Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1

#1 07-03-2019 o 20h16

Straż Cienia
Asther
Młody rekrut
Asther
...
Wiadomości: 10

Cześć. Opowiadanie w Olsztynie, mały miks mitologiczny, czyli słowiańszczyzna, wierzenia bałtyjskie i elementy kultury chrześcijańskiej. W bonusie trochę DnD, ale nadal tych słowiańsko inspirowanych elementów, więc się nie liczy. Właściwie przerośnięty eksperyment literacki, bo pisane na siedemnaście perspektyw. Jako że słyszałam już, że imion jest za dużo, pozwoliłam sobie wypisać postacie z imionami, z nadzieją, że nie będzie to potrzebne. Trochę mam już napisane, więc planuję wrzucać co drugi dzień po rozdziale, póki nie skończy mi się, co mam napisane (czyli na ten moment na równiutko miesiąc, ale mam nadzieję, że jednak w tym czasie podopisuję jeszcze kilka). Błędy chętnie przeczytam, tak techniczne, jak i logiczne (choć tych pierwszych spodziewam się możliwie jak najmniej, bo nie zliczę, ile razy już to sprawdzałam). Początkowe rozdziały są dosyć krótkie, im dalej w las, tym dłuższe, uczciwie ostrzegam.

Dodatkowo, droga Moderacjo, byłabym wdzięczna, jeśliby się dało, za poinformowanie mnie o naruszeniu regulaminu przed zdjęciem opowiadania, bo nie ukrywam, że mogą zdarzyć się fragmenty oscylujące na granicy regulaminu (ale, oczywiście, nie łamiące bezpośrednio jego punkty) – a jestem skłonna przycenzurować, oczywiście.

I miłego czytania!

PS.: Oczywiście mam nadzieję, że rozumie się samo przez się, że wdzięczna będę niezmiernie za wszelkie opinie, tak trzyzdaniowe, jak i małe eseje, tak krytyczne, jak i małe zachwyty. Jeśli czytasz, napisz cokolwiek, nie wiesz nawet, ile radości sprawia jeden komentarz. EDIT: Jeśli czytasz to dużo później, kiedy jest już X części, śmiało komentuj też poprzednie, jeśli dopiero na nich jesteś. Ja cieszę się jak idiotka na wszystkie reakcje.

