Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1

#1 24-03-2019 o 23h13

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

Tak, tak, tak. Powinnam posypać głowę popiołem. Kolejne opowiadanie spod mojej ręki, a reszta niedokończona. Ale mam usprawiedliwienie. Po pierwsze te opowiadanie to takie zamówienie-wyzwanie. Na pewnym portalu spotkałam nieoczekiwanie jedną z użytkowniczek tej strony, ona zapodała dziwny temat, ja podłapałam rzucając, że nie byłoby to takie trudne, nawet zaczynając od "klasycznego wejścia Gardzi" i od słowa do słowa... Ech. Wkopałam się /static/img/forum/smilies/smile.png Po drugie ta historyjka (w zamierzeniu dość krótka, a jak wyjdzie zobaczymy)ma być lekką odskocznią od Antymagii => będę ją nieco rzadziej wrzucała, bo mam parę rzeczy do przemyślenia. Właściwie to jedną, ale BARDZO ważną: jak to wszystko skrócić, a jednocześnie nie powycinać żadnych motywów, bo jeszcze trochę, a wyjdzie mi to dłuższe niż cały cykl Harryego Pottera, a to przecież tylko durny funfick miał być do jasnej Anielki! tak że tego...
                Dobra, do rzeczy. Opowiadanie ma być w zamierzeniu dość krótkie, w porównaniu z tymi, które już piszę i stanowi crosover z czymś klimatycznie bardzo od Eldaryi różnym. Tu taka mała zabawa dla was => zgadnijcie z czym. W każdej części będą podpowiedzi, co do tego czegoś. Kto zgadnie będzie miał big satysfakcję + będzie mógł zamówić sobie rysunek jednej z postaci opowiadania z dedykacją... Ale uwzględnijcie, że moje umiejętności rysownika są dość ograniczone. Konkurs "do pierwszego odgadniętego", a w razie nieodgadnięcia przez nikogo, to do "momentu przełomu" kiedy wszystko będzie niemal podane na tacy (a ja będę miała satysfakcję, że nikt nie zgadł i nie będę musiała nic rysować, weee /static/img/forum/smilies/big_smile.png). Użytkowniczka, której wyzwanie przyjęłam, oczywiście udziału w konkursie nie bierze (starczy jej, że wmanewrowała mnie w pisanie tego /static/img/forum/smilies/neutral.png). Odpowiedzi konkursowe proszę słać na szychoosa@wp.pl żeby tu ludziom, których będę nieudolnie próbować zaskoczyć, nie spamować. W tytule wiadomości proszę pisać "cros-zagadka", żebym wiedziała, co ratować ze spamu /static/img/forum/smilies/wink.png, a w treści login i odpowiedź z czym to Eldaryę skrzyżowałam.
                Coś jeszcze? A tak. Będę tu wrzucać, tak wyjątkowo (na prośbę tej wrabiaczki) po całym rozdziale nierozbitym na części. Regularnego wrzucania nie obiecuję.
                Ok, to jedziemy z tym koksem. Rozdział pierwszy...

1 Człowiek

                Nie trudno było poznać, że nie jest stąd. Że jest człowiekiem. Te spodnie, ta kolorowa torba z niespotykanego materiału, nie wspominając o dziwnych, wiązanych butach. Poza tym ten zapach. Pachniała jak coś z zewnątrz.
                Ludzie w Eldaryi zwykle zwiastowali niebezpieczeństwo, bo też najczęściej przybywali tu w niezbyt dobrych zamiarach. Przypadkowi podróżnicy stanowili niezwykłą rzadkość. Bardzo kłopotliwą, bo nie było wiadomo, co z nimi zrobić. Ściskane w wielkich ramionach, przerażone stworzenie zapewne stanowiło jednego z takich przypadkowych wędrowców. Zagubionych, niemających pojęcia, co się stało ani gdzie trafili.
                Uśmiechnął się do niej ciepło, bo też nie mógł zrobi zrobić nic innego, żeby ją uspokoić, a wyglądała jakby miała zaraz umrzeć z przerażenia, chociaż zachowywała kamienną twarz. Niestety uśmiech nie podziałał. Kobieta, a właściwie to jeszcze dziewczyna, zamiast nieco się rozluźnić tylko zrobiła krok wstecz, napierając na tors przytrzymującego ją wielkiego ogra. Jamon uśmiechnął się krzywo.
                - Twoja urok nie działać chyba.
                - Twoja też nie, bo ona być przerażona – odpowiedział, na co uśmiech nieco spełzł z twarzy wielkoluda. Ogrze usta i krtań nie są zostały dostosowane do wspólnomowy, przez co niepotrafiący wyartykułować niektórych dźwięków Jamon  musiał używać spoczwarnionej, bogatej w bezokoliczniki odmiany, a czasem i bardzo uproszczonej składni. Nie lubił, kiedy mu to wytykano. Podobnie jak on nie lubił tego jego zwycięskiego uśmieszku „nie jesteś taki wspaniały”, który pojawiał się za każdym razem, gdy jakaś panna go zbywała. – Gdzie ją znalazłeś?
                - Ona wyjść z lasu. Być poobijana i przestraszona. I mieć to ze sobą – tu ogr klepnął pas przy którym, prócz jego zwyczajowej pałki, stanowiącej „środek perswazji małego kalibru” wisiał również dziwny topór o jasnej, drewnianej rękojeści i pomalowanym na czerwono ostrzu. – Ona wyraźnie nie wiedzieć, co tu robić, więc ja ją złapać. Powoli. I ona nie bać się mnie bardzo-bardzo. Opuścić broń i pozwolić się pojmać.
                - Poobijana? – Uniósł brwi. No to było niezwykłe. – Ma suche ubranie, a niecałą godzinę temu padało, znaczy trafiła tu niedawno.  Nie miała się kiedy poobijać…
                - U siebie miała kiedy.
                - Słucham?
                - Być tutaj z toporem, gotowa do bronić. Znaczy musieć przeżyć coś na Ziemia. Poobijać na Ziemia.
                - Tak, tak…
                Ponownie spróbował jakoś uspokoić dygoczącą dziewczynę. Pochylił się nieco i przywołał na usta najsłodszy uśmiech, jaki tylko potrafił.
                - Spokojnie, nic ci tutaj nie grozi –powiedziała łagodnym tonem.
                Nie podziałało. Nieznajoma nie zwróciła uwagi ani na ton głosu, ani na uśmiech, a zamiast tego skupiła się na kłach. Co dziwne kły Jamona – o wiele większe – jakoś jej nie przerażały… A przynajmniej nie aż tak. Z drugiej strony Jamon ją tylko trzymał, podczas gdy on tańczył wokół unieruchomionego więźnia, a gdy dodać to, co mówiono na Ziemi o wampirach… Znaczy, jeżeli wziąć pod uwagę stare opowieści, a nie nowomodne, romantyczne historyjki. Właściwie to lepiej, że dziewczyna wierzyła w krwiożerczego potwora niż wrażliwego, nieumartego kochasia. Świadczyło to tylko o jej rozsądku.
                Westchnął, przyglądając się jej uważnie. Drobna budowa ciała, kilka zbędnych kilogramów, bulwiasty nos, brzydka blizna na policzku, zaniedbane, ścięte nad ramionami, brązowe włosy, wielkie szaro-brązowe oczy, blada, ziemista cera. Workowate zielono-brązowe spodnie i luźny, długi do kolan, brązowy sweter umazany czymś czarnym. Cuchnącym. Nie rozpoznawał zapachu. Dziewczyna przeciętna, nieco zaniedbana i tonąca w brązach. Zdająca się chcieć stopić z otoczeniem, jednak w obecnej sytuacji na nic jej to było. Przyciągała wzrok dziesiątków faery przechodzących przez Salę Drzwi. Wszyscy wyczuwali, że nie pochodzi stąd. Wszyscy rozumieli, kim i czym jest.
                Ludzie, nawet pechowi podróżnicy, zawsze wywoływali małą sensację, wzbudzali zainteresowanie. Nie zawsze zdrowe. Najgorsze jednak, że zawsze stanowili pretekst do… Do różnych rzeczy. Gdy pojawiał się człowiek, patrzono czy dotrzymuje się umów. Szczególnie tych o nienaruszalności granic między światami i traktowaniu jeńców. Wszyscy tylko czekali, aż ktoś skrzywdzi człowieczka, aby zacząć krzyczeć o okrucieństwie, złym traktowaniu jeńców, łamaniu paktów. Nieświadomi sytuacji politycznej, nieznający świata i języka, przerażeni Ziemianie niejednokrotnie stanowili przysłowiowe ziarnko piasku w mechanizmie zegara.
                Niestety nie było innego sposobu, aby Jamon przyprowadził tu tę  dziewczynę niż „oficjalny”. Przez frontowe drzwi. Na oczach wszystkich.  Ech… Musiała się zjawić akurat w środku dnia. No cóż, będą musieli sobie z tym jakoś poradzić. Po pierwsze zabezpieczyć Ziemiankę, po drugie powiadomić Miiko… I może któregoś z lekarzy. Dziewczyna wyglądała, jakby miała za sobą ciężki dzień. Na jej podbródku zaczynał powoli zielenić się siniec, dłonie były pokryte otarciami, a kto wie ile jeszcze obrażeń nosiła.
                Hm… Najlepsza będzie chyba Ewelein. Miała podejście do pacjentów wymagających szczególnego traktowania.
                - Zaprowadź ją może do pokoju dla zakładników. Nie zwieje nam stamtąd, a wnętrze jest dość wygodne. Powinna to uznać za wyciągnięcie przyjaznej dłoni. W międzyczasie powiadomię pozostałych. Jak bardzo nasza nowa znajoma jest poobijana?
                - Normalnie.  Pewnie skończyć się tylko na maść i paru plastry. A pokój dla zakładnik… Dlaczego ty z ona nie porozmawiać? Ty uczyć się ziemski. Angielski. Ty brać udział w misja na Ziemia.
                - Tak, uczyłem. Bardzo dawno temu i nigdy nie znałem tego języka perfekcyjnie. A misję odbyłem tylko jedną sześć lat temu. Prawdopodobnie samą mowę bez problemu zrozumiem, ale niestety powiedzieć coś od siebie… Cóż, nie sądzę, abym dał radę, a wolę nie pomylić „będzie wszystko dobrze” z „pożremy twoje wnętrzności”.
                - Oj tak, to by być bardzo niefortunne – zgodził się Jamon, uśmiechajac się dziwnie.  – Dobrze, to ja odnieść dziewczyna do pokój i powiadomić Miiko. Ona zła na ciebie i mieć zły dzień, więc na ciebie krzyczeć. Ty idź do Valkyon i Ezarel.
                Nevra jednego nie mógł odmówić Jamonowi.  Wielkolud był cholernie miłym gościem. Po docinku na temat jego mowy, ogr spokojnie mógł ograniczyć się tylko do odstawienia Ziemianki do pokoju i zostawić go na pastwę Miiko, tymczasem wziął na siebie rozeźloną kitsune.
                To Valkyon i Ezarel, tak? Valkyon nie powinien robić kłopotów, ale Ezarel zawsze zgrywał niezmiernie zajętego, niedostępnego i zbyt ważnego, żeby kłopotać się jakimiś „błahostkami”. Szczęśliwie wiedział, jak sobie radzić z tą mająca muchy w nosie primadonną.
                Uśmiechnął się do siebie i ruszył szybkim krokiem na poszukiwania pozostałych szefów Straży, starannie lustrując wzrokiem otaczających go faery. Szukał wśród nich swojej siostry, Karenn. Szesnastoletnia wampirzyca, mimo licznych zalet, często bywała cierniem w jego boku ze względu na swoje wścibstwo. Niejednokrotnie pakowała się w kłopoty, a jeszcze częściej próbowała wyciągnąć z niego informacje nieprzeznaczone dla jej uszu. Znając ją, pewnie już wiedziała o sprowadzeniu człowieka w do Kwatery Głównej i szukała go, aby poznać wszystkie szczegóły. Naprawdę wolał uniknąć spotkania z nią. Co prawda nie miał zbyt wiele do powiedzenia, poza tym, że istotnie znaleźli człowieka, ale po tym jak ostatnio naraził się szefowej Lśniącej Straży, wolał nie podpadać Miiko jeszcze bardziej mówieniem czegokolwiek przed wydaniem oficjalnego oświadczenia.
                Valkyona znalazł w kuźni. Wysoki, umięśniony mężczyzna o białych włosach i złotych włosach z miejsca przykuwał wzrok. Mógłby uchodzić za jakieś pomniejsze bóstwo wojny, które zstąpiło na z nieboskłonu, gdyby nie jego gładka, młoda twarz – nie wiedzieć czemu większość bogów wojny przedstawiano z brodami.
                Valkyon, chociaż przewodził Straży Obsydianu stanowiącej siły zbrojne Straży Eel i miał wiele dużo poważniejszych zajęć na głowie, często przesiadywał wśród pieców, sprawdzał wykuwane ostrza bądź sam bawił się w płatnerza. Podobno uspokajało go to. Twierdził też, że pomaga to utrzymać morale wśród jego ludzi, chociaż w jaki sposób, Nevra nie miał pojęcia.
                Wojownik, jak wampir tego oczekiwał, bez oporów przyjął wiadomość o zebraniu w Sali Kryształu, aczkolwiek wiadomość o pojawieniu się człowieka na terenach Zjednoczenia Eel, potężnie go zdziwiła. Nic dziwnego. Ostatni raz człowiek pojawił się w Eldaryi dwadzieścia jeden lat temu i to daleko poza ziemiami Zjednoczenia. Tymczasem Jamon znalazł jednego niemal pod samymi drzwiami Kwatery Głównej.
                Ezarel… Z elfem była całkiem inna sprawa. Niebieskowłosy przywódca alchemików i magów jak zwykle kręcił nosem, rzucając takie spojrzenia, że miało się wrażenie, iż jego zielone oczy to nic innego, tylko zastygły jad bazyliszka. Machał tymi swoimi wypielęgnowanymi rączkami pianisty jak szalony, mówiąc jaki to on jest zajęty i że nie ma czasu na pierdoły. Nevra dał mu się wygadać. Z doświadczenia wiedział, że przerywanie tyrady elfa  tylko pogarsza sprawę. Potem, kiedy w końcu Ezarel wyrzucił z siebie wszystkie swoje „ale” oraz „bo ja tak ważny i zapracowany jestem”, z uśmiechem oświadczył mu, że skoro nie chce przychodzić to nie musi i naradę odbędą bez niego. Chwilę później, rechocząc w myślach, obserwował jak szef Straży Absyntu  zapowietrza się, wyraźnie niedowierzając, że ktoś mógłby podjąć jakąkolwiek decyzję bez niego.
                Nevra nie czekał  na kolejną tyradę, tylko szybko zwinął się, nim elf po raz kolejny wybuchnął. Wiedział, że jego szpiczastouchy przyjaciel uwielbia trzy rzeczy: głupie żarty, wymądrzanie się i narzekanie. Wraz z awansem na szefa Straży Absyntu, głupie żarty przestały mu przystoić, więc zaczął inwestować bardziej w pozostałe dwie. Był przy tym nawet, na swój sposób, uroczy. Przynajmniej dla tych którzy go znali. O dziwo jego wieczne warczenie na wszystkich i wymądrzanie się dość dobrze działało na podwładnych elfa, którzy bojąc się jego ciętego języka, chodzili jak w zegarku.
                Czas spotkania zapowiedział na „za pół godziny” sądząc, że tyle starczy wszystkim, w szczególności Miiko, na tymczasowe, ale niezbyt długotrwałe zakończenie prowadzonych zajęć oraz przybycie do Sali Kryształu. Pojawienie się człowieka w Eel, szczególnie człowieka zauważonego przez mieszkańców i szeregowych Strażników, było na tyle istotne, żeby to czym prędzej omówić, jednak nie aż tak, by burzyć plan zajęć głów Straży Eel. W końcu Ziemianka to tylko jedna osoba.
                Sala Kryształu, Kryształowa Sala. Serce Kwatery Głównej, do którego dostęp mieli nieliczni, a zarazem miejsce osadzenia magicznego systemu obrony ziem Zjednoczenia Eel, artefaktu tak potężnego, że zdołał wytworzyć własną świadomość – Wyrocznię. Rzecz jasna owym artefaktem był Kryształ, od którego sala wzięła  nazwę. Wielka masa przypominającego niebieski kwarc kamienia emanująca wręcz niewiarygodną energią. Coś imponującego, podobnie jak samo pomieszczenie – tonące w błękitach, zdobne, o posadzce okrytej skomplikowaną mozaiką. Można by je wziąć za świątynię, tymczasem w praktyce było jedynie i aż zbrojową. Zbrojownią, której jedyny asortyment potrafił myśleć, podejmować samodzielne decyzje, a czasem nawet przemawiał… W dość niespotykany sposób.
                Pierwsi na miejsce przybyli, jak można było tego oczekiwać,  Miiko i Jamon. Trzydziestoczteroletnia kitsune stała wyprężona jak struna, a jej niebieskie oczy omiatały salę lodowatym, nieznoszącym sprzeciwu spojrzeniem. Po drżeniu jej hebanowo czarnych ogonów i uszu Nevra poznał, że jest zdenerwowana… No może nie do końca zdenerwowana. Poirytowana to lepsze słowo. Nic dziwnego, ostatnimi czasy Straż miała wiele kłopotów, a tu jeszcze trafił im się człowiek, istny kamień w bucie.
                Brązowy olbrzym podchodził do sprawy spokojniej, aczkolwiek i on skubał ciut nerwowo pasmo swoich czerwonych włosów. Jednak nie pachniał stresem, tylko napięciem,  ledwie wyczuwalnym.  Właściwie to bardziej wyglądał na zamyślonego niż zestresowanego.
                Po chwili zjawili się Valkyon i Ezarel. Valkyon jak zwykle chłodny i pozbawiony wyrazu – z jego twarzy praktycznie nigdy nie można było wyczytać emocji. Ezarel znów… Elf stanowił jego całkowite przeciwieństwo. Nonszalancki krok, wyprostowana postawa, zmarszczone brwi i arystokratyczna mina. Wyglądał jak szlachcic, który, ku swemu niezadowoleniu, musiał wziąć udział w obradach starszyzny jakiejś zapyziałej wioski.
                - To prawda z tym człowiekiem? – zapytał od progu.
                - Niestety tak – mruknęła Miiko, machając nerwowo jednym z ogonów. – Uwierz mi, nie marnowałabym swojego czasu, gdyby to była niepotwierdzona nowina.
                - Ja ją znaleźć przy las – oświadczył Jamon. – Ona siedzieć teraz w celi pokój dla zakładniki, tej z umywalka i nocnik. Ja ją tam zamknąć.  No i ja powiadomić też Ewelein, żeby przygotować badania. Człowiek wyglądać na  lekko pobita, a nie wiadomo czy być chora. Lepiej, żeby ona nie mieć ospa albo odra. Powiadomić też kuchnia, że trzeba będzie przygotować jedzenie z mało maana. 
                Nevra skinął głową z uznaniem. Może i ogr wyglądał jak niezbyt inteligentna krzyżówka humanoida z szablozębnym gorylem, ale naprawdę był bystry. Wampir musiał ze wstydem przyznać, że sam kompletnie zapomniał o zagrożeniu, jakie mogą stanowić dla faery niektóre choroby zakaźne ludzi, tymczasem Jamon… Jamon pomyślał o wszystkim. Nawet o ustaleniu specjalnej diety dla ich niechcianego gościa.
                - Cudownie, jeszcze tego trzeba by nam było, chodzącej zarazy – Ezarel przewrócił oczyma, a jego wzrok zatrzymał się na torbie trzymanej przez ogra. – To tej Ziemianki? Wiesz, że jeżeli ta dziewczyna rzeczywiście nosi w sobie jakieś świństwo, to możesz się od tego zarazić?
                - Ja schwytać ona. Jeżeli ona chora, to ja już też chory i nic złego to mi nie zrobić. – Ogr spojrzał na Ezarela z lekką wyższością, a elf jakby nieco spasował. Nevra nie jeden raz zastanawiał się, czemu akurat Jamon tak działa na szefa alchemików, jednak do tej pory pozostawało to zagadką. – A żeby wam to nie zrobić krzywda, ja wziąć alkohol w spryskiwacz. Będę oglądać, co w środek torba, dezynfekować i podawać wam. Musimy sprawdzić, co człowiek ma ze sobą.
                - A jeżeli ma tam coś niebezpiecznego? – zasugerował Valkyon. – Ludzie mają te swoje… Jak je nazywają? Bomby.
                - Gdyby miała, Wyrocznia powiadomiłaby nas… - zaczął Nevra, ale wojownik mu przerwał.
                - Wyrocznia nie jest doskonała. Gdyby była, to nie doszłoby do TAMTEGO ataku.
                - To prawda, nie jestem, ale spokojnie mogę orzec, że człowiecza córa nie nosi ze sobą żadnej broni technicznej ani magicznej.
                Wszyscy się wzdrygnęli, widząc widmową postać. Niezwykłe, półprzeźroczyste zjawisko przedstawiające rogatą kobietę o piórach zamiast włosów, dwóch parach skrzydeł i gadzim ogonie. Wyrocznię.
                Wyrocznia bywała kapryśna. Pojawiała się rzadko, nawet wzywana, a jeżeli już raczyła się pojawić, najczęściej robiła to znienacka – jak teraz. Prawdopodobnie nie spodobał jej się ton Valkyona, dlatego postanowiła mu dać metaforycznego prztyczka w nos.
                - Napewno? – zapytała Miiko. – Nie chcę poddawać w wątpliwość twoich umiejętności Wyrocznio, jednakże w mym obowiązku jest być podejrzliwą.
                - Tragedia sprzed trzech lat miała miejsce, gdyż sprawców otaczała nieznana mi magia. Nie potrafiłam wyczuć ani ich broni, ani ich samych, ani ich emocji. Przyznaję też, że nadal nie wiem czy w chwili obecnej potrafiłabym to uczynić. Kryształ jest potężnym artefaktem, a co za tym idzie, ja jestem potężnym bytem, jednakże  ani ja, ani moje artefaktyczne ciało nie jesteśmy wszechmocni i nigdy nie będziemy… Szczególnie teraz, kiedy jesteśmy uszkodzeni. Jednakże tę dziewczynę potrafię wyczuć. Całkowicie. Także jej emocje. Ból, przerażenie, skołowanie, smutek i złość. Całkiem sporo nieukierunkowanej złości. Jest roztrzęsiona. I bardzo, ale to bardzo nieszczęśliwa, że tu trafiła… Chyba robiła coś ważnego, kiedy wpadła w portal.
                Popatrzyli po sobie. Nie spodziewali się tak złożonej „diagnozy” ze strony Wyroczni. Co prawda ta nie raz ani nie dwa pokazywała, że darzy wielką sympatią tych zagubionych i nieszczęśliwych, jednak naprawdę niechętnie manifestowała się w swej widzialnej i – co ważniejsze – słyszalnej formie. Zwykle, jeżeli już się pojawiała, robiła to na chwilę, rzucając parę słów na szybko, po czym znikała.
                - Co móc otworzyć portal? To nie móc być portal normalny, nie być tu niezamkniętych drzwi. Spontaniczny, zaburzenie? – zapytał Wyroczni Jamon.
                - Spontaniczny… Albo zaburzenie miało  miejsce po stronie Ziemi, u nas maana była cały czas spokojna. Zresztą możecie sprawdzić to wszystko, łącząc się z Kryształem.
                Po tych słowach Wyrocznia tak samo nieoczekiwanie jak się pojawiła, zniknęła. Nie rozmyła w powietrzu, nie wyparowała w rozbłysku światła, nie stała się przeźroczysta tylko ot, w jednej chwili była, w następnej nie.
                Nevra westchnął. Tak, połączenie z Kryształem zawsze pozostawało opcją, lecz Miiko, podobnie jak poprzedni szefowie Lśniącej Straży, wolała tego nie robić częściej, niż to było konieczne. Niestety nie chciała sprecyzować dlaczego, ale raczej nie chodziło o sprawy „techniczne”. Prawdopodobnie połączenie umysłu z ogromem, jakim był Kryształ, nie wpływało zbyt dobrze na psychikę operatora. Po Kwaterze krążyły różne plotki na ten temat…
                - Dobrze, Jamon, pokaż, co tam ta dziewczyna ma – poleciła Miiko.
                Dziewczyna miała parę całkiem interesujących rzeczy. Wielki „nóż” zawierający kilka rodzajów ostrzy, maleńkie nożyczki, kombinerki, otwieracz, korkociąg i kilka rodzajów śrubokrętów… Z tego, co wampir pamiętał, tego typu urządzenia Ziemianie nazywali scyzorykami. Była też lornetka oraz dziwne okulary, które, po kilku testach, okazały się służyć do oglądania świata w ciemności. Niestety miały tę wadę, że czyniły obraz czarno-białym. Dalej znaleźli urządzenie emitujące wyładowania elektryczne, prawdopodobnie służące do obrony oraz jeden z tych nowoczesnych telefonów, z którym niestety żadne z nich nie potrafiło sobie poradzić. Resztę stanowiły przedmioty, których można było oczekiwać: klucze, dokumenty, portfel, chusteczki, zapalniczka, lusterko.
                Obecność „ciekawego zestawu” budziła pewne podejrzenia. I niepokój. Nie tylko w nim, ale we wszystkich.  Jednak, biorąc pod uwagę słowa Wyroczni, obecność nietypowych przedmiotów w bagażu dziewczyny, mogła być związana z Ziemią, nie Eldaryą. Poza tym przybyszka wyglądała na autentycznie wstrząśniętą i skołowaną. Pachniała na taką. Jednak nie mogli tego zignorować.
                - Zawołać Ykhar? – zapytał Valkyon.
                Nevra skinął głową. Ykhar… Tak, to dobry pomysł. Członkini Lśniącej Straży, archiwistka, etnolog i językoznawca w jednym miała jedną obsesję: Ziemię. Wiedziała więcej o ludziach, ich wynalazkach i kulturze więcej niż jakikolwiek z jego ludzi od lat szkolonych do inwigilacji sąsiedniego świata. Szczerze powiedziawszy, nieco go to drażniło. Jednak, co musiał przyznać, taki nieoficjalny specjalista od czasu do czasu bardzo się przydawał. Szczególnie specjalista potrafiący płynnie mówić w czterech ludzkich językach, a trzy kolejne znać w stopniu uznawanym za zadowalający.
                Ykhar zjawiła się niecałe pięć minut później. Rudowłosa brownie wręcz tryskała ekscytacją: jej zajęcze uszy tańczyły we wszystkie strony, jasne policzki pokrywał intensywny rumieniec, a błękitne oczy lśniły wręcz niezdrowo.
                - Znaczy to prawda? Macie człowieka? – zapytała, siląc się na spokój, lecz w jej głosie pojawiły się  niekontrolowane piski, charakterystyczne dla osób, które właśnie zobaczyły urocze zwierzątko i koniecznie chcą je przytulić.
                - Istotnie. I mamy tu mały problem – mruknęła Miiko, podając brownie czarny prostokąt. – Nie wiemy jak tego użyć, a przydałoby się dowiedzieć tego i owego o naszym gościu.
                Szczupłą twarz Ykhar przeciął uśmiech tak szeroki, że niemal ją przepoławiający. Generalnie Nevra miał wrażenie, że kobieta właśnie przezywa najlepszy dzień w swoim życiu… W przeciwieństwie do Ziemianki.
                Chociaż Ykhar znała się na ludzkiej technologii jak mało kto, a nawet utrzymywała listowny kontakt z paroma Ziemianami, którzy postanowili pracować dla faery i dali się przesiedlić do Eldaryi, to telefon sprawił jej niemało kłopotów. Jednak w końcu udało jej się go uruchomić czy też „odblokować” jak to określiła i przejrzeć. Zawartość znów… Cóż, zdjęcia były dość kolorowe i optymistyczne. Przedstawiały głównie pluszowe zwierzęta oraz rozmaite miejsca: barwne budynki, wypełnione różnymi urządzeniami i tonące we wręcz szalonych zestawieniach barw wnętrza. Poza tym było parę zdjęć ludzi, roślin doniczkowych oraz mikrego stwora o płaskim pysku i spiczastych uszach, który podobno był psem… Znaczy, tak twierdziła Ykhar. Z tego, co Nevra wiedział, psy powinny być podobne do blackdogów bądź sinaloo czy też gallytrotów, a to małe, pokraczne stworzonko nie przypominało żadnego z nich. Wiedział co mówi. Sam miał gallytrota.
                - Po zdjęciach niełatwo cokolwiek stwierdzić, ale wiadomości rzucają trochę światła… - mruknęła Ykhar, przesuwając palcem po szklanym ekranie, na którym w czarodziejski, ale całkowicie niemagiczny sposób pojawiały się i znikały rozmaite obrazy i napisy. – Wygląda na to, że nasza Ziemianka, ona i jej przyjaciel, Cyryl, zamierzali coś ukraść. Oni i jeszcze ktoś. Ukraść coś ruszającego się, chyba jakieś zwierzę… Trudno dokładnie powiedzieć. Wszystko to pisane takim jakby szyfrem, półsłówkami i niewiele tego. Wygląda na to, że nasz gość  usuwał wiadomości na bieżąco. Może mogłabym coś więcej powiedzieć, gdyby do Eldaryi sięgał Internet, ale niestety… - westchnęła ciężko. – Nic więcej nie znajdę. No może poza muzyką i paroma książkami. Osobiście chętnie się z nimi zapoznam, ale tego typu aspekty kulturowe raczej was nie interesują, prawda?
                - Nie w tej chwili – mruknął Nevra. – A jej dokumenty? I portfel? Jest tam coś ciekawego?
                - Hm… - brownie zmarszczyła brwi, przyglądając się uważnie wskazanym przedmiotom. – Z dokumentów wynika, że Ziemianka nazywa się Scarlett Wood. Śmiesznie. Gdyby to przetłumaczyć, znaczyłoby to Szkarłatny Las, ewentualnie Szkarłatne Drewno. Ma srebrną kartę biblioteczną oraz legitymację studencką. Jest studentką informatyki, konkretnie programowania i…
                - Czego?
                - Pisze wewnętrzne instrukcje do rzeczy takich jak ten telefon. Dzięki nim w ogóle działają. Hm… Żadnych zdjęć w portfelu, ludzie zwykle noszą w nim fotografie rodziny i tym podobnych. Niewiele pieniędzy, przynajmniej gotówki.
                - Jej ubrania… Sprawiają wrażenie dość tanich. Niewykluczone, że nie jest zbyt majętna.
                - Być może, ale nie sądzę.  Ten telefon jest naprawdę dużo wart. Podobnie jak noktowizor, znaczy te gogle do widzenia w ciemności. Zresztą lornetka, scyzoryk i paralizator też prawdopodobnie nie są tanie. Przypuszczam, że dziewczyna zwyczajnie nie zwraca większej uwagi na to jak wygląda.
                - Dziwne…
                - Może trudno ci to zrozumieć, ale są osoby, w tym kobiety, które nie są zainteresowane flirtami i strojeniem się w kolorowe piórka – mruknęła brownie, posyłając mu ciężkie, zaprawione krytyką spojrzenie. Krytyką nieuzasadnioną, przynajmniej według samego wampira.
                - Nasza Ziemianka odstrasza zalotnych gogusiów? – Ezarel uśmiechnął się pod nosem, spoglądając na niego złośliwie. – Mądra dziewczynka… Ale nie tylko dla tego. Te jej studia. Brzmią jak swego rodzaju ludzka magia. Zapewne wymagają sporej inteligencji, prawda?
                - Tak – Ykhar skinęła głową. – I chyba też zdolności artystycznych. Nie wiem jak się to odbywa, ale chyba pisząc te instrukcje, muszą umieć też tworzyć obrazy i dźwięki… Ale tego nie jestem pewna.
                - Bystra i niewykluczone, że wszechstronnie uzdolniona, kształcąca się w intrygującym i zapewne bardzo przyszłościowym kierunku. A mimo tego najwyraźniej zamierzała coś ukraść, została pobita, na szczęście niegroźnie i jakimś cudem trafiła do nas. Niezwykłe połączenie, ale na razie nie widzę związku z naszym światem, co potwierdza wrażenia Wyroczni.
                - Och, to Wyrocznia się ob… - zaczęła podekscytowana brownie, ale Miiko jej przerwała.
                - Zgadza się, nie widać związku z Eldaryą, aczkolwiek powinniśmy mieć na nią oko. Jednak na razie nie widzę powodu, aby nie wdrożyć standardowej strategii opracowanej na okazję przybycia „ludzkiego rozbitka”. Poddamy ją badaniom, przydzielmy kogoś do opieki, a potem uję…
                - Mogę być jej opiekunką? – wypaliła Ykhar. – Bardzo proszę. Doskonale znam ludzkie dialekty, sprawdzę się doskonale.
                Miiko posłała jej srogie spojrzenie, na co policzki drobnej kobiety ponownie pokrył rumieniec, tym razem nie ekscytacji, a zdenerwowania… I może wstydu. Jednak po chwili kitsune uśmiechnęła się łagodnie.
                - Nie widzę przeszkód. Możesz towarzyszyć Jamonowi, kiedy będzie prowadził ją do skrzydła medycznego i przy okazji wszystko wytłumaczyć tej… Scarlett.  Wytłumaczyć, gdzie idzie i po co. Resztę później, jak ją już przebadają, pod warunkiem, że nie będzie większych zastrzeżeń, co do jej stanu umysłowego. Ach, i pamiętaj, żeby się do niej zbytnio nie zbliżać, póki nie upewnimy się, że jest zdrowa.
                Brownie aż podskoczyła w miejscu z radości, popiskując podziękowania.
                Nevra uśmiechnął się pod nosem, rzucając porozumiewawcze spojrzenie pozostałym szefom Straży, którzy również wyglądali na z lekka rozbawionych. Pozwolenie na to, aby brownie zaopiekowała się ludzką dziewczyną, było doskonałym posunięciem pod wieloma względami. Po pierwsze uszczęśliwiło to kobietę. Po drugie miało pozwolić odsapnąć całemu pionowi administracyjnemu – chociaż Ykhar doskonale sprawdzała się w tym, co robi, często popadała w przesadę graniczącą ze skrajną wręcz nadgorliwością. Doszukując się nieścisłości i niedopatrzeń, potrafiła sterroryzować nawet wyższych stopniem pracowników. No i nade wszystko, przydzielając akurat ją Scarlett, mieli pewność, że ich gość będzie pod stałym nadzorem. Naprawdę stałym. Nie zdziwiłby się, gdyby nadgorliwa i nieco fanatycznie nastawiona do ludzkiej kultury brownie ulokowała ją w swoim pokoju, a może nawet przykuła do siebie.
                - Dobrze, to chyba możemy wrócić do swoich zajęć – orzekła Miiko, na co Ezarel mruknął pod nosem, niby cicho, ale jednocześnie na tyle głośno, żeby inni go usłyszeli „wreszcie”. – Jamon, możesz zaprowadzić naszą… Scarlett do skrzydła medycznego i rzecz jasna weź ze sobą Ykhar.

