Forum

Strony : 1 2

#26 30-07-2021 o 23h56

Straż Obsydianu
Aida
Pomocniczka Jednorożca
Aida
...
Wiadomości: 296

https://i.imgur.com/OGMNzLV.png


Pomimo tego, że słońce ukryte było pod cienką warstwą chmur, wciąż panowała okropna duchota i skwar. Arleen otarła spocone czoło wierzchem dłoni ubranej w materiałową rękawiczkę i odrzuciła kolejną kępkę chwastów na taczkę. Podniosła wzrok i zaklęła półszeptem. Była pewna, że na obu dłoniach ma już dorodne odciski, a nie była nawet w połowie odchwaszczania terenu pod wjazd na ganek. A nawet samo odchwaszczenie nie było jeszcze sukcesem, bo potem należało jeszcze ziemię przekopać i wyrównać a potem zbić podjazd z desek.
Arleen usiadła ciężko wśród wysokiej trawy i przez chwilę oddychała głęboko. O czym ona sobie myślała? Ona, miastowa dziewczyna, która w życiu nie miała w dłoni młotka. Zamierzała własnoręcznie wykarczować ziemię, a potem przyciąć deski zakupioną w sklepie wielobranżowym ręczną piłą i stworzyć z nich coś, co będzie w stanie ułatwić Macy swobodny dostęp do ganku. A to nie wszystko. Cały ten teren należało wyciąć z krzewów i chwastów rosnących tak gęsto, że zdążyły wczepić się w siebie, tworząc trawiaste konstrukcje wzmacniane ciernistymi, giętkimi gałązkami. Nie wspominając już o tym, że cały teren zawalony był zardzewiałymi gratami, które stary McClure musiał tu gromadzić przez dekady. Przy sprzyjających okolicznościach zajmie jej to kolejne stulecie.
I jeszcze ta sprawa z rana. Facet zmył się z prędkością światła, pukając się w łeb. Wziął ją za wariatkę, nic dziwnego. Arleen sama czuła, że przez to wszystko zaczyna tracić zmysły i zdolność racjonalnej oceny. Od tamtych wydarzeń nie przespała w całości ani jednej nocy, chyba, że wcześniej wlała w siebie pół butelki bourbonu. Wtedy tak. Ale wówczas rano pojawiały się wyrzuty sumienia męczące bardziej niż zarwana noc. Próbowała uspokoić myśli, próbowała ze wszystkich sił wytłumaczyć sobie, że to zwykły zbieg okoliczności, facet po jej występie nie zapuści się w tą okolicę w najbliższym czasie a ona wpadała w paranoję. Ale jak w takim razie wytłumaczyć ptaki? Widziała je. Przyfrunęły tu za nim i za nim odleciały. Wszystko mogła sobie wymyślić, ale tego jednego była pewna.
-Chrzanić to - kobieta zerwała się na równe nogi i zębami ściągnęła z dłoni rękawiczki ogrodowe, które wrzuciła na wierzch taczki.
-Dokąd jedziesz? - Macy wychyliła się zza barierki ganku, widząc, że siostra odpala samochód.
-Niedługo wrócę! - część słów zagłuszona została przez warkot silnika.

***

Arleen kierowała się zgodnie ze wskazówkami Shailene i wkrótce znalazła się pod opisanym przez kobietę domkiem. Ostrożnie zgasiła silnik i przez chwilę mu się przyglądała. Był zupełnie inny niż się spodziewała. Sądziła, że zastanie tu kolejną chałupę wzniesioną na palach w typowym louiziańskim stylu. Ale było w nim coś innego. Coś co sprawiło, że nagle zrobiło jej się wstyd, że przyjechała tu w brudnych jeansach z zielonymi plamami na kolanach, przepoconej koszulce i z przedramionami podrapanymi przez chaszcze.
Domek był bardzo zadbany, widać było, że osoby, które tu mieszkały przykładały ogromną wagę do porządku i harmonii. Pierwsze promienie zachodzącego słońca odbijały się od okien, barwiąc szyby na intensywnie pomarańczowy kolor, który odcinał się kontrastem od bielonego ganku. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak bardzo tu nie pasuje.
Wahała się kilka chwil, ale ostatecznie wysiadła z auta i skierowała się prosto na ganek, mijając po drodze warzywniak z apetycznie wyglądającymi warzywami. Ktokolwiek o niego dbał, miał o niebo lepszą wiedzę w dziedzinie ogrodnictwa niż Arleen. Wyraźnie z tyłu domu usłyszała głos dziecka, być może dziewczynki i szczeknięcie psa. Podniosła lekko rękę, aby zapukać do drzwi i ponownie się zawahała. Prośba o pomoc wymagała od Arleen przełamania największych barier. W dodatku, gdy nie mogła zaoferować nic w zamian. Nawet prawdy. Wiatr poruszył delikatnie wietrzny dzwoneczek stworzony z niewielkich patyczków, które wydały z siebie melodyjny dźwięk. Wzięła głęboki wdech i zapukała.

Offline

#27 01-08-2021 o 17h26

Straż Absyntu
Evalyn
Pomocniczka Jednorożca
Evalyn
...
Wiadomości: 332

https://64.media.tumblr.com/288b60cb5d03f998da63b5c5c6701076/65a3bf56143cf049-d9/s500x750/00ada5255bf8d865e926adcd8569243ec3d6204c.png