Imiona, oczywiście wolne od spojlerów



tekst





Jeden

Feniks


    Zdarzało mi się już przywykać do codzienności. Najzwyklejszej, najmilszej. Od czasu do czasu łapałem się na zastanawianiu, czy uda mi się utrzymać mój antykwariacik, bo miewałem mniej klientów, albo nawet zachwycałem się wiekowością wszystkich książek, które mnie otaczały. Potem, gdy tylko sobie to uświadamiałem, bawiło mnie to niezmiernie. Zresztą, gdyby ktoś to usłyszał, zapewne także uśmiałby się znacznie. W końcu ta zwykłość mi nie pasuje. A jednak wyjątkowo łatwo się do niej przyzwyczaić. Szczególnie mi. Jem, piję. Pracuję od rana, a nocą kładę się spać, bo odczuwam realne zmęczenie. Kocham, śmieję się, smucę. Nie płaczę, ale kto by zwracał na to uwagę. Nawet ja przestałem. Dawno temu.
    Zazdrości mi się tego. Życia oczywiście, nie braku łez. Po prawdzie, rozumiem to. Rozumiem to, bo uwielbiam, jak blisko jestem normalności. Jak mogę zapić się w trupa i nie pamiętać nic z nocy, jak mogę żałować tego, co zrobiłem. I tylko czasem przypomina mi się, że wcale nie jestem tak zwyczajny, jakbym tego chciał.
    Zdarza się, że ten wysoki blondyn, który przychodzi tu od dzieciaka, czasem mnie odwiedzi. Jego twarz wyraźnie budzi we mnie wspomnienia. Widzę w nim tego wysportowanego, młodego chłopaka, który w dwudziestym trzecim regularnie kupował bułki w mojej piekarni. Który po wojnie przyszedł bez oka i ręki, ale nadal uśmiechnięty. Może nieco słabiej. Który wyjechał parę lat później, co było dziwne, bo przecież nie miał nawet za co. Nawet bułki czasem dawałem mu z czystego współczucia.
    Zaskakuje mnie, jak wyraźnie go pamiętam. Od wtedy odradzałem się już dwa razy, a z każdym odrodzeniem mniej potrzebne mi wspomnienia wygasają. Pamiętam parę wielkich bitew, królów, ludzi z wszelkich wieków, z którymi łączyły mnie bliskie relacje. A jednak po niemal wieku w głowie nadal wyraźnie widzę twarz tego chłopaka, który jedyne co robił, to kupował u mnie bułki. Przez wiele lat. Stąd gdy jego wnuk tu przyłazi, zdarza się, że zagapię się na niego trochę zbyt długo. Nie żeby ten w ogóle zwracał na mnie uwagę. W każdy wtorek o dwunastej staje przy nowych-starych tomikach poezji i przegląda je uważnie. Myślę, że sam coś pisze. Ale skąd mam wiedzieć? Przecież przychodzi tylko i nawet ze mną nie rozmawia. Rozgląda się, wiecznie zamyślony.
    Dotychczas to on stanowił moje jedyne oderwanie od tej zwyczajności, którą prowadzę. Wszystkie Stwory traktuję tak, jak innych klientów, stąd nieczęsto już u mnie goszczą, nawet mimo faktu, że wiedzą, gdzie mnie szukać. W końcu jestem dosyć nietypowym okazem. Jedynym feniksem w promieniu dwustu kilometrów, chyba że ta Warszawianka w końcu opuściła swoje bezpieczne gniazdko. Owszem, nie lubię Stworów. Nie dlatego, że obnoszą się ze swoją nadzwyczajnością – w wielu wypadkach jest to przecież wielce uzasadnione – a dlatego, że przypominają mi o mojej. Oni widzą we mnie kogoś niesamowitego, wartego uwagi. Nie kolejną strzygę czy bazyliszka. A dla ludzi jestem tylko młodawym posiadaczem antykwariatu. Tylko tyle i aż tyle.
    Cóż, ten październikowy piątek trzynastego oderwał mnie od tej przemiłej sielanki. Bo kiedy w drzwiach pojawia się nefil, o którym dotychczas dane mi było tylko słyszeć – a nie były to opinie w najmniejszej nawet mierze przychylne i zachęcające do konwersacji – wiem, że stało się coś, co stać się nie powinno. Na pewno nie w mieście rozmiarów Olsztyna. Niechętnie podnoszę na niego wzrok i widzę postać, dokładnie taką, jaką mógłbym sobie ją wyobrażać.
    W pierwszej kolejności, oczywiście, uderza mnie fakt, że jest diabelnie przystojny. Jest przecież nefilem i wprawione oko od razu to widzi. Słabe światło mojego antykwariatu odbija się od jego porcelanowej cery, idealnie gładkiej i zadbanej, a jego uroda też, jak na dziecko anioła, jest dosyć klasyczna – delikatna, ale w jakiś sposób niesamowicie intrygująca, nadająca mu wygląd wiecznie niewinnego nastolatka. Choć, muszę przyznać, ten konkretny nefil wygląda jak wyjątkowo groźny niewinny nastolatek. Jest szczególnie wysoki – ledwo mieści się moich w drzwiach – i dobrze zbudowany, a jego ręce, choć nieskalane bliznami czy siniakami są zauważalnie silne i zręczne. Jego krok jest niemalże wyuczony, pełen wojennej gracji, jak u wyszkolonych szermierzy. A jednak pociągłe rysy twarzy, drobny nos i duże oczy odciągają od tego uwagę, układając się w przesłodzony wręcz obrazek, szczególnie w połączeniu z idealnie ułożonymi, złotymi włosami, uczesanymi w najgrzeczniejszą fryzurę, jaką jestem w stanie sobie wyobrazić. Nosi ładną, dżinsową kurtkę i czarne, artystycznie znoszone spodnie, choć całkowicie zwyczajne, niesamowicie podkreślające jego nieziemską urodę i perfekcyjnie dopełniające obrazek młodego półanioła.
    Gdy tylko przechodzi przez próg, patrzy na mnie tymi zaaferowanymi, bursztynowymi oczami, które przyciągają spojrzenia wszystkich wokół – są piękne, głębokie i hipnotyczne, ale ja dostrzegam przezierający przez nie niepokój i odrobinę desperacji, choć przecież tak skrzętnie ukrywaną za fasadą chłodnej pewności siebie, dodatkowo podkreślaną przez odrobinę za wysoko zadartą głowę. Muszę przyznać, że niewątpliwie to właśnie jego oczy są najbardziej anielską, najcudowniejszą jego częścią i nawet ja łapię się na tym, że na chwilę w nich tonę.
    – Musimy porozmawiać – mówi pewnym siebie tonem, natychmiast wciągając mnie z powrotem do rzeczywistości i omiatając wszystkich – czyli całych moich dwóch klientów – wzrokiem.
    Uśmiecham się do niego ciepło zza lady, zakładając za ucho długi, ciemny kosmyk.
    – Pracuję – rzucam tylko, niezmiernie zadowolony z faktu, że nic nie może z tym zrobić. A widzę, że chce. Że w jego oczach maluje się zimna wściekłość, a dłoń układa się w specyficzny, najpewniej wieloletnim doświadczeniem wyuczony symbol. Widzę, jak wokół jego palców jaśnieją delikatne promienie światła, ale nie nabierają intensywności. Przez krótką chwilę żałuję, że nawet kiedy ludzie już stąd wyjdą, on i tak nie odważy się mnie zaatakować. Szkoda. Ciekawi mnie, jak by sobie poradził – i jak ja bym sobie poradził. Długo nie miałem okazji do takich rzeczy. – Możesz poczekać w kantorku – dodaję jeszcze z nieuprzejmą satysfakcją.
    – Pospiesz się – mówi chłodno, a jego głos brzmi jak papier ścierny. Absolutnie piękny i zwodniczy, nieco hipnotyczny, ale papier ścierny. Widzę, jak moi klienci zerkają to na mnie, to na niego. No tak. Przecież nefilim się nie odmawia. Kolejna rzecz, która przypomina mi o zaletach bycia Stworem.
    Oczywiście, nie spieszę się. Siedzę tam przez kolejne dwie godziny, witając tak stałych, jak i jednorazowych klientów, zerkając od czasu do czasu na mężczyznę. On dostrzega mój brak zainteresowania jego ważną sprawą dosyć szybko i zaczyna spoglądać na książki. Zwraca uwagę na moje ulubione tomy i zastanawia mnie, czy to zbieżność gustu, czy jednak jest w stanie wyczuć wiążące mnie z nimi uczucia. Wiem tylko, że ta umiejętność działa na Nich. Byłem przekonany, że Stwory są na nią odporne, ale nie wierzę w aż takie przypadki.
    W końcu zamykam. Przez ostatnie pół godziny nie mam klientów, ale zamykam punktualnie o czasie. Odwracam się do nefila, a on wzdycha ciężko.
    – Mam nadzieję, że nie jesteś tak dziecinny, jak na to wskazuje twoje zachowanie i zobaczysz wagę sytuacji, gdy ci ją przedstawię – kwituje, zanim zdąży w ogóle powiedzieć cokolwiek wstępnego.
    – Chodź do tego kantorka – mówię z uśmiechem. Trafiamy na moje zaplecze, gdzie panuje teraz względny porządek, więc siadam na pustym biurku. – Sytuuj się, gdzie ci się żywnie podoba – dodaję jeszcze.
    – Żartujesz sobie – ni to stwierdza, ni pyta. Oczywiście, że sobie z nim pogrywam, a mam wrażenie, że on nadal tego nie zauważył. Albo nie chce zauważyć. Najwidoczniej naprawdę potrzebuje mojej pomocy.
    – Bynajmniej – mówię śmiertelnie poważnie, wskazując mu skinieniem kawałek biurka obok mnie. Może nieco zbyt obok.
    – Postoję – mruczy. Uwielbiam być potrzebny. – Swoją drogą, na imię mi Julian – dodaje, wyciągając dłoń w moją stronę. Wydaje się doskonale maskować nieswojość związaną z faktem, że siedzę na stole, ale może po prostu naprawdę go to nie obchodzi. Choć, po prawdzie, wątpię.
    – Adam, miło mi. Opowiadaj o tej ważnej sprawie – mówię, może nieco za szybko. Mam ochotę, żeby jak najszybciej wyniósł się z mojego zwyczajnego, miłego antykwariatu, a on, niestety, zdaje się mieć mi coś długiego do przekazania. Wygląda, jakby chciał odpowiedzieć złośliwie, ale cmoka tylko cicho, co wzmaga moje obawy. To musi być coś naprawdę ważnego.
    – Jakiś czas temu w tym mieście pojawił się lisz. Naprawdę silny. Próbowałem go znaleźć, ale nie byłem w stanie. – Nagle słucham z zainteresowaniem. To rzeczywiście nie jest rzecz, którą słyszy się na co dzień. Nefilim naprawdę mają swoje sposoby, by znaleźć tego, na kim im zależy. – Atmosfera śmierci przez miesiące nie nasilała się jednak. Trwała w stałym, niezmiennym, odrobinę tylko mi przeszkadzającym stanie. Założyłem więc, że to filakterium, nie sam lisz, został przeniesiony na ten teren. Tym chętniej więc szukałem, bo zadanie było nieco trudniejsze. I zapewne szukałbym tak, bez pośpiechu, bo odtworzenie się ciała lisza trwa przecież latami, ale Melanii skradziono Ifratium.
    – Melanii? – pytam, mając wrażenie, że to imię faktycznie powinno mi coś mówić. Cóż, im więcej lat żyję, tym mniej interesuję się Stworami, więc tym właśnie staram się to usprawiedliwić. Moje początkowe przeczucie nasila się, gdy Julian rzuca mi dziwne spojrzenie.
    – Młodej Rzemieślniczce, której zadaniem było pilnowanie Starszych Artefaktów.
Kiwam głową, a nefil, widząc, że nie planuję dodać nic więcej, wzdycha ciężko.
    – Wnioskuję, że nie martwi cię w najmniejszym stopniu, że potężny, nieumarły czarownik prawdopodobnie umieści swoją duszę w niezniszczalnym Artefakcie, całkowicie odpornym na wpływ magii? I dzięki temu stanie się nie tylko nieśmiertelny, ale i niezabijalny?
    – Dobrze wnioskujesz. Nie obchodzi mnie to ani odrobinę.
    Julian przygryza wargę do białości.
    – I nie sądzisz, że gdy już osiągnie faktyczną nieśmiertelność, nie targnie się na ład tego świata?
    Przewracam oczami. Dzieci. Słysząc przejęcie w jego głosie, pytam w końcu:
    – Myślisz, że nie ma nic lepszego do roboty?

Ostatnio zmieniony przez Asther (13-03-2019 o 21h35)


Dzień czy noc, czy to skwar, czy też mróz, jednaka treść nieodmiennie rozbrzmiewa w mej piosence.
Memu ciału wystarczy trzydzieści sześć i sześć, mojej duszy potrzeba znacznie więcej.

Offline

#2 08-03-2019 o 15h14

Straż Cienia
Sibyllaurae
Młody rekrut
Sibyllaurae
...
Wiadomości: 11

Zacznę może od tego że bardzo podoba mi się Twój pomysł na to opowiadanie, jako że bardzo lubię mitologię słowiańską, ogólnie też zapowiada się bardzo interesująco. Ładne opisy, czyta się  z przyjemnością, ja nie zauważyłam żadnych błędów ani technicznych, ani logicznych.
Bardzo mnie zaciekawiło, życzę dużo weny i czekam na więcej /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#3 08-03-2019 o 16h11

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 293

Odzywam się i muszę powiedzieć, że na razie mi się podoba /static/img/forum/smilies/smile.png . W sumie nie mam o czym pisać, bo to dopiero początek, a błędów nie widzę, więc nawet nie ma się czego przyczepić, więc... No na razie Gitez majonez /static/img/forum/smilies/wink.png Jedynie pozwolę sobie wyrazić nadzieję, że ożywieniec aka lisz nie będzie staromodnym, głównym złym (to już trochę nudne), ale np: postacią neutralną ubarwiającą historię skrzywionym spojrzeniem na świat.

