Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 5

#51 18-01-2019 o 01h32

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/523912811617845251/unknown.png

     Dnia poprzedniego, w chwili, w której wraz z Eugene wrócił do akademika, z niektórych pokoi dobiegały żywe odgłosy imprezy. Grała muzyka, ludzie tańczyli, pili, śmiali się i przekrzykiwali. Savvy odkąd wparował do swojego pokoju, nie wyszedł stamtąd do momentu, aż nie zdecydował się pójść pod prysznic. Pokoje były zazwyczaj dwuosobowe, przez co każdy miał dużo przestrzeni osobistej, jednak nie posiadały własnych łazienek. Łazienka była jedna na dwa pokoje, na cztery osoby tej samej płci.
     W małym azylu, ponieważ innego domu nie miał, Savvy czuł się dobrze. Było zbyt późno, aby pójść pobiegać, więc kiedy włosy mu już schły, zasnął z marvelowym komiksem w dłoniach. Nad ranem komiksu już nie było, więc Sav uznał, że to pewnie Eugene wyjął mu go z rąk i położył na biurku. Leżał tak pomiędzy snem a jawą, zastanawiając się, jaki mają dzień oraz czy naleśniki będą dobrym pomysłem na śniadanie. Pół przytomnym wzrokiem zerknął na godzinę w telefonie, ale nim zasnął ponownie, zdążył jeszcze pomyśleć o tym, że o tej godzinie kuchnia akademicka na pewno jest pusta.
     Kiedy otworzył oczy po raz kolejny, otworzył je już na dobre. Już wcześniej słyszał kobiecy, z pewnością nie należący do jego współlokatora głos, ale dopiero w chwili, w której owa kobieta na nim wylądowała zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje.
     Zamrugał kilkakrotnie, ze zdezorientowaniem wpatrując się w oczy Mirabelle i wysłuchując przedłużających się przeprosin. Chcąc nie chcąc, w pewnym momencie przestał jej słuchać i skupił się tylko na tym, że nadal jego leżała, a on nie miał na sobie nic poza długimi, flanelkowymi spodniami w kreskówkowe podobizny kolorowych misiów i kotków. Momentalnie podparł się na rękach i odepchnął swoje ciało od materaca. Dzięki temu uderzył się ramą łóżka w tył głowy. Jęknął cicho i położył dłoń na bolącym miejscu.
     -S… spokojnie, nie było mi zimno, ale… mogłabyś ze mnie zejść, proszę?- Nie był pewny, jak powinien o to poprosić, ale ból głowy sprawił, że decydował się mówić szybciej, niż dał radę przemyśleć swoje wypowiedzi.
     -Wybacz mi za mój wygląd, ale nie spodziewałem się gościa, a Eugene też najwidoczniej… zapomniał wspomnieć. Uch, Gene?- Spojrzał w stronę przyjaciela z nadzieją, że ten go uratuje.
     Wkrótce otworzyła się przed nim możliwość wstania, z której od razu skorzystał. Wahał się chwilę, czy nie powinien zakryć się kołdrą, ponieważ dziewczyna najwyraźniej miała problem z widokiem jego nagiej klatki piersiowej, koniec końców uznał, że nie zamierza tego robić. Podszedł do szafy, w której jako tako wszystko było uporządkowane, po czym wyciągnął z niej komplet gotowy do ubrania. Chwycił spodnie i bluzę.
     -Nie przejmuj się, wiem, że nie miałaś nic złego na myśli- powiedział. Po tych słowach wyszedł z pokoju i skierował się do łazienki, którą zamknął od wewnątrz. Dopiero tam odetchnął głośno i przemył twarz zimną wodą. Zęby szczotkował długo, jakby próbował przedłużać swój pobyt w łazience i przeczekać tam pobyt Mirabelle w pokoju. Zbytnio jednak czas mu się dłużył, nie potrafił oszacować, ile właściwie czasu tam spędził, ale prawda była taka, że po kilku minutach wrócił, już ubrany. Piżamowe spodnie dyskretnie włożył pod poduszkę i zabrał się do ścielenia łóżka, aby robić cokolwiek, choć najchętniej położyłby się jeszcze i zobaczył, czy nie ma nowych wiadomości w telefonie.
     Nie chciał wtrącać się w rozmowę przyjaciela i przewodniczącej, jednak w jakimś małym stopniu pragnął pokazać, że to był, cholera, też jego pokój! Nie chciał pośpiesznie wychodzić do kuchni tylko dlatego, że Mirabelle wpakowała się do niego z samego rana i zastąpiła mu drugi budzik w dość nietypowy sposób.
     Tamtego dnia nie miał zamiaru się uczyć, a wybrać do miasta, na karaoke. Skoro koledzy z drużyny mogli upijać się w piątek wieczorem, on mógł wybrać się pośpiewać piosenki i zobaczyć, czy uda mu się pobić nowy rekord.
     Siedząc cicho i korzystając z tego, że znajdował się właśnie w najmniej widocznej części pokoju, a Mirabelle była do niego odwrócona tyłem, wpadł na genialny pomysł. Pomachał do Eugene, aby dyskretnie zwrócić jego uwagę i udać, że śpiewa. „Karaoke”- powiedział bezgłośnie, tak, aby przyjaciel był wstanie wyczytać to z jego ust.
     To miał być znak, aby nie dał się wciągnąć w jakieś sprawy organizacyjne. Nie w sobotę.

Ostatnio zmieniony przez Airi (20-01-2019 o 14h22)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Online

#52 18-01-2019 o 14h23

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 108

__________________https://i.imgur.com/u9IP71Z.png?1
    Sobota była dla mnie dniem gdzie potrafiłem wstać w samo południe, a potem nie robić zupełnie nic pożytecznego, to był jedyny dzień tygodnia gdzie nawet nie chciałem słyszeć o jakiejkolwiek pracy, nauce, czy innych rzeczach, które wymagały ode mnie wysiłku. Korzystając z tego pięknego dnia spałem sobie grzecznie zawinięty w koc i kołdrę, nawet nie myśląc o ruszaniu się z tego ciepłego gniazdka, jednak moje plany zostały zniszczone. Słyszałem tylko, że ktoś próbuje mi zawracać głowę i wiedziałem, że na pewno nie był Savvy, no chyba że nagle zaczął mieć kobiecy głos.
    - Nie mogę mam spanko - mruknąłem pod nosem i zakryłem się kołdrą, chcąc odciąć się od barbarzyńcy, który stwierdził, że jestem mu potrzebny praktycznie w środku nocy. Przepraszamy, ale numer jest aktualnie niedostępny proszę przyjść później.
    Ktokolwiek przyszedł truć mi tyłek z rana zdecydowanie nie zamierzał się poddać, więc raczej nie miałem innej opcji oprócz wstania i załatwienia tego, żeby jak najszybciej wrócić do spania. Usiadłem na łóżku i przejechałem dłońmi po twarzy, próbując się choć trochę rozbudzić. Dopiero teraz zauważyłem, że w pomieszczeniu był Mira i z jakiegoś powodu właśnie leżała jak kłoda na moim Savvym zapewniając, że nie robi niczego niezgodnego z prawem. Oczywiście nawet nie podejrzewałbym Mirabelle o nawet próbowanie zmacania mojego przyjaciela, w końcu wiedziałem jaki miała stosunek do takich rzeczy, ale nie dało się ukryć, że wyglądało to dwuznacznie. To prawdopodobnie jedna z najdziwniejszych rzeczy jaką kiedykolwiek widziałem tuż po obudzeniu.
    - O kryminał zakrawa budzenie ludzi praktycznie środku nocy w sobotę - mruknąłem niezadowolony zdejmując z głowy kaptur uwalniając włosy, które prawdopodobnie wyglądały jakby walnął w nie piorun, tak z trzy razy. Potrzebowałem dłuższej chwili, żeby przypomnieć sobie co mówiła do mnie blondynka i po co przyszła.
    - Lista? - Odprowadziłem wzrokiem Savvyego do łazienki, po czym znowu zwróciłem się do Mirabelle. - Prawdopodobnie mam. - W końcu ruszyłem swoje cztery litery z łóżka i podszedłem do biurka. Przy okazji otworzyłem jedną ze swoich awaryjnych szuflad i wyjąłem z niej ciastka, od razu poprawił mi się humor.
    - Ciasteczko? - Wysunąłem w stronę dziewczyny paczkę lekko nią potrząsając. Na paczce pisało, że są śniadaniowe, a to znaczy, że to tak naprawdę nie są słodycze, a ja po prostu spożywałem właśnie swój najważniejszy posiłek dnia.
    - Czujesz się już lepiej? Leki pomogły? - zapytałem, przypominając sobie wczorajszy wieczór i nieodpowiedzialne jeżdżenie na rowerze bez czapki i szalika. Czekając na odpowiedź z innej półki wyciągnąłem jeden z kolorowych segregatorów i zacząłem go wertować w poszukiwaniu odpowiedniej kartki.
    - Ha! Mam. No i co byś ty zrobiła bez swojego ulubionego wiceprzewodniczącego? - Wyciągnąłem listę z koszulki i podałem dziewczynie.
    - Chociaż nie liczyłbym, że dzisiaj uda nam się zaciągnąć na komisariat kogokolwiek. Wczoraj podobno nieźle sobie poimprezowali, więc raczej nie są w dobrym stanie, żeby składać zeznania i znając życie dzisiaj będzie powtórka z rozrywki, więc dotrzeć do nich można będzie dopiero w poniedziałek. No chyba, że chcemy użerać się ze skacowanymi hokeistami. - To wcale nie tak, że mi się nie chciało, po prostu nie miałem ochoty spędzać soboty wykonując syzyfową pracę, miałem lepsze rzeczy do roboty, jak na przykład spanie, a Mirze trochę odpoczynku też się teraz przyda.
    Nagle moją uwagę przykuł machający do mnie Sav. Machał mi na dzień dobry? Chciał ciasteczko? Przyglądałem mu się chwilę, marszcząc brwi, aż w końcu zaczaiłem o co mu chodzi.
    - Skoro nie jesteśmy w stanie zrobić niczego z naszymi kochanymi hokeistami to może masz ochotę iść z nami dzisiaj na karaoke? Nie daj się prosić, przyda ci się trochę zabawy, żeby się odstresować i na chwilę zapomnieć o Ethanie, który prawdopodobnie bawi się gdzieś dobrze na Hawajach. - Zwróciłem się do Miry, uśmiechając się szeroko. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to nie o to chodziło Tlenkowi Wodoru, ale byłem niewyspany i wszystkie trybiki jeszcze nie działały odpowiednio.


https://i.imgur.com/IX8Ya5j.gif https://i.imgur.com/EM85ogn.gif https://i.imgur.com/m1f3hzW.gif

Offline

#53 18-01-2019 o 19h29

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

-------------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/181215/93fdd286e9d6ffc06c3bbe75428ff6c2.png
   Po wieczornym treningu ani ona, ani Gemma nie były jeszcze tak zmęczone, by pójść spać. Do tego przyjaciółka podwiozła Pearl motorem do akademika, więc ta nawet się nie zdyszała w drodze powrotnej, co najwyżej trochę zmarzła. Zgodnie jednak postanowiły, że noc jeszcze młoda i trzeba się zabawić. A w jednym z pokoi impreza trwała w najlepsze. Szybko połączyły te dwa fakty. Niedługo później, uczyły się już o właściwościach C2H5OH i jego wpływowi na organizm ludzki, jak na wzorowe studentki medycyny przystało.
   Następnego ranka, Pearl zaczęła się przebudzać. Zawsze po imprezach wracała do swojego pokoju. Tym razem też powinna, ale mózg podpowiadał jej, że coś było nie tak. Pod ręką miała miękką powierzchnią, nie wskazującą na to, że znajdowała się w swoim łóżku. Jej posłanie miało twardszy materac, dobry dla pleców i jedną dużą, dość płaską poduszkę. Tutaj mogła wyczuć dwie mniejsze.
   Leniwie otworzyła oczy, jakby nie była pewna czy chce się przekonać, co ma przed i pod sobą. Odpowiedzą na jej pytania była Gem. Właśnie znajdowała się w jej łóżku, razem z nią. A te dwie miękkie poduszki, no cóż... Taka pobudka była najlepszym środkiem trzeźwiejącym, jaki kiedykolwiek odkryła. Można powiedzieć, że cały alkohol z jej krwi wyparował w jednej chwili. No, ale przynajmniej jej umiejętność trafiania do pokoju po pijaku nie zawiodła, tylko łóżko nie to, co trzeba.
   Nie budząc Gemmy wygramoliła się z posłania i przykryła przyjaciółkę z powrotem, ponieważ zorientowała się, że tej brakuje spodni. Wiedziała, że budzenie Cadler w sobotę na kacu, to misja tylko dla kamikaze. Pearl poszła więc pod prysznic, bo jej skóra i ubrania przesiąknięte były zapachem potu i substancji, o której wczoraj poszerzała swoją wiedzę. Nawet nie przebrała się po imprezie w piżamę, choć zwykle to robiła. Cóż, dobre i to, że nie utknęła w połowie tej czynności, po zdjęciu imprezowych ubrań. Gdzieś po drodze zgubiła tylko stanik. Pewnie właśnie zbierał kurz pod którymś z łóżek. Pijana Tikaani nienawidziła noszenia bielizny innej niż sportowa, a takiej nie ubrała na wieczorne wyjście, więc po powrocie najpewniej szybko się jej pozbyła. Albo nawet w trakcie drogi powrotnej.
   Przez lekkiego kaca nie mogła jednak zawalać swoich treningów. Wczoraj nie biegała wieczorem, więc w sobotni poranek była zobowiązana przebiec podwójny dystans. Po szybkim prysznicu, już obudzona, wyszła z łazienki i wygrzebała z szafy sportowe ubrania. Nareszcie normalny stanik, podsumowała w myślach i zaczęła się ubierać.
   Drzwi do pokoju zamknęła najciszej jak umiała, by nie obudzić śpiącej przyjaciółki. Po drodze przez akademik zaczęła się rozciągać, wykonując proste ćwiczenia w ruchu. A po wyjściu zrobiła jeszcze krótką rozgrzewkę na zewnątrz, żeby przyzwyczaić się do temperatury.
   Zaczęła spokojniejszym truchtem i już miała przejść do sprintu, gdy usłyszała znajomy głos. Wszędzie by go rozpoznała, szczególnie w połączeniu z groźbami. Dzień Wojny znów nadszedł. Czy jak kto woli, Warren Day.
   Nie widziała skąd dobiega jego głos, więc po prostu biegła dalej. Nie szukała kłopotów. Nie szukała Daya. Ale nagle zauważyła coś kątem oka. Zatrzymała się dopiero po minięciu kilku metrów i musiała zawrócić. W bocznej uliczce zauważyła Marcusa ze swoim kotem, który właśnie  stał naprzeciwko wkurzonego... Warrena. No pięknie. Trzeba będzie dopilnować, żeby hodowca wyszedł z tego cało, bo Pearl szkoda by było tych wszystkich zwierząt, które zostałyby bez właściciela.
   Zanim jednak do nich podeszła, postała tam przez chwilę i upewniła się, że Sir Purrs-a-lotowi, no i Marcusowi raczej nie grozi poważna kontuzja, nie tym razem. Jednak skoro już ich znalazła, stwierdziła, że przywitać się nie zaszkodzi. Dwa tygodnie czekała, aż ten łachudra się zjawi i już się bała, że naprawdę przegra zakłady o jego powrót.
    — Muszę przyznać, że również nieźle zarobię na twoim wielkim powrocie — stwierdziła, wychodząc zza rogu. — Mogłeś zadzwonić, to jeszcze bym zdążyła podwyższyć stawkę. No, ale i tak miło, że już jesteś.
   Nie potrzebowała pieniędzy, rodziców stać było, by opłacić jej studia i zachcianki, jednak sama świadomość wygranej, większej wygranej, tego nie mogła przepuścić. Można powiedzieć, że Pearl była uzależniona od dwóch rzeczy, hokeja i wygrywania, które zresztą były ze sobą powiązane.
    — Wolałabym nie tracić kolejnego zawodnika, więc może zamiast tego ktoś wyjaśni mi czym ty zasłużyłeś sobie na śmierć i czemu ty jesteś ubrany jakbyś pomylił pory roku? — spytała, wskazując najpierw na Marcusa, a potem Warrena. Coś jej podpowiadało, że te dwa fakty są ze sobą powiązane.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#54 19-01-2019 o 01h58

