Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 11-02-2019 o 14h01

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 103

https://i.imgur.com/V1YuQVq.gif
• • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • •
K T O ?

TheNightFox jako Aidan Jardine
Raspberry  jako  Killian Izar Keith

• • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • • •

https://i.imgur.com/EghdBRr.png?1

Ostatnio zmieniony przez Raspberry (11-02-2019 o 14h10)


https://66.media.tumblr.com/8bbe4634bf8d420fc7113b559a6637bb/tumblr_prnkqevuhz1tw2hyao6_540.gif

Offline

#2 11-02-2019 o 15h04

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 103


https://i.imgur.com/FIxzfDI.png?1
https://66.media.tumblr.com/18cafdc5faf02ddc25228e457f793796/tumblr_pmwvbzmexN1qeey9xo4_400.gifhttps://66.media.tumblr.com/26579110ad7005c2c64cd25a2d44ad32/tumblr_pmwvbzmexN1qeey9xo7_400.gif
https://66.media.tumblr.com/481fd82a9cc853fb975ceb846722de59/tumblr_pmwvbzmexN1qeey9xo3_400.gifhttps://66.media.tumblr.com/587deda5bf41e9b9532c0e93244e613d/tumblr_pmwvbzmexN1qeey9xo2_400.gif
https://i.imgur.com/FIxzfDI.png?1

https://i.imgur.com/h7ScTjV.png
t h e m e
┌                                                                                                                                   ┐
P O D S T A W Y
i m i o n a  ♢    Killian Izar       n a z w i s k o  ♢   Keith     
w i e k ♢  22l.       u r o d z i n y ♢    8 listopada       z o d i a k ♢   skorpion         
p ł e ć ♢    mężczyzna        o r i e n t a c j a ♢    homoseksualny

k o l o r  o c z u ♢  brązowy       k o l o r  w ł o s ó w ♢  brązowy
w z r o s t ♢  193 centymetry       w a g a ♢  83 kilogramy
└                                                                                                                                   ┘
https://i.imgur.com/FIxzfDI.png?1
https://66.media.tumblr.com/ca85aefe35859e533480ded585ea15fb/tumblr_plulocjAC91y3qx9no3_r1_400.gifhttps://66.media.tumblr.com/e12b28278175e9d5655934b2734db56c/tumblr_plulocjAC91y3qx9no4_r1_400.gif
https://i.imgur.com/FIxzfDI.png?1

Ostatnio zmieniony przez Raspberry (15-02-2019 o 14h21)


https://66.media.tumblr.com/8bbe4634bf8d420fc7113b559a6637bb/tumblr_prnkqevuhz1tw2hyao6_540.gif

Offline

#3 22-02-2019 o 10h50

Straż Obsydianu
TheNightFox
Artylerzysta Straży
TheNightFox
...
Wiadomości: 4 278

https://i.imgur.com/jeGeX1D.png

https://imgur.com/IkrAD2s.png

https://i.imgur.com/Fueh2vp.png

https://imgur.com/ySYH3AE.png

https://i.imgur.com/DfcjWOk.png

https://imgur.com/87gbObU.png

Ostatnio zmieniony przez TheNightFox (22-02-2019 o 12h09)


SAVIOR, BLOODSTAIN, HELLFIRE, SHADOW
https://imgur.com/hwBERPi.gifhttps://imgur.com/51MClyk.gif

Offline

#4 22-03-2019 o 22h27

Straż Obsydianu
TheNightFox
Artylerzysta Straży
TheNightFox
...
Wiadomości: 4 278

