Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2

#1 28-07-2018 o 17h18

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 031

http://funkyimg.com/i/2N359.png
ta cudowna okładka została wykonana przez @Adaine

Inne okładki



Cześć, cukiereczki! Witam was w moim pierwszy publikowanym na Forum fan fiction. Trochę się stresuję, że gdzieś się wyglebię i tyle będzie z mojej zabawy w tym dziale, więc mam na wstępie kilka informacji, głównie organizacyjnych:
→ wszyscy znamy Regulamin Forum i Regulamin Działu Fan Fiction, więc proszę się pilnować, bo mam wzrok bystrego jastrzębia i od razu wychwycę, że ktoś łamie Regulaminy,
→ wszystkie postacie kanoniczne należą do Disneya i nie są moją własnością, dlatego też postaram się jak najlepiej odwzorować ich charaktery,
→ akcja opowiadania dzieje się po filmie "Avengers: Infinity War", a właściwie jest jego kontynuacją, więc występują spoilery! Nie chcę, by ktoś, kto jeszcze nie oglądał filmu psuł sobie zabawę, czytając to,
→ nie wiem, jak to będzie z moim natchnieniem, które lubi sobie znikać, więc postaram się wcześniej informować, jak szybko może pojawić się następny rozdział,
→ chyba każdy autor lubi, kiedy docenia się jego twórczość, więc mam nadzieję, że nieśmiałe jaskółki wyfruną ze swoich gniazdek, by trochę się wypowiedzieć,
→ prawdopodobnie niedługo zamieszczę opowiadanie również na Wattpadzie, o czym na pewno powiadomię w którymś z postów,
→ konstruktywna krytyka a hejt - znajmy różnice, bo w związku z nimi wynika wiele niepotrzebnych kłótni, które nie są mile widziane.
To chyba na tyle. Mam nadzieję, że ten długi prolog (ponad 3 tysiące słów!) zatrzyma was na dłużej.
Miłego czytania!

Preludium.

    Lud włożył ci koronę na głowę; obwołano cię władcą i wzniesiono do tytułu Boga. Wyrżnąłeś swoich wrogów, podbiłeś ich ziemie, zapewniłeś dobrobyt swym poddanym. Miałeś wszystko. Więc jakim cudem się stoczyłeś?
    Wymiany, sprzedaż i kupno istnieją od eonów. Szacunek w odpowiednich sferach zdobywasz tylko wówczas, gdy po jednej ze stron na szali Wagi Ammit Pożeraczki Serc położysz wystarczająco dużo złotych monet, by opłacić wielką armię.
    Wiedziałeś, że jeśli się w to wplączesz, nie będzie odwrotu.
    Dlaczego dalej w to brniesz i nawet nie próbujesz uciec? Dlaczego wyszukujesz coraz to kolejne artefakty i wykładasz na nie pieniądze, gdy w twym królestwie zaczyna szerzyć się bieda? Chcesz, by klękały przed tobą narody? Chcesz nieskończonej władzy?
    Pomyśl więc o ludziach, którzy podróżują dla ciebie na krańce galaktyki; pomyśl o tym, ile ryzykują, byś zdobył kolejny wisior, mający zapewnić ci wieczną młodość i moce, o których Starożytni nawet nie śnili. Pomyśl też o tym, że niektórzy są zdolni poświęcić własne rodziny, byś zdobył to, czego pragniesz. Dalej będziesz uśmiechał się do swoich doradców, pozdrawiał ich na powitanie, gdy będziesz wiedział, że sprzedali własne żony i dzieci, żeby sprostać twym zachciankom?
    Wiedz, że masz śmierć tych ludzi na sumieniu. Wiedz, że kiedy obudzisz się, czując krew niewinnych istot na swych dłoniach i błagając bogów, by uwolnili cię od ich krzyku, zrozumiesz w końcu, co takiego uczyniłeś. Pamiętasz tę białowłosą dziewczynkę, która biegała po korytarzach pałacu, tę, którą uwielbiała twoja żona? Oczywiście, że pamiętasz. Sadzałeś ją czasem na  swoich tronie i pokazywałeś jej pamiątki z najodleglejszych zakątków galaktyki. Teraz jej dusza dołączyła do grona tych, które będą nękać cię co noc. Wiesz może, dlaczego?
    Bo jesteś odpowiedzialny za ich śmierć.

    Delikatny powiew wiatru rozniósł nad stolicą Tytana woń świeżo ściętych, polnych kwiatów. Śmiech kobiety, która sprzedawała je na swoim małym straganie, poniósł się echem po głównej ulicy rynku. Jej klientka uśmiechnęła się uprzejmie w odpowiedzi i, zabierając ze sobą kwiatowy bukiet, odeszła w kierunku ratusza i budynków administracyjnych. Kwiaciarka odwróciła się zaraz do swojego krzesełka, pod którym stała mała skarbonka. Brzęk wpadających do niej kilku monet sprawił, że na jej twarzy pojawił się uśmiech. Grosz do grosza, już mogła powiedzieć, powoli zbierała jej się całkiem niczego sobie sumka.
    Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy, gdy wyobraziła sobie oczami duszy to, co w końcu uda jej się zrobić, gdy uzbiera wystarczająco dużo pieniędzy na kupienie mieszkania w stolicy Zachodniego Volranu. Nigdy nie chciała zostać damą dworu królowej Selenii, ani nawet zasiadać w radzie króla Xalira, o czym marzyła większość kobiet w jej wieku - jej jedynym życzeniem było otworzyć kwiaciarnię na planecie-stolicy Układu i wieść spokojne życie. Nie nadawała się do noszenia wymyślnych sukni i popijania herbaty z porcelanowej filiżanki. Rheia była w stanie spędzić cały dzień, przechadzając się po najgłębszym leśnym gąszczu, by znaleźć najrzadsze i najpiękniejsze kwiaty, a potem zrobić z nich wspaniały bukiet. Lubiła czuć pod paznokciami drobinki ziemi, gdy odgarniała glebę, żeby wykopać roślinę wraz z korzeniami, by móc potem...
    Nagle ktoś chrząknął, aż Rheia podskoczyła gwałtownie, wyrwana ze swoich rozmyślań. Jeszcze nie teraz, zganiła się. Musisz zarobić na swoje marzenia. Zamknęła skarbonkę i odwróciła się do klienta, próbując przywołać na swojej twarzy uśmiech.
    - Dzień dobry - przywitała się wesoło. Starała się nie zwracać uwagi na zdegustowaną minę mężczyzny. Wygładziła swój biały fartuszek. - W czym mogę pomóc?
    Jego białe włosy były równo zaczesane do tyłu, co nadawało mu nieco buntowniczego wyglądu. Tylko jedno pasmo odstawało swoim ciemniejszym kolorem. Usta miał ściągnięte w wąską kreskę, twarz niezwykle ostrą i surową. Czarne jak onyks oczy mężczyzny przypatrywały się kwiatom rozłożonym na straganie. Cały jego wygląd sprawiał, że Rheia miała wrażenie, jakby był Tytanem albinosem. Zamieszkiwali stolicę Zachodniego Volranu i rzadko, naprawdę rzadko, odwiedzali inne planety. Mógł świadczyć o tym również jego strój - czarno-biała tunika z tlącego się w świetle dnia materiału. Dokładnie taka, jaką noszą doradcy króla. Kimkolwiek był ten mężczyzna, nie mógł być zwykłym turystą.
    Tytan, trzecia największa planeta Zachodniego Układu, był miejscem z kolorowych katalogów wakacyjnych. Mógł poszczycić się wysokimi górami, z których widok był naprawdę nieziemski, a także niskim wskaźnikiem ubóstwa i nowoczesną technologią. Rheia domyślała się, że tylko to trzecie mogło sprowadzić dworzanina na tę planetę.
    - Chciałbym kupić bukiet - odpowiedział mężczyzna. Kwiaciarka miała wrażenie, że gdy zaczął mówić, jego twarz postarzała się co najmniej o kilka lat.
    - Jakieś specjalne życzenia? - zapytała kobieta, chowając niesforny, kasztanowy kosmyk za ucho. Już układała w głowie wygląd wiązanki. Widziała duże, ciężkie kwiaty, przewiązane grubą, ozdobną wstęgą.
    - Myślę, że z jakichś delikatnych, jasnych kwiatów... może z jakimś brokatem. - Machnął niedbale ręką. - Ale to pani jest kobietą. Pewnie zna się pani lepiej.
    Rheia uśmiechnęła się promiennie i kiwnęła energicznie głową. Przy tych ledwie kilku zdaniach mogła domyślić się, że bukiet nie będzie dla mężczyzny - może dla żony, albo innej bliskiej jego sercu kobiety. Zebrała kilka stokrotek i malutkie jasnoróżowe lilie, dodała do nich małe, białe kuleczki jako wypełnienie, a następnie obwiązała to wszystko białą tasiemką. Przycięła jeszcze równo łodyżki i odsunęła wiązankę na długość ramienia, by móc się jej przyjrzeć. Była dumna ze swojej pracy.
    - Gotowe - oznajmiła wesoło.
    Spojrzała na klienta, spodziewając się, że zaraz usłyszy jakiś komplement za piękne połączenie kolorystyczne, albo swoją szybkość. Okazało się jednak, że mężczyzna wcale się na niej nie skupiał. Jego wzrok był skierowany ku jednej z witryn sklepowych. Rheia ponownie poprawiła kosmyk, zaczesując go do tyłu. Nie znosiła, kiedy coś latało jej przed twarzą. Na wystawie stało kilka manekinów, na których spoczywały ciężkie, długie suknie. Była niemalże pewna, że nie było ją stać nawet na jedną falbankę. Dopiero kiedy z przechodzącego tłumu wydostała się białowłosa kobieta, ubrana w podobny strój, co klient, Rheia zrozumiała, że mężczyzna nie przyglądał się sukniom. Patrzył bezpośrednio na zbliżającą się ku nim postać.
    Przez chwilę kwiaciarka myślała, że to dla niej stworzyła bukiet. Przyjrzała się jednak delikatnym kwiatom, a potem zerknęła ponownie na kobietę. Jej uroda, choć była naprawdę egzotyczna i zapierająca dech w piersi, nie pasowała do czegoś tak drobnego. Jednak po chwili zza długiej spódnicy arystokratki wyłoniła się dziecko, i Rheia natychmiast pojęła, dla kogo zrobiła wiązankę.
    Mała dziewczyna wyglądała na tak delikatną, że wydawać by się mogło, jakby najlżejszy podmuch wiatru mógł porwać ją i unieść ponad budynki. Miała może jakieś dziesięć lat. Jej białe włosy zostały upięte w misterny warkocz i odplecione wokół głowy - przypominały diadem. Przyglądała się to Rhei, to mężczyźnie swoimi wielkimi, jasnoniebieskimi oczami. Nosiła strój podobny do swoich - prawdopodobnie - rodziców: czarno-biała tunika i przylegające, jasne spodnie. Wyglądała na kogoś, kto pierwsze kroki stawiał na marmurowej posadzce i jego największym zmartwieniem był księżyc wstępujący na niebo. Kwiaciarka poczuła ukłucie żalu, gdy przypominała sobie własne dzieciństwo w domu, gdzie nie było pewne, czy będzie czym wypełnić żołądek.
    - I co, wypatrzyłaś coś ładnego? - spytał mężczyzna, otaczając ramieniem dziewczynkę, gdy ta do nich podeszła. Jej matka stanęła kawałek dalej, i jedynie skinęła Rhei głową.
    - Nie było nic ciekawego. - Białowłosa wzruszyła ramionami.
    Jej jasne oczy ponownie spoczęły na kwiaciarce i bukiecie, który trzymała. Dopiero to ją otrzeźwiło.
    - Proszę, to dla ciebie. - Wyprostowała jedną z łodyżek lilii i uklękła na jego kolano, by wręczyć wiązankę dziewczynce. Kolory, tańczące w jej oczach, hipnotyzowały kobietę tak bardzo, że przed chwilę nie mogła oderwać od nich wzroku. W jednej chwili były błękitne, w innej lodowate... a po mrugnięciu przypominały kolorem rtęć. - Podoba ci się?
     Białowłosa przejechała palcem po płatku jednego z kwiatów. Jej ruchy były płynne, delikatne, i takie niewymuszone, że Rheia przez moment pragnęła po prostu się jej przyglądać.
    - Jest śliczny - szepnęła w odpowiedzi, spoglądając znów na kwiaciarkę. - Dziękuję.
    - Chodźmy już, Reiro. - Ojciec dziewczynki poklepał ją lekko po ramieniu, żeby wróciła do matki. Rheia wstała z kucek w chwili, gdy mężczyzna położył na jej straganie pełną srebrną sakiewkę. Zabrzęczała charakterystycznie w zderzeniu z drewnianą powierzchnią. - Mam nadzieję, że to godziwa zapłata.
    Kwiaciarka przez chwilę miała wrażenie, że jej szczęka rozbije się na brukowanej uliczce. Nie była w stanie oderwać wzroku od bogato zdobionego przedmiotu, spoczywającego obok kilku czerwonych tulipanów. Ile monet mogło się w niej znajdować? Nawet z połową jej zawartości byłaby w stanie wyżywić rodzeństwo przez miesiąc. Podążyła wzrokiem za oddalającymi się ludźmi. Już wcześniej stwierdziła, że nie byli zwykłymi turystami.
    Ale kim właściwie mogli być?

    Bukiet był malutki i delikatny. Patrząc na misternie zaplecione wstążki, Reira bała się, że jeśli tylko za mocno go ściśnie, zniszczy to wrażenie, jakoby całość była najpiękniejszą rzeczą, którą widziała w życiu. Chociaż ostatni prezent - srebrny wisiorek ze słowikiem - dostała ledwie tydzień wcześniej i się z nim nie rozstawała, miała wrażenie, że wszystkie wcześniejsze podarki bladły przy wiązance. Dziewczynka czuła się tak, jakby ktoś zaklął w nim kawałek własnego serca.
    Szli brukowaną drogą, coraz bardziej oddalając się od zgiełku głównego rynku. Wysokie kamienice malały z każdą kolejną uliczką, aż z czasem zaczęli mijać tylko kamienne ruiny. Oglądając się dookoła, Reira miała wrażenie, jakby ktoś obserwował ją spośród zgliszczy. Zbliżyła się nieco do matki, by poczuć się choć trochę bezpieczniej. Kobieta wzięła ją za rękę, a gdy dziewczynka uniosła głowę, by spojrzeć na jej twarz, zobaczyła, że ta puszcza jej oczko. Od razu się rozluźniła.
    - To chyba niedaleko - mruknął Uriel Zairi, sprawdzając adres na małej, wymiętej karteczce. - Jesteśmy przy Południowego Pułku dwadzieścia trzy. Spotkanie ma się odbyć w budynku z numerem trzydzieści jeden.
    - Dzielnica samych ruin. - Lorina Zairi prychnęła, wolną ręką przygładzając swoje włosy. - Mam nadzieję, że ten cały sprzedawca nie wystawi nas do wiatru. Nie lecieliśmy tu całego dnia, żeby...
    - Nie wystawi - przerwał jej mąż, zaciskając mocno zęby. - Mamy umowę. Talos Tivan zawsze wywiązuje się ze swoich umów.
    Reira czuła się nieswojo, widząc, jak bardzo zmęczeni są jej rodzice. Pracowali w pocie czoła przez dwa tygodnie, by znaleźć kolejny artefakt dla króla Xalira, a kolejne kilka dni zajęło im zlokalizowanie go w Zachodnim Volranie. Okazało się, że Kamień - jak na niego mówiono - jest w posiadaniu kolekcjonera, Talosa Tivana. Mężczyzna stwierdził, że będzie w stanie sprzedać go za odpowiednią cenę. Wyznaczył również miejsce spotkania, w którym będzie gotowy dobić z nimi targu.
    - Powinnyście już wracać na główny rynek - oznajmił Uriel. - Jestem rad, że towarzyszyłyście mi aż do tego miejsca, ale nie chcę narażać was na większe niebezpieczeństwo.
    Lorina zgromiła go wzrokiem.
    - Urielu, przysięgam...
    - Nic mi się nie stanie - zapewnił ją Zairi. - W razie czego wyślę wam sygnał.
    Kobieta pokręciła głową z niedowierzaniem. Przytuliła szybko swojego męża, bojąc się, że jeśli będzie go dotykać przez dłuższą chwilę, nie puści go. Nie ufała kolekcjonerowi. Ponoć był honorowy, jednak cieszył się złą sławą - uwielbiał naginać zasady, jednocześnie wciąż spełniając wolę kupca.
    - Masz do mnie wrócić - powiedziała twardo.
    - Wrócę. - Uriel pocałował jej policzki. - Na pewno wrócę.
    Nagle mężczyzna poczuł, jak ktoś szarpie go za marynarkę. Klęknął przy swojej córce i posłał jej figlarny uśmiech.
    - Nie rozrabiaj, jak mnie nie będzie, w porządku? - zwrócił się do Reiry. - Pójdziesz z mamą do sklepu i kupicie sobie jakieś ładne ubrania. Potem mi je pokażesz, co ty na to?
    Dziewczynka skinęła głową, jednak nadal nie była przekonana co do tego planu. Wolałaby pójść z tatą na to spotkanie, niż siedzieć w butiku i oglądać, jak jej mama przymierzała kolejną suknię. Przecież nic złego nie mogło się stać, a ona była już na tyle duża, że mogła towarzyszyć mu w ubijaniu targów. Możliwe, że kiedyś sama będzie zdobywała cenne artefakty dla króla Xalira. Powinna mieć doświadczenie.
    Uriel pocałował Reirę w czoło i wstał.
    - Widzimy się za dwie godziny. Jestem pewien, że przyniosę wam nowe świecidełko.