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

...........................................................................https://zapodaj.net/images/036fc0c106c99.png


       Serce waliło mi mocniej i mocniej, a powieki bolały niesamowicie, bo jak przystało na szanującą się młodą kobietę, zacisnęłam je, by nie zostać oskarżoną o podglądanie sekretów jego ciała. W końcu nie tylko zły dotyk boli, nie chciałabym, aby przeze mnie Azjata miał jakąś traumę. Już teraz się bałam, że może planował, aby pierwszą kobietą w jego łóżku była przyszła żona, a teraz co? Teraz ja tu jestem. W dodatku moje myśli zabrnęły zbyt daleko i kiedy Eugene się odezwał na wydechu wyrzuciłam z siebie pospiesznie:
       - Wezmę za to odpowiedzialność!!! - zawołałam, a gdy dotarło do mnie, że właśnie wyraziłam chęć wzięcia z Azjatą ślubu, na nowo zapłonęłam rumieńcem. Potrzebowałam chwili, żeby dotarło do mnie, że żaden z nich nie miał wstępu do moich myśli, więc pewnie uznali, że moje słowa odnoszą się do wypowiedzi o barbarzyństwie wiceprzewodniczącego, a nie... no właśnie kwestii żon w łóżkach itp.
       Wzięłam głębszy wdech, a w tej samej chwili odezwał się właśnie chłopak znajdujący się pode mną. Kiedyś gdzieś w telewizji obił mi się o uszy wywiad z jakąś gwiazdą i robili w nim szum, gdy ta mówiła, że lubi mieć mężczyzn pod sobą. Nie rozumiałam tego wtedy i teraz też nie rozumiałam. Jak można to lubić? Ja znalazłam się tutaj przez przypadek, więc jeszcze jakoś to wyglądało, ale nie wyobrażam sobie podejść do kogoś i zapytać przepraszam, czy mogę na ciebie wejść? Lubię mieć innych pod sobą. Nie, po prostu to jest jakieś durne, poza tym ile można tak leżeć? No i taki mężczyzna pewnie tez ma się niewygodnie. Muszę go miażdżyć. Z drugiej strony nie chciałam też udawać, że rozumiem o co chodziło kobiecie z wywiadu. Do moich uszu dotarł tylko fragment. Może nie chodziło o same leżenie? Może należało coś do tego dodać? Grę w karty na przykład. Czy Savvy chciałby ze mną zagrać w karty?
       - Hm? - jego głos wyrwał mnie z zamyślenia, ale szybko zrozumiałam sens jego słów. - Tak, oczywiście! - zawołałam podnosząc się natychmiast, aby w miarę ostrożnie z niego zejść. - Nic nie szkodzi. Nie masz za co przepraszać. Bardzo ładna piżama. Podoba mi się wzór. No i to przyjemna flanela, bardzo wyjściowa. Jak na piżamę oczywiście. Taka może nie na mszę, ale na pewno... jakbyś miał być w szpitalu, to mógłbyś założyć i inni by zazdrościli. No, ale wiadomo... nie idziesz do szpitala. Oby, byłaby szkoda, gdybyś musiał - się zaczął niepohamowany potok słów, który na całe szczęście przerwał Eugene proponując ciasteczko. Nie powinnam, ale musiałam już zamknąć jadaczkę, dlatego pokiwałam pospiesznie głową, wyciągnęłam rękę i sięgnęła po przekąskę, by następnie wsadzić ją do ust. Umm, dobre. Nie przepadałam za słodyczami, ale to było naprawdę smaczne.
       Przegryzłam w spokoju smakołyk, ciesząc się, że Savvy zniknął w łazience dając nam, a może raczej mi nieco czasu na ochłonięcie.
       - Spokojnie, ja jestem nie do zdarcia, nie dam się chorobie - machnęłam dłonią na słowa Wunshe'a, a następie przeleciałam wzrokiem listę. Analizując nazwiska słuchałam równocześnie jego słów. Miał racje, ta kwestia będzie musiała poczekać do poniedziałku. Miałam już coś na to odpowiedzieć, ale wówczas zaproponował mi wyjście. Uniosłam brwi, chcąc od razu odmówić, nie miałam pieniążków na karaoke. Z drugiej strony czy za to się płaci? W sumie nie wiem. Nie znałam się. No, ale i tak powinnam odmówić, chociaż... chwila, chwila. Czy Savvy też miał tam być? Czy potrafił śpiewać!? Och na pewno potrafił, niczym chóry anielskie, już widziała oczami wyobraźni poświatę dobroci spowijającą jego sylwetkę! Jakże chciałam to zobaczyć!
       - Jakie karaoke? - zapytałam spokojnie, przełykając przy tym ślinę. - Gdzieś tutaj, prywatnie, czy na mieście? - dodałam przestępując z nogi na nogę. - Nie wiem, czy powinnam... - dodałam, bo w sumie nie jestem pewna, czy rodzice byliby zadowoleni gdybym chodziła w jakieś podejrzane miejsca. - To jakiś porządny lokal? - zapytałam podejrzliwie poprawiając okulary na nosie. - No i to pewnie jest płatne, co? Ile kosztuje taka zabawa? - aż szkoda, że wczoraj niepotrzebnie wydałam pieniążki na cebulę. Chociaż może taka zabawa wcale nie kosztowała, wtedy będę mogła pójść, na pewno nie zamierzałabym się zgadzać, gdyby Eugene zaproponował, że pokryje koszty i jakby miała paść taka propozycja już miałam sformowaną odmowę w głowie.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#55 19-01-2019 o 21h27

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.........................................................................https://fontmeme.com/permalink/181215/6461cb45e1c2d90b31d0c85082d598e3.png
             Obudził mnie jakiś pisk. Nakryłem głowę poduszką i postanowiłem to zignorować. Jeśli ktoś umierał, to trudno. Sobota rano, trochę szacunku, ludzie.
             Chciałem znowu zasnąć, ale mi się nie udawało. Poza tym przypomniałem sobie wielkiego niusa. To wybudziło mnie kompletnie.
Panie i panowie, Warren Day wrócił do miasta. Nie wiedziałem, jak mam się z tą wiedzą czuć. Właściwie chyba nikt oprócz trenera nie orientował się czemu War zniknął, ale skoro staruszek mu wybaczył i przyjął jak syna marnotrawnego, to musiał mieć niezły powód. Beznadziejnie, że go nie było, fajnie, że jest i chyba tyle w temacie. Uznałem, że spróbuję go wypytać co porabiał. Cholera, może nawet wie gdzie podział się Ethan. Pewnie jest jakaś wyspa dla dupków i się wymieniają.
             Wyjątkowo byłem trzeźwy i nieskacowany, lecz paradoksalnie czułem się gorzej niż zwykle. Nie przywykłem do takiego stanu. Miałem tylko lekkie zakwasy po wczorajszym. Mimo to uznałem, że poprzedni wieczór był całkiem uroczy. Chociaż nie byłem na żadnej imprezie pierwszy raz od wielu miesięcy.  W teorii mogłem się do kogoś wprosić i udawać, że nie widzę dziwnych spojrzeń, ale co to za zabawa. Zachowywali się jakbym co najmniej bydlaka porwał i trzymał w piwnicy.
             Wziąłem prysznic i szybko doszedłem do siebie. Ogarnąłem się w kilkanaście minut i dopiero wtedy dotarło do mnie, że właściwie nie mam co robić. Usiadłem na łóżku i dałem sobie chwilę na zastanowienie. W tym momencie przypomniałem sobie o wczorajszym zakładzie z Pearl. Ech, chyba nadal wolałbym nie mieć co robić. Jednak słowo się rzekło, więc postanowiłem, że ruszę na poszukiwania przewodniczącej kółka różańcowego. W międzyczasie w mojej głowie zaczął rodzić się plan. Uśmiechnąłem się do siebie.
             Powinienem najpierw zajrzeć do cukierni, chyba tak. Oczywiście nie mogłem jej napaść w jej pokoju. Pomyślałem, że może Eugene pierwszy raz w swoim życiu do czegoś się przyda. Nigdy nie zapomnę im moich biednych szczurów. Przy czym Anderson miał całe zoo!
Mniejsza o to, kiedyś postawię na swoim. Teraz musiałem utrzymywać dobre kontakty z całym samorządem, wiec trzeba czekać. No i zemsta najlepiej smakuje na zimno.
             Kiedy tak przemierzałem korytarze, zauważyłem kogoś z daleka. Zwykle o tej porze nikogo się tam nie spotykało, dziwne. Przyjrzałem się sylwetce. Pomyślałem, że może to poranna halucynacja, ale nie, te nogi, wszędzie bym je poznał, to zdecydowanie…
– Sierra! – Podszedłem do niej od tyłu i położyłem jej rękę na ramieniu. Ostrożnie, żeby jej nie przestraszyć ani nie zdenerwować. Na kacu potrafiła być naprawdę okropna. Teraz wyglądała na mocno wyprutą po wczorajszym. Bardziej niż zwykle. Zmarszczyłem brwi. Jeśli samemu nie ma się kaca, to takie rzeczy mogą być bardziej widoczne. Mimo wszystko postanowiłem spytać – Wszystko okej? Wyglądasz… zabójczo jak zawsze, ale też trochę jakby to ciebie ktoś próbował zabić.
Najwyżej wydrapie mi oczy. Wzruszyłem ramionami.
– W sumie szukam kilku osób. Może widziałaś Warrena? Nie wiem czy obiło ci się o uszy, ale już wrócił. Hurra czy coś, nie wiem. A, no i szukam przewodniczącej.
Nie sądziłem, żeby była w posiadaniu informacji na temat lokalizacji któregoś z nich, ale mimo wszystko postanowiłem zapytać. No i kiedy tak na nią patrzyłem, uznałem, że coś  jest nie tak.
– Naprawdę się o ciebie martwię. – Jak kumpel, oczywiście. Pomyślałem, że jeśli mi pozwoli, odprowadzę ją do pokoju, a potem wyruszę na poszukiwania Herriot i Warrena. W końcu nigdzie mi się nie spieszyło. Day i tak prędzej czy później pojawi się na treningu, przewodnicząca też powinna się nawinąć. Nie chciałem pozostawiać Sierry samej sobie. Poza tym nie byłem ślepy. Znałem ją i wiedziałem, że brat był dla niej ważny. Nie wierzyłem w tę jej grę party girls don’t get hurt. – Gdybyś chciała pogadać, to super. Gdybyś nie chciała to też super. A jeśli chcesz się mnie pozbyć, to w sumie idę do cukierni. Masz na coś ochotę?


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#56 19-01-2019 o 22h17

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/523912811617845251/unknown.png

     Jego twarz skrzywiła się momentalnie, kiedy tylko Eugene źle zrozumiał jego sugestię. Savvy zacisnął zęby i odwrócił wzrok, przygotowując się mentalnie na spojrzenie Mirabelle. Wstrzymał się od teatralnego kaszlu i wyprostował, po czym sam zerknął na nią dyskretnie, jako pierwszy. W chwili, w której zapytała o porządność lokalu, chwilowo nie wiedział, co odpowiedzieć. Przecież mogli mieć inne wizje tego przymiotnika.
     -Dla mnie jest w porządku- powiedział, niemal nieśmiało. –I właściwie, to płaci się tam od pokoju, nie od osoby. I mam wykupiony karnet, więc wystarczy, że go pokażemy.
     Savvy wykupił karnet tuż po rozpoczęciu roku akademickiego. Stwierdził, że lepiej opłaca mu się wydać więcej pieniędzy na raz, niż po trochu, co tydzień lub częściej. Chodząc tam, często zajmował pokój minimalnie na godzinę, choćby samemu. Prawdopodobnie każdy z personelu przynajmniej kojarzył jego twarz.
     Dopiero po odpowiedzeniu na pytania Mirabelle zaczęło się jego gdybanie. Zastanawiał się, co pocznie, jeśli ona naprawdę zdecyduje się iść. Nie był pewny, czy da radę śpiewać przy niej bez skrępowania, choć najtrudniejsze do przełamania się zawsze były początki. Zawsze mógł poprosić Gene, aby to on zaczął piosenkę, a później byłoby już z górki. Uznał też, że może gdyby spędzili trochę czasu w trójkę, mógłby zorientować się bardziej w tym, jak wygląda ich relacja. W napływie optymizmu uznał, że przecież Mirabelle nie jest jakąś wiedźmą, która chce na zawsze zabrać Eugene i już go nie oddać.
     -No chyba, że wiesz… jesteś zajęta. Na pewno nie wpadłaś tutaj tak bez powodu. A jeśli chodzi o Ethana… Lepiej nie wspominać o nim przy innych hokeistach. Zwłaszcza przy Dashu, i mówię bardzo poważnie. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas, proszę. Nie przypominajcie mu o nim, on, to znaczy my… my musimy w tym roku zająć przynajmniej drugie miejsce w lidze.- Mówił to tonem poważnym, z drugiej strony wyrozumiałym. Trener sądził, że na pewno znajdą się w pierwszej czwórce, ale mówił to, nim zniknęła dwójka z ich najlepszych zawodników, Ethan i Warren. Mieli jeszcze Dashiella i Pearl, ale brak chodź jednego członka fantastycznej czwórki był odczuwalny w oficjalnych meczach bardziej, niż by chcieli.
     Wtedy jego telefon wydał z siebie standardowy dźwięk sms. A to mogło oznaczać tylko jedną osobę.
     -To trener- powiedział, zerkając w stronę szafki, na której leżał jego telefon. –Och nie, jeśli on pisze do mnie w sobotę, to znaczy, że pisze do wszystkich, a jeśli pisze do wszystkich, to stało się coś bardzo złego, albo…- wyrzucał to z siebie, równocześnie podchodząc do urządzenia i odblokowując je. -Będziemy mieć nowego hokeistę. I… Warren Day wrócił do miasta.
     Nie ma to jak w sobotę z rana dowiedzieć się, że kolejna osoba zagrozi twojej pozycji, bo skoro śmie dołączać do drużyny na samym końcu sezony jesiennego, to musi być naprawdę dobra. I nie ma to jak dowiedzieć się, że na treningi wraca ktoś, kto zawsze wytykał ci błędy w zjawiskowy sposób, gdzie bezpośredniość graniczyła z chamstwem.
     Odłożył telefon.
     -Miałem smażyć naleśniki na śniadanie, więc zapraszam do kuchni za dziesięć minut. Chyba, że chcecie iść od razu.- Zdobył się na lekki uśmiech, choć widać było, że po wiadomości od trenera potrzebował chwili, aby przemyśleć wszystko i przystosować się do tego, co wydarzy się w przyszły poniedziałek.

