Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 3 4 5 6 7 ... 13

#101 24-09-2018 o 16h26

Straż Cienia
SaphiraTrancy
Oficer Straży
SaphiraTrancy
...
Wiadomości: 1 333

Przepraszam, że tak krótko~
__________________________https://zapodaj.net/images/a829d67b84876.png
          No cóż, to było niespodziewane, niezrozumiałe.. dziwne. Nie zauważyła nawet kiedy trzeci mężczyzna został przygwożdżony przez nią do ściany, a krew spływała po jej szyi, sukience, czy ramionach, kiedy delektowała się nią, chociaż w smaku była zdecydowanie gorsza od każdej jaką dzisiaj kosztowała. Pierwotne instynkty tańczyły w jej umyśle, brzuchu, całym ciele pragnąc znalezienia ujścia, a alkohol w połączeniu z jakimś towarem, który zdecydowanie miał w sobie któryś z delikwentów był niczym bomba z zapalnikiem bez z góry narzuconego czasu do odpalenia. Nic dziwnego że nie zobaczyła, ba nawet nie wyczuła obecności osoby trzeciej, a dłuższą chwilę musiało zająć jej zrozumienie, że ktoś delikatnym, lecz zdecydowanym ruchem odrywa ją od 'ofiary'. W pierwszej chwili spiorunowała mężczyznę wzrokiem, ale po zobaczeniu jego oczu i zniesmaczonej miny opamiętała się. Silas Lennox Ravenwood. Ten to znajduje idealne momenty na pojawienie się. Odchrząknęła głośno, prostując się i ocierając dłonią resztki posoki z twarzy, a im dłużej wsłuchiwała się w słowa chłopaka i starała się je przetrawić, tym szybciej odzyskiwała rozum. Parsknęła cichym śmiechem słysząc te wszystkie epitety, niemal ignorując sens przewodni słów Nox'a.
- Wybacz - rzekła, starając się ogarnąć. - Dzisiejszy dzień nie należał do moich ulubionych, a nawał pracy niemal mnie 'zabił', jeśli wiesz o co chodzi - mrugnęła do niego i zerknęła na samochód, którym przyjechał. Na jej twarzy pojawił się cudowny uśmiech. - A więc przyjechałeś jedną ze swoich 'perełek'. I rozumiem, że kluczyki leżą w stacyjce? Pięknie.
        Natychmiast dopadła klamki i znalazła się w środku, olewając fakt, że cała niemal opływała 'czerwonym napojem'. A naciśnięcie gazu doprowadziło tylko do rozgrzania w jej organizmie.
- Wskakuj, jedziemy do mnie! - krzyknęła. - Muszę się ogarnąć!
Gdy tylko ‘przyjaciel’ znalazł się w środku z piskiem opon ruszyła ulicami w stronę swojego apartamentu - przepełniona alkoholem i z pewnością jakąś używką, omijając inne samochody, prując prosto do swojego apartamentu.
Szybko znaleźli się w jej mieszkaniu, wjeżdżając uprzednio do podziemnego parkingu i kierując się na jedno z ostatnich pięter ogromnego wieżowca.
- Póki co rozgościmy się tutaj, w barku jest pełno alkoholi możesz sobie wziąć jakiego pragniesz - rzekła do Nox’a. - Doprowadzę się do porządku i możemy wybrać się w jakąś wycieczkę życia, co ty na to?
Bez słowa, gdy tylko znaleźli się w środku, pognała do swego pokoju w celu zmycia z siebie posoki i przebrania się, zostawiając póki co Silasa samemu sobie.


Ask
It is our destiny to attempt the impossible, to accomplish great deeds regardless of fear.

https://i.imgur.com/GGI8ztI.gif https://i.imgur.com/p9S4Bqc.gif https://i.imgur.com/qxX3rFm.gif

Offline

#102 24-09-2018 o 18h53

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 622

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        Po co zadawałem pytania retoryczne?
        „Mylisz się, nie chodziło o nic więcej niż to, że miałam ochotę iść z tobą do łóżka.” „Mieliśmy wolny wieczór, pamiętasz?” Miałem nadzieję usłyszeć coś w tym stylu, wydawało mi się z resztą, że zawsze czekam na podobne słowa ze strony kobiety w chwili takiej jak ta – kiedy wszystko, co można było powiedzieć i tak zdawało się być nie na miejscu, nie oddawać niczego, co powinno zostać oddane. Albo...
        „To był tylko seks.”
        Ale nie, k****, to nigdy nie było takie proste. To k**** nigdy nie był tylko seks. Zawsze chodziło o coś. Żeby mąż popamiętał, żeby się zemścić, żeby zabić smutek albo żal, żeby sprawdzić, czy ją będę traktował lepiej niż inne, żeby upewnić się, że mnie nie kocha, żeby dosadnie podkreślić, kto tu rządzi. Tych „żeby” było miliard, jakby każda kobieta miała inną wymówkę. Mężczyźni oczywiście też je mieli. Ludzie je mieli. Dlaczego sądziłem, że tym razem może być inaczej? Dlatego, że p********* się z wysoko postawioną wampirzycą, która zauroczyła mnie swoim wdziękiem od pierwszego spojrzenia w jej stronę wtedy, gdy przekroczyła próg baru? A teraz tej samej wampirzycy mogłem tylko złożyć sarkastyczne gratulacje. Jej wymówka w******* poza skalę, która już wcześniej wydawała mi się irytująca.
        Teraz ja mam załatwiać sprawy klanu przez łóżko. To brzmiało tak uwłaczająco, że aż powodowało wściekłość powoli gotującą się na dnie brzucha, ten jej rodzaj, który nigdy nie przechodził z pierwszą ofiarą śmiertelną.
        Nie byłem w nastroju do dalszych żartów; cały dobry humor i rozluźnienie po seksie gdzieś się rozpierzchło, tym razem nawet szybciej niż zwykle. Z resztą z tej perspektywy – kiedy pozwalałem jej trzymać swoją twarz i patrzyłem na jej uśmiech już bez tamtych emocji – wszystko, co się wydarzyło od przekroczenia przeze mnie murów Chinatown wydało się być tylko jakimś ponurym żartem.
        — Jeśli w ogóle wcześniej byłem skłonny spełnić jakąkolwiek twoją choćby głupią prośbę, to teraz, cóż, przynajmniej już nie tak chętnie. Jestem ciekaw, do czego jeszcze byłabyś zdolna, żeby postawić na swoim. Może znów uda mi się na tym skorzystać — odpowiedziałem, jednocześnie wzruszając ramionami. Nie uśmiechałem się już, wcześniejsza gra, zaczepki, przepychanki słowne i pikanteria zniknęły i nie zostawiły po sobie śladu, jakby nigdy ich nie było. — Ale kiedy Słońce próbuje do siebie zbliżyć dwa rody — podjąłem, prostując się znowu i przerywając kontakt jej dłoni z moim podbródkiem — nie przychodzi mi na myśl nic innego, niż spalenie w jego promieniach.
        Przeszedłem przez pokój, po drodze zbierając bokserki spod solidnej, dębowej komody i eleganckie spodnie rzucone na ziemię. Wszedłem do łazienki, nie odwracając się już, choć cały czas nasłuchiwałem. Zmysły i instynkty istoty nocy, wygłuszone podczas seksu, teraz znów automatycznie wróciły na swoje miejsce wraz z czujnością. Toaleta była dość przestronna, czysta i prosta w wyposażeniu, ale nie skupiałem uwagi na dłużej na otoczeniu. Podszedłem do umywalki i przemyłem twarz zimną wodą, kilka razy, zmywając w warg smak jej ust, a z czoła pot. Nie pozbywając się jednak jej zapachu, który jeszcze długo będzie wyczuwalny na mojej skórze nie tylko dla mnie, ale też dla innych wampirów, z którymi przyjdzie mi się jeszcze spotkać.
        Jak trofeum.
        Nie mogłem mieć do niej pretensji. W końcu, niezależnie od powodów i jej prywatnych celów, oboje zyskaliśmy na tym. Dostałem dobrej kobiety, po którą tutaj przyszedłem, trochę zabawy w międzyczasie, trochę adrenaliny i krwi. A że to było po coś? Zgorzkniałe myśli straciły na wadze. To co. Wszystko robiliśmy interesownie. Tak musiało być.
        Ponownie przekroczyłem próg pokoju, w międzyczasie zapinając pasek od spodni.
        — Muszę mimo wszystko przyznać, że całkiem nieźle ci poszło jak na pierwszych dwóch przedstawicieli zwaśnionych rodów — rzuciłem mimochodem, niespecjalnie wrednie. Raczej jako stwierdzenie faktów. Może w zamian za „jesteś z******** w łóżku”.

Ostatnio zmieniony przez Valeriane (24-09-2018 o 19h03)


https://zapodaj.net/images/af821556f05b1.gif https://i.imgur.com/0NONn92.gif

Online

#103 24-09-2018 o 19h41

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

        Jasne włosy, ciemna skóra. Niewymuszona elegancja ruchów i swoboda każdego z nich. Ile kobiet patrzyło na Licentię i zazdrościło jej nie tylko urody, ale tego sposobu bycia, tego, co sobą prezentowała? Czasem patrzyło się na człowieka i można było po prostu go znienawidzić. Z zazdrości, no bo z czego innego na pierwszy rzut oka? Ta kobieta z pewnością miała wielu wrogów i wiele istot, które życzyły jej śmierci. Wbrew wszystkiemu, przez co ostatnio przeszliśmy ja nie znajdowałem się u szczytu tej listy – nawet mnie na niej nie było. Zabicie Licentii byłoby ostatecznością, a nie moim pragnieniem. W swoim dyplomatycznym i pragmatycznym żywocie, jaki toczyłem od bardzo dawna stosowałem się do stosunkowo niewielu zasad. Bezpodstawne zabijanie i krzywdzenie już bardzo dawno zostały na niej uplasowane. Już zwłaszcza, jeśli chodziło o postacie o tak ogromnym znaczeniu, jak Tia właśnie.
        Nie wziąłem ani łyka ze stojącej przede mną szklanki, która nadal prezentowała się tak samo wyśmienicie, jak w momencie, kiedy barman mi ją podał. Może uszło to uwadze mojej towarzyszki, a może nie. Obróciłem cienkie szkło w palcach, wpatrując się w niego odrobinę dłużej, niż wypadało, choć przede mną siedziało zjawisko nie tylko o wiele piękniejsze, ale zdecydowanie ciekawsze do oglądania. Może nawet zaczęła się już między nami jakaś gra, ale jeśli tak – nie zauważyłem tego.
        Po prostu skinąłem głową, patrząc już w jej czarne oczy, a nie na drzewo znajdujące się obok. Choć gest generalnie oznaczał zgodę, to dla mnie był raczej wyrazem zadumania, nie aprobaty jej zdania na ten temat.
        Siedziała na szerokiej kanapie i chociaż spora przestrzeń obok niej była wolna, to wątpiłem, że ktokolwiek odważyłby się do niej dosiąść. Nawet, gdyby nie było mnie w jej towarzystwie. Nawet dla osoby nieświadomej, z nim ma do czynienia. Po prostu atmosfera wokół niej była zbyt gęsto zajęta przez jej osobę, a naruszanie tej przestrzeni nawet dla mnie wydawało się nieodpowiednie. Ze swojego miejsca po przeciwnej stronie niewielkiego stołu jeszcze chwilę patrzyłem bez słowa, a później również oparłem się na miękkiej kanapie wygodniej. Licentia nie miała nade mną żadnej władzy i to nie tylko dlatego, że byliśmy na moim terenie. Po prostu już dawno temu nauczyłem radzić sobie w jej obecności.
        — Zapytałem o interesy, owszem, ale to wcale nie znaczyło, że od razu chcę przechodzić do tych pomiędzy nami. Porozmawiajmy. Po prostu porozmawiajmy przez chwilę, jakby w ten dzień, albo przynajmniej w tej chwili nie łączyła nas ta wspólna problematyczna kwestia — podsunąłem, wytrzymując spojrzenie.
        Moja twarz wyrażała powagę i nie było na niej rozbawienia, twarz mojej rozmówczyni prezentowała się zgoła inaczej. Może z oddali nie wyglądaliśmy na dopasowaną pod tym kątem parę, ale przecież każde z nas radziło sobie na swój sposób. Wyrażało emocje na swój sposób. Dlatego staliśmy po dwóch różnych stronach w tej samej wojnie. Odsunąłem tą myśl, w końcu pozwalając sobie na rozluźnienie mięśni.
        Spożyta wcześniej krew nadal przyjemnie buzowała w moim ciele i wpływała na mnie bardziej pobudzająco niż zwykle. Mniej subtelnie, choć sądziłem, że to zapomniany przez moje stare ciało efekt.
        — Zauważyłem, że im człowiek starszy, tym częściej i chętniej stara się nawiązać rozmowę. Obserwowaliśmy ludzkość przez tyle lat — wysunąłem podbródek na moment, a później ponownie go cofnąłem. — Z wiekiem ludzie robią się gadatliwi. Dotyka ich choroba i samotność, orientują się, że nie zostało im wiele czasu. Przede wszystkim chyba jednak… Po prostu mądrzeją. Dostrzegają piękno konwersacji i żałują, że dopiero tak późno.
        Jeśli do czegoś konkretnego zmierzałem, to myśli już dawno zeszły z pierwotnych torów, język z resztą także. Przeniosłem spojrzenie w bok i natrafiłem nim na rozłożyste drzewo z imponującą koroną rozrośniętą pod sufitem. Podświetlone z kilku stron było zaiste małym dziełem sztuki. Takim, jakie tylko natura potrafiła stworzyć, a ludzie mogli jedynie ją naśladować. Z niewidocznych głośników sączyła się nieinwazyjna muzyka, niemal niemożliwa do usłyszenia, jeśli nie zamarło się na moment w ciszy na jej odnalezienie. Ten lokal był wysokiej klasy, a ludzie i wampiry znajdujące się w nim wyraźnie świadczyły o jego poziomie.
        — Czy wampiry nie robią tego samego? — zapytałem nagle, sięgając do konwersacji sprzed chwili w niejasny sposób. Ponownie pozwoliłem szklance balansować w moich dłoniach, na spodniej krawędzi. — Liczymy, że wszystko się przed nami ugnie, ludzie, całe cywilizacje, nie tylko natura – że klęknie przed naszą nieludzką siłą. Nie, dla natury mamy choć odrobinę większy szacunek — niż do całego ogólnie pojętego życia.
        Zanim się zorientowałem, ta wypowiedź zabarwiona została na kolor, którego przecież planowałem dzisiaj i tutaj unikać. Prowokowanie Licentii do kolejnej utarczki nie było teraz mądre, a przede wszystkim – niezamierzone. Czerń i czerwień, przywodzące na myśl śmierć i krew. Uniosłem przepraszająco kąciki ust i brwi, po czym odstawiłem szklankę i nachyliłem się nad stołem w kierunku wampirzycy, opierając na blacie łokcie, a później na nich ciężar swoich ramion. Ostatnie, czego mi tutaj było potrzeba to kolejnej kłótni. I tym razem naprawdę niezamierzonej.
        — Miałem nie wracać do interesów — przypomniałem sam sobie, znowu zaglądając w jej ciemne oczy. — Ale to chyba stało się silniejsze ode mnie. Dbam o siebie jak należy Tio. Są też dookoła mnie wampiry, które gotowe byłyby wiele zrobić, żeby zachować mnie w dobrym stanie — i, co więcej, wcale nie powiedziałem tego w tonie przechwałki. — Tobie nie można tego zarzucić. Wyglądasz autorytatywnie jak zawsze, nawet kiedy nie bardzo się starasz. Wiedziałaś, że przyjdę, czy tylko miałaś nadzieję?
        Muzyka nadal płynęła, a rozmowa nadal się toczyła, chociaż zaliczyłem już jedno potknięcie na krętej drodze komunikacji z przewodniczącą wrogiego wampirzego klanu. Miałem nadzieję, że więcej ich nie będzie.

Offline

#104 25-09-2018 o 09h50

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 3 435

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Czego od niej oczekiwał?
        Teraz, gdy była tak blisko jego twarzy, a ich obojga nie pochłaniał już ten dziwny rodzaj namiętności i nieokreślonego pragnienia, zaburzający właściwe postrzeganie rzeczywistości, mogła po raz pierwszy przyjrzeć się jego codziennemu obliczu. Pierwszą rzeczą, jaka w nią uderzyła, był chłód jego spojrzenia. Zwilżone potem kosmyki jego włosów bynajmniej nie sprawiały, że odbiór bijącego od niego zimna był łagodniejszy, wręcz przeciwnie - sprawiały, że gdzieś wewnątrz zaczynała odczuwać coś w rodzaju wyrzutów sumienia na skutek tego, co wypowiedziała jeszcze chwilę temu. Patrzył na nią w taki sposób, jakby się przesłyszał, jakby zupełnie nie tego się spodziewał, zadając swe poprzednie pytanie.
        Nie zaniepokoił jej jego ton. Nie zaniepokoiła jej jego bezczelność.
        Najbardziej zaniepokoiło ją to konkretne spojrzenie będące wyrazem czegoś w rodzaju zawodu.
        Przerażała ją myśl, że mogłaby zawieść kogoś po raz kolejny.
        Być może w pierwszej chwili chciała wyciągnąć w jego kierunku rękę, zatrzymać go, zupełnie tak, jakby tym sposobem mogła udowodnić, że się mylił, że wcale nie chodziło wyłącznie o interesy. Być może chciała mu uzmysłowić, jak cholernie trudno było jej na co dzień, wyznać, że nienawidziła tego przeklętego poczucia samotności i że to w znacznym stopniu pokierowało jej postępowaniem. Być może chciała nawet, aby pozostawił w swej pamięci jej obraz jako tej, dla której było warto.
        Pragnęła wyłączyć to jego cholerne mówienie, sprawić, aby się wreszcie przymknął i zaczął słuchać.
        Ale potem... Potem powiedział coś, co przeważyło szalę goryczy.
        Wyszedł do łazienki, bezczelnie nie dając jej jakiejkolwiek szansy na odpowiedź. Przez moment w milczeniu spoglądała na miejsce, na którym jeszcze chwilę temu się znajdował, zupełnie tak, jakby ta sytuacja zamroziła się w jej pamięci. Lekko ścisnęła własne ramię, mimowolnie przesuwając palcami po niewidocznym już śladzie zadrapania, które mężczyzna pozostawił na jej ciele - bynajmniej nie jako jedyne - podczas ich zbliżenia. W myślach odwzorowana trasę, którą jeszcze paręnaście minut temu pokonywał Nicholas na jej skórze, zastanawiając się, czy jest możliwe, aby wszystko ponownie stało się zupełnie normalne.
        W końcu wypełzła z łóżka i podniosła swe luźno porozrzucane po całym pomieszczeniu ubrania, następnie dość niedbale narzucając je na siebie.
        Gdy wrócił, mógł zastać ją stojącą tuż przy oknie, ze wzrokiem wbitym gdzieś pomiędzy nie do końca spuszczonymi żaluzjami, które wpuszczały do pomieszczenia minimalną ilość światła. Obejmowała się ramionami, między wargami ściskając pojedynczego, odpalonego już papierosa, którego chwilę temu wyciągnęła z paczki fajek znalezionej w kieszeni marynarki mężczyzny.
        Nie patrzyła na Nicholasa, ale oczywiście doskonale słyszała jego kroki - nie zamierzała się jednak odwracać. Wiedziała, że nie było takiej potrzeby - zaraz sam to sprowokuje.
        - Myśl co chcesz. Nie żałuję tego. Nie sądziłam, że tak usilnie potrzebujesz potwierdzenia tego, jak z********* mi z tobą było. Bo, widzisz, Williamowi nigdy nie było ono potrzebne.

