Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2

#26 18-11-2018 o 17h16

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 854

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


No dobra, cwaniaro, skomentowałam. I co? Tak mnie poganiałaś, a kiedy ty przyjdziesz do mnie? Bo pod moją ostatnią notką nie ma po tobie śladu! Bądź sprawiedliwa, cwaniaro :v

Tak jak już ci pisałam, naprawdę uwielbiam, kiedy tworzysz własne postaci i ich historie, bo wychodzi ci to naturalnie i ciekawie. I TO NIE ZNACZY, że z pozostałymi bohaterami idzie ci gorzej! Nie. Ale bardzo chciałabym przeczytać od ciebie coś... hm, własnego. Gdzie są sami stworzeni przez ciebie bohaterowie.

A ślepe, tajemnicze babki zawsze są super XD





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#27 30-11-2018 o 21h05

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 632

poprawione
Ave! Ryż wraca po nie tak wcale długiej przerwie!

Ogólnie miałam nieco odpoczynku od Infinity i ten rozdział powstał w dwa dość krótkie wieczory. Opiera się bardziej na pokazaniu relacji, niżeli na fabule, chociaż uważny czytelnik wyłapie sporo niespodzianek na przyszłość.

Jak zwykle zapraszam do komentowania! Każdy komentarz to jeden szczery uśmiech Ryża!

Rozdział 7

    Minęło sporo czasu, od kiedy Letitia Maes ostatnio odwiedziła Tytana. Reira zdążyła poważnie się za nią stęsknić, tak bardzo, że była bliska wysłania jej służbowego rozkazu zjawienia się. Było to dwa miesiące temu, dzień przed tym, jak na planecie zaczęli pojawiać się nieprzytomni ludzie. Musiała jednak to sobie odpuścić, bowiem i tu, i na Ziemi, i również na innych planetach, wszyscy mieli pełne ręce roboty. Zwłaszcza, że góra nakazała pomóc tylu, ilu dadzą radę. Było to o tyle ciężkie, że Tytan był jedną z niewielu planet, na których pojawiło się mało przybyszów. Terra była wręcz usłana ciałami.
    Zjawienie się Letty w takim momencie wprawiło Reirę w lekki niepokój. Nie zapowiedziała swojej wizyty, a z raportu wynikało, że bez problemu wykonują powierzone im zadania. Może jednak nie wszystko było w porządku? Nie zawracając sobie głowy powrotem do pokoju i zmianą stroju, kobieta ruszyła szybkim krokiem do wskazanego przez ducha pokoju, zamrażając powierzchnię herbaty, by nic się nie wylało. Choć Letty zazwyczaj zapowiadała swoje przybycie, za każdym razem robiła to z wielkim rozmachem, co często kończyło się wyrzuceniem w powietrze kawałka jakiegoś budynku, lasu, albo nawet góry. Dlatego też zastanawiało ją, jakie skutki tym razem wywoła pojawienie się kobiety. Pomijając, oczywiście, fakt, że towarzyszył jej Peter Parker, który powinien spać w swoim pokoju.
    Dwa zakręty przed odpowiednim korytarzem Reira zwolniła, by wyrównać oddech. Choć była zaaferowana niezapowiedzianym pojawieniem się przyjaciółki, nie chciała wyglądać nieprofesjonalnie i desperacko w oczach Petera. Bardzo zależało jej, by nowi mieszkańcy Tytana brali ją za odpowiedzialną i spokojną gospodynię, a nie jakąś furiatkę, która biega boso po korytarzach. Zwłaszcza, że i tak jej ubiór pozostawiał wiele do życzenia. Poza tym bardzo chciała im pomóc - nie tylko dlatego, że ich świat potrzebował tych wszystkich superbohaterów, ale ze względu na to, że ich obecność nieco krzyżowała im plany. Przez samo ich pojawienie się wyprawa po mapę musiała zostać odłożona w czasie o co najmniej kilka miesięcy.
    Kobieta stanęła przed jasnymi drzwiami, prowadzącymi do ulubionego pokoju gościnnego Letty. Zastanawiało ją, czy ta zdążyła się już rozgościć i wyciągnęła jakieś przekąski z barku. Wzięła głęboki oddech, zaciskając jedną dłoń na uchu kubka, a drugą na klamce. Widok, który ujrzała po wejściu do środka, wprawił ją w lekką konsternację. Letitia siedziała po turecku na puchatej, czerwonej poduszce, na podłodze, otoczona przez miski z różnym jedzeniem - od paluszków solonych do pralinek. Naprzeciwko niej, w podobnej pozycji, wpatrywał się w nią Peter Parker. Wtedy Reira zdała sobie sprawę, że stanęła w bezruchu, nawet nie odrywając ręki od klamki. I że miała na sobie puchaty szlafrok, i była boso.
    - Rei! - Letty podniosła się szybko i podeszła do przyjaciółki, by ją objąć. Nim to jednak zrobiła, zabrała od niej kubek i odstawiła go na niski stolik. - Tak długo cię nie widziałam. Robiłaś coś z włosami?
Reira przytuliła ją bardzo, bardzo mocno. Maes była ubrana w kremowo-brązowy strój, który zakładała na długie podróże kosmiczne. Wyglądała jeszcze promienniej, niż kiedy ostatnio się widziały, co białowłosa przyjęła z wielką ulgą. Zerknęła jeszcze na Petera, ale to nie na nim skupiła wzrok. Jej uwagę zwróciło coś, co leżało między chłopakiem a poduszką Letty. Wyglądało to na ułożone z paluszków i pralinek warcaby.
    Zairi odsunęła od siebie przyjaciółkę i spojrzała na nią, marszcząc brwi.
    - Mam nadzieję, że nie wzięłaś moich ulubionych, karmelowych pralinek - powiedziała możliwie jak najpoważniej.
    Maes chwyciła się za serce, przybierając minę, jakby właśnie ją postrzelono.
    - Peter też je lubi. Musiałam mu je wyrwać siłą - siłą, Rei - żeby kilka zostało dla ciebie.
    Obie parsknęły śmiechem. Peter zaś odwrócił głowę z zawstydzeniem, kładąc rękę na swoim karku. Coś w środku zaalarmowało Reirę, że właśnie wprawiły go w zakłopotanie. Spodziewała się, że chłopak należy do nieśmiałych i delikatnych osób, ale nie chciała, by czuł się niekomfortowo.
    - Spokojnie, mam jeszcze jedną paczkę ukrytą u siebie. Jedz, jeśli chcesz. - Mrugnęła do niego przyjaźnie, podchodząc do zielonej kanapy, na której leżało kilka puchatych poduszek. - Łap - poleciła, rzucając poduchę w głowę Letty. Ciemnoskóra kobieta złapała przedmiot z dziecinną łatwością, odłożyła go na miejsce koło siebie, i uśmiechnęła się do niej promiennie.
    Podeszła do nich, zgarniając ze stolika herbatę. Kiedy Maes i Parker zajęli się swoimi pralinkowymi warcabami, zwiększyła temperaturę herbaty, by rozmrozić jej powierzchnię. Usiadła przy nich, układając nogi w literę "w". Zgarnęła jeden z pionków Letty i wrzuciła go sobie do ust, co spotkało się z oburzeniem ze strony kobiety.
    - Smaczne - powiedziała Reira ze śmiechem. - Chyba... wiśniowe?
    - Udław się tym - odparła ciemnowłosa, mordując ją wzrokiem. Kąciki jej ust powędrowały w górę. - Będziesz gruba.
    Zairi wzruszyła ramionami.
    - Ale przynajmniej szczęśliwa.
    Obie parsknęły śmiechem, a Letty wyjęła jedną pralinkę z opakowania i położyła ją na miejscu poprzedniej. Peter przyglądał się wymianie zdań, wodząc wzrokiem od jednej kobiety do drugiej. Wydawać by się mogło, że był bardziej zafascynowany nimi, niż tym, że powinien kontynuować grę. Zairi nie czuła się z tym szczególnie dziwnie - to był pierwszy raz, gdy widział ją rozluźnioną i żartującą. I drugi raz, gdy w ogóle ją widział. Wzięła łyk herbaty, parząc się w język. Syknęła, wpatrując się w ciemny napój.
    - Delikatne gardziołko? - zapytała Letitia przekornie. - Jak chcesz, mogę ci podmuchać.
    Reira prychnęła i udała, że przechyla kubek, by wylać jego zawartość na ciemnoskórą kobietę. Ta osłoniła się ręką, odchylając się w bok i kładąc drugą dłoń na podłodze.
    - Wypierzesz mi to - zagroziła Letty, wskazując na nią palcem. - I ja nie żartuję, Rei.
    Znów parsknęły śmiechem, a Reira odstawiła kubek na ziemię. Maes odwróciła się z powrotem do Petera i zajęła się ponownie grą. W chwili, gdy panowała między nimi cisza, Zairi zdecydowała się zwrócić do chłopaka z pytaniem, które nurtowało ją od czasu, gdy duszek powiadomił ją o przybyciu przyjaciółki.
- Peter - zaczęła - jest koło piątej rano, dlaczego... dlaczego ty nie śpisz?
Letitia nachyliła się nad planszą i przesunęła swój pionek tak, że zbiła pralinkę Parkera i szybko ją zjadła.
    - Nie zdążyłam cię zapytać - Zmarszczyła brwi, oblizując palce - co właściwie robiłeś w Puszczy?
    Reira ledwo powstrzymała się przed wybałuszeniem oczu. Myślała, że tamta dwójka wpadła na siebie na korytarzu, albo może przed budynkiem. Nawet w najśmielszych snach nie spodziewała się, że Peter zapuści się do Puszczy. Gdyby Orion był na miejscu, gdyby go widział, gdyby nawet dowiedział się o tym, że wydarzyło się coś takiego... to nie skończyłoby się dobrze ani dla Petera, ani dla nich. Dlatego też kobieta uznała, że kiedy tylko dowie się, jakie pobudki nim kierowały, zachowa to dla siebie. I jeśli wyczuje na korytarzu jakiegoś ducha, osobiście sprawdzi, czy nie usłyszał nic niepożądanego i w razie czego pozbawi go tych wspomnień. Albo duszy.
    Chłopak odchylił się na swoim miejscu, przeczesując włosy palcami. Zdecydowanie zestresował się tym, o co go pytano. Reira nie chciała, by czuł presję, ale Wielka Puszcza była zbyt niebezpiecznym i tajemniczym miejscem, żeby puścić to mimo uszu.
    - Obudziłem się nad ranem - zaczął Peter - i chyba... chyba miałem jakiś atak klaustrofobii. Nie wiem, nigdy wcześniej coś takiego mi się nie zdarzyło. Wyszedłem szybko na dwór i to mi pomogło. I... i poczułem taką pokusę, żeby zbadać ten las. Nie mam pojęcia, co mnie do tego przekonało, po prostu coś jakby mnie tam popchnęło.
    Reira nie chciała dopatrywać się w tym działania sił wyższych. Tyle że nie potrafiła powstrzymać swojej pierwszej myśli, która nasunęła jej się po ostatnim zwrocie chłopaka. Coś go popchnęło, coś, co mogło być niewidzialną ręką boga. Coś mogło chcieć, by znalazł się w Puszczy. Pokręciła głową, odganiając to od siebie. Bogowie odeszli, nie zamierzali ingerować w ich życie i... i po prostu już ich nie było w tym świecie. Równie dobrze mogli wytłumaczyć to sobie zwykłym atakiem strachu i nielogicznym poszukiwaniem przygody.
    Białowłosa spojrzała na Letty znacząco, mając nadzieję, że ta doda coś od siebie. Jednocześnie uniosła kubek do buzi i wzięła łyk herbaty.
    - Okej, no to rozumiem - oznajmiła spokojnie. - Ale co ty robiłeś przy ruinach?
    Reira zachłysnęła się herbatą i kaszlnęła, uderzając się w klatkę piersiową. Letitia poklepała ją szybko po plecach.
    Zairi nie wiedziała, co zrobić z dłońmi. Nie dość, że Peter znalazł się w Puszczy, to jeszcze odnalazł wioskę Illaryan. To nie było coś, co udawało się każdemu przypadkowemu przybyszowi. Zwłaszcza że Puszcza była zagadką nawet dla plemienia i oni sami czasem nie potrafili odnaleźć drogi powrotnej do domu. Te drzewa miały własne dusze i rozumy, a całość była jak żywy organizm i pokrętny labirynt, gotowy pożreć swoje ofiary, gdy nie będą uważały.
    Chwilę wcześniej mogła uznawać, że to był zwykły przypadek. Jednak miejsce, w którym Letty go znalazła, zmieniało wszystko. To nie mogło być coś, czego nie zaplanowały potężniejsze od nich istoty. Reira z trudem zapanowała nad trzęsącymi się dłońmi i po prostu wpatrywała się w Petera, licząc po cichu, że nie powie im wszystkiego. Nie tu i nie teraz.
    - Nie wiem - odpowiedział niepewnie chłopak. - Po prostu wylądowałem w wyschniętej fosie i... No i tyle.
    Białowłosa modliła się w myślach, by nikt nie usłyszał szybkiego bicia jej serca. Może przypadek Petera był jednorazowy - być może po prostu jakiś bóg chciał pomóc zabłąkanemu chłopcu. Nie wydawał się też kimś, kto stanowił realne zagrożenie dla całej galaktyki, więc nie powinna się tym martwić. Chociaż gdyby wysłali go do Puszczy, można by się upewnić, czy ścieżki rzeczywiście nie układają się, prowadząc go do wybranego miejsca. Albo może sama powinna się tam wybrać i to sprawdzić?
    - Dobrze, że nic ci się nie stało - odrzekła, przywołując dobrotliwy uśmiech. - Z tego, co wiem, stara fosa należy do głębokich. Na pewno nic cię nie boli?
    Peter pokazał jej skórę na wewnętrznej stronie dłoni, już opatrzoną. Reira skrzywiła się nieznacznie. Nie wyglądało to źle - z ich lekami taka mała ranka zagoi się w godzinę, maksymalnie dwie. Powinni wysłać go do infirmerii i przy okazji sprawdzić, czy u Strażników wszystko w porządku.
    Nagle coś ją tknęło.
    - A Doktor Strange spał, kiedy wychodziłeś?
    Chłopak przytaknął.
    - Nie wyglądało na to, by prędko miał się obudzić - dodał szybko.   
    Kobieta skinęła powoli głową, znów sięgając po swoją herbatę. Jeśli Doktor obudzi się, a na łóżku obok nie będzie Petera, może spanikować. W ciągu tych tygodni, kiedy na planecie przytomni byli tylko oni i Orion, wręcz odchodził od zmysłów, siedząc dzień i noc w infirmerii, sprawdzając ciągle stan swoich przyjaciół. To było niesamowite, jak zmiana sytuacji wpływała na człowieka - Stephen powiedział im, że Strażników znali ledwie kilka godzin.
    Nagle przez zamknięte drzwi przeniknął do pomieszczenia widmowy kot. Stroszył ogon i wydawał się nieco zdenerwowany. Peter wstrzymał oddech, przyglądając się mu. Reira spojrzała na jednego i drugiego, i machnęła niedbale wolną ręką. Zwierzę otoczyła mgła i uderzenie serca później zamiast fioletowo-niebieskiego dymu, jego futro było czarne i materialne. Jego oczy zaś nabrały niebezpiecznego, srebrnego błysku. I Parker, i Maes przyglądali się mu z ciekawością.
    - Pani. - Kot zbliżył się do nich, przechylając łeb. Zatrzymał się dopiero przed siedzącą na podłodze kobietą. - Przynoszę wieści.
    Zairi zmarszczyła brwi.
    - Znowu? - zapytała. - Co stało się tym razem?
    Kot powąchał stojący obok kubek ze słonymi paluszkami.
    - Doktor Strange się obudził - odpowiedział natychmiast. - Chciałem tylko powiadomić, że pozwoliłem sobie wskazać mu drogę do tego miejsca.
    - W porządku, dziękuję.
    Reira skinęła mu głową i machnęła ręką, ponownie zmieniając go w fioletowo-niebieską mgłę. Wcześniej zamieniła go w materialną istotę głównie, by i Maes, i Parker mogli go słyszeć. Pod swoją prawdziwą postacią mógł usłyszeć go tylko stwórca.
    Duch mrugnął do nich ostatni raz i zniknął za najbliższą ścianą. Letty sięgnęła po paluszka i wydawała się skupiać na planszy. Zairi wzięła swoją herbatę i upiła jej kolejny łyk. Peter zaś przyglądał się białowłosej, jakby urosła jej druga głowa, albo przed chwilą oznajmiła, że wynalazła lek na quirle.
    - Coś się stało? - zapytała go, marszcząc brwi.
    Chłopak zamrugał kilka razy, jakby dopiero zdał sobie sprawę, że się jej przypatrywał.
    - Pierwszy raz w życiu widziałem ducha - odpowiedział. - Nie myślałem, że są... takie.
    - Duchy są różne - rzekła Letty, uprzedzając w tym Reirę. - Ten rodzaj nazywa się Veronae. Da się go stworzyć. - Spojrzała na niego znad planszy. - Nie, nie jest duszą zmarłej osoby. To wolny i myślący byt. Istnieje po to, by pomagać.
    - I przy okazji pilnować domu - dodała Zairi. - Tu, na Tytanie, mamy takich około dwudziestu. Wykonują podstawowe prace i pilnują, by nikt niepożądany nie przedarł się na nasze ziemie.
     Veronae były pierwszymi stworzeniami, które Reira nauczyła się tworzyć, gdy dostała swoje moce. Nie było ciężko tego dokonać - wystarczyła jedna łza i krótka inkantacja zaklęcia, by przywołać małego duszka. Przywiązywały się one do swoich właścicieli i były gotowe udać się nimi na drugi koniec galaktyki, jeśli zaszła taka potrzeba. Wiedziała o tym, bo już kiedyś taka sytuacja miała miejsce.
    - W ogóle to potrafią robić świetne soki - odrzekła niespodziewanie Letty. - Naprawdę, jakbyś spróbował soku z ghulan od jakiegoś ducha... To najpyszniejsze, co kiedykolwiek będziesz miał w ustach, obiecuję.
    Reira przechyliła głowę, marszcząc zawadiacko brwi.
    - Nie mówiłaś ostatnio czegoś podobnego o bimbrze Caina? - zapytała z uśmiechem.
    Letitia wzruszyła ramionami, sięgając po ciastko czekoladowe.
    - Tylko mu o tym nie mów, bo będę musiała spać na kanapie - odpowiedziała, pakując sobie całe do buzi.
    - Myślę, że prędzej wyrzuci cię do lasu - odparła Zairi, biorąc łyk herbaty. - I wiesz, jeszcze naśle na ciebie gryfy, żebyś nie mogła zasnąć.
    Maes zakrztusiła się ciastkiem, słysząc ją. Potrzebowała chwili na wzięcie oddechu.
    Cain słynął w całej galaktyce ze swojego świetnego alkoholu. Potrafił przyrządzić go z naturalnych składników, i to tak, że smakował każdemu, bez względu, czy wolał jakieś lżejsze, czy mocniejsze trunki. Co ciekawe, smykałkę do tego odkrył dopiero po przybyciu do Novis. Wcześniej nikt nie pomyślałby, że następca tronu Egiptu mógłby przygotowywać napoje wysokoprocentowe.
    Historia tej dwójki nie przypominała bajek, opowiadanych wieczorami dzieciom. Letitia, znana kiedyś jako Thara Nathir, była jedną z pretendentek do zostania żoną faraona. Pochodziła z zamożnej, kupieckiej rodziny, a jej ojcu prawie udało się zaaranżować jej małżeństwo z władcą. Prawie, bowiem tydzień przed ślubem jedna z jej konkurentek posłużyła się starożytnym artefaktem - Okiem Agamotta - by ją zabić. Kobieta została żoną faraona i niedługo później powiła mu syna, Haruna Sa-Ra. Gdy ten dorósł i miał przejąć tron, rodzice zdecydowali się na znalezienie mu kobiety. W jego przypadku zazdrosna przegrana nie zdecydowała się na morderstwo na jego przyszłej żonie, a na nim samym. Na jego szyi, podobnie jak kilkanaście lat wcześniej u Thary, zawisł Kamień Czasu.
    Thara i Harun poznali się w Novis, nic o sobie nie wiedząc. Ich nastawienie do świata i charakterystyczne tatuaże na nadgarstkach wskazywały na to, że pochodzili z jednego egipskiego regionu, przez co zdecydowali się trzymać razem. Kobieta zdążyła spędzić w tym miejscu już trochę czasu i dzięki temu była w stanie pomóc mu rozeznać się trochę w tym, jak wszystko tu działało. Szybko się w sobie zakochali i byli niemalże nierozłączni. Kiedyś któreś z nich napomknęło coś o swoim życiu, przez co dodali dwa do dwóch i zrozumieli, że Thara mogła zostać żoną jego ojca. Sprawy nieco się pokomplikowały, ale w końcu zeszli się ponownie. Tym razem już nie jako Harun Sa-Ra i Thara Nathir, tylko Cain i Letitia Maes wzięli ślub i wiedli szczęśliwe życie. Może nie było ono zbyt spokojne, ale zdecydowanie cieszyli się, że mają się nawzajem. Za każdym razem, gdy Reira widziała ich razem, nie mogła się nadziwić, jak los może być przewrotny, ani jak ludzie mogą tak bardzo się kochać. Byli doskonałym przykładem na to, że nawet trudna miłość ma szansę na sukces i żadne przeciwności nie są w stanie zdusić tak silnego uczucia.
    Tylko jaka szkoda, że nie każdemu jest to dane.
    - Cain robi świetny bimber - oznajmiła bez ogródek ciemnoskóra. - Ale wiesz, ostatnio wypróbował nową recepturę, musisz...
    Nie zdążyła skończyć, bowiem drzwi otworzyły się gwałtownie i szeroko, a do środka wpadł zasapany Doktor Strange.     Rozejrzał się po pomieszczeniu, a kiedy jego wzrok padł na Petera, całe powietrze jakby z niego uszło.
    - Na Boga... - westchnął i podszedł do nich, uprzednio zamykając za sobą drzwi. - Myślałem, że coś ci się stało!
    Chłopak wstał, żeby uścisnąć mu dłoń, ale ten niespodziewanie go przytulił. Było to o tyle dziwne, że od swojego przebudzenia, Doktor nie pozwolił nikomu się dotknąć, i nawet wszystkie niezbędne badania wykonywał na sobie sam. Co prawda Reirę niewiele to zdziwiło, bowiem mężczyzna zdawał się dziwnie przywiązany do Parkera, mimo że ledwie się znali. Jednak Letty nie wiedziała ani kim jest Doktor - choć Veronae przed chwilą zakomunikował jego przybycie, ani nie zdawała sobie sprawy z ich relacji.
    Ciemnoskóra kobieta nachyliła się do Zairi i szepnęła:
    - To jest ten cały Doktor? - W odpowiedzi Reira skinęła głową. - To jakiś tata Petera czy coś w tym stylu?
    Drugi raz w ciągu kilku minut białowłosa zachłysnęła się herbatą. Tym razem jednak nie spowodowało tego zdziwienie, a śmiech. Strange i Parker oderwali się od rozmowy, żeby przyjrzeć się dwóm kobietom. Co dziwne, Doktor wciąż nie podniósł dłoni, którą położył chwilę wcześniej na ramieniu chłopaka. Zupełnie tak, jakby sprawiało to, że nie zniknie ponownie.
    Reira pokręciła głową z niedowierzaniem i machnęła na nich ręką.
    - Nie, zdecydowanie nie jest jego tatą - odpowiedziała Letty. - Z tego, co się orientuję, to ledwo się znają.
    Wyraz twarzy Maes wyglądał, jakby ktoś właśnie jej powiedział, że woda jest sucha.
    - Ale... - zaczęła, ale nagle urwała, nie wiedząc, co do końca chce powiedzieć. - Ale oni... są tacy podobni. Zwłaszcza z wyglądu.
    Reira zerknęła na Ziemian, analizując ich wygląd. Rzeczywiście mieli bardzo podobny kolor włosów i kształt twarzy, a nawet prawie taki sam akcent, ale coś między nimi sprawiało, że ona sama nigdy nie uwierzyłaby w ich pokrewieństwo. Albo może po prostu wiedząc coś więcej o ich życiu, nie potrafiła sobie tego wyobrazić.
    Doktor wziął jedną z poduch, leżących na kanapie, i położył ją w koło nich, by na niej usiąść. Peter zajął swoje miejsce, biorąc przy okazji kilka solonych paluszków.
    - Przepraszam za nagłe najście - powiedział starszy mężczyzna. - Trochę spanikowałem i nie wiedziałem... Zapytałem jednego z tych duszków i...
    Zairi uciszyła go uniesieniem dłoni.
    - Wszystko w porządku - zapewniła go. - Peter jest bezpieczny i nikomu nic się nie stało. - Uśmiechnęła się lekko. - Przynajmniej dzięki temu zajściu obudziliście się nieco wcześniej.
    Przechyliła kubek, żeby wziąć łyk herbaty. Co dziwne, napój już zdążył się skończyć. Reira ze smutkiem ostawiła przedmiot na stoliczek i wzięła ciastko, podsunięte przez Letty.
    - Tak, mamy czas - stwierdził Doktor, unosząc wzrok na sufit. - Tylko nie wiem, co moglibyśmy z nim zrobić.
    - Proponuję, żeby Letty zabrała was na dłuższy spacer po plaży, a potem do biblioteki - podsunęła niemalże natychmiast Reira. - Moglibyście poczytać coś o historii naszego świata. - Zmarszczyła nieco nos, upominając się w myślach. Nie powinna tak nimi dyrygować, nawet jeśli było to w dobrej wierze; nawet jeśli Doktor liczył na jakąś jej propozycję. - Jeśli, rzecz jasna, chcecie.
    Mężczyźni pokiwali zgodnie głowami, zgadzając się na to, co zaproponowała. Co prawda Strange wyglądał na nieco rozczarowanego, jakby liczył, że Zairi doda coś więcej, ale wyraźnie nie narzekał. Kobieta wiedziała, na co miał nadzieję - że powie im coś o powrocie do domu, o jakimś zaklęciu, wywarze, albo o czymkolwiek, co mogłoby pozwolić im przenieść się z powrotem do tamtego świata. Tyle że ona nie miała nic, co mogłaby im w tej sferze zaoferować. Nie wiedziała nic o podróżach międzywymiarowych, poza tym, że istniały. Może sprawy rozwiązałyby się, gdyby udało im się znaleźć mapę, więcej - sam cel ich wieloletnich przygotowań. Ta wyprawa i sam skarb mogły zapewnić im powrót do ich świata, a całej reszcie Novis - spokojne życie.
    Reira przywołała słowa Petera i to, że trafił bezpośrednio do wioski Illaryan. To było jednocześnie niepokojące i intrygujące, a ona powinna to sprawdzić.
    - Powiedziałaś, że ja mam ich zabrać - zauważyła nagle Letty. - A ty nie idziesz z nami?
    Białowłosa spojrzała na nią z błyskiem w oczach i cichą nadzieją, że zrozumie, i że chociaż ona nie będzie zadać zbędnych pytań.
    - Muszę się gdzieś wybrać.

    Reira dawno nie odwiedzała Wielkiej Puszczy. Choć często spoglądała na nią przez okna, nigdy nie czuła  potrzeby, żeby jeszcze raz zobaczyć swój stary dom. Chociaż czy naprawdę mogła jeszcze w ten sposób nazywać starą wioskę?
    Dziwna gula zaczęła formować się w gardle białowłosej, kiedy stanęła przed pierwszymi drzewami. Dróżka prowadziła wgłąb kniei, nęcąc ją świergotaniem ptaków i charakterystycznym, leśnym zapachem. Puszcza emanowała potężną aurą spokoju. Zdawała się wręcz mówić: "Chodź do mnie, nic ci nie grozi. Zaopiekuję się tobą.". Kiedy wraz z Rheią pojawiły się w Novis - chociaż nie tyle, co się pojawiły, co po prostu się obudziły - jako mała dziewczynka czuła się w tym miejscu, jakby było jej opoką. Żadne drzewo nie chciało zrobić jej krzywdy, więcej - zawsze prowadziły ją albo do krzaków z najświeższymi jagodami, albo z powrotem do wioski. Za każdym razem towarzyszyła jej Rheia. Pilnowała, by mimo leśnych dobroci, nigdy nie stała się jej krzywda.
    Zairi zaczęła nerwowo bawić się rąbkiem płaszcza. Nim opuściła wieżowiec, zdecydowała, że w końcu należałoby się przebrać. Tym razem padło na skromne, szaro-czarne spodnie, ciemną bluzkę i nieco bardziej ozdobny, długi aż do ziemi, płaszcz w morskim odcieniu. Włosy zaś związała w luźny kok i spięła srebrną klamrą. Jeszcze w swoim pokoju spodziewała się, że ładny ubiór nieco podbuduje jej odwagę i pozwoli stanąć u progu Puszczy bez strachu. Niestety - nie sprawdziło się.
    Peter był nieproszonym gościem Puszczy, ale jej duchy nie zdecydowały się na unicestwienie go. Co więcej, ani go nie nastraszyły, ani nie wysłały prosto do Wąwozu Czaszek. Za to trafił do starej wioski - czemu? Czy las chciał przekazać im w ten sposób, że albo Parker jest jakimś wybrańcem, albo nie mają czego bać się ze strony duszków? A może była to niewinna zachęta do odwiedzenia starego domu?
    By przekonać samą siebie, że ręce jej nie drżą, Reira wsunęła dłonie w skórzane rękawiczki i splotła je przed sobą. Przyglądała się temu, co miała przed sobą, i nie mogła się nadziwić, jak długą drogę przeszła od chwili, gdy pierwszy raz otworzyła oczy w tym świecie. Kiedyś chciała tylko spokoju i schronienia,a ludzie,którym podlegała, pilnowali, by była im wdzięczna za to, co ma - teraz to ona decydowała o tym, kto je dostaje, a kto nie. Role się odwróciły, i choć na po tym świecie nie chodzili ani Tytanie z Volranów, ani inne istoty, które mogłyby spróbować kogoś zniewolić, Reira czuła strach. Czasem nie potrafiła go sobie wytłumaczyć - niekiedy najzwyczajniej w świecie tego nie chciała. Wolała żyć z tym dziwnym wrażeniem, że jej życie nie do końca należy do niej - by pokazać samej sobie, że są silniejsi od niej.
    Mimo mocnego uścisku, jej ręce zaczęły drżeć jeszcze mocniej. Tak, jakby przywoływane wspomnienia i lęki wpływały i na jej umysł, i na ciało. Spojrzała więc na swoje dłonie i machinalnie ściągnęła obie rękawiczki, by cisnąć je w krzaki. To, co miała w sobie, zaczynało się burzyć, popychając ją do tego, by w końcu pozwoliła sobie na więcej.
    Przecież tego chcesz, szeptało coś w jej umyśle. Już raz to wyzwoliłaś. I pamiętasz, ile dobrego z tego wyszło? Tylko pomyśl...
    Najgorszym było, że ten szept miał głos Oriona i innych, którzy czegoś od niej chcieli. Czy była to zwykła pomoc w zaplanowaniu systemu nawadniania pól, czy szyku wojsk - zgłaszali się do niej. Robili to, bo chodziła po tym świecie dłużej od nich; bo pamiętała te czasy, gdy było lepiej; bo w jej żyłach płynęło coś, czego oni wciąż nie rozumieli.
    Drzewa zaszumiały, zupełnie tak, jakby leśne duszki doskonale rozumiały jej ból. Większość z nich też widziała to, co ona. Tyle że roślin nikt nie zamierzał pytać o to, w jaki szyk ustawiały się pradawne plemiona, gdy ze sobą walczyły. Reira chciałaby czasem być jednym z takich drzew - milczących, od których nie wymaga się ani uwagi, ani odpowiedzi.
    - Illaryan.
    Wiatr zdawał się unosić w ich szeleście ledwie słyszalne słowa. Takie, które były albo w stanie wycisnąć z niej łzy, albo wręcz zmusić do śmiechu.
    - Zdrajczyni, wyzwolicielka - śpiewały drzewa. Reira zamknęła oczy i rozchyliła lekko drżące usta. Czuła całą sobą tę magię, którą wręcz ociekała Puszcza. - Śmierć, krew i wojna. Bliscy, miłość i oddanie. Co ci zostanie, jeśli powiesz im, kim byłaś, a kim się stałaś, Illaryan?
    Kobieta zrobiła krok, jak zaklęta wsłuchując się w nawoływania. W chwili, gdy jej stopy stanęły między pierwszymi drzewami, na jej oczach las zaczął się przeobrażać, tworząc przed nią prostą drogę do pewnego miejsca. Na końcu tego korytarza majaczyły kształty, niewiele przypominające drzewa. To były budynki. 
    - Kim jesteś? Czym się teraz stałaś, Illaryan?
    Głosy stawały się silniejsze z każdym momentem, zupełnie tak, jakby duch lasu karmił się jej strachem. Bowiem bała się bardziej, niż kiedy stała na polu bitwy. Od wojny nie mierzyła się ze swoimi demonami, pozwalając zamykać się w wieżowcu, doskonaląc się w grze na różnych instrumentach. Ich dźwięki były uspokajające i pozwalały odpłynąć daleko od tego, co działo się na świecie.
    W tej chwili jednak, gdy duchy zarzucały jej, kim była... Nie wytrzymała. Łzy stanęły w jej oczach, a z dłoni poleciały iskry. Najbliższe krzaki stanęły w płomieniach. Ich gałązki paliły się nienaturalnym, białym światłem, i działo się to szybciej, niż powinno.
    - Nie! - wrzasnęła Reira, chwytając głowę rękoma. - Nie!
    Niewiele myśląc odwróciła się napięcie i odbiegła w stronę wieżowca, zostawiając za sobą niewielki pożar. Nie martwiła się, że strawi on las - duszki go gasiły. Zawsze to robiły. Bo ona za każdym razem nie dawała rady.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (01-06-2019 o 21h42)


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#28 03-12-2018 o 19h03

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 854

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Szczerze mówiąc, to nie wiem, co mogę napisać o tym odcinku. Może to, że spodziewałam się, iż reakcja Strange'a na znalezienie Petera będzie bardziej ognista, typu "MŁODZIEŃCZE, GDZIEŚ SIĘ PODZIEWAŁ?! MASZ ZAKAZ WYCHODZENIA BEZ MOJEJ ZGODY!!!!1111", a tu takie w miarę opanowanie i spokój. Peter też jakiś mało chaotyczny jak na niego :v Ale odcinek supi! Podoba mi się perspektywa "tych innych" i to, jak powoli poznają Ziemian ^^

No nic, czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#29 14-12-2018 o 18h03

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 632

Dobry wieczór!
Co ja tu jeszcze robię?

