Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2

#1 05-05-2019 o 17h12

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574603810819801091/1.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574603841799061524/2.gifhttps://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574603864536514565/3.gifhttps://cdn.discordapp.com/attachments/382597456820699139/574611076617076746/unknown.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574603925223636995/Tekst_1.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574603959084384257/6.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574603993662095380/Tekst_2.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574604026105167882/8.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574604057570967612/zasady_2.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574604089581895680/10.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/575442206052057143/czonkowie.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574608473451659264/12.png

Ostatnio zmieniony przez Chitaru (08-05-2019 o 00h02)


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Online

#2 05-05-2019 o 17h25

Straż Absyntu
Rissie
Pokonała Carcolha
Rissie
...
Wiadomości: 8 937

    http://www.pomniejszacz.pl/files/tom-holland-4.jpg
    http://www.pomniejszacz.pl/files/zrzut-ekranu-1009.png
    http://www.pomniejszacz.pl/files/zrzut-ekranu-1010.png
    http://www.pomniejszacz.pl/files/zrzut-ekranu-1011.png

Kogo obrzucamy brukselką, a z kim gramy w LOLa


                                                                                                                             "I only act like I know everything."                       -Natasha Romanov
http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo3-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-pn3bxpmqlt1xpjiuvo9-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo10-40.png http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo9-400.png

Offline

#3 05-05-2019 o 17h34

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.


.

Ostatnio zmieniony przez Pani (07-05-2019 o 13h13)


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#4 05-05-2019 o 17h35

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 934


https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/575009806348189721/unknown.png

https://66.media.tumblr.com/77b0e33f799ccf8a767de679c3470366/tumblr_pqh42ySvHR1y5ba8go5_250.gif https://66.media.tumblr.com/5ea389e516b3c0dc15b7ced03d57450a/tumblr_pqh42ySvHR1y5ba8go7_250.gif

Sean Lev Carter-Lee      piętnaście lat        młodzieniec       urodzony dwudziestego drugiego sierpnia       jedynak
syn modelki Ann Carter-Lee i lekarza stomatologii Cecila Lee    wzorowy uczeń szkoły prywatnej    wolontariusz
sto osiemdziesiąt jeden centymetrów wzrostu       szczupła postura       ciemnobrązowe włosy       brązowe oczy


Całe życie otaczany był starszymi od siebie. Nie przepada za małymi dziećmi, ale za to uwielbia zwierzęta. Choć
rodzice byli małżeństwem żyjącym w separacji, Sean spędzał z nimi dużo czasu. Matka próbowała wkręcić syna
w modeling, natomiast ojciec zachęcał go do nauki przedmiotów ścisłych i marzył, aby w przyszłości poszedł w
jego ślady i przejął klinikę stomatologiczną. Światło reflektorów nie było bajką Seana, a szkoła nudziła, ale nigdy
nie przeciwstawił się swoim opiekunom. Uczył się pilnie, chodził na zajęcia dodatkowe z matematyki, brał udział
w sesjach zdjęciowych, pomagał w sprzątaniu, mył zęby pięć razy dziennie i nie wydawał pieniędzy na komiksy.

Ostatnio zmieniony przez Airi (28-06-2019 o 20h45)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#5 05-05-2019 o 17h42

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

https://fontmeme.com/permalink/190505/85225de3744cdf5d623a9a1794aa78ad.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574621401764462711/tumblr_pfnagoe6Sg1u6bbfmo2_500.gif
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574652528990355456/informacje.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574621498778583062/687474703a2f2f34392e6d656469612e74756d626c722e636f6d2f3365626466393330313936303436646130633162333961.gif
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574655940230381568/opis_postaci.png
https://cdn.discordapp.com/attachments/574603564404572197/574621463273799700/giphy.gif

Ostatnio zmieniony przez Chitaru (05-05-2019 o 19h59)


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Online

#6 05-05-2019 o 20h40

Straż Cienia
Ereya
Akolita Sargousetów
Ereya
...
Wiadomości: 4 918

Rzucam tu Glanem Niemca

https://images89.fotosik.pl/175/fab022a324049567med.png

Ostatnio zmieniony przez Ereya (05-05-2019 o 23h31)


Ask

❝  Proszę mnie  zmienić,  bo  s t r a c i ł e m  dawno rezerwę do ludzi i do siebie najpewniej ❞ 
https://i.imgur.com/mzzRGX4.gif https://i.imgur.com/LKq1bZM.gif https://i.imgur.com/7TOECi8.gif
       ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■    ■        

Offline

#7 05-05-2019 o 20h47

Straż Cienia
Ermac
Szeregowiec
Ermac
...
Wiadomości: 118


♫ People assume that I'm girly ♫

https://txt-dynamic.static.1001fonts.net/txt/b3RmLjI4Ljc1YjQ0MS5VblYwYUNCRGRXNXVhVzVuYUdGdC4x/jmh-grace.regular.png
https://66.media.tumblr.com/578bfcb8347a378331dd03530bd3f238/tumblr_pqql8aj7s31wc736po3_400.gifhttps://66.media.tumblr.com/f3823103fa66f1262499fa4c7fe9e30b/tumblr_pqql8aj7s31wc736po7_400.gifhttps://66.media.tumblr.com/be9b7b0ace9be18844fd6a6ef3e7935e/tumblr_pqql8aj7s31wc736po8_400.gifhttps://66.media.tumblr.com/b57bad19498c65217e0325e87a0434fe/tumblr_pqql8aj7s31wc736po5_400.gif

Ruth Cunningham14 lat11.08USA, OregonKobietaBiseksualnaChristopher Cunningham (ojciec – 57 lat); Scott Cunningham (brat – 22 lata)

✃✃✃✁✁✁✃✃✃✁✁✁✃✃✃✁✁✁✃✃✃✁✁✁

Rude włosyJasnozielone oczySzczupła sylwetka1.46 m38 kgJasna, piegowataNieco chłopięcy styl ubioru

✃✃✃✁✁✁✃✃✃✁✁✁✃✃✃✁✁✁✃✃✃✁✁✁

Doskonale opisuje ja cecha: nadmierna pewność siebie. Często zapomina, gdzie są granice i że powinna się wstrzymać ze swoimi działaniami, zanim ją przekroczy
Od małego dziecka zawsze trzymała się bardziej chłopięcego towarzystwa, zwłaszcza ze względu na grupę dziewczyn, lubiących ją zaczepiać- nawet bez powodu — w szkole i przez swój nazbyt wygadany charakter, ta zajadłość tylko się pogłębiła
Jej rodzice rozwiedli się, gdy miała osiem lat, przez co ojciec popadł w alkoholizm i dziewczyną opiekowali się głównie matka – zabierająca ją do siebie w niemal każdy weekend – oraz starszy brat. Do dziś z nikim lepiej się nie dogaduje, jak z nim
Jest miłośniczką sportu i dobrze sobie radzi przy czynnościach wymagających wysiłku fizycznego. Doskonale biega i wspina się
Mimo ubóstwienia czynności sportowych, gdy zabraknie jej sił na dalsze wygibasy, lubi puścić sobie jakiś podnoszący ciśnienie film. Jej ulubionym gatunkiem filmowym jest horror, bądź thriller, a już najlepiej, gdy jest to klasyczny slash typu „Halloween”, czy „Koszmar z ulicy Wiązów”. Ogólnie ulubiła sobie klasyczne kino – nowoczesne filmy ogląda naprawdę rzadko
Dwa lata temu została właścicielką dwóch kotów-dachowców, które to razem z bratem zgarnęli z ulicy. Mimo udzielonej im pomocy nadal pozostały nieznośne, ale dziewczynie nie mogłoby to mniej przeszkadzać. Nawet liczne zadrapania nie potrafiłyby jej zniechęcić do tych zwierzaków
Wdaje się w bezpodstawne bójki nawet częściej niż niejedni chłopcy w jej wieku, a nawet starsi. Dlatego też często wraca do domu z siniakami i zadrapaniami
Posiada dziwne kubki smakowe, gdyż nawet najdziwniejsze połączenie składników pożywczych – czyli jej ulubionych posiłków – nie wywoła u niej odruchów wymiotnych. Najczęściej łączy słodkie z kwaśnym
Ma mimo wszystko bardzo charyzmatyczną osobowość i nie trzyma długo urazy do kogoś – nawet jeśli ten ktoś prześladował ją od paru lat. Po prostu uzna, że skoro nadal nie przestał, to klasyfikuje się do poziomu idioty i trzeba mu prędzej współczuć, niż marnować na niego nerwy


♫ But people who know me say I'm more boyish ♫

Ostatnio zmieniony przez Ermac (08-05-2019 o 16h36)



https://66.media.tumblr.com/9cf06399e12182545d8c018c508848f8/tumblr_px07f0oW8L1qelb9co3_400.gifvhttps://66.media.tumblr.com/abcb4ab326a31ae2592a25b38d8e7272/tumblr_px07f0oW8L1qelb9co10_400.gifv

Offline

#8 06-05-2019 o 19h32

Straż Obsydianu
Tama
Szeregowiec
Tama
...
Wiadomości: 125

https://media.giphy.com/media/W1rTJwoBKrLyCQI2Ma/giphy.gif

https://i.imgur.com/F3Pzltn.jpg

https://media.giphy.com/media/kyzawPjQoyzdeuDUST/giphy.gif

https://i.imgur.com/J2Ag08q.jpg

https://media.giphy.com/media/kyzawPjQoyzdeuDUST/giphy.gif

https://i.imgur.com/Nh4B20K.jpg

Ostatnio zmieniony przez Tama (07-05-2019 o 10h41)


„Życie ponad śmiercią. Siła ponad słabością. Podróż ponad celem.”

https://orig00.deviantart.net/ecb1/f/2016/269/a/1/air_potion_by_planet_spatulon-daiwvca.gif

Offline

#9 07-05-2019 o 00h34

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 367

fot. Meika Woollard
https://cdn.discordapp.com/attachments/506526075665514507/575308652114870284/inCollage_20190507_150329985_20190507151103513.jpg

Y U U M I     S C H N E I D E R
❝   s ʜ ᴇ   s ᴇ ᴇ s   ɪ ɴ   ʙ ʟ ᴀ ᴄ ᴋ   ᴀ ɴ ᴅ   ᴡ ʜ ɪ ᴛ ᴇ
ᴛ ʜ ɪ ɴ ᴋ s   ɪ ɴ   ɢ ʀ ᴇ ʏ s
ʙ ᴜ ᴛ   ʟ ᴏ ᴠ ᴇ s   ɪ ɴ   ᴄ ᴏ ʟ ᴏ ʀ   ❞


✁------------------------------------------------------

ᴅᴀɴᴇ ᴘᴏᴅsᴛᴀᴡᴏᴡᴇ
ʏᴜᴜᴍɪ sᴄʜɴᴇɪᴅᴇʀ ★ ʏᴜɪ ★ 15 ʟᴀᴛ ★ ★ ʙɪsᴇᴋsᴜᴀʟɴᴀ
? ★ ɴɪᴇᴍɪᴇᴄᴋɪᴇ ᴋᴏʀᴢᴇɴɪᴇ ★ 23.05 ★ ʙʟɪźɴɪĘᴛᴀ ★ ᴀʙ ʀʜ+
ʀᴇᴀʟɪsᴛᴋᴀ/ᴘᴇsʏᴍɪsᴛᴋᴀ ★ ᴍᴇʟᴀɴᴄʜᴏʟɪᴋ ★ ɪɴᴛʀᴏᴡᴇʀᴛʏᴋ ★ ᴀᴛᴇɪsᴛᴋᴀ
ᴡᴇɢᴇᴛᴀʀɪᴀɴᴋᴀ ★ ᴇᴋᴏʟᴏɢɪsᴛᴋᴀ ★ ᴜᴍʏsŁ; ᴀʀᴛʏsᴛʏᴄᴢɴʏ/ʜᴜᴍᴀɴɪsᴛʏᴄᴢɴʏ
ᴜᴡɪᴇʟʙɪᴀ ᴇsᴛᴇᴛʏᴋĘ ᴡ ᴅᴢɪᴇŁᴀᴄʜ ★ ɪɴᴛᴇʀᴇsᴜᴊĘĘ ғᴏᴛᴏᴍᴏᴅᴇʟɪᴢᴍᴇᴍ
ʙʟɪźɴɪᴀᴄᴢᴋᴀ ᴋɪᴇʀᴀɴᴀ sᴄʜɴᴇɪᴅᴇʀᴀ ★ ɴɪᴇʀᴏᴢŁĄᴄᴢɴᴀ ʙʀᴀᴛɴɪᴀ ᴅᴜsᴢᴀ ʙʀᴀᴛᴀ ʙʟɪźɴɪᴀᴋᴀ

✁------------------------------------------------------

ᴀᴘᴀʀʏᴄᴊᴀ
160 ᴡᴢʀᴏsᴛᴜ ★ 43 ᴋɪʟᴏɢʀᴀᴍóᴡ ★ ᴘɪᴇʀᴄɪɴɢ: sᴛᴀɴᴅᴀʀᴅ ʟᴏʙᴇ
ᴅʀᴏʙɴᴀ ★ ᴄʜᴜᴅᴀ ★ sᴢᴄᴢᴜᴘŁᴀ ★ ᴢɢʀᴀʙɴᴀ ★ ʟᴇᴋᴋᴀ ★ ᴡɪᴅᴏᴄᴢɴᴇ ᴋᴏśᴄɪ
Łᴀsᴋɪ ʙʀᴢᴜᴄʜ ★ ᴅŁᴜɢɪᴇ ɴᴏɢɪ ★ ɢŁᴀᴅᴋɪᴇ ᴅŁᴏɴɪᴇ ★ ᴋᴏʟᴏʀᴏᴡᴇ ᴘᴀᴢɴᴏᴋᴄɪᴇ
ʙʟᴀᴅᴀ ★ sᴢᴀᴛʏɴᴋᴀ ★ ʙʀᴀᴋ ɢʀᴢʏᴡᴋɪ ★ ᴡŁᴏsʏ ᴅᴏ ᴋʟᴀᴛᴋɪ ᴘɪᴇʀsɪᴏᴡᴇᴊ
ɴɪᴇʙɪᴇsᴋɪᴇ ᴏᴄᴢʏ ★ ᴘᴇŁɴᴇ ᴏʀᴀᴢ ᴢᴀʀóżᴏᴡɪᴏɴᴇ ᴜsᴛᴀ ★ ᴍᴀŁʏ ɪ ᴘʀᴏsᴛʏ ɴᴏs