***

                Magia istnieje wszędzie, w tym na Ziemi, tyle że na Ziemi jest silnie związana – to wiedza dość powszechna wśród faery.  Wszystkie istoty myślące, na praktycznie wszystkich światach, dążą do tego, aby łączyć się z magią. Używać jej. Przepuszczać ją przez swoje ciała. Wyjątkiem byli tu ludzie. Magia, chociaż obecna w ich ciałach, nadal pozostawała związana. Nie używali jej, woląc technologię, czyniąc naukę sztuką wręcz czarodziejską. Co za tym idzie lwia część ludzkości odwróciła się od tendencji obowiązujących w reszcie wielowymiarowego wszechświata wybierając własną drogę. Drogę jedyną w swoim rodzaju. Drogę odrzucającą magię.
                To było niesamowite. Niezwykłe. Zaskakujące. FASCYNUJĄCE.
                Ykhar nie rozumiała, jak pozostali mogą tego nie widzieć. Tego, jak cudownym ewenementem jest ludzkość. Jak mogą traktować ich jak zwykłe istoty, problematycznych przybyszy zza granic Eldaryi. Dlatego teraz, kiedy miała człowieka – prawdziwego, żywego, oddychającego człowieka – w zasięgu swoich drobnych rączek, nie zamierzała go z nich wypuścić. No właściwie to jej. W każdym razie, nie zamierzała. I nie ważne, że szefowie Straży patrzyli na nią dziwnie. Że nawet Jamon chichotał pod nosem, kiedy szli razem w kierunku pokoju dla zakładników. Kontakt z człowiekiem, OSOBISTY kontakt z człowiekiem, możliwość wypytania o wszystko, co się dzieje na Ziemi stanowiło okazję, jakiej nie mogła odpuścić. NIE MOGŁA.
                Gdy ogr wsunął klucz w zamek  metalowych drzwi, poczuła jak robi jej się  gorąco z ekscytacji, a wtedy… Wtedy nastąpiło coś kompletnie nieoczekiwanego. Klucz nie chciał się przekręcić. Oboje spojrzeli pytająco na strzegącego celi chochlika, który tylko wzruszył ramionami.
Powód dla którego klucz nie chciał się przekręcić, okazał się banalny – drzwi były otwarte. A tym czy raczej tą, która je otwarła była Karenn.
                - TO JUŻ PRZESADA! – wrzasnęła Ykhar widząc nastoletnią wampirzycę wewnątrz celi. – Czyś ty się z blobbym na mózgi pozamieniała?!
                Siostra Nevry nie przejęła się jej okrzykiem, tylko przywdziała ten swój głupi uśmiech, przeczesując w wyrazie zakłopotania czarne, częściowo zafarbowane na różowo włosy. Przeklęta smarkula przyłapana nawet na najgorszych występkach, nigdy nie okazywała skruchy, a przynajmniej nie wobec niej. Prawdopodobnie, dlatego, że uważała – niestety słusznie – że brat weźmie ją w obronę, a zwykła archiwistka, nawet jeżeli należy do Lśniącej Straży, nie jest w stanie jej zagrozić. Doprowadzało to Ykhar do regularnego szału. Najgorsze w tym wszystkim było to, że wampirzyca potrafiła się każdemu przypodobać, przez co zwykle to ona, Ykhar, wychodziła na tę złą. Zrzędliwą i uprzedzoną do w stosunku do nieco niesfornej, ale w sumie to dobrej dziewczyny. No cóż, musiała przyznać, ze istotnie NIE LUBI Karenn, zresztą trudno lubić kogoś, kto przysparza ci nieustannie kłopotów i nie ma na tym tle najmniejszych wyrzutów sumienia, prawda? Jednak nie chodziło o to. Chodziło o to, że wampirzyca swoją lekkomyślnością narażała nie dość, że siebie, to jeszcze innych. Przede wszystkim jednak siebie, a nie darmo Ziemianie wymyślili powiedzenie „ciekawość zabiła kota”, prawda?
                - Daj spokój, chciałam ją tylko zobaczyć, no i przy okazji trochę uspokoić. Wiesz, trochę umiem po ludzku, w końcu chciałabym kiedyś tak jak Nevra…
                Rwący potok słów wypływających z ust Karenn został przerwany, ledwie się zaczął. Nastolatka uniosła wzrok, spoglądając już nie na nią, tylko na stojącego z tyłu Jamona i nieco zbladła. Zaskoczona Ykhar zastrzygła uszami i zerknęła za siebie.
                Twarz ogra przybrała wyjątkowo złowróżbny wyraz. Co prawda Jamon darzył Karenn sporą sympatią, ale brownie nie wątpiła, że wyciągnie z sytuacji konsekwencje, jednak… No nie spodziewała się takiej miny, takiego spojrzenia. Niby wiedziała, że mierzący ponad dwa metry siłacz potrafiący wywijać ciężką halabardą jak gałązką jest bardzo groźnym wojownikiem, ale osobiście zawsze kojarzył jej się z trzystukilogramową kombinacją łagodności, cierpliwości i uprzejmości. Taką dużą, żywą maskotką, która zawsze zrozumie, wysłucha i doradzi. Stanowczym, ale wyrozumiałym wujaszkiem. Tymczasem grymas, jaki zagościł na jego twarzy, twarde, zimne spojrzenie, zaciśnięte szczęki… To było jak werbel do pokazania prawdziwego ogra. Takiego z ludzkich opowieści, zjadającego dzieci i odrywającego innym głowy.
                Szczęśliwie – chyba szczęśliwie – Karenn nie została ani pożarta, a jej głowa pozostała na swoim miejscu.
                - Chodź tutaj – powiedział spokojnie, aczkolwiek w tym spokoju tkwiła groźba.
                Wampirzyca, nie ważąc się pisnąć chociażby słowa, posłusznie wykonała polecenie, stając u boku wojownika, a ten chwycił ją za kark niczym niesforne kocię. Przeciw temu też nie zaprotestowała. Zamiast tego posłała jej przestraszone, jakby błagalne spojrzenie.
                Ykhar zamrugała niedowierzając. Czy ta smarkula liczyła, że wyratuje ją z kłopotów, w które ta sama się wpakowała? Pozwoli jej uniknąć kary za COŚ TAKIEGO? I to po tych wszystkich kłopotach, których przysporzyła jej wampirzyca? Niedoczekanie!
                - Dobrze, a teraz Ykhar, powiedz Ziemiance, gdzie idziemy i po co… Ale wcześniej wypytaj ją, co dokładnie powiedziała jej Karenn – Polecił ogr. – Nie jestem pewien jej umiejętności językowych, jeszcze coś namieszała i przestraszyła naszego gościa.
                - J-jasne – zająknęła się brownie, spoglądając na ludzką kobietę… A właściwie to jeszcze dziewczynę, chociaż już nie nastolatkę.
                Ziemianka sprawiała wrażenie spokojnej… Nie, nie spokojnej. Potulnej to lepsze słowo. Grzecznie siedziała na łóżku, lecz pochylona głowa, przyciśnięte do siebie nogi i zaciśnięte w pięści dłonie wręcz krzyczały o jej zdenerwowaniu. Łypała na nich spode łba, ze strachem w oczach, nieco wrogo, jak zaszczute zwierzę, które wie, że atakując nic nie zyska, ale które nie zawaha się użyć zębów, jeżeli zostanie przyparte do muru. Na domiar złego sytuacja mająca miejsce w pokoju  pewnie jej nie uspokoiła.
„Weź się w garść Ykhar, dasz radę. Polegają na tobie, zresztą sama tego chciałaś, prawda? Chciałaś człowieka, to teraz zaopiekuj się tym człowiekiem.”
                - Cześć, jesteś Scarlett, prawda? – zapytała, na co dziewczyna, nieco zaskoczona słysząc ludzką mowę, skinęła głową. – Ja jestem Ykhar, będę się tobą zajmować. Bardzo przepraszam za to zamieszanie, ale ta dziewczyna, Karenn, weszła tu bez pozwolenia, a obecność kogoś jak ty tutaj… To delikatna sprawa. Zresztą później wszystko ci na spokojnie wyjaśnimy. Ech, co ja to miałam… Czy Karenn coś ci mówiła? Coś dziwnego, co chciałabyś tu i teraz wyjaśnić? Ona nie za dobrze zna ludzkie dialekty i mogła coś namieszać.
                - Mówiła bardzo dużo rzeczy, ale większości nie zrozumiałam, bo strasznie dukała – odezwała się Ziemianka, a jej cichy, dziwnie chropowaty głos był niezwykle spokojny, niemal nienaturalny. – Przedstawiła mi się i chyba pytała jak mam na imię i skąd pochodzę.
                - A ty…?
                - A ja wolałam nic nie mówić, tak na wszelki wypadek. Zresztą już wiecie, jak się nazywam, a pewnie też i skąd jestem.
                - Zgadza się, przejrzałam twoje dokumenty – przyznała, a potem, gdy zorientowała się, jak mogło to zabrzmieć, spłoszyła. Rumieniec zdenerwowania oblał jej policzki. – Znaczy, no… Jesteś tu obca i chcieliśmy sprawdzić czy nie masz złych zamiarów albo czy nie jesteś… - Chrząknęła przeciągle, czując, że tylko się bardziej wkopuje. – Ech…  Teraz ja i Jamon, znaczy ten duży, bylibyśmy ci bardzo wdzięczni, gdybyś poszła razem z nami. Do skrzydła medycznego. Trzeba przebadać cię czy nie masz żadnych ludzkich chorób, które są niebezpieczne dla nas. No i opatrzyć twoje rany oczywiście. Ten siniak wygląda naprawdę okropnie. A tak w ogóle, to co robiłaś przed… No trafieniem tutaj?
                Scarlett spojrzała na nią ciężko.
                - Nie powiem.
                Brownie zamrugała zaskoczona. Oczekiwała, że dziewczyna zacznie kręcić lub zatnie się, a tymczasem cicho, ale stanowczo oświadczyła, że nie powie i już. Dziwne zachowanie jak na kogoś, kto przed paroma godzinami trafił do obcego świata. Świata pełnego potworów i dziwolągów, w końcu tak ludzie widzieli faery, prawda?
                - Aha. No dobrze, nie musisz odpowiadać…  Ale odwiedzić skrzydło medyczne już tak – dodała szybko. – Pójdziesz z własnej woli? Nie chcemy się wydać nieprzyjemni, ale niektóre rzeczy muszą zostać zrobione, poza tym naprawdę przydałoby ci się kilka opatrunków…
                Scarlett powoli skinęła głową i wstała, spoglądając na nią wyczekująco, a zarazem niepewnie. Ykhar znowu, nieco speszona zachowaniem Ziemianki, spojrzała na Jamona, który tylko uśmiechnął się koślawo i skinął głową.
                Po opuszczeniu celi, pierw Jamon potężnie zrugał strzegącego jej chochlika, za to, że pozwolił wedrzeć się Karenn, a potem udali się do skrzydła medycznego. Szybkim krokiem. W milczeniu, które niezwykle ciążyło Ykhar. W końcu, czy Scarlett nie powinna pytać o wszystko? Dosłownie o wszystko? Przecież trafiła do obcego świata, sąsiadującego z Ziemią, magicznego wymiaru! To nie jest coś zwyczajnego. Stanowczo nie. Tymczasem ta milczała, nawet teraz, gdy pojawił się ktoś, kto znał jej język. To nie było normalne. Do tego to jej zachowanie… Wykonywała polecenia, nie próbowała uciekać, ale jednocześnie cały czas szła  z lekka pochylona i łypała spode łba, jakby oczekiwała, że lada moment coś ją zaatakuje. W sumie to trochę przypominała bitego chowańca.
                Martwiło to ją. Czuła się też nieco zawiedziona. Myślała, że oto dostanie w swoje ręce miłą, małą człowieczkę, zostaną przyjaciółkami i wyciągnie z niej wszystkie informacje o Ziemi, o tym cudownie innym niż wszystkie świecie. Z drugiej strony, Scarlett fascynowała ją. Wyglądało na to, że dziewczyna skrywa mroczny sekret... A przynajmniej miała taką nadzieję… Chociaż wiedziała, że to głupie. Niestety darzyła wielką miłością wszelkiego rodzaju powieści przygodowe, najlepiej takie nieco straszne, z jedną lub dwoma pokręconymi tajemnicami we tle. To znowu miało nieprzyjemny zwyczaj przekładać się na jej życie… Chociaż nie zawsze w negatywnym ujęciu. To, że była cenioną w całej Kwaterze archiwistką, zawdzięczała nie tylko swym umiejętnościom językowym i ogromnej pamięci, ale też wielkiej wyobraźni. Nieustannie doszukiwała się wśród zatęchłych ksiąg i zapomnianych akt tajemnic z przeszłości, zapomnianej wiedzy, zaginionych zwojów oraz map prowadzących do potężnych artefaktów. Z odpowiednim umysłem przeglądanie starych teczek stanowiło naprawdę wciągające zajęcie. Zresztą parę razy autentycznie trafiła na rzeczy, których nikt nie spodziewał się w starym, zapyziałym archiwum. Niezwykłych i cennych rzeczy
                Nigdy nie lubiła skrzydła medycznego, lecz kłamstwem byłoby powiedzieć, że ktokolwiek je lubił… No może, za wyjątkiem wielbicieli Ewelein, pięknej, białowłosej elfki, która ich przyjęła. Wielu mężczyzn tonęło w błękitnych oczach pani medyk, niektóry do tego stopnia, że byli w stanie znieść najgorszy ból, byle tylko pobyć z nią trochę dłużej. Jednak reszta faery wolała unikać tego miejsca. Po pierwsze nigdy nie sprowadzało ich tutaj nic miłego. Po drugie sam wystrój odstraszał. Ten dziwny zapach, leżanki, parawany, dziwne instrumenty, czasem jęki bądź nawet krzyki chorych, sterylna biel wszędzie dookoła… Coś okropnego. Scarlett chyba podzielała jej opinię, bo nagle stała się jakby bardziej spięta. Szczególnie wyraźnie można było to zauważyć, gdy weszły – Jamon i Karenn zostali na zewnątrz – do gabinetu lekarki.
                Ykhar obserwowała, jak Ewelein czujnie, z troską, a zarazem jakby lekką obawą przygląda się dziewczynie. Widać nie czuła się przy niej pewnie, co na dobrą sprawę można było zrozumieć. Wokół leżało sporo potencjalnie niebezpiecznych, ostrych narzędzi, a przecież nic nie wiedzieli o Ziemiance. Poza tym ludzie zazwyczaj zwiastowali kłopoty. Co prawda Jamon i Karenn stali tuż za drzwiami, no ale nigdy nie wiadomo.
                - Ykhar, zapytaj się jej, czy chce wejść za parawan, czy nie ma nic przeciwko temu, aby dać się zbadać przy tobie… Rozebrać się. Do bielizny  – mruknęła w końcu lekarka.
                - Przy mnie? – Brownie uniosła brwi. – A to czemu?
                - Bo tak będzie mi łatwiej i tobie też, bo będziesz wiedziała dokładnie, co się dzieje i co mówić. W końcu masz być tłumaczem, prawda?
                - Ah…
                Zapytała i okazało się, że Scarlett nie ma oporów, by się przy niej rozebrać… Co ją nieco zdziwiło. W końcu była obcą osobą, a do tego czarodziejskim dziwolągiem o zajęczych uszach. Niby kobietą, tak jak ona, więc teoretycznie wszystko było w porządku, ale nie zmieniało to faktu, że podobne rzeczy są nieco krępujące.
                Już powierzchowne oględziny Scarlett okazały się… Interesujące. Po pierwsze, dlatego że nie miała nogi. Znaczy części nogi – od kolana w dół. Znaczy miała ją, ale sztuczną, metalową i dość dziwną. Wyglądało to, jakby ktoś z metalowych prętów, łożysk i drutów wykonał kopię ludzkich kości i mięśni. Niezwykle szczegółową kopię uwzględniającą każde włókienko mięśniowe, najdrobniejszą kostkę i chrząsteczkę. Widok, delikatnie rzecz mówiąc, zaskoczył Ykhar, ale ona byłaby zaskoczona widokiem nawet zwykłej protezy. W  końcu po kimś, kto chodzi normalnie, można by oczekiwać, że ma obie nogi. Obie i całe. Jednak jeszcze bardziej zaskoczyło ją, że i Ewelein wyglądała na zdziwioną, a przecież lekarka, na tyle, na ile potrafiła, starała się być na bieżąco z ludzkimi nowinkami medycznymi. Cóż, najwyraźniej ludzka protetyka poszła znacznie do przodu w ciągu kilku ostatnich lat.
                Jednak nietypowa noga to nie jedyna rzecz, która rzuciła im się w oczy. Drugą była ogromna, okrągła blizna, wyglądająca jak gigantyczne ugryzienie. Oczywiście spytały Scarlett, jak się nabawiła takiego urazu, ale odpowiedź „upadłam na sidła” jakoś nie wydawała im się szczera. Kolejne dość nietypowe  obrażenie zauważyły dopiero po bliższym przyjrzeniu się dziewczynie. Na spodach dłoni, które niemal nieustannie trzymała zaciśnięte w pięści, miała paskudne ślady po poparzeniach. O nie również zapytały, na co otrzymały odpowiedź „złapałam coś bardzo gorącego”. Odpowiedź równie szczerą i prawdziwą, co niewiele wyjaśniającą. Wyglądało na to, że drążenie tematu na niewiele się zda, toteż odpuściły sobie.
                Szczęśliwie poza starymi, zaleczonymi ranami i paroma świeżymi siniakami Ziemianka okazała się zupełnie zdrowa. Na koniec Ewelein wykonała jeszcze test aury mający sprawdzić, czy czasem Scarlett nie ma w sobie domieszki krwi faery. Pobrała odrobinę jej krwi i wkropiła do zlewki z uprzednio sporządzonym eliksirem. Gdyby dziewczyna miała w sobie chociaż odrobinę domieszki krwi wróżkowego ludu, eliksir zabarwiłby się na niebiesko, a z cieczy strzelił błękitny płomień. Jednak nic takiego nie miało miejsca. Scarlett była tylko i aż człowiekiem.
                - Wszystko to jest dziwne – mruknęła Ewelein, przypatrując się powoli zakładającej ubrania Scarlett. – Przeciętny człowiek nie powinien nosić tyle nietypowych blizn.  W ogóle tylu blizn. Ta szrama na policzku, rozcięcie na karku, przedramiona…
                Ykhar zastrzygła uszami. Czyżby coś przeoczyła? No, rozcięcie na karku przeoczyć mogła,  w końcu nie przyglądała się nazbyt dokładnie, jak elfka badała Scarlett – byłoby to nieco nieprzyzwoite… Przynajmniej według jej własnej opinii. Ale o co chodziło z tymi przedramionami? Nie widziała na nich nic szczególnie interesującego. Zapytała o to.
                - Jak to? To nie widziałaś tych plam? Tych drobnych blizn? – zdziwiła się Ewelein.
                - A to nie ślady po trądziku albo ospie? Gdzieś wyczytałam, że tak właśnie wyglądają.
                - Nie. To ślady po oparzeniach papierosami. Ktoś gasił pety na rękach tej dziewczyny. Sadząc po kształcie i kolorze blizn, lata temu, kiedy była dzieckiem.
                Ykhar wzdrygnęła się na samą myśl. Naprawdę nie chciała sobie tego wyobrażać. Co prawda w Eldaryi działo się mnóstwo strasznych rzeczy, ale pastwienie nad dziećmi… Zawsze ją to ruszało.
                - Skąd ta pewność? – zapytała tylko.
                - Co prawda tutaj nie ma tytoniu, ale są papierosy. I wyrodni rodzice. – Elfka westchnęła ciężko, przeczesując szczupłymi palcami platynowe włosy. – Może to zabrzmi okrutnie, ale gdyby chodziło o tylko o te stare poparzenia od papierosów, nie byłoby źle, ale reszta blizn… Powstały najdalej przed pięcioma laty. Szczególnie te popatrzenia na dłoniach są świeże. Nie wiem… Jak myślisz, ktoś się nad nią znęca?
                - Nie wiem… - Ykhar zmarszczyła brwi. – Nie, raczej nie. A przynajmniej już nie. Z jej dokumentów wynikało, że mieszka w akademikach. To takie specjalne, ziemskie domy z mieszkaniami dla osób pobierających nauki z dala od domów rodzinnych. No i studiuje na poważnym, wymagającym kierunku. Musiałby to wszystko ktoś tam, a coś takiego jak przypalenie komuś rąk byłoby dość rzucające się w oczy.
                - Czyli prawdopodobnie się w coś wpakowała – orzekła lekarka. – W każdym razie trzeba mieć na nią oko… Z wielu przyczyn.
                Ykhar skinęła głową. Naprawdę nie zamierzała jej spuszczać z oka. Również z wielu przyczyn. W tym przynajmniej kilku samolubnych.
                Za ich plecami rozległo się ciche chrząknięcie. Odwróciły się. Ziemianka już się ubrała i patrzyła na nie wyczekująco. Właściwie to nie na nie, tylko na nią, na Ykhar.
                - Chcę zadać pytanie.
                Brownie skinęła głową, prostując się na całą swoją niezbyt imponująca wysokość. Czekała na to. Człowiecza dziewczyna mogła być dziwna, ale prędzej czy później musiała zacząć zadawać pytania.
                - Tak?
                - Jak się stąd wydostać?
                Nim Ykhar odpowiedziała, nastąpiła chwila konsternacji. Spodziewała się czegoś nieco innego. Innej kolejności. Pierw pytań o to, gdzie trafiła, gdzie jest, potem kim i czym są otaczające ją istoty, a dopiero na koniec o drogę do domu. Tymczasem Scarlett przeskoczyła dwa pierwsze aspekty, jakby te niewiele ją obchodziły…
                „Bo nie obchodzą. Dla niej najważniejszym jest to, żeby wrócić tam, gdzie była. Może też dokończyć to, co zaczęła. My, jako że na razie nie stanowimy zagrożenia, jesteśmy tylko przechodniami. Kimś, kogo można spytać o drogę” – rozbrzmiał wewnątrz jej umysłu ten głos, który zawsze obserwował rzeczywistość nieco z boku. Musiała mu przyznać rację. Chociaż Ziemianka była ewidentnie przestraszona i nieufna, emanowała z niej swego rodzaju cicha determinacja. Intensywność.
                Nie miała pojęcia, co odpowiedzieć Scarlett. Akurat to pytanie z wszystkich, które dziewczyna mogła zadać, było najbardziej drażliwe, a odpowiedź na nie niewygodna. Zapytała o poradę Ewelein, ale ta tylko wzruszyła ramionami, orzekając, że „Ziemianka prędzej czy później będzie musiała się o wszystkim dowiedzieć”.
                Ykhar westchnęła. Liczyła, że lekarka wyrazi jakieś obiekcje, co do stanu psychicznego Ziemianki i powie, żeby poruszyć temat w późniejszym czasie. Niestety nic z tego.  Już tu i teraz musiała się wcielić w tę, która przekazuje złe wieści.
                - Powrót… Powrót to skomplikowana sprawa. Jakby ci to wyjaśnić…
                - Po prostu powiedz. Podaj fakty.
                Zimny, a zarazem pełen ukrytego napięcia głos Ziemianki, podziałała na nią jak chluśnięcie szklanką wody.  Wzdrygnęła się nieco i spojrzała jej w oczy. W przestraszone, zbolałe, a zarazem twarde, intensywne i dziwnie spokojne. No tak, fakty. Zawsze mogła polegać na faktach. Rzecz w tym, że fakty są bezlitosne, a do tego muszą być podawane stadami, bo wyrwane z kontekstu tracą sens.
                Jednak, skoro Scarlett sama o to prosiła…
                - Istnieje wiele wszechświatów, światów równoległych, oddzielonych  od siebie Granicami. Ten świat to Eldarya, zamieszkujemy go my, faery, istoty znane Ziemianom z mitów, legend i baśni. Pojawiamy się w tych mitach i baśniach nie bez powodu. Nasze wszechświaty sąsiadują ze sobą wyjątkowo blisko. Nasze granice napierają na siebie. W związku z czym czasem tworzą się krótkotrwałe przejścia miedzy jednym a drugim światem, tymczasowe portale. Tak zwane przeskoki, jeżeli są to portale kilkusekundowe lub kilkuminutowe, albo szczeliny, jeżeli pozostają otwarte przez kilka godzin czy też nawet dni. Prawdopodobnie trafiłaś tutaj wpadając w taki przeskok. Można też wywołać przeskok sztucznie, ale wymaga to wiele magii, jest bardzo niebezpieczne i wywołuje naprawdę paskudne efekty uboczne. Przynajmniej u nas. U nas magia jest swobodna i jej niekontrolowany wyrzut połączony z energią granicy światów może doprowadzić do reakcji łańcuchowej o nieprzewidywalnych skutkach. Zwykle niezbyt przyjemnych. U was, znaczy na Ziemi, magia jest związana, dlatego większość z was nie potrafi jej używać. Jak ktoś wywołuje magicznie  przeskok z waszej strony, znaczy ze strony Ziemi, to nie jest tak źle. U was magia szybko się uziemia, znaczy wiąże na powrót i nie ma strachu. Oczywiście jest też możliwe kontrolowane otwarcie portalu, ale raz jest to bardzo skomplikowane i wymaga ogromnej mocy, poza tym tkwi w tym pewien haczyk. Otóż portal pozostaje otwarty, dopóki tyle samo osób, ile przez niego przeszło, nie wróci przez niego powrotem. Znowu długotrwale otwarty portal destabilizuje granice, nie tylko Ziemi i Eldaryi, ale też innych, sąsiednich światów, a w dodatku stanowi zaproszenie dla istot z Pomiędzy. Dlatego za bardzo nie mamy jak odesłać cię na Ziemię…
                Niby wyraz twarzy Scarlett się nie zmienił, ale jednocześnie nagle stał się jakiś taki dziwny i straszny. Ykhar aż zmroziło. Zająknęła się w pół słowa i zrobiła krok w tył, kątem oka zauważając, że Ewelein wycofuje się do drzwi.
                - Ja MUSZĘ wrócić do domu – oświadczyła grobowym tonem Ziemianka. – I to SZYBKO..
                - Przykro mi…  Przeskok grozi wywołaniem katastrofy i wieloma ofiarami, a niezamknięte przejście… Istoty z Pomiędzy są naprawdę okropne. Już lepiej stworzyć przeskok niżby pozwolić takiej wejść. No i musisz pamiętać, że taka istota może przeniknąć zarówno do Eldaryi jak i na twoją Ziemię. Demony opisywane przez wasze religie to milutkie stworzenia przy tym, czym są istoty z Pomiędzy.
                Twarz Scarlett stała się jeszcze straszniejsza, zupełnie, jakby padł na nią jakiś cień. Jej niepozorne ciało przeszył dreszcz, szczęki i pięści zacisnęły się, a potem… Potem wszystko odpłynęło. Pozostała tylko czysta desperacja wyzierająca z oczu.
                - Musi być jakiś sposób. Ja MUSZĘ wrócić do domu. Naprawdę MUSZĘ – wyszeptała drżącym głosem.
                - Może jest, ale naprawdę nie znam innego niż poczekać na samorzutną szczelinę. – Ykhar westchnęła ciężko. Już na początku, kiedy prosiła, aby przydzielić ją do człowieka, wiedziała, że temat powrotu będzie musiał zostać prędzej czy później poruszony. Wiedziała też, że będzie to przykre. Niestety na fali ekscytacji nie myślała o tym. – Zdarzają się takie od czasu do czasu. Raz na rok, na dwa. Czasem rzadziej, czasem częściej. Zwykle z dala od istot rozumnych, dzięki czemu przypadkowe przeniesienia, jak twoje, to wypadki jeden na milion. Nasi magowie zwykle potrafią je wyczuć, więc jeżeli jakaś pojawi się na ziemiach Zjednoczenia Eel, na pewno niezwłocznie cię tam wyślemy.
                Ziemianka znów zacisnęła szczęki, wbijając puste spojrzenie w podłogę. Widać ta odrobina nadziei, którą otrzymała, nie wystarczyła jej.
                Ykhar nerwowo zastrzygła uszami Nie było dobrze. W dodatku miała jej do powiedzenia jeszcze parę rzeczy, w tym nie wszystkie przyjemne. Przez chwilę zastanowiła się czy nie odłożyć tego na później, jednak po chwili zastanowienia stwierdziła, że lepiej iść za ciosem. W końcu najgorsze i tak zostało już powiedziane.
                - Jeżeli to możliwe, chciałabym, żebyś mnie jeszcze trochę posłuchała – zagadnęła, a Scarlett podniosła na nią niechętnie wzrok. – Jak już wspominałam, to ja będę się tobą zajmować i pilnować cię. Ale nie tylko ja… Znaczy mamy protokół na takie wypadki, jak przybycie na ziemię człowieka. Dostaniesz specjalną bransoletę, dzięki której będziemy mogli bez trudu cię namierzyć, na wypadek gdybyś się zgubiła albo… No tego… Spróbowała uciec.
                - Nie mam zamiaru uciekać. Nie znam języka, nie znam was, nie znam tutejszych stworzeń. Przede wszystkim jednak nie mam gdzie uciekać – mruknęła Scarlett, a ton jej głosu sugerował, że jest bardzo z tego powodu niezadowolona. – Możesz też uspokoić koleżankę. Nie mam zamiaru zacząć zachowywać się nierozsądnie.
                Ykhar zerknęła przez ramię. Ewelein nadal stała przy drzwiach w pozycji świadczącej o tym, ze jeżeli Scarlett wykona chociażby jeden, gwałtowny ruch, to jest gotowa zawołać na pomoc Jamona. Zaskoczona brownie uniosła brwi. No bez przesady. Przecież elfka niejednokrotnie łatała ogry, orków i hobgobliny, krwawych bandytów i jakoś nie traciła zimnej krwi.
                - Scarlett mówi, że nie zamierza się głupio zachowywać, więc dobrze byłoby, gdybyś się trochę uspokoiła. Wyglądamy nieprofesjonalnie przez ciebie – żachnęła się Ykhar.
                - Wolę być ostrożna. Dziewczyna jest dziwna poza tym jej aura… Nie jest to wyraźne, ale jej aura cuchnie śmiercią – mruknęła spokojnie elfka.
                - W jakim sensie cuchnie śmiercią? – Ykhar uniosła brwi. – Czujesz od niej zapach trupa?
                - Nie. Chociaż… Nie, w sumie to nie. Tu nie chodzi o zapach a aurę. Ta dziewczyna albo była przyczyną wielu śmierci, albo w jej obecności ginęło wiele osób. Ewentualnie często przebywała wśród zmarłych i umierających.
                „Tak samo jak ty, co nie? W końcu jesteś lekarzem” – pomyślała Ykhar, ale rozsądnie zachowała swoje przemyślenia dla siebie. Ewelein była cudowna lekarką, dobrą i bardzo cierpliwą osobą, ale każdy, kto miał trochę rozumu w głowie, wiedział, że nie należy jej drażnić. Poza tym wystarczyło jej, że elfka stanęła dumnie wyprostowana i nieco odsunęła się od drzwi.
                - Tak że tego… - Spojrzała na Scarlett, zastanawiając się na czym skończyły rozmowę. – Ach tak. Dostaniesz bransoletkę. To będzie też dla twojego bezpieczeństwa. Wielu tutaj nie lubi ludzi. Może tego nie wiesz, ale na Ziemi istnieją ludzie wiedzący o istnieniu magii i jej używający. Spora część z nich zbija się w organizacje, których członkowie czasem nas odwiedzają, nie zawsze w dobrych zamiarach. Zresztą odwrotnie jest podobnie. Wśród nas też istnieją organizacje robiące niezbyt miłe rzeczy na Ziemi. Co prawda są też inne organizacje, zarówno ludzkie jak i te faery, które współpracują ze sobą, żeby utrzymać jako-taki ład, ale faktem pozostaje, że ludzie nie są nazbyt lubiani w Eldaryi, a faery nie są nazbyt lubiani na Ziemi. Dlatego dobrze byłoby, gdybyś, przynajmniej na początku, nigdzie nie ruszała się sama. Jak już poznasz język, będziesz mogła swobodnie chodzić po całej Kwaterze Głównej, znaczy po tym budynku i jego terenach zielonych. Znaczy nadal będą miejsca, gdzie będziesz miała zakaz wstępu, ale tam będą mieć zakaz wstępu też inni. Właśnie, jeżeli chodzi o język. Będziemy cię go uczyć, ale żeby wszystko przyspieszyć nie zrobimy tego w standardowy sposób. Bo przyspieszyć musimy. Bez języka możesz wpakować się w paskudne kłopoty albo je wywołać, więc to konieczne. Dlatego będziemy tak-jakby zapisywać język bezpośrednio w twoim umyśle. Oczywiście nie na raz, tylko po kawałku, ale powinny starczyć trzy, może cztery tygodnie i zaczniesz mówić, a nawet czytać po naszemu. To bardzo wygodna forma nauki, ale niestety można w ten sposób się nauczyć tylko języka. Tymczasowo. Żeby wiedza została, od razu tego języka trzeba zacząć używać, w przeciwnym razie umysł odrzuca wtłoczone w niego informacje, tak jak ciało odrzuca zaszyte w nim ciało obce. Dlatego po sesjach tej „nauki” będziesz musiała trochę poprzebywać wśród faery. Niekoniecznie z nimi rozmawiać w wspólnomowie, znaczy języku, którego będziemy cię uczyć, ale chociaż posłuchać tego, co mówią. Spróbować to zrozumieć. To utrwali wiedzę, sprawi, ze stanie się jakby twoja własna i umysł przestanie ją odrzucać. Nie będzie to łatwe, bo te nasze „lekcje” sprawią, że będziesz czuła się trochę źle, ale to naprawdę konieczne. Co jeszcze… Ach tak. Dzisiaj wrócisz do tego pokoju, co w nim już byłaś, ale jutro, po nałożeniu ci bransolety, dostaniesz już taki normalny, bez krat. Do tego też świeże ubrania, środki czystości i inne artykuły pierwszej potrzeby. Potem, kiedy nauczysz się języka, znajdziemy ci coś do roboty. Wiem, że chcesz czym prędzej wrócić do domu, ale praca, nawet prosta, pozwoli ci szybciej wdrożyć się w ten świat i ułatwi wiele rzeczy. Nauczysz się trochę o naszych zwyczajach, zachowaniu, o tym czego unikać no i nie wpakujesz w kłopoty. Co jeszcze…? Ach tak. Biblioteka, znaczy jej czytelnia ogólna, będzie do twojej dyspozycji. Stamtąd też się dowiesz wielu rzeczy, może nawet  wpadniesz na trop, jak możesz szybciej wrócić na Ziemię – uśmiechnęła się, ale twarz Scarlett pozostała nieruchoma. – Ym… Rozumiesz wszystko? Znaczy, to co do ciebie mówiłam?
                - Tak. Otrzymam kwaterunek, opierunek i, jak przypuszczam, również wikt. Będę pod twoją bezpośrednią opieką i nadzorem, a także, jeżeli dobrze zrozumiałam, pod nadzorem czarodziejskim dzięki bransolecie-nadajnikowi. Zostanę nauczona języka w trybie przyspieszonym oraz dostanę dostęp do biblioteki. W zamian będę musiała wykonywać proste prace prawdopodobnie w formie prac zawodowych.
                - Tak. W skróconej wersji właśnie tak. – Brownie chrząknęła nieco zdenerwowana. Co prawda nie czuła od Scarlett „smrodu śmierci”, ale jej dziwny spokój nieco ją wytrącał z równowagi. Tym bardziej, że przecież Ziemiance tak bardzo zależało na powrocie do domu. Powinna jakoś bardziej zareagować na złe wieści. Tymczasem nawet nie zapłakała, tylko stłumiła emocje i schowała gdzieś-tam wewnątrz siebie. Nawet nie podniosła głosu. – Masz jakieś pytania?
                - Będę miała jutro. Na razie chciałabym wrócić do pokoju. Mam wiele rzeczy do przemyślenia. Naprawdę wiele.
***

                Usiadła na skraju łóżka, rozglądając się wokół. Białe ściany, różowawa umywalka, nad nią metalowe lustro… O wiele „bezpieczniejsze” dla więźniów od tych szklanych, przynajmniej jeżeli nie chce się, aby więzień podciął sobie żyły. Do tego prosta komoda z jasnego drewna, podłoga z różowawego kamienia, tego samego, z którego zrobiono umywalkę, niebieska, pikowana narzuta, biała pościel, duże okno zabezpieczone gęstą krata i osłonięte niebieskimi zasłonkami. Gdyby nie ta krata w oknie i to metalowe lustro, wszystko wyglądałoby dość normalnie. Niestety nic nie było normalne… I to od dawna. Właściwie, jeżeli wziąć pod uwagę historię jej rodziny, to NIGDY nic nie było normalne.
                Rzecz w tym, że sześć lat temu nienormalność wskoczyła na zupełnie nowy poziom. Poziom paranormalny. Tak-jakby paranormalny. Mogący nie dość, że zabić to jeszcze doprowadzić do obłędu. Nie zwariowała do końca tylko dzięki dwóm rzeczom. Po pierwsze temu, że potrafiła zaakceptować, iż rzeczywistość to coś znacznie więcej niż powszechnie się wydaje. Że w ramach rzeczywistości mieści się wszystko, co odciska ślad… Lub ślady. Ślady takie jak zmiażdżona noga i rana na policzku. Po drugie Cyryl. Nie miała pojęcia, gdzie by była, gdyby nie on. Albo stoczyłaby się, albo wąchała kwiatki od spodu. Ewentualnie jedno i drugie.
                Niestety Cyryla tu nie było. W dodatku akceptacja tego, co nienormalne, chociaż rzeczywiste ma, swoje granice. Niby teleportacja do czarodziejskiego świata wróżek i elfów to nic szczególnie niesamowitego w porównaniu z tym, czego doświadczyła w ciągu kilku ostatnich sześciu lat, ale gdy jedno nakładało się na drugie… Nie, tego było za wiele. Po latach strachu, walki z chodzącymi koszmarami, walki o te koszmary, coś takiego. Jakaś gówniana akcja rodem z tandetnych powieści fantastycznych. Uderzenie błyskawicy i zamiast leżeć martwa gawędzi sobie z elfami, wampirami i jakąś rudą dziewuszką w kwiecistej sukience, którą obdarowało zajęczymi uszami.
                Miała ochotę płakać z bezradności, wrzeszczeć z wściekłości i śmiać się do utraty tchu. Śmiać się, bo to wszystko zakrawało na jeden, wielki i bardzo chory żart.
                Pomyśleć, że mając czternaście lat marzyła o czymś takim. O tym, żeby trafić gdzieś daleko, gdzie byłaby bezpieczna, gdzie mogłaby zasnąć bez obawy, że w nocy jeden z naćpanych gachów matki włamie się do jej pokoju. Albo że naćpana do nieprzytomności matka znowu podpali mieszkanie. Gdzie mogłaby budzić się, bez strachu, o to co zastanie. Gdzie mogłaby rozpocząć normalne życie.
                Jak to mówią? Strzeż się, czego sobie życzysz, bo może się spełnić? Chyba jakoś tak. W każdym razie istotnie się spełniło… W najgorszym, możliwym momencie.
                Ironia. Wszechświat… Wszystkie wszechświaty kochały ironię.
Szlag.
                Cyryl i reszta pewnie teraz zamartwiali się o nią, a przecież to im groziło niebezpieczeństwo, nie jej. Niestety nie wiedzieli o tym, dlatego zamiast skupić się na sobie, na swoim bezpieczeństwie, szukali jej. Gdyby istniał jakiś sposób, żeby ich powiadomić, żeby się o nią nie martwili i co najważniejsze nie rozpraszali…
                Szlag, szlag, szlag!
                Spojrzała na spód swoich dłoni, po czym pogładziła znajdujące się na nich blizny. Delikatnie. Z czułością. Na moment jej usta wygiął pełen bólu, łagodny uśmiech.
                Cyryl… Ledwie minęło parę godzin, a brakowało jej go. Tak bardzo jej go brakowało. Jednak nie mogła się załamywać. Do tej pory zawsze wyciągał ją z dołka, gdy robiło się źle, ale musiała w końcu zacząć radzić sobie sama. Dla niego. I dla siebie. Musiała stawić temu wszystkiemu czoła, potraktować jak zwykłą rzeczywistość i nie myśleć o tym, jakie to wszystko popaprane. Znaleźć sposób, żeby wrócić do domu. Do Cyryla. I do reszty przyjaciół... Rodziny. Potrzebowali jej. Naprawdę potrzebowali. Dlatego nie było opcji, żeby się poddała. Żeby się załamała.
                - Wrócę Cyryl. Obiecuję, że wrócę. Spotkamy się znowu i to szybciej niż myślisz.
                Zamknęła oczy, przywołując obraz przyjaciela i się uśmiechnęła. Ciut krzywo.
                Żeby w wymiarze pełnym czarodziejskich stworzeń dawać jej za opiekunkę akurat kobietę o zajęczych uszach… Los naprawdę lubił ironię.

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (25-03-2019 o 14h58)

Online

#2 25-03-2019 o 21h56

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Serio nie wiem, jak ty zamierzasz ogarnąć cztery opowiadania XD

O, Jamon w swojej growej osobie? ;> Ciekawa odmiana.

Spokojnie, tylko na mnie nie naskakuj za moje bzdurne domysły, które pewnie nie mają żadnego pokrycia z rzeczywistością — albo może mają, nieważne — ale w Antymagii jest Valk, w Potworze Ez, a to nowe opowiadanko zaczyna Nevra. Hym hym.

Woooowowowow to tutaj Wyrocznia jest tak jakby normalna? Niezagrożona, „żyjąca” sobie normalnie między innymi faery? Ciekawy zabieg, lublu!

„ - Napewno? – zapytała Miiko.” — OCH, NO WIESZ CO?!

Nah, tu już Karenn jest taka… karennowata. Czyli nie za bardzo dająca się lubić.

Nie czaję, o co tu chodzi, ale chętnie się dowiem. Czekam więc na resztę i pozdrawiam ^^

Offline

#3 04-04-2019 o 22h57

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Methrylis - ja też nie wiem, jak pociągnę to wszystko, ale zapodany mi motyw przez tygodnie nią dawałby mi żyć, gdybym nie zaczęła pisać i i tak nie potrafiłabym ruszyć pozostałych opowiadań. Shit happens. xD

Ano wrzuciłam "typowego" Jamona, ale typowego tylko z gadki + dorzuciłam wyjaśnienie dlaczego tak duka. Intelektualista muszący iść w w bezokoliczniki z powodu twardej krtani xD Zło. Poza tym, powtarzanie motywu "ulepszonego" Jamona po raz trzeci byłoby przegięciem.

Nom, jest "normalna". Trochę pojechałam po bandzie kontrastu z pozostałymi opowiadaniami, ale za to chłopaki są szefami Straży. tym razem ich nie zdegradowałam.

Karenn będzie karennowata z powodu Nevry, którego trochę pociągnę... Ale - nawiązując do Twojej sugestii - nie w kontekście romantycznym, a przynajmniej nie w stosunku do bohaterki. Zastanawiam się czy nie wtentegować go w coś bardzo odbiegającego od kanonu i dziwnego, chociaż ciut lecącego po stereotypach, ale to na razie tylko pomysł-opcja, który i tak, jeżeli będzie rozwijany, to dopiero od połowy opka. Sam Scarlett będzie miała życie uczuciowe o wiele bardziej popaprane, a zarazem normalne od jakiegoś-tam zadurzenia w wróżku/wątpierze z czarodziejskiego świata.

To dobrze, że nie wiesz o co kaman /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ale, jeżeli znasz to, z czym połączyłam Eldkę, to może się po tym rozdziale skapniesz. W tekście jest jedna duża podpowiedź i druga nieco subtelniejsza /static/img/forum/smilies/wink.png