Offline

#105 25-09-2018 o 13h49

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683


https://zapodaj.net/images/12d44cc3033a4.png
https://78.media.tumblr.com/3eb51e18565a328b99df38a9beb60a60/tumblr_ntlmnzOr0m1udr5nho1_250.gif  https://78.media.tumblr.com/7cbee01446d9b8628b6c2a3c8a793a48/tumblr_ntlmnzOr0m1udr5nho3_250.gif

   who  we  are  and  who  we  need  to  be  to  survive         
        A  R  E          T  W  O          V  E  R  Y          D  I  F  F  E  R  E  N  T         T  H  I  N  G  S
   

JASMINE FOSTER        posługuje się imieniem Ivy         26 lat         członkini klanu Norwood
heteroseksualna   kobieta          urodzona   w   Nowym   Jorku   dnia   17   kwietnia        Baran
jeszcze  nie  odnajduje  się  w  wampirzej rzeczywistości            za  życia  -  indywidualistka
profesjonalna  striptizerka  oraz  tancerka        jedna  z  trójki  rodzeństwa        bez  studiów

ciemnobrązowe włosy,  często prostowane           czarne,  duże  oczy           160  cm  wzrostu
do  pracy  zawsze  nosi  mocny  makijaż            uwielbia  biżuterię             szczupła  sylwetka

✦                        ✦                        ✦                        ✦                        ✦

                                                                   Jej historia jest jedną z tysięcy tych opowieści o zbyt młodych samotnych matkach. Różni się w szczegół-
                                                           ach, ma podobne przesłanie. Wcale nie szczególna - wśród dziewczyn, z którymi pracuje w nieciekawej jakości
                                                           klubie wiele dzieli jej przeszłość, ale tylko nieliczne przyszłość.
                                                                   Pomimo tego,  co o dziewczynach takich  jak Ivy sądzi społeczeństwo,  a także po cichu  jej własni rodzice,
                                                           to nie żałuje urodzenia Carltona, ośmioletniego chłopca. Nie nienawidzi również swojego życia, wręcz przeciw-
                                                           nie, uwielbia tańczyć. To część jej życia której nie zamierza zmienić.
                                                                   Przyzwyczaja się  do tego,  że ludzie nią gardzą i zbyt szybko oceniają.  Nie zgadza się  na niesprawiedliwe
                                                           traktowanie. Walczy o swoje.Jedyną rzeczą, na jaką nie może się zdobyć po przemianie w wampira jest upozo-
                                                           rowanie własnej śmierci  i opuszczenie syna.  Rodzice nie wiedzą ani o jej pracy, ani o tym, że  porzuciła studia.
                                                                   Śmieje się, kiedy ma  na to ochotę, nawet jeśli nie wypada. Jest głośna i trudna  do okiełznania, a także do
                                                           ogólnej koegzystencji.
                                                                   Mieszka w niewielkim mieszkanku blisko centrum miasta w podejrzanej dzielnicy ze swoim synem.
                                                                   Jej pseudonim sceniczny -  Ivy przylgnął do niej tak ściśle, że posługuje się nim częściej niż  prawdziwym
                                                           imieniem.  "Jasmine"  kojarzy jej się z  rodzicami i  z tym drugim,  niewinnym życiem,  które  według  nich nadal
                                                           prowadzi. Dziadkowie kochają swojego wnuka, co ona chętnie wykorzystuje, kiedy idzie do pracy.
                                                                   To, czego  nikt  nie  wie  i  do czego się  nigdy nie  przyzna to fakt,  że  zamierza  przemienić  swojego  syna
                                                           w wampira, kiedy osiągnie dojrzały wiek. Chroni go jak swój największy skarb.

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (02-12-2018 o 18h42)

Offline

#106 25-09-2018 o 20h19

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 622

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        W nozdrza wgryzł mi się zapach tytoniu, przypominając tym samym, jak długo nie miałem czasu na pielęgnację tego małego nałogu. Powstrzymałem się jednak; już dość rzeczy zrobiliśmy z Sol razem, wypalenie wspólnie po papierosie było zbyt pospolite, a zarazem, jak na ironię, za bardzo intymne. Chwila tylko dla mnie musiała poczekać, bo teraz miałem jeszcze coś do załatwienia, ale później, tak... Rozglądałem się właśnie za koszulą – i prawie rozważałem zdeptanie swojej dumy poprzez klękanie na podłodze i zaglądnięcie pod łóżko, bo nigdzie w zasięgu wzroku cholery nie widziałem – kiedy kobieta wreszcie się odezwała.
        Pierwsze słowa, wyraźny akt desperacji raczej mnie rozbawił i może bym parsknął śmiechem, gdyby nie padło jedno imię. Właściwie jedyne w wydźwięku kojarzące się tylko z tamtą osobą, które powodowało, że na moment zamierałem, że nagle czułem potrzebę spojrzenia za siebie i sprawdzenia cieni, w których mógł się czaić niczym pantera. William.
        Jeszcze chyba nie docierało do mnie, co właśnie się wydarzyło. Właściwie nie miałem czasu na analizę i zastanowienie się, co wampirzyca miała na myśli przez powiedzenie czegoś takiego i o czym dokładnie wiedziała. To mną wstrząsnęło. Po prostu musiałem odpowiedzieć, cokolwiek, pierwsze lepsze słowa cisnące się na język.
        — Ja? Nie szukam potwierdzenia czegoś, co mnie nie obchodzi — wycedziłem wolno przez zęby. Nie zastanawiałem się, czy zrozumie moją oblegę, nawet mnie to nie obchodziło. — Ani wymówki, ani pretekstu. To ty z naszej dwójki najwidoczniej go potrzebowałaś — dodałem wcale nie głośniej, słowo po słowie przez mocno zaciśnięte szczęki.
        Pod dobrze oddanym pozorem chłodu skryłem, póki jeszcze umiałem, narastająca panikę. Pomógł mi fakt, że kobieta wciąż gapiła się na coś za oknem, ale wiedziałem, że nawet jeśli logika podpowiadała zostawienie tego w spokoju, moje ciało się jej nie podporządkuje. Miałem szansę nie dać jej zauważyć, że to jedno zdanie spowodowało taki szok, ale w tamtej chwili nie byłem zdolny jej wykorzystać.
        W kilku krokach znalazłem się obok niej, znów w tempie niemożliwym do osiągnięcia przez ludzi, choć normalnym dla wampira dzięki odrobinie wysiłku, po czym położyłem dłoń na jej ramieniu. Bez przesadnej siły. Tylko po to, żeby odwrócić ją w swoją stronę i zmusić do spojrzenia na mnie – nie mogłem znieść, że mówi takie rzeczy, nawet nie zamierzając przy tym popatrzeć mi w oczy.
        Tyle że kiedy wreszcie wzrokiem objąłem jej twarz, nagle nie znalazłem żadnych słów.
        Mogłem zapytać, czy p******* się z każdym nowo spotkanym wampirem, czy tylko z tymi z mojej rodziny, ale jak wcześniej złość wyparła miejsce dla żartów, tak teraz zajął je strach. Irracjonalny, podpowiadający wręcz żałośnie nierealistyczne scenariusze, a każdy wiązał się z odzywającym się w ciele fizycznym bólem i rozdrapanymi ranami psychicznymi głęboko w mojej świadomości. Wierzyłem, że w każdym z tych scenariuszy mogło być ziarno prawdy.
        W końcu, kto jak kto, ale ja dobrze znałem swojego brata.
        — William. Dawno nie słyszałem tego imienia — powiedziałem cicho, tak cicho, że głos łamał się do szeptu, ale w spojrzeniu utkwionym to w jednej, to w drugiej źrenicy kobiety nie było nic nieśmiałego. Zwierzę zagonione w róg, wściekłość, frustracja i rządza mordu, owszem. Gwałtownie cofnąłem dłoń, jakbym się poparzył. Puściłem jej ramię i z pozoru luźno zwiesiłem obie ręce wzdłuż tułowia. — Gdzie on jest?
        Śledziła mnie, być może. Znała Williama. Te dwa fakty razem spowodowały, że przez myśl przeszło mi skręcenie jej karku. W obecności tego imienia nie trzeba było więcej do podjęcia takiej decyzji. Wystarczyło, żebym miał ochotę odwrócić się i uciec z podkulonym ogonem i było powodem, dla którego mój idiotyczny upór kazał zostać.
        Zaśmiałem się zupełnie dla siebie niespodziewanie, ale ten śmiech był nerwowy i nie miał w sobie nic z wesołości.
        — Może o to chodziło od samego początku. Gdzie on k**** jest? — powtórzyłem pytanie, mając już w głębokim poważaniu, czy kobieta widzi więcej niż chciałbym po sobie pokazać w takim momencie, czy nie. Czy rozpoznaje desperację i nutę paniki w głosie.

Ostatnio zmieniony przez Valeriane (25-09-2018 o 20h21)


https://zapodaj.net/images/af821556f05b1.gif https://i.imgur.com/0NONn92.gif

Online

#107 25-09-2018 o 23h37

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

    Tak właściwie od jak dawna nie dane było im rozmawiać? Od ilu to wieków już nie siedziała na tyle blisko, by przyjrzeć się tej pięknej w swej doskonałości twarzy. Ostrych, męskich rysów tak idealnych dla dostojnego przywódcy, a może dla krwawej bestii jaką zapamiętała z Europy? Kim był Shane wiedziała doskonale, poznawała go ponad dwieście lat. Widziała jego pierwsze kroki w nowym życiu, pokazała mu świat takim jakim jest, nie takim jakim widzą go ludzie. Znała go tak dobrze, a później...później coś się zmieniło. Jednak w całej swej buńczuczności przekonana była, że przecież on nie zmienił się tak bardzo. Jest w nim nadal ziarno, które zasiała.  To kogo właśnie grał nie było dla niej ważne. Ona w tej sytuacji delektowała się każdą minutą, niewielkimi gestami, wzrokiem innych – ludzi i wampirów przyglądających się im ukradkiem. Byli tylko tłem tego wydarzenia, pionkami i marionetkami, które za wiek, może nieco dłużej zapomni – teraz mile łechczącym jej ego, zaś te szaroniebieskie oczy z naprzeciwka będą prześladować ją przez wieczność.  Ten sam, niezmieniony od tylu setek lat widok. Gdy był człowiekiem i teraz będąc krwiopijcą wedle Licentii miał w nim te niebezpieczne ogniki, które prowokowały ją do dalszych gierek, które sprawiły, że pierwszy raz postanowiła przemienić człowieka.
    Pierwsze jego zdania i już zaśmiała się gardłowo, obserwując go spod ciemnych, mocno wytuszowanych rzęs. Pytająco uniosła brew i uniosła szklankę w geście toastu pociągając z niej kolejny łyk.
– - To miłe, że tak za mną tęsknisz. Nie spodziewałam się, że będzie ci mnie brakować – wiedziała, że igra z ogniem, wiedziała doskonale, ale nie mogła się powstrzymać, nie teraz. Przecież była niczym kot, im bliżej brzegu szklankę postawisz tym bardziej ją zachęcisz.
    Każde jego słowo przesiąknięte było rozwagą i opanowaniem, taką samą aurę roztaczał wkoło siebie, absorbując tym uwagę otoczenia. Nie dziwota, że dowodził bandą burżujskich dzieciaczków, którym mamusie ślinę podcierały banknotami o nominałach z dwoma zerami za śliczną cyferką. Wszystkich tego pokroju ciągnęło do postaci takich jak on, pewnych siebie, silnych nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.  Był jej dziełem jak uważała w swojej przesiąkniętej narcyzmem głowie – dziełem z którego mogła być niesłychanie dumna, ale nigdy nie przyzna się do tego na głos. Szkoda tylko, że te jego nowobogackie dziatki nie wiedziały, nie zdawały sobie sprawy jak krwawy może być, jaka jest jego twarz pozbawiona tej kontroli i maski.
– Ludzie – wypaliła podnosząc szklankę i wpatrując się w ubywającą zawartość, a następnie odstawiła ją cicho – –  Ludziom nie jest dane dostrzec nawet połowy tego co widzimy my. Nie mają czasu, nie chcą go mieć, wola trwonić go na jakieś pierdoły. Nawet jeśli dasz im czas, podarujesz im dłuższe życie bez naszego daru to co robią? Wolą zdobywać dobra materialne, szeleszczące papierki, brzdąkające monety i to z czystej chciwości, nie da faktu posiadania pięknych rzeczy, nie ma w tym żadnych idei Shane. Rozmowy...nie każdy je docenia, a starość – uniosła dłoń i pstryknęła palcami – – jest, a później człowieka nie ma.
    Obserwowała jego twarz, wwiercała się spojrzeniem w jego oczy. Wampiry potrafiły docenić dobrego rozmówcę, nawet jeśli konwersacja dotyczyła takiej pierdoły jak ludzie i ich marne życia, które w porównaniu z wampirzą egzystencją przeminą równie szybko niczym zapalona zapałka.
– - My wampiry jesteśmy zgoła innym gatunkiem. Nie uwłaczaj mi, sobie i innym przedstawicielom tego gatunku. Potrafimy uszanować naturę, przecież jesteśmy jej ukochanymi dziećmi. Jesteśmy szczytem tego łańcucha, życie jako ludzie to stan przejściowy, albo ci się uda i zostajesz tym kim my jesteśmy, albo kończysz jako posiłek. Taki jest los, tak to zaplanowała matka natura i tego nie zmienisz, możesz sobie wmawiać, że jest inaczej, ale dobrze wiem, że te prawdę rozumiesz - mówiła wyraźnie, spokojnym głosem, a na jego przepraszający uśmiech zareagowała podobnie, lecz grymas malujący się na jej twarzy wyrażał raczej dalszą zachętę do tej utarczki słownej. 
    Kiedy on nachylił się, ona zrobiła to samo niczym lustrzane odbicie nie odrywając wzroku od jego twarzy, spijając każde słowo z jego ust. Towarzystwo tego wampira było dla niej jak gra, jak iskra, która wzniecała w niej przekorną chęć pokazania mu, że mimo pozorów jakie on stara się trzymać są tacy sami. Rozejrzała się i wyłapała wzrok innego wampira, siedzącego w kącie sali przyglądającego im się, parsknęła lekko i wróciła wzrokiem na swego rozmówcę.
–  Czy powinnam uznać to za groźbę, czy zapewnienie, że ma kto się o ciebie troszczyć? - zapytała lekko prześmiewczym tonem.
–  Wiedziałaś? - zaśmiała się i ukazała biały kieł w rosnącym na jej twarzy uśmiechu.
–  Znam cię lepiej niż każdy inny wampir w tym mieście, kraju czy nawet na świecie Shane. Nie możesz zaprzeczyć, nie musisz potwierdzać. Doskonale wiedziałam, że przyjdziesz tu od razu, kiedy tylko twoi szpiedzy doniosą ci o ciemnoskórej kobiecie z białymi włosami kręcącej się w lokalach gdzie bywają wampiry – delikatnie opadła na oparcie kanapy i wyciągnęła ręce na szczycie oparcia.
–  Istniało ryzyko, że przyślesz tutaj tą swoją jasnowłosą dziewczynkę, ale jak widać wolałeś zobaczyć się ze mną osobiście – wzięła drinka i pociągnęła kolejny łyk – –  Co oczywiście niezmiernie mnie cieszy – dodała lekko przekornym tonem.
– - A ty? Spodziewałeś się mnie tutaj? Czy byłeś zbyt zajęty małymi morderczyniami? - wampirzyca z większym zainteresowaniem nachyliła się nad stolikiem i oparła brodę na dłoni zwiniętej w pięść uśmiechając się do wampira tak jakby właśnie pytała go o ulubione słodycze.  Jeśli zaliczała jakąś wpadkę nie przejmowała się tym, bo i czemu? Przecież niemal zawsze mówiła co myśli.


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#108 27-09-2018 o 17h39

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

muzyka

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

        Ściągnąłem ledwo zauważalnie brwi, ale choć drobny, był to gest wymowny i dla wampira takiego jakim była Licentia nie do przegapienia. Właściwie w pierwszej chwili – jedyna odpowiedź na jej słowa. Nie kazałem jej czekać dużo, bo niemal od razu poczułem się o wiele bardziej swobodnie. Rozmowa oscylowała wokół tematów, które łatwo można obrócić przeciwko każdemu z nas, ale szliśmy po tej linie patrząc w odległą w dole przepaść.
        — Tęsknota… — powiedziałem, nie myśląc nawet, gdzie zmierza ta sentencja.
        Jak głęboko wchodzi na prywatne tereny, na które żadne z nas nie powinno się oddalać. Ale teraz nie byliśmy otoczeni swoim klanem, nie było przy nas tłumu słuchającego nasze słowa i czułem, że nie tylko mogę, ale chcę pozwolić sobie na więcej. Na wejście, wtargnięcie na te tereny, żeby po prostu zobaczyć, jak tam jest. Czy coś zmieniło się przez lata. Nikt nie słuchał, tylko nasza dwójka, a to tworzyło bardziej intymną sytuację, niż można by było przypuszczać patrząc na zwykłą dwójkę rozmawiających wampirów.
        Tyle tylko, że my ani nie byliśmy zwykli, ani nie rozmawialiśmy, przynajmniej nie do końca. Jeszcze nie. Oboje próbowaliśmy wybadać więcej o drugim, starając się jednocześnie zakryć. Przynajmniej na razie, w grze pozorów.
        — Nauczyliśmy się zdobywać, a później w konsekwencji tej nauki musieliśmy także nauczyć się to tracić. To była naturalna kolej rzeczy. Wszystko, co zdobędziemy przyjdzie nam stracić, różni się tylko sposób, w jaki to się stanie. Czy ktoś wydrze nam siłą z rąk, czy sami oddamy. Tęsknota przychodzi równie naturalnie, tylko później. I owszem, tęsknię za tobą. — Ale nie za tamtymi czasami. Nie za naszą przeszłością. Nie można mieć tych rzeczy osobno, nie mogę mieć Licentii bez wszystkiego, co jej osoba niosła ze sobą, a ja od dawna nie byłem naiwnym dzieckiem. Wiedziałem przecież, jak działa świat. Te słowa przyszły mi jednak tak naturalnie i co więcej, płynęły z tak szczerego uczucia, że odrobinę mnie to przytłoczyło swoim ciężarem. Przybrałem cwany uśmiech na twarz, jeszcze odrobinę przechylając się nad stołem w jej stronę, tym samym kontynuując rozgrywkę, nie na tyle blisko jednak, żeby nasze prywatne przestrzenie się przecięły. — Jestem pewny, że czujesz to samo. Lubimy udawać, że nie mamy emocji do tego stopnia, że czasem sami wierzymy w to bardziej, niż wypada.
        I już, tyle. Granica prywatności została złamana, chociaż nie powiedziałem jeszcze niczego z rzeczy kotłujących się na tyle mojej głowy. Odsłoniłem siebie i – być może – ją też zmusiłem do oddania jednej ze swoich barier. Coś za coś, zupełnie jak w grze.
        Wydawało mi się, że Licentia przypatruje się intensywnie, zbyt uważnie. Nie peszył mnie ten wzrok, a chociaż była kobietą niezwykłej urody, to nie był onieśmielający. Wielu mężczyzn odwróciłoby teraz spojrzenie, ale ja odpowiedziałem na to wyzwanie. W jej ciemnych oczach odbijało się czerwono różowe światło, przypominało o jasnych gwiazdach na czarnym jak kir niebie. W końcu sięgnąłem po szklankę i na litość wszelkich bogów, zrobiłem to tylko po to, żeby oderwać swoje oczy od tej hipnotyzującej czerni.
        Alkohol był słodki, a drink dokładnie taki, jak lubię. Wszyscy w moich barach wiedzieli, jak perfekcyjnie przyrządzić ten konkretny napój. Nie bali się mnie. Wzbudzałem może ich respekt, albo jakiś inny rodzaj szacunku. Nie bali się mnie, bo nie widzieli, do czego jestem zdolny. Na co potrafię się zdobyć. Licentia uosabiała to, czym byłem, to co porzuciłem. Siedziała naprzeciwko, zmysłowa, uśmiechnięta tajemniczo i nawet po tylu latach zdawała się czytać moje myśli co do jednej. Ale teraz jest inaczej, teraz to ja mam kontrolę, oboje ją mamy. Chciałem w to wierzyć.
        Wsłuchałem się w jej głos, kiedy mówiła. Sens był oczywisty, ale marnowanie naszego wspólnego czasu na rozmowy o ludziach dzisiaj wyjątkowo… Wydawało mi się świętokradztwem. Co za dziwna, pokręcona noc.
        — Nasza starość będzie trwać wieczność, tak samo, jak nasze życie — przypomniałem ściszonym głosem, sięgając w przeszłość dalej, dużo dalej, niż robiłem kiedykolwiek wcześniej. — Coś takiego powiedzieliśmy sobie dawno temu.
        To, że sobie powiedzieliśmy – było niedopowiedzeniem. Obiecaliśmy to. To, że to było „coś takiego” również było swoistą zniewagą, chociaż nie umyślną. Pamiętałem tamten dzień, tamtą chwilę, tamte spojrzenia i słowa, jakby wydarzyły się wczoraj. Choć przez dekady przykładałem je ciężarem nowych doświadczeń, to one tam były, wyrzeźbione na samym dnie świadomości, wykaligrafowane i uwiecznione na zawsze. Czy ona o tym pamiętała? Nagle podniosłem na nią spojrzenie, a był to wzrok ciężki, wiercący dziurę, niebezpieczny i sięgający daleko. Nie jeden z rozbawionych, nie jeden z groźnych. Nie, ten był… Namiętny. Żarliwy. W sposób możliwy do zrozumienia tylko dla nas.
        Dalsze kontynuowanie rozmowy stawało się coraz łatwiejsze. Wchodzenie na kolejne etapy – a właściwie połykanie ich w zastraszającym tempie zbliżało nas do siebie mocniej i niebezpieczniej, niż fizyczny uścisk.
        — Rozumiem tą prawdę. Jesteśmy wyższym gatunkiem, jesteśmy stworzeni do ponadczasowości. Tak samo, jak drapieżniki stoją ponad swoją zwierzyną w klasyfikacji. Ale nawet sama matka natura wie, że oba te gatunki muszą istnieć  koegzystować. Z resztą, kogo ja pouczam? Z tego ty sobie również doskonale zdajesz sprawę. A to? To było zapewnienie. — Uniosłem lekko brew, opierając się wygodnie o miękkie obicie kanapy. — Gdybym chciał ci grozić, postarałbym się o coś, co faktycznie mogłoby sprawić, że twoje serce ominęłoby jedno z uderzeń.
        Posłałem jej kolejny uśmiech, w odpowiedzi na jej wyraz twarzy. Ten był skryty w półmroku, nie tak oczywisty. Rozmowa przyspieszała z każdym kolejnym zdaniem, a ja już dawno zapomniałem, że powinienem się trzymać siedzenia. Ustalonych zasad. Czy może po prostu wiedziałem, że dyplomacją i gładkim słowem nigdy nie kupię sobie pojednania naszych klanów. Ale dobrze było przynajmniej spróbować, zanim przyjdzie mi zabrudzić własną reputację. Dobrze było wiedzieć, że nie posuwam się do ostateczności bez wyraźnej potrzeby.
        — Spróbuj bardziej docenić Sol, jest naprawdę dobra — powiedziałem w końcu, mrużąc lekko oczy. Nie zamierzałem przecież jej powiedzieć, że już ją wysłałem na spotkanie z nią? — Zaproponowałem jej spotkanie z tobą. — Cholera. Cholera jasna. — Żeby i ona mogła się przekonać, że ty też jesteś wyjątkowa.
        Jazda bez trzymanki miała swoje granice, oczywiście, że miała. Czyżbym zapominał, jak jasno własnoręcznie je sobie nakreśliłem? Mimo tych myśli, nie odwróciłem spojrzenia, mój wzrok ani wyraz twarzy nie stracił na pewności siebie. Choć Tia emanowała siłą i przywódczością, to ja nie odstępowałem jej na krok. Miałem bardzo dobrego nauczyciela. I dzięki temu teraz mogliśmy spotkać się jak równy z równym.
        — Uważaj, rozmowa o Carine jest ryzykowna — powiedziałem w końcu, kiedy do oszołomionego mózgu dotarł ten bodziec, ta konkretne uwaga. I otrzeźwiła mnie w przeciągu krótkiej sekundy.
        Licentia była moim wrogiem. Niezależnie od tego, jaka przeszłość nas łączyła, nie zależnie od tego, jak piękna i utopijna była. Nawiązanie do Carine było jak mocny flesz rozbłyskający prosto w otwarte oczy. Jak race w wysokich górach, jak kubeł zimnej wody. Wróciły wszystkie zmysły, które przed chwilą Licentia przyćmiła swoją osobą.

