Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 5

#26 27-12-2018 o 00h36

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/523912811617845251/unknown.png

     W odczuciu Savvy’ego, atmosfera na lodowisku była naprawdę miła. Nawet mimo tego, że na lodzie przebywały kobiety, których się obawiał, a każdej na inny sposób, nie tracił lekkiego uśmiechu. Zastanawiał się, czy była to zasługa pozytywnej energii, którą wsparła go Pearl, czy może jednak pojawienie się Eugene sprawiło, że stał się o wiele pewniejszy siebie. Jednak sielanka nie mogła trwać wiecznie. Nawet, jeśli trwała na zewnątrz, w umyśle Sava pojawił się kolejny atak stresu. Gdyby nie to, że Pearl poruszyła kwestię nadchodzącego meczu w towarzystwie nowego, „tymczasowego” kapitana, Sav zapewne przez jakiś czas nie pamiętałby o tym, że tak łatwo wytknęła mu tak długi staż na złej pozycji na boisku.
     To, co powiedziała do Dashniella było dla Oh nie tylko stresujące, ale również niepokojące. Odepchnął się lekko i podjechał bliżej znajomych z drużyny. W dodatku Eugene postanowił wspierać dziewczynę w jej zdaniu.
     -Co? Pearl, nie. To tylko jeden sparing, jeden gol- starał się przywołać dziewczynę do rzeczywistości. –Proszę, przestań- poprosił całkiem poważnie. Czuł, że robiła mu wstyd przed Dashem, choć nie wiedział, jak było naprawdę. Przez to, że Hunter trzymał się z tymi wrednymi, Sav czasami zapominał, że chłopak wcale nie był zły. Gdyby Pearl powiedziała coś takiego przed Ethanem, zapewne przestałby przychodzić na treningi. Miał wrażenie, że oblewa go zimny pot, choć wcale tak nie było. Znów zaczął się denerwować. Znów zaczął wymyślać sobie mnóstwo wymówek na zapas, dlaczego musi już iść.
     Tymczasem Eugene zdążył upuścić już na lód pierwsze ziarno popcornu, a Pearl zrobić kilka zawijasów, co wyszło jej dosyć marnie. Nie mniej, Sav rozumiał, że chodziło jej o to, aby okazać im jeszcze więcej swojego dobrego nastawienia.
     Mówiła, jakby mecz z Wężami był dla niej pestką. Przecież to byli ciężcy przeciwnicy. Rok temu jeden z ich zawodników złamał piszczel środkowemu Niedźwiedzi. Savvy dobrze pamiętał tamtą chwilę, krzyk i to, jak Ethan zamienił się z tamtym chłopakiem, mimo, iż zaledwie kilka minut wcześniej zrobili przerwę i obmyślili nową taktykę. Węże może i nie były najgorsze, ale kto myślał o innych, kiedy o dostęp do następnych turniejów walczyli właśnie z nimi.
     Czekanie na to, aż którekolwiek z nich ponownie się odezwie zaczynało mu się dłużyć. Zacisnął prawą dłoń na swoim kiju, z niepewną miną wpatrując się w to w Tikaani, to Huntera, aż w końcu usłyszał głośne jęknięcie od strony barierki.
     Savvy momentalnie spojrzał w tamtą stronę i rozpoznał Mirabelle, przewodniczącą komitetu studenckiego. Choć stał dosyć daleko, miał silne wrażenie, że spojrzenie jego i blondynki spotkało się. Odwrócił wzrok natychmiast, automatycznie przenosząc go na najlepszego przyjaciela.
     Eugene nauczył go, że jeśli miałby zamykać oczy, lepiej, aby po prostu przeniósł wzrok na niego. A Savvy często z tego korzystał.
     Choć wmawiał sobie, że nie chciał, słuchał, jak przewodnicząca jąka się, by następnie zacząć rozmowę z Dashem. Początkowo Savvy był zły, ponieważ mimo wszystko chciał, aby Dash wyraził swoją opinię na temat pomysłu Pearl, a Mirabelle tak po prostu wpadła na stadion i zajęła go swoją osobą. Później złagodniał momentalnie, mówiąc sobie w myślach o tym, że przecież dziewczyna miała prawo wyjaśnić z chłopakiem ich sprawę, a poza tym, na pewno nie przeszkodziła im specjalnie. Jednak, kiedy Eugene podjechał do niej i nawet zszedł z lodowiska, Savvy ponownie zerknął w tamtą stronę.
     Mirabelle i Eugene spędzali ze sobą dużo czasu. W końcu razem zajmowali się ważnymi sprawami dotyczącymi społeczności uniwersytetu. Savvy nigdy nie wtrącał się, kiedy widział, jak rozmawiali, czy to na korytarzu uczelni, czy akademika. Zazwyczaj ich jednak nie widział. Będąc na treningach, czasem myślał o tej dwójce, co aktualnie robią i czy Eugene mówi dziewczynie o tak wielu sprawach, o jakich mówił jemu.
     Tamtego dnia, kiedy zobaczył go, jak się o nią troszczy, narodziły się w nim nowe podejrzenia... i zazdrość.
     Tym razem naprawdę przestał słuchać tego, co Wunsche mówił. Odwrócił od nich wzrok, odepchnął się jedną nogą i stając bliżej Pearl i Gemmy, skupił wzrok na kobietach. Wyprostował się, prezentując swoje metr osiemdziesiąt wzrostu plus łyżwy w idealnej pozie. Oparł prawy łokieć o lewą dłoń, a prawą z kolei zahaczył o swój cienki golf. Wsunął palec za materiał, odsłaniając kawałek szyi.
     -Pearl... Naprawdę aż tak nie możesz doczekać się meczu z Wężami?- zadał głupie pytanie. Ale nie ważne. Niech Eugene widzi, że on też ma znajomych poza nim. Jeśli w ogóle na niego spojrzy. –Po ostatnim meczu z nimi Owen miał długą przerwę, pamiętasz?- przypomniał nieśmiało. –Naprawdę… się nie boisz?

Ostatnio zmieniony przez Airi (27-12-2018 o 00h37)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#27 27-12-2018 o 22h54

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.........................................................................https://fontmeme.com/permalink/181215/6461cb45e1c2d90b31d0c85082d598e3.png
             Moje przybycie nie wzbudziło wielkiego entuzjazmu, o dziwo. No cóż, jakoś to przeżyję.
Mimo że byłem w niezbyt dobrym humorze, w odpowiedzi na słowa Savvy’ego posłałem mu szeroki uśmiech.
– Szkoda, że nie przyjechałem wcześniej, chciałbym zobaczyć jak wbijasz jej tego gola – Spojrzałem na Pearl, która mimo wszystko wydawała się zadowolona z obrotu sprawy.
Ja też byłem. Dobrze było widzieć, jak członkowie drużyny się rozwijają. Choć, przyznaję, byłem przekonany, że dała mu fory.
Odchyliłem się do tyłu, gdy ziarenko kukurydzy przeleciało tuż przed moja twarzą. Nawet nie musiałem się odwracać, by wiedzieć, kto rzucił.
Nie jestem starą ciotką, więc po prostu pogroziłem Gem palcem, zamiast dawać jej wykład. Uśmiech nie opuścił moich ust, ale jeśli zacznie rzucać jedzeniem po lodzie, to własnoręcznie ją wyprowadzę i dobrze o tym wiedziała. Nie podobało mi się też, że Eugene ja zachęca, ale to akurat było do przewidzenia. Powinniśmy dbać o to miejsce. Oni nigdy tego nie zrozumieją.
Z zamyślenia wyrwał mnie głos Pearl.
Rainbow Dash. Przewróciłem oczami. Ha, ha. Tak samo nieśmieszne, jak wtedy, gdy usłyszałem to po raz pierwszy.
– Perełko. – Uniosłem brwi, widząc, jak kiwa na mnie ręką. Chyba coś jej się pomyliło – Jak mogę służyć panience?
Zmarszczyłem brwi.
– Oczywiście, że pamiętam – Spojrzałem na nią z politowaniem. Jeśli miała dla mnie więcej głupich pytań, to..
             Przerwał mi potępieńczy krzyk, dochodzący od strony trybun. Dziwne, nikogo więcej nie powinno tu być, chyba że ktoś zadzwonił…
Pani Przewodnicząca. Nie sadzę, żeby ktoś zaprosił.
– Przepraszam panienkę na chwilę. – Skłoniłem się Pearl i odjechałem szybko. Jeszcze byłaby gotowa rzucić we mnie łyżwą.
Podjechałem do Herriot, widząc, jak zaczyna się jąkać i drżeć. Może nie pałałem do niej sympatią, ale nie chciałem, żeby przewróciła się na lód i coś sobie zrobiła. Skrzywiłem się, gdy użyła mojego pełnego imienia. Powiedziałbym, żeby nazywała mnie po prostu „Dash”, ale i tak nie sądziłem, że się do tego zastosuje. Poza tym miałem nadzieję, że jest to nasza ostatnia rozmowa i więcej nie będzie się do mnie zwracać w żaden sposób, chyba że w mokrych snach.
– Dzięki. To miłe z twojej strony – rzuciłem. Miałem dodać, że niepotrzebnie się fatygowała, ale chyba odniosłoby to odwrotny skutek, więc po prostu się zamknąłem. Poza tym i tak już dostałem od niej drugi wykład w przeciągu pół godziny.
Uniosłem brwi, słysząc jej słowa i odebrałem od niej banknot. Nasze palce lekko się ze sobą zetknęły i poczułem, że jej dłoń była lodowata. Znowu miałem z jej powodu wyrzuty sumienia.
Wyglądała, jakby goniła mnie na tym swoim dwukołowcu. Pewnie tak było. Nikt jeszcze nie przejechał połowy miasta na rowerze, żeby oddać mi jakieś drobne. To było… dziwne. Tak, tego słowa szukałem. Ona była dziwna. Miałem nadzieję, że już więcej nie będę musiał z nią rozmawiać.
Schowałem pięćdziesiątkę do kieszeni spodni, tym razem głębiej.  Idąc za jej radą, zamierzałem uważniej podchodzić do kwestii majątkowych. Ha.
Odsunąłem się od jej szanownej osoby, robiąc miejsce dla Eugene.
             Postanowiłem wrócić do rozmowy z Pearl. Zaproponowała, nie, rozkazała, żeby wystawić Savvy’ego na pozycję skrzydłowego. Okej. Właśnie dlatego Pearl nie mogła być kapitanem. Nie miałem nic do Savvy’ego, oczywiście, że nie, ale nigdy nie widziałem go grającego na tej pozycji. Ona zresztą też nie. I widocznie oczekiwała ode mnie, żebym teraz, w tym momencie, powiedział coś w stylu „No jasne, przecież jest miły i w ogóle i to wcale nie tak, że na to miejsce jest chętnych kilkunastu chłopaków, już się robi, wpisany”. Nie, Pearl, to tak nie działa.
– Czyli Savvy na skrzydłowego, tak? Może. Zagrajmy. Zobaczę jak daje sobie radę. Wiesz, Dwight też wczoraj coś napomykał. Jemu też powinienem dać szansę, skoro daję ją Savvy’emu, prawda?
Niech się przyzna, że go faworyzuje, bo jest ładny i słodki, no dalej. Haha. Może też przyznać mi rację, ale tego raczej nie zrobi. O nie. W sumie za to ją lubiłem. Umiała mi się postawić. Większość drużyny byłaby gotowa lizać mi buty za wizję objęcia stanowiska kapitana. Kusząca wizja, swoją drogą.
Zauważyłem, że Savvy nie za bardzo rwie się do pomysłu Pearl.
– Dużo zależy od samego zainteresowanego. Przecież nie będziemy nikogo zmuszać. – Uśmiechnąłem się krzywo. Wiedziałem, że będzie próbowała na niego wpłynąć, podobnie jak Eugene. Byli irytujący w podobny sposób.
Mimo wszystko sam chętnie dałbym mu szansę. Brakowało mu jednak czegoś. Gdyby się z tym uporał, wtedy byłbym gotowy zaoferować mu miejsce skrzydłowego. I nie tylko.
Spojrzałem na niego. A potem jeszcze raz. Nie powiem, prezentował się... Profesjonalnie. Mmm.


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#28 29-12-2018 o 15h19

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

...........................................................................https://zapodaj.net/images/036fc0c106c99.png


       Byłam na siebie taka zła, że pojawiłam się tutaj akurat teraz, gdy Savvy również tutaj był. To nie tak, że miałam względem niego jakieś nieodpowiednie myśli, po prostu chłopak mi bardzo imponował, pałałam do niego sympatią i czułam, że w tym świecie, w którym młodzież zapomniała chyba o wszelkich zasadach on był jak pewnego rodzaju oaza. Zawsze taki miły, zawsze ułożony, spokojny... nie trzeba było się go bać, wydawał się delikatny, jak materiał na męża o którym marzy każda szanująca się kobieta.
       Oczywiście to tylko takie głupie wizje, ale czasem lubiłam sobie myśleć, co by było gdybym na przykład miała przedstawić go swoim rodzicom. Jakby go przyjęli? Byli bardzo konserwatywni, a on w końcu ma urodę typowo Koreańską. Wówczas widziałam oczami wyobraźni, jak go bronię, mówię, że przecież najważniejsze jest wnętrze, że przy nim czuję się najszczęśliwsza. Tylko, że... to były takie głupiutkie mrzonki, w końcu ja sama z nim nie znałam się za dobrze. A szkoda, w końcu był blisko z wiceprzewodniczącym, więc być może w końcu uda mi się zacieśnić naszą relację. Może nawet pojawi się szansa na swobodną rozmowę?
       Musiałam swoje sny odsunąć na bok, bo na lodowisku przeszło do przetasowania, a raczej ktoś się pojawił i ruszył w moim kierunku. Cudownie, był to Dashiell i bardzo dobrze, bo już zaczynała mnie boleć ta ręka, a i psychiczny ciężar posiadania nieswoich pieniędzy nie był dla mnie niczym przyjemnym.
       Pojawił się przede mną, a ja jakoś tak zerknęłam w stronę Pearl. Byli ze sobą blisko... chyba. Nazwał ją perełką, tak słyszałam, a później panienką. Miałam dobry słuch, bo dużo obcowałam z muzyką. Byli parą? Chyba nie, ale dobrze wiedzieć, że dla innych Hunter potrafi być miły, nawet jeśli ja sama byłam poza tą grupą. Miałam wrażenie, że teraz atmosfera dookoła niego się zmieniła, bo stał już przede mną. Nietrudno było się domyślić, że mnie nie lubi, z resztą ja jego też nie lubiłam. Denerwował mnie i miałam ku temu swoje powody, równocześnie jednak interesowało mnie, jakie powody ma on. Czego we mnie dokładnie nie lubi? No i dlaczego to pytanie tak mnie teraz dotknęło? Chyba głównie przez to, co zauważyłam już wcześniej, oni, bo nie tylko Dashiell, ale cała ich grupa roztaczali ten niesamowity blask, którego we mnie na pewno nie było. Trzeba znać swoje miejsce w szeregu, prawda?
       - Nie ma - zaczęłam, kiedy mi podziękował, ale nie zdążyłam tego powiedzieć, bo już się odsunął i odjechał do Pearl i Gemmy. - ...za co - dodałam pod nosem, marszcząc go delikatnie. No tak, byłam tylko intruzem, czego ja się spodziewałam? Że ktoś taki jak Dashiell Hunter będzie zdolny do prawdziwej wdzięczności? Jeszcze względem mnie, kiedy tam ma takie ładne dziewczyny. Swoją drogą zerknęłam na Gemmę. Czy ona w ogóle powinna tutaj być? Może bym nawet zapytała, ale widok czegokolwiek przysłonił mi Eugene.
       Odsunęłam się nieco, robiąc mu przejście. Było mi głupio, kiedy dawał mi pouczenie, czułam się przez to jak małe dziecko, a przecież to ja byłam tutaj przewodniczącą. Nie mniej jednak Wunsche był całkiem inny, niż Dash i to było niesamowicie przyjemne. Wiedziałam, że mogę mu ufać, że on, nawet należąc do grupy tych "fajnych i lubianych" nie ma problemu z tym, aby podejść do mnie i traktować, jak kogoś, kto wcale nie jest gorszy. Właśnie tak się przy nim czułam, każda nasza rozmowa sprawiała, że moja pewność siebie ładowała się na nowo.
       Nim się zorientowałam, na głowie miałam już czapkę. Chyba właśnie wtedy się ocknęłam.
       - Hej! Nie mogę ci ich zabierać! - zawołałam nieco głośniej, niż było to potrzebne, próbując odskoczyć w bok, ale chłopak był nieugięty i już zawiązywał dookoła mnie szalik. Poza tym wcale nie pytał i przez to poległam. Nie mówiąc już o tym, że materiał był naprawdę przyjemny i ciepły, w dodatku bardzo ładnie pachniał jego perfumami. Lubiłam ten zapach, był taki uspokajający.
       - Mam ciepły sweter... - próbowałam się jakoś tłumaczyć i unikać tego, że po prostu nie miałam jeszcze czapki i szalika. Dodatkowo nie chciałam mu też pokazywać, że już coś zaczynało mnie brać, dlatego szalik nie był taki zły, mogłam w nim schować zaczerwieniony nos, zanim Wunsche coś zacznie podejrzewać.
       Nieco się spięłam, kiedy wspomniał o moim "hobby", jak to nazwał, ale zaraz westchnęłam i z rezygnacją wyciągnęłam rączki, aby naciągnął na nie rękawiczki.
       - Przepraszam, nie chcę ciebie martwić - przyznałam bez bicia, teraz jeszcze bardziej czując, że nie mogę dać się chorobie, a przede wszystkim pokazać mu, że ta łapie mnie w swoje sidła. - Poza tym zawsze mam siły i na pracę i na swoje hobby, więc spokojnie - dodałam znacznie ciszej, spuszczając spojrzenie z niego na rękawiczki.
       Ładny był ten komplet, porządny, ozdobiony czerwonym paseczkiem. Naprawdę mi się podobał i pasował do niego. Eugene bardzo dbał o swój wygląd, zawsze wyglądał, jak z okładki tych czasopism, które są niebotycznie drogie, jak na coś, co jest zwykłą gazetką bez naukowych treści. No, ale może gdybym ja też nie wiedziała co robić z pieniędzmi, to bym sama po takie sięgała. Chociaż nie wyobrażam sobie, ile tych trzeba mieć, aby móc sobie pozwolić na podobne wydatki.
       Mój wzrok zatrzymał się na złotej literce G. Była na wszystkim.
       - Dziękuję, nikt tak o mnie nie dba, jak ty - zauważyłam bez cienia zażenowania, sprawiając mu komplement, który poszedł w parze ze szczerym uśmiechem. Na moment wychyliłam się z szalika, aby go zobaczył. Nieczęsto się uśmiechałam, mało miałam do tego powodów, ale nie byłam przecież ponura... chyba. Zaraz jednak zmarszczyłam nieco nosek, tym razem zerkając na fragment szalika.
       - "G"... - przechyliłam nieco głowę do boku. - Jak "Gienio"? - niektórzy tak do niego mówili, jeśli się nie mylę. - To miłe, że tak zaznaczasz swoje rzeczy. Mi mama zrobiła kiedyś sweter na drutach z dużym "M" - zaśmiałam się krótko, serdecznie, a potem zamilkłam zerkając do boku, na pozostałą część zgromadzenia, a kiedy znów zerknęłam na Savvy'ego, natychmiast wlepiłam wzrok w podłogę. - Chyba powinnam już sobie pójść, psuję wam piątkowe spotkanie - mruknęłam gotowa ruszyć w stronę schodków. Tylko w zasadzie zanim pójdę, powinnam im jeszcze coś ogłosić, skoro już tutaj jestem. Ostatecznie wszyscy mieli coś wspólnego z zaginionym chłopakiem.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#29 29-12-2018 o 23h52

