Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2

#1 28-07-2018 o 17h18

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 458

http://funkyimg.com/i/2N359.png
ta cudowna okładka została wykonana przez @Adaine

Inne okładki



Cześć, cukiereczki! Witam was w moim pierwszy publikowanym na Forum fan fiction. Trochę się stresuję, że gdzieś się wyglebię i tyle będzie z mojej zabawy w tym dziale, więc mam na wstępie kilka informacji, głównie organizacyjnych:
→ wszyscy znamy Regulamin Forum i Regulamin Działu Fan Fiction, więc proszę się pilnować, bo mam wzrok bystrego jastrzębia i od razu wychwycę, że ktoś łamie Regulaminy,
→ wszystkie postacie kanoniczne należą do Disneya i nie są moją własnością, dlatego też postaram się jak najlepiej odwzorować ich charaktery,
→ akcja opowiadania dzieje się po filmie "Avengers: Infinity War", a właściwie jest jego kontynuacją, więc występują spoilery! Nie chcę, by ktoś, kto jeszcze nie oglądał filmu psuł sobie zabawę, czytając to,
→ nie wiem, jak to będzie z moim natchnieniem, które lubi sobie znikać, więc postaram się wcześniej informować, jak szybko może pojawić się następny rozdział,
→ chyba każdy autor lubi, kiedy docenia się jego twórczość, więc mam nadzieję, że nieśmiałe jaskółki wyfruną ze swoich gniazdek, by trochę się wypowiedzieć,
→ prawdopodobnie niedługo zamieszczę opowiadanie również na Wattpadzie, o czym na pewno powiadomię w którymś z postów,
→ konstruktywna krytyka a hejt - znajmy różnice, bo w związku z nimi wynika wiele niepotrzebnych kłótni, które nie są mile widziane.
To chyba na tyle. Mam nadzieję, że ten długi prolog (ponad 3 tysiące słów!) zatrzyma was na dłużej.
Miłego czytania!

Preludium.

    Lud włożył ci koronę na głowę; obwołano cię władcą i wzniesiono do tytułu Boga. Wyrżnąłeś swoich wrogów, podbiłeś ich ziemie, zapewniłeś dobrobyt swym poddanym. Miałeś wszystko. Więc jakim cudem się stoczyłeś?
    Wymiany, sprzedaż i kupno istnieją od eonów. Szacunek w odpowiednich sferach zdobywasz tylko wówczas, gdy po jednej ze stron na szali Wagi Ammit Pożeraczki Serc położysz wystarczająco dużo złotych monet, by opłacić wielką armię.
    Wiedziałeś, że jeśli się w to wplączesz, nie będzie odwrotu.
    Dlaczego dalej w to brniesz i nawet nie próbujesz uciec? Dlaczego wyszukujesz coraz to kolejne artefakty i wykładasz na nie pieniądze, gdy w twym królestwie zaczyna szerzyć się bieda? Chcesz, by klękały przed tobą narody? Chcesz nieskończonej władzy?
    Pomyśl więc o ludziach, którzy podróżują dla ciebie na krańce galaktyki; pomyśl o tym, ile ryzykują, byś zdobył kolejny wisior, mający zapewnić ci wieczną młodość i moce, o których Starożytni nawet nie śnili. Pomyśl też o tym, że niektórzy są zdolni poświęcić własne rodziny, byś zdobył to, czego pragniesz. Dalej będziesz uśmiechał się do swoich doradców, pozdrawiał ich na powitanie, gdy będziesz wiedział, że sprzedali własne żony i dzieci, żeby sprostać twym zachciankom?
    Wiedz, że masz śmierć tych ludzi na sumieniu. Wiedz, że kiedy obudzisz się, czując krew niewinnych istot na swych dłoniach i błagając bogów, by uwolnili cię od ich krzyku, zrozumiesz w końcu, co takiego uczyniłeś. Pamiętasz tę białowłosą dziewczynkę, która biegała po korytarzach pałacu, tę, którą uwielbiała twoja żona? Oczywiście, że pamiętasz. Sadzałeś ją czasem na  swoich tronie i pokazywałeś jej pamiątki z najodleglejszych zakątków galaktyki. Teraz jej dusza dołączyła do grona tych, które będą nękać cię co noc. Wiesz może, dlaczego?
    Bo jesteś odpowiedzialny za ich śmierć.

    Delikatny powiew wiatru rozniósł nad stolicą Tytana woń świeżo ściętych, polnych kwiatów. Śmiech kobiety, która sprzedawała je na swoim małym straganie, poniósł się echem po głównej ulicy rynku. Jej klientka uśmiechnęła się uprzejmie w odpowiedzi i, zabierając ze sobą kwiatowy bukiet, odeszła w kierunku ratusza i budynków administracyjnych. Kwiaciarka odwróciła się zaraz do swojego krzesełka, pod którym stała mała skarbonka. Brzęk wpadających do niej kilku monet sprawił, że na jej twarzy pojawił się uśmiech. Grosz do grosza, już mogła powiedzieć, powoli zbierała jej się całkiem niczego sobie sumka.
    Jej uśmiech stał się jeszcze szerszy, gdy wyobraziła sobie oczami duszy to, co w końcu uda jej się zrobić, gdy uzbiera wystarczająco dużo pieniędzy na kupienie mieszkania w stolicy Zachodniego Volranu. Nigdy nie chciała zostać damą dworu królowej Selenii, ani nawet zasiadać w radzie króla Xalira, o czym marzyła większość kobiet w jej wieku - jej jedynym życzeniem było otworzyć kwiaciarnię na planecie-stolicy Układu i wieść spokojne życie. Nie nadawała się do noszenia wymyślnych sukni i popijania herbaty z porcelanowej filiżanki. Rheia była w stanie spędzić cały dzień, przechadzając się po najgłębszym leśnym gąszczu, by znaleźć najrzadsze i najpiękniejsze kwiaty, a potem zrobić z nich wspaniały bukiet. Lubiła czuć pod paznokciami drobinki ziemi, gdy odgarniała glebę, żeby wykopać roślinę wraz z korzeniami, by móc potem...
    Nagle ktoś chrząknął, aż Rheia podskoczyła gwałtownie, wyrwana ze swoich rozmyślań. Jeszcze nie teraz, zganiła się. Musisz zarobić na swoje marzenia. Zamknęła skarbonkę i odwróciła się do klienta, próbując przywołać na swojej twarzy uśmiech.
    - Dzień dobry - przywitała się wesoło. Starała się nie zwracać uwagi na zdegustowaną minę mężczyzny. Wygładziła swój biały fartuszek. - W czym mogę pomóc?
    Jego białe włosy były równo zaczesane do tyłu, co nadawało mu nieco buntowniczego wyglądu. Tylko jedno pasmo odstawało swoim ciemniejszym kolorem. Usta miał ściągnięte w wąską kreskę, twarz niezwykle ostrą i surową. Czarne jak onyks oczy mężczyzny przypatrywały się kwiatom rozłożonym na straganie. Cały jego wygląd sprawiał, że Rheia miała wrażenie, jakby był Tytanem albinosem. Zamieszkiwali stolicę Zachodniego Volranu i rzadko, naprawdę rzadko, odwiedzali inne planety. Mógł świadczyć o tym również jego strój - czarno-biała tunika z tlącego się w świetle dnia materiału. Dokładnie taka, jaką noszą doradcy króla. Kimkolwiek był ten mężczyzna, nie mógł być zwykłym turystą.
    Tytan, trzecia największa planeta Zachodniego Układu, był miejscem z kolorowych katalogów wakacyjnych. Mógł poszczycić się wysokimi górami, z których widok był naprawdę nieziemski, a także niskim wskaźnikiem ubóstwa i nowoczesną technologią. Rheia domyślała się, że tylko to trzecie mogło sprowadzić dworzanina na tę planetę.
    - Chciałbym kupić bukiet - odpowiedział mężczyzna. Kwiaciarka miała wrażenie, że gdy zaczął mówić, jego twarz postarzała się co najmniej o kilka lat.
    - Jakieś specjalne życzenia? - zapytała kobieta, chowając niesforny, kasztanowy kosmyk za ucho. Już układała w głowie wygląd wiązanki. Widziała duże, ciężkie kwiaty, przewiązane grubą, ozdobną wstęgą.
    - Myślę, że z jakichś delikatnych, jasnych kwiatów... może z jakimś brokatem. - Machnął niedbale ręką. - Ale to pani jest kobietą. Pewnie zna się pani lepiej.
    Rheia uśmiechnęła się promiennie i kiwnęła energicznie głową. Przy tych ledwie kilku zdaniach mogła domyślić się, że bukiet nie będzie dla mężczyzny - może dla żony, albo innej bliskiej jego sercu kobiety. Zebrała kilka stokrotek i malutkie jasnoróżowe lilie, dodała do nich małe, białe kuleczki jako wypełnienie, a następnie obwiązała to wszystko białą tasiemką. Przycięła jeszcze równo łodyżki i odsunęła wiązankę na długość ramienia, by móc się jej przyjrzeć. Była dumna ze swojej pracy.
    - Gotowe - oznajmiła wesoło.
    Spojrzała na klienta, spodziewając się, że zaraz usłyszy jakiś komplement za piękne połączenie kolorystyczne, albo swoją szybkość. Okazało się jednak, że mężczyzna wcale się na niej nie skupiał. Jego wzrok był skierowany ku jednej z witryn sklepowych. Rheia ponownie poprawiła kosmyk, zaczesując go do tyłu. Nie znosiła, kiedy coś latało jej przed twarzą. Na wystawie stało kilka manekinów, na których spoczywały ciężkie, długie suknie. Była niemalże pewna, że nie było ją stać nawet na jedną falbankę. Dopiero kiedy z przechodzącego tłumu wydostała się białowłosa kobieta, ubrana w podobny strój, co klient, Rheia zrozumiała, że mężczyzna nie przyglądał się sukniom. Patrzył bezpośrednio na zbliżającą się ku nim postać.
    Przez chwilę kwiaciarka myślała, że to dla niej stworzyła bukiet. Przyjrzała się jednak delikatnym kwiatom, a potem zerknęła ponownie na kobietę. Jej uroda, choć była naprawdę egzotyczna i zapierająca dech w piersi, nie pasowała do czegoś tak drobnego. Jednak po chwili zza długiej spódnicy arystokratki wyłoniła się dziecko, i Rheia natychmiast pojęła, dla kogo zrobiła wiązankę.
    Mała dziewczyna wyglądała na tak delikatną, że wydawać by się mogło, jakby najlżejszy podmuch wiatru mógł porwać ją i unieść ponad budynki. Miała może jakieś dziesięć lat. Jej białe włosy zostały upięte w misterny warkocz i odplecione wokół głowy - przypominały diadem. Przyglądała się to Rhei, to mężczyźnie swoimi wielkimi, jasnoniebieskimi oczami. Nosiła strój podobny do swoich - prawdopodobnie - rodziców: czarno-biała tunika i przylegające, jasne spodnie. Wyglądała na kogoś, kto pierwsze kroki stawiał na marmurowej posadzce i jego największym zmartwieniem był księżyc wstępujący na niebo. Kwiaciarka poczuła ukłucie żalu, gdy przypominała sobie własne dzieciństwo w domu, gdzie nie było pewne, czy będzie czym wypełnić żołądek.
    - I co, wypatrzyłaś coś ładnego? - spytał mężczyzna, otaczając ramieniem dziewczynkę, gdy ta do nich podeszła. Jej matka stanęła kawałek dalej, i jedynie skinęła Rhei głową.
    - Nie było nic ciekawego. - Białowłosa wzruszyła ramionami.
    Jej jasne oczy ponownie spoczęły na kwiaciarce i bukiecie, który trzymała. Dopiero to ją otrzeźwiło.
    - Proszę, to dla ciebie. - Wyprostowała jedną z łodyżek lilii i uklękła na jego kolano, by wręczyć wiązankę dziewczynce. Kolory, tańczące w jej oczach, hipnotyzowały kobietę tak bardzo, że przed chwilę nie mogła oderwać od nich wzroku. W jednej chwili były błękitne, w innej lodowate... a po mrugnięciu przypominały kolorem rtęć. - Podoba ci się?
     Białowłosa przejechała palcem po płatku jednego z kwiatów. Jej ruchy były płynne, delikatne, i takie niewymuszone, że Rheia przez moment pragnęła po prostu się jej przyglądać.
    - Jest śliczny - szepnęła w odpowiedzi, spoglądając znów na kwiaciarkę. - Dziękuję.
    - Chodźmy już, Reiro. - Ojciec dziewczynki poklepał ją lekko po ramieniu, żeby wróciła do matki. Rheia wstała z kucek w chwili, gdy mężczyzna położył na jej straganie pełną srebrną sakiewkę. Zabrzęczała charakterystycznie w zderzeniu z drewnianą powierzchnią. - Mam nadzieję, że to godziwa zapłata.
    Kwiaciarka przez chwilę miała wrażenie, że jej szczęka rozbije się na brukowanej uliczce. Nie była w stanie oderwać wzroku od bogato zdobionego przedmiotu, spoczywającego obok kilku czerwonych tulipanów. Ile monet mogło się w niej znajdować? Nawet z połową jej zawartości byłaby w stanie wyżywić rodzeństwo przez miesiąc. Podążyła wzrokiem za oddalającymi się ludźmi. Już wcześniej stwierdziła, że nie byli zwykłymi turystami.
    Ale kim właściwie mogli być?

    Bukiet był malutki i delikatny. Patrząc na misternie zaplecione wstążki, Reira bała się, że jeśli tylko za mocno go ściśnie, zniszczy to wrażenie, jakoby całość była najpiękniejszą rzeczą, którą widziała w życiu. Chociaż ostatni prezent - srebrny wisiorek ze słowikiem - dostała ledwie tydzień wcześniej i się z nim nie rozstawała, miała wrażenie, że wszystkie wcześniejsze podarki bladły przy wiązance. Dziewczynka czuła się tak, jakby ktoś zaklął w nim kawałek własnego serca.
    Szli brukowaną drogą, coraz bardziej oddalając się od zgiełku głównego rynku. Wysokie kamienice malały z każdą kolejną uliczką, aż z czasem zaczęli mijać tylko kamienne ruiny. Oglądając się dookoła, Reira miała wrażenie, jakby ktoś obserwował ją spośród zgliszczy. Zbliżyła się nieco do matki, by poczuć się choć trochę bezpieczniej. Kobieta wzięła ją za rękę, a gdy dziewczynka uniosła głowę, by spojrzeć na jej twarz, zobaczyła, że ta puszcza jej oczko. Od razu się rozluźniła.
    - To chyba niedaleko - mruknął Uriel Zairi, sprawdzając adres na małej, wymiętej karteczce. - Jesteśmy przy Południowego Pułku dwadzieścia trzy. Spotkanie ma się odbyć w budynku z numerem trzydzieści jeden.
    - Dzielnica samych ruin. - Lorina Zairi prychnęła, wolną ręką przygładzając swoje włosy. - Mam nadzieję, że ten cały sprzedawca nie wystawi nas do wiatru. Nie lecieliśmy tu całego dnia, żeby...
    - Nie wystawi - przerwał jej mąż, zaciskając mocno zęby. - Mamy umowę. Talos Tivan zawsze wywiązuje się ze swoich umów.
    Reira czuła się nieswojo, widząc, jak bardzo zmęczeni są jej rodzice. Pracowali w pocie czoła przez dwa tygodnie, by znaleźć kolejny artefakt dla króla Xalira, a kolejne kilka dni zajęło im zlokalizowanie go w Zachodnim Volranie. Okazało się, że Kamień - jak na niego mówiono - jest w posiadaniu kolekcjonera, Talosa Tivana. Mężczyzna stwierdził, że będzie w stanie sprzedać go za odpowiednią cenę. Wyznaczył również miejsce spotkania, w którym będzie gotowy dobić z nimi targu.
    - Powinnyście już wracać na główny rynek - oznajmił Uriel. - Jestem rad, że towarzyszyłyście mi aż do tego miejsca, ale nie chcę narażać was na większe niebezpieczeństwo.
    Lorina zgromiła go wzrokiem.
    - Urielu, przysięgam...
    - Nic mi się nie stanie - zapewnił ją Zairi. - W razie czego wyślę wam sygnał.
    Kobieta pokręciła głową z niedowierzaniem. Przytuliła szybko swojego męża, bojąc się, że jeśli będzie go dotykać przez dłuższą chwilę, nie puści go. Nie ufała kolekcjonerowi. Ponoć był honorowy, jednak cieszył się złą sławą - uwielbiał naginać zasady, jednocześnie wciąż spełniając wolę kupca.
    - Masz do mnie wrócić - powiedziała twardo.
    - Wrócę. - Uriel pocałował jej policzki. - Na pewno wrócę.
    Nagle mężczyzna poczuł, jak ktoś szarpie go za marynarkę. Klęknął przy swojej córce i posłał jej figlarny uśmiech.
    - Nie rozrabiaj, jak mnie nie będzie, w porządku? - zwrócił się do Reiry. - Pójdziesz z mamą do sklepu i kupicie sobie jakieś ładne ubrania. Potem mi je pokażesz, co ty na to?
    Dziewczynka skinęła głową, jednak nadal nie była przekonana co do tego planu. Wolałaby pójść z tatą na to spotkanie, niż siedzieć w butiku i oglądać, jak jej mama przymierzała kolejną suknię. Przecież nic złego nie mogło się stać, a ona była już na tyle duża, że mogła towarzyszyć mu w ubijaniu targów. Możliwe, że kiedyś sama będzie zdobywała cenne artefakty dla króla Xalira. Powinna mieć doświadczenie.
    Uriel pocałował Reirę w czoło i wstał.
    - Widzimy się za dwie godziny. Jestem pewien, że przyniosę wam nowe świecidełko.

    Wszystko potoczyło się tak szybko, że Rheia nawet nie wiedziała, kiedy znalazła się w centrum zainteresowania wszystkich przechodniów. Niedługo po wybiciu południa, kiedy postanowiła zrobić sobie przerwę na drugie śniadanie, pojawili się mężczyźni w czarnych kombinezonach. Wywrócili jej stragan i podeptali kwiaty, a potem związali jej nadgarstki i bili tak długo, aż straciła siłę, by móc się wyrywać.
    W ciągu kilku chwil otoczył ich mały krąg gapiów. Rheia miała nadzieję, że ktoś interweniuje, jednak ludzie przypatrywali im się w ciszy, nawet w chwili, gdy jeden z nich podniósł ją za włosy. Wisiała w jego wielkiej dłoni niczym szmaciana lalka. Nie miała siły, by próbować się wyrywać. Z jej nosa ciekła krew, a gardło było zdarte od krzyku.
    - Rodzina tej kobiety jest winna kradzieży drogocennej biżuterii - oznajmił głośno mężczyzna, by tłum wiedział, za co została pobita. Zaczynała powoli tracić przytomność. Otworzyła przymknięte oczy, by spojrzeć na zebranych ludzi, jednak zamiast ich sylwetek, widziała rozmyte plamy. Mimo to była pewna, że stali pośród nich ludzie, których znała. Inni sprzedawcy, jej znajomi... może któreś z jej rodzeństwa. - Za coś takiego zostanie jej wymierzona kara śmierci, w imię króla Xalira.
    Z gardła Rhei wydobył się cichy jęk, gdy uniósł ją nad ziemię. Nim się obejrzała, gdy cisnął nią o brukowaną drogę.