........................................................................................................AIDAN JARDINE
    Zdegustowany spoglądał spod przymrużonych oczu na niedomykającą się walizkę. Za wszelką cenę chciał wszystko wpakować do jednej, żeby nie robić sobie piątego koła u wozu. Bez obaw o zgniecenie czegoś usiadł na walizce i całych sił przeciągnął metalowy suwak do końca.
    Opadł z ulgą na wzorzystą pościel. Spędził ostatnią noc w swoim pokoju na najbliższe kilka dni. Przyglądał się półce z komiksami, kolekcji motyli w naściennej gablocie i czarnej fiszce z miętowymi kauczukowymi kółkami. Wiedział, że będzie tęsknił za tą częścią siebie, którą musiał na chwilę pozostawić w Szkocji. Wszystkie małe rzeczy, poczynając od starych zeszytów z intrygującymi minimalistycznymi okładkami po rozlatującą się wypłowiałą wykładzinę, przypominały dzieciństwo w pełni spędzone w tym samym miejscu.
    Pierwsza samodzielna podróż niosła ze sobą ekscytacje i strach, podnieca nie i zaniepokojenie. Zdecydowanie nigdy nie odczuwał czegoś podobnego po wybraniu się po chińszczyznę na drugim końcu miasta. Każdorazowe zerknieciu na zegarek towarzyszyły przewrotu żołądka o niezliczoną ilość stopniu. Wszystko działo się tak szybko, że sekundy stawały się minutami, a minuty godzinami. Życie na utrzymaniu rodziców było czymś fantastycznym, co wkrótce miał utracić. To chyba nazywało się dorosłym życiem, jak mniemał.
    Z poważnych zamyśleń wyrwał go cichy dźwięk rozpruwających się szwów. W mgnieniu oka znalazł się przy zamku walizki. Błękitne nitki trzymające suwak raz po razie odskakiwały od ściegu.
    — Nie! Proszę, nie róbcie mi tego, wytrzymajcie — błagał dwa kawałki materiału przewiązane sznureczkiem.
    Wystawił ręce i przysunął do walizki jakby chciał siłą woli ujarzmić brykające niteczki. Zacisnął powieki najmocniej jak potrafił, aby nie oglądać widoku samoniszczącego się bagażu. Czuł jak cały organizm przestał funkcjonować na parę drobnych chwil. Uruchomił się ponownie po błogiej ciszy uraczającej poddasze. Delikatnie uchylił jedną powiekę mając na celu ostrożne przeanalizowanie sytuacji. Upewniony postawił walizkę w pionie. Do podręcznego plecaka wpakował jeszcze kilka energetycznych batoników zbożowych na czas podróży. Nie obyło się również bez zgarnięcia srebrnego laptopa z nadgryzionym jabłuszkiem, który uwieńczył tobołkowy kanon.
    Z plecakiem na ramionach oraz walizką w ręce rzucił ostatnie spojrzenie na obdrapane meble i niedopuszczające światła zasłony. Coś w nim drgnęło, jakby ustępująca blokada. W trzech krokach podszedł do okna i zamaszystym ruchem odciągnął pożółkły alabastrowy materiał. Popołudniowe promienie słońca wtargnęły natychmiast do przestronnego pokoju, chłonąc możliwość spędzenia w nim choć chwilę. Zauroczył się w drobinkach roztocza, które jak w zwolnionym tempie wędrowały z miejsca na miejsce prowadząc koczowniczy tryb życia. Wyjątkowość takiego widoku zapewniała prawie całoroczna pochmurna pogoda w Szkocji oraz w lecie zamykany dostęp do słońca. Nie musiał tego robić. Chciał. Świrował, bo jak inaczej to opisać? Mimowolnie uśmiechnął się skąpany w bursztynowych wstęgach. Podniosło go to na duchu. Czuł się znaczniej… żywiej. Bardziej ludzko. Jak pełnoprawny człowiek mógł żyć bez zawieszonej nad nim całodobowej kontroli. Na całe siedem dni stał się zupełnie samodzielny, nikt nie miał ingerować w jego decyzje.
    O tym że wycofywał się ze swojego pokoju świadczył odgłos plastikowych kółeczek walizki, które niezgrabnie szorowały i uderzały o ciemne panele jakby chciały zrobić na złość ich naturalnym odgłosem. Wyzwaniem było jednak zejście po schodach od klapy prowadzącej na strych. Gibały się na co dzień, co dopiero przy dodatkowym ładunku masy podobnej do sztangi z siłowni. Do tego że musiał sprowadzić niewspółpracujący z nim przedmiot to przytłaczał go ciężar wypakowanego po brzegiplecaka. A sam Adolf Hitler potwierdziłby mu, że nikt jeszcze nie wygrał na dwa fronty. Dlatego też w połowie przeprawy pozostawił plecak na pastwę Rosjan, a zamierzał ruszyć by rozprawić się z natarczywą Anglią.
    Gdy stał dumnie na parterze z walizka pełną tobołków mógł tylko obserwować jak drugi pakunek zaczyna staczać się po stopniach. Wszystko wskazywało na to, że właśnie przegrał II wojnę światową. Ale jedynym zmartwieniem nie było to, iż jego kraj dzielił się na dwie niezależne od siebie, oddzielnie funkcjonujące części, tylko laptop zatopiony w odmętach batoników zbożowych, fałdach purpurowego płaszcza przeciwdeszczowego i plątaninie śnieżnobiałych kabli. Mógł mieć zaledwie drobny promyczek nadziei, że produkty Apple’a były w stanie przetrwać nalot bombowców.
    W korytarzu obok szafki z butami ustawił bagaże, aby grzecznie na niego czekały. W tym czasie przeszedł do kuchni z krzątającą się matką. Josephine w starannie upiętych bordową klamra blond włosach była bardziej przejęta wyjazdem syna niż ktokolwiek inny.