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 108

__________________https://i.imgur.com/u9IP71Z.png?1
    Wsunąłem rękawiczki na drobne dłonie dziewczyny, były one zdecydowanie na nią za duże, ale przynajmniej miałem pewność, że sobie nie odmrozi palców jak będzie jechać na tym swoim rowerku. Podziwiałem ją, za jej hart ducha, bo nawet teraz przy tych temperaturach nie zdążyła się i nadal podróżowała w ten sam sposób. Ja bez Janet bym pewnie wymiękł na pierwszych mrozach. Naprawdę powinna nosić tą czapkę.
    - Ok wierzę ci. - Skrzyżowałem ręce na piersi i przyjrzałem jej się dokładnie. - Ale i tak jak tylko wrócisz do akademika to obowiązkowo bierzesz ciepły prysznic, a potem pod kołderkę z herbatką i do spania. Uznajmy, że to polecenie służbowe pani przewodnicząca. - Uśmiechnąłem się krzywo. Dobrze zdawałem sobie sprawę z tego, że teoretycznie nie byłem w stanie wydać jej żadnego polecenia, ale czy ktoś mi tego zabroni. Plus to raczej była dobra przyjacielska rada, bo nie chciałem widzieć jej jak zasmarkana przemęcza się, żeby ogarnąć ten cały bałagan, który teraz powstał przez zaginięcie. Pewnie nie dałaby się odciągnąć od obowiązków nawet gdyby na jej drodze stała cała armia. Uparciuch jeden.
    - Od tego tutaj jestem. Jako twój zastępca i prawa ręka nie mogę pozwolić, żebyś mi zamarzła. - Odwzajemniłem jej uśmiech, już teraz twierdząc, że było to niezwykle urocze. Jednak chwile potem Mirabelle zrobiło coś co sprawiło, że rozczuliłem się tak jakbym co najmniej widział grupkę małych uroczych samoyedów bawiących się razem. A ja bardzo lubiłem samoyedy, może pora sobie jednego sprawić.
    Trudno było mi powstrzymać śmiech, co widać było po tym jak trzęsły się moje ramiona. Nie miałem jednak serca, żeby wyprowadzić jej z błędu, ale z drugiej strony nie chciałem jej okłamywać, bo w sumie nie wiadomo czy ktoś inny jej nie uświadomi. W końcu nie było w tym nic wstydliwego nie wszyscy musieli się znać na modzie i orientować co jest czym.
    - Przepraszam. - Odchrząknąłem próbując zachować powagę. - G jest od Gucci, ale też mam kilka ubrań ze swoimi inicjałami, co prawda moja mam go nie uszyła ich drutach, a po prostu zaprojektowała, ale to chyba też się liczy. - Nagle poczułem się bardzo zakłopotany, nie wiedzieć czemu czułem się trochę źle, że musiałem zniszczyć wizję Miry.
    - Mira niczego nie psujesz. - Na chwilę spojrzałem w tą samą stronę co ona, po czym znowu wróciłem do niej wzrokiem i położyłem jej rękę na ramieniu. - Możesz zostać ile tylko chcesz - stwierdziłem i posłałem jej uśmiech, próbując dodać jej nieco otuchy.
    - Możemy nawet znaleźć ci łyżwy, żebyś mogła pojeździć, albo jeśli chcesz możesz po prostu popatrzeć. Nikt cię stąd nie wygania.


https://i.imgur.com/IX8Ya5j.gif https://i.imgur.com/EM85ogn.gif https://i.imgur.com/m1f3hzW.gif

Offline

#30 30-12-2018 o 21h38

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

-------------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/181215/93fdd286e9d6ffc06c3bbe75428ff6c2.png
   Perełko? Perełko?! Nie cierpiała, gdy ktoś się tak do niej zwracał. Nie dlatego, że nie lubiła swojego imienia i zdrobnień czy pereł. Perły były piękne, a jednocześnie bardzo wytrzymałe, chciała być jak perła i była wdzięczna rodzicom za takie imię. Jednak nienawidziła, gdy ktoś wymawiał je w zdrobnieniu i to podszyte taką pogardą i wyższością. Perełką mogła być dla Gem, rodziców i może przyszłego partnera, Hunter nie zaliczał się do żadnej kategorii.
    — Perełko?! — warknęła. Mogłaby mu za to przywalić łyżwą, gdyby nie była dla niej tak cenna. — Nie spoufalasz się za bardzo? Nie przypominam sobie, żebym była jedną z twoich dziewczynek.
   Za „panienkę” też miała ochotę mu przyłożyć. Może tym razem kijem, był tańszy niż jej łyżwy, a mogła się lepiej zamachnąć. Ale raczej nie zdobyłaby posady kapitana za nokaut poprzedniego.
  Na lodowisku pojawiła się przewodnicząca. Pearl znała ją tylko z widzenia, fragmentów rozmów z Eugenem i żartów Ethana. Sprzeczność tych trzech wizerunków sprawiła, że Tikaani nie miała pojęcia jak traktować Mirabelle. Choć była pewna, że w słowa kapitana drużyny nie powinna wierzyć i nie robiła tego. Podejrzewała nawet, że Herriot mogła się mu narazić odrzucając jego zaloty i przez to być wyśmiewana. Znała parę dziewczyn, które tak skończyły. Sama nie należała do nich, najpewniej dlatego, że była w drużynie i nie dałaby sobie w kaszę dmuchać. Szkoda jej było Miry, która słyszała wiele z jego żartów.
  Pearl nie chciała stać w miejscu. Zbliżały się święta, wizyta w domu i rozmowy z rodziną. Wspólne wyjścia na łyżwy, które były jak tradycja i szukanie wymówek na wszystkie pytania. W tym roku wymyśliła nową. Jeśli nauczyłaby się choć podstaw jady figurowej miałaby wytłumaczenie dla mięśni i umiejętności. Rodzice nigdy nie zaakceptowaliby hokeja, szczególnie jako sposobu na życie. Jednak jazda figurowa, tylko w roli hobby dla zdrowia. Na pewno lepiej by to przyjęli. Nie przewidziała jednak, że te dwa sporty, choć na lodzie, różnią się tak bardzo. Zaczynało docierać do niej jak daleka była od szansy na oszukanie rodziców. A ćwiczyła już od października, oglądał różne poradniki i ćwiczenia, które miały pomóc. Choć umiała wykonać kilka najprostszych figur i skoków, to robiła to z gracją słonia w składzie porcelany.
   Słysząc komentarz Eugena zaczęła się śmiać. Nie był może tak zabawny, ale ironia, że jej starania dały taki, a nie inny efekt sprawiła, że nie mogła się powstrzymać. Chłopak trafił w dziesiątkę.
    — Yyy... dzięki — powiedziała po jego dłuuuugim wykładzie.
   Przez moment stała jak wryta i naszła ją pewna myśl. Nie wiedziała czy mogła ją nazwać genialną, ale na pewno był to najlepszy pomysł na jaki było ją stać. Widać było, że Eugene się na tym zna. Może mógłby jej pokazać, co i jak.
   W końcu Dashiell łaskawie wrócił dokończyć ich rozmowę.
    — Jakoś nie widzę tu Dwighta zgłaszającego sprzeciw — stwierdziła wymownie się rozglądając. Nie sądziła, że komuś, kto nie stara się wystarczająco należy się to miejsce. — Należałaby mu się szansa, gdyby tu był. Ale chyba znalazł ciekawsze zajęcie na piątkowe popołudnie.
   To nie tak, że nie lubiła Dwighta. Był w porządku, czasem nawet jego żarty były zabawne, czasem. Po prostu nie podobało jej się, że ktoś gra w hokeja wyłącznie dla przyciągnięcia płci przeciwnej, a gdy nadarza się okazja porzuca trening właśnie z tego powodu. Nie traktowanie sportu poważnie naprawdę ją drażniło. Szczególnie, gdy ktoś bez wkładania w to wysiłku, chce coś zyskać. Ona ćwiczyła codziennie, rano i wieczorem, poświęciła życie temu marzeniu, a komuś nie chciało się stawić na treningu i miał czelność nazywać się hokeistą i upraszać się o miejsce w meczu, żeby posłuchać jak panny na trybunach wołają jego imię? Niedoczekanie.
    — Możemy zagrać, ale co ze składem? Gdyby pojawił się tu twój faworyt, to może byłaby szansa na równy mecz — stwierdziła. Nie wiedziała jak mają utworzyć sprawiedliwe składy.
   Kłótnie z Dashem były u niej na porządku dziennym. Nigdy nie uważała ich za wrogów, było im nawet bliżej do przyjaciół, a na pewno dawno stali się kumplami i rywalami. Tylko to jego podejście! Tak niemiłosiernie ją irytowało, gdy podważał każde jej słowo, chyba tylko dla zasady, że ona nie może mieć racji. Nie miała zamiaru się poddać. W rozmowach z nim nigdy nie gryzła się w język, by czegoś nie powiedzieć. Można nawet stwierdzić, że podobało jej się to, bo mogła wyładować emocje, a jego opinia obchodziła ją na tyle, że nie bała się powiedzieć o kilka słów za dużo. Trener nie pozwoliłby mu wywalić jej z drużyny, ani zdegradować i odebrać miejsca w głównym składzie. Zapracowała sobie na to, gdzie była i nikt nie mógł tego podważyć.
    — Oczywiście, że nie mogę się doczekać! — przyznała Savvyemu. Aż ją ręce świerzbiły, żeby złapać za kij i pokazać tym gadzinom, gdzie ich miejsce. — Ha! To tylko kolejny powód, żeby dać im nauczkę. Wiesz ile osób przeze mnie miało długą przerwę? Z tego, co pamiętam, to chyba rok temu nawet jednego z nich posłałam do szpitala. — Zaśmiała się na tę myśl. A może to była drużyna Rysiów? Chyba, że z obu kogoś wykopała, to też możliwe. Od tamtego czasu zaczęła się powstrzymywać, bo trener groził jej wydaleniem z głównego składu. — A czego mam się bać? Spróbowałaby mnie tylko któryś tknąć.
   Widziała zmieszanie Savvyego. Było jej szkoda chłopaka. Wydawał się za kruchy na ten sport, ale jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że drzemie w nim duży potencjał. Gdyby tylko był pewniejszy siebie. Przecież to właśnie ten strach sprawiał, że zamiast działać, zastanawiał się podczas meczu i tracił swoja szansę. No i jeszcze źle dobrana pozycja. Czy nikt wcześniej nie zauważył, że on się nie nadaje na bramkarza?! Dlaczego ona wcześniej sama tego nie zobaczyła?!
    — Nie da się nabrać doświadczenia nie grając w meczach. Nie mówię od razu o głównym składzie na stałe, ale właśnie ten mecz powinien zadecydować, co dalej — rzuciła w kierunku Dasha. — Chyba po to jest się w drużynie hokeja, żeby grać w hokeja.

Ostatnio zmieniony przez Chitaru (30-12-2018 o 21h48)


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#31 31-12-2018 o 01h21

Straż Cienia
Kaniya
Szeregowiec
Kaniya
...
Wiadomości: 144

__________________https://fontmeme.com/permalink/181214/2ea4a634940c744c7836ae7b54554e50.png
          Odwzajemniła uścisk Pearl dosyć niezdarnie przez trzymane paczki popcornu. Jaka ona była ciepła, Gemma nie miała najmniejszej ochoty jej puszczać.
          — W meczu? — Gem zaśmiała się nerwowo. — Czy ty chcesz, żebym komuś oko wybiła? Chociaż to może nie byłby taki zły pomysł — ostatnie zdanie powiedziała bardziej do siebie. — Aleee... jedna bramka to jeszcze nie przegrana? Chyba? Nie wiem, nie znam zasad.
          Ale Pearl była już zajęta rozmową z Dashem, a uwagę Gemmy przykuła krzycząca przewodnicząca. Czerwona na twarzy przewodnicząca. Czy ona tu jechała na tym swoim rowerku? Czy ona zamierzała wracać na tym swoim rowerku do akademika? O nie. Czy przewodniczącą łapało jakieś choróbsko i znowu zamierzała robić śmierdzące syropy? Nie, nie, nie. Nie można do tego dopuścić. Dzieliły łazienkę, na wszystkie świętości, akademickiej łazience wiele brakowało do nazwania luksusem, ale w tej łazience walącej cebulą czy innym cholerstwem człowiek w ogóle nie chciał już przebywać. Korzystając z tego, że Savvy do nich podjechał, Gemma wcisnęła mu popcorn z przykazaniem, żeby pilnował przed Gieniem i szybko podjechała do wejścia na lodowisko. Tylko trochę przeceniła swoje możliwości hamowania, więc zatrzymała się dopiero na plecach Eugene'a. Wymamrotała przeprosiny, przepychając się na widownię.
          — Ty! — Wskazała palcem na Herriot. — Stój, gdzie stoisz i ani kroku, bo skończysz w formalinie i nie żartuję!
          Sama zaczęła iść w kierunku swojego plecaka. I po dwóch krokach znowu się wywaliła.
          — K**** — warknęła kolejny raz tego dnia.
          Podniosła się, by tym razem wolniej oraz ostrożniej dojść do plecach. Wyciągnęła z niego wszystkie leki i równie wolno wróciła do Mirabelle i Eugene'a, aby po chwili wcisnąć dziewczynie lekarstwa. Bezceremonialnie przyłożyła jej dłoń do czoła.
          — Hm, raczej lekko podniesiona temperatura — mruknęła do siebie, po czym wskazała na opakowania. — Podwójna zalecana dawka ze wszystkiego, za dwie godziny raz jeszcze, potem na wszelki wypadek już normalnie. Ktoś cię stąd odwiezie samochodem, masz siedzieć w cieple, żadnych otwartych okien. Weekend pod kołdrą. I, co najważniejsze, żadnych syropów domowej roboty, które będą walić na całe piętro w akademiku. Zalecenie lekarza, bez dyskusji.
          A że dopiero przyszłego lekarza to szczegół. Ważne, żeby nos Gemmy nie chciał w najbliższej przyszłości popełnić samobójstwa.


https://66.media.tumblr.com/aa95cb952d13a3f1e2a899e718df9732/tumblr_ohw3hnkGyj1viokjyo1_540.gif

Offline

#32 31-12-2018 o 03h43

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/523912811617845251/unknown.png