    Reira tupała stopą o marmurową posadzkę, nerwowo rozglądając się po butiku. Był to pierwszy sklep z wielu, do którego jej mama postanowiła zajrzeć. Sprzedawano w nim suknie balowe, a co ciekawe, przy żadnej z nich nie było metki. Nikt nie mówił tego na głos, ale ludzie, robiący w nim zakupy, nawet nie patrzyli na ceny i brali to, co im się podobało. Za kilka takich ubrań można było kupić duże mieszkanie w stolicy.
    Obsługa, bardzo profesjonalna, jak się okazało, od razu zabrała Lorinę do działu z ciemniejszymi sukniami. Twierdziły, że takie będą jej bardziej pasowały, niż jasne i kolorowe. Jedna z nich uśmiechnęła się do Reiry i zabrała od niej bukiecik, żeby wstawić go do wazonu z wodą. Dziewczynka oddała jej wiązankę z ulgą, bowiem im dłużej przyglądała się kwiatom, tym bardziej miała wrażenie, że niedługo mogą zwiędnąć. Obiecała sobie, że kiedy tylko wrócą do stolicy, zamrozi prezent, by móc cieszyć się nim dłużej.
    Gdy mama przymierzała czwartą suknię, a personel komentował to, jak świetnie wyglądała w grafitowej czerni, Reira była zajęta przypatrywaniem się przechodniom przed sklepem. Miała wielką nadzieję, że tata niedługo wróci, niosąc pod pachą pudełko z nowym artefaktem. Wsiedliby wtedy do statku i czym prędzej wrócili do domu. Tymczasem jedna z ekspedientek znalazła jeszcze piękniejszy strój, niż wcześniejsze, i natychmiast kazała go przymierzyć Lorinie. Według Reiry kreacja była naprawdę ładna, ale nie sądziła, że mama założy ją więcej, niż dwa-trzy razy. Jej garderoba tonęła w podobnych, zapierających dech sukniach, które tylko zbierały kurz.
    Nagle coś zaczęło się dziać na ulicy - ludzie w pierwszej chwili zamarli, a po chwili część z nich ruszyła w kierunku rynku. Dziewczynka zbliżyła się do szyby, opierając na niej dłonie, by przyjrzeć się ich twarzom. Na żadnej z nich nie malował się uśmiech, a część przysłaniał cień zamyślenia. Mogła jedynie zastanawiać się, co takiego się wydarzyło.
    Zerknęła na swoją mamę, ubraną w kolejną suknię i otoczoną kilkoma sprzedawczyniami. Zdawała się nie zwracać uwagi na swoją córkę. Reirze było to całkiem na rękę; wygrała wrodzona ciekawość. Szybko wymknęła się ze sklepu, rzucając ostatnie, przeciągłe spojrzenie bukietowi. Stał tam, w wazonie, a jego kwiaty ponownie wznosiły się ku słońcu. Płatki lilii mieniły się w świetle jasnych lamp butiku.
    Liczba przechodniów zmniejszyła się, zaś ci, których widziała wcześniej, zatrzymali się na skrzyżowaniu dróg. Cokolwiek się tam działo, sprawiło, że zebrał się tam całkiem pokaźny tłum. Przez chwilę Reira zastanawiała się, czy może do miasta przyjechał cyrk i rozstawił się na środku placu targowego, ale kiedy nieco się zbliżyła, rozpoznała tę uliczkę. To tu swój stragan miała kwiaciarka, od której dostała ten śliczny bukiet.
    Poczuła, jak po jej plecach przebiega zimny dreszcz. Co na Tytanie mogło oznaczać takie zbiorowisko? Ludzie wpatrywali się w coś w nieprzyjemnej ciszy, co tylko spotęgowało jej złe odczucia. Była na tyle malutka, że bez trudu udało jej się przecisnąć między dorosłymi Tytanami, aż do samego centrum.
    W chwili, gdy wypadła spomiędzy ludzi w pierwszym rzędzie, usłyszała wyrok. Zmroziło jej krew w żyłach, a kiedy zobaczyła, kogo mężczyzna rzuca na ziemię, z jej gardła wyrwał się słaby krzyk. Niewiele myśląc, rzuciła się ku kwiaciarce, leżącej nieprzytomnie na brukowanym chodniku. Cokolwiek zrobiła, Reira była pewna, że nie zasłużyła na to, by zostać potraktowana w ten sposób. Uniosła wiotką rękę kobiety, by sprawdzić jej puls.
    - A kogo my tu mamy? - Usłyszała z boku. Ten sam mężczyzna, który rzucił kobietą, stał nad nimi z założonymi rękoma i kręcił z niedowierzaniem głową. - Czyżby ktoś próbował przerwać wymierzanie kary?
    Reira podniosła się i wyprostowała się hardo. Nigdy w życiu nie znalazła się w takiej sytuacji, nie musiała nikogo bronić - a przynajmniej nie w ten sposób - ale była pewna, że nie mogła pozwolić, by ci mężczyźni ponownie zrobili jej krzywdę.
    - Zostawcie ją - rozkazała. Z trudem panowała nad głosem. - Taka kara wystarczy.
    Mężczyzna parsknął śmiechem i postąpił krok w jej stronę. Dziewczynka nie ruszyła się z miejsca. Każdy jej ruch, nawet zerknięcie w bok, mogłoby pokazać mu, jak bardzo się bała. Gdyby mógł wejść do jej głowy, ujrzałby, jak w środku drżała ze strachu.
    - Wiedzieliśmy, że ma wspólniczkę! - krzyknął w stronę tłumu. Reira nie rozumiała, co się dzieje. - Ale nie sądziliśmy, że będzie tak głupia, by się ujawniać. A teraz próbuje jeszcze wymóc na nas złagodzenie wyroku! - Jego uśmiech przybrał niebezpieczny wyraz. - Ale skoro już się pojawiła, podzieli los swojej wspólniczki.
    Dzieliły ich tylko dwa małe kroki. Dopiero gdy ktoś wykręcił jej ręce do tyłu i skuł nadgarstki, zrozumiała, że mogła nie wychodzić z salonu. Mogła zostać przy matce i przyglądać się, jak przymierza kolejne suknie i wysłuchuje komplementów. Zamiast tego, w chwili, gdy uniosła głowę, by spojrzeć na wciąż bezchmurne i jasne niebo, coś zasłoniło jej widok. Uderzenie serca później straciła grunt pod nogami.

    Rheia nie wiedziała, kiedy się ocknęła. Czuła straszny ból w czaszce i miała wrażenie, że ściany przesuwają się w jej kierunku. Wzięła głęboki oddech, odchylając głowę do tyłu. Siedziała prosto na jakimś krześle w pustym, białym pomieszczeniu, oświetlonym jedną lampą.
    Spróbowała podnieść rękę, by dotknąć nią głowy - upewnić się, czy wszystko z nią w porządku - jednak nie mogła oderwać jej od podłokietnika. Oba nadgarstki przytwierdzono stalowymi kajdanami, które pozwalały na oderwanie dłoni na kilka centymetrów. Poruszyła również nogami. One także zostały przywiązane do krzesła.
    Kobieta spróbowała przypomnieć sobie, co się działo, nim straciła przytomność. Pamiętała tamtych mężczyzn, którzy ją pobili. Nie zapomniała również ich słów. Zamierzali ją zabić za coś, co mogło zrobić któreś z jej rodzeństwa. Jedno z nich okradło jubilera. W stolicy było ich wielu, w tym kobiety, a jedna z nich - Dorma Loralay - przyjaźniła się z ich rodziną, od kiedy Rheia pamiętała. Nawet Damon nie pokusiłby się o zabranie jej czegoś. Dorma miała złote serce i często pomagała im, kiedy nie udawało im się wiązać końca z końcem. Wszyscy ją uwielbiali - tę młodą, energiczną kobietę. Nie, nie mogli jej nic ukraść - to musiało być coś gorszego, skoro jubiler zgłosił kradzież do... tych ludzi. Kim oni właściwie mogli być? Rheia znała skądś te kombinezony i wyszyte na nich znaki, czasem widywała tak ubranych ludzi na mieście, jednak nie miała pojęcia, kto był ich pracodawcą, ani nawet czym się zajmowali.
    Przypomniała sobie ostatni raz, gdy młodszy od niej o dwa lata Damon zwinął bochen chleba ze straganu. Ciężko było wymazać ten obraz z pamięci - jej brat z rozwichrzonymi włosami i rozciętą wargą wrócił do domu, oznajmiając, że piekarz mimo wszystko pozwolił mu zabrać jedzenie. Tacy byli ludzie na Tytanie - wymierzali sprawiedliwość, ale nie pozwalali, by ktoś cierpiał. Damon poniósł wtedy konsekwencje swoich czynów - dlaczego więc tym razem postąpiono inaczej? Czemu ten jubiler zdecydował, że to nie któremuś z jej rodzeństwa stanie się krzywda, tylko właśnie jej? Mimo tego wszystkiego Rheia nie była pewna, czy jej bracia i siostry są bezpieczni - widziała ich o świcie, rozespanych, szykujących się powoli do szkoły, kiedy ona szła rozstawiać stragan. "Wracaj szybko do domu", powiedziała wtedy Vividia. "Mam na jutro do zrobienia projekt caluśkiego Volranu". Pamiętała, że roześmiała się i zbeształa ją za to, że zostawiła wszystko na ostatnią chwilę. Ale obiecała też, że jej pomoże.
    Wtedy dotarł do niej sens słów tamtego mężczyzny - zostanie stracona. Zabita. Opuści ten świat, nie przeżyje tej nocy. Mogą poddać ją przeraźliwym torturom, mogą niszczyć ją powoli, aż gardło zedrze jej się od krzyku. Nie zobaczy już swojego rodzeństwa, nie usłyszy ich roześmianych głosów ani nie zaśpiewa im do snu.
    W jednej chwili kawałek ściany zafalował, ukazując ukryte drzwi. Szczęknęły, gdy do pomieszczenia wszedł jakiś wysoki, barczysty mężczyzna. Zmierzył Rheię wzrokiem, upewnił się, że nie próbowała się wyrywać, i powiedział:
    - Nadeszła twoja godzina.

    Minęło trochę czasu, nim zdjęto jej worek z głowy. Przez ten czas oczy Reiry zdążył przyzwyczaić się do ciemności, więc gdy oślepiło ją jaskrawe światło lamp, musiała chwilę pomrugać, by do niego przywyknąć. Uprzednio czuła, jak mężczyzna, który ją niósł, odłożył ją na jakieś krzesło.
    W trakcie drogi słyszała, jak jej oprawcy rozmawiają z jakimś mężczyzną. "Mamy dwa obiekty", powiedział jeden z nich. "Szef powinien być zadowolony." Chociaż z coraz większym trudem przychodziło jej zastanawianie się nad wszystkim, to domyśliła się, że drugim "obiektem" była kwiaciarka. Nie miała zaś pojęcia, kim mógł okazać się ich szef.
    Kiedy oczy Reiry w końcu przyzwyczaiły się do jaskrawego światła i przestały pojawiać się przed nimi mroczki, zaczęła rozglądać się po pomieszczeniu. Trzy ściany były wykonane z szarego, chropowatego kamienia, na czwartej zaś, naprzeciwko niej, znajdowało się lustro, w którym widziała swoje odbicie. Przesunęła stopą po gładkich kafelkach. Przy jednej z nóg krzesła poczuła coś chropowatego. Mężczyzna, nim wyszedł, zagroził, że jeśli spróbuje się wyrwać albo będzie krzyczeć, wybije jej wszystkie zęby. Gdy odszedł, zamykając za sobą drzwi na klucz, Reira przyjrzała się swoim nadgarstkom, przytwierdzonym do podłokietników. Chociaż miała chude ręce, na pewno nie dałaby rady się z nich wydostać, nie obcierając ich do krwi. Nogi zaś zostawił jej wolne, jakby nie obawiał się, że spróbuje ich użyć. Bo i jak miałaby to zrobić? Wierzganie, kopanie krzesła, albo nawet czyichś nóg, nie uwolniłoby jej.
    Przyglądała się swoim nadgarstkom, gdy drzwi się otworzyły. Reira uniosła głowę, przyglądając się wchodzącemu mężczyźnie. Nie był to ten sam, który ją tu przyniósł. Ten miał krótkie, brązowe włosy i nieco jaśniejszą skórę. Jego twarz była pozbawiona wyrazu, gdy przepuścił kogoś do środka. Dziewczynka zdziwiła się, widząc kwiaciarkę, przytwierdzoną do poruszającego się krzesła. Jej warga była czerwona, bynajmniej nie pomalowana, i opuchnięta. Lewą brew miała przeciętą, a kasztanowe włosy brudne i skołtunione. Spojrzała na nią, a w jej szmaragdowych oczach pojawiła się mieszanka strachu i zaskoczenia. Drugie krzesło stanęło w odległości kilku stóp od tego Reiry. Mężczyzna spróbował je przesunąć, jednak wydawać by się mogło, że zostało momentalnie przytwierdzone do podłoża.
    - Nawet jedno słowo, i osobiście zrobię wam krzywdę - oznajmił chłodno, spoglądając najpierw kwiaciarce, a potem Reirze w oczy. Odczekał kilka uderzeń serca i wyszedł z pomieszczenia.
    Zaraz po zatrzaśnięciu się drzwi wymieniły przerażone spojrzenia. Białowłosa zastanawiała się, czy Lorina zdążyła zauważyć jej zniknięcie. Miała nadzieję, że jeśli to odkryła, pójdzie jej szukać i niedługo znajdzie to dziwne miejsce. Poza tym przecież mogła skontaktować się z tatą - jeśli on również tu był, może daliby radę ją stąd wyciągnąć. I kwiaciarkę również.
    Mimo że Reira nie znała tej kobiety, z jakiegoś powodu nie czuła się skrępowana jej obecnością. Pachniała różami i czymś, co kojarzyło jej się z ciepłem letnich dni. Przyjrzała się jej brązowym włosom i niespotykanym rysom twarzy. Wciąż była ubrana w białą, prostą sukienkę i granatowy fartuszek. Tyle że wcześniej był pokryty grudkami ziemi, a teraz widniały na nim również zaschnięte krople krwi. Białowłosa zastanawiała się, ile złego zdążyli jej wyrządzić tamci mężczyźni. Jej wzrok momentalnie spoczął na czole kobiety - nad lewą brwią coraz wyraźniej malował się wielki, fioletowy siniak.
    Reira zdała sobie sprawę z tego, że nachalnie przygląda się kwiaciarce, gdy ta utkwiła w niej swoje szmaragdowe oczy.
    - Wszystko z tobą w porządku? - zapytała szeptem kobieta.
    Dziewczynka musiała zamrugać kilka razy, by dotarło do niej, że kwiaciarka się nią zainteresowała. Spodziewała się raczej, że będzie milczała, w obawie przed groźbami tamtego mężczyzny.
    Na ścianie nad drzwiami zapaliło się czerwone światełko, co nieco zaniepokoiło Reirę. Skoro jednak kobieta uznała, że nic im nie grozi, to białowłosa postanowiła pójść jej śladami.
    - Nic mi nie jest - odszepnęła naprawdę cicho. Obawiała się, że zdradzi ją głos. O ile na dworze od malutkiego uczono maskować mowę ciała, o tyle nie była w stanie panować nad drżeniem swoich strun głosowych, gdy mówiła, a czegoś się obawiała. - Czy to... to cię boli?
    Kwiaciarka zmarszczyła brwi, najwyraźniej nie rozumiejąc.
    - Co mogłoby mnie boleć?
    Reira chciała wskazać palcem jej czoło i wargę, jednak zapomniała o kajdanach. Te przytrzymały jej rękę przy oparciu krzesła. W chwili, gdy jej skóra spotkała się z metalem, dziewczynka poczuła, jak w jej nadgarstek uderza strumień gorąca.
    Nie kontrolując tego, krzyknęła na całe gardło.
    - Och, bogowie, wszystko w porządku? - Kwiaciarka odchyliła się w jej kierunku, sama uważając, by nie dotknąć kajdan. - Nic ci nie jest?
    Białowłosa wpatrywała się w swoją rękę, próbując opanować przyspieszony oddech. Czuła pieczenie w całym nadgarstku, a gdy na niego spojrzała, zakręciło jej się w głowie. Ta skóra, którą dotknęła metalu, przypominała przypalone mięso.
    - T-tak - odpowiedziała. - To tylko... nie wiem co to. - Pokręciła głową, starając się odsunąć od siebie ból. - Pytałam o two... pani głowę. Czoło jest fioletowe.
    Kwiaciarka zmarszczyła brwi, próbując zrobić zeza i zerknąć na górną część swojej głowy. Z marnym skutkiem.
    - Nic o tym nie wiem - westchnęła. - I, proszę, nie mów mi pani. Jestem Rheia.
    Dziewczynka poczuła się dziwnie. Na dworze przyzwyczajano ją do tego, by do dorosłych odnosić się z należytym szacunkiem, a kobieta przecież też była dorosła. Dlaczego nie zachowywała się jak reszta dorosłych?
    - Reira. - Białowłosa skinęła powoli głową, niewiele myśląc o tym, co dzieje się z jej ciałem. Spojrzała znów na swój nadgarstek. Te części skóry, które nie przypominały kolorem węgla, powoli robiły się coraz bardziej czerwone. - To dziwne...
    Nie wiedziała do końca, co chce powiedzieć. Jednocześnie pomyślała o tym, jak bardzo ich imiona były podobne, jak i o tym, że nigdy nie spotkała się z nagrzanymi kajdanami. Właściwie to z żadnymi się nigdy nie spotkała, ale sądziła, że żadne normalne nie wyrządzają takiej krzywdy.
    Nagle tafla przed nimi, którą Reira wcześniej wzięła za lustro, rozjaśniła się, jakby słońce wyłaniało się zza chmur. Padło na nie bardziej wyraziste światło z pomieszczenia po drugiej stronie. Oczom Reiry i Rhei ukazał się bliźniaczo podobny pokój - na jego środku jednak nie stały dwa krzesła, zaś znajdowało się tam kilku mężczyzn.
    Na widok jednego z nich dziewczynkę zapiekły oczy. To był jej tata! Wpatrywał się w nią, jakby zobaczył ducha, ale tak, to był on - przybył ją uratować! Obok niego stał starszy człowiek, odziany w czarne futro z czerwonymi plamami. Otaczało ich czterech innych mężczyzn, ubranych w ciemne, skórzane kombinezony. Jednego Reira rozpoznała - to był ten, który zabrał ją z placu targowego.
    - Jego czerwień przypomina krew, jest bezwonny niczym powietrze, a jego potęga jest czymś naprawdę niesamowitym! - oznajmił głośno mężczyzna w futrze. Tivan. To musiał być Talos Tivan, kolekcjoner. - Jedyny w swoim rodzaju!
    Uriel Zairi przyglądał mu się beznamiętnym wzrokiem. Nie poruszył się od chwili, gdy Reira mogła go ujrzeć, jednak miała wrażenie, że jego ciało napięło się nieco. Czy rozpoznał ją? Przecież wyglądała tak samo, jak jakiś czas temu, gdy zostawiły go, by samotnie poszedł na to spotkanie.
    - A to nasze obiekty testowe! - dodał prędko Tivan, najwyraźniej widząc coś, czego nie widziała dziewczynka. - Ale spokojnie, drogi panie, nikt nie będzie za nimi płakał. Moi ludzie odkryli, że obie należą do grupy podburzającej lud przeciw królowi. Ja jedynie przysłużę się koronie.
    Ojciec Reiry nagle zbladł. Jego wzrok powędrował ku niej. To był ten moment, gdy dziewczynka spodziewała się, że powie, by pozwolił jej - im obu - odejść. W końcu ani ona, ani Rheia nie zrobiły nic złego. Kwiaciarka wyglądała i na pewno też była dobrą osobą, nie mogła należeć do nielegalnego ugrupowania.
    - Jedna z nich to jeszcze dziecko - powiedział powoli Uriel. - Jest pan pewien, panie Tivan, że działa wbrew królowi?
    - Ależ oczywiście! - Talos przytaknął żarliwie. - Moi ludzie nigdy się nie mylą.
    Reirę dziwiło, że kolekcjoner nie zauważył, jak bardzo podobna była do swojego ojca. Mieli ten sam kształt nosa i podobny podbródek. Przemknęło jej przez myśl, że gdyby w tej chwili mężczyzna zwrócił na to uwagę, mógłby ich nie wypuścić, a nawet oskarżyć jej ojca o zdradę stanu. Była pewna, że żadne z ich trójki nie wyszłoby z tego miejsca o własnych siłach.
    Do podobnych wniosków musiał dojść Uriel, bowiem mięśnie jego twarzy napięły się jeszcze bardziej, a dolna warga zaczęła drżeć. Ku dziwnemu uczuciu w klatce piersiowej Reiry, powiedział:
    - W takim razie zdam się na pana ludzi. Proszę kontynuować.
    Dziewczynka zerknęła na Rheię, wpatrującą się bez zrozumienia w jej ojca. Wydawać by się mogło, że ona tego nie zrozumiała i wciąż miała nadzieję, że Uriel je stąd wyciągnie. Mimo wszystko nie odważyła się odezwać - Reira podziękowała jej za to w duchu.
    - Słusznie, słusznie. - Tivan pstryknął i energicznie zatarł ręce, skryte w białych rękawiczkach. - Czas to pieniądz, panie Zairi, czas to pieniądz!
    Momentalnie białowłosa zaczęła żałować, że postanowiła siedzieć cicho. W końcu do niej dotarło, że razem z kwiaciarką były obiektami testowymi. Miały był widowiskiem dla mocy potężnego artefaktu. Król Xalir pożądał ich z jednego powodu - był w stanie rzucić na kolana całe narody, zmieść wszystkie istoty z powierzchni planety.
Na jeden znak kolekcjonera osiłek, który zabrał tu Reirę, zbliżył się do niego i podał mu pudełeczko wielkości małego palca. Było ciemnoczerwone, wykonane ze skóry. Tivan przejął je z wręcz nabożną czcią i pogładził wieczko. Pokazał je swojemu klientowi, mówiąc:
    - Bomba tyka i zaraz eksploduje, proszę patrzeć uważnie. Nie chcemy przecież, by król nie dowiedział się o jakiejś jego mocy.
    Uriel skinął niechętnie głową. Jego wzrok ani na chwilę nie padł na Reirę.
Kolekcjoner zrobił krok w ich kierunku - dopiero wtedy dziewczynka zauważyła, że pomiędzy pomieszczeniami znajduje się mała klapka, zdolna pomieścić pudełeczko. Mężczyzna odsunął ją i przepchnął przedmiot do pokoju, w którym siedziały kobiety. Cofnął się szybko, wracając do swojego klienta. Obaj patrzyli z niecierpliwością na artefakt.
Reira poczuła dziwny przypływ strachu, jakby coś naciskało na jej kręgosłup i skronie, zmuszając ją do drżenia. Obie przyglądały się niespokojnie małemu pudełeczku. Żaden z mężczyzn po drugiej stronie lustra nie odzywał się ani słowem przez dziesięć bardzo głośnych uderzeń serca.
    Artefakt zdawał się zasysać dźwięki do swojego wnętrza. Reira nie słyszała swojego przyspieszonego oddechu, całkowicie zaabsorbowana wpatrywaniem się w niego. Panowała absolutna cisza.
    Wtedy to się stało.
    Pudełeczko eksplodowało tysiącem odcieni czerwieni, rozpraszając się po całym pomieszczeniu. W jednych miejscach mknęło pod postacią ciemnego piasku, w innych - jako krwawa ciecz. Magia otoczyła Reirę i Rheię niczym sieć, w mgnieniu oka odcinając je od świata zewnętrznego. Spowijała je burgundowa, kipiąca magią otoczka. Artefakt - czymkolwiek był - tak bardzo przeraził dziewczynkę, że krzyczała bez opamiętania. Nie była tego pewna, jednak sądziła, że kwiaciarka również to robiła.
    Zdawać by się mogło, że w jednej chwili czas ustał, tylko po to, by pokazać im, w jak fatalnej sytuacji się znalazły. Zaraz potem otoczka zamieniła się w krwawą, pajęczą sieć i opadła na nie, jakby chwytała ryby.
Reira czuła, jak magia zaczyna wsiąkać w jej skórę, drażniąc jej zmysły i przyprawiając o cierpiętniczy ból. Wierzgnęła nogami i spróbowała poderwać do góry ręce, tym samym jeszcze bardziej je parząc. Piekło, które obie przeżywały, było czymś gorszym niż publiczna egzekucja; czymś gorszym, niż najokrutniejsze i najbardziej krwawe znane tortury. Artefakt palił je żywym ogniem, rozdzierał ich skóry i wdzierał się do ich organizmów. Ich ciała zaczęły kruszyć się pod wpływem mocy Kamienia Rzeczywistości.
    Ani Reira, ani Rheia nie próbowały panować nad swoim krzykiem, gdy powoli zatapiały się w niebyt. Z oczu białowłosej zaczęły lecieć łzy, natychmiast zamieniające się w obłoczki pary. "Proszę kontynuować", powiedział jej ojciec. Skazał swoją własną córkę na śmierć, pozwolił jej cierpieć katusze i patrzył, jak jej ciało zamienia się w proch.
    Kiedy zniknęły ręce dziewczynki, wyswobadzając ją z kajdan, upadła z wrzaskiem na ziemię. Jej ojciec pozwolił jej umrzeć. Skazał ją na śmierć.
    Z upadkiem pierwszej łzy na ziemię, jej ciało rozpadło się w pył.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (01-06-2019 o 21h21)

Offline

#2 29-07-2018 o 20h58

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 894

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Komentowałam to już niezliczoną ilość razy, ponieważ miałam przyjemność czytać to wcześniej. Tak czy siak, powtórzę się: to jest znakomite! Przepięknie operujesz słownictwem, nie robisz błędów, umiesz w dialogi i ogarnęłaś się z akapitami /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Trzeba przyznać, że początek ostry. I nadal zastanawia mnie to podobieństwo imion.