    Shai oderwała wzrok od książki, w którą wgapiała się bez większego skupienia przez ostatnie dziesięć minut i przeniosła wzrok na ogródek, w którym bawiła się Liz. Drzwi na tył domu były szeroko otwarte, wpadał przez nie przyjemny wieczorny wiatr, który omiatał twarz Shaliene i dawał wytchnienie od upalnego, pracowitego dnia.
Kobieta obserwowała zamyślona jak dziewczynka gania po ogródku. Liz bardzo napaliła się na poznanie Thane’a, kiedy usłyszała, że ten wrócił. W końcu był to brat jej matki, tyle że… Kobieta westchnęła ciężko.
-Ciekawe czy w ogóle wróci tu na noc- Mruknęła- Trochę go naskoczyłam. Możliwe, że to przyniesie odwrotny skutek niż chciałam.
-Wróci. Stary dom Andersonów budzi zbyt przykre wspomnienia aby w nim został.
    Shai spojrzała na siedzącą w fotelu na przeciwko babkę. Starsza pani Perrault uchodziła za jedną z najbardziej szanowanych i najstarszych osób w wiosce. Miała twarz pokrytą tysiącem zmarszczek ale jej oczy wydawały się należeć do kogoś znacznie młodszego; jasne i błyszczące, często pojawiała się w nich iskierka rozbawienia. Jeśli ktoś miał jakiś problem, często przychodził do babki po radę. Mimo starczych lat wciąż posiadała przenikliwy umysł i łagodność, która pomagała w rozwiązywaniu różnych sporów. Shai kochała babkę całym sercem; kiedy jej rodzice wyjechali ona została pod jej opieką. Babka zastępowała jej przez większość życia matkę i ojca i robiła to z wyczuciem i cierpliwością, mimo że nastoletnia Shai sprawiała często problemy.
-Po za tym to stara rudera- Mruknęła Shai opierając podbródek na dłoni- Zawsze mi przykro jak przechodzę obok ich domu. Kiedyś tętniło tam życie a teraz zostało miejscem idealnym dla duchów.
    Zapanowało milczenie, przerywane rechotem żab. Nawet Liz i Milo przestali hałasować zmęczeni bieganiem w kółko.
-Nie bądź dla niego za surowa- Odezwała się nagle babka- Każdy popełnia błędy. Pobyt w Bayou Laurette może mu pomóc, potrzeba tylko cierpliwości.
-Cierpliwość- Sarknęła Shai wywołując tym samym uśmiech na twarzy starszej kobiety- To nie jest moja mocna strona.
    Babka nagle odwróciła głowę w kierunku drzwi wejściowych. Przez chwilę się w nie wpatrywała.
-Ktoś idzie.
-Dopiero teraz zauważyłaś?- Shai roześmiała się ociężale wstając od stołu- Starzejesz się Mireille.
    Kilka sekund później do uszu kobiet dobiegło pukanie do drzwi. Młodsza z nich otworzyła i spojrzała prosto na nową sąsiadkę. Już wcześniej za pomocą swoich amuletów zauważyła, że zbliża się do ich domu ale wciąż była zaskoczona. Nie sądziła, że Leilah faktycznie skorzysta z oferty pomocy.
-Dobry wieczór- Mimo zaskoczenia uśmiechnęła się na widok ewidentnie trochę zagubionej kobiety- Wejdź śmiało, napijesz się czegoś?


https://64.media.tumblr.com/5927e058e4f1d2b965a7a07e31160e38/b66bf0f81e2ce8d0-71/s400x600/213eaaf67a5b84f8fda2375a7334ff9157a6fd55.gifv  https://64.media.tumblr.com/1f80c946b31e8edac55d3aa37b5632bb/b66bf0f81e2ce8d0-ea/s400x600/932353bf292d329edfdc1269ae420889b5553eeb.gifv

Online

#28 01-08-2021 o 20h48

Straż Obsydianu
Aida
Pomocniczka Jednorożca
Aida
...
Wiadomości: 296

https://i.imgur.com/OGMNzLV.png



Arleen cofnęła gwałtownie rękę, zaskoczona tym, że drzwi otworzyły się niemal natychmiast po tym, gdy jej knykcie dotknęły desek. Zupełnie, jakby Shailene spodziewała się jej przybycia...
-Dobry wieczór - odparła nieco zakłopotana. - Nie, nie, ja tylko na chwilę. Przepraszam, że niepokoję cię... was o tak później porze.
Dopiero po chwili Arleen dostrzegła parę błyszczących w półmroku pomieszczenia oczu, które badawczo jej się przyglądały. Skinęła niezdarnie głową w geście przywitania, zakładając, że kobieta siedząca w głębokim fotelu musi być babką Shailene, o której ta wcześniej wspominała. Pod wzrokiem kobiety Arleen ponownie poczuła, jak zielonkawe plamy na jeansach palą ją w kolana.
-Chciałam was prosić o drobną przysługę... - Arleen wzięła głęboki wdech, żeby się przełamać i kolejne słowa wypłynęły z niej już potokiem: - Dostałam pracę w Missisipi. To bar na wylotówce z Laurette, prowadzi go wnuk Pattersona, zresztą i tak na pewno wiecie gdzie to jest - Arleen pokręciła głową, strofując się za swój słowotok.
-Rzecz w tym - ciągnęła, zauważając, że żadna z kobiet nie przerywa jej monologu. - Że od czasu wypadku ja i Skylar nie spędziłyśmy żadnego dnia osobno. Ona dopiero wszystkiego się uczy, a ten dom... sama widziałaś. Różne rzeczy mogą się zdarzyć a wy jesteście naszymi najbliższymi sąsiadkami, dlatego pomyślałam.... Pomyślałam, czy może mogłybyście mieć na nią oko pod moją nieobecność? To jest numer do baru - Arleen wyjęła z kieszeni spodni zmiętą kartkę i zanotowała na niej szybko kilka cyfr. - Gdybyście usłyszały coś niepokojącego, od razu przyjadę. Macy też go ma. A może mogłabym jej też dać numer do was, gdyby nie mogła dodzwonić się do baru?
Arleen zamilkła na chwilę, czekając na jakąkolwiek reakcję, którejkolwiek z kobiet.
-Jest jeszcze jedna sprawa... - dodała nieco wolniej, nie bardzo wiedząc jak dobrać słowa. - Odwiedził nas dziś ten facet. Wysoki, trochę zarośnięty, wyglądał jak drwal włóczęga. Mówił, że szukał McClure'a. Wiecie kto to? Jest stąd?