✁------------------------------------------------------

ɪɴғᴏʀᴍᴀᴄᴊᴇ ᴅᴏᴅᴀᴛᴋᴏᴡᴇ
❶ ɪᴍɪĘ "ʏᴜᴜᴍɪ" ɴɪᴇ ᴍᴀ żᴀᴅɴᴇɢᴏ ᴢɴᴀᴄᴢᴇɴɪᴀ, ɢᴅʏʙʏ ᴊᴇᴅɴᴀᴋ ᴢᴀʙʀᴀć ᴊᴇᴅɴᴏ ᴜ, ᴛᴏ ᴘᴏᴡsᴛᴀŁᴏʙʏ ɪᴍɪĘ "ʏᴜᴍɪ", ᴋᴛóʀᴇ ᴊᴇsᴛ ᴘᴏᴄʜᴏᴅᴢᴇɴɪᴀ ᴊᴀᴘᴏŃsᴋɪᴇɢᴏ ɪ ᴏᴢɴᴀᴄᴢᴀ "ᴡɪᴇᴄᴢóʀ", "ᴘɪĘᴋɴᴏ" ʟᴜʙ "ᴏᴡᴏᴄ"
❷ ᴘᴏsɪᴀᴅᴀᴄᴢᴋᴀ ᴀᴋʀᴏғᴏʙɪɪ; ᴘᴀɴɪᴄᴢɴʏ ʟĘᴋ ᴘʀᴢᴇᴅ ᴘʀᴢᴇʙʏᴡᴀɴɪᴇᴍ ɴᴀ ᴅᴜżᴇᴊ ᴡʏsᴏᴋᴏśᴄɪ ɪ ᴘʀᴢᴇᴅ sᴘᴀᴅɴɪĘᴄɪᴇᴍ
❸ ᴍᴀ ᴅᴏᴋᴜᴄᴢʟɪᴡĄ ᴀʟᴇʀɢɪĘ ɴᴀ ᴢɪᴀʀɴᴀ sŁᴏɴᴇᴄᴢɴɪᴋᴀ, sᴇᴢᴀᴍᴜ
❹ ɪʀʏᴛᴜᴊĘĄ, ɢᴅʏ ᴋᴛᴏś ᴏʙɢʀʏᴢᴀ ᴘᴀᴢɴᴏᴋᴄɪᴇ
❺ ʙᴇᴢ ʙʀᴀᴛᴀ ʙʟɪźɴɪᴀᴋᴀ ᴡ ᴘᴏʙʟɪżᴜ; ᴄᴢᴜᴊᴇ sɪĘ ɴɪᴇᴢᴅᴀʟɴᴀ ᴅᴏ ғᴜɴᴋᴄᴊᴏɴᴏᴡᴀɴɪᴀ, ᴊᴀᴋʙʏ ᴋᴛᴏś ᴏᴅᴇʙʀᴀŁ ᴄᴢĄsᴛᴋĘ ᴊᴇᴊ ᴅᴜsᴢʏ
❻ ᴘᴏᴛʀᴀғɪ ɢᴏᴅᴢɪɴᴀᴍɪ ᴘʀᴢᴇɢʟĄᴅᴀć ᴇsᴛᴇᴛʏᴄᴢɴᴇ ɢʀᴀғɪᴋɪ, ᴢᴅᴊĘᴄɪᴀ
❼ ᴏᴅ ᴅᴢɪᴇᴄᴋᴀ ᴘʀᴀɢɴĘŁᴀ ᴍɪᴇć ᴋᴏᴛᴀ, ʟᴇᴄᴢ ᴊᴇᴊ ᴍᴀᴍᴀ ᴍᴀᴊĄᴄᴀ ᴜᴄᴢᴜʟᴇɴɪᴇ ɴᴀ ɪᴄʜ sɪᴇʀść; ᴜɴɪᴇᴍᴏżʟɪᴡɪᴀŁᴀ ᴘᴏsɪᴀᴅᴀɴɪᴇ ᴛᴇɢᴏ ᴢᴡɪᴇʀᴢĘᴄɪᴀ
❽ ʟᴀᴛᴏ ᴊᴇsᴛ ᴊᴇᴊ ᴜʟᴜʙɪᴏɴĄ ᴘᴏʀĄ ʀᴏᴋᴜ
❾ ᴘᴇʀғᴇᴋᴄᴊᴏɴɪsᴛᴋᴀ ɪ ɪᴅᴇᴀʟɪsᴛᴋᴀ ᴅᴏ sᴢᴘɪᴋᴜ ᴋᴏśᴄɪ
❿ ᴡ ᴘʀᴢʏsᴢŁᴏśᴄɪ ᴄʜᴄɪᴀŁᴀʙʏ ᴜᴊʀᴢᴇć ᴋᴡɪᴀᴛʏ ᴋᴡɪᴛɴĄᴄᴇᴊ ᴡɪśɴɪ ɴᴀ ᴡŁᴀsɴᴇ ᴏᴄᴢʏ

Ostatnio zmieniony przez Neyu (22-06-2019 o 15h51)


https://i.imgur.com/9WX7JUV.gif

Offline

#10 08-05-2019 o 18h24

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

>> ETAP Dzień I       Godzina 13:24        Piątek         10.05.2019r.       Perdido Beach       Kalifornia---------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/190505/85225de3744cdf5d623a9a1794aa78ad.png
     Spędzanie piątkowego popołudnia u babci nie było wymarzonym zajęciem Niny. Właściwie jakikolwiek moment na farmie staruszki nie oznaczał dla niej przyjemności.
     Rodzice rankiem wyjechali na tygodniowy urlop, a Ninie zaraz po szkole kazali iść do babci. W piątki miała bardzo krótkie lekcje, co ten jeden raz wcale jej nie cieszyło. Przekroczyła próg farmy akurat, by dowiedzieć się, że nastał czas dojenia krowy i kiedy tylko zmieniła ubrania została usadzona przez babcię przy tym bydlęciu wyższym od niej, choć stało na czterech nogach.
     Samo siedzenie obok było katorgą, ponieważ smród stodoły przyprawiał o odruch wymiotny, ale dojenie było czymś na całkiem innym poziomie. „Wymiona” jak to nazwała babcia były obleśne i śliskie. Wydobycie z nich mleka mogło wydawać się proste, ale trzeba było włożyć w to naprawdę dużo siły.
     Kiedy Nina się z tym męczyła, próbując powstrzymać nachodzące do oczu łzy i chęć zadzwonienia do mamy, żeby jednak pozwoliła jej przez ten tydzień zostać w domu samej. Miała już trzynaście lat, umiałaby przeżyć bez rodziców tydzień. Zamiast tego była torturowana, jak ona to nazywała, przez staruszkę, od której ponoć dostała geny. Niech sobie je weźmie, a jej da spokój, myślała. Ale na niewiele się to zdało.
      — Musisz to robić mocniej, dziecko — wołała zza krowy staruszka przygotowując w tym czasie ziarno dla kur. — Jak skończysz musimy jeszcze nakarmić kury i Kajtka.
     Wtedy gardło Niny ścisnęło się jeszcze bardziej. Ogromny wilczur babci wywoływał u niej ataki paniki, choć ponoć pozbyła się już strachu przed psami. Kajtek był jednak wyjątkiem. Zamknięte w kojcu, ujadające i kłapiące zębami, obronne psisko babci nie wpasowywało się w słowa terapeutki „nie każdy pies chce cię skrzywdzić, to tylko twoja wyobraźnia.” On wyraźnie chciał kogoś skrzywdzić.
      — Później możemy wykopać kilka młodych ziemniaczków na obi...
     Nagle zdanie się urwało. Nina nie wiedziała, co się stało, a tym bardziej, co powinna zrobić.
      — Babciu? — zaczęła wołać. Najpierw ze zdziwieniem, a później z coraz większym przerażeniem w głosie. — Babciu?! Babciu! Jak mam wyjść spod tej krowy?! Ona mnie nie kopnie?! Babciu!
     W końcu rozumiejąc, że nie doczeka się odpowiedzi, sama, powoli i ostrożnie wstała z drewnianego stołka i wygramoliła się spod wielkiego cielska. Wzięła ze sobą półpełne wiadro. Gdyby krowa je wylała, babcia chyba by udusiła Ninę, a przynajmniej dziewczyna uznawała to za prawdopodobny scenariusz.
      — Nawet jeśli się schowasz, to sama ich nie nakarmię! — zawołała. — Jeśli chcesz mnie testować to proszę bardzo, ale zdechną z głodu!
     Kiedy opuściła stodołę i nie znalazła w jej okolicy babci, pobiegła do jej domu i odszukała swój skonfiskowany telefon. Jeden, drugi, trzeci raz próbowała dodzwonić się do mamy i taty, ale cały czas nie odbierali, choć nie było problemów z zasięgiem. Zadzwoniła do sąsiada. Później, w akcie desperacji pod numer alarmowy, bo przecież babci mogło się coś stać. Numery alarmowe też nie były dostępne. Nie miała pojęcia, co zrobić.
     Mogłaby zacząć się martwić, ale zauważyła w tym dobrą okazję. Babci nie ma, rodzicie nie odbierają... Przecież, co może zrobić taka niepotrafiąca się sobą zająć trzynastolatka? Powinna pójść do miasta, do dorosłej osoby, której ufa. Do sąsiadki. A skoro jej dom jest tuż obok, to przecież może też chwilę posiedzieć u siebie. Chytry plan zaczął się kiełkować w jej głowie. Skoro babcia chce się bawić w chowanego i najprawdopodobniej zepsuła jej telefon, to niech się bawi. A ona idzie do domu z już wymyśloną historyjką usprawiedliwiającą na wypadek, gdyby ktoś chciał później wyciągnąć z tego konsekwencje.
     Nieco zaniepokoiła ją pustka na autostradzie tuż przed godzinami szczytu, ale to tylko ułatwiło jej dotarcie do miasta. Tylko, co powinna teraz porobić?
     Pewnie dłużej by się nad tym zastanawiała, gdyby nie zauważyła samochodu, który zjechał z drogi i wpadł na rosnące przy poboczu drzewo. Podbiegła do niego, żeby sprawdzić czy kierowca żyje, bo że jest poszkodowany można było wywnioskować ze stanu auta. Nina była w ogromnym szoku, kiedy okazało się, że pojazd jest pusty.
     Ruszyła powoli w stronę domu, nie wiedząc, co miałaby zrobić z tym faktem, skoro jej telefon nie działa. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, że ulice wydają się jej zbyt ciche. Nie było samochodów. A przynajmniej nie jadących. Za to gdzieś w oddali wył alarm jednego z nich. Coś było nie tak. Może powinna spotkać się z Jo i zapytać czy on też to zauważył. Nie mieszkał tak daleko, żeby nie mogła zajść do niego po drodze. Ale może najpierw powinna jednak pójść do tej sąsiadki? Nie wiedziała, co wybrać, więc wolnym krokiem szła w kierunku domu, zastanawiając się na tym.

Ostatnio zmieniony przez Chitaru (01-06-2019 o 22h44)


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Online

#11 08-05-2019 o 19h32

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 934

_________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/574625676439715864/unknown.png

     Był już spóźniony, a chodniki zatłoczone. Ojciec zwolnił go z lekcji, przetrzymał go w swoim gabinecie i nawet już nie zwracał uwagi na to, że psy próbowały ukraść opakowanie plastikowych kubeczków, których zapas stał zawsze obok dystrybutora wody. Z pasją opowiadał o tym, że niedawno skontaktował się z nim jego stary kolega ze studiów. Podobno z tym właśnie kolegą dzielił pokój w akademiku i to ten właśnie kolega miał pomóc Seanowi w dostaniu się na te same studia, na ten sam kierunek. Robiło mu się słabo na samą myśl o tym, że matka dowie się o poważnych planach ojca i nie chciał wysłuchiwać jej narzekań. Miał wrażenie, że wie dokładnie, co usłyszy, kiedy dotrze do studia.
      Poprawił plecak i z dwoma szczeniakami pod pachami zaczął biec w kierunku budynku. Z trudem złapał windę i wyjechał na odpowiednie piętro- w niej też puścił swoje dwa zwierzaki. Pracownicy studia przyzwyczaili się już do tego, że gdzie był Sean, były też te dwa małe, energiczne potwory.
     Niemal podskoczył, kiedy zobaczył twarz matki zaraz po tym, jak drzwi windy się rozsunęły.
     -Sean Lev! Przebieraj się, szybko, robimy zdjęcia! Ach, co jest nie tak z twoimi włosami, dlaczego sterczą z jednej strony? Sean, ruchy, ruchy, nie mamy czasu, dzisiaj spotykamy się z ważną osobą. Jeśli dobrze pójdzie, zostaniesz twarzą kampanii reklamowej! W poniedziałek zwalniam cię z całego dnia, nie idziesz do szkoły, zrobisz karierę!- Podczas dłużącego się i niepokojącego monologu wysokiej i szczupłej, ciemnowłosej kobiety, Sean próbował przepchać się przez kolejny mały tłum ludzi. Matka złapała jednego z psów i z pośpiechem odstawiła go do kojca przyszykowanego przy ścianie sali. Sean czym prędzej zrobił to samo z drugim, chcąc uniknąć okrzyków pośpieszania.
     -No ale nie, nie! Ricardo, to nie tak miało być! Na litość boską, mówiłam, że purpurowe po prawej a liliowe po lewej! Jesteś daltonistą czy nie odróżniasz prawej od lewej? Owen, co tam się dzieje? Dzisiaj jest tutaj takie zamieszanie, że po prostu tragedia! Tra-ge-dia. Lydia, nie mogę na to patrzeć, zrób coś z włosami Seana, one nie mogą tak sterczeć na sesji! Szybko, Sean, idź, ubierz zestaw numer jeden. Albo nie! Weź drugi, no już, myk!
     -Dobrze, już idę!
     Nie zdążył nawet obejrzeć się na nikogo- matka dyrygowała jak szalona, wszyscy biegali, jedni nosili teczki, drudzy sterty ubrań, jeszcze inni pchali wielkie wieszaki na kółkach. Z trudem przepchał się do garderoby, nie będąc pewnym, czy ostatecznie złapał odpowiedni zestaw ubrań. Czarne spodnie z szelkami i cienki golf niezbyt mu się podobały- wolał chodzić w mniej eleganckim dole i luźniejszej górze. Kiedy naciągał beżowy materiał na głowę, wydawało mu się, że przestał słyszeć rozkazującą wszystkim mamę. Usłyszał za to jakieś szumy, jakby ktoś zrzucił na podłogę rzeczy, które miał w rękach. Kiedy z impetem otworzył drzwi, już przebrany, zrozumiał, że po prostu nie słyszy już nikogo. Nikogo też nie widział- na podłodze walały się teczki i ubrania, a niedaleko lamp i sprzętu fotograficznego ktoś rozbił kubek z kawą.
      Zmarszczył brwi, stojąc tak w osłupieniu. Miał wrażenie, że wszyscy się schowali, ale nie wymyślił dobrego powodu tłumaczącego takie zachowanie. Nie było szans, że zadzwonił alarm przeciwpożarowy- usłyszałby go, poza tym nie sądził, aby tak niezorganizowana ekipa ewakuowała się ze studia w ciągu niecałych dwóch minut. W dodatku psy były w swoim kojcu- pchały łapami kratę i zaczęły merdać ogonami, kiedy zorientowały się, że Sean na nie patrzy.
     Wolnym krokiem szedł w stronę kojca, rozglądając się na boki niepewnie. Wyjrzał na korytarz, w jakimś stopniu spodziewając się żartu roku, ale tam też nie było nikogo. Stracił rachubę czasu. Nie wiedział ile tam siedział bezczynnie, nie zarejestrował momentu, w którym przykucnął przy kojcu i wsunął palce pomiędzy kratkę, a szczeniaki zaczęły go po nich lizać. Patrzył pusto w scenerię, którą matka zaplanowała na tamten dzień. I czekał.
     Po kilkunastu minutach wygrzebał z torby swój telefon. Próbował zadzwonić do mamy, później do taty. Informacja o braku możliwości połączenia się zaskoczyła go nawet wtedy, kiedy próbował zadzwonić do Jonatana.
     Wtedy pojawił się strach. W pośpiechu przypiął psom długą smycz z dwoma zatrzaskami, złapał jej środek i popędził po schodach na zewnątrz budynku.
     Na ulicy stał cały łańcuszek pozderzanych ze sobą samochodów. Słyszał jakieś krzyki, ale nie były to krzyki wołające o pomoc. Nie chciał tracić czasu- w miarę możliwości poruszał się szybko, mijając kolejne puste pojazdy. Nie gdybał, nie myślał o tym, co widzi. Skupił się na celu dotarcia do mieszkania.
     Wpadł na klatkę schodową i jako, iż mieszkanie Jonatana było bliżej, zwyczajnie zaczął dobijać się do drzwi.
     -Jonatan? Jonatan! Jesteś tam, Jonatan?! Żyjesz?!- Poczuł, że trzęsą mu się dłonie, a wtedy zaczął bić mocniej w drewno i nie przestawał.

Ostatnio zmieniony przez Airi (10-05-2019 o 13h42)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#12 09-05-2019 o 18h00

Straż Obsydianu
Tama
Szeregowiec
Tama
...
Wiadomości: 125

-------------------------------https://i.imgur.com/y7vLyfT.png


       Gdy wskazówka sekundowa obeszła kolejne kółko, sugerując godzinę trzynastą dwadzieścia cztery, Beatrice uniosła głowę znad zeszytu. W dużym salonie panowała cisza, przerywana jedynie głosem komentatora, relacjonującego odbywający się w telewizorze mecz koszykówki. Dziewczyna spojrzała w tamtą stronę, po czym wpisała kolejne dane do tabelki, którą z nudów stworzyła półgodziny temu w zeszycie od matematyki. Nie przewidywała żadnych rewelacji na dzisiejszy mecz. Wynik najpewniej będzie się mieścił w granicach od osiemdziesięciu do dziewięćdziesięciu dla Chicago Bulls i od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu dla przeciwników. Jedyną niewiadomą, która mogła w jakiś sposób zakłócić rachunek Beatrice był nowy zawodnik, którego wystawili gospodarze. Dziewczyna przypatrzyła się mężczyźnie na ekranie telewizora, po czym utworzyła w tabeli nową rubryczkę przeznaczoną wyłącznie dla niego.

- Nie przemęczasz się zbytnio? - Beatrice oderwała głowę znad notatnika, widząc przed sobą gosposie o przerzedzonych, czarnych włosach. Kobieta trzymała w dłoniach tacę z herbatą. Postawiła jedną filiżankę na stoliku dziewczyny. W tej chwili były w domu same, jako iż jej rodzice wyjechali na konferencję do Mediolanu - Nie powtarzaj tego twoim rodzicom, ale odrabianie matematyki w piątkowe popołudnie nie jest najlepszym pomysłem. Nie chcesz wyjść na jakąś imprezę? – kontynuowała z uśmiechem kobieta.