2 Metoda „na trupa”.

               Ezarel przerzucał strony raportu Ykhar. Bo oczywiście Ykhar musiała napisać raport zaraz po swoim pierwszym kontakcie człowiekiem. Szczegółowy jak mało co, opisujący wszystkie, nawet najdrobniejsze reakcje Ziemianki, a nawet każde jej wypowiedziane słowo, chociaż tych nie było nazbyt wiele. Nie miał pojęcia, czy to dla tego, że człowiek była tak przestraszona czy też może bała się, że odkryją, co takiego robiła na Ziemi i wyciągną z tego konsekwencje. Pewnie brownie jeszcze jej nie uświadomiła, że w Eldaryi nie będzie rozliczana z tego, co uczyniła w swoim świecie, nawet gdyby była seryjna morderczynią. Przynajmniej nie przez Straż. Jednak zawsze istniała możliwość, że  zaszła komuś za skórę do tego stopnia, że ów ktoś przybędzie za nią aż tutaj… Przynajmniej teoretycznie. Osobiście  nie wierzył w podobne cuda.
               Jego wąskie usta wykrzywił krzywy kpiący uśmiech. To doprawdy niewiarygodne. Długoucha nie zapomniała napisać nawet o tym, że Scarlett „sprawiała wrażenie, jakby nie smakował jej posiłek”, który jej przyniosła. Doprawdy „zaskakujące” –  sztucznie pozbawiona maany żywność, wyglądająca jak gówno i pewnie tak samo smakująca, mogła nie przypaść Ziemiance do gustu.  Mało tego. Ykhar nie omieszkała wspomnieć, że po tym, kiedy Scarlett zamknęła się w swojej celi, podsłuchiwała ją pod drzwiami do drugiej w nocy, lecz niestety niczego nie usłyszała… A potem usnęła i obudził ją dopiero nocny obchód.
               Ech… Doprawdy nie miał pojęcia czy za tym irracjonalnym zachowaniem archiwistki stoi jej naturalna skłonność do przesady, czy może niezdrowa fascynacja rodzajem ludzkim. Chociaż, tak na dobrą sprawę, jedno nie wykluczało drugiego. Swoją drogą, naprawdę nie rozumiał czemu brownie uważa ludzi za tak interesujących. Owszem, doskonale opanowali naukę, ale tylko dla tego, bo musieli. Owszem, odrzucenie magii na rzecz nauki stanowiło dość niezwykłą drogę rozwoju gatunku, ale nie aż tak, biorąc pod uwagę, jak wiele wysiłku wymagało obudzenie magii na Ziemi. Poza tym, ludzie byli słabi. Mieli ograniczone zmysły, a ich szybkość, zwinność i tężyzna fizyczna pozostawiały wiele do życzenia. No i mimo swej kochanej technologii, magii bez magii, nadal większość z nich żyła posiadając fałszywy obraz świata… Czy raczej wieloświatu. Nic nie wiedzieli o innych wymiarach, czarach ani nawet stworach z Pomiędzy. Nędzne, głupie i słabe istoty.
               Poskładał raport – czy też raczej kopię raportu – i odłożył na biurko. Nie miał bladego pojęcia, dlaczego Miiko tak bardzo nalegała, aby byli na bieżąco z raportami o ludzkiej dziewczynie. Co prawda dzisiejszy „rozdział” przeczytał w ledwie dziesięć minut i nieźle się przy tym rozerwał, ale na dłuższą metę uważał to za stratę czasu. W końcu, nawet jeżeli ta mała miałaby być szpiegiem Triady czy też Iluminatów – Templariusze naprawdę rzadko przyjmowali w swe szeregi kobiety – to bardziej problem Nevry, prawda? To on zna się na psychologii, wie jak wydobyć to, co jest skryte w głębi… I inne tego typu bzdety. Oni – alchemicy i magowie – byli tylko rzemieślnikami, którzy mieli się nie mieszać do delikatnej sztuki cieni, chyba, że zostaną o to poproszeni… A przynajmniej tak to ujmował ten jednooki, krwiopijczy bubek, a żeby mu kły spróchniały.
               Spojrzał na swoje biurko. Piętrzyły się na nim próbówki, zlewki, kolby miarowe oraz mnóstwo innych sprzętów laboratoryjnych, substratów alchemicznych oraz niedokończonych eliksirów. Niby gabinet, a tak naprawdę to prywatne laboratorium. Zresztą urządził to tak, a nie inaczej specjalnie. Szkoda tylko, że jednego nie przewidział. Konkretnie, że któryś z jego „kochanych” zastępców nie zauważy, że w każdym laboratorium – nawet takim, które jest jednocześnie prywatnym gabinetem – powinny przynajmniej w części obowiązywać powszechne zasady bezpieczeństwa alchemicznego. Między innymi zakaz jedzenia. Oczywiście mógł zignorować tamtego dupka, ale nie zrobił tego. W końcu dupek miał rację, a on, jako szef Straży Absyntu powinien dawać przykład, a nie naginać zasady do własnej wygody. Rzecz w tym, że nienawidził jeść publicznie, a jeszcze bardziej nienawidził, gdy w jego pokoju unosił się zapach jedzenia. W dodatku, gdyby coś rozlał albo nakruszył sprzątanie zajęłoby mu co najmniej pół godziny – darzył szczerą nienawiścią każdy organiczny bród, który nie miał związku z doświadczeniami alchemicznymi. Dlatego musiał schować dumę własną do kieszeni i zacząć jadać w stołówce razem z innymi.
               Przejmująca pustka w żołądku stanowiła wystarczający komunikat, żeby opuścił małe laboratorium i udał się na posiłek. Nie zniósłby, gdyby zaburczało mu w brzuchu przy jego podkomendnych. W końcu, jako szef Straży Absyntu musiał dbać o wizerunek, a wydawanie dziwnych dźwięków podrobami do wizerunku szefa nie pasowało.
               Jak zwykle o tej porze w stołówce panował gwar i ruch. Strażnicy i pracownicy Kwatery Głównej tłoczyli się przy okrągłych stolikach dźwigając tace obładowane prostymi półmiskami, z których większość była wypełniona po brzegi. To oraz umiarkowanie przyjemne zapachy unoszące się w rozległym pomieszczeniu, jasno świadczyły, że główny kucharz, wielki Karuto, ma dziś dobry dzień i zaserwował coś zjadliwego. Chwała mu za to. Chwała podstarzałej, humorzastej primadonnie.
               Czasem zastanawiał się, czemu Miiko nie zwolni tego starego satyra i nie zatrudni kogoś przynajmniej odrobinę normalnego. Wtedy przypominał sobie, że częściowo normalni nie kosztują po kilka razy dziennie wszystkich swoich dań, sprawdzając czy te nie są czasem zatrute. Może i Karuto  był trudny, ale nie mógł mu odmówić lojalności i zaangażowania.
               Ech… Naprawdę było tłoczno. Ledwie wszedł, a z cztery osoby go potrąciły. Jego - szefa jednej z Straży. Szkoda słów. Miał tylko nadzieję, że znajdzie się jakiś wolny stolik. Nie zamierzał się gnieździć  przy jednym ze swoimi podwładnymi… Bo zawsze trafiał na akurat swoich podwładnych i to zwykle tych najniższych stopniem, często niezbyt zdolnych. Przez cały posiłek tylko wlepiali w niego wystraszone spojrzenia i uśmiechali się sztywno. Niby mu to nieco pochlebiało, w końcu taki pełny trwogi szacunek w stosunku do kogoś, kto co dopiero objął stanowisko,  to dość rzadko spotykane, ale przy posiłku wolałby jednak spokój. Zresztą szeregowcy Absyntu również. Domyślał się, że drugie śniadanie czy tam obiad w jego towarzystwie nie stanowiło dla nich miłego doświadczenia… No może za wyjątkiem lizusów, bo i tacy się zdarzali. Wazeliniarskie kreatury. Nie znosił ich.
               Jeden szybki rzut oka starczył, aby zauważyć pewną tendencję. Nikt nie siadał w bezpośrednim  sąsiedztwie stolika w rogu koło okna, za to bardzo wielu usadowiło się tak, aby mieć na niego dobry widok. To znów budziło bardzo konkretne podejrzenia, które potwierdzał widok podrygujących od czasu do czasu zajęczych uszu.
               Ykhar wyprowadziła ludzką pupilkę na spacerek, a ta z miejsca wzbudziła sensację. Karczemną sensację. Rozumiał, że człowiek w Kwaterze Głównej może budzić ciekawość, ale żeby dawać jej upust w taki sposób? Gapiąc się na nią jak na jakieś dziwadło z objezdnego cyrku?
Nagle parę osób wstało ruszając do kontuaru, gdzie wydawano posiłki, inne udały się do drzwi. W wszechobecnym tłumie zrobiła się wyrwa i wtedy zobaczył ją… Scarlett Wood. Z miejsca też zrozumiał, dlaczego tak bardzo przykuwała spojrzenia.
               Ziemianka siedziała przy stole w sprezentowanych jej przez Straż ubraniach. Brązowej, wiązanej bluzce na ramiączkach i pasujących do niej spodniach. Czy raczej spodenkach. Nad kolana.
Nie miał pojęcia czy do personelu zaopatrzenia jakimś sposobem przedostała się informacja o bardzo nietypowej protezie dziewczyny, a ci postanowili ją koniecznie zobaczyć, czy też to zwykły pech. W każdym razie proteza przyciągała spojrzenia z daleka, a także – przynajmniej u niego – budziła dreszcze. Naprawdę wyglądała jak pozbawiona skóry kończyna, tyle że z metalu. W dodatku reagowała na każdy ruch swojej właścicielki. Druciane mięśnie i ścięgna zmieniały raz po raz pozycje, a światło odbijające się na ich splotach podkreślało każde drgnienie. To było… To było tak naturalne, że aż nienaturalne.
               Wzdrygnął się nieznacznie, po czym odwrócił i ruszył do kontuaru, myśląc jakie to niesprawiedliwe, że osoba tak ważna jak on musi tracić czas na staniu w kolejkach w stołówce. Rozumiał – tradycja. Zgadzał się też, że szefowie powinni być raczej pierwszymi wśród równych, a nie „książątkami z nadania”, ale gdy – dajmy na to – na biurku czekał stos papierów, dwanaścioro podwładnych miała pilne sprawy do załatwienia już, zaraz, dwóch na trzech zastępców się pochorowało, a Miiko znowu coś odkryła… Cóż, wtedy MOŻE gdyby nie musiał wystawać w kolejce, mógłby coś zjeść pomiędzy załatwianiem spraw.
               Nie, żeby dzisiaj był jeden z takich dni, ale po prostu lubił sobie ponarzekać. Poza tym wolał narzekać niż myśleć o tej upiornej nodze. Narzekając potrafił odwrócić swoją uwagę od nieprzyjemnych spraw. Używał tego tricku na sobie nie raz, ani nie dwa z całkiem zadawalającą skutecznością.
               Niestety teraz, gdy odchodził od kontuaru, po raz kolejny rzuciła mu się w oczy. Ziemianka… Czy też raczej jej proteza. Sama dziewczyna sprawiała wrażenie do bólu nieciekawej. Jednak nie tylko metalowa kończyna przyciągnęła jego spojrzenie. Ykhar. Brownie patrzyła na niego z tą swoją miną na twarzy… Miną „chyba powinnam cię o coś zapytać, chociaż wcale nie chcę i to nie tylko dlatego, że nie przepadam za rozmawianiem z tobą”. Co jak co, ale długoucha naprawdę nie potrafiła ukrywać emocji.
               Nie miał pojęcia, o co chce, czy też chciałaby, go zapytać Ykhar, ale przeczuwał że to coś wiążę się z Ziemianką. „Wszechwiedząca” Ykhar nie potrafiąca odpowiedzieć na coś głupiemu  człowieczkowi we własnym zakresie ani wyszukać tego w archiwum…? Musiał powiedzieć, że zaciekawiło go to. Wyjątkowo postanowił zaszczycić ludzkiego gościa swoją obecnością, nawet jeżeli oznaczało to bliskość tej okropnej nogi. Poza tym liczył, że podrażni się trochę z długouchą. Jej twarz wyglądała naprawdę ciekawie, kiedy mieszały się na niej rumieńce złości i zażenowania.
               Chociaż wewnątrz ducha uśmiechał się złośliwie, jego twarz przybrała obojętny, arystokratyczny wyraz, gdy zmierzał przez tłum wprost ku Ykhar jak lodowiec sunący przez wzburzone morze. Starał się przy tym nawet nie zerkać na Scarlett, żeby jeszcze ktoś nie posądził go o to, że zaraził się niezdrowym zainteresowaniem, jakie powszechnie wywoływała. Zamiast tego patrzył wprost w błękitne, coraz bardziej mu niechętne oczy brownie, która wyraźnie nie była zadowolona z jego towarzystwa… W przeciwieństwie do Ziemianki, na której twarzy pojawił się wyraz wyczekiwania.
               - Integrujesz się z plebsem? – zapytała Ykhar, kładąc uszy po sobie.
               Uśmiechnął się pod nosem. Archiwistka wyraźnie była nie w humorze. Pewnie przez to nocne podsłuchiwanie Scarlett , które namalowało pod jej oczami wyraźne cienie. Brownie kiepsko znosiła niewyspanie, prawdopodobnie dlatego, że przez większość dnia marnowała mnóstwo energii, usiłując być w dziesięciu miejscach na raz.
               - Raczej go oświecam – uśmiechnął się zjadliwie, siadając przy ich stoliku. Oczywiście bez pytania. – Twoje spojrzenie osoby rozpaczliwie pragnące wiedzy, ale jednocześnie jej niechętne ściągnęło mnie aż z przeciwległego  kąta sali. Zatem jestem. Pytaj, pókim łaskaw. Dla ciebie i dla panny Wood.
               Tu wykonał powitalny gest w stronę Ziemianki, na co ta odpowiedziała krótkim skinieniem głowy. Tylko tyle. Żadnego uśmiechu czy próby nawiązania kontaktu, jedynie to wyczekujące spojrzenie. Wyczekujące, a zarazem dziwnie odległe. Jakby z innego świata… I nie miał tu na myśli Ziemi.
               Ykhar spojrzała na niego z ukosa, wyraźnie zła, a zarazem zmieszana, gdyż z miejsca odgadł, co jej chodziło po głowie. Już po chwili mógł podziwiać ten satysfakcjonujący rumieniec pokrywający policzki brownie. Zachichotał w głębi duszy, lecz jednocześnie nie mógł nie zauważyć, jej zdenerwowania – archiwistka strzygła uszami jak pimpel otoczony przez głodne rowstje. Zdenerwowanie to stanowczo wykraczało poza jej normę panikary-choleryczki.
Zaczynało go to intrygować.
               - Odkąd zostałeś szefem zrobił się z ciebie strasznie arogancki bubek – burknęła brownie. – A tak w ogóle, to żadna z nas nie zapraszała cię do stolika.
               - Znaczy mam sobie iść? Nie chcesz mnie o nić zapytać?
               Ledwo powstrzymał chichot, widząc jak rumieniec na twarzy dziewczyny się pogłębia. Naprawdę lubił ją drażnić, bo też z nią, jako jedną z nielicznych, mógł sobie pozwolić na podobne poufałości. W końcu nie była ani jego podwładną, ani jego szefową, a jako zastępczyni głównego archiwisty i nieoficjalna pomoc administracyjna zajmowała całkiem wysoką pozycję, chociaż niekoniecznie zdawała sobie z tego sprawę. Dokuczając jej nie dopuszczał się dręczenia niższego stopniem, ani bezczelności wobec wyższego.
               Przeżył lekki zawód widząc jak Ykhar zamyka oczy i bierze głęboki w dech na uspokojenie. Lubił jak wybuchała. Nawet jeżeli oznaczało to, że czasem oberwie po głowie. Talerzem. Być może nawet pełnym.
               - Tak, mam pytanie. Znacznie Scarlett ma – zaczęła. – Otóż zaczęłam jej tłumaczyć czym jest Straż i gdzie  dokładnie trafiła…
               - Nie potrzebuję streszczenia waszego poranka. Konkrety, bo jeszcze uznam, że jesteś nudna i sobie pójdę. A chyba nie chcesz zawieść swojej ludzkiej podopiecznej, prawda?
               Zadbał o to, żeby „ludzkiej” wypowiedzieć bardzo protekcyjnie. Wiedział, że to jeszcze bardziej rozdrażni wielbicielkę człowieczków. Naprawdę, gdyby wyrażenie „mordercze intencje” mogło przybrać postać faery, przybrałoby postać Ykhar, która obecnie wyglądała, jakby na poważnie rozważała rozerwanie mu gardła zębami.
               - Najważniejszym aspektem, który interesuje Scarlett jest powrót na Ziemię – wycedziła przez zęby, z wyraźnym trudem usiłując skupić się na temacie. – Już wczoraj wytłumaczyłam jej, że to bardzo trudna sprawa i dlaczego taka trudna. Jednak ona trakcie nocy miała na ten temat parę przemyśleń. Nasunęły jej się też dwa pytania.
               - Och, to ciekawe. A jakież to nie mający do czynienia z magią i do tej pory nie wiedzący nic o wieloświecie człowieczek może mieć przemyślenia na temat podróży międzywymiarowych? Bo pytań, jeżeli jest choć trochę inteligentna, ma zapewne cały ogrom.
               Spodziewał się, że Ykhar zezłości się jeszcze bardziej słysząc te słowa, tymczasem jej twarz przybrała bardzo nietypowy wyraz. Trudny do rozszyfrowania.
               - Otóż zastanawiała się, jak kontrolowany portal traktuje zwłoki. Bardzo świeże, kompletne, znajdujące się w jednym kawałku zwłoki. Czy gdy takie przenieść przez portal, będą traktowane jako przedmiot, czy jako żywa istota inteligentna, która musi wrócić lub zostać zastąpiona inną celem wyrównania.
               Uniósł brwi. No tego to się nie spodziewał. Ziemianka trafiła tu ledwie wczoraj, a już rozmyślała o przerzucaniu trupów przez portale.
               - Jak przedmiot – mruknął. – Zdarzało się, że osoby ginęły tuż przez wejściem w portal, a czasem nawet w trakcie przejścia, a wtedy zawsze były traktowane jako przedmiot… Chociaż osobiście wolałbym unikać tego określenia w stosunku do zwłok. W każdym razie, wykazano już, że portale kwalifikują jako istoty inteligentne, tylko i wyłącznie żywe stworzenia posiadające złożoną świadomość.
               - Ech… Czyli tak, jak myślałam – westchnęła Ykhar. Miała dość krzywą minę. – Tu pojawia się kolejne pytanie, które zadała Scarlett. Czy gdyby tymczasowo kogoś uśmiercić i przenieść go przez portal, a po drugiej stronie przywrócić do życia, można by uniknąć żądania powrotu? Czy może granice zorientowałyby się, że to, co przez nie przeszło, ożyło i domagałyby się powrotu czy tam kompensacji.
               Zamrugał zaskoczony. No to się pomylił co do tej całej Scarlett. Ziemianka potrafiła myśleć, mało tego – myśleć nieszablonowo. W dodatku wyglądało na to, że NAPRAWDĘ chce wrócić do domu, nawet jeżeli oznaczałoby  to bezpośrednie zagrożenie dla jej życia.
               - Pojęcia nie mam – mruknął, przypatrując się Ziemiance. Jej spokojnej twarzy, w której gdzieś-tam czaiły się nieufność i napięcie. – Nie przeprowadzono jeszcze takiego eksperymentu, a przynajmniej ja o niczym takim nie słyszałem. Jeżeli twoja podopieczna chciałaby spróbować czegoś podobnego, musiałaby skierować bezpośrednią prośbę do Miiko, jednak radziłbym jej, aby pierw dokładnie przemyślała sprawę. Faery mają mniejszą skuteczność w sprowadzaniu innych zza granicy śmierci niż ludzie… Przynajmniej bez użycia praktyk nekromanckich, a te są surowo zakazane. Bardzo możliwe, że nie zdoła wrócić do świata żywych po „tymczasowym” uśmierceniu. Poza tym niech się zastanowi czy wie, czym jest igranie z własnym życiem. Czym jest spojrzenie śmierci prosto w oczy, poczucie jej oddechu na swojej twarzy. A teraz jej to przetłumacz.
               Ykhar przetłumaczyła. Dobrą chwilę mówiła w tym dziwacznym, ziemskim języku – jednym spośród wielu dziwacznych ziemskich języków – jednak nie wyglądało na to, żeby Scarlett szczególnie przejęła się jej słowami. Co prawda, gdy brownie wspomniała o tym, że z odratowywaniem „martwych” sprawa wygląda niewesoło – gestykulacja archiwistki była nader wymowna – dziewczyna nieco spochmurniała. Tylko tyle. Natomiast, gdy Ykhar skończyła swój wywód, Ziemianka spojrzała mu głęboko w oczy, po czym coś powiedziała. Nie zrozumiał ani słowa, ale poniekąd wyczuł, co miała na myśli.
               - Mówi, że doskonale wie, co to znaczy – przełożyła brownie. – Powiedziała, że… Że już kilka razy przez to przeszła.
               Zmarszczył brwi, sięgając pamięcią do raportu Ykhar, który nie tak dawno miał w rękach. Pamiętał, co pisała o wrażeniach Ewelein, o tym, że Ziemiankę otaczała specyficzna aura. Nie mógł zaprzeczyć, że zgadzał się w tej kwestii z lekarką. Alchemicy tacy jak on, warzyciele żywego czaru, wyczuwają aury nawet lepiej od magów. Jednak w pierwszym odruchu, nie przywiązywał do tego wielkiej wagi. Wielu jest otoczonych atmosferą śmierci z różnych powodów, chociażby on sam… Chociażby wszyscy szefowie Straży. To, jak Ewelein zareagowała, zrzucił na karb jej wyczulonej empatii i śladów, jakie zauważyła na ciele ziemskiej pacjentki . Oraz na to, że jakoś faery rzadko kojarzą wewnętrzne sprawy Ziemi z przemocą, przestępczością i wojnami, chociaż tych wśród ludzi nie brak - a przynajmniej tak słyszał od adeptów Cienia, którzy zapuszczali się za granice światów. Jednak teraz… Teraz nie mógł zaprzeczyć, że w tej mizernej, kalekiej istotce tkwi coś dziwnego. Niezwyczajnie dziwnego. Jednak nadal wątpił, aby owo coś miało jakikolwiek związek z Eldaryą. Głównie dlatego, jak bardzo Scarlett chciała się stąd wydostać.
               Swoją drogą, zastanawiało go to. Wyglądało na to, że ta cała Wood nie zaznała na Ziemi niczego dobrego, a mimo to koniecznie chciała wrócić. Tak bardzo, że była gotowa zaryzykować własne życie. Zawiesić je na nici cieńszej niż pajęcza.
               - Tak jak mówiłem, musicie udać się do Miiko z tą sprawą – mruknął, odchylając się na krześle. – To ona podejmie decyzję czy dopuścić do takiego eksperymentu. Przyznam, że z czysto naukowego punktu widzenia podobne doświadczenie może być wysoce wartościowym z punktu widzenia Straży jak i wszystkich faery. Jednak naprawdę nie lubię, gdy ktoś ryzykuje życiem swoim bądź cudzym. Miiko również, dlatego nie oczekiwałbym, że ot tak zgodzi się na coś równie moralnie dyskusyjnego. Nawet jeżeli pominąć aspekty ekonomiczno-polityczne.
               Ykhar skinęła głową. Miała minę, jakby liczyła właśnie na to, że Miiko odmówi. Rozumiał ją. Mógł  gardzić ludźmi, ale żywił wielki szacunek do życia jako takiego. Zaś pomoc Ziemiance w próbie powrotu… W takiej próbie powrotu… Cóż, byłoby to nic więcej, nic mniej niż tylko pomoc w popełnieniu samobójstwa. Osobiście wolałby nie brać udziału w czymś podobnym.
               Jednak z drugiej strony musiały istnieć powody, dla których Scarlett tak bardzo chciała wrócić. Ważne powody. Chociaż na dobrą sprawę ziemianka jako osoba niewiele go obchodziła, musiał przyznać, że te budzą w nim ciekawość. Niekoniecznie zdrową.

***

               Straż Eel. Dziwny twór stanowiący coś pomiędzy rządem, a organizacją międzynarodową, pod której sztandarem egzystuje wiele państw-miast oraz autonomicznych wiosek, uznających jej zwierzchnictwo. Razem stanowią tak zwane Ziemie Zjednoczenia Eel chronione przez samoświadomy system obrony, Kryształ tudzież Wyrocznię. Naczelne cele Straży, a tym samym Zjednoczenia Eel stanowią: obrona Ziem przed zewnętrznymi atakami, utrzymanie pokoju w regionie, pomoc w wypadku zaistnienia katastrof naturalnych, ochrona praw jednostki oraz zwalczanie popularnego wśród faery rasizmu. Przynajmniej tak to opisała Ykhar.
               Hybryda NATO, Stanów Zjednoczonych i rządu szwajcarskiego. Zdawałoby się dość potężny twór, zorganizowany, ale jednocześnie dziwnie dostępny. Przyziemny. Sam fakt, że w stołówce danym było jej rozmawiać z szefem magów i alchemików, znaczy Straży Absyntu… Cóż, gdyby zwykły obywatel bądź imigrant, zechciał sobie porozmawiać z wybranym kongresmanem czy też ministrem rządu USA miałby poważne kłopoty z realizacją planu. Tego typu persony dobrze chroniono i trzymano z dala od gawiedzi. Tymczasem tutaj… Tutaj pierw pogawędziła za pośrednictwem Ykhar z nim, a teraz miała spotkanie z zastępcą Miiko, tutejszej „pani prezydent”. Zaś dostęp do zastępcy „pani prezydent” uzyskała grzecznie prosząc i mówiąc, że ma ważną sprawę. Niewiarygodne.
               No właściwie to jeszcze nie uzyskała. Miał się zjawić dopiero za chwilę.
               Scarlett rozejrzała się dookoła. Biblioteka była imponująca.  Wszystkie regały wyglądały na wyciosane z jednego kawałka drzewa, podobnie jak porozkładane tu i ówdzie sofy i fotele. Dziwne, przypominające ogromne, świetliste kwiaty twory stanowiące tutejszy odpowiednik lamp wyrastały wprost z półek, na których tłoczyły się opasłe woluminy inkrustowane metalami szlachetnymi. Do tego te wysokie okna i olbrzymie, gładkie jak lustra kamienne płyty pokrywające podłogę. Niezwykłe miejsce, przynajmniej dla kogoś, kto prawie całe życie spędził w industrialnym, małym miasteczku, z którego nie ruszał się na krok do czasu rozpoczęcia studiów.
               Główny holl, Sala Drzwi, jak nazywała go Ykhar, również robiła wrażenie. Mozaika na podłodze, kolumny, łuki, zdobne portale. Dziwny kontrast w porównaniu z celą, w której spędziła wczorajszy dzień, a która mogłaby spokojnie uchodzić za przeciętny pokój w akademiku. Oraz ze stołówką, która niewiele różniła się wystrojem od ziemskich pizzeri. Tych elegantszych. Nawet zapach był podobny.
Ciekawe, jak sprawa miała się z pokojami prywatnymi? Trzymały się bardziej przyziemnej praktyczności czy może pałacowego przepychu? Cóż, przekona się, kiedy zajrzy do swojego. Jak dotąd go nie widziała – póki co dostała jedynie komplet ubrań do przebrania. Dość niefortunny. Przez te cholerne krótkie spodenki, gdziekolwiek się nie znalazła, tam z miejsca budziła małą sensację. Dobrze przynajmniej, że miejscowi nie mieli dużego pojęcia o ziemskiej protetyce. W przeciwnym razie zaawansowana technologicznie,  w pełni ruchoma, robotyczna kończyna trwale scalona z żywą tkanką wywołałaby falę niewygodnych pytań. Pytań, na które nie mogłaby odpowiedzieć. Nie, jeżeli nie chciała wyjść na kompletnie obłąkaną.  Nawet tutaj, w magicznym świecie – Boże, jak to irracjonalnie brzmi – wątpliwe, aby ktoś dał wiarę w jej słowa.
               Na Ziemi zastępcy ważnych osobistości przyjmowali petentów w swoich gabinetach. Tutaj, w Straży powiedziano im, czy też raczej powiedziano Ykhar, żeby poczekać, aż zastępca będzie zanosił dokumenty do archiwum „to go złapią”. Dość niestandardowa metoda, jednak nie narzekała. Tym bardziej, że dzięki temu miała chwilowo spokój od swojej opiekunki.
               Zajęczyca była sympatyczna i uprzejma, ale stanowczo za dużo mówiła. I zachowywała się zbyt nerwowo.
Obserwowała, jak Ykhar rozmawia brunetem w okularach. Brunetem mającym krowi ogon i zagięty róg pośrodku czoła. Patrząc na niego, nie potrafiła się powstrzymać od zapytania samej siebie „jak on nosi czapki”. Naprawdę anatomia co poniektórych miejscowych  zakrawała na nieco irracjonalną.
               Irracjonalna anatomia… Heh. Właściwie to nie powinna jej nikomu wytykać. Nie wybrawszy sobie taką, a nie inną  rodzinę.
               Istota noszenia czapek przez jednorożce – bo obstawiała, że właśnie tym jest brunet – stanowiła dla Scarlett zagadkę o wiele bardziej intrygującą, niż sama rozmowa między „wróżkami”, jak nazywała miejscowych. Ich znaczące, zarazem zaniepokojone jak i pełne troski spojrzenia mówiły same za siebie: Ykhar opowiadała jednorożcowi o niej i o prośbie, którą chciała skierować do Miiko. Mieli przy tym miny, jakby zamierzała odprawić krwawy rytuał uwzględniający ofiary z niemowląt. Naprawdę nie rozumiała, czym się tak przejmują. Przecież zamierzała zaryzykować wyłącznie własnym życiem. Życiem osoby, która stanowiła dla Straży jedynie chodzący problem, której zniknięcie byłoby dla wszystkich bardzo wygodnym rozwiązaniem. Zatem dlaczego podchodzili do jej propozycji z tak wielkim dystansem? W końcu, przeżyłaby czy nie, mieliby ją z głowy.
               Rozejrzała się po twarzach krążących po bibliotece czarodziejskich stworów. Wszyscy co do jednego spoglądali na nią jak na dziwoląga, wybryk natury, chociaż niekoniecznie złośliwie. Nie miała im tego za złe. W końcu poniekąd była dziwolągiem i tak traktowano ją również na Ziemi. Znaczy o ile ktokolwiek raczył zwrócić na nią uwagę, a takich na szczęście było niewiele. Zadbała o to, doprowadzając sztukę pozostawania w cieniu niemal do perfekcji.
               Po chwili zastępca Miiko wszedł do biblioteki z naręczem pism i woluminów. Z miejsca go rozpoznała. Mężczyznę – wysokiego blondyna o intensywnie zielonych oczach – otaczała wyraźna aura  ważności. Wszyscy na jego widok  wyprostowali się, niektórzy przywołali na twarze nieco sztywne uśmiechy. Niemal każdy powiedział coś na powitanie.
               Nie była zaskoczona, gdy spojrzenie blondyna niemal od razu podążyło ku niej, czy też raczej jej metalowej nodze. Jednak mężczyzna był na tyle taktowny, że wyczuwszy, iż go obserwuje, natychmiast oderwał wzrok od kończyny. Nieco zakłopotany, uśmiechnął się lekko, po czy posłał lekki powitalny ukłon, na który odpowiedziała skinieniem głowy.
               Ykhar i jednorożec podeszli do blondyna, jak tylko go zauważyli. Rozmawiali z nim szeptem, przy czym mówiła głównie zajęczyca, żywiołowo gestykulując. Na jej zabarwionej rumieńcem twarzy malowało się podbarwione niepokojem przejęcie. Z kolei blondyn… Cóż, zdziwił się słuchając rewelacji długouchej. Jego niemal idealnie wykrojone brwi podjechały do linii jasnych włosów, a zielone oczy raz po raz uciekały w bok, zerkając nią – potulnie siedzący na sofie, niemy temat ich rozmowy.
               Koniec końców Ykhar westchnęła głośno i pokiwała głową. Miała wyraz twarzy kogoś, kto uzyskał to, czego chciał, ale jest z tego powodu szczęśliwym. Naprawdę powinna ciut bardziej ukrywać swoje emocje.
               - Leifan powiedział, że powie Miiko, że chcesz się z nią widzieć i w jakiej sprawie, jednak dzisiaj raczej nie da rady, żebyś się z nią zobaczyła. Może jutro – Zajęczyca zastrzygła uszami, siadając obok niej, kiedy zarówno blondyn jak i jednorożec poszli w swoje strony.  – Ostatnio mamy w Kwaterze lekkie urwanie głowy. Dyplomacja i tym podobne sprawy. Zbliża się wielkie zebranie cechów i gildii, o corocznym spotkaniu z Wielką Trójką nie wspomnę…
               - Wielką Trójką?
               - Naszymi głównymi sojusznikami. Fenghuangami Rodu Szehe, purrekos Wybrzeża Grzmotów i Orkami z Północnych Równin. Poza tym jesteśmy jeszcze w sojuszach z elfami Doliny Mgieł i goblinami z Czarnego Lasu, ale oni nie maja takiej siły przebicia. No i często współpracujemy z krasnoludami Grotu Chmur, ale oni nie są nigdy z nikim w trwałych sojuszu, podpisują tylko krótkotrwałe umowy tyczące załatwienia jakichś konkretnych rzeczy. Zresztą ogólnie krasnoludy rzadko wiążą się przysięgami z kimkolwiek, nawet z innymi krasnoludami… Nie licząc oczywiście przysiąg małżeńskich. Miałam na myśli kontekst wyłącznie polityczny.
               Scarlett przytaknęła, ucinając tym samym temat. Wolała nie ryzykować, że Ykhar rozwinie się bardziej. Musiała przyznać, że obszerność wypowiedzi zajęczycy bywała użyteczna – długoucha zawsze wyczerpywała temat, dokładnie opisując problem. Niestety równocześnie zahaczała o mnóstwo innych wątków, które również zaczynała omawiać. Tak jak teraz. Scarlett wystarczyłoby pierwsze zdanie odpowiedzi Ykhar, tymczasem ta musiała dokładnie wymienić skład Wielkiej Trójki, wspomnieć o pozostałych sojusznikach, a także o krasnoludach. W następnej kolejności pewnie nawiązałaby do krasnoludzkiej kultury, a potem… W sumie to pojęcia nie miała, ale czuła, że zajęczyca na pewno znalazłaby jakiś temat.
               Elfy, gobliny, krasnoludy. Wszystko to brzmiało fantastycznie i interesująco, ale jednocześnie zbyt abstrakcyjnie, żeby zaprzątała sobie tym umysł. Tym bardziej, że miała inne problemy na głowie…  Jak na przykład powrót do domu, aby tam zmierzyć się z kolejnymi problemami. A tych czekało na nią tam niemało.
               - Twój pokój, z tego co mi powiedziano, będzie gotowy dopiero wieczorem – zaczęła znowu Ykhar, najwyraźniej nie mogąc znieść dłuższego milczenia. – Podobnie jak  inne rzeczy. Nauka języka rozpocznie się dopiero jutro. Póki co mamy sporo wolnego czasu. No to może wyszłybyśmy na zewnątrz? Przewietrzyć się trochę. Pochodzić na słoneczku. Pospacerować… Czy Miiko zgodzi się na twój pomysł, czy nie, na pewno pobędziesz tu co najmniej kilka tygodni. Byłoby dobrze, gdybyś poznała okolicę.
               Scarlett drgnęła. „Kilka tygodni”? Niby była świadoma, że mogła tu utknąć na dłużej, jednaj słowa długouchej zabrzmiały jak wyrok. Zrobiło jej się niedobrze, a dłonie odruchowo zacisnęły się w pięści. Musiała wziąć głęboki wdech na uspokojenie. Dwa wdechy. Trzy.
Gdy ponownie spojrzała na Ykhar, dostrzegła w jej oczach wyraźny niepokój.
               - Spokojnie, po prostu jakoś do mnie jeszcze nie dociera, że zarówno jutro, jak i po jutrze znów obudzę się tutaj. To jak abstrakcja. Sen. Zły sen. Wspomnienie o kilku tygodniach… Nieco spanikowałam.  - Wyjaśniła, mając nadzieję, że to nieco uspokoi opiekunkę. Nie posiadała umiejętności społecznych, przez co przebywanie w jej towarzystwie  bywało dla innych trudne. Ludzie kiepsko radzili sobie z osobami zachowującymi się w nietypowy sposób, po których mimice i gestach nie można było jasno stwierdzić, co myślą i co czują. Z tego, co widziała, wróżkowie nie różnili się od nich w tym względzie. – Z chęcią przejdę się na zewnątrz. Przyda mi się przewietrzyć umysł.
               Zewnętrzna część Kwatery Głównej przypominała połączenie niewielkiej wioski, sporego targowiska i parku. Wszystko zadziwiająco harmonijnie komponowało się ze sobą i z krążącymi wokół dziwadłami… Znaczy miejscowymi. „Ludzie” z rogami najprzeróżniejszych kształtów, ogonami, skrzydłami, kopytami, szponami, racicami i wszystkimi możliwymi kolorami skóry. Można było dostać od tego zawrotów głowy. Scarlett prześlizgiwała wzrokiem po mijających ją twarzach i postaciach, nie potrafiąc się powstrzymać od wewnętrznego pytania raz po raz „czym jesteś?”. W szefie Absyntu i lekarce rozpoznała elfy, w brunecie z biblioteki jednorożca. Domyślała się też, że dziewczyna, która ją odwiedziła wczorajszego dnia i mężczyzna, którego widziała zaraz po tym, kiedy została tu przyprowadzona to wampiry… Te kły były zbyt sugestywne. Ale pozostali, chociażby Ykhar, stanowili totalną zagadkę. Jednak na razie nie chciała wiedzieć więcej niż konieczne. Obawiała się, że mieszkańcy Eldaryi będą tym mniej chętni do wypuszczenia jej stąd, im więcej będzie o nich wiedziała. Poza tym… Poza tym nie chciała, żeby cokolwiek ją rozpraszało, a to… Magiczny świat, tajemnicze istoty nowy start, może nawet jakieś własne czarodziejskie umiejętności czekające, aż je odkryje… To wszystko było zbyt podobne do jej dziecięcych  marzeń. Do fantazji , które snuła zapłakana, kiedy za drzwiami pokoju naćpana matka imprezowała z kolejnymi, nowymi „wujkami”. Bała się, że teraz te fantazje… W sumie to sama nie wiedziała.
               - To gdzie chcesz iść? – zapytała Ykhar, uśmiechając się szeroko. – Może na targ? Mają tam mnóstwo interesujących rzeczy. Mogłybyśmy zajrzeć do sklepu z chowańcami, pewnie jeszcze nigdy nie widziałaś stworzeń takich jak one. Albo…
               - Chciałabym iść gdzieś, gdzie jest spokojnie. I jest mniej lu… Osób. Niezbyt dobrze czuję się w tłumie.
               Zajęczyca zastrzygła uszami, marszcząc czoło, po czym znów się uśmiechnęła.
               - Wiem! Zabiorę cię do Ogrodu Muzyki. To piękne miejsce, o tej porze bardzo spokojne. Można się tam odprężyć. Ma kojącą atmosferę. Chodź, to tam.
Scarlett odwróciła się we wskazanym przez zajęczycę kierunku, niemal wpadając na wielką postać. Wielką i futrzastą.
               Spojrzała wprost w porośniętą ciemnobrązowym futrem, niedźwiedzią twarz. Twarz upiornie podobną do tych nawiedzających ją w koszmarach.
               Wrzasnęła przerażona, gwałtownie odskakując do tyłu. Wpadła na Ykhar, straciła równowagę i efektownie upadła na ziemię, przy okazji pociągając zajęczycę za sobą.
               Bolesne uderzenie w bruk nieco ją otrzeźwiło. Momentalnie zdała sobie sprawę, że niemożliwym jest, żeby zobaczyła Iana. Ian został na Ziemi w domku letniskowym razem z pozostałymi. Poza tym, nawet gdyby, to przecież go naprawiła, prawda? Już nie stanowił zagrożenia.
               Gwałtowny wyrzut adrenaliny zrobił swoje. Co prawda umysł już zdał sobie sprawę, że stojąca nad nią postać, a właściwie postaci, to tylko miejscowi, ale serce nadal łomotało jak szalone, dłonie drżały, a krew szumiała w uszach. Do tego nie potrafiła oderwać spojrzenia od tej istoty. Od brązowego, humanoidalnego niedźwiedzia w prostej, ale zarazem bogato zdobionej sukni z cienkiej jak papier skóry. Niedźwiedzicy. Młodej, humanoidalnej niedźwiedzicy mającej twarz pluszowego misia.
               Zadrżała. Nie cierpiała pluszowych misiów. Jakichkolwiek misiów.
               Ykhar szybciej doszła do siebie. Błyskawicznie zerwała się na równe nogi i zaczęła przepraszać ludzi-niedźwiedzie: dziewczynę, ubranego jak szaman, wysokiego mężczyznę o czarnym futrze i przyprószonego siwizną starca. Poczerwieniała na twarzy tłumaczyła im coś, gwałtownie gestykulując i machając rękoma. Słuchali, ale nie patrzyli przy tym na zajęczycę tylko na nią. Trzy pary brązowych oczu zdawały się chcieć przewiercić ją na wylot.
               Powoli wstała, nie odrywając od nich spojrzenia, tak jak oni nie odrywali spojrzeń od niej. Zauważyła przy tym, że żadne nie zwróciło uwagi na jej metalową nogę.
               Niedźwiedzica przemówiła. W jej nadspodziewanie łagodnym, wręcz dziewczęcym głosie pobrzmiewała lekka kpina, która wyraźnie nie spodobała się siwemu. Starzec bezceremonialnie ofuknął młódkę, nie szczędząc jej karcącego spojrzenia. Ta, wyraźnie zaskoczona reprymendą, zająknęła się, po to by po chwili wbić zawstydzone spojrzenie we własne stopy.
               Scarlett nie miała pojęcia, co powiedział stary niedźwiedź, jednak wyraźnie zainteresowało to Ykhar, która zastrzygła uszami i wbiła w nią zaintrygowane spojrzenie. Nie musiała długo czekać, aby dowiedzieć się, o co chodzi.
               - Y… Mistrz Ferys powiedział, że wyczuł, że wystraszyłaś się ich z jakiegoś niepowierzchownego powodu – przełożyła długoucha. – Znaczy nie tylko dlatego, że po raz pierwszy w życiu zobaczyłaś niedźwieżuki, tylko dlatego, bo rozpoznałaś w jego uczennicy znane sobie niebezpieczeństwo… Nie potrafię dokładnie przetłumaczyć tego na angielski. Wiem, że to nie moja sprawa i nie musisz odpowiadać, ale wiesz, co miał na myśli? Znaczy zaatakował cię w przeszłości niedźwiedź? To stąd ta noga i blizna na twarzy?
               -Ta… N-nie. Nie do końca. Nie zostałam zaatakowana przez niedźwiedzia. Powiedzmy, że mam dość skrajne doświadczenia ze zwierzopodobnymi postaciami – mruknęła wymijająco, mając nadzieję, że Ykhar nie będzie drążyć tematu. W przeciwnym wypadku musiałaby zacząć kłamać, a tego robić nie lubiła. Głównie dlatego, że jedno kłamstwo zwykle pociągało za sobą następne, te kolejne, a potem wszystkie je trzeba było zapamiętać.
               - Skrajne? To znaczy?
               - Bardzo dobre i bardzo złe. Futrzanych misiów akurat nie kojarzę zbyt dobrze. Szczególnie brązowych.
               Ykhar spojrzała na nią dziwnie, wyraźnie chcąc powiedzieć coś jeszcze, ale nie zdążyła zagadnięta przez czarnego niedźwiedzia… Niedźwieżuka.  Długoucha odpowiedziała mu, po czym cała trójka humanoidalnych niedźwiedzi wymieniła spojrzenia. Siwy i czarny zamienili z zajęczycą jeszcze kilka słów, przy czym na koniec siwy wskazała na Scarlett uzbrojonym w długi pazur palcem. Ykhar skinęła głową i ponownie odwróciła się do niej.
               - Mistrz Ferys, jego uczennica Zue i słuchający snów Crylis przybyli tutaj w związku z niepokojami w lesie. Słyszeli, znaczy napomknęłam im, że właśnie tam się pojawiłaś, kiedy przeskoczyłaś do Eldaryi. Pytają czy nie zauważyłaś czegoś niepokojącego, dziwnego.
               - Nieznane rośliny, ptaki, zupełnie nowe otoczenie… Dziwne było dla mnie wszystko. I wszystko mnie niepokoiło – odpowiedziała zgodnie z prawdą.  – Jednak chyba nic nie zaniepokoiło mnie jakoś szczególnie mocno. Bardziej niż powinno w takiej sytuacji. Chociaż trochę trudno to stwierdzić. Nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się zostać znienacka przeniesioną do innego świata.
               Ykhar zarumieniła się zakłopotana, po czym przekazała jej słowa niedźwieżukom. Mistrz tylko pokiwał głową, słysząc odpowiedź, ale czarny – Crylis, o ile pamiętała – uśmiechnął się półgębkiem.
               Scarlett mimowolnie przeszedł zimny dreszcz. Uśmiechnięty niedźwiedź, uśmiechnięty miś… Owszem, w dzieciństwie lubiła pyszczki pluszowych niedźwiadków, ale mając piętnaście lat gwałtownie zmieniła zdanie. Obecnie uśmiechniętego misia uważała za jeden z najupiorniejszych widoków na świecie.
               Niedźwieżuki  skłoniły się i pożegnały, po czym szybkim, ale nie pośpiesznym krokiem ruszyły w stronę Kwatery Głównej. Obserwowała je chwilę, a gdy zniknęły za drzwiami, zwróciła się do Ykhar:
               - Czy… Czy macie wśród was dużo takich zwierzoludzi? – Słysząc, że głos nieco jej drży, odchrząknęła. – Znaczy… Nie chciałabym znowu dać się zaskoczyć.
               Po raz pierwszy zauważyła w oczach zajęczycy błysk rozbawienia. Bardzo wyraźny, chociaż nie towarzyszył mu uśmiech – prawdopodobnie długoucha starannie stłumiła go, uznając nabijanie się z podopiecznej za nieprofesjonalne.
               - No… Są purrekos, tacy ludzie-koty, ale ich się raczej nie powinnaś wystraszyć. Mają góra po metr trzydzieści wzrostu. Do tego są też kappy, ludzie-żółwie oraz taureny ludzie-bawoły. No i biesy, chociaż różnie je nazywają. Są porośnięte futrem, ale podobno nie przypominają ludziom jednego konkretnego zwierzęcia tylko zlepek wielu… Wiesz, nasza fauna jest nieco różna od waszej, więc niekoniecznie mamy odpowiednie porównania.
               - A ludzie-ptaki?
               - Nie… Chociaż są opowieści o żyjących w jaskiniach corby i zamieszkujących wysokie góry aviakach, jednak to nic potwierdzonego. Mity. Nawet, jeżeli istnieją, to raczej ich nie spotkasz. – Ykhar zawahała się przez chwilę. – Coraz bardziej zastanawia mnie, co się dzieje na Ziemi, że masz taki uraz do ludzko-zwierzęcych postaci.
               - To nie ma nic wspólnego z rzeczami, które dzieją się na Ziemi… Przynajmniej nie w ogólnym ujęciu – mruknęła, powoli ruszając w stronę, gdzie według zajęczycy znajdował się Ogród Muzyki. Miała nadzieję, że naprawdę jest tam cicho i spokojnie. Musiała jakoś ukoić rozszalałe nerwy. – Powiedzmy, że mam sporo osobistych i bardzo nieprzyjemnych doświadczeń odbiegających od tego, co inni nazywają normą. Jeżeli chodzi o Ziemię ogólnie, to z mniej zwyczajnych rzeczy ludzie zwykle boją się klaunów, nie zwierzęcych maskotek.
               - Klaunów? – Ykhar zmarszczyła brwi. – Klauni to ludzie z pomalowanymi twarzami w irracjonalnych strojach, prawda? Mają zabawiać innych.
               - Owszem, ale niektórzy uważają, że przez te wymalowane twarze i irracjonalne stroje wyglądają tak nienaturalnie, że aż upiornie. Podobno szczególnie niepokojące są ich szerokie, namalowane uśmiechy, które mogą się wydawać złowrogie i drapieżne. Osobiście nie mam podobnych obiekcji, co do klaunów, więc nie mogę wyrazić szerszej opinii.
               I tak to się zaczęło. Od klaunów. Po nich przyszła kolej na dziesiątki innych pytań o Ziemię. Ykhar interesowało absolutnie wszystko, począwszy od nowinek technicznych, poprzez medycynę, kulturę, a nawet elementy codziennego życia, jak na przykład komunikację miejską. Ciekawość zajęczycy zdawała się nie mieć granic. W efekcie Scarlett raz po raz odpowiadała na jej pytania, tym razem jakoś nieszczególnie zirytowana gadatliwością opiekunki. Właściwie to nie miała nic przeciwko opowiadaniu o Ziemi, póki nie musiała opowiadać o sobie. Poza tym pytania Ykhar były dość rzeczowe i nie stanowiły  pustej paplaniny, która to grała jej na nerwach. No i zagadnienia nie były trudne, tycząc się rzeczy dobrze jej znanych, więc odpowiedzi udzielała niemal automatycznie, nie musząc się nad nimi głębiej zastanawiać. Zamilkła dopiero, kiedy weszły do Ogrodu Muzyki. Zaskoczona urokiem miejsca, w którym się znalazła, momentalnie ucichła, aby chłonąć widoki, zapachy… I dźwięki.
               Za murem, przez który prowadziło oplecione kwiecistym pnączem, łukowate przejście mieścił się prawdziwy, ogrodniczy klejnot. Wśród gęstej, soczystej trawy kwitło mrowie wielobarwnych kwiatów wszelakiego rodzaju, których ciężki zapach przesycał wilgotne powietrze. Wiatr delikatnie chwiał gałęziami przygarbionych, przypominających połączenie glicynii z wierzbą drzew o liliowo-zielonych liściach, których szum doskonale zgrywał się z śpiewami ptaków, pluskiem niewielkiego strumienia i dźwiękami pełniących rolę fontann, dziwacznych instrumentów, na których woda nieustannie wygrywała słodkie, ciche melodie.  Tu i ówdzie spośród zieleni wyłaniały się kamienne ławy oraz pokryte purpurowo-zielonymi mchami rzeźby fantastycznych, niemal onirycznych bestii.
               W dzieciństwie uwielbiała książkę „Tajemniczy ogród”. Jednak perypetie jej bohaterów nie pochłaniały jej tak bardzo, jak sama ideą Tajemniczego Ogrodu. Posiadania cudownego, zielonego miejsca, słodkiego sekretu, schronienia, gdzie można byłoby ukryć się przed cudzym wzrokiem i hałasem świata. To… To miejsce… Ogród Muzyki… Właśnie mniej-więcej tak wyobrażała sobie książkowy Tajemniczy Ogród.
               - Pięknie tutaj – mruknęła pod nosem, chłonąc widoki, tak różne od jej codzienności.
               - Prawda? – ucieszyła się Ykhar. – Wiedziałam, że ci się podoba. Chodź, pokażę ci swoją ulubioną ławkę… Jest taka trochę schowana z boku, ale można z niej obserwować cały ogród. Rośnie tam też mnóstwo księżycowych dziwaczków. To takie kwiaty…
***

