Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 02-06-2019 o 23h56

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 902

https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/584857422586314832/PicsArt_06-02-10.44.25.png


       Dawno, dawno temu, kiedy ludzie sądzili, że są w stanie podporządkować sobie cały świat, bogowie postanowili uświadomić im, jak bardzo pomylili się w tej kwestii. Zesłali na ziemię posłańca, który w ich imieniu zamówił u kowala dzwon. Nieświadomy mężczyzna pracował ciężko nad wykonaniem swojego zadania, a kiedy w końcu udało mu się stworzyć piękne narzędzie, kupiec nie pojawił się u niego ani razu. Kowal długo myślał, co powinien zrobić ze swoim wytworem, aż w końcu oddał go miejscowemu klasztorowi. Dzwon umieszczono w najwyższej wieży, by codziennie rano wybijał godzinę pańską i niósł nadzieję żyjącym w mieście ludziom. Lecz kiedy w końcu jeden z mnichów wprawił delikatne serce w ruch, a jego dźwięk poniósł się daleko, hen po górach, po lasach, aż obiegł cały świat i wrócił, by umilknąć na wieki, wydarzyło się coś strasznego. Najpierw ciemność spowiła nieboskłon, zamieniając dzień w porę tylko odrobinę jaśniejszą od nocy. Potem zwierzęta do tej pory posłuszne ludziom powoli zaczęły zmieniać się w dzikie bestie. Śnieg pokrył lodem nieprzyjazną ziemię. Na koniec tego wszystkiego dawno pochowani zaczęli wstawać z grobów i łapiąc za broń wybijać własnych potomków.
       Szamani próbowali odnaleźć przyczynę w gwiazdach i modląc się, uzyskać odpowiedź na pytania od bogów. Ale ci milczeli uparcie, aż w końcu któryś z uduchowionych domyślił się, że to wina ludzi i ich rosnącej pychy. Zwołał zebranie z ocalałych niedobitków pobliskich wiosek i pozostałych przy życiu żołnierzy, by ogłosić im, że oto bogowie zagniewali się na rasę ludzką. Nie wiedział, czy to, co mówił pokrywało się z prawdą, ale wierzył w to całym sercem. Nakazał wszystkim oddać najcenniejsze klejnoty, całe złoto jakie ludzie posiadali w swych dobytkach, a potem stopić je w jeden, przepiękny kielich, który miał być podarunkiem dla bogów. Wielu oczywiście zaprotestowało, ale reszta zaraz stłumiła ich bunt, chcąc odzyskać światło słońca.
        Kiedy kielich był już gotowy, szaman poprosił kilku najdzielniejszych, by ci udali się do kolejnych wniosek i wytłumaczyli sytuację oraz i od nich odebrali dary, by przebłagać bogów. Dał im mapę, według której na samym końcu poznanego świata istniało miejsce, gdzie istoty rządzące światem spotykały się raz do roku by zadecydować o jego dalszych losach. To tam, dzielni mieli dostarczyć dary i przekonać Potężnych, że ludzie zrozumieli swój błąd.


O co chodzi?



Postacie
@Ischigo - Raven
@Acerola - Azvameth & Artorias
@Rain - Andy
@Czekola - Aviraah & Neriel
@Neyu - Luna & Mun
@Nieve - Calaena
@Quadii - Varriyah
@Tama - Dandelion
@Reiko-chan - ...

NABÓR ZAMKNIĘTY

Regulamin:
1.Przestrzegamy regulaminu forum.
2. Zapisy na PW u mnie, @Ace lub @Rain.
3. Wygląd A&M lub arty.
4. Proszę nie opuszczać nas bez słowa.
5. Informujmy się o nieobecnościach, będzie nam łatwiej.

Ostatnio zmieniony przez Ischigo (13-06-2019 o 23h56)


Pomyliłam niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/604051060125859841/picsart-07-25-09-04-25.png

Offline

#2 03-06-2019 o 18h59

Straż Cienia
Acerola
Akolita Jednorożców
Acerola
...
Wiadomości: 365

theme song

https://i.pinimg.com/originals/63/14/3e/63143e6e92f7414fe62bf3b5b696b6ee.jpg

ᴀᴢᴠᴀᴍᴇᴛʜ
- the apostole of idea -

smocze dziecię   ―   wiek nieznany   ―   najemnik   ―   wyznawca smoczego boga Grimy
182 centymetry wzrostu   ―   barczysta   ―   ciemne blond włosy   ―   szarozielone oczy

deep lore



theme song
https://pbs.twimg.com/media/Du3H8gRUwAAvfbg.jpg

ᴀʀᴛᴏʀɪᴀs & ɢʀᴇᴀᴛ ɢʀᴇʏ ᴡᴏʟғ sɪғ
- the edgelord blood dealer and his lovely sword puppo -

rasa nieznana   ―   wiek szacowany na ponad 1000 lat   ―   rycerz i sprzedawca krwi
2 metry wzrostu   ―   ciało przysłonięte przez zbroję   ―   nigdy nie widziany bez niej

Ostatnio zmieniony przez Acerola (14-06-2019 o 10h13)


https://66.media.tumblr.com/2e9625761e3375eba72887ad5ccfb84f/tumblr_p2q7g4lP8p1qc9mvbo8_400.gifv https://66.media.tumblr.com/bcdfa0358cb12dee198ef9c47ee42fc8/tumblr_p2q7g4lP8p1qc9mvbo5_400.gifv

Offline

#3 03-06-2019 o 19h49

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 902

theme song
The fire I began, is burning me alive
But I know better than to leave and let it die...

https://i.pinimg.com/564x/47/86/34/4786345cd8ab011e1e881c2ef955bee6.jpg
Cause I walk alone, no matter where I go
Raven - Pan Sów
22 lata - Urodzony zimą - Zakon Czarnych Piór
176cm - Ciemnobrązowe włosy - Niebieskie oczy
Tatuaż symbolizujący przynależność do Zakonu

https://i.pinimg.com/564x/8a/f1/b0/8af1b0080232c008c32083e84e855049.jpg

Zakon Czarnych Piór


Sówki Ravena

Ostatnio zmieniony przez Ischigo (06-06-2019 o 22h44)


Pomyliłam niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/604051060125859841/picsart-07-25-09-04-25.png

Offline

#4 03-06-2019 o 21h45

Straż Cienia
Rain
Akolita Sylfy
Rain
...
Wiadomości: 1 315


https://i.ibb.co/pdC9cjM/Be-Funky-design-3.png
https://i.ibb.co/mvYBNSC/Webp-net-resizeimage-1.png
https://i.ibb.co/XWzPyHT/Be-Funky-design-2.png
Imię Andy   Nazwisko   Hanigan   
Kolor włosów Brązowy   Kolor oczu Zielony   Wzrost 185 cm   

Ostatnio zmieniony przez Rain (14-06-2019 o 19h37)


https://i.ibb.co/VLKLyWB/nomnom.png

Offline

#5 04-06-2019 o 12h27

Straż Cienia
Czekola
Szeregowiec
Czekola
...
Wiadomości: 137

https://i.imgur.com/jSKTCwK.png
If you give people light,
they will find their own way.