     Savvy wzdrygnął się nieznacznie. Kiedy Pearl napomniała o bardzo istotnym fakcie, przypomniał sobie, że dla innych nie była taka sympatyczna, jak dla niego. Zwłaszcza dla hokejowych rywalów. Ona nie bała się agresywnych przeciwników, ponieważ sama była dla nich zagrożeniem. Nie mogła się ich bać. Była na to zbyt silna i pewna siebie. Savvy na ogół uważał to za zalety, choć kiedy dziewczyna zaśmiała się na wspomnienie posłania jednego z zawodników do szpitala, miał ochotę się odsunąć. Nie potrafił wyczuć, czy dziewczyna żartowała, czy jednak zachowywała się poważnie.
     Mimo wszystko, poczuł, że nie chce jej zawieść. To przez to, że pokazała mu już, że w niego wierzy. I widzi potencjał, którego sam nie dostrzegał. Kiedy jednak Dashniell wrócił i wspomniał o ich koledze z drużyny, Sav niekontrolowanie uciekł wzrokiem w bok. Kapitan miał rację. Na miejsce w głównym składzie było pełno chętnych. Mimo wszystko, zaproponowano mu grę. Dawali mu szansę.
     Widząc krzywy uśmiech Huntera, zareagował od razu.
     -Zagram!- powiedział głośniej, niż zamierzał. Zmieszał się natychmiastowo, ale czując na sobie wzrok znajomych, odezwał się ponownie. –To znaczy, chciałem powiedzieć, że skoro dajecie mi szansę, to skorzystam i dam z siebie wszystko. I dziękuję.- Brzmiał pewniej, niż było to do niego podobne. Nagły przypływ zdeterminowania zrobił swoje. Naprawdę chciał zagrać, choć nie mieli jak przeprowadzić prawdziwego meczu. Było ich zbyt mało. Ale Savvy jeszcze przez jakiś czas myślał optymistycznie. Zdążył nawet zacząć gdybać. Co by było gdyby zadowolił ich teraz? Gdyby później pokazał reszcie drużyny, że potrafi? Może mógłby wejść na lodowisko podczas meczu, chociaż na kilka minut.
     Nim się obejrzał, Gemma w nagłych ruchach wręczyła mu swoją dużą torbę z popcornem. Savvy cieszył się, że nie była pełna po brzegi, ponieważ nie chciał wysypać drobnego jedzenia na lód. Ogólnie sądził, że dziewczyna nie powinna zabierać takich rzeczy ze sobą mając łyżwy na nogach, ale bał się jej to powiedzieć. Grzecznie więc trzymał popcorn, pilnując głównie tego, aby jego zawartość mu nie uciekła. Mimo wszystko, przez jakiś czas jeszcze obserwował ruchy Gemmy.
     -Co Gemma właściwie robi?- zapytał bez zastanowienia. –Mirabelle Herriot dalej tam jest? Ale właściwie to… myślałem, że ona nienawidzi hokeja. I że nie przepada za drużyną Niedźwiedzi.- Niepewnie spojrzał na Dasha, bo w końcu z nią rozmawiał. To nie mogły być sprawy damsko-męskie, z drugiej strony jednak, jeśli nie takie, to jakie? Nie sądził też, że sprawy typowo dotyczące uczelni. Przecież było bardzo późne, piątkowe popołudnie. Nie zamierzał pytać, ale przyznał się w myślach przed samym sobą, że chciałby wiedzieć, o co chodziło. Może to rozwiałoby jego wątpliwości odnośnie relacji, jakie łączyły członków samorządu.
     Wrócił wzrokiem do trójki rozmawiającej w oddali. Jednak nie stali na tyle daleko, aby nie widział, że Eugene dał Mirabelle swój szalik i czapkę.
     -Oh- wymsknęło mu się. –Może ona podkochuje się w Eugene? Patrzy na niego tak… -Jego twarz została przyozdobiona rumieńcem, kiedy zorientował się, że mówi to wszystko na głos. –Przepraszam. To był tylko niewinny pierwszy stopień do piekła- na jego usta wstąpił nerwowy uśmiech. Zacisnął lewą dłoń mocniej na torbie popcornu, a prawą na kiju. Ciekawość była bardzo ludzką cechą. Zazdrość również. Savvy był tego świadomy.
     -Ale nie ma co przedłużać. Oddam Gem tę torbę i zagram z Pearl jeden na jeden jeszcze raz. Czy odpowiada ci to, Pearl? Dash, czy to będzie dobre, tak na początek? Będziesz mógł obserwować moje ruchy. Namyśl się, a ja pozbędę się tego popcornu z lodowiska.- Posłał im kolejny uśmiech. –Zaraz wracam- poinformował, kiedy odepchnął się i pojechał w stronę bramki.
     Miał ochotę krzyknąć. O cholera, co ja najlepszego wyprawiam?!
     Wyszedł poza barierkę i zbliżył się do grupy. Nie lubił tego uczucia, kiedy stąpał łyżwami po miękkiej gąbce.
     -Dzień dobry- powiedział w stronę Mirabelle. Na niebiosa, a nie powinienem powiedzieć „dobry wieczór”?  –Nie chciałem przerywać rozmowy. To zajmę chwilę.- Skoro ty, Mirabelle, mogłaś przerwać cudzą rozmowę, to ja też mogę! –Gem, zaszczycony jestem, że powierzyłaś mi swój cenny item, ale musisz sama go pilnować.- Włożył stygnącą torebkę do dłoni ciemnowłosej. Choć zrobił to delikatnie, wyraźnie pokazał, że nie chce jej z powrotem.
     Pomyślał, że idzie mu całkiem nieźle. Wcale się nie jąkał, nie robił zbyt długich przerw pomiędzy zdaniami. Wszystko było w porządku. W tamtej chwili mógł już od nich odejść, ale kiedy spojrzał na szalik Eugene na szyi przewodniczącej, niepewność znowu ścisnęła go za gardło. Chciał wiedzieć, o co chodziło. Kiedy oni tak bardzo się zaprzyjaźnili?
     -Jesteś chora?- zapytał Mirabelle. Zwrócił uwagę na lekarstwa, które trzymała Gemma. –Życzę ci zdrowia.- Nie! Wcale nie zdrowia! Niech siedzi w pokoju i trzyma się z daleka od  m o j e g o  przyjaciela! Aj, nie, nie, przecież ja nie jestem taki. Nie chcę życzyć nikomu źle. Patrzył na nich z subtelnym uśmiechem, podczas gdy w jego myślach rozpoczynała się najprawdziwsza wojna sprzecznych ze sobą uczuć.
     -Pogoda teraz jest strasznie zdradliwa- plótł dalej. Zdradliwa, jak wszystko na tym paskudnym świecie! Oj, jakże Savvy w tamtej chwili marzył o zniknięciu z planety o nazwie Ziemia, jakże marzył na pojawieniu się na statku kosmicznym, gdzie nikt z jego znajomych nie mógłby go znaleźć.

Ostatnio zmieniony przez Airi (31-12-2018 o 13h18)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#33 31-12-2018 o 17h07

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

...........................................................................https://zapodaj.net/images/036fc0c106c99.png



       Spojrzałam na jego krzywy uśmiech i naprawdę nie chciałam mu mówić, że niestety nie będę mogła zrobić tego, co polecił. W końcu jeszcze tyle spraw należy załatwić, muszę napisać kilka maili, w prawdzie mogłyby one poczekać, jednak wolę zrobić to od razu, niż odwlekać cokolwiek w czasie. Poza tym też nie chciałam dostarczać nikomu dodatkowych zmartwień, każdy miał swoje zajęcia, samorząd był wymagający, a ja wychodziłam z założenia, że tak długo, jak dam radę sama, to nikogo o pomoc prosić nie muszę. Z reguły zawsze dawałam radę sama, nie ma w końcu rzeczy niemożliwych, prawda?
       Mój uśmiech tylko się poszerzył, kiedy Eugenie uznał, że nie może pozwolić mi zamarznąć. Tylko, że zaraz w jego twarzy coś się zmieniło, a ja przechyliłam głowę do boku. Może wyglądałam głupio w jego rzeczach? Na pewno były dobre jakościowo. W każdym razie cieplutkie, mięciutkie, no i jeszcze ten zapach.
       W każdym razie nic nie zrozumiałam z tej sytuacji, ale na całe szczęście wiceprzewodniczący nie zwlekał z wyjaśnieniem. Otworzyłam szerzej oczy nie wierząc w to, co on do mnie mówi. Jak to Gucci? Chyba każdy jest w stanie o tej marce powiedzieć jedno - okrutnie droga. Aż i serce zabiło.
       - Gucci? - zapytałam piskliwie, nie kryjąc szoku. Natychmiast złapałam za szalik, jakoś tak nieumiejętnie, bo nawet nie byłam w stanie go ściągnąć, a nawet miałam wrażenie, że ten tylko bardziej się zacieśnia na mojej szyi. - Nie mogę go nosić! A jak zepsuję? - zapytałam wyraźnie spanikowana, nadal się nim szarpiąc. Wzmianka o łyżwach wcale nie polepszyła mojego humoru.
       - Żadnych łyżw, na pewno wywalę się i ktoś przejedzie mi po palcach i je odetnie - na samą myśl miałam dreszcze. Już zdążyłam to sobie dośc wyraźnie wyobrazić i aż mną telepało. Jestem pewna, że Naczelny Dryblas mógłby mnie popchnąć, wyraźnie lubił, jak dziewczyny przez niego zwalają się z nóg, a skoro ja tego nie robiłam w normalny sposób, to postanowił znaleźć sobie inny, niekoniecznie delikatny. Chociaż teraz miał o wiele lepsze towarzystwo.
       Już nawet miałam mówić, że wiceprzewodniczący ma się mną nie przejmować, ale wówczas obok pojawił się ktoś jeszcze. Spojrzałam na Gemmę i zaraz cała zesztywniałam. Miałam ochotę podnieść ręce do góry, kiedy tak do mnie zawołała. Byłam raczej twardo stąpającą po ziemi dziewczyną, jednak w Cadler było coś przerażającego, a raczej myśl, że oto ona, kobieta niczym Lilith, taka, której należy unikać, dla której już zbyt późno na ratunek. A mimo to ludzie do niej lgnęli i w zasadzie... nie była taka zła. Była nawet czasem miła, uśmiechała się i dogadywała z Eugenie, nie mniej jednak wolałam trzymać się na baczności.
       Przymknęłam oczy, jakby czekając na to, że mnie uderzy. Nie wiem za co, może za twarz? Nie mruknęłam nawet, że jestem w okularach, po prostu czekałam, a tu co? Zamrugałam zaskoczona, gdy dotknęła mojego czoła. To jak zaklęła odbijało się w mojej głowie, może przez to nie ruszyłam na pomoc, poza tym kazała stać. Nie mniej jednak, kiedy wróciła z tabletkami, byłam w szoku. Nikt przez cały dzień nie zainteresował się wcale moim stanem zdrowia na tyle, aby zauważyć, a ona... zrobiła to z daleka.         
       Zmarszczyłam nosek, patrząc w dół, na leki.
       - Ja nie mogę ich przyjąć. Lekarstwa są bardzo drogie i twoje - powiedziałam spokojnie, chcąc już je wystawić w stronę dziewczyn. - Poza tym to nic takiego i nie mogę od nikogo oczekiwać, że mnie odwiezie - dodałam zażenowana, unikając spojrzenia wiceprzewodniczącego, bo teraz ten już wiedział, że jestem chora i było mi przez to wstyd.
       Przełknęłam ślinę wyciągając już ręce z rzeczami dziewczyny.
       - Poza tym kupiłam już cebu... - ucięłam. Kolejna osoba, a ja jakby instynktownie wiedziałam już kto to. Nagle dookoła mnie zrobiło się niemałe zamieszanie, ale dlaczego akurat on musiał się tutaj pojawić? Poczułam, jak moje poliki pieką, wyglądałam tak okropnie, musiałabym poprawić kucyk, przetrzeć okulary, a jeszcze to rozdarcie. Cóż za upokorzenie!
       - Do... do... do... dobry - rozchyliłam głupio usta. Skup się! Wyjdziesz na istotkę. - Nie przeszkadzasz przecież wcale. W sensie, z technicznego punktu widzenia może, ale emocjonalnie mi to nie przeszkadza, że jesteś... w sensie, że rozmawiasz, to znaczy to ja się wprosiłam, a ty przyszedłeś w jakimś celu. Masz powody, ja nie mam. Nie przeszkadzasz więc, prawda? Zapomnij o tym technicznym punkcie widzenia... - ze skrajności w skrajność. Moje usta nie chciały się zamknąć.
       Zamarłam na sekundkę, a po moim ciele rozlało się przyjemne ciepło. Życzył mi zdrowia! No przecież, przejmował się moim stanem, to w końcu taki miły chłopak! Dash mógłby się uczyć. Gdyby każdy w tej drużynie taki był, na pewno byłaby ona znacznie lepsza.
       - Dziękuję - powiedziałam normalnie, a potem spojrzałam gdzieś na podłogę. - Faktycznie pogoda potrafi dopiec, ale na pewno niebawem będzie dobrze. Właśnie miałam mówić Eugenie, że nie powinien się o mnie martwić. Bardzo się martwi, taki jest wspaniały - wypaliłam, w końcu Savvy się z nim przyjaźnił, więc na pewno to doceni. - Nie chcę też objadać Gemmy z lekarstw - dodałam spowiadając się teraz rezerwowemu ze wszystkiego, skoro już rozmawialiśmy.
       - Mam nadzieję, że jak wy gracie, to o siebie dbacie. Byłaby szkoda gdybyś ty... to znaczy cała drużyna, gdybyście wszyscy, a raczej nikt konkretny ta czystko hipotetycznie mieli zachorować, no to szkoda byłaby szkoda, tak... - miałam ochotę iść gdzieś i się zresetować, albo odłączyć moduł mowy. Jak tu mówić do takiego anioła w najczystszej postaci?


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#34 02-01-2019 o 22h32

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.........................................................................https://fontmeme.com/permalink/181215/6461cb45e1c2d90b31d0c85082d598e3.png
             Postanowiłem ująć się za Dwightem, w końcu był moim przyjacielem. No, może kolegą. Kumplem.
  –  Może jest chory, pomyślałaś o tym? – Zapytałem z udawanym wyrzutem. – Poza tym trening został odwołany, a nikt nie czyta ci w myślach. Ja sam liczyłem , że pojeżdżę sobie w ciszy i spokoju, ale nie wyszło – westchnąłem teatralnie. Dobrze wiedziałem, ze Dwight prawdopodobnie właśnie upija się do nieprzytomności. Beze mnie. Hm. Może wcale nie powinienem go bronić.
Spojrzałem w jasne oczy Pearl. Hipnotyzujące. Szkoda, że była taka obrażalska.
  –  Zobaczymy.  – Miałem dodać, że się z nią zgadzam, ale nie chciałem dawać jej tej satysfakcji – Nie ma składu, to fakt.
Odwróciłem się do Savvy’ego, gdy usłyszałem jego zapewnienie. No cóż, skoro jest chętny, to na pewno nie zaszkodzi spróbować.
  –  Nie ma za co. Może rzeczywiście warto by cię wystawić na tej pozycji. – Starałem się znaleźć jakiś okrężny sposób na przyznanie racji Pearl.
Wzruszyłem ramionami na pytanie Savvy’ego.
  –  Nie wiem co tu robi. Może mają jakieś tajemnicze interesy dotyczące samorządu. – Wywróciłem oczami i dramatycznie zamachałem rękami, jednocześnie odpychając się na łyżwach do tyłu. Niewiele mnie to obchodziło. W sumie dziwne, że to do mnie skierował to pytanie. Może widział jak rozmawiamy? Postanowiłem naprostować sprawę, jeszcze ktoś byłby gotów pomyśleć, że jest moją znajomą. Albo gorzej.
  – Kiedy tu jechałem, prawie wpadła pod moje auto i tyle by było z naszych interakcji. – Rozłożyłem ramiona i zrobiłem minę pod tytułem „To nie moja wina!” – Nie wiem nic na jej temat i staram się tego trzymać.
Zaśmiałem się na jego następne pytanie.
  –  Eugene? Z nią? – Zapytałem, z nutą niedowierzania w głosie.
             Spojrzałem w ich kierunku. Wyglądało na to, że Gemma pojechała tam, żeby trochę ich postresować. Herriot i Wunsche  nie wyglądali na parę… Co prawda dał jej swój szalik i czapkę… I rękawiczki… Ale może po prostu się przyjaźnią. Co mnie to zresztą obchodzi.
Spojrzałem badawczo na Savvy’ego. Jego widocznie obchodziło.
Odjechał, a ja zastanowiłem się nad jego propozycją. Chyba miałem lepszy pomysł. Uśmiechnąłem się szeroko.
             Postanowiłem nie zwlekać z przedstawieniem mu mojej propozycji, więc po prostu podjechałem do skraju lodowiska. Nie chciało mi się tam do nich wchodzić. Poza tym Herriot jeszcze byłaby gotowa rzucić we mnie Pismem Świętym, musiałem być gotów do ucieczki w każdej chwili. Najpierw Pearl, potem ona, kobiety…
Znów posłyszałem urywek rozmowy na mój temat. No, może nie wprost, ale skoro jest mowa o członkach drużyny… Po prostu nie mogą się powstrzymać, jak zawsze jestem na językach. Ech, sława.
  –  Racja, byłoby szkoda – Uśmiechnąłem się do nich i skierowałem swoje spojrzenie na Savvy’ego.
  –  Pomyślałem, że może miałbyś ochotę zagrać ze mną. No wiesz, wtedy byłoby mi najłatwiej ocenić twoje umiejętności – Jeśli mój uśmiech wyglądał nieco drapieżnie, to nie moja wina – Chyba, że wolisz z Pearl, w takim wypadku nie będę nalegał…
             Jeśli wybierze Pearl, to będzie znaczyło, że się mnie boi. A to z kolei znaczy, że nie jest gotowy, żeby opuścić ławkę rezerwowych.