  Beatrice była na imprezie kilka tygodni temu. Jednakże tak przyziemne rozrywki niezwykle ją nudziły. Jeszcze nie znalazła rozmówcy o podobnym poziomie intelektualnym co ona i o podobnych ambicjach co ona. Wszyscy jej rówieśnicy rozumowali w wąskich sferach, ograniczających się jedynie do ocen, związków czy wyboru uczelni.
- Właśnie skończyłam - odpowiedziała przyjaźnie, zamykając zeszyt. Przyjrzała się twarzy gosposi, jednocześnie analizując jej osobę i stukając swoim różowym długopisem w blat stolika. Kobieta nie nadawała się do tej pracy. Zbyt rozpraszała dziewczynę i zdecydowanie zbyt często się odzywała. Będzie musiała poprosić ojca, aby ją zwolnił, po czym zarekomendował jej osobę miejscowemu domowi starców. Starzy ludzie potrzebowali rozmów i częstego zagadywania.
   Och, dlaczego ludzie tak często mijają się ze swoim powołaniem? Beatrice znała odpowiedź na to pytanie, a była nim – małostkowość i głupota. Gdyby tylko słuchali się dziewczyny, która myślała w wyższych sferach, odnaleźliby drogę do wiecznego szczęścia. Ludzie byli niczym zagubione owce, potrzebujące mądrzejszego przewodnika. Potrzebujące jej.

   Kobieta powoli zdjęła dzbanek z herbatą, chcąc nalać płynu do filiżanki dziewczyny. Jednakże w  momencie, w którym przechyliła naczynie pod odpowiednim kątem, porcelana spadła na stolik, roztrzaskując się i pozwalając wrzątkowi zalać notatki dziewczyny. Zaskoczona Beatrice, poderwała się do góry i rzuciła spojrzenie swojej gosposi, której… jednak tam nie było. Kobieta dosłownie rozpłynęła się w powietrzu. Dziewczyna rozszerzyła oczy, rozglądając się po pokoju w poszukiwaniu zaginionej. Nie było żadnego logicznego wyjaśnienia dla takowego zniknięcia. Nawet sztuczki magiczne nie potrafiłby tego zdziałać. Do podobnej akcji, potrzeba specjalnej sceny, a jej podłoga została zrobiona z ciężkiego kamienia. Gdy nie znalazła kobiety, niepewnie podeszła do okna, powoli rozważając możliwe wyjaśnienia. Zorientowała się, że ulice stały się opuszczone, a pobliskie samochody roztrzaskiwały się, jakby kierowcy stracili panowanie nad maszyną. Szybko cała ta sytuacja stała się dla Beatrice jasna. Ludzie w jakiś sposób znikają. Widziała to na własne oczy i nie dostrzegała innej odpowiedzi. Dziewczyna przez chwilę przysłuchiwała się rozlegającym się w oddali alarmom, na spokojnie trawiąc przyswojone informacje.

   Na jej twarzy pojawił się uśmiech. Do Beatrice dotarło, że tego rodzaju katastrofa jest w jej przypadku pozytywna. Nareszcie wydarzyło się coś, co wyrwało ją ze zwyczajnego, nudnego i prostego życia! Świat rzucił jej wyzwanie i być może obdarował szansą lepszego świat, której nie zamierzała zmarnować. Z całą pewnością nie zamierzała zmarnować…

   Beatrice powoli oderwała wzrok od szyby, rozumiejąc, że potrzebuje planu działania. Udała się po ogromne arkusze białego papieru, które poprzyczepiała na ścianach w kuchni. Następnie wypisała na nich ważniejsze miejsca w mieście, trasy, godziny pracy pobliskich usług itd. Przy każdym nowym elemencie, Beatrice łączyła ze sobą poszczególne fragmenty, tworzyła wykresy i pisała notatki. Po około czterdziestu minutach rozmyślań, dziewczyna po raz ostatni spojrzała na układankę, w akcie zamyślenia przykładając swój różowy długopis z pomponem na czubku do ust. Gdy wreszcie zdecydowała się na konkretny scenariusz, uśmiechnęła się do siebie w zadowoleniu. Opuściła kuchnię, pozostawiając samotnie wiszące arkusze. Od tego momentu musiała zacząć się śpieszyć. Przez zbyt długie układanie planu złapała opóźnienie.

   Spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy zajęło jej nie wiele czasu. Nie wiedziała, jak wygląda sytuacja na zewnątrz, a nie mając czasu na zapoznanie, wzięła uniwersalne przedmioty min. wodę i nie wielką ilość jedzenia. Beatrice nie znosiła tego przyznawać, ale musiała liczyć na „szczęście”. Sama koncepcja pokładania wiary w coś, co nie jest logiką, wywołała u dziewczyny dreszcze.

   Powoli udała się na zewnątrz, gdzie powitał ją groteskowy obraz. Płonące maski samochodów, kompletne pustki na ulicach oraz cisza przerywana jedynie wyciem alarmów. Dziewczyna nabrała powietrza w płuca, po czym z promiennym uśmiechem udała się w stronę starej fabryki konserw – jej pierwszego celu. Po drodze spotkała płaczące dziecko, co jedynie napełniło ja radością. Czyli nie została ostatnim człowiekiem na Ziemi… Zanim ruszyła dalej, rzuciła chlipiącemu chłopczykowi butelkę wody i trochę jedzenia. Gdy kilkulatek wciąż był zbyt zdezorientowany tym aktem, Beatrice przyspieszyła kroku, zanim zdążył jej cokolwiek odpowiedzieć.

   Do fabryki doszła na piechotę, gdyż ulice pełne były rozbitych samochodów. Mimo zmęczenia, słodki uśmiech nie schodził jej z twarzy. Patrząc na rozpościerający się w górę budynek, wyjęła zeszyt. Okrążając fabrykę i wchodząc do środka, zapisywała poszczególne obserwacje, wyliczenia i układała plan. Gdy uznała, że nikogo poza nią nie ma w pobliżu, klasnęła w dłonie z radością, mówiąc:

– Cudownie!

   Schowała zeszyt z powrotem do plecaka, po czym podeszła do najbliższego wózka widłowego, próbując wyjechać nim z budynku. Okazało się to trudniejsze, niż się mogło wydawać, ale w końcu się udało. Następnie zapakowała na widły dwie wypełnione po brzegi skrzynki konserw, które chwilę później dla stabilności obwiązała kilka razy liną. Od wysiłku fizycznego na dłoniach dziewczyny pojawiły się odciski. Och, nie powinna się zajmować takimi czynnościami. Niestety, jeszcze nie miała od tego pomocników. Jeszcze.

   Kiedy skończyła, pewnym krokiem wróciła do środka. Przez chwilę zastanawiała się nad czynnością, którą właśnie miała wykonać, ale szybko się na nią zdecydowała. Podeszła do zaworu i kręcąc nim, otworzyła ogromny właz w podłodze. Pod jej stopami ukazał się widok oceanu – to tutaj pracownicy fabryki wyrzucali uszkodzone egzemplarze. Cóż, stare fabryki rzadko kiedy brały pod uwagę faunę i florę. Przypatrzyła się chwilę płynącej spokojnie wodzie, po czym…
zaczęła do niej wrzucać wszystkie nie zapakowane na wózek puszki. Zostawianie tu tak dużej ilości długoterminowego jedzenia  mogło zagrozić jej pozycji. Wiedziała, że nie została ostatnim człowiekiem na Ziemi, a ktoś z drużyną i arsenałem mógłby przejąć to miejsce na swoją bazę. Zapewne zacząłby rozdawać karty. Do tego nie mogła dopuścić. Nastąpiła apokalipsa i tylko ona była idealnym przywódcą, zdolnym wskazać innym drogę.

   Patrząc, jak ostatnia puszka tonie w oceanie, powoli opuściła budynek. Zanim usiadła za kierownicą wózka, przykryła dwie skrzynki jedzenia czarną płachtą. Gdy to zrobiła, nieporadnie wyjechała z terenu fabryki i trzymając się chodnika, udała się w stronę miasta.

Ostatnio zmieniony przez Tama (09-05-2019 o 20h29)


„Życie ponad śmiercią. Siła ponad słabością. Podróż ponad celem.”

https://orig00.deviantart.net/ecb1/f/2016/269/a/1/air_potion_by_planet_spatulon-daiwvca.gif

Offline

#13 10-05-2019 o 01h08

Straż Cienia
Ermac
Szeregowiec
Ermac
...
Wiadomości: 118


https://txt-dynamic.static.1001fonts.net/txt/b3RmLjI4Ljc1YjQ0MS5VblYwYUNCRGRXNXVhVzVuYUdGdC4x/jmh-grace.regular.png


       Piątek oznaczał krótsze lekcje, a co za tym szło, wczesną godzinę opuszczenia murów szkoły. Dlatego też wraz z dzwonkiem, ledwo wyrabiając się przy chowaniu książek do plecaka, Ruth zerwała się naładowana energią z miejsca przy ławce, mając zamiar wyparować z klasy jak najprędzej. Gdy jednak uniosła wzrok, natrafiła nim na cztery przeszkody w kształcie jej najmniej ulubionych znajomych z klasy. Te, które nie dawały jej spokoju ani na przerwach, ani na lekcjach. Dzisiejszą w to wliczając. Pewnie musiały usłyszeć, co dziewczyna mruknęła do swojego kumpla z ławki obok żartobliwie, co myśli o zakompleksionych dziewczynkach z dobrego domu. Tylko takie panienki mogłyby poczuć urazę, słysząc coś takiego, a potem czekać do końca zajęć, aż będą mogły to rozwiązać twarzą w twarz z winowajcą. Oczywiście, po co to załatwiać w pojedynkę, gdy można zabrać swoich wiecznych przydupasów? Toż to tak ohydnie kliszowe.
       - Cunningham, pozwolisz, że cię odprowadzimy do wyjścia, co? – rudzielcowi o imieniu Eveline jad aż ciekł z ust i mimo, że Ruth zawsze chciała się pobawić z wężem, to od tego wolała się niczym nie zarazić.
       - Nie ma po co się fatygować, trochę mi się śpieszy i chyba pójdę na skróty. – odparła z niezrażonym niczym uśmieszkiem, cofając się w stronę uchylonego okna.
       - Zatem do tej pory małe towarzystwo ci nie zaszkodzi.- wtrąciła się jej przyjaciółka Victoria.
       - Tyle, że ten skrót jest bliżej niż założyłyście. – to mówiąc, odwróciła się, otworzyła całkowicie okno i nie myśląc długo, skoczyła na drzewo rosnące nieco ponad metr od okna.
       Łapiąc się gałęzi, czuła jak na jej odkrytych nogach i rękach powstają nowe zadrapania, ale nie przejmowała się nimi na razie i zeszła sprawnie po drzewie na sam dół. Całe szczęście, że dziś zajęcia odbywały się na pierwszym piętrze, bo z drugiego to, jeśli by się nie zabiła, to na pewno coś sobie połamała i tyle z ucieczki. Uniosła głowę do góry, spotykając się z zaskoczonymi minami dziewczyn, zasalutowała im i dalej ignorując piekące łydki, uda i ramiona, zaczęła biec ku ogrodzeniu, które też przeszła w ten mniej normalny sposób. Kontynuowała bieg przez większość drogi do domu, zwolniła głównie z powodu coraz silniejszego pieczenia, po nagłym uczuciu wilgoci. Zerknęła w dół i ujrzała cienką strużkę krwi płynącej z jednego z kolan. Może bardziej by ją to przejęło, gdyby to nie był jakiś tysięczny raz, gdy jej się przytrafiło krwawić – a bywało gorzej. Nawet udało jej się złamać nogę, przez co siedziała tydzień w szpitalu, a potem pół roku kuśtykała w topornym gipsie. Mało brakowało, a złamanie okazałoby się otwarte. Los nad nią czuwał.
      Dokuśtykała do domu, odprowadzona litościwym spojrzeniem sąsiadki i już przy samym wejściu napotkała Scotta, który na jej widok aż się potknął. Zmierzył ją od stóp do głów, westchnął i pokręcił głową, z pobłażliwym uśmieszkiem krążącym w kącikach ust, którego nie udało mu się ukryć w porę.
      - Chyba będę zmuszony cię wysłać na wakacje do szpitala i dopilnować, żeby cię przykuli do łóżka. Może to cię sprowadzi na ziemię, Ruth. – poczochrał ją po włosach i równocześnie tą samą ręką popchnął w głąb domu, po czym młody mężczyzna zamknął drzwi.
     - To brzmi jak fajne wyzwanie, którego jestem w stanie się podjąć. Dajesz. – powiedziała chytrze, rzucając wzrokiem wyzwanie starszemu bratu.
      Ten nie zdążył odpowiedzieć, gdyż w salonie, tuż za ścianą, rozbrzmiały powoli zbliżające się kroki.
      - Szpital? Jaki szpital? Ani centa nie wydam na durne leczenie. – mocno zniszczony od alkoholu głos ojca rozbrzmiał w pomieszczeniu obok, a Ruth jak zwykle odczuła ciężar w sercu, gdy widziała i słyszała, co ze sobą zrobił niegdyś naprawdę porządny człowiek.
      A teraz? Obawiała się zostać z nim sam na sam, choćby do niego podejść…
      Scott, spojrzawszy na siostrę, pokręcił głową i niemo kazał jej pójść do kuchni, a sam udał się do łazienki. Dziewczyna szybko przemknęła do wskazane pomieszczenia, nie chcąc przez przypadek natrafić na rodzica i wskoczyła na blat kuchenny, siadając na nim. Po niecałej minucie dołączył do niej brat z wodą tlenioną, bandażami i plastrami. Gdy Ruth chciała mu jej odebrać, mówiąc, że potrafi to zrobić sama, ten wziął do ręki jabłko i zatkał nim jej usta, nic nie dodając. W takim wypadku siedziała cicho, zagryzając owoc, dopóki mężczyzna nie skończył opatrywać jej kolana. Po tym jego jedynym pytaniem było: co tym razem? Usłyszawszy o jej wyczynie, prychnął śmiechem.
      - Wolałbym, chyba żebym musiał udać się do szkoły z powodu wezwania dyrektorki, która przyłapała cię na pobiciu tych dziewczyn, niżeli miałabyś znowu wyczyniać kolejne skoki wiary. – pstryknął ją w czoło, nim zechciała wysunąć argumenty obrony. - Następnym razem naprawdę cię uziemię w domu.
      - Tylko na to czekam, braciak. – dokończyła jabłko, wyrzuciła ogryzek i spojrzała w kierunku Toby’iego, który jadł swoją karmę w kącie. - Gdzie polazł znowu Fenek?
      Ruth dobrze znała swoje koty i skoro nawoływania w domu nie skutkowały, to kociak mógł się znajdować tylko w jednym miejscu…
Scott odmówił puszczania jej teraz gdziekolwiek samej, więc niczym cień, pomaszerował z nią pod jej ulubione drzewo niedaleko domu. Dobiegało z niego donośne pomiaukiwanie i po spojrzeniu górę, łatwo było dostrzec beżowego kota. Głupek znowu wlazł na drzewo i nie potrafił zleźć. Kiedy on się nauczy?
      - Dobra, buła z masłem. Po prostu tam wejdę i…
      - Podsadzę cię, a potem pomogę ci zejść.
      - Nie ma potrze—
      - Bez dyskusji, krypku. – odparł z uśmieszkiem i nim się spostrzegła, Scott ją podrzucił i posadził na swoich barkach.
Pomógł jej wejść na grubą gałąź, z której już łatwo było dostać do sierściucha wydzierającego pysk. Nie obyło się bez pazurów, a nawet syczenia. Cóż za wdzięczność, jak zwykle! Udało jej się utrzymać kota w ramionach. Zza pleców usłyszała głos brata:
      - Podaj go mi, a potem cię ściągnę. Nie chcę, żebyś niszczyła moją ciężką pracę. – Ruth wywróciła oczami i obróciła się na gałęzi z kotem.
      - Za jaką niezdarę mnie ty uwa— – przerwała, gdyż nikogo nie namierzyła wzrokiem. - Scott? – rozejrzała się dookoła, ale nigdzie nie widziała żywej duszy.
       Z konsternacją wyrysowaną na twarzy, zeskoczyła z drzewa, a kot wykorzystał sytuację i jej się wymknął, mknąc w stronę domu jak poparzony. Ruth natomiast nadal wyglądała starszego brata.
       Nieudolnie. I… czyżby ją umysł oszukiwał, czy przed chwilą nie było tak dziwnie pusto na tej ulicy? Przerwę przerywały tylko dźwięki przywodzące na myśl wypadki samochodowe w niedalekiej okolicy. Serce dziewczyny zaczynało coraz szybciej bić, jeszcze zanim nogi poniosły ją z powrotem do domu. Przekraczając jego próg, nawoływała Scotta, ale nikt jej nie odpowiadał. Weszła z rozpędu do salonu, ale nie zauważyła tam nawet ojca.
       - Tato…? – nawoływała na zmianę brata i ojca, krążąc po całym domu, przeszukując najmniejszy kąt. Jednakże znalazła tylko koty – nawiasem mówiąc, dziwnie się zachowujące. - To nie jest zabawne, Scott. Jeśli chciałeś mnie w ten sposób ukarać, to ci się udało, okej? Możesz już wyjść. – powiedziała na głos, czując coraz bardziej ją rozpierający niepokój.
       Coś było mocno nie tak…
       Pokręciła głową, czując dziwną suchość w gardle i wyleciała na zewnątrz, rozejrzała się gorączkowo po okolicy. Nadal nikogo nie potrafiła dostrzec. Piątek po południu i taka cisza? Przecież to nienaturalne. Gdzie się podział Scott? I ojciec? Sąsiadka dopiero, co zajmowała się swoim ogródkiem, a teraz w miejscu jej pracy Ruth widziała jedynie narzędzia ogrodnicze, a woda nadal się lała z niedawno używanego węża ogrodowego.
       Wyciągnęła telefon i spróbowała zadzwonić do Scotta. Zero odpowiedzi, bez przerwy odpalała się poczta głosowa. Po chwili namysłu wykręciła numer alarmowy. Ku jej zaskoczeniu, tam też napotkała ją cisza, ponowiła więc próbę, aczkolwiek nieskutecznie, bo efekt był wciąż ten sam. Po raz kolejny przeleciała wzrokiem po ulicy, mając nadzieję, że jednak kogoś gdzieś ujrzy, ale nie. Miejsce wydawało się dziwnie odludne. Nawet nie zauważyła, gdy nogi same zaczęły ją nieść przed siebie. Zaczęła biegać po ulicy, w poszukiwaniu jakiegoś człowieka, jakiegokolwiek. Biegnąc tak, natrafiła na samochód, który rozbił się w jednym z budynków mieszkalnych. I nie był on jedyny… Ruth zajrzała niepewnie do środka, lecz i tutaj nie znalazła nikogo żywego, czy też nieżywego. Patrząc na uszkodzenia auta, osoba powinna być ranna, a jakoś nie widziała najmniejszego śladu krwi… Chyba że co innego się tu wydarzyło… Ale…
       Miała kompletny mętlik w głowie. Wznowiła swój bieg, ale podczas, gdy się tak roztrzepanie rozglądała, natrafiła na przeszkodę, z którą się zderzyła. Jakimś cudem utrzymała równowagę i zerknęła na powód jej zderzenia. Zazwyczaj się nie cieszyła specjalnie na widok tej osoby, ale w obecnej sytuacji, spotkanie jej nieco uspokoiło dziewczynę.
       - Nina… Chyba po raz pierwszy się cieszę, że cię widzę. – krzywo i nieprzekonująco się uśmiechnęła.