Offline

#29 02-08-2021 o 16h39

Straż Absyntu
Evalyn
Pomocniczka Jednorożca
Evalyn
...
Wiadomości: 332

https://64.media.tumblr.com/288b60cb5d03f998da63b5c5c6701076/65a3bf56143cf049-d9/s500x750/00ada5255bf8d865e926adcd8569243ec3d6204c.png


Podczas monologu kobiety, Shai w pewnym momencie zmarszczyła brwi i spojrzała na nią uważnie. Poczekała jednak grzecznie do końca, aż ta skończy mówić i skinęła powoli głową.
-Nie ma problemu- Odparła biorąc kartkę z numerem do baru, chociaż i tak miala go zapisanego w swoim zeszycie z numerami.- Moment.
    Cofnęła się lekko do korytarza i wyrwała kartkę z zeszytu, na którym zapisała ich telefon. Wracając rzuciła szybkie spojrzenie babce, po czym wręczyła kartkę Leilah.
-Jeśli będzie jakiś problem, niech dzwoni. Podałam też telefon do sklepu babki bo zazwyczaj któraś z nas też tam jest.- Odparła.
    Kiedy Leilah wspomniała o drugiej sprawie, Shai splotła ręce na piersi i westchnęła ciężko kiwając głową a na jej ustach pojawił się przepraszający uśmiech.
-Myślę, że wiem o kim mówisz. To w zasadzie moja wina, powinnam go uprzedzić, że McClure’a już wśród nas nie ma, a w jego domu zamieszkał ktoś nowy. Oczywiście polazł się włóczyć po wsi zaraz po przyjeździe- Mruknęła na pół do siebie na pół do Leilah- Ten drwal włóczęga, o którym mówisz to prawdopodobnie Thane Anderson. Przyjechał dziś do Laurette, więc pewnie postanowił odwiedzić kilka znajomych osób. Nie było go kawał czasu, więc nie miał prawa wiedzieć o pewnych rzeczach- Oparła się o framugę drzwi- To w zasadzie wuj Lizette- Shai spojrzała przelotnie, w głąb domu.- Przepraszam za niego, podejrzewam, że obcy facet, który kręci się w pobliżu domu na takim pustkowiu może przysporzyć sporo nerwów.
    Drgnęła wyłapując kątem oka ruch skrzydeł. Na jednym z drzew w ogródku przysiadł kruk i z przekrzywioną głową przyglądał się rozmawiającym. Kruków w Bayou Laurette nie było w ogóle, dziś po raz pierwszy od lat widziała je w tym miejscu. Podążały za Thane’m niczym cień. To znaczyło tylko jedno; ten prawdopodobnie zaraz też tu będzie. Nie powiedziała jednak tego na głos, jak zresztą miałaby to wyjaśnić Leilah?


https://64.media.tumblr.com/5927e058e4f1d2b965a7a07e31160e38/b66bf0f81e2ce8d0-71/s400x600/213eaaf67a5b84f8fda2375a7334ff9157a6fd55.gifv  https://64.media.tumblr.com/1f80c946b31e8edac55d3aa37b5632bb/b66bf0f81e2ce8d0-ea/s400x600/932353bf292d329edfdc1269ae420889b5553eeb.gifv

Online

#30 14-08-2021 o 21h17

Straż Obsydianu
Aida
Pomocniczka Jednorożca
Aida
...
Wiadomości: 296

https://i.imgur.com/OGMNzLV.png


Arleen lekko odetchnęła z ulgą, wsuwając kartkę z zapisanym numerem do kieszeni spodni. Wciąż miała wyrzuty sumienia, że zostawia Macy samą na całą noc, ale za coś musiały jeść, a oszczędności z Savanah dawno się stopiły podczas ich wędrówki do Bayou Laurette.
Zmarszczyła lekko brwi słuchając słów Shailene o Andersonie. W zasadnie to nie była jej sprawa, ale czemu facet wraca po tylu latach do wioski zabitej dechami? Była tu jego siostrzenica lub bratanica, owszem, ale przecież była tu również i wcześniej. Dlaczego zdecydował się wrócić akurat teraz?
Arleen wzdrygnęła się lekko na skrzek kruka i odruchowo odwróciła się przez ramię. Kilka ptaków wylądowało w pobliżu i dziewczyna mogłaby przysiąc, że widziała już jednego z tych ptaszysk dzisiejszego ranka. Ile kruków z ukruszonymi dziobami może być w Bayou Laurette? A może popadała w paranoję? Wiatr lekko poruszył wietrzny dzwonek i patyczki zaklekotały o siebie cichutko.
-Co właściwie sprzedajecie z babką w waszym sklepie? - zapytała jeszcze, mając świadomość, że przedłużająca się rozmowa może doprowadzić do spóźnienia w pierwszym dniu pracy.

Offline

#31 21-08-2021 o 19h35

Straż Absyntu
Evalyn
Pomocniczka Jednorożca
Evalyn
...
Wiadomości: 332

https://64.media.tumblr.com/288b60cb5d03f998da63b5c5c6701076/65a3bf56143cf049-d9/s500x750/00ada5255bf8d865e926adcd8569243ec3d6204c.png



Shai przesunęła ręką po włosach zerkając przelotnie przez ramię Leilah. Spodziewała się, że za chwilę na ścieżce pojawi się Thane. Na gałęzi przysiadł się kolejny kruk; na miłość boską mógłby być bardziej dyskretny. To nie był normalny widok w tej okolicy. Kruki towarzyszyły Thane'owi praktycznie od dzieciństwa, Thane zresztą zawsze miał ciągotki do zwierząt i natury. Mieszkańcy wioski raczej wówczas nie powiązywali chłopca z tym dosyć niezwykłym zjawiskiem. Ot dziwny przypadek, natura czasem potrafiła działać w niezrozumiały sposób. Jednak kiedy Thane wyjechał kruki też zniknęły. A teraz wrócił i znów się pojawiły... Lepiej się nie afiszować z takimi rzeczami. Kobieta powstrzymała westchnięcie.
-W sklepie?- Spojrzała na Leilah- Moja babka dosyć dobrze zna się na ziołach, więc przyrządza z nich różne specyfiki. Może to brzmi absurdalnie w dzisiejszych czasach, kiedy medycyna jest tak rozwinięta a lekarzy specjalistów jest jak grzybów po deszczu ale nie wszystkich na to stać. Mieszkańcy naszej okolicy do bogatych nie należą, zresztą do najbliższego dobrego lekarza jest kawał drogi, więc radzimy sobie często ludowymi sposobami. Uroki małych miejscowości. Rzecz jasna w ten sposób nie wyleczy się wszystkiego ale na mniejsze dolegliwości i inne problemy zazwyczaj pomagają.
-Nie umniejszaj moim umiejętnościom- Z głębi domu dobiegł ostry głos starszej pani.
-A po za tym babka w młodości początkowo szkoliła się na lekarkę, więc ma na ten temat wiedzę większą, niż większość okolicznych mieszkańców- Dodała Shai ignorując uwagę babki.
Drgnęła lekko podnosząc znowu wzrok na ścieżkę. Zza drzew wyszedł powolnym krokiem wysoki mężczyzna i ewidentnie niechętnie ruszył w stronę domu. Na ustach Shai zagościł kwaśny uśmiech.
-No patrzcie państwo kogo łaskawie tu przywiało. Już myślałam, że trzeba będzie wystosować do ciebie specjalny list z zaproszeniem.- Rzuciła na tyle głośno, żeby Thane oddalony jeszcze kawałek od drzwi wejściowych był w stanie usłyszeć jej uszczypliwą uwagę.