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#35 03-01-2019 o 01h09

Straż Cienia
Kaniya
Szeregowiec
Kaniya
...
Wiadomości: 144

__________________https://fontmeme.com/permalink/181214/2ea4a634940c744c7836ae7b54554e50.png
          Brew Gemmy niebezpiecznie drgnęła. Dlaczego w ogóle istnieli ludzie odmawiających darmowych rzeczy? Jak oni żyli? Zlustrowała Herriot. Smutno żyli, ot co.
          — Ja p*******. Której części "bez dyskusji" nie rozumiesz? O, czekaj, już wiem. "Bez", bo dyskusję to pojmujesz aż za dobrze. A teraz bądź grzeczną dziewczynką, którą zwykle próbujesz być, i łykaj tabletki, zanim ci je wepchnę do gardła. Co swoją drogą, byłoby zapewne trudniejsze od uśpienia cię i bezpośredniego wstrzyknięcia ich, ale sporządzenie odpowiednich roztworów, które by ci jeszcze przy okazji nie zaszkodziły, zajmuje za dużo czasu, więc chop-chop, łykamy bez marudzenia — pod koniec już nawet nie próbowała udawać, że nie mówi jak do niesfornego dziecka.
          I może nic takiego by się nie stało, gdyby przewodnicząca nie wspomniała o cebuli. Nie miało znaczenia, że urwała w połowie, Gem doskonale wiedziała, że chodziło o cebulę. Niewidzialny Różowy Jednorożcu, ta wariatka naprawdę chciała pichcić syrop w akademiku.
          — Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Żadnej. Powtarzam. Żadnej. J*****. Cebuli. I nie pomagam ci z dobrego serca czy cokolwiek, co tam mogłaś sobie ubzdurać. Pomagam ci, bo mam w tym interes, więc zacznij współpracować, zanim uznam, że w moim interesie jest ci zaszkodzić, c'est compris?
          Dlaczego ta uparta sztywniara robiła problemy, gdy ktoś chciał coś zrobić dla jej dobra? No litości. Dzieliły łazienkę, już to było wystarczającym powodem, żeby nie chcieć, aby przewodnicząca się nie pochorowała do końca, bo Gemma nie miała zamiaru opuszczać zajęć w prosektorium, a Pearl by chyba zabiła Herriot, gdyby przez niezapobiegnięcie chorobie nie mogła wziąć udziału w meczu czy chociażby treningach. O zapachu syropu z cebuli nie wspominając, zapobiegnięcie rozprzestrzenieniu się tego smrodu chyba miało nawet wyższy priorytet.
          Nie spodziewała się, że Savvy do nich dołączy. Oczami wyobraźni już widziała, jak chłopak oddaje popcorn Eugune'owi, więc z miłym zaskoczeniem sama odebrała jedzenie. Istnieli jednak dobrzy, niedziałający jej na nerwy ludzie na tym świecie poza Pearl.
          — Teraz już mogę. — Potrzebowała wolnych rąk na dobrą sprawę tylko po to, by ze spokojem sięgnąć tabletki z plecaka, a teraz to nawet mogłaby powiedzieć Herriot, że nie ma jak wziąć z powrotem lekarstw. — Ale chcę, żebyś wiedział, że jesteś absolutnie najlepszym Strażnikiem Popcornu ever — powiedziała i posłała mu całusa w powietrzu. Kiedy nie wpadał pod motor, Savvy był całkiem w porządku. Może nawet nadałby się na zastępstwo Ethana.
          Ale porzuciła tę myśl dla pomysłu, który teoretycznie mógł pomóc uniknąć rękoczynów względem Mirabelle. Pomysłu, który wymagał Eugene'a i popcornu, a jako że oba miała na wyciągnięcie ręki, nic nie powinno pójść źle. Zbliżyła się więc do chłopaka i konspiracyjne wyszeptała:
          — Eugene, jako twój drugi ulubiony człowiek, mam dla ciebie ofertę. Oddam ci cały popcorn bez konieczności robienia wygibasów na lodzie, jeżeli przekonasz panią przewodniczącą samorządu, żeby wzięła te cholerne leki po dobroci.
          W końcu Gienio nie odmówiłby jedzenia, prawda?
          — Dwie paczuszki pełne popcornu, pomyśl tylko — dodała tak na wszelki wypadek.

Ostatnio zmieniony przez Kaniya (03-01-2019 o 01h15)


https://66.media.tumblr.com/aa95cb952d13a3f1e2a899e718df9732/tumblr_ohw3hnkGyj1viokjyo1_540.gif

Offline

#36 05-01-2019 o 19h49

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

-------------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/181215/93fdd286e9d6ffc06c3bbe75428ff6c2.png
   Nieomal parsknęła śmiechem na mało wiarygodne usprawiedliwienia Dasha. Dwight chory? To pewne. Ale dopiero jutro, gdy będzie umierał na kaca.
   — To nawet lepiej — stwierdziła na wzmiankę o czytaniu w myślach. — Ale osoba starająca się o zajęcie miejsca w głównym składzie, powinna chyba postarać się trochę bardziej. Jedyny moment, gdy widziałam go w stanie, który można określić chorobą był, kiedy wymiotował po odwiedzeniu o jeden bar za dużo, więc proszę nie wciskaj mi kitu.
   Oj, Dash. Jeśli chcesz kłamać Pearl w żywe oczy, musisz się bardziej postarać i wymyślić coś, choć trochę wiarygodnego.
    — Ja liczyłam, że pojeżdżę sobie w miłym towarzystwie — stwierdziła, częściowo powtarzając jego kwestię. — Jak widać, oboje zepsuliśmy sobie nawzajem plany. — Westchnęła, równie przesadnie, co jej rozmówca, a potem uśmiechnęła się nieco.
   Właściwie, nie chciała go tym obrazić. Tym razem ich sprzeczka przybrała wydźwięk humorystyczny, jakby tylko się ze sobą droczyli. Ale nawet w tej sytuacji, Pearl nie miała zamiaru przegrać. Nienawidziła przegrywać i nadal często nie umiała się pogodzić ze zwykłą porażką, a co dopiero z Dashem.
   Wydała cichy odgłos zaskoczenia, gdy Savvy tak pewnie wyraził chęć gry. Nie była zdziwiona, że tego chciał, a raczej tym, iż powiedział im to głośno, prosto w twarz. Uśmiechnęła się z zadowoleniem. Podobały jej się te przejawy pewności siebie u chłopaka, które niestety szybko zanikały. Na boisku zawsze powinien być właśnie taki.
    — Czy ona... — zastanawiała się na głos Pearl. — Chyba właśnie ratuje nasz pokój przed smrodem syropu z cebuli ręcznej roboty. To świństwo cuchnie gorzej, niż skarpety Sama po treningu!
   Nienawidziła cebuli. Jej smaku, jak i zapachu, który doprowadzał oczy do łzawienia, a wnętrzności do torsji. Po kuchennych eksperymentach Mirabelle, już kilka razy wynosiła się z pokoju na cały dzień, spędzając w nim jak najmniej czasu, aż zapach całkiem nie wywietrzeje. Wspólna toaleta to tragedia. Wszystkie zapachy przedostawały się przed nią do sąsiedniego pokoju.
    — Oni razem? Hmmm... — zastanowiła się, po nagłym spostrzeżeniu Oh. — Właściwie, nawet do siebie pasują. A przynajmniej wydaje się bardziej zainteresowana nim, niż tobą, Dashiellu Hunter — powiedziała, naśladując ton Miry, gdy wymawiała jego imię, po czym parsknęła cicho.
   Ha! Czyżby przewodnicząca oparła się „wdziękom” tymczasowego kapitana? Nieudane podboje Dasha, Pearl musiała to zobaczyć!
    — Ty starasz się nie spoufalać z jakąś dziewczyną? — Czy ona się przesłyszała? — Powiedz szczerze, od razu ci odmówiła czy zrezygnowałeś, bo boisz się, że zrobiłaby z ciebie porządnego człowieka?
    O usposobieniu Herriot słyszeli chyba wszyscy w drużynie, głównie dzięki Ethanowi. Wielu wróżyło jej przyszłość zakonnicy, ewentualnie starej panny z mnóstwem kotów. Często się z niej śmiali, choć zdaniem Pearl Mira była ładną dziewczyną, a nie widziała też nic dziwnego w jej ubiorze. Ot zwykła nieśmiała dziewczyna, która nie afiszuje się ze swoim ciałem. Bez staników i kilku ubrań na spotkania z rodzicami garderoba Tikaani mogłaby zostać pomylona z męską, więc nie mogła krytykować innych. Wygoda przede wszystkim, twierdziła. Szczególnie jeśli chodziło o treningi. Niektóre stroje do biegania jeszcze prezentowały jej kobiecość, szczególnie te letnie. Ale poza tym, Pearl była całkowitą zwolenniczką ubrań, które rzadko podkreślały wygląd. Po tym jak przez cały okres mieszkania w rodzinnym domu musiała nosić się jak księżniczka w eleganckich i kobiecych sukienkach oraz spódniczkach, całkowicie zraziła się do takiego stylu.
    — Jasne — przytaknęła Savvyemu na propozycję kolejnej gry. Zdążyła już odpocząć i nabrać ochoty na następną rozgrywkę. — Muszę się odegrać za tą bramkę.
   I mówiła całkowicie szczerze. Nie miała zamiaru dawać mu forów, by Hunter mógł stwierdzić, że skoro chłopak potrafi pokonać Pearl, to może zagrać w meczu. O nie, nie, powinien sam na to zapracować. Ona może go wykopać na środek jeziora dla motywacji, ale sam będzie musiał dopłynąć do brzegu. Jedyne w czym mogła mu pomóc to zdobycie pewności siebie i treningi. Ale wyniki musi uzyskać sam.
   Ruszyła za Dashiellem i razem dołączyli do reszty przy skraju lodowiska. Również nie zeszła z lodu. Na nim czuła się najlepiej i zawsze zostawała tam jak długo mogła. Tu, gdzie inni czuli się niepewnie, ona była u siebie.
    — No proszę, a więc chcesz mnie wykopać z boiska? — stwierdziła, na propozycję Dasha. Co prawda skierowaną do Savvyego, ale przecież Pearl to Pearl i nie byłaby sobą, gdyby nie dodała swoich trzech groszy, gdy poczuła taką potrzebę. — Myślisz, że dałabym mu fory, racja? — prychnęła z niezadowoleniem na takie stwierdzenie. Dash często wyciągał mylne wnioski. Wszystkie kobiety oceniał jedną miarą. — Dobra, mogę się pobawić w sędziego.

Ostatnio zmieniony przez Chitaru (05-01-2019 o 20h11)


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#37 06-01-2019 o 01h18

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/523912811617845251/unknown.png

     Savvy był bardzo zaskoczony tym, że dziewczyna była zdenerwowana jego towarzystwem. Nie spodziewał się z jej strony żadnego jąkania. Kiedy czasem wpadała w jego pole widzenia i akurat ją słyszał, mówiła bez problemów z wysławianiem się, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie był pewny, czy udaje, czy robi to całkiem poważnie, nie potrafił też wywnioskować, czy kiedy Mirabelle mówiła, że Eugene się martwi, robiła to w jakimś konkretnym celu. Zerknął badawczo na przyjaciela, ale nie skomentował tego wcale. Wrócił wzrokiem do dziewczyny w okularach.
     Kiedy z jej ust poleciały dość miłe słowa, Savvy niekontrolowanie zrobił mały krok do tyłu. Po tym, co stało się ostatnio i z wiedzą, gdzie są aktualnie jego koledzy z drużyny nie był w stanie odpowiedzieć jej szczerze. Nie mógł mówić osobie z zewnątrz, że nie jest tak kolorowo, jak to wygląda w gazetach i na stronach internetowych. Mirabelle była przewodniczącą. Ale nie była w drużynie.
     -Trener wciąż przypomina, abyśmy pilnowali tego typu spraw- powiedział ogólnie. Jego uśmiech powrócił, ale nie był aż taki pewny. –Skoro Gemma oferuje pomoc, myślę, że miło jej będzie, jeśli skorzystasz- dodał. Spojrzał na Gem, a jego uśmiech momentalnie stał się bardziej swobodny.
     Może nie lubił być w pobliżu, kiedy jeździła na swoim motorze, nie lubił też jedzenia, które rzucała na lód, ale czasem żałował, że nie udało im się porozmawiać w liceum. Że znał ją tylko z widzenia i pamiętał wyłącznie z pomponami w dłoniach.
     -Polecam się na przyszłość- powiedział w kierunku ciemnowłosej, po czym ukłonił się lekko. 
     Już miał zbierać się do odjazdu, kiedy nagle ich „zastępczy” kapitan podjechał do niego. Widocznie jego szybkie odniesienie popcornu zaczynało się przedłużać. Kiedy usłyszał propozycję kolegi, adrenalina skoczyła do góry. Nagle był tylko Dashniell, dwa kije i krążek.
     Savvy podszedł do barierki, spoglądając prosto w oczy Hunterowi.
     -Powiedziałem, że nie zmarnuję szansy i słowa dotrzymam- odparł. Otworzył drzwiczki i wrócił na pole walki. Nie sądził, aby mu się udało, mimo tego nie wyobrażał sobie zrezygnowania w takim momencie. Ratowało go to, że nie był bardzo zestresowany. Gdyby nie to, że znał Dashniella nieco poza boiskiem, na pewno obawiałby się go bardziej. Pearl w niego wierzyła. Eugene na pewno też. Może podpuszczanie miało w tym swój udział. Determinacja nie pasowała Savvy’emu do jego samego, jednakże przyznał się przed sobą, że podoba mu się to uczucie. Choć słowa Pearl, uformowane tak, jakby go tam nie było, zabolały lekko, uśmiechnął się do niej i powiedział:
     -Dziękuję.- Za sędziowanie, którego jeszcze nie zaczęła.
     A potem szturchnął Dasha w ramię po przyjacielsku, drugą ręką mocniej chwytając swój kij.
     -Do zobaczenia na środku, Łowco.- Nim zdążył zastanowić się nad tym, czy to przypadkiem nie brzmiało zbyt zdecydowanie, pomachał pozostałym i odjechał, zajmując pozycję od razu. Starał się nie patrzeć w ich stronę. Odsunąć wszystkie zbędne myśli na bok. Skupił się na tym, co wie o stylu Dasha i które fakty przydają mu się najbardziej. Wziął pod uwagę to, z której strony najczęściej wbijał bramki, w jaki sposób atakował i to, w jaki sposób przejmował krążek na meczach. Nie pozwalał usilnie, aby znów pojawiło się w nim zwątpienie. Nie chciał przegrać, a jeśli już miał, musiał zrobić to z klasą.
     Przez trzy czwarte treningów w całym życiu młodego Oh chłopak był bramkarzem. Tak dużo czasu minęło, zanim ktoś powiedział mu, że lepiej sprawdziłby się na innej pozycji. W myślach pojawiła mu się Pearl mówiąca, że bramka nie była dla niego.
     Jeszcze godzinę temu chciał uciekać na widok koleżanki z drużyny. Teraz stawał do meczu jeden na jeden z Dashniellem Hunterem, jak jakiś super odważny bohater anime. I nie miał nawet ochraniaczy.


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#38 12-01-2019 o 10h03

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 108

__________________https://i.imgur.com/u9IP71Z.png?1
Wiedziałem, że gdy tylko wspomnę o marce Mirabelle zacznie panikować, a trzeba było trzymać się wersji G jak Gienio. Już miałem jej powiedzieć, że ma się nie przejmować bo mam jeszcze kilka kompletów, ale ugryzłem się w język. W końcu nie każdy ma w szafie kilka płaszczy na różne okazje i pasujące do nich czapki i szaliki.
    - Gdybym myślał, że zepsujesz to bym ci ich nie dał. Plus mam zapasowy komplet jakby co, więc nie musisz się martwić. - Mam nawet trzy, ale o tym niekoniecznie musiała teraz wiedzieć.
    Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na Mirę. Z technicznego punktu widzenia chyba nie dało się chyba odciąć łyżwą palców, a może to ja się myliłem. Jednak zmusić jej do wejścia na lód nie mogłem, ani do zostania tutaj.
    Nagle obok nas pojawiła się Gemma i nawet nie zdążyłem zebrać myśli, żeby cokolwiek powiedzieć gdy ta już zaczęła podawać w jakich dawkach i kiedy brać poszczególne leki. Nie za bardzo wiedziałem o co chodzi z cebulą i tym zapachem, ale Gemma wydawała się być bardzo zdesperowana jeśli chodzi o tą kwestię.
    - Syrop cebulowy? - Rzuciłem dziewczyną pytające spojrzenie. - Jak to smakuje? - Może pomimo zapachu, którego brunetka wydawała się nienawidzić był to prawdziwy rarytas, dlatego blondynka tak bardzo chciała go przyrządzić. Wtedy może i ja skorzystałbym z magicznego śmierdzącego syropu. W końcu zupę cebulową lubiłem… Tak właściwie jak wszystko co było do jedzenia, oprócz marchewki, a jak już przy jedzeniu jesteśmy.
    Mój radar podpowiadał mi, że coś dobrego zbliża się do mnie i tym razem też się nie mylił. Uśmiechnąłem się szeroko do Savvyego z popcornem w rękach wystawiając w jego stronę ręce, żeby przejąć od niego te ciężkie torby. Jednak on oddał go Gemmie, a ja aż poczułem ukłucie w sercu.
    - Złamałeś mi serce Sav ty Judaszu. - Zaśmiałem się, po czym przesunąłem się, żeby stanąć bliżej Gemmy. - Wiesz jeżeli nadal szukasz kogoś do potrzymania, to moje odpowiedzialne ręce wiceprzewodniczącego zawsze są do twojej dyspozycji. - Zrezygnowałem z dodania, że w moim brzuchu będzie on najbezpieczniejszy, stamtąd nawet ja już go nie wydostanę.
    Uniosłem brwi i spojrzałem na przewodniczącą, która gdy tylko pojawił się mój przyjaciel zaczęła się jąkać i plątać we własnych wypowiedziach. To prawda, że Savvy jak chce potrafi być straszny, ale przecież teraz zachowywał się zupełnie normalnie. Zupełnie nie miałem pojęcia czemu Mirabelle reagowała tak zawsze gdy tylko chłopak pojawiał się na horyzoncie, może o czymś nie wiem.
    - Powodzenia! - powiedziałem w stronę Savvyego, który właśnie wchodził na lód. Pewnie teraz włączyłby mi się tryb kibica, gdyby nie interesująca propozycja Gemmy która była wręcz nie do odrzucenia, a przynajmniej z mojego punktu widzenia. Od razu zwróciłem się w stronę blondynki.
    - Mira… Wiesz kto jest moim trzecim ulubionym człowiekiem? - Na mojej twarzy pojawił się przekonujący uśmiech numer pięć. - Wiesz, że… - Spojrzałem znowu na lód sprawdzając, czy tamta dwójka zaczęła już grać. - Wybaczcie mi na chwilę. - Podszedłem do barierki i oparłem się o nią.
    - Sav skop mu ten płaski tyłek! - Krzyknąłem w ich stronę, po czym ponownie odwróciłem się do dziewczyn, zadowolony ze spełnienia swojego kibicowskiego obowiązku, a przynajmniej na tą chwilę.
    - Mirabelle posłuchaj mnie… - Złączyłem dłonie i wziąłem głęboki oddech. - Nawet gdyby Gemma nie oferowała mi popcornu powiedziałbym to samo. Po pierwsze darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc jeżeli dała ci leki to nawet nie marudź tylko bierz, plus na pewno dzięki temu zaoszczędzisz trochę czasu. Nie wiem ile robi się ten cały syrop, ale jestem pewny, że szybciej będzie jeśli weźmiesz leki i potem będziesz miała w zamian trochę czasu dla siebie. Po drugie dzięki nim na pewno nie zachorujesz, a przynajmniej jest mniejsza szansa, żeby to się stało. A teraz wyobraź sobie apokalipse na uniwersytecie jak ciebie zabrakni, szczególnie teraz. Ja wierzę w swoje umiejętności, ale sama wiesz jak jest. - W moją mini przemowę włożyłem całe swoje pokłady mojego uroku osobistego i miałem nadzieję, że to ją przekona.