https://i.imgur.com/85O0o3N.jpg
https://i.imgur.com/ApVkQMJ.png
https://i.imgur.com/85O0o3N.jpg

|  The one that brings the light  |

Aviraah Shalenven | Avira/Avi | Kobieta
21 października | Waga | 49 lat
Heteroseksualna | Wolna | Elf

https://i.imgur.com/85O0o3N.jpg

Jasny blond | Czerwone oczy
170cm | 50kg
Szczupła | Blada | Charakterystyczny znak na czole


- - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -


https://i.imgur.com/ySrqlYo.png
Guard your light and protect it.
Defend it even if it will cost you your own life, as it is the only hope.

https://i.imgur.com/85O0o3N.jpg
https://i.imgur.com/bHcwnv9.png
https://i.imgur.com/85O0o3N.jpg

|  The one that protects the light  |


Neriel Eiltriss | Neri/Riel | Mężczyzna
15 luty | Wodnik | 50 lat
Heteroseksualny | Wolny | Elf

https://i.imgur.com/85O0o3N.jpg

Czarne włosy | Fioletowe oczy
180cm | 62kg
Szczupły | Wysportowany | Blizna przechodząca przez jego prawe oko


Inne

Ostatnio zmieniony przez Czekola (07-07-2019 o 23h34)


https://i.imgur.com/X7HHytR.png

Offline

#6 06-06-2019 o 11h38

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 368

https://cdn.discordapp.com/attachments/506526075665514507/590465151027904512/bleu_by_taozipie_dcmbl75-pre_20190618105735961.jpg

L U N A
❝   ᴛ ʜ ᴇ   ᴍ ᴏ ᴏ ɴ   ᴡ ɪ ʟ ʟ   ʀ ɪ s ᴇ
ᴛ ʜ ᴇ   ɴ ɪ ɢ ʜ ᴛ   ᴡ ɪ ʟ ʟ   ʟ ᴀ s ᴛ   ғ ᴏ ʀ ᴇ ᴠ ᴇ ʀ   ❞


✁------------------------------------------------------

ᴅᴀɴᴇ ᴘᴏᴅsᴛᴀᴡᴏᴡᴇ
ʟᴜɴᴀ ★ ʙʀᴀᴋ ★ ᴡɪᴇᴋ ɴɪᴇᴢɴᴀɴʏ ★ ★ ʙɪsᴇᴋsᴜᴀʟɴᴀ
ɢóʀᴀ ᴛᴀʀɢᴏɴ ★ ᴢʀᴏᴅᴢᴏɴᴀ ᴢ ɴᴏᴄʏ ɪ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ ★ 01.01 ★ ᴋᴏᴢɪᴏʀᴏżᴇᴄ ★ 0 ʀʜ-
ʀᴇᴀʟɪsᴛᴋᴀ ★ ғʟᴇɢᴍᴀᴛʏᴋ ★ ɪɴᴛʀᴏᴡᴇʀᴛʏᴋ ★ ᴡʏᴢɴᴀᴡᴄᴢʏɴɪ ᴛᴀɪɪɴ sᴜᴜʜᴀɪ
ɢᴇssʜᴏᴋᴏᴜ ★ ᴅᴢɪᴇᴄᴋᴏ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ ★ ᴢᴀᴋᴏɴ ʟᴜɴᴀʀɪ ★ sʀᴇʙʀɴᴀ ᴡᴀʟᴋɪʀɪᴀ
ᴜᴡɪᴇʟʙɪᴀ ᴢᴀćᴍɪᴇɴɪᴇ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ ★ ᴘʀᴢᴇᴘᴇŁɴɪᴏɴᴀ ᴇsᴇɴᴄᴊĄ ᴍᴏᴄʏ sʀᴇʙʀɴᴇɢᴏ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ
ᴘᴏʀᴏᴢᴜᴍɪᴇᴡᴀ sɪĘ ᴢ ᴋsɪĘżʏᴄᴇᴍ ★ ᴄᴢʏᴛᴀ ᴘʀᴢᴇsŁᴀɴᴋɪ ᴢ ɢᴡɪᴀᴢᴅ ★ sɪʟɴɪᴇ ᴘᴏᴡɪĄᴢᴀɴᴀ ᴢᴇ śᴡɪᴀᴛᴇᴍ ᴅᴜᴄʜᴏᴡʏᴍ
sɪᴏᴛʀᴀ ᴍūɴᴀ ★ ɴɪᴇʀᴏᴢŁĄᴄᴢɴᴀ ʙʀᴀᴛɴɪᴀ ᴅᴜsᴢᴀ ʙʀᴀᴛᴀ

✁------------------------------------------------------

ᴀᴘᴀʀʏᴄᴊᴀ
160 ᴡᴢʀᴏsᴛᴜ ★ 45 ᴋɪʟᴏɢʀᴀᴍóᴡ ★ ʙɪᴀŁʏ ᴢɴᴀᴋ ᴘóŁᴋsɪĘżʏᴄᴀ ɴᴀ ᴄᴢᴏʟᴇ
ᴅʀᴏʙɴᴀ ★ ᴄʜᴜᴅᴀ ★ ɴɪsᴋᴀ ★ ᴢɢʀᴀʙɴᴀ ★ ʟᴇᴋᴋᴀ ★ ᴡɪᴅᴏᴄᴢɴᴇ ᴋᴏśᴄɪ
Łᴀsᴋɪ ʙʀᴢᴜᴄʜ ★ ᴅŁᴜɢɪᴇ ɴᴏɢɪ ★ ɢŁᴀᴅᴋɪᴇ ᴅŁᴏɴɪᴇ ★ sᴢᴀʀᴇ ᴘᴀᴢɴᴏᴋᴄɪᴇ
ᴢᴀʀóżᴏᴡɪᴏɴʏ ʙʟᴀᴅʏ ★ sʀᴇʙʀᴢʏsᴛʏ ʙŁĘᴋɪᴛ ★ ʙʀᴀᴋ ɢʀᴢʏᴡᴋɪ ★ ᴡŁᴏsʏ ɴᴀᴅ ʀᴀᴍɪᴏɴᴀᴍɪ
ʙŁĘᴋɪᴛɴᴇ ᴏᴄᴢʏ ★ ᴘᴇŁɴᴇ ᴏʀᴀᴢ ʀóżᴏᴡᴇ ᴜsᴛᴀ ★ ᴍᴀŁʏ ɪ ᴘʀᴏsᴛʏ ɴᴏs

