Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 26-11-2018 o 14h05

Straż Obsydianu
Parrie
Straż na szkoleniu
Parrie
...
Wiadomości: 225

Witam serdecznie!


W tym roku powinnam być zajęta wieloma rzeczami, a co się robi, gdy na głowę zwalają się obowiązki? Wynajduje się kolejne zajęcia, oczywiście.
Ze względu na to, że mój zapał do opowiadań grupowych zgasł ostatnio niemal zupełnie, postanowiłam spróbować się w opowiadaniu indywidualnym, które od jakiegoś czasu snuło się po mojej głowie. Z tym właśnie przychodzę do Was, muszę jednak zastrzec, że dodawane tutaj rozdziały będą w całości ocenzurowane. Oznacza to tyle, że pisząc, nie myślę o cenzurze, a dopiero po napisaniu rozdziału, tworzę kolejną wersję, odpowiednią na forum.
Opowiadanie w wersji nieocenzurowanej dostępne będzie również na Wattpadzie, jeśli więc ktoś zechciałby się w nie zagłębić i nie tracić żadnych smaczków, zapraszam na PW, gdzie podam link do Wattpada właśnie.

Dalej już pozwolę opowiadaniu mówić za siebie, tak więc zapraszam do czytania!

P R O L O G


            Legenda głosi, że na początku nie było nic. Lecz czym jest „nic", jeśli nie bytem. Bytem niepojętym, bezgranicznym, zarazem istniejącym i nieistniejącym, odwiecznym i nieuchwytnym – pogrążonym w samotności i śmiertelnej ciszy. „Nic" nazwane milenia później Pustką, powołało do życia dwóch braci – Pana Dnia i Pana Nocy.
            „Stworzyłam was jako swe dzieci, a więc i wy twórzcie. Pokażcie, co jest warte moje stworzenie", owe słowa Pustki zakotwiczyły się w istnieniu Dnia i Nocy, nadając mu sens i misję zarazem. „Nigdy jednak nie wolno wam zapomnieć, że Dzień nie może istnieć bez Nocy, zaś Noc nie może istnieć bez Dnia", dodała Pustka, rozumiejąc, że bracia, których stworzyła, różnili się zbyt mocno, by trwać w harmonii. Ofiarowała im więc ostrzeżenie, sądząc, że wystarczy to, by zmusić braci do współpracy. Braciom jednakże współpraca stała się obca już od dnia ich poczęcia.
            Gdy Dzień stworzył światło, Noc odpowiedział mrokiem. Gdy Dzień stworzył ląd, Noc zesłał na niego ogień i wzmógł jego siłę porywczym wiatrem, pozwalając by ziemia jaśniała jaskrawym światłem płomieni, póki Dzień nie przykrył ich ogromami wody. I tak powstały żywioły, powstał świat, który należał tylko do nich, świat, w którym dzień po dniu światło walczyło z mrokiem.
            Z każdą chwilą bracia powiększali zasoby Nihril, jak nazwali swe ziemie, a gdy tylko jeden zesłał swój twór, drugi nie pozwalał czekać mu na odpowiedź. Bracia przez niezmierzony czas żyli wśród swego stworzenia, urozmaicając je, lecz także niszcząc, gdy temperamenty i różnice brały prym, prowadząc do destrukcyjnych konfliktów. W ziemi powstawały szczeliny i ruchome, zdradzieckie płachty piachu, w powietrzu tnące wiatry i błyskawice, na wodzie wzburzone fale i wiry morskie, a z gór począł buchać żywy ogień.
            Bracia kontynuowali swoje dzieło, aż powstało życie. Gdy Dzień zesłał stworzenia wspierające naturę i czerpiące z dobrobytów Nihril, Noc stworzył drapieżniki i nocne zmory. Bracia przez wieki żyli wśród swych dzieci, ciesząc oczy swym dziełem. Ale obaj byli zachłanni. Gdy więc i ten widok znudził się im, Dzień postanowił stworzyć istoty piękne i dobre, bijące kojącym blaskiem, po czym oddał im część siebie, nasycając je mocą, potęgą, nieśmiertelnością, prawdą i życiem.
            Lecz Noc nie może istnieć bez Dnia, zaś Dzień nie może istnieć bez Nocy. Dlatego Noc również zesłał na Nihril istoty równie piękne, lecz jedynym co im podarował, była wolna wola. I był to zalążek prawdziwego zła.
            A gdy wbrew wszystkiemu, do czego bracia dążyli przez milenia, istota dnia połączyła się z istotą nocy, na ziemiach Nihril pojawił się człowiek.
            „Zobaczyłam już dość", rzekła Pustka do braci, dając znać o sobie pierwszy raz od tysiącleci. Bracia zrozumiawszy, że ich misja dobiega końca, nim odeszli, zapragnęli wpłynąć na nowe stworzenie, które pojawiło się wbrew ich woli. I tak człowiekowi podarowano miłość oraz nienawiść. Odwagę i lęk. Dar rodzenia się i umierania.
            Bracia kończąc dzieło stworzenia, zabrali swe boskie istoty razem ze sobą, do własnych światów, skąd mogli obserwować. I obserwowali w ciszy, jak nakazała im Pustka, jedynie ich boskie istoty bezpośrednio doglądały tego, co stworzyli. Jedynym zajęciem Pana Dnia stało się zsyłanie światła, Pana Nocy zaś – mroku.
            Żyli w pokoju i harmonii, aż do dnia, gdy na Nihril pojawił się inny byt, którego nie znali.
            Legenda głosi, że gdy Pustka zesłała na świat oblicze pór roku, byt o aurze tak pięknej i nieskazitelnej, a zarazem tak potężny, że zdolny był zapanować nad żywiołami powstałymi z rąk braci, Pan Nocy zapragnął posiąść tę moc tylko dla siebie. Choć nie mógł zejść na Nihril, posłał swe sługi, aby wykradły wszechmocną istotę. Gdy zaś Pan Nocy posiadł ją i uwięził, dał jednocześnie początek długiej i krwawej wojnie, w której po raz pierwszy zmierzyć się musiał z prawdziwą furią swego brata.
            Pan Dnia wygrał wojnę trwającą sto ludzkich lat, podczas której na Nihril zapanowała zgroza, dzień mieszał się z nocą, a natura zaburzyła swój harmonijny rytm. Wykradł bratu uwięzioną, piękniejszą niż wszystko inne, potęgę, a potem, ponieważ Noc nie może istnieć bez Dnia, zaś Dzień bez Nocy, miast zabić, uśpił swego brata na wieki.
            Choć Pan Dnia wygrał, piękno istoty więzionej przez brata zniszczało, a przez przyjmowane wiek okrucieństwo, nie była w stanie istnieć choćby dzień dłużej. Rozwiała się tak, jakby nigdy nie powstała, a wraz z sobą zabrała pory roku.
            I tak na Nihril zapanował wieczny dzień i wieczne lato, jedynym zaś śladem, jaki pozostał po Panu Nocy, stali się ci jego wysłannicy, którzy po wojnie uniknęli powrotu do domu, do dziś czając się w mrocznych zakamarkach bogatych krain Nihril.
            Od tamtej pory Pan Nocy stał się symbolem wszelkiego zła, przeklętym przez ludzkość za zesłanie tak okrutnej i wyniszczającej wojny, a także za odebranie piękna zmieniających się pór roku. Na cześć Pana Dnia zaś postawiono liczne świątynie, a jego chwała, dobroć i potęga czczone są po dziś dzień.

***


Rok 3000 Ery Dnia

            Przez przysłonięte kotarami szyby okien, do środka przytulnej, lecz niewielkiej chaty, przebijały się ciepłe promienie słońca. Cała wioska zdawała się być pogrążoną w głębokim śnie, lecz w tej samotnej chacie, jeden głos przedzierał się przez drugi, wykrzykując ni to nakazy, ni to obawy, ni to dźwięki rozżalenia, a po prostu mieszaninę przeróżnych, niepohamowanych emocji.
            – To za wcześnie! Za wcześnie! – Dźwięczny kobiecy głos poniósł się po drewnianych ścianach chaty, obejmując ją nutami przerażenia. Jasnobrązowe oczy niewiasty wbijały się w dziewczynę, leżącą na wyściełanym futrami, obszernym łożu. Twarz jej, zazwyczaj nieskazitelnie piękną, wykrzywiał teraz wyraz ogromnego bólu, a po czole strużkami spływał pot.
            – Musimy wezwać Dzierżącego Światło. – Szorstki, męski głos przebił się przez zawodzenia przerażonej kobiety, lecz nim zdołał przywołać swego najstarszego syna, by pobiegł do wioski, powstrzymała go blada dłoń, chwytająca opalony nadgarstek. Mężczyzna zacisnął ciasno usta, kierując spojrzenie pełne bólu na bladoszare oczy, wpatrujące się w niego w niemym proteście. Ułożył dużą dłoń na długich palcach, przykrywając je w całości ciepłem swej szorstkiej skóry.
            – Już za późno. – Głos leżącej kobiety był słaby i drżący, a wpatrujący się w nią mężczyzna zdawał się cierpieć niemniej niż ona, gdy bezradnie obserwował, jak jej drobne ciało napina się w spazmach bólu. Jakby na potwierdzenie tych słów, w chwilę później ze ściśniętego gardła wydobył się okrzyk cierpienia.
            – Ma rację, zanim dotrze tu uzdrowiciel, będzie już po wszystkim – głos zabrała milcząca do tej pory kobieta, łudząco podobna do tej, która leżała na łożu desperacko zaciskając palce na przedramieniu swego męża.
            Mężczyzna zacisnął zęby, jakby miał zamiar zaprotestować, ale nie ruszył się z miejsca, jedynie przelewając całą swą frustrację w mocne objęcie, w którym trzymał rozgrzaną dłoń.
            – Nillphar! – jasnowłosa zwróciła się w stronę drzwi, z których jak na zawołanie wyłoniła się głowa młodego chłopca, na którego twarzy majaczyło poczucie winy. Oczekiwał, że zostanie zrugany za podsłuchiwanie, jednak nic takiego się nie stało. – Przynieś miskę z wodą i dużo czystych ręczników – zarządziła ta sama kobieta, w chwilę później znów wpatrując się w wykrzywioną bólem, bladą twarz.
            Chłopiec natychmiast pobiegł w dalsze części domu, zostawiając czwórkę dorosłych wśród coraz częstszych jęków bólu drżącej kobiety.
            Brązowooka, która przysłuchiwała się tylko, pozwoliła swej twarzy przejawić jeszcze dotkliwsze zmartwienie, niż kilka chwil temu. Dyskretnie odciągnęła blondynkę w stronę jednego z kątów pokoju i przemówiła do niej szeptem:
            – Nie damy rady odebrać porodu bez uzdrowiciela. Nie takiego.
            Wyższa z kobiet, o żelaznym spojrzeniu i pewnej siebie postawie, ściągnęła nieznacznie brwi, wpatrując się nieustępliwie w przepełnione strachem, orzechowe tęczówki.
            – Nie mamy innych opcji, Creysto – odrzekła twardo, zerkając ponad szczupłym ramieniem, na swą siostrę i jej męża. Kiedy jej wzrok wrócił do lśniących oczu szatynki, napotkał w nich smutne zrozumienie.
            Między kobietami zawisły niewypowiedziane słowa, których żadna nie odważyła się przepuścić przez gardło. Obie jednak wiedziały, że bóg śmierci zabierze dziś ze sobą przynajmniej jedno istnienie.



            – Nie możesz się poddać, słyszysz?! – Krzyk spoconej już i umęczonej blondynki, zaatakował świadomość obezwładnionej bólem kobiety, której wywracające się tęczówki, jak na komendę, wróciły na swoje pierwotne miejsce.
            – Zaczyna się. Dasz radę kochanie, dasz radę – delikatny głos drugiej z kobiet wypełnił przestrzeń, gdy wyciągała ręce by przygotować się na odebranie dziecka, które dopiero po długich godzinach zdecydowało się podjąć podróż na ten ludzki padół.
            Żadne z obecnych zdawało się nie zauważyć, że promienie słońca już jakiś czas temu przestały palić ich skóry przez zasłonięte kotary. W pomieszczeniu było dużo ciemniej, lecz nikt nie zwracał na to uwagi, bowiem jedynym, na czym się skupiali, było odebranie nowego życia i utrzymanie matki przy przytomności.
            – Tato. – Mężczyzna przy boku swej żony zdawał się nie słyszeć zduszonego fascynacją głosu syna. – Tato! Coś spada z nieba! – Brązowe oczy ojca niechętnie oderwały się od twarzy ukochanej, by spocząć na jedenastolatku, który stał przy parapecie odginając kotarę i wpatrywał się w widok za oknem z mieszaniną strachu oraz fascynacji.
            – Co ty pleciesz chłopcze?
            – Patrz! – Dziecko odskoczyło od okna tylko po to, by chwycić kotary i odsunąć je nieco, aby każdy w chacie zdołał dojrzeć to, czym sam był zaaferowany do tej pory.
            – Cóż, na wszelkie stworzenia... – Słaby głos mężczyzny uwiązł mu w gardle, a ucisk na dłoni żony zelżał, jakby jego właściciela opuściły wszelkie siły. Ta reakcja skłoniła pozostałych do skierowania swych oczu w stronę okna, a gdy tylko odnotowały o co tyle krzyku, ich twarze odmalowała gama emocji, z których ciężko było odseparować jedną od drugiej. Nawet zasłonięte bólem, stalowe tęczówki zdołały przesunąć się, by ujrzeć to, czego lud Nihril nie dojrzał od długich trzech tysięcy lat.
            Błękitno-szare smugi na niebie świadczyły o tym, że wciąż jest dzień. Słońce przebijało się przez obfite chmury, próbując wywalczyć sobie drogę do lądu, jednak nieuchronnie przegrywało zaciętą walkę z gęstą zasłoną obłoków i porywistym wiatrem.
            – Cóż to jest? – Niewyraźny głos szatynki przerwał zatrważającą ciszę, niepewnie, jakby jakiekolwiek słowa były nie na miejscu.
            Na długie chwile izbę ogarnęło milczenie, zakłócane jedynie nierównymi oddechami zebranych.
            – Śnieg. – Szept smukłej kobiety, której dłoń przed chwilą obmywała czoło siostry, a teraz zatrzymała się nieruchomo, był tak cichy, że mógł być równie dobrze tylko ruchem ust. – To śnieg.
            Tego dnia, mimo pory snu, pięć par ludzkich oczu wpatrywało się w niebo, w towarzystwie krzyków i jęków bólu. Mimo spływających po ich ciałach kropel potu, mimo szkarłatu krwi zabarwiającej co i rusz czystą wodę, mimo strachu i niepewności, pozwalali, by ich oczy cieszyła biel obfitych płatków, towarzysząc im przez całe długie godziny, aż przestrzeni nie wypełnił cichy płacz niemowlęcia.
            – To cud, to prawdziwy cud.
            Kobieta zwana Creystą sama nie była pewna, czy jej słowa odnosiły się do prószących za oknami białych płatów, czy też do dzieciątka, które właśnie owinięto ciepłym kocem w jej ramionach. A może traktowały o cudzie boga śmierci. Boga, który tego dnia, być może sam zbyt zajęty podziwianiem świętego zjawiska, zapomniał w swej podróży wstąpić do niedużej chatki, wypełnionej odgłosami ulgi, zachwytu i łez radości.
            – Gratuluję pięknego syna, Elweno. – W orzechowych oczach błyszczały łzy ulgi, gdy smukłe dłonie kładły małe zawiniątko na piersi kobiety, na której twarzy, mimo odbijającego się wyraźnie wielogodzinnego bólu, teraz widniał tylko piękny, rozjaśniający okolicę uśmiech. – I tobie, drogi bracie – dodała kobieta, odsuwając się nieco od łóżka, by zrobić miejsce szatynowi, któremu, choć z łzami nie było do twarzy, nie przyszło na myśl ich powstrzymywać.
            Młodzi rodzice wpatrywali się z uśmiechami i miłością w swego drugiego syna, którego wyjątkowość nie mogła zostać niezauważona. Alabastrowa skóra, jakiej nie były w stanie oszpecić nawet świeże smugi krwi, zdawała się rozjaśniać jego oblicze, zaś po łzach w ogromnych oczach nie było już śladu. Oczy te z kolei mogłyby konkurować pięknem z najznamienitszymi świątyniami, rzeźbami i bogactwami Nihril, zaś ich fiołkowa barwa zdawała się kryć w sobie powiew wiosny, niewidzianej przez ludzkość równie długo co i śnieg. Śnieg, z którego wydawały się być utkane miękkie włoski wieńczące małą głowę niesforną czupryną.
            Świat z pewnością nigdy nie widział tak pięknego noworodka.
            – Jak go nazwiemy? – Męski głos przykryty tak namacalną delikatnością, wyjątkowo nie współgrał z ostrymi rysami twarzy i muskularną budową jego właściciela, który teraz odgarniał z czułością biały kosmyk z twarzy swego malutkiego syna.
            – Miyatriell – odrzekła z namaszczeniem jego małżonka, nie odrywając błyszczących ocząt od spokojnego maleństwa, spoczywającego w drżących wciąż ramionach.
            Podczas, gdy jej siostra nazywała syna na cześć śniegu jego starożytną nazwą, smukła niewiasta o nieprzeniknionym spojrzeniu, wciąż milcząco wpatrywała się za okno. Zza chmur znów przebiło się słońce, a opadły na letnią trawę śnieg topił się w zatrważającym tempie. I już mogłoby się wydawać, że słońce ponownie zagóruje, gdy w ciągu ułamka sekundy świat pogrążył się w mroku, zdającym się przysłonić jaśniejącą kulę swą przytłaczającą potęgą.
            Ułamek sekundy – tyle trwało przeraźliwe zaćmienie, odcinające lud od daru jego najwyższego władcy – Pana Dnia. I zaledwie ten ułamek sekundy wystarczył, aby zagnieździć w ludziach strach i przypomnieć im, że gdzieś tam, w odległym świecie, w głębokim śnie spoczywa potęga, jakiej świat nie zdoła zapomnieć, choćby minęły kolejne trzy tysiące lat.
            Pan Nocy istniał. A teraz zdawał się przypomnieć o swej niezrównanej mocy, mogącej przerwać choćby najgłębszy sen.