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (27-09-2018 o 17h40)

Offline

#109 27-09-2018 o 20h51

Straż Cienia
Elemelia
Akolita Jednorożców
Elemelia
...
Wiadomości: 313

__________________________SILAS LENNOX 'NOX' RAVENWOOD





      Obecność mężczyzny nie została niezauważona. Może pierwotnie kobieta chciała go zignorować, ale coś jej się nie udało. Poza tym Silas by jej na to nie pozwolił. Miał już słaby poranek, popołudnia nie da sobie popsuć.  Rudowłosa po chwili przestała męczyć biednych śmiertelników i przeniosła swoją uwagę na Noxa albo raczej na jego samochód. Hm, cudownie iż to było jej pierwszą myślą, a nie powód znalezienia się mężczyzny w tak oddalonym od jego zwyczajnych ścieżek miejscu. Doprawdy, piękne wartościowanie przyjaźni. Żadnego uśmiechu, uścisku, pocałunku w policzek lub choćby podania ręki. I gdzie tu dobro świata, kiedy to od rana jest naskakiwany przez Sol, a później olewany przez Nath?
       Na widok pędzącej kobiety w stronę idealnie czystej tapicerki, brunetowi zrobiło się jakoś słabo. Nie zdążył odciągnąć kobiety od tego karalnego czynu, bo ona już zostawiła krwawe odciski. Ugh, Winslet. Mężczyzna chyba zacznie zakładać jakieś blokady na te samochody, bo jak ona w takim tempie ma zamiar je niszczyć to niedługo dumna kolekcja znacząco się zmniejszy. Bo ekhem, tak. Wczorajszą kasację też zrzuca na barki kobiety. To wina tego, że wygrała, okej? Gdyby on wygrał to by zaparkowali gdzie indziej i jakiś niedorozwinięty wampir by nie wysadzał tych cudów techniki.
      Kiedy to rudowłosa cieszyła się niczym małe dziecko nową zabawką, mężczyzna zajął się sprzątaniem tego całego bałaganu. Śmiertelnym podał odrobinę swojej krwi oraz pozamieniał wspomnienia, przy użyciu perswazji. Zdolność bardzo przydatna, gdy posiada się żywiących się z rozmachem przyjaciół.
      Już po chwili znalazł się w ryczącej bestii, modląc się przy okazji by nie wylądowali na jakimś słupie. Nox ufał w pewnym sensie swojej przyjaciółce, ale znał jej możliwości. Bez pomocy pobudzające krwi potrafiła stracić panowanie nad pojazdem, a co dopiero przy pomocy dużej ilości soku życiowego. Cudem jest to, że jeszcze żyją. Naprawdę! Silas słyszy szybkie bicie serca kobiety, a to raczej nie jest dobrym znakiem, gdy prowadzi tak szybki samochód.
       - O nie, dosyć. Żadnego alkoholu! Zostaję abstynentem, po tym jak pocałowałem wczoraj Sol. Takiej głupoty to chyba nigdy nie zrobiłem... byś widziała jej minę. Znaczy się, minę po tym jak z przyjemnością odwzajemniła mój pocałunek... Ech, masakra. - westchnął, przy okazji mówiąc na tyle głośno, aby wampirzyca go usłyszała. - Tak to jest, jak przyjaźnie się z alkoholikami. Sam zaczynam przesadzać i później pchać się ludziom do gardeł...


DANCE IS EVERYTHING.
https://66.media.tumblr.com/c6f3891279ebc5791f6d6136c04ce604/tumblr_pdgqh8bAsI1rdhwsvo2_400.gif https://66.media.tumblr.com/85d52a598706e9c49236a8d788f57a86/tumblr_pdgqh8bAsI1rdhwsvo8_400.gif

Offline

#110 28-09-2018 o 18h34

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

    Tęsknił? To dobrze. Musiał tęsknić, miał cierpieć jak i ona za odwrócenie się od prawdy jaką mu przekazywała. Niczym zagubiona, setna owieczka pośród tych dziewięćdziesięciu dziewięciu ze stada. Nie ruszy jednak za nim, nie. To on ma nauczyć się, zrozumieć, że jego miejsce zawsze było obok niej, obok tej, która zmieniła jego marną egzystencję w prawdziwe życie wieczne. Musi pojąć, że jest panem losu i świata, że jego siła nie służy po to, by udawać człowieka, a jest po to, by ujawnić ich nację, postawić na piedestale, by żyli jak równi ludziom, a nie szczury w kanałach ukrywające swe istnienie. Gdyby tylko chciał już dawno mógłby połączyć podzielone miasto w całość i nie skupiać się tylko na tym jednym. Trwając jednak w swojej upartości tracił wiele. Wolał zamknąć się niczym gryzoń w złotej klatce wysokich wieżowców, udawać jednego z tych nic nieznaczących, mijających niczym mrugnięcie oka ludzi. Białowłosa nie rozumiała, czemu ktoś tak potężny nie chce wykorzystać tego co mu ofiarowano.
- Nie dostrzegasz tego, że to my otrzymaliśmy szansę wieczności. Doskonale wiesz, że czujemy mocniej niż ludzie. Miłość, zawiść, złość czy wszelkie inne uczucia i emocje. Dopiero dar otwiera nam oczy na to, że jako ludzie nie czuliśmy w pełni, nie mieliśmy tak otwartych oczu. Byliśmy jak dzieci we mgle, które ktoś wyciągnął z niej ofiarując nam słodycz swej własnej krwi. Doskonale wiesz mój drogi, nie wszystko przyjdzie nam stracić, nie wszystko przyjdzie nam oddać, puścić dobrowolnie i bez walki, a to co straciliśmy....cóż. Tęsknota również jest silniejsza niż ta ludzka i powiem ci Shane...ona nigdy nie minie – głos miała spokojny, wyraz jej twarzy zmienił się. Nie było w nim już psotnej iskry, oczy uspokoiły się wpatrując się w niego wzrokiem głębszym niż jakikolwiek inny, pełnym zrozumienia, ale i bólu, bólu o którym właśnie mówił.
    Kraty za którymi kryły się emocje i uczucia nie miały już znaczenia. Owszem ona również tęskniła do starych czasów, jednak gdyby miała możliwość cofnąć się do nich, nie zrobiłaby tego, bowiem odzyskując jedno, straciłaby drugie. Wybór był więc prosty i oczywisty. Tak samo jak ból, który pojawiał się w sercu czasem, kiedy melancholia brała górę, kiedy to nikt nie patrzył, gdy w samotności była znów Licentią, wampirzycą zrodzoną w kraju który już nie istnieje, a nie przywódczynią klanu buntowników. Ból tłumiony tak szybko jak tylko się pojawiał. Słabość na którą w jej życiu nie było miejsca.
- Doskonale wiesz jak to wygląda z mojej strony. Zdajesz sobie z tego sprawę, niestety każde z nas wybrało. Drogi przeciwne, los podzielony – nagle jednak oparła się łokciami o stolik i wygodnie oparła twarz na dłoniach zerkając na niego spod rzęs i uśmiechając się tajemniczo. 
- Tak samo jak nasza więź. Więź, która nigdy nie zostanie przerwana – ile czasu minęło, gdy patrzyli sobie w oczy? Gdy powietrze między nimi zdawało się przepełniać dziwną atmosferą, taką, którą zrozumieć mogła tylko ta dwójka wampirów.
    Przypatrywała się uważnie jego ustom, poruszającym się tak miękko, kiedy mówił. Wychwytywała sens jego słów i od razu tworzyła sobie w głowie przeciwstawne argumenty, ale wszystko to prysło i z miejsca górę wziął jej temperament.
- Nie muszę ci przypominać co sprawiło, że moje serce zatrzymało się dłużej niż jedno uderzenie? - zapytała. Było to jednak wyłącznie pytanie retoryczne na które znał doskonale odpowiedź. Tajemniczy uśmiech, skryty w przyjemnym półmroku, nadając mu kusicielski akcent. Uśmiech szatana o anielskiej twarzy, tylko on mógł posyłać groźby z takim wyrazem twarzy.
- Moją wyjątkowość ? Wiesz jak schlebiać kobiecie Shane  - uśmiech zagościł ponownie na jej twarzy, lecz zniknął zaraz okazując się zaledwie chwilową emocją, mijającą tak szybko jak ludzkie życie.
- Schlebianie jednak nic nie da. Ciekawe w czym jest taka dobra. To czy zostanie doceniona nie zależy od twych sugestii, niezależnie od tego jak bardzo szanuję twoje zdanie mój drogi. Jeśli kiedykolwiek okaże się kimś godnym mej uwagi to może docenię ją...kiedyś, a może nigdy – wyzwanie zagościło w jej oczach. Spotkanie z tą małą blondynką. Ciekawość ogarnęła jej umysł. Była zaintrygowana kim jest ta mała pijaweczka, co takiego potrafi, że zasłużyła sobie na bycie zastępcą. Lecz wtedy też przeszedł do następnego tematu. Już nieco mniej przyjemnego.
    Nieco zbyt długo zwlekał z odpowiedzią, chwila, dosłownie sekundy, uderzenia serca kilku osób w sali. Faceta po lewo, którego serce waliło jak młot na widok dekoltu jego młodziutkiej towarzyszki. Serce kelnerki, skaczące jak w klatce, kiedy to obsługiwała wampira siedzącego w rogu sali. I chyba doskonale zdawała sobie sprawę kim jest, a może to tylko efekt tego, że jej się podobał? Ciemne oczy wampirzycy nie odrywały się od twarzy mężczyzny siedzącego naprzeciw. Każde z nich miało słabości, niezależnie od tego ile żyją i ile żyć będą. Licentia doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Przywiązanie jest ich siłą, ale jednocześnie odsłania ich na atak. Gdyby Shane nawiązał w ten sposób do Nicholasa zapewne zareagowałaby podobnie.
- Nie martw się o swój ukochany twór. Nie mam zamiaru ścigać i wymierzać sprawiedliwości tej smarkuli, gdybym szukała zemsty jej prochy już dawno rozwiałby wiatr, niezależnie od tego, gdzie byś ją ukrył. Z resztą...teraz mamy dużo ważniejsze problemy niż jakieś dziecko z sadystycznymi zapędami. – oczywiście zemsta najlepiej smakuje na zimno i to, że teraz zapewniała Shane'a o tym, że niczego nie planuje nie znaczyło, że zapomni.
    Kłamstwo...żyjąc osiem wieków uczysz się jak skutecznie okłamać nie tylko żyjących, ale i tych, których serca zatrzymały się dawno temu i zabiły na nowo pod łaskawym sztandarem nocy. Tia nie zapominała i nie zdarzyło się chyba jeszcze nigdy by wybaczyła. Łaska nie leżała w jej naturze, była słabością na którą jako przywódca nie mogła sobie pozwolić, na którą zazwyczaj sobie nie pozwalała w żadnym wypadku, a może zwyczajnie jeszcze nie musiała okazać jej nikomu, komu byłoby warto.
     Teraz jednak musiała trzymać swoją naturę na wodzy. Groźby, niezależnie jak bardzo miała na nie ochotę, jak bardzo pragnęła dorwać tą małą żmiję i gołymi rękami sprawić, że te słodkie usteczka wykrzywią się w bólu. Nie zależało jej jednak na pomszczeniu zabitego. O nie! Chciała ją ukarać za to, że przez jej zapędy straciła kochanka, którego co prawda nie darzyła żadnymi głębszymi uczuciami. Kara należała się jej za to, że zabrała jej coś czego w tamtym czasie pragnęła, a zabrano jej to, bo dziecinka miała jakieś urojenia. Czy jednak należała się jej za to śmierć? To będzie zależeć wyłącznie od nastroju w jakim będzie białowłosa po rozwiązaniu aktualnie dręczącego ich problemu nietypowego wampira.
- Rozluźnij się mój drogi, to że wspominam o kimś nazywając rzeczy po imieniu, nie oznacza od razu, że pałam żądzą krwi i mordu. Jeśli mamy współpracować dla większego dobra, to może faktycznie skończmy dyskusję do naszych klanach. – znów posłała mu uśmiech, rozluźniony,  zdawałoby się przyjazny. Nie miała ochoty kończyć tej gierki w taki sposób, to, że weszła na złe pole nie oznaczało, ze tak łatwo zrezygnuje z dobrej zabawy jaką miał jej zapewnić dziś przywódca wrogiego klanu. To, że jeden pionek został zbity nie oznaczało przegranej gry, ot małe potknięcie.
- Skoro już jestem w tej części miasta, pod protekcją najpotężniejszego wampira Creighton to bardzo chętnie zobaczę więcej miejsc niż tylko ten jeden lokal. Nie zaprzeczę mu elegancji i uroku, aczkolwiek doskonale zdajesz sobie sprawę, że nienawidzę monotonii – zaśmiała się dopijając resztę drinka i odstawiając energicznie szklankę na blat.
– Chyba, że nie życzysz sobie, bym pokazywała się w twoich dzielnicach – dodała jeszcze z wyraźną nutą prowokacji i wyzwania.

Ostatnio zmieniony przez Iku (28-09-2018 o 18h54)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#111 29-09-2018 o 11h31

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 3 435

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Długa, ciężka suknia krępowała ruchy, nawet kiedy tylko stała, przyglądając się zawartości spowitego w mroku pomieszczenia. Zawsze fascynowała ją mentalność ludzi z tamtych lat – ta usilna chęć uwiązania kobiety, nawet we własnym ubraniu, byleby tylko nie spróbowała być sobą, poczuć, że ma wpływ na cokolwiek dziejącego się wokół niej.
        Z resztą sama nie była lepsza. Mogła tylko stać i patrzeć, obserwować, jak wszystko to, co jeszcze chwilę temu było odzwierciedleniem pełni życia, aktualnie leżało martwe, w poplamionych szkarłatem ubraniach. Bez jej wpływu.
        Długa, ciężka suknia krępowała ruchy, była niewygodna, niemiła w dotyku. Ale właśnie wtedy kobieta uświadomiła sobie, że to był tylko pretekst do tego, aby pozostać w bezruchu. To był tylko głupi powód do szerzenia bezwzględnej obojętności wobec tych wszystkich osób, które aktualnie leżały na brudnej, drewnianej posadzce. One wszystkie już nigdy nie miały się ruszyć – i to bynajmniej nie ze względu na rodzaj swojego ubioru.
        Dopiero pojedynczy bodziec wyswobodził ją z odrętwienia – drgnęła lekko, kiedy odczuła na swym ramieniu znajomy dotyk.
        Odwróciła głowę w stronę Williama. Patrzył na nią, a kąciki jego zbrudzonych krwią ust unosiły się delikatnie w pełnym satysfakcji i zadowolenia uśmiechu.
        Odwzajemniła uśmiech - w końcu uśmiechanie się nie mogło zostać skrępowane przez żadne ubrania.