    — Mamo. widziałaś tę karteczkę, którą ostatnio przeniosłem z miejsca na miejsce? Wydaję mi się, że zostawiłem ją na biurku, ale nie. Nie znalazłem jej tam — powiedział podchodząc do świerkowej szafki, której zawartością było kartonowe pudełko wypełnione Lucky Charmsami.
    Od tygodnia mieszkańców domu nękał mały kawałek samoprzylepnego białego papierku z adresem. Aidan chciał mieć ciągle oko na zawistnej karteczce, która ukrywała się przed nim jak tylko potrafiła. W efekcie ciągle ją gubił. Nie pomagały rady, aby pozostawić ją w jednym, stałym miejscu. Choć po tygodniu znał jej treść na pamięć, jakby wszystkie literki i cyferki stały na żywo przed nim, nadal upierał się, żeby na wszelki wypadek ją zachować. W rzeczywistości nie wyrzucił jej do kosza razem z innymi śmieciami tylko dlatego, że dostał ją od samego mieszkańca wyskrobanego na papierku adresu — przyjaciela z liceum, którego widział całe wieki temu.
    — Spakowałeś tran? — Kompletnie zignorowała pytanie, podczas gdy Aidan w pośpiechu wlewał mleko do ceramicznej miseczki.
    Wzdychnął. Od dnia poprzedniego dopytywała o rozmaite drobiazgi takie jak dodatkowe bokserki, ładowarka czy krem z filtrem. Co prawda niektóre okazywały się być niezwykle przydatnymi. Tran był fundamentem podróży. Bez niego zostałby przywiązany przez rodziców łańcuchami do łóżka na wieczność. Doskonale pamiętał jak wciskał jedno opakowanie między mniejsze lub większe pudełeczka w walizce. Drugie miał zaś pod ręką tuż pod suwakiem najmniejszej przegródki w plecaku. Nawet gdyby zapomniał mógłby zakupić do w każdej londyńskiej aptece.
    — Mhm — mruknął obojętnie, przeżuwając płatki oraz kreśląc łyżką okręgi w mleku. Na białej tafli tworzyły się łagodne fale jak podczas rzutu kamykiem w wodę. — I tak, dwie paczki — dodał szybko z energicznym wycelowaniem łyżki w stronę matki, która dostała odpowiedź na pytanie, zanim je zadała.
    Naprawdę doceniał troskę jaką darzyła go Josephine, ale od kilku miesięcy w Stanach mógł legalnie kupować alkohol, co utwierdziło go w przekonaniu, że powinien być niezależny. Przynajmniej machinalnie potrafił odpowiedzieć na pytania dotyczące wyjazdu. Choć uznawał, że mama powinna wziąć solidny urlop i zająć się sobą, wiedział, że był wyjątkowym szczęściarzem, mając taką kobietę w rodzinie.
    — Parasol?
    Atak z zaskoczenia.
    — Aye, aye, kapitanie — Natychmiastowa odpowiedź.
    Ostrożnie włożył pusta miseczkę do zlewu i zalał wodą, żeby resztki nie przywarły do ścianek na amen. Josephine wyrwała się od agresywnego siekania nożem cebuli na obiad. Położyła przepracowane ręce na ramionach Aidana i spojrzała na niego. Jej twarz usiana była słonymi migoczącymi kropelkami, które wyglądały jak drobne diamenciki. Skrzyły się w świetle refleksów słońca zerkających do kuchni. Zapadnięte policzki i sine worki pod oczami świadczyły o całoetatowej pracy pielęgniarki i kelnerki w pączkarni.
    — Podczas lata w Londynie potrafi być naprawdę upalnie. Pamiętaj żeby nakładać pięćdziesiątkę, a przy dłuższych spacerach obowiązkowo spodnie za kolano. Żadnych spodenek.
    Zdawało mu się, ze poważny jak grób wzrok oraz stanowczy głos kontrolowały go. Jakby nie miał nic do powiedzenia. Bo nie miał. Te wszystkie regułki wpisywały się w swoisty albinosowy dekalog. Do przestrzegania na każdym kroku.
    — Płaczesz? — zapytał.
    — Co? To? — Wytarła zwinnym ruchem dłoni zaszklony policzek. — To od cebuli, nadal nie znalazłam odpowiedniego sposobu na zatrzymanie łez — wytłumaczyła.
    Nie musiała przy nim kłamać. Oboje dobrze wiedzieli o nieautentyczności tych słów, ale Aidan nic nie powiedział, tylko się uśmiechnął.
    Przytulił o głowę niższą Josephine z całych sił. Podbródek oparł na jej satynowych włosach, nigdy nie farbowanych, intensywnie pachnących podróbką Diora i malinowym szamponem. Kto jak kto, ale ona nie kolekcjonowała flakoników perfum, za to ponad życie miłowała swoje plastikowe pojemniczki z przeróżnymi balsamami do ciała, zamknięte za szklaną szafką w łazience. Nawet Aidan kusił się na podkradanie tych o zapachu karmelowym. Pomagały w zmaganiu się z przesuszoną skórą, którą niegdyś często miewał. Do tego lubił zapach pokoju przesycony wonią balsamu. Czasami przyłapywał siebie samego na fetyszowym obwąchiwaniu pobalsamowanego po prysznicu ciała.
    — Karteczka jest nad kominkiem obok Nowego Jorku — odpowiedziała po dokładnym przepytaniu syna z listy rzeczy do podróży.
    Aidan wypuścił matkę z objęć i zaczął energicznym krokiem iść w stronę salonu.
    — Gdybyś o tym nie wspomniała, zapomniałbym, serio — odkrzyknął z pokoju obok.
    Po całym domu rozniósł się perlisty śmiech Jose.
    — Myślisz o tym od tygodnia, a i tak w ostatnim momencie byś zapomniał. Cieszę się, że nie zapominasz głowy, kiedy idziesz na zakupy — wypomniała mu.
    — Może dlatego, że przygotowuję listę?
