Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2

#26 24-06-2019 o 16h14

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 61

Witam ponownie /static/img/forum/smilies/smile.png
Jako, że nowy rozdział powstał, to pozwolę sobie go wstawić. Od razu zaznaczam, że też nie zostanie w nim akcja popchnięta do przodu, ale mam nadzieję, że nie zostanie to odebrane jako wada tego rozdziału.
@Kamenka - przesłanie tego fragmentu z eliksirem miało właśnie mieć taki dwuznaczny wydźwięk.
@Waioleta - cieszę się bardzo, że rozdział wywołał tyle radości.
Pozdrawiam serdecznie wszystkich odwiedzających i życzę przyjemnej lektury /static/img/forum/smilies/smile.png


Budzące się pragnienie

               Ewelein  odebrała swoją tacę z kolacją od  Karuto  i rozejrzała się po stołówce. Poszukiwała jakiegoś wolnego miejsca, najlepiej przy pustym stoliku. Nie za bardzo miała ochotę na towarzystwo i konwersację, gdyż wydarzenia ostatnich dni pozbawiły ją energii i jakichkolwiek chęci. Okazało się, że jedyny wolny stolik to akurat ten, przy którym nie lubiła siadać, gdyż znajdował się niedaleko drzwi. Zawsze kręciło się tam wiele różnych osób i to nie tylko tych przychodzących coś zjeść, ale również tych, którzy kogoś szukali. Wtedy przeważnie zaczepiali siedzących przy tym właśnie stoliku, aby uzyskać informacje, czy ów poszukiwany był przez nich widziany. Po chwili namysłu zdecydowała się jednak tam usiąść, licząc po cichu, że może uda jej się w spokoju zjeść kolację. Po niej chciała na szybkiego pójść do przychodni i pacjentów, aby upewnić się, że wszystko jest w porządku i o niczym nie zapomniała. Jedyną rzeczą, o której jeszcze marzyła po tych wyczerpujących wydarzeniach, był gorący prysznic na koniec dnia, by później położyć się w ciepłym i wygodnym łóżku na zasłużony sen. Miała szczerą nadzieję, że ta dzisiejsza noc minie bez żadnych nagłych alarmów i  Velandel  poradzi sobie w przychodni sam. Pogrążona w swoich rozmyślaniach nie zauważyła nawet, że do stolika podeszli szefowie straży Cienia i Absyntu.
               - Można się dosiąść? - zapytał wampir, zerkając na zamyśloną elfkę. Ona jednak nie zareagowała, tylko nadal dłubała widelcem w czymś, co przypominało sałatkę z małymi pomidorkami.
               - Ewe chyba buja w obłokach - skwitował jej zamyślenie elf i bez czekania na odpowiedź, położył swoją tacę z kanapkami. - Zapewne rozmyśla o pewnym wspaniałym, inteligentnym i przystojnym mistrzu alchemii, który dzisiaj przywołał zagubioną duszę z zaświatów - kontynuował swoją wypowiedź, siadając na krześle.
               - Mamy kogoś takiego w Kwaterze? - zapytał  Nevra, unosząc brew i udając zdziwionego. - Musisz koniecznie mi go przedstawić - dodał z szelmowskim uśmiechem, odstawiając tacę na stół i łapiąc za krzesło. Dźwięk odsuwanego siedzenia przywołał pielęgniarkę z powrotem na ziemię. Zaskoczona spojrzała na chłopaków, którzy w międzyczasie sadowili się przy stole.
               - Mam rację? - niezrażony dowcipem kolegi  Ezarel, spojrzał przelotnie na kobietę. Następnie wziął jedną ze swoich miodowych kanapek i mrużąc oczy z zachwytu, zaczął ją zajadać, rozkoszując się słodkim smakiem.
               - Że co proszę? - zapytała  Ewelein  i obdarowała przybyłych znudzonym i niezbyt przyjaznym spojrzeniem.
               - Taki jeden alchemik z rozbuchanym ego pytał, o czym tak intensywnie rozmyślasz śliczna - odparł rozbawiony tym widokiem  Nevra.
               - Sam jesteś rozbuchany - mruknął z udawanym niezadowoleniem elf. - Nie słuchaj tego krwiopijcy,  Ewelein. Powiedz lepiej, jak się mają nasze zagubione duszyczki? Oboje już wrócili do świata żywych? - kontynuował, nie zwracając uwagi na przyjaciela. Wampir zamierzał coś odpyskować, ale ostatecznie odpuścił, gdyż sam był niezmiernie ciekaw, czy problemy ziemianki i  lorialeta  już się skończyły. Wszyscy w Kwaterze wiedzieli o ataku na wybrankę Wyroczni i o problemach  Leiftana  w czasie jej ratowania. Nikt jednak, poza Lśniącą Strażą nie wiedział, w jaki sposób ten ratunek się odbywał. Nie chciano niepokoić mieszkańców informacją, że właśnie użyto pradawnej magii, którą wszyscy uważali za wygasłą i zapomnianą. Dodatkowo zaklęcie pochodziło przecież od  daemonów, których każdy bał się i nienawidził w tej magicznej krainie i każdy wierzył w to, że dawno wyginęły.
               - Tak, wrócili do żywych i chyba nie będzie więcej żadnych komplikacji - odpowiedziała kobieta, nieznacznie się przy tym uśmiechając. Zawsze ją bawiły słowne przepychanki szefów Straży, które w sumie nie były niczym innym, jak nietypowym okazywaniem sobie przyjaźni. - Co prawda oboje mają problemy z pamięcią, ale myślę, że za jakiś czas to minie.
               - Oby tak - powiedział  wampir, wzdychając  i nabierając na łyżkę porcję czegoś, co wyglądało jak gulasz. - Niezłego strachu nam napędzili, szczególnie  Shai...
               - Odpuść ją sobie - mruknął  Ezarel  z przekąsem w jego stronę. - Nie dla wampirzego lowelasa kieł... znaczy ziemianka.
               - Wiesz, że sobie grabisz bucu jeden? - odparł mu na to  Nevra  ze złośliwym uśmieszkiem i odłożył łyżkę, żeby móc chwycić przyjaciela za szyję i potarmosić mu czuprynę. Wiedział, że jego kompan bardzo tego nie lubi.
               - Nie dotykaj mnie! - warknął szef Absyntu, wyrywając się z uścisku i poprawiając włosy.
               - Uspokójcie się chłopaki - przerwała im  Ewelein. - Powiedzcie lepiej, czemu  Valkyona  z wami nie ma?
               - Mówiłem ci przecież, że na jakąś misję pojechał - odparł elf i spojrzał na kobietę, marszcząc brwi. - Nie pamiętasz już?
               - Pamiętam Ezarelu - odpowiedziała mu trochę oschle elfka. - Zastanawia mnie jednak, co to za misja, że rano nikt nic o niej nie wiedział, a po południu  Valkyona  już nie było w Kwaterze. Nie wspomnę nawet, że nie znalazł czasu, by osobiście poinformować  Shai  o wyjeździe, tylko poprosił ciebie o przekazanie tej wiadomości. Dlatego ponawiam moje pytanie, czy wiecie coś więcej na temat tego nagłego wyjazdu  Valkyona?
               - I to jest bardzo dobre pytanie - stwierdził czarnowłosy. -  Valkyon  niedawno mówił, że nie chce żadnej misji do czasu, aż  Shai  całkowicie nie wyzdrowieje. A nagle dzisiaj, w tajemnicy przed wszystkimi, poprosił  Keroshane  o zorganizowanie pilnego wyjazdu w okolice  Balenvii. Podobno powiedział, że gildia  Purrekos  wyznaczyła nagrodę za unicestwienie  cocatrix'a.
               - Przecież ich od bardzo dawna nie widziano - wtrącił  Ezarel. - A już na pewno nie w okolicach  Balenvii.
               - To właśnie wzbudziło podejrzenia Miiko - kontynuował  Nevra. - Poszła więc wyjaśniać sprawę z  Valkyonem. Podobno sprzeczali się o coś na schodach i nie mogli dojść do porozumienia.
               - Sprzeczali się?  Miiko  i  Valkyon? - zdziwiła się Ewe. - Skąd to wiesz?
               - Zgadnij - powiedział  Nevra, robiąc przy tym sugestywną minę, dającą od razu do zrozumienia, że źródłem informacji była jego wścibska siostra  Karenn.
               - Zobaczysz, siostrunia kiedyś w końcu wpakuje was w problemy - skwitował to elf, kręcąc przy tym głową, aby wyrazić swoją dezaprobatę dla poczynań młodej wampirzycy. - Dowiedziała się, chociaż, o co się sprzeczali? - zapytał po chwili.
               - Nie, ale teraz zaczyna się najciekawsze - wampir zerknął na przyjaciela, a później na pielęgniarkę. - Wszyscy wiemy, że rozmowy dyplomatyczne w  Balenvii  zostały odroczone o kilka dni, z powodu problemów zdrowotnych  Leiftana. Podobno pozostali uczestnicy szczytu domagali się jego obecności w trakcie negocjacji i dlatego czekają na jego powrót do zdrowia. Dama Huang Hua i  Ykhar  wyjechały z samego rana, żeby już na miejscu zacząć przygotowania...
               - Ale, co z tym wspólnego ma  Valkyon? - przerwała jego wypowiedź  Ewelein.
               - No właśnie do tego zmierzam -  Nevra  uśmiechnął się zawadiacko, obnażając przy tym kły. - W grafiku pojawił się wpis, że dostał misję w  Balenvii, jako jeden z przedstawicieli Straży  Eel  w trakcie rozmów dyplomatycznych. I tu kilka drobiazgów mnie zastanawia - chłopak pochylił się do przodu i przybrał konspiracyjny ton głosu. - Od kiedy to  Valkyon  stał się dyplomatą? Skoro szczyt jest za kilka dni i on ma brać w nim udział, to dlaczego wyjechał już dzisiaj? Jeśli miał pomagać w przygotowaniach, to dlaczego nie ruszył wcześniej z damą Huang i  Ykhar? Zaoszczędziłoby to przecież niepotrzebnych wydatków i zasobów. Jeżeli nie był potrzebny do przygotowań, to ponawiam pytanie, dlaczego wyjechał już dzisiaj? Dlaczego wcześniej powiedział  Kero, że chodzi o misję dla  Purrekos? I żeby już całkiem było enigmatycznie, wyobraźcie sobie, że... - tu chłopak zrobił wymowną pauzę -  Miiko  wyjechała razem z nim, a co najlepsze, że nie wpisała się w grafik misji. Ja wam mówię, tu nie chodzi o szczyt w  Balenvii, tu się kroi jakaś grubsza sprawa.
               - Rzeczywiście, to trochę dziwne... - elfka zamyśliła się na chwilę, patrząc gdzieś w przestrzeń za swoimi rozmówcami. -  Miiko  rano nic nie wspominała o wyjeździe, umawiałyśmy się nawet, że będzie odpoczywać... No nic. Dowiemy się, jak wrócą - dodała, nabijając ostatnią czerwoną kulkę na widelec i zjadając ją. Następnie wstała od stołu, zabierając swoją tacę. - Idę sprawdzić, jak tam moi podopieczni, a potem spać. Dobranoc panowie.
               - Tak sama? - zapytał zadziornie wampir, ale  Ewelein  zignorowała jego zaczepkę. Podeszła do kontuaru i odłożyła tacę, życząc  Karuto  dobrej nocy. Gdy wychodziła, szefowie również życzyli jej dobrej nocy i zaczęli żywo o czymś dyskutować. Ona już jednak nie usłyszała o czym, ponieważ szybkim krokiem opuściła stołówkę.
               Wchodząc do przychodni, poprosiła  Velandela  o asystę w wieczornym obchodzie i od razu skierowała się do drugiego pomieszczenia. Zapalając boczne, łagodne oświetlenie z satysfakcją zauważyła, że rekonwalescenci są już pogrążeni we śnie. Podeszła do ich łóżek, aby sprawdzić odczyty na aparaturach. Bezwłosy asystent stanął krok za nią i przyglądał się wskazaniom przyrządów zza jej ramienia. Po chwili elfka zanotowała odczytane parametry w dokumentach i oznajmiła szeptem, że wszystko wygląda bardzo dobrze. Następnie z szafki  Leiftana  wzięła puste fiolki po eliksirach i podała  Velandelowi, prosząc go, aby je wyniósł do sali alchemicznej. Kiedy chłopak wychodził, ona odczepiła kryształki monitorujące ze skroni śpiących pacjentów i wyłączyła aparatury. Stan obu śpiochów był jej zdaniem na tyle stabilny, że ciągłe monitorowanie nie było już potrzebne. Uśmiechając się pod nosem z zadowolenia, że dzień kończy się bezproblemowo, zgasiła światło i nie zamykając do końca drzwi, opuściła salę. Przed wyjściem z przychodni zatrzymała się jeszcze przy biurku, aby ostatni raz sprawdzić wszystkie zalecenia i wpisy w dokumentach. Upewniwszy się, że wszystko jest w należytym porządku, przeciągnęła się i  wzdychając głośno, skierowała do wyjścia.
               - Dobranoc Velandel - pożegnała się w drzwiach z wracającym pielęgniarzem. - Spokojnej nocy. Jeśli by się działo coś bardzo pilnego, to wiesz, gdzie mnie szukać - dodała na odchodnym i ruszyła w stronę schodów.
               - Dobrze Ewe, dobranoc - zawołał za nią chłopak i zamknął drzwi przychodni.
               ***
               Większą część nocy  Leiftana  dręczyła dziwna wizja, przez którą wydawało mu się, jakby był uwięziony między jawą a snem. Znajdował się w długim korytarzu, w którym panował nastrojowy półmrok. Łagodne i ciepłe światło pochodzące z kryształowych kinkietów, przytłumiane było oparami dziwnej mgły. Miejsce to wydawało mu się całkowicie obce, chociaż im dłużej w nim przebywał, tym bardziej nabierał przekonania, że już kiedyś tu był. W korytarzu nie było żadnych okien, za to znajdowało się całe mnóstwo drzwi. Wszystkie wyglądały jednakowo i sprawiały wrażenie, jakby bardzo dawno nikt z nich nie korzystał. Futryny zasnute były dość gęstymi pajęczynami, a na klamkach zalegały drobiny kurzu. Gdy zaintrygowany otoczeniem zrobił pierwszy krok, od razu wyczuł czyjąś obecność. Z niepokojem rozejrzał się dookoła siebie, ale nie dostrzegł nikogo w zasięgu wzroku. Po krótkiej chwili rozglądania się podszedł do pierwszych z brzegu drzwi, chcąc je otworzyć. Niestety okazały się zamknięte - podobnie, jak każde następne, do których podchodził. Zrezygnowany i trochę zdeprymowany stanął przed ostatnimi drzwiami. Od razu zauważył, że różnią się one od pozostałych, gdyż nie było na nich pajęczyn i nie powlekała ich warstewka kurzu. Domyślał się, że w ostatnim czasie ktoś musiał przez nie przechodzić. W momencie, gdy złapał za klamkę drzwi z zamiarem ich otworzenia, usłyszał kobiecy głos, dochodzący z odległej części korytarza: - „Nie otwieraj tych drzwi  Leiftanie, bo nie jesteś gotów na to, co się za nimi znajduje...” Słysząc to, na chwilę znieruchomiał, gdyż sposób wypowiadania słów oraz brzmienie usłyszanego głosu wydały mu się dziwnie znajome. Był przekonany, że już kiedyś go słyszał, ale nie mógł go przyporządkować do żadnej twarzy, ani osoby. Gdy odwrócił się,  żeby zobaczyć, kto do niego przemówił, znalazł się twarzą w twarz ze świetlistą postacią, która w tym samym momencie uniosła dłoń i pstryknęła palcami. Dźwięk towarzyszący temu gestowi spowodował, że natychmiast się obudził i gwałtownie podniósł do siadu. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zdążył się zorientować, kim była świetlista postać, która go wybudziła. Domyślał się jedynie, że musiała to być kobieta, której głos usłyszał chwilę wcześniej. Kim jednak ona była? I co znajdowało się za tamtymi drzwiami? Dlaczego uważała, że nie jest gotowy, by się tego dowiedzieć?
               Przez chwilę nie bardzo mógł rozumieć, co się właśnie wydarzyło. Nie był do końca przekonany, czy rzeczywiście się obudził, czy może nadal tkwi w jakimś dziwnym śnie. Zdezorientowany rozglądał się dookoła siebie, aby sprawdzić, co to za miejsce, w którym się znajdował. Delikatne światło, które dawała księżycowa poświata, wystarczyło, żeby rozpoznał znajome kształty i cienie. Specyficzny zapach ziół i wszelkich medykamentów, który odwiecznie królował w przychodni, nie pozostawiał cienia wątpliwości, że znajduje się w szpitalnej sali. Dla całkowitej pewności, że nie śni, dodatkowo uszczypnął się w dłoń, a odczuwając realny ból, uwierzył, że znajduje się w przychodni w pełni świadomy i rozbudzony. Uspokoiwszy się, podciągnął kolana do klatki piersiowej i z radością zauważył, że całe zmęczenie i ból mięśni przeminęły. Oparł ręce na kolanach, a twarz ukrył w dłoniach i zaczął zastanawiać się nad przesłaniem tego dziwnego snu. Czy to rzeczywiście był tylko sen, czy może jakaś wizja? A może to było jakieś wspomnienie, które tak usilnie się przed nim ukrywa, dając mu to ciągłe wrażenie, że coś umknęło z jego pamięci?
               Gdy tak rozmyślał, jego uwagę zwróciły odgłosy z łóżka, na którym spała  Shairisse. Dziewczyna zaczęła się coraz niespokojniej wiercić, mamrocząc coś przez sen. Słysząc jej niepokój, od razu przyszło mu na myśl, że dziewczyna musi śnić jakiś koszmar. Pierwszy raz znajdował się przy kimś, kto przeżywa senny koszmar i nie bardzo wiedział, w jaki sposób zareagować. Czy powinien ją obudzić? Czy może raczej nie powinien nic robić? Jeśli jest to moment powrotu wspomnień, to może powinien pozwolić jej dośnić sen do końca? Widząc jednak, że senne przeżycia są dla niej coraz bardziej bolesne, nie wytrzymał i podniósł się, aby przykucnąć obok jej łóżka. Prawą dłonią delikatnie zaczął gładzić policzek ukochanej, a lewą dłoń położył na jej ramieniu.
               -  Shairisse... – wyszeptał cicho, nie chcąc jej wystraszyć. -  Shairisse, obudź się...
               - Nie, nie, nie...! - dziewczyna nagle obudziła się z krzykiem. Widząc obok siebie jakąś postać, gwałtownie odsunęła się do tyłu na tyle, jak dalece pozwalało wezgłowie łóżka. - Nie dotykaj mnie! - ponownie krzyknęła zaspanym głosem, patrząc na  Leiftana  niezbyt przytomnym wzrokiem. W jej oczach dostrzegł łzy i ogromne przerażenie.
               -  Shai  spokojnie, to ja  Leiftan. Nie bój się – powiedział, szybko prostując się i unosząc ręce w geście poddania. - To był tylko zły sen, nic ci nie grozi... - zaczął tłumaczyć ciepłym i spokojnym głosem, opuszczając powoli dłonie. - Jesteś bezpieczna, w przychodni.
               Dziewczyna przez chwilę rozglądała się po pomieszczeniu, jakby upewniając się, że chłopak jej nie okłamuje, a następnie spojrzała na niego już prawie całkiem rozbudzona.  Lorialet  nadal kucał obok łóżka i z nieśmiałym uśmiechem spoglądał na nią, nie bardzo wiedząc, jak się dalej zachować. Po kilku sekundach zdecydował się usiąść obok niej, opierając się plecami o drewniane wezgłowie. Kiedy siadał do sali zajrzał  Velandel, zapalając boczne światło.  Leiftan  od razu dał znak pielęgniarzowi, że wszystko jest w porządku, że to tylko koszmar i poprosił go, żeby wyszedł. Gdy tylko światło zgasło, a drzwi od sali się przymknęły,  Shairisse  nagle się rozpłakała.
               - Co się stało? Czemu płaczesz  Shai? - zapytał zaskoczony, nie wiedząc, czy powinien ją przytulić, czy raczej nie powinien nic robić. Ostatecznie zdecydował się położyć dłoń na jej dłoni. - Coś ci się przyśniło? Czy może coś sobie przypomniałaś? Wiesz, że możesz ze mną porozmawiać, jeśli tylko chcesz... - dodał, delikatnie ściskając jej dłoń i spoglądając na nią zachęcająco.
               - Czemu chciałeś się ze mną spotkać w nocy, w lesie? - zapytała cicho, kiedy w końcu udało jej się trochę uspokoić płacz. - I dlaczego nie przyszedłeś...? - dodała, podnosząc na niego wzrok. Ton jej głosu nie był oskarżycielski, wyrażał raczej niezrozumienie i smutek.
               - O czym ty mówisz,  Shai? Jakie spotkanie w nocy? Nic takiego nie proponowałem... -  Leiftan  udał zdziwienie, pomimo że dobrze wiedział, o co chodziło dziewczynie. Nie chciał się jednak przed nią zdradzać, że zna wydarzenia z tamtego wieczoru i wie o wszystkim, co się stało w lesie.
               - Pamiętasz, że kilka dni wcześniej poprosiłam cię o poważną rozmowę w cztery oczy? Szykowałeś się wtedy do misji, więc zaproponowałeś spotkanie po twoim powrocie – zaczęła spokojnie opowiadać, spuszczając wzrok na swoje dłonie i bawiąc się nitkami na nadgarstkach.
               - Tak, pamiętam  Shai, że umawialiśmy się na rozmowę po moim powrocie - powtórzył po niej, chcąc w ten sposób ją zapewnić, że w tej kwestii wszystko się zgadza i nadal jest aktualne. - Mówiłem ci też wtedy, że wedle grafiku i wszelkich ustaleń z  Miiko, planowany powrót z tej misji był na wczoraj, na późne popołudnie. Ciebie w lesie znaleziono wcześniejszej nocy.
               - Wiem... Jednak na stołówce dowiedziałam się, że widziano cię już w Kwaterze.  Karenn  potwierdziła, że widziała chwilę wcześniej, jak szedłeś do swojego pokoju - tłumaczyła, wciąż nie patrząc na niego. - Po kolacji wróciłam do siebie i na łóżku leżał list. Napisane w nim było, że chcesz się ze mną spotkać na polanie o północy. List był podpisany twoim imieniem... - głos dziewczyny znowu zaczął delikatnie drżeć. - Naprawdę myślałam, że to ty chcesz się ze mną spotkać...
               - No dobrze, rozumiem - odparł, uśmiechając się nieznacznie. - Nie zdziwiło cię jednak, że spotkanie ma się odbyć nocą? I do tego poza murami Kwatery? - zapytał szczerze zdziwiony. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego tak łatwo uwierzyła, że mógł jej zaproponować takie spotkanie. - Czemu uwierzyłaś, że ta propozycja jest ode mnie?
               - Kiedyś mi powiedziałeś, że uwielbiasz nocne spacery w blasku księżyca... - mówiąc to, nieśmiało uniosła głowę, aby spojrzeć na niego i na chwilę ucichła. Mimo ciemności panującej na sali jego widziała wyraźnie, gdyż rzeczony blask księżyca oświetlał go łagodnie. Przez kilka chwil błądziła swoim spojrzeniem po jego twarzy, sprawiając wrażenie, jakby właśnie na nowo go odkrywała. Ostatecznie zatrzymała swój wzrok, wpatrując się w jego zielone oczy. - Mówiłeś, że to cię bardzo relaksuje i sprawia, że dużo łatwiej ci się myśli. Stwierdziłeś, że to taki twój sposób na podładowanie sił i energii... - dziewczyna spuściła wzrok i wyraźnie widać było, że waha się, czy kontynuować wypowiedź. Po krótkiej chwili, sprawiając wrażenie trochę zakłopotanej, zaczęła znowu mówić. - Pomyślałam więc sobie, że skoro poprosiłam cię o  "poważną"  rozmowę w cztery oczy - sugestywnie zaakcentowała słowo  "poważną"  - to wolałbyś porozmawiać w przyjaznych dla siebie warunkach. Nocą w blasku księżyca i z dala od Kwatery, gdzie jest pełno wścibskich oczu i uszu... - kiedy kończyła zdanie, po jej policzkach zaczęły spływać łzy.
               Leiftan  słysząc jej słowa, od razu przywołał w myślach wspomnienie pewnej nocy, kiedy jej to mówił:
              "W środku nocy pogrążony w myślach, szedł alejką w stronę Kwatery, wracając właśnie ze swojego nocnego spaceru. Rozmyślał o  Shairisse, która kilka dni wcześniej została zmuszona do wypicia eliksiru  "Mnemosyne". Martwił się o nią, bo wiedział, że bardzo przeżyła całą tę sytuację z eliksirem i czuła się zagubiona i zdradzona przez Straż  Eel. Skręcając z jednej alejki w drugą, nagle na kogoś wpadł, nieomal przewracając tę osobę.
          - Oj, przepraszam bardzo - powiedział, łapiąc potrąconą osobę, żeby się nie przewróciła.
          - Ojej, to ja przepraszam - jęknęła złapana, opierając się dłońmi o jego tors. Okazało się, że tą osobą była  Shairisse. - Zamyśliłam się - dodała, podnosząc na niego wzrok. -  Leiftan? Co ty tutaj robisz o tej godzinie? - zapytała, rumieniąc się przy tym nieznacznie. Stali teraz twarzą w twarz i przyglądali się sobie nawzajem.
          - O to samo mógłbym zapytać ciebie - odparł cicho. Czuł się delikatnie zmieszany jej nagłą bliskością, jednak nie zamierzał rozluźniać uścisku. - Jestem  lorialetem, często spaceruję nocą.
          - Ach, rozumiem - odpowiedziała i uśmiechnęła się niewinnie, spuszczając przy tym głowę. - Ja zawsze idę na spacer, gdy nie mogę dojść do ładu ze swoimi myślami...
          - To podobnie, jak ja - powiedział, uśmiechając się enigmatycznie. - Uwielbiam spacery w blasku księżyca, bo mnie relaksują i sprawiają, że dużo lepiej mi się wtedy myśli. Wiesz, jako przedstawiciel księżycowej rasy delektuję się tym, co dają mi moi sprzymierzeńcy. Przebywanie w świetle księżyca pozwala mi podładować energię i siły, a czasami można wpaść na sympatyczne istotki - dopowiedział, rozluźniając uścisk."

               Słysząc, w jaki sposób dzisiaj przywołała tamtą jego wypowiedź, zrobiło mu się dziwnie miło i przyjemnie na sercu. Kompletnie nie spodziewał się tego, że dziewczyna, pomimo wszystkich swoich ówczesnych smutków zapamięta jego słowa i tak bardzo weźmie sobie je do serca. Przyzwyczaił się bowiem do tego, że od bardzo dawna, nikt w Kwaterze nie zagłębiał się jakoś szczególnie w jego zamiłowanie do nocnych spacerów przy księżycu. Wszyscy traktowali je, jako zwykłe wytłumaczenie tego, że często można go spotkać nocą poza pokojem. W pewnym sensie było mu to na rękę, bo dzięki temu jego obecność na dworze po zmroku nikogo nie dziwiła i nie była uznawana za podejrzaną. Z drugiej strony miło było się dowiedzieć, że  Shairisse  interesuje się jego osobą i tym, co sprawia mu przyjemność. W ciszy spoglądał w jej twarz i pomimo nocnej aury, wyraźnie widział mokre ślady na jej policzkach. Patrząc na nie, poczuł się winny całej tej sytuacji. Uświadomił sobie, że prawie wszystkie jej cierpienia są ostatnio, w mniejszym lub większym stopniu spowodowane jego działaniami. Jej pogarszający się stan zdrowia, który ujawnił wówczas jej więź z Kryształem i będący następstwem jego zatrucia. Atak  Naytili  w Świątyni Fenghuangów, który o mały włos nie doprowadził do jej śmierci. A teraz jeszcze Lance,  próbujący wziąć sprawy w swoje ręce i zrobić wszystko po swojemu. Gdyby nie wygadał mu wtedy w Świątyni, jak wiele dziewczyna znaczy dla niego, to zapewne nie tkwiliby w tak beznadziejnym położeniu. Patrząc w jej zapłakaną twarz, poczuł gdzieś głęboko w sobie narastające pragnienie bliskości. Przybliżył się trochę do dziewczyny i bardzo niepewnie wyciągnął rękę w stronę jej twarzy. Nie miał pewności, czy go nie odtrąci, ale ona najpierw spojrzała na jego dłoń, a następnie podniosła głowę i bardzo smutno zerknęła w jego oczy.
               - Ten list nie był ode mnie Shai - powiedział skruszonym głosem, delikatnie wycierając kciukiem spływające po jej policzkach łzy. - Nie proponowałbym ci spotkania w nocy poza Kwaterą. Nigdy bym cię tak nie naraził... - dodał i znowu łagodnie uścisnął jej dłoń.
               - Teraz już to wiem - odpowiedziała, spoglądając gdzieś przed siebie. - Na polanie czekała na mnie niemiła niespodzianka...
               - To znaczy? Co się wydarzyło na polanie? - zapytał i patrzył wyczekująco, chociaż dobrze wiedział, jaka padnie odpowiedź. Na samą tylko myśl o byłym wspólniku poczuł, jak napinają mu się wszystkie mięśnie, a krew ścina mu się w żyłach ze złości. To uczucie było po prostu silniejsze od niego.
               - Kiedy przyszłam, polana była pusta... - zaczęła mówić powoli, a jej głos brzmiał, jakby za chwilę miała się rozpłakać.  Lorialet  odruchowo przysunął się jeszcze bliżej do niej. - Zauważyłam, że coś leżało na trawie pośrodku, więc podeszłam sprawdzić, co to jest... Kiedy weszłam na środek i pochyliłam się, nagle coś błysnęło... coś, jakby błyskawica, ale bez grzmotu... i wtedy nagle mnie sparaliżowało... - w tym momencie głos dziewczyny się załamał i zaczęła szlochać.  Leiftan  momentalnie poczuł, jak ściska mu się serce na ten widok i bez namysłu objął ją i mocno przytulił.  Shairisse  przylgnęła do niego całym ciałem i rozpłakała się na dobre. - To był...  Ashkore... - wydukała, wtulając się jeszcze mocniej w silne ramiona chłopaka i przylegając policzkiem do jego nagiego torsu. Prawie natychmiast poczuł na swojej skórze jej mokre łzy i gorący oddech, który wydobywał się z jej ust w czasie płaczu. Jedną ręką otulał jej plecy, a drugą ramiona i głaskał ją po karku, pragnąc, żeby poczuła się, jak najbardziej bezpiecznie. Policzkiem oparł się o jej głowę i łagodnie powtarzał, żeby się uspokoiła. W ten sposób starał się uspokoić również siebie, gdyż obawiał się konsekwencji swojego narastającego zdenerwowania. Wiedział, że jeśli poziom jego złości wzrośnie zbyt mocno, wówczas jego oczy zmienią kolor, a tego w tej chwili bardzo nie chciał. Umiał panować nad swoją ogólną przemianą w  daemona, ale zmiana koloru oczu pod wpływem nerwów była czymś, nad czym panować prawie się nie dało. Gdyby teraz jego oczy zmieniły kolor, a ona przez przypadek spojrzałaby w ciemności w jego twarz, to bezapelacyjnie rozpoznałaby, że są to te same oczy, które tak często widziała w swoich wizjach. Czarno - zielone oczy  daemona, które napawały ją ogromnym przerażeniem i wielokrotnie wywoływały u niej panikę. Nie mógł do tego dopuścić. Nie, teraz gdy nareszcie czuł, że powstaje między nimi prawdziwa bliskość i więź, której nie chciał stracić ani zniszczyć.
               Shairisse  dość szybko się uspokoiła i przestała szlochać. Nie odsunęła się jednak od niego ani na chwilę, a on nie miał zamiaru jej wypuszczać ze swoich ramion. Bliskość jej ciała, ciepło jej oddechu i aksamitny dotyk jej skóry uspokajały go bardziej niż cokolwiek innego na świecie. Czując, jak ufnie dziewczyna wtula się w niego, poczuł, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po jego ciele. W tej chwili nie było nic ważniejszego od niej. Nic na świecie nie było przyjemniejsze od jej spokojnego i ufnego oddechu, który delikatnie pieścił jego skórę. Nie było nic cenniejszego niż jej drobna osoba wtulona w jego ramiona. Nie miał pojęcia, jak długo siedział tuląc ją do siebie, ale nie miało to dla niego żadnego znaczenia. Z rozczuleniem całował ją w czubek głowy, powtarzając w myślach, jak bardzo chciałby, żeby mu to wszystko kiedyś wybaczyła. Nie chciał dopytywać o szczegóły jej spotkania z  Ashem, bo obawiał się, że znowu się rozpłacze. Jednak ona sama zaczęła opowiadać.
               -  Ashkore  powiedział, że moja dusza ma być jego zabezpieczeniem przed zdradą - gdy mówiła, jej głos był już wyjątkowo spokojny - lub ewentualnym ubezpieczeniem na jej wypadek...
               -  Ciiiii, nie myśl już o tym - przerwał jej i znowu czule ucałował jej włosy. Naprawdę nie chciał, aby opowiadając to wszystko, od nowa przeżywała tamto wydarzenie. -  Ashkore  zapłaci za wszystko, co ci zrobił...
               - Kiedy mi to mówił - kontynuowała, jakby nie słysząc jego słów -  wiesz, o czym  pomyślałam? - zapytała i delikatnie odsunęła się od niego, żeby spojrzeć mu w oczy.
               - Nie mam pojęcia, o czym? - spytał, zakładając niesforny kosmyk jej włosów za ucho.
               - Pomyślałam, że jestem zła na ciebie, bo mnie wystawiłeś... - odpowiedziała i spuściła wzrok. - Głupie, prawda?
               - Wcale nie - stwierdził z uśmiechem, nie spodziewając się takiej odpowiedzi. Był przekonany, że usłyszy raczej o jej podejrzeniach, że w straży jest ktoś współpracujący z  Ashkorem. - Może trochę dziwne, ale nie głupie... - dodał rozczulony jej szczerością i delikatnie uniósł jej głowę, łapiąc za podbródek. - Nic, co robisz i myślisz nie jest głupie  Shai... - te ostatnie słowa wypowiedział bardzo cicho, niemalże szeptem, patrząc przy tym czule w jej liliowe oczy, które w tym momencie iskrzyły się, niczym dwie ametystowe gwiazdeczki. Sposób, w jaki dziewczyna patrzyła na niego, sprawiał, że jego ciało ponownie zaczęło ogarniać przyjemne ciepło. Ich twarze dzieliła odległość tak niewielka, że jej ciepły oddech delikatnie pieścił jego wargi. Wyraźnie wyczuwał narastające między nimi napięcie, które stawało się coraz bardziej elektryzujące. Im dłużej spoglądał w jej oczy, tym większe ogarniało go pragnienie, a nawet pożądanie. - Czy nadal jesteś na mnie zła? - zapytał nagle, chcąc w ten sposób zawrócić swoje myśli z niebezpiecznego toru, którym zaczęły podążać.
               - Nie - odparła szeptem, uśmiechając się nieśmiało. - Tam na polanie byłam przerażona i myślałam tylko, że gdybyś był przy mnie, to byłabym bezpieczna...
               Jej słowa sprawiły, że w jego oczach zaszkliły się łzy. Ponownie przyciągnął ją do siebie i otulił jeszcze mocniej ramionami. Dziewczyna nie oponowała, tylko wtuliła się i delikatnie oparła głowę w zagłębieniu jego szyi. W tym momencie wszystko stało się dla  Leiftana  jasne i klarowne. Zrozumiał, dlaczego jej duch pojawił się tamtej nocy w Kryształowej Sali. Zapewne, kiedy Lance wypowiedział formułę  "oddzielenia duszy"  od ciała,  Shairisse  musiała intensywnie myśleć o nim, a wtedy jej ducha przyciągnęło do niego. Rytuał ten był na tyle zaskakujący i gwałtowny dla niej, że nie zdawała sobie sprawy z opuszczenia ciała. Zaburzenia pojmowania i pamięci, które wywołał prawdopodobnie eliksir  Are'T  Vian  spowodowały, że jej dusza poczuła się zagubiona i zdezorientowana i to było przyczyną problemów z utrzymaniem jej wtedy przy życiu. Po prostu jej duch nie potrafił się odnaleźć, nawet w tych chwilach, gdy ponownie łączył się z ciałem. Analizując to wszystko, zdał sobie sprawę, że dziewczyna żyje tylko i wyłącznie dlatego, że  Athira  na czas ją znalazł i sprowadził do swojej pani pomoc. Lance na pewno zostawiłby ją w lesie, przekonany o powodzeniu swojego przedsięwzięcia, a znalezienie  Shairisse  zbyt późno uniemożliwiłoby jej uratowanie. Duch przebywający zbyt długo poza swoim ciałem traci tę specyficzną więź z nim. Wówczas nawet rytuał  "unum  mundum"  by nie pomógł, bo sprowadzenie do umierającego jego zagubionego ducha to nie to samo, co sprowadzenie duszy do osoby zmarłej... Słyszał o przypadkach sprowadzenia ducha po kilkudniowym jego pobycie w zaświatach, ale osoby w ten sposób ożywione nigdy nie były już takie same. Z przerażeniem pomyślał o tym, jak blisko był utraty ukochanej i całym sercem się cieszył, że ona teraz cała i zdrowa wtulała się w jego ramiona.
               - Nie darowałbym sobie, gdyby coś ci się stało - szepnął i ponownie czule ucałował jej włosy.
               - Myślisz,  żeeeeee...  Ashkore... będzie próbował to powtórzyć? - zapytała, przeciągle ziewając.
               - Nie sądzę - odpowiedział, ale ton jego głosu świadczył, że nie jest o tym do końca przekonany. - Dama Huang pobłogosławiła cię specjalnym błogosławieństwem, przez co nie będzie już tak łatwo zniewolić twojego ducha. Poza tym możesz poprosić kogoś, żeby wytłumaczył ci, w jaki sposób umocnić siłę swojego ducha i jeszcze bardziej utrudnić możliwość zniewolenia, bądź opętania - mówiąc to, od razu pomyślał, że musi poszukać sposobu na skuteczniejszą ochronę ukochanej.
               - Znasz kogoś takiego? - zapytała, ukrywając ponowne ziewnięcie.
               - Mogę popytać dla ciebie - odparł szczęśliwy, że to właśnie u niego szuka wsparcia.
               Przez dłuższą chwilę tulił dziewczynę, zastanawiając się jednocześnie, czy zna kogoś, kto mógłby pomóc w takiej sytuacji. Nikt jednak nie przychodził mu w tamtej chwili do głowy, a na domiar złego poczuł narastającą senność i zmęczenie. Słysząc, że ona również w międzyczasie kilkukrotnie ziewnęła, pomyślał, że czas wrócić na swoje łóżko, aby mogli oboje w spokoju się wyspać. Kiedy jednak poruszył się delikatnie,  aby wstać, poczuł, jak  Shairisse  mocniej przylgnęła do niego.
               - Nie idź, proszę - wyszeptała na wpół sennie.
               - Jesteś pewna? - zapytał szeptem, aby upewnić się, że jej prośba nie jest tylko machinalną reakcją na jego poruszenie.
               - Tak - potwierdziła. - Będę czuć się bezpieczniej.
               - Jak sobie życzysz - odparł cicho i przytulił ją mocniej do siebie. Pozycja, w której się znajdował, nie należała do najwygodniejszych, ale to było w tej chwili najmniej ważne. Dla niej był w stanie wytrzymać takie niewygody, szczególnie że była tak blisko niego. Czując jej zapach i ciepło, nawet nie zorientował się, kiedy zmorzył go sen.
               ***
               Obudzony odgłosami poranka  Leiftan, otworzył oczy i od razu na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech zadowolenia. Tuż przed sobą zobaczył spokojną, pogrążoną we śnie twarz  Shairisse, która według niego wyglądała bardzo niewinnie, wręcz anielsko. Patrząc na nią, uzmysłowił sobie, że bardzo chciałby się budzić w jej towarzystwie każdego ranka. Jej bliskość wydawała mu się tak cudowna i nierzeczywista, że gdy dziewczyna poruszyła się w trakcie snu, on wstrzymał oddech i całkowicie znieruchomiał, jakby bojąc się, że najmniejszy ruch sprawi, iż ukochana zniknie z jego ramion. Z łagodnym uśmiechem na twarzy, przez chwilę jej się przyglądał. Jasne promienie wschodzącego słońca, nieśmiało przebijały się przez koronę rosnącego za oknem drzewa i delikatnie muskały skórę jej twarzy, rozświetlając ją swoim blaskiem. Magicznego uroku tej chwili dopełniały poranne trele chowańców, które radośnie witały nastanie nowego dnia.
               - Już nie śpisz? Która jest godzina? - zapytała nagle  Shairisse, otwierając i przecierając zaspane oczy.
               - Jest jeszcze bardzo wcześnie - odpowiedział, zerkając na ścienny zegar. - Niedawno minęła szósta. Jak chcesz, to pośpij jeszcze, ja wrócę na swoje łóżko - dodał, siadając na brzegu jej łóżka i odwracając się w jej stronę. - Będziesz mogła się wygodnie wyciągnąć i spokojnie wyspać.
               - Nie potrzebuję tego, bo dzięki tobie spałam spokojnie - powiedziała, przewracając się na bok i wspierając na łokciu. - I wbrew pozorom było mi bardzo wygodnie - dodała z zawadiackim uśmieszkiem, jednocześnie delikatnie się rumieniąc.
               Leiftan  rozbawiony jej odpowiedzią, spojrzał na nią delikatnie zmrużonymi oczyma. Bardzo spodobała mu się  Shairisse  w takim radosnym i zaczepnym wydaniu. Pomyślał, że od razu jest mu dużo lepiej, gdy widzi, że jego ukochana jest spokojniejsza i weselsza, jakby ktoś zdjął mu potworny ciężar z ramion, lub odmłodził o kilkanaście lat.
               - Łobuziara - zaśmiał się wesoło. - Nawet nie wiesz, jak bardzo mnie cieszy, że dopisuje ci humor i jak miło mi słyszeć, że nie doświadczyłaś niewygód przeze mnie.
               - Mam nadzieję, że nie sprawiłam ci jakiś większych problemów swoją osobą w nocy? - zapytała, nieznacznie poważniejąc. - Jeśli tak, to przepraszam...
               - Nic z tych rzeczy - odparł z uśmiechem, przypominając sobie, jak bardzo miło mu było, móc ją trzymać w ramionach w czasie snu. - Wręcz przeciwnie, miałem bardzo sympatyczną i ciepłą przytulankę - dodał zaczepnie i z przekornym uśmiechem. Nie chciał, aby dziewczyna traciła humor, gdyż spodobała mu się jej niesforna postawa.
               - Pff, ja ci zaraz dam przytulankę - zaśmiała się i klepnęła go lekko w kolano.
               -  No, a nie? - zapytał rozbawiony i udając, że obawia się dalszych kuksańców, przesiadł się na swoje łóżko. Przez chwilę oboje śmiali się beztrosko.
               - W sumie, to naprawdę nie chce mi się już spać - odezwała się po chwili, znowu trochę poważniejąc i podnosząc się do siadu. - Najchętniej poszłabym na spacer, ale nie chcę narazić się  Ewelein.
               - Zapewne nie byłaby zachwycona - odparł z wymownym uśmiechem. - Po śniadaniu chyba będziemy mogli opuścić już przychodnię, więc jeśli nadal będziesz mieć ochotę na spacer, to będziesz mogła się spokojnie na takowy wybrać.
              - Pierwsze, co zrobię po wyjściu, to idę pod prysznic - powiedziała, lekko się krzywiąc. - Mam wrażenie, że cała się kleję.
               - Ja chyba zrobię to samo - stwierdził, wstając z łóżka i podchodząc do okna. - I też wybiorę się dzisiaj na długi spacer - dodał z nostalgią w głosie. Patrząc za okno, na rozjaśnione słonecznym blaskiem alejki w ogrodach Kwatery, poczuł dziwną tęsknotę za ciepłem promieni słońca i łagodną pieszczotą morskiej bryzy na skórze.
               -  Leiftanie? - dziewczyna zwróciła się do niego niepewnie.
               - Tak? - zapytał, odwracając się w jej stronę.
               - Czy dzisiaj masz coś specjalnego w planach? - spojrzała na niego zaciekawiona. - No wiesz..., jakieś spotkanie, albo zebranie, albo cokolwiek innego?
               - Z tego, co mi wiadomo na tę chwilę, to mam dzisiaj wolne - odparł z uśmiechem. - Czemu pytasz?
               - Jeśli nie masz mnie jeszcze dość, to może wybralibyśmy się na spacer razem? - zapytała z niewinnym uśmiechem.
               - Bardzo chętnie Shai - odpowiedział i od razu poczuł, że dzisiejszy dzień zapowiada się bardzo dobrze. Nawet zrobił szczere postanowienie, że dzisiaj znajdzie w końcu odwagę, aby wyznać dziewczynie, ile ona dla niego znaczy. Przecież w tak piękny dzień wszystko musi się udać.

Offline

#27 12-07-2019 o 21h05

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 61

Witam, to znowu ja /static/img/forum/smilies/smile.png
Jako, że wybieram się na wakacyjny urlop, to pozwolę sobie wstawić nowy rozdział.
Pozdrawiam wszystkich odwiedzających i mam nadzieję, że spodoba się ta część.

Pocałunek anioła

      Shairisse stała przed lustrem i przyglądała się swojemu odbiciu. Musiała przyznać, że spodobał jej się widok, który miała przed sobą. Sięgająca do kolan sukienka, wykonana z miękkiej dzianiny, otulała ciało, podkreślając jej nienaganną figurę. Nigdy nie lubiła się stroić w sukienki, ale teraz została niejako zmuszona do wystąpienia w tej kreacji. Był to bowiem prezent od gildii Purrekos, a wszyscy w Kwaterze wiedzą, że kociakom z tej gildii się nie odmawia i należy z nimi dobrze żyć. Ona też to wiedziała, dlatego właśnie stała przed lustrem w kreacji od nich. Purriry przyszła dzisiaj do niej i wręczając jej torebkę z logo swojego butiku, powiedziała, że jest to prezent od kociej gildii, żeby poprawić jej samopoczucie po ostatnich wydarzeniach. Okazało się, że tym prezentem jest kopertowa sukienka z lejącym dekoltem typu wodospad. Jak zawsze kocica poprosiła o przymierzenie i zaprezentowanie się w kreacji. Gdy wróciła pokazać się, ta uśmiechając się tajemniczo i mrugając porozumiewawczo, oznajmiła, że sukienka idealnie nadaje się na spotkanie z lorialetem. Zaskoczona Shai ledwo zdążyła podziękować, gdyż Purriry mrucząc: "Magnifique, magnifique*", jak kamfora ulotniła się z jej pokoju. Po wyjściu kociej kreatorki mody, przez dłuższą chwilę układała różne fryzury, aby znaleźć odpowiednią do stroju. Ostatecznie zdecydowała się upiąć włosy w wysokiego koka, wypuszczając tylko kilka luźnych loków. Makijaż, jak zawsze ograniczyła do tuszowania rzęs. Zadowolona z efektu końcowego spojrzała na zegarek. Mimo, że z Leiftanem umówiona była dopiero za godzinę, postanowiła wybrać się na umówione miejsce już teraz. Planowała powygrzewać się w słońcu, czekając na niego.

      Gdy przyszła na miejsce, okazało się, że pomimo słonecznej pogody, przy fontannie nikogo nie było. Pomyślała, że w sumie to nawet dobrze, ponieważ będzie mogła w spokoju rozkoszować się promieniami słońca. Zdjęła sandały i zanurzyła stopy w chłodnej wodzie, a zamykając oczy, wystawiła twarz do słońca. Przyjemne ciepło promieni rozgrzewało jej ciało, a myśli samoistnie zaczęły krążyć wokół dzisiejszych wydarzeń. Kiedy rano proponowała Leiftanowi wspólny spacer, nie spodziewała się, że będzie musiała czekać na to cały dzień. Nie spodziewała się też, że będzie się w nim tak dużo działo.

      Zaczęło się od żartu, który zaserwowała jej rano Ewelein, zaraz po przyjściu na swój dyżur. Nastraszyła ją, że postanowiła przedłużyć jej pobyt w przychodni jeszcze o tydzień. Na szczęście ujawniła, że to tylko żart, zanim ona zdążyła z żalu i złości, zrobić scenę. Po opuszczeniu przychodni, zamiast planowanego prysznica, musiała stawić się na zebranie w Kryształowej Sali. Okazało się bowiem, że sprawa ataku na nią, uznana została za priorytetową i Miiko przed wyjazdem zarządziła, żeby wszelkie nowe fakty w tym temacie rozpatrywać bez zwłoki. Zebranie trwało do wczesnych godzin popołudniowych i uzgodniono, że koniecznie trzeba powziąć kroki, mające na celu zwiększenie ochrony jej ducha przed zniewoleniem. Tutaj Ezarel zaproponował, żeby pomocy poszukać u Itzal'a, który ma przybyć w ciągu kilku najbliższych dni do Kwatery. Według elfa jego znajomy zaklinacz jest ekspertem w sprawach związanych z duchem i duszą. Keroshane zobowiązał się poszukać dostępnych informacji na ten temat w księgach i u zaprzyjaźnionych mędrców. Po zebraniu wysłano wiadomość do Miiko i Valkyona, a ona z nieukrywaną radością udała się w końcu pod prysznic.

      Gdy wróciła do pokoju, zanim zdążyła się ubrać, do drzwi zapukały Karenn i Alajea, żeby upewnić się, że pogłoska o jej powrocie do zdrowia jest prawdziwa. Przyodziana jedynie w ręcznik, wysłuchała szczebiotania przyjaciółek o tym, że umierały ze strachu, tęskniły i muszą się umówić na ploteczki. Dziewczyny chciały się wprosić już wieczorem, ale grzecznie im odmówiła i ku wielkiemu ich niezadowoleniu, przemilczała przyczynę tej odmowy. Nie chciała im mówić, że to z powodu umówionego spotkania z Leiftanem, bo wiedziała, że przyjaciółki natychmiast będą snuć całe mnóstwo domysłów na ten temat.

      Przy obiedzie na stołówce poczuła się, prawie jak lokalna celebrytka. Wszyscy ją witali serdecznie, pytali o zdrowie i samopoczucie oraz powtarzali, że ma uważać i żartobliwie dodawali, żeby więcej nie odstawiała takich akcji. W czasie obiadu towarzystwa dotrzymywał jej Chrome, który nie omieszkał zażartować, że robienie szumu wokół siebie to jej ulubione zajęcie. Kiedy jednak w czasie rozmowy przyznała, że to Ashkore ją zaatakował, chłopak spoważniał i w trybie natychmiastowym ulotnił się ze stołówki. Po obiedzie niespodziankę zrobił jej Karuto, ofiarowując świeżo wypieczone ciastka. Chyba nawet jej wybaczył wybryk z eliksirem usypiającym w jedzeniu, gdy z dziewczynami ratowały Colaię.

      Niezwykle pokrzepiające wydało jej się to, że wszyscy w Kwaterze byli wobec niej tacy mili i życzliwi. W dodatku ten śliczny prezent od kociaków z gildii Purrekos. Myśląc o tym, przypomniała sobie, że Purriry wiedziała skądś o jej planach spaceru w towarzystwie Leiftana, a wręczając jej prezent, bardzo enigmatycznie się uśmiechała. Zaczęła zastanawiać się, skąd kocica o tym wiedziała? Czyżby Leiftan jej powiedział? I czemu się tak dziwnie zachowywała? Myśląc o chłopaku, wróciła do wydarzeń z nocy. Jego zachowanie było takie nienaganne, pełne czułości, empatii i zrozumienia. Znowu był tym wspaniałym przyjacielem, który zawsze chętnie jej wysłuchał, zawsze służył pomocą i zawsze przy niej był. Tym samym przyjacielem, którego pamiętała z czasów, zanim uległa opętaniu przez ducha Yeu. Przyjacielem, który... No właśnie..., opętanie przez Yeu.

      Kiedy zaczęła wspominać różne sytuacje związane z lorialetem, uświadomiła sobie, że jego zachowanie wobec niej, uległo radykalnej zmianie, właśnie po tamtych wydarzeniach. Przypomniała sobie dziwne zachowanie Leiftana, kiedy wypytywał ją o wydarzenia z czasu, gdy ona i Valkyon byli pod wpływem duchów Yeu i Tihn'a. Jego podenerwowanie, gdy oznajmił, że wie o ich pocałunku, do którego doszło, zanim oba duchy odeszły. A potem to jego dopytywanie, czy ten pocałunek miał dla niej jakieś znaczenie. I to był ten czas, gdy stał się wobec niej zdystansowany, formalny i zaczął jej unikać. Wtedy nie zwróciła na to większej uwagi, bo naprawdę sporo się działo w tamtym czasie i później też jakoś spokojniej nie było. Dzisiaj jednak to wszystko do niej w końcu dotarło. Teraz gdy mogła na spokojnie o tym pomyśleć, zastanawiała się, czy ich relacje rzeczywiście były tylko czysto przyjacielskie? Czasami będąc z nim sam na sam, miewała wrażenie, jakby coś delikatnie iskrzyło, ale zawsze myślała, że to tylko jej wyobraźnia - aż do dzisiaj. Przypomniała sobie pewien moment z ostatniej nocy, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Poczuła wtedy, jak budzi się w niej namiętność, a zaraz potem między nimi pojawiło się jakieś napięcie i chemia. Miała wówczas wrażenie, że nie jest osamotniona w swoich odczuciach. A może tylko jej się wydawało?

      - O czym tak intensywnie myślisz? - głos Leiftana wyrwał ją z zamyślenia.

      - O niczym - skłamała pospiesznie, rumieniąc się przy tym, jak psotne dziecko przyłapane na gorącym uczynku. - Korzystam ze słońca, czekając na ciebie.

      - Powiedzmy, że w to wierzę, Shai - powiedział po chwili rozbawiony. Przez moment przyglądał się jej z nieukrywanym podziwem. - Chciałbym ci powiedzieć, jak ślicznie wyglądasz, ale chwilowo brak mi słów, aby to wyrazić - powiedział w końcu z szerokim uśmiechem. - Powiem ci to później, dobrze? Jesteś gotowa na spacer?

      - Dobrze - odparła rozbawiona. - Gdzie chcesz mnie zabrać? - zapytała, wyciągając stopy z wody i wycierając niewielkim ręcznikiem, który przyniosła ze sobą.

      - Chciałbym ci pokazać pewne piękne miejsce - odparł i podał jej rękę, aby pomóc utrzymać równowagę, gdy wsuwała stopy w sandały. - Jeszcze nikt, poza członkami Lśniącej Straży nie widział tego miejsca.

      - Ojej - powiedziała zaskoczona. - Czemu zawdzięczam takie wyróżnienie?

      - Dowiesz się na miejscu - odpowiedział z enigmatycznym uśmiechem. - A teraz wybacz, ale muszę coś zrobić - dodał, wyjmując z kieszeni białą, jedwabną apaszkę. Następnie stanął za nią i delikatnie zawiązał jej oczy. - Na razie pragnę rozbudzić twoje zaciekawienie, więc zachowam trochę tajemnicy.

      - A daleko chcesz mnie zabrać? - zapytała z uśmiechem. - Bo wiesz, że jestem urodzoną niezdarą, a zawiązanie mi oczu tylko zwiększa prawdopodobieństwo, że spektakularnie zaliczę jakiś upadek.

      - Bez obaw, nie upadniesz - odpowiedział figlarnie i wziął ją na ręce. - O tym też pomyślałem.

      - Ach! - zawołała i natychmiast objęła go za szyję. - Oby to było blisko, bo się zmęczysz.