https://66.media.tumblr.com/9cf06399e12182545d8c018c508848f8/tumblr_px07f0oW8L1qelb9co3_400.gifvhttps://66.media.tumblr.com/abcb4ab326a31ae2592a25b38d8e7272/tumblr_px07f0oW8L1qelb9co10_400.gifv

Offline

#14 10-05-2019 o 23h17

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.............................................................................https://fontmeme.com/permalink/190507/89eeaeb4346770da39f9c6a2763ad96c.png

         Siedziałem przy stole w kuchni i czytałem książkę, kiedy to się stało. Rodzice nie pozwalali mi oglądać dużo telewizji, ponieważ przez nią miałem częstsze i bardziej żywe koszmary, jakby mój mózg wykorzystywał wszystko, co zdoła znaleźć, żeby przeistoczyć to w coś, co mnie przerazi. Na szczęście jeśli chodzi o literaturę miałem wolną rękę. Właśnie zacząłem "Folwark zwierzęcy". Odchyliłem się do tyłu, balansując na tylnych nogach krzesła.
- Jonathan - Spojrzałem znad kartek i napotkałem spojrzenie mamy. No tak, niszczyłem jej podłogę.
- Sorry, mamo. Pomóc ci z obiadem?
Właśnie wróciła ze sklepu. Wstałem, żeby pomóc jej wypakować torby.
- Nie trzeba, mam już wszystko zaplanowane.
To znaczyło: "Tylko byś przeszkadzał." Nigdy nie byłem dobrym kucharzem, jednak nie mogłem patrzeć jak się męczy. Jak zwykle chciała wszystko zrobić sama, a przecież nad ranem wróciła z nocnej zmiany. Oczy miała prawie tak mocno podkrążone jak ja, a to o czymś świadczyło.
- Jesteś pewna?
- Tak, nie przejmuj się mną - W przelocie pocałowała mnie w czoło. - Jak skończysz czytać, możesz pomóc tacie. Macie czas do czternastej, potem chcę was widzieć, jak nakrywacie do stołu.
Skinąłem głową i wróciłem do czytania. Zaczęła mruczeć jakąś melodię i chyba to jak nagle ją urwała zwróciło moją uwagę. Podniosłem wzrok, chcąc znów zaproponować pomoc. Mamy już nie było. Dziwne, pomyślałem, nie słyszałem kroków. Być może znowu się wyłączyłem. Często mi się to zdarzało. Zauważyłem, że zostawiła garnek na gazie, więc zestawiłem go na blat obok. Zawartość prawie się wygotowała. Mama naprawdę rzadko wychodziła z kuchni w trakcie robienia obiadu. Wstałem od stołu, żeby jej poszukać.
- Mamo?
Cisza. Zawołałem jeszcze dwa razy i wyciągnąłem rękę, by oprzeć się o futrynę. Sprawdziłem resztę pomieszczeń. Wszystkie puste. Zaczynałem się hiperwentylować. Wybiegłem z domu, nawet nie pamiętam jak pokonałem schody. Warsztat taty był po drugiej stronie ulicy. Kiedy wybiegłem na zewnątrz, rozejrzałem się, czy nie wchodzę pod koła jakiegoś auta, ale droga była pusta, oprócz kilku samochodów stojących na poboczu. Jeden z nich przykuł moją uwagę. Wyglądało na to, że wjechał w tył auta stojącego przed nim, jednak wokół nikogo nie było. Zwykle w takich sytuacjach kierowcy robiliby zamieszanie. Oba samochody nadawały się do kasacji. Pomyślałem, że może ktoś został ranny i nikt jeszcze nie wezwał pomocy, więc podszedłem. Zajrzałem przez okno. Na miejscu kierowcy nikogo nie było, a pasażer...
Potknąłem się i upadłem, po czym zgiąłem się w pół i zacząłem wymiotować.
Poczuł, jak groza opada na niego niczym ciężki koc. Spojrzał w dół i zauważył, że trzęsą mu się ręce, jednak prawie wcale tego nie odczuwał. Wiedział, że to źle. Zamknął oczy.
Otworzyłem oczy. Nie wolno panikować. Muszę iść do taty. Nie mogę teraz stracić kontroli. Weź się w garść, Jonathan.
Przeszedłem na drugą stronę ulicy, tym razem nie poświęcając otoczeniu więcej uwagi. Miał miejsce wypadek, mama pewnie poszła do taty albo do sąsiadki...
Próbowałem się uspokoić, ale serce biło mi w piersi, jakby chciało wydostać się na zewnątrz. Przycisnąłem je ręką.
- Tato! - Wpadłem do środka. Powinni tu być, tata i jego pracownik, Derek. Światła były włączone, części samochodowe ułożone tak, jakby właśnie coś naprawiali. Szukałem ich przez dziesięć minut, lecz nie natrafiłem na nikogo. W tych godzinach warsztat powinien tętnić życiem. Zacząłem płakać i zaraz poczułem irytację. Łzy sprawiały, że ciężko było mi cokolwiek zobaczyć. Chociaż już od dawna nie ufałem swoim oczom. Możliwe, że to tylko bardzo realistyczny sen. Koszmar. Objąłem się ramionami i zmusiłem do zastanowienia. Uznałem, że powinienem iść do sąsiadów. Już widziałem minę mamy, kiedy ktoś mówi jej, jak widział mnie wymiotującego na ulicy.
Wróciłem ma klatkę i zapukałem do drzwi obok, mieszkania pani Zervinsky. Kiedy nie odpowiadała przez dłuższą chwilę, nacisnąłem klamkę. Była starsza i miała słaby słuch. Była też potwornie przerażająca. Z wahaniem postawiłem stopę na brzydkim dywanie i nie doczekawszy się reakcji, wszedłem do środka. Znów pusto.
Coś jest nie tak.
Oczywiście, że coś jest nie tak. Ta kobieta nie opuszczała mieszkania odkąd tu zamieszkałem. Przeszedł mnie dreszcz. Nagle wyobraziłem sobie, że pani Zervinsky mnie obserwuje, jest gdzieś tutaj i patrzy na moje plecy.
Wybiegłem i zamarłem, słysząc, jak ktoś wrzeszczy moje imię.
To Sean stał pod moimi drzwiami, przerażony tak jak ja.
Bez słowa podszedłem i objąłem go ciasno.
- Coś się stało, Sean. Boję się - Powiedziałem zduszonym głosem. Odsunąłem go od siebie, żeby móc mu się przyjrzeć. Wyglądało na to, że wszystko z nim w porządku. Odetchnąłem z ulgą. - Dobrze się czujesz? - zapytałem w razie czego. Nagle zdjęty poprzednim strachem pociągnąłem go za sobą do mieszkania. Chciałbym powiedzieć, że tutaj byliśmy bezpieczni, ale nie wiedziałem nawet na czym polega niebezpieczeństwo.
- Masz kontakt z rodzicami?
Komórka mojej mamy leżała na stole, a tata zostawił swoją w warsztacie, teraz miałem ją w kieszeni kurtki. Derek swoją również pozostawił na widoku, jednak jej nie ruszałem. Przecież w każdej chwili mógł po nią wrócić.

Ostatnio zmieniony przez Pani (11-05-2019 o 20h11)


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#15 11-05-2019 o 00h54

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 934

_________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/574625676439715864/unknown.png

     Bezmyślne uderzanie pięścią w twarde drzwi sprawiło, że dłoń Seana zaczęła robić się czerwona. Chłopak zaczął czuć pulsujący ból w momencie, w którym ktoś oderwał go od drzwi i zamknął w ramionach. Mocny uścisk sprawił, że chłopak zamilkł momentalnie. Kaszlnął cicho, próbując złapać oddech. Psy patrzyły na to w ciszy, nie skakały, nie szczekały, nie merdały też ogonami, chociaż lubiły Jonatana i robiły to zawsze, kiedy go widziały. Szukając wsparcia u przyjaciela Sean zdobył trochę pewności siebie. Nie dlatego, że został pocieszony a dlatego, że Jonatan wydawał się bać bardziej.
     -Mmm- wydusił jedynie, kiedy zapytano go o samopoczucie. Niepewnie pokiwał głową, a zaraz potem został wręcz wciągnięty do mieszkania. Kucnął przy psach i drżącą ręką odpiął zatrzaski od obroży przypominających chusty.
     -Nikt nie odbiera telefonu- zakomunikował, patrząc niepewnie na drzwi. Na ich zamek. –Byłem w studiu, a wiesz, jaki tam zawsze jest tłum. Poszedłem się tylko przebrać, a kiedy wróciłem, nikogo już nie było, wszystko leżało na ziemi. Myślałem, że włączył się jakiś alarm a ja go nie usłyszałem, ale to wszystko wokół było jakieś dziwne. Chciałem pobiec do kliniki, ale dom był bliżej i wystraszyłem się, że ty też zniknąłeś.- Gadał jak najęty, wciąż wpatrując się w ten sam, jeden, martwy punkt. –Widziałem samochody, pozderzane ze sobą. Mnóstwo samochodów.
     Pomyślał, że nie może panikować, ale wykonanie tego nie było takie proste. Cała ta groteskowa sytuacja przyprawiała go o trzęsienie się. Przypominała o filmie z gatunku horror, którego kawałek widział kiedyś z Jonatanem. Wtedy, kiedy teoretycznie byli za młodzi, aby go oglądać. Odwrócił się szybko w stronę przyjaciela.
     -Musimy coś zrobić, Jon- powiedział, starając się brzmieć pewnie. –Musimy poszukać pomocy. To niemożliwe, że wszyscy nagle zaczęli znikać, to jest niemożliwe, niemożliwe.
     Przeszedł przez mieszkanie i doszedł do okna, ciągnąc towarzysza za rękaw.
     -Może to za chwilę się skończy- wymamrotał. –Włączmy wiadomości!
     Sean nigdy nie lubił oglądać nudnych kanałów dla fanatyków polityki i szybkich faktów ze świata, ale tym razem dorwał się do pilota tak szybko, że aż psy nadstawiły uszy. Chwilę zajęło mu ogarnięcie, jak działa ten konkretny pilot, ale w końcu włączył telewizor. Na nic jednak zdał się jego upór. Żaden kanał nie działał.
     -O cholera- powiedział głośno. Mama zawsze denerwowała się, kiedy używał tych słów. –O cholera.- Ojcu też się to nie podobało, choć on nic nie mówił, jedynie marszczył brwi w niezadowoleniu. –O cholera- może to było w stanie ich jakoś przywołać?
     Potrzebny był im jakiś plan działania.
     -Skoro my mamy się dobrze, na pewno są też inni.- Spojrzał na Jonatana. –Może nie szukaliśmy dobrze. Chodź, Jon. Wyjdźmy i trzymajmy się razem. Poszukajmy jeszcze.
     Rozdzielenie się byłoby jedną z najgłupszych rzeczy, jaką mogliby zrobić.
     -Nie możemy czekać.
     Tak naprawdę miał ochotę zamknąć drzwi na wszystkie spusty i czekać.
     -Próbowałeś dzwonić pod numer alarmowy?- zapytał naiwnie. –Możemy iść na komisariat. Cholera, cholera… chodźmy na komisariat. Albo spróbujmy z radiem.
     Wyłączył telewizor. Jego nic nie wnoszące błyski na ekranie go denerwowały. Szarpnął delikatnie rękaw Jonatana.