Ostatnio zmieniony przez Airi (20-01-2019 o 14h21)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Online

#57 20-01-2019 o 00h06

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

.......................................................................................https://zapodaj.net/images/90f58bfbaabd4.png



       Czy liczyłam na to, że uda mi się dotrzeć do Warrena? Sama nie wiem. Może zasady na jakich chciałam do się do niego przebić nie były sprawiedliwe. Nie można wspinać się na cudze mury jednocześnie nie burząc własnych, a ja nadal w nich bezpiecznie tkwiłam. Mimo to nie odpuszczałam, nie dałam mu się zastraszyć i to miało się nigdy nie zmienić. Mógł próbować wszystkiego, tych swoich zabójczych spojrzeń, opryskliwego tonu, czy okrutnych słów. To nie działało... zastanawiałam się, kiedy mnie za to znienawidzi, o ile to już nie nastąpiło.
       Szybko zostałam sama, patrząc jeszcze jakiś czas na miejsce, w którym przed chwilą zniknął Warren. Westchnęłam ciężko, a potem oparłam się bokiem o ścianę. Czułam się fatalnie. Jeszcze kilka minut temu wzburzenie wywołane rozmową sprawiło, że wydzieliła się we mnie adrenalina, trzymała mnie w ryzach. Teraz natomiast zaczęła ulatywać, a wraz z nią potęgowało się moje zmęczenie.
       - S******** - prychnęłam pod nosem, kręcąc głową na boki, po czym uniosłam dłoń do czoła, dotykając je opuszkami palców. Moje życie pewnie byłoby łatwiejsze, gdybym unikała osobników takich, jak Day. Sam Ethan mówił mi, żebym trzymała się od niego z daleka i była to jedna z niewielu kwestii, w których nie posłuchałam starszego brata. Tylko, że teraz ten zniknął, a mi brakowało rozmów, brakowało jego obecności, czułam się zdradzona i opuszczona, miałam przecież tylko jego, więc jak śmiał tak zniknąć bez słowa. Mógł to zrobić każdemu, tylko nie mnie! Przecież byłam jego ukochaną siostrą, więc dlaczego ten zasraniec przepadł? 
       Drgnęłam delikatnie, kiedy poczułam dotyk na ramieniu, ale nie musiałam się oglądać, aby wiedzieć do kogo należał tak znany mi głos. Z resztą nie tylko głos. Zapach, który wypełnił powietrze też był znany, a do tego bardzo przyjemny. Naraz poczułam, jak zszargane nerwy teraz się wygładzają, jak jego obecność budzi we mnie spokój.
       - Hunter, jak zwykle szarmancki - mruknęłam kręcąc głowom na boki, jakby w geście dezaprobaty, ale zaraz odwróciłam się do niego przodem, a na mojej twarzy pojawił się zaczepny uśmiech, kiedy tak patrzyłam z znajome oczy mężczyzny.
       Kiedy wyjaśnił, co tutaj robi, skrzywiłam się nieco, jakby jego słowa sprawiały mi pewnego rodzaju irytujący ból.
       - Warren. Był tutaj przed chwilą, ale kot Andersona wybrudził mu bluzę, więc pewnie nasz uczelniany zoologiczny pewnie niebawem będzie wąchał kwiatki od dołu. Albo może skończy, jako kuweta dla swoich ulubieńców, któż wie, co te Animal Planet mogło sobie zażyczyć w testamencie - tym razem to ja wzruszyłam ramionami. Wcale jednak nie chciałam, żeby kolejna osoba tego dnia mnie zostawiła. Warren mógł, bo taki już jego charakter, ale jeśli Dash to zrobi tak od razu, nie zniosę tego. Tak się mnie nie traktuje. On tak nie może mnie traktować. Ma wobec mnie zobowiązania... oczywiście, jak to kumpel.
       Właśnie kiedy o tym myślałam, Hunter powiedział, że się o mnie martwi, a chociaż żyłam w przeświadczeniu, że wcale nie potrzebuję takich słów do szczęścia, to jednak zrobiło mi się miło. To się w nim nie zmieniło, nawet po naszym rozstaniu.
       - Mam - odpowiedziałam na jego propozycję. - Na ciebie - dodałam po chwili, patrząc mu intensywnie w oczy. Wytrzymałam tak dłuższą chwilę, a potem prychnęłam mu prosto w nos. - Żartowałam, Hunter. Nie wyobrażaj sobie zbyt... - miałam wykonać pewny krok w tył, ale nieco zakręciło mi się w głowie i wsparłam się o niego. -... wiele dokończyłam marszcząc czoło. Nie musiałam podnosić spojrzenia, żeby czuć, że na mnie patrzy. Wypuściłam powietrze z płuc, uznając, że komu, jak komu, ale jemu mogę powiedzieć prawdę.
       - Byłam wczoraj na imprezie i... ktoś chyba mi czegoś dosypał do drinka - specjalnie ukryłam tożsamość tego ktosia. Nim jednak Dash zdążyłby w jakikolwiek sposób zareagować, wyprostowałam się i bez pardonu przyłożyłam mu dłoń do ust, przybliżając się bardziej, do tego stopnia, że nasze nosy praktycznie się stykały za sobą.
       - Nie wiem po co ci Day, ta sztywniara, czy wizyta w cukierni, ale to wszystko może chyba poczekać, prawda? Jestem ważniejsza - ostatnie dwa słowa nie były pytaniem, a stwierdzeniem. Spojrzałam mu w oczy, po czym zabrałam szybko swoją dłoń znów uśmiechając się bezczelnie i jak gdyby nigdy nic cmoknęłam go w usta. Przecież to nic nie znaczy, gorsze rzeczy robiliśmy. Stanęłam już na płasko, oddalając się nieco od niego, ale wyciągnęłam w jego kierunku rączki, robiąc minę zbitego psa. - Zaniesiesz mnie, prawda? Ktoś inny w tym stanie jeszcze gotowy byłby mnie wykorzystać - cmoknęłam pod nosem.
       Nie chciałam się przed nim teraz rozklejać, mówić o bracie, czy robić z siebie biedną dziewuszkę, która potrzebuje wsparcia. To psuło mój image. Byłam ostrą, pewną siebie dziewczyną i co by się nie działo, taka musiałam pozostać. Nawet jeśli każdy plakat z podobizną Ethana powodował ścisk żołądka. Takie są fakty, Sierra Chase nie okazuje słabości. Sierra Chase ich nie posiada. Piękne pozory, którymi karmiłam otoczenie.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#58 20-01-2019 o 15h34

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/536296896184975380/unknown.png

     Czując charakterystyczny ciężar na barku, Warren zmarszczył brwi i pogłębił wrogie spojrzenie rzucane w stronę Marcusa. Próbował odsunąć kota, kiedy ten zaczął lizać go po włosach. Przekrzywił nawet głowę w kierunku futrzaka i zdziwił się tym, że futrzak nie pachniał tym, co zostawił na bluzie. Złapał kota pod przednimi łapami, jednak, kiedy tylko próbował zdjąć go z ramienia, Sir Purrs wbił mocno pazury w jego skórę. Warren przeklął ponownie.
     -Byłoby cudownie, jakby następnym razem darował sobie powitania. Na cholerę żeś go podnosił, załatwiłby swoje na podłodze, a ty nie musiałbyś się fatygować do pralni.- War nie chciał przyznać na głos, że kiedy ten kot nie wbijał w niego pazurów, nie wymiotował lub nie właził mu prosto pod nogi, był całkiem pociesznym zwierzątkiem. Był na tyle silny, aby kontrolować kąciki swoich ust, które nie mogły podnieść się do góry.
     -Zajmij się tym i będzie spoko. To jedna z moich ulubionych- wyjaśnił, nie patrząc na kolegę, zajęty kontrolowaniem kota.
     Nie mylił się, kiedy podejrzewał, że Marcus nie był w stanie podać mu szczegółów dotyczących zniknięcia kapitana.
     -Wziął i wyjechał?- zaśmiał się. –Nie wierzę, że po prostu zniknął. Ethan ********** Chase ma tylko jedną zaletę, Anderson. Ten idiota potrafi grać i doskonale to wie. Nie zaprzepaściłby szansy na dostanie się do narodowej. Nigdy. No, co jest, moje zniknięcie tak go załamało, że co tydzień musiał jeździć poza miasto, żeby się ***********? Wiedział, że wrócę. Powiedziałem mu o tym osobiście. Może wmówił wam jeszcze, że po pijaku walnął w słup i dlatego jego twarz wyglądała tak zjawiskowo na meczu z Rysiami? To byłem ja, na „do zobaczenia”- I teraz pytanie, śmiać się, czy płakać… ze śmiechu. –I, och, Hunter?- Po tej informacji zamyślił się na chwilę. –Najlepszy kumpel idioty… hm…- Na jego ustach ponownie pojawił się uśmiech, a kot zeskoczył na ziemię.
     Warren odstawił spotkanie z trenerem na drugi plan. W tamtej chwili chciał spotkać się z Dashiellem. Louis Watson mógł napuścić na niego kolejnego, zwracającego kocią karmę zwierzaka, ale War i tak zamierzał unikać go na rzecz Dasha. Pomyślał, że nic się nie stanie, jak staruszek trochę sobie pobiega po kampusie.
     -Obserwowałem was w mediach- poinformował po chwili. –Z Brownem i Johnsonem świetnie się składa, kupisz dobry proszek, płyn, czy inną ***** do prania.- Z tymi słowami klepnął go w ramię. Z jednej strony „po przyjacielsku”, z drugiej może trochę za mocno. –A ty, Anderson, lepiej z bramki nie znikaj, bo nie widzi mi się baba na tym miejscu. Poza Gwen mamy jeszcze Savvy’ego, czyli kolejną babę, która na boisku tylko wadzi.- Warren dostrzegał zalety obydwu tych osób, ale nie były to zalety związane z grą. Gwen była ładna i nie robiła dużych problemów, a Savvy był naiwny i całkowicie usuwał mu się z drogi.
     Kiedy ktoś nagle wysunął się z zza rogu budynku, Warren już przymierzył się do prawego sierpowego. W porę dostrzegł twarz Pearl, więc opuścił rękę.
     -Miło, miło. Może chciałaś pocztówkę, co?- odpowiedział sarkastycznie. –Wszystko byś chciała wiedzieć, Perełko. Ech, baby.- westchnął. –Uwierz, tego akurat nie musisz wiedzieć.
     Splótł ręce na klatce piersiowej i zerknął w kierunku Sir Purrs-a-lot’a. Wtedy przyszedł mu do głowy znakomity pomysł.
     -Zanim wybiorę się na poszukiwania Dasha, wiecie może, gdzie mogę znaleźć luźne plakaty z mordą Ethana? Jeśli nie, to spoko, wezmę sobie z korytarza, ale przydałby mi się zapas, bo chciałbym przykleić sobie na tarczę do lotek.- Brzmiał całkowicie poważnie. Jego cyniczny uśmiech byłby jeszcze szerszy, gdyby chłód na dworze nie zaczął mu dokuczać.

Ostatnio zmieniony przez Airi (20-01-2019 o 15h34)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Online

#59 20-01-2019 o 20h29

Straż Cienia
Kaniya
Szeregowiec
Kaniya
...
Wiadomości: 144

+++++++++++-+++++++++++https://fontmeme.com/permalink/190109/ec378e5bd21f0f7a1335357b94f1a8ec.png

          Marcus nic sobie nie robił z przekleństw Warrena. Skoro jeszcze nie oberwał, to już raczej teraz nie oberwie, chyba że Sir Purrs-a-lot obrzyga Dayowi jeszcze coś innego. Oby tak się nie stało. Marcus lubił swoją twarz i uważał, że złamany nos do niej nie pasował.
          — Daruje sobie powitania, jak nie będziesz znikał, proste. Poza tym wyobrażasz sobie, co by się tam stało, gdyby to buty Sierry oberwały? — Aż go całkiem dosłownie ciarki przeszły. — Cały akademik mógłby pójść z dymem. Tak na początek. Już ci wolę prać bluzę. Mam taki cudowny proszek specjalnie na takie okazje, usunie każdą plamę. Jaki chcesz płyn do płukania? Ciasteczkowy mi się skończył ostatnio, niestety, ale mogę ci zaproponować zieloną herbatę albo owoce leśne.
          Wzruszył ramionami na komentarz o Ethanie.
          — Wiesz, gdybyśmy wiedzieli, co się stało z Chase'em, nie musielibyśmy oglądać jego gęby rozwieszonej absolutnie wszędzie. Może go ktoś zaciukał? Z Rysiami, mówisz? — Marcus zamyślił się na chwilę. Ethan wyglądał wtedy jakoś inaczej? Hmmm, chyba faktycznie. — Coś wspominał wtedy o drzwiach i Gemmie, ale nie pamiętam, o co chodziło. Mało mnie jego buźka obchodzi, rozumiesz.
          W zaułku pojawiła się Pearl niczym księżniczka na białym koniu. Ciekawe, czy konia dałoby się trzymać w pralni. Trzeba to później dokładnie przemyśleć. Będzie miał chwilę, jak się będzie zajmował bluzą Daya. Plan idealny.
          Kot za to zaczął łasić się dziewczynie do nóg, domagając się głasków.
          — Też nie pogardziłbym pocztówką — mruknął Marcus pod nosem, po czym totalnie ignorując, że Warren najwidoczniej nie chciał o tym mówić, odpowiedział Pearl: — Sir Purrs-a-lot widowiskowo zarzygał mu bluzę. — Rzeczoną bluzę rozwinął i zaprezentował dziewczynie finezyjny wzór z wymiocin. — Wygląda trochę jak Australia, nie uważacie?
          Poważnie się zamyślił na pytanie o plakaty.
          — Nie mam pojęcia, ale sprawdziłbym w schowku samorządu, tym przy kantorku sprzątaczek. To... skoro już wszystko jako tako ustaliliśmy, to nie musimy tu tak stać jak kołki, prawda?
          Wyjście w samej koszulce to zdecydowanie nie był dobry, przytomny pomysł. Chociaż gdyby mógł się poruszać, nie czuł by tego aż tak bardzo.

Ostatnio zmieniony przez Kaniya (20-01-2019 o 20h58)


https://66.media.tumblr.com/aa95cb952d13a3f1e2a899e718df9732/tumblr_ohw3hnkGyj1viokjyo1_540.gif

Offline

#60 20-01-2019 o 21h19

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.........................................................................https://fontmeme.com/permalink/181215/6461cb45e1c2d90b31d0c85082d598e3.png
             Trochę ulżyło mi na widok tego jej uśmiechu, jednak nadal miałem wrażenie, że coś jest nie tak. Uniosłem brwi, kiedy wspomniała o Warrenie, jednocześnie się przy tym krzywiąc. Jednak nie mogłem powstrzymać śmiechu, kiedy opowiedziała mi co go spotkało. No i bardzo dobrze tak temu Andersonowi. Tylko kotów żal.
Przyznam, że na ułamek sekundy zamarłem, kiedy stwierdziła, że ma na mnie ochotę, jeszcze utrzymując przy tym kamienną minę. Uniosłem brew, a potem ona prychnęła mi w nos. Poczułem lekki zapach alkoholu. No tak, takie żarciki na kacu.
             Miałem coś powiedzieć, ale nagle straciła równowagę. Objąłem ją w talii i przyjrzałem jej się badawczo. To było do niej niepodobne. Oczywiście zdarzało jej się przesadzić, ale nigdy nie wyglądała tak źle na drugi dzień. Zauważyłem, że kilka pasm włosów spadło jej na twarz, więc delikatnie je odgarnąłem. Kiedy powiedziała mi co się stało tej nocy, dlaczego tak źle się czuje, nadal miałem dłoń w jej włosach. Poczułem, że cały sztywnieję i delikatnie cofnąłem rękę. Nie chciałem niechcący zrobić jej krzywdy. Zacisnąłem dłonie w pięści, a ona przycisnęła mi rękę do ust.
Wiedziałem już, że zabiję bydlaka, który to zrobił. Jeszcze nie byłem pewien jak, ale wiedziałem, że będzie cierpiał.
             Zabrała rękę, ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, może wyciągnąć z niej jakieś informacje, pocałowała mnie w usta. Szybko i delikatnie. Zwykle tego nie robiła, teraz już nie, i wiedziałem, że prostu chce odwrócić moją uwagę. Czyli wie, ale mi nie powie. Dobrze, sam się dowiem. Myśleli, ze skoro nie ma Ethana to mogą robić co chcą. Przecież to było chore! A Sierra zachowywała się jakby nigdy nic. Zacisnąłem szczękę, kiedy stwierdziła, że jeszcze ktoś mógłby ją wykorzystać. Nie, ***** , dopóki ja tu byłem.
– Oczywiście, że cię zaniosę, maleńka. – Na potwierdzenie swoich słów po prostu ją podniosłem. Była lekka jak piórko, sama skóra, kości i jasne włosy. Zanurzyłem w nich nos i po prostu wdychałem jej zapach.  Planowałem. Moje poprzednie cele na razie odeszły w niepamięć. Choćbym miał przesłuchać wszystkich, którzy byli z nią na tej imprezie, zrobię to.
- Powiedz mi gdzie wczoraj byłaś – zażądałem. Postanowiłem, że chociaż tyle z niej wyciągnę. Potem już pójdzie łatwo. Obiję kilka mord i sprawa się wyjaśni. Miałem tylko nadzieję, że to nikt z drużyny, wtedy musiałbym ******* kumpla.
             Postanowiłem, że zaniosę ją do jej pokoju, to chyba było najrozsądniejsze wyjście.
- Zostanę z tobą i pozmawiamy – oznajmiłem, delikatnie kładąc ją na łóżku. Nadal pamiętałem, które było jej. Z półprzymkniętymi oczami, kiedy tak się nad nią  pochylałem, wyglądała jak Śpiąca Królewna. Uśmiechnąłem się lekko. Zabiłaby mnie, gdybym powiedział to na głos.
             Bez słowa wstałem i podałem jej nieotwartą butelkę wody stojącą na szafce. Na pewno chciało jej się pić.  Zacząłem bawić się jej włosami. I tak były już w lekkim nieładzie, więc nie powinna mieć mi tego za złe.
- Masz jakieś tabletki na ból głowy? Czy skoczyć do siebie i coś ci przynieść? – zapytałem z troską.