      Lorialet nic nie odpowiedział, tylko zaśmiał się pod nosem. Jej drobna osoba nie stanowiła dla niego żadnego problemu. Trzymając dziewczynę na rękach, rozejrzał się, aby mieć pewność, że nikt nie będzie obserwował, dokąd idzie. Następnie poszedł za duży głaz, znajdujący się przy fontannie, a potem ledwo widoczną ścieżynką w stronę muru okalającego ogrody. Spora część owego muru była porośnięta przez gęstą, podobną do bluszczu roślinność, która swoim wyglądem nie zachęcała jednak do bliższego kontaktu. Leiftan podszedł do tej roślinności i wymamrotał pod nosem: "Aperto transiebant ad hortus illuminatum**". Prawie od razu ujawniło się przejście, pozbawione pędów i kolców, przez które chłopak przeszedł bez problemu. Po przejściu na drugą stronę roślinnego muru postawił ją z powrotem na ziemi, odwracając ją tyłem do siebie.

      - Jesteś gotowa? - zapytał.

      - Tak, jestem - odparła z entuzjazmem, a Leiftan w międzyczasie zdjął apaszkę z jej oczu.

      - O matko! - zawołała z zachwytem Shairisse. - Jak tu pięknie!

      Jej oczom ukazał się spory obszar zieleni, który od razu skojarzył jej się z rajskim ogrodem. Cały teren zamiast muru otoczony był drzewami i krzewami, poza jednym bokiem, gdzie wznosiła się ściana, przypominając wyglądem skalne zbocze. Z samej góry tego zbocza spływał błękitny, średniej wielkości wodospad, którego rozpryskujące się krople wody, tańczyły w słońcu, tworząc przepiękną tęczę. U podnóża wodospadu znajdowało się niewielkie jezioro z krystalicznie czystą wodą. Środek ogrodu porastała łąka niebieskich kwiatów, tworząc coś na kształt puchatego dywanu. Na łące znajdowało się kilka okrągłych, marmurowych stołów, otoczonych siedziskami z białymi poduchami. Na obrzeżach łąki przy krzewach rosły różne gatunki roślin, tworząc niepowtarzalne, różnokolorowe kompozycje kwiatowe. W lewej części ogrodu rosło kilka większych drzew, których korony i listowie splatały się ze sobą i tworzyły naturalną osłonę przed promieniami słońca.

      - Dlaczego to miejsce nie jest ogólnodostępne? - zapytała, odwracając się do Leiftana. - Jak możecie ukrywać to piękne miejsce przed innymi?

      - Nie ukrywamy go Shai - odparł rozbawiony. - Dopiero niedawno skończyliśmy tutaj prace. Jest tu kilka gatunków roślin, które potrzebowały dużo ciszy i spokoju, zanim się zaaklimatyzowały w nowym miejscu. Jest też kilka gatunków chowańców, które musiały w spokoju zaakceptować to środowisko, jako swój nowy dom. Mieliśmy udostępnić tę część ogrodów już jakiś czas temu, ale niestety atak Naytili narobił trochę szkód, które trzeba było naprawić.

      - Ach, teraz rozumiem.

      - Chodź za mną - powiedział, wyciągając do niej dłoń. - Przejdziemy się po ogrodzie, a później usiądziemy i poczekamy do zmierzchu, wtedy dopiero zobaczysz prawdziwe piękno tego miejsca.

      - To może tu być jeszcze piękniej? - zapytała zaskoczona, chwytając jego dłoń.

      - Sama zobaczysz - uśmiechnął się do niej czule.

      Kiedy szli przed siebie, trzymając się cały czas za ręce, poczuł niesamowite szczęście i spokój. Z zachwytem obserwował, jak Shairisse z uśmiechem i zaciekawieniem rozgląda się dookoła. Co jakiś czas zatrzymywała się i dopytywała, o niektóre gatunki roślin. Cierpliwie opowiadał jej to, co o nich wiedział, dodając przy tym kilka ciekawych historyjek i zabawnych anegdot. Z zainteresowaniem słuchała go, a w międzyczasie spoglądała prosto w jego oczy. Kilka razy poczuł, jak się rumieni, kiedy jej roziskrzone spojrzenie przenikało go na wskroś. Czas spędzany z nią sam na sam oraz świadomość tego, co chciał jej za chwilę wyznać, trochę go stresowały. Miał nadzieję, że ona jednak tego nie zauważy i starał się zachowywać jak najbardziej naturalnie. Przy wodospadzie oboje zatrzymali się przy skalnej ścianie, aby poobserwować parę motyli, która w powietrzu odtwarzała swoisty taniec radości.

      - Mam dla ciebie mały prezent - odezwał się po chwili ciszy, sięgając do kieszeni płaszcza. - Chciałbym ci go dać, aby podkreślić, że jesteś niezwykle piękna i do tego wyjątkowa - mówiąc te słowa, stanął za jej plecami. Następnie delikatnie założył jej na szyję złoty łańcuszek z niewielkim wisiorkiem w kształcie serca. Serce wykonane było z przeźroczystego kryształu, w którym zatopione były trzy drobne, niebieskie kwiatki.

      - Jakie to śliczne! - wykrzyknęła radośnie, obracając w palcach wisiorek. - Z jakiej to okazji? To dlatego mnie tutaj przyprowadziłeś? Żeby mi to dać?- pytała rozentuzjazmowana, przypominając sobie, jak mówił, że na miejscu dowie się, dlaczego tutaj przyszli.

      - Szczerze mówiąc, bardzo chciałem poprawić ci samopoczucie - odpowiedział, uśmiechając się nieśmiało i wracając na miejsce. - I chciałem... pobyć trochę z tobą... sam.

      - Pobyć ze mną? Sam? - zapytała zaskoczona, czując jednocześnie, że przez to wyznanie robi jej się gorąco.

      - Tak. Ostatnio jakoś mniej rozmawiamy ze sobą i trochę mi tego brakuje... - odparł, zerkając na nią. Nie chciał już dłużej zwlekać z wyznaniem, że jest dla niego ważna, ale obawiał się jej reakcji. - Mam wrażenie, że oddaliliśmy się od siebie...

      Shairisse ze zdziwieniem spojrzała na niego, nie wiedząc, co ma myśleć. Dał jej śliczny wisiorek w kształcie serca, teraz jej mówi, że brakuje mu wspólnych rozmów, a przecież to on odsunął się od niej. To on zaczął jej unikać, to on stał się wobec niej bardziej formalny i zdystansowany. Przez chwilę przyglądała mu się w milczeniu, wyraźnie się nad czymś zastanawiając.

      - Mogę cię o coś zapytać? - odezwała się po chwili.

      - Oczywiście, pytaj, o co chcesz - odparł, zbliżając się do niej o krok.

      - Zastanawiałam się, dlaczego... - tu na chwilę się zawahała. - Jak to jest, że czasami jesteś.... - znowu przerwała, jakby w trakcie mówienia odkryła, że nie to chciała powiedzieć. - Nie wiem, jak to ująć w słowa... - powiedziała w końcu, zakłopotana swoją bezradnością w doborze słów.

      - Co chcesz wiedzieć, Shai? - zapytał łagodnie i uniósł jej głowę, łapiąc za podbródek. - Zapytaj wprost...

      - Powiedz mi, kim dla ciebie jestem? - zapytała w końcu niepewnie, wpatrując się w jego oczy. Jej spojrzenie wyrażało chęć zrozumienia, a przy tym było pełne czułości i ciepła. - Nie potrafię cię rozgryźć, Leiftanie... - nie dokończyła swojej wypowiedzi, ponieważ w tym momencie poczuła na swoich wargach gorący oddech chłopaka.

      - Jesteś kimś, o kim nie potrafię przestać myśleć - wyszeptał, a jego usta były tak blisko jej ust, że gdy mówił, jego wargi delikatnie dotykały jej warg. - Jesteś wszystkim, czego pragnę, odkąd pojawiłaś się w naszym świecie... Sprawiłaś, że ponownie zapragnąłem żyć i nadałaś mojemu życiu nowy sens... - z każdym wypowiadanym przez niego słowem, jej oddech przyspieszał. Kiedy położył obie swoje dłonie po bokach jej twarzy, a następnie delikatnie nimi zjechał po jej szyi, jęknęła tylko cicho z rozkoszy, czując, że traci kontrolę nad sobą. Jej reakcja była tak jednoznaczna, że Leiftan nie wytrzymał i pocałował ją zachłannie. Pod naporem jego ciała cofnęła się o krok, a czując na plecach chłód skalnej ściany, wyprężyła się i przywarła do niego.

      Nie pierwszy raz się z kimś całowała, ale po raz pierwszy czyjś pocałunek wywołał tak gwałtowne i nieoczekiwane reakcje jej organizmu. Sama jego bliskość spowodowała u niej przyspieszenie oddechu. Jego szept i ciepły oddech na jej wargach sprawił, że jej nogi stały się miękkie, jak z waty. Delikatność i miękkość jego ust, doprowadziły do drżenia całe jej ciało. Gdy zaś jego język delikatnie zaczął pieścić jej wargi, ponownie jęknęła, rozchylając swoje usta. W brzuchu poczuła całe mnóstwo motyli, gdy jego język splótł się z jej w miłosnej pieszczocie. Całe jej ciało i wszystkie myśli skupiły się tylko i wyłącznie na przyjemności jego dotyku. Bez namysłu położyła jedną dłoń na jego karku, a drugą objęła go za plecami, aby mocniej przytulić się do niego. Gdy jego dłonie zaczęły błądzić po jej plecach, czuła jak coraz bardziej rozpala się w niej uczucie pożądania. Jej skóra płonęła w każdym miejscu, w którym tylko on jej dotknął. Czuła, że jego oddech również był mocno przyspieszony, a przesuwając dłonią po jego plecach, czuła jak przy każdym jej dotyku, naprężają się jego mięśnie. Palcami drugiej dłoni wtopiła się w jego włosy tuż nad karkiem i delikatnie bawiła się nimi, a paznokciami od czasu do czasu łagodnie drażniła jego skórę. Kilka razy wyczuła, że od tej pieszczoty zadrżał na całym ciele. Świadomość jego reakcji, dodatkowo ją pobudzała i sprawiała, że pierwszy raz w swoim życiu poczuła, jak ekscytujące mrowienie rozchodzi się po całym jej ciele. Było to dla niej tak nadzwyczajne doznanie, że gdy jedna z dłoni Leiftana łagodnie, acz zdecydowanie zawędrowała na jej biodro, bezwiednie uniosła nogę i oparła ją na biodrze chłopaka. Jego dłoń natychmiast powędrowała wzdłuż jej uda, podciągając je jeszcze wyżej, a następnie powoli wróciła na poprzednie miejsce, by na koniec dość zachłannie zacisnąć się na jej pośladku.

      - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, od jak dawna marzyłem, żeby zasmakować twoich ust... - wyszeptał nagle chłopak, odrywając się na chwilę od jej warg. Jego oddech był płytki i przyspieszony, a głos łagodnie chrapliwy i wyraźnie wskazywał, że jego pożądanie również jest na granicy wytrzymałości.

      - Tak? - zapytała figlarnie szeptem. Jednocześnie dłonią, którą trzymała dotychczas na jego plecach, delikatnie objęła jego twarz, a kciukiem łagodnie zaczęła pieścić jego usta. - Jak długo o tym marzyłeś? - dodała zalotnie tuż przy jego uchu.

      - Lepiej, żebym ci nie mówił - odparł, całując pieszczotliwie jej palec. - Nie chcę cię wystraszyć - dopowiedział z uśmiechem. Następnie obiema rękoma złapał za tyłek dziewczyny i zdecydowanym ruchem podniósł ją, a ona owinęła swoje nogi wokół jego pasa. Trzymając ją blisko swojego ciała, przeszedł do najbliższego siedziska, żeby na nim usiąść, przy okazji sadzając ją sobie na kolanach.

      - No dobrze, to mi nie mów - odparła rozbawiona, kładąc obie ręce na jego ramiona, a palce wsuwając w jego włosy z tyłu głowy.

      Leiftan w odpowiedzi zamruczał tylko i z niesamowitą wręcz finezją i ulotnością zaczął całować ją po szyi. Z jej ust wyrwało się rozkoszne jęknięcie, gdy poczuła jego ciepły oddech i język na skórze w okolicach ucha. Jego pocałunki były teraz bardzo delikatne, wręcz wysublimowane, za to jego dłonie coraz śmielej i odważniej wędrowały po jej ciele, odkrywając kolejne miejsca wrażliwe na ich dotyk. Poddając się wzajemnym pieszczotom i rozkoszując się, wywołanymi przez to coraz przyjemniejszymi doznaniami, kompletnie przestali zwracać uwagę na otaczający ich świat. W pewnym momencie Shairisse poczuła, jak dłonie chłopaka zaczęły wsuwać się pod materiał jej sukienki. Zdała sobie sprawę, że jeśli teraz tego nie zatrzyma, to za chwilę już na pewno nie będzie miała ani siły, ani nawet ochoty tego przerywać.

      - Zatrzymaj się Leiftanie... - wyszeptała, odrywając się od jego ust. Pomimo odczuwanego pożądania, nie czuła się w tej chwili jeszcze gotowa, żeby posunąć się dalej.

      - Jak sobie życzysz, słońce - odpowiedział cicho i od razu cofnął swoje dłonie. Ciężko oddychając, spojrzał jej w oczy i czule objął obiema dłońmi jej twarz. Nie miał pojęcia co, ale coś w jej zachowaniu mówiło mu, że dziewczyna ma pewne obawy i powinien wspierać jej decyzję. Wyczuwał jej pożądanie i widział pragnienie wypisane w jej oczach, a im dłużej przyglądał się jej, tym większej nabierał pewności, że wyznaczona właśnie przez nią granica, jest tak naprawdę punktem, którego nigdy jeszcze nie przekroczyła. - Wiesz, że jesteś cudowna...? - dodał szeptem.

      Na jego pytanie nie była w stanie odpowiedzieć, gdyż ledwo łapała oddech i obawiała się, że jeśli teraz otworzy usta, to wydobędzie się z nich tylko jakiś nieartykułowany dźwięk. Czule odgarnęła czarne włosy z jego oczu i przez chwilę błądziła wzrokiem po jego twarzy. W międzyczasie położyła dłonie po obu stronach jego szyi i delikatnie kciukami zaczęła gładzić okolice jego uszu, jak i same uszy. Gdy w końcu zatrzymała wzrok na jego oczach, uśmiechnęła się nieznacznie, a zaraz potem pochyliła się, aby najczulej jak tylko potrafiła, ucałować jego usta. Następnie oparła się czołem o jego czoło i spoglądała mu w oczy, jednocześnie starając się uspokoić swoje ciało i rozgorączkowane myśli. W tym czasie Leiftan delikatnie głaskał jej policzki kciukami, nie odrywając spojrzenia od jej liliowych, błyszczących oczu.

      - Przepraszam - powiedziała cicho, gdy jej oddech się w miarę uspokoił, a wstając z jego kolan, dodała z lekkim zakłopotaniem - ja... jeszcze nigdy nie...

      - Nie przepraszaj - szybko jej przerwał i złapał ją za ręce, domyślając się, co chciała powiedzieć. - Nie masz za co przepraszać. Dzięki tobie jestem szczęśliwy, jak nigdy dotąd - dodał i przyciągnął ją do siebie, ponownie sadzając sobie na kolanach, ale tym razem bokiem. Następnie objął ją w talii dla pewności, że mu nie ucieknie.

      - Nie jesteś na mnie zły? - zapytała niepewnie, patrząc na swoje dłonie.

      - Zły na ciebie? - zapytał zdziwiony. - Nigdy nie byłem na ciebie zły.

      - Na pewno? - spytała i tym razem spojrzała na niego.

      - Oczywiście - odparł pewnie. - Czy kiedykolwiek odniosłaś takie wrażenie? - zapytał, nie zdając sobie sprawy, że tym pytaniem wywoła burzę w szklance wody.

      - Pamiętasz moją przygodę z Yeu? - zapytała, ponownie przenosząc wzrok na swoje dłonie. - Po całym tym zdarzeniu miałam wrażenie, jakbyś był na mnie o coś zły - dodała smutno. Wiedziała, że to nie jest najlepszy czas na taką rozmowę, ale już od dawna chciała wiedzieć, dlaczego lorialet zachowuje się wobec niej w tak niezrozumiały sposób.

      - Pamiętam - odpowiedział, a ton jego głosu zdradzał, że niechętnie to wspomina. Naprawdę nie chciał pamiętać tamtych wydarzeń, ponieważ sama myśl, że Valkyon ją pocałował, wzbudzała w nim uczucie zazdrości i niepokoju. Nie pomagała świadomość, że wydarzyło się to tylko i wyłącznie z powodu opętania tych dwojga przez duchy Yeu i Tihn'a, gdyż od pewnego już czasu widział, że Valkyon przejawia zainteresowanie dziewczyną. - Nie byłem wówczas zły na ciebie...

      - Ale tak się zachowywałeś - przerwała mu. - Zacząłeś mnie unikać, a jak już przyszło nam o czymś rozmawiać, to tylko formalnie i tylko na temat zleconej misji...

      - To nie tak Shai... - przerwał jej, widząc, do czego zmierza.

      - A niby jak Leiftanie? - zapytała, spoglądając na niego wyczekująco. - Nie wiem, jak rozumieć twoje zachowanie. Z najlepszego przyjaciela, niemalże z dnia na dzień stałeś się zdystansowany i oschły. Unikałeś mnie, a mimo to zawsze ratowałeś, ostatnio ryzykując swoje zdrowie, a nie jestem pewna, czy nawet nie życie... A dzisiaj znowu inaczej się wobec mnie zachowujesz. Dlaczego?

       - Bo nie jesteś mi obojętna Shai... - odpowiedział cicho, jakby obawiał się, że zbyt głośne wypowiedzenie tych słów ją spłoszy. Następnie spojrzał jej w oczy, a widząc w nich zaskoczenie, postanowił mówić dalej: - Pamiętasz nasz spacer po plaży, zanim Naytili zaatakowała Kwaterę? - zapytał i przeniósł wzrok na jej dłonie. - Tamtego wieczoru chciałem porozmawiać z tobą o tym, że stałaś się dla mnie kimś bardzo ważnym, ale przez tę wiedźmę nie zdążyłem ci tego powiedzieć. Przyznaję, że później trochę mnie zbiły z tropu wydarzenia związane z Yeu i... nie byłem pewien, jak potoczy się sprawa między tobą i Valkyonem... - w tym momencie ponownie spojrzał na nią, ale ona tylko westchnęła głęboko.

      - Czy ty byłeś zazdrosny o Valkyona? - zapytała, nie podnosząc głowy. - To dlatego pytałeś, czy ten pocałunek coś dla mnie znaczył? Dlatego odsunąłeś się wtedy ode mnie?

      - Nie... to nie całkiem tak - odpowiedział, ale nie brzmiało to zbyt przekonująco. Rzeczywiście był zły na całą tę sytuację z opętaniem i wzrostem zainteresowania jej osobą ze strony wojownika. Jednak w tamtym czasie działo się naprawdę sporo. Wówczas przecież wyszło na jaw, że Kryształ został skorumpowany i to zatrucie nie tylko niszczyło Kryształ i osłabiało Wyrocznię, ale również ją pozbawiało zdrowia i sił życiowych. Wtedy właśnie ujawniła się jej dziwna więź z Kryształem. Wtedy też zrozumiał, że wszystkie plany jego wspólnika Lance'a, aby rozbić Wielki Kryształ i unicestwić Wyrocznię, są jednocześnie wyrokiem śmierci na jego ukochaną. Wiedział, że Lance nie zechce zmienić swoich planów, a to oznaczało, że szykują się problemy. Tego jednak nie mógł jej powiedzieć, więc zaczął trochę improwizować. - Pamiętasz, że w tamtym czasie pojawiły się problemy z Kryształem i twoim zdrowiem? Nigdy wcześniej nikt nie był dla mnie tak ważny, jak ty... Dlatego tym bardziej byłem przerażony, bo zdawałem sobie sprawę, że jeśli nie uda się wyleczyć Kryształu, to wtedy mogę cię stracić. W Świątyni, gdy zobaczyłem, jak osuwasz się na ziemię po ataku Naytili, to wpadłem w jakiś szał i ją zabiłem. Kiedy zrozumiałem, co się wydarzyło i co zrobiłem, nie wiedziałem jak się zachować. Nie potrafiłem poradzić sobie z tymi wszystkimi emocjami... - mówiąc to, nieśmiało spoglądał na nią.

      Shairisse patrzyła na niego wielkimi ze zdziwienia oczyma, w których szkliły się łzy wzruszenia. W tym momencie poczuł, że ona staje się jeszcze bliższa jego sercu.

      - Nie wiedziałem, czy będziesz chciała po tym wszystkim, mieć takiego przyjaciela, jak ja... - kontynuował. - Te moje obawy i rozterki nigdy jednak nie miały znaczenia, jeśli chodziło o ratowanie ciebie. Zawsze będę cię ratować... - tu na chwilę zamilkł. - Od ataku w Świątyni, cały czas coś się działo, cały czas było coś do zrobienia, albo misja do wykonania i nie umiałem się zebrać, żeby z tobą porozmawiać... Tym razem zrozumiałem jednak, że nie mogę dłużej tego odwlekać. Zrozumiałem, że jeśli nie powiem ci całej prawdy, to mogę stracić cię na zawsze... - ostatnie zdanie wypowiedział szeptem, gdyż głos uwiązł mu w gardle.

      Widząc, w jaki sposób dziewczyna patrzy na niego, zdał sobie sprawę, że niepotrzebnie tyle zwlekał z wyjawieniem jej swoich uczuć. Jej spojrzenie przepełnione było czułością i miłością, a po policzkach spływały jej maleńkie łzy. Czuł, że ta rozmowa i dalsze ewentualne wyznania, mogą za chwilę spowodować rozklejenie się dziewczyny, a tego raczej nie chciał. Wiedział już, że Shai ma swoisty dar wzbudzania w nim emocji, nad którymi nie potrafił panować. Oznaczało to wtedy, że on również pewnie się wzruszy i będą mieli łzawy wieczór. Sięgnął do kieszeni po chusteczkę, aby wytrzeć mokre ślady z jej policzków i wtedy uświadomił sobie, że dookoła nich panuje już zmierzch. Przez cały czas oboje byli tak pochłonięci sobą, że nie zwracali uwagi na otaczającą ich przyrodę. Poczuł, że to dobry moment na "zmianę klimatu", więc delikatnie wytarł słone kropelki z twarzy Shairisse i czule uśmiechając się, szepnął:

      - Rozejrzyj się dookoła, myosotis illuminata właśnie ujawniła swoje piękno...

      Gdy dziewczyna obejrzała się za siebie, zaniemówiła z wrażenia. Powoli zeszła z jego kolan i z zachwytem patrzyła na ogród, który w tym momencie był jednym, wielkim spektaklem iluminacji. Niebieskie kwiaty, które rosły na środku ogrodu, tworząc łąkę, okazały się odmianą jakiejś magicznej, świecącej roślinności. Nad tym rozświetlonym niebieskim dywanem, unosiło się całe mnóstwo złotych, świetlnych punkcików. Domyślała się, że to musiały być jakieś nocne owady z rodzaju świetlików.

      - Jednak może tu być piękniej - powiedziała po chwili rozmarzonym głosem. - Co to jest ta myosotis? - zapytała i delikatnie zadrżała z zimna.

      - Świecąca niezapominajka - odpowiedział lorialet, wstając i okrywając ją swoim płaszczem. - Niepozorny niebieski kwiatek, który żyje w symbiozie z pewnymi grzybami i dlatego jej płatki potrafią świecić w ciemności. Takie same niezapominajki masz zatopione w tym kryształowym wisiorku.

      - Rzeczywiście - powiedziała, przyglądając się swojemu wisiorkowi. - Czemu akurat te kwiatki? Czy mają one jakieś znaczenie?

      - Tak, mają - odparł, stając tuż za nią i otulając ją ramionami. - Niezapominajka jest kwiatem, który ma pomagać zapominalskim w zapamiętywaniu ważnych spraw. Jest też symbolem zakochanych, których czeka tymczasowe rozstanie, aby przypominać, że ktoś czeka i tęskni... - ostatnie zdanie wyszeptał jej do ucha.

      Shairisse odwróciła się do niego i delikatnie pocałowała. W międzyczasie wzmogły się wieczorne powiewy wiatru, przypominając im, że jest już dość chłodno i późno. Oboje jeszcze przez krótką chwilę rozkoszowali się widokiem roztańczonych świetlików, aż w końcu doszli do wniosku, że czas wracać do Kwatery. Trzymając się za ręce, powoli skierowali się w stronę wyjścia. Przed bluszczową ścianą Leiftan znowu wymamrotał pod nosem niezrozumiałe dla niej słowa i rośliny rozsunęły się, ukazując przejście.

      - Mam zamknąć oczy? - zapytała z figlarnym uśmiechem Shai.

      - Nie ma już takiej potrzeby - odparł, przepuszczając ją przodem.

      Po drugiej stronie przejścia nagle pojawiła się Amaya, jakby wyrosła spod ziemi i zaczęła się dziwnie zachowywać. Podskakiwała i prychała, ewidentnie chcąc skupić uwagę swojego pana na sobie. Lorialet od razu zaśmiał się, że to zapewne jej taniec zazdrości, na co Shairisse odparła, że to jej raczej wygląda na "taniec świrniętego pawiana". Oboje zaczęli się śmiać, ale kiedy chcieli zignorować tę puchatą zazdrośnicę i iść dalej swoją drogą, okazało się, że chowaniec potrafi być naprawdę namolny, kręcąc się pod ich nogami i nie dając się ominąć. Widząc, że rogata panda nie zamierza odpuścić, dziewczyna zaproponowała, że sama wróci do Kwatery. Zdegustowany zachowaniem swojego chowańca, lorialet przeprosił za całe to przedstawienie i obiecał, że wynagrodzi jej ten nieprzyjemny koniec wspólnie spędzanego czasu. Shai chciała oddać mu płaszcz, ale odmówił przyjęcia go, tłumacząc, że jest chłodno i powinna go zatrzymać, a on odbierze go później. Kiedy pochylił się, aby pocałować ją, zanim odejdzie, Amaya znowu zaczęła jeżyć się i prychać, dodatkowo drapiąc go po nogach. Zachowaniem tym spowodowała wzrost jego podenerwowania, przez co jego buziak był szybki i raczej mało czuły. Trochę rozczarowana zakończeniem spotkania, dziewczyna uśmiechnęła się nieznacznie na odchodne i powędrowała w stronę Kwatery.

      Do pokoju szła szybkim krokiem, ponieważ nie chciała na nikogo wpaść. Szczególnie nie miała ochoty spotkać teraz Karenn lub Allie, bo wtedy mogłoby to skończyć się całonocnymi rozmowami, a nie za bardzo miała ochotę na "babskie" pogaduchy. Poza tym zaczęła powoli odczuwać zmęczenie i chciała, jak najszybciej położyć się w swoim łóżku. Po wejściu do pokoju, odwiesiła płaszcz Leiftana na krzesło i udała się do łaźni, aby umyć się przed snem. Natknęła się tam na Nevrę, który na jej widok najpierw zagwizdał z zachwytu, a potem figlarnie zapytał, czy to dla niego się tak wystroiła. Nie czekał jednak na odpowiedź, tylko radośnie złapał ją w ramiona i okręcił się z nią dookoła swojej osi, powtarzając, że jej widok niezmiernie go cieszy i szczęśliwy jest, że nic się jej nie stało. Potem odstawił ją na podłogę i przez chwilę rozmawiali o wszystkim i o niczym. Na koniec potarmosił jej czuprynę i ucałował w czoło niczym starszy brat. Odchodząc, poprosił całkiem poważnym tonem, aby nigdy więcej ich tak nie straszyła. Kiedy wyszedł, Shai uśmiechnęła się sama do siebie, przyznając do tego przed sobą, że wampir zawsze wiedział, jak poprawić jej humor. Szybko umyła się i niemalże biegiem wróciła do swojego pokoju.

      Po wejściu i zamknięciu drzwi, podeszła do komody, aby przebrać się w bawełnianą koszulkę nocną. Następnie rozpuściła i rozczesała włosy, przygasiła światło w pokoju, zostawiając tylko łagodnie świecący kinkiet nad łóżkiem. Na nocnej szafce postawiła małą fiolkę z eliksirem od Ewelein, który elfka przygotowała i ofiarowała dla niej na wypadek problemów ze snem. Następnie położyła się na łóżku i nakryła miękkim kocem, mając nadzieję na spokojną noc, bez sennych koszmarów. Niestety, pomimo zmęczenia nie mogła zasnąć, a jej myśli nieustannie krążyły wokół popołudniowego spaceru z lorialetem. Zaczęła zastanawiać się, czy to wszystko, co mówił chłopak, było naprawdę szczerym wyznaniem? A może było tylko zagraniem na jej emocjach i uczuciach, aby ukryć swoje prawdziwe zamiary? Już raz na Ziemi przeżyła podobną sytuację. Już słyszała czułe wyznania, które, jak się okazało, wypowiedziane były tylko i wyłącznie w jednym celu. Wtedy na szczęście odkryła prawdziwe zamiary swojego chłopaka, zanim doszło do sytuacji, której by później żałowała. Jednak teraz... Na samo wspomnienie pocałunku poczuła motyle w brzuchu i przyjemne ciepło na ustach. Czy ten pocałunek był tylko reakcją chwili? Czy może oznaczał coś więcej? Czy ta dzisiejsza rozmowa oznaczała zmianę relacji między nią i Leiftanem? Prawdę powiedziawszy, przez Amayę nie mieli okazji wyjaśnić sobie wszystkiego do końca. Bardzo tego żałowała, gdyż w tej chwili zaczęła odczuwać swoistą tęsknotę za nim, za jego głosem i jego dotykiem...

      Nie miała pewności, jak długo leżała tak rozmyślając, gdy nagle usłyszała ciche pukanie do drzwi. Zaskoczona zamarła na łóżku, jakby obawiała się, że najmniejszy jej ruch spowoduje wtargnięcie intruza. Kiedy jednak zobaczyła, jak Athira podchodzi do drzwi i po chwili węszenia, wesoło merda ogonem, zrozumiała, że to musi być ktoś zaprzyjaźniony. Wstała i podeszła do drzwi.

      - Kto tam? - zapytała niepewnie.

      - To ja, Leiftan - usłyszała cichą odpowiedź.

      Po ostatnich wydarzeniach obawiała się, że to może być jakiś podstęp, więc tylko uchyliła lekko drzwi, pozostając jednak w gotowości do ewentualnego, nagłego ich zatrzaśnięcia. Kiedy upewniła się, że to jednak faktycznie lorialet, uchyliła je bardziej i opierając się o nie głową, spoglądała na niego zaciekawiona.

      - Mam nadzieję, że nie obudziłem cię? - zapytał, patrząc na nią przepraszająco.

      - Nie, nie mogłam zasnąć - odparła cicho.

      - Ja też nie - oznajmił, rumieniąc się delikatnie. - Mogę wejść? Lepiej chyba, żeby nie widziano mnie na progu twojego pokoju o tej godzinie - dodał, rozglądając się wymownie w lewo i prawo po korytarzu.

      - Boisz się o swoją reputację? - zapytała z uśmiechem i otworzyła szerzej drzwi, wpuszczając chłopaka do środka.

      - Raczej o twoją - odpowiedział z uśmiechem, wchodząc i stając przy komodzie.

      - Tak sobie to tłumacz - odparła figlarnie, zamykając drzwi. - Przyszedłeś zapewne po swój płaszcz - dodała, poważniejąc i idąc w stronę krzesła, na którym powiesiła jego własność.

      - Nie po to przyszedłem - odpowiedział pospiesznie, łapiąc ją za rękę, gdy przechodziła obok niego.

      Zaskoczona zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na niego zdziwionymi oczyma. Stał i spoglądał na nią z góry na dół i z powrotem i pomimo panującego półmroku, wyraźnie widziała psotne iskierki w jego oczach. Wtedy uświadomiła sobie, że stała przed nim w kusej, różowej koszulce ze sznurowanym dekoltem, którego akurat dzisiaj nie pomyślała, żeby zasznurować do końca. W tym momencie delikatnie zarumieniła się na twarzy, zmieszana trochę jego figlarnym spojrzeniem. Widząc jej reakcję, bardzo powoli przyciągał ją do siebie, patrząc przenikliwie prosto w jej oczy. Czuła, jak z każdym centymetrem zmniejszającej się między nimi odległości, przyspiesza bicie jej serca i oddech. Gdy przyciągnął ją już do siebie tak, że bardziej się nie dało, podniósł trzymaną dłoń do ust i ucałował ją bardzo delikatnie, a drugą ręką objął ją w talii i przytulił ją jeszcze mocniej. Odruchowo swoją wolną dłoń położyła na jego torsie i od razu wyczuła, że on również ma przyspieszony oddech, a jego serce bije prawie tak samo szybko, jak jej własne.

      - Jeśli nie po swój płaszcz, to po co przyszedłeś? - zapytała szeptem, czując, jak coraz bardziej robi jej się gorąco, mimo otwartego okna i wyczuwalnych lekkich podmuchów wieczornego wiatru. Leiftan puścił jej dłoń, a ona wpatrzona w jego zielone, błyszczące oczy zatrzymała ją w pobliżu jego twarzy, delikatnie muskając jego podbródek kciukiem.

      - Przyszedłem, ponieważ obiecałem powiedzieć ci, jak pięknie wyglądasz i nie zdążyłem tego zrobić - odpowiedział szeptem. - Wyglądałaś przepięknie w tamtej sukience. Teraz wyglądasz równie cudownie, a może nawet jeszcze piękniej - mówiąc to, wolną ręką wsunął jej kosmyk włosów za ucho. - Poza tym chciałem ci powiedzieć dzisiaj coś bardzo ważnego...

      - Co takiego? - przerwała mu drżącym głosem.

      - Zapytałaś mnie dzisiaj, kim dla mnie jesteś... - zaczął niepewnie.

      - Powiedziałeś, że kimś o kim wciąż myślisz - weszła mu w słowo. - Wszystkim, czego pragniesz i, że nadałam nowy sens twojemu życiu... - dokończyła powtarzać jego ówczesną wypowiedź.

      - Ale nie powiedziałem ci wtedy najważniejszego - szepnął, łagodnie obejmując jej policzek. - Nie powiedziałem wtedy, że... - w tym momencie się zawahał, jakby obawiając się, czy to, co chce wyznać, nie spłoszy jej przypadkiem.

      - Że...? - zapytała ledwo słyszalnie.

      - Kocham cię... - powiedział prawie bezgłośnie. - Od pierwszego spotkania w Kryształowej Sali, od pierwszego spojrzenia w twoje oczy, wiedziałem...

      Shairisse nie pozwoliła mu dokończyć wypowiedzi, tylko przylgnęła do niego całym ciałem i bardzo namiętnie go pocałowała. Nie rozumiała dlaczego, ale dokładnie w tamtym momencie poczuła, że nie liczyło się nic, poza tą zmysłowością, pragnieniem i pożądaniem, które właśnie wypełniło każdą komórkę jej ciała...

-----------------------------------------------------------------------------------

*magnifique - wspaniale, cudownie

** Aperto transiebant ad hortus illuminatum - otwórz przejście do świetlistego ogrodu

Offline

#28 12-08-2019 o 21h29

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 61

Witam i pozdrawiam /static/img/forum/smilies/smile.png
Powstał nowy rozdział, więc pozwolę sobie wkleić.
Pozdrawiam odwiedzających i życzę miłej lektury.