Czekam niecierpliwie na kolejną część i pozdrawiam ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#3 03-08-2018 o 12h40

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 868


Nie myślałaś, że tu skomentuję, co? Pewnie, że skomentuję!

Rysiu, ten początek a. k. a. wewnętrzny monolog jest genialny. Skradł moje serducho. Lubię takie klimaty.
Potem już chyba najadłaś się papryczek chili. Dziołcha! Dlaczego mi to robisz?

Jestem wkurzona na Zairi. Tak, dalej.

Ciekawa, jak dalej potoczy się akcja, daję łapkę w górę i zacieram łapki. Adieu!



Zielona Chatka
Babeczka z Kruka


I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#4 12-08-2018 o 19h11

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 458

poprawione
Ha, ha! Chyba nikt się nie spodziewał, że będę to kontynuować na forum, włącznie ze mną, ale oto jestem!
Dziękuję za miłe komentarze, dziewczyny! <3
I serio, lubię czytać jak ludzie wyrażają swoje zdanie na temat moich prac, mam wtedy taki gigantyczny uśmiech na twarzy, więc zapraszam do komentowania!MAM CIASTKA

Rozdział 1

    Midtown School of Science and Technology, zrzeszająca wszystkich młodych asów z Queens, cieszyła się bardzo dobrą opinią; jej absolwenci odnosili wiele sukcesów na szczeblu nie tylko stanowym, ale i krajowym. Nauczyciele zaś puszyli się niczym pawie, wychwalając swoich uczniów na wiecach i wręczając im dyplomy. Midtown wykształciło tak wielu wybitnych ludzi, zdolnych do robienia wielkich rzeczy, że ciężko byłoby ich zliczyć. Jednak nawet tak prestiżowe szkoły mają jeden problem. Z dorastających, rozwijających się ludzi niełatwo wyplenić agresję. Zwłaszcza wtedy, gdy znęcanie się nad słabszymi zdążyło wejść niektórym w nawyk.
    Flash Thompson był zdania, że każdy jest w stanie się obronić, i że wystarczą do tego tylko dobre chęci. Dlatego też, bez większych wyrzutów sumienia, urządzał chrzty nowym  i wsadzał ich głowy do szkolnych toalet. Naśmiewał się z nich, oczywiście, również stanowiło część „powitania”. Od pewnego czasu odbywał je każdy nowy chłopak - Flash i jego ekipa nie próbowali nawet tknąć żadnej dziewczyny od pamiętnych czasów Michelle Jones, gdy ta, kiedy próbował wcisnąć jej głowę do muszli, potraktowała jego oczy gazem pieprzowym. Co prawda od razu po zmianie szkoły została zawieszona na tydzień, ale nic sobie z tego nie zrobiła, a nawet więcej! - zyskała szacunek wszystkich uczniów.
    Toaleta na pierwszym piętrze, niedaleko składziku na miotły, była miejscem, które większość populacji wolała omijać szerokim łukiem. Nawet sprzątaczki nie zbliżały się do tego miejsca za dnia, toteż nigdy nie było tam papieru, a w niektórych lampach żarówki zdążyły się przepalić i nikt ich nie wymienił. Jednak by nie odbierać paniom sprzątającym całej ich odwagi, trzeba zauważyć, że czasem wchodziły do środka. Co prawda robiły to, gdy w szkole nie było żadnej żywej duszy, jednak uczniowie i tak je za to szanowali. Z mopem, uniesionym wysoko w zaciśniętych, pomarszczonych dłoniach, wkraczały do tego miejsca, uzupełniały papier, zmywały podłogi i lustra, i wychodziły szybciej, niż ktokolwiek mógłby się po nich spodziewać.
    Dzięki tak fatalnej reputacji tej toalety, Flash miał szerokie pole do popisu i wykorzystywał je, gdy tylko nadarzała się okazja. Tym razem trafiło na chłopaka o kędzierzawych włosach. Był asem z fizyki, ale nie potrafił pomagać przy ściąganiu. Nowy, na jednym ze sprawdzianów, postanowił wkupić się w łaski Thompsona i zaproponował mu swoją pomoc. Szkolny tyran stwierdził, że to dobry pomysł - cały wcześniejszy wieczór spędził na graniu w Counter Strike’a i nawet nie przepakował książek na następny dzień, więc idealnie się złożyło. Na początku wszystko szło świetnie: usiedli razem, gawędzili jak normalni przyjaciele, gdy nauczycielka rozdała prace okazało się, że nie było podziału na rzędy i nawet zajęła się czytaniem jakiegoś nieszczęsnego romansidła, zamiast pilnować uczniów. Flash był tak uradowany, że nie przewidział jednej rzeczy - nowy miał słaby słuch. Kiedy się mówi, chce się słyszeć swój głos, toteż zamiast szeptem przekazać mu odpowiedzi, nowy wykrzyczał je tak głośno, że pewnie usłyszeli go w Avengers Tower. Obaj dostali nagany i, ku zażenowaniu Thompsona, zostali opierniczeni przez dyrektora przy całej klasie.
    Głównie z tego powodu wciskanie jego głowy do toalety sprawiało Flashowi jeszcze większą radość, niż zazwyczaj - mógł pięknie podziękować mu za to wszystko. Thompson wiedział, że tego dnia ktoś się im przyglądał. Nic sobie z tego jednak nie robił, bowiem czasem się zdarzało, że jakaś sprzątaczka wychylała się zza drzwi, mamrocząc coś o dobrym wychowaniu. W końcu i tak nie ponosił za to konsekwencji – przecież był królem szkoły, wszyscy – no prawie – się go bali. Większość rzeczy uchodziła mu na sucho, a nawet jeśli dostawał jakieś kary, to było to siedzenie przez godzinę w kozie. Na to mógł sobie pozwolić.
    Za to bulgotanie z klozetu wprawiło go w świetny humor.

    Peter kilka razy w życiu nie był w stanie zapanować nad swoim ciałem, przez co nie wywoływało to w nim aż takiej paniki. Gorsze było to, że nie był w stanie kontrolować swoich myśli. Widział coś, co wydarzyło się prawie rok wcześniej, z zupełnie innej perspektywy, i z dziwnym odczuciem, jakby ktoś miał nad nim władzę.
    Obrazy przelatywały przed nim, a on czuł, jak poczucie winy ściska mu serce i umysł. Wpadł do morza swoich własnych koszmarów i nie widział sposobu, by się z niego wydostać.


    Starowinka okryła się szczelniej płaszczem, tupiąc nogą o chodnik, by choć trochę się ogrzać. Przyglądała się uważnie ulicy, studiując twarze przechodniów. Ludzie mijali ją obojętnie, spiesząc się do pracy albo do szkoły. Tegoroczna zima sprowadziła nad Nowy Jork obfite opady śniegu, a nagły spadek temperatury zmusił wszystkich do wyciągnięcia z szaf najcieplejszych ubrań, jakie mieli. Połatany płaszcz zapewniał kobiecie prowizoryczną ochronę przed mrozem, a po pół godzinie siedzenia na ławce, czuła, jak zamarzają jej kości. Nie miała pieniędzy na kupno nowej, cieplejszej kurtki, ani nawet kozaków. Rozprostowała nogi, bojąc się, że każdy nagły ruch może wywołać okropny ból. Jej zdrowie odeszło wraz z ukochanym mężem, wiele lat temu. Odchowane dzieci i wnuki odleciały za ocean - została więc sama, nie mając nikogo bliskiego, kto mógłby przynieść jej w tamtym momencie choć kubek ciepłej herbaty.
    Tego dnia nikt nie kupił od niej ani amuletów z kolorowymi kamieniami, ani wielobarwnych, misternych kolczyków. Przechodnie spoglądali na nie i skuloną na ławce sprzedawczynię z nutą żalu, ale ziąb był tak przeraźliwy, że nie chcieli tracić czasu na wybieranie przedmiotów, a tym bardziej grzebanie po kieszeniach w poszukiwaniu portfela. Czmychali czym prędzej do ciepłych domów. Starsza kobieta czuła natomiast, że coraz często zerkano na nią nie z żalem, a z litością. Biedna, pewnie niedługo zamarznie, szeptali między sobą. Nie mogła zrobić nic, by zmienić ich zdanie, a i sama powoli zaczynała zauważać, jak jej palce sztywnieją. Mimo wszystko wciąż uśmiechała się do ludzi, którzy ją mijali. Bo cóż innego miała robić?
    Z wybiciem godziny czwartej popołudniu postanowiła w końcu zebrać swój mały kramik i wrócić do mieszkania w jednej ze starych kamienic. Ciało bolało ją przy każdym ruchu, ale szybko zwinęła część swojego dobytku i udała się do północnej części miasta. Śnieg padał coraz gęściej, przysłaniając jej widoczność, jednak niezrażona parła przed siebie. W pewnym momencie musiała przystanąć i wziąć głęboki oddech, zasłaniając usta chustką, która opatulała jej szyję. Czuła, że jeśli szybko nie znajdzie jakiegoś ciepłego miejsca, może się skończyć gorzej, niż na odmrożeniach.
    Starowinka podziękowała Bogu, gdy zauważyła, że w jej kierunku zmierza jakiś chłopak. Był ubrany w zimową, granatową kurtkę, pomarańczową czapkę, szare spodnie i podobnego koloru, przemoknięte tenisówki. Wzrok miał utkwiony w ekranie smartphone'a  i nie rozglądał się po tak pięknym krajobrazie, jaki tworzy Central Park zimą.
    - Przepraszam, chłopcze, czy mógłbyś mi powiedzieć, gdzie jest najbliższa stacja metra? - zagadnęła wesoło staruszka, starając się mówić jak najgłośniej i najwyraźniej, jak tylko dawała radę. Jeśli pogoda się nie zmieni, a ona nie znajdzie się szybko w jakimś ciepłym miejscu, zachoruje i nie będzie mogła prowadzić swojego kramiku. A to równało się brakowi pieniędzy.
    Młodzieniec na chwilę utkwił w niej swoje niebieskie oczy. Równie szybko odwrócił wzrok.
    - Przepraszam, nie mam drobnych - odrzekł i odszedł pospiesznie.
Kobieta poczuła, jak jej serce się łamie.

    - Zatrzymaj to, Peter, dasz radę! Musisz otworzyć oczy!
    Jego ciałem zawładnęło coś na kształt paniki. Zaczął miotać się, uwięziony we własnych myślach, bez żadnej drogi ucieczki. Jego ciało było zwiotczałe – usta niezdolne do krzyku. Peter czuł, jak powoli traci ostatnie okruchy nadziei. Miał zamknięte powieki, a mimo to przelatywały przed nim najgorsze wspomnienia. Widział te sytuacje, w których zawiódł – nie tylko siebie, ale i innych ludzi. Zatapiały go, a on nie próbował się bronić. Wiedział, że mógł wtedy postąpić inaczej; że powinien zrobić coś innego. Ale nie mógł cofnąć czasu.
    Powoli tonął.
    Nagle mętne, pozbawione koloru wizje zaczęły przepuszczać coraz więcej światła. Wydawać by się mogło, że samo słonce postanowiło świecić mocniej, by go uratować. Peter nie zauważył, kiedy pod powierzchnią jego koszmarów znalazła się czyjaś ręka. Najpierw poczuł przeraźliwy chłód w nadgarstku – tam, gdzie ktoś zacisnął palce. Ciemność uczepiła się go, rycząc wściekle, i próbowała ściągnąć go na samo dno. Jednak to światło było silniejsze – po jednym uderzeniu serca, przestał czuć wszechogarniający ból. Zamiast niego zapanował spokój.
    I nagle ktoś wyciągnął do niego rękę. Najpierw poczuł przyjemny chłód w okolicy nadgarstka, gdy zacisnęły się na nim czyjeś palce. Jego płuca łapczywie nabrały powietrza, choć on wciąż nie odzyskał władzy nad własnym ciałem. W jego sercu pojawiła się nadzieja i światło.
    Musiał otworzyć oczy.


    Flash Thompson kręcił się nerwowo na skórzanym fotelu. Gabinet zwierzchnika szkoły był ostatnim miejscem, do którego chłopak spodziewał się trafić. Wciąż nie miał pojęcia, dlaczego właściwie został do niego wezwany. Od kilku dobrych minut dyrektor Morita bębnił palcami o blat swojego biurka, wpatrując się w swojego ucznia. Na jego twarzy malowała się mieszanka zdziwienia pomieszana z niedowierzaniem. Mężczyzna wciąż nie był w stanie uwierzyć w to, co zostało mu przedstawione. Jeden z jego najlepszych uczniów nie dość, że nieudolnie próbował ściągać, to jeszcze znęcał się nad słabszymi!
    - Eugene… Flash... - zaczął powoli dyrektor. - Dostałem anonimowe zawiadomienie, że, hm, robisz krzywdę nowym kolegom. Nie mogłem w to uwierzyć, więc poprosiłem pana Abnetta, by sprawdził zapis z monitoringu. - Przesunął ekran swojego komputera stacjonarny w kierunku Thompsona, by pokazać mu wideo. - Może nie mamy kamer w toaletach, ale spójrz tu... Na ten moment. - Filmik zwolniło, pokazując, jak Flash i jego kumple najpierw biją chłopaka, a potem zaciągają do łazienki. W ostatniej sekundzie chłopak odwraca się wprost do kamery i pokazuje środkowy palec. - Nie mam dla ciebie żadnego usprawiedliwienia, nawet nie mogę zapewnić matki tego dzieciaka, że to nie ty, bo… widać, że to ty - dodał ostro, opierając się ciężko na oparciu swojego fotela. - Ty i twoi przyjaciele zostaniecie zawieszeni na dwa tygodnie, Flash. To i tak jest najłagodniejsza kara, na jaką mogę sobie pozwolić.
    Thompson podniósł się gwałtownie, zaciskając dłonie w pięści. Zagotowało się w nim, kiedy dokładnie przeanalizował słowa dyrektora. Ktoś go wsypał. I to ktoś na tyle wiarygodny, że Morita przejrzał zapis z kamer!
    - To nie fair! - krzyknął łamiącym się głosem. Nie należał do osób, które łatwo godzą się z porażką. - To on zawalił, więc należała mu się kara! To nie była moja wina!
    Całe szczęście, że Flash zaczął krzyczeć. Gdyby nie on, prawdopodobnie usłyszeliby czyjś śmiech zza okna. Przyczajony na ścianie Spider-Man nie mógł powstrzymać się od triumfalnego okrzyku radości po zobaczeniu reakcji kolegi z klasy.
    - Dobra robota, Karen. Oby tylko pan Stark nie dowiedział się, że włamałaś się na jego pocztę.

    Starsza kobieta oparła się ciężko o ceglaną ścianę jakiegoś budynku. Cała dygotała z zimna. Jakiś miły pan powiedział jej, że do stacji metra jest za daleko, ale powinna udać się do schroniska, chociaż żeby zjeść coś ciepłego. Starowinka chętnie na to przystała, pewna, że z łatwością dotrze do celu. W połowie drogi zrozumiała, że to niemożliwe.
    Śnieg padał coraz gęściej, ograniczając widoczność tak bardzo, że z trudem widziała własne buty. Wciąż oddychała przez chustkę. Jej oddech, który w ciągu pierwszych minut ogrzewał jej nos i szyję, stawał się coraz chłodniejszy.
    Pośród tłumiącego wszystko śniegu, kobieta usłyszała ciche skrzypienie, jakby ktoś się do niej zbliżał. Uniosła głowę i wytężyła wzrok, by spojrzeć na tego kogoś. Jej pierwszą myślą było, że to jeden z wolontariuszy schroniska zobaczył ją na mrozie i wyszedł zaproponować pomoc. Ze zgrozą stwierdziła również, że mógł to być jakiś złodziej, gotów okraść staruszkę.
    Nie spodziewała się jednak, że to jeden z superbohaterów przyjdzie jej z pomocą.
    - Proszę się mnie chwycić, zaniosę panią do najbliższego schroniska - powiedział Spider-Man. - Niech się pani nie martwi o kramik, mój przyjaciel zaraz się nim zajmie. Odstawi go prosto do pani domu.
Kobieta chwyciła się chudych ramion chłopaka, odkrywając, że wlała się w nią nowa nadzieja.
    - Dziękuję - wyszeptała łamiącym się głosem, gdy podniósł ją, jakby nic nie ważyła i ruszył w tylko sobie znanym kierunku. - Tak bardzo dziękuję.

    Peter uczepił się tych dobrych wspomnień jak koła ratunkowego, choć coś już zdążyło wyciągnąć go z morza koszmarów. Jego ciałem zaczął wstrząsać dreszcz, gdy zwymiotował coś, co przypominało czarną magmę. Oparł się na rękach i przetoczył kawałek dalej, by nie pobrudzić się swoimi wymiocinami.
Chłopak zamrugał kilka razy. Czarną magmę – wrócił mu wzrok! Ponownie widział i mógł poruszać swoim ciałem. W końcu był wolny! Wizje wciąż go atakowały, choć wydawać by się mogło, że coś je stłumiło. Jakaś niewidzialna siła dbała o to, by choć trochę się pozbierał.
    Peter spojrzał na swoje morze koszmarów, mętne i ciemne, jak oczy Thanosa, gdy wbijał nóż w ciało Tony’ego Starka. Gdy przypomniał sobie walkę, znów stracił kontrolę nad ciałem i wylądował bezwładnie na wyblakłej trawie. Od strony wody zaczęły się do niego zbliżać mroczne macki. Nawet ze swojego miejsca słyszał, jak wołają głosami ludzi, których nie udało mu się uratować.
    Zamknął oczy i chciał pozwolić, by ciemność go pochłonęła, ale wtem w jego wnętrzu znów rozlało się ciepło, a strumień białego światła odciął go od macek. Nie widząc ich, Peter miał wrażenie, jakby wróciła do niego nadzieja.
Ktoś chwycił go za ramiona i pomógł mu wstać. Przed oczami chłopaka tańczyły mroczki, przez co ledwo widział twarz tego, który go uratował. A raczej tej. Była cała biała, skąpana w świetle słońca, a na jej ustach tańczył uśmiech. Widział ją w jednej chwili, a gdy w drugiej mrugał, świat spowijały ciemności. Ponownie czuł się jak ślepiec, choć jego inne zmysły zaczynały wracać do normy. Wziął głęboki wdech, czując zapach świeżo upieczonych ciasteczek cioci May, i słysząc głosy, dobiegające z telewizora. Miał wrażenie, że dobiega do niego głos Obi-Wana Kenobiego, uczącego Luke’a Skywalkera.
    Powoli się rozluźniał, i nawet nie wyczuł, kiedy sam z siebie zamknął oczy, owładnięty poczuciem bezpieczeństwa. Otrzeźwił go nagły, rwący ból w okolicach nadgarstków. Otworzył oczy, gotów zmierzyć się z tym, który przerwał mu powrót do domu. Kobieta – ta, która go uratowała – nie wyglądała już tak, jak wcześniej. Zamiast uśmiechu, na jej usta wypłynął grymas nienawiści, a lśnienie słońca zastąpił mrok księżyca. Peterowi wydawało się, że jej oczy chwilę temu były pełne życia. Gdy teraz na nią patrzył, wyglądały jak przerażająca studnia bez dna.
Co się stało? Czym ona się stała?
    - Wyczuwam w tobie coś… coś niezwykłego – odezwała się kobieta. Tembr jej głosu przywodził mu na myśl stare wyrocznie, przedstawiane w filmach. Upiorne i potężne. Zaśmiała się. – Boisz się mnie. Dobrze. Powinieneś się mnie bać.
    Czy to ona sprowadziła na niego te wszystkie koszmary?
    Nie, przecież nie mogła tego zrobić. Chwilę temu go uratowała, i to dwa razy! Może coś w nią wstąpiło? Peter nie wiedział, gdzie się znajdowali… może to miejsce igrało z jego wyobraźnią i tyle?
Jego lewa ręka była wolna, upiór trzymał go tylko za prawy nadgarstek. Chwycił więc bladą rękę kobiety z zamiarem oderwania jej od swojego ciała. Wrzasnął głośno, gdy tylko jego skóra dosięgła jej. Okrutny ból przetoczył się przez całe jego ciało; ból o sile żywiołu - ale nie był to ani ogień, ani lód. To było coś... pradawnego, potężnego.
    Usta kobiety ułożyły się w kpiącym uśmiechu, a w bezdennych oczach zatańczyły ciemne płomienie. Otworzyła usta, jednak zamiast jej wcześniejszego, przerażającego głosu, odezwała się dobrze znanym mu, męskim głosem:
    - Obudź się, Peter!

Ostatnio zmieniony przez Rissie (01-06-2019 o 21h33)

Offline

#5 19-08-2018 o 19h47

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 868


No, no, no! Widzę, że ktoś tu wepchnął moje poprawki! Dobrze, cieszę się, że pomogłam. <:

Cóż mogę rzec, Rysiu? Czekam na rozwój wydarzeń.


Rissie napisał


    Czy to ona sprowadziła na niego te wszystkie koszmary?
    Jej pozbawione wyrazu oblicze w jednym momencie zmieniło się w czyste przerażenie. Próbując cofnąć się na bezpieczną odległość, Peter chwycił swoją rękę, by wyszarpnął ją z lodowatego chwytu kobiety. Wrzasnął głośno, gdy tylko skóra jego drugiej dłoni dosięgła jej nadgarstka. Okrutny ból przetoczył się przez całe jego ciało; ból o sile żywiołu - ale nie był to ani ogień, ani lód. To było coś... pradawnego, potężnego.
    W jednym momencie kobieta otworzyła usta, z których wydobył się znajomy, zdecydowanie nie kobiecy głos:
    - Obudź się, Peter![/i]


^Ten fragment podoba mi się najbardziej. Nie pogardzę podobnymi smaczkami w przyszłości. /static/img/forum/smilies/wink.png



Zielona Chatka
Babeczka z Kruka


I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#6 19-08-2018 o 19h52

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 894

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Jezu wybacz zapomniałam skomentować /static/img/forum/smilies/yikes.png Wprawdzie pierwszą część znam od dawna, no ale mimo wszystko!