Ostatnio zmieniony przez Pani (20-01-2019 o 21h26)


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#61 20-01-2019 o 21h54

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

-------------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/181215/93fdd286e9d6ffc06c3bbe75428ff6c2.png
   Ciepłe powitanie, nie ma co. Cóż, Day nigdy nie wyglądał na takiego, co lubi ckliwe historie. Jednak odrobina wrażliwości jeszcze nikomu nie zaszkodziła, mógłby się tego nauczyć.
    — Na pewno bym się nie obraziła — powiedziała, po czym rzuciła mu jeden ze swoich firmowych uśmiechów. — Ale „Perełkę” możesz sobie darować — dodała gorzko.
   Westchnęła z lekką irytacją. Hokeiści uwielbiali denerwować ją tym zdrobnieniem, a ona, choć wiele lat spędziła z braćmi, nie uodporniła się na takie zaczepki.
    — Masz coś do „bab” na boisku? — spytała unosząc jedną brew. — Nie boisz się chyba, że zajmą twoje miejsce, bo po takiej przerwie nie będziesz sobie radził? — spytała z udawaną troską i żalem. — Spokojnie, Sav chyba zmieni pozycję przed następnym meczem, więc może znajdzie się miejsce dla jeszcze jednej „baby” na bramce — dodała z troską na twarzy, nie zostawiając wątpliwości, że to Day jest wspomnianą babą.
   Nie umiała sobie darować. Gdy ktoś był wredną mendą jak War, włączał jej się tryb obronny i sama zaczynała zachowywać się podobnie.
   Przyłożyła dłonie do ust, by powstrzymać parsknięcie. Nie udało się. Nie mogła się nie zaśmiać. Wielki pan Day obrzygany przez kociaka, śmiechu warte. Może ta bluza i tak była już przeznaczona do prania, a Sir Purrs-a-lot zareagował tak na jej zapach? Chyba nie powinna mówić tej myśli na głos. A przynajmniej nie tak, żeby Warren usłyszał, bo już wystarczająco zaczynała działać mu na nerwy.
    — Australia? Ja tu widzę serduszko, tylko trzymasz do góry nogami. Widać, że zrobił to z miłością. — Zachichotała. — Nawet fryzurkę masz teraz jakby cię mamusia czesała.
   Schyliła się, by obdarzyć uwagą kogoś, kto na o zasługiwał. Kot łaszący się do jej nogi już wygiął szyję, wiedząc, że szykują się pieszczoty. Cóż mogła poradzić? Uwielbiała futrzaki i mogłaby spędzać całe dnie w zwierzyńcu Marcusa.
   Nagle w kieszeni poczuła wibracje. Wyjęła telefon i spojrzała na ekran. Wiadomość od trenera.
    — No, no, trenerze. Rychło w czas — powiedziała pod nosem, a w jej głosie pobrzmiewała ironia. — Wychodzi na to, że teraz już cała drużyna wie, że wróciłeś. I mamy nowy nabytek. Ciekawe...
   Przez chwilę zastanawiała się nad tym faktem. Nowa osoba w drużynie, w takim momencie. Został niecały tydzień do meczu z wężami. Świeżak będzie mógł się wykazać. Nie przeszkadzało jej to, że tuż przed rozpoczęciem zimowego sezonu pojawia się nowa osoba. Jeśli wzbogaci drużynę o nowe umiejętności to, czemu nie?
   Podniosła się na równe nogi. Marcus przypomniał jej, że była w trakcie porannego biegania. Powinna się pospieszyć, jeśli nie chciała umrzeć z głodu, zanim zakończy trening.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#62 22-01-2019 o 00h55

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/536296896184975380/unknown.png

     Warren parsknął śmiechem, kiedy Marcus przedstawił mu alternatywną wersję wydarzeń, tym razem w rolach głównych z kotem i Sierrą. Wizja ta rozbawiła go do tego stopnia, że przestał nawet kląć, a na jego ustach uchował się uśmiech.
     -Obojętne mi to- odmruknął, kiedy bramkarz pytał go o płyn do płukania tkanin. Nie wiedział, że istnieją płyny o takich zapachach. W marketach widywał jedynie te o zapachu kwiatów, których w większości i tak nie rozróżniał.
     -Rozumiem i bardzo dobrze- znowu parsknął. –Jeśli naprawdę zniknął, niech nie odważy się wracać, bo znowu będą musieli mnie wsadzić.
     Zbliżył się do Pearl, niemal naruszając jej przestrzeń osobistą. Nie lubił wysokich kobiet. Choć sam był bardzo wysoki i nosił ciężkie, wojskowe buty, tym razem miał na sobie zwykłe buty sportowe, które nie sprawdzały się na deszczu i nie miały wysokiej podeszwy.
     -Następnym razem wyślę, „pozdrowienia z komisariatu”- odpowiedział sarkastycznie.
     Z tej dwójki jedynie Pearl wiedziała, że miał sprawę na policji, natomiast nie zamierzał ukrywać tego przed innymi członkami drużyny. Trener polecił nie robić tego wcześniej, ale Warren już wrócił na kampus i żył w przeświadczeniu, że nie ma powodu, aby specjalnie kryć się z tą informacją. Niedźwiedzie nie były na tyle głupie, aby pisać o tym do mediów, a przecież o to chodziło z tym całym zniknięciem- aby media nie miały tematu do artykułów ani powodu, aby przyczepić się do nich przy okazji zawodów. Oficjalnie, Warren Day był nieobecny na meczach ze względu na sprawy rodzinne, przy czym zapewniano publikę, że niedługo wróci na lód.
     Chwycił kosmyk włosów Pearl i pociągnął za niego, zmuszając dziewczynę do przysunięcia się bliżej.
     -Zapomniałaś, że ten temat mnie nudzi? Nie mam ochoty na przekomarzania.- Z tymi słowami owijał sobie ciemne, skręcone włosy dziewczyny wokół palca. –To może działa na Dasha, ale nie na mnie, Pearl.- Puścił jej włosy i wsunął ręce do kieszeni. W jego oczach jedynie udawała twardą. W jego oczach była dziewczynką, którą cały czas nadzorowali starsi brata. W jego oczach była taka bezczelna tylko na pokaz.
    Poza tym, nie obchodziła go na razie pozycja Savvyego na polu walki, nie obchodził go też nowy żołnierz.
     Zdenerwował się, kiedy usłyszał słowo „matka”. Zacisnął pięści, których nie mogli zobaczyć, po czym skierował się w stronę akademika.
     -Tak zrobię, Anderson- powiedział, ale nie brzmiało to już tak fukliwie i wrednie, jak wcześniej. Widać było, że Day się zamyślił i przez te kilka chwil w zupełności nie dbał o to, że jego twarz wyrażała zmartwienie czymś głębokim, poważnym, a może nawet strasznym. Mało tego. Po chwili zrobiło mu się najzwyczajniej w świecie słabo.
     Oddalał się od nich wolno, cały czas pozostawiając na widoku. Nie odwracał się na boki, a tym bardziej do tyłu. Z głową spuszczoną stawiał niskie kroki, co jakiś czas zahaczając butem o chodnik. W pewnym momencie wyciągnął ręce z kieszeni i dłońmi dotknął swoich stabilizatorów, jakby sprawdzał, czy w ogóle tam są. Jeździł palcami po chropowatej powierzchni, która strukturą przypominała mu trochę elastyczność bandażu samoprzylepnego. Warren lubił tego dotykać. Nawet, kiedy znajdował się poza swoim pokojem, dotknięcie ich minimalnie pozwalało mu ponownie wypruć z siebie niewygodne, przytłaczające myśli.
     Dotarł do szklanych drzwi akademika. Zamiast jednak wejść, stanął przed nimi i wpatrywał się pustym wzrokiem w plakat Ethana. Nie pamiętał momentu, w którym zaczął walić pięścią w twardą szybę.
     -Day!
     Trener również wyskoczył nie wiadomo skąd. Po prostu pojawił się przed budynkiem, złapał chłopaka za bluzę i odciągnął od szyby, która lada chwila mogła ulec zniszczeniu.
     -Day, opamiętaj się!
     Warren szarpał się jeszcze przez chwilę, ale wkrótce ustąpił.
     Trener Watson wyglądał, jakby nie golił się od tygodnia. Jego wory pod oczami były lekko żółte, a zmarszczka na czole wydawała się pogłębiona. Ciemne włosy z pojedynczymi białymi były w nieładzie i częściowo opadały na jego zdenerwowane, szarawe oczy. Nigdy nie powiedział swoim hokeistom, ile ma lat, więc sprawa ta była obiektem wiecznego zakładu. Na konferencjach i galach sportowych wyglądał schludnie i były podstawy ku temu, aby twierdzić, że ma około trzydziestu sześciu lat, jednak w chwilach trudnych, lub w sobotę rankiem, Warren dawał mu czasem więcej, niż czterdzieści.
     -Och, trenerze, co się stało z pana twarzą- Warrenowi zakręciło się w głowie. –Chcę iść do siebie, niech mnie trener puści. A nie, chwilunia, miałem znaleźć Dasha i wziąć…- Urwał, gdyż mężczyzna uderzył go lekko otwartą dłonią w głowę.
     -Day, zabraniam ci poruszać się samemu po kampusie. To był warunek, pamiętasz? Cholera, nie rób takich rzeczy!
     -Bardzo absurdalny warunek, trenerze. Niech mnie trener puści, bo zaraz zrobię z pana bluzą to, co z moją zrobił kot Andersona. Pan nie chce wiedzieć, co ten kot z nią zrobił. Nie ucieknę, obiecuję.
     -Jesteś blady- odparł trener, wolno puszczając młodzieńca.
     -Trener jest prawdziwym odkrywcą. O, niech trener patrzy, to Pearl i Marcus. Rozmawiałem z nimi chwilę temu.
     A później przymknął oczy, jakby nic się nie stało.

Ostatnio zmieniony przez Airi (22-01-2019 o 13h28)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Online

#63 22-01-2019 o 03h42

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

.......................................................................................https://zapodaj.net/images/90f58bfbaabd4.png




       Uśmiechnęłam się momentalnie, słysząc jego słowa, a następnie ułożyłam się tak, aby było mu wygodniej mnie podnieść. Potrzebowałam go w takich chwilach, szczególnie po spotkaniu z Warrenem, Dash przypominał mi o tym, że jeszcze są takie osoby, dla których coś znaczę. On taki był... przynajmniej teraz. Zabawne, a może i żałosne, że w chwili, w której straciłam prawo do nazywania Dashiella "moim" to właśnie Day mi pomógł, chociaż może bezwiednie. Natomiast teraz, gdy miałam za sobą niezbyt przyjemną rozmowę z Warem, to Hunter zbierał mnie do kupy. Trochę to ironiczne na swój sposób. Tylko czasem przerażała mnie myśl, co się stanie, gdy żadnego z nich nie będzie obok. W sumie... jeden, zdawało mi się, i tak już mnie nienawidził. Może się mną brzydził? Pewnie wiele osób w tej szkole się mnie właśnie brzydziło, więc Day mógł do tej grupy należeć. Teraz jednak, na krótką chwilę, w której miałam przy sobie Dasha mogłam zapomnieć o innych. Robiłam sobie krzywdę w ten sposób, znów uzależniałam się od kogoś, kogo nie mogłam przy sobie zatrzymać. Na własne życzenie, by później, gdy się ocknę i go odsunę, znów zostać z niczym, sama. Szczególnie teraz, gdy nie ma Ethana.
       - W Kanadzie - odpowiedziałam nieco bezczelnie na jego pytanie, a raczej żądanie, bo pytaniem to nie było. Miał tupet, normalnie mało kto miał czelność tak się do mnie zwracać. Bezczelny gnojek, wiedział na ile mógł sobie pozwolić.
       Prawda była taka, że od razu wiedziałam, co Dash będzie chciał zrobić, ale nie mogłam mu na to pozwolić. Chociaż było to kuszące, musiałam sama dbać o siebie, przynajmniej pokazać mu, że świetnie sobie przecież radzę, że dam radę ze wszystkim. Nie mogłam go narażać przez własne problemy, szczególnie po tym, jak zdecydowaliśmy się rozstać. Nade wszystko jednak nie chciałam, aby obrywał ze mnie. Nie wątpiłam w to, że poradzi sobie z Matthew, ale gdyby jednak coś miało pójść nie tak... nie chciałam o tym myśleć.
       Wygodnie było tak leżeć w jego znajomym uścisku. Doprawdy rozczulało mnie to. On tak na mnie działał, a nie powinien. Nawet nie zauważyłam kiedy znalazłam się już u siebie. Pozwoliłam mu położyć siebie na łóżko i nie spierałam się, gdy postanowił zostać. Chciałam tego, ale nigdy bym go o to nie poprosiła. Nigdy też miałam nie powiedzieć, jaka jestem przerażona, zagubiona w tym wszystkim, co dzieje się z moim bratem. Jak nie śpię po nocach, jak alkohol pomaga nie myśleć. Och nie, to nie pasowało do tej z********* Sierry Chase, która nie miała problemów... ona była problemem.
       - Mam w szafce - mruknęłam, a następnie napisałam się wody, którą mi podał. Bolał mnie kark, ale materac łóżka wynagradzał mu wszystko. Wzięłam znalezione przez mężczyznę tabletki, połknęłam je, a potem na powrót się położyłam, patrząc na niego przez chwilę. Poklepałam miejsce obok siebie, żeby przysiadł na skraju łóżka, a kiedy to zrobił bez wahania wyciągnęłam przed jego twarz jedną z nóg, ubraną w wysokie kozaki na imponującym słupku. - Pomóż mi je ściągnąć - powiedziałam patrząc mu w oczy. - Buty. Potem zapięcie w sukience. Strasznie mnie uwiera w talii - wyjaśniłam. Przecież to nic, a na pewno nie coś, czego nie robiliśmy miliony razy wcześniej. Teraz jednak chodziło tylko o to, żebym mogła się przebrać w coś wygodniejszego.
       - Mógłbyś też zmyć mój makijaż - byłam rozpieszczona. Każdy by to mógł o mnie powiedzieć, ale jak dalekie było to od prawdy mało kto wiedział. W końcu moje życie nigdy mnie nie rozpieszczało. Pierwszą osobą, która zaczęła to robić był Ethan. Potem Dash też mi pozwalał na nieco więcej, to poczucie, że można na kimś polegać. Przyjemne, taka bezbronność. No, ale to już było. - Taka pomoc mi wystarczy, nic więcej, Hunter. Widzę, że już planujesz obijanie mordy, dlatego nie powiem ci kto mi to zrobił. Przecież nic się nie stało, owszem mogło, ale się nie stało. Poza tym... hej, czy ty sugerujesz, że Sierra Chase jest słabym zawodnikiem i tak łatwo ją pokonać? - warknęłam całkiem przekonująco, chociaż oboje zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że to tylko przekomarzanie się. - Pffu, potrafię o siebie zadbać, nie lekceważ mnie - prychnęłam, po czym uniosłam nieco biodra, żeby móc już zsunąć rajstopy. Mimo wszystko czułam się fatalnie, ale na pewno ostatnią rzeczą, jaką zamierzałam zrobić, było zwracanie wczorajszego posiłku.
       - A tak właściwie, to po c*** ci Warren i Niepokalana? Jeszcze tego pierwszego mogę się domyślić, ale ona? Jeśli coś przeskrobałeś, chętnie się do niej przejdę... mam wrażenie, że zniknięcie Ethana jest jej na rękę, ale na jej nieszczęście, jeszcze jeden Chase tutaj został - mruknęłam, a mimo otępienia, w moich oczach zapaliło się niebezpieczne światełko. Gnębienie przewodniczącej było czymś iście przyjemnym.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#64 22-01-2019 o 22h11