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#16 11-05-2019 o 13h20

Straż Absyntu
Rissie
Pokonała Carcolha
Rissie
...
Wiadomości: 8 937

___________________________________________________AARON HAMILTON

    Aaron nie lubił długich podróży. Gorzej, że takie zdarzały mu się bardzo często. Chłopak w takich chwilach prowokował rodziców do kłótni i siedział obrażony całą drogę, słuchając Metalliki i gapiąc się przez okno. Tym razem jednak matka kazała mu się zamknąć i puściła muzykę tak głośno, że zagłuszała dźwięk w jego słuchawkach. Do tego zabrała mu nie tylko MP4, power banki, ale i sam telefon. Hamilton czuł, że cały ten - pożal się Boże - wyjazd przyniesie mu więcej nerwów, niż czekanie na rundę w LOLu. Przynajmniej dobrze, że komputer wyłączył dopiero po zakończeniu walk i nie dostał bana za wychodzenie z gry. Chociaż tyle rozumieli jego rodzice.
    - Ron, ściągnij te słuchawki, mówię do ciebie! - krzyknęła jego matka. Jej głos był tak donośny, że wybił się ponad jakieś dziwne "ążćńłę" piosenki, które włączył jego ojciec.
    Chłopak niechętnie ściągnął przedmiot i spojrzał na nią ze skwaszoną miną.
    - Ile razy mam ci powtarzać, żebyś nie nazywała mnie Ron? Nie lubię Harry'ego Pottera!
    - Opamiętaj się w tej chwili, będę mówić do ciebie tak, jak chcę! To ja ci nadałam to imię, i zrobiłam to właśnie dlatego. - Pogroziła mu groźnie palcem z długim, kolorowym tipsem, którym mogłaby wydziubać mu oko. Dodała nieco ciszej: - Mogłam wybrać Ronald, wolałbyś wtedy zdrobnienie, a nie...
    - Już wolałbym mieć na pierwsze to Lawrence - odparował. - To przynajmniej nie jest takie bekowe. Boże, czy ty rozumiesz, że Aaron Hamilton brzmi, jakbym był shippem Aarona Burra i Alexandra Hamiltona? Czemu zrobiłaś mi taką krzywdę?
    - To nie jest żadna krzywda - oznajmiła kobieta z niesmakiem.-  Mogłam nazwać cię George
    Aaron wzruszył ramionami i westchnął.
    - Cokolwiek.
    Ponownie założył słuchawki, w których akurat zaczęła lecieć jego ulubiona muzyka. Zwrócił się ku oknu, opierając na nim głowę. Wpatrywał się w horyzont dobre pół godziny, wyobrażając sobie, że tańczy razem z boysbandem w teledysku, nim odpłynął.
    Zbudziło go nagłe szarpnięcie i głośna wiązanka przekleństw ojca. Chłopak rozejrzał się po samochodzie, zbity z tropu. Nie spał raczej tyle, by dotarli już na miejsce...
    - Dotarliśmy na miejsce - oznajmił pan Hamilton, odpinając pas.
    ... a jednak.
    Wychodziło na to, że przespał kilkanaście godzin, wykrzywiając kręgosłup tak, że czuł, jakby był jakimś wyszlaczkowanym kątem ostrym, a nie tylko kątem ostrym. Powinien pochwalić się kolegom, ale nagłe burczenie w brzuchu przekonało go o prawdziwości jakiegoś starego przysłowia "głodny pies nie jest lojalny", czy coś w tym stylu.
    Chłopak odpiął pasy i wychylił się do przodu, żeby zobaczyć, gdzie są. Zaparkowali w jakimś dziwnym, podziemnym parkingu. Przed oczami zamajaczyły mu jakieś plamy, więc wsparł się mocniej o zagłówku fotela kierowcy.
    - Idziemy do Maca? - zapytał półprzytomnie.
    Jego ojciec pokręcił głową z niedowierzaniem.
    - Nie, nie do Maca.
    Aaron zmarszczył brwi.
    - Czemu nie?
    - Bo zjemy w restauracji przy hotelu.
    - Ale ja chcę do Maca.
    - Ale nie pójdziemy do McDonalda, Aaron. Mijaliśmy ostatniego godzinę temu.
    - Ale...
    - Nie ma żadnego ale.
    Chłopak wrócił na swoje miejsce i zrobił naburmuszoną minę. Nie kiwnął palcem, kiedy rodzice poprosili, by pomógł im z walizkami. Oznajmił, że wyjdzie dopiero, jak wszystko będzie w pokoju. Kątem oka zauważył, że mama zostawiła jego telefon w kieszeni w drzwiach. Sięgnął po niego, włączył dane i napisał do swoich kolegów, żeby powiedzieć im, że jeszcze żyje. Nie odzywał się do nich prawie dwadzieścia godzin i na Messengerze znalazł spam z pytaniami, czy go zabili, czy wie, z jakimi noobami grali. I, oczywiście, był jeszcze dużo tych fioletowych kur, machających głowami. Aaron nie rozumiał fenomenu tego czegoś.
    Według zegara w jego telefonie minęło około pół godziny od czasu, gdy jego rodzicie sobie poszli. Hamilton nie wierzył, żeby uciekli, zostawiając go na tym całym parkingu, ale zaczął się niepokoić. W tej samej chwili usłyszał ich głosy i odwrócił się, żeby ich zobaczyć. Szli do samochodu, trzymając w dłoniach jakieś małe karty - pewnie klucze do pokoju - i rozmawiali głośno. Chłopak odwrócił się, odpisał kolegom, że przyszli starzy i musi zwiewać, i otworzył drzwi.
    Rozprostował kręgosłup, słuchając, jak jakieś kości mu chrupią i wyszedł z samochodu. Miał około czterdzieści procent baterii i uznał, że powinien grzecznie poprosić mamę, by oddała mu power banki. Kiedy postawił stopy na betonie i wziął głęboki oddech, wdychając smród dymu, opon i spalin, coś do niego dotarło. Na całym parkingu było niemożliwie cicho - nie słyszał już głosów swoich rodziców, ani niczego innego. Wychylił się za samochód, z przeczuciem, że ukryli się za nim i zaraz na niego wyskoczą, drąc się. Co dziwniejsze, nie znalazł ich tam - na ziemi leżały tylko trzy białe kartki ze złotymi zdobieniami i numerem pokoju.
    Aaron rozejrzał się dookoła.
    - Mamo? Tato? - krzyknął. Jego głos odbił się o ścian, ale nikt nie odpowiedział.
    Chłopak wzruszył ramionami, wziął karty i poszedł do klatki schodowej. Według wytycznych pokój znajdował się na drugim piętrze - spodziewał się spotkać tam rodziców. Ich żart był niesamowicie nieśmieszny - kto normalny zostawia wszystkie trzy karty wejściowe na ziemi na publicznym parkingu i z niego ucieka?
    Wszedł do środka i zastał tam wszystkie trzy walizki. Barek z alkoholami i wysokokalorycznym jedzeniem był otwarty, co znaczyło, że rodzice zdecydowali się już rozgościć. Tyle że nigdzie ich nie było - przejrzał wszystkie pokoje apartamentu i ich nie znalazł. Zaczynało go to poważnie niepokoić.
    Aaron wziął do ręki telefon i postanowił zadzwonić do mamy. Co dziwne - nie odbierała. Przeszło mu przez myśl, że być może po prostu zgubił zasięg. Wyszedł więc na balkon i oparł się plecami o balustradę, wyginając nienaturalnie plecy.
    Zero, kompletne nic.
    Wydawało mu się to strasznie dziwne. Odwrócił się tyłem do pokoju i zerknął na zieleń wokół hotelu. Na patio, kilkanaście metrów dalej, palił się grill. Dosłownie - palił się. Zajął się ogniem i już ze swojego miejsca Aaron czuł swąd spalonego mięsa. Nigdzie nikogo nie było, co wydawało mu się strasznie dziwne.
    Schował telefon do kieszeni i ruszył  z powrotem do środka. A raczej spróbował schować - chłopak zapomniał, że w ten jednej kieszeni ma dziurę, przez którą wypadł mu wcześniejszy telefon i stłukł się o ziemię. Ten nowy był  nieco większy, ale dziura widocznie też się powiększyła, przez co urządzenie wypadło mu na płytki. I to w takim miejscu, że zsunęło się na dół i runęło na ziemię. Z drugiego piętra.
    - Mój iPhone! - krzyknął cicho Aaron, rzucając się na podłogę, jakby ktoś kazał mu paść. - Nie!
    Zbiegł czym prędzej na zewnątrz, nie mijając nikogo, i wypadł na dwór. Smród mięsa rozprzestrzeniał się dalej, ale nie przeszkodziło mu to w znalezieniu urządzenia. O dziwo pękła tylko dolna część szybki, nie uszkadzając przedniej kamerki.
    - Bogu niech będą dzięki za tak doskonałe etui - mruknął do siebie, gładząc krawędź telefonu. - Co ja bym bez ciebie zrobił?


                                                                                                                             "I only act like I know everything."                       -Natasha Romanov
http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo3-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-pn3bxpmqlt1xpjiuvo9-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo10-40.png http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo9-400.png

Offline

#17 11-05-2019 o 18h04

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

>> ETAP Dzień I        Godzina 13:57        Piątek          10.05.2019r.        Perdido Beach        Kalifornia---------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/190505/85225de3744cdf5d623a9a1794aa78ad.png
     To było dziwne. Nie tyle samo zniknięcie babci, bo ta stara kobieta ciągle gdzieś znikała. A to poszła w pola, a to do piwnicy, z sąsiadką poplotkować lub na zakupy. Ale w całym mieście wydawało się nie być nikogo dorosłego. Co chwilę mijały ją dzieci czy nastolatkowie, ale nikt powyżej osiemnastego roku życia.
      — Wiesz, gdzie jest moja mama? — spytała ją zapłakana mała dziewczynka.
     Dziecko mogło mieć maksymalnie 8 lat.
      — Może jest jeszcze w pracy — odpowiedziała Nina, nie bardzo jeszcze rozumiejąc sytuację.     Nie wiedziała na własne oczy jak ktoś znikał. Babcia po prostu przestała się odzywać.
     — Była w domu ze mną! Gotowałyśmy razem obiad i nagle zniknęła! — zawołała dziewczynka.
     Dopiero kiedy dziewczynka to powiedziała, do Niny zaczęła docierać powaga sytuacji. Zaczęło do niej docierać, że wymuszone usprawiedliwienia zniknięcia babci w pół słowa nie były zbyt realistyczne.
      — Czy coś już postawiła na palniku? — spytała Nina, słysząc o gotowaniu.
      — Nie jeszcze, dopiero kroiłyśmy warzywa — odpowiedziała dziewczynka, a Nina westchnęła z ulgą.
     Dziecko samo w domu i zapalony palnik to złe połączenie.
      — Więc leć do domu i poczekaj, aż mama wróci. Skoro jej nie ma, możesz podjeść trochę słodyczy — powiedziała i mrugnęła do niej. Słodycze zawsze uspokajały dzieci na jakiś czas. — Tylko potem umyj zęby.
     Dziewczynka wróciła do domu, a Nina jeszcze przez moment patrzyła za nią. Będzie musiała tam jeszcze zajrzeć, bo już zaczynała martwić się o tą małą.
     Kolejne dzieci zatrzymywały ją i pytały o rodziców. Gdy widziały kogoś starszego, kierowały się do tej osoby. Nina mówiła im tylko, żeby czekali i może zjedli coś słodkiego. Zaczęła im odpowiadać automatycznie. Skupiła się na przemyśleniu tego, co się działo. W końcu przestała wypierać fakty. Dorośli zniknęli. Nie ma ich. Babci, rodziców, nauczycieli, lekarzy. Nikogo, kto by się nimi zajął. Nagle Novarę ogarnęła panika. Została sama!
     W sytuacji paniki powinno się brać głębokie wdechy, jednak dziewczyna miała wrażenie, że nie może zdobyć się nawet na płytki. Zaczęła biec w stronę domu. Czuła pieczenie w płucach, przez brak dopływu świeżego powietrza. Dopiero w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że w domu, do którego biegnie nikt na nią nie czeka. Nawet jeśli nie zniknęli, rodzice wyjechali na tydzień. Ten fakt ocucił ją jak uderzenie w twarz i przywróciło oddech.
     Chciała pójść do domu Jo. Ale myśl, że on zniknął, że mogłaby nabrać tej pewności sprawiała, iż dziewczyna odkładała to na później. Więc wlekła się drogą, przed siebie, bez celu. Bała się, że kiedy się zatrzyma, dotrze do niej, że to na pewno nie sen. Powolny marsz sprawiał, że wszystko wydawało się nierzeczywiste.
    Próbę ucieczki od rzeczywistości przerwała jej Ruth. Mimo to Nina ucieszyła się na widok kuzynki, bo oznaczał, że został jej jeszcze ktoś bliski. Nawet jeśli powiedzenie- z rodziną najlepiej na zdjęciu- idealnie odzwierciedlało ich relację.
      — Ja znam osoby, na których widok ucieszyłabym się bardziej — stwierdziła, siląc się na żartobliwy ton. — Ale rzeczywiście, nawet twój jest dzisiaj niczego sobie.
     Zwykle podczas spotkań rodzinnych nie rozmawiały ze sobą zbyt wiele, a jeśli tak, to szybko dochodziło do kłótni. Z tego, co pamiętała Nina nadal były w trakcie jednego sporu, ale teraz straciło to na znaczeniu.
      — Wiesz, co tu się stało? — spytała, odchodząc tematem od ich przekomarzanek. — Nigdzie w mieście nie spotkałam nikogo dorosłego. Rodzice wyjechali i byłam właśnie u babci, a jej nigdzie nie ma. W jednej chwili, po prostu zniknęła.
     I nagle do Niny coś dotarło. Dorośli znikali tak jak stali, a to co mieli w dłoniach spadało na ziemię. Jej sąsiadka była na urlopie macierzyńskim i zajmowała się dzieckiem w domu. Często nosiła małą Lily na rękach.
      — O mój Boże — jęknęła, kiedy podsumowała swoje myśli. — Chodź ze mną.
     Chwyciła Ruth za dłoń i zaczęła z nią biec do swojego domu. A raczej do domu obok, bo właśnie tam mieszkała sąsiadka z niespełna dwumiesięcznym dzieckiem. Najpewniej pobiegłaby tam sama, ale bała się, że jeśli jej przypuszczenia się spełnią, będzie potrzebowała Ruth.

Ostatnio zmieniony przez Chitaru (01-06-2019 o 22h51)