Aww starowinka uratowana, jak miło :3 Kochaany Peter. Tylko te jego sny... well, można się domyślać, co zapowiadają. I co to za babka? ;>

Czekam na więcej i pozdrawiam <3


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#7 26-08-2018 o 16h58

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 671

Póki co skończyłam prolog. Ja to nadrobię, serio xD
Podoba mi się już na wstępie ^^ Prowadzisz fabułę lekko i bez pośpiechu, przyjemnie się to czyta /static/img/forum/smilies/smile.png
/ Doczytałam i jestem pod wielkim wrażeniem! To jest świetne. Zdecydowanie będę czytać ciąg dalszy.

Ostatnio zmieniony przez Layna (29-08-2018 o 16h03)

Offline

#8 31-08-2018 o 11h30

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 458

poprawione
Znowu dziękuję za miłe komentarze, dziewczyny! ♥
Sólcia, to jeszcze poczekasz na rozwój wydarzeń, bo teraz wpada rozdział przejściowy.
Pućkuś, ale dobrze, żeś sobie o mnie przypomniała w końcu. ♥ A co do panienki ze snu, będziesz musiała trochę poczekać na rozwiązanie tej zagadki. /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Layna, mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej, rzecz jasna (i tak zostaniesz zmuszona) i dziękuję za pochwałę. ♥
Oczywiście zapraszam do komentowania wszystkich którzy tego nie robią, bo robi mi się do razu milej na serduszku, jak to czytam.

Rozdział 2

    Uchylenie powiek było cięższe, niż Peter przypuszczał. Kiedy jednak mu się to udało, natychmiast oślepiło go jasne światło. Zamrugał kilka razy, by odgonić mroczki, które pojawiły się przed jego oczami, oraz przyzwyczaić je do blasku słońca. Chwilę zajęło mu, nim zdał sobie sprawę, że to, co widzi, naprawdę jest słońcem. Otaczał je bezkres błękitnego nieba, bez ani jednej chmurki. On zaś leżał na jakimś łóżku, przykryty jedynie cienką kołderką.
    - No, w końcu się obudziłeś! Nawet nie wiesz, jak mnie to cieszy! - Jasny nieboskłon przysłoniła znajoma Peterowi sylwetka. Charakterystyczne kości policzkowe i fryzura sprawiały, że natychmiast rozpoznał Doktora Strange'a. Mężczyzna pomógł mu podnieść się do nieco wygodniejszej pozycji, po czym sam usiadł koło niego. - Jak się czujesz, chłopcze?
    Wszystkie bodźce docierały do niego w zwolnionym tempie, toteż dopiero po chwili Peter zdał sobie sprawę, że Doktor skierował to pytanie do niego. Gdziekolwiek się znalazł, czuł się dziwnie - jakby coś, nie wiedział do końca co, wyłączyło jego pajęcze zmysły, sprawiając, że ponownie stał się zwykłym nastolatkiem.
    - Chyba dobrze - odparł po dłuższej chwili. - Nie wiem... jestem trochę skołowany.
    Doktor poklepał go lekko po ramieniu, uśmiechając się dobrodusznie. Chłopak miał wrażenie, że jego mięśnie twarzy rozluźniły się nieznacznie. Tak, jakby z jego ramion spadł wielki ciężar, który powoli zaczynał go przytłaczać.
    - To efekt uboczny długiego letargu - wytłumaczył szybko Strange. - Na pewno nie czujesz dziwnej senności, nudności, bólu, ani nic takiego?
    Peter pokręcił głową. Miał wrażenie, że znalazł się w czyjejś skórze; że nie znajdował się we własnym ciele, jednak nie odczuwał żadnego z symptomów wymienionych przez Doktora.
    - Nic a nic - zapewnił Parker.
    - No dobrze. - Mężczyzna wypuścił głośno powietrze ustami. - W takim razie muszę cię jeszcze spytać, co pamiętasz z ostatnich wydarzeń?
    Peter zmarszczył brwi, starając sobie przypomnieć starcie na Tytanie. Jego wspomnienia były mętne, jakby wydarzyło się to tak dawno temu, że wszystko zaczęło się zacierać. Wytężył umysł, starając się zaczepić na jakimś momencie, który był wyraźny. Widział rękawicę Thanosa, prawie całą zdjętą z jego dłoni. Naraz poczuł dziwny dyskomfort w rękach, jakby znów szarpał nimi za przedmiot. Gdyby nie Peter Quill, udałoby mu się ją ściągnąć. Gdyby nie on, Tytan nie zdołałby wyrwać się z ich pułapki... i zniszczyć połowy wszechświata.
Spoglądając na swoje dłonie, drżące coraz mocniej, przypominał sobie wszystko od początku do końca. Widział statek, na którym znalazł się, bo chciał uratować Doktora. Widział również Tytana i Strażników Galaktyki, rozpadających się w pył. Słyszał też swoje ostatnie wypowiedziane słowa: Panie Stark, nie czuję się dobrze... N-nie chcę odchodzić. Zginął - zginął! - w ramionach swojego mentora. Wiedział, że zawiódł. Zawiódł Tony'ego Starka.
    - Trochę. Pamiętam trochę, większość... nie wszystko - odpowiedział. - Wiem, że walczyliśmy z tamtym Tytanem na jego planecie. - Peter miał wrażenie, że jego język zamienia się w proch. - My... my przegraliśmy?
    Stephen skinął powoli głową. Jego brwi zwęziły się na samo wspomnienie tamtej walki. Chłopak widział, jak mięśnie jego pleców, okryte białą, lnianą koszulą, napinają się.
    - Dobrze pamiętasz, przegraliśmy - oznajmił Doktor. - Oddałem Kamień Czasu Thanosowi, by oszczędził życie Tony'ego. Odszedł zaraz potem, by zaatakować Ziemię. Musiał odebrać Kamień Visionowi... bo wszyscy zginęliśmy. Zostaliśmy wymazani z naszego świata.
    - Wszyscy? - zapytał Peter. Nie chciał, by w jego głosie słyszalna była nadzieja, ale... tak bardzo pragnął, by Tony Stark również się tu, gdziekolwiek to tu było, znalazł.
    - To znaczy... - Doktor podrapał się po karku, wyraźnie nieswój. - Thanos mówił wcześniej, że chce usunąć połowę wszechświata. Zginęła tylko część. - Spojrzał na Petera ze współczuciem. - Przykro mi.
    On wiedział. Stephen Strange wiedział, o czym myślał Spider-man. Zdawał sobie sprawę z tego, że miał na myśli jedną konkretną osobę. Skoro jednak Tony'ego nie było, to chyba dobrze. To znaczyło tyle, że przeżył. Uniknął śmierci z ręki Thanosa i uniknął wymazania przez jego pstryknięcie. Peter odgonił cisnącą się do jego umysłu myśl, jakoby naprawdę żałował, że Starka tu nie było.
    Jednak... skoro byli martwi, to gdzie się znajdowali? Co to było za miejsce? Dopiero w tamtej chwili poczuł zapach morza, usłyszał jego szum. W górze, tuż nad nimi, krążyło kilka mew. Nie znajdowali się pokoju ani niczym podobnym - łóżko zostało umieszczone w słonecznej altanie na plaży. Słońce stało wysoko na bezchmurnym niebie; musiało dochodzić południe. Podłoga przywodziła na myśl chłodny marmur, a wykonane z jasnego drewna filary, z wijącymi się po nich wzorami, przypominały wschodzącą winorośl. Na belkach, których zadaniem było stworzenie szkieletu dachu, jak i tych, które imitowały ściany, powiewały białe, płócienne zasłony.
Peter odwrócił głowę w kierunku, w który wiał watr. Jego oczom ukazał się bezkres morza. Kryształowe fale rozbijały się o alabastrową, piaszczystą plażę. Gdyby chciał komuś opisać to miejsce, kazałby temu komuś wyobrazić sobie biblijny Raj... a potem pomyśleć, że Raj nigdy nie będzie mógł równać się z tym miejscem.
    - Zginęliśmy - wymamrotał, nie odwracając wzroku od wody. Miał nadzieję, że choć trochę uspokoi to jego zszargane nerwy. - Ale jednak jesteśmy tutaj... czymkolwiek i gdziekolwiek to tutaj jest. Jak to w ogóle możliwe? I czy ktoś tu jeszcze jest?
    - Jest tu jeszcze kilku naszych znajomych - odparł Strange, wstając. Peter zwrócił uwagę na jego luźne spodnie w kolorze piasku, pasujące do białej, lnianej koszuli. W tym ubraniu i przy otaczającej ich scenerii, wydawać by się mogło, że wybrał się na wakacje na Karaiby, a nie zginął w walce na odległej planecie. Dopiero wtedy spojrzał na swoje własne ubranie. Miał na sobie bardzo podobny strój, co Doktor, tyle że trochę mniejszy. Był boso. - Chodź, resztę opowiem ci, kiedy będziemy iść.
    Peter również się podniósł. Przez chwilę mięśnie jego nóg drżały, ale szybko to opanował.
    - Dokąd?
    - Jest ktoś, kogo musisz poznać.

    - Skoro my wszyscy spaliśmy, to znaczy, że byłeś tu sam jak palec?
    Doktor prowadził ich wydeptaną dróżką wgłąb wyspy. Na horyzoncie widoczna była smukła budowla, tak wysoka, że wyglądało się, jakby jej dach muskał niebo. Towarzyszył im przyjemny, ciepły wiatr. Bose stopy Petera zapadały się w ciemnym, mokrym piachu. W pierwszej chwili, gdy wyszli z altany, miał wrażenie, że jest uwięziony w jakiejś klatce - poruszał się ociężale, jego nogi były jak z waty, a mózg rejestrował wszystko znacznie wolniej, niż zazwyczaj. Zelżało tylko to dziwne wrażenie, jakoby był intruzem we własnym ciele.
    - Nie. - Głos Doktora wyrwał go z zamyślenia. Ruchy mężczyzny były znacznie płynniejsze, niż jego, a on sam wydawał się ostoją spokoju. W odróżnieniu od niego, Peter miał wrażenie, jakby zaraz miał eksplodować. - Nie byłem tu sam. W tym świecie, nie tylko na tej planecie, żyją inni, można powiedzieć, ludzie. Są jakby... jego strażnikami. Opiekują się tymi, którzy tu przybywają, dbają też o ład i harmonię. - Chłopak zmarszczył brwi, nic nie rozumiejąc. Całe szczęście Strange to zauważył i zaczął tłumaczyć: - Bo widzisz, Peter, Kamienie Nieskończoności to prastare byty o niewyobrażalnej mocy. Są w stanie tworzyć coś z niczego, oszukiwać oczy, umysł i wszystkie inne zmysły. Mogą też zaginać rzeczywistość, teleportować ludzi między z jednego wymiaru do innego. Świat, w którym się znaleźliśmy, nazywa się Novis... - Zamilkł na chwilę, jakby chciał odpowiednio dobrać słowa. - Gdy Thanos skompletował wszystkie Kamienie, osiągnął ich całą potęgę. Pewnie ciężko będzie ci w to uwierzyć, ale jego serce było czyste, nieskalane złem. On nie chciał nas zabić, Peter. Teleportował nas tu, do innego świata, byśmy żyli w spokoju. To był jego sposób na poradzenie sobie z przeludnieniem. Teraz rozumiesz?
    Parker miał wrażenie, jakby jego świat nagle się powiększył. Do tej pory jego życie ograniczało się do szkoły, Nowego Jorku, i samej Ziemi. Teraz, gdy wiatr innego wymiaru muskał delikatnie jego skórę, poczuł, jak zaczyna kręcić mu się w głowie. To nie była tylko inna planeta - to był inny świat, zupełnie inny, niż ten, który znał.
    - Chyba rozumiem - powiedział słabym głosem.
    Nie byli tu sami. W tym świecie żyli również inni ludzie. Tacy, którzy spędzili tu znacznie więcej czasu, mieli swoje ulubione miejsca, zawiązali przyjaźnie... i właściwie robili to wszystko, co robią inni w ich świecie. Ta wiedza sprawiła, że Peter poczuł się jeszcze dziwniej. A jeśli były tu zielone istoty o dwunastu nogach i trzech parach oczu?
    Być może to takie stwory zbudowały miejsce, do którego właśnie dotarli. Ze swojego miejsca chłopak z trudem mógł zobaczyć dach wieżowca. Jego ściany zostały całe zbudowane ze szkła, lśniącego w świetle słońca. Na pierwszy rzut oka budynek przypominał jeden z nowojorskich drapaczy chmur - kiedy jednak bliżej mu się przyjrzał, Peter poczuł, że szklana budowla znacznie różni się od tych, które mijał w drodze do szkoły. Było w niej coś tajemniczego, przepełnionego magią. Szyby obijały blask słońca, ale robiły to w magiczny sposób - całość zdawała się mienić niczym diament.
    Wieżowiec stał pośrodku pustego pola. Wokół niego, wydawać by się mogło, że wyrastało kilka małych, białych budynków. Za nimi, aż po horyzont, rozciągała się gęsta puszcza.
Mężczyźni w ciszy weszli do środka drapacz chmur przez otwarte na oścież szklane drzwi. Peter czuł się jak małe dziecko, które zostało pierwszy raz zabrane do Disney Landu - przyglądał się wszystkiemu, co ich otaczało, starając się trzymać zamkniętą buzię.
    W holu zastała ich biała posadzka i stoły z jasnego drewna. Stojące na nich czerwone i złote ozdoby nadawały pomieszczeniu życia. Poza tym nie zastali ani jednej żywej duszy.
Kolejne mijane przez nich pomieszczenia były umeblowane i ozdobione w zupełnie innych stylach. Peterowi przemknęło przez myśl, że właściciel budynku musiał włożyć w umeblowanie tego wszystkiego więcej czasu i pieniędzy, niż on kiedykolwiek będzie miał.
    Po kilku ciągnących się w nieskończoność korytarzach, dotarli do windy. Doktor nacisnął przycisk, przywołujący ją, a metalowe drzwi od razu się otworzyły. Chłopak miał nadzieję, że w środku będzie leciała jakaś wesoła, przyjemna dla ucha muzyczka, mogąca rozluźnić jego zszargane nerwy. Jednak jedynym dźwiękiem, który słyszał, było szaleńcze bicie jego serca. Strange powiedział, że chciał, by Peter kogoś poznał. Prawdopodobnie byli to właściciele tego miejsca, czyli, jakby nie patrzeć, ich gospodarze. Nie wiedział, czego może się po nich spodziewać - mężczyzny - a może mężczyzn - w czarnych garniturach, siedzących przy szklance Jacka Danielsa, czy może jakichś wojowników, ostrzących swoje noże?
    Doktor wybrał jeden z przycisk z najwyższym numerem - dwadzieścia jeden, i zaraz po jego naciśnięciu, drzwi windy zamknęły się. Jedno uderzenie serca później sunęli w górę. Peter stanął przodem do przeszklonej ściany, z której rozpościerał się widok na puszczę. Z tego miejsca widział również nieco niewyraźny zarys gór. Cały krajobraz sprawiał wrażenie tak idyllicznego i oderwanego od rzeczywistości, którą chłopak znał, że zaczął się zastanawiać, czy kiedyś będzie wstanie przyzwyczaić się do tego miejsca.
    Winda wznosiła się coraz wyżej i wyżej. Peter przeniósł wzrok z horyzontu na szybko oddalającą się ziemię. Zakręciło mu się w głowie, a nogi zrobiły się jak z waty, więc czym prędzej odwrócił się tyłem do okna. Wyżej, niż w tamtym momencie, znajdował się tylko raz - gdy dostał się na statek kosmiczny i chciał uratować Doktora z rąk magika.
    - Wszystko w porządku, Peter? - zapytał Stephen, spoglądając na niego podejrzliwie. Prawdopodobnie zrobił się chorobliwie blady i mężczyzna zwrócił na to uwagę.
    - Tak, wszystko okej - zapewnił go chłopak. - Po prostu trochę się stresuję całym tym spotkaniem.
    Doktor skinął głową ze zrozumieniem i odwrócił wzrok do okna.
    - Rozumiem. Ale, Peter, naprawdę nie ma czego. To porządni ludzie. Bardzo nam pomogli.
Parker próbował przekonać samego siebie, że Strange ma rację. Przecież spędził w tym miejscu znacznie więcej czasu, na pewno zdążył już poznać ich gospodarzy. Poza tym nie zabili ich, kiedy mieli na to okazję. To dobrze rokowało.
    Nagle drzwi windy rozsunęły się, ukazując długi korytarz. Jego podłoga została wyłożona miękką, czerwoną wykładziną, zaś ściany przypominały ściany groty. Co kilka metrów w kamieniu wapiennym wydrążono otwory, by umieścić w nich lampy solankowe. Światło zdawało się bawić ze zmysłem wzroku, sprawiając jednocześnie, że Peter czuł się równocześnie swojsko, jak i nieco nerwowo. Choć możliwe, że dziwny supeł, który wykształtował się w jego żołądku, był spowodowany stresem, a nie wystrojem wnętrz.
    Parker zastanawiał się, czy pozostałe piętra zostały ozdobione równie pięknie. Cały ten budynek zdawał się dziełem sztuki, a jego wystroju nie poszczyciłoby się samo Empire State Building.
Szybkim krokiem przeszli przez część korytarza, mijając około pięciu drzwi, do pomieszczeń, które prawdopodobnie były umeblowane równie pięknie, co parter. Te, przed którymi się zatrzymali, nie wyróżniały się niczym szczególnym - ot, zwykłe drzwi w kolorze ciemnego mahoniu. Jednak coś musiało je wyróżniać, bowiem Doktor zastukał w nie bez zastanowienia, nie upewniając się, czy to na pewno te.
    Drzwi otworzyły się niemalże natychmiast. Przed nimi stał niewysoki mężczyzna, ubrany w znoszone spodnie jeansowe i białą bluzkę. Jego głowa była łysa. Prawdopodobnie Peter nie przeraziłby się nim tak, jak zrobił, gdyby nie spojrzenie jego przepastnych, brązowo-zielonych oczu. Sprawiał wrażenie kogoś, kto i widział wiele, i przeżył wiele, ale wiedział również, że jeszcze więcej go czeka.
    Parker miał ochotę wrzasnąć ze strachu i rzucić się do ucieczki. Jednak ręka Doktora, spoczywająca na jego ramieniu, sprawiła, że nawet gdyby drgnął, teraz nie ruszyłby się nawet o milimetr. Strange spojrzał na niego gniewnie, dając mu do zrozumienia, że takim zachowaniem tylko by się wygłupił. Peter wyprostował się więc, próbując sprawiać wrażenie wyluzowanego i pewnego siebie.
    - Witaj, Orionie - przywitał się spokojnie Stephen. - Peter się obudził, więc stwierdziłem, że chcielibyście go poznać... osobiście.
    Mężczyzna, nazwany Orionem, burknął coś pod nosem, co można było uznać albo za przekleństwo, albo za powitanie. Możliwe, że był nie w sosie. Mimo to przesunął się, zapraszając ich do środka. Pajęcze zmysły Petera ożyły nagle, jakby ktoś zbudził je z długiego snu. Od razu wyczuł delikatny podmuch wiatru od strony otwartego balkonu, poczuł zapach werbeny i usłyszał dźwięk jakiegoś instrumentu smyczkowego. Muzyka jednak szybko ustała, a wraz z nią i wiatr. Odłożony pospiesznie na stolik przedmiot stuknął, a z balkonu wyszła kolejna postać.
    W tamtej chwili Peter poczuł, jak dech zamiera w jego piersi.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (01-06-2019 o 21h33)

Offline

#9 01-09-2018 o 07h20

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 671

Przeczytałam wczoraj po powrocie z pracy, ale nie miałam siły odpisać xD
Podoba mi się, dalej wszystko jest niespieszne i zrównoważone. Po rakowisku na jakie wpadłam ostatnio na wattpadzie, to było jak miodek na moje potrzeby czytelnicze. Nie ma dialogów od czapy, jak nie potrzeba to nie ma a jak są, to odpowiadają klimatowi narracji. Opisy świata przedstawionego też są dobre /static/img/forum/smilies/smile.png nie są za długie ale można sobie w głowie nakreślić co sobie wyobraziłaś.
Propsuję i czekam na więcej /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#10 01-09-2018 o 22h16

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 894

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Aw Doktor Strange :3 Kocham.

TAK JESTEM PAMIĘTAM

Ojeeeju, ty też najeżdżasz na Quilla? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ty wiesz, że gdyby nie internetowy hejt, to bym nie wiedziała, że ktoś ma mu cokolwiek za złe? XD

„Mr. Stark, I don’t feel so good…” :<<<<<<<<<<<<

„Bo wszyscy zginęliśmy” — spoko luz. :v

CO TO ZA POSTAĆ?! NO ZIOM NIE BĄDŹ WREDNA!

Nie znalazłam żadnego błędu. Piszesz lepiej ode mnie. Mam wrażenie, że nie czynię żadnych postępów :< Za to ty ogromne <3 Pamiętam twoje trzaskanie marginesami /static/img/forum/smilies/big_smile.png No ale nic, niecierpliwie czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#11 08-09-2018 o 17h16

Straż Cienia
Acrynologia
Artylerzysta Straży
Acrynologia
...
Wiadomości: 3 992

*wskakuje do wątku przez okno*

No cześć Ryżu! Nie spodziewałaś się mnie tak szybko, co?

W końcu nic mi nie przeszkodziło ^^
No to ten. Bardzo podobają mi się wewnętrzne monologi. Nie widuje ich zbyt często, a dają naprawdę świetny klimat. Opisy emocji i przedstawionego świata są niezwykle precyzyjne. Dzięki temu twoja wizja jest oddana w każdym szczególe. Oby tak dalej!

Opowiadanie śledzić będę bo jest świetne. Żałuję, że nie przeczytałam go wcześniej (Ah ta moja pamięć!) I teraz wiem, że niepotrzebnie się bałam, o brak znajomości filmu.