Ostatnio zmieniony przez Evalyn (21-08-2021 o 19h35)


https://64.media.tumblr.com/5927e058e4f1d2b965a7a07e31160e38/b66bf0f81e2ce8d0-71/s400x600/213eaaf67a5b84f8fda2375a7334ff9157a6fd55.gifv  https://64.media.tumblr.com/1f80c946b31e8edac55d3aa37b5632bb/b66bf0f81e2ce8d0-ea/s400x600/932353bf292d329edfdc1269ae420889b5553eeb.gifv

Online

#32 28-08-2021 o 12h00

Straż Obsydianu
Aida
Pomocniczka Jednorożca
Aida
...
Wiadomości: 296

https://i.imgur.com/OGMNzLV.png


Arleen skrzywiła się lekko do siebie na słowa Shailene. Thane Anderson. Człowiek, którego dzisiejszego poranka oskarżyła zupełnie niesłusznie o naruszenie kilku paragrafów kodeksu prawnego, w takich, za które nawet więzienni recydywiści poczuliby się zniesmaczeni.
Cóż... Rzadko kiedy robiła dobre pierwsze wrażenie, ale tym razem musiała przyznać, że przeszła samą siebie. Nawet jeśli coś, co smakowało jak poczucie wstydu i zażenowania pojawiło się w jej ustach, postanowiła natychmiast to połknąć. Przeproszenie tego człowieka, który zresztą też do najprzyjemniejszych nie należy, smakowałoby jeszcze bardziej gorzko. Wolała kwaśny posmak wstydu, przynajmniej dobrze komponował się z tequilą.
Odwróciła się powoli, zerkając przez ramię. Cóż, sądząc po minie przybysza, on również zdążył już rozpoznać Arleen i był równie zadowolony z ponownego spotkania.
-Następnym razem, zanim włamiesz się na czyjąś posesję, spróbuj przynajmniej zrobić jakiś rekonesans - Arleen burknęła niezbyt przyjemnie, po czym skierowała słowa do Shailene: - W każdym razie dziękuję, na mnie już pora. Obiecuję, że nie będziemy wydzwaniać z byle głupotą.
Kobieta jeszcze raz omiotła wzrokiem wnętrze domu, zaskoczoną twarz Shailene i zniesmaczonego Thane'a. Cóż, mówić, że była tu bardzo nie na miejscu, to jak nic nie powiedzieć.
Czym prędzej pokonała drewniane schodki prowadzące z werandy na podwórko i skierowała się w stronę swojego samochodu, gdy nagle koło jej ucha przeleciało coś ze świstem. W jednej sekundzie adrenalina uderzyła do jej skroni i natychmiast obróciła się przez ramię, gotowa do podjęcia wszelkich działań i stanąć oko w oko ze wszystkim co przygotował jej los.
Pędzący w jej stronę czarny pies z jęzorem wywalonym na bok. Co jest... Dopiero po chwili Arleen dostrzegła wybiegającą za nim z tyłów domu roześmianą dziewczynkę z rumianą twarzą. Zerknęła za ramię, gdzie w trawie leżała podniszczona piłka. Ach... więc to takie niebezpieczeństwo przygotował dla niej los. Niedługo popadniesz w całkowity obłęd, Arleen. Oddychając z ulgą, kobieta złapała zabawkę i odrzuciła ją w stronę dziewczynki, patrząc jak pies zwalnia i natychmiast rusza pędem w drugą stronę w ślad za swoim celem. Kobieta zdążyła jeszcze wyciągnąć dłoń i zmierzwić sierść na jego głowie.
-Jak się nazywa? - Arleen krzyknęła do dziewczynki, zakładając, że musi to być Lizette, o której mówiła jej Shai.

Offline

#33 22-09-2021 o 18h28

Straż Absyntu
Evalyn
Pomocniczka Jednorożca
Evalyn
...
Wiadomości: 332

https://64.media.tumblr.com/a5d9084aed21a70e3a2e889961f2ea4a/65a3bf56143cf049-78/s500x750/f9fe8f103a936556cd862ab46ae54d3a2f64921b.png