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.........................................................................https://fontmeme.com/permalink/181215/6461cb45e1c2d90b31d0c85082d598e3.png
              Skrzywiłem się, kiedy stwierdziła, ze na imprezie była w  Kanadzie. No cóż, przynajmniej nie skłamała. Mogła mówić, co chciała, nie byłem w stanie bezczynnie patrzeć jak ktoś robi jej coś takiego. Po prostu nie. Ktoś musiał dać im nauczkę. Zgłaszam się na ochotnika. Sierra była moją przyjaciółką, nikim więcej, ale też nikim mniej. Bez słowa podałem jej leki i usiadłem obok. Prychnątem, kiedy wyciągnęła nogę przed siebie.
  - Przeginasz, ale zrobię to dla ciebie ten jeden raz ze względu na twój stan -  Pokręciłem głową, ale nie mogłem powstrzymać uśmiechu. W porządku. To nic takiego. Zdjąć buty, rozpiąć sukienkę. Jak to dobrzy znajomi mają w zwyczaju, pomogłem jej zdjąć również rajstopy. Nic niewłaściwego, chciała po prostu się przebrać. To ja miałem brudne myśli. Ale czy można mnie było winić? Miałem ochotę położyć rękę na jej udzie, na tatuażu smoka, tak jak kiedyś to robiłem. Ale o ile pocałunki i flirt były dla nas bez znaczenia, o tyle taki gest byłby z mojej strony bardzo znaczący i tym samym niedopuszczalny.
              Wysłuchałem jej w milczeniu, kiedy upierała się przy swoim. Szanowałem jej opinię, ale uważałem, że w tej sprawie nie ma racji. Może tym razem nic się nie stało, ale to nic nie znaczyło.
- Nie jesteś słabym zawodnikiem, ale z doświadczenia wiem, że czasem dobrze jest zdać się na kumpli z drużyny. A my jesteśmy drużyną, Si. Ale nie będę cię zmuszał, żebyś mi powiedziała, jeśli nie chcesz.
I tak się dowiem, dodałem w myślach.
              Zaśmiałem się na jej następne słowa, ale spoważniałem, kiedy wspomniała o Ethanie.
Postanowiłem nie drążyć jego tematu, na razie. Wzruszyłem ramionami na jej pytanie.
- Warren wraca do drużyny, więc trzeba będzie ustalić kilka kwestii. Powinienem go znaleźć jak najszybciej, ale zostałem z tobą. Dla ciebie narażam się trenerowi, doceń to. - Posłałem jej uśmieszek - Co do Herriot... Ech, jestem idiotą i wpakowałem się w głupi zakład, opowiem ci zaraz, tylko dam ci coś do ubrania, bo zaraz zamarzniesz. Swoją drogą nie pamiętam tej bielizny - Stwierdziłem z udawanym zdziwieniem i podszedłem do szafy, żeby coś jej wybrać. Ubrania miała oczywiście równo poskładane i pachnące. Zawsze dbała o swój wygląd. Przez moment przeglądałem jej imponującą kolekcję błyszczących sukienek, wydekoltowanych bluzek i niezidentyfikowanych elementów garderoby, które miały więcej dziur niż materiału. Zaczynałem już czuć nieokreślony niepokój i bałem się, że prędzej znajdę drogę do Narnii, niż coś luźniejszego do ubrania, jednak w pewnym momencie natknąłem się na bawełnianą koszulkę. Wyciągnąłem ją i podniosłem na wysokość oczu. Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że kiedyś należała do mnie. Obróciłem się do Sierry ze znaczącym uśmiechem.
- Miło z twojej strony. Śpisz z nią w samotne noce? - Zażartowałem, jak na dupka przystało. Wcale mnie to nie poruszyło. Jednak kto by się po niej spodziewał takiego sentymentu? Oczywiście była też opcja, że po prostu zapomniała ją oddać, nie ma się co ekscytować.
- Rączki do góry, księżniczko - powiedziałem i ubrałem ją w moje znalezisko. Wyglądała uroczo. Miałem jej to powiedzieć, lecz przerwał mi dzwonek telefonu. Mojego, niestety.
- Przepraszam, muszę odebrać.
              Dzwonił trener. Cholera. Próbowałem na szybko wymyślić sobie jakąś wymówkę, lecz nic nie przychodziło mi do głowy. Odebrałem. Spodziewałem się pretensji, ale usłyszałem coś jeszcze. Trener sam się rozłączył, prawie nie dopuszczając mnie do głosu. Może to i lepiej.
Spojrzałem na Sierrę i potarłem twarz dłońmi. Oczywiście chodziło o Daya. Co za kmiot.
- Warren próbował rozwalić szybę pięścią. Jak zwykle genialny. Muszę do niego lecieć, sam nie wiem po co. Wolałbym być twoją nianią, ale muszę go ogarnąć. Przepraszam.
Pochyliłem się na nią i pocałowałem ją w czoło.
- Dokończymy tę rozmowę, obiecuję. Żałuję, że nie przyszedłem do ciebie wcześniej. Gdyby coś się działo, wiesz gdzie mnie szukać.
              Nie chciałem jej zostawiać, nie w takim stanie, ale nic nie mogłem zrobić. Obowiązki kapitana i tak dalej. Gdyby tylko Warren nie był takim skończonym idiotą...


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#65 23-01-2019 o 17h23

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 108

__________________https://i.imgur.com/u9IP71Z.png?1
    Wszystkie znaki na niebie i na ziemi zaczęły wskazywać na to, że Mira wybierze się z nami na karaoke.
    - Przysięgam na swój ulubiony golf, że to porządne miejsce i nie dzieją się tam żadne bezeceństwa. Nie daj się prosić. - Wyszczerzyłem się ukazując wszystkie zęby, próbując jeszcze bardziej przekonać dziewczynę, żeby z nami poszła. W końcu czy ktoś byłby w stanie odmówić takiemu uśmiechowi? No chyba nie.
    Popatrzyłem na Savvyego i wpakowałem do ust kolejne ciasteczko próbując jakoś wymigać się od odpowiedzi. To był jeden z tych ciężkich momentów, gdzie nie mogłem się z nim zgodzić i czułem się ja Brutus w idy marcowe. Westchnąłem ciężko próbując dobrać odpowiednie słowa.
    - To nie za bardzo zależy od nas - zacząłem wpatrując się w pudełko ciastek, nie wiedziałem, że mają taki ciekawy skład. - Jak my tego nie załatwimy to zrobi to policja, ale postaramy się być wyjątkowo delikatni. Niestety organy ścigania raczej nie wezmą pod uwagi tego, że macie mecz. - Mam nadzieję, że nie brzmiałem zbyt ostro, może powinienem darować sobie uwagę o spotkaniu z dzikimi wężami. Niech to wszystko się już skończy, Ethan wróci na uczelnie i wszystko wróci do normy.
    Wzdrygnąłem się na samo wspomnienie o Dayu, był jedną z niewielu osób przy których otwierał mi się nóż w kieszeni. A myślałem, że będę miał z nim już spokój, ale oni zawsze wracają, jakby sama Chase nie wystarczała, żeby doprowadzić mnie do załamania nerwowego. Co za ludzie… Człowiek ma dobry dzień, a te dzbany zawsze się napatoczą, żeby coś zepsuć i jeszcze udawać niewiniątka. Ugh. Gdyby tylko się dało kupiłbym im bilet na marsa w jedną stronę, niech tam irytują innych, a mi dadzą święty spokój.
    - Oczywiście, że jemy naleśniki! - Ożywiłem się na samo wspomnienie na jedzeniu, na razie zapominając o zakałach tej uczelni. Zerwałem się ze swojego miejsca i szybko podszedłem do szafy, żeby złapać jakieś ubrania. Stałem przy niej trochę dłużej niż zamierzałem, ale w końcu zdecydowałem się na nową koszulę, którą kupiłem sobie ostatnio stwierdzając, że wypad ze znajomymi to idealny czas, żeby się nią pochwalić.
    Szybko uwinąłem się z ogarnięciem siebie i przyszedłem do kuchni, gdzie już pachniało pysznymi naleśnikami od Sava, których pozazdrościć mogli nawet najlepsi szefowie. Zerknąłem na patelnię przez ramię chłopaka.
    - Ładnie pach… - Nie zdążyłem dokończyć, bo nagle na mnie wylądował jeden z naleśników, a ja chyba dostałem właśnie zawału. Popatrzyłem na niedopieczone ciasto, które właśnie przylegało do mojego ubrania. W żadnym wypadku nie byłem zły, w końcu każdemu może się zdarzyć, plus nie było to coś czego nie dałoby się wyprać, jednak to była nowa koszula, a to już trochę bolało. Zacząłem rozglądać się w poszukiwaniu jakiś serwetek, ręczników papierowych, ściereczki lub czegokolwiek czym mógłbym pozbyć się ciazta z odzieży.


https://i.imgur.com/IX8Ya5j.gif https://i.imgur.com/EM85ogn.gif https://i.imgur.com/m1f3hzW.gif

Offline

#66 23-01-2019 o 20h37

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

-------------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/181215/93fdd286e9d6ffc06c3bbe75428ff6c2.png
   Nie cierpiała, gdy facet tak bezczelnie i z pewnością siebie naruszał jej przestrzeń osobistą. Nie wiedziała czy chce, żeby się wystraszyła, czy zakochała, ale żadne się nie udało. Miała dwóch starszych braci, groźne męskie spojrzenia nie robiły na niej wrażenia. Męska bezczelność co najwyżej ją drażniła, w żaden sposób nie sprawiając, że jej serce biło szybciej. Chyba, że ktoś zdenerwował ją na tyle, by tak się stało.
    — A więc już planujesz następny raz? — spytała krzyżując ręce na piersi.
   Już wcześniej wiedziała, gdzie przez ten czas znajdował się Warren. Nie rozpowiadała jednak tej informacji. Dzięki niej wygrała kilka zakładów, poza tym, to byłaby raczej słaba reklama dla ich drużyny, gdyby ktoś się o tym dowiedział.
   Łapią za jej włosy też nie wywołał większego efektu, oprócz skrzywienia na jej twarzy i lekkiego zbliżenia, żeby złagodzić ból. Co on dzieciak? Bracia przestali ją ciągnąć za włosy, gdy poszli do liceum, a on chyba nie dorósł jeszcze do tego poziomu.
    — Wydaje mi się, że skoro ty go zacząłeś, to właśnie ty o tym zapomniałeś — rzuciła i odepchnęła jego dłoń od swoich włosów.
   Nie wiedziała czy Dayowi zrobiło się niedobrze od zapachu z kociego pyszczka, zimno od stania w samej koszulce, czy też powiedziała coś nie tak. Warren jednak już odszedł, jakby miał dość marnowania na nich swojego głosu. Cały on, pomyślała Pearl i westchnęła.
    — Wracam do treningu, lepiej coś na siebie ubierz, żebyś nie zachorował przed meczem — zawołała na pożegnanie w kierunku Marcusa.
   W końcu mogła pobiegać. Miała tak wiele spraw do przemyślenia, że zaczęła biec dużo szybciej niż normalnie, żeby ze zmęczenia zapomnieć o wszystkim. Bieganie było na to najlepszym sposobem. Zrobiła okrążenie w okolicy akademika i pobiegła do parku, gdzie pędziła, aż brakło jej tchu, a żołądek zaczął upominać się o śniadanie. Powinna wracać.
   Do akademika też dotarła biegiem. Tym razem już nie dla sportu, po prostu była głodna i chciała jak najszybciej coś zjeść. Stanął przed nią jeszcze jeden dylemat. Co najpierw, prysznic czy śniadanie. Przez moment się wahała, ale statecznie, po zobaczeniu jak przepocona jest jej koszulka stwierdziła, że woli nie razić nikogo swoim wyglądem czy zapachem.
   Gdy weszła do pokoju Gemma nadal spała i Pearl znów robiła wszystko jak najciszej, by jej nie obudzić, wiedziała, że przyjaciółka nie jest rannym ptaszkiem. Szybki prysznic, zmiana ubrań na świeże i nareszcie mogła coś zjeść!
   Truchtem dotarła do kuchni. Nie spodziewała się zastać tam kogoś o tej porze w sobotę.
    — Witam ranne ptaszki — powiedziała przekraczając próg. — Mmmm, jakie zapachy — wymruczała, gdy poczuła w powietrzu naleśniki.
   Wtedy Eugene odwrócił się w jej stronę. Uśmiech Tikaani rozszerzył się na ten widok, a z ust wyrwało się krótkie parsknięcie.
    — No, no, naprawdę apetyczny z ciebie kąsek — zaśmiała się. — Dobrze, że mam dzisiaj ochotę na omlet — dodała i podała mu serwetkę ze stolika obok.

Ostatnio zmieniony przez Chitaru (23-01-2019 o 20h44)


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#67 24-01-2019 o 20h14

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

...........................................................................https://zapodaj.net/images/036fc0c106c99.png