Pierwsze odkrycia

          Tysiąc różnych myśli i cała gama emocji opanowały jego umysł, gdy wtulona w jego ramiona, tak żarliwie go całowała. Jej słodki zapach, rozkoszna pieszczota jej języka i zmysłowy dotyk jej ust, złączonych z jego w pocałunku, sprawiały, że coraz intensywniej odczuwał pragnienie i pożądanie. Te same, które nieomal zawsze pojawiały się na jej widok i towarzyszyły mu w jej obecności. Nauczył się nad nimi panować, ale teraz z każdą chwilą stawało się to coraz trudniejsze. Nie to, że lubił się kontrolować, ale obawiał się, żeby nie dobrnąć do pewnej granicy, po której przekroczeniu prawie niemożliwe jest zapanowanie nad własnym pożądaniem.
          Przyjemne dreszcze przechodziły mu wzdłuż kręgosłupa, gdy jej dłonie powoli przesuwały się po jego szyi do karku, gdzie niezwykle zmysłowo zaczęła pieścić palcami wrażliwe miejsce tuż nad linią jego włosów. Jej pocałunek był niespieszny, aczkolwiek przy tym niebywale zmysłowy i pełen namiętności. Palcami lewej dłoni delikatnie pieścił jej szyję, a prawą dłonią powoli wędrował wzdłuż jej pleców w dół, aż dotarł w okolice krzyża, gdzie na chwilę się zatrzymał. Nie był do końca pewien, czy może posunąć się dalej, więc przesunął rękę w bok, aby zejść wzdłuż jej biodra na udo, gdzie kończyła się linia materiału jej koszulki. Gdy jego dłoń musnęła jej nagą skórę, poczuł, jak wstrzymała oddech i łagodnie westchnęła, ale tym razem nie poprosiła, aby się wycofał. Zachęcony wsunął dłoń pod materiał i zmysłowo przesunął ręką po jej nagiej skórze w górę. Poczuł, jak jej oddech delikatnie przyspieszył, a ona przylgnęła do niego jeszcze bardziej. Odebrał to, jako przyzwolenie na dalszą wędrówkę jego dłoni i odkrywanie dotykiem nowych miejsc na jej ciele. Kiedy więc zaczął coraz śmielej pieścić jej ciało, ona coraz zachłanniej całowała jego usta.
          Aksamitność jej skóry działała na niego niczym afrodyzjak, a jej bliskość, ciepło i zniewalający zapach, dodatkowo pobudzały jego zmysły. Ich ciała rozdzielał tylko cienki materiał koszulki, w związku z czym wyraźnie wyczuwał jej kobiece walory. Wraz ze wzrostem żarliwości jej pocałunków, wzrastała jego gorliwość w poznawaniu jej ciała, a co za tym idzie, jego dłonie coraz śmielej błądziły po jej skórze. Gdy obiema dłońmi pogładził jej pośladki, jęknęła cicho i przesunęła swoje dłonie na jego plecy. Po chwili prowokacyjnie przejechała paznokciami wzdłuż jego kręgosłupa, jednocześnie jeszcze mocniej wtulając się w niego. Z powodu tej pieszczoty przez całe jego ciało przeszedł dreszcz i fala gwałtownego pożądania, na które zareagował odruchowo, zaciskając dłonie na jej pupie. W tym momencie uniosła prawą nogę i oparła ją na jego biodrze. Czując zwiększającą się między nimi namiętność, zamruczał cicho i lewą dłonią powoli przesunął po nagiej skórze jej uda, by po chwili niespiesznie powrócić na dawne miejsce. Gdy jej paznokcie kolejny raz przesunęły się po jego plecach, instynktownie złapał ją mocniej za tyłek i zuchwale podniósł do góry. Zaskoczona jego gwałtowną reakcją, oderwała się od jego ust z głośnym westchnieniem i objęła nogami jego biodra.
          Trzymając ją mocno w ramionach, podszedł do łóżka i delikatnie położył na pościeli. Gdy poczuła oparcie dla swojego ciała, wypuściła go ze swoich objęć, ale prawie natychmiast ponownie splotła ręce na jego karku, gdy chciał się wyprostować. W blasku księżyca jej oczy błyszczały niczym dwie ametystowe gwiazdy, wpatrując się w niego nieomal nieprzytomnie. Ta krótka chwila wystarczyła, aby spośród wszystkich chaotycznych myśli w jego głowie, przebiła się ta odpowiedzialna za zdroworozsądkowe podejście do sytuacji. 
          Dzięki temu do głosu zaczęły dochodzić te bardziej racjonalne myśli, przeplatane również wątpliwościami. Przychodząc do niej, działał pod wpływem impulsu. Gdy wrócił do swojego pokoju, nie mógł przestać o niej myśleć. Na skórze wciąż czuł delikatne mrowienie, wywołane jej pieszczotami, a samo wspomnienie jej pocałunków sprawiało, że odczuwał rozkoszne ciepło na swoich wargach. Jednak wszystkie te zniewalająco przyjemne doznania, wciąż rozpraszał powracający mu przed oczy obraz jej delikatnie rozczarowanej twarzy, gdy odchodziła sama w stronę Kwatery. Naprawdę nie chciał, aby w taki sposób zakończyło się to ich spotkanie. Poszedł więc do niej, bo chciał przeprosić za zachowanie Amayi. Chciał powiedzieć jej to, czego nie zdążył z powodu zachowania tej puchatej zazdrośnicy. Czy jednak przyjście do jej pokoju późnym wieczorem, nie było błędem? Może powinien był poczekać do rana? Może i tak, ale przyszedł i teraz już nie dało się tego zmienić. Mógł się wycofać, kiedy chciała mu oddać jego płaszcz. Nie zrobił tego jednak, gdyż obawiał się, że znowu mogłaby poczuć się rozczarowana. A może nie? Może jednak powinien był wtedy zabrać swój płaszcz i po prostu wyjść? Ale nie zrobił tego. Obiecał sobie przecież, że dzisiaj w końcu jej powie, jak bardzo ważna jest dla niego. Dlatego został. Dlatego też w końcu jej wyznał, że kocha się w niej od samego początku, od pierwszego spotkania w Kryształowej Sali, od pierwszego spojrzenia w jej liliowe oczy.
          Teraz patrzył w te jej błyszczące oczy i bił się z myślami. Nie spodziewał się, że ona w ten sposób zareaguje na jego wyznanie. Widział ogromne pożądanie, jakie skrywało się w jej spojrzeniu i czuł, że całe jej ciało emanuje pragnieniem bliskości i spełnienia. On też od bardzo dawna tego pragnął - pragnął jej całym sobą, każdą swoją myślą, każdym swoim oddechem i każdym uderzeniem swojego serca. Teraz jednak obawiał się, że jeśli w tej chwili oboje ulegną pokusie i swoim żądzom, to ona kiedyś może pomyśleć, że tylko po to dzisiaj do niej przyszedł. Nie chciał, aby kiedykolwiek pomyślała, że wykorzystał sytuację, a już na pewno nie chciał, aby pomyślała, że wyznanie jej miłości było tylko nieczystym zagraniem z jego strony, w celu złamania jej niewinności.
          - Shai, słoneczko… - wyszeptał drżącym od emocji głosem, jednocześnie starając się zapanować nad swoim podnieceniem. - Poczekaj…, zatrzymaj się na chwilkę… - dodał, siadając i wpatrując się w nią prawie nieprzytomnym z pożądania wzrokiem.
          Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona, a widząc zakłopotany wyraz jego twarzy, zaczęła powoli rozluźniać uścisk rąk na jego szyi. Poczuła się trochę zdezorientowana, więc wsparła się na łokciach i spoglądała w jego zielone oczy z coraz większą obawą. Wyraźnie czuła między nimi napięcie - pełne namiętności i zmysłowości i nie mogła zrozumieć, dlaczego nagle zaczął ją powstrzymywać. Czyżby zrobiła coś nie tak? Wcześniej przecież sprawiał wrażenie, że pragnie jej tak samo mocno, jak ona teraz jego. W tamtej chwili nie czuła się gotowa, ale teraz… Teraz pragnęła go tak bardzo, że aż ciężko jej było zapanować nad sobą. 
          - Coś nie tak? - zapytała cicho i niepewnie, obawiając się tego, co za chwilę może usłyszeć. - Zrobiłam coś nie tak?
          - Nie kochanie… - powiedział najczulej, jak tylko potrafił, chociaż w tej chwili nie było mu łatwo panować nad głosem. Jego pragnienia i emocje balansowały na granicy wytrzymałości, gdzie ostatkiem sił był w stanie je kontrolować. - Pragnę cię tak bardzo, że ledwo nad tym w tej chwili panuję…
          - To, czemu… - zaczęła niepewnie, marszcząc brwi.
          - Ponieważ nie chcę, abyś kiedykolwiek później tego żałowała - wszedł jej w słowo. - Nie chcę, abyś pomyślała kiedykolwiek, że przyszedłem do ciebie tylko w jednym celu…
          - Nie pomyślę tak - wyszeptała z ulgą w głosie, a następnie powoli podniosła się do siadu i objęła jego twarz dłońmi. - Nigdy… - dodała, zerkając mu prosto w oczy. Rozszalałe myśli w jej głowie zaczęły się nagle uspokajać. Patrząc na niego, zdała sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie pragnęła nikogo tak bardzo, żeby aż stracić nad sobą kontrolę.
          - Teraz tak mówisz, Shai - odparł cicho, czule odgarniając kosmyki włosów z jej twarzy. - Targają tobą silne emocje, ale kiedy emocje opadną, zaczniesz się zastanawiać i analizować sytuację. Wówczas zaczniesz zadawać sobie pytania, co się stało i dlaczego do tego doszło - mówiąc to, czule gładził jej policzek. - Nie chcę, byś wtedy wyciągnęła jakieś mylne wnioski.
          Od razu zauważył delikatne zakłopotanie na jej twarzy i zrozumiał, że coś zaprząta jej myśli, gdyż zaczęła się rozglądać, unikając jego spojrzenia. Domyślał się, że zapewne w tej chwili nie bardzo rozumie jego postępowanie, ale był pewien, że dobrze zrobił. Patrzył na nią z miłością, a widząc na jej twarzy coraz większe zmieszanie, przyciągnął ją do siebie i pocałował czule i delikatnie.
          - Może masz rację - powiedziała po chwili, ale ton jej głosu zdradzał, że nie do końca jest o tym przekonana. Wyraźnie wyczuwał, że coś ją martwiło.
          - O co chodzi słoneczko? - zapytał, zmuszając ją, by spojrzała mu w oczy.
          - Trochę mi głupio - odpowiedziała, ponownie uciekając wzrokiem gdzieś w bok. - Wyszło na to, że nie potrafię panować nad sobą…
          - Nawet tak nie myśl - przerwał jej szybko, uśmiechając się nieznacznie. - W takich chwilach, mało kto potrafi panować nad sobą.
          - Tobie udało się zachować zimną krew… - powiedziała lekko zawstydzona, wciąż unikając spojrzenia mu w oczy.
          - Shairisse, spójrz na mnie - poprosił z łagodnym uśmiechem. Kiedy w końcu spojrzała w jego oczy, zaczął jej tłumaczyć: - Ja, z racji wykonywanych zadań, mam ogromną wprawę w zachowywaniu zimnej krwi i hamowaniu swoich emocji. Poza tym, jeśli chodzi o ciebie… - tu lekko się zawahał. - Już od tak dawna się kontroluję, żeby…
          - Kontrolujesz się przy mnie? - przerwała mu zaskoczona. - Czemu?
          - Mówiłem ci, że zakochałem się w tobie, gdy tylko cię zobaczyłem - odparł cicho. - Nigdy jednak nie chciałem wypaść na jakiegoś nawiedzonego, zakochanego wariata, więc musiałem zawsze uważać na to, co mówię i co robię w twojej obecności. Uwierz mi, że przy tak pięknej dziewczynie, jak ty, to naprawdę trudne.
          - Teraz nie musiałeś się kontrolować - zaśmiała się cicho. - A jednak to zrobiłeś. Dlaczego?
          - Dlatego, że bardzo chciałbym być fair wobec ciebie - powiedział poważnie, patrząc jej prosto w oczy. - A przede wszystkim pragnę, aby… to, co ma się między nami wydarzyć, było przemyślane i wynikało z naszych prawdziwych pragnień, a nie było spowodowane chwilowym impulsem.
          - Rozumiem... - odparła cicho. - To będziesz musiał mnie pilnować - powiedziała po chwili figlarnie, starając się w ten sposób ukryć delikatne zakłopotanie. W środku odczuła jednak ulgę, że tylko taki jest powód jego zachowania i nagłego powstrzymania tego, co między nimi mogło się stać. - Ja często działam pod wpływem impulsu.
          - Bardzo chętnie będę to robił - odparł rozbawiony jej stwierdzeniem. - Jak tylko wrócę z negocjacji, to będę cię pilnować, moja droga.
          - Kiedy jedziesz? - zapytała, delikatnie odsuwając się od niego.
          - Jutro rano wyruszam.
          - A kiedy wracasz? - dopytywała smutno.
          - Zapewne za kilka dni - powiedział i łagodnie opuszkami palców pogłaskał ją po policzku. - Martwi cię to?
          - Chciałabym nacieszyć się tobą…
          - Nacieszysz się - przerwał jej, wciąż z wielką czułością dotykając jej twarzy. - Będziemy mieli dużo czasu, gdy wrócę...
          - A nie chciałbyś zostać ze mną? Dzisiaj? - spytała nieśmiało, spoglądając na niego i wtulając policzek w jego dłoń. - Czułabym się bezpieczniejsza...
          - Mogę zostać - odpowiedział, a zaraz potem łobuzersko się uśmiechnął. - Musisz mi jednak obiecać, że będziesz grzeczna.
          - A jeśli… - zaczęła niepewnie.
          - Obiecujesz? - ponownie jej przerwał, uśmiechając się i wpatrując się w nią wyczekująco.
          - Obiecuję - powiedziała po chwili niechętnie.
          - Grzeczna dziewczynka - zaśmiał się, ponownie rozbawiony jej reakcją. Następnie spojrzał wymownie na swój strój. - Mam tylko mały problem…
          - Jaki? - zapytała zdziwiona.
          - Nie mam piżamy.
          - Ale bieliznę masz? - zapytała, a po chwili uśmiechnęła się zawstydzona. Myśli, które zaczęły się plątać po jej głowie, nie należały ani do skromnych, ani do najgrzeczniejszych.
          - Shairisse łobuziaro - uśmiechnął się psotnie. - Miałaś być grzeczna - dodał, pieszczotliwie uderzając palcem wskazującym w czubek jej nosa.
          - Ależ jestem grzeczna - zaśmiała się, robiąc przy tym minę niewiniątka. - Gdybym była niegrzeczna, to powiedziałabym, że… - tu przerwała, wahając się, czy zdradzać mu swoje niesforne myśli.
          - Że? - podłapał jej zawahanie, domyślając się, że znowu będzie chciała przekomarzać się z nim.
          - Phi, nie powiem ci - udała obruszenie. - Miałam być grzeczna.
          - Czyżby? - Leiftan łagodnie zaczął ją łaskotać, żeby przestała udawać obrażoną. Później oboje przez chwilę żartobliwie droczyli się ze sobą, aż w końcu stwierdzili, że chcąc nie chcąc muszą się w końcu położyć spać. 
          Kiedy Leiftan rozbierał się do bokserek, ona zakryła twarz dłońmi, udając, że nie patrzy na niego. Jednak pokusa była dużo silniejsza i zerkała na lorialeta przez rozsunięte palce. Podziwiała jego napinające się mięśnie, gdy szybko i sprawnie zdejmował garderobę. Blask promieni księżyca dyskretnie oświetlał jego postać, sprawiając, że dla niej wyglądał w tym momencie nieziemsko. Zanim się odwrócił do niej przodem, zaśmiał się cicho.
          - Nie potrafisz się oprzeć słoneczko, prawda? - zapytał figlarnie, kładąc się na miejscu, które mu zrobiła.
          - Nie wiem, o czym mówisz? - udała niewinnie zdziwioną, ale na jej twarzy malował się chytry uśmieszek, który bardzo kontrastował z jej niewinnym tonem głosu.
          - Chodź tu do mnie, kłamczucho mała - powiedział rozbawiony i uniósł ramię, dając jej tym samym znać, żeby się przytuliła. Dziewczyna, mamrocząc i mrucząc cicho pod nosem, przysunęła się i przytuliła do niego. - Spokojnej nocy, przytulanko - powiedział z pogodnym uśmiechem, obejmując ją mocniej.
          - Dobranoc kociaku - odparła, moszcząc się w jego uścisku. - Dziękuję, że tak o mnie dbasz… - dodała już ledwo słyszalnie. Na te słowa ucałował ją w czubek głowy i jeszcze mocniej przytulił, głaszcząc ją po włosach.
          Starając się zasnąć, Shairisse uświadomiła sobie, że im bardziej poznaje lorialeta, tym więcej znajduje w nim cech, które dziewczyny przypisują idealnym chłopakom. Zawsze się z tego śmiała, twierdząc, że nie istnieje coś takiego, jak idealny facet, a teraz... W miłość od pierwszego wejrzenia też nigdy nie wierzyła, a przecież Leiftan wyraźnie stwierdził, że kocha się w niej od pierwszego ich spotkania. Gdyby jej to powiedział na początku znajomości, wyśmiałaby go, twierdząc, że to tylko hormony i pożądanie. On jednak wyznał jej to po roku znajomości i po tym, jak już był świadkiem wszystkich tych głupot, które wyczyniała od swojego pojawienia się w tym świecie.
          Leżąc wtulona w niego i słuchając bicia jego serca, zaczęła się zastanawiać, że może jednak się myliła? Czuły, delikatny, odpowiedzialny, z poczuciem humoru…, a do tego pełen uroku, czaru i nieziemsko przystojny... Czy to możliwe, że trafiając do magicznego świata, trafiła na idealnego mężczyznę, który w dodatku zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia?   
          ***     
          Poranne promienie słońca łagodnie rozświetlały pokój i delikatnie pieściły skórę dziewczyny, gdy ta spała jeszcze, wtulona w jego silne ramiona. Za oknem rozbrzmiewał beztroski świergot chowańców, w który wplatał się cichy szum liści, poruszanych łagodnymi powiewami wiatru. Wszystkie te odgłosy były niczym radosna pieśń powitalna dla budzącego się dnia. On również się przebudził, a mając ją blisko siebie, poczuł wypełniającą go falę błogości i nieopisanego szczęścia. Jej ciepły oddech aksamitnie muskał jego skórę, a drobne ciało wtulone było w niego, w uścisku pełnym zaufania i oddania. Leżąc z nią i czując jej delikatny zapach, wiedział, że nic więcej nie jest mu potrzebne do szczęścia. Z wielką przyjemnością przeleżałby cały poranek przy jej boku, ale zdawał sobie sprawę, że musi jechać na negocjacje. Ucałował ją delikatnie i powoli zaczął wysuwać się z jej objęć.
          - Nie uciekaj... - wymamrotała cicho w jego ramię, wyrażając swój sprzeciw na jego próbę wyswobodzenia się.
          - Muszę słoneczko - odparł przepraszającym tonem. - Za dwie godziny wyjeżdżam, a muszę się spakować, zjeść i wyszykować tę moją zazdrośnicę, bo pewnie już jest podenerwowana, że nie ma mnie w pokoju.
          - Zabierz mnie ze sobą - powiedziała błagalnym tonem, chociaż dobrze wiedziała, że w obecnej sytuacji, nikt w Kwaterze nie zgodziłby się puścić jej na wyjazd.
          - Wiesz, że z przyjemnością bym cię zabrał, ale nie mogę - odpowiedział smutno.
          - Nawet jeśli schowam się do twojej kieszeni? - psotnie kontynuowała droczenie się z nim.
          - Nawet wtedy ślicznotko - odparł rozbawiony, wstając z łóżka i sięgając swoje ubrania.
          Shairisse wyciągnęła się na brzuchu i oparła twarz na splecionych dłoniach. Tym razem nie starała się udawać, że nie patrzy, jak chłopak się ubiera. Podziwiała jego wyrzeźbione ciało i zgrabnie napinające się poszczególne mięśnie, gdy tym razem zakładał na siebie kolejne części ubrania.
          - Dobrze ci się spało? - zapytała po chwili, figlarnie przewracając się na bok.
          - Bardzo dobrze - powiedział czule, jednocześnie pochylając się nad nią, żeby dać jej buziaka przed wyjściem. - Ty możesz sobie jeszcze pospać, bo jest dość wcześnie.
          W tym samym momencie na łóżko wskoczył Athira i przez chwilę przyglądał się poczynaniom obojga. Kiedy tylko Leiftan zaczął się prostować, chowaniec od razu położył się obok swojej pani, radośnie merdając ogonem. Leżąc i cicho popiskując, spoglądał na chłopaka zachęcająco, jakby również domagał się jakiejś pieszczoty. - Pilnuj swojej pani, mały - rzucił na odchodne chłopak, drapiąc chowańca za uchem. - Wracam, za kilka dni, to cię zmienię.
          - Do zobaczenia Leiftanie - powiedziała, przytulając się do swojego pupila. - Wracaj do mnie szybko.
          - Dobrze Shai. Do zobaczenia za kilka dni - odpowiedział ciepło, a wychodząc z pokoju, prawie wpadł na Nevrę.
          ***
          Po wyjeździe Leiftana do Balenvii, Shairisse liczyła na spokojne dni i odpoczynek bez większych ekscesów. Jednak już w pierwszym dniu przekonała się, że nie będzie ani tak spokojnie, ani bezproblemowo, jakby sobie tego życzyła. Przed śniadaniem udała się do przychodni, aby poddać się umówionym badaniom kontrolnym. Ewelein powitała ją radośnie i od razu przeszła do sprawdzania jej stanu zdrowia. Obejrzała ją z każdej możliwej strony, osłuchała bardzo dokładnie, zmierzyła ciśnienie, tętno, sprawdziła odruchy neurologiczne i pobrała krew oraz ślinę i łzy do analizy.
          - Bardzo dokładnie mnie badasz - zdziwiła się dziewczyna, gdy przyjaciółka pobierała od niej ostatnią próbkę do badań. - Czy coś ze mną jest nie tak?
          - Masz niestabilny poziom maany we krwi - odpowiedziała spokojnie elfka. - Chciałabym ci zrobić całotygodniowy bilans, dlatego proszę cię, abyś od dzisiaj, przez siedem dni trzymała się wyznaczonej diety i zaleceń. Poza tym wydaje się, że wszystko jest w porządku, no, chyba że zgłaszasz jakieś dolegliwości?
          - Nie, żadnych - odpowiedziała, uśmiechając się nieznacznie.
          Kobiety jeszcze przez chwilę rozmawiały o zaleceniach, diecie, odpoczynku oraz o innych różnych mniej lub bardziej błahych sprawach. Przez cały czas rozmowy pielęgniarka uważnie obserwowała Shai, a kiedy ta szykowała się do wyjścia, elfka nagle zmarszczyła brwi i spojrzała na nią podejrzliwie.
          - Moja droga przyjaciółko - zagadnęła ją w końcu z wymownym uśmiechem. - Czy mi się wydaje, czy uśmiech z twojej twarzy nie schodzi?
          - Nie wydaje ci się - oznajmiła, uśmiechając się przy tym tajemniczo.
          - Znaczy się, humor ci dopisuje? Mogę wiedzieć, co jest jego przyczyną?  - Ewelein dopytywała zaciekawiona. - Jakiś konkretny powód, czy… tak po prostu?
          - Nie powiem - odparła figlarnie, wstając z krzesła. - Dowiesz się w swoim czasie - dodała i szybko uciekła z przychodni, aby uniknąć dalszego przesłuchiwania.
          Przy śniadaniu dosiadł się do niej Nevra i oczywiście nie omieszkał pokrętnie dopytywać, co sprawiło, że o tak wczesnej porze Leiftan opuszczał jej pokój. Nie patrząc nawet na niego, jakby od niechcenia odparła, że lorialet był zapytać o jej samopoczucie i chciał się pożegnać przed wyjazdem. Następnie uśmiechając się enigmatycznie, zgrabnie zmieniła temat rozmowy. Szef straży Cienia nie chciał jednak rezygnować z tematu i ponownie spróbował skierować rozmowę na porzucony wątek. Niestety ziemianka wówczas wstała i pochylając się nad nim, wyszeptała mu do ucha: - ”Zgaduj zgadula, kto w Kwaterze hula”. Następnie uśmiechając się psotnie, odeszła odstawić swoją tacę, a wracając, pogwizdywała figlarnie, prowokująco spoglądając na zdziwionego jej zachowaniem wampira.
          Kiedy udała się do biblioteki, zaskoczony jej widokiem Keroshane, bardzo serdecznie ją uściskał. Gdy zwyczajowo zapytała, czym ma się zająć, poinformował ją, że w grafiku nie przewidziano dla niej zadań przez najbliższy tydzień. Przekornie zaproponowała mu swoją pomoc w pracy nad dokumentami, ale wówczas grzecznie, a zarazem stanowczo wyprosił ją z pomieszczenia. Nie mając pracy ani żadnych innych planów, resztę dnia spędziła na spacerowaniu po ogrodach Kwatery, opalaniu się przy fontannie i swobodnych rozmowach z napotkanymi osobami.
          Późnym popołudniem wybrała się na stołówkę, gdzie natychmiast dopadły ją przyjaciółki i niemalże zmusiły, aby z nimi usiadła. W trakcie posiłku zakomunikowały jej tonem nieznoszącym sprzeciwu, że winna jest im wyjaśnienia i zaległy wieczór ploteczek. Dziewczyny starały się prowadzić swobodną konwersację, ale rozmowa jakoś nie bardzo się kleiła. Panująca między nimi atmosfera była wyraźnie napięta i dało się wyczuć, że zarówno Karenn, jak i Alajea pragnęły porozmawiać z nią sam na sam. Gdy tylko zjadła ostatni kęs z talerza, Karenn zabrała wszystkie tace i pospiesznie odniosła je do kuchni, a wracając, chwyciła koleżanki za ręce i pociągnęła w kierunku pokoi mieszkalnych, a dokładnie do pokoju Shai.
          - Otwieraj! - powiedziała władczo przed drzwiami. - Dzisiaj nas nie zbędziesz tak łatwo - dodała, obnażając kły w uśmiechu zadowolenia.
          Dziewczyny weszły do pokoju i od razu rozsiadły się na łóżku. Wampirzyca już po chwili zaczęła się rozglądać z dużym zainteresowaniem po pomieszczeniu i wymownie węszyć nosem. Alajea patrzyła na jej zachowanie zdziwiona, wyraźnie nie rozumiejąc, czemu przyjaciółka obwąchuje pokój ziemianki.
          - No więc... - zaczęła Karenn. - To z jego powodu nas wczoraj spławiłaś?
          - Z czyjego? - zapytała zdziwiona.
          - Słuchaj moja droga - powiedziała nastolatka. - Wiesz, że mamy z bratem dobry węch?
          - No i? - nadal nie rozumiała, do czego zmierza jej wścibska przyjaciółka.
          - Dzisiaj bardzo wcześnie rano Nev wpadł na Leiftana, gdy ten opuszczał twój pokój - kontynuowała swoją wypowiedź. - Powiedziałaś mojemu bratu, że lorialet był się tylko pożegnać, ale chyba nie do końca jesteś z nami szczera - mówiła, udając trochę urażoną.
          - Nie do końca szczera? - zapytała. - Nie rozumiem, o co ci chodzi?   
          - Powiedziałaś, że Leiftan był się tylko pożegnać, ale jego zapach na twojej pościeli świadczy, że był tu całą noc...
          - Karenn! - przerwała jej. - To chyba nie wasza sprawa, co robię w nocy?
          - Jak to nie nasza? - zapytała zaskoczona wampirzyca i spojrzała nagląco na syrenę. - Allie, powiedz jej coś!
          - Shairisse, mów nam tu szybko, co jest między tobą i blondynem? - powiedziała Alajea, wpatrując się w nią wyczekująco. - Przecież jesteśmy przyjaciółkami...   
          - Nie wymagamy od ciebie pikantnych szczegółów... - wtrąciła się Karenn.
          - Stop! Stop! Stop! - nie pozwoliła jej dokończyć. - Nie ma żadnych pikantnych szczegółów, bo nic się między nami nie wydarzyło.
          - Ale był tu przecież całą noc - nie poddawała się nastolatka. - Nie zaprzeczaj, bo zapach mówi sam za siebie.
          - Ech... - westchnęła zrezygnowana. - Tak, był całą noc. Nie rozumiem, czemu nagle tak to wszystkich interesuje? - spytała, spoglądając wyczekująco na Karenn.
          - Ty naprawdę nie wiesz, czy tylko udajesz? - nastolatka zmarszczyła brwi.
          - O czym nie wiem? - dopytywała coraz bardziej zdezorientowana. - Karenn, o co tu chodzi?
          - Powiem, ale musicie mi coś obiecać - oznajmiła konspiracyjnym głosem wampirzyca, spoglądając to na jedną, to na drugą przyjaciółkę.
          - Co takiego? - zapytały zdziwione.
          - Ani słowa mojemu bratu, że się wygadałam, bo mnie zabije - odparła, patrząc na nie poważnie.
          - No dobra - powiedziały trochę niepewnie. - Obiecujmy milczeć.
          - Jakiś czas temu przyłapałam Nevrę na rozmowie z Valkyonem i Ezarelem - zaczęła opowiadać ściszonym głosem, pochylając się w stronę dziewczyn. - I chłopaki rozmawiali o tobie Shai…
          - O mnie? - przerwała jej zdziwiona.
          - Tak. Słyszałam, jak Valkyon mówił, że chce się z tobą umówić, a chłopaki mu kibicowali i podpowiadali, że nie powinien tak długo zwlekać - opowiadała z przejęciem nastolatka. - Jak leżałaś teraz nieprzytomna, to widziałam, jak mój brat pocieszał Valkyona i jestem pewna, że ten miał załzawione oczy. Podobno też szef twojej straży czuwał przy twoim łóżku w przychodni…
          - To jeszcze o niczym nie świadczy - weszła jej w słowo. - Przyjaźnimy się z Valkiem i to pewnie dlatego…
          - Mhm - bąknęła kpiąco nastolatka. - To, czemu Nevra poprosił, żebym cię wypytała o Leiftana? Powiedział, że mam się dowiedzieć, czy coś was łączy. Później o czymś gadał z Ezem i ten powiedział, cytuję: “oby nie, bo to Valkowi serce złamie” - oznajmiła, prostując się. - Jestem pewna, że chodziło o ciebie - dodała pewnie, krzyżując ręce na piersi.
          - To tylko twoje domysły - skwitowała Shai. - Nie masz żadnej pewności, że Valkyon…
          - Dobra, nieważne… - przerwała jej wampirzyca, widząc, że ziemianka i tak jej nie chce wierzyć. - Ja wiem swoje - mruknęła na odczepnego. 
          - Ech, dziewczyny - odezwała się, milcząca do tej pory Alajea. - Wyjaśnicie to sobie później, jak obie będziecie miały więcej informacji. A teraz się przyznawaj, jesteście z Leiftanem razem? Od dawna? Jak się zaczęło? - dopytywała z entuzjazmem, chcąc w ten sposób załagodzić sytuację i odwrócić uwagę dziewczyn.
          - Od wczoraj - odparła, uśmiechając się nieznacznie. Wiedziała już, że dziewczyny nie odpuszczą i będą ją męczyć, aż im wszystkiego nie powie. Zaczęła im więc opowiadać o nocy w przychodni, gdy miała koszmar i o wspólnym spacerze z lorialetem. Pominęła w swoim opowiadaniu momenty rozgorączkowanych pocałunków i pieszczot, czując, że na samo wspomnienie o nich rumieni się jak nastolatka. Na koniec powiedziała o zazdrosnej Amayi, przez którą musiała sama wracać do pokoju i dodała, że wieczorna wizyta chłopaka była spowodowana tym, że chciał przeprosić za zachowanie chowańca. Oczywiście przyjaciółki dopytywały, dlaczego został na noc i czy coś się wydarzyło. Wytłumaczyła im, że został, bo go o to poprosiła oraz skarciła je za wypytywanie o intymne pożycie. Dziewczyny jeszcze przez jakiś czas droczyły się, żartowały i śmiały, a po północy rozstały się w bardzo dobrych humorach.
          Po położeniu się do łóżka zaczęła rozmyślać nad tym, co jej powiedziała Karenn. Czy wampirzyca mogła mieć rację, twierdząc, że Valkyon darzy ją głębszymi uczuciami? Faktem było, że odkąd pojawiła się w tym świecie, sporo między nimi się działo. Od początku raczej dobrze się dogadywali, chociaż “dogadywali” to duże słowo, gdyż wojownik na początku niewiele się odzywał. Uśmiech zagościł na jej twarzy, na samo wspomnienie ich pierwszych prób nawiązania dialogu, kiedy niemalże siłą musiała wyciągać z niego każde słowo. Później był feralny eliksir Mnemosyne, do którego wypicia zmusił ją pocałunkiem. Dlaczego mu wtedy na to pozwoliła? Nie potrafiła do tej pory tego zrozumieć, ale stało się i tyle. Dziwne było też to, że pomimo całego bólu i złości, jaki odczuwała po tamtym zdarzeniu, nigdy nie znienawidziła Valkyona. Co prawda nawrzeszczała na niego, gdy ratowały z dziewczynami Colaię, ale chyba bardziej z ogólnego bólu, niż tego skierowanego w jego osobę. Od tamtej pory bardzo się zbliżyli do siebie, w czym zapewne dodatkowo przysłużyło się opętanie przez duchy Yeu i Tihna. Analizując teraz jego zachowanie, przekonana była, że białowłosy chce po prostu dotrzymać obietnicy, jaką złożył po tym jej wybuchu na plaży. Obiecał przecież, że zawsze będzie przy niej i zawsze będzie jej bronił, nawet za cenę własnego życia. To na pewno dlatego teraz tak bardzo przeżywał, to co jej się przytrafiło. Z takim właśnie przekonaniem w końcu zasnęła.
          Kolejne kilka dni Shairisse spędziła na spacerach, opalaniu się i czytaniu książek. Wieczorami leżąc w pustym łóżku, czuła się trochę samotna i tęskniła za Leiftanem. Przyłapywała się na tym, że brakuje jej jego ciepła i bliskości. Pewnego wieczoru chciała dać upust emocjom i wyżalić się ze swojej tęsknoty na kartach pamiętnika, ale odkryła, że ów zniknął z jej pokoju. Na drugi dzień zapytała Ezarela, czy zabierali notatnik z jej pokoju, gdy po ataku na nią przeszukiwali go, ale elf stwierdził, że nikt wówczas nie natknął się na żaden zeszyt. Przez jakiś czas sprawa zaginionego pamiętnika zaprzątała jej myśli, aż w końcu doszła do wniosku, że prawdopodobnie musiał go zabrać Ashkore. Tylko po co mu jej pamiętnik?
          Piątego dnia od wyjazdu lorialeta dowiedziała się, że do Kwatery zawitał zaklinacz Itzal. Przy śniadaniu Keroshane oznajmił jej, żeby w południe przyszła do Kryształowej Sali. Z jednej strony się cieszyła, że w końcu ktoś nauczy ją, jak bronić się przed opętaniem i zniewoleniem, ale z drugiej strony czuła dziwny niepokój. Miała przeczucie, że nauka ta będzie wymagała od niej pewnego poświęcenia. Nie rozumiała tego uczucia i nie wiedziała, z jakiego powodu je odczuwa, ale kryło się ono gdzieś w jej podświadomości i powodowało swoisty dyskomfort.
          Dokładnie w samo południe weszła do Kryształowej Sali i od razu jej uwagę przykuł postawny mężczyzna, rozmawiający z szefami straży. Domyślała się, że to jest właśnie ten słynny zaklinacz, na którego wszyscy czekali z niecierpliwością. Jego widok trochę ją zdziwił, gdyż spodziewała się przygarbionego staruszka w długiej tunice z kapturem, a przed nią stał wysoki mężczyzna przypominający raczej wojownika ninja. Jego wygląd bardzo różnił się od jej wyobrażeń. Mężczyzna był w kwiecie wieku, bez zarostu, dobrze zbudowany, o ciemnej karnacji i niesamowicie jasnych oczach, niemalże pozbawionych źrenic, przez co jego spojrzenie zdawało się hipnotyzować. Głowę miał dość mocno wygoloną, z czarnym irokezem, zaczesanym ku tyłowi. Cała jego skóra bez wyjątku, pokryta była tatuażami, przedstawiającymi jakieś dziwne znaki i nieznane jej pismo.
          - A to jest właśnie ta beznadziejna ziemianka, o której ci opowiadałem - przywitał ją wesoło Ezarel, gdy do nich podeszła. - Przedstawiam ci Shairisse.
          - Kretyn - przyzwyczajona już do impertynencji elfa, burknęła z przekąsem w jego stronę.
          - I tak wiem, że mnie uwielbiasz - odpowiedział szef Absyntu, uśmiechając się szeroko.
          - Witaj Shairisse - powitał ją nieznajomy, wyraźnie rozbawiony zachowaniem obojga. - Jestem zaklinacz Itzal - dodał, wyciągając do niej rękę. Jego głos był bardzo ciepły i przyjacielski.
          - Witam serdecznie - odpowiedziała radośnie, ściskając jego dłoń. - Miło mi cię poznać.
          - Przyjemność również po mojej stronie - odparł, przyglądając się jej uważnie. - Podobno mam ci pomóc?
          - Też tak słyszałam - odpowiedziała z uśmiechem. - Ezarel twierdzi, że masz wiedzę i zdolności, dzięki którym możesz nauczyć mnie ochrony przed opętaniem lub zniewoleniem.
          - Rzeczywiście, mam pewną wiedzę w tematyce spirytyzmu i mistycyzmu - powiedział, opierając się o balustradę. - Jednak moje zdolności są raczej natury poznawczej, a nie ingerującej.
          - To znaczy? - wtrącił się Nevra.
          - To znaczy, że używam swoich zdolności w celu poznania, zbadania i zdobycia wiedzy, a nie w celu wywoływania jakichś zmian, czy też wpływania na coś.
          - Rozumiem - stwierdziła poważnie. - W moim przypadku chodzi o to, żebym przestała być tak podatna na opętanie lub zniewolenie. Czy możesz pomóc mi w tym zakresie?
          - Żeby się tego dowiedzieć, musiałbym cię lepiej poznać - odpowiedział zaklinacz. - Oznacza to, że powinniśmy spędzić trochę czasu razem. Czy masz jakieś plany na dzisiaj?
          - Nie.
          - To dobrze - powiedział, spoglądając jednocześnie na zebranych. - Czy jest coś jeszcze, o czym powinniśmy porozmawiać? - zapytał pozostałych.
          - Na tę chwilę, chyba wszystko sobie wyjaśniliśmy - odparł Ezarel.
          - W porządku. W takim razie my się oddalimy z Shairisse - skwitował zaklinacz. - Masz może ochotę na spacer? W tym czasie porozmawiamy trochę i poznamy się lepiej?
          - Tak, oczywiście - odpowiedziała. Nie wiedzieć czemu, Itzal z miejsca zdobył jej zaufanie i sympatię.
          - Dziękuję wszystkim za zebranie i do zobaczenia później - powiedział, kłaniając się i kierując do wyjścia.
          Po opuszczeniu Sali Kryształu mężczyzna poprosił, żeby wskazała jakieś miejsce, gdzie mogliby w spokoju porozmawiać. Przez chwilę zastanawiała się nad różnymi opcjami w obrębie Kwatery, ale ostatecznie doszła do wniosku, że lepiej będzie udać się poza jej mury. Itzal zaproponował, żeby udali się do Wielkiej Bramy i wówczas zdecydowali, co dalej.
          Początkowo szli w milczeniu, oboje pogrążeni we własnych myślach. Zauważyła, że od czasu do czasu mężczyzna dyskretnie jej się przygląda, ale o dziwo nie czuła się z tego powodu skrępowana. Czuła się w jego towarzystwie wyjątkowo swobodnie i zanim się zorientowała, zaczęła rozmawiać z nim, bez cienia jakiegokolwiek zakłopotania. Zanim doszli do bramy wyjściowej, miała wrażenie, jakby znali się od lat.
          - To dokąd pójdziemy Shai? - zapytał zaklinacz, gdy wyszli poza mury Kwatery.
          - Chodźmy na plażę - odparła. Oboje więc skierowali się w stronę kamiennych schodów. - Powiedz mi Itzalu, czy ty stosujesz teraz jakieś umiejętności na mnie? - zapytała po chwili namysłu.
          - Nie, żadnych nie stosuję - odpowiedział wyraźnie rozbawiony. - Czemu o to pytasz?
          - Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żebym tak swobodnie czuła się przy kimś, kogo nie znam - odparła szczerze.
          - To nasz naturalny dar.
          - Wasz? - zdziwiła się. - Mówisz o zaklinaczach?
          - Mówię o świetlistych zaklinaczach - wytłumaczył z uśmiechem.
          - To są różni zaklinacze? - spytała zaskoczona.
          - Tak. To jakim się jest zaklinaczem, zależy od tego, w jakim celu używa się swoich mocy. I oczywiście od czystości serca - dodał z lekką zadumą.
          - Wy się rodzicie zaklinaczami, czy uczycie się tego? Jak to z wami jest? - dopytywała zaciekawiona.
          - Każde dziecko, które wykazuje predyspozycje do bycia zaklinaczem, może trafić na szkolenie - zaczął opowiadać. - Zaklinacz uczy się całe swoje życie. Pierwszy etap szkolenia trwa piętnaście lat i kończy się rytuałem wierności kodeksowi światła. Główna zasada kodeksu głosi: “Nie działać na szkodę i wbrew woli innych osób”. To wtedy stajemy się świetlistymi zaklinaczami. Każdy kolejny etap szkolenia kończy się odpowiednim rytuałem, który jeszcze bardziej wiąże adepta przysięgą wierności z tym kodeksem. Przestrzeganie kodeksu skutkuje wieloma dodatkowymi przywilejami, na przykład takimi, jak niestarzenie się, długowieczność czy łatwość w komunikacji z innymi, a także tym, że nasze zdolności są naprawdę imponujące i potężne. Z kodeksem jesteśmy związani magicznie i złamanie którejś z zasad, powoduje odebranie części mocy i talentów oraz to, że używanie mocy pozbawia zaklinacza jego energii życiowej i prowadzi do jego wyniszczenia. Taki zaklinacz staje się wówczas mrocznym zaklinaczem. Im bardziej jest wyszkolony świetlisty zaklinacz, tym dotkliwsze są skutki złamania zasad kodeksu. Są jeszcze mgliści zaklinacze, którzy rozpoczynają szkolenie, ale nie kończą nauki żadnym rytuałem. Ich moce są dość słabe i niestabilne, a ich używanie powoduje szybkie starzenie się delikwenta.
          - To jakie są te wasze zdolności?
          - Różne. Zależy, z jakimi talentami się rodzimy - powiedział z uśmiechem. - Przede wszystkim jednak rozwijamy zdolność kontaktowania się i porozumiewania z duchami i duszami w różnych wymiarach, umiejętność odczytywania tego, co ukryte w sercach i umysłach innych.
          - Czyli możecie wejść komuś do głowy i namieszać w jego umyśle? - zapytała z lekką obawą w głosie. Wizja, że ktoś obcy mógłby narobić jeszcze większego bałaganu w i tak już chaotycznym świecie jej myśli, trochę ją przerażała.
          - Teoretycznie tak - stwierdził z pełną powagą. - Jednak zrobienie tego bez przyzwolenia tej osoby, równałoby się ze złamaniem naszego kodeksu - dodał, schodząc skalnymi schodami w dół. - Dlatego nie praktykujemy takich rzeczy.
          Na plaży oboje skierowali się w stronę skalistego brzegu. Gdy doszli do skał, usiedli naprzeciw siebie i chwilę przyglądali się sobie w milczeniu. Szum morza działał kojąco na zmysły, a ciepłe promienie słońca delikatnie rozgrzewały skórę. W pewnym momencie zaklinacz zapytał ją, czy wie cokolwiek o ochronie duszy przed opętaniem i zniewoleniem. Zgodnie z prawdą odparła, że nigdy nie zagłębiała się w te tematy.
          - Każda dusza ma swoją warstwę ochronną, która zapobiega wnikaniu nieproszonych “bytów” do jej wnętrza i przejmowaniu nad nią kontroli - zaczął jej tłumaczyć. - Wszystkie przeżywane przez nas emocje i problemy, oddziałują na tę warstwę ochronną, wzmacniając lub osłabiając ją. Zależy to od nas samych, a dokładnie od tego, czy poradzimy sobie z tymi przeżyciami i ich wpływem na naszą osobową tożsamość. Wszelkie emocje powinny być przez nas przeżywane do końca. Jeśli tego nie zrobimy, to zostawiamy w warstwie ochronnej naszej duszy szczelinę lub pęknięcie, które osłabia jej ochronę i powiększa się z każdą następną taką sytuacją.
          - Chcesz powiedzieć, że ja mam jakąś wyrwę w duszy? - zapytała nieśmiało.
          - W jej ochronie. Wydarzyło się w twoim życiu coś, co naruszyło twoją barierę - odparł spokojnie. - Zanim sobie poradziłaś z jednym problemem, pojawiał się już kolejny. Mam rację?
          - Szczerze mówiąc, odkąd pojawiłam się w Eldaryi to, co chwila coś się dzieje - powiedziała smutno.
          - Opowiedz mi o tym - poprosił.
          - Chcesz, abym opowiedziała ci wszystko, co się wydarzyło, odkąd tu przybyłam? - spytała i spojrzała na niego zaskoczona.
          - Nie wszystko - odparł pospiesznie. - Chciałbym, żebyś opowiedziała w skrócie o tych ważniejszych wydarzeniach, które cię spotkały w Eldaryi - wyjaśnił, widząc jej zaskoczenie. - Wówczas dowiem się, co jest dla ciebie ważne i do jakich spraw przywiązujesz uwagę. Jeśli też pozwolisz, chciałbym wtedy móc obserwować zmiany pojawiające się w twojej aurze.
          - Dobrze, jeśli ma to pomóc - odpowiedziała.
          - Dziękuję - powiedział Itzal i zamknął oczy. Po chwili wszystkie tatuaże na jego skórze zaczęły delikatnie iskrzyć złotym blaskiem. Patrzyła na niego zafascynowana i już otwierała usta, aby o coś zapytać, gdy uprzedził jej pytanie.  - Nie zwracaj uwagi na te znaki na mojej skórze. Pomagają mi widzieć pozazmysłowo i tworzą dodatkową barierę chroniącą mnie i moją duszę przed ewentualnym atakiem.
          Shairisse uśmiechnęła się nieśmiało, po czym wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać. Najpierw opowiedziała o swoim pojawieniu się w Kryształowej Sali i wtrąceniu jej do lochu, z którego uwolnił ją zamaskowany mężczyzna. Później opowiedziała o próbie na krew faery i tym, że traktowano ją, jak intruza. Wspomniała o tym, jak o mały włos nie utonęła, o zniewoleniu przez Yvoni i jej śmierci, na którą się nie godziła. Powiedziała o podaniu jej eliksiru Mnemosyne, problemach w Balenvii, ataku Naytili, opętaniu przez Yeu, o zatruciu Kryształu i jej dziwnej więzi z nim, ataku w świątyni, gdzie o mało nie zginęła. Na koniec wspomniała o pobycie na wyspie Memoria, gdy ratowali Ezarela oraz ostatnim ataku Ashkore, gdy próbował związać jej duszę i o tym, co wydarzyło się między nią a Leiftanem. Gdy skończyła, zaklinacz przez dłuższą chwilę nic nie mówił, a znaki na jego skórze zaczęły powoli przygasać.
          - Od dawna jesteś w Eldaryi? - zapytał w końcu, sprawiając jednocześnie wrażenie nadal pogrążonego w swoich rozmyślaniach. W rzeczywistości starał się uporządkować wszystko to, co mu przed chwilą dziewczyna opowiedziała.
          - Trochę ponad rok.
          - Czy zanim trafiłaś do naszego świata, przytrafiały ci się dziwne sytuacje? - dopytywał.
          - Nie, raczej nie - powiedziała, ale po chwili namysłu dodała. - Chociaż… Często miałam wrażenie, jakby mnie ktoś  obserwował. Czy to ma jakieś znaczenie?
          - Na razie nie jestem w stanie tego jednoznacznie stwierdzić - odparł zamyślony. To, co usłyszał od niej, przywołało u niego wspomnienia dotyczące pewnego tekstu, który odczytał kilkadziesiąt lat temu w pewnej starej księdze. Swego czasu pokłócił się nawet ze swoim mentorem, gdyż uważał, że jest to jakaś przepowiednia, z czym nie zgadzał się jego przełożony. Brakowało mu jeszcze tylko jednej informacji, aby się upewnić, że rzeczywiście mógł mieć wówczas rację. - Powiedz mi jeszcze jedną rzecz, czy do Eldaryi trafiłaś przez grzybowy krąg?
          - Nie. Po śmierci babci robiłam porządki na strychu w jej domu - odpowiedziała, spoglądając nostalgicznie w stronę horyzontu. - Pamiętam, że oglądałam małe pudełeczko z dziwną ozdobą, przypominającą złote słońce z niebieskim kryształem w środku i dwoma białymi skrzydłami. Im dłużej przyglądałam się tej ozdobie, tym mocniej bolała mnie głowa, ale nie potrafiłam przestać na nią patrzeć. Nagle zaczęłam słyszeć jakieś głosy, a później był gwałtowny błysk bardzo jasnego światła i chyba straciłam przytomność. Gdy się ocknęłam, znajdowałam się w Kryształowej Sali na posadzce.
          - Rozumiem - oznajmił, nagle powracając ze swoich rozmyślań. Właśnie stwierdził, że uzyskał wszystkie elementy układanki. Musiał tylko dla pewności przypomnieć sobie słowa tamtego tekstu, ale uznał, że na to będzie miał czas wieczorem w zaciszu pokoju. Teraz chciał z należytą uwagą zająć się dziewczyną, gdyż wszystko wskazywało na to, że jest ona kimś wyjątkowym. - Rzeczywiście wszystkie emocje spadły na ciebie lawinowo i w dość krótkim czasie, przez co nie pozamykałaś ich odpowiednio dobrze - tłumaczył jej spokojnie. - To niestety doprowadziło do powstania sporej ilości szczelin w ochronie twojej duszy. Największe zmiany w stabilności twojej aury zauważyłem, gdy opowiadasz o czyjejś śmierci, gdy mówiłaś o eliksirze Mnemosyne i ataku zamaskowanego. Przy tej ostatniej sprawie widzę zawirowanie aury, świadczące najprawdopodobniej o tym, że stało się coś, czego nie jesteś na ten moment świadoma.  To są największe twoje problemy na tę chwilę.
          - Myślisz, że da się z tym coś zrobić? - zapytała, spoglądając mu w oczy.
          - Myślę, że to można naprawić, tylko będziesz musiała niejako ponownie przerobić konkretne emocje.
          - Ponownie przerobić? - powtórzyła niepewnie. - Co przez to rozumiesz?
          - Będziesz musiała wrócić do tych bolesnych wydarzeń i doprowadzić je emocjonalnie do końca - wyjaśnił. - Nie będzie to przyjemne doznanie, ale jest ono konieczne, aby załatać i wzmocnić twoją ochronę.
          - Pomożesz mi w tym? - zapytała z nadzieją, czując ucisk w żołądku na samą myśl, że będzie musiała ponownie stawić czoła swoim demonom.
          - Mogę ci pomóc przez to przebrnąć, jeśli tylko wyrazisz takie życzenie - powiedział, uśmiechając się nieznacznie. - Ale będę cię tylko wspierał i służył ewentualnie radą, nic poza tym.
          - Dobrze. To zawsze coś - stwierdziła z ulgą. - Kiedy zaczynamy?
          - Możemy od jutra - zaproponował. - Dzisiaj mógłbym się przygotować mentalnie i pomedytować.
          - Ok - uśmiechnęła się.
          Jeszcze przez dłuższą chwilę siedzieli na skałach i rozmawiali o tym, jak bardzo życie w Eldaryi różni się od tego na Ziemi. Później zaklinacz chciał się dowiedzieć, w jaki sposób ona postrzega siebie w tym świecie, a na koniec poruszyli sprawy całkiem błahe i dyskutowali o ulubionych kolorach, potrawach i pupilach. W związku ze swoimi podejrzeniami, Itzal chciał ją, jak najlepiej poznać. Zaskakujące wydało mu się, że pomimo tylu nieprzyjemnych przeżyć i przykrych doznań, dziewczyna była bardzo pogodna i otwarta. Nie narzekała na swój los i nie psioczyła na Straż za to, co jej zrobili. Było to dla niego godne podziwu i utwierdziło w przekonaniu, że Shairisse nie jest tylko zwykłą ziemianką.
          Późnym popołudniem wrócili do Kwatery na kolację. Zjedli razem i po posiłku zaklinacz odprowadził ją do pokoju, gdzie pożegnali się serdecznie. Itzal szybko udał się do przydzielonego mu pokoju, gdyż koniecznie chciał sobie przypomnieć dokładnie słowa tekstu z tamtej starej księgi. Po wejściu do swojego lokum zamknął drzwi i usiadł na łóżku, żeby oddać się medytacji. Zamknął oczy i oczyścił umysł z wszelkich myśli. Po chwili wśród swoich wspomnień zaczął przywoływać te dotyczące okresu, gdy znalazł księgę z dziwnym tekstem. Jako młody zaklinacz, będący jeszcze na szkoleniu, bardzo lubił studiować stare pisma i księgi. W jednej z nich natrafił na odręczny rysunek słońca z anielskimi skrzydłami, pod którym znajdowały się tajemnicze słowa:   
          “Pewnego dnia przybędzie ona, na białych skrzydłach niesiona.
          Trafi wprost do serca krainy, by odkupić pradawnych winy.
          Duch Kryształu będzie jej sprzyjać, będzie ją również śmierć omijać.
          Ona zdobędzie serce daemona, przez niego będzie też ocalona.
          Jej miłość będzie źródłem odkupienia, zaś krew kluczem do zbawienia.”
          Dowiedział się od swojego mentora, że zapis ten wykonał pewien bardzo sędziwy zaklinacz, który pod koniec swojego życia miewał przeróżne wizje - często dotyczące smoków i daemonów. Niedługo przed śmiercią uznano, że zaklinacz popadł w obłęd i nie brano na poważnie tego, co mówił. Ten jego zapis również wzięto za wizję szaleńca, gdyż poruszał temat daemonów, a te uznane przecież zostały za wymarłe. Czy jednak na pewno była to błędna wizja?
          Tego wieczoru Itzal długo medytował, szukając odpowiedzi na swoje pytania. Odpowiedzi nie udało mu się uzyskać, ale po skończonej medytacji miał nieodparte wrażenie, że nie powinien z nikim rozmawiać o swoich przypuszczeniach. To było dziwne uczucie, jakby jego milczenie było gwarantem czyjegoś bezpieczeństwa. W ciągu całego swojego życia nauczył się, że intuicja rzadko kiedy go zawodziła, dlatego postanowił zaufać swojemu przeczuciu i zachować swoje domysły dla siebie.

Offline

#29 28-08-2019 o 14h20

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 61

Witam, to znowu ja /static/img/forum/smilies/smile.png
Powstała następna część, więc wstawiam i życzę miłego czytania.
Pozdrawiam zaglądających i dziękuję Aribeth_ za wsparcie ♥

Pierwsze domykanie emocji


        - Weź głęboki oddech i spójrz mi w oczy - powiedział łagodnie Itzal. Oboje z Shairisse siedzieli na plaży, naprzeciw siebie po turecku. - Pamiętaj, że wszystko, o czym tutaj będziemy rozmawiali, pozostaje tylko i wyłącznie między nami.

        - Rozumiem - odparła, biorąc głęboki wdech.

        - Czy tak, jak wczoraj mogę obserwować twoją aurę? - zapytał dla pewności.

        - Tak, oczywiście.

        - Dziękuję - powiedział i zamknął oczy, a jego tatuaże zaczęły iskrzyć złotym blaskiem, tak samo, jak poprzedniego dnia. - Teraz zamknij oczy - poprosił. - Oczyść umysł z wszelkich myśli i wsłuchaj się w mój głos…

        Zrobiła tak, jak ją poprosił. Starała się nie myśleć o niczym, tylko słuchać tego, co do niej mówił a mówił o spokoju i znalezieniu w swoim wnętrzu takiego miejsca, które jest oazą ciszy i bezpieczeństwa. Jego głos był wyjątkowo ciepły i łagodny. Brzmienie jego głosu i sposób, w jaki do niej przemawiał, działał na nią niezwykle uspokajająco i wyciszająco. Podobnie oddziaływał na nią jednostajny szum fal oraz delikatne podmuchy ciepłego wiatru od strony morza i ciepło promieni słonecznych, które łagodnie ślizgały się po jej skórze. Przed spotkaniem obawiała się, że nie będzie umiała opowiadać o swoich doświadczeniach i emocjach. Teraz jednak o dziwo, gdy zaczęli rozmawiać o Yvoni, czuła tamte emocje, ale nie sprawiały jej one fizycznego bólu. Dzięki temu mogła je na spokojnie opisywać. Mogła bez zalewania się łzami wytłumaczyć, że nigdy nie zgadzała się na zabijanie, że jej zdaniem każde stworzenie i żywa istota ma prawo do życia. Kiedy zaklinacz zapytał ją, czy po tych wszystkich okropnościach, które odkryli na temat nimfy, powinni pozwolić jej dalej żyć, zawahała się. Wówczas spokojnie i łagodnie zaczął jej tłumaczyć, że być może cierpienie tej młodej istoty, spowodowane zatruciem przez skorumpowany kryształ, było gorsze, niż odebranie życia i przywrócenie spokoju jej duchowi. Nie bardzo rozumiała, jak śmierć może być ułaskawieniem.

        - Wyobraź sobie, że każda dusza, która zostaje zaatakowana, ma pewien mechanizm obronny - tłumaczył głosem współczującym i spokojnym. - Tym mechanizmem obronnym jest całkowite wycofanie się do wnętrza siebie i zamknięcie się w swoistej klatce lub, jak wolą opisywać to inni, otoczenie się szczelnym murem. Zachowana jest wówczas czysta cząstka tożsamości duszy i ta tożsamość jest w pełni świadoma. Reszta duszy jest zniewolona przez obcy “byt” lub zatruta, przez co ulega przemianie. Robi wówczas rzeczy, które są niezgodne z jej naturą, z jej prawdziwą tożsamością, a jej czysta istota ukryta w swojej klatce, czy też za murem obronnym, jest świadkiem tych poczynań. Instynkt samozachowawczy duszy nie pozwoli jej opuścić swojego schronienia, więc może tylko się przyglądać poczynaniom, które nie są jej dziełem, ale są jej przypisywane. Ta czysta cząstka duszy widząc to, cierpi katusze, ale sama nie może nic zrobić, bo jest niejako więźniem w swoim własnym azylu. W takiej chwili wyzwoleniem dla niej może być tylko wypędzenie “bytu”, który ją zniewolił, zatruł bądź opętał, albo wyswobodzenie jej z tego azylu za pomocą uśmiercenia jej ciała. Wtedy mówimy, że śmierć staje się swoistym wybawieniem dla duszy. Dusza zostaje uwolniona spod jarzma skorumpowania, opętania lub zniewolenia i zyskuje upragniony spokój.

        - Mówiąc o wypędzeniu, masz na myśli egzorcyzmy? - zapytała niepewnie.

        - Egzorcyzm to rytuał poświęcenia, mający na celu uwolnienie od wpływu złego “bytu” - wyjaśnił zaklinacz. - W pewnym sensie to jest to taki rytuał, ale tutaj różni się trochę od tego, co na Ziemi nazywane jest egzorcyzmem. Niestety, w Eldaryi na razie nie mamy wystarczającej wiedzy, która pozwoliłaby na przeprowadzenie takiego rytuału na istotach zatrutych skorumpowanym kryształem. Próbowaliśmy dawno temu, ale rytuał taki zawsze kończył się i tak śmiercią zakażonej istoty i to w potwornych mękach.

        - To dlatego jedynym, miłosiernym rozwiązaniem takiej sytuacji jest uśmiercenie zatrutej istoty? - spytała smutno.

        - Na ten moment niestety tak - odparł cicho. - Mogę cię jednak zapewnić, że poszukujemy rozwiązania, ale jest to mocno utrudnione. Z racji naszego kodeksu, nie możemy działać wbrew woli żywej istoty, nawet jeśli jest ona skorumpowana. Pewnie już zauważyłaś, że zakażone istoty nie pragną być wyzwolone, albo nie są w stanie wyrazić zgody na naszą ingerencję. To niestety wiąże nam ręce i pozbawia możliwości przeprowadzenia badań.

        - Rozumiem - odpowiedziała z westchnieniem. W tym samym momencie poczuła w sobie coś dziwnego, co można było przyrównać do uczucia ulgi, gdy w czasie długiej wędrówki pozbywasz się w końcu uciążliwego kamyczka z buta.

        Kiedy dziewczyna mimowolnie odetchnęła z ulgą, Itzal uśmiechnął się nieznacznie. W jej aurze od razu zauważył wzrost blasku, co oznaczało, iż ta sprawa emocjonalna została niejako domknięta. Wiedział, że do całkowitego zamknięcia tej konkretnej emocji, potrzeba jeszcze jednego wydarzenia i wiedział, że nastąpi ono niedługo. Skąd to wiedział? Posiadał wrodzony dar widzenia pewnych wydarzeń, które dopiero miały nastąpić. Jako jeden z najlepiej wyszkolonych zaklinaczy tych czasów, mocno rozwinął ten dar, ale jego skromność nigdy nie pozwalała mu nazywać tego jasnowidzeniem. Poza tym dar ten miał pewne swoje ograniczenia, gdyż zaklinacz mógł widzieć przyszłe wydarzenia dotyczące tylko i wyłącznie osób, z którymi miał kontakt fizyczny. Z tego powodu, jak również z powodu swojego przekonania, że każde wydarzenie jest wynikiem niezliczonej ilości korelacji losu, rzadko zdradzał przed innymi, że ma takową umiejętność. Jeśli już był pytany o ten dar, powtarzał, że nigdy nie można być w stu procentach pewnym przyszłości i dlatego nazywał swoje wizje “przeczuciami”. Teraz również nie powiedział Shairisse o swoim “przeczuciu”.

        - Na dzisiaj wystarczy Shai - powiedział z uśmiechem. - Musisz od nowa złapać równowagę energii w swoim ciele.

        - Czuję się dobrze - stwierdziła pewnie. - Mogę kontynuować naszą… sesję terapeutyczną, bo chyba tak należy to nazwać?

        - Wiem, że czujesz się na siłach - odparł delikatnie rozbawiony. - Musisz jednak odpocząć, a zawirowania w twoim QI muszą się uspokoić, tak, aby ustabilizowała się i umocniła twoja energia.

        - Skoro tak uważasz, to chyba wiesz, co mówisz - skwitowała również z lekkim rozbawieniem.

        Zaklinacz uśmiechnął się szeroko i wymamrotał jakieś niezrozumiałe dla niej słowa, po których iskrzenie tatuaży zaczęło słabnąć, aż w końcu przygasło. Przez chwilę siedzieli, patrząc na siebie w ciszy. Shairisse przyglądała się bacznie mężczyźnie, gdyż zaciekawiło ją, dlaczego dzisiaj do wygaszenia swoich znaków, zaklinacz potrzebował jakiejś inkantacji. Nie była jednak pewna, czy w dobrym guście jest pytanie o takie rzeczy, więc tylko zmarszczyła nieznacznie brwi i próbowała to sobie jakoś sama wytłumaczyć. Pamiętała, że poprzedniego dnia niczego nie mamrotał pod koniec, a tatuaże same wygasły. Dlaczego więc dzisiaj było inaczej? Czy to miało jakiś związek z tym że w tak dość gładki sposób mogła mówić o sprawie Yvoni?

        - Nad czym się tak intensywnie zastanawiasz? - zapytał niespodziewanie Itzal, czym wyrwał ją z zamyślenia. Spoglądała na niego przez chwilę zaskoczona, a następnie uśmiechnęła się z lekkim zakłopotaniem. Jej reakcja wywołała nieznaczny uśmiech na twarzy zaklinacza. - Mówiłem ci już, że nie musisz przede mną niczego udawać, ani się obawiać czegokolwiek. Im bardziej naturalnie się zachowujesz, tym lepiej dla nas dwojga.

        - Tak wiem. Zastanawiałam się nad pewną rzeczą - odparła, spuszczając wzrok na swoje dłonie. - Nie wiem jednak, czy wypada mi pytać cię o takie sprawy. Nie chcę wyjść na wścibską lub…

        - Shairisse - przerwał jej łagodnie. - Wczoraj powiedziałem ci, że masz zachowywać się przy mnie całkowicie naturalnie i bezstresowo. Mówiłem to tak całkiem serio, serio - tu uśmiechnął się szeroko, chcąc pokazać, że jego słowa nie są besztaniem jej, tylko przypomnieniem i utwierdzeniem, że nie zmienił zdania. - Bardzo daleki jestem od osądzania kogokolwiek, a już na pewno nie osądzam ciebie. Dobrze wiem, że nie wszystkie sprawy są dla ciebie zrozumiałe w naszym świecie i nie wszystko jest dla ciebie tak oczywiste, jak dla rodowitych mieszkańców Eldaryi. Jest takie powiedzenie na Ziemi: “Kto pyta, nie błądzi” i tutaj jest ono równie prawdziwe.

        - Niby to wiem, ale jakoś tak mi dziwnie - odpowiedziała, śmiejąc się cicho.

        - No więc, o czym tak rozmyślałaś? - zapytał ciepło.

        - Zastanawiałam się… - zaczęła mówić niepewnie, szukając odpowiednich słów. - Te dziwne słowa, które na koniec wypowiedziałeś, to było jakieś zaklęcie na… wygaszenie twoich znaków? Bo wczoraj chyba nic nie mówiłeś, aby przygasły...

        - Nie do końca na wygaszenie - tłumaczył. - Wczoraj byłem zwykłym obserwatorem, w zwyczajnej rozmowie z tobą, który po prostu, że tak się wyrażę “włączył widzenie specjalne”, czyli pozazmysłowe. Dzisiaj byłem obserwatorem trochę bardziej zaangażowanym w rozmowę. Rozmowę, która nie była zwyczajną rozmową, tylko dotyczyła bardzo osobistych emocji i przeżyć. Musiałem więc zabezpieczyć się, aby twoje emocje nie wpłynęły na mnie i nie udzielały mi się, bo tylko wówczas mogłem obiektywnie spojrzeć na sytuację, którą przerabialiśmy i tylko wówczas mogłem służyć najodpowiedniejszą radą. Zatem zaklęcie, które wyszeptałem na koniec, to była inkantacja zamykająca trochę silniejszą i bardziej specyficzną barierę ochronną.

        - Ach, teraz rozumiem - powiedziała z uśmiechem.

        Na plaży siedzieli jeszcze jakiś czas, rozmawiając o tym, jak wiele zmieniło się w jej życiu, odkąd trafiła do tego świata. Później poprosiła Itzala, aby poopowiadał trochę o swojej drodze zaklinacza. Z powodu swojej wrodzonej  skromności, na początku nie był zbyt chętny do mówienia, ale dziewczyna okazała się przekonującą rozmówczynią i udało jej się wydobyć z niego kilka rzeczy o jego życiu. Dowiedziała się, że predyspozycje na zaklinacza zauważono u niego w wieku trzech lat, gdyż już wtedy dostrzegał rzeczy niezauważalne dla innych. Szkolenie rozpoczął w wieku pięciu lat i okazał się jednym z najzdolniejszych, a przy tym najszybciej rozwijającym swoje umiejętności adeptem. Przez cały czas szkolenia nie miał kontaktu z rodziną. Spotkał się z nimi dopiero w wieku dwudziestu lat, gdy skończył pierwszy etap szkolenia i przeszedł “Rytuał Adiunge Rea”, czyli przyłączenia do świetlistych zaklinaczy i wierności na kodeks. Dowiedziała się też, że kolejne etapy szkolenia są już bardziej indywidualne i mniej restrykcyjne niż pierwszy etap, a podstawą życia każdego zaklinacza są różnego rodzaju medytacje i studiowanie ksiąg.

        Późnym popołudniem wrócili do Kwatery na posiłek, podczas którego towarzystwa dotrzymywały im wampirzyca i syrenki. Przez cały czas posiłku dziewczyny dyskutowały niczym przekupki na targu i nawet Colaia dość czynnie brała udział w rozmowie. Za to Itzal przyglądał się im z wymalowanym rozbawieniem na twarzy, odpowiadając od czasu do czasu na ich pytania i zaczepki. Po obiedzie skierowała swoje kroki do biblioteki, aby wypożyczyć coś nowego do poczytania i na schodach okazało się, że ten sam pomysł miał zaklinacz. Oboje więc weszli do biblioteki, śmiejąc się, że jeszcze trochę, a okaże się i wyjdzie na jaw, że są identycznie nastrojeni i nadają na tych samych falach.

        Resztę dnia spędziła w swoim pokoju, leżąc na łóżku, czytając wypożyczoną książkę, a nawet w międzyczasie udało jej się zdrzemnąć. Po przebudzeniu się z drzemki zauważyła siedzącego na parapecie okna, czarnego jak smoła chowańca, którego nigdy wcześniej nie widziała. Stworzenie do złudzenia przypominało gryfa, ale było wielkości domowego kota i wyglądało na bardzo młode. Zauważyła też, że gryf ma przyczepiony do obróżki liścik z jej imieniem. Wstając, wzięła z szafki kilka przysmaków Athiry, aby poczęstować nimi przybyłego chowańca. Uszczęśliwiony gryfonek podziękował, łasząc się chwilę do jej ręki, a następnie odfrunął. Karteczka okazała się listem od Leiftana, w którym zapewniał ją, że tęskni za nią, myśli o niej i chciałby móc ją, jak najszybciej znowu przytulić. Informował również, że wróci w przeciągu dwóch dni i przepraszał za nieznajomego chowańca, ale Amaya odmówiła doręczenia jej liściku. Czytając o puchatej zazdrośnicy lorialeta, mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem.

        Wieczorem udała się do stołówki na kolację, gdzie ponownie spotkała zaklinacza i wspólnie zjedli posiłek. Następnie umówili się, że następnego dnia rano spotkają się w przychodni, gdy Shai będzie na badaniach. Po kolacji pożegnali się i rozeszli każde w swoją stronę. Tego wieczora kładąc się do łóżka, wypełniała ją radość i pozytywna energia, co pozwoliło jej szybko zasnąć i przespać bez problemu całą noc.

        Następnego dnia rano obudziła się wypoczęta i radosna. Szybko udała się pod prysznic, a następnie do przychodni na badanie. Ewelein, jak zawsze przywitała ją promiennie i po krótkiej chwili niezobowiązującej rozmowy, przystąpiła do badania. W międzyczasie do przychodni przyszedł Itzal i poprosił o jakiś tajemniczy eliksir. Gdy elfka skończyła badanie, z uśmiechem poinformowała, że wstępne wyniki są bardzo dobre, a stan maany we krwi zaczyna się stabilizować. Po obwieszczeniu swoich ustaleń pielęgniarka grzecznie wyprosiła ich z ambulatorium. Oboje stwierdzili, że mają ochotę zjeść śniadanie na plaży, więc udali się na stołówkę po prowiant. Karuto wydając im posiłek, patrzył na nich podejrzliwie, zastanawiając się, dlaczego kolejny raz widzi tych dwoje razem. Itzal zauważył jego badawcze spojrzenie, ale zignorował je, uśmiechając się tylko rozbawiony jego postawą.     

        Przez pewien czas siedzieli nad brzegiem morza i jedli śniadanie, rozmawiając o jej odczuciach i ogólnym samopoczuciu po pierwszej sesji domykania emocji. Shairisse z ogromną radością poinformowała go o poprawie samopoczucia, dodając nieśmiało, że nie do końca pewna jest, czy ma na to wpływ ich wspólna praca, czy raczej list od Leiftana. Zaklinacz zaśmiał się na tę jej sugestię i odparł dyplomatycznie, że zapewne jest to kumulacja obu spraw. Po śniadaniu i krótkim odpoczynku przenieśli się trochę dalej, w bardziej odosobnione miejsce. Usiedli naprzeciw siebie po turecku tak, jak poprzedniego dnia.

        - To, o czym dzisiaj mieliśmy rozmawiać? - zapytał zaklinacz z uśmiechem. - A dokładniej, co chcesz przerobić dzisiaj?

        - Myślałam, że będziemy przerabiać emocje po kolei - stwierdziła trochę zaskoczona.

        - Tak byłoby najlepiej, ale nie chcę ci niczego narzucać - odparł poważnie. - To ty masz się czuć, jak najbardziej komfortowo i to tobie mamy przecież pomóc. A więc?

        - Idźmy zatem po kolei.

        - Dobrze. Dla przypomnienia zapytam... Do wypicia eliksiru zostałaś zmuszona podstępem, tak?

        - Tak…

        - I zrobił to twój szef straży? - zapytał, marszcząc nieznacznie brwi.

        - Tak, Valkyon - odpowiedziała spokojnie.

        - Ten wojownik, z którym się teraz przyjaźnicie? - dopytywał dla upewnienia.

        - Tak, dokładnie ten.

        - Czyli dobrze rozumuję, że mu wybaczyłaś tamto zdarzenie?

        - Tak… - odparła trochę niepewnie. - Wygarnęłam mu to kiedyś… Zresztą całej gromadce ze Straży to wygarnęłam, ale tylko on mnie wówczas szczerze przeprosił. Nie czuję już do niego żalu, za to, co zrobił.

        - To dobrze - odpowiedział z ulgą. - To nam ułatwia sprawę. Czy tak, jak do tej pory, mogę obserwować twoją aurę? - zapytał, spoglądając jej w oczy.

        - Tak, oczywiście - odpowiedziała bez wahania.

        - Dziękuję - odparł i w tym samym momencie znaki na jego skórze zaczęły delikatnie iskrzyć. - Zamknij zatem oczy i weź głęboki oddech - poprosił. - Oczyść umysł z wszelkich myśli i wsłuchaj się w mój głos... 

        Ponownie zrobiła tak, jak ją poprosił. Tak samo, jak poprzedniego dnia, jego ciepły i łagodny głos działał bardzo uspokajająco i wyciszająco na nią. Podobnie zresztą jak otaczająca ją przyroda i jej odgłosy. I tak jak poprzedniego dnia prowadził ją, aby odnalazła w sobie ciszę, spokój i bezpieczne miejsce. Przez dłuższą chwilę nie wiedziała, w jaki sposób zacząć, więc zaklinacz zaproponował, żeby zaczęła mówić od momentu zebrania w Kryształowej Sali. Prawie od samego początku, gdy zaczęła opowiadać poczuła, jak łzy napływają jej do oczu, a głos nie chce wydobywać się z gardła. Nie mogła zrozumieć, dlaczego mówienie o tym wydarzeniu, sprawia jej większy problem, niż rozmowa o Yvoni. Gdy chciała się już poddać, poczuła na swoich rękach przedziwnie przyjemne ciepło. Zaskoczona otworzyła oczy i dostrzegła, że to zaklinacz położył swoje dłonie na jej dłoniach. Znaki na jego ciele iskrzyły się trochę intensywniej niż na początku rozmowy.

        - Zamknij oczy Shai - powiedział łagodnie i z uśmiechem. - Czuję, że te emocje dotykają cię bardzo osobiście i dotyczą osób ci najbliższych. To dlatego tak ciężko ci o nich opowiadać i dlatego, jeśli pozwolisz postaram się przejąć od ciebie trochę tego bólu, żebyś nie odczuwała go tak intensywnie. Nie sprawię, że on odejdzie, ale mogę sprawić, że nie będzie cię on, aż tak dławił w chwili mówienia. Zgadzasz się na to?

        - Tak - odpowiedziała z ulgą i zamknęła ponownie oczy.

        - Dziękuję - odparł i sięgnął po tajemniczą fiolkę z eliksirem. Następnie wypił jej zawartość jednym haustem i ponownie wsparł dłonie na jej dłoniach, ale tym razem już trochę pewniej. Po chwili wziął głęboki oddech. - Opowiedz mi o swojej rodzinie i najbliższych - poprosił. Jego głos wciąż był bardzo ciepły i spokojny, a każde wypowiadane przez niego słowo działało, jak balsam na jej bolączki i strach.

        Zaczęła opowiadać o swoich rodzicach i najbliższych przyjaciołach oraz znajomych. Opowiadała o spędzonym wspólnie czasie i o wzajemnych relacjach, jakie łączyły ją z bliskimi. Od słowa do słowa, rozmowa przeszła na temat odczuwanej przez nią tęsknoty i poczuciu osamotnienia w obcym świecie. Mówiła o żalu i bólu, jaki sprawiła jej świadomość, że wymazano ją z pamięci bliskich. Zaklinacz zapytał, czy naprawdę uważa, że to wymazanie jest w obecnej sytuacji, aż tak niewybaczalne.

        - W obecnej sytuacji? - zapytała zdziwiona.