Ostatnio zmieniony przez Raspberry (12-01-2019 o 10h05)


https://i.imgur.com/IX8Ya5j.gif https://i.imgur.com/EM85ogn.gif https://i.imgur.com/m1f3hzW.gif

Offline

#39 12-01-2019 o 15h55

Straż Absyntu
Okinkow
Szeregowiec
Okinkow
...
Wiadomości: 117

https://fontmeme.com/permalink/190112/9d927829e449967ec85c936402e3a088.png

At least we’re under the same sky

https://i.pinimg.com/564x/70/ef/95/70ef9574ce2fdf92ae82109f51f82a9d.jpg

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/2e/Pipe.svg

Zach | mężczyzna | 23 lata | 10 grudnia | przyszły dziennikarz | "nowy"

czarne włosy | czarne oczy | czarna skóra | kolczyk w nosie | tatuaż 

186 cm | 85 kg 

https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/2/2e/Pipe.svg

sportowiec | starszy brat | dewiant | milczek | samouk 


| Ma siostrę - Sophie, która ma 16 lat, matka – Izabella, jest lekarzem - specjalistą, który często zmienia miejsce pracy. Dlatego od małego podróżowali. Ojciec porzucił ich po narodzinach Soph. 

| Od dziecka kochał Koszykówkę i Hokej, ćwiczy oba te sporty od małego i doszedł do momentu, w którym może pokryć każdą pozycję i być naprawdę dobrym. 

| Jako, że matka często jest w pracy, to on głównie opiekuje się młodszą siostrą, nawet własnym kosztem. 

| Nigdy nie miał wielu przyjaciół. Właściwie nie miał ich wcale i nie przeszkadzało mu to. Mógł w samotności skupić się na sporcie i nauce. 

| Nie jest prymusem, ledwo osiąga średnie wyniki, na studiach trzymają go głównie osiągnięcia sportowe. Mimo to nie jest głupi, nie zależy mu po prostu na dobrych ocenach. 

| Chce zostać dziennikarzem sportowym. 

| Nie jest wylewny i rzadko się uśmiecha, wychowywał się sam a do tego sprawował opiekę nad Soph, musiał szybko dorosnąć. Jak tylko może załapuje się do jakiejś pracy w kawiarni, czy czymś podobnym . Jeśli Cię lubi – stanie za Tobą murem i poświęci dla Ciebie wszystko. Często też staje w obronie słabszych co było i jest przyczyną jego częstych bójek, oraz przylgnięcia do niego łatki dewianta.

| W głębi duszy jest romantykiem, lubi czytać książki, okazyjnie napisze jakiś wiersz, który bardziej brzmi jak rapowe zwrotki, jednak tylko Soph o tym wie i jako jedyna je czytała. 

| Może, jest spokojny i nie rozpoczyna konfliktów, jednak jeśli pociągniesz za nieodpowiednią strunę, obudzi się w nim demon. Szczególnie to widać na boisku.

Ostatnio zmieniony przez Okinkow (12-01-2019 o 15h58)


Le ja gdy już mam pomysł na nowe opowiadanie.https://media1.tenor.com/images/17bd3be08bd1391250ea2acd3566b461/tenor.gif?itemid=13053523

Offline

#40 14-01-2019 o 00h21

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

...........................................................................https://zapodaj.net/images/036fc0c106c99.png



       Normalnie nie pozwalałam wchodzić sobie na głowę, w tej szkole było to ważne, bo dookoła pełno było bogatych ludzi, którzy mieli siebie za lepszych. Gemma była jednak na swój sposób przerażająca. Na pewno była jedną z tych dziewczyn od których według rodziców powinnam trzymać się z daleka. Dlatego wolałam jej nie podskakiwać, jakby to miało przysporzyć mi problemów. Tym bardziej, że w takim rozkładzie sił wydawała się niegroźna, chody robiły się dopiero, kiedy właśnie przyjmowałyśmy w jakiejś sytuacji, tak jak teraz, różne stanowiska.
       Zrobiłam kroczek do tyłu źle czując się z tym, że mówi do mnie, jak do dziecka. Może i byłam młodsza, ale poszłam na studia dwa lata wcześniej, niż większość studentów, dlatego nie lubiłam, kiedy ktoś zwracał uwagę na mój wiek, a już na pewno irytujące było traktowanie mnie jak dziecka. Tylko, że... była przy tym miła, chciała mi pomóc, co nie zmienia faktu, że nie mogłam jej objadać z lekarstw, prawda? Jej rodzice na pewno ciężko pracują, żeby móc wysyłać jej pieniążki na takie wydatki.
       - Je pense que oui ... - jęknęłam pod noskiem, robiąc dwa kroki w tył. Odwagi Mirabelle, przecież jesteś tą twardą przewodniczącą, to, że ta dziewczyna oddaje się nieraz cielesnym rozpustą na pewno nie oznacza, że w chwili postawienia jej się, zasięgnie pomocy u mrocznych sił. - Nie mniej jednak i tak nie powinnam - dodałam już nieco pewniej. Należałam raczej do asertywnych osób, co nie każdemu się podobało, szczególnie, gdy chcieli mnie przekupić, jako przewodniczącą.
       - Poza tym... już kupiłam... cebulę znaczy się - mruknęłam jeszcze, ale Gemma zdawała się nie zwracać na to uwagi, zamiast tego podeszła do wiceprzewodniczącego. No i wtedy też odezwał się Savvy. Zaskoczona spojrzałam na niego. Myślał, że powinnam przyjąć jej pomoc? Otworzyłam szerzej oczy.
       - Naprawdę tak myślisz, tak? Chyba racja, w sumie na pewno, rzeczywiście bardzo to miłe, w sensie Gemma jest miła, chociaż ty na pewno też miły jesteś, więc w zasadzie oboje... - no i znów zaczęło się wylewać ze mnie słowo po słowie, ale teraz pewna już byłam, że lekarstwa wezmę. Spojrzałam na nie w dół i uśmiechnęłam się. Zabiorę je, a Savvy pomyśli, że jestem miła. Podobała mi się ta myśl.
       Odprowadziłam Azjatę w wzrokiem i już miałam powiedzieć studentce medycyny, że przyjmę leki, kiedy nagle napadł mnie Eugene. No i tu był ten problem, że wejście mu w słowo nie było takie łatwe, a już szczególnie, kiedy próbował kogoś do czegoś nakłonić. Mówił do mnie z tym swoim firmowym uśmiechem, który mógł topić serca, ale mojego nie ruszał raz jeszcze pozwalając mi na zadanie sobie pytania, czy aby jestem w ogóle zdolna do odczuwania tego wszystkiego, co dziewczyn nazywają zauroczeniem. Cóż... oczywiście, że jestem, po prostu moje serce należy do Savvy'ego, bez wątpienia. No, a wiadomo, jestem wierna swoim uczuciom. Wiadomo, jesteśmy jeszcze młodzi, ale uważam, że wierność nie powinna dotyczyć jedynie etapu po ślubie.
       Na moment spojrzałam w stronę lodowiska, szczególnie gdy Wunsche wołał do Azjaty. Och, będą razem grać? Chyba on i Dashiell Hunter. A żeby ten... ten... ten... ten dupek patentowany oberwał! Uśmiechnęłam się pod nosem. Ma za swoje! Zasłużył na takie dosadne obelgi, nawet nie jest mi żal. No, ale teraz było ważniejsze kwestie.
       - Hej, hej. Ziemia do Eugene! - zawołałam, bo on już się rozpędził. - Przyjmę leki i kiedyś na pewno się za nie odwdzięczę. Bardzo dziękuję, że się o mnie martwisz i tobie, Gemmo za leki, niezależnie od tego, co tobą kierowało - skinęłam jej głową. Spojrzałam jeszcze raz w stronę boiska. W sumie chciałam zobaczyć ich pojedynek, ale... czułam się tutaj jak intruz.
       - Eugene, przekaż im potem, żeby skontaktowali się z naszym biurem. Policja chce porozmawiać z każdym z osobna. Ja już będę się zbierać - tym razem spojrzałam na Gemmę, a moja mina, wraz z tym, jak Savvy odszedł wróciła do normy. - Wrócę rowerem, nie mogę być już dla nikogo obciążeniem - to nie była propozycja. Firmowym ruchem podciągnęłam okulary na nosie. - No, to czas na mnie. Miłego dnia, moi drodzy - powiedziałam raz jeszcze, a potem odwróciłam się i wycofałam szybko. W końcu... niezależnie od tego, co mówił Eugene, nie byłam tam mile widziana, a już na pewno nie pasowałam do towarzystwa. Oni byli... tymi, którzy przyciągają spojrzenia. Ja zawsze miałam być tą, która co najwyżej może zerkać. Taki podział musi istnieć, nie powinnam próbować z nim walczyć. Nawet jeśli czasem... jest to dość przykre. Tak jak przykre było to, że wydałam tyle pieniędzy na cebulę i nie mogłam jej wykorzystać. Gdyby Dashiell mi jej nie obił, na pewno bym ją zwróciła.
       Ten Dashiell Hunter, doprawdy basałyk z niego! Arrr, aż miałam ochotę rzucić w niego tą cebulą. Oczywiście nigdy tego nie zrobiłam. Jedzenia nie można marnować.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#41 14-01-2019 o 22h23

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.........................................................................https://fontmeme.com/permalink/181215/6461cb45e1c2d90b31d0c85082d598e3.png
             Na wzmiankę o cebuli zmarszczyłem nos i spojrzałem na Pearl pytająco. Ona i Gemma zdawały się mieć bardzo złe wspomnienia związane z tym warzywem. Mi cebula była raczej obojętna, choć od dziś na pewno będzie mi się kojarzyć z przewodniczącą.
Dashiellu Hunter. Jak miło. A mogłem zostać w domu. W dodatku Pearl zaczęła sugerować, że chciałbym mieć do czynienia z Herriot.
- Kujony bez osobowości nie są w moim typie - powiedziałem z politowaniem. Człowiek tyle lat buduje sobie reputację i nagle ktoś myśli o nim coś takiego. Przykre.
- Porządnego człowieka? Prędzej ja zrobię z niej szaloną imprezowiczkę - Zaśmiałem się.
- Ach tak? Mogłabym się założyć, że prędzej ja pogodzę się z twoim nowym stanowiskiem, niż kobieta się dla ciebie zmieni - rzuciła Pearl.
Czasami szybciej mówię niż myślę, przyznaję. Jednak z tej sytuacji było tylko jedno wyjście. Pearl właśnie zasugerowała, że według niej jestem beznadziejnym kapitanem. I że dziewczyny mają mnie gdzieś. Nie wiedziałem co gorsze.
- W takim razie zakład. W miesiąc zrobię z niej królową imprez. - Usłyszałem swój głos.
- Stoi. Jak przegrasz zrezygnujesz ze stanowiska tymczasowego kapitana? - Uwielbiałem jak podkreślała słowo "tymczasowego" na każdym kroku. Ktoś tu jest zazdrosny.
- Tak. Jeśli wygram... Publicznie przyznasz, że jestem świetnym kapitanem. I że dziewczyny nie mogą mi się oprzeć - Wyszczerzyłem zęby w uśmiechu. Szczerze mówiąc zaczynało mi się to podobać.
               Ucieszyłem się, że Savvy jest chętny do gry, choć Pearl nie wyglądała na zadowoloną. Widocznie to nie był jej szczęśliwy dzień.
- Od razu wykopać, wszystko bierzesz do siebie. Typowa kobieta.
Zanim zdążyła mi odpowiedzieć, szybko ustawiłem się w pozycji. Savvy podążył za mną.
Łowco. Zwykle takie odzywki mnie denerwowały, ale lepsze to niż "Dashiellu".
              Nie dawałem mu forów, ale starałem się nie być zbyt agresywny, w końcu należał do Miśków, a nie jakichś Węży, Rysiów czy innych Gumisiów. Nie chciałem zmiażdżyć go kompletnie, ale nie było tak źle. Nadal nieco brakowało mu stanowczości, jednak nadrabiał szybkością. W ciągu dziesięciu minut zdołał mi wbić jedną bramkę, a ja jemu tylko trzy. Powiedzmy, że byłem pod wrażeniem. Chyba rzeczywiście nadawał się na tę pozycję. Na pewno miał potencjał. No i udało mu się trochę mnie zmęczyć. Oparłem się o kij.
- Szczerze mówiąc grasz całkiem nieźle - podsumowałem. - Szybki jesteś. Ostateczna decyzja należy do trenera, ale w razie czego wspomnę mu o tobie, zasłużyłeś na to - Poklepałem go po ramieniu i spojrzałem na Pearl pytająco. W porządku, pani sędzio?
           Podjechałem do bandy. Wiedziałem jak Herriot się oddala i przypomniałem sobie, o co założyłem się z Pearl przed kilkunastoma minutami. W co ja się wpakowałem?

Ostatnio zmieniony przez Pani (15-01-2019 o 17h16)


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#42 15-01-2019 o 16h27

Straż Absyntu
Okinkow
Szeregowiec
Okinkow
...
Wiadomości: 117

https://fontmeme.com/permalink/190112/9d927829e449967ec85c936402e3a088.png


   Przekręciłem kluczyk w zamku i otworzyłem drzwi z cichym skrzypnięciem. Od progu uderzył mnie zapach przypalonego mięsa i gotowanych ziemniaków.
   Soph znów próbowała eksperymentować w kuchni, po raz kolejny z średnim skutkiem. Jak się dało wyczuć. Zdjałem buty, płaszcz i ruszyłem do kuchni.
   Wciąż nie czułem się pewnie w nowym miejscu zamieszkania. Ale kot by się przyzwyczaił w zaledwie tydzień. Mama twierdziła, że teraz zostaniemy tu o wiele dłużej, przynajmniej póki Soph nie skończy liceum, a może nawet studiów. Chociaż nauczyłem się już jej nie ufać, mogłaby wparować nawet zaraz mówiąc, że jednak sprzedajemy dom i jedziemy na drugi koniec świata.
   - Soph, mówiłem Ci, żebyś z poważnym gotowaniem czekała na mnie. - otworzyłem okno, żeby wywietrzyć pomieszczenie. - Wiesz, że zawsze chętnie nauczę Cię gotować.
   - A wcale nie! Ty sam się nauczyłeś, to ja też dam radę! - odwróciła się od kuchenki z założonymi rękami, nie patrzyła na mnie.
   Odsunąłem ją i wyłączyłem palniki. Ziemniaki dało się jeszcze jakoś ogarnąć, jednak mięso do niewielu rzeczy się już nadawało. Wyjąłem garnek, nalałem do niego wody, włączyłem palnik żeby zagotować zawartość i zrobić z mięsa sos. Ziemniaki zacząłem tłuc. Tymczasem moja siostra miotała się po mieszkaniu klnąc cały świat, że poskąpił jej talentu, a ja czego się nie dotknąłem, to zmieniałem w złoto.
   - Dla Twojej informacji, to uczyłem się z książki kucharskiej "Jak ugotować ziemniaka i nie spalić domu", stoi w salonie na półce, mogłabyś czasem sprawdzić.
   Soph tylko prychnęła i poszła do pokoju obok aby poszkać wspomnianej książki. 
   Wróciła akurat gdy zdejmowałem placki z gotowanych ziemniaków z patelni i polewałem je sosem z mięsem, które dało się odratować. Nałożyłem na dwa talerze i postawiłem na stole, zasiadłem i zaprosiłem dziewczynę do stołu, ta jeszcze przez chwilę studiowała książkę, po czym zamknęła i zasiadła do stołu.
   - Nie wiedziałam, że mięso powinno się smażyć na niskiej temperaturze.
   - Mówiłem, to książka dla debili.
   - EJ! - krzyknęła i zaczęła bić mnie serwetką, która leżała pod ręką.
   Uśmiechnąłem się. - Każdy był kiedyś debilem. Jak było w szkole?
   To był nasz rytuał, przy obiedzie zawsze opowiadaliśmy sobie jak nam mijał dzień. Zazwyczaj Soph zajmowało to około pół godziny, więc  czekałem aż skończy jeść zimne jedzenie i zabierałem talerze, żeby pozmywać.
   Ten raz nie był wyjątkiem. Powiedziała mi, że ma już kilka koleżanek, nauczyciele są mili, tak samo ludzie. Potem się spytała jak mi minął dzień.
   Przerwałem na chwilę zmywanie.
   - Dzień, jak codzień, załatwiłem resztę spraw z przeniesieniem, teraz jestem w pełni studentem dziennikarstwa. Wykładowcy są tacy jak wszędzie, nic nowego. - nigdy nie byłem jakiś wylewny. Podobno miałem to po... człowieku, którego nie chcę pamiętać. 
   - A jacyś znajomi? - szturchnęła mnie łokciem w żebra z chytrym uśmiechem. - A może jakieś ładne dziewczyny?
   - Żadnych znajomych. A od tamtego momentu gdy jakaś wariatka mnie potrąciła, żadnych dziewczyn. - nie wiedziałem czemu jej tak zależało na tym, abym miał znajomych i dziewczynę, ani jedno, ani drugie nie było mi potrzebne do życia. Przez szesnaście lat radziłem sobie mając tylko ją, więc nauczyłem sobie radzić sam z wieloma sprawami.
   - A rozmawiałeś z trenerem?
   - Nawet z oboma, obaj kręcą nosem, że zależy mi i na jednej, i na drugiej drużynie. Ten od kosza słyszał o moich osiągnięciach i przyjął mnie od razu. Ten od hokeja był trochę niezadowolony, że na poprzednim uniwersytecie skupiłem się na koszu, jednak jak pokazałem mu co potrafię, też się zgodził. - ale mogą być problemy z tym, że będę musiał to jakoś godzić. Tego już nie dodałem.
   - I na jakiej pozycji będziesz grał?
   Skończyłem myć wszystkie naczynia i gary. Nałożyłem to co zostało mamie, będzie miała jak wróci.
   - Przecież dobrze wiesz. - poczułem jak puls mi lekko przyspiesza, poczułem ekscytację nowymi doświadczeniami sportowymi. - Na każdej.