Offline

#4 09-03-2019 o 10h37

Straż Cienia
Asther
Młody rekrut
Asther
...
Wiadomości: 10

EDIT: Przypadkiem usunęłam całą zawartość tego posta, więc absolutnie nie pamiętam, co tu pisałam poza bonusem, wybaczcie :v

W każdym razie bonus: dodaję tekst do piosenki, która ma stanowić swoisty motyw przewodni dla tych postaci. Tekst jest więc równie istotny, zainteresowanych zapraszam tu:

tekst




Dwa

Lisz


     – Wiem, po co tu jesteście – mówię lodowato, z zadowolonym uśmiechem manifestując swoją oczywistą wyższość. – Ale wiedzcie, że waszego celu nie da się osiągnąć. Już za późno. Nie znajdziecie tu ni chwały, ni bogactwa. Niczego, co mogli wam obiecać. Tu czeka na was tylko śmierć i wieczne cierpienie. Daję wam więc wybór: przyłączcie się do mnie i służcie mi wiernie lub wynoście się, póki jeszcze jesteście w stanie.
    Lodowaty głos niesie się po pomieszczeniu, roznosząc po wnętrzu i osadzając ciężką, martwą atmosferą. Trwa długie milczenie, nieprzerywane nawet przez oddechy, wrzynając nienazwany strach w powietrze. Nagle słychać szereg cichych uderzeń, który w zaistniałej ciszy wydaje się niemożebnym hałasem. Na moje usta wypływa mimowolny uśmiech, gdy kostka zatrzymuje się na osiemnastce.
    – Na co to było? – pytam, obrysowując palcem brzegi swojego grimuaru. Dotyk podstarzałych, przeżółkłych stron dodaje mi pewności siebie, dumy. Rodzi w moim spojrzeniu nieprzenikniony chłód, który nawet do mnie nie dociera.
    – Na to, czy stamtąd nie zwieję – odpowiada Feliks, patrząc na mnie z nerwowym uśmiechem. – Wyszło.
    Mój uśmiech poszerza się nieco. Połowicznie z rozbawienia, połowicznie z faktycznie napływającego do mnie ich strachu, który przynosi mi przyjemne dreszcze i zimną satysfakcję. A to przecież nie jest nawet prawdziwe przerażenie. Tylko kilka postaci opisanych na papierze, bez różnicy, jak im bliskich. Delikatna iskra w moim martwym sercu radzi mi, żebym wzmógł aurę śmierci, żebym pozwolił sobie na jakieś maleńkie zaklęcie, którego nie sposób będzie z niczym pomylić. Chcę prawdziwej grozy, tego, co mogą poczuć, gdy uświadomią sobie, w jak beznadziejnej są pozycji. Że mogę jednym ruchem dłoni pozbawić ich życia, a oni nawet nie zdążą pomyśleć o ucieczce. Ignoruję to nieco niechętnie i patrzę uważnie po pozostałych graczach.
    Lilka drży nieco i mówi:
    – No, to zdecydowanie było klimatyczne.
    Wokół stołu niosą się pomruki, ale pytam w końcu:
    – To jak, co robicie?
    Karol zbiera powoli kości i mówi:
    – Rzucam fireballa. – Jego głos jest tylko nieco wolniejszy niż z reguły. A jednak nawet jego serce przyspieszyło; to nie jest typowe. Rzadko kiedy się wczuwa. Nie powinienem odgrywać liszy, choć zapewne przy każdym innym Wielkim Złym kończyłoby się to podobnie. Stąd, tak naprawdę, tym chętniej ich dodaję. – Chociaż… Nie, może błyskawicę… Jak myślicie?
    Zanim ktoś przy stole odezwie się, żeby jeszcze trochę przygasić powstałą już aurę, słyszę czyjeś kroki na drewnianych schodach. Co jest dosyć zaskakujące, bo z reguły najpierw czuję zbliżającą się iskierkę życia, a dopiero później coś słyszę. Co oznacza, że ktokolwiek idzie w naszą stronę, musi owej iskierki nie posiadać. Ignorując dyskusję moich graczy, podnoszę wzrok i patrzę w stronę wejścia do małego kącika, w którym siedzimy.
    Tam pojawia się ktoś, kogo po prawdzie nie spodziewam się zobaczyć, nawet wiedząc, że zbliża się ku nam nieumarły. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna o dumnej, smukłej posturze, okalanej wdzięcznie przez długi płaszcz, który wydaje się nieco nieodpowiedni na tę pogodę. Jego cera jest trupioblada, choć może zauważam to tylko dlatego, że wiem, kim jest, a jego czarne, nieprzeniknione oczy wpatrują się we mnie uważnie. Ślę mu delikatny uśmiech, a on odpowiada mi krótkim skinieniem. Dopiero teraz moi gracze zauważają, że moje spojrzenie wlepione jest gdzieś poza nich i sami się odwracają. Trwa krótka, nieswoja cisza, jakby nie wiedzieli, jak w ogóle przywitać przybysza. Wstaję powoli i mówię:
    – Auguście – zwracam się do wysokiego mężczyzny. – Poznaj Lilkę, Feliksa, Karola i Tomka – mówię, wskazując kolejno na moich stosunkowo nowych znajomych, których wampir nie miał jeszcze okazji poznać. – Nerdy, to jest August – dodaję z wesołym uśmiechem, żeby rozluźnić jeszcze trochę atmosferę. O ile ja wzbudzałem aurę strachu świadomie, dla poprawy klimatu naszego grania (i pożywienia się odrobinę), o tyle August samym sposobem bycia wykluczał neutralne, lekkie podejście. – Mój współlokator.
    Zastanawia mnie od zawsze, co on tu w ogóle robi. Odkąd tylko wprowadziłem się do Olsztyna, cały czas zajmuje się badaniami i studiowaniem swoich papierów, a przy okazji unikaniem zdecydowanej większości Stworów z naszego otoczenia – dlatego też zresztą rzadko opuszczał mieszkanie; w końcu zbytnio zwiększało to szansę na trafienie na kogoś niepożądanego.
    – Cześć – mówią kolejno, przyglądając mu się rzeczywiście pewniej.
    – Co się stało? – pytam, ale August nie odpowiada. Patrzy na mnie tylko pewnym bardzo konkretnym spojrzeniem, które znam doskonale. Zerkam po moich graczach i mówię – Przepraszam was na sekundkę.
    Przeciskam się przy ścianie z absolutnym brakiem gracji, przypominając sobie i wszystkim, że nie jestem liszem, którego odgrywam, tylko jego cichą, nerdową wersją, która z dumą nosi koszulkę z nadrukiem z Diablo i prowadzi grupce nieświadomych śmiertelników sesję Dungeons and Dragons w najciemniejszym kącie starówkowego baru dla graczy. No, technicznie rzecz biorąc, o tym przypominam sobie i Augustowi, bo moim graczom pomijam jakoś fakt o byciu nieumarłym czarownikiem.
    August patrzy na mnie z obojętnym spojrzeniem, ale jestem niemal pewien, że obserwowanie mnie w moim naturalnym środowisku bawi go niemiłosiernie. Podchodzę bliżej, a on kieruje się w stronę schodów. Bez słowa podążam za nim i wychodzę na zewnątrz. Siadam na jednej z licznych skrzyneczek, a wampir przygląda mi się. Coś w jego spojrzeniu zdaje się mnie alarmować, że to, co ma mi do powiedzenia nie jest nieco już standardowym „Anna znów przesadziła i trzeba pozbyć się trupa”.
    Polubiłem społeczność nieumarłych w Olsztynie już jakiś czas temu, głównie dlatego, że jest nas raptem troje i utrzymujemy ze sobą stały kontakt, oferujemy sobie pomoc. Coś na zasadzie grupy wsparcia, gdzie po prostu generalnie powiedziane jest, że jeśli teraz dasz coś komuś, to potem dostaniesz tyle samo od wszystkich. Nie wiem, jakim cudem, ale najwidoczniej jakoś to działa. Ważne, że na razie paru osobom, pośrednio także śmiertelnym, się przydałem, a tutejsi Światłodawcy jeszcze mi się nie naprzykrzali, więc najwidoczniej w drugą stronę także działa. Na tyle dobrze, że przecież mogę nawet wychodzić z domu i grać ze studentami w erpegi. A to już naprawdę sporo.
    – Chodzi o Ankę? – pozwalam sobie na pytanie.
    August bierze krótki oddech i mówi:
    – W pewien sposób. Wiesz, kim jest Melania?
    – O ile chodzi ci o tą Rzemieślniczkę.
    On potwierdza krótkim skinieniem. Nie jestem tu długo, ale mój współlokator zadbał o to, żebym co nieco orientował się w tym, co się tu dzieje. Stworów nie ma dużo i to właśnie działa tak na moją korzyść, jak i niekorzyść. Bo wypada, chociaż z imienia i dwóch faktów, kojarzyć wszystkich. Toteż i bardziej prawdopodobne jest, że mnie skojarzy ktoś nieodpowiedni.
    – Więc zapewne już o tym wiesz, ale Anna przyjaźni się z nią od dziecka. Ich relacje uległy pogorszeniu, kiedy Anna stała się nieumarłą, ale nie było to nic drastycznego. Tak się przynajmniej zdawało. Aż do wczoraj. Melanii skradziono Ifratium, Starszy Artefakt stworzony przed wieloma wiekami.
    Mruczę coś pytająco. Co miasto, to inne Starsze Artefakty, a jedyne, co je łączy, to że chroni je najsilniejszy ród Rzemieślników w okolicy (choć zgaduję, że w Olsztynie nie ich ma zbyt szerokiego wyboru). No, i fakt, że ich używanie jest absolutnie zakazane ze względu na to, jakie niebezpieczeństwa mogą za sobą nosić. A to różdżka, której efekt za każdym razem jest inny, a to przenośny wymiar kieszonkowy rozmiaru sporego domu. Rzeczy, które nigdy nie powinny były powstać, bo są zbyt nieprzewidywalne lub potencjalnie groźne u niewłaściwego posiadacza.
    – Ifratium to kryształ, który zmieściłbyś nawet w dłoni. Miano Starszego Artefaktu zyskał jednak stosunkowo niedawno. Wcześniej był to zwyczajny wisiorek do amuletu dla ukochanej przodka Melanii, który miał przypominać o nienaruszalności ich uczucia. Nie da się go bowiem zniszczyć w żaden sposób: ani fizycznie, ani przy użyciu magii. – August robi w tym miejscu znaczącą pauzę; nie od razu dociera do mnie waga tego, co powiedział. Chwilę zajmuje mi przetworzenie tego, co to w ogóle znaczy. – Magia przez niego przepływa, ale nie jest w stanie go zniszczyć. Stworzenie tego było tylko popisem umiejętności, ale teraz jest naprawdę wartościowy.
    Chrząkam głośno. Nie wątpię.
    – Anna skradła Ifratium. Ale ona nie ma z niego żadnego pożytku. Tak właściwie tylko jeden Stwór może z niego skorzystać.
    August patrzy we mnie – nie na mnie, we mnie – swoimi czarnymi, nieprzeniknionymi oczami, a mnie przechodzi zimny dreszcz. Wiem, co ma na myśli, ale bynajmniej nie chcę, żeby to do mnie dotarło. Bo w tym mieście jest przynajmniej troje Światłodawców, którzy nie znoszą praktyk nekromanckich i nie zdzierżą, żeby ktoś je praktykował. I oczywiście dokładnie jeden lisz.