    Thane z pochmurną miną przyglądał się jak mała dziewczynka żywo zagaduje brązowowłosą kobietę. Tą ostatnią zdążył już poznać. Może poznać to za dużo powiedziane bo ich znajomość polegała na tym, że kobieta zagroziła mu policją. Dookoła nich biegał duży pies, wyjątkowo szczęśliwy, że nagle pojawiło się tyle osób. A więc ta dziewczynka była Lizette. Szczupła z jasnymi, spiętymi w kucyk włosami.
-Myślałem, że będzie bardziej podobna do Silvi- Mruknął cicho.
-Liczyłeś, że spotkasz tu swoją siostrę?- W głosie Shaliene, która stała zaraz za Thanem zabrzmiała nutka poirytowania- To nie Silvia tylko jej córka, nie bądź durniem.
-Wiem, tylko... - Umilkł nie wiedząc w zasadzie co powiedzieć.- Nigdy nie poznałem ojca Lizette, wiesz o tym?
-Był dziwnym człowiekiem- Odparła krótko Shaliene a w jej głosie zabrzmiała teraz jeszcze większa irytacja- Liz może z wyglądu przypomina bardziej jego ale z charakteru… zresztą sam się przekonasz- Dodała nieco łagodniej- Cieszę się, że jednak postanowiłeś tu przyjść.
-Stary dom nie wyglądał zbyt zachęcająco, aby spędzić tam noc- Odparł Thane z westchnieniem. Milczał chwilę a następnie dodał- Oddałem auto do mechanika, młody Meyer zagadał mnie prawie na śmierć. Zapomniałem jaki potrafi być irytujący.
-Nie wydajesz się zły.
    Thane zerknął na Shai. Miała racje - nie był zły. W zasadzie pozostanie tu na chwilę, w rodzinnych stronach sprawiło, że mimo wszystko poczuł się dziwnie dobrze. Odwiedzanie starych miejsc, ujrzenie znanych dobrze twarzy, przypomnienie sobie tych dobrych wspomnień z dzieciństwa...Wszystko to było dosyć nierealne po tak długim czasie ale z drugiej strony dziwnie miłe i kojące. Może ta decyzja nie była aż taka zła (nie żeby miał jakiś większy wybór w tej kwestii).
-A więc jesteś wujkiem Thanem?
    Thane drgnął wyrwany z zamyślenia. Liz stała teraz przed nim i wpatrywała się w niego z żywą ciekawością w szarych oczach. Irytująca sąsiadka zdążyła już zniknąć z widoku. Thane, dziwnie zmieszany podrapał się po głowie.
-Uh… chyba na to wychodzi- Mruknął. Dopiero w tym momencie zdał sobie sprawę, że nie wie praktycznie nic o dzieciach. Jak się z nimi rozmawia?
-Super! Miło cię poznać, jestem Liz- Dziewczynka chwyciła rękę Thane’a i potrząsnęła nią z ekscytacją kilka razy- Bardzo chciałam cię poznać, podobno widziałeś dużo świata, ciocia Shai wspominała. I wspominała też coś o tym, że jesteś bardzo trud…
    Shai kaszlnęła a Liz obdarzyła kobietę szerokim uśmiechem. No pięknie, Thane nawet nie był pewien czy chce wiedzieć jaki kit Shai wciskała młodej przez cały ten czas.
-Cóż… zwiedziłem trochę miejsc.
-Fajnie! Będziesz mógł poopowiadać? Mam dużo pytań. 
-Thane jest pewnie zmęczony- Wtrąciła się Shai, może nieco zbyt gwałtownie. Thane zmarszczył czoło. Ewidentnie perspektywa opowiadania o wielkim świecie średnio się jej spodobała- Będziecie jeszcze mieli dużo czasu aby pogadać. Tymczasem Liz sprawdź czy wszystkie kury przed nocą są za ogrodzeniem. Thane jesteś głodny?- Kobieta niemal siłą wepchnęła go do domu.
-Jadłem we wsi, nie kłopocz się- Odparł rzucając ostatnie spojrzenie na zawiedzioną twarz Lizette- Zawsze tu macie takie zamieszanie?
-Zwykle jest spokojnie. To ty jesteś jednym z obecnych źródeł zamieszania.
    Z głębi salonu dobiegł głos kobiety. Starsza pani Perrault, wciąż była w dobrej kondycji. Thane miał wrażenie, że praktycznie nie zmieniła się wiele od jego wyjazdu. Wszyscy w wiosce od zawsze ją szanowali ale przenikliwe oczy starszej kobiety zawsze naprawiały Thane’a niepewnością. Miał wrażenie, że prześwietla go na wylot, znając każdą z jego tajemnic. Znów poczuł się jak mały chłopiec przyłapany na gorącym uczynku. Przez te wszystkie lata trochę się ich zresztą nazbierało…
-Dobrze panią widzieć w zdrowiu- Odparł nieco sztywno.
    Staruszka prychnęła a na jej twarzy pojawił się uśmiech, który sprawił że wydała się o wiele młodsza niż kilka sekund temu.
-Jak zawsze zdystansowany. Mówiłam ci już wiele razy, że masz się zwracać do mnie po imieniu. Spójrz jak ty wyrosłeś. A kiedyś byłam wyższa od ciebie- Roześmiała się. - Ale nie tylko to się zmieniło, czyż nie?
Thane otworzył usta ale po raz kolejny nie wiedział co powiedzieć. Shai bez słowa wcisnęła mu kubek parującego napoju, o który nawet się nie prosił. Przyjął go jednak z wdzięcznością, że może się na czymś skupić, nawet jeśli była to taka prosta czynność jak picie herbaty.
-A zatem jestem jednym z źródeł zamieszania- Mruknął patrząc w kubek. Nic dziwnego, wioska była niewielka, zwykle życie było tu monotonne. Przyjazd kogoś, kto od lat nie był w rodzinnych stronach musiał być dużą sensacją.- Zgaduję, że drugim są wasze nowe sąsiadki, dziś natknąłem się na nie przypadkiem i cóż… nie było to zbyt miłe spotkanie. Zresztą kilka osób we wsi o nich wspomniało. Kto to u licha jest? Stary McClure nie miał żadnej rodziny z tego co wiem.
    Shai usiadła na krześle przy stole i zabębniła palcami w blat.
-Nie mamy zielonego pojęcia- Powiedziała z beznadziejną szczerością- Są dosyć zdystansowane, nawet bardziej niż ty. Kupiły dom po McClurze i zjawiły się tu z zaskoczenia. Tyle wiem.- Wahała chwilę ale ostatecznie nie dodała już nic więcej.
    Thane przez chwilę wpatrywał się w twarz Shaliene. Czyżby coś więcej było na rzeczy?