               - A czemu chce się ze mną spotkać?
               Miko spojrzała na niego znad sterty papierów. Jej niebieskie oczy okalał siniec zmęczenia. Nieoczekiwane przybycie Ziemianki do Eel odbiło się szerszym echem niż sądzono. Wszyscy, z którymi podpisali pakty i sojusze zaczęli się zwracać do Straży przypominając o treści zobowiązań szczególnie ci, których zasięg działania sięgał poza Eldaryę. Może nawet poza Ziemię. Inni znowu… Cóż, wielu faery darzyło ludzi szczerą nienawiścią, tak jak i wielu ludzi darzyło szczerą nienawiścią faery. W związku z tym nie jeden mieszkaniec Eel byłby gotów zabić nieszczęsną Ziemiankę za samo to, że ta oddycha. Znów, gdyby Scarlett zginęła będąc pod opieką Straży, naprawdę wyglądałoby to kiepsko. Mogłoby doprowadzić do wielu nieporozumień, a te z kolei mogłyby mieć wiele nieprzyjemnych –  naprawdę nieprzyjemnych – konsekwencji. Na domiar dziewczyna przybyła w wyjątkowo gorącym okresie. Za ledwie dwa tygodnie miał odbyć się Festiwal Cechów, kiedy to przedstawiciele cechów i gildii z całego Zjednoczenia przybędą do Eel, aby czynić ustalenia, podpisywać umowy, a także się zabawić. Zorganizowanie czegoś takiego wymagało wielu nakładów, szczególnie jeżeli chodzi o bezpieczeństwo. Szczególnie po ostatnim ataku na Kryształ. Oznaczało to, że będą musieli pilnować zarówno przedstawicieli cechów, jak i faery bawiących się na zorganizowanym z okazji ich przybycia jarmarku oraz Kryształu… O nieszczęsnej Ziemiance nie wspominając. W końcu w całym tym zamieszaniu ktoś mógłby chcieć skorzystać z okazji i ukręcić jej łeb.
               Swoją drogą to bardzo niefortunne, że wieść o pojawieniu się dziewczyny w Eldaryi tak szybko się rozniosła, prawda? Czysta złośliwość losu.
               Leifan uśmiechnął się w głębi swej duszy.
               - Chce porozmawiać o możliwej drodze powrotu na Ziemię. Innej niż przeskok.
               - A taka istnieje? – Miiko uniosła brwi. – Znaczy taka, która nie oznacza zostawienia otwartego przejścia, ani nie wiąże się z podmienieniem jej na innego Ziemianina?  Bo inna mnie nie interesuje.
               - Teoretycznie tak…
               Pokrótce objaśnił przełożonej pomysł Ziemianki. Miiko wyglądała na po równi zaintrygowaną jak i zbulwersowaną. Czemu na zbulwersowaną? Po pierwsze, mimo iż niejednokrotnie musiała sobie ubrudzić ręce, jak każdy polityk, nadal odrzucała ją idea igrania z cudzym życiem. Nawet, jeżeli było to igranie własne życzenie danego żyjącego. Po drugie ożywienie kogoś, kto praktycznie był martwy, nawet jeżeli miałoby to zostać zrobione wyłącznie metodami medycznymi, zbyt mocno kojarzyło się z nekromancją, która miała w Eldaryi krótką, ale bardzo nieprzyjemną historię. Magia życia i śmierci, jak ją nazywaną, była zbyt niestabilna i nieprzewidywalna w świecie, gdzie maana przepływała tak swobodnie jak tutaj. No i po trzecie… Gdyby ziemianka nie przeżyła procesu, wywołałoby to wiele nieprzyjemnych pogłosek, rzucono by wiele oskarżeń, posądzając Straż o eksperymentowanie na bezbronnym człowieku. Jednak mimo to dało się wyczuć w kitsune usilnie tłumione ekscytację i ciekawości. W końcu, gdyby przeniesienie Ziemianki zakończyło się powodzeniem, gdyby można było opracować procedurę bezpiecznego, nie magicznego zabijania i ożywiania… Do tej pory wycieczki na Ziemię wiązały się z wielkimi kosztami i mogły trwać co najwyżej pięćdziesiąt dwie godziny, po którym to czasie skuteczne zabezpieczenie otwartego portalu stawało się niemożliwe. W związku z tym, jeżeli wyprawa, która udała się na Ziemię, nie wracała w wyznaczonym czasie – najczęściej w ciągu czterdziestu godzin – należało wysłać kolejną, aby uprowadziła z Ziemi adekwatną liczbę osób i wróciła wraz z nimi przez portal, co pozwalało „wyrównać bilans” i zamknąć przejście. Zwykle tymi uprowadzonymi byli narkomani i bezdomni, dzięki czemu unikano zbędnego „echa”, jednak nawet to mogło rodzić wiele komplikacji. Dlatego wyprawy na Ziemię były bardzo rzadkie i starannie przygotowywane, dzięki czemu od sześćdziesięciu lat obyło się bez podobnych incydentów… Przynajmniej w Straży. Jednak, gdyby istniała możliwość nieograniczonego penetrowania sąsiednich światów dzięki tymczasowemu uśmierceniu… To dawało naprawdę wielkie perspektywy. Największą i najbardziej obiecującą z nich stanowiła szansa na zgłębienie ludzkich technologii, które połączone z magią mogły wynieść Eldaryę na zupełnie nowy poziom egzystencji. Zakończyć problem chorób i głodu, uczynić życie łatwiejszym, podróże szybszymi, a kto wie co jeszcze…
               Myśl zbyt nęcąca, aby ją ot tak zignorować.
               - Bardzo niestandardowy pomysł – mruknęła w końcu. – Jednak nie możemy sobie pozwolić na tak kontrowersyjne działanie. Wiesz, czym może to zaowocować. Poza tym nie wystawię ot tak jej życia na ryzyko. Nasi ludzcy przyjaciele mogliby to źle odebrać.
               - Tak, wiem. Jednak nie wiem jak dziewczyna przyjmie odmowę… Czytałem raporty Ykhar i Ewelein na temat naszego gościa, no i rozmawiałem z Ewe. Ta cała Wood sprawia wrażenie więcej niż zdeterminowanej, żeby wrócić do domu.
               - Więc trzeba będzie mieć ją na oku, żeby nie wpakowała się w kłopoty – mruknęła kitsune, marszcząc czoło. – Możesz przekazać Ykhar, że prośba jej podopiecznej nie wchodzi w grę… Nie, lepiej żebym wysłuchała jej i przekazała wszystko osobiście, skoro już człowiek poprosiła mnie o audiencję. Wyjaśniła… Jeżeli spotkasz Ykhar, powiedz jej, że będę miała dla Scarlett chwilkę czasu jutro o dwunastej.
               Skinął głową, a gdy odwrócił się w stronę drzwi jego wargi na chwilę wygiął kpiący, nieprzyjemny uśmiech.
               Wszystko tak, jak tego oczekiwał. Miiko zamierzała odmówić Ziemiance, a coś czuł, że Ziemianka nie zamierzała odpuścić tematu… Zresztą jego w tym głowa, aby nie odpuściła. Tak jak to, aby jej pomóc, tak nie oficjalnie, w powrocie do domu.
               W rozkładzie Kwatery Głównej lubił trzy rzeczy. Po pierwsze zejście do piwnic, które z kolei prowadziły do lochów znajdowało się koło stołówki. Po drugie w piwnicach znajdował się Podziemny Ogród, oficjalnie miejsce  treningów adeptów Cienia oraz hodowla grzybów i roślin wzrastających w ciemnościach. Oficjalnie. W praktyce Ogród najczęściej odwiedzały osoby potrzebujące chwili spokoju lub kochankowie lubujący się w „mrocznych klimatach”. Dzięki temu, idąc do lochów, zawsze miał jakąś wymówkę, usprawiedliwienie, gdyby go zagadnięto. Jednak najważniejsze było „po trzecie”. „Po trzecie w lochach znajdowało się mnóstwo ukrytych przejść i pokoi, gdzie ktoś mógłby się ukrywać całymi miesiącami, gdyby tylko chciał”. I ukrywał się.
               Lochy… Właściwie nie wiedział czy to miejsce zasługuje na taką nazwę, gdyż obejmowało naturalnie powstałe jaskinie. Sieć podziemnych korytarzy wyglądających jak wydrążone przez gigantycznego ziemiórca, któremu nie straszne są skały. W ich obręb wchodziło kilkadziesiąt rozległych komór, w tym kilkanaście częściowo bądź w całości zalanych wodą. Właśnie te komory – zalane jak i nie – przekształcono w cele. Wstawiono kraty w wejścia, czasem dorzucono ciężkie łańcuchy do środka i tyle. Na niższych poziomach istniało o wiele więcej podobnych niewidocznych na pierwszy ani nawet drugi rzut oka pomieszczeń. Niedostrzegalne, podobnie jak wąskie, kręte korytarze prowadzące na zewnątrz Kwatery Głównej, w dół skalistego klifu, o który rozbijały się morskie fale. Wszystko to  chronione przez naturalne emanacje magiczne, zaburzające widzenie Wyroczni, z czego widmo Kryształu nawet nie zdawało sobie sprawy.
               Ukryty Labirynt istniał od zawsze, na długo przed tym, nim wybudowano Kwaterę, jednak Straż nigdy go nie odkryła. Ani budowniczy, ani magowie, ani sami strażnicy. Nawet pozamykani w celach więźniowie, niejednokrotnie robiący wszystko, aby zbiec, nie zdołali go znaleźć. Leifan, chociaż nie darzył nazbyt wielkim uznaniem swych przełożonych i współpracowników, musiał przyznać, że nie było w tym nic dziwnego. Sam jeszcze niedawno nie wiedział o jego istnieniu. Szczęśliwie miał wspólnika, który doskonale wyczuwał emanacje magiczne tutejszych skał, w związku z czym znał każdą szczelinę podziemi Kwatery. Wspólnika, którego właśnie szukał.
               Szczęśliwie Ashkore nie miał tego dnia ochoty na zabawę w ciuciubabkę i był dokładnie tam, gdzie powinien – w jednej z podziemnych komór, którą przerobił na nieco surowe w wystroju, ale całkiem wygodne mieszkanie. Norę wypełnioną meblami z ciosanego drewna, pełną kamiennych półek i żywych lamp z fluorescencyjnych grzybów, porostów i  naczyń z wodą zasiedloną przez świetliste glony. Do tego poupychane w ciężkich skrzyniach tajemnicze artefakty, ułożone w stosy księgi, zbroje i ostrza. Miejsce wypisz-wymaluj z powieści o szalonych magach i warlockach… Właściwie i Ashkore doskonale pasował do tych historii.
               - Czego chcesz? Nie mieliśmy się czasem rzadziej widywać, żeby nie budzić podejrzeń? – gospodarz wyłonił się z cienia niczym mroczne widmo, wbijając w niego gorejące spojrzenie ukrytych za maską czarnego hełmu oczu. – Heh… Nie mów, że się stęskniłeś.
               Leifan skrzywił się, słysząc ni to wrogi, ni to zaczepny ton w głosie towarzysza. Czasami za nic nie potrafił zrozumieć, o co mu chodzi… Dlatego też niespecjalnie mu ufał. Oczywiście zdawał sobie sprawę, że Ashkore wyczuwa jego brak zaufania, przez co też mu nie ufa. Jednak mimo to potrafili ze sobą względnie zgodnie współpracować… Przynajmniej na razie. Leifan nie miał zamiaru ciągnąć tego tandemu dłużej niż to konieczne.
               - Nie wiem czy wiesz, ale od wczoraj mamy w Kwaterze człowieka…
               - Wiem. A ty pewnie dopilnowałeś, żeby dowiedziało się o tym jak najwięcej osób, prawda? Żeby wieść rozniosła się daleko poza granicami Eel. Powiedz, ile pocztowych draflayelów wysłałeś?
               - Dość, żeby namieszać i załatwić naszej drogiej Miiko małe przemęczenie, ale nie na tyle, aby wydawało się to dziwne – odpowiedział, marszcząc czoło. Nie lubił, gdy mu przerywano. – Jednak ja nie o tym. Otóż nasz ziemski gość być może znalazł sposób, aby przedostać się na Ziemię, bez konieczności rozszczelnienia granic. Sposób, dzięki któremu, jeżeli wszystko pójdzie dobrze, regularne otwarcie portalu można zamaskować jako zwykły, kilkuminutowy przeskok. Rzecz w tym, że jest bardzo ryzykowny, ale szczęśliwie Ziemianka zamierza przetestować go na sobie.
               - Jakim cudem? – Askore natychmiast zmienił ton. Pobrzmiewało w nim czyste zdziwienie i drapieżna ciekawość. – Przecież to człowiek. Niemagiczny. Niemagiczni ludzie nie mają bladego pojęcia jak to wszystko działa.
               Leifan się uśmiechnął. Wiedział, że wizja przejścia na Ziemię podziała na jego towarzysza. W końcu ludzie wyspecjalizowali się w tworzeniu banalnych w obsłudze, niezwykle śmiercionośnych broni bardziej niż jakakolwiek inna rasa. Gdyby je zdobyć i musnąć odrobiną magii… Cóż, szala zwycięstwa gwałtownie przechyliłaby się na ich stronę, a Straż miałaby prawdziwe kłopoty.
               - Ale też nie mają naszych oporów, a w związku z tym nie myślą standardowo. W dodatku nasza mała przyjaciółka najwyraźniej nie boi się ryzykować własnym życiem.
               Pokrótce wyjaśnił mu, podobnie jak wcześniej Miiko, pomysł Ziemianki. Ashkore wydawał się podekscytowany, co nie było u niego częste. Zazwyczaj mógł uchodzić za definicję złego nastroju.
               - Tak, to mogłoby się udać… Nawet bez nekromancji – Ashkore spojrzał na niego intensywnie. – Niech zgadnę, Miiko jest przeciwko?
               - Oczywiście, aczkolwiek jej sprzeciw w tej sytuacji jest zrozumiały. W obecnej sytuacji Straż nie może sobie pozwolić na równie kontrowersyjne posunięcie. Ale my tak. Ty tak. – Uśmiechnął się słodko. – Kiedy Ziemianka zrozumie, że została tu uwięziona i nie może liczyć na pomoc Straży, zjawisz się ty i zaoferujesz jej pomoc… Niczym bajkowa matka chrzestna. – Uśmiechnął się szerzej, słysząc poirytowane warknięcie dobiegające spod maski. Ashkore nie lubił podobnych porównań. – Przetestujemy wszystko na niej, a jeżeli eksperyment przebiegnie pomyślnie… Niewykluczone, że nie tylko znajdziemy sposób, aby niemal swobodnie penetrować Ziemię, ale też zyskamy ludzkiego sojusznika. Pomoc kogoś, kto urodził się i wychował na Ziemi, może być nieoceniona. Jeżeli znów eksperyment się nie uda… Cóż, zawsze możemy znaleźć jakiegoś „wolontariusza” i spróbować ponownie, prawda?
               - Czemu nie znaleźć tego „wolontariusza” od razu i pominąć etap z próbą przeciągnięcia Ziemianki na naszą stronę? – Zapytał Ashkore. – Z tego, co mówiłeś nie jest nam do niczego potrzebna. Na pewno nie do wypróbowania tej metody. Właściwie to zaangażowanie jej w cały proceder, może tylko niepotrzebnie zwrócić na nas uwagę. W końcu wiele oczu jest skierowanych na nią.
               - Owszem, jednak, gdyby z jakichś przyczyn wszystko wzięło w łeb, Ziemianka będzie idealnym kozłem ofiarnym, prawda? W końcu to ona wysunęła taki pomysł i to ona chce wrócić do domu – uśmiechnął się słodko. – Jeżeli, niech Moce bronią, dojdzie do jakiegoś wypadku, być może nawet rozszczelnienia lub… Hm… Awarii granic, niewykluczone, że nie będziemy nawet podejrzewani, jeżeli zaangażujemy we wszystko Ziemiankę. Poza tym, tak jak powiedziałem, jeżeli wszystko pójdzie dobrze, to może stanowić cennego sojusznika. W końcu ani ty ani ja nie znamy Ziemi, ona tak. Zresztą i tak zebranie wszystkich składników do otwarcia portalu jak i przygotowania zajmą nam minimum pół roku, więc nie musimy się z niczym spieszyć.
               - Racja… - Ashkore przyłożył dłoń do twarzy, czy raczej hełmu, w ten charakterystyczny sposób, świadczący, że myśli o czymś intensywnie. Chociaż był gwałtowny i nie zawsze obliczalny, niejednokrotnie pokazał, że jest niezwykle inteligentną i przebiegłą bestią. Może nawet zbyt przebiegłą, przynajmniej dla Leifana. Dlatego też za każdym razem, gdy widział ten jest zamyślony, włączała mu się ostrzegawcza lampka. – Jak wygląda ta Ziemianka?
               - Dość nieciekawie. Przeciętny wzrost, niezbyt urodziwa. Brązowe oczy, brązowe włosy nad ramiona. Gdyby nie blizna na policzku i ta koszmarna, metalowa noga łatwo można byłoby ją przeoczyć. – Wzdrygnął się przypominając sobie sztuczną kończynę. Nietypowa proteza budziła w nim dreszcze.
               - Metalowa noga?
               - Tak… Właściwie to metalowy goleń. Wygląda jakby wyrastał bezpośrednio z jej ciała i porusza się bardzo naturalnie. Zbyt naturalnie. Jest… Trudno mi to opisać. W każdym razie, dziewczyna dostała od  zaopatrzenia krótkie spodnie na zmianę i cały dzień wszystkim prezentowała to okropieństwo. W każdym razie nie, można pomylić tej protezy z niczym innym.
               - Metalowy goleń wyrastający wprost z ciała i naturalnie poruszający się? – Ashkore drgnął, a w jego głosie pojawiła się nieznana Leifanowi nuta.
               - Owszem. Co…?
               - Chyba będę musiał przyjrzeć się tej małej dokładniej. O wiele dokładniej… Ale oczywiście z cienia. Nie obawiaj się, nie chcę spłoszyć naszej zwierzyny.
Leifan spojrzał badawczo na sojusznika. Nie podobał mu się ton jego głosu. Nie podobało mu się, ze nie wie, co ten oznacza. Otworzył usta, chcąc domagać się wyjaśnień, ale nie danym było mu wyrzec nawet słowa.
               - Z tego co pamiętam, masz teraz zebranie – mruknął Ashkore, spoglądając w stronę swego zawalonego pergaminami biurka. Papierami spisanymi w językach, których Leifan nie znał. Literami wijącymi się niczym robactwo i jadowite węże. – Lepiej, żebyś się nie spóźnił, bo jeszcze zaczną cię szukać… A jeżeli będziesz miał mi coś do przekazania, coś,  czego nie będziesz musiał zrobić osobiście, przyślij młodego. Nie jest tak widoczny jak ty. Naprawdę lepiej, żebyśmy się nie widzieli przez parę tygodni. Ostatnim, czego OBAJ potrzebujemy, to paru wścibskich strażników w naszej części lochów.
               „A ostatnim, czego ty potrzebujesz, to wścibski ja, obserwujący jak wertujesz te księgi, prawda?” – pomyślał jadowicie Leifan, ale nie powiedział ani słowa, bo niestety Ashkore miał rację. Istotnie zaplanował tego dnia spotkanie z administracją, w sprawie nowych wytycznych, o którym – notabene –  kompletnie zapomniał. Po drugie naprawdę powinni się rzadziej widywać, szczególnie teraz, kiedy ze względu na zbliżające się wydarzenia Straż miała oczy i uszy szeroko otwarte. Po trzecie, przyjrzenie się Ziemiance było więcej niż zalecane. W końcu, aby uderzyć w czyjś czuły punkt, trzeba było go poznać, prawda? To, że Ashkore’owi jeszcze coś chodziło po głowie, to inna sprawa. Zresztą, nawet gdyby chciał go przycisnąć, to i tak nie miał na to czasu.
               - Tak, to prawda – mruknął lodowato, wlepiając ostre spojrzenie w plecy sojusznika, który jakby nigdy nic, nachylił się nad swoim biurkiem, aby przejrzeć pobieżnie jego zawartość. Leifan miał wrażenie, że Ashkore robi to specjalnie. Specjalnie odwraca się do niego plecami. Czuł, że próbuje go w ten sposób sprowokować, testuje jego lojalność. Nie miał przy tym złudzeń – gdyby spróbował zaatakować mężczyznę, gdy ten stał do niego odwrócony, prawdopodobnie straciłby rękę, a może nawet życie. – Zatem do nierychłego zobaczenia.
               Odwrócił się napięcie, idąc z wolna w kierunku drzwi. Swoją drogą, to zabawne… Durna, ziemska proteza sprawiła, że zaczął go zżerać niepokój. Niepokój i podejrzenia. W końcu reakcja Ashkora na opis metalowej nogi, nie mogła być pozbawiona podstaw.
               Ta ziemska dziewczyna, Scarlett Wood. Wyglądało na to, że mogła być kimś więcej, niż zdawała się na pierwszy rzut oka.

Online

#4 19-04-2019 o 21h41

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Dobra, jestem. Ech, ostatni tydzień to tragedia i ledwo żyję, więc chociaż teraz sobie coś poczytam.

„czy to dla tego” — ej no :v
„chyba, że zostaną o to poproszeni” — ‘chyba że’, tak samo jak ‘mimo że’ czy ‘dlatego że’ to wyjątek, który traktuje się jako całe jedno wyrażenie, więc nie stawia się tu przecinka.
„schować dumę własną” — nie lepiej zabrzmi ‘własną dumę’?
„dwanaścioro podwładnych miała”— ‘miało’
„być w dziesięciu miejscach na raz.”  — ‘naraz’ c:


Och, Scarlett ma protezę? Hm, nie wiem, czy mi to już gdzieś nie umknęło, czy dopiero teraz o tym wspomniałaś, ale aż mi się jej szkoda zrobiło.

Ooooch, intrygująca jest ta dziewuszka! Chce przenosić przez portal trupy, a więc ewentualnie siebie, i już kilka razy tym trupem była? ;v Nieźle. I naprawdę jestem jej bardzo ciekawa! Podpowiedzi niestety nie znalazłam, ale to pewnie ze zmęczenia — jutro przeczytam sobie pozostałe rozdziały, bo jakoś mało z nich pamiętam.

Ok, czekam na więcej i pozdrawiam!

Offline

#5 29-04-2019 o 21h52

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

@Methrylis - o protezie wspomniałam przy okazji wizyty w gabinecie Ewelein. A trupę była tylko raz, na wskutek dużej utraty krwi, ale na szczęście ją reanimowali /static/img/forum/smilies/wink.png Kilka razy ostro ryzykowała życie spoglądając śmierci w oczy ;]
Więcej podpowiedzi w tym rozdziale. Żeby rzecz ułatwić dodam, ze Scarlett i jej krewni to postaci wymyślone przeze mnie, a zatem nie są częścią tego z czym skrzyżowałam Eldkę.

Mnóstwo dialogów za co przepraszam. Trochę poszalałam. No ale niektóre rzeczy trzeba przegadać.

3 Pytania i odpowiedzi

               Dla Scarlett pobudki przez większość życia nie należały do najłatwiejszych. Zwykle stanowiły paskudny początek paskudnego dnia. Niezwykle stresujący, gdyż otwierając oczy nie mogła być pewna, co zastanie w domu. Nowego, agresywnego albo klejącego się do nieletnich chłopaka matki? A może dziewczynę. Szkło na podłodze? Strzykawki w umywalce? Pobojowisko po kolejnej  imprezie i obcych, zarzyganych ludzi w salonie? A może wujka u drzwi. Tego przeklętego… Ech, nieważne. Zresztą niepewność egzystencjalna i tak nie było najgorsza. Zdarzały się, ze budziło ją coś znacznie gorszego od codziennego lęku. Na przykład uderzenie butelką w głowę. Dłonie zaciskające się wokół kostek i wywlekające ją z łóżka. Ciosy kogoś, kto wie jak bić, żeby nie było śladów i nie zrobić dużej krzywdy, ale żeby cholernie bolało. W końcu, kiedy miała bodajże jedenaście czy też dwanaście lat, doszła do tego, żeby zamontować porządny zamek w drzwiach swojego pokoju. Potem, kiedy wujek założył jej konto bankowe, z którego mogła swobodnie korzystać, kupiła niewielka lodówkę i elektryczną kuchenkę turystyczną. Dzięki temu, jako, że miała własną, malutką łazienkę, nie musiała prawie w ogóle korzystać z reszty domu. Wchodziła do siebie przez okno i tak też wychodziła, nie raz nie widując matki ani jej znajomych całymi tygodniami. Wtedy też pobudki stały się nieco spokojniejsze, ale nadal niezbyt przyjemne.  Głównie dlatego że stanowiły wstęp do szarej, ponurej i bolesnej rzeczywistości. Zaczęło się poprawiać dopiero, gdy spotkała Cyryla. Tylko dzięki niemu zdołała wytrwać do tego cudownego dnia, kiedy jej przeklęta matka wreszcie zaćpała się za śmierć.
               Pobudki… Ostatnimi czasy te zmieniły swój wyraz czy to budziła się w akademiku, w swojej jedynce, czy też w domu letniskowym. Nie towarzyszył im już strach ani ponura desperacja. Zyskała cel w życiu i przyjaciół.  Rodzinę. Co prawda straciła przez to wszystko nogę i parokrotnie otarła się o śmierć, ale było warto.
               Niestety teraz… Teraz rodzina była poza jej zasięgiem, tak jak i ich wspólny cel. Została uwieziona w tym dziwnym świecie, wśród bajkowych stworów. Sama. Bez wsparcia. Bez Cyryla i reszty. Nie miała pojęcia , co się z nimi wszystkimi teraz działo, jak sobie radzą bez niej.  Niby tych, których zdołali odzyskać, wyprowadziła na prostą, ale Ivy nadal miała problemy. No i dalej nie odnaleźli  Melody, a przecież szukał jej ten…
               Westchnęła ciężko, wlepiając spojrzenie w idealnie gładki i idealnie biały sufit. Same problemy, a już było dobrze. Wszystko przez Melody. Gdyby nie ona, nie trafiłaby tutaj.… chociaż na dobrą sprawę nie mogła jej winić za to co zaszło. Tak jak nie mogła winić Iana za utratę nogi. Właściwie to nie wiedziała, podobnie jak oni, kogo dokładnie za to winić. Poszukiwania trwały, bo póki winny pozostawał na wolności, nikt nie mógł czuć się bezpieczny.
               Westchnęła. Pomijając to wszystko, pozostawał jeszcze jeden problem. Jej zakichane studia. Jeżeli nie wróci na nie wraz z początkiem października, ludzie zauważą, że zniknęła, a wtedy mogą zacząć węszyć. Naprawdę wolałaby, żeby nikt nie zapuścił się do domku letniskowego. Niby nikt o nim nie wiedział poza ciotką i… I kuzynostwem, ale nigdy nie wiadomo.
               Był czerwiec, zatem miała cztery miesiące na powrót nim zaczną się komplikacje. Maksymalnie pięć, w końcu niektórym zdarzało się spóźniać z powrotem na uczelnię.
               Stawała na rzęsach, aby pozaliczać wszystko przed czasem, jeszcze przed sesją, żeby zdobyć więcej czasu na śledztwo, na dodatkowe naprawy, a tymczasem… Tyczem pozostawało jej mieć nadzieję, że z początkiem października trafi w miejsce wyjścia. I nikt do tego czasu nie zginie… Nie, nie zginie. Przymusowo zmieni formę egzystencji. Tak, to lepsze określenie.
               Spojrzała na swoją metalową nogę, machając metalowymi, zaopatrzonymi w ostre pazury palcami i uśmiechnęła się gorzko, po czym powoli usiadła na łóżku.
               Budząc się tutaj, nie czuła zagrożenia. Nie słyszała wrzasków pijackich wrzasków, dźwięku tłuczonego szkła, odgłosów rozpusty. Nikt nie dobijał się do jej drzwi, wykrzykując groźby. Za ścianą nie mieszkał potwór w przebraniu rycerza. Jednak pobudki były niemal tak paskudne jak wtedy, bo towarzyszyła im ponura desperacja. I strach. Tym razem nie strach o siebie, a innych, który był jeszcze gorszy. Dlatego, chociaż za oknem świeciło słońce, a ona sama obudziła się w miękkim łóżku, w bezpiecznym miejscu, poranek uznała za paskudny.  Kolejny, lecz nie ostatni paskudny poranek.
               Zadrżała, biorąc głęboki wdech na uspokojenie. Wiedziała, że nie może poddać się stresowi, bo to tylko pogorszy sprawę. Musiała starać się myśleć jasno i logicznie, aby jak najszybciej wrócić do domu. Do rodziny. Potrzebowali jej.
               Rozejrzała się po pokoju. Jednolita, drewniana podłoga, w której nie można było dopatrzyć się szczelin desek, białe ściany obramowane roślinnymi zdobieniami. Dziwnie asymetryczne, „drzewne” komoda i szafa, łóżko o ramie wyglądającej na zrobioną z gałęzi prehistorycznych pnączy, w oknie zasłonki  przypominające powój. Wszystko iście „wróżkowe”, jeszcze bardziej przypominające jej, że nie jest u siebie.  Piękne, a zarazem dobijające.
               Jako mała dziewczynka marzyła o takiej sypialni, jednak teraz dałaby wszystko za swój pokoik w akademiku.  Za to by móc zadzwonić do Cyryla i usłyszeć jego głos. Mało tego, z chęcią zobaczyłaby nawet Iana. Jego, Ivy, Danny’ego, Simona i Vinca.
               - Kiedy wrócę, wracam do nich i nie ruszam się nigdzie przez co najmniej dwa tygodnie. Chrzanić wykłady. Chrzanić rąbanie drewna na opał, zimną wodę i owady. Chrzanić, że będę musiała spać na kanapie z dwoma osobami – mruknęła pod nosem.
Wzięła głęboki wdech i powoli wypuściła powietrze ustami, po czym powoli wstała. Czuła w kościach, że to będzie stresujący dzień.
Podeszła do komody, gdzie czekały użyczone jej ubrania. Porządne, nawet ładne, wygodne. Tak jak i ten pokój. Musiała przyznać, że miejscowi traktowali ją nadspodziewanie dobrze. O wiele lepiej niż któregokolwiek z nich potraktowaliby ludzie. Wróżkowie na Ziemi mogliby liczyć co najwyżej na klatkę  w cyrku albo u prywatnego „kolekcjonera”, ewentualnie w laboratorium rządowym. Chociaż większość  prawdopodobnie skończyłaby na ulicy wzięta za kompletnych obłąkańców lub cosplayerów, którzy przestali odróżniać fantazję od rzeczywistości.
               Rzeczywistość, fantazja… Ostatnio miała wrażenie, że jedno i drugie są tym samym.
Spojrzała krytycznie na zawartość szuflad. Nie była nazbyt wybredna co do ubioru, jednak z natury unikała jasnych i żywych barw, a tylko takie rzeczy jej ofiarowano. Nie zamierzała jednak narzekać – w końcu powinna się cieszyć, że cokolwiek dostała.
               Po dłuższej chwili zastanowienia, wyciągnęła trawiastozieloną tunikę i brązowe spodnie. Długie spodnie. Nie licząc wczorajszej pary szortów, tylko takie dostała. Długie. Najwyraźniej zaopatrzenie doszło do dość rozsądnego wniosku, że lepiej, aby nie pokazywała publicznie metalowej nogi…
Lepiej późno niż wcale.
               Po chwili stała ubrana przed lustrem, przypatrując się swojemu odbiciu. Prawie przez całe życie miała wrażenie, że nigdzie nie pasuje. Niby pochodziła z bogatego, dobrego domu, a tak naprawdę jej rodzina była patologią wyższych lotów. Niby się dobrze uczyła, a w szkole zachowywała przykładnie, ale nauczyciele jej nie lubili. Niby stanowiła doskonalą ofiarę dla szkolnych dręczycieli, ale ci woleli ją unikać. Zawsze odstawała, żaden standardowy schemat jej nie dotyczył. Jednak nigdy nie było to tak wyraźne jak teraz. Kobieta, która przypadkiem trafia do magicznego świata… To aż prosiło się o co najmniej sympatyczną, dzielną dwudziestolatkę, a nie okaleczony fizycznie, emocjonalny wrak uwikłany w popapraną historię, która śmiałoby mogła być filmem grozy klasy b. Odstawała nawet od przydzielonego jej pokoju. Ładnego, subtelnego, „elfiego”, podczas gdy ona wyglądała… Cóż, z buta. Do bólu przeciętna twarz, brzydka blizna, zaniedbane nosy, zapadnięte, zmęczone życiem oczy kogoś, kto widziała zbyt wiele w zbyt krótkim czasie.
Uśmiechnęła się ponuro.
               - Poziom popaprania mojego życia powoli osiąga apogeum – mruknęła, przeczesując dłonią włosy.
Włosy… Przydałoby się je umyć,  ale to potem…  Najlepiej w nocy. Z tego, co widziała, kiedy Ykhar oprowadzała ją po Kwaterze, mieli tutaj wyłącznie wspólne prysznice, a branie prysznica wspólnie z kilkoma obcymi kobietami… Cóż, uważała to za kategoryczne pogwałcenie prywatności. Pomyśleć, że tamta elfia lekarka pytała ją, czy Ykhar może być przy tym, kiedy się rozbierze. Przecież wtedy rozebrała się tylko do bielizny, a tymczasem tutejsze panie codziennie pod prysznicami oglądały nawzajem swoje nagie ciała.
Ech… Może samą nagość by jeszcze zniosła, ale bycie kompletnie bezbronną, pozbawioną jakiejkolwiek osłony wśród obcych już nie.
               - Życie jest pełne wyzwań… –  westchnęła. – Szkoda tylko, że mam ich już po kokardę.
               Rozległo się pukanie do drzwi, a po chwili dobiegł zza nich znajomy głos. Ykhar ją wołała. Nadszedł czas, aby stawić czoła kolejnemu dniu.
               - Proszę.
               Zajęczyca wpadła do środka dźwigając – o dziwo – jej torbę.
               - Twoje rzeczy – uśmiechnęła się szeroko. – Miałam ci je oddać już wczoraj, ale pierw jeden z naszych kowali-techników zainteresował się twoim scyzorykiem, a potem tak-jakby wyleciało mi z głowy. Jest wszystko oprócz paralizatora… No i rzecz jasna siekiery.  Ale odzyskasz je jak tylko trochę bardziej cię poznamy. Znaczy, jeżeli nie zrobisz niczego… nierozsądnego.
               Skinęła głową, odbierając torbę od Ykhar. Niemal odruchowo sięgnęła do środka, po komórkę która, o dziwo, okazała się w pełni naładowana. Co prawda nie używała telefonu, odkąd tu trafiła, ale mimo to sto procent baterii dziwiło… Tym bardziej, że będąc jeszcze na Ziemi, miała niecałe dziewięćdziesiąt.
               - Naładowaliście ją? – zapytała. – Jakim cudem? I po co?
               - No… - policzki Ykhar zaatakował rumieniec. – Trochę przeglądałam rzeczy, które tam masz. Wiesz, swego czasu dostałam instrukcję do tych urządzeń i wiem trochę jak je obsługiwać. Posłuchałam trochę muzyki, przeczytałam kilka książek no i bateria padła. No to ją naładowałam. To nie jest dla nas nic trudnego. W końcu magia to energia, a bateria to magazyn energii, tylko trochę   innej… A że magię dość prosto przekształcić w inną energię, to naładowanie komórki nie sprawiło mi praktycznie żadnego, kłopotu, chociaż nie jestem magiem. A po co ładowałam… No tego… Masz tam tyle różnej muzyki, filmików, gierek, a do tego słyszałam, że ludzie są dość przyzwyczajeni do tych urządzeń… Głównie przez Internet, którego tu nie ma, ale tak czy siak pomyślałam, że będziesz chciała go mieć przy sobie. Znaczy telefon. Sprawny.
               Scarlett ponownie skinęła głową, mrucząc pod nosem „dziękuję”. Rzadko ktokolwiek był dla niej ot tak miły, dlatego doceniała drobne uprzejmości. Jednak tym razem czuła, że gest zajęczycy nie jest bezinteresowny, a przynajmniej nie całkiem. Widziała ciekawość lśniącą w jej niebieskich oczach, sposób w jaki patrzyła na urządzenie…
               Najwyraźniej czekał ją kolejny dzień spod znaku udzielania odpowiedzi na zdające się nie mieć końca pytania… Nieosobiste pytania. Czyli zapowiadało się nienajgorzej.
               - Śniadanie? – zapytała spodziewając się, że Ykhar jak wczoraj zaprowadzi ją do stołówki, a tam przypuści atak, pytając o wszelkie rzeczy związane z smartfonami, Internetem, komputerami i  grami elektronicznymi.
               - No nie… Lepiej, żebyś dzisiaj nie jadła śniadania ani lunchu, dopiero obiad – mruknęła. – Dziś masz swoją pierwszą „lekcję” języka.  Magiczne wtłaczanie rzeczy do głowy sprawia, że… No cóż, możesz się poczuć nienajlepiej. Dostać zawrotów głowy, zwymiotować.
               - A co ze spotkaniem z Miiko? Czy złe samopoczucie nie przeszkodzi mi w nim? O ile, rzecz jasna, udało się coś ustalić w mojej sprawie.
               - Tak, Miiko zgodziła się spotkać z tobą po dwunastej, czyli dopiero za cztery godziny.  Do tej pory powinnaś w większej mierze dojść do siebie. Zresztą proponowałam, żeby to przełożyć, ale Kero, znaczy osoba, która przeprowadzi „lekcję”, ma czas tylko z rana, a jutro wyjeżdża na trzy dni, a naprawdę lepiej byłoby, gdybyś jak najszybciej przyswoiła nasz język. Niestety nie dało się inaczej… - Zajęczyca zastrzygła uszami, po czym położyła je nieco po sobie. – No i tego… Nie spodziewaj  się zbyt wiele po rozmowie z Miiko. Leifan, znaczy jej zastępca, nie mówił zbyt wiele, ale dał do zrozumienia, że szefowa jest niezbyt pozytywnie nastawiona do twojej prośby.
               Ponownie skinęła głową. Spodziewała się tego po reakcji wróżków na jej pomysł. Jednak nie zamierzała odpuścić. Musiała się stąd wydostać. Poza tym, nawet jeżeli Miiko miała jej powiedzieć „nie” to chciała wiedzieć, skąd się wzięło to „nie”. Jakie są jej argumenty. Znając je, mogła je zbić bądź poszukać innej drogi. Niewykluczone nawet, że zwróci się do kogoś innego.

***

               Kero przyglądał się Scarlett z uprzejmym uśmiechem na ustach. Nie do końca szczerym, wyuczonym… którego, jako osoba pozytywnie nastawiona do życia i innych, rzadko używał. Zwykle uśmiech przychodził mu zupełnie naturalnie. Zwykle, ale nie teraz.
Już kiedy zobaczył ją pierwszy raz, nie zrobiła na nim  dobrego wrażenia – wyglądała na ponurą, nieufną i zaciętą. Pachniała desperacją. Nie tą gorącą, czyhającą na zakrętach losu, rodzącą się z tragedii, a zimną, mroczną desperacją, jaką czasem wyczuwał od wojowników, którzy zbyt wiele widzieli. Do tego ten dziwny lęk w jej oczach. Lęk, który nie był wcale lękiem, jak się bliżej temu przyjrzał. Dziewczyna  po prostu tak miała – sprawiała wrażenie niepewnej, bez względu na stan ducha. Zupełnie, jakby kiedyś bała się tak często, że strach wrył się na stałe w jej aparycję. Oczywiście nie znaczyło to, że nie bywała rzeczywiście przestraszona. W końcu Nevra opisywał mu „skołowaną, przerażoną ludzką istotkę”, a na pewno wiedział, co mówił. Emocje mają swoje zapachy, a mało która rasa posiada tak wrażliwy węch jak wampiry.
Tak, emocje posiadają swoje zapachy, ale również cień. Cień, który widział wyraźnie i chociaż potrafił go zinterpretować, kompletnie nie wiedział, co oznacza.
               Miiko, przeczytawszy pierwszy raport Ykhar, szczególnie fragment dotyczący wrażeń Ewelin odnośnie Ziemianki, zasugerowała mu, żeby spróbował przebadać Scarlett przy okazji „nauki”. Wczoraj znów, kiedy Ziemianka wysunęła tę ponurą prośbę,  a Ezarel potwierdził, że Scarlett otacza aura śmierci, sugestia zmieniła się w oficjalne polecenie.  W końcu ostrożności nigdy za wiele, prawda?
               Mała sala astralna. Przyjazny, wyłożony zielonym dywanem pokoik, zawieszone pod sufitem kryształy i dwie, miękkie pufy stanowiące jedyne umeblowanie. Wszystko zrobione tak, aby osoby siedzące w nim mogły poczuć się bezpiecznie, zrelaksować. Rzecz w tym, że po dywanem znajdowała się sieć symboli odlanych z żywego kryształu, tak zwanej „szklanej krwi”. Owa sieć umożliwiała magowi swobodne wejście do zewnętrznej warstwy umysłu  drugiej osoby. To z kolei  pozwalało zobaczyć cień emocji i myśli badanego „obiektu”… Niestety jednocześnie utrudniało czarodziejską naukę języka. Otóż do nauki potrzebny był tworzony zarówno przez nauczyciela-maga jak i ucznia wąski korytarz mentalny prowadzący prosto do odpowiednich rejonów pamięci. Szersze wejrzenie  w umysł nie sprzyjało skupieniu. Dlatego też, jeżeli chciał, aby dzisiejsza lekcja przyniosła jakiekolwiek efekty, pierw musiał się wycofać na zewnątrz umysłu dziewczyny i pozamykać wszystkie otwarte „drzwi”. Rzecz w tym, że badane „obiekty” zawsze wyczuwały ingerencję, kiedy mag opuszczał ich umysł. Co prawda Scarlett nie miała bladego pojęcia o tym wszystkim, jednak wyczuwszy, że ktoś wkroczył do jej umysłu, po to by zaraz z niego wyjść i otworzyć „tunel pamięci”, posiadający zupełnie inny charakter, mogła nabrać podejrzeń.  Stać się jeszcze bardziej nieufna niż była, co z kolei mogło doprowadzić do wielu nieporozumień. Jednak, skoro dostał polecenie, a właściwie to dwa polecenia – jedno, aby jak najprędzej nauczyć Ziemiankę języka, a drugie, żeby ją z grubsza zinwigilować – musiał zaryzykować.
               Cień emocji Scarlett, jej emocje. Czegoś takiego jeszcze nie widział, chociaż musiał przyznać, że zwykle nie podglądał w ten sposób innych. Do tej pory zdarzyło mu się to ledwie sześć razy. Jednak przypadek Wood był wyraźnie inny od poprzednich.
               Emocje dziewczyny stanowiły prawdziwy chaos. Gniew, strach, podejrzliwość, niepewność, nadzieja, desperacja, odraza, ciekawość, tęsknota, uraza i inne, te, których jeszcze nie nazwano. Buzowały w niej wszystkie na raz, przeplatając się i tworząc nowe wzory. Jednak był w tym jakiś porządek. Spokój.  Jedna emocja równoważyła drugą, każdy wzór komponował się z kolejnym, wspierał go. Prawdopodobnie dlatego Scarlett, mimo tego, iż wyraźnie dziwna, zachowywała w się sposób  zrównoważony. Może nawet zbyt zrównoważony.
               Chaos uporządkowany wewnątrz ducha. Ciekawe jakie wydarzenia doprowadziły do tego, że dziewczyna została tak ukształtowana?
               Zauważył jeszcze coś. Emocje Scarlett, te najbardziej negatywne, chociaż w pełni ukształtowane i intensywne były dziwnie wytłumione. Nie, nie wytłumione. Trzymane na uwięziach jak wściekłe bestie. Uwięziach, które wydawały się nie do zerwania, ale można było je zdjąć. Co to mogło znaczyć?
Zadrżał. Skoro tak wyglądał zaledwie cień tego, co miała w głowie, to nie chciał wiedzieć, co mógłby zobaczyć, gdyby zapuścił się dalej. Zresztą bezpośredni wgląd w strefę emocji nie bez powodu został zakazany. O ile taka bezpośrednia, wewnętrzna obserwacja była stosunkowo bezpieczna dla obserwowanego, to obserwujący, mag… Cóż, cudze, nieokiełznane emocje wdzierające się do głowy, mogą zostawić trwały ślad na psychice, a nawet doprowadzić do całkowitego obłędu.
               Powoli wycofał się z umysłu dziewczyny, na co ta zamrugała zaskoczona, a w jej oczach zalśniło pytanie oraz – czego się spodziewał - podejrzliwość. Pytanie, którego jednak nie zadała… i chyba nie zamierzała zadać.
               Westchnął. Na początku objaśnił jej przy pomocy Ykhar, jak wygląda proces „nauki” czy też transferu wiedzy o języku, jednak teraz… Cóż, gdyby spanikowała albo zareagowała w jakiś nieprzewidywalny sposób nie miałby jak jej uspokoić, bo nie zrozumiałaby co do niej mówi. Dlatego też musiał być bardzo ostrożny i delikatny. W końcu nie chciał kłopotów. Żadne z nich nie chciało.
***

               Scarlett z trudem opanowywała targające nią mdłości.. Miała wrażenie, że jedzie w kolejce górskiej, co chwila w górę i w dół, a jednocześnie kręci się wokół własnej osi. Naprawdę dobrze, że darowała sobie śniadanie, bo i tak wylądowałoby na podłodze. Inna rzecz, że wątpiła, aby w drodze z żołądka posiłek smakował gorzej niż w drodze do niego. Ykhar tłumaczyła, że jest to związane z usuwaniem z żywności swobodnej maany – wyjściowej energii magicznej – do której jej organizm nie jest jeszcze przyzwyczajony, ale faktem pozostawało, że tutejsze jedzenie odbierało chęci do życia.
               Zmarszczyła brwi, usiłując się skupić. Od mdłości i dolegliwości stricte fizycznych znacznie gorsze było wrażenie, jakby jednocześnie słuchała piętnastu osób mówiących z samego środka jej głowy, podczas gdy uszy cały czas przysięgały, że niczego nie słyszą. No prawie niczego, bo bez przerwy mówiła do niej Ykhar w tym dziwnym, melodyjnym języku wróżków, a ona usiłowała ją zrozumieć i odpowiedzieć… Również we wróżkowym. W końcu chciała zatrzyma nabytą wiedzę wewnątrz swego umysłu, prawda?
               Zatrzymać, żeby w końcu bez problemu rozumieć, co do niej mówią i nie musieć być skazaną na wieczne towarzystwo tłumacza-niańki. Nie żeby miała coś przeciwko Ykhar, ale niezbyt swobodnie czuła się wśród obcych, a Ykhar BYŁA obca i to pod wieloma względami. Obca, która towarzyszyła jej niemal dwadzieścia cztery godziny na dobę. Na każdym kroku. Pierwszej nocy nawet miała wrażenie, że ta czaiła się pod jej drzwiami… Znaczy miała nadzieję, że to tylko wrażenie.
Naprawę miała nadzieję. Ostatnim razem, kiedy pod jej drzwiami kręcili się obcy, straciła nogę.
               Jednak wrażeniem na pewno nie było to, co czuła podczas nauki języka. Ten brunet z rogiem, Keroshane, jak go przedstawiła Ykhar, zaglądał jej do głowy i to niekoniecznie tam, gdzie miał. Jednak, póki nie próbował jej mieszać między uszami, nie zamierzała się odzywać. Poza tym… Cóż,  poznałaby, gdyby zaczął grzebać w jej prywatnych sprawach, bo też sprawy prywatne, nawet te teoretycznie „zwyczajne”, rodzinne, miała dość niestandardowego formatu. Ponure, krwawe, a nawet obrzydliwe. Zawierające rzeczy, o których nie chciało się wiedzieć. A dalej… Cóż, horror, dramat, a momentami nawet groteska w wydaniu nadnaturalny. Dlatego, gdyby to zobaczył, gdyby zapuścił się dalej niż powinien… Sprawiał wrażenie dość prostego, a tacy niezbyt potrafią udawać.
               Z trudem opisywała Ykhar we wróżkowym, czym dokładnie są portale społecznościowe, mozolnie odpowiadając na jej pytania. Chociaż znała gramatykę, tak jak wszystkie potrzebne słowa, to odnalezienie tych słów przypominało szukanie koralika odpowiedniego koloru w całym koszu koralików, z których każdy ma inną barwę. Jednak zauważyła, że wystarczało jej użyć raz jakiegoś słowa i raz je usłyszeć, aby zostało w pełni zapamiętane i było łatwiejsze do odszukania. Dlatego też, mimo fatalnego samopoczucia, cierpliwie sklecała kolejne zdania, a Ykhar cierpliwie czekała na odpowiedzi. Doskonałą motywację do tego stanowiła chęć uniknięcia dodatkowych „lekcji”, które, notabene, nie należały do najprzyjemniejszych. Przyjęcie tak dużej dawki wiedzy na raz przypominało mentalny odpowiednik przygniecenia regałem z książkami. Z elementarzami. Elementarzami, które jeden przez drugiego wykrzykiwały swoją treść.  Do tego to teraz…
               Naprawdę tutejsza „nauka” języka nie należała do doświadczeń, które chciałoby się powtarzać. Dlatego zamierzała ograniczyć liczbę powtórek do minimum.
               - No dobrze, a tak zbaczając z nad wyraz interesującego tematu Internetu, to jak się czujesz? – zapytała Ykhar, tym razem po angielsku, zerkając na tykający na komodzie, staromodny zegar.
               Scarlett również zerknęła. Za dziesięć dwunasta. Miała nadzieję, że do czasu rozmowy z Miiko będzie czuła się lepiej, ale co zrobić… Musiała po prostu zacisnąć zęby. Miała w tym wprawę. W zaciskaniu zębów i robieniu rzeczy pomimo wszystko.
Swoją drogą, to niesamowite, jak szybko upłynął czas. Ledwie chwilę temu weszła z Ykhar do pokoju – swojego pokoju, chociaż z trudem tak o nim myślała – a już wybiła godzina spotkania z Miiko, „panią prezydent”.
               - Niezbyt dobrze, ale nic na to nie poradzę, dlatego lepiej chodźmy – mruknęła, wstając z łóżka – Nie wiem jak to u was wygląda, ale u nas ważne osobistości nie znoszą spóźnialskich, chociaż same często przesuwają terminy spotkań.
               Jakieś trzydzieści minut później Scarlett uśmiechała się krzywo pod drzwiami gabinetu Miiko… Czy też raczej uśmiechała się krzywo jej psyche, bo twarz miała profesjonalnie obojętną. Wykrakała sobie z tym przesuwaniem terminów spotkań, jednak nie narzekała. Wspinaczka po schodach nieco wzmogła dokuczające jej  zawroty głowy, więc przerwa na ochłonięcie przed czekająca ją rozmową, była mile widziana.
               Podenerwowana czekającym ją spotkaniem, oparła się o ścianę, wbiła spojrzenie w sufit i mimowolnie zaczęła nucić piosenkę, którą swego czasu wymyśliła wspólnie z Cyrylem. Piosenkę na uspokojenie, o ironio, opowiadającą o strachu. Jej strachu. Jej i Cyryla.