Ostatnio zmieniony przez Asther (11-03-2019 o 20h41)


Dzień czy noc, czy to skwar, czy też mróz, jednaka treść nieodmiennie rozbrzmiewa w mej piosence.
Memu ciału wystarczy trzydzieści sześć i sześć, mojej duszy potrzeba znacznie więcej.

Offline

#5 09-03-2019 o 13h24

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 293

Truposzu skradł moje serduszko, a za razem jego kreacja spełniła moje życzonko. Umiarkowanie pozytywny tętnosceptyk pykający w RPG i mający swoje własne stadko nerdzików. Boziu... Cud, miód i orzeszki - jakby jeszcze lubił koty, klimatyczne, psychologiczne horrory i dobre kryminały, tyo niech eksmituje wampira, bo się wprowadzam. Wisienką na torcie byłby mocno zakręcony nerdzik (ew, parę nerdzików, szystko jeno jakiej płci), który odkrywa, że liszu jest liszem i zostaje jego wiernym wielbicielem. Znaczy taki poziom/rodzaj wielbicielstwa jak szalonej kociary wobec kociaków (łącznie z ohydnymi, kociakowymi swetrami, znaczy tutaj liszowymi). No ale wszystkiego mieć nie można, poza tym opowiadanie wtedy mogłoby momentami zbaczać na bardzo dziwne kierunki.

Natomiast co do wstępnego utworu, tutaj mała, chociaż klimatycznie całkiem inna odpowiedź do ostatniej zwrotki /static/img/forum/smilies/wink.png

https://www.youtube.com/watch?v=VNDB_e3j5Ao

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (09-03-2019 o 13h24)

Offline

#6 11-03-2019 o 20h41

Straż Cienia
Asther
Młody rekrut
Asther
...
Wiadomości: 10

tekst (tłumaczony)