        Wiedziała, że ten obraz miał na jeszcze długi czas pozostać w jej pamięci.
        Stała, sprawiając wrażenie, jakoby przyglądała się widokowi zza okna, natomiast w praktyce sięgała myślami gdzieś o wiele dalej, poza mury hotelu. Ale potem już wszystko potoczyło się szybko – zdołała jedynie zarejestrować moment, kiedy mężczyzna chwycił ją i odwrócił w swoją stronę. Na chwilę zerknęła na dłoń, którą zacisnął na jej ramieniu i wykrzywiła usta w delikatnym uśmiechu.
        - Akurat tam dzisiaj mnie jeszcze nie dotykałeś.
        Wypowiedziane przez nią słowa zawisły gdzieś pomiędzy ich twarzami. Wtopiły się w szary, papierosowy dym, który wydobył się z jej ust, a w końcu całkowicie rozpłynęły się w powietrzu. Przestały istnieć – słowa, dym, dotyk, miły wieczór. Zapanowała cisza. Kilkusekundowa, towarzysząca przeszywającemu spojrzeniu Sol spod jej lekko przymkniętych powiek.
        Nagle oparła obie dłonie o tors mężczyzny, po czym z ogromną siłą naparła na niego w taki sposób, że uderzył plecami o ścianę. Doskoczyła do niego niemal w sekundę i nachyliła się, powodując, że długie, blond pasma swobodnie opadły w niewielką przestrzeń dzielącą ich ciała.
        - Hm, a więc teraz nadszedł moment tej całej walki… dobrze. Swoją drogą, nie wiem, co pomyśleli sobie lokatorzy z pokoju obok, ale pewnie muszą nam cholernie zazdrościć. Och, dobra, bo zbaczam z tematu. Widzisz, próbowałam po dobroci. Mieliśmy spędzić razem uroczy wieczór w barze, a następnie przyjemną noc. O ile piękniej by było, gdybyśmy pozostali przy tym rozwiązaniu? Skierowałam do ciebie grzeczną prośbę. Ale nie, zachciało ci się udowadniania, że jesteś sprytniejszy. Nie podoba mi się taki rodzaj współpracy, Nicholasie. Wcale a wcale.
        Zacisnęła palce na skórze mężczyzny. Zapewne o ile miałby aktualnie na sobie koszulę, to mogłaby chwycić go pewniej – na ten moment jednak pozostawało jej jedynie przyciskanie go do ściany. Przynajmniej do momentu, aż sobie wszystko wzajemnie wyjaśnią.
        - Już ci powiedziałam, o co mi chodzi. Proszę, porozmawiaj z Licentią. Ha, widzisz, nawet mimo tego, jak mnie potraktowałeś, nadal potrafię cię prosić, a nie wyłącznie wydawać polecenia. Swoją drogą… w Creighton unikamy lania się po mordach. Wolimy raczej… - tu zrobiła chwilową pauzę – osobliwą wymianę przysług. Jeśli wiesz, co mam na myśli.
        Uśmiechnęła się, po czym, jak gdyby nigdy nic, odsunęła się od niego, ostentacyjnie pokazując mu obie dłonie w zupełnie niewinnym geście. Skierowała się w stronę łóżka, aby następnie sięgnąć po zaginioną, górną część stroju mężczyzny, leżącą gdzieś nieopodal ściany. Rzuciła nią w stronę wampira, jednocześnie zaciągając się papierosem. W końcu wbiła spojrzenie w sylwetkę zastępcy.
        Byli do siebie podobni, on i William.
        Obaj cholernie pociągający, obaj cholernie niebezpieczni.

Offline

#112 30-09-2018 o 19h04

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 342

http://funkyimg.com/i/2NiLx.jpg
http://funkyimg.com/i/2N88K.jpg
┌                                                                                                                         ┐
Podstawy ⌇
i m i ę  ⌇⌇  M̶a̶r̶k̶i̶z̶a̶ Rea      n a z w i s k o  ⌇⌇ d̶’̶A̶r̶q̶u̶i̶e̶n̶ Darrow
r a s a  ⌇⌇  wampir  
w i e k ⌇⌇   20 lat   [302]   u r o d z i n y ⌇⌇ 19  marca     
p ł e ć ⌇⌇   kobieta       o r i e n t a c j a ⌇⌇   heteroseksualna

k o l o r  o c z u ⌇⌇  niebieski       k o l o r  w ł o s ó w  ⌇⌇  blond
w z r o s t ⌇⌇  172 centymetry      w a g a ⌇⌇  53 kilogramy
k l a n ⌇⌇   ̶C̶r̶e̶i̶g̶h̶t̶o̶n̶   Norwood
└                                                                                                                         ┘
┌                                                                                                                         ┐
Inne ⌇

⌇ Jej nazwisko - Darrow -
pochodzi od jej pierwszego męża, Jonaha Darrow ⌇



└                                                                                                                         ┘

Ostatnio zmieniony przez Rissie (19-11-2018 o 19h29)

Online

#113 30-09-2018 o 19h30

Straż Obsydianu
Aku
Przyjaciółka chowańców
Aku
...
Wiadomości: 3 339

__________________________________________________________________________________________https://images91.fotosik.pl/13/b061d47c33d14237.gif     https://images92.fotosik.pl/13/ee4035174f38e395.png

        W grze pozorów odgrywał swoją rolę perfekcyjnie. Lata doświadczenia i nauki dystansu rozwinęły w nim umiejętność bezproblemowego lawirowania między maskami, które kreowali mu inni, grając tak doskonale, że chwilami zatracając się w szaleńczym spektaklu zatracał swoją prawdziwą osobowość. Jeśli Bóg istniał, tylko on był mu świadkiem, jaki tak naprawdę był Vincent Barnes, pod osłoną nocy, w samotnej sypialni apartamentowca na najwyższym piętrze. W miejscu, gdzie nie musiał już niczego udawać, gdzie mógł bez krztyny strachu wypuścić swoje wewnętrzne „ja” na zewnątrz nie martwiąc się o to, jakie przyniesie to skutki. Bo przecież, czy nie prościej jest ponosić konsekwencje za to, kogo grasz, niż za to, kim tak naprawdę jesteś?
        Obracając w dłoni kryształową szklankę, obserwował w marazmie przechylającą się na boki bursztynową ciecz, jak wody wzburzonego oceanu targanego przez wiatr. Zniekształcone odbicie jego zmarszczonych brwi jednak skutecznie wybiły go z krótkotrwałego otępienia, przypominając mu o obecności Carine, spoglądającej w jego kierunku z pod przymrużonych powiek. W delikatnej, fioletowej poświacie lamp wyglądała magicznie, podkreślając urokliwą dla niej ciemną karnację i ciemnobrązowe tęczówki niemal tak ciemne, jak nocne niebo. Jednak mimo tak czarującego widoku dostrzegł tą dziwną mgłę w jej oczach, nagłą zmianę, która tak bardzo zaburzała piękny obraz. Upijając do końca swojego drinka, odłożył spokojnie szklankę na blat stolika i uniósł się z kanapy, kierując się z wampirzycą na parkiet, układając dłonie na szczupłej talii kobiety.
        – A kim jestem w twoich oczach? – odbił pałeczkę, starając się o wymijającą odpowiedź. Spojrzenie miał skupione, wbite bezwstydnie i bez jakiegokolwiek strachu prosto w oczy brunetki, bacznie obserwując każdy możliwy ruch, każdą drobną zmianę i reakcję, która miała zaraz nastąpić.
        Spektakl czas zacząć. Którą maskę ma na sobie, gdy okrywa go spojrzenie Bernadotte? Którą rolę odgrywa, delikatnie zsuwając dłonie na jej biodra, kołysząc się wdzięcznie na zatłoczonym parkiecie? Którą postacią powinien zagrać w tej konkretnej historii?
        – Ciekawość, to pierwszy stopień do piekła, moja droga – odparł delikatnie, unosząc kąciki ust w tajemniczym półuśmiechu. – Choć mam wrażenie, że oboje już w nim byliśmy i oboje nieustannie uciekamy przed jego ogniem, które tak bardzo nas intryguje. – Vincent ujął dłoń wampirzycy, obracając ją wokół własnej osi, przyciągając jej plecy do swojego torsu, na krótki moment, w nieco intymnej pozycji, nachylając się tuż przy uchu. – I które ciągle namawia nas do złego, choć tak bardzo pragniemy być dobrzy – szepnął, ustami muskając jej skórę.
        Odkręcając partnerkę z powrotem do pierwotnej pozycji, przodem do siebie, tym razem nie odchylał już głowy, by móc patrzeć jej w oczy, opierając delikatnie o jej własną, w niemalże czułym uścisku, gdy ponownie poczęli kołysać się do rytmu wygrywanej w tle melodii.
        – Nie jesteś zła, Carine – powiedział łagodnie, żywiąc nadzieję, że jego umiejętności obserwacji nie zawodzą go tym razem i prawidłowo udało mu się odczytać, skąd pojawiła się ta nagła mgła w orzechowych tęczówkach; ten nagły chłód w ciepłym spojrzeniu. – Jesteś po prostu inna. A ludzie inność traktują ze strachem, tworząc mechanizm obronny – gardząc, atakując i nie dając sobie szansy na akceptację.
        Nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jak bardzo odkrywał się przed nią w tym momencie, dopóki nie dotarło do niego z jak wielką siłą utożsamiał się ze wszystkim tym, co pozornie miało dotyczyć tylko niej samej. I to, jak wiele mieli ze sobą wspólnego, pomimo tego jak równie dużo ich także dzieliło.
        Jeśli Vincent był aktorem w tym pokręconym spektaklu, Carine z całą pewnością była jego cieniem.
        Muskając grzbietem nosa czubek jej głowy, przymknął powieki, skupiając swoją uwagę na jedwabistych lokach łaskoczących jego twarz i zapach szamponu zmieszanego z jej osobistą, charakterystyczną wonią, której nie sposób było pomylić z czyjąkolwiek inną.
        Jeśli popełnił błąd, pożałuje tego dopiero następnego dnia.
        Na razie był tylko ten taniec, delikatne kołysanie bioder, cichnąca melodia kończącego się utworu i rosnące w jego klatce napięcie, wyczekując reakcji swojej towarzyszki.


     ■           I     D  O  N  '  T      K  N  O  W      I  F      I      C  A  N      S  A  V  E      M  Y  S  E  L  F .         M  A  Y  B  E      T  H  A  T  '  S      J  U  S  T      F  I  N  E .           ■     
https://66.media.tumblr.com/0d5e1ca33826f90e708f095e301b2545/tumblr_pm1s9izrz41qbhgiho9_r1_400.gif https://66.media.tumblr.com/166e669ff0524857f4630e3a283319f3/tumblr_pm1s9izrz41qbhgiho1_400.gif https://66.media.tumblr.com/35d1564d008d3ab04314f16d52f34060/tumblr_pm1s9izrz41qbhgiho4_r4_400.gif
ask me

Offline

#114 01-10-2018 o 10h18

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 743

...........https://i.pinimg.com/originals/b5/2b/f2/b52bf26cd7b8f1fe50e5554cc996f761.gif.....https://fontmeme.com/permalink/181001/dd88dca11457748dac465f0cff10276c.png



   Cały świat wirował, a przynajmniej tak wydawało się Wampirzycy, którą w tańcu obracał Vincent. Przyciągał ją do siebie, by zaraz odsunąć i ponownie przyciągnąć. Jego dłonie były na ciele Carine i błądziły po nim, jakby mężczyzna starał się nauczyć wszystkich jego krzywizn na pamięć. Nie przeszkadzało jej to, wręcz przeciwnie. Ona również nie pozostawała dłużna i przy każdej możliwej okazji starała się zetknąć z jego skórą, by móc później przywracać w pamięci ten moment, bo nie wiadomo kiedy ponownie będą mieli okazję na taką bliskość. Tak właśnie było z Barnsem, nie można było być przy nim niczego pewnym i prawdopodobnie to tak ją w nim pociągało - nie licząc tego jego uśmieszku, szerokich ramion, seksownego tyłka i głosu, który sprawiał, że dziewczyna miała ochotę rozebrać się, paść na łóżko i błagać, by nie przestawał do niej mówić.
  Kiedy przywarła plecami do jego torsu, a on znalazł się tak blisko niej, że między ich ciałami nie było żadnej przerwy, zadrżała. Czuła każdy skrawek Vincenta na sobie i pewna była, że doszła już przynajmniej dwa razy. Zaczynała zastanawiać się, co by działo się między nimi w łóżku, a wyobrażenia sprawiły, że nie potrafiła, a nawet nie chciała dłużej ukrywać tego, jak na nią działa.
   - Jesteś zagadką, której pewnie nigdy nie uda mi się rozwiązać, ale znam wiele sposobów, więc będę próbowała. Wiem tylko tyle, że straciłeś kogoś bliskiego, bo trzymasz mnie na dystans już bardzo długo, chociaż ci się podobam. - odpowiedziała cicho. Znalazła się nagle ponownie przodem do niego, ale nie mogła dostrzec twarzy mężczyzny, bo zamknięta była w jego uścisku z policzkiem wciśniętym w zagłębienie między ramieniem, a szyją Vincenta. Słowa Wampira były w pewien sposób pokrzepiające i dodały jej nieco śmiałości, która wcześniej wyparowała. Czy miał rację mówiąc, że nie jest zła? Miała ochotę prychnąć z rozbawienia, ale moment między nimi był zbyt intymny, nie chciała niszczyć chwili. Przylgnęła do niego jeszcze mocniej, o ile było to w ogóle możliwe, zaczynając delikatnie muskać skórę na jego szyi ustami. Obsypywała ją drobnymi pocałunkami, które przeplatały się z dłuższymi aż w końcu bez wcześniejszego ostrzeżenia, wgryzła się w niego na krótką chwilę. Kiedy poczuła smak Vincenta, jej zmysły oszalały do tego stopnia, że myślała tylko o tym, aby zaciągnąć go w jakieś ustronne miejsce i skosztować jeszcze więcej. Zamiast to zrobić, odezwała się mrukliwie, oblizując czerwone od krwi wargi i nie przejmując się wcale tym, że poplamiła sobie bluzkę.
  - Jestem potworem, bestią pragnącą jedynie uwolnić się z łańcuchów, które ją ograniczają. Robiłam straszne rzeczy, ale nie chcę tak wyglądać w twoich oczach. Chcę być doskonała, godna ciebie i dlatego wstydzę się tego, kim jestem - przyznała i uniosła głowę tak, by móc na niego spojrzeć. On też na nią patrzył i stali tak na środku parkietu między ludźmi, którzy już zaczynali skakać w rytm kolejnego utworu. Carine odkryła przed Vincentem prawdopodobnie wszystkie karty i teraz on zdecyduje, co z tym wszystkim zrobi. Sama niewiele o nim wiedziała, ale nie zamierzała się poddać i odpuścić, dlatego postawiła sobie za cel, że ułoży w całość układankę Barnsa. Jakie miał zamiary wobec niej i klanu, a co najważniejsze, co zamierzał zrobić z Wampirem siejącym spustoszenie w mieście. Obawiała się momentu, w którym przyjdzie jej wybierać między nim, a Shanem, bo spodziewała się, że taka chwila nastąpi prędzej, czy później.
  - A czy ty akceptujesz mnie mimo wszystko? Mimo mojej inności? Jeśli Shane zabroniłby ci kontaktów ze mną, to co byś zrobił? - zapytała nagle, sama nie do końca wiedząc, czy chciałaby usłyszeć odpowiedzi. Nie potrafiła przewidzieć reakcji Vincenta choć bardzo się starała. Przypomniała sobie nagle słowa, na które kiedyś wpadła przeglądając książki w nowym mieszkaniu, które zostały po poprzednim właścicielu. Pasowały idealnie do sytuacji, w której się znalazła. "Ludzie zawsze gdzieś na siebie czekają, czy to na środku pustyni, czy w wielkim mieście. Gdy ich drogi się przetną, a spojrzenia spotkają, przeszłość i przyszłość tracą znaczenie. Istnieje tylko ta jedna jedyna chwila."
  Nim Vincent zdołał zareagować w jakikolwiek sposób, Carine odwróciła się na pięcie i odeszła pozostawiając go samego w barze. Teraz to do niej należało ostatnie słowo, to ona była panią sytuacji, a przynajmniej tak jej się wydawało. Opuszczając lokal zerknęła na niego raz jeszcze posyłając mu delikatny uśmiech. Postaraj się trochę, panie Barnes.

Ostatnio zmieniony przez Charo (08-10-2018 o 21h33)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#115 01-10-2018 o 11h35

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

        Przez chwilę mnie miała. Moją twarz w nieudawanym zdziwieniu połączonym z niedowierzaniem. Przez ułamek tego momentu miała mnie prawdziwego, ale wydawało się, że nawet tego nie zauważała.
        Czy ja nie dostrzegam, że dostałem tą wieczność? Jakie to było naciągane kłamstwo. Ja bardzo dobrze wiedziałem, że ją mam. Problem leżał w czymś innym, w czymś, czego wampirzyca taka jak ona nie mogła przecież zauważyć. Leżał w tym, że zdążyłem znienawidzić tą wieczność. Że mnie męczyła, a w moich oczach mógł odbić się głęboki tego cień. Niezauważalny dla człowieka, ale dla Licentii najwyraźniej również.
        Chciałbym przecież odejść, zrzucić ten ciężar długowieczności z ramion. Ciężar odebranych niewinnych żyć, ciężar sumienia i obowiązku. Tak samo, jak silna była ta intuicyjna, wewnętrzna potrzeba, tak samo silna była pewność, że tego nie zrobię, nie dopóki klan jest w niebezpieczeństwie, dopóki wampiry, na których mi zależy nie będą otoczone bezpiecznym ramieniem ich ojca. Moje czoło wygładziło się prawie natychmiast i nawet ślad nie został po tych myślach. Nie na twarzy.
        Jakie to było dziwne – Licentia rozumiała mnie tak, jak nikt inny już mnie nie zrozumie, ale jednocześnie nie wiedziała o mnie nic z tego, co wiedzą o mnie najbliżsi.
        To jak posiadanie dwóch żyć, których nie da się ze sobą połączyć. To jak prowadzić dwa, choć nierównoległe żywoty w tym samym ciele, a oba tak od siebie odległe, jak i autentyczne. Krew i terror przeciwko opanowanej dyplomacji.
        Im dłużej patrzyłem na ten uśmieszek na twarzy Tii, tym częściej wracałem myślami do przeszłości. Choć wydawało mi się, że ta jest zamknięta szczelnie w kuloodpornej skrzyni, to zaglądając w czarne oczy, umieszczając wzrok na wargach rozmówczyni, kiedy mówiła… Było w tym coś niebezpiecznego. Pokusa, która przytłaczała monotonię ostatnich lat mojego życia, pokusa, której jak dobrze wiedziałem – muszę się oprzeć. I w tej chwili jeszcze byłem pewny, że to jest zadanie dziecinnie łatwe.
          Zraniła mnie. Chciałem pamiętać. Musiałem pamiętać. Nie ma mostu powrotnego do tamtych czasów.
        Wydawało się, że oboje zatraciliśmy się w tej rozmowie, a ja utrzymując ten sam kontakt wzrokowy nie wtrącałem już swojego zdania, choć ona mówiła tak wiele. Wszystkie słowa były takie same – nie na miejscu. Mogły służyć pokazowi sił, a teraz nie miałem nawet takiej potrzeby.
        — Cokolwiek zatrzymało twoje serce — odpowiedziałem w końcu, zwlekając z tymi słowami, zwlekając także z dokończeniem swojego drinka — musiało być okropne. Tak naprawdę nie wyobrażam sobie, czym by to mogło być. Może masz jakąś nową zabawkę? — Te słowa były okrutne, ale nie chciałem chodzić na skróty. Licentia wystarczająco dobrze potrafiła doprowadzić mnie na skraj wytrzymałości napiętych mięśni. Szczęście w tym, że udawało mi się to maskować, nawet jeśli nie musiałem, bo ona zdawała sobie z tego sprawę. — Nie martw się, też nie zamierzam mu nic robić, przynajmniej na razie. Zaimponował mi ostatnio na naszym spotkaniu. Przejdźmy się, mam ci coś do pokazania korzystając z faktu, że na tą jedną noc zakopaliśmy nasz topór wojenny.
        Ta propozycja padła luźno, zupełnie nie na miejscu zaraz po daniu jej do zrozumienia, że jestem w posiadaniu informacji i nie tylko ona trzyma karty w dłoni. Licentia miała tą przywarę, że często zapominała o tym, że nie jest naprawdę wszechmogąca. Podniosłem się, na stojąco dopijając swój alkohol, a później poprowadziłem ją do wyjścia z baru, nie rozglądając się i nikogo nie zaszczycając spojrzeniem.
        Znów byliśmy bok przy boku, nawet nie synchronizowaliśmy swojego tempa biegu. Chociaż ja prowadziłem, to wydawało się, że Licentia doskonale wie, gdzie zmierzamy – chociaż nie mogła mieć pojęcia. Szybko zostawiliśmy dzielnicę Chinatown za plecami, a później kilka kolejnych, aż w końcu zatrzymaliśmy się tuż pod niewielkim budynkiem, otoczonym przez wyższe budowle. Długa na kilkaset metrów fasada była jednolita, mało zdobiona, a przed nią zebrało się dużo bogatych samochodów i strojnych ludzi. Inna klasa. W powietrzu dało się wręcz wyczuć zapach pieniędzy. Skinąłem w bok a później wyciągnąłem ramię, żeby mogła go się złapać i poprowadziłem prosto do wejścia. Choć wyglądało to niepozornie, to za budynkiem organizacyjnym czekała prawdziwa uczta dla oczu – tor do wyścigów konnych umieszczony pomiędzy gęstą zabudową miasta. Rozświetlone setki ogromnych lamp rzucających jasne światło na przepastne trybuny, a dookoła niego tysiące ludzi. Wszystko ściśnięte na naprawdę niewielkim kawałku ziemi. Bogate królestwo ludzi, których kieszenie wypchane były dolarami. Świat zakładów i prawdziwej żyły złota, adrenaliny i dzikich instynktów, które budziły się nawet w tych wymuskanych ludziach, kiedy nerwy i cierpliwość zostały doprowadzone na sam skraj.
        Miałem swój interes w tym, że pojawiłem się tutaj z Licentią.
        — Mam nadzieję, że nie miałaś jeszcze okazji odwiedzić East Hampton w takim towarzystwie — powiedziałem, znacznie zniżając głos i nachylając się w jej stronę, jednocześnie mocniej zaciskając ramię i przyciągając bliżej do siebie. Może ktoś z zewnątrz mógł pomyśleć nawet teraz w tej chwili, że jesteśmy kolejną żądną przygód parą bogaczy. Tylko część z tego byłaby prawdą. — Zupełnie inny rodzaj rozrywki. Chyba nie stać mnie na to, żebyś popadła w monotonię, bo jeszcze jakiś przypadkowy przechodzień straci głowę — mruknąłem, ściągając brwi w zagadkowy sposób, a wzrokiem dokładnie badałem jej twarz. — Dla ciebie, rzecz jasna. Straciłby głowę dla ciebie — wyjaśniłem po chwili ponownie podejmując głos, w oczywisty sposób igrając ze słowami i z nią samą.
        Tor wyścigów konnych po przejściu przez kontrolę błyszczał w oddali jak wypolerowany diament. Wyścig był w toku – nawet, jeśli wyczulony wampirzy wzrok i słuch nie wyłapałby tętentu kopyt na piaskowym podłożu, to w promieniu kilometra byłoby doskonale słychać wrzask ludzi na trybunach. Zwierzęcy. Obiecujący.