    Wszystko potoczyło się tak szybko, że Rheia nawet nie wiedziała, kiedy znalazła się w centrum zainteresowania wszystkich przechodniów. Niedługo po wybiciu południa, kiedy postanowiła zrobić sobie przerwę na drugie śniadanie, pojawili się mężczyźni w czarnych kombinezonach. Wywrócili jej stragan i podeptali kwiaty, a potem związali jej nadgarstki i bili tak długo, aż straciła siłę, by móc się wyrywać.
    W ciągu kilku chwil otoczył ich mały krąg gapiów. Rheia miała nadzieję, że ktoś interweniuje, jednak ludzie przypatrywali im się w ciszy, nawet w chwili, gdy jeden z nich podniósł ją za włosy. Wisiała w jego wielkiej dłoni niczym szmaciana lalka. Nie miała siły, by próbować się wyrywać. Z jej nosa ciekła krew, a gardło było zdarte od krzyku.
    - Rodzina tej kobiety jest winna kradzieży drogocennej biżuterii - oznajmił głośno mężczyzna, by tłum wiedział, za co została pobita. Zaczynała powoli tracić przytomność. Otworzyła przymknięte oczy, by spojrzeć na zebranych ludzi, jednak zamiast ich sylwetek, widziała rozmyte plamy. Mimo to była pewna, że stali pośród nich ludzie, których znała. Inni sprzedawcy, jej znajomi... może któreś z jej rodzeństwa. - Za coś takiego zostanie jej wymierzona kara śmierci, w imię króla Xalira.
    Z gardła Rhei wydobył się cichy jęk, gdy uniósł ją nad ziemię. Nim się obejrzała, gdy cisnął nią o brukowaną drogę.


    Reira tupała stopą o marmurową posadzkę, nerwowo rozglądając się po butiku. Był to pierwszy sklep z wielu, do którego jej mama postanowiła zajrzeć. Sprzedawano w nim suknie balowe, a co ciekawe, przy żadnej z nich nie było metki. Nikt nie mówił tego na głos, ale ludzie, robiący w nim zakupy, nawet nie patrzyli na ceny i brali to, co im się podobało. Za kilka takich ubrań można było kupić duże mieszkanie w stolicy.
    Obsługa, bardzo profesjonalna, jak się okazało, od razu zabrała Lorinę do działu z ciemniejszymi sukniami. Twierdziły, że takie będą jej bardziej pasowały, niż jasne i kolorowe. Jedna z nich uśmiechnęła się do Reiry i zabrała od niej bukiecik, żeby wstawić go do wazonu z wodą. Dziewczynka oddała jej wiązankę z ulgą, bowiem im dłużej przyglądała się kwiatom, tym bardziej miała wrażenie, że niedługo mogą zwiędnąć. Obiecała sobie, że kiedy tylko wrócą do stolicy, zamrozi prezent, by móc cieszyć się nim dłużej.
    Gdy mama przymierzała czwartą suknię, a personel komentował to, jak świetnie wyglądała w grafitowej czerni, Reira była zajęta przypatrywaniem się przechodniom przed sklepem. Miała wielką nadzieję, że tata niedługo wróci, niosąc pod pachą pudełko z nowym artefaktem. Wsiedliby wtedy do statku i czym prędzej wrócili do domu. Tymczasem jedna z ekspedientek znalazła jeszcze piękniejszy strój, niż wcześniejsze, i natychmiast kazała go przymierzyć Lorinie. Według Reiry kreacja była naprawdę ładna, ale nie sądziła, że mama założy ją więcej, niż dwa-trzy razy. Jej garderoba tonęła w podobnych, zapierających dech sukniach, które tylko zbierały kurz.
    Nagle coś zaczęło się dziać na ulicy - ludzie w pierwszej chwili zamarli, a po chwili część z nich ruszyła w kierunku rynku. Dziewczynka zbliżyła się do szyby, opierając na niej dłonie, by przyjrzeć się ich twarzom. Na żadnej z nich nie malował się uśmiech, a część przysłaniał cień zamyślenia. Mogła jedynie zastanawiać się, co takiego się wydarzyło.
    Zerknęła na swoją mamę, ubraną w kolejną suknię i otoczoną kilkoma sprzedawczyniami. Zdawała się nie zwracać uwagi na swoją córkę. Reirze było to całkiem na rękę; wygrała wrodzona ciekawość. Szybko wymknęła się ze sklepu, rzucając ostatnie, przeciągłe spojrzenie bukietowi. Stał tam, w wazonie, a jego kwiaty ponownie wznosiły się ku słońcu. Płatki lilii mieniły się w świetle jasnych lamp butiku.
    Liczba przechodniów zmniejszyła się, zaś ci, których widziała wcześniej, zatrzymali się na skrzyżowaniu dróg. Cokolwiek się tam działo, sprawiło, że zebrał się tam całkiem pokaźny tłum. Przez chwilę Reira zastanawiała się, czy może do miasta przyjechał cyrk i rozstawił się na środku placu targowego, ale kiedy nieco się zbliżyła, rozpoznała tę uliczkę. To tu swój stragan miała kwiaciarka, od której dostała ten śliczny bukiet.
    Poczuła, jak po jej plecach przebiega zimny dreszcz. Co na Tytanie mogło oznaczać takie zbiorowisko? Ludzie wpatrywali się w coś w nieprzyjemnej ciszy, co tylko spotęgowało jej złe odczucia. Była na tyle malutka, że bez trudu udało jej się przecisnąć między dorosłymi Tytanami, aż do samego centrum.
    W chwili, gdy wypadła spomiędzy ludzi w pierwszym rzędzie, usłyszała wyrok. Zmroziło jej krew w żyłach, a kiedy zobaczyła, kogo mężczyzna rzuca na ziemię, z jej gardła wyrwał się słaby krzyk. Niewiele myśląc, rzuciła się ku kwiaciarce, leżącej nieprzytomnie na brukowanym chodniku. Cokolwiek zrobiła, Reira była pewna, że nie zasłużyła na to, by zostać potraktowana w ten sposób. Uniosła wiotką rękę kobiety, by sprawdzić jej puls.
    - A kogo my tu mamy? - Usłyszała z boku. Ten sam mężczyzna, który rzucił kobietą, stał nad nimi z założonymi rękoma i kręcił z niedowierzaniem głową. - Czyżby ktoś próbował przerwać wymierzanie kary?
    Reira podniosła się i wyprostowała się hardo. Nigdy w życiu nie znalazła się w takiej sytuacji, nie musiała nikogo bronić - a przynajmniej nie w ten sposób - ale była pewna, że nie mogła pozwolić, by ci mężczyźni ponownie zrobili jej krzywdę.
    - Zostawcie ją - rozkazała. Z trudem panowała nad głosem. - Taka kara wystarczy.
    Mężczyzna parsknął śmiechem i postąpił krok w jej stronę. Dziewczynka nie ruszyła się z miejsca. Każdy jej ruch, nawet zerknięcie w bok, mogłoby pokazać mu, jak bardzo się bała. Gdyby mógł wejść do jej głowy, ujrzałby, jak w środku drżała ze strachu.
    - Wiedzieliśmy, że ma wspólniczkę! - krzyknął w stronę tłumu. Reira nie rozumiała, co się dzieje. - Ale nie sądziliśmy, że będzie tak głupia, by się ujawniać. A teraz próbuje jeszcze wymóc na nas złagodzenie wyroku! - Jego uśmiech przybrał niebezpieczny wyraz. - Ale skoro już się pojawiła, podzieli los swojej wspólniczki.
    Dzieliły ich tylko dwa małe kroki. Dopiero gdy ktoś wykręcił jej ręce do tyłu i skuł nadgarstki, zrozumiała, że mogła nie wychodzić z salonu. Mogła zostać przy matce i przyglądać się, jak przymierza kolejne suknie i wysłuchuje komplementów. Zamiast tego, w chwili, gdy uniosła głowę, by spojrzeć na wciąż bezchmurne i jasne niebo, coś zasłoniło jej widok. Uderzenie serca później straciła grunt pod nogami.

    Rheia nie wiedziała, kiedy się ocknęła. Czuła straszny ból w czaszce i miała wrażenie, że ściany przesuwają się w jej kierunku. Wzięła głęboki oddech, odchylając głowę do tyłu. Siedziała prosto na jakimś krześle w pustym, białym pomieszczeniu, oświetlonym jedną lampą.
    Spróbowała podnieść rękę, by dotknąć nią głowy - upewnić się, czy wszystko z nią w porządku - jednak nie mogła oderwać jej od podłokietnika. Oba nadgarstki przytwierdzono stalowymi kajdanami, które pozwalały na oderwanie dłoni na kilka centymetrów. Poruszyła również nogami. One także zostały przywiązane do krzesła.
    Kobieta spróbowała przypomnieć sobie, co się działo, nim straciła przytomność. Pamiętała tamtych mężczyzn, którzy ją pobili. Nie zapomniała również ich słów. Zamierzali ją zabić za coś, co mogło zrobić któreś z jej rodzeństwa. Jedno z nich okradło jubilera. W stolicy było ich wielu, w tym kobiety, a jedna z nich - Dorma Loralay - przyjaźniła się z ich rodziną, od kiedy Rheia pamiętała. Nawet Damon nie pokusiłby się o zabranie jej czegoś. Dorma miała złote serce i często pomagała im, kiedy nie udawało im się wiązać końca z końcem. Wszyscy ją uwielbiali - tę młodą, energiczną kobietę. Nie, nie mogli jej nic ukraść - to musiało być coś gorszego, skoro jubiler zgłosił kradzież do... tych ludzi. Kim oni właściwie mogli być? Rheia znała skądś te kombinezony i wyszyte na nich znaki, czasem widywała tak ubranych ludzi na mieście, jednak nie miała pojęcia, kto był ich pracodawcą, ani nawet czym się zajmowali.
    Przypomniała sobie ostatni raz, gdy młodszy od niej o dwa lata Damon zwinął bochen chleba ze straganu. Ciężko było wymazać ten obraz z pamięci - jej brat z rozwichrzonymi włosami i rozciętą wargą wrócił do domu, oznajmiając, że piekarz mimo wszystko pozwolił mu zabrać jedzenie. Tacy byli ludzie na Tytanie - wymierzali sprawiedliwość, ale nie pozwalali, by ktoś cierpiał. Damon poniósł wtedy konsekwencje swoich czynów - dlaczego więc tym razem postąpiono inaczej? Czemu ten jubiler zdecydował, że to nie któremuś z jej rodzeństwa stanie się krzywda, tylko właśnie jej? Mimo tego wszystkiego Rheia nie była pewna, czy jej bracia i siostry są bezpieczni - widziała ich o świcie, rozespanych, szykujących się powoli do szkoły, kiedy ona szła rozstawiać stragan. "Wracaj szybko do domu", powiedziała wtedy Vividia. "Mam na jutro do zrobienia projekt caluśkiego Volranu". Pamiętała, że roześmiała się i zbeształa ją za to, że zostawiła wszystko na ostatnią chwilę. Ale obiecała też, że jej pomoże.
    Wtedy dotarł do niej sens słów tamtego mężczyzny - zostanie stracona. Zabita. Opuści ten świat, nie przeżyje tej nocy. Mogą poddać ją przeraźliwym torturom, mogą niszczyć ją powoli, aż gardło zedrze jej się od krzyku. Nie zobaczy już swojego rodzeństwa, nie usłyszy ich roześmianych głosów ani nie zaśpiewa im do snu.
    W jednej chwili kawałek ściany zafalował, ukazując ukryte drzwi. Szczęknęły, gdy do pomieszczenia wszedł jakiś wysoki, barczysty mężczyzna. Zmierzył Rheię wzrokiem, upewnił się, że nie próbowała się wyrywać, i powiedział:
    - Nadeszła twoja godzina.