***


            – Vlar! – Głos, który wydać mógł się głośnym tchnieniem, głuchą melodią, lub czystą światłością, poniósł się echem i zawitał do każdego zakamarka bezkresnej krainy, tak bardzo oddalonej od miejsca, w którym poczuł.
            Natychmiast zwrócił się w kierunku zwierciadła, wertując jego obrazy zachłannie, szukając śladu tego, co odczuł w każdym skrawku swego jestestwa. Cała powierzchnia Nihril spowita była bielą, a to nie pozwalało mu wątpić, że miał rację. Jego ukochana wróciła. Wróciła na te przeklęte ziemie. Los dał mu jeszcze jedną szansę.
            Ryknął z frustracją aż cały jego świat zadrżał, a z przestrzeni odpłynęło wszystko, co pozwalało żyć tutejszym istotom. Nie potrafił jej zlokalizować. Nawet śladu, nawet cichego echa, nic. Po głośnym wołaniu przychodzącego na świat istnienia, pozostało tylko puste wspomnienie. Ale czuł ją i wiedział, że gdzieś tam jest. Gdzieś tam narodziła się na nowo. Żyje. A on musi ją odnaleźć.
            Każde istnienie poczuło nagłe drżenie światów, kiedy ciemność na ułamek sekundy ogarnęła Nihril.
            Nie odrywając uwagi od zwierciadła, zaklął siarczyście, powodowany silną obawą.
            Jego przeklęty brat również to poczuł.
            Zrozumiał, że nie będzie w stanie trzymać go w pętach snu przez następne tysiąclecia. Czuł jego wściekłość i determinację, i wiedział, że ostatecznie przełamie swą klątwę. Nawet on sam nie da rady tego powstrzymać.
            Musi być szybszy. Musi ją znaleźć nim ten drań zdoła się wybudzić. Nim choćby zbliży się do tknięcia swymi niegodziwymi szponami jego ukochanej. Nie pozwoli, by choć jedno spojrzenie jego ślepiów spoczęło na niej. Nie. Historia nie zatoczy koła.



            – Przeszukacie każdą szczelinę, przekopiecie się przez najmniejszy pyłek i zgładzicie każde nocne ścierwo, jakie śmie wam stanąć na drodze, ale znajdziecie ją – zwrócił się do dwóch jaśniejących, bezkształtnych istnień przed sobą, nieumiejętnie opanowując szalejące emocje.
            – Co, kiedy już ją znajdziemy? – zapytał jeden z nich, choć nie posiadał ust ani ciała. Z każdą chwilą jednak unoszący się w powietrzu bezkształtny promień wydłużał się i zaczynał nabierać konturów. To samo działo się z drugim, obok niego, aż w końcu oba istnienia przybrały cechy charakterystyczne ludziom.
            – Natychmiast mnie powiadomicie. Nie zbliżajcie się do niej, nie może was zauważyć, ani wyczuć czym jesteście. – Władczy głos przebijał się do świadomości istot dnia, tworząc trwałe rozkazy, którym nie mogli się sprzeciwić. – Nie wiem w jakim jest ciele, czy cokolwiek pamięta. Nie można jej spłoszyć – mamrotał już bardziej do siebie, by po chwili obdarzyć sługi dodatkowymi instrukcjami, po czym odesłał je na Nihril, a sam wrócił spojrzeniem do zwierciadła.
            – Tyle lat, tyle lat na ciebie czekałem... – wyszeptał słabo, z rozczuleniem wpatrując się w świat, na którym nie było już żadnego śladu po przejawach zimy, czy też mroku przewracającego się we śnie brata.

Ostatnio zmieniony przez Parrie (26-11-2018 o 16h33)


Wattpad   ⚝ F A R   T O O   C L O S E ⚝
https://i.imgur.com/PQsF3Zt.png
♡ made by @Aeriss ♡

Offline

#2 28-11-2018 o 17h59

Straż Obsydianu
Parrie
Straż na szkoleniu
Parrie
...
Wiadomości: 225

Być może piszę do ściany :') ale tak czy siak, popiszę sobie, a co. Tak więc, generalnie pokusiłam się na stworzenie własnego uniwersum (jak widać), dlatego rozdziały mogą być trochę napchane jego opisami i próbami jak najbardziej zrozumiałego przekazania o co chodzi. Nie wiem czy mi to wychodzi, czy nie, ale staram się, mam więc nadzieję, że nadmiar opisów względem akcji nie jest zbyt nużący. Cóż, z pewnością w dalszych rozdziałach akcji pojawi się więcej.
Zapraszam do czytania i dodam jeszcze, że pierwsza strona poniższego rozdziału została całkowicie wycięta ze względu na zawarte w niej nieodpowiednie treści. Jeżeli ktoś chciałby się z nią zapoznać, standardowo zapraszam na PW~ c;