Pućka, Stephen jeszcze nie jest nadopiekuńczym tatusiem, musisz na to poczekać :v

W tym rozdziale zaczyna się dziać, następny będzie czymś jeszcze przyjemniejszym.
Jak zawsze zapraszam do komentowania!

Rozdział 8
poprawione

    Chłodne fale obmywały stopy Petera, kiedy szli we trójkę wzdłuż wybrzeża. Piasek z Tytana różnił się od tego, który znał. Był jednocześnie aksamitny i przyjemny w dotyku, a gdy przesuwał po nim stopami, miał wrażenie, że jego drobinki wygładzają mu skórę. Jednocześnie wpatrując się w horyzont, przywoła widok tej planety z ich świata. Jałowa, brzydka gleba bardzo różniła się od tutejszych krajobrazów, wysokich, zielonych drzew i rozpościerającego się aż po horyzont morza.
    Letitia zbliżyła się do niego i kucnęła, by zanurzyć dłonie w wodzie. Przed wyjściem zmieniła strój na krótkie, piaskowe szorty i białą podkoszulkę. Stwierdziła, że tytański klimat tak różni się od tego panującego na Ziemi, że mogłaby niedługo się ugotować. Ciemne, kręcone włosy związała w luźnego koka.
    - Czemu planety w różnych wymiarach tak się od siebie różnią? - zapytał nagle, ale kobieta, wyrwana z zamyślenia, spojrzała na niego, marszcząc brwi.
    - Nie rozumiem - odparła. - O co konkretniej pytasz?
    - Chodzi mi o to, że... Ten Tytan jest zupełnie inny od tego, na którym walczyliśmy z Thanosem. Od czego to zależy? Dlaczego tamten wyglądał, jakby był martwy, a ten kwitnie?
    Letty podniosła się, trzepiąc ręce. Krople wody pomoczyły nieco jej spodnie. Doktor Strange stał kawałek za nimi, tak, by woda jedynie obmywała jego stopy. Wcześniej oznajmił, że nie chce moczyć ciała wyżej, niż ponad kostki.
    - Wiesz - zaczęła Maes - tamten Tytan był bardzo wyeksploatowaną planetą. Z tego, co mi mówiono, przetrwał setki tysięcy lat, znosząc różne rozwijające się cywilizacje. Wydobywali z niego różne rudy i zmieniali ukształtowanie terenu, poza tym zanieczyszczali całe środowisko. - Potoczyła wzrokiem po otaczającym ich krajobrazie. - Tu tego nie było. Novis nigdy nie było zaludnionym światem.
    Peter przyjrzał się jej, oczekując, że będzie kontynuowała. W przerwach od zajmowania się Strażnikami i snu, zastanawiał się, czym tak naprawdę był ten świat. Doktor Strange miał znikomą wiedzę na ten temat, więc i niewiele mu wytłumaczył.
    - Opowiesz mi coś więcej? - poprosił niepewnie.
    Letty uśmiechnęła się pogodnie.
    - Jasne! Tylko chodź na ląd, bo jeszcze jakieś podwodne potwory nas porwą. - Wyszli więc na suchy piasek i usiedli na nim. Doktor prędko do nich dołączył, a Maes zaczęła: - Na samym początku, gdy nikt nie wiedział o Kamieniach Nieskończoności, mieszkało tu niewiele plemion. Nikt nie wie, ile dokładnie ich było, bo było sporo niepiśmiennych. Potwierdziliśmy istnienie Illaryan, Mollraylian i Nortirthian. Właśnie Illaryanie zamieszkiwali Tytana i dbali o niego, jak tylko mogli. Wznosili swoje budowle tylko wtedy, gdy starożytni bogowie wyrazili na to zgodę. - Zastanawiała się przez chwilę, którą Peter wykorzystał, na przetrawienie tych wszystkich faktów. A to był dopiero wierzchołek góry lodowej. - To znaczy, wiecie, kiedyś żyły tu istoty nadprzyrodzone. Ale nie tak, jak ja czy Reira. Byli prawdziwie nieśmiertelni, zrodzeni z ostatniego tchnienia umierającego wszechświata. Kiedyś nazywano ich Moiweernianami - widzieli wszystko i wiedzieli o wszystkim. Sprawili, że ten świat był istnym rajem, panował w nim dobrobyt i harmonia. I tak, mam tu na myśli cały świat, nie jedną planetę. Zawarli pakt z właśnie tymi trzema plemionami, dzięki czemu zyskali oni nieśmiertelność. Oczywiście był haczyk - za ten dar mieli zostać strażnikami pokoju i pilnować całego wszechświata. Najdłużej w tym postanowieniu i przy swojej misji utrzymali się Illaryanowie. O dziwo, nawet długo po złamaniu paktu, ich lud utrzymał nieśmiertelność. Według legend, jeden z wodzów, Anhoki, posiadł wiedzę, jak wytworzyć eliksir nieśmiertelności. Moiweernianie byli już wtedy zmęczeni ciągłym... cokolwiek oni tam robili. - Wzruszyła ramionami. - Serio tego nie wiem, po prostu byli zmęczeni. Odeszli na spoczynek, pozwalając, by świat sam się sobą zajął. Od tamtego czasu nazywamy ich starymi bogami, chociaż na ich miejscu nie pojawili się nowi. To serio fajnie brzmi. W ogóle to legenda głosi, że ich ciała pochowano w bliźniaczych górach Kvay'shal na Loriethan. Ale byłam tam i znalazłam tylko puste sarkofagi, więc... - Na zakończenie ponownie wzruszyła ramionami, uśmiechając się jeszcze. - Jeśli chcecie o coś pytać, to nie krępujcie się. Nie jestem pewna, czy Orion albo Reira będą chętni do odpowiadania na wasze pytania, a ja tam lubię mówić. Historia jest serio interesująca!
    Peter podparł się łokciami o ziemię, spoglądając na horyzont. W ich świecie też mieli mity o bogach, o starych cywilizacjach i różne przesłanki, że w jakichś miejscach mogą znajdować się skarby. On sam uwielbiam oglądać "Indianę Jonesa", zwłaszcza tę część z biblijną Złotą Arką. W domu często siadali z ciocią i robili sobie maratony, narzekając, że Harrison Ford powinien skupić się na tej serii, a nie grać też Hana Solo w "Gwiezdnych Wojnach". I w jednym, i w drugim jego postać była jakimś typem igrającym z losem, szukającym przygód i guza, ale Jones wypadał o niebo lepiej, od Solo.
    Jednak te historie o starych ludach i bogach Novis wydawały się Peterowi nieco bardziej realne. W ich świecie może i były istoty magiczne, ale miał wrażenie, że u nich podchodzono do tego bardziej jak do bajek dla dzieci. Tutaj takie sprawy traktowano na poważnie - nie musiał wiele usłyszeć, by być tego pewnym.
    - A te starożytne ludy - zaczął Doktor. Do tej pory milczał i Parker nie spodziewał się, że zabierze głos - istniały naprawdę, tak? Zostali jacyś ich potomkowie, którzy mogliby potwierdzić te wszystkie wydarzenia, jak śmierć Moi...Moiwe... przepraszam, nie umiem tego wymówić. W każdym razie czy ta historia jest potwierdzona?
    Letty spięła się wyraźnie i zacisnęła dłonie na udach.
    - Cóż, tak, jest ktoś, kto mógłby to potwierdzić - odpowiedziała po chwili. - To członkini z jednego z ludów, która miała styczność z tymi istotami. Tyle że może niewiele pamiętać, była wtedy mała. Ja sama ją o to nie pytałam, chociaż zżerała mnie straszna ciekawość. Zdecydowanie lepiej byłoby porozmawiać o tym z duchami, możemy jakiegoś przywołać, jeśli chcecie być pewni, że Moiweernianie naprawdę istnieli...
    Ktoś, kto żył setki tysięcy lat i pamiętał śmierć nadprzyrodzonych istot zdaniem Petera był naprawdę stary. Ale skoro wciąż żył, to zapewne był długowieczny, albo i nawet nieśmiertelny.
    - Chciałbym usłyszeć coś o tych istotach od kogoś, kto je znał - wyrwało się chłopakowi. - To znaczy, proszę, nie zrozum mnie źle, świetnie opowiadasz, ale to jakby weteran opowiadał o Drugiej Wojnie Światowej... Rozumiesz?
    Maes zmarszczyła brwi.
    - Druga Wojna Światowa? - zapytała. - To znaczy walczyliście z innymi światami?
    - Nie, nie. - Doktor pospieszył z odpowiedzią. - Tak je po prostu nazwano, nasi przodkowie walczyli tylko na jednej... planecie.
    Kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem.
    - Moglibyśmy poszukać tej osoby? - Peter nie chciał na nią naciskać, ale na samą myśl o tym wszystkim przechodził go dreszczyk ekscytacji. Nigdy nie był prawdziwym fanek historii, a tu proszę.
    - Właściwie to... - Letitia zdawała się nieco wycofana, jakby nie była do końca pewna, czy chce się tym z nimi podzielić. - Nie musimy jej szukać. To Reira.
    W pierwszej chwili Peter poczuł, jakby ktoś zdzielił go młotkiem w głowę i wbił w piasek. Nigdy nie spodziewałby się, że białowłosa jest kimś tak starym. Wyglądała jak studentka jakiegoś elitarnego uniwersytetu, a nie ktoś, kto przeżył setki tysięcy lat. Nie zachowywała się jak starzy ludzie, nie była zgorzkniała i nie traktowała nikogo z góry. A może traktowała, tylko nauczyła się panować nad emocjami?
    - Wyglądacie, jakbym właśnie powiedziała, że świat skończy się za trzy minuty - roześmiała się Letty. Coś w jej głosie sprawiało, że Parker był w stanie wyczuć jej poddenerwowanie i chęć rozluźnienia atmosfery. - Nie chciałam was przestraszyć. Długowieczność w Novis jest normalna. Jeśli z nami zostaniecie, to pewnie też nie przeżyjecie jakichś osiemdziesięciu lat, tylko coś koło pięciuset. - Wskazała na siebie. - Ja też jestem stara. Urodziłam się za czasów panowania faraona Ramzesa II, pamiętam, jak wiedzę zapisywano kawałkami patyka na glinie. A teraz to wystarczy tylko nadstawić nadgarstek i włączyć holograficzny interfejs, co za czasy!
    Doktor Strange zbladł nieco, ale nie wydawał się aż tak zaskoczony, jak Peter. Siedział koło nich, z rękoma sztywno ułożonymi na kolanach, i przysłuchiwał się Letty.
    - Nie zrozum nas źle - odezwał się nagle mężczyzna. - Po prostu u nas wszyscy żyją znacznie krócej i komuś, kto nastawia się, że może przeżyć koło, właśnie tak, jak powiedziałaś, osiemdziesięciu lat, ciężko jest uwierzyć, że ktoś ma już dobre cztery tysiące i wygląda, jakby miał trzydzieści. To dość przytłaczające i intrygujące zarazem.
    Parker w pełni zgadzał się z tym, co powiedział Strange. Miał wrażenie, że z czasem przywyknie do myśli, że przeżyje pięć razy więcej czasu, niż gdyby był w ich świecie.
    - Ale skoro wy żyjecie około kilku setek lat, to jakim cudem ty masz już parę tysięcy? - zapytał Letty.
    - Biorę specjalne eliksiry, poprawiające zdrowie i zapewniające długie życie - odpowiedziała po prostu. - U nas jest to coś normalnego, na prawie każdej planecie znajdziesz sklep, gdzie je sprzedają. Jak gdzieś polecimy, to mogę wam kupić na spróbowanie. Poza tym znam większość handlarzy, to może nawet dostaniemy trochę darmowych próbek.
    Nagle Petera tknęła inna myśl.
    - Mówiłaś wcześniej, że poprzednie cywilizacje zyskały nieśmiertelność, prawda? I że istnieją eliksiry na nieśmiertelność? I o tym, że można przywołać jakieś stare duchy?
    Maes pokiwała niepewnie głową.
    - To może przywołamy tego całego szefa Ilarów i zapytamy go o ten eliksir? - zaproponował. - Albo Reirę, skoro pamięta tamte czasy?
    Kobieta uśmiechnęła się smutno i poklepała go po ramieniu.
    - To tak nie działa - oznajmiła. - Los nie pozwoli nam tak po prostu zapytać o to Anhokiego. Poza tym, z tego, co wiem, jego duch nie błąka się z innymi po tym świecie. Można by... - Zawahała się, ale po chwili pokręciła głową - nie, nie można. Reira nie zna receptury, a żadne z nas nie ma takiej mocy, by przywrócić kogoś z martwych. I w ogóle, proszę, nie mówcie jej, że wam o tym opowiedziałam. Ona stara się jak może udawać, że jest taka, jak inni... Życie wśród śmiertelnych, kiedy wiesz, że nie możesz umrzeć, jest stresujące.
    - Domyśliłaś się tego? - zapytał Doktor, na co Letitia pokręciła głową.
    - Sama mi o tym opowiedziała. - Wstała nagle z piasku i otrzepała szorty. - Chodźcie, idziemy coś zjeść. I muszę zabrać was jeszcze do biblioteki i opowiedzieć o innych różnie interesujących rzeczach. Na pewno zaciekawi was historia Alarica Savrosa.

    Chylące się ku zachodowi słońce barwiło nisko wiszącą mgłę na brzoskwiniowy odcień. Kontrastowała z ciemnoszarym już niebem, dając wrażenie, jakby wieczór na Tytanie był czymś magicznym. Widok z dachu wieżowca na co dzień zapierał dech w piersi, zaś o tej porze wydawał się bardziej nadnaturalny, niż zazwyczaj.
    Ustawione we wnęce przy czubku wieży patio, wykonane z ciemnego drewna, zapewniało ochronę przed słońcem i wiatrem, a wieczorami, takimi jak ten, stawało się również miejscem poważnych rozmów. Nigdzie indziej, na żadnej planecie, nikt nie czuł się aż tak bezpieczny i osłonięty od wścibskich oczu.
    - I co o nich sądzisz? - zapytała Reira, opatulając się szczelniej szarym, puchatym kardiganem. Siedziała na krześle, wyłożonym wilczą skórą, i przyglądała się niebu.
    Letitia odchyliła się na swoim miejscu, splatając ręce na brzuchu. Spędziła ze Stephenem i Peterem cały dzień, podczas którego Zairi siedziała z nosem w papierach. Przez to tylko jedna z nich była zadowolona z tego, co robiła.
    - Nie stanowią żadnego zagrożenia - odparła Ziemianka po chwili zastanowienia. - Są ciekawscy, fakt, ale nie sądzę, by mogli nam zaszkodzić. Co najwyżej będziemy musieli odsunąć w czasie pewne... plany.
    Reira pokiwała w skupieniu głową, składając palce w piramidkę.
    - Zdążyłam już powiadomić Leorica o całej tej sytuacji. Dzięki temu nie musi spieszyć się z produkcją broni - odpowiedziała białowłosa, po czym zapytała: - Mówili coś o swoim świecie?
    - Niewiele. Bardziej interesowali się naszym, ale nie dziwi mnie...
    - Co mówili? I co ty im powiedziałaś?
    Letty chrząknęła znacząco, poprawiając się na swoim miejscu. Zairi nie czuła się dobrze, tak wypytując przyjaciółkę, ale od kiedy się spotkały, czuła, że Maes jest jakoś dziwnie spięta. Poza tym wypytanie jej o wszystko było obowiązkiem białowłosej. Jej, albo Oriona. W obecnej sytuacji ona sama wolała się tym zajmować, niżeli zostawiać przyjaciółkę w jednym pomieszczeniu z Loralayem.
    - Kilka razy wspomnieli o bitwie na ich Tytanie - odrzekła Ziemianka. - Nie było tego jakoś szczególnie dużo, zazwyczaj po prostu porównywali tę planetę z tamtą. Mówili też coś o tym, że... a nie, czekaj, to Peter mówił... że powinni inaczej podejść Thanosa, bo w ich planie były luki. - Zmarszczyła brwi. - Właściwie to on mówił więcej, nie spodziewałam się tego. Myślałam raczej, że to Stephen będzie bardziej wylewny.
    Reira pokiwała głową ze zrozumieniem, skupiając wzrok na majaczącej w oddali wyspie. Wulkan na jej środku wygasł już wieki temu, a mimo to otaczająca go ziemia wciąż wyglądała, jakby erupcja nastąpiła ledwie dziesięć lat wcześniej. Nie było tam żadnej flory, bowiem żadne rośliny nie byłyby w stanie funkcjonować w takich warunkach. Wyspę zamieszkiwał jeden gatunek szczurów - yjlorn, które żywiły się zastygłą lawą. Było to o tyle zaskakujące i nienaturalne, że Zairi wybrała się tam kiedyś, by je zbadać. O mało nie straciła ręki i buta.
    - A ty co im powiedziałaś? - ponowiła spokojnie pytanie, zerkając kątem oka na przyjaciółkę.
    - Opowiedziałam im o starych bogach - odpowiedziała. - I o starych plemionach, i o ekosystemach najważniejszych planet. I o tym, co chciałabym im pokazać, jak udamy się na Ziemię. - Zawiesiła się na chwilę. - Bo udamy się, prawda?
    Reira skinęła jej głową. Oczywiście musieli udać się na Terrę. Z nowego raportu, przesłanego przez Caina, wynikało, że na całej planecie działo się coś niepokojącego, co prędko powinno zostać zbadane. Kobieta nie chciała opuszczać Tytana, jednak Maes stanowczo nalegał i na jej obecność. Czymkolwiek było to, co wydarzyło się na Ziemi, widocznie potrzebowali nadnaturalnej pomocy... Pomocy, którą tylko ona mogła przynieść.
    - Musimy - oznajmiła hardo Zairi. - Nie mamy zresztą wyboru. Podobnie jest z zostawianiem tu naszych... przyjaciół. Nie wiemy, co mogliby odkryć, gdyby zostali tu sami. Peter wpadł do wyschniętej fosy - co by się stało, gdyby następnym razem uważał bardziej i dostał się na teren starej wioski? To niebezpieczne.
    Letitia spojrzała na nią z ukosa.
    - Myślałam, że wynieśliśmy z wioski wszystko, co ważne.
    Reira prawie ugryzła się w język. Doskonale pamiętała, że Maes spędziła z nimi ledwie kilka dni, gdy zajęli się przenoszeniem ksiąg z Trumuru - siedziby władcy plemienia - bowiem potem została wezwana na inną planetę. Choć właściwie nie było to wezwanie, a próba pozbycia się jej przez Oriona. Dzień po opuszczeniu przez Ziemiankę Tytana, Loralay przeniósł z ukrytej biblioteki Anhokiego zbiór ksiąg o mocy i o tym, jak ją pozyskiwać.
    I tak, Letty miała względną rację - wynieśli stamtąd wszystko, co byli w stanie wynieść. Tyle że na ścianach chat pozostały naładowane magią, potężne hieroglify obronne. Jeżeli Peter albo Stephen odważyliby się ich dotknąć, mogłyby one ich spalić.
    - Bo wynieśliśmy - odpowiedziała jej Reira. - Po prostu to stare, mroczne miejsce. Nie chcę do tego wracać.
    Letitia zgodziła się z nią cicho. Zairi zastanawiało, co takiego jej przyjaciółka mogła pamiętać? Nie była przy nich, kiedy wydarzyło się to, co zmieniło pozycję i Reiry, i Oriona. Nie było jej również przy pogrzebie jedynej osoby, która mogła zapobiec wojnie, nim ta się na dobre rozpoczęła. Osoby, która zaprojektowała to patio, nadając mu jednocześnie tej swojskiej aury i nienamacalnego uczucia bezpieczeństwa.
    Siedziały chwilę w ciszy, przyglądając się zachodzącemu słońcu. Na niebie, jarzące się srebrnym blaskiem, wypłynęły trzy księżyce. Od starych czasów zwano je Przepowiadającymi Morzenthe - punkt, który powstawał, gdy układały się w trójkąt, miał zwiastować kolejny cel dla mieszkańców Tytana. Gdy się tak ustawiały, Illaryanowie zbierali się do wyprawy - raz był to podbój, raz misja pokojowa, jak odratowanie umierającej planety. Przepowiadające nigdy ich nie zawiodły.
    Tym razem jednak nie ustawiły się w trójkąt. Trwały w miejscu, prawie że na równi, uśpione i czekające na znak od Wyroczni, by wskazać drogę władcom.
    - Zastanawiam się czasem - odezwała się nagle Letty. Reira zamrugała kilka razy i spojrzała na nią - czy Rheia czasem na nas spogląda. W waszym układzie, w co wierzyliście? W reinkarnację? Życie po życiu? Pewnie już kiedyś cię o to pytałam, ale...
    Zairi zmarszczyła brwi.
    - W mojej części Volranu wierzyliśmy w naszego króla - odpowiedziała. - W tej strefie, w której mieszkała, mieli boga o pięciu twarzach. Tyle że, Letty, po śmierci niczego nie ma. A raczej jest... pustka. Wieczny sen.
    Wspomnienie Rhei Arouet wywołało w klatce piersiowej Reiry dziwne uczucie. Co prawda nie było jej już obce, a wręcz przeciwnie - traktowała je jako nieodłączną część swojego życia - jednak myśl o osobie, która ją wychowała, sprawiała, że ten ból narastał. Nie miała za złe Letty ciekawości. Znały się tyle czasu, a ona nieczęsto pytała o jej stare życie. Zresztą z wzajemnością. To, co działo się w ich starym świecie, zdawało się niekiedy tematem tabu. Takim, o którym wszyscy wiedzieli, ale nie mieli śmiałości o nim rozmawiać.
    - W Egipcie wierzyliśmy, że po śmierci dusza opuszcza ciało - powiedziała Letitia. - I że po tym, jak znajdzie odpowiednią drogę, trafi do zaświatów, gdzie zasiądzie u boku Atum-Re i jego dzieci, by powrócić na powierzchnię na koniec świata i zginąć u boku swojego władcy.
    Reira zmarszczyła nos, parskając cicho.
    - Niezbyt pocieszna wizja, ta cała śmierć podczas apokalipsy. - Zaśmiała się. - Wiesz, Letty, potrafisz świetnie zboczyć z tematu i nie powiedzieć mi o tym, co chciałabym usłyszeć.
    Maes ni to uniosła brwi, ni to udała, że odwraca się do niej bokiem.
    - No masz - odparła ironicznym tonem. - Przejrzałaś mnie. Moja misja zakończyła się fiaskiem! O ja, nieszczęsna, cóż teraz pocznę? Jak powiem o tym mojemu panu, wielkiemu władcy wszystkiego?
    Obie parsknęły śmiechem, a Letitia wróciła do swojej wcześniejszej pozycji.
    - Ochronię cię przed nim - oznajmiła z udawaną odwagą Reira. - Użyję mojej magii, by powstrzymać go przed zabiciem cię, a potem będziemy żyć długo i szczęśliwie!
    Rozmawiały chwilę o trywialnych rzeczach, co chwilę wybuchając śmiechem, aż ich głosów nie zagłuszył ryk silników statku kosmicznego. Nightmare, pojazd, którym Orion wybrał się na Mollrayle, wychynął zza chmur. Zbliżał się do wieżowca z niezwykłą prędkością, i było niemal pewne, że wydawanym przez niego dźwiękiem był jednocześnie napęd nadświetlny i hamowanie. Reira i Letty zerwały się ze swoich miejsc, nie spuszczając wzroku ze statku.
    - On się zatrzyma, prawda? - zapytała cicho Maes.
    Zairi zmrużyła oczy, próbując określić prędkość machiny. Przeszło jej przez myśl, że gdyby Orion nie wyhamował i uderzył Nightmare w wieżowiec, ktoś mógłby zginąć. Wyglądało to jak jedna z sytuacji kryzysowych, w których mogłaby użyć swoich mocy - jednak nie przy Letty, ani kimś, kto mógłby ją zobaczyć i to rozpowiedzieć.
    - Zatrzyma się - odparła Reira. - Orion nie jest aż tak złym pilotem, musimy wierzyć, że...
    Statek przeleciał kilkanaście metrów nad wieżą, wywołując silny powiew wiatru na patio. Z rozpędu zawrócił nad puszczą i, już wolniej, zbliżył się do najwyższego dachu - lądowiska. Zairi odetchnęła z ulgą.
    - Okej - skomentowała Letty - no to się zatrzymał i nikogo nie zabił. Ale jestem pewna, że obudził Stephena i Petera. Pójdziemy powiedzieć im, że Orion wrócił, czy każemy im żyć w niewiedzy?
    Reira zmarszczyła brwi, przyglądając się Nightmare. Loralay nie stanowił już zagrożenia dla życia ani ich, ani ich gości, więc mogła skierować swoje myśli na inny tor.
    - Leciał szybko - zaczęła. - To oznacza, że bardzo się spieszył. Myślę, że w tej chwili każda minuta zwłoki zbliżałaby nas do powieszenia, więc lepiej odpuścić sobie postoje i po prostu iść się z nim przywitać. - Po chwili dodała cicho: - Zresztą bardziej martwiłabym się teraz o nas.

    - Virian nie podała mi żadnych ważnych informacji. Na początku zbiła mnie z tropu, jeśli idzie o podawanie leku tym całym strażnikom. Mówiła, że to jednocześnie dobry i zły pomysł, ale odbiegała też od tematu do różnych dziwnych rzeczy i niewiele trzymało się kupy. Całe szczęście, że powiedziała nieco za dużo i mogłem ustalić, że zwiększenie dawkowania przyniosłoby więcej minusów, niż plusów. - Orion siedział w swoim ulubionym fotelu i sączył kremowy napój z przezroczystej szklanki. - To oznacza, że pozwolimy im obudzić się zgodnie z ich zegarem biologicznym i nie będziemy w to ingerować.
    Reira opierała się o ścianę, wpatrując się w horyzont, rozpościerający się za plecami Loralaya. Słońce zdążyło już zajść, a na niebo wstąpił mrok. Pory dnia na Tytanie były czymś, co zmieniało się niewiarygodnie prędko - minęła bowiem ledwie chwila od powrotu mężczyzny z wyprawy.
    Letty poprawiła się na swoim miejscu przy pianinie, nie spuszczając wzroku z Oriona. Nie kryła się ze swoją niechęcią do mężczyzny, podobnie jak on z tym, że gdyby to zależało od niego, Maes nie pełniłaby swojego stanowiska.
    - Nie widzę Virian mówiącej "to jest dobre, a to nie". Za długo ją znam. - Splotła dłonie na kolanach i pochyliła się do przodu. - I czemu budzenie ich nie byłoby dobrym pomysłem, co? Przecież nie zaszkodzi spróbować. A nawet, jeśli coś pójdzie nie tak, możemy natychmiast wezwać Faerasal. Ona przecież się na tym zna!
    W ciągu kilku sekund Orion wypił połowę likieru ze swojej szklanki i z rozmachem odstawił ją na stół. Jego brązowo-zielone oczy, przypominające ślepia drapieżnego ptaka, były skierowane prosto na Letitię. Zupełnie tak, jakby wypatrzył sobie ofiarę. Reira poczuła, jak przebiega ją zimny dreszcz. W pierwszej chwili chciała podejść do mężczyzny i nalać mu ponownie napoju, jednak powstrzymała się prędko. Mogła odłożyć to na chwilę, gdy będzie musiała między nich wkroczyć.
    - Widocznie w ogóle jej nie znasz - warknął Loralay. - Virian to podła suka, ale za odpowiednią zapłatą wyśpiewa...
    - Nie ma sensu się sprzeczać. Ufam, że dobrze zrozumiałeś, co powiedziała wieszczka. Ich przebudzenie to i tak kwestia czasu, nie rozdrabniajmy się nad tym. Mamy ważniejsze sprawy. - Odbiła się od ściany i podeszła do stolika, by zabrać z niego holograficznego interpada. Zwróciła się do mężczyzny: - W międzyczasie dostałam wiadomość od Caina.
    Białowłosa podłączyła interpada do wizualizatora, który wyświetlił obraz ekranu w powietrzu. Na prostokątnym interfejsie wirował obraz wiadomości "Coś wydarzyło się na zachodnim kontynencie. Wysłaliśmy tam Ishtar. Nic nie wiemy, ale będziemy Was informować. PS. Wasza obecność byłaby mile widziana. PS2. Ja serio nie żartuję, przylećcie tu.".
    Orion spojrzał na Letty.
    - Co ty o tym wiesz? - zapytał.
    Kobieta wzruszyła ramionami.
    - Wiem tyle, ile wy wiecie. To wydarzyło się, jak już tu do was leciałam. - Oparła się łokciami o pianino. - Jeśli chodzi o wcześniejszy rozkaz, zajęcie się wszystkimi nieprzytomn...
    - Tym zajmiemy się później - przerwał jej ostro mężczyzna. - Póki co musimy zająć się tym kryzysem na zachodnim kontynencie. Mamy coś jeszcze? I, najważniejsze: kto jeszcze o tym wie?
    Reira odłożyła pada na stolik i usiadła w fotelu.
    - Prześledziłam drogę wiadomości przez sieć. Nikt jej nie sprawdzał, byłam pierwszą, która ją zobaczyła. Unia Międzygalaktyczna nic nie wie. Zrobiłam zrzut interfejsu i natychmiast ją wykasowałam, tak na wszelki wypadek. Wiemy o tym tylko my i ci, którzy są na Ziemi. I nie, nie otrzymałam nic więcej. Przed pójściem spać mogę jeszcze wysłać hologramową wiadomość do Caina i spytać, czy wszystko w porządku. Choć myślę, by nie wzbudzać podejrzeń, moglibyśmy poprosić o to ciebie, Letty, żebyś zrobiła to niepostrzeżenie.
    - Nie ma problemu - odparła Maes. - Nagram wiadomość i prześlę ją mojemu mężowi jeszcze przed wschodem słońca.
    Mężczyzna skinął szybko głową, wyraźnie uspokojony.
    - Czyli mamy czas na przemyślenie możliwych ruchów, dobrze. - Zmarszczył brwi, z wyraźną niechęcią zwracając się do Ziemianki: - To o co tam chodziło z tymi nieprzytomnymi?
    Letty zamrugała kilka razy, jakby niepewna, czy Loralay właśnie ją o coś zapytał. Nie było tajemnicą, jaką niechęć do siebie żywili, więc i Reira spodziewała się, że mężczyzna puści jej słowa mimo uszu i przejdzie do następnego tematu.
    - Zrobiliśmy ich spis - zaczęła Maes - i już teraz mogę powiedzieć, że nie będziemy w stanie stworzyć nawet lepianek dla tych wszystkich ludzi. W samym Tunnen jest ich tyle, że sami byśmy sobie nie poradzili. Muszę przyznać, że bez waszej zgody poprosiliśmy Leorica o przesłanie nam mechanicznych ptaków ze skanerami.  Zbadały tereny od północnego do południowego przylądka i... Takich liczb w życiu nie widziałam. Nigdy w historii Novis nie pojawiło się aż tyle ofiar Kamieni Nieskończoności. Poza tym to tylko jeden kontynent...
    - Możecie pomieścić po kilka osób w domkach - zasugerował Orion beztrosko. - Kiedy się obudzą, zrobicie dokładny spis i ustalicie, czy ktoś jest spokrewniony. Pomoże wam to w ponownym dopasowaniu ich tam. A w razie czego po prostu się poznają.
    Letitia wyprostowała się i zacisnęła mocno dłonie.
    - Nie mamy tyle budulca - syknęła. - Nie wykarczujemy całego lasu, żeby stworzyć wielkie miasto... O ile jego wielkie miasto w ogóle wystarczy... I nie mamy czasu, by wydobyć tyle kamienia! Gdybyście wysłali nam kogoś do wsparcia, nie wiem, Leorica z tą jego technologią, albo nawet Unię. Przecież Kylar może udostępnić nam jakiś oddział wojskowy, żeby chociaż zebrać tych ludzi w jednym miejscu. Nie poradzimy sobie we trójkę...
    Loralay podniósł się ze swojego miejsca, a Reira poczuła, jak w pomieszczeniu robi się chłodniej. Natychmiast napięła mięśnie, gotowa do skoczenia między nich. I osłonienia Letty.
    - Zważaj na słowa - wycedził mężczyzna. - Chyba zapominasz, że mówisz do swojego dowódcy; do osoby, przed którą odpowiadasz, i która może cię odpowiednio ukarać. Ci cali nieprzytomni pojawili się na całym świecie i jeśli myślisz, że Terra jest odosobnionym przypadkiem, to grubo się myśli. Nawet jeśli na Teethanie pojawiła się tylko ta żałosna grupka strażników, to nie znaczy, że tak jest wszędzie!
    Maes również się podniosła, gotowa do obrony.
    - Dbam o własny interes - oznajmiła hardo. - Właśnie tego nauczyłam się przez te wszystkie lata, kiedy rządziłeś. Tego od nas wymagasz, Loralay. Nie bądź jebanym hipokrytą, bo głowa całej cholernej galaktyki powinna wiedzieć, co mówi, i pilnować swojego zdania. - Spojrzała mu prosto w oczy. - Nie zdziwiłabym się, gdyby Virian nie powiedziała ci tego o lekach dla Strażników. Naprawdę, wszyscy doskonale wiemy, jak doskonałym kłamcą potrafisz być.
    W jednym momencie wokół nadgarstków Oriona zawirowały granatowe runy, a na czubkach palców Letty wykształciły się pazury. Światło zaczęło gasnąć i zapalać się, jakby dwie potężne istoty o nie walczyły. Wyglądali tak, jakby chcieli rzucić się sobie do gardeł.
    Reira stanęła między nimi, powtarzając sobie, że może zachować spokój i utrzymać ich z daleka od siebie jednocześnie. O ile różnice zdań i dyskusje zdarzały się naprawdę często w ich kręgu, tak tym razem wydawało się jej, że ta rozmowa mogła zajść za daleko. Poza tym zniszczenie małego saloniku nie było czymś, co chciałaby zobaczyć.
    - Wystarczy - oznajmiła, spoglądając to na Maes, to na Loralaya. - Jak się zaraz nie uspokoicie, wyślę jedno na Kanarthę, a drugie na Trorę, do zamiatania podłóg. - Pociągnęła lekko za rąbki świata i zmusiła obu do opadnięcia na  wcześniejsze miejsca. - Nie będzie mordowania się ani słownie, ani fizycznie, na mojej warcie.
    Spojrzała wymownie na Oriona, gotowa do przejęcia na chwilę dowodzenia. Przygotowywała się na to od dawna i sam mężczyzna niedawno powiedział, że gdyby chciała kiedyś spróbować trochę się porządzić, nie powinna się krępować.
    - Pewnie jesteś zmęczony, powinieneś pójść się położyć. Właściwie wszyscy powinniśmy, jest już późno. To nie jest dobra pora na omawianie tak ważnych rzeczy. Zajmiemy się tym rano.
    Zairi czuła się, jakby matkowała wszystkim na tej planecie. Wieczór wcześniej również wymogła wcześniejsze pójście spać na Peterze i Stephenie. Dobrze, że tym razem nie sprawiali problemów i mogła skupić się na tych prawie że skaczących sobie do oczu ludziach.
    - Dobrze - odparł szorstko Orion, skinieniem ręki wypełniając sobie pustą szklankę sokiem z el'ialskich owoców. - Skoro tego sobie życzysz. Tyle że najpierw musimy porozmawiać. W cztery oczy.
    Letitia wyszczerzyła zęby. Choć światło wróciło już do normy, Zairi miała wrażenie, że i tak najchętniej rozszarpałaby gardło mężczyzny.
    - Mogę nie mieć żadnych oczu - odparowała Ziemianka. - Albo po prostu je zamknąć.
    Zairi skrzywiła się nieznacznie, posyłając jej proszące spojrzenie. Maes wyprostowała się lekko.
    - Możesz zajrzeć jeszcze do naszych gości - zasugerowała białowłosa dobitnie. Miała nadzieję, że kobieta była w stanie choć raz wziąć na wstrzymanie. - W sumie to wciąż nie wiedzą, co prawie rozbiło się o najwyższą wieżę. Wyrażam zgodę, żebyś ich uświadomiła.
    Ziemianka prychnęła cicho, ale podniosła się ze swojego miejsca.
    - W porządku - odparła, odwracając się. - Dobranoc.
    Orion odczekał, aż kobieta trzaśnie za sobą drzwiami, nim zdecydował się wstać. Reira podążała za nim wzrokiem, czekając, aż powie jej o tym, co go nurtowało. Minęła dłuższa chwila, a on nawet na nią nie spojrzał.
    - Coś się stało? - zapytała.
    Utrzymywanie nerwów na wodzy przy Loralayu było czymś niezwykle ciężkim dla Reiry. Mężczyzna należał do tych, którzy potrafili prześwietlić człowieka od środka i wręcz wymóc na nim prawdę i strach. Właśnie dlatego był doskonałym rewolucjonistą i mówcą, nim zginął. Jedną z jego wad było, niestety, przyzwyczajenie do zbyt szybkiej jazdy i lotu. I przeświadczenie, że jak uderzy statkiem o górę, to ustąpi góra, a nie dziób pojazdu.
    Mężczyzna wziął swoją pustką szklankę i podszedł do barku, by nalać sobie więcej likieru.
    - Virian wspomniała również o naszym celu - odpowiedział w końcu. - O Torre Temrah.
    Zairi poczuła nieprzyjemny dreszcz na samo wspomnienie wieży i sposób, w jaki Orion wypowiedział jej oficjalną nazwę.  Co takiego de Rousseau mogła wiedzieć o tamtym miejscu? Umknęło jej na chwilę, że Mollraylka właściwie uczestniczyła w pierwszej ekspedycji do wieży i to tam spętano boga, którego potem pchnięto w jej duszę. Można by wręcz powiedzieć, że Virian była starą księgą, z wiedzą z ostatnich dziesięciu tysiącleci.
    - Co mówiła? - zapytała Zairi.
    Uśmiech Oriona przypominał drapieżnego ptaka. O ile wcześniej nie czuła się zagrożona, kiedy atakował Letty, tak w tamtym momencie miała wrażenie, że ona miała stać się jego następną ofiarą.
    - Jej zdaniem gwiazdy nam sprzyjają - oznajmił gładko. - Powinniśmy wybrać się do Torre czym prędzej, nie zważając na to, co los rzuca nam pod nogi. - Wyjął z kieszeni spodni pogiętą karteczkę. - Podała mi również spis wywarów i zaklęć, które zapewnią nam spokój w drodze do Komnaty Światła.
    Reira wzięła od niego kartkę i przeczytała ją pobieżnie.
    - Zajmę się tym, kiedy wrócimy z Ziemi - odparła.
    Orion skinął niechętnie głową.
    - Od razu po tym, i ani dnia później - dopowiedział.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (02-07-2019 o 16h14)