        - Tak - odparł spokojnie, a widząc nadal zdziwienie na jej twarzy, zaczął tłumaczyć. - Postaraj się spojrzeć na to wszystko z trochę szerszej perspektywy. W swoim świecie zaginęłaś dość nagle, a do tego nie zostawiając żadnych informacji, które mogłyby naprowadzić twoich bliskich na to, co się z tobą stało, prawda?

        - No tak...

        - Zatem wszelkie poszukiwania twojej osoby przez bliskich, były skazane na niepowodzenie - kontynuował swoją wypowiedź. - Choćby nie wiadomo, jak bardzo się starali i nie wiadomo komu zlecili znalezienie ciebie, to te poszukiwania i tak zakończyłyby się fiaskiem. Zapewne już ci wytłumaczono, że powrót do twojego świata jest niestety raczej niemożliwy, z powodu rzadkości występowania surowców, potrzebnych do otwierania portali. Oznacza to, że twoi bliscy musieliby żyć w ciągłej niepewności, co się z tobą stało. Ciągle zamartwiając się, czy jeszcze żyjesz? Jeśli tak, to czy nie cierpisz? Czy nie dzieje ci się krzywda? Dlaczego nie dajesz znaku życia? W chwilach takiej ciągłej niepewności umysł potrafi podpowiadać najgorsze scenariusze, a to wywołuje wówczas ogromne cierpienie, na które skazani byliby twoi najbliżsi…

        - Nigdy nie chciałabym, aby moi bliscy tak cierpieli z mojego powodu… - przerwała mu, szepcząc smutno. Przed oczami od razu stanął jej obraz zapłakanej matki, siedzącej przy stole w kuchni, ze zmartwioną miną, a obok ojciec, patrzący gdzieś za okno w zamyśleniu, z podkrążonymi oczami. - Nigdy… - dodała jeszcze ciszej, a po jej twarzy zaczęły spływać łzy.

        - Czy nie lepiej zatem, że nie pamiętają o tobie? - zapytał po chwili Itzal. - Z tego, co mi opowiedziałaś wynika, że przeżyli z tobą wspaniałe chwile, pełne radości i szczęścia. Te chwile ich ukształtowały i pozwoliły im się rozwinąć, a cierpienie po twoim zniknięciu bardzo szybko by ich zniszczyło. Wasza miłość żyć będzie teraz w tobie, w twoich wspomnieniach o nich i w twojej miłości do nich. Teraz to ty będziesz kochać i pamiętać za was wszystkich. W twoim sercu będą obecne wasze wspólne wspomnienia, a dzięki temu nadal będziecie stanowić rodzinę, tylko taką trochę specyficzną. Udowodniłaś już, że masz wystarczającą siłę, aby podołać takiemu obrotowi spraw, dlatego lepiej chyba, że możesz ich pamiętać radosnych i pogodnych, a oni nie będą skazani na cierpienie?

        - A kto będzie pamiętać i kochać mnie? - odpowiedziała pytaniem na pytanie. Jej głos był cichy, smutny i brzmiał trochę, jak wołanie o pomoc podróżnika, który prosi o wskazanie odpowiedniej ścieżki, by nie wejść na drogę zatracenia i zapomnienia. - W czyich wspomnieniach ja będę kochana…? - dodała, a jej oczy jeszcze bardziej wypełniły się łzami.

        - Shairisse - wyszeptał Itzal głosem, pełnym wzruszenia i zrozumienia. - Podejdę do tego z innej strony. Czy ty zdajesz sobie sprawę, jak bardzo wpływasz na mieszkańców Eldaryi? - zapytał, kładąc prawą dłoń na jej policzku i patrząc jej prosto w oczy.

        - Nie - odparła cicho. - Jestem tutaj tylko intruzem, którego po prostu nauczyli się tolerować… - łkała cicho, nie mogąc powstrzymać ponownie napływających łez.

        - Sama nie wiesz, co mówisz - przerwał jej gwałtownie, ale nie agresywnie. - Nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo cenią cię mieszkańcy Kwatery. Dowiedziałem się, że nawet daleko poza jej murami, jesteś wspominana przez innych bardzo ciepło i życzliwie. Odkąd pojawiłaś się w naszym świecie, pozytywnie wpłynęłaś na bardzo wiele istnień, a dzięki temu w ich wspomnieniach i sercach zawsze będziesz kochana i mile wspominana. Tutaj niejako odnajdujesz swoją nową rodzinę, dzięki swojemu postępowaniu, współczuciu i zrozumieniu innych. Twój altruizm sprawia, że jesteś kimś wyjątkowym, wartym, by go pamiętać, wspominać, a nawet opowiadać o nim swoim dzieciom. Dlatego tutaj masz już spore grono osób, dla których jesteś kimś wyjątkowym i kochanym.

        - Naprawdę? - spytała cicho.

        - Naprawdę Shai - odpowiedział z wyraźnym przekonaniem i otarł łzy spływające po jej policzkach. - Ja sam im dłużej z tobą przebywam i im więcej rozmawiamy, tym bardziej jestem zafascynowany twoją osobą i twoją postawą…

        - Mówisz tak, tylko żeby mnie pocieszyć - przerwała mu, uśmiechając się przez łzy.

        - Nigdy nie mówię czegoś, co jest niezgodne z moimi przekonaniami i odczuciami - zaprotestował poważnie. - Czcze gadanie tylko po to, aby sprawić komuś przyjemność, w moim przekonaniu nie jest właściwe. Wierz mi, że wolałbym milczeć, niż gadać po próżnicy, byle tylko połechtać czyjeś ego. Ogólnie wyznaję zasadę, że lepiej milczeć niż kłamać.   

         - Powiedzmy, że ci wierzę - odparła z przekorą. - Ale moi rodzice… - zaczęła, ale urwała, bo nagle naszła ją nowa myśl. - A jeśli któregoś dnia okaże się, że jednak mogę wrócić do swojego świata? - zapytała, pociągając lekko nosem.

        - Nie powiem, że taka możliwość nie istnieje - odparł z lekką zadumą. - Pomyśl, jednak gdyby cię pamiętali, co byś im wtedy powiedziała? W jaki sposób wytłumaczyłabyś swoją tak długą nieobecność?

        - Powiedziałabym prawdę - odparła bez namysłu.

        - Jesteś tego pewna? - zapytał, zmuszając ją do głębszej refleksji. Dobrze wiedział, że na Ziemi ludzie wierzący w magię i różne wymiary i mówiący o tym otwarcie, traktowani są najczęściej, jak psychicznie chorzy. - Czy ktokolwiek z twoich najbliższych byłby w stanie uwierzyć w to, co byś im powiedziała? Przypomnij sobie Shai, czy zanim tu trafiłaś, wierzyłaś w istnienie takiego miejsca? Czy uwierzyłabyś wtedy komukolwiek, że powrócił z innego wymiaru, wypełnionego magią i magicznymi istotami?

        Przez dłuższą chwilę zastanawiała się nad tym, o co dokładnie pytał i o co mu chodzi, aż w końcu zrozumiała. Gdyby po powrocie do swojego dawnego świata, zaczęła opowiadać bliskim o tym wszystkim, co przeżyła, kogo poznała i gdzie była, to najprawdopodobniej wzięliby ją za wariatkę. Ona sama kiedyś, pomyślałaby o takiej osobie, że postradała rozum.

        - Masz rację, znowu… - odparła, ale bez większego przekonania. - O ile pamiętam, rodzice z dziadkami pokłócili się kiedyś dość ostro, właśnie z powodu różnicy zdań, na temat magii i iluzji. Mnie też zapewne poddaliby leczeniu psychiatrycznemu, gdybym opowiedziała im o swoich doświadczeniach. I nadal by cierpieli, tyle że martwiąc się o mój stan zdrowia i psychiki. Masz zatem rację, że chyba jest lepiej, iż mnie nie pamiętają… Nadal jednak pozostaje nierozwiązana kwestia tego, jak miałabym się zachować po powrocie do swojego świata? Skoro mnie nie pamiętają, to jak miałabym zachować się wobec nich?

        - Musisz zadać sobie kilka podstawowych pytań Shai - zaczął z namysłem. - Czy naprawdę będziesz miała w sobie tyle siły, aby spotkać się z nimi twarzą w twarz? Czy będziesz miała tyle siły, aby ewentualnie żyć obok nich? Czy żyjąc obok nich wytrzymasz ból, który może się wówczas pojawić? Ból, że ich widzisz, jesteś obok nich, ale nie możesz ich przytulić, ani nawet powiedzieć kim jesteś. Zdajesz sobie przecież sprawę, że nie zrozumieją i wezmą cię za osobę niezrównoważoną psychicznie...

        - Nie mam pojęcia… - wyszeptała ledwo słyszalnie i z rezygnacją w głosie.

        Dłuższą chwilę siedziała cicho, ze spuszczoną głową, wyraźnie bijąc się z myślami. Na jej długich rzęsach delikatnie drżały krople łez, będące w tym momencie mokrym i słonym wyrazem bezradności, bólu, tęsknoty i żalu. Tak bardzo chciała wrócić do swojego świata i do swoich bliskich, ale nigdy nie pomyślała, co dalej? Nigdy nie zadała sobie tych wszystkich pytań, które teraz zadał jej zaklinacz.

        - Jak teraz o tym myślę - zaczęła cicho i trochę niepewnie - to wydaje mi się, że tak naprawdę… nie ma sensu, bym kiedykolwiek wracała do swojego dawnego świata… Wątpię, żebym potrafiła zaczynać swoje życie na nowo… Życie w świecie, w którym nie istnieję, nie mam rodziny, znajomych, domu, ani nawet aktu urodzenia… - powiedziała i spojrzała w oczy Itzala z błyskiem, który świadczył, że coś sobie uświadomiła. - Teraz tu jest mój dom, moja nowa rodzina i moje nowe życie… Muszę w końcu to zaakceptować… i muszę nauczyć się tu istnieć, bez myślenia o dawnym życiu...

        Na jej słowa Itzal tak, jak poprzednio nieznacznie uśmiechnął się i łagodnie omiótł wzrokiem jej osobę. Aura dziewczyny znowu przybrała na intensywności blasku, co oznaczało, że te emocje również są domknięte, na tyle, na ile to było oczywiście możliwe. Wiedział, że do całkowitego przerobienia i domknięcia emocji potrzeba jeszcze, aby wybaczyła tę decyzję Straży Eel i wiedział też, że teraz jest to tylko i wyłącznie kwestia czasu.

        - Na dzisiaj chyba wystarczy? - zapytał po chwili.

        - Chyba tak - odparła z nieśmiałym uśmiechem. Chwilę później usłyszała, jak zaklinacz wyszeptał inkantację i znaki na jego ciele powoli przestały iskrzyć. Gdy przygasły całkowicie, mężczyzna odetchnął z ulgą. - Dziękuję ci Itzalu, za wszystko, co dla mnie robisz - dodała po chwili, posyłając ciepły uśmiech w jego stronę.

        - Nie ma za co Shai, to nic takiego - odpowiedział, ale jego głos wyraźnie wskazywał, że jest zmęczony. - Powiem ci w sekrecie, że ja też zyskuje na tych naszych sesjach, bo dzięki temu mogę się kształcić i rozwijać. 

        - Wierzę ci - powiedziała z uśmiechem. - Słyszę jednak, że jesteś zmęczony i domyślam się, że przyczyną jest to, co musisz zrobić, aby mi pomóc. Poza tym dzisiaj wypiłeś jakiś eliksir w trakcie sesji…

        - Tak - przerwał jej. - Każda sesja jest dla zaklinacza w jakiś sposób męcząca, to normalne. Tak samo, jak dla innych prace fizyczne, tak samo zaklinaczy praca umysłem męczy. Eliksir, który wypiłem to eliksir Incumbo, wspomagający koncentrację i na pewien czas usprawniający pracę umysłu. Zaproponowałem ci, że przejmę część twojego cierpienia i bólu, ale nie mogłem dopuścić ich do siebie w zwyczajny sposób, bo byśmy w czasie sesji oboje płakali i nic wtedy nie uzyskali. Dlatego udostępniłem ci część swojej duszy, sam wycofując swoje ego troszkę w głąb i wznosząc ochronną barierę, żeby nic złego nie mogło mi się stać i żebym… - tu na chwilę się zamyślił, szukając odpowiedniego sformułowania - nie  został “zainfekowany twoimi emocjami”. Przepraszam za to wyrażenie, ale w takiej formie będzie to chyba najbliższe prawdzie.

        - Nie przepraszaj - poprosiła szybko. - Rozumiem, co masz na myśli.

        - Cieszę się - odparł z ulgą. - Żeby odpowiednio chronić siebie, a zarazem i ciebie przed moim wpływem, musiałem troszkę bardziej się wysilić umysłowo. Jestem w stanie zrobić coś takiego bez pomocy eliksirów, ale nie chcę już teraz za bardzo przeciążać i nadwyrężać swoich mocy i swojej równowagi energetycznej, gdyż wiem, że czeka nas jeszcze najcięższa sesja z przewidzianych. Dlatego wypiłem eliksir, aby niejako mniej się zmęczyć dzisiaj i mieć większe pokłady energii na następne nasze takie spotkanie. Od razu uprzedzam twoje pytanie - powiedział pospiesznie i z uśmiechem - nie odbędzie się ono jutro.

        - Czemu? - zapytała zaskoczona, z wyczuwalną nutą rozczarowania w głosie.

        - Myślałem, że się ucieszysz - powiedział, marszcząc lekko brwi. - Czy to nie jutro wraca Leiftan?

        - Tak… - odpowiedziała, rumieniąc się przy tym delikatnie.

        - Więc zapewne będziecie chcieli spędzić trochę czasu razem - zasugerował z wymownym uśmiechem.

        - Pewnie tak.

        - Dlatego lepiej, żebyś była jutro w dobrej kondycji emocjonalnej - wytłumaczył. - Nie chcę ukrywać przed tobą, ale ta ostatnia nasza sesja będzie bardzo wymagająca i ciężka. Tym bardziej że… - tu zawahał się przez chwilę. - W czasie naszej pierwszej rozmowy zauważyłem w twojej aurze dziwne zawirowanie, gdy opowiadałaś o ataku Ashkore’a. Świadczy ono o tym, że wydarzyło się coś, co tkwi w twojej podświadomości, ale o tym nie pamiętasz. Nie mogę chwilowo określić, czy to ty sama ukryłaś przed sobą te wspomnienia, czy to zamierzone działanie kogoś z zewnątrz.

        - Ja sama albo ktoś z zewnątrz? - zdziwiła się.

        - Tak i spróbujemy się tego dowiedzieć - odparł. - Na razie jednak ty musisz ustabilizować swoją energię QI, a ja muszę pomedytować i naładować swoją energię. Dlatego proponuję następną sesję pojutrze, pasuje ci?

        - Oczywiście - powiedziała wesoło.

        Po chwili oboje usiedli przodem do morza i zaczęli rozmawiać o Straży Eel. Rozmawiali o tym, w jaki sposób Shai ich postrzega i jak to się zmieniło od jej przybycia. Dopytywał ją również o to, z kim i w jaki sposób się poznała, z kim się polubiła, a kto jej gra na nerwach. W trakcie tych rozmów kilkukrotnie wspomniała o jej wcześniejszych spotkaniach z Ashkorem. Gdy już mieli się zbierać z plaży, przybiegł Athira, aby im dotrzymać towarzystwa. Do Kwatery wracali w bardzo dobrych humorach, obskakiwani przez rozbawionego chowańca.

        Na targu zaczepiła ich Alajea i poprosiła Shairisse o pomoc przy misji, którą zlecił jej Purreru - miała wykąpać chowańce. Kiedy spojrzała pytająco na zaklinacza, ten nie wyraził sprzeciwu, tylko poprosił o możliwość zjedzenia wspólnie kolacji. Ziemianka zgodziła się bez marudzenia na taką propozycję i w tym momencie się rozdzielili. Zaklinacz poszedł na obiad, a ona udała się w okolice fontanny, aby pomóc syrence w jej misji. Reszta dnia minęła jej spokojnie i bez jakichkolwiek ekscesów.

        ***

        W środku nocy obudziła się z dziwnym uczuciem, jakby ktoś ją obserwował. Usiadła na łóżku i kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do ciemności, rozejrzała się po pokoju. Nie zauważyła jednak nikogo w pomieszczeniu ani nie usłyszała żadnych podejrzanych dźwięków. Dziwne wydało jej się to, że mimo iż nie widziała nikogo, nadal czuła na sobie czyjeś intensywne spojrzenie. Trochę zaniepokojona przywołała do siebie swojego chowańca, który prawie natychmiast wskoczył na łóżko i usiadł, wpatrując się w nią intensywnie. W jego oczach malowało się zdziwienie, wymieszane z ciekawością.

        - Śpij koło mnie Athi - szepnęła do swojego pupila, tarmosząc go delikatnie za uszami. Raczej nie pozwalała różanemu futrzakowi spać na łóżku, ale teraz chciała się poczuć bezpieczniej i wiedziała, że jego bliskość pozwoli jej się trochę uspokoić. - Jakby coś, to będziesz mnie bronić, prawda? - dodała z wymuszonym uśmiechem, całując liska w głowę. Następnie z powrotem położyła się, a Athira ułożył się wzdłuż niej i polizał ją po dłoni. Resztę nocy przespała już raczej spokojnie, chociaż uczucie, że jest obserwowana nie opuszczało jej prawie ani na chwilę.

        Nad ranem obudziło ją pukanie do drzwi. Trochę zmęczona i nie do końca wyspana usiadła na łóżku, zastanawiając się, czy na pewno ktoś pukał, czy może jej się tylko wydawało. Obok niej zadowolony Athira przeciągnął się, by po chwili usiąść i spoglądając w stronę drzwi, zamerdać ogonem. Shairisse spojrzała na zegar, gdy znowu rozległo się pukanie.

        - Już idę, chwilka - rzuciła w stronę drzwi lekko zirytowana. - Kogo licho niesie o siódmej rano? - wymamrotała pod nosem, idąc wpuścić pukającą osobę.

        - Oj chyba się pogniewam i sobie pójdę - przywitał ją Leiftan, udając urażonego, jednak błysk w oku na jej widok i słodki uśmiech przeczyły, jakoby był obrażony.

        - Leiftan! - krzyknęła radośnie i w ostatniej chwili powstrzymała się, żeby nie rzucić się lorialetowi na szyję. Uświadomiła sobie bowiem, że jest w zbyt krótkiej koszulce i podniesienie rąk do góry na pewno zakończy się prezentacją nagiej pupy w korytarzu, gdzie słychać już było tętniące życiem odgłosy poranka. - Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że już jesteś - powiedziała już spokojniej, podchodząc bliżej niego i kładąc dłonie na jego torsie. - Tak bardzo tęskniłam… - dodała szeptem, spoglądając mu w oczy.

        - Ja też bardzo tęskniłem - odparł, obejmując ją jedną ręką, a drugą delikatnie obejmując jej policzek. - Tak tęskniłem, że musiałem przyjść i cię zobaczyć… - powiedział już ciszej i pocałował ją w czoło. - Nawet ryzykując, że cię obudzę i lekko wkurzę… - szeptał rozbawiony, całując ją w czubek nosa i przesuwając dłoń na jej podbródek. - I mam nadzieję, że już ci złość minęła, słoneczko ty moje… - zamruczał, podnosząc delikatnie jej głowę i niezwykle delikatnie całując ją w usta.

        Shairisse nic już nie odpowiedziała, tylko uśmiechnęła się i wspięła dodatkowo na palcach, aby odwzajemnić delikatną pieszczotę jego ust. Nie był to namiętny pocałunek, tylko delikatne i bardzo czułe muskanie wargami. W międzyczasie mocniej przytuliła się do niego, obejmując go za plecami.

        - Witaj Shairisse - odezwał się nagle jakiś radosny głos za Leiftanem. Oboje oderwali się od siebie i odwrócili w stronę witającego, którym okazał się zaklinacz. Gdy tylko lorialet go zobaczył, z niewiadomych powodów spięły mu się wszystkie mięśnie i poczuł w sobie dziwny niepokój. Bardzo podobny do tego, który odczuwał, tuż przed ratowaniem zagubionego ducha Shairisse. - To, jak mniemam jest Leiftan? - zapytał zaklinacz, gdy oboje już byli zwróceni do niego przodem. Jego głos niespodziewanie stał się poważniejszy, a on sam przyglądał się blondynowi z nieprzeniknionym wyrazem twarzy.

        - Witaj Itzalu - powitała go z lekko zakłopotanym uśmiechem. Zdziwiła ją nagła zmiana w postawie obu mężczyzn, co ją trochę wytrąciło z równowagi, a dodatkowo jej kusy strój nie dodawał jej pewności siebie. - Tak, dokładnie - dodała, spoglądając na Leiftana, który stał dziwnie spięty i jakoś mocniej przytulał ją do siebie. - To właśnie Leiftan. Leiftanie to zaklinacz Itzal, który pomaga mi lepiej panować nad własną duszą.

        - Witam - powitał go lorialet i wyciągnął rękę w jego stronę.

        - Witaj - odparł zaklinacz z nikłym uśmiechem, który wyraźnie sprawiał wrażenie wymuszonego. - Cieszę się, że w końcu możemy się poznać - dodał, podając mu rękę. Brzmienie emocjonalne jego głosu jakoś dziwnie nie pokrywało się z treścią wypowiadanych słów.

        Shairisse bacznie obserwowała ich zachowanie, gdyż pierwszy raz widziała, zarówno u Leiftana, jak i u zaklinacza tak niechętną postawę wobec drugiej osoby. Jeszcze większe zaskoczenie wywołała u niej reakcja mężczyzn po podaniu sobie dłoni. Itzal nieomal natychmiast po dotknięciu ręki lorialeta, wycofał się z powitalnego gestu, niczym poparzony jakimś niewidzialnym ogniem. Leiftan również dziwnie szybko cofnął swoją dłoń, jednocześnie zacieśniając uścisk wokół jej talii.

        - Nie będę wam już dłużej zabierał czasu - powiedział pospiesznie zaklinacz. - Chciałem się tylko przywitać… A tak przy okazji Shai, jak twoje samopoczucie po wczorajszej sesji? - zapytał, nie zwracając już uwagi na blondyna.

       - Teraz już dużo lepiej - odpowiedziała z uśmiechem, zerkając wymownie na tulącego ją lorialeta. - W nocy miałam tylko dziwne wrażenie, że ktoś mnie cały czas obserwował, pomimo że nikogo nie było w moim pokoju…

        - Obserwował? W nocy? - zdziwił się zaklinacz. - Hmm… Jak chcesz możemy później o tym porozmawiać, bo teraz widzę, że ktoś tu chyba się niecierpliwi - zaproponował, zerkając na blondyna, a ton jego głosu wobec niego nie był tak przyjemny, jak wobec niej. - Po południu będę medytował pod wiśnią, więc jeśli sobie zażyczysz rozmowy, to tam mnie znajdziesz. A teraz idę na śniadanie - dodał na koniec z uśmiechem, gdyż nagle rozległo się ciche burczenie. - Żołądek chyba już domaga się swego. Do zobaczenia zatem.

        - Do zobaczenia - odparła za nim. - Leiftanie, czy coś się stało? - zapytała, gdy tylko Itzal zniknął za zakrętem.

        - Nie słoneczko - odpowiedział lekko zamyślony, całując ją w czubek głowy i otwierając drzwi do jej pokoju. - Chodźmy z korytarza, bo za dużo osób zaczyna się kręcić, a ja nie życzę sobie, by ktoś jeszcze oglądał cię w takim stroju - wyszeptał w jej włosy, przepuszczając ją przodem. Jego głos, mimo iż starał się brzmieć spokojnie i żartobliwie, wyraźnie zdradzał oznaki lekkiego zdenerwowania, a sposób, w jaki się wypowiadał świadczył, że myślami jest, jakby gdzie indziej.

        Po wejściu do pokoju i zamknięciu drzwi spojrzał na nią i od razu porzucił nerwowe myśli. Przyciągnął ją gwałtownie do siebie i zachłannie pocałował, aby okazać swoje pragnienie i tęsknotę.  Przez dłuższą chwilę nie miał zamiaru jej wypuścić ze swoich objęć, jakby bojąc się, że jest tylko sennym złudzeniem, które się rozpłynie, gdy on oddali od niej choćby na krok.

        - Nawet nie wiesz, jak mi brakowało twojego dotyku i smaku twoich ust - wyszeptał czule, tuląc ją jeszcze mocniej. - Tak bardzo tęskniłem za tobą Shai...

        - Ja za tobą również Leiftanie - powiedziała czule, całując go w zagłębienie szyi. - Mam ci tyle do opowiedzenia…

        - Chętnie posłucham kochanie - powiedział zalotnie, zakładając jej włosy za ucho. W tym samym momencie dało się słyszeć burczenie w jego brzuchu. - Ech… - westchnął bezsilnie. - Tylko od wczorajszego obiadu nie miałem nic w ustach i sama słyszysz, co się wyprawia. Wypadałoby, abym coś wcześniej zjadł, inaczej mój żołądek będzie zagłuszał naszą rozmowę… Czy miałabyś zatem ochotę potowarzyszyć mi w trakcie śniadania?

        - Oczywiście - odparła, a po chwili dodała figlarnie. - Ale po śniadaniu wrócimy i dokończymy... konwersację.

        - Oj ty łobuziaro - zaśmiał się rozbawiony jej flirciarskim zagraniem. - Ubieraj się i idziemy zjeść.

        - W takim razie musisz się odwrócić - powiedziała zalotnie, odwracając się tyłem do niego. - Żeby się ubrać, muszę się wpierw rozebrać - dodała, przez ramię i zaczęła iść w stronę komody.

        - O ile pamiętam, ty się nie krępowałaś patrzeć, gdy ja się rozbierałem - wyznał z przekorą. - Dlaczego więc ja mam się odwracać?

        - Jak ty się rozbierałeś, mój drogi - zaczęła tłumaczyć, mówiąc uwodzicielskim tonem - to było ciemno i szczerze mówiąc… - w tym momencie odwróciła się ponownie przodem do niego. - Masz mniej do ukrywania w swojej budowie ciała, niż kobieta - dokończyła wypowiedź, jednocześnie dłońmi wskazując wymownie swoje ciało od pasa w górę.

        - Chciałbym zaznaczyć, kochana - tym razem on przyjął uwodzicielski ton głosu - że od tyłu, zarówno mężczyzna, jak i kobieta wyglądają podobnie. Jedyną różnicą jest to, że wy kobiety jesteście okrąglejsze w okolicach bioder - kontynuował, wykonując sugestywny gest dłońmi w powietrzu. - Poza tym przypominam, że już widziałem cię bez ubioru - dodał, uśmiechając się psotnie.

        - Niby kiedy? - zapytała zdziwiona.

        - Przypomnij sobie powrót z misji u Kapp, mała syrenko - powiedział wyraźnie rozbawiony jej reakcją.

        - Phi - prychnęła również rozbawiona i złapała jaśka ze swojego łóżka. - Tamto się nie liczy, byłam pokryta łuskami… - dodała, rzucając w niego jaśkiem.

        - No niech ci będzie słoneczko - stwierdził, śmiejąc się cicho pod nosem i siadając na krześle tyłem do niej. - Już nie patrzę, ubieraj się spokojnie.

        Shairisse również się zaśmiała, widząc, jak lorialet przyłożył sobie podusię do twarzy, żeby zaakcentować fakt, iż nie zamierza jej podglądać. Nauczona jednak na swoim przykładzie z ostatniej ich nocy, złapała ubrania i dodatkowo ukryła się po drugiej stronie łóżka, stając przodem w kierunku narożnika pokoju. Szybko przebrała się w codzienny strój, zerkając od czasu do czasu, czy aby Leiftan nie postanowił ulec pokusie, ale chłopak dotrzymał słowa i nie patrzył. Gdy się przebrała, podeszła do niego i odsuwając poduszkę od jego twarzy, ucałowała go delikatnie w czoło.

        - Chodźmy jeść, maruderku - powiedziała pieszczotliwie.

        ***

        (Ogrody Kwatery, mniej więcej w tym samym czasie)

        - Gdzie ty się chłopie podziewałeś? - krzyknął zdenerwowany Nevra. - Całkiem ci rozum odebrało? Wyjeżdżasz tak nagle, z nikim się nie żegnasz, nikomu nic nie mówisz, a gdy wracasz, to wyglądasz, jak kupka nieszczęścia…

        - Nie wmówisz nam, że byłeś na negocjacjach - wtrącił podniesionym głosem Ezarel. - Chyba że zakończyły się one wypowiedzeniem wojny i zaczęły się walki… bo wyglądasz, jakbyś z misji wojennej wrócił...

        - Nie mogę wam chłopaki na razie nic zdradzić - odpowiedział im zmęczonym głosem Valkyon. - Musiałem pilnie wyjechać i takie wytłumaczenie musi wam w tej chwili wystarczyć. Poza tym jestem cholernie zmęczony i chciałbym się odświeżyć. A właśnie, czy u Shairisse wszystko w porządku? - zapytał, spoglądając na przyjaciół.

        - Tak… - odparł z zakłopotaniem wampir, pocierając się dłonią po karku. - Ewelein wypuściła ją z przychodni następnego dnia po twoim wyjeździe.

        - Czy coś jest nie tak? - spytał niepewnie wojownik. Zachowanie obu przyjaciół wydawało mu się bardzo dziwne, wręcz podejrzane. Gdy zapytał o Shairisse, od razu zaczęli unikać patrzenia mu w oczy, a atmosfera zrobiła się bardzo napięta. Zarówno Nevra, jak i Ezarel wyraźnie wyglądali na zmieszanych, a ich milczenie stawało się dla niego irytujące. - No mówcie w końcu, o co chodzi, bo aż mnie przerażacie!

        - Lepiej usiądź... - zaproponował czarnowłosy.

        - Wolę stać… - mruknął Valkyon. - No więc…?

        - Jakby ci to powiedzieć… - zaczął powoli wampir, szukając słów najbardziej odpowiednich i najmniej bolesnych. - No więc, po twoim wyjeździe…

        - Na Wyrocznię, Nev - przerwał mu zirytowany elf. - Wszystko wskazuje na to, że twoja Shai związała się z Leiftanem - powiedział na jednym oddechu do szefa Obsydianu.

        W ogrodzie nagle zapadła głucha cisza, nawet wiatr ucichł, jakby nie chciał przeszkadzać w tej napiętej chwili. Białowłosy wojownik spoglądał, to na jednego, to na drugiego przyjaciela z niewzruszonym wyrazem twarzy. Mogłoby się zdawać, że wiadomość o tym, iż ukochana dziewczyna związała się z innym, nie zrobiła na nim żadnego wrażenia, jednak w jego złotych oczach emocje, aż kipiały całą gamą wszelkiego rodzaju cierpienia, bólu, bezsilności i niezrozumienia.

        - Wszystko wskazuje na to? - zapytał beznamiętnie, siadając na niewielkim murku. - Co przez to rozumiesz Ez?

        - Niech ci Nevra wytłumaczy… - odburknął elf i usiadł koło niego.

        Valkyon spojrzał na wampira pytającym wzrokiem. Ten obdarzył go tylko przelotnym spojrzeniem i z pełnym zrezygnowania westchnieniem usiadł obok niego. Przez chwilę wyglądało, jakby bił się z własnymi myślami. W końcu pochylił się i wsparł łokciami o kolana, znowu wzdychając bezradnie.

        - W dniu, w którym Leiftan wyjeżdżał na rozmowy - mówił cicho i z wyraźną niechęcią - wpadłem na niego bardzo wcześnie rano, gdy wychodził z pokoju Shairisse. Zdążyłem zauważyć, że gdy wychodził Shai leżała na łóżku. Wydało mi się to trochę podejrzane…

        - Niby czemu? - wtrącił złotooki. - Może był się pożegnać przed wyjazdem?

        - Gdy ktoś przychodzi do ciebie tylko na chwilkę, to nie żegnasz się z nim, leżąc w łóżku - powiedział Nevra z dużym przekonaniem.

        - Ciekawe skąd ty bierzesz takie informacje? - rzucił Ezarel z przekąsem.

        - Z doświadczenia to wiem - odparł wampir, obnażając kły w lubieżnym uśmiechu. Szybko jednak spoważniał, gdy zobaczył zniesmaczone spojrzenia Valkyona. - No co? Dobra, nieważne… Niby od niechcenia zapytałem Leiftana, czemu tak wcześnie rano szwenda się po nie swoich pokojach. Odpowiedział z tym swoim grzecznym uśmieszkiem, że to nie moja sprawa z kim i o której godzinie żegna się przed wyjazdem. Jednak wydało mi to się dziwne, bo zapach Shairisse na nim był bardzo intensywny, co świadczyło, że musieli ze sobą spędzić naprawdę sporo czasu. Przy śniadaniu chciałem podpytać Shai, ale dość dziwnie się zachowywała i mnie zbyła. Poprosiłem więc o pomoc Karenn, bo wiesz… przyjaźnią się, a przy jej uwielbieniu plotek i wtykaniu nosa we wszystko, to nie musiałem jej wcale namawiać…

        - Przejdź do sedna... - poprosił zrezygnowanym tonem białowłosy.

        - Karenn wyciągnęła od Shairisse, że Leiftan spędził u niej całą noc i że dzień wcześniej zaczęli być razem… - powiedział na jednym oddechu i położył dłoń na jego ramieniu w geście pocieszenia. - Przykro mi Valk… chyba się spóźniłeś...

        Po raz drugi w przeciągu niedługiego czasu nastała cisza, ale tym razem była wręcz grobowa. Wojownik siedział, wpatrując się beznamiętnie w przestrzeń przed sobą, a Nevra z Ezarelem zerkali na niego zakłopotani, nie wiedząc jak się zachować w obecnej sytuacji. Wiedzieli, że ich przyjaciel interesował się dziewczyną już od bardzo dawna. Pierwsze tego oznaki zauważali na długo przed incydentem z eliksirem mnemosyne. On sam się przyznał, że bardzo ciężko mu było przerwać pocałunek, którym zmusił ją do wypicia tego eliksiru. Po tym wydarzeniu dość długo dochodził do równowagi, obawiając się, że dziewczyna go znienawidzi. Późniejsze wydarzenia sprawiły, że zbliżyli się do siebie i zaczęli przyjaźnić. Po ataku Naytili w Świątyni fenghuang, Valkyon przyznał się w końcu, sam przed sobą do czegoś, o czym oni wiedzieli już od dawna - że zakochał się w ziemiance.

        - Chłopaki - niespodziewanie za ich plecami odezwał się zasapany Keroshane. - Miiko zarządziła natychmiastowe zebranie w Kryształowej Sali, podobno to pilne.

        - Dzięki Kero. Niedługo będziemy - odpowiedział Ezarel.

        - Ok. Muszę jeszcze poszukać Ewelein - powiedział na odchodne jednorożec i zniknął za zakrętem.

        - Chyba musimy się zbierać panowie - elf zwrócił się do przyjaciół, podnosząc się z murku.

        - Tak idziemy - potwierdził Valkyon, również wstając.

        - Wszystko w porządku stary? - zapytał Nevra, klepiąc go po ramieniu.

        - Tak, wszystko dobrze, nic mi nie jest - odparł wojownik, a ton jego głosu był całkowicie pozbawiony emocji. - Idziemy, bo Miiko nie lubi czekać - dodał i ruszył w stronę Kwatery. Otaczająca ich atmosfera była tak gęsta, że można było ją kroić sztyletem.

Offline

#30 19-09-2019 o 19h26

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 61

Dzień dobry /static/img/forum/smilies/smile.png
Tak, to znowu ja. I znowu z trochę przydługim tekstem, ale jakoś tak mi wyszło.
Tak ostatnio się zastanawiałam, czy pisać tu jeszcze, bo nie mam zielonego pojęcia, czy podoba wam się to co tworzę, czy już nie /static/img/forum/smilies/tongue.png No ale co tam, na razie jeszcze wstawiam tekst i życzę miłej lektury.
Pozdrawiam serdecznie /static/img/forum/smilies/smile.png

Kto jest kim?