    Minęło trochę czasu, nim zdjęto jej worek z głowy. Przez ten czas oczy Reiry zdążył przyzwyczaić się do ciemności, więc gdy oślepiło ją jaskrawe światło lamp, musiała chwilę pomrugać, by do niego przywyknąć. Uprzednio czuła, jak mężczyzna, który ją niósł, odłożył ją na jakieś krzesło.
    W trakcie drogi słyszała, jak jej oprawcy rozmawiają z jakimś mężczyzną. "Mamy dwa obiekty", powiedział jeden z nich. "Szef powinien być zadowolony." Chociaż z coraz większym trudem przychodziło jej zastanawianie się nad wszystkim, to domyśliła się, że drugim "obiektem" była kwiaciarka. Nie miała zaś pojęcia, kim mógł okazać się ich szef.
    Kiedy oczy Reiry w końcu przyzwyczaiły się do jaskrawego światła i przestały pojawiać się przed nimi mroczki, zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Trzy ściany były wykonane z szarego, chropowatego kamienia, na czwartej zaś, naprzeciwko niej, znajdowało się lustro, w którym widziała swoje odbicie. Przesunęła stopą po gładkich kafelkach. Przy jednej z nóg krzesła poczuła coś chropowatego. Mężczyzna, nim wyszedł, zagroził, że jeśli spróbuje się wyrwać albo będzie krzyczeć, wybije jej wszystkie zęby. Gdy odszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz, Reira przyjrzała się swoim nadgarstkom, przytwierdzonym do podłokietników. Chociaż miała chude ręce, na pewno nie dałaby rady się z nich wydostać, nie obcierając ich do krwi. Nogi zaś zostawił jej wolne, jakby nie obawiał się, że spróbuje ich użyć. Bo i jak miałaby to zrobić? Wierzganie, kopanie krzesła, albo nawet czyichś nóg, nie uwolniłoby jej.
    Przyglądała się swoim nadgarstkom, gdy drzwi się otworzyły. Reira uniosła głowę, przyglądając się wchodzącemu mężczyźnie. Nie był to ten sam, który ją tu przyniósł. Ten miał krótkie, brązowe włosy i nieco jaśniejszą skórę. Jego twarz była pozbawiona wyrazu, gdy przepuścił kogoś do środka. Dziewczynka zdziwiła się, widząc kwiaciarkę, przytwierdzoną do poruszającego się krzesła. Jej warga była czerwona, bynajmniej nie pomalowana, i opuchnięta. Lewą brew miała przeciętą, a kasztanowe włosy brudne i skołtunione. Spojrzała na nią, a w jej szmaragdowych oczach pojawiła się mieszanka strachu i zaskoczenia. Drugie krzesło stanęło w odległości kilku stóp od tego Reiry. Mężczyzna spróbował je przesunąć, jednak wydawać by się mogło, że zostało momentalnie przytwierdzone do podłoża.
    - Nawet jedno słowo, i osobiście zrobię wam krzywdę - oznajmił chłodno, spoglądając najpierw kwiaciarce, a potem Reirze w oczy. Odczekał kilka uderzeń serca i wyszedł z pomieszczenia.
    Zaraz po zatrzaśnięciu się drzwi wymieniły przerażone spojrzenia. Białowłosa zastanawiała się, czy Lorina zdążyła zauważyć jej zniknięcie. Miała nadzieję, że jeśli to odkryła, pójdzie jej szukać i niedługo znajdzie to dziwne miejsce. Poza tym przecież mogła skontaktować się z tatą - jeśli on również tu był, może daliby radę ją stąd wyciągnąć. I kwiaciarkę również.
    Mimo że Reira nie znała tej kobiety, z jakiegoś powodu nie czuła się skrępowana jej obecnością. Pachniała różami i czymś, co kojarzyło jej się z ciepłem letnich dni. Przyjrzała się jej brązowym włosom i niespotykanym rysom twarzy. Wciąż była ubrana w białą, prostą sukienkę i granatowy fartuszek. Tyle że wcześniej był pokryty grudkami ziemi, a teraz widniały na nim również zaschnięte krople krwi. Białowłosa zastanawiała się, ile złego zdążyli jej wyrządzić tamci mężczyźni. Jej wzrok momentalnie spoczął na czole kobiety - nad lewą brwią coraz wyraźniej malował się wielki, fioletowy siniak.
    Reira zdała sobie sprawę z tego, że nachalnie przygląda się kwiaciarce, gdy ta utkwiła w niej swoje szmaragdowe oczy.
    - Wszystko z tobą w porządku? - zapytała szeptem kobieta.
    Dziewczynka musiała zamrugać kilka razy, by dotarło do niej, że kwiaciarka się nią zainteresowała. Spodziewała się raczej, że będzie milczała, w obawie przed groźbami tamtego mężczyzny.
    Na ścianie nad drzwiami zapaliło się czerwone światełko, co nieco zaniepokoiło Reirę. Skoro jednak kobieta uznała, że nic im nie grozi, to białowłosa postanowiła pójść jej śladami.
    - Nic mi nie jest - odszepnęła naprawdę cicho. Obawiała się, że zdradzi ją głos. O ile na dworze od malutkiego uczono maskować mowę ciała, o tyle nie była w stanie panować nad drżeniem swoich strun głosowych, gdy mówiła, a czegoś się obawiała. - Czy to... to cię boli?
    Kwiaciarka zmarszczyła brwi, najwyraźniej nie rozumiejąc.
    - Co mogłoby mnie boleć?
    Reira chciała wskazać palcem jej czoło i wargę, jednak zapomniała o kajdanach. Te przytrzymały jej rękę przy oparciu krzesła. W chwili, gdy jej skóra spotkała się z metalem, dziewczynka poczuła, jak w jej nadgarstek uderza strumień gorąca.
    Nie kontrolując tego, krzyknęła na całe gardło.
    - Och, bogowie, wszystko w porządku? - Kwiaciarka odchyliła się w jej kierunku, sama uważając, by nie dotknąć kajdan. - Nic ci nie jest?
    Białowłosa wpatrywała się w swoją rękę, próbując opanować przyspieszony oddech. Czuła pieczenie w całym nadgarstku, a gdy na niego spojrzała, zakręciło jej się w głowie. Ta skóra, którą dotknęła metalu, przypominała przypalone mięso.
    - T-tak - odpowiedziała. - To tylko... nie wiem co to. - Pokręciła głową, starając się odsunąć od siebie ból. - Pytałam o two... pani głowę. Czoło jest fioletowe.
    Kwiaciarka zmarszczyła brwi, próbując zrobić zeza i zerknąć na górną część swojej głowy. Z marnym skutkiem.
    - Nic o tym nie wiem - westchnęła. - I, proszę, nie mów mi pani. Jestem Rheia.
    Dziewczynka poczuła się dziwnie. Na dworze przyzwyczajano ją do tego, by do dorosłych odnosić się z należytym szacunkiem, a kobieta przecież też była dorosła. Dlaczego nie zachowywała się jak reszta dorosłych?
    - Reira. - Białowłosa skinęła powoli głową, niewiele myśląc o tym, co dzieje się z jej ciałem. Spojrzała znów na swój nadgarstek. Te części skóry, które nie przypominały kolorem węgla, powoli robiły się coraz bardziej czerwone. - To dziwne...
    Nie wiedziała do końca, co chce powiedzieć. Jednocześnie pomyślała o tym, jak bardzo ich imiona były podobne, jak i o tym, że nigdy nie spotkała się z nagrzanymi kajdanami. Właściwie to z żadnymi się nigdy nie spotkała, ale sądziła, że żadne normalne nie wyrządzają takiej krzywdy.
    Nagle tafla przed nimi, którą Reira wcześniej wzięła za lustro, rozjaśniła się, jakby słońce wyłaniało się zza chmur. Padło na nie bardziej wyraziste światło z pomieszczenia po drugiej stronie. Oczom Reiry i Rhei ukazał się bliźniaczo podobny pokój - na jego środku jednak nie stały dwa krzesła, zaś znajdowało się tam kilku mężczyzn.
    Na widok jednego z nich dziewczynkę zapiekły oczy. To był jej tata! Wpatrywał się w nią, jakby zobaczył ducha, ale tak, to był on - przybył ją uratować! Obok niego stał starszy człowiek, odziany w czarne futro z czerwonymi plamami. Otaczało ich czterech innych mężczyzn, ubranych w ciemne, skórzane kombinezony. Jednego Reira rozpoznała - to był ten, który zabrał ją z placu targowego.
    - Jego czerwień przypomina krew, jest bezwonny niczym powietrze, a jego potęga jest czymś naprawdę niesamowitym! - oznajmił głośno mężczyzna w futrze. Tivan. To musiał być Talos Tivan, kolekcjoner. - Jedyny w swoim rodzaju!
    Uriel Zairi przyglądał mu się beznamiętnym wzrokiem. Nie poruszył się od chwili, gdy Reira mogła go ujrzeć, jednak miała wrażenie, że jego ciało napięło się nieco. Czy rozpoznał ją? Przecież wyglądała tak samo, jak jakiś czas temu, gdy zostawiły go, by samotnie poszedł na to spotkanie.
    - A to nasze obiekty testowe! - dodał prędko Tivan, najwyraźniej widząc coś, czego nie widziała dziewczynka. - Ale spokojnie, drogi panie, nikt nie będzie za nimi płakał. Moi ludzie odkryli, że obie należą do grupy podburzającej lud przeciw królowi. Ja jedynie przysłużę się koronie.
    Ojciec Reiry nagle zbladł. Jego wzrok powędrował ku niej. To był ten moment, gdy dziewczynka spodziewała się, że powie, by pozwolił jej - im obu - odejść. W końcu ani ona, ani Rheia nie zrobiły nic złego. Kwiaciarka wyglądała i na pewno też była dobrą osobą, nie mogła należeć do nielegalnego ugrupowania.
    - Jedna z nich to jeszcze dziecko - powiedział powoli Uriel. - Jest pan pewien, panie Tivan, że działa wbrew królowi?
    - Ależ oczywiście! - Talos przytaknął żarliwie. - Moi ludzie nigdy się nie mylą.
    Reirę dziwiło, że kolekcjoner nie zauważył, jak bardzo podobna była do swojego ojca. Mieli ten sam kształt nosa i podobny podbródek. Przemknęło jej przez myśl, że gdyby w tej chwili mężczyzna zwrócił na to uwagę, mógłby ich nie wypuścić, a nawet oskarżyć jej ojca o zdradę stanu. Była pewna, że żadne z ich trójki nie wyszłoby z tego miejsca o własnych siłach.
    Podobne wnioski musiał właśnie odkryć Uriel, bowiem mięśnie jego twarzy rozluźniły się i, ku dziwnemu bólowi w klatce piersiowej Reiry, powiedział:
    - W takim razie zdam się na pana ludzi. Proszę kontynuować.
    Dziewczynka zerknęła na Rheię, wpatrującą się bez zrozumienia w jej ojca. Wydawać by się mogło, że ona tego nie zrozumiała i wciąż miała nadzieję, że Uriel je stąd wyciągnie. Mimo wszystko nie odważyła się odezwać - Reira podziękowała jej za to w duchu.
    - Słusznie, słusznie. - Tivan pstryknął i energicznie zatarł ręce, skryte w białych rękawiczkach. - Czas to pieniądz, panie Zairi, czas to pieniądz!
    Momentalnie białowłosa zaczęła żałować, że postanowiła siedzieć cicho. W końcu do niej dotarło, że razem z kwiaciarką były obiektami testowymi. Miały był widowiskiem dla mocy potężnego artefaktu. Król Xalir pożądał ich z jednego powodu - był w stanie rzucić na kolana całe narody, zmieść wszystkie istoty z powierzchni planety.
    Na jeden znak kolekcjonera osiłek, który zabrał tu Reirę, zbliżył się do niego i podał mu pudełeczko wielkości małego palca. Było ciemnoczerwone, wykonane ze skóry. Tivan przejął je z wręcz nabożną czcią i pogładził wieczko. Pokazał je swojemu klientowi, mówiąc:
    - Bomba tyka i zaraz eksploduje, proszę patrzeć uważnie. Nie chcemy przecież, by król nie dowiedział się o jakiejś jego mocy.
    Uriel skinął niechętnie głową. Jego wzrok ani na chwilę nie padł na Reirę.
    Kolekcjoner zrobił krok w ich kierunku - dopiero wtedy dziewczynka zauważyła, że pomiędzy pomieszczeniami znajduje się mała klapka, zdolna pomieścić pudełeczko. Mężczyzna odsunął ją i przepchnął przedmiot do pokoju, w którym siedziały kobiety. Cofnął się szybko, wracając do swojego klienta. Obaj patrzyli z niecierpliwością na artefakt.
    Reira poczuła dziwny przypływ strachu, jakby coś naciskało na jej kręgosłup i skronie, zmuszając ją do drżenia. Obie przyglądały się niespokojnie małemu pudełeczku. Żaden z mężczyzn po drugiej stronie lustra nie odzywał się ani słowem przez dłuższą chwilę.
    Przez chwilę artefakt zdawał się zasysać dźwięki do swojego wnętrza. Reira nie słyszała nawet swojego przyspieszonego oddechu. Panowała absolutna cisza.
    Wtedy to się stało.
    Pudełeczko eksplodowało tysiącem odcieni czerwieni, rozpraszając się po całym pomieszczeniu. W jednych miejscach mknęło pod postacią ciemnego piasku, w innych - jako krwawa ciecz. Magia otoczyła Reirę i Rheię niczym sieć, w mgnieniu oka odcinając je od świata zewnętrznego. Spowijała je burgundowa, kipiąca magią otoczka. Artefakt - czymkolwiek był - tak bardzo przeraził dziewczynkę, że krzyczała bez opamiętania. Nie była tego pewna, jednak sądziła, że kwiaciarka również to robiła.
    Zdawać by się mogło, że w jednej chwili czas ustał, tylko po to, by pokazać im, w jak fatalnej sytuacji się znalazły. Zaraz potem otoczka zamieniła się w krwawą, pajęczą sieć i opadła na nie, jakby chwytała ryby.
    Reira czuła, jak magia zaczyna wsiąkać w jej skórę, drażniąc jej zmysły i przyprawiając o cierpiętniczy ból. Wierzgnęła nogami i spróbowała poderwać do góry ręce, tym samym jeszcze bardziej je parząc.
    Piekło, które obie przeżywały, było czymś gorszym niż publiczna egzekucja; czymś gorszym, niż najgorsze znane tortury. Artefakt palił je żywym ogniem, rozdzierał ich skóry i wdzierał się do ich organizmów. Ich ciała zaczęły kruszyć się pod wpływem mocy Kamienia Rzeczywistości.
    Ani Reira, ani Rheia nie próbowały panować nad swoim krzykiem, gdy powoli zatapiały się w niebyt. Z oczu białowłosej zaczęły lecieć łzy, natychmiast zamieniające się w obłoczki pary. "Proszę kontynuować", powiedział jej ojciec. Skazał swoją własną córkę na śmierć, pozwolił jej cierpieć katusze i patrzył, jak jej ciało zamienia się w proch.
    Kiedy zniknęły ręce dziewczynki, wyswobadzając ją z kajdan, upadła z wrzaskiem na ziemię. Jej ojciec pozwolił jej umrzeć. Skazał ją na śmierć.
    Z upadkiem pierwszej łzy na ziemię, jej ciało rozpadło się w pył.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (02-02-2019 o 13h11)

Offline

#2 29-07-2018 o 20h58

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 451

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Komentowałam to już niezliczoną ilość razy, ponieważ miałam przyjemność czytać to wcześniej. Tak czy siak, powtórzę się: to jest znakomite! Przepięknie operujesz słownictwem, nie robisz błędów, umiesz w dialogi i ogarnęłaś się z akapitami /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Trzeba przyznać, że początek ostry. I nadal zastanawia mnie to podobieństwo imion.

Czekam niecierpliwie na kolejną część i pozdrawiam ^^

Offline

#3 03-08-2018 o 12h40

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 696


Nie myślałaś, że tu skomentuję, co? Pewnie, że skomentuję!

Rysiu, ten początek a. k. a. wewnętrzny monolog jest genialny. Skradł moje serducho. Lubię takie klimaty.
Potem już chyba najadłaś się papryczek chili. Dziołcha! Dlaczego mi to robisz?

Jestem wkurzona na Zairi. Tak, dalej.

Ciekawa, jak dalej potoczy się akcja, daję łapkę w górę i zacieram łapki. Adieu!


https://babeczkazkruka.blogspot.com

I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#4 12-08-2018 o 19h11

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 031

Ha, ha! Chyba nikt się nie spodziewał, że będę to kontynuować na forum, włącznie ze mną, ale oto jestem!
Dziękuję za miłe komentarze, dziewczyny! <3
I serio, lubię czytać jak ludzie wyrażają swoje zdanie na temat moich prac, mam wtedy taki gigantyczny uśmiech na twarzy, więc zapraszam do komentowania!MAM CIASTKA

Rozdział 1


    Midtown School of Science and Technology, umiejscowiona w Queens, cieszyła się dobrą opinią; jej absolwenci zdobywali pierwsze miejsca w konkursach nie tylko międzystanowych, ale również krajowych. Nauczyciele puszyli się, chwaląc swoich wychowanków i wręczając im dyplomy. Midtown wykształciło wielu wybitnych ludzi, zdolnych do robienia wielkich rzeczy. Jednak nawet w tak prestiżowej szkole nie sposób uniknąć znęcania się silniejszych nad słabszymi.
    Flash Thompson był zdania, że każdy może się obronić, i że wystarczą do tego tylko dobre chęci. Dlatego też bez wyrzutów sumienia wsadzał głowy "nowych" do szkolnych toalet i naśmiewał się z nich razem z grupą swoich znajomych. Swego rodzaju "chrzest" odbywał każdy nowy chłopak - Flash i jego ekipa nie próbowali nawet tknąć żadnej dziewczyny od pamiętnych czasów Michelle Jones, gdy ta potraktowała jego oczy gazem pieprzowym. Co prawda od razu po zmianie środowiska została zawieszona na tydzień, ale nic sobie z tego nie zrobiła, a nawet więcej! - zyskała szacunek całej szkoły.
    Toaleta na parterze, niedaleko kantorka woźnego, była miejscem, które większość populacji szkolnej wolała najzwyczajniej w świecie unikać. Nawet sprzątaczki nie zbliżały się do tego miejsca za dnia, toteż nigdy nie było tam papieru, a w niektórych lampach przepaliły się żarówki. Odwagę, by wejść do środka, znajdowały w sobie dopiero wieczorami, kiedy w szkole nie było już żadnej żywej duszy. Z mopem, uniesionym wysoko w zaciśniętych, pomarszczonych dłoniach, wkraczały do tego miejsca, sprzątały, i wychodziły szybciej, niż ktokolwiek mógłby się po nich spodziewać.
    Dzięki tak fatalnej reputacji, Flash miał szerokie pole do popisu i wykorzystywał je, kiedy tylko nadarzała się okazja. Tym razem trafiło na nowego chłopaka o kędzierzawych włosach, dobrego z fizyki, ale słabego w pomaganiu przy ściąganiu. Na jednym ze sprawdzianów postanowił wkupić się w łaski Thompsona i zaproponował mu swoją pomoc. Szkolny tyran stwierdził, że to dobry pomysł - cały ostatni wieczór spędził na graniu w CSa i nawet nie wypakował książek z plecaka, więc idealnie się złożyło. Na początku wszystko szło świetnie: usiedli razem, gawędzili jak normalni przyjaciele, gdy nauczycielka rozdała kartki okazało się, że nie było podziału na rzędy i nawet zajęła się czytaniem jakiegoś nieszczęsnego romansidła, zamiast pilnowaniem uczniów. Flash był tak uradowany, że nie przewidział jednej rzeczy - nowy miał słaby słuch. Kiedy się mówi, chce się słyszeć swój głos, toteż zamiast szeptem przekazać mu odpowiedzi, nowy wywrzeszczał je tak, że pewnie usłyszeli go na drugim końcu Queens. Obaj dostali nagany i, ku zażenowaniu Thompsona, dostali opiernicz od dyrektora przy całej klasie.
    Właśnie dlatego wciskanie jego głowy do toalety sprawiało Flashowi jeszcze większą radość - mógł pięknie "podziękować" mu za to wszystko. Chłopak wiedział, że tego dnia ktoś się im przyglądał, ale nic sobie z tego nie robił. Nie raz i nie dwa takie rzeczy uchodziły mu na sucho. Za to bulgotanie z klozetu wprawiło go w jeszcze lepszy humor.

    Obudź się, Peter, to tylko sen!

    Starowinka okryła się szczelnie płaszczem, przyglądając się uważnie ulicy. Ludzie mijali ją obojętnie, spiesząc się do pracy. Tegoroczna zima sprowadziła nad Nowy Jork obfite opady śniegu, a nagły spadek temperatury zmusił ludzi do wyciągnięcia jeszcze cieplejszych ubrań. Połatany płaszcz zapewniał prowizoryczną ochronę przed mrozem, ale po pół godzinie siedzenia na ławce, kobieta czuła, jak zamarzają jej kości. Rozprostowała nogi, bojąc się, że każdy nagły ruch może wywołać okropny ból. Jej zdrowie odeszło wraz z ukochanym mężem, a dzieci i wnuki odleciały za ocean - została więc sama, nie mając nikogo bliskiego.
    Tego dnia nikt nie kupił od niej amuletów z kolorowymi kamieniami. Ludzie spoglądali na nie i skuloną na ławce sprzedawczynię, ale ziąb był tak przeraźliwy, że czym prędzej czmychali do ciepłych domów. Starsza kobieta czuła natomiast, że często zerkano na nią z litością. "Biedna, pewnie niedługo zamarznie", szeptali między sobą. Szczękała zębami z zimna, ale nadal uśmiechała się serdecznie do każdej mijanej osoby. Cóż innego miała robić?
    Z wybiciem godziny osiemnastej postanowiła w końcu zebrać się i wrócić do swojego mieszkania w jednej ze starych kamienic. Ciało bolało ją przy każdym ruchu, ale mimo to szybko zwinęła swój mały kramik i udała się na północ. Śnieg padał coraz gęściej, przysłaniając jej widoczność, jednak niezrażona parła przed siebie. W pewnym momencie musiała przystanąć i wziąć głęboki oddech przez chustę, która opatulała jej szyję. Czuła, że jeśli szybko nie znajdzie jakiegoś ciepłego miejsca, jej serce opatuli lód.
    Akurat złożyło się, że ze strony, w którą zmierzała, szedł jakiś chłopak. Był ubrany w zimową, granatową kurtkę, szare spodnie i podobnego koloru tenisówki. Wzrok miał utkwiony w ekranie smartfona.
    - Przepraszam, chłopcze, czy mógłbyś mi powiedzieć, gdzie jest najbliższa stacja metra? - zagadnęła wesoło, walcząc ze straszliwą chrypką. Jeśli pogoda się nie zmieni, zachoruje i nie będzie mogła prowadzić swojego kramiku.
    Młodzieniec utkwił w niej swoje niebieskie oczy i szybko odwrócił wzrok.
    - Nie mam drobnych - odrzekł i odszedł pospiesznie.
    Starowinka poczuła, jak jej serce się łamie.