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#30 22-12-2018 o 16h16

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 854

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Jestem, bo mi wydłubiesz oczy. Sama przecież też komentujesz po kilku dniach, więc luzik Ryż - obiecałam, że skomentuję, to komentuję.

Strange uchodzi tu chyba za jedynego rozsądnego. Taki tatuś całej tej chorej kosmicznej bandy xd
Nah, czy ty  starasz się pogłębić niechęć ogółu do Quilla? XD Co się tak rzuca ziomek? xd

HUHUHU Doktorek ma jakieś przeczucia odnośnie do Oriona? Mniam. Chcę konfrontacji tych dwóch ♥

Oooo Ziemia? Zapowiada się ciekawie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Btw BŁAGAM CIĘ zrezygnuj z centera, bo on okropnie zmniejsza interlinię i to się zwyczajnie trudno czyta.

Tak czy siak czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#31 25-12-2018 o 16h38

Straż Obsydianu
Souliette
Akolita Chochlików
Souliette
...
Wiadomości: 8 045


OK, już po lekturze.
Teraz zagrałabym w takie słodkie warcaby.
Co do 7. rozdziału, to mam jeszcze to:

Rissie napisał

Letty, bimbrem to się może zajmować twój mąż, a nie szanowany ex-chirurg, mistrz sztuk magicznych.(...)


Normalnie kwintesencja damskiej przyjaźni. ♥ Aż 'śmiechłam", jak to się niegdyś mówiło.

Nie ma mnie chwilę, a tu już grają w słodkie gierki, a Peter zamienia się w smerfa? Nieźle.

Pisz dalej, dziołcha!

Ostatnio zmieniony przez Souliette (25-12-2018 o 16h39)


Pochłonął mnie las.
Ig z poezją własną
Babeczka z Kruka


I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#32 26-12-2018 o 14h50

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 632

Dzień dobry!
Witam w ten piękny, (nie)śnieżny dzień. Przybywam z kolejną dawką moich postaci i absurdalnych historii.
Pućka, już bez centera, zadowolona? ^^ Miało nie być Oriona, ale kek, jakoś tak wyszło i...
Sól, tak długo Cię tu nie widziałam, że myślałam, że przestałaś mi to opko czytać. Nie znikaj na tak długo! <3

Jak zawsze zapraszam do czytania i komentowania!

Rozdział 9
nowa wersja
    Peter Quill często miewał koszmary. Prawie co noc leżąc w swoim pokoju na Milano wspominał życie, które miał na Ziemi. Przed oczami zawsze stawała mu wychudła i wykrzywiona w bólu twarz matki, ten uśmiech, którym próbowała obdarzyć go za każdym razem, gdy odwiedzał ją w szpitalu... Meredith była kiedyś cudowną kobietą, pełną miłości i ciepła dla wszystkich - rak zmienił wszystko, złamał większą część ich rodziny, również samego Petera.
    Najpotworniejszym koszmarem Quilla był powrót do swoich ostatnich chwil na Terrze, do widoku zamykających się po raz ostatni oczu jego matki i braku tego nieznośnego pikania, które towarzyszyło każdej jego wizycie w szpitalu. Był wtedy zwykłym, słabym dzieckiem, zmuszonym do patrzenia, jak najważniejsza osoba w jego życiu odchodzi z tego świata. Powrót do tego zawsze łamał mu serce, wyciskał łzy z oczu i pociągnął za sobą lawinę podobnie bolesnych wspomnień.
    Choć często śnił o mamie, miał wystarczająco dużo czasu, by pogodzić się z jej odejściem i zacząć żyć na własną rękę po drugiej stronie galaktyki. Miał teraz drugą rodzinę, która przypominała czasem cyrk na kółkach z płonącymi obręczami i wybuchającymi planetami, to fakt, jednak Peter był pewien, że nie zamieniłby jej na nic innego. Do niedawna jedyną śmiercią w jego najbliższym otoczeniu, i jednocześnie tą, z którą nie mógł się pogodzić, było odejście Yondu Udonty. Ten nadopiekuńczy Smerf poświęcił się, żeby on mógł żyć.
    Ostatnie godziny życia Quilla i walka na Tytanie sprawiły, że zaczął kwestionować decyzję Yondu - powinien był pozwolić mu umrzeć, zwłaszcza że on z tą swoją strzałą na gwizdanie na pewno rozwaliłby Thanosa bez mrugnięcia okiem. I do tego Gamora... Gdyby Peter zginął, jego ukochana dołączyłaby do niego jakiś czas później. W chwili, gdy jej ojciec pstrykał palcami, kobieta leżała martwa na Vormirze, a on mógł jedynie czekać, aż i jego ciało rozpadnie się w proch, tak, jak Drax.
    Czymkolwiek było to miejsce, w którym się znalazł, zdecydowanie przypominało mu biblijny czyściec. Jego ciało, dusza - po prostu jest byt - unosił się samotnie w ciemnej przestrzeni, przypominającej kosmos. Co jakiś czas nawiedzały go okropne wizje - widział matkę, Udontę... Gamorę. Przyglądał się im albo swoimi oczami, albo czyimiś innymi. Czasem wcielał się w swojego wujka, brata Meredith, który stał koło jego krzesła, gdy kobieta odchodziła. Patrzył czasem i na Yondu, i na siebie, z pokładu Milano, kiedy ciało mężczyzny zamarzało w próżni kosmicznej. Gamorę natomiast... Gamorę widział oczami Thanosa. Jej okrutny przybrany ojciec spoglądał na nią ze szczytu góry, z której zrzucił ją w wąwóz. Nienaturalnie wykrzywione kończyny, rozwiane włosy i ból wypisany na twarzy sprawiały, że Peter płakał. A przynajmniej czuł, że płacze.
    Oglądanie śmierci bliskich było dla niego najgorszym możliwym ciosem, czymś, co sprawiało, że czuł się jak najgorszy śmieć - w końcu w dwóch z trzech przypadków właśnie on do tego dopuścił. Gdyby pomoc dla Yondu nadeszła szybciej, wciąż by żył. Gdyby nie pozwolił Thanosowi zabrać Gamory ze sobą, nie dostałby Kamienia Duszy, a jego ukochana wciąż by żyła.
    Peter już dawno temu przestał wierzyć w Boga, głównie przez te wszystkie cuda, które miał okazję zobaczył w kosmosie. Mimo to czuł, że to, do czego był zmuszany, było pewnego rodzaju karą i czymś, co miało zapewnić mu odkupienie win. Może, kto wie, za jakiś czas, gdy odbędzie swoją pokutę, zazna spokoju?
    Mężczyzna nie wiedział, ile czasu minęło, od kiedy znalazł się w tym dziwnym miejscu. Czuł jednak coraz większe zmęczenie i ból. Czy było możliwe, że nie mając ciała, zdarł sobie gardło od krzyku? Paliło go ono niemiłosiernie, sprawiając, że każda kolejna wizja, a wraz z nią bolesny ryk, sprawiały mu i mentalny, i fizyczny ból. Zabijało go to; sprawiało, że tracił chęci do życia, nadzieję na lepsze jutro. Ciemność otaczała Petera ze wszystkich stron, pokazując, jak bardzo bezsilny jest. Klęczał w niej, osamotniony, zziębnięty i przerażony, a wizje zdawały się nie kończyć.
    Nagle, zamiast twarzy matki, zobaczył jakiś blask. Znajdował się daleko, jednak sam widok czegoś, co nie było czernią, sprawiło, że w rozdartym sercu Quilla pojawiła się iskierka nadziei. Światło powiększało się za każdym razem, gdy mrugał, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje.
    Choć ciało mężczyzny było słabe i drżało, dźwignął się na nogi, podpierając się rękoma o coś, na czym stał. Nowa nadzieja dodała mu sił i sprawiła, że chciał - po prostu chciał - dotrzeć do tego punktu. Kiedy światełko zbliżyło się na tyle, by mógł poczuć bijący od niego żar, Peter zamknął oczy i ponownie upadł na kolana. Tym razem jednak nie z bezsilności, a przez wszechogarniające go ciepło i radość. Czuł spokój i bezpieczeństwo, wszystkie jego koszmary wydawały się w tamtym momencie jedynie koszmarem, który nigdy nie powinien się wydarzyć.
    W chwili, gdy Quill po raz ostatni zamknął oczy, pewien swojego bezpieczeństwa, otaczający go mrok przestał istnieć. Zniknęło również ciepło i blask. Przestał czuć, oddychać, śnić. Jego ciało ponownie rozwiało się w proch, a w sercu zapanowała błoga cisza.

    Niebieski płyn zniknął ze strzykawki, barwiąc nieco skórę w najbliższym okręgu ukłucia na blado błękitno. Doktor Strange wyciągnął powoli igłę ze zgięcia w ramieniu Petera Quilla i odłożył ją delikatnie na stolik obok. Jedynym dźwiękiem, rozlegającym się w pomieszczeniu, był brzdęk pozostałych narzędzi, którymi mężczyzna sprawnie operował między dwoma łóżkami.
    Reira stała w drzwiach, prowadzących na korytarz, opierając się o ich framugę. Wodziła wzrokiem za Doktorem, gdy ten zbliżył się z wypełnioną strzykawką do Draxa. Peter Parker zajmował jedno z miejsc przy stoliku na tarasie, przyglądając się w ciszy Wielkiej Puszczy. Drugie siedzisko zajmowała Letty, i ona z kolei przysunęła je bliżej przezroczystych drzwi, by móc zerkać co chwilę na zabieg. Kobieta wyglądała, jakby obudzono ją chwilę temu - miała rozwichrzone, splątane w nieco nieudany kok włosy i narzucony pierwszy lepszy, piaskowy kombinezon. Siedziała po turecku, trzymając między nogami talerz z kanapkami z ciemnego chleba z sałatą i serem.
    Orion zdecydował się zostać w wieży i odpocząć po swojej wczorajszej wyprawie. Zresztą to, po co się zgromadzili, nie było niczym niesamowitym. Podczas kolejnej bezsennej nocy Reira wymyśliła, w jaki sposób mogą choć spróbować obudzić Strażników i jednocześnie nie wystawić ich organizmów na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Loralay zakazał tworzenia innego antidotum, ale nie zabronił im na drobne zagęszczenie wcześniejszego płynu i podanie go bezpośrednio i szybko do żył. Jej zdaniem niczym nie ryzykowali - cała trójka i tak miała się wkrótce obudzić, a nawet jeśli ten pomysł nie wypali, nie odbije się szczególnie na ich zdrowiu. A przynajmniej miała taką nadzieję.
    Świt zastał ich pogrążonych we śnie - nawet Reirę, która, jak wieczór wcześniej, nie mogła zasnąć - wymęczonych intensywnym dniem. Stephen i Peter wyglądali na nieco bardziej wypoczętych, niż poprzedniego dnia, choć i oni poruszali się dość ospale. Zairi była niemalże pewna, że ponownie spędzili pół nocy na rozmawianiu o otaczającym ich świecie i tym, co mieli za sobą. I prawdopodobnie ten spokój przerwał statek kosmiczny, o mało co nie rozbijając się o wieżę.
    Doktor uniósł drugą strzykawkę ku światłu lampy i postukał w nią delikatnie. Niebieski płyn, do tej pory nieruchomy i ciemny, rozniósł się bardziej wnętrzu przedmiotu, barwiąc szkło na delikatny błękit. Letty przyglądała się uważnie mężczyźnie, skubiąc kawałek po kawałku swoją kanapkę. Wcześniej to ona upewniła Reirę w przekonaniu, że ta próba jest czymś dobrym. Nie dość, że mogły utrzeć nos Orionowi, to przyczyniłoby się to też do budzenia pozostałych ludzi, między innymi tych na Ziemi. Choć może tamtych lepiej było pozostawić samych sobie, przynajmniej do chwili, gdy będą mogli zapewnić im schronienie?
    - W naszej bazie w Tellun możemy pomieścić maksymalnie dwadzieścia osób - powiedziała wieczorem Letitia, kiedy spotkały się po tym, jak wysłała hologram Cainowi. - Najwyżej czterdzieści, jeżeli upchniemy po dwie osoby do pokoju. I i tak będziemy musieli rozbroić systemy alarmowe i zamknąć niektóre drzwi na dodatkowe kody. Wyobrażasz sobie, co by się stało, gdyby jakiś wariat dostał się do zbrojowni?
    Reira pokiwała wtedy głową.
    - Nie pozwolimy na to. Ja na to nie pozwolę. Znajdziemy sposób, żeby się nimi zająć, jak polecimy na Ziemię. - Po zapewnieniu białowłosej rozeszły się do swoich pokoi, świadome ciążącej na nich odpowiedzialności.
    Gdy Doktor nakłuwał ramię Draxa, myśli Zairi krążyły przy planie budowy miast. Terra nie była ani złym, ani dobrym miejscem na tworzenie wielkich aglomeracji. Wszystko zależało od wybranego terenu, położenia geograficznego i, rzecz jasna, budulca. W ciągu nocy w głowie kobiety pojawiło się wiele niesamowitych pomysłów na budynki, ale gdy obudziła się rano, pamiętała tylko o jednym - o miastach na wodzie. Gdyby zlecili Leoricowi Vitrahenowi zajęcie się utrzymaniem całej konstrukcji na powierzchni, nie musieliby martwić się ani obciążeniem, ani ukształtowaniem terenu. Na Terrze było tyle oceanów, że bez problemu mogli stworzyć tyle metropolii, że daliby radę pomieścić i jej populację, i również jakiejś innej planety. Tylko że nie mieli na to wystarczająco dużo czasu.
    Strange odsunął się od Draxa po wykonanej pracy i zbliżył się do trzeciego łóżka, do Mantis. Reira miała pewne opory przed testowaniem receptury na delikatnym ciele dziewczyny, ale wszyscy zgodnie uznali, że nie jest to tak ryzykowne, jak podawanie innego specyfiku, i nic nie powinno się jej stać. Zamierzał nakłuć jej ramię, gdy nagle wydarzyło się coś, czego żadne z nich się nie spodziewało.
    Peter Quill zerwał się ze swojego łóżka jak poparzony i rozejrzał się dookoła. W jego oczach tańczyło coś dziwnego, podobnego do iskier, co zaintrygowało Reirę. Kobieta odbiła się od framugi, by podejść do mężczyzny. Strange również się do niego zbliżył, zostawiając śpiącą Mantis. Letty i Peter przysunęli swoje fotele do drzwi, by mieć lepszy widok. Chłopak wyglądał tak, jakby chciał podbiec do starszego kolegi i się z nim przywitać, jednak powstrzymało go stanowcze spojrzenie Maes.
    - Jak się czujesz? - zapytał Doktor, dotykając lekko ramienia Quilla. - Możesz normalnie się ruszać? Usiądź, proszę...
    Star-Lord odtrącił szybko rękę Stephena, rzucając mu przy tym niechętne spojrzenie. Wyraźnie czuł się nieswojo w nowym, nieznanym pomieszczeniu, otoczony czterema osobami, z których dwóch nigdy nie widział na oczy.
    - Poradzę sobie - warknął nieprzyjemnie, jakby mężczyzna przed chwilą go obraził. - Nie jestem dzieckiem, przecież... - Zachwiał się lekko, co zmusiło go do oparcia się o stelaż łóżka. - Radzę sobie, widzisz?
    Doktor westchnął przeciągle, jakby przypominał sobie czasy, gdy pracował w szpitalu i miał kontakt z ludźmi, którzy podchodzą podobnie do swojego zdrowia. Jak gdyby Peter był zwykłym, wiercącym się urwisem, posadził go delikatnie na materacu i kucnął przy nim, dokładnie przyglądając się jego twarzy.
    - Reiro, czy mogę cię prosić, żebyś przyniosła szklankę schłodzonej wody?  - spytał kobiety, nie odwracając wzroku od pacjenta. Zairi natychmiast zniknęła za drzwiami. Strange zwrócił się do Quilla, unosząc jedną rękę: - Ile widzisz palców?
    - Pięć - odparł bez zastanowienia Peter. - Chłopie, po prostu wystawiłeś dłoń. I o co...
    - I nie odpowiedziałeś mi, jak się czujesz?
    - O co ci chodzi, człowieku? - Star-Lord zmarszczył brwi, przyglądając się Doktorowi bez zrozumienia. - Nic mi nie jest, nie potrzebuję wody. I nie potrzebuję też żadnych badań, Jezu. W ogóle nie klękaj przy mnie, nie czuję się z tym komfortowo. I daj mi wstać, nie jestem małym dzieckiem, umiem chodzić. Chodzić sam.
    - Twój organizm może być w złej kondycji, nie wiemy, czy funkcjonuje poprawnie - upierał się Doktor. Nie podniósł się, ignorując komentarz Quilla. - Muszę cię zbadać na czczo, po jedzeniu też. A ty musisz współpracować, bo chodzi teraz o twoje dobro. Rozumiesz mnie?
    Peter burknął coś pod nosem, ale pozwolił, by Strange zmierzył jego temperaturę i postukał młoteczkiem neurologicznym w oba kolana. Współpracował również przy badaniu wzroku, nie dąsając się jak małe dziecko. W międzyczasie opowiedział również o tym, jak się czuje, i wysłuchał kilku informacji od Letty, gdy zbliżyli się do jego łóżka razem z Parkerem.
    - No dobra - skomentował Quill - cała ta akcja brzmi w miarę logicznie i jestem w stanie we wszystko uwierzyć, ale najważniejsze: jak teraz wrócimy do domu? I gdzie jest Gamora?
    Maes i Strange wymienili porozumiewawcze spojrzenia, kiedy Doktor rozpakowywał igłę, by pobrać krew pacjenta. Parker usiadł koło Quilla na łóżku i poklepał go po plecach, nie wiedząc, na jaką wylewność może sobie pozwolić.
    - Jeszcze tego nie wiemy - odpowiedziała kobieta. - To znaczy nie wiemy jak i kiedy wrócicie do domu, ale wrócicie. Na pewno. - Zmarszczyła no. - Kim jest Gamora?
    Quill mruknął coś niezrozumiałego pod nosem i pokręcił głową, wyraźnie niezadowolony z niewiedzy Letty. Podniósł na nią wzrok i już miał zamiar rozpocząć długi wywód o tym, kim była jego dziewczyna, gdy zobaczył igłę w dłoniach Doktora.
    - Ty chyba nie zamierzasz mi tego wbijać, co? - zapytał mężczyzna, blednąc. Odsunął się gwałtownie od niego i siedzącego obok Petera.
    - Muszę zbadać skład twojej krwi - odpowiedział spokojnie Strange, odkładając igłę na stół i biorąc pas zaciskowy. - Poza tym ukłułem cię chwilę temu, żeby podać ci leki. Naprawdę nic ci się nie stanie, to tylko...
    - Nie dam się ukłuć! - krzyknął Quill, cofając się w popłochu. Jego dłoń natrafiła na młoteczek, leżący na łóżku. Podniósł go i wycelował nim w Doktora. - Spróbuj coś zrobić, a oberwiesz! Lepiej daj mi w końcu wodę, albo nie wiem, wszystko, tylko nie kłucie!
    Stephen uniósł oczy ku niebu, wyraźnie tracąc cierpliwość. Przekazał Letty pas zaciskowy i wziął igłę.
    - Nic ci nie będzie - powiedział powoli. - To tylko mała dziurka, musimy sprawdzić, czy twoja krew...
    Młoteczek poszybował w kierunku mężczyzny, prosto w jego klatkę piersiową. Ten jednak zdołał się uchylić, padając na ziemię, i jednocześnie odsłaniając Reirę, która zdążyła wejść do pomieszczenia. Ta, gdy zobaczyła lecący przedmiot, stanęła jak wryta. Czas jakby się zatrzymał, a przynajmniej na to wyglądało - sprzęt zawisł w powietrzu kilkadziesiąt centymetrów przed szklanką, wypełnioną po brzegi wodą. Zairi zerknęła na niego, a potem na zebranych i wciąż wyciągniętą w jej kierunku rękę Quilla. Na ten widok uniosła wyzywająco brew.
    - Dobrze się bawicie? - zapytała przekornie, podchodząc bliżej. Kiedy minęła młotek, ten upadł z głośnym hukiem  na posadzkę. Nie przejmując się tym, kobieta podała Star-Lordowi wodę i stanęła koło Letty. Ta z kolei próbowała powstrzymać pojawiający się na ustach uśmiech. - Proszę, kontynuujcie.
    Doktor skinął Zairi głową i dał Maes znak, by zacisnęła opaskę na ramieniu Quilla. Ziemianka zbliżyła się, by wykonać jego polecenie, jednak pacjent odsunął się od nich ze strachem wypisanym na twarzy. Wciąż trzymał szklankę w dłoniach, ale nie wziął z niej nawet jednego łyka.
    - Zaraz to wylejesz. - Letty westchnęła ciężko i wyrwała mężczyźnie przedmiot, niefortunnie przechylając go tak, że na jego koszuli wylądowało kilka kropelek. Odstawiła go prędko na stolik nocny. - Rei, przytrzymaj mi jego ramię.
    Reira spojrzała na przyjaciółkę spod byka, ale usiadła koło Quilla i chwyciła mocno jego rękę, kiedy Maes nakładała pas.
    - Ej, ale ja się nie wyrażałem zgody na kontakt fizyczny! - zaprotestował Star-Lord, wyraźnie speszony dwoma kobietami i ich zachowaniem. - Jezu, dziewczyno, jaki ty masz uścisk! Poluzujesz chociaż trochę... proszę?
    Reira wywróciła oczami i złapała jego ramię nieco wyżej i delikatniej.
    - Słuchaj, Peter... Znaczy ty, Quill. Chyba Quill, co nie? No nieważne, drugi Peter i tyle. Jak będziesz grzeczny, dostaniesz dodatkową porcję ciasta - oznajmiła wesoło Letty, zaciskając opaskę nad jego łokciem. - Nie wierć się, nie chcemy przecież nakłuwać kilka razy...
    - To nie pomaga - skomentował pierwszy Peter, przyglądając się twarzy kolegi. - Strasznie zbladł, to chyba nie jest dobrze.
    - Może krew popłynęła do ramienia, kto wie - skomentowała Maes i poklepała pacjenta po barku. - Okej, póki co nieźle się trzymasz. Doktorze, możemy prosić?
    Strange przyglądał się tej scence z kamienną miną i dopiero gdy go wywołano, przypomniał sobie o swoim zadaniu. Przygotował strzykawkę i zbliżył się do pacjenta, który nie wyglądał na najspokojniejszego. Przebierał nogami i skakał wzrokiem po całym pomieszczeniu. Wyglądało to tak, jakby spodziewał się ataku albo tortur.
    - Tylko nie zrób mi krzywdy - poprosił słabym głosem.
    Doktor skinął głową i nie odpowiedział, zamiast tego przetarł zgięcie w ramieniu mężczyzny i wkłuł w nie igłę. Weszła gładko, i choć na twarzy Quilla malowało się prawdziwe przerażenie i ból, nawet nie drgnął. Nie minęła minuta, a było po zabiegu.
    - Dobra robota - oznajmił Stephen. - Świetnie się spisałeś.
    Letty zdjęła z jego ręki pas, a Reira wstała i stanęła koło niej.
    - Nie mogłem się ruszyć - wymamrotał Star-Lord, patrząc na swoje dłonie. - Ja naprawdę... nie byłem w stanie.
    Peter Parker wzruszył ramionami, wyraźnie spokojniejszy, niż chwilę wcześniej.
    - To tylko strach - wytłumaczył. - Po prostu jakby cię sparaliżowało.
    Quill pokręcił prędko głową.
    - Nie, coś mnie unieruchomiło i nie byłem w stanie poruszyć nawet małym palcem. To było... dziwne.
    Maes uniosła nieco brwi, wyraźnie zaintrygowana, ale nic na ten temat nie powiedziała.
    - Zasłużyłeś na ciasto - odezwała się nagle Zairi. - W sumie wszyscy zasłużyliście. Pójdziemy po jakieś dobre do kuchni, będziemy za chwilkę.
    Odwróciły się natychmiast w kierunku drzwi i zniknęły za nimi szybciej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać.
    - Nie zapomnijcie o śniadaniu dla Petera! - zawołał za nimi Doktor, biorąc wcześniej odłożoną strzykawkę dla Mantis.
    Kiedy znalazły się na zewnątrz, Letitia rzuciła przyjaciółce oskarżycielskie spojrzenie. Reira spojrzała na nią spod byka i zapytała:
    - O co ci chodzi?
    - O to, że go unieruchomiłaś - odpowiedziała bez ogródek Maes. - Nie wiem, jak to zrobiłaś, ale wiem, że to byłaś ty.
    Zairi wzruszyła ramionami i przyspieszyła nieco kroku.
    - Widziałaś, w jakim był stanie - zaczęła białowłosa - Nie dalibyśmy rady pobrać jego krwi bez interwencji magii. Albo zacząłby się rzucać tak, że zrobiłby komuś krzywdę, albo przy nakłuwaniu zrobiłby coś samemu sobie. - Pokręciła z niedowierzaniem głową. - Znasz mnie, Letty. Wiesz, że nie chcę dla nich niczego złego. Chciałam tylko pomóc.
    Maes westchnęła i objęła ją opiekuńczo ramieniem. Zbliżały się powoli do wieżowca, lśniącego w świetle dnia. Z jednego z lądowisk wystawały srebrne skrzydła statku Ziemianki, a z drugiego - gotowy do lotu, gigantyczny pojazd. Kobiety spojrzały najpierw na niego, a następnie na zmierzającą ku nim postać.
    - Co się... - Reira była co najmniej zdziwiona widokiem Oriona w pełnym kombinezonie bojowym, gdy znalazł się dwa metry od nich.
    Mężczyzna spoglądał na nie surowo, jakby był zły. Zairi przemknęło przez myśl, że mogło chodzić o lek, jednak musiało być to coś związanego ze statkiem - nie wyprowadzałby go z hangaru bez powodu.
    - Dotarły nowe wieści z Ziemi  - oznajmił im Loralay. Zawiesił wzrok na Letitii, jakby była odpowiedzialna za powód jego złości. - Wylatujemy za godzinę.