       
       Spojrzałam na Azjatę, kiwając delikatnie głową. Od pokoju... nigdy nie byłam w takim miejscu, no i miał wykupiony karnet, ale i tak nie powinnam żerować na cudzej własności, z drugiej strony to nie są typowe dobra materialne, można nawet powiedzieć, że Savvy sam mnie zaprosił. Och jejusiu, sam mnie zaprosił! Kiedy to do mnie dotarło, momentalnie moje serce zabiło mocniej, a kwestia odmowy była o wiele trudniejsza, niż to sobie zaplanowałam. Wzięłam głębszy wdech.
       - Skoro tak sprawę stawiacie, to będę zaszczycona mogąc wam towarzyszyć - odparłam po tym, jak sam Eugenie zachęcił mnie do zgody. Faktycznie ostatnio miałam dużo roboty i mało okazji do wyszalenia się, jak to młodzi lubią najbardziej. No bo mimo wszystko ja też jestem jeszcze młodzieżą, nie samym stanowiskiem człowiek żyje! Można się odrobinkę zabawić, oczywiście w granicach zdrowego rozsądku. Może nawet włosy rozpuszczę? Haha, och Miro, Miro, już tak nie szarżuj. Wiadomo, że zepnę, ale w ramach prywatnego żarciku mogłam sobie podrzucić podobne wizje. Nawet ja mam do nich prawo, w końcu nie jestem bez skazy.
       Wydawało mi się, że wszystko, co mówi Savvy zawsze brzmi tak doskonale, a jednak imię naczelnego dryblasa w jego ustach było tak samo nieprzyjemne, jak zawsze. Potrzebowałam chwili, aby dotarło do mnie, co też ma na myśli członek drużyny, a kiedy to stało się jasne, mimowolnie się uśmiechnęłam. No ideał! Martwi się nawet o takie zło wcielone, niegodne jego uczuć, jak ten cały Dashiell. Dla niego każdy zasługuje na ciepło i zrozumienie!
       - Rozumiem, że Dashiell jest załamany, ale muszę wykonywać swoje obowiązki - powiedziałam niepewnie, czując się, jakbym tkwiła między młotem, a kowadłem. Odetchnęłam głębiej i przeniosłam spojrzenie na swojego zastępcę. - Wiem, że policja mogłaby się tym zająć, ale myślę, że to ładniej z naszej strony wygląda, kiedy oferujemy im pomoc - wyjaśniłam swoje stanowisko w tej sprawie. Nie musiałam tyle w to ingerować, jednak prawda była taka, że chciałam. Zawsze tak to wyglądało, tak długo, jak ktoś prosił o pomoc, nie umiałam jej odmówić, bo przecież wychodziłam z założenia, że dam radę ze wszystkim, tym razem nie miało być inaczej. Najwyżej nieco mniej czasu poświęcę na sen i wszystko się zepnie ze sobą.
       Do Savvy'ego napisał trener, więc zamilkłam na jakiś czas. Kiedy podzielił się z nami nowiną, zacisnęłam usta w wąską linię i pokiwałam głową spokojnie. Przyjęłam to do wiadomości bardzo profesjonalnie, chociaż bez pana Day'a było spokojniej, to dobrze, że wrócił. Lepszy znany kłopot, niż niepewność, prawda?
       Zaskoczyła mnie za to wiadomość o naleśnikach, przy czym entuzjazm Eugene już zaskoczeniem nie było. Wunsche poszedł się ubrać, więc ja siłą rzeczy ruszyłam niepewnie za Azjatą. Przyznaję, stresowałam się, byliśmy we dwoje, a ja nie wiedziałam co mam powiedzieć. Jaki temat poruszyć? Może zapytać, czy oglądał wczorajsze wiadomości? Był ciekawy artykuł o nowych restrykcjach w rolnictwie. Tylko, czy to dobra opcja? Sama nie byłam pewna, a ostatecznie zrezygnowałam, kiedy uświadomiłam sobie, że jesteśmy już w kuchni, a on zabrał się za robotę, podczas gdy ja stałam, jak wryta.
       - Pomogę ci - ocknęłam się od razu podwijając rękawy. Nie chciałam jednak też mu wadzić. - Może ty zrobisz naleśniki, a ja farsz? - mruknęłam patrząc na wyciągnięte przez niego jabłka i cynamon. - Jeśli mi nie ufasz, możesz mnie kontrolować, ale potrafię gotować. Tak jak należy - uśmiechnęłam się ponownie i wzięłam za mycie jabłek.
       To było miłe i takie inne, poza tym trochę, jakbyśmy byli rodziną. W końcu czy jest coś przyjemniejszego, co można robić z mężczyzną, jak wspólne gotowanie? Nie wydaje mi się. Uśmiechnęłam się do tych myśli, rozluźniając się znacznie podczas krojenia owoców. Takie czynności były czymś znajomym i odprężającym, więc na moment mogłam zapomnieć o stresie, jaki on we mnie wywoływał.
       - To miłe, widzieć, że ktoś, kto gra w hokeja potrafi też zająć się takimi czynnościami, jak robienie naleśników - zaśmiałam się zerkając na niego od boku, a wtedy coś przykuło moją uwagę. - Och, włosy ci lecą na oczy, możesz dostać zeza - powiedziałam rzeczowo i nim się powstrzymałam, wyciągnęłam dłoń, aby poprawić kosmyki. Dopiero gdy wsunęłam je za ucho mężczyzny, dotarło do mnie co zrobiłam i naraz cała czerwona odwróciłam się raptownie.
       - Przepraszam! Nie, nie, nie pomyślałam co wyrabiam! - pisnęłam wlepiając wzrok w owoce. Słyszałam, że zbliża się Eugene, ale nie podniosłam na niego wzroku. A przynajmniej do momentu, w którym między chłopakami nie doszło do małej katastrofy. Przyłożyłam dłoń do ust, ale zaraz zaczęłam działać. Szybko zmoczyłam szmatkę i zbliżyłam się do Eugene, odrzucając naleśnika.
       - Spokojnie zaraz to zapierzemy i będzie jak nowa - powiedziałam takim tonem, jakim mama uspokaja dzieci i natychmiast wzięłam się do zmywania plamy z ciasta. - Zabierz dłonie, przeszkadzają - mruknęłam jeszcze, marszcząc czoło.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#68 24-01-2019 o 21h16

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/523912811617845251/unknown.png

     Savvy cholernie nie lubił, jak ktoś kręcił się po kuchni w tym samym momencie, co on. Korzystając z kuchni w akademiku musiał się do tego przyzwyczaić, mimo tego, nikt nigdy nie przygotowywał z nim jednego dania. Nie śmiał jednak powiedzieć o tym Mirabelle, która tak grzecznie i ze szczerą, miłą chęcią zaoferowała mu swoją pomoc. Rozgrzewając patelnię na naleśniki zerkał na jej dłonie pod wodą, na to, jak myła owoce i obierała je. Myślał o tym, co powiedziała mu względem Dasha, nie umknęło też jego uwadze to, że używała pełnego imienia Huntera. Lekko go to dziwiło, ale postanowił się nie wtrącać. W końcu Dash powiedział mu już, jak wygląda jego relacja z przewodniczącą. Próbowała go zagadywać, ale Savvy w większości nie był w stanie wykrzesać z siebie rozwiniętej wypowiedzi. Odpowiadał prosto, wręcz rzeczowo, czasem uśmiechał się lekko, aby nie poczuła się źle. Kolejne porcje lądowały na talerzu, którego zawartość stawała się coraz wyższa.
     -Kiedyś lubiłem gotować i robiłem to często. Po wyprowadzeniu się z domu było już z tym różnie- wspomniał.
     Sam nie wiedział, czy założenie, że nie potrafi smażyć naleśników z racji z tego, że gra w hokej, bardziej go uraziło czy zaskoczyło. Przecież miał wiele zainteresowań, a hokej był tylko jednym z nich. Jeszcze by się Mirabelle Herriot zdziwiła, ile potrafię, pomyślał. Po chwili mimowolnie zadał też sobie pytanie: czy Mirabelle lubiła dotykać innych ludzi, czy to naprawdę było kwestią przypadku? Dziewczyna odgarnęła kosmyk jego włosów, a on rzucił krótkie podziękowanie, uciekając wzrokiem w bok i rozważając kolejne teorie. Może próbowała go poderwać? Albo sprawdzić, jak się zachowa?
     Cienkie ciasto na patelni zaczęło przybierać brzydką dla naleśnika barwę. Kiedy tylko Savvy usłyszał głos za sobą, poruszył gwałtownie ręką. Patelnię złapał w ostatnim momencie, natomiast ciasto wylądowało na koszuli jego przyjaciela. W kuchni pojawiła się Pearl, a Mirabelle zaczęła działać od razu.
     -Eu.. gene- wydukał, podenerwowany lub wystraszony. Wyłączył palnik, próbując jakoś zbliżyć się do chłopaka i zobaczyć, co narobił. Wciągnął powietrze niespokojnie, chwytając za kołnierzyk blondyna mimo tego, że Mirabelle już wycierała plamę. Materiał ubrania był cienki, co oznaczało, że mógł naprawdę go poparzyć. I wolał sprawdzić to od razu. Bez pytania rozpiął pierwsze guziki i odchylił materiał. Centymetr pod lewym obojczykiem Gene widniało delikatne zaczerwienienie.
     -Przepraszam- powiedział, przejmując wilgotną ściereczkę od dziewczyny. Odwrócił ją na drugą stronę i przyłożył do ranki, aby zimnem materiału zniwelować ból.
     Podnosił wzrok, kiedy w połowie uznał, że nie chce patrzeć ani na Eugene, ani na Mirabelle. Spojrzał, więc w bok, prosto na koleżankę z drużyny.
     -Cześć, Pearl- przywitał się, przypomniawszy sobie, że wcześniej tego nie zrobił. Dopiero po zatrzymaniu wzroku chwilę na dziewczynie, spojrzał na pozostałą dwójkę, ale to do Eugene się zwrócił.
     -Dokucza ci jeszcze?- zapytał, mając na myśli pieczący ból. Savvy wiedział, że takie drobne urazy bywają naprawdę wkurzające. –Powinno zejść całkowicie za kilkanaście godzin. Przepraszam, Gene, nie wiem, jakim cudem to zrobiłem. W tamtym filmie, co oglądaliśmy ostatnio, pewnie pokazaliby tę scenę w zwolnionym tempie, prawda?- Po tych słowach odsunął się i ponownie zmoczył ściereczkę pod zimną wodą, aby oddać ją Eugene. Mógł przyłożyć okład sam. Widok dwójki facetów stojących tak blisko siebie przez długi czas mógł wydać się dziwny, a przecież Savvy nie chciał, żeby ktoś sobie coś pomyślał.
     Postawił talerz z parującymi naleśnikami na stole, zaraz obok jabłek z cynamonem, które przygotowała przewodnicząca. Ruchem głowy zachęcił ich, aby zajęli miejsca, a sam podszedł do zlewu i zaczął myć najpierw miskę, później patelnię.
     -Będziesz robić omlet, Pearl? Nie zjesz z nami?- zapytał.


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Online

#69 24-01-2019 o 21h42

Straż Absyntu
Okinkow
Szeregowiec
Okinkow
...
Wiadomości: 117

https://fontmeme.com/permalink/190112/9d927829e449967ec85c936402e3a088.png


   Jak zwykle w weekend obudziłem się około piątej, żeby obyć dłuższy trening. Przeciągnąłem się myśląc, jak bardzo mi się nie chce. Jednak wiedziałem, że każda minuta treningu jest bardzo ważna. Przecierpię teraz a resztę życia przeżyję jak mistrz.
   Podniosłem się, przebrałem w strój do ćwiczeń, czyli spodenki sportowe i koszulkę na ramiączka. Podobnie jak poprzedniego wieczora przygotowałem sprzęt i stanąłem przed drążkiem. Wziąłem głęboki wdech i potrzymałem powietrze kilka sekund w płucach, po czym pozbyłem się go w powolnym wydechu. Powtórzyłem czynność kilkukrotnie i chwyciłem rękami narzędzie tortur.
   Wisiałem przez chwilę po czym napiąłem mięśnie.
   - Raz!


   - Czterdzieści dziewięć... pięćdziesiąt. - puściłem drążek i natychmiast usiadłem na podłodze, czułem jak trzęsie mi się każdy mięsień, a ciało jest wycieńczone.
   Nie było takiego skrawka mojej skóry, która nie byłaby zroszona potem. Zacząłem żałować, że wprowadziłem nową serię treningową, była faktycznie mordercza, prawie o połowę cięższa od poprzedniej. Wcześniej robiłem trzy serie po pięćdziesiąt podciągnięć, a teraz ich liczba zwiększyła się do pięciu. A do tego dochodziły inne ćwiczenia, już czułem, że jutro dowiem się o kilku nowych mięśniach w swoim ciele.
   Wszedłem pod prysznic i odkręciłem zimną wodę. Syknąłem gdy ciecz dotknęła gorącej skóry, ale poczułem, że moje mięśnie się rozluźniają.
   Po wyjściu nakryłem włosy ręcznikiem, żeby je osuszyć, na szczęście dzięki temu, że były dość krótkie, nie schły tak długo. Powinny być suche po śniadaniu.
   W pokoju spakowałem wszystko co było mi potrzebne zarówno na trening hokeja, jak i koszykówki. Mimo iż nie wiedziałem jeszcze kiedy jest jakieś spotkanie, uznałem, że raczej wpuszczą mnie na salę abym poćwiczył.
   Po zejściu na dół i zostawieniu torby przy wyjściu, skierowałem swe kroki do kuchni. Uznałem, że pancakes z syropem klonowym na śniadanie będą idealne. Przynajmniej Soph się ucieszy, mama pewnie zje przeglądając jakieś raporty.
   Gdy na stole stała już ładna kupka kalorii do tego obok syropu i nutelli uznałem, że mogę się zbierać.
   
   W drodze do hali sportowej, przechodząc niedaleko akademików zauważyłem gościa, który biegnie z kotem. Zdziwiłem sam siebie, że mnie to zdziwiło. Niby norma, a jednak w mojej głowie pojawiła się myśl, że akademiki to dziwne miejsce.
   Tuż przed halą poczułem wibracje w kieszeni. Wyjąłem telefon, dostałem wiadomość od trenera hokeja: Zachary, dzisiaj większość Miśków zbija kaca, ale są też ci, którzy powstrzymali się wczoraj od imprezowania. Daj znać, jeśli masz czas, chętnie zapoznam cię z moimi najlepszymi graczami przed poniedziałkowym treningiem.
   Westchnąłem. Z jednej strony wiedziałem, że mnie to czeka, a z drugiej miałem wrażenie, że nie będę ciepło przyjemny, zwłaszcza przez najlepszych graczy. Sam fakt, że trener przyjął mnie teraz znaczyła o tym, że sam nie jestem słaby. Mam tylko nadzieję, że nie będą mocno konfliktowi. 
   A z drugiej strony, może będzie okazja na jakiś ciekawy sparing.
   Odpisałem trenerowi, że chętnie i wszedłem  na halę, czekałem aż trener mi odpisze.
   Wszedłem na salę, był tam tylko jeden chłopak, z tego co trener mówił nazywał się Egil Birdsson, kapitan drużyny. Odwrócił się w moim kierunku trzymając piłkę w rękach.
   - Orientuj się - rzucił gdy zdejmowałem torbę i kurtkę. Złapałem piłkę i zacząłem kozłować. Patrząc na siłę podania, chyba brał mnie na poważnie. - Co powiesz na małe jeden na jeden?
   Nie dałem tego po sobie poznać, ale bardzo się ucieszyłem.


Le ja gdy już mam pomysł na nowe opowiadanie.https://media1.tenor.com/images/17bd3be08bd1391250ea2acd3566b461/tenor.gif?itemid=13053523

Offline

#70 25-01-2019 o 02h39

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

.......................................................................................https://zapodaj.net/images/90f58bfbaabd4.png