***

    Thane zajął pokój gościnny. Była to niewielka izba, z prostym łóżkiem, stolikiem nocnym i komodą. Nic szczególnie wyszukanego ale mężczyźnie to nie przeszkadzało. Co więcej był nawet zadowolony, że może znów pobyć w samotności. Ulotnił się dosyć szybko, tłumacząc, że jest zmęczony. Teraz jednak, mimo że dochodziła już dosyć późna godzina nie był w stanie spać. Siedział na łóżku, gapiąc się bezmyślnie przez okno. Widok z niego wychodził prosto na las. Księżyc zaszedł za chmury, więc mroku praktycznie nic nie było widać, jedyne ciemne zarysy drzew. Shaliene zawsze obawiała się tej pory, straszyła ich opowieściami o duchach i potworach, które wychodzą w nocy z ukrycia, żeby porywać dzieciaki. On i Silvia odbierali zawsze te historie w odwrotny sposób; wzbudzały w nich żądzę przygód i chęć nocnych wypraw. Było to nierozsądne ale kto by się tym w dzieciństwie przejmował?
    W pewnym momencie wydało mu się, że widzi między drzewami światło. Przechylił się lekko do przodu i wytężył wzrok. Złudzenie? Już był pewny, że po prostu przywidziało mu się z zmęczenia ale po chwili, nieco dalej dostrzegł wyraźną smugę światła pochodzącą z latarki. Kto u licha łazi o tej porze po bagnach i to tak blisko domu Shaliene? Obserwowanie poruszającego się światła budziło w nim niepokój. Wstał z łóżka, niewiele myśląc chwycił kurtkę rzuconą wcześniej na komodę i ostrożnie wyszedł z pokoju starając się aby nie nadepnąć na skrzypiące deski.
    Cały dom był już dawno uśpiony. Thane zatrzymał się na moment w korytarzu, wsłuchując się w ciszę. Jedynym dźwiękiem jaki był w stanie wyłapać było tykanie starego zegara powieszonego w holu. Z jakiegoś powodu poczuł się znowu jak dzieciak, który chce się wymknąć na przygodę. Tylko, że wtedy nigdy nie robił tego sam.
    Wyszedł na zewnątrz, czując jak w twarz uderza go chłodne, wilgotne powietrze. Miła odmiana po upalnym dniu. Rozglądał się chwilę w milczeniu, nasłuchując. Żeby dojść do źródła światła musiałby okrążyć cały dom i wyjść bramką od drugiej strony. Miał już ruszyć, kiedy usłyszał łopotanie skrzydeł. Duży, czarny ptak przysiadł na płocie, patrząc pytająco na Thane’a. Mężczyzna westchnął.
-Czujesz mój niepokój?- Mruknął niechętnie, po czym machnął ręką- Niech ci będzie, przyda mi się towarzystwo.
    Wyraźnie ukontentowany kruk przeskoczył na ramię Thane’a. Ten przez chwilę stał nieruchomo, zastanawiając się czy zgonić ptaka, który zdecydowanie pozwalał sobie na zbyt wiele ale ostatecznie zrezygnował. Ciężar na jego ramieniu wyjątkowo dodawał mu dziś otuchy. Okrążył dom i wbił spojrzenie w wciąż poruszające się za drzewami światło. Kruk nagle odbił się od jego ramienia i poleciał przodem. Thane ruszył jego śladem. Może to po prostu jakiś pijak, który zabłąkał się na bagnach? Mało tu było takich osób? Jednak niezależnie od tego do kogo należało źródło światła, Thane nie czuł niepokoju, nawet jeśli był nieuzbrojony. Nie potrzebował broni.
    Ale to nie był pijak. Był to ktoś kogo zupełnie się nie spodziewał spotkać w takim miejscu.
-Co ty u diabła…
    Przysłonił twarz ręką, gdy światło latarki padło prosto na jego twarz.
-Mógłbym zadać to samo pytanie.
    Thane prychnął przyglądając się jednocześnie z wyraźną konsternacją w mężczyznę, którego tak niedawno spotkał w barze w Nowym Orleanie.
-Pasujesz bardziej do kancelarii prawniczej niż do tych bagien. A na pewno nie do bagien w nocy, skradając się z latarką dookoła domu moich przyjaciół jak jakiś intruz. Co u diabła tu robisz?
    Wade Lyons uniósł dłoń i wskazał na coś za głową Thane’a. Thane obejrzał się za siebie; na gałęzi siedziały trzy kruki. Mężczyzna parsknął z irytacją i zwrócił ponownie swoje spojrzenie na Lyonsa, który wciąż z ciekawością wpatrywał się w ptaki.
-Interesujące- Odezwał się zamyślony.
-Nie jesteś prawnikiem, prawda?- Mruknął Thane, wciąż stojąc jak słup i zaciskając dłonie w pięści.
-Cóż, w pewnym sensie też wymierzam sprawiedliwość tylko w nieco inny sposób- Lyons wzruszył ramionami- Raport z 31 sierpnia 1971 roku, pamiętasz Anderson?
    To zadziałało na Thane’a jak płachta na byka. Lyons prawdopodobnie nie spodziewał się, że Thane tak gwałtownie do niego doskoczy chwytajac go za kołnierz. Przez chwilę wpatrywał się w niego szeroko otwartymi z zaskoczenia oczami.
-Jeszcze słowo a…
-I co? Powtórzysz tamten scenariusz?
Thane poczuł w okolicach brzucha zimną lufę spluwy. Jego znajomy szybko ochłonął. Odepchnął go, jednocześnie podcinając mu nogi, tak że Thane upadł na ziemię. Thane uniósł głowę i spojrzał na Lyonsa, żeby zobaczyć, jak ten celuje teraz prosto w jego głowę.
-Chcę tylko pogadać- Odezwał się łagodniejszym tonem. Wyglądało to jednak co najmniej idiotycznie, kiedy wciąż trzymał w ręku wycelowany pistolet.
-Niekoniecznie mam ochotę na pokojowe negocjacje.- Odparł Thane- Radzę spojrzeć w dół.
    Pnącza z bagien oplątały nogi Lyonsa, tak, że nie miał możliwości ruchu. Szarpnął się ale jedno z pnącz owinęło się również wokół jego ręki, w której trzymał broń. Thane powściągnął zimny uśmiech, który cisnął mu się na usta; wciąż potrafił to robić.
-Thane!
    Zza pleców Thane’a dobiegł głos Shai. Kobieta wypadła zza drzew niczym pocisk i przez chwilę stała nieruchomo próbując przetrawić to co właśnie działo się przed jej oczami.
-Wyczułam, że ktoś użył magii i… kim jest ten typ?- Wskazała na Lyonsa, otwierając szerzej oczy.
-Jeszcze jedna uzdolniona?- Lyons wbił spojrzenie w Shai, na moment przestając się szarpać- A więc tak jak myślałem, jest was więcej.
-Ani słowa więcej- Thane spojrzał wściekle na Lyonsa- Musiał śledzić mnie przez cały ten czas i pójść za mną do Laurette. Wie zdecydowanie za dużo- Skrzywił się. Buzowała w nim wściekłość, której nie był w stanie stłumić. Niedobrze. Bardzo niedobrze.
    Shailene wbiła wzrok w Thane’a. Starała się być spokojna ale po jej oczach widać było, że jest przerażona.
-Czy ty... Dlaczego mam wrażenie, że już przerabiałeś ten scenariusz?-Potrząsnęła głową, jakby starała się wyrzucić z niej niepotrzebne w tym momencie myśli. Spojrzała na Lyonsa a później znowu na Thane’a- Zanim podejmiemy jakieś pochopne działania musimy…
-Oczywiście, że to nie jest pierwszy raz. Zapytaj go co się stało 31 sierpnia 1971 roku- Wypalił Lyons- I uspokój go na miłość bo…
    Przerwało mu coraz głośniejsze krakanie kruków. Na gałęzi zebrało się ich spore stado. Shai podniosła głowę i spojrzała śladem Lyonsa. Jej oczy otworzyły się jeszcze szerzej.
-Thane… Odwołaj je-Powiedziała powoli.
-Myślisz, że ja je kontroluję?!- Wzburzony głos Thane’a odbił się echem między drzewami, kiedy ten odwrócił się w stronę Shai z wściekłością wypisaną na twarzy- One robią co chcą jak wyczują zagrożenie.
-Co to znaczy, że ty nie…
    Thane zaklął głośno, doskonale już wiedząc co się stanie za kilka sekund. Jedyne co był w stanie zrobić to rzucić się do przodu, aby popchnąć Shai na ziemię, żeby uchronić ją przed ostrymi dziobami i pazurami, które runęły z drzew w ich stronę, kierując się do celu jakim był dla nich w tym momencie Wade Lyons.