        Miiko niespokojnie chodziła w tę i z powrotem w Sali Kryształu, oczekując na przybycie wezwanych członków Lśniącej Straży. Wydarzenia w Balenvii uświadomiły jej, że Eldarya i Straż Eel są zagrożone bardziej, niż się wszystkim wydawało. Wiedziała, że musi ogłosić te wieści współpracownikom, ale zastanawiała się, czy rzeczywiście wszyscy są godni zaufania. Jej uwagę zwrócił fakt, że ostatnie problemy, niepowodzenia i tragiczne wydarzenia, zarówno w Kwaterze, jak i poza jej murami, wyraźnie wskazywały na czyjeś umyślne sabotowanie działań Straży. Zamaskowany dziwnym trafem zawsze wie, gdzie i jak uderzyć, aby dotkliwie to odczuli, całkiem jakby znał ich plany i zamiary. Na myśl przychodziło jej tylko jedno wytłumaczenie, które wyjaśniałoby, dlaczego tak się dzieje - w szeregach Straży jest zdrajca. Biorąc pod uwagę ilość spraw i misji, w których coś poszło nie tak, a do tego ciągłe problemy z pochwyceniem go świadczyły, że w Kwaterze i poza nią musiał mieć sporą grupę popleczników i zwolenników.
        Kitsune poczuła się przytłoczona myślami o wciąż narastających problemach i z głośnym westchnieniem oparła się o balustradę. Wszystkie problemy, których przysporzył im zamaskowany, w połączeniu ze świadomością, że jeszcze na dokładkę gdzieś ukrywa się daemon sprawiała, że dopadło ją poczucie bezsilności i bezradności. Zdawała sobie sprawę, że sama nie poradzi sobie z tym wszystkim, ponieważ już od dłuższego czasu zmagała się ze zmęczeniem i ogólnym zniechęceniem. Jedyne, co nadal pchało ją na przód i nie pozwalało się poddać to świadomość, że odpowiedzialna jest nie tylko za Kryształ, ale i za bezpieczeństwo mieszkańców.
        Po chwili zaczęła zastanawiać się, z kim mogłaby szczerze i otwarcie porozmawiać o swoich przypuszczeniach i obawach? Kogo mogłaby poprosić o pomoc, nie ryzykując, że będzie to wspólnik Ashkore’a? Kto w Kwaterze na pewno nie będzie popierał jego dążenia do rozbicia Kryształu? Na myśl przychodziło jej tylko jedno imię - Shairisse. Z Kryształem łączyła ją więź, której nikt na razie nie rozumiał, ale wiadomo było, że kondycja Kryształu ma duży wpływ na jej stan zdrowia. To dawało pewność, że Shai nie chciałaby rozbicia Kryształu, bo skutkowałoby to wówczas jej śmiercią. Przypomniała sobie też, że już jakiś czas temu dziewczyna mówiła, że jej zdaniem, coś w Straży jest nie tak. Ale czy mogła jej całkowicie zaufać? Czy mogła mieć pewność, że dziewczyna nagle nie zechce się zemścić? Przecież nie obchodzili się z nią najlepiej na początku. A co jeśli ona żywi skrywaną urazę do nich za to, jak ją traktowali i za zmuszenie jej do wypicia eliksiru mnemosyne?
        - Miiko - przerwał jej rozmyślania Jamon. - Czy można wpuszczać wezwanych?
        - Tak, Jamonie - odezwała się półprzytomnie. - Wszyscy już są?
        - Tak.
        - Ok. Niech wchodzą - westchnęła ciężko, a na jej twarzy malowało się zmęczenie i strapienie.
        Po chwili do sali weszli szefowie straży, a zaraz za nimi reszta członków Lśniącej. Brakowało jedynie Ykhar, która nadal razem z Huang Hua przebywały w Balenvii, aby dopilnować pomniejszych i końcowych spraw negocjacyjnych. Gdy wszyscy zajęli już swoje miejsca, kitsune podniosła głowę i spojrzała na zgromadzonych zmęczonym wzrokiem.
        - Witam wszystkich - powiedziała bez entuzjazmu. - Od razu przejdę do rzeczy. Jak już pewnie zauważyliście, w ostatnim czasie sporo się dzieje, zarówno w obrębie Kwatery, jak i poza jej murami. Negocjacje zakończyły się względnym sukcesem i udało nam się rozwikłać kilka nieporozumień, a dzięki temu zapobiec jakimś większym nieszczęściom. Jednak nie możemy mówić o pełnym sukcesie, ponieważ zaistniałe wydarzenia i nieporozumienia, spowodowane celowymi działaniami osób trzecich, doprowadziły do nadszarpnięcia wzajemnego zaufania. Moim osobistym zdaniem, osoby odpowiedzialne za te niekorzystne działania, muszą zostać koniecznie namierzone i wyeliminowane. W Kwaterze też nie dzieje się dobrze. Jak wszyscy wiecie, zamaskowany mężczyzna porusza się po terenie Kwatery bez żadnych problemów, okradając nas i szkodząc na każdym kroku. W dodatku ostatnio w swojej arogancji posunął się jeszcze dalej i zaatakował bezpośrednio kogoś z nas. Nie wiem czemu obrał sobie za cel akurat Shairisse, ale domyślam się, że miała na to wpływ jej więź z Wyrocznią. Najgorsze jest to, że w tym celu starał się wykorzystać pradawną, potępioną magię, co świadczy o jego determinacji i dostępie do zakazanej wiedzy. Tylko dzięki wspólnym wysiłkom, jak również niesamowitej wiedzy i umiejętnościom Leiftana, nasza ziemianka nadal żyje. Takie incydenty nie mają prawa się powtórzyć! - Miiko podniosła głos i uderzyła swoją laską o podłogę, aby zaakcentować stanowczość wypowiedzi.
        Wśród zgromadzonych rozległy się głosy poparcia dla takiego podejścia do sprawy. Jeszcze przez chwilę szefowa Straży Eel opowiadała o rozmowach dyplomatycznych i niektórych postanowieniach, które nie zostały utajnione. Następnie poprosiła Ezarela i Nevrę, aby zrelacjonowali jej szybko i zwięźle, co działo się w Kwaterze podczas jej nieobecności. Po krótkim przedstawieniu najważniejszych wydarzeń elf poinformował o przybyciu zaklinacza i jego współpracy z Shairisse w celu wzmocnienia jej siły duchowej. Oznajmił również, że zaklinacz niedawno poprosił o jak najszybszą rozmowę z nią. Oczywiście kitsune od razu nakazała Jamonowi odszukać Itzala i powiedzieć mu, że jest oczekiwany. W międzyczasie dopytywała, czy ustalono jakieś nowe fakty, odnośnie do ataku na dziewczynę. Leiftan krótko zrelacjonował jej wydarzenia z momentu odzyskania wspomnień przez Shai i dodał kilka luźnych uwag odnośnie do całego wydarzenia. W trakcie jego wypowiedzi kitsune wyjęła notes i zapisała w nim kilka zdań.
        Kiedy ogr wrócił w towarzystwie zaklinacza, Miiko poinformowała wszystkich, że mogą się rozejść. W Kryształowej Sali powstał harmider, podczas którego Itzal z ciepłym uśmiechem przywitał się z kobietą, a następnie stanął obok niej, czekając, aż sala opustoszeje. Gdy wszyscy wyszli na krótką chwilę zapadła cisza, którą przerwał łagodny głos zaklinacza.
        - Problemy, z którymi się borykasz, niestety będą się nawarstwiać - powiedział poważnie. - Im szybciej rozpoczniesz działania w kwestii ustalenia, kto jest kim i po której stronie stoi, tym mniej problemów będzie nękać cię w przyszłości.   
        - Słucham? - zapytała zdziwiona i trochę zbita z tropu Miiko. Nie spodziewała się, że ktoś poruszy temat jej obaw, które w sumie dopiero co się pojawiły. - O czym mówisz?
        - Martwisz się lojalnością swoich współpracowników - odparł spokojnie. - Nie wiesz, komu możesz zaufać, a kogo powinnaś wykluczyć z grona zaufanych osób. Miotasz się w swoich przypuszczeniach i przeczuciach niczym minalo, gdy wyczuje swój stek. A tak swoją drogą uważam, że możesz tej dziewczynie całkowicie zaufać - dodał z lekką zadumą, patrząc w pustą przestrzeń przed sobą.
        - Komu? O kim ty mówisz? - zapytała niepewnie.
        - O Shairisse mówię - odparł z łagodnym uśmiechem. - Rzadko mi się zdarza, abym w pierwszym kontakcie z drugą osobą tak intensywnie potrafił odczytać czyjeś obawy i lęki, jak zdarzyło mi się to przed chwilą z tobą. Znaczy to, że całą sobą wołasz o pomoc. Martwisz się, że nie poradzisz sobie sama z problemami i bardzo pragniesz znaleźć sojusznika, tylko nie wiesz, komu możesz zaufać. Kołacze ci po głowie jej imię, bo wydaje się najbardziej godna zaufania, ale masz pewne obawy... Ja ze swojej strony mogę ci powiedzieć, że twoje obawy jeszcze całkiem niedawno byłyby uzasadnione. Wiem też jednak, że w ostatnich dniach Shai zrozumiała wiele ważnych spraw, w tym też wasze motywy i brakuje tylko ostatniej kwestii, aby zamknąć ten rozdział. Musicie jak najszybciej we dwie poważnie porozmawiać i powinnaś zrobić to, co odkładasz od tak długiego czasu…
        - Przeprosić ją… - weszła mu w słowo. - Tylko nie wiem, czy jakiekolwiek słowa mogą teraz cokolwiek zmienić… - dodała zrezygnowana.
        - Ona zrozumie - stwierdził z przekonaniem. - Nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak wiele jest w stanie zrozumieć to dziewczę i jak wiele jest w stanie wybaczyć… - w tym momencie zawiesił na chwilę głos, zastanawiając się, jak dużo może zdradzić czarnowłosej, aby nie naruszyć ustalonego porządku wydarzeń. - Poza tym musicie coś zrobić, aby odkryła swoją rasę i swoje pochodzenie, bo mam bardzo silne przeczucie, że powinna je poznać.
        - Tylko, jak to zrobić? - zapytała zmęczonym głosem kitsune. - Nie mamy pojęcia, w jaki sposób możemy odkryć jej rasę… Stężenie krwi faery w jej żyłach jest zbyt małe, a do tego ona nie wykazuje żadnych zdolności magicznych, czy też uwarunkowanych rasowo...
        - Podobno coś niewyjaśnionego działo się z nią, gdy była na wyspie Memoria - odparł niepewnie. - Może należałoby tam wrócić i zacząć szukać jakichś wskazówek?
        - Może masz rację…
        - Na razie jednak pomyśl o rozmowie z nią. Powinnaś to zrobić jak najszybciej, gdyż jestem pewien, że wówczas poczujesz się dużo lepiej. Mając kogoś przy sobie, zawsze jest łatwiej i prościej… - dodał, kierując się w stronę wyjścia z sali. 
        - Itzalu - zawołała za nim jeszcze Miiko. - Czemu tak w ogóle chciałeś rozmawiać ze mną w trybie pilnym?
        - Chciałem sprawdzić, czy między tobą i Shairisse da się naprawić relacje, a przez to pomóc wam pozamykać pewne drażliwe kwestie. Poza tym chciałem ci powiedzieć, że powinnaś mieć więcej zaufania do tej dziewczyny i powinnaś z nią szybko i szczerze porozmawiać. Ona jest niezwykle wyjątkową osobą - odpowiedział z uśmiechem. - Ty już jednak to wiesz, tylko boisz się do tego przyznać na głos. Powiem ci więc krótko, nie obawiaj się współpracy z nią. Przeczucie, które masz na jej temat jest niemal zgodne z prawdą - po tych słowach Itzal opuścił Salę Kryształu.
        Po wyjściu zaklinacza Miiko dłuższą chwilę stała, wpatrując się w Kryształ i zastanawiając się nad tym, co jej właśnie powiedział. Co znaczyły jego ostatnie słowa? O jakim jej przeczuciu myślał? Faktem było, że od pewnego czasu częściej rozmyślała nad tym, kim tak naprawdę jest ta dziewczyna. Wszystkie wydarzenia związane z Shairisse sprawiły, że coraz poważniej rozważała możliwość, że nie trafiła ona do Eldaryi przez przypadek. Przemawiało za tym też to, że pojawiając się w Eldary, od razu trafiła do Sali Kryształu i niemal z miejsca stała się wybranką Wyroczni.
        Po chwili zaczęła się zastanawiać, w jaki sposób powinna z nią porozmawiać. Rzeczywiście od dawna nosiła się z zamiarem przeproszenia jej, ale jakoś nigdy albo nie było odpowiedniej chwili, albo zabrakło jej odwagi, albo po prostu akurat brakowało jej słów. Doszła w końcu do wniosku, że nie ma co odwlekać rozmowy i postanowiła przeprowadzić ją jeszcze tego dnia. Następnie ruszyła do swojego pokoju, aby odpocząć i wysłać swojego chowańca do dziewczyny z prośbą o rozmowę w cztery oczy.
        ***
        Shairisse wolnym krokiem i z duszą na ramieniu szła w stronę klifu, gdzie podobno chciała się z nią spotkać kitsune. Ostatnie wydarzenia związane z atakiem Ashkore’a, wciąż napawały ją lękiem i sprawiały, że na spotkanie szła, obawiając się jakiegoś podstępu. Całą drogę zastanawiała się, dlaczego tak nagle szefowa poprosiła ją o spotkanie poza murami Kwatery? Dlaczego nie wezwała jej, jak zawsze do Kryształowej Sali? I dlaczego poprosiła, żeby nikomu nie mówiła o tym spotkaniu? Jedynie to, że spotkanie miało odbyć się w południe i na otwartej przestrzeni sprawiło, że zdecydowała się jednak na nie pójść.
        - Witaj Miiko - przywitała się, podchodząc do szefowej, która wpatrywała się w horyzont. - Chciałaś widzieć się ze mną?
        - Tak Shairisse - odparła kitsune, odwracając się w jej stronę. - Dziękuję, że przyszłaś.
        - Niewiele brakowało, a nie przyszłabym - odparła zgodnie z prawdą.
        - Czemu? - zapytała kobieta niepewnie. - Tak bardzo mnie nienawidzisz?
        - Nie nienawidzę cię - powiedziała trochę oburzona takimi podejrzeniami. - Po ataku Ashkore’a i ze świadomością, że w podobny sposób mnie wówczas wywabił, mam pewne obawy przed takimi nagłymi spotkaniami poza murami Kwatery…
        - Przepraszam - odparła pospiesznie Miiko. - W ogóle o tym nie pomyślałam… Naprawdę przepraszam…
        - Ok, rozumiem. Masz sporo na głowie i nie musisz pamiętać wszystkiego, szczególnie jeśli dotyczy mnie… - powiedziała trochę z przekąsem.
        - To nie tak… - stwierdziła zrezygnowanym głosem czarnowłosa. - Właśnie dlatego poprosiłam cię o spotkanie. Usiądźmy - dodała, siadając na ławce.
        Kiedy obie kobiety usiadły, zapadła chwila ciszy, w której czasie obie patrzyły gdzieś daleko przed siebie. Żadna z nich nie wiedziała, jak zacząć rozmowę. Shairisse zastanawiała się, czy ostatnio czegoś nie nabroiła, za co kitsune mogłaby chcieć ją zbesztać. Nic jej jednak nie przychodziło na myśl. Szefowa natomiast szukała odpowiednich słów, którymi mogłaby wyrazić, jak bardzo jest jej przykro za te wszystkie niemiłe incydenty, które miały miejsce, a przede wszystkim za to, że wymazali dziewczynę z pamięci jej bliskich. Nigdy nie czuła się dobrze w roli przepraszającego, chociaż potrafiła przyznać się do błędów. Teraz chciała zrobić to naprawdę szczerze i z głębi serca.
        - Chciałabym cię przeprosić Shairisse… - zaczęła niepewnie kitsune.
        - Przeprosić mnie? - zdziwiła się. - Za co?
        - Za wiele rzeczy - odparła cicho Miiko. - Za to, że zmusiliśmy cię do wypicia eliksiru mnemosyne, za to, że nie traktowałam cię odpowiednio i mogłaś poczuć się, jak ktoś niechciany i niepotrzebny… Chcę przeprosić, że nie zawsze rozumiem twoje starania i bywam nieprzyjemna. Nigdy do tej pory nie spotkałam się z taką osobą, jak ty ani z taką sytuacją i po prostu zdarza mi się panikować… Od kiedy pojawiłaś się w naszym świecie, wiele się zmieniło...
        Przez dłuższą chwilę rozmawiały o obawach, jakie rodziły się w umyśle kitsune od momentu pojawienia się dziewczyny w Kryształowej Sali i późniejszych nieporozumieniach, do których te obawy doprowadziły. Opowiedziała jej, jak na początku drażniło ją, że Shai kwestionuje nieomal wszystkie jej decyzje i dodała, że teraz jest jej za to niezwykle wdzięczna. Następnie przeprosiła ją najszczerzej, jak tylko potrafiła. Ciężko jej było się przyznać, że od początku myliła się wobec niej. W pewnej chwili Shairisse zapytała ją, czy te przeprosiny wymusił na niej Itzal.
        - Nie wymuszał niczego na mnie - odparła cicho kobieta. - Już od bardzo dawna chciałam to zrobić, ale bałam się, że jest za późno. Bałam się, że nie będziesz chciała mnie wysłuchać i nawet nie spróbujesz zrozumieć… Itzal powiedział mi dzisiaj tylko, że nie powinnam się obawiać, bo jesteś wyjątkową osobą, która znaczy więcej, niż się wszystkim wydaje…
        - Oj, chyba trochę przesadza - powiedziała z lekkim uśmiechem i zakłopotaniem jednocześnie.
        - Naprawdę mi przykro Shai, że nie potrafiłam potraktować cię tak, jak należy od początku. Przepraszam za nas wszystkich, że cię zraniliśmy… - powiedziała drżącym głosem kitsune.
        - Rozumiem Miiko - odparła, spoglądając na kobietę zdumiona, ale i szczęśliwa zarazem. W geście zrozumienia położyła swoją dłoń na jej dłoni. - Ostatnio zrozumiałam, że chciałaś wszystkich chronić, nawet mnie, chociaż chyba trochę nieświadomie - mówiąc to, uśmiechnęła się ciepło. - Tak, jak jest, jest chyba najlepiej dla nas wszystkich. Dziękuję ci jednak, że przeprosiłaś mnie w końcu tak na poważnie. To dużo dla mnie znaczy - dodała, przenosząc spojrzenie na horyzont. Po tych słowach Miiko uścisnęła jej dłoń, nieśmiało uśmiechając się i na dłuższą chwilę nastała między nimi cisza. Nie była to jednak cisza niezręczna tylko taka spokojna i oczyszczająca.
        - Jest jeszcze jedna sprawa - odezwała się po jakimś czasie kitsune. - Chciałabym, abyś mi w czymś pomogła…
        - Ja mam pomóc tobie? - zapytała zdziwiona i zaciekawiona jednocześnie.
        - Tak. Pamiętasz, jak kiedyś rozmawiałyśmy o tym, że w Kwaterze i Straży coś dzieje się nie tak?
        - Pamiętam… - odparła, nie rozumiejąc, co to ma do rzeczy i znów spoglądając na zmartwioną twarz szefowej.
        - Podejrzewam, że w Kwaterze mamy zdrajców, którzy współpracują z Ashkorem, a może i nawet z daemonem…
        - Skąd te podejrzenia?
        - Ashkore często wie, jakie zamiary i plany ma Straż - zaczęła tłumaczyć kitsune. - Działania w terenie świadczą, że zawsze dobrze wie, w jaki sposób nam zaszkodzić i w którym momencie to zrobić, abyśmy najdotkliwiej odczuli tego skutki. W Kwaterze porusza się, jakby znał każdy zakamarek, albo ktoś mu pomaga. To wszystko zmusza do myślenia…
        - Skoro prosisz mnie o pomoc, to znaczy, że nie podejrzewasz mnie o współpracę z nim? - zapytała zdziwiona, przenosząc spojrzenie na morze. - Skąd masz pewność, że z nim nie współpracuję?
        - Pojawiłaś się długo po jego pierwszych atakach - zaczęła mówić spokojnie czarnowłosa. - Z Kryształem łączy cię więź, która może spowodować twoją śmierć, gdy on ulegnie zniszczeniu, dlatego wątpię byś popierała dążenie Ashkore’a do jego rozbicia. Poza tym ostatnio zaatakował cię i o mało nie doprowadził do twojej śmierci… Wątpię, żeby zachował się w ten sposób wobec swojego sprzymierzeńca… Poza tym wybrała cię Wyrocznia i nie sądzę, aby to był przypadek…
        - Rozumiem… Podejrzewasz kogoś konkretnego? - zapytała, ponownie spoglądając na nią zaciekawiona.
        - Niestety podejrzewam każdego - odparła z przekonaniem Miiko. - Z mieszkańców Kwatery jedynie ty jesteś poza podejrzeniami. Itzala też raczej nie podejrzewam, bo jest świetlistym zaklinaczem, który naprawdę solidnie przestrzega kodeksu. Wiem ze sprawdzonych źródeł, że kodeks zabrania świetlistym zaklinaczom działać na czyjąś niekorzyść i nie pozwala ingerować w sprawy innych osób, bez ich przyzwolenia. Skoro Itzal nie został potępiony i nadal jest świetlistym zaklinaczem, to nie mógł zrobić nic złego…
        - A Leiftan? - przerwała jej. - Nawet jemu nie ufasz? - zapytała zaskoczona, bo przecież dobrze wiedziała, że lorialet pełni funkcję jej głównego zastępcy.
        - Nikomu, poza waszą dwójką… - odpowiedziała smutno. - Jest kilka spraw związanych z Leiftanem i nie tylko z nim, których nie potrafię na tę chwilę zrozumieć, ani sobie racjonalnie wytłumaczyć, a które mnie mocno zastanawiają i sprawiają, że nie potrafię zaufać nawet jemu...
        - No dobrze… - powiedziała w zamyśleniu. - W czym konkretnie ja miałabym ci pomóc?
        - Chciałabym, abyś obserwowała innych, a w razie jakichś podejrzeń informowała mnie o swoich spostrzeżeniach - poprosiła kitsune. - Ja sama nie ogarnę tego wszystkiego. Przy twoim niepohamowanym dążeniu do poznania prawdy, a przy okazji i wścibstwie, oczywiście w dobrym tego słowa znaczeniu - sprostowała szybko - myślę, że mamy większe szanse na sukces w zdemaskowaniu zdrajców.
        - Rozumiem - zaśmiała się cicho.
        - I tak, żeby nie było niedomówień - dodała poważnie Miiko. - Bardzo bym prosiła, abyś nikomu nic nie mówiła o naszej rozmowie.
        - Dobrze, nic nie powiem - odparła. - Mam jednak jeden warunek...
        - Jaki? - kitsune zapytała zaciekawiona, ale i z lekką obawą w głosie.
        - Niczego nie będziesz przede mną ukrywać - powiedziała poważnie, wyczekująco patrząc jej w oczy.
        - Dobrze… Będę cię informować o wszystkim. A teraz wracam do Kwatery, zanim odkryją, że mnie nie ma i narobią rabanu z tego powodu - powiedziała, wstając z ławki. - Dziękuję ci Shairisse za twoją wyrozumiałość i za twoje dobre chęci… Oby nam się udało odkryć spiskowców, zanim będzie za późno. Do zobaczenia.
        - Do zobaczenia… - pożegnała ją, wpatrując się w horyzont. Chciała jeszcze jakiś czas samotnie i w ciszy posiedzieć na ławce, zastanawiając się nad tym wszystkim, o czym rozmawiały. Przeprosiny Miiko były dość nieoczekiwane, ale musiała przyznać, że sprawiły jej wielką radość i spowodowały, że inaczej zaczęła postrzegać kitsune. Dodatkowo sporym zaskoczeniem było wyznanie, że ufa tylko jej i zaklinaczowi. Dlaczego nie ufała Leiftanowi? Jakie sprawy mogły być związane z lorialetem, które powodowały brak zaufania do niego? Czego nie potrafiła zrozumieć?
        W pewnym momencie poczuła na sobie czyjeś intensywne spojrzenie, takie samo, jak w nocy. Jednak, gdy rozejrzała się wokół siebie, nie zauważyła nikogo w zasięgu swojego wzroku. Od razu przypomniała sobie, że zaklinacz zaproponował rozmowę na ten temat, jeśli będzie miała ochotę. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, szybkim krokiem udała się pod stuletnią wiśnię, gdzie Itzal planował medytować po południu.
        Podchodząc do drzewa, od razu zauważyła zaklinacza siedzącego po turecku, z zamkniętymi oczyma. Znaki na jego skórze lśniły dość intensywnie, co dało jej pewność, że pogrążony jest w medytacji. Nie chcąc mu przeszkadzać, postanowiła się wycofać z zamiarem spotkania się z nim w późniejszym terminie. On jednak zatrzymał ją jednym krótkim, łagodnie wypowiedzianym: “zostań proszę”. Usiadła więc na ławeczce i obserwowała go w ciszy. Wyglądał na niesamowicie spokojnego i wyciszonego, wręcz sprawiał wrażenie nieobecnego i dziwnie majestatycznego w swoim skupieniu. Patrzenie na niego w tym stanie sprawiało, że sama odczuwała swoisty spokój we własnym serca i umyśle. Nie wiedziała, jak długo przyglądała mu się, odczuwając ten błogi stan, gdy nagle odezwał się do niej.
        - Znowu ktoś cię obserwował? - zapytał głosem zamyślonym i jakby nieobecnym. - Dlatego przyszłaś porozmawiać ze mną, prawda?
        - Skąd wiesz? - spytała zaskoczona.
        - Poczułem to - odparł, wciąż nie wychodząc z medytacji. - W nocy też to wyczułem. Jakaś potężna istota interesuje się tobą… Nie jest wrogo nastawiona… - kiedy mówił, miała wrażenie, jakby opisywał jej osobę, która właśnie przed nim stoi. Jego głos był trochę jakby nieobecny, a słowa brzmiały, jak wypowiadane w transie. - Ta istota chce cię tylko lepiej poznać. Pragnie dowiedzieć się więcej o tym, czy jesteś godna… i czy masz czyste serce…
        - Czy jestem godna? - powtórzyła jego słowa zdziwiona. - Godna czego?
        - Aby wrócić do swoich korzeni… i odkryć swoje przeznaczenie… - odpowiedział, nadal brzmiąc jak w transie.
        - Moje przeznaczenie? - zapytała już całkiem zdezorientowana. - Czy chodzi o to, że jest jakiś większy i niezbadany powód tego, że trafiłam do Eldaryi?
        - Na to wygląda - odpowiedział i tuż po tych słowach znaki na jego ciele przestały lśnić. - Musisz poznać swoje pochodzenie i dowiedzieć się kim jesteś Shai - dodał, a jego głos brzmiał już całkiem normalnie.
        - Żeby to było takie proste - mruknęła cicho.
        - To, że nie jest proste, nie znaczy, że nie jest możliwe.
        - Powiedzmy… Czy wiesz, kim jest ta istota? - spytała po chwili zastanowienia. - I dlaczego jej nie widzę?
        - Nie wiem kim jest - odparł spokojnie. - Wiem tylko, że jest tobą zainteresowana i nie przebywa w naszym wymiarze. Czujesz ją, ponieważ jest potężna i dość wnikliwie stara się ciebie poznać, ale nie zauważasz jej, bo ona nie chce być zauważona.
        - Jeśli potrafisz przenikać wymiary, to czy możesz dowiedzieć się, kim ona jest? - zapytała, a ton jej głosu delikatnie sugerował, że jest w tym pytaniu ukryta prośba.
        - Teoretycznie bym mógł - powiedział poważnie. - Jednak problem polega na tym, że ta istota nie chce, aby ktokolwiek wiedział, kim ona jest i moje wkroczenie do jej wymiaru może ją rozzłościć. Przy jej potędze wolałbym do tego nie doprowadzić - tłumaczył, uśmiechając się łagodnie. - Na tę chwilę mogę cię jednak zapewnić, że nie ma ona wobec ciebie złych zamiarów, więc uważam, że nie powinnaś się przejmować ani obawiać. Po prostu bądź sobą i tyle…
        - Łatwo ci mówić - uśmiechnęła się nieśmiało. - To nie ciebie obserwuje…
        - Mnie obserwuje dużo więcej istot, niż ci się wydaje - powiedział, śmiejąc się delikatnie. - Umiejętność poruszania się po różnych wymiarach niestety, ale w końcu przykuwa uwagę duchów, bytów, różnych zjaw i istot. Nie wszystkie są pokojowo nastawione i nie wszystkie chcą tylko obserwować…
        - To dlatego masz te znaki na ciele? - pytając, omiotła jego osobę zaciekawionym spojrzeniem. - Mają cię chronić przed ingerencją obcych bytów?
        - Między innymi - odparł, siadając obok niej na ławce. - Zanim zaklinacz zacznie rozwijać umiejętność przenikania przez wymiary, musi nauczyć się panować nad sobą i swoimi emocjami. To bardzo pomaga w późniejszym szkoleniu i rozwijaniu umiejętności…
        - Nad emocjami? - spojrzała na niego zdziwiona. - Potrafisz kontrolować swoje emocje?
        - Tak. Chodzi o to, aby nie dać zapanować emocjom nad naszym umysłem, na przykład nie wpaść w panikę, gdy spotkasz jakiś naprawdę przerażający byt, lub nie dać się uwieść jakimś demonom. Gdy dochodzi do takich nagłych zmian emocjonalnych, można zostać łatwo opętanym, można zwariować, a w skrajnych przypadkach nawet umrzeć...
        - Nawet nie wiedziałam, że to ma aż takie znaczenie - powiedziała zakłopotana.
        - Domyślam się - odparł, uśmiechając się ciepło. - Wiele osób nie zdaje sobie sprawy z ogromu znaczenia swojego stanu emocjonalnego. Im bardziej jesteśmy stabilni emocjonalnie, tym mniej widoczni jesteśmy dla istot z innych wymiarów. Spora część z tych obcych bytów przebywa w swoich pierwotnych wymiarach i nie starają się nawet przenikać do naszego. Czasami jednak zdarza się, że pragną ingerować w nasze myśli i uczucia, wówczas szukają przeróżnych dróg, aby dostać się do naszego świata. Najbardziej pospolita i dostępna dla nich droga, to ta prowadząca przez nasze sny. Kiedy obcy byt chce się w ten sposób przedostać, wtedy przeważnie zdarza nam się miewać senny koszmar. Jest to jednak w większości przypadków ślepa droga, ponieważ umysł posiada swoistą barierę, która nie przepuszcza obcych istot z innych wymiarów. Poza tym potrafi samoczynnie bronić się przed skutkami takich nieudanych prób przeniknięcia, dlatego często nawet nie pamiętamy swoich koszmarów. No, chyba że zmora była wyjątkowo złośliwa i wystarczająco silna.
        - A co jeśli taki byt zdoła się jednak przedostać?
        - Wtedy zależy wszystko od siły umysłu danej osoby - tłumaczył. - Jeśli ta osoba jest silna i odporna, to jej umysł i jej wewnętrzna QI zwalcza taki byt. Jeśli jednak nie dadzą rady tego zrobić, to mogą pojawić się nawracające koszmary, choroby umysłowe, splątanie lub wiele innych poważniejszych zjawisk, prowadzących nawet do śmierci.
        - A ty miewasz koszmary? - zapytała zaciekawiona.
        - Nie w czasie snu... - odpowiedział poważnie. - Nie rozmawiajmy jednak o tym zbyt długo, bo nasza rozmowa w końcu może przykuć czyjąś niechcianą uwagę - dodał z nieznacznym uśmiechem, opierając się o oparcie ławki. - Lepiej rozkoszować się ciepłem promieni słonecznych. Ono zawsze dodaje wigoru i energii...
        Na jego uwagę odpowiedziała jedynie nieśmiałym uśmiechem i również się oparła. Przez chwilę oboje siedzieli w ciszy, z zamkniętymi oczyma i twarzami zwróconymi ku słońcu. Shai zastanawiała się, dlaczego jest obserwowana i o jakim przeznaczeniu mówił zaklinacz? Dlaczego jakaś istota z innego wymiaru tak bardzo się nią interesuje? Dlaczego chce ją poznać? I kim jest ta istota?
        - Czemu nie spędzasz czasu z Leiftanem? - zapytał nagle Itzal, tym samym wyrywając ją z zamyślenia.
        - Po zebraniu chciał się położyć i zdrzemnąć, bo rano bardzo wcześnie wstali - odpowiedziała cicho. - Mogłam położyć się z nim, ale Miiko poprosiła mnie o spotkanie… Swoją drogą dziękuję, że namówiłeś ją do rozmowy ze mną…
        - Do niczego jej nie namawiałem - odparł z przekonaniem. - Powiedziałem tylko, żeby w końcu zrobiła to, co od tak dawna odkładała.
        - Powiedzmy, że ci wierzę - oznajmiła, śmiejąc się cicho. Po chwili jednak spoważniała, gdyż przypomniała sobie poranne spotkanie jego i lorialeta. - Mogę zadać ci trochę dziwne pytanie? - zapytała, spoglądając na niego poważnie.
        - Oczywiście - odparł bez wahania. - Domyślam się nawet, o co chcesz zapytać…
        - Czyżby?
        - Zapewne chcesz zapytać o nasze poranne spotkanie i co myślę o Leiftanie? - powiedział, spoglądając jej w oczy. - Zgadłem?
        - Mniej więcej - odpowiedziała, spuszczając wzrok na swoje dłonie. - Zauważyłam, że chyba nie przypadliście sobie do gustu… Poza tym miałam wrażenie, że wasze zachowanie emanowało dziwną negatywną energią...
        - Ech… - mruknął jakby trochę zrezygnowany. - Nie zawsze każdy z każdym musi się polubić… Jednak nie wydaje mi się, żeby między nami była jakaś negatywna ene...
        - Coś było nie tak - przerwała mu dość gwałtownie. - Obaj byliście spięci i bardzo niechętni w stosunku do siebie.
        - Nie, nie wydaje mi się, abyśmy byli niechętni - zaprzeczył, aczkolwiek bez większego przekonania.
        - No bez żartów Itzalu… - powiedziała lekko zirytowana. - Co się stało dzisiaj rano? Tylko szczerze…
        Zaklinacz spojrzał na nią, a potem przed siebie. Zastanawiał się, co powiedzieć dziewczynie tak, żeby jej niepotrzebnie nie denerwować. Słusznie zauważyła, że jego poranne spotkanie z lorialetem dalekie było od pozytywnych reakcji i emocji. Przebywanie w pobliżu chłopaka wywołało u niego dziwny niepokój i podenerwowanie. Jakby tego było mało, w chwili kontaktu z nim przy podaniu ręki, poczuł niesamowitą blokadę, jakby coś nie pozwalało mu poznać danej osoby. Wraz z tą dziwną blokadą wyczuł ogromne uderzenie negatywnej energii. Pierwszy raz od bardzo dawna poczuł w kimś tak wielką kumulację rozgoryczonych emocji. W jego duszy wyczuł niesamowicie silne pokłady złości, nienawiści oraz innych pejoratywnych emocji. Wyczuł też zazdrość i jakiś dziwny fałsz, jakby chłopak coś ukrywał. Niby mógł jej o tym wszystkim teraz powiedzieć, ale jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że nie powinien ingerować w sprawy związane z tą dwójką. Jego niezawodne przeczucie mówiło mu, że powinien zachować swoje odkrycia i odczucia dla siebie i na razie tylko obserwować. To samo przeczucie wyraźnie mu też mówiło, że Shai jest z tym chłopakiem bezpieczna i nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo z jego strony. To, co zaczęło go od wtedy zastanawiać, to wrażenie, że tych dwoje stanowi klucz do czegoś większego, czegoś, czego chwilowo nie potrafił zrozumieć.
        - Powiesz mi, co się stało? - ponagliła go.
        - Nic wielkiego - odparł jakby od niechcenia. Postanowił improwizować i trochę rozluźnić atmosferę, bo dziewczyna wydała mu się za bardzo spięta i obawiał się, że będzie drążyć temat, a tego nie chciał. - Po prostu twój chłopak chyba trochę był zazdrosny. Wiesz, obcy facet wita jego dziewczynę, która była w kusicielskim stroju… - w tym momencie na policzkach Shairisse pojawiły się delikatne rumieńce zawstydzenia. Itzal kontynuował, udając, że tego nie zauważył, wiedział jednak, że jego zamiar się powiódł. - W dodatku nie zna mnie, a dowiedział się, że ostatnio sporo czasu spędzaliśmy razem, więc chyba dlatego nie przypadłem mu do gustu. Ja nieświadomie wyczułem jego niechęć i niechcący zareagowałem w podobny sposób…
        Shairisse dłuższą chwilę przyglądała mu się badawczo. W jej oczach wyraźnie malowało się niedowierzanie. Znała zaklinacza już na tyle dobrze, że stwierdzenia “nieświadomie” i “niechcący” absolutnie nie pasowały jej do niego. Jedyne, co jej pasowało do sytuacji z poranka, to kwestia kusego stroju, gdyż Leiftan rzeczywiście stwierdził przecież, że nie chce, aby ktoś jeszcze ją oglądał w tamtej chwili. Miała wrażenie, że zaklinacz nie mówi jej wszystkiego, a jednocześnie coś jej mówiło, że lepiej nie drążyć tego tematu. Dlatego ostatecznie postanowiła przemilczeć swoje przemyślenia i udać, że takie wytłumaczenie jej wystarcza.
        - Niech ci będzie - powiedziała zniechęcona. W tym samym momencie dało się słyszeć szelest kroków i już po chwili zza zakrętu wyłonił się Valkyon.
        - Oj przepraszam - odezwał się, gdy tylko ich zobaczył. - Nie wiedziałem, że ktoś już tu jest - dodał z przepraszającym uśmiechem i zaczął się wycofywać.
        - Valkyon! - krzyknęła uradowana jego widokiem i od razu podniosła się z ławki. - Wróciłeś nareszcie!
        Z wielkim uśmiechem na twarzy ruszyła w stronę wojownika i bez zastanowienia rzuciła mu się w objęcia. W momencie, gdy go uściskała, białowłosy jęknął cicho z bólu, ale prawie natychmiast objął ją ramionami, a na jego twarzy zagościł delikatny uśmiech. Tej scenie z zainteresowaniem przyglądał się zaklinacz. Na pierwszy rzut oka wydawało mu się, że jest to radosny obrazek, ale niemal od razu jego uwagę przykuł wyraz oczu wojownika. Malowało się w nich cierpienie, po równo zmieszane z radością i smutkiem.
        - Witaj Shairisse - przywitał ją ciepło Valkyon, a, mimo iż starał się brzmieć radośnie, w jego głosie dało się wyczuć smutną i nostalgiczną nutę. - Nawet nie wiesz, jak miło widzieć cię całą, zdrową i poza przychodnią…
        - Czemu nie przyszedłeś się ze mną pożegnać w dniu wyjazdu? - zapytała, udając naburmuszenie i odsuwając się od niego na odległość ramion.
        - Musiałem maleńka wyjechać w trybie natychmiastowym - odparł. - Nagła misja, o której niestety na razie nie mogę opowiedzieć. Słyszałem za to, że u ciebie troszkę się działo… - powiedział, zerkając na zaklinacza, który notabene cały czas im się bacznie przyglądał.
        - Ach wybaczcie - powiedziała zakłopotana. - Gdzie moje maniery. Valkyonie to jest zaklinacz Itzal, Itzalu to jest właśnie szef mojej straży i mój najlepszy przyjaciel, Valkyon.
        - Bardzo miło mi cię poznać Valkyonie - odezwał się zaklinacz, wstając z ławki. Kiedy podszedł do wojownika, wyciągnął ręką na powitanie i uśmiechnął się do niego przyjaźnie. Zachowanie Itzala i wojownika było całkowicie różne od tego, w jaki sposób przywitali się rano lorialet i zaklinacz. Fakt ten oczywiście nie umknął uwadze obserwującej ich dziewczynie.
        - Mi również miło - odparł białowłosy, ściskając jego dłoń. - Nie chciałem wam przeszkadzać, chciałem tylko gdzieś na chwilę przysiąść, aby wygrzać się na słońcu.
        - Nie przeszkadzasz nam, a jeżeli nie znudzi cię nasze towarzystwo, to usiądź z nami - odparł zaklinacz.
        - Siadaj z nami Valkyonie - poprosiła go z entuzjazmem Shai, gdy pytająco na nią spojrzał.
        Wszyscy usiedli na ławce i zaczęli rozmawiać trochę o tym, jak przebiegały negocjacje, trochę o współpracy zaklinacza i Shairisse, a na koniec zeszli na tematy błahe i wydawałoby się nic nieznaczące. Wszystko jednak miało spore znaczenie dla Itzala, gdyż dzięki tym rozmowom poznawał relacje, jakie łączyły wojownika i jego podwładną. Widać było, że mężczyzna jest Shairisse bardzo bliski i czuje się ona w jego towarzystwie bardzo swobodnie. Zwrócił też uwagę na to, że ten, bądź co bądź dobrze zbudowany mężczyzna, jest wobec dziewczyny niesamowicie delikatny. Każdy jego gest wobec niej był pełen czułości, troski i szacunku. W jego oczach można było wyczytać, że Shairisse jest dla niego niczym skarb, najcenniejsza istota w jego świecie. Ona natomiast zdawała się nie zauważać tego uwielbienia. Przyglądając im się, miał wrażenie, jakby tych dwoje nadawało na tych samych falach i rozumiało się w jakiś szczególny sposób.
        W pewnym momencie pod wiśnię przyszedł Leiftan. Atmosfera niemal od razu stała się dziwnie gęsta i dało się wyczuć, że nie wszyscy są przychylnie do siebie nastawieni.
        - Witam - przywitał się lorialet, podchodząc do nich bliżej.
        - O! Już wstałeś? - odezwała się radośnie Shai, jednocześnie wstając z ławki i podchodząc do chłopaka.
        - Tak. Szukałem cię, żebyśmy razem zjedli obiad. Karenn podpowiedziała mi, że możesz być tutaj - powiedział ciepło i ucałował ją delikatnie w kącik ust. - Chyba że już jadłaś?
        - Nie, jeszcze nie - odparła, uśmiechając się czule.
        - To, czy dasz się zaprosić na posiłek? - zapytał, szarmancko kłaniając się przy tym. Ona odwróciła się i spojrzała na dotychczasowych towarzyszy pytająco.
        - Nie patrz na nas - powiedział Valkyon. - Idź śmiało.
        - Na nas się nie oglądaj - dodał równocześnie z nim Itzal. - Pamiętaj tylko, że jutro koło południa mamy naszą sesję i spotykamy się przy bramie.
        - Dobrze, będę pamiętać - zaśmiała się radośnie i odwróciła z powrotem do Leiftana. - Chodźmy na obiad.
        - Panie przodem - odparł blondyn, gestem wskazując, aby poszła pierwsza.
        - Do zobaczenia - powiedziała na odchodne równo z Leiftanem, zanim oboje zniknęli za zakrętem.
        Zaklinacz cały czas bacznie obserwował zaistniałą sytuację, gdyż od razu zauważył, że obaj panowie nie pałają sympatią do siebie nawzajem. Przyglądał się teraz wojownikowi, który po odejściu Shairisse westchnął ciężko i pochylił się do przodu, wspierając się łokciami o kolana. Od razu zwrócił uwagę, że szefa Obsydianu wyraźnie coś boli oraz smuci go widok dziewczyny z innym. Zaczął zastanawiać się, co się stało i dlaczego wojownik nie wyznał jej swoich prawdziwych uczuć?
        - Valkyonie - powiedział cicho, chcąc zwrócić uwagę mężczyzny.
        - Hmm - mruknął białowłosy, nie patrząc jednak na niego.
        - Coś ci dolega? - zapytał zatroskanym głosem, widząc grymas bólu na twarzy chłopaka.
        - To nic takiego - odparł wojownik. - Miałem małe starcie na wyjeździe z naszym wrogiem. Przejdzie mi za kilka dni…
        - Aha, ok - odetchnął z ulgą. - Mogę zapytać cię o coś jeszcze? - dodał po chwili.
        - Słucham?
        - Ona nie jest ci obojętna, prawda? - zapytał prosto z mostu zaklinacz. - Dlaczego jej nie powiesz, co czujesz?
        - Mówisz o Shairisse? Aż tak to widać? - zapytał smutno białowłosy. - O ironio, wszyscy wokół to zauważają tylko nie ona…
        - Kobietom trzeba wprost powiedzieć o swoich uczuciach, bo one nie lubią się domyślać takich rzeczy - powiedział Itzal z lekką zadumą w głosie.
        - To jest bardziej skomplikowane, niż by się mogło wydawać… - odpowiedział mu zrezygnowanym głosem Valkyon, opierając się o oparcie ławki. - Chciałem jej powiedzieć ostatnio, ale wyskoczyła mi ta nagła misja i nie zdążyłem. A teraz… sam widzisz...
        - A teraz, co niby widzę? - dopytywał Itzal, nie rozumiejąc rezygnacji wojownika.
        - Nie chcę burzyć jej szczęścia, bo dla mnie jest ono najważniejsze - odparł po chwili zamyślony Valkyon. - Wybrała Leiftana, a to chyba znaczy, że i tak nie miałem szans. Teraz przynajmniej mam jej przyjaźń, zaufanie i mogę widzieć jej radosny uśmiech. Niestety obawiam się, że jeśli bym jej powiedział o swoich uczuciach, to tylko bym namieszał jej w głowie i mógłbym ją całkiem stracić, a tego naprawdę bym nie chciał.
        - I dlatego sam skazujesz się na cierpienie i niewiedzę? - dopytywał zaklinacz, spoglądając na niego zdziwiony.
        - Byłeś kiedyś zakochany? - zapytał po krótkim namyśle wojownik. - Tak prawdziwie i bezgranicznie?
        - Byłem… Dawno temu... - mruknął Itzal, wyraźnie dając do zrozumienia, że nie jest to dla niego przyjemny temat, a historia nie kończy się happy endem.
        - To chyba potrafisz mnie zrozumieć - odparł smutno Valkyon, patrząc mu prosto w oczy. - Shairisse jest dla mnie wszystkim i jej szczęście jest najważniejsze. Będę przy niej zawsze, będę jej bronił, pomagał i służył ramieniem w potrzebie, byleby tylko ona była szczęśliwa i bezpieczna. Oddam za nią nawet własne życie… Tak jej kiedyś obiecałem i zamierzam dotrzymać obietnicy… a z całą resztą jakoś sobie poradzę.
        - Powiedzmy, że rozumiem - odparł, czując, że dalsza dyskusja i tak nie przekona szefa Obsydianu do zmiany nastawienia. - Pozwolisz, że teraz powrócę do medytowania? - zapytał, wstając i przenosząc się na trawę pod wiśnią.
        - Tak, oczywiście - powiedział wojownik. - I tak za chwilę muszę iść do Ewelein po maść…
        Zaklinacz usiadł po turecku, zamknął oczy i wyszeptał coś pod nosem, po czym jego tatuaże rozbłysnęły dość intensywnym blaskiem. Valkyon przez moment przyglądał mu się zafascynowany, równocześnie zastanawiając się, dlaczego mężczyzna tak go dopytywał o uczucia względem Shai? Czy wiedział coś, o czym nie chciał mu powiedzieć? Czy naprawdę powinien powiedzieć Shairisse o swoich uczuciach do niej? Po chwili stwierdził, że dolegliwości po stoczonej w Balenvii walce z zamaskowanym, są zbyt dokuczliwe i wstał, aby udać się do przychodni po maść przeciwbólową. Gdy zbliżał się do wyjścia z tej części ogrodu, odwrócił się, aby pożegnać medytującego zaklinacza.
        - Miłego dnia Itzalu - powiedział cicho, aby mu nie przeszkodzić, a jednocześnie nie wyjść na gbura, który odchodzi bez słowa. Wtedy zobaczył, jak znaki na ciele Itzala w jednej chwili zaczęły lśnić jeszcze intensywniej, zdając się przy tym iskrzyć i emanować dziwną energią. Zaklinacz zaczął delikatnie lewitować nad trawą, na wysokości zaledwie kilku centymetrów, czym zrobił na nim niesamowite wrażenie. Kilka sekund później Itzal otworzył oczy, które wyglądały, jak pozbawione źrenic i tęczówek, a przy tym zaczął mówić głosem, który wydawał się nie należeć do niego:
        - “Pamiętaj ognisty wojowniku, co tajemnic masz bez liku,
  Nie zamykaj przed nią serca, bowiem los to jest szyderca.
  Dzisiaj nóż ci wbije w plecy, aby później tak dla hecy,
  Dać ci marzeń twych spełnienie, nie bacząc na przeznaczenie.’’
        Po tych słowach zaklinacz zamknął oczy i ponownie osiadł na trawie, a jego znaki przestały iskrzyć, tylko zwyczajnie delikatnie lśniły. Valkyon stał dłuższą chwilę, wpatrzony w niego szeroko otwartymi ze zdumienia oczami i nie rozumiejąc ni w ząb, co się właśnie wydarzyło.
        - Itzalu? - zwrócił się do niego niepewnie.
        - Tak? - odezwał się zaklinacz, brzmiąc już całkiem normalnie.
        - Czy możesz mi wyjaśnić, co to było przed chwilą? - zapytał zdezorientowany.
        - Niestety nie mogę. Sam musisz to zrozumieć… ognisty wojowniku.
        - Czy ty wiesz, kim jestem? - zapytał zdziwiony i dało się wyczuć w jego głosie obawę. - Skąd wiesz kim…
        - Nie obawiaj się, nikomu nie powiem - zaklinacz przerwał mu w pół zdania. - Ta tajemnica jest u mnie bezpieczna - stwierdził uspokajająco. - A teraz już idź, odpocznij i nabieraj sił, bo niedługo będziesz musiał być w formie. Do zobaczenia później.
        Nie pytając już o nic więcej i mając w głowie burzę przeróżnych myśli i domysłów, Valkyon ruszył w stronę przychodni.
        ***
        - Shairisse, może przejdziemy się na plażę? - zaproponował Leiftan, po wspólnie zjedzonym obiedzie, który dziwnym zrządzeniem losu udało im się zjeść tylko we dwoje.
        - Bardzo chętnie - odparła figlarnie, wstając od stolika i jednocześnie kusicielsko ocierając się o jego tors. - Zwykły spacer, czy masz coś zaplanowanego?
        - Chciałbym pokazać ci pewne miejsce, które niedawno odkryłem - powiedział, idąc tuż za nią, żeby odłożyć tacę. - Jest piękne, ciche, spokojne i z tego, co wiem… - w tym momencie pochylił się, aby wyszeptać tuż przy jej uchu - nikt tam nie przychodzi…
        - Czy pan coś sugeruje, drogi panie? - zapytała psotnie, omijając go i idąc tyłem, wolnym krokiem skierowała się w stronę wyjścia.
        - Sugeruję wspólne spędzenie czasu i odpoczynek w zacisznym miejscu, łobuziaro - zaśmiał się, podążając za nią. - Jutro niestety muszę wyruszyć z misją do burmistrza Anat’arau, żeby dostarczyć mu pewien dokument do podpisu i wytłumaczyć kilka nowych klauzul. Dlatego chciałbym się tobą dzisiaj nacieszyć.
        - Kiedy planujesz powrót? - zapytała, poważniejąc i odwróciła się, aby iść przodem i na równi z lorialetem.
        - Jeśli nic się nie wydarzy niespodziewanego, to za jakieś dwa, trzy dni - odparł, a widząc jej zmartwioną minę, dodał z uśmiechem: - Chętnie zabrałbym cię ze sobą, ale słyszałem, że masz jutro ostatnią sesję z zaklinaczem.
        - Tak. Chcę to mieć już jak najszybciej za sobą, żeby żadne obce duchy nie były w stanie mnie opętać.
        - To bardzo rozsądne podejście do sprawy - powiedział i czule pogładził ją po ramieniu. - Nawet się nie obejrzysz, a będziesz silna i odporna, a ja będę z powrotem przy tobie.
        - Wiem, ale mimo to będę tęsknić - odparła czule. - Nie ma mnie kto do snu utulić, chlip, chlip… - dodała psotnie, udając, że płacze.
        - Ja widzę, że pani mi się tutaj trochę rozbestwiła - odpowiedział rozbawiony jej zachowaniem. - Chyba muszę ci klapsa dać, żeby cię uspokoić - zaśmiał się cicho.
        - Phi - odparła figlarnie. - Musiałbyś bardzo uważać, żeby tym klapsem nie wywołać jakiejś lawiny złych zachowań.
        - Na Wyrocznie, Shai! - powiedział głośniejszym szeptem. - Jak ty kusisz! Chcesz chyba, żebym przez ciebie oszalał - dodał, pochylając się do jej ucha.
        - A to jeszcze się nie stało? - zapytała zdziwiona, ale z cwanym uśmieszkiem, który świadczył, że droczy się z nim. - Myślałam, że mam już ten etap za sobą i już oszalałeś na moim punkcie… a tu takie rozczarowanie - powiedziała, robiąc przy tym teatralny gest sugerujący, że za chwilę zemdleje.
        - Nawet o tym nie myśl - odparł niewzruszony jej udawaną słabością i rozczarowaniem lorialet, ale w jego oczach widać było iskierki rozbawienia. - Zostawię cię na pastwę tej zakurzonej ścieżki, zobaczysz.
        - No wiesz co?! - powiedziała niby obrażona, ledwo jednak powstrzymując się od śmiechu.
        - No właśnie nie wiem - zaśmiał się Leiftan. - Może mi to wytłumaczysz?
        - Nie! Musisz się sam domyśleć - odparła rozbawiona i przyspieszyła kroku.
        Przekomarzając się i drocząc ze sobą, oboje nawet nie spostrzegli, że doszli już do Głównej Bramy. Kiedy tylko ją minęli lorialet chwycił ją niespodziewanie i przerzucił sobie przez ramię niczym worek ziemniaków.
        - Ja ci zaraz pokaże, łobuziaro jedna - powiedział, siląc się na powagę i nie zwracając uwagi na piski i protesty dziewczyny. - Nauczę cię moresu, moja droga!
        - Ach, ratunku! - krzyczała, ale niezbyt głośno i śmiejąc się przy tym do rozpuku. - Zostałam porwana i chcą mnie bić!
        Gdy dochodzili do zejścia na plażę, lorialet przystanął i zapytał ją ze śmiechem, czy będzie już grzeczna. Z początku  śmiejąc się, odmawiała, ale w końcu obiecała, że będzie już spokojna. Dopiero wówczas zdecydował się odstawić ją na ziemię i oboje zeszli w dół klifu, skalnymi schodami na plażę. Zaraz po zejściu zdjęli obuwie i zatrzymali się przy samej linii wody tak, że fale delikatnie obmywały im stopy. Dłuższą chwilę oboje w ciszy wpatrywali się w horyzont, zachwyceni widokiem lazurowego morza łagodnie marszczonego nielicznymi falami. Później Leiftan wskazał dłonią, aby udali się w lewą stronę i powoli ruszyli brzegiem morza w tamtym kierunku. Kiedy Shairisse niepewnie złapała go pod rękę, uśmiechnął się i objął ją za ramiona, jednocześnie przytulając i całując w czubek głowy. Trochę zaskoczył ją tym czułym gestem, gdyż wiedziała, że blondyn nie lubi okazywania uczuć w miejscach ogólnodostępnych. Zapytała więc nieśmiało, jaka jest przyczyna jego powściągliwości w obrębie murów Kwatery. W odpowiedzi usłyszała tylko enigmatyczne stwierdzenie, że nie chce on pewnych osób drażnić swoim szczęściem. Po chwili dodał jeszcze, że drugą przyczyną jest to, że bezpośredni kontakt z nią sprawia, że nie potrafi zapanować nad sobą i swoimi dłońmi. Gdy to mówił, na jego twarzy zagościł cwany uśmiech, a jego dłoń powoli zsuwała się wzdłuż jej pleców. Shairisse zaśmiała się i powstrzymała jego dłoń, chwytając ją w swoją, a następnie skwitowała jego zagranie jednym słowem - wariat.
        Kiedy dochodzili do końca plaży i wydawało się, że dalej już są tylko skalne klify, chłopak pokazał jej niewielką szczelinę w ścianie i oznajmił, że za nią jest ów urokliwy zakątek. Przejście było bardzo wąskie i tylko naprawdę szczupła osoba mogła przez nie swobodnie przejść. Z niewielką pomocą Leiftana udało jej się w miarę szybko pokonać tę część drogi i po drugiej stronie jej oczom ukazał się widok, do złudzenia kojarzący się z rajskim zakątkiem. Czysta, lazurowa woda półkoliście wgryzła się w plażę z niemal białym piaskiem, tworząc małą zatoczkę. Całą tę część plaży otaczały wysokie skalne ściany, u których podnóża rosły rośliny bardzo podobne do ziemskich palm, ale jednak różniące się od nich intensywnością zieleni i wielkością liści. Po bokach plaża usiana była olbrzymimi głazami o bardzo zaokrąglonych kształtach, a kilka z nich częściowo zanurzało się w wodzie, przypominając ogromne kamienne leżaki. Shairisse chwilowo oniemiała z zachwytu, gdyż widok ten po prostu zapierał dech w piersi.
        - O Wyrocznio! - zawołała, gdy udało jej się w końcu dojść do siebie. - Przecież tu jest jak w raju!
        - Wiedziałem, że ci się spodoba - powiedział lorialet, uśmiechając się do niej czule. - Chodź, usiądziemy na tych głazach przypominających leżanki.
        - Aż dziwne, że prawie nikt tu nie przychodzi - stwierdziła zdziwiona, idąc za chłopakiem w stronę ogromnych kamieni.
        - Nie wszyscy lubią przeciskać się takimi przejściami - zaśmiał się, wymownie spoglądając w stronę szczeliny.
        - To fakt, że bardzo wąsko tam jest - przytaknęła.
        Przy kamieniach Leiftan zdjął płaszcz i położył na największym z nich, aby można było na nim swobodnie usiąść. Następnie pomógł jej wspiąć się na niego, gdzie usiadła podciągając kolana do klatki piersiowej. On natomiast usiadł za nią, układając nogi po bokach jej bioder i obejmując ją, aby swobodnie mogła oprzeć się plecami o jego tors. Sam wsparł się łagodnie policzkiem o czubek jej głowy, a dłońmi delikatnie i powoli gładził ją po ramionach. Przez pewien czas nic nie mówili, tylko rozkoszowali się spokojem i łagodnym szumem fal.
        - Mogłabym tak spędzić resztę życia - odezwała się po pewnym czasie rozmarzonym głosem, kładąc swoje ręce na jego kolanach i prostując nogi, by zanurzyć stopy w wodzie. - Tu jest tak spokojnie i przyjemnie…
        - Lubisz morze i plaże? - zapytał, całując czule jej włosy.
        - Lubię, ale trochę brakuje mi gór - odparła lekko zamyślona. - Na Ziemi często jeździliśmy do domku w górach. Tam zawsze ładowałam energię na później…
        - Jeździliście? - lorialet niespodziewanie trochę bardziej się zaciekawił. W jego głosie wyraźnie dało się usłyszeć, że jest trochę zazdrosny, mimo iż starał się tego po sobie nie pokazać. - Z kim jeździłaś w góry?
        - Czy mi się wydaje, czy usłyszałam w tym pytaniu nutkę zazdrości? - spytała rozbawiona, podnosząc lekko głowę ku górze i marszcząc brwi.
        - Nie jestem zazdrosny - zaprzeczył trochę nieudolnie. - Pytam z ciekawości…
        - Tak sobie to tłumacz, mój drogi - zaśmiała się rozbawiona jego reakcją i wtulając się mocniej w jego ramiona i tors. - Wiem, co słyszałam…
        - No dobra, masz mnie - zaśmiał się, widząc jej reakcję. - Lubię myśleć, że jestem dla ciebie tym jednym jedynym… - dodał, już trochę poważniej.
        - Bo jesteś… - odparła cicho, na co on bardzo czule pocałował ją najpierw w obojczyk, a potem w zagłębienie szyi.
        - To z kim jeździłaś w te góry? - zapytał już całkiem spokojnie.
        - Z rodzicami… - odparła trochę smutno i z zadumą, przypominając sobie wspólne chwile z nimi w drewnianym domku, wysoko w górach. - Brakuje mi tych wyjazdów…
        - Przepraszam… - odezwał się zakłopotany lorialet. - Nie chciałem przywoływać bolesnych wspomnień…
        - Nie przepraszaj… - powiedziała z nikłym uśmiechem. - Dzięki naszym sesjom z zaklinaczem to już nie jest bolesne wspomnienie. Powiedziałabym, że raczej nostalgiczne, ale nie bolesne.
        - A właśnie, jak wasza współpraca z Itzalem? - zapytał, z ulgą zmieniając temat.
        Shairisse zaczęła opowiadać, jak mniej więcej wyglądają jej sesje z zaklinaczem i w jaki sposób pomógł jej zrozumieć wiele istotnych rzeczy. Przy okazji opowiedziała mu trochę o Itzalu, chcąc, by lepiej zrozumiał, jaki jest zaklinacz i na czym polega jego zadanie. Leiftan słuchał jej uważnie, ciesząc się, że jest zadowolona z efektów, jakie udało im się uzyskać. Sam jednak odczuwał w środku obawę, że ktoś z takimi zdolnościami, jakie miał zaklinacz może go zdekonspirować. Już rano poczuł, że ich kontakt przy powitaniu stanowił dla niego zagrożenie. Wyczuł w swojej aurze i energii dziwne zawirowanie, które go zaniepokoiło. Dlatego też postanowił dla własnego dobra unikać kontaktu i ogólnie spotkań z Itzalem. Cieszył się, że następnego dnia Shai ma ostatnią sesję, gdyż liczył, że po tym zaklinacz opuści Kwaterę.
        W pewnym momencie poczuł, jak ukochana delikatnie drży i domyślił się, że to z zimna, bo sam również zaczął odczuwać chłód. Rozmawiając, nawet nie zauważyli, że słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Oboje doszli do wniosku, że najwyższa pora zbierać się z powrotem, gdyż jeszcze trzeba było spory kawałek przejść do Kwatery. Wychodząc z plaży, obiecali sobie, że wrócą tu niedługo, aby odpoczywać i może nawet się wykąpać.
        Wracając do Kwatery, rozmawiali o urokach mieszkania blisko morza i o tym, jak bardzo różni się wypoczynek nad morzem i w górach. W połowie drogi przybiegł do nich rozradowany Athira i wesoło popiskując, obskakiwał ich z każdej strony. Oboje śmiali się, że Amaya powinna nauczyć się manier od różanego liska.
        - Muszę jeszcze znaleźć Miiko - odezwał się chłopak, kiedy weszli do Sali Drzwi.
        - A przyjdziesz utulić mnie do snu? - zapytała zalotnie szeptem, patrząc mu w oczy.
        - A chcesz, abym cię utulił łobuziaro? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
        - Tak i weź piżamę ze sobą - powiedziała z łobuzerskim uśmiechem.
        - Oj ty kusicielko - zaśmiał się i ucałował ją czule w usta. - Niedługo będę… z piżamą.
        - Ok. To ja idę jeszcze po sałatkę na kolację. Wziąć ci coś?
        - Tak. Weź mi też sałatkę - powiedział i ruszył w stronę Kryształowej Sali.
        Shairisse od razu skierowała kroki w stronę stołówki. Szybko zabrała dwie sałatki z kuchni, ciesząc się, że nie natrafiła na Karuto i nie musiała wysłuchiwać zrzędzenia tego satyra. Kiedy wychodziła ze spiżarni, usłyszała swoje imię i jakieś rozmowy dochodzące z Kuźni. Zaciekawiona podeszła posłuchać, kto o niej rozmawia i co mówi na jej temat. Po głosach od razu rozpoznała, że to szefowie straży zebrali się w miejscu pracy Valkyona i dyskutują… o niej? Cicho stanęła obok wejścia tak, aby jej nie zauważyli, ale żeby ona ich mogła słyszeć.
        - Naprawdę nie zamierzasz jej powiedzieć? - zapytał Nevra.
        - Nie… - odparł zrezygnowanym tonem Valkyon.
        - Czy ty się słyszysz? - prychnął wampir wyraźnie zirytowany. - Uważam, że powinieneś powiedzieć Shairisse…
        - Myślę, że Nevra ma rację Valk - wtrącił się nagle Ezarel. - Moim zdaniem powinieneś jej powiedzieć…
        - Ale po co? - oponował wojownik. - Nie chcę, żeby…
        W tym momencie Shairisse usłyszała otwierające się drzwi przychodni i odgłosy rozmowy Ewelein i Laerina. Nie zastanawiając się ani chwili dłużej, biegiem ruszyła w stronę swojego pokoju. Nie chciała, żeby ją zobaczyli i zrozumieli, że podsłuchiwała rozmowy pod Kuźnią.
​​​​​​​          W pokoju odetchnęła z ulgą, że nikt jej nie zauważył, ale jednocześnie nie bardzo wiedziała, jak powinna się w tej sytuacji zachować. Stanęła przy otwartym oknie i wpatrując się w dal, zastanawiała się, czego nie chciał jej powiedzieć Valkyon? O czym, zdaniem Nevry i Ezarela powinien jej powiedzieć? I dlaczego tak usilnie wzbraniał się przed tym?

Offline

#31 20-09-2019 o 19h02

Straż Obsydianu
Nanoko
Akolita Sylfy
Nanoko
...
Wiadomości: 1 007

Zauważyłam, że od jakiegoś czasu tylko ty dodajesz tu posty, więc chciałam tylko zgłosić, że czytam /static/img/forum/smilies/big_smile.png mam jeszcze zaległości na prawie całą stronę. Zobaczymy jak szybko uda mi się to nadrobić /static/img/forum/smilies/wink.png

Powodzenia w pisaniu i pozdrawiam

Offline

#32 23-09-2019 o 12h35

Straż Obsydianu
Kamenka
Młody rekrut
Kamenka
...
Wiadomości: 16

Ja również nadal czytam! Jestem na bieżąco, ale chciałam zostawić Ci jakiś konkretniejszy post z moich wrażeń, ale od sierpnia żyje na tak wysokich obrotach ,że ciężko o wolną chwile i zebranie myśli.
Dlatego teraz też tylko dam znak, że jestem i nigdzie się stąd nie wybieram.
Opowiadanie dalej mnie wciąga i trzyma poziom /static/img/forum/smilies/smile.png Na szybko też Ci napisze, że bardzo mi się podoba postać zaklinacza jaka wykreowałaś. Uznaj to za najlepszy komplement z mojej strony, bo zwykle postacie poza kanonu bardzo mnie nudzą w najlepszym wypadku je toleruje.

Przy kolejnej części się zbiorę i odniosę się konkretniej do wszystkiego co się dzieje.

Pozdrawiam :*

Offline

#33 13-10-2019 o 13h40

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 61

Witam, witam i o zdrowie pytam /static/img/forum/smilies/smile.png
@Nanoko, @Kamenka- dziękuję za odzew i miłe słowa :* Cieszę się, że moje małe tasiemce ktoś czyta ^^ Bałam się, że odwiedzający zaglądają, a widząc długość tekstu, uciekają w popłochu xD
Powstał nowy rozdział, więc go wklejam i życzę miłej lektury.
Pozdrawiam zaglądających serdecznie /static/img/forum/smilies/smile.png

Zapamiętane wspomnienia

        - Shai słoneczko, co się dzieje? - zapytał Leiftan, stając za jej plecami i obejmując ją czule.

        - Kto? Że co? Słucham? - zaczęła chaotycznie dopytywać, lekko wystraszona. Wyrwana ze swoich rozmyślań, gwałtownie obróciła się przodem do chłopaka, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Myśli pochłonęły ją tak bardzo, że nie usłyszała pukania do drzwi, ani nawet tego, że lorialet wszedł do jej pokoju.

        - Przepraszam, nie chciałem cię przestraszyć - wytłumaczył pospiesznie blondyn, patrząc na nią delikatnie zmartwiony. - Pukałem kilka razy, ale nie odpowiadałaś, więc się zmartwiłem, że może coś ci się stało. Złapałem za klamkę, drzwi były otwarte… więc pozwoliłem sobie wejść…

        - Nie, nie, nic mi nie jest - uśmiechnęła się łagodnie. - Po prostu zamyśliłam się i nie słyszałam, jak pukasz, a później wchodzisz - dodała, wtulając się w jego ramiona.

        - Na pewno wszystko w porządku? - zapytał, nie bardzo dowierzając. Uniósł delikatnie jej głowę za podbródek, żeby spojrzeć w jej oczy. - Powiedz, jeśli coś cię martwi?

        - Wszystko dobrze - odparła, wspinając się jednocześnie na palcach, aby delikatnie go ucałować. - Po prostu rozmawialiśmy dzisiaj o wypoczynku w górach i trochę się zagubiłam we wspomnieniach - dodała po chwili, odwracając się tyłem w jego ramionach i lekko opierając się o niego. Dobrze wiedziała, że mówienie własnemu chłopakowi o tym, że jej myśli zaprząta inny chłopak, nie jest raczej rozsądne. Dlatego odpędziła chwilowo myśli o Valkyonie i naprędce zaimprowizowała tok swojego rozmyślania. - Zawsze wieczorem z mamą siadałyśmy na tarasie i patrząc na góry oświetlone promieniami zachodzącego słońca, dyskutowałyśmy o różnych babskich sprawach…

        Przez dłuższą chwilę stali tak oboje przytuleni, wpatrując się gdzieś w dal za oknem i rozmawiając o tym, jak Shairisse spędzała wakacje w górach z rodzicami. Słuchając jej opowieści o rodzinie i ich wspólnych chwilach, Leiftan zrozumiał, dlaczego tak bardzo zraniła ją wówczas wiadomość o tym, że wymazano ją z pamięci bliskich. Wszystko bowiem wskazywało na to, że dziewczyna była bardzo zżyta ze swoimi rodzicami. Trochę wstyd mu się zrobiło i poczuł się winny jej cierpienia, gdyż nie zaprotestował, gdy podejmowano decyzję o podaniu jej eliksiru mnemosyne.

         Po pewnym czasie usiedli przy stoliku, aby w trakcie dalszej rozmowy móc spokojnie skonsumować kolację. W międzyczasie rozmawiali o grafiku misji, zastanawiając się, czy w najbliższym czasie przewidziane są jeszcze jakieś misje dyplomatyczne. Lorialet oznajmił, że poza tą, na którą wybiera się z rana, to nie słyszał o żadnej, a bynajmniej o żadnej planowanej dla niego w najbliższym czasie. Potwierdził również, że dla niej na razie też nie ma misji.

        Kiedy Shai zaczęła ziewać, oboje zdecydowali się położyć, spać. Tym razem poprzebierali się grzecznie i bez przekomarzanek. Kładąc się do łóżka, Leiftan zastanawiał się, w jaki sposób mógłby chociaż trochę poprawić samopoczucie ukochanej w kwestii wypoczynku w górach. Zanim jeszcze dobrze ułożyli się w swoich objęciach, wpadł na pomysł, że jeśli tylko będzie kilka dni wolnego po zakończeniu spraw negocjacyjnych, to zabierze dziewczynę w góry. Musiał tylko wtedy zgłosić Miiko, że chce wolne dla siebie i dla Shairisse na kilka dni. No i musiałby skontaktować się z mieszkańcami pewnej osady, położonej w górach za Ziemiami Jaspisu. Na jego szczęście osada znajdowała się niecały dzień drogi od miejsca, do którego wybierał się następnego dnia. Pomyślał więc, że to dobra okazja, aby pojechać i zrobić jakieś wstępne ustalenia urlopowe. Zadowolony ze swojego pomysłu jeszcze mocniej przytulił dziewczynę i uśmiechając się nieznacznie, ucałował ją delikatnie w czoło. W odpowiedzi na tę pieszczotę Shairisse zamruczała cicho i wygodniej ułożyła się na jego nagim torsie.

        - Chciałabym tak zasypiać już codziennie - powiedziała cicho, delikatnie pieszcząc opuszkami palców skórę na jego klatce piersiowej i brzuchu. - Przy tobie czuję się o wiele spokojniejsza i bezpieczniejsza…

        - A beze mnie tak się nie czujesz słonko? - zapytał zaskoczony i trochę zmartwiony.

        - Nie za bardzo. Ostatniej nocy musiałam się przytulić do Athiry, bo ciebie nie było - odparła smutno.

        - Czemu? Czy coś się stało?

        - Obudziłam się w środku nocy, czując, że ktoś intensywnie mi się przygląda - wyszeptała. - W pierwszej chwili się przestraszyłam, że może Ashkore w jakiś sposób znowu wlazł do mojego pokoju, ale okazało się, że poza mną i lisiem nikogo w pokoju nie było...

        - No właśnie, coś o tym wspominałaś zaklinaczowi rano… - przypomniał sobie lorialet.

        - Tak. Później w ciągu dnia miałam znowu to samo…

        - Czemu nic mi nie powiedziałaś? - zapytał zatroskany, jeszcze mocniej ją przytulając i całując w czubek głowy.

        - Teraz ci mówię - odparła cicho.

        - O ile pamiętam, Itzal zaproponował ci rozmowę na ten temat…

        - Tak, dlatego zastałeś nas pod wiśnią...

        - A czemu Valkyon był z wami? - wyrwało mu się jakoś samoistnie, a zabrzmiało tak oskarżycielsko, że aż sam się trochę zdziwił. Nie chcąc wyjść na zazdrośnika, dodał już o wiele łagodniejszym tonem: - I co zaklinacz powiedział?

        Niezadowolenie chłopaka z powodu obecności Valkyona nie umknęło uwadze Shairisse. Opowiedziała w skrócie, o czym mniej więcej poinformował ją Itzal i wyjaśniła, z jakiego powodu zastał z nimi wojownika. W kilku zdaniach też powiedziała, o czym w trójkę rozmawiali, zanim pojawił się on, żeby zabrać ją na obiad. Oczywiście pominęła w opowieści moment swojego ekspresyjnego powitania z szefem, aby nie wywoływać u lorialeta więcej niepotrzebnych emocji. Leiftan słuchał jej z uwagą, jednocześnie utwierdzając się w swoim przekonaniu, że najlepiej dla niego będzie unikać spotkań i rozmów z zaklinaczem. Ktoś z takimi umiejętnościami wydawał mu się po prostu zbyt niebezpieczny. Już rano przy powitaniu zauważył, że Itzalowi coś się w nim nie spodobało i obawiał się, że ten będzie go teraz baczniej obserwować. Wolał więc nie kusić losu i nie narażać się na zdemaskowanie. 

        - Śpisz już? - zapytała szeptem, opierając brodę na jego torsie i zerkając na jego twarz. Widząc jednak, że ma oczy otwarte, dodała: - O czym myślisz?

          Pochłonięty swoimi myślami, nie zwrócił uwagi, że od kilku chwil nie odpowiada na jej pytania. Wyrwany z tych rozmyślań, uśmiechnął się do niej czule, a następnie ucałował delikatnie w czubek nosa.

        - Tak sobie myślałem - zaczął naprędce improwizować, bo nie mógł jej przecież zdradzić swoich prawdziwych myśli. - Skoro czujesz się przy mnie bezpieczniej, to… jeśli oczywiście chcesz, moglibyśmy codziennie sypiać ze sobą… - nagle, słysząc swoje myśli wypowiedziane na głos, zdał sobie sprawę, jak obcesowo one zabrzmiały. - To znaczy w jednym łóżku, razem w nocy…, w jednym pokoju... - chaotycznie i z wyraźnym zakłopotaniem zaczął plątać się w wyjaśnieniach.

        - Już się tak nie tłumacz - zaśmiała się cicho, całując go delikatnie po torsie, a następnie przytulając się do niego policzkiem. - Nie wiem, co dokładnie miałeś na myśli, ale niezależnie od tego, całkowicie się z tobą zgadzam - dodała trochę jakby już sennie, ciągle jednak uśmiechając się łobuzersko.

        - Uff - odetchnął z ulgą. - Zaraz, zaraz, moja droga… - nagle dotarł do niego sens jej słów. - Jak to nie wiesz, co miałem na myśli? I co znaczy, że się zgadzasz? O czym ty pomyślałaś? - dopytywał rozbawiony. 

        - Dobranoc kociaku - powiedziała czule dziewczyna, udając, że nie słyszy pytań, ale przy tym cicho chichocząc.

        - Hola, hola… Wytłumacz mi się… - zaśmiał się lorialet.