✁------------------------------------------------------

ɪɴғᴏʀᴍᴀᴄᴊᴇ ᴅᴏᴅᴀᴛᴋᴏᴡᴇ
❶ ɪᴍɪĘ "ʟᴜɴᴀ" ᴏᴢɴᴀᴄᴢᴀ "ᴋsɪĘżʏᴄ" ɪ ᴊᴇsᴛ ɴɪᴇᴢɴᴀɴᴇɢᴏ ᴘᴏᴄʜᴏᴅᴢᴇɴɪᴀ
❷ ᴘᴏsɪᴀᴅᴀᴄᴢᴋᴀ ᴀᴜᴛᴏᴍᴀᴛᴏɴᴏғᴏʙɪɪ; ᴘᴀɴɪᴄᴢɴʏ ʟĘᴋ ᴘʀᴢᴇᴅ ᴍᴀʀɪᴏɴᴇᴛᴋᴀᴍɪ ʙʀᴢᴜᴄʜᴏᴍóᴡᴄóᴡ, ᴛᴡᴏʀóᴡ ᴀɴɪᴍᴀᴛʀᴏɴɪᴄᴢɴʏᴄʜ (ᴇʟᴇᴋᴛʀᴏɴɪᴄᴢɴᴀ ᴀɴɪᴍᴀᴄᴊᴀ), ʀᴢᴇźʙᴀᴍɪ ᴢ ᴡᴏsᴋᴜ ɪ ᴘʀᴢᴇᴅ ᴡsᴢʏsᴛᴋɪᴍ ᴄᴏ Łᴜᴅᴢąᴄᴏ ᴘʀᴢᴇᴅsᴛᴀᴡɪᴀ żʏᴡᴇ, ᴄᴢᴜᴊĄᴄᴇ ɪsᴛᴏᴛʏ
❸ ᴍᴀ ᴅᴏᴋᴜᴄᴢʟɪᴡĄ ᴀʟᴇʀɢɪĘ ɴᴀ ᴘʏŁᴋɪ ᴋᴡɪᴀᴛóᴡ
❹ ɢᴅʏ ᴍɪᴀɴᴏᴡᴀɴᴏ ᴊĄ ɴᴀ sʀᴇʙʀɴĄ ᴡᴀʟᴋɪʀɪĘ, ᴛᴏ ᴡ ᴋʀóᴛᴋɪᴍ ᴄᴢᴀsɪᴇ ᴀᴡᴀɴsᴏᴡᴀŁᴀ ɴᴀ ɪᴄʜ ᴘʀᴢᴇᴅsᴛᴀᴡɪᴄɪᴇʟᴋĘ, ᴢ ʀᴀᴄᴊɪ ᴛᴇɢᴏ, ɪż żᴀᴅɴᴀ ᴢ sɪósᴛʀ ɴɪᴇ ʙʏŁᴀ ᴛᴀᴋ ᴢᴀᴡᴢɪĘᴛᴀ, ʙᴇᴢᴡᴢɢʟĘᴅɴᴀ ɪ sɪʟɴᴀ ᴊᴀᴋ ʟᴜɴᴀ
❺ ᴋᴀżᴅᴇᴊ ɴᴏᴄʏ ʀᴏᴢᴍᴀᴡɪᴀ ᴢ ᴋsɪĘżʏᴄᴇᴍ; ᴊᴇsᴛ ᴊᴇᴊ ɴᴀᴊʙʟɪżsᴢʏᴍ ᴘʀᴢʏᴊᴀᴄɪᴇʟᴇᴍ
❻ ᴡ ᴅɴɪᴜ ᴜʀᴏᴅᴢɪɴ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ ᴏᴛʀᴢʏᴍᴀŁᴀ ᴍɪᴇᴄᴢ ᴡ ᴋsᴢᴛᴀŁᴄɪᴇ ᴘóŁᴋsɪĘżʏᴄᴀ ᴏʀᴀᴢ ɴɪᴇsᴀᴍᴏᴡɪᴛʏ ᴘᴀɴᴄᴇʀᴢ – ᴋᴏʟᴄᴢᴜɢĘ ᴢᴇ sʀᴇʙʀɴʏᴄʜ ᴘɪᴇʀśᴄɪᴇɴɪ ɪ ᴡsᴘᴀɴɪᴀŁĄ ᴢʙʀᴏᴊĘ ᴢ ᴡʏᴘᴏʟᴇʀᴏᴡᴀɴᴇᴊ sᴛᴀʟɪ, ᴅᴢɪĘᴋɪ ᴛᴇᴍᴜ, ɪż ᴢᴏsᴛᴀŁᴀ ᴍɪᴀɴᴏᴡᴀɴᴀ ɴᴀ ᴘʀᴢᴇᴅsᴛᴀᴡɪᴄɪᴇʟᴋĘ sʀᴇʙʀɴʏᴄʜ ᴡᴀʟᴋɪʀɪ
❼ ᴜʙósᴛᴡɪᴀ ɴᴏᴄɴᴇ sᴘᴀᴄᴇʀʏ, ᴀ ᴘʀᴢᴇʙʏᴡᴀɴɪᴇ ᴡᴛᴇᴅʏ ɴᴀᴅ ᴊᴇᴢɪᴏʀᴇᴍ ᴊᴇsᴛ ᴄᴏ ɴᴀᴊᴍɴɪᴇᴊ ᴡɪsɪᴇɴᴋĄ ɴᴀ ᴛᴏʀᴄɪᴇ ᴅʟᴀ ʟᴜɴʏ
❽ ᴋᴏᴄʜᴀ ʟóᴅ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ ɪ ᴊᴇsᴛ ᴡ ᴘᴇŁɴɪ ᴏᴅᴅᴀɴᴀ ᴢᴀᴋᴏɴᴏᴡɪ ʟᴜɴᴀʀɪ; ɴɪᴇ ʙʏŁᴀʙʏ ᴡsᴛᴀɴɪᴇ ɪᴄʜ ʙᴇᴢ ᴘᴏᴡᴏᴅᴜ ᴏᴘᴜśᴄɪć
❾ śᴡɪᴇᴛʟɪᴋɪ sĄ ᴊᴇᴊ ᴜʟᴜʙɪᴏɴʏᴍɪ ᴏᴡᴀᴅᴀᴍɪ
❿ ᴊᴇsᴛ ᴘʀᴢʏᴡɪĄᴢᴀɴᴀ ᴅᴏ ᴍūɴᴀ ɴᴀ ᴛʏʟᴇ ʙᴀʀᴅᴢᴏ, żᴇ ᴘᴏᴅ żᴀᴅɴʏᴍ ᴡᴢɢʟĘᴅᴇᴍ ɴɪɢᴅʏ ɢᴏ ɴɪᴇ ᴢᴏsᴛᴀᴡɪ

✁------------------------------------------------------

https://data.whicdn.com/images/289363222/large.jpg

M Ū N
❝   ɪ   ᴀ ᴍ   ᴛ ʜ ᴇ   ʟ ɪ ɢ ʜ ᴛ
ᴄ ᴏ ᴜ ʀ s ɪ ɴ ɢ   ɪ ɴ   ᴛ ʜ ᴇ   s ᴏ ᴜ ʟ   ᴏ ғ   ᴛ ʜ ᴇ   ᴍ ᴏ ᴏ ɴ   ❞