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Online

#18 12-05-2019 o 02h32

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 367

__________________________Yuumi Schneider
   Był dzisiaj piąteczek, a to oznaczało, że weekend był już tuż, tuż. Podparła swój podbródek lewą ręką, zaś prawą - bazgroliła coś w zeszycie. W myślach powtarzała znajomy rytm tik-tak zegarka ściennego. Nie mogła doczekać się końca lekcji. Matematyka nie należała do tych urodziwych przedmiotów, przez co słynna królowa nauk nie była w stanie czymkolwiek zainteresować Yuumi, gdyż ta nie posiadała umysłu ścisłego i nie miała kompletnie głowy do tych niewyobrażalnych liczb oraz niewykonalnych działań. Niepotrzebnie przemęczałaby się, próbując w jakiś logiczny sposób je rozwiązać. Wolała wszystko - od a do z - spisać od jej sąsiadki z ławki. Miała wrażenie, że jeszcze chwila i walnie łbem o stół, pogrążając się w głębokim śnie. Była tak strasznie zmęczona, a jeszcze ta baba mówiła tak monotonnym i powolnym tonem głosu, że jedyne, co robiła, to ją bardziej usypiała. Marzył jej się powrót do domu i błogi odpoczynek. Westchnęła z wyraźnym wyczerpaniem malującym się na jej twarzy, po czym dokładnie się przeciągnęła, jakby dopiero co podniosła się z wygodnego łóżka. W tej samej chwili rozbrzmiał dzwonek, a Yuumi spakowała się z prędkością światła, po czym wybiegła z sali matematycznej - o mało - nie taranując połowy uczniów na jej drodze. Szybkim krokiem ruszyła ku wyjściu z budynku i gdy już opuściła szkołę, to postanowiła się zatrzymać i przymknąć oczy, aby potem nabrać powietrza do płuc, a następnie je wypuścić. Ta czynność sprawiła, że od razu energia powróciła do jej żył, a wcześniejsza senność rozwiała się na trzy wiatry. Uniosła powieki, by rozejrzeć się w poszukiwaniu znajomej sylwetki Andrey. Wczorajszego dnia przyjaciółka poprosiła ją, by ta poczekała na nią pod szkołą w piątek, to razem wrócą do domu. Wyjęła nagle telefon z kieszeni i wystukała wiadomość do Kierana, że skończyła już lekcje i za niedługo zjawi się w domu. Uśmiechnęła się lekko pod nosem, wpatrując się w wyświetlacz urządzenia. Martwiła się o niego, pomimo tego, iż brat jedynie złapał przeziębienie. Yuumi i tak potrzebowała się nim jeszcze bardziej opiekować niż dotychczas.
   Gwałtownie podskoczyła, gdy ktoś rzucił się na jej szyję od strony pleców. Machinalnie wsunęła telefon do kieszeni od spodni, po czym próbowała się wydostać z uścisku i gdy już jej się udało, to przytuliła się na powitanie do Andrey.
   - Gdzie ty byłaś tyle czasu? - spytała z niemałym zaciekawieniem, lecz brunetka w odpowiedzi; niespodziewanie ją chwyciła za rękę i zaczęła za sobą ciągnąć. Yuumi posłusznie za nią podreptała, nie odzywając się ani razu od poprzedniego pytania, które parę sekund wcześniej zadała. Gdy już znalazły się poza terenem szkoły, to Andrea puściła dłoń szatynki. Szły dalej w kompletnej ciszy, która coraz bardziej dawała o sobie znać. Yuumi kątem oka przyjrzała się dziewczynie, która zdawała się czymś konkretnym stresować. Yuumi odchrząknęła nagle, by zwrócić na siebie uwagę.
   - No więc...? - podpytała dosyć niepewnie. Usłyszała jak dziewczyna wzdycha, lecz postanowiła o nic więcej nie wypytywać, ponieważ chciała, aby Andrea sama jej powiedziała, co się dzieje. Brunetka wzięła głęboki wdech.
   - Porozmawiałam z tym chłopakiem, co mi się podoba... - mówiła kompletnie speszona tym faktem, jednakże Yuumi uważnie ją słuchała, nawet gdy ta zrobiła niewyobrażalnie długą przerwę w swojej wypowiedzi.
   - No i zaprosił mnie do kina. - wydukała z siebie w końcu, jakby niedowierzając, że serio umówiła się z chłopakiem, do którego tak wzdycha na każdej przerwie i na każdej lekcji. Szatynka uśmiechnęła się promiennie i jej pogratulowała. Uważała, że Andrea powinna być szczera ze swoimi uczuciami oraz próbować szczęścia z Jamesem. Życzyła jej jak najlepiej i trzymała mocno kciuki, że jej marzenie się spełni i będzie razem z Jamesem. Dużo ją wspierała, by osiągnęła swój cel, lecz Yuumi posiadała bardzo niskie doświadczenie pod względem chłopaków i nie zawsze jej rady były odpowiednie dla zakochanej Andrey. Czasem ją dziwiło, dlaczego do 15 roku życia jeszcze nikt ją aż tak nie zainteresował. Tłumaczyła sobie za każdym razem, że z pewnością ta osoba, w którymś momencie wparuje do jej życia, a ona nawet nie zauważy kiedy dokładnie.
   - A tobie ktoś w końcu wpadł w oko? - zapytała nagle, przy okazji wyrywając Yuumi z intensywnego zamyślenia. Ta jedynie roześmiała się w odpowiedzi. Andrea szybko zrozumiała, że szatynka stała na tym samym miejscu, co przez te ostatnie 15 lat. Pokręciła głową z dezaprobatą.
Potem zeszły na inne tematy, a ich konwersacja, wręcz tętniła życiem - śmiały się, uśmiechały się od ucha do ucha, a nawet się zadziwiały.
   Yuumi nawet nie zauważyła, że blok, w którym mieszka jest widoczny w oddali jako nie za duży ani nie za mały punkcik. Dopiero wtedy zdała sobie również sprawę, że jest coś nie tak. Wędrowały chodnikiem przy całkiem ruchliwej ulicy, więc dlaczego było tak cicho? Złapała delikatnie roześmianą Andreę za ramię, wskazując jej palcem na roztrzaskane samochody. Przełknęła głośno ślinę. Nie wierzyła własnym oczom. Kompletnie im nie wierzyła. Odruchowo potarła dłońmi swe niebieskie ślepia. Może miała halucynacje? Może to wszystko jej się wydawało? Chciałaby, żeby tak było. Pobiegła za Andreą, która od dawna stała przy doszczętnie zderzonych pojazdach.
   - Jest ktoś żywy? - zapytała całkowicie skołowana tym, co się wyprawia.
   - Nie ma nikogo w środku. Nie ma nawet śladów krwi. - oznajmiła łamliwym tonem głosu.
   - Co się dzieje? Dlaczego nie ma nikogo? - zadawała w narastającej panice, coraz to więcej pytań, na które żadna z nich nie znała sensownej odpowiedzi. Yuumi wciąż się rozglądała, próbując sobie wytłumaczyć, dlaczego nie ma żadnej żywej osoby w tej ruchliwej części miasta. Szumiło jej w głowie ze stresu, który nagle wzrósł, gdy przypomniała sobie o Kieranie. Wykrzynęła jego imię, po czym trzęsącymi się dłońmi wyciągnęła telefon i zadzwoniła do niego. Zero odpowiedzi. Brak sygnału. Stała przerażona, wpatrując się w martwy punkt na chodniku. Nie była w stanie niczego powiedzieć. Andrea złapała ją za ramiona i mocno potrząsnęła, by szatynka obudziła się z transu.
   - Odebrał?! - powtórzyła pytanie niemalże krzycząc. Nadal się trzęsła z nadmiaru paniki, który ją ogarnął. A co jeśli coś się stało jej bratu? Nie była w stanie dopuścić takiego scenariuszu do swojej głowy. Spojrzała na przyjaciółkę przerażonym, a zarazem pogrążonym w ogromnym smutku wzrokiem, po czym pokręciła przecząco głową. Andrea wstrzymała oddech. Postanowiła zadzwonić do swojej mamy, lecz niestety - rezultat był taki sam. Następnie zadzwoniła pod numer alarmowy, który również nie odpowiadał.
   - Wszystko nie działa! Nic nie odpowiada! - oznajmiła z widoczną frustracją. Natomiast Yuumi dalej nie potrafiła się odezwać lub czegokolwiek zrobić. Sama myśl o tym, że Kieranowi mogło się coś stać - paraliżowała ją. Zacisnęła dłonie w pięści. Musiała do niego jak najszybciej wrócić. W tej chwili.
   - Muszę znaleźć Kierana. - oznajmiła stanowczo, lecz nadal z wyraźną paniką w jej postawie.
   - On musi być! Nic nie może mu się stać, rozumiesz? Nawet jakby miał meteoryt uderzyć w ziemię, to on musi przeżyć!! - tłumaczyła, jakby była w jakimś traumatycznym transie. No i tak było. Ruszyła niczym strzała przed siebie, nawet się nie odwracając za siebie, gdy Andrea krzyczała błagalnie, aby poczekała na nią. Yuumi musiała wrócić do domu jak najszybciej, więc nie mogła się zatrzymywać. Musiała biec tyle, ile miała sił w nogach. Kieran nie mógł wyparować, tak jak reszta ludzi. On musi być. Po prostu musi.
   Po kilkunastu minutach biegu - dziewczyny mijały hotel Clifftop i gdyby nie Andrea, to z pewnością Yuumi nie dostrzegłaby tego chłopaka. Przyjaciółka krzyczała, by ta się zatrzymała w końcu. Zrobiła to dopiero po pięciu namowach, gdzie w jednej z nich oznajmiła, że widziała w końcu kogoś żywego. Yuumi nie potrafiła uwierzyć przyjaciółce i poprosiła ją, aby ta zaprowadziła ją do tego miejsca, gdzie widziała tę nieznajomą osobę. Odruchowo poprawiła torbę na swoim ramieniu i poszła za Andreą, która wtargnęła na teren hotelu. Właśnie wtedy szatynka dostrzegła chłopaka, który się nad czymś pochylał. Nie wyglądał na przerażonego tym, że ludzie tak po prostu wyparowali. Andrea rzuciła Yuumi zachęcającym wzrokiem, po czym popchnęła ją tam, gdzie był chłopak. Ledwo co złapała równowagę i ledwo co nie wylądowała na nim.
   - Hej... przepraszam...? - zaczęła dosyć niepewnie i totalnie speszona tym, że zaczyna rozmowę z kimś, kogo widzi pierwszy raz na oczy.
   - Widziałeś kogoś w pobliżu od ostatnich parunastu minut? - spytała, odwracając się na sekundę do Andrey, która z uśmiechem trzymała kciuki. Szatynka wywróciła oczami, po czym na nowo powróciła wzrokiem na twarz chłopaka. Obstawiała, że był w jej wieku. Dalej ją jednak ciekawiło, dlaczego on jeszcze nie zauważył, że jest coś nie tak. Przygryzła dolną wargę, by choć na chwilę się uspokoić. Niestety, nic to nie dało.
   - Przed chwilą byłam z przyjaciółką w jednej z bardziej ruchliwych części tego miasta i jedyne co zastałyśmy, to doszczętnie roztrzaskane samochody bez kierowców, bez żadnej krwi i ofiar, a i nawet nie ma co wspominać o przechodniach, bo nikogo dosłownie nie było. - tłumaczyła, zdając sobie sprawę, że coraz bardziej nie daje sobie rady z nadmiarem tego stresu. Zaczęła głęboko oddychać.
   - Nie wiem, to wygląda, jakby wszyscy nagle zniknęli. - dodała, nie mogąc uwierzyć w tak absurdalną sytuacje, którą właśnie doświadczała.
   - Jesteś dopiero jedyną żywą osobą, którą spotkałyśmy... - oznajmiła znacznie ciszej od jej poprzednich wypowiedzi. Splotła ręce pod klatką piersiową, przyglądając mu się przestraszonym wzrokiem oraz z posmutniałym wyrazem twarzy. Jedyne co w jej głowie dudniło, to Kieran i że musi w trybie natychmiastowym do niego wrócić, aczkolwiek nie chciałaby zostawiać tego chłopaka samemu sobie. Czuła, że musi z każdym współpracować. Ugryzła się w język, gdy sobie przypomniała, o czym zapomniała jeszcze wspomnieć.
   - Och i nazywam się Yuumi. - przedstawiła się z lekkim zakłopataniem, które chciała zatuszować serdecznym uśmiechem, który zagościł na jej twarzy.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (08-06-2019 o 14h49)


https://i.imgur.com/9WX7JUV.gif

Offline

#19 14-05-2019 o 23h09

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.............................................................................https://fontmeme.com/permalink/190507/89eeaeb4346770da39f9c6a2763ad96c.png

         Byłem bardziej przerażony niż Sean i może nawet wstydziłbym się swojej reakcji, gdyby nie to, że naprawdę mogło być ze mną gorzej. Patrzyłem, jak odpina smycze psów drżącymi rękami. Wyglądał na wstrząśniętego. Boże, dobrze, że nie widział tego, co ja. Przygryzłem usta, kiedy zaczął opowiadać, co mu się przytrafiło i drgnąłem, gdy powiedział, że bał się, że ja też zniknąłem. Wcześniej nawet o tym nie pomyślałem. Może jeszcze zniknę. Oparłem się o ścianę, chcąc jakoś zakotwiczyć się w rzeczywistości.
- Moja mama w jednym momencie kroiła warzywa, a w drugim już jej nie było. Taty też nie ma. Nie spotkałem nikogo... żywego.
Zamilkłem. Do tej pory myślałem, że to była po prostu seria dziwnych zdarzeń- mama musiała wyjść, na ulicy miał miejsce wypadek samochodowy, tata pewnie akurat coś załatwiał... I zostawił warsztat otwarty. Jasne. Mogłem sobie to tłumaczyć jak chciałem, ale o ile byłoby to nieprawdopodobne, o tyle fakt, że Seanowi przydarzyło się to samo był po prostu niemożliwy. Ludzie nie znikają, takie rzeczy po prostu się nie dzieją, nie na taką skalę.
         Pogrążony w myślach i przerażony, pozwoliłem Seanowi przejąć inicjatywę.
Stałem bez słowa, bo zaczynałem mieć dziwne przeczucie. Patrzyłem, jak męczy się z pilotem, lecz poradził sobie, zanim zdążyłem zmusić moje ciało do reakcji. Ekran telewizora śnieżył, chociaż nie powinien. Wiedziałem, że wszystko było podłączone tak jak powinno, trochę się na tym znałem. Jak zahipnotyzowany patrzyłem na zakłócenia na ekranie. To wszystko było nierealne. Pomyślałem, ze zaraz się obudzę. To tylko sen.
Sean wyłączył telewizor, więc na niego spojrzałem. Wyglądał realnie, nie jak ze snu.
- Przepraszam, nie, nie dzwoniłem. Nie sądzę, żeby ktoś odebrał - przyznałem.
Działo się coś złego i nie sądziłem, że wystarczyłoby po prostu zadzwonić na policję. Spojrzałem nieobecnym wzrokiem na rękaw, za który pociągnął mnie Sean i z powrotem na jego twarz. Zacząłem się uspokajać i czułem się, jakbym przebywał poza własnym ciałem. Tak, to tylko sen, bardzo realistyczny. Przecież to jasne.
- Tak, myślę, że możemy iść na komisariat. Weź psy i chodźmy. Wszystko będzie dobrze.
Teraz, kiedy byłem pewien, że to nie jest prawdziwe, było mi łatwiej, choć ręce nadal mi drżały. Miałem wrażenie, jakbym oglądał to wszystko z boku. Jednak nieważne czy to działo się naprawdę, czy nie, ważne, żeby Sean był bezpieczny. Poczekałem aż upora się z psami i wyszedłem na klatkę schodową. Było ciepło, ale po plecach przebiegały mi dreszcze. Na pewno wszystko zaraz się wyjaśni albo prostu się obudzę.


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#20 15-05-2019 o 23h57

Straż Cienia
Ermac
Szeregowiec
Ermac
...
Wiadomości: 118


https://txt-dynamic.static.1001fonts.net/txt/b3RmLjI4Ljc1YjQ0MS5VblYwYUNCRGRXNXVhVzVuYUdGdC4x/jmh-grace.regular.png


