia jest w tę stronę - elfka pomachała jej dłonią przed oczami.
W swoim zamyśleniu poszła przed siebie, kompletnie ignorując to, że jej przewodnik skręcił w lewo.
  - Jak mnie nazwałaś? - zapytała nieprzytomnie
Zazwyczaj wołano na nią "ej ty!", "elfie nasienie" lub po prostu "Awelina", nikt nie bawił się w urocze skracanie jej imienia.
  - No wiesz, twoje imię jest trochę przydługie, na mnie też wołają po prostu Via, żeby było łatwiej.
  - Ta, Na...via...elene?
  - Naviathaliene - parsknęła śmiechem, ukazując swoje idealnie białe zęby - Jeśli chcesz, mogę cię nauczyć paru słów po elficku.
  - Obawiam się, że nie będziemy miały wystarczająco dużo czasu - mruknęła ponuro
         Jadalnia była wypełniona gwarem rozmów i smakowitymi zapachami, jednak nikt jeszcze nie jadł. Via wyjaśniła jej, że wszyscy muszą czekać na przybycie i pierwszy kęs Smoczej Rady. Elfka poszła na przód sali, by przywitać się z Seebrą, Awelina trzymała się na uboczu mając nadzieję, że mężczyzna jej nie zauważy. Ku jej zdziwieniu skinął jej delikatnie głową, na co odpowiedziała tym samym, wciąż zachowując dystans.
- Nie możemy usiąść ze Zwiadowcami, ponieważ są niżsi rangą, ale przede wszystkim to oni mają być żywą tarczą broniącą Rady w razie ataku. - złapała ją za rękę, ciągnąc w stronę stołów położonych bliżej drzwi. - Zwiadowcy nie są w stanie przywołać smoków. A, i za wszelką cenę muszą ochronić Święty Obraz.
Wspomniany obraz był witrażem o tak różnobarwnych kolorach, że Awe zaczęła się zastanawiać, czy jest w stanie wymienić je wszystkie z nazwy. Każdy ze smoków przedstawiony na tym dziele był tak bogaty w szczegóły i kosztowne zdobienia, że czuła się nieswojo patrząc na coś tak pięknego.
  - Dlaczego Zwiadowcy nie mogą przywołać swoich smoków? - wyrwała się z transu, siadając na rogu stołu obok Vii.
Parę osób w szarych strojach spojrzało na nią spode łba, ktoś nawet chyba parsknął śmiechem.
  - Technicznie rzecz biorąc, to nie są ich smoki - wyjaśniła cierpliwie, powabnym ruchem przerzucając czarne pasma na plecy - Zwiadowcy to jeźdźcy bez smoków, a smoki, na których jeżdżą, nie mają jeźdźców. Nadążasz?
  - Niezbyt, skoro mają siebie nawzajem, to dlaczego... - urwała, ponieważ szum rozmów nagle ucichł a sala wypełniona się zgrzytem odsuwanych krzeseł.
Środkiem sali kroczyła Smocza Rada. Na samym przedzie szedł, wspomagając się laską, zgarbiony brodacz o mądrym spojrzeniu, za nim kroczyła dobrze jej znana już sylwetka eleganckiej, ślepej na lewe oko staruszki - Nemory. Wytatuowany w runach Rumcajs obdarzył surowym wzorkiem całą salę, jakby gardził wszystkim i wszystkimi, za trójką radnych z podniesioną głową kroczyła jeszcze jedna kobieta, wyglądająca na drobinę młodszą od pozostałych.
Awelina poszła w ślady jeźdźców i wstała szybko, odwracając się w stronę czwórki z pochyloną głową. Gdy zajęli oni swoje miejsca przy stole na podniesieniu, reszta usiadła i z wyraźną ulgą zaczęła jeść śniadanie. Półelfka już wcześniej wiedziała, że wmuszenie w siebie chociażby jednego kęsa będzie nie lada wyzwaniem. Jeśli ma to być jednak jej ostatni posiłek w życiu (lub w ciągu następnych paru tygodni które zapewne spędzi w podziemnym lochu), na pewno nie będzie to zwykła owsianka. Sięgnęła ręką do kosza z owocami i wybrała truskawki, które wrzuciła do miseczki z jedzeniem. Słodki smak jej ulubionych owoców dodał tak potrzebnej w tym momencie otuchy.
        Zjadła większość i skupiła się na rozmowie między jeźdźcami. Z tego, co zrozumiała, byli jeszcze kadetami w trakcie szkolenia, dlatego nosili szare ubrania - po ukończeniu prób dostaną czerwone odzienie i pewną posadę w Forcie. Awelina przez chwilę mogła udawać, że jest jedną z nich: wybraną przez smoka przedstawicielką szlachty. Zauważyła już wcześniej, że praktycznie wszyscy mają w sobie tą niewymuszoną grację i maniery, których na pewno nie nauczyli się tutaj - byli z wysoko postawionych rodów, ich rodzice tworzyli prawo w swoich ojczyznach, byli właścicielami ziem, a może nawet hrabiami bądź książętami i księżniczkami.  Mieli wszystko to, o czym ona marzyła, a nawet i jeszcze więcej...dosiadali smoków. Nie wiedziała zbyt wiele na temat więzi smoka i jego jeźdźca, ale na pewno gdzieś czytała, że smok nie ugnie się pod nikim innym. Niemal wszystkie wojny w historii Atei toczyły się właśnie o kontrolę nad tymi stworzeniami, wielu głupców myślało, że posiadając samo jajo zmuszą wyklutego smoka do wytworzenia więzi, smoki jednak wykluwały się pięćdziesiąt lat przed przeznaczonym sobie jeźdźcem, więc porywacz dożywał swoich ostatnich dni - ponieważ niemal zawsze był to człowiek, najbardziej znienawidzona przez pozostałych rasa - we frustracji...a nawet, jeśli smok wykluwał się lub osiągał odpowiedni wiek, zanim uzurpator umarł, żadne kraty nie powstrzymały go przez ucieczką i znalezieniem prawdziwie przeznaczonego mu jeźdźca.
         Kościany dzwon rozbrzmiał raz jeszcze, obwieszczając koniec posiłku. Wszyscy powoli rozchodzili się do swoich zajęć, Smocza Rada musiała opuścić sale już wcześniej, ale półelfka dopiero teraz zanotowała ich nieobecność.
  - Mam nadzieję, że smakował ci posiłek. Mam rozkaz zabrać cię do Sali Rady. - blondyn dosłownie w sekundzie wyrósł za jej plecami
  - Jedzenie było wyborne, Jeźdźcu Seebro. Prowadź.
Pokonali dosłownie parę korytarzy, Sala nie była daleko od stołówki. Przez cały ten czas Awe wpatrywała się nieobecna w plecy Seebry, będąc myślami daleko od Fortu. Z zamyślenia wyrwało ją zderzenie ze skórzanym materiałem jego kurtki. Chłopak zatrzymał się przed dużymi drzwiami w kształcie smoczego pyska. Równie dobrze mogło być tu napisane "Sala Smoczej Rady".
  - Przepraszam - burknęła, robiąc krok w tył.