✁------------------------------------------------------

ᴅᴀɴᴇ ᴘᴏᴅsᴛᴀᴡᴏᴡᴇ
ᴍūɴ ★ ʙʀᴀᴋ ★ ᴡɪᴇᴋ ɴɪᴇᴢɴᴀɴʏ ★ ★ ʙɪsᴇᴋsᴜᴀʟɴʏ
ɢóʀᴀ ᴛᴀʀɢᴏɴ ★ ᴢʀᴏᴅᴢᴏɴʏ ᴢ ʙʟᴀsᴋᴜ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ ★ 01.01 ★ ᴋᴏᴢɪᴏʀᴏżᴇᴄ ★ 0 ʀʜ-
ʀᴇᴀʟɪsᴛᴀ ★ ᴍᴇʟᴀɴᴄʜᴏʟɪᴋ ★ ɪɴᴛʀᴏᴡᴇʀᴛʏᴋ ★ ᴡʏᴢɴᴀᴡᴄᴀ ᴛᴀɪɪɴ sᴜᴜʜᴀɪ
ɢᴇssʜᴏᴋᴏᴜ ★ ᴅᴢɪᴇᴄᴋᴏ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ ★ ᴢᴀᴋᴏɴ ʟᴜɴᴀʀɪ ★ sʀᴇʙʀɴʏ ᴄᴢᴀʀᴏᴅᴢɪᴇᴊ
ᴜᴡɪᴇʟʙɪᴀ ʙʟᴀsᴋ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ ★ ᴘʀᴢᴇᴘᴇŁɴɪᴏɴʏ ᴇsᴇɴᴄᴊĄ ᴍᴏᴄʏ sʀᴇʙʀɴᴇɢᴏ ᴋsɪĘżʏᴄᴀ
ᴘʀᴢᴇᴘᴏᴡɪᴀᴅᴀ ᴘʀᴢʏsᴢŁᴏść ★ ᴘᴏʀᴏᴢᴜᴍɪᴇᴡᴀ sɪĘ ᴢ ᴋsɪĘżʏᴄᴇᴍ ★ sɪʟɴɪᴇ ᴘᴏᴡɪĄᴢᴀɴʏ ᴢᴇ śᴡɪᴀᴛᴇᴍ ᴅᴜᴄʜᴏᴡʏᴍ
ʙʀᴀᴛ ʟᴜɴʏ ★ ɴɪᴇʀᴏᴢŁĄᴄᴢɴᴀ ʙʀᴀᴛɴɪᴀ ᴅᴜsᴢᴀ sɪᴏsᴛʀʏ

✁------------------------------------------------------

ᴀᴘᴀʀʏᴄᴊᴀ
175 ᴡᴢʀᴏsᴛᴜ ★ 67 ᴋɪʟᴏɢʀᴀᴍóᴡ ★ ʙɪᴀŁʏ ᴢɴᴀᴋ ᴘóŁᴋsɪĘżʏᴄᴀ ɴᴀ ᴄᴢᴏʟᴇ
ᴡʏsᴘᴏʀᴛᴏᴡᴀɴʏ ★ ᴅᴏʙʀᴢᴇ ᴢʙᴜᴅᴏᴡᴀɴʏ ★ ᴡʏsᴏᴋɪ ★ ɴɪᴇ ᴢᴀ ᴄʜᴜᴅʏ-ɴɪᴇ ᴢᴀ ɢʀᴜʙʏ ★ ᴄɪĘżᴋɪ
ʟᴇᴋᴋᴏ ᴡɪᴅᴏᴄᴢɴᴇ ᴍɪĘśɴɪᴇ ★Łᴀsᴋɪ ʙʀᴢᴜᴄʜ ★ sᴢᴏʀsᴛᴋɪᴇ ᴅŁᴏɴɪᴇ
ʙʟᴀᴅʏ ★ ʙɪᴀŁᴏᴡŁᴏsʏ ★ ʀᴏᴢᴄᴢᴏᴄʜʀᴀɴᴀ ɪ ᴅŁᴜɢᴀ ɢʀᴢʏᴡᴀ
ʙŁĘᴋɪᴛɴᴇ ᴏᴄᴢʏ ★ ᴡĄsᴋɪᴇ ᴏʀᴀᴢ ʙʟᴀᴅᴏʀóżᴏᴡᴇ ᴜsᴛᴀ ★ ᴍᴀŁʏ ɪ ᴢᴀᴅᴀʀᴛʏ ɴᴏs

✁------------------------------------------------------

ɪɴғᴏʀᴍᴀᴄᴊᴇ ᴅᴏᴅᴀᴛᴋᴏᴡᴇ
❶ ɪᴍɪĘ "ᴍūɴ" ᴏᴢɴᴀᴄᴢᴀ "ᴋsɪĘżʏᴄ" ɪ ᴊᴇsᴛ ɴɪᴇᴢɴᴀɴᴇɢᴏ ᴘᴏᴄʜᴏᴅᴢᴇɴɪᴀ










...

Ostatnio zmieniony przez Neyu (23-08-2019 o 20h10)


https://i.imgur.com/9WX7JUV.gif

Offline

#7 10-06-2019 o 14h44

Straż Absyntu
Nieve
Akolita Jednorożców
Nieve
...
Wiadomości: 384

https://data.whicdn.com/images/331390725/original.jpg

C A L A E N A

At that moment she was changed
by magic to a wonderful little elf

- John Bauer


Dwadzieścia cztery lata Dwudziesty pierwszy marca
Rasa  ludzka      Krew  wróżek  płynąca  w  żyłach
Ciemno brązowe włosy Świecące, seledynowe oczy


Wierzenia i ciekawostki o Calaenie

Ostatnio zmieniony przez Nieve (03-07-2019 o 15h58)

Offline

#8 13-06-2019 o 22h48

Straż Obsydianu
Tama
Szeregowiec
Tama
...
Wiadomości: 125

https://i.pinimg.com/564x/15/1b/91/151b9127027752ca5ed2d60995f50ebc.jpg

|dżentelmen|demon|długowieczny|mężczyzna|196 cm|szczupły|
|Zwyczajni ludzie nie są zdolni wypowiedzieć jego prawdziwego imienia|
|Dlatego każe do siebie mówić - Dandelion|
|Nie lubi wchodzić w konflikty|
|Uparty|

Informacje o demonach i samym Dandelionie

Ostatnio zmieniony przez Tama (14-06-2019 o 23h11)


„Życie ponad śmiercią. Siła ponad słabością. Podróż ponad celem.”

https://orig00.deviantart.net/ecb1/f/2016/269/a/1/air_potion_by_planet_spatulon-daiwvca.gif

Offline

#9 14-06-2019 o 14h23

Straż Absyntu
Reiko-chan
Piechur Straży
Reiko-chan
...
Wiadomości: 2 317

https://cdn.discordapp.com/attachments/566395209022177290/589125191184023558/2a574935031ee4e6dcb09c88852e12a8.jpg
https://images89.fotosik.pl/201/8e402c75dcc84395.png

podobno nie kochasz wówczas, gdy zastanawiasz się, czy kochasz.
ja nigdy nie zastanawiałem się, czy cię kocham.
po prostu wiedziałem, że tak, więc kochałem.