       Na mojej twarzy pojawił się łobuzerski uśmiech, którego nawet nie planowałam ukrywać. Dbał o mnie, przynajmniej on jeden, chociaż wiedziałam, że to nieodpowiednie. Zdecydowaliśmy się coś skończyć, ja sama mówiłam przecież, że to nie dla mnie, odepchnęłam to od siebie, a nadal czerpałam z tego, że nie skreślił mnie tamtego dnia ze swojego życia. Bezczelnie wykorzystywałam to, że jest chętny mi pomagać, chociaż przyzwoitość mówiła, że powinnam kazać mu wyjść, albo nigdy go tutaj nie zapraszać, ograniczyć nasz kontakt, a już na pewno nie pozwalać mu na to wszystko. Ściąganie butów, rozpinanie sukienki. Mimo to robił każdą z tych czynności, a ja tylko udawałam, że to nic takiego, że wcale nie budzi miliona wspomnień.
       Uśmiech na mojej twarzy zmienił się nieco, gdy nazwał nas drużyną, gdy zdrobnił moje imię, tak jak mało kto robił w moim życiu. Dobrze więc, że w tej chwili odwróciłam się do niego tyłem, bo być może z tej miny przeczytałby więcej, niż chciałam mu pokazać.
       - Następnym razem cię okłamię - prychnęłam, chociaż oboje musieliśmy wiedzieć, że jest to jedna z tych słynnych obietnic bez pokrycia.
       Mi tam nie przeszkadzało to, że Dash wybrał mnie zamiast Warrena, jednak uwagę tą wyjątkowo postanowiłam zostawić dla siebie. Dopiero wzmianka o cnotce mnie szczerze zainteresowała. Zakład? Ciekawe jaki... może jej coś ukraść? Tego jej pożal się składaka, albo skarpetki rodem z paczki daru dla powodzian! Opcji było wiele, jednakże jeśli taka akcja się kroiła, dlaczego nie wiedziałam od niej od początku? Przecież mogę pomóc, mi nawet łatwiej uprzykrzać życie temu bezguściu, bo jesteśmy tej samej płci... a przynajmniej według ogólnie przyjętych zasad, bo co do Herriot nie jestem tego pewna. Bóg jeden wie, co też chowa pod tymi swoimi swetrami, ale to jedno z tych pytań na które wolałam nie poznawać odpowiedzi. Pewnie coś z nią jest nie tak. Słyszałam, że zamiast przebierać się z innymi w szatni, chodzi do kabiny toaletowej. Nie można być aż tak wstydliwym, chyba, że k**** ma się czego wstydzić, a patrząc na nią, to by mnie to nie zdziwiło!
       Przewodnicząca działa na mnie, jak płachta na byka, dlatego też skupiłam na jej osobie swoją uwagę i dopiero kolejne słowa Dasha pomogły mi wrócić na ziemię.
       - Jak zamarznę, to mnie rozgrzejesz - wzruszyłam ramionami. Skoro on był bezczelny, to ja też mogłam. Tak to sobie tłumaczyłam. Spojrzałam w dół, na swoją bieliznę, teraz siedząc na łóżku, okryta jedynie do pasa. - Nowy zakup, kupiłam jeszcze taką samą w czerwieni. Proszę, już jesteś na bieżąco - nie krępowało mnie to w żaden sposób. Jakżeby mogło?  To tylko gadanie o pierdołach o których i tak wszyscy rozmawiają. Żeby mnie zawstydzić potrzeba było czegoś więcej, zadanie niemalże tak samo niewykonalne, jak doprowadzenie mnie do płaczu.
       Uniosłam wzrok na koszulkę, którą trzymał Dash. To nie tak, że o niej zapomniałam. Korzystałam z niej nadal, a jego żart chociaż podły, chociaż trafił tam, gdzie powinien, żeby zaboleć, to jednak spotkał się zaraz z moim kpiącym, nieco wyzywającym wyrazem twarzy.
       - Żebyś ty wiedział, co robię w samotne noce - brew zadrżała niebezpiecznie, wytrzymałam jego spojrzenie, a następnie prychnęłam, co miało sugerować, że to były żarty. Sugerować. Poza tym Dash się do mnie zbliżył, a ja uniosłam ręce tak, jak tego chciał. Akurat wtedy zadzwonił mu telefon, a ja przygryzłam dolną wargę swoich ust, nadal nie czując się zbyt dobrze. Przede wszystkim wcale nie chciałam zostawać sama, a to było już szczególnie żałosne.
       Przysłuchiwałam się rozmowie, nawet tego nie kryjąc. Napiłam się jeszcze wody w międzyczasie, a kiedy mężczyzna skończył mówić przez telefon, przeniosłam na niego spojrzenie. Moje oczy otworzyły się szerzej, gdy powiedział o Day'u. Hunter pocałował mnie w czoło, a ja nadal tak siedziałam i sama nie wiem kiedy, ani skąd wzięłam siłę na to, by zerwać się na równe nogi.
       - Idę z tobą! - oznajmiłam, jakbym zapomniała o tym, w jakim jestem stanie, albo, że mam na sobie jedynie jego koszulkę. To wydawało się tak mało istotne w tamtym momencie. Tylko, że abstrahując od tego, dlaczego miałabym tam pójść? Przecież... Warren nawet nie chce mnie widzieć, cholera! Jęknęłam pod nosem, jakby zła na siebie, a dopiero po tym spojrzałam na Dasha.
       - To teraz się dzieje. Gdzie ciebie szukać? - powiedziałam głupio i wzięłam wdech. - Nie możesz zostać jeszcze chwilkę? Nie chcę być sama - spojrzałam mu w oczy. Poza tym, jeśli Day faktycznie był w takim złym stanie, to jesli teraz pójdzie tam Dash, to jeszcze nie daj boże dojdzie do tragedii. Z drugiej strony martwiłam się o niego. Cholera... War na to nie zasługiwał, a i tak się o niego martwiłam, czułam, że chętnie sama bym już tam biegła, ale musiałam sobie przypominać, że przecież jestem podła, nie ma we mnie uczuć. Nie jestem idiotką. Dlatego nie tylko tam nie pobiegnę, ale też zatrzymam tutaj Dasha! O! Jak dziecinne to nie było i jak sprzeczne z tym, czego sama chciałam.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#71 25-01-2019 o 15h35

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/536296896184975380/unknown.png

     Podczas gdy trener Watson odbierał i wysyłał kolejne wiadomości, skulony Warren zerkał to na jego telefon, to na własne buty. Mężczyzna zmusił go do tego, aby wszedł z nim do środka akademika i usiadł w holu. Widok znajomych z drużyny już się rozmazał. Warren miał ochotę uciec, choć obiecał, że tego nie zrobi. Przymierzył się do tego raz, ale trener zareagował momentalnie i nie pozwolił mu się oddalić.
     -Chcę wziąć leki.-Chłopak skłamał, patrząc na mężczyznę poważnym wzrokiem. –Zamknę się u siebie, nie będę z nikim rozmawiał. Poczytam sobie o tkankach, albo o innych takich ciekawych. Niech mi trener da spokój święty.- Prosił się.
     -Nie, Day. Znam cię. Wiem, że wytrzymasz w pokoju pół godziny, a później wyjdziesz, szukając kłopotów. Prawie cię wyrzucili. Doceń to, że masz dach nad głową, możesz grać i kontynuować studia.
     Warren odwrócił wzrok.
     -O, teraz to trener powiedział. Teraz to naprawdę chcę wziąć te leki. Teraz, tak, idę to zrobić teraz.- Kiedy to mówił, szczerze nie obchodziło go, czy powinien brać swoje tabletki uspakajające. Liczyło się tylko to, że po nich czuł się o wiele lepiej. Wstał i przechodząc trenerowi pod uniesioną ręką, wyminął go. Nie zdziwił się tym, że mężczyzna wołał jeszcze jego nazwisko i szedł za nim, aż do pokoju. Warren zaczął szarpać się z drzwiami, aż w końcu przykucnął przy swojej nierozpakowanej torbie i wziął to, co go interesowało.
     -Day, czy ty nie bierzesz tych tabletek za często? Nie możesz…
     -Spokojnie, trenerze. Jestem pełnoletni, a pan nie jest moją niańką. Skoro lekarz mi pozwolił, to mogę. Wiem, że trener mi nie ufa, ale zapewniam, mój stan psychiczny nie ma wpływu na moją grę.
     -To nie chodzi tylko o grę, Day. Widzę, że coś jest z tobą nie tak.- Na te słowa Warren odpowiedział śmiechem.
     -Day, z tobą jest coś nie tak. Day, wykończysz się. Day, przestań szukać problemów. Day, nie bądź agresywny. Day, Day… A może by tak trener dał mi czasem powiedzieć coś na wizji po meczu, teraz Ethana nie ma, więc ja mógłbym zajmować się mediami. „Panie Day, prosimy o udzielenie wywiadu”. Tak, to byłoby coś! A nie, Dayyy, psujesz atmosferę, Day, życie cię nie lubi. Chciałbym udzielić wywiadu, raz, albo dwa razy. Później pewnie by mi się znudziło, to Dash by się tym zajął. Myślał już trener, kto będzie udzielał wywiadu, jak już wygramy z Wężami? Ja! Ja się zgłaszam!- Uśmiechnął się potulnie, odrzucając opakowanie po tabletkach na łóżko. Plastikową butelkę, wypełnioną do połowy wodą postawił na biurku. Lekarstwa działały od razu, jakby były najlepszym na świecie placebo. Warren tak myślał, ale nikomu o tym nie mówił. Brońcie bogowie, jeszcze straciłyby swoją moc.
     –Chodźmy po Dasha, już mi lepiej.- Zarządził, nie dopuszczając trenera do słowa. Za nic w świecie nie chciał, aby ktoś popsuł mu humor, który zmieniał się tak łatwo.
     –Wiem, gdzie polazł. Pewnie jest u swojej byłej, pantofel jeden. Sierra sama nie dałaby rady dotrzeć do pokoju. A, z resztą, ile właściwie mnie nie było? No nic, chodźmy do ostatniej Chase na tym *********** uniwerku.
     Ale trener nie pozwolił mu tak mówić. Położył ciężką dłoń na ramieniu bruneta i zmusił, aby ten na niego spojrzał.
     -Zabraniam ci żartowania z tego, że Ethan zniknął. Innych bardzo to poruszyło, nie możesz tak po prostu wpaść i…
     Uśmiech z twarzy chłopaka zniknął nagle. Pomyślał, że może powinien zapytać, czy w takim razie lepiej nie byłoby, jakby nie wracał wcale, ale wyszarpał jedynie swoje ramię z uścisku Louisa Watsona i zamknął drzwi na klucz, po czym znowu ruszył przodem, w kierunku damskiej części akademika.
     Do pokoju Sierry wparował bez ostrzeżenia. Nie zapukał, a kiedy zbliżał się do drzwi, kroki stawiał specjalnie cicho i uważnie. Niektórzy studenci już pałętali się tu i tam. War czuł przyjemne zapachy śniadania od strony kuchni.
     -O, Dash, wiedziałem, że tu będziesz, dupku!- krzyknął na powitanie. –Jest taka sprawa. Dowiedziałem się, że teraz ty jesteś kapitanem, ale wywiadu po meczu z Wężami udzielam ja, rozumiesz? W okolicznych liceach są grupy dziewczyn, które przychodzą na nasze mecze dla pana Daya, więc zróbmy im tę przyjemność i dajmy im mnie crushować dalej. Wpadłem na ten pomysł całkiem… przed chwilą. Świetny, nie? A to z tą szybą… On cię okłamał.- Ostatnie zdanie długiej wypowiedzi wyszeptał, całkiem niedyskretnie wskazując na trenera stojącego za progiem pokoju.
     Rozłożył ręce i wyciągnął je do góry, odsłaniając przy tym kawałek biodra i gumkę od bokserek.
     -Warren Day wraca! Niedźwiadki górą, lala!- zawołał.
     Usiadł naprzeciwko Sierry i zbliżając się do jej twarzy, pokazał jej rząd białych zębów.
     -Szykuj koleżanki, blondyna. Potrzebujemy, żebyście skakały, machały pomponami i tak dalej. Sezon zimowy będzie ge-nial-ny!- Zbliżył się do jej ucha, aby powiedzieć coś bardzo cicho. –Miło, że dotarłaś bez mojej pomocy. Prawie się martwiłem. Jak dobrze, że jest Dash.
     Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że doskonale wiedzieli, że zachowanie Warrena nie było naturalne. Nie trzeba było go dobrze znać, żeby wiedzieć, kiedy wziął swoje lekarstwa. Wystarczyło go obserwować.

Ostatnio zmieniony przez Airi (25-01-2019 o 15h36)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Online

#72 26-01-2019 o 23h42

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.........................................................................https://fontmeme.com/permalink/181215/6461cb45e1c2d90b31d0c85082d598e3.png
              Lubiłem przekomarzać się z Sierrą, choć widok jej zaczerwienionych oczu sprawiał, że w myślach nadal planowałem co zrobię temu dupkowi, który jej czegoś dosypał. Poza tym telefon od trenera zupełnie pozbawił mnie resztek dobrego humoru. Bycie kapitanem to niestety nie tylko błysk fleszy i tłumy dziewczyn czekające pod drzwiami. Czasem zdarzały się właśnie takie sytuacje i musiałem się tym zająć. Powinienem porozmawiać z Warrenem, ustalić parę rzeczy... Nie wiem. Zobaczymy co przyniesie przyszłość. No i jeszcze ten nowy, z nim też powinienem pogadać. Przypomniałem sobie również, że jeśli nie chciałem pozbawić się kłopotu, a tym samym stanowiska, powinienem jak najszybciej znaleźć Herriot. Czułem, że to będzie intensywny dzień.
              Niechętnie zacząłem się zbierać, lecz powstrzymał mnie okrzyk Sierry. Już miałem zacząć jej tłumaczyć dlaczego pójście ze mną to bardzo zły pomysł, lecz sama szybko zdała sobie z tego sprawę. Poczułem wyrzuty sumienia, kiedy zauważyłem, że posmutniała. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że mną manipuluje, w końcu znałem ją nie od dziś. Niestety, nie zmieniało to faktu, że sam chętnie bym z nią został. Mógłbym zrobić jej coś do jedzenia, nawet zmyć jej ten cholerny makijaż. Wyciągnąłem rękę i odgarnąłem jej włosy za ucho. Wyglądała jak porzucone dziecko.
- Hej, wiesz, że nie chcę cię zostawiać, porozmawiam z nim, wrócę szybko i...
               Przerwał mi dźwięk kroków i trzaśnięcie drzwi. Spojrzałem w lewo. O wilku mowa.
               Warren w rzeczy samej przypominał wilka, z wyszczerzonymi zębami i agresywną posturą. Nie zmienił się prawie wcale odkąd ostatnio go widziałem.
               Słysząc, że ktoś nadchodzi, odsunąłem się od Sierry, lecz teraz instynktownie chciałem się do niej zbliżyć, sam nie wiedziałem po co. Żeby ją chronić? Przed czym? Skoro Day nadawał się do gry i wpuścili go na kampus, to znaczyło, że wszystko w porządku. Zaczął gadać od rzeczy, po czym przysunął się do Sierry. Obserwowałem w napięciu jak mówi jej coś na ucho. Ledwo zrozumiałem czego chce ode mnie, lecz uznałem, że lepiej się z nim zgodzić. Wyglądało na to, że znowu był na lekach. To dobrze. Że je brał. Tylko po prostu mógłby to robić z daleka od Sierry. Nie chciałem, żeby dodatkowo się stresowała.
- Jasne, chłopie - postanowiłem, że tymczasowo mu przytaknę. Rzuciłem trenerowi desperackie spojrzenie, jednak wyglądało na to, że to zbyt wiele dla niego. Nabrałem powietrza w płuca. Nie podobało mi się, że Warren coraz bardziej przysuwał się do Sierry.
Tylko spokojnie. Wszystko jest pod kontrolą. Zen.
- Co porabiałeś? - zapytałem, siadając na sąsiednim łóżku. Postanowiłem grać zrelaksowanego. W końcu to nic takiego. Nic, co nie działoby się wcześniej. Na dodatek wyglądało na to, że trener postanowił zostawić mnie samego i gdzieś się zmył. Dzięki, dziadu.


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#73 27-01-2019 o 01h33

Straż Obsydianu
Deny
Pokonała Dahu
Deny
...
Wiadomości: 2 656

.......................................................................................https://zapodaj.net/images/90f58bfbaabd4.png