Ostatnio zmieniony przez Evalyn (22-09-2021 o 18h30)


https://64.media.tumblr.com/5927e058e4f1d2b965a7a07e31160e38/b66bf0f81e2ce8d0-71/s400x600/213eaaf67a5b84f8fda2375a7334ff9157a6fd55.gifv  https://64.media.tumblr.com/1f80c946b31e8edac55d3aa37b5632bb/b66bf0f81e2ce8d0-ea/s400x600/932353bf292d329edfdc1269ae420889b5553eeb.gifv

Online

#34 02-10-2021 o 15h46

Straż Obsydianu
Aida
Pomocniczka Jednorożca
Aida
...
Wiadomości: 296

https://i.imgur.com/OGMNzLV.png


-Szlag - Arleen warknęła, gdy samochód zatrzymał się w ciemnościach leśnej drogi.
Kobieta przekręciła kluczyk raz jeszcze, w nadziei, że tym razem silnik załapie, ale ten jedynie pobudził się na chwilę do życia a potem z kaszlnięciem zgasł. Cholerna kontrolka, Arleen uderzyła ręką w tablicę rozdzielczą, próbując magicznie naprawić wskaźnik poziomu paliwa, ale żadne ze znanych jej magicznych sztuczek nie potrafiły zamieniać wody w benzynę. O ile w ogóle takie istniały.
Ze schowka przy siedzeniu pasażera wyciągnęła latarkę, która załapała dopiero po drugim uderzeniu w wieczko. Mdły snop światła oświetlił drogę przed nią. Powykręcane drzewa ginęły w mroku. Aby dostać się do domu musiała iść tą ścieżką, która wiła się pomiędzy bagnami, a ta wizja nie napawała jej optymizmem. Była miastową dziewczyną, wiedziała jak radzić sobie z niebezpieczeństwami nocnego życia w wielkim mieście. Co robić, czy zaczepi cię zamroczony nieznajomy. Gdy ktoś "poprosi" o twój portfel. Te sytuacje były dla niej znajome i nie wydawały się straszne. Umiała sobie z nimi radzić. Bagna natomiast... Zwłaszcza bagna nocą to było zupełnie coś innego. Jak targować się z aligatorem?
Arleen poświeciła w drugą stronę. Dom Shailene znajdował się znacznie bliżej niż jej własny. Co prawda był środek nocy i pukanie do drzwi sąsiadki mogłoby nie spotkać się z jej zadowoleniem, ale koniec końców i tak nie zaczęły zbyt dobrze. A Shailene upierała się, że może się do niej zwrócić z problem. Najwyżej znienawidzi ją do reszty. Nie ona pierwsza i nie ostatnia.
Pierwsza noc w barze wydawała się cholernie... monotonna. Nalej piwo, nalej piwo i dolej rumu. Nalej piwo i przynieś skrzydełka. Skrzydełka są za mało ostre, skrzydełka Cajun powinny tak samo ostre jak słodkie i lepić się do palców. A najlepsze Gumbo to to na rakach. Alan, szef kuchni, ciemnoskóry fan jazzu był trochę zbyt ekspresyjny jak na gust Arleen, ale potrawy, których kazał jej kosztować... Cholera, facet wiedział co robi. Nie żałowała nawet tego, że o pierwszej w nocy wchłonęła cała miskę Jambalay, przez co nie będzie mogła zasnąć aż do świtu.
Rozmyślania Arleen o kreolskiej kuchni zniknęły równie nagle, jak się pojawiły. Ściągnęła brwi, słysząc w oddali odgłosy rozmowy i przezornie zgasiła latarkę. Ktokolwiek łaził po nocy po bagniskach, zdecydowanie musiał załatwiać jakieś lewe interesy. Kobieta po cichu zbliżyła się w stronę rozmawiających, trzymając się jednak na tyle daleko, aby samą nie zostać zauważoną. Odgłosy rozmowy stawały się coraz wyraźniejsze i Arleen zdążyła się zorientować, że jest świadkiem kłótni. Czyżby biznesy zaczęły się komplikować? Światło latarki jednego z mężczyzn oświetliło twarz drugiego, gdy ten doskoczył do pierwszego, łapiąc go za kołnierz. Thane Anderson... To po to tu wróciłeś? Wymoczek w płaszczu wisi ci gotówkę za jakiś towar? A może to ty zniknąłeś z jego kasą?
Rzeczy, które nastąpiły potem stały się bardzo szybko. Arleen skuliła się, zasłaniając głowę ramionami, gdy czarne jak smoła ptaki rzuciły się w stronę mężczyzny, trzepocząc sztywnymi skrzydłami na oślep. Atak trwał zaledwie kilka minut, ale jego skutek...
Latarka, która upadła w gęstą trawę oświetliła puste oczy mężczyzny leżącego bez ruchu na ziemi. Powietrze wypełnił metaliczny zapach krwi i inny, słodkawo-kwaśny od którego w brzuchu Arleen zebrało się na torsje. Jambalaya zjedzona przed wyjściem była naprawdę złym pomysłem.
Ptaki, kończące swoją ucztę, powoli wzbijały się w powietrze, zostawiając po sobie groteskową scenę. Arleen postanowiła również opuścić to miejsce, ale gałąź na którą nadepnęła pękła z głuchym trzaskiem. Thane i Shailene machinalnie podnieśli głowy w jej kierunku.
-Właśnie od takich rzeczy miałam trzymać się z daleka - Arleen mruknęła kwaśno, patrząc prosto w twarze tamtej dwójki.