    Jednak odpowiedziało mu tylko zdławione pstryknięcie włączanego czajnika, a następnie bulgot gotującej się wody. Często miał takie epizody w swoim życiu, w których starał się intensywnie myśleć o danej sprawie, żeby pamiętać, a finalnie wszystko wylatywało we wielką eteryczną czasoprzestrzeń nieuporządkowanych myśli kłębiących się w jego mózgu. Świetnym przykładem byłoby tworzenie wróżb na Andrzejki w podstawówce. Mimo długiego czasu jaki posiadał na przygotowania materiałów, wymyślał wszystko na ostatnia chwile, przez co ojczym pomógł mu w uporządkowaniu wszystkiego. Karteczka jednak była czymś sentymentalnym dla niego, nie dla innych. Robił to dla siebie, a jednak zapomniał. Poczuł, że spotkanie w kuchni było ostatecznym pożegnaniem, dlatego od razu chciał zabrać każdą rzecz i wyjść w stronę przystanku. Jakby było to chwilowym wydziedziczeniem ze słowami: „Czas już iść w świat”.
    Stanął przed kominkiem, na którym leżały liczne obrazki lub pamiątki. Wisiały na nim jeszcze świąteczne skarpety w białe jak ulepione z puchatego śniegu renifery. Nikt nie podjął się zdjęcia ich, bo znośnie komponowały się z czerwoną ozdobną cegłą okalającą niewzruszone ognisko. Stopy Aidana zatopiły się w włochatym dywanie ze sztucznego futra lisa. Uwielbiał przyjemne uczucie sztuczny sierści między palcami. Bardziej ekologiczny zamiennik nie dorównywał jednak oryginałowi. Po kilku miesiącach włosy się posklejały i nie były tak aksamitne jak na początku, ale nikt w jego domu nie ośmieliłby się na kupno naturalnego futra. Matka szanowała zwierzęta i uważała takie czyny za bestialskie, a ojczym pracował przez kilka lat jako leśniczy, dlatego ochronę zwierząt miał wpojoną.
    Sam dywan znalazł się w salonie zupełnie przypadkiem. Pewnego wiosennego dnia ciotka Josephine wparowała na Princes Road 12 oznajmując, że na domowej wyprzedazy utargowała dywan i pod pretekstem urodzin Jose oddała go w jej ręce. Tak naprawdę tamtego dnia chciała przehandlować miłe zakwaterowanie na kilka dni. Suma summarum okazało się, iż futro perfekcyjnie pasowało do ogólnego, przytulnego klimatu pomieszczenia.
    Cały pokój utrzymany był w ciepłych kolorach. Cynamonowe, skórzane, wytarte od używania sofy, rdzawe, przykominkowe cegły, herbaciany dywan. Chłonął każdą możliwość przebywania przed rozpalonym kominkiem z rozgrzewającym wychłodzone dłonie Earl Grayem w półlitrowym pastelowoniebieskim kubku. Obserwowanie pląsających płomyków i odgłosy skwierczącego drwa działały bardziej uspokajająco niż jakiekolwiek ćwiczenie antystresowe, a w czasie srogich zim ciepło oddawane przez szybę było najskuteczniejszym planem na ogrzanie ciała. Żar okalający twarz był wyjątkowym uczuciem, którego nie potrafiło dawać nawet słońce w skwarne dni na południu Europy. Kominek był dla Aidana substytutem słonecznego upału, ale każdy zamiennik nadawał się tylko jako mizerna namiastka naturalnego ciepła.
    Kompletnie nie rozumiał ludzi podziwiających jego śnieżne włosy i skórę porcelanową niczym materiał lalek BJD. Z kolei jeszcze okropniejszym było słyszeć, że chcieli być jak on. Tego chcieli? Ograniczeń na każdym miejscu gdzie by się nie pojawił? Nie. Nie możesz. Nie powinieneś. Dermatolog to, dermatolog tamto. Chętnie zamieniłby swoje życie z przeciętnym Johnem albo Jane Doe gdyby nie rodzina. Wikipedia profesjonalnie określała to jako zaburzenie genetyczne, on traktował albinizm jako piąte koło u wozu, kulę u nogi, wrzód na dupie. Na jego oczach czas uciekał mu jak piasek przez palce, a on nie miał zielonego pojęcia co z tym robić. Ponadto świat działał tak, aby w każdym możliwym momencie przysłowiowo go wydymać.
    Nie musiał szczególnie dopatrywać się, żeby odnaleźć pożółknięty kawałek papieru z zaschniętymi kleksami po kawie. Nadal miał za złe ojczymowi, że użyczył sobie jego karteczki jako podkładki pod kubek, kiedy stawiał napój na stoliku przed kanapą. Rzeczywiście karteczka leżała obok Nowego Jorku, a raczej kuli śnieżnej z Nowego Jorku z miniaturą Manhattanu. Bądź co bądź nigdy nie postawił nogi w Ameryce, ale pamiątkę zawdzięczał kuzynostwu ze Stanów, które wysłało kulę na Gwiazdkę.
    Na papierze stał dumnie napisany czarnym tuszem angielski adres. Chłopak mimowolnie się uśmiechnął. Wepchnął niezdarnie karteczkę do tylnej kieszeni tuż obok telefonu. Nie tracąc ani chwili dłużej podążył ku wiatrołapowi. Ciaśniej niż zazwyczaj zasznurował swoje styrane białe trampki gdzieniegdzie popisane niebieskim długopisem. W zasięgu jego wzroku zjawiły się czubki baletek. Nie musiał unosić głowy, żeby wiedzieć, że jego matka stała nad nim gotowa na pożegnanie, ale odruchowo to zrobił. Niepewna i cała w nerwach gryzła od środka policzek.
    W końcu wstał. Nie do końca wiedział, co miał począć. Patrzył się tylko na matkę. Ostatnim razem był w takiej sytuacji, kiedy wyjeżdżał, aby ukończyć ostatnią klasę liceum. Sporo minęło od tamtego czasu.
    — Zadzwoń jak będziesz na miejscu — zagaiła Josephine, wyrywając ich z niezręcznej ciszy.