---------------------------------
R O Z D Z I A Ł    1

    Zamknął za sobą ciężkie, zdobione złotem drzwi i skierował się w dół spiralnych schodów, niespiesznymi ruchami wygładzając swoją szatę. Mimo, że doprowadził się do porządku jeszcze nim opuścił gabinet Arcymistrza, cały czas miał wrażenie, jakby po jego ubraniu pełzły robaki.
    Miyatriell wyrósł na niezmiernie zjawiskowego mężczyznę. Zaledwie kilka miesięcy temu ukończył osiemnaście lat i choć jego twarz była raczej delikatna w porównaniu do rówieśników, to można by pokusić się o stwierdzenie, że wyglądał na swój wiek. Jego cera zachowała piękny, porcelanowy kolor, a z jasnofioletowych oczu bił ten sam blask, którym powitał świat w dniu swoich narodzin. Natura obdarzyła go długimi nogami i wysokim wzrostem, co w połączeniu z wypracowaną przez lata, atletyczną budową, dawało mu wygląd młodego boga i sprawiało, że był niemniej piękny niż monumenty stawiane na cześć Pana Dnia.
    Zatrzymał się przed kolejnymi drzwiami, dużo mniejszymi niż te, których próg przekroczył zaledwie minutę wcześniej. Ostatni raz przejechał długimi palcami po miękkim, białym materiale wyszywanym złotymi nićmi, po czym przetarł dłońmi twarz, wciąż czując na niej fantomową lepkość, na której wspomnienie robiło mu się niedobrze. W końcu niedbale zmierzwił gęste, białe włosy trwające w wiecznym nieporządku, i chwycił za klamkę piętrzących się przed nim lakierowanych drzwi.
    Przymrużył lekko powieki, gdy jego oczy zaatakowało jasne światło korytarza, na który wyszedł. Musiał trafić na przerwę od zajęć, bowiem jego uszu natychmiast dobiegł żywy gwar, a gdzie nie spojrzał, tam dostrzegał czyjąś twarz.
    Nie zatrzymując wzroku na żadnej z sylwetek, podjął drogę wzdłuż korytarza, udając, że nie widzi prześlizgujących się po nim spojrzeń. Gdy kroczył tak z uniesioną głową, wydawał się panem na swoich włościach, czego wrażenie potęgowała nie tylko jego wrodzona, wyróżniająca się aparycja, ale także szata, którą nosił. Wszyscy mężczyźni, wśród których znalazł się Miyatriell, mieli na sobie beżowe, proste skórznie, wykończone brązowymi dodatkami, a jedyną ozdobą ich stroju był wyszyty złotą nicią herb. Ów herb był właściwie jedynym, co łączyło odzienie osiemnastolatka z tymi, które nosiła reszta.
    Jasnowłosy, zamiast przylegających do ciała, minimalistycznych skór widocznie przystosowanych do walki, miał na sobie zwiewną, lekką koszulę zapinaną pod samą szyję. Jej obszerne ramiona, na końcach zwieńczone zostały ciasnymi usztywnieniami i złotymi mankietami. Spodnie dopasowane strukturą do koszuli, oddzielał od niej szeroki pas również w kolorze złota. Całość została wykonana z najwyższej jakości materiałów i bogato ozdobiona lśniącymi nićmi, układającymi się w skomplikowane wzory.
    Strój ten idealnie współgrał ze szlachetnymi rysami młodzieńca i jego twardym, niewzruszonym spojrzeniem, którym obdarzał przestrzeń przed sobą, gdy kroczył między resztą adeptów.
    Przez lata spędzone tutaj zdążył przyzwyczaić się do zainteresowania, jakie wzbudzał. Pełne szyderstwa spojrzenia stały się dla niego codziennością, z którą nauczył się sobie radzić, choć zdecydowanie nie przyszło mu to łatwo. Jeszcze kilka lat temu, kiedy kroczył korytarzem, czy dowolną inną częścią należącą do terenu gildii, był boleśnie świadom każdego skrawka swego ciała, mając wrażenie, że jego ręce żyją swoim życiem, a twarz wygląda jak u kogoś, kto zaraz zacznie płakać i ucieknie w panice. Tak, na początku było mu ciężko się dostosować i ignorować bezczelne zaczepki oraz nieskrywane, wzgardliwe spojrzenia. Później nauczył się, że nic tak bardzo nie wyprowadza z równowagi tych pajaców, jak jego dumny krok i spojrzenie mówiące, że jest od nich lepszy. Nauczył się, że wszyscy są zwyczajnie zazdrośni.
    Powstrzymał zmarszczenie brwi, gdy zdał sobie sprawę, że dziś jego osoba wzbudza wyjątkowo duże zainteresowanie, a niedyskretnym szeptom towarzyszą głośne chichoty. Starając się nie zwracać na nic uwagi, dalej kroczył z gracją w kierunku wyjścia z budynku, przeklinając w myślach architekta za uczynienie korytarza tak nieznośnie długim.
    – Te, księżno błogosławiona. – Jego uszu dobiegł przesiąknięty kpiną głos, a swe źródło miał gdzieś w grupce młodych mężczyzn oblepiających jeden z potężnych, kunsztownie wyrzeźbionych filarów, podtrzymujących malowane sklepienie.
    Właściciel głosu wraz ze swoją bandą znajdował się kilka kroków przed Miyatriellem, na lewo od jego twarzy, której to chłopak nie odwrócił od widoku rozciągającego się przed nim, pomimo świadomości, iż słowa kierowane są właśnie do niego. Ponieważ wołanie mężczyzny było głośniejsze, niż to konieczne, teraz już cały korytarz wlepił swoje zainteresowane spojrzenia w grupkę, czekając na dalszy rozwój sytuacji.
    Starał się nie pokazać po sobie napięcia, które go ogarnęło na dźwięk tej bezpośredniej prowokacji, a ponieważ miał już wprawę, faktycznie wyglądał jakby jej zupełnie nie usłyszał. Z trudem jednak wstrzymał się od przyspieszenia swojego lekkiego kroku. Musiał przyznać, że dawno nie przyszło mu się spotkać z tak jawną zaczepką. Sytuacja między nim a resztą adeptów uspokoiła się trochę, gdy zrozumieli, że chłopak ma ich głęboko w poważaniu, a swoim nieokrzesaniem jedynie się ośmieszają. Dlatego, cokolwiek skłoniło jednego z tych palantów do wychylenia się ze swoim brudnym pyskiem, Miyatriell wiedział, że nie spodoba mu się to, co usłyszy za chwilę. I miał oczywiście rację.
    – Zdaje się, że Wielmożny Arcymistrz zostawił trochę ze swojej szlachetności na twojej buźce, o Błogosławiony!
    Salwa śmiechu i mało eleganckich prychnięć przetoczyła się po korytarzu, zaś serce Miyatriella zatrzymało się na krótki moment, by za chwilę podejść do gardła. Tylko lata wprawy pozwoliły mu zatrzymać cisnący się na twarz rumieniec i wszelkie objawy zażenowania, które dopadły go z całą mocą. Miał ochotę ruszyć pędem przed siebie i jak najszybciej znaleźć się z daleka od nich wszystkich. Dawne słabości uderzyły w niego z impetem, ponieważ atak nadszedł z tej strony, na którą wrażliwy był najmocniej.
    Mimo tego wszystkiego, zamiast ulec swym najszczerszym chęciom i instynktownym odruchom, udało mu się nie wyjść z roli.
    Każda z tych żałosnych kreatur, które właśnie z niego szydziły, o*********** całej cesarskiej piechocie, żeby choć na chwilę znaleźć się w jego skórze.
    Jasne tęczówki przesunęły się powoli w stronę ucieszonej grupki, spojrzawszy na właściciela niewyparzonego języka z namacalną wręcz wyższością, a krok Miyatriella ani nie przyśpieszył, ani nie zwolnił. Opalony szatyn o twarzy nieskażonej inteligencją, ciesząc się jak gówniarz swymi pięcioma sekundami sławy, odpowiedział na przenikliwe spojrzenie jasnych oczu, uśmiechając się wyzywająco, choć z mniejszą pewnością niż przed chwilą.
    Miyatriell nie powiedział nic. Przenikając mężczyznę głębokim spojrzeniem, wysunął język i skrupulatnie, niespiesznie zlizał z kącika wargi to, co wzbudziło tak wielkie zainteresowanie. Jego postawa pozostała niewzruszona, również wtedy, gdy po ominięciu głośnej grupki, odprowadziły go odgłosy zgorszenia i niewybredne komentarze.
    Dopiero, gdy wyszedł z budynku i zetknął się ze świeżym, letnim powietrzem, zrozumiał, jak bardzo dusił się jeszcze przed chwilą.
    Choć dziedziniec, na który wyszedł osiemnastolatek, również oblegali ludzie, wydawali się oni zbyt zajęci sobą, wygrzewaniem twarzy w promieniach słońca lub rozmowami, by poświęcić sylwetce Miyatriella więcej uwagi, niż było to konieczne. Chłopak nieco rozluźnił spięte ramiona i podjął dalszą drogę ubitą ścieżką, obsypaną kolorowymi kamieniami, mając nadzieję na jak najszybsze skrycie się przed palącymi promieniami słońca, w ścianach własnych kwater.
    Nazwanie okolicy, którą kroczył, piękną, byłoby dużym niedopowiedzeniem. Gmach opuszczony przez niego przed chwilą, trudno było objąć jednym spojrzeniem, a jego rzewnie pozłacany dach dumnie wdzięczył się w intensywnych promieniach słońca. Białe mury ogromnego budynku lśniły od powtykanych w nie gęsto kamieni szlachetnych, a wszystkiego dopełniały wykładane kunsztownymi freskami okna. Tych było wiele gdziekolwiek nie spojrzeć. Dawniej, kiedy Miyatriell kroczył po tej samej ścieżce, często łapał się na rozmyślaniu o tym, jak wiele głodujących rodzin mógłby wykarmić za jeden z tych kamyczków, ubijanych codziennie tłumem ludzkich stóp. Nawet teraz zdarzało mu się myśleć o podobnych rzeczach, na które przecież, chcąc czy nie chcąc, nie miał najmniejszego wpływu.
    Ogród wokół był zadbany i czysty, na każdym kroku można było spotkać obleczoną w złoto ławkę, a nieopodal stała potężna fontanna, na której środku piętrzyła się rzeźba jednego z wyobrażeń Pana Dnia, całkowicie skąpana w ciepłym świetle.
    Nienaganną sylwetkę nastolatka otaczał obraz bogactwa, dostatku i bezgranicznego piękna, a stanowiło to tylko skrajnie niewielką część tego, co do zaoferowania miała Gildia Synów Błogosławionych. Gildia, której tereny zajmowały obszerną część Vlargerdenu – krainy, na ziemiach której osiemnaście lat temu przyszedł na świat piękny chłopiec, kroczący teraz pewnie między tymi bogactwami, choć wcale nie wyglądał na mężczyznę spełnionego i zadowolonego z tego, gdzie przyszło mu skończyć.
    Tu właśnie teraz należał. Gildia Synów Błogosławionych na ziemiach Vlargerdenu i jej bliźniaczka, Gildia Córek Błogosławionych, z siedzibą na wyspach, były placówkami, do których ludzie posyłali swoich synów i córki, srogo za tę przyjemność płacąc. Nie bez powodu oczywiście. Dziecko wychowane wśród Mistrzów i Mistrzyń Błogosławionych, miało zapewniony dobrobyt w dalszym życiu, nie tylko dzięki zdobytym umiejętnościom i prestiżowi, ale także z samego faktu dorastania w blasku Pana Dnia. Mimo bliźniaczych nazw jednak, funkcjonowanie obydwu gildii znacznie się od siebie różniło. I z tego powodu Miyatriell nieraz żałował, że nie urodził się w innym ciele. Bo skoro już jest tym, czym jest, to wolałby być tym w ciele kobiety.
    Choć jest to ogromną rzadkością, zdarza się, że na świat przychodzi dziecko, którego dusza, serce i ciało przepełnia wyjątkowy rodzaj energii. Energii, która przy odpowiednim wyszkoleniu może zostać przemieniona w prawdziwą magię. Co roku kapłani i kapłanki z Ziem Świętych przemierzają ziemie Nihril, aby pobłogosławić rodziny i ich domy, a także nowonarodzone dzieci. Gdy zaś okaże się, że noworodek kryje w sobie pokłady magicznej energii, nazywa się go Dzieckiem Błogosławionym, za którego to werbunek Mistrzowie Błogosławieni są skłonni oddać naprawdę wiele.
    Gildia Synów Błogosławionych jakkolwiek, okazywała się być dość mylącą nazwą. Ponieważ dzieci naznaczone Boskim Pierwiastkiem stanowiły ogromną rzadkość, ich ilość w szeregach szkoły dało się zliczyć na palcach obu rąk. Gildia w rzeczywistości werbowała głównie chłopców z bogatych rodzin pochodzących z Vlargerdenu lub sprzymierzonych krain Canem. Kadeci zwykli obierać różne ścieżki, lecz zdecydowana większość starała się o wstąpienie do szeregów Złotych Legionów, uważając to za najwyższy zaszczyt. Uczniów kierowano do szkoły zazwyczaj w wieku lat pięciu i w razie niewypłacalności, braku postępów w nauce, lub problematyczności, mogli zostać z niej wydaleni. Mimo ścisłych wytycznych dotyczących ubioru, zajęć i zachowań na terenie gildii, mogli swobodnie opuszczać jej bramy nie częściej niż dwa razy w obrębie dziesięciu dni.
    Szkoła zawdzięczała swą nazwę temu, że faktycznie na jej czele stał Arcymistrz Błogosławiony, do grona Mistrzów należała również lwia część nauczycieli. Choć wydawać się mogło, że każdy dzieciak oddałby duszę, by zostać przyjętym w szeregi gildii, sprawa miała się zupełnie inaczej w przypadku chłopców obdarzonych Boskim Pierwiastkiem. W każdym razie, Miyatriell nigdy nie chciał się tu znaleźć, a jego droga matka kochała go na tyle, by nie wysłać syna pod opiekę Mistrzów. Ale oni żerowali na ludzkich nieszczęściach i byli skłonni zrobić naprawdę wiele, by zaciągnąć pod swe skrzydło tak wyjątkowe dziecko. Nie mogli nikogo zmusić oczywiście. To życie zmusiło Miyatriella do dobrowolnego przekroczenia ciężkich, ohydnie złotych bram.
    Chłopak wstąpił do gildii w wieku dwunastu lat, ku ogromnej uciesze Mistrzów, którzy od dnia jego narodzin uparcie starali się o werbunek chłopca, ze względu na ogromne pokłady mocy, jaką w sobie krył. W wieku lat piętnastu, jak każdy Syn Błogosławiony, pozwolił Arcymistrzowi wybrać, któremu z Mistrzów zostanie oddany. Ku zaskoczeniu wszystkich i przerażeniu Miyatriella, Arcymistrz wybrał siebie.
    Synowie Błogosławieni byli tak cenni przede wszystkim dlatego, że po przekroczeniu piętnastego roku życia mogli przystąpić do rytuału, aby związać się z jednym z Mistrzów i przekazywać mu od tej pory własną energię. Korzyści dla takiego chłopca było doprawdy wiele. Rozpieszczano ich na każdym kroku, w gildii nie mieszkali w pokojach, a we własnych, przestronnych domach. Na dodatek, nie tylko nie musieli płacić za naukę, ale otrzymywali obrzydliwie duże wypłaty w złocie i klejnotach. Mieli dostęp do najlepszej edukacji i w dużej części szkolono ich trybem indywidualnym. Po opuszczeniu gildii zaś, świat stał przed nimi otworem, oferując wiele ścieżek, którymi mogliby zechcieć dalej podążyć. Co więcej, choć energia, jaką przekazywali, zapewniała ich mistrzom wieczną młodość, nie byli oni nieśmiertelni. Kiedy Mistrz odchodził z tego świata, cała jego moc przepływała na ucznia, z którym się związał. W czym więc mógł leżeć problem?
    Otóż Miytariell był pewien, że nigdy nie przyzwyczai się do sposobu, w jaki Mistrzowie zwykli pobierać magię od uczniów. Gdy bowiem Syn Błogosławiony przekroczy piętnasty rok życia, przechodzi przez ten przeklęty rytuał, podczas którego po raz pierwszy pokłada się ze swoim mistrzem, by później robić to regularnie i bez słów sprzeciwu, przysługując się naturalnie większemu dobru. Oddawanie ciała i duszy uświęconym Mistrzom, działającym pod blaskiem Pana Dnia, jest przecież nieocenionym zaszczytem.
    Cóż, adepci, których od sześciu lat mijał na korytarzach wydawali się nieprzekonani co do szlachetności jego roli. Prawdę mówiąc, Miyatriell również nie był przekonany. Gdyby nie to, że nie brakowało ludzi, którzy upatrzyli go sobie za cel niewyszukanych szyderstw, sam nazwałby siebie niczym więcej jak pobłogosławioną d*****. Wszystko się zgadzało. Nie obchodziła go moc, jaką kiedyś posiądzie, ani to jak niesamowita może być jego przyszłość. Był tu tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Być może, gdyby wiedział, z kim przyjdzie mu się związać, zastanowiłby się dwa razy, lecz nie wątpił, że podjąłby tę samą decyzję. Robił to dla kogoś, kto ważniejszy był mu niż ciało i godność. Udawał więc, że wierzy w te wszystkie brednie, że jest wybranym, i że czyni go to lepszym niż inni. Okazywał to na każdym kroku, z dumą stając przy boku Arcymistrza, jakby to miejsce od wieków zapisane było tylko dla niego.
    W rzeczywistości, czasem z trudem powstrzymywał odruch zaciśnięcia dłoni na długiej szyi tego poświęconego k*****.
    – Miya! – Długie nogi zatrzymały się, gdy dobiegł go wesoły, męski głos, którego źródło zlokalizował za swoimi plecami.
    Odwrócił się, a jego harde spojrzenie nabrało dużo więcej łagodności, gdy przyszło mu się zatrzymać na zmierzającej ku chłopakowi, rozbudowanej sylwetce. Była to jedna z przyjaznych Miyatriellowi twarzy w tym miejscu. O ile nie jedyna.
    Lekko zmachany mężczyzna, który podbiegał w stronę chłopaka, odznaczał się postawną budową, sprawiającą, że raczej nikt nie chciałby spotkać go w ciemnym zaułku. Poza tą jedną wyróżniającą go cechą, wyglądał w zasadzie zupełnie przeciętnie. W jego kasztanowych włosach gdzieniegdzie mieniły się muśnięte przez słońce, rude kosmyki, a ciemne oczy jak zawsze lśniły od wesołości i zaraźliwego optymizmu. Szczęśliwie, Miyatriell był ogromnie odporny na wszelkie zarazy.
    – Zgadnij, kogo właśnie oficjalnie przyjęto do Złotych Legionów! – Ciężkie ramie zamaszyście objęło osiemnastolatka, aż ten zachwiał się lekko pod jego ciężarem.
    Spojrzał ponad świstkiem papieru, jakim wymachiwano mu przed twarzą, na tę uradowaną, szczerzącą się gębę i uniósł brwi z udawanym powątpiewaniem.
    – Hoooo – odrzekł jakże inteligentnie, grając wielkie zaskoczenie, za co już po chwili otrzymał niedelikatnego kuksańca pod żebra. Roześmiał się zupełnie swobodnie, mierząc się z teatralnie oburzonym obliczem przyjaciela.
    Gdy się tak śmiał, zupełnie nie przypominał tego mężczyzny, którym był zazwyczaj. Jego twarz jaśniała, a oblicze nagle zdawało się dużo bardziej przyjazne, mniej niedostępne i można byłoby pomyśleć, że nigdy w swym życiu nie napotkał najmniejszej niedogodności.
    – Gratuluję, może po kolejnych dwudziestu latach uda ci się nawet zdobyć jakąś pozycję – skomentował z serdecznym uśmiechem, lecz po chwili znów cicho parsknął, widząc minę towarzysza.
    – Widzę, że jak zawsze w formie – burknął mężczyzna, gdy razem ruszyli kolorową ścieżką. Miya wzruszył niewinnie ramionami, przywdziewając na twarz lekki uśmiech.
    Po kilku chwilach siedzieli już na brzegu kamiennej fontanny, ciesząc się akompaniamentem szumiącej wody. Miya przeciągnął swe zgrabne ciało, pomrukując przy tym cicho. Jeszcze tyle godzin zostało do pory snu, a jednak czuł się tak, jakby mógł zasnąć choćby i teraz.
    – Pochwaliłeś się już Tayi? – podjął temat, wpatrując się w lśniącą taflę wody, której spokój zakłócał od niechcenia swymi długimi, bladymi palcami.
    – Jeszcze nie, widzimy się jutro.
    Miyatriell pokiwał ze zrozumieniem głową, zamyślając się lekko. Nie powinien pozwalać sobie na takie myśli, ale czasem naprawdę zazdrościł przyjacielowi. On sam był więźniem w tej dużej, złotej klatce, którą opuszczać mógł tylko w wyznaczone obchody świąteczne, w towarzystwie swego Arcymistrza. Już od ponad sześciu lat nie zamienił słowa z nikim spoza gildii i czasem zastanawiał się, jakim cudem udało mu się jeszcze nie zwariować. Dobrze, że mógł chociaż wymieniać listy.
    – Więc co teraz? Zamieszkasz w stolicy? – zapytał niezobowiązująco, rozkładając się swobodnie wzdłuż kamiennej posadzki. Fiołkowe oczy wlepiły się w czyste, lazurowe niebo. Niemalże widział oczyma wyobraźni przepraszający uśmiech Terkyona, który ten musiał przywdziać, gdy zaczął odpowiadać.
    – Mhm. Zamierzam oświadczyć się Tayi. Moja rodzina ma posiadłość w stolicy, więc tam pewnie zamieszkamy. – W głosie mężczyzny pobrzmiewała nuta skruchy, za którą Miya był nawet wdzięczny.
    Obaj wiedzieli, że miał tu tylko jego. Gdy Terk opuści gildię, osiemnastolatek zostanie tu sam, zdany tylko na siebie, bez ani jednej przyjaznej gęby, z którą mógłby porozmawiać równie beztrosko, co teraz z nim.
    – Musisz nas kiedyś odwiedzić – dodał pocieszająco szatyn, a Miya nie miał zamiaru uświadamiać ani przyjacielowi, ani sobie, że jest to mało prawdopodobny scenariusz. Kiedyś. Kiedyś może tak. Kiedy już wyrwie się z tej wysysającej życie klatki.
    Właśnie miał odpowiedzieć coś, co nie pozwoli przyjacielowi dłużej się nad nim użalać, kiedy uświadomił sobie, że każda osoba na dziedzińcu padała właśnie na klęczki i skłaniała pokornie głowy.
    Miyatriell niechętnie podniósł się do siadu, kątem oka odnotowując, że i Terkyon nie siedzi już obok niego. Fiołkowe oczy przesunęły się w stronę szczytu schodów, prowadzących do wnętrza szkoły. Z trudem powstrzymał skrzywienie na widok tego, kogo tam ujrzał.
    Arcymistrz, gdy tylko był w pełni ubrany, a na jego twarzy nie odbijały się niemoralne pragnienia i wstrząsy przyjemności, mógł zostać uznany za kogoś bardzo przyjemnego dla oka. No dobrze, gnojek był naprawdę przystojny, a aura dominacji i cała ta przeklęta dostojność, biły od niego na kilometry. Prosta, dumna postawa, zielone tęczówki na stałe naznaczone nieznoszącym sprzeciwu rozkazem, symetryczna, trójkątna szczęka i równo przycięte, dotykające ramion, ciemnoblond falowane włosy. I uszy, które na skutek przepełniającej go mocy nabrały nieco spiczastego kształtu. Magia biła od niego równie mocno co s*************.
    Miyatriell napotkał utkwiony w sobie ostry wzrok i również skłonił głowę. Zdawkowo, nie odrywając spojrzenia od tych przenikliwych oczu. Żadne z jego kolan nawet nie drgnęło.
    Na twarzy Arcymistrza zamajaczył krótki, lisi uśmiech, szybko jednak przykryła je zwyczajowa, surowa powaga.
    – Miyatriellu. – Tylko tyle wydobyło się z kształtnych ust. Pan przywołujący swego psa do nogi, ot co.
    Miyatriell nie miał wyjścia, jak tylko uprzejmie skinąć głową i ruszyć w stronę budynku, który z takim zadowoleniem opuścił zaledwie kilkanaście minut temu. Zastanawiał się, co mogło skłonić Arcymistrza do osobistego pofatygowania się po niego.
    Cóż, lada chwila się tego dowie.