    Zatrzymaj to, Peter, dasz radę! Musisz otworzyć oczy!
    Jego ciałem zawładnęła panika, zaczął miotać się w swoich myślach. Próbował wołać o pomoc, ale czuł jak powoli traci świadomość i zatraca się w tych wspomnieniach. We wszystkich sytuacjach, w których zawiódł.
    Powoli tonął.
    I nagle ktoś wyciągnął do niego rękę. Najpierw poczuł przyjemny chłód w okolicy nadgarstka, gdy zacisnęły się na nim czyjeś palce. Łapczywie nabrał powietrza w płuca, czując, jakby magicznie się odblokowały. W jego sercu pojawiła się nadzieja i światło.


    Flash Thompson kręcił się nerwowo na skórzanym fotelu. Gabinet głowy szkoły był ostatnim miejscem, do którego spodziewał się trafić. Dyrektor Morita bębnił nerwowo palcami o blat stołu, wpatrując się w swojego ucznia. Nie mógł wręcz uwierzyć, że jeden z jego prymusów robił takie rzeczy. Lepiej, że znęcał się nad uczniami za swoje błędy!
    - Flash... - zaczął powoli. - Dostałem zawiadomienie od anonimowej osoby, że, hm, robisz krzywdę nowym osobom. Na potwierdzenie tych słów dostałem zapis z kamer monitoringu. - Przesunął swój komputery stacjonarny w jego kierunku, by pokazać mu ekran. - Może nie mamy kamer w toaletach, by zachować trochę waszej prywatności, ale spójrz tu... Na ten moment. - Wideo zwolniło, pokazując, jak Thompson i jego kumple najpierw biją chłopaka, a potem zaciągają do łazienki. - Nie mam dla ciebie żadnego usprawiedliwienia, Flash, nawet nie mogę zapewnić matki tego dzieciaka, że to nie ty, bo widać twoją twarz - dodał ostro, opierając się ciężko na sowim fotelu. - Ty i twoi przyjaciele zostaniecie zawieszeni na dwa tygodnie. I tak tylko tyle mogę dla was zrobić.
    Thompson podniósł się, zaciskając dłonie w pięści. Zagotowało się w nim, kiedy usłyszał słowa dyrektora. Ktoś go wsypał. I to ktoś, kto miał dostęp do kamer z monitoringu!
    - To nie fair! - krzyknął łamiącym sie głosem. - To on zawalił, więc należała mu się kara! To nie była moja wina!
    Krzyk Flasha zagłuszał czyjś śmiech. Przyczajony za oknem Spider-Man nie mógł wytrzymać po zobaczeniu reakcji kolegi z klasy i zaczął parskać pod nosem.
    - Dobra robota, Karen.

    Starowinka oparła się o betonową ścianę, dygocząc z zimna. Dowiedziała się, że do najbliższej stacji metra, miejsca, w którym mogła się schronić, było piętnaście minut drogi. Nie przeszła nawet połowy, a już wiedziała, że nie da rady.
    Nagle śnieg niedaleko niej zaskrzypiał. Kobieta uniosła głowę, nie przypominając sobie, by ktoś tędy przechodził.
    - Proszę się mnie chwycić, zaniosę panią do najbliższego schroniska - powiedział chłopak ubrany w niebiesko-czerwony strój. Spider-Man, jak przypuszczała. - Niech się pani nie martwi o kramik, zaraz mój przyjaciel się nim zajmie.
    - Dziękuję - wyszeptała łamiącym się głosem, gdy podniósł ją, jakby nic nie ważyła i ruszył w innym kierunku. - Tak bardzo dziękuję.

    Jego ciałem wstrząsnął nagły dreszcz. Przez głowę zaczęły przewijać się różne wizje: najpierw przedstawiały jego porażki, ale wraz z rozdzierającym je światłem, zaczęły się zmieniać, ukazując mu te chwile, w których zrobił coś dobrego. Czuł, jak zaczyna wypełniać go nadzieja, myśl, że nie jest sam, i że ktoś mu pomaga.
    Nagle nastała wszechogarniająca ciemność. Nie czuł zapachu ciasteczek cioci May, nie słyszał dźwięków radia i płynących z niego starych hitów. Był jak ślepiec błądzący w nieznanym miejscu, ze strachem próbujący chwycić się pierwszej materialnej rzeczy w pobliżu. Jego serce przyspieszyło, gdy wyobraził sobie, że to jego kara - życie wieczne spędzone na kluczeniu pośród ciemności, łaknąc choć grama ciepła, delikatnego powiewu wiatru...
    I wtedy ktoś znów chwycił go za rękę. Odwrócił się z przestrachem, gotów na walkę z okrutnym potworem. Jak bardzo się zdziwił, gdy jego oczom ukazała się kobieca sylwetka. Roztaczała wokół siebie blask, wręcz promieniowała nim. Biała sukienka powiewała na wietrze, podobnie jak zaplecione w misterny warkocz włosy tego samego koloru. Bezdenne, srebrne oczy utkwiła w jego twarzy, wyraźnie nad czymś rozmyślając.
    - Wybrałeś sobie niezwykle sprzyjający moment - odezwała się wyniośle, a jej głos przyprawił go o ciarki. Kim ona była? Czego od niego chciała?
    Czy to ona sprowadziła na niego te wszystkie koszmary?
    Jej pozbawione wyrazu oblicze w jednym momencie zmieniło się w czyste przerażenie. Próbując cofnąć się na bezpieczną odległość, Peter chwycił swoją rękę, by wyszarpnął ją z lodowatego chwytu kobiety. Wrzasnął głośno, gdy tylko skóra jego drugiej dłoni dosięgła jej nadgarstka. Okrutny ból przetoczył się przez całe jego ciało; ból o sile żywiołu - ale nie był to ani ogień, ani lód. To było coś... pradawnego, potężnego.
    W jednym momencie kobieta otworzyła usta, z których wydobył się znajomy, zdecydowanie nie kobiecy głos:
    - Obudź się, Peter!

Offline

#5 19-08-2018 o 19h47

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 696


No, no, no! Widzę, że ktoś tu wepchnął moje poprawki! Dobrze, cieszę się, że pomogłam. <:

Cóż mogę rzec, Rysiu? Czekam na rozwój wydarzeń.


Rissie napisał


    Czy to ona sprowadziła na niego te wszystkie koszmary?
    Jej pozbawione wyrazu oblicze w jednym momencie zmieniło się w czyste przerażenie. Próbując cofnąć się na bezpieczną odległość, Peter chwycił swoją rękę, by wyszarpnął ją z lodowatego chwytu kobiety. Wrzasnął głośno, gdy tylko skóra jego drugiej dłoni dosięgła jej nadgarstka. Okrutny ból przetoczył się przez całe jego ciało; ból o sile żywiołu - ale nie był to ani ogień, ani lód. To było coś... pradawnego, potężnego.
    W jednym momencie kobieta otworzyła usta, z których wydobył się znajomy, zdecydowanie nie kobiecy głos:
    - Obudź się, Peter![/i]


^Ten fragment podoba mi się najbardziej. Nie pogardzę podobnymi smaczkami w przyszłości. /static/img/forum/smilies/wink.png


https://babeczkazkruka.blogspot.com

I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#6 19-08-2018 o 19h52

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 451

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Jezu wybacz zapomniałam skomentować /static/img/forum/smilies/yikes.png Wprawdzie pierwszą część znam od dawna, no ale mimo wszystko!

Aww starowinka uratowana, jak miło :3 Kochaany Peter. Tylko te jego sny... well, można się domyślać, co zapowiadają. I co to za babka? ;>

Czekam na więcej i pozdrawiam <3

Offline

#7 26-08-2018 o 16h58

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 645

Póki co skończyłam prolog. Ja to nadrobię, serio xD
Podoba mi się już na wstępie ^^ Prowadzisz fabułę lekko i bez pośpiechu, przyjemnie się to czyta /static/img/forum/smilies/smile.png
/ Doczytałam i jestem pod wielkim wrażeniem! To jest świetne. Zdecydowanie będę czytać ciąg dalszy.

Ostatnio zmieniony przez Layna (29-08-2018 o 16h03)

Offline

#8 31-08-2018 o 11h30

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 031

Znowu dziękuję za miłe komentarze, dziewczyny! ♥
Sólcia, to jeszcze poczekasz na rozwój wydarzeń, bo teraz wpada rozdział przejściowy.
Pućkuś, ale dobrze, żeś sobie o mnie przypomniała w końcu. ♥ A co do panienki ze snu, będziesz musiała trochę poczekać na rozwiązanie tej zagadki. /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Layna, mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej, rzecz jasna (i tak zostaniesz zmuszona) i dziękuję za pochwałę. ♥
Oczywiście zapraszam do komentowania wszystkich którzy tego nie robią, bo robi mi się do razu milej na serduszku, jak to czytam.

Rozdział 2


        Uchylenie powiek było cięższe, niż Peter przypuszczał. Kiedy jednak mu się to udało, natychmiast oślepiło go jasne światło. Zamrugał kilka razy, by odgonić mroczki, które pojawiły się przed jego oczami, oraz przyzwyczaić je do blasku słońca. Chwilę zajęło mu, nim zdał sobie sprawę, że to, co widzi, naprawdę jest słońcem. Otaczał je bezkres błękitnego nieba, bez ani jednej chmurki. On zaś leżał na jakimś łóżku, przykryty jedynie cienką kołderką.
    - No, w końcu się obudziłeś! Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy! - Jasny nieboskłon przysłoniła znajoma Peterowi sylwetka. Charakterystyczne kości policzkowe i fryzura sprawiały, że natychmiast rozpoznał Doktora Strange'a. Mężczyzna pomógł mu podnieść się do nieco wygodniejszej pozycji, po czym sam usiadł koło niego. - Jak się czujesz, chłopcze?
    Wszystkie bodźce docierały do niego w zwolnionym tempie, toteż dopiero po chwili Peter zdał sobie sprawę, że Doktor skierował to pytanie do niego. Gdziekolwiek się znalazł, czuł się dziwnie - jakby coś, nie wiedział do końca co, wyłączyło jego pajęcze zmysły, sprawiając, że ponownie stał się zwykłym nastolatkiem.
    - Chyba dobrze - odparł po dłuższej chwili. - Nie wiem... jestem trochę skołowany.
    Doktor poklepał go lekko po ramieniu, uśmiechając się dobrodusznie. Chłopak miał wrażenie, że jego mięśnie twarzy rozluźniły się nieznacznie. Tak, jakby z jego ramion spadł wielki ciężar, który powoli zaczynał go przytłaczać.
    - To efekt uboczny długiego letargu - wytłumaczył szybko Strange. - Na pewno nie czujesz dziwnej senności, nudności, bólu, ani nic takiego?
    Peter pokręcił głową. Miał wrażenie, że znalazł się w czyjejś skórze; że nie znajdował się we własnym ciele, jednak nie odczuwał żadnego z symptomów wymienionych przez Doktora.
    - Nic a nic - zapewnił Parker.
    - No dobrze. - Mężczyzna wypuścił głośno powietrze ustami. - W takim razie muszę cię jeszcze spytać, co pamiętasz z ostatnich wydarzeń?
    Peter zmarszczył brwi, starając sobie przypomnieć starcie na Tytanie. Jego wspomnienia były mętne, jakby wydarzyło się to tak dawno temu, że wszystko zaczęło się zacierać. Wytężył umysł, starając się zaczepić na jakimś momencie, który był wyraźny. Widział rękawicę Thanosa, prawie całą zdjętą z jego dłoni. Naraz poczuł dziwny dyskomfort w rękach, jakby znów szarpał nimi na przedmiot. Gdyby nie Peter Quill, udałoby mu się ją ściągnąć. Gdyby nie on, Tytan nie zdołałby wyrwać się z ich pułapki... i zniszczyć połowy wszechświata.
    Spoglądając na swoje dłonie, drżące coraz mocniej, przypominał sobie wszystko od początku do końca. Widział statek, na którym znalazł się, bo chciał uratować Doktora. Widział również Tytana i Strażników Galatyki, rozpadających się w pył. Słyszał też swoje ostatnie wypowiedziane słowa: Panie Stark, nie czuję się dobrze... N-nie chcę odchodzić. Zginął - zginął! - w ramionach swojego mentora. Wiedział, że zawiódł. Zawiódł Tony'ego Starka.
    - Trochę. Pamiętam trochę, większość... nie wszystko - odpowiedział. - Wiem, że walczyliśmy z tamtym Tytanem na jego planecie. - Peter miał wrażenie, że jego język zamienia się w proch. - My... my przegraliśmy?
    Stephen skinął powoli głową. Jego brwi zwęziły się na samo wspomnienie tamtej walki. Chłopak widział, jak mięśnie jego pleców, okryte białą, lnianą koszulą, napinają się.
    - Dobrze pamiętasz, przegraliśmy - oznajmił Doktor. - Oddałem Kamień Czasu Thanosowi, by oszczędził życie Tony'ego. Odszedł zaraz potem, by zaatakować Ziemię. Musiał odebrać Kamień Visionowi... bo wszyscy zginęliśmy. Zostaliśmy wymazani z naszego świata.
    - Wszyscy? - zapytał Peter. Nie chciał, by w jego głosie słyszalna była nadzieja, ale... tak bardzo pragnął, by Tony Stark również się tu, gdziekolwiek to tu było, znalazł.
    - To znaczy... - Doktor podrapał się po karku, wyraźnie nieswój. - Thanos mówił wcześniej, że chce usunąć połowę wszechświata. Zginęła tylko część. - Spojrzał na Petera ze współczuciem. - Przykro mi.
    On wiedział. Stephen Strange wiedział, o czym myślał Spider-man. Zdawał sobie sprawę z tego, że miał na myśli jedną konkretną osobę. Skoro jednak Tony'ego nie było, to chyba dobrze. To znaczyło tyle, że przeżył. Uniknął śmierci z ręki Thanosa i uniknął wymazania przez jego pstryknięcie. Peter odgonił cisnącą się do jego umysłu myśl, jakoby naprawdę żałował, że Starka tu nie było.
    Jednak... skoro byli martwi, to gdzie się znajdowali? Co to było za miejsce? Dopiero w tamtej chwili poczuł zapach morza, usłyszał jego szum. W górze, tuż nad nimi, krążyło kilka mew. Nie znajdowali się pokoju ani niczym podobnym - łóżko zostało umieszczone w słonecznej altanie na plaży. Słońce stało wysoko na bezchmurnym niebie; musiało dochodzić południe. Podłoga przywodziła na myśl chłodny marmur, a wykonane z jasnego drewna filary, z wijącymi się po nich wzorami, przypominały wschodzącą winorośl. Na belkach, których zadaniem było stworzenie szkieletu dachu, jak i tych, które imitowały ściany, powiewały białe, płócienne zasłony.
    Peter odwrócił głowę w kierunku, w który wiał watr. Jego oczom ukazał się bezkres morza. Kryształowe fale rozbijały się o alabastrową, piaszczystą plażę. Gdyby chciał komuś opisać to miejsce, kazałby temu komuś wyobrazić sobie biblijny Raj... a potem pomyśleć, że Raj nigdy nie będzie mógł równać się z tym miejscem.
    - Zginęliśmy - wymamrotał, nie odwracając wzroku od wody. Miał nadzieję, że choć trochę uspokoi to jego zszargane nerwy. - Ale jednak jesteśmy tutaj... czymkolwiek i gdziekolwiek to tutaj jest. Jak to w ogóle możliwe? I czy ktoś tu jeszcze jest?
    - Jest tu jeszcze kilku naszych znajomych - odparł Strange, wstając. Peter zwrócił uwagę na jego luźne spodnie w kolorze piasku, pasujące do białej, lnianej koszuli. W tym ubraniu i przy otaczającej ich scenerii, wydawać by się mogło, że wybrał się na wakacje na Karaiby, a nie zginął w walce na odległej planecie. Dopiero wtedy spojrzał na swoje własne ubranie. Miał na sobie bardzo podobny strój, co Doktor, tyle że trochę mniejszy. Był boso. - Chodź, resztę opowiem ci, kiedy będziemy iść.
    Peter również się podniósł. Przez chwilę mięśnie jego nóg drżały, ale szybko to opanował.
    - Dokąd?
    - Jest ktoś, kogo musisz poznać.