    Ostatni uścisk, tym razem dużo krótszy od poprzedniego, ale równie emocjonalny. Skinął kilkakrotnie głową, aby potwierdzić. Słowa boleśnie ugrzęzły mu w gardle, a on nigdy nie był mistrzem podczas ckliwych pożegnań oraz rozstań i nie chciał, żeby takowym się stało, dlatego szybko oderwał się od rodzicielki. Zarzucił plecak na plecy i zgarnął zimny uchwyt walizki, czując jej felerny jakościowo plastik. Prawą dłonią ostrożnie otworzył drzwi. Wyszedł na ganek i zniósł po stopniach swój bagaż, aby w końcu móc ciągnąć go na walizkach po chodniku. W połowie betonowej ścieżki do bramki zatrzymał się. Może wydawało się to być tanim chwytem z sztampowych filmów romantycznych, kiedy dziewczyna bądź chłopak szli do odprawy, ale i tak się odwrócił. Zobaczył, że matka śledziła każdy jego krok, stojąc w stosunkowo niewielkich drzwiach oparta o framugę. Posłał jej nieporadny uśmiech i nie myśląc o tym dłużej, ruszył wartkim krokiem przed siebie.
    Lato w Newton Stewart było przyjemne. Chłodne pasma wiatru wplątujące się w śnieżnobiałe włosy oraz okalające odsłonięte kończyny łagodziły ciepłe promienie słońca. Nie było gorąco, bo jakby mogło być, jednak ciepło na tyle, by wyjść w krótkim rękawku. Na ulicach przy studzienkach pozostały jeszcze niewyschnięte kałuże po wczorajszej wieczornej mżawce. Do przystanku miał najwyżej pięć minut, ale obiecał wstąpić do ojca, który pracował zaraz za rogiem obok ratusza, bo ten ponoć coś dla niego przygotował. Przy okazji mógł podziwiać czerwcowy krajobraz miasta. Lubił Szkocję bardziej niż jakikolwiek kraj. Oczywiście warunki pogodowe miały również w tym całym lubieniu duży wpływ. Tutaj nie musiał dbać o wszystko. Mógł swobodnie wyjść na zewnątrz, nie martwiąc się, że zostanie zasztyletowany przez własną rodzinę.
    Nawet dobrze nie nacieszył się swoim spacerem, a stanął przed szyldem sklepu wędkarskiego. Bez zawahania popchnął przeszklone drzwi wejściowe, a nad nim rozbrzmiał się ogłuszający dźwięk dzwonka. Nie to, że go nie lubił — po prostu nim gardził. To była jedyna rzecz, której nienawidził w skromnym majątku ojca. Zawsze później brzęczało mu w głowie. Paradoksalnie, nie czuł żadnej nieprzyjemnej woni ryb, ani nic z tych rzeczy. Nawet nie zdążył postawić drugiej nogi za progiem, a usłyszał zachrypnięty głos.
    — Dzień dobry! Zaraz przyjdę!
    Głos dochodził z zaplecza. Słychać było odgłosy przestawianych kartonowych pudeł. Aidan dokładnie je znał, bo często pomagał przy towarze i jego rozpakowywaniu.
    — Hej — krzyknął na tyle głośno, by mężczyzna usłyszał.
    Szuranie pudeł ustąpiło. Zza zasłony z niebieskich koralików wyłonił się szatyn z zarostem zdecydowanie dłuższym niż kilkudniowym. Na rękach niósł karton z niezidentyfikowaną zawartością.
    — Jezu, Aidan, w końcu. Dłużej się nie dało? — Nie pozwolił synowi dojść do słowa. — Nieważne, masz. Weź rozłóż te błystki, normalnie, według kilogramów. I już jebać te wszystkie firmy, za każdym razem ci ludzie przychodzą i wszystko rozpieprzą. I tak znam je na pamięć. Zaraz wrócę — powiedział z widocznym zmęczeniem w głosie. Aidan też je znał, każdą na wylot.
    Zostawił swoje bagaże obok wejścia i przejął pudło od ojczyma. Rozejrzał się po alejkach jakby musiał sobie odtworzyć, gdzie leżały przynęty. Szybko rozwikłał zagadkę i skierował się do odpowiedniej półki. Wyjął jeden kartonik z wielkiego pudła i postawił go w wolnym miejscu, by nie musiał się ciągle schylać. Zauważywszy jedną z kolorowych kłujących w oczy plastikowych rybek przypomniał sobie, iż powinien zadzwonić wcześniej do Killa i uprzedzić go o swoich planach.
    Dawno nie rozmawiali. Kontakt jakoś samoistnie się urwał, bo pojedynczych smsów na święta czy Nowy Rok nie zaliczał do trwałej znajomości. To samo stało się z resztą jego znajomych z liceum, a wszyscy mieszkali w na tyle odległych miejscach, że spotkanie się nie wchodziło w grę. Nie miał zupełnego pojęcia jak zacząć. Kill miał w ogóle czas na rozmowę? Może jeszcze spał? Nie, była trzynasta, kto o tej godzinie spał? A może był na imprezie? Kill chodził na imprezy? Czy to nie było zbyt nachalne, żeby po tak długim okresie czasu wypalać, czy mógłby u niego przenocować? Cholera, stresował się. Zacząć czymś w stylu: „Hej, kopę lat…”.
    Nie, nie, nie. Beznadzieja. Do dupy. Kto teraz tak mówi?, pomyślał.
    Wyjął telefon z kieszeni i zaczął przeglądać listę kontaktów w poszukiwaniu tego odpowiedniego. Pot zaczął skraplać się mu na dłoniach, a serce walić jak dzwony kościelne. Pójście na żywca będzie czymś, co będzie żałował? Nie wiedział, ale widocznie musiał się przekonać, bo każdy plan był tak samo żałosny. Chyba musiał poćwiczyć charyzmę przed lustrem jak to robi się, grając w Simsy. Znalazł. Chwilę zajęło mu uspokojenie się i kliknięcie słuchawki. No i jak miał być w takim momencie opanowany?
    Przytrzymywał telefon ramieniem, przy okazji układając różnokolorowe błyski w określonych miejscach. Przełknął ślinę, gdy komórka złapała zasięg i odezwało się pierwsze piip. Starał się nie myśleć o tym, co miał powiedzieć.
    Piip.
    Piip.
    Piip.