    Drax obudził się pół godziny po Quillu, jednak zachowywał się zupełnie inaczej, niż jego poprzednik. Ruchy mężczyzny były spowolnione, a ciało ociężałe. Do tego Peterowi wydawało się, że to, co ten widział w swoich snach, dobiło go bardziej, niż Star-Lorda. Co prawda znał ich ledwie dobę, ale już w tym czasie zdążył ich polubić i przywyknąć do tego, że w innych częściach galaktyki istoty zachowują się zupełnie inaczej.
    Kosmita - Peter zastanawiał się nad rasą mężczyzny i nie był w stanie dość do tego, skąd pochodzi, mimo że przeczytał więcej książek o kosmosie, niż powinien - zachowywał się podobnie, jak przed walką z Thanosem - był niezwykle spokojny i pogodny, nie rozumiał też żartów, które on próbował opowiadać, by rozluźnić atmosferę. Podczas badań nie wykazywał chęci rzucenia młotkiem w Doktora, tak jak jego poprzednik.
    Quill z kolei siedział na swoim łóżku i poruszał palcami lewej dłoni, spoglądając to na nią, to na opatrunek, który nałożył mu Parker.
    - Nie robiono mi zastrzyków od kiedy opuściłem Ziemię w osiemdziesiątym ósmym - powiedział wcześniej, wzdrygając się. - Nie róbcie tego więcej.
    Całe szczęście przebudzenie Draxa przekonało Star-Lorda, że powinien zapomnieć o pobieraniu krwi i skupić się na czymś innym. Zajął się opowiadaniem przyjacielowi tego, co po wyjściu Letitii i Reiry powiedział mu Strange. Sam Doktor, jak i Peter, dodawali co jakiś czas informacje, które mężczyzna pominął, albo o których najzwyczajniej w świecie nie wiedział.
    Niedługo po tym, jak wyszły kobiety, na komodzie i stoliku na tarasie pojawiły się tace z różnego rodzaju jedzeniem. Nikt ich nie przyniósł, ani nie przyleciały same - po prostu się tam pojawiły, a talerz z niedojedzoną kanapką Letty zniknął. Peterowi nie było ciężko przyjąć do wiadomości, że istnieje świat, który ma w sobie tyle samo, albo nawet więcej, nadnaturalnych istot i magii, niż ten ich. Co prawda póki co widział jedynie jak Letty zmieniała się w zwierzę, i ten dziwny, zatrzymujący się w powietrzu młotek, jednak... U nich nikt się tak nie obnosił z czarami - sam fakt, że tu takich rzeczy nie zatajano, był dla niego czymś absolutnie nowym.
    Po zbadaniu Draxa Doktor sprawdził stan wciąż śpiącej Mantis. Parker widział, że starał się ukryć zaniepokojenie tym, że dwóch jej towarzyszy już otworzyło oczy, a ona nie. Niszczyciel i Star-Lord również zainteresowali się swoją nieprzytomną przyjaciółką. Widać, że byli gotowi skoczyć za nią w ogień, nawet jeśli nie chcieli dać tego po sobie poznać.
    - Obudzi się - zapewnił ich Strange. - Jak nie teraz, to później... To na pewno nastąpi.
    Ze względu na tężejącą od niepewności atmosferę, mężczyźni zdecydowali się przenieść na taras. Przy stoliku znajdowały się tylko dwa fotele, więc Doktor i Drax byli zmuszeni przynieść sobie składane krzesła z wnętrza infirmerii. Rozsiedli się wygodnie, podziwiając  Wielką Puszczę i jedząc.
    - Ci nasi zacni gospodarze - zaczął nagle Niszczyciel, biorąc do ust kawałek jajecznicy - to kimże oni właściwie są?
    Sposób, w jaki Drax się wypowiadał, przypominał Peterowi nieco dialekt szekspirowski, styl wypowiedzi takich postaci jak Romeo czy Merkucjo. Jeżeli kiedyś uda im się wrócić do normalnego świata i raz a dobrze pokonać Thanosa, powinien spróbować napisać książkę o Strażnikach Galaktyki. Albo chociaż komiks.
    Stephen odchylił się na swoim krześle, przyglądając się Puszczy nieobecnym wzrokiem i ściskając kubek. Póki co nie tknął żadnej z potraw i raczył się tylko ciepłym napojem. Nieco zdziwiło to Petera, zwłaszcza że większość lekarzy zaznacza, jak bardzo jadanie śniadań jest ważne. Może po prostu był wyjątkiem od reguły?Jego myśli zdawały się uciekać gdzieś daleko, jednak odezwał się całkiem szybko:
    - Nasi gospodarze to osoby, które dostały się do Novis przed nami. Bardzo, bardzo długo przed nami. Na ten planecie, poza nami, jest ich teraz trójka. Peter poznał już Reirę i Letitię, jednak ty nie, drogi przyjacielu. Kiedy je zobaczysz, nie próbuj udawać kogoś, kim nie jesteś. One... oni, tak właściwie, są zdecydowanie bardziej czuli na kłamstwa, niż zwykli ludzie.
    - Ale ja nie jestem człowiekiem - zauważyć Drax, nabierając sobie więcej jedzenia. - Jedynym człowiekiem, z którym mam kontakt, i który nie jest aż tak irytujący, żeby go zabić, jest Quill.
    Peter nie wiedział, czy on albo Stephen powinni poczuć się tym urażeni.
    - Dzięki, chłopie. - Star-Lord westchnął. - Toś mnie pocieszył.
    - Ależ nie ma za co.
    Drax skupił się ponownie na posiłku i Strange'u, więc ten kontynuował:
    - Letty jeszcze nie mieliśmy okazji dobrze poznać, jednak wydaje się być odpowiedzialną i dobrą osobą. Ale uważajcie, jeśli nie chcecie oberwać. Ta kobieta mówi, co myśli, i robi, zanim pomyśli. Reira z kolei... też jest, oczywiście, dobrą osobą. Jest bardzo porządna i na pewno jeśli o coś ją poprosicie, to wam pomoże. Poza tym mam wrażenie, że nie spotkamy w tym świecie osoby życzliwszej tym, których zabił Thanos, niż ona.
    Peter grzebał widelcem w swojej jajecznicy, sam zastanawiając się nad słowami Doktora. Co prawda spotkał Reirę i Letty tylko kilka razy, ale miał o nich podobne zdanie, co starszy mężczyzna. Chociaż wcześniej nie był do końca pewien, czy białowłosa jest im życzliwa.
    - A ta trzecia osoba? Bo powiedziałeś, że są trzy - dociekał Quill.
    Nagle znad strony Puszczy zawiał chłodniejszy wiaterek, sprawiając, że na odsłoniętych ramionach Petera pojawiła się gęsia skórka. Wziął większy łyk ciepłej herbaty, żeby ogrzać się od środka.
    - Nazywa się Orion. - Doktor zdawał się wahać chwilę, jakby nie był pewien, co może powiedzieć, a co powinien zostawić dla siebie. - Właściwie to on zawiaduje wszystkim, co się tu dzieje. Jest bardzo spokojny, to dobry strateg. Przez większość czasu trzyma się od nas z daleka... więc lepiej też nie wchodźcie mu w drogę.
    Parker przeanalizował te słowa i doszedł do wniosku, że faktycznie widział Oriona tylko raz, i ten niezbyt przychylnie się do niego odnosił. Jednak chłopak był pewien, że szef szanował i respektował Doktora. Z wzajemnością, można by powiedzieć.
    - Ach. - Drax sięgnął po miskę wypełnioną czymś, co wyglądało i pachniało jak potrawka z królika. - Rozumiem.
    Strange spędził na tej planecie znacznie więcej czasu i był w stanie bliżej ich poznać. O ludziach, zamieszkujących tę planetę, wiedział znacznie więcej, niż oni, i zapewne zdawał sobie sprawę z zasad, które tu panowały. Być może nawet zmierzył się z czymś, czego oni nie miał szansy zauważyć. To jednocześnie przerażało Petera i budziło jego ciekawość.
    - A czy oni są ludźmi? - zainteresował się Quill. - Bo w sumie ta ciemnoskóra nie wyglądała jakoś nieludzko.
    - Letitia jest z Ziemi, tak - potwierdził Doktor. - Orion i Reira należą do innych ras. Reira, pamiętam, że jest Tytanidą, ale z bardzo starego odłamu, który prawie nie różni się wyglądem zewnętrznym od człowieka. Ach, no i jest albinoską. Wiem, że w jej czasach to nie było coś częstego.
    Po tym, co Maes opowiedziała Peterowi o białowłosej, ten wciąż zastanawiał się, ile ona mogła mieć lat? Była starsza od Letty, która pochodziła ze starożytnego Egiptu, ale o ile? Jak mierzyli czas w tym świecie, skoro Letitia miała około czterech tysięcy lat, a wyglądała na dwadzieścia kilka? Poza tym Thanos również był Tytanem, ale wyglądał zupełnie inaczej. Co wpłynęło na różnice między nimi? Chłopak chciał zadać te pytania Doktorowi, jednak czuł, że powinien poczekać, aż zostaną sami.
    - A od wewnątrz? - zapytał pół żartem, pół serio Quill. - Może jest jak Flerken i ukrywa się w jej środku jakiś mackowy potwór?
    Stephen zmarszczył brwi, a kubek, z którego chciał się napić, zawisnął w powietrzu, kilka centymetrów od jego buzi.
    - Nie - odpowiedział surowym głosem. - Jest po prostu bardziej wytrzymała od ludzi. Tak, zdecydowanie. - Wziął łyk herbaty. - Muszę przyznać, że nie pamiętam rasy Oriona. To znaczy jest kilka, które przychodzą mi na myśl, ale nie chcę wprowadzać was w błąd. Jak mi się przypomni, to wam powiem.
    Quill i Drax skinęli głowami i zajęli się posiłkiem. Siedzieli chwilę w ciszy, przysłuchując się szumowi wiatru i falom, uderzającym o brzeg. Krajobraz był naprawdę sielankowy, podobnie i panująca między nimi atmosfera. Śpiąca kilkanaście metrów dalej Mantis nie zaprzątała umysłów swoich przyjaciół.
    - Jak jest w kosmosie? - zapytał niespodziewanie Peter, zaskakując jednocześnie swoich rozmówców i samego siebie. - W sensie, już tam byłem i widziałem parę rzeczy, ale jak to tam działa? Czym różnią się inne planety od Ziemi?
    Quill spojrzał na niego ze zrozumieniem, jakby przypomniał sobie, jaki był, gdy Yondu go zabrał.
    - Ogólnie na wielu różnych planetach dzieje się inaczej - zaczął. - Latałem na takie podobne do Terry, ale i na jałowe, gdzie trzeba było mieć specjalny sprzęt, by móc oddychać. Wszystko zależy od oddalenia od Słońca, albo Słońc, od grawitacji...
    Peter chciał go słuchać, jednak głośne trzaśnięcie drzwi przerwało wypowiedź Star-Lorda. Cała czwórka wychyliła się w stronę drzwi, by zobaczyć, kto się zjawił.
    Białe włosy Reiry wyglądały, jakby wpadła do infirmerii prosto ze środka huraganu. Była ubrana w ciężki, reprezentacyjny, czarny strój z białymi, wygrawerowanymi znakami i ciężki płaszcz. Przy pasie trzymała kilka noży i miecz. Oparła się o drzwi tarasowe, dysząc ciężko.
    Na jej widok Doktor i Peter wstali ze swoich miejsc. Quill siedział spokojnie, a Drax zacisnął mocniej palce na nożu do masła.
    Białowłosa zignorowała jednak niepewne spojrzenie, jakie rzucił jej Niszczyciel, i powiedziała:
    - Lecimy na Ziemię.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (14-07-2019 o 20h21)


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#33 26-12-2018 o 18h28

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 854

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Znowu mnie poganiasz, a jak ja coś wstawię, to zajrzysz tu po tygodniu. Ale ok, jestem już, jestem.

Cain - fajne imię :vvvv

WAIT A SECOND CZY TO BUCKY?! Metalowa ręka, agresywny ziomek... wat?
O rany tak, to Bucky o.o

WALCZYLI Z FIOLETOWYM GOŚCIEM CO MIAŁ RĘKAWICĘ XDDDDDDDD dobre określenie

Oooorion ♥ Fajny z niego gość. Wszyscy podejrzewają, że jest tym złym, a to takie miłe, wesołe stworzenie. Co to nie wie, czym jest kino ♥ I jestem ciekawa, co tam jeszcze się na tej ziemi odjaniepawla. Bo coś musi.

No nic, czekam na resztę i pozdrawiam ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#34 27-12-2018 o 17h30

Straż Obsydianu
Souliette
Akolita Chochlików
Souliette
...
Wiadomości: 8 045


Przybywam, by znowu skomentować. No to jedziemy:

Rissie napisał

Jako nieprawdopodobnie wspaniałomyślny władca tych ziem postanowił przywłaszczyć sobie ich dobra materialne - zegarki, biżuterię, gumy do żucia. (..)


Wspaniałomyślny, doprawdy. Król Słońce 2.0 /static/img/forum/smilies/wink.png

Rissie napisał

(...)Nie metalową, przeszło mu przez myśl. Nad metalem nie da się tak panować. To jakaś nowa, cholerna technologia. Na bogów, niech ludzie przestaną wymyślać nowe rzeczy! Najpierw maszyny do opiekania kromek chleba, a teraz to?!(...)


Ciekawe, co by zrobił, gdyby gość miał Nokię w kieszeni. /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Rissie napisał


- Bucky. Nazywam się Bucky.


Trochę jak Bond. James Bond.

Rissie napisał

(..)systemy alarmowe, które mogłyby was przypadkiem... zabić.


Ojej, kto je montował? Voldemort?

Ogólnie, to ładnie, ale gdyby nie humorystyczne wstawki, to ciągnęłoby się to jak jeden z moich starych wierszy.

Pozdrawiam ciepło!


Pochłonął mnie las.
Ig z poezją własną
Babeczka z Kruka


I don't know anything with certainty, but seeing the stars makes me dream

https://i.pinimg.com/originals/f0/05/05/f005051396bda1ec84e80860d2fabb18.jpghttps://78.media.tumblr.com/60a4363909adfbe180350b2d335aacee/tumblr_owotnvA6FF1wpamsqo1_500.gif

Offline

#35 22-01-2019 o 17h55

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 632

Ja wcale nie zapomniałam o tym wątku, no skąd. I wcale nie piszę już 3 rozdziałów w przód.

Zapraszam do czytania!

Rozdział 10
nowe
    Cain Maes spędził trzy tygodnie na zbieraniu ludzkich ciał. Nie brzmiało to ani dobrze, ani nie kojarzyło się z niczym przyjemnym, ale taki był jego obowiązek. Zabierał je w zacienione, bezpieczne miejsca, gdzie nie mogły dotknąć ich promienie słoneczne albo agresywne zwierzęta. A Tunnen, znane również jako Afryka, nie szczyciło się przyjemnym klimatem. Zwłaszcza w sezonie środkoworocznym kontynent ten zdawał się być wielką, rozżarzoną patelnią. Spędzenie kilkunastu godzin na pełnym słońcu bez nakrycia głowy mogło okazać się zabójcze dla przytomnych dzieci i starszych osób, i całe szczęście, że Faerasal Talleyrand wyliczyła, że w obecnym klimacie mają miesiąc na uratowanie nieprzytomnych w tym regionie, nim klimat zacznie odbijać się na ich zdrowiu – gdyby nie ona, Maes pewnie poddałby się na początku, nie wierząc w jakąkolwiek możliwość uratowania tych ludzi.
    Po tym, jak Letty poleciała na Tytana, Callistar Devire udał się na północną część Tunnen, a Ishtar Isin na zachodni kontynent, Cain był zmuszony zapuszczać się samotnie coraz dalej i dalej. Największą część terenu udało im się oczyścić w ciągu pierwszego tygodnia, gdy pracowali we czwórkę, ale to wciąż było za mało. Niektóre ciała znajdowały się na terenach tak trudnych do przebycia, że ciężko było je wydobyć i odnieść w bezpieczne miejsce. Póki co, kiedy sprawa zakwaterowania nieprzytomnych ludzi była niejasna, zdecydowali się umieścić ich w rozłożystych jaskiniach, z których wcześniej pozbyli się innych żyjątek, i które wyłożyli prowizorycznymi materacami. Jednak to nie były warunki dla kogoś, kto miał się niedługo obudzić i prosperować tak, jak zwykle. Ciała leżały obok siebie, na bokach, przyciśnięte do kamiennych ścian, byle zmieścić ich jak najwięcej. A miejsc i tak brakowało.
    Dzień był zaskakująco chłodny i pochmurny jak na Tunnen. Maes zdjął nawet szal, którego używał do zasłaniania twarzy podczas burzy piaskowych, by móc poczuć przyjemne podmuchy północnego wiatru. Przed sobą trzymał holopad, w którym miał dokładną mapę z wykazem termicznym, mówiącą, jaką część terenów zdążyli już przeczesać, a jaka pozostawała pokryta nieprzytomnymi ludźmi. Musiał zapuszczać się tak daleko od bazy, że od kilku dni pokonywał ten teren na gryfie, zamiast pieszo. Tym razem zabrał ze sobą swojego ulubieńca, Oculusa - stworzenie o ziemistoszarych piórach z białymi łapami i niepokojącymi, błękitno-złotymi oczami.
    Wylądowali w cieniu wielkiego głazu, gdzie Cain zostawił zwierzę, by odpoczęło. Sam udał się w kierunku wielkiej równiny i gigantycznych połaci lasu. Ze swojego miejsca widział leżące na ziemi ciała, co nie napawało go optymizmem. Było ich tyle, że od razu zdecydował się wysłać wiadomość o pomoc do Callistara. Póki pogoda im sprzyjała, powinni przenieść jak największą część tych ludzi do bezpiecznego miejsca. Mężczyzna obejrzał się na swojego gryfa i przypięte do jego boków siatki. Były jedynym sposobem na transportowanie większej liczby osób, a i tak zdawały się nie wystarczać.
    Na początku Cain przeszedł się między ciałami leżącymi na równinie, sprawdzając, czy nie mają żadnych ran, albo czy nie łażą po nich jakieś agresywne stworzenia. Magia Novis może i była w stanie uratować ich od przedwczesnej śmierci z głodu lub pragnienia, jednak gdyby ktoś przeniósł się do tego miejsca krwawiąc… Po trzech tygodniach i tak nic nie mógłby im pomóc, chciał się upewnić, że nie zmarnuje cennego czasu na trupa. Póki co znalazł tylko cztery takie przypadki, jednak miał nieprzyjemne wrażenie, że w tym miejscu może ich być więcej. Broń, znajdująca się w dłoniach albo przy nieprzytomnych, i ta ukryta między połami ich ubrań, dawała jasno do zrozumienia, że odbyła się tu jakaś walka. Maesowi przeszło przez myśl, że być może w tym właśnie miejscu odbyła się ta bitwa, o której opowiadała mu Reira Zairi. Thanos odszedł z Tytana i udał się na Ziemię, by zebrać Kamienie Nieskończoności, znajdujące się w jakiejś Wakandzie. Być może to było właśnie tutaj.
    Na równinie Cain naliczył sto dwadzieścia ciał, w tym piętnaście, które mógł jedynie pochować. W porównaniu z tym, co widział wcześniej, skala śmiertelności na tym obszarze była przerażająca. Cieszyło go, że zdążył już wysłać Callistarowi wiadomość - to oznaczało, że nie będzie długo sam pośród tej głuszy. Ta cisza, chwilowy brak wiatru i jakiejkolwiek innej żywej duszy sprawiał, że Maes czuł się bardzo niekomfortowo. Co prawda Oculus znajdował się niedaleko, jednak nie zamierzał z nim rozmawiać. Nie miał tego dnia humoru.
    Wzdychając cicho, Cain ruszył w kierunku lasu. Zaczął tęsknić za Letty w chwili, gdy wsiadła na statek i poleciała na Tytana, i z każdą chwilą czuł pogłębiający się smutek. Minęły trzy dni, a on miał wrażenie, że nie widział jej dobry miesiąc. Miał również wrażenie, że powinien był puszczać jej samej. Podróże kosmiczne były niebezpieczne, i choć wiedział, że jeśli ktoś miałby sobie poradzić, to była to właśnie jego żona, nie był w stanie zapanować nad swoim niepokojem. Nie byłby sobą, nie martwiąc się o nią.
    Przed przekroczeniem pierwszych drzew, zaczął grzebać w holopadzie. Uruchomił aplikację skanującą i włączył badanie terenu, by upewnić się, z iloma ciałami miał do czynienia. Przy takim ukształtowaniu, wszystkich drzewach i krzakach, mógłby kogoś nie zauważyć, a jeśli dałoby się daną osobę uratować, nie zamierzał ryzykować. Otworzył jeszcze skrzynkę, z nadzieją na jakąś nową wiadomość, czy to tekstową, czy wizualną, jednak w tej kwestii urządzenie milczało. Podobnie jak całe otoczenie - nie śpiewały żadne ptaki, drzewa nie szumiały. Panowała absolutna cisza. Caina korciło, żeby włączyć jakąś muzykę albo wideorozmowę z Callistarem, by nie czuć się tak samotnie i niepewnie, gdy nagle coś za nim chrupnęło. Mężczyzna poczuł, jak strach próbuje sparaliżować jego ciało. Szedł jednak dalej, spokojnie i powoli, by nie dać po sobie poznać, że coś usłyszał. Jego  srebrny, lekki napierśnik na pewno nie napawała potencjalnego przeciwnika optymizmem, podobnie jak dwa chepesze - długie, złote miecze, wygięte przy wierzchołkach na kształt sierpa - przytroczone do jego pleców. Mężczyzna nie ufał broni palnej, podobnie jak Reira czy Callistar, i obnosił się ze swoimi mieczami jak z najwspanialszymi reliktami, jakie kiedykolwiek istniały. Napastnik widział, jak Maes jest uzbrojony. I zapewne analizował również sposób, w jaki mógł go pokonać.
    Holopad wydał z siebie charakterystyczny, piszczący dźwięk i zawibrował. Mężczyzna spojrzał kątem oka na wykaz termiczny. Różnił się od tych, które pokazywał w innych miejscach - amplituda była wyższa, zupełnie jakby ktoś wydzielał więcej energii. A w stanie letargu było to niemożliwe. Coś ponownie chrupnęło, tym razem po jego prawej stronie. Cain szybko schował holopada do kieszeni spodni, starając się ukryć swoje podekscytowanie tym, że ktoś mógł już się obudzić. Równie dobrze to Callistar mógł robić sobie z niego żarty, jednak odsunął od siebie tę myśl.
    Wyostrzone, nieludzkie dzięki ponownemu narodzeniu w innym świecie, zmysły Caina alarmowały go o każdym dźwięku otoczenia i najmniejszym ruchu w polu jego widzenia. Maes nie sięgnął po swoją broń, choć instynkt podpowiadał mu, że być może za chwilę dojdzie do walki. Zdecydowanie nie miał do czynienia z jakimś żartem Calla - przyjaciel na pewno już by się na niego rzucił, gotów poddusić go albo podciąć mu nogi. Ewentualnie zacząłby udawać jakieś zwierzę, by go rozśmieszyć. Ten przeciwnik był inny - czaił się w zaroślach i obserwował go, jak drapieżnik swoją zwierzynę. Cain nie czuł się dobrze, będąc uznawanym za jakiś cel.
    - Kimkolwiek jesteś - zaczął na tyle głośno, by przeciwnik dobrze go usłyszał. Obrócił się dookoła własnej osi, badając każdy skrawek zieleni, w której mógł ukryć się ten drugi - nie przyszedłem walczyć. Jestem tu po to, by wam po...
    Szybciej niż zdążył mrugnąć, z krzaków po jego lewej stronie wynurzył się jakiś kształt. Gość był wysoki i dobrze zbudowany, ubrany w stary, wyglądający na przykurzony, czarno-granatowy kombinezon. Jego długie, ciemnobrązowe włosy zostały związane z tyłu tak, by nie wpadały mu do oczu. Mierzył do Caina z dużego karabinu. I zdecydowanie nie wyglądał przyjaźnie.
    - No pięknie. - Maes westchnął teatralnie. A mógł zabrać ze sobą chociaż mały pistolet. - Kolego, słuchaj, nie jestem twoim wrogiem.
    Postąpił krok w stronę nieznajomego, a ten cofnął się ponownie w krzaki. Egipcjanin uniósł ręce w geście pojednania.
    - Jesteś jednym z tych, których wymazał Thanos, prawda? Słuchaj, przyszedłem tu, by wam pomóc. Należę do... jakby organizacji, której zadaniem jest udzielenie wam schronienia, tym całym przybyszom z innego świata. - Na potwierdzenie swoich słów, wyciągnął z kieszeni spodni swoją odznakę Colonellus Altiorem ex Meridianam Novis i mu ją pokazał. Czarny metal w kształcie dwóch chepeszy, ułożony na szarej, skórzanej karcie wielkości podstawki pod filiżankę, przypominał nieco odznaki wyższych rang, co podnosiło nieco ego mężczyzny, gdy ją prezentował.
    - Kim jesteś? - zapytał tamten zachrypniętym głosem, nie opuszczając broni.
    - Nazywam się Cain. Maes. Maes Cain. Znaczy Cain Maes - odpowiedział szybko. - I nie jestem twoim wrogiem. - Ręce zaczynały go świerzbić, by wyciągnąć nóż myśliwski i rzucić nim w przeciwnika. Ulżyłoby mu przez to dziwne uczucie, gdy do niego celował, ale jednak powstrzymywał się, wiedząc, że nie zyska tym zaufania tego drugiego. - Słuchaj, Mojżeszu, czy jak się nazywasz. Mógłbyś przestać we mnie mierzyć z tej broni? Trochę to niekomfortowe, nie lubię być na muszce, no wiesz...
    Mężczyzna spojrzał na niego bez zrozumienia i widocznie dopiero w tamtej chwili zauważył, że celował do niego z karabinu.
    - Nie jestem Mojżeszem. - Opuścił lufę, ale nie schował nigdzie pistoletu, na co Maes liczył. Zbliżył się nieco do Caina, dzięki czemu ten mógł przyjrzeć mu się z bliska. Był wysportowany i zdecydowanie wyglądał na zaprawionego w boju wojownika. To upewniało go w pełni, że to tu, a nie gdzieś indziej, odbyła się końcowa walka z tym całym Thanosem. - Jestem Bucky.
    - O, Bucky, ciekawe imię. W życiu takiego nie słyszałem. - Cain zetknął się z takimi imionami jak Amenhotep, Sekhmet czy Hetepsechemwi, ale takie wydawało mu się kompletnie nie z tej planety. Poza tym kompletnie do niego nie pasowało. Zdaniem Maesa, Mojżesz byłoby bardziej adekwatne do jego wyglądu. - Dobra, to teraz kilka ważnych rzeczy. Procedury, których mam się trzymać, nie mówią nic o... przytomnych ludziach, więc w sumie nie wiem, co mam z tobą zrobić. Niedługo zjawi się mój kumpel, to będę mógł cię zabrać, i ogólnie to powinienem też cię zbadać, ale nie mam pojęcia jak, bo nie mam przy sobie żadnych narzędzi i...
    - Zaraz. - Bucky przerwał mu w pół zdania, blednąc. - O czym ty do mnie mówisz? I gdzie ja w ogóle jestem?
    Cain o mało nie wziął karabinu od tego drugiego i nie strzelił sobie w twarz. Zaczął szukać po kieszeniach spodni najpierw broszury, a gdy przypomniał sobie, że zostawił ją w bazie, bo uznawał, że do niczego mu się nie przyda, wyciągnął holopada i przeszukał skrzynkę pocztową, by znaleźć odpowiednią wiadomość.
    - Okej, dobra, co pamiętasz, że działo się jako ostatnie? - zapytał Bucky'ego, a ten zamyślił się na chwilę.
    - Walczyliśmy z jakimś fioletowym gościem, który miał rękawicę. I Steve go za nią złapał, ale i tak nie dał rady go powstrzymać... I ta dziewczyna z przerażającą, czerwoną mocą, zdołała zniszczyć ten żółty kamień na głowie swojego chłopaka, ale to i tak nic nie pomogło, bo ten fioletowy cofnął czas i...
    Cain nie miał pojęcia, o czym jego nowy znajomy mówił, i zastanawiał się, czy naprawdę chciał znać szczegóły. Chociaż, patrząc na to, że Reira Zairi i Orion Loralay poznali tylko wersję tego całego Strange'a, którego nie było na Ziemi, historia Bucky'ego mogła się przydać.
     - Dobra, to ten... Ten fioletowy gość według moich źródeł nazywał się Thanos - zaczął Maes, jednak nie miał pojęcia, jak ma kontynuować. - To tak... Mam tu pomoc dydaktyczną i myślę, że to przedstawi ci obecną sytuację lepiej, niż ja. - Przyjrzał się wzorowi broszurki, stworzonej przez Oriona Loralaya. - Witajcie w Novis! To świat, do którego trafiają ludzie polegli w walce z Kamieniami Nieskończoności! Nie jest to żadne Niebo, Piekło czy Czyściec - Novis to miejsce drugiej szansy, gdzie możecie rozpocząć życie z czystą kartą. Thanos, osoba odpowiedzialna za Waszą chwilową śmierć, poniesie niedługo konsekwencje swoich czynów - Wy tymczasem możecie cieszyć się spokojem w zaczarowanej krainie, poznawać nowych, interesujących ludzi i zwiedzać zakątki galaktyki. I pamiętaj - nowy świat, nowe życie, nowy ty! Na kolejnych stronach znajdziecie... - Cain przerwał nagle, zdając sobie sprawę z tego, jak  rozdmuchany i drętwy był jego tekst. I jak bardzo nie nadawał się do przedstawienia w tej sytuacji. Schował holopada i uśmiechnął się przepraszająco do Bucky'ego. – Dobra, nie miałem racji. To... to chyba nie było coś, co powinienem był ci przeczytać. Dobra, to przedstawię ci...
    Nagle od strony gór dało się słyszeć głośne skrzeczenie gryfa. Mojżesz wzdrygnął się na ten dźwięk i uniósł ponownie broń do góry, gotów zacząć strzelać do tego, kto się pojawi. Caina ogarnęła panika.
    - Nie, czekaj! - Zbliżył się do niego szybko i zmusił go do opuszczenia broni. - To mój gryf, nie jest groźny. Albo gryf mojego przyjaciela... on wygląda na groźnego, ale taki nie jest! Nie ma się czego bać, serio. To tylko wsparcie.
    Maes dziękował w myślach Callistarowi za uratowanie go z tej beznadziejnej sytuacji, w którą się wkopał. Jego przyjaciel zawsze dokładnie wiedział, w którym momencie powinien się pojawić. Trzepot wielkich, ciężkich skrzydeł poruszył najbliższymi drzewami, a gdy Vernor opadł na ziemię niedaleko lasu, wzbił tumany piasku. Złote upierzenie zwierzęcia lśniło w świetle słonecznym i wydawało się być czystym złotem.
Wytężając wzrok, Cain zauważył, że właściciel gryfa nie siedział na jego grzbiecie. Parsknął cicho. Typowe.
    - Gdzie on jest? – zapytał Bucky z niepokojem, rozglądając się wokół nich. Mimo wcześniejszego zapewnienia Maesa, że nie ma się czego bać, wydawał się przerażony.
    Egipcjanin westchnął ciężko.
    - To dla niego normalne – wyjaśnił znudzonym tonem. – Wiem, na co czeka. Dobra, teraz miej oczy szeroko otwarte. – Odchrząknął teatralnie. – Mówią o nim wieszczki, śpiewają o nim pieśni. Jego historie stały się legendami jeszcze za czasów jego życia. Nie pozostaje cień wątpliwości, o kim mówię… Callistar Devire!
    Vernor zakrakał głośno, wprawiając korony drzew w ruch. Świat wydawał się przez chwilę ciemnieć, więc Cain przetarł oczy – podobnie uczynił Bucky, widocznie zdezorientowany i przerażony. Gdy ponownie otworzyli oczy, z najbliższego drzewa zaczęły wydobywać się mroczne wici. Zdawały się zasysać kolory z otoczenia, sprawiając, że stawało się czarno-białe. Ze środka buchającej mocą ciemności wyłoniła się wysoka postać.
    Mężczyzna miał na sobie czarny, skromny strój ze srebrnymi zdobieniami. Jego ciemne włosy zdawały się falować na wyczuwalnym tylko przez nie wietrze. Śniada cera Callistara wydawała się trupioblada w świetle, które przebijało się przez korony drzew.
    - Cóż za dramatyzm – skomentował Cain, wywracając oczami. – Skończyłeś swoją szopkę? – Zwrócił się do Bucky’ego: - Ten mocno przewrażliwiony na punkcie własnego ego dupek to Call, mój najlepszy przyjaciel.
    Devire uśmiechnął się lekko, a brąz jego oczu zdał się nieco ciemniejszy. Nie nadało mu to przyjaznego wyglądu.
    - Tak, skończyłem. A ty wymyśliłeś nowy tekst na moje wejście. Jestem pod wrażeniem. – Nowoprzybyły przyjrzał się najpierw swojemu przyjacielowi, a następnie Bucky’emu. – Widzę, że skołowałeś wsparcie. Fajna broń, nigdy takiej nie widziałem. Vitrahen zrobił jakiś nowy model i mi się nie pochwalił? – zapytał mężczyzny z karabinem. – Chyba powinienem się do niego odezwać, może stworzył jakąś nową włócznię.
    - Call… - spróbował Cain, jednak Devire kontynuował:
    - W sumie nigdy cię tu nie widziałem. Z której strefy jesteś? I jaki masz poziom? – Zerknął na wyrywającego sobie włosy z głowy Maesa. – Nie wiem, czy mogę mówić o pewnych rzeczach w jego towarzystwie.
    Cain westchnął ciężko i poklepał przyjaciela w ramię, nie mogąc wyjść z podziwu dla jego braku umiejętności łączenia faktów.
    - No co? – zapytał go Devire, marszcząc brwi. Ponownie przyjrzał się Bucky’emu, jego broni, ubraniu i twarzy. I widocznie w końcu skojarzył fakty. Szepnął: - Nie może być…
    - A jednak. – Maes wywrócił oczami. – Okej, mroczny casanovo. O jakich rzeczach nasz nowy kolega Bucky nie powinien słyszeć?
    Callistar zerknął niepewnie na nowego, który przysłuchiwał się wymianie zdań przyjaciół z dziwnym smutnym błyskiem w oku.
    - Coś się wydarzyło na zachodnim kontynencie – powiedział niepewnie i powoli. – Zerwał się kontakt z Ishtar. Być może to jakiś wybuch albo dalsze poruszenia płyt tektonicznych… Ciężko stwierdzić.
    Maes zbladł. Nie wiedział, czemu wiadomość o utracie kontaktu z Isin tak go poruszyła – tolerował kobietę, ale nie przepadał za nią jakoś szczególnie. Być może dlatego, że misja, z którą wysłali ją na zachodni kontynent, miała upewnić ich, że z Ziemią nic się nie dzieje i da radę na niej żyć. W tym wypadku…
    - Poczekamy na pojawienie się dowództwa – oznajmił przyjacielowi. – Jeżeli coś się tam dzieje, oni mają ostatnie słowo w tej sprawie. A jako że już tu lecą, wszystko powinno zacząć się układać.
   