Kochanie, życzę weny ;*

P.S. A ja wiem kim jest ta osoba z balkonu :p


https://i.imgur.com/J7Odxes.jpg

Offline

#12 08-09-2018 o 19h04

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 868


Podtrzymuję to, co kiedyś Ci napisałam. Czegoś mi tutaj po prostu zabrakło.

Co do Doktora Strange, to wpychaj go, dziołcha! Ile wlezie! ♥

Jak zwykle czekam na ciąg dalszy, życzę weny i blablablablabla...

(Nikt i nic mnie tutaj nie przywlokło, jakby co.)

*Mała dygresja: "Orion" skojarzyło mi się z cebulą.
Przepraszam, no!~/static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ostatnio zmieniony przez Souliette (08-09-2018 o 19h06)



Zielona Chatka
Babeczka z Kruka


I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#13 15-09-2018 o 21h21

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 458

poprawione
Tak, ja też dziwię się, że nadal tu jestem.
Szkoła trochę mnie zmiażdżyła, ale wracam tutaj z nową dawką absurdu.
Lay, cieszę się, że nada jesteś. I bo ja wiem, czy to też nie jest rakowisko, żebyś widziała jakie mam plany na przyszłość :')
Puciek, QUILL JEST ODPOWIEDZIALNY ZA CAŁE ZŁO TEGO ŚWIATA, JAK MOGŁAŚ O TYM NIE WIEDZIEĆ. I tak, ja też pamiętam te piękne czasy akapitu co zdanie :') niebo a ziemia
Acryś, misiu, już myślałam, że się tu Ciebie nie doczekam. Ogólnie staram się tłumaczyć wszystkie filmowe twisty, ale nie wiem, czy to nie odbiera radochy z oglądania filmu :v ANI MI SIĘ WAŻ SPOILEROWAĆ WSZYSTKIEGO
Sólsól, wiem, żeś się zawiodła na tym rozdziale, ale będzie lepiej. Nie wiem kiedy, ale będzie. Akcja rozpocznie się właściwie od dwóch następnych rozdziałów, póki co było pitu-pitu, poznajmy się. I nie wiem co masz do mojego Orionka, na pewno nie jest cebulą :<

Klasycznie zapraszam do komentowania, poznajmy się, czy coś. ♥

Rozdział 3

    Gdyby ktoś tydzień temu powiedział Peterowi, że będzie walczyć w międzygalaktycznej wojnie z dziwnym, fioletowym gościem, zginie i zmartwychwstanie w innym świecie, a potem spotka osobę, która nawiedziła go w najbardziej przerażającej wizji, jaką kiedykolwiek miał, stwierdziłby, że ten ktoś jest szalony. Nawet twórcy Star Wars nie stworzyliby tak dziwnego scenariusza do swoich filmów. Stojąca przed nim kobieta wyglądała jak żywo wyciągnięta z jego koszmaru. Jedynym, co je różniło, były oczy - zjawa miała bezdenne i mroczne, a jej przypominały biały płomień. Nie sprawiała wrażenia przerażającego potwora, jedynie kogoś stonowanego.
    - Witaj, Reiro. - Doktor Strange skinął jej głową, stając koło Petera.
    - Doktorze. - Białowłosa odpowiedziała delikatnym uśmiechem, składając dłonie na piersi. - Mam nadzieję, że pokój, który dla ciebie przygotowano, ci się podoba?
    Peter zerknął na rozluźnioną twarz Strange'a. Obawiał się, że ich gospodarze to będą sadyści albo potwory - zamiast nich trafili na kobietę z jego koszmaru i łysego gościa, który nie wyglądał przyjaźnie. Ten drugi - Orion - przeszedł przez cały pokój i usiadł na skórzanym fotelu, biorąc do ręki kryształową szklankę z jakimś płynem.
- Jest piękny - odparł Doktor. - Udało wam się trafić w moje gusta. - Kąciki jego ust powędrowały do góry. - Tylko jak patrzę na te kilka wolnych łóżek, czuję się nieswojo. Nie przywykłem do takiej... samotności.
Reira uśmiechnęła się dobrodusznie. Peterowi ta wymiana zdań wydawała się tak nienaturalna i wymuszona, że lepiej by było, gdyby się nie odbyła. Orion był chyba tego samego zdania.
    - Siadajcie - polecił łysy mężczyzna, odstawiając pustą już szklankę na stoliczek. - Mamy kilka spraw do omówienia.
    Strange natychmiast wykonał jego polecenie, zajmując jeden z czterech wolnych foteli, które otaczały niewielki stolik. Na jego blacie leżało kilka zapisanych dziwnym pismem kartek, karafka z ciemnym napojem i miseczka z cukierkami. Na widok czegoś do jedzenia żołądek Petera skurczył się nieco. Szybko usiadł na wolnym miejscu obok Stephena, naprzeciwko Oriona.
    Nie zdziwiło go, że to Reira zabrała głos, a nie mężczyzna.
    - Peter - zaczęła, zwracając jego uwagę - jak się czujesz po przebudzeniu?
To pytanie było jednocześnie tak proste i zawiłe, że na początku nie wiedział, co może jej odpowiedzieć. Mógłby powiedzieć "w porządku", jak wcześniej Doktorowi, jednak miał wrażenie, że kobieta oczekiwała czegoś więcej, niż zapewnienia, że czuje się dobrze. Może ta dwójka zajmowała się zamienionymi w proch ludźmi?
    - Jestem trochę skołowany - odparł zgodnie z prawdą. - Nie wiem, gdzie się znajduję, dlaczego tu w ogóle jestem... i co mam w ogóle robić. Chyba nic nie wiem.
Orion uniósł jedną brew, opierając się wygodniej w swoim fotelu. Chłopak nie był w stanie odczytać nic z jego mowy ciała, nawet jeśli coś podpowiadało mu, że nie jest mu życzliwy. Nie powinien oceniać kogoś, kogo poznał ledwie chwilę temu, w końcu mężczyzna mógł okazać się równie miły i dobroduszny, jaka z kolei wydawała mu się Reira. Peter miał nadzieję, że właśnie taka była. Wolał, by jego koszmar o przerażającej zjawie i "byciu wyjątkowym" nie okazał się prawdą.
    - Wiem, że to ciężkie - powiedziała białowłosa kobieta, wyrywając Parkera z rozmyślań. - Nagła zmiana otoczenia nigdy nie jest przyjemna. Z czasem zaczniesz wszystko rozumieć, zwłaszcza że niektóre rzeczy staną się dla ciebie najzwyczajniej w świecie oczywiste. Póki co zdecydowaliśmy, że poznasz podstawowe rzeczy, a resztę będziemy ci tłumaczyć stopniowo. - W jej oczach zatańczyły dziwne iskierki. Ich, tak samo jak Oriona, nie był w stanie zrozumieć. - W porządku?
Strange zdążył mu już nieco opowiedzieć, choć on wciąż póki co niewiele rozumiał. Ten świat nazywał się Novis i był... był. Peter czuł się skołowany i próbował sobie wmawiać, że ma do tego prawo, bo przecież obudził się dopiero chwilę temu.
    - Jasne - odparł, kiwając głową. - Tylko, jeśli mogę, czy... czy mogę jeszcze spytać o kilka rzeczy?
Białowłosa uniosła brwi, wyraźnie zaintrygowana.
    - Oczywiście, nie krępuj się.
Chłopak zastanawiał się, co mu właściwie strzeliło mu głowy o to prosić, skoro nie wiedział, o co właściwie chce zapytać. Przed oczami stanął mu obraz pana Starka, jego wyraz twarzy, gdy trzymał go, gdy ten rozpadał się w pył, i cioci May, czekającej na niego przed szkołą. Przed wyprawą w kosmos był na wycieczce, a ona nie wiedziała, że wyskoczył z autobusu, by pomóc Avengers ratować świat.
- Jest jakiś sposób, by wrócić do naszego świata?
    Zarówno kobieta, jak i Orion, nie wydawali się zaskoczeni jego pytaniem. Tak, jakby przygotowywali się, że ktoś ich o to zapyta, i będzie an tyle nieskrępowany, by nawet nie owijać w bawełnę.
- Peter. - Doktor skarcił go, zerkając niepewnie na ich gospodarzy.
- W porządku, zobowiązałam się odpowiedzieć na pytania Petera. - Reira wzruszyła ramionami. - Jeszcze nie wynaleźliśmy nic, co pozwoliłoby na swobodne poruszanie się między światami. Myślę jednak, że jeśli kiedyś coś takiego powstanie, dowiemy się o tym pierwsi i zorganizujemy wam bezpieczny powrót do domu.
Rozluźniło go to nieco i pomogło nabrać nadziei, że istnieje jakiś cień szansy na powrót do normalności. Właściwie było to jedyne, co naprawdę go nurtowało. Nie chciał być wścibski i wypytywać ich o życie prywatne, choć był bardzo ciekaw, jak znaleźli się w tym miejscu i co właściwie przeszli. Była to, być może, jedyna szansa, by zadać jeszcze jakieś pytanie, więc spróbował wymyślić jakieś naprędce. Spojrzał na swoją dłoń, linie biegnące po wewnętrznej stronie jego nadgarstka i uwypuklone żyły.
- Czy ta śmierć... mogła dać nam jakieś nowe moce? - Spojrzał na gospodarzy z powątpiewaniem. - To znaczy Kamienie Nieskończoności władają jakąś magią, prawda? Może podczas tego całego usuwania połowy wszechświata, nie wiem, wchłonęliśmy część ich mocy?
Reira wyprostowała się na swoim miejscu, a Parker wymierzył sobie mentalnego kopniaka. Wyglądała tak, jakby ją uraził - jej wcześniej przyjazna, rozluźniona twarz ściągnęła się, a usta zacisnęły się w wąską linię. Mógł urazić ją tym ostatnim pytaniem? Może jednak nie powinien poruszać kwestii mocy? Zwłaszcza, że tak naprawdę nie czuł, żeby ta wiedza była mu potrzebna. A oni oboje mogli równie dobrze zostać wymazani ze swoich światów za ich pomocą. Otwierał już usta, by przeprosić kobietę za swoje wścibskie pytanie, gdy odezwał się Orion:
    - Nie wiemy, czy macie jakieś moce. - Jego brązowo-zielone oczy wypalały w nim dziurę, jakby ten próbował go rozszyfrować. - Nikt nigdy nie zebrał wszystkich sześciu Kamieni. Pojedynczo - tak, były w stanie obdarzał swoje ofiary mocami, nie działo się tak zawsze, wszystko zależało od czynników, których do końca nie rozumiemy. Może cała szóstka da wam coś więcej, niż moc... Przekonamy się z czasem.
    Peter czuł się, jakby ktoś wbił go w fotel. Przypomniał sobie ugryzienie pająka i ból, który czuł, gdy jego zmodyfikowany jad rozprzestrzeniał się w jego żyłach. To było straszne przeżycie - a jeśli Kamienie Nieskończoności potrzebują trochę czasu, by "zaskoczyć" i wtedy dadzą im kawałek swoich mocy? Chłopak nie był w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo to by bolało.
Z trudem powstrzymał drżenie rąk i skinął tylko głową na znak, że zrozumiał i dziękuje mężczyźnie za wytłumaczenie. Zerknął kątem oka na Reirę. Nie wiedział, ile mogła mieć lat - dwadzieścia? - ale opanowała mowę swojego ciała do tego stopnia, że nie był w stanie powiedzieć, co myśli o całej tej sytuacji i jego pytaniach.
- A co z innymi? - Orion przerwał narastającą, nieprzyjemną ciszę. Jego pytania i odpowiedzi były rzeczowe, wymagały konkretnych odpowiedzi i żadnych niedomówień. Zachowywał się jak dowódca, człowiek, który niejedno przeszedł i był gotów przejść jeszcze więcej. - Wiadomo coś nowego o ich stanie?
Doktor Strange spojrzał tęsknym wzrokiem na karafkę, jakby mając nadzieję, że płyn z jej środka zaraz sam do niego przypłynie. Wyraźnie miał pewne opory przed odpowiedzeniem mężczyźnie.
- Ich stan się nie zmienia - odparł, marszcząc nos i drapiąc się w niego. - Wasz sprzęt monitoruje ich ciała. Nie ma żadnych zakłóceń. - Kaszlnął nienaturalnie. - Tyle że... ten eliksir na uciszenie koszmarów powoli się kończy... Podczas dożylnych podań płyn przez cały czas dostaje się do organizmu, te dziesięć litrów, które nawarzyliśmy tydzień temu powoli się kończy, więc tak się zastanawiałem, czy może...
    - Do rzeczy - warknął Orion. Peter z trudem powstrzymał się przed podskoczeniem na swoim miejscu.
Strange chrząknął ponownie. Reira obserwowała go, a kolor jej tęczówek zmienił się w odcień przypominający rtęć.
- Czy może... może w kolejnej dawce moglibyśmy podać im jeszcze coś, co mogłoby ich... szybciej wybudzić? - zapytał z nadzieją. - Peter obudził się szybciej, moglibyśmy zbadać jego organizm, mój również, odnaleźć jakiś składnik, który sprawił, że obudziliśmy się szybciej...
Orion i Reira wymienili krótkie, porozumiewawcze spojrzenia. Parker przyglądał się im i temu, w jaki sposób mogli się porozumiewać - bez słów, znakami i ruchem ust, które tylko oni znali. Przypomniało mu to o jego wspólnych tajemnych znakach, które dzielił z Nedem. Nagle jeszcze bardziej zapragnął wrócić do domu. Jednak przez wzgląd na aktualną sytuację nie zamierzał się nawet wychylać - ich gospodarze byli teraz zajęci problemem budzenia ich, a nie odesłaniem ich z powrotem.
Zaraz, Strange powiedział coś o eliksirze blokującym koszmary. Jemu też go podawali, jak zgadywał - czemu więc widział to, a nie coś przyjemniejszego?
- To wielkie ryzyko - odparła powoli Reira, akcentując dokładnie każde słowo. - Być może zbyt wielkie. Nie chcemy, by coś im się przez to stało. Ja sama pamiętam, jak cierpiałam, kiedy śni... - Zamknęła natychmiast usta, a w jej oczach zatańczyły iskry strachu. - Chodzi mi o to, że to, co mogliby zobaczyć, może przekraczać nasze najgorsze wyobrażenia. Nie znamy ich traum, nie wiemy, jakie koszmary mogliby mieć... Nie możemy ryzykować. Poza tym zwiększenie dawki albo nawet wymiana specyfiku mogłaby wywołać u nich coś, na przykład jakąś reakcję alergiczną, a to mogłoby mieć opłakane skutki.
    Słowa kobiety były naprawdę logiczne i chłopak czuł, że mówi prawdę. Ciekawiło go natomiast, dlaczego w pewnym momencie przerwała. Zaczęła mówić o sobie, swoim przypadku - nie była stąd, nie pochodziła z Novis i któryś z Kamieni przeniósł tu i ją. Czy ona też walczyła z jakimś fioletowym Tytanem, który chciał zniewolić całą galaktykę?
    Doktor Strange nie próbował ukryć swoje smutku. Peter spodziewał się, że Reira zaraz go pocieszy, mówiąc, że i tak niedługo się obudzą - jakie było jego zdziwienie, gdy zamiast niej, odezwał się Orion.
    - Myślę, że mógłbym spytać o zdanie naszą wyrocznię. Jest w stanie zobaczyć skutki pewnych wydarzeń, więc jeśli przedstawimy jej dokładnie sytuację... może nam doradzi.
    Jego słowa wyraźnie uspokoiły Stephena, bowiem rozluźnił się nieco.
    - Ale niczego nie obiecuję - dodał jeszcze mężczyzna, nachylając się dla podkreślenia tych słów do przodu. - Niech nie żywi pan zbytnich nadziei, Doktorze, bo Virian de Rousseau może i przepowiada przyszłość i możliwe zdarzenia, ale nie zawsze są one takie, jakie chcemy, żeby były.
    Virian de Rousseau - brzmiało jak imię i nazwisko francuskiej damy, która mieszkała w Wersalu i pławiła się w luksusach. Za nic nie był w stanie wyobrazić sobie kobiety o takim imieniu jako wyroczni. W jego mniemaniu wieszczki były stare, wysuszone i ślepe. Zawsze mówiły wierszem, albo w ogóle bez sensu, a ich wywody nigdy niczego nie wyjaśniały. Tyle że to był inny świat - może tu wyrocznie działały inaczej?
    - I tak dziękuję - odpowiedział Doktor, wstając. - Myślę, że to już wszystko, po co tu przyszliśmy. Nie będziemy wam więcej przeszkadzać, oprowadzę trochę Petera po Wieży i może odwiedzimy Strażników.
    Orion i Reira również podnieśli się ze swoich miejsc.
    - W razie czego nie bójcie się ponownie nas odwiedzić - odezwała się kobieta, obdarzając ich kolejnym delikatnym uśmiechem.
    Peter zastanawiał się, czemu demon, który sterował jego koszmarem, przedstawił mu ją jako potwora.

    - Nie życzę sobie, by ci ludzie ponownie nawiedzali nas bez zapowiedzi.
    Orion przechadzał się przed oknem z rękoma splecionymi za plecami. Jego wzrok prześlizgiwał się po całym pomieszczeniu, jakby nie był w stanie zdecydować się, na czym go skupić. Spoglądał na wszystko, poza Reirą. Po wyjściu gości kobieta nachyliła się nad stolikiem, by uporządkować leżące na nim papiery. Nie przygotowała się na wizytę - nie spodziewała się nawet, że w najbliższym czasie zobaczy inną twarz, niż Strange'a czy Loralaya. W pierwszej chwili opanowała ją dziwna panika - nie pamiętała nawet, jak ten konkretny chłopak miał na imię. Całe szczęście, że Stephen im go przedstawił, inaczej wyszłaby na absolutnie nieprofesjonalną.
    - Orionie - powiedziała spokojnie - jeżeli któryś się obudzi, to raczej pewne, że Doktor nam go przyprowadzi. Powinniśmy być na to gotowi.
    Mężczyzna stanął w miejscu, przyglądając się jej. Reira, nie zwracając większej uwagi na niebezpieczny błysk w jego oczach, porządkowała dalej papiery. Zatrzymała się na dłuższą chwilę przy Sonecie Anielich Skrzydeł i Diablich Rogów, podziwiając piękne, ozdobne nuty. Wiele lat próbowała zrozumieć, jakim cudem Rhei Aruoet udało się odwzorować bezbłędnie hymn Wschodniego Volranu. Wciąż nie udało jej się tego odkryć.
    - Następnym razem będziemy na to gotowi - oznajmił dobitnie Loralay. - Nakaż wszystkim duchom zgłaszać nam natychmiast wszystkie zmiany, zachodzące w organizmach tamtych istot.
    Reira uśmiechnęła się lekko, odkładając Sonet na kupkę z innymi nutami. Jej skrzypce wciąż leżały na stoliku przy drzwiach balkonowych. Korciło ją, by sięgnąć po nie i zagrać choć kawałek starego hymnu. Przypomniała sobie jednak o przeszłości Oriona i zdecydowała, że jednak tego nie zrobi.
    - Oczywiście.
    Następną rzeczą ze stolika był wciąż zapieczętowany list, którzy przyszedł do nich z planety Khyat-navar. To właśnie tam znajdowało się laboratorium najzdolniejszego wynalazcy, jakiego znało Novis. Musiał to być kolejny oficjalny raport, dotyczący prac nad nową generacją statków kosmicznych. Brakowało jeszcze jednego listu - od strażników skarbców na planecie El'iale.
    - Kiedy lecimy na Mollrayle odwiedzić Virian? - zapytała nagle.
    Nie zauważyła, kiedy Orion zbliżył się do niej na odległość kilku kroków. Uniosła głowę, wpatrując się w niego wyczekująco. Jego zacięta mina nie wskazywała, by była zadowolona z odpowiedzi.
    - Nie lecimy. Polecę sam.
    Reira zmarszczyła brwi.
    - Dlaczego?
    - Czy mam ci przypomnieć, co stało się ostatnim razem, kiedy spotkałaś się z Virian de Rousseau? - Loralay uniósł wyzywająco brew, świdrując ją swoimi brązowo-zielonymi oczami.
    Doskonale pamiętała, co się wtedy stało. Widziała oczami duszy, jak wyrocznia nęci ją spełnieniem jej najskrytszych marzeń w zamian za oddanie tego, co straciła dawno temu.
    - Nie musisz mi przypominać - odezwała się szorstko. - Rozumiem. Zostanę tu i będę dbać o naszych gości.
    Zadbam o to, by niczego nie zepsuli. To by tylko dało mu powód do zesłania ich na Mollrayle, dodała w myślach.
    - To dobrze.
    Orion ponownie zaczął przechadzać się po pomieszczeniu. Reira zajęła się papierami, segregując kolejne na odpowiednie kupki. Zmarszczyła nos, zerkając na niedopity trunek Oriona. Nie zanosiło się, by miał zamiar to po sobie sprzątnąć.
    - A kiedy właściwie ci Strażnicy powinni zacząć się budzić? - zapytała jeszcze. Chciała czym prędzej udać się do siebie i przestudiować ponownie wszystkie księgi, mówiące o teleportacji między wymiarami. I tym, co wpływało na zaczepienie ciał w nowym świecie.
    - To indywidualna kwestia, przecież wiesz. - Orion wzruszył ramionami, otwierając drzwi na balkon. Do pomieszczenia natychmiast wpadł ciepły, letni wietrzyk. - Wszystko zależy od sił woli śpiącego, jego mocy i... czynników zewnętrznych.
    Reira wlepiła wzrok w kolejną kartkę, tym razem przedstawiającą nuty Pieśni Milionów Dusz. Odtwarzając w głowie utwór, wyobraziła sobie Rheię Arouet, leżącą na trawie na polanie Wielkiej Puszczy i nucącej cicho pieśń. Odpłynęła tak bardzo, wspominając stare, dobre czasy, że nie zauważyła, gdy Orion podszedł do niej i wręcz zawisł nad nią niczym sęp.
    - Reiro - odparł miękko, zbyt miękko - wiesz, jak ważna jest sprawa, o którą walczymy?
    Kobieta uniosła głowę, odpowiadając chłodnemu spojrzeniu jeszcze chłodniejszym.
    - Oczywiście, że wiem.
    - I wiesz, że zniszczę wszystko i wszystkich, którzy staną mi na drodze, prawda?
    Powstrzymała drżenie dłoni, wbijając palce w skórzane podłokietniki fotela.
    - Wiem o tym.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (01-06-2019 o 21h33)

Offline

#14 16-09-2018 o 08h47

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 671

Gdzie jest StarLord? Chce go zabić póki jeszcze śpi!
A teraz bardziej "poważnie" /static/img/forum/smilies/tongue.png Czytałam zaraz po wrzuceniu ale nie byłam zdolna do odpisania xD
Ciekawi mnie jak śmiertelnicy trafiają tam gdzie trafiają O>o co to za technologia no? xD Peter coś mało gada ale chyba się rozkręci co?
No i poproszę dłuższe rozdziały, bo to było za mało /static/img/forum/smilies/tongue.png

Offline

#15 16-09-2018 o 09h17

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 868


Jak zwykle - cieszę się, że zastosowałaś się do moich poprawek i nie muszę robić Ci kazań. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Tak poza tym, to myślałam, że się pocałują. Autentycznie. Rozczarowałaś mnie, Rysiu. Musimy porozmawiać.