    Zero odzewu. Mówiąc wprost, był troszeczkę zawiedziony. Mimo tego wszechogarniającego go stresu, liczył, że usłyszy głos starego przyjaciela. Po piątym sygnale poddał się i usłyszał tylko głos poczty głosowej.
    — Hej. Tu sekretarka Killa, niestety nie może rozmawiać, bo prawdopodobnie ma randkę z jakimś przystojniakiem. Zostaw wiadomość po usłyszeniu sygnału, słonko.
    Zamarł, a jego ręka zawisła wraz z błystką nad pojemnikiem z przynętami na trzykilogramowe okazy. To zdecydowanie nie był głos Killa, a jego najlepszego przyjaciela Dana. Mimowolnie wydał z siebie stłumione, pojedyncze parsknięcie, po czym się zreflektował, bo zdał sobie sprawę z tego, że zaczęło się nagrywać. Musiał coś powiedzieć.
    — Ech, eee — zaciął się chwilowo. Myślał jak ubrać wszystko w odpowiednie słowa. — Hej Kill, pamiętasz mnie jeszcze? Tu Aidan. Mam nadzieję, że nie przerywam randki. Jeśli będziesz mógł to oddzwoń. Nie martw się to nic pilnego. Do usłyszenia. — Zakończył połączenie.
    Trzydzieści sekund nagrania. Zdał sobie sprawę, że ręka mu się nieznacznie drżała. Przygryzł wargę zdecydowanie za mocno, pewien, że kompletnie schrzanił swoją szansę na przekazanie mu wiadomości.