Ostatnio zmieniony przez Amasanii (17-08-2021 o 10h06)


https://lh3.googleusercontent.com/-vm7PgXjGpbs/YLIxKrPKk-I/AAAAAAAAFCY/6Y_aLShOEnMiIq2tZVJGm7t3cAWtwvBpwCLcBGAsYHQ/s16000/miniaturka.png

Offline

#12 04-08-2021 o 18h13

Straż Cienia
Suzuya
Stażystka
Suzuya
...
Wiadomości: 46

____________________________________________https://fontmeme.com/permalink/210529/32a68f37f24ac4bc8a7d38b58ba10d9f.png
          Ascetyczne śniadanie musiało wystarczyć Seebrze i reszcie Zwiadowców na dłuższą część dnia. Możliwość kolejnego posiłku pojawiała się dopiero gdzieś w okolicach późnego popołudnia, dlatego każda z misek po owsiance była pusta. Tylko oni mogli wiedzieć ile potrzebuje ich organizm, aby prawidłowo funkcjonować w ciągu dnia. Uczyli tego też kadetów, kiedy zauważali, że ich śniadania są zbyt obfite. Sirragh wskazał mu jedną postać w białym kaftanie, która zdawała się przejadać. Półelf zmarszczył nieznacznie brwi, a gdy rozbrzmiał kościany dzwon ogłaszający koniec posiłku, uprzejmie przyjął od siostry Creswell skórzane rękawiczki, które normalnie wykorzystywano do jazdy konnej. Przekroczył ławę, na której siedzieli i ruszył wzdłuż stołów mijając Vię, która pewnym krokiem podeszła do Asmodeusa. Niektórzy kadeci odwrócili się za nią, jednak nie powiedzieli nic. Poważna i ciążąca wokół obecność Seebry powstrzymała ich przed komentarzem. Zatrzymał się za plecami jasnowłosej elfki, której towarzyszyła wcześniej jego podopieczna.
          - Mam nadzieję, że smakował ci posiłek – powiedział, spoglądając w stronę pustego stołu Rady. Najwidoczniej opuścili ich już jakiś czas temu. – Mam rozkaz zabrać cię do Sali Rady – dodał, starając się wziąć głębszy wdech.
          Rany pod bandażem napięły się lekko, a on poczuł ulgę, kiedy wypuścił z płuc powietrze i odzyskał niewielką swobodę. Odczekał chwilę, aby dziewczyna dołączyła do niego. Wtedy usłyszał to, czego nikt mu nie powiedział od pięciu lat.
          - Jedzenie było wyborne, Jeźdźcu Seebro. Prowadź.
          Niezwykłymi pokładami silnej woli powstrzymał się, aby nie chwycić jej ramienia i opaść pokornie na kolana. W sekundę opanował przyspieszający oddech, rozpoczynające galop serce. Nie powinna się tak do niego zwracać. Był tylko nędznym Zwiadowcą. Człowiekiem, który latał pomimo obciętych skrzydeł. Znajdował się na szarym końcu hierarchii, a ona stawiała go na jej szczycie. Był niżej nawet od niej, więc nie rozumiał. Te myśli zaatakowały jego głowę z taką siłą, że przez krótką chwilę poczuł jak traci równowagę. Tego zwrotu zaprzestano używać już pięć lat temu, kiedy ludzie widzieli na nim charakterystyczną czerń oraz jeszcze gdzieniegdzie spływającą tuszem, zaczerwienioną twarz. Teraz już nic go nie bolało. Ciało zagoiło się, a tatuaże zblakły. Prześladowały go koszmary, do których po dzień nie był w stanie przywyknąć. Fala myśli zalała jego umysł, kiedy niemalże beznamiętnie prowadził Awelinę przez korytarze. Głowę miał cały czas pochyloną, aby nikt nie widział jego twarzy. Mijały ich większe grupy jeźdźców, którzy musieli się za jakiś czas pojawić na zajęciach z latania u Seebry. Nim się obejrzał, byli już na miejscu.
          Paszcza pełna ostrych stalowych zębów szczerzyła się w ich stronę. Smoczy pysk kunsztownie wykonany na obu skrzydłach drzwi, nawet nietutejszych i niezbyt bystrych ludzi, informował o dojściu do sali Wielkiej Rady. Półelf zatrzymał się tuż przed nosem żelaznej bestii i odetchnął cicho, zbierając odwagę. Wolał tak szybko nie stawać oko w oko z Radnym Rumcajsem, a jednak bogini fortuny Melodia miała wobec niego inne plany. Już właściwie miał plan, żeby pchnąć wrota, kiedy Awelina na niego wpadła. Ze świstem wciągnął powietrze przez zęby, zdławił w gardle nabierający kształtu jęk bólu i przestąpił pół kroku do przodu, aby kupić sobie czas. Spojrzał ponad ramieniem na elfkę, która była blada i zdawało się, że zaraz wyzionie ducha. Najwyraźniej nie tylko on stresował się przed spotkaniem z Radą.
          - Przepraszam – burknęła, cofając się, choć Seebra chwilkę wcześniej już zwiększył dystans między nimi. Zmierzył ją wzrokiem w tym czasie od stóp do głów, rejestrując w tym czasie wszystkie cechy jej wyglądu. Popielate włosy, bladą cerę, bliznę na twarzy, szpiczaste uszy. Pewnie nikt poza nim nie widział różnicy, ponieważ te Vii były bardzo podobne. Jednak niejaka Awelina uszy miała krótsze i kształtem przypominały łódkę, a te zaokrąglenia były sprawką ludzkich genów. Nie była elfką, a mieszkańcem tak jak on. Choć domyślał się, że niewprawne oko innych mogło nie wyłapać tej subtelnej różnicy. Sam Vinterdew miał w sobie więcej ludzkich genów matki niż elfich ojca. Posiadał charakterystyczne dla elfów ostre rysy twarzy oraz wysokie kości policzkowe, na których nie było sensu szukać śladów ludzkiego zarostu. Jednak tak jak większość mężczyzn pochodzenia człowieczego miał wyraźnie wystającą grdykę, chociaż w przeciwieństwie do nich jego włosy i oczy miały nienaturalnie jasny odcień. Uszy miał natomiast okrągłe, prawie ludzkie, których czubki były minimalnie szpiczaste. Jemu było daleko do elfa. Dziewczyna zmarszczyła brwi, a potem skrzywiła usta w grymasie, który zaalarmował Seebrę. Za długo się gapił, choć mogło to trwać góra kilka sekund. – No co?