    Do tej pory jedynym statkiem, którym leciał Peter, był wielki pierścień, który na początku wziął za donuta. Pilotujący go kosmita i jednocześnie dawny oprawca Strange’a przypominał mu Skalmara ze SpongeBoba. Gdy wchodzili na pokład pojazdu Oriona i Reiry, Parkera przebiegł dziwny dreszcz. Ten statek różnił się od wcześniejszego, i to zdecydowanie – był przestronny i gustowny, gdy Donut Skalmara wyglądał jak opuszczona hala albo sala tortur.
    Weszli na pokład w absolutnej ciszy, niepewni, jak mają reagować na to, co się dzieje. Od chwili, gdy Reira zjawiła się w infirmerii i powiedziała, że wylatują, minęło około dziesięć minut. Nie mieli żadnych swoich ubrań, nie potrzebowali więc czasu na pakowanie. To jednocześnie sprawiało, że Peter czuł się wolny, ale i w pewnym sensie również nieswój. Nie miał w tym świecie niczego, co należałoby do niego. Nawet ubrania, które nosił, były własnością Loralaya i Zairi. Czuł się z tą wiedzą nagi, jakby Orion mógł przyjść do niego w każdej chwili i zażądać zwrotu koszuli, spodni i butów. Właściwie jedynym, co miał w Novis, były znajomości i zaufanie. I to właściwie tylko do jednego człowieka, bowiem nie chciał nazywać ani Star-Lorda, ani Draxa kimś bliskim.
    Letty zaprowadziła ich do części statku, w której mogli spędzić lot. Peter trzymał się blisko Strange’a, w czasie gdy Quill badał każdy kąt wielkiego pomieszczenia ze strefą gamingową i jacuzzi. Drax z kolei skierował się od razu do strefy gastronomicznej. Właściwie nic dziwnego – już z daleka można było poczuć zapach świeżo upieczonego ciasta, i gdyby Peter nie był najedzony, sam chętnie by się tam wybrał.
    - Za jakiś czas przyślę Reirę, żeby sprawdziła, czy niczego wam nie brakuje – oznajmiła na koniec kobieta, spoglądając ze zdenerwowaniem na zegarek. – Dobra, wylatujemy za pięć minut, nie potrzebujecie żadnych pasów, dzięki amortyzacji statku nie powinniście nawet poczuć, że lecimy. Poza tym Dawn jest gigantyczne i gdyby gdzieś coś się rozwaliło, to odetniemy tamtą strefę i będzie cacy. – Zerknęła na korytarz, jakby spodziewała się, że coś zaraz na nią wyskoczy. – Najstarsi bogowie, mam nadzieję, że dam radę wykopać Oriona z kokpitu. – Spojrzała ponownie na Doktora i Petera, uśmiechając się niezbyt przekonująco. – Wtedy to już na pewno nic nam się nie stanie. Tylko muszę wyrwać mu stery. Jakbyście słyszeli krzyki, to nie reagujcie. Proszę.
    Zniknęła szybko za rogiem, a drzwi zamknęły się za nią samoistnie. Parker rozejrzał się po pomieszczeniu, przyglądając się każdemu jednemu zdobieniu, wyrytemu na przysufitowych deskach, mających imitować szkielet budynku. Dzięki swoim pajęczym zmysłom był w stanie zobaczyć misterne wzory, kwiaty i coś, co mogło być wygrawerowaną siecią pająka, ale jednocześnie nie był w stanie powiedzieć, czy to nie normalna pajęczyna. Gdyby wzory roślin były pomalowane, też zapewne nie mógłby zobaczyć różnicy między nimi, a tymi prawdziwymi.    
    - Mogłem ją zapytać, ile będzie trwała podróż – mruknął Doktor, bardziej do siebie, niż do Petera, i podszedł do kącika z wyglądającą na wygodną, czerwoną sofą i małą biblioteczką. Wziął pierwszą-lepszą książkę i usiadł wygodnie, opierając się o puchowe poduszki. Zerknął na wciąż stojącego Parkera i zmarszczył brwi. – Na pewno jest coś, co mógłbyś tu porobić – powiedział. – To jacuzzi wygląda zachęcająco. Ewentualnie możesz poczytać jakąś książkę…
    Peter rozejrzał się po pomieszczeniu, niepewny, czym chce się zająć. W tej strefie znajdowało się tyle rzeczy, że większość czasu mogło zająć mu wybieranie tej jednej. Poza tym nie spodziewał się, że lot będzie szybki – doskonale pamiętał, że kiedy wskoczyli na pokład Donuta, ich podróż z Ziemi na Tytana trwała kilka godzin. Jeżeli odległości w Novis były takie same, albo chociaż podobne, powinno im to zająć mniej więcej tyle samo.
    Quill i Drax grali w jakąś planszówkę, rozłożoną na drewnianej podłodze, i pałaszowali ciasto, wyglądem przypominające sernik. Choć właściwie nie tyle grali, co siedzieli i czytali instrukcję. Wyglądali przy tym tak niewinnie, że gdyby tylko miał czym, Parker chętnie zrobiłby im zdjęcie, wydrukował je i powiesił w swoim pokoju. Wyglądali naprawdę rozczulająco, pochylając się nad książeczką mniejszą, niż dłoń Niszczyciela.
    Poza tym mógłby do nich dołączyć, ale nie miał na to ochoty. Bez żadnego powodu.
    - Chyba się przejdę – rzucił Strange’owi, na co ten uniósł głowę znad książki i zmarszczył brwi.
    - W tym miejscu jest tyle różnych rzeczy. Na pewno wolisz iść na spacer, niż, nie wiem, ułożyć domino? – zapytał go starszy mężczyzna.
    Peter wzruszył ramionami. Właściwie nie wiedział, dlaczego chciał się przejść. Może chodziło o to, że potrzebował pobyć przez chwilę sam, zwłaszcza że obecność Strażników Galaktyki nieco wybijała go z rytmu. Chyba wolał, kiedy spali. Poza tym czuł dziwne mrowienie w nogach, i miał wrażenie, że może to jedynie rozchodzić.
    - Zobaczę, gdzie położyli Mantis – odparł szybko. – A nuż obudzi się, jak będę obok, i od razu jej pomogę.
    - Skoro chcesz. – Strange wrócił do czytania. – Tylko nie wychodź na zbyt długo. I za daleko.
    - Jasne. Wrócę bardzo szybko.
    Peter podszedł do drzwi, którymi tu weszli. Przez chwilę zastanawiał się, czy system w ogóle go wypuści, jednak kiedy zobaczył jasno oświetlony, drewniany korytarz, rozluźnił się. Chociaż tylko poniekąd – ogarnął go dziwny strach, że jeśli któreś z ich gospodarzy go nakryje, będzie musiał się gęsto tłumaczyć. Obejrzał się jeszcze na zajętego lekturą Doktora i Strażników, którzy zaczęli układać różne pionki na planszy. Żadne z nich nie zdawało się zaprzątnięte powrotem na Ziemię. On z kolei czuł coraz większy stres.
    Wyszedł w końcu na korytarz i ruszył w stronę przeciwną do tej, z której przyszli. Dawn przypominało wyglądem luksusowego dreamlinera. Leciał nieco mniejszym raz – z panem Starkiem, z Nowego Jorku do Berlina. Był wtedy zaaferowany tym, że Iron Man we własnej osobie zwerbował go do drużyny i nieszczególnie dbał o to, gdzie się znajduje i dokąd się udają. Tym razem przyglądał się każdemu mijanemu wazonowi z kwiatami, każdym drzwiom i obrazom. Osoba, która projektowała ten statek, musiała zajmować się również wieżą na Tytanie. Widział w tym wszystkim zabawę stylem i sztuką – gdy budynek na planecie był cały biały, z drobnymi, drewnianymi dodatkami, tak tu było odwrotnie – ściany i podłogę wykonano z ciepłego drewna, a białe, delikatne ozdóbki nadawały otoczeniu więcej różnorodności.
    Nogi niosły Petera coraz dalej, aż zawędrował na sam koniec Dawn. Przed nim rozpościerał się widok na oddalające się gwiazdy, cały, wielki, różnokolorowy kosmos. Zapomniał o tym, że miał iść do Mantis i po prostu przypatrywał się mijanym przez statek cudom. Chciałby pokazać coś tak niesamowitego Nedowi i May – wiedział, że jego najlepszy przyjaciel i ciotka doceniliby piękno otaczającego ich świata. Ogarnął go nagły smutek. Chciałby spotkać ich tu, w Novis. Choć wiedział, że pan Stark przeżył czystkę Thanosa, miał nadzieję, że los nie zakpił sobie z niego, i że nie jest w tym miejscu sam.
    Gdyby znalazł May… Wszystko stałoby się takie proste. Od kiedy ciotka wiedziała o jego misjach i byciu Spider-manem, stała się mu jeszcze bliższa, niż wcześniej. Wspierała go we wszystkim z całych sił i przymykała oko na siniaki, z którymi niekiedy wracał. Chciał ją znaleźć. Chociaż nie – on po prostu musiał to zrobić.
    - Doceniam, że skontaktowałeś się ze mną osobiście, Naserray, jednak myślę, że… Nie, oczywiście, że nie. – Peter podskoczył nagle, słysząc głos zbliżającej się Reiry. – Przecież wiesz, że Orion nie posunąłby się do złamania zasad Traktatu.
    Parker poczuł, jak ogarnia go przeraźliwy strach. Rozejrzał się, żeby sprawdzić, czy może zrobić coś, by wyglądać mniej podejrzanie albo po prostu gdzieś się ukryć. Przy wielkim oknie znajdowały się dwa brązowe fotele i duża roślina w białym wazonie, przypominająca paproć. Chłopak niemal rzucił się na jedno z miejsc i zasłonił się jednym z gigantycznych liści, jednocześnie podciągając nogi na siedzenie.
    - Rozumiem więc, że za niego ręczysz? – Peter nie znał drugiego głosu, nawet go nie rozpoznawał. Jednak nie pozostawał nawet cień wątpliwości, ze należał do mężczyzny. Dość podirytowanego mężczyzny. – Za kogoś, kto był gotowy poświęcić całą zamieszkaną planetę, by uzyskać dostęp do złóż mulyre?
    - Kylar… - Reira westchnęła, wyraźnie nie będąc w stanie znaleźć odpowiedzi na słowa swojego rozmówcy. – Nie wiem jak…
    Peter naprawdę nie lubił podsłuchiwać i czuł się źle z tym, co właśnie robił, jednak… Jakby się teraz ruszył, kobieta by go nakryła. Zaczęłaby zadawać pytania. I przerwałaby rozmowę z osobą, dla której kontaktowanie się osobiście nie było czymś normalnym.
    - Zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby Meridianam odłączyło się od Unii, co najmniej połowa innych galaktyk poszłaby za wami. – Mężczyzna, nazwany przez Reirę Kylarem, wydawał się coraz bardziej poddenerwowany. Mówił szybciej i ciszej. – Nie chcemy kolejnej wojny, Rei. W poprzedniej udało nam się cudem, ale teraz? Teraz to byłby rozłam sojuszu. Wojna domowa. Jako Regem Tempus muszę dbać o wszystkich, a kiedy dzieją się takie rzeczy...
    Kroki ustały tuż przy Peterze, który natychmiast wstrzymał oddech, wpatrując się z przerażeniem w okno. Spodziewał się, że białowłosa kobieta zaraz na niego nakrzyczy, każe mu wracać do Strange’a i Strażników, jednak ona tylko westchnęła.
    - Co zamierzasz zrobić? – zapytała Kylara. – Wprowadzić sankcje?
    Minęła chwila, nim otrzymała odpowiedź:
    - Wezwę was za dwa tygodnie na Thollyrię, żebyście zdali raport z całego roku pracy. Wykaz wojsk, rozkład ludności na planetach, dobrze wiesz, co się sprawdza w takim postępowaniu. – Chwila ciszy. – I chcę, żebyś to ty reprezentowała Meridianam, a nie Loralay. Bez względu na to, co się wydarzy, uzgodnię wszystko z Radą. Po spotkaniu rozpoczniemy przygotowania do twojego przejęcia jego stanowiska.
    - Kylar, nie…
    - Nie przyjmuję odmowy. To jedyny nie krwawy sposób, by zapobiec wojnie.
    - Ale możesz równie dobrze ją przyspieszyć! – W głosie Reiry słychać było coś na kształt strachu. To sprawiło, że Petera przeszedł zimny dreszcz. – Jeżeli Orion będzie przeciwny swojej dymisji, a wiesz, że będzie, rozpęta się piekło. Samo Meridianam podzieli się na dwa obozy. Inni członkowie sojuszu będą musieli opowiedzieć się po jednej ze stron… – Westchnęła. – To ja już bym wolała zginąć we wcześniejszej wojnie.
    Nastała kolejna chwila ciszy, podczas której jedynym dźwiękiem, słyszanym przez Petera, było głośne kołatanie jego serca. Starał się nie mrugać, nie poruszać, ani nawet nie oddychać. Ze swojego miejsca czuł, jak powietrze gęstnieje, przepełnione czymś, co mógł nazwać tylko jednym słowem - magią.
    - Odpocznij, Rei – powiedział spokojnie Kylar. – Poleć na Ziemię, zajmij się tamtymi ludźmi. Wyślę szwadron pięciu tysięcy żołnierzy na całe Meridianam, żeby pomogli wam zająć się tymi ciałami po czystce. A ty po prostu… nie przemęczaj się. Przyjdą gorsze chwile, niż ta.
    - Chcesz oszczędzać broń na prawdziwą walkę – burknęła białowłosa. Peter dałby uciąć sobie ramię, że zaciskała zęby i pięści. – Czekasz na prawdziwe problemy.
    - Chcę być pewien, że kiedy przyjdzie czas, będziesz miała wystarczająco siły, by sama się obronić. – Coś zaszeleściło w tle, jakby po drugiej stronie linii coś się działo. – I by spłacić stare długi. Czeka na mnie delegacja z Resurgemenus. I tak nadwyrężyłem już ich cierpliwość. Do zobaczenia niedługo.
    Coś, przez co Reira musiała rozmawiać z mężczyzną, wydało z siebie dziwny dźwięk, jakby była to stara, rozładowująca się konsola. Kobieta westchnęła cicho, a Peter przesunął się na swoim miejscu, czując, jak sztywnieją mu nogi. Teraz, kiedy nic nie zaprzątało jej uwagi, na pewno go albo wyczuje, albo zobaczy.
    Ku zaskoczeniu chłopaka białowłosa zbliżyła się do drugiego fotela i opadła na niego. Odłożyła na stolik coś, co przypominało tablet, i ukryła twarz w dłoniach. Nie wiedząc jak na to zareagować, Parker siedział w bezruchu i tylko się w nią wpatrywał. Nie czuł się jednak dobrze z tym, co robi, więc poruszył się dość głośno, zmieniając pozycję na wygodniejszą. To od razu zwróciło uwagę Reiry, aż podskoczyła z zaskoczenia.
    - Wszystko w porządku? – zapytał ją cicho. I od razu zdecydował, że powinien był zagaić rozmowę w jakikolwiek inny, możliwy sposób. Przecież widział, że nie było z nią dobrze.
    - Ile z tego słyszałeś? – Reira zignorowała jego pytanie. Z ich wcześniejszego spotkania Peter pamiętał, że jej oczy były bladoniebieskie, podchodzące nawet pod biel. W tym świetle jednak miał wrażenie, jakby zmieniły kolor na ciemniejszy, podchodzący nawet pod brudną szarość. – Bogowie, czemu ja o to pytam… Przecież słyszałeś wszystko!
    Chłopak czuł się dziwnie z tym, że przyłapał ją na prywatnej rozmowie. I do tego, że widział ją w takim stanie. Powinien był posłuchać Doktora i pograć ze Strażnikami w planszówkę. Ale jednak znalazł się w tej sytuacji i nie mógł cofnąć czasu.
    - Jeśli to cię uspokoi – zaczął – to mogę ci obiecać, że nikomu o tym nie powiem. Zostawię to dla siebie.
    Ramiona Reiry zdały się nieco rozluźnić, a błyskawice, przecinające jej oczy, nieco ucichły. Wzięła głęboki oddech, opierając się o zagłówek fotela. Jej wzrok powędrował w stronę wielkiego okna i widoku na kosmos. Nawet na niego nie spoglądając, powiedziała:
    - Doceniam to, naprawdę. Jednak sądzę, że powinieneś wracać już do swoich przyjaciół.
    Peter poczuł dziwne ukłucie w sercu, kiedy kobieta ponownie na niego spojrzała. Był niemalże w stanie zobaczyć, jak myśli w jej głowie gnają na złamanie karku, byle połączyć wszystkie elementy, by poradzić sobie z rozwiązaniem wszystkich problemów jak najszybciej i z jak najmniejszą liczbą ofiar. W tamtym momencie przypominała mu Tony’ego Starka, starającego się nie doprowadzić do rozłamu Avengers..
    - Myślę, że nie powinienem. – Nie do końca wiedział, co robi, jednak chciał odciągnąć Reirę od myślenia o tych wszystkich rzeczach, chociaż na chwilkę. Białowłosa uniosła brwi na jego słowa. – To znaczy powiedziałem, że idę zobaczyć, co u Mantis… Bo jakoś nie byłem w stanie z nimi siedzieć. I myślę, że każdy z nas potrzebuje odrobiny odpoczynku. Chwili samotności, wytchnienia. I twój rozmówca miał w tej kwestii rację, w sensie, że powinnaś odpocząć, bo niedługo być może będziesz musiała być w pełni sił.
    - To nie jest pocieszające – parsknęła kobieta, jednak nie dodawała więcej swoich komentarzy i po prostu słuchała Petera.
    - Moja ciocia lubi… a właściwie lubiła zabierać mnie do różnych restauracji, kiedy miałem gorszy dzień. Czasem padało na jakąś chińską knajpę, albo budkę z taco. To był czas, który poświęcaliśmy tylko sobie nawzajem i mogliśmy być ze sobą absolutnie szczerzy. I takie momenty pozwalały mi poznać ją bliżej, tę kobietę, która wychowała mnie jak własnego syna, próbowała zastąpić mi rodziców. Wtedy czułem, że naprawdę żyję, że nie muszę przejmować się jutrem i tym, co ze sobą przyniesie.
    Reira przypatrywała się jego twarzy w absolutnej ciszy. Podpierała się łokciami o uda, a głowę położyła na dłoniach. Jej oczy rozjaśniły się, nabrały więcej błękitu, a mniej szarości, zupełnie tak, jakby były odzwierciedleniem jej humoru. W tamtej chwili wydawała się Peterowi tak niewinna, że nie był w stanie porównać jej do tej zmory, która nawiedziła go we śnie.
    - Do czego zmierzasz? – zapytała cicho białowłosa.
    Peter nachylił się bliżej, żeby jego słowa nie odbijały się echem po korytarzu. Nikt nie mógł ich usłyszeć, jednak czuł, że dzięki czemuś takiemu rozmowa nabierała więcej prywatności. Poczuł dziwną ulgę, kiedy kobieta nie cofnęła się od niego, a wręcz nawet przesunęła bliżej.
    - Myślę, że powinnaś wziąć sobie dzień wolnego. Wybrać się gdzieś z jedną lub kilkoma ważnymi dla ciebie osobami, zwiedzić jakieś miejsce, po prostu porozmawiać z nimi i pośmiać się. Po prostu odpocząć od swoich obowiązków z kimś, kto jest dla ciebie ważny.
    Reira parsknęła suchym śmiechem i pokręciła głową z niedowierzaniem, usadawiając się głębiej w fotelu. Jej wzrok ponownie powędrował ku kosmosowi. Wyglądała na bardziej rozluźnioną, niż przed chwilą, jednak Parker nie czuł, że zrobił wszystko, co mógł. Przyjrzał się jej twarzy, cieniom pod oczami i ułożonym w bezruchu wargom. Była zmęczona. Bardziej, niż powinna być. A potem zerknął na jej oczy – jaśniejsze i żywsze, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać.
    - W twoich oczach widać gwiazdy – szepnął nagle, na co kobieta odwróciła się w jego stronę. I uśmiechnęła się. – No co?
    Parsknęła nagle śmiechem. Peter wyprostował się, zdając sobie sprawę z tego, jak to zabrzmiało.
    - Co takiego? W sensie, że odbijały się w nich? – Dotknęła opuszkami palców swojej dolnej powieki. Uśmiech, wyrażający bardziej zdziwienie niż rozbawienie, nie schodził z jej twarzy.
- Nie o to mi chodzi. – Nie wiedział, jak z tego wybrnąć. Żałował, że dopadały go czasem takie chwile, gdzie mówił to, co myślał. – Po prostu nie widać w nich, że jesteś zmęczona. Tak jakby… pokazują, że jeszcze żyjesz.
    Reira zachichotała nagle, ukrywając twarz w dłoniach. Chłopak poczuł dziwne, przyjemne mrowienie w sercu, kiedy przywołał jej obraz sprzed chwili, gdzie siedziała w podobnej pozycji, ale w absolutnie innym nastroju.
    - To chyba najmilsza rzecz, jaką dziś usłyszałam. – Kobieta pokręciła z niedowierzaniem głową. Ponownie się roześmiała, tym razem nieco głośniej. Kiedy na niego spojrzała, światło tańczyło w jej oczach, błękit zamieniał się w czystą biel. – I nie żartuję. Dziękuję, Peter.
    - Nie ma sprawy – odpowiedział natychmiast. – Jakbyś kiedyś potrzebowała pocieszenia, to wiesz, gdzie mnie szukać.
    - Będę o tym pamiętać – odparła, podnosząc się ze swojego miejsca. Zgarnęła szybko tablet i jeszcze raz się do niego uśmiechnęła. – Muszę już wracać. Wyszłam tylko ze względu na połączenie awaryjne ze stolicy. Do zobaczenia później.
    Kiedy się oddalała, Peter nie odważył się na nią patrzeć. Odwrócił się w stronę kosmosu, uśmiechając się do siebie lekko. Zapomniał o tym, że miał iść do Mantis, o swoim wcześniejszym lęku, co spotkają na Ziemi. Jedynym, co w tamtej chwili pamiętał, był śmiech Reiry i uśmiech, którego szczerość docierała również do jej oczu.
    Westchnął cicho, wpatrując się w bezkresną ciemność. Może Novis nie było aż tak złe.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (15-08-2019 o 13h47)


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#36 21-02-2019 o 16h26

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 632

Oh well, prawie miesiąc nic tu nie wstawiałam :v

Rozdział 11

nowa wersja
     Gryfy należały do jednego z najlepszych środków transportu w Novis, jeżeli musiało się pokonać krótszy dystans. Jeśli jednak chciało się dostać z serca kontynentu na jeden z brzegów, Callistar Devire mógł zaświadczyć, że lepszym pomysłem było spędzenie pół godziny na statku powietrznym, niż godzinę w niewygodnym siodle.
    Ledwo co dotarli z Vernorem – jego gryfem – na zachodnie wybrzeże, a już otrzymał wiadomość od Caina, że ten potrzebuje jego pomocy i mają natychmiast wracać. Równie dobrze mógł po prostu polecieć z przyjacielem na misję, a nie udawać się sto pięćdziesiąt kilometrów, by zbadać tamtejsze tereny z pomocą nowego urządzenia. Ledwo co rozłożył je na szczycie jakiejś góry, a już musiał je składać, przeklinając Maesa pod nosem.
    Co prawda to, co – a raczej kogo - zastał, gdy znalazł Caina, było prawdziwie intrygujące, jednak Devire miał zamiar wypominać potem przyjacielowi to, że przez niego nie udało mu się wykonać zadania od dowództwa. Prócz tego myślał również, że gdy już uporają się z tymi wszystkimi nieprzytomnymi ludźmi z tego jednego terenu, będzie mógł odsapnąć chociaż kilka godzin. Tyle że nie przewidział jednego.
    - Jak to możliwe, że skończyło nam się miejsce w tej jaskini? – zapytał Call, zakładając ramiona na piersi. – Jestem pewien, że wyliczyłem, że wystarczy miejsca jeszcze na sto pięćdziesiąt ciał.
    Cain westchnął, klikając coś w swoim holopadzie. Uniósł go na wysokość oczu i zeskanował jeszcze raz wypełnioną ludźmi jaskinię. Urządzenie wydało z siebie charakterystyczny pisk, a gdy na wyświetlaczu pojawiły się liczby, Maes pokazał je przyjacielowi.
    - Uwzględniłeś w tym, że nie wszyscy mieszczą się w parametrach, które ustaliłeś? – zapytał Cain. – I że ubrania również zajmują mało, ale jednak trochę miejsca? I co teraz zrobimy, geniuszu?
    Callistar mruknął coś pod nosem, odwracając wzrok od przyjaciela. Zerknął na Vernora i Oculusa, wylegujących się niedaleko na słońcu. Przy boku tego pierwszego siedział Bucky, jak przedstawił go wcześniej Maes, i przypatrywał się pracy mężczyzn. Devire niechętnie zgodził się na wzięcie go ze sobą do tego miejsca – Ziemianin powinien zostać przebadany i zamknięty pod kluczem, żeby wyeliminować jakiekolwiek możliwości na sprawianie problemów. Procedury, gdyby przewidziano szybsze przebudzenie, na pewno zabraniałyby ciąganiu takich ludzi ze sobą.   
    - Nie uwzględniłeś – odpowiedział sobie Maes, krzywiąc się, jakby zjadł jakiegoś cytrusa. – Ale dobra, jakoś damy sobie radę. – Przeskanował grotę jeszcze raz i westchnął. – Na dzisiejszym obszarze było sto dwadzieścia ciał, odjąć od tego piętnaście, które trzeba pochować, i Bucky’ego… Mamy sto cztery ciała, a nie mieści nam się dwanaście. To znaczy, że te dzisiejsze dziewięćdziesiąt dwa zajmuje powierzchnię stu pięćdziesięciu. Napakowane chłopy, za czasów faraonów takich nie mieliśmy – skomentował już ciszej mężczyzna.
    Na początku Callistar spodziewał się, że zabraknie im miejsca na więcej osób, więc kiedy Cain dokładnie to wyliczył, trochę go to uspokoiło. Tyle byli w stanie zmieścić w pokojach w bazie, a gdyby połączyli je jeszcze w dwie albo nawet trzy osoby, mieliby zapas, jeśli kolejnym razem coś by się im nie udało.
    Call nie chciał dzielić się tym z przyjacielem, jednak – mimo tych wszystkich problemów i jego wtopy – miał nadzieję, że ci ludzie pozostaną nieprzytomni jak najdłużej. A przynajmniej do chwili, gdy uda im się znaleźć miejsce, by mogli w nim zamieszkać. W takiej grocie mieściło się więcej ciał, niż żyjących osób.
    - Może Bucky pomoże nam wybrać tych, których zabierzemy do bazy? – zapytał Devire. - Myślę, że jesteśmy mu winni za to dzisiejsze latanie ledwo po przebudzeniu. Poza tym pewnie czułby się lepiej, mając przy sobie swoich przyjaciół.
    Cain zgodził się na jego propozycję bez wahania. Chyba obaj zdawali sobie sprawę z tego, że znajomi Bucky’ego nie mogli być przypadkowymi ludźmi, a nawet zwykłymi wojownikami – skoro on miał bioniczne ramię, oni również mogli być udoskonaleni. Albo władali jakąś mocą, a Call chętnie dowiedziałby się co nieco o magii z innego świata.
     - Dobre wieści! – krzyknął Callistar, zbliżając się do swojego gryfa i opierającego się o niego mężczyznę. Zatarł dłonie, walcząc z usilną potrzebą schowania ich do kieszeni. – Z pewnych przyczyn…
     - Losowych – wtrącił Cain, jakby to słowo mogło zaważyć na całej wypowiedzi Devire’a.
     - …tak, losowych, dziękuję, przyjacielu, że mi pomogłeś i sprawiłeś, że moja wypowiedź nabrała znacznej głębi… W każdym razie musimy zabrać kilka osób do naszej bazy, i sądzimy, że czułbyś się lepiej, gdyby były to osoby, które znasz…
     - Zabrakło wam miejsca? – Bucky uniósł lewą brew.
     - Nie no, skąd taki pomysł? – Call ścisnął mocniej dłonie, sprawiając, że jego knykcie pobielały.
     - Dokładnie tak jest – rzekł Cain z typowym dla siebie uśmieszkiem. Wyglądał jak dziecko, które właśnie przyznawało się do tego, że zniszczyło swoją łopatkę, uderzając nią za mocno w piaskownicę, i było z tego dumne. – Niestety tak jakoś wyszło. Nie jesteśmy w stanie wykombinować na szybko żadnego lepszego miejsca. Niedługo przylatuje dowództwo, brakuje nam czasu nawet na zbadanie cię…
     - W porządku, rozumiem. Macie ważniejsze sprawy na głowie. – Bucky podniósł się ze swojego miejsca i otrzepał spodnie. Vernor śledził go uważnie wzrokiem, zupełnie jakby bał się, że mężczyzna może się zaraz przewrócić. Reakcja gryfa sprawiła, że sam Callistar zaczął się zastanawiać, czy z ich nowym znajomym jest wszystko w porządku. Co prawda na zewnątrz nie wykazywał żadnych oznak długiego snu, jednak te wszystkie rzeczy, do których został zmuszony od przebudzenia, mogły w niedalekiej przyszłości odbić się na jego zdrowiu. – Wiem, że w bitwie uczestniczyło kilka osób należących do Avengers. Ten kosmita na pewno nie wymazał wszystkich, ale kilku może ich tu być.
     Cain znalazł się tuż przy Buckym, gotów wesprzeć go na swoim ramieniu, gdyby tylko stracił kontrolę nad ciałem. On również musiał zauważyć, jak wyraźnie czujny był i Vernor, i Oculus. Devire miał czasem wrażenie, że bez gryfów ich życie przestałoby być tak kolorowe i… pełne. Stanowiły one główną siłą, napędzającą rozwój Ziemi. A poza tym były puchate, wdzięczne i wierne – a kto nie chciałby mieć pod opieką tak cudownych stworzeń?
Wrócili do jaskini, gdzie od razu zapaliły się prowizoryczne lampy. Bucky przyjrzał się rozpościerającej się trzy metry niżej powierzchni, usłanej ludźmi. Większość z nich nosiła zupełnie różne ubrania – ze względu na region, jak się domyślali – więc we wnętrzu góry panowała tak szeroka gama kolorów, że ciężko było zawiesić oko na choć jednym punkcie. 
     - Tamta kobieta w czerwonym, skórzanym stroju. – Bucky wskazał na leżące w trzecim rzędzie od wejścia ciało. – Ma chyba na imię Wanda. Była w stanie przytrzymać Thanosa swoją magią.
     Oculus i Vernor przysiedli niedaleko, przypatrując się uważnie swoim właścicielom. Cain najpierw wstukał coś do swojego holopada, kiwając głową, a następnie gwizdnął na swojego gryfa i pokazał mu cel, który miał przynieść. Stworzenie natychmiast wykonało polecenie, niemalże bezszelestnie i z niesamowitą precyzją delikatnością najpierw łapiąc, a potem przenosząc Wandę na zewnątrz, gdzie ułożył ją w cieniu wielkiego głazu.
     - Ten gość z metalowym napierśnikiem. – Mężczyzna pokazał tym razem znajdującego się niedaleko, ciemnoskórego mężczyznę. – Ten w dziwnych, czerwonych goglach. To mój przyjaciel, Sam.
Tym razem to Vernor zerwał się do lotu, nie czekając nawet, aż Call wyda mu polecenie. Przeniósł ciało tuż obok tego Wandy.
     - Jeszcze dziesięć – mruknął Cain, wpisując imię przyjaciela Bucky’ego do swojego urządzenia. – Jak tak dalej pójdzie, Orion i Reira zastaną nas tu, wybierających ciała, jakbyśmy potrzebowali mięsa na obiad.
Ziemianin zignorował go, dalej instruując gryfy, które ciała mają zabrać. Za każdym razem podawał imiona – Groot, T’Challa, Shuri.
     - Więcej ich nie znam – przyznał po dłuższym zastanowieniu, kiedy piątka leżała na zewnątrz groty. – Naprawdę chciałbym jeszcze pomóc, ale nie chcę zmuszać was do wybierania…
     - Nie ma problemu – odpowiedział Maes, klepiąc go lekko po ramieniu. – Po prostu odłożymy na te miejsca ciała, które się nie zmieścimy, i weźmiemy tę resztę, co zostanie. – Schował holopada do kieszeni i uśmiechnął się szeroko i szczerze, jakby nagle opuściło go zmęczenie. – Świetnie się spisałeś, kolego. Jesteśmy ci winni nowe ubrania, profesjonalne badania, dobry posiłek, ciepłą kąpiel i wygodne łóżko.
     Callistar ruszył w kierunku ciał z Vernorem przy boku, rozplątując sieć, w którą mieli zapakować ciała. Był pod niemałym wrażeniem profesjonalizmu, jakim wykazał się Bucky, nawet jeśli obudził się ledwie dwie godziny wcześniej. On sam na jego zacząłby panikować i prawdopodobnie spróbowałby kogoś zabić, zamiast współpracować z nieznanymi sobie ludźmi.
     Długowłosy mężczyzna skinął Cainowi głową, wyraźnie zadowolony, że będzie mógł odpocząć.
     - To ostatnie brzmi, przynajmniej jak dla mnie, najlepiej – skomentował Ziemianin. – I cieszę się, że mogłem pomóc. Gdybyście jeszcze czegoś potrzebowali, to służę pomocą. Ale to nie teraz, tylko później.
     Ze swojego miejsca Devire mógł stwierdzić, że nowemu bardziej podpasował bardziej Maes, niż on. Zamienił z nim może kilka zdań, ale miał wrażenie, że zaufanie do któregokolwiek z nich w tej sytuacji było kluczowe. Gdyby zaszła potrzeba zebrania większej ilości informacji, Bucky mógł okazać się przydatnym sprzymierzeńcem. I obudził się pierwszy, długo przed szacowanym czasem – to mogło zainteresować Oriona Loralaya.
Call rozplątał wypełnioną dwunastoma osobami sieć, by wyciągnąć z niej piątkę. Droga do bazy z jaskini była krótka i przyjemna, więc nie martwił się o zmęczenie swojego gryfa dodatkowym ciężarem.
     - Ostatni transport na dziś – oznajmił Vernorowi, klepiąc go przyjacielsko po pysku. – Jak wrócimy, to obiecuję, że dostaniesz podwójny posiłek.
     Stworzenie przymknęło oczy i szturchnęło go przyjacielsko w ramię, na co mężczyzna uśmiechnął się lekko. Gryf pozwolił przymocować sobie po jednej stronie siodła siatkę z piątką znajomych Bucky’ego. Z tej z dwunastką Devire wyjął pierwsze-lepsze pięć ciał i odsunął je na bok, żeby Cain wraz z Oculusem mogli odnieść je na miejsce.
     - Ale pracowity dzień – skomentował Maes, kiedy doczepiali drugą sieć do siodła.
     - Miło by było, gdyby to był jego koniec – mruknął Callistar, skupiając swoje myśli na pojawieniu się dowództwa. Od rana nie dostali żadnych informacji od Ishtar, i nawet nie wysyłali jej wiadomości, by sprawdzić, czy wszystko u niej w porządku. Znali ją wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że to ona odezwie się pierwsza, a popędzanie jej nie ma sensu. – Tyle że będzie jeszcze gorzej.
     Cain położył mu dłoń na ramieniu i ścisnął je lekko. Jego oczy zachmurzyły się lekko, jakby i do niego w końcu dotarło, co niedługo się stanie.
     - Co by się nie działo – zaczął – pamiętaj jedno – Reira cię nie zabije, bo nawet gdyby próbowała, to… no, w każdym razie cię nie zabije, bo ja tu jestem.
     Callistar prychnął, ni to śmiechem, ni z żalem.
     - To super – oznajmił cierpko. – Mam wrażenie, że wyczuję jej nienawiść zanim w ogóle zobaczymy ich statek. Na pewno zabrała ze sobą jakąś ukrytą broń i użyje jej na mnie, kiedy nikt nie będzie patrzył.
Maes wzruszył ramionami, jakby widok schowanej w połach płaszcza Reiry broni nie był czymś niezwykłym. Bo, właściwie nie było niczym takim – po prostu zazwyczaj jej celem był również ich wróg, a nie któryś z nich.
     - Była dziewczyna to nie zawsze wyrok śmierci – pocieszył przyjaciela Egipcjanin, wsiadając na Oculusa. Podał dłoń Bucky’emu i pomógł mu usadowić się za sobą. – To znaczy… w sumie sam go na siebie podpisałeś, ale…
     - Dobra, siedź już cicho.
     Call wskoczył na grzbiet Vernora i poklepał go po szyi. Ostatni raz upewnił się, że sieci są przymocowane odpowiednio, i pozwolił gryfowi wznieść się w przestworza.
     Gdy tylko unieśli się nad czubki gór, od strony zachodu dobiegł ich głośny dźwięk zbliżającego się statku kosmicznego.
     - Wzięli Dawn – krzyknął Callistar. – Czyli szykuje się coś serio grubszego.    
     - No to nie możemy im pozwolić na siebie czekać – rzucił Cain, a Oculus wydał z siebie okrzyk i przyspieszył.
     Niebo nad Tunnen prezentowało się tego późnego popołudnia nadzwyczajnie, ze słońcem powoli chylącym się ku zachodowi i rozciągniętymi aż po horyzont, jasnoczerwonymi chmurami. Callowi przeszło przez myśl, że w ich obecnej sytuacji było to wręcz ironiczne.
     Westchnął cicho i poprowadził swojego gryfa do bazy, gdzie pierwszy raz od dawna miał zmierzyć się ze swoją przeszłością.