   Gdy już ogarnąłem wszystko, obejrzeliśmy ze Soph odcinek jakiegoś serialu na netflixie, który wybrała i każdy wrócił do swoich obowiązków.
   Ona zajęła się pracą domową, ja powiesiłem u siebie w pokoju worek do ćwiczeń, wyciągnąłem hantle. Rano i wieczorem miałem swój cykl treningowy. Zazwyczaj trwał około godziny, w weekendy dwa razy dłużej. A do tego treningi sportowe.
   Muszę utrzymywać formę. Przecież Toronto Bears zdobędą w tym roku  mistrzostwo kraju. I ja na pewno będę w tym uczestniczył. Pomyślałem przy serii uderzeń w worek.

Ostatnio zmieniony przez Okinkow (15-01-2019 o 16h36)


Le ja gdy już mam pomysł na nowe opowiadanie.https://media1.tenor.com/images/17bd3be08bd1391250ea2acd3566b461/tenor.gif?itemid=13053523

Offline

#43 15-01-2019 o 17h01

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/523912811617845251/unknown.png

     Savvy nie był pewny, czy powinien słyszeć rozmowę Pearl i Dash’a. Właściwie, skłaniał się ku temu, że łatwiej żyłoby mu się bez wiedzy, którą nabył, słuchając dialogu znajomych z drużyny. Zdążyli przypomnieć mu o tym, jak ludzie potrafią być niemili dla innych, oraz o tym, że sam zaliczał się do tych, którzy w niektórych chwilach wychodzili na naprawdę dwulicowych i beznadziejnych. Kiedy tak na nich patrzył, spuścił wzrok wolno, próbując zdać sobie sprawę z tego, czego właściwie był świadkiem oraz dlaczego nie miał ochoty uprzedzić Mirabelle o tym, co ta dwójka wymyśliła. Po pierwsze, nie chciał panikować. Jakaś jego część wierzyła, że Pearl i Dash jedynie żartują. Po drugie, to ich znał lepiej i nie potrafił wyobrazić sobie sytuacji, w której idzie do pani przewodniczącej i mówi jej „hej, jesteś obiektem zakładu, to właściwie tyle, cześć”. Przecież ona dziwnie na niego patrzyła. Nie był pewny, czy odważyłby się na samo zapytanie Pearl lub Dasha, czy ich zdaniem, takie postępowanie jest w porządku w względem tej „osoby trzeciej”. Nie tylko oni zakładali się o wszystko, na co tylko wpadli. Wśród hokeistów było naprawdę wiele osób mających bzika na punkcie zakładów, Sav o tym wiedział, obserwował codziennie, był do tego przyzwyczajony, a czasami nawet sam w jakieś wpadał. Tym razem było jednak inaczej- chodziło o przyjaciółkę jego przyjaciela, której w ogóle nie znał, a którą zaczynał postrzegać jako potencjalne zagrożenie. W jego głowie pojawiła się myśl, że może kiedy Dashniell poświęci trochę swojego wolnego czasu Mirabelle, a Mirabelle zwróci swoje oczy ku kapitanowi, Eugene będzie miał więcej czasu dla niego.
     Zacisnął usta, a te aż pobladły. Z zamyślenia wyrwał go wołający przyjaciel, który głośnym, niosącym Savvy’emu zażenowanie okrzykiem, dopingował go do gry lepiej, niż niejedna dziewczyna z pomponami. Na Sav’a zawsze lepiej działał krzyk i przeklinanie, niż ładnie ułożone piosenki czy też delikatne mówienie.
     Pearl podała im krążek, a gra rozpoczęła się szybko. Hunter był trudnym przeciwnikiem, ale jakimś cudem Oh uwierzył w to, że nie planuje wybić mu zębów. W ciągu dziesięciu minut nie obronił trzech bramek i zdążył wbić jedną, podobnie jak w przypadku Pearl, na końcu. Nie zostawiał siły na później, nie potrafił jej dawkować. Dał z siebie wszystko.
     Uśmiechnął się, kiedy jego gra została odebrana pozytywnie. Próbując ustabilizować oddech, pokiwał potulnie głową do kapitana, kiedy ten klepał go po ramieniu.
     -Dziękuję, Dash!- powiedział. A kiedy ten odjechał do bandy, ruszył w kierunku Pearl i uniósł lekko kij, na znak triumfu i tego, że się cieszy. Nie był na tyle śmiały, aby ją uściskać, ale wydawało mu się, że w oczach dziewczyny również znajdywało się zadowolenie.
     Kiedy odwrócił się w stronę większej grupy, Mirabelle już nie było. Musiała wyjść przed lub w trakcie gry, kiedy Savvy był już skupiony na swoim przeciwniku. Choć był dobrej myśli odnośnie meczu, ponieważ dał radę wbić tego jednego gola, ponieważ zdążył pokazać swoje zdeterminowanie i pewność na łyżwach, myśl o zakładzie nie pozwalała mu się w pełni wyluzować i cieszyć.
     Postanowił, że poczeka. Postanowił obserwować i mieć oko na sytuację. Wtrącić się w momencie, w którym uzna, że ktoś zaczyna przeginać. Przecież nie było powiedziane, że Herriot da się przekabacić na ciemną, imprezową stronę mocy. Rzeczywiście nie wyglądała na kogoś, kto lubił imprezować. Sav również nie był tym typem, jednak był przyzwyczajony do tego, że jak trzeba, to trzeba, i wraz z Eugene chodzili na różnego rodzaju bankiety, przyjęcia czy inne spotkania, gdzie liczba osób przekraczała czasem czterysta osób. W związku z tym wiedział, jak zachowywać się wśród innych, aby nie zwracać na siebie większej uwagi, a jednak mieścić się w normie. Szczęście, że nikt nie musiał uczyć go tańczyć, bo sam robił to wystarczająco chętnie.
     Resztę dnia spędził w towarzystwie, wracając myślami do słów Pearl i Dasha o Mirabelle raz na jakiś czas.
     Wieczorem na stadionie pojawił się trener, który zdziwiony ich obecnością stwierdził, że nawet dobrze się składa, po czym kazał Dashniellowi zejść z lodowiska, aby mogli porozmawiać w cztery oczy. W pokoju, w którym zazwyczaj drużyna naradzała się przed meczami powiedział mu o dwóch sprawach, a właściwie, o dwóch osobach. Do drużyny miał ktoś dołączyć. Był też ktoś, kto wracał, po dwóch miesiącach nieobecności.


______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/534765499792490511/unknown.png

     Krew spływała po jasnej skórze dłoni wzdłuż nadgarstka, a kiedy kapnęła na białą posadzkę, ktoś zaczął krzyczeć. To właśnie ten moment snu sprawił, że Warren poderwał się z siedzenia i niespokojnie rozejrzał po autobusie, w którym siedział. W pośpiechu złapał swoją torbę i poprawiając niedbale materiał bluzy, wybiegł z podłużnego pojazdu w ostatniej chwili. Zastanawiał się, jakim cudem był tak zmęczony, że przysnął w takim miejscu. Kiedy stanął przed uniwersytecką bramą przełknął ślinę, a jego serce przyśpieszyło swój rytm niespokojnie. Wygrzebał z kieszeni telefon, którego ekran przeszyty był podłużnym pęknięciem. Widząc, że urządzenie jest już na wyczerpaniu, wyrwał splątane słuchawki z uszu i w pośpiechu wsuwając kabel do sportowej torby, wybrał numer trenera.
     -Day, cholera, dlaczego nie odbierasz telefonu przez dwa tygodnie- Warren odsunął telefon od twarzy, mimo tego, dalej doskonale słyszał głos trenera. –A teraz dzwonisz do mnie o siódmej rano, w sobotę?!
     -Trenerze, ja… jestem w Toronto, właściwie to idę już do akademika…
     -Gdzie jesteś?! Przecież mówiłem ci tyle razy, że ktoś cię odbierze, na cholerę ty…
     -Dziękuję trenerze, do widzenia.- Choć trener Watson jeszcze coś mówił, Warren Day rozłączył się, upewnił się, że telefon jest wyciszony, po czym schował go do tej samej kieszeni, co słuchawki.
     Potarł dłonie, aby je rozgrzać. Przyzwyczajony do ciepła w busie, nagłe zimno muskające jego ręce, szyję i twarz było podwójnie nieprzyjemne. Czuł, jak palce mu drętwieją, więc poprawił torbę na ramieniu i ruszył w stronę recepcji w akademiku, aby odebrać klucz od swojego pokoju. Wyszedł z niego dwa miesiące temu kompletnie nieświadomy tego, że tak długo do niego nie wróci. Choć próbował przekazać klucz trenerowi, przejęła go policja, a następnie przekazano go recepcji. Na szczęście, nie kazano wynieść jego rzeczy. Pomieszczenie wciąż funkcjonowało jako jego cztery ściany, ponieważ trener o to zadbał. I choć Warren był mu za to wdzięczny, nie zdobył się jeszcze, aby mu podziękować. Po odebraniu klucza pchnął drzwi z ciemnego drewna, zamknął je i rzucił torbę na podłogę.
     Wszystko wyglądało tak, jakby nikt tam nie wchodził, choć Day nie przypominał sobie, aby tamtego dnia udało mu się zamknąć okno przed wyjściem. Pościel leżała na łóżku tylko w połowie, wywinięta we wszystkie możliwe strony, częściowo obdarta z poszewek. Lampa na szafce nocnej była przewrócona, a na podłodze rozrzucone były kartoniki po lekach przeciwbólowych, puszki po słodkich napojach, kartki, charakterystyczne, kwadratowe, foliowe opakowania i inne śmieci, których War już dawno powinien wyrzucić. Niemal kopnął butelkę po alkoholu, która stała tuż obok zakurzonego biurka. Na dole szafy, której jedne z drzwiczek były otwarte, leżały łyżwy do hokeja i piłka do siatkówki, z której uciekło powietrze. Wyglądały stamtąd również ochraniacze, kask, dwa kije do hokeja i jeden do lacrosse. Warren ucieszył się na widok ubrań wiszących na wieszakach. Zawsze miał ich mało, ale przez ostatni czas musiał się dobrze pilnować, aby móc chodzić w czystych bluzach, więc kilka starych, ale dobrze zachowanych materiałów w podobnych odcieniach zdołało sprawić, że młody mężczyzna uśmiechnął się znikomo.
     Postanowił przejść się po akademiku, w oczekiwaniu na trenera, dlatego wyszedł i po zamknięciu drzwi na klucz oddalił się. Korytarze były puste, jakby wszyscy studenci odsypiali piątkowy wieczór.
     Zbliżając się ponownie do holu głównego, jego wzrok padł na drzwi, przez które wcześniej wszedł. Nie spostrzegł wcześniej plakatów wiszącego na drzwiach, tak samo, jak nie zwrócił uwagi na to, że recepcjonistka poszła na zaplecze, aby zrobić sobie kawę. Zmarszczył brwi i zerwał jeden z plakatów z wizerunkiem Ethana Chase’a. Czytając przez chwilę to, co było na nim napisane, zmiął go w dłoniach, zwinął w kulkę i upuścił, po czym kopnął w stronę kosza.
     -Zaginiony- mruknął. –Dobre.
     Kiedy wychodził na zewnątrz, na jego twarzy przez moment widniał szeroki uśmiech.

Ostatnio zmieniony przez Airi (15-01-2019 o 18h19)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#44 16-01-2019 o 01h35

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

.........................................................................................https://zapodaj.net/images/90f58bfbaabd4.png