          Zwiadowcy tylko podniosła się prawa brew, a jego oczach przemknęła iskra swego czasu rozbawienia.
          - Nic – odpowiedział prosto, wzruszając mimowolnie ramionami. Potem rzucił szybkie spojrzenie drzwiom. Czuł się zobowiązany, aby ją poinstruować. – Kiedy wejdziemy do środka podejdziesz aż pod same stopnie, pochylisz głowę, klękniesz i pozdrowisz Radnych. Przyłożysz prawą dłoń do lewego ramienia, ułożysz ją między sercem a obojczykiem. Będziesz mogła wstać dopiero, kiedy ktoś z Rady ci pozwoli. Rozumiesz? – zapytał kontrolnie.
          Jasnowłosa przewróciła oczami, a następnie powoli pokiwała głową. Jej mina poza zestresowaniem zdradzała pewne zniecierpliwienia.
          - A czego tu nie rozumieć?
          - Nie wiem – przyznał, biorąc dyskretnie głębszy wdech. – Rada po prostu czasami wmurowuje wszystkich w podłogę – stwierdził, popychając drzwi energicznie. Napięcie barków wiązało się z bólem, którego grymas powstrzymał. Musiał być twardy. – I nie zwracaj uwagi na smoki – dodał szybko półgłosem, ruszając przed siebie.
          - Co? Jakie smo…
          Seebra jednak ją zignorował. Szedł szybkim krokiem przez gruby, czerwony bieżnik rozwinięty na białym marmurze posadzki. Dywan był gruby, miękki i miało się wrażenie, że stopy w nim toną. Komnata była długa i wąska, a gwieździste sklepienie wsparte było na delikatnych i marmurowych kolumnach. Na samym końcu sali stały majestatyczne cztery trony, a na nich spoczywali wszyscy Radni. Przewodniczący Falthorn spoglądał na Zwiadowcę lewym, zapadniętym w oczodole okiem, na które nie opadły poprzetykane gęsto siwizną czarne włosy i powolnymi ruchami zaciągał się dymem z palonej właśnie fajki. Ponad Radnym unosił się gryzący, cierpki zapach heososu. Rzadkiej w Vinhii rośliny o czerwonych korzeniach, której palenie przynosiło przyjemne rozluźnienie, a jednocześnie nie otępiało umysłu. Po jego prawej zasiadała uśmiechnięta Nemora w szafirowej sukni, która do złudzenia przypominała tę, w której była wczoraj. Koronkowe rękawy, dekolt ze stójką, prosty krój. Najbardziej po prawej od przewodniczącego zasiadała Radna Sendara, której surowa niczym wyciosana w kamieniu twarz przedstawiała lekkie zainteresowanie sytuacją. Spośród wszystkich w Radzie najczęściej zwracała się do Zwiadowców, dlatego młody Vinterdew czuł przed nią inny rodzaj szacunku niż w stosunku do innych Radnych. Ta starsza, wstrzemięźliwa kobieta przypominająca wszystkim doświadczonego w bojach gronostaja traktowała ich trochę jak niesforne wnuki. Nigdy się nie uśmiechała, prawie w ogóle ich nie chwaliła, a jednak zawsze coś w jej postawie mówiło, że jest zadowolona z wykonywanych przez nich zadań. Tego można było się spodziewać po generale głównych sił powietrznych Ilbryen Yesjyre. Po lewej stronie przewodniczącego siedział rozparty wśród niedźwiedzich skór Rumcajs. Za stojącymi na podwyższeniu tronami rozciągał się piękny widok na fragment klifu, z którego smoki rozpoczynały lot oraz jasne, zasnute szarymi chmurami niebo. Poniżej natomiast była tylko bezkresna przepaść, której kamieniste dno można było zobaczyć dopiero przy możliwym przyjrzeniu się. Seebra tylko przelotnie spojrzał na swojego wczorajszego oprawcę i zatrzymał się w połowie długości komnaty. W kolorowego witraża spoglądała na niego jedna z Ośmiu – Lywea Szczodra. Półelf pochylił głowę, klęknął i przyłożył dłoń do ramienia w geście pozdrowienia. Zauważył kątem oka buty Aweliny, która zatrzymała się koło niego na chwilę. Nie mógł podnieść głowy, jednak w duchu modlił się, aby ruszyła dalej tak jak ją poinstruował wcześniej. I faktycznie po chwili ruszyła, a do jego uszu dotarł głos Sandary.
          - Spocznij, bracie Vinterdew.
          Mężczyzna pochylił głowę jeszcze niżej, jednak posłusznie wstał i spuścił luźno ręce wzdłuż ciała. Dziewczyna nadal szła przed siebie, aż w końcu stanęła przed obliczem Rady i dość sztywno, jakby nieprzyzwyczajona do okazywania szacunku w ten sposób, powtórzyła gest pozdrowienia w kierunku najstarszych. Przez chwilę po pomieszczeniu niosły się tylko wysokie piski miniaturowych, kolorowych smoków, które niczym ptaszki mknęły pod sufitem i ścigały się slalomem pomiędzy wspornikami. Ich obecność zdawała się nikomu nie zawadzać, dlatego i Seebrze one nie przeszkadzały. To był drogi i niezwykle rzadki gatunek tych latających gadów sprowadzany z głębokiego południa Lintii. Miniaturowe smoki nie ziały ogniem, nie pluły kwasem ani wrzątkiem, nie mogły nawiązać więzi z konkretnym człowiekiem. Były niegroźne i bardziej służyły jako ozdobne zwierzątka. Pozwolił, aby smoczek o amarantowej barwie przysiadł mu na ramieniu, a potem lekko pociągnął zębami za włosy.