imię • daniel • nazwisko • repnin • wiek • 21 lat
• wzrost • 183cm • kolor oczu • brązowy • kolor włosów • brązowy • rasa • wampir

Ostatnio zmieniony przez Reiko-chan (16-06-2019 o 19h53)


https://66.media.tumblr.com/53e48d8e8c975a82c04526e0802ecc50/tumblr_ptz7mhgIFi1vk6enco1_540.png

Offline

#10 14-06-2019 o 17h28

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 902

https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/589113511591018503/14436f973f13e3bfdda7daff28508011.png

      Było zimno. Cholernie zimno. Raven otulił się szczelniej swoim podróżnym płaszczem, uważając przy tym na Rowleta. Sówka przymknęła oczy, jakby to całe zimno nie robiło na niej żadnego wrażenia. Chłopak wręcz miał wrażenie, że i on i cała reszta jego pierzastych podopiecznych wręcz cieszy się z tej całej ciemności i chłodu. Ale jemu aktualny stan rzeczy w ogóle nie odpowiadał. Ta cała ciemność była przygnębiająca, do śniegu zdążył się przyzwyczaić. W Dolinie Kruków to czy śnieg padał, czy nie było jedyną zmianą pogody. Chłopak obejrzał się za siebie, by dojrzeć resztę ekspedycji wysłaną przez szamanów do miejsca Pojednania z Bogami, jak nazwał się niewielki skrawek ziemi pomiędzy jedną częścią lądu a drugą, gdzieś po drugiej stronie znanego współczesnym ludziom świata. Była ich siódemka. Siódemka podobno najdzielniejszych ze wszystkich, którym udało się przeżyć atak powstałych szkieletów, dzikich zwierząt i tej wszechogarniającej ciemności. Raven nie był co do tego tak mocno przekonany, ale stwierdzał, że nawet jeśli ktoś zginie, to nie będzie to jego problem.
            Podróżowali od jakiejś godziny i w tym czasie zdążyło się ściemnić jeszcze bardziej, potem na chwilę rozjaśnić, śnieg na chwilę przestał padać i znów zaczął, zasypując wyraźny trakt prowadzący do miasta znajdującego się niedaleko Szamańskiej osady, z której wyruszyli. Z tego co Raven słyszał, bo rzadko bywał w tych okolicach, Wensley było sporym miastem. Z twierdzą, w której niepodzielnie panował niejaki Verth Altman. Pan o żelaznych zasadach, wybuchowym charakterze i okropnym nawyku dłubania w zębach. Chłopak jakoś nie palił się do tego, by owego Altmana poznać, ale miał wrażenie, że skoro to on trzymał w jukach poselstwo od Szamanów, to jemu przyjdzie rozmawiać z wszelkimi szlachcicami. Nie żeby miał do tego jakiś talent. Ojciec zawsze mu powtarzał, że ma drewniany język i maniery dzika z lasu.
                Usłyszał szelest piór i zaraz po nim, w polu widzenia chłopaka pojawił się Feh, niosąc w szponach szarą sierść. Nie spodobało mu się to.
- Nie oddalajmy się od siebie – powiedział, kiedy sowa śnieżna zniknęła gdzieś nad drzewami. – Mamy towarzystwo.
                 Niemal natychmiast po tych słowach, gdzieś z prawej strony gęstego lasu dobiegło ich wilcze wycie. Raven przeklął pod nosem, chociaż domyślał się, że niedaleka obecność osad wcale ich nie ratowała. Od kiedy rozbrzmiał dzwon, dzikie zwierzęta zrobiły się niezwykle zuchwałe. Popędził swojego konia, nie przejmując się tym, że przerażone zwierzę wydało z siebie zaniepokojone rżenie.
- Nie zostawajcie z tyłu! – krzyknął do osób zamykających pochód. Nawet jeśli nie przejąłby się ich śmiercią, złoto które znajdowało się w ich bagażach podchodziło pod odpowiedzialność wszystkich z grupy.
                 Wilki się zbliżały. Coraz wyraźniej słychać było miarowe uderzenia ciężkich łap o zamarznięte podłoże. I to, co nie spodobało mu się jeszcze bardziej, było ich zdecydowanie więcej niż ich siedem osób było sobie w stanie z nimi poradzić. Jeszcze bardziej pospieszył konia, ale ten zdawał się nie potrzebować dodatkowej zachęty ze strony chłopaka. Depcząca mu po kopytach wataha działa jak wystarczająca motywacja. Feh pojawił mu się nad głową, hukając do niego ostrzegawczo.
- Przecież widzę – prychnął pod nosem, ale nie był zły na puchacza, raczej martwił się, że któryś z wilczych kłów znajdzie się na tyle blisko, że będzie w stanie dostać Rowleta.
                 Pędzili tak przez pięć minut, z coraz bardziej zbliżającą się watahą, kiedy w oczy rzuciła mu się pusta przestrzeń pomiędzy drzewami. Kiedy się zbliżyli, okazało się, że wcale nie była wolna od drzew, czy też raczej była, bo ich miejsce zajmował kamienny kościół z potłuczonymi witrażami w oknach i wielkimi, drewnianymi drzwiami. Raven nie myślał o tym zbyt długo. Podwoje wydawały się być na tyle solidne, że zamknięte od środka, dałyby sobie radę ze sforą oszalałych zwierząt.
- Ukryjmy się tutaj! – zaproponował, kierując swojego wierzchowca do środka. Kopyta zastukały o potłuczone szkło i popękane kamienie brukowe pokrywające posadzkę. Zaraz też zeskoczył na ziemię i kiedy wszyscy znaleźli się w środku, rzucił się zamykać drzwi.
                  Z pomocą, udało im się zamknąć masywne wrota tuż przed nosami bestii. Raven oparł się ciężko o drewno, próbując opanować szybkie bicie serca. Rozejrzał się po wnętrzu kościoła. Nie był pewien, jakiego bożka tu czczono, ale jego połamana statuetka leżała gdzieś pod ołtarzem. Martwiło go, że wilki mogą się dostać przez okna, ale na szczęście wykusze okienne znajdowały się na tyle wysoko, że raczej nie powinny stanowić problemu. Padał przez nie śnieg, znacząc posadzkę zmarzniętym, białym dywanem.
- Chyba tu nie wejdą? – rzucił, przeliczając w myślach, czy na pewno nie zostawili nikogo na pewną śmierć w wilczych szczękach, ale doliczył się wszystkich towarzyszy podróży. Trochę drażniło go, że nie mieli się kiedy wymienić choćby imionami, ale może teraz, kiedy zostali uwięzieni w jakimś obdartym z piękności budynku, będzie na to chwila.
         Ale zanim nastąpiłaby chwila „relaksu”, chłopak dostrzegł Bouto siedzącego gdzieś na chórze.
- Bokuto! – zawołał ptaka, ale ten tylko kłapnął na niego dziobem. Rowlet też to zrobił, ale w jego geście więcej było dezaprobaty co do zachowania pobratymca.
- Dobrze, że chociaż ty mnie słuchasz – westchnął, gładząc łepek sówki, a ta przymknęła oczy i zahukała cicho z zadowolenia.
- No dobra – odezwał się nieco głośniej, żeby wszyscy go usłyszeli. – Chyba tu trochę zabawimy. Jak myślicie, kiedy im się znudzi? – zapytał, udając beztroskę, kiedy z zewnątrz dobiegło ich kolejne wycie.
         Chłopak przeszedł przez pustą salę kościoła, omijając przewrócone ławki i szukając w miarę bezpiecznego miejsca, gdzie mógłby się oprzeć o ścianę i obserwować sytuację. Jednak kiedy tylko takie znalazł, kamienie pod jego stopami zaczęły się poruszać, a płyty pękać, jakby ktoś uderzał je od spodu. I w sumie, nie było w tym zbyt dużo przesady. Raven odskoczył, a wtedy spod płyty wyłoniła się trupia dłoń, dzierżąca topór. A kiedy jedna wyłoniła się na powierzchni, zaraz za nią pojawiły się następne.