Ostatnio zmieniony przez Parrie (13-12-2018 o 22h50)


Wattpad   ⚝ F A R   T O O   C L O S E ⚝
https://i.imgur.com/PQsF3Zt.png
♡ made by @Aeriss ♡

Offline

#3 28-11-2018 o 18h29

Straż Cienia
Methrylis
Akolita Kappy
Methrylis
...
Wiadomości: 19 929

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Nieeee, nie piszesz do ściany /static/img/forum/smilies/big_smile.png Staram się tu czytać wszystko, ale widzisz: foru Eldki jest dość ubogie w FF, a jak już coś się pojawi, to głównie eldkowego. Niestety mniejszym zainteresowaniem cieszą się opowieści spoza tego uniwersum. Ale nie masz co się martwić, tu zawsze ktoś wpada, nawet jeśli nie zostawi po sobie śladu ;]

Masz bardzo ładny styl! Taki prosty, lecz jednocześnie… hm, schludny? Nie wiem, ale pięknie operujesz opisami. Masz bogate słownictwo, potrafisz zapisywać dialogi [!], więc naprawdę przyjemnie się to czyta! Prolog bardzo enigmatyczny i przede wszystkim klimatyczny, co też jest dużym plusem. Zresztą, na razie minusów nie znalazłam. Po pierwszej części wnioskuję, że ta „ukochana” odrodziła się w ciele tego śliczniutkiego noworodka, hm? ;> Czy tylko plotę bzdury? xD No nic, zobaczy się!

Nie no, ale czekaj, chłopak ma już 18 lat. To chyba jednak plotę bzdury xd Chociaż w sumie, skoro ta ukochana miała się odrodzić w JAKIMŚ ciele, to też mocno komplikuje sprawę, więc te poszukiwania może faktycznie zajęły aż tyle czasu… Przyzwyczaj się, że ja sobie będę tak gdybała XD Można mieć z tego niezły ubaw.

MOCNO DZIWNA ta gildia, serio. Nieźle dowaliłaś zwłaszcza tym rytuałem po piętnastym roku życia. ;o
„[…]a ciemne oczy jak zawsze lśniły od wesołości i zaraźliwego optymizmu. Szczęśliwie, Miyatriell był ogromnie odporny na wszelkie zarazy” — świetne xd

Jeju, naprawdę szkoda mi Miyatriella. Jego los był, i nadal jest, okropny. A jeszcze jak przyjaciel go zostawi… Hm, ciekawe po co ziomek go wołał. Chyba po coś więcej niż do rytuału? :v

No nic, czekam niecierpliwie na kolejną część, bo czyta się świetnie, i pozdrawiam ^^

Offline

#4 08-12-2018 o 14h17

Straż Obsydianu
Parrie
Straż na szkoleniu
Parrie
...
Wiadomości: 225

@Methrylis Och, w takim razie bardzo się cieszę, że mam co najmniej jednego czytelnika! Bardzo dziękuję za wyczerpujący komentarz i wszystkie pochwały, które przyszło mi czytać z niewstrzymywanym uśmiechem. :3 Gdybaj, gdybaj, czytanie różnych teorii jest równie znakomitą zabawą, co ich wymyślanie~ : D Mam nadzieję, że uda mi się nie zawieść i dalej będzie się czytać miło. ^^

Tak więc, z dość długą przerwą, ale czas na drugi rozdział. Niestety ostatnio sprawy na uczelni tak bardzo się spiętrzyły, że mogłam pisać tylko krótkimi partiami i dopiero wczoraj udało mi się napisać drugą połowę rozdziału.
Swoją drogą, postanowiłam dać link do wattpada (tym samym w żaden sposób nieocenzurowanej wersji) na profil, jeżeli ktoś chce zerknąć, to proszę bardzo. ; )

Kończę swoją paplaninę i życzę miłego czytania!


---------------------------------
R O Z D Z I A Ł    2


    Szedł powoli, ale jeśli oczekiwał ujrzeć na twarzy Arcymistrza choć cień irytacji, to mocno się zawiódł. Dostojny mężczyzna stał niewzruszenie w tym samym miejscu, z wyrazem niezachwianej wyższości przypatrując się wciąż klęczącym uczniom. Jednym skinieniem mógł zezwolić im wszystkim, by się podnieśli, a jednak tego nie robił, i Miyatriell miał poważne przypuszczenia co do powodu. Chciał, żeby wszyscy nienawidzili go jeszcze bardziej. Żeby zapamiętali moment, w którym musieli pokornie klęczeć, kiedy on – wyróżniony wychowanek Wielkiego Arcymistrza – kroczył dumnie między nimi. Spełniał swoją rolę idealnie, kiedy lekkim krokiem zbliżał się do Błogosławionego tak, jakby wcale nie otaczał go tłum klęczących.
    Jego spojrzenie zsunęło się na jednego z adeptów, po to tylko żeby ujrzeć, jak ów wznosi oczy do nieba w najobrzydliwszym wyrazie ekstazy, jaki kiedykolwiek przyszło osiemnastolatkowi widzieć. Usta adepta układały się przy tym wyraźnie w przeciągłe ”Mi-ya-trie-llu”, gdy wykrzywiał się tak niczym Skażony Mrokiem, a Miya mógł się tylko cieszyć, że dureń nie ma odwagi dodać do tego ohydnego wyrazu brzmienia swojego głosu.
    Nie reagując nijak, wrócił spojrzeniem do Arcymistrza. Zauważył, że szmaragdowe tęczówki również przypatrywały się przed chwilą temu samemu chłopakowi, na którym Miya przez moment zawieszał wzrok. Zupełnie jakby mógł usłyszeć bezgłośne słowa, jednakże nawet jeśli faktycznie cokolwiek wyczuł, jego twarz nic nie zdradzała.
    Gdy zbliżył się do mężczyzny, ten odwrócił się i podążył wzdłuż korytarza krokiem pełnym gracji. Tak jak Miyatriell się spodziewał, gdy szli już razem, drań nikogo nie przetrzymywał na klęczkach, pozwalając wszystkim podnieść się jeszcze nim ich kolana na dobre dotknęły podłogi.
    Oboje w ciszy posuwali się w stronę drzwi, przez które Miyatriell niedawno przeszedł, myśląc wtedy, że uwolnił się od niechcianego towarzystwa przynajmniej na kilka godzin.
    – Nadal ci dokuczają? – zagaił wyższy z mężczyzn, gdy tylko przekroczyli przez próg i znaleźli się w dość ciemnym, bo oświetlanym jedynie małym oknem, holu, z którego odchodziły spiralne schody oraz inne, mniej zdobne drzwi.
    – Wychowankowi Wielkiego Arcymistrza? W życiu – odparł z przesadnym zdziwieniem, robiąc taką minę, jakby faktycznie w jego głosie nie dało się usłyszeć pokładów kpiny.
    Uszu osiemnastolatka dobiegł cichy, nieprzyjemnie brzmiący śmiech, kiedy to wbrew jego oczekiwaniom, miast ku schodom, skierowali się w stronę kolejnych drzwi.
    – Ten twój cięty języczek też kocham. – Przeciągłe mruczenie mistrza przyprawiło go o wcale przyjemne ciarki, a nie bez znaczenia pozostawał fakt, że ten nawiązał do słów szeptanych w stronę chłopaka jeszcze pół godziny wcześniej.
    – Jest cokolwiek, czego we mnie nie kochasz, Mistrzu? – zapytał bez chwili wahania, przywdziewając na twarz przeuroczy uśmiech, ociekający fałszem do tego stopnia, że niejednego mógłby przyprawić o dyskomfort. Ale nie Arcymistrza oczywiście. Nie, on tylko pogłębił swój uśmiech i otworzył przed towarzyszem drzwi, gestem dłoni zapraszając go do przekroczenia ich.
    – Tylko tego, że nie podzielasz mojego entuzjazmu – wyszeptał wprost do chłopięcego ucha, gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność.
    Miya zacisnął niezauważalnie mocniej usta i przeszedł obok mężczyzny, by znaleźć się u szczytu schodów, prowadzących do długiego korytarza. Ponieważ korytarz ten nie posiadał już żadnych okien, jasność nastała dopiero, gdy Mistrz przywołał niedużą kulę światła i puścił ją przed nimi.
    – Gdzie idziemy? – z gardła białowłosego wyrwało się w końcu nurtujące go pytanie.
    Szedł tym podziemnym przejściem już kilka razy, ale wciąż nie odwiedził wielu pomieszczeń, o których istnieniu świadczyły liczne wejścia ozdabiające ściany. Do tego miejsca nie mieli dostępu zwykli uczniowie i w zasadzie nie był pewien, czy był tu którykolwiek z pozostałych Synów Błogosławionych.
    – Idziemy zachłysnąć się blaskiem cesarza. – Choć mina Arcymistrza nie zdradzała żadnych specyficznych emocji, z tonu głosu bez problemu dało się wywnioskować jego stosunek do tego, o kim napomknął. A mówił o nim tak, jakby przyszło mu wspomnieć mimochodem o zbłąkanym, brudnym zwierzęciu.
    Miyatriell poczuł nagle rosnący niepokój. Nie zdziwiło go to, że towarzyszy swemu mistrzowi. Jednym z przywilejów Synów Błogosławionych było obserwowanie jak ich zwierzchnicy obchodzą się nie tylko z codziennymi sprawami, ale także z rozwiązywaniem zawiłych problemów, jak zachowują się podczas przeróżnych ceremonii i w jaki sposób wykonują swoje obowiązki wobec Nihril. Niektórzy zwykli również mówić, że Mistrzowie lubią przypominać innym o mocy, jaka się w nich tli, samą obecnością wychowanka przy swoim boku. Normą więc było, że Miyatriell towarzyszył Arcymistrzowi na każdym kroku.
    Nigdy jednak nie zdarzyło mu się zawitać do zamku cesarskiego, bowiem władający Vlargerdenem nie zwykł zapraszać swoich poddanych na pogadankę przy kawce.
    – Wojna? – odważył się zapytać, tym razem mając nadzieję, że reakcją na to przypuszczenie będzie śmiech, którego tak nie znosił. Powietrze jednak wciąż wypełniało tylko brzmienie dwóch miarowych oddechów.
    Przenikliwe spojrzenie utknęło na krótką chwilę we fiołkowych oczach.
    – Nie widzę innego powodu, dla którego miałby zakłócać mój spokój. – Wypruty z emocji głos Arcymistrza wcale nie uspokoił nerwów Miyatriella, a co najwyżej tylko je pogłębił.
    Słyszał plotki krążące od jakiegoś czasu między adeptami gildii. Sam odcięty był od niepotwierdzonych informacji z zewnątrz, ale pozostali zawsze przynosili jakieś nowe wiadomości ze swoich miejskich eskapad. Miya zwykł podchodzić do nich z dużym dystansem i tak też zrobił, gdy doszły do niego pogłoski o niespokojnej sytuacji na wyspach. Nie chciał nawet słyszeć o tym, że coś może grozić akurat tamtym terenom. Wypierał ze świadomości nawet niezbity fakt, jakim było to, że sytuacja między Vlargerdenem i Xiacyntią od zawsze była napięta, a spór o terytoria wysp nigdy nie został ostatecznie zażegnany.
    Niemal poczuł, jak jego twarz blednie.
    – Od jak dawna wiesz? – Miya nie przejmował się tym, jak bezczelnie zabrzmiało jego pytanie. Niepokój wypełnił najmniejszy skrawek jego ciała, a z każdą chwilą coraz mocniej wzrastała w nim również złość. Wszystko to można było z łatwością wyczytać z pobladłej twarzy, Arcymistrz jednak nawet na nią nie spojrzał, pokonując niespiesznie kolejne kroki.
    – Wojna nie jest czymś, co powinno cię obchodzić, chłopcze – odpowiedział z niekrytym znużeniem w głosie, zupełnie jakby zwracał się do nierozumnego dziecka, któremu na każdym kroku trzeba tłumaczyć najprostsze rzeczy.
    – Żartujesz sobie? Dobrze wiesz, że...!
    – Jesteśmy na miejscu. Powściągnij swój uroczy temperament i zawrzyj tę piękną buźkę, Miyatriellu. – Zielone oczy wbiły się w chłopaka, nie pozostawiając miejsca na jakąkolwiek dyskusję. Młodzieniec wykrzywił twarz w wyrazie złości, jednak posłusznie zamilkł.
    Jeszcze nic nie wiadomo. Zapowiedź wojny nie oznaczała wcale, że na wyspach wydarzyło się coś, czym Miyatriell mógłby się przejmować bardziej niż to potrzebne.
    Przystojna twarz rozluźniła się nieznacznie, choć hardy wzrok nieustępliwie odpowiadał na ostre spojrzenie Arcymistrza.
    – Bardzo ładnie. – Widząc, że chłopak się poddał, blondyn popchnął drzwi, przez które po chwili przeszli.
    Miya znał to pomieszczenie, gdyż przychodzili tu zawsze, gdy musieli się przetransportować poza teren gildii. Nieduży, chłodno urządzony pokój oświetlały magiczne kule światła, rzucając żółtą poświatę na białe, surowe ściany. W środku nie znajdowało się nic prócz miękkiego, kremowego dywanu.
    Gdy sześć lat temu chłopak przybył do gildii, dowiedział się po czasie, że jej teren otoczony jest magiczną barierą, która uniemożliwia Obdarzonym teleportację. Jak się potem okazało, Synom Błogosławionym uniemożliwiała także fizyczne jej przekroczenie, przez co właściwie byli tu uwięzieni. Z początku, Miya czuł się z tym na tyle niekomfortowo, że zdarzało mu się popadać w panikę, ale gdy dowiedział się o pomieszczeniu, w którym właśnie stał, nauczył się opanowywać surrealistyczne lęki. Wiedza, że na terenie gildii jest choć jedno miejsce, z którego można się teleportować, dawała mu złudne poczucie wolności, którego uczepił się jak tonący brzytwy. Dlatego też pomimo surowości owego pomieszczenia, natychmiast stało się ono jego ulubionym miejscem w gildii, nawet jeśli miał okazję odwiedzać je bardzo rzadko i tylko w towarzystwie Arcymistrza.
    Teraz nawet fakt, że zaraz wydostanie się z tego potwornego miejsca, nie przynosił mu najmniejszego ukojenia. Być może gdyby nie to, że niewyobrażalnie mocno zależało mu na uzyskaniu konkretnych informacji, zdobyłby się nawet na poproszenie swego opiekuna o możliwość pozostania w gildii.
    Nigdy nie czuł się na miejscu, gdy przychodziło mu stać u boku tego drania i wyglądać jak pozbawiona jakiejkolwiek woli marionetka. Jego jedynym zadaniem zawsze było bezczynne sterczenie i wyglądanie jak osoba godna swego miejsca. Posągowa twarz, prosta sylwetka i spojrzenie wyzute z wszelkich emocji. Obraz człowieka, który jednym skinieniem może zetrzeć w pył każde istnienie i chce, by inni o tym pamiętali. Oczywiście Miyatriell wcale nie był kimś takim. Tak właściwie nawet teraz nie zdawał sobie sprawy z tego, jaką w rzeczywistości kryje w sobie siłę. Ale niezależnie od tego, jak dużą awersję czuł do swego mentora, nie mógł podważyć jego umiejętności i inteligencji, dzięki której mężczyzna nauczył Miyatriella więcej, niż ktokolwiek inny zdołałby, mając na to choćby dwa razy więcej czasu niż on. Chłopak wiedział dzięki niemu między innymi to, że świat polityki przepełniały sępy czekające z utęsknieniem na odkrycie choćby najmniejszego, podatnego na uszkodzenia skrawka, który mogłyby rozszarpać. I w takich momentach jak dzisiejszy, przydawała się umiejętność zachowywania wszelkich emocji dla siebie.
    Lud Vlargerdenu wierzył, że cesarz jest człowiekiem dobrotliwym i życzliwym, a Mistrzowie stoją o jeden krok od świętości. Arcymistrz szybko zburzył cały pogląd Miyatriella o świecie, który wydawało mu się, że znał. Szybko przekonał się, że im większa władza, tym bardziej pokryte zgnilizną serce. I prawdopodobnie dlatego tak bardzo ściskało go na myśl o bezpośrednim spotkaniu z cesarzem. Obawiał się tego, co może ujrzeć.
    Długie palce Mistrza wplotły się pomiędzy te należące do Miyatriella, a jego druga dłoń powędrowała na chłopięcy podbródek, kiedy pochylał się nad nim, zmuszając chłopaka do spojrzenia we wściekle zielone oczy.
    – Nie odzywaj się, nawet jeśli ktoś cię sprowokuje – pouczył tonem poważniejszym, niż Miya zwykł u niego słyszeć, co jedynie wzmogło jego wewnętrzny niepokój.
    – Nie mam zamiaru – odparł sucho, wytrzymując twarde spojrzenie.
    Arcymistrz w końcu rozciągnął usta w zwyczajowym, przyprawiającym o dreszcze uśmiechu, a potem wyprostował się i świat zawirował.