          Nemora z szelestem sukni podniosła się ze swojego tronu, a potem ruszyła po stopniach w dół w stronę jasnowłosej dziewczyny.
          - Powstań dziewczyno – powiedziała, a jej głos był miękki jak welur. – Niech i reszta się przyjrzy twojej pięknej twarzy. – Awelina wstała, choć jej zesztywniałe ze stresu ciało zdawało się odmawiać posłuszeństwa. Stanęła oko w oko z prawą ręką przewodniczącego, który teraz zapadłym okiem łypał na półelfkę. Znowu zapadła cisza, podczas której wszyscy patrzyli tylko na nią. Później jasnowidząca znów zabrała głos. – Czuję, że twój pobyt tutaj nie jest przypadkowy. Czy pozwolisz, że dotknę twojej ręki?
          Seebra podniósł wzrok zaskoczony. On sam przeżył dotyk Radnej Nemory tylko raz. Zanim siłą wytatuowano mu twarz, a kiedy głosy w głowie mówiły mu, że życie bez Partiti i Nerisa jest gorsze niż piekło. Pamiętał zagłuszający wszystko ryk swojej smoczycy, kiedy próbowano odciąć jej skrzydła toporami, a potem w akcje miłosierdzia przebito ją trzema zatrutymi włóczniami. Czasami w koszmarach słyszał jej delikatny syczący głos, który uspokajał go i zapewniał, że wszystko będzie w porządku. Kiedy przyprowadzono go wtedy do Sali Rady, stał u progu szaleństwa. Głosy w jego głowie popychały go w stronę samobójstwa. A potem dotknęła do Radna Nemora i wszystko ucichło. Widział przed oczami rozgwieżdżone niebo, a potem zorzę polarną, a potem wiry kolorowego gwiezdnego pyłu. Zawsze słyszał tylko plotki, że ta starsza kobieta jest w stanie zobaczyć wspomnienia osoby, której dotyka oraz znacznie więcej. Coś co przechodziło z pokolenia na pokolenie. Teraz pewnie Seebra byłby zażenowany na myśl co musiała zobaczyć Radna. Znaczna większość jego wspomnień wiązała się z Nerisem oraz smokami w Forcie. Wtedy jednak nie miało to znaczenia. Uciszyła burzę w jego głowie, a potem kazała zaprowadzić go do podziemi. Ciekaw był co mogło spotkać po takim dotyku dziewczynę.
          - Tak – odpowiedziała, a w jej głos miał w sobie niepewną, pytającą nutę.
          - Którą ręką dotknęłaś smoka?
          Jasnowłosa ze zmarszczonymi lekko brwiami obejrzała swoje ręce, jakby nie była pewna czy w ogóle gada dotknęła. Seebra tego nie rozumiał. On doskonale pamiętał, kiedy Partiti musnęła pyskiem jego lewy łokieć. Czuł w pierwszej chwili nieprzyjemny ból, podobny do tego, kiedy człowiek się oparzy czymś bardzo ciepłym. A potem wokół jego bladego ramienia wiła się bliznowata, smocza podobizna znaku naznaczenia. I wtedy po raz pierwszy usłyszał w głowie syk, a potem imię ultramarynowej smoczycy.
          - Chyba prawą – uznała po chwili namysłu, wyciągając dłoń w stronę kobiety.
          Nie czekając już na zgodę Radna chwyciła rękę i zamknęła oczy, oddając się kontemplacji wnętrza półelfki. Ona sama zdawała się być nieobecna. Jej jasne oczy wpatrywały się tępo w jeden punkt, jakby zasnute mgłą. Patrzyły, ale nie widziały. Wszyscy czekali. Oczekiwanie zawisło w powietrzu, owijając wszystkich lepkimi mackami. Nikt nie był pewny ile czasu minęło. Niemniej twarz Nemory z każdą chwilą zdawała się zmieniać wyraz. Nim się wszyscy obejrzeli, zaczęła mrugać a potem z uwagą przyjrzała się trzymanej dłoni dziewczyny. Wtedy na jej jasnej skórze przemknął czerwony, bliznowaty wzór zwiniętego wokół całej długości ręki smoka.
          - Naznaczył ją – słowa zdawały się wizualizować. Przypominać symbol naznaczenia. Seebra wysoko uniósł brwi, a przewodniczący Smoczej Rady odłożył fajkę i wstał. – A jednak symbol znika i się pojawia. Taka sytuacja miała miejsce wieki temu. Widziałam go – mówiła Radna, ciągnąc za sobą oszołomioną i wyrwaną z letargu jasnowłosą. Minęły również Zwiadowcę zatrzymawszy się tuż za jego plecami. Naprzeciw witraża przedstawiającego jednego z dwóch elfów, którzy byli wśród Ośmiu; Ailluina Walecznego. Vinterdew doskonale znał te wszystkie witraże. Waleczny był elfem o popielatych włosach, złotych oczach i charakterystycznej, trójkątnej twarzy. Poza podobnym odcieniem włosów nic nie łączyło go z Aweliną, jednak zaczynał się czuć nieswojo. Nie powinno go tu być. – Widziałam Ailluina Walecznego w jej przeszłości! To jego potomkini!
         Nemora była rozemocjonowana, a jej głos drżał. Dziewczyna natomiast wyglądała na niedowierzającą całej tej historii. Rumcajs podniósł się z hukiem.
          - Chcesz mi wmówić, Nemoro, że ta miernota została naznaczona przez to białe bydlę, które wczoraj uciekło?!