       Pierwszy co do mnie dotarło był tępy ból w okolicach karku, na tyle silny, by wybudzić mnie ze snu, ale też nie tak mocny, by całkowicie ocucić. Nie otworzyłam jeszcze oczu, jęcząc cicho, a dłonią na oślep próbując dotknąć obolałego miejsca, jakby to miało jakoś pomóc. C**** to dało. P********* ręce, które nie leczo. Zaklęłam pod nosem nadal masując kręgi znajdujące się płytko pod skórą i w którymś momencie moje szare komórki zaczęły się podnosić z poziomu ziemi. Świetnie, więc zmartwychwstają, więc może i dla mnie jest nadzieja.
       Nadgarstkiem drugiej dłoni przetarłam oczy, by w końcu te otworzyć. W pomieszczeniu nie było zbyt jasno, ale wszystko było widoczne, a na pewno to, że ni c**** nie była to moja sypialnia. Mruknęłam coś, co nawet dla mnie nie miało większego sensu, powoli się rozglądając dookoła. Ewidentnie leżałam na ziemi. Świetnie, coś już wiemy. Podniosłam się do siadu, podpierając tą pozycję na ręce, a mój wzrok zaraz zatrzymał się na pustej szklanej butelce znajdującej się obok mnie. Byłam pijana i miałam kaca równocześnie, bez dwóch zdań. Nadal mało kojarzyłam, ale mój telefon leżał obok, a niewielka dioda w rogu sygnalizowała o nieodebranych wiadomościach. Przyłożyłam palec do czytnika, a potem kolejny już raz jęknęłam przeciągle, gdy urządzenie poinformowało o pięćdziesięciu siedmiu wiadomościach. Przeczytałam tylko tą, która musiała przyjść jako ostatnia, bo jej treść była widoczna nawet bez klikania.
       Byłam zła, jak zniknęłaś, ale potem powiedzieli mi, że Matthew wyszedł za tobą. Mam nadzieję, że był tego wart!
       Skrzywiłam się, bo wraz z tą wiadomością powróciły wspomnienia.
       - Funta kłaków nie był wart - powiedziałam pod nosem, chcąc wstać, ale zamiast tego przyciągnęłam kolana pod brodę i otoczyłam je ramionami. Nie urwał mi się film. Pamiętałam imprezę w akademiku, jak każda piątkowa, tak i ta była gruba. Lał się alkohol, grała muzyka, ludzie tańczyli, palili blanty, na pewno też coś wciągali, ale już nie tak oficjalnie. Od czasu zniknięcia Ethana miała być to pierwsza zabawa na której się pokażę. Musiałam to zrobić, żeby mój image nie podupadł. Z początku wszystko zapowiadało się świetnie, alkohol świetnie znieczula, a chyba właśnie tego było mi trzeba. Bałam się o brata i nikt najpewniej nie domyślał się, że jestem zdolna do takiego strachu, a co dopiero byłby go w stanie zrozumieć. Tylko, że w którymś momencie, jak to podpite towarzystwo, ktoś rzucił tekstem o tym, że Ethan pewnie teraz gdzieś zalewa mordę i bawi się w najlepsze, a od tych tekstów, do radosnego wołania, że ta szuja zrobiła wszystkich w c**** naprawdę wiele nie brakowało. Wiedziałam, że to żarty, w zasadzie śmiałam się z innymi, a mówiąc dobitniej zabrałam nawet głos, mówiąc, że jak wróci, to mu n******, ale mimo śmiechów, tych pięciu minut bycia w centrum poczułam się strasznie. Bo gdzieś tam z tyłu głowy było pytanie; a co jeśli już nie wróci?
       Wsunęłam palce we włosy, nabierając powietrza w płuca. Gdzie on był do cholery? Gdzie był?
       Nie wiem w którym momencie na tamtej imprezie poczułam pieczenie pod powiekami, pierwszy raz od bardzo, bardzo dawna, od wielu lat. Wtedy postanowiłam wyjść, zaczerpnąć powietrza. Musiałam się odseparować, ale ten debil Matthew puścił się za mnie, by w chwilach największych słabości z butelką wina w dłoni proponować mi "pocieszenie" w najbliższej toalecie. Wiem, że byłam pijana, ale nie aż tak! Musiał mieć tego świadomość, bo najpierw wzięłam butelkę z winem, a dopiero później wyładowałam się na nim sprzedając mu celne kopnięcie. Moim celem było wrócenie na imprezę, ale po drodze wypiłam to wino i zaczęły się dziać złe, bardzo złe rzeczy... wtedy też musiałam tułać się po korytarzu i resztkami świadomości zdecydować się na ukrycie  kantorku dla sprzątaczek... bo bez wątpienia właśnie tutaj się teraz znajdowałam.
       - Musiał tam coś dosypać - wychrypiałam do siebie, podnosząc butelkę, aby się jej przyjrzeć. Wyglądała niewinnie, ale co jak co, znałam możliwości swojej głowy. Teraz ta mnie bolała niemiłosiernie, serce mi waliło, a oczy piekły, pewnie były zaczerwienione. Spanie w kantorku też nie było najlepsze, ale z perspektywy wspomnień wczorajszego wieczora, była to najlepsza opcja.
       Jakimś cudem uniosłam się z ziemi, akurat widząc swoje odbicie w niewielkich metalowych drzwiczkach od jakiejś skrzynki. Makijaż miałam perfekcyjny mimo wszystko, doskonale. Tylko oczy konkretnie przyćpane i na to nic poradzić nie mogłam, tak jak na to, że nadal byłam wyraźnie skołowana. Mimo to wiedziałam doskonale, że muszę dojść do swojego pokoju, walnąć się pod prysznic, nie utopić i będzie dobrze. Plan idealny.
       Opuściłam niewielkie pomieszczenie prawie wypadając na korytarz, ale jednak zachowałam pion, a następnie ruszyłam przed siebie. Było koło siódmej, każdy normalny człowiek odsypiał kaca, więc korytarze były opustoszałe. No i jak mówiłam, mimo otępienia miałam świadomość tego, co powinnam zrobić. Nikt jednak nie mówił, że moje aspiracje łączyły się w pary z tym co trzeba. Trochę tak, jakby moimi ruchami kierował nie rozsądek, a jakieś p********* koło fortuny. Dlatego też zamiast iść w stronę schodów ku swojej sypialni, ja uznałam, że najlepiej będzie iść do drzwi. Obcasy stukały niezbyt głośno, ale jednak, więc wybijany przez nie rytm zachęcał do dalszej wędrówki. Aż do chwili, w której nie zobaczyłam jakiejś postaci na horyzoncie, mrużąc przy tym obolałe oczy.
       - P*******, jeszcze mam halucynacje - rzuciłam niezbyt grzecznie do samej siebie, bo przecież nie do halucynacji, a ściślej mówiąc do Warrena, który według mnie właśnie szedł sobie obok. - Zabiję go za to świństwo... - to akurat było rzucone pod kątem Matthew. Brew mi drgnęła i ostentacyjnie zmierzyłam wzrokiem chłopaka od stóp do głów, a potem spojrzałam na niego w całkiem bezczelny sposób i prychnęłam głośno. - Hmm, jak na wytwór mojej wyobraźni strasznie podobna wersja - burknęłam i nie zastanawiając się wcale, skróciłam dystans między mną, a Day'en do zaledwie trzydziestu centymetrów.
       Gapiłam się tak na niego przez cały czas. Świetnie, jestem w takim tragicznym stanie, więc teraz jeszcze muszę się katować tym, że nie tylko Ethan zaginął, ale też War przepadł jak kamień w wodę. Cudownie! Doskonale, że nie ma tu więcej ludzi za którymi mogłabym rozpaczać, bo pewnie za tydzień i ta osoba by zniknęła! Czemu nie? Jak już moje życie ma się komplikować to na całego! Najlepiej! Bo przecież na wszystko sobie zasłużyłam!
       Warknęłam pod nosem i poczułam ukłucie złości. Silne. Na Ethana za to, że go tutaj nie było i na Wara w zasadzie też, za to, że zniknął. Nawet jeśli ten nie miał żadnych podstaw ku temu, aby mi się zwierzać, to nieważne! Chciałam wiedzieć, gdzie był i gówno mnie obchodzi, że nie jestem żadną jego bliską osobą!
       Musiałam dać upust tej złości, więc skoro już miałam zwidy, to zamierzałam je wykorzystać.
       - Co ty sobie myślisz, co? - wywaliłam jadowicie, mrużąc przekrwione oczy, a potem lekko go pchnęłam. - Że jesteś Bóg wie kim? - kolejne pchnięcie i tym razem postąpiłam krok do przodu, by nie uciekł mi za daleko. Sama się chwiałam na nogach. - Wielki pan Day! Pojawia się i znika, jak mu się podoba! - kolejne pchnięcia, a potem zamachałam dłońmi w powietrzu. - Huhu! Patrzcie na mnie! Jestem lepszy od was wszystkich, więc mogę sobie przepaść jak kamień w wodę, a potem wyskoczyć, jak dupa z pokrzyw - chyba swoim głosem próbowałam naśladować ten należący do mężczyzny, ale w tym stanie mogłam nie być w tym zbyt dobra.
       Ocknęłam się i znów znalazłam przy nim, a potem bez pardonu wyciągnęłam ręce, by te zacisnąć na jego bluzie i spojrzeć mu w oczy.
       - Mam prawo być na ciebie wściekłą! Ba! Ja jestem wściekła, ale równocześnie... - mało brakowało, a dokończyłabym tą myśl, najpewniej nazbyt szczerą, by potem nie czuć się źle i nie wypaść z mojej zwyczajowej roli, ale ucięłam w połowie, gdy dotarło do mnie, że trzymam jego bluzę w dłoniach. Tak. Dotarło to do mnie z dużym opóźnieniem, ale nieważne. Zamrugałam kilka razy, krzywiąc się nieco, a potem przechyliłam głowę w bok posyłając mu pytające spojrzenie, w którym nie było już nic ze złości sprzed chwili. Tylko konsternacja.
       - War? - zapytałam, jakbym dopiero teraz go zobaczyła. - Wróciłeś? - dodałam tym bardziej rozkojarzona, ale mimo wszystko nadal go trzymałam, tylko jedną z rąk zwalniając uścisk po to, aby przetrzeć twarz, jakby to miało jakoś pomóc.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#45 17-01-2019 o 01h08

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/534765499792490511/unknown.png

     Jego myśli wirowały wokół Ethana i drużyny Niedźwiedzi. Chodź z uczelni zniknął dwa miesiące temu, dwa tygodnie wcześniej miał jeszcze kontakt z Pearl i trenerem. Mniej-więcej wiedział, co dzieje się poza kadrem meczy, a oglądał wszystkie. Nie każdy na żywo, ale każdy w całości, dokładnie przeanalizowany. Szczerze ciekawiło go to, jak Miśki zachowują się po „zaginięciu” Ethana. Ciekawiło go to, czy już ktoś zajął jego miejsce. Zastanawiał się, czy trener Watson właśnie ubierał się w pośpiechu, potykając o własne nogawki, byleby tylko do niego dotrzeć i sprawdzić, czy już się dowiedział. Warren nigdy nie odbierał telefonów od innych. Często ignorował też wiadomości, ale na te czasami odpisywał. Tym razem jednak zostawił telefon w pokoju i nie chciał się po niego wracać aby sprawdzić, czy też nie jest w tej chwili źródłem niepokoju trenera. Day miał ochotę śmiać się w głos.
     „Tydzień temu”… Warren w to nie wierzył. Jego zdaniem, nic nie działo się bez przyczyny. Człowiek nie mógł tak po prostu przepaść i nie zostawić po sobie śladów. Nie w tych czasach. Albo Ethan nie chciał zostać odnaleziony, albo ktoś nie chciał, aby znaleziono jego. Kiedy młodzieniec zorientował się, jaki tor obierają jego myśli, próbował się wycofać, ale nie potrafił. Mimo wszystko poza niepokojącą radością spowodowaną nieszczęściem drugiego był też ciekawy, co też się stało tydzień temu, rzekomo poza Toronto oraz czy media już huczą informacją o zniknięciu rozpoznawalnego zawodnika, faworyta do drużyny narodowej. Te wszystkie pytania sprawiły, że miał ochotę dobrowolnie udać się do trenera, wytrzymać nudny wykład na temat złego postępowania, a następnie przejść do próby uzyskania odpowiedzi na część pytań.
     I tak jak cieszył się, że go nie ma i przynajmniej przez jakiś czas nie będzie, z drugiej strony jego nastawienie obróciła złość.
     Gdyby tego było mało, z samego zamyślenia wyrwał go głos realny. Odwrócił się ku niemu, niepewny, do kogo właściwie należy, a kiedy ujrzał Sierrę zmarszczył brwi i zatrzymał się. W oczy niemal od razu rzucił mu się stan kobiety, która wyglądała jak nieszczęście na nieszczęściu. Warren przeklął pod nosem, naciągnął rękawy na dłonie i wsunął je do kieszeni bluzy. Kiedy już panna Chase zorientowała się, że ma do czynienia z prawdziwym zawodnikiem Niedźwiedzi, a nie wytworem swojej wyobraźni, War powstrzymał się od parsknięcia. Uniósł głowę wysoko, aby dodatkowo zaznaczyć różnicę wzrostu między sobą a nią, ale poza wcześniejszym przekleństwem, z jego ust jeszcze przez jakiś czas nie padły żadne słowa. Pozwolił „bić” się po mostku, ale kiedy kobieta zakończyła swój wywód i jakby oprzytomniała, postanowił zacząć od sprawy dla niego najważniejszej.
     -Puść moją bluzę. To jest ********** limitowana edycja.- Kiedy poluzowała uścisk, tym razem nie powstrzymał kpiącego uśmiechu. Bluza wcale nie była z limitowanej edycji. Warren po prostu bardzo ją lubił i nigdzie indziej nie mógł znaleźć podobnej. Słowem „limitowana” zastąpił stwierdzenie „jedna z moich ulubionych”. 
     -Tak. Wróciłem. Ale zaraz sobie pójdę, gdzie mi się będzie podobało, bo myślę sobie, że jestem królem. A ty śmierdzisz tanią wódką i za cholerę nie mam ochoty spędzać z tobą tego dnia.
     Wyciągnął prawą dłoń z kieszeni. Kiedy wyciągnął ją do góry, rękaw odsłonił elastyczny materiał stabilizujący, który ciągnął się przez cały nadgarstek. A właściwie obydwa. Warren używał takich od kilku lat i nawet, kiedy pogoda była cieplejsza, nie wychodził bez nich.
     -Zmiataj lepiej do pokoju. Ze względu na twoje powiązanie z drużyną będę łaskawy i popatrzę, czy nie przewróciłaś się na tym korytarzu. Za zakrętem radź sobie sama- dodał bezczelnie.
     Tak naprawdę nie był pewny, czy jego postawa nie przybrała charakteru obronnego. Nie chciał mówić jej, dlaczego go nie było. Sierra, w przeciwieństwie do większości znanych mu osób, kiedy chciała uzyskać odpowiedź, nie poprzestawała na jednym pytaniu. W oczach Warrena była ciekawską kobietą i choć najwyraźniej przeżywała wrednego kaca, wiedział, że prędzej czy później zacznie zaprzątać jego głowę. No i była siostrą Ethana. Musiała przeżywać zniknięcie tego śmiecia, a War nie miał ochoty też dać się złapać na tym, że obchodzi go jej samopoczucie. Mogła sobie udawać, że ją to nie rusza, ale on wiedział swoje.


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#46 17-01-2019 o 15h16

Straż Cienia
Kaniya
Szeregowiec
Kaniya
...
Wiadomości: 144

+++++++++++-+++++++++++https://fontmeme.com/permalink/190109/ec378e5bd21f0f7a1335357b94f1a8ec.png

          Marcus nie pamiętał, jak znalazł się w swoim łóżku tamtej nocy, ale był pewny, że wylądował w swoim, bo obudziło go coś miękkiego na twarzy. Coś, co znacznie utrudniało oddychanie. Kiedy instynktownie próbował się tego pozbyć, usłyszał niezadowolone miauknięcie, a pierwszym, co zobaczył po otwarciu oczu, był koci tyłek. Yup, zdecydowanie był w swoim pokoju. Po pełnej kontemplacji chwili udało mu się nawet dojść do wniosku, że nawet przebrał się w dresy, które służyły mu za piżamę. Normalnie był dumny z pijanej wersji siebie.
          Wymacał na stoliku obok łóżka komórkę (coraz dumniejszy z pijanego Marcusa, pamiętał, żeby tam odłożyć). Było przed siódmą.
          UUUUGGGGHHH.
          Z nadludzkim wysiłkiem zwlókł się z materaca tylko po to, by wylądować plackiem na podłodze. Wszystkie trzy koty postanowiły więc usiąść mu na plecach. Któryś postanowił zacząć drapać. Boleśnie drapać. Marcus jęknął cierpiętniczo i podniósł się, żeby zacząć poranny rytuał składania ofiar, coby nie zostać zjedzonym przez zwierzyniec.
          Potem należało zabrać Sir Purrs-a-lota na spacer, żeby czasem znowu nie wpadł na genialny pomysł zasikania książek. Mały gnojek nie lubił kuwety. Marcus znalazł czerwone puszorki, zakuł Sir Purrs-a-lota w tę niesamowitą zbroję, sam wbił się w jakiś w miarę czysty t-shirt i tak ruszyli na spacer.
          Nie zdążyli nawet wyjść z akademika, a już napotkali coś niezwykłego na swej drodze. Marcus dźgnął Warrena palcem w ramię, tak żeby się upewnić, czy to czasem nie pijacka halucynacja. Zrobił wielkie oczy, kiedy okazało się, że jednak nie.
          — Day, ty żyjesz — zadeklamował przesadnie dramatycznie. — A już się zaczęliśmy z chłopakami zakładać, kiedy to twoja gęba wszędzie zawiśnie.
          Sierrze nie miał nic do powiedzenia, więc pewnie zignorowałby jej obecność całkowicie, gdyby nie to, że Sir Purrs-a-lot zdecydowanie zbyt bardzo zaczął się interesować jej butami, a jako że Marcusowi nie chciało się słuchać wykładu, że to lowbottomy czy inne rossy i żadne zwierze nie jest wystarczająco godne, by się znaleźć w ich okolicy, wziął kota na ręce. Tylko że kotu się to niezbyt spodobało i puścił malowniczego pawia. Prosto na bluzę Daya. Anderson powiódł szybko spojrzeniem kilka razy od plamy wymiocin do twarzy Warrena.
          — Ups?
          I tyle go widzieli, bo z kotem na rękach wybiegł z budynku.

Ostatnio zmieniony przez Kaniya (17-01-2019 o 15h17)


https://66.media.tumblr.com/aa95cb952d13a3f1e2a899e718df9732/tumblr_ohw3hnkGyj1viokjyo1_540.gif

Offline

#47 17-01-2019 o 17h31

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

.........................................................................................https://zapodaj.net/images/90f58bfbaabd4.png


       Zmrużyłam oczy, bo może i nie byłam w najlepszym stanie, ale nie było też ze mną na tyle źle, żebym miała zignorować jego zachowanie. Czego się spodziewałam, że rzuci mi się na szyję i krzyknie "Sierra, wróciłem!". Oczywiście, że nie. Nawet abstrahując od tego, że nie byliśmy ze sobą na tyle blisko, to po prostu nie było to w stylu Warrena. Powinnam tak jak zdecydowana większość ludzkości przyjąć do wiadomości, że komunikowanie się z nim jest cholernie trudne i lepiej nie próbować, ale k****, nie chciałam mu dać satysfakcji. Myślał, że mruknie coś w ten opryskliwy sposób i każdy zawinie ogon pod siebie, by w następnej chwili zacząć s*********. Nawet jeśli rozsądek mówił, że dobrze robią, to mój upór pchał mnie do tego, abym wyciszała ten instynkt samozachowawczy.
       W odruchu puściłam go tak, jak sobie życzył, nawet się nad tym ruchem nie zastanawiając. Oczywiście tutaj Day nie zakończył manifestowania swojego nastawienia do mnie i całego świata. Doprawdy był bezczelnym kawałem gnoja i powinnam go nienawidzić. Tylko, że nie potrafiłam. Mógł mielić ozorem ile chciał, ale miałam zbyt dobrą pamięć, aby patrzeć na niego jedynie przez pryzmat tego, jaki był na co dzień. Pod tą fasadą pozorów był ktoś, kogo nie chciał pokazać całemu światu, ktoś dla kogo nadal znosiłam jego humory.
       Król od siedmiu boleści! Jakiś na wygnaniu chyba, skoro nie było go tyle! Zacisnęłam dłoń w pięść ze złości, czując jak wbijam w nią sobie paznokcie. Tanią wódką! Nie piłam wódki i w dodatku byłabym w nie najgorszym stanie, gdyby na mojej drodze nie pojawił się żaden kretyn! To, jak i słowa Warrena nałożyły się na siebie wywołując we mnie uczucie złości. Dużej, a skoro on się nie hamował, to ja też nie zamierzałam.
       Odczekałam jeszcze chwilę, kiedy tak łaskawie ofiarował mi swje zainteresowanie. Patrzcie go! Jaki kurna objawiciel! No bohater tej uczelni! Będzie się mną przejmował aż do zakrętu. Jakbym tego potrzebowała. Byłam rozbita, Ethan zaginął, on też przepadł, a teraz nagle się pokazuje i robi wszystko, aby zabić we mnie to dziwnego rodzaju uczucie ulgi, jakie się pojawiło, gdy zrozumiałam, że jego obecność nie jest złudzeniem, że naprawdę się tutaj znajduje. Tak chciałeś to rozegrać? Ktoś mógł szczerze się cieszyć, ktoś mógł cię wypatrywać, więc trzeba w nim to zabić? Zgnieść i wyśmiać? Pokazać bezsensowność takiego zachowania, bo nie jest ci ono na rękę? Bo nie wiesz, jak sobie z nim radzić? Bo jesteś cholernym tchórzem, który potrafi tylko pyskować, a wszelka empatia wybiega poza zakres twoich zainteresowań?
       GÓWNO PRAWDA.
       To co się zadziało, to był moment. Wiedziałam, że w tym stanie, z resztą pewnie nie tylko w tym gdybym zdecydowała się go trzasnąć, odparowałby cios bez problemu. Ja natomiast nigdy nie zamierzałam go bić. No przynajmniej nie bezpośrednio. W jednej chwili naparłam na niego, z mocą i całkiem szybko, jak na zawroty głowy. Dłonie zacisnęłam mocno na materiale jego bluzy, na wysokości torsu. Zaledwie ułamek sekundy później plecy mężczyzny z hukiem uderzyły o ścianę za nim. Uniosłam się na palcach nie dając mu szansy na zwiększenie dystansu, na odwrócenie spojrzenia.
       - Musisz być takim s**********?! - warknęłam bezpośrednio, świdrując go spojrzeniem, w którym idealnie odbijały się moje emocje. Niezbyt przyjemne i ktoś inny najpewniej wolałby nerkę sprzedać, niż być ze mną sam na sam, kiedy jestem w takim stanie. Warren mógł to znieść, podobnie jak ja mogłam znosić jego humorki. - No i popatrz, trzymam twoją bluzę. Co mi zrobisz? Uderzysz mnie? - mówiłam bez zawahania, wiedząc, że to wszystko brzmi jak prowokacja. - Celuj w lewy polik, bo prawy profil mam lepszy - syknęłam ciszej, przybliżając twarz jeszcze bardziej, już dawno poza granicę przyzwoitości. Wytrzymałam tak chwilę, pozwalając by cisza podkreśliła wydźwięk moich słów.
       Zaledwie trzy uderzenia serca. Może cztery. Prychnęłam jeszcze, a potem w końcu przeniosłam ciężar ciała na pięty. Puściłam jego bluzę, a moja mina nieco złagodniała, chociaż nadal była na niej pewnego rodzaju konsternacja.
       - W dupie mam, czy ci się to podoba, czy nie. Brakowało mi ciebie, chociaż ze wszystkich dupków na tej uczelni, ty najmniej na to zasługujesz - wypuściłam powietrze z płuc, a następnie bez pardonu wygładziłam dłońmi zmiętoszony materiał na jego torsie, a następnie zrobiłam w końcu dwa kroki w tył, aby znów powstała między nami przestrzeń.
       - Poza tym nie piłam wódki... - zaczęłam, ale nie dokończyłam, bo na korytarzu nagle znikąd znalazł się Marcus, w towarzystwie jakiegoś hałaśliwego futra. Kot zaczął niuchać moje buty, ale jakoś tak nie ufałam nieznajomym zwierzętom. Sam właściciel futrzaka zajął się na moment moim rozmówcą, ale po chwili zadziało się na raz dużo rzeczy i w sumie sama nie wiem, jak do tego doszło, ale po chwili byliśmy już sami, a na bluzie War'a znajdowała się mokra plama.
       Spojrzałam w stronę, w którą odbiegł Marcus. Właśnie dlatego zwierzęta w akademiku były głupotą. Wróciłam wzrokiem na Daya i westchnęłam ciężko, łapiąc się za głowę.
       - Ja p*******, co się tu właśnie wydarzyło? - jęknęłam, czując że nagły napływ wiadomości tylko pogarsza tępy ból, jaki atakował raz po raz moją czaszkę. - Zabiję Matthew'a - warknęłam jeszcze, ponownie poddając wątpliwościom to czy to aby na pewno nie były halucynacje.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#48 17-01-2019 o 19h55