    - Skoro my wszyscy spaliśmy, to znaczy, że byłeś tu sam jak palec?
    Doktor prowadził ich wydeptaną dróżką wgłąb wyspy. Na horyzoncie widoczna była smukła budowla, tak wysoka, że wyglądało się, jakby jej dach muskał niebo. Towarzyszył im przyjemny, ciepły wiatr. Bose stopy Petera zapadały się w ciemnym, mokrym piachu. W pierwszej chwili, gdy wyszli z altany, miał wrażenie, że jest uwięziony w jakiejś klatce - poruszał się ociężale, jego nogi były jak z waty, a mózg rejestrował wszystko znacznie wolniej, niż zazwyczaj. Zelżało tylko to dziwne wrażenie, jakoby był intruzem we własnym ciele.
    - Nie. - Głos Doktora wyrwał go z zamyślenia. Ruchy mężczyzny były znacznie płynniejsze, niż jego, a on sam wydawał się ostoją spokoju. W odróżnieniu od niego, Peter miał wrażenie, jakby zaraz miał eksplodować. - Nie byłem tu sam. W tym świecie, nie tylko na tej planecie, żyją inni, można powiedzieć, ludzie. Są jakby... jego strażnikami. Opiekują się tymi, którzy tu przybywają, dbają też o ład i harmonię. - Chłopak zmarszczył brwi, nic nie rozumiejąc. Całe szczęście Strange to zauważył i zaczął tłumaczyć: - Bo widzisz, Peter, Kamienie Nieskończoności to prastare byty o niewyobrażalnej mocy. Są w stanie tworzyć coś z niczego, oszukiwać oczy, umysł i wszystkie inne zmysły. Mogą też zaginać rzeczywistość, teleportować ludzi między z jednego wymiaru do innego. Świat, w którym się znaleźliśmy, nazywa się Novis... - Zamilkł na chwilę, jakby chciał odpowiednio dobrać słowa. - Gdy Thanos skompletował wszystkie Kamienie, osiągnął ich potęgę. Pewnie ciężko będzie ci w to uwierzyć, ale jego serce było czyste, nieskalane złem. On nie chciał nas zabić, Peter. Teleportował nas tu, do innego świata, byśmy żyli w spokoju. To był jego sposób na poradzenie sobie z przeludnieniem. Teraz rozumiesz?
    Parker miał wrażenie, jakby jego świat nagle się powiększył. Do tej pory jego życie ograniczało się do szkoły, Nowego Jorku, i samej Ziemi. Teraz, gdy wiatr innego wymiaru muskał delikatnie jego skórę, poczuł, jak zaczyna kręcić mu się w głowie. To nie była tylko inna planeta - to był inny świat, zupełnie inny, niż ten, który znał.
    - Chyba rozumiem - powiedział słabym głosem.
    Nie byli tu sami. W tym świecie żyli również inni ludzie. Tacy, którzy spędzili tu znacznie więcej czasu, mieli swoje ulubione miejsca, zawiązali przyjaźnie... i właściwie robili to wszystko, co robią inni w  ich świecie. Ta wiedza sprawiła, że Peter poczuł się jeszcze dziwniej. A jeśli były tu zielone istoty o dwunastu nogach i trzech parach oczu?
    Być może to takie stwory zbudowały miejsce, do którego właśnie dotarli. Ze swojego miejsca chłopak z trudem mógł zobaczyć dach wieżowca. Jego ściany zostały całe zbudowane ze szkła, lśniącego w świetle słońca. Na pierwszy rzut oka budynek przypominał jeden z nowojorskich drapaczy chmur - kiedy jednak bliżej mu się przyjrzał, Peter poczuł, że szklana budowla znacznie różni się od tych, które mijał w drodze do szkoły. Było w niej coś tajemniczego, przepełnionego magią. Szyby obijały blask słońca, ale robiły to w magiczny sposób - całość zdawała się mienić niczym diament.
    Wieżowiec stał pośrodku pustego pola. Wokół niego, wydawać by się mogło, że wyrastało, kilka małych, białych budynków. Za nimi, aż po horyzont, rozciągała się gęsta puszcza.
    Mężczyźni w ciszy weszli do środka drapacz chmur przez otwarte na oścież szklane drzwi. Peter czuł się jak małe dziecko, które zostało pierwszy raz zabrane do Disney Landu - przyglądał się wszystkiemu, co ich otaczało, starając się trzymać zamkniętą buzię.
    W holu zastała ich biała posadzka i stoły z jasnego drewna. Stojące na nich czerwone i złote ozdoby nadawały pomieszczeniu życia. Poza tym nie zastali ani jednej żywej duszy.
    Kolejne mijane przez nich pomieszczenia były umeblowane i ozdobione w zupełnie innych stylach. Peterowi przemknęło przez myśl, że właściciel budynku musiał włożyć w umeblowanie tego wszystkiego więcej czasu i pieniędzy, niż on kiedykolwiek będzie miał.
    Po kilku ciągnących się w nieskończoność korytarzach, dotarli do windy. Doktor nacisnął przycisk, przywołujący ją, a metalowe drzwi od razu się otworzyły. Chłopak miał nadzieję, że w środku będzie leciała jakaś wesoła, przyjemna dla ucha muzyczka, mogąca rozluźnić jego zszargane nerwy. Jednak jedynym dźwiękiem, który słyszał, było szaleńcze bicie jego serca. Strange powiedział, że chciał, by Peter kogoś poznał. Prawdopodobnie byli to właściciele tego miejsca, czyli, jakby nie patrzeć, ich gospodarze. Nie wiedział, czego może się po nich spodziewać - mężczyzny - a może mężczyzn - w czarnych garniturach, siedzących przy szklance Jacka Danielsa, czy może jakichś wojowników, ostrzących swoje noże?
    Doktor wybrał jeden z przycisk z najwyższym numerem - dwadzieścia jeden, i zaraz po jego naciśnięciu drzwi windy zamknęły się. Jedno uderzenie serca później sunęli w górę. Peter stanął przodem do przeszklonej ściany, z której rozpościerał się widok na puszczę. Z tego miejsca widział również nieco niewyraźny zarys gór. Cały krajobraz sprawiał wrażenie tak idyllicznego i oderwanego od rzeczywistości, którą chłopak znał, że zaczął się zastanawiać, czy kiedyś będzie wstanie przyzwyczaić się do tego miejsca.
    Winda wznosiła się coraz wyżej i wyżej. Peter przeniósł wzrok z horyzontu na szybko oddalającą się ziemię. Zakręciło mu się w głowie, a nogi zrobiły się jak z waty, więc czym prędzej odwrócił się tyłem do okna. Wyżej, niż w tamtym momencie, znajdował się tylko raz - gdy dostał się na statek kosmiczny i chciał uratować Doktora z rąk magika.
    - Wszystko w porządku, Peter? - zapytał Stephen, spoglądając na niego podejrzliwie. Prawdopodobnie zrobił się chorobliwie biały i mężczyzna zwrócił na to uwagę.
    - Tak, wszystko okej - zapewnił go chłopak. - Po prostu trochę się stresuję całym tym spotkaniem.
    Doktor skinął głową ze zrozumieniem i odwrócił wzrok do okna.
    - Rozumiem. Ale, Peter, naprawdę nie ma czego. To porządni ludzie. Bardzo nam pomogli.
    Parker próbował przekonać samego siebie, że Strange ma rację. Przecież spędził w tym miejscu znacznie więcej czasu, na pewno zdążył już poznać ich gospodarzy. Poza tym nie zabili ich, kiedy mieli na to okazję. To dobrze rokowało.
    Nagle drzwi windy rozsunęły się, ukazując długi korytarz. Jego podłoga została wyłożona miękką, czerwoną wykładziną, zaś ściany przypominały ściany groty. Co kilka metrów w kamieniu wapiennym wydrążono otwory, by umieścić w nich lampy solankowe. Światło zdawało się bawić ze zmysłem wzroku, sprawiając jednocześnie, że Peter czuł się równocześnie swojsko, jak i nieco nerwowo w tym pomieszczeniu. Choć możliwe, że dziwny supeł, który wykształtował się w jego żołądku, był spowodowany stresem, a nie wystrojem wnętrz.
    Parker zastanawiał się, czy pozostałe piętra zostały ozdobione równie pięknie. Cały ten budynek zdawał się dziełem sztuki, a jego wystroju nie poszczyciłoby się samo Empire State Building.
    Szybkim krokiem przeszli przez część korytarza, mijając około pięciu drzwi, do pomieszczeń, które prawdopodobnie były umeblowane równie pięknie, co parter. Te, przed którymi się zatrzymali, nie wyróżniały się niczym szczególnym - ot, zwykłe drzwi w kolorze ciemnego mahoniu. Jednak coś musiało je wyróżniać, bowiem Doktor zastukał w nie bez zastanowienia, nie upewniając się, czy to na pewno te.
    Drzwi otworzyły się niemalże natychmiast. Przed nimi stał niewysoki mężczyzna, ubrany w znoszone spodnie jeansowe i białą bluzkę. Jego głowa była łysa. Prawdopodobnie Peter nie przeraziłby się nim tak, jak zrobił, gdyby nie spojrzenie jego przepastnych, brązowo-zielonych oczu. Sprawiał wrażenie kogoś, kto i widział wiele, i przeżył wiele, ale wiedział również, że jeszcze więcej go czeka.
    Parker miał ochotę wrzasnąć ze strachu i rzucić się do ucieczki. Jednak ręka Doktora, spoczywająca na jego ramieniu, sprawiła, że nawet gdyby drgnął, nie teraz nie ruszyłby się nawet o milimetr. Strange spojrzał na niego gniewnie, dając mu do zrozumienia, że takim zachowaniem tylko by się wygłupił. Peter wyprostował się więc, próbując sprawiać wrażenie wyluzowanego i pewnego siebie.
    - Witaj, Orionie - przywitał się spokojnie Stephen. - Peter się obudził, więc stwierdziłem, że chcielibyście go poznać... osobiście.
    Mężczyzna, nazwany Orionem, burknął coś pod nosem, co można było uznać albo za przekleństwo, albo za powitanie. Możliwe, że był nie w sosie. Mimo to przesunął się, zapraszając ich do środka. Pajęcze zmysły Petera ożyły nagle, jakby ktoś zbudził je z długiego snu. Od razu wyczuł delikatny podmuch wiatru od strony otwartego balkonu, poczuł zapach werbeny i usłyszał dźwięk jakiegoś instrumentu smyczkowego. Muzyka jednak szybko ustała, a wraz z nią wiatr. Odłożony pospiesznie na stolik przedmiot stuknął. Z balkonu wyszła kolejna postać.
     W tamtej chwili Peter poczuł, jak dech zamiera w jego piersi.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (02-02-2019 o 20h53)

Offline

#9 01-09-2018 o 07h20

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 645

Przeczytałam wczoraj po powrocie z pracy, ale nie miałam siły odpisać xD
Podoba mi się, dalej wszystko jest niespieszne i zrównoważone. Po rakowisku na jakie wpadłam ostatnio na wattpadzie, to było jak miodek na moje potrzeby czytelnicze. Nie ma dialogów od czapy, jak nie potrzeba to nie ma a jak są, to odpowiadają klimatowi narracji. Opisy świata przedstawionego też są dobre /static/img/forum/smilies/smile.png nie są za długie ale można sobie w głowie nakreślić co sobie wyobraziłaś.
Propsuję i czekam na więcej /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#10 01-09-2018 o 22h16

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 451

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Aw Doktor Strange :3 Kocham.

TAK JESTEM PAMIĘTAM

Ojeeeju, ty też najeżdżasz na Quilla? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ty wiesz, że gdyby nie internetowy hejt, to bym nie wiedziała, że ktoś ma mu cokolwiek za złe? XD

„Mr. Stark, I don’t feel so good…” :<<<<<<<<<<<<

„Bo wszyscy zginęliśmy” — spoko luz. :v

CO TO ZA POSTAĆ?! NO ZIOM NIE BĄDŹ WREDNA!

Nie znalazłam żadnego błędu. Piszesz lepiej ode mnie. Mam wrażenie, że nie czynię żadnych postępów :< Za to ty ogromne <3 Pamiętam twoje trzaskanie marginesami /static/img/forum/smilies/big_smile.png No ale nic, niecierpliwie czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^

Offline

#11 08-09-2018 o 17h16

Straż Cienia
Acrynologia
Artylerzysta Straży
Acrynologia
...
Wiadomości: 3 988

*wskakuje do wątku przez okno*

No cześć Ryżu! Nie spodziewałaś się mnie tak szybko, co?

W końcu nic mi nie przeszkodziło ^^
No to ten. Bardzo podobają mi się wewnętrzne monologi. Nie widuje ich zbyt często, a dają naprawdę świetny klimat. Opisy emocji i przedstawionego świata są niezwykle precyzyjne. Dzięki temu twoja wizja jest oddana w każdym szczególe. Oby tak dalej!

Opowiadanie śledzić będę bo jest świetne. Żałuję, że nie przeczytałam go wcześniej (Ah ta moja pamięć!) I teraz wiem, że niepotrzebnie się bałam, o brak znajomości filmu.

Kochanie, życzę weny ;*

P.S. A ja wiem kim jest ta osoba z balkonu :p


https://i.imgur.com/J7Odxes.jpg

Offline

#12 08-09-2018 o 19h04

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 696


Podtrzymuję to, co kiedyś Ci napisałam. Czegoś mi tutaj po prostu zabrakło.

Co do Doktora Strange, to wpychaj go, dziołcha! Ile wlezie! ♥

Jak zwykle czekam na ciąg dalszy, życzę weny i blablablablabla...

(Nikt i nic mnie tutaj nie przywlokło, jakby co.)

*Mała dygresja: "Orion" skojarzyło mi się z cebulą.
Przepraszam, no!~/static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ostatnio zmieniony przez Souliette (08-09-2018 o 19h06)


https://babeczkazkruka.blogspot.com

I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#13 15-09-2018 o 21h21

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 031

Tak, ja też dziwię się, że nadal tu jestem.
Szkoła trochę mnie zmiażdżyła, ale wracam tutaj z nową dawką absurdu.
Lay, cieszę się, że nada jesteś. I bo ja wiem, czy to też nie jest rakowisko, żebyś widziała jakie mam plany na przyszłość :')
Puciek, QUILL JEST ODPOWIEDZIALNY ZA CAŁE ZŁO TEGO ŚWIATA, JAK MOGŁAŚ O TYM NIE WIEDZIEĆ. I tak, ja też pamiętam te piękne czasy akapitu co zdanie :') niebo a ziemia
Acryś, misiu, już myślałam, że się tu Ciebie nie doczekam. Ogólnie staram się tłumaczyć wszystkie filmowe twisty, ale nie wiem, czy to nie odbiera radochy z oglądania filmu :v ANI MI SIĘ WAŻ SPOILEROWAĆ WSZYSTKIEGO
Sólsól, wiem, żeś się zawiodła na tym rozdziale, ale będzie lepiej. Nie wiem kiedy, ale będzie. Akcja rozpocznie się właściwie od dwóch następnych rozdziałów, póki co było pitu-pitu, poznajmy się. I nie wiem co masz do mojego Orionka, na pewno nie jest cebulą :<