„Wciąż skradają się do drzwi!
Moje wnętrzności ze strachu się wiją
Jak ten robak, co go na hak nabiją.
Serce w piersi bez przerwy podskakuje,
Jak płyta, gdy gramofon się zepsuje.
Nie zostali zbudowani by w uporze trwać,
Ale do drzwi nie przestają się skradać.

Wciąż skradają się ku drzwiom!
Ich ciała starym trupem cuchną,
Gdy wokół krążą ich kroki skrzypią…”


               - Co to za piosenka? – zapytała Ykhar, unosząc brew.
               - Taka sobie. Wymyśliłam ją z przyjacielem… Tak jak jakby dla żartu. Pomagała mi się skupić na pracy.
               - A o czym ona jest? Znaczy kto się skrada do drzwi?
Scarlett spojrzała na nią i wyobraziła sobie, jak tłumaczy jej to wszystko. Po kolei, kroczek po kroczku, przybliżając to całe szaleństwo. Wyobraziła sobie jej minę… O tak, to byłby naprawdę interesujący widok.
               - Niektóre rzeczy są zbyt trudne ot tak do objaśnienia – mruknęła w końcu, unikając odpowiedzi, a jednocześnie nie kłamiąc. -  Miałabym z tym problem, nawet rozmawiając z kimś z mojego świata.
               Ykhar uniosła drugą brew, najwyraźniej zamierzając o coś jeszcze zapytać, ale w tym momencie otworzyły się drzwi gabinetu Miiko, przez które wyszedł rosły, opalony mężczyzna o złotych oczach i śnieżnobiałych włosach.
               - Miiko prosi do środka  - powiedział w języku wróżków, co Scarlett bez większego wysiłku rozszyfrowała. Dzisiejsza lekcja oraz intensywny trening z Ykhar przyniosły efekty.
               Zajęczyca spojrzała na nią krótko i skinęła głową, po czym obie weszły do środka.
               Gabinet Miiko wyglądał dość… Interesująco. Zaskakująco nowocześnie, nie licząc oczywiście braku elektroniki. Scarlett mogła określić go jako minimalistyczny styl neo-azjatycki z niewielkim ukłonem w stronę kultury europejskiej – nie było tu mat do siedzenia, a normalne fotele i krzesła. Wszystkie, podobnie jak reszta mebli, wykonane z czarnego, lakierowanego drewna, „bambusowa” podłoga i jasnopurpurowe ściany. Do tego nieliczne złocenia stanowiące jedyne, bardziej zauważalne zdobienia. Wchodząc do pomieszczenia miała niejasne wrażenie, że zaraz odbędzie rozmowę o pracę z przedstawicielem japońskiej firmy komputerowej. Jednak za prostym, połyskującym w blasku lampy biurkiem siedział nie anemiczny azjata w garniturze, a osoba… Cóż, bardzo charakterystyczna.
               Trzydziestokilkuletnia brunetka o intensywnie niebieskich oczach wyróżniałaby się na Ziemi kilkoma rzeczami. Najmniej istotną z nich była długa suknia w różnych odcieniach fioletu przypominająca nieco magiczną szatę cz też togę skrzyżowaną z nowoczesnym kimono. Ty ważniejszą trzy „lisie”, kruczoczarne ogony, zwierzęce pazury, kły i kudłate, spiczaste uszy. Nawet Ykhar nie wyglądała tak charakterystycznie. Głównie dlatego, że nie licząc zajęczych uszu, nie różniła się niczym szczególnym od przeciętnego człowieka, a w obecnych czasach ludzie zwykli wsadzać na głowy różne, dziwne rzeczy. Kocie opaski powoli zaczynały stanowić normę.
               „Ciekawie się zaczyna. Najpierw trusia, potem miśki, teraz lisica. Prawie jak w domu…” – przebiegło jej przez myśl.
               Przywitała się w języku faery, bo to zrobić już potrafiła, na co Miiko odpowiedziała krótko i gestem ręki wskazała im – jej i Ykhar – puste fotele, w których natychmiast usiadły. Właściwie to bardziej szerokie krzesła niż fotele. Niezbyt wygodne.
               - Leifan z grubsza przedstawił mi twoją prośbę czy też propozycję – zaczęła kobieta-lis, prostując się w fotelu, a Ykhar natychmiast tłumaczyła jej każde słowo. – Przyznaję, że powodzenie eksperymentu z tymczasowym uśmierceniem otworzyłoby nam wiele możliwości. Może o tym nie wiesz, ale co jakiś czas odwiedzamy wasz świat, podobnie jak wy odwiedzacie nasz. Niestety owe podróże wiążą się z wieloma konsekwencjami i obostrzeniami, które Ykhar zapewne ci już przybliżyła. Oszukanie granic światów  rzecz jasna ułatwiłoby nam je, a co za tym idzie, ułatwiłoby też zgłębianie waszej kultury i nauk, tak dalece bardzie zaawansowanych niż nasze. Niestety na chwilę obecną konsekwencje dla Straży, jakie niosłoby za sobą przychylenie się do twojej prośby są o wiele większe niż potencjalne korzyści… Tym bardziej, że eksperyment może się nie powieść. Dlatego też jestem zmuszona ją odrzucić.
               - Jakie to konsekwencje? – zapytała, co Ykhar natychmiast przełożyła na Eldaryański. – Jeżeli, rzecz jasna, można wiedzieć.
               - Polityczne. Głównie utrata zaufania naszych sojuszników i ludu Eel.
               - Chodziło mi raczej o ciąg przyczynowo-skutkowy prowadzący do tychże.
               - Ciąg przyczynowo-skutkowy, tak? – Miiko westchnęła, mocniej opierając się w krześle. Wyglądała jak ktoś, kto spodziewał się pytań, ale nie jest zadowolony, że te rzeczywiście zostały zadane. – Cóż… Zacznijmy może od spraw zewnętrznych. Tych najbardziej zewnętrznych. Otóż, może o tym nie wiesz, ale na Ziemi istnieją organizacje i stowarzyszenia wiedzące o istnieniu wieloświatu i magii. Niektóre z nich nie życzą sobie kontaktów między światami i przekraczania granic, a praktyki magiczne zwalczają z całą mocą. Inne same zajmują się praktykowaniem magii i są otwarte na współpracę. Z jedną z organizacji drugiego rodzaju podpisaliśmy dość obszerne porozumienie. Wśród poruszonych w nim postanowień znajduje się jedno bezpośrednio tyczące się przypadkowych bądź zagubionych podróżników między światami. Wedle niego zarówno jedna jak i druga strona, jeżeli takowych znajdzie, ma zapewnić im NA MIARĘ MOŻLIWOŚCI powrót do domu, a przede wszystkim BEZPIECZEŃSTWO i godną egzystencję…  Przynajmniej dopóty, dopóki podróżnicy będą przestrzegać miejscowych praw.  Co prawda, niestandardowa metoda podróży poprzez tymczasowe uśmiercenie, którą zaproponowałaś, mieści się w zakresie naszych możliwości oraz w pełni wypełnia  pierwszą część umowy, ale jednocześnie całkowicie pogwałca drugą.  Tą ważniejszą. A uwierz mi, nasi Ziemscy przyjaciele dowiedzieliby się, gdybyśmy wystawili cię na niebezpieczeństwo. Niestety ludzie w Eldaryi są bardzo widoczni. A niebezpieczeństwo, jakie niesie za sobą eksperyment, jest naprawdę duże. Nasze klasyczne metody medyczne są niedoskonałe, wręcz prymitywne w porównaniu z waszymi, a w dodatku nie możemy używać na tobie magii leczniczej. Twoje ciało nie nawykło do wysokiego stężenia maany i pewnie bardziej zaszkodzilibyśmy ci nią niż pomogli. Poza tym nie chcemy zostać posądzeni o nekromancję…
               - Rozumiem, że skoro podpisaliście u mowę z jakąś ziemską… Organizacją magiczną, to jesteście z nią w kontakcie i porozumiewacie się w jakiś sposób. – Przerwała Miiko, na co kobieta zacisnęła usta, obdarzając ja chłodnym spojrzeniem. – Zatem może istnieje możliwość skontaktowania się z nimi i poproszenie o otwarcie przeskoku ze strony Ziemi? Przekazano mi, że na Ziemi te nie są tak groźne, gdyż magia szybko się wiąże.
               - Gdyby istniała taka możliwość, natychmiast podjęlibyśmy odpowiednie działania, a ta rozmowa nie byłaby w ogóle potrzebna. Niestety użycie takich ilości magii na Ziemi, żeby wywołać przeskok, zostałoby zauważone. Może nie przez zwykłych, nieświadomych istnienia wieloświatu Ziemian, ale przez inne organizacje, szczególnie te  nielubiące magii jak najbardziej. To z kolei może sprowadzić na naszych ziemskich przyjaciół oraz pośrednio na nas wiele nieprzyjemności. Nasi ziemscy przyjaciele BARDZO dbają o swoją anonimowość. W szczególności wśród Ziemian. Jedyna możliwość przesłania cię na Ziemię na zasadach obopólnej współpracy, to znalezienie przez naszych ziemskich przyjaciół zagubionego w twoim świecie faery i wymienienie go na ciebie.
               Scarlett westchnęła w duchu. Istotnie ta ziemska organizacja BARDZO dbała o anonimowość. Tak bardzo, że Miiko ani razu nie wymieniła jej nazwy.
               - Rozumiem. A pozostałe powody?
               - Łączą się z tym. Zawarta przed wiekami umowa z przedstawicielami rzeczonej organizacji, stała się podwaliną wielu wewnętrznych traktatów i umów Eldaryi. Głównie tych tyczących traktowania jeńców, zakładników, uchodźców i rozbitków… Za jakich poniekąd mogą uchodzić przypadkowi podróżnicy. Dlatego wystawienie cię na niebezpieczeństwo, zrobienie z ciebie królika doświadczalnego, nawet na twoje własne życzenie, wiąże się ze sporym ryzykiem. Będzie pogwałceniem umów. Ważnych umów. Furtką do tego, aby pozwolić naszym sojusznikom na nieprzyjemne zachowania zarówno wobec innych… Czy to ludzi czy to faery. Poza tym, tak jak już wspominałam, nie chcemy zostać posądzeni o nekromancję.
               - Nekromancja. Na Ziemi, przynajmniej dla laików, czyli większości społeczeństwa, nekromancja oznacza magię związaną ze wskrzeszaniem zmarłych i tworzeniem żywych trupów, nieumartych, ale przypuszczam, że to bardzo przekłamane znaczenie. Ykhar wspominała, że to swego rodzaju magia życia i śmierci, bardzo niestabilna w tutejszym środowisku swobodnego przepływu maany… Jednak nie wyjaśnia, dlaczego dokładnie tak bardzo się jej boicie i tak bardzo od niej stronicie.
               - Wskrzeszanie zmarłych… - Miiko uśmiechnęła się gorzko pod nosem. – Żadna magia nie jest w stanie tego dokonać. Jeżeli już ktoś odszedł z tego świata, to nań nie wróci… Chyba, że wierzyć w reinkarnację. Jednak, co do tworzenia nieumartych, to tak. To jedna ze sztuk wchodzących w obręb nekromancji.  Tych prostszych i bezpieczniejszych, chociaż bardzo energochłonnych. Reszta, cóż… Bywa bardziej kontrowersyjna.
               Miiko zamilkła najwyraźniej nie chcąc kontynuować tematu, jednak Scarlett nie zamierzała odpuścić. Coś w tonie z jakim wypowiadano słowo „nekromancja” budziło jej żywą ciekawość, a zarazem niepokój. Musiała wiedzieć czemu budzi w nich strach… Aby zbić ten argument, ewentualnie przemyśleć czy cała ta nekromancja nie byłaby dla niej dobrą opcją. W końcu niewykluczone, że gdzieś-tam żył sobie jakiś nekromanta, który tylko szukał sposobu na przetestowanie swojej sztuki. Być może dla kogoś takiego pomoc w otwarciu kontrolowanego portalu nie byłaby zbyt wygórowaną ceną w zamian za okazję do sprawdzenia swoich umiejętności. Jednak pierw musiała zorientować się czy to opłacalna opcja. Owszem, zamierzała się wydostać z Eldaryi to najszybciej jak to tylko będzie możliwe, za pozwoleniem Miiko czy też nie, ale byłaby głupia z miejsca stwierdzając, że zrobi to za wszelką cenę. Doskonale wiedziała, podobnie jak jej przyjaciele, że cena za osiągnięcie celu czasem bywa zbyt wygórowana… I to nawet wtedy, kiedy mają ją zapłacić inni. Nie chciała sprowadzić na Straż kłopotów, a przynajmniej nie nazbyt wielkich. W końcu jej pomogli. Zaprowadzili w bezpieczne miejsce, dali dach nad głową, wikt i opierunek. Owszem, niejako z konieczności – zobowiązywała ich do tego ta cała międzywymiarowa umowa – ale jednak.
               - Byłabym wdzięczna za szerszy opis – mruknęła.
Miiko uniosła brew, a Scarlett dostrzegła kątem oka jak Ykhar nerwowo strzyże uszami.
               - Nekromancja to sztuka magiczna ściśle związana z energią życiową, ale nie tylko. – Powiedziała kobieta-lis, co Ykhar, z lekkim niepokojem, tudzież zdziwieniem w głosie, natychmiast przetłumaczyła. – Właściwie to uwzględnia po równi psyche, energię życiową jak i materię, czy jak wolisz ciało. W różnych proporcjach. Oprócz tworzenia nieumarłych oraz golemów, co na tle reszty jest dość bezpieczne, najbardziej charakterystycznymi sztukami są dla niej: uzdrawianie cudzą energią życiową, kradzież energii życiowej, aby uzdrowić siebie, przenoszenie energii życiowej i jaźni z jednego ciała na drugie lub na obiekty mogące zastąpić przynajmniej tymczasowo ciało, mieszanie energii życiowych ze sobą i wiele podobnych… Nie będę zagłębiała się w szczegóły. W każdym razie, sam zakres tego, czego można dokonać za pomocą nekromancji jest dość kontrowersyjny, a obecność swobodnej maany powoduje, że ta jest mało wybiórcza. Usiłując kogoś uzdrowić z choroby, dajmy na to, przerzucając na niego energię życiową zwierzęcia, można doprowadzić do nieprzyjemnych mutacji. Ciało organizmu dominującego – faery czy też człowieka – może niekontrolowanie zacząć przejmować cechy swego donora. Zresztą nie tylko ciało, psychika, w ograniczonym stopniu, również. Może też się zdarzyć, że ciało zacznie przejmować niektóre cechy drobnoustrojów w nim bytujących, w tym zarazków. Albo donora i zarazków. W dodatku, owe zarazki mogą zacząć przenosić mutację na innych, wywołując nekromantyczne plagi… A to tylko czubek góry lodowej tego, co może nastąpić, gdy nekromancja wymknie się spod kontroli. W końcu wymieniłam tylko najprostsze, można rzec nawet najprymitywniejsze sztuki nekromantyczne z szeregu możliwych.
               Tak, niechęć faery do nekromancji była w pełni zrozumiała… Jednak co innego zwróciło uwagę Scarlett. Coś, co sprawiło, że poczuła ucisk w żołądku.
               Starając się brzmieć jak najbardziej swobodnie zapytała:
               - Wszystko mniej-więcej rozumiem, ale… Przenoszenie energii życiowej na obiekty mogące zastąpić ciała? To znaczy? Jakie to obiekty?
               - Muszą to być obiekty mające potencjał ruchu, których części składowe mogą zastąpić kości i mięśnie oraz które są w jakiś sposób przystosowane do pobierania pośredniego jak i bezpośredniego energii. W naszym świecie są to głównie specjalnie skonstruowane i potraktowane magią marionetki lub zwłoki… Oczywiście wcześniej odpowiednio spreparowane, żeby się nie psuły. W waszym byłyby to maszyny. Głównie ruchome urządzenia elektroniczne i elektroniczne oraz większość pojazdów. Podobno macie nawet takie maszyny udające ludzi… Roboty. One byłyby idealne.
               Poczuła jak jej wnętrze zalewa znajomy chłód. Teraz… Wszystko nagle nabrało sensu. Na Ziemii ta cała maana była związana, a uwolniona szybko ulegała ponownemu związaniu. Zatem nekromancja powinna być stosunkowo prosta do kontrolowania. Do tego to o maszynach, robotach… Cyryl, oni wszyscy… Jasna cholera wyglądało na to, że przez ten cały czas szukali nekromanty. Ziemskiego nekromanty.
               Musiała wrócić. Szybko wrócić i im o tym wszystkim powiedzieć. Ale jak?
               Szlag by to trafił.
               - Masz jeszcze jakieś pytania? – zapytała Miiko czy też raczej tłumacząca jej słowa Ykhar.
               Scarlett zamrugała, zdając sobie sprawę, że dobrą chwilę milczy. Musiało to wyglądać nieco dziwnie. Chrząknęła niezręcznie.
               - Przepraszam. Musiałam się chwilę zastanowić nad tym wszystkim – mruknęła, gorączkowo myśląc, o co mogłaby zapytać. O co zaczepić, no bo w końcu musiała jakoś przekonać Miiko do tego, aby pozwoliła wykonać eksperyment z tymczasowym uśmierceniem… Bierne czekanie, aż „ziemscy przyjaciele” eldaryan znajdą jakiegoś wróżka i wymienią na nią lub pojawi się nieco bardziej trwały przeskok czy też szczeliną między światami nie było opcją. Nie mogła od tak siedzieć na tyłku i nic nie robić.  Nie potrafiła. Już wystarczająco długo w swoim życiu pełniła rolę biernego obserwatora.
               Zerknęła na Ykhar, a widok zajęczycy przypomniał jej o czymś. Tak… To trochę strzał na ślepo, ale mogła spróbować. W końcu nic ją to nie kosztowało, prawda?
               - A gdybym powtórzyła swoją prośbę czy też propozycję przy sojusznikach Straży? – zapytała.
               - Słucham?
               - Ykhar wspominała, że za około trzy miesiące, może trochę dłużej, przybywają wasi sojusznicy na obrady. Ci najważniejsi. Chciałabym móc powtórzyć swoją prośbę w ich obecności. Jeżeli propozycja wyjdzie ode mnie i będzie wypowiedziana przy świadkach, samych ważnych osobistościach, powinno to rozwiać sporo wątpliwości, prawda? Publicznie potwierdzić, że pomysł jest mój i jestem gotowa zaryzykować życie, aby go wypróbować. W dodatku prośba złożona w takiej formie powinna dotrzeć i do „waszych ziemskich przyjaciół”, jak ich nazywasz. Zapewne mają tu swoich… Cichych współpracowników. A wtedy, jeżeli będą mieli jakieś obiekcje, powinni je zgłosić, prawda? Natomiast, co do posądzenia o nekromancję… Sądzę, że jeże wasi sojusznicy zgodziliby się na eksperymentalne przejście, a „ziemscy przyjaciele” nie zgłosili protestu, to powołanoby jakąś komisję, która dopilnowałaby, aby żadne praktyki nekromantyczne nie miały miejsca. W końcu, przeprowadzenie eksperymentu, jest również w waszym interesie.
               Gdy skończyła,  Miiko wbiła w nią intensywne spojrzenie. Niespokojnie. Wyglądała trochę jak kot znienacka oblany wodą… Podobnie Ykhar, która nagle zrobiła się spięta. Scarlett zastanowiła się przelotnie czy może zajęczyca nie powiedziała pary słów za dużo, opowiadając o zbliżającym się wydarzeniu. Z drugiej strony i tak dowiedziałaby o tym, prawda? Wielkie przygotowania na przyjęcie zagranicznych gości trochę trudno przeoczyć. Szczególnie, jeżeli to goście polityczni.
               - Naprawdę chcesz wrócić na Ziemię –głos Miiko był chłodny i pełen dystansu. – Ciekawi mnie, dlaczego?
               - Rodzina mnie potrzebuje.
               - Jaka rodzina? Partner, dzieci?
               - Nie.
               - Rodzice, rodzeństwo…?
               - Moi krewni nie są moja rodziną. Rodzinę sama sobie wybrałam… Czy raczej wybraliśmy siebie nawzajem.
               - Co to za rodzina?
               - Moi przyjaciele.
               - Chodzi mi o pełną informację… - Miiko skrzyżowała ręce na piersi, a w jej głosie pojawił się ostrzegawczy ton. – Dokładnie tak jak tobie, kiedy ci odmówiłam. Kim oni są? Dlaczego cię potrzebują? A przede wszystkim, dlaczego ty tak bardzo chcesz do nich wrócić.
               Scarlett zawahała się. Doskonale wiedziała, że od tego, co teraz powie, będzie zależała decyzja Miiko. Jednak nie mogła jej powiedzieć wszystkiego, prawda? Na pewno nie, biorąc pod uwagę stosunek faery do nekromancji. Co prawda nie miała stuprocentowej pewności, ale opis Miiko, warunki, jakie musiały spełnić zastępcze ciała, to czego doświadczyli Cyryl i reszta… Nekromancja aż za bardzo pasowała do tego, co ich spotkało. Owszem, może gdyby wyjawiła lisicy wszystko, swoje powody, to ta mogłaby jakoś pomóc. Doradzić, a może nawet  skontaktować się z „ziemskimi przyjaciółmi” i poprosić ich o ingerencję. Rzecz w tym, że już dawno przekonała się, że nie warto ufać innym. Szczególnie tym posiadającym jakąkolwiek władzę… Przynajmniej dopóki nie udowodnią, że są warci zaufania.
               Co jej powiedzieć? Co jej powiedzieć, skoro im niej wie, tym lepiej?
               - Moje życie rodzinne, jeżeli nazwać rodziną krewnych, nigdy nie należało do najszczęśliwszych – mruknęła, zastanawiając się jakich ogólników użyć i jak poprowadzić historię, aby zrobić odpowiednie wrażenie, a jednocześnie nie zagłębić się nazbyt drażliwe tematy. Jakich ogólników użyć. – Byliśmy jedną z tych rodzin, które są wzorowe na pokaz, a pod kolorowym, czystym opakowaniem kryje się najgorsze PLUGASTWO. Ohyda. Matka odgrywała rolę łagodnej wdowy i utalentowanej artystki, a tak naprawdę była niezrównoważoną, narcystyczną i interesowną alkoholiczką, narkomanką i nimfomanką w jednym. Agresywna i nieobliczalna, słuchająca się jedynie swego brata. Mojego „ukochanego”… Wujka. Wujek prokurator, wielki obrońca sprawiedliwości i szanowany obywatel. Publicznie. Prywatnie najgorszy p***b. Chory psychicznie, chociaż piekielnie inteligentny. Manipulatorski gnój kręcący mnóstwo lewych biznesów, mający ręce uwalone krwią po same łokcie. – Przerwała, słysząc podrygi gniewu w swym głosie i wzięła głęboki oddech na uspokojenie. O ile matki tylko nienawidziła, to … To wujek budził w niej najgorsze z możliwych uczuć. Czystą agresję. Co prawda już nie żył, sama rozwaliła mu łeb siekierą,  ale to niczego nie zmieniało. Należał do tego typu osób, które chciałoby się oglądać płonące przez wieki. Wrzeszczące w piekielnym ogniu. – Nie było to miłe towarzystwo.  Co prawda nie mieszkałam z wujkiem, tylko matką… Wujek miał własną rodzinę nieświadoma tego kim jest tak naprawdę… Ale wujek kontrolował większość rzeczy, które działy się u nas w domu. Musiał, jeżeli nie chciał, aby moja matka zrobiła coś głupiego, co mogłoby narazić na uszczerbek jego reputację. W każdym razie, mieszkanie z uzależnioną od wszystkiego, co tylko możliwe, niestabilną, sprowadzającą do domu podejrzanych typów i urządzającą sobie orgie kobietą bywało… Trudne. Bardzo trudne. Dlatego unikałam powrotów do domu i często po szkole wałęsałam się bez celu…
               - Przepraszam, ale jaki to ma związek z tożsamością twoich przyjaciół? Czy jak wolisz rodziny? – zapytała Miiko, nieco zniecierpliwiona, a zarazem… Zaniepokojona? Wyraźnie wysłuchiwanie cudzych, tragicznych historii rodzinnych nie było tym, czego oczekiwała. Szczególnie takich… Niewygodnych, gdy rozmyślać w ich kontekście osoby, którą powinno się traktować jak najbardziej neutralnie.
               - Powoli do tego zmierzam. Zresztą, z tego co zrozumiałam, bardziej interesują cię powody, dla których tak bardzo zależy mi, aby do nich wrócić, niż to kim są. Aby to wykazać, muszę przebrnąć przez dość długą opowieść, chociaż i tak unikam zagłębiania się w szczegóły.
               - Rozumiem. Kontynuuj.
               - Na czym to skończyłam? Ah tak… Nie lubiłam wracać do domu. Wałęsałam się. Oczywiście nie przypadło to do gustu wujkowi, bo cierpiała na tym jego reputacja. Siostrzenica prokuratora łażąca całymi dniami sama Bóg wie gdzie, Bóg wie po co i na co… Powstawały liczne plotki. Nieprzyjemne plotki. Dlatego wpadł na genialny pomysł. Posłał mnie do pracy. W końcu, czemu siostrzenica prokuratora, jako przykładna nieletnia, nie miałaby sobie dorabiać w jakiejś knajpce, żeby mieć własne pieniądze? Teoretycznie pomysł nie był zły. Nawet mnie przypadł do gustu. Miałam sposobność do spędzania długich godzin poza domem, a do tego pod dachem, w ciepłym miejscu nie narażona na zaczepki  podejrzanych typów. Zostałam pomocą kuchenną. Głównie zmywałam naczynia. Na początku wszystko szło gładko, ale po kilku miesiącach manager… Zarządca miejsca, gdzie pracowałam, zdecydował się na zatrudnienie kogoś na pełen etat. Nic dziwnego. Firma się rozwijała, przybywało klientów, więc małoletnia pomywaczka zatrudniona na jedną trzecią etatu  okazała się mało rentowna. Jednak, ze względu na wujka, nie chciano mnie ot tak zwolnić. Dlatego przerzucili mnie na inne stanowisko. Na noc. Praca w piątki i soboty, przez sześć godzin… Pasowało mi to, szczególnie, że w te dni mama urządzała najgorsze imprezy.  Przez pierwsze parę dni wszystko szło dobrze, jednak potem… Cóż,  okazało się, że miejsce w którym pracuję nie jest do końca tym, czym się wydaje. Że potrafi być niebezpieczne. Wtedy też, na jednej z nocnych zmian, spotkałam Cyryla. Mojego przyjaciela. Członka mojej nowej rodziny. Osobę, która, podobnie jak ja, w życiu nie zaznała wiele szczęścia, a na koniec spotkał ją wyjątkowo podły los. Uratował mi życie i to dwukrotnie. Gdyby nie on, najpewniej nie przetrwałabym utraty nogi, wykrwawiając się na śmierć… Zresztą nie tylko o to chodziło. Znalazłam kogoś kto mnie zrozumiał. Po raz pierwszy miałam z kim otwarcie porozmawiać nie ukrywając niczego ani nie przekłamując. Zaczęliśmy sobie pomagać. On pomógł mi przetrwać najgorsze z matką, póki ta wreszcie nie zaćpała się na śmierć, a ja… Cóż… To skomplikowane. Powiedzmy, że ktoś kiedyś go bardzo skrzywdził. Jego i innych, którzy odchorowali to nieco gorzej od niego. Powiedzmy, że przeszli etap tymczasowej niepoczytalności, z którym pomogłam… Oboje pomogliśmy się im uporać.
               - Tymczasowej niepoczytalności? – Miiko uniosła brwi. – A jak wielka była to niepoczytalność?
               Westchnęła. Jak wielka to była niepoczytalność? Nie rozpoznawali ludzi i miejsc, jedynie ogólne wzorce. Zafiksowani na punkcie tragedii, która ich spotkała, nieudolnie próbowali odegrać scenariusz zemsty na przypadkowych, pasujących do schematu osobach. No i za dnia, całymi godzinami, wykonywali zaszczepione im instrukcje, powtarzalne, irytujące czynności, tylko pogłębiające ich szaleństwo. Tak powinna odpowiedzieć… Niestety taka odpowiedź tylko wzbudziłaby ciekawość Miiko i sprowokowała dalsze pytania. Dlatego postawiła na przykłady.
               - Vince rozorał mi policzek. Ivy zafundowała mi paskudną bliznę na karku, a przez Iana mam metalową nogę.
               - Przez jednego z nich straciłaś nogę? – W głosie lisicy pojawiło się zaskoczenie. – I mimo tego pomogłaś mu?
               - Tak, chociaż nie było lekko.
               - A tak właściwie, to jak straciłaś nogę?
               - Uciekałam przed Ianem do tak zwanego panicroomu i chciałam zamknąć za sobą drzwi, ale nieszczęśliwie upadłam i drzwi opadły mi na nogę, miażdżąc ją… To taki specjalny mechanizm. Gdy drzwi, ciężkie i metalowe, są otwierane, ów mechanizm podciąga je do góry i blokuje, żeby nie opadły. Gdy znów są zamykane, blokada znika, gwałtownie opadają, a mechanizm dociska je do podłoża z przeogromna, nieludzką siłą. W tym wypadku na podłożu znajdowała się moja noga, więc nie skończyło się to dobrze.
               Ykhar wzdrygnęła się mimowolnie, słysząc o tym.
               - Coś mi tu nie pasuje. – Miiko zmarszczyła podejrzliwie brwi. – Wspomniałaś, że ten cały Cyryl uratował cię, tak jakby to on pierwszy ci pomógł, wyciągnął do ciebie rękę. Tymczasem historia z nogą… Wygląda na to, że uratował cię, bo wpakowałaś się w kłopoty pomagając mu, w związku z czym wdzięczność wobec niego jest nieco nad wyraz.
               - To nie do końca tak. Otóż na jego niestabilnych towarzyszy niedoli wpadłam nieco wcześniej niż na niego. Tym samym z miejsca znalazłam się w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia. Simon, jeden z nich, zabiłby mnie, gdyby Cyryl nie interweniował na czas. W ostatniej chwili zaciągnął mnie w bezpieczne miejsce, przy okazji nieziemsko strasząc. Nie co dzień z ciemności wyłania się wielkie niewiadomo co, przesłania ci ręką usta i ciągnie cię, cholera wie gdzie… - Mimowolnie uśmiechnęła się na to wspomnienie. To było dopiero spotkanie. Bała się chyba nawet bardziej niż wtedy, gdy jeden z kochanków matki próbował… Zresztą nieważne. – W każdym razie, tylko dzięki niemu przeżyłam tamten dzień. Również on poinstruował mnie, jak radzić sobie z pozostałymi i przypadkiem nie zginąć. Do dnia wypadku z nogą, zdążyliśmy się zaprzyjaźnić, ale wtedy jeszcze mu nie pomagałam… Znaczy nie przy pozostałych. Niestabilnych. Owszem, wyświadczałam mu wiele drobnych przysług oraz pomagałam nieco z śledztwem w sprawie tego, kto jest odpowiedzialny za los jego i reszty, ale od… hm… Od jego dysfunkcyjnych kolegów trzymałam się z daleka. W dniu, kiedy straciłam nogę, po raz pierwszy i ostatni dałam się ponieść fantazji. Byłam zbyt pewna siebie i poniosłam tego bolesne konsekwencje. A Cyryl wiele ryzykował pomagając mi. Moi pracodawcy nie wiedzieli o jego obecności, zresztą w grę wchodziło jeszcze wiele innych rzeczy. Gdyby go odkryto… Powiedzmy, że skończyłoby się to dla niego naprawdę niewesoło.
               - Co było dalej?
               - Utratę nogi oraz pozostałe obrażenia, powstałe notabene tego samego dnia, mój kochany wujaszek zrzucił na złe procedury bezpieczeństwa moich pracodawców. Chciał ich pozwać o wysokie odszkodowanie , a także sporo osób posadzić do więzienia oraz generalnie zamknąć cały interes. Pracodawcy z kolei nie mieli się za bardzo jak bronić, bo cóż… Zarówno oni, jak i ich pracownicy nie byli do końca byli świadomi tego, co się tam dzieje, a ja nie zamierzałam nikogo uświadamiać w tej kwestii. I to do samego końca, znaczy do zamknięcia całego miejsca. Co miało miejsce jakieś cztery lata potem, ale już nie z winy mojego wujka – po prostu przenieśli się gdzie indziej. W każdym razie, z rozmaitych względów zapędy wujka nie leżały mi. Sprzeciwiłam mu się. Po raz pierwszy. Jawnie i otwarcie. A  bez mojego wsparcia znów nie mógł posadzić moich pracodawców do więzienia, w końcu przed sądem potrzebował moich zeznań. Jednak koniec końców rozegrał sprawę tak, że wyszło na jego. Zrobił ze mnie rozsądną, wielkoduszną panienkę wybaczającą cudze błędy i nie zrzucającą winy za swoje nieszczęścia na innych, a z siebie dobrotliwego, wspierającego ją wujaszka o wielkim sercu. – Skrzywiła się nieco. Do tej pory robiło jej się niedobrze, kiedy wspominała fałszywe uśmiechy i sztuczną słodycz w głosie tego parszywca. – W każdym razie, moi pracodawcy szybko zrozumieli, komu tak naprawdę zawdzięczają swoją wolność. Oczywiście odszkodowanie i tak musieli zapłacić, ale to było nic w porównaniu z kłopotami, które mogliby mieć, gdyby nie ja. Dlatego zgodzili się bez oporów na moją prośbę, żeby mnie nie zwalniać, tylko przenieść na dzienną zmianę, na jakieś proste stanowisko. Było im to na rękę, bo podkreślało, że nie mam do nich żalu i ucinało ewentualne, nieprzyjemne plotki. Oczywiście, kiedy prosiłam o dalsze zatrudnienie, chodziło mi o to, żeby mieć nadal kontakt z Cyrylem oraz nie musieć za często przebywać w domu. Pracowałam tam jeszcze dwa lata, do czasu, gdy moja matka zaćpała się w reszcie na śmierć. W między czasie moja znajomość z Cyrylem uległa wzmocnieniu, a nasze małe śledztwo posunęło się naprzód. Wpadliśmy też na trop tego, jak możemy pomóc pozostałym. Zaczęliśmy czynić przygotowania. Nie raz po godzinach pracy, zamiast iść do domu, znikałam w labiryncie korytarzy i pomieszczeń gospodarczych, żeby omówić z nim wiele rzeczy, albo po prostu pogadać. Zdarzało się też… Odkąd zdobyłam prawo jazdy, taką naszą licencję na prowadzenie samochodów, Cyryl odwiedzał mnie. Czasem dobrze jest mieć matkę-ćpunkę, która słabo ogarnia, co się wokół dzieje i kto tak właściwie przebywa w jej domu. Po śmierci matki, zostałam zmuszona do przeprowadzki do wujka i jego rodziny, co skomplikowało parę rzeczy. Rzadziej miałam kontakt z Cyrylem, do tego skończyłam z ciotką i trójką tymczasowego rodzeństwa zaglądającym mi nieustannie przez ramię. W dodatku ciotka ewidentnie mnie nie lubiła i nie wahała się tego okazywać. W końcu nie wytrzymałam i powiedziałam jej parę rzeczy za dużo… A nawet pokazałam. Otóż od wielu lat zbierałam rozmaite dowody przeciwko wujkowi. Nie było tego wiele, ale wystarczyło, żeby dać ciotce do myślenia. Żeby sama zaczęła węszyć. No i odkryła to i owo. Tyle, że nie mogła żyć już dłużej z wujkiem pod jednym dachem ani nawet patrzeć na niego. To znów doprowadziło do dramatycznych wydarzeń… Wujek pokazał swoją prawdziwą twarz. Dobył broni. Gdyby nie Cyryl, który szczęśliwie wpadł wtedy z wizytą, ja i ciotka na pewno byłybyśmy już martwe. My i mój najstarszy kuzyn. Młodsze kuzynostwo z nów… W sumie lepiej nie myśleć o tym. W każdym razie, Cyryl powstrzymał wujka, a ja zabiłam drania. Złapałam za siekierę, chyba nawet tę samą, z którą tu przybyłam i rozwaliłam łeb temu potworowi, kiedy szarpał się z Cyrylem. Po wszystkim Cyryl, chociaż zarówno cioteczka jak i mój kuzyn nie pałali do niego ciepłymi uczuciami, pomógł posprzątać cały ten bałagan i pozbyć się zwłok…
               - Wszystko to bardzo dramatyczne, ale nadal nie wyjaśnia, czemu tak bardzo chcesz wrócić – mruknęła Miiko – Oszem, zapewne jesteś bardzo przywiązana do tak wspaniałego przyjaciela, jakim jest Cyryl, ale poza tym, nie wykazałaś, że cię potrzebuje ani…
               - Właśnie zmierzam do meritum. – Westchnęła. Owszem, krążyła wokół tematu. Chciała tym nieco zdezorientować Miiko, zająć jej umysł innymi sprawami, jak chociażby tym, że właśnie przyznała się do morderstwa krewnego. W samoobronie, ale jednak. – Cyryl pomógł mi w najgorszych chwilach mojego życia, wspierając oraz niejednokrotnie dodając otuchy. Uratował mnie. Dosłownie i w przenośni. Ja znów… Cóż, w ramach wdzięczności, lojalności i przyjaźni pomogłam pozostałym… Większości z tych, o których wiedzieliśmy, bo może być ich znacznie więcej. Prawdopodobnie jest ich znacznie więcej. Na pewno jeszcze muszę załatwić sprawy z Melody…  W każdym razie, zrobiłam dla nich prawie to samo, co on zrobił dla mnie, a coś takiego buduje więzi trwalsze niż więzy krwi. Rzecz w tym, że chociaż znacznie poprawiłam jakość ich życia, to nadal nie są w stanie normalnie egzystować. Być między ludźmi. Posiadam umiejętności, dzięki którym które być może im to umożliwię… A nawet jeżeli nie to poprawię parę rzeczy, bo moja dotychczasowa pomoc niestety nie była doskonała. Nadal muszę nanieść pewne poprawki. Poza tym wszyscy są w dalszym ciągu zagrożeni, póki osoba, która ich skrzywdziła, pozostaje na wolności. Osoba, której tożsamości nie znamy, a która prawdopodobnie nadal urządza sobie łowy. Jako, że tylko ja spośród nich wszystkich mogę swobodnie się poruszać pomiędzy ludźmi, nie zwracając na siebie uwagi, jestem niezbędna, żeby ich chronić. Żeby odnaleźć zbrodniarza. Dlatego nie mogę spokojnie tu siedzieć i czekać, aż spotka ich coś złego… Ich albo kogoś innego, bo jak mówiłam nasz nieprzyjaciel raczej nie zaprzestał swojego procederu.
               - Tak… Rozumiem, czemu tak bardzo ci zależy żeby wrócić. – Ton Miiko był po równi łagodny, jak podejrzliwy. – Jednak nadal nie wiem co za straszny los spotkał twoich przyjaciół ani na czym dokładnie miałaby polegać twoja pomoc. Wszystko to bardzo enigmatyczne. Zagmatwane i tajemnicze.
               - Ty też nie mówiłaś mi wszystkiego. Nie wypowiedziałaś ani razu nazwy ziemskiej organizacji, z którą współpracujecie oraz starannie ominęłaś kwestię waszego porozumiewania. Rozumiem to, zatem i ty powinnaś zrozumieć mnie. Nie chodzi tu tylko o mnie, a o nich. Moją rodzinę. Wy znów… Jesteście nowością. Czymś obcym. A obcym się nie ufa. Owszem, nie spotkało mnie z waszej strony nic złego, wręcz przeciwnie, okazaliście mi wiele dobra, za co jestem wdzięczna, ale nie zmienia to tego, że was nie znam. Nie wiem, do czego jesteście zdolni ani jak zapatrujecie się na rozmaite sprawy. Nie wiem też o czym mówicie swoim „ziemskim przyjaciołom” ani  jak oni mogliby zareagować na moje rewelacji.
               - Tak, to prawda… Nie wiesz i masz prawo być nieufna, tym bardziej, że bystra z ciebie dziewczyna. – Lisica uśmiechnęła się nieznacznie, lecz uśmiech szybko zgasł. – Rzecz w tym, że jeżeli zechcesz przedstawić swoją prośbę naszym sojusznikom, musisz jakoś ich przekonać. Nie tylko przedstawiając nasze potencjalne korzyści, które im są znane, ale też swoją motywację.
               Scarlett zmarszczyła brwi. Tak, Miiko miała rację. Musiała przedstawić sojusznikom Straży jakiś argument poza „tak bardzo chcę”. Coś, co zrobi wrażenie, przeważy szalę. Miała coś takiego.
               - Nasz nieprzyjaciel poluje głównie na dzieci i młodzież.
               - Słucham? – Lisica wyprostowała się w krześle, sztywniejąc, a tłumacząca jej słowa Ykhar położyła uszy po sobie.
               - Danny, pierwsza ofiara, zgi… Przydarzyło mu się nieszczęście w jego ósme urodziny. Jego przypadek, na tle reszty dzieciaków, zakrawał na wypadek, ale ktoś trzeci na pewno maczał w tym palce. Znaczy ktoś poza bezpośrednimi uczestnikami zdarzenia. Efekty „wypadku” nie pozostawiają co do tego wątpliwości. Melody przytrafiło się to, kiedy miała dwanaście lat. Simona, Iana, Ivy i Vinca trafiło, kiedy mieli lat szesnaście. Czworo kolejnych, których imion niestety nie znam, nieszczęście spotkało pomiędzy dziesiątym a dwunastym rokiem życia.  Niestety oni prawdopodobnie już nie żyją. Cyryl znów… Cóż, on wdepnął w to wszystko będąc po dwudziestce, ale jego załatwili Ian i reszta… Nie byli wtedy świadomi tego, co robią. W dodatku, na chwilę obecną, mamy prawo snuć przypuszczenia, że nasz nieprzyjaciel chce… Chce dopaść jeszcze szesnaście osób. Co najmniej szesnaście. Prawdopodobnie ofiarami mają być również dzieci i młodzież. Niewykluczone też, że niezamierzone efekty jego działań dotykają też osób trzecich… Tak jak mnie. I Cyryla. W końcu on nie był zamierzoną ofiarą tylko… Tylko przytrafili mu się inni. Kto wie ile, osób zginęło przypadkiem.
               - I mimo, że ludzie giną… Że mogą zostać skrzywdzone dzieci, nie chcesz wyjawić wszystkiego?
               - Jak mówiłam, nie chodzi tylko o mnie, a o moją rodzinę, której bezpieczeństwa nie jestem pewna.
- Dajesz bardzo mało informacji. Skąd możemy być pewni, że mówisz prawdę? Że nie ty jesteś tą złą? Albo ten cały Cyryl? W końcu sama przyznałaś się do zabójstwa oraz do tego, że Cyryl pomagał zacierać ci ślady.
               - Pewnie macie sposoby, żeby to sprawdzić, prawda? Ten, który uczył mnie języka… Keroshane. Czułam, jak przed lekcją zaglądał mi do umysłu. Przypuszczam, że zajrzenie w rejon mojej psyche odpowiedzialnej za kłamstwa i stwierdzenie czy się uaktywnia, czy nie, nie byłoby dużym problemem. W razie czego macie moją zgodę.
               - Wezmę to pod uwagę… - Miiko zawahała się przez ułamek sekundy - I zgadzam się na to, abyś przedstawiła publicznie swoją prośbę. Jednak musisz wziąć pod uwagę, że nasi sojusznicy oraz członkowie Zjednoczenia Eel będą domagać się szerszych tłumaczeń i mogą przedstawić ci ultimatum: pełna historia albo odmowa.
               - Jeżeli tak się stanie ponownie rozważę, co im powiedzieć. I jakąkolwiek decyzję podejmą, przyjmę to godnie… Chociaż, co otwarcie przyznaję, nie oznacza to, że będę szukać innych dróg. Powrót do domu jest dla mnie równie ważny, a może nawet ważniejszy niż własne życie.
               - Przyjęłam do wiadomości… A teraz, jeżeli nie masz innych pytań ani sugestii byłabym zobowiązana za zakończenie tego spotkania. I tak już przedłużyło się ponad normę.
               Scarlett nie miała pytań. Szybko pożegnała się z Miiko i wraz z Ykhar opuściła gabinet. Wtedy też, gdy zamknęły się za nimi ciężkie, drewniane drzwi usłyszała za sobą pełne emocji, nerwowe sapnięcie. Odwróciła się po to, aby spojrzeć wprost w zaróżowioną twarz zajęczycy, która nadal kładła po sobie uszy. Wyglądała na wstrząśniętą.
               - Czy to wszystko prawda? To o przyjaciołach, dzieciach i twojej rodzinie?  Naprawdę było… Jest tak strasznie?
Reakcja opiekunki nieco ją zaskoczyła. Nie spodziewała się, że będzie tak… Intensywna. W końcu ledwie się znały. Nie powinna jej wiele obchodzić.
               - Owszem.
               - Owszem, że tak czy owszem, że tak, ale do tego jest mnóstwo okropnych szczegółów, o których ty nie chcesz rozmawiać, a ja prawdopodobnie nie chcę o nich wiedzieć.
               - Druga opcja.
               - A… A ile miałaś lat, kiedy to się zaczęło? Znaczy cała ta dziwna praca, Cyryl, noga i tak dalej?
               - Piętnaście – mruknęła, ruszając w stronę swojego pokoju. Jak na dziś miała dość osobistych pytań. Odpowiedzi zwykle kosztowały ją zbyt wiele wysiłku… I niosły za sobą nieprzyjemne konsekwencje.
               Szczęśliwie Ykhar już o nic więcej nie pytała. Może nie sprawiała wrażenia najbardziej rozgarniętej na świecie i zwykle paplała jak najęta, ale Scarlett musiała przyznać, że kiedy to było naprawdę potrzebne, wiedziała kiedy milczeć.
***