          - Ona nie chce ci tego wmówić Rumcajsie – te słowa były jak smagnięcie biczem. Sandara również podniosła się ze swojego tronu ze zgrzytem zbroi, w którą była ubrana. – Najwyraźniej smok wyczuł jeźdźca i miał plan się z nim ostatecznie połączyć. To nie pierwszy w historii przypadek, kiedy bestia stara się odnaleźć swojego – powiedziała, a głos miała surowy jak pocieranie kamienia o kamień.
          - Ja mam smoka? – zapytała Awelina, spoglądając na znak naznaczenia, który miała teraz na ręce. – To nie trafię do lochu?
          - A skąd! Do lochu trafiają tylko szaleńcy – zachichotał grzecznie przewodniczący, a Seebra czuł jak sztywnieje. Gdyby tylko nie był obolały to po jego plecach spłynąłby zimny pot. – Bracie Vinterdew odprowadź Jeźdźca Awelinę na pierwsze zajęcia z latania. Niech zapozna się ze swoim smokiem.
          - Powiadomię archiwistę o nowym rekrucie – powiedziała tylko Sandara, opuszczając salę pewnym krokiem.
          Nemora cały czas wydawała się poruszona historią, którą właśnie zobaczyła. Jasnowłosy chciał już jak najszybciej wyjść. Pochylił się przed Aweliną w sposób jaki robił to przed każdym wyższym rangą, a potem ruszył w stronę drzwi. Poczekał aż ta do niego dołączy, a potem ponownie zaczęli przemierzać kręte korytarze.
          - Jeździec Via później zapozna cię, Jeźdźcu Awelino, z procedurą odebrania munduru. Po kolacji zaprowadzę cię do archiwum – powiedział Seebra, czując jak w żołądku osadza mu się kawał lodu. – Teraz zapraszam na lekcje z latania – dodał, przyspieszając kroku.
          Był już spóźniony, a jego uczniowie i tak nie zrozumieją jego położenia. Zawsze musiał być na czas, jeśli miał mieć posłuch grupy. Korytarze już opustoszały i nikogo nie spotkali w czasie drogi na zewnętrzny dziedziniec. Rozległy teren przed główną bramą poorany był gdzieniegdzie od smoczych szponów, które często musiały lądować w tym miejscu po powrocie z różnych wypraw. Teraz jednak nie było tam ani jednego smoka. Co poniektóre mknęły nad ich głowami, jednak nie przeszkadzały im. Podobnie jak niewielkiej grupie kadetów, która raźną zbieraniną siedziała przy brzegu urwiska. Półelf wyprostował się i poprawił skórzane rękawiczki, patrząc na uczniów. Wśród nich zauważył czarną czuprynę Vii, ale również długie, blond włosy Jeźdźca Travarana. Młodego elfa z szlachetnego rodu, który za nic miał nauki Zwiadowcy. Ruchem zaprosił Awelinę do grupy, a następnie przeszedł między kadetami puszczając mimo uszu wszelkie obraźliwe uwagi. Już nic nowego nie mogli wymyślić, a przecież wiedział, że kreatywność nie jest ich mocną stroną. Stając na samym skraju urwiska objął grupę spojrzeniem, zauważając iż nowa półelfka wyróżnia się ubiorem pomiędzy jednakowymi, szarymi mundurami.
          - Widzę, że jak zwykle się cieszycie na myśl o zajęciach. To dobrze, że czeka was bardzo ważna lekcja dzisiaj – powiedział Seebra, a w jego głosie przebiły się nuty sarkazmu. Potem wsunął dwa palce do ust, wcześniej oblizując wargi. Wkrótce od klifów odbił się przenikliwy gwizd. Zaraz Zwiadowca spojrzał na resztę. – Czekacie na specjalne zaproszenie? Macie stanąć w dużych odległościach i wezwać swoje smoki – poinstruował ich, obserwując ich uważnie. Via najwyraźniej tłumaczyła coś Awelinie, jednak zaraz odeszła, kiedy na niebie nad nimi pojawił się smukły kształt Hefet. Smoki pojawiały się jeden po drugim, stając przy swoich jeźdźcach. Na twarzach niektórych pojawiły się uśmieszki pełne satysfakcji, że pomimo głośnego sygnału smok instruktora nie pojawił się na czas. Vinterdew jednak się nie przejmował. – Dzisiaj będziemy mówić o bardzo ważnej kwestii waszej więzi. Poćwiczymy coś, od czego będzie zależało nieraz wasze życie. Zaufanie – wytłumaczył, wskazując pierwszą z brzegu parę rekruta i smoka. Zaraz po tych słowach po prostu cofnął się krok, spadając z krawędzi klifu w dół. Ktoś krzyknął, na górze przez sekundę zakotłowało się. Półelf uśmiechnął się pod nosem, słysząc świst wiatru w uszach. Spadanie było nawet przyjemne. Po chwili poczuł pod sobą znajomą, ciepłą obecność i czuł jak Satvari miękko przyjmuje jego ciężar ciała na delikatne skrzydło tak, że sturlał się po jego powierzchni aż do miejsca, gdzie staw skrzydła łączył się z ramieniem. Wygodnie usiadł, nie chcąc przeszkodzić bestii w locie, a następnie zerknął na zaskoczonych kadetów, kiedy wynurzył się zza krawędzi na swoim smoku. Satvari wylądował na ziemi, rozganiając trochę grupkę uczniów. – Nie każę wam już dzisiaj wykonywać tak niebezpiecznych manewrów jak ten, ale chciałbym, żebyście poznali się ze swoim smokiem i poćwiczyli najpierw lot stojąc na grzbiecie. To dobra próba waszych osobowości – powiedział, zeskakując ze skrzydła i opierając się plecami o łapę czarnego gada za sobą. Via zdawkowo pomachała do bestii, a ta odpowiedziała niemrawym trzepnięciem czerwonymi kołnierzami.