     Podchodzenie do lądowania w bazie Tunnen nie było czymś, na co powinien porywać się niedoświadczony pilot. Choć dziesięć wielkich hangarów było w stanie pomieścić całą eskadrę statków, to ich wejścia nie zostały dostosowane do pojazdów wielkości Dawn. Jego rozpiętość była większa o połowę szerokości włazu, więc jedynym sposobem na zaparkowanie było wprowadzenie statku bokiem, a następnie ustawienie go tak, by nie utrudniać ruchu. Równie dobrze można by zostawić go na zewnątrz, i Reira zaproponowałaby to Orionowi, gdyby nie fakt, że zostawienie go na jakiejś półce skalnej mogłoby skończyć się utratą pojazdu.
     Dziękowała również wszystkim bogom, że Loralay, podobnie jak ona, nie czuł się dobrze przy tym hangarze i choć na chwilę przestał narzekać na to, że Letty przejęła stery. Całą drogę ubliżali sobie w kwestii umiejętności pilotowania i po tych kilku godzinach Zairi miała ich już kompletnie dosyć. Rozmowa z Kylarem Naserrayem dołożyła jej kolejnych zmartwień, i choć czuła wdzięczność wobec Petera za jego wsparcie, wciąż była kłębkiem nerwów. Przedstawienie Orionowi opinii innych regionów Novis nie zapowiadało się prosto, tym bardziej, że wciąż miała z tyłu głowy ostatnie zapewnienie Regem Tempusa.
     - I kto tu jest najlepszym pilotem? – zapytała wyniośle Letty, gdy udało jej się wprowadzić Dawn do hangaru i odstawić na ziemię w jednym kawałku. – Jestem absolutnie pewna, że gdybyś to ty prowadził, ten biedny statek nie miałby już skrzydła. Albo nawet obu.
     Orion prychnął, ale nie odpowiedział na zaczepkę Maes, czując na sobie morderczy wzrok Reiry. Dobrze, że chociaż raz potrafił utrzymać język za zębami.
     - Letty, pójdziesz powiedzieć reszcie, że jesteśmy już na miejscu? – zapytała przyjaciółkę białowłosa. Ta skinęła jej głową i, unosząc ją równie wysoko, jak przed chwilą, wyszła z kokpitu.
     - Przysięgam, że kiedyś ją uduszę – burknął Loralay, kiedy zamykające się drzwi wydały charakterystyczny szczęk.
     Zairi wywróciła oczami, czując większą irytację, niż przed chwilą. Myślała, że sobie odpuścił i zamierzał zostawić komentarze dla siebie. Od jakiegoś czasu Orion i Letty coraz częściej skakali sobie do oczu i usiłowali udowodnić temu drugiemu, kto jest lepszy, jednak obietnice morderstwa były czymś, co nigdy wcześniej między nimi nie padło. Zaniepokoiło ją to, zwłaszcza przez wzgląd na fakt, jakie sam Loralay miał podejście do życia i śmierci. Zachowała jednak ciszę i tylko ponownie zgromiła go wzrokiem. Gdyby odpowiedziała mu czymś podobnym, a dokładnie to chodziło jej w tamtej chwili po głowie, nie byłaby wcale lepsza od niego.
     Reira wyszła z pomieszczenia chwilę po przyjaciółce, nie pozwalając sobie na nawet najmniej uszczypliwą uwagę, jaka w tamtej chwili przyszła jej do głowy. Nie zatrzymała się, słysząc, jak drzwi otwierają się ponownie. Minęło kilka uderzeń serca, nim Orion dogonił ją i, całkowicie naturalnie, zrównał się z jej tempem, idąc dwa kroki z przodu. Robili tak, od kiedy Zairi sięgała pamięcią. On reprezentował Meridianam Novis, a ona chroniła jego tyły. Była jak cień swojego dowódcy, gotowa pozbawić duszy każdego, kto spróbuje targnąć się na jego życie. Wpatrując się uporczywie w czarne, wytatuowane litery w nieznanym jej języku, białowłosa toczyła walkę z myślami. Jeżeli Kylar dopnie swego, ich dwójka i dosłownie, i w przenośni, zamieni się swoimi miejscami. Wtedy zadaniem Loralaya będzie chronienie jej, a przez wzgląd na to, co prawdopodobnie to poprzedzi… Reira nie chciała, by Orion znajdował się tuż za jej plecami ze swoimi przytroczonymi do pasa nożami.
     Szybko dotarli do włazu, gdzie czekała już na nich Letty z gośćmi. Białowłosa przyjrzała się dokładnie ich twarzom, by upewnić się, że nie ma na nich znużenia albo zdenerwowania. Udostępnili im najlepiej wyposażoną salę więc liczyła, że spędzili miło czas i się nie nudzili. Gdy wzrok Zairi padł na Petera, poczuła, jak kąciki jej ust unoszą się lekko do góry. Gdy Doktor Strange opowiadał jej o Strażnikach Galaktyki i Spider-manie, przedstawiał chłopaka jako uroczą ciapę, podopiecznego jakiegoś Starka, kimkolwiek był. Po ledwie chwili rozmowy Reira wiedziała, że Parker był kimś więcej, niż przyjacielskim superbohaterem z sąsiedztwa – miał w sobie determinację i upartość, którą ukształtowały przykre wydarzenia z życia. I, jak na ledwie piętnaście lat, przeszedł naprawdę wiele.
     Orion stanął przed Strażnikami, Strangem i Peterem i spojrzał na nich spod byka. Reira zatrzymała się trzy kroki za nim i splotła dłonie za plecami. Quill zmarszczył nos, przyglądając się najpierw jej, a potem mężczyźnie.
     - Nasza ziemska baza znajduje się w paśmie górskim Tunnen – rozpoczął Loralay. – Od strony zachodniego wejścia łączy się z Yghanil, doliną lasów i jezior. Gdybyście chcieli wybrać się na spacer, zgłoście to Letty, Reirze albo któremuś z tutejszych. Nie oczekujcie jednak od nas, że będziemy na każdej wasze skinienie – mamy ważne sprawy do ustalenia i nie życzymy sobie, żebyście zajmowali nasz cenny czas. – Reira zacisnęła mocniej zęby na słowa Oriona. Nie irytował jej sam sposób, w jaki odzywał się do ich gości, ale to, że chciała choć trochę odsapnąć. Następne dni zapowiadały się bardziej intensywne, niżby chciała. – Będziecie mieć też dużo czasu na… cokolwiek, bo spędzimy tu około dwóch tygodni.
     Białowłosa chciała dodać, że po tym czasie prawdopodobnie będą musieli zabrać ich również na Thollyrię, gdzie spotkają się z Kylarem i Radą. Była niemalże pewna, że nawet gdyby Orionowi nie przeszkadzała ich obecność, nie chciałby narażać i siebie, i ich na pytania i ataki. Tylko najpierw musiała znaleźć dobry moment i powiedzieć mu o zwołanym spotkaniu, by oficjalnie mógł powiadomić o tym Meridiańską grupę dyplomatyczną.
Peter Quill uniósł rękę do góry, i gdy wzrok Loralaya padł na niego, zapytał:
- Czemu właściwie nie mogliśmy zostać na Tytanie?
     Coś syknęło przy włazie, kiedy Letty – z pomocą swojego urządzenia na nadgarstku - wyłączyła system blokujący dopływ powietrza do komory, oddzielającej świat zewnętrzny od środka Dawn.
     - Bo tamtejsze zabezpieczenia stają się aktywne, kiedy ta dwójka opuści planetę – Maes skinęła głową na Oriona i Reirę – i coś mogłoby was przypadkiem zabić albo wyrzucić na orbitę.
     Star-lord spojrzał z zaskoczeniem na białowłosą, wyraźnie oczekując jej potwierdzenia. Zairi, niezbyt rozumiejąc, dlaczego padło akurat na nią, potwierdziła słowa przyjaciółki, kiwając głową. Na jej reakcję mężczyzna skrzywił się nieznacznie.
     - Dobra – odpowiedział – to wszystko tłumaczy.
     - Zaraz, drodzy przyjaciele. – Drax zbliżył się o krok do Oriona. Reira instynktownie sięgnęła do pasa po przyczepione do niego kulki elektrowstrząsowe. – A co z naszą Mantis? Czy zostawimy ją na tym wielkim statku?
     - Tu jej stan monitoruje znacznie lepszy sprzęt, niż ten, który mają w bazie – odparł sucho Loralay. – Ale, jeśli sobie tego życzysz, możemy przenieść ją do…
     - Nie będzie takiej potrzeby – wszedł mu w słowo Stephen, kładąc dłoń na ramieniu Draxa i cofając go do rzędu. – Skoro Mantis ma tu dobrze, to najwyżej będziemy ją odwiedzać do czasu, aż się obudzi.
     Kobiety spojrzały po sobie i bez słów doszły do wniosku, że jeśli zostaną tu choć chwilę dłużej, może wydarzyć się coś nieciekawego. Letty wstukała odpowiedni kod na swoim urządzenia i otworzyła tym samym pierwszy z włazów. Weszli do pomieszczenia całą grupą – Orion z przodu, Reira tuż za nim, zaś Maes stanęła na samym tyle, zamykając za nimi drzwi. W ciągu chwili system stopniowo zaczął dostosowywać zawartość tlenu do tej panującej na zewnątrz. Była ona inna i na Tytanie, i na Ziemi, a jego stężenie różniło się tak bardzo, że przechodzenie przez takie komory zapewniało, że nie przytrafią się im żadne niechciane problemy, takie jak zaćma czy wiotczenie mięśni.
     Zairi odmierzała w myślach dokładnie trzy minuty, mocno ściskając dłonie za plecami. Nigdy nie lubiła tego typu komór, przy każdym ich użyciu czuła dzwonienie w uszach i suchość na języku, co kojarzyło jej się tylko z nieprzyjemnymi wydarzeniami. Tym razem strefa przechodnia dłużyła się w nieskończoność i białowłosa prawie odetchnęła z ulgą, kiedy właz, dzielący ich od hangaru, w końcu się otworzył. 
     Zeszli po rampie do hangaru, w którym stały trzy śmigacze i dwa statki typu 98, którymi można było latać jedynie pod stratosferą. W bazie jedynym pojazdem, dostosowanym do podróży kosmicznych, był ten, którym Letty przyleciała na Tytana. Patrząc jednak na przestrzeń, zajmowaną przez Dawn, najlepszym pomysłem było, póki co, nie wyprowadzać go z ładowni.
     - Gdzie oni są? – Maes stanęła przy Reirze, rozglądając się po kamiennym, surowym pomieszczeniu. Jej wzrok padł najpierw na metalowe drzwi, a następnie na wlot. – Zbiję kiedyś tych idiotów na kwaśny ulung, naprawdę nie potrafią wyrobić się ze swoją robotą na czas nawet w takim momencie. 
     Kobieta zaparkowała statek w taki sposób, że od razu po wyjściu mieli widok i na pozostałą część hangaru, z innymi, mniejszymi otworami wlotowymi, i na rozpościerający się na zewnątrz widok na skaliste góry i czubki drzew iglastych. Baza nie została wybudowana wcale tak dawno – miała w końcu tylko pięćdziesiąt lat – w czasie, gdy zaczęto zwracać uwagę również na piękno otoczenia. Ich poprzednie miejsce na Ziemi znajdowało się w kraterze na pustyni, i choć Reira miała z nim wiele miłych wspomnień i je uwielbiała, musiała przyznać, że to miejsce prezentowało się znacznie ładniej i nowocześniej.
     - Pewnie zaraz się znajdą – zapewniła przyjaciółkę. – Pewnie po prostu byli zbyt zajęci swoją pracą i nie zauważyli…
     Po górach poniósł się głośny wrzask, docierając aż do hangaru i sprawiając, że cała grupka podskoczyła ze strachu. Zza jednego z bliżej położonych szczytów wychynęły dwa stworzenia o podobnych do orlich, długich skrzydłach. Nie leciały jednak dziób w dziób – jeden z nich trzymał pod grzbietem dwie sieci, przypominające te na ryby, wypełnione czymś bliżej niezidentyfikowanym.
     Przyglądając się, jak Cain i Callistar zniżają lot i zwalniają, by nie wpaść z impetem do hangaru, Reira zaczęła czuć, jak ogarnia ją panika. Byli zmuszeni do wyjazdu tak szybko, że nie miała czasu pomyśleć o rzeczach – i ludziach – które czekały na nich na Ziemi. O takich osobach, których nigdy nie chciała ponownie widzieć. Letty podeszła do niej i położyła dłoń na jej ramieniu, uśmiechając się pokrzepiająco.
     - Wszystko załatwię – szepnęła Maes. – Zostań ze Strangem i resztą.
     Białowłosa przyjęła jej słowa z ulgą i skinęła głową w podziękowaniu. Cieszyła się, że miała Letitię po swojej stronie. Maes zdawała sobie sprawę z tego, że wciąż nie pozbierała się po tym, co zrobił jej były chłopak. Myślenie o tym, jak wspaniałą przyjaciółkę miała, sprawiło, że Reirę dopadły wyrzuty sumienia. W końcu nie wiedziała o niej wszystkiego, co tak naprawdę powinna. Jeżeli jednak pewne rzeczy miały się zmienić, ona przestałaby podlegać Orionowi, a to znaczyłoby również zero rozkazów i zakazów z jego strony. Mógłby jej tylko doradzać, a ona nie musiałaby go słuchać, więc w końcu mogłaby opowiedzieć Letty o wszystkich rzeczach, o których zabraniał jej mówić Loralay.
     Jeden z gryfów wylądował na posadzce, zadzierając wysoko łeb i skrzecząc głośno. Jego pióra lśniły w świetle, mieniąc się, jakby były wykonane ze złota. Vernora nie można było pomylić z żadnym innym przedstawicielem tego gatunku – miał swój sposób bycia i charakter równie silny, co głos. Z jego grzbietu zsunęła się postać, ubrana w czarny, jednoczęściowy strój, z rozczochraną przez wiatr czupryną. Drugie zwierzę, z Cainem i kimś, kogo Reira nie znała, w swoim siodle, biło skrzydłami w miejscu, utrzymując sieci pół metra nad ziemią.
     - Gdziekolwiek byliście, macie się natychmiast tłumaczyć. – Letitia pogroziła brunetowi palcem, jednak szybko zapomniała o swojej złości i mocno go uściskała. – Pachniesz jak zachodni wiatr. To nowe perfumy czy jakaś kolejna eskapada? – zapytała Callistara, na co te odpowiedział jej tak cicho, że Reira nie była w stanie usłyszeć.
     - Wiecie, chciałbym już zejść na ziemię! – krzyknął Cain z grzbietu Oculusa, spoglądając na nich wrogo. – Zabierzcie ten ładunek!
     Letty podeszła ze śmiechem do sieci i zaczęła odwiązywać jeden z dolnych supłów, a po chwili dołączył do niej również Devire. Reira przyglądała się ich pracy w skupieniu, nie ruszając się ze swojego miejsca nawet o krok. Orion cofnął się i stanął koło niej.
     - Nie chciałabyś im pomóc? – zapytał, unosząc brwi.
     - Jestem zmęczona podróżą. Letty kazała mi zostać i popatrzeć – odpowiedziała gładko, zakładając ramiona na klatce piersiowej.
     Nozdrza Loralaya rozszerzyły się na sekundę, jakby to, że kobieta słuchała poleceń kogoś innego, mocno go irytował. Reira wbiła paznokcie w materiał na swoich ramionach, nie zmieniając pozycji. Nie chciała myśleć o tym, jak mężczyzna zareaguje na polecenia Kylara, jeżeli irytowało go coś takiego. Miała ledwo dwa tygodnie, by w jakiś sposób go na to przygotować, i jednocześnie nie wygadać się w sprawie wszystkich wieści.
     Letty i Callistar wyciągnęli wszystkie ciała z sieci, co pozwoliło Oculusowi na postawienie łap na ziemi. Cain natychmiast zeskoczył z jego grzbietu i podszedł do swojej żony, żeby złapać ją i unieść, obracając się dookoła własnej osi. Zaraz po tym spojrzał na osoby stojące z boku i im pomachał, uśmiechając się przy tym szeroko. Callistar pociągnął go jednak z powrotem do pracy, by pomógł mu ściągnąć siodła z gryfów.
     - O czym rozmawiałaś z Regem Tempusem? Chodziło o ostatnie problemy z komunikacją z najdalej wysuniętymi regionami? – Kolejne pytania Oriona sprawiły, że białowłosa zacisnęła zęby. Na pokładzie nie oczekiwał, że opowie mu o swojej rozmowie z Kylarem, jednak przeliczyła się, myśląc, że nigdy nie poruszy tego tematu. Choć, przez wzgląd na swoje stanowisko mógł zrobić to w każdej chwili, Loralay czekał na chwilę, gdy nie otaczał ich nikt, kto mógł zrobić coś z tymi informacjami.
     Letty wykrzykiwała głośno polecenia do dwóch robotów, które pojawiły się nagle z czymś, co przypominało wózek z wielkim łożem. Zapakowali na nie wszystkie ciała, wyciągnięte z sieci, a maszyny zniknęły równie szybko, jak się pojawiły.
     - Zaproponował mi wykorzystanie Thollyri jako miejsca na ponownie spotkanie Unii. Jeden z Radnych zdecydował się zwołać całe zgromadzenie za dwa tygodnie – odpowiedziała, nie zająkując się. Świadomość, że Orion mógł dociekać, dlaczego ta informacja musiała zostać przekazana wyłącznie jej, i czemu trwało to tak długo, sparaliżował ją od środka. – Ponoć… jakaś sytuacja kryzysowa na Resurgemenusie.
     - Och – mruknął mężczyzna. – Czyli, jak mniemam, przed powrotem na Tytana, musimy zahaczyć jeszcze o Thollyrię. Albo nawet inną prowincję.
     - Zlecę robotom zatankowanie Dawn i szybki przegląd, tak na wszelki wypadek. – Reira uniosła wzrok, by spojrzeć na surową twarz swojego mentora. – Nie chcemy przecież żadnych problemów w trakcie.
     - Opóźnienie nie wchodzi w grę – dopowiedział szybko Orion. – Mam nadzieję, że kwestia projektów Leorica pozostaje bez zmian?
     Reira potwierdziła to skinieniem głowy i szybko skierowała całą swoją uwagę na zbliżających się do nich ludzi. Letty i Cain rozmawiali ze sobą, wyraźnie ożywieni, a Callistar szeptał coś do mężczyzny, którego nigdy nie widziała. Ubrany w dziwny, zakurzony strój, przypominający taki do tajnych misji na peryferiach, przyglądał się im przez opadające na twarz, ciemnobrązowe włosy. Zairi od razu wychwyciła w jego sposobie poruszania się, że nie był zwykłym, prostym człowiekiem. Na pewno musiał zostać przeszkolony w walce. To znaczyło z kolei, że jego strój nie był przypadkowy. Poza tym na widok jego dziwnego, wyglądającego na bioniczne ramienia, uniosła brwi. Rzuciła Cainowi pytające spojrzenie, licząc, że opowie jej potem coś więcej, a on wzruszył ramionami.
     - Witamy was ponownie na Ziemi – odezwał się Callistar, wpatrując się prosto w Oriona, który ponownie wysunął się nieco naprzód. Nawet nie rzucił na nią okiem. Bardzo dobrze. – Jest nam bardzo przykro, że spotykamy się w takich okolicznościach…
     - Daruj już sobie – westchnął Maes, wywracając oczami. – Możemy po prostu przejść do uścisków i uczty, bo ten dzień był tak męczący, że zaraz padnę. Nie obserwuje nas żadna publika i nikt nie ocenia twojej mowy, serio, odpuść.  – Spojrzał na stojących kawałek dalej Strażników, Strange’a i Petera. – Chociaż w sumie jakąś tam publikę mamy…
     Reira zerknęła na nich, dopiero w tamtej chwili przypominając sobie o ich obecności. Była tak pochłonięta utrzymywaniem swoich emocji w środku, że zapomniała o ludziach, których tu ze sobą zabrali. Było jej wstyd za swój nietakt. Stali za nimi przez cały ten czas, prawdopodobnie słysząc jej rozmowę z Orionem. Pierwszym, o czym pomyślała, była reakcja Petera – słyszał, co mówił jej Kylar i wiedział również, co ona przekazała Loralayowi. Miała nadzieję, że chłopak zachowa tę wiedzę dla siebie, jak obiecał, i nikt nigdy nie dowie się o tym, że osoba niepożądana przysłuchiwała się jednej z rewolucyjnych konwersacji Regem Tempusa. Z miny Parkera Reira nie była w stanie nic wyczytać, a fakt, że Strange pochylił się do niego, żeby coś szepnąć mu na ucho, wywołał w niej coś na kształt przerażenia.
     Spróbowała odsunąć od siebie emocje i skupiła się na rozmowie Callistara i Caina. Devire marszczył brwi, spoglądając na tego drugiego, jakby go obraził. Reirę nieco uspokoiło, że prawdopodobnie spoglądała na ich gości tylko kilka uderzeń serca, i po prostu wydawało jej się to nieco dłuższe.
     - To, że ty nie umiesz zachowywać się taktownie, nie oznacza, że ja tego nie potrafię. Uznałem za stosowne powitanie nowych gości, zwłaszcza że kilkoro z nich widzimy dopiero pierwszy raz. – Zwrócił się do tego trzeciego, wyraźnie zdezorientowanego: - Bucky, czy kojarzysz stąd kogoś?
     Mężczyzna przyjrzał się najpierw Orionowi i Reirze, potem Strażnikom, ale to na Strange’u i Peterze zawiesił na dłużej wzrok. Zupełnie, jakby coś mu świtało, ale nie był tego do końca pewien.
     - Nie, niestety nie. Przykro mi – odpowiedział smutno. – Jestem bardzo zmęczony i ledwo widzę na oczy…
     - Jesteś z tych, którzy szybciej się obudzili? Zakazałem tutejszym prób szybszego wybudzania, mam nadzieję, że tego nie próbowali – przerwał mu ostro Orion, podchodząc do niego nagle. – Zbadano cię? Pobrali ci krew? Sprawdzili tętno, wzrok albo słuch?
     Cain i Callistar przysunęli się bliżej Bucky’ego, jakby nagła reakcja dowódcy wywołała w nich instynkt obronny.
     - Nie mieliśmy na to czasu – wytłumaczył Maes, unosząc głowę. Był zdecydowanie niższy od Loralaya, co widocznie go irytowało. – Byliśmy zajęci wykonywanie twojego polecenia. Gdyby Bucky powiedział nam, że czuje się gorzej, to byśmy go tam zabrali. Ale nie powiedział. Jest tylko zmęczony, bo wiesz, człowiek się męczy. I teraz, wiedząc o tym, zabierzemy go, by mógł odpocząć.
     Orion uniósł jedną brew, ale nie odezwał się ani słowem.
     - W takim razie niech jedno z was odprowadzi kolegę do skrzydła szpitalnego  – wtrąciła się szybko Reira, podchodząc bliżej. – Nie jesteśmy tu pierwszy raz, poradzimy sobie, jeśli nie wszyscy z was będą nam towarzyszyć.
     Spojrzała znacząco na Letty, a ta, gdy pochwyciła jej wzrok, natychmiast zrozumiała ukryty przekaz. Zbliżyła się do Callistara i, obejmując go, przesunęła go w stronę Bucky’ego.
     - Ty się do tego nadajesz, mój drogi. Z naszej trójki najlepiej znasz się na badaniach i tym wszystkim – powiedziała, klepiąc go po klatce piersiowej. – Zajmij się naszym kolegą, ułóż go grzecznie spać i przyjdź na naradę.
     Devire skinął głową, marszcząc lekko brwi, i wskazał mężczyźnie odpowiednie drzwi. Odeszli szybko w ich stronę, rozmawiając po cichu i nie oglądając się za siebie. Gdyby któryś z nich jednak to zrobił, zobaczyłby, jak Reira odprowadza ich wzrokiem. Odważyła się bowiem spojrzeć na Callistara dopiero w chwili, gdy była prawie pewna, że on tego nie odwzajemni. Chciała możliwie jak najdłużej nie mieć z nim styczności. Bo, kto wie, może te dodatkowe kilka godzin sprawi, że uda jej się pogodzić z tym, co zrobił kilkanaście lat wcześniej?
     Stanął jej przed oczami widok ciała, leżącego bezwładnie na polanie przy starej wiosce Illaryan, z rozczochranymi włosami i złamanym, zakrwawionym nożem przy dłoni. Jej oprawca zniknął, ale wszyscy wiedzieli, kim był. Tylko władający magią cieni Celestianin był w stanie pozbawić życia kogoś, kogo nazywano nieśmiertelnym. Rheia nie miała najmniejszej szansy na przeżycie starcia z kimś tak potężnym. Nie było ważne, że potem błagał na kolanach o przebaczenie i zaklinał się na wszystko, że nie zrobił tego z własnej woli.
Ktoś nagle położył Reirze dłoń na ramieniu, tak prędko, że aż podskoczyła. Letty przyjrzała się jej twarzy, marszcząc brwi.
     - Chcesz porozmawiać? – zapytała cicho Ziemianka, kierując siebie i białowłosą za Orionem, Cainem i ich gośćmi. – Wiesz, że zawsze będę tu, by cię wysłuchać i ci pomóc.
Zairi westchnęła, chowając twarz w dłoniach.
     - Nie wiem… Nie umiem – szepnęła bardziej do siebie, niż do przyjaciółki. – Ja po prostu nie umiem.
     Letty przepuściła Strażników, Strange’a i Parkera, pozwalając im podejść bliżej swojego męża, chętnego do opowiadania historii Tunnen. Całą grupą skierowali się w stronę przeciwną do tej, w którą poszli Call i Bucky. Jeśli pamięć nie myliła Reiry, zmierzali w stronę pokoi, by odstawić gości i potem – prawdopodobnie – udać się na naradę. Na samą myśl o niej kobietę ścisnęło w żołądku. Gdyby tylko nie było spraw niecierpiących zwłoki, by mogła mieć kilka dni na odpoczynek…
     - Oddychaj – mruknęła Maes, kładąc dłoń na wysokości łopatek białowłosej. – Oddychaj, zaraz będzie dobrze.
     Wszystkie korytarze, którymi przechodzili, wyglądały prawie identycznie – ciemnoszare ściany, obwieszone pięknymi obrazami – raz natury, a raz ludzi. Podłoga została wyłożona czymś, co zdawało się połączeniem zwierzęcego futra i wykładziny, co sprawiało, że żadne kroki nie odbijały się echem, jak to było na Tytanie. Każde pomieszczenie zostało udekorowane glinianymi albo porcelanowymi figurkami, przedstawiającymi zwierzęta. Reira zapewne podziwiałaby otoczenie, jak zwykle przypatrując się staranności, widocznej na obrazach, jak i detalom figurek, jednak w tamtej chwili miała wrażenie, że świat wywróci się do góry nogami.
     W pewnym momencie, gdy korytarz rozchodził się na dwie odnogi, Letty przeniosła dłoń z jej pleców na prawe ramię, a lewe chwyciła wolną ręką. Przytrzymała białowłosą w miejscu, tuż przed zakrętem, pozwalając Cainowi i reszcie iść dalej. Ze względu na to, że szły z tyłu, prawdopodobnie nikt nie zobaczy ich zniknięcia, przynajmniej do chwili, gdy zatrzymają się przed pokojami. Kobieta pociągnęła Reirę, by usiadły na stojącej obok, miękkiej kanapie, obitej futrem drapieżnego zwierzęcia. Wyglądała na tak zaaferowaną tym, co się działo z jej przyjaciółką, że Zairi poczuła wyrzuty sumienia, że ściąga na siebie jej uwagę.
     - Już jest dobrze – szepnęła Letty, przyciągając Reirę do swojej piersi w matczynym geście. – Jesteś bezpieczna. Nic ci nie grozi.
     Siedziały chwilę w ciszy, gdy białowłosa próbowała opanować nagłe drżenie ciała. Chwilę wcześniej była w stanie zataić prawdę przed Orionem, a teraz? Zaczęła zachowywać się jak rozhisteryzowana dziewczynka, pragnąca atencji.
     - Dziękuję, już mi lepiej – oznajmiła hardo, wyplątując się z uścisku Maes. – Cieszę się, że cię mam.
Kobieta uśmiechnęła się pokrzepiająco.
     - Od czego ma się przyjaciół? – parsknęła, mierzwiąc włosy Reiry. – Chcesz opowiedzieć mi, co się stało?
     Zairi wzięła głęboki oddech, opierając łokcie na kolanach. Położyła podbródek na dłoniach i spojrzała na Letitię, starając się dobrać odpowiednie słowa, by nie pokazać jej, jak wielki mętlik ma w głowie. Powinna była zostać na Tytanie, jak zwykle, a nie wybierać się z nimi na Ziemię. Szwendałaby się korytarzami wieży i zmieniała wystrój wnętrz, zamiast mieć takie problemy.
     - Kiedy patrzę na Callistara, widzę Rheię – wypaliła nagle, opuszczając dłonie i opierając się plecami o kanapę. – Widzę ją w lesie, leżącą bez życia, i… i mam wrażenie, że na jego rękach wciąż jest jej krew.
Letty westchnęła, kręcąc głową.
     - Rozumiem – odpowiedziała cicho. – Ja też za nią tęsknię, choć nie znałam jej tak dobrze… Ale, Rei, nie przywrócimy jej życia. Musimy żyć dalej i dbać o to, co wciąż mamy. – Wciągnęła głośno powietrze przez nos. – Nie będę cię prosić, żebyś mu wybaczyła… Rheia była dla ciebie jak druga matka, oczywiście, że będziesz ją opłakiwać dłużej, niż my, ale – Wzięła ją za rękę, splotła ich palce razem i mocno ścisnęła jej dłoń – nie możemy żyć przeszłością. Uwierz mi, wiem coś o tym. Gdybym dbała o moje stare życie, ja i Cain nigdy nie bylibyśmy razem.
Reira zmarszczyła brwi.
     - Do czego zmierzasz? – zapytała nieco zbyt oschle, niż by chciała czy powinna.
     - Może spróbowałabyś nie traktować go jak wroga? – zaproponowała Maes, po czym szybko dodała: - Żebyś chociaż mogła porozmawiać z nim o losach świata, jakby był kimś, kto może ci pomóc. Bo w sumie może. Ze swoją mocą Call mógłby zniszczyć całą tę planetę kichnięciem.
     Zairi westchnęła. Od kiedy tylko sprawy się pokomplikowały, Orion prosił ją, by zachowywała się profesjonalnie i traktowała Callistara jako pewnego rodzaju sojusznika, którego wsparcie było niesamowicie ważne. Nie przejęła się jego zdaniem i robiła wszystko po swojemu, choć wiedziała, że i ona, i całe Meridianam znacząco na tym traci. Celestiańska potęga Devire’a przeważyła szalę zwycięstwa w wielkiej wojnie, a w obecnej sytuacji też dobrze byłoby mieć jakieś wsparcie… W końcu ona sama ledwo panowała nad swoją magią.
     - Mogę spróbować – stwierdziła niechętnie, od razu wiedząc, że proces może okazać się długi i trudny do przejścia. – Tylko muszę pomyśleć, jak właściwie się przemóc.
Letty objęła ją mocno, nie dbając o pozycję, w jakiej właśnie znajdowała się Reira. Unieruchomiła jej ręce tak, że ta nie była w stanie odwzajemnić uścisku, ale żadna z nich nie zdawała się tym przejmować.
     - Zawsze możesz sobie wyobrazić, że jest kimś innym – zasugerowała Maes, opierając podbródek na głowie przyjaciółki. – Albo że jest nagi.
     Białowłosa parsknęła, przypominając sobie sytuację, gdy – kiedy ona i Callistar byli jeszcze parą – wparowała do łazienki i zastała go bez żadnych ubrań i z zaskoczonym wyrazem twarz. Nie była do końca pewna, czy wizualizowanie go sobie w takim stanie pomogłoby jej zachować się bardziej profesjonalnie, albo udawać, że nie ma problemu z jego osobą.
     - Zobaczymy – skwitowała, odsuwając od siebie kilka naprawdę starych wspomnień. – Póki co lepiej, żebyśmy w końcu wybrały się na naradę.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (15-08-2019 o 13h53)


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#37 26-02-2019 o 19h56

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 854

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Jezu, to ja mam DWA rozdziały do nadrobienia? O kurdefix, nie mam pojęcia, czemu nie skomentowałam ci tamtego. Bo że robię to z opóźnieniem, to się chyba przyzwyczaiłaś. Ale że coś pominęłam? Ech :<

Też bym uwielbiała latać na gryfie jakbym takiego miała

Uwielbiam, jak opisujesz relacje i poznawanie się „tych” i „tamtych”. Jedni o drugich nie wiedzą niemal nic i to naprawdę fajnie się czyta!