Klasycznie zapraszam do komentowania, poznajmy się, czy coś. ♥

Rozdział 3


    Gdyby ktoś tydzień temu powiedział Peterowi, że będzie walczyć w międzygalaktycznej wojnie z "fioletowym gościem", zginie i zmartwychwstanie w innym świecie, a potem spotka osobę, która nawiedziła go w najbardziej przerażającej wizji, jaką kiedykolwiek miał, stwierdziłby, że ten ktoś jest szalony i kupiłby mu bilet na autobus do szpitala psychiatrycznego. Stojąca przed nim kobieta wyglądała jak żywo wyciągnięta z jego koszmaru. Z taką różnicą, że jej oczy nie zdawały się pusto wpatrywać w przestrzeń - patrzyła dokładnie na niego z uprzejmym zainteresowaniem. Nie sprawiała za to wrażenia przerażającej - przypominała raczej stonowaną, ciepłą osobę.
    - Witaj, Reiro. - Strange stanął koło niego i skinął kobiecie głową.
    - Stephenie - Ta odpowiedziała tym samym gestem, uśmiechając się delikatnie, a potem przeniosła wzrok na Petera. Chłopak miał wrażenie, że maleje pod siłą jej spojrzenia. - Ty musisz być Peter. Stephen dużo nam o tobie opowiadał. - Wyciągnęła ku niemu rękę. Parker spojrzał na nią, jakby trzymała w dłoni nóż i zamierzała go nim dźgnąć. Musiała speszyć się jego reakcją, bo natychmiast się wycofała. - Przepraszam. Czytałam trochę o waszej kulturze i potrząśnięcie dłonią wydawało mi się adekwatne do sytuacji. - Zmarszczyła nos. - Chyba jednak Terranie różnią się kulturą w zależności od kontynentu, na którym żyją. Fascynujące.
    Jednocześnie Peter przypomniał sobie podobną sytuację sprzed bitwy na Tytanie. Chciał przywitać się w ten sam sposób z Doktorem, a ten jedynie skinął mu głową. Wyobrażał sobie, że kobieta musiała poczuć się najzwyczajniej świecie głupio przez jego reakcję, tak jak on wtedy. Próbowała być miła, a on zachował się jak idiota. Miał ochotę strzelić sobie w twarz.
    Mężczyzna, który otworzył im drzwi - chyba nazywał się Orion - przeszedł przez pokój i stanął koło Reiry. Założył ręce na piersi i spiorunował chłopaka wzrokiem, jakby ten dopiero co obraził białowłosą kobietę. To utwierdziło go w przekonaniu, że popełnił straszliwy błąd i powinien był uścisnąć jej dłoń.
    - Chłopak się obudził. A co z resztą? - Orion skierował pytanie do Doktora, całkowicie ignorując Petera.
    - Z tego co wiem, jeszcze śpią - odpowiedział Strange. - Wasze lekarstwo uśmierzyło ich ból, ale obawiam się, że nie pomoże im w obudzeniu się.
    - Co mogłoby im w tym pomóc? - zapytała Reira, przechylając głowę w bok. Peter miał nadzieję, że kiedy stąd wyjdą, Doktor wytłumaczy mu wszystko na spokojnie, bo póki co nic nie rozumiał i tylko wędrował wzrokiem między rozmówcami.
    - Sądzę, że moglibyśmy zwiększyć dawkę leku.
    Orion i Reira wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Przez ciągnącą się w nieskończoność chwilę Peter miał wrażenie, że kłócą się o coś w myślach.
    - To zbyt duże ryzyko - mruknęła po chwili kobieta, przykładając dłoń do swojego czoła. - Pierwszy raz testujemy ten specyfik, a sama próba podania go im była krokiem milowym. Nie wiem, jak moglibyśmy im pomóc, gdyby coś poszło nie po naszej myśli. Nasze księgi nie mówią o skutkach ubocznych zwiększonych dawek.
    Chociaż słowa Reiry były logiczne, a ona zdawała się mówić prawdę, Peter miał niejasne wrażenie, że jej słowa miały drugie dno. Przepastne, głębokie, kryjące straszliwą prawdę.
    - Mógłbym rozmówić się z naszą wyrocznią - zasugerował niechętnie Orion.
    Doktor Strange skinął głową z wyraźną ulgą. Peter zastanawiał się, ile czasu spędził z tymi ludźmi i jak bardzo udało mu się do nich zbliżyć, skoro wystarczyło jedno proste zdanie, żeby jego wcześniej napięte mięśnie się rozluźniły.
    Chłodny wiatr uchylił lekko przymknięte drzwi balkonowe. Peter zerknął w ich kierunku, ale nie skupił się na horyzoncie, który rozciągał się za oknami. Jego wzrok powędrował na niziutki, szklany stolik. Wśród zapisanych ozdobnym pismem kartek leżały mahoniowe skrzypce. Przypominając sobie, jak Reira grała na instrumencie, nie mógł wyjść z podziwu. Potrafił wyobrazić sobie, jak stoi na scenie, skąpana w świetle reflektorów, jak przeciąga smyczkiem po strunach, tworząc łapiący za serce dźwięk. Tak, jak robiła to ledwie chwilę temu.
    - Peter!
    Odwrócił się na dźwięk swojego imienia, nieco zdziwiony sposobem, w jaki Doktor go zawołał. Możliwe, że lekko się zamyślił i odciął od świata, jak miał w zwyczaju robić na lekcjach, które zupełnie go nie interesowały. Chociaż w tym wypadku chciał dowiedzieć się jak najwięcej o miejscu, w którym się znalazł, odpływanie myślami gdzieś daleko wydawało mu się znacznie łatwiejsze.
    - Przepraszam, trochę się zamyśliłem. O czym była mowa? - przyznał, uśmiechając się do rozmówców. Orion uniósł wyzywająco lewą brew, ale Strange jedynie skinął głową i powiedział, że rozmawiali o wybraniu się do wyroczni. Kiedy tylko usłyszał o personie znanej jako Virian de Rousseau, wyobraził się bogato ubraną kobietę o długich, gęstych włosach i olśniewającej urodzie. - Brzmi dobrze. Kiedy wyruszamy?
    Orion parsknął śmiechem, bynajmniej nie w pozytywnym sensie. Peter miał wrażenie, że mężczyzna zdążył wyrobić sobie o nim zdanie, nim ten zdążył się w ogóle obudzić. Reira trzepnęła go w ramię, marszcząc brwi.
    - Przykro mi, Peterze, ale póki co nie możemy pozwolić ci opuścić tej planety. Twój stan nie jeszcze jest stabilny. - Kobieta wzruszyła ramionami. - Jednak sądzę, że na następny wyjazd będziesz mógł wybrać się z nami.
    - Ja również zostanę. - Doktor skinął głową i położył Parkerowi dłoń na plecach. Chłopaka przeszył dreszcz, jakby Stephen przyłożył mu żywy ogień do ciała. - Wybaczcie nam teraz, proszę, ale sądzę, że po przebudzeniu Peter jest bardzo głodny. Zaprowadzę go na pierwsze piętro.
    - W porządku - odparł Orion. - Do zobaczenia jutro.
    Reira za to pożegnała ich zdawkowym skinieniem głowy. Nadal trzymając dłoń w okolicach jego łopatek, Strange pokierował ich do wyjścia. Parker miał niejasne wrażenie, że starszy mężczyzna zabrał go z tego pomieszczenia w momencie, gdy ich obecność przestała być wygodna dla gospodarzy. O co im właściwie chodziło?

    - No chyba sobie żartujesz.
    Orion przechadzał się po pomieszczeniu z rękoma splecionymi za plecami, co chwilę na nią zerkając i kręcąc z niedowierzaniem głową. Reira siedziała na obitym białą skórą fotelu i porządkowała nuty. Kiedy tylko spojrzała na mały stolik, na którym walały się różne papiery, musiała przyznać, że ostatnimi czasy zaniedbała sprzątanie tego piętra. Wyrównała kilka kartek, stukając nimi o szklaną powierzchnię i spiorunowała Oriona wzrokiem.
    - Nie zostanę tu z tymi śmiertelnikami, lecę z tobą! - dodała ostro.
    Chociaż Orion był najbliższą jej żyjącą osobą, którą darzyła szacunkiem i zaufaniem, często miała ochotę go udusić. Zwłaszcza w momentach takich jak ten, gdy absolutnie nie rozumiała jego decyzji. Odłożyła kartki na stolik i wzięła do ręki szklankę z jakimś ciemnym napojem. Przystawiła ją do nosa i powąchała, a potem wzięła łyk. Nie pamiętała, kiedy ostatnio czuła na języku smak herbaty miętowej.
    Mężczyzna zatrzymał się przed drzwiami balkonowymi i otworzył je na oścież. Stojąc do niej tyłem, opierając się o  framugę i wpatrując się w horyzont, wyglądał jak dowódca, który musi podjąć jedną z najcięższych decyzji na polu bitwy. Choć minęło tyle lat, Orion Loralay nadal pamiętał czasy, gdy walczył o wolność wraz z innymi buntownikami i podkładał bomby pod budynki stanowe. Wciąż drzemał w nim duch stratega wojennego, chłodno kalkulującego wszystkie plusy i minusy akcji.
    - Nie lecisz - powiedział mężczyzna, zaciskając zęby. Odwrócił głowę w jej kierunku, a Reira poczuła, jak po jej plecach spływa zimny pot, gdy dostrzegła ogień w jego oczach. - Nieważne, jak bardzo Virian jest słaba, użyje nawet ostatniej kropli swojej mocy, żebyś nie mogła się do niej zbliżyć. Mam ci przypomnieć dlaczego?
    Reira prychnęła pod nosem. Doskonale pamiętała o swoim konflikcie z Rousseau, jak i o tym, że o mały włos zginęłaby tylko i wyłącznie przez to, że chciała zrobić coś dobrego. Gdyby Rheia jej wtedy nie uratowała...
    - Rozumiem - odparła chłodno, usiłując powstrzymać lawinę wspomnień. - W takim razie zostanę tu i będę miała oko na te śpiące królewny. - Przekrzywiła głowę. - Ile właściwie będą jeszcze spać?
    Wzrok Oriona uciekł ku nieboskłonowi. Odmierzanie czasu na podstawie pozycji słońca na niebie niezmiernie irytowało Reirę, jednakże Loralay uparł się, że takie tradycyjne sposoby są lepsze. Wyrzucił wtedy wszystkie zegary, które próbowała skonstruować.
    - Sądzę, że powinni zacząć budzić się za jakąś dobę. - Mężczyzna zmarszczył brwi. - Nadal dziwi mnie to, że ten dzieciak obudził się szybciej. I to bez żadnych skutków ubocznych. Musisz jeszcze raz przestudiować wszystkie księgi zielarskie i sprawdzić, czy nie pomyliliśmy się w proporcjach.
    Skinęła głową, domyślając się, że spędzi całą noc na przeszukiwaniu trzeciego piętra.
    - Ten chłopak wydaje mi się... - Spróbowała znaleźć odpowiednie słowo, ale pierwszy raz od dawna po prostu nie wiedziała, co powiedzieć. - Taki... taki inny.
    - Rzeczywiście. - Orion pokiwał w zamyśleniu głową, odwracając się znów ku horyzontowi. - Coś jest z nim zdecydowanie nie tak. Nie podoba mi się to.
    Reira westchnęła głośno, odchylając się na fotelu. Zamknęła oczy i przypomniała sobie wydarzenia sprzed chwili. To było oczywiste, że Doktor przyprowadzi chłopaka do nich. Chciał sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku - gdyby ona albo Orion zaczęli zachowywać się dziwnie, znaczyłoby to, że coś nie gra. Loralay sprawiał wrażenie spokojnego i stonowanego, więc nie było powodów do obaw. Poza tym była bardziej niż pewna, że nie zauważył tego, jak aura Petera drży na jej widok. Przypomniała sobie wtedy jak ona budziła się cała zlana potem z rozbieganym wzrokiem, pragnąc znaleźć się jak najbliżej mamy, i żeby wszystkie potwory okazały się tylko złym snem. Jednak z czasem przekonywała się, że ten najgorszy potwór znalazł swoje odzwierciedlenie również w jednej z osób, które znała. I właśnie dlatego, mimo żarliwych przekonywań ojca, że jest niegroźny, od zawsze nienawidziła króla Xalira.
    Nie wiedziała, kiedy Orion zdążył się nad nią nachylić, ale gdy spojrzała w jego przepastne, błękitne oczy, zobaczyła to samo, co widziała w swoim dawnym królu. Skłamałaby, mówiąc, że nie przestraszyło ją to.
    - Reiro - odparł miękko mężczyzna - wiesz, jak ważna jest sprawa, o którą walczymy, prawda?
    - Oczywiście.
    - I wiesz, że zrobię wszystko, by nikt mi w tym nie przeszkodził?
    Zadrżała, słysząc zapewnienie w jego głosie. Zabije każdego, kto stanie mu na drodze. Utkwiła wzrok w jego okrutnych oczach.
    - Rozumiem doskonale.

Offline

#14 16-09-2018 o 08h47

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 645

Gdzie jest StarLord? Chce go zabić póki jeszcze śpi!
A teraz bardziej "poważnie" /static/img/forum/smilies/tongue.png Czytałam zaraz po wrzuceniu ale nie byłam zdolna do odpisania xD
Ciekawi mnie jak śmiertelnicy trafiają tam gdzie trafiają O>o co to za technologia no? xD Peter coś mało gada ale chyba się rozkręci co?
No i poproszę dłuższe rozdziały, bo to było za mało /static/img/forum/smilies/tongue.png

Offline

#15 16-09-2018 o 09h17

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 696


Jak zwykle - cieszę się, że zastosowałaś się do moich poprawek i nie muszę robić Ci kazań. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Tak poza tym, to myślałam, że się pocałują. Autentycznie. Rozczarowałaś mnie, Rysiu. Musimy porozmawiać.

Czekam na ciąg dalszy, hugs and kisses, życzę weny.

Adieu! ^^


https://babeczkazkruka.blogspot.com

I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#16 18-09-2018 o 18h02

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 451

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png

Ja tam czekam, aż się reszta pobudzi, bo wtedy to dopiero będzie kocioł /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ale mam niejasne wrażenie, że sporo złego stanie się już zaraz, kiedy będzie ich tylko garstka. Oby. Chcę akcję. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Czekam na resztę i pozdrawiam ^^

Offline

#17 08-10-2018 o 18h26

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 031

Dzień dobry! Minął prawie miesiąc, od kiedy coś tu wrzucałam. Dopiero niedawno udało mi się skończyć rozdział i właściwie to jestem z niego całkiem dumna.
Lay, szykuj patelnię, będzie za rozdział albo dwa. A resztę spróbuję wytłumaczyć niedługo, ale to musiałabyś obejrzeć film, żeby zrozumieć :') I no, Peter niedługo się rozkręci.
Sól, oni nie są dla siebie stworzeni, całusy nie dla nich :<
Pućka, kocioł już jest *lenny*

Dziękuję Pućce za betowanie rozdziału, hugs and kisses!
I zapraszam:

Rozdział 4


    - To jest mięta. Robię z niej maści na bóle głowy. Może posłużyć również do parzenia orzeźwiającej herbaty.
    Dziewczynka pokiwała głową ze zrozumieniem, nie spuszczając jej ani na chwilę z oka. Chłonęła każde słowo i starała się zapamiętać działanie poszczególnych ziół. Reira może i była małym dzieckiem, ale należała do tej grupy ludzi, która nie poddaje się pomimo niepowodzeń. A trzeba przyznać, że spotkało ją wiele złych rzeczy, z których co poniektórzy dorośli by się nie pozbierali.
    Rheia Arouet uklękła przy małym krzaczku i zaczęła zrywać z niego listki, by potem włożyć je do małego, materiałowego woreczka. Reira kucnęła obok niej i jak zahipnotyzowana obserwowała poczynania kobiety.
    - Jak chcesz, to możesz mi pomóc - zaproponowała Rheia, przesuwając się nieco w bok, by zrobić małej miejsce. - Zrywanie liści nie jest trudne, a na pewno bardzo się nam przydadzą.
    Reira pisnęła z radości i natychmiast przyłączyła się do pracy. Na twarzy Arouet pojawił się delikatny uśmiech, gdy przyglądała się, jak jej podopieczna wykonuje zadanie. Spędziły w tym świecie około trzy miesiące i kobieta uważała za osobisty sukces fakt, że wreszcie udało jej się wyciągnąć białowłosą z pokoju. Wódz plemienia, które zamieszkiwało Odwróconego Tytana okazał dwóm  niezwykłą uprzejmość, przyjmując je do swojego obozu. Mała lepianka była w stanie pomieścić ledwie dwa łóżka i szafkę nocną, jednak Rheia była mu niezmiernie wdzięczna za pomoc. Zwłaszcza że nie wiedziała, dokąd indziej mogłyby się udać.
    - Dobrze mi idzie? - zapytała Reira, nie odrywając wzroku od listków, które trzymała w dłoni.
    - Bardzo dobrze. - Rheia pokiwała głową z aprobatą.
    Białowłosa dziewczynka przyłożyła dłoń z ziołami do nosa i powąchała je. Jej srebrne źrenice rozszerzyły się.
    - Ale ładnie pachną! - zachwyciła się Reira. - Mogę je zatrzymać?
    Arouet roześmiała się głośno i nakryła dłonie podopiecznej swoimi.
    - Jasne, że możesz. Mięta ma działanie bardzo pobudzające, będziesz dzięki temu pełna energii!
    Reira spojrzała na nią z podziwem, jak miała w zwyczaju, gdy dowiadywała się czegoś nowego. Rheia poczuła dziwne ukłucie w okolicy serca, gdy przypomniała sobie, jak bardzo dziewczynka była zamknięta w sobie, kiedy się tu pojawiły. Ojciec ledwo co się jej wyrzekł, została okrutnie zamordowana, trafiła tutaj, do miejsca, którego nie znała, i zdecydowanie nie chciała poznać. Przez pierwszy tydzień nie tknęła jedzenia, leżała tylko w łóżku, wpatrując się tępo w sufit z wielkich liści. W drugim tygodniu spróbowała coś przełknąć - jej żołądek był jednak ściśnięty i wszystko, co zjadła, natychmiast wracało. Kobieta była przy niej od świtu do wieczora, w noce wpatrywała się w jej śpiącą, wciąż wykrzywioną w bólu twarzyczkę. Reira straszliwie schudła i miała wory pod oczami - wódz powiedział, że jeśli w ciągu tygodnia nie zacznie się zdrowo odżywiać, może się to dla niej źle skończyć. Dlatego też następnego dnia po rozmowie z nim, Rheia przestała bawić się w delikatną nianię i powiedziała jej prosto w twarz, że może umrzeć, a ona nie chce jej na to pozwolić.
    Zaczynały się tu czuć jak w domu, chociaż swój opuściły wcale nie tak dawno. Oficjalnie zostały członkiniami plemienia Illaryan - ludu, który trafił do Novis, odwróconego świata, tuż po Wielkim Wybuchu.
    Rheia spojrzała na bezchmurne niebo i wzięła głęboki oddech, zamykając oczy. Strach i ból zdążyły ją już dawno opuścić, choć nadal pamiętała o swojej rodzinie, którą zostawiła na tym prawdziwym Tytanie. Czy ledwie szesnastoletni Damon poradzi sobie z wykarmieniem pozostałej czwórki rodzeństwa? Kobieta miała co do tego wątpliwości. Od czasu, gdy ich matka zmarła na quirle, a ojciec stracił życie na wojnie z Anticią, Damon nawet nie kiwnął palcem, by jej pomóc. Zamiast tego robił to, co mu się żywnie podobało: kradł, flirtował z dziewczętami i nawet zaczął zadawać się z miejscową mafią. Rheia obiecała sobie, że jeśli jeszcze raz kiedyś spotka swojego brata, nie będzie mógł usiąść przez miesiąc.
    - O czym myślisz? - zapytała Reira, sprowadzając Arouet z powrotem na ziemię.
    Nie chciała wspominać o swojej rodzinie i obawach, że Pascal, Vividia i Calipso mogli umrzeć z głodu.
    - O tym - odpowiedziała z uśmiechem - że mnie nie dogonisz i będę pierwsza w obozie.
    Poderwała się szybko z ziemi, złapała w locie kosz różnych ziół i ruszyła przed siebie. Odwrócona Wielka Puszcza zdawała się usuwać jej sprzed stóp, by mogła biec coraz szybciej i szybciej. Całą drogę towarzyszył jej śmiech Reiry i myśli, że niedługo będzie lepiej.