Offline

#116 01-10-2018 o 12h56

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 763

https://i.imgur.com/30evVGq.png
https://i.imgur.com/0RxdaRJ.png

            https://i.imgur.com/f3d3RC1.png

https://i.imgur.com/30evVGq.png

https://i.imgur.com/aApXexQ.png

https://i.imgur.com/W7tnqr1.png
................................................................................................. A r i ♦ z pochodzenia Duńczyk ♦ przemieniony w wieku 3 1   l a t  ♦                                                                                                               ......................................................................................... obecnie  1 9 8  l a t 12.05.1820 ♦ 12.05.1987 ♦  heteroseksualny  ♦
................................................................................................. członek  k l a n u    N o r w o o d  ♦ czarne włosy ♦  brązowe oczy  ♦


https://i.imgur.com/SaLcRqb.png

Dead souls dreaming
i n   m y   s l e e p


https://i.imgur.com/0RxdaRJ.png


..................................................................................................  chodząca skrajność ♦  małomówny ♦ kłótliwy   ♦  lojalny  ♦  dobry                                                                                                               ...........................................................................................  słuchacz   ♦  pamiętliwy  ♦   podejrzliwy  ♦  samotnik   ♦  flirciarz  ♦
..................................................................................................  nie angażuje się w związki  ♦  nie odtrąca nowych znajomości   ♦ 
..................................................................................................   uwielbia  dawać  innym  rady   ♦   nienawidzi  mówić  o  sobie    ♦ 



https://i.imgur.com/SaLcRqb.png

Memories must  v a n i s h
To calm the frightened
s   o   u   l


https://i.imgur.com/0RxdaRJ.png



..................................................................................................♦  Bardzo źle wspomina swoją przemianę i nie lubi o tym mówić    ♦
..................................................................................................♦ Wampir, który go przemienił, został zamordowany niedługo po
..................................................................................................  całym wydarzeniu ♦

..................................................................................................♦ Nienawidzi swojego wampiryzmu, choć nikomu o tym nie mówi ♦
..................................................................................................♦ Nie  ma żalu do innych  wampirów  i ma  z  nimi dobre  kontakty  ♦
..................................................................................................♦ Jedyny    wampir,    którego    nienawidzi,    to    o    n      s   a  m    ♦
..................................................................................................♦ Już dawno się z tym pogodził i  nie  daje tego  po sobie poznać  ♦
..................................................................................................♦ Cały konflikt klanów skrycie go bawi i po chichu marzy o wojnie  ♦
..................................................................................................♦ Arjan   jest   m a r z y c i e l e m.    Dużo   marzy.   Często   marzy   ♦

♦ Lecz Arjan ma tylko jedno marzenie. Jedno, skrywane gdzieś bardzo głęboko ♦
♦ Marzenie, do którego nie przyznaje się przed nikim. Nawet przed samym sobą ♦
♦ Otóż Arjen marzy tylko o jednym... ♦
♦ Marzy o wolności. ♦
♦ Tej ostatecznej ♦

https://i.imgur.com/0RxdaRJ.png

R e l a c j e

https://i.imgur.com/W7tnqr1.png

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (01-10-2018 o 21h54)


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#117 01-10-2018 o 14h05

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

________________https://zapodaj.net/images/12d44cc3033a4.png

        Carlton był bezpieczny.
        Od zawsze, odkąd sięgałam pamięcią, tylko to było tak naprawdę ważne w moim życiu. Wiele robiłam dla zabawy, jeszcze więcej dla egoistycznego spełnienia, ale on jeden miał niepodzielne miejsce w moim sercu. Teraz był bezpieczny, wiedziałam o tym. Ufałam w jego instynkt samozachowawczy. Z matką taką jak ja… Bardzo szybko nauczył się być chłopakiem o wiele bardziej zaradnym, niż jego rówieśnicy, których mamusie za rączki odprowadzały do szkoły.
        Jęknęłam cicho, opadając plecami na brudną ścianę wąskiej ulicy. Bałam się spojrzeć w dół, chociaż przyciskałam dłonie do rany, w której tkwił ułamana końcówka baseball’a. Jakby to miało w czymś pomóc.
        Przymknęłam oczy czując, że jeszcze nie mogę się poddać. Nie potrzebowałam tego całego zakichanego wampiryzmu, żeby przetrwać! Zawsze byłam silna, zawsze potrafiłam znieść więcej, niż dobre dziewczynki z dobrych domów, choć siebie nigdy do nich nie klasyfikowałam.
        Z dobrego domu może byłam, ale do dobrej było mi zdecydowanie nie po drodze.
        — Ugh… — wymknęło mi się spomiędzy mocno zaciśniętych warg, kiedy poruszyłam przypadkowo palcem. Czułam, że dłonie mam całe w krwi.
        Jakie to dziwne uczucie. Uśmiechnęłabym się, gdyby tak paskudnie nie bolało. Przecież umarłam, a moje serce przestało bić. Powinnam w końcu raz na zawsze pozbyć się tego rodzaju słabości ciała. Ale nie. Napastnik używał drewnianej pałki, spośród wszystkich cholernych legalnych w tym zasranym kraju broni!
        Nie bałam się krwi samej w sobie – chociaż wzbudzała we mnie sprzeczne uczucia. Za życia unikałam bezpośredniego kontaktu z nią odkąd pamiętałam, nawet nie wiązało się z tym konkretne wspomnienie. Każda igła, każde głębsze przecięcie sprawiały, że zalewał mnie zimny pot. Teraz jednak, po mojej własnej śmierci wiele się zmieniło. Potrzebowałam krwi. Pragnęłam i pożądałam krwi, czasami nawet bardziej, niż przystojnego mężczyzny w klubie, który rzucał mi wyzywające spojrzenia i grube pliki banknotów. To było dziwne. Było czymś, z czym nie potrafiłam się jeszcze pogodzić – a może nigdy. Ta sprzeczność rozdzierała mnie za każdym razem, kiedy musiałam się pożywić.
        — Na litość… — mruknęłam znowu, zjeżdżając spojrzeniem na swój zmasakrowaną prawą część podbrzusza. Ten s*******, przez którego tak teraz cierpię nie zasłużył na tą łaskawą śmierć, którą otrzymał z moich dłoni. — Ivy, weź się k**** w garść. To nic, że niejeden chłop już płakałby tu jak dziecko. Jesteś lepsza. Zawsze byłaś lepsza.
        Poza tym Carlton jest bezpieczny. Nie ma już ryzyka.
        Z głośnym sykiem wciągnęłam powietrze w płuca, ułożyłam dłonie na wystającym kawałku drewna, wygodnie złapałam za rękojeść pałki. Trzy, dwa… Jeden i pół, jeden i jedna trzecia…
        Na głównej ulicy, do której prowadziła ta, w której się ukryłam, coś się stało. Głośno piszczały opony samochodu, a wtórowały mu niewybredne przekleństwa. Natychmiast obejrzałam się w tamtą stronę, energicznie obracając głowę. Ten skręt ciała sprawił, że przeszyła mnie kolejna, jeszcze gorsza fala bólu. I wtedy właśnie pociągnęłam. Z paskudnym dźwiękiem drewno zostało usunięte, a moje usta ułożyły się do niekontrolowanego krzyku, który wyrwał się z samego spodu gardła i niebezpiecznie przybliżył się do warkotu. Na ulicy nadal się coś działo, ale straciłam na długą chwilę kontakt z otoczeniem. Dobrze, że opierałam się cały czas o ścianę, bo inaczej prawdopodobniej moje kolana boleśnie przywitałyby się z brudną ulicą zapchlonej dzielnicy.
        W końcu, kiedy zmysły powoli zaczęły wracać do otępionego bólem ciała, odważyłam się spojrzeń na dół. Rana zasklepiała się powoli, ale ból nie minął. Każdy ruch był nadal bolesny.
        — Ja w to, po prostu, nie wierzę — zawołałam pod nosem, wciskając w te słowa ogromną ilość złości i frustracji. Mogłam żyć wiecznie, ale te p********* drzazgi zaraz sprawią, że wydrapię własnymi paznokciami drogę do swojego serca.
        Oparłam dłonie wierzchem o chropowatą powierzchnię ściany, zostawiając na niej dwa kolejne krwawe ślady. Odetchnęłam głośno i odepchnęłam się od niej, z trudem łapiąc pion. Do moich uszu jak przez watę docierał głos z głównej ulicy, musiałam już mieć świadomość, kogo tam spotkam, ale jeszcze do mnie to ostatecznie nie dotarło. Otępiona nagle nieokiełznanym, rosnącym głodem, bólem i wspomnieniem bardzo nierównej, jak i krwawej walki kilkanaście przecznic dalej ruszyłam chwiejnie w stronę hałasów i zatrzymałam się na wylocie ulicy.
        Czy Carlton jest w mieszkaniu? Potrząsnęłam głową. Chłopak zawsze sobie dobrze radził. Dobre dziecko. Uciekł, zanim zaczęło się robić naprawdę gorąco, a później wysłał mi wiadomość. Powstrzymałam chęć przetarcia oczu dłonią, bo ta była cała umazana zasychającą krwią. Podeszłam o kilka kroków w przód i w końcu stanęłam na tyle blisko, żeby wściekle miotający się na środku ulicy Patrick mógł spokojnie dosłyszeć moje słowa.
        — Jesteś dzisiaj w swoim żywiole, Woodville, dobrze cię widzieć w jednym kawałku... I innych dookoła też w jednym — mruknęłam zamiast powitania zza jego pleców, automatycznie przykładając dłoń do brzucha w miejscu, gdzie wcześniej wystawał kawałek drewna, bo wyglądało na to, że nawet mówienie przypominało o tym, że wewnątrz nadal tkwią drobne drzazgi. Moje ubranie było poszarpane, a dłonie nadal brudne, ale kiedy narzuciłam na siebie niedbale czarną, skórzaną kurtkę większość z tego mogło uchodzić za charakteryzację, albo przywidzenie.
        Wiem, że członkowie mojego klanu podchodzili do takich spraw bardzo luźno, ale mi nie zależało na tym, żeby wszyscy dowiedzieli się o tym, kim jestem. Właściwie wolałam utrzymać to w tajemnicy. Patrick, rzecz jasna, nie miał podobnych oporów, o czym zdążyłam już nie raz, nie dwa przekonać się w upływie ostatnich kilku miesięcy. Naprawdę był wyjątkowy. Na swój chory sposób, rzecz jasna.
        — Nawet nie musisz się za bardzo dodatkowo starać, bo ludzie i tak już się na ciebie gapią — dodałam, skinąwszy głową w kierunku przeciwnej strony drogi, skąd przypatrywały się przepełnione grozą twarze. Ludzie woleli zajmować się własnym biznesem, zwłaszcza tutaj. Nikt nie pomógłby osobie takiej jak mi albo rudowłosy wampir. Odwracali głowy, jakby niczego nie zobaczyli i przyspieszali kroku, żeby jak najszybciej nas wyminąć. Skuliłam się nieco, pochylając naprzód, a moją twarz wykrzywił naprawdę brzydki wyraz. Przekleństwa cisnące się na język w tej chwili były bardzo naturalne. — Ale pomysł ze złotymi rybkami do mnie przemówił. Muszę zobaczyć kiedyś, jak się zabierasz do ich wypatroszenia, a biedna ofiara się temu przygląda — ściszyłam głos, nawet nie ukrywając tego, że rozdziera mnie paskudny ból. — Zanim pobiegniesz się mścić, może mógłbyś mi najpierw pomóc. Charytatywnie, rzecz jasna — dodałam, unosząc lekko brew i podnosząc kącik ust. Uśmiech był blady i niewesoły, ale lubiłam go drażnić. To jak zabawa w kotka i myszkę z cholernym, niespełna zmysłów mordercą.
        Cofnęłam się o kilka kroków, aż trafiłam na szerokie, niezadbane schody prowadzące na komendę policji. Stopnie rozpadały się, a balustrady były w opłakanym stanie. Nic dziwnego, że tym tłustym funkcjonariuszom, którzy pewnie nie dostawali nawet połowy obiecanej pensji, nie chciało się nic robić z porządkiem w tej dzielnicy. Bezprawie toczyło się tutaj niczym zaraźliwa choroba rozprzestrzeniana drogą płciową jak u d*****. Opadłam na trzeci stopień z tłumionym jękiem, zgarbiłam się, żeby zminimalizować palący ból wewnątrz ciała i zadarłam spojrzenie na rudowłosego wampira. Też wyglądał tak, że nie dałabym nawet pół centa.

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (01-10-2018 o 14h05)

Offline

#118 01-10-2018 o 18h30

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

    Zabawkę? Jej twarz nawet nie przybrała cienia denerwowania, raczej ironia i ignorancja pogłębiły się. Ktoś patrzący z boku mógłby mieć nieodparte wrażenie, że osoba o której mówił mężczyzna jej jej całkiem obca, obojętna – lecz nie Shane. Nie. On wiedział doskonale, jaki efekt przyniosły jego słowa, celował w miejsca najbardziej wrażliwe, zupełnie jakby operował igłą i szukał najbardziej bolesnych punktów. Po samym jej wzroku mógł stwierdzić zapewne, że w jej wnętrzu rozpętał się armagedon, burza z piorunami. Wyobraźnia podsunęła jej obraz zniszczenia, wizji w której Shane błaga o litość. Paląca ją żywym ogniem myśl, że mógłby nawet pomyśleć o zrobieniu Nickowi czegoś złego. Doskonale wiedziała, że nie może zaatakować, że musi zapanować nad sobą, walka w tym miejscu byłaby ryzykiem jeśli nie śmiercią o pięknej twarzy, z mocnymi rysami, o oczach w których cały świat mógłby się zatopić.
    Nie była na swoim terenie, nie miała przewagi, było ich więcej. Chociaż była zapewne najstarsza, starsza niż jakikolwiek inny wampir w tym mieście jeśli i nie kontynencie, sama jednak nie osiągnie nic przy liczniejszej grupie. Może jednak by się udało? Gdyby tak jej wizja o rzuceniu się na Shane'a podziałała, gdyby dała radę pozbawić go tych pięknych oczu może wtedy zrozumiałby, że ta cicha groźba była niemal wypowiedzeniem wojny. Pojąłby, zadufanym w swymi oszukańczymi wizjami umyśle, że jej może grozić do woli i nawet się tym nie przejmie, ale Nicholasowi nie miał prawa spaść nawet włos z głowy. Każdy inny wampir wbrew pozorom jakie roztaczała nie był tak ważny, każdy inny mógł rozpaść się w pył i może ledwie łza spłynęłaby po policzku. Niebieskooki był jednak jej słabością, jej najwierniejszym towarzyszem, a nie żadną zabawką. Przywódca, który siedział naprzeciw również nigdy nią nie był, ale czego mogła wymagać po wampirze, który porzucił wolność na rzecz bratania się z pożywieniem. Widział w niej zło, wszystko czym tak gardził, widział w niej obraz samego siebie przed tym, gdy sam wcisnął swoje dłonie w kajdany porzucając wszystko co dostał, odchodząc z darem wieczności.
– Zabawką? – zaśmiała się jednak czując jak powoli panuje nad gniewem. – Naprawdę uważasz, że wampiry które otrzymały ode mnie dar to zabawki? – palec delikatnie krążył po krawędzi naczynia w którym jeszcze chwilę temu był drink, teraz wypełniało się cichym dźwiękiem, który urwał się, gdy położyła na nim delikatnie dłoń.
– Umieram z ciekawości cóż to za miejsce – uśmiech. Pełen ironii, ale i ciekawości, niczym dziecko, które chce otrzymać prezent. Wewnątrz jednak wiedziała, że musi też uważać, nie ważne kim był Shane i co dawniej ich łączyło, obecnie byli przywódcami przeciwnych frakcji, której członkowie niekoniecznie się lubili. Byli dwoma przeciwstawnymi biegunami, które miały się odpychać, a nie przyciągać. Kto jednak znał jego twarz lepiej niż ona? Kto mógł poznać go lepiej niż wampirzyca, która widziała jego ludzką twarz spowitą agonią i kryjącą się w okowach śmierci, kto jak nie ona – ta w której oczy spojrzał pierwszy raz jako wampir. Coś pchało ją w tamtą stronę, przekora, ciekawość oraz pewność, że on nie planuje nic złego, w końcu jemu bardziej zależało by zakopać wojenny topór. Jego towarzystwo zapewniało dodatkowo powiew nowości, adrenaliny połączonej z przyjemnym sentymentem.
    Z dala było słychać te krzyki, odgłos kopyt uderzających o ziemię, już z kilku przecznic czuć było tą słodką atmosferę w której ona czuła się jak ryba w wodzie. Adrenalina sprawiająca, że krew w żyłach śmiertelnych krążyła szybciej, zwiększająca ilość uderzeń serca, które dla wiecznie głodnej krwi wampirzycy były niczym sonata. W tym miejscu nawet ludzie przypominali sobie o pierwotnych instynktach, jeszcze bardziej upodabniając się do zwierząt, przepełniając atmosferę zapachem walki. Aromatem przyciągającym wampiry jej pokroju niczym afrodyzjak.
– Gdybym wiedziała, że przyjdziemy do takiego miejsca zatrzymałabym się po drodze przy jakimś sklepie i wzięła sobie odpowiednią kreację – rzekła cicho i objęła oferowane jej ramię, delikatnie drażniąc je opuszkami palców.
– W końcu pokazując się w takim towarzystwie trzeba wyglądać jak królowa, a nie tylko nią być – zażartowała pozwalając sobie nieco rozluźnić atmosferę panującą między nimi. Czując jak przyciąga ją bliżej nie stawiała oporu, wręcz przeciwnie, jej ciało współpracowało, zupełnie jak dawniej, kiedy byli towarzyszami. Krok w przód, nieskrępowany uśmiech, znajomy zapach ponownie wypełniający jej nozdrza, a w końcu szczery śmiech w reakcji na jego słowa.
– Myślę, że nie tylko głowę by stracił tej nocy – odparła cicho ukazując kieł w bezczelnym uśmiechu, a jedna z brwi uniosła się nieco. 
– Chociaż kto wie, może dziś jestem w naprawdę łaskawym nastroju i nie skończyło by się to na traceniu głowy – kolejny szelmowski uśmiech przyozdobił jej twarz sprawiając, że wampirzyca rozluźniła się nieco, pozwalając porwać się atmosferze panującej dookoła.
    Czuła się obserwowana, fakt w końcu była towarzyszką znanego przedsiębiorcy o którym nieraz rozpisywały się gazety. Lecz to nie były tylko ciekawskie spojrzenia ludzi, o nie. Kątem oka dostrzegała inne wampiry, wbite w garnitury, pozujące na pewnych siebie biznesmenów, eleganckie damulki i innych tego pokroju. Licentia jednak nic sobie z tego nie robiła, a wręcz przeciwnie. Dumnie wyprostowana, obejmowała ramię ich przywódcy, zupełnie tak jakby robiła to codziennie, z typową dla siebie ironią i pewnością posłała im bezczelny uśmiech, a następnie jej uwaga znów wróciła do jasnowłosego.
– Czyżbyś postawił dużo na ten wyścig? – zapytała nagle, lecz niekoniecznie chodziło o pieniądze. Żyła zbyt długo, by wierzyć w przypadki – zwłaszcza w przypadku kogoś takiego jak przywódca Creighton. 
– A może zainwestowałeś nieco swojej fortuny i chcesz się pochwalić końmi ze swej stadniny – kolejne pytanie, nie tak oczywiste i bezpośrednie, które ktoś z boku mógłby uznać za zwyczajną rozmowę bogatej pary chwalącej się między sobą majątkiem, on jednak mógł doszukać się w tym drugiego dna.