Ostatnio zmieniony przez TheNightFox (22-03-2019 o 22h29)


SAVIOR, BLOODSTAIN, HELLFIRE, SHADOW
https://imgur.com/hwBERPi.gifhttps://imgur.com/51MClyk.gif

Offline

#5 19-04-2019 o 21h39

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 103

https://i.imgur.com/h7ScTjV.png
    Muzykę, wydobywającą się już z nieco przestarzałego radia, co jakiś czas przerywały ciche trzaski, ale to i tak nie przeszkadzało mi i mojej mamie w bujaniu się i śpiewaniu do niej podczas zmywania naczyń po śniadaniu. Lubiłem takie poranki, bo pozwalały chociaż na moment zapomnieć o tym, że zaraz będę musiał wbić się w ten głupi uniform z pracy i pół dnia rozwozić pizzę czując jej zapach roznoszący się po całym samochodzie, gdy ja nawet nie mogę wziąć sobie kawałka. Istne tortury. Przynajmniej Vicky pozwoliła mi pożyczyć sobie nową płytę Panic! at the Disco, więc Brendon Urie będzie umilał mi czas nie tylko przy porannym zmywaniu naczyń z mamą.
    Kątem oka zauważyłem Mercurego wpatrującego się we mnie, a raczej w talerz, który zamierzałem umyć i pozostałości szynki na nim. Pewnie gdyby ten żarłok tylko mógł, opróżniłby nam całą lodówkę włącznie z zamrażalnikiem, ale to samo można by powiedzieć o mnie. Jak to było? Taki pies jaki właściciel, luźno parafrazując to przysłowie. Westchnąłem głośno i ku zadowoleniu psa rzuciłem mu kawałek mięsa z talerza.
    — Jakieś plany na dziś? — Usłyszałem pytanie, gdy stacja radiowa zrobiła przerwę na prognozę pogody. Zmarszczyłem brwi i spojrzałem na mamę, przecież dobrze wiedziała, że poza pracą nie mam nic ciekawego do roboty, a jakieś większe wydarzenia, jak na przykład randka z jakimś gościem z tindera, zazwyczaj zapowiadałem nieco wcześniej.
    — Oprócz pracy żadnych. Powinienem coś wiedzieć? — zapytałem podejrzliwie, wycierając przed chwilą umyty talerz. Czasami zdawało mi się, że ta kobieta wiedziała o wiele więcej, niż ktokolwiek by przypuszczał, patrząc na nią. Jestem pewny, że nieznajomi zazwyczaj musieli brać ją za moją siostrę, bo kolejną z tajemniczych umiejętności mojej mamy było niestarzenie się, pomimo bycia już prawie czterdziestolatką. Jak byłem młodszy często zastanawiałem się czy pogłoski o tym, że moja mama jest wiedźmą, mają w sobie choć małe ziarnko prawdy.
    — Och… Tak tylko pytam — odpowiedziała, podając mi kolejny talerz do wytarcia. — Pomyślałam, że może chciałbyś odnowić kontakt ze znajomymi, dawno nie wychodziłeś nigdzie ze znajomymi. Zaczynam się martwić, że zaraz będziesz niczym zgrzybiały siedemdziesięciolatek w ciele młodego chłopaka. — Zmarszczyła nos. — Może zadzwoń do Aidana? Kiedyś ci się podobał.
    — Aidana? — Również zmarszczyłem nos, czasami przerażało mnie to jak bardzo potrafiliśmy być do siebie podobni. — Czy ty czasami nie próbujesz bawić się w swatkę? Plus to już raczej przegrana sprawa.
    To wcale nie tak, że Aidan przestał mi się w ogóle podobać, wręcz przeciwnie, ale albo Aidan był ślepy i nie widział żadnego z moich znaków, albo po prostu nie był mną zainteresowany. Z tego co wiem, ta druga opcja jest najbardziej prawdopodobna. Chociaż musiałem przyznać, że w słowach matki było trochę gorzkiej prawdy. Tęskniłem za znajomymi z liceum jak nigdy, ale po pierwsze nie miałem czasu na takie rzeczy, bo pieniądze nie pojawią się znikąd, a po drugie mieszkamy tak daleko od siebie, że trudno było się z kimś umówić.
    — Oczywiście, że nie! — zaprzeczyła szybko, po czym dodała. — Ale wiesz, gdybyś potrzebował to robię świetny i całkiem smaczny eliksir miłosny. — Wywróciłem oczami i postanowiłem zignorować fakt tego, że z jej ust w ogóle padła taka propozycja.
    — Po prostu mam przeczucie, że powinieneś zadzwonić. — Wzruszyła ramionami i spojrzała na wiszący na ścianie, tuż obok suszących się ziół, zegar. — Powinieneś się już zbierać, chyba że zamierzasz do pracy iść w samych bokserkach i szlafroku. — Roześmiała się, odbierając ode mnie ścierkę. No tak, czas wbić się w ten obrzydliwy uniform i wrócić do pracy, zdecydowanie wolałbym zostać tutaj i zmywać naczynia.
    Posiadanie pokoju w piwnicy miało kilka plusów, na przykład dzięki braku okien mogłem mieć cały czas zapalone lampki, które ku swojemu zadowoleniu zawiesiłem wszędzie gdzie się tylko dało, a te nadal wyglądały ładnie i odwracały uwagę od bałaganu, a jeżeli już przy tym jesteśmy… Nie było aż tak źle jak zwykła powtarzać to moja babcia, no może gdybym trochę tu ogarnął byłoby lepiej, ale mój pokój i tak czy siak był domową rupieciarnią, a mama w kącie przy schodach, tuż obok grzejnika zrobiła sobie własną suszarnię dla ziół, ale akurat to nie było nic dziwnego, ona potrafiła powiesić to wszędzie. Tak samo po całym domu rozstawiała kryształy, świece, kadzidła i kwiaty, wydając na to zdecydowanie za dużo pieniędzy. Gdybym nie miał urazu do matematyki to mógłbym to wszystko podliczyć i jestem pewien, że za wartość tego mógłbym kupić sobie dwa pianina i jeszcze by mi zostało, ale z drugiej strony musiałem przyznać, że nadawało to naszemu domowi fajny, magiczny klimat.
    Zgarnąłem z szafy tą okropną zielono-białą koszulkę polo wraz z tą głupią czapeczką, których noszenie wydawało mi się być bardziej karą za złe uczynki, niż zwykłym obowiązkiem. Czym ja sobie na to zasłużyłem? Czemu nie mają czarnej wersji tych rzeczy? Już miałem zacząć się powoli ogarniać do pracy, ale moją uwagę przykuły zdjęcia przyklejone do drzwi szafy, mimowolnie uśmiechnąłem się na ich widok i na myśl o dobrych chwilach jakie przywoływały. Może moja mama miała trochę racji i rzeczywiście powinienem się do kogoś odezwać, zamiast czekać na jakiś cud i objawienie boskie. Złapałem telefon do ręki i przez chwilę szukałem odpowiedniego kontaktu, aż w końcu znalazłem ten zatytułowany Sardynka z głupim zdjęciem albinosa zrobionym z ukrycia. Pewnie by mnie zabił gdyby się dowiedział co mam na telefonie.
    No i tylko na wpatrywaniu w kontakt się skończyło. Nie miałem czasu, żeby teraz zadzwonić, a napisanie mu teraz smsa, a potem nie odpisywanie przez pół dnia wydawało mi się trochę niemiłe. No i co wtedy Aidan by sobie o mnie pomyślał! Jakby już nie wystarczyło to, że prawdopodobnie miał mnie za dziwaka, po tym jak przy każdej możliwej okazji wlepiałem w niego maślane oczy, licząc na to, że kiedyś mnie zauważy. Zadzwonię zaraz po pracy. Chociaż… Czy to nie jest trochę zbyt nachalne? Może lepiej napisać do niego? Tak zdecydowanie do niego napiszę. Albo nie! Wyślę mu jakiegoś śmiesznego mema, tak będzie nam łatwiej zacząć konwersację, chyba. Czy ja mam jakieś śmieszne memy na telefonie?