Ostatnio zmieniony przez Suzuya (14-08-2021 o 15h24)


https://64.media.tumblr.com/4c9153591bd11b6f5bc681e84f1aa8d6/21cf7730123c3bbf-ee/s400x600/b8c1d966b15b5f96d26ecd83b1e273c8abfff172.jpg

Offline

#13 15-09-2021 o 20h12

Straż Absyntu
Amasanii
Stażystka
Amasanii
...
Wiadomości: 59

__________________________________________________________ https://lh3.googleusercontent.com/-XVnU39IcPxw/YLIfg8luvCI/AAAAAAAAFCA/Klm9L-wjOroHCA2B-O-KK9hg2IxvSAXfwCLcBGAsYHQ/cooltext385334944145764.png

____________________________________________________

         I tak oto spełniał się jej sen, w którym jest jeźdźcem z wysoko postawionego rodu. Wiadomość, iż jest potomkinią Ailluina Walecznego, wciąż docierała do niej tylko częściowo - bo jakie było prawdopodobieństwo, że sierota z małej wioski ma w sobie krew jednego z założycieli potężnych Fortów. Dar ujeżdżania smoków nie był zarezerwowany tylko dla Ośmiu, którzy założyli Forty - świat roił się od różnych innych jeźdźców, niezwiązanych krwią z Ósemką, ale nie mogli się jednak równać z nimi pod względem potęgi i odkryć, jakich dokonali na przełomie wieków oni i ich potomkowie, zmieniając świat na lepsze. Jedyną kontrowersją, jaką można było im zarzucić, była hierarchizacja smoczych jeźdźców. Oczywiście, jak wszystko na tym świecie, nie można było tego podziału ocenić jako bezwzględnie "zły" lub "dobry" - miał on swoje plusy, jak i minusy, wszystko w zależności od punktu widzenia. Dla zdegradowanych Zwiadowców był to niepotrzebny i krzywdzący podział, Jeźdźcom podobała się wyższość i możliwość rozładowania bezkarnie emocji na drugiej osobie, a na wszystkich z góry patrzyła Wielka Rada. Bez dyskusji można było powiedzieć, że byli praktycznie najpotężniejszymi ludźmi w kraju, a poza granicami Vinhii siłą dorównywały im tylko pozostałe Forty:
         Patrzyła na czerwonawy symbol naznaczenia, który pojawiał się i znikał na jej ramieniu w odstępie paru sekund, czuła lekkie mrowienie i pulsowanie, a im dłużej przyglądała się znakowi, tym bardziej nachodziło ją nieodparte wrażenie, że nie należy on do niej i nie powinien się wcale pojawić. Gdy już oderwała od niego wzrok, przebiegła szybkim spojrzeniem po zgromadzonych - nawet Rumcajs zdawał się być pod wrażeniem, prawdopodobnie nawet żałował, że uderzył ją dzień wcześniej - a Falthorn, Przewodniczący, na dźwięk imienia jej przodka zachłysnął się powietrzem. Gdy jedna z kobiet na podwyższeniu opuściła salę, Seebra pochylił się przed Aweliną, następnie oboje skłonili się pozostałym członkom Rady i wyszli w towarzystwie stukotu obuwia o posadzkę.
  - Jeździec Via później zapozna cię, Jeźdźcu Awelino, z procedurą odebrania munduru - nowy tytuł, dodany przed jej imieniem, wywołał w niej dreszcz - Po kolacji zaprowadzę cię do archiwum. Teraz zapraszam na lekcje z latania - dodał, przyspieszając kroku.
         Wyszli poza obręb murów głównymi wrotami, które prowadziły prosto na zewnętrzny dziedziniec, z którego były dwa wyjścia - to, z którego przyszli lub lot w jedną stronę na ponad sto stóp w dół urwiska. Zbieranina odziana na szaro wyglądała bardziej jak wycieczka szkolna, niż przyszli obrońcy słabych i uciśnionych. Zwiadowca stanął w pewnej odległości od nich, bez pośpiechu przygotowując się do lekcji, dziewczynie gestem nakazał dołączyć do grupy. Z gulą w gardle zbliżyła się do nich, a tym samym do krawędzi urwiska. Niektórzy, w tym Via, beztrosko machali nogami nad przepaścią i konwersowali w najlepsze. Przejście między nimi Seebry wywołało parę obelg rzuconych pod nosem, po chwili jednak nastała cisza. Mogli nie respektować profesji Zwiadowcy, ale podczas lekcji zobowiązani byli słuchać bezwzględnie jego poleceń i okazać chociaż odrobinę szacunku.
   - Widzę, że jak zwykle się cieszycie na myśl o zajęciach.
Awe czuła się nieswojo i obco w nowej grupie, która nie wiedziała, co na jej temat sądzić - czy jest nowym rekrutem? Obserwatorką wysłaną przez władze? Nie wiedzieli, czy traktować ją jak nową rywalkę, czy bić przed nią pokłony. Ona sama nie miała pojęcia, co ją czeka na tej lekcji, zarówno z ich strony, jak i ze strony Zwiadowcy. Parę minut temu jej świat wywrócił się o sto osiemdziesiąt stopni, a już została rzucona na głęboką wodę bez koła ratunkowego. Myśli galopowały w jej głowie bez pozwolenia, nie zostawiając furtki do obserwacji świata zewnętrznego. Małą tratwą na wzburzonym morzu okazała się jednak Via, która szybko znalazła się u jej boku, osłaniając ją przed wrogimi spojrzeniami. Czarnowłosa dała jej lekkiego kuksańca w bok, dzięki czemu wróciła do rzeczywistości, wtedy naprzeciwko siebie spostrzegła długowłosego elfa, który przyglądał się jej z takim zainteresowaniem, z jakim drapieżnik obserwuje swój obiad. Smukła, lekko opalona twarz była nieskazitelnie gładka i zdrowo rozświetlona, złote włosy swobodnie leżały mu na ramionach, a tego samego koloru oczy świdrowały ją na wskroś tak, że jasnowłosej zrobiło się gorąco w klatce piersiowej - mężczyznę można było określić jako bardzo urodziwego. Był na pewno pełnej krwi elfem, z dumą nosił odsłonięte swoje spiczaste uszy, a na ramieniu miał wyszyty jakiś znak - zapewne herb klanu. Heraldyka niestety nie była mocną stroną półelfki, która zwykle pomijała ze znudzeniem akurat te obrazki w książkach. Hipnotyzujące spojrzenie młodzieńca nie zelżało, gdy je odwzajemniła - patrzyli sobie prosto w oczy, oboje ze śmiałością. Via musiała zauważyć, że coś się dzieje, bo nachyliła się do towarzyszki z zamiarem powiedzenia czegoś, ale nie zdążyła, ponieważ od skał odbił się przenikliwy gwizd. Obie dziewczyny całą swoją uwagę przeniosły na instruktora, a pozostali, używając telepatii, o czym Awelina wiedzieć nie mogła, kolejno przywołali swoje gady. Jedynie nowa zdobycz Fortu stała bezczynnie z boku, nie wiedząc, co począć. Narastała w niej złość wywołana tym, że nikt jej nic nie mówił - nawet Via zdążyła już o niej zapomnieć, stojąc przy swoim smukłym, czarnym smoku.