               Miko zabębniła szczupłymi palcami w blat biurka. Naprawdę nie wiedziała, co sądzić o tej dziewczynie. Jej historia, jej pomysły… Wszystko to brzmiało jakoś tak nad wyraz, a jednocześnie niejasno. Jednak korzyści z przeprowadzenia eksperymentu z tymczasowym uśmierceniem, to, co mogliby zyskać, gdyby się udało… To było warte tego, aby pozwolić porozmawiać Scarlett z członkami Zjednoczenia Eel oraz Wielką Trójką. Poza tym dziewczyna miała w jednym rację – jeżeli przedstawi pomysł z podróżą na trupa jako swój, swoją prośbę, Iluminaci nie będą mieli się czego czepiać. Ani oni ani inni… Oczywiście, jeżeli będzie przekonująca, ale akurat w to nie wątpiła. Owszem, historia, którą przedstawiała zostawiała wiele do życzenia, nasuwała wiele pytań – po prostu odruchowo domagało się szczegółów – jednak, gdy mówiła, jej pragnienie powrotu stawało się niemal namacalne. Słuchacz nie wątpił, że jest w stanie wskoczyć w ogień, aby znów znaleźć się wśród swoich.
               Skoczyć w ogień albo zrobić wiele innych rzeczy. Jeżeli członkowie Zjednoczenia i Wielkiej Trójki nie zgodzą się na jej prośbę, zacznie szukać innej drogi, sama tak powiedziała. Wtedy ktoś może wykorzystać jej desperację w niecny sposób, a to z kolei…
Westchnęła. Rzecz w tym, że nie znali tej dziewczyny. Nie wiedzieli do czego jest zdolna, jak daleko może się posunąć. Bez mrugnięcia okiem przyznała się, że zabiła inna osobę, krewnego, a samo to nie wróżyło najlepiej.
               - Kero, możesz wyjść.
               Rozległo się ciche kliknięcie i jeden z fioletowych paneli  odsunął się, ukazując niewielką wnęką,  w której stał jednorożec. Bardzo zmieszany i podenerwowany jednorożec. Przejęty. Blady, nerwowo ściskający cylindryczny kryształ.
               Keroshane odetchnął z wyraźną ulgą – nie przepadał za ciasnymi pomieszczeniami – i subtelnie przeciągając zesztywniałe ciało, stanął naprzeciw niej. Odłożył z cichym stukotem kryształ na biurko – ewidentnie chciał jak najszybciej pozbyć się artefaktu. Nic dziwnego, kontakt z nim nie należał do najprzyjemniejszych… Jak ze wszystkimi magicznymi przedmiotami pomagającymi inwigilować psyche drugiej osoby. Zupełnie jakby sama natura uważała, że tego typu ingerencja w umysł drugiej osoby to zbrodnia. Nawet, jeżeli owa ingerencja ograniczała się jedynie do biernej, bardzo pobieżnej obserwacji.
               - Co sądzisz o tym wszystkim? – zapytała go. – Ziemianka mówiła prawdę?
               - T-tak. Niestety – pobladły jednorożec, wziął głęboki wdech na uspokojenie. – To, co mówiła, to, co widziałem dzięki… - tu zerknął krótko na dziwnie połyskujący, biały kryształ - Wszystko to pasuje do siebie. I pasuje do tego, co widziałem w małej sali astralnej. Dziewczyna ma umysł, a przynajmniej strefę emocjonalną, trochę jak doświadczony wojownik . Albo ofiara wojny…. Składa się to z tym, co mówiła o swoich krewnych, chociaż mam wrażenie, że nie powiedziała nam wszystkiego.
               - Tak… Wujek prokurator, a jednocześnie… Plugastwo. Zdaje się tym słowem określiła swoich krewnych, prawda? Położyła na nie spory nacisk. Jeżeli istotnie był osobą… Niegodną swojego stanowiska, mógł się dopuścić niejednej zbrodni.
               - A kim są właściwie ci prokuratorzy?
               - To ziemscy przedstawiciele prawa. Ziemska policja jest odpowiednikiem naszych straży miejskich. Chwytają przestępców, osadzają ich w aresztach, prowadzą śledztwa. Prokuratorzy, o wiele mniej liczni niż policja, w pewnym sensie to nadzorują. Czuwają nad postępami śledztw oraz oceniają zebrane dowody, tak aby przedstawić sędziemu tylko te będące naprawdę niepodważalnymi. Są oskarżycielami z ramienia państwa czy też miasta, formują zarzuty i żądają konkretnych kar dla przestępców. Zwykle cieszą się wyjątkowo wysokim statusem społecznym i powszechnym szacunkiem.
               - Rozumiem – mruknął. – To bardzo niepokojące. I to o tych dzieciach… Naprawdę nie lubię takich historii.
               - Nikt nie lubi. Swoją drogą, sądzisz, że ta część jej opowieści również była prawdziwa? Zbrodniarz polujący na dzieci?
               - Tak. W sumie to jeden z najpewniejszych punktów jej historii… A przynajmniej na to wskazywał odczyt. Znaczy na tyle, na ile potrafię go interpretować. Jestem w tym raczej nowy.
               - Ale jako mag-empata masz ku temu lepsze predyspozycje niż ktokolwiek inny. – Rozparła się w krześle, wbijając spojrzenie w sufit. – Zabawne. Kiedy usłyszałam od Wyroczni, że Ziemianka nie ma nic wspólnego z naszym światem poczułam ogromna ulgę. Cieszyłam się, że mamy do czynienia ze zwykłym człowiekiem. Tymczasem okazuje się, że…  Tak, Scarlett nie miała pojęcia o istnieniu Eldaryi i magii, nie ma w sobie ani odrobiny krwi faery ani nie wykazuje żadnych właściwości magicznych… Przynajmniej na razie. Jednak sformułowanie „zwykły człowiek” jakoś mi do niej nie pasuje. Jak sądzisz, może stanowić dla nas zagrożenie?
               - Trudno mi powiedzieć. Póki nie zna języka, jest prawie bezradna, ale potem… Nie znam jej, a jak sama powiedziała, obcym się nie ufa. Trzeba będzie zadbać, aby ktoś miał na nią oko. Najlepiej ktoś z Cienia.
               - Na razie, oprócz Ykhar, na pewno będzie miała na nią oko Karenn, jak tylko skończy się jej karny szlaban. I to bez wydawania żadnego rozkazu. – Uśmiechnęła się do siebie. Wścibstwo małej wampirzycy czasami bywało po równi użyteczne, co niebezpieczne. – Jednak masz rację. Trzeba byłoby znaleźć kogoś do tego zadania… Albo lepiej zasugerować paru osobom, aby uważniej się jej przyglądały. Jeżeli zacznie być śledzona, może to wyczuć. W końcu, wedle twoich słów, ma dość niespokojny umysł. Tak… To dobre rozwiązanie. Parę osób czujnie spoglądających na nią, Ykhar u jej boku i wścibska Karenn. Takie zestawienie  sprawia wrażenie niemal naturalnego. A naturalne rzeczy wydają się jakoś mniej niebezpieczne. Niesłusznie.
***

               Cyryl westchnął, tocząc wzrokiem wokół, jakby oczekiwał, że odpowiedzi na tłoczące się w jego głowie pytania zaraz wkroczą przez drzwi i staną tuż przed nim. Niestety odpowiedzi nie wkroczyły, nie stanęły ani w żaden inny sposób się nie objawiły. Nie zobaczył też niczego, co sprowadziłoby na niego nagłe objawienie. Zresztą ujrzenie czegoś podobnego byłoby nie lada dokonaniem – znał ten salonik lepiej niż wierzch własnej dłoni. Cały ten dom. Podłogi z drewnianych desek, ściany z drewnianych beli, kamienny kominek, sprzęty… Wszystko wypisz-wymaluj jak z katalogu dla średnio luksusowych domów letniskowych w lesie, które czasem zakupywali ludzie niecierpiący na niedobory gotówki. Szkoda tylko, że ze wszystkich trzech sypialni na górze w pełni ukończono tylko jedną, przez co musieli się gnieść w parę osób na sofie i łóżku. Ewentualnie spać na podłodze na kocach lub poduchach z foteli. Co prawda znaleźli parę dodatkowych posłań, kiedy odkryli ukrytą piwnicę, ale…
               Ale.
               Dwie obszerne cele z wpuszczonymi w podłogę metalowymi łóżkami, przytwierdzonymi do ścian łańcuchami i śladami krwi na podłodze. Do tego maleńkie mieszkanko przystosowane do tego, aby ukrywająca się w nim osoba mogła przetrwać kilka tygodni, a nawet miesięcy, nie wyściubiając nosa na zewnątrz oraz długi szyb stanowiący niezależne wyjście czy też drogę ucieczki. Nikt z nich nie chciał spać w takim miejscu. Nikt z nich nie chciał myśleć, co odprawiał tam szacowny pan prokurator Crowley. Pomyśleć, że ktoś taki mógł być krewnym Scarlett…
               Zadrżał. Od dnia, kiedy Scarlett przepadła, nie przespał spokojnie ani chwili. Bał się o nią. Nie. Bał się to zbyt słabe określenie. Był bezustannie przerażony. Przerażony tym, co mogło ją spotkać, tym, gdzie mogła się znajdować. Co prawda czuł… Wiedział, że żyje, ale w żaden sposób go to nie uspokajało. Przekonał się na własnej skórze jak wielką krzywdę, jak wielkie zło można wyrządzić drugiej osobie, pozostawiając ją  przy życiu. Niemal każdą chwilę poświęcał poszukiwaniom oraz próbom kontaktu z nią, co nie było proste, jako że nieba rdzo mógł opuścić tego zakichanego domu. A przynajmniej nie bez wzbudzania niezdrowego zainteresowania. Doprowadzało go to do szału. Ta cała bezsilność.
               - To co robimy?
               Spojrzał na Simona, który przypatrywał mu się z tłumionym napięciem. Nie wróżyło to dobrze.
               Simon, Ian, Vince i Ivy swego czasu należeli do tej samej paczki. „Bandy”. Grupki wręcz stereotypowej w swym funkcjonowaniu i zachowaniu. Ian robił za charyzmatycznego przywódcę, Vince za tego niezbyt rozgarniętego, ale wesołego i pełnego energii, Ivy znów za słodką spryciulę, będącą w paczce, ale jakimś cudem nigdy nie pakującą się w kłopoty. Nie bezpośrednio. Simon znów… Simon robił za milczącego przybocznego, wyluzowanego i zawsze spokojnego, czasem rzucającego jakimś ironicznym tekstem. Tego cool dzieciaka, niemal tak fajnego jak przywódca. Rzecz w tym, że swoją postawę wiecznego luzaka przypłacał nieustannym tłumieniem emocji, które później odchorowywał, jako że nie potrafił znaleźć dla nich ujścia. A teraz emocje w nim wręcz buzowały. Przejmował się zniknięciem Scarlett, ale w przeciwieństwie do reszty nie potrafił tego okazać. Ian zrobił się ponury i zgryźliwy, Ivy kłótliwa, Vince w kółko zarzucał szalonymi planami i pomysłami, albo snuł abstrakcyjne teorie odnośnie tego, co spotkało Scarlett. Generalnie nieustannie gadał. Simon znowu tylko był. Milczący, pozornie wyluzowany i obojętny, a wewnątrz napięty jak struna.
Ech… Naprawdę miał nadzieję, że ta struna szybko nie pęknie, bo wybuchy Simona bywały naprawdę nieprzyjemne.
               - Pojęcia nie mam – mruknął. – Może… Może poprosimy o pomoc ciocię Scarlett.
               - Panią Crowley? –Zainteresował się grzebiący w kominku Vince. – Przecież ta baba nas nienawidzi. I Scarlett też.
-                Może, ale jest jej też coś winna, prawda? Tak jak i nam. Zresztą nie tylko ona wchodzi w grę. Jest też Gregory. On jest trochę elastyczniejszy od matki.
               - Lepiej będzie uderzyć od razu do niego – stwierdził Ian. – Ta baba… Znaczy pani Crowley, jest trochę… No ma ciut nie po kolei. Strasznie nerwowa, łatwo panikuje i…
               - Ta baba widziała jak Scarlett rozwala jej mężowi łeb siekierą, a potem razem z Cyrylem pozbywa się jego zwłok. No i też pośrednio przez Scarlett, chciał ją zabić. Gdyby nie ona, żyłaby w słodkiej nieświadomości – ofuknęła go Ivy. – Szczęśliwa. Głupia, ale szczęśliwa. Otwarcie oczu bywa bolesne, a nikt nie lubi bólu i tych, którzy go wywołują. Trochę wrażliwości czopie.
               - A od kiedy ty jesteś taka mądra, hę? Wielka pani psycholog się znalazła. Rodem z kurnika.
               Ivy najwyraźniej nie miała darować Ianowi zniewagi. Zacietrzewiona uniosła się z fotela, co zwiastowało kolejną kłótnię między tym dwojgiem. Nie miał ochoty ani siły słuchać kolejnej pyskówki tego dnia, dlatego interweniował.
               - Oboje macie rację. Pani Crowley poniekąd ma powody nas nie lubić, dlatego bezpieczniej będzie Porozumieć się z Gregorym. Zadzwonimy do niego… - zerknął na tykający na ścianie zegar- Jutro rano. Dzisiaj jest zbyt późno na takie rozmowy.
               - No dobra – mruknął Simon. – Ale wiecie, że to ostatnia deska ratunku? Przynajmniej ta z zakresu rozsądnych działań?
               Cyryl westchnął, przyznając mu w duchu rację. Bez człowieka do pomocy prędzej czy później będą musieli zacząć działać ryzykownie. Naprawdę ryzykownie. Nierozsądnie, szaleńczo.
Gregory… Może on się nada. Pomoże. Otwarty, dość inteligentny, No i nade wszystko krewniak Scarlett. Powinno mu chociaż trochę zależeć na… Kuzynce.
               Ech, Scarlett. Bez niej stali w miejscu. W dodatku… No cholera, tęsknił za nią. Piekielnie. Była jego najlepszym przyjacielem. Do nie tak dawna jedynym, jakiego kiedykolwiek miał. Całymi dniami raz po raz zadawał sobie pytanie, co się mogło z nią stać. To było… Zupełnie jakby ona i Melody wyparowały. W jednej chwili były, w następnej rozbłysk białego światła i puff! Po obu nie został nawet ślad. Jakim cudem? Dlaczego? Nie miał pojęcia. Gdzie była? Też nie wiedział. Kolejne pytania do kolekcji.
               - Dlaczego odpowiedzi nie mogą zapukać do drzwi? – mruknął do siebie.
               Jak na zawołanie, rozległo się pukanie do drzwi. Stanowcze i wyraźnie.
               Zesztywnieli, spoglądając na siebie nerwowo. Nikt nie powinien wiedzieć o tym miejscu. Nikt poza Crowleyami i Scarlett, ale Crowleyowie nie mieli powodu, żeby się tu pojawiać, a Scarlett pierw zadzwoniłaby. Strasznie tego pilnowała. Mogłaby być umierająca, krwawiąca, ale pierw zadzwoniłaby.
               - Chyba odpowiedzi przyszły – szepnął Vince, tłumiąc nerwowy chichot i niespokojnie strzygąc uszami.
               Przez chwilę siedzieli w ciszy, zastanawiając się czy w ogóle odpowiedzieć na pukanie, czy może udawać, ze nikogo nie a w domu. W końcu, gdyby okazało się, że przed drzwiami stoi jakiś zabłąkany turysta, mogliby wpaść w poważne kłopoty. A jeżeli nie… Cóż, wyobraźnia podpowiadała Cyrylowi same nieprzyjemne scenariusze.
               - Dajcie spokój, wiem, że jesteście w środku. Obserwuję dom od trzech dni – rozległ się obcy, damski, nieco chropowaty głos. – Nie chce nic złego. Możemy sobie nawzajem pomóc.
               Wymienili spojrzenia i wstali ze swych siedzisk, gotowi zaatakować, gdyby osoba za drzwiami zechciała się na siłę wedrzeć do środka lub w inny sposób zamanifestowała złe zamiary. Nie, żeby normalny człowiek chciał się mierzyć z kimś… Z czymś takim jak oni. Albo miał z nimi szanse.
               - W jaki sposób możemy sobie pomoc? – krzyknął Cyryl. – Co o nas wiesz?
               - Przed laty zaginął mój siostrzeniec. Prowadziłam śledztwo i doszłam do wniosku, że spotkało go to samo, co was. Że był jedną z zabaweczek… Chyba wiecie, co mam na myśli. Chcę go odszukać.
               Oj wiedział, co ma namyśli. Wiedział i to aż za dobrze. Pozostali również. Wszyscy z miejsca stali się niespokojni i… Ciekawi. Tym bardziej, że zabaweczki – z tego co wiedział – powinny zostać zniszczone. Czy też raczej zamordowane. Drugi raz.
Na sztywnych nogach ruszył do drzwi, odsuną ciężką zasuwę i otworzył. Po to by stanąć twarzą w twarz ze średniego wzrostu, czarnoskórą czterdziestolatką. Dość sympatyczną, chociaż mająca w twarzy coś zwariowanego. Takie trochę skrzyżowanie kury domowej z Woopy Goldberg. Zmokniętej kury domowej, bo na zewnątrz padało od jakiejś godziny.
               - No nareszcie – Uśmiechnęła się, przytulając do piersi wielką, kolorową torbę i wyciągając ku niemu dłoń. Nie sprawiała wrażenia ani trochę przestraszonej czy speszonej, co stanowiło dla niego sporą nowość. – Nazywam się Rachel Fritz.
               - Cyryl Goldmount – mruknął odruchowo ściskając jej dłoń. Dopiero, gdy dotknął chłodnej skóry, wzdrygnął się, uświadamiając sobie, co robi.
               - Świetnie. Skoro mamy to już za sobą, to może mnie wpuścisz, złociutki? Czy może mam tutaj dalej moknąć?
               - Ależ oczywiście, ale pierw poprosiłbym o torbę. – Mruknął wymownie wyciągając rękę, a kobieta uniosła brwi. – Bez urazy pani Fritz, ale nie ufamy tu obcym. Mamy swoje powody.
               - Proszę złociutki, nie mam nic do ukrycia… A przynajmniej nie tam.
               Wyciągnęła dłoń z torebką przed siebie. To wystarczyło, aby Vince momentalnie pojawił się obok niej, przejął przedmiot i bez pardonu zaczął przeglądać rzeczy kobiety. Z natury był wścibski i zawsze pchał paluchy, tam gdzie nie trzeba, ale tym razem Cyryl rozumiał go. Pani Fritz stanowiła powiew nowości, pierwszy od miesięcy namacalny kontakt ze światem zewnętrznym. Osobę, z którą mogli porozmawiać. Człowieka, który nie był Scarlett. Dlatego też oszczędził sobie surowego spojrzenia, gdy rudzielec przetrząsał torebkę ich nieoczekiwanego gościa.
               - Napije się pani herbaty? – Zaproponowała nieco nerwowo Ivy, wyraźnie nie wiedząc jak zareagować. – Bo niestety kawy nie mamy. Scarle…
               Ian syknął nerwowo, posyłając jej ostrzegawcze spojrzenie. Powiedziała parę słów za dużo.
               - Nie musisz być taki nerwowy kochanieńki – pani Fritz uśmiechnęła się do niego. – Wiem o waszej przyjaciółeczce i wiem, że zniknęła. Być może nawet wiem, jak pomóc wam ją odzyskać, bo raczej nie zdoła stamtąd wrócić sama… A przynajmniej nie prędko.
Napięcie towarzyszące Cyrylowi od momentu znikninięcia Scarlett uderzyło ze zdwojoną siłą. Nie kontrolując tego, co robi, gwałtownym szarpnięciem obrócił do kobietę siebie i złapał ją za ramiona w iście żelazny chwyt. Bolesny… Przynajmniej dla większości ludzi.
               - Jeżeli ma pani coś z tym wspólnego… - warknął.
               - Nie kochanieńki, nie mam – pani Fritz odpowiedziała spokojnie, a z jej ust nie schodził łagodny, pełen spokoju uśmiech, co momentalnie go otrzeźwiło. Nie był czymś, wobec czego można być tak spokojnym. Nie, kiedy się zdenerwowało. Wiedział o tym nazbyt dobrze. – Po prostu dotarłam przez nią do was… Czy raczej przez jej wyszukiwania w Internecie. Wiecie, mam dobrego przyjaciela hakera. BARDZO utalentowanego, żeby nie powiedzieć genialnego. Pomogłam mu w paru sprawach i teraz, w ramach wdzięczności, pomaga mi w poszukiwaniach Charliego, znaczy mojego siostrzeńca. Kilka tygodni temu  odkrył, że ktoś wpisuje interesujące frazy w wyszukiwarkę… A teraz, byłabym zobowiązana, gdybyś mnie puścił, kochanieńki.
               Natychmiast zwolnił uścisk, jednocześnie cofając się o krok i przypatrując się kobiecie. Okrągła, upstrzona paroma zmarszczkami twarz, wełniany, babciny sweter i wyprasowane w kant dżinsy kojarzące się ze stereotypowym wyglądem starej panny oraz pasująca do tego wszystkiego jak pięść do nosa, skórzana kurtka motocyklowa. Nic nadzwyczajnego. Ani w tym, ani w kocich okularach rodem z ubiegłego wieku czy krótkich, warkoczykopodobnych dredach upstrzonych paroma koralikami. Jednak było z nią coś nie tak. Nawet pomijając to, że się go nie bała. Że się ich nie bała… A przecież mogliby ją rozedrzeć na  strzępy w mniej niż minutę, gdyby chcieli.
               - Gdzie jest Scarlett? – zapytał, siląc się na spokój.
               - Uwierzysz, jak powiem, że w sąsiadującym wymiarze, gdzie króluje magia…
               - Że co?!
               -… o czym wiem, bo jestem nieumartą nekromantką, tak zwanym liszem, która potrafi odczytywać magiczne ślady? I która ma wszelkie prawo podejrzewać, że to, co przytrafiło się wam oraz Charliemu to robota innego nekromanty? W dodatku bardzo potężnego. Niestety. Niestety bo prędzej czy później będziemy musieli mu nakopać, co nie będzie łatwe.
               Zatkało go. Po prostu go zatkało. Co ta kobieta sobie wyobrażała, przychodząc tutaj, burząc ich spokój i opowiadając takie …
               - Brednie. Z całym szacunkiem paniusiu, ale chyba jest pani ostro walnięta na mózg – odezwał się Ian, wypowiadając na głos jego myśli. Zresztą nie tylko jego. Pozostali tez patrzyli na panią Fritz… Z powątpiewaniem. – Powinna pani się udać do jakiegoś specjalisty. Psychologa, psychiatry czy kogoś.
               Kobieta uśmiechnęła się słodko, wyraźnie spodziewając się takiej reakcji… Po czym zupełnie nieoczekiwanie, gwałtownym i stanowczo zbyt silnym ruchem jak na panią w średnim wieku wbiła palce w swe gardło i rozdarła je. Rozdarła rozchylając skórę, która rozdarła się aż do obojczyka, obnażając szarobrązowe tkanki, zsiniałe oskrzela i tchawicę. Wszystkie od dawna pozbawione krwi i martwe. Kompletnie wyzute życia, a mimo to z lekka drgające, kiedy chichotała pod nosem.
               - Ale numer – sapnął Vince, podczas gdy reszta metaforyczne szczęki z podłogi. – A myślałem, że tylko my tak możemy… Ale my nie jesteśmy z mięsa.
               Cyryl spojrzał w nieruchome oczy pani Fritz, momentalnie rozumiejąc, co mu w niej nie pasowało. W ogóle nie mrugała. Ani nie oddychała. Do tego ta jej lodowata skóra…
               Odruchowo zacisnął dłonie w pięści. Wyglądało na to, że jego życzenie się spełniło i odpowiedzi same zapukały do drzwi. Odpowiedzi zapakowane w ciało żywego trupa. Pytanie tylko czy to dobrze czy źle? W końcu, jak to mawiają, „uważaj czego sobie życzysz, bo nigdy nie wiesz, kto słucha”…

Ostatnio zmieniony przez Le0kadia (29-04-2019 o 21h54)

Online

#6 16-06-2019 o 17h27

Straż Cienia
Le0kadia
Akolita Jednorożców
Le0kadia
...
Wiadomości: 327

4 Punkt stały.

              Karuto rozejrzał się po kuchni – swoim królestwie –  władczym spojrzeniem, na co podkuchenni i pomywacze zagęścili ruchy, zerkając niepewnie w jego stronę. Wszyscy wyczuwali w powietrzu dziwną atmosferę napięcia. Nic dziwnego. Dzisiaj miał zjawić się wśród nich, nowy nie do końca chciany pracownik. Właściwie to pracownica. Ziemianka.
              Satyr zmarszczył poorane zmarszczkami czoło, usiłując sobie przypomnieć imię dziewczyny. To dziwne, wiedział o niej mnóstwo rzeczy, ale jakoś to pokracznie brzmiące, ziemskie imię ciągle wypadało mu z głowy. Jak do diabła… Ach tak, Scarlett. Scarlett Wood. Smarkula miała zjawić się za dziesięć minut i naprawdę lepiej dla niej, żeby się nie spóźniła.
              Nie chciał zatrudniać tej… Wood. Miał kompletna załogę. Niestety Miiko poprosiła go o to. Bardzo oficjalnie. Wczoraj zaprosiła do swojego gabinetu i bardzo szczegółowo wyłożyła sprawę. Opowiedziała, jakie to rzeczy usłyszała od Ziemianki, o tym, że dziewczyna chce porozmawiać z Wielką Trójką i prosić o pozwolenie na realizację swojego szalonego pomysłu. Potem napomknęła, że poprosiła już paru strażników, aby miało na Scarlett oko na tyle, na ile to możliwe bez wzbudzania jej podejrzeń. Zaraz po tym dodała, że bardzo pomocny byłby też jego udział inwigilacji dziewczyny, bo… Jak ona to określiła? Jakoś tak pokrętnie, nieco zabawnie… Ech, nie pamiętał dokładnych słów, ale chodziło o to, że nieustannie patrzy swoim podwładnym na ręce – jakby to było coś złego – i zna wszystkie plotki… Trochę go to rozsierdziło, bo zabrzmiało tak jakby był jakimś połączeniem sapiącego w kark pracownikom, upierdliwego szefa i plotkarskiej baby. Przecież  musiał nadzorować to, co się dzieje w kuchni, prawda? Prawda! W końcu to byłaby tragedia, gdyby ktoś przypadkiem bądź umyślnie zatruł posiłek. Wystarczyłaby odrobina nieświeżego mięsa, żeby połowę członków Straży powaliła obstrukcja. A co do plotek… Przecież to nie jego wina, że przez stołówkę i kuchnię przechodziło ich najwięcej. On po prostu je słyszał czy chciał czy nie, no i miał dobrą pamięć. No i czasem zdarzało się, że usłyszał coś ważnego, wtedy się tym dzielił, no bo jakby mogło być inaczej. Tylko dbał o bezpieczeństwo Straży…
              W każdym razie, Miiko stwierdziła, że on będzie mieć Scarlett na oku, nawet traktując ją jak innych, a co za tym idzie wszystko powinno wyjść bardzo… Naturalnie. Znowu naturalne zachowania rzadko budzą podejrzenia. No i o to chodziło. Żeby ta cała Wood poczuła się względnie swobodnie i nieco więcej powiedziała o tym… Tym wszystkim. W końcu  opowieść Ziemianki miała więcej luk niż uśmiech narwanego brabgelota.
              Swoją drogą, nie rozumiał, czemu Miiko tak bardzo przejmuje się tym, co Ziemianka powiedziała… Albo  tym, czego nie powiedziała. Owszem, historia była popaprana, ale nie widział związku między nią a Eldaryą. No… Niby teoretycznie istniała możliwość, że Scarlett jest genialnie zamaskowanym szpiegiem, chcącym zbliżyć się do ich sojuszników i zabić ich, celem wywołania międzynarodowego konfliktu, ale… No właśnie: „ale”. Nie jedno „ale”. Po pierwsze byłoby to przekombinowane – wywołanie na Ziemi sztucznego przeskoku, żeby podrzucić im Ziemiankę-morderczynię, która nie zna nawet słowa po eldaryańsku, ma dziwne pomysły i opowiada pokręcone historie…  Przerost formy nad treścią. Istniało wiele prostszych i pewniejszych sposobów. Po drugie Scarlett zbyt zwracała na siebie uwagę. Niby miała twarz mogącą stanowić definicję słowa „pospolitość”, ale te blizny, ta NOGA. Nawet pomijając jej pomysł z podróżowaniem między wymiarami „na trupa” i „radosną” opowieść o życiu rodzinnym, było tego stanowczo za dużo. Do tego… Nie potrafił tego zdefiniować, ale dziewczyna nie sprawiała zdolnej do takiej gry. Bardziej wyglądała na kogoś, kto jeżeli zechce kogoś zabić, to zwyczajnie złapie za siekierę, zakradnie się do niego od tyłu i rozwali mu łeb.  Cicho, prosto, bez zbędnego gadania.
              Właściwie, to chyba jedyne, co powinno budzić w nich prawdziwy niepokój. Młoda przyznała się do zabójstwa wujka, a do tego sprawiała osoby mogącej zabić po raz kolejny i to bez większych wyrzutów sumienia…
              Dlatego właśnie bał się puścić ją w pobliże garnków. Siekiera w łeb czy trucizna do zupy – to i to należy do kategorii zabójstw „łatwe i szybkie”.
              Westchnął, ponownie zerkając na zegar. Przed laty odszedł że straży w mieście Helem, między innymi po to, żeby uciec od tego typu rozmyślań. Naprawdę, chyba powinien się zatrudnić jako kucharz w zwykłej knajpie, a nie tutaj, gdzie wrzało. Gdzie było tyle plotek i poszlak.
              Minuta. Minuta i ta cała Scarlett się spóźni, a wtedy…
              Rozległo się ciche, ale stanowcze pukanie do drzwi.
              - Wejść.
              Stanęła przed nim. Wbita w prostą szaro-zieloną tunikę i brązowe spodnie zdawała się chcieć stopić z otoczeniem.
              Spoglądała na niego nieco z pode łba, nieco strachliwie, nieufnie, a zarazem jakoś tak zimno, dziwnie stanowczo. Nie robiła najlepszego wrażenia… Przynajmniej nie postawą. Chcąc nie chcąc musiał przyznać, że ubrała się o wiele lepiej niż większość nowych, przychodzących do pracy w kuchni. Prosty, nie utrudniający ruchów strój, brak ozdób no i chusta na włosach - jakoś nowym rzadko przychodziło do głowy, że innym może się nie podobać włos w gulaszu. Zresztą ręce dziewczyny też dobrze wyglądały. Wyszorowane do białości, przyozdobione krótko przyciętymi , czystymi paznokciami.
              - Miałam przyjść  tu do pracy – mruknęła.
              Skrzywił się. Mówiła poprawnie, ale jej akcent brzmiał tak okropnie, że aż bolało. W pierwszym momencie nie zrozumiał nawet, co mówi. Dopiero, gdy jego umysł ponownie przetworzył dźwięki, jakoś do tego doszedł.
              - Zgadza się. Podobno pracowałaś kiedyś w kuchni?
              - Tak, ale na Ziemi kuchnia… Żyje?…  Nie to nie właściwie  słowo… Jest trochę inna. Mamy maszyny i substancje do mycia naczyń i rozmaite urządzenia. Nie wiem jak poradzę sobie z bardziej… Mmm… Pracując tradycyjnie.
              Cóż. Dziewczyna miała luki w słownictwie, ale Miiko nie myliła się. Znała język na tyle, żeby bez problemu się porozumieć. W podstawowych kwestiach a nawet więcej. No i nie kłamała. Nie mówiła, że wszystko ogarnie od tak. Doceniał to… Co nie zmieniało faktu, że nie chciał jej w swojej kuchni.
              - Mam nadzieję, że krojenie i obieranie warzyw oraz zmywanie nie przekroczą twoich umiejętności, bo tym właśnie będziesz się głównie zajmować – burknął, po czym wskazał jej wór pokrytych grubą, twardą skórką bulw. – Tam masz wór bdukarów do obrania. Łap fartuch, łap za nóż i  bierz się do roboty. Raz, raz, raz! Obiad dla kilku setek głodnych gąb sam się nie ugotuje.
              Dziewczynie nie trzeba było powtarzać. Złapała za fartuch, złapała za nóż i zaczęła obierać. Nie patrzyła na boki, nie rozglądała się, nie mieliła ozorem. Zwykle podkuchenni zajmujący się prostymi, nie wymagającymi skupienia czynnościami nieustannie paplali, ona nie. Owszem, odpowiadała na zadawane pytania, ale sama nie zagadywała. Właściwie w ogóle nie odzywała się sama z siebie. Milcząc obierała jedną bulwę za drugą. Najpierw nieco niezdarnie, potem coraz szybciej i sprawniej, kiedy już znalazła sposób na rozprawienie się z nimi. W końcu, po blisko dwóch godzinach, powierzony jej wór był pusty. Widząc to, dał jej kolejny wór warzyw do obrania, tym razem kłączy tarabura. Te, posiadające gruba, szorstką jak tarka skórę, zajęły jej nieco dłużej, ale – w przeciwieństwie do wielu początkujących kuchcików – udało jej się przy tym nie pokaleczyć palców. Dopiero, gdy dostała jaja gnilca – długie strąki zawierające delikatne nasiona otoczone cuchnącym, drażniącym oczy płynem – poprosiła go o pomoc. O instrukcje jak sobie z nimi radzić. Gdy podpowiedział jej to i owo, ta ponownie podjęła pracę. W milczeniu, skupieniu, wykonując niemal mechaniczne ruchy.
              Westchnął. Musiał przyznać, że – ku jego zaskoczeniu – pracownikiem była całkiem niezłym.  Robiła to co miała robić, nie marudziła, nie rozpraszała innych. Jeżeli znów chodzi o nią jako osobę… Cóż, po czterech godzinach przebywania z nią w jednym pomieszczeniu i zamienieniu ledwie kilku zdań i to wyłącznie na tematy służbowe nie mógł wydać żadnej opinii. Jednak miała w sobie coś co sprawiało, że wręcz odruchowo czuło się do niej… Hm… Może nie niechęć, ale na pewno swego rodzaju chłodny dystans. Chociaż była mu zupełnie obojętna, mając do wyporu pogawędkę z nią, a – dajmy na to – tym wstrętnym złodziejaszkiem Chrome’em, wybrałby Chrome’a. Smarkacz nie raz napsuł mu krwi, ale nie otaczała go ta… Ta dziwna, niewidzialne bariera, co Ziemiankę. Ten przenośny, emocjonalny mur.
              Westchnął. Jak tak miała wyglądać praca dziewczyny w kuchni, to nigdy nie wyciągnie na jej temat żadnych wniosków, ani niczego się o niej nie powie. Tym bardziej, że reszta kucharzy i podkuchennych, zniechęconych jej obojętnością – uprzejmą, ale jednak obojętność – dała sobie spokój z zagadywaniem dziewczyny.  Hm…
              Zerknął na szorującego gary młodego gnoma i uśmiechnął się w głębi swojej duszy. Smarkacz nie ukrywał, że nie lubi ludzi i od samego początku posyłał Ziemiance złe spojrzenia. Może by spróbować troszeczkę namieszać?
              - Dobra, zostaw to komu innemu – mruknął, wskazując na wór strąków. – Po całym dniu obierania palce ci zesztywnieją i jutro będziesz do niczego. Idź na zmywak, tak dla odmiany.
Poszła. Z zawziętością i w skupieniu drapała metalową szczotą wnętrze żeliwnych garów z resztek potraw. Najpierw spokojnie i miarowo, tak jak wcześniej obierała warzywa, ale wraz z biegiem czasu, jej szczęki stawały się coraz silniej zaciśnięte, a postawa sztywna. Nic dziwnego. Jovu – bo tak miał na imię gnom – nie ułatwiał jej pracy. Co chwilę syczał w jej stronę coś nieprzyjemnego, wykorzystywał każdą okazję, aby „przypadkiem” ją szturchnąć bądź ochlapać brudną wodą.
              Obserwował to wszystko, nie reagując. Był ciekaw, jak rozwinie się sytuacja. Na razie Scarlett wykazywała się wręcz niewiarygodną cierpliwością – obojętna mina, pozorny brak reakcji. Gdyby był na jej miejscu, już jakiś czas temu powiedziałby Jovu to i owo… Albo po godzinach pracy nieco obił gnojowi buźkę, wyjaśniając co nieco. Z obijaniem buźki Ziemianka mogłaby mieć małe kłopoty, w końcu ludzie są znani ze swej nikłej tężyzny fizycznej, ale przypuszczał, że w końcu jakoś zareaguje. Miał  tylko nadzieję, że się nie rozpłacze. Nie cierpiał płaczących kobiet. Nigdy nie wiedział, jak się wobec nich zachować. W dodatku miałby wtedy okropne wyrzuty sumienia , że do tego doprowadził.
              Krzyczał, poganiał, kroił, mieszał, kosztował… A wszystko to mając oko na Scarlett. No, właściwie to miał na WSZYSTKICH oko, jak zawsze, ale na nią zerkał nieco częściej niż na pozostałych. Widział jak wzrasta w niej frustracja. By ciekaw kiedy…
              Jovu, po raz kolejny „przypadkiem” ją szturchając, strącił łokciem spory tasak na podłogę. Scarlett bez słowa schyliła się po niego…
              Huk jaki nastąpił chwilę po tym sprawił, że wszyscy podskoczyli, nawet on, chociaż poniekąd się spodziewał tego, co nastąpi.
              Dziewczyna z rozmachem wbiła ostrze w drewniany blat, tuż obok dłoni gnoma, przy czym było to najbliższe obok, jakie mógł sobie wyobrazić. Połyskujące, stalowo-szare ostrze ściśle dotykało sinawej skóry młodzika. Ułamek milimetra w bok i odcięłaby mu płat ciała. W dodatku ta szybkość, ta precyzja… Scarlett „atakując” poruszała się wprost błyskawicznie, a opuszczając ostrze wykazywała absolutną pewność ruchów. Prawie jak wojownik. Prawie.
              Karuto ostrzegło przed tym, co nastąpi, krótkie, chłodne spojrzenie, jakim obrzuciła gnoma, nim schyliła się po tasak. Wtedy wszystko sobie – świadomie bądź nie – przekalkulowała, na co nie było czasu w trakcie walki czy to wielkiej bitwy, czy to bijatyki w ciemnym zaułku miasta. W tedy trzeba reagować szybko i instynktownie.
              Nie wiedział do końca czemu, ale miał wrażenie, że dziewczynie  z trudem przychodzi reagować naturalnie. Coś w jej gestach, jej spojrzeniach, tej pozbawionej jakiegokolwiek wyrazu twarzy…
              - Upuściłeś – mruknęła spoglądając wprost w oczy zaskoczonego, może nawet przestraszonego Jovu. Jej głos, podobnie jak wyraz twarzy był kompletnie pozbawiony wyrazu.
Nastąpiła chwila pełna napięcia, podczas której spojrzenia dwanaściorga pozostałych pracowników kuchni  ukradkiem skierowały się w jego stronę. Wielki Karuto zareaguje czy uda, że nic się nie stało?
              Uśmiechnął się wewnątrz siebie i udając, że jego uwagę w zupełności absorbuje dochodząca w piecu pieczeń, postawił na drugą z możliwości. Po pierwsze dlatego, że Jovu należała się nauczka. Po drugie interwencja mogła spowodować, że Scarlett zacznie bardziej uważać na swoje zachowanie a to byłoby bardzo niefortunne. W końcu, skoro już podjął się zadania obserwacji Ziemianki, to wypadałoby, aby wykonał je jak najbardziej rzetelnie, prawda? Utrzymał dobre warunki obserwacji, pozwalając nadzorowanemu obiektowi poczuć się w miarę pewnie i swobodnie. Tak jak robił to, kiedy jeszcze był strażnikiem w Helem.