Offline

#35 11-10-2021 o 19h13

Straż Absyntu
Evalyn
Pomocniczka Jednorożca
Evalyn
...
Wiadomości: 332

https://64.media.tumblr.com/288b60cb5d03f998da63b5c5c6701076/65a3bf56143cf049-d9/s500x750/00ada5255bf8d865e926adcd8569243ec3d6204c.png



Shailene trzęsły się ręce. Żyła w Bayou Laurette całe swoje życie i przyzwyczajona była do zaskakujących wydarzeń; w końcu sam fakt, że ona, jej babka a także rodzina Andersonów umieli robić rzeczy, które wykraczały poza zwykłe umiejętności ludzi był dziwny. Co prawda to nie był pierwszy raz, kiedy w tym miejscu zadziało się coś aż tak surrealistycznego ale to był pierwszy raz, kiedy Shaliene doświadczyła tego tak mocno. Bayou Laurette było przez większość czasu spokojną nudną miejscowością, a magia której używały Shai i babka służyła po prostu do ułatwiania sobie wielu codziennych obowiązków. A na pewno nie była to magia wyciągnięta rodem z horroru. To co stało się teraz było dla niej całkiem inną rzeczywistością, równie przerażająca dla niej, tak jak przerażająca dla zwykłych ludzi mogła być myśl o samej magii.
Trzask gałęzi przywrócił Shailene do rzeczywistości. Automatycznie spojrzała się w kierunku, z którego doszedł do jej uszu dźwięk. Znajoma sylwetka. Leilah. Jeszcze tego brakowało...
Usłyszała jak Thane klnie pod nosem. Pistolet, który upuścił nieznany Shai mężczyzna, wciąż leżał w trawie. Shailene kątem oka zauważyła jak Thane sięga w jego kierunku.
-Wystarczy- Powiedziała cicho, tak cicho że w pierwszej chwili Thane jej nie usłyszał. Wzięła głęboki wdech. Co się stało już się nie odstanie. Należało jednak zrobić coś aby zapobiec jeszcze większej tragedii. Podniosła się z ziemi i powtórzyła głośniej- Thane wystarczy. Opanuj się.
Thane zatrzymał się z spuszczoną głową, przypominając nieco skazańca, na którego właśnie spadał wyrok śmierci. Kruki, zaczynały powoli odlatywać w znanym tylko sobie kierunku. Dobrze. Ręce Shailene przestały się w końcu trząść. Ktoś musiał naprawić ten bałagan.
Wzięła kolejny wdech i spojrzała w kierunku nieproszonego gościa na tym demonicznym przedstawieniu. Pierwsze co zrozumiała to fakt, że Leilah nie jest w szoku, była co najwyżej zniesmaczona. Każdy zwykły człowiek widząc coś takiego zacząłby się trząść ze strachu. Zresztą nawet Shai obeznana z magią w pierwszym momencie zareagowała podobnie. Leilah jednak była spokojna. A Shailene przez tą reakcje kobiety totalnie nie wiedziała co powiedzieć, co było czymś bardzo dla niej niespotykanym.
-Jesteś taka sama, co? Dlatego cię to zupełnie nie dziwi.- Zanim Shai zdążyła się odezwać, zrobił to Thane. Brzmiał jeszcze bardziej ponuro i beznadziejnie niż zwykle.
-Taka sa...- Shailene urwała spoglądając to na Thane'a to na Leilah. Potrząsnęła głową; to nie był czas na dłuższe rozmyślania na ten temat. Obok nich leżało ciało. Martwy człowiek, na miłość boską. Przesunęła dłonią po twarzy- Słuchaj to nie jest coś co robimy na co dzień. To jest zupełnie coś innego co robimy na co dzień. To...
-Shaliene- Głos Thane'a chociaż ponury brzmiał teraz spokojnie- To ty jesteś teraz jedyną osobą, która jest najbliżej paniki. Przestań się tłumaczyć.
Shai otworzyła usta i zamknęła je bez wypowiedzenia słowa. Jej wzrok znów podążył w stronę ciała. To nie miało być tak. Przecież starała się kontrolować wszystko...


https://64.media.tumblr.com/5927e058e4f1d2b965a7a07e31160e38/b66bf0f81e2ce8d0-71/s400x600/213eaaf67a5b84f8fda2375a7334ff9157a6fd55.gifv  https://64.media.tumblr.com/1f80c946b31e8edac55d3aa37b5632bb/b66bf0f81e2ce8d0-ea/s400x600/932353bf292d329edfdc1269ae420889b5553eeb.gifv

Online

#36 17-10-2021 o 16h26

Straż Obsydianu
Aida
Pomocniczka Jednorożca
Aida
...
Wiadomości: 296

https://i.imgur.com/OGMNzLV.png


Arleen mogła się wydawać spokojna. Lata spędzone na próbie okiełznania swojej własnej dziwności, a potem bardzo ekspresyjnej dziwności Macy były całkiem pouczające. Zachowanie kamiennej twarzy, gdy w głowie kołatało się tysiące myśli krzyczących na alarm było już wyuczonym manewrem. Wpakowała się w coś bardzo, bardzo śliskiego. Od niej teraz zależało to, jak ta noc się dla niej zakończy.
Najchętniej by to wszystko chrzaniła. Była po prostu zmęczona całą tą magią i tym, co robi z ludźmi. Najchętniej powiedziałaby, że to nie jej interes i odeszła w drugą stronę. Taki był plan, gdy wyjeżdżały z Savannah. Chrzanić to wszystko. Trudno jednak cokolwiek chrzanić, gdy facet, który przed chwilą wykończył człowieka, trzymał w ręku pistolet. Wzrok Arleen skupił się na broni, w wyobraźni czuła jej ciężar i chłód metalu. Wystarczyłby jeden strzał, aby dołączyła do wymoczka w płaszczu i zaległa obok niego na zawsze na łące. Brzmi to co prawda romantycznie, ale facet zupełnie nie był w jej typie. A poza tym, w domu czekała na nią siostra.
-Nie do końca taka sama - Arleen przeniosła wzrok z broni na twarz Thane'a. - Jakby to powiedzieć, działam w odwrotną stronę. Słuchajcie, nie wiem co tu się zadziało, nie mam pojęcia kim jest ten facet, ani czym sobie na to zasłużył, ale jedno jest pewne. Jest martwy, a my wszyscy jesteśmy w to wplątani. Nie mam zamiaru spotykać się z nikim z policji i odpowiadać na pytania, jak to możliwe, że stado kruków rzuciło się na niego, a nas pozostawiło żywych. Dlatego zadam tylko dwa pytania. Kto to jest i czy ktoś będzie wiedział, żeby szukać go w Bayou Laurette?

Offline

Strony : 1 2