  - Potrzebujesz pomocy, sabiħa? - zaszczebiotał łagodny głos, który przywodził na myśl szeleszczące liście na wietrze - Nazywam się Travaran, ale możesz mówić mi Trev - właścicielem głosu okazał się blondwłosy elf, i mimo że wcześniej dzieliło ich parę metrów, znalazł się teraz niespodziewanie przy niej.
Jedyna wśród kadetów elfka spojrzała na nich z kamienną twarzą, za którą chowała się zazdrość -  Awelinie nie trudno było się domyślić, że sabiħaznaczyło coś w rodzaju "ślicznotko". Poczuła, jak pieką ją policzki, kończyny miękną, po raz pierwszy w życiu nie wiedziała, co odpowiedzieć. Z opresji wybawił ją prowadzący dzisiejszej lekcji, który postanowił skoczyć z urwiska wprost w ciemną otchłań. Niemal wszyscy kadeci krzyknęli, niektórzy wsiadali już na swoje smoki, by ruszyć samobójcy na ratunek. Awelina zapomniała o urodziwym Travaranie, poczęła uważnie obserwować całe zajście - w tłumie niespokojnych rekrutów wyłapała Vię, która bez większego zainteresowania sytuacją głaskała swojego gada po kolcach na głowie. W razie zagrożenia, ona pierwsza popędziłaby Seebrze na ratunek.
A więc po prostu chciał się popisać.
Faktycznie, po kilku sekundach wytatuowana twarz Zwiadowcy ukazała się z powrotem, reszta ciała siedziała okrakiem na bestii. Był cały i zdrów.
   - Nie każę wam już dzisiaj wykonywać tak niebezpiecznych manewrów, jak ten, ale chciałbym, żebyście poznali się ze swoim smokiem i poćwiczyli najpierw lot, stojąc na grzbiecie. To dobra próba waszych osobowości.
  - Moja osobowość nie ma sobie nic do zarzucenia - prychnął któryś z kadetów cicho.
Wszyscy podeszli do krawędzi urwiska, a ich smoki, jak na sygnał, położyły się na ziemi, by ułatwić im wejście na grzbiety. Awe z rękoma na piersiach przyglądała sie, jak startowały jeden po drugim. Małe i duże, z małymi skrzydłami i z dużymi, o przeróżnych kolorach i niepowtarzalnych kształtach - każdy z nich wydał jej się wyjątkowy i jedyny w swoim rodzaju. Niektórzy z rekrutów swobodnie stawali razu na nogach, całkowicie ufając swojemu towarzyszowi...inni natomiast z drążącymi kończynami kładli się na szyi gada, nie mając jeszcze odwagi mu zaufać. Wiedziała, że ona będzie jednym z tych ostatnich, w końcu nie wychowała się w Forcie i nie miała styczności ze smokami aż do wczorajszego, pełnego wrażeń, dnia.
Nie umiem, do cholery jasnej, nawet go przywołać.
Seebra najwyraźniej uznał, że będzie miał lepszy widok na podopiecznych z ziemi. Z zazdrością obserwowała, jak majestatyczna istota pozwala oprzeć się Zwiadowcy o swoje skrzydło i wspólnie zaczęli wpatrywać się w zachmurzone dziś niebo. Mimo narastającej w sercu złości, półelfka nie zająknęła się nawet słowem i nie zamierzała prosić o pomoc, to nie leżało w jej naturze. Vinterdew stał w odległości paru metrów od niej, mimo to słyszała go wyraźnie dzięki akustyce dziedzińca.
  - Jeśli nie zaczniesz, nigdy nie osiągniesz postępów.
  - Słucham? - spojrzała na niego z zaskoczeniem.
  - Spróbuj skupić się na jej imieniu - kontynuował, także kierując swój wzrok na nią - Za którymś razem cię usłyszy.
  - Nie znam jej imienia.
Zwiadowcą wzruszył tylko ramionami, znów skupiając się na trenujących w powietrzu kadetach.
Czy znała imię swojej smoczycy? Z narastającym przerażeniem zdała sobie sprawę, że jeśli ona go nie odkryje, nikt nie zrobi tego za nią - smok ma więź telepatyczna tylko i wyłącznie ze swoim jeźdźcem, a nie słyszano jeszcze o tym, by te gady nauczyły się pisać.
Wyobraźnią wróciła do jej białych oczu, od których nie odbijał się obraz tego, na co były skierowane, one zdawały się być niekończącą się studnią, która skrywa w sobie tajemnice z dawnych czasów...i wtedy zobaczyła to, co zobaczyć powinna za pierwszym razem.
Ruiny. Sarkofag. Ołtarz. Łańcuch. Ciemność. Ból. I imię. Saarthal.
Rozległ się przeciągły ryk, który rozgonił nawet spacerujące w tę i z powrotem gęsi, nawykłe do smoczego towarzystwa. Jeszcze przed momentem trenujący w powietrzu, teraz lądujący w pośpiechu na ziemię kadeci wymienili między sobą spojrzenia. Nie kwapili się jednak do działania, do Zwiadowcy podbiegła jedynie Via.
  - Znów uciekła, mam się nią zająć? - wysapała, próbując opanować lekką zadyszkę, która złapała ją po powietrznych manewrach.
On w odpowiedzi pokręcił tylko przecząco głową, a Awelina mogłaby przysiąc, że kąciki jego ust podjechały na moment w górę.
Saarthal była wyraźnie większa od prawie każdego obecnego na lekcji gada, gromada, wciąż ze swoimi Jeźdźcami na grzbietach, rozproszyła się przed nią, gdy zaczęła machać skrzydłami przy ziemi. Traktowali ją z dystansem, jaki okazuje się nowej osobie dołączającej do dobrze znającego się już towarzystwa.
Teraz jest nas dwie, pomyślała pokrzepiająco półelfka.
Zbliżyła się do stworzenia, wyciągając rękę...w ostatniej chwili jednak zawahała się i poczuła, jak pieką ją policzki. Wszyscy bez wyjątku wpatrywali się w nią uważnie, obserwując każdy, najmniejszy ruch. Uśmiechnięta, pełna życzliwości twarz Travarana dodała jej otuchy, której w tym momencie tak bardzo potrzebowała. Ze śmiałością w ruchach położyła dłoń na pysku fioletowo-łuskiej, ciepło smoczej skóry zaskoczyło ją - spodziewała się raczej zimnego, mokrego uczucia towarzyszącemu dotykaniu przyziemnej jaszczurki.
Czekałam tak długo, usłyszała w swojej głowie głos, którego barwy nie umiała określić. Wydawał jej się naturalny, znajomy - jakby od zawsze tam był.
Rozejrzała się po zgromadzonych, oczekując, że oni też to usłyszeli. Nie, to działo się tylko w jej umyśle.
Po dotknięciu smoka, który w odpowiedzi tylko zamruczał krótko, otoczyły ją szepty, a te szybko przerodziły się w coraz głośniejsze rozmowy.
  - Koniec lekcji na dzisiaj - głos Zwiadowcy przedarł się przez gęstniejące podnieceniem powietrze, zmuszając grupę do uciszenia się.
Wszystkie skrzydlate (oczywiście - oprócz gęsi), w tym Saarthal, wzbiły się w powietrze, fundując swoim Jeźdźcom liście i piach we włosach.