    Kiedy znów poczuł grunt pod nogami, pierwszym, co go uderzyło, była przyjemna, kwiatowa woń. Gdy omiótł spojrzeniem miejsce, w którym się znalazł, zrozumiał skąd się ona bierze.
    Zupełnie nie tego spodziewał się po cesarskim pałacu. Pod wpływem lat spędzonych w gildii, nawykł do wszechobecnego złota, połyskujących klejnotów, kunsztownych rzeźb i przepychu, od którego szło się udusić. Naturalnie spodziewał się, że skoro teren gildii tak obrzydliwie ocieka bogactwami i zaznacza swe uwielbienie do złota na każdym, najmniejszym kroku, podobnie będzie z pałacem. Lecz nie. Miejsce, w którym zawitał, niczym nie przypominało tego, z czym spotykał się na co dzień i co był w stanie sobie wyobrazić.
    Sala była ogromna, ale przestrzeń ta zupełnie nie wywoływała wrażenia pustki i chłodu, bowiem gdzie nie spojrzeć, rozkwitały kwiaty o przepięknych, różnorodnych barwach. Rozłożyste liście i intensywnie pachnące płatki otaczały balustrady, pomniki, krzesła, filary, a także ramy okienne i ściany. Liście niedużych drzewek również mieniły się przeróżnymi kolorami – od żółtych, poprzez brązy, aż po intensywne, zachwycające szkarłaty. Zaś złoto-purpurowy tron przyprószony był warstwą czegoś, co zapewne miało przypominać śnieg. Ten biały puch można było dostrzec również w innych częściach bogato zdobionego, lecz przytulnego pomieszczenia, na środku którego skrzył się basen wypełniony wonnymi płatkami. Zupełnie, jakby znalazł się w bajkowym ogrodzie, nie zaś w sali tronowej człowieka, który był na tyle ważny, że ktoś z pospólstwa przez całe swoje życie nie miał szansy zaświadczyć widoku jego twarzy.
    Miyatriell wiedział, że Vlargerden został nazwany na cześć Pani Pór Roku, ale nigdy nie spodziewałby się, że wszystkie te pory roku mogą zostać zamknięte w jednym pomieszczeniu i przyprawić o taki zachwyt.
    Gdyby nie chłodny, niepokojąco brzmiący głos, który dobiegł jego uszu, pewnie jeszcze przez długi czas stałby jak wryty i jedynie rozglądał się wokół.
    – Spóźniłeś się. – Fiołkowe oczy zwróciły się w kierunku głosu, dochodzącego z podwyższenia.
    Dopiero teraz Miyatriell dostrzegł wszystkich obecnych, i w jednej chwili poczuł się tak, jakby z przestrzeni zabrano całe powietrze, a piękne kwiaty powiędły i zaczęły wydzielać nieznośny odór.
    Na tronie siedział dostojny mężczyzna, wyglądający na z lekka czterdzieści lat. Na głowie miał pozłacany wianek, przeplatany purpurowymi i białymi kwiatami, zaś jego połyskująca, fioletowa szata przyozdobiona została kwiecistymi wzorami w różnych kolorach. Na piersi widniał ten sam herb, który Miyatriell wyszyty miał również na swojej szacie. Herb przedstawiał symbole darów, zesłanych ludzkości tysiąclecia temu przez Pana Dnia: łza, którą uroniła Pani, gdy Najwyższy wyrwał ją ze szponów Pana Nocy, widniała jako symbol Miłości. Łańcuch stał się symbolem Odwagi, jakiej wymagało zerwanie więzi pętających jego jedyną miłość, a pióro feniksa – symbol Życia, jakoby Pan wyrwał własne pióro, aby podarować je ludzkości wraz z darem rozmnażania się i rodzenia na nowo.
    Cesarz siedział prosto, a jego twarz naznaczała niewzruszona powaga. Lata przeróżnych doświadczeń odciskały się w głębokich zmarszczkach, a także w nieprzeniknionym spojrzeniu ciemnych oczu. Część kasztanowych włosów miał wplątanych we wianek, część zaś opadała mu lekko na ramiona i muskała łopatki.
    Miya w porę przypomniał sobie, żeby klęknąć, choć jego mistrz nic takiego nie zrobił. Zamiast tego wpatrywał się ze swym okropnym uśmiechem w tego, który przed chwilą przemówił. Gdy białowłosy podniósł się na nogi, również ulokował w nim spojrzenie.
    Choć to cesarz powinien grać pierwsze skrzypce i wywoływać największe wrażenie, to nie można było przyznać mu tej roli. Mężczyzna, który stał po prawicy władcy, skupiał bowiem całą uwagę na sobie. Jego skrząca się, złota szata, wyglądała dokładnie tak jak wyjściowa szata Arcymistrza, którą ten również miał teraz na sobie. Jednakże pas ją przeplatający, nosił barwę ciemnego szkarłatu, nie bieli, tak jak ten, który opasał talię Arcymistrza.
    Ale to nie ubranie przykuwało tyle uwagi, choć niewątpliwie również robiło wrażenie. To postawa i twarz mężczyzny sprawiały, że trudno było nie podziwiać tegoż piękna, a jednocześnie jeszcze trudniejszym stawało się zwalczenie chęci jak najszybszego ulotnienia się. Mimo twarzy dwudziestolatka, z pewnej, władczej postawy, znać było, że mężczyzna ten przeżył dużo więcej. Jego spojrzenie zdawało się przenikać myśli, a Miyatriell patrząc nań, zaczynał sądzić, że być może Arcymistrz nie jest najgorszym, na co mógł trafić. Aura, która otaczała doradcę cesarza, zwyczajnie przytłaczała. Choć, jak większość mieszkańców kontynentu, miał przeciętnie brązowe zarówno oczy, jak i włosy, a jego wzrost czy sylwetka nie wyróżniały się zanadto, po pierwszym rzucie oka oczywistym stawało się, że nie jest to ktoś, kogo można lekceważyć. Oczywistym również było, że posługiwanie się magią przychodziło mu równie łatwo, co oddychanie.
    Ich dwójka teleportowała się nieopodal wejścia do sali, a teraz skupiali na sobie wszystkie spojrzenia. Miyatriell zerknął na swojego mistrza, starając się zachować na twarzy tę samą niewzruszoną bezczelność, która gościła na przystojnym obliczu mężczyzny.
    – Cóż mogę rzec, obowiązki mnie zatrzymały – odparł konwersacyjnym tonem Arcymistrz, a przy tym rozłożył ręce w geście bezradności i obdarzył zebranych swym firmowym uśmiechem.
    Miyatriell autentycznie wzdrygnął się od atmosfery, która zdawała się zgęstnieć jeszcze mocniej. Nie miał pojęcia, jak ten błogosławiony pajac może zachowywać się tak, jakby wcale nie kierowano na niego z każdej strony jednogłośnie morderczych spojrzeń. Nie wiedział czy to wpływ tych właśnie spojrzeń czy nadmiaru magii wypełniającej pomieszczenie, ale miał wrażenie, że postawienie choćby kroku, przyjdzie mu z przeraźliwie dużym trudem.
    Nikt się nie zaśmiał, nikt też nie okazał ni krzty otwartej złości. Martwa cisza mogłaby wpędzić do grobu co wrażliwsze istnienia.
    Arcymistrz, uznając to milczenie za zaproszenie, skierował się w stronę długiego stołu, stojącego u podnóża tronu, gdzie faktycznie wolne pozostało już tylko jedno miejsce. Podczas pokonywania drogi do tegoż miejsca, Miyatriell skorzystał z okazji i owionął wzrokiem pozostałych obecnych. Jego gardło zacisnęło się mocniej, gdy zrozumiał, że przy stole zasiadają wszystkie najważniejsze osobistości, upoważnione do decydowania o losach krainy. Był przekonany, że takie zebrania nie były częste, a to jedynie zaświadczało temu, w jak poważnej sytuacji znalazł się kontynent.
    Stawili się przywódcy cesarskich wojsk, głowy świątyń, a nawet prawa ręka króla sąsiedniej krainy Canem. Każdy z zasiadających przy stole miał za plecami jednego ze swych ludzi, a Miyatriell był pewien, że ich świta czeka w gotowości, jeśli nie gdzieś w zamku, to w innej części kraju, gotowa by teleportować się na wezwanie.
    Nie okazując wewnętrznego przerażenia, stanął za swoim mistrzem, który swobodnie zasiadł na miejscu pośrodku stołu, znajdującym się na wprost wysokiego tronu. Chciałby, żeby to tylko wyobraźnia płatała mu figle, ale mógłby przysiąc, że spojrzenia zebranych zamiast skupiać się na Arcymistrzu, przesuwały się oceniająco i bezczelnie nieskrycie po nim samym. Zachowując posągową postawę, wzorowo udawał, że tego nie zauważa.
    – Skoro Arcymistrz Lotherque raczył zaszczycić nas swoją obecnością, pragnę wyjaśnić, w jakim celu Jego Najwyższa Dostojność, Cesarz Valtris z rodu Helfyearis, Czwarty Tego Imienia, Pan Krainy Vlargendenu, Obdarzony Bożą Misją Protektor Cesarstwa Czterech Pór Roku, Wybraniec Pana Dnia, zwołał dzisiejsze spotkanie nadzwyczajne.
    Choć Miyatriellowi zawsze wydawało się groteskowo zabawne wymienianie tych wszystkich tytułów, nikt na sali nie okazał choćby cienia rozbawienia. Nie widział co prawda twarzy swego mistrza, jednak wątpił, by tracił siły na szydzenie z najprostszych formalności. Niemniej, nie wątpił, że stawał się niecierpliwy.
    – Jak wiecie, od pewnego czasu docierały do nas niepokojące wieści o naruszających uzgodnienia traktatu poczynaniach króla Xiacyntii. – Przez salę przemknął cichy pomruk potwierdzenia. – Wbrew wszelkim działaniom prewencyjnym i próbom zażegnania konfliktu drogą pokojową, dnia dzisiejszego dotarły do nas informacje o skrajnie karygodnym postępku króla, który swymi czynami bezapelacyjnie sprzeciwił się ustalonemu porządkowi i ogłosił jawną deklarację wojny.
    Nikt z obecnych nie pokazał po sobie najmniejszej emocji, a Miyatriell nie mógł się temu nadziwić. Sam ledwie stał na nogach, gdy zrozumiał, że jego najgorsze obawy potwierdziły się. Na wyspach stało się coś, co wywołać miało wojnę. Jego dłonie zacisnęły się w pięści, kiedy robił wszystko, by powstrzymać swój język od mówienia. A miał ogromną chęć pośpieszyć tego cholernego, błogosławionego dupka, który mówił o deklaracji wojny tak, jakby opowiadał o porannej podróży do wychodka.
    – Przejdźże do rzeczy Mistrzu Cadirianie. – Po sali rozbrzmiał dźwięczny, kobiecy głos, należący do szatynki odzianej w te same, złote szaty co jej koledzy po fachu. Miya kątem oka rozpoznał w niej Najwyższą Kapłankę, sprawującą pieczę nad główną świątynią, która od wieków zajmowała centralną część Ziem Świętych. Jej głos był delikatny, lecz słowa stanowcze, a Miyatriell był za nie szczerze wdzięczny. Musiał wiedzieć co się wydarzyło. Natychmiast.
     Mistrz Cadirian obdarzył mówiącą przelotnym, niewyrażającym niczego spojrzeniem.
    – Wprowadźcie Mistrzynię – zwrócił się do strażników stojących przy ogromnych, dwuskrzydłowych drzwiach. Mężczyźni natychmiast wykonali polecenie, a Miya już po chwili mógł obserwować, jak próg wielkiej sali przekracza delikatna kobieta, również ubrana w szaty Mistrzów. Ale jej dostojność i klasa stłamszone zostały przez pokrywający twarz i odzienie brud, przez czerwone plamy, przez zmierzwione, poplątane włosy i wyraz przygasającego dopiero strachu, zastygły na młodej twarzy.
    Miyatriell musiał złapać się dłonią krawędzi krzesła, na którym spoczywał jego mistrz, by nie pozwolić swym kolanom na zupełne ugięcie się pod wpływem zgrozy, jaka ogarnęła każdy skrawek jego umysłu.
    Kobieta musiała być nauczycielką w bliźniaczej gildii, która swoją siedzibę miała na wyspach. A jej stan sprawiał, że nie musiała nic mówić, by wiedzieć co zaszło. Król Xiacyntii złamał świętą przysięgę. Swym czynem wypowiedział wojnę nie tylko Vlargerdenowi, ale także wszystkim wiernym, żyjącym i umierającym w imię Pana Dnia. Ale to nie to tak bardzo przeraziło Miyatriella.
    Świat wirował mu przed oczyma, gdy walczył ze sobą, by zachować spokój. Szmery i odgłosy szoku opanowały pomieszczenie, gdy kobieta się zbliżała.
    – Opowiedz proszę co zaszło, Mistrzyni Astelo. – Wszystkie głosy docierały do chłopaka jak przez mgłę, a jego palce coraz mocniej zaciskały się na oparciu krzesła. Nie dostrzegł zupełnie jak jego mistrz nieznacznie prostuje się w swoim miejscu.
    – To straszne. To było coś okropnego. Armie króla Xiacyntii bez najmniejszego problemu przedostały się do gildii, w ciągu kilku sekund byli wszędzie. Złamali wszystkie zaklęcia, jakby nigdy nie istniały. – Z każdym słowem Miyatriell bladł coraz bardziej, aż jego ciało zaczęło drżeć przez rosnące napięcie. – Nigdy nie widziałam takiej magii. Posługiwali się czymś, co siało czyste zniszczenie. Nie miałyśmy najmniejszych szans, ledwie udało mi się tu dotrzeć. Tak niewiele dziewcząt zdołało uciec...
    – Moja siostra. – Nie poznawał swojego głosu, kiedy słowa przechodziły przez ściśnięte z przerażenia gardło. Drżącym  wzrokiem przewiercał sylwetkę Mistrzyni, jakby to miało dać mu wszystkie potrzebne odpowiedzi. Nie miał szans zauważyć, jak jego mistrz zastyga na brzmienie tego głosu. Nie zważał na wszystkie spojrzenia, które zdawały się nie rozumieć, że ta piękna marionetka potrafi mówić, a wręcz ośmieliła się wydać z siebie głos.
    – Moja siostra tam była. Co z moją siostrą? – Mówił jak opętany, nie zważając na to, że kobieta nie może wiedzieć, o której z dziewcząt właściwie mówi. – CO Z MOJĄ SIOSTRĄ?!
    – Cóż za bezczelność – odparł jeden z niezidentyfikowanych głosów, kiedy Miyatriell z trudem walczył z ogarniającym go szałem i paniką.
    – Nieokrzesany podlotek, wstyd – dodał inny, lecz Miya zupełnie ich nie słyszał.
    – Znajdujesz się przed obliczem cesarza chłopcze, okaż szacunek i przeproś za swoje karygodne zachowanie. Mamy ważniejsze sprawy na głowie niż dyskutowanie o twojej siostrze. – Ktoś po jego prawej stronie sprawił, że jego złość sięgnęła zenitu.
    – Powinieneś lepiej wychowywać swoich podopiecznych, Arcymistrzu Lotherque. – Głos prowadzącego spotkanie wydawał się pełen satysfakcji, gdy mógł skarcić za coś siedzącego przed nim nieruchomo mężczyznę.
    Krew w Miyatriellu zagotowała się. Nie zdał sobie sprawy z tego, że moc wylewa się z każdej strony jego ciała, dopóki Arcymistrz nie podniósł się leniwie i nie stanął przed nim, z lekkim, pełnym politowania uśmiechem. Jednak w jego oczach nie igrała choć iskra rozbawienia. Nie. Były pełne czegoś, co mroziło tę gotującą się krew w zastraszającym tempie.
    – Kto by pomyślał, że zostało ci jeszcze tyle mocy. Tak namiętnie starałem się ją z ciebie wyssać – wysyczał cicho, choć zgorszone miny obecnych świadczyły o tym, że słyszeli każde słowo. Cesarz wciąż nie obdarzył zebranych choćby pomrukiem.
    – Muszę wiedzieć... – W głosie Miyatriella pobrzmiewała skrajna desperacja. Wiedział, że jego wybuch może kosztować wiele. Wiedział, na co się narażał. Ale wszystko co robił przez ostatnie sześć lat, robił tylko i wyłącznie dla swojej małej siostrzyczki. Tylko dla niej. Jak mógł zachować spokój nie wiedząc, czy ona wciąż... Czy ona...
    Jego gardło ścisnęła rozpacz, dominując całą wściekłość. Nie. To nie mogła być prawda.
    – Niczego się nie dowiesz, jeśli będę musiał cię stąd odesłać, Miyatriellu. – Z trudem powstrzymał odruch odsunięcia się, gdy dłoń Arcymistrza ułożyła się na jego czole, zupełnie zlanym zimnym potem. W chwilę później poczuł jak siły zaczynają go opuszczać, a w umysł wkrada się przyjemne otępienie.
    Jasna, biała aura mocy wokół niego znikła zupełnie.
    – Cóż, Mistrzu Cadirianie, nie winię cię, że nie wiesz jak trudnym bywa wychowanie syna, skoro nigdy żadnego nie miałeś. – Przesycone kpiną słowa Arcymistrza widocznie wykonały swoją rolę, bowiem doradca cesarza zacisnął zęby tak mocno, że dało się słyszeć ich bolesny zgrzyt.
    – Dość tego. – Głos cesarza był głęboki i mocny, a na jego dźwięk, w sali natychmiast zapanowała nieprzerwana najcichszym szmerem cisza. Otępiony Miyatriell zdawał się nie zauważać, że świdrujące spojrzenie mężczyzny na tronie, zwróciło się w jego kierunku.
    – Większość dziewcząt została uprowadzona przez wroga – podjął władca, lecz dla Miyatriella nic już nie miało znaczenia. Urok Arcymistrza doskonale spełniał swoją rolę. – Nie wiemy jakim rodzajem magii się posługuje, ale z pewnością nie jest to coś, co uniosą same szeregi armii.
    – Złote Legiony są do twojej dyspozycji, Wasza Światłość – mówiąc to, Arcymistrz lekko schylił głowę, z uśmiechem oddając swe armie do dyspozycji władcy.
    – Złote Legiony nie wystarczą.
    Spojrzenia zebranych w moment nabrały więcej czujności.
    – Tej wojny nie wygramy stalą. Błogosławieni muszą stanąć do walki.
    W sali przez długą chwilę panowała cisza, aż w końcu głos zabrał Arcymistrz, który pełnił rolę przedstawiciela wszystkich Błogosławionych.
    – Wasza Światłość, Mistrzowie Błogosławieni nie walczą na wojnach. – Odpowiedź była stanowcza i szorstka, a na twarzy mężczyzny gościł zwyczajowy, szyderczo pobłażliwy uśmiech.
    – Czas najwyższy, żeby zaczęli. – Tym razem odpowiedział Mistrz, wciąż stojący po prawicy władcy.