        - Śpij spokojnie i słodkich snów - nadal droczyła się z nim, starając się zachować powagę.

        - Niech ci będzie… - westchnął zrezygnowany. - Dobranoc kochanie. Słodkich snów - dodał czule, w końcu dając za wygraną.

        - I nie myśl o tym za dużo - dodała po chwili psotnie.

        - Jeszcze z tobą nie skończyłem, łobuziaro - odparł figlarnie, przytulając ją mocniej. - A teraz śpimy, bo inaczej przejdę do rękoczynów.

        - Uważaj, bo akurat się ciebie boję - odparła przekornie, a zaraz potem ziewnęła przeciągle.

         Leiftan uśmiechnął się tylko na jej słowa, a następnie oboje ułożyli się jeszcze wygodniej w swoich objęciach. Shai wsłuchując się w spokojny rytm bicia serca lorialeta, dość szybko wpadła w objęcia Morfeusza. On natomiast pogrążony w swoich myślach, przez dłuższą chwilę nie mógł zasnąć. W końcu jednak miarowy oddech dziewczyny i przyjemne ciepło, jakie od niej emanowało, sprawiły, że również on odpłynął do krainy snów.

        ***

        Rankiem Leiftana obudziło ciche warczenie Athiry, który stał przy drzwiach, a coś znajdującego się za nimi, wyraźnie go irytowało. Zaspany spojrzał na zegarek i ze zdziwieniem stwierdził, że zbliżała się dopiero siódma rano. Nie chcąc, aby zachowanie chowańca obudziło również dziewczynę, szybko podniósł się z łóżka i podszedł pogłaskać jej pupila.

        - Co się dzieje? Ktoś tam jest Athi? - zapytał, kucając obok niego. Różany lis od razu wesoło i przyjaźnie zamerdał ogonem oraz polizał go po rękach. Zaraz potem jednak spojrzał w stronę drzwi i ponownie zawarczał.

        Gdy lorialet się podnosił, chowaniec podszedł do drzwi i zaczął węszyć pod nimi, a potem wyczekująco spojrzał na chłopaka. Po otwarciu drzwi, jego oczom ukazała się niezadowolona i napuszona Amaya z przyczepionym listem do obróżki. Kiedy chciał wziąć swoją puchatą zołzę na ręce, ta wyraźnie nie mając ochoty na współpracę, od razu zaczęła się szarpać, drapać i wyrywać. Nie mając siły i chęci walczyć ze złośnicą, zabrał w końcu tylko list i nakazał jej powrót do pokoju. Amaya ostentacyjnie prychając i fukając z niezadowolenia, powędrowała gdzieś przed siebie obrażona.

        Dostarczona wiadomość była od Chroma, który poprosił o natychmiastowe spotkanie pod wiśnią. Nie zastanawiając się długo, Leiftan szybko przebrał się w codzienne ubranie. Następnie na znalezionej kartce napisał wiadomość do Shai, że musiał pilnie wyjść, ale na pewno wróci przed wyjazdem i zostawił ją na stoliku. Przed wyjściem z pokoju, delikatnie ucałował jeszcze odsłonięte ramię dziewczyny, która zwrócona była tyłem do pokoju i smacznie spała. Potem wyszedł i skierował się w stronę starego drzewa.

        - Długo czekasz? - powitał siedzącego wilczka.

        - No trochę już tu siedzę - burknął chłopak niezadowolony. - Nie spieszyłeś się…

        - Przyszedłem od razu, jak Amaya dostarczyła mi wiadomość.

        - Szukałem cię wszędzie - powiedział z wyraźnym wyrzutem Chrome. -  A ty jakbyś zapadł się pod ziemię… Gdzie się szwendałeś?

        - Nie twoja sprawa - uciął temat lorialet. - Po co chciałeś się spotkać tak wcześnie?

        - Chcę, żebyś mi coś wytłumaczył, bo się pogubiłem trochę - zaczął wyjaśniać wilkołak. - Czy ty zerwałeś sojusz z Ashkorem…?

        - Cicho bądź! - uciszył go gwałtownie. - Nie tutaj, bo ktoś cię jeszcze usłyszy...

        - Przecież jeszcze wszyscy śpią… - mruknął chłopak.

        - Mhm. Połowa Kwatery jest już na nogach, młokosie. Idziemy się przejść gdzieś poza mury.

        Obaj energicznym krokiem ruszyli w stronę głównej bramy, po drodze nie odzywając się do siebie ani słowem. Kiedy wyszli za bramę, skierowali się na klif, gdyż za dnia, to było najbezpieczniejsze miejsce do prywatnych rozmów.

        - Co chcesz wiedzieć? - pierwszy odezwał się lorialet.

        - Czy ty zerwałeś sojusz z Ashkorem? - zapytał niepewnie Chrome.

        - Nie ja - odparł zirytowany. - On to zrobił, gdy zaatakował Shairisse…

        - Czemu to zrobił? Przecież wiedział, że ona jest dla ciebie ważna.

        - I właśnie dlatego… - wyjaśnił lorialet. - On uważa, że Shai stała się dla mnie zbyt ważna, przez co jego zdaniem zmieniły się moje priorytety. Stwierdził więc, że związanie swojego ducha z jej duchem, zabezpieczy go przed ewentualną zdradą…

        - Zdradą? Czyją? - zdziwił się Chrome.

        - Podobno moją…

        - Twoją? - młody zdumiał się jeszcze bardziej. - A czy od zdrady nie ma was chronić magiczny pakt?

        - I chroni… Żaden z nas nie może się wygadać… - odpowiedział, a po namyśle dodał zrezygnowany: - Nie pojmuję jego rozumowania…   

        Na krótką chwilę zapadła cisza, po czym obaj na głos zaczęli zastanawiać się, jakie motywy mogły kierować zamaskowanym. W żaden jednak sposób nie potrafili zrozumieć jego postępowania. Fakt, że dziewczyna była wybranką Wyroczni i w związku z tym Straż Eel na pewno nie chciałaby jej śmierci, wyjaśniał, dlaczego Ashkore chciał związać swojego ducha z jej duchem. Liczył zapewne, że wówczas będzie miał zagwarantowaną nietykalność, gdyż jego śmierć równoznaczna byłaby z jej śmiercią. Jednak z drugiej strony było to niezrozumiałe, gdyż mężczyzna za wszelką cenę dążył do rozbicia Kryształu. Wszystkim już było wiadome, że życie ziemianki silnie uzależnione jest od stanu i kondycji tego kamienia. Ashkore również o tym wiedział, dlatego rozbijając Kryształ, najprawdopodobniej skazałby dziewczynę na śmierć, a co za tym idzie i samego siebie. Zatem gdzie tu jakiś sens i gdzie logika?

        - Powiedz mi Leif, co mam teraz robić, jak go spotkam? - zapytał w końcu wilkołak. - Bo nie wiem, jak mam się wobec niego teraz zachowywać…

        - Najlepiej unikaj spotkań z nim - zażartował lorialet. - A tak na serio, nie pomagaj mu, ale i nie wchodź w drogę. Obawiam się, że mógłby wtedy zrobić kolejną głupotę. Dobrze wie, że stracił sojusznika, więc myślę, że chwilowo się przyczai, aby obmyślić dalszą strategię. Tym bardziej po wydarzeniach w Balenvii i starciu z Valkyonem…

        - Całkiem możliwe… Nie spodziewałem się, że wasz sojusz się rozpadnie w taki sposób… - mruknął zamyślony nastolatek. - I to z powodu dziewczyny…, w dodatku wątłej ziemianki… A tak na marginesie, jak tam sprawy z Shai? - zapytał, spoglądając na blondyna zaciekawiony.

        - A jak myślisz, gdzie byłem, że nie mogłeś mnie znaleźć? - odpowiedział pytaniem na pytanie, uśmiechając się przy tym tajemniczo. Następnie powoli zaczął kierować się z powrotem w stronę Kwatery. - I tak na marginesie, ona nie jest zwyczajną ziemianką… A teraz wracam, zanim się obudzi i będzie zła, że wyszedłem - rzucił przez ramię.

        Chrome niewiele myśląc, szybko podbiegł do niego i z nastoletnim entuzjazmem, zaczął dopytywać o szczegóły. Leiftan uśmiechał się tylko i po łebkach odpowiadał na jego ciekawskie pytanie. Najczęściej jednak padało stwierdzenie: “Nie twoja sprawa młody”, na które wilkołak reagował lekkim poirytowaniem. Na targu rozeszli się w dwie różne strony, ponieważ lorialet postanowił wejść jeszcze do butiku Purriry, by odebrać prezent dla ukochanej. Po  drodze wstąpił również na stołówkę, aby zabrać kanapki i kilka owoców na wspólne śniadanie w pokoju. Karuto widząc, jakie smakołyki zabiera, zmarszczył brwi i tradycyjnie chciał rzucić jakiś kąśliwy komentarz. Leiftan jednak spojrzał na niego karcącym wzrokiem, a następnie z łagodnym i tajemniczym uśmiechem odwrócił się i odszedł, życząc mu jeszcze “miłego dnia” na odchodnym.

        Kiedy był pod drzwiami dziewczyny, zapukał delikatnie, aby jej nie obudzić, gdyby jeszcze spała, a jednocześnie, żeby usłyszała, jeśli już opuściła pielesze. Nie doczekał się jednak żadnej reakcji ani odpowiedzi, więc wszedł po cichu do jej pokoju. Shairisse leżała na boku, prawie całkiem odkryta i zwrócona twarzą do okna. Lorialet po zamknięciu drzwi, przystanął na chwilę i z niemym zachwytem podziwiał widok, który miał przed sobą. Pozycja, w jakiej leżała dziewczyna, kusicielsko uwydatniła jej krągłe biodra, a nocna koszulka ledwo co je okrywała. Nie mógł oderwać od niej oczu, gdyż dla niego wyglądała w tym momencie całkiem, jak śpiący anioł. Promienie słoneczne łagodnie pieściły skórę dziewczyny, nadając jej bursztynowy odcień. Popielate włosy niedbale rozrzucone na poduszce, muskał łagodny wiatr, wpadający przez otwarte okno. Leiftan odłożył jedzenie na stolik i wyrzucił kartkę, którą wcześniej zostawił. Następnie usiadł na łóżku i przez dłuższą chwilę przyglądał się śpiącej ziemiance, czując w sercu narastające ciepło i szczęście.

        - Czemu tak mi się przyglądasz? - zapytała nagle Shai z uśmiechem, nie odwracając się jednak w jego stronę.

        - Bo nie mogę oderwać od ciebie oczu, taka jesteś piękna - odpowiedział czule po chwili namysłu.

        - Żartowniś - odparła rozbawiona, przewracając się na plecy. Widząc, że jest już ubrany, zapytała zdziwiona: - Wychodziłeś gdzieś?

        - Byłem po śniadanie dla nas - odpowiedział pospiesznie, zerkając na tacę z jedzeniem. - I po coś jeszcze, ale to dopiero po śniadaniu - dodał z enigmatycznym uśmiechem, pochylając się i całując ją delikatnie w usta.

        Po chwili oboje siedzieli przy stoliku i zajadali śniadanie, rozmawiając o planach na najbliższe dni. Lorialet tłumaczył, że po powrocie z Anat’arau powinni już mieć dla siebie więcej czasu, niż tylko kilka godzin wyrwanych między kolejnymi jego wyjazdami. Dziewczyna wówczas zaczęła się z nim droczyć, że powinien się trochę bardziej starać, bo ona nie ma zamiaru wiecznie tylko na niego czekać.

        - Uwielbiasz mnie prowokować, łobuziaro jedna - zaśmiał się, wstając od stołu.

        - Przecież za to właśnie mnie kochasz kocie - odparła z szerokim uśmiechem, również się podnosząc. - Przyznaj, że bez tego byłoby ci smutno i nudno - dodała zmysłowo.

        - Kocham cię przede wszystkim za to, że jesteś - powiedział ciepło, przyciągając ją do siebie. - I przyznaję, że bez ciebie było mi bardzo smutno i pusto - dodał, czule muskając wargami jej usta.

        Przez dłuższą chwilę stali, całując się niespiesznie i niezwykle delikatnie. Leiftan prawą dłonią obejmował jej twarz, kciukiem łagodnie pieszcząc jej policzek, a drugą dłonią powoli wędrował w dół jej pleców, rozkoszując się jej bliskością. Jego pieszczoty sprawiły, że złapała go za ubranie na torsie i trochę mocniej przyciągnęła do siebie, jakby obawiając się, że ukochany nagle zmieni zdanie i ucieknie z jej ramion.

        - Mam dla ciebie mały prezent - powiedział, odrywając się w końcu od jej ust. Gdy spojrzała na niego zdziwiona, zaproponował, aby usiedli na łóżku. - Już jakiś czas temu poprosiłem Purrekosy, aby coś dla ciebie zrobili i dzisiaj w końcu zdecydowałem się to odebrać.

        - Dla mnie? Z jakiej to okazji? - zapytała nieśmiało, gdy rozsiedli się wygodnie.

        - Bez okazji - powiedział, sięgając do kieszeni płaszcza i wyciągając pudełeczko wielkości dłoni. - Kiedyś podczas spaceru po plaży, zatrzymaliśmy się przy skale i narysowałaś coś na piasku…

        - Często coś rysuję na piasku - przerwała mu z uśmiechem.

        - Narysowałaś wtedy obręcz i przyczepione do niej serduszko, kotwiczkę i…

        - Czterolistną koniczynę… - weszła mu w słowo, spoglądając na niego zaskoczona.

        - Gdy zapytałem, czemu akurat coś takiego rysujesz - kontynuował - powiedziałaś, że to symbole miłości, nadziei i szczęścia, które rodzice ofiarowali ci przyczepione do bransoletki, jako prezent na osiemnaste urodziny. Miały ci przypominać o ich miłości, jak również o tym, że nigdy nie powinnaś tracić nadziei i zawsze wierzyć, że szczęście jest na wyciągnięcie ręki... Powiedziałaś też wtedy, że straciłaś tę bransoletkę w dniu, w którym trafiłaś do naszego świata.

        - Tak… - odparła coraz bardziej zdziwiona tym, że zapamiętał tamtą rozmowę, gdyż miała ona miejsce bardzo dawno temu. - Musiała mi się zerwać… Nie wiem, może w trakcie przenikania do tego wymiaru… - dodała smutno.

        - Dlatego chciałem ci ofiarować ten prezent - powiedział, wręczając jej puzderko. - Mam nadzieję, że ci się spodoba. Otwórz, proszę…

        Shairisse niepewnie wzięła do ręki podarunek i powoli otworzyła wieczko. W środku na granatowej, aksamitnej poduszeczce znajdowała się srebrna bransoletka z doczepionymi trzema symbolami - rubinowym serduszkiem, szmaragdową koniczyną czterolistną i ametystową kotwicą. Przez dłuższą chwilę z niedowierzaniem wpatrywała się w zawartość pudełeczka, a w międzyczasie jej oczy zaczęły się coraz bardziej szklić. Nie mogąc ze wzruszenia wydusić słowa, delikatnie wyjęła bransoletkę, aby móc jej się przyjrzeć z bliska. Ofiarowana przez Leiftana biżuteria różniła się od tej zagubionej tym, że miała przypinki wykonane z kamieni szlachetnych, a poprzednia cała wykonana była ze srebra.

        - Jest prześliczna! - powiedziała po chwili ciszy, patrząc na niego z zachwytem. - Ale dlaczego…? Skąd taki pomysł? Dlaczego akurat teraz? - dopytywała, a po policzkach zaczęły jej spływać łzy.

        - Powiedziałaś kiedyś w Balenvii, że nie chciałabyś nigdy zapomnieć o swoich rodzicach, ani o swoim życiu na Ziemi - odpowiedział, patrząc jej prosto w oczy i delikatnie głaszcząc ją po kolanie. - Stwierdziłaś wtedy, że zarówno rodzice, jak i tamto życie sprawiły, że teraz jesteś tym, kim jesteś. Poprosiłem wówczas Purrekosy, aby zrobili dla ciebie tę bransoletkę. Chciałem ci dać ją już dawno temu, ale to wtedy akurat oddaliliśmy się od siebie i byłem prawie pewien, że nie zechcesz jej ode mnie przyjąć. Poza tym obawiałem się, że może ona przywoływać niemiłe wspomnienia… Wczoraj jednak przyznałaś, że te wspomnienia nie są już bolesne, a wieczorem, gdy mówiłaś o rodzicach, zrozumiałem, jak bardzo ci ich brakuje i jak bardzo byłaś z nimi zżyta. Doszedłem więc do wniosku, że chyba powinien spodobać ci się prezent i, że nie zrozumiesz mnie źle, jeśli ci go dam. Dlatego z samego rana byłem u Purriry, aby odebrać tę bransoletkę i w końcu ci ją wręczyć… Mam nadzieję, że nie popełniłem faux-pas…?

        - Nie! Jest cudowna Leiftanie! - odparła, przysuwając się do niego i bardzo zmysłowo całując. - Dziękuję ci z całego serca najdroższy… - dodała, siadając mu na udach i nogami oplatając jego biodra. - Sam fakt, że zapamiętałeś naszą rozmowę i doceniasz to, jakie znaczenie ma dla mnie pamięć o rodzicach, sprawia, że nie wiem, co powiedzieć… A bransoletka od ciebie jest po prostu dopełnieniem szczęścia… Dziękuję ci bardzo…

        Mówiąc ostatnie słowa, przytuliła się do niego i pocałowała go żarliwie, nie mogąc przy tym zahamować napływających ze szczęścia i wzruszenia łez. Lorialet objął ją bardzo mocno, a widząc jej szczęście i spontaniczną reakcję poczuł na sercu i duszy wszechogarniające ciepło. Dłuższą chwilę siedzieli wtuleni w siebie, całując się i śmiejąc na przemian. Czas jednak płynął nieubłaganie i kiedy chłopak spojrzał na zegarek, westchnął zrezygnowany.

        - Muszę się szykować kochanie - powiedział smutno, całując ją jednocześnie w prawą rękę, na którą w międzyczasie założył bransoletkę. - Mam jeszcze jedną małą rzecz dla ciebie, ale nie jestem pewien, czy zechcesz ją przyjąć…

        Dziewczyna zaskoczona spoglądała na niego, kompletnie nie wiedząc, w jaki sposób się zachować. Leiftan wyciągnął z kieszeni jeszcze jedno puzderko, do złudzenia przypominające takie, w jakich wręcza się pierścionki zaręczynowe. Kiedy Shairisse je zobaczyła, na jej twarzy wymalował się cały wachlarz emocji. Od zdziwienia, poprzez strach, niedowierzanie i zagubienie. Widząc jej minę, lorialet uśmiechnął się rozbawiony.

        - To nie jest nic strasznego. Bardzo bym chciał ci dać jeszcze to coś - powiedział, otwierając wieczko.

        W środku znajdowała się niewielka kulka w kolorze szafirowego, nocnego nieba. Gdy wyciągnęła ją z opakowania, okazało się, że jest to osobna przywieszka do bransoletki. Przez dłuższą chwilę z zachwytem wpatrywała się w ozdobę. Im dłużej przyglądała się jej, tym większe miała wrażenie, że wewnątrz skrzą się wirujące gwiazdy, które w pewnej chwili przyjmowały kształt galaktyki na tle ciemnego kosmosu. Widok ten działał na nią niemal hipnotycznie.

        - To jest cudowne - powiedziała po chwili, wciąż w zachwycie i skupieniu wpatrując się w ozdobę. Leiftan spoglądał na nią z nieśmiałym uśmiechem, błąkającym się na jego ustach. - Wygląda, jakby wewnątrz zamknięte było nocne niebo, usiane gwiazdami… - dodała z nostalgią.

        - Taki właśnie jest urok czarnego szafiru - odparł, uśmiechając się ciepło i delikatnie wycierając kciukiem słone ślady na jej policzkach. - A ty myślałaś, że co zamierzam ci wręczyć? Bo miałaś strasznie zdezorientowaną minę…

        - Na Ziemi, w takim pudełeczku daje się pierścionek zaręczynowy… - zaczęła tłumaczyć zakłopotana.

        - Pierścionek zaręczynowy? - powtórzył zdziwiony.

        - Tak - uśmiechnęła się. - Jeśli chłopak jest zakochany w dziewczynie i chce z nią spędzić resztę życia, to oznajmia jej to za pomocą pierścionka, jednocześnie pytając, czy zechce zostać jego żoną.

        - Ach… U nas odbywa się to trochę inaczej - odparł, delikatnie się rumieniąc. - W Eldaryi, jeśli mężczyzna chce oznajmić kobiecie, że pragnie ją za żonę, to wręcza jej kwiat, zwany “Cor meum promissum”, czyli obietnica serca. Jest to kwiat, którego płatki kształtem przypominają serca, a ich woń podobno każdy odczuwa inaczej. Pielęgnuje się go w bardzo specyficzny sposób i przed wręczeniem spryskuje specjalnym eliksirem, dzięki czemu kwiat ten nigdy nie więdnie. Jeśli kobieta przyjmie go od mężczyzny, wówczas organizowana jest ceremonia o tej samej nazwie, w której czasie oboje składają sobie wstępną obietnicę, w obecności zaproszonych gości.

        - Czyli obowiązuje tu inny rytuał, rozumiem - powiedziała ciepło. - A wracając do twojego prezentu… Dlaczego pomyślałeś, że nie będę chciała go przyjąć? - zapytała zdziwiona, spoglądając w jego zielone oczy.

        - Ponieważ bransoletka miała ci przypominać o rodzicach i z nimi się kojarzyć - zaczął tłumaczyć niepewnie. - A ten symbol jest ode mnie i ma dwojakie znaczenie. Z jednej strony ma uświadomić ci, że nawet w najczarniejszą noc można odnaleźć promyk nadziei, który ten mrok rozświetli, a z drugiej strony ma przypominać, że jest ktoś, dla kogo właśnie ty jesteś takim promykiem… Dlatego nie byłem pewny, czy zechcesz dołączyć ten symbol do reszty na bransoletce…

        - Bardzo chętnie to zrobię - powiedziała, mając ponownie zaszklone oczy ze wzruszenia i podając mu rękę, aby przymocował ozdobę. - Dziękuję ci za to wszystko - dodała, gdy przypinał, a następnie pocałowała go namiętnie.

         - Teraz już naprawdę muszę iść słoneczko - stwierdził, gdy oderwała się od jego ust i ponownie spojrzała mu w oczy. - Nawet nie wiesz, jak bardzo szczęśliwy jestem dzięki tobie i jak bardzo nie lubię zostawiać cię samej. Niestety nie mogę zaniedbywać obowiązków, ale obiecuję wynagrodzić ci to wszystko - dodał, podnosząc się razem z nią z łóżka i pomagając jej stanąć na nogi. Jeszcze przy drzwiach oboje nie mogli oderwać się od siebie i swoich ust, aż w końcu lorialet stwierdził, że im szybciej wyjdzie, tym szybciej się spakuje, porozmawia z Miiko i szybciej wróci z misji.

        Kiedy chłopak wyszedł, Shai długo jeszcze przyglądała się bransoletce, zachwycając się kunsztownością jej wykonania. Trudno też jej było uwierzyć, że Leiftan zlecił wykonanie dla niej tej wyjątkowej ozdoby, żeby przypominała jej o rodzicach. Im dłużej nad tym myślała, tym większej nabierała pewności, że Leiftanowi naprawdę musi na niej zależeć. Nie dość, że tak wiele szczegółów pamięta z ich rozmów, to jeszcze potrafi wykorzystać tę wiedzę w praktyce, aby jej sprawić przyjemność. Szczęśliwa i pozytywnie nastrojona na resztę dnia, wzięła szybki prysznic, a następnie poszła na spotkanie z zaklinaczem.

        W umówionym miejscu zastała Itzala razem z Valkyonem, pochłoniętych rozmową na temat medytacji, akupresury i różnych sposobach relaksacyjnych.

        - Serdecznie witam szanownych panów - powitała ich radośnie, kłaniając się przy tym nieznacznie.

        - Witaj Shairisse - zaklinacz uśmiechnął się serdecznie na jej widok. - Widzę, że komuś dopisuje dzisiaj humor.

        - Witaj maleńka - przywitał ją ciepło również wojownik.

        - Tak, mam dzisiaj bardzo dobry humor i mnóstwo energii - odparła wesoło.

        - Bardzo mnie to cieszy - oznajmił Itzal i zwrócił się ponownie do Valkyona: - To zrobimy tak, jak się wcześniej umawialiśmy. Po skończonej sesji z Shai, wyślę do ciebie mojego chowańca z informacją, że możemy się spotkać. Wtedy ci pokażę te miejsca ucisku, o których rozmawialiśmy i wytłumaczę zasady treningu autogennego.

        - Będę wdzięczny Itzalu - oznajmił szef straży Obsydianu. - A teraz już nie zatrzymuję i życzę udanej sesji oraz jak najmniej stresu - dodał, spoglądając z uśmiechem na dziewczynę i kładąc delikatnie dłoń na jej ramieniu.

        - Dziękuję i do zobaczenia Valk - odpowiedziała ciepło, łagodnie ściskając jego dłoń. - Miłego popołudnia.

        - Wzajemnie - uśmiechnął się nieznacznie i powoli ruszył w stronę budynku Kwatery.

        Shairisse przez chwilę przyglądała się wojownikowi, gdy odchodził. Miała wrażenie, że poruszanie się sprawia mu sporo bólu. Pierwsza myśl, jaka ją naszła to, że zapewne szef przeforsował się w czasie treningu. Odwróciła się więc do zaklinacza i spojrzała na niego z wyrazem twarzy, jakby pytała “to, co teraz robimy”?.

        - Gotowa na sesję? - zapytał Itzal z ciepłym uśmiechem, jednocześnie przyglądając się jej uważnie.

        - Tak, chodźmy - odparła i powoli ruszyli w stronę plaży.

        W czasie drogi na chwilę opuścił ją dobry humor, gdy przypomniała sobie, podsłuchaną dzień wcześniej rozmowę szefów straży, a przed oczami ponownie zamajaczył obraz Valkyona, oddalającego się z grymasem bólu na twarzy. W jej umyśle zagnieździło się kilka natrętnych myśli i nie dawało jej spokoju, wracając do niej niczym bumerang, za każdym razem, gdy starała się je od siebie odpędzić. Czego nie chciał jej powiedzieć wojownik, mimo iż jego dwaj najlepsi przyjaciele uważali, że powinien to zrobić? Jaka jest przyczyna dolegliwości bólowych chłopaka? Bo to jednak nie mogło być przeforsowanie, jak wcześniej pomyślała. Znała go przecież dobrze, od dawna trenowali razem i nigdy białowłosy nie miał takich problemów po sparingach czy ćwiczeniach, jak dzisiaj. A jeśli już zdarzyła się jakaś kontuzja, to maść od Ewelein zawsze wystarczała. Dzisiaj jednak wojownik wyraźnie szukał alternatywnych metod uśmierzania bólu. Dlaczego?  W pewnym momencie zmarszczyła brwi i poczuła, że za chwilę eksploduje od nadmiaru pytań, na które nie znała odpowiedzi. Wtedy postanowiła, że chce poznać odpowiedź, chociaż na jedno ze swoich pytań.

        - Czy Valkyonowi coś dolega? - zapytała zaklinacza, a w jej głosie dało się słyszeć zaniepokojenie.

        - Czemu tak myślisz? - Itzal odpowiedział pytaniem na pytanie, spoglądając na nią zaintrygowany. Już od dłuższego czasu wyczuwał, że nastrój dziewczyny uległ pogorszeniu i coś wyraźnie ją martwiło. Teraz zrozumiał, kto jest powodem tych zmartwień. W ciągu ostatnich dwóch dni zaobserwował, że Shai z Valkyonem, jako przyjaciele są sobie naprawdę bliscy.

        - Odniosłam wrażenie, że poruszanie się sprawia mu ból - odparła zmartwiona. - I wygląda, jakby mu brakowało energii i siły. Poza tym rozmawialiście o akupresurze i medytacji, co jest trochę dziwne, gdyż Valk nigdy nie interesował się takimi sprawami.

        - Widzę, że dobra z ciebie obserwatorka - odparł z uznaniem zaklinacz. - Rzeczywiście twój szef miał chyba jakiś wypadek w Balenvii, ale nie dopytywałem go o szczegóły, a sam też mi nie powiedział - dodał, ukrywając jednak przed dziewczyną prawdę. Valkyon zdradził mu bowiem, że w Balenvii miał nieoczekiwane i dość ostre starcie z Ashkorem i stąd te dolegliwości bólowe. Poprosił jednak, aby zaklinacz zachował tę wiedzę tylko dla siebie.

        - Czy to coś poważnego? - zapytała z troską.

        - Nie, nie ma żadnych złamań, jest tylko poobijany i obolały. Zaproponowałem mu, że pokażę, jakie miejsca na ciele należy uciskać, aby wytłumić odczuwanie bólu i, że nauczę go treningu autogennego, który ma działanie odstresowujące i rozluźniające - wytłumaczył ze spokojem. - Jeśli chcesz poznać więcej szczegółów, to musisz zapytać o nie swojego szefa osobiście.

        - Rozumiem - powiedziała z ulgą, chociaż nie do końca czuła się uspokojona. Przez moment rozważała, czy porozmawiać z Itzalem o tym, co wczoraj podsłuchała, ale ostatecznie postanowiła jednak to przemilczeć. - Może wieczorem go podpytam o jakieś szczegóły.

        Resztę drogi szli, rozmawiając o wczorajszym dniu i wydarzeniach z poranka. Dokładniej rzecz biorąc, to Shairisse opowiadała o tym, jak z Leiftanem spędzili czas na odosobnionej plaży i o tym, jak zaskoczył ją rano prezentem. Wspomnienie porannych wydarzeń sprawiło, że ponownie wrócił jej humor i wypełniło ją przyjemne uczucie szczęścia i spełnienia. Zaklinacz słuchał jej z zainteresowaniem, uśmiechając się nieznacznie i od czasu do czasu wtrącając jakąś uwagę, lub zadając pytanie. Równocześnie zastanawiał się, dlaczego lorialet, tak czarujący i dbający o swoją dziewczynę, wywołuje u niego tak negatywne emocje i odczucia. Dlaczego w kontakcie z nim wyczuł tyle złości i nienawiści? Słuchając zwierzeń Shairisse miał wrażenie, jakby opowiadała o kimś zupełnie innym, niż osoba, którą on poznał. Czy to w ogóle możliwe, żeby ktoś mający tak mroczną duszę, był jednocześnie czuły i troskliwy wobec drugiej osoby? Co prawda osoby, która jest dla niego ważna, którą szanuje i przede wszystkim… kocha. W tym momencie Itzal doznał jakby wewnętrznego olśnienia. Może kluczem do zrozumienia tej dziwnej zagadki jest właśnie miłość?

        Spojrzał na rozpromienioną dziewczynę, która z pasją i szczęściem wymalowanym na twarzy, opowiadała o chłopaku i zelektryzowała go nagła myśl, że może nie chodzi o to, kim jest Leiftan, albo kim jest ona. Może istotne są właśnie relacje i emocje, jakie ich łączą oraz to, jak oboje zmieniają się pod ich wpływem? To by tłumaczyło, dlaczego jego niezawodna intuicja zaklinacza nakazuje mu, nie wtrącać się w sprawy tych dwojga. I to wrażenie, że oboje stanowią jakiś klucz do większej sprawy… Itzal zdawał sobie sprawę, że jest wiele pytań, na które nie znał jeszcze odpowiedzi, chociaż jako zaklinacz poznał tych odpowiedzi więcej, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Wiedział, że Shairisse nie zjawiła się w Eldaryi przez przypadek i wiedział, że jej przeznaczeniem jest odegrać istotną rolę w historii tego świata. Nie wiedział jeszcze konkretnie, jakie jest to przeznaczenie, ale miał przeczucie, że w najbliższym czasie będzie mu dane się tego dowiedzieć. Poznane i odczytane dotychczas znaki, przepowiednie oraz wizje - to wszystko powoli składało się zaklinaczowi w pewną całość, chociaż jeszcze rozmytą i nieklarowną. Nie potrafił jednak na razie zrozumieć, jaką rolę w tym wszystkim ma odegrać Leiftan. W żadnej dotychczasowej wizji, czy przepowiedni nie znalazł żadnej wzmianki o lorialecie.

        Kiedy doszli na plażę, od razu skierowali się w stronę stałego miejsca na uboczu. Idąc brzegiem morza, Itzal przyglądał się dziewczynie w milczeniu i z tajemniczym uśmiechem na twarzy. Ona również z nieśmiałym uśmiechem spoglądała na niego, nie bardzo już wiedząc, co powiedzieć i jak się zachować. W czasie drogi i rozmowy miała wrażenie, że coś zaprząta myśli zaklinacza. Nie była jednak pewna, czy martwi się on ich sesja, czy może czuje się znudzony jej opowieściami. Gdy zaczęła się nad tym zastanawiać, poczuła się trochę niezręcznie, że przez całą drogę mówiła tylko o swoich sprawach. Widząc jej zmieszanie i lekkie zakłopotanie, Itzal uśmiechnął się szeroko, z przepraszającym wyrazem twarzy.

        - Wybacz Shairisse, trochę się zamyśliłem - wyjaśnił, jakby odczytując myśli dziewczyny. - Czeka nas dzisiaj dość poważne wyzwanie i rozważam najlepszy sposób działania - dodał z ciepłym uśmiechem, nie mogąc jej przecież zdradzić, co tak naprawdę zaprzątało jego umysł. - Zanim więc zaczniemy, dla jasności i pewności zapytam, czy nie rozmyśliłaś się, co do naszej dzisiejszej sesji? A może jest coś innego, co chciałabyś, żebyśmy dzisiaj przerobili lub przedyskutowali…

        - Mam pewne wątpliwości i sporo różnych pytań - odparła z westchnieniem. - Jednak zdania nie zmieniłam… 

        - Domyślam się, że chodzi o tę tajemniczą istotą, która jest tobą zainteresowana i cię obserwuje? - powiedział, jakby pytając i stwierdzając jednocześnie. - Jeśli zechcesz, to możemy o tym jeszcze porozmawiać, chociaż przyznam szczerze, że nie mam żadnych nowych informacji i nie wiem, czy potrafiłbym powiedzieć ci coś konkretnego…

        - Wiem - odparła cicho. - To znaczy, domyślałam się, bo od wczoraj niewiele się mogło zmienić w tej kwestii. Dlatego zajmijmy się sprawą ataku Ashkore’a, a o tamtych sprawach porozmawiamy później… Jeśli będziemy mieli jeszcze czas… - dodała smutno.

        - Czemu mielibyśmy nie mieć czasu? - zdziwił się zaklinacz.

        - Ponieważ to jest nasza ostatnia sesja z zaplanowanych, a Ezarel powiedział mi na początku, że jak uporamy się z moimi emocjami, to będziesz ruszać w dalszą drogę… - powiedziała z wyczuwalnym zawodem w głosie.

        - No to tutaj cię zaskoczę i mam nadzieję, że pozytywnie - odparł z łagodnym uśmiechem. - Taki był początkowo plan, ale rozmawiałem z Miiko o tobie, o naszej wspólnej pracy i podjęliśmy decyzję, że na razie zostanę troszkę dłużej…

        - Naprawdę? - przerwała mu, wyraźnie uradowana tą wiadomością.

        - Tak, moja droga - potwierdził lekko zaskoczony jej reakcją.

        - Bardzo się cieszę Itzalu - odpowiedziała entuzjastycznie, ledwo powstrzymując się, aby z radości nie rzucić się na mężczyznę. - Uściskałabym cię, ale nie wiem, czy tak wypada - zaśmiała się trochę nerwowo, zmieszana własną reakcją.

        - A czemu nie? - odparł rozbawiony. - To, że jestem zaklinaczem, nie znaczy, że nie lubię się przytulać - mówiąc te słowa, zachęcająco rozłożył obie ręce.

        - Jesteś niepoprawny! - powiedziała, uśmiechając się serdecznie i przytulając go radośnie.

        - Muszę przyznać, nie spodziewałem się tak ekspresyjnej reakcji - powiedział rozbawiony całą sytuacją i jeszcze mocniej przytulił ją do siebie. - Ale powiem ci szczerze, że twoja reakcja sprawiła mi wielką radość - dodał, gdy odsunęła się od niego.

         - Cieszą się bardzo - powiedziała, rumieniąc się delikatnie. - Bo ja już tak mam, jak kogoś polubię… Jestem wtedy trochę niepohamowana w swoich reakcjach.

        - I bardzo dobrze - zaśmiał się zaklinacz. - To tylko świadczy na twoją korzyść. Nie ma czego się wstydzić. I jest mi niezmiernie miło, wiedząc, że należę do grona osób, które darzysz sympatią.

         Shairisse poczuła, że rumieni się jeszcze bardziej i dla ukrycia tego faktu, zwróciła się twarzą w stronę morza tak, aby Itzal tego nie zauważył. On jednak dobrze wiedział, co się dzieje, ale nie chcąc jej bardziej zawstydzać, uśmiechał się tylko nieznacznie pod nosem. Już jakiś czas temu zwrócił uwagę, że dziewczyna jest skromna i często rumieni się, gdy ktoś prawi jej komplement, lub za coś ją chwali.

        Gdy dotarli na swoje stałe miejsce, od razu rozsiedli się na piasku, jak zawsze przodem do siebie i po turecku. Zaklinacz przez dłuższą chwilę siedział w milczeniu, ze zmarszczonymi delikatnie brwiami, wyraźnie zastanawiając się nad czymś. W pewnym momencie spojrzał na Shairisse badawczo.

        - Zaczniemy dzisiaj trochę nietypowo - powiedział bardzo poważnie. - Czy mogę zacząć obserwować twoją aurę, zanim jeszcze rozpoczniemy właściwą sesję? Mam bowiem pewne podejrzenia i chciałbym się upewnić, że się nie mylę…

        - Oczywiście, że możesz - odparła spokojnie. 

        - Dziękuję - odezwał się zaklinacz i zamknął oczy, a jego znaki zaczęły lśnić. - Wszystko ci za chwilę wyjaśnię Shairisse, ale na razie chcę tylko skompletować potrzebne mi informacje - poinformował łagodnym głosem. - Z naszych dotychczasowych rozmów wiem, że pamiętasz wszystko z tamtej nocy, aż do momentu, gdy Ashkore wyrecytował jakąś nieznaną ci formułę, najprawdopodobniej zaklęcie “oddzielenia duszy”. Z zawirowań twojej aury wnioskuję, że wydarzyło się wówczas coś jeszcze, czego nie potrafisz sobie przypomnieć. Nie wiem, czy to ty sama blokujesz wspomnienie o tym, czy może to ktoś inny sprawił, że nie możesz teraz odnaleźć tego w swoim umyśle.

        - No właśnie - powiedziała smutno. - Mam czarną dziurę w pamięci, aż do chwili, gdy obudziłam się w przychodni… 

        - Domyślam się - stwierdził łagodnie. - Tak się często zdarza, gdy dusza niespodziewanie opuści ciało i trafi do nieznanego sobie wymiaru. Poczucie zagubienia, które wówczas się pojawia, sprawia, że nie potrafi ona na stałe zarejestrować w pamięci tego, co się wówczas dzieje. Co więcej, gdy taka zagubiona dusza z jakiegoś powodu powróci do swojego ciała i ponownie w nim zakotwiczy, to wszystko, czego doświadczyła w poprzednim wymiarze, zostaje z niej tak jakby zmyte, nie zostawiając po sobie śladu. Rozmawiałem trochę z innymi o tym, co się wydarzyło w tamtą noc. Dowiedziałem się, że Ewelein miała spore problemy z utrzymaniem cię wówczas przy życiu. Twój duch z jakiegoś powodu nie potrafił się ponownie zakotwiczyć. 

         - Może to wtedy w mojej pamięci wszystko samo się oczyściło? - zapytała z westchnieniem.

        - No właśnie o to chodzi, że u ciebie nie doszło do takiego oczyszczenia - wyjaśnił spokojnie. - Gdyby tak było, w chwili opowiadania o tym, w twojej aurze dostrzegłbym tylko niewielki impuls, świadczący o tym, że więź ducha i ciała uległy czasowemu rozdzieleniu. U ciebie jednak aura ulega specyficznym wibracjom, co oznacza, że nie doszło do oczyszczenia, tylko do zablokowania.

         - Czemu tak się stało? - zapytała zdziwiona.

        - Tego właśnie pragnę się dowiedzieć - oznajmił z uśmiechem. - Musisz wiedzieć, że formuła wypowiedziana przez Ashkore’a w czasie ataku, powoduje łagodne oddzielenie ducha od ciała. Oznacza to, że nie powinnaś była odczuwać zagubienia, więc nie powinnaś też tracić swoich wspomnień…

        - To, czemu nie pamiętam? - westchnęła. - Czy istnieje szansa, żebym kiedyś przypomniała sobie cokolwiek z tego?

        - Jest taka możliwość - powiedział zaklinacz bardzo poważnie. - Tylko że tutaj zaczynają się sprawy komplikować. Nigdy nie interesowałaś się parapsychologią, a tym bardziej nie szkoliłaś się w rozwijaniu zdolności swojego umysłu. Dlatego nie masz potrzebnych umiejętności, aby odnaleźć u siebie zablokowane obszary wspomnień…

        - A gdybym teraz zaczęła się tego uczyć? - zapytała niepewnie, ale z nadzieją w głosie.

        - To przy intensywnym treningu, za kilkanaście miesięcy mogłabyś zacząć próby odnalezienia w swoim umyśle tych wspomnień - wyjaśnił łagodnym tonem.

        - Nie jest to satysfakcjonująca wizja - odparła zrezygnowana. - Nie ma jakiegoś sposobu, żebym przypomniała sobie wcześniej? Jakiegoś zaklęcia, formuły lub eliksiru?

        - Są zaklęcia i eliksiry, ale efekty ich działania są bardzo nieprzewidywalne - oznajmił zamyślony.

        Przez dłuższą chwilę przyglądał się dziewczynie, rozważając możliwość wykorzystania umiejętności “nosse mentem”, czyli poznanie umysłu. Jako jeden z najstarszych i najlepiej wyszkolonych zaklinaczy, znał sposoby na przenikanie do czyjegoś umysłu. Miał też wystarczającą wiedzę i umiejętności, aby w takim umyśle odnaleźć to, czego szukał, czyli na przykład blokady umysłowe. Wyszkoleni zaklinacze często korzystali z tego sposobu, aby dzielić się wiedzą i doświadczeniami między sobą, bezpośrednio z umysłu do umysłu. Z racji wyszkolenia obu stron, metoda ta nie sprawiała im żadnych problemów, ani nie wymagała dużych nakładów energii. Jednak sprawa przedstawia się całkiem inaczej, gdy trzeba wniknąć do umysłu osoby niedoświadczonej, którą na pewno była Shairisse.

        Dziewczyna przyglądała się Itzalowi z wyczekiwaniem wymalowanym na twarzy. Jednak gdzieś w środku powoli traciła nadzieję na odzyskanie wspomnień i przekonana była, że zaklinacz zaproponuje przerabianie emocji. 

        - Jak bardzo mi ufasz Shairisse? - zapytał mężczyzna trochę z nienacka.

        - Jak bardzo? Nie rozumiem… - odparła zdezorientowana. - Mam do ciebie pełne zaufanie…

        - Zapytam konkretniej, czy ufasz mi na tyle, aby bez strachu wpuścić mnie do swojej głowy? - doprecyzował swoje pytanie. - Pytam, ponieważ zebrałem już wszystkie informacje, których potrzebowałem do podjęcia decyzji odnośnie do naszej dzisiejszej sesji. Zauważyłem, że w tej całej sprawie z atakiem Ashkore’a, sam atak raczej nie stanowi dla ciebie emocjonalnego problemu. Problemem jest świadomość, że mogłaś utracić kontrolę nad swoją duszą… Dlatego zaczęliśmy naszą współpracę i dlatego możemy śmiało stwierdzić, że cała nasza dotychczasowa praca była domykaniem tej konkretnej emocji. Widzę ogromną poprawę w twoich barierach ochronnych i w natężeniu twojej aury, w porównaniu z tym, jak wyglądały one w chwili naszego pierwszego spotkania.

        - Czyli jestem już odporna na opętania? - zapytała z nadzieją w głosie.

        - Nie całkowicie - odparł spokojnie. - Dla jasności powiem, że nie ma osób całkiem odpornych na opętania. Nawet ja, ze wszystkimi swoimi umiejętnościami i znakami ochronnymi, jestem narażony na utratę kontroli nad swoim duchem. Jednak twoje bariery ochronne są dużo mocniejsze niż na początku i opętanie twojego ducha będzie stanowić dla kogoś spory problem.

        - No to mi ulżyło - powiedziała, wzdychając przy tym z ulgą.

        - Jeśli będziesz miała ochotę, to nauczę cię kilku sposobów, jak usprawnić przepływ energii przez ciało, do codziennego stosowania. Sprawny przepływ energii działa dobroczynnie na bariery i aurę…

        - Oczywiście, że chcę - oznajmiła z radością.

        - Dobrze, to cię nauczę - odparł zadowolony, widząc jej entuzjazm. - A wracając do mojego pytania o zaufanie… Mam nieodparte wrażenie, że wspomnienie, którego nie potrafisz odnaleźć w swoim umyśle, ma jakiś wpływ na twoje emocje, a przez to, powoduje tak silnie wibracje twojej aury. Odniosłem też wrażenie, że chciałabyś je odblokować…

        - Nawet nie wiesz, jak bardzo - potwierdziła z nieśmiałym uśmiechem. - Wiem, że to może wydawać się egoistyczne z mojej strony, ale coś mi mówi, że w tym wspomnieniu ukryte jest coś ważnego, dla mnie osobiście ważnego…

        - Rozumiem - Itzal uśmiechnął się ciepło. - To nie jest egoizm, powiedziałbym raczej, że to pogoń za przeczuciem. Zapytałem, czy ufasz mi na tyle, żeby mnie wpuścić do swojego umysłu, ponieważ znam kilka sposobów na odblokowanie pamięci, więc może udałoby mi się odblokować twoje…

        - Naprawdę?! - przerwała mu radośnie, spoglądając na niego z nową nadzieją w oczach.

        - Tak, ale wymagałoby to wniknięcia do twojego umysłu - powiedział bardzo poważnie. - Przede wszystkim, aby to zadziałało, potrzebowałbym twojego pozwolenia na wejście i ingerencję w twoim umyśle i wspomnieniach, gdyż nie zamierzam łamać zasad kodeksu światła. Dużo też zależy od twojego zaufania, bo ufając mi, nie będziesz blokować moich działań i nie odczujesz żadnych dolegliwości z powodu mojej ingerencji. Dlatego pytam, czy ufasz mi na tyle, aby zgodzić się na takie rozwiązanie… 

        - Oczywiście, że ci ufam Itzalu - zapewniła go żarliwie. - Wiem, że zachowasz pełen profesjonalizm, dlatego wyrażam całkowitą zgodę na to, abyś wszedł do mojej głowy i zrobił wszystko, aby pomóc mi odzyskać wspomnienia i spokój.

        Zaklinacz uśmiechnął się na jej słowa, a następnie wyjął z kieszeni dwie fiolki z eliksirem Incumbo. Widząc zdumienie na twarzy dziewczyny, wyjaśnił, że dzisiaj wskazane jest, aby oboje go wypili. On, aby bez większych problemów móc nawiązać z nią kontakt myślowy, a przez to szybciej i sprawniej odnaleźć się w jej umyśle. Ona - ponieważ powinna maksymalne skoncentrować się na wydarzeniach z tamtej nocy, a wówczas on podczepi się pod tę koncentrację i jej myśli, aby bez zbędnego błądzenia po jej umyśle odnaleźć wspomnienie, którego szukają i odblokować je. Wytłumaczył, że bardzo ważne jest, aby nie rozpraszała się i wsłuchiwała w jego głos, który w pewnym momencie będzie słyszeć w głowie.

        Gdy skończył tłumaczyć i wyjaśniać, oboje wypili eliksiry i zaklinacz wyrecytował dodatkowo zaklęcie, które miało wzmocnić ich bariery. Znaki na jego ciele zaiskrzyły ostrym blaskiem, a ich oboje dodatkowo spowiła delikatna, bladoniebieska poświata.

        - Zamknij oczy Shairisse i wsłuchaj się w mój głos - zaczął mówić łagodnie. - Pamiętaj, że w każdej chwili możesz się wycofać i wyrzucić mnie ze swojego umysłu. Moją obecność rozpoznasz po tym, że mój głos usłyszysz bezpośrednio w swojej głowie i będziesz mieć takie dziwne wrażenie, jakby było ci w niej trochę za ciasno. A teraz skoncentruj się na tamtych wydarzeniach i opowiedz mi krok po kroku, dlaczego poszłaś na tę polanę.

        Dziewczyna w pierwszej kolejności wyjaśniła, że wszystko zaczęło się, gdy oboje z Leiftanem umówili się na poważną rozmowę, po jego powrocie z misji. Następnie opowiedziała o dziwnym zmęczeniu, jakie odczuwała po powrocie do Kwatery ze swojej misji, o problemach z koncentracją oraz znalezieniu listu rzekomo od Leiftana, który jednak okazał się podpuchą Ashkore’a, w celu wywabienia jej z Kwatery. Następnie szczegółowo opisała, co wydarzyło się na polanie i o swojej absurdalnej złości, którą poczuła z powodu nieobecności Leiftana, w chwili, gdy zamaskowany recytował formułę “oddzielenia duszy”. Gdy chciała powiedzieć, że to wszystko, co pamięta, nagle poczuła w głowie coś jakby natłok myśli i lekki ucisk, a zaraz potem usłyszała łagodny i ciepły głos zaklinacza, który prosił, aby skoncentrowała się na osobie Leiftana. Doznanie to było dla niej tak dziwne i zaskakujące, że na moment całkowicie się zdekoncetrowała i otworzyła oczy.

        - Shai proszę cię, skup się i zamknij oczy, bo stracę połączenie z twoim umysłem - usłyszała głos Itzala w głowie, mimo że jego usta nawet nie drgnęły. Natychmiast zrobiła, o co ją poprosił. - Wytrzymaj jeszcze chwilę, chyba właśnie znalazłem zablokowane wspomnienia…

        Dosłownie chwilę później usłyszała, jak zaklinacz wypowiada masę niezrozumiałych słów i poczuła, jakby wzrost ciśnienia w głowie, a następnie silne pulsowanie zaczynające się w skroniach i kończące u podstawy czaszki. Zanim jednak zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować, poczuła wszechogarniające, błogie uczucie odprężenia i uświadomiła sobie, że zaraz pewnie straci kontrolę nad swoim ciałem i upadnie. Jednak zamiast upadku poczuła, że jest w stanie nieważkości i otacza ją kompletna ciemność. Mimo to nie odczuwała strachu, czy nawet zaniepokojenia. Gdzieś tylko nad sobą usłyszała przepraszający głos zaklinacza:

        - Wybacz Shairisse, ale mogę odblokować tylko to…

        Zdziwiona zamrugała oczami i w pewnym momencie ciemność zaczęła się rozpraszać. Wówczas zobaczyła, że znajduje się w Sali Kryształu. W pomieszczeniu panował przyjemny, klimatyczny półmrok, a jedynym źródłem światła była rezonująca poświata, bijąca od Wielkiego Kryształu. Rozejrzała się i spostrzegła Leiftana, który wpatrywał się w Kryształ. Nagle ogarnęło ją uczucie, że to wszystko jest jej znajome i miało miejsce… w noc ataku. Gdy usłyszała wypowiedziane przez lorialeta pytanie: -”Dlaczego tak mi się przyglądasz?”, od razu powróciły do niej wszystkie obrazy, uczucia i myśli z tamtej wspólnej ich rozmowy przy Wielkim Krysztale. Przypomniała sobie każde słowo i każdy gest… I tak jak wtedy, z zapartym tchem słuchała jego wyznania. Gdy ponownie usłyszała słowa: - “[...]porzuciłbym wszystko, wyrzekłbym się wszystkiego i dla ciebie stałbym się…”, jej serce nieomal stanęło w pełnym oczekiwaniu na dalszy ciąg wyznania. Zamiast jednak usłyszeć koniec wypowiedzi, jej myśli i wizję rozproszył nagły błysk światła…

        Shairisse gwałtownie usiadła, łapiąc głęboki oddech i półprzytomnym wzrokiem rozglądając się dookoła siebie. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że jest na plaży z zaklinaczem, który z ciepłym uśmiechem na twarzy spokojnie jej się przyglądał.

        - Wszystko w porządku? - zapytał z troską w głosie, gdy w końcu zatrzymała swoje spojrzenie na jego twarzy.

        - Tak… - powiedziała trochę niepewnie. - Przypomniałam sobie rozmowę z Leiftanem w Sali Kryształu…

        - Rozumiem.

        - Tylko dlaczego ona urywa się tak gwałtownie? - zastanawiała się na głos.

        Zaklinacz opowiedział jej to, czego dowiedział się od Miiko i wyjaśnił jej, że to był zapewne moment, w którym kitsune weszła do pomieszczenia i zapaliła światło. Jeszcze przez chwilę rozmawiali o tamtych wydarzeniach. Oboje doszli do wniosku, że nagłe pojawienie się szefowej i zapalenie przez nią światła, musiało być tym impulsem, który spłoszył duszę dziewczyny i dlatego się zagubiła. Wyjaśniałoby to też, dlaczego nie pamięta dalszych wydarzeń z tamtego okresu.

        - Dziękuję ci Itzalu za to wszystko, co dzisiaj dla mnie zrobiłeś - powiedziała z serdecznym uśmiechem. - To naprawdę wiele znaczy dla mnie i nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek zdołam ci się odwdzięczyć…

        - Dla mnie to też była ogromna przyjemność - odparł łagodnie. - I nie oczekuję niczego w zamian… No, może poza serdecznym uśmiechem i tym, że będziesz mnie mile wspominać - dodał rozbawiony.

        Shairisse zapewniła, że zawsze będzie go ciepło wspominać i zaznaczyła, że nie chce tracić z nim kontaktu. Itzal zażartował, że zanim on ruszy dalej, to ona zapewne będzie miała go już dość, ale jednocześnie obiecał, że nie stracą kontaktu ze sobą. Wracając do Kwatery, oboje śmiali się i żartowali, że skoro skończyli pracować nad jej emocjami, to będzie im trochę nudno. Wówczas zaklinacz przypomniał jej, że chciała nauczyć się sposobów na poprawę przepływu energii i nie ma mowy o żadnej nudzie.

        Gdy minęli główną bramę, Shairisse nagle spoważniała i zatrzymała się w miejscu, jakby trafiła na niewidzialną ścianę. Zaskoczony zaklinacz zaczął ją dopytywać, co się dzieje i czy wszystko jest w porządku, ale ona nie reagowała na jego pytania. Po chwili jednak spojrzała na niego, ale jej spojrzenie było jakieś nieobecne.

        - Muszę odkryć swe korzenie, aby poznać przeznaczenie… - powiedziała w zamyśleniu i po tych słowach osunęła się bezwładnie w jego ramiona. Nie zastanawiając się ani chwili, pochwycił ją na ręce i szybkim krokiem ruszył w stronę budynku, aby jak najprędzej obejrzała ją Ewelein. Przez całą drogę dziewczyna mamrotała coś niezrozumiale, mimo to zaklinacz wychwycił, że mówi coś o smokach i wyspie Memoria.