Czekam na ciąg dalszy, hugs and kisses, życzę weny.

Adieu! ^^



Zielona Chatka
Babeczka z Kruka


I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#16 18-09-2018 o 18h02

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 894

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png

Ja tam czekam, aż się reszta pobudzi, bo wtedy to dopiero będzie kocioł /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ale mam niejasne wrażenie, że sporo złego stanie się już zaraz, kiedy będzie ich tylko garstka. Oby. Chcę akcję. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Czekam na resztę i pozdrawiam ^^


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#17 08-10-2018 o 18h26

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 458

poprawione
Dzień dobry! Minął prawie miesiąc, od kiedy coś tu wrzucałam. Dopiero niedawno udało mi się skończyć rozdział i właściwie to jestem z niego całkiem dumna.
Lay, szykuj patelnię, będzie za rozdział albo dwa. A resztę spróbuję wytłumaczyć niedługo, ale to musiałabyś obejrzeć film, żeby zrozumieć :') I no, Peter niedługo się rozkręci.
Sól, oni nie są dla siebie stworzeni, całusy nie dla nich :<
Pućka, kocioł już jest *lenny*

Dziękuję Pućce za betowanie rozdziału, hugs and kisses!
I zapraszam:

Rozdział 4

    Wielka Puszcza wydawała się najspokojniejszym miejscem w całym Novis. Z daleka od wszystkich wielkich cywilizacji i dziwnych, nieziemskich technologii, Rheia Arouet czuła się lepiej, niż w swoim prawdziwym domu. Kucnęła przed małym krzewem i zerwała dwa liście.
    - To jest mięta. Ma wiele leczniczych właściwości. Kiedy kogoś boli głowa, parzę orzeźwiającą herbatę i daję mu ją do wypicia. Zawsze pomaga.
Dziewczynka pokiwała głową ze zrozumieniem, nie spuszczając jej ani na chwilę z oka. Chłonęła każde słowo i starała się zapamiętać działanie poszczególnych ziół. Reira może i była jeszcze małym dzieckiem, ale należała do tej grupy ludzi, która nie poddaje się pomimo niepowodzeń. A trzeba było przyznać, że wielu poddałoby się po tym, co ona przeszła.
Rheia wrzuciła listki do materiałowego woreczka, który trzymała przy pasie. Spędziły w lesie ledwie kilka godzin, a już wypełniły ponad jego połowę. Reira kucnęła obok niej i jak zahipnotyzowana obserwowała poczynania kobiety.
- Jak chcesz, to możesz mi pomóc - powiedziała wesoło Arouet, przesuwając się nieco w bok, by zrobić małej więcej miejsca. - Zrywanie liści nie jest trudne, a na pewno kiedyś nam się przydadzą.
    Reira pisnęła z radości i natychmiast przyłączyła się do pracy. Na twarzy Rhei pojawił się delikatny uśmiech, gdy przyglądała się, jak jej podopieczna wykonuje swoje zadanie. Spędziły w tym świecie około trzech miesięcy i kobieta uważała za osobisty sukces fakt, że wreszcie udało jej się wyciągnąć białowłosą z pokoju. Wódz plemienia Illaryan, które zamieszkiwało Odwróconego Tytana okazał dwóm kobietom niezwykłą uprzejmość, przyjmując je do swojego obozu. Mała lepianka była w stanie pomieścić ledwie dwa łóżka i szafkę nocną, jednak kobieta była mu niezmiernie wdzięczna za pomoc. Zwłaszcza że nie wiedziała, dokąd indziej mogłyby się udać. Można by powiedzieć, że Anhoki uratował je po śmierci.
    - Dobrze mi idzie? - zapytała nagle Reira, pociągając palcami kolejny listek. Rozerwała go w połowie. - Och.
    Rheia roześmiała się głośno, mierzwiąc jej białe włosy.
    - Nie przejmuj się, liść nadal jest liściem. Jak wrzucisz jje do woreczka, powąchaj swoją dłoń. Zostaje na niej zapach po mięcie.
    Dziewczynka wykonała polecenie i przystawiła nos do swojej ręki. Zaciągnęła się mocno, przymykając oczy. Arouet siedziała obok, czekając na jej reakcję. Kiedy Reira otworzyła oczy, a w jej tęczówkach zatańczyły iskierki, odetchnęła z ulgą. Od przybycia do Novis zrobił takie postępy, jeśli chodziło o jej otwartość, że kobieta wciąż nie mogła wyjść z podziwu.
    - To niesamowite! - wykrzyknęła białowłosa, przewracając się na trawę i wyciągając ręce ku niebu.
    Rheia położyła się koło niej, spoglądając na nieboskłon. Był błękitny i nie widziała ani śladu chmur. Zerknęła również na spokojną Reirę i poczuła, jak jej serce powiększa się z radości. Przypomniała sobie, jak bardzo dziewczynka była zamknięta w sobie, kiedy się tu pojawiły. Ojciec ledwo co się jej wyrzekł, została okrutnie zamordowana, trafiła tutaj, do miejsca, którego nie znała, i zdecydowanie nie chciała poznać. Przez pierwszy tydzień nie tknęła jedzenia, leżała tylko w łóżku, wpatrując się tępo w sufit z wielkich liści. W drugim tygodniu spróbowała coś przełknąć - jej żołądek był jednak ściśnięty i wszystko, co zjadła, natychmiast wracało. Kobieta trwała przy niej od świtu do wieczora, w noce wpatrywała się w jej śpiącą, wciąż wykrzywioną w bólu twarzyczkę. Reira straszliwie schudła i miała wory pod oczami - wódz powiedział, że jeśli w ciągu tygodnia nie zacznie się zdrowo odżywiać, może się to dla niej źle skończyć. Dlatego też następnego dnia po rozmowie z nim, Rheia przestała bawić się w nianię i powiedziała jej prosto w twarz, że może umrzeć, a ona nie chce jej na to pozwolić.
    W ciągu tych paru miesięcy zadomowiły się na tym Tytanie. Anhoki zaproponował im dołączenie do Illaryan, więc już niedługo później miały swoją przynależność w tym świecie. Ta cywilizacja - jedna z najdłuższej żyjących w Novis, słynęła ze starych zwyczajów i potęgi zaklęć. Ich najsłynniejszym i jednocześnie najtrudniejszym był czar nieśmiertelności. Wódz był w trakcie zgłębiania go - zrozumienie języka równie starego co świat i opanowanie go zajmowało lata nawet tak mądrym istotom.
    Rheia zamknęła oczy, wzdychając błogo. Strach i ból zdążyły ją już dawno opuścić, choć nadal pamiętała o swojej rodzinie, którą zostawiła na tym prawdziwym Tytanie. Czy ledwie szesnastoletni Damon poradzi sobie z wykarmieniem pozostałej czwórki rodzeństwa? Kobieta miała co do tego wątpliwości. Od czasu, gdy ich matka zmarła na quirle, a ojciec stracił życie na wojnie z Anticią, Damon nawet nie kiwnął palcem, by jej pomóc. Zamiast tego robił to, co mu się żywnie podobało: kradł, flirtował z dziewczętami i nawet zaczął zadawać się z miejscową mafią. Rheia obiecała sobie, że jeśli jeszcze raz kiedyś spotka swojego brata, nie będzie mógł usiąść przez miesiąc.
    - O czym myślisz? - zapytała Reira, zerkając na nią.
    Tyle wypracowały w ciągu tych miesięcy. Wspominanie dziewczynce o swoich wątpliwościach mogłoby doprowadzić je do punktu wyjścia. Nie nie zamierzała wspominać jej o swojej rodzinie i obawach, że Pascal, Vividia i Calipso mogli umrzeć z głodu.
    Kobieta uśmiechnęła się do niej promiennie i dźgnęła ją palcem w brzuch. Reira zapiszczała, próbując odepchnąć ją od siebie.
    - O tym - zaczęła się podnosić; Reira podążyła jej śladem - że mnie nie przegonisz i będę pierwsza w domu.
    Nim się obejrzała, biegły już przez las. Woreczek ziół uderzał Rheię o udo, ale nie zwracała na to uwagi. Wielka Puszcza była niezwykłym miejscem i wywoływała w niej tak dobry nastrój, że z łatwością zapomniała o swoim rodzeństwie. Całą drogę towarzyszył jej śmiech Reiry. Wydawało jej się, że nigdy nie będzie bardziej szczęśliwa.
   
    Peter Parker miał mieszane uczucia co do odwiedzania Strażników Galaktyki. Od wyjścia ze stołówki, w której zjedli z Doktorem sycący obiad, podczas którego mężczyzna wytłumaczył mu działanie tutejszej grawitacji i  przybliżył nieco historię samego Tytana, chłopak chciał tylko udać się do ich - ponoć - nowoczesnego pokoju, schować się pod kołdrę i pójść spać. Spał co prawda przez trzy tygodnie, ale tyle zmian przytłoczyło go tak, że potrzebował chwili wytchnienia. Strange zapewnił go, że szybko ich odwiedzą, by upewnić się, że płyn w podawanych im kroplówkach jeszcze się nie skończył, i pójdą odpocząć.
    W trakcie powolnego spaceru między wieżowcem a małym budynkiem infirmerii, Peter przyglądał się otaczającemu ich światu. To miejsce przypominało mu nieco dzikie plaże na wschodnim wybrzeżu Stanów, na które czasem zabierała go ciocia. Uwielbiała naturę, a jeszcze bardziej kochała robić jej zdjęcia. Minęło niewiele ponad kilka godzin, od kiedy się obudził, a on już za nią tęsknił. Podczas wycieczki szkolnej do Waszyngtonu zadzwonił do niej i opowiadał jej, co widział, śmiał się z jej próśb, by nie wplątywał się w żadne rządowe sprawki. Nie zdawał sobie wtedy sprawy z tego, że być może był to ostatni raz, gdy ją słyszał.
    Chłopak odgonił nieprzyjemne myśli i skupił się na tym, co mówił Doktor. Opowiadał mu o tym, jak obudził się w tej samej altanie, w której i on, i w jaką panikę wtedy wpadł. Orion i Reira siedzieli wtedy w wieżowcu i byli zdziwieni, widząc jednego ze swoich gości na nogach. Posadzili go w stołówce, dali ciepły posiłek i prosili, by opowiedział coś o tym, co się wydarzyło. Do tamtej chwili nie zdawali sobie sprawy z tego, dlaczego na ich planecie pojawiło się kilku nieprzytomnych ludzi - i nieludzi również.
    Peter słuchał go z zafascynowaniem, chłonąc każdą wzmiankę o otaczającym ich świecie. Doktor zdążył już zwiedzić kawałek wyspy i był urzeczony tutejszą florą. Dziwiło go również, jak bardzo ten Tytan różnił się od Tytana z ich świata - na tamtym w miejscu, po którym właśnie chodzili, rozciągały się ruiny starej stolicy. Wziął głęboki oddech, wdychając świeże powietrze. Na niebie nie była widoczna ani jedna chmurka.
    - Właściwie to - zaczął nagle - myśli pan, że wrócimy kiedyś do domu?
    Strange uśmiechnął się ponuro, a w jego oczach zatańczył dziwny smutek.
    - Nie wiem - odpowiedział szczerze. - Jeśli nawet Reira i Orion nie są pewni, czy istnieje taka możliwość, to... Ja tym bardziej nie mogę być niczego pewien.
    Parker pokiwał głową ze zrozumieniem. Zastanawiało go, czy Doktor próbował omawiać z nimi już ten temat - miał przecież na to całe dwa tygodnie. Może zdradzili mu coś więcej, niż jemu chwilę temu?
    Dotarli szybko do infirmerii, nie wymieniając już ani słowa. Z zewnątrz budynek przedstawiał się swojsko, przypominał niego domki budowane na palach nad morzem. Był zbudowany z drewnianych desek, pokrytych białą farbą, z niskim, brązowym dachem. Stephen otworzył przeszklone drzwi i wszedł do środka. Podążając za nim, Peter o mało nie zaniemówił. Być może był to jakieś czary, albo po prostu ich gospodarze byli mistrzami budownictwa, jednak infirmeria od środka przedstawiała się znacznie inaczej. Ściany były murowane, na pewno nie drewniane. Ich biel kontrastowała z zielonymi kwiatami, ustawionymi na niskich szafkach. Znajdowali się w korytarzu, z którego w boki rozchodziły się cztery pary identycznych, srebrnych drzwi. Za nimi, naprzeciwko wejścia,  rozpościerało się patio z widokiem na puszczę.
    Doktor otworzył pierwsze drzwi na lewo i dał znak Peterowi, by wszedł do środka. Pomieszczenie wyglądało podobnie do korytarza. Na białych szafkach nocnych stały doniczki z zielonymi roślinami, które nadawały całości wyrazu. Na trzech z czterech łóżek leżały znane mu osoby - Drax, Peter Quill i Mantis. Domyślał się, że czwarte - wolne już - zajmował kiedyś on sam. To nasuwało mu kolejne pytanie.
    - Dlaczego obudziłem się w altanie, a nie tutaj?
    Strange podszedł do szafki nocnej, stojącej najbliżej drzwi, i otworzył pierwsze od góry drzwiczki.
    - Wyczuwałem, że mimo podawanych leków, dręczą cię koszmary - odparł, wyciągając ze środka woreczek, wypełniony ciemnobrązową cieczą. - Reira zaproponowała, bym zabrał cię na świeże powietrze. Ponoć zmiana otoczenia pomaga czasem ze snami. Leżałeś tam przez dobre trzy godziny. Siedziałem przy tobie, mając nadzieję, że się obudzisz. - Spojrzał na niego poważnie. - I obudziłeś się. Niesamowite.
    - Więc powinniśmy zabrać również ich na dwór - powiedział stanowczo chłopak. - Skoro mi to pomogło, to może im też....?
    Doktor uniósł prawą dłoń, uciszając go.
    - Wykluczone - oznajmił. - Może i pomogłoby im to się przebudzić, ale sam pamiętasz, że tuż po przebudzeniu miałeś koszmary. Nie obraź się, chłopcze, ale fizycznie jesteś dość słaby. Gdybyś był agresywny po przebudzeniu, byłbym w stanie cię powstrzymać. - Wskazał ruchem głowy na Draxa. - Spójrz na tego tutaj. Nawet we dwójkę nie dalibyśmy rady zatrzymać go w miejscu.
    Peter zmarszczył brwi, niewiele rozumiejąc. Mogli przecież poprosić o pomoc Oriona - był przecież muskularny i na pewno poradziłby sobie z Draxem.
    - A jeśli obudzą się tutaj, jakie jest prawdopodobieństwo, że będą agresywni? - dopytywał.
    W tym czasie Strange wymienił woreczek przy kroplówce Mantis. Stary, prawie pusty, wyrzucił do śmietnika.
    - Takie samo, jak w altanie. - Wziął kolejny nowy woreczek i podszedł do łóżka Quilla. - Z tą różnicą, że jeśli zaczną się budzić tu, pomogą nam duchy, przywiązane do tego budynku.
    Chłopak wzdrygnął się.
    - Jakie duchy?
    - Przywołane istoty, które robią za, można powiedzieć, pielęgniarki. Monitorują stan pacjentów i w razie czego mogą pomóc w opanowaniu ich. Wielka szkoda, że nie mogą opuszczać infirmerii... Zdecydowanie wolałbym obudzić ich na zewnątrz.
    - Ale...
    - Wystarczy, Peter.
    Wciąż był zdania, że mogli po prostu poprosić Reirę i Oriona o pomoc przy wybudzaniu ich. Przecież byli tu między innymi po to, by im pomagać - dlaczego mieliby odmówić okiełznaniu Draxa albo Quilla?
    Nie odezwał się już więcej, obserwując tylko, jak Doktor wymienia jeszcze woreczek przy kroplówce Star-lorda. W międzyczasie przyglądał się pomieszczeniu, zastanawiając się, jak wyglądają te duchy, o których mówił. Albo były niewidzialne, albo w tamtej chwili pochowały się przed obcymi.
    - Dobrze, gotowe. - Strange otrzepał dłonie, uśmiechając się szeroko. - To był długi dzień, przyszła pora na odpoczynek.


    Peter stał na klifie, a wiatr smagał go po twarzy. Przed nim i pod nim rozpościerały się jasnopomarańczowe chmury. Spoglądając na słońce, chylące się nad horyzontem, czuł się wolny. Wyciągnął ręce, wyobrażając sobie, że znajduje się w zbroi Iron Mana. Chciał wzbić się w niebo, lecieć przed siebie, nieograniczony niczym.
    Nagle coś za nim szczęknęło. Chłopak, wyrwany ze swoich marzeń, zląkł się, odwracając do źródła dźwięku. Zaparło mu dech w piersi, gdy spojrzał na wznoszący się jeszcze wyżej budynek. Był wyciosany z ciemnego kamienia i pokryty roślinnością. Na jego ścianach, sięgających aż do nieba, wyryto niezwykłe, starożytne znaki. Tym, co sprawiło, że się odwrócił, były otwierające się drzwi. Z wnętrza budynku wyszła osoba o muskularnej sylwetce i bezwłosej głowie, której w pierwszej chwili nie rozpoznał. Musiała zbliżyć się do niego, by zrozumiał, kto to był.
    Orion Loralay stanął koło niego na klifie, skupiając wzrok na horyzoncie.
    - Piękny widok, nieprawdaż? - zapytał spokojnie, składając ramiona na piersi.
    Był ubrany w lekką, ciemnoszarą zbroję. Mogła to być gra świateł, ale Peter miał wrażenie, jakby coś na niej połyskiwało.
    Chciał jednocześnie odpowiedzieć mu i spytać, co właściwie tu robi. Głos, którym się odezwał, nie był ani jego, ani nawet nie brzmiał znajomo.
    - Niezwykły. Wielka szkoda, że widzimy go ostatni raz.
    Orion uśmiechnął się mimowolnie, wzdychając.
    Peter poczuł lekką panikę, kiedy jego ciało poruszyło się, by położyć dłoń na ramieniu drugiego mężczyzny. Czarny materiał, jaki miał na swoim ramieniu, nie przypominał niczego, co nosił chłopak. Ze zgrozą zdał sobie sprawę z tego, że nie jest w swoim ciele - widział coś z perspektywy kogoś innego.
    - Nie, mój drogi - odparł Loralay, zerkając na swojego rozmówcę. Jego oczy błyszczał niebezpiecznie. - To ty widzisz go ostatni raz.
    Uderzenie serca później poczuł, jak traci grunt pod nogami, pchnięty za klif przez mężczyznę. Ostatnim, co widział, był bezkres jasnego nieba i wciąż uśmiechnięta twarz Oriona. Nie krzyknął, kiedy jego ciało rozwiało się w mrok.