    Miyatriell nie miał pojęcia ile czasu trwały zażarte dyskusje i przepychanki w sali tronowej, choć gdy nadszedł czas powrotu, czar Arcymistrza przestawał działać. Musiało więc minąć wiele godzin.
    Gdy znów znaleźli się w Sali Teleportacji, jego świadomość wróciła zupełnie, a panika wzrosła na nowo. Stanął twarzą w twarz z wściekłym spojrzeniem Arcymistrza, jednak nic sobie z niego nie robił.
    – Błagam, pozwól mi się dowiedzieć, co się z nią stało – wyszeptał z rozpaczą w głosie, szukając w nieprzeniknionym szmaragdzie choć pierwiastka człowieczeństwa, litości, zrozumienia. Czegokolwiek, co dałoby mu nadzieję. Nie znalazł nic takiego.
    Miast tego, w moment później, jego twarz odleciała na bok pod wpływem silnego uderzenia otwartej dłoni.
    – Ty bezczelny smarkaczu. – Cichy warkot wypełnił przestrzeń, a Miyatriell w reakcji zacisnął mocno zęby i pięści, po czym hardo podniósł głowę, patrząc wprost w wypełnione pogardą tęczówki. – Taki potencjał marnuje się przy tak ograniczonym umyśle. Nie masz pojęcia jak bardzo osłabiają cię te żałosne, ludzkie emocje.
    – Cenię swoje żałosne, ludzkie emocje tym mocniej, im mocniej ci wadzą. Dzięki temu wiem, że nigdy nie skończę jako takie ścierwo, jakim jesteś ty i twoje godne pożałowania istnienie – warczał przez zaciśnięte zęby, zupełnie nieprzejęty furią, malującą się w ciemniejącym spojrzeniu.
    Ale na twarz Arcymistrza wlał się nagle pełen zgrozy spokój, a jego brwi uniosły się w wyrazie dobrotliwego pobłażania.
    – Jesteś pewien, że chcesz się tak do mnie odzywać, mały, słodki Miyatriellu? – Cichy, delikatny ton przyprawiał o nieprzyjemne dreszcze, a przeciągający się, obrzydliwy uśmiech Arcymistrza sprawiał, że Miyą wstrząsnęła nowa fala niepokoju. – Twoja piękna mamusia czeka gdzieś na skraju lasów, wierząc, że jej uroczy synek kiedyś wróci do domu. Nie byłoby szkoda, gdyby nie doczekała tego dnia? – Uprzejmy, ciepły uśmiech przesycony był czymś tak ohydnie gorszącym, że z twarzy Miyatriella odpłynęły wszystkie kolory a on sam zdawał się opaść z wszelkich sił.
    Jak śmiał... Jak śmiał grozić jego rodzinie? Nie miał prawa. Nie odważyłby się.
    Arcymistrz zdawał się wyczytać te myśli z jego twarzy.
    – Bądź grzecznym chłopcem, a wszystko będzie dobrze. Wiesz co grozi za sprzeciwienie się więzi, którą stworzyliśmy w twoje piętnaste urodziny. Nawet jeśli tego nie zrobisz... Naprawdę sądzisz, że w lasach brakuje zwierzyny, która mogłaby zabłąkać się w okolice waszej rodzinnej chatki?
    Gdyby nie to, że ich dłonie wciąż były splecione po teleportacji, być może w pierwszym odruchu zdecydowałby się po prostu uciec. Teleportować się do matki, zabrać ją gdzieś, gdzie będzie bezpieczna i wyruszyć na poszukiwania siostry. Ale Arcymistrz ani myślał stracić kontakt cielesny między nimi.
    – Chcesz mi coś powiedzieć, Miyatriellu? – Uśmiech mężczyzny sprawiał, że chłopak miał ochotę zwymiotować i właściwie ledwie udawało mu się tego nie zrobić. Coś w jego wnętrzu rozpadło się nieodwracalnie, gdy myślał o siostrze, która mogła być gdzieś właśnie przetrzymywana i zamęczana, a także o matce, w samotności tęskniącej za swymi dziećmi.
    Rozluźnił się, jakby z jego głowy odpłynęły wszystkie emocje, choć tym razem nie został poddany działaniu żadnej magii.
    – Proszę, przyjmij moje pokorne przeprosiny, Arcymistrzu – szepnął, patrząc pustym spojrzeniem w pełne satysfakcji, lśniące oczy maga.
    – Zastanowię się nad tym, kiedy będziemy poskramiać twój niepożądany nadmiar energii – wymruczał mężczyzna, czule przesuwając długimi palcami po bladym policzku chłopaka.
    Chwilę później znaleźli się w dobrze znanych Miyatriellowi komnatach.

---------------------------------

Aby nie było wątpliwości, pamiętam, że wojna należy do tematów wrażliwych. Staram się nie zamieszczać tu żadnych gorszących opisów, jeżeli cokolwiek z tego co napiszę będzie naruszać regulamin (balansowanie na tej cienkiej granicy co można, a co nie, bywa trudniejsze, niż mogłoby się wydawać), to proszę mnie o tym powiadomić, a ja się postaram o jakąś bardziej fancy cenzurę.

Ostatnio zmieniony przez Parrie (13-12-2018 o 22h45)


Wattpad   ⚝ F A R   T O O   C L O S E ⚝
https://i.imgur.com/PQsF3Zt.png
♡ made by @Aeriss ♡

Offline

#5 14-12-2018 o 16h57

Straż Cienia
Methrylis
Akolita Kappy
Methrylis
...
Wiadomości: 19 929

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Bardzo mi się podoba, że szybko przechodzisz do rzeczy. Wprawdzie rozdziały są bardzo długie i to też robi swoje, ale przynajmniej mamy już zapowiedziane jakieś konkretne działania. Ogólnie mamy wieść o wojnie, o działaniach walniętego króla i o uprowadzeniu adeptek. No i najważniejsze: co z siostrą bohatera? Jestem pewna, że Miya będzie chciał coś z tym zrobić.

Poza tym ten Arcymistrz... matko, co za obrzydliwa kreatura... Jestem pewna, że długo pożyje. Bo to gnida straszna, a ci zawsze długo utrzymują się przy życiu.