    Peter Parker miał wrażenie, że ktoś go śledzi. Czyjś palący wzrok przewiercał go na wylot od chwili, gdy przechodzili z Doktorem między budynkiem głównym, już po posiłku, a drogą do infirmerii. Wtedy tłumaczył to sobie jako dziwne urojenia. Jednak kiedy wyszedł się przewietrzyć, był pewien, że nic mu się nie wydawało. Nie wiedział kim był cichy obserwator, ale bał się, że nie miał przyjaznych zamiarów.
    Spodziewał się, że widok nieprzytomnych Strażników Galaktyki będzie większym szokiem. Ich twarze były spokojne i rozluźnione - według Doktora nie męczyły ich koszmary. To go trochę uspokoiło - miał dowód, że Orion i Reira mówili prawdę. Zbliżył się trochę do Mantis, która leżała najbliżej drzwi prowadzących na taras. Pamiętał, jak Drax podszepnął mu słówko, że kobieta jest empatką i za sprawą dotyku może poznać czyjeś emocje i uczucia. Spojrzał na jej dłoń, marszcząc brwi.
    A jeśli to działało również w drugą stronę? Jeśli mógł poznać jej aktualny stan? Rozejrzał się dookoła, by sprawdzić, gdzie zniknął Doktor - musiał udać się do drugiego pomieszczenia, prawdopodobnie laboratorium, by stworzyć więcej eliksiru. Wydawał się pewien, że ich gospodarze zgodzą się na zwiększenie dawki leku. Peter nie podążył za nim tylko z jednego powodu - myślał, że Strange może coś tam wysadzić. Ileż razy podczas doświadczeń na chemii ktoś dodał coś łatwopalnego i trzeba było ewakuować całą szkołę, żeby nikomu nic się nie stało.
    Zrobił kilka bezszelestnych kroków w stronę uchylonych drzwi laboratorium. Stephen stał przy jednym ze stołów i akurat zakładał jednorazowe rękawiczki, nucąc pod nosem Sweet Dreams. Upewniło go to o dobrym humorze mężczyzny i tym, że raczej nie oderwie się od swojego zajęcia, jeśli Peter czegoś nie przewróci ani nie rozbije. Wrócił do Mantis i ponownie przyjrzał się jej bezwładnej dłoni. Jeśli to nie zadziała, nic się przecież nie stanie. Nie zagrozi jej życiu, a już na pewno nie narazi ani jej, ani siebie na niebezpieczeństwo.
    Chwycił drżącymi rękoma chudziutką dłoń Mantis, wziął głęboki oddech i zamknął oczy. Przez trzy uderzenia jego serca nic się nie działo. Uchylił więc powieki i spojrzał na pogrążoną we śnie kobietę. Musiał przyznać, że trochę się rozczarował, ale przynajmniej nie zrobił tego przy kimś - to byłoby kompromitujące. Postanowił więc odłożyć dłoń Mantis i udawać, że nic nie zrobił.
    Nagle oślepił go potworny, rozdzierający ból. Cofnął się szybko, przyciskając dłonie do klatki piersiowej. Oddychał szybko i miał wrażenie, że czuje w całym ciele szybkie bicie swojego serca. Zderzył się plecami z drzwiami tarasowymi, które wydały z siebie dźwięk, jakby uderzył w nie zbłąkany ptak.
    - Peter? Wszystko w porządku? - krzyknął Doktor Strange z drugiego pomieszczenia. Chłopak nie usłyszał jednak jego kroków, co znaczyło, że czarodziej nie ruszył się z miejsca.
    - Tak! - odkrzyknął natychmiast. - Tylko, hm, myślałem, że nie ma drzwi na taras. Są takie... przezroczyste. - Zachichotał bez przekonania.
    Czuł drgawki na całym ciele, a umysł mówił mu, żeby uciekał. Odpowiedź od Doktora nie nadchodziła, więc uznał, że mężczyzna odpuścił sobie i wrócił do pracy. Wymacał dłonią klamkę i nacisnął ją szybko. Taras, z którego roztaczał się widok na gęstą puszczę, znajdował się dwa metry nad ziemią. Zeskoczył przez barierkę, przypominając sobie, jak robił to wielokrotnie, tyle że wtedy zeskakiwał z wielkich bloków mieszkalnych. Jego stopy wylądowały miękko pośród wysokiej trawy.
    Właśnie wtedy znów poczuł na sobie ten palący wzrok. Rozejrzał się szybko, by sprawdzić, czy nikogo nie ma w pobliżu. Nie zobaczył ani jednej żywej duszy, no może poza ptakiem, który latał nad lasem. Stwierdził, że właśnie w tamtym kierunku się uda - ku puszczy. Nie chciał przywoływać w pamięci uczuć, które wywołał w nim kontakt z Mantis, więc skupił się na wyrównaniu oddechu. Poza tym Doktor raczej nie obrazi się, jeśli pójdzie trochę pozwiedzać.
   
    Peter nie wziął pod uwagę jednej ważnej rzeczy - że może się zgubić. Kiedy tylko wszedł głębiej w las, a polna dróżka skręciła w taki sposób, że nie widział nic poza gąszczem pni i ciemnych liści, zaczął panikować. Każde pohukiwanie sowy sprawiało, że podskakiwał w miejscu i obracał się na boki.
    Las był piękny - musiał to przyznać. Światło, wpadające między koronami drzew, oświetlało dywan z mchu, którym kroczył. Promienie słoneczne nadawały kniei pewnej aury tajemniczości, przypominały lasy zagubione w historii; lasy, w których kwitły różnorakie, rzadkie rośliny, a zwierzęta żyły ze sobą w harmonii. Mech wydawał z siebie charakterystyczny, "miękki" dźwięk, który trafiał do jego kości i sprawiał, że się rozluźniały. Delikatny wiatr muskał włosy Petera, gdy szedł przed siebie, coraz dalej i dalej, rozglądając się dookoła z fascynacją. W jego domu, Nowym Jorku, i właściwie na całej Ziemi, pozostało niewiele miejsc, w których rządziła Matka Natura, a nie maszyny i ręka człowieka.
    A on widział coś tak pięknego pierwszy raz. Zachowywał absolutną ciszę, chłonął całym sobą niesamowitą aurę, otaczającą cały ten las. Szedł przed siebie, nie zaprzątając sobie głowy tym, by choć spróbować zapamiętać drogę. Nie było Stephena, Oriona; nie było śpiących Strażników Galaktyki, których świadomość została zamknięta we śnie. Nie było też Reiry, kontrolującej umysł Mantis. 
    Czuł się silny, nic go nie ograniczało - chciał wykrzyczeć to całemu światu; powiedzieć, że nie da się złamać ostatnim wydarzeniom. Był wolny, jak nigdy dotąd.
    Nagle, gdy wyzbył się wszystkich trosk, jak obuchem uderzyło w niego to, że nie wiedział, gdzie się znalazł. Rozejrzał się dookoła, szukając jakiegoś charakterystycznego miejsca, kamienia - czegokolwiek - co mógłby zapamiętać i znaleźć drogę powrotną. Jednak widział tylko drzewa, zlewające się w jedną, brązowo-zieloną całość.
    Wraz z paniką pojawiło się również dobrze znane mu uczucie. Był obserwowany. Ponownie. Pchnięty dziwnym odruchem, może instynktem, na oślep rzucił się przed siebie. Nie czuł sapania oprawcy za ramieniem; wiedział nawet, że nikt go nie goni. Mimo to biegł dalej, a palące kłucie w krzyżu, jakby ktoś przystawiał mu tam rozgrzany palec i popychał do przodu, nie ustępowało. Wypadł na wielką polanę, a jego oczom ukazała się stara, kamienna wioska, ozdobiona przez Czas mchem i bluszczem. Wyglądała na opuszczoną, pradawną.
    Kiedy stwierdził, że musi się zatrzymać, że strach i ucieczka w niczym mu nie pomogą, zakręciło mu się przed oczami. Stracił grunt pod nogami i runął do głębokiej, piaszczystej dziury. Spadł na łokcie i kolana i natychmiast przetoczył się na plecy, czując okropny ból w nogach. Syknął przeciągle, próbując się podnieść. Ze wszystkich stron otaczały go wysokie na dziesięć metrów, niemal pionowe ściany.
    Znalazł się w pułapce bez wyjścia, w ciemnym lesie i bez nadziei na pomoc.

Offline

#18 08-10-2018 o 18h53

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 451

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Nadal jestem na ciebie wściekła i obrażona, ale komentarz dać należy.

W zasadzie to co ci pisałam: awwwwww ten Peter XDDD To takie rozkoszne pomerdane dziecko które nie ogarnia co się dzieje wokół, ale czuje się potrzebny, co go uskrzydla /static/img/forum/smilies/big_smile.png Serio, musiał tykać Mantis? XD Musiał uciekać i leźć w busz myśląc o wolności niczym ptak? XD Ta pierwsza część też ujmująca, ale Peter wzbudza więcej uśmiechu ;]

Offline

#19 08-10-2018 o 19h19

Straż Absyntu
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 85

Rzadko, naprawdę rzadko komentuję opowiadania na forum. Pewnie to kwestia lenistwa, braku czasu i... No, głównie lenistwa, będąc szczera.

W każdym razie czytam "Infinity" od kiedy pojawiło się na forum (tak, tak - od pierwszego rozdziału). I choć wcześniej nie dawałam oznak życia, to byłam tu i nadal jestem /static/img/forum/smilies/smile.png
Po tych kilku rozdziałach wystarczająco wymacałam to opowiadanie, żeby stwierdzić, że jest naprawdę dobre i z pewnością będę je dalej śledzić. Masz naprawdę przyjemny styl, czyta się lekko, a postaci nie są wymuszone. I oczywiście ogromny plus za uniwersum Marvela /static/img/forum/smilies/smile.png

Czekam na kolejny rozdział /static/img/forum/smilies/smile.png Obyś dalej trzymała taki poziom /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#20 13-10-2018 o 17h27

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 696


Fragment z Rheią i Reirą sprawił, że się mimowolnie uśmiechnęłam. Przyjemnie, nie powiem, że nie.

Peter jak zwykle wpakował się w tarapaty, ale w sumie nikogo nie powinno to dziwić.
Czekam na ciąg dalszy, by zobaczyć, jak sobie chłopaczyna poradzi.

Niech Wena będzie z Tobą!


https://babeczkazkruka.blogspot.com

I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#21 25-10-2018 o 10h12

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 645

Melduję się /static/img/forum/smilies/smile.png czytałam a jak /static/img/forum/smilies/big_smile.png dalej mi się podoba.
Czo ten Pieter? On chyba jeszcze za wiele nie myśli xD

Offline

#22 03-11-2018 o 17h45

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 031

Witam! Już prawie miesiąc nic nie wrzucałam. Szkoła wyciska ze mnie siódme poty, ale mam nadzieję, że uda mi się wygospodarować więcej czasu na pisanie.
Strasznie kocham moje postacie i nie mogę ich tak zostawić.

Dziękuję za wszystkie komentarze. Bardzo mi miło, że ktoś to czyta. No i że komuś się to podoba. ^^
Zapraszam do lektury!

Rozdział 5


    Wzrok Petera bardzo lubił płatać mu figle, najczęściej w ciągu dnia, gdy był na czterech napojach energetycznych po nieprzespanej nocy. Raz pomylił klasową kujonkę - jedyne wolne miejsce było akurat obok niego - z Nedem i o mało nie zapytał jej na teście, czy wie jak zrobić zadanie dziewiąte. Gdy otworzyła usta i zamierzała wykrzyknąć na cały głos, że Peter Parker usiłuje ściągać na chemii, miał wrażenie, że jego świat może się zawalić, ale teraz tamten incydent wydawał się tak błahy w obliczu tego, w jakiej sytuacji się znalazł, że miał ochotę się roześmiać.
    Leżał na plecach, nie mając siły, by się poruszyć. Pył, który wzbił w powietrze swoim upadkiem, powoli opadał i osadzał się na jego ciele. Przez pierwsze kilka minut miał wrażenie, że ściany wokół niego wciąż rosną. Z każdym mrugnięciem słońce oddalało się i po chwili dół zalała fala chłodnej ciemności. Wtedy też uznał, że czas się podnieść.
    Otrzepał spodnie z piasku i rozczesał włosy palcami, rozglądając się dookoła. Wystarczyło jedno trzeźwe spojrzenie, by zrozumiał, że nie wylądował w dole czy też innej zapadlinie, a w wyschniętej fosie. Miała najwyżej trzy metry głębokości, a nie dziesięć, jak myślał na początku. Wszerz mogłyby pomieścić się cztery automaty z batonami; takie, które znajdzie się w każdej szkole. Czyli rzeczywiście wzrok płatał mu figle; znowu.
    Kawałek dalej, z jednej z krawędzi zapadliny, wystawały spróchniałe deski, prawdopodobnie resztki jakiegoś starego mostu. Peter poczuł dziwny ucisk w sercu, gdy przyglądał się ostrym, drewnianym brzegom. Gdyby wpadł do fosy kilka metrów dalej...
    Odsuwając czarne myśli na bok, zbliżył się do mostu. Co na jego miejscu zrobiłby Tony Stark? Zapewne przywołałby swoją zbroję i wyleciał z tego miejsca, zachowując zimną krew, ale... Tony był również pomysłowy. Peter kilkanaście razy czytał artykuł o tym, w jaki sposób uciekł terrorystom w Afganistanie - jak narodził się Iron Man.
    Peter również miał moce - swoje pajęcze zmysły, sieci i... i nadludzką siłę. No przecież! Mógł z łatwością wyskoczyć z fosy, jak wielokrotnie robił z bramą do szkoły, kiedy wracał z zajęć dodatkowych i w pobliżu nie było żadnej żywej duszy.
    Spojrzał w niebo, na zachodzące słońce. W górze, tuż nad nim, kołował ten sam ptak, którego widział wcześniej. Znów poczuł się obserwowany, a jego puls przyspieszył. Miał wrażenie, że został złapany w pułapkę. I to przez ptaka.
    Odwrócił na chwilę wzrok, żeby przyszykować się do skoku. Kucnął lekko i spróbował zebrać całą energię w nogach. Jak szybko się przekonał - niewiele mu jej zostało. W tym samym momencie, w którym skoczył, spojrzał ponownie na niebo.
    Zakręciło mu się w głowie i poczuł, jak z jego ciała uchodzi cała siła, kiedy nie zobaczył na niebie żadnego ptaka. Nie patrząc, gdzie ląduje, wpadł na coś z impetem. A raczej nie na coś, tylko na kogoś.
    Ciemnoskóra kobieta uśmiechnęła się do niego. Jej niemal czarne, zaplecione w warkocz, włosy opadały na odsłonięte ramiona. Za to jej oczy... Nie było w nich nic ludzkiego.
    - No - odezwała się nieznajoma - widzę, że pod moją nieobecność sporo się zmieniło.

    Do niedawna Reira często odwiedzała bibliotekę. Lubiła siadać w obitym ciemnobrązową skórą fotelu z grubą książką i spędzać tak całe dnie. W większości przypadków czytała, choć nie raz i nie dwa księga spoczywała na jej kolanach, a ona była myślami gdzieś indziej i wpatrywała się nieobecnie w Wielką Puszczę.
    Rheia śmiała się, że jej białowłosa podopieczna albo pochłaniała książki jedna po drugiej, albo wręcz nie mogła na nie patrzeć. Dawno temu przychodziła tu razem z nią, i gdy Reira czytała powieści, ona zgłębiała coraz to kolejne tajemnice zielarstwa, rzucając co jakiś czas żartami, z których obie śmiały się do rozpuku.
    A kiedy zabrakło Rhei... Nic już nie było takie samo.
    Reira rozwinęła stary pergamin i położyła na jego podniszczonych rogach pierwsze lepsze przedmioty, które miała pod ręką. Papirus kruszył się w jej dłoniach, więc nie próbowała ryzykować zabrania go na stolik do kawy - położyła go na wielkim biurku, a obok trzy kolejne. Nie była tak dobra z alchemii jak Rheia, ale w końcu i ona przestała mylić recepturę na przeziębienie z tą na porost włosów.
    Zbliżyła lampę do pierwszego pergaminu i sama się nad nim nachyliła. Bała się ponownie go dotknąć, żeby przypadkiem się nie zniszczył. Był jednym z niewielu artefaktów, które przetrwały Krwawą Wojnę i mogły być nadal używane. Większość z nich została ukryta na planecie El'iale, z daleka od wścibskich oczu i rąk złodziei.
    Ważne informacje zapisywała ołówkiem w skórzanym notatniku. Jednocześnie notowała w myślach składniki, po które będzie musiała udać się na pierwsze piętro - do spiżarni.
    Zmiana dawkowania leku mogła przyspieszyć proces budzenia Strażników, jak i wprowadzić ich w stan śpiączki - Reira musiała uważać, by nie przedobrzyć. Poza tym, jeśli Orion miał nadzieję, że ona zrobi wszystko, czego chciał bez szemrania, mylił się. Nie zamierzała sprowadzać na nich jeszcze mroczniejszych wizji. Pamiętała przecież swój koszmar, po którym obudziła się w innym świecie. Nienawistne spojrzenie ojca, jego lodowate dłonie zaciskające się na jej szyi, jej zdławiony okrzyk... Ojciec nigdy nie próbował jej udusić, ale za każdym razem gdy to sobie przypominała, wydawało się tak realne...
    Jeżeli oni mieli zobaczyć coś jeszcze straszniejszego... Nie. To nie wchodziło w grę. Przecież niczym nie zawinili.
    Przy zwiększeniu dawki leku poza wcześniejszymi składnikami należało dodać kilka mililitrów wody z podziemnego, słonego źródełka z Volranu, by złoto runiczne i miód anserra nie zaczęły zbyt szybko procesu krystalizacji. Poza tym mleko Myrnmeeków musiało mieć idealną konsystencję...
    Reira westchnęła głośno i przetarła twarz dłońmi. Czy to wszystko było warte takiego zachodu? Przecież Strażnicy i tak mieli się niedługo obudzić.
    Ale nie, nie mogła zawieść Doktora Strange'a. Widziała ból w jego oczach, gdy prosił ich o przyspieszenie całego procesu. Był kiedyś lekarzem i znał wartość ludzkiego życia, może nawet lepiej od niej.
    Zapisała ile dokładnie składników i w jakich proporcjach będzie potrzebowała do wykonania - póki co - jednej dawki. Nie mogła ryzykować życia wszystkich Strażników. Na pierwszy ogień zamierzała podać specyfik Draxowi - wydawał się silnym mężczyzną, więc w razie niepowodzenia jego organizm zniesie to lepiej niż drobna Mantis.
    Gdy zjechała windą na pierwsze piętro, a drzwi windy się rozsunęły, Reirę owionęła nieprzenikniona cisza. Najwyraźniej duchy kuchenne, które przywołała kilka lat temu, kształcąc swoje moce, odeszły na spoczynek. Albo ich magia się wyczerpała, zmuszając ją do stworzenia nowych.
    Tworzenie widmowych służących było jedną z pierwszych czynności, które opanowała po wielkim skoku energii, gdy jej moce się zmieniły. Do tamtej pory mogła używać jedynie iluzji - moc Kamienia Rzeczywistości umożliwiała jej tworzenie rzeczy, które nie istniały, ale wyglądały jak żywe. Od skoku, który rozpętał Krwawą Wojnę jej iluzje stawały się rzeczywistością, mogły ją zmieniać i kształtować.
    To one przekonały ją, że jest po co żyć, to one... Odwróciły losy wojny.
    Podeszła do jednej z szafek, by wziąć z niej składniki, których ostatnio używała przy wytwarzaniu lekarstwa. Wszystko było zapakowane w sterylne pudełeczka lub flakoniki i podpisane. Wyciągnęła również malutki kociołek, do którego nalała wody.
    Zamierzała postawić go na gazie, gdy nagle zawiał delikatny wietrzyk. Choć istota była niewidzialna, Reira wiedziała, że zatrzymała się obok niej. W końcu sama ją stworzyła.
    Witaj, pani.
    - Coś się stało? - zapytała kobieta. Odstawiła kociołek i dodała do niego kilka kropli z jeziorka z Volranu. Lśniący płyn nie zmieszał się z wodą i zaczął dryfować na jej powierzchni jak olej. Wzięła do ręki łyżkę i zaczęła mieszać miksturę.
    Przybyła Letitia Maes, pani. Czeka w pokoju gościnnym.
    Reira zmarszczyła brwi.
    - Dobrze. Czy coś jeszcze?
    Powietrze zafalowało, jakby duch się wzdrygnął.
    Nie jest sama. Towarzyszy jej Peter Parker.