Ostatnio zmieniony przez Iku (01-10-2018 o 22h02)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#119 01-10-2018 o 20h22

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 622

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        Nie chodziło o to, że posłużyła się łóżkiem, żeby wymóc na mnie jakieś obietnice. Ani o to, że mi groziła w bardzo zawoalowany sposób. Nawet nie o to, że miałem nadzieję na przyjemny wieczór w jej towarzystwie. Wszystko ostatecznie rozbijało się o koszmar na nowo rozgrywający się w mojej głowie, o pierwotny strach, paraliżujące przerażenie, z którym nie umiałem sobie poradzić. Coś, co zostawiłem za sobą – podobno. Coś, co zawsze szło tylko o krok za mną i czekało na dogodny moment do ataku, taki, w którym zapomnę, że podąża za mną niczym cień.
        Poczułem ból zanim zdołałem zarejestrować ruch. Uderzenie ścianą w plecy wycisnęło mi powietrze z płuc i odmalowało się zaskoczeniem na twarzy dotąd ściętej wściekłością i nieudolnie powstrzymywanymi emocjami. Włosy kobiety załaskotały mnie na torsie, kiedy spojrzałem jej w oczy. Obraz jej twarzy nakładał się z dziesiątkami innych. Z przeszłości, dalekiej przeszłości, którą zdawało mi się, że zakopałem głęboko ciemnym w lesie, pod grubą warstwą czarnej, zbitej ziemi. Własnymi dłońmi ryłem ten dół, odcinałem się od tamtych wspomnień, a one jednak wciąż były tak blisko, pogrzebane tak żałośnie płytko, że wystarczyło tylko jego imię, żeby wydrzeć je wszystkie na światło dzienne.
        Słyszałem co mówi, ale poszczególne słowa i ich sens z trudem do mnie docierały. Przez coraz głośniejszy szum krwi w uszach, przez daleki, przeciągły pisk jak po wybuchu bomby ogłuszającej tuż obok stóp, kiedy dźwięki z otoczenia nie docierają do mózgu przez popękane bębenki w uszach.
        Koszulę złapałem tylko dzięki odruchowi, nie był to ruch planowany ani przemyślany. I pozostałem tak, pod ścianą, przyciśnięty do niej plecami i obolałymi łopatkami które – jestem pewien – pozostawiły zagłębienia w lichej ścianie gipsowo-kartonowej. Bałem się, że jeśli się ruszę, to zrobię coś naprawdę bardzo głupiego. Dopiero teraz, wraz z całym szokiem zaczynało do mnie docierać, że sytuacja, w której się znaleźliśmy nie jest już tylko prywatną przyjemnością. Że chodzi o politykę i dobro klanów. Moja decyzja nie była już decyzją kochanka, ale zastępcy przywódcy potężnej rodziny wampirów, która trzęsła połową Nowego Jorku. Chcąc nie chcąc, zostałem wplątany w tą grę.
        — Osobliwą wymianę przysług? — warknąłem przez zaciśnięte zęby i zmiąłem materiał koszuli w dłoni, w ten sposób chociaż odrobinę wyładowując wściekłość, na której upust nie było teraz miejsca. — A wydawało mi się, że żądanie czegoś po seksie to prostytucja, nie wymiana przysług.
        Prychnąłem, bynajmniej nie z rozbawienia choć na to właśnie mogło wyglądać, i wolno pokręciłem głową. Kiedy założyłem, że ona jest moim wrogiem? Wchodząc do baru, była tylko atrakcyjną kobietą, z której pragnąłem zedrzeć ubrania i znakiem zapytania, tajemnicą, którą chciałem zrozumieć dla własnej satysfakcji – po co miałbym kłamać, że w tamtej chwili chodziło mi o dobro klanu? Musiała nim zostać w chwili, w której tak perfekcyjnie obojętnie nawiązała do mojego brata, stosunków, jakie z nim utrzymywała i świadomości, że on wciąż istnieje, że czai się tylko o krok za mną; a może przy takich okolicznościach nawet bliżej. W chwili, w której bezczelnie rozkopała tamten lichy grób postawiony dziesiątki lat temu.
        — I zaczyna mnie powoli drażnić ta twoja maniera dyplomacji. Szybko, skoro na pierwszej randce, prawda? — podjąłem, wreszcie pozwalając sobie na ruch. Wyprostowałem się i stanąłem na nogach, nie podpierając się na niczym, a świat zawirował. Rozległo się odległe złowieszcze krakanie. A przecież nie było tu żadnych wron, nie fizycznie. — Nie sposób się z tobą nie zgodzić, kiedy tak uroczo unosisz obie dłonie, jakby nigdy nie były splamione krwią. Ale spróbuję, nie byłbym sobą gdybym nie podjął takiego wyzwania. Najpierw dajesz mi jasno do zrozumienia, że doskonale znasz tamtą część mojego życia i potwora, który wyrwał mi kawał człowieczeństwa, a zaraz potem rzucasz się na mnie z pięściami. Czy tylko mi się wydaje, że dawno przestałaś być grzeczna i dyplomatyczna? W odróżnieniu od ciebie g**** mnie obchodzą i pozory, i ludzie dookoła, którzy mają sobie o nas coś „myśleć”. — Słowa popłynęły swobodnie. Nie miałem zamiaru ich powstrzymywać. Nie kalkulowałem ani nie analizowałem. Resztkami sił powstrzymywałem się od nerwowego rozglądania się dookoła, a każdy najdrobniejszy ruch powietrza brałem za oddech Williama na moim karku. — I nie udaję, że da się to załatwić po dobroci. Albo za seks. Zwłaszcza teraz, kiedy dałaś mi mnóstwo powodów, żeby ci nie ufać.
        Krakanie w mojej głowie się nasilało. Może przez to podniosłem głos.


https://zapodaj.net/images/af821556f05b1.gif https://i.imgur.com/0NONn92.gif

Online

#120 03-10-2018 o 13h54

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

        Z bardzo szerokiego I wąskiego budynku, w którym znajdowała się administracja toru oraz loże ważnych, stałych bywalców wyszliśmy prosto na ubitą drogę. Ona również była wąska, co więcej, znajdowało się na niej jeszcze więcej ludzi niż zgromadzonych na zewnątrz. Budynek był swojego rodzaju magiczną bramą – z centrum miasta przeniósł nas w zupełnie nieoczekiwane, tłoczne miejsce. Tutaj również było wielu bogato ubranych ludzi, ale damy na cienkich, niebotycznie wysokich obcasach pojawiały się jedynie sporadycznie. Nic dziwnego – nie schodziły między ludzi, na drogę rozwidlającą się na dwa kierunki, jeden do stajni, drugi na trybuny przy torze. Z całą premedytacją prowadziłem nas na niższej klasy trybuny, choć kilku ludzi przypatrywało się temu z niekrytym zdziwieniem.
        — Panie van den Heuvel?
        Niski głos mężczyzny dobiegł daleko zza naszych pleców i kiedy obróciłem się w jego kierunku, moje spojrzenie padło na niskiego, przysadzistego mężczyznę wyraźnie zmęczonego szybkim tempem naszych kroków.
        — Przepraszam, że przeszkadzam panu i uroczej damie — wtrącił, opierając dłoń na kolanie, do którego miał zaskakująco blisko ziemi — w cieszeniu się wyścigami, ale czy nie życzą sobie państwo raczej… Dogodniejszego miejsca na oglądanie naszych czempionów?
        Posłałem mu uprzejmy uśmiech. Firmowa uprzejmość, z wystarczająco dokładnie zarysowanym dystansem wobec jego propozycji.
        — Dziękujemy za szczodrą propozycję, ale dzisiejsze wyścigi razem z partnerką obejrzymy z płyty przy torze. — Odwróciłem się do odejścia, to jednak najwyraźniej nie było wszystko, co za szerokim pasem miał manager toru. Cały się zaczerwienił, prawie jakby miał świadomość, z kim tak naprawdę rozmawia. I jak szybko jedno z nas mogłoby go pozbawić życia, a z jaką łatwością przedłużyć go na wieki.
        — Służę radą, zawsze służę, ale proszę państwa… — Jego twarz spochmurniała znacząco. — Tam jest niebezpiecznie. Nie polecam takim ważnym personom udawania się tam bez odpowiedniej ochrony.
        Otworzyłem usta w zgrabnej odpowiedzi, że nie będziemy potrzebowali dodatkowej eskorty, ale mężczyzna miał najwidoczniej zupełnie inny egzemplarz scenariusza tej rozmowy.
        — Proszę przyjąć ten gest jako dobrze życzenia od naszego głównego dyrektora. Musicie wiedzieć, że jak tylko was zauważył przekraczających próg jego królestwa, wysłał mnie bez zwłoki na spotkanie — ukłonił się znowu, tym razem w pas, a ja z rozbawieniem na twarzy przyglądałem się jego sylwetce i całej tej irracjonalnej sytuacji. Niestety, niedługo było mi do śmiechu, bo zaledwie w sekundę po tym, jak skinął gestem w powietrzu, z tłumu wyszły trzy sylwetki o bardzo znajomych twarzach.
        Ten widok sprawił, że lekki uśmiech natychmiast zniknął z moich warg, a chociaż nie wypadłem ani na krótką chwilę ze swojej roli, nie puściłem ramienia, którym trzymała się obok Licentia, to wszystko we mnie się spięło, a intuicja zaczęła bić na alarm. Ostre spojrzenie przecięło powietrze, w którym temperatura nagle jakby zmalała. Doskonale wiedziałem, że nie mogę wyjść z roli. Dookoła były setki, jeśli nie tysiące niczego nieświadomych ludzi, a oni wiedzieli, że to postawi mnie w takiej sytuacji. Znali mnie. Znali mnie bardzo dobrze.
        Trójka wampirów podeszła niespiesznie, dla otaczających nas ludzi nie było w ich ruchach nic niepokojącego, ale ja widziałem, że stawiają kroki ze śmiertelną premedytacją. Miękko, praktycznie nie wydając żadnych dźwięków. Na ogromną odległość wyczułem morderczą aurę, jaką dookoła siebie roztaczali. Lekko zacisnąłem ramię, a ten ruch jednego mięśnia był jedynym znakiem danym Licentii, że tak oto znaleźliśmy się prawdopodobnie w ogromnym gównie. Kiedyś rozumieliśmy się w ten sposób bez słów, oboje natychmiast wyłapywaliśmy niebezpieczeństwo, teraz jednak wiele się zmieniło. Licentia z pewnością zauważyła, że będą nam towarzyszyć nasi pobratymcy, ale dla niej byli po prostu członkami mojego klanu. Nie miała tej wiedzy, której nawet ja nie powinienem posiadać i nie mogła zrozumieć, że jesteśmy w swoistej pułapce.
        Rzecz jasna, z takich pułapek nasza dwójka zawsze znajdywała odpowiednie wyjście.
        — Podziękuj dyrektorowi w naszym imieniu.
        Uśmiechnąłem się, chociaż wewnątrz smagała mnie czysta furia. Z rosnącą trudnością stłumiłem rozniecony ogień.
        — Nie omieszkam. — Znowu się skłonił. Unikał patrzenia mi prosto w oczy. Wiedział?
        — Zapewnij go, że ja nigdy nie zapominam o takich gestach. Możesz przekazać, że z ogromną chęcią odwdzięczę się przysługą.
        Jego serce kołatało w piersi, jakby przebiegł maraton. Skinąłem głową, a on skłonił się nam ponownie i odszedł. Czułem, że rytm jego serca nie uspokoił się nawet, kiedy zniknął za jednymi z drzwi prowadzących do biur. Podniosłem spojrzenie na jasne okna w niewysokim budynku. Ktoś stał za grubą firanką, ale tak szybko, jak zauważył ten gest, zniknął za kotarą. Odetchnąłem, starannie panując nad tym, żeby niczego nie dać po sobie poznać. Dla tych wampirów byłem po prostu ich przywódcą, niczego nieświadomą owieczką. Musiałem pasować do tej roli.
        — Przyszliście zobaczyć wyścig? — zapytałem przyjaźnie, unosząc brwi, a później w końcu zwróciłem się do Licentii. — Chyba nie chcemy przegapić moich wierzchowców w akcji, którymi chwaliłem się całą drogę tutaj?
        Pytanie retoryczne ukrócone obróceniem się na pięcie. Czułem, że tamci podążyli za nami niemal bez chwili namysłu. Ze spojrzeniem wbitym przed siebie szedłem w kierunku trybun i miejsc stojących bezpośrednio przy torze, a korzystając z narastającego chaosu, mieszających się setek zapachów ludzi i końskiego potu, patrząc przed siebie wymruczałem jedno słowo, które miało dać jej dokładne pojęcie, w jakiej jesteśmy sytuacji.
        — Zdrajcy.
        Dodałbym może jeszcze "uważaj", gdybym miał pewność, komu tutaj tak naprawdę najmniej mogę zaufać. Bo wydawało mi się w tej chwili, że jestem zupełnie sam, chociaż przecież to nigdy nie był zły wynik.