Trzy

Nefil


    Nie mam pojęcia, co wścieka mnie bardziej – fakt, że ten osławiony feniks, ponoć tak oczytany i inteligentny, odmawia mi pomocy w słusznej przecież sprawie i traktuje mnie jak dziecko, czy jednak to, że faktycznie może sobie na to pozwolić. Wiem o nim niewiele, ale jeśli w świecie Stworów istnieje jakaś powszechnie znana informacja, to jest nią fakt, że nie ma gorszego pomysłu niż zrobienie sobie z feniksa wroga. Mogą zdawać się łagodne i niepozorne, ale jak je raz czy, nie daj Boże, dwa zabijesz, stają się diabelnie mściwe. I niby jest to zrozumiałe, ale przeszkadza, cholera. No, pomijając, że najpierw musisz je zabić, a jednak mają za sobą te setki czy tysiące lat doświadczeń, które raczej nie pozostawiły ich bez umiejętności.
    Biorę głęboki oddech i patrzę na Adama uważnie. Moje spojrzenie z reguły hipnotyzuje i to nie tylko dzięki anielskiemu pochodzeniu – doskonale wiem, jak przystojny jestem i potrafię zrobić z tego użytek. Najwidoczniej na niego to jednak nie działa. Powstrzymuję się od westchnienia, wlewam za to we wzrok zaciętość i odrobinę jadu. Możliwie jak najmniej.
    – Załóżmy więc optymistycznie, że faktycznie – nie zdobył artefaktu dla władzy. Ani żeby zyskać całkowitą nietykalność. Nie wiem, po jaką cholerę w innym wypadku byłby mu potrzebny i czemu w ogóle kłopotałby się jego zdobyciem, ale niech ci będzie. Zamierza go dla ozdoby trzymał na półce, żeby napawać się tym, jak znacznie lepszy jest od nas.
    Adam otwiera usta, ale nie pozwalam mu się wciąć w słowo.
    – Teraz Ifratium stoi na tej jego półce. I może będzie tak stało tydzień, rok, dwa, pięć. Ale co się stanie, gdy nasz drogi lisz wścieknie się na coś lub kogoś, jedną, pojedynczą osobę i żeby móc bezpiecznie się z nią mierzyć, wreszcie przeistoczy Artefakt w swoje filaketrium? Użyje go. A to z kolei naruszy cały naturalny balans! Filakteria, owszem, czynią lisze potężnymi, ale i wrażliwymi. Taka kolej rzeczy. Niesamowita moc za absurdalnie wrażliwy punkt, przedmiot, w który wlewają całą swoją duszę. Wtedy można mieć ich jakoś pod kontrolą. A Ifratium… – Waham się. Przecież feniks i tak z całą pewnością wie, co mam na myśli. Zamiast tłumaczyć, mówię więc – Nie pozwolę, by na moich oczach powstał nieumarły czarnoksiężnik, którego ile razy by nie zabijać, on zawsze się odrodzi.
    Adam uśmiecha się ze swoistym rozbawieniem, gdy kończę swoją wypowiedź z nieco zbyt dużą dozą emocji.
    – Naturalnie. Ale zauważ, że nie tylko on w tym świecie będzie nieśmiertelny.
    Nie wiem, czego on ode mnie oczekuje, ale w tej chwili od splunięcia powstrzymuje mnie chyba tylko fakt, że jestem w cudzym miejscu pracy, ba, w miejscu pracy feniksa. Zamiast tego patrzę tylko na niego z góry, ciesząc się, że jestem o głowę wyższy, a ja czuję, jak bursztyn moich oczu zostaje przykryty przez poblask szczerego, metalicznego złota – jak zresztą zawsze, kiedy pojawiają się we mnie jakiekolwiek silne emocje. Lub kiedy tak mi się akurat zachce, oczywiście.
    – Tyle w nim z natury, co w jego wskrzeszeńcach – mówię zimno. – Nijak go nie przypominasz. Jesteś przecież feniksem – podkreślam to jedno słowo, chcąc zwrócić uwagę na naturalność jego istnienia, szczególnie w porównaniu do nieumarłych. – Odradzasz się, i co z tego? Oddychasz, jesz, śpisz. Odczuwasz zmęczenie i nie żywisz się strachem.
    Adam, ku mojemu zaskoczeniu, nie komentuje tego ani słowem, patrzy tylko na mnie uważnie. Przeszkadza mi, że choćbym się starał, nie słyszę jego myśli, diabelnie mi to przeszkadza. Nie jestem przyzwyczajony. Z sykiem wdycham powietrze, a złoto w moich oczach na powrót przeradza się w całkowicie zwyczajny, nieco tylko zwracający uwagę bursztyn.
    – Nie bez powodu ukryliśmy Ifratium. Nie mówię, że ten lisz przejmie zaraz kontrolę nad światem. Mówię tylko, że będzie miał stanowczo zbyt duże możliwości, a ja, jako Światłodawca, właśnie temu mam zapobiec.
    – Julianie – mówi tylko Adam, ale w tym jednym słowie słyszę już, co ma mi do powiedzenia. Powstrzymuję się od przerwania mu, ale już teraz wykonuję krótki gest dłonią. – Trafnie zauważyłeś, że to ty jesteś Światłodawcą. I nijak nie jestem w stanie ci pomóc.
    Wzdycham ciężko. Równolegle z tym, na plecach czuję znajome mrowienie. Moje oczy znów zachodzą złotem na krótki moment – mógłbym bez problemu powstrzymać ten efekt, nauczyłem się tego przecież lata temu, ale jest zbyt widowiskowy – a z mojej koszuli, nawet jej nie naruszając, wypływają skrzydła. W tej chwili całkowicie materialne, choć przecież ubrań nie przebiły.
    Przywykłem do tego, że onieśmielają i zachwycają, nawet innych nefilim. Przecież nie są standardowe, zdecydowanie nie. Są bielsze i większe niż jakiekolwiek inne, które widziałem kiedykolwiek w swoim życiu. A jednak gdy patrzę na Adama, on nie wydaje się tym nawet odrobinę zainteresowany. A już na pewno nie jest pod ich wrażeniem. Wyciąga tylko dłoń w moją stronę, jakby doskonale wiedząc, po co w ogóle je rozwinąłem. Wtedy też zaczyna mnie zastanawiać, ile tak naprawdę ma lat. Ilu nefilim widział. Może nawet ile aniołów. Przez myśl przechodzi mi, że mogło się zdarzyć, że mojego ojca również spotkał, ale zaraz wyrzucam to z głowy jako nieco nieprawdopodobne i krótkim ruchem wyrywam jedno z piór, bijące delikatnym, przyjemnym dla oka blaskiem. Podaję mu je bez wyjaśnień, których zdecydowanie zdaje się nie oczekiwać.
    – Nie spodziewaj się mnie – zastrzega, bez większego zainteresowania bawiąc się w dłoni właśnie otrzymanym przedmiotem. Krzywię się nieco; pióro jest przecież najbardziej wartościowym, co mógłby ode mnie dostać. Pomijając, że tutejsi nieumarli zapłaciliby pewnie wiele, by je otrzymać. W końcu czy jest coś przyjemniejszego niż Światłodawca, którego można w dowolnej chwili zlokalizować?
    Kręcę delikatnie głową i mówię:
    – Miłego dnia. – Z tymi słowami kieruję się do wyjścia. – I bądź zwyczajny – dodaję z niejakim przekąsem.
    – Ty również, Julianie – odpowiada Adam, a w jego głosie przebrzmiewa coś na kształt szczerej rady. – Nie zgub się w tym wszystkim.
    Prycham na pożegnanie – w takich chwilach naprawdę przypomina dziadka, którym pewnie już mógłby być – a może jest? Nigdy nie słyszałem o hybrydzie człowieka z feniksem, ale właściwie dlaczego nie? To w końcu, jak zresztą sam podkreślałem, nie nieumarły. Uśmiecham się odrobinę na samą myśl i wyjmuję telefon z kieszeni. Szybko wystukuję odpowiedni numer i wzdycham, patrząc na ściemniające się już niebo. Daniel nie odbiera. Ani za pierwszym, ani za drugim, ani nawet za piątym razem. Klnę cicho pod nosem. Mam nadzieję, że tym razem nie zaszył się w jakimś barze, a załatwia sprawę tego pieprzonego lisza.
    Jeśli nie on, to Mela. Już wystukuję jej numer, ale przypominam sobie, że, cóż, to Mela. I pewnie nadal płacze w kącie, więc do niczego się nie nada.
    Dziewczyny z Redykajn?
    Gdy tylko świta mi ta myśl, dzwonię kolejny raz do Daniela. Nie odbiera. Klnę pod nosem siarczyście, łapiąc ukradkowe zerknięcie jakiejś starszej kobiety, która początkowo zdaje się chcieć mnie skrytykować, ale gdy nasze spojrzenia się spotykają, jej wzrok mięknie i topi się pod moimi oczami. Unoszę kącik ust z zadowoleniem, a ona odchodzi szybko. Prycham rozbawiony, po czym znów zerkam na telefon i mój uśmiech rzednie natychmiast. Kiedyś odbierze.
    Zanim moja myśl znów przypadkiem powędruje ku Redykajnom, zastanawiam się, co wiem. Lisz musi być tutaj. W Olsztynie, to znaczy. Jest nowy w okolicy, ale już z kimś współpracuje, bo inaczej dawno bym go znalazł. Jest też na tyle zdolny, żeby rozpraszać swoją aurę po całej okolicy, ewentualnie ktoś mu w tym pomaga. Marcin? To możliwe, ale powinienem zakładać najgorsze. Czyli powiedzmy, że lisz jednak potrafi zrobić to sam. Ale może Marcin faktycznie ma z nim coś wspólnego. Cholera jasna, ja go kiedyś zabiję. Muszę mu coś tylko udowodnić, ale to nie powinno być trudne.
    Tak naprawdę powinienem iść do tych demonic, ale na ten moment wszystko wydaje mi się lepszą opcją. Nawet Marcin. Odrobinę. Wzdycham ciężko. On przynajmniej na pewno coś wie. Z drugiej strony, może właśnie wtedy coś na niego znajdę?
    Dzwonię do Daniela.
    Nie odbiera.
    Z kim może współpracować lisz? Z demonami? Raczej by nie ryzykowali. Chyba że Marcin. To w jego stylu. Muszę go sprawdzić. Ale niekoniecznie przecież teraz. Daniel też może to zrobić. Albo Mela, jak już się ogarnie.
    Ale wyłączając Marcina, wszyscy w mieście wiedzą, że współpraca z nieumarłymi nie jest dobrze odbierana i niewarta świeczki. Szczególnie kiedy w grę wchodzi nieumarły czarownik. Niby bycie nieumarłym nie jest zakazane, ale nieprzypadkowo jest ich w Olsztynie tak mało. Wraz z pozostałymi Światłodawcami uważamy za pewien sukces trzymanie ich z dala od tego miasta. Albo uważaliśmy.
    Nieważne; poza Marcinem, kto mógłby mu pomagać?
    Stoję na chodniku kilka długich chwil i nagle to do mnie dociera.
    Ten wampir. Oczywiście, ciągnie swój do swego. Do licha, nie zabijał, to nie chciało mi się za nim ganiać, ale… To aż nader prawdopodobne. Klnę. Jeszcze głośniej niż ostatnio. Przecież ja nawet nie wiem, gdzie jest ani jak wygląda. A o jakimś olsztyńskim wampirze losowe informacje może mieć tylko jedna osoba.
    Dzwonię do Daniela.
    Nadal nie odbiera.
    Powoli wklikuję numer Marcina. Zanim jednak nacisnę zieloną słuchawkę, nagle mnie oświeca. Wiktoria i Monika. One też mogą coś wiedzieć. Wzdycham z zadowoleniem, gdy tylko sobie to uświadamiam. Im dłużej to rozważam, tym lepszym pomysłem mi się to zdaje. Bliźniaczki nieraz okazały się niezmiernie pomocne. To Daniel mi je przedstawił, kiedyś nawet chodził z Moniką. Chyba. Z którąś z nich na pewno. Jakim cudem nie pomyślałem o tym wcześniej?
    Wybieram numer do Wiktorii z błąkającym się w duszy uśmiechem.
    – Halo? – odpowiada mi niemal natychmiast zdziwiony, dziewczęcy głos.
    – Dzień dobry – mówię możliwie jak najpewniej, nie pozwalając uldze przezierać przez słowa. – Mógłbym do was wpaść? Stało się coś ważnego.
    Odpowiada mi długi pomruk zastanowienia. Nagle słyszę westchnienie, po czym głos znów się odzywa:
    – Och, cześć… Myślę, że tak… Monia? Tak, możesz… Kiedy?
    – Zaraz? – proponuję. Nie mogę zwlekać. Nie wiem, ile mam czasu, ale na pewno niedużo. Marcin, jeśli coś ma – a to przecież Marcin, na pewno coś ma – pewnie pomógłby mi szybciej. Ale jeśli mogę to załatwić bez niego i Redykajn, chyba spróbuję w pierwszej kolejności rozwiązać to w ten sposób. Coś mi mówi, że pożałuję, ale mniejsza z tym.
    – Uch… Tak, myślę, że tak… – mruczy.
    Brzmi niepewnie. Tak naprawdę jestem niemal pewien, że będę potrzebował Marcina. Później. Idę do mojego samochodu i jeszcze raz dzwonię do Daniela.
    Nie odbiera.