Woooow. Wooowowowow. To faktycznie duży konflikt, dużo większy niż jakaś zwykła zdrada. O to gnojek jeden.

Kurde. Raz piszesz że typek zabił Rheię, potem zaczynasz rozdział od Rhei… NAH XD

Była tylko jedna rzecz, za którą była” — trochę bije po oczach to powtórzenie

EJ KURCZE ten rozdział był taki smutny :< Ale padło tu głośne stwierdzenie, że Orion jest be. I tak go lubię :v Niemniej… hm, zastanawiałam się właśnie, czemu Callistar ją zabił i nie spodziewałam się, że tak szybko przedstawisz tę scenę. Że w ogóle ją przedstawisz! Tylko trochę szkoda, że Riera znienawidziła typka za coś, czego nie chciał zrobić, a musiał. Nie zazdroszczę, bo stał przed bardzo trudnym, choć poniekąd oczywistym wyborem.

Suuuuper rozdział! Oba super, ale ten ostatni naprawdę chwyta za serducho! Czekam więc na więcej i pozdrawiam! ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#38 27-03-2019 o 18h48

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 632

Hoho, to znów ja! Tak sobie wpadam, żeby wrzucić następny rozdział, napisany jakieś 2 miesiące temu. Mam jeszcze półtorej schowane!

No Puć, ominęłaś jeden no :v Postaram się o więcej łapiących za serduszko rozdziałów. I zaraz poprawię tamto powtórzenie, stokrotne dzięki <3

Uwaga, uwaga - prolog i 2 pierwsze rozdziały przeszły drobne przeróbki, więc zapraszam do ponownej lektury!

Ale już nie przedłużając:

Rozdział 12

- Dlaczego właściwie musieliśmy tu z nimi lecieć? Znaczy, nie mam nic przeciwko, jeśli załatwią fajną muzykę i jedzenie, ale moglibyśmy równie dobrze zostać na Tytanie...
Usta Quilla nie zamykała się od chwili, gdy Cain odprowadził ich do trzyosobowego pokoju i zamknął za sobą drzwi. Peter doceniał to, że drugi Peter chciał rozładować nieco atmosferę swoimi suchymi żartami. Dzięki niemu w pomieszczeniu nie panowała grobowa cisza. Jednocześnie jednak czuł dziwną potrzebę poleżenia chwilę na łóżku jedynie przy szmerze jakiegoś radia, i pogapieniu się w sufit.
Cain Maes powiedział im wcześniej, że dostali jeden z lepszych pokoi, bowiem mieli widok na południową stronę puszczy, do której w sezonie przylatywały różnokolorowe ptaki i można je było podziwiać od świtu do nocy. Dodał jeszcze, że jednoosobowe pokoje nie są aż tak nowoczesne, więc powinni się cieszyć nowymi meblami.
Doktor Strange oparł się ramieniem o okno, które jednocześnie było drzwiami na taras. Za drewnianą balustradą rozcierał się widok na długie połacie lasu, z górskim pasmem na zachodzie. Peter sam chętnie rozejrzałby się po okolicy, chociażby nawet z tarasu, jednak wiedział, że póki co Stephen potrzebuje chwili, by o czymś pomyśleć. Dlatego usiadł w jednym z ciemnych, materiałowych foteli i postanowił zagaić rozmowę z drugim Peterem.
- Jak jest... w kosmosie? W sensie jak jest mieszkać na statku i latać z planety na planetę? - zapytał Quilla, odrywając spojrzenie od widoku zza okien.
Star-lord rozparł się na swoim dużym, szarym łóżku. Już na wejściu ściągnął buty, tłumacząc, że skoro na podłodze jest wykładzina, nie widzi potrzeby noszenia ich.
- Oglądałeś Gwiezdne Wojny?
Peter przytaknął.
- No, no to tak zdecydowanie nie jest. Znaczy, jasne, naparzamy się czasem, ale nie mamy mieczy świetlnych. Serio, żałuję, że nikt ich tam nie wymyślił. - Quill zamyślił się na chwilę. - W sumie to ktoś pewnie już to zrobił, ale Nova Corps musiała ich zakazać. Nie wiesz, co to Nova Corps, co nie? To taka jakby Rada Senatu, ale zamiast Palpatine'a jest taka starsza kobieta. Całkiem w porządku osoba, mówię ci.
Dziwnie było nadawać na jednych falach z człowiekiem, który wychowywał się w innej galaktyce. Mimo to Parker uznał, że miło było w końcu znaleźć z nim wspólny język, zwłaszcza po tym, jak na tym pierwszym Tytanie obraził jego ulubiony film. Ale jego zdaniem Footlose naprawdę było słabe.
- Brzmi spoko. - Peter wzruszył ramionami. - Chciałbym kiedyś stoczyć walkę na miecze świetlne.
- Nie chciałbyś. Jest wysoce prawdopodobne, że tuż po włączeniu miecza obciąłbyś sobie rękę. Nie jesteś przecież Lukiem Skywalkerem, który nawet nie potrzebował treningów, żeby pokonać Dartha Vadera.
Cała trójka odwróciła się równocześnie w stronę, z której dobiegał głos. W drzwiach stał znany im już Cain, i uśmiechał się szelmowsko. Quill aż usiadł, słysząc jego słowa. Zdawać by się mogło, że dotknęły go do żywego.
- Wypluj to! - prawie krzyknął. - Luke Skywalker przeszedł szkolenie Jedi... Między filmami!
Cain wzruszył ramionami i odepchnął się od framugi, by podejść do Stephena. Petera zastanawiało, dlaczego wrócił do nich tak szybko. Minęło ledwie dziesięć minut, od kiedy zostawił ich w pokoju. Musiał dostać jakieś rozkazy.
- Lubię kulturę masową, serio, ale niektóre luki fabularne w tej serii aż bolą - rzucił jeszcze Peterowi. Stanął kawałek od Doktora i ściszył głos, choć nie na tyle, by Quill i Parker nie mogli go usłyszeć: - Ktoś stwierdził, że przydałby się wam krótki spacer po lesie dla rozprostowania nóg.
Strange zmarszczył brwi.
- Ściemnia się - odparł. - Nie sądzę, żeby był to dobry pomysł. Nie znamy tych lasów, jeśli coś nas zaatakuje...
W oczach Maesa błysnęło coś na kształt zrozumienia. Peter miał przez chwilę wrażenie, jakby sam mężczyzna był przeciwny zmuszeniu ich do wyjścia na dwór, ale musiał wykonywać rozkazy.
- Przez dwa kilometry w głąb lasu ciągnie się oświetlona ścieżka - powiedział ostrożnie Cain. - To ma być tylko krótki spacer, Doktorze...
Między słowami mężczyzny wyczuwalne były niedopowiedzenia. Parker miał wrażenie, że wszyscy tu - łącznie z Orionem i Reirą - zwykli mówić półsłówkami, by rozmówca dopowiedział sobie resztę. To mogło sprawdzać się w czasach, kiedy byli podsłuchiwani, gdy nie było pewne, czy miejsce, w którym się znajdują, jest bezpieczne... Ale skoro znajdowali się w swojej bazie, raczej przez nikogo nie szpiegowanej, jaki był sens tych niedopowiedzeń?
Peter zrozumiał to dopiero w chwili, gdy Stephen rzucił jemu i Quillowi przeciągłe spojrzenie. Cain nie chciał mówić nic ważnego w ich obecności. Strange spędził tu nieco więcej czasu i zyskał zaufanie odpowiednich osób, a oni jednak wciąż pozostawali w sferze nieufności. Jeszcze nie zasłużyli sobie na to, by usłyszeć coś naprawdę ważnego.
- Możemy wyjść - odparł szybko, wstając. - Przejdziemy się do kuchni, może znajdziemy jakieś... chrupki?
Posłał znaczące spojrzenie drugiemu Peterowi i szybko wyszli z pokoju. Parker miał tylko nadzieję, że Doktor podzieli się z nimi tymi informacjami. Przecież oni sobie ufali, prawda?

Pół godziny później szli we trójkę żwirową dróżką w kierunku wskazywanym przez Doktora. Chwilę wcześniej pokazał im mapę i powiedział, że będą cały czas kierować się na północ - według Caina była ona najbezpieczniejsza i najlepiej oświetlona. Po obu jej stronach znajdowały się wielkie lampy, przypominające swoim wyglądem dzwonki. Kwiatowe kielichy zwieszały się ku ziemi, a że był naprawdę duże, to oświetlały bezpośrednio ścieżynkę, rzucając na nią ciepłe światło. Peter cieszył się, że ktoś, kto zajmował się tym pasmem, zadbał o odpowiednie oświetlenie - gdyby nie lampy, przy słońcu dotykającym widnokręgu, mógłby być przerażony spowijającą las ciemnością.
- Możemy oddalić się jeszcze na odległość trzech kilometrów - oznajmił nagle Stephen, przerywając panującą między nimi ciszę. - Cain dał mi bardzo konkretne instrukcje co do tego, jak i gdzie możemy się poruszać.
Od wyjścia z bazy nie zdradził się ani słowem co do swojej wcześniejszej rozmowy z Maesem. Parker i Quill zdążyli udać się do kuchni - przy okazji zgubili się dwa razy - odnaleźć szafkę, w której przechowywano wysokokaloryczne łakocie, zabrać je i wrócić do pokoju. O czymkolwiek więc rozmawiali, musiało być czymś poważnym - zwłaszcza, że zamilkli, słysząc ich szuranie butami po korytarzu.
Żaden z nich nie chciał się Doktorowi szczególnie narzucać, bowiem, gdy wyszli z pokoju, wyglądał na zmartwionego i pokręcił głową na ich widok. Choć Peter musiał przyznać, że zżerała go straszna ciekawość, miał wrażenie, że Strange opowie im wszystko w swoim czasie. Oby do końca ich wycieczki.
Ziemski las przypominał mu nieco ten na Tytanie. Oba były dziwnie niepokojące, na swój sposób przerażające. Próbował się przekonać, że tym razem jest inaczej - wtedy był sam i czuł się rozbity; teraz, na Ziemi, towarzyszyły mu dwie osoby, którym mógł ufać najbardziej w całym tym świecie. Mimo to czuł się nieswojo, krocząc oświetloną ścieżką pośród ciemnych drzew. Quill zdawał się podzielać jego obawy, bowiem rozglądał się na boki, jakby szukał niebezpieczeństw.
- Czyli mówisz... mówisz, że tu jest bezpiecznie? - zapytał niepewnie Star-lord. - Bo wiesz, ja to się bezpiecznie nie czuję.
Strange podniósł wzrok znad mapy. Mięśnie jego twarzy wydawały się napięte, a mimo to uśmiechnął się do nich, jakby jego własne ciało go nie zdradzało.
- Nic nam nie grozi - odparł spokojnie Doktor.
- Aha - odburknął Quill. - Jesteś absolutnie pewien?
- Według Caina do pewnego momentu las jest otoczony magiczną barierą, która chroni nas od różnych potworów. Poza tym raczej żadne z nich nie zapuszczają się do tej części kontynentu.
Peter przysłuchiwał się im, idąc kawałek z tyłu. Jednocześnie przyglądał się koronom drzew. Było w nich coś magicznego, co sprawiało, że chłopak chciał się na nie jednocześnie wspiąć i od nich uciekać. Poza tym, kiedy bardziej odciął się od tego, co mówili jego towarzysze, ze strony bazy dotarł do niego dźwięk, przypominający skrzek jakiegoś ptaka. Kiedy obejrzał się za siebie, nie zobaczył nic poza czubkami gór i wbudowanym w nie kompleksem. Poza nimi jednak, od zachodniej strony, na niebo wstępował księżyc, przypominający sierp. Wokół niego świeciły gwiazdy.
Nowojorski krajobraz nigdy nie pozwalał mu oglądać wielkiego nieboskłonu, upstrzonego migoczącymi punktami. Nie było żadnych drapaczy chmur, żadnego zgiełku ulicznego... Była tylko ich trójka i ten cichy las.
- Zaraz się zgubimy i nie znajdziemy drogi powrotnej - prychnął Quill, przerywając spokój. - A ja jednak chciałbym wrócić tam, do środka, i do mojego nowego, miękkiego łóżka.
Doktor zerknął na niego niechętnie, zatrzymując się pośrodku dróżki. Wciąż trzymał przed sobą mapę. Peter zerknął na nią ukradkiem z nadzieją, że dowie się, dokąd właściwie prowadzi ta droga. Jednak zamiast ujrzeć obrazy gór, lasów i tego, co każda mapa powinna zawierać, zobaczył czysty papier. Nic nie było na nim zapisane, co więcej, zdawał się wić i wydawać syk w głowie chłopaka, gdy ten przesuwał po nim wzrokiem.
- Nie możemy teraz wrócić - opowiedział spokojnie Strange. - Wybraliśmy się na spacer, by pozwolić im na trochę swobody i...
- Po co im swoboda?! - wybuchnął Quill, wyrzucając ręce ku niebu. Odpowiedział mu skrzek kilku ptaków. - Przecież są u siebie! Nie wiemy nawet, gdzie jesteśmy, i jak mamy wrócić do domu, jak moglibyśmy w ogóle jakoś im przeszkadzać?! - Zbliżył się w kilku krokach do Doktora i zgromił go wzrokiem. - A może tobie to odpowiada, bo wiesz coś więcej? Co ja w ogóle wygaduję, na pewno wiesz dwa razy więcej, niż my. No powiedz, dużo ci zapłacili, żeby wyprowadzić nas w pole?
To, że Stephen zachował kamienną twarz i nie ruszył się z miejsca wywołało w Parkerze sprzeczne uczucia. Jednocześnie chciał przyznać rację drugiemu Peterowi - bo w końcu miał ją, jeśli chodziło o cały ten spacer, ale jednak miał wrażenie, że Doktor gdyby mógł, powiedziałby im choć trochę.
- A nie pomyślałeś - zaczął spokojnie Strange - że ten spacer to nie jest tylko rozkaz, ale też dar? Czy przeszło ci chociaż przez myśl, że od kiedy tylko wy dwaj się obudziliście, nie mieliśmy okazji omówić wszystkiego i jest teraz na to okazja?
Pytania zawisły nad nimi, sprawiając, że świat skurczył się do kilku metrów, na których ich trójka się znajdowała. Jakkolwiek bardzo Quill nie miał racji, Doktor miał jej więcej. Oni dwaj mieli ledwie jeden wieczór, by omówić kilka spraw, a i tak spędzili na rozmowie ledwie cztery godziny. Po przebudzeniu Strażników Galaktyki wszystko potoczyło się tak szybko, że nie mieli nawet chwili na wzięcie oddechu. Wciąż towarzyszyli swoim gospodarzom, bez możliwości porozmawiania w samotności.
I to słowo, którego użył magik - "dar". Dar od kogo?
- No jasne. - Star-lord założył ręce na piersi. - Tylko zauważ, że nie jesteśmy tu całą grupą. Nie ma z nami Draxa, widzisz? Jak mamy mówić o czymś, co dotyczy nas wszystkich, skoro nie ma tu tych wszystkich?
- Drax został przy Mantis z własnej woli - oznajmił Doktor. - Poza tym nie sądzę, by był w stanie utrzymać sekrety, które mam zamiar wam wyjawić. - Odwrócił wzrok od drugiego mężczyzny i zerknął na Petera, jakby dopiero przypomniał sobie o jego obecności. - Peter, czy mógłbym cię prosić?
Chłopak podszedł do niego, nie spuszczając wzroku z Quilla. Ten stał kawałek dalej i interesował się drzewami po swojej lewej.
- Spójrz tutaj - polecił Doktor, wskazując palcem jakiś punkt na kartce. - Co widzisz?
Papier zdawał się wić i syczeć pod naporem opuszek jego palców, jednak wciąż nic nie przedstawiał.
- Właściwie to... pustą kartkę - powiedział niepewnie.
Na jego słowa mężczyzna uniósł brwi. Jednak szybko pokręcił głową.
- Wybacz, zapomniałem, że to magiczna mapa. - Chwycił dłoń Petera i przyłożył jego kciuk do lewego koniuszka papieru. - W imię bogini Linrenth, pani Nocy, zwracam ci możliwość widzenia tego, co skryte na starych mapach Moiweern, miasta ciemności.
Świat nagle zawirował, i zamiast drzew, Parker widział rozmazane plamy. Chłopak przetarł oczy obiema rękoma. Jego obraz stał się wyraźniejszy, ostrzejszy i żywszy. Gdy zaś spojrzał na mapę, prawie krzyknął ze zdziwienia. Zamiast pustej strony, widział coś, co ledwie rok temu uznałby za niemożliwe. Zanim został Spider-manem, często bywał w kinie razem z Needem. Uwielbiali filmy przygodowe i kiedy tylko wychodził jakiś nowy, natychmiast kupowali na niego bilety. Najczęściej wybierali się na seanse 3D, a raz nawet udało im się dostać po przecenie możliwość obejrzenia jednego filmu akcji w formacie 4DX. Jednak nawet tamte efekty specjalne nie mogły równać się z interaktywną mapą. Kilkanaście centymetrów nad nią piętrzyły się szczyty górskie z siedzibą ich gospodarzy. Były one otoczone gęstym lasem, a wokół jednego z nich latały małe punkciki - Peter wytężył słuch i zrozumiał, że to, co uznawał za syk, było tak naprawdę skrzekiem. Od jednej z gór, pośród drzew, biegła mała linia, po której latały świetliki. Niedaleko biegła niemalże biała rzeczka. Prowadziła ona od jednego końca mapy - od gór - do drugiego, gdzie widniał mały budynek z wyrysowanym na jego dachu napisem "Tellus".
- Wow - wyrwało się Peterowi. - Jakim cudem... jak... jak coś takiego...?
Spoglądając to na uśmiech na twarzy Doktora, to na mapę, nie był w stanie uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. W tym dziwnym świecie, gdzie podróże międzyplanetarne odbywa się w kilka godzin, a ludzie władają potężną magią i zmieniają się w zwierzęta, znalazło się miejsce na coś tak drobnego, jak interaktywna mapa jakiegoś miejsca.
W międzyczasie, gdy on zachwycał się tym, co widzi, zbliżył się do nich Quill. Wciąż wyglądał na lekko zirytowanego, ale wyraźnie prosił, by Doktor również i jemu pokazał ten cud. Gdy jego dłoń spotkała się z kartką, a magik wypowiedział wcześniejszą formułkę, oczy Star-lorda zaczęły przypominać latające spodki.
- To, moi mili, jest magia - oznajmił spokojnie Stephen. - Nawet nie wierzchołek góry lodowej tego, co skrywa ten świat. To mały skrawek prawdziwej...
Przerwało mu przeraźliwe wycie. Cała trójka podskoczyła w miejscu i odwróciła głowy w kierunku głosu. Latarnie wciąż świeciły wokół nich, rzucając bladą poświatę na ścieżkę. Ich światło padało również na najbliżej położone zarośla. I to, co skrywało się za nimi. Za późno zdali sobie sprawę, że spędzili w jednym miejscu zbyt wiele czasu. Skupili się na mapie i przestali bacznie przyglądać się otoczeniu.
Właśnie dlatego mężczyzna, który im się przyglądał, był w stanie podejść tak blisko. Towarzyszący mu czarny wilk o krwistoczerwonych ślepiach wyszczerzył swoje kły i warknął gardłowo.
- Cóż - Nieznajomy wzruszył ramionami - wielkie wejście to to nie było. Mimo wszystko teraz sobie porozmawiamy, okej?

Kiedy tylko znaleźli się w sali narad, Reira zaczęła mieć wrażenie, jakby pomieszczenie zaczęło się zmniejszać. Od naprawdę dawna nie uczestniczyła w naradach - wolała unikać oglądania osób, które budziły w niej negatywne uczucia. Zostawała więc na Tytanie i zajmowała się tak trywialnymi rzeczami, jak strzelanie z łuku, granie na skrzypcach, albo nawet gotowanie. Czasem zapuszczała się do Puszczy, jednak gdy kilkakrotnie odwiedziła wioskę Illaryan, zaatakowały ją niechciane wspomnienia i czym prędzej wracała do domu.
Teraz, kiedy mieli gości, nie mogła ot tak postanowić, że zostanie na Tytanie. Orion nie przepadał za śmiertelnikami, zwłaszcza takimi, którzy zadają dużo pytań, więc musiała z nimi wyruszyć i zadbać o to, by wszyscy przeżyli. Poza tym była też Letty. Ona najchętniej odcięłaby Loralayowi głowę - jej też musiała pilnować.
Sprawy jednak miały się inaczej, gdy chodziło o ochronę kogoś, niż ochranianie samej siebie i bycie ochranianą. Reira odwykła od tego, że stale musi się pilnować w obecności Callistara Devire, i że Letty dołoży wszystkich starań, by nie zrobił czegoś, czego ona by żałowała. Jeden fałszywy ruch, jedno złe słowo i mógłby odwrócić się do niej, albo nawet zagaić rozmowę - obie o tym wiedziały. Po tym, co zrobił, Zairi nie miała najmniejszej ochoty na rozmowę z nim. Prędzej rozszarpałaby mu gardło, niżby jej usta ułożyły się w uśmiech w pomieszczeniu, w którym przebywał. Dlatego dziękowała starym bogom za Letitię, trzymającą się jej niczym rzep psiego ogona. Tylko ona powstrzymywała ją od wyjścia z tego pomieszczenia i zaszycia się gdzieś ze skrzypcami.
Sączyły spokojnie herbatę, siedząc w rogu pokoju na skórzanych poduchach, i przysłuchując się nagraniu, które jakiś czas temu przysłała Ishtar Isin. Według słów błękitnego hologramu, na Ziemi pierwszy raz od dawna wystąpiły ruchy tektoniczne. Ucierpiało jedno miasto o nazwie tak trudnej, że Reira nie była w stanie go powtórzyć. Było to o tyle dziwne, że na tej części zachodniego kontynentu nie należała na terenach, gdzie można było się spodziewać trzęsień ziemi, a wręcz - według słów kobiety - w centrum największej płyty.
- No dobrze. - Orion wyłączył nagranie z ciężkim westchnieniem. - Ishtar zjawi się tu jutro o świcie. Do tego czasu musimy mieć przynajmniej pomysł, żeby coś z tym zrobić.
Reira bardzo żałowała, że Cain wyszedł chwilę wcześniej, by - z polecenia Loralaya - wysłać ich na wycieczkę. Ona sama chciała oponować - przecież siedzieli grzecznie w swoim pokoju i nie próbowali ich podsłuchiwać - jednak spojrzenie, które posłał jej Orion, zatrzymała ją, nim się odezwała. Maes, jakkolwiek często by jej nie wkurzał, byłby w stanie rozwiać tę grobową ciszę, która między nimi zapadła. Teraz jednak rozmawiał z Doktorem i przekazywał mu informacje od dowódcy... i dobre wskazówki od niej samej.
Callistar stał przy oknie i wyglądał na zachodzące słońce, a Letty napchała sobie usta ciastkami, wyraźnie nie kwapiąc się do kontynuowania rozmowy.
- Nie lepiej poczekać, aż Ishtar wróci? - Reira chrząknęła znacząco, zwracając na siebie uwagę całej trójki. - Mimo wszystko przez hologram nie mogła przekazać nam wszystkiego poza tym na spokojnie...
- W porządku - przerwał jej Loralay. Uniósł dłoń. - Czyli chcesz, żebyśmy siedzieli i nic nie robili do jutrzejszego rana? Nieco lekkomyślne, Reiro. Marnujemy tylko czas.
Kobieta zacisnęła mocniej dłonie na filiżance herbaty.
- Nie... nie to mam na myśli - zająknęła się. - To znaczy mam to na myśli, ale chodzi mi bardziej o to, że wszyscy jesteśmy zmęczeni po długiej podróży i i tak nic dobrego nie wymyślimy, a poza tym jest już późno.
Callistar pokiwał głową.
- Reira ma rację - powiedział. Zairi powstrzymała dziwny, nieprzyjemny dreszcz, który przebiegł po jej plecach, gdy mężczyzna wypowiedział jej imię. - To była naprawdę długa droga i powinniście odpocząć przynajmniej kilka godzin.
Na jego słowa Orion zamarł, jakby nie wiedział, co powiedzieć. W podobnym stanie była Reira, i tylko Letty dalej spokojnie przeżuwała ciastko. Maes musiała przyzwyczaić się do tego, że Call od pewnego czasu nie ma problemu z wypowiadaniem swojego zdania na głos, jednak Loralay i Zairi byli zaskoczeni. Zwłaszcza tym, że poparł ją, a nie jego.
Minęła dłuższa chwila, nim Orion ponownie się odezwał. W ciągu tych kilku ciągnących się sekund spoglądał to na Reirę, to na Callistara, a kobieta miała wrażenie, że zaraz wyrzuci ich przez taras. Jednak ten tylko wziął głęboki oddech i rozprostował zaciśnięte palce.
- Jeżeli uważacie, że to lepszy pomysł... - Wzruszył ramionami. - W takim razie idźmy wszyscy wypocząć i spotkajmy się o brzasku.
Loralay wyszedł czym prędzej z sali narad, zamykając za sobą drzwi. Dopiero gdy dźwięk jego kroków ucichł, ciało Reiry się rozluźniło. Wtedy również zdała sobie sprawę z tego, że wstrzymywała oddech. Opadła z cichym westchnieniem na miękkie oparcie swojego fotela i ukryła twarz w dłoniach.
- No to... do zobaczenia jutro, dziewczyny. - Callistar podążył śladami Oriona i również zniknął w ciemnościach korytarza.
- Słodkich snów! - wykrztusiła Letty, machając mężczyźnie na pożegnanie. Po chwili szepnęła do Reiry: - Specjalnie przytargał tu ciastka z samego Tellasu, żebym czymś zapchała usta. Co za szczwany lis.
Zairi przetarła oczy palcami i wymruczała coś pod nosem. Letitia uniosła leniwie brew, skubiąc kolejną słodkość.
- Och, bogowie - odezwała się głośniej Reira. - Bogowie... Czasem cieszę się, że to Orion tu rządzi i ja nie mam tego wszystkiego na głowie. On ma jakieś niezniszczalne nerwy. I w ogóle to powinien dostać nagrodę za to, że z nami wytrzymuje. Najświętsza Temrah... gdybym ja dowodziła, już dawno byśmy się nawzajem pozabijali.
Letty prychnęła ostro.
- Odwołaj to natychmiast! - nakazała. - Orion sobie radzi, bo zna nasze słabe i mocne strony. Przecież nawet teraz widziałaś, jak wielką ochotę miał cię udusić, ale się powstrzymał, bo panuje nad sobą. Ty też musisz po prostu to opanować. I, uwierz mi, będziesz od niego lepsza.
Reira zamyśliła się na chwilę. Orion szefował im od tak dawna, że nie wyobrażała sobie, by mogło się to zmienić. Doskonale wiedział, na czym się znają i kiedy wybierał im zadania, to tylko takie, by sobie z nimi poradzili. Ona, choć mieszkała w Novis trochę dłużej, mimo wszystko nie potrafiła wykrzesać z siebie takiej werwy do dowodzenia wszystkim. Poza tym Loralay był w pełni sił i potrzebował tylko jej rad. Nie zapowiadało się, by w najbliższym czasie miał oddać jej swoje miejsce.
Jednak, żeby choć trochę uspokoić Letty, pokiwała głową. Reira nie miała już siły na sprzeczanie się z przyjaciółką.
- Dobra, czas iść spać. - Białowłosa wstała i rozprostowała ręce. - Zajmę swoją starą kwaterę i...
Przerwała, słysząc, jak ktoś szybko zbliża się do sali narad. Letitia również wstała, nasłuchując. Obie spodziewały się, że to Callistar albo Orion wracają, bo któryś z nich czegoś zapomniał. Jednak zamiast nich, uderzenie serca później do pomieszczenia wpadł zdyszany Cain. Miał na sobie lekką skórzaną zbroję, a w rękach trzymał dwa długie noże, zrobione na modłę chepeszy.
- Coś się wdarło w granice Tellus i zmierza do bazy - wyrzucił z siebie. - Radar nie jest w stanie zbliżyć się i zobaczyć co to jest, ale porusza się ze straszną szybkością.
- Z którego kierunku? - zapytała Zairi.
Maes rzucił jej zbolałe spojrzenie.
- Z zachodu, od strony Tellus.
Serce Reiry zamarło.
- Bogowie, a ja wysłałam ich tam na spacer. - Sekundę później mijała Maesa w drzwiach. - Szybko, nie mamy czasu!


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#39 30-03-2019 o 18h54

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 854

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


JESTEM! Tak jak obiecywałam!
I jeszcze raz: umówmy się — już drugi raz — że ja zawsze komentuję, prędzej czy później. I tak jak już to jakiś czas temu ustalałyśmy, daj mi znać w tej sprawie TYLKO wtedy, gdy dodasz już drugi rozdział i poprzedni nadal nie będzie przeze mnie skomentowany. Już raz się tak umawiałyśmy na fejsie i nawet screeny mogę ci walnąć, jak nie wierzysz :v

Zainwestuj w akapity, bo to znacznie ułatwi czytanie.
Coś podejrzany ten spacer. Ciemno się robi, a on ich jakby pcha w ten las. Żeby się zgubili, zabili raz jeszcze i po kłopocie? :v
Gościu z wilkiem? W środku zaciemnionego lasu? Mylił się — to jednak było wielkie wejście xD

O tak, to był zdecydowanie najlepszy moment na urwanie rozdziału XD Ciekawe, któż to taki się tam wdarł. I ktokolwiek to jest, jakoś nie mam wrażenia, by miał skrzywdzić naszą spacerową bandę, ale kto go tam wie.