Offline

#121 03-10-2018 o 22h52

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 763

.................................................https://i.imgur.com/f3d3RC1.png

     Arjan czuł smutek.
     Zawsze uważał, że w nieładzie utkwione jest największe piękno. Niczym głęboko zakopany skarb, tkwi ukryte na samym dnie, w spokoju czekając, aż ktoś je odkryje. Nie jest to zbyt łatwe i wymaga pewnego wysiłku. Czasami jednak wystarczy po prostu stanąć w miejscu, zamknąć oczy i poczekać. A potem je otworzyć. I patrzeć. Obserwować. Dostrzegać. Zdarza się, że wówczas świat dookoła wygląda nieco inaczej. Czerwień jest czerwieńsza, gwiazdy jaśniejsze, życie piękniejsze. Wtedy można zauważyć to zakopane piękno. Zakopane gdzieś między ściśniętymi, obskurnymi budynkami, między cuchnącymi potem handlarzami, między mieszającymi się zapachami najróżniejszych i najdziwniejszych potraw. Gdzieś między całym dziesiątkami nijakich ludzi nieprzejmujących się tym, że teraz nie byli człowiekiem, a jedynie tłumem.
     Chinatown skrywało swoje piękno bardzo głęboko. A jednak jakimś cudem wyjątkowo łatwo było je odnaleźć.
     Uwielbiał noc. Kochał jej zapach, modlił się do czarnego nieba nad nim i rozmawiał z zawieszonymi na nim gwiazdami. Tutaj, w Chinatown firmament był doskonale widoczny, zawieszony nad spiczastymi, czerwonymi dachami, od czadu do czasu kolorowany wybuchającymi fajerwerkami. Było pięknie i wampira powoli ogarniał błogi spokój. A jednak…
     Arjan czuł smutek.
     Powodów do niepokoju miał wiele. Znajdował się na terytorium wroga i, mimo że w Chinatown trwał wielki festiwal, przez który granice zostały tymczasowo zatarte, van Kalvenhaar ani myślał się odprężać. Co więcej, miał bardzo poważne podejrzenia, że ktoś czyhał na jego życie. Lecz Arjan uznawał je za poważne błahostki. Może któregoś dnia tego pożałuje, kiedy strach zaatakuje jego zimne, martwe serce. Lecz nie teraz. Teraz się nie bał.
     Teraz czuł smutek. Smutek spowodowany monotonią.
     Od dziesiątków lat nie odwiedzał Chinatown i śmiało mógł stwierdzić, że nic się nie zmieniło. Mijając pierwsze charakterystyczne budowle, natychmiast odnosi się wrażenie, że to jakiś zupełnie inny, niezbadany dotąd świat. To miejsce zawsze tętniło życiem i napawało jego gości uczuciem nieporównywanym do żadnego rodzaju ulgi i szczęścia. A jednak Arjan miał malutką nadzieję, że może jednak coś się zmieniło. Że może jednak coś go zaskoczy.
     Właśnie to go smuciło. Nie zaskoczyło go nic.
     Był stosunkowo młodym wampirem i stojąc przed osobnikami żyjącymi już ponad pięćset, sześćset lat, ze swoimi stu dziewięćdziesięcioma siedmioma latami czuł się jak gówniarz. Mimo to, gdy choć w małym stopniu zaakceptował swoją nową naturę, postanowił z niej skorzystać. Zwiedził już niejedno; jadł najróżniejsze potrawy, bywał w najdzikszych krajach, kochał się z kobietami ze wszystkich stron świata. Zasmakował życia na wiele sposobów i, choć zapewne jeszcze wiele przed nim, powolutku zaczynał się nudzić. Coraz trudniej było go zaskoczyć i pokazać coś, co go urzeknie lub nawet zainspiruje.
     Chinatown oblało ten test. Mimo to i tak na swój sposób się cieszył, że tu był. Pomijając brak elementu zaskoczenia, lubił spacerować tymi znajomymi uliczkami i wyobrażać sobie, że może wszystko, a ta noc nigdy się nie skończy. Tylko… cóż mógł tu zrobić? Samotność bynajmniej nie stanowiła problemu: przywykł do niej, a nawet się z nią zaprzyjaźnił.
     Jednak musiał znaleźć sobie jakieś zajęcie. Zastanawiał się nad klubem ze striptizem: pooglądanie nagich kobiet i spędzenie nocy z którymiś z nich nigdy nie było złą opcją. Zaczął się nawet oglądać za jakimś przyjemnym lokalem, kiedy jego wzrok natrafił na przeszkloną ściankę jednej z kawiarni. O dziwo, nawet późną nocą siedziały tam dziesiątki ludzi — Arjan nie pojmował, jak można było nie skorzystać z tak wspaniałej nocy i zmarnować ją na zwykłą kawę. Niemniej nie sama kawiarenka go interesowała, a ktoś, kogo zobaczył za szybą. Wampir westchnął lekko. Powinien mieć już dość tego babska, zwłaszcza że dopiero co wrócili ze wspólnej podróży, lecz na razie nie miał żadnego konkretnego planu, co ze sobą zrobić, dlatego uznał, że przywita się z koleżanką po fachu.
     Wnętrze kafejki także go nie zaskoczyło. Ciasne, duszne, o czerwonych ścianach, mnóstwem chińskich ozdóbek i kelnerkami w kusych odzieniach, przypominało burdel. Przeklęty tłum obsiadł każdy możliwy stolik, dlatego Arjan z niemałym trudem manipulował między nimi w taki sposób, by nikogo nie potrącić; nawet wampirze umiejętności na nic się tu zdawały. W końcu jednak dotarł na miejsce i, bez choćby słowa przywitania, opadł ciężko na pomarańczową, miękką kanapę, rozkładając się na niej wygodnie.
     Jego koleżanka, najwyraźniej niezbyt zadowolona z nowego towarzystwa, spoglądała na niego kocim wzrokiem. Rea zawsze przypominała Arjanowi kota, tak z wyglądu, jak i z charakteru. Śliczna, gładka buźka, czujne, piękne oczęta zawsze podkreślone eyelinerem, burza gęstych, brązowych włosów i zgrabna sylwetka mogły zmylić wielu głupców, lecz zwykle kończyli z głębokimi zadrapaniami. Och tak, ten kotek potrafił drapać i Arjan niejednokrotnie miał okazję się o tym przekonać. Ale dokładnie w tym tkwiła siła tej wampirzycy: w wyglądzie rozkosznego niewiniątka.
     Właśnie to niewiniątko patrzyło na niego z wyrzutem. Wampirzyca zapewne domagała się choćby powitania, albo zamierzała mu w dobitny sposób wyjaśnić, że ma dość jego towarzystwa, zwłaszcza po ostatniej misji. Dlatego Arjan nie zamierzał dać dojść jej do słowa. Doskonale wiedział, że jak to maleństwo się rozkręci, to nie da mu choćby mruknąć.
     — Faceta byś sobie znalazła — odparł bez ogródek, zakładając sobie ręce za głowę. — Zabrałby cię z tej umieralni. Samotne drinki. I kawa — prychnął. — Ale dobra, dobra — mruknął zmęczonym tonem — pewnie czekasz na Licentię, nie? Zaszyła się gdzieś tutaj, a jesteś na tyle mądrym kotkiem, że wiesz, że nie ma sensu jej szukać, bo to ona znajdzie ciebie.
     Arjan to wiedział, bo sam zamierzał porozmawiać z szefową klanu, zresztą w tym samym celu co Rea. Raport sam się nie zda, a że doniesiono mu, że Tia krąży gdzieś po Chinatown, postanowił na nią poczekać. Wprawdzie początkowo nie zamierzał tutaj leźć, lecz ostatecznie uznał, że i on powinien odpocząć. Zwłaszcza że w Chinatown trwał wielki festiwal, przez co granice obu klanów chwilowo nie obowiązywały.
     A wtargnięcie prosto do paszczy lwa było zbyt wielką pokusą, by się jej nie poddać.
     Nie czekając nawet na odpowiedź Rei, postanowił kontynuować:
     — Śmieszne rzeczy się tu działy pod naszą nieobecność! Nie? — charknął, uśmiechając się krzywo. Nie był to najpiękniejszy z jego uśmiechów. — Nasi spotkali się z tamtymi k######. Bo cudowne wampirze dziecko im przeszkadza. I jak myślisz, co z tego wyszło? — zapytał, jeszcze wygodniej rozkładając się na kanapie. — Dokładnie to, co myślisz, kotku. Czego się ci idioci spodziewali? I owszem, mam tu też na myśli naszych — sprostował.
     Nigdy nie ukrywał, że szczerze bawił go ten konflikt. Oczywiście rozumiał jego motywy oraz to, że oba klany po prostu nie mogły żyć w zgodzie, jednak póki go w to jakoś konkretniej nie mieszano, jedynie przyglądał się temu z kpiącym uśmieszkiem.
     — O rany, nie spinaj się tak — burknął, widząc mordercze spojrzenie Rei, zapewne niezadowolonej z obrazy ich klanu. — Naprawdę się nie spodziewali, że to nie wypali? Ach, zresztą, co ja będę się nad tym zastanawiał. Nie moja sprawa. Nie moja! — powtórzył dobitnie, widząc jej wzrok. — Ja jestem tylko chłopcem na posyłki. Dzieci się nie wciąga w tak poważne polityczne gierki. I wiesz co? — Arjan ze swobodą położył nogi na niskim stoliku. — Bardzo mi się taki stan rzeczy podoba. Niech oni podpisują papierki. Dopiero jak będzie trzeba kogoś zabić, to się zaangażuję. Szkoda, że nie ma tu Patricka — na pewno by mnie poparł.
     Musiał przyznać, że trochę przed Reą udawał. Ze swobodą mówił o zabijaniu, lecz myśl o tym, że prawdopodobnie ktoś go śledzi, nie napawała go optymizmem. No i, co najgorsze, Licentia o niczym nie wiedziała. Wiele jej zawdzięczał i czuł, że powinien jej powiedzieć, lecz jeszcze nie teraz. Nie teraz, kiedy ma tyle spraw na głowie.
     Później. Później powie. Albo nie powie. Może nie będzie potrzeby. Może już będzie po wszystkim.
     Może zajmie się tym sam.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (15-10-2018 o 18h08)


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#122 06-10-2018 o 20h14

Straż Absyntu
Rissie
Akolita Chochlików
Rissie
...
Wiadomości: 7 342

http://funkyimg.com/i/2LFoy.jpg


    Rea nie tęskniła za Chinatown.
    Ta konkretna część miasta przypominała jej o tym, co zdobyła, straciła i czym zdążyła stać się w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat. Bo choć dla starszych wampirów to niewielki okres czasu, cała ubiegła dekada sprawiła, że świat zatrząsł się w posadach. Zmieniło się dużo. Zbyt dużo.
    Spacerowała wąskimi uliczkami, próbując udawać, że jest zajęta czytaniem czegoś w swoim telefonie. Tak naprawdę próbowała ukryć to, że drżała jak osika. Woń jej strachu nie mogła się rozprzestrzenić.
    Bała się, że spotka kogoś z klanu Creighton, a chociaż tego dnia granice nie stanowiły problemu, dawni pobratymcy nie przyjmą jej z otwartymi ramionami.
    Wzięła na siebie ostatnie zadanie i pozwoliła Arjanowi wrócić do domu. Powoli przekonywała się, że było trudniejsze, niż się spodziewała. Przechadzka po Chinatown, nieważne, jak  bardzo się zmieniło, rozbudziło w niej wszystkie wspomnienia. Rany tak stare, że o ich istnieniu zdążyła już zapomnieć, na nowo dawały o sobie znać. Nadal pamiętała trasę do swojego starego mieszkania; nadal znała drogę do swojej ulubionej kawiarni, do której zabierał ją Jonah Darrow - jej Stwórca i ukochany.
    Nagle coś chrupnęło.
    Rea rozejrzała się dyskretnie. Miała wrażenie, że ktoś ją śledzi. Oblała się zimnym dreszczem.
    Może to tylko urojenia?
    Wyznaczanie ścieżki, zapachowy znak wyczuwalny na kilometr, skierowany był bezpośrednio dla wyczulonego węchu Tii, ale Rea wiedziała, że każdy, naprawdę każdy, wampir będzie w stanie wyczuć jej woń i podążać za nią. Woń przepełnioną strachem, goryczą i zmęczeniem. Lot samolotem z Paryża nie należał do tych najprzyjemniejszych, zwłaszcza że za towarzysza miała tego... Arjana. Nie stanowił dla niej zagrożenia, więc powinna ignorować jego jestestwo, ale jednocześnie intrygował ją. Zwłaszcza fakt, że bawił go spór między klanami.
    Ileż Rea by dała, by ta głupia wojenka się zakończyła! Miała dość tego, że od kiedy opuściła Creightonów, między nią a jej starymi znajomymi wyrósł niezniszczalny mur. Życie byłoby znacznie prostsze bez tych bezsensownych podziałów - gdyby się zjednoczyli!
    Jednakże jej marzenia w obliczu ciemnej, obskurnej uliczki zdawały się czymś nierealnym i dalekim. Rozprostowała palce, udając, że nie wie, jak znalazła się w jednym z tych miejsc, o których wiedzą tylko ci, którzy znają miasto na wylot. Metalowe pazury, ostatnia niewinna zachcianka, którą znalazła w internecie, lśniły na opuszkach jej palców w świetle latarni. Choć niepozorne, stanowiły okrutną broń, możliwe że pamiętającą nawet czasy inkwizycji. I zresztą jedyną, jaką miała. Zmęczenie pokazem mody i lotem sprawiły, że Rea nie panowała nad sobą - wpadła do domu, rzuciła bagaże na hol razem z całą bronią i wypadła z powrotem na dwór, by poszukać Tii. Musiała przyznać, że była głupia. I że szukała guza. Tak jak tuż po morderstwie Jonaha, gdy znalazł ją Nicholas i przyprowadził do Licentii.
    Przesyłka, ukryta tuż przy jej nagrzanym ciele, stawała się coraz cięższa. Przypominała jej również o tym, co zrobiła w Paryżu. Ten, pożal się Boże, pokaz mody - przykrywka, by pilnować, aby drogocenny artefakt nie trafił w łapska pewnego mężczyzny.
    Coś ponownie chrupnęło, a do nozdrzy Rei dostał się zapach świeżo przelanej krwi. Ponownie przyspieszyła, tym razem nie próbując udawać, że nie wie, dokąd zmierza. Było tylko jedno miejsce - zawsze pełne ludzi - w którym byłaby bezpieczna.
    Kafejka na jednej z ulic handlowych była taka, jaką ją zapamiętała - zatłoczona, z uśmiechniętą obsługą i sączącą się z głośników uspokajającą muzyką.
    Rea usiadła w rogu pomieszczenia, z dala od wścibskich oczu ludzi. Mimo tłoku, szybko przyniesiono jej kawę, którą zamówiła. Kobieta skinęła głową w podziękowaniu i zaczęła mieszać pianę w kubku. Nadal nie zdjęła pazurów, choć była pewna, że w tym miejscu nic jej nie grozi.
    I nagle na kanapie naprzeciwko niej pojawił się ktoś, kogo się nie spodziewała. Arjan, z całą swoją wątpliwą gracją, runął na pomarańczową skórę, jakby co najmniej został postrzelony. Rea zdusiła westchnienie. Nie wiedziała, czy czuje ulgę, czy irytację.
    Od dawna zdawała sobie sprawę z tego, jakie ma o niej zdanie - ładna buzia z kocimi pazurami i instynktem łowcy. To z pazurami się akurat zgadzało. Arjan nigdy nie lubił ukrywać swoich uczuć, w odróżnieniu do niej. Nawet gdyby poczuła zapach innego wampira w odległości stu metrów, nie dałaby tego po sobie poznać. Ale nie poczuła i miała nadzieję, że nikt nie zakłóci tego wieczoru - dzielił ją tylko krok od wybuchu i zamiany w krwiożerczą bestię.
    Gdy Arjan wspomniał o jakimś mężczyźnie, który mógłby stać się dla niej ważny, zdusiła chęć rozchlastania mu gardła. Ale Jonah by tego nie chciał. Jonah nie chciałby też, by siedziała w środku nocy na terytorium wroga.
    Myślała również, że będzie wolał spędzić ten wieczór w domu, z daleka od wszystkich istot żywych - ale nie, musiał zaszczycić ją swoją obecnością. Tym razem nie udało jej się powstrzymać parsknięcia.
    Doskonale wiedział, jak mówić, by ją zdenerwować. Miał wystarczająco dużo czasu, by opracować długą księgę pod tytułem "Jak wyprowadzić Reę Darrow z równowagi".
    Zmysły Rei były wytężone, szukała wzrokiem potencjalnego wroga, kiedy Arjan mówił. Jego słowa słyszała jak przez mgłę. I nawet nie wiedziała, kiedy wypiła całą kawę.
    Siedziała jak na szpilkach, wszystkie mięśnie miała napięte i gotowe do skoku. Skrajne wyczerpanie nie dawało o sobie znać, a kofeina zmuszała ją do utrzymania otwartych powiek. Nienawidziła się. I nienawidziła tego, że ma ochotę na bójkę, choć noc zdawała się tak spokojna.
    - Nie denerwuj mnie, bastard - wypaliła nagle, zupełnie niespodziewanie. - Wiem, jakie masz podejście do życia, do wojny, do wszystkiego. Wiem, że będziesz chronił swoją leniwą d*** do czasu, gdy ktoś wypruje ci żyły. Ja to wiem. Nie zgrywaj przede mną bohatera.
    Była pewna, że Arjan odczuje to jak mocny policzek. Wiedziała to. I miała wielką nadzieję, że wstanie i wyjdzie z tej przeklętej kafejki, póki nad sobą panowała. Spojrzała na dłoń, która ściskała kawałki szkła, pozostałe po popękanym ucho kubka. Zmusiła swoje mięśnie do rozluźnienia się. Mężczyzna nawet nie wstał.
    Nienawidziła samej siebie. Za to, że nie umie nad sobą panować; za to, że pozwoliła, by Jonah zginął... i również za to, że przestawała za nim tęsknić.
    - Przepraszam, Arjan. - Westchnęła. - Po prostu jestem zmęczona. - Położyła banknot pod zniszczonym naczyniem, rekompensatę, po czym wstała i skierowała się do wyjścia. - Chciałbyś mnie odprowadzić?

Ostatnio zmieniony przez Rissie (06-10-2018 o 20h26)

Online

#123 06-10-2018 o 22h58

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 3 435

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Jakże wygodnie było tu stać – ot tak, po prostu, z papierosem między wargami, z rozłożonymi rękami i z delikatnym uśmieszkiem błąkającym się po twojej twarzy. Zupełnie tak, jakby nic cię nie obchodziło, jakbyś była całkowicie poza tą całą sytuacją, nie uczestniczyła w niej, a jedynie biernie przyglądała się rozwojowi wypadków. To było wygodne – stać i patrzeć, zgrywać się, robić dobrą minę do złej gry, kiedy to on piorunował cię wzrokiem, a spomiędzy jego ust wypływały kolejne wyzwiska. Mimo to, nie zamierzałaś mu przerywać. Wiedziałaś, że teraz dokładnie tego potrzebował – wykrzyczeć wszystko, co ciągnęło się za nim od wieków, dać upust emocjom nagromadzonym przez lata.
        Nie winiłaś go za to. Ba, okazałaś uprzejmą cierpliwość, pozwalając, aby mężczyzna pozbył się wszystkich negatywnych uczuć. W tym samym czasie przyglądałaś mu się w milczeniu, co jakiś czas zaciągając się papierosem. Nagle stwierdziłaś, że był piękny. Nie dlatego, że posiadał niezwykłe ciało, wyrzeźbione mięśnie czy magnetyzujące spojrzenie.
        Był piękny, ponieważ był prawdziwy.
        Przecież cię nie znał. Byłaś mu całkowicie obca, do pewnego czasu nieokreślona nawet imieniem i nazwiskiem. Kompletnie nic o tobie nie wiedział, nie ufał ci, traktował jak potencjalnego wroga. Powinien zachować dystans, albo przynajmniej nałożyć jakąś maskę.
        Ale… nie zrobił tego. Był prawdziwy. Odsłonił się przed tobą, mówiąc dokładnie to, co chciał powiedzieć; patrząc na ciebie dokładnie tak, jak chciał patrzeć.
        To było piękne – móc obserwować tak intymną chwilę prawdy. Widzieć lęk zarysowany w głębi jego duszy, tak dobitnie ukazujący się w rozszerzonych źrenicach. Czuć, jakobyś znajdowała się na granicy jego wytrzymałości, balansując pomiędzy tym, co już w nim wybuchło, a tym, co jeszcze miało się zdarzyć. Być świadkiem jego rozgrzebywanej przeszłości, powrotu historii i wciąż na nowo rozpatrywanych wspomnień. Fascynował cię, gdy z taką łatwością i lekkością wypowiadał wszystkie te słowa – zupełnie tak, jakby kompletnie na niczym mu nie zależało, jakby nic go przed tym nie powstrzymywało. Nie miał przed sobą blokady nie do przejścia, czegoś, co w pewnej chwili nakazywałoby mu powiedzieć „stop” i powstrzymać go w wypowiedzeniu o jedno słowo za dużo. Mogłaś tylko na niego patrzeć i go podziwiać – chłonąć jego szczerość, napawać się ją, próbując zrozumieć, dlaczego się na nią zdobył, dlaczego nie był ograniczany przez samego siebie, tak, jak miało to miejsce u ciebie.
        Ostatnie zaciągnięcie się papierosem było stosunkowo mechaniczne i zupełnie niepotrzebne, gdyż ten zdołał się już całkowicie wypalić.
        - Znałam Williama. Znałam go dość dobrze i to przez wiele lat – wyrzekłaś nagle, kompletnie ignorując setkę obraźliwych słów skierowanych pod twoim adresem, i wyciągnęłaś papierosa z ust – Możesz mi nie ufać, to fakt. Ale z pewnością ufasz sobie. A doskonale wiesz, że wobec Williama najlepiej jest zachować ostrożność. Szczególnie, gdy od jakiegoś czasu grasuje po okolicy.
        Wyrzuciłaś peta do stojącej na komodzie popielniczki, po czym, jak gdyby nigdy nic, skierowałaś się w stronę drzwi. Zatrzymałaś się tuż przed progiem, opierając dłoń na chłodnej klamce.
        - Potraktuj to jako ostrzeżenie. Ewentualnie za kolejny przejaw prostytucji, to już jak tam uważasz. A co z tą wiedzą zrobisz – to już twoja sprawa.
        To mówiąc, odwróciłaś na chwilę twarz w kierunku Nicholasa.
        - W końcu, jak sam stwierdziłeś, masz powody, aby mi nie ufać - zatem równie dobrze mogę cię teraz okłamywać.
        Z tą myślą pozostawiłaś mężczyznę samego, znikając za drzwiami.