Offline

#23 03-11-2018 o 22h45

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 451

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


A więc nadal jesteś obrażona.

To dziwne nie czytać rozdziału w przedpremierze, ale grunt, że w ogóle się pojawił. Teraz jeszcze ja powinnam wziąć przykład i zacząć pisać.

„Jej niemal czarne, zaplecione w warkocz, włosy” — wywal przecinek przed „włosy”

Nah, nie czaję końcówki. Kim jest ta babka? Jak nie czytałam uważnie i już się pojawiła w opowiadaniu, to możesz obrazić się podwójnie. A że Peterowi ktoś pomógł— norma :v Głupi ma szczęście, ot co xd Chyba że nie pomógł. I Pająk ma zwyczajnie przerąbane.

No dobra, czekam na kolejną część i pozdrawiam!

Offline

#24 11-11-2018 o 17h03

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 031

Dobry wieczór! Tak, też się dziwię, że zawitałam tu tak szybko.
Ostatnio rozdział pozostawił wiele wątpliwości, które wciąż nie zostały rozwiane... I nadal nie będą :>

Pućka, a teraz jesteś już zadowolona i usatysfakcjonowana? :v
Pst, w folderze "Inne okładki" w pierwszym poście, znalazły się - o zgrozo - inne cudowne okładki autorstwa Adaine. Możecie zerknąć w wolnej chwili.

Zapraszam do komentowania!

Rozdział 6


    Orion Loralay dotarł do celu szybciej, niż się tego spodziewał. Cienie minionych wieków usuwały się spod jego stóp, gdy kroczył kamienną ścieżką, otoczoną wyschniętymi wierzbami płaczącymi. Jeden powiew wiatru mógłby rozwiać je w proch; sprawić, że przestałyby istnieć. Podobne było życie - ludzkie życie - wystarczyłby jego jeden gest, a ciało pokruszyłoby się, ciągnąc w otchłań rozpaczy i bólu również duszę.
    Orion uwielbiał swój dar niemal tak mocno, jak nienawidził osobę, która mu go dała. Chociaż... Nie był to prezent. Raczej próba unicestwienia go, zakończona sukcesem. Naszyjnik z Kamieniem Czasu, który zawisł na jego szyi na kilka sekund; pozbył się go tak prędko, jak on był w stanie zabijać swoich wrogów. Solmare myślała, że udało jej się go wykorzystać do swoich celów, a potem tak łatwo da się go pozbyć. Jakże zaskoczona musiała być, gdy ktoś po drugiej stronie lustra szarpnął za nici i przeniósł ją do Novis.
    Tak, Solmare Arouet była niewątpliwie najbardziej krótkowzroczną i głupią osobą, która stąpała po Tytanie. I tym w normalnym świecie, i tym w Novis. Tak głupia, jak jej ciotka.
    Planeta Mollrayl, bliźniaczo podobna do El'iale, na które ukryto wszystkie artefakty, miała lata swojej świetności daleko za sobą. Pałac tutejszych władców został zniszczony w Krwawej Wojnie, grzebiąc rodzinę królewską i wszystkich innych, którzy w nim byli. Przetrwało tylko wydrążone pod powierzchnią ziemi więzienie. Więzienie Virian de Rousseau, wyroczni. Objęte mocą tylu zaklęć, że najzdolniejszy mag nie byłby w stanie się przez nie przedrzeć. Tarcze uchylały się tylko przed nim samym - przed Orionem. Sam pokierował pracą czarodziei, by nie dzielili się między sobą informacjami co do czarów, które mieli rzucać.
    Chociaż byli również tacy, którzy się domyślili; którzy odmówili. Tacy podzielili los Rhei Arouet. Przebrzydła zielarka była sprytna. Jednak nawet ona nie dała rady dowiedzieć się o wszystkich jego planach, a tym bardziej - nie mogła go powstrzymać.
    Jedno jego zdanie wystarczyło, by Reira Zairi przestała zadawać pytania. Nadal je pamiętał:
    Nie byłem w stanie nic zrobić.
    Półprawdy i kłamstwa, którymi ją karmił, sprawiły, że zaufała mu bezgranicznie. Bez szemrania wykonywała jego polecenia i popierała każdą jego decyzję. Gdy trafiła do Novis była zbyt młoda, by poradzić sobie sama. Rheia Arouet nie była w stanie poradzić sobie z wychowaniem jej, jakkolwiek by próbowała. I niedługo potem pojawił się on - Orion, autorytet, którego potrzebowała mała dziewczynka. Bohater jak z komiksów, walczący w imię wolności i dobra. Była... urocza. I potężna. Jej magia wzrastała z dnia na dzień, a bez pomocy... Wystarczyło spojrzeć na wioskę Illaryan w Wielkiej Puszczy. A raczej to, co z niej zostało.
    Dotarcie do katakumb nie zajęło mu wiele czasu. Cienie, czające się w rogach, umykały przed jego wzrokiem. Dokładnie to od zawsze pragnął osiągnąć - szacunek i lęk innych istot. I uzyskał to, chociaż nie sam.
    Drzwi na dół były otwarte - najwyraźniej zapomniał zamknąć je, kiedy ostatnio stąd wychodził. Plecak, który Orion zabrał ze sobą, zdawał się cięższy z każdym krokiem. Nie mógł jednak nic wypakować - wszystkie rzeczy, które się tam znalazły, były niezbędne do targowania się z Mollraylką.
    Bezwzględna cisza, która towarzyszyła Orionowi, była muzyką dla jego uszu. Nigdy nie lubił szczęku mieczy, dźwięku wybuchów i krzyków umierających, które towarzyszyły mu przez całe pierwsze życie. I nie tylko pierwsze; do niedawna nawet w Novis trup słał się gęsto.
    Dotarł do trzeciego korytarza. Owionął go duszący zapach bzu, a do uszu dotarł śpiew podpowierzchniowej rzeki, która płynęła nieopodal. Oko nieproszonego gościa zobaczyłoby tu tylko gładkie, ociosane skały. Orion zaś widział jedne, jedyne drzwi - po lewej stronie od wejścia, zapieczętowane ostatnim zaklęciem. Machnął ręką, zrzucając czar z taką łatwnością, jakby odganiał muchę. Coś szczęknęło w ścianie, coś przeskoczyło w zawiasach. Drewniane wrota stanęły otworem.
    Zapach bzu stawł się jeszcze silniejszy, gdy Orion Loralay przekroczył próg celi.
    Mężczyzna uśmiechnął się.
    - Witaj, Virian Rouessau.
    Z kąta naprzeciwko spozierała na niego para pustych, białych oczu. Ich właścicielka, wynędzniała kobieta o śniadej cerze i brązowych włosach, uśmiechała się do niego niewidząco.
    - Witaj, Orle. - Pomimo pętających ją kajdan i niewygodnej pozycji, w jakiej się znajdowała, głos wyroczni ociekał sarkazmem. - Przybyłeś wydziobać mi wnętrzności?
    Orion prychnął.
    - Przybyłem, by zaproponować ci wymianę.
    Kajdany zazgrzytały, gdy Virian podniosła się do siadu. Mimo swojego kalectwa, Loralay miał wrażenie, że kobieta jest w stanie przejrzeć go na wylot.
    - Zechcieliście oddać mi wzrok? - westchnęła. - Tyle lat próbowałam ubłagać Lwicę, by przywróciła mi to, co odebrali mi Illaryanowie, ale zawsze mi odmawiała. - Prychnęła. - Oczami duszy wiem, że jest dość potężna, by to zrobić...
    Orion zdjął plecak i postawił go na kamiennej posadzce.
    Znał tę historię. Wszyscy ją znali. Illaryanowie, zamieszkujący Novis od początku stworzenia, spętali kiedyś pradawne bóstwo i tchnęli je w śmiertelne ciało księżniczki. Virian de Rousseau miała wtedy siedemnaście lat, była żądna przygód i nowych wyzwań - wręcz zmusiła Illaryan, by to ona stała się "naczyniem" boga. Było to zanim zostały odkryte Kamienie Nieskończoności; zanim istoty zaczęły umierać i przenosić się między światami; gdy w Novis panował względny ład.
    Ciało księżniczki utrzymało ducha starożytnego boga, jednak ten z czasem zapragnął wykształcić świat na nowo - zmusił ją do absolutnego posłuszeństwa. Zapanował chaos i dopiero pierwszy człowiek, który przedostał się do Novis z innego wymiaru, zdołał ją opanować.
    Boga wypędzono, jednak zostawił on znamię na duszy księżniczki Virian - jasnowidztwo. Poznała przebieg najbliższych bitew, sposób, w jaki każda ze stron mogła odnieść zwycięstwo. Stała się nagrodą, którą każdy bohater chciał zdobyć. Jej strzaskana od środka dusza chciała się tego pozbyć - poprosiła więc przywódcę Illaryan, by założył zaklęcie, które miało ją uratować przed takimi wizjami. Cena, którą musiała zapłacić za swoją prośbę, była wysoka - Virian straciła wzrok.
    Od tamtego wydarzenia minęło kilka tysięcy lat. Mieszkańcy Novis wkupili się w łaski prawdawnych bogów i zdobyli życie wieczne dla wszystkich obecnych i następnych pokoleń - w tym Virian. Uwięziona na swojej planecie żyła w spokoju do pierwszej pełni szarego księżyca. Nawiedziła ją wtedy straszliwa wizja, zwiastująca nadejście Krwawej Wojny. Rodzice księżniczki nakazali ściąć przywódcę Illaryan za skłamanie w kwestii zaklęcia.
    Z czasem wizje zaczęły powracać - Illaryan nie był bowiem tak potężny, by móc zerwać zaklęcie jednego z bogów. Virian została ślepą wyrocznią. Gdy dorosło nowe pokolenie, jego dowódcy uwięzili ją na rodzinnej planecie, którą uprzednio obrócono w zgliszcza. Nikt do końca nie wie, ile czasu spędziła w więzieniu na Mollrayl - przechodziła z rąk do rąk zdobywców niczym trofeum. Bardzo stare trofeum o pięknej, młodej twarzy.
    - Nie licz na żadną dobroć z jej strony, Virian - oznajmił oschle. - Lwica jest zajęta, mamy teraz gości. - Skinął głową w stronę plecaka. Minęło tyle czasu, a on wciąż zapominał, że de Rousseau była niewidoma. - Oto moja część wymiany. W tym pakunku znajdziesz czyste ubrania, prowiant, mikstury lecznicze i koc.
    Pstryknął. Na ziemi rozświetliła się widmowa, zielona tarcza, która uniosła pakunek do góry i położyła go z tąpnięciem pół metra od Virian. Kobieta nawet nie drgnęła.
    - A czego oczekujesz w zamian, mój drogi?
    Orion oparł się o framugę drzwi. Na jego twarzy pojawił się leniwy uśmiech.
    - Dobrze wiesz, że informacji - odrzekł. Virian zmarszczyła nos. - Potrzebuję kilku tekstów zaklęć, może receptur na wywary i sposobu, w jaki...
    Przerwał, widząc, jak kobieta przysuwa się do pakunku i próbuje rozwiązać rzemień, zapinający największą kieszeń. Jej wychudłe palce nie były w stanie rozplątać supła.
    - Daj, pomogę ci z tym.
    Kobieta syknęła, wyraźnie urażona, jednak pozwoliła odebrać sobie plecak. Orion bez trudu odwiązał rzemyk  i wyjął ze środka średniej wielkości pakunek. Pachniał świeżo upieczonym, domowym chlebem. Mężczyzna kucnął niedaleko Virian, zerwał papier z pieczywa i podał kromkę wyroczni. Ta, zapewne głodna, niemalże wyrwała jedzenie z jego rąk. Jak tego dokonała i jak to możliwe, że wiedziała, gdzie stał, Loralay nie miał pojęcia.
    Usiadł na podłodze naprzeciwko więźniarki i spojrzał na nią wymownie. Gdy tylko pierwszy kawałek chleba zniknął w żołądku de Rousseau, zaczęła mówić:
    - Potrzebujesz zaklęcia na jeszcze szybszą regenerację, prawda? Przygotuj więc składniki na miksturę chroniącą od koszmarów, ale dolej do tego jeszcze połowę fiolki ze łzami smoka. - Wygrzebała z plecaka woreczek foliowy, w którym były zapakowane pokrojone kawałki jabłka. Jedząc owoc, kontynuowała: - Widzenie w ciemnościach myślę, że również się przyda. Skrzydła nietoperzy z groty Quatrianu i napar z księżycowej herbaty powinny wystarczyć, zwłaszcza że tam, gdzie chcesz to zastosować, na niewiele zdadzą się wszystkie wywary. - Podniosła głowę. - To miejsce jest tajemnicą również dla mnie, Orionie Loralay. Istniało zanim powstały starożytne cywilizacje; zanim bogowie stali się nieśmiertelni. Z tych, którzy się nie przygotują, ulecą dusze i rzucą się w przepaść. - Przeniosła na niego białka swoich oczu. - Rozumiesz, co chcę ci powiedzieć? Nie idź tam, to sprawi ci tylko ból.
    Orion podniósł się nagle, parskając. Zyskał to, czego chciał. Nie potrzebował niczego więcej i zamierzał natychmiast wrócić na Tytana, bowiem Virian najwyraźniej rozwiązywał się język. Gdyby tylko zaczęła mówić z sensem i o tym, czego pragnął wiedzieć...
    - Dziękuję, moja droga - odparł oschle. - Wiem wszystko, czego chciałem.
    De Roussau przekrzywiła głowę.
    - Chyba o czymś zapomniałeś - oznajmiła. - Obiecałeś pewnemu śmiertelnikowi, że mnie o coś spytasz. Właściwie dlatego tu jesteś.
    Orion prychnął.
    Oferując Doktorowi pomoc wiedział, że i tak nie dotrzyma obietnicy. Zamierzał mu powiedzieć, że wyrocznia kategorycznie zabroniła zwiększania dawki leku. Reira mogła jedynie sprawić, że ich koszmary staną się jeszcze gorsze. Był dowódcą i jego zadaniem było pilnowanie, by nikt nie wychylał się z szeregu.
    - Podczas podróży tutaj to przemyślałem. - Wzruszył ramionami. - Nie potrzebuję już tej informacji.
    Virian pokręciła głową z niedowierzaniem. Po chwili odwróciła się do ściany za swoimi plecami.
    - Możesz odejść, Orionie. Wizytacja dobiegła końca.
    Zamknięte z rozmachem drzwi trzasnęły tak mocno, że z sufitu posypały się drobne kamyczki.
    - Obyś tego nie żałował...

Ostatnio zmieniony przez Rissie (11-11-2018 o 17h03)

Offline

#25 13-11-2018 o 12h55

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 645

Heeeej! Melduję że to czytam /static/img/forum/smilies/tongue.png na obecną chwilę nie ogarniam jaki masz zamysł ale ja do tego dojdę /static/img/forum/smilies/tongue.png

Offline

Strony : 1 2