       Dotyk Dasha był czymś niezwykle znajomym, czego powinnam unikać, jak ognia. Byłam głupia. Jak ćpun, któremu udało się wyjść z nałogu, ale tylko tak asekuracyjnie zawsze miał przy sobie nieco towaru. Tak to wyglądało i w chwilach takich, jak ta było nawet wyraźniejsze, niż zwykle. Wiedziałam, że lubię obecność, zależy mi na niej, bo pamiętałam o wszystkich dobrych chwilach między nami. W zasadzie kiedy był obok zdawałam się być głucha i ślepa na negatywne wspomnienia, a przecież i te były obecne. Kiedy stał przynajmniej dwa metry dalej znacznie łatwiej było mi wierzyć, że jego przyjaźń to wszystko, czego mi potrzeba. Równocześnie jednak nigdy nie chciałam go nikomu oddać. W tym temacie działania nie były zbyt łatwe. Nie mogłam wprost pozbywać się panien z jego życia, bo gdyby miał chociaż cień podejrzeń, że ja za tym stoję... chociaż cień... Wzięłam głębszy wdech. Jak wówczas bym mu spojrzała w oczy? Jakbym powiedziała, że nadal chcę tylko przyjaźni, niczego więcej? Wówczas wyszłabym na idiotkę, a na to nigdy nie mogłam sobie pozwolić.
       Już byłam gotowa odparować jego słowa, wysunąć kolejny argument, ale zamiast tego zauważyłam, jak Hunter się odsuwa, a chwilę potem drzwi do mojego pokoju otworzyły się z hukiem. Odwróciłam się przez ramię patrząc z szeroko otwartymi oczyma na Warrena. Miał tupet! Po tym, jak mnie nie tak dawno potraktował, wchodzi tutaj, jak do siebie! Nawet się nie przywita, tylko z miejsca uderza do Dasha! Jakby mu k**** wszystko było wolno! Może i tak, ale nie ze mną! Poza tym najgorsze było chyba to, od czego zaczął... wiedział, że aktualny kapitan drużyny tutaj będzie. Zatem jestem, aż taka przewidywalna, Warren? Poczułam dziwny wstyd... dziwny, bo ten napadał mnie tylko w obecności Daya. Jakby mężczyzna miał moc nakrywania mnie na gorącym uczynku, jak jakiś rodzic, a przecież ja już dawno przestałam słuchać się rodziców. Jakichkolwiek.
       Day wjechał tu na pełnej k***** gadając coś o wywiadach, niepełnoletnich fankach, a co najgorsze nie był sam, bo za progiem mojej sypialni tkwił trener. Jeszcze jakby tego brakowało, Dash zgodził się na jego propozycję, a ja w tym stanie nieco wolniej kojarzyłam fakty i potrzebowałam jeszcze chwili, by dotarło do mnie, co dzieje się dookoła. Zamrugałam dwa razy, gdy niespodziewany gość się przede mną znalazł.
       Blondyna? Brew mi drgnęła. Zachowywał się inaczej, niż wcześniej. Może wziął leki? Zwilżyłam usta, bo czułam na nas spojrzenie Dasha. Prawdę mówiąc, jeśli w moim życiu istniały dwie osoby, w których towarzystwie czułam się dobrze osobno, ale razem nie wiedziałam, jak się zachować, to był to właśnie Warren i Dashiell. Jakby tego brakowało, po chwili War zbliżył się do mojego ucha, a ja na moment skamieniałam. Dopiero przy ostatnich jego słowach... zdenerwował mnie. Miałam ochotę na niego wrzasnąć, że właśnie ma rację!
       Tak k****, jak dobrze, że jest Dash, bo ty prędzej do zakonu wstąpisz, niż zrobisz otwarcie cokolwiek, co mogłoby sugerować, że ci na mnie zależy! Tak k****, polegam na Dashu! Tym samym przez którego tak cierpiałam, gdy mnie znalazłeś, jak p********* kupkę nieszczęść! Owszem, jestem żałosna! Śmieszy cię to, War?!
       Oczywiście żadna z tych myśli nigdy nie miała opuścić moich ust. Żadna. Jedynie zmrużyłam oczy gniewnie.
       - Ty? Martwiłeś się o kogoś takiego, jak ja? - złapałam go przybliżając tak, abym mogła teraz sama szeptać mu do ucha. - Uważaj, jeszcze opacznie zrozumiem to tak, jakbyś o mnie dbał. Jeszcze pomyślę, że ci na mnie zależy... - syknęłam całkiem jadowicie, a następnie pociągnęłam go nieco na bok, tak, żeby stracił równowagę i upadł na fragment materaca z mojej prawej strony. Sama natomiast podniosłam się z łóżka. Nazbyt energicznie, zakręciło mi się w głowie, ale mimo to parłam na przód, w stronę drzwi. Wydawało mi się, że trener widząc mój stan chciał o coś zapytać, jego wzrok odruchowo jechał na nagie nogi. Prychnęłam natychmiast.
       - Jestem prawie naga. Chyba nie muszę mówić, czym to panu grozi? Do widzenia - wyrzuciłam i jak gdyby nigdy nic zamachnęłam się drzwiami, a te zamknęły się z trzaskiem. Znów poczułam się gorzej. Oparłam się czołem o zamknięte przejście, jeszcze się do nich nie odwracając. Jakoś też nieszczególnie przejęłam się tym, że w takiej pozycji spod koszuli wystawał fragment moich majtek. Może nawet nie myślałam o tym, w głowie mi się tak kołatało, a teraz emocji było jeszcze więcej. Nie zamierzałam jednak pokazywać się przed nimi, jako małe biedactwo, dlatego odwróciłam się po jakimś czasie, opierając łopatki o drzwi.
       - Spokojnie, moje pompony dobrze wiedzą, co mają robić - rzuciłam jeszcze pod adresem Warrena, sama prześmiewczo mówiąc tak o cheerleaderkach. Przy nich mogłam. Ja. Nikt inny. Przyłapałam się też na tym, że gdyby nie było tu Huntera, dodałabym jeszcze od siebie pretensje, że jak on śmie, przychodzić tutaj tak, jakbym liczyła się jedynie wtedy, gdy ktoś ma wykrzykiwać nazwę jego drużyny! Tym razem się powstrzymałam. Podobnie też, gdyby nie było Day'a, pewnie z Dashem zachowywałabym się inaczej. To było... trudne.
       Zerknęłam na swojego byłego.
       - Będziesz go pytał, co porabiał? Tak spokojnie?! - rzuciłam nieco wzburzona. Przeniosłam spojrzenie na drugie łóżko. Moja lokatorka dawno się wyniosła, c*** wie gdzie. Nieistotne. Łóżko zostało, jednakże... teraz zdałam sobie sprawę z tego, że nie mogę tak po prostu wrócić do własnego. Na nim siedział War. Na drugim Dashiell... K****, głowę mi przez nich rozsadzi. Jęknęłam, łapiąc się za nią i zjechałam po drzwiach na ziemię, siadając na niej i przyciągając kolana pod brodę. - A ty?! Wracasz i już musisz robić zamieszanie?! Mało masz problemów?! - tym razem moje wzburzenie skierowałam w Day'a. Mogli sobie być kaptanami, przestępcami, buntownikami, czy kurna rektorami tej uczelni nawet! Ja nie zamierzałam gryźć się w język i obawiać przed daniem im reprymendy. Tylko, że na litość... czy to musiało trafić akurat na dzisiejszy dzień, kiedy byłam w takim stanie. Zassałam powietrze, nieco mocniej zaciskając palce na włosach.
       - Siedzieć na dupach. - nakazałam tak dla pewności, nie kierując tego do żadnego z nich. - Będziemy teraz rozmawiać, jak dorośli - po omacku uniosłam dłoń, a następnie przekręciłam klucz w drzwiach i natychmiast wsunęłam dłoń pod koszulkę, by kawałek metalu wepchnąć do biustonosza. - I gówno mnie obchodzi, czy to sprawy drużyny. Nazywam się Chase i jeśli trzeba zastąpię swojego brata, jeśli nie na lodowisku, to przynajmniej w chwilach takich jak ta. Dash mówił, że musi z tobą rozmawiać, podobno coś się stało... - przerwałam na moment, znów na oddech. Robiłam co mogłam, żeby wyglądać groźne, ale warunki nie sprzyjały. - O co chodzi z tą szybą? - zakończyłam przecierając delikatnie czoło dłonią.
       Proszę. Pierwszy dzień po powrocie Warrena. No i już tyle się dzieje.


https://zapodaj.net/images/401a8d3e378ae.png

https://zapodaj.net/images/84d2c489b65c3.pnghttps://zapodaj.net/images/27b977bf78fe8.png https://66.media.tumblr.com/75440dc255f0a2393eb130157c80ad16/tumblr_phdbnbbhux1uocsx1o1_540.gif https://zapodaj.net/images/d5ab6cc388cf5.png





https://66.media.tumblr.com/97b46c4862ea1d1c6850ac07254b361b/tumblr_owq03gRBxH1umjgk1o3_250.gif https://66.media.tumblr.com/68c9d779b42225419ba32c7f7eecd4dd/tumblr_p7bm7nNye41umjgk1o6_250.gif https://66.media.tumblr.com/aa9fd8c9827fa881c1817afccd27ac65/tumblr_pbsxgq9OKT1umjgk1o7_250.gif







https://zapodaj.net/images/e89e0dc49faed.pnghttps://zapodaj.net/images/7b2c102250eb9.png





https://78.media.tumblr.com/c121f7b50b41b70609b234fcbaecdf4e/tumblr_p816hqQiyl1rdlm3eo1_r2_250.gif




https://zap

Offline

#74 27-01-2019 o 03h08

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

______________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/536296896184975380/unknown.png

     Działanie lekarstw, jakie przyjmował Warren zawsze odbywało się tak samo. W pierwszych kilkudziesięciu minutach Warren był bardzo pobudzony, a jego beztroska i humory bywały wręcz dziecinne. Miał w sobie wiele energii. Później przychodziło właściwie działanie leku, które pozwalało mu się uspokoić i jeśli chłopak dobrze policzył godziny, w porach, których chciał zasnąć, nie musiał brać dawki, która by mu to ułatwiła. Lek przestawał działać po sześciu godzinach od zażycia.
     Day zamrugał oczami, kiedy Dash tak po prostu się z nim zgodził. Przekrzywił głowę w bok i zmarszczył delikatnie brwi, próbując doszukać się w Dashniellu jakiś ukrytych uczuć lub chociaż haczyków w tonie jego głosu. Nie wiedział, czy przytaknięcie go zabolało, czy jednak ucieszyło, więc postanowił zostawić sprawę wywiadów na jakiś czas. Nie na długi, ponieważ mecz był już w piątek. Przysunął się bliżej Dashiella.
     -Mnie zależy tylko na hokeju- odparł spokojnie, nawet na nią nie patrząc.
     -Byłem w Brampton- powiedział krótko, w odpowiedzi na pytanie Dasha. Dalej wpatrywał się w nowego kapitana podejrzliwie. –Czekałem na proces sądowy. Ale zostawmy ten temat na później. Do piwa, czy coś. Ty też się zakładałeś, czy w ogóle wrócę?- Pytanie skierował do niego bez żalu, jakby zakładanie się, nawet o coś takiego, było sprawą naturalną.
     Zamknięcie drzwi przed nosem trenera było czymś, co go poruszyło. Zawahał się, czy nie powinien wstać i do niego pójść, ale nie złamał się. Trener był bardzo spokojny i wyrozumiały w takich momentach, jakby sam brał jakieś tabletki. Mimo wszystko, chłopak zawsze mógł liczyć na tego człowieka. Czasem nawet on czuł wstyd, że tak mu się odpłacał. Warren przez jakiś czas wodził wzrokiem po drzwiach. Gdyby nie to, że miał na sobie ciężkie buty wojskowe, zapewne podciągnąłby nogi na łóżko i usiadł po turecku. Zacisnął usta, obserwując, jak Sierra wkłada metalowy kluczyk pod koszulkę.
     Warren zasłonił oczy dłońmi.
     -Ojej- powiedział. Zrobił dramatyczną pauzę, jakby myślał, co chce powiedzieć. –Sierra, Sierra, Sierra… Nie każ mi mówić czegoś, co sprawiłoby ci przykrość- zaćwierkotał.
     Podniósł się z miejsca i zbliżył do dziewczyny od tyłu, po czym złapał ją w talii. Podniósł ją z łatwością.
     -Co ty sobie myślisz? Że zamkniesz mnie tutaj? A może myślisz, że nie byłbym w stanie sobie wziąć tego klucza?- Nienawidził poczucia mimowolnego zamknięcia. Wywarzył w swoim życiu już wiele zamków. Sądził, że sam o sobie może powiedzieć, że ma w tym wprawę. Trener Watson dopiero go pouczał, że nie powinien szukać problemów. Mimo tego, Day zdążył już ocenić powierzchnię drzwi pokoju Sierry.
     Odstawił blondynkę na podłogę, po czym oparł się o ścianę, blisko klamki.
     -Ethan Chase nie ma dla mnie wartości poza meczami hokejowymi- powiedział prosto z mostu. Zerknął na Dasha ze słabym uśmiechem. –Zdaję sobie sprawę z tego, że drużyna utraciła po jego „zaginięciu”, nie muszę tego widzieć, aby to wiedzieć. Lepiej nie próbuj zastępować go w takich chwilach jak ta, Sierra, ponieważ on nigdy nie rozwiązuje problemów w ten sposób. Jeśli chcesz zachowywać się jak on, to lepiej od razu się zamknij.
     Splótł ręce na klatce piersiowej, ale wyglądało to raczej, jakby było mu zimno, niż jakby chciał przyjąć pozycję obronną w rozmowie. Mimo tego, że mówił najszczerszą prawdę, czuł się jak kłamca. Czasem myślał, że tacy ludzie jak oni naprawdę nie wierzyli w szczerą nienawiść. Czuł się, jakby odbierali jego relację z Ethanem jako zaledwie niechęć, nielubienie. A przecież on go tak bardzo nienawidził.
     -Poza tym, nie chciałem rozmawiać z Ethanem. Chciałem porozmawiać z Dashem. I nie o szybie, tylko o programie treningowym na sezon zimowy.- Skłamał jedynie połowicznie. Były słowa, które Sierra nie mogła usłyszeć. –Trener panikuje- stwierdził ciszej. Przecież nie znali Warrena Daya od wczoraj. Wiedzieli, jaki był.
     Podniósł wzrok na cheerleaderkę, po czym bez słowa uniósł dłoń. Pozwolił jej chwilę patrzeć na mocno zaczerwienione kostki, zanim wrócił do wcześniejszej pozycji.
     -Kogo obchodzi jakaś tam szyba…- mruknął pod nosem. Dla niego ten temat był już skończony, ogólnie niepotrzebny, a warty tylko zapomnienia. -Chodźmy do trenera- poprosił niemal grzecznie, znów zerkając na Huntera.

Ostatnio zmieniony przez Airi (27-01-2019 o 03h32)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Online

#75 29-01-2019 o 17h05

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 108

__________________https://i.imgur.com/u9IP71Z.png?1
    Podczas gdy ja stałem jak słup soli rozpaczając nad ubrudzoną koszulą, jakbym co najmniej dowiedział się, że ktoś zamordował małe biedne szczeniaczki z okolicy, moim przyjaciele rzucili mi się na pomoc. Byłem trochę jak dama w opałach ratowana przez dwóch szlachetnych rycerzy na białych koniach i ze ściereczką w ręce, no może jeden nie był aż tak honorowy skoro właśnie mnie rozbierał, ale to tylko taki mały szczegół. Prawdopodobnie gdyby nie Savvy nawet nie zauważyłbym tego, że coś mnie piecze i się poparzyłem, bardziej zaaferowany byłem moim ubraniem i tym jak bardzo trudno jest sprać ciasto naleśnikowe z niego. No bo dało się wyprać, prawda? Mira mówiła, że tak, a ja jej wierzyłem, mało kiedy się myliła w takich sprawach.
    - Ja zawsze jestem apetycznym kąskiem, nawet bez naleśników na sobie - prychnąłem przyjmując serwetkę od Pearl, po czym gdy Savvy przystawiał mi mokrą szmatkę do skóry, ja spróbował zdjąć jeszcze resztki ciasta. Pewnie inni w takiej sytuacji czuliby się niezręcznie, w końcu staliśmy na środku kuchni, a mieszkający w akademiku studenci mogli pomyśleć sobie różne rzeczy, ale jakoś mnie to nie ruszało. W ogóle nie myślałem o tym, dla mnie było to coś normalnego. Znałem Sava od dzieciaka, raczej nie było tam niczego czego jeszcze nie widział, po drugie ludzie i tak mają lepsze tematy do plotek i jakoś mało mnie obchodziło co mówili, a po trzecie za bardzo przejąłem się moją biedną koszulą.
    - Już prawie nic nie czuję. Nie przejmuj się tym, nie umrę od tego. - Uśmiechnąłem się do niego, starając się mu poprawić humor, tak bardzo się tym przejął, a przecież nic takiego się nie stało, miewałem gorsze urazy niż głupie poparzenie od naleśnika. Przyjąłem od niego mokrą ściereczkę i przyłożyłem do zaczerwienionego miejsca.
    - Chciałbym zobaczyć swoją głupią minę w zwolnionym tempie. - Roześmiałem się. - Mogę się założyć, że taka scena już jest w jakiejś komedii i ja ją znajdę.
    Zająłem swoje miejsce przy stole i włożyłem zimny okład za materiał koszuli, którą już i tak była ubrudzona, więc nie przeszkadzało mi to że się trochę zamoczy. Ważne, że ten prowizoryczny opatrunek działał.
    Nigdy nie trzeba było nie nakładać do jedzenia, dlatego już po chwili miałem sporą porcję naleśników na swoim talerzu, którą pałaszowałem z wielkim uśmiechem na twarzy. Może zabrzmieć to trochę egoistycznie, ale cieszyłem się, że Pearl wolała omlet, to znaczyło, że będzie więcej jedzenia dla mnie, a więcej jedzonka dla mnie to zawsze była najlepsza opcja.
    - Robisz najlepsze naleśniki na świecie! Pearl żałuj, że się nie skusisz. - Zawsze mówiłem to samo, ale co ja poradzę, że to po prostu była prawda. Gdybym miał wybrać jedną rzecz którą miałbym jeść do końca życia to byłyby to naleśniki Sava, ale nie wiem czy jemu by się chciało stać tyle nad patelnią, żeby mnie wykarmić.
    - Oczywiście jabłka też są pyszne - dodałem szybko, nie chcąc zostawiać Mirki bez komplementu.


https://i.imgur.com/IX8Ya5j.gif https://i.imgur.com/EM85ogn.gif https://i.imgur.com/m1f3hzW.gif

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3 4 5