No nic, czekam na kolejną część i pozdrawiam c:

Offline

#6 20-12-2018 o 01h00

Straż Obsydianu
Parrie
Straż na szkoleniu
Parrie
...
Wiadomości: 225

@Methrylis Dziękuję za komentarz!
Zdaję sobie sprawę z tego, że mam tendencję do rozpisywania się. Ogólnie staram się nie przeciągać w nieskończoność jednego rozdziału, ale cóż, marnie mi to wychodzi. :")
Z kolei tym razem rozdział troszkę krótszy, więc są jakieś postępy. : D
Miłego czytania~


---------------------------------
R O Z D Z I A Ł  3


    Gdy wrócił do własnych komnat, większość członków gildii układała się już do snu, lub przewracała na drugi bok we własnych łóżkach. Miya wyglądał jak cień siebie, kiedy niczym zjawa, snuł się po dużym domu, jakby nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca, choć uparcie szukał. Takiego miejsca, w którym potrafiłby poukładać własne myśli. Podświadomie wiedział, że nie znajdzie tutaj swojej przystani, nieważne, jak bardzo by się nie starał. Jego myśli popadły w całkowity popłoch, a serce pogrążało się w rozpaczy, zżerane łakomie przez paraliżującą bezradność.
    Był w klatce, z której nie mógł uciec. Nie powinien posiadać własnej woli i pragnień, oczekiwano od niego nawet zignorowania faktu, że jego siostrze może grozić ogromne niebezpieczeństwo, że może cierpieć tak, jak nie był w stanie sobie wyobrazić. Może nawet już...
    Nie pozwolił tej jednej, okrutnie powracającej myśli na nabranie wyraźnych konturów.
    Miyatriell dotąd nie uważał się za słabą osobę. Jego rodzina nigdy nie miała łatwo, ale zawsze wychodzili z mniejszych i większych kryzysów, wspierali się nawzajem i walczyli do ostatniej chwili o szczęście, które tak usilnie nieraz próbowano im odebrać. Być może ostatecznie los wygrał z ich desperackimi próbami – próbami zaczerpnięcia powietrza, wbrew pętli zaciskającej się powoli na gardłu każdego z nich. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej utwierdzał się w tym przekonaniu. Poddawał się myśli, że być może jest słabszy niż potrafił to przyznać.
    Udał się w końcu do sypialni i bezsilnie przysiadł na dużym, miękkim łożu, lśniącym w nieznośnych promieniach słońca, obejmujących całe pomieszczenie.
    Czuł się tak, jakby rzeczywiście ktoś sukcesywnie podbierał powietrze z przestrzeni, która trzymała go przy życiu. Drżał na ciele, a po jego czole spływały kropelki potu. Walczył z ogarniającą go paniką, wiedząc doskonale, że będzie zgubiony, jeśli się jej podda. Miyatriell nie był przecież typem człowieka, który się poddawał. Przez sześć lat znosił wszystkie niedogodności związane z życiem w otoczeniu, w którym nigdy nie chciał się znaleźć. Potrafił funkcjonować wśród społeczności, która pałała do niego otwartą nienawiścią i niechęcią. Z kolei, jeśli ktoś go nie nienawidził, to tylko ze względu na to, że był zbyt zajęty podziwianiem jego mocy i pojętności, niecodziennego wyglądu, czy też skupianiem się na roli, jaką miał do odegrania. Był niczym niespotykane, fascynujące stworzenie wywlekane siłą na podest, by je podziwiano, lub obrzucano zniesmaczonymi spojrzeniami. Nikt nie widział w nim osoby – kogoś, kto czuje, ma swoją przeszłość, pragnienia, wrażliwość i własną wolę. Może nie powinien, ale zdarzało mu się wątpić nawet w szczerą przyjaźń Terkyona. Mimo że nie miał podstaw do takich wątpliwości, to żyjąc przez sześć lat wśród wszechobecnego fałszu, złudnych uśmiechów i sępich spojrzeń, nie był wstanie uwierzyć, że ktoś wychowany w takim środowisku, mógł być zdolny do traktowania go na równi z sobą.  Bo co takiego mogło przyciągnąć do niego czyjąś sympatię, jeśli nie ta wyjątkowość i obietnica korzyści, jakie w przyszłości może dać zawarcie podobnej przyjaźni?
    Miliony myśli w głowie przytłaczały go, a próby opanowania nerwów pozostały jedynie próbami, bowiem powoli zaczynał tracić poczucie rzeczywistości. Obraz przed oczyma stawał się niewyraźny, a choć zdołał zorientować się, że jego klatka unosi się w zastraszającym tempie, nie był w stanie usłyszeć własnych, panicznych oddechów, gdyż w uszach rozbrzmiewał mu jedynie głuchy szum.
    Do rzeczywistości przywrócił go wilgotny dotyk czegoś małego, przesuwający się co i rusz po drżącej dłoni. Odsłonił oczy, aby ulokować je na własnych kolanach, gdzie, nie wiedzieć kiedy, wślizgnęła się mała istotka, namiętnie próbująca zwrócić na siebie uwagę przy pomocy czarnego języka, atakującego swym dotykiem jasną skórę.
    Jego ciało powoli przestawało drżeć, a wzrok zaczął nabierać ostrości. Miał ochotę rozpłakać się w reakcji na wkradające się w jego wnętrze ciepłe uczucia wymieszane z nostalgią i cieniem czegoś, co dawało mu chwiejne poczucie nadziei.
    – Hej, ślicznotko – mruknął, obserwując jak małe ząbki zawziętego stworzenia, z rozdrażnieniem skubią palce, którymi chłopak już po chwili przeczesywał białe futerko.
    Zwierzę, które skakało po jego kolanach, przypominało fretkę, jednak daleko było mu do przeciętności. Podobnej istoty nie sposób było znaleźć nigdzie na ziemiach Vlargerdenu i na pierwszy rzut oka znać było, że jest stworzeniem magicznym. Miękkie futro lśniło, wytwarzając wokół siebie materię przypominającą białe, ruchome płomienie. Jej oczy zdawały się wchłonąć jasny błękit nieba, nie posiadając ani źrenic, ani białka. Wyglądały jak dwa, niesamowicie niebieskie paciorki i lśniły tak, jak zdawały się lśnić gwiazdy, które Miya widział bardzo dawno temu, na starym, rozpadającym się obrazie.
    Obraz tego małego, niesamowicie inteligentnego stworzenia, samoistnie wzbudzał w nim spokój i opanowanie, przywołując wspomnienie przepełnionej dobrocią, ojcowskiej twarzy.
    Zwierzę było jego najważniejszą pamiątką po ojcu, a także niezastąpionym towarzyszem, zdającym się rozumieć Miyę bardziej niż większość z przedstawicieli jego własnego gatunku.
    – No już, już, spokojnie. Potrzeba więcej, żeby mnie złamać – szepnął z bezsilnością przeczącą jego własnym słowom, jednak zwierzak przestał podgryzać dłoń i pomimo podejrzliwego spojrzenia, zeskoczył z kolan Miyatriella, zatapiając się w miękkiej pościeli nieopodal chłopaka.
    To prawda. Nic mu nie przyjdzie z użalania się na sobą, szczególnie w momencie, w którym to nie on potrzebował pomocy. Nie mógł dopuszczać do siebie najgorszego. Większość dziewczyn została uprowadzona, musiał więc wierzyć, że były one królowi do czegoś potrzebne. Jego siostra na pewno żyła i na pewno istnieje sposób, w jaki może jej pomóc. Robienie sobie Arcymistrza za wroga było najgorszą strategią, jaką mógł obrać, dlatego priorytetem dla niego powinno stać się teraz wkradnięcie w jego łaski. Choć umysł chłopaka podczas narad był mocno zamglony, pamiętał, co z nich ostatecznie wynikło, a w świetle tego co ustalono, zaistniała szansa, by Miyatriell mógł przyczynić się do odbicia siostry. Musiał tylko w jakiś sposób przekonać Arcymistrza, że pozwolenie podopiecznemu na czynny udział w wojnie, przyniesie mu jakiekolwiek korzyści. A to nie będzie łatwe.
    Choć wiedział, że dziś nie zdoła zasnąć, postanowił przebrać się w wygodniejsze szaty. Gdy zsuwał z siebie kolejne warstwy ubrań, nie potrafił powstrzymać skrzywienia na widok świeżych śladów przyozdabiających jego ciało. Arcymistrz bardzo dosadnie okazał swoje niezadowolenie z zachowania Miyatriella. Najwidoczniej bardzo wadziła mu też pozostała chłopakowi energia, bo mocno przyczynił się do obecnego stanu skrajnego wyczerpania, w jakim ten się znalazł.
    Pogrążony we własnych myślach, z początku nie usłyszał pukania dochodzącego z dołu. Gdy zaś to rozbrzmiało ponownie, wyrwał się ze stanu zawieszenia i szybko nasunął na siebie lekką, białą szatę do snu. Otworzył drzwi wejściowe, wiedząc, że nikt poza Terkyonem nie odwiedzałby go o tej porze.
    – Miya! Zaczynałem się o ciebie martwić. – Widok twarzy przyjaciela sprawił, że osiemnastolatek znów musiał włożyć dużo sił w walkę z własnymi emocjami, aby się do reszty nie rozkleić.
    – Cóż może mi grozić pod skrzydłem Arcymistrza? – zaszydził, przepuszczając chłopaka w drzwiach.
    Terkyon skrzywił się, zupełnie nierozbawiony żartem przyjaciela.
    – Nigdy nie zabierał cię na tak długo – zauważył i choć wyglądał, jakby chciał dodać coś więcej, zamknął usta, by poświęcić więcej uwagi twarzy Miyatriella. Z brązowych oczu biła wyraźna troska, kiedy czujnym spojrzeniem badał sylwetkę chłopaka. – Wyglądasz okropnie. Co się wydarzyło?
    Miyatriell był wdzięczny za to pytanie. Tak samo jak był wdzięczny za podstawioną mu pod nos herbatę z uspokajających ziół i wytrwałość przyjaciela, gdy zdawał relację ze spotkania z cesarzem. Czuł wyraźną potrzebę podzielenia się z kimś swoimi rozterkami i zmartwieniami, a także całą tą bezsilnością i rosnącą determinacją, aby w jakiś sposób pomóc siostrze. W miarę jak mówił, jego myśli coraz bardziej układały się w jedną całość, przestawszy wyglądać jak przemielona, pozbawiona sensu papka. Terkyon słuchał uważnie tego potoku słów i odezwał się dopiero, gdy Miyatriell skończył swój wywód. Za nimi była już co najmniej połowa pory snu.
    – Więc Mistrzowie staną do walki? – zapytał przyjaciel, z wyraźnym niedowierzaniem w głosie, marszcząc ciemne brwi w wyrazie skupienia.
    – I tak i nie. Arcymistrz zgodził się posłać kilku absolwentów, którzy nie objęli jeszcze żadnych ważnych stanowisk, żeby pomogli w bronieniu wojsk. Chętni mistrzowie będą mogli podzielić się swoją mocą z żołnierzami, ale nikt nie może ich do tego zmusić – doprecyzował, starając się jak najprościej oddać to, co pamiętał ze spotkania w sali tronowej.
    Szatyn jeszcze mocniej ściągnął brwi, zastanawiając się nad czymś.
    – Nie wiedziałem, że możecie tak po prostu oddawać... to. Mam na myśli... – Intensywnie myślał nad odpowiednim doborem słów. – Skoro można zwyczajnie przekazać moc, dlaczego musisz... No wiesz.
    Miyatriell uśmiechnął się słabo, jednak uśmiech nie dosiągł jego oczu.
    – Możemy przekazywać swoją moc, ale kiedy człowiek ją wykorzysta, ona już nie wróci. Jest tylko tymczasowa. Moc, którą oddaję temu ważniakowi, synchronizuje się z jego własną energią, dzięki czemu ma jej po prostu więcej. Gdy ją wykorzysta, odnowi się.
    Terk dał sobie chwilę na przetrawienie nowych informacji, po czym westchnął ciężko.
    – Nie sądzę, żeby ci pięknisie z własnej woli oddali komukolwiek swoją moc.
    Miya skinął głową, całkowicie zgadzając się ze spostrzeżeniem mężczyzny.
    – Poza tym, nawet jeśli ktoś by się nią podzielił, musiałby jeszcze nauczyć żołnierzy jak z niej korzystać, a to wymaga czasu. Więc w gruncie rzeczy, pomoc Błogosławionych ograniczy się do barier ochronnych.
    – A Mistrzowie nawet nie pokażą się na polu bitwy. Zasrane tchórze. – Terkyon wyglądał, jakby w ostatniej chwili powstrzymał się od splunięcia.
    – Przynajmniej część dawnych uczniów tam będzie. Mam zamiar poprosić Lotherque, żeby pozwolił mi do nich dołączyć. – W oczach Miyatriella czaiła się silna determinacja, gdy wypowiadał te słowa, jednakże jego rozmówca nie wydawał się przekonany. Na opalonej twarzy, mimo całego zrozumienia dla sytuacji przyjaciela, majaczył sceptycyzm.
    – Miya... Nie sądzę, żeby on pozwolił ci opuścić to miejsce. – Okrutna prawda w ustach przyjaciela była jeszcze trudniejsza do zaakceptowania, niż gdy Miyatriell powracał do niej we własnych myślach.
    Skrzywił się lekko, jednak z jego oczu nie zniknął upór.
    – Nie dowiem się, póki nie spróbuję. Będę go błagał, jeśli to będzie koniecznie. Nie mogę tu siedzieć bezczynnie, kiedy nie wiem, co dzieje się z Laylą. Muszę jej pomóc Terkyonie. Po prostu... Po prostu muszę. – Zacisnął zęby, uświadamiając sobie jak żałośnie brzmi. Bo choćby nie wiedzieć jak zaklinał rzeczywistość, wszystko to przywodziło na myśl bardziej lament konającego, szukającego światła w ogarniających go ciemnościach, niż zapowiedź jakiegokolwiek realnego planu.
    Przyjaciel zamilkł na dłuższą chwilę i tylko obdarzał Miyę zatroskanym spojrzeniem. Jednakże nie tylko troskę dało się z niego wyczytać. Umysł mężczyzny widocznie pracował na najwyższych obrotach, mimo tego, że od dawna już powinien regenerować swoje siły przed kolejnym dniem. Miya zrozumiał, że szukał sposobu, w jaki mógłby mu pomóc. Terk wbrew pozorom, należał do tego typu ludzi, którzy lubili wszystko analizować i przewidywać niezliczone, możliwe skutki obranych działań. Jego osoba i spontaniczność wykluczały się całkowicie. Nic dziwnego więc, że aspirował na stratega wojskowego. Był zupełnym przeciwieństwem Miyatriella, który często poddawał się działaniom impulsywnym, nie licząc się z ewentualnymi przyszłymi konsekwencjami. Jeśli mógł coś rozwiązać od razu, robił to pomimo komplikacji, mogących pojawić się w przyszłości przez brak przemyślanego planu. Być może właśnie dlatego skończył tu, gdzie jest.
    Z tymi przemyśleniami dopadła go nagła świadomość pewnego faktu, co sprawiło, że poczuł zalewającą go falę wstydu.
    – Ty... – brązowe spojrzenie nabrało więcej przytomności, gdy do jego właściciela dotarł cichy głos – ...prawdopodobnie dostaniesz wezwanie.
    Przez tyle czasu skupiał się na sobie, nie pamiętając zupełnie, że jeszcze kilka godzin temu przyjaciel machał mu przed nosem świstkiem papieru, na który tak długo pracował. Ten świstek miał mu umożliwić opuszczenie bram gildii, oświadczenie się ukochanej i ułożenie sobie spokojnego, dorosłego życia. Kontynuując w międzyczasie edukację, by móc zostać strategiem, wiódłby życie we własnym tempie, z własną rodziną. Ale teraz był tylko żółtodziobem. A każdy wiedział ile były warte żółtodzioby.
    Terk zaśmiał się, wzruszywszy lekko ramionami.
    – Eya, będę mógł wykazać się wcześniej niż myślałem. Sam zobaczysz, po wojnie zbiorę tyle odznaczeń, że te błogosławione sroki aż łapska zaświerzbią.
    Miya nie zdawał sobie sprawy z tego, jakim był do tej pory egoistą. Tak bardzo skupiał się na sobie, że nie zauważył, jak jedynej osobie, na której mu tutaj zależało, wali się świat. Nieprzystojący wysoko urodzonym mężczyznom język, którym Terk posługiwał się w chwilach zapomnienia, przypominał Miyatriellowi, że jego przyjaciel już od dawna walczył z własnymi demonami. Miya doskonale przecież wiedział, że dziewczę, które Terk wybrał, pochodziło z pospólstwa, z biednej, mieszczańskiej rodziny. To sprawiało, że zdecydowanie nie była partią godną objęcia funkcji żony kogoś, kto tak jak Terkyon, pochodził z wyższych warstw społecznych. A jednak Miyatriellowi nigdy nie przyszło mu na myśl, że ta wiecznie uśmiechnięta twarz może kryć ból, którym powinien się zainteresować. Żeby zapytać, jak radzi sobie z pogodzeniem swojego wyboru i oczekiwań surowych bliskich. Żeby poddać w wątpliwość możliwość ziszczenia się planów, dotyczących cholernego dworu, na którym miał zamieszkać z przyszłą żoną.
    Jak mógł w ogóle pomyśleć, że ktoś stawiający się równie otwarcie panującym normom, może być nieszczery w swoich intencjach względem zagubionego gówniarza, który bez niego przy swoim boku, prawdopodobnie wielokrotnie nie potrafiłby wyjść z łajna, w jakim zdarzało mu się tonąć?
    Być może życie tutaj zmieniło go w sposób, którego tak bardzo próbował uniknąć. Czuł się okropnie z nagłą świadomością tego, że nie potrafił docenić kogo miał cały czas przy swoim boku. Myśl, że mógłby go stracić na zawsze, mroziła mu krew w żyłach.
    Jego mina musiała wyrażać to wszystko, bo przyjaciel zaczepnie pchnął jego ramię i posłał przekorny uśmiech.
    – Nie patrz się tak, jakbym już był martwy. – Miya skrzywił się na brzmienie tego słowa. Nie rozumiał jak mężczyzna mógł tak beztrosko mówić o czymś podobnym. Nawet, jeśli tylko żartował... W świetle wydarzeń, które miały nadejść, chłopak nie umiał odnaleźć w sobie wesołości.
    Terkyon westchnął męczeńsko, płynnie pozbywając się uśmiechu, zrozumiawszy, że tym razem nie uda mu się obrócić wszystkiego w żart.
    – Widać, że nie odrobiłeś pracy domowej. Wiesz ty cokolwiek o tym, jak ciężko trzeba pracować, żeby wstąpić do Złotych Legionów? – Cóż, Miya musiał przyznać, że w zasadzie nie wiedział na ten temat zbyt dużo. Terk pokręcił głową z karcącym wyrazem, lecz na jego twarz po chwili znów wlał się uśmiech. – Mógłbym się obrazić za to, jak bardzo mnie nie doceniasz, ale jeśli nie wierzysz w moje możliwości, to może uspokoi cię chociaż to, że na pierwszy ogień idzie armia cesarza. A nawet jeśli miałbym to być ja, świadomie wybrałem tę drogę i jeśli mam zginąć po to, żeby Taya mogła żyć bez noża przy gardle, to zrobię to z uśmiechem.
    Miyatriell milczał, wpatrując się w przyjaciela z zaciętością mówiącą, jak bardzo powstrzymywał się przed wykrzyczeniem, że nie chce nawet słyszeć o takim scenariuszu. Być może zachowywał się jak dziecko, niepotrafiące zaakceptować rzeczywistości, ale może tym właśnie był przez cały czas – kimś, kto nie dojrzał do tego, by poradzić sobie z sytuacją, w której przyszło mu się znaleźć. Zamknięty w złotej klatce, zapomniał jak żyje się poza nią. Bezpieczny, pielęgnowany i wpasowujący się w utarte schematy, zaczynał zapominać jak to jest podejmować decyzje, walczyć o swoje i podniecać w sercu płomień, który u niego tak bardzo zdążył przygasnąć.
    Nie był tym samym chłopcem, zdeterminowanym by ratować świat i unosić się bohaterstwem, którym był jeszcze te sześć lat temu. Życie w gildii, przy boku Arcymistrza, zrobiło swoje, a Miyatriell nie wiedział nawet, kiedy zaczął poddawać się temu wpływowi. Czuł odrazę do samego siebie.
    Ale patrzenie na ogień, który płonął w oczach Terkyona, dodawało mu siły. Miał przecież dla kogo walczyć i wiedział, że gdzieś głęboko w swoim wnętrzu znajdzie to uczucie, które towarzyszyło mu, gdy podjął decyzję o dołączeniu do gildii. Nie będzie siedział bezczynnie.
    – Nie rób nic głupiego, Miya – przyjaciel nie usłyszawszy odpowiedzi na ostatnie słowa, ponownie przerwał ciszę. – Jutro będę w mieście, postaram się dowiedzieć jak najwięcej. Pomyślę co możemy zrobić w sprawie Dalayli. Wiem, że to trudne, ale musisz uzbroić się w cierpliwość.
    Zmęczenie przytłaczało Miyatriella już na tyle, że tylko skinął głową. Jutro. Jutro wszystko przemyśli. A może gdy się obudzi, wszystko okaże się tylko nieprzyjemnym snem.