        Nadal nie pojmowała tego, czego właśnie doświadczała. Te pustki ją mocno niepokoiły. Pamiętała, że w drodze do domu jej okolica tętniła życiem. Sąsiadka przesadzająca i podlewająca kwiaty, samochody, co rusz przemykające obok niej, nawet kłótnie zza ścian niektórych domostw. Aczkolwiek odkąd po raz ostatni usłyszała brata zza pleców, gdy ściągała niesfornego kociaka z drzewa, wszystko ucichło jak za pstryknięciem palców. I tak samo wyparowały wszystkie osoby, które znajdowały się niedaleko jej domu. Na dodatek te porozbijane samochody, pozbawione kierowców i pasażerów… Doprawdy, im się oddalała od domu, tym gorzej się przedstawiała sytuacja. Jedynym głosem, jaki do niej docierał to dźwięki natury. Póki, co… Już myślała, że na nikogo nie natrafi, kiedy to jakby z nieba spadła jej kuzynka – nie wierzyła, że mogła tak pomyśleć o tej dziewczynie, a jednak jej obecność nigdy jeszcze nie była tak zwalająca z nóg. Ruth była nawet w stanie ją przytulić, ale miała jeszcze te zalążki zdrowego rozsądku, by aż tak nie spoufalać się z kimś, z kim ostatnim razem niemal pourywała sobie głowy – nie żeby to miało obecnie jakiekolwiek znaczenie, ale duma pozostawała dumą. Uśmiech mimo to zawitał na ustach rudzielca na słowa Niny.
        - Ba, dzisiaj pewnie nawet głupie trojaczki z mojej klasy bym wycałowała, taka to ulga, że w końcu widzę kogoś żywego. – dodała, nim Nina podjęła w końcu właściwy temat. Zatem i ona spotkała się już z nagłym zniknięciem członków rodziny, a nawet obcych ludzi. Czyżby dorośli z całego miasta nagle… zniknęli? - Jestem tak samo obeznana w sytuacji co ty – w jednej chwili przebywałam w towarzystwie brata, odwracam się… a nie ma po nim śladu. Tak samo z moim ojcem, co już naprawdę było dziwne, bo— – przerwała w porę, nim dodała: w takim stanie, w jakim się znajdował, nigdy nie wyściubiał nosa z domu.
        Pomimo okoliczności, nadal wspominanie o ojcu alkoholiku wywoływało dziwną ciężkość na jej sercu.
        - Po sąsiadach też nie dostrzegłam śladu i do tego wszędzie porozbijane auta bez śladu po żywej duszy… – kontynuowała, kręcąc głową, kiedy próbowała po raz kolejny zrozumieć wydarzenia sprzed parunastu minut, prawdopodobnie.
        Jak to możliwe, że jeszcze godzinę temu biegła radośnie do domu i konwersowała ze starszym bratem, który to jak zwykle narzekał na jej ciągłe uszkodzenia? Wydawać by się mogło, że od tego czasu minęły już godziny, gdyż stres zżerał Ruth od środka, choć kryła się z tym, jak mogła.
        - Co? – jęk wydobywający się z ust kuzynki wyrwał ją z rozmyślań, a ręka zaciskająca się na jej nadgarstku i ciągnąca ją za sobą dziewczyna, naprawdę skonfundowały Ruth. - Co się stało? Ej!
        Nie otrzymała jednoznacznej odpowiedzi, zresztą wątpiła, że teraz coś wyciągnie z Niny, kiedy ta gnała przed siebie, ciągnąc spotkaną niedawno kuzynkę. Gdzie ona ją wyprowadzała? Nie sprzeciwiła się, gdy została poprowadzona pod dom kuzynki. Albo raczej pod ten znajdujący się nieco dalej. Zatrzymały się dopiero przed drzwiami domu sąsiadów Niny, a Ruth rozumiała jeszcze mniej niż zazwyczaj. Nim jednak ponownie otworzyła usta, by dopytać się o to, co je tu sprowadza, wystarczyło parę słów padających z ust kuzynki, a rudowłosa dziewczyna pojęła sytuację. Skoro zakładały, że dorośli znikali tam, gdzie stali, to jeśli co poniektórzy posiadali małe dzieci… Kiedy zbliżały się do budynku, coraz głośniejszy stawał się dźwięk, w którym szybko rozpoznały płacz dziecka. Serce Ruth zabiło mocniej i nawet się nie zastanawiając nad tym, co robi, od razu wyciągnęła rękę do klamki i przekręciła ją. O dziwo, te okazały się otwarte. Przełknęła gulę w gardle i otworzyła usta, aby zawołać:
        - Halo? Czy ktoś jest w domu? Przepraszamy za najście… – odczekała po tym chwilę, ale jak się spodziewała, odpowiedziała jej cisza, którą przebijał tylko płacz niemowlęcia.
        Obejrzała się na towarzyszkę.
        - Skoro już i tak są otwarte… Trzeba sprawdzić, co z dzieckiem.
        I nie czekając na jej reakcję, weszła do środka, ostrożnie i wyjątkowo ostrożnie. Dawno nie czuła się tak nie na miejscu. Tak bardzo, że chwyciła w rękę pierwsze, co się pod nią podwinęło. Okazało się to być figurką w kształcie karego konia. Wyważona, można mocno komuś przywalić w brzuch, w głowę, bądź zwyczajnie spuścić na stopę. Kto wie, kiedy się przyda jakaś broń – zwłaszcza gdy się odwalają takie jaja. Ramię w ramię z Niną udały się po schodach na piętro, skąd to dochodził jedyny dźwięk wydawany przez żywą istotę w najbliższej okolicy. Zauważyć łatwo było, że drzwi prowadzące prawdopodobnie do dziecięcego pokoiku, zostawione zostały uchylone. To zjawisko tylko bardziej zdenerwowało już i tak wyprowadzoną z równowagi dziewczynę, a mimo to, szła powoli tamtym kierunku, podczas gdy jakiś cichy głosik z tyłu głowy jej tego zdecydowanie odradzał. Ona go jednak nie posłuchała i gdy tylko stanęła w progach pokoju, jej ciało przeszył prąd, ona wyprostowała się jak struna i kompletnie znieruchomiała, podczas gdy jedyną ruchomą częścią ciała były jej oczy. One spoczęły na pierwszym dorosłym, jakiego widziała od ponad pół godziny, ale nie takiego widoku się spodziewała, przy spotkaniu takiego osobnika. Już na pewno, nie pomyślałaby, że zobaczy kobietę leżącą na ziemi w plamie krwi, z twarzą skierowaną ku ścianie. Z pustymi oczami, wpatrującymi się w miejsce, gdzie dostrzegalny był ruch małego ciała… Ruth, cofając się gwałtownie, natrafiła na drzwi, po których się wnet osunęła, zasłaniając dłonią usta, powstrzymując tym samym cisnące jej się do ust wymioty. Siłą oderwała wzrok od martwego ciała i przymknęła oczy, starając się opanować swoje reakcje, co mało dawało. Widziała setki horrorów – oglądała, czytała o naprawdę paskudnych morderstwach i nie mrugnęła przy tym okiem, zafascynowana wpatrując się w ekran, bądź ciągi słów. Wiedziała, zdawała sobie sprawę z tego, że film nie ima się prawdziwego życia i przy doświadczeniu zjawiska śmierci na własne oczy ma duży wpływ na człowieka, ale nigdy nie sądziła, że to będzie spotęgowane do takiej skali. Trudno jej się było doprowadzić do porządku, po szoku, jakiego doświadczyła. Potrzebowała niemalże minuty, by przypomnieć sobie, że jest przy niej Nina, więc gdy otworzyła oczy, wzrokiem od razu odszukała kuzynkę. Nadal nie odrywając dłoni od ust, przełknęła i zmusiła się do spojrzenia z powrotem w stronę pokoju, którego zapach prowokował u dziewczyny kolejne odruchy wymiotne. Niedaleko drzwi, o które się opierała, dostrzegła pistolet – za daleko, żeby stwierdzić, że kobieta popełniła samobójstwo. Czyżby ktoś ją zamordował, a potem zniknął tak samo, jak inni, a pozostała po nim tylko broń?
       Nie, to nieistotne… Najważniejsze, to żeby…
       - Zabierajmy dziecko i… – wzięła głęboki wdech, podnosząc się powoli z podłogi, opierając się dłonią o próg drzwi. -… i wynośmy się z tego miejsca, bo wolałabym… tu w ogóle nie postawić nogi. – wyprostowała się, położywszy dłoń dla odmiany na brzuchu.
       Jeszcze nigdy nie czuła się… tak źle. Wiedziała doskonale, że ten widok wrył się w jej pamięć na dobre i będzie ją prześladować po nocach... O ile nie zazna gorszego zjawiska.
       Zajęcie się dzieckiem pozostawiła Ninie, skoro i tak jej pomysłem było udanie się w to miejsce. Poczekała, aż kuzynka wróci do niej z nowym towarzyszem, a sama zatrzymała wzrok na broni, która przykuwała jej wzrok, tylko trochę mniej niż ciało i plamy krwi wokół niego, jak i na ścianie. Myśli przecięło jej wspomnienie, gdy wraz z Scottem ćwiczyła używanie broni należącej do ich ojca.
       Skoro już i tak mam siostrę-chłopczycę, to co mi szkodzi pokazać ci piękno broni? Nigdy nie wiadomo, kiedy ci się przyda z twoim umiłowaniem do wszczynania konfliktów.
       Słowa te odczuła, jak kawałki szkła wbijające się jej w serce, ale też skłoniły do przykucnięcia i chwyceniu pistoletu w dwie ręce i podniesienie go z podłogi. Nigdy nie wiadomo… Mimo obrzydzenia faktem, że dotyka narzędzia zbrodni, nie odłożyła już go z powrotem, a zacisnęła na nim palce z siłą imadła, jakby od tego przedmiotu zależało jej życie. Nie mogła się teraz załamywać, jeśli chciała jeszcze kiedyś znowu zobaczyć Scotta, ojca i matkę… Nie mogła teraz opuszczać gardy. Dlatego też wzięła tę broń – widząc to, czego stała się świadkiem, przeczucie, które wcześniej starało się ją ostrzec przed ujrzeniem nieprzyjemnej sceny, teraz dawało kolejne dobre rady. Uczyła się używać tego typu pistoletu… zrobi z tego tu pożytek. Z zaciętym wyrazem twarzy i oczami ślepo wpatrującym się w panele podłogowe, poszła za Niną wynoszącą dziecko sąsiadki z tego okropnego miejsca, nie potrafiąc na razie wydusić ani jednego słowa.
        Szok nadal paraliżował większość zmysłów Ruth, pomimo powziętych postanowień. Wciąż była tylko dzieckiem, a żadne dziecko nie powinno stać się świadkiem tak zatrważających obrazów.



https://66.media.tumblr.com/9cf06399e12182545d8c018c508848f8/tumblr_px07f0oW8L1qelb9co3_400.gifvhttps://66.media.tumblr.com/abcb4ab326a31ae2592a25b38d8e7272/tumblr_px07f0oW8L1qelb9co10_400.gifv

Offline

#21 17-05-2019 o 01h34

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 934

_________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/574625676439715864/unknown.png

     Kiwał głową w pozornym spokoju. To był ten czas, w którym przybrał poważny wyraz twarzy i analizował wszystko, co wiedział, aby w końcu wyciągnąć jakieś wnioski. Tyle, że nie potrafił- nie potrafił wyciągnąć realnych wniosków. Sytuacja dalej była groteskowa i nie ulegała zmianie. Słuchał swojego przyjaciela. Im dłużej Jon opowiadał, tym bardziej Sean wiedział, że nie może go nigdzie zostawić. Musieli, po prostu musieli trzymać się razem i nie rozdzielać, dopóki niczego nie ustalą.
     -Dobrze, Jon- powiedział. Być może próbował przetestować własny głos, sprawdzić, czy dalej zdradza nim swój strach. Tak samo jak Jon, sądził, że wybranie numeru alarmowego nic nie da, ale… -Ale spróbuję- oświadczył.
     Po zgodzie ze strony Jonathana, Sean sprawnie zdjął psom chusteczkowe obroże i założył im szelki, aby mogli poruszać się szybciej. Chusty wsunął do plecaka, który założył; wstał i spojrzał na towarzysza.
     -Spokojna głowa, bracie, Thor i Loki to są psy bojowe- uśmiechnął się, trochę krzywo i niepewnie, jednak szczerze chciał go pocieszyć, dodać odwagi. –A w dodatku mają super nosy! Na pewno wyniuchają to, czego szukamy.- A szukali jakiejś żywej duszy. Szukali pomocy.
     Sean pogłaskał oba zwierzaki i zapiął smycz. Poczekał, aż Jonathan zamknie drzwi do mieszkania, po czym wyszli na zewnątrz. Ta cisza przytłaczała. I choć w okolicy wydawało się nie być żadnego zagrożenia, Carter-Lee za nic w tamtym momencie nie puściłby swoich psów luzem. Idąc w kierunku posterunku policji, co jakiś czas oglądał się za siebie i na boki, choć wiedział, że Thor i Loki najpewniej powiadomiłyby, gdyby w okolicy coś się działo. Zmuszał się do tego, aby nie patrzeć na porozbijane samochody. W tamtej okolicy było ich niewiele, ale Seanowi wydawało się, że widział krew na szybie jednego z nich. Nie był gotowy, aby upewnić się, czy była to prawda, czy jednak wytwór jego wyobraźni. Wtedy też próbował dodzwonić się na numer alarmowy- bezskutecznie. Dotarcie do celu zajęło im kilka minut. Chłopak bez wahania nacisnął klamkę i pociągnął masywne drzwi.
     W środku nie było nikogo. Jedno z pomieszczeń było otwarte, ale Sean nie zdążył się mu przyjrzeć. Corgi szarpnęły podwójną smycz i zaczęły szczekać, zmuszając go, aby zajrzał do pomieszczenia obok. Nie czekał- otworzył drzwi pewnie, jednak jedynym, co ruszało się w pokoju, był wiatrak, który z denerwującym szumem obracał się na prawo i lewo. Przycisk największej mocy był wciśnięty, a po pomieszczeniu walały się luźne kartki. Wiatrak rozwiewał je, poruszał też kurtką policyjną, którą ktoś rozłożył na fotelu. Chłopak postanowił go wyłączyć, bo o ile Loki przestał szczekać, Thor uparcie próbował pokonać tego wiatrakowego potwora.
     -Jonathan?- Odwrócił się do przyjaciela. –Weźmy stąd broń. Na pewno gdzieś tu jest. Weźmy wszystko, co mogłoby się przydać.- Spuścił psy ze smyczy i zaczął grzebać w szufladach biurka. Wyciągnął z niej klucze i doczepioną do niej kartę, która zapewne również była kluczem, tyle, że nowoczesnym. Sean widział już takie karty dostępu- u mamy w pracy i u siebie w szkole. Pokazał je Jonathanowi, dał znak, że za chwilę je do niego rzuci i zrobił to.
     -Któryś na pewno jest od tych głównych.
     W tamtym momencie nie potrafił spojrzeć mu w oczy. Nigdy nie szperał w cudzych rzeczach, a teraz robił to tak, jakby miał to doskonale opracowane. W dodatku, znajdowali się na komisariacie policji. Powiedział mu, żeby wzięli wszystko, co mogłoby się przydać, lecz nie potrafił powiedzieć, do czego, po co. Na co właściwie się szykowali. W dodatku bał się, że Jonathan straci nad sobą kontrolę i choć nie bał się Nathana i właściwie nigdy nie przeszkadzała mu podwójna osobowość O’Connela, ten pierwszy raz, kiedy chciał zachować przy sobie Jonathana, nadszedł. Znał swojego przyjaciela- był mu najbliższą osobą, najbardziej zbliżoną do jego wieku. Wiedział, że niedługo zobaczy Nathana, że niedługo go usłyszy. Ale jeszcze nie teraz, prosił.
     Loki przymilnie otarł się o nogawkę Jonathana i zaczął obwąchiwać okolicę.
     -Zamknijmy drzwi- powiedział Sean. –Zamknijmy je. Będziemy czuli się pewniej, kiedy oddalimy się od wyjścia. Zróbmy to, Jon.
     Nie miał zamiaru mówić mu, aby działali. Wystarczająco okazywał to swoją postawą, choć zmobilizowanie się do jakiegokolwiek działania było dla niego pewnego rodzaju trudem psychicznym. Starał się nie zadręczać, skupiać na konkretnych czynnościach, które układał sobie w głowie najprostszymi zdaniami. To pomagało mu zachować trzeźwość umysłu.
     -Pamiętasz film o detektywie i policjancie, którzy prowadzili tę samą sprawę, ale osobno? Ten komisariat wygląda na pierwszy rzut oka bardzo podobnie, prawda?- zagadywał. –Jeśli układ pomieszczeń też jest podobny, na dole na pewno są cele tymczasowe, a na piętrze inne gabinety z komputerami i tak dalej. Poczuj się, um, jak… jak Tommy Vercetti używający kodów w grze. Albo bądźmy jak Trevor i Michael, Michael i Franklin, Franklin i Trevor. Mamy już Chop’a, a nawet dwa Chop’y. No dalej, kapitanie Jon, jak to mówi moja szalona matka, nie mamy całego dnia!
     No tak. Było już po czternastej, a przecież od czternastej czas zachowywał się, jakby dostawał kopa w cztery litery; wydawał się biec tak pośpiesznie. Sean nieczęsto dawał radę szybko odrobić wszystkie swoje zadania domowe i nie był pewny, czy da radę odrobić to, które miał oddać następnego dnia.
     Coś mu jednak podpowiadało, że nie będzie musiał go już odrabiać.

Ostatnio zmieniony przez Airi (17-05-2019 o 13h28)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#22 17-05-2019 o 22h52

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

>> ETAP Dzień I        Godzina 14:15        Piątek          10.05.2019r.       Perdido Beach       Kalifornia---------------------------------------------https://fontmeme.com/permalink/190505/85225de3744cdf5d623a9a1794aa78ad.png
     Powinna wytłumaczyć Ruth dlaczego tak nagle zerwała się do biegu. Jednak już po chwili nie mogła złapać oddechu i wykrztusić z siebie słowa. Szybko też dostała kolki, która często ją męczyła, kiedy była młodsza. Jeśli jej dom byłby trochę dalej, pewnie dotarłaby do niego już marszem, ponieważ stając przed drzwiami ledwie łapała oddech.
      — Pani Adler ma małe dziecko — wysapała ledwie słyszalnie, kiedy poczuła, że uda jej się to zrobić, bez wyplucia płuc na podjazd.
     Stając przed wejściem usłyszała łkanie dziecka, Lily. Głos miała zachrypnięty, jakby od dłuższego czasu nie robiła nic innego. Ale mogła odetchnąć z ulgą. Wiedziała już, że dziecko żyje. Wzięła za sobą kuzynkę na wypadek najgorszego scenariusza, żeby nie być wtedy sama. Ale jednak mogła być już spokojna. Kiedy Ruth otworzyła drzwi, Novara poczuła jednak, że coś jest nie tak. Czy jej sąsiadka nie zamykała ich zawsze na klucz?
      — Pani Adler, to ja, Nina — zawołała, choć nie spodziewała się już odpowiedzi.
     Weszła do środka za kuzynka, trzymając się jej tak blisko jak tylko mogła. Nina mogła zgrywać twardą, ale kiedy przychodziło co do czego, od razu wyłapywała osobę, która może ją bronić i trzymała się przy niej. Ruth zdecydowanie należała do typu „ochroniarza”, a przynajmniej tak widziała ją kuzynka. W końcu to Cunningham ciągle chodziła podrapana i poobijana, ciągle wdając się w bójki, a jednak zawsze dawała sobie radę.
     Chciała upomnieć Ruth, że nie powinna od tak sobie brać do rąk ulubionej, bardzo drogiej pamiątki pani Adler, jednak w tej sytuacji nie miała odwagi się odezwać. Pierwszy raz czuła się w tym domu nie na miejscu. Zwykle wchodziła jak do siebie, pomagała przy dziecku, a później przy deserze gawędziła sobie z sąsiadką.
     Ruth szła za głosem dziecka. Nina wiedziałaby i bez tego, gdzie iść. Do pokoiku na końcu korytarza. Jednak, kiedy rudowłosa tam dotarła, zatrzymała się w drzwiach. Nina z obawą podeszła do niej i szybko tego pożałowała. Zobaczyła to samo, co wywołało u jej kuzynki wywołało gwałtowną reakcję i szybki odruch wymiotny, który powstrzymała. Nina nie miała tak silnego charakteru. Po prostu zwymiotowała i zaczęła płakać. Pewnie ponownie dostałaby ataku paniki, gdyby nie płacz dziecka, który przywrócił ją do rzeczywistości. Jeszcze nie widziała pistoletu, na który druga dziewczyna zwróciła uwagę.
     Twarz dziecka była już sina od nieustannego płaczu. Mała nie miała na sobie nawet pieluszki. Splunęła resztkami nieprzyjemnego smaku na podłogę i podeszła do przewijaka starając się nie patrzeć w dół, omijając kałużę krwi. Nie wiedziała, co ją wywołało. Nie widziała rany, którą kobieta zasłoniła dłonią, gdy upadła.
      Novara całą siłą woli udawała, że po prostu po raz kolejny zmienia Lily pieluszkę i wcale nie trzęsą jej się dłonie, a obraz nie rozmazuje przed oczami. Kamienna twarz, oprócz łez i drżącej dolnej wargi, udało jej się ją zachować.
     Pokiwała twierdząco głową słysząc słowa Ruth. Nie umiałaby się odezwać w takim stanie, wybuchłaby tylko głośnym szlochem. Po ubraniu dziecka, ostrożnie wzięła je na ręce i powoli kołysząc uspokoiła. Dziecko nie miało już najwyraźniej siły płakać, czując, że ktoś w końcu jest przy nim zasnęło z wycieńczenia. Nina zaczęła szukać potrzebnych rzeczy. Nie mogła wyjść bez pieluch, maści, chusteczek nawilżanych, ubranek na zmianę, jedzenia i czegoś do przenoszenia małej. Wiedziała, że jeśli stamtąd wyjdzie, już nie da rady wrócić.
     Wiedziała, gdzie sąsiadka trzyma wszystkie potrzebne rzeczy, więc szukanie ich nie zajęło dużo czasu. Torba podróżna też znajdowała się w tym pokoju.
      — Ruth — odezwała się, kiedy stwierdziła, że dłużej nie wytrzyma ciszy, ani przebywania w tym miejscu dłużej, niż to konieczne — w kuchni, w pierwszej szafce koło lodówki jest mleko w proszku dla małej. Przynieś wszystkie — nakazała, choć przez drżącą wargę w co drugim słowie zaczynała się jąkać.
     Ona włożyła dziecko do wózka, a przez rączkę do prowadzenia przewiesiła obładowaną torbę. Miała już wszystko, co uważała za potrzebne, więc w końcu mogła opuścić pomieszczenie.