        Pustka mieszkania uderzyła w ciebie bardziej, niż zwykle, kiedy to postawiłaś pierwsze kroki na drewnianej posadzce w swoim niewielkim przedpokoju. Miałaś wrażenie, jakoby ten dźwięk odbił się echem od ścian, wzmacniając w tobie to cholerne uczucie lęku, jakie zaczęłaś odczuwać już od momentu opuszczenia hotelu. A może nawet i wcześniej.
        Drżącymi dłońmi ściągnęłaś buty; niedbale zrzuciłaś z siebie skórzaną kurtkę - podobnie, jak i cały fałsz, który dotychczas wymalowywał się na twojej twarzy. Tu już nie trzeba było nikogo grać. Nie trzeba było udawać.
        Szybkim krokiem przeszłaś się po całym mieszkaniu. Nie zajęło ci to szczególnie dużo czasu – twoje lokum było małe, przypominające bardziej siedzibę studenta, aniżeli zastępcy cholernego Creighton.
        Co tak naprawdę się wydarzyło?
        Miałaś sprawić, aby Licentia zgodziła się na kolejne spotkanie. Miałaś mieć plan. Miałaś panować nad sytuacją. Przecież w twojej głowie wszystko było idealne – miało wyjść dokładnie tak, jak sobie to wymyśliłaś; nawet nie dopuszczałaś do siebie myśli, aby mogło być inaczej. Padłaś na łóżko, chowając twarz w poduszce. Zacisnęłaś palce na pościeli, próbując uspokoić wciąż drżące dłonie, jednakże widząc, że nie przyniosło to żądanych skutków, nagle zrozumiałaś, że tak naprawdę nigdy nie panowałaś nad żadnym aspektem swojego życia.
        W takich chwilach wielokrotnie wracałaś myślami do przerażonej twarzy Marii, spoglądającej na ciebie szeroko otwartymi oczami, kiedy bezmyślnie postanowiłaś ją wydać. Wtedy, gdy jeszcze żyła.
        Wtedy, gdy jeszcze cię kochała.
        Przez lata próbowałaś tłumaczyć swoje zachowanie różnymi aspektami – młodym wiekiem, niedojrzałością, brakiem wiedzy – ale ostatecznie zawsze wracałaś do punktu wyjścia, bowiem uświadamiałaś sobie, że po prostu byłaś p******** egoistką.
        Zawsze.
        Wykorzystałaś Marię do własnych celów. Podobnie, jak Nicholasa. Podobnie, jak wielu innych ludzi, przed którymi następnie postanowiłaś uciekać całymi latami. Jak tchórz. Jak skończony śmieć.
        Byłaś wyrzutkiem. Zupełnie tak, jak William.
        A potem… potem pojawił się Shane.
        Wraz ze wspomnieniem tego imienia poczułaś dziwne mrowienie w sercu. Coś, czego dotąd nie znałaś, a co sprawiło, że twe dłonie przestały tak niesamowicie drżeć. Na chwilę uniosłaś głowę, przyglądając się własnym rękom ze zdziwieniem, a potem nagle wstałaś i skierowałaś się w stronę przedpokoju.
        Dobiegając do kurtki, pośpiesznie wyciągnęłaś z jednej z jej kieszeni telefon. Odblokowałaś go, po czym wybrałaś z kontaktów numer należący do Shane’a. W pierwszej chwili nawiązałaś próbę połączenia, lecz nagle, tuż po pierwszym sygnale, poczułaś, że to, co właśnie zrobiłaś, było najgorszą rzeczą, jaka w ogóle mogła przyjść ci na myśl.
        Rozłączyłaś się pośpiesznie i wrzuciłaś telefon z powrotem do kurtki, kierując swe kroki do łazienki. Zrzuciłaś z siebie wszystkie ubrania, odkręciłaś kurek pod prysznicem i weszłaś do kabiny.
        Stałaś. Najłatwiej było stać i czekać, zupełnie jak wtedy, w hotelu. Czekać, aż zmyje się z ciebie cały zapach i dotyk Nicholasa. Czekać, aż zmyją się wszystkie wyrzuty sumienia, lęk, obawy i wstyd. Czekać, aż problem rozwiąże się sam.
        Czekać, aż w końcu samotność przestanie cię boleśnie uświadamiać, że potrzebowałaś cholernego zbliżenia tylko po to, aby choć przez chwilę przestać być sama.

Offline

#124 06-10-2018 o 23h46

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 763

.................................................https://i.imgur.com/f3d3RC1.png

     Nienawidził wampiryzmu. Od zawsze. Na zawsze. Przeklęte „na zawsze”.
     Za życia słyszał o wampirach. Znał opowieści o krwiożerczych potworach atakujących w ciemności i wypijających krew dziewic. Prostaczkowie przekazywali sobie te historyjki z pokolenia na pokolenie, wzbudzając wokół ogromną grozę. Wprawdzie żaden śmiertelnik nigdy nie widział podobnych stworów, ale to nie przeszkadzało rozpowszechnianiu mitów o ich koszmarnej istocie. Zresztą, nic dziwnego, że ludzie ich nie dostrzegali: „wąpierzy” widzieli jako trupioblade osobniki w zaplamionym krwią długim płaszczu i z długimi, wystającymi z ust kłami. Arjan zastanawiał się, ilu z tych wampirobojnych ludzików miało wampira za sąsiada, przynosząc mu od czasu do czasu własnoręcznie robiony placek z dyni.
     Nienawidził wampiryzmu. Z wielu powodów.
     Przede wszystkim od zawsze miał nieodparte wrażenie, że w jego ciele żyje doskonała wersja… jego samego. Ale kopia, nawet jeśli idealna, nadal nie jest oryginałem. I właśnie to Arjan odczuwał nieprzerwanie od stu sześćdziesięciu siedmiu lat. Wciąż czuł te same robaczki, które chodziły po nim pierwszej nocy, tuż po przemianie. Oblazły go całego i jak gdyby sterowały nowym ciałem. On sam długo nie mógł uwierzyć, że sam odpowiadał za te niezwykle płynne i szybkie ruchy. Przecież nigdy wcześniej tak nie potrafił. Nigdy wcześniej nie czuł się tak, jakby jego żyłami maszerowały jakieś maleńkie stworki. Robaczki.
     Nie było żadnych robaczków. Ale Arjan już dawno się z nimi zaprzyjaźnił.
     Powodów, przez które nienawidził swojego nowego „ja”, było naprawdę wiele. Lecz jednym z nich, niewątpliwie jednym z najważniejszych, był alkohol.
     Wampirowi, psiamać, bardzo trudno było się upić.
     Przeklęty wampiryzm pozbawiał go nawet tej furtki.
     Gdy tylko przybył do jednej z kafejek w Chinatown, od razu zdecydował, że nie będzie sączył żadnej kawki. Dlatego widok całej butelki czystej bardzo go ucieszył. Nie próżnując, od razu zajął się zawartością, cierpliwie słuchając wywodów swojej koleżanki Rei. Najbardziej spodobał mu się fragment o jego podejściu do życia. Biedna Darrow strasznie się tą swoją przemową przejęła, zapewne sądząc, że Arjan poczuje się tym dotknięty. Zamiast tego pomyślał, że ta troska to coś bardzo miłego; coś, czego by się po Rei nie spodziewał.
     Aż żałował, że jednak go przeprosiła.
     — Nie masz za co przepraszać — mruknął, po czym ponownie zajął się zawartością butelki.
     Zdążył opróżnić już połowę, a czuł się tak, jakby pił wodę. Nienawidził tego stanu. Jednak po chwili uznał, że może procenty zaczęły działać, ponieważ, gdy rozejrzał się po kafejce, wydała mu się jakaś taka… milsza. Stoliki nadal stały absurdalnie blisko do siebie, a kelnerki wciąż przypominały łatwe panny, ale…
     No właśnie: łatwe panny. Zwłaszcza jedna z nich zwróciła jego uwagę. Wysoka, mocno opalona, o czarnych, sięgających pleców włosach. Och, jej wielkie migdałowe oczy przeszywały na wskroś. I jeszcze ten wachlarz rzęs… i te kształty…
     — Co? — Arjan zamrugał, kiedy Rea wspomniała o odprowadzeniu. Momentalnie zmarkotniał. A już mu się zaczęło tu podobać; ta mała kocica jak zwykle musiała to zepsuć. Jednak musiał pokazać, że jest samcem alfa, dlatego ociężale podniósł się z kanapy, patrząc na nią oczekująco. — No. Czemu nie — mruknął. — To chodź.
     Noc była taka sama jak ta, którą poznawał wchodząc do Chinatown. Tak samo gryząca, odprężająca, wnikająca w każdą komórkę ciała. Odetchnął cicho, napawając się tym jakże charakterystycznym powietrzem. Momentalnie ucieszył się, że wyszedł z tej dusznej kafejki i nawet zdążył zapomnieć o cycatej kelnerce, kiedy wpatrzył się w niebo nad sobą. Nieprzeniknioną czerń miłosierni bogowie obsypali złotym pyłem, czyniąc tym samym najcudowniejsze widowisko na świecie. Czasami Arjan tak właśnie myślał o nocy: jako o widowisku zesłanym przez samych bogów.
     Dlaczego więc wampiry, te bezduszne potwory, też mogły je
oglądać?
     O dziwo, to marudne kocie stworzenie nie miauczało, jaki to Arjan był niekulturalny i szorstki. W razie czego mógłby się odciąć, że przecież zgodził się ją odprowadzić. Na szczęście lub nieszczęście, nic takiego nie nastąpiło, dzięki czemu oboje przeszli spory kawałek w ciszy, wsłuchując się z uwielbieniem w odgłosy życia. Arjan zerknął kątem oka na zamyśloną Rię.
     Może ona też za tym tęskniła. Za tymi odgłosami życia.
     Za życiem.
     — Ty — zaczął nagle, czując nagłą potrzebę mówienia. — Czego ty się właściwie boisz? No bo chyba nie tych p###### Creightonów? To przecież takie wymuskane panienki, że się pewnie brzydzą pobrudzić krwią ubranie. Na pewno by cię nie zaatakowali w czasie festiwalu. Skoro naszych nie ruszyli podczas tego śmiesznego spotkania, to teraz tym bardziej. A nawet jeśli — dodał z lubieżnym uśmieszkiem — to przynajmniej będziemy mieli pretekst, żeby te wszystkie k#### zlikwidować. „Ale to wy napadliście na naszego wampira w czasie festiwalu, kiedy trwał tymczasowy rozejm! Wasza wina!” — zapiszczał, imitując kobiecy głos.
     Wyraźnie widział, że się czegoś bała. Fakt, że Rea od zawsze wykazywała nadzwyczajną ostrożność, ale to było coś innego. Tylko co?
     Jemu na pewno nie powie. Nie ufała mu i Arjan doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Jednak miał nadzieję, że powie chociaż Licentii. Szefowa, jak to szefowa, musiała wiedzieć o wszystkim.
     No właśnie… o wszystkim. Rea z pewnością miała Tii coś do powiedzenia. On też. Cały czas bił się z myślami, czy powinien niepokoić przywódczynię klanu o swoich lękach. Teoretycznie takie były jej rozkazy, zresztą zasada jest prosta: kto atakuje jednego członka klanu, atakuje cały klan. I właśnie dlatego Arjan wolał załatwić to sam. Szykowało się coś niedobrego i nie chciałby, by ktoś z jego kompanów zginął w czasie walki.
     O nie. Tego by nie chciał. Wystarczyłoby…
     Wystarczyłoby, by zginął on sam.
     Westchnął cicho. Jakież to było paradoksalne: wampiry uchodziły za doskonalszych ludzi. Mniej potrzebowali do przetrwania, za to więcej dostrzegali. Cierpieli na nieśmiertelność, zdawali się zdominować ten zaciemniony, zepsuty świat. Wobec tego Arjan powinien się czuć jak jeden z królów i władców. Iluż śmiertelników o tym marzyło. Więc czemu nie on? Czasami myślał, że za jakieś trzysta lat, o ile tyle dożyje, po prostu położy się na jakimś pustkowiu i tak będzie leżał, czekając na cud kresu. Bo cóż innego może go jeszcze spotkać?
     Nawet śmierć już przeżył, psiamać.
     Kolejny paradoks: odczuł ulgę, gdy opuścił Chinatown. Jedne dźwięki zelżały, by zostały zastąpione przez inne. Śmiechy ludzi i krzyki lokalnych sprzedawców zagłuszyły klaksony i głośne reklamy dumnie prezentujące się na wieżowcach. Tuż obok jednego świata rozrastał się drugi. Bardziej dziki, głośny, wrogi. Znajomy.
     Światła latarni tańczyły wraz z cieniami przechodniów, a Arjan, widząc przed sobą swój własny, mimowolnie się uśmiechnął. Tuż obok widział cień Rei. Istniała, tak jak on. I zupełnie nagle, właśnie dzięki temu cieniowi, pomyślał sobie, że chyba ją lubi.
     — To gdzie mieszkasz? — zagadnął wesoło. A przynajmniej tak mu się wydawało, sądząc po wykrzywionym czymś malującym się na jego twarzy. Pierwotnie to coś miało być uśmiechem, ale tylko Rea wiedziała, co tak naprawdę z tego wyszło. — Huh, samo centrum — pokiwał z uznaniem głową, gdy usłyszał adres. — No dobra, panienko, to niedaleko. Dobre wieści są takie, że ja mieszkam znacznie dalej. Także, ku twej uldze, będziemy się spotykać tylko w pracy. A, właśnie — mruknął, nagle sobie o czymś przypominając. — Jak chcesz, to mogę przekazać Tii, że wróciłaś i masz sprawę… hm, nie? Ok — odparł, uśmiechając się głupkowato. — W sumie masz rację. Sama cię znajdzie. Ale ja się jeszcze pokręcę po Chinatown i pewnie zostanę tam do rana. Wiesz, gorąco liczę, że jednak któremuś z tych szlachciców jednak coś odwali i nas zaatakują. Taa — jęknął w odpowiedzi na jej krzywe spojrzenie — brakuje mi rozrywki. Tu jest tak strasznie nudno…
     Na szczęście już niedługo może być ciekawiej, pomyślał tak samo z radością, jak i ze strachem.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (15-10-2018 o 18h07)


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#125 07-10-2018 o 20h31

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

    Smród bogactwa roznosił się w powietrzu tak mocno jak zapach rozkładającego się ciała, drażniąc i pieszcząc nozdrza wampirzycy kroczącej obok przywódcy wrogiego klanu. Cała ta sytuacja była na swój sposób zabawna, ironicznie śmieszna, ale równie bolesna. Przywracała wspomnienia, których nie chciała w swym umyśle, które wolałaby spalić na popiół dla własnego dobra, ale z drugiej strony ileż to razy słabości czyniły ją silniejszymi. Wiele razy smutek przekuwała w nienawiść, budząc do życia tą bezwzględną strunę jej osobowości, która była w stanie wybić jednej nocy pół wioski, tylko dla samego faktu zabawy. Z drugiej jednak strony ile też razy nienawiść budziła melancholię, nieopisaną tęsknotę za czymś co było i nigdy nie wróci? Tak dobrze znaną długowiecznym, którą nawet ona czasem odczuwała i skutecznie zabijała kolejnymi uderzeniami adrenaliny, niebezpiecznymi zajęciami, zagrażającymi ludzkiemu życiu.
    Teraz jednak to nie było ważne, nie liczyły się uczucia. W tej chwili trwał niemy pokaz siły i wyższości w który niechcący wkroczyła. Oplotła ciaśniej ramię wampira, dając do zrozumienia nie jemu, lecz innym, że widzą dobrze, że na ich wzrok nie padło żadne zaćmienie, żadna iluzja. Licentia i Shane – dwoje przywódców właśnie szło ramię w ramię po schodkach wiodących w dół, do niższych loży. Oczywiście ona wolałaby zasiąść na najwyższym miejscu, obserwując całość jak zwykle miała w zwyczaju. Niczym szara eminencja, zasiąść w loży szyderców i wyśmiać każde istnienie znajdujące się w tym miejscu, ludzkie i wampirze. Szła jednak spokojnie obok swojego byłego towarzysza, nie mówiąc, skupiając się na wszystkim co było wkoło. Głosy, zapachy, dźwięki, wampiry, spojrzenia. Cała gama bodźców, cała paleta wrażeń.
    W końcu jej uwaga skupiła się na mężczyźnie, wyraźnie speszonym, wystraszonym. Strach – przyciągający jej bezwzględną naturę, zapraszający do szaleńczego, krwawego tańca. Mogłaby napędzić mu takiego stracha, że jego serce zatrzymałoby się nie tylko na jedno uderzenie, a na całą wieczność. Oślizły robak, przepełniony lękiem, płaszczący się przed Shane'm. Tak to powinno wyglądać, tak powinno być, nie powinni się ukrywać. Zastanawiało ją, czy wiedział kim są, czy zwyczajnie bał się pozycji wampira w świecie ludzi. Był zabawny, niczym błazen, z jednej strony rozśmieszał, a z drugiej irytowała ją nieco jego nachalność. Mógł powiedzieć co miał, przyjąć odpowiedź i odejść. Wyglądał na takiego co to wie jaka jest jego pozycja, a mimo to bardzo, bardzo nalegał – za bardzo co ją irytowało i nudziło. Irytował ją nie tylko ten człowiek, ale i wampiry, które myślały, że mogą próbować stawiać się przed kimś takim jak ona. Trzy nic nieznaczące paprochy, sól w oku wampirzego społeczeństwa, widać było, że nie jest to przypadkowa, przyjacielska chęć pogawędki. Człowiek bał się, czyżby wiedział co się dzieje? Może to jego instynkt przetrwania odezwał się i kazał mu się ratować przed towarzystwem, które się zebrało.
    W końcu mężczyzna  odszedł, walenie jego serca dudniło w jej głowie niczym bęben jeszcze przez chwilę po jego zniknięciu. Shane nie tracił zimnej krwi, wiadomo czemu to on był przywódcą bandy tych sztywniaków, zaciśnięcie jego mięśni było znakiem niewidocznym dla innych, ale wyraźnym dla niej. Był na to przygotowany? Nawet jeśli go zaskoczyli to nie dał tego po sobie poznać, doskonale, o to przecież chodziło. Dobry przywódca musi wiedzieć bardzo dużo i sprawiać wrażenie, że wie o wiele więcej, a czasem? Czasem zwyczajnie umieć udawać kretyna przed tymi, którzy chcą pozbawić go władzy. Tak przynajmniej uważała wampirzyca, która już kiedyś pozbawiła głowy wampira myślącego o tym, że może od tak zepchnąć ją z piedestału władzy. Shane najwyraźniej był taki sam, w końcu jakże mogłoby być inaczej?  Postanowiła grać w jego grę i udawać niedomyślną, głupią kwokę, która myśli, że cały klan jej towarzysza jest dobrze nastawiony do całego tego sprzymierzenia sił. Uśmiechnęła się więc od ucha do ucha, ukrywając całą swoją pogardę dla tych karaluchów i zwróciła się do towarzysza.
–  Oczywiście, nie mam zamiaru przegapić dobrej zabawy – odparła spokojnie, a później równie spokojnie szła delikatnie obejmując ramię mężczyzny. Jedno słowo, które padło z jego ust rozbawiło ją. Nie wprowadziło w złość, raczej sprowadziło na nią wesołość, jak widać nie tylko Norwood miał problemy w kwestii jedności. Władza zawsze będzie mieć opozycję, niezależnie od tego kim i gdzie włada.  Nieważne jakie wrażenie, chce sprawić zawsze i będą problemy ze zdrajcami. Licentia oparła głowę na ramieniu blondyna i uśmiechnęła się do niego.
– Widzę, że koszmary pojawiają się znienacka – szepnęła, a później delikatnie odwróciła wzrok, patrząc przez ramię na jednego z nieznajomych wampirów. Posłała mu uśmiech, pełen ironii, prześmiewczy, a później znów spojrzała na Shane'a.
– Chyba nie pozwolisz im długo wygrywać prawda? – zagadnęła, a później stanęła na palcach i chwyciła jego kark zmuszając go, by się schylił. Jej wargi wręcz muskały płatek jego ucha, otaczając je ciepłym oddechem. Dla nieznaczącego człowieka, czy wampira, który nie wiedział kim są, mogli wyglądać na flirtującą parę. Ona miała jednak zupełnie inny cel.
– Czemu nie pokażesz im, gdzie jest ich miejsce? Shane dobrze wiesz co powinieneś zrobić – odsunęła się od niego, kiedy wampiry były niebezpiecznie blisko. Niespodziewanie idąca za nimi kobieta przyśpieszyła i minęła Licentie uderzając ją w ramię.
- S*** - usłyszała szept nieznajomej i poczuła pieczenie na dłoni, które natychmiast ustało. Wampirzyca szybkim, niewidocznym dla ludzkiego oka ruchem odsunęła dłoń z niebywale długimi paznokciami w kolorze krwistej czerwieni. Licentia uniosła dłoń zaskoczona. Na jej wierzchu zebrało się nieco krwi, ale rany po zadrapaniu od razu zasklepiały się pozostawiając drobne czerwone ślady i aromat w powietrzu. Groźba? To niby miała być groźba? Dziewczę chyba nie wiedziało z kim zadarło. Wampirzyca stanęła naprzeciwko i udała głupią.
- Och przepraszam panią, taka gapa ze mnie – powiedziała wesoło udając, że był to przypadek, spektakl dla ludzi. Smarkula nie wiedziała chyba z kim sobie pogrywa. Ciemne oczy wampirzej przywódczyni buntowniczego klanu uniosły się w stronę tych chłodnych, szaroniebieskich. Bez słów, jasny czytelny przekaz „a nie mówiłam”. Jednym ruchem starła nieco krwi i roztarła ją między palcem wskazującym i kciukiem uwalniając więcej słodkiego aromatu juchy. Lecz ona już czuła coś innego, wiedziała co wisi w powietrzu – słodki, obezwładniający i narkotyczny zapach śmierci.


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 3 4 5 6 7 ... 13