Pomyliłam niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/604051060125859841/picsart-07-25-09-04-25.png

Offline

#11 15-06-2019 o 00h17

Straż Cienia
Acerola
Akolita Jednorożców
Acerola
...
Wiadomości: 365

A Z V A M E T H
Sing  in  grief,   a   requiem

          Meth pamięta tylko widok krwawiącego księżyca wyglądającego sponad budowli każdego dnia pnących się coraz wyżej. Główny plac spływa czerwienią, w cieniu każdej ulicy brudne ręce wymieniają pieniądze na fiolki. Kiedyś piło się ją w kieliszkach. Kilka kropel na skosztowanie - krew nie chadzała tu tanio - potem popiero pełna porcja dla elegantów w szykownych strojach, dyskutujących o polityce oraz operze na kawiarnianych ogródkach wystawianych co roku przy głównej ulicy. Teraz obdrapaniec ze slumsów, który nerką zapłacił za fiolkę, siorbie z niej głośno i łapczywie, posoka kapie z brody na chodnik. W tym samym miejscu, gdzie godzinę wcześniej robił to członek nadworskiej świty. Świat, jak gdyby nie mogąc patrzeć na to wstydliwe przedstawienie, zarzuca na grzeszne miasto kurtynę mroku i na chwilę wszystko milknie w tym miejscu, które nigdy nie śpi.
           Od tego dnia minęło kilka tygodni. Teraz trzyma w palcach skórzane lejce, oczy przyklejone do gromady wierchowców truchtających niepewnie w głębokim śniegu kilka kroków przed nią. Jest najemnikiem. W przeciwieństwie do swoich towarzyszy - oczywiście jeśli mogłą wierzyć tłumaczeniom najemcy - nie dołączyła do grupy z żadnych religijnych pobudek. A przynajmniej taką rolę chciała grać. Płacono jej za ochronę mesjaszów niosących poselstwo i dodatkowo przewoziła także część darów, które mieli złożyć bogom. O jak wiele lat za późno? - zapytała Azvameth, patrząc prosto w oczy sfrapowanemu urzędnikowi. Nie potrafił odpowiedzieć. Jego świat zbudowany był na zapisanych na pergaminie słowach i póki istniały, nawet ciemność nie stanowiła mu przeszkody. Smocze dziecie zazdrościła takim prostym ludziom. Nie pakowali się w ambarasy na skalę światową dla kilku złotych monet. Grupa, z którą podróżowała, liczyła sobie dziewięć osób. Pochodzą z różnych części Ariamis, a więc w wyniku z zupełnie różnych kultur. Meth była pełna podziwu, że nikt jeszcze nie skoczył sobie do gardeł - szczególnie spodziewała się oczywiście niechęci skierowanej w swoją stronę. Znaczna część kontynentu woli jednak, aby Plegianie nie opuszczali swojego azylu. Zagrożenie rychłego końca świata zdawaje się jednoczyć ponad podziałami, a przynajmniej tymczasowo. Nie zna jeszcze ich imion, wyruszyli w pośpiechu i w nim pozostali aż do końca mrożącego krew w żyłach pościgu.
          Pomaga sowiarzowi dopchnąć drzwi barkiem, ale nawet mając pewność, że są dobrze zaryglowane, nie pozwalała sobie odpocząć. Gdyby to było takie proste, nie wynajmowaliby dodatkowego miecza. I jak na zawołanie spod płyt podłogowych wypełzają powoli truchła. Czasem same kości złączone na słowo honoru, czasem pozostałości tu i ówdzie, wszystkie tak samo gotowe, aby wciągnąć podróżników do swoich grobów. Nie ulega chyba wątpliwości, że żadne z nich nie szykuje się do wiecznego spoczynku. Świątynia jest wystarczająco duża, aby pozwolić sobie na bezpieczną walkę bez zagrożenia dla tych nie wprawionych oraz koni. O wiele większy problem stanowi jednak to, że niezależnie od siły ciosów przewicnicy nie padają i w przejawie frustracji Meth wykopała nawet jedną z czaszek przez najniżej usytuowane okno. Może akurat zainteresuje wciąż grasujące nieopodal wilki, a przy okazji utrudni regenerację temu jednemu umarlakowi. Przepychanka - bo inaczej nie można tego nazwać - chyli się ku końcowi z wojownikami zabezpieczającymi części ciał w różnych kątach świątyni, kiedy o drzwi uderza niespodziewanie potężna masa. Azvameth instynktownie dobywa broni. Po pierwszym uderzeniu zapada chwila ciszy i nie rusza się nic poza sercami bijącymi niepewnie w klatkach piersiowych żywych.
          Druga próba kończy się sukcesem. Siła napastnika nieomalże wyrywa drewniane wrota z zawiasów, a prowizoryczny rygiel w postaci ławki przelatuje przez pół głównej nawy świątyni jak gdyby nie ważyła absolutnie nic. Opadający pył powoli ujawnia sylwetkę intruza i Azvameth może sobie tylko wyobrażać wyrazy twarzy znajdujących się za jej plecami towarzyszy, gdy z bezbarwnej chmury wyłania się potężny wilk. Kobieta rzuca szybkie spojrzenie skulonym w kątach koniom. Wyraźnie starają się obserwować drogę ucieczki, ale musiały być tresowane w gorszych warunkach. Inaczej nie trafiłyby do tak karkołomnej misji. Sygnalizuje reszcie przygodników, aby wycofali się z walki i skupili na trupach, stabilizując uścisk ne jednoręcznym mieczu. Szara kupa futra jest bowiem nie tylko potężna, ale także umiejętnie dzierży rękojeść miecza w ostrych jak brzytwa zębach. W tych kłopotliwych czasach najwyraźniej nawet zwierzęta są zmuszone podjąć broń - jakkolwiek kuriozalnie to nie wyglądało z perspektywy osoby trzeciej.
          Nie ma żadnego pojedynku. Najpierw patrzą sobie w oczy jak dwa samce alfa próbujące ustanowić dominację. Potem jeden ruch niewidoczny dla niewprawionego oka i nagle wilk znajduje się dwa kroki od przygodników, natomiast Meth stoi przy drzwiach - oboje skierowani do siebie plecami. Przez krótką chwilę nie ma nawet żadnych podstaw do sądzenia, że zostały wymienione ciosy. Kiedy nagle na policzku kobiety otwiera się głęboka rana, a ona prycha tylko z niezadowoleniem.
- Dobrze rozegrane, szczeniaku - gęsta atmosfera przerzedza się niczym za machnięciem różdżką. Smocze dziecie chowa do pochwy ozdobny miecz, natomiast wilk posłusznie odkłada swój. Bezceremonialnie podchodzni do niej niczym oswojony pies, wyciągając potężny jęzor, aby zlizać krew płynącą z jej policzka - i przy okazji obświnić całą twarz.