Ostatnio zmieniony przez Chitaru (01-06-2019 o 22h51)


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Online

#23 23-05-2019 o 19h32

Straż Obsydianu
Tama
Szeregowiec
Tama
...
Wiadomości: 125

-------------------------------https://i.imgur.com/y7vLyfT.png
    Beatrice uniosła wzrok, widząc przed sobą znajomy budynek – szkołę. Odkąd opuściła fabrykę, dziewczyna zauważała jeden fakt – dorośli znikali. Na ulicy spotkała jedynie same dzieci, co drugie z coraz głupszym wyrazem twarzy. Pokręciła ze zrezygnowaniem głową na myśl o tych niczego nieświadomych jednostkach. Na całe szczęście mieli ją… To dlatego udała się akurat tutaj. To tu spotykało się najwięcej młodzieży.
   Nie czekając dłużej, podeszła do głównego wejścia. Oczywistym było, że budynek jest już praktycznie opuszczony. Widząc dziejący się na zewnątrz fenomen, większość prawdopodobnie udała się rozeznać sytuację. W środku zostali jedynie słabi uczniowie, bojący się opuścić grupę. To odpowiadało Beatrice. Taki odłam dużo szybciej jej usłucha  i zobaczy w niej godnego przewodnika. Uśmiechnęła się w zadowoleniu na tę myśl i popchnęła wózek z konserwami do środka. Hol wydał jej się pusty, ale gdy się rozejrzała, ujrzała grupkę dzieciaków, wyglądających przez okna na zewnątrz. Spojrzeli na nią wielkimi oczyma, jakby zobaczyli ducha. Beatrice kojarzyła poszczególne twarze, choć z żadnym z nich nigdy nie rozmawiała.
- Co się dzieje na zewnątrz? Gdzie podziali się wszysc… - zaczął jeden z chłopców.
- Beatrice – przedstawiła się, nie pozwalając mu skończyć - Dorośli niewytłumaczalnie znikają – odpowiedziała szybko dziewczyna, po czym splotła dłonie za plecami i zwracając się do innych powiedziała:
- Zdobyłam zapasy jedzenia. To jedyne co udało mi się odzyskać z fabryki. Najwyraźniej taśma produkcyjna zacięła się, kiedy dorośli zniknęli - skłamała gładko. Choć jej słowa były poważne, z twarzy nie schodził jej słodki uśmiech - Byłabym wdzięczna gdybyście postanowili się tym zająć. Będziecie ich od teraz potrzebować  – odwróciła się z tym samym promiennym wyrazem twarzy do chłopaka, który wcześniej zadał jej pytanie. Tak naprawdę zapasy konserw były tylko narzędziem, które pozwoli jej wzbudzić respekt i zaufanie wśród motłochu. Dzięki temu, że w pewien sposób ich wsparła, dojrzą w niej najlepszy materiał na przywódcę. Jak bolesne by to dla Beatrice nie było, nie mogła od tak sobie wziąć władzy… Cóż za utrapienie.
- Niech każdy weźmie jedną puszkę i zostawi resztę - rozkazała, chcąc jasno zaznaczyć swoją pozycję. Gdy nastolatki jej usłuchały, Beatrice w zadowoleniu odhaczyła punkt w swoim notatniku. Lepiej, żeby zaczęli ją szanować.
   Beatrice czuła, że na jej twarzy na stałe zagościł uśmiech. Wszystko zdawało się układać po jej myśli. Gdyby tylko widział ją teraz ojciec, z całą pewnością zmieniłby o niej zdanie. Uważał, że była za mała, aby pomagać mu w jego interesach. Za mała, aby czytać książki w jego gabinecie. Jeszcze mu pokaże...
  Przypatrywała się jak nastolatki, rozmawiając między sobą, zastanawiając się co zrobić z konserwami. Nie odczuwali głodu i nie dostrzegali wartości tego pożywienia. Beatrice przypatrzyła się tej sytuacji, analizując dalsze kroki. Nie mogła siedzieć tak bezczynnie i spocząć na laurach. Nie… jeszcze nie.
- Idę znaleźć broń – powiedziała. Postanowiła nie brać żadnego z uczniów, bo jeszcze jej nie ufali.  Opuściła budynek bez pożegnania, zostawiając ich samych sobie. Zamierzała się udać w stronę komisariatu, gdyż tam z pewnością znajdował się tego typu sprzęt.
   Ruszyła chodnikiem, obserwując roztrzaskane samochody i przysłuchując się co nowym płaczą, rozlegającym w oddali. Za każdym razem gdy spotykała na drodze kogoś, kto umysłowo wyszedł już z przedszkola, proponowała mu udanie się do szkoły. Młodsze dzieci musiały jeszcze poczekać. Nie były jej do niczego potrzebne, więc dopóki nie ustabilizuje sytuacji, pozostawi ich samych sobie.
   Kiedy doszła na miejsce, wszystko wyglądało tak jak powinno. Pustki. Uśmiechnęła się do siebie, ale gdy  zamierzała otworzyć drzwi, dostrzegła w środku ludzkie sylwetki. Z początku zamarła. Pierwszą myślą byli policjanci, a drugą, że ktoś już zrozumiał powagę sytuacji i postanowił się uzbroić. Ten drugi pomysł przeraził ją o wiele bardziej, bo ten przejaw bystrości, byłby poważnym zagrożeniem dla jej nowej władzy. Wzięła głęboki oddech i z powagą w oczach otworzyła drzwi. Podchodząc do dwojga chłopców, starała się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Mieli broń i w nieuwadze, mogliby ją postrzelić. Gdy stanęła im naprzeciw, szybko zerknęła na ich twarze z mroźnym i nienawistnym spojrzenie, ale chwilę potem zastąpił je serdeczny uśmiech:
- Nie spodziewałam się, że kogoś tu znajdę – powiedziała – Wszyscy dorośli zniknęli – westchnęła ze udawanym zmęczeniem.
- Szukałam broni, boję się, że może być teraz bardzo potrzebna… – kontynuowała z nieśmiałym uśmiechem, jakby wspomnienie broni wywołało u niej zakłopotanie. Oczywiście wszystko było jedynie grą.
- W każdym razie… Jestem Beatrice i aktualnie przewodzę grupie dzieciaków w szkole – kłamstwo przyszło jej łatwo, choć w tym wypadku kłamstwo za niedługo stanie się prawdą - Jeśli nie macie dokąd pójść, możecie się tam udać.

Ostatnio zmieniony przez Tama (23-05-2019 o 19h43)


„Życie ponad śmiercią. Siła ponad słabością. Podróż ponad celem.”

https://orig00.deviantart.net/ecb1/f/2016/269/a/1/air_potion_by_planet_spatulon-daiwvca.gif

Offline

#24 27-05-2019 o 19h28

Straż Absyntu
Rissie
Pokonała Carcolha
Rissie
...
Wiadomości: 8 937

___________________________________________________AARON HAMILTON


     IPhone Aarona nie miał ani jednej kreski zasięgu, co mocno chłopaka martwiło. Możliwe że bardziej, niż brak jakiejkolwiek żywej duszy na horyzoncie. Czymś gorszym zaś była bateria telefonu. Te dwie dziesiątki i sześć. Hamilton czuł, że jeśli jego ukochane - właściwie to nie najukochańsze, nawet pół kontynentu dalej nie był w stanie pomyśleć czegoś takiego, wciąż pamiętając o swoim komputerze - urządzenia przestanie działać, to on zacznie świrować.
     Aaron był jednym z tych, którzy zdawali sobie sprawę ze swojego uzależnienia, ale nie próbowali go zwalczać. No i nie przyznawali się do niego na forum publicznym.
     Świrowanie świrowaniem, ale chłopak czuł się dziwnie z myślą, że może zostać odłączony od sieci, chociaż jej i tak już nie było. Przecież telefon sam w sobie też by mu się przydał - mógłby chociaż ogarnąć swoją galerię zdjęć i podzielić je, żeby nie zaśmiecały mu folderu "pobrane szity". W obecnej chwili mógł tylko załamywać ręce i modlić sie do lolowych bogów, żeby udało mu się znaleźć ładowarkę. Pomyślał błyskotliwie w jednej chwili, że w sumie ma ładowarkę w walizce z tyłu samochodu. Może i nie miał kluczyków, ale skoro nikogo nie było w pobliżu, nikt nie mógł oskarżyć go o włamanie. A nawet jeśli, to co wtedy? Potrzebował tylko ładowarki, i to swojej!
     Miał już zamiar wrócić do środka, gdy nagle usłyszał czyjś głos. Podskoczył jak poparzony i odwrócił się w kierunku głosu.   
     - Na Aatroxa! Ale mnie wystraszyłaś! - Chwycił się serce, które zaczęło wybijać szaleńczy rytm. Aaron zlustrował dziewczynę od góry do dołu, będąc w stanie myśleć tylko o tym, że w życiu gadał tylko z koleżankami ze szkoły, kiedy chciały pożyczyć od niego długopis, zaprosić go na bal, albo z graczkami Lola, na które zazwyczaj krzyczał, bo nie umiały grać.
     Słuchał kobitki i dopiero wtedy dotarło do niego, że coś może być nie tak. W końcu tu rzeczywiście nikogo nie było - wcześniej uważał, że po prostu sobie poszli, ale jeśli tak stawiała sprawę…
     - Ja jestem Aaron - odpowiedział w końcu, niepewnie zerkając na swój telefon. - Tak w sumie myślę, że straciłem zasięg i tu też nikogo nie ma… To w sumie dziwne. Może pójdziemy na komisariat, albo chociaż do recepcji? Może tam coś będzie działało? - zastanawiał się na głos. - Chociaż ogólnie nie znam tych terenów, w tym miejscu jestem pierwszy raz w życiu…

Ostatnio zmieniony przez Rissie (27-05-2019 o 19h29)


                                                                                                                             "I only act like I know everything."                       -Natasha Romanov
http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo3-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-pn3bxpmqlt1xpjiuvo9-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo10-40.png http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo9-400.png

Offline

#25 01-06-2019 o 18h55

Straż Cienia
Ermac
Szeregowiec
Ermac
...
Wiadomości: 118



https://txt-dynamic.static.1001fonts.net/txt/b3RmLjI4Ljc1YjQ0MS5VblYwYUNCRGRXNXVhVzVuYUdGdC4x/jmh-grace.regular.png


      W momencie przekroczenia progu pokoiku dziecięcego u sąsiadki kuzynki, Ruth oddałaby wszystko, gdyby jednak nie wpadła na obecnie jedynego przy życiu członka rodziny, gdyż wtedy Nina nie zaciągnęłaby ją w to miejsce, gdzie dziewczyna była pewna, że uraz na psychice pozostanie stały i całkowicie zmieni jej światopogląd. Aczkolwiek, kto by się spodziewał, że akurat w tak spokojnej okolicy dojdzie do takiej tragedii? Wielu mówiło, że to miejsce można ochrzcić jako jedne z najnudniejszych, zatem widok zwłok w kałuży krwi zwalił dziewczynę z nóg. I tak dobrze się trzymała, bo powstrzymała się przed wymiotami, mimo że odgłosy wydawane przez Ninę i smród mocno wstrząsały równowagą starszej o rok dziewczyny. Przełknęła żółć i usilnie unikała zerkania na ciało, skupiając swoją uwagę na narzędziu zbrodni. Gdy trzymała je w dłoniach, poczuła się zarazem bardziej obrzydzona, ale i bezpieczniejsza. Przynajmniej ten, który to uczynił, otrzymał natychmiastową karmę, poprzez zniknięcie. W końcu nie zostawiłby dowodu morderstwa za sobą. Zatem musiał wyparować przy ciele swojej ofiary. Pani Adler nie zniknęła z nim tylko dlatego, że zdążyła umrzeć. Miało to sens… Chyba jednak lepszym losem było całkowite wyparowanie ze świata, niżeli śmierć poprzez ranę postrzałową i wykrwawienie, wysłuchując podczas tego płaczu swego dziecka…
       Ruth natychmiast potrząsnęła głową, wybijając sobie z głowy dalsze drążenie w ten temat. Nie chciała o tym myśleć, pragnęła stąd tylko wyjść i nigdy nie wracać. Jeśli dłużej tu pozostanie, to postrada zmysły od tej wewnętrznej walki.
       Cierpliwie czekała, aż Nina upora się z łkającym już teraz niemowlakiem i gdy ten całkowicie ucichł, rudzielec wzdrygnął się pod wpływem niespodziewanych słów kuzynki. Nic nie odpowiedziała i jedynie kiwnęła głową, gdyż dolna szczęka drżała jej coraz mocniej od powstrzymywanych łez. Nie rozklei się, nie może. To na nic się nie zda w tej chwili. Później, gdy zazna chwili spokoju, da upust swoim emocjom, ale nie teraz. Miała… miały ważniejsze sprawy do załatwienia. Dlatego poproszona o znalezienie mleka w proszku, zeszła na dół i odszukała kuchnię, a następnie odpowiednią szafkę, gdzie mleko zostało ukryte. Z ramionami wypełnionymi opakowaniami, dołączyła do kuzynki stojącej już przy drzwiach wyjściowych. Pomogła jej je spakować i czym prędzej opuściły to chore miejsce.
       Szły powoli przed siebie chodnikami, utrzymując bardzo nieprzyjemną ciszę między sobą. Żadna z nich nie potrafiła otrząsnąć się z widoku prawdziwych zwłok. Ruth widziała takie w równych filmach grozy tysiące, ale zobaczyć coś takiego na żywo, jest kompletnie innym doświadczeniem. Czy jeszcze kiedyś sięgnie po książkę typu horror? Bo patrząc na obecne warunki, do filmów wkrótce będzie miała odcięty dostęp. Poczuła jeszcze głębszą pustkę.
        Zerknęła kątem oka na śpiącego brzdąca. Ten widok może by ją bardziej ukoił, gdyby nie jeszcze niezaschnięte plamy krwi na jego ubranku, a nawet parę kropel na samej buzi. Całe szczęście, że było za małe, by cokolwiek pamiętać z tego dnia w przyszłości. Jeżeli takiej doczeka.
        - … imię? – jej głos rozbrzmiał strasznie słabo, więc odchrząknęła i powtórzyła wyraźniej - Jak ma na imię mała? – tym sposobem miała nadzieję, że trochę rozluźni sytuację. Miała dość tego nieskończonego napięcia.
         Zwłaszcza gdy mijały miejsca, gdzie powstały ogromne kraksy i Cunningham miała wrażenie, że ujrzała gdzieś małą, nieruchomą główkę, z której wylewała się krew. Tak jakby po doświadczeniu ostatniego widoku, nagle rozjaśnił jej się umysł i wzrok na to, jaka potworna tragedia je otaczała.
        - Zatem… jaki jest plan działania? – mruknęła, wciskając pistolet za pasek spodni, po tym, jak wyciągnęła z niego magazynek. - Musimy gdzieś się usadowić na pewien czas… aby zająć się dzieckiem i… poukładać myśli. Najlepiej coś cichego, kompletnie głowa mi pęka.

Ostatnio zmieniony przez Ermac (01-06-2019 o 18h55)



https://66.media.tumblr.com/9cf06399e12182545d8c018c508848f8/tumblr_px07f0oW8L1qelb9co3_400.gifvhttps://66.media.tumblr.com/abcb4ab326a31ae2592a25b38d8e7272/tumblr_px07f0oW8L1qelb9co10_400.gifv

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2