***

              - Wolność! – Krzyknęła na całe gardło Karenn, na co Alajea nie potrafiła powstrzymać uśmiechu. – Wreszcie koniec tego zakichanego szlabanu… Naprawdę, Jamon chyba oszalał. Miesiąc karnych zajęć tylko za to, że chciałam porozmawiać z Ziemianką? Też coś.
              Syrena ponownie się uśmiechnęła. Osobiście miała na ten temat nieco inne zdanie. Włamanie do celi potencjalnie niebezpiecznego, mogące stanowić zagrożenie sanitarne więźnia to nie „tylko”. Każdy inny na miejscu Karenn też otrzymałby taką karę. Rzecz w tym, że wampirzyca zwykle unikała poważniejszych konsekwencji swoich czynów ze względu na brata. Nevra naprawdę nie miał z nią łatwego życia – z jednej strony usiłował ją za wszelką cenę chronić, z drugiej wpoić jej nieco odpowiedzialności , co średnio mu wychodziło ze względu na to pierwsze.
              Wkradając się do celi Ziemianki Karenn miała pecha, że natknęła się na Jamona, a nie na Nevrę. Swoją drogą Alajeę zawsze interesowała swoista wybiórcza głupota krwiopijczej przyjaciółki. Karenn była inteligentna. Bardzo. Potrafiła wyciągać trafne i szeroko idące wnioski na podstawie ledwie kilku poszlak, manipulować innymi, nie raz przechytrzała członków Straż starszych od niej i wiekiem, i stopniem. Jednak, gdy w grę wchodziła jej niepohamowana ciekawość, jej wścibstwo… Wtedy stawała się ślepa. Ślepa na konsekwencje, jakie mogą spotkać zarówno  ją i innych za jej ciekawość. Ślepa na to, że wykradając daną informację niewiele zyska. Czasem nawet nic, gdyż dana rzecz i tak miała zostać ogłoszona. Zupełnie jakby dręczyła ja jakaś bliżej nieokreślona, umysłowa choroba na tym tle.
              - Biorąc pod uwagę jak bardzo Jamon i Miiko byli wściekli na ciebie, to i tak wyszłaś z tego obronną ręka – uśmiechnęła, woląc nie dodawać „w pełni sobie na to zasłużyłaś”. Na tym w sporej mierze opierała się ich przyjaźń: ona nie mówiła tego zakazanego zdania, a Karenn nie wytykała jej zdziecinnienia. I naiwności. I paru innych rzeczy, przez które inni jawnie podważali jej kompetencje jako strażniczki. – Teraz wypadałoby, żebyś była chociaż przez chwilę grzeczna, bo jak nie to wiesz co będzie.  Jamon jak Jamon, ale Miiko mocno …
              - Tak, tak, tak… Aż tak głupia to nie jestem. Jak w ciągu miesiąca drugi raz tak mocno podpadnę Miiko, to nie dość, że Nevra mi nie pomoże, to jeszcze sam się narazi, a naprawdę wolałabym, żeby zachował stanowisko.
              Alajea nieco w to powątpiewała, chociaż ostatni wybuch szefowej Lśniącej Straży mógł istotnie nabić wampirzycy nieco rozumu do głowy. Nie było jej przy rozmowie między nimi dwiema, ale słyszała, że kitsune  niemal doprowadziła Karenn do płaczu. Jednak, cokolwiek nie wydarzyło się za drzwiami gabinetu szefowej Lśniącej Straży, nie odebrało nastolatce animuszu.
              - To co masz zamiar teraz zrobić, hm? – zapytała rozbawiona syrena, spoglądając na nią z ukosa. – Jak chcesz uczcić ten dzień?
              - Po pierwsze dopadnę Ziemiankę.  Jestem jej szalenie ciekawa. Poza tym, chociaż nie miałam zbyt wielu okazji do nadstawiania uszu, to i tak słyszałam o niej ciekawe pogłoski. – Na policzkach dziewczyny wykwitły rumieńce ekscytacji. – Podobno od tak wymyśliła, że można by podróżować między światami tymczasowo się zabijając i chce się widzieć z Wielką Trójką! No i mówią, że Miiko odbyła z nią długa rozmowę, a ta jej nagadała niewiadomo co, przez co Miiko przez parę dni była niespokojna!
              - Co do podróży między światami „na trupa” to już tyle osób o tym mówi, że to chyba prawda. Tym bardziej, że nikt z wyższych stopniem nawet nie próbuje temu zaprzeczyć. To o Wielkiej Trójce też  może być prawdą. Zresztą pewnie i tak by chcieli zobaczyć Ziemiankę, więc czemu nie miałaby przy okazji o to i owo ich zapytać, ale te całe tajemnicze informacje…  Miiko jest od dwóch miesięcy podenerwowana, więc nie przywiązywałabym do tego większej wagi.
              - Ja czuję, że cos w tym jest i muszę się dowiedzieć co!
              - Przecież…
              - Przecież, przecież, ech…  Przecież wielu rzeczy można się dowiedzieć na różne sposoby! Niekoniecznie pakując się w kłopoty. Ja zamierzam się zaprzyjaźnić z Ziemianką, wtedy sama mi wszystko powie. To nie powinno być trudne. Jest tu sama, z dala od rodziny, pewnie z radością powita troskliwą, życzliwą jej duszyczkę. Kogoś, komu mogłaby się wypłakać na ramieniu. Kogoś, kto chociaż trochę zna jej język. Swoją drogą, być może dzięki niej uda mi się nieco podszkolić ten ziemski dialekt… Jak mu tam? A! Angielski. Jeżeli się tego i owego nauczę, może wreszcie pozwolą mi uczestniczyć w jakiejś misji na Ziemi.
              Alajea do tej pory widziała Ziemiankę kilkukrotnie, z daleka. Nie zamieniła z nią ani słowa, ale jakoś nie wyobrażała sobie tej ponurej, dziwnej  dziewczyny płaczącej komuś w ramię. Zwierzającej się z trosk i problemów. Na pewno nie Karenn ani jej samej.  Miała przeczucie, że plan wampirzycy może nie pójść tak gładko, jakby ta sobie tego życzyła. Jednak nie zamierzała „przemawiać jej do rozsądku”. Raz sama niejednokrotnie robiła bardzo głupie rzeczy, dwa raczej niewiele dałoby to. Kiedy Karenn na coś się uparła to nie było mocnych…
              Swoją drogą starcie osobowości wampirzycy i tajemniczej Ziemianki pewnie będzie ciekawe. Zastanawiała się na kogo postawić w tej walce. Niby lojalność obligowała ją, żeby  kibicować przyjaciółce, ale z drugiej strony obce istoty z opanowanych przez technologię światów mogły mieć niejednego asa w rękawie… Czy też koszmarnej, metalowej nodze.
              - To co, atakujesz ją od razu dobrocią i troskliwością czy odstawiasz to na chwilę? – zapytała.
              - Na razie nie ma co jej atakować. Od dwóch godzin i jeszcze przez najbliższe sześć tyra u Karuto… - Karenn westchnęła teatralnie. – Jak przetrwa dzisiejsza zmianę u tej tyranicznej primadonny na pewno będzie potrzebowała moralnego wsparcia. Dużo moralnego wsparcia.
              - Wtedy zjawisz się ty i…?
              - Uśmiechnę się, wyciągnę życzliwą dłoń, może pokaże co ciekawsze miejsca Kwatery Głównej, zaproszę na herbatę, ciastko…
              - Z tym pokazywaniem Kwatery to się raczej spóźniłaś. Ykhar ma Scarlett pod opieką i już jej pokazała większość…
Przerwała, mrużąc oczy. Jasne światło oślepiło ją, a ciepło słońca sprawiło, że wzdrygnęła się. Od dwóch lat zażywała eliksir umożliwiający jej chodzenie po lądzie, którego nie opuszczała na krok, jednak do niektórych rzeczy nadal nie potrafiła się przyzwyczaić. Nie do końca. W bezchmurne dni było tu tak jasno, do tego wiatr, mnogość zapachów… Oszałamiające. Szczególnie gdy wynurzała się z budynku Kwatery na zalany słońcem plac główny. Po chwili wszystko wracało do normy, ale ten pierwszy moment był jak uderzenie w twarz. Prawie. Nie tak nieprzyjemny, przeciwnie, ale równie oszałamiający.
              - No tak, ta upierdliwa króliczyca może stanowić problem – mruknęła Karenn, marszcząc czoło. Nie przepadała za długouchą Brownie, a  teraz, kiedy obie niejako konkurowały o uwagę Ziemianki, ich stosunki raczej nie miały się polepszyć.  – Ale sądzę, że jakoś ją obejdę. W końcu mam o wiele więcej do zaoferowania niż sztywniacka panna Regulamin.
              - A tak właściwie, to co tutaj robimy? – zapytała Alajea, chcąc zmienić temat.  Kontynuowanie kwestii  czy to Ziemianki, czy to Ykhar tylko mogło poddać wampirzycy jakieś głupie pomysły, czego wolała uniknąć. Owszem, Karenn potrafiła być męcząca, ale te kilka tygodni bez towarzystwa przyjaciółki sprawiło, że wynudziła się jak mops. – No bo skoro Ziemianka jest zajęta…
              - Ach, usłyszałam o czymś, co może cię zainteresować – wampirzyca uśmiechnęła się. – Deryk przyjmuje dzisiaj chowańce i może potrzebować pomocy. Co prawda nie zlecił żadnej oficjalnej misji, ale możemy tam zajrzeć i zapytać.
              - TAK!
              Alajea aż podskoczyła. Uwielbiała chowańce… Właściwie to wszystkie zwierzęta, a chowańce w szczególności. Deryk, jeden z miejscowych przedstawicieli purrekos – mikrych ludzi-kotów – prowadził wielki sklep z chowańcomi, będący jednocześnie kliniką dla nich oraz przytułkiem dla tych które straciły właścicieli. To tam zaopatrywała się większość strażników, którzy posiadali towarzyszy.
              Każda dostawa „towaru” do „Emporium łap, piór i płetw” jak nazywał się sklep, była związana ze sporym zamieszaniem. Chociaż Deryk bronił się jak mógł przed pomocą Straży, woląc wszystkiego dopilnować samemu, to niejednokrotnie musiał prosić o jedną przysługę czy dwie. Alajea wychodziła ze skóry, żeby być wtedy w pobliżu, bo pomoc kocurowi oznaczała możliwość wymiętoszenia i wygłaskania dziesiątek Chowańców i zobaczenia zupełnie nowych stworzeń. Dlatego też słysząc nowinę, pierw wyściskała przyjaciółkę, a potem jak na skrzydłach pognała przez plac i rynek wprost do sklepu.
              Emporium mieściło w piętrowym, budynku z białego kamienia,  pokrytym charakterystycznymi  dla purrekos zdobieniami. Za wielkimi przeszklonymi witrynami można było dostrzec wylegujące się w słońcu, ciepłolubne chowańce, drzemiące lub leniwie obserwujące przyglądających się im przechodniów. Kiedy ktokolwiek wchodził do środka przez wielkie, dwuskrzydłowe drzwi, wcześniej naciskając  fikuśnej klamkę w kształcie kociej łapy wewnątrz sklepu rozbrzmiewał chór cichych dzwonków informując właściciela lub jednego z jego licznych pomocników o przybyciu nowego klienta. Jednak Alajea nie pobiegła do głównego wejścia tylko otoczyła sklep szerokim łukiem i ruszyła na zaplecze, gdzie przyjmowano nowe towary… I nowych bywalców.
              Gdy była prawie na miejscu nieco zwolniła. Coś się nie zgadzało. Niby dostawa Chowańców wyglądała podobnie jak każda inna – wozy, klatki i uwijający się przy nich purrekos – ale z drugiej… Ruchy ludzi kotów były jakby ostrożniejsze, a spojrzenia uważniejsze.  Dopiero po chwili zauważyła, że stworzenia, które przybyły z nowym transportem, wyglądały na nie pierwszej młodości, niektóre z nich pokrywały blizny, a w dodatku praktycznie każde należało innego gatunku.
              Odruchowo sama zaczęła iść wolniej, ostrożniej, kierując się wprost do stojącego z boku Deryka.
              -  Cześć. – Przywitała się, na co kocur, do złudzenia przypominający ziemskiego kota syjamskiego, oderwał spojrzenie niebieskich oczu od trzymanego w łapach notatnika. Posłał jej uprzejmy, aczkolwiek nieco nerwowy uśmiech.
              - Wi-witaj Alajeo. C-co cię sprowadza? – zapytał, jąkając się nerwowo.  Cierpiał na beznadziejny przypadek nieśmiałości, co jednak nie przeszkodziło mu zostać znanym i powszechnie szanowanym kupcem.
              - Słyszałyśmy, że masz nową dostawę chowańców i przyszłyśmy pomóc…
              - Przyszłyśmy?… - mruknął i spojrzał do tyłu skąd nadciągała powoli Karenn.
              - … ale chyba to nie jest normalna dostawa, prawda?
              - No n-nie. D-dzisiaj przysłali m-mi towarzyszy, których więzy zostały zerwane.
              Alajea wymienia szybkie spojrzenie z Karenn, która nagle zdrętwiała, po czym wbiła, wzrok w klatki, w których leżały lub niespokojnie krążyły chowańce… Chociaż właściwie to już nie chowańce tylko ex-towarzysze.
              Chowańce różniły się od zwykłych bestii dwoma rzeczami. Po pierwsze były od nich inteligentniejsze. Po drugie posiały tak zwaną magiczną skazę. Owa skaza była dla chowańców zarazem przekleństwem jak i błogosławieństwem.  Przekleństwem gdyż, inne bestie wyczuwały zawartą w nich magię i odrzucały je. Czasem nawet matka mogła porzucić swojego potomka-chowańca i to jeszcze nim dojrzał na tyle, aby być samodzielnym.  Błogosławieństwem, gdyż dzięki skazie zyskiwały w oczach faery. Otóż magia zawarta w istocie chowańców umożliwiała faery nawiązanie z nimi więzi i uczynienie z nich swoich towarzyszy. Istot im służących, magicznych pośredników, których oczami mogli widzieć, których uszami słyszeć. W dodatku niejednokrotnie po zawarciu paktu dusz i nawiązaniu więzi chowaniec-towarzysz zyskiwał magiczne zdolności. Niewidzialność, zionięcie, teleportacja, tymczasowa dematerializacja… Możliwości było wiele. Jednak pakt dusz miał swoją cenę, czy raczej miało go jego zerwanie. Gdy ginął chowaniec-towarzysz, jego pan przypłacał to potwornym bólem i trwającą blisko miesiąc chorobą. Gdy ginął pan, w pięćdziesięciu procentach przypadków chowaniec ginął wraz z nim. Te, które przeżywały, nie były już takie jak przedtem. Trochę inaczej sprawa wyglądała, gdy pan zrywał więź ze swoim towarzyszem, podnosząc na niego rękę z zamiarem zabicia bądź wyrządzenia mu trwałej krzywdy, co czasem też miało miejsce. Bardzo rzadko, bo podobny czyn nie tylko był powszechnie uznawany za haniebny i traktowany jak przestępstwo, ale też dokonujący go na zawsze tracił zdolności wszelkie magiczne. Stawał się jałowy – niezdolny do czynienia jakiejkolwiek magii, używania artefaktów czy nawet uwarzenia eliksiru, a zarazem podatny wobec wrogiej magii. Podobnie z odrzuconym chowańcem-towarzyszem. Ten przeżywał, jednak tracił wszystkie zdolności magiczne. Nie tylko te nabyte w wyniku nawiązania więzi, ale też te wrodzone jak zdolność nadnaturalnie szybkiego biegu pimpela, lodowa aura xylwy czy wielka regeneracja hydracarysa.
              Jednak, jakakolwiek więź pan-towarzysz nie została zerwana, dla chowańców zawsze stanowiło to wielką traumę. Rzadko nawiązywały z faery pozytywne relacje i prawie nigdy nie pozwalały nikomu na ponowne nawiązanie więzi.
              Więź pan-towarzysz była jednym z powodów, dla których Alajea, chociaż uwielbiała chowańce, nie miała żadnego. Bała się jej ciężaru, odpowiedzialności jaką za sobą niesie. Nie chciała, żeby jakieś żywe stworzenie przez nią tak cierpiało, jak te nieszczęsne istoty w klatkach.
              - A tak właściwie po co ci one? – zapytała nieco bez obcesowo Karenn, wskazując na powoli prowadzone do sklepu  chowańce. – Przecież już nie zostaną niczyimi towarzyszami.
              - A p-po co trzymać n-normalne zwierzęta, skoro nie można z nich zrobić t-towarzyszy? – zapytał  purrekos, posyłając wampirzycy nieco krzywe spojrzenie. – Bo mogą być u-użyteczne. Bo ich towarzystwo jest p-przyjemne. Dlatego tez wielu nie decyduje się na chowańce, tylko trzyma u siebie zwykłe b-bestie, a przynajmniej te dające się łatwo u-ujarzmić. Byli t-towarzysze są o wiele mądrzejsi od swoich zwierzęcych pobratymców, a w związku z tym i u-użyteczniejsi. S-są tacy co w-wola niezwiązane chowańce lub b-byłych  towarzyszy od t-towarzyszy. P-po za tym osieroceni t-towarzysze wymagają o-opieki. Ktoś musi się p-podjąć t-tego zadania i tyk k-kimś jestem ja.
              Alajea zamrugała. Nigdy jej nie przyszło na myśl, aby adoptować chowańca i nie nałożyć na niego więzi towarzysza albo przysposobić sobie byłego towarzysza. Odłożyła tę myśl  do późniejszego rozważenia, powracając do spraw bieżących.
              - To możemy ci w czymś pomóc? – zapytała. – Bo widzę, że pracy macie sporo.
              Purrekos zawahał się na chwilę, spoglądając to na nią, to na Karenn. Nie dziwiła mu się. Obie miały nieszczególną opinię w Straży, a sprawa była delikatna,  ale z drugiej strony niejednokrotnie z nim pracowały i na tym tle nigdy nie było żadnych problemów. Najwyraźniej drugi z argumentów przeważył, bo w końcu skinął głową i przydzielił im zajęcia. Proste, ale potrzebne, takie w których istoty dwukrotnie wyższe od mikrych faery doskonale się sprawdzą.
              Alajea zawsze czerpała radość i sporą satysfakcję z pracy ze zwierzętami i chowańcami, nawet jeżeli te nie należały do szczególnie ugodowych. Nie inaczej było teraz, chociaż wszystkim zadaniom towarzyszyła ponura aura. Nowi podopieczni Deryka  mieli za sobą wiele nieprzyjemnych przygód, które pozostawiły głębokie blizny na ich psychikach i ciałach.
              Większość z przywiezionych towarzyszy straciła swych panów w dość dramatycznych okolicznościach, na co wskazywały ich urazy: blizny, źle zrośnięte kości, naderwane uszy, brakujące kończyny. Nic zresztą dziwnego. To nie były najspokojniejsze czasy dla Eldaryi i łatwo można było się natknąć na zbójów albo bestie wypłoszone z lasów przez wojska partyzanckie.  Same rany starczyły, aby robiło się żal ex-towarzyszy, a jeżeli dodać do tego zbolałe, wystraszone i nieufne spojrzenia… Syrena czuła, że coś ją ściska w dołku. Zresztą nie tylko ją. Karenn, która zwykle była istnym wulkanem energii, także osowiała, tym bardziej, że wśród nowego przybytku Deryka znajdowało się też parę kocich chowańców.  Wampirzyca uwielbiała koty. Nawet do nie będących chowańcami, tylko faery purrekos miała pewną słabość, co niekoniecznie było dobre, bo koci lud słynął ze swej przebiegłości.
              Jak się okazało, do Deryka zjeżdżali ex-towarzysze z całego Zjednoczenia Eel, a czasem i dalszych okolic, bo nie wielu było takich, którzy mieli możliwość i umiejętności pomóc straumatyzowanym Chowańcom. Nic więc dziwnego, że znalazły się wśród nich egzemplarze, których Alajea jeszcze nigdy nie widziała. Niewielki, wielooki stwór o okrągławym, pokrytym fioletowym futrem ciele, tęczowych, nietoperzach skrzydłach i długim ryjku służącym mu do spijania nektaru z kwiatów i wyjadania drobnych owadów wprost z ich gniazd. Porośnięty aksamitną, czarną sierścią rogaty „wąż” o jadowicie zielonych oczach i wąskich, spiczastych uszach. No i to drapieżne,  pozbawione rogów skrzyżowanie pimpela z blackdogiem, bo tylko tak potrafiła określić to stworzenie. Miało żółto-płową sierść oraz było wielkości średniej wielkości psa, a jego anatomia bardzo przypominała tę pimpel a - czy też, jakby go Ziemianie określili, jackalope’a - z paroma znaczącymi różnicami. Po pierwsze, jak już wspomniano, stworzenie nie miało rogów. Po drugie sprawiało wrażenie o wiele masywniejszego. Nie chodziło przy tym o wielkość, a o budowę wskazującą na silne, drapieżne zwierzę.  Inne były też jego przednie łapy – znacznie dłuższe od tych pimpela, ni to wilcze, ni to kocie, przystosowane do chwytania zdobyczy i kopania. Do tego pysk. Oczy zwrócone ku przodowi jak u psa, paszcza o wiele szersza od tej pimpela, a do tego zęby uzbrojone nie tylko w wydłużone siekacze, ale też trzy pary niezbyt długich, lecz ostrych kłów.
              Chowaniec  grzecznie siedział w swojej klatce, czekając na rozładunek, ale jednocześnie sprawiał wrażenie dziwnie czujnego. Wewnętrznie spiętego. To znów dziwnie nie współgrało z dziwnie pustym, jakby rozmytym spojrzeniem jego jasnoszarych oczu.
              Ta dziwna niespójność zwróciła uwagę nie tylko jej, ale też przypatrującej mu się z uwagą i pewną dozą zaprawionej nieufnością ostrożności Karenn.
              -  Co to za stworzenie? – zapytała wampirzyca stojącego najbliżej purrekos.
              - Parthsulp - odpowiedziała krąglutka, szara kocica. – Żyją na Wielkim Stepie. Głównie polują na ptaki i pechowych roślinożerców, ale jedzą tez podziemne bulwy i kłącza. Często oswaja się bestie, żeby pomagały przy polowaniach lub robotach ziemnych, bo są świetnymi kopaczami. Mieszkają w norach. Chowańce są średnio cenione i niezbyt częste. Ten biedak… Cóż, wygląda na to, że jego pan zerwał więź.  Nie rozumiem, jak ktoś może tak okaleczyć i siebie, i towarzysza. To musiał być jakiś choleryczny narwaniec czy coś.  W każdym razie, uszatego znaleziono ledwo żywego w okolicach Tańczącego Powoju. Miał wielki fart, że w porę zorientowano się, że jest chowańcem, a nie zwykłą bestią.
              - Tańczący Powój… To dość daleko od Wielkiego Stepu – mruknęła Alajea, przypatrując się stworzeniu w klatce i z bólem myśląc o tym, jaki koszmar przeżyło. Nie rozumiała okrucieństwa wobec bestii, a tym bardziej chowańców. Towarzyszy. Właściwie to nie wyobrażała sobie, jak ktoś mógłby chcieć zabić swojego towarzysza. Ów ktoś musiał być nie tylko okrutnikiem, ale i głupcem. Pozbawić się magii, wystawić na długotrwałe cierpienie i  trwale utracić część sił, tylko po to, by skrzywdzić stworzenie, które obiecało chronić cię ze wszystkich swoich sił. Szaleństwo.
              Historia parthsulpa była ponura, jednak ani Alajea, ani Karenn nie miały czasu dłużej się nad nią pochylać, bo pracy nie brakowało. Wkrótce zapomniały o nim, zajęte powierzonymi przez purrekos obowiązkami… Przynajmniej tymczasowo. Tymczasowo, ponieważ po jakimś czasie wśród pracujących ludzi-kotów przy klatkach rozległy się donośne okrzyki, a żółto-płowa plama wyskoczyła spomiędzy nich i z niewiarygodną szybkością pognała w stronę osiedli Schroniska Eel. Nie było szans, żeby złapać uciekiniera – parthsulp był zbyt szybki. Nie znaczyło to, że nie próbowano. Paru purrekos rzuciło się za nim w pogoń, ale szybko wrócili.  Chowaniec nie dość, że zbiegł, to przepadł bez śladu.
              - Trzeba będzie zlecić Straży poszukiwania – sapnął wyróżniający się wysokim wzrostem, srebrzysty kocur. – Sami możemy  mieć nie lada kłopot z znalezienie…
              - Ale będziemy musieli znaleźć go sami – oświadczył Deryk, poważnie i stanowczo. Zapomniał nawet o jąkaniu. – Straż nie jest przeszkolona do postępowania z takimi przypadkami, a nie chcemy szkody parthsulpa. Damy sobie radę. Wybiec za bramę nie powinien, pilnują jej strażnicy, a teren Kwatery ma ograniczoną liczbę kryjówek.
              Alejea spojrzała porozumiewawczo na Karenn. Owszem, Kwatera miała ograniczoną liczbę kryjówek, ale i tak była to liczba niemała. W końcu w jej murach zamykało się spore osiedle mieszkaniowe, kilkanaście sklepów, targ, pola ćwiczebne strażników, stajnie oraz rozległy park, o samym, przypominającym rozległy pałac budynku Kwatery nie wspominając. Do tego należy pamiętać, że chowaniec mógł przemieszczać się pomiędzy poszczególnymi kryjówkami, kiedy tylko chciał.
              - A czy parthsulp nie będzie stanowił zagrożenia dla mieszkańców? – zapytała niespokojnie Karenn.
              - N-nie powinien. Nie ufa f-faery i boi się ich, ale nie sądzę, żeby był a-agresywny, chyba że ktoś zagoni go w k-kozi róg. R-roześlę o-ostrzeżenia, żeby go z-zostawić w spoko-koju i n-nas powiadamiać, jeżeli  k-ktoś go z-zobaczy.
              Karen spojrzała powątpiewająco na Alajeę, a ta westchnęła w myślach. No tak, syrena nie raz słyszała, że Deryk bardziej niż faery przejmował się chowańcami . Najwyraźniej nie była to opinia wyssana z palca, jednak nie mogła go za to winić. Ją samą ze strony innych faery spotkało wiele nieprzyjemności,  natomiast ze strony chowańców żadna. Nie istniały chowańce okrutnicy ani rasiści, znowu wśród tak zwanych istot rozumnych zarówno okrucieństwo jak i rasizm nie stanowiły rzadkości.
              Purrekos mieli pokrętny kodeks honorowy odnośnie postępowania z innymi rasami, toteż, chociaż zarówno ona jak i Karenn zgłosiły się do pomocy na ochotnika, obie otrzymały za pracę symboliczną zapłatę.  Karenn paczkę karmy dla swojego chowańca, ona pęk cudnych piór Alfeli oraz obie zostały zaproszone na herbatkę i coś słodkiego. Zajęte przez egzotyczne rośliny, fikuśne meble i raz po raz odwiedzane przez swobodnie spacerujące chowańce zaplecze socjalne sklepu Deryka miało czarodziejski klimat. Lepszy niż jakakolwiek znana Alajei kawiarnia… Chociaż po prawdzie tych nie widziała szczególnie wiele. W każdym razie uwielbiała tam przesiadywać, popijać najlepszą herbatę z dalekich, zachodnich krain, zajadać tajemnicze, korzenne ciasteczka i rozmawiać z Derykiem. Bo purrekos, chociaż nieśmiały, był wspaniałym rozmówcą… Jeżeli tylko przecierpiało się to jego nerwowe jąkanie. Nim trafił do Eel odwiedził wiele egzotycznych miejsc, widział wiele niesamowitych rzeczy i zawsze potrafił opowiedzieć o czymś niezwykłym. Dla Alajei, która nie widziała wiele lądu, opowieści te brzmiały niemal jak baśnie opowiadane przez jej świętej pamięci babkę. Zawsze słuchała ich z fascynacją i wypiekami na twarzy.
              Tak, to był udany dzień. Właśnie dlatego uwielbiała Karenn mimo jej chorobliwego, momentami wręcz autodestrukcyjnego wścibstwa – pierwszy dzień, po szlabanie i wampirzyca zamiast w pierwszej kolejności pomyśleć o sobie, zorganizowała jej czas… Podczas, gdy tak pomyśleć o tym z dystansu, to raczej ona powinna wymyśleć dla Karenn coś przyjemnego.
              - To co teraz? – zapytała przyjaciółkę, przeciągając się, kiedy już opuściły wreszcie sklep Deryka.
              - Jak to co? – Karenn zamrugała wysoce zdziwiona. – Idziemy do Sali Drzwi, żebym mogła „przypadkiem” wpaść na Ziemiankę, kiedy ta będzie wychodzić z kuchni. Wpaść, zagadać i oczarować przyjacielskim spojrzeniem numer pięć.
              Alajea zachichotała jednocześnie przewracając oczami. Naprawdę chciała, żeby wszystko rozegrało się tak jak sobie Karenn zaplanowała, ale jakoś wątpiła w sukces wampirzycy. Ziemianka nie wyglądała na kogoś, kto łatwo nawiązuje  stosunki.
              Chwilę później już były w przepastnym, głównym holu, jak zwykle pełnym ludzi. Wykorzystując tłum schowały się za jednym z szerokich filarów i uważnie obserwowały wyjście z kuchni. Alajea obawiała się, że ze względu na tłok przeoczą Ziemiankę, jednak bystre oko Karenn szybko dostrzegło zwierzynę, jak tyko ta wychynęła z królestwa Karuto. Niepozorna, nieco przygarbiona, ubrana bardzo prosto, niemal ponuro i rozglądająca się czujnie. Nieufnie. Jak pimpel, który wyczuł bliskość blackdoga, ale nie wie jeszcze, gdzie ten się czai.
              Syrena zmarszczyła brwi. To nie było do końca normalne zachowanie… Owszem, niespodziewane przeskoczenie do innego świata musiało być dla dziewczyny szokiem, z którego jeszcze długo się nie otrząśnie, ale bez przesady.
              Karenn jakby tego nie widziała. Uśmiechnęła się szeroko, błyskając śnieżnobiałymi kłami i bez wahania ruszyła w stronę Ziemianki, rzucając przez ramię „życz mi szczęścia”. Alajea pokazała jej na to ściśnięte kciuki i chociaż naprawdę życzyła przyjaciółce sukcesu , jakoś w niego nie wierzyła.
              Przeczucia jej nie myliły. O ile pierwsza część planu Karenn poszła całkiem sprawnie – wampirzyca w bardzo naturalny, autentycznie wyglądający na przypadek sposób wpadła na Scarlett i nawiązała z nią rozmowę. Niestety im więcej mówiłam, tym bardziej Ziemianka się wycofywała. Na jej bladej, pozornie obojętnej twarzy pojawiło się napięcie, a po chwili pochyliła z lekka głowę, wciąż patrząc naprzód, jak zwierzę szykujące się na atak… Jak zwierzę albo chowaniec. Właściwie to trochę przypominała ex-towarzyszy Deryka. Oni też tak wyglądali, kiedy zbliżały się do nich.
Spotkanie Ziemianki i wampirzycy przerwała Ykhar, którą Scarlett wykorzystała jako swego rodzaju barierę czy też parawan, natychmiast wycofując się za jej plecy. Koniec końców Karenn – tak jak Alajea to przewidziała – została sama na placu  boju z rozczarowaną i zdziwioną miną, najwyraźniej nie rozumiejąc jak jej doskonały plan mógł się nie powieść. Bardzo rzadko brała pod uwagę możliwość porażki, zwykle nie uważała jej za opcję.  Jednak zdziwienie szybko wyparowało, a rozczarowanie zaczęło się przeobrażać w wyraz zaciętości.
              Syrena westchnęła. Nie było tajemnicą, że Karenn źle reagowała, gdy nie potrafiła dostać tego, na czym jej zależało. Bardzo długo zajmowało jej zrozumienie, że nie osiągnie celu i uparcie dążyła do niego waląc głową w mur… Póki ta jej nie zaczęła wreszcie boleć. Metaforycznie… A przynajmniej zazwyczaj metaforycznie. Swoją drogą zastanawiało ją, jaką formę przyjmie owo „walenie głową w mur” w tym przypadku? Karenn zacznie wyskakiwać na Ziemiankę z każdego kąta? Śledzić ją?

              Cóż, znając Karenn, jej manię wiedzenia wszystkiego o wszystkich, musiała przyznać, że to całkiem możliwe. Powoli zaczynała  współczuć tej całej Scarlett.
***