Offline

#34 07-11-2019 o 12h14

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 61

Witam serdecznie /static/img/forum/smilies/smile.png

To znowu ja! Mam nadzieję, że rozdział się spodoba. Życzę przyjemnej lektury. Na końcu tekstu mały bonusik /static/img/forum/smilies/smile.png (nudziło mi się i sobie napisałam wierszyk) xD
Pozdrawiam zaglądających /static/img/forum/smilies/smile.png

Ścieżka przeznaczenia

          - Itzal? Itzal, gdzie jesteś?! Co się tutaj dzieje? - zawołała Shairisse, w panice rozglądając się dookoła siebie. Po chwili zorientowała się, że jest kompletnie sama, a w dodatku znajduje się w miejscu, do złudzenia przypominającym wyspę Memoria. Było tu jednak jakoś inaczej... Wszystko wokół niej pozbawione było kolorów i panowała kompletnie głucha cisza. Mimo w miarę otwartej przestrzeni nie czuła żadnego powiewu wiatru, a na drzewach nie poruszał się żaden listek i nie drgało ani jedno źdźbło trawy. Miejsce to zarówno ją intrygowało, jak i wzbudzało dziwny niepokój. Mimo swoich obaw postanowiła się jednak rozejrzeć po okolicy. Powoli i niezbyt pewnie skierowała swoje kroki w stronę zapomnianego klifu. Panująca wokół cisza, przerażała ją coraz bardziej. Nie słyszała żadnych ptasich treli ani żadnych odgłosów chowańców. Nawet jej własne kroki wydawały się całkiem bezgłośne, mimo iż wielokrotnie stawiała je w dość wysokiej i przysuchej ściółce.
          Kiedy doszła do klifu, jej zdziwienie niemal sięgnęło zenitu. Stając na krawędzi, nie wyczuła na ciele najmniejszego podmuchu wiatru. Morskie fale poruszały się w zwolnionym tempie, leniwie rozbijając się o skalne nabrzeże i nie robiąc przy tym żadnego hałasu. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby upływ czasu został mocno spowolniony.
          - Co jest grane? Co ja tutaj robię? - zapytała przerażona samą siebie, a jej głos uleciał w przestrzeń z dziwnym echem. - Halo! Jest tu ktoś?
          Nikt jednak nie odpowiedział na jej pytania, a ona sama nie potrafiła zrozumieć, gdzie tak naprawdę jest i dlaczego się tutaj znalazła. Czyżby ingerencja zaklinacza spowodowała u niej jakieś halucynacje?
          - Czemu jestem tutaj sama? - zastanawiała się, czując się coraz bardziej osamotniona. Im dłużej stała na klifie, tym bardziej to uczucie w niej narastało, powodując wzrost jej rozgoryczenia. W końcu zrezygnowana upadła na kolana, a do jej oczu zaczęły napływać łzy.
          - Tak bardzo bym chciała, aby ktoś tu przy mnie był... - wyszeptała, cicho łkając.
          Mówiąc to, pomyślała o Leiftanie i o tym, jak bardzo chciałaby się wtulić teraz w jego ramiona. Pragnienie to spowodowało, że po jej policzkach zaczęły spływać coraz większe łzy. Zanim jednak zdążyła się rozpłakać na dobre, wyczuła obok siebie znajomą energię i poczuła przyjemne ciepło. Z nadzieją uniosła głowę i spojrzała przed siebie. Tuż przed nią lewitowała ulotna postać Wyroczni, która z nikłym uśmiechem na twarzy spoglądała na nią i wyciągała dłoń, wyraźnie zachęcając, aby wstała.
          - Wyrocznio! - zawołała uradowana jej widokiem, jednocześnie podnosząc się i wycierając mokre ślady łez z policzków. - Co ja tutaj robię? Czemu mnie tu sprowadzono?
          Wyrocznia zaczęła do niej mówić, głosem serdecznym i spokojnym, ale jak zawsze mówiła w języku praprzodków i Shai nie potrafiła jej zrozumieć. Jedyne, co udało jej się wyłapać, to że musi wrócić i odnaleźć smoki. W pewnym momencie gdzieś za plecami Wyroczni wyczuła tę samą energię, jaką emanowała istota, obserwująca ją w ostatnich dniach. I tak jak dotychczas ta potężna istota nie pokazała się, ale tym razem odezwała się, wypowiadając jedno zdanie:
          - Byś poznała przeznaczenie, musisz odkryć swe korzenie.
          Głos tajemniczej istoty był donośny, ale przy tym bardzo łagodny i nie wzbudzał w niej lęku ani żadnych obaw. Do głowy cisnęło jej się teraz całe mnóstwo nowych pytań, których jednak nie zdążyła zadać. Nagle bowiem poczuła, jakby jakaś siła gwałtownie wyrwała ją z owego miejsca i cisnęła całkiem gdzie indziej. Gdy otworzyła oczy, zdała sobie sprawę, że znajduje się w przychodni, a nad nią pochyla się zatroskana Ewelein, wpatrując się w jej twarz intensywnie.
          - Odzyskała świadomość! Wezwijcie Miiko i pozostałych! - usłyszała radosne okrzyki przyjaciółki. - Słyszysz mnie Shai? Wiesz, gdzie jesteś? Jak się czujesz moja droga? - dopytywała elfka, wyraźnie uradowana z jej powrotu do świadomości. - Wiesz, że znowu napędziłaś nam strachu?
          - Ale tym razem Ewe, to też nie moja wina - wyszeptała ledwo słyszalnym głosem, uśmiechając się przepraszająco.
          - No wiem, wiem - zaśmiała się pielęgniarka.
          Jeszcze przez chwilę oglądała ją i badała dokładnie, jednak poza zwiększonym stężeniem maany we krwi, nie zaobserwowała żadnych niepokojących symptomów. Gdy kończyła badanie, do przychodni weszła Miiko i szefowie straży. Po wymianie zwyczajowych grzeczności, Shairisse zaczęła opowiadać o dziwnej wizji związanej z Memorią i o spotkaniu z Wyrocznią. Przyznała też, że poza Wyrocznią była tam jeszcze inna potężna istota, która oznajmiła, że jeśli chce poznać przeznaczenie, to musi odkryć swoje korzenie. Wszyscy dopytywali ją, czy wie, kim była ta istota, ale zgodnie z prawdą odparła, że tylko wyczuła jej obecność i usłyszała skierowane do siebie słowa. Zaznaczyła również, że istota nie wzbudzała w niej lęku, a wręcz emanowała energią podobną do energii Wyroczni, tyle że o wiele silniejszą.
          W tym czasie zaklinacz siedział z boku na krześle i w zadumie przysłuchiwał się temu, co mówiła Shai. Już niosąc ją do przychodni, zrozumiał, że dziewczyna zapewne ma wizję pozazmysłową, gdyż wyczuwał ogromne ilości skumulowanej energii. Wszystkimi zmysłami odbierał obecność potężnej istoty i wiedział, że jest to ta sama istota, która od pewnego czasu obserwuje dziewczynę. Teraz jej słowa były potwierdzeniem jego przypuszczeń, jak również tego, co osobiście wcześniej wyczuwał.
          Kiedy Shairisse powiedziała, że Wyrocznia prawdopodobnie zaleciła jej odnalezienie smoków na wyspie, Itzal mimowolnie spojrzał na Valkyona. Wojownik stał trochę na uboczu, a gdy dziewczyna wspomniała o smokach, wyraźnie dało się zauważyć w jego postawie wzrost zainteresowania tematem. W czasie całej dyskusji nie odzywał się jednak ani słowem, podczas gdy inni zawzięcie debatowali o tym, czy Shairisse czasami czegoś nie pokręciła, bo przecież smoki dawno wyginęły. W końcu padło stwierdzenie, że najlepiej będzie poczekać na powrót Leiftana i wówczas ponownie, na spokojnie przedyskutować sprawę. Podjęto też decyzję o zleceniu Keroshane i komuś jeszcze poszukiwań w archiwach i starych księgach jakichś wpisów o Memorii oraz o dopytanie informatorów o jakieś dodatkowe wiadomości. Po ustaleniu wstępnych decyzji wszyscy opuścili przychodnię. Shairisse również dostała pozwolenie na opuszczenie szpitalnej sali.
          ***
          Zaklinacz po wejściu do swojego pokoju, zmęczony opadł na fotel. Czuł się prawie doszczętnie pozbawiony sił i energii. Wniknięcie do umysłu Shairisse i odblokowanie jej wspomnień, pilnując jednocześnie, aby nie naruszyć jej prywatności i nie narobić żadnych szkód, kosztowało go naprawdę wiele wysiłku. Przy niej starał się jednak tego nie okazywać, aby nie wzbudzać w niej poczucia winy. Już przy poprzedniej sesji dziewczyna miała wyrzuty sumienia, że z jej powodu czuł się osłabiony, a wówczas nie był nawet w ułamku tak zmęczony, jak dzisiaj. Zaniesienie jej do przychodni po tym, jak zasłabła, pozbawiło go sił do reszty, mimo iż normalnie nie stanowiłoby dla niego wyzwania. Dziewczyna jest przecież osobą drobną i lekką, ale poprzedzająca to sesja i zmęczenie niestety, ale okazały się wyczerpujące. Po wyjściu z przychodni spotkał się jeszcze z Valkyonem, aby pokazać chłopakowi naturalne sposoby walki z odczuwaniem bólu. Naukę treningu autogennego zaplanowali już na następny dzień, gdyż wojownik zauważył jego zmęczenie i nie chciał go niepotrzebnie bardziej męczyć.
          Itzal dłuższy czas siedział z zamkniętymi oczyma i odpoczywał, aż do czasu, gdy za oknem zapadł zmrok i ucichło większość odgłosów dnia. Jedynie cykady i świerszcze dawały wieczorny koncert, przy cichym akompaniamencie szumu liści. Zaklinacz stwierdził wówczas, że nadeszła najlepsza pora, aby rozpocząć medytację. Z takim zamiarem podniósł się z fotela i chciał przesiąść się na swoje stałe miejsce na parapecie, gdy nagle wyczuł czyjąś obecność. Od razu rozpoznał energię bardzo dobrze znanej sobie istoty, której pojawianie się, nie wzbudzało w nim jednak pozytywnych emocji. Teraz jej przybycie również wywołało u niego poirytowanie.
          - Nie zapraszałem cię - odezwał się głosem tak lodowatym, że niejednemu mogłoby to zmrozić krew w żyłach. - Zatem, po co przyszłaś? - zapytał, ponownie siadając na fotelu i zamykając oczy. Znaki na jego ciele zaczęły delikatnie lśnić, zdradzając, że ich właściciel skupił się na widzeniu pozazmysłowym.
          - Tak się wita starych przyjaciół? - zapytała trochę zawiedzionym głosem istota. - Nie jesteś zbyt uprzejmy...
          - Nie nazwałbym cię moją przyjaciółką Sehanine - odezwał się z wyraźnie wyczuwalną niechęcią w głosie, a nawet lekką pogardą.
          - Czyli nie zaprosisz mnie? - zapytała trochę rozczarowana. - Nie lubię rozmawiać między wymiarowo...
          - Wolę zachować ostrożność i nie ryzykować - odparł oschle. Wiedział, że przybyła znajoma nie może wejść do jego wymiaru, dopóki jej nie zaprosi, a on nawet nie myślał, aby to zrobić. - Zapraszanie cię do siebie, może skończyć się śmiercią kogoś bliskiego, a ja nie zamierzam nikogo pozbawiać życia...
          W jego pamięci od razu pojawiły się wspomnienia ukochanej Lantei, którą utracił. Jako młody i niedoświadczony adept na zaklinacza, będący tuż przed rytuałem "Adiunge Rea", zafascynowany był osobą Sehanine. Strażniczka wymiarów zwodziła go i kusiła wiedzą oraz umiejętnościami. Niemal codziennie rozmawiali ze sobą, wymieniając się spostrzeżeniami i poglądami. Pewnego dnia zdecydował się zaprosić ją do swojego świata. Na drugi dzień po jej wizycie, nagle i bez żadnej widocznej przyczyny zmarła jego ukochana. Wówczas dowiedział się od swego mentora, że zapraszanie pewnych potężnych istot do swojego świata lub przyjmowanie od nich czegokolwiek, przeważnie obarczone jest bardzo wysoką ceną. Przełożony wytłumaczył mu też, że tę cenę przyjmujący musi zapłacić od razu, chociaż czasami zdarza się i tak, że istota taka upomina się o swoją zapłatę w innym, późniejszym terminie. Poinformował go również, że w większości przypadków zapłatą okazuje się utrata kogoś bliskiego i niestety, ale często jest to właśnie śmierć.
          - Wciąż się na mnie gniewasz za sprawę z Lanteą, Itzalu? - zapytała lekko zdziwiona, starając się jednak brzmieć przy tym serdecznie i przyjaźnie. - Myślałam, że jesteś ponad to... Przecież minęło już ponad sto pięćdziesiąt lat od...
          - Daruj sobie - przerwał jej, tym razem brzmiąc niemal wrogo. - Nie mam ochoty na tandetne pogaduszki z tobą, a tym bardziej na wspominki. Mów, po co się zjawiłaś?
          - Oj Itzalu - odezwała się kokieteryjnie kobieta. - Musisz jednak przyznać, że wiedza, którą dysponuję i którą mogę udostępnić oraz umiejętności, którymi mogę obdarować, są cenne i bardzo przydatne...
          - Szkoda tylko, że nie raczyłaś poinformować, jaką cenę trzeba zapłacić za twoje dobra, albo twoje odwiedziny. Przez ciebie o mały włos, a nie mógłbym przystąpić do rytuału "Adiunge Rea" - powiedział z wyrzutem i rozgoryczeniem.
          - No już, nie dąsaj się Itzalu - Sehanine nie dawała za wygraną. - Dzięki mnie jesteś teraz jednym z najlepszych zaklinaczy, może i najlepszym. Mógłbyś jednak stać się jeszcze lepszy. Pomyśl, ile mogłabym ci ofiarować...
          - Kosztem życia innych! Nie dziękuję - przerwał jej oburzony, podnosząc przy tym głos. - Zamknąłem już rozdział znajomości z tobą...
          - Eh, bardzo się zmieniłeś... - westchnęła w końcu zrezygnowana strażniczka. - Dzisiaj jednak przybywam do ciebie, ponieważ poproszono mnie, abym z tobą porozmawiała o tej dziewczynie, którą ostatnio się zajmujesz.
          - O Shairisse? - zapytał zdziwiony. - Skoro się nią interesujesz, to zaczynam się obawiać...
          - Mnie ona nie interesuje Itzalu - odparła kobieta niespiesznie. - Obserwowałam ją na Ziemi i miałam sprawić, aby bez uszczerbku przedostała się do waszego świata...
           - To ty maczałaś palce w jej przybyciu do Eldaryi? - zaklinacz zdziwił się jeszcze bardziej.
           - Tak, chociaż prawdziwe powody, dla których poproszono mnie o jej sprowadzenie, poznałam dopiero niedawno - odparła całkiem bez emocji. - Fafnir i Wyrocznia jakoś sami nie raczyli wyjaśnić, czemu się nią interesują.
          - Fafnir i Wyrocznia? - powtórzył niepewnie zaklinacz. - Wyrocznia w ostatnim czasie bardzo rzadko wykazuje się aktywnością...
          - Jest bardzo osłabiona od czasu feralnego zatrucia - wyjaśniła strażniczka. - Na jej nieszczęście uzdrowienie Kryształu nastąpiło zbyt późno i dlatego nie przywróciło jej wtedy tego, co utraciła, czyli energii i sił życiowych.
          - Rozumiem - odparł zaskoczony i zasmucony jednocześnie. - Zatem domyślam się, że to Fafnir jest tym, który ostatnio tak intensywnie obserwuje dziewczynę?
          - Czyli wyczułeś go, ale nie rozpoznałeś? - zdziwiła się Sehanine.
          - Może dlatego, że nigdy go nie poznałem - odpowiedział spokojnie. - Shairisse również wyczuwa jego obecność. Nie pojmuję, czemu on nigdy się nie ujawnia? I czemu prawie nikt o nim nie wie? Ja o jego istnieniu też dowiedziałem się, znajdując zaledwie wzmianki w dwóch bardzo starych księgach...
          - Fafnir to pradawny władca smoków, który jest niezwykle skryty i bardzo nie lubi rozgłosu - poinformowała strażniczka. - Teraz jednak dziewczyna weszła na ścieżkę swojego przeznaczenia, więc zaczął ją baczniej obserwować...
          - Dopiero teraz weszła na tę ścieżkę? - ponownie zdziwił się zaklinacz. - Myślałem, że to nastąpiło w chwili, gdy trafiła do Eldaryi...
          - Przybycie do Eldaryi, stworzyło jedynie możliwość na spełnienie się jej przeznaczenia - wyjaśniła kobieta. - Nie dawało jednak gwarancji na to, że na pewno się ono wypełni.
          - Zatem, co takiego się wydarzyło, że jej przeznaczenie zaczęło się wypełniać? - zapytał zaciekawiony.
          - Jakiś czas temu zawarty został sojusz, który stanowił realne zagrożenie dla istnienia waszego świata - zaczęła tłumaczyć rozmówczyni. Eteryczność i melodyjność brzmienia jej głosu niesamowicie kontrastowała z tonem jej wypowiedzi, która nie wyrażała żadnych emocji. - Dopóki ten sojusz trwał, szanse na ratunek dla Eldaryi były znikome. Teraz jednak sojusz się rozpadł, a powodem tego rozpadu jest nikt inny, tylko właśnie Shairisse. Dlatego Fafnir na poważnie zainteresował się dziewczyną. Stwierdził też, że wpływ, jaki masz na nią i na jej stan emocjonalny może okazać się bardzo przydatny. Dlatego chciałby, abyś przez jakiś czas zaopiekował się Shairisse. Sporo jeszcze wyzwań na nią czeka i może się okazać, że bardzo przyda jej się wsparcie kogoś z twoimi umiejętnościami i twoją wiedzą.
          - Jak niby mam opiekować się nią, skoro nie znam jej przeznaczenia? - zauważył zaklinacz. - I dlaczego Fafnir sam mi tego nie powiedział?
          - Na razie zajęty jest... innymi sprawami - odparła wymijająco. - Poza tym, ujawnianie się poza jego wyspą, kosztuje go zbyt dużo energii...
          - Powiedzmy, że mówisz prawdę - stwierdził, nie do końca jednak wierząc w prawdomówność kobiety. - Skąd mam wiedzieć, w jaki sposób dbać o dziewczynę?
          - Nie chodzi o jakiś szczególny sposób, tylko o to, abyś ją wspierał i ewentualnie służył radą i pomocą - odparła Sehanine. - Jeśli chodzi o jej przeznaczenie, to mogę podzielić się z tobą pewną wiedzą - dodała zalotnie. Zaklinacz dobrze wiedział, że ten ton u rozmówczyni nie wróży nic dobrego, przez co jej propozycja wydała mu się mocno podejrzana.
          - Chyba nie jestem zainteresowany - odparł ozięble. - Cena za twoje informacje też jest zawsze zbyt wygórowana.
          - Widzę, że naprawdę się zmieniłeś i dojrzałeś Itzalu - stwierdziła kobieta z lekkim podziwem w głosie. - Muszę ci się przyznać, że brakuje mi naszych rozmów...
          - Mi wręcz odwrotnie - mruknął oschle, wyraźnie nie chcąc dalej rozwijać tego tematu.
          - Eh, szkoda - westchnęła przeciągle. - Jednak ze względu na naszą starą znajomość, te informacje dam ci całkiem nieodpłatnie. Do usłyszenia mój drogi Itzalu...
          Strażniczka pożegnała się czułym głosem i zaraz po jej słowach, na jednej ze ścian pokoju zaczęły pojawiać się dziwnie lśniące napisy. Zaklinacz już po chwili mógł swobodnie je odczytać:
     "Oto nadeszła chwila odpowiednia i zaczęła się spełniać ta przepowiednia.
      Niechaj klaśnie w dłonie raz, dwa, trzy i niechaj porzuci wszelkie złudne sny.
      Niechaj użyje słowa magicznego, aby wejść do tego świata ukrytego.
      A gdy ona wypowie to zaklęcie, wówczas odwrotu już nie będzie.
      Zrobi w otchłań pierwszy krok, by się zapaść w ciemny mrok.
      Zanim ją zdoła ogarnąć moc złego, pozna blask i siłę światła swego.
      Hańba i wstyd odejdą w zapomnienie, gdy rasie przeklętej da ona odkupienie.
      Takie bowiem jest jej przeznaczenie, żeby wrócić tam, gdzie ma korzenie.
      To właśnie ją pradawna moc wysłucha, Strażniczkę Kryształowego Ducha.
      I to ona serce daemona tak wzruszy, że aż jej odda cząstkę swej duszy.
      Z nienawiści wielkiej może go uleczyć i zemsty pragnienie w sercu zniweczyć.
      Tylko wówczas świat nie zazna końca, gdy pojawi się na nim Dziecię Słońca.
      Ono z wielkiej miłości będzie narodzone, mocą światła przez życie prowadzone.
      Jego niewinność będzie zbawieniem, pradawnej przepowiedni spełnieniem."
          Chwilę później zaklinacz przestał wyczuwać obecność strażniczki wymiarów. Siedział teraz w fotelu i wpatrywał się w napis, który iskrzył się delikatnym blaskiem w mroku. Czytał go wielokrotnie, aż w końcu doszedł do wniosku, że najlepiej będzie go dodatkowo zapisać w notesie, aby zawsze móc do niego wrócić. W tamtej chwili bowiem nie bardzo rozumiał, czym tak dokładnie są te słowa, które pojawiły się na jego ścianie. O jakiej pradawnej przepowiedni jest mowa? Kim jest Strażniczka Kryształowego Ducha? I kim jest Dziecię Słońca? Przytłoczony całą masą domysłów i pytań bez odpowiedzi, postanowił oddać się medytacji, aby wyklarować myśli i oczyścić umysł oraz poszukać jakichś wskazówek w pamięci. Ta noc zapowiadała się na długą i pełną poszukiwań. Na szczęście dla niego, wchodzenie w stan medytacji, działało bardzo relaksująco na jego organizm i sprawiało, że w błyskawicznym tempie potrafił odzyskać utracone zasoby energii.
          ***
          Shairisse przez większą część nocy nie mogła zasnąć. W jej głowie kotłowało się od przeróżnych pytań i domysłów, które za nic nie chciały ułożyć się w jakąś spójną całość. Przewracała się więc z boku na bok i kręciła, jakby szukając w łóżku tego punktu wszechświata, w którym mogłaby odnaleźć utracony spokój. Niestety, tej nocy nie było jej to pisane. Gdy tylko udawało jej się przysnąć, to w sennych wizjach powracały do niej obrazy dziwnej wizyty na Memorii, przeplatane odblokowanymi wspomnieniami jej rozmowy z Leiftanem. Sny te na przemian wzbudzały w niej niepokój i uczucie zagubienia.
          Tuż przed świtem obudziła się, mając to dziwne wrażenie spadania w przepaść, które zawsze kończy się nagłym skurczem wszystkich mięśni. Półprzytomnie rozejrzała się dookoła, aby upewnić się, że na pewno jest w swoim pokoju, a nie na dnie jakiejś przepaści. Stwierdziła z ulgą, że jest u siebie i ponownie zamknęła oczy. Dłuższą chwilę leżała nieruchomo i starała się przypomnieć, co dokładnie jej się śniło, zanim obudziło ją uczucie spadania. Niemal od razu powróciły do niej wspomnienia, które poprzedniego dnia Itzalowi udało się odnaleźć w jej umyśle. Uświadomiła sobie, że do tej pory jeszcze nie zagłębiła się w nie na poważnie, gdyż jej myśli krążyły wokół spraw związanych z dziwną wizją o Memorii.
          Nadal nie otwierając oczu, zaczęła przypominać sobie tę rozmowę z Leiftanem w Kryształowej Sali - minuta po minucie i słowo po słowie. Im więcej chwil, obrazów i słów z tamtego spotkania poukładała sobie w całość, tym większe miała wrażenie, że to wyznanie lorialeta miało jakieś drugie dno. Nie było to tylko zwyczajne przyznanie się do skrywanych względem niej uczuć. Gdzieś głęboko w sobie miała nieodparte przeczucie, że chłopak chciał jej się wtedy z czegoś zwierzyć, czegoś bardzo ważnego i zarazem bardzo osobistego. Jego ostatnie słowa: "[...] porzuciłbym wszystko, wyrzekłbym się wszystkiego i dla ciebie stałbym się... " z każdą chwilą intrygowały ją coraz bardziej. Był przecież uosobieniem spokoju, łagodności i troski, można by się pokusić na stwierdzenie, że jest ideałem. Zatem kim chciał się dla niej stać? Dlaczego mówił o porzucaniu i wyrzekaniu się wszystkiego dla niej? Czyżby myślał o odejściu z Lśniącej Straży? A może chciał opuścić Kwaterę i Straż Eel?
          - Że też nie miałaś kiedy wleźć Miiko - powiedziała na głos, czując chwilową złość na kitsune za to, że przez nią Leiftan nie dokończył zdania. Zdawała sobie sprawę, że sama nie znajdzie odpowiedzi na te wszystkie pytania, więc chwilowo przestała się nimi zadręczać i postanowiła, że zapyta o to ukochanego przy najbliższej okazji.
          Kiedy pierwsze promienie słońca zaczęły nieśmiało wpadać do jej pokoju, z pewnym rozgoryczeniem stwierdziła, że czuje się bardziej zmęczona niż wieczorem. Przewróciła się na bok i przyjęła pozycję embrionalną, wtulając się w kołdrę. Przez jakiś czas leżała i starała się o niczym nie myśleć, licząc po cichu na to, że uda jej się, chociaż na trochę jeszcze zasnąć. Jednak zamiast snu, pojawiało się całe mnóstwo nowych pytań i myśli, które nie chciały dać jej spokoju i powracały za każdym razem, gdy próbowała się ich pozbyć z głowy. W dodatku poczuła, jak nasila się jej tęsknota za Leiftanem. Odczuwała nieodpartą chęć przytulenia się do niego, a brak jego bliskości sprawiał jej niemal fizyczny ból. Czując narastającą frustrację, postanowiła sprawdzić teorię, wedle której poranne ćwiczenia na świeżym powietrzu, poprawiały samopoczucie na całą resztę dnia. Szybko ubrała się i wyszła z pokoju z zamiarem pobiegania.
          Na korytarzu wpadła na zaklinacza, który wracał właśnie z łaźni i tak od słowa do słowa, a postanowili pobiegać wspólnie. Gdy mężczyzna poszedł się przebrać, Shairisse w międzyczasie poszła na stołówkę po wodę. Kilka chwil później spotkali się przy wejściu głównym do Kwatery i oboje powolnym truchtem ruszyli w stronę bramy. Za bramą Itzal zaproponował jogging po lesie, ale widząc trochę niespokojne spojrzenie dziewczyny, zrozumiał, że nie jest jeszcze gotowa na wycieczkę do lasu. Ostatecznie postanowili więc pobiec na plażę i pobiegać wzdłuż brzegu morza, aby później w ramach odpoczynku usiąść i potrenować metody relaksacyjne, których zaklinacz obiecał ją nauczyć.
          Czas spędzony w towarzystwie Itzala, w połączeniu z joggingiem i późniejszą nauką odpowiedniego relaksowania się, sprawiły, że poczuła się spokojniejsza i na trochę zapomniała o swoich troskach, jak również tęsknocie za Leiftanem. W obecności zaklinacza czuła się bardzo lekko i swobodnie, jakby nikt i nic dookoła nie miało znaczenia. W pewnym momencie, gdy oboje śmiali się z żartu opowiedzianego przez mężczyznę, pierwszy raz od bardzo dawna ogarnęło ją uczucie błogiego spokoju. Miała wrażenie, że żadne jej problemy i zmartwienia nie są na tyle poważne, żeby nie dała sobie z nimi rady. Kiedy powiedziała o tym Itzalowi, ten z ciepłym uśmiechem na twarzy wyjaśnił, że właśnie odczuwa skutki odpowiednio przeprowadzonej sesji relaksacyjnej. Przez jakiś czas jeszcze siedzieli na plaży i rozmawiali o tym, co sprawia im najwięcej radości w codziennym życiu. W czasie rozmowy uświadomili sobie, że radość sprawiają im mniej więcej te same rzeczy - spacery na świeżym powietrzu i ogólnie przebywanie na łonie natury, wieczorne koncerty świerszczy i cykad, widok bezchmurnego nieba w dzień i rozgwieżdżonego w nocy, chłodny prysznic na pobudkę i malinowy sorbet Karuto na deser. Okazało się też, że deszczowa pogoda i dźwięk uderzających o okno kropli deszczu, nastraja ich nostalgicznie i wprawia w stan zadumy.
          Koło południa postanowili wrócić do Kwatery, aby udać się na spóźniony posiłek. Na stołówce okazało się, że również Valkyon dopiero pojawił się na śniadaniu. Wszyscy w trójkę usiedli przy jednym stoliku i prowadząc luźne rozmowy, konsumowali swoje porcje dziwnie wyglądającej, aczkolwiek bardzo smacznej potrawki. Wojownik sprawiał wrażenie, jakby czuł się znacznie lepiej, niż poprzedniego dnia. Shairisse oczywiście nie omieszkała zapytać o samopoczucie swojego szefa, jak również nadmienić, że jego wczorajsze dolegliwości bólowe nie umknęły jej uwadze. Valkyon z lekkim zakłopotaniem i nieśmiałym uśmiechem wyjaśnił, że w Balenvii miał dość bolesne starcie z pewnym przestraszonym i nie do końca jeszcze okiełznanym chowańcem, który miał pełnić funkcję wierzchowca. Wytłumaczył również, że lepsze samopoczucie zawdzięcza maściom od Ewelein i zastosowaniu metod na ujarzmianie odczuwania bólu, które pokazał mu dzień wcześniej zaklinacz. Nie mógł jej teraz powiedzieć prawdy, gdyż odgórne ustalenia od Miiko były jasne - starcie z zamaskowanym w Balenvii na razie pozostaje utajnione przed resztą mieszkańców Kwatery. Poza tym było mu trochę wstyd, że nie udało mu się wygrać walki z kimś, kto o mały włos w ostatnich dniach nie pozbawił jego ukochanej życia.
          Po zjedzonym posiłku obaj panowie zaczęli między sobą ustalać szczegóły wspólnego spotkania, w celu nauki treningu autogennego. Widząc zainteresowane spojrzenie Shai, zaklinacz zaproponował, aby dołączyła do nich i wspólnie z Valkyonem podjęła naukę. Zapytał wojownika, czy nie ma nic przeciwko temu. Mężczyzna nie wyraził sprzeciwu, więc ustalili, że spotkają się koło piętnastej pod wiśnią. Następnie wyszli ze stołówki i rozeszli się - każde w swoją stronę. Valkyon poszedł do Kuźni, sprawdzić, jak radzą sobie z ostrzeniem broni i polerowaniem pancerzy wyznaczeni do tego strażnicy. Zaklinacz powędrował do biblioteki, żeby poszukać pewnego, jak to się wyraził "opasłego tomiszcza" o dawnych legendach i mitach. Shairisse za to z nieukrywaną radością, prawie w podskokach udała się do pokoju, z zamiarem przebrania się i pójścia pod prysznic.
          Na umówione spotkanie przyszła chwilę przed czasem. Obaj panowie już byli obecni i rozmawiali o różnicach w sposobie walki i obrony, wynikających z powodu używania różnych rodzajów broni. Gdy do nich podeszła, przerwali dyskusję i przyglądali jej się z uśmiechami na twarzy. Na pytanie, czy coś jest nie tak, odpowiedzieli, że wszystko w porządku i mogą zaczynać. Zaklinacz nakazał im usiąść naprzeciw siebie, po turecku i zamknąć oczy. Następnie tłumaczył po kolei, krok po kroku zasady treningu autogennego. Wyjaśnił, jak ważne jest oczyszczenie umysłu z wszelkich myśli i skoncentrowaniu się na własnym organizmie i na umiejętnym sterowaniu nim. Sam trening, polegający na początku na tym, aby skupić się na odczuwaniu ciężaru, trwał zaledwie pięć minut, jako że dłużej dla początkujących nie jest wskazane. Dalsze elementy tego treningu mieli rozwijać z czasem.
          Resztę popołudnia siedzieli i rozmawiali o przeróżnych metodach relaksacyjnych, jak również o pozytywnych i negatywnych aspektach medytacji. Wracając na obiadokolację, Valkyon zaproponował Shairisse, aby wznowili treningi z samoobrony i poprawy kondycji. Dziewczyna zgodziła się, stawiając jednak warunek, że jej szef musi najpierw dojść do siebie, gdyż ona nie chce go mieć na sumieniu. Po krótkiej dyskusji i słownych utarczkach, oboje doszli do porozumienia, że wznowią treningi za kilka dni. Itzal milczał prawie całą drogę, tylko przyglądając się i przysłuchując obojgu. Obserwacja ich wzajemnych relacji sprawiała mu pewną satysfakcję i przyjemność, dlatego szedł, uśmiechając się pod nosem.
          Kolejne dwa dni minęły bardzo podobnie do poprzedniego. Rano jogging w towarzystwie zaklinacza, później posiłek i ćwiczenia z treningu autogennego i metod relaksacyjnych, w których zaczął uczestniczyć również Valkyon. Jak się okazało, treningi bardzo pozytywnie wpływały na samopoczucie nie tylko Shairisse, ale także na jej szefa. Mężczyzna wydawał się mieć więcej energii i radości w sobie. Bardzo to cieszyło dziewczynę, ponieważ widok uśmiechniętego i zrelaksowanego przyjaciela, sprawiał jej więcej radości, niż widok zbolałego wojownika, jaki przedstawiał sobą jeszcze trzy dni temu. Nic jednak nie sprawiło dziewczynie takiej radości, jak wieść o zbliżającym się powrocie ukochanego z misji. Wieczorami, kładąc się samotnie do łóżka, tęskniła za Leiftanem, a tęsknota ta przeszywała jej ciało z taką siłą, że prawie odczuwała ją fizycznie.
          Tego dnia po kolacji, zaklinacz ponownie wybrał się do biblioteki w poszukiwaniu jakiejś tajemniczej księgi. Shai do pokoju wracała więc w towarzystwie Valkyona i po drodze oboje rozmawiali o różnych przyzwyczajeniach swoich chowańców. W Korytarzu Straży dołączyły do nich Karenn i Alajea, szczebiocząc jedna przez drugą, że stęskniły się za towarzystwem przyjaciółki i muszą porwać ją na babskie rozmowy. Valkyon rozbawiony zachowaniem dziewczyn pożegnał się ciepło i uśmiechając się sam do siebie, oddalił się w kierunku swojego pokoju.
          - Co wy znowu kombinujecie? - zapytała cicho i ze śmiechem Shairisse. Dziewczyny złapały ją z dwóch stron pod ręce i dziarskim krokiem ruszyły w stronę jej pokoju.
         - My nic nie kombinujemy - odparła Karenn z tajemniczym uśmiechem. - Ale przyznać muszę, że zżera nas ciekawość - dodała przyciszonym tonem. - Otwieraj ten swój przybytek.
Kiedy tylko otworzyła drzwi do swojego pokoju, dziewczyny niemal z szybkością huraganu wtargnęły do środka, wciągając ją za sobą. Gdy drzwi się zamknęły, obie przyjaciółki rozsiadły się na łóżku i wpatrywały w nią, z wyczekującym wyrazem twarzy. Rozbawiona ich zachowaniem usiadła na krześle i patrząc na nie, zaczęła się śmiać.
          - Ty się nie śmiej Shai, tylko opowiadaj - odezwała się Alajea, starając się przybrać karcący ton głosu.
          - Ale o czym mam opowiadać? - zapytała, uspokajając się trochę. - I gdzie macie Colaię?
          - Colaia poszła na spacer z Jamonem - odparła syrena. - Mieli potrenować, a później oglądać gwiazdy albo...
          - No, jak to o czym?! - fuknęła w międzyczasie Karenn, przerywając jej i brzmiąc przy tym, jakby była oburzona nieświadomością drugiej przyjaciółki. - Słyszałyśmy, że znowu ci się Wyrocznia pokazała i podobno powiedziała ci, że masz odnaleźć smoki.
         - Ach to... - uśmiechnęła się Shairisse, po czym zaczęła opowiadać dziewczynom o swojej dziwnej wizji i o tym, co wstępnie ustalono w przychodni. Przyjaciółki słuchały jej z zaintrygowaniem. Karenn w pewnym momencie oznajmiła, że w Lśniącej Straży padła już sugestia, o ponownej wyprawie na Memorię. Zapytana, skąd ma takie wiadomości, uśmiechnęła się tylko wymownie i stwierdziła, że jeśli chce, to potrafi zdobyć wiele cennych informacji. Oczywiście stwierdzeniem tym wywołała salwę śmiechu, ponieważ dziewczyny znały jej wścibstwo. Wiedziały więc, że albo podsłuchiwała, albo znowu wyciągnęła informacje od brata, robiąc te swoje słodkie minki.
          - Dobra, koniec żartów - spoważniała nagle wampirzyca. - Teraz już na poważnie piękna. Czy u ciebie coś się może pozmieniało?
          - Co masz na myśli? - zapytała zaskoczona.
          - Bo wiesz, ja to się na przykład trochę zaczęłam gubić - tu Karenn spojrzała na Allie, jakby szukając u niej wsparcia. Syrena pokiwała potakująco głową. - Mówiłaś, że jesteś z blondaskiem, a jak tylko go nie ma w Kwaterze, to ciągle cię widzę z tym zaklinaczem, albo z Valkyonem... Więc...?
          - Wariatki! - wybuchnęła śmiechem, ale już po chwili spoważniała. - Nadal jestem z Leiftanem - odparła, obdarzając je karcącym spojrzeniem. - Z Valkyonem często mnie widać, bo Itzal uczy nas treningu autogennego i metod relaksacyjnych... Poza tym wracamy do treningów samoobrony i wzmacniających...
          - I tak nic między wami nie ten tego? - przerwała jej Karenn, marszcząc przy tym podejrzliwie brwi.
          - Ten tego, co? - zapytała zdziwiona. Po chwili jednak przypomniała sobie ostatnią rozmowę z przyjaciółką na temat Valkyona. - Ty dalej swoje, że on coś do mnie czuje?
          - Ja to wiem - burknęła niezadowolona nastolatka. - Allie też tak uważa. Powiedz jej - tu skierowała spojrzenie na syrenkę i delikatnie szturchnęła ją łokciem.
           - Coś chyba jest na rzeczy, Shai - zaczęła niepewnie Alajea. - Valkyon tylko przy tobie jest wciąż uśmiechnięty i taki wygadany, a do tego nazywa cię pieszczotliwie "maleńka" i...
          - Bo jestem dużo mniejsza od niego - przerwała jej Shairisse. - Nie tylko wzrostem, ale i gabarytowo... Przy nim po prostu wyglądam jak maleńka istotka. A wygadany jest, bo się przyjaźnimy i mamy... trochę wspólnych przeżyć na koncie... - dodała, przypominając sobie wszystkie ważniejsze momenty z wojownikiem. Począwszy od zderzenia się z nim pierwszego dnia, gdy próbowała uciec; potem remont pokoju i wspólna misja w poszukiwaniu Eliota; misja z Yvoni, gdy osłonił ją własnym ciałem, przed atakiem wściekłej nimfy; nieszczęsny pocałunek, którym zmusił ją do wypicia eliksiru mnemosyne; opętanie przez duchy Tihn'a i Yeu, które również zakończyło się ich pocałunkiem; mnóstwo przegadanych godzin w Świątyni, gdy zwierzała mu się ze swoich zmartwień i lęków oraz kryła się w jego ramionach, po koszmarach związanych z daemonem i zatruciem Kryształu, aż do wspólnych treningów, dzięki którym miała nauczyć się bronić i nie dopuścić do powtórzenia się takiej sytuacji, jak z Naytili.
          - Ale sposób, w jaki on na ciebie patrzy... - wtrąciła Karenn. - Tak nie patrzy się na przyjaciółkę. On cię po prostu pożera wzrokiem, a jak nie patrzysz, to przygląda ci się rozmarzonymi oczyma i z wyrazem twarzy flubata.
          - Flubata? - zdziwiła się.
          - Taki słodki chowaniec o rozmarzonym pyszczku - wytłumaczyła Alajea, robiąc przy tym słodką minkę.
          - Wy się chyba za dużo romansideł naczytałyście - wypaliła rozbawionym tonem Shai.
          - Dobra, jeszcze sama się przekonasz. Z Leiftanem też mi kiedyś nie wierzyłaś... - odparła na odczepne Karenn, udając przy tym, że się obraża.
          - Z Leiftanem ci nie wierzyłam? - spytała zaskoczona. - Niby ty mi kiedyś coś mówiłaś o nim?
          - Niby ci mówiłam... kiedyś na stołówce... - wyjaśniła nastolatka. - Byłam z Chromem i przyszłaś ty z Leiftanem. Po naszym wcześniejszym pikniku byłam spłukana i Chrome odstąpił mi ciastko i kwintesencję. Leiftan zaproponował ci coś do picia, a ty się mnie zapytałaś, co to jest ta kwinta. Wówczas ci powiedziałam, że blondasek leci na ciebie, bo widziałam, jak mu się oczy świeciły, gdy na ciebie patrzył... Ale oczywiście też mi wtedy wmawiałaś, że się nie znam i coś mi się ubzdurało...
          - Oj tam, oj tam - machnęła ręką Shai, uśmiechając się przy tym zakłopotana. Rzeczywiście nie wierzyła wtedy przyjaciółce, a okazało się, że miała rację. Teraz była jednak przekonana, że to ona ma rację.
          - Jeszcze wspomnisz moje słowa - rzuciła Karenn, krzyżując ręce na piersi. Następnie odwróciła się lekko tyłem do koleżanek i przez chwilę udawała, że się dąsa.
          - Opowiedz lepiej, jaki jest ten twój "pan rozważny" - odezwała się tym razem Alajea, chcąc zmienić temat.
          - "Pan rozważny"? - zapytała zaskoczona.
          - No bo wiesz - zaczęła tłumaczyć syrena. - Leiftan zawsze jest taki spokojny, łagodny i zrównoważony. Zanim coś powie lub zanim wykona jakiś gest, to dziesięć razy się zastanowi i przemyśli, jakie to będzie miało konsekwencje. Chyba nigdy nie widziałam go, aby zachowywał się spontanicznie... Czasami się zastanawiam, jaki on jest tak "prywatnie"?
          - "Prywatnie"? - powtórzyła znowu zdziwiona, czując jednocześnie, że zaczyna się powoli rumienić.
          - No sam na sam z tobą - burknęła Karenn, nie wytrzymując. - Też jest taki ułożony i ugrzeczniony, czy potrafi zaszaleć? No wiesz, daje się ponieść emocjom, potrafi się zapomnieć i... no wiesz? - dopytywała z nastoletnim entuzjazmem, zapominając o tym, że miała się niby fochać.
          - A co wy się takie wścibskie zrobiłyście? - zaśmiała się, do granic rozbawiona ich ciekawością. - To nie wasza sprawa, jak on się zachowuje, gdy jest ze mną sam na sam - odparła, wciąż się śmiejąc i rumieniąc coraz bardziej na twarzy. Miała szczerą nadzieję, że w mroku przyjaciółki tego nie dostrzegą.
          - Ha! Rumienisz się, czyli potrafi zaszaleć! - zaśmiała się wampirzyca, przy okazji pozbawiając ją złudzeń, że ukryje zawstydzenie. - Opowiadaj, jaki on jest sam na sam? - dopytywała ściszonym głosem i usadawiając się wygodniej na łóżku. - Jest czuły, delikatny, czy raczej porywczy i gwałtowny? A może jest mieszanką tego i tego?
          - Karenn! - zawołała, podnosząc głos, ale starając się jednak nie krzyknąć. Następnie śmiejąc się, rzuciła w przyjaciółkę jaśkiem, który leżał na krześle obok. - Muszę powiedzieć Nevrze, że powinien cię utemperować...
          - Phi, jakby on o tym nie wiedział - prychnęła rozbawiona Karenn. - Nawet nie wiesz, od jak dawna braciszek się stara, ale ja jestem nieokiełznana i mnie się nie da utemperować.
          - Tak sobie to tłumacz - powiedziały jej równocześnie dziewczyny. W tym samym momencie rozległo się ciche pukanie do drzwi. Wszystkie od razu ucichły, a Shairisse wstała, aby sprawdzić, kto o tej porze zapragnął ją odwiedzić.
          Gdy otworzyła drzwi, zobaczyła stojącego w korytarzu Leiftana, który trzymał w dłoniach śliczny, czerwony kwiat, przypominający hibiskusa i uśmiechał się do niej czule. Jej serce od razu zaczęło bić w przyspieszonym tempie, a na twarzy pojawił się uśmiech szczęścia.
          - Leiftan! - wykrzyknęła radośnie i jakby zapominając o całym bożym świecie, rzuciła mu się na szyję i namiętnie pocałowała. Trochę zaskoczony jej reakcją, nie zastanawiał się jednak długo i obejmując ją jedną ręką w talii, a drugą łapiąc za tyłek, wszedł z nią do pokoju, a następnie nogą zamknął drzwi.
          - Tak bardzo za tobą tęskniłem... - wyszeptał między pocałunkami chłopak. Po chwili jednak uświadomił sobie, że nie są sami w pokoju i jak poparzony zabrał rękę z jej pupy, jednocześnie odsuwając się od niej lekko zawstydzony. Karenn i Alajea spojrzały po sobie i wstały z łóżka.
          - To my nie będziemy wam przeszkadzać - powiedziały równocześnie i skierowały się w stronę drzwi, uśmiechając się przy tym wymownie. - Do zobaczenia Shai. Pa Leiftanie.
          - Na razie dziewczyny - wymamrotał zakłopotany lorialet, unikając patrzenia bezpośrednio w ich stronę. Trochę zbity z pantałyku bawił się kwiatem, z którym przyszedł w odwiedziny.
          - Pa wariatki - zaśmiała się po cichu Shai, odprowadzając je do wyjścia.
          - Jednak jest porywczy, ale przy tym taki uroczy - szeptała konspiracyjnym tonem wampirzyca, pochylając się nad uchem przyjaciółki. - Ty widzę, też jesteś narwana. Udanej nocy ślicznotko - zaśmiała się na koniec, gdy dziewczyna zamykała drzwi. Jeszcze jakiś czas słyszała oddalające się i chichoczące przyjaciółki. Przez chwilę chciała ochłonąć z głupkowatego rozbawienia, jakie w niej wywołały, więc oparła się plecami o drzwi i uśmiechając się pod nosem, spojrzała na Leiftana. Lorialet spoglądał na nią z lekką konsternacją.
          - Misja w Anat'arau przebiegła bez przeszkód? - zapytała, starając się rozluźnić atmosferę. - Nie było żadnych komplikacji?
          - Tak, wszystko przebiegło bez zarzutu - odparł, marszcząc delikatnie brwi.
          - No to super - powiedziała z nieśmiałym uśmiechem, widząc, że jej próba odwrócenia uwagi, raczej nie działa.
          - Nie kombinuj słoneczko - chłopak uśmiechnął się łobuzersko. - Czemu mnie od razu nie uprzedziłaś, że masz towarzystwo? - zapytał, unosząc brew i patrząc na nią podejrzliwie. Następnie odłożył kwiat na stolik i podszedł do niej bliżej.
          - Tak się ucieszyłam na twój widok, że całkiem o nich zapomniałam - odparła niewinnie i spuściła wzrok, udając skruszoną. Wiedziała, że dziewczyny wciąż dopytywałyby o jej relacje z Leiftanem, a nie była dzisiaj w nastroju na takie rozmowy. Zatem z jednej strony liczyła, że jeśli przywita się entuzjastycznie z ukochanym, to Karenn i Alajea szybko zechcą opuścić pokój. Z drugiej zaś strony obawiała się, że jeśli powie chłopakowi, że ma towarzystwo, to on nie chcąc przeszkadzać, postanowi pójść do siebie, a tego też bardzo nie chciała. Na jej szczęście przyjaciółki zachowały się dokładnie tak, jak na to liczyła.
          - Mhm... - zamruczał Leiftan i delikatnie złapał ją za podbródek, zmuszając, aby spojrzała na niego. Pochylił się w jej stronę i przez moment z rozbawieniem spoglądał jej w oczy. - Kłamczucha - dodał po chwili z uśmiechem i delikatnie ją pocałował.
          - A przywitałbyś się ze mną inaczej, gdybyś wiedział, że dziewczyny są w pokoju? - zapytała teraz ona z psotnym uśmiechem i położyła obie dłonie na jego nagiej części torsu. Wciąż patrząc mu w oczy, zaczęła delikatnie opuszkami palców pieścić jego skórę.
          - W sumie... - zaczął odpowiadać bez pośpiechu, robiąc krok w jej stronę i zakładając jej kosmyk włosów za ucho. - Chyba tylko powstrzymałbym się od złapania ciebie za tyłek... - mówił nadal nieśpiesznie, obejmując ją w talii i łagodnie przyciągając jej biodra do siebie. Następnie powoli zjechał dłońmi w dół, aż zatrzymał się na jej pupie. Jego pieszczota, tembr głosu i bliskość, przez którą czuła na wargach ciepło jego oddechu, sprawiły, że nagle zrobiło jej się gorąco.
          - Powstrzymałbyś się? Na pewno? - zapytała kokieteryjnie, zbliżając swoje usta do niego jeszcze bardziej.
          - Jak tak teraz myślę, to zaczynam wątpić, czy dałbym radę... - odparł szeptem, a gdy mówił, jego wargi delikatnie muskały jej usta. Bliskość dziewczyny i ciepło, jakie od niej emanowało, sprawiły, że krew w jego żyłach zaczęła szybciej krążyć i coraz bardziej narastało w nim uczucie pożądania.
          - Żebyś ty wiedział, jak mi ciebie brakowało - szeptała zmysłowo, nie zmieniając dystansu między nimi nawet o centymetr. - Wieczorami czułam się strasznie samotna bez ciebie...
          - Tylko wieczorami łobuziaro? - zapytał cicho, udając rozczarowanie. Ton jego głosu nadal jednak był uwodzicielski.
          - Wieczorami byłam sama, w pustym łóżku... - wyszeptała znowu niewinnie, ale iskierki w jej oczach wyraźnie zdradzały, że jej myśli raczej do niewinnych nie należą.
          - Jestem już przy tobie kochanie - wyszeptał czule i pocałował ją delikatnie w kąciki ust. Czuł, że coraz trudniej mu zapanować nad narastającymi pragnieniami. - Od teraz nie będziesz sama - dodał po chwili bardzo cicho, lekko chrapliwym głosem. Niepewnie wsunął dłonie pod jej bluzkę i delikatnie zaczął pieścić jej skórę. Kiedy nie wyraziła żadnego sprzeciwu, objął ją jeszcze mocniej i zaczął całować z namiętnością.
          Na jego słowa i dotyk zareagowała cichym westchnieniem, a dłońmi powoli powędrowała, aż do jego karku, gdzie zaczęła zmysłowe pieszczoty. Wiedziała, że chłopak bardzo lubi ten rodzaj jej dotyku, gdyż reagował na niego szybszym oddechem i coraz zachłanniejszymi pocałunkami. Gdy wsuwała palce w jego włosy tuż nad karkiem, poczuła, jak Leiftan zadrżał na całym ciele. W tym samym momencie płaszcz zsunął się z jego ramion i wylądował na podłodze w akompaniamencie brzęku kluczy. Oboje na chwilę oderwali się od swoich ust, aby zerknąć na leżące na podłodze odzienie.
          - Zacząłeś się już rozbierać? - zapytała psotnie, przenosząc powoli wzrok z powrotem na twarz ukochanego.
          - Powiedziałbym, że to raczej ty mnie zaczęłaś rozbierać - odparł rozbawiony chłopak. - Ja to bym zaczął na pewno od zdejmowania twoich ubrań - dodał z rozbrajającym uśmiechem i przesunął dłonie na jej biodra, lekko przyciskając je do swoich.
          - Czyżby? - zaśmiała się figlarnie, spoglądając na niego zawadiacko.
          - Chcesz się przekonać? - zapytał, unosząc lekko brew.
          - Uważaj, bo to brzmi prawie jak propozycja - odparła kokieteryjnym szeptem, patrząc mu w oczy i delikatnie przesuwając dłonie na jego policzki.
          - A co, jeśli to jest propozycja? - zapytał zalotnie, ponownie wsuwając dłonie pod materiał jej bluzki i wraz z nim powoli przesuwając ręce ku górze jej ciała. Czuł, jak zadrżała i przyspieszył jej oddech, gdy był na wysokości jej biustu. Wtedy jednak zabrał dłonie spod jej bluzki i położył na jej dłoniach. Przez chwilę intensywnie wpatrywał się w jej liliowe oczy, starając się wyczytać w nich jej prawdziwe emocje i pragnienia. Zależnie od swojej obserwacji chciał poprowadzić dalszą rozmowę i zdecydować się na dalsze działania.
          - Wiesz, że teraz igrasz z ogniem? - zapytała, chcąc brzmieć jak najbardziej naturalnie i zmysłowo. Było to jednak o tyle trudne, że zachowanie, bliskość i spojrzenie Leiftana sprawiały, że nie potrafiła ani skupić swoich myśli, które od pewnego czasu podążały w niebezpiecznym kierunku, ani też zapanować nad ciałem i głosem.
          - Mam ten ogień ugasić, czy jeszcze bardziej podsycić? - wyszeptał tuż przy jej uchu. Jednocześnie chwycił jej nadgarstki i delikatnie oparł je o drzwi na wysokości jej głowy. Lekkie łaskotanie wydychanego w czasie szeptu powietrza, sprawiło, że przez jej ciało znów przebiegł przyjemny dreszcz.
          - Nie chcę dzisiaj niczego gasić - odparła cicho, lekko drżącym od pożądania głosem. Była spragniona jego bliskości i dotyku, całe jej ciało w tamtym momencie pragnęło należeć do niego. Wiedziała już, że dzisiaj na pewno ani nie będzie chciała, ani nie będzie umiała powiedzieć "nie".
           - Jesteś tego całkowicie pewna? - zapytał, delikatnie całując ją po szyi. Starał się w ten sposób ukryć swoje zarówno zaskoczenie, jak i sporą ulgę, że Shairisse nie zamierza dzisiaj go powstrzymywać. Ostatnie kilka chwil uświadomiło mu, że pożąda i pragnie jej bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej i wiedział, że ciężko byłoby mu teraz przerwać to, co się między nimi zaczęło.
          - Czy mi się wydaje, czy ty się wahasz? - szepnęła zadziornie wprost do jego ucha, czym wywołała przepływ niekontrolowanej fali gorąca w jego ciele. Domyślił się w tym momencie, że chyba nie tylko on zmaga się z rosnącymi namiętnościami.
          - Po prostu chciałbym mieć pewność, że mi się nie rozmyślisz - zamruczał, a w międzyczasie przesunął ich ręce nad jej głowę i złapał jej nadgarstki lewą dłonią. Prawą powoli zaczął zsuwać wzdłuż jej ręki, nie śpiesząc się i łagodnie muskając opuszkami palców jej skórę. Stał tak blisko niej, że wyraźnie wyczuwał na swoim ciele, jak porusza się jej klatka piersiowa w przyspieszonym oddechu i jak od czasu do czasu jej ciałem wstrząsają dreszcze. W połączeniu z jej cichym westchnieniem dawało mu to pewność, że jego pieszczota sprawia jej przyjemność. Przez cały czas oboje przypatrywali się sobie, starając się zapamiętać każdy szczegół twarzy i każdą swoją reakcję.
          - Nawet przez myśl mi nie przeszło, aby się wycofać... - szepnęła i wstrzymała na chwilę oddech, gdy poczuła ciepłą dłoni Leiftana na swojej piersi. Chłopak delikatnie ją ścisnął, jednocześnie z niesamowitą czułością całując ją w kąciki ust. Już po chwili oswobodził jej ręce i zaczął wolno rozpinać kolejne guziki w bluzce dziewczyny, całując ją zmysłowo, jakby delektował się jej smakiem. Gdy rozpiął ostatni guzik, powoli rozchylił bluzkę i spojrzał na jej piersi osłonięte koronkowym materiałem biustonosza. Ona w międzyczasie położyła ręce na jego ramionach i powoli zsuwała je w dół, aż dotarła do bioder. Wówczas przesunęła dłonie i chwyciła go za tyłek.
          - Muszę ci się do czegoś przyznać - szepnął łagodnie, spoglądając ponownie w jej oczy. Delikatnie zsunął bluzkę z jej ramion, aby odsłonić cały dekolt, a palcami móc swobodnie pieścić jej skórę.
          - Do czego? - zapytała drżącym od podniecenia i zaciekawienia głosem. Jej oddech lekko przyspieszył, gdy poczuła, jak Leiftan odpiął zapięcie jej stanika i od razu przeniósł tam swój wzrok. Przez ulotną chwilę w jej umyśle pojawiło się zaskoczenie, że chłopak zrobił to tak sprawnie i wiedział, że zapięcie jest z przodu. Jednak myśl ta pierzchła równie szybko, jak się pojawiła, gdy zobaczyła w jego oczach błysk zachwytu.
          - Nie chciałem i chyba nie potrafiłbym się dzisiaj wycofać - wyszeptał, w międzyczasie powoli zdejmując z niej górne części garderoby. Jego oddech przyspieszył na widok jej nagich piersi. Przez chwilę patrzył z niemym zachwytem, aż w końcu, ledwo panując nad głosem, powiedział: - Jesteś piękniejsza niż w moich snach...
          Shairisse nie zdążyła nawet zareagować, gdyż Leiftan przywarł do niej całym ciałem i zaczął namiętnie i zachłannie całować. Jego dłonie coraz śmielej wędrowały po jej skórze, sprawiając, że odczuwała nieznaną sobie do tej pory przyjemność. Po chwili ona również przestała panować nad oddechem i myślami. Kiedy objęła go rękoma za szyję, chłopak złapał ją za tyłek i podniósł do góry. Nie zastanawiając się za wiele, oplotła nogami jego biodra i poczuła, że ukochany skierował się z nią w stronę łóżka. Kładąc ją na pościeli, oderwał się na chwilę od jej ust i spojrzał na nią pełnym zachwytu i miłości spojrzeniem, jakby dając jej ostatnią szansę na wycofanie się. Ona jednak nie miała zamiaru się wycofywać, więc uniosła się trochę i zaczęła pozbawiać go górnej części odzienia. Leiftan zwinnie jej w tym pomógł, a następnie sięgnął do guzika jej spodni.
           - Obiecaj mi kochanie, że będziesz delikatny i wyrozumiały - wyszeptała, patrząc mu prosto w oczy, a przy tym lekko rumieniąc się na twarzy. Przez chwilę pochylał się nad nią trochę zdezorientowany, starając się zrozumieć, dlaczego poprosiła go o delikatność i wyrozumiałość. W pewnym momencie zrozumiał i na samą myśl o tym poczuł, jak ściska mu się ze wzruszenia serce.
          - Kocham cię Shairisse... - wyszeptał wzruszony. - Tak bardzo cię kocham...