    Czy świat nie powinien się zatrzymać? Czy z twarzy wszystkich nie powinny zejść uśmiechy? Czyż nie powinni powstrzymać się od entuzjastycznych gestów i opowiadania o tym, co jedli na śniadanie, kogo ostatnio udało im się pokonać w pojedynku, lub jak zjawiskową dziewkę zaciągnąć na stos siana w tej niczyjej, zapadającej się stodole na obrzeżach miasta?
    Dlaczego wszyscy wciąż zdawali się beztrosko cieszyć życiem?
    Mamy wojnę! – miał ochotę wykrzyczeć Miyatriell. Wojownicy szykowali się do bitw, rodziny do długich lub wiecznych rozłąk, medycy do tworzenia cudów, kapłani do proszenia o cuda, a możnowładcy oraz kupcy, do konspiracji i szukania w tym chaosie korzyści dla siebie.
    Jego siostra być może została uprowadzona przez króla, być może znosiła tortury, być może płakała i błagała, by ktoś ją uratował, a być może zamknęła oczy na wieki. Dlaczego nikt o to nie dbał? Dlaczego niczyjego serca nie rozdzierała rozpacz, niepokój, bezsilność i wściekłość?
    Stał w jednym miejscu może pięć minut, a może pięć godzin. Z balkonu odchodzącego od sypialni, wpatrywał się w przechodzących w dole ludzi, przeklinając każdy wybuch śmiechu i każdą pogodną twarz.
    Choć świat Miyatriella stanął w miejscu wraz z informacją o ataku na wyspy, tutaj życie toczyło się dalej. Twierdza, jaką była gildia, zdawała się być odcięta od całego świata. Uczniowie nie musieli przejmować się wojną, ich powinnością była edukacja, nie walka o kraj. Mistrzowie nie mieli walczyć. Ich misją było nauczanie, szerzenie wiary, modlitwy, uzdrawianie, przygotowywanie się na ratowanie świata, gdy nadejdzie apokalipsa. Ale nie chcieli ratować bezbronnych ludzkich istnień, rozpaczających rodzin i własnego człowieczeństwa. Miyatriell przeklinał ich wszystkich.
    – Niechaj pochłonie was najczarniejsza noc – wyszeptał druzgocząco ściśniętym głosem, myśląc o wszystkich tych, którzy mogli zrobić tak wiele, lecz woleli nie robić nic. Jego palce zacisnęły się do bólu na lśniącej balustradzie.
    Zsunął wzrok na jedną z dłoni, z której wypadł zgnieciony, sponiewierany kawałek papieru. Schylił się, aby podnieść zgubę i choć nie wiedział, czemu to sobie robi, raz jeszcze dzisiejszego ranka rozłożył świstek, by przeczytać wykaligrafowane na nim litery.
Drogi Miyatriellu,
z uwagi na Twój wyjątkowy stan, podjąłem decyzję o podarowaniu Ci tego dnia na refleksje. Oczekuję, że przemyślisz swoje zachowanie i przypomnisz sobie, jakim zaszczytem jest służba Panu, wobec której prymitywne, ludzkie pragnienia i grzeszne impulsy, są sprawą trywialną oraz niegodną misji, jaką otrzymałeś wraz ze swymi narodzinami.
Dzisiejsze zajęcia możesz uznać za nieważne. Poświęć ten czas na zajrzenie w głąb swej duszy i odnalezienie Światła, które straciłeś z oczu. Wszyscy miewamy chwile słabości, lecz niegodnym jest się im poddawać, nosząc w sobie Błogosławieństwo Pańskie.
Wierzę, że pomyślnie powrócisz na ścieżkę, z której zboczyłeś.
Arcymistrz Lotherque

    Podobnego p********** jeszcze świat nie widział.
    Miya nigdy nie dowiedział się dlaczego Arcymistrz obrał sobie za cel utrudnianie mu życia, dlaczego tak bardzo kochał wyprowadzać go z równowagi i upokarzać. Poza tym oczywiście, że był z natury zepsutą, okrutną gnidą, mającą za nic wszystko i wszystkich wokół. Ale tylko Miyatriell znał tę jego stronę tak dobrze. Bądź co bądź, ta gnida wciąż była Arcymistrzem i musiała zachowywać się jak taki. Równi jemu nienawidzili go za wyniosłość, za pozycję, którą zajmował i jak z niej korzystał, za pogardliwe spojrzenie i niedbanie o ich opinię. Adepci zaś obawiali się go, lecz jednocześnie poważali i obdarzali niezachwianym respektem. Arcymistrz roztaczał wokół siebie aurę grozy, której oddziaływanie swego czasu odczuł również Miya. Ale nikt nie mógł mu nic otwarcie zarzucić, nikt nie mógł podważyć jego świętobliwości. Loterque doskonale utrzymywał te pozory, które musiał utrzymywać właśnie z uwagi na swoją pozycję. List w dłoniach chłopaka, był przejawem jednego z tych pozorów, ale nie tylko. Był również jawną, świadomą prowokacją.
    Miyatriell całą swą furię przelał na ponowne zgniecenie papieru i ciśnięcie zmiętej kulki przed siebie. List został poniesiony przez wiatr, ale zamiast skończyć na ziemi, wylądował gładko w czyjejś dłoni.
    – No, no. – Miyatriell odetchnął, widząc w dole buzię przyjaciela, który z zaciekawieniem rozwijał zmaltretowaną kartkę. – To jak, wpuścisz mnie, żebyśmy mogli razem poszukać światła? – odezwał się znowu, kiedy skończył czytać zawartość notatki i uniósł głowę z parsknięciem rozbawienia.
    Chwilę później obaj siedzieli w pokoju dziennym, który jak cała reszta rezydencji, utrzymany był w jasnych kolorach. Terkyon zdawał swoją relację z wypadu do miasta, a Miyatriell uważnie słuchał. Zrozumiał od razu, że mężczyzna nie spotkał się z ukochaną, żeby zebrać jak najwięcej informacji. Gdy zwrócił mu na to uwagę, Terk zbył go, mówiąc, że do pory snu jeszcze dużo dnia, a Taya nigdzie mu nie ucieknie.
    – Dowiedziałem się tyle, że dziewczyny, których nie zgarnął ten niewyrośnięty k****, są teraz na Ziemiach Świętych – mówił przyjaciel, a serce Miyatriella zabiło mocniej na śmiałą, lecz naiwną myśl, że być może Dalayla jest wśród nich. – Przetransportowali je porą snu, na jednym statku.
    – Wiesz kto? – Terykon robiąc smutną minę, pokręcił głową.
    – Tylko, że jest ich nie więcej jak dziesięć.
    Miya pobladł możliwie jeszcze bardziej, gdy dotarła do niego skala ataku. To prawda, że Gildia Córek Błogosławionych miała mniej adeptek, ale wciąż była to kwestia setek. Jak mogło do tego dojść? Jaką magią posłużył się król Xiacyntii, że tak dotkliwie rozgromił obronę gildii i z taką łatwością porwał taką chmarę osób? Nie, nie mógł przecież w jeden dzień przetransportować na kontynent takiej liczby dziewcząt. Ile z nich zginęło? Czy może... Nigdy nie zostały zabrane z wysp?
    – Layla... – Nie musiał nic więcej dodawać, bo przyjaciel znów pokręcił głową, spuszczając na chwilę wzrok. Wszelka nadzieja Miyatriella, że dziewczyna znalazła się wśród ocalałych adeptek, wysłanych na Ziemie Święte, zgasła nim zdążyła na dobre zapłonąć.
    – Pytałem w porcie każdego, ale nikt jej tam nie widział – wyznał Terkyon, choć przekazywanie takich informacji przychodziło mu z trudem. Wybierając się na miasto, miał nadzieję, że jego rozeznanie przyniesie jakieś konkrety, a może nawet dobre wiadomości. Niestety, ani nie dowiedział się niczego nazbyt pożytecznego, ani nie mógł uspokoić jakkolwiek nerwów swojego przyjaciela. Zbyt dużo niewiadomych.
    Miyatriell wiedział, że nikt nie mógłby przeoczyć Layli, nawet w dużym tłumie. Dziewczyna była zbyt podobna do matki. Jej bardzo jasne włosy, szare oczy i blada cera, nie mogły przejść niezauważone wśród ludu Vlargerdenu. Nawet bogacze, których stać było na zabarwianie włosów, aby pojawiły się w nich złote kosmyki, lub jaśniejsze tony, nie byliby w stanie choć zbliżyć się do tego, co on i jego siostra, dostali od natury. Gdyby Dalayla pojawiła się w porcie choćby na chwilę, na pewno ktoś zwróciłby na nią uwagę. Ale dziewczyna nigdy tam nie dotarła.
    Chłopak od początku nie miał wielkich nadziei, bo cały czas podejrzewał, że większość ocalałych to Obdarzone Boskim Pierwiastkiem, którą jego siostra nigdy nie była. Nie miała zdolności by się bronić. Dalayla od zawsze chciała zostać uzdrowicielem i zawsze brzydziła się walką, a gdy wymieniali listy, często pisała, jak bardzo nie lubi zajęć, na których musi posługiwać się bronią. Nie potrafił sobie wyobrazić, jak przerażona musiała być, gdy gildię ogarnął popłoch i magia, której ponoć nikt nie potrafił przypisać żadnemu znanemu zaklęciu. Mimo wszystko, wciąż poczuł ukłucie zawodu.
    Jasnowłosy wstał po chwili milczenia. Na jego twarzy nie odbijał się już strach, zmartwienie, ani niepewność. Przybrał tę samą twarz, którą podziwiali na co dzień wszyscy, poza Terkyonem. Tylko przyjaciel wiedział, że Miya w rzeczywistości nie jest bezuczuciowym, wyniosłym dupkiem, którym czasem nawet chciałby się stać. Tak byłoby łatwiej.
    – Co zamierzasz? – w głowie wojownika wyraźnie odbijało się zmartwienie.
    Niewyrażające wiele oczęta, wbiły się w mężczyznę.
    – Zamierzam uciąć sobie pogawędkę z Arcymistrzem –  odparł w odpowiedzi, siląc się na cyniczny uśmiech, co niestety wyszło dość marnie.
    – Masz jakiś plan? – Terkyon wiedział, jak nieroztropny potrafi być jego przyjaciel i domyślał się, że chłopak zamierza improwizować, a w efekcie może jeszcze pogorszyć sprawę.
    – Coś wymyślę – wymruczał chłopak wymijająco, co tylko potwierdziło przypuszczenia Terka. Mimo to, nie próbował go powstrzymać, bo bardzo nie lubił stawiać się w z góry przegranej pozycji.


Wattpad   ⚝ F A R   T O O   C L O S E ⚝
https://i.imgur.com/PQsF3Zt.png
♡ made by @Aeriss ♡

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1