No dobra, to czekam na kolejne części i pozdrawiam ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#40 30-05-2019 o 18h58

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 632

Sweet Jesus, to to jeszcze żyje? :0 Nie spodziewałabym się
Rozdział pisany 3 miesiące temu i poprawiany też coś koło tego.
Ogólnie zajmuję się poprawianiem wszystkiego od samego początku i niedługo (nie) będę wszystko na spokojnie edytowała.
+ musiałam ręcznie wrzucać akapity, to mocno boli xd
Póki co zapraszam:

Rozdział 13


    Wyłanianie się znikąd to chyba jakiś fetysz mieszkańców Novis, pomyślał Peter. Mierzył wzrokiem przybysza, który stał przed nimi, z rękoma schowanymi w kieszeniach spodni. Na jego ubrania składał się bordowy garnitur i czarna, idealnie gładka koszula. Krótkie, ciemnobrązowe włosy mężczyzny, skręcone w delikatne loczki, nadawały mu wyglądu łobuza z sąsiedztwa. Dobrze ubrany łobuz. Z ciekawym zwierzątkiem domowym.
    Wilk warknął na chłopaka, jakby był w stanie usłyszeć jego myśli. Przybysz spojrzał na swojego pupilka spod podniesionych brwi.
    - Chyba cię nie lubi – zauważył mężczyzna, klepiąc ciemny łeb zwierzęcia. – No już, już, Abravadi, przestań, nie chcemy ich wystraszyć. – Zwrócił się do nich: - Jest wegetarianinem, nic wam nie grozi.
    Peter mu nie uwierzył. Kły wilka były zdecydowanie zbyt przerażające i ostre, by uznać, że zjada nimi warzywa i owoce, a nie rozszarpuje gardła swoich ofiar. Może była to tylko gra świateł, ale chłopak miał wrażenie, że ciemne futro potwora lśni w świetle księżyca na niepokojący, rdzawy odcień.
    Kilkanaście metrów, które dzieliły Peterów i Doktora od mężczyzny, zdawały się zanikać, jakby działała na nich jakaś szatańska magia. W chwili, gdy Parker mrugnął, a tą, w której otworzył oczy, nieznajomy zbliżył się do nich o dwa metry.
    - Nie chcemy kłopotów – odezwał się spokojnie Stephen. Połączył dłoń na ramieniu Petera, przez co ten prawie wrzasnął ze strachu. Ręka Strange’a parzyła go mimo ubrań, jakby… jakby przygotowywał się do wyczarowania czegoś.
    - No przecież wiem. – Nieznajomy przewrócił oczami i westchnął teatralnie. – Przecież powiedziałem, że chcę tylko porozmawiać, prawda? – Klepnął Abravadiego po łbie. – Przestań się tak szczerzyć, zapchleńcu, musimy poczekać, aż przyjdzie Sol. Nie znacie jeszcze Sol, prawda?
    Quill wymamrotał coś o kolejnym dziwnym imieniu. Parkerowi również nic nie mówiło, i tylko Doktor sprawiał wrażenie, że nie jest przerażony całą tą sytuacją.
    - Sol  – wymamrotał nagle Strange. – Solmare? Solmare Arouet to twoja towarzyszka?
    - Moja koleżanka – poprawił go nieznajomy. Jego oczy błyszczały niebezpiecznie. – Chyba tylko ty zdajesz sobie sprawę z tego, kim jestem, co? – Potoczył wzrokiem między Peterami. – W sumie to widzę was pierwszy raz, ale zdążyły dobiec mnie słuchy, że generał Loralay ma nowe pupilki. Fascynujące.
    Generał?
    - Jesteś Rhoe Vayner, mam rację? – zapytał niespodziewanie Doktor. Przybysz wydawał się zadowolony tym, że ktoś go rozpoznał. – Ten... zdrajca i krętacz?
    Peter bardzo chciał wiedzieć, kim dokładnie był ten cały Rhoe. Mina Strange’a i same jego słowa podpowiadały mu, że prawda może nie do końca być tym, co chciałby usłyszeć. Jego dłoń wciąż znajdowała się na ramieniu chłopaka i nadal paliła go żywym ogniem, jednak nawet nie ważył się ruszyć, dopóki nie dostanie żadnego znaku. Quill najwyraźniej doszedł do tego samego wniosku, bowiem stał obok nich, i wydawał się całkowicie rozluźniony.
    - Jestem Rhoe. – Przybysz wzruszył ramionami. Abravadi poruszył się niespokojnie i machnął raz ogonem o ziemię. Jego czerwone ślepia były utkwione w twarzy Petera. Zupełnie tak, jakby zwierzę nie tylko słuchało, ale również analizowało. – Ale mniejsza o to. Nie jestem tu po to, żeby świecić przed wami moim nazwiskiem. – Wyjął dłonie z kieszeni i rozłożył ręce. – Bo widzicie, moi drodzy, żyjemy w okrutnym świecie. Możemy sobie rozmawiać i plotkować, i właściwie byłoby to całkiem miłe, mogę nawet ogarnąć herbatę, ale mam również misję.
    Abravadi podniósł się na dźwięk ostatniego słowa. Dopiero wtedy do Petera dotarło, że wcześniej w jakiś sposób maskował swoją prawdziwą wielkość. W jednym momencie sięgał swojemu panu do pasa, a w drugim jego ucho było w stanie musnąć ramię Rhoe.
    Quill zaklął cicho i cofnął się o krok. Dłoń Stephena zdawała się palić Parkera nieco mocniej, niż chwilę wcześniej.
    - Jak zgaduję, teraz powiesz nam, co to za misja – odparł miękko Doktor. Peter miał wielką ochotę powiedzieć mu, że nie są w żadnym filmie i „ci źli” nie zdradzają swoich motywów, chyba że mają ku temu większy powód. W końcu jednak zdecydował się milczeć, tak na wszelki wypadek.
    Vayner wzruszył ramionami.
    - Właściwie to nic nam nie stoi na przeszkodzie, w końcu nigdzie się nie spieszę – odpowiedział. – Może usiądźcie, bo to całkiem długa historia. Nie chcę, żeby bolały was nogi. Zresztą słyszałem, że ludzie mają naprawdę kruche kręgosłupy. Ja nie wiem, ale po całym dniu biegania po kontynencie mam wrażenie, że zaraz mi jakiś dysk wyskoczy. Czy jak to się u was mówi. – Spojrzał na Abravadiego, jakby dopiero zdał sobie sprawę z tego, że jego pupilek trochę urósł. – O nie, coś ty znowu zrobił? Wyglądasz przerażająco, mały! Jeszcze ich wystraszysz! I co wtedy po tym, że naprawdę jesz samo zielsko? Nic tu po tobie!
    Machnął niedbale dłonią, a wilk ponownie zmienił swoją wielkość. Teraz sięgał mężczyźnie do kolana. Mimo to wciąż budził w Peterze niepokój. Skoro tak szybko mógł się zmniejszyć, był w stanie równie prędko odzyskać wygląd monstrum.
    - No, już lepiej – odparł Rhoe beztrosko. – To na czym ja… a tak. Nie chcecie usiąść? Żałuję, że nie zabrałem moich składanych krzeseł z domu, wiem, że ziemia nie jest aż tak wygodna, jak może się wydawać z daleka. Nawet trawa nie jest miękka, skandal. Dobra, może lepiej postójcie.
    Peter zastanawiał się, czy Doktor zdaje sobie w ogóle sprawę z tego, że niemalże wypala mu skórę na ramieniu. Mężczyzna skupiał całą swoją uwagę na Vaynerze, jakby obawiał się, że zaraz wydarzy się coś złego. Skoro on tak myślał, Parker obawiał się, że mogą nie wyjść z tego lasu żywi. A jeśli ta ręka to był jakiś znak…?
    Quill, który do tej pory stał cicho, odezwał się:
    - Chłopie, jaki właściwie jest sens tej rozmowy? Znaczy, czemu tu jesteś i czego od nas chcesz? Bo wiesz, jakby powinniśmy już wracać do bazy, czeka tam na nas gorąca kąpiel i…
    Rhoe przechylił głowę w bok i uśmiechnął się, jakby przysłuchiwał się szczekającemu głośno szczeniakowi. Jego wilk przyglądał się Star-lordowi z dziwnym błyskiem w oczach. Zarówno pan, jak i jego zwierzę, sprawiali wrażenie skupionych na słowach Quilla. Słuchali i analizowali, jak drapieżne zwierzęta, pilnujące swojej ofiary. Minęła chwila, nim Vayner zabrał głos, jednak kiedy się to stało, nie brzmiał jak przyjazny facet z sąsiedztwa.
    - Chciałem miło. – Wzruszył lekko ramionami. – Ale skoro nie chcecie odpłacić się tym samym, to… - Sięgnął jedną ręką do kieszeni i wyjął z niej strzykawkę wypełnioną do połowy białą substancją. – Przed wami stężenie wirusa quirle! Zguba Volranów za czasów panowania Xalira Szalonego. – Uśmiech Rhoe stał się przerażający. – Potrzebuję obiektów testowych… i wy nadacie się do tego idealnie.
    Nie czekając, ruszył na nich, a Abravadi skoczył na nich z miejsca, w którym siedział. Ręka Doktora przez chwilę wydawała się Peterowi niemożliwie zimna. Trwało to jednak tylko uderzenie serca – moment później uderzyła go fala gorąca tak silna, że był w stanie z trudem oddychać.
    - Odsuńcie się! – nakazał Strange, odpychając od siebie Parkera. Jego zwinne ręce wyczarowały pomarańczowy okrąg, od którego odbił się wilk. Jego pysk spłaszczył się nienaturalnie, a towarzyszący mu dźwięk przestawianych kości wywołał w Peterze lodowaty dreszcz.
    Quill, na którego rzucił się Rhoe, wydał zduszony okrzyk i padł na ziemię. Doktor zaklął, widząc, w jakim jest położeniu. I jak blisko Vayner jest do wbicia mu igły w ramię.
    - Musisz natychmiast wracać – krzyknął Parkerowi.
    - Co? – Głos chłopaka był piskliwy. – Jak to? Co z wami?
    Stephen spojrzał na Abravadiego, który podnosił się pod nieudanym skoku, kręcąc łbem. Potem jego wzrok padł na klącego jak marynarz Quilla. Mężczyzna westchnął.
    - Muszę mu pomóc. Dołączymy do ciebie tak szybko, jak to możliwe.
    Nim Peter się obejrzał, Doktor wyczarował przed nimi portal. Widzieli przez niego korytarz bazy. Gdyby Letty, Reira albo Cain byli z nimi w kontakcie; gdyby mogli ich powiadomić o tym, co dzieje się w lesie, byliby w stanie przebiec przez ten portal i im pomóc. Ale oni mieli tę swoją naradę i nie byli w stanie nic zrobić, dopóki nie zdawali sobie sprawy z tego, co się właściwie dzieje.
    Wrzask Quilla odbił się od drzew i spłoszył z nich ptaki. Rhoe Vayner zdołał sprowadzić go na brzeg ścieżki. Obaj zdawali sobie sprawę z tego, że Star-lord zaraz albo oprze się o latarnię, albo wpadnie w krzaki.
Strange ponownie położył dłoń na ramieniu Petera. Tym razem jednak nie poczuł ani przejmującego chłodu, ani straszliwego gorąca.
    - Idź i powiedz im, co tu się dzieje – rozkazał. Jakkolwiek było to absurdalne, Parker czuł, że ten raz kwestionowanie i zadawanie pytań powinien zostawić na potem. – Zatrzymam go na tak długo, jak to możliwe, ale… - Abravadi spojrzał na nich i warknął gardłowo. Z jego czarnego nosa ściekała ciemna posoka. - …nie wiem, jak długo dam radę to robić.
    Wilk ponownie się na nich rzucił, a blask jego oczu oszołomił Petera na tyle, że nie był w stanie się ruszyć. To Doktor pchnął go do portalu, prosto w korytarz bazy. Chłopak szykował się na spotkanie ze skórzaną podłogą, ale zamiast niej trafił na coś, co upadło wraz z nim, wyrzucając z siebie wiązankę przekleństw.


    Serce Caina wybijało szaleńczy rytm. Biegli wraz z Letty pokrętnymi, ciemnymi korytarzami bazy. Była taka pora, że wszystkie światła zgasiły się automatycznie, by dać mieszkańcom wypocząć. Sam Maes zazwyczaj o tej godzinie siedział na tarasie i przyglądał się księżycowi. W Egipcie na swoją patronkę wybrał boginię Nut i pomimo upływu tylu lat, wciąż darzył ją niezmierzonym szacunkiem. Właśnie ze względu na nią, gdy przyszedł czas na jego Namaszczenie w Novis, na swoją nową patronkę wybrał Linrenth, Panią Nocy i Księżyców.
    Z trudem wyhamował na jednym ze skrętów korytarza i prawie odbił się od jednej ze ścian. Letty posłała mu karcące spojrzenie, gdy prawie przewrócił jeden z jej ulubionych wazonów. Tak, jakby ona sama nie lubiła nimi rzucać. Kobieta otwierała usta, żeby rzucić jakiś żartobliwym tekstem o nim i jego zręczności, gdy nagle słuchawki w ich uszach zatrzeszczały.
    - Na którym poziomie trzymacie nową generację gryfów? – zapytała Reira. Mogli usłyszeć, jak dyszy z wysiłku.
Chwilę wcześniej rozdzielili się, by przygotować się do uratowania Ziemian. Maesowie ruszyli po broń, zdolną przerazić intruzów, a Reira pobiegła po kilka zwierząt, które mogły szybko zabrać ich na miejsce. Mapa Tunnen, wyświetlająca się na jego nadgarstku, wciąż pokazywała kilka kolorowych punkcików na czarno-granatowej mapie konturowej. Na zielono byli zaznaczeni Strange, Quill i Parker. Trzy czerwone punkty oznaczały wroga. Tylko jedna istota była tak lekkomyślna i szalona, żeby wparować na ich teren i zatrzymywać się gdzieś w lesie na kilka minut. Rhoe Vayner grzeszył inteligencją, więc jego działania tym bardziej były irracjonalne. Przynajmniej do momentu, gdy spostrzegł, przy czym zatrzymały się dwa czerwone punkty. Trzeci gdzieś zniknął.
    - Czwarty poziom, boksy po prawej stronie – odpowiedział Reirze.
    – Wypuściłaś już Tharana, Oculusa i Nevirę? – zapytała jeszcze Letty.
    Wszystkie gryfy trzeba było wytresować, ale każde z nich miało swojego ulubieńca. Ich „prywatne gryfy” – jak lubił żartować Callistar – mieszkały na własnym poziomie i miały nieco większe boksy, niż reszta.
    Cain wybrał zwierzę, którego oczy przypominały płynny ogień. Przecinał niebo, łypiąc złowrogo na wszystko w dole, a gdy jego skrzydła biły w powietrze, przypominały płomienie. Dlatego nadał mu imię Oculus. Letitii przypadła Nevira – niewielka gryfonica, niezwykle zwinna i chętna do rywalizacji. Należała do jasnopiórej odmiany, ale gdy Letty ją znalazła, latała w nocy, a jej pióra przypominały wodę. Reira zaś nie wybrała sama Tharana. Można powiedzieć, że to on wybrał ją. Należał do jednej z pierwszych krzyżówek, które testowali na Ziemi. W jedną z jesiennych, burzowych nocy spłoszony trafił do bazy i przypadkiem znalazł się w pokoju białowłosej. Był wtedy małym, ledwie dwumiesięcznym gryfem, i Reira postanowiła szkolić go osobiście i w samotności. Wyrósł na wspaniałego, mężnego asa przestworzy. Jego imieniem Zairi chciała uczcić Letty i to, że ich dwójka poradziła sobie z przeciwnościami losu w Egipcie. Gdyby Tharan był dziewczynką, zapewne nazwałaby go Thara. Jak Thara Nathir.
    Minęła chwila, nim kobieta odpowiedziała. Zdążyli dotrzeć do pierwszych drzwi zbrojowni.
    - Tharan jest ze mną, ale widzę przez okno, jak wasze latają między czubkami gór. Są gotowi na wezwanie. – Mimo drobnych zakłóceń w łączności, nietrudno było usłyszeć jej sapanie. Droga z bazy do budynku gryfów była ciężka do przebycia, jeśli chciało się tam dostać szybko. – Ile mam ich wziąć?
    Letty wpadła do środka zbrojowni niczym pustynna burza, w biegu związując włosy. Ruszyła prosto do części ze zbrojami. Cain zaś skierował się do stojaka z bronią palną. Miał już na sobie zbroję, bowiem zawsze trzymał jedną w szafie swojego pokoju. Była lekka, wykonana z czarnego spiżu i ozdobiona hieroglificznymi zaklęciami, których zadaniem było przywołać szczęście i wygraną. Ponownie wyświetlił mapę Tunnen. Trzy zielone i dwie czerwone kropki wciąż znajdowały się w jednym miejscu.
    Cain nie wiedział, jak długo śmiertelnicy będą jeszcze w stanie powstrzymywać Rhoe. Zwłaszcza że nie wiedzieli, jaki był jego cel.
    - Jesteście już w zbrojowni? – zapytała go Reira. W tle słyszał skrzek gryfów.
    - Już tak – odpowiedział natychmiast. – Wziąć ci coś?
    Rozejrzał się po arsenale. Cała broń, ułożona od najmniejszej do największej, podświetlona zimnym światłem, budziła grozę. Po plecach Caina spłynął dreszczyk emocji.
    - Przynieś mi jeden z widmowych mieczy. – Głos Reiry zakłócał łopot wielkich skrzydeł. – Tylko czarny!
    Maes odszukał odpowiednią półkę i zabrał jedną z broni, przed którą na ciemnym kamieniu wygrawerowano napis: „Własność Reiry”. Właściwie to, co wziął nie było jeszcze mieczem, a ledwie rękojeścią. To dotyk właściciela był w stanie aktywować przeraźliwe, mroczne ostrze. Cain nie chciałby być na miejscu wrogów, gdy Zairi chwyci za swoją broń.
    - Zgodnie z życzeniem – zameldował jej żartobliwie. – Zgarniam Letty i już do ciebie biegniemy.
    - Podprowadzę Oculusa i Nevirę pod główny balkon – dodała na koniec Reira. – Bez odbioru.
    Maes ruszył z powrotem do głównego pomieszczenia. Letty wciąż buszowała między zbrojami, najwyraźniej nie mogąc się zdecydować. Mieli mało czasu, ale jeśli kobieta wzięłaby coś, co nie byłoby w stanie jej ochronić od uderzenia…
    W zbrojowni każdy wojownik czuł się jak dziecko w gigantycznym sklepie z zabawkami. Cain nie był w stanie zdecydować się na jedną broń. Był absolutnie pewien, że dwa długie noże nie wystarczą na starcie z wrogiem, i że potrzebuje czegoś jeszcze. Nogi zaprowadziły go do jednej z najstarszych części, w której trzymali ogniste lance i broń laserową. Wziął dla siebie lancę i już miał wychodzić, gdy coś go tknęło.
Spojrzał na stare dzieła ich inżyniera, Leorica. Cały arsenał wystarczyłby, by wyposażyć wielką armię. Leo miał tyle pomysłów na broń i zrealizował ich aż tyle, że… Za działkami, strzelającymi lodowymi odłamkami, była mała skrytka. Cain wyciągnął z niej miecz świetlny i zważył go w dłoni. To na pewno nie było coś, z czym on mógłby się obchodzić, ale coś w środku podpowiadało mu, że może się przydać. Może była to zasługa Linrenth, która popychała go do zapewnienia bezpieczeństwa gościom, a może po prostu wspomniał rozmowę o Gwiezdnych Wojnach z Peterem Quillem. Miecz świetlny zawisł na szlufce jego paska. W locie zgarnął jeszcze dość lekką bazukę dla Letty. I paralizator – też dla Letty.
Wrócił do głównego pomieszczenia i zastał tam swoją zniecierpliwioną żonę. Całe szczęście, że wziął też coś dla niej, bo wyglądała, jakby chciała rzucić w niego wazonem.
    - Proszę, kochanie. – Wręczył jej broń, posyłając w jej stronę rozbrajający uśmiech. – Dostanę buziaka w nagrodę?
Letitia ni to prychnęła, ni to parsknęła śmiechem. Jej srebrna zbroja mieniła się w świetle jasnoniebieskiego światła, a czarne, kamienne ściany nadawały jej niebezpiecznego wyglądu.
    - Może jak będzie po wszystkim dostaniesz coś więcej – mruknęła i posłała mu oczko. – Ale tylko może.
    Od jej wyjazdu na Tytana Cain nie uśmiechał się tak szeroko, jak w tamtej chwili.
    Wybiegli razem ze zbrojowni i skierowali się w stronę głównej sali. To z niej wychodził największy balkon całej bazy, przy którym miała czekać Reira wraz z gryfami. Przeżyli razem zbyt wiele przygód, by wsiadać na wierzchowce w najzwyklejszy sposób.
    - Reira. – Letty dotknęła swojej słuchawki. – Jesteś?
    Po kilku metrach ich bieg zamienił się w cichy chód. Żadne z nich nie chciało obudzić Oriona, a jego kwatery znajdowały się właśnie na ich drodze. Korytarze wciąż były skąpane w ciemnościach. Znaczyło to tyle, że ani Loralay, ani Devire nie podnieśli alarmu, i – jeśli dopisywało im szczęście – grzecznie spali w swoich pokojach. Cain skłamałby, mówiąc, że chce wplątywać w to swojego szefa i przyjaciela. Ta sprawa i nieznany intruz wprawiały Maesa w zażenowanie. W końcu to jego – jego! – pola ochronne zawiodły.
    - Jestem, jestem – odpowiedziała Zairi. Całe szczęście, że mówiła przez łącze, przynajmniej jej głos nie niósł się po bazie.  – Coś się dzieje?
    - Czekasz już na nas? – zapytała cicho Letitia. – Zaraz będziemy.
    Minęło kilka uderzeń serca, nim Reira odpowiedziała.
    - Tak, tak, czekamy… Tylko pospieszcie się, nie wiem, jak długo dam radę otrzymać te cholerne kurczaki w jednym miejscu.
    - W porządku – szepnął Cain. – To kwestia chwil.
    Znaleźli się w korytarzu, w którym musieli zachowywać absolutną ciszę. Mijali właśnie kwaterę Oriona i każdy nierozważny ruch mógł sprawić, że ich dowódca zaraz podniesie się, otworzy drzwi i spyta, co oni, do cholery, robią.
    By opanować drżenie rąk, Maes chwycił się za ramię i spojrzał ponownie na mapę. Nic się nie niej nie zmieniło, choć punkciki zaczynały się powoli poruszać. Znajdowali się na małym obszarze, zewsząd otoczeni drzewami. Czerwone punkciki nie wykazywały żadnych złych zamiarów i Cain dziękował Nut i Linrenth, że nad nimi czuwają.
    Właśnie wtedy jeden z punkcików rzucił się na któryś z zielonych. Mężczyzna z trudem zdusił soczyste przekleństwo, gryząc się w język. Letty posłała mu zaskoczone spojrzenie. Pokazał jej mapę i odtworzył ruch kropek sprzed chwili. Oczy kobiety ciskały gromami.
    Z chwilą, w której minęli pokój Oriona, opadło z nich dziwne napięcie i ponownie zerwali się do biegu. Nie minęła jednak długa chwila, nim coś im przeszkodziło. Chociaż nie było to coś, a raczej ktoś wyskakujący z portalu. Prosto na Caina.
Letty nie zdążyła krzyknąć ostrzegawczo. Maes i ten ktoś, kto na niego spadł, pod wpływem rozpędu tamtego, wylądowali na najbliższej komodzie, zrzucając kilka porcelanowych figurek i wazon z jakąś zieloną rośliną.
    Z ust mężczyzny wydobyło się siarczyste przekleństwo, kiedy jego głowa zderzyła się z drewnianym meblem i została przyciśnięta czyimś ramieniem. Gdyby nie szybka reakcja Letitii, prawdopodobnie zrzuciłby z siebie tego kogoś i przyłożył mu z pięści.
    - Bogowie, Peter, nic ci nie jest? – zapytała kobieta, dźwigając chłopaka na nogi.
    Portal zniknął z chwilą, w której „wypluł” młodzieńca na korytarz. Cain spojrzał na swoją mapę. Dwa zielone punkty były ścigane przez dwa czerwone. Peter był bezpieczny.
Hałas, który wywołało pojawienie się Parkera musiał być słyszalny w najbliższym korytarzu, nie było mowy, żeby obyło się bez echa. Tylko cud uratowałby ich przed obudzeniem Oriona.
Cain wstał sam, miażdżąc porcelanowe kawałki. Nie pamiętał tych figurek, tak jak większości z ozdóbek, które były porozstawiane po bazie, ale miał nadzieję, że Letty nie będzie za nimi płakała. W razie czego przecież może pójść i kupić jej nowe. Dotknął swojej głowy, żeby upewnić się, że nie rozciął sobie skóry. Całe szczęście nie oberwał mocno i ból powoli zanikał.
    - Tak, wszystko okej. – Peter stał w miejscu, trzymany przez Letty i dygotał. – To znaczy… nie, nic nie jest okej. Ktoś nas zaatakował!
    Cain strzepnął ze swojego ramienia liść i trochę porcelanowych kawałeczków. Wtedy Parker go zauważył.
    - Panie Maes, strasznie pana przepraszam, nie chciałem…
    - Nie przepraszaj – mężczyzna przerwał mu łagodnie. – Zgaduję, że to portal Strange’a. Nie wybrałeś miejsca, w którym wylądujesz. – Uśmiechnął się miło i dodał: - Nawet nic mnie nie boli.
    Letty pokiwała głową i poklepała chłopaka po ramieniu.
    - Chodź, właśnie lecieliśmy, by was ratować. Przy okazji opowiesz nam, co się właściwie dzieje.
    Maesowie wymienili porozumiewawcze spojrzenia i spojrzeli na korytarz za nimi. Nie wydawało się, by Orion postanowił wstać i pofatygować się, by sprawdzić, co się dzieje. Przynajmniej póki co. Musieli więc szybko się zmyć.
    - Musimy iść. Szybko. – Cain również klepnął chłopaka w ramię i skierował go w stronę, w którą wcześniej zmierzali. – A co z tobą, wszystko okej?
    Peter pokiwał głową.
    - Nic mi się nie stało, dziękuję. – Zwrócił się do Letty: - Ten gość, który nas zaatakował, przedstawił się jako Rhoe. Miał ze sobą wilka. I… i gadał coś o jakieś Solmare i jakimś stężeniu wirusa. Miał jakąś strzykawkę…
Solmare. Solmare Arouet. I wirus.
    Cain spojrzał na swoją żonę. Marszczyła brwi, jak w chwilach, gdy wiedziała, że dzieje się coś złego.
Szli szybko kolejnymi korytarzami, a Peter opowiadał im, jak to się stało, że spotkali Vaynera i jakim cudem on znalazł się nagle z powrotem w bazie. Maes słuchał go jednym uchem, odwracając się i sprawdzając, czy ktoś ich przypadkiem nie śledzi. Całe szczęście ani nic nie usłyszał, ani nic nie zauważył.
    - W porządku – odparł, gdy Parker skończył. Dzielił ich ledwie jeden korytarz do głównej sali. – Chcesz lecieć z nami? Musimy ich odbić, bo jeśli Vayner ma quirle…
Cain podskoczył nagle, gdy jego słuchawka trzasnęła.
    - Wy leniwi idioci. – Reira wydawała się wkurzona. – Gdzie wy jesteście, do cholery? Latam tu jak głupia już dobre kilka minut i czekam na was, a wy co? Zatrzymaliście się na siku czy jak?
    Mężczyzna był pewien, że nie minęła dłuższa chwila, niż trzy minuty, ale postanowił bardziej nie denerwować Zairi. Włączył głośnik w słuchawce.
    - Zaraz będziemy, oddychaj, Rei. Napotkaliśmy… drobne trudności, ale zaraz będziemy. Ile gryfów wzięłaś?
    - Tharana, Oculusa, Nevirę i trzy z nowej generacji, żeby zabrały Stephena i Peterów. I jak nie pojawicie się za trzydzieści sekund, lecę bez was. Cain, do c******, Rhoe mógł już coś im zrobić!
    Parsknięcie Letty upewniło go w tym, że kobieta słyszała groźby ich przyjaciółki. Z ich trójki tylko Peter nie wiedział, o co chodzi.
    - Reira bardzo lubi na nas krzyczeć – wytłumaczył mu. – Wiesz, to ten typ, który przez podniesiony głos wyraża miłość.
    - Słyszałam to! – wrzasnęła Zairi, ale Cain ją zignorował i wyłączył słuchawkę.
Maes spojrzał z namysłem na Petera. Miecz świetlny zaczął ciążyć mu tak, jakby czegoś żądał. Wtedy zrozumiał tę dziwną potrzebę zabrania broni ze sobą. Nie było to związane tylko ze wspomnieniem rozmowy, ale z potrzebą, by Parker miał się czym bronić. A Orion twierdził, że starzy bogowie odeszli.
    - Weź to. – Odczepił miecz i podał go chłopakowi. – Tylko, proszę, nie odetnij sobie głowy, bo ktoś mnie powiesi.
Peter przejął broń i, domyślając się, co to takiego, uruchomił ostrze. Zabłysło jasno i wyraźnie chłodnym błękitem, oświetlając ciemny korytarz. Chwilę później wyłączył je i znów zapanowały egipskie ciemności.
    - Dziękuję – powiedział chłopak. – Bardzo dziękuję. To dla mnie…
    - Potem sobie pogadacie – odezwała się nagle Letty. – Jak się zaraz nie pojawimy, Reira serio nas powiesi.
Cain przytaknął swojej żonie.
    Kolejny rzut okiem na mapę utwierdził go w przekonaniu, że powinni się spieszyć. Sytuacja mogła pogorszyć się w każdej chwili, a jeśli Vayner miał quirle, skutki mogły być opłakane. Całe szczęście, że właśnie pokonywali ostatni korytarz.
    - Młody – zwrócił się do Petera, a ten natychmiast na niego spojrzał. – Latałeś kiedyś?

Ostatnio zmieniony przez Rissie (30-05-2019 o 18h59)


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#41 01-06-2019 o 22h07

Straż Cienia
Waioleta
Artylerzysta Straży
Waioleta
...
Wiadomości: 3 975

Cóż skoro w końcu, otrzymałam zgodę na przeczytanie, to wpadam z podkreśleniem, że opowiadanie jest naprawdę dobre. Czyta mi się je naprawdę przyjemnie, komentarze oraz dialogi nie są ciężkie, łatwo idzie się na nich wyobrazić całą sytuację, czyli to co lubię.
Błędów nie widzę, no ale to dlatego, że sama robię ich tyle nawet u siebie, że ich nie dostrzegam, a potem strzelają mi komentarzyk z całym tekstem, popraw tutaj i tutaj, u ciebie na pewno tak nie ma, bo widzę jaką pracę wkładasz w każdy rozdział, co podziwiam.
Ogólnie, czekam na kolejną część, życzę mnóstwo czasu na pisania i weny niezbędnej do dalszego tworzenia!

Offline

#42 07-06-2019 o 20h10

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 854

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Fakt, że wklepywanie spacji przy każdym akapicie jest męczące, ale za to daje dużo lepszy efekt, bo znacznie milej się czyta, gdy te akapity widać i tekst nie jest zlany w jedną breję. Więc brawo /static/img/forum/smilies/big_smile.png

„nadawały mu wyglądu łobuza z sąsiedztwa. Dobrze ubrany łobuz.” — mam dwie uwagi do tego fragmentu. Po pierwsze, łopatologicznie tłumacząc, do dłuższego, bardziej opisowego zdania dorzuciłaś jeszcze krótsze, co dość wyraźnie sugeruje, że to zdanie jest tak jakby uzupełniające. W związku z tym myślę, że powinno być „nadawały mu wyglądu łobuza z sąsiedztwa. Dobrze ubranego łobuza” — a przynajmniej wtedy by mi to nie zgrzytało, a dało ładny stylistyczny smaczek.
Drugi problem jest mniejszy i jest już czepialstwem z mojej strony, ale Peter, tzn. zwyczajny nastolatek niespecjalnie interesujący się modą naprawdę pomyślałby o innym mężczyźnie, że jest dobrze ubrany? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Dobrze rozumie się jako gustownie. Bo jeśli chciałaś przekazać, że facet był schludnie/elegancko ubrany, albo zwyczajnie czysto, to może właśnie tak można to było ugryźć?

„Połączył dłoń na ramieniu Petera” — chyba „położył” /static/img/forum/smilies/big_smile.png
Co jest dziwnego w imieniu Sol? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Wybacz, wyjątkowo się dzisiaj czepiam

Zdrajca i krętacz? Hm, konkretna prezentacja /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ale nawet po samym stylu mówienia czuć, że to typ spod ciemnej gwiazdy. I mam nadzieję, że właśnie to chciałaś osiągnąć, bo jak tak, to super, bo świetnie ci się udało!

Ej, biedny Doktor :<<< I mam nadzieję, że opiszesz wrażenia Petera z latania XD No nic, to czekam na kolejną część i pozdrawiam ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

Strony : 1 2