Bonus:

Pragnę być chwilą ulotną, co myślami twymi włada
Pragnę być snem słodkim, co na powiekach twych osiada
Pragnę być słońca promieniem, co skórę twoją pieści
Pragnę być wiatru powiewem, co niesie dobre wieści
Pragnę być melodią radości, co gra koncert w twojej duszy
I pragnę być momentem szczęścia, co serce twoje wzruszy
Niczego więcej nie pragnę, może poza twym westchnieniem
Gdy w końcu się spotkamy i obdarzysz mnie spojrzeniem.

Offline

#35 01-12-2019 o 15h50

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 61

Witam wszystkich serdecznie /static/img/forum/smilies/smile.png
Skończyłam kolejny rozdział, więc wstawiam do przeczytania. Nie jest to pełna wersja tekstu, ponieważ pewna jego część dotyczyła treści 18+. Pełna wersja dostępna jest na wattpadzie.
Pozdrawiam zaglądających /static/img/forum/smilies/smile.png

Przed powrotem na Memorię

           Leiftan i Shairisse dłuższą chwilę pozostawali wtuleni w siebie, drżąc z emocji i rozkoszując się uczuciem spełnienia. Powoli uspokajały się ich oddechy, ich serca zwalniały swój szaleńczy galop, a myśli powracały ze swojego dziwnego niebytu i na nowo wypełniały ich umysły słodkim chaosem. Im dłużej Leiftan czuł nagie ciało Shairisse wtulone w jego ramiona, tym bardziej docierało do niego, że od teraz należy ona do niego nie tylko sercem, ale i całą sobą.   
          - Kocham cię Leiftanie - wyszeptała cicho, wspierając się brodą o jego tors i spoglądając w jego oczy.
          - Też cię kocham Shai, z każdą chwilą coraz bardziej… - wyznał, całując ją zmysłowo.
          Gdy chwilę później Shairisse stwierdziła, że do pełni szczęścia potrzeba jej jeszcze ciepłego prysznica, lorialet nieśmiało zaproponował dotrzymanie jej towarzystwa. W pierwszej chwili spojrzała na niego trochę zaskoczona, gdyż nie spodziewała się takiej propozycji od niego. Musiała jednak przyznać, że bardzo jej się podobała wizja wspólnej kąpieli, dlatego chętnie przystała na jego propozycję. Oboje owinęli się ręcznikami i upewniwszy się, że pomimo późnej pory nikogo nie ma na korytarzu, cicho przemknęli do łaźni. Mimo iż Kwatera wydawała się pogrążona we śnie, udali się do najodleglejszej kabiny, aby w spokoju móc delektować się ciepłą wodą i swoją bliskością. Wspólna kąpiel wzmacniała w nich poczucie intymnej więzi, a pieszczotliwe obmywanie siebie nawzajem, sprawiało im ogromną przyjemność.
          Do pokoju wrócili w bardzo dobrych nastrojach, z uczuciem rozkosznego rozleniwienia, wywołanego przez ogólne zmęczenie i ciepłą wodę. Kiedy Shairisse chwyciła swoją nocną koszulkę, aby ją założyć do snu, Leiftan zabrał ją z jej rąk i pochylając się do jej ucha, zmysłowo wyszeptał, że nie będzie jej potrzebowała, aż do odwołania. W odpowiedzi na to złapała z łóżka jego piżamowe spodnie i rzucając je ostentacyjnie w kąt pokoju, psotnie wyszeptała, żeby się z nimi pożegnał, oczywiście również do odwołania. Następnie śmiejąc się i całując na przemian, wsunęli się pod kołdrę, a wtulając się w siebie nawzajem, rozkoszowali się wzajemną bliskością i ciepłem. Wpatrzeni w swoje oczy i zmęczeni nowymi przeżyciami i doznaniami dość szybko odpłynęli do krainy snów.
          Następnego ranka obudziło ich pukanie do drzwi. Nie chcąc wychodzić spod kołdry, Shairisse zapytała kto tam i w odpowiedzi usłyszała głos Keroshane, który informował o zebraniu w Kryształowej Sali za godzinę. Gdy spojrzała na zegarek, okazało się, że jest prawie ósma rano. Przeciągnęła się więc leniwie i ułożyła górną częścią ciała na torsie Leiftana, który leżąc na plecach i nie otwierając oczu, uśmiechał się tylko figlarnie. Wspierając brodę na splecionych dłoniach, z zadowoleniem przyglądała się jego radosnej twarzy i delektowała łagodną pieszczotą jego dłoni na swoich plecach.
          W pewnym momencie przypomniała sobie o ich rozmowie w Kryształowej Sali, w noc ataku i niby od niechcenia zapytała, dlaczego nie powiedział jej wcześniej, że ta rozmowa miała miejsce. Leiftan spoważniał i ze spokojem wytłumaczył, że nie był pewien, czy powinien mówić o spotkaniu z jej duchem,  skoro ona tego wówczas nie pamiętała. Dodatkowo wyjaśnił, że nie chciał mącić jej w głowie i wprowadzać chaosu w i tak dość burzliwym wtedy dla niej okresie. Jego tłumaczenie przyjęła z ciepłym uśmiechem na twarzy. Chwilę później zaczęła dopytywać, co chciał jej powiedzieć w momencie, gdy weszła Miiko i niefortunnie przerwała jego wypowiedź. Po zastanowieniu oznajmił, że chciał jej wtedy wyznać, że dla niej jest gotowy na wszystko, nawet na to, by złamać własne zasady. Jego tłumaczenie było szczere i prawdziwe, mimo że nie do końca pokrywało się z tym, co rzeczywiście miał wówczas na myśli. Nie określał przecież jasno, o które jego zasady mu chodziło.
          - A twoje ostatnie zdanie, że porzuciłbyś i wyrzekłbyś się dla mnie wszystkiego? - dopytywała, wciąż nie będąc do końca przekonana, że wszystko już jej powiedział. - I to, że dla mnie stałbyś się… No właśnie, kim stałbyś się dla mnie Leiftanie?
          - Chciałem ci wtedy powiedzieć - zaczął mówić bardzo poważnie i starając się, jak najuważniej dobierać słowa - że gdyby ktoś zażądał ode mnie, abym porzucił swój świat, albo żebym wyrzekł się swojego pochodzenia tylko po to, abyś ty była bezpieczna, to bym to zrobił. Chciałem powiedzieć, że dla ciebie Shai stałbym się zwykłym… - w tym momencie chciał powiedzieć, że człowiekiem, ale zawahał się, nie wiedząc, czy jej to nie urazi. Wypowiadając się w ten sposób, dawał przecież do zrozumienia, że uważa ludzi za słabszych i gorszych od siebie. Co prawda nienawidził ludzi i gardził nimi, a ona bądź co bądź, wciąż była bardziej człowiekiem niż faelien, to mimo wszystko stanowiła dla niego niezrozumiały wyjątek od tej reguły. Potrafił, wbrew wszystkiemu i wszystkim, kochać ją nawet bardziej niż własne życie i dlatego tak bardzo nie chciał jej zranić, czy też urazić.
          - ...zwykłym człowiekiem? - dokończyła za niego, gdyż widząc konsternację na jego twarzy, domyślała się, że ma pewne opory przed wypowiedzeniem tego na głos.
          - Tak… - odparł machinalnie, ale już po chwili, zaczął się trochę nieudolnie tłumaczyć, obawiając się, że mogła to źle odebrać: - To znaczy, wiesz… w sensie kimś pozbawionym magii i umiejętności magicznych, a nie, że gorszym, czy słabszym…   
          - Rozumiem, o co ci chodzi kochanie - odparła rozbawiona jego zakłopotaniem. - Zdaję sobie sprawę, że zwykły człowiek bez magii i zdolności magicznych jest kruchy i nieporadny. Jestem przecież tego najlepszym przykładem i wiem, że wypadam trochę kiepsko na tle istot magicznych. Nieustannie wpadam w jakieś kłopoty i stwarzam problemy, przez co trzeba mnie ratować… Szczególnie ty musisz mnie ratować - zaśmiała się, całując go jednocześnie po nagim torsie. - Wiem też doskonale, że nie mając żadnych umiejętności magicznych, tak na dobrą sprawę, nigdy nie będę umiała się sama obronić.
          - Bałem się, że mnie źle zrozumiesz - odparł z wyraźną ulgą w głosie. - Co do obrony kochanie, to ja cię bardzo chętnie będę bronić, przed wszystkimi i wszystkim, jeśli zajdzie taka potrzeba - dodał, wciągając ją jeszcze bardziej na siebie i przez to zmuszając, aby ułożyła się między jego nogami.
          - Cieszę się, że to powiedziałeś - zamruczała cicho, układając się na nim wygodniej. - Jednak obiecaj mi coś Leiftanie - dodała nagle, podnosząc wyżej głowę i spoglądając mu głęboko w oczy.
          - Co takiego słońce? - zapytał zaskoczony.
          - Obiecaj, że nigdy nie wyrzekniesz się siebie i swojego pochodzenia - poprosiła, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, jak wielkie znaczenie tak naprawdę ma jej prośba.
          - Ale jeśli coś będzie ci grozić…
          - Obiecaj mi Leiftanie! - przerwała mu z naciskiem i stanowczością.
          - Obiecuję - wyszeptał i mocniej przytulił ją do siebie, całując z ogromną czułością. Dotyk jej aksamitnej, nagiej skóry i przyjemne ciepło bijące od niej, niemal natychmiast rozbudziło w nim ochotę na pieszczoty.
          - Idziemy na śniadanie i na zebranie - powiedziała, podnosząc się z cwanym uśmiechem, gdy tylko poczuła jego ręce na swojej pupie.
          - A może odpuścimy sobie śniadanie? - zamruczał zalotnie, unosząc się za nią i starając się ją pocałować.
          - Żeby cię wszystkie siły opuściły? - zapytała, psotnie marszcząc brwi. - Nie ma mowy mój drogi - dodała, wstając z łóżka.
          - Ale się nade mną znęcasz kusicielko - zaśmiał się, wymownie patrząc na jej nagie ciało.
          - Nie marudaj kotecku, tylko podnoś dupkę z łóżka - skwitowała i sięgnęła do komody po świeże ubrania.
          - Jeszcze ci się odwdzięczę łobuziaro - wymamrotał pod nosem, udając, że się dąsa i wstał z łóżka.
          ***
          Na stołówkę Shairisse szła sama, gdyż Leiftan poszedł jeszcze do swojego pokoju, aby również przebrać się w świeże ubrania i za chwilę miał do niej dołączyć. Kierując się do spiżarni, z radością zauważyła, że do Kwatery wróciły dama Huang Hua i Ykhar. Obie kobiety stały przy wejściu głównym i rozmawiały z rosłym mężczyzną, tłumacząc mu, gdzie ma zanieść dość okazałą skrzynię, stojącą w przejściu. Gdy tylko ją dostrzegły, od razu zawołały, aby do nich podeszła.
          - Shairisse, piękna moja. Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, widząc cię na własnych nogach! Do tego tak promienną i kwitnącą - przywitała ją dama Huang, mocno przytulając.
          - Witaj Shairisse - tym razem to ruda brownie złapała ją w objęcia. - Wyglądasz o niebo lepiej, niż ostatnio!
          - Kochane, udusicie mnie - zaśmiała się uradowana widokiem przyjaciółek. - Też się niesamowicie cieszę, że was widzę, bo tęskniłam za wami strasznie.
          - Jak się czujesz? Wszystko dobrze już u ciebie? - dopytywała fenghuang, nie dając jej odetchnąć i uważnie oglądając ją z każdej strony oraz przyglądając się jej twarzy. - Muszę ci powiedzieć, że prześlicznie wyglądasz! Cała promieniejesz i tryskasz szczęściem, aż się napatrzeć nie mogę!
          - Tak Huang Hua, wszystko jest już u mnie w porządku - odparła wesoło. Dobrze wiedziała, dlaczego dama Huang odbierała ją tak promienną i szczęśliwą. - A nawet jest lepiej, niż było… - dodała, uśmiechając się tajemniczo.
          - Musisz mi wszystko opowiedzieć, moja ty piękna - oznajmiła radośnie przyjaciółka, ponownie łapiąc ją w objęcia i tuląc mocno do siebie.
          W tej samej chwili na widoku pojawił się Leiftan, idący w stronę stołówki. Widząc kobiety w radosnych uściskach powitania, z nieznacznym uśmiechem na twarzy skinął tylko głową i nie chcąc im przeszkadzać, zamierzał odejść w swoją stronę. Spoglądając jednak na Shairisse, dostrzegł u niej błagalne spojrzenie, mówiące “zabierz mnie stąd”. Zatrzymał się więc i z przepraszającym uśmiechem zapytał, czy może ją porwać ze sobą, ponieważ chciałby jeszcze przed zebraniem przedyskutować z nią pewną sprawę. Huang Hua wypuściła ją z objęć i mrużąc podejrzliwie oczy, spoglądała to na Leiftana, to na Shai. W końcu z radosnym uśmiechem stwierdziła, że koniecznie muszą się później spotkać na pogaduszkach.
          Po szybkim śniadaniu oboje zakochani od razu skierowali swoje kroki do Kryształowej Sali. W Korytarzu Straży przez chwilę szedł za nimi zaklinacz, przyglądając się im z zaciekawieniem. Jego uwagę zwróciła bowiem otaczająca ich aura, która wyraźnie się zmieniła od ostatniego spotkania, gdy mógł ich obserwować razem.
          - Witam was serdecznie - przywitał ich, zrównując się z nimi i starając się brzmieć jak najbardziej przyjacielsko i naturalnie. Pamiętając ostatnią dociekliwość Shairisse w kwestii jego nastawienia do lorialeta, nie chciał wzbudzać w niej dzisiaj niepotrzebnych wątpliwości i domysłów.
          - Witaj zaklinaczu - powitał go Leiftan, starając się ukryć swoje niezadowolenie. Obecność zaklinacza drażniła go, szczególnie że spodziewał się, iż ten opuścił już Kwaterę.
          - Witaj Itzalu - przywitała go Shairisse, uśmiechając się szeroko. - Też idziesz na zebranie? - zapytała trochę zaskoczona, gdy razem z nimi wszedł na schody, prowadzące do Kryształowej Sali.
          - Tak. Miiko poprosiła, abym był obecny na spotkaniu, ale nie poinformowała mnie z jakiego powodu - odparł z uśmiechem. - Domyślam się jednak, że będziemy rozmawiać o twojej ostatniej wizji i planowana będzie misja i wyjazd na Memorię.
          - Też tak myślę - odpowiedziała ze śmiechem.
          Gdy wchodzili na salę, okazało się, że wszyscy byli już obecni i oczekiwano tylko na nich. Miiko stała wpatrzona w Kryształ, wyraźnie pochłonięta jakimiś myślami, szefowie straży dyskutowali na uboczu, ale gdy tylko dostrzegli przybyłych, od razu umilkli. Dama Huang rozmawiała z Ewelein o stanie zdrowia Shai i o wynikach jej ostatnich badań, natomiast Kero i Ykhar w milczeniu opierali się o balustradę, trzymając jakieś dokumenty i teczki.
          Leiftan od razu podszedł do Miiko, aby zasygnalizować jej, że już są obecni i można zaczynać. W sali zapanowała cisza i każdy wyczekująco wpatrywał się w szefową. Kitsune odwróciła się przodem do zebranych i wyraźnie dało się zauważyć, że jest zmęczona, a jej spojrzenie jest przygaszone. Oparła się o balustradę okalającą Kryształ i rozejrzała po zgromadzonych.
          - Zacznę bez zbędnych wstępów - odezwała się i ciężko westchnęła. - Wezwałam was na spotkanie, żeby ustalić szczegóły wyprawy na Memorię. Wszyscy już wiemy, że Shairisse miała ostatnio wizję, podczas której znalazła się na tej wyspie  - mówiąc to, spojrzała na Shai. -  Tam też ukazała ci się Wyrocznia… - dodała, zachęcając ją gestem, żeby teraz ona zabrała głos.
          - Tak, ukazała mi się Wyrocznia - zaczęła mówić niepewnie. - Była tam też inna istota, której obecność wyczuwałam już od jakiegoś czasu. Jej energia jest bardzo podobna do energii Wyroczni, chociaż wydaje się dużo silniejsza. Ta istota poinformowała mnie, że jeśli chcę poznać swoje przeznaczenie, to muszę wpierw odkryć swoje pochodzenie. Nic więcej nie powiedziała… - tu spojrzała na zaklinacza, szukając u niego wsparcia. - Itzal również od jakiegoś czasu wyczuwał obecność tej istoty. Wiedział, że mnie obserwuje i według niego, ta istota chciała mnie poznać oraz upewnić się, że mam czyste serce i jestem godna…
          - Tak - wszedł jej w słowo zaklinacz. - Ta istota to Fafnir, pradawny władca smoków. Chciał wiedzieć, czy jesteś godna, aby stanąć przed smokami.
          - Smokami? Przecież smoki wyginęły? - odezwała się Ykhar, tonem ni to stwierdzającym, ni to pytającym.
          - Smoki nie wyginęły - powiedział stanowczym, chociaż wciąż łagodnym głosem Itzal. Jego słowa sprawiły, że oczy wszystkich skierowały się na niego, a szczególnie Valkyon wydawał się zainteresowany tym, co ma do powiedzenia. - Wszyscy wiemy, co się działo po stworzeniu naszego świata. Poszukiwanie winnych, prześladowania, zabójstwa… Żyjący przedstawiciele tej pradawnej rasy pragną jedynie spokoju i dlatego się ukrywają…
          - Co jednak wspólnego ze smokami ma nasze nieudolne ziemskie dziewczę? - zapytał Ezarel, wymownie zerkając na Shairisse. Jego delikatnie złośliwy ton wypowiedzi jednak już na nikim nie robił wrażenia, ponieważ wszyscy od dawna wiedzieli, że takimi wypowiedziami elf jedynie droczy się z dziewczyną. 
          - Wszyscy wiemy, że w żyłach Shairisse płynie magiczna krew faery - odezwała się Ewelein. - Nie wiemy jednak, jakiej rasy jest to krew…
          - Możliwe więc, że jest to krew smoków - wtrącił się do dyskusji Leiftan.
          - Możliwe… - stwierdził z zadumą Itzal. - Wydaje mi się jednak, że to nie jej pochodzenie jest tutaj najważniejsze - mówiąc to, podszedł bliżej do dziewczyny. Shairisse stała z szeroko otwartymi oczami, trochę oszołomiona informacjami, którymi właśnie bombardowano jej świadomość. - Moim zdaniem ważniejsze jest jej przeznaczenie, bo jej pochodzenie stanowi jedynie klucz do niego… - dokończył swoją wypowiedź, kładąc rękę na jej ramieniu.
          - Chyba wszyscy już wiemy, że pojawienie się Shairisse w naszym świecie nie było kwestią przypadku - odezwała się ponownie Miiko. - Zdaje się to potwierdzać coraz więcej faktów. Wiemy, że nie dostała się do naszego świata przez grzybowy krąg, jak wszyscy inni, ale przy pomocy pewnego przedmiotu… - w tym momencie kitsune spojrzała pytająco na Kero i Ykhar, którzy zaczęli dość chaotycznie przeglądać trzymane przez siebie dokumenty.
          - Czy ten przedmiot wyglądał mniej więcej tak? - zapytała w końcu Ykhar, pokazując jej kartkę z jakimś szkicem. Shairisse podeszła bliżej i spoglądając na rysunek, od razu rozpoznała, ten dziwny przedmiot, który oglądała u babci na strychu, zanim ją przeniosło.
          - Tak! - niemal krzyknęła, czując narastającą ekscytację. - Wyglądał dokładnie tak samo. Takie złote słońce z niebieskim kryształem w środku i dwoma białymi skrzydłami, które wyglądem przypominały anielskie skrzydła…
          - Jesteś pewna, że właśnie coś takiego trzymałaś w rękach, gdy cię przeniosło do nas? - zapytała wyraźnie zaskoczona Ykhar.
          - No przecież mówię, że tak - potwierdziła stanowczo. - Wiadomo, co to jest?
          - To tak zwany Klucz Eliana z podstawą - odpowiedział milczący do tej pory Keroshane.
          - Czyli? Co to takiego, ten Klucz Eliana? - dopytywała, kompletnie nie rozumiejąc, o czym mowa.
          - Po Niebieskim Poświęceniu nie wszystkie faery chciały opuścić Ziemię i przenieść się do Eldaryi - zaczął opowiadać Kero. - Jedną z takich osób był Arkadyjczyk Elian, który był jednym z najpotężniejszych magów, znającym się również na alchemii. Nie chciał opuszczać Ziemi, ponieważ zakochany był w ludzkiej kobiecie, z którą w końcu założył rodzinę. Okazało się jednak, że gdy ich dzieci dorosły trochę, to nie chciały zostawać na Ziemi, ponieważ wtedy akurat nasiliły się prześladowania i polowania na wszystkich wykazujących się zdolnościami magicznymi. Dzieci więc przeniosły się do Eldaryi, a on został z żoną. Żeby nie stracić kontaktu z dziećmi, stworzył magiczne kryształy, które użyte z odpowiednią podstawą, otwierały okno międzywymiarowe. Nazywano te kryształy Kluczami Eliana, ponieważ tylko on potrafił je tworzyć…
          - Skoro otwierały okno międzywymiarowe, to dlaczego Ykhar tak się dziwi, że właśnie dzięki temu mnie przeniosło?
          - Z kilku powodów - odpowiedziała tym razem ruda brownie. - Pierwsza sprawa… Te klucze nie otwierały drzwi, czy tuneli, przez które można było fizycznie przechodzić, tylko coś jakby zamknięte, oszklone okno. Takie, przez które możesz zajrzeć i posłuchać, ale nie przejdziesz przez nie na drugą stronę. Druga sprawa… Żeby aktywować taki klucz, trzeba było znać magiczne zaklęcie, albo być czystej krwi i takiej dokładnie rasy faery, pod jaką zrobiona była podstawa. Trzecia sprawa… Kiedy ludzie odkryli przeznaczenie kluczy i podstaw, zaczęli je masowo niszczyć w obawie, że przez nie do świata ludzkiego przejdą jakieś magiczne potwory. Użycia takiego zestawu nie odnotowano od ponad trzystu lat… Dlatego tak się zdziwiłam, że dzięki właśnie takiemu zestawowi się znalazłaś w Eldaryi.
          W sali zapadła kompletna cisza, a oczy wszystkich skierowane były na Shairisse, która dosłownie oniemiała ze zdziwienia, stała i wpatrywała się w Ykhar.
          - W takim razie, jakim cudem znalazłam się fizycznie w Eldaryi? - zapytała po chwili, gdy trochę minął jej pierwszy szok i poskładała swoje myśli z powrotem w sensowną całość.
          - Domyślam się, że ingerowała w to jakaś potężna istota, albo siła - odezwał się zaklinacz. Mimo iż wiedział trochę więcej, miał wrażenie, że na razie nie powinien ujawniać swojej wiedzy.
          - To też jest dowód na to, że nie jesteś w Eldaryi przez przypadek - znowu odezwała się Miiko, patrząc na Shairisse. - Wylądowałaś bezpośrednio przy Krysztale, pokonując wszystkie bariery i zaklęcia ochronne, co jeszcze nigdy nikomu się nie zdarzyło. Chroni i błogosławi cię sama Wyrocznia, a teraz jeszcze pradawny władca smoków wprost oznajmia, że pisane ci jest jakieś przeznaczenie. Jesteś wybranką Wyroczni i jesteś związana z Kryształem, dlatego myślę, że powinniśmy zrobić wszystko, aby umożliwić ci poznanie własnych korzeni… 
          Gdy szefowa ucichła, na sali zapanował harmider. Wszyscy zaczęli zastanawiać się, jakim cudem aż do teraz na Ziemi przetrwał Klucz Eliana z podstawą i w jaki sposób Shai mogła go aktywować, skoro nie znała zaklęcia, ani nie jest czystej krwi faery. Dyskutowali również między sobą na temat możliwego jej pochodzenia i tego, jakiej może być rasy oraz rozważali, co takiego mogą odkryć na wyspie i jakie jest to przeznaczenie ziemianki.
          Itzal w ciszy starał się przysłuchiwać dyskusji, ale jego myśli nieustannie krążyły wokół wypowiedzi kitsune, że dziewczyna jest wybranką Wyroczni i jest związana z Kryształem. Słowa te dźwięczały i pulsowały mu w głowie, tak samo, jak w większości przypadków, gdy udawało mu się dokonać jakiegoś słusznego odkrycia. Teraz też czuł, że dopada go ten dziwny, przyjemny stan, w którym jego umysł zaklinacza znajduje trop i składa części układanki w całość. W pewnym momencie niczym nagłe olśnienie uderzyła w niego myśl, że określenie “Strażniczka Kryształowego Ducha”, które pojawiło się w dziwnej przepowiedni, pozostawionej mu przez Sehanine, musi dotyczyć Shairisse, a nie Miiko, jak myślał do tej pory.
          Zagłębiając się bardziej w swoich myślach, oparł się o balustradę i mimowolnie zatrzymał wzrok na ziemiance. Przez dłuższą chwilę w zadumie przyglądał się jej i nawet nie zwrócił uwagi, kiedy wyłączył się na zewnętrzne odgłosy. Znaki na jego ciele delikatnie się skrzyły, pozwalając, aby jego umysł wszedł na wyższy poziom przetwarzania informacji. Cała jego uwaga skupiła się na słowach przepowiedni od strażniczki wymiarów i tej zapisanej kiedyś przez starego zaklinacza. Nadal nie wiedział, jak powinien prawidłowo zinterpretować te teksty. Zauważył jednak, że obie przepowiednie mówią o tym, iż dziewczyna zdobędzie serce daemona. W pewnym momencie pojawiła się w jego głowie myśl, która nie dawała mu spokoju. Żeby zdobyć czyjeś serce, to trzeba przypaść temu komuś do gustu i trzeba, by ten ktoś nas poznał, a co za tym idzie, trzeba z tym kimś spędzić trochę czasu. Jeśli to założenie było trafne, mogło oznaczać tylko jedno, że daemon ukrywa się wśród osób, z którymi Shairisse ma styczność na co dzień. Nagle przez jego umysł, niczym tornado przetoczyła się fala przeróżnych myśli, domysłów i wszystkich dotychczasowych odczuć. Wniosek, który mu się nasuwał, był jednoznaczny i niepokojący, a oparty tylko na instynkcie i przeczuciach, wydawał mu się absurdalny. Jednak stanowił idealne wyjaśnienie, dlaczego tak bardzo drażni go ta jedna osoba w Kwaterze… 
          - Itzalu?! Wszystko w porządku? - delikatne potrząsanie za ramię i cichy głos Shairisse wyrwał go z zamyślenia.
          - Tak, słucham? Przepraszam, trochę się zagubiłem we własnych myślach - wytłumaczył pospiesznie, starając się wrócić do rzeczywistości. Tatuaże momentalnie przygasły, a myśli w jego głowie szalały, niczym wystrzelone konfetti, sprawiając, że ciężko mu było się skupić. Wiedział, że koniecznie musi poskładać w całość wszystkie swoje przeczucia, fakty i domysły.
          - Zgodziliśmy się wszyscy, że trzeba niezwłocznie wybrać się z misją na Memorię - odezwała się w jego kierunku kitsune. - Chciałabym wiedzieć, czy zgodziłbyś się towarzyszyć Shairisse w tej wyprawie?
          - Z wielką przyjemnością - odparł, z uśmiechem zerkając na dziewczynę. - Kiedy planowana jest wyprawa?
          - Chcielibyśmy, jak najszybciej - odparła Miiko i spojrzała cierpiętniczym wzrokiem na pielęgniarkę. - Jednak Ewelein upiera się przy jeszcze jednym badaniu…
          - Nie puszczę Shairisse na misję, nie mając pewności, że wszystko jest w porządku z jej zdrowiem - elfka przerwała wypowiedź szefowej tonem nieznoszącym sprzeciwu.
          - Rozumiem - powiedział z uśmiechem zaklinacz, spoglądając na Ewelein dobrodusznie. - Ja się dostosuję do wszelkich ustaleń.
          - Czyli wstępne ustalenia są takie - odezwała się kitsune. - Zaraz po tym, jak Ewe przeprowadzi swoje badanie u Shairisse, wyruszycie na Memorię. Do tej misji przydzielam Leiftana, Itzala, Kero i Nevrę.
          - Też chciałbym uczestniczyć w tej misji - odezwał się milczący do tej pory Valkyon.
          - Ja też nie zamierzam puszczać Shairisse samej na misję - oznajmiła elfka.
          - Przecież nie jedzie sama - powiedziała zrezygnowanym głosem Miiko. - A ty Valkyonie, czemu chcesz jechać?
          - Ponieważ Shai jest moją podopieczną - zaczął tłumaczyć wojownik. - Poza tym wyspa nie została przez nas całkowicie zbadana, więc nie wiadomo, czy nie będzie potrzebny ktoś dodatkowy do ewentualnej obrony, lub walki.
          - Nie puszczę Shairisse na misję bez opieki medycznej - powiedziała znów stanowczo pielęgniarka. - Jej poziom maany bywa nadal niestabilny, więc nie ma mowy, by pojechała tam beze mnie.
          - Niech będzie… - westchnęła kitsune. - Valkyon i Ewelein też pojadą. Mam nadzieję, że na miejscu uda wam się odkryć, jakiej rasy krew płynie w żyłach Shai. Teraz bym chciała, aby zostali ze mną Huang Hua, Ykhar i Leiftan, ponieważ chcę z wami przedyskutować kilka spraw. Reszta jest wolna, możecie już iść…
          Wszyscy zaczęli powoli kierować się w stronę wyjścia. Zaklinacz podszedł do Shairisse i zapytał, czy biorąc pod uwagę planowany wyjazd na Memorię, chce kontynuować treningi, czy może na razie chciałaby zrobić sobie przerwę. W głowie wciąż odczuwał skutki niedawnego myślowego chaosu, więc po cichu liczył trochę na to, że wybierze zrobienie sobie tej przerwy. Wówczas mógłby od razu udać się do pokoju i zagłębić w medytację, aby poskładać wszystkie swoje dotychczasowe przemyślenia w sensowną całość. Dziewczyna odpowiedziała jednak, że nie widzi potrzeby przerywania treningów i już po chwili, wraz z Valkyonem, umówili się we trójkę pod wiśnią.
          Przekonany, że Shairisse idzie tuż za nim, przed wyjściem z sali, zatrzymał się i obejrzał, chcąc ją przepuścić przodem. Ona jednak podeszła jeszcze do Leiftana i dała mu buziaka, prosząc, aby po spotkaniu dołączył do niej pod wiśnię. Ten w odpowiedzi uśmiechnął się ciepło i pogładził ją czule po policzku. Później całując ją w czubek głowy, wyszeptał, że już za nią tęskni. Itzal bacznie przyglądał się Leiftanowi, wciąż starając się zrozumieć, dlaczego ktoś tak czuły, delikatny i oddany względem dziewczyny, wzbudza w nim tak negatywne odczucia i emocje. Dlaczego ktoś uznawany za osobę bardzo spokojną i ugodową oraz cieszący się nieposzlakowaną opinią, tak bardzo go drażni i denerwuje? Czy to możliwe, że ktoś, w kim wyczuł tyle nienawiści i złości, jednocześnie potrafi być tak niebywale opanowany i potrafi kochać z taką siłą i oddaniem? Przecież widząc ich wzajemne relacje oraz sposób, w jaki oboje patrzą na siebie, nie miał żadnych wątpliwości, że uczucie, które łączy tych dwoje, jest szczere i głębokie. Przez moment przemknęła mu nawet myśl, że może pierwszy raz w swoich stu siedemdziesięciu pięciu latach życia źle odczytał czyjąś aurę i emocje. Czy to możliwe, że jego intuicja zaklinacza pierwszy raz w życiu go zawiodła?
          Szybko wyrzucił tę myśl z głowy, a wychodząc z sali, zdawał sobie sprawę, że koniecznie musi wykonać rytuał “Reponi mentem”, mający na celu coś, jakby zresetowanie umysłu. Będąc zaklinaczem najwyżej wyszkolonym ze wszystkich, wiedział już, że czasami ich umysł osiąga stan nazywany “przesytem wiedzy”. U niego jednym z pierwszych objawów tego stanu, było pojawianie się zwątpienia w siebie i we własne umiejętności. Postanowił wykonać rytuał jeszcze tego samego dnia, aby towarzysząc Shairisse na misji, być w pełni funkcjonalnym i sprawnym zaklinaczem. Oznaczało to, że czeka go dzisiaj niebezpieczny, dwunastogodzinny okres, w którego czasie będzie wyjątkowo bezbronny i szczególnie podatny na ewentualne ataki i próby opętania. Zaklinacz w czasie rytuału wprowadzał bowiem swoje ciało i umysł w stan bardzo podobny do tego, jaki pojawia się w chwili śmierci.
          ***
          Podczas treningu Shairisse zauważyła, że zaklinacz ma pewne problemy z koncentracją. Od kiedy się poznali, zawsze miała wrażenie, że jest maksymalnie skupiony na wykonywanych przez siebie czynnościach, czy też zadaniach. Dzisiaj jednak wyraźnie widziała, że jego myśli czasami gdzieś niekontrolowanie błądziły.
          - Itzalu, czy wszystko w porządku? - zapytała w końcu z troską w głosie. - Wydajesz się trochę rozkojarzony.
          - Nic mi nie jest - odparł z uśmiechem, a widząc jej wciąż zmartwione i badawcze spojrzenie dodał: - Nie patrz tak na mnie Shai, naprawdę wszystko jest dobrze. 
          - Znamy się już na tyle, że wiem, kiedy jest z tobą dobrze, a kiedy nie - powiedziała z przekonaniem. - Odpłynąłeś dzisiaj podczas zebrania i teraz też wyraźnie błądzisz gdzieś myślami. Dlatego chcę wiedzieć, czy wszystko jest w porządku, czy może coś się stało? I proszę, nie wciskaj mi kitu, tylko mów prawdę! - ostatnie zdanie wypowiedziała podniesionym delikatnie głosem, chcąc brzmieć stanowczo i groźnie.
          - Powiedzmy, że mój umysł jest lekko… zmęczony i płata mi niewielkie figle - odpowiedział lekko rozbawiony jej zachowaniem zaklinacz. Niemniej jednak zrobiło mu się miło, ponieważ od bardzo dawna nikt nie wykazywał się wobec niego taką troską. Przyzwyczaił się, że większość osób traktuje go trochę przedmiotowo, na zasadzie, że to on ma pomagać, najlepiej samemu nie wymagając niczego w zamian. - Muszę go tylko oczyścić i dać mu kilka godzin odpoczynku - dodał, nie chcąc jednak zdradzać, co dokładnie to oznacza.
          - Trzeba było mówić - odezwał się Valkyon. - Darowalibyśmy sobie trening i nie męczyli cię…
          - Bez przesady, moi drodzy - powiedział, śmiejąc się cicho. - Akurat przebywanie w waszym towarzystwie wcale mnie nie męczy.
          - Dobra, dobra - zaśmiała się Shairisse, ale zaraz szybko spoważniała. - Mam nadzieję, że to zmęczenie nie jest z powodu tego, że pomagałeś mi się uporać z moimi problemami?
          - Nawet tak nie myśl Shai - odparł pospiesznie i bardzo poważnie Itzal. - Po prostu każdy zaklinacz, który stara się rozwijać swoje umiejętności, a później korzysta z nich, aby poznawać i zrozumieć otaczający go świat, w pewnym momencie doprowadza swój umysł do pewnego zmęczenia. To normalne i nieuniknione. Wówczas musimy go oczyścić i dać mu porządnie wypocząć, aby wrócić do formy i swojej pełnej sprawności. Dlatego uwierz mi, to nie twoja wina, że jestem rozkojarzony.
          - Rozumiem. Nie chciałabym być powodem twoich problemów.
          - I nie jesteś - uśmiechnął się uspokajająco.
          - Jeżeli chcesz Itzalu - ponownie odezwał się Valkyon - to idź wypocząć. A my z Shairisse moglibyśmy potrenować blokowanie ciosów, bo dawno tego nie ćwiczyliśmy - gdy to mówił, spojrzał porozumiewawczo na dziewczynę.
          - Bardzo dobry pomysł - odpowiedziała pospiesznie, momentalnie łapiąc zamysł wojownika i nie chcąc dawać zaklinaczowi czasu na zastanowienie. - Ty pójdziesz się zrelaksować i odprężyć, a my z szefuńciem pobawimy się w sparing - mówiąc to, złapała Valkyona pod ramię i uśmiechnęła się szatańsko, ukazując rząd białych zębów.
          - Jesteście niemożliwi - zaśmiał się Itzal i powoli zaczął kierować się w stronę wyjścia z ogrodów. - Niech wam będzie. Pójdę pomedytować do pokoju i żeby odpowiednio wypocząć, do jutra rana będę nieosiągalny - ostatnim zdaniem chciał zawczasu ich uspokoić. Było dopiero wczesne popołudnie i obawiał się, że dziewczyna nie widząc go przez resztę dnia, mogłaby zacząć się martwić i go szukać. A tego nie chciał.
          Po odejściu zaklinacza, Shai zapytała Valkyona, czy wie coś więcej o tych Kluczach Eliana, o których mówił Kero na zebraniu. Wojownik przyznał, że jak większość mieszkańców Eldaryi, on również niewiele wie na ten temat. Wyjaśnił, że wraz z tym, jak zaprzestano odnotowywać przypadki użycia tych kluczy, wiedza faery na ten temat zaczęła zanikać. W międzyczasie wykonywali ćwiczenia rozciągające i rozgrzewające, przygotowując się do treningu. Później szef Obsydianu zarządził kilka powtórkowych ćwiczeń z podstawowych ataków i bloków, a wspólna ich rozmowa zeszła na temat planowanej wyprawy i tego, co mogą odkryć na wyspie. Kiedy Valkyon upewnił się, że jego podopieczna dobrze pamięta dotychczasowe nauki i radzi sobie też całkiem nieźle, zaproponował poznanie kolejnego chwytu obezwładniającego i trening z jego zastosowania.
          Nowe ćwiczenie okazało się na tyle skomplikowane, że Shairisse miała pewne problemy z jego prawidłowym wykonaniem. Mimo to Valkyon cierpliwie tłumaczył jej i dokładnie pokazywał, jak powinna układać swoje ciało, aby chwyt był skuteczny i odpowiednio silny. W pewnym momencie dziewczyna uświadomiła sobie, że przez cały ten czas, ani razu nie wyczuła, ani nie zauważyła objawów zniecierpliwienia, czy też niezadowolenia u swojego szefa. Nigdy nie zwracała na to uwagi, jednak dzisiaj, gdy ćwiczenie trochę ją przerosło, zauważyła, że jest on wyjątkowo cierpliwy wobec niej. Dużo bardziej niż wobec innych podopiecznych ze straży podczas cotygodniowych wspólnych treningów. Chwilę później przypomniała też sobie słowa Karenn, która zaledwie wczoraj mówiła jej, że chłopak nie patrzy na nią, jak na przyjaciółkę. Czyżby młoda wampirzyca miała jednak rację? Zanim zdążyła dać się pochłonąć tego rodzaju myślom, pod wiśnią pojawił się Leiftan i z szarmanckim uśmiechem oznajmił, że przyszedł ją porwać obiad. Shai zapytała Valkyona, czy ma coś przeciwko, aby zakończyli na dzisiaj trening i gdy odpowiedział, że może spokojnie iść, podziękowała mu za wspólnie spędzony czas.
          - Sami z Valkyonem dzisiaj trenowaliście? Nie mówiłaś przypadkiem, że mieliście trenować z zaklinaczem? - zapytał lorialet, jak tylko weszli na główną alejkę. Mimo iż starał się brzmieć spokojnie, ona i tak wyczuła w jego głosie coś, jakby delikatną nutę zazdrości.
          - Itzal był z nami wcześniej, ale stwierdził, że jest zmęczony i poszedł do pokoju odpocząć - odparła i lekko rozbawiona uśmiechnęła się pod nosem. Nie pierwszy raz miała wrażenie, że chłopak jest trochę niezadowolony, zastając ją w towarzystwie Valkyona.
          - Mhm - mruknął Leiftan.
          - Czy mi się tylko wydaje kocie, czy ty nie lubisz, gdy Valkyon jest gdzieś blisko mnie? - zapytała po chwili ciszy, marszcząc brwi i spoglądając na niego z zaintrygowaniem.
          - Nie słonko, tylko ci się wydaje - odpowiedział, z trochę nerwowym uśmiechem. Domyślał się, że ona nie ma pojęcia, jakimi uczuciami darzy ją wojownik. Sam też nie zamierzał jej tego wyjawiać, gdyż zdawał sobie sprawę, że większość osób, dowiadując się o tym, że ktoś ich kocha, mimowolnie zaczynają o tym kimś myśleć. A on naprawdę nie chciał, aby Shairisse zaczęła rozmyślać o swoim szefie.
          - Mam dziwne wrażenie, że jesteś trochę zazdrosny o niego - oznajmiła, łapiąc go pod rękę i uśmiechając się do niego przymilnie.
          - Nie tylko o niego - odparł figlarnie, pochylając się do jej ucha. Wolał przyznać się do ogólnej zazdrości niż do tej konkretnej. - Jestem trochę zazdrosny o każdego, z kim spędzasz czas. To chyba jednak całkiem normalne w miłości?
          - Jeśli nie jest chorobliwe i przesadzone, to ok - odparła, starając się brzmieć poważnie.
          - A ty nigdy nie bywasz zazdrosna? - zapytał, chcąc w ten sposób ukierunkować tok ich rozmowy na neutralne tory.
          - O ciebie? - udała zaskoczoną, chcąc się z nim podroczyć.
          - No a niby o kogo? - zapytał, starając się brzmieć na oburzonego, ale ledwo powstrzymując się od śmiechu. - Niech no ja się dowiem, że…
          - Że co? - przerwała mu figlarnie i zatrzymała się w miejscu.
          - Nic, nic - odparł pospiesznie, robiąc niewinną minę. - To nie jesteś zazdrosna ani troszkę… ? - zapytał z nadzieją, udając biedne niewiniątko.
          - Raczej nie bywam zazdrosna, chyba że dasz mi do tego powód, mój drogi - mówiąc to, podniosła się trochę na palcach, aby głębiej spojrzeć mu w oczy. - Wówczas kotecku, strzeż się mojego gniewu - dodała, grożąc mu palcem i starając się brzmieć groźnie.
          - W życiu, nigdy - odparł niby przerażony, ale uśmiechając się i całując ją czule.
          - I tego się trzymaj - zaśmiała się i oboje ruszyli na stołówkę.     
          Podczas obiadu podeszła do ich stolika Ewelein i poprosiła, żeby Shairisse przyszła później do przychodni. Wyjaśniła szybko, że da jej wówczas pewną pigułkę, którą chciałaby, żeby zażyła na noc, a rano po przebudzeniu, przyszła na czczo na badanie. Powiedziała również, że po badaniu i po zjedzeniu śniadania, będą mogli wyruszać na misję. Po obiedzie Leiftan odprowadził Shai do pokoju i obiecując szybki powrót, poszedł do siebie, aby się spakować i przygotować na wyjazd oraz zabrać rzeczy na zmianę. Ona w tym czasie położyła się na łóżku i spoglądając za okno, zaczęła zastanawiać się, jakiej rasy krew płynie w jej żyłach i jakie może być jej przeznaczenie. Cały czas czuła się przecież zwykłym człowiekiem. Nigdy nie wykazywała żadnych zdolności magicznych, poza tym jednym razem, gdy pierwszy raz byli na Memorii, aby ratować Ezarela. Co prawda transfuzja krwi Leiftana po ataku Naytili sprawiła, że jej ruchy stały się szybsze i trochę zwinniejsze, ale nic poza tym. Czy naprawdę istnieje możliwość, że teraz uda jej się odkryć, jakiej rasy byli jej przodkowie? A jeśli to, co tam odkryje, nie spodoba się jej, albo - co gorsza - innym? Czy to ze względu na jej krew ściągnięto ją do Eldaryi? Po co ją tu sprowadzono? I kto maczał palce w jej przybyciu?
          Jej rozmyślania przerwało pukanie do drzwi.
          - Proszę! - zawołała w ich stronę.
          - Już jestem z powrotem słonko - oznajmił Leiftan, zamykając za sobą drzwi. Widok ukochanego wchodzącego do pokoju sprawił, że na jej twarzy od razu zagościł uśmiech. Spoglądając więc na niego z przymilnym uśmiechem, przewróciła się na bok.
          - Spakowany na jutro?
          - Tak. Rano tylko pójdę zabrać bagaż z pokoju.
          - Czemu od razu go nie wziąłeś ze sobą? - zapytała zdziwiona.
          - W sumie masz rację, mogłem od razu go zabrać - odparł z uśmiechem. - Teraz jednak nie pójdę po niego, bo za bardzo stęskniłem się za twoim dotykiem i ciepłem  - dodał, kładąc się obok niej na łóżku i całując ją zmysłowo.
           - Możesz wyskoczyć po swój bagaż, jak będę szła do Ewe po tabletkę - zaproponowała, gdy oderwał się od jej ust i ułożyła się na jego klatce piersiowej, wtulając się w niego całym ciałem.
          - O widzisz kochanie, jaka ty pomysłowa jesteś - powiedział, całując ją w czubek głowy.
          - Co ty byś beze mnie zrobił? - zaśmiała się, na co on również zaczął się śmiać i przytulił ją jeszcze mocniej do siebie.
          Przez pewien czas leżeli wtuleni w siebie, całując się i łagodnie pieszcząc. Oboje jednak wyczuwali w sobie też potrzebę rozmowy o zbliżającej się misji. Dlatego w pewnej chwili dziewczyna wtuliła się w jego ramię i zaczęli rozmawiać o planowanej wyprawie i o tym, czego ona obawia się dowiedzieć w jej trakcie. Shairisse zwierzyła się ze swojej największej obawy, dotyczącej tego, że może okazać się przedstawicielką jakiejś znienawidzonej przez innych rasy. Gdy zapytała wprost, co by było, gdyby na przykład okazała się daemonem, poczuła, jak Leiftan się lekko spiął. Pomyślała wówczas, że to z powodu, iż ta opcja jest dla niego przerażająca, a więc wszyscy inni zapewne też by się nie ucieszyli. W tamtej chwili po raz pierwszy zaczęła rozważać możliwość zatajenia przed innymi tego, czego dowie się na temat swojego pochodzenia, jeśli okaże się, że jest daemonem. Gdy Leiftan całując ją, powiedział, że ma zbyt dobre serce i ogólnie jest zbyt sympatyczna i troskliwa wobec innych, aby być kimś znienawidzonym, czy z gruntu złym, zaśmiała się tylko i odpowiedziała, że zapewne ma rację.
          Wieczorem poszli razem na kolację i do przychodni po tabletkę, a wracając Leiftan zabrał od siebie swój bagaż. Po powrocie do jej pokoju, gdy zaczęła się pakować, wciąż czuli nienasycenie wspólną rozmową. Naturalnie, od słowa do słowa, ich rozmowa przeszła na temat jej życia sprzed przybycia do Eldaryi. Oboje zastanawiali się, czy cokolwiek w jej ówczesnym życiu mogło sugerować, że nie jest tylko zwyczajnym człowiekiem, a w dodatku, że czekają ją tak wielkie zmiany. Mimo wszelkich starań i wnikliwych prób przypomnienia sobie nic konkretnego nie przychodziło jej do głowy. Jedyne, co pamiętała, to dziwne uczucie bycia obserwowaną, odkąd ukończyła osiemnaście lat.
          Zanim położyli się do łóżka, Leiftan zrozumiał, że zbliżająca się misja bardzo stresuje Shairisse, mimo iż ona starała się tego nie okazywać. Gdy wsunęli się pod kołdrę, przyciągnął ją do siebie i poprosił, aby wtuliła się w niego całą sobą. Później mocno objął ją ramionami i wyszeptał, żeby nie martwiła się na zapas misją, ani tym, czego się może dowiedzieć.
          - Łatwo ci mówić, bo ty już wiesz kim jesteś - odparła delikatnie zmartwionym głosem, a następnie wtuliła się jeszcze bardziej w jego ramię i ziewnęła przeciągle.
          - Niezależnie od tego, kim się okażesz, jestem pewien, że nie jesteś nikim złym - wyszeptał w jej włosy. - Z jakiegoś powodu wybrała cię Wyrocznia i interesują się tobą smoki. Wszyscy cię uwielbiają, a ja cię kocham ponad wszystko… Dlatego jestem pewien, że nie musisz obawiać się tego, czego się o sobie dowiesz.
          - Będziesz mnie kochał, niezależnie od tego, kim jestem i jakie jest moje przeznaczenie? - zapytała, powstrzymując ziewnięcie.
          - Będę cię kochał bez względu na wszystko - powiedział z niesamowitą czułością w głosie.
          - Dziękuję kochanie, jesteś aniołem - wyszeptała i znowu ziewnęła.
          Leiftan słysząc jej słowa, poczuł zniewalające ciepło przy sercu, które przyjemną falą rozeszło się po jego ciele. Tuląc ją do siebie, mimowolnie całą swoją uwagę skupił na jednej myśli, że Shai mogłaby być daemonem. Chociaż znając ją, bardziej pasowałaby mu na aengela. Dziwne wydało mu się to, że im dłużej o tym myślał, tym bardziej ta myśl wydawała mu się prawdopodobna. Czy było to jednak możliwe?
          Długo nie mógł zasnąć, ponieważ jego myśli chaotycznie błąkały się w jego umyśle, poszukując jakiegoś punktu zaczepienia. Niestety nic konkretnego się nie pojawiało w tym jego myślowym chaosie i powoli zaczęła morzyć go senność. Rozbudził się jednak całkowicie, gdy poczuł niespokojne poruszenie Shairisse, a chwilę później jej oddech przyspieszył, jakby się czegoś przestraszyła.
          - Shairisse? - cicho i uspokajająco wypowiedział jej imię, jednocześnie głaszcząc ją czule po głowie. W tym samym momencie usłyszał wypowiadane przez nią słowa:
          - "N'te va it Anaryon - ire lokke, ire tedd est tive mardagonis".
          W języku praprzodków oznaczało to dokładnie: - “Nie idź tam Dziecię Słońca - inny czas, inne miejsce jest twoim przeznaczeniem”. Kompletnie zaskoczony i zdezorientowany nie miał pojęcia, co ma myśleć, ani jak się w takiej sytuacji zachować. Nie rozumiał, jakim cudem Shairisse mówiła w języku praprzodków, skoro przecież nie znała tego języka. I znowu pojawiło się to imię Anaryon. Kogo dotyczyło to imię? Kim było Dziecię Słońca? I o jakim przeznaczeniu mówiła?
          - Shairisse - powtórzył łagodnie, gdyż nadal była niespokojna.
          Tym razem dziewczyna się obudziła. Mocno zdezorientowana zaczęła się rozglądać, jakby chciała zrozumieć, gdzie się znajduje. Patrzył na nią zatroskany, wyczekując, aż w spokoju uświadomi sobie, że jest bezpieczna w swoim pokoju, w jego objęciach. W końcu spojrzała na niego przytomnie i z głośnym westchnieniem ulgi, opadła ponownie na jego klatkę piersiową.
          - Ale miałam dziwny sen - wymamrotała cicho.
          - Co ci się śniło? - zapytał z troską, wciąż nie dowierzając temu, co przed chwilą usłyszał.
          - Byłam w jakimś ciemnym korytarzu, w którym było trochę przerażająco - zaczęła opowiadać. - Nie wiem, co to był za korytarz, bo nie było w nim żadnych drzwi, ani okien. Za to był chyba wydrążony pod jakąś górą, bo ściany wyglądały na litą skałę i przechodziły w wysokie, kamienne sklepienie. Słabe światło dawały dziwne, niebieskie płomyki, które jakimś cudem latały luźno pod sufitem. Na końcu tego korytarza była dość duża komnata, w której znajdowała się przedziwna brama. Nie była z drewna ani z kamienia, tylko wyglądała, jak z ciemnego, szlifowanego marmuru. Na tej bramie było całe mnóstwo tajemniczych znaków, które lśniły delikatną, błękitną poświatą. Kiedy weszłam głębiej do tej komnaty, zobaczyłam przed bramą dziewczynkę. Miała może z siedem lat, blond włoski i zwiewną, białą sukienkę. Kiedy próbowała otworzyć tę bramę, odezwał się głos, który brzmiał identycznie, jak mój, ale był jakby trochę starszy. Mimo że głos mówił w nieznanym mi języku, to rozumiałam każde słowo. Wtedy dziewczynka odwróciła się w moją stronę i pomimo tego, że widziałam ją pierwszy raz w życiu, miałam wyraźne wrażenie, że bardzo dobrze ją znam i jest mi ona bardzo bliska. Wyciągnęła do mnie rękę, a ja poczułam, że szklą mi się oczy i kiedy chciałam do niej podejść, wtedy usłyszałam twój głos z daleka i się obudziłam.
          - Pamiętasz słowa, które słyszałaś we śnie? - zapytał już spokojnie, wiedząc, że jej sen nie był strasznym koszmarem.
          - Nie idź tam Anaryon, inny czas i inne miejsce są twoim przeznaczeniem - powtórzyła już przetłumaczone słowa, a tłumiąc ziewnięcie, dodała: - Swoją drogą, ładne imię Anaryon.
          - Tak, to bardzo stare imię… - powiedział z delikatną zadumą, mocniej ją przytulając. Miał wrażenie, że Shai odbiera ten sen, jak zwyczajną senną wizję, bez żadnego znaczenia. On jednak zdawał sobie sprawę, że za tą wizją coś się kryje, tylko nie miał jeszcze pojęcia, co to mogło być. - I miałaś rację, to rzeczywiście był bardzo dziwny sen…
          - Śpijmy kotuś, bo będziemy rano zmęczeni - powiedziała, ponownie ziewając i wygodniej układając się na jego ramieniu.
          - Tak, śpijmy kochanie - przytaknął i ucałował ją w czubek głowy. Coraz bardziej intrygowało go, kim może okazać się ta drobna istotka, wtulona w jego ramiona.

Offline

Strony : 1 2