***

         Zbrojownia, do której wchodziło się z wewnętrznego dziedzińca, przypominała wyglądem lisią norę - była ciemna, surowa, ale jednocześnie bliska naturze, ponieważ na samym środku pomieszczenia rosło drzewo, którego rozłożysta korona miała funkcję dachu. Zanim zdążyła się zacząć zastanawiać, jak zdołało tu wyrosnąć, ktoś ścisnął jej rękę w delikatnym, lecz serdecznym uścisku. Spojrzała w dół. Spoglądała na nią istota o o małych, brązowych oczach i dużym nosie - mały wzrost nadrabiała tężyzną fizyczną. Była książkowym przedstawicielem rasy krasnoludzkiej, z wyjątkiem...
Nie ma brody. A więc one naprawdę istnieją, kobieta-krasnolud...
  - Miło mi cię poznać, Awelino. - uśmiechnęła się kobieta-krasnolud, mrugając oczami
  - Przybyłam odebrać mundur, godność: Awelina. Zgłoszona przez....- wygłosiła formułkę, której przed wejściem nauczył ją Zwiadowca
  - Oh, przestań - krasnoludka machnęła ręką w powietrzu, przerywając jej - Tylko te protokoły i protokoły, trzymaj - wcisnęła jej w ręce szare zawiniątko - Możesz się przebrać za piecem.


https://lh3.googleusercontent.com/-vm7PgXjGpbs/YLIxKrPKk-I/AAAAAAAAFCY/6Y_aLShOEnMiIq2tZVJGm7t3cAWtwvBpwCLcBGAsYHQ/s16000/miniaturka.png

Offline

Strony : 1