Ostatnio zmieniony przez Asther (14-03-2019 o 18h30)


Dzień czy noc, czy to skwar, czy też mróz, jednaka treść nieodmiennie rozbrzmiewa w mej piosence.
Memu ciału wystarczy trzydzieści sześć i sześć, mojej duszy potrzeba znacznie więcej.

Offline

#7 12-03-2019 o 20h39

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 293

Nie umiem się oprzeć pokusie ponownego odpowiedzenie (komentarz starej, zgryźliwej baby /static/img/forum/smilies/wink.png ) na piosenkę
https://www.youtube.com/watch?v=U9XmVmlpARE

Text z tłumaczeniem


Uwielbiam dark cabaret <3

Dobrze... Co do samego tekstu to mam jedną, dużą uwagę. Dziwnie brzmi, gdy postać, z której perspektywy prowadzona jest narracja, bezpośrednio opisuje to, co dzieje się z jej wyglądem, szczególnie jeżeli chodzi o twarz, a nie patrzy np. w lustro. SZCZEGÓLNIE przy narracji pierwszoosobowej i do tego teraźniejszej, chociaż i przy trzecioosobówce należy to omijać, chyba, że narracja "zewnętrzna" np wszechwiedząca. Osoba prowadząca narrację/ osoba-perspektywa, jeżeli jest bohaterem opowieści, nie widzi, co się dzieje na jej twarzy. Nie wychodzi z siebie i siebie nie ogląda w postaci astralnej. Dlatego moment z oczami i złotym blaskiem jest dziwny. Co innego gdyby napisać "zwykle w takich momentach me oczy wypełnia złoty blask, zapewne tak jest i teraz. Mógłbym to powstrzymać, ale..." => to co innego, tu domniemuje. Ewentualnie "zawsze w tym momencie me oczy wypełnia złoty blas" - tu już założenie potwierdzone wielokrotną obserwacją (domniemaną, ale jednak). Troszeczkę  inna jest sprawa, gdy ktoś ma wyuczone wyrazy twarzy i gra (co tu ma miejsca z raz), aby coś uzyskać, w takich momentach można bezpośrednio, ale i to z pewną doza ostrożności.

                  Co do samej treści no cóż... Przy pół-aniołku wychodzą machloje panów czyścioszków czy też raczej pojawia się niepokojący mars świadczący o tym, ze po zdarciu farby ze ściany zobaczymy nadżarty grzybem tynk. Do tego pojawia się coraz większa aura podejrzeń - ładnie.
                  Sama osobowość nefila(póki co) - typowy, nawiedzony paladyn z przerośniętym ego + wkurzające przekonanie o własnej ślicznosci, budzące we mnie wizje człowieka z butelką kwasu, papierem ściernym i makabrycznym uśmiechem pochylającego się nad spacyfikowanym, skrępowanym aniołeczkiem. Jako, że mi bardziej blisko do ropuchy niż motylka, jakoś ci śliczni i świadomi swojej śliczności + wykorzystujący to, budzą moją wewnętrzną niechęć, a nawet agresję. Szczególnie faceci... chociaż jestem hetero. W każdym razie, chociażby Nefil stanął na rzęsach i zaklaskał uszami, nie zdobędzie mojej sympatii.

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (12-03-2019 o 20h39)

Offline

#8 12-03-2019 o 20h59

Straż Cienia
Asther
Młody rekrut
Asther
...
Wiadomości: 10

@Le0kadia Niestety nie mogę się zgodzić z uwagą – świadomie nie opisuję swoich postaci (EDIT: no bo przecież większość z nich właśnie nie zwraca na to uwagi ani u siebie, ani u swoich znajomych), stąd też większość z nich ma problem z brakiem w ogóle jakichkolwiek opisów fizycznych (i to jest błąd, którego jestem bardziej niż świadoma, ale nie wiem nawet, jak to zmienić, żeby nadal się kleiło.) Jednak Julek albo mówi bezpośrednio o tym, jak doskonale wie o tym, że jest przystojny (bo to ten typ człowieka), albo mówi o zmianach na oczach – tak jak mówi, że czuje znajome drżenie (właściwie mrowienie, lecę poprawiać), kiedy wysuwa skrzydła, tak też zmiana koloru oczu jest czymś, co on po prostu wyczuwa. Aczkolwiek jeśli jest to nieklarowne, to może lepiej by zabrzmiało, gdybym chociaż za pierwszym razem napisała "czuję, jak moje oczy stają się złote"? Starożytna zasada, że autor wie, co pisze, czytelnik nie zawsze czyta mu w myślach :V Więc dzięki za wspomnienie.

A co do samej jego postaci – wiem doskonale, że można kochać albo nienawidzić, i bardzo mnie to cieszy. W końcu jakie byłoby opowiadanie, gdzie każdą postać się lubi? Na pewno silnie odrealnione, a nie w to celuję w tekście, który dzieje się wręcz na moim własnym podwórku.