    Poranki były zarazem najnudniejszymi i najlepszymi zmianami, z jednej strony człowiek nie wiedział co ze sobą zrobić i tylko wycierał po raz kolejny ten sam stolik nudząc się niemiłosiernie, ale z drugiej strony nie miał mnóstwa zamówień, które muszą zostać dostarczone na zaraz i lepiej, żeby nie było żadnych opóźnień, bo można zgarnąć spory napiwek. Czasami można też dostać numer od przystojnego gościa, który z jakiegoś dziwnego powodu codziennie zamawia pizzę i do tego zawsze dziwnym trafem o tej godzinie gdy ty masz zmianę. Potem można z takim na pozór miłym gościem się umówić, ale szybko zerwać kontakt bo nagle z jakiegoś niezrozumiałego powodu nagle chce ci zapłacić w naturze za głupią margaritę. W sumie to kto normalny zamawia margaritę? Powinienem od razu zorientować się, że z gościem coś zdecydowanie było nie tak, zanim dałem się namówić na tą głupią kawę i w jakiś pokręcony sposób dałem mu nadzieję na coś więcej. Ugh… same problemy z tymi facetami.
    Godziny dłużyły mi się niemiłosiernie, ale na całe szczęście był to już ostatni tydzień, bo przez następne dwa moją głowę miało zajmować tylko przesłuchanie na studia, a potem to już zależy jak na nim wypadnę. Najpierw jednak wypadałoby zdecydować się na to, co chciałbym zagrać, ale jakoś ostatnio nie miałem do tego głowy. Oczywiście mogłem iść z czymś oklepanym jak np. Hallelujah, ale chyba nie byłbym poważny, na pewno na Royal Academy of Music nie przyjmują ludzi którzy decydują się na taki ruch. Ten utwór był już wszędzie, zaśpiewany na wszystkie możliwe sposoby, przetłumaczony na prawdopodobnie każdy język i tak do porzygu. Zawsze można było być jak ten gościu z filmiku, który ostatnio podesłał mi Dan na którym gościu zagrał Toto “Africa” na instrumentach zrobionych z warzyw. Taki Strauss zagrany na wyciętej dyni na pewno zaskoczyłby komisje. Chciałbym zobaczyć ich miny, ale to nie jest raczej zbyt dobry pomysł. Zawsze zostawała opcja zagrania czegoś swojego, ale nie wiem czy którakolwiek z moich piosenek pisanych “do szuflady” by się nadawała. Może powinienem zapytać kart, albo mamy. Ona zawsze miała jakiś szósty zmysł do takich rzeczy, więc mogłaby mi coś doradzić w tej sprawie.
    Osiem godzin pracy dzisiaj wydawało mi się wyjątkowo długie, może to dlatego, że większość zamówień zaczęła pojawiać się dopiero pod koniec mojej zmiany i nie za bardzo miałem co robić. Dodatkowo był to ostatni dzień przed moim urlopem, a zazwyczaj gdy na coś bardzo się czeka to godziny mają tendencję do ciągnięcia się w nieskończoność, jakby w z zająca nagle zmieniły się w żółwia. Jednak w końcu wybiła upragniona osiemnasta i wyjątkowo nie bawiłem się w nadgodziny zostawiając dostawy Benjaminowi. Niech on się teraz tu nudzi przez najbliższe dwa tygodnie, ja miałem teraz o wiele ważniejsze sprawy na głowie, jak na przykład zrzucenie z siebie tej głupiej koszulki i założenie przed zakupami czegoś bardziej przystępnego i co najważniejsze czarnego.
    Poczułem się zdecydowanie o wiele lepiej gdy w znajdującej się w lokalu przebrałem się i wreszcie wyglądałem na człowiek. Dopiero wtedy zerknąłem na dotychczas wyciszony telefon tylko po to, żeby zobaczyć SMSa od Victorii, że do istniejącej w mojej głowie listy zakupów powinienem dopisać zmywacz do paznokci, jakieś powiadomienie z tindera i jedno nieodebrane połączenie od Sardynki, czyli zupełnie nic nadzwyczajnego. Chwila… NIEODEBRANE POŁĄCZENIE OD SARDYNKI?! W tej chwili poczułem się jakby w moim brzuchu nagle ożyła chmara motyli, a moje serce właśnie wykonało salto, fikołka i biło tak szybko jakbym właśnie przebiegł maraton i jeszcze do tego przepłynął ocean, a no i jeszcze jednocześnie miałem zawał, więc już w ogóle nie wiedziałem co się dzieje. Na wszystkie dobre dusze na tej ziemi przysięgam, że już nigdy nie zlekceważe wróżkowych umiejętności mojej matki i jej przeczucia. Z tej całej ekscytacji telefon omal nie wpadł mi do umywalki, a to uświadomiło mnie, że łazienka być może nie jest najlepszym miejsce do przeprowadzenia rozmowy z przyjacielem, tutaj łatwo o wypadek, a jednak wolałem to przeżyć. Nie zastanawiając się nad tym długo jak poparzony wybiegłem z budynku i wsiadłem do swojego samochodu, żeby na spokojnie tutaj móc oddzwonić. Chociaż chyba najpierw powinienem odsłuchać wiadomość na poczcie głosowej, wydawało się, że to całkiem logiczne.
    Zupełnie nie wiedziałem o co chodziło mu gdy wspomniał o randce, ale to nie przeszkodziło mi w cieszeniu się z faktu, że właśnie słyszałem jego głos jak jakaś małolata na koncercie ulubionego zespołu. Co ten chłopak ze mną robił. Dobra Killian, trzeba oddzwonić i nie wyjść na zupełnego durnia. Chyba tyle potrafisz… Prawda? Lekko drżącymi ze stresu dłońmi wybrałem numer albinosa. Pierwszy sygnał — zaraz umre, drugi sygnał — definitywnie mam zawał, trzeci sygnał — O K***A ODEBRAŁ. I co teraz? Chyba trzeba się odezwać.
    — Hej, kopę lat… — Ja pierdziele, Kill idioto kto tak w ogóle jeszcze mówi, gafa tysiąclecia! — Dzwoniłeś wczęsniej… — Po co to mówisz?! Przecież wie, że dzwonił! Ogarnij się chłopie! — I no, oddzwaniam… — To też wie. Może lepiej było już nic nie mówić. Dyshonor dla świerszcza, krowy i cokolwiek tam jeszcze było. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię i już nie wracać. Odchrząknąłem, żeby jakoś zamaskować to nieudolne przywitanie, dałbym wszystko za to żebym mógł zacząć od nowa tą rozmowę.
    — Dawno nie rozmawialiśmy, ani się nie widzieliśmy. Wiesz, że właściwie to miałem do ciebie dzisiaj pisać, ale najwyraźniej mnie uprzedziłeś. — Zaśmiałem się niezręcznie. — Nie mogłem wcześniej rozmawiać, byłem w pracy i nie za bardzo miałem czas. Co tam? — zapytałem w końcu dając chłopakowi możliwość do wypowiedzenia się, bo mi na razie mówienie szło bardzo źle.


https://66.media.tumblr.com/8bbe4634bf8d420fc7113b559a6637bb/tumblr_prnkqevuhz1tw2hyao6_540.gif

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1