A R T O R I A S
The curse of  our  millennium

         - Sif, miałeś się nie oddalać-- - cała jego zbroja jest umoczona w czerwieni, kiedy przekracza próg opuszczonej świątyni. Ta natomiast okazuje się o wiele mniej opuszczona, niż sądził, i w zasadzie poprawniejszym byłoby stwierdzić, że jest w niej niemały tłok. Poczynając od roju koni chowających się w bocznych nawach poprzez jego towarzysza zlizującemu Methy twarz, aż przez wielobarwne grono zgromadzone wokół nerwowo dygoczących zwłok.
- Azvameth? - odzywa się szczerze zdziwiony, gdy tylko dociera do niego prawdziwość tej sytuacji. Klientka, przyjacióka i podopieczna, której nie widział od przeszło sto lat stoi nagle przed nim jakby nie istniał cały ten czas od ich ostatniego spotkania. Nie przestając głaskać Sifa po ogromnym pysku mierzy go oceniającym spojrzeniem, a jej nos marszczy się w ten specyficzny sposób, kiedy dociera do niego zapach juchy.
- A więc to na was polowała ta wataha. Zajęliśmy się nią, więc w zamian możesz nam wytłumaczyć co się tu dzieje? - Artorias ostrożnie pochodzi do pozostawionego przez wilka miecza, wsuwając go z powrotem na plecy bardzo powoli. Chciał dać do zrozumienia nieznajomym, że nie ma żadnych wrogich intencji, a w okolice zapędził go czysty przypadek. Albo przeznaczenie.
- Dostarczamy dary dla bogów. Zbieraj się, to miejsce nie jest dobre na postój, a ty jedziesz teraz z nami.
          Stoi w miejscu nieruchomy, czekając, aż Meth zapewni go, że żartuje. To jedna rzecz, że sama dołączyła do pielgrzymki. Zupełnie inną jest natomiast jej próba uwikłania JEGO w polityczne gierki Ariamis, które przez całe milenium życia obserwował zawsze z boku. Dlaczego akurat teraz miałby przyłączyć się do zupełnie obcego grona, w dodatku nie tyle na prośbę, co wyraźne polecenie osoby młodszej, mniej doświadczonej oraz umiejętnej niż on sam. Kobieta jednak sprawnie rusza do swojego trzęsącego się w podkowach konia, ignorując zupełnie brak odpowiedzi na swoje słowa. Kiedy stała się taka bezczelna? - nie miał pojęcia i z całą pewnością nie zamierzał tego tolerować.
- W co ty pogrywasz? - pyta cicho, nachylając chełm w stronę jej ucha.
- To proste. Gdyby przez te drzwi wpadły wilki, bylibyśmy martwi. Dzięki Tobie i Sifowi nie jesteśmy - Azvameth gwałtownie odwraca się w jego stronę, uzbrojonym szponem wskazując na szramę idącą od smoczych łusek aż do granicy policzka z nosem - A ja nadal muszę wyrównać rachunki.
- Ile masz tego na ramieniu, że tym razem ruszył po twarz?
- Trzydzieści dwie.
          Artorias kręci głową z niedowierzaniem, ostatecznie kierując spojrzenie w stronę całej reszty zbiorowiska. Korzystając z ogólnego zamieszania przygląda się każdemu z nich, oszacowuje rasowe pochodzenie, jak również ocenia najbardziej prawdopodobne umiejętności. Chce zapytać, czy Meth może powiedzieć mu coś więcej niż sam się domyśla, ale to w jaki sposób wchodzą ze sobą w interakcje - lub właśnie tego nie robią - daje mu bardzo jasny sygnał, że większość grona nie zna się nawet po imieniu.
- Minie jeszcze chwila, zanim te kości się posegregują i znowu zaczną sprawiać problem - to mówiąc wymienia się porozumiewawczym spojrzeniem z Sifem, który z zafascynowaniem bawi się rozrzuconymi układami kostnymi, nie pozwalając im na zbyt wielką swobodę - Powinniśmy wykorzystać tą chwilę na przedstawienie siebie i swoich zdolności oraz dalszego planu działania. Jeśli nie macie nic przeciwko temu, że do was dołączę, oczywiście.
         I w ten sposób pierwszy raz od tysiąca lat, Artorias znów mieszał się w boskie sprawy.

Ostatnio zmieniony przez Acerola (18-06-2019 o 13h46)


https://66.media.tumblr.com/2e9625761e3375eba72887ad5ccfb84f/tumblr_p2q7g4lP8p1qc9mvbo8_400.gifv https://66.media.tumblr.com/bcdfa0358cb12dee198ef9c47ee42fc8/tumblr_p2q7g4lP8p1qc9mvbo5_400.gifv