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/534765499792490511/unknown.png

     Kiedy Sierra zmusiła go do tego, aby na nią spojrzał, wycelował w nią śmiertelnie poważny wzrok. Mówił całkiem poważnie. Nie chciał z nią rozmawiać. Odkąd tylko się obudził i stwierdził, że to już czas wrócić, chciał porozmawiać tylko z trenerem i Ethanem, a jako, że dupka Chase’a nie było, w grę wchodził tylko trener. Później mógł kontaktować się z innymi. Wszystko natomiast musiała popsuć najbardziej kłopotliwa kobieta na uczelni. To jednak nie sprawiało, że zamierzał podnosić na nią rękę. Warren nigdy nie uderzyłby kogoś, kto nie byłby w stanie mu oddać. Takich mógł co najwyżej gnębić słownie.
     -Tak, to moje ********** powołanie i nic ci do tego- odpowiedział szorstko. –Byłem, jestem i będę ***********.
     Spuścił wzrok na materiał jednej z ulubionych bluz. Kiedy dziewczyna powiedziała, że jej go brakowało, zacisnął zęby. Nie lubił nadmiernej szczerości. Był przekonany, że lepiej by mu się żyło bez tej informacji.
     -Mogłabyś oceniać, na co zasługuję, a na co nie, z dala ode mnie- warknął. Miał jeszcze kilka niemiłych tekstów w zanadrzu, ale postanowił poczekać, aż Sierra permanentnie się od niego odsunie. Zamierzał stamtąd wybiec udając, że zdecydował się na jogging. Zamiast tego dostrzegła go kolejna, zdecydowanie mniej kłopotliwa osoba, ale z kłopotliwym zwierzakiem.
     -Dobre, Anderson. Powiedz mi teraz, straciłeś, czy zyskałeś?- Przywitał głównego bramkarza parsknięciem śmiechu. W chwili, w której kot Marcusa zwrócił śniadanie na bluzę Warrena, twarz chłopaka lekko zbladła. Automatycznie wstrzymał oddech i operując materiałem tak, aby nie dotknąć plamy, zdjął z siebie bluzę. Pod spodem miał jedynie białą koszulkę z luźnymi rękawami, które sięgały mu prawie do łokci. Mimo tego, że jedno z jego ulubionych ubrań było w opłakanym stanie, przejmował się jeszcze przez chwilę tym, że czarne, ściśnięte stabilizatory na jego nadgarstkach były widoczne. Mimo tego, że specjalnie ich nie ukrywał, wolał, kiedy coś jeszcze je przykrywało. Czuł się wtedy pewniej.
     -Moim zdaniem dobrze było widać, co się wydarzyło- fuknął.
     W takim stanie rzucił się biegiem za Marcusem, ignorując Sierrę i zostawiając ją za sobą. Warren był pewny, że Marcus daleko nie pobiegnie z kotem na rękach.
     -*****!- krzyknął. –Anderson, zatrzymaj się! I tak cię dopadnę, rozumiesz?!- Kiedy obaj wpadli w ślepy zaułek, Warren nie spuszczał wzroku z twarzy Marcusa. -Ładne przywitanie kolegi wracającego do drużyny. Masz mi to wyprać i śladu ma nie być, bo porozmawiamy inaczej.- Wcisnął mu do dłoni bluzę zmiętą w prowizoryczną kulkę.
     Ze zdenerwowaniem patrzył na twarz bramkarza.
     -Nie wierzę, czy ten cholerny kot nie mógł zrobić tego gdzieś indziej?- zapytał, ale raczej w celu wyładowania złości, niż w niecierpliwym oczekiwaniu na wytłumaczenie.
     Podszedł bliżej i patrząc z góry na chłopaka, złapał go za koszulkę, starając się ignorować czarno-białego kota ukrytego w jego ramionach.
     -Jeszcze jedna taka sytuacja i sprawię, że ten twój zwierzyniec będzie musiał jechać do twojej ciotki, do wujka, do kogokolwiek, bo tutaj nie będzie już dla niego miejsca- zagroził. –A teraz przydaj się na coś i powiedz mi, dlaczego morda cholernego Ethana Chase'a wisi w całym akademiku i kto zajął jego miejsce.

Ostatnio zmieniony przez Airi (17-01-2019 o 19h58)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#49 17-01-2019 o 21h45

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

...........................................................................https://zapodaj.net/images/036fc0c106c99.png



       W soboty zwykle pozwalałam sobie na pewnego rodzaju lenistwo, ale dziś miało być inaczej. Chociaż miałam zasadę, że w te dni nie ustawiam budzika, to właśnie dźwięk telefonu mnie obudził. Zaskoczona sięgnęłam po niego i w jakim byłam szoku, kiedy w mikrofonie odpowiedział mi głos nieznajomej kobiety. Zamrugałam kilka razy zanim wszystko do mnie dotarło, a potem przeprosiłam i po jeszcze kilku uprzejmościach zakończyłyśmy rozmowę.
       Cały tydzień leczyłam anginę i dziś było już znacznie lepiej. Nie mniej jednak mimo wsparcia ze strony Gemmy nie mogłam dopinać wszystkich obowiązków przewodniczącej, chociaż bardzo chciałam. Źle się czułam z tym, że Eugene miał przeze mnie tyle na głowie, jednak teraz pędziłam do niego nie z pochwałami, a pewnym problemem. Korytarze o tej godzinie były naprawdę puste, więc z łatwością mogłam się nimi przemieszczać, nie wydając żadnego odgłosu, w końcu miałam buty na ortopedycznej podeszwie - najbezpieczniejsze, bardzo wygodne, a jakie wytrzymałe!
       Niezbyt często bywałam u swojego zastępcy, głównie przez wzgląd na jego współlokatora. Dziś jednak byłam tak zaaferowana porannym telefonem, że moje skupienie pozostawiało wiele do życzenia. Pewnie dlatego też zamiast zapukać, jak normalny człowiek po prostu pociągnęłam za klamkę. W większości przypadków nie byłoby to problemem, w końcu drzwi zwykle były zakluczone. Tym razem ta zasada nie zadziałała. Bez pardonu przekroczyłam próg i chyba nadal nie docierało do mnie gdzie się znajduję i co robię.
       Pokonałam wolną przestrzeń, aby znaleźć się przy odpowiednim łóżku. Nim jednak przy nim przystanęłam sięgnęłam do zasłon i odsunęłam je wpuszczając do środka niezbyt jaskrawe światło poranka. W ogóle nie przejmując się niezadowolonymi stęknięciami znów zatrzymałam się przy łóżku swojego zastępcy, chociaż jego tożsamość nie była najłatwiejsza do zidentyfikowania, bo miał na sobie kaptur. No nic, wyciągnęłam po prostu rękę, na drugiej się wspierając, aby nie runąć na niego i potrząsnęłam kilka razy jego ramieniem.
       - Eugene obudź się! No już już, wstajemy - wyrzuciłam z siebie nieco mocniej go szturchając, a potem wyprostowałam się w końcu, wzdychając przy tym. - Dzwoniła do mnie pani z komisariatu, podobno nie wszyscy z drużyny złożyli odpowiednie zeznania, sporządziłeś może jakąś listę? - co z tego, że jeszcze się nie obudził? Ja już musiałam wyrzucić z siebie informacje.
       Przeszłam kilka kroków bez celu, jakby z emocji. W końcu każda kwestia dotycząca policji była w pewien sposób emocjonująca. No i chyba właśnie podczas tego przemieszczania się mój wzrok jakoś tak zboczył na bok. Konkretnie na bok. Na inne łóżko. Wcale nie takie puste. No postać. Wcale nie taką zasłoniętą.
       Serce zabiło mi nagle, a krew zaszumiała w uszach. Poczułam, jak poliki robią mi się niesamowicie czerwone. Savvy spał, ale z jakiegoś powodu nie był przykryty kołdrą. a przynajmniej nie cały. W dodatku miał tylko spodnie. Na Boga! Same spodnie! Ale tu duszno... cały czas było tu tak duszno? W dodatku ten wzór spodni, jeju, jaki on musi być miły i kochany, w końcu analiza charakteru na podstawie piżamy jest jak najbardziej trafna, nie mam ku temu żadnych wątpliwości. No i ten wzór świetnie mu pasował, podkreślał... jejusiu, jaki brzuch. Och! Mirabelle, ty bezwstydnico! Jak tak możesz, jeszcze w biały dzień!
       Nie mogłam tak bezczelnie obłapiać go wzrokiem. To już zakrawało o gwałt na jego delikatności! Nie mam prawa tak nikogo krzywdzić przez swoje rozpustne myśli!
       Zbliżyłam się nieco, powolutku i bardzo ostrożnie, wstrzymując przy tym oddech. Serce waliło mi jak młotem, kiedy przełykając ślinę sięgałam po krawędź pościeli Azjaty, aby go nią nakryć oczywiście. Powolutku i ostrożnie, by już nie wodził mnie na pokuszenie.
       Wszystko przebiegało zgodnie z planem, pościel została uniesiona, a ja z precyzją sapera powolutku ją przemieszczałam skupiając całą swoją uwagę na tym układzie, jakim byłam ja, mężczyzna, jego łóżko i jego pościel. Dlatego też na moment musiałam zapomnieć o otoczeniu, pracując w niemałym stresie, więc gdy w którymś momencie kątem oka dostrzegłam gwałtowny ruch, nawet nie zauważyłam, że to Eugene się obudził podnosząc się nagle do siadu. Po prostu pisnęłam przerażona, jakby przyłapana na gorącym uczynku, podskoczyłam i zamiast posunąć się w tył straciłam równowagę i poleciałam do przodu.
       Pisnęłam ponownie, ale po chwili zamarłam.
       - Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam! - zaczęłam od tego, jeszcze nie orientując się dokładnie w sytuacji, ale znając jej zarys, a ten był oczywisty, bo musiałam wylądować na mężczyźnie, którego próbowałam okryć i ten bez wątpienia się obudził. - Przepraszam, przepraszam - dodałam jeszcze i uniosłam ręce do góry, pokazując dłonie, przez co zejście z nego na pewno było trudniejsze. o Tym jednak nie myślałam, bo byłam zbyt spanikowana. A już na pewno w chwili, w której dotarło do mnie, że naprawdę na nim leżę. Z nagim mężczyzną. W łóżku. Och nie, nie, nie! Mało tego, serce tak mi waliło, ale co ważniejsza mój biust znajdował się idealnie na jego brzuchu i gdy to do mnie dotarło, tym bardziej spanikowałam, czerwieniejąc jeszcze bardziej.
       - To nie tak, jak myślisz! Jak myślicie! Ja nie chciałam cię wykorzystać, ani zrobić nic niezgodnego z konstytucją! Leżałeś taki odkryty! To chciałam zakryć! Jak mama! Albo babcia! Albo ciocia! Same politycznie poprawne skojarzenia! Nic co zakrawa o kryminał! - wylewałam z siebie słowo po słowie, ale ani drgnęłam, nawet na milimetr. Chyba nigdy nie byłam w tak krępującej sytuacji.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#50 18-01-2019 o 00h12

Straż Cienia
Kaniya
Szeregowiec
Kaniya
...
Wiadomości: 144

+++++++++++-+++++++++++https://fontmeme.com/permalink/190109/ec378e5bd21f0f7a1335357b94f1a8ec.png

          To zdecydowanie nie był dzień Marcusa. Bieganie na zewnątrz w samej koszulce z kotem na rękach tylko to potwierdzało, tak samo jak szalone krzyki Warrena biegnącego za nim. Marcus, oczywiście, nie pomyślał za bardzo i zbyt późno zorientował się, że skręcił w ślepy zaułek. Czy to tak przyjdzie mu zginąć?
          Nie przyszło mu tak zginąć. Przynajmniej póki co. Wpatrywał się tępo w zwiniętą bluzę. Warren chciał tylko, żeby była wyprana? Żadnego pokrycia kosztów pralni albo hajsu na nową? Nie najgorzej, chociaż chyba wolałby zapłacić. Mniej roboty, ale chyba nie był w pozycji do wybrzydzania.
          — Oj, no Sir Purrs-a-lot chyba ucieszył się trochę za bardzo z twojego powrotu — uśmiechnął się głupkowato, a kot, jakby chcąc potwierdzić te słowa (albo może uznając, że nie będzie dzielił się miejscem z bluzą), przeskoczył na bark Warrena i zaczął go lizać po włosach.
          Mały, futrzasty zdrajca bawiący się we fryzjera.
          Marcus postanowił taktycznie zignorować pytanie. I tak nie znał odpowiedzi. Któż to wie co się kryło w kocich umysłach. Kompletnie nie przejął się tym, że Warren trzymał go za koszulkę. W najgorszym wypadku ta się podrze, a jemu specjalnie zimniej nie będzie.
          — Bardzo mnie kusi, żeby zobaczyć, jak będziesz próbował to osiągnąć, wiesz? Niemniej obawiam się, że nie mogę niczego obiecać. Zwierzęta potrafią być... nieprzewidywalne. Ale spoko, mogę ci prać ciuchy. Zawsze chciałem sprawdzić, jak odnajdę się w roli kury domowej.
          Mały, futrzasty zdrajca tymczasem zdążył już postawić Warrenowi sporą część włosów z jednej strony. Szybki był, zawięty i uparty w sumie też, a nowa fryzura chłopaka wyglądała zabawnie.
          Marcus przybrał wszystkowiedzący wyraz twarzy, jakby poznał wszystkie tajemnice wszechświata.
          — Otóż, mój szanowny kumplu z drużyny, nasz drogi oraz ukochany kapitan tydzień temu w piątek wziął wyjechał z miasta i ślad po nim zaginął. Osobiście mam hipotezę, że plakaty są częścią rytuału przywołania. Tymczasowym kapitanem został nasz towarzysz Hunter. A skoro ty wróciłeś w jednym kawałku, to Brown i Johnson wiszą mi sporą sumkę, więc bardzo się cieszę, że cię widzę. Koniecznie pojaw się na najbliższym treningu, kiedykolwiek to będzie. Jesteśmy trochę zdezorganizowani obecnie, także lepiej, aby te twoje sprawy osobiste się za szybko nie odzywały ponownie, bo jak tak dalej pójdzie, to mało kto zostanie z podstawowego składu, a ja nie chcę znikać, rozumiesz, niewiadoma jest niewiadomą, a zwierzaki potrzebują karmienia i takie tam...
          Marcus wesoło nadawał dalej. Taki dziwny skutek uboczny poważnego braku snu.
          Sir Purrs-a-lot postanowił w końcu zostawić włosy Warrena w spokoju, widocznie zadowolony ze swojej pracy. Kocur zeskoczył z chłopaka i poszedł załatwiać swoje sprawy.


https://66.media.tumblr.com/aa95cb952d13a3f1e2a899e718df9732/tumblr_ohw3hnkGyj1viokjyo1_540.gif

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 5