    Peter zerwał się z łóżka jak poparzony, dysząc ciężko. Czuł się dziwnie i obco w swoim ciele, jakby wciąż znajdował się w głowie tamtego mężczyzny, którego Orion zrzucił z klifu. Przetarł zaspane oczy, rozglądając się po pomieszczeniu. Chwilę zajęło mu przypomnienie sobie, że znajduje się w pokoju, który zaprojektowano dla Doktora. Spojrzał na wciąż śpiącego Strange'a, zaplątanego w kołdrę i z głową pod poduszką.
    Widok z wielkiego okna na ścianie naprzeciwko łóżka chłopaka wychodził na wschód - widział z niego wschodzące leniwie słońce, otoczone pomarańczowo-różową poświatą. Naraz przypomniał sobie o kolorze chmur w swoim śnie. Na jego skórze pojawiła się gęsia skórka.
    Wstając bezszelestnie z łóżka próbował wytłumaczyć sobie, że to tylko sen i nie powinien się nim przejmować. Opanował drżenie rąk, zakładając przez głowę lnianą koszulę, która czekała na niego na szafce nocnej wraz z piaskowymi spodniami i wygodnymi butami. Kiedy kładł się spać, nie było ich tam. Duszki dbające o gości wydawały mu się mniej realistyczne niż sen, choć sam Doktor potwierdził ich istnienie. Ubrał się do końca i bardzo cicho wyszedł na korytarz. Ich pokój znajdował się na drugim piętrze wieży, w części, jak się dowiedział, przeznaczonej dla przybyszów. Ponoć każde pomieszczenie dostosowywało się do swojego nowego właściciela, choć zajmowało to kilka godzin.
    Od sypialni do windy było kilka metrów, które Peter pokonał niemalże biegiem. Czuł dziwną potrzebę znalezienia się na świeżym powietrzu, z dala od budynków i innych ludzi. W obliczu jego ostatniego snu wydawało mu się to wręcz nielogiczne, a jednak po otwarciu się drzwi windy, wybiegł z niej jak poparzony, prosto na muskaną chłodnym wietrzykiem polanę. Oparł dłonie o kolana, dysząc ciężko. Spędził tak chwilę, spoglądając na spokojną taflę wody, kilkaset metrów przed nim. Uspokoiło go to na tyle, by dziwny strach, że zaraz spadnie, przeminął.
    Wyprostował się, rozglądając dookoła. Był wczesny, chłodny poranek. Zeszłego wieczoru po powrocie z infirmerii udali się z Doktorem na spoczynek, rozmawiając o ostatnich wydarzeniach. Udało im się dokładnie odtworzyć przebieg bitwy z Thanosem. Strange nie wytłumaczył mu jednak, dlaczego oddał Tytanowi Kamień Nieskończoności. Nie zapowiadało się również na to, by chciał mu to wyjawić. Położyli się spać dość szybko, zważywszy na ilość tematów, na które rozmawiali. Z tego, co chłopak widział, ledwie zrobiło się ciemne. Doktor nalegał, by poszli spać szybciej, a on nawet nie oponował - był tak zmęczony, że gdy tylko przyłożył głowę do poduszki, odpłynął.
    Chłodny podmuch wiatru wywołał dreszcz na plecach chłopaka. Minęło kilka minut, podczas których stał w absolutnym bezruchu, wpatrując się w bezkres morza. Uspokoiło go to na tyle, że był w stanie odsunąć od siebie lawinę wspomnień ze snu. Nic go nie ograniczało - żadne ściany, zasady - poczuł się wolny. Wystarczył mu jeden rzut oka na wieżowiec, by upewnić się, że jeszcze nie wraca do środka. W infirmerii i również wieczorem Doktor wspominał o Wielkiej Puszczy, rozciągającej się wgłąb lądu. W tamtych chwilach wydawała się ona Peterowi nieco straszna, ale kiedy spoglądał na jej skrawek, wystający zza przeszklonego budynku, nabrał ochoty, by ją zwiedzić. W końcu drzewa nie stanowiły takiego ograniczenia jak zamknięte pomieszczenia.
    Ruszył więc w tamtym kierunku, napominając się, by nie odchodził za daleko. Właściwie co mogło mu się tam stać? I Doktor, i ich gospodarze nie wspominali nic o żadnych potworach, a sama wyspa wydawała się najspokojniejszym miejscem, w jakim kiedykolwiek się znalazł.
    Wyszedł spomiędzy budynków, coraz bardziej zbliżając się do granicy puszczy. Mógłby przejść się po plaży, pooddychać czystym powietrzem, pomoczyć stopy w chłodnej wodzie, ale prawdę powiedziawszy Peter wolał leśny spokój i jego tajemniczość. Poza tym wybiegł z pokoju, niewiele myśląc - powoli zaczynał doskwierać mu głód, a w puszczy na pewno znajdzie jakieś krzaczki z jadalnymi owocami. Nagle poczuł dziwne mrowienie w okolicy łopatek. Jego pajęczy instynkt nakazał mu się odwrócić i zlustrować budynki w poszukiwaniu zagrożenia. Nie widział anie jednej żywej duszy, ani w oknach, ani na dachu. Poza tym kto mógłby go tu śledzić? Orion?
    Na myśl o mężczyźnie w umyśle Petera pojawił się jego uśmiech z chwili, gdy zrzucał go z klifu. Mimowolnie przyspieszył, wkraczając do puszczy. Już w pierwszym momencie poczuł się znacznie lepiej. Nie chodziło tylko o to, że dziwne mrowienie ustało - las był cichy i spokojny. Otaczająca go zieleń zdawała się budować poczucie bezpieczeństwa. Była taka godzina, że nie wszystkie świetliki zdążyły się pochować - jeden przeleciał mu tuż przed twarzą, świecąc odwłokiem. Parker uśmiechnął się niepewnie, podążając wzrokiem za owadem. Szybko zniknął mu z pola widzenia, więc ponownie skupił się na wydeptanej dróżce.
    Jedynym zielonym miejscem, które Peter miał czasem szansę odwiedzać, był Central Park. Nieczęsto zatrzymywał się, żeby usiąść na ławce i po prostu przyglądać się naturze - idąc do szkoły albo powtarzał zagadnienia na testy, albo zajmował się telefonem. Po południu odbierała go May, albo wracał tak zmęczony, że nie miał już na nic siły. Z daleka od wszystkiego, co mogło go rozpraszać, rozglądał się dookoła, chłonąc niezwykłą aurę natury.
    Aż do chwili, gdy coś chrupnęło. Parker podskoczył jak oparzony, próbując znaleźć źródło dźwięku. Puszcza była gęsta i nie pozwalała mu na dokładne rozeznanie. Coś chrupnęło ponownie, a Peter poczuł, jak oblatuje go strach. Spojrzał za siebie, na miejsce, z którego przyszedł. Jego serce przyspieszyło, gdy nie zobaczył za sobą ani ścieżki, ani kształtów budynków. Adrenalina i panika często motywowały go do działania. Kiedy coś chrupnęło ponownie, chłopak zrozumiał, że była to właśnie jedna z takich chwil, gdy powinien skorzystać ze swojego instynktu.
    Rzucił się przed siebie na oślep. Las zdawał się rozstępować przed nim, jakby wiedział, dokąd go prowadzić. Peter słyszał swoje własny przyspieszony oddech i łamanie leżących na ziemi gałązek, ale nic poza tym. Czyżby ten, kto go obserwował, odpuścił sobie? A może po prostu coś mu się uroiło? Obejrzał się za siebie,  a jego serce stanęło na moment. Gonił go jakiś wielki, ciemny, latający kształt. Poczuł dziwny przypływ energii i przyspieszył.
    Wypadł zdyszany na wielką polanę, nie zatrzymując się nawet na chwilę. Nie rozglądał się, jednak widział, że niedaleko znajduje się jakiś kompleks kamiennych budynków. Czy żył tu ktoś jeszcze?
    Nagle stracił grunt pod nogami. Poczuł się tak, jakby ponownie śnił - znów spadał. Jednak zamiast cieni, zobaczył suchy piach, zbliżający się do niego ze straszną prędkością. Wylądował na rękach i kolanach, wzbijając obłoki kurzu. Kaszlnął, podnosząc się i rozglądając dookoła. Znajdował się w jakimś dole, otoczony metrami piasku. Spojrzał na niebo, oddalone bardziej, niż jeszcze chwilę temu.
    Znalazł się w pułapce.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (01-06-2019 o 21h33)

Offline

#18 08-10-2018 o 18h53

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 894

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Nadal jestem na ciebie wściekła i obrażona, ale komentarz dać należy.

W zasadzie to co ci pisałam: awwwwww ten Peter XDDD To takie rozkoszne pomerdane dziecko które nie ogarnia co się dzieje wokół, ale czuje się potrzebny, co go uskrzydla /static/img/forum/smilies/big_smile.png Serio, musiał tykać Mantis? XD Musiał uciekać i leźć w busz myśląc o wolności niczym ptak? XD Ta pierwsza część też ujmująca, ale Peter wzbudza więcej uśmiechu ;]


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#19 08-10-2018 o 19h19

Straż Absyntu
Amrena
Szeregowiec
Amrena
...
Wiadomości: 89

Rzadko, naprawdę rzadko komentuję opowiadania na forum. Pewnie to kwestia lenistwa, braku czasu i... No, głównie lenistwa, będąc szczera.

W każdym razie czytam "Infinity" od kiedy pojawiło się na forum (tak, tak - od pierwszego rozdziału). I choć wcześniej nie dawałam oznak życia, to byłam tu i nadal jestem /static/img/forum/smilies/smile.png
Po tych kilku rozdziałach wystarczająco wymacałam to opowiadanie, żeby stwierdzić, że jest naprawdę dobre i z pewnością będę je dalej śledzić. Masz naprawdę przyjemny styl, czyta się lekko, a postaci nie są wymuszone. I oczywiście ogromny plus za uniwersum Marvela /static/img/forum/smilies/smile.png

Czekam na kolejny rozdział /static/img/forum/smilies/smile.png Obyś dalej trzymała taki poziom /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#20 13-10-2018 o 17h27

Straż Obsydianu
Souliette
Patrolowiec Straży
Souliette
...
Wiadomości: 6 868


Fragment z Rheią i Reirą sprawił, że się mimowolnie uśmiechnęłam. Przyjemnie, nie powiem, że nie.

Peter jak zwykle wpakował się w tarapaty, ale w sumie nikogo nie powinno to dziwić.
Czekam na ciąg dalszy, by zobaczyć, jak sobie chłopaczyna poradzi.

Niech Wena będzie z Tobą!



Zielona Chatka
Babeczka z Kruka


I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#21 25-10-2018 o 10h12

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 671

Melduję się /static/img/forum/smilies/smile.png czytałam a jak /static/img/forum/smilies/big_smile.png dalej mi się podoba.
Czo ten Pieter? On chyba jeszcze za wiele nie myśli xD

Offline

#22 03-11-2018 o 17h45

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 458

poprawione
Witam! Już prawie miesiąc nic nie wrzucałam. Szkoła wyciska ze mnie siódme poty, ale mam nadzieję, że uda mi się wygospodarować więcej czasu na pisanie.
Strasznie kocham moje postacie i nie mogę ich tak zostawić.

Dziękuję za wszystkie komentarze. Bardzo mi miło, że ktoś to czyta. No i że komuś się to podoba. ^^
Zapraszam do lektury!

Rozdział 5


    Kiedyś, gdy dopiero rozpoczynał swoją przygodę z byciem superbohaterem, Peter nie radził sobie dobrze z nieprzespanymi nocami. Zdarzyło się, że nie spał trzy noce z rzędu, a dzień później miał sprawdzian z chemii. Usiadł wtedy na jedynym wolnym miejscu, myląc klasową kujonkę z Nedem, i po pewnym czasie, gdy kartki zostały już rozdane, zapytał ją cicho o odpowiedź do trzeciego pytania na kartkówce. Wtedy, kiedy dziewczyna otwierała usta, by wykrzyczeć całej klasie, że Peter Parker ściąga myślał, że zapadnie się pod ziemię. Dotychczas tamta sytuacja wydawała mu się strasznie poniżająca i miał wrażenie, że nigdy nie wyzbędzie się jej ze swojej pamięci. Było to tak błahe w porównaniu z tym, co przeżył w ciągu ostatniego miesiąca - śmierć, walka z fioletowym gościem, teleportacja do tego świata - że wręcz chciało mu się śmiać. Ten upadek odblokował w nim dziwne uczucie, które jego ciocia albo Ned opisaliby zwrotem: "gorzej już być nie może".
    Stał w dole pełnym piasku i oszacował na oko, że od powierzchni dzieli go około dwa i pół metra. Czuł piekący ból w kolanach i na łokciach - prawdopodobnie zdarł sobie z nich skórę. Rozejrzał się dookoła i ze zdziwieniem zauważył, że wcale nie trafił do żadnego dołu, tylko do starej, wyschniętej fosy. Ciągnęła się ona dalej, zakręcając w pewnym momencie. Peter przeszedł kilka metrów w jedną stronę analizując obie ściany pułapki. Nie widział na nich żadnej drabinki, schodków, ani nawet liny, po której mógłby się wspiąć. Spojrzał ponownie w niebo, wzdychając ciężko. Był głupi, zapędzając się do puszczy - powinien był wrócić do pokoju i położyć się dalej spać, kiedy tylko opanował się na dworze.
    Wrócił do miejsca, w którym wpadł do dołu - w podłożu wciąż widniały odciski jego stóp. Całe szczęście nie widział niczego innego, co mógłby uznać za podejrzane. Dobrze - może przynajmniej ten, kto go śledził, odpuścił sobie i zajął się czymś ciekawszym. Albo w ogóle nigdy nikt go nie śledził i po prostu to sobie uroił. Przeszedł jeszcze kawałek, przyglądając się ścianom fosy. Co na jego miejscu zrobiłby Tony Stark? Zapewne przywołałby jedną ze swoich zbroi, by go stąd wyciągnęła, albo zadzwonił po Pepper Potts. Peter nie miał przy sobie ani stroju, ani nikogo, kto mógłby mu pomóc. Doktor Strange spał, Orion i Reira prawdopodobnie też. Nawet jeśli coś by ich obudziło, nie przygnałoby ich do tego miejsca, tego był pewien.
Peter spojrzał na swoje ręce i poruszył palcami. Czy bez swojego kostiumu, który poprawiał wydajność mocy, dałby radę się stąd wydostać? Nie raz i nie dwa bez wsparcia technologii udawało mu się przeskoczyć główną bramę szkoły. Może poradziłby sobie w ten sposób również z fosą? Wydawała mu się nieco mniejsza, niż brama, a i był bardziej wypoczęty, niż po całym dniu lekcji. Pajęcze zmysły zdawały się wcześniej tak samo sprawne, co w normalnym świecie - nie szkodziło spróbować.
    Obrócił się kilka razy, by upewnić się, po której stronie fosy powinien się znaleźć. Gdy biegł, widział przed sobą jakieś kamienne budynki. Chłopak miał nadzieję, że były w podobnym wieku, co jego pułapka, a nie, że ktoś jeszcze w nich mieszkał. To przeczyłoby temu, co wcześniej powiedział mu Doktor. Z tego, co mówił, na Tytanie znajdowali się tylko oni, Orion, Reira i Strażnicy Galaktyki. Peter nie przyglądał się kamiennemu miastu wystarczająco długo, by móc stwierdzić, czy jest zamieszkane, czy nie.
    Spojrzał na nabierający głębi błękit nieba, zdając sobie sprawę, że niedługo wszyscy zaczną się budzić. Jeśli Strange nie znajdzie go w pokoju, wpadnie w panikę. Tego Parker zdecydowanie nie chciał. Niewiele myśląc zbliżył się plecami do ściany od strony miasta. Nie miał miejsca na rozbieg, ale nawet w tej sytuacji dwa kroki więcej mogły pomóc mu się mocniej wybić. Ruszył z werwą, wybijając się mocno w powietrze. Jego napięte mięśnie poniosły go wysoko - na tyle, że górną częścią ciała wylądował na polanie. Chwycił się rękoma pierwszych lepszych źdźbeł trwa, czując, jak od pasa w dół spada z powrotem do fosy. Wbił czubki butów w piaszczyste ściany, chcąc zachować równowagę.
    Nagle dotarł do niego skrzek drapieżnego ptaka, podobny do tych, które puszcza się w westernowych filmach. Peter spojrzał na niebo, a jego oczom ukazał się szybko zbliżający cień ptaka. Ogarnęła go panika i spróbował wspiąć się wyżej. Słońce wychylało się zza drzew akurat na wysokości jego wzroku, a kiedy tylko na nie spojrzał, jego blask go oślepił. Część traw puścił, a część po prostu wyrwał, próbując przetrzeć oczy. Nim się obejrzał, stracił równowagę - piasek spod jego stóp zapadł się, przez co ponownie spadał do fosy. Był już gotów na spotkanie z piaszczystym dnem, gdy nagle ktoś chwycił go za nadgarstki i pociągnął w górę. Chwilę nie rozumiał, co właściwie się stało, kiedy nieznana mu osoba wyciągnęła go szybko na polanę. Leżąc na brzuchu, widział wysokie, skórzane buty, wiązane pod kolanem. Uniósł nieco głowę, mrużąc oczy od blasku słońca.
    Stała przed nim wysoka kobieta o ciemniejszym odcieniu skóry i burzy loków, ubrana w brązowo-biały strój, przypominający nieco jeździecki. Jej mina była ni to groźna, ni przyjacielska. Mierzyła go wzrokiem, jakby przyglądała się swojej ofiarze. Peter wstał szybko i otrzepał nieco spodnie. Był od niej niższy o pół głowy.
    - No, jak widzę - zaczęła tamta całkiem przyjemnym głosem - dużo się zmieniło, od kiedy ostatni raz byłam na Tytanie. - Zmarszczyła brwi, a złote drobinki w jej zielonych oczach zdawały się żarzyć. - Czy możesz mi, proszę, powiedzieć, kim właściwie jesteś?

    Reira nie mogła spać. Kręciła się z boku na bok, nie będąc w stanie zdecydować się, która strona jest mniej niewygodna. Po rozmowie z Orionem wróciła do siebie, by zająć się raportami z części planet. Loralay zaś zdecydował, że czym prędzej uda się na Mollrayle, by spotkać się z Virian de Rousseau. Zairi nie miałaby nic przeciwko temu, gdyby nie oznaczało to, że zostawia ją samą z górą listów, płynących z całej galaktyki. Siedziała nad nimi do późnej nocy i zdecydowała się położyć dopiero wówczas, gdy podczas czytania raportu z misji zrozumiała: "Było ciasto i duszno", zamiast "Było ciasno i duszno". Mimo klejących się chwilę wcześniej oczu i dziwnego przeświadczenia, że następny dzień będzie bardzo ciężki, sen nie chciał nadejść.
    Kiedy słońce wychyliło się zza horyzontu, zdecydowała, że nie ma już sensu próbować dalej zasnąć, bo i tak była to zwykła strata czasu. Byłoby zdecydowanie bardziej pożyteczne, gdyby zamiast kręcić się w łóżku, wróciła do zajmowania się raportami. Reira zwlekła się więc z dużego, miękkiego łoża z baldachimem i podeszła do swojego zaśmieconego różnymi papierami biurka. Między otwartymi listami stał prawie pusty kubek. Kobieta podniosła go, krzywiąc się, i powąchała jego zawartość. Pachniał miętą i rozmarynem.
    Zairi nabrała nagłej ochoty na zaparzenie sobie nowej, gorącej herbaty. Skoro nie mogła spać, a do przejrzenia pozostało sporo rzeczy, dlaczego miałaby odpuścić sobie taką małą przyjemność? Jako że wcześniej przebrała się w piżamę, narzuciła na siebie ciepły, czarny, puchaty szlafrok w białe nutki, i szybko udała się do windy. Jej apartamenty znajdowały się na dziewiątym poziomie, zaś kuchnia na trzecim - minęła chwila, kiedy drzwi się otworzyły, przepuszczając ją do pomieszczenia. To piętro należało do tych najlepiej zorganizowanych - całość podzielono na wielką salę balową, z której nigdy nie skorzystano, oraz dwie duże kuchnie - jedną do użytku codziennego, drugą na ważniejsze wydarzenia. Były umeblowane w zupełnie innych stylach - pierwsza została zachowana w domowym stylu, miała drewniane meble i wysepkę kuchenną, na której znajdowała się kuchenka indukcyjna; wyposażoną ją również w inne urządzenia, typu ekspres do kawy albo szejker. Druga zaś przypominała kuchnie, które widzi się w restauracjach. Z białymi ścianami i metalowymi blatami wydawała się obca i bezosobowa. W zamkniętych na klucz szafkach znajdowały się najróżniejsze sprzęty, tak, jakby goście mieli ochotę na najdziwniejsze potrawy.
    Reira udała się do domowej kuchni. Klasnęła raz, by włączyć światła. Jednocześnie dotarł do niej nieprzyjemny syk, gdy kuchenne duszki pochowały się po kątach. Dawały się zobaczyć tylko wtedy, gdy one same tego chciały, a tego dnia - nocy, tak właściwie - najwyraźniej nie byłe skore do kontaktu z ludźmi.
    Jednym szybkim ruchem dłoni wypełniła czajnik wodą i włączyła płytę. Otworzyła szafkę, w której - jak pamiętała - znajdowały się różnego rodzaju sitka i im podobne. Wyciągnęła ze środka zaparzacz do herbaty i skierowała się do innej części kuchni. Z innej szafki wyjęła pozłacany kubek ze zdobionym uchem. Zioła, wiszące nad kuchenką, odplątała delikatnym skinieniem dłoni.
    Często zdarzało jej się zapominać o mocach, które były tak przydatne, zwłaszcza, gdy nie chciało jej się nic robić. Poza tym magia, którą władała, rządziła się własnymi prawami, a ona nie miała jeszcze szansy ich do końca poznać, zwłaszcza że po Wielkiej Wojnie wiele rzeczy się pozmieniało.
    Kobieta westchnęła cicho, krusząc kilka liści mięty i wrzucając je do zaparzacza. Nigdy nie zauważała, kiedy parzyła sobie tę herbatę - jednak gdy bardziej się nad tym zastanowiła, zauważyła pewną zgodność. Za każdym razem czegoś się bała albo coś ją dręczyło. To zioło przypominało jej o starych, dobrych czasach, gdy jej jedynym smutkiem był naderwany listek. To było wręcz śmieszne, że rzeczy potrafiły tak bardzo się zmienić.
    Powiesiła zaparzacz na krawędzi kubka, zdjęła czajnik z płyty i zalała miętę wrzątkiem. Po pomieszczeniu rozprzestrzenił się szybko silny, orzeźwiający zapach.
    Nagle coś zaszumiało. Reira odwróciła głowę w stronę dźwięku, a jej oczom ukazał się dziwny, latający dym. Mienił się wszystkimi odcieniami niebieskiego i fioletowego, i nie miał konkretnego kształtu. Gdy dotarł do kobiety, zmienił się w widmowego, puchatego kota i ułożył się na blacie, wlepiając w nią puste oczy.
    - Pani. - Głęboki głos zdawał się pochodzić z daleka, może nawet z innego wymiaru.
    - Coś się stało? - zapytała Reira, wracając wzrokiem do swojego kubka z herbatą. Wyjęła zaparzacz, otworzyła śmietnik i wyrzuciła do niego mokre liście. Nie zdawała się w ogóle przejmować obecnością ducha.
    - Przybyła Letitia Maes. Czeka na panią w pokoju gościnnym na pierwszym piętrze.
    Zairi zmarszczyła brwi. Co Letty tu robiła? Dostała przecież raport z Ziemi, sprzed tygodnia, i nic złego się tam nie działo. Być może coś się zmieniło, co zmusiło ją do przybycia tu. Kobieta wyjrzała przez okno. Słońce znajdowało się w takim miejscu, że wskazywało na to, że jest przed piątą. Co ona robiła tu o tej godzinie?
    - Czy coś jeszcze? - Białowłosa wzięła kubek do ręki i przejechała palcem wskazującym po jego krawędzi. Momentalnie napój przestał parować.
    Kot przeciągnął się na blacie, zamykając oczy. Rozwiał się na chwilę w bezcielesny dym i ponownie zmienił kształt - tym razem na niewielkiego ptaka. Mimo tego, co się z nim działo, głos ducha wciąż pozostawał niezmiennie odległy i przerażający:
    - Towarzyszy jej Peter Parker.
    Reira poczuła, że blednie. A ten co robił na zewnątrz o tak wczesnej porze? I czemu nie spał?
    - Dziękuję - odpowiedziała duchowi, kiwając głową. Ptak odpowiedział podobnym gestem, rozwiał się w dym i wypłynął przez okno.
    Cokolwiek się działo, kobieta oczekiwała, że i Letty, i Peter zaraz jej wszystko wytłumaczą.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (01-06-2019 o 21h36)

Offline

#23 03-11-2018 o 22h45

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 894

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


A więc nadal jesteś obrażona.

To dziwne nie czytać rozdziału w przedpremierze, ale grunt, że w ogóle się pojawił. Teraz jeszcze ja powinnam wziąć przykład i zacząć pisać.