I co do odpowiedzi! Drobnostka tyle, że angielski znam, więc (jeśli są one kierowane bezpośrednio do mnie), nie kłopocz się tłumaczeniem – ja tłumaczenie z jidysz pozwoliłam sobie wrzucić, bo nie oszukujmy się, nie jest to język znany.
A co do samej piosenki, szalenie mi do Julka pasuje faktycznie /static/img/forum/smilies/big_smile.png Poza tym może, że moja zasada tychże theme'ów jest taka, że bez angielskiego – z małym wyjątkiem dla śmiertelników. Ale to taki mały smaczek; Stwory wszystkie mają folk, śmiertelnicy są dużo bardziej zróżnicowani pod tym względem. (Wybacz też, że nie szepnęłam słówka na temat poprzedniego utworu, ale straszliwie nie moje klimaty i zapomniałam potem znów przesłuchać, żeby skomentować.)

Ostatnio zmieniony przez Asther (12-03-2019 o 21h20)


Dzień czy noc, czy to skwar, czy też mróz, jednaka treść nieodmiennie rozbrzmiewa w mej piosence.
Memu ciału wystarczy trzydzieści sześć i sześć, mojej duszy potrzeba znacznie więcej.

Offline

#9 13-03-2019 o 21h32

Straż Cienia
Asther
Młody rekrut
Asther
...
Wiadomości: 10

Mała drobnostka przed tekstem: zaczynam się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby zwolnić trochę z publikowaniem, na, powiedzmy, rozdział co trzy-cztery dni, co tydzień? Jest tu ktoś, kto by preferował trochę rzadsze rozdziały, żeby nie musieć potem nadrabiać/ktoś, kto byłby rzadszym rozdziałom zdecydowanie przeciwny? Bo nie wiem, dziwnie publikować rzeczy, których mam napisane już znacznie więcej.

tekst




Cztery

Odmianka


    Jak w każdy piątek wieczór leżę w łóżku, przerzucając leniwie kolejne seriale Netfliksa, jedząc czipsy i zastanawiając się, kiedy dokładnie dziewczyny wrócą z pracy. A jednak w ten piątek coś jest nieco inaczej, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, nie wracają dłużej niż zwykle. Z reguły zdążę obejrzeć trzy, może cztery odcinki, jak mi się poszczęści i szybko się ze wszystkim ogarnę, a one nieco się spóźnią. A teraz kończę siódmy i dziwne przeczucie mówi mi, że prędzej skończę całe Stranger Things, niż te drzwi zostaną przez nie otwarte. A moje przeczucia mają to do siebie, że z reguły się sprawdzają. No, a po drugie teraz oczekuję przecież tylko dziewczyn i mam całkowitą pewność, że Julian nie wparuje nagle, reagując tylko tym typowo swoim prychnięciem na moją standardową pozycję, kiedy będę siedziała z herbatą pod kocem.
    Jeszcze jakoś przedwczoraj myślałam, że może za tym zatęsknię, ale teraz mam wrażenie, że bez tego czuję się zdecydowanie swobodniej. A jednak kiedy coś, co trwało tak długo, skończyło się tak nagle, to jakaś pustka wciąż zostaje. Pewnie, niezbyt mi przeszkadzająca i w ogóle mnie nie dotycząca, ale wciąż jest to pustka.
    Nagle coś mnie uderza. Czemu nie pomyślałam o tym wcześniej? Może właśnie dlatego się spóźniają? Może poszły to opić czy zapić? Z drugiej strony, wtedy pewnie by mnie wzięły. Przynajmniej w to chcę wierzyć. Przecież mam przyjaciół, myślę, włączając kolejny odcinek serialu na Netfliksie. Wtedy do drzwi ktoś puka, a ja drżę i mruczę jak kot, na którego teren właśnie ma wkroczyć wróg. Niepokoi mnie to głównie dlatego, że miałam wcześniej przeczucie, że dziewczyny nie wejdą tu przez jeszcze długi czas – a moje przeczucia są naprawdę nieomylne. Więc wchodzi ktoś inny.
    Przecież nie Julian, jest zbyt dumny, żeby przeprosić Lidię, tym bardziej, że to on w ogóle zaczął całą kłótnię. Znam go co prawda raczej z opowieści niż osobiście, ale parę zdań też z nim wymieniłam i ta akurat cecha wręcz z niego emanuje. Stroszę się odruchowo, a koc spada na ziemię, przenikając moje zdematerializowane ciało. Klnę cichutko, tak żeby druga strona nie usłyszała, i zanim podejdę do drzwi, materializuję się na powrót i zamykam laptopa. Upewniam się, że jestem cała i że przypadkowy ulotkarz nie zobaczy półprzezroczystego bytu, kiedy mu otworzę, i dopiero wtedy uchylam drzwi.
    Moim oczom ukazuje się mężczyzna, pewnie dochodzący trzydziestki, o włosach w kolorze mlecznej czekolady i brudnozielonych oczach. Straszliwie zwykły, prawdę mówiąc, a ja, z moją lichą pamięcią do twarzy, zaczynam głęboko zastanawiać się, czy powinnam go skądś kojarzyć i, co ważniejsze, czy nie jest Stworem, który mógłby mieć jakiś interes do dziewczyn. Oczywiście moje intensywne próby pełzną na niczym i nie wiem nawet, jak go porządnie przywitać. Zakładam więc niepewnie turkusowy kosmyk za ucho i, w pełni skupiając się, żeby nie wytracić swojej materialności, mówię:
    – Dzień dobry?
    Na jego ustach błąka się uśmiech, oscylujący gdzieś pomiędzy rozbawieniem a uprzejmością, i odpowiada:
    – Cześć, Lena.
    Zanim doda cokolwiek więcej, ja już płonę rumieńcem i niepewnie otwieram drzwi szerzej. Mam ochotę zapaść się pod ziemię, ale dziewczyny strasznie to irytuje, więc muszę się wreszcie oduczyć. No, i nie mam pewności, czy mój gość na pewno jest Stworem. On rozgląda się, zważając na mnie tylko połowicznie, i widzę, że ma ochotę zadać jakieś pytanie, ale w ostatniej chwili mruga, jakby przypomniał sobie, że najwidoczniej absolutnie go nie kojarzę.
    – Jestem Daniel. Tutejszy Światłodawca, przyjaciel Juliana? – dodaje, choć szybko łączę imię z funkcją. Kiwam pewnie głową i wskazuję wnętrze krótkim ruchem dłoni.
    – Tak, tak, już pamiętam – mówię, niewątpliwie uspokojona. Stwór. Doskonale. Oddycham głęboko, ignorując ewentualne niematerialności, choć najwidoczniej nic się nie dzieje. I doskonale. Cóż, taka zaleta uspokojenia. Prowadzę go do salonu, ciesząc się, że akurat dziś sprzątałam. – Herbaty? – pytam, już niemal zupełnie swobodnie.
    – Czemu nie – mówi Daniel i uśmiecha się znowu, tym samym uśmiechem co wcześniej; dziwną mieszanką rozbawienia i uprzejmości. Widzę, że czuje się tu dosyć swobodnie, bo siada na kanapie i patrzy w moją stronę, gdy zaczynam krzątać się po kuchni. – Dziewczyn nie ma, co?
    Kręcę głową, wygrzebując tysiąc różnych woreczków i mieszanek ziołowych, które zajmują specjalne miejsce w naszej szafce na wszystko.
    – Jakieś preferencje?
    – Mięta? – pyta, a ja kiwam energicznie głową. Naprawdę nie wyobrażam sobie, co mógłby zaproponować, żebym nie była w stanie mu tego zaoferować. Poza tym, że mamy tu chyba pół Czasu na Herbatę i każde zioło, jakie da się kupić (z pewną nawet nadwyżką), to Lidia sama łączy to w różne nowe dziwactwa.
    Wyjmuję dwa kubki i wrzucam tam suszonej mięty, a Daniel obserwuje mnie uważnie. Nie wiem, czy wie, że to zauważam, ale nawet jako nie-do-końca duch nadal jestem bardzo świadoma tego, co dzieje się w moim domu. Starając się odwieść od tego myśli i mając wrażenie, że on sam nie zacznie rozmowy, pytam:
    – A po co ci dziewczyny? Może będę w stanie ci pomóc z… czymkolwiek jest to, co masz do zrobienia?
    On wzdycha, nie odwracając wzroku, choć nadal nie patrzę w jego stronę.
    – Chciałbym, żeby to było takie proste – mówi, a ja dopiero wtedy zerkam na niego. Ma na twarzy delikatny uśmiech, ale tym razem inny, nieco niezadowolony. Odruchowo uśmiecham się również i wracam spojrzeniem do właśnie zagotowanej wody. – Ale pewnie ty wiesz tyle, co i one. Przyszedłem raczej dla formalności. I w odwiedziny.
    Prycham z niedowierzaniem.
    – W odwiedziny? Powiedz to Lidii, jak już przyjdzie, jeśli chcesz się przekonać, jak może wyglądać wściekły demon. – Uśmiecham się krzywo. – Jak myślisz, czemu mieszkamy tak blisko jeziora?
    W Danielu coś przeskakuje natychmiast. Wyostrza się, a uśmiech na jego twarzy nabiera nieco wymuszenia. Mam wrażenie, że jest w tym tak dziwacznie oczywisty, ale przecież doskonale wiem, że to tylko dlatego, że czuję, że coś się zmieniło – przecież jest w moim domu. Zanim zdąży się odezwać, śmieję się delikatnie, choć zdaje się, jakby ten odgłos odbijał się od ścian albo przez nie przenikał. Daniel podnosi wzrok i wtedy uświadamiam sobie, że, cholera, najwidoczniej nie było to wrażenie.
    – Wybacz, niezamierzone – mówię z delikatnym rumieńcem, znów oplatając sobie kosmyk wokół palca. Nagle przypominam sobie o herbacie, więc biorę kubki i niosę je do salonu, patrząc na ewidentnie podenerwowanego Daniela. Aż mi trochę głupio, bo teraz, jak już go pamiętam, to kojarzę go naprawdę dobrze. I wiem, skąd to podenerwowanie się bierze. W końcu bycie zduhaczem ma pewną znaczącą wadę: tak naprawdę Stworem jesteś tylko przez sen. Więc Daniel w całej tej sytuacji może normalnie obawiać się tego, że kiedy Lidia tu wróci, zaśpiewa mu tym swoim ślicznym, balladowym głosem, a on nie będzie w stanie odmówić jej wspólnej kąpieli w jeziorze dziesięć metrów od naszego domu. Co z tego, że jest październik.
    Siadam przy nim. Fakt, że w ogóle tu przyszedł, oznacza, że albo najzwyczajniej w świecie nam ufa, albo jest bardzo zdesperowany. A jego reakcja na sam mój żart raczej neguje to pierwsze. Aczkolwiek nie odsuwa się, gdy siadam stosunkowo blisko, a to w sumie powoduje, że zastanawiam się, jak bardzo faktycznie jest podenerwowany. Nie sądzę, żeby uczucia śmiertelników były dla mnie w tym domu aż tak nasilone, chociaż za rzadko się tu jacyś pojawiają, żebym mogła to na pewno zaobserwować.
    – Nadal nie powiedziałeś mi, czego szukasz.
    – Kogo – poprawia mnie, biorąc kubek do ręki i niemal natychmiast napawając się intensywnym, fantastycznym zapachem parzonej mięty. – Szukamy lisza. I co prawda nie ma na niego nic oficjalnego, ale po tym, jak Julian reaguje na same o nim wspominki, naprawdę nie radziłbym mu pomagać. Nie żebym coś insynuował – dodaje szybko. – Mówię raczej w roli przestrogi.
    Prycham, nieco rozbawiona.
    – Uwierz mi, i ja, i Ala wiemy coś o byciu Stworem tylko częściowo nieumarłym w tym mieście. I raczej mamy świadomość tego, jak niezmiernie ciepło Julian nas traktuje.
    Daniel przygryza nieco wargę, niespiesznie odstawiając herbatę na stół.
    – Tak, wiem. Wybaczcie mu to. Skrzywienie zawodowe.
    Wzruszam ramionami. Jak dla mnie to wiele nie tłumaczy, ale po prawdzie nic mnie jego podejście nie obchodzi.
    – W każdym razie, nie wiem jak dziewczyny, ja… raczej nic nie słyszałam?
    Nie kłamię oczywiście, ale zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno. Z dziewczynami trzymamy się blisko, aczkolwiek ja szczególnie bardzo nie lubię stąd wychodzić, więc mało wiem o innych Stworach. Zresztą nawet te, które poznałam, szybko wypadają mi z głowy. Ale lisza bym raczej zapamiętała.
    – Możesz poczekać na dziewczyny, ale będą raczej znacznie później. Znaczy, na pewno – dodaję. Moje przeczucia przecież się nie mylą.
    Daniel kiwa głową powoli.
    – To może być niegłupi pomysł. Myślisz, że jest większa szansa, że one coś wiedzą?
    – Zdecydowanie – przyznaję z rozbawieniem. – Tymczasem… – Wzdycham, patrząc na zamkniętego laptopa. Niezbyt wiem, o czym miałabym z nim rozmawiać, więc pytam tylko – Oglądasz seriale?
    Daniel uśmiecha się szeroko.
    – Pewnie. A co oferujesz?
    Zanim mu odpowiem, wyciągam swój kocyk i kładę czipsy na środku stołu. To będzie jeszcze dziwniejszy piątek, niż myślałam, ale czy to znowu tak źle?


Dzień czy noc, czy to skwar, czy też mróz, jednaka treść nieodmiennie rozbrzmiewa w mej piosence.
Memu ciału wystarczy trzydzieści sześć i sześć, mojej duszy potrzeba znacznie więcej.

Offline

#10 14-03-2019 o 17h02

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 293

Teraz brakowałoby tego, żeby połowa światłodawców wciągnęła się w seriale i RPG, zostawiając Julka na poboczu z jego piękną buzią i przerośniętym ego.

Swoją drogą ciekawe po kiego grzyba ten naszyjnik tak serio został podiwaniony. Może chcą dopiero tworzyć jakiegoś lisza?

Nie ważne czy się lubi czyichś bohaterów czy nie, ważne, żeby budzili emocje /static/img/forum/smilies/big_smile.png... Chyba, że się nie cierpi wszystkich i pragnie ich śmierci, bo wtedy kłopot z zakończeniem książki (Dlatego poległam przy cyklu River World, a zmuszona w szkole do czytania "Tistana i Izoldy" naprawdę odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu ci poszli kaput => w tej historii stałam całym duchem i sercem po stronie negatywnych postaci).

A teraz wracając do ostatniego tematu - to, że czytelnik domyśla się, co autor ma na myśli, nie znaczy, że to dobrze brzmi i oddaje stan faktyczny. Dlatego poprzednio powinno być zaznaczone, że Julek wie o swoich oczach, bo coś tam (przykładami już rzuciłam), a teraz, że odmienica "czuje jak na jej policzki występuje rumieniec"... (Chociaż jako, że to troszkę duch to przy niej trochę nie do końca wiadomo jak widzi świat). Zwracam uwagę, jako że i mnie kiedyś zwracano, prawie przy tym zjadając... A po czasie sama muszę stwierdzić, że to dziwnie brzmi i wygląda.

Odpowiedzi na ten utwór nie mam, bo jakoś miłosne przyśpiewki (chyba, że takie ala "if i told you once", z nie do końca miłą myślą główną) omijają mojego ducha szerokim łukiem. A co do "Zabobonu" Roberta DeLiry, to muszę powiedzieć, że to ich najsłabszy utwór, chociaż lubię tekst. Muzycznie niestety skiepścili uderzając w bardzo rockowe brzmienia, które zagłuszyły całkowicie instrumenty tradycyjnej, do tego pogrzebali złowieszczy potencjał utworu. Nie wspominając o braku  obsesyjnej nuty obecnej np w "Panterze" Robercika czy też "oku Dybuka" Żywiołaka (ten sam lider zespołu) bądź - z nieco żywszych utworów - "Psychotece", która robi mega klimat. Ech... Ale nie można mieć wszystkiego, prawda?

Offline

Strony : 1