              Od czasu rozmowy z Miiko Scarlett była niespokojna… Czy raczej  bardziej niespokojna niż zwykle. Żałowała tego, co powiedziała, chociaż wiedziała, że gdyby milczała żałowałaby tak samo. Może nawet bardziej. Bała się konsekwencji, jakie mogą ją spotkać z powodu tego wszystkiego, co wyznała… Oraz tego, co przemilczała. Nieustannie zastanawiała się, komu kobieta-lis, kitsune jak ją określiła Ykhar, przekazała treść ich rozmowy i co z tego wyniknie. Na pewno wszystko dotarło do uszu szefów Straży i zastępców Miiko, a do kogo jeszcze? Do zwykłych strażników?
              Właściwie to bardziej niż tego, co pomyślą o niej „władze” bała się opinii i podejścia szarych jednostek, bo to właśnie one miały ją otaczać na co dzień. Osoby podejmujące decyzje zawsze były mniej lub bardziej przewidywalne, jako że same nieustannie podlegały osądowi, a ich działania odbijały się szerokim echem. Natomiast tak zwani „zwykli ludzie”, czy też tutaj „zwykli faery”… Oni stanowili niewiadomą, każdy z nich inną. To trochę tak jak w szkole. Kiedy ktoś należał do tych „dziwnych”, do tych „innych” nie obawiał się nauczycieli, nawet jeżeli ci stanowili zbieraninę nienawidzących młodzieży, sfrustrowanych dupków, tylko właśnie innych dzieciaków. Nauczyciele nie okradali z forsy na lunch, nie wrzucali książek przez okno, nie spuszczali głowy w kiblu. Meli większa władzę, ale jednocześnie bardzo ograniczony zakres możliwości. Tutaj było podobnie. Miiko nie mogła „wyskoczyć” z czymś dziwnym. Mało tego złożyła jej obietnicę.
              Obietnicę, którą mogła złamać, lecz spotkałoby się to z konsekwencjami. Mniejszymi, większymi, lecz jednak. Natomiast zwykli przechodnie, tłum, który widywała w stołówce, osoby mijane w drodze do toalety… Oni jej nic nie obiecywali. W dodatku nie znała ich, więc gdyby któryś zechciał uczynić jej coś złego, nawet nie potrafiłaby go wskazać po wszystkim, chyba żeby stanął tuż przed nią. Poza tym…
              Miejscowi nie lubili ludzi. Część z nich nie lubiła. Tak zasugerowała Miiko. Co prawda tajemniczy, ziemscy szpiedzy mieli wszystko na oku – a przynajmniej kobieta-lis zdawała się w to wierzyć – jednak Scarlett szczerze wątpiła, aby uchroniło ją to przed krzywymi spojrzeniami… A nawet czymś więcej.  W końcu ktoś mógł ją „przypadkiem” potrącić na schodach, a ona mogła „przypadkiem” skręcić kark, prawda? W końcu wypadki chodzą po ludziach…
              Westchnęła. Zastanawiała się czy to normalne, że przejmowała się bardziej tym, jak jej ewentualna śmierć mogłaby wpłynąć na to, co działo się w domu, niż samym faktem, że ta mogła nastąpić.
              Przejrzała się pobieżnie w lustrze, odwróciła w kierunku drzwi i nacisnęła klamkę, która opadła z trzaskiem, akcentując początek nowego dnia. Dnia, który wyjątkowo miał się zacząć bez asysty Ykhar. Brownie, bo ponoć tak nazywała się rasa Zajęczycy, momentami bywała uciążliwa, jednak Scarlett nie potrafiła zaprzeczyć, że dzięki niej uniknęła wielu nieprzyjemności… I wiele się nauczyła. Tak, nauczyła, bo odkąd stało się jasnym, że utknęła w tym dziwnym, czarodziejskim świecie – Eldaryi – na dłużej, wypytywała opiekunkę o tutejsze realia, równie często jak ona wypytywała ją o Ziemię. O miejscowe rasy, klimat, zwierzęta… I te całe chowańce. Stworzenia rodem z ziemskich opowieści o wiedźmach. Magicznie przekształcone, mogące służyć i trwale wiązać się z tymi, którzy chociaż częściowo władają magią zostać towarzyszami bądź – w zależności od miejscowego nazewnictwa – domownikami.
              Chowańce. Przez historię o tych stworach patrzyła podejrzliwie na każdego zwierzaka w zasięgu wzroku.
              Jednak dzisiaj bardziej niż super-inteligentnymi, czarodziejskimi przedstawicielami fauny przejmowała się tym, że zaczyna pracę. Pracę w czarodziejskim świecie. Pracę z czarodziejskimi stworami.  Pracę w kuchni pod okiem niejakiego Karuto. Satyra. Wielkiego Karuto, jak sam o sobie mówił, co parokrotnie słyszała.
              Była zdenerwowana. Chyba nawet bardziej niż wtedy, kiedy razem z Cyrylem, Ciocią i Kevinem pozbywali się ciała… Wujka.
Zdenerwowaniu towarzyszyło wrażenie dejavu. Jej pierwsza ziemska praca też była w kuchni. Szefem też był facet o przerośniętym ego. Z tym, że tamten miał nieco ponad dwadzieścia lat i uważał, że praca przy garach jest poniżej jego godności i stanowi tylko nieprzyjemny krok ku świetlanej przyszłości.  Osoba, która uważała się za alfę i omegę sztuki  kulinarnej, zaś samą kuchnię za miejsce niemal święte – a taką podobno stanowił  Karuto – stanowiła nowość.
Do kuchni prowadziły dwa wejścia. Jedno przez stołówkę. Drugie, prowadzące bezpośrednio do królestwa satyra, ukryto za jednym z filarów głównego holu, czy też Sali drzwi, jak nazywała to miejsce Ykhar. Właśnie z nich miała skorzystać.
              Większość przejść do innych korytarzy zamontowano w ozdobnych łukach i obarczono zdobnymi klamkami, jednak drzwi do kuchni ich pozbawiono. Chociaż pokryto je zdobieniami jak niemal wszystko w tej dziwnej warowni, to owe zdobienia komponowały się z ścianą tak bardzo, że trudno był je dostrzec. Wyraźnie ich twórcą zależało, żeby zbyt wiele osób nie kręciło się w pobliżu.
Zawahała się na sekundę. Po prostu wejść czy zapukać? Co lepiej zniesie Wielki Karuto?
              Zapukała, drzwi się otworzyły i po chwili stała w pomieszczeniu stanowiącym kompromis pomiędzy średniowieczną kuchnią, a czymś co do tej pory czasem widywano na wsi. Krokiem w stronę technologii z pewnością były olbrzymich rozmiarów węglowa kuchenka umożliwiająca pieczenie ciast i mięs oraz zlewy z dostępem do bieżącej wody. Średniowiecznego klimatu dodawał ogromny ruszt, jednak nie wyglądało na to, aby był często używany. Na szczęście. Coś czuła, że praca przy nim nie należy do najłatwiejszych i najprzyjemniejszych. Jednak to tyle, jeżeli chodzi o szczęście. Nie miała złudzeń – w tym świecie nie wymyślono jeszcze czegoś takiego jak detergenty do zmywania, zatem szorowanie garnków oznaczało długie drapanie ich różnorakimi drucianymi szczotami i wycieranie ręcznikami, które potem jakaś pechowa dusza musiała prać. Znowu mycie garów tolerowano tu tylko na wysoki połysk – powieszone pod sufitem na hakach naczynia wręcz lśniły czystością, podobnie jak wszelkiego rodzaju noże, widelce, nabijaki i tasaki.
              Szybko rozejrzała się wokół i niemal natychmiast wyrósł przed nią on – Karuto. Zwalisty mężczyzna o kudłatych uszach, zwieńczonych racicami  nogach, złotych, kręconych włosach niczym u cherubina,  nadwadze i  parze charakterystycznych rogów, stanowiących  wizytówkę każdego satyra. Spowity w zakrywający większość krępego ciała, śnieżnobiały fartuch król tego przybytku.
              Z miejsca  wyczuła, że nie jest zadowolony z jej obecności, zresztą nie ukrywał tego: patrzył na nią niemal jak na intruza na swoim terenie. Intruza, którego poddawał pieczołowitej ocenie, taksując wzrokiem stóp po sam czubek głowy. Ocena znów wypadła pozytywnie, o czym świadczyło wygładzenie się czoła, przy jednoczesnym zaciśnięciu ust. Mieszanina uznania i niezadowolenia – niestety dla siebie nie zyskał argumentu, żeby ją zrugać bądź wyrzucić za drzwi. Szczęśliwie oszczędził sobie zbędnych komentarzy i szybko odesłał ją do pracy.
              Zajmowała się głównie obieraniem różnych rzeczy. Nie było to skomplikowane, nie wymagało szerszej współpracy ani kontaktu z innymi. Odpowiadało jej. Pozwalało się skupić na własnych myślach, odizolować… aczkolwiek nie potrafiła nie dostrzec uważnych, momentami nawet podejrzliwych spojrzeń kucharza. Raz czy dwa zastanowiła się, czy Miiko opowiedziała mu o ich rozmowie, a jeżeli tak czy ma to jakieś znaczenie.
              W końcu, gdy obrała spory stos tych dziwnych warzyw – cuchnących, mazistych strąków – a palce bolały ją od nieustannego obracania w nich noża, została oddelegowana na zmywak. Chociaż nie miała złudzeń do tego w jaki sposób odbywa się tutaj mycie naczyń, w pierwszym odruchu ucieszyła ją zmiana zajęcia. Niestety zaraz po tym została otaksowana wzrokiem przez swojego współpracownika, który posłał jej nieprzyjemne, podłe spojrzenia. Momentalnie zrozumiała, że jest jednym z tych nieprzepadających za ludźmi, o których wspominała Miiko. Karuto musiał o tym wiedzieć. Pytanie tylko czy oddelegował ją do pracy z nim ze złośliwości, licząc, że ten ją sprowokuje, a on zyska pretekst, aby się jej pozbyć, czy może chciał sobie przeprowadzić mały eksperyment psychologiczno-socjologiczny? Tego nie mogła stwierdzić, jednak cokolwiek nie stało za jego decyzją, cierpieć na tym miała ona.
              Osobnik z którym pracowała, niewysoki humanoid o szarawej skórze i czole pokrytym przypominającymi rogi guzami, był dość przemyślnym egzemplarzem, potrafiącym być dokuczliwym na dziesiątki sposobów. Część jego uszczypliwości z pewnością widział Karuto –  „przypadkowe” oblanie wodą, dźgnięcie widelcem, szturchnięcia – jednak nie reagował. Niestety widoczne zaczepki stanowiły tylko wierzchołek góry lodowej. Potrafiła znieść nieustające jadowite komentarze oscylujące wokół stwierdzenia „jesteś tutaj intruzem, pasożytem i powinnaś zdechnąć”, jednak nieustannie utrudnianie pracy już ją denerwowało. Natomiast sposobów utrudniania pracy szarawy stwór miał dziesiątki z brudzeniem już umytych przez nią naczyń, podrzucaniem własnych brudów do jej stosu i nieustannym wrzucaniem ostrych sztućców pod powierzchnię mętnej od spalonego tłuszczu wody na czele.
              Na początku towarzystwo negatywnie nastawionego humanoida stanowiło jedynie utrudnienie. Takie, które można bez większego problemu tolerować… Przez godzinę, może dwie. Jednak im dłużej z nim pracowała, tym bardziej jej frustracja narastała. Był jak kamień w bucie. Irytujący, gniotący, którego ni jak nie można wytrząsnąć, a trzeba iść na przód. Po dłuższym czasie marzy się tylko o tym, aby się go pozbyć. Myśli o uldze, jaka nastąpi, kiedy zostawi się go za sobą.  Dlatego też, kiedy jej przymusowy współpracownik upuścił tasak… To był ocierający się o instynkt impuls:  błyskawicznie podniosła ostrze i wbiła tuż obok jego ręki.
              Dopiero, gdy usłyszała ciszę, jaka nastąpiła po incydencie i zobaczyła przestraszone spojrzenie szaro-zielonych oczu „kamienia”, dotarło do niej, co zrobiła. Jak bardzo głupio postąpiła.
              Przestraszony mężczyzna cofnął dłoń, wlepiając  spojrzenie we wbity głęboko w deskę do krojenia tasak, a potem powoli przeniósł je na Karuto, szukając w nim wsparcia. Bezskutecznie. Szef kuchni całkowicie zignorował sytuację, chociaż jego wyraz twarzy, odbijająca się w nim ciekawość, jasno świadczyły, że wszystko widział. Po chwili konsternacji, zakończonej znaczącym chrząknięciem satyra, wszyscy wrócili do swoich zajęć. Ona również.
              Coś jej mówiło, że zdarzenie, będzie miało swoje konsekwencje, echo… Niekoniecznie przyjemne. Jednak na razie cieszyła się jego efektami. Niepokorny współpracownik uspokoił się i  mogła w spokoju kontynuować szorowanie garów, aż do końca swojej zmiany, kiedy to zdała służbowy fartuch Karuto i wyszła z gorącej, pełnej oparów gotującego się jedzenia kuchni. Chociaż i w Sali Drzwi temperatura nie była najniższa tam przynajmniej mogła odetchnąć.
              Wzięła głęboki wdech i rozejrzała się dookoła, zastanawiając „co teraz”. Uciec do pokoju, jak zwykle to robiła do tej pory czy może zaryzykować i wyjść na zewnątrz przewietrzyć się? Samej? W końcu musiała zacząć radzić sobie bez pomocy Ykhar, którą traktowała jak swego rodzaju tarczę. Poza tym nie chciała być dla niej ciężarem, no i coraz częściej chciała zwyczajnie pobyć sama. Niekoniecznie w czterech ścianach swojego lokum.
Chociaż może dobrym pomysłem byłoby się przebrać. Po całym dniu pracy w kuchni jej odzież przesiąkła wieloma, niekoniecznie przyjemnymi zapachami.
              Zawróciła w kierunku swojego pokoju i ledwie zrobiła parę kroków, a wpadła na nią ta dziewczyna… Nastolatka, którą spotkała pierwszego dnia. Ta sama która wdarła się do jej… Hm… Celi? Młodociana wampirzyca o intensywnie zielonych oczach i czarnych, w części zafarbowanych na różowo włosach.
              - Och, przepraszam, nie chciałam… Ach to ty!
              Błysk w zielonych oczach i szeroki, przyjazny uśmiech dziewczyny były dla Scarlett niczym alarm ostrzegawczy. Nikt nie musiał jej mówić, że to spotkanie nie jest przypadkowe.
              Cofnęła się nieco, nic nie mówiąc, bo i nie wiedziała, co mogłaby takiego powiedzieć. Parzyła tylko na nią, na tę kolorową dziewczynę najwyraźniej widzącą w niej coś niesłychanie interesującego. Świdrująca ją ciekawskim, niemal chorobliwy spojrzeniem ukrytym za woalem uprzejmości.
              - Jesteś Ziemianką, prawda? Widziałyśmy się pierwszego dnia – kontynuowała wampirzyca. –  Pamiętasz mnie?
              - Tak – mruknęła zgodnie z prawdą.
              - Przepraszam za swoje zachowanie wtedy. Wiem, że to wszystko musiało być dla ciebie strasznie przytłaczające, ale… Jestem piekielnie ciekawska. Wiem, jak to brzmi, ale to moja naczelna wada, nad którą niezbyt potrafię zapanować. W dodatku człowiek w Eldaryi, w Kwaterze Głównej… Ludzie zawsze mnie fascynowali, to jak bardzo różny jest wasz świat od naszego, jak potraficie egzystować bez magii. Do tego chcę w przyszłości brać udział w misjach na Ziemi… Po prostu nie potrafiłam się powstrzymać. No i żal mi było ciebie. Chciałam cię jakoś uspokoić, pocieszyć, że nic ci nie zrobimy. Dopiero teraz widzę, jakie to było bez sensu. Pewnie tylko namieszałam…
              Słowa wypływały z ust wampirzycy niczym potok, a ona stała i słuchała. Słuchała tego, co już wiedziała. Ykhar wyjaśniła jej tę sytuację już dawno temu, opowiadając to i owo o dziewczynie. W dość neutralnej tonacji, chociaż wyraźnie nie przepadała za nastolatką. Zaczynała już rozumieć czemu.
              -… och, a właściwie gdzie moje maniery. Nawet się nie przedstawiłam. Mam na imię Karenn.
              Dziewczyna wyciągnęła do niej rękę, uśmiechając się szeroko. Scarlett miała ochotę cofnąć się, wyminąć nastolatkę i ruszyć w swoją stronę, zapominając o spotkaniu. Niestety funkcjonowanie w społeczeństwie – jakimkolwiek społeczeństwie, nawet takim wróżek – tak nie działało.  Dlatego bardziej nie chcą niż chcąc krótko uścisnęła szczupłą dłoń dziewczyny, nie odwzajemniając uśmiechu. Niestety nastolatka nie wyglądała na zrażoną.
              - No to skoro złe początki mamy za sobą, to  może masz ochotę się gdzieś przejść? – ponownie opromieniła ją swoim ciut drapieżnym uśmiechem. – Znaczy jeżeli masz czas. Znam tu wiele interesujących miejsc, poza tym pewnie jeszcze nie byłaś za murami… Znaczy nie odkąd Jamon cię znalazł. Naprawdę powinnaś pójść nad plażę. O tej porze roku jest tam niesamowicie. Woda lśni jak klejnot, bryza, no i…
              - Przepraszam, nie mam ochoty na towarzystwo – mruknęła, mając nikłą nadzieję, że dziewczyna po prostu odpuści.
              - Ach… A dlaczego?
              Odszukanie w głowie właściwych słów, aby udzielić dziewczynie pełnej, mającej szanse zbyć ją odpowiedzi, zajęło jej dłużą chwilę.
              - Od kiedy tu trafiłam, rzadko miałam chwilę pobyć sama ze sobą poza pokojem, bo tutaj jestem niesamodzielna i nie znałam języka.  Teraz język trochę znam, wiem trochę jak tu wszystko… Pracuje. Nie… Jak działa. Mogę być sama. Potrzebuję być sama chwilę sama.
              - Wiesz, ale to możesz byle kiedy, a ja nie wiem kiedy znowu będę wolna. Też pracuję – nieustępowana wampirzyca. – A w nowym miejscu jest ważne jest poznać nowe osoby, znaleźć swoje miejsce, przyjaciół. Dzięki temu zawsze będziesz miała obok siebie kogoś, kto ci pomoże i szybciej we wszystko się wdrożysz.  No i masz okazję miło spędzić czas.
              - To tak ze mną nie działa.
              - Jak… Ale dlaczego?
              Odpowiedź była zbyt skomplikowana, żeby mogła jej udzielić dziewczynie mając niezbyt obszerny zasób eldaryańskiego słownictwa. No i zwyczajnie odpowiadać nie chciała. Nie chciała opowiadać tej dziewczynie o sobie. Nie zamierzała dawać pożywki jej wścibstwu. Poza tym nastolatka na odpowiedź nie zasługiwała. Nikt do tego stopnia nachalny nie zasługiwał.
              - Nie działa powtórzyła.
              Dziewczyna zbliżyła się o krok, otwierając usta, aby zadać kolejne pytanie. Scarlett cofnęła się, jednak nie wyglądało na to, aby wampirzyca miała zamiar łatwo odpuścić. Zawód i niezrozumienie w jej spojrzeniu zdawały się domagać wyjaśnień.
              Wtedy pojawiła się Ykhar. Na jej widok Scarlett odetchnęła z ulgą. Nigdy nie była dobra w sytuacjach społecznych takie jak ta i nie potrafiła sobie z nimi radzić. Do momentu poznania Cyryla nie miała żadnych przyjaciół. Rzadko rozmawiała z ludźmi , a jeżeli już to zwykle tylko w sprawach niezbędnych. Zaowocowało to tym, że albo wypowiadała się złożenie i bardzo szczegółowo, mając nadzieję dzięki temu szybciej załatwić daną sprawę i nie musieć się dalej „uspołeczniać”, albo rzucała monosylabami. To znów odrzucało innych od kontaktowania się z nią, co jej odpowiadało. Rzadko miała ochotę porozmawiać z kimś obcym, a jeżeli nawet, to wcześniej długo przyglądała mu się z dystansu, budując sobie o nim opinię. Cyryl i inni… Cóż, oni byli wyjątkiem, aczkolwiek musiała oddać sprawiedliwości, że pierw i Cyryla trzymała na dystans.
              - Wszystko w porządku? – zapytała Ykhar, przyglądając się to jej to Karenn.
              - Tak – wampirzyca uśmiechnęła się na pozór przyjaźnie, lecz było w tym coś cierpkiego. Najwyraźniej w pełni odwzajemniała uczucia Brownie wobec siebie. – Właśnie proponowałam Scarlett wspólne wyjście.
              - A ja tłumaczyłam, że nie ma ochoty – uzupełniła Scarlett, jednocześnie mało subtelnie wycofując się za Ykhar. Miała nadzieję, że to da wampirzycy do myślenia i ta wreszcie odpuści.
Udało się. Wampirzyca odpuściła. Głównie dzięki zniecierpliwionemu, nieco zmęczonemu spojrzeniu brownie, które skutecznie przygasiło niezdrowy upór Karenn.
              Kiedy nastolatka wykonała taktyczny odwrót, Scarlett odetchnęła z ulgą. Nie cierpiała nachalnych osób. A jeszcze bardziej ciekawskich.  Wścibskich.
              - Wszystko ok.? – zapytała Ykhar, na co Scarlett skinęła głową. – Nie przejmuj się Karenn. Jest po prostu ciekawska, ale zagrożenie to stanowi głównie dla samej siebie. Z nią po prostu trzeba troszeczkę bardziej stanowczo i się odczepi. Znaczy zacznie nękać innych, próbując się dowiedzieć czego chce. Zazwyczaj.
Bardziej stanowczo? Scarlett zastanowiła się czy wbicie gdzieś obok niej tasaka pomogłoby, tak jak w przypadku tego nieprzyjemnego osobnika z kuchni. Niestety nie miała odwagi, żeby spróbować.
              - Nie jestem dobra w kontaktach między… Osobami. Nie przepadam za nimi i nie zawsze potrafię dobrze… odpowiadać? Odpowiadać zachowaniem?
              - Reagować.
              - Tak. Nie zawsze potrafię dobrze reagować.
              - Hm… Ja jakoś w kontaktach z tobą nie odczułam tego… A przynajmniej nie mocno.
              - Bo ty byłaś i jesteś… Służbowa. Uprzejma, ale służbowa. I nie jesteś wścibska ani natarczywa.
              - Profesjonalna, nie służbowa… - Ykhar zmarszczyła brwi. – No może tak, trochę. Ale muszę sama przed sobą przyznać, że z tą natarczywością i wścibstwem to nie do końca… Przecież co chwilę cię zagadywałam, zresztą nadal to robię. Czasami paplam jak najęta.
              - Przestawałaś kiedy mówiłam, że jestem zmęczona lub chcę pobyć sama. I nigdy nie wypytywałaś o mnie tylko o Ziemię.
              - No niby tak… Co nie znaczy, że nie byłam ciekawa paru rzeczy… Na przykład jak to było z ta nogą.
              - Ale nie pytałaś. Nie byłaś wścibska ani niezdrowo ciekawa. Pozwalasz zdecydować czy chcę o czymś sama powiedzieć. Cenię to. Cudza ciekawość nigdy mi niczego dobrego nie przyniosła.
              - Może, ale gdyby nie ciekawość, wiele rzeczy nie zostałoby odkrytych, w tym wiele przestępstw nie ujawnionych i wiele osób nie otrzymałoby pomocy. Ciekawość nie jest zła, trzeba tylko umieć ją trzymać na wodzy. I pilnować, żeby nie zmieniła się we wścibstwo… A właśnie, tak a propos wścibstwa, jak ci poszło w pracy?
              - W porządku.
              -  Na pewno? Karuto potrafi być… Specyficzny. To takie skrzyżowanie podstarzałej diwy ze starym gliniarzem. Lubi się rządzić, poganiać, a jednocześnie uwielbia być doceniany i chwalony… Przy czym nie lubi fałszywego wazeliniarstwa. I miewa humory. To… Skomplikowana postać. Dlatego, jeżeli był przykry albo zbyt dużo krzyczał to… No nie chciał źle. Po prostu ten typ tak ma. Czasami trzeba zacisnąć zęby i przetrwać.
              - Ze strony Karuto nie spotkało mnie nic przykrego – odpowiedziała zgodnie z prawdą. W końcu to nie Karuto dał jej się we znaki, przynajmniej  nie bezpośrednio, tylko pomywacz. A o tym Ykhar nie musiała wiedzieć.
              - To dobrze – brownie, odetchnęła uśmiechając się szeroko. –  Dobrze, to lecę powrotem do biblioteki, mam masę pracy. Kero nie dał rady wszystkiego ogarnąć, kiedy był sam, a Inged niestety nie był zbyt pomocny. Leser…  Dasz sobie radę sama?
Scarlett skinęła głową, na co Ykhar posłała jej kolejny uśmiech.
              - To świetnie. Idź się przebierz, bo po całym dniu w kuchni te ubrania trochę zalatują… Ale nie rzucaj ich do prania, tylko załóż jutro do pracy. Do prania daj je gdzieś tak po pięciu dniach, po tygodniu, chyba, że się jakoś bardzo zabrudzisz. W przeciwnym razie nasza pralnia nie wyrobi, a tobie ubrań nie starczy. No to tyle, widzimy się na kolacji. Pa!
              I już jej nie było. Odkąd brownie  powróciła do swych zajęć, Scarlett prawie zawsze widziała ją biegnąca skądś albo dokądś. Nie ulegało wątpliwości, że to wyjątkowo zajęta persona.
              Oczywiście posłuchała rady Ykhar i pół godziny później, z grubsza odświeżona i w stroju nie zalatującym jak zleżała cebula wyszła na zewnątrz budynku. Niemal od razu oślepiło ją słońce. Jego blask był nieco jaśniejszy niż ziemskiego, a jednocześnie dawał mniej ciepła. Na początku nie zwróciła na to uwagi, jednak kiedy po raz któryś z rzędu stała na placu z silnie łzawiącymi oczyma – jak teraz – usiłując przyzwyczaić wzrok do dziwnie jaskrawego, sprawiającego wrażenie scenografii filmu animowanego otoczenia, zrozumiała w czym rzecz.
              Osłoniła dłonią odruchowo mrużone oczy i ostrożnie rozejrzała się wokół. Na placu nie przebywało zbyt wiele osób, zresztą nic dziwnego. Strażników podzielono na trzy zmiany, z których tylko jedna, jak ona pracowała od szóstej do czternastej.  Podobnie zresztą z innymi pracownikami Kwatery Głównej. Kuchnia była czynna dwadzieścia cztery godziny na dobę, w nocy zmieniając się w piekarnią podobną dowodzoną przez zastępcę Karuto. Pralnię zamykano dopiero o osiemnastej, podobnie kuźnię, a w tutejszej przychodni czy też raczej niewielkim szpitalu zawsze ktoś dyżurował. Tłoczno robiło się tylko w dni targowe, kiedy wszyscy okoliczni kupcy rozkładali się na bazarze, a mieszkańcy okolicznych wiosek przybywali, aby uzupełnić towary.
              Było spokojnie, jednak mimo wszystko nie czuła się swobodnie. Na Ziemi dopracowała do perfekcji sztukę niewyróżniania się z tłumu, bycia żywym elementem otoczenia i to mimo swej blizny. Tutaj miała wrażenie, że rzuca się w oczy. Wszyscy wiedzieli o przybyciu  człowieka do Kwatery. Wszyscy znali jej opis, chociaż nie każdy ją widział. Co prawda przy swej niepozornej budowie i mnogości ras faery, prawdopodobnie większość, których mijała, brała ją tylko za trudnego do identyfikacji mieszańca,, jednak nie zmieniało to faktu, że czuła się obserwowana. Wiedziała, że to nie minie. Nie, póki była tutaj.
              Westchnęła. Cholernie tęskniła za domem. Za Cyrylem i resztą. Za znajomością schematów rządzących rzeczywistością. Nawet za szarością miast, spalinami i ludzką obojętnością. Tym, że mogła być anonimowa. Tym, że obchodziła tylko tych, których obchodzić chciała. Tych, którzy obchodzili ją. Tutaj nie mogła liczyć na podobny luksus.
              Z wolna ruszyła w kierunku Ogrodu Muzyki, gdzie natychmiast skierowała się ku pokazanej jej przez Ykhar, ukrytej miedzy krzewami ławeczce. Osłonięta przed cudzym wzrokiem poczuła się nieco swobodniej, a szmer wody i ciche dźwięki wodnych instrumentów kojącą wpływały na jej napięte od wielu dni nerwy.
Wzięła głęboki wdech, napełniając płuca wilgotnym, pełnym kwiatowego zapachu powietrzem i powoli je wypuściła ustami. Tego potrzebowała… Nie. Potrzebowała pobudki we własnym łóżku, w domu w lesie, znajomych ciał i twarzy obok. Cholera, tęskniła nawet za widokiem Iana, chociaż do tej pory, gdy wyłaniał się nieoczekiwanie zza rogu, dostawała mikro zawału. Niestety nie mogła na to liczyć, nie w  najbliższym czasie.
              Dopadła ją tęsknota. Do tej pory tłumił ją strach, o to co się dzieje w domu, ale teraz… Teraz po prostu brakowało jej widoku znajomych twarzy, nie ważne jak bardzo te były specyficzne. Co prawda i wśród nich nie zachowywała się szczególnie towarzysko czy też radośnie, zwyczajnie nie miała tego w naturze, ale czuła się akceptowana. Czuła, że jej obecność jest doceniana. Czuła, że wszelkie okazywane jej zainteresowanie wynika jedynie ze szczerej sympatii i troski o jej dobro. Tutaj znów nie była niczego pewna. Tym bardziej, że faery, chociaż kolorowi i niezwykli aż nazbyt przypominali ludzi. Hałaśliwych, pędzących przed siebie, nietolerancyjnych, rządnych sensacji, ciekawskich, ale niezaangażowanych. Tak jak ten złośliwy pomywacz albo Karenn. Dziewczyna przypominała jej obecne nastolatki gnające ile sił w nogach na miejsce wypadku, tylko po to, żeby wyciągać telefony i wszystko sfilmować, a potem wrzucić na portale społecznościowe, komentując jakie to wszystko straszne. Bez chwili refleksji czy to komuś zaszkodzi. Czy to kogoś zrani.
              Teraz, w tej sytuacji, właśnie ona była takim wypadkiem. Wypadkiem dziejącym się za wysokim murem, a Karenn koniecznie chciała przez niego przejść i sfilmować co tam się dzieje.
              Wyglądało na to, że tak właśnie będzie wyglądała jej codzienność. Osiem godzin pracy w kuchni, chwila wytchnienia w jakimś cichym kącie, kolacja, wzajemne przepytywanie się z Ykhar o różne fakty to z Eldaryi to z Ziemi, a to wszystko przeplatane unikaniem wampirzycy. Nie było to jakieś straszne, właściwie to bez większego problemu mogła się do tego przyzwyczaić, ale…
Westchnęła. Ale. To krótkie słowo samo w sobie było odpowiedzią.
Naprawdę chciała wracać już do domu.
              Zastanawiała się co z pozostałymi. Czy tęsknią za nią. Czy się martwią. Co robią. Co robiliby, gdyby to wszystko się nie przytrafiło. Jeżeli dobrze liczyła, powinien być teraz piątek. Piątkowe popołudnie, prawie wieczór. Pewnie jakiś dwie godziny temu dostałaby odpowiedź w sprawie aplikacji, która ostatnio  napisała. Potem, po osiemnastej, sprawdziłaby wyniki ostatnich egzaminów. Wcześniej nie było sensu – w raz z końcem sesji serwery Uniwerku cierpiały na permanentne przeciążenie. Jeżeli by się jej nie poszczęściło i miałaby jakąś poprawkę – czego nie brała nawet pod uwagę – sprawdziłaby termin najbliższej. Na koniec zjadła szybko kolację z mikrofali, wskoczyła do swojego minivana i ruszyła w drogę powrotną do domu… Nie, najpierw zadzwoniłaby do Cyryla, że jedzie i mniej-więcej o której będzie, żeby się nie martwił. No i żeby czekali, chociaż to robili akurat z własnej inicjatywy. Na co dzień kładli się zazwyczaj wcześnie – sen był jednym z nielicznych ludzkich nawyków, który im pozostał i którego brak odchorowywali  – to kiedy wracała, zawsze na nią czekali z czymś słodkim rzadziej drobną niespodzianką. Jak wtedy, kiedy Ian postawił ule… No, to było zaskoczenie.
              Przymknęła oczy, wyobrażając sobie, że wchodzi do swojego bordowego vana, trzaska drzwiami, zatapia się w miękkim fotelu, a po chwili oddechu i delektowania się ciszą wewnątrz samochodu, przekręca kluczyk w stacyjce. Silnik kaszle raz, drugi, a potem łapie i warczy przyjemnie. Rozgląda się po tonącym w blasku ulicznych lamp, niemal pustym parkingu, powoli wycofuje i rusza…
              Uwielbiała prowadzić nocą. Wszystko było wtedy takie spokojne, ciche i w dziwny sposób czyste. Ciemność jej nie przeszkadzała, podobnie lubiące wyskakiwać na środek drogi zwierzęta – nigdy nie jeździła szybko, więc zawsze miała czas wyhamować. Nawet, kiedy  pokonywała  ostatni odcinek drogi, jadąc gruntową leśną drogą. Właściwie wtedy było najprzyjemniej. Czuła się jak podczas jakiejś bajkowej eskapady do tajemniczego domku w sercu lasu…
              Chociaż właściwie domek to niezbyt odpowiednie słowo. Dom. Całkiem spory. Nie domek. Dom w środku lasu, gdzie każdego dnia czuła orzeźwiającym zapach żywicy wymieszany ze słodką nutą hodowanych prze Simona i Vinca kwiatów z dodatkiem specyficznego aromatu klonów kanadyjskich.
              Po raz kolejny wzięła głęboki wdech. Zapach kwiatów Eldaryi był niepowtarzalny, cudowny, jednak oddałaby prawie wszystko, aby móc ponownie poczuć woń ziemskiego lasu.
***

              Rachel usiadła na ganku z kłębkiem wełny i drutami.  Robótki ręczne uspokajały ją, pomagały myśleć, poza tym podsłuchała jak … Jak ta mała miała na imię? Ach, jak Ivy mówiła Vincowi, że chciałaby sweter czy coś w tym rodzaju. Nie widziała powodu, żeby nie sprawić dziewczynie małego prezentu.
              Wpadła na dłuższe, bo kilkudniowe odwiedziny do Nekromantycznej Piątki, jak ich nazywała. Musieli omówić do porządku niektóre rzeczy, a nie ufała ani telefonom ani Internetowi. Nie, kiedy ktoś mógł wyszpiegować o czym rozmawiają. Takich ktosiów było znów aż nadto. Ich wróg, jego potencjalni pomagierzy, Templariusze oraz Zrzeszeni. Szczególnie Zrzeszeni, chociaż nie byli ich przeciwnikami. Bardzo nie lubili, gdy ktoś przekraczał granice i mieszał między światami, a szczególnie nie lubił tego Główny Pień. Iluminaci jak ich nazywało społeczeństwo oraz zwolennicy teorii spiskowych. Właściwie to nie dziwiła się im, Iluminatom. Od wieków pilnowali porządku i tego, żeby żaden międzywymiarowy kataklizm nie spotkał  Ziemi, a do tego niezbędna była restrykcyjność. Tym bardziej, ze igranie z granicami nigdy nie przynosiło niczego dobrego. Niestety ona i Piątka znajdowali się w takiej sytuacji, ze naruszenie granic stanowiło  konieczność. Szczęśliwie znała kogoś, kto mógł przerzucić jej nowych przyjaciół do Eldaryi profesjonalnie, niezauważenie i bezkarnie. Musiała tylko zapłacić odpowiednią cenę. Czy też raczej oni musieli. Savara potrzebowała załatwić coś w Eldaryi cudzymi rękoma, ale ona nie mogła tam iść. Oficjalne lisze były naznaczone. Gdyby przekroczyła granice światów, odkryłoby to. Dlatego jeżeli piątka chciała odzyskać swoją przyjaciółkę musiała się nieco natrudzić. Ale to potem. Nim do przerzutu dojdzie,  trzeba będzie ustalić mnóstwo rzeczy, przygotować piątkę, zlokalizować, gdzie konkretnie wylądowała Scarlett oraz samo przejście.
              Zastanawiało ją jak faery zareagują na nich. W końcu nie byli już ludźmi tylko istotami nekromantycznymi. Z wyglądu potworami. Bała się, że mogą  na tym tle wybuchnąć konflikty i rozmaite nieprzyjemności. Co prawda chroniło ich to, że pochodzili z Ziemi, w końcu większość ludów Eldaryi podpisała rozmaite układy ze Zrzeszonymi odnośnie traktowania Ziemian, jednak układy to jedno, a lisze… TAKIE lisze… Cóż, to zupełnie coś innego. Szczególnie biorąc pod uwagę niechęć Eldaryan do nekromancji oraz zabobonność co poniektórych z nich. Z drugiej strony mało kto miałby ochotę ot tak podnieść na Piątkę rękę. Nie nie mając pomocy niewielkiej armii, a i to z niemałą dawką grozy. W końcu starcie z kimś potrafiącym bez większego trudu zawiązać metalowy pręt w kokardę i przetrwać bez uszczerbku cios toporem to nie odebranie dziecku zabawki… A należy pamiętać, że niektóre dzieci potrafią całkiem nieźle kopać i gryźć.
              Siedząc na drewnianej ławce przyglądała się Piątce. Byli wyjątkowi pod wieloma względami. Zmiana formy egzystencji nie stanowiła prostego zadania, szczególnie wymuszona przez kogoś z zewnątrz. Nawet zwykłe, organiczne lisze takie jak ona budziły zainteresowanie wśród Świadomych, a oni… To co im się przytrafiło, było po równi niesamowite, zaskakujące jak i przerażające. Zdumienie budziło też to jak przystosowali się do sytuacji. Nie do zniknięcia Scarlett i obecnego zawirowania, ale ogólnie.  Tego czym się stali. Owszem, pozostały im liczne naleciałości „programu”, którego usunięciem kawałek po kawałku zajmowała się Scarlett i pewnie nie raz cierpieli przez nocne koszmary i inne efekty traumy, którą przeżyli. Jednak mimo tego potrafili całkiem poprawnie funkcjonować. Żyć pod jednym dachem, pomagać sobie nawzajem, rozwiązywać polubownie konflikty, przyjaźnić się, pracować.  Być rodziną. Bardzo pokręconą rodziną, ale jedną z tych lepszych, których członkowie słuchają i szanują siebie nawzajem.
              Z niezmierną fascynacją obserwowała jak Danny i Ivy grają w siatkówkę,  Vince ze Simonem zajmują się przydomowym ogródkiem – swoją drogą nigdy nie pomyślałaby, że można hodować kwiaty, owoce i warzywa w środku lasu, ale jak się okazało, przy odpowiednim doborze gatunków jak najbardziej – a Ian ulami. Stanowiło to małą ironię, że akurat Ian upodobał sobie pszczelarstwo, ale życie nauczyło ją, że świat lubi ironię.
              Właściwie wyglądało to wręcz sielsko. Piątka, drobne, przyjemne zajęcia, pogodne popołudnie, ptasie śpiewy i urocza, chociaż stanowczo przerośnięta chatka w środku lasu otoczona przydomowym ogródkiem. Jednak, gdy człowiek – czy tez lisz – przypominał sobie w jaki sposób doszło do ich ponownych narodzin, w jakich warunkach się odbyły i co musieli znieść… Wtedy wrażenie sielskości ustępowało pola goryczy. Jednak oni to wszystko jakoś przepracowali. Miała nadzieję, że Mathew też da radę. O ile jeszcze żyje.
              Ręce jej zadrżały, gdy pomyślał, że jej siostrzeniec jest gdzieś-tam w rękach jakiegoś psychopaty… Mając poszarpaną jaźń, będąc pod wpływem cholera wie czego  w transie, z którego od czasu do czasu budzą go przebłyski świadomości stanowiące jedno, wielkie uderzenie koszmaru. A przynajmniej tak to jej opisali Ian i reszta. Cyryl był nieco innym wypadkiem. Jako jedyny z nich niemal przez cały czas był w pełni świadomy, jednak zapłacił za to wysoką cenę.
              Zerknęła na niego. Na Cyryla. Siedział obok na starym, wiklinowym krześle, które chyba tylko cudem wytrzymywało jego ciężar. Jego przypadek pod względem technicznym był o wiele bardziej skomplikowany od pozostałych. Jako jedyny z nich zachował żyjące ciało, a przynajmniej jego część. W dodatku… Cóż, odnosiła wrażenie, że w odpowiednim środowisku może się rozwinąć w coś innego. Bardziej zaawansowanego? Nie potrafiła znaleźć lepszego słowa. W końcu trudno nazwać kolejny stopień nekromantycznej ewolucji jakoś sensownie. Zastanawiała się czy owa ewolucja miałaby szansę nastąpić w pełnej aktywnej magii Eldaryi. Może to dziwne, ale jakoś ta perspektywa niezbyt ją martwiła. Niby wiedziała, że magia życia i śmierci w typowo czarodziejskich światach bywa niebezpieczna, z powodu trudności w jej utrwaleniu, jednak zarówno Cyryl jak i pozostała piątka byli wyjątkowo stabilni jeżeli chodzi stricte o formę egzystencjalną. Materialną manifestację. Bardziej stabilni nawet od niej. Ten, kto im to zrobił musiał być geniuszem. Szaleńcem, podłą, morderczą kreaturą pozbawioną jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego, ale geniuszem.
              Cyryl najgorzej ze wszystkich znosił to, co się teraz działo. Zniknięcie Scarlett, to, że musieli ot tak zaufać całkowicie obcej osobie – jej,  Rachel – kobiecie, która obserwowała ich przez długie tygodnie, a potem przyszła, ot tak oświadczyła im, że liszem, a na dowód pociachała się nożem. Informacje o istnieniu magii, czarodziejskich światów i wielowymiarowego wszechświata  tym podobnych również nie podniosły go na duchu, chociaż pewnie nie były też jakoś szczególnie zaskakujące. W końcu, kiedy kończy się tak jak oni skończyli ma się do wyboru: poszerzyć nieco horyzonty albo kompletnie oszaleć. Na pewno nie zaskoczyła ich informacja, że nie są żywymi trupami czy uwięzionymi w materialnych klatkach duszami, co pewnie nie jeden klecha usiłowałby im wmówić, tylko żyją… Tyle, że w innej formie. W końcu czuli się żywi. Myśleli, czuli, zmieniali poglądy, rozwijali się, dorastali. Byli. I, chociaż może tego nie odczuwali, starzeli się, po to by w końcu umrzeć. W rzeczywistych światach wszystko co żyło musiało kiedyś umrzeć.
              Tak, Cyryl najgorzej przeżywał zniknięcie Scarlett. Był do niej niezwykle przywiązany, chociaż i pozostali niewiele ustępowali mu w tym względzie. Wykazywali w stosunku do dziewczyny niezwykłą lojalność, o czym się szybko przekonała. Chciała, aby wpierw, przed eskapadą ratunkową na Eldaryę, pomogli jej uratować Mathew i pozostałe zabaweczki, jeżeli te nie zostały zabite. Tak było rozsądniej. Wyprawa do innego światła niosła za sobą wielkie ryzyko – mogli z niej nie wrócić, a wtedy ani nie ocaliliby swojej przyjaciółki, ani nie uratowali zabaweczek, które przecież były jednymi z nich. Niestety za nic nie potrafiła ich do tego przekonać. Upierali się, że każda chwila w obcym świecie jest zagrożeniem dla Scarlett, która nie wiadomo, co musi tam znosić i nie ma opcji, żeby zostawili ją tam samą chociaż minutę dłużej niż to konieczne. Nie chcieli też przystać na to aby dwoje albo przynajmniej jedno z nich zostało wraz z nią na Ziemi w formie zabezpieczenia. Jednak w tym wypadku prawdopodobnie zaważyła nie tylko ich lojalność czy też troska wobec  dziewczyny. Bali się rozdzielić. Do tej pory pokonywali wszystkie trudności  będąc razem, opiekując się sobą  wzajemnie i współpracując. Dlatego nie godzili się na podzielenie grupy nawet jeżeli oznaczało to zostawienie jej – podejrzane obcej – bez nadzoru na Ziemi i wystawienie ich wszystkich naraz na niebezpieczeństwo. Inna rzecz, że na pewno wszyscy chcieli zobaczyć jak najprędzej Scarlett i przekonać się czy jest cała i zdrowa.
              To dziwne. Na długo nim odwiedziła Piątkę przeprowadziła e małe śledztwo na temat ich i tej całej Scarlett Wood.  Szybko doszła do wniosku , że dziewczyna nie należy do nazbyt sympatycznych osób. Nic w jej zachowaniu ani aparycji nie wskazywało, iż może być kimś, kto pociągnie innych za sobą. W czyjej obronie natychmiast stanie grupa osób, gotowa urwać łeb każdemu, kto waży się podnieść na nią rękę… Nawet jeżeli równałoby się to utracie własnego życia. Antypatyczna, ponura o charyzmie robaka. Mimo tego Piątka przywarła do niej a ona do nich.
Cyryl. Jako jedyny nie potrafił sobie znaleźć miejsca. Jako jedyny nie potrafił nawet na chwilę oderwać myśli od obecnych wydarzeń. Od Scarlett na wygnaniu w obcym świecie. Od „tej obcej, nekromantycznej baby”. Od czekającej ich podróży. Od informacji o zabaweczkach, które im przekazała. Siedział sztywno w krześle, stukając palcami o siebie, patrząc niewidzącym wzrokiem na poczynania swoich towarzyszy… a może raczej podopiecznych? W końcu opiekował się nimi. Jak ojciec… Nie, nie ojciec. Jak starszy brat, może nauczyciel. I to mimo tego, co mu przed laty uczynili. Zresztą i Scarlett opiekowała się nimi, chociaż Ianowi zawdzięczała utratę nogi, a Vincowi szpecącą bliznę. W dodatku sama sprawiała wrażenie kogoś, kto potrzebuje opieki… A przynajmniej lilku lat psychoterapii.
              - Jesteście bardzo przywiązani do tej Scarlett. Lojalni. Ciekawi mnie czemu? – zagadnęła stukając drutami o siebie. – To coś więcej niż zwykła przyjaźń. Szczególnie z twojej strony.
Powoli spojrzał na nią. Badawczo. Chociaż jego twarz… Jeżeli można tu mówić o twarzy… Nic nie wyrażała. Rachel bez trudu wyczuła jego podejrzliwość i zgryzotę.
              - Czemu? To nic nadzwyczajnego. Pomogła nam. I to bardzo. Nadal pomaga.
              - To wszystko?
              - Gdyby nie ona Ian, Vince, Simon i Ivy byliby w kawałkach. Dosłownie i w przenośni. Rozbita psychika, pokawałkowane ciała. Ręka tu, noga tam, twarz zupełnie gdzie indziej.  Jedno oko w jednym pokoju, drugie w piwnicy, widzące zupełnie co innego. Nie chcę sobie nawet wyobrażać, co musieli czuć przez te wszystkie lata. LATA.  Scarlett, mimo tego co się stało znalazła ich i uratowała. Wyciągnęła z ognia, poskładała do kupy, a potem usunęła z ich głów ten program czy co to tam było… To cholerstwo, przez które nie wiedzieli większość czasu, kim są ani co robią. A potem  pomogła się im pozbierać. Wie pani… Ona nie miała łatwego życia. Dlatego rozumie nas. Nigdy nie twierdziła, że będzie dobrze. Że wszystko da się naprawić. Że trzeba wziąć się za siebie i przeć do przodu. Nie opowiadała niczego z tych bzdur. Wychodziła z założenia, które i ja podzielam, że złe rzeczy zwyczajnie się zdarzają i trzeba sobie jakoś z nimi radzić. Jakoś. Nie tylko iść do przodu, ale też czasem się cofnąć… Albo stać w miejscu nawet przez kilka lat, bo ruch do przodu może zaowocować rozwaleniem głowy o mur. Poza tym, z tak najbardziej trywialnych, przyziemnych spraw…  Cóż, za wyjątkiem mediów, jest naszym jedynym łącznikiem ze światem ludzi. Mieszkamy w jej domu, płaci nasze rachunki, dba aby nikt nas niepokoił. Dostarcza nam wszystkiego, czego potrzebujemy. Jest jedyną osobą, której możemy w pełni zaufać i jesteśmy od niej uzależnieni.
              - A jak było z tobą?
              - Słucham?
              - Wydajesz się do niej najbardziej przywiązany z nich wszystkich, a jakoś omijałeś tę kwestię w swojej odpowiedzi.
              - Po prosu ta byłaby długa, a nie chcą zajmować czasu.
              - Słodziudki, robię na drutach wyciągnięta na ganku jak stara prukwa. Do rozmów o ważniejszych rzeczach mamy zacząć dopiero jutro, kiedy wpadnie moja przyjaciółka, więc do dziesiątej, bo chyba o tej się kładziecie, mamy czas. Sześć godzin. Tyle chyba ta odpowiedź ci nie zajmie. Dajesz. Bo jak sama sobie wymyślę, to będę dziwaczyć.
              - Ech. Nim… Nim mnie to wszystko spotkało miałem niewesoło życie. Byłem wpadką, a że moi rodzice pochodzili z religijnych rodzin zmuszono ich do małżeństwa. Szczęśliwie pasowali do siebie i tak dalej, ale mimo to chyba mieli do mnie jakąś pretensję… Żal, że gdybym się nie urodził, to ich życie wyglądało by inaczej. Może lepiej. Dawało się to odczuć, bo miałem młodsze rodzeństwo znacznie lepiej traktowane ode mnie. W dodatku… Astma, padaczka, alergie, cukrzyca. Taki zestaw otrzymałem przy narodzinach. Interpretacja rodziny? Boska kara za seks przedmałżeński. Na domiar złego, mimo chorób wyglądałem na całkiem zdrowego, a w Autumnhills… W tym zasranym mieście ludzie mają strasznie wsiórskie podejście do niektórych rzeczy. Chuderlawy kujon lub wyraźna mizerota jeszcze się uchowali, ale „normalny”, silnie wyglądający facet biegający z inhalatorem, dostający drgawek przy błyskających światłach , robiący sobie zastrzyki… Cóż jedni po prostu myśleli, że jestem ćpunem, inni nie wiedzieli jak mnie traktować i odsuwali od siebie jak niechciany bagaż. Nie żalę się, wiem, że są ludzie, którzy mają bądź mieli w życiu znacznie gorzej niż ja. Na przykład Scarlett. Chodzi o to… Nigdy nie miałem prawdziwego przyjaciela. Nigdy nie miałem okazji z kimś w pełni porozmawiać. Ona to zmieniła. Po moim „wypadku” blisko piętnaście lat byłem zamknięty w niewielkim pokoju, gdzie nikt nie słyszał moich krzyków. Z tego przez bóg wie jaki czas tylko wiłem się z bólu. Dniami i nocami wyłem rozcinany do kości, przebijany metalem. Oślepiony i głuchy. Potem, kiedy w końcu bój ustał i powoli odzyskałem zmysły, szczególnie wzrok, słuch, zacząłem cierpieć z powodu pragnienia i głodu… Zresztą nadal od czasu do czasu muszę coś zjeść, w końcu jak sama pani powiedziała, mam w sobie „klasycznie żywe tkanki”. Tam jedynym pokarmem były szczury od czasu do czasu zaglądające do mojego więzienia, ale i one nie były nazbyt częstymi gośćmi. Sam, absolutnie sam, zamknięty  w czterech GOŁYCH ścianach, głodujący, cierpiący z pragnienia, jedzący szczury. Zacząłem popadać w obłęd. Może nawet wpadłem… W końcu udało się mi wydostać, a to wszystko dzięki remontowi restauracji. Okazało się, że po tym jak Ian i reszta mnie napadli straciłem przytomność na mniej-więcej dwa tygodnie, tyle wystarczyło aby zamurować wejście do pokoju, w którym leżałem. Przy remoncie drzwi  zostały odsłonięte. Kiedy tylko dźwięki remontu ucichły, nastała noc, wyrwałem drzwi z zamku i uciekłem, ale niezbyt daleko. Pierw do pobiegłem łazienki ugasić palące mnie pragnienie, a tam… Cóż, zobaczyłem swoje odbicie. Oblicze potwora. To był szok. Natychmiast zrozumiałem, że chociażbym nie wiem co zrobił, nie mogę wrócić do ludzi. Przerażony skryłem się w bojlerowi, która stała się moją wieloletnią kryjówką. Opuszczałem ją tylko nocą… Wtedy też zacząłem się powoli orientować w tym wszystkim, ale nie mogłem nic zrobić. Brakowało mi umiejętności, ale największą przeszkodą był mój wygląd. Byłem monstrum. Przerażającym, budzącym w samym sobie wstręt i strach potworem balansującym na krawędzi szaleństwa. Coraz bardziej zapadałem się w swoich samotności, lęku, bezsilności… Gdyby to trwało dłużej nie wiem jakbym skończył. Wtedy pojawiła się Scarlett. To prawda, ocaliłem jej tamtego dnia życie, ale szczerze powiedziawszy nie oczekiwałem wdzięczności. Jako człowiek nie doświadczyłem jej od innych nazbyt często, a zostawszy tym czymś… Rozumie pani. Tymczasem ona przez dwa dni szukała mnie po pokojach opuszczając stanowisko pracy, narażając się na atak pozostałych i zwolnienie. A potem zaoferowała pomoc. I… I traktowała mnie jak normalną osobę, mimo tego z czym miała do czynienia. Została moim przyjacielem. Takim, który rozumie, bo też nosi blizny. Uratowała mnie wtedy. A potem zrobiła to drugi raz. Uratowała mnie i wyniosła pozostałych z pożaru. Pojęcia nie mam jakim cudem uniknęła wtedy płomieni, ale blizny na dłoniach zostaną jej już na zawsze.
              Zamilkł i westchnął ciężko, wracając myślami wstecz, a Rachel pokiwała głową. Tak, zrozumienie pełniło to kluczową rolę. Zrozumienie nie raz bywało ważniejsze niż lubienie czy kochanie – zarówno sympatia jak i miłość mogą się wypalić, ale zrozumienie pozostaje. Jest trwałe. Mimo to dziwiło ją to wszystko… Chociaż z drugiej strony nie mogła stwierdzić jak ważna rolę spełniła dziewczyna w ich w życiu. Tak, była liszem, nekroistotą tak jak oni, jednak ona stała się nią na własne życzenie. Chcąc uniknąć powolnej śmierci, jaką z pewnością zafundowałby jej chłoniak z przerzutami do przewodu pokarmowego, płuc a nawet mózgu. Dlatego sama zainicjowała przemianę, a ta nie była szczególnie bolesna, chociaż na pewno nieprzyjemna. Nie została jak oni okradziona z własnego życia. Nikt nie zmienił jej aparycji, nie rozbił na kawałki, nie próbował jej opętać. Nikt nie zmiażdżył jej kości i nie pociął ciała żelastwem.
              Nagle niechciana, dziwna myśl przebiegła jej przez głowę. Jak zwykle w takich wypadkach niekontrolowanie zachichotała pod nosem, na co Cyryl spojrzał na nią z ukosa.
              - Powiedziałem coś zabawnego?
              - Nie… To mój skrzywiona mózgownica. Czasem mam tak, że moja podświadomość wyciąga coś z wypowiedzi drugiej osoby, podrzuca wyobraźnia, a ta działa… - Westchnęła widząc spojrzenie Cyryla. – Tym razem wzięła ten kawałek, że Scarlett nie kłamała wam, że będzie dobrze, a wyobraźnia podsunęła scenę, w której  mówi ci „myśl pozytywnie, przynajmniej teraz nie masz astmy”.
              Zza ust czy też paszczy Cyryla dobiegł dźwięk, ciche parsknięcie-westchnienie, kojarzony powszechnie z rozbawieniem. Zapewne, gdyby mógł, uśmiechnąłby się teraz krzywo.
              - W sumie to racja – mruknął po dłuższej chwili. – Teraz nie mam astmy. Ani astmy, ani cukrzycy, ani napadów epileptycznych. Zostałem uzdrowiony. To zabawne… Całe swoje ludzkie życie pragnąłem pozbyć się tych choróbsk, a swój cel osiągnąłem teraz… Kiedy zostałem zmieniony w tę… Jak to określiła pani? Ach tak, nekroistotę. Ironia.
              - Życie uwielbia ironię. Wszystkie światy są nią przepełnione – Rachel  ponownie wzięła się za robótkę stukając drutami.. – Dokonałam przemiany w lisza, żeby uniknąć raka i śmierci. Niestety, że posiadam ciało, a to się zużywa, muszę je odbudowywać. Najlepszy budulec dla ludzkiego ciała? Ludzkie mięso. Najlepszy sposób by dobrać się do ludzkiego mięsa bez zabijania ludzi? Szpitale i amputowane kończyny, powycinane organy oraz… Guzy rakowe. Od miesięcy stołuje się w szpitalu onkologicznym znajomego, gdzie bym wylądowała, gdyby nie przemiana w lisza.
              - Tak. Wygląda na to, że realia się zmieniają, a nie to. W sumie, miło, że rzeczywistość oferuje jakiś stały punkt, tylko dlaczego taki? – Zabębnił palcami o  podłokietnik. – Coś mi mówi, że nie raz będzie mi towarzyszyć w tej nowej rzeczywistości – mruknął bardziej do siebie niż do niej. – A pewnie i w tym świecie… Tej całej Eldaryi.

Online

#7 11-07-2019 o 16h29

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 370

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


Dobra, cicho, jestem. I muszę przyzmac, że to chyba jednak trochę tak było, że mnie ilość tekstu nieco pokonała, a potem zwyczajnie o tym zapomniałam. Mea culpa, ale luzik, jestem w pracy, nic się nie dzieje, to sobie poczytam :v

Miłą miała mamusię. Well.

"sprawiło mi praktycznie żadnego, kłopotu" - wywal przecinek
"W końcu chciała zatrzyma" - zatrzymać
" Ty ważniejszą trzy „lisie”, kruczoczarne ogony" - jakie "ty"? :v nie kumam tego zdania xd
"przełożyła na Eldaryański" - jeśli już mówimy o językach, to powinno być małą literą.
"ale nie tylko. – Powiedziała kobieta-lis" - ej co to za szkaradny błąd w zapisie dialogów? Wypad z tą kropka i dużą literą xd

W sumie nie lubię, kiedy historia postaci jest tak dobitnie przestawiona, bo nie zostawia żadnego miejsca na domysły i tajemnicę. No, ale trudno.

"w reszcie na śmierć" - 'wreszcie' xd
"dzięki którym które być może im to umożliwię" - what ;v
"dlatego bezpieczniej będzie Porozumieć się" - duża litera tu nie pasuje xd

Fajna ta ciocia Rachel, chociaz znowu kłuje mnie w oczy ta dosłownośc. Tzn znowu wszystko jest wywalane na stół, bez pytania, bez odrobiny tajemnicy, bez niczego. Chociaż tutaj, w jej przypadku jest to bardziej zrozumiałe, bo w końcu odnalazła bandę w konkretnym celu. Gorzej, znacznie gorzej wypadła tu Scarlett ze swoimi zwierzeniami przed Miiko.

Omniam fajny numer z szyją. Tylko moderacja szybko by cię za to zbanowała XD

O rany, biedne chowańce... w sumie nie zastanawiałam się nad tym, co się z nimi dzieje, kiedy tracą pana, ale to okropne :<

Baaaaardzo lubię Cyryla, ALE - o ile Rachel ma jakieś swoje słownictwo i nawet dzięki zwykłemu "złociutki" brzmi bardziej charakterystyczne, tak Cyryl mówi jak... hm, ty. To jest nadal ten problem, o którym nieraz ci wspominałam. Bo nie rzecz w tym, by każda z 46537 postaci miała swój własny język, bo to niewykonalne. Ale, pisząc kilka opowiadań z wieeeloma bohaterami, łatwo znaleźć u ciebie pewną charakterystyczność. W związku z tym tak samo mówią Liwka, Eryka i Cyryl. Scarlett tu nie wymienię, bo, choć bardzo przypomina Liwkę ze swoją sztuczną nogą, agresywnością i sprytem, to ma to do siebie, że jest mocno zdystansowana i woli milczeć. A to już jest jakaś charakterystyczność.

No dobra, przeczytane. Teraz tylko czekac na kolejne części - oby poszło mi szybciej XD Pozdrawiam!

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (11-07-2019 o 16h30)

Offline

Strony : 1