„Jej niemal czarne, zaplecione w warkocz, włosy” — wywal przecinek przed „włosy”

Nah, nie czaję końcówki. Kim jest ta babka? Jak nie czytałam uważnie i już się pojawiła w opowiadaniu, to możesz obrazić się podwójnie. A że Peterowi ktoś pomógł— norma :v Głupi ma szczęście, ot co xd Chyba że nie pomógł. I Pająk ma zwyczajnie przerąbane.

No dobra, czekam na kolejną część i pozdrawiam!


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#24 11-11-2018 o 17h03

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 458

poprawione
Dobry wieczór! Tak, też się dziwię, że zawitałam tu tak szybko.
Ostatnio rozdział pozostawił wiele wątpliwości, które wciąż nie zostały rozwiane... I nadal nie będą :>

Pućka, a teraz jesteś już zadowolona i usatysfakcjonowana? :v
Pst, w folderze "Inne okładki" w pierwszym poście, znalazły się - o zgrozo - inne cudowne okładki autorstwa Adaine. Możecie zerknąć w wolnej chwili.

Zapraszam do komentowania!

Rozdział 6

    Orion Loralay dotarł do celu szybciej, niż się tego spodziewał. Wyruszył późnym wieczorem, pewien, że tytańską noc prześpi na pokładzie statku. Jednak tymczasem na Mollrayle panował pochmurny dzień. Cienie minionych wieków, rzucane przez szkielety drzew, usuwały się spod jego stóp, gdy kroczył kamienną ścieżką. Większość z umarłej flory stanowiły wyschnięte wierzby płaczące. Jeden powiew wiatru był w stanie rozwiać je w proch; sprawić, że przestałyby istnieć. Podobne było życie - wystarczył jeden gest ponadprzeciętnej istoty, a ciało pokruszyłoby się, ciągnąc w otchłań rozpaczy i bólu również duszę.
    Orion uwielbiał swój dar niemal tak mocno, jak nienawidził osobę, która mu go dała. Chociaż... Nie był to dar, a raczej udana próba unicestwienia go. Naszyjnik z Kamieniem Czasu, który zawisł na jego szyi na kilka sekund, pozbył się go tak prędko, jak on był w stanie zabijać swoich wrogów. Solmare myślała, że udało jej się go wykorzystać do swoich celów, a potem tak łatwo da się go pozbyć. Jakże zaskoczona musiała być, gdy ktoś po drugiej stronie lustra szarpnął za nici i przeniósł ją do Novis.
    Tak, Solmare Arouet była niewątpliwie najbardziej krótkowzroczną i głupią osobą, która stąpała po Tytanie. I tym w normalnym świecie, i tym w Novis. Głupsza nawet od swojej ciotki.
    Planeta Mollrayle, bliźniaczo podobna do El'iale, na które ukryto wszystkie ważne artefakty, miała lata swojej świetności bardzo daleko za sobą. Pałac tutejszych władców został zniszczony w Wielkiej Wojnie, grzebiąc rodzinę królewską i wszystkich innych, którzy akurat się w nim znajdowali. Było to tak dawno, że oskubane z mięsa kości były już wchłaniane przez glebę. Przetrwało tylko wydrążone pod powierzchnią ziemi więzienie, będące w stanie przetrwać wybuch supernowej. Ono by przetrwało - planeta już nie. Był to dom Virian de Rousseau, wyroczni. Objęty mocą tylu zaklęć, że najzdolniejszy mag nie byłby w stanie się przez nie przedrzeć, stanowił fortecę na miarę starych bogów, słynących ze swojego zamiłowania do zamykania miejsc przed wścibskimi oczami. Tarcze więzienia uchylały się tylko przed jedną osobą - przed Orionem. Kiedy ponownie pętano wyrocznię, by wsadzić ją z powrotem do tego miejsca, Loralay osobiście kierował pracją czarodziei. Zmieniał ich co rok i budował między nimi samymi mur, jakby chcieli podzielić się między sobą informacjami co do czarów, które mieli rzucić.
    Chociaż byli również tacy, którzy domyślili się, że coś jest nie tak; tacy, którzy odmówili. Oni podzielili los Rhei Arouet. Przebrzydła zielarka była sprytna i miała tę siłę, jakby mogła przenosić góry samą tylko mową. Jednak nawet ona nie dała rady dowiedzieć się o wszystkich jego planach, a tym bardziej - nie mogła go powstrzymać.
    Po jej śmierci nastała dwutygodniowa żałoba. Jej oprawcę skazano na dwa miesiące wygnania. Nikt nie wiedział, że ukrył się on wtedy u Oriona. Reira zaś była w rozsypce. Jej idealny, piękny świat zaczął się walić, ludzie zaczęli zawodzić, a ona sama nie miała siły żyć. Był to ciężki okres i dla Loralaya, który musiał trwać przy niej, mimo tego, co działo się na świecie, i dbać o to, by jej jeszcze nie przebudzone moce nie wymknęły się spod kontroli. Czasem pytała o ciało swojej starej opiekunki, o to, jak ją znaleźli... i o to, jak została zabita. Mówił jej o możliwie jak najmniejszej ilości nowych informacji, niechętnie w ogóle rozmawiając na ten temat. Pamiętała, że Orion był wtedy na Tytanie - nie rozumiała, czemu nic nie zrobił.
Nie mogłem... Nie było mnie tam. Prowadziłem wideokonferencję z generałami oddziałów z Morvinu. Gdybym tylko wiedział...
    Półprawdy i kłamstwa, którymi ją karmił, sprawiły, że zaufała mu bezgranicznie. Bez szemrania wykonywała jego polecenia i popierała każdą jego decyzję. Gdy trafiła do Novis była zbyt młoda, by dać sobie radę unieść tak wielki ciężar. Rheia Arouet z kolei nie była w stanie poradzić sobie z wychowaniem jej, nie ważne, jak bardzo wierzyła w poprawę całej sytuacji. I niedługo potem pojawił się on - Orion, autorytet, którego potrzebowała mała dziewczynka. Bohater jak z komiksów, walczący w imię wolności i dobra. Białowłosa była... urocza. I potężna. Jej magia wzrastała z dnia na dzień, a bez pomocy... Wystarczyło spojrzeć na wioskę Illaryan w Wielkiej Puszczy. A raczej to, co z niej zostało.
    Dotarcie do katakumb nie zajęło mu wiele czasu. Cienie, czające się w rogach, umykały przed jego wzrokiem, jakby sama jego obecność wprawiała je w niepokój. Dokładnie to od zawsze pragnął osiągnąć - szacunek i lęk innych istot. I uzyskał to, chociaż byłoby zdecydowanie lepiej, gdyby nie musiał się tym dzielić.
Drzwi na dół były zamknięte i zapieczętowane. Mężczyzna rozłamał zaklęcie, tymczasowo rozdzierając kawałek jasnozielonego szkiełka. Plecak, który Orion zabrał ze sobą, zdawał się cięższy z każdym krokiem. Najchętniej by się go pozbył i zmusił Virian do gadania swoją ulubioną formą, jednak zależało mu na informacjach - nie mógł pozwolić sobie na działanie według własnego planu. Z zawartością plecaka mógł przynajmniej wytargować co nieco.
Bezwzględna cisza, która towarzyszyła Orionowi, była najwspanialszą muzyką dla jego uszu. Nigdy nie lubił szczęku mieczy, dźwięku wybuchów i krzyków umierających, które towarzyszyły mu przez całe pierwsze życie. I nie tylko pierwsze; do niedawna nawet w Novis trup słał się gęsto. Odpoczynek zdawał się odległym wybawieniem. Ciężko mu było uwierzyć, że osiągnęli to, co teraz panowało - bezwzględny ład, spokój i porządek.
    Dotarł do trzeciego korytarza, po drodze przechodząc przez wiele zabójczych pułapek. Zwykły poszukiwacz przygód zginąłby na pierwszym korytarzu, rozpływając się w kwaśnym bagnie. Owionął go duszący zapach bzu, a do uszu dotarł śpiew podpowierzchniowej rzeki, która płynęła nieopodal. Stanowiła ona drugie wejście do więzienia, bezpośrednio do miejsca, w którym mieszkała Virian, jednak wiedziały o nim tylko trzy osoby w całej galaktyce - nie było mowy, by ktoś nieproszony dostał się do katakumb Mollrayle. Poza tym oko takiego gościa zobaczyłoby tu tylko gładkie, ociosane skały. Po dotknięciu ich zapewne zostały ugodzony jakąś inną klątwą, tyle że samo dostanie się tu było najmniej prawdopodobną rzeczą we wszechświecie. Oczy Oriona zaś widziały jedne, jedyne drzwi - po lewej stronie od wejścia, zapieczętowane ostatnim, mieniącym się szkarłatem zaklęciem. Przesunął opuszkami palców po metalu, rozmazując czerwień i jednocześnie zrzucając czar z taką łatwością, jakby właśnie malował. Coś szczęknęło w ścianie, coś przeskoczyło w zawiasach. Metalowe wrota stanęły otworem.
    Zapach bzu stawał się jeszcze silniejszy, gdy Orion Loralay przekroczył próg celi, rozglądając się po niej. Ściany, podobnie jak korytarze, były wykonane z wyciosanego, gładkiego kamienia. Podłoga zaś była usłana słomą i rzemieniami - prowizorycznym łóżkiem i okryciem w czasie mroźnych, mollraylskich nocy.
    Mężczyzna uśmiechnął się promiennie na widok wciśniętej w kąt, wychudzonej kobiety.
    - Witaj, Virian de Rosseua.
    Z kąta naprzeciwko spozierała na niego para wielkich, pustych, białych oczu. Ich właścicielka, wynędzniała wieszczka o śniadej cerze i brązowych włosach, nie wydawała się ani trochę przestraszona jego odwiedzinami.
    - Witaj, Orionie. - Pomimo pętających ją, srerbnych kajdan i niewygodnej pozycji, głos wyroczni ociekał sarkazmem i nienawiścią. Niewątpliwie czuła wstręt do niego, do wszystkiego, co stworzył, i co spętał. - Przybyłeś, jak mniemam, bo potrzebujesz jakiejś porady?
    Orion prychnął.
    - Przybyłem, by zaproponować ci wymianę.
    Kajdany zazgrzytały, gdy Virian podniosła się do tureckiego siadu. Mimo swojego kalectwa, Loralay miał wrażenie, że kobieta jest w stanie przejrzeć go na wylot. Jej oczy były jedną z najbardziej niepokojących go rzeczy w galaktyce.
    - Zechcieliście oddać mi wzrok? - westchnęła. - Tyle lat próbowałam ubłagać twoją małą przyjaciółkę, by przywróciła mi to, co odebrali mi Illaryanowie, ale zawsze mi odmawiała. - Prychnęła. - Oczami duszy wiem, że jest dość potężna, by to zrobić...
    Orion zdjął plecak i postawił go na kamiennej posadzce, pośród siana. Virian umilkła.
Znał tę historię. Wszyscy ją znali. Illaryanowie, zamieszkujący Novis od początku stworzenia, spętali kiedyś pradawne bóstwo. Potrzebowali śmiertelnego ciała, by móc tchnąć w nie jego ducha i zapewnić sobie wieczną chwałę. Virian de Rousseau miała wtedy siedemnaście lat, była żądna przygód i nowych wyzwań - wręcz zmusiła Illaryan, by to z niej zrobili "naczynie" boga. Było to zanim zostały odkryte Kamienie Nieskończoności; zanim istoty zaczęły umierać i przenosić się między światami; gdy w Novis panowali starzy bogowie, skupiający się na swoich bogactwach, a nie ludzkim dobrze. Bóg nazywał się Verlorhn, był panem dusz i życia wiecznego. Plemieniu udało się go spętać, gdy udał się na spotkanie z Morzenthe, boginią prawdy i przepowiedni. 
    Ciało księżniczki utrzymało ducha starożytnego boga. Władcy Mollrayle zyskali władzę nad duszami - stworzyli kilkunastotysięczną armię najznamienitszych wojowników w dziejach Novis, których zadaniem było podporządkować całą galaktykę królowi jednej planety. Verlorhn żywił się duszą Virian przez dziesięć mollraylskich lat, a gdy nie pozostało nic, poza strachem i rozgoryczeniem, bóg odszedł. Wraz z nim zniknęła i wielka potęga króla. Illaryanie nie wiedzieli, że pan dusz pozwolił się złapać i umieścić w ludzkim ciele. Z czasem, gdy de Rousseau podupadała na zdrowiu, ten zaczął tęsknić za swoimi braćmi i siostrami. Zapanował chaos, planety zaczęły buntować się osłabionemu władcy. Pewnej nocy do tego świata przedostał się ktoś z zewnątrz - nazywał się Alaric Savros i był Celestianinem z innego wymiaru. Wraz z Illaryanami i kilkoma starożytnymi plemionami udało im się zaprowadzić pokój w Novis.
    Bóg odszedł, jednak zostawił on znamię na duszy księżniczki Virian - jasnowidztwo. Legendy głoszą, że wzięło się to z tego, jak go porwano - po spotkaniu z panią wyroczni. Nie wiadomo, czy był to dar, czy przekleństwo. Księżniczka upadłego królestwa poznała przebieg najbliższych bitew, sposób, w jaki każda ze stron mogła odnieść zwycięstwo w nadchodzących wojnach. Zaczęto tworzyć historie, spekulowano, że Verlorhn odwiedzał ją jeszcze we snach, grożąc, że jeśli tylko sprzeciwi się boskiej woli, zabije ją. To był jedyny sposób, by pozbawić ją życia - śmierć z ręki boga. Nieśmiertelna Virian stała się nagrodą, którą bohaterowie z pokolenia na pokolenie pragnęli posiąść. Jej strzaskana, umęczona dusza nie pamiętała spokoju lat, gdy była małą dziewczynką i zbierała kwiaty bzu w królewskim ogrodzie. Wizje męczyły ją co dnia, zmuszając jej usta do odpowiadania na pytania każdego przybysza, który zjawił się u wrót jej pana. Kobieta pragnęła się tego pozbyć - ubłagała w tajemnicy jednego z Illaryańskich władców, by wyzwolił ją spod jarzma Verlorhna. Obiecała mu wszystkie skarby świata, ale cena, którą oboje za to zapłacili, była jeszcze straszniejsza.
    Wódź odprawił starożytny rytuał nad ciałem Virian, gdy ta spała. Obudziła się kilka godzin później, słysząc śpiew ptaków i czując na skórze przyjemny, ciepły wietrzyk. Nie słysząc w głowie boskiego szeptu, myślała, że zazna spokoju. Chciała podbiec do okna i przyjrzeć się światu, nie nękana tymi koszmarami. Tyle że gdy otworzyła oczy, wciąż widziała ciemność. Kobieta nieodwracalnie straciła wzrok. Tego samego dnia władca Illaryan został stracony przez ówczesnego pana de Rousseau za kłamstwo i kradzież boskiego daru. Nieprzydatną Virian zesłano na jej rodzimą planetę, Mollrayle, by odeszła w mrok historii i zmarła w samotności.  Uwięziona na swojej planecie żyła w spokoju do pierwszej pełni szarego księżyca. Nawiedziła ją wtedy straszliwa wizja, zwiastująca nadejście Wielkiej Wojny. Wydarzyło się to dwieście lat przed jej rozpoczęciem i gdy jakimś cudem udało jej się wrócić na jedną z zaludnionych planet, niewielu jej uwierzyło. Z czasem wizje zaczęły powracać - Illaryan nie był bowiem tak potężny, by móc zerwać zaklęcie jednego ze starych bogów. Virian została ślepą wyrocznią, nękaną straszliwymi proroctwami. Gdy dorosło kolejne pokolenie, jego władcy i dowódcy uwięzili ją na rodzinnej planecie, którą uprzednio obrócono w zgliszcza, by nikt nie mógł jej schwytać. Nikt do końca nie wie, ile czasu spędziła w więzieniu na Mollrayle, ile widziała w swoim życiu, a ile wydarzyło się przed jej pustymi oczami. Była jak trofeum - bardzo stare, piękne i pożądane.
    Kiedyś przepowiedziała, że do Novis przybędzie ktoś, władający taką potęgą, że będzie w stanie usunąć i znamię Verlorhna, i zaklęcie władcy Illaryan. Od ich pierwszego spotkania, Virian była pewna, że tą osobą była Reira Zairi.
    - Nie licz na żadną dobroć z jej strony, Virian - oznajmił oschle Orion. - Moja przyjaciółka jest zajęta, mamy teraz gości. - Skinął głową w stronę plecaka. Minęło tyle czasu, a on wciąż zapominał, że de Rousseau potrzebowała wiele pomocy. - Oto moja część wymiany. W tym pakunku znajdziesz czyste ubrania, prowiant, mikstury lecznicze i koc.
Pstryknął. Na ziemi rozświetliła się widmowa, zielona tarcza, która uniosła pakunek do góry i położyła go z tąpnięciem pół metra od Virian. Kobieta nawet nie drgnęła, siedząc w zamyśleniu i wpatrując się w nicość. Uniosła głowę dopiero, gdy uznała to za stosowne.
    - A czego oczekujesz w zamian, mój drogi?
    Orion cofnął się nieco i oparł o framugę drzwi. Na jego twarzy pojawił się leniwy uśmiech, gdy błądził wzrokiem po ścianach celi.
    - Dobrze wiesz, że informacji - odrzekł. Virian zmarszczyła nos. - Potrzebuję kilku tekstów zaklęć, może receptur na wywary i sposobu, w jaki...
    Przerwał, widząc, jak kobieta przysuwa się do pakunku i próbuje rozwiązać rzemień, zapinający największą kieszeń. Jej wychudłe palce z popękanymi paznokciami nie były w stanie rozplątać supła.
    - Daj, pomogę ci z tym.
    Kobieta syknęła, wyraźnie urażona, gdy wyrwał jej plecak. Orion bez trudu odwiązał rzemyk i wyjął ze środka średniej wielkości pakunek. Pachniał świeżo upieczonym, domowym chlebem. Mężczyzna kucnął niedaleko Virian, zerwał papier z pieczywa i podał kawałek wyroczni. Ta, zapewne głodna, niemalże szybko zabrała jedzenie z jego rąk. Jak tego dokonała i jak to możliwe, że wiedziała, gdzie stał, Loralay nie miał pojęcia.
    Usiadł na podłodze naprzeciwko więźniarki, ignorując bród i smród, i spojrzał na nią wymownie. Gdy tylko pierwszy kawałek chleba zniknął w żołądku de Rousseau, zaczęła mówić:
    - Potrzebujesz zaklęcia na jeszcze szybszą regenerację. Przygotuj składniki na miksturę chroniącą od koszmarów, ale dolej do tego jeszcze połowę fiolki ze łzami smoka. - Wygrzebała z plecaka woreczek foliowy, w którym były zapakowane pokrojone kawałki jabłka. Jedząc owoc, kontynuowała: - Widzenie w ciemnościach myślę, że również się przyda. Skrzydła nietoperzy z groty Quatrianu i napar z księżycowej herbaty powinny wystarczyć, zwłaszcza że tam, gdzie chcesz to zastosować, na niewiele zdadzą się wszystkie wywary. - Podniosła głowę. - To miejsce jest tajemnicą również dla mnie, Orionie Loralay. Istniało zanim powstały starożytne cywilizacje; zanim bogowie stali się nieśmiertelni. Byłam tam raz, gdy chcieliśmy spętać... sam wiesz kogo. Z tych, którzy się tam z nami udali, przeżyło ledwie dziesięciu. Z niegodnych ulecą dusze, a oni  sami rzucą się w przepaść. - Przeniosła na niego białka swoich oczu. - Rozumiesz, co chcę ci powiedzieć? Nie idź tam, to sprawi ci tylko ból.
    Orion podniósł się nagle, parskając. Zyskał to, czego chciał. Nie potrzebował niczego więcej i zamierzał natychmiast wrócić na Tytana, bowiem Virian najwyraźniej zamierzała prawić mu wykład o moralności. Wiedział, czego spodziewać się po Wieży. Wiedział również, co go tam spotka, i jaka jest nagroda. Gdyby de Rousseau nie przestała mówić, jej słowa mogłyby zwieść ją od celu, który obrał sobie dawno temu. Wszystko, nieważne, jaką drogę chciał obrać, i tak prowadziło do tego miejsca.
    - Dziękuję, moja droga - odparł oschle, otrzepując spodnie ze słomy. - Wiem wszystko, czego chciałem.
De Rousseau przekrzywiła głowę, przysłuchując się i jemu, i czemuś, co rozbrzmiewało w jej głowie.
    - "Myślę, że mógłbym spytać o zdanie naszą wyrocznię" - wymruczała nieswoim głosem. Brzmiała jak on. Zapomniałeś zapytać mnie o coś, co ma naprawdę wielką wagę dla tego człowieka - oznajmiła. - Właściwie po to tu jesteś, czyż nie?
    Orion prychnął.
    Oferując Doktorowi pomoc wiedział, że i tak nie dotrzyma obietnicy. Zamierzał mu powiedzieć, że wyrocznia kategorycznie zabroniła zmiany i nawet zwiększenia. Właściwie zamierzał tak zbyć każde jego wścibskie pytanie. Był dowódcą i jego zadaniem było pilnowanie, by nikt nie wychylał się z szeregu.
    - Podczas podróży tutaj to przemyślałem. - Wzruszył ramionami. - Nie potrzebuję już tej informacji.
Virian pokręciła głową z niedowierzaniem. Cokolwiek sobie pomyślała, niezbyt go obchodziło. Była tylko jasnowidzącym trofeum - jego trofeum. Kobieta odwróciła się do niego plecami i mruknęła jeszcze:
    - Możesz odejść, Orionie. Wizyta dobiegła końca.
    Zamknięte z rozmachem drzwi trzasnęły tak mocno, że z sufitu posypały się drobne kamyczki. Virian westchnęła.
    - Obyś tego nie żałował…

Ostatnio zmieniony przez Rissie (01-06-2019 o 21h40)

Offline

#25 13-11-2018 o 12h55

Straż Obsydianu
Layna
Pokonała Dahu
Layna
...
Wiadomości: 2 671

Heeeej! Melduję że to czytam /static/img/forum/smilies/tongue.png na obecną chwilę nie ogarniam jaki masz zamysł ale ja do tego dojdę /static/img/forum/smilies/tongue.png

Offline

Strony : 1 2