Offline

#12 17-06-2019 o 00h32

Straż Cienia
Czekola
Szeregowiec
Czekola
...
Wiadomości: 137

+++++++++++++++++++++++++https://i.imgur.com/IyjppLE.png
         Ostatnie tygodnie były dla Neriela i Aviraah nie małym przeżyciem. Zaginięcia ich ludzi, zgaśnięcie Światła Pokoju, które to chroniło ich Świątynie, niespodziewany atak Elvar’nas i oddzielenie się ich dwójki od reszty ich sióstr i braci. Początkowe dni nie były łatwe - nie mieli przy sobie za wiele pieniędzy i prowiantu. Dodatkowo byli zmuszeni podróżować na piechotę, gdyż koń czarnowłosego zginął w trakcie ich ucieczki.
         Pierwotnie Neriel planował odnaleźć swoich pobratymców i powrócić do Świątyni, ale wtedy to też nastąpiło całe to zamieszanie z dzwonem – co wcale im nie pomogło, a wręcz utrudniło powrót do swoich. Niespodziewanie, o czym nie wiedziała Aviraah, spotkał on Strażnika Światła z oddziału Sprawiedliwości – tego który wybiera się za uciekinierami ze Świątyni. Rada przypisała mu misję odnowienia Światła Pokoju, ale ten został poważnie ranny i nie był w stanie dokończyć swojego zadania. Przekazał więc je Nerielowi i wkrótce zmarł. Został pochowany przez czarnowłosego pod jednym z drzew z dala od wioski w której tymczasowo elf mieszkał z blondynką.
Neriel żałował, że owy Strażnik nie mógł spocząć na ziemi ich Świątyni, a jedynie tu daleko od ich rodzimego domu.
         Szamani wkrótce rozpoznali jakiego pochodzenia jest owa dwójka i zostali poproszeni o pomoc w przekonaniu Bogów. Aviraah bez zastanowienia zgodziła się ratować Świat; zapewne oprócz niewinnej pomocy innym, w głowie miała nieodpartą ochotę na przygodę. Wreszcie mogła poznać świat od którego była tak długo odgrodzona. Neriel w przeciwieństwie do elfki nie był taki chętny do współpracy. Powodów było kilka, ale głównym z nich była jego nieufność względem obcych. Obawiał się, że przez ich braki względem wiedzy o świecie, mogą zostać oszukani i wprowadzeni w kłopoty przez innych. Nic bardziej nie mogło go wyprowadzić z równowagi niż celowe narażenie blondynki na niebezpieczeństwo.
Mimo wszystko ostatecznie także zgodził się pomóc, skuszony możliwością odnalezienia wskazówek co do misji jaką przekazał mu jego martwy pobratymiec.
         Wyruszyli dosyć niedawno i choć Neriel nie miał przy sobie zegarka to podejrzewał, że nie minęło więcej niż dwie godziny. Jechał na koniu razem z Aviraah, która co chwilę wierciła się na siedzeniu, nie mogąc znieść niewygody w jakiej się znajdowała.
- Przestań się kręcić, Aviraah. Spadniesz jak będziesz nieostrożna. – ostrzegł ją czarnowłosy.
- Ir abelas¹, Neriel. – odparła blondynka, poprawiając się na siedzeniu – Nie mogę się do tego przyzwyczaić. Nie spodziewałam się, że jazda na koniu może być taka...męcząca. – powiedziała zmieszana. Jej pierwotny zapał do przygody już ochłonął, pozostawiając po sobie dozę niedowierzania i lęku. Dziewczyna nie mogła uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę. Wpajane jej zasady zabraniały wychodzenia ze Świątyni Nymehone. A jednak tutaj jest; w świecie który został opuszczony przez Bogów i tylko ich grupa mogła coś na to zaradzić.
- Ra eolasem.² W końcu to pierwszy raz kiedy musisz tak długo podróżować konno. Po prostu nie jesteś do tego jeszcze przyzwyczajona. – odparł chłopak.
         Rozejrzał się wokoło spoglądając kątem oka na towarzyszy ich niedoli. Nie znał ich imion, prawda jest taka, że nie mieli nawet czasu aby się przedstawić i poznać. Tak bardzo szybko zostali pogonieni przez Szamanów.
Ktoś mógłby powiedzieć, że nie jest ich dużo, choć dla Neriela było to aż nadto wystarczająco. Preferował on mniejsze grupy osób,  a najlepiej radził sobie w samotności. Co więcej, wśród nich znajdowały się osoby, które mogły być potencjalnie niebezpiecznie dla Świetlistej. Osoby polujące na takie jak ona. Szczególnie niepokoił się dziewczyny o ciemnych blond włosach, którą od razu rozpoznał jako Smocze Dziecię. Oznaczało to, że elf musiał pozostać przez cały czas czujny i ostrożny.
Aviraah natomiast czuła się speszona. Ludzie z zewnątrz byli dla tej dwójki tabu; postaciami o których co prawda się uczyli, ale nie mieli prawa nigdy zobaczyć na własne oczy. Dziewczyna nie wiedziała czy przez przypadek nie powie czegoś głupiego, co mogłoby ich urazić.
         Nie miała możliwości aby dłużej się nad tym zastanawiać, gdy usłyszała wycie wilków. Wystraszona podskoczyła lekko na siedzeniu, gdy Neriel gwałtownie złapał ją w pasie i pośpieszył konia.
- Trzymaj się mocno – powiedział, a w jego głosie dało się słyszeć zdenerwowanie. Dziewczyna nie kwestionując, mocniej wtuliła się w elfa, choć mimowolnie zaglądała za niego, chcąc ujrzeć bestie na własne oczy.
W takich momentach czarnowłosy przeklinał w myślach, że miał przy sobie tylko miecz, który na szybko zabrał podczas ich ucieczki ze Świątyni. Nie łuk, nie jego ukochany rapier, a tylko głupi miecz.  Choć być może nie powinien narzekać; lepsza była jakakolwiek broń niż żadna.
         Wkrótce zobaczyli przed sobą zniszczony kościół. Neriel podejrzewał, że nie mogło być to najbezpieczniejsze miejsce, ale na ten moment wyglądało, że nie mają innego wyboru.
W jednej chwili zeskakiwał z konia, biorąc blondynkę pod pachę, a w drugiej już pomagał zamykać duże drewniane drzwi. 
Chłopak wziął głęboki oddech, próbując uspokoić zszargane nerwy.
- Naprawdę musiałeś mnie tak złapać!? Pod pachę? – krzyknęła na niego zdenerwowana blondynka, lecz po chwili ściszyła głos, zażenowana. – Czy ty wiesz jak musiałam dziwnie wyglądać? – fuknęła na niego. Neriel mimowolnie zaśmiał się cicho. Ta dziewczyna naprawdę nie miała poczucia strachu. 
- A co może wolałabyś abym tam cię zostawił? - Pstryknął ją lekko w nos. – Zjadłyby cię w mgnieniu oka. Zresztą teraz powinnaś martwić się o co innego. – odparł, klepiąc ją po głowie, niczym małe dziecko.  Aviraah tylko prychnęła odwracając głowę od swojego Strażnika.
- Oi – odparła nagle w stronę Neriela – Ten chłopak tam, ten o brązowych włosach z maską na oczach. – Dziewczyna odwróciła się gwałtownie w stronę czarnowłosego – On jest niesamowity. Czy widziałeś z jaką łatwością i spokojem opanował całą tą sytuację z wilkami? Nawet się nie wzdrygnął! – powiedziała, a jej oczy wręcz błyszczały z ciekawości. Neriel tylko podniósł jedną brew w geście niedowierzania. I ty to mówisz, pomyślał śmiejąc się pod nosem. 
         Niespodziewanie jednak ich rozmowę przerwał hałas, a z ziemi zaczęły wychodzić nieumarłe istoty. Czarnowłosy zareagował natychmiastowo, stając przed blondynką.
- Niech przeklną Stagnate. – warknął pod nosem, wyciągając miecz. – Aviraah, trzymaj się blisko mnie. – zwołał do niej, odpychając od siebie jednego z trupów.
- Tak, tak – odparła dziewczyna, nonszalancko. – Myślisz, że