Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 4 5 6 7 8 ... 13

#126 07-10-2018 o 22h33

Straż Obsydianu
Taneshja
Straż na szkoleniu
Taneshja
...
Wiadomości: 231

https://fontmeme.com/permalink/180806/bda81a943f3bdd2d82d44c0fd2aa205f.png

W jednej chwili przestał się miotać jak oszalały i spojrzał zaskoczony na Jasmine, która stała tuż obok niego. Wiedziony jej słowami rozejrzał się dookoła i faktycznie, zobaczył ludzi. Wielu ludzi, którzy nagle pojawili się na chodniku, a teraz, nawet pomimo tego wrzasków i zaistniałej sytuacji, byli obojętni. Zerkali na nich ukradkowo, jeden młody chłopak nawet zatrzymał się i robił krok w ich stronę, gdy grupka przyjaciół pociągnęła go za sobą.
   Wszyscy chcieli być w centrum wydarzeń, widzieć każdy szczegół na własne oczy, o których gazety będą się później rozpisywać. Może nawet poświęcą im parę telewizyjnych minut, robiąc jeszcze większe zamieszanie w Nowym Jorku? Wtedy wampiry znów zyskałyby na sławie, te prawdziwe wampiry rzecz jasna, a nie jakieś podróby z Londynu z metalowymi zębami.
   Woodville uśmiechnął się z kpiną, na rękach wycofał się na chodnik i usiadł na nim, czekając aż niektóre kości zrosną się ze sobą. Potem obejrzał się przez ramię i uniósł brwi, a przez jego umysł przeszła jedna myśli, co Jasmine Foster, wampir o podwójnej twarzy robi tutaj?.
   Gdy poczuł, że kończyny zrosły się na tyle,aby wstać, podniósł się ociężale. Stawy zachrzęściły głośno, a mięśnie napięły się pod wpływem nagłego ruchu. Rudowłosy sapnął głośno, krzywiąc się i przeklinając niemiłosierny ból, jaki zalewał jego nieśmiertelne ciało. Czy po śmierci to wszystko nie powinno zniknąć? Ból, uczucia i cały wachlarz ludzkich potrzeb? Woodville nienawidził tego przyznawać, ale nie raz czuł się bardziej jak mizerny człowiek, ledwie początkujący zakonnik niż potężny wampir z latami życia na karku.
   -Charytatywną pomoc to ty możesz szukać w przytułku, u Licenti, nawet w chrzanionej szafie na szpargały, ale nie u mnie- powiedział, ocierając z twarzy krew. Oczami wyobraźni widział swoją okrwawioną i podpuchniętą twarz oraz ubrania, pokryte wszystkim, co ulica kiedykolwiek widziała.- Pomogę tobie- stwierdził po chwili, podchodząc do kobiety. Sam ledwie trzymał się na nogach i w takim stanie na pewno nie mógłby ścigać kaczki, a samochodzie wartym więcej niż jego mieszkanie tym bardziej.- Ale pamiętaj, to nie będzie dobroduszna pomoc.
   Woodville miał zasady, jak każdy wampir zresztą, a jedną z nich było to, że mówił wszystko otwarcie. Rzadko kłamał, bardziej lawirował i szeptał półprawdy, a jeśli nawet, to przeważnie miał ważne ku temu powody. Albo zwykłe zachcianki, w końcu trzeba jakoś urozmaicać monotonne, wampirze życie.
   -Do twojego mieszkania czy jakiegoś zaprzyjaźnionego motelu?- szepnął, stając obok niej. Bez słowa złapał ją za ramię i przerzucił sobie przez bark.- Brak odpowiedzi? Phi!, w takim razie idziemy do motelu.
   Szli powoli, a ludzie, obok których przechodzili, taksowali ich wzrokiem. Niektórzy kręcili głowami, inni szeptali o pijanych studentach, a inni mówili w głos i wytykali palcami. Patrick widział, że wygląda, lekkim słowem, nienormalnie, ale już dawno temu zatracił coś takiego jak poczucie wstydu. Zrobił w życiu zbyt wiele głupich rzeczy, aby teraz przejmować się krzywymi spojrzeniami, dla przykładu kiedyś jeździł po całym Nowym Jorku na nago, siedząc na koniu. Po tym dopiero miał problemy.
   Samo wspomnienie jednego z durniejszych wyczynów Patrick skrzywił się. Z wielu rzeczy w swoim życiu był dumny, ale ta zdecydowanie nie należała do nich. Jedynym plusem tamtej sytuacji było to, że zarobił niemałe pieniądze, zdecydowanym minusem to, iż dostał nowy pseudonim, którego, na szczęście, nikt nie używał.
   Podczas drogi do motelu Foster i Woodville zostali niezliczoną ilość razy sfotografowani, ale wreszcie, po dwudziestu minutach marszu doszli do celu, niewielkiego motelu na obrzeżach Manhhatanu na Cherry Street. Stanęli naprzeciw z pozoru zwykłego budynku, który tuż obok drzwi miał neonowy napis „otwarte”. Patrick wprowadził do środka Jasmin, uważnie rozglądając się na boki.
   -Jest to ludzki przytułek- zaczął- ale parę wampirów również tutaj pracuję. One nie należą do żadnego z klanów, przynajmniej tak wszyscy powtarzają- dokończył, sadzając wampirzyce na krześle. Sam, pomimo tego, że nadal doskwierały mu połamane kości, których fragmenty wbijały się w tkankę od wewnątrz, podszedł do recepcji, parę razy pukając w drewniany blat.
   Nim zjawił się jakiś człowiek, Patrick zaczął leniwie obracać głową, zastanawiając się czy to miejsce zmieniło się jakoś. Ściany nadal miały jasnokawową barwę, przy recepcji było rozstawione wygodne, choć proste krzesła z materiałowym obiciem, a sam blat recepcji pozostawał od lat niezmienny, drewniany o idealnie wypolerowanej powierzchni.
   -...czy chciałby pan zamówić pokój?- usłyszał cichy, kobiecy głos tuż obok siebie i odwrócił głowę ku starszej kobiecie z przyjemnych uśmiechem na ustach.
   -Tak, jeden pokój z dużym małżeńskim łożem- powiedział, od razu odwracając się w jej kierunku i opierając się ramionami i drewniany blat.- Na jeden dzień, zapłacę jutro. Gotówką- dodał szybko, widząc jak twarz kobiety marszczy się.- Obiecuję- mówiąc to spojrzał prosto w jej ciemnoniebieskie oczy. Szepnął kolejne słowa, lecz na tyle cicho, aby tylko staruszka mogła je zrozumieć. Był to cichy rozkaz z domieszką perswazji.
   -Oczywiście- przytaknęła, wyciągając spod lady kluczyk.- Pokój numer 29.
   Patrick wziął klucz, odwracając się i podchodząc do Jasmin.
   -Zaraz odpoczniesz- szepnął. Pomimo wszystkiego jego słowa nie były żadnym wyrazem troski, a bardziej wyuczoną formułką dostosowaną do sytuacji.- I porozmawiamy.
   Woodville nie zadał przez całą drogę do motelu ani jednego pytania, co stało się wampirzycą, ale nie zmieniało to faktu, że zastanawiał się nad tym. Kobieta była pokierszowana może nawet gorzej niż on, i nie mógł zapomnieć o tym, że nadal miała przy sobie tak zwanego „szkodnika”, ludzkiego chłopca, którego nie potrafiła porzucić. Nie wiedział, co się stało i to w pewnym stopniu mu przeszkadzało. Jasmine przyciągała do siebie problemy, a to mogło przywlec niepotrzebnych trudności klanowi oraz, tak po prostu, Woodville nie raz martwił się o innych.
   Z pokoju znaleźli się minutę później. Rudowłosy zamknął za sobą drzwi, a potem przyciągnął do siebie krzesło i usiadł na nim. W pierwszych chwilach w pomieszczeniu zajął się sobą, ściągnął płaszcz, z którego wyciągnął, o dziwo, cały telefon, a potem obejrzał zrośnięte rany. Skrzywił się na widok krzywo zrośniętych kości, a potem rozejrzał się po pomieszczeniu, szukając wzrokiem czegoś metalowego. Nie znalazł niczego. Z cichym westchnięciem chwycił za nogę, ów wcześniej wkładając do ust kawałek płaszcza i gryząc go mocno. Jednym szybkim ruchem połamał sobie nogę. Nagła fala bólu wstrząsnęła nim, odrzucając w tył. Zadarł głowę do góry, mocno zaciskając zęby na materiale i starając się nie krzyczeć zbyt głośno. Gdy pierwsze bóle minęły Patrick nachylił się nad okrwawioną nogą i powoli zaczął nastawiać kończynę, w duchu powtarzając sobie, aby nie s******** tego.
   Reszta kończyn wyglądała dobrze, a pomniejsze ranki zagoiły się, ale siniaki zostały. Patrick mruknął pod nosem parę niezrozumiałych przekleństw, a potem odwrócił głowę w kierunku Jasmin.
   -Foster, opowiesz co ci się stało?- spytał, poprawiając się na krześle i spojrzał swoimi niebiesko-zielonymi oczami na kobietę, wyczekując odpowiedzi.

Offline

#127 08-10-2018 o 21h01

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

muzyka

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

         Świat zaszedł mgłą, przytłoczyła pole widzenia czerwonym cieniem i zastraszająco skutecznie stępiła wampirze zmysły. Mgła była czerwona. Pomieszczenie było czerwone. Moje dłonie były śliskie. Pachniało krwią. I werbeną. Czułem, że moja klatka piersiowa unosi się i opada w szaleńczym rytmie. Ze szczerym zdumieniem zauważyłem, jak ciężko dyszę, jak ten dźwięk wypełnia całe pomieszczenie, rozpycha przestrzeń boleśnie skurczoną dookoła mojego napiętego ciała. A oprócz oddechu – cisza.
        I śmiech. Wysoki, kobiecy śmiech wibrujący w oleistym powietrzu śmierdzącym krwią.
        Śmiech? Nikt się nie śmiał. Ściany, podłoga i nawet sufit umazane gęstą, ciemnoczerwoną cieczą zamykały się nade mną niczym złowieszcza klatka. Ten dźwięk był wspomnieniem, z pewnością był czymś, co moje zmysły wyłapały z chwili, w której ja zupełnie je straciłem. Dudnił w uszach i odbijał się w tej ciszy, torturował mój mózg, do krwi swoim rozwibrowanym brzmieniem drapał świadomość, która zaczęła dziko nacierać na nasadę czaski. Szukała ucieczki. Szukała wyjaśnienia. Szukała wygłuszenia wyrzutów sumienia, które jeszcze nie nadeszły. Wiedziała, że będą. Że zdejmą z moich powiek sen na wiele długich, samotnych nocy. Ta świadomość promieniowała bólem odczuwalnym w każdym neuronie, w każdej komórce mojego nadal otępiałego ciała.
        Nieregularne plamy krwi tworzyły niepowtarzalną, wzorzystą mozaikę, przytłumione światło pomieszczenia ukryłoby przed ludzkim okiem część tego artystycznego pokazu w głębokich, chybotliwych cieniach, rzucanych przez świecę lub pochodnię.
        Fantomowy śmiech i pokój zafarbowany na czerwono, pamięć znaczona zapomnieniem.
        Utratą kontroli.
        Realne obrazy i wspomnienia nakładające się na siebie i tworzące nową, namacalną rzeczywistość, stopioną z wielu rzeczy i wydarzeń istniejących i zamierzchłych. Głośny oddech, który na kilka uderzeń martwego od setek lat serca był jedynym dźwiękiem, jaki rejestrowały moje uszy.
        — A teraz, jeśli panowie – i pani – pozwolą — usłyszałem, jak mój głos rozbrzmiewał w pokoju, choć nie rozumiałem jego celu. Nie chciałem rozumieć. Nie chciałem czuć i pamiętać okrucieństw i czynów prowadzących do szaleństwa. — Kontynuujmy naszą rozmowę. Na czym stanęło? Ach tak… Umówmy się, że od teraz każde z was odpowiada na zadane pytania i nie wystawia mojej cierpliwości na próbę.
        Dotarł mnie nowy dźwięk, kiedy moje ciche, złowieszcze słowa oparły między nami.
        Syczący dźwięk palonej werbeną skóry.

        Nie rozglądając się na bok na peryferiach pola widzenia rejestrowałem z nadnaturalną nawet jak dla wampira wprawą każdy gwałtowny ruch. Nie stracę nad sobą panowania, nie pozwolę zepchnąć się z tej grani, po której z ogromną wprawą chodziłem i nie skoczę w przepaść, bo na dnie czeka na mnie cień bestii. Cień, który nie dosięgał mnie tutaj, na górze, który miał być przypomnieniem, że nie wszystko, co stworzyłem obecnie budowane było na szlachetnych fundamentach i przypomnienie tego, czym byłem.
        Zwierzęciem. Bestią. Pozbawionym skrupułów krwawym potworem.
        Zacisnąłem ramię, tym razem nie do celów komunikacji, zupełnie nieświadomie. Palił mnie wzrok tamtych wampirów na karku, paliła świadomość, że oto jestem w tym tłumnym miejscu, a przy moim boku nikogo zaufanego. Tylko Licentia. Licentia, której obecność drażniła moje zmysły bardziej, niż myśl o chętnych do przejęcia tego stołka. Kuszący drapieżnik czekający na okazję, aby cisnąć mnie w przepaść na spotkanie widma własnej przeszłości.
        Patrzyłem przed siebie, chociaż nie uciekało mi nic, co działo się dookoła, żaden szczegół. Skupiony na ignorowaniu wpływu, jaki rozciągała nade mną wampirzyca starałem się odciąż od tej złości, która została odkryta jej słowami. Pokazać im, gdzie ich miejsce. Ta złość nie była nagłą, rwącą falą. To były głębokie pokłady surowej wściekłości, stałe niczym ocean na naszej planecie, zawsze tam były. K******* niebezpieczne.
        Nie dam się sprowokować.
        — Koszmary nie pojawiają się znienacka — powiedziałem, nie odrywając spojrzenia od punktu na horyzoncie. — Rozwijają się, kiedy nie jesteśmy ich świadomi i przypominamy sobie ich fragmenty, często nie potrafiąc powiedzieć, skąd pochodzą. Ale nigdy nie są nagłym, pozbawionym logicznego ciągu wydarzeniem.
        Słowa. Mówienie, zauważyłem z coraz większą desperacją, mówienie pozwala mi się od tego oddalić. Odsunąć emocje skumulowane pod skórą, odsunąć nienawiść i pogardę ukrytą niedbale w oczach tych stworzeń za naszymi plecami. Czułem się jak rozbitek, który po długich godzinach walki z morzem pragnie mu się poddać i wtedy wiedziałem już, jak niedaleko jest chwila załamania. Mówienie, rozmowa, cokolwiek, co odrywało moją świadomość od myśli pomagało.
        Tyle tylko, że Licentia znała mnie za dobrze. Była za szybka i zbyt śmiertelnie skuteczna.
        Jej głos tuż przy moim uchu i ciepło oddechu sprawiło, że ciało napięte jak struna zawibrowało w końcu, po raz pierwszy, pod naporem jej sugestii. Sprawiła, że ten instrument jeszcze raz wyda zapomniane, fałszujące dźwięki, które kiedyś tak bardzo jej się podobały. Wiedziałem, że nie ma już bariery, bo ta pękła w momencie, kiedy powietrze przeciął nowy zapach. Chociaż otoczony tysiącami innych, mocnych woni, wyróżniał się na ich tle niczym neon na nocnym niebie. Strzeliłem spojrzeniem w bok, ale nie musiałem tego robić. Krew Licentii pachniała wszystkim, co było pierwotne i znajome. Pachniała moją śmiercią. Przemianą, nowym głodem.
        Chociaż pożywiłem się tak niedawno, moim ciałem szarpnął nowy głód. Pierwotny głód.
        Wiesz, co powinieneś zrobić.
        Z a b i j a ć.
        Zapora zniknęła, a gromadzona za nią setkami lat żądza naparła na wszystko dookoła. Świat zaszedł czerwoną mgłą głodu, nienawiści i… Cierpienia. Nowa nuta, zaskakująco czysta pomiędzy tymi fałszywymi, tak bardzo nieznana w starych tonach. Natychmiast też wygłuszona silniejszymi brzmieniami. Odwróciłem się powoli.
        I dzięki wszystkim bogom, że świadomości wystarczyło mi właśnie na tyle, żeby nie zacząć publicznej masakry na oczach tysięcy ludzi.

        — Skrępujcie ich. Niech mogą mówić, ale nie walczyć.
        Chrapliwy głos wydzierający się z samej posady gardła był zabójczo władczy i nie należał do mnie. Przynajmniej nie do tego mnie, którym byłem jeszcze zupełnie niedawno. Ktoś zapalczywie potwierdzał, a dookoła opustoszałej na czas wyścigu stajni zrobiło się na krótką sekundę tłoczno. Wszystko zniknęło. Lojalność, sprawiedliwość, opanowanie. Wszystko, poza Licentią. Jej sylwetka wydawała się mienić na nic nieznaczącym, szarym tle.
        Stawiałem zdecydowane kroki, a w mojej głowie niczym mantra roznosiło się echo, żądne krwawej sprawiedliwości wołanie o wyrok śmierci.
        — Rozwiążemy to dzisiaj — odezwałem się znowu, tym razem zwracając do dwójki innych wampirów, której jeszcze nie zniknęły w dole schowanej w cieniu klatki schodowej. — Wyrok do wykonania w tempie natychmiastowym.
        Za moimi plecami, w oddali wrzeszczeli ludzie. Z pewnością emocjonowali się wydarzeniami na torze, ale w mojej głowie brzmieli niczym hymn czynów, które dopiero nadejdą. Oczekujący na krew szalony, wiecznie nienasycony tłum czekający na spektakularne rozwinięcie sprawy. Wrzeszczeli, a ziemia drżała pod moimi stopami.
        Drżały również moje dłonie w oczekiwaniu na to, co ma się wydarzyć.

        — Porozmawiajmy. Przecież po to właśnie tutaj jesteśmy. Rozmowa ma rozwiązywać konflikty, rozmowa jest źródłem mediacji w razie narastających problemów.
        Na jego usta wdarł się nieoczekiwany uśmiech, złowieszczy i ironiczny. Nie chciał rozmowy. Nie chciał szukać rozwiązania. Łaknął krwi, a jego oczy błyszczały niezdrową satysfakcją. Shane już dawno został zgubiony na tej ścieżce, na której prawdziwy potwór zaczynał się dopiero rozpędzać, nabierał śmiertelnego tempa niezaspokojonej żądzy. Shane nie miał już kontroli nad tym ciałem. Mógł tylko łkać głęboko w zagubionej duszy, mógł rozpaczać nad wszystkim, co się działo i czego był świadkiem, a czego nie potrafił zmienić. Nie potrafił zapanować nad sterem, bo za każdym razem, kiedy zaciskał na nim swoje dłonie, wyrywała go tysiące razy silniejsza natura, która rwała statek na rozszalałych falach.
        Oni także widzieli, że coś jest nie w porządku. Wyczuwali pierwsze ukłucie paniki patrząc na ten nienaturalny grymas na twarzy, na pociemniałe, podbiegłe krwią oczy. Na wysuwające się kły tego przywódcy. Tego sprawiedliwego wampira, skałę, na którą wielokrotnie narzekali, którą starali się tak bardzo skruszyć.
        Nie mieli świadomości, że ta sama skała zmiażdży ich swoim ciężarem, jeszcze nie.
        Kiedy znowu się odezwał, umilknął jęk torturowanych jeńców. W obliczu tego wyrazu twarzy, w obliczu ciemnego pomieszczenia w niskiej piwnicy ból wydawał się blaknąć. Werbena i drewno, którymi zostali przygwożdżeni wydała się mniej straszna.
        Ale nie zamierzali mówić. Nie zamierzali dać się złamać.
        — Jesteście zorganizowaną grupą, czy przypadkową zbieraniną? Macie przywódcę, czy działacie na własne rozkazy?
        Nikt nie zamierzał mówić. Byli mężczyznami, wampirami z dziesiątkami, setkami lat na karku. Wiedzieli, że nie ugną się pod tym naporem. Nie byli oszustami, byli tylko tymi, którzy widzieli lepszą perspektywę dla swojego klanu. Zależało im na klanie. Zależało im na dobru wampirów.
        Nie zgadzali się z Shanem oraz prowadzoną przez niego polityką i postanowili podjąć pierwsze kroki nie zważając na ewentualny koszt tych działań.
        Przecież tak naprawdę niewiele ich różniło – tych czterech uwięzionych mężczyzn i jego, stojącego po przeciwnej stronie, mającego sufit na wyciągnięcie ręki. Oboje chcieli dobra. Ale wybrali inne metody. Najmłodszy z nich drżał, ale reszta nie patrzyła po sobie. Wszyscy mieli spojrzenie utkwione w przywódcach dwóch wrogich klanów.
        — Mieliśmy rozmawiać — wycedził w końcu Shane przez wyraźnie zaciśnięte zęby.
        Przeszedł powolnym krokiem z jednego końca Sali na drugi, równolegle do rzędu krzeseł, na których uwięziono zdrajców. Mieli ochotę krzyczeć z bólu, ale żaden dźwięk nie opuścił ani jednego z ich gardeł.
        Atak przyszedł z nieoczekiwanej strony.
                                  fragment na priv
        Zwrócił się do czwartego z nich, odrzucając organ za plecy.
        — Czy działacie sami? — Ponowił pytanie, tym razem unosząc pytająco brwi. Na jego twarzy nie było innych emocji. — Naprawdę sądziliście, że uda wam się ten żałosny przewrót? Że naprawdę możecie równać się ze mną? Że zostaniecie niezauważeni — wysyczał, mrużąc oczy i wtedy na jego obliczu znowu pojawiła się złość. — Chętnie zapytałbym, jaki mieliście w tym cel, chociaż uznaję, że nigdy nie powiesz mi prawdy, nawet stając oko w oko ze śmiercią. Przecież i tak umrzesz, dlaczego miałbyś odpowiedzieć? Jedynym pytaniem…
        Jego słowa urwały się, kiedy wampir załkał. Z szaleńczą desperacją wciągał powietrze w płuca, a choć jego oczy nie były wilgotne od łez, walczył z naturalną potrzebą oddychania. Głupiec. Wiedział, że nie potrzebuje powietrza do egzystencji…
        To jednak sprawiło, że coś wewnątrz Shane’a zadrżało. Coś potężnego. Coś większego, niż jego pierwotna złość, coś obezwładniającego i przywracającego zmysły. Pozwolił, żeby jego dłoń opadła, ale nie rozglądnął się dookoła. To było cierpienie. Prawdziwy ból, chociaż nie fizyczny. Otworzył usta, żeby równie rozpaczliwie nabrać powietrze w płuca, ale nie potrafił.
        Bestia pożarła go bez pytania.
        — …jest jak długo będzie trwała ta śmierć — wyszeptał, wydobywając dźwięk z samego dna gardła, a jego głos załamał się w zapowiedzi tego, co nadchodziło wraz ze świadomością.

        Wszystko było czerwone. Gorące. Żywe, chociaż należało do martwych już istot leżących u jego stóp. Nagle ta egzystencja wybuchnęła bólem tak silnym, że pobielało mi przed oczami i najwyższym wysiłkiem zmusiłem się do pozostania w pionie, kiedy ciało chciało osunąć się na kolana.
        Werbena syczała, wypalając skórę więzionego wampira.
        Dookoła leżały trupy na krwawej posadzce, a moje serce rozdzierał ból tysięcy odebranych bezprawnie istnień.
        I odkryłem, że nie zostało już we mnie na tyle człowieczeństwa, żeby zapłakać nad ich okrutnym losem. Byli tacy jak ja. Pragnęli tego samego, co ja. I zginęli z moich dłoni.

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (08-10-2018 o 21h08)

Offline

#128 08-10-2018 o 23h15

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

    Podobno zakazany owoc smakuje najlepiej, to czego dostać nie możemy jest najsłodszym i najbardziej kuszącym kąskiem. Niczym biblijny owoc poznania dobra i zła kusi i emanuje aurą, której niezmiernie pragniemy, pożądamy całym ciałem, każdym zmysłem, myślą i emocją. Jest jednak coś doskonalszego, coś co można porównać do boskiej ambrozji. To co poznaliśmy i zostało nam zabrane, zakazane. Coś czego poczuć już nigdy nie mieliśmy, a jednak wróciło.
    Oczy zachodzące mgłą, zwiastujące zerwanie kajdan, ich szczęk był niemal słyszalny wraz ze słodkim akompaniamentem aromatu jej własnej krwi. Budził się. Letarg zakończony, oto nadchodzi ten, którego przeznaczeniem jest siać śmierć, dziecię nocy powstałe z jej własnej krwi. Taki jakim go stworzyła, takim jakim chciała go widzieć – żaden inny, żaden panujący nad sobą biznesmen, lecz prawdziwy przywódca. Najbardziej niebezpieczne ze wszystkich stworzeń nocy, bestia, myśląca, planująca i przewidująca, ale jednak bestia.  Same te myśli sprawiały, że jej mięśnie spinały się, gotowe do ataku. Tu i teraz. Chciała rozpocząć śmiertelny taniec, tak jak dawniej mieli w zwyczaju, zostawiając po sobie zgliszcza wiosek, mniejszych miast i opowieści tak krwawe i brutalne, że ludzie dla własnego dobra nie przekazywali ich dalej. Oto wrócił prawdziwy, nieokiełznany, wprawiający ją w amok, krwawy i groźny. Nie było odwrotu, nie było już hamulców, nie było niczego oprócz tej pary zimnych oczu, prócz tej chorej satysfakcji wampirzej kobiety.
    Spojrzała na młodą wampirzycę, która chyba wyczuła zmianę, chyba jak każdy wkoło. Ludzie stali się dziwnie poddenerwowani, wampiry wręcz przerażone, a ich strach był wisienką na torcie dzisiejszej nocy. Niewiele myśląc położyła dłoń na ramieniu blondyna – tą na której były wyraźne ślady krwi, nie było to przypadkowe, doskonale wiedziała co robi.
– Nie miej litości, nie znaj łaski – słodki, diabelski podszept. Wszak żelazo trzeba kuć póki gorące.



    Nie było łaski, nie było litości. Nie było niczego co można by do tego przyrównać, no chyba, że śmierć można uznać za pewien jej rodzaj. Takie oto zbawienie za grzechy najwyraźniej mocno satysfakcjonowało prawdziwego Shane'a. Jego głos obijał się w głowie Licentii i mocno oddziaływał na jej zmysły. Głęboki, chrapliwy,prawdziwie męski i władczy głos. W połączeniu z całą jego postawą tworzył mieszankę, której nie sposób było odmówić tytułu jednego z najwspanialszych wampirów. Był idealny, dokonały w swojej brutalności. Bestia, której polowanie było sztuką, poezją prawdziwie mistrzowską sonatą. Znała wampiry starsze od siebie, którym brakowało tego czegoś, tego wszystkiego co miał on.
    Stała oparta o jedną ze ścian czekając na przestawienie. Było to idealne miejsce do obserwowania jego twarzy. Tej prawdziwej, pozbawionej maski, pozbawionej jakiejkolwiek obłudy, śmiertelnie pięknej i niebezpiecznej w całym tym krwawym szaleństwie. Wydawał się spokojny i opanowany, ale oni chyba nie wiedzieli. Cały obraz przywódcy zbudowany w tych pustych głowach polegał tylko na mirażu, kłamstwie opanowania. Nie znali go, nikt nie znał. Ona już wiedziała, że nie rozmową zakończy się to całe przesłuchanie, nie kiedy on wyzbył się ograniczeń.
    Kiedy jasnooki się uśmiechnął i na jej twarzy rozgościł się podobny grymas, pragnęła jak diabli ujrzeć dalszą część tego spektaklu, widzieć go całego we krwi, widzieć jak ponownie wchodzi na szczyt po stoczeniu się na dno w którym chciał znajdować się na równi z ludźmi. W końcu zaczęło się, szaleństwo. Danse macabre w jedynym takim wydaniu. Błysk sztyletu, zapach krwi i szalejące zmysły, bicie nagiego serca. To było idealne – idealne w swym szaleństwie, nie mogła powstrzymać śmiechu.

    Zapach krwi, widok Shane'a w tym stanie wyłącznie zapraszał ją do tego, by dołączyć do masakry – czemu ona ma nie skorzystać? Walić to, że to wyłącznie porachunki jego klanu, walić to wszystko! P****** zasady! Uśmiechnęła się więc i ruszyła przed siebie do stojącego w kącie krzesła na którym siedziała skrępowana piąta, dużo drobniejsza od reszty postać. Na głowie miała czarny materiałowy worek, który dla zabawy sama Licentia założyła jej przed całą tą masakra, w końcu jednak zdjęła go jednym ruchem. Stanęła obok niej i złapała ją za podbródek, tak mocno, że jej palce boleśnie wbijały się w delikatną skórę. Drugą ręką złapała czarne, piękne i lśniące loki kobiety i zmusiła ją do patrzenia. Niech wie, niech widzi. 
–  Idealny prawda? – smarkula jednak wyrwała się i kłapnęła zębami w jej stronę. Białowłosa uśmiechnęła się tylko i uniosła brew w górę. Wyprostowała się i stanęła nad dziewczyną, a następnie bez słowa uderzyła ją wierzchem dłoni w twarz.
– Już wiesz co cię czeka? – zapytała łapiąc ją włosy i odchylając głowę.
– Ale wiedz, że to nie za zdradę klanu – Licentia obeszła ją i stanęła za nią kładąc swoje smukłe dłonie na jej ramionach.
– Musisz nauczyć się kogo nie wolno ranić i obrażać – mruknęła nie patrząc na kobietę. Ona jej nie interesowała. To istnienie i tak zostało już spisane na stratę, jeszcze na płycie stadionowej. Interesował ją wyłącznie on – cały we krwi wrogów, pozbawiony skrupułów i jakichkolwiek kajdan.

Fragment na priv

    Najwyraźniej znów zarzucał na siebie maskę, znów wracały te głupoty jak wyrzuty sumienia. Musiała je ukoić, nie mogła ich wyrwać z jego serca i umysłu. Musiał sam to zrobić, tak samo jak je w sobie zasiał. Może jednak uda się jej zachować go w tym stanie nieco dłużej. Szybko zadrapała się w szyję, głęboko i mocno, tak by nieco więcej krwi uwolniło się z jej ciała. Następnie podeszła do niego, powoli, niczym do drapieżnika, nie chciała go przecież spłoszyć.
– Shane – szepnęła, kładąc mu dłoń na policzku, a powoli zsunęła ją na jego kark i przyciągnęła do siebie, opierając jego głowę na swoim ramieniu, po tej samej stronie na której znajdowało się wcześniej zadrapanie.
– Musiałeś, musiałeś zniszczyć tych, którzy chcieli cię zniszczyć. Taki jest los tych, którzy mają władzę – gładziła jego głowę delikatnie, z pozoru troskliwa, jednak to nie troska była jej celem. Nie o to chodziło. Nadal było jej mało, nadal czuła niedosyt, chciała więcej, pragnęła tego widoku po wieczność.
– Shane, musisz dokończyć co zacząłeś, nie możesz okazać im słabości. Ta smarkula nadal żyje, należy do ciebie. Jeśli ją oszczędzisz, cała ta farsa pójdzie na marne, nie zyskasz nic prócz czterech ciał – szeptała mu do ucha jad, słodką truciznę, którą chciała zniszczyć całkowicie skuwające bestię okowy.

Ostatnio zmieniony przez Iku (08-10-2018 o 23h19)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#129 09-10-2018 o 14h04

Straż Cienia
SaphiraTrancy
Oficer Straży
SaphiraTrancy
...
Wiadomości: 1 333

__________________________https://zapodaj.net/images/a829d67b84876.png

         Zaśmiała się. Tak, Natasha obdarzyła Nox'a śmiechem zaraz po jego słodkich słówkach na temat abstynencji i pocałunków. Ale - o zgrozo - mowa tu była o obdarzeniu słodką namiętnością nie byle kogo, a samej Sol, drogiej perły stojącej tuż obok przywódcy, jego prawej ręki. Przez moment w jej głowie pojawił się prawdopodobny wyraz jej twarzy, gdy tak 'prosty' wampir jak Nox znalazł drogę swych ust na jej wargi. Oh, chciałaby zobaczyć ten szok połączony z okrutnym w********* na własne oczy. Ten widok dawałby jej powód do śmiechu przez wiele lat.
         W kilka chwil znalazła się całkowicie naga pod strumieniem zimnej wody. Musiała ochłonąć po tym nagłym akcie zbyt dużej ilości adrenaliny i innych hormonów, a także doprowadzić swoje ciało do jakiegoś względnego porządku. Im szybciej wracały jej zmysły, im dłużej myślała nad sytuacją, która zdarzyła się w zbyt niedalekiej przeszłości, tym bardziej zaczynała widzieć problem. Problem z nią. Co z tego, że potrafiła zachowywać się profesjonalnie w każdej sekundzie bycia sekretarką, prawą ręką szefa, gdy odrobina krwi odbierała jej wszelkie zmysły? To się nigdy nie zdarzało. Nigdy. Co więc się zmieniło? Co doprowadziło jej umysł do takiego rozstrojenia? Przeczesując dłonią włosy, pozwoliła swojemu czołu oprzeć się o ścianę, a wzrokowi wbić się w czarne płytki. Czyżby 'nowy' wampir mieszał nie tylko w sferze fizycznej, ale także potrafił wpływać na psychikę? Jeżeli tak, to wszyscy mieliby naprawdę p********.
        Wyszła z kabiny, szybko doprowadzając się do względnej suchości, a nawet zdążyła w kilka chwil umalować się i przebrać, znajdując się po chwili w salonie w którym czekał na nią przyjaciel. Uśmiechnęła się do niego miło, a jego obecność sprawiała, że czuła się rozluźniona, ba, można by było nawet pokusić się o stwierdzenie, że przy dużo starszym wampirze czuła się względnie bezpiecznie. Skrzywiła się delikatnie przypominając sobie to, o czym mówił przed chwilą na temat całusków z zastępczynią, po czym posłała mu rozbawione spojrzenie.
- Nie sądziłam, że lecisz na taki typ kobiet. Myślałam, że jesteś typem słodkiego romantyka - parsknęła śmiechem, wyciągając kieliszki i nalewając do nich uprzednio odkorkowanego, czerwonego, wytrawnego wina i podając mężczyźnie, tym samym siadając na przeciwko niego i zakładając nogę na nogę.
- Nim wybierzemy się w podróż życia, chętnie posłucham na temat tego twojego 'podboju' i możliwe, że wzniosę toast albo za odwagę albo za głupotę - posłała mu słodko-gorzki uśmiech, chichocząc przy tym.
        Pozwoliła sobie wsłuchać się więc w słowa mężczyzny, z drugiej strony zastanawiając się ponownie nad swoim 'problemem'. Wiedziała, że ta sprawa musi zostać rozwiązana, gdyż na dłuższą metę mogłaby robić się dosyć problematyczna. Ale kto mógłby jej w tym pomóc? Kto mógłby wytłumaczyć młodemu, niedoświadczonemu wampirowi, dlaczego nagle jej samodyscyplina, pilnowanie się przestawało dawać efekt? Może Shane? Skarciła się od razu w myślach. Jeszcze tego by brakowało, żeby dodawać mu kolejnych problemów, a do tego świadczyłoby to o jej niekompetencji i sama nie wiedziała, jakby zareagował. Może Sol? Po ostatnich odwiedzinach u przywódcy, kiedy to chyba zrozumiała jakie łączyły ich relacje raczej nie była chętna na 'większą' znajomość.
- Nox. - przerwała mu, zerkając na niego z nieco większą nostalgią. - Jaki byłeś za młodu? Jeżeli oczywiście mogę wiedzieć.

Ostatnio zmieniony przez SaphiraTrancy (09-10-2018 o 17h37)


Ask
It is our destiny to attempt the impossible, to accomplish great deeds regardless of fear.

https://i.imgur.com/GGI8ztI.gif https://i.imgur.com/p9S4Bqc.gif https://i.imgur.com/qxX3rFm.gif

Offline

#130 09-10-2018 o 18h57

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

         W końcu obraz przed moimi oczami pociemniał, przestało tak okropnie dudnić w uszach i ponownie mogłem skupić zszargane, postrzępione na setki kawałków myśli. Nadal oddychałem głośno, ale już znacznie spokojniej. Nadal też wiedziałem, gdzie jestem i powoli docierał do mnie ogrom wydarzeń, ilość popełnionych pod wpływem emocji przestępstw. Miałem świadomość, że przekroczyłem swoje własne wyraźnie postawione granice, co więcej, nie widziałem za sobą drogi powrotnej, niczym wędrowiec wyruszający nocą na szlak, niewystarczająco rozważny, żeby oznaczyć drogę, którą przyszedł. Stępione przed chwilą ogromem uczuć zmysły wracały do normalności. Zachwiałem się ledwo zauważalnie na niepewnych nogach, a w uszach brzmiały słodkie, kuszące słowa. Dźwięk głosu Licentii był narkotykiem, który pozwalał mi jeszcze dłużej trwać w całym tym uniesieniu, nawet mimo świadomości, że właśnie spadam na dno, a wszystko co budowałem długimi latami runęło niczym byle jaki domek z kart.
        Moje nozdrza wypełniał nieustannie gryzący zapach krwi. Ponownie jednak, jedna z woni była o wiele wyraźniejsza niż pozostałe. Łupiący ból w skroniach, u nasady głowy, tuż za oczami został złagodzony aksamitnym głosem wypowiadającym moje imię. Pierwszy impuls.
        Obrzuciłem ją spojrzeniem, tak bardzo chcąc w tym momencie wyciszyć wszystkie te destrukcyjne myśli, chcąc odsunąć od siebie nową część siebie, odciąć się od niej za wszelką cenę. Tą cząstkę duszy, która jęczała żałośnie skulona w kącie świadomości, a przy tym była tak wyraźnie obecna w dusznym pomieszczeniu. Śmierdziało krwią. Ściany zdawały się powoli do siebie przysuwać, więzić w ciasnej przestrzeni, a sufit opadać, zamykać nad moją głową. Nagle zrobiło mi się gorąco, a ta malutka cząstka myśli uderzyła z dudniącą siłą – pragnieniem ucieczki.
        Zabiłeś ich, zlikwidowałeś zagrożenie, więc teraz po prostu zabij sam siebie. Ucieknij od tej odpowiedzialności i ucieknij o ciężaru tego nieskończonego życia...
        Przekręciłem lekko głowę, kiedy Licentia zbliżyła się znacznie. Pachniała swoją krwią i czymś cholernie pociągającym. Jej uwodzicielski głos uciszał sumienie. Był dokładnie tym, czego potrzebowałem, żeby ponownie zebrać się w całość. A jednak oddech nadal tkwił w gardle, jakby moje ciało nie było zdolne do nabrania powietrza w płuca. A jednak nadal czułem bolesny ucisk na struny głosowe, który błagał o żałosne załkanie w głos.
        Chciałeś uciec, tyle razy chciałeś poddać się prawdziwej śmierci, wpaść jej w uścisk. Daj. Się. Zabić.
        Uciekniesz od tego. Możesz uciec.

        A jednak to Licentia musiała być tą śmiercią, bo to w jej objęciach znalazłem się ułamek sekundy później.
        Obserwowałem uważnie gładką skórę szyi, która jeszcze niedawno była rozcięta, nie został po tym nawet drobny ślad. Tylko strumienie krwi spływające na obojczyki i zagłębienie między piersiami. Jej ciemna skóra błyszczała od krwi, która spływała niżej i wsiąkała w materiał czarnego gorsetu, który mocno zaciskał się na klatce piersiowej wampirzycy. Czułem, jak jej smukłe palce przesuwają się po mojej skórze, a każdy kolejny ruch tworzył rytmiczny takt i sprawiał, że dreszcz przesuwał się wzdłuż mojego kręgosłupa. Taki czuły, a jednocześnie tak okrutnie precyzyjny, wymierzony ze śmiertelną dokładnością. Cicha myśl, że Licentia robi to z odurzającą premedytacją została bardzo szybko zastąpiona inną.
        Chociaż wewnątrz mnie nadal toczyła się walka, to instynkt był silniejszy. Siła przyzwyczajenia i tęsknota były potężniejsze. Wcześniejsze teoretyzowanie z baru najwidoczniej nie pokryło się z rzeczywistością, kiedy już do niej doszło, bo ta tęsknota wcale nie była martwa. O nie, była motorem napędzającym każde uderzenie zbolałego serca, motorem wszystkiego, co stało się później.
        — Nikogo nie oszczędzę — wychrypiałem w końcu, odsuwając się od niej i prostując, nie ściągając spojrzenia z jej ciała pokrytego krwią. Z jasnych włosów umazanych krwią, z twarzy na której malowało się okrucieństwo. — Nigdy tego nie robimy — dodałem, z pozoru niepotrzebnie; a jednak używając przy tym liczby mnogiej, nie mówiąc już o sobie i o niej, o moim klanie i jej. Teraz po prostu byliśmy „my” i „nasze dzieło”, czymkolwiek mogło ono być.
        W końcu się ruszyłem i natychmiast był to także ruch tak szybki, że rozmazał w ciężkim powietrzu moją sylwetkę. Na podłodze leżały cztery trupy i w przeciągu sekund dołączył do nich kolejny. Ciało dziewczyny wierzgnęło, kiedy moje palce zatopiły się w jej klatce piersiowej, jakby chciała uciec przed nieuniknionym, a ona sama nie zdążyła nawet nabrać w płuca ostatniego oddechu. Patrzyłem jej w oczy, odbierając to, co najcenniejszego miał każdy wampir: długowieczność. I w głębi duszy marzyłem o tym, aby być teraz na jej miejscu. Zdechnąć w tej śmierdzącej wilgocią, krwią i zgnilizną piwnicy patrząc prosto w oczy tego, który odbierał moje nieśmiertelne przekleństwo istnienia.
        Życie zgasło w jej oczach, zanim wróciłem do wyprostowanej pozycji.
        Jeszcze przez chwilę patrzyłem na martwą, ładną twarz otoczoną ciemnymi włosami, klęcząc na jednym kolanie, na którym oparłem luźno łokieć.
        — O kolejnego nieszczęśnika na tej ziemi mniej — mruknąłem, przymykając oczy i mając nadzieję, że Licentia weźmie to za oznakę satysfakcji z tej masakry, a nie znak wewnętrznej potyczki.
        Na usta cisnęło mi się tylko nieme "przepraszam", ale było absurdalne w tej sytuacji i wydawało się niedorzecznością wypowiedzianą do stygnących zwłok.
        A satysfakcja też tam była, też brała udział w tej wojnie. Taka czysta i nieskalana zupełnie niczym, taka bezwstydnie napełniająca mnie głębokim wstydem. Wszystko wewnątrz kotłowało się z prędkością wiatru blisko oka huraganu. W końcu podniosłem się do pionu, spojrzeniem nie omijając żadnego detalu pomieszczenia, na krótką chwilę zatrzymując go na wszystkim, co mnie otaczało, bo chciałem… bo musiałem pamiętać.
        Kiedy powoli zaczynało się tego robić zbyt wiele do zniesienia nawet jak dla mnie, w przeciągu uderzenia serca ponownie znalazłem się przed ciemnoskórą kobietą. Nadal wyglądała tak samo i nadal roztaczała dobrze znaną mi aurę. Zmrużyłem gniewnie oczy, patrząc prosto w ciemne tęczówki, ale nie potrafiąc niczego z nich odczytać.
        Bez słowa uniosłem dłoń i zatrzymałem ją tuż obok skroni kobiety, na linii włosów. Zawahałem się na sekundę. Otaczało nas milczenie charakterystyczne dla śmierci, dla momentu, w którym nagle zauważa się, że dookoła nie bije już żadne serce, a gorąca krew na dłoni zaczyna powoli stygnąć. W końcu wsunąłem dwa palce w jasne włosy, z autentycznym podziwem obserwując, jak posoka maluje na nich czerwone ślady. Przesuwałem jednostajnie dłoń, aż w końcu cała znalazła się na jej potylicy, wtedy właśnie bez żadnej zapowiedzi zacisnąłem rękę w pięść na jej włosach, blisko skóry głowy i pochyliłem się, żeby dosięgnąć ust Licentii swoimi.

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (09-10-2018 o 22h40)

Offline

#131 09-10-2018 o 22h39

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

muzyczka


____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

    Daj się omotać, daj sobą zawładnąć. Nie odrzucaj tego daru, nie odtrącaj tej dłoni, mrocznego blasku, kryjącego się w twej duszy, nie odrzucaj niczego Shane, jesteś wolny. Jesteś dziecięciem mroku, posłańcem zagłady. Ileż razy śmierć miała Twoją twarz, szare oczy z niebieskim blaskiem wpatrzone w ofiarę z której ulatywało życie. Zawsze będziesz wampirem, istotą doskonałą, stworzoną do wiecznego życia, ale i mordu. Nie oszukasz swojej natury, nie wyzbędziesz się tego instynktu, nigdy. Nie uciekniesz przed tym, nie uciekniesz przede mną. Ja zawsze będę twym cieniem, będę prześladować cię po wieczność. Mój głos, mój zapach, moja krew, ta sama, która płynie i w tobie bestio. Nie ważne gdzie uciekniesz i co zrobisz, mój śmiech usłyszysz na drugim krańcu wszechświata, a obraz będzie prześladował cię za każdym razem, gdy tylko zamkniesz oczy Shane. Dostałeś wolność, mogłeś odejść, ale jak widać w twojej wolności jest nadal miejsce na przeszłość, brutalną i krwawą jak i na mnie Shane. Nigdy nie będziesz w stanie znienawidzić mnie całym sercem. Twoja nienawiść kieruje się we wszystko to czego nienawidzisz w sobie, do wszystkich tych cech, które mam ja. Nie nienawidzisz mnie – nienawidzisz siebie samego.

    Ileż niewypowiedzianych słów, natłok myśli w tej jednej krótkiej chwili, kiedy to gładziła jego włosy, zostawiając na nich delikatne czerwone smugi. To jednak nie robiło różnicy, cały był we krwi więc jeszcze mała drobina była absolutną pieszczotą, sadystyczną satysfakcją niezrównoważonej wampirzycy. Ta bliskość była tak niespodziewana, że nawet i ona – ta, która chciała osiągnąć wyłącznie jedno na chwilę straciła rachubę. Pozwoliła sobie na krótkie zapomnienie, chłonąc zapach jego ciała zmieszany z krwią poległych, z jej własnym zapachem. Aromat śmierci wisiał bezwzględnie w powietrzu, słodka pieszczota. Zakazana i dlatego najlepsza jaką mogła w tej chwili dostać. Słodka tajemnica o której nikt się nie dowie, nikt przecież nie wie, nikt nie widzi, każdy który mógł coś zdradzić wyzionął ostatnie tchnienie, tylko jedno serce biło jeszcze ledwie słyszalnie, lecz i ono miało za chwilę stanąć i obrócić się w proch. W końcu padły słowa, takie jakie paść miały. Dokładnie to co usłyszeć chciała. Poddał się, oddał się całkiem w ramiona instynktu sprawiając, że uśmiech satysfakcji pojawił się na jej twarzy. Zniknął również bardzo szybko i znów nakładając na siebie maskę spokoju i opanowania stała teraz patrząc mu w oczy i czekając na jego reakcję.
    My. Krwawa noc znów przyniosła to co straciła dawno temu, kompana, towarzysza po którym umierała i odradzała się wewnątrz siebie, by w końcu odżyć całkowicie. Nie mogła być pewna, że będzie tak, kiedy promienie słońca obudzą miasto do życia, ale tej nocy może zaznać zapewne ostatni raz tej satysfakcji.
– Nigdy – szept brutalnie rozdarł ciszę panującą między jednym krokiem, a drugim, między uderzeniami przeznaczonego na ubój serca. Kroki zbliżające ją do satysfakcji, widoku kolejnego odbieranego jego dłońmi życia. Nie miej litości, nie pozwól sobie na żadne wyrzuty. Nigdy. Patrzyła jak jego dłonie powoli zbliżają się do celu, jak wyciągają ostatnie tchnienie z jej piersi, niszczą coś tak trwałego i wiecznego, a jednocześnie kruchego i delikatnego.
– Idealnie – skomentowała widząc jak przymyka oczy. Nie ważne czemu, był sobą, nie powstrzymywał się, teraz był sobą, prawdziwym sobą.
    Znów stał przed nią, przez chwilę była gotowa na walkę, wierząc, że zbyt długo nad sobą panował i takie nagłe wyzwolenie przysłoniło jego zmysły. On jednak tylko patrzył, stalowo niebieskimi oczyma, pełnymi mieszanki uczuć i emocji, pełnymi chęci mordu, ale chyba i bólu. Ból roznoszący się w jego umyśle był słabością, którą tak bardzo pragnęła wyplenić.
    Dotyk. Niespodziewany, ale i przyjemny. Między biciami ich serc panowała cisza, przeszywająca, grobowa i wieczna, piękna w swym opanowaniu i tak niespotykana w mieście, któe nigdy nie zasypia. Dłoń w jej włosach sprawiła, że nie wiedziała czego się spodziewać, czuła zapach krwi, każdy receptor skupiał się na jego dotyku, na tym jak lepka ciecz osadza się nie tylko we włosach, ale i na skórze, a później to nagłe, gwałtowne szarpnięcie.
    Zaskoczenie. To niemal zapomniane uczucie dla kogoś, komu bliżej do milenium niż dalej. Wszystko wkoło wydaje się tak nudne, mdłe, znajome. Tylko nieoczekiwane zadanie śmierci wydobywa z organizmu rzuty adrenaliny, ale zaskoczenie to prawdziwe jest cenne i to właśnie uczucie sprowadził na nią ten, którego sama stworzyła.
    Smak jego ust mieszał się z krwią, którą był cały pokryty, a jej serce zabiło tak mocno, że szum krwi w jej uszach zagłuszył wszystko. Pozwoliła mu na ten pocałunek, a później sama zanurzyła się łapczywie w tym szaleństwie. Krwawym szaleństwie. Jej dłonie spoczęły na jego ramionach i zacisnęły się delikatnie na materiale bluzki, którą miał na sobie. Nigdy nie napisałaby takiego scenariusza w swojej głowie. Może dlatego, że nie spodziewała się, że spojrzy na niego w inny sposób niż na tego, któremu dała życie. Jak widać czas zmienił nieco ich nastawienie, a może i wieki temu było podobnie tylko nie pozwolili sobie na tak wiele. Szaleństwo. Chore pożądanie wstrząsnęło jej ciałem tak niespodziewanie, kiedy oderwała się od tych ust przez chwilę zastanawiała się, czy nie powinna odejść, lecz instynkt mówił co innego, domagał się zupełnie innej rzeczy.
    Smukłe palce zaczepiły o krawędź materiału przy szyi i pociągnęły ją w dół, tak mocno, że ten nieco rozdarł się ukazując prawy obojczyk i nieco ciała poniżej niego. Wampirzyca popatrzyła znów w jego oczy i z tajemniczym uśmiechem przyłożyła ucho do jego piersi, a jej dłonie znów chwyciły jego ramiona. Po tym oderwała głowę od jego torsu i popatrzyła mu w oczy, a jej uśmiech  ukazał wysunięte kły, które wgryzły się w jego ciało. Krew wypłynęła z kącika jej ust i spłynęła po jego piersi, po jej brodzie. Krew niosąca zapomnienie, szaleństwo i konsekwencje o których nie chciała myśleć. W końcu odsunęła się od niego, starła krew zastygającą w kąciku ust czubkiem wskazującego palca. Zrobiła krok w tył i patrząc na niego przechyliła głowę w bok, zsunęła kurtkę z ramion.
– Zasłużyłeś – szepnęła znów łamiąc kolejne bariery.
– Nikt się nie dowie, a przecież tego chcesz prawda? – zebrała długie białe włosy na jedną stronę, całkiem odsłaniając dostęp do tej delikatnej części ciała.
– Chyba nie wymiękasz Shane – zaśmiała się świdrując go szaleńczym spojrzeniem.

Ostatnio zmieniony przez Iku (09-10-2018 o 22h41)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#132 09-10-2018 o 22h40

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

________________https://zapodaj.net/images/12d44cc3033a4.png

         Ja byłam w złym stanie – długie, grube drzazgi roztrzaskanej pałki dawały o sobie bezustannie znać – ale jak później zauważyłam, on był w jeszcze gorszym. Może ktoś na moim miejscu poczułby się głupio, że w takiej sytuacji stawia swoje potrzeby ponad, ale ja nie należałam do tego typu ludzi. Chciałam pozbyć się tego cholerstwa z ciała, tak samo jak zawrotów głowy, w którą solidnie oberwałam i bólu promieniującego na wszystkie kończyny za każdą cenę, nawet jeśli Patrick w ogóle nie miałby już nóg, a nie tylko w tak paskudnym stanie. Jęknęłam przeciągle, zmuszając mięśnie do ruchu. Cholerna regeneracja chyba nie działała zbyt dobrze. A tak mi ją rozreklamowali!
        Będziesz wampirem, chwalili, to na wieki zapomnisz, co to ból zęba. I na cholerę mi to, skoro bez ustanku czułam skręcające pieczenie w całej jamie brzusznej, jakby ktoś mi flaki z niej po trochu wyciągał? Ból zęba – już nie mówiąc o wieczności, zupełnie jakbym miała ją w tym ciele przeżyć – wydawał się przy tym nowym, niekończącym się doświadczeniu, wyszukanej torturze niczym przyjemny zabieg nawet wyrywając je po jednym na żywo. Ale nie było tak źle, skoro rudowłosy tak parszywie klął na cały regulator, to i jego najwidoczniej bolało. Zawsze lepiej było siedzieć w tego typu gównie z kimś, nawet jeśli ten ktoś miał bardzo niejasne, poskręcane motywy i napawał mnie czasami dziwnym strachem.
        Czasami – straszne niedopowiedzenie. Okrojenie sytuacji na poziomie pierwszego lepszego ignoranta, za którego nigdy się nie uważałam.
        To jak stwierdzenie z pełnym i autentycznym przekonaniem swojej racji, że morze bywa trochę głębokie, a na Arktyce zdarza się też być zimno i odrobinę ciemno. Właściwie nawet uśmiechnęłam się zadziornie do jego słów, ale tylko na krótką chwilę. Bo później się zorientowałam, że są powody, żeby bać się Patricka i są powody, żeby nie lekceważyć jego słów nawet wtedy, kiedy wygląda tak paskudnie jak teraz. On sam wytarł mi ten uśmiech z twarzy, kiedy wstałam, a on nagle pojawił się tak blisko mnie. Niezbyt dokładnie ukryłam dreszcz, który mnie przeszył od jego słów.
        Ekscytacja czy strach?
        A była jakaś konkretna cholerna różnica albo granica między tymi dwoma? Nie miałam wiele czasu, żeby się zastanowić, co ma na myśli poprzez brak dobroduszności, moja fantazja nawet nie zdążyła poderwać się od ziemi.
        Co innego moje ciało.
        Wrzasnęłam, starając się ten dźwięk wytłumić, raczej nie z przerażenia, co bólu, choć obie te rzeczy mieszały się ze sobą. Nie miałam na tyle czelności, żeby zacząć się wyrywać. Kto wie, ile Patrick lat już przeżył? Jak bardzo przewyższał mnie siłą? To byłoby niebezpieczne ryzyko i za każdym razem, kiedy już byłam gotowa go podjąć, opierałam jeden łokieć w zagłębieniu jego szyi, a palcami drugiej dłoni poruszałam w powietrzu na wysokości jego tyłka, zastanawiając się jak bardzo nagłe uderzenie w tą część ciała zdenerwowałoby go w skali do dziesięciu.
        Zaniechałam tych planów, instynktownie spodziewając się dziesiątki. Kiedy w końcu pozwolił mi zsunąć się z jego ramienia byliśmy już w pomieszczeniu, ale nie zdecydowałam się na ostrożność – nawet nie rozejrzałam się dookoła, skupiona na nagłym ataku bólu. Instynktownie myślami sięgnęłam do swojego syna i natychmiast uspokoiła mnie myśl, że o wszystko zadbałam.
        — Małżeńskie łoże — sarknęłam cicho pod nosem, nie łudząc się, że wampir nie usłyszał. Co innego staruszka – o ile nie była wampirem, na pewno nie wychwyciła tych słów. Odwróciłam głowę w bok i wydęłam lekko usta. — Nawet jeśli zdecydujemy się użyć je w jakiś intrygujący sposób, to do małżeństwa nam nadal cholernie daleko. Mogli go zupełnie inaczej nazwać…
        Zanim zdążyłam znowu zagrać na granicy cierpliwości rudowłosego i zacząć wymyślać nazwy dla takiego mebla, na którym uprawia się z******** seks, on miał już klucze do pokoju w dłoni. To nic, nic straconego. Staruszka i tak by mnie nie usłyszała, więc próba zmieszania tutaj kogokolwiek z góry była skazana na niepowodzenie.
        W pokoju po prostu odwróciłam się do niego plecami – dla zamaskowania swojego zniesmaczenia stanęłam przodem do okna i wyglądnęłam przez nie na nieciekawą ulicę – i po prostu udawałam, że nie słyszę tych okropnych dźwięków łamanych kości. Zgrabnie udawałam również, że ból wnętrzności wcale nie jest tak paraliżująco bolesny, że żołądek nie podnosi mi się do gardła i nabranie kolejnego oddechu przy walce z mdłościami nie jest wcale takie trudne. Pokręciłam energicznie głową, a włosy rozsypały się na moich ramionach. Zacisnęłam dłonie zaplecione na klatce piersiowej. Widziałem delikatny, mało widoczny zarys swojej twarzy na szybie okna, a także oddaloną nieco sylwetkę Patricka.
        Makijaż miałam doszczętnie zrujnowany i była to myśl tak samo zniesmaczająca, jak łamane za moimi plecami kości.
        Przetarłam usta rękawem dłoni, pozbywając się resztki szminki i wtedy on również się odezwał. Zaryzykowałam odwrócenie się w jego stronę i było to niegłupie, bo chyba skończył pastwienie się nad sobą. Skrzywiłam się lekko na jego słowa, blokując myśli dotyczące napaści w głowie.
        — Nie nazywaj mnie tym głupim nazwiskiem — mruknęłam, mierząc jego sylwetkę spojrzeniem. Wyglądał na zmęczonego, ale nie skomentowałam tego ani słowem. Przecież mógłby się zdenerwować. A jak będzie wyciągał ze mnie te drzazgi trzęsącymi się rękami? Własne dobro przede wszystkim. — Tak gardzisz moim ludzkim życiem, ale nazywasz mnie zawsze imieniem, które właśnie do niego należy. Nie wydaje ci się to… Bynajmniej ironiczne? A już na pewno nie na miejscu. Powinieneś zostać po prostu przy Ivy — uparłam się, mocniej zaciskając dłonie, a później także usta. Mimo odgrywanego teatralnie uporu czułam, że nie mam siły na pokaz wyższości. Wszystko bardzo, ale to bardzo mnie bolało. — Zanim i jeśli przejdę do wyjaśnień, musisz mi pomóc. Sam bóg wie, jak ciężko się mówi będąc naszpicowanym drewnem, podczas kiedy zewnętrzne rany już się zamknęły.
        Nawet wolałam nie myśleć o tym, że będzie musiał je ponownie otworzyć. Samo widmo tego bólu o niemal nie zmiotło mnie z nóg. Zamiast jednak pokazywać przed nim swoją słabość zrobiłam kilka pewnych kroków w stronę centrum pokoju i stanęłam nad nim korzystając z przewagi wzrostu spowodowanej jego siedzącą pozycją. Przez chwilę patrzyłam, w jego fascynujące oczy i kwestionowałam swoje zdrowie mentalne w powierzeniu swojego zdrowia w ręce tego nieprzewidywalnego szaleńca.
        — A jak dostanę wewnętrznego krwawienia? — zapytałam, mrugając kilkakrotnie i wkładając w ten głos przesadnie udawaną niewinność. Żarty i niepoważne podejście maskowały prawdziwy strach przed tym, co się wydarzy. — Co wtedy? Zawieziesz mnie do szpitala?
        Zanim odeszłam, posłałam mu złośliwy uśmiech. Usiadłam na dużym łóżku i nabrałam w płuca powietrza. Czułam, że to moja dłoń drży. Nie oglądając się na Patricka położyłam się na plecach na wygodnym materacu i na sekundę zacisnęłam powieki. Kiedy je otworzyłam, spojrzenie miałam wbite w jeden punkt na poplamionym suficie. Cóż, hotel to nie był, najwyższych lotów też nie, a i czasy pewnie lepsze pamiętał. Nie mogę wybrzydzać, upomniałam się w myślach.
        — Postaraj się mnie nie zabić. Dużo jeszcze nie pożyłam — mruknęłam, nie siląc się na ściągnięcie chociażby kurtki. Każdy ruch był bolesny.

Offline

#133 10-10-2018 o 23h13

Straż Cienia
Elemelia
Akolita Jednorożców
Elemelia
...
Wiadomości: 313

__________________________SILAS LENNOX 'NOX' RAVENWOOD


       Znużony siedzeniem na kanapie, podszedł do okna. Widok tętniącego miasta miał go podnieść na duchu, tak jak robił to zwykle. Ba!, z takim też oczekiwaniem stanął przed szklaną ścianką, niedbale przeskakując spojrzeniem z osoby na osobę. Myśl o rozwijającym się świecie oraz coraz to nowych dziełach, dzięki którym nieśmiertelna dusza pozostaje usatysfakcjonowana, zawsze poprawiała mężczyźnie humor. Widok uśmiechniętych dzieci na widok swoich rodziców lub dźwięk ulicznej muzyki, która dla jednych jest ostatnią deską ratunku. To były te drobne czynności, zjawiska, które automatycznie rozbudzały wyobraźnie mężczyzny, która dopowiadała całe historie do spostrzeżonych momentów lub po prostu czerpała inspirację na kolejne dekady. W końcu nie ma nic lepszego niż ludzkie życie. Nic bardziej kruchego, tajemniczego oraz... No właśnie, nic tak ludzkiego. Coś w tej codzienności albo wręcz monotonności widzianej na ulicach, dawało mu przyjemność z każdych kolejnych dni. Nie trudno zgadnąć, że tym razem było inaczej. Każdy kolejny samochód lub pieszy uaktywniał nieprzyjemne ukłucie w klatce piersiowej obserwatora. Bicia serca tych kruchych istot, doprowadzały do krwawienia jego własne.  Można by gdybać, że widziany obraz stał się już zbyt znany, a powody przez które zwykle panował zwykle zachwyt w jego umyśle, zniknęły. Cóż, takie rozwiązanie byłoby mu bardzo na rękę. Gdyby w grę wchodziło zwykłe znudzenie lub skutek nieśmiertelnej duszy, dałby sobie radę. Tutaj chodziło o brakujące elementy.
        Jak już wiadomo, śmierć policjantów odbiła swoje piętno na brunecie. Nie byli to pierwsi ludzie, którzy zginęli w jakiś sposób z jego winy lub w jego towarzystwie. Mimo wszystko ta sytuacja bardzo się różniła od poprzednich. Po pierwsze ci ludzie byli dobrzy. Chcieli ochronić swoje miasto przed, jak myśleli, mafią. Co jest w tym takiego złego, aby od razu pozbawiać ich życia? Po drugie, nic złego nie zrobili w noc wybuchu. Znaczy się, gdyby nie wampiry, które chyba od początku liczyły na rozlew krwi, wszystko skończyłoby się dobrze. Wystarczyło tylko trochę chęci, aby wyjść z sytuacji bez szwanku i jeszcze pomóc lokalnej społeczności. Nieśmiertelni mogli ich zahipnotyzować, porwać i gdzieś wywieść, wypić trochę krwi i odstawić do domu, wmówić każdą bajeczkę na jaką mieli ochotę, ale nieee! Zamiast tego co zrobili?! Wysadzili ich w powietrze! No tak! Wspaniałe rozwiązanie. Jak Nox mógł na to pierwszy nie wpaść. Przecież przemoc i bezpodstawne morderstwo zawsze rozwiązuje problemy! Nie ma nic bardziej potwierdzającego stereotypy niż wampiry, które wszystko i wszystkich niszczą. A co jest najgorsze, przyczynili się do tego członkowie jego własnego klanu. Mężczyzna nie oczekiwał od wszystkich, jakiegoś kompasu moralnego. Wiadomo, każdy ma gorszy dzień, ale... To wszystko było tak bardzo zrobione z premedytacją...
         I tutaj wracamy do tego, czemu tak bardzo cierpi na tym dusza Silasa. Ludzkie życie nie jest dla niego bez znaczenia. Ba!, nie raz nie dwa, bardziej wspierał tych śmiertelnych przyjaciół od tych nieśmiertelnych. Uwielbiał ich sztukę, muzykę, ukazywanie emocji... A teraz przyczynił się jedynie do złego. Pozbawił wiele rodzin, wielu wspaniałych wspomnień. Sprowadził cierpienie na tych, którzy jedynie czego chcieli to mieć kogoś bliskiego obok siebie. Poza tym, no, sam został pozbawiony takich chwil i może dlatego tak bardzo go to boli? W całej tej sytuacji, nie chodziło tylko o nieposzanowanie delikatnych istnień, ale właśnie o to, że śmiertelny Nox również zginął w walce. W równie niewinnej co ta. Stał ramię w ramię z przyjaciółmi, chcąc jedynie czynić dobro i ochronić tych potrzebujących. On jednak miał szczęście w odróżnieniu od lokalnej policji. Udało mu się przeżyć. Znaczy się, do tej pory nie wiadomo, kto przemienił Silasa, ale gdyby nie ten wampir to Nox skończyłby razem z przyjaciółmi w jednym dole. Tak, więc... jeżeli tylko walka, strata i ból są najsilniejszymi wspomnieniami z ostatnich chwil życia mężczyzny to chyba nic niezwykłego, że na tak znajomo-nieznajomą sytuację, reaguje tak emocjonalnie, prawda?
          Z bardzo dziwnych myśli i jeszcze dziwniejszych ich wizualizacji, przywrócił go dźwięk zakręcanej wody w łazience. Kobieta w końcu planowała powrót do swojego rozbitego przyjaciela. Silas powrócił na kanapę, układając się na niej wygodnie, jakby to myśli przy szybie, wycieńczyły go z energii.
          - Pocałunek Sol nie ma nic wspólnego z moją duszą romantyka. Tamto zdarzenie było pijacką pomyłką, do której jej zachowanie i wspomnienia mnie sprowokowały.- odpowiedział swobodnie, a następnie upił łyk wina. No, to tyle z abstynencji. - Nie mam siły tego opowiadać.- westchnął ociężale i z niesmakiem, zebrał wszystkie wspomnienia w całość.- W wielkim skrócie ci to opowiem, bo nie potrzebujesz szczegółów by się później nade mną znęcać. Upiłem się z Carine, później przypomniało mi się nieodpowiedzialne zachowanie Sol, a że akurat byłem pod jej mieszkaniem to wpadłem. I w sumie to cieszę sie, że skończyło się na pocałunku, a nie na rzuceniu jej na naprzeciwległą ścianę. Nawet nie wiesz, jak wkurzyła mnie ta sprawa z wybuchem, ale mniejsza już z tym...
           Mężczyzna nie zdążył dopić do końca zawartości kieliszka, to już zdążyło paść takie niespodziewane pytanie. Rzeczy tego typu pojawią się raczej pod koniec czwartej butelki, a nie pierwszego kieliszka. Nagła zmiana, zaniepokoiła odrobinę mężczyznę. W końcu to nie pierwszy raz dzisiaj, kiedy to zachowanie Nat odrobinę wykoleja się z normalnej ścieżki.
           - Ciężko stwierdzić. Zgaduję, że chodzi ci o śmiertelne życie... Myślę, że za dużo się nie różniłem od tego co widzisz przed sobą. Najważniejsze wartości dalej są takie same. Byłem bardzo energiczny, ciekawski i zbytnio pogrążony w uczuciach. Co prawda na co dzień to ukrywałem, zwłaszcza przed rodziną, ale gdy byłem w zaufanym towarzystwie to dawałem się ponieść. Potajemne pocałunki w krzakach, bójka nad jeziorem, szloch za złamanym skrzydłem pięknego ptaka. Uczyłem się czytać i chętnie słuchałem innych dorosłych, którzy to potrafili. Wszystko mnie zachwycało i wszystko chciałem poznać. Żałuję, że tak szybko się to skończyło. Nie wykształciłem się jeszcze jako osoba, by dokładnie móc pamiętać różnice. Byłem tak młody, gdy poszedłem na front... i tak młody, gdy zginąłem. - kolejny łyczek. - Oczywistym jest, że tęsknie często za tamtym czasem i rodziną, ale najbardziej za przeżywanymi emocjami. Czasem we śnie do mnie wracają. Jak teraz staram się je wszystkie akceptować i czuć, tak wtedy... ach, poezja. A ty? Jaka byłaś kiedyś?


DANCE IS EVERYTHING.
https://66.media.tumblr.com/c6f3891279ebc5791f6d6136c04ce604/tumblr_pdgqh8bAsI1rdhwsvo2_400.gif https://66.media.tumblr.com/85d52a598706e9c49236a8d788f57a86/tumblr_pdgqh8bAsI1rdhwsvo8_400.gif

Offline

#134 13-10-2018 o 14h47

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 622

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        Obraz jej sylwetki i nikłego dymu papierosowego unoszącego się pod sufitem zniknął pod powiekami, zamkniętymi jak kurtyna oznaczająca koniec przedstawienia. Czułem, że dobiegł on też dla tego spotkania, choć nie widziałem miny kobiety. Jednocześnie powietrze z przeszywającym ciszę sykiem opuściło moje płuca przez usta. Trzy słowa opadły na dno żołądka jak ciężkie kamienie, znów budząc ten paskudny paraliż i bezsilność, której nie cierpiałem – której przecież miałem już nigdy nie czuć. Tak naprawdę kwestie wymagania kobiety, seksu sprzed wydawałoby się dekad, a nawet spraw klanu zostały nagle bez mojego udziału zepchnięte na boczny tor, przestały się liczyć, tak samo jak kolejne gierki słowne Sol. Ani zaufanie, ani kłamstwo, ani jej osoba pod presją aury tego, który stał za jej plecami i zdawał się wypełniać ten pokój, nawet jeśli jego stopa nigdy w nim nie stanęła.
        Po tym ułamku sekundy znów otworzyłem oczy – a ona już na mnie patrzyła. Wiedziałem, że wyjdzie, jakbym zdołał poznać chociaż jakiś jej wycinek w ciągu tych kilkudziesięciu wspólnych minut, ale nie zamierzałem nijak jej przed tym powstrzymywać. Zostać samemu; tak, pragnąłem tego. Nie mogłem więcej przed nią odsłonić skoro widziała już tak dużo, a jednocześnie nie chciałem dalej się ograniczać i starać zapanować nad emocjami, nad instynktem i budzącą się powoli w dole brzucha żądzą krwi.
        Ciche kliknięcie zamka jasno dało znać o jej wyjściu, ale zdawało się, że nie zostałem sam. Nie, bo Sol tak pospiesznie zamykając za sobą drzwi, nie dała szansy na wypuszczenie z pomieszczenia jego obrazu, jego zapachu i dźwięków napływających z każdej strony, echem odbijających się od ścian i powracających, żeby nałożyć się wewnątrz mojej czaszki. Tylko bariery pękały, błyskawicznie, jedna po drugiej. Z głuchym wrzaskiem i brzękiem tłuczonego szkła, z milionami odłamków lustra błyszczących podczas lotu na podłogę w bladym, czerwonym świetle przenikającym przez uchylone zasłonki okna. Z krzesłem roztrzaskującym się na ścianie tuż nad komódką, dźwiękiem szarpanego materiału i wazonu rozbijającego się na ziemi wraz z drobnymi, tandetnymi chińskimi ozdobami strąconymi zamaszystym gestem z tego mebla. Z drobnymi kropelkami krwi.
        Mojej krwi z poharatanych szkłem przedramienia i pięści.
        Jak zwykle, spokój i rozsądek wróciły nagle, wypierając wściekłość jakby zupełnie bez oporu, choć jeszcze kilka chwil temu nie miały nad nią żadnego panowania. Odgarnąłem do tyłu włosy wpadające od oczu i westchnąłem ciężko w idiotycznym odruchu, bo przecież to wszystko, choć kosztowało mnie tyle wysiłku, nie zdołałoby tak po prostu zmęczyć silnego wampirzego ciała. A potem wolnym krokiem, nie rozglądając się po pokoju ruszyłem w stronę wyjścia.
        Zatrzymałem się tylko – przeszyty nagłym niespodziewanym uczuciem – przy nietkniętym moją żądzą niszczenia zagłówku łóżka, na którym kochaliśmy się z Sol Hazelmere. A potem podniosłem ostrożnie zdrową rękę i opuszkami palców przesunąłem delikatnie po leżącej nieco niżej poduszce; bez myśli, bez uczuć. To był jedyny sentymentalny gest, na który świadomie sobie pozwoliłem przed opuszczeniem zdewastowanego hotelowego pokoiku.
        Uliczka, na którą wyszedłem była prawie pusta. Tylko nerwowy krok i odległy, niknący dźwięk obcasów dał mi do zrozumienia, że w rzeczywistości wcale tak nie jest. Wystarczył drobny wysiłek, żeby dogonić tą kobietę i zagrodzić jej drogą z wyjątkowo uprzejmym wyrazem twarzy.
        Pisnęła. Odskoczyła niezdarnie w tył. Tak okropnie powolna w reakcjach.
        — Och — westchnęła, nerwowo poprawiając ramiączko torebki, które osunęło się w zagięcie jej łokcia. — Przestraszył mnie  pan — dodała szybko i uśmiechnęła się przepraszająco. Zerknęła w stronę głównej ulicy i zdawało się, że nie zauważyła we mnie nic dziwnego, choć przecież coś musiała poczuć. Ludzie tak bardzo starali się wszystko podporządkować swojej logice i prawom fizyki, kiedy te były tak żałośnie wypaczone i wybrakowane.
        Odwzajemniłem uśmiech. A w następnej chwili już wgryzałem się w jej ciepłą szyję, prosto w tętnicę i łapczywie, długo piłem. Była prawie wydrenowana, kiedy wreszcie zmusiłem się do przestania. Krew szumiała mi w uszach, a obraz na wpół przytomnej, przerażonej młodej Chinki pulsował przyjemnie przed oczami.
        Język wolno przesunął się po wargach, zlizując resztki czerwonej cieczy. Nie planowałem niczego, co następnie zrobiłem.
        — Liż to.
        Mój głos był spokojny. Opanowany. A twarz mogła zdawać się nawet łagodna w wyrazie; czy nie zawsze pod tym grymasem kryło się najwięcej? Pierwszym, czego trzeba się nauczyć aby tu przetrwać było perfekcyjnie naśladowanie obojętność w chwili, w której czuje się jak wymyka się spomiędzy palców – zastępczyni władcy Creightonów też z pewnością opanowała tą piękną sztukę. W końcu ci, którzy pokazują po sobie najmniej zawsze mają najwięcej do ukrycia.
        To dziwne, ale wspomnienie blondynki spowodowało, że mój spokój znów się cofnął gdzieś głębiej, ukazując zniecierpliwienie i złość.
        — Powiedziałem: liż! — powtórzyłem więc bardziej dobitnie, ale nie czekałem na kolejny pisk albo ruch kobiety. Dłoń brudną od lepkiej, zasychającej powoli, drogocennej wampirzej krwi przycisnąłem jej do ust, uniemożliwiając jej w ten sposób wydanie jakiegokolwiek dźwięku. — Jak myślisz, maleńka? Bo ja uważam, że też mogę stworzyć potwora — dodałem szeptem, jednocześnie nachylając się nad nią, a w moich oczach błysnął czerwony refleks. Może przez odblask lampionów gdzieś z głębi ulicy. A może ze względu na coś zupełnie innego.
        Drobne, szybko cieknące po policzkach łzy mieszały się z moją krwią na twarzy kobiety. Zakrztusiła się, prawdopodobnie poraniła przełyk wciąż tkwiącymi w mojej dłoni drobnymi kawałkami szkła, a potem zaniosła tłumionym przez zaciśnięte usta kaszlem. Nie zdążyła krzyknąć, gdy ruchem niemożliwym do wyłapania – właściwie jedną dłonią jeszcze przed chwilą przyciskaną do jej ust – skręciłem jej kark.
        Ciało wkrótce mające się stać czymś zdecydowanie bardziej doskonałym zostawiłem pod ścianą wąskiej, śmierdzącej uliczki, nawet się nie oglądając.
        Zraniona ręka już zdążyła się zregenerować, wspomożona wypitą krwią. I tylko uśmiech błąkający się po moich wargach był już mniej uprzejmy i miły.


https://zapodaj.net/images/af821556f05b1.gif https://i.imgur.com/0NONn92.gif

Online

#135 13-10-2018 o 17h14

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 763

.................................................https://i.imgur.com/f3d3RC1.png
     — No, księżniczko, karoca dojechała. Jesteśmy na miejscu.
     Arjan rozejrzał się dookoła, uważnie przyglądając się otoczeniu, do którego wyraźnie nie pasował. Zdezorientowany, zerknął najpierw na mówiącą coś do niego Reę, lustrując ją od stóp do głów. Nie znał się na modzie, ale jakimś cudem natychmiast odniósł wrażenie, że niemal wnikała w tło tych wszystkich modernistycznych drapaczy chmur, luksusowych aut i najdroższych butików. Odziana skromnie, choć stylowo, doskonale wiedziała, jak zwrócić na siebie uwagę mężczyzn. Szare body wpuszczone w białe spodnie doskonale podkreślały jej kobiece kształty oraz długie, smukłe nogi, a płaszcz koloru stali tańczący delikatnie z wiatrem dopełniał całej stylizacji, jakimś dziwnym cudem wyraźnie pokazując, że to kobieta, z którą należy się liczyć. I na którą trzeba uważać. A może to ten koci wyraz twarzy? Albo zwyczajnie fakt, że ją znał i wiedział, że jest zdolna do wszystkiego? Cokolwiek to było, imponowało każdemu, kto ją mijał. Dumnie i w pełni świadomie rozsiewała wokół siebie istną aurę władzy i bogactwa. Co więcej, od razu było widać, że ten klimat jej służy, a ona sama czuje się jak ryba w wodzie.
     Wtedy Arjan spojrzał w dół. Na swoje zakurzone czarne pantofle, na swoje spodnie, które nosił trzeci dzień, na znoszoną koszulę i płaszcz mający już dawno za sobą swoją dawną świeżość. Chwilę później przejechał po swoich czarnych, skołtunionych, lekko przetłuszczonych włosach i kilkudniowym zaroście. Zmarszczył brwi, kiedy zdał sobie sprawę, że mijający go przechodnie spoglądali na niego z pogardą.
     — Czas na mnie — odparł beztrosko, uśmiechając się szeroko. — Dobrej nocy, kotku. Jak znajdę Tię, to mogę jej przekazać twoje wyniki misji. Znam je wszystkie, a to, co przede mną ukryłaś, będziesz jej mogła dopowiedzieć jutro. Na razie!
     Nie czekając na odpowiedź, odwrócił się i odszedł, mając nadzieję, że jak najszybciej opuści tę sferę dyskomfortu. Nie czuł się dobrze wśród tego luksusu, zwłaszcza że zapewne mieszkało tam mnóstwo wampirów. Zresztą domyślał się, że jeszcze chwila, a jakiś wypachniony laluś w garniturze pokroju Nicholasa da mu do zrozumienia, że taka obdarta włóczęga nie jest tu mile widziana. Cóż, jakimś cudem większość wampirów z łatwością dorabiała się bogactwa. Oczywiście miało to związek z ich wszystkimi nadprzyrodzonymi umiejętnościami. Łatwo było kogoś zmanipulować, kogoś przechytrzyć, pokonać, a czasami nawet zabić. Nawet rabunek poszedłby temu gatunkowi banalnie łatwo. Zresztą, także Arjan miał w swoich skrytkach całkiem dużo pieniędzy. Kiedyś zajmował się czarnym handlem, z czego szła naprawdę dobra kasa. Dlatego pewnie mógłby sobie pozwolić na życie w luksusie, ale siedzenie na fotelu za dwa tysiące, gapienie się w elektryczny kominek i drapanie jakiegoś grubego, kudłatego kota za uszami to nie jego styl. Dlatego dużo bardziej wolał swoje obdarte ciuchy i klitkę, w której mieszkał.
     Niestety nie wróci do niej zbyt prędko. Przede wszystkim chciał zaczekać na Tię i jak najszybciej złożyć jej raport. Jednak domyślał się, że pewnie zajmuje się teraz swoimi szefowskimi sprawami — ta kobieta nigdy nie odpoczywała — dlatego pomyślał, że zajmie się innymi, brudniejszymi sprawkami.
     Droga zajęła mu prawie godzinę, oczywiście idąc ludzkim tempem. Nigdzie mu się nie spieszyło, choć mięśnie cały czas miał napięte. Odkąd usłyszał plotki, ze starzy znajomi się o niego rozpytują, w każdej chwili spodziewał się ataku. Czy się bał? Jak cholera. Lecz już dawno nauczył się to ukrywać. Dopiero gdy wkroczył na znajomą uliczkę, poczuł się trochę lepiej. Podobnych ulic było w tym mieście tysiące: wystarczyło opuścić bogate, zasnobione centrum Nowego Jorku, by ujrzeć dziurawe drogi, zniszczałe budynki, poustawiane wszędzie wokół zapyziałe przyczepy kempingowe i mnóstwo zarośniętych pustostanów. Arjan co rusz natykał się na zbiorowiska mieszkańców wyposażonych w całe skrzynie piwa. Dwustukilowe półnagie kobiety rozlewały się na ławkach, rechocząc nadzwyczajnie głośno z jakiegoś żartu opowiedzianego przez jakiegoś tyczkowatego, wąsatego młodziaka próbującego się popisać swoimi umiejętnościami w piciu. Pod kilkoma barami słychać było imponujące wiązanki wulgaryzmów, gdzieniegdzie nawet rozpoczynały się pijackie bójki. Arjana bardzo korciło, by tak po prostu do nich dołączyć i dać kilku osobom w pysk. Ledwie się powstrzymał, przypominając sobie, że i tak już za bardzo podkusił los. Nie było co na chama prosić się o śmierć, a on i tak ostatnio przeginał.
     Budynek, do którego zmierzał, wyglądała jak każda inna rudera w tej okolicy. Zniszczałą budowlę w całości wymalowano sprayami, nie oszczędzając nawet okien. Resztki białej farby, jaką dało się dostrzec, w większości poodpadała, a w neonowym napisie „U Joego” zepsuły się prawie wszystkie literki z wyjątkiem „U” i „e”. Wszedł po postrzępionych betonowych schodkach i wkroczył do znajomego wnętrza. Westchnął ze zmęczeniem, gdy po raz kolejny tej nocy zaatakowała go duchota. Ta dodatkowo przetkana została smrodem potu i alkoholu. Ciepłe światło dobitnie odsłaniało wszystkie problemy przebywających w barze pijaków. Obdarci, zarośnięci, pełni gniewu, żalu lub zakłamania. Przepełnieni dosadną szczerością lub cienkim fałszem. Tak jak on sam.
     Uważnie każdego obserwował, a jego mięśnie, wbrew temu co przewidywał, jeszcze bardziej się napięły. Wnioskując po reakcjach siedzących tam pijaków, a raczej ich braku, nikt go nie rozpoznał. I dobrze. Starając się wyrównać oddech, skierował swoje kroki ku wysokiemu barowi, za którym stało kilku młodych barmanów. Przez moment zląkł się, że może ten, którego szuka, już tu nie pracuje. Właśnie wtedy ktoś mocno złapał go za bark. Czując okrutne, przeszywające na wskroś ukłucie lęku, z nadzwyczajną szybkością, odwrócił się w stronę atakującego, gotów do kontry. Jego emocje szalały, choć przecież jako wampir z łatwością mógł na nimi zapanować.
     Nie chciał. Rzadko to robił, ponieważ tego nienawidził. Sądził, że emocje były jedną z niewielu ostoi jego człowieczeństwa.
     Żadna kontra nie nastąpiła. Zamiast tego Arjana zalała niemal obezwładniająca fala ulgi, a do uszu dotarł głośny, wesoły rechot. Przed wampirem stał niski dziadunio z twarzą wyglądającą jak owłosiony orzech włoski: starość pocięła ją głębokimi zmarszczkami i małymi plamkami, a na upstrzonej pieprzykami głowie zachowała się tylko mała kępka ciemnoszarych włosów. Szeroki uśmiech odsłaniał mnóstwo braków w zębach, a te, które mu jeszcze zostały, były albo złote, albo zżerane przez próchnicę.
     — Aaaaach, van Kalvenhaar  — zaśmiał się radośnie, nadal klepiąc go przyjaźnie po ramieniu — ty k#### j#####! Gdzieś się podziewał całe cztery lata, co, łajdaku p########?
     Arjan odwzajemnił szeroki uśmiech, ściskając starego przyjaciela. Choć podeszły wiek dał o sobie znać, wampir miał wrażenie, że staruszek nie zmienił się nic a nic.
     — Na rozjazdach — odparł zdawkowo.
     — Całe cztery lata? Bez nawet słowa do starych przyjaciół?
     Ten głos należał do kogoś zupełnie innego. Arjan poczuł, jak jakieś zgrabne rączki oplatają jego talię, a drobna główka opada mu na ramię. W nozdrza uderzył zapach mocnych, dusząco mocnych perfum, a długa, ponętna nóżka kusząco ocierała się o jego udo. Zamruczał z rozkoszą, doskonale wiedząc, kto czaił się za jego plecami. I jak się skończy to spotkanie.
     — Rosie. Słodka Rosie — uśmiechnął się zawadiacko.
     — Nawet do mnie się nie odezwałeś. — Jej głos pełen był sztucznego wyrzutu i żalu. Wkrótce go puściła i stanęła tuż przed nim. Wyglądała tak samo cudownie jak zawsze. Obcisła czerwona sukienka obsypana cekinami, wysokie szpilki, mocny, wyzywający makijaż i brązowe, gęste włosy upięte w chaotyczny kok.
     Tu też nic się nie zmieniło.
     — Nadrobię to, obiecuję — wymruczał, gwałtownie wpijając się w jej szyję. Kobieta zaśmiała się głośno, z rozkoszą odchylając głowę do tyłu. — Ale nie teraz — odparł, gdy po kilkunastu sekundach oderwał się od jej rozkosznie pachnącej szyi. — Najpierw interesy, potem przyjemności.
     — O, to to! — zawołał staruszek. — Zawsze to powtarzałem! No, choć, zdrajco przyjaciół. Pogadamy.
     Mężczyzna poprowadził ich do ciasnego, zagraconego gabinetu będącego mniej więcej w takim samym stanie jak cały bar. Właściciel z niemałym trudem przedarł się przez zalegające pudła i stosy dokumentów, po czym opadł ciężko na krzesło, zerkając oczekująco na Arjana. Ten, nie czekając na zaproszenie, rozsiadł się na krześle postawionym po drugiej stronie.
     — Janne, mam sprawę — rzekł bez zbędnych wstępów.
     — Słyszałem, żeś znudził się tą neutralnością, którą kiedyś tak ceniłeś? — spytał Janne, jak gdyby w ogóle nie słyszał Arjana.
     Westchnął ciężko, milcząc dłuższą chwilę.
     — Masz mi to za złe?
     — A skąd! — zawołał, machnąwszy lekceważąco ręką. — Ale się dziwię.
     — Stara znajoma znalazła się w kłopocie, to jej pomogłem.
     — Z klanu się już, bracie, nie wypiszesz. To nie kółko teatralne.
     Raz jeszcze westchnął.
     — Wiem.
     — Chcesz się bić z Creightonami?
     — Bić mogę się z każdym.
     Janne zarechotał.
     — Dobrze, żeś się za bardzo nie zmienił. No!, mów, co tam dla mnie masz.
     Arjan milczał. Długo. Ważył każde słowo, jak gdyby już od nich miało zależeć jego całe życie. Zastanawiał się, ile mógł powiedzieć, ile plotek zdradzić i jak przekonać przyjaciela, że nie wpadł w paranoję.
     — Ktoś chyba chce mnie sprzątnąć. Wiesz? — zapytał beztrosko. Jego uśmiech drżał.
     Janne zamarł. Momentalnie zmarkotniał, przyglądając się van Kalvenhaarowi ze śmiertelną powagą. Arjan nie mógł już dłużej utrzymać uśmiechu, więc z niego zrezygnował. Znowu zaczął się bać.
     — Kto… — wyszeptał Janne głosem wypełnionym zgrozą.
     — C### wie — burknął. — Niemal na pewno ktoś ze starych znajomych. Opowiadałem ci, że kiedyś handlowałem…
     — No wiem, wiem. Kilian mi opowiadał. Trzymałeś się z nim kiedyś, nie?
     Arjan niemrawo pokiwał głową.
     — Dobra — przytaknął Janne. Wampir zmarszczył brwi, przyglądając się starcowi z uwagą. — Popytam gdzie mogę. Całkiem śmiesznie jest być śmiertelnikiem wśród bandy wampirów. To w taki bardzo pokrętny sposób czyni cię bezpiecznym, choć przecież jestem jak ta mucha w pajęczynie pełnej pająków. Możesz też pogadać o tym z Rosie. Ma do ciebie słabość…
     — Rosie jest niezrzeszona i niewyżyta — przerwał z ponurą miną. — Na pewno nieźle by sobie poradziła z wyśledzeniem tego kogoś, ale przy okazji zrobiłaby taką rzeź, że nie pytaj.
     — No, w sumie racja — mruknął — Dobra, sam to zrobię.
     — Jesteś nieocenionym przyjacielem — westchnął Arjan, wstając. Jakże się cieszył, że tu przyszedł.
     — Hm, a ta twoja szefica wściekła wie?
     Arjan znowu zmarkotniał. Od dawna bił się z myślami, czy powinien jej powiedzieć, ale nie chciał dokładać kolejnych kłopotów. A skoro chcieli załatwić tylko jego, to niech załatwiają tylko jego, bez żadnych dodatkowych ofiar.
     I tu pojawiał się nadzwyczajny wręcz paradoks. Bał się śmierci, choć od lat śnił o niej w najpiękniejszych snach.
     — Nie. I niech na razie tak zostanie.
     Janne wzruszył tylko ramionami. Po chwili schylił się, otworzył jakąś szafkę i dobrą chwilkę czegoś w niej szukał. Gdy w końcu znalazł, zarechotał cicho, po czym wyjął butelkę whisky. Arjan odetchnął. Tego mu było potrzeba. Dziś zamierzał pobić swój własny rekord i nawalić się jak świnia. Dla wampira to niemal wyczyn, ale…
     Niemożliwości przecież nie istniały.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (15-10-2018 o 18h06)


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#136 13-10-2018 o 20h45

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

         Dopiero, kiedy się odsunęła zrozumiałem, jak pochłonęła mnie ta z pozoru prosta czynność. Jak szybko moje serce waliło w klatce piersiowej. Jak ciało natychmiast odpowiedziało na zachętę. I jak żałowało, kiedy się już odsunęła.
        Miałem ochotę rozszarpać sznurki wiązanego na przodzie gorsetu, ale powstrzymałem się, zanim poruszyła materiał mojego ubrania. Gdzieś tam wewnątrz mnie nadal znajdował się prawdziwy Shane. Jęczał żałośnie w ciemnym zakamarku duszy żałując wszystkiego, co wydarzyło się przez ostatnią godzinę. Jednak ta istota, która teraz objęła panowanie nad ciałem czuła, jak napięcie drży w powietrzu. I nadal chciała podnieść dłoń do aksamitnych wstążeczek, nie bawiąc w delikatność przy ich rozsznurowywaniu.
        Ale Licentia jeszcze nie skończyła. Spomiędzy moich ust wydarło się ciche westchnienie, kiedy ostre kły przebiły moją skórę. To był ten rodzaj bólu, który uwalniał zmysły, który sprawiał, że głowa nagle pustoszała. Coś tak intymnego, coś tak… Bliskiego. Ledwo zarejestrowałem jej uśmiech posłany w moim kierunku, byt skupiony na tym geście czułości. Właśnie taka była Licentia. Właśnie to było czułością w jej wykonaniu. To była jedyna bliskość, na jaką sobie pozwalała. Czysto fizyczne zbliżenie, które rozpalało i tak już gorącą głowę.
         Kiedy role się odwróciłem, nawet nie próbowałem niczego powiedzieć przez zaciśnięte gardło.
        Po prostu zrobiłem krok do przodu, a moje dłonie odnalazły swoje miejsce na jej ciele, na biodrach i wyżej, ku materiałowi gorsetu, a później wsunęły na plecy. Aż w końcu przyciągnąłem ją do siebie nagłym szarpnięciem i naszych ciał nie dzieliła już żadna odległość. A jednak nadal byłem zbyt daleko.
        Za daleko.
        Tętnica pulsowała pod ciemną skórą, niezauważalna dla ludzkiego oka, ale moje nadnaturalne zmysły z łatwością rejestrowały ten ruch. Przez chwilę przeciągałem ten moment żywych tortur. Pochyliłem się i zawisnąłem tuż nad powierzchnią aksamitnej szyi niżej pokrytej krwią. Ten zapach sprawiał, że świat i rzeczywistość wirowały mi przed oczami. W końcu ułożyłem usta w zagłębieniu szyi i ramienia, przesunąłem wyżej i z zadziwiającą jak na bezlitosnego mordercę delikatnością wbiłem kły w ciepłe ciało. Natychmiast poczułem moc jej krwi.
        Oderwałem się od niej czując, jak całe moje ciało wypełnia żywa, gorąca energia, jak każda komórka rwie się do dalszego działania. Odchyliłem głowę do tyłu i uwolniłem ją z uścisku, sam nie odsunąwszy się ani krok do tyłu. Moje oczy błyszczały niezdrowymi emocjami.
        Gdzieś wewnątrz wiedziałem, jak wcześniej, czułem tą obecność. Jestem cały we krwi. Jestem pośród ludzi. Mam reputację do obronienia. Mimo wszystko odwróciłem się od Licentii, kierując się w stronę schodów, zupełnie jak w amoku. Otaczał mnie zapach i widmo śmierci. Cuchnąłem zastygającą krwią, ale w głowie szumiało mi tyle myśli. I od tak dawna nie czułem się tak upajająco żywy. Bez odwracania się za plecy wyszedłem na parter, a później przed stajnię, gdzie nadal nie było niemal żywej duszy. Odgłosy zawodów przybrały na sile – a może to moje zmysły się wyostrzyły. Rozglądnąłem się dookoła, wszystko rejestrując w najdrobniejszych detalach. Czując bicie każdego serca, czując pulsującą obecność całego miasta na swoim ciele. Przenikało mnie, to wszystko przepływało przeze mnie tworząc witraże rzeczywistych obrazów.
        W tym samym dokładnie momencie mój telefon zawibrował krótko. Był to impuls tak niespodziewanie bliski w porównaniu do nasłuchiwania oddalonych o dziesiątki metrów ludzkich serc, że drgnąłem niekontrolowanie. Od razu sięgnąłem do kieszeni, chociaż urządzenie prawie natychmiast zamilkło.

                           Nieodebrane połączenie:
                                         Sol


        Powietrze nagle wydawało się mieć w sobie mniej tlenu. Nieboskłon znacznie się skurczył i zbliżył, a ziemia zafalowała, choć realnie nic się nie zmieniło. Ogarnęła mnie szczera panika. Uderzyła znienacka. Wyłączyła wszystko dookoła. Za sprawą tego imienia na telefonie odsunięta w cień istota urosła wewnątrz, warczała groźnie, drżała, rosła, a wraz z nią poczucie winy i... Nadzieja. Ten dźwięk wypełniał całą moją głowę. Odgłosy miasta zniknęły, zamknięte w jednej myśli.
        Co ja właśnie zrobiłem?
         Nowoczesny telefon był cały umazany krwią. Zadrżałem ponownie, tym razem wyczuwając obecność potężnej wampirzycy za sobą. Wiedziała. Wiedziała?
        — Nigdy nie zapomnę tej nocy — wyszeptałem pewny tego, że usłyszy moje słowa. Pomimo odległości, pomimo narastających dookoła hałasów. Wraz z kolejnymi zdaniami głos przybierał na sile, aż stał się pewnym tonem. — Nie zapomnę tego, co mi dałaś, Licentio. Ani kim dla mnie byłaś. Kim jesteś i do czego twoja krew potrafi mnie skłonić. To właśnie robisz najlepiej, prawda? Skupiasz na sobie każdy jeden neuron mózgu, każdą jedną emocję przepływającą przez ciało. Sprawiasz, że nie da się zapomnieć, jak się poruszasz, jak mrużysz oczy i uśmiechasz się kpiąco, jak uzależniająca jesteś i jaka niebezpieczna w dążeniu do własnych celów.
        Zamknąłem oczy i opuściłem mocno zaciśniętą na telefonie dłoń luźno wzdłuż ciała. Oddychałem już spokojnie, nadal przejęty euforią płynącą z pożywienia się na kimś tak potężnym jak ona. Nadal czując potrzebę odebrania czyjegoś życia. Tym razem jednak już nie swojego. Jakiegoś przypadkowego, ulotnego życia. Kilku, kilkunastu.
        — Chociaż to nie ty stworzyłaś mnie takim potworem, jakim jestem. Nie zmienię tego, nikt tego nie zmieni. Ta część będzie we mnie na zawsze, do samego końca. Wiem, że nigdy nie pozbędę się tego fragmentu. Wiem, że jestem bestią. Ty wiesz, że pragnę krwi. Sprawiasz, że chcę i mogę zabijać. Że to jest dla mnie przyjemnością. — Powoli otworzyłem powieki, ale nie obróciłem się przodem do swojej rozmówczyni. Nie wiedziałem, co zobaczę na jej twarzy. Ironiczny uśmiech, szczere rozbawienie? — Zabiłem ich bez namysłu, bez najmniejszego poczucia winy. Czuję, jak wielkie cierpienie to we mnie buduje, ale wcale nie żałuję. Jedyne, nad czym ubolewam to fakt, że mogę zapomnieć, kim jestem i kim stałem się przez ostatnie setki lat.
        W końcu zacisnąłem mocno szczęki, kończąc tymi słowami swoją dziwną spowiedź.
        Tylko przed kim?
        Miałem nadzieję, że Sol odebrała swój telefon. Wybrałem jej numer niemal natychmiast po tym, jak zobaczyłem jej imę na wyświetlaczu. Nigdy nie przyłożyłem go do ucha, ale chciałem, żeby słyszała.
        Nie czułem się lżejszy o rozgrzeszenie popełnionych czynów, nie zamierzałem dostać żadnego błogosławieństwa od żadnej z nich. Chciałem tylko, żeby Sol wiedziała, czym jestem. Potrzebowałem mieć przy sobie kogoś, kto będzie potrafił wyciągnąć mnie z nieskończonego wiru ciągnącego w znajome głębiny. Kogoś, komu być może będzie zależało na mnie.
        A jeśli nie na mnie, to na dobru naszego klanu i przyszłości wszystkich wampirów.

Offline

#137 13-10-2018 o 23h42

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 743

.....https://fontmeme.com/permalink/181001/dd88dca11457748dac465f0cff10276c.png


  Lubiła udawać, że jest zwykłym człowiekiem, że można ją łatwo zranić i zniszczyć. Nie robiła tego często, bo odpowiadało jej życie wampira i możliwości, jakie jej oferowało, ale od czasu do czasu miło poudawać kruchą istotkę. Było jej znacznie łatwiej niż innym ze względu na wygląd, gdyż zachowała wiele ludzkich cech i nie miała pojęcia dlaczego tak się stało. Jej skóra nie była idealnie gładka i jasna, jakby wykuta w marmurze niczym grecki posąg, a wręcz przeciwnie. Twarz Carine pokryta była piegami, a ciemniejsza karnacja wyróżniała ją spośród bladych twarzy Krwiopijców. Zjawisko niezwykle rzadko spotykane, właściwie prawie wcale,bo nie dane jej było obcować z kimś podobnym do niej. Kiedy przebywała na wygnaniu, poza mordowaniem i dobrą zabawą lubiła sobie czasem pogrzebać w starych księgach i dowiedzieć się tego i owego na różne tematy. Ceryl Haiko, podróżnik wampir z Serbii, opisywał zjawisko zwane Żywą Śmiercią, które polegać miało na tym iż owy delikwent, nie jest do końca denatem mimo, że jego serce nie bije. Zachowany pozostaje wygląd sprzed śmierci, który mylnie może sugerować, że dana osoba jest jeszcze w pełni życia, chociaż w rzeczywistości mija się to z prawdą. Obejmowało to sferę duchową, bo podobno zmarły nie mógł pogodzić się ze śmiercią do tego stopnia, że siłą woli powstrzymywał jej objawy. Być może Cari właśnie temu zawdzięczała swą wyjątkowość, a może po prostu miała pecha i do końca wieczności skazana była na piegi. Do 1491 roku odnotowano jeden przypadek Żywej Śmierci, jednak tożsamość dotkniętego nie została nigdy ujawniona.
  Błąkanie się samodzielnie po mieście nie było dobrym pomysłem zwłaszcza w momencie, kiedy wszystkie myśli krążyły wokół krwi i chęci rozerwania tętnicy pierwszego lepszego przechodnia. Bernadotte przemieszczała się po dachu, by uniknąć kontaktu z ludźmi i zminimalizować ryzyko zaatakowania któregoś z nich. Dobrym rozwiązaniem było też podwyższenie poziomu adrenaliny, ale by mogła to zrobić, musiała zdobyć się na coś szalonego. Cóż, zawsze chciała przejechać się na motocyklu i nadarzyła się ku temu idealna okazja. Dostrzegła czarny ścigacz zaparkowany przy jednej z wąskich uliczek, z dala od zatłoczonej części Chinatown, jakby maszyna czekała właśnie na nią. Niewiele myśląc ruszyła w jej kierunku i gdy już miała zeskoczyć na chodnik, wraz z silnym podmuchem wiatru poczuła metaliczny zapach krwi. Zatrzymała się w pół kroku starając się zlokalizować źródło, a idąc za charakterystyczną wonią, podeszła na drugi koniec dachu i stała się tym samym świadkiem uroczego przedstawienia, które od razu poprawiło jej humor. Słowa nieznajomego mężczyzny dźwięczały jej w uszach - liż to. Jego ton głosu i postawa sprawiły, że przez ułamek sekundy chciała znaleźć się na miejscu bezbronnej dziewczyny, którą przyciskał do ściany, której skręcił kark, którą zmiażdżył. Mógłby zrobić jej jakąś krzywdę i wcale by jej to nie przeszkadzało, a jeszcze by podziękowała. Cari była w tym momencie zsyntetyzowaną kompilacją wszystkich cech, które uważała za p******* i niezależnie od tego, jak bardzo chciała od nich uciec, one uparcie wracały z jeszcze większą mocą. Wdzierały się w jej trzewia, szeptały do uszu bluźnierstwa i kazały robić takie rzeczy,których będzie się wstydziła do końca swoich dni. Wzdrygnęła się i pospiesznie ruszyła ponownie w stronę motoru, by wyprzedzić wampira i jako pierwsza pojawić się na chodniku. Szedł niespiesznie w jej stronę z rękoma w kieszeni i z bezczelnym uśmiechem wymalowanym na twarzy.
  - Chciałam ukraść ci motor, ale lepsze od tego było patrzenie, jak przemieniasz tą dziewczynę. Chyba nie znasz zasad, ale azjatyckie wampiry nie lubią, jak ktoś poluje na ich terenie.... Omójboże p******** Hazelmare! Cuchniesz! - wyprostowała się natychmiast i skrzywiła lekko, gdy dotarło do niej, co jeszcze czuje poza krwią. Nie chciała wytykać mu tego, że istnieje taki fajny wynalazek, który nazywa się prysznic. Hazelhazel tak go sponiewierała, że nie miał siły doczłapać się do łazienki?
  - Nie żebym zazdrościła, jej albo tobie - rzuciła nieco zaczepnie i postanowiła, że to właśnie on będzie dziś jej adrenaliną. Czy było coś bardziej szalonego niż rozmowa z facetem, który przed chwilą był w Pani Królowej Zastępczyni? Trzeba było jej przyznać, że gust do facetów miała całkiem niezły. Bernadotte otaksowała wzrokiem nieznajomego, zapamiętując najmniejszy szczegół jego twarzy, odkrywając że nie ma w niej nic, co mogłoby ją odrzucić. Ludzie sypiają ze sobą, nic ekscytującego. Zdjąć przed kimś ubrania i rzucić się w wir namiętności to żaden wyczyn, żadna przygoda. Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, kryptonit w postaci małej kuleczki, z którą zrobi coś głupiego. Można ją łatwo zgubić, a wtedy zostajesz sam z dziurą jak po kuli na wysokości splotu słonecznego. Nie da jej się zapełnić niczym: ciałami, przelaną krwią, łzami. Nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma c****. Czy dlatego ona była samotna, bo bała się, że ktoś odkryje jej słaby punkt?
  - Jestem Cari. Przewieziesz mnie? Szukam dziś wrażeń, a ty wyglądasz na kogoś, kto może mi je zapewnić i na kogoś, kto chce się napić - zaczesała kilka niesfornych kosmyków włosów za ucho, zaczynając zastanawiać się, co Sol ma w sobie, że przyciąga takich facetów. To pewnie przez te jej blond kłaki. Wampirzyca lubiła wyobrażać sobie, jak wyrywa jej serce, pozbawia głowy albo rozrywa tętnicę szyjną, o rozczłonkowaniu nie wspominając. Nigdy jeszcze nie myślała o tym, aby ogolić ją na łyso. Czas najwyższy zmienić priorytety.

Ostatnio zmieniony przez Charo (17-10-2018 o 20h34)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#138 14-10-2018 o 00h31

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

    Zęby wbijające się w jej ciało były niczym narkotyczny zastrzyk, niosący za sobą wyłącznie uzależniające doznania. Bezwolnie przymykając powieki i delikatnie rozchylając zakrwawione usta  zaciągała się jego zapachem, czując jak krew upuszcza jej ciało i znajduje ujście w jego ustach. Przyjemność sprawiał jej nie tylko ten gest, lecz również świadomość, że tak bardzo łaknie płynu wypełniającego jej żyły – życiodajnej, rubinowej juchy. Lecz on pożądał, a ona doskonale wiedziała. Miała świadomość, że nie chodzi tylko i wyłącznie o nektar wypełniający jej żyły. Duże i silne dłonie mężczyzny zdradzały jej wszystko i wywoływały przyjemne ciarki biegnące wzdłuż kręgosłupa i rozchodzące się po całym ciele, które nie raz zadrżało. Ona sama też nie pozostawała obojętna na te gesty, nie ważne jak bardzo chciała. Panowanie nad ciałem nie przychodziło łatwo, kiedy dookoła było tyle krwi, kiedy jego dłonie tak kusząco poruszały się drażniąc skórę, pobudzając każdy mięsień jej napiętego jak struna ciała. Wtedy też...
    Odsunął się...Tak zwyczajnie odsunął. Nie wiedziała, czy powinna rzucić się na ścianę za nią i przylgnąć do niej dokładnie całym ciałem, by jej chłód obudził ją z tego eterycznego letargu, czy może pociągnąć dalej tą grę – dziką grę. Patrzyła na jego plecy i kilka wdechów pozwoliło się jej opanować, przynajmniej na tyle, by mogła w miarę utrzymywać w ryzach swoje myśli i ciało.
    Wibracja nieco wybiła ją z rytmu. Dawno nie czuła czegoś takiego, dawno nikt jej nie zaskoczył. Tego uczucia od tak dawna nie zaznała, ale z drugiej strony irytacja. Nie dostała czego chciała, ale właściwie sama nie wiedziała czego chce w tej chwili. Sytuacja była nieodpowiednia, nie powinni, klany i cała ta p******** sytuacja, lecz od kiedy to miało ją interesować? Licentia dostawała to co chce, kiedy mieć tego nie mogła nie była zadowolona. W tej sytuacji jasno wiedziała, że musi sama siebie powstrzymać, ograniczyć. Spętać...dokładnie tak jak on znów pozwalał się spętać własnym ograniczeniom.
    Słuchała go, każdego słowa, najcichszego bicia serca. Znów oddzielał się od prawy, a ona przyjmowała to z uniesioną głową. Dumnie. Chce? Niech idzie, niech jego odejście znów zagości w jej głowie, niech mu się wydaje, że to da mu wolność, ograniczenie, spętanie, powstrzymywanie siebie samego. Niech mu się wydaje, że wegetacja jest życiem. Niech myśli co chce. On nigdy nie będzie wolny, nigdy nie chciał być, jedyne czego chce to nie czuć wyrzutów sumienia, a te? Te nie przejdą jeśli sam nie nauczy się ich tłumić. Nie przejdą do czasu, aż nie zrozumie. Słuchała go i napawał ją...mdłościami, odrazą, niezrozumieniem jak ktoś tak potężny, pięknie silny może być tak..ograniczony. Prychnęła słuchając go, a kiedy skończył mówić w jej głowie słowa były ułożone już w klarowną wypowiedź.
– Nie tylko tej nocy nie zapomnisz Shane. Nie zapomnisz nic, nigdy, a wiesz czemu? Bo tego nie chcesz. Chcesz pamiętać początek, chcesz pamiętać każdą śmierć, każde oczy wpatrujące się w ciebie przed tym jak odebrałeś im życie – ruszyła przed siebie, a każdy jej krok niebezpiecznie wypełniał echo dzielące bicie ich serc.
– Jesteś, byłeś i będziesz bestią, nie ważne jak bardzo będziesz chciał nad tym panować, nigdy ci się to nie uda. Zawsze zdarzy się wypadek, zawsze moje lico będzie skrywać się gdzieś w cieniu. Dałam ci życie, wieczne życie i nasze dusze, o ile takie coś istnieje i nadal to posiadamy zostały związane na wieki. Nasze istnienia, nasze losy, my sami jesteśmy spleceni ze sobą bardziej niż byśmy chcieli – minęła go, bez słowa na schodach, zwyczajnie ominęła, nawet nie zdając sobie trudu, by jej wzrok choć odrobinę spoczął na jego profilu. Nagle zatrzymała się i mówiła dalej patrząc się w nicość przed nią.
– Tak będzie zawsze, nie ważne gdzie uciekniesz, nie ważne co zrobisz. Zawsze będziesz bestią radującą się z mordu i krwi, nie potrzebujesz do tego mnie, ani nikogo innego. To jest w tobie – nagle odwróciła się przez ramię i wwierciła wzrok w jego oczy.
– Tak więc możesz sobie uciec na koniec wszechświata, lecz i tam dopadanie cię mój głos, moje oblicze, głód mordu. Tylko dlatego, że to wszystko jest w Tobie Shane i nigdy się tego nie wyprzesz, nie ważne jak bardzo tego chcesz – niemal już wyszła z piwnicy i ruszyła w mrok, lecz jej ostatnie słowa długo niosła za sobą cisza.
–  Nie ważne jak tego chcesz jestem częścią ciebie

    Można sobie być wampirem, długowiecznym, niebezpiecznym i cholernie wściekłym, ale chodzenie zakrwawionym po ulicach nie było bezpieczne. Zwłaszcza jeśli znajdowała się na tobie krew przywódcy  wrogiego klanu i to nawet nie z aktu mordu, lecz zupełnie innego. Z aktu dzikiego zagubienia, zbłądzenia. Wypadało się jednak przebrać, zmyć z siebie krew no i oczywiście znaleźć jakieś dobre do tego miejsce.  W końcu upatrzyła jakąś kobietę w oknie jednego z apartamentowców, wystarczyło tylko dostać się na to piętro, do pokoju, a to było dziecinnie łatwe dla wampira, zwłaszcza takiego, który dopiero co posilił się krwią innego dziecięcia nocy.
    Dzwonek do drzwi, zdziwienie, lekki wiatr, a później noc. Nic więcej nie czekało tej dziewczyny. Licentia potraktowała ją jako worek na swoje negatywne emocje, ostatnie powołanie dziewczyny, bycie jej workiem treningowym, nawet nie posiłkiem. Najlepsze w tym było jednak to, że tak czy siak dziewczyna, by zginęła, nie ważne, czy przez ingerencję wampira czy przez ilość nielegalnych substancji w jej organizmie. Licentia mogła więc skorzystać, bo czemu nie? Młoda, ładna dziewczyna w bogatej dzielnicy, luksusowy apartament to wszystko oznaczało szafę o równym statusie. Kiedy więc ciało stygło, ona wzięła prysznic, dokładnie szorując ciało, wylewając na siebie drogie perfumy denatki. Swoje rzeczy upchnęła w czarnej torebce nie mając najmniejszej ochoty zostawiać ich w tym miejscu, nawet jeśli to co planowała zrobić miałoby je zniszczyć.
    Sad papierosa rozniósł się po mieszkaniu, jak widać martwa już panienka za życia nie szczędziła zdrowia, w pokoju był alarm przeciwpożarowy, ale już dawno zabezpieczony tak, by można było tutaj swobodnie palić. To tylko plus. Niedopałek rzucony przez Licentię spadł na pościel, a ta zajęła się ogniem. Dym roznosił się w pomieszczeniu, kiedy ciemnooka opuściła je, śmiejąc się do siebie, do swojego mrocznego instynktu, do tego całego z******* świata, który chciała zmieść na popiół, by nie został na nim nawet kamień.
    Wybierała opustoszałe uliczki, słyszała sygnały straży pożarnej, gdzieś daleko daleko stąd, a ona szła przed siebie, aż w końcu znalazła się w jakichś p********* slumsach. Tam wyrzuciła rzeczy z torebki do kosza i podpaliła, patrzyła jak ogień pochłania resztki jej ubrań, resztki tego co zostało po tej krwawej nocy. Nikt się tym nie zainteresował, było to siedlisko cuchnących ludzi, który wybrali chyba jedną z najgorszych możliwych egzystencji. Bez godności, bez wolności. Stając się często niewolnikami własnych nałogów. Kilka osób stało przy koszach grzejąc się podpaloną w nich zawartością, obserwując ją uważnie, w końcu osoba w markowych ubraniach nie pojawiała się w tej okolicy codziennie, o ile pojawiła się kiedykolwiek. Czarna obcisła sukienka była jednak jedną z niewielu rzeczy, która na nią pasowała, widać tamta smarkula kupiła ja z zamiarem „nigdyniezałożenia”. Na wampirzycy była nieco dłuższa niż planował projektant, ale przecież to tamta zamordowana, była jakąś wynaturzoną żyrafą. Kiedy upewniła się, że ubrania spłonęły całkowicie ruszyła dalej, potrzebowała zresetować się, a noc i samotność były do tego najlepsze. Idąc tak przez podejrzane tereny, olewając pogwizdywania jakichś nawalonych neandertalczyków ( z co dziwne jej było do nich bliżej) w końcu dotarła przez jakieś dziwne miejsce. Wyglądało jak zapomniana speluna do której nie zaciągnie się dobry wampirek, ale coś ją tam sprowadziło, jakiś znajomy zapach. Kiedy skojarzyła go z jedną osobą uśmiechnęła się i postanowiła złożyć komuś niezapowiedzianą wizytę.
    Drzwi ustąpiły, a ona wdarła się do środka co dziwne nie odnalazła tego kogo szukała, ale czuła wyraźnie jego zapach, wsłuchała się w otoczenie. Był tu gdzieś, lecz nie chciało się jej szukać dokładnie. Usiadła przed barem, czując na sobie te wszelkie spojrzenia, ciekawe, mroczne, nienawidzące, to nieważne. Zerknęła na barmana , który przed nią stanął.
–  Macie absynt? – zapytała nie siląc się nawet na uprzejmość.
- Zależy kto pyta – odburknął młodzieniaszek. Widząc podejrzliwy wzrok tego osobnika pogrzebała w torebce i wyciągnęła z niej zawinięte martwej banknoty.
– Benjamin z kolegami – odparła i rzuciła mu kilka papierków na ladę, a ten pośpiesznie zebrał je i wsunął do kieszeni. Zniknął na chwilę i wrócił z tym czego chciała. Chociaż tyle dobrego w końcu dostała coś czego chce. Tylko, gdzie podziewa się Arjan, liczyła, że nie będzie kazał na siebie czekać.


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#139 14-10-2018 o 14h21

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 622

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        Ani wściekłość, ani następujący po niej stoicki, niezachwiany spokój czy obojętna brutalność nie były właściwą, do sedna prawdziwą reakcją na to, czego dowiedziałem się od Hazelmere. To, co nią miało zostać dopiero się kształtowało, kotłowało gdzieś wewnątrz mnie, czekając na odpowiednią okazję, żebym mógł stanąć z tą prawdą twarzą w twarz i podjąć decyzję. Ale jeszcze nie teraz. Nie tego wieczoru. Nie, kiedy wypita krew powodowała, że świat był odrobinę bardziej przyjazny i wesoły, a mój krok zdecydowanie zbyt rozluźniony i pewny siebie jak na wampira stąpającego po nieswoich terenach w Nowym Jorku. Tego, na którego polowano a nie tego, który polował.
        I nie w obliczu wampira, który kręcił się w pobliżu. Na dzisiaj wystarczyło już rozdawania o sobie informacji tym ważniakom z Creighton; właściwie wystarczyłoby na całe dekady, biorąc pod uwagę ich wagę. Głęboko wciągnąłem powietrze przez nos wraz z nikłym, ale wyczuwalnym zapachem, bardzo subtelnym jak na wampira a jednocześnie nie sugerującym nikogo mniej niż to. O tak. Zamiast obrywania siebie z tajemnicy, nadszedł więc czas na zebranie kilku faktów.
        Gdy wyszedłem zza załamania uliczki, ona już tam stała, nonszalancko opierając się o mój motocykl. Chociaż „mój” w tym wypadku było lekkim niedopowiedzeniem, skoro ukradłem go niespełna dwie godziny temu jakiemuś wytatuowanemu punkowi, nie wysilając się na więcej niż perswazją przekonanie go, że kluczyki do maszyny przydadzą się bardziej mnie.
        Szedłem wolno, patrząc prosto na nią w odpowiedzi na spojrzenie, które posyłała mi z pewnością nieprzypadkowo, a w głowie brzmiało i brzęczało cicho jedno słowo, doskonale spychając wszystkie ważniejsze problemy gdzieś w tył, tam, gdzie było ich miejsce.
        Carine.
        Kilka faktów o tej młodej wampirzycy ułożyło się w kawałek całości. To ta, która na spotkaniu klanów bardziej była zajęta swoim towarzyszem niż tym, po co się tam zebraliśmy, która bawiła się telefonem i wzbudziła moją pogardę. To kazało sądzić, że jest naiwna, a przynajmniej wyjątkowo beztroska. I to ona zabiła kochanka Licentii wiele lat temu; nagle ta opowieść odżyła w mojej pamięci, przywołując na myśl kolejne cechy – nieopanowana, dzika, mordercza. Wystarczyło dodać, że pod uroczym uśmiechem kryło się coś drapieżnego, a w słowach dźwięczało wyzwanie. Wyzwanie skierowane do mnie. Wiedziała w ogóle kim jestem?
        Normalnie jej słowa pewnie wzbudziłyby moją furię. Ale nie było normalnie – przed chwilą zdewastowałem umeblowanie pokoju, w którym kochałem się z zastępczynią wrogiego klanu, wydrenowałem człowieka prawie do dna, po czym bez chwili zastanowienia go przemieniłem.
        — A to zbieg okoliczności, doprawdy — odezwałem się wreszcie, zatrzymując się zaledwie dwa metry od kobiety, ale nie zmieniając nic w swojej postawie, wciąż z dłońmi w kieszeniach i uśmiechem błąkającym się po ustach — bo ja lubię polować tam, gdzie najbardziej może to kogoś zirytować.
        Było coś rozbawiającego w sposobie, w jakim mówiła o swojej przełożonej. Nie tylko to, że w oczywisty sposób jej nie lubiła – przecież zajmowałem tą samą pozycję i zdawałem sobie sprawę z ilości wrogo mi nastawionych wampirów w klanie, tylu, ile czatowało na moje miejsce. Może coś w jej mimice, lekko zmarszczonym nosie i wyrazie oburzenia oraz faktycznego obrzydzenia. Nie takiego sztywnego, popularnego wśród klanu Creighton.
        Kąciki ust uniosły się jeszcze odrobinę; oto trafiam na kogoś, kto jest wrogi Hazelmere tuż po tym, jak się kochaliśmy. To napawało ekscytacją i chorą satysfakcją. Przecież specjalnie nie zmyłem z siebie zapachu Sol, żeby wiedzieli. A dlaczego nie? Mogłem robić, co chciałem, nie ograniczały mnie prawa, obowiązki i nakazy. Nikt – poza jedną osobą, której akurat nie było w pobliżu – nie miał takiej siły ani tyle władzy nade mną, żeby mi rozkazywać.
        — Szkoda, że nie mogę rzucić nazwiskiem tego, którego ty p********* — odezwałem się, przerywając swój tok myślowy, a jednocześnie zmieniając temat na bardziej neutralny i wygodny. Dla mnie. — Znudził cię? Skoro tak szukasz wrażeń — dodałem bezczelnie, unosząc jedną brew w ironicznym wyrazie.
        Wraz z tymi słowami wreszcie wyjąłem dłonie z kieszeni, z kluczykiem w jednej z nich, i ruszyłem w jej stronę; a może raczej maszyny, o którą się opierała. W ostatniej chwili okrążyłem motocykl i pociągnąłem  go za manetki w swoją stronę, podnosząc go z podnóżki w pion. Wytrąciłem tym samym wampirzycę z równowagi. I zdążyłem zauważyć ciekawy fakt.
        Wchodząc na ich teren, mogłem się przecież spodziewać, że będę trafiał od jednego do drugiego, z pewnością było tu dużo więcej Creightonów niż Norwoodów. Nie sądziłem tylko, że kolejnymi wampirami będą kobiety składające mi dwuznaczne propozycje.
        — W takim razie na szczęście trafiłaś na mnie. Nie mam w zwyczaju nudzić dam. Wsiadaj, jeśli zapach Hazelmere nie kłuje cię za bardzo w piegowaty nosek — rzuciłem zaczepnie, ostatecznie kryjąc uśmiech pod czarnym kaskiem z przyciemnianą osłoną.
        Jednym szybkim ruchem przełożyłem nogę przez maszynę, po czym przekręciłem kluczyk w stacyjce. Silnik zaryczał zachęcająco, budząc w moim nieżywym ciele adrenalinę. Byłem pod wpływem i po zbyt silnych wspomnieniach, żeby zastanawiać się nad konsekwencjami.
        Ostatecznie jednak, wcale nie uważałem, że Carine mogłaby być dla mnie zagrożeniem.

Ostatnio zmieniony przez Valeriane (14-10-2018 o 14h32)


https://zapodaj.net/images/af821556f05b1.gif https://i.imgur.com/0NONn92.gif

Online

#140 14-10-2018 o 16h58

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 743

...........https://i.pinimg.com/originals/b5/2b/f2/b52bf26cd7b8f1fe50e5554cc996f761.gif.....https://fontmeme.com/permalink/181001/dd88dca11457748dac465f0cff10276c.png



  Trudno było dziewczynie stwierdzić, czy cieszy się z obecności nieznajomego, czy w kilku słowach zdążył już ją nieźle w******. Nie wiedziała dlaczego, ale wspominanie o Vinencie jakoś tak ją poruszało w dziwny sposób, co utwierdziło ją tylko w tym, że jest na niego o coś zła. Możliwe, że powodem był wieczór spotkania klanów i to, co stało się między nimi później, a w zasadzie to, co się nie stało. Zmarszczyła lekko brwi szukając w głowie sensu tego wszystkiego, ale chwila nie była odpowiednia na tego typu refleksje. Wampir, mimo jej usilnych prób podbicia chłodnego serca, pozostawał obojętny na urok osobisty Carine, co jasno dawało odpowiedź: nie jest zainteresowany albo ona niewiele wie o facetach i nie potrafi się z nimi obchodzić. Znając jej szczęście, to zapewne chodziło o jedno i drugie. Być może dlatego właśnie tak dotknęła ją zaczepka mężczyzny, w końcu nikt nie lubi przegrywać i ponosić porażek nawet w tak błahych sprawach, jak te sercowe.
  - Hazelmare ukończyła kurs przygotowawczy do bycia wredną s*** i wyszła z niego z wyróżnieniem. Jestem pewna, że gdzieś w szufladzie z bielizną trzyma order prymuski - podkreśliła swoją niechęć do blondynki z kwaśnym uśmiechem i prychnęła cicho, gdy mężczyzna zbliżył się do motoru i odepchnął ją od maszyny, sam na nią wsiadając. Musiała mu wybaczyć, bo był tylko opartym na pochodnych węgla, niestabilnym, organicznym, głupim tworem - jak każdy facet.
  - Oczywiście, że nie przeszkadza mi jej zapach i wcale nie chce mi się rzygać - dodała posyłając ku niemu już zupełnie inne wygięcie warg, jakby chciała tym samym dać znać, że jakoś wytrzyma. Ostatecznie sam zapach Sol nie był mocno wyczuwalny, bo silniej docierała do niej woń podniecenia, spełnienia i rozgrzanych ciał splecionych w zmiętej pościeli. Czuła się dziwnie wiedząc, że kilka chwil temu ten mężczyzna robił to, co robił z tym z kim robił, a teraz ona przykleja się do jego pleców, jakby miała być kolejną pozycją na jego liście rzeczy do zrobienia tej nocy. Nagle ogarnęła ją silna potrzeba wyjaśnienia pewnej sprawy.
  - Z nikim się nie p*****, tak dla jasności - wymamrotała, wciskając na głowę kask, który jej podał i przylgnęła do jego pleców, by ruszyć w nieznane z nieznajomym. Bardziej szalonego wieczoru nie mogła sobie wyobrazić, no i w końcu będzie miała o czym opowiadać Noxowi, a nie tylko wysłuchiwać jego historii z nocnych wojaży.
   Rockefeller Center usytuowane było w Midtown Manhattan i obejmowało teren między Piątą i Szóstą Aleją, co nadawało mu jeszcze bardziej prestiżowy wydźwięk. Cari nie spodziewała się, że to właśnie tam wiezie ją Wampir, ale gdy tylko zatrzymał motocykl zrozumiała, gdzie spędzą resztę wieczoru. Rainbow Room mogło poszczycić się najlepszym widokiem w mieście i to głównie dlatego lokal ten był tak licznie oblegany przez ludzi. Empire State Building na tle nowojorskich świateł wpasowuje się idealnie w panoramę miasta i zachwyca swoją monumentalną postawą. Drink za bagatela sto dolarów smakuje znacznie lepiej na sześćdziesiątym piątym piętrze niż w obskurnym barze Ostatnia Przystań.
   Zajęli miejsca w sekcji dla vipów, co już wiele mówiło jej o nieznajomym mężczyźnie. Lubił sobie dogadzać, obracać się w ekskluzywnych miejscach, zapewne tam gdzie mógł poznać kogoś wpływowego i ugrać tym samym coś dla siebie. Albo po prostu był snobem. Bernadotte usiadła na bajecznie wygodnym fotelu i od razu zsunęła ze stóp buty, które dały jej już się we znaki tego wieczora. Płaci stówę za drinka, to może chociaż posiedzieć sobie boso. Spojrzała na towarzyszącego jej mężczyznę i uśmiechnęła się pod nosem, niby do siebie, a niby do niego. To było jedno z tych spojrzeń, po których człowiek czuje się zeskanowany i odczytany z dokładnością co do spójnika i pięciu zer po przecinku. To było spojrzenie czytającej w myślach maszyny, zaprogramowanej przez pułk rosyjskich psychokinetyków. Carine chciała poznać Wampira choć nie zadawała mu żadnych pytań obawiając się trochę, że gdy zacznie, to go tym spłoszy.
   - Czuję, że coś nas łączy. Coś nas wspólnie w****** - rzuciła mimochodem, odwracając wzrok na widok malujący się za ogromnym oknem. Cholera, faktycznie zapiera dech w piersiach. Dopiero teraz dotarło do niej, że nie zna imienia swojego towarzysza, że się jej nie przedstawił. Zupełnie nie zwróciła wcześniej na to uwagi, a przecież przejechała z nim na motorze pół miasta.
   - Wiem, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła i pewnie za karę odrodzę się w kolejnym życiu jako szyjąca adidasy, głodzona Chinka, ale może mógłbyś jednak zdradzić mi swoje imię, tajemniczy nieznajomy - ponownie powróciła wzrokiem do mężczyzny, na dłuższą chwilę zawieszając spojrzenie na jego intensywnie niebieskich oczach. W całym lokalu nagle rozległ się przeraźliwy wrzask mający swoje źródło w drugim końcu sali. Carine wiedziała, że tak będzie od kiedy weszli do środka i kiedy zobaczyła małe, pyzate coś siedzące na specjalnym krzesełku tuż przy gromadce ludzi, którzy konsumowali kolację. Skrzywiła się lekko, nie mogąc ukryć swojego niezadowolenia z obecności tego czegoś. Dzieci były dla niej, jak obcy z innej planety. To niby-ludzie, ale w osobliwej wersji pomniejszonej i oszalałej. Ruchem głowy wskazała szczęśliwą rodzinkę z brzdącem wierzgającym nogami we wszystkie strony, usilnie próbującym wydostać się z krzesło-pułapki. Na szczęście familia zaczęła zbierać się do wyjścia.
  - To specyficzna forma bycia zakładnikiem. Poza tym nie widzę najmniejszego sensu w tworzeniu nowych ludzi, skoro już od dawna wiadomo, że są wysoce niedoskonałym produktem. - zauważyła, sięgając po jedną ze szklanek z drinkiem, które kelner właśnie podał.
   - Za świat bez ludzi. To dobry toast

Ostatnio zmieniony przez Charo (14-10-2018 o 17h06)


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#141 14-10-2018 o 17h54

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 763

.................................................https://i.imgur.com/f3d3RC1.png
     Spodziewał się, że spotkanie z Janne’em przyniesie mu dużo więcej ulgi. Wprawdzie pozostawał słabym śmiertelnikiem, lecz ten bezzębny staruszek miał w sobie całe tony charyzmy, nie wspominając nawet o znajomościach i idących za tym licznych wpływach. Dlatego Arjan z nadzieją pomyślał, że może stary przyjaciel słyszał jakieś przydatne pogłoski, lub chociaż obieca się czegoś dowiedzieć. Nieco żenującym był fakt, że wampir musiał zasłaniać się człowiekiem, lecz Arjan znał starca od dawna i niezłomnie mu ufał. A jednak… a jednak, gdy wstawał z krzesła w zagraconym gabinecie przyjaciela, spodziewał się, że lęk kłujący jego martwe serce wreszcie ustanie. Nic z tego.
     Udawanie, że nigdy niczego się nie bał, zaczynało już powoli w niego wrastać. Któregoś dnia może tak się stać, że nie będzie potrafił rozpoznać, który z Arjenów jest prawdziwy.
    — Nie martw się, chłopie — Janne poklepał go pocieszająco po ramieniu. — Coś poradzę. A jak nie, to masz swój klan, nie? Ponoć to jak druga rodzina. Ja tam uważam, że to bardziej jak sekta, ale…
     Nie zdołali przekroczyć progu, ponieważ obaj stanęli jak wryci, wpatrzeni w stronę baru. Zresztą, nie tylko oni dwaj spoglądali w tamtym kierunku: całe zapyziałe pomieszczenie jakby ucichło, ponieważ wszyscy pijacy i zabawiające ich prostytutki z zachwytem lub zazdrością przyglądali się jednej jedynej kobiecie. Już sam jej wygląd wywoływał sensację, mimo że teoretycznie w tak wielkim mieście jak Nowy Jork oryginalność nie istnieje. Mimo to niziutka, szczuplutka mulatka o długich, białych włosach i wymyślnych tatuażach. Skutecznie zwracała na siebie uwagę. Na pierwszy rzut oka nie sprawiała wrażenia groźnej: Arjan pamiętał, że z łatwością godną głupca uwierzył temu wrażeniu. Sądził, że to być może z powodu jej wzrostu, lecz przede wszystkim twarzy. Szczuplutka, o wyraźnie zarysowanych kościach policzkowych, doskonale wykrojonych, pełnych ustach prostym nosie i dużych, smutnych oczach. Tak, zawsze mu się wydawało, że kobieta wyglądała na wiecznie smutną, przez co w pierwszej chwili poczuł ukłucie żalu na jej widok.
     Szybko mu przeszło, gdy poznał ją bliżej. Błyskawicznie mu udowodniła, że cały jej obraz, który Arjan ułożył sobie w głowie, był jedną wielką bzdurą. Zaimponowała mu tym, zwłaszcza że większość osób uznawała ją za taką malutką zagubioną istotkę. I w tym właśnie tkwiła siła tej małej manipulantki. Oraz w aurze, jaka od niej emanowała. Gdyby aury miały kolory, jej niewątpliwie była krwiście czerwona, ostrzegając każdego przed zbliżeniem się pod groźbą mocnego zadrapania.
     Każdy w barze to widział. Każdy zdawał sobie sprawę, że kimkolwiek była ta białowłosa piękność, lepiej z nią nie zadzierać. Arjan do dziś zastanawiał się, czemu akurat on od razu tego nie wyczuł.
     Chyba naprawdę był głupszy, niż sam o sobie myślał.
     — K#### — szepnął, doskonale zdając sobie sprawę, że Licentia to słyszała.
     — Oho, szefica — stwierdził Janne rzeczowym tonem. — Powiesz jej?
     — Przymknij się — syknął gniewnie — ona to słyszy!
     — P o w i e d z   j e j. — Starzec zaakcentował każdą literę, uśmiechając się złośliwie.
     Arjan westchnął męczeńsko. No to po tajemnicy. Może nie spyta, pomyślał, uśmiechając się słabo. Ostatecznie odchrząknął i pewnym krokiem ruszył w stronę baru. Wiedział, że od samego początku go obserwowała. Ba!, zdawał sobie też sprawę z tego, że to ona pierwsza go znajdzie. Nie sądził tylko, że to nastąpi tak szybko. Kiedy więc zbliżył się do przywódczyni klanu, skłonił się uprzejmie.
     — Cóż za miłe spotkanie, szefowo. Kłaniam się do nóżek.
     Wiedział, że nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia, ale wcale nie miał takiego zamiaru. Ale od zawsze lubił pokazywać przed nią swoją dużo niższą pozycję, dlatego kłaniał się przed nią za każdym razem, gdy widział, a także nigdy nie nazywał jej po imieniu, tylko per „szefowo”. Lecz bynajmniej nie robił tego ze strachu lub innego równie głupiego powodu. Jemu po prostu było bardzo wygodnie na stanowisku psa na posyłki i nie chciał, by cokolwiek się w tym względzie zmieniło. Niech ważniejsi od niego zajmują się ważnymi sprawami politycznymi, a on grzecznie poczeka na rozwiązanie.
     — Spotkanie jest równie miłe, co zaskakujące — odparł, oparłszy się o bar. Nie zamierzał siadać. Zamiast tego rozejrzał się po barze zupełnie tak, jakby widział go pierwszy raz w życiu. — To chyba nie są warunki godne tak szanownej damy? Uniżenie przepraszam, że spotkaliśmy się akurat w tej zapchlonej budzie. Spodziewałem się, że wkrótce się spotkamy, lecz, ze względu na twój niewymowny urok, miałem nadzieję, że będzie to miejsce bardziej… godne twojej osoby.
     Lubił się przed nią popisywać, cały czas zdając sobie sprawę, że obojga to co najwyżej śmieszy. Cóż, wprawdzie on rzeczywiście robił to bardziej dla siebie, niż dla niej. A i nie chodziło o podlizanie się szefowej klanu, gdyż znał ją na długo przed tym, jak dołączył do Norwoodów.
     — Zamierzałem zdać raport z misji — kontynuował pospiesznie, mając nadzieję, że Tia nie poruszy drażliwego tematu — ale zapewniam cię, że to cholerne nudy. Pokaz jak pokaz, wisiorek jak wisiorek. Jest bezpieczny w rączkach Rei, która zresztą też planowała się z tobą jak najszybciej spotkać, lecz nie mogła cię znaleźć. Jest teraz w swoim mieszkaniu, wiec zapewne tam teraz znajduje się to, czego od nas oczekiwałaś. Masz dla mnie jeszcze jakąś robotę? — zagadnął po krótkiej chwili namysłu. — Bo słyszałem o tym, co się ostatnio tutaj działo. Podobno znowu robi się politycznie. To ja bym wolał s#########. Jeśli szanowna szefowa pozwoli.
     Odchrząknął z zażenowaniem. Naprawdę lękał się tego, co powie Licentia. Wiedział, że z nią nie wolno zadzierać, dlatego rozumiał, że stąpał po cienkiej linii. Cóż, trudno.
     — Może soczku gruszkowego? — zagadnął uprzejmie, uśmiechając się szeroko, po cym kiwnął lekko w stronę szklanki z absyntem. — Ponoć w takim połączeniu smakuje rewelacyjnie.
     Och, van Kalvenhaar, pomyślał utrapiony, w coś ty się w#####.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (15-10-2018 o 18h09)


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#142 14-10-2018 o 21h03

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 3 435

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        Nawet jeśli wcześniej pośpiesznie odrzuciła od siebie telefon, zupełnie tak, jakby samo jego trzymanie wywoływało ból, tak w momencie, gdy do jej uszu dotarł znajomy dźwięk dzwonka, niemalże natychmiastowo ponownie znalazła się na przedpokoju.
        To było przeczucie.
        Aby uniknąć schwytania urządzenia mokrymi rękoma, przetarła dłonie o ręcznik, jakim uprzednio owinęła się tuż po wyjściu spod prysznica, po czym sięgnęła do kieszeni swej kurtki. Na wyświetlaczu znajdowało się dokładnie to imię, które spodziewała się ujrzeć.
        Przesunęła palcem po charakterystycznej zielonej słuchawce i podniosła telefon, przykładając go do ucha.
         Chociaż to nie ty stworzyłaś mnie takim potworem, jakim jestem. Nie zmienię tego, nikt tego nie zmieni. Ta część będzie we mnie na zawsze, do samego końca (…)
        Kolejne słowa popłynęły dalej, a Sol wraz z nimi, jako świadek rozmowy, która najpewniej nigdy nie miała ujrzeć światła dziennego – przynajmniej dla jednej ze stron. Tymczasem ona, słuchając, pokonywała kolejne mile nieprzerwanej prawdy, prawdy niezakłóconej kpiącymi uśmieszkami czy pozami bogatego businessmana, które najpewniej miałaby okazję widzieć, gdyby znajdowała się tuż obok. Funkcjonowały same głosy – Shane’a, potem Licentii – i nic więcej.
        Jednakże poza prawdą, uderzyło w nią także całkowicie co innego – świadomość bezradności. Mogła przecież tylko stać i słuchać, oddzielać to, co wypowiadali, od tego, co działo się gdzieś tle – jakiś kroków, szelestów i innych dźwięków, najprawdopodobniej kompletnie niewyczuwalnych przez zwykłych śmiertelników – niemniej jednak to, co aktualnie działo się między przywódcami, było kompletnie poza jej zasięgiem
        Mocniej zacisnęła palce na telefonie, chłonąc kolejne zdania. Tak naprawdę nie przeraziło jej to, że poznała prawdę; nie przestraszyła się krwawej przeszłości Shane’a i tego, czego najprawdopodobniej dopuścił się w niedawnym okresie, sądząc po treści wypowiedzianych przez niego i Licentię słów. O lęk przyprawiło ją całkowicie co innego – cholerna bezsilność. To, że mogła tylko stać i słuchać.
        Tak, jak z resztą zawsze.
        Nie liczyło się teraz nic, jak tylko to, że mogli znajdować się dosłownie wszędzie, a ona nie miała na to żadnego wpływu. Nie było jej tam, obok, nie chroniła go, tak, jak obiecała, jak przysięgła przed laty. To nie miało tak wyglądać. Nie tak.
        Połączenie zostało zakończone.
        Mimo że ostatnie dźwięki, jakie usłyszała z telefonu, nie brzmiały szczególnie niepokojąco, początkowo wpadła w panikę, wyobrażając sobie w głowie najczarniejsze scenariusze. Nie mogła znieść myśli, że po raz kolejny nawaliła w czymś, na czym jej tak bardzo zależało. Nie było cienia wątpliwości, że tych dwojga łączyła jakaś szczególna więź – więź, która w rękach kogoś tak potężnego, jak Licentia, mogła okazać się narzędziem szczególnie niebezpiecznym. Przetarła twarz dłońmi, przeklinając w myślach. Gdyby nie była taką p******** hipokrytką, nieufającą przywódczyni wrogiego klanu i jednocześnie idącą do łóżka z jej własnym zastępcą, to może aktualnie mogłaby jakkolwiek wpłynąć na sytuację. Na ten moment mogła jednak tylko spróbować się opanować i zacząć myśleć logicznie.
        Nikogo nie straciła. Nikt nie został skrzywdzony. Nikomu nic się nie stało.
        Powtarzając to sobie jak mantrę, utworzyła nową wiadomość.
         ”Gdzie?”
        Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że, chcąc wysłać smsa, przez moment zamiast imienia „Shane”, szukała na liście wspomnianego przez samą siebie „Nikogo”.
        Wysłała zapytanie, ubrała się, odrzucając jeszcze wilgotne włosy na plecy i pośpiesznie wyszła z domu.

Offline

#143 15-10-2018 o 17h42

Straż Obsydianu
Valeriane
Żołnierz Straży
Valeriane
...
Wiadomości: 622

____________https://zapodaj.net/images/a7f3e41efa09c.png

        Ciche parsknięcie ironicznego śmiechu na dźwięk wymamrotanego komentarza zostało zupełnie zagłuszone przez ryk silnika, pisk opon wyrywającego się do przodu motocykla i wycie straży pożarnej gdzieś daleko ponad miastem.
        Wbrew swojemu wcześniejszemu zapewnieniu, pierwsze miejsce, które przyszło mi na myśl mogło zdawać się nudne, snobistyczne i sztywne. Tam chodzili ludzie spętani modnymi krojami sukien i garniturów, z ustami zasznurowanymi kłamstwami i uśmiechami tak niedorzecznie, do granic uprzejmymi, że na ich widok mogło tylko chcieć się rzygać. Ale wzmianka Carine sprzed kilku chwil o piciu przypomniała mi w ustach paskudny, sztucznie słodkawy smak Bourbonu, bardziej zbliżonego do pokątnie pędzonego samogonu niż szlachetnego trunku. A to znowu spowodowało, że zapragnąłem zmyć tamten z języka – i jeszcze inny, aromatyczny w zupełnie inny sposób. Nawet taka ilość krwi nie mogła tego zrobić, co więc powodowało, że pokładałem nadzieję w drogim, wysublimowanym alkoholu? Kto wie.
        Nie traciłem więcej czasu na przemyślenia; nie miałem go z resztą. Spożyta krew zdawała się pulsować w całym moim ciele, budząc do życia serce na spółkę z adrenaliną spowodowaną jazdą po mieście w ochraniaczach w formie wyłącznie koszuli i eleganckich spodni, z dziewczyną przyklejoną do moich pleców – ubraną jeszcze skąpiej. To pozwalało odciąć się od uczuć, emocji i myśli, a ja z przyjemnością skorzystałem z tej okazji. Wreszcie bez zbędnego gadania dostaliśmy się do lokalu i zajęliśmy miejsca – prawdopodobnie to mój wrodzony sarkazm kazał wybrać te najdroższe, dla VIP-ów, właśnie w towarzystwie członkini klanu Creighton. Albo ładny widok i przepaść w plątaninę świateł oraz chaotycznego ludzkiego ruchu daleko w dole, przepaść, od której dzieliło nas tylko dwucentymetrowa, hartowana szyba. Nieskazitelnie czysta i skąpa w obramowanie między połaciami przeszklenia, ma się rozumieć.
        W każdym razie, zdążyłem już zauważyć, że Carine łatwo wyłamywała się ze stereotypów tworzonych na podstawie przeciętnego członka wrogiego klanu. Było oczywistym, że kiedy wreszcie siądziemy naprzeciw siebie, przyjdzie czas, żeby porozmawiać. Tylko, cóż, nie spodziewałem się, że z miejsca zaczniemy znajomość od tak kontrowersyjnych tematów.
        — Tajemniczy nieznajomy brzmi zbyt pociągająco, żebym miał teraz po prostu powiedzieć ci swoje imię — odpowiedziałem, z jednoczesnym delikatnym uniesieniem jednej brwi. Łatwo było odbijać piłeczkę w ten sposób, a to dawało mi czas na zastanowienie się nad czymś znacznie bardziej skomplikowanym i poważnym. — Jeszcze bym cię rozczarował — dodałem, po czym sięgnąłem po postawioną przede mnie szklankę z whisky.
        Myślałem. Gorączkowo, pod dziwnie przeszywającym spojrzeniem Carine. Z uśmiechem kryjącym się w kącikach ust zastanawiałem się, czy naprawdę jest taka możliwość, że wampirzyca nie ma pojęcia, kto jest zastępcą wrogiego jej klanu. Kto mógłby zrobić wiele złego w jej życiu i w życiu bliskich jej osób, jeśli Licentia byłaby trochę mniej powściągliwa w wymierzaniu sprawiedliwości za popełnione przeciwko niej grzechy. Nawet, jeśli uczynione nieświadomie.
        Zerknąłem kątem oka w stronę wrzasku nieprzyjemnie wwiercającego się w głowę ze względu wyczulony wampirzy słuch, ale tak jak i kobieta, nie spuszczałem spojrzenia na dłużej ze swojej rozmówczyni.
        — Faktycznie, całkiem trafny — odpowiedziałem zdawkowo, wzniosłem lekko szklankę i wreszcie przystawiłem chłodne szkło do ust.
        Smak alkoholu, choć prawdziwie bogaty, nie spełnił tamtych oczekiwań. Oczywiście, że nie.
        — Widzę w nim tylko jedną lukę, a mianowicie, że wtedy musielibyśmy zacząć głodować. No, chyba że — dodałem prawie niewinnie po krótkiej pauzie, choć w moich oczach błysnęło coś wyzywająco — lubisz pożywiać się na zwierzętach. Ja nie. Dlatego znacznie lepszą alternatywą byłoby hodowanie ludzi w zamkniętych gettach i wybieranie sobie odpowiedniego posiłku w danej chwili, bez konieczności znoszenia ich widoku wolnych, biegających luzem na ulicach jak bezpańskie psy i panoszących się po lokalach takich jak ten. To rozwiązuje chociaż jeden problem; obiad najlepszy jest na ciepło – mama ci tego nie powtarzała? — Wszystko to powiedziałem równym tonem, bez uniesień, bez szeptów, patrząc jej prosto w oczy. Z cieniem uśmiechu, jakbym opowiadał o czekoladowych płatkach śniadaniowych, a nie lekko kontrowersyjnej metodzie na ubezwłasnowolnienie podgatunku, jakim była ludzkość.
        Chciała mnie zaskoczyć swoim zdaniem w tym temacie? Wątpię, żeby mogła.
        — Może lepiej zostawić to ważniejszym od nas — rzuciłem po chwili ciszy swobodnie, machnąwszy przy tym lekceważąco dłonią. — Wiesz, w takich miejscach żałuję tylko, że nie potrafimy latać. To jedyne ograniczenie, które prawie budzi we mnie nostalgię — dodałem, po raz pierwszy przenosząc spojrzenie i wbijając je w widok za szybą.
        Świat żył, Nowy Jork funkcjonował jak wielki organizm mimo późnej pory, jak zwykle. Nie wiem, w którym momencie zupełnie przestałem oddychać, jakbym chciał usłyszeć szum miasta pod nami. Choć nawet jak na nasze możliwości byłoby to trudne do osiągnięcia.


https://zapodaj.net/images/af821556f05b1.gif https://i.imgur.com/0NONn92.gif

Online

#144 15-10-2018 o 19h03

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

         Nie chcę? Naprawdę nie chcę? Zmusiłem ociężały umysł do skupienia się na jej słowach. Zmusiłem do tego, żeby rozważyć, czy ona to wie, czy tylko zgaduje.
        Nie, ja nie chcę o tym zapomnieć. Chciałbym to po prostu zupełnie wymazać ze swojego życiorysu i chociaż na moment stać się białą kartką, a nie wampirem obciążonym dziesiątkami, setkami przeżytych istnień i pokoleń. Być po prostu człowiekiem… I umrzeć jak człowiek. Tego chciałem. I właśnie to nie będzie mi nigdy dane, bo zwykłą śmierć wymieniłem na wieczne życie z przekorną myślą, że ubiłem jego interes. Teraz to obciążało mnie bardziej jak paskudna klątwa. Tak samo, jak słowa kobiety, które jedno po drugim dokładało cegiełkę na sięgający już nieboskłonu mur.
        W pewnym momencie nawet przestałem już analizować to, co mówiła. Po prostu brałem to do siebie jako najczystszą prawdę, niefiltrowaną własnym poczuciem sprawiedliwości i własnym rozumem. Miała rację, we wszystkim miała rację. Jak zawsze.
        Czy nie dlatego trzymałem ten telefon w dłoni, zbyt mocno zaciskając na nim swoje zakrwawione palce? Żeby było ktoś, kto pamięta mnie takim, jakim siebie wykreowałem od dotarcia na ten kontynent. Kotwica, która trzyma mnie przy tym misternie szytym gobelinie moich akcji i ktoś, kto ma mi przypomnieć, kim naprawdę jestem. Nie wycinkiem całości. Nie jednym fragmentem obrazu, ale jego całością. Całą historią, która ukształtowała mnie w istnienie, którym byłem.
        Osoby nie da się opisać w kilku słowach, nie można streścić w jednym zdaniu. A już na pewno nie wampira. Nie takiego nadnaturalnego potwora, który żyje, chociaż jego serce przestało już bić. Którego miejsce jest trzy metry pod ziemią w dębowej trumnie.
        Licentia zniknęła. Podniosłem telefon wyświetlaczem do góry i skończyłem połączenie.
        To dziwne i nowe czuć się dzieckiem, niepewnym, co ze sobą zrobić. Zgubionym i poszukującym. Nie byłem nim od niespełna ośmiuset lat, a może nawet nigdy? Rodzice przykładali na mnie presję zostania kimś ważnym. Z prychnięciem śmiechu pozbawionym rozbawienia zastanawiałem się, jak bardzo spodobałaby im się moja obecna pozycja. Władza dzierżona w dłoniach. I odpowiedzialność na ramionach przyciskająca mnie do ziemi, zmuszająca do walki o każdy oddech.
        Kiedy telefon zawibrował, natychmiast skupiłem myśli uciekające do dalekiej przyszłości na teraźniejszej chwili.
        U ciebie w mieszkaniu
        Usunąłem wystukaną wiadomość, natychmiast się reflektując. Zbyt prywatne, zbyt natarczywe. Mój tok rozumowania powoli wracał na znajome tory. Przymknąłem powieki czując, jak uderzają we mnie fale obojętności i zmęczenia. A krew nadal buzowała w moim ciele i na przekór świadomości pchała do działania. Drżącą dłonią spróbowałem ponownie.
        Gdzieś, gdzie jest dużo ludzi.
        W centrum, Times Square
        Central Park?
        Natychmiast zerknąłem w dół, na swoją koszulę nasiąkniętą krwią, rozerwaną przy szyi, na dłonie pokryte posoką. Warknąłem, mocno wyczuwając irytację. Głupota. Wycofałem podwójnie zapisane wcześniej słowa.
        Gdzieś, gdzie jest mało ludzi, ale nadal blisko centrum.
        Most Brooklyński
        East River State Park, bar przy przecięciu ulic, restauracja, pub…
        Nic nie było wystarczająco dobre, a klawisze zacinały się, czy to od zalania telefonu krwią, czy słabej funkcji dotykowej przez brudne palce.
        Zanim zdążyłem nad tym zapanować, telefon uderzył o drewnianą ścianę stajni z zaskakującą siłą i roztrzaskał się na kawałki. Gówniana, nowoczesna technologia! Poczułem, że moje kły się wysunęły, a później instynktownie nasłuchiwałem nadchodzące kroki. Były wolne, leniwe. W przeciągu sekundy znalazłem się przed niewysokim mężczyzną, który szedł przed siebie, gapiąc się na telefon. Nawet nie zdążył krzyknąć widząc, jak wyglądam.
        — Dasz mi swój telefon, bardzo go potrzebuję.
        — Dam panu mój…
        — I po prostu stąd s**********, zanim pozbawię cię głowy — warknąłem, tracąc cierpliwość z każdą kolejną sekundą oczekiwania. Niecierpliwość i rozdrażnienie łaskotały mnie od wnętrza, jednocześnie powodując skołowanie. Nie rozumiałem tych emocji. A zastanawianie się nad nimi jeszcze bardziej wystawiało życie niewinnego chłopaka na próbę. — Spróbuj zacząć krzyczeć, a będzie to ostatni użytek, jaki zrobisz ze swoich strun głosowych — zawołałem za nim, kiedy wyminął mnie i kilka kroków dalej zerwał się do panicznego biegu.
        Nie byłem ze swoich metod dumny, ale zeszło ze mnie odrobinę agresji, co zauważyłem wpisując znany na pamięć numer telefonu Sol w widomości. Wraz z tym przyszło przejaśnienie umysłu.
        Moje biuro, firma jest o tej porze zamknięta. Jeśli kogoś spotkasz, użyj persfazji.
        Wysławszy wiadomość, zgniotłem urządzenie w palcach, a chwilowy ból spowodowany szybką wbijającą się w dłoń ponownie sprawił, że udało mi się wziąć spokojniejszy oddech. Odrzuciłem urządzenie na bok i w mgnieniu oka zniknąłem z toru wyścigowego, w wampirzym tempie dostając się najpierw do tylnego wyjścia, a później omijając główne ulice skierowałem się do wieżowca, w którym od dawna mieściła się moja firma.

        Pomysł nie był wcale głupi. W biurze powinienem mieć jakiś garnitur na zmianę, a atmosfera będzie przynajmniej odrobinę oficjalna. Czułem, że dłonie mi drżą i niech mnie coś ciężkiego p********* jeżeli to nie ze stresu przed konfrontacją twarzą w twarz z Sol po tym, co pozwoliłem jej usłyszeć nie tak dawno temu.
        Kiedy zza moich pleców rozległy się podniesione głosy, zorientowałem się, że za długo stoję na placu przed wieżowcem, wpatrując się w wielki napis umieszczony nad podcieniem, na wysokości piątego piętra. Wyluzowałem szyję i ruszyłem do przodu, prosto do biura strażnika, któremu wystarczyło jedno słowo, żeby mnie puścić. W rzeczy samej, aż tak naiwny nie byłem – nie pozwalałem byle komu zbliżać się do siebie, ale tutaj, w dolnej recepcji wystarczył zwykły człowiek, który nie pozwalał nikomu niepowołanemu wejść do środka. Na wyższych piętrach umieściłem wampiry, których nie dało się oszukać tą prostą sztuczką.
        Lubiłem, kiedy wszystko było porządnie przemyślanie. Lubiłem, przynajmniej… Kiedy jeszcze byłem sobą, bo teraz te wszystkie środki ostrożności igrały niebezpiecznie z moim zupełnym brakiem cierpliwości.
      Dopiero, kiedy znalazłem się w ciemnym biurze poczułem się odrobinę swobodniej. Przeszedłem przez długość pomieszczenia, na niczym nie zawieszając spojrzenia na dłużej. Wszystko było znane, każdy cholernie drogi mebel, każdy fragment wystroju. Dotarłem w końcu do przeszklonej ściany i spojrzałem w dół. Stałem tak długo, zupełnie bez ruchu, nawet nie zapalając światła.
      I żałowałem, że od pochylenia się w przód i skoku dzieli mnie cienka tafla szkła.
        Kroków Sol nie usłyszałem. Wyczułem jej obecność dopiero, kiedy pojawiła się w pomieszczeniu, a miałem wrażenie, że i to stało się późno. Może chciała się skradać, a może to moje zmysły ułożyły się w taki paradoks – tak ostre, a jednocześnie stępione swoją ilością. Błyszczącymi światłami miasta i ciszą mojego eleganckiego biura, które teraz miałem ochotę zupełnie zniszczyć. Niestety, rzucanie przedmiotami nie mogło rozwiązać tego problemu. Żadnego innego też, chyba że koniecznie chciało się nakłonić żonę do przemeblowania.
        — Przyszłaś — odezwałem się, przerywając tym samym ciszę, jaka zapadła między nami. — Słyszałaś, ale jednak przyszłaś.
        Te słowa nie emanowały podziwem. Jeśli można było w nich cokolwiek wyczuć, to raczej drżącą nutę strachu. I przerażającej niepewności.

Ostatnio zmieniony przez Chocolate (15-10-2018 o 19h03)

Offline

#145 15-10-2018 o 23h01

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

Muzyczka

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

    Wiele oczu skierowanych w jej stronę było niczym, zaledwie marnym pyłem czasu. Każdy z nich był zaledwie nic niewartą drobiną pod jej stopami, bezsensownymi istnieniem, twarzami, których nawet nie zapamięta, które zleją się w jedną szarą masę. To nie oni byli wybrani przez wieczność. Nie dla nich wielkie cele, zmiana historii, podrzędne pijaczyny z wielkiego miasta w którym nie zwraca się uwagi na ten margines. Z jednej strony iście wygodne dla wampira towarzystwo i zapewne zbiór wszelkich informacji, nikt nie zwracał na nich uwagi, a uszy wyłapały co trzeba. Z drugiej wątpiła szczerze, że ktoś z klanu Shane'a tu zaglądał z własnej nieprzymuszonej woli – wniosek jest jeden, wychodzą same plusy no i do tego można tutaj nabyć absynt.
    Barman postawił przed nią kieliszek i nalał do niego odrobinę zielonego płynu. Ciche westchnięcie wydobyło się spomiędzy jej warg, a znudzony wzrok przeniósł się na mężczyznę. Mlasnęła niezadowolona i pociągnęła łyk oblizując po nim wargi.
- Może być, a teraz dawaj całą butelkę, przynieś cukier, łyżeczkę i zapalniczkę. -wwiercała się wzrokiem w chłopaka, a ten posłusznie poszedł na zaplecze. Wtedy też postanowiła przenieść swoją uwagę na mężczyznę do którego tutaj przyszła. Zerknęła na niego kątem oka, kiedy to przeklął siarczyście, wywołując tym samym tak doskonale pasujący do jej twarzy ironiczny uśmiech. Nie krępowała się tym, że słyszy jego rozmowę z ludzkim towarzyszem, wręcz przeciwnie była bardzo zrelaksowana i nawet śmiała wykazać nutkę zainteresowania.
    Kiedy zbliżał się do niej pewnym krokiem już wbijała w niego spojrzenie i uśmiechała się delikatnie, oparła brodę na dłoni i czekała, aż przyjdzie, ukłoni się jak to miał w zwyczaju. Uroczy i elegancki Arjan był jednym z tych, których widziałaby jako przywódcę gdyby chciał władzy. Albowiem jak zdążyła się nauczyć przez tyle lat życia nie powinno obawiać się najbardziej tych którzy w pierwszym rzędzie stoją , nie tych, którego głosu inni się boją. Straszni nie są ci co na życie innych otwarcie grasują, nie tych co szablą wojują. Lecz obawiać należy się tych co w cieniu intrygi knują, w głowach innych buszują, co w rzędach ostatnich się kryją i sztyletem wbitym w plecy zabiją. Ari był sprytny, wiedział, gdzie kierować swoje wpływy, za który sznurek pociągnąć i to wszystko mimo tak młodego jak na wampira wieku, chociaż z drugiej strony dwieście lat to nie takie znów niewiele. Do tego potrafił być żądny krwi, lecz jak widać panował nad tym. Dość silny, wpływy wyrobiłby sobie bardzo szybko, ile kiedykolwiek ten wolny ptak zapragnąłby czegoś takiego jak władza to właśnie jego powinna się obawiać najbardziej. Żadnego innego głośnego członka klanu po którym może spodziewać się ataku, nie Nicholasa, któremu chyba jako jedynemu mogła całkowicie ufać. Oczywiście w stosunku do Arjana również posiadała pewne zaufanie, jednak był to inny rodzaj niż ten, którym darzyła Nicholasa. Niezależnie od tego jak bardzo mogła ufać innym, zawsze spodziewała się, że ktoś prędzej czy później zechce zabawić się w Brutusa. Prawdopodobnie wszyscy prócz Nicka mieli tą łatkę.
    Skłoniła delikatnie głowę i posłała mu tajemniczy uśmiech, w tym czasie barman przyniósł rzeczy o które prosiła, położył je na czystej ściereczce. Oczywiście w takich warunkach mogła zapomnieć o eleganckiej cukiernicy, wystawnej srebrnej łyżce, ale chociaż zapalniczka się jej spodobała. Jej towarzysz jak zwykle mówił bardzo przyjemnie, lecz im więcej mówił, tym bardziej pewna była, że coś ukrywa i ta rozmowa, którą właśnie odbywał nie była przeznaczona dla niej. Jeśli czegoś nie mogła to chciała tego bardziej, w tej chwili tak samo było z tą informacją. Im dłużej mówił, tym bardziej się uśmiechała. Zaiste był bardzo uroczy, w końcu odrzuciła włosy z ramion i uśmiechnęła się zadziornie. Chciał to przeciągać? Jeśli to była forma droczenia się to udawało mu się, ale ileż można czekać. Licentia niekiedy nie grzeszy cierpliwością.
- Byle coś w krzyżu ci nie łupnęło misiaczku jak będziesz się kłaniał. Uwierz, twych dziadków jeszcze w planach nie było, gdy ja chadzałam w gorsze miejsca. Takie które by tych tutaj wprowadziły w zawstydzenie – odpowiedziała i zaczęła przygotowywać sobie drink. Kostka cukru, łyżeczka, alkohol i ogień...coś pięknego, niebezpiecznie i nielegalnie pięknego. Wisiorek nie był przecież tak ważny w tej chwili, skoro był już w mieście to można było balować.
- Może pozwolę, a może przydadzą mi się twoje talenty – mruknęła przypalając cukier i wlała topiącą się zawartość do kieliszka. Pociągnęła łyk i zamruczała zadowolona.
- Dziękuję za polecenie, ale nie rozcieńczam. Nawet czystej nie popijam, no chyba, że czymś czerwonym – zaśmiała się i poklepała miejsce obok siebie.
- Misje misjami mój drogi Arjanie. – zarzuciła nogę na nogę i poklepała miejsce obok siebie.
- Siadaj, pokażę ci jak powinno się pić absynt. Może ten nie jest najwyższych lotów, ale ujdzie – jej wzrok niecierpliwie skakał z jego twarzy na stołek barowy.
- A tak w ogóle...szefica, podoba mi się to określenie. Możesz przemienić tego człowieka, mało który ma jaja żartować w obecności wampira, a co dopiero z wampira. Szkoda, żeby taki poszedł do piachu – wskazała palcem jakiś niewiadomy punkt za swoimi plecami i uśmiechnęła się ukazując biały kieł i pstryknęła na barmana wskazując swój kieliszek i pokazując po tym dwa palce co chłopaczyna od razu zrozumiał i przyniósł kolejne naczynie z łyżeczką.
- Skoro skończyliśmy już to bezsensowne pitu pitu, raport zdasz mi jutro o ile dasz radę wytrzeźwieć. Bardziej interesuje mnie w tej chwili o czym nie powinnam wiedzieć. Obydwoje dobrze wiemy, że sekrety nie robią dobrze znajomościom – uśmiechnęła się do niego wymownie i nachyliła nad jego kieliszkiem i przygotowała dwa napitki.
- Jeden łyk, no ze mną chyba się napijesz prawda ? – zapytała podając mu naczynie z tym samym uśmiechem.

Ostatnio zmieniony przez Iku (15-10-2018 o 23h07)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

#146 16-10-2018 o 00h27

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 20 763

.................................................https://i.imgur.com/f3d3RC1.png
     Gdyby był śmiertelnym, jego serce waliłoby jak oszalałe.
     Któregoś dnia, zaledwie kilka lat po swojej przemianie, kupił mały notesik oprawiony w czarną skórę. Wrócił z nim do swojej brudnej nory, zamknął drzwi na klucz, pootwierał losowe książki i z równie losowo wybranych liter utworzył swój własny szyfr. W normalnych warunkach wymyślony kod musiałby sobie gdzieś zapisać, bo na pewno by zapomniał, jak się nim posługiwać, co samo w sobie przeczyło pomysłowi z szyfrem. Na szczęście jako wampir nie miał z pamięcią problemu. Dlatego w końcu otworzył swój nowy notesik i zaczął zapisywać w nim wszystko, co dotyczyło jego wampiryzmu.
     Marzył o tym, by któregoś dnia go spalić. Zrobi to w dniu, w którym znowu będzie człowiekiem.
     Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zapisał w notesie, było porównanie wyobrażeń o wampirach z dobitną rzeczywistością, którą Arjan znał aż za dobrze. Więc, z czym kojarzyły mu się wąpierze, jak sam zwykł nazywać swoją nową rasę? Z krwią…? Tak. To prawda, a nawet więcej. Krew była życiem. Życiem, oddechem, snem i koszmarem. Krwawe były jego oczy, z krwi wylano jego duszę, krwawo majaczył jego cień. Krew to kochanka, mściciel, morderca. To najsłodszy, najbardziej zabójczy narkotyk.
     Tak. To się zgadzało.
     Co jeszcze? Wampiry to śmierć. Ich nieodłączny partner, prawa ręka, natrętny, czarny kocur łażący za nimi dosłownie wszędzie. Nie trzeba jej chcieć, pragnąć, marzyć. Nie trzeba się bać lub czuć wyrzutów sumienia, bo to naturalny proces. Naturalny proces, który sprawiał, że Arjan jeszcze długo budził się w nocy z krzykiem. Wtedy kontrola emocji bardzo mu się przydała, lecz to nie zawsze pomagało. Zabicie pierwszego człowieka, by się pożywić… potem drugiego i następnego… nie wiedział, jak sobie z tym poradzić.
     Dziś nie to było najgorsze, że nadal musiał zabijać. Najgorsze było to, jak okrutnie na to zobojętniał.
     Co jeszcze? Wampiry są szybkie, silne, bezszelestne… owszem. Śpią w trumnach i zamieniają się w nietoperze — to niekoniecznie, choć Arjan zawsze chciał latać i nawet maleńkie ciałko gacka chyba by mu w tym mocno nie przeszkadzało. Są cholernie bogate i zabija je słońce — no owszem. Są nieustraszone, niepokonane…
     Cóż… w tej kwestii stwórca Arjana musiał coś mocno zepsuć. Van Kalvenhaarowi nie brakowało sprytu i zwykle udawało mu się całkiem sprawnie wywinąć z kłopotów, upadając na cztery łapy. Ale to nie miało nic wspólnego z odwagą i walecznością, a wręcz przeciwnie. Arjan po prostu doskonale opanował umiejętność ucieczki. Był niczym ten parszywy szczur, który zakradał się, mając nadzieję, że nikt go nie zobaczy i nie będzie musiał walczyć, po czym zabiera co swoje i daje w długą. Właśnie dlatego był doskonałym handlarzem i tak dobrze radził sobie na czarnym rynku. W tym biznesie butne chojraki chętne do bójki nie przetrwałyby nawet dnia. Tam trzeba było samotników zdolnych kraść dla kasy i to tak, żeby nie dali się złapać. Dlatego Arjanowi było dobrze jako wolnemu strzelcowi.
     Bo był j###### tchórzem. I wcale się tego nie wstydził.
     Dlatego też będąc w klanie, czasami czuł się nieswojo. Wciąż uczył się pracy w grupie i próbował sobie wmówić, że nie jest sam i że teraz ma nową rodzinę. Wprawdzie poza matką i ojcem nigdy nie miał innej, no!, ale teraz już tak. Dlatego niby wiedział, że nie powinien niczego ukrywać przed swoją wszechwiedzącą szefową, ale z drugiej strony stara szkoła cały czas szeptała mu do uszka: zrób to sam.
     Patrząc na Licentię świdrującą go wzrokiem, nie było na to szans. Westchnął męczeńsko, uważnie przyglądając się tej wampirzej piękności. Cóż, przynajmniej humor miała dobry, a to już coś.
     — Może i dziadków moich nie znałaś, ale pradziadkom pewnie zdążyłaś w######## — uśmiechnął się krzywo, starając się patrzeć jej w oczy. Kusiła go stojąca na barze szklanka z absyntem, ale wolał się nie narażać.
     Kiedy Tia zahaczyła temat ewentualnej roboty dla Arjana, przez cudowną chwilkę pomyślał, że jakimś cudem udało się odwrócić jej uwagę od właściwego tematu. Nie za bardzo w to wierzył, zwłaszcza że to jego wykręcanie się było bardzo koślawe. Ale może faktycznie zadziałało, skoro szefowa zaproponowała mu nawet absynt. Może to miała być tylko kumpelska pogawędka? Arjan naprawdę na to liczył, a ucieszył się jeszcze bardziej, gdy białowłosa wspomniała o jego ludzkim przyjacielu. Mimo to zjeżył się na moment, gdy pomyślał, że Tia mogła uznać „szeficę” za obrazę, ale dobry humor wciąż jej dopisywał.
     Gdy tylko usłyszał o opcji przemienienia Janne’ego w wampira, wybuchnął gromkim śmiechem, niebezpiecznie wychylając się do tyłu na barowym stołku.
     — Janne wampirem? — pisnął cicho, choć z trudem powstrzymywał kolejne salwy śmiechu. — Koniecznie muszę mu to zaproponować! Gdyby jakimś cudem się zgodził, specjalnie wybiorę pełnię księżyca, coby było bardziej romantycznie w czasie przemiany! No i zachęcę go tym, że odrosną mu włosy i zęby! Janne jednym z nas — Arjan znów zachichotał — na to bym nie wpadł! Ale obiecuję, że przekażę, szefowo!
     Po propozycji przemienienia jego przyjaciela w wampira, van Kalvenhaar naprawdę zaczął wierzyć, że może jakoś wykaraska się z tej rozmowy…
     …a potem Tia poruszyła temat tajemnicy. K#### mać, pomyślał zrozpaczony.
     Zupełnie nie miał pomysłu, jak się z tego wyplątać. Pewnie gdyby był człowiekiem, zacząłby pocić się jak świnia, w mig odstraszając taką ślicznotkę. Stety lub niestety, poty nie imały się wampirów, co jednak nie przeszkadzało w tym, że Arjan wyglądał na przerażonego. A Licentia zapewne czerpała z tego niewymowną radość. Było to widać po jej pewnym uśmieszku, który ani przez moment nie schodził z twarzy. Panowała nad sytuacją, kierowała rozmową, robiła z Arjanem co tylko chciała. Był do tego przyzwyczajony i zupełnie by mu to nie przeszkadzało, gdyby nie to, że chodziło o jego brudne sprawki i ich wyjawienie, na co wampir nie miał najmniejszej ochoty.
     Nawet łyk absyntu zaproponowany przez Tię niewiele dał. Alkohol nieźle kopał i nawet on jako wampir musiał to przyznać. A gdy już tego posmakował, z całą stanowczością pomyślał, że to już pewne: po tej rozmowie wprost  m u s i  się n######. Bo na trzeźwo się tego nie da, pomyślał udręczony.
     Samo picie absyntu nie wystarczało i gdy przywódczyni klanu wymownie zamilkła, Arjan zrozumiał, że teraz to on miał głos. Odchrząknął, poprawił się na krześle, na szybko zastanawiał się, co właściwie powinien powiedzieć.
     Nie wiedział. Nie miał pojęcia.
     — Ach, Tia — zaczął, starając się brzmieć swobodnie — przecież znamy się od lat. Mało to fajnych błyskotek ci nazwoziłem? Wtedy tajemnica była moim znakiem firmowym. I, choćbym tego chciał, wiele się nie pozmieniało…
     Na ułamek sekundy pojawiła mu się w głowie czerwona lampka obwieszczająca, że ta odpowiedź się raczej Tii nie spodoba. Musiał koniecznie wymyślić coś innego.
     — Tak czy siak — sprostował pospiesznie — hmm… wiesz, no… no mam kilka sprawek jeszcze… jeszcze, no, z tamtego świata… wiesz, nie? No, w sensie z handlu. Czarnego. I… hm, stare kontakty się chyba odezwały i…Ja p#######, brzmisz jak idiotaNo — zakrzyknął dziarsko — po prostu chyba mam trochę kłopotów, ALE spokojnie, już zacząłem działać — oświadczył dumnie, jakby jego odpowiedzialne podejście było powodem do poklasku — i pewnie to nie jest nic poważnego. Nic, czym mógłbym cię niepokoić. Ale wieeem, wiem, że w razie czego od razu powinienem ci o tym powiedzieć. Z tym że plotki doszły do mnie tuż przed wyjazdem do Paryża. No i na razie to nic pewnego, dlatego wolałem cię nie niepokoić. Zwłaszcza że słyszałem o tym ostatnim cyrku z Creightonami. Huhu — Arjan gwizdnął z udawanego wrażenia — nieźle się dzieje, co? I może o tym mi więcej powiesz? I o tym waszym cudownym dziecku, wiadomo coś? Chociaż… — Wampir rozejrzał się dookoła, robiąc niepewną minę. — Nie wiem, czy to takie dobre miejsce, szefowo… ale ty tu rządzisz!
     Gdy wreszcie zamilkł, pospiesznie powtórzył w myślach to, co przed chwilą powiedział, po czym lekko się załamał. To chaotyczne paplanie brzmiało tak kretyńsko, że Arjan zastanawiał się nad tym, czy by tego jeszcze raz nie powtórzyć, ale tym razem po ludzku, a nie jak dziecko trzymane od dziesięciu lat w piwnicy. Jednak zaraz uznał, że próby naprawienia tego, co przed chwilą tak popisowo spartaczył, mogły tylko pogorszyć jego i tak słabą sytuację. W najlepszym wypadku Tia zabije go śmiechem, a w najgorszym też zabije, ale już bez śmiechu. Żadna opcja specjalnie go nie pocieszała, dlatego pozostawało mu tylko czekać.
     Gdyby wierzył w jakichś bogów, zacząłby się właśnie żarliwie modlić.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (16-10-2018 o 12h35)


||  FanFiction: "Za kurtyną Nigredo"  ||  Instagram  ||  Fanklub  E z a r e l a  ||  Wszyscy dają  A S K A  to jo tyż   ||
I   L O V E   Y O U    T H R E E    T H O U S A N D


https://i.imgur.com/41dcyRK.gifhttps://i.imgur.com/XDotSyO.gifhttps://i.imgur.com/VK7IGv1.gif

Offline

#147 16-10-2018 o 13h32

Straż Cienia
Charo
Pokonała kurę
Charo
...
Wiadomości: 743

...........https://i.pinimg.com/originals/b5/2b/f2/b52bf26cd7b8f1fe50e5554cc996f761.gif.....https://fontmeme.com/permalink/181001/dd88dca11457748dac465f0cff10276c.png


   Kochała go. Kochała go miłością szaloną, przerażającą. Kochała go całym swoim morderczym sercem, w którym czaiło się prawdopodobnie zło całego świata i w którym kumulowały się jej wszystkie mroczne fantazje. Chciała dla niego zabijać, chciała niszczyć jego wrogów i przyjaciół, by w końcu zostać z nim sam na sam na tym ziemskim padole, aby nikt nie mógł stanąć im na drodze do wspólnego szczęścia. Nigdy do końca nie zdawała sobie sprawy, co znaczy kochać. Kochać, to chyba być pozytywnie przyzwyczajonym. Cokolwiek usłyszała z jego ust, jej paranoja używała tego przeciw niej samej i sprawiała, że krzywdziła nawet samą siebie. Miała takie życie, którego nie jeden mógł jej pozazdrościć, a jednak wciąż było jej mało, wciąż chciała więcej i więcej i bez względu na to, co los jej da, to nigdy nie spełni najważniejszego życzenia, nie zaspokoi jej pragnienia. Shane nigdy nie będzie jej na własność, nigdy nie spojrzy na nią jak na kobietę, nigdy nie powie, że jej pragnie. Mogła wtedy nie wracać. Chociaż nie można używać trybu przypuszczającego w czasie przeszłym. Od tego możne umrzeć, poza tym, to nie przystoi rozsądnym ludziom. Cholera! Przecież ona nie jest człowiekiem! Zupełnie o tym zapomniała i pogubiła się w tej swojej całej nieśmiertelności. Warto było oszaleć dla tych kilku chwil uszytych z pozłacanej waty, dla tych nic nie znaczących spojrzeń i przerywanych oddechów między jednym słowem, a drugim.
   W działania klanu nie angażowała się równie mocno, co przed laty i to głównie w obawie przed tym, że mogłaby zabić kolejną osobę, która wydałaby się jej podejrzana i która rzekomo miałaby zagrażać Przywódcy. To mogłoby nieść za sobą wielkie konsekwencje, na które nie chciała narażać Shanea, bo miał on i tak już sporo na głowie. Mężczyzna, który jej towarzyszy był związany z Norwood, ale Carine nie znała jego tożsamości, bo nie interesowała się praktycznie niczym, co było z nim związane i to dla własnego dobra. Być może w jego oczach uchodziła za ignorantkę, ale jakoś mało ją obchodziło jego zdanie. Mogła zrzucać buty w drogiej restauracji, bekać kiedy będzie miała ochotę i ukręcić łeb komuś, kto na nią krzywo spojrzy.
  - W takim razie będę mówiła na ciebie Dżozep albo Eduardo - oznajmiła z zaczepnym uśmiechem, podciągając kolana do siebie, by oprzeć na nich brodę i spoglądać w milczeniu na widok za oknem, podobnie jak towarzyszący jej wampir.
  - Ludzie są prości. Patrzą na to, co ogromne, co zawęża im pole widzenia. Nawet im do głowy nie przyjdzie, że to, co wielkie, ma jedynie przysłonić coś o wiele potężniejszego. Nie zasługują na ten świat, a my nie zasługujemy na to, by kryć się w cieniu - dodała cichutko, jakby bała się, że słowa te mogą dotrzeć do uszu kogoś, kto nie powinien nigdy tego słyszeć. Była potworem, bestią pragnącą jedynie zatopić kły w skórze jakiegoś nieszczęśnika i rozszarpać mu tętnice.
Wszyscy inni byli idealni, idealnie żyli i umierali, idealnie powstrzymywali swoje pragnienia i dzikie zapędy podczas, gdy Bernadotte ledwo się trzymała. Wystarczyło kilka słodkich uśmiechów, by zatuszować widmo złego samopoczucia, kilka zdjęć wysłanych do przypadkowych osób. Udawanie roztargnionej weszło jej w krew, bo tak było łatwiej i bezpieczniej. Nikt nie widział w niej zagrożenia, tykającej bomby, która mogłaby aktywować się w najmniej odpowiednim momencie. 
   - Wiesz czego brakuje mi najbardziej w nieśmiertelności? Alkoholu. Oddałabym wszystko, aby teraz się upić. Aby wypić piwo, butelkę wina, pół litra. Gorąca herbata z łyżeczką cukru, cytryną i żołądkową gorzką. Albo z rumem. K****, jakikolwiek alkohol, może być po prostu ciepła wódka, duszkiem, bez złagodzeń. Marzę o tym, wyobrażam sobie, że wlany do środka trochę by mnie schłodził, zmniejszył panikę do poziomu tolerowanego przez serce i żołądek. Głupie i niszowe, wiem i możesz się śmiać. Nic nie czuję, absolutnie nic. Jestem pusta, jak wydmuszka i to mnie k******* przeraża. Wszystko smakuje tak, jakbym zjadła garść czyiś prochów prosto z urny - dodała, układając głowę tak, by patrzeć teraz na siedzącego u jej boku mężczyznę. Jego twarz w półmroku wyglądała na jeszcze bardziej chłodną, jakby wyzbył się wszystkich emocji, jakby przeniósł się w zupełnie inne miejsce. On chciałby latać, ona chciałaby się upić. I gdzieś w środku był ten smutek, ta wiedza, że to i tak skończy się źle. Że ten ogień spali ich nawzajem. Mieli w sobie za dużo prądu.
   Za oknem nic się nie zmieniło, a Cari miała wrażenie że minęło sto długich lat od kiedy weszli do lokalu. Odmiennie niż większość wysokościowców, Empire State Building miał klasyczną fasadę, którą można było podziwiać w pełnej krasie z Rainbow Room. Kilka lat temu ona i Nox weszli na sam szczyt śpiewając irlandzką pieśń żołnierską, co skończyło się koniecznością użycia perswazji na strażnikach chcących wezwać policję. Uśmiechnęła się pod nosem do tych wspomnień, popijając drinka z lekkim rozrzewnieniem.
  - Hej, Ernesto! Rozchmurz się. Z naszej dwójki, to ty wygrałeś ten wieczór. Zaliczyłeś Hazelmere podczas, gdy ja zostałam jedynie pogłaskana po głowie. I pamiętam, jak wspominałeś, że nie masz w zwyczaju nudzić dam, więc oczekuję od ciebie zabawy na najwyższym poziomie. No, zabaw mnie - roześmiała się, szturchając go pod bok i tym samym zwracając na siebie jego uwagę.


https://i.pinimg.com/564x/82/82/32/828232d55b87f72e38db38c569b34947.jpg

Offline

#148 16-10-2018 o 17h44

Straż Lśniąca
Hidney
Zbieg Okoliczności
Hidney
...
Wiadomości: 3 435

________________________https://i.imgur.com/V0Wvctc.png
        - Nie musiałam słyszeć, by wiedzieć. To nie dotyczy tylko ciebie. Jest w każdym z nas i Licentia ma rację, mówiąc, że nie uwolnisz się od tego. Bo nikt z nas się nie uwolni.
        Stała w progu, wbijając wzrok w nieruchomą sylwetkę mężczyzny. Pomieszczenie zdawało się być skonstruowane w taki sposób, aby już od samego wejścia doń koncentrować całą uwagę na osobę, do którego należało – i z pewnością nie było to przypadkowe. Wszystko tu wręcz kipiało bogactwem i swoistą sterylnością – było czysto, profesjonalnie i elegancko. Pomijając całkowicie ubrudzonego właściciela.
        - Nie będę cię oceniać. Nie jestem od tego. Jestem tu po to, aby ci doradzać. Skoro już się stało, to trzeba iść dalej, nie oglądać się za siebie, nie rozpatrywać tego, a jedynie wyciągnąć wnioski.
        Dopiero po wypowiedzeniu tych słów zrozumiała, jak bardzo formalny i pozbawiony jakichkolwiek emocji był jej ton. Zdziwiła się, że zachowała wobec niego taki dystans, traktując jak typowego przełożonego. Przecież w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Patrzyła na niego - na ten beznamiętny wyraz twarzy, spojrzenie człowieka, któremu najwyraźniej wszystko było już jedno – i dotarło do niej, że tak naprawdę miała ochotę wykrzyczeć mu wszystko. To, że nie obchodziła jej jego przeszłość. To, że był dla niej cholernie ważny. To, że cały czas zależało jej wyłącznie na nim. To, że nie zniosłaby tego, gdyby ją opuścił.
        Opuściła ręce wzdłuż tułowia, zaczynając stopniowo zmniejszać dzielącą ich odległość. W końcu zatrzymała się parę metrów przed nim. Doskonale widziała, że dzieliła ich bariera – widziała to od cholernych kilkudziesięciu lat – ale mimo to czuła, że to był ten moment.
        Moment, kiedy warto było spróbować się przez nią przedostać. 
        - Wybacz mi ten służbowy ton. Mam na myśli to, że jestem ostatnią osobą, która będzie próbowała cię w jakikolwiek sposób oceniać. Dla mnie liczy się to, co jest tu i teraz, do takiego wniosku udało mi się dojść przez te parę lat życia. Jeśli już miałabym mieć pretensje, to wyłącznie do siebie, ponieważ nie było mnie przy tobie wtedy, gdy tego najbardziej potrzebowałeś. Mimo że dostałam konkretne zadanie do wykonania. Przecież to ja powinnam rozmawiać z Licentią. To moje ubranie powinno być w tej chwili splamione krwią.
        Krok. Kolejny. Pozostawiała za sobą kolejne odległości. Na razie niewielkie, ale, cholera, w obliczu całej tej sytuacji – okrutnie wiele znaczące.
        - Bardzo cię cenię, Shane. Nie chcę prześcigać się w ilości trupów, których oboje pozostawiliśmy na swojej drodze. Z resztą… szczerze mówiąc, przeszłość nieszczególnie mnie obchodzi. Zaufałeś mi, powierzając mi tę funkcję. Dlatego ja ufam tobie.
        Dwa metry. Patrzyła prosto w jego oczy.
        - Powinnam być obok. W końcu zależy mi na tym. W tej chwili powinieneś ukarać mnie za nieposłuszeństwo. A jednak tego nie robisz. Pamiętasz, co o tobie powiedziałam? ”Jesteś odpowiedzialny”. Nie negujesz swojego potknięcia, swej chwili słabości. Inny władca już dawno pozbawiłby mnie głowy, udowadniając światu swą niewinność. A ty... ty tymczasem stoisz tu, w cholernej zakrwawionej koszuli, i kontemplujesz sens. Który przywódca zdobyłby się na taki moment zawieszenia?
        Metr.
        - Jesteś dobrym władcą. Władcą, który nie patrzy na siebie, a przede wszystkim na ludzi wokół. Będę obok. Zależy mi na tym. I wybacz mi, że ten raz nie podołałam. 
        W końcu stanęła w miejscu, tuż obok szklanej ściany oddzielającej ich obojga od świata zewnętrznego.
        - Nic innego nie ma w tej chwili dla mnie znaczenia.

Offline

#149 16-10-2018 o 20h10

Straż Absyntu
Chocolate
Pokonała kurę
Chocolate
...
Wiadomości: 683

________________https://zapodaj.net/images/81a4c660702ec.png

         Spuściłem spojrzenie na dłoń opartą o zimną szybę, zostawiającą na niej brudnej ślady. Nie przypominałem sobie momentu, w którym podniosłem ją do szkła, ale też nie miało to większego znaczenia. W porównaniu do tego gestu mógłbym przysiąc, że przegapiłem przez tą krótką chwilę tysiące ważniejszych rzeczy. Emocje i zmysły skupiały się na maleńkich detalach. Na cichym tykaniu zegara, którego już od dawna chciałem się pozbyć, na krokach rozchodzących się piętro albo nawet dwa niżej. A mimo tego nie usłyszałem, jak Sol weszła do pomieszczenia. Widziałem odległe światła, z łatwością rozróżniałem kształty ludzi na ulicy setki metrów pod nami, a nie potrafiłem powiedzieć, jaki wyraz maluje się na jej twarzy. Była ukryta w głębokim cieniu, ale przecież dla mnie to nie była żadna przeszkoda.
        Może więc chodziło po prostu o to, że nie potrafiłem jej opisać żadnym zmysłem. Nawet zapach wampirzycy wydawał się taki odległy i taki mało rozpoznawalny.
        Przez chwilę patrzyłem na dłoń, na rozłożone na szybie palce, na wnętrze dłoni, które przylgnęło do gładkiej powierzchni niemal idealnie. I miałem ochotę jej przerwać, przez krótki moment emocje chciały wziąć górę – cała nagromadzona niecierpliwość i irytacja, które starałem się zamknąć pod kloszem, ale one wypełzały każdą możliwą dziurą. Jak woda, którą próbuje się złapać w dłonie. Frustrujące zajęcie.
        I właśnie te nagłe, targające wnętrznościami chęci przeraziły mnie naprawdę, bardziej niż śmierć któregokolwiek wampira dzisiejszego dnia. Okrutne, niesprawiedliwe i bardzo prawdziwe. Ostatecznie to właśnie pozwoliło mi zachować milczenie. Opuściłem dłoń, zostawiając ślad na szybie, a później w końcu powoli obróciłem się w jej kierunku. Zwlekając.
        Mocno zacisnąłem zęby, tak mocno, że kość szczęki zarysowała się w przytłumionym świetle miasta. Miałem ochotę odwrócić spojrzenie, ale tego też nie zrobiłem. Nie zrobiłem zupełnie nic, po prostu patrząc w oczy kobiety, w których nie byłem w stanie niczego rozpoznać. Nasłuchiwałem jej kroków, ale nie potrafiłem ich usłyszeć. A może mi się wydawało? Może ciebie, Sol, wcale tutaj nie ma, może to chory majak uderzającej o drzwi szaleństwa świadomości?
        Ale jednak była. Była, bo kiedy stanęła blisko mogłem w końcu poczuć, że to faktycznie ona.
        W końcu podniosłem dłoń, podobnie jak wcześniej do szyby, ledwo zauważając własny gest. Unosiłem ją, żeby położyć ją na jej twarzy, na kości policzkowej, dotknąć skóry. I nagle uderzyło we mnie wspomnienie. Obraz tego, jak jeszcze niedawno ta sama dłoń dotykała w podobny sposób Licentii i poczułem odrazę. Tym, że chciałem to tak instynktownie powtórzyć, tym, że chciałem obdarować ją podobnym gestem. Faktycznie, nie znałem jej przeszłości i nie wiedziałem, ile trupów w niej było. I też mnie to nie obchodziło. Ale ten gest wydawał się być wszystkim, czego nie chciałem jej dać. Dlatego właśnie dłoń zawisnęła w powietrzu, nigdy nie dosięgnąwszy swojego celu. Dzielący nas metr nie uległ żadnej zmianie. Ciemność się nie pogłębiła. Nic się nie zmieniło, chociaż zmieniło się wszystko.
        To była Sol, nie Licentia. Ona nie chciała mojego upadku. Nie chciała mnie do niczego sprowokować. Była szczera. Nie niebezpieczna. Próbowałem się przekonać, że spotkanie w biurze właśnie takie nie było, ale w obliczu spojrzenia blondynki nie potrafiłem tak kłamać.
        — Cieszę się, że cię tam nie było — powiedziałem w końcu, kiedy zauważyłem, że zawieszone w powietrzu ramię zaczyna mnie boleć. Musiało minąć sporo czasu, ale zupełnie straciłem jego poczucie. — Cieszę się, że nie było cię wtedy obok mnie. Nie dlatego, że tego nie chciałem. Nie, to dlatego… Dlatego, że boję się, że ciebie też mógłbym skrzywdzić. Że to, co uciekło z klatki, co pożera mnie od wewnątrz nie pozwoliłoby mi nad sobą zapanować. Że naprawdę mógłbym wyrządzić ci krzywdę. — Nie ściszałem głosu świadomie. Ale w tej ciszy nawet mój szept wydawał się w moich uszach niczym grom narastającego, mruczącego w pobliżu sztormu. — Albo cię zabić.
        To właśnie mówił ten dobry władca? Nie zastanawiałem się nad tym zbyt wiele. Pozwoliłem sobie na chwilę, w której nie byłem władcą – jakby po dzisiejszej masakrze miało to jakiekolwiek znaczenie. Dawno przestałem być przywódcą tego klanu i dawno stałem się prywatnym wampirem. Teraz ona też mogła tego doświadczyć. Markotnego spojrzenia i opuszczonych ramion. Nie, w tym nie było nic władczego. Tylko poddanie.
        Choć w pewnym sensie poddawanie się również było dobre. Mogło znaczyć, że powoli zaczynałem odzyskiwać panowanie nad sobą, nawet jeśli nie rozumiałem tego procesu.
        — Ale tu i teraz jesteś obok. Więc tylko to się liczy, prawda?
        Delikatne wzruszenie ramion i ten ponury ton nie zabiły wcale iskierki nadziei. Ona nadal gdzieś tam była.
        Tylko tliła się mniej wyraźnie.
        Zbyt gwałtownie odwróciłem głowę po to, żeby ponownie skrzyżować nasze spojrzenia. Ten gest nie pasował do pogrążonego w śnie gabinetu i całego tego ogromnego budynku. Pojawiło się napięcie. Niezrozumiałe napięcie, jakby na te słowa, które dopiero miały nadejść, które nie były ani naznaczone mądrością przeżytych ośmiuset lat, ani przemyślane, a już na pewno nie odpowiedzialne.
        — Dobrym władcą — powtórzyłem i ściągnąłem lekko brwi, ale nie w wyrazie gniewu. — Kim jestem dla ciebie? Kim naprawdę jestem dla ciebie, Sol?
        Chociaż zazwyczaj nie stawiałem pytań, do odpowiedzi na które musiałem rozmówcę zmusić, ale to właśnie należało do tej grupy. To było jednym z tych, na które musiałem dostać odpowiedź, zanim którekolwiek nas opuści to pomieszczenie. Sol również musiała wyczuć tą zmianę nastroju. Nową powagę sytuacji.
        — Nigdy nie zadawałem pytań. Nie wchodziłem na prywatny teren, bo nie miałem do tego prawa. — I teraz też nie mam, tylko że teraz sprawy się zmieniły i to ona tutaj była, doświadczając mojego upadku tych rozszalałych emocji. Czegoś, nad czym po raz pierwszy od setek lat nie miałem panowania. — Interesowało mnie – i nadal interesuje – kim jesteś i skąd przyszłaś, ale nikt niczego o tobie nie wie, chociaż możesz mi wierzyć, że niejeden się zastanawiał i próbował posiąść wiedzę. Pojawiłaś się tu znikąd i bardzo szybko stałaś się wampirem, który dostał ogromny pokład zaufania nie tylko mojego, ale i całej siatki szpiegowskiej. Wiesz tak dużo, że na pewno sobie uświadamiasz, że tymi słowami wcale nie posądzam cię o to, że chcesz zniszczyć klan od wewnątrz. Wiem, że nie chcesz, czuję to. Gdybyś chciała mnie pogrążyć, to od dawna posiadasz już do tego wszystkie środki. — Na moment zatrzymałem się w tym potoku słów, ale nie cofnąłem się o krok. Nie zamierzałem też pozwolić jej odejść. — Dlaczego?
        To pytanie – i wszystkie możliwe odpowiedzi – dudniły w mojej głowie tak głośno, jak wcześniej tętent kopyt koni pędzących po torze wyścigowym.
        — Robisz to ze wzgląd na swoje przekonania? — zacząłem znów, tym razem głosem o wiele spokojniejszym, starając się złapać wodze własnych emocji. — Jest w tobie… Coś takiego — uniosłem obie dłonie, nie starając się powstrzymać gestykulacji — ten płomień, który każe mi przypuszczać, że to nie tylko to. Nie tylko tyle, że zgadzasz się z moimi przekonaniami. Są dziesiątki takich wampirów, ale żaden nie jest taki jak ty.
        I ponownie nie potrafiłem określić dokładnego momentu, w którym syczałem przez zaciśnięte zęby, emanując władczą złością - nie, wściekłością i frustracją, taką prawdziwą, zupełnie nieokiełznaną, podobną do ognia, który śmiertelnie niebezpiecznym pożarem obejmuje coraz szersze tereny lasu i zostawia po sobie zwęglone zgliszcza. Kiedy otwarte dłoni zacisnęły się w pięści. Kiedy dystans między nami skrócił się o połowę, kiedy go pokonałem, a kiedy miałem ochotę zniwelować go całkowicie?

Offline

#150 16-10-2018 o 20h19

Straż Cienia
Iku
Żołnierz Straży
Iku
...
Wiadomości: 486

____________________________https://fontmeme.com/permalink/180805/bee71972d52afe89aec1112cf0f3295d.png

    W ogniu było coś uspokajającego, coś pierwotnego i niszczycielskiego, piękne niebieskie światło łagodnie odbijało się od jej ciemnych jak noc oczu i prowadzało ją w idylliczny nastrój. Zupełnie tak, jakby płomień trawiący cukier pochłaniał również wszelkie emocje jakie kłębiły się w jej głowie, a może to powolna zasługa alkoholu? Złość, niezdrowy pociąg, pragnienie krwi, żądza posiadania i wszelkie inne emocje oraz uczucia obudzone tego wieczoru w tamtej zatęchłej piwnicy powoli ulatywały. Każdy łyk był ukojeniem, otrzeźwieniem i jednoczesnym zapomnieniem. Wysoką łyżką mieszała zawartość naczynia i następnie przykrywała je metalową podstawką tłumiąc płomienie tak samo jak w jednej chwili musiała stłumić swoje uczucia. Łatwiej byłoby zalać je odrobiną wody, ale jak już wspomniała swojemu towarzyszowi – ona nigdy nie rozcieńcza alkoholu. Nie miało to zupełnego sensu. Tak czy siak piło się w jednym celu, a da wampira, któremu znacznie ciężej wprawić się w odpowiedni stan przecież nie potrzebne były takie trywialne ludzie dodatki jak soczek. Cukier dla smaku, dla osłody i tego cudownego efektu płomienia oczywiście się nie liczył.
    Czekała cierpliwie, aż w końcu przejdzie do właściwego tematu, lecz on tego nie robił. Kręcił się wkoło innych kwestii powoli sprawiając, że kojona złość znów zaczęła buzować pod czaszką, znów zaczęła domagać się krwi – ofiary, najlepiej takiej niewinnej, nieświadomej. Kruchej i delikatnej, by czuć jak życie z niej ulatuje, by poczuć własną siłę, wieczność istnienia. Nieopisaną potęgę, świadomość pozwalającą jej poczuć władzę i wszystko inne czego potrzebowała do życia. Pozbywanie się innego życia było najlepszym poczuciem, że ona sama żyje, a najwspanialej smakowało to, które w jakikolwiek sposób zagrażało jej pozycji. Reszta była tylko nic niewartą przekąską pozwalającą jej zachować dobry stan i świetny humor. 
    Kolejny łyk absyntu, kolejne słowa Arjana, kolejne bezsensowne p**********. Jej cierpliwość powoli się kończyła.
- Ale ja nie kazałam ci pytać. Zmień go i już. Ofiary też pytasz czy możesz uszczknąć z jej tętnicy? – wypaliła ostro. Kto by przejmował się zdaniem człowieka? Ten śmiertelnik powinien się cieszyć i kajać na kolanach przed nimi za sam fakt oferowania mu takiej możliwości jak wieczne życie. Pytać człowieka o zdanie też coś. Śmieszne i irytujące stwierdzenie, bardzo irytujące. To tak jakby śmiertelnik pytał się kurczaka czy może go zjeść. Bezsens.
    Dalsze wypowiedzi również ją irytowały, a nawet złościły. Jeśli czegoś chciała musiała to dostać i już. Najlepiej od razu, podane na złotym talerzu owinięte czerwoną wstążką. Kiedy więc ciemnowłosy kręcił ona osiągała kolejne stopnie zdenerwowania. Od cichego westchnięcia, po nerwowe podrygiwanie stopy, aż w końcu jej brew zmarszczyła się, a kieliszek w dłoni nad trzasnął. W grubym szkle pojawiła się rysa od samej podstawy, aż po brzeg, a zielony płyn powoli zaczął sączyć się na gruby, klejący się blat baru, na który tak mocno odstawiła szklankę, że ta roztrzaskała się na dobre. Miała ochotę coś roznieść, a najlepiej cały Nowy Jork zmieść z powierzchni ziemi, niczym niepowstrzymana zaraza siać zniszczenie i może to ukoiłoby złość jaką czuła dziś po spotkaniu z Shanem i jaką czuła teraz, kiedy to Arjan pieścił się ze słowami jak z dziewiczą kurtyzaną.
- Arjan skończ p******** – wycedziła przez zęby i spojrzała na rękę ubrudzoną zielonym napitkiem. Złapała szmatkę wycierając w nią resztki napoju, a następnie zerknęła na mężczyznę, który sprawił, że odechciało się jej tego ślicznego ognia, słodkiego napoju i całego tego siedzenia w tym barze, a zachciało krwi. Chwyciła butelkę, a śliczną grawerowaną zapalniczkę wsadziła do torby.
- Idziemy stąd. Weź jeszcze jakiś alkohol, tylko mocny bo na trzeźwo nie zdzierżę jeśli będziesz dalej p****** jak potłuczony – wypaliła i wstała z miejsca.
    Z boku mogło wyglądać to zabawnie. Drobna kobieta w eleganckiej, białej sukience w obskurnym barze z butelką trunku, bezczelnie rozkazująca mężczyźnie. Pewnie siebie krocząca do wyjścia, lecz nie było w tym zabawności, żadnej. W tej scenie było raczej dużo więcej grozy, nie wyglądało to nawet na jakąś powszechną awanturę widywaną tak często w pubach. Licentia roztaczała wokół siebie morderczą atmosferę, śmiertelnych doprowadzającą do dreszczy. Obejrzała się za siebie raz, jeden jedyny, ciężko i wymownie, a później szła już po ulicy pociągając łyk za łykiem. Nagle zatrzymała się i spojrzała w oczy swojego towarzysza.
- Przez wzgląd na fakt, że prowadzimy od lat interesy przypomnę ci, lubię wiedzę – położyła mu dłoń na ramieniu i stanęła na palcach.
- Nienawidzę tajemnic, nienawidzę wręcz jeśli coś się przede mną ukrywa Arjanie – wyszeptała, a jej dłoń z jego ramienia przesunęła się powoli na jego szyję i zacisnęła na niej delikatnie, był to zaledwie dotyk, a jedyny dyskomfort jaki mógł odczuć to paznokcie upijające skórę.
- Chyba nie chcesz mnie zdenerwować prawda? Nie chcesz żeby to się tak skończyło – delikatnie i powoli zsunęła palce z jego ciała i pociągnęła kolejny łyk alkoholu.
- A teraz chodź za mną. Znam lepsze miejsce do snucia opowieści niż ludzki bar – wyszeptała i ruszyła dalej przed siebie nie przyjmując jakiejkolwiek odmowy wampira. Prowadziła go w sobie tylko znane miejsce, takie w którym nikt nie przeszkodzi. Miejsce w którym miała ukryte więcej alkoholu oraz wszelkich innych potrzebnych wampirowi do szczęścia dodatków.
    Jej sklep był o tej porze mroczniejszym miejscem niż za dnia, wejście tam wręcz odrzucało śmiertelnych. Czaszki na których ustawione były lekko roztopione, niepalące się świece, zwitki różnych ziół składających się do specyficznego aromatu tego miejsca oraz inne śmieszne akcesoria. Nie zapalali świateł, po co im one? Od razu przeszła na zaplecze tak dobrze znane tej dwójce. W końcu nie raz dogadywali się tam odnośnie ceny towarów, które mężczyzna jej sprowadzał. Rozsiadła się na stole i popatrzyła na niego wymownie.
- No mów. Chyba, że musisz więcej wypić. Alkohol masz w szafie – wskazała mu wielką metalową szafę z której farba łuszczyła się i ukazywała korodujący metal.

Ostatnio zmieniony przez Iku (16-10-2018 o 20h37)


https://zapodaj.net/images/a4bc55321abbf.jpg

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 ... 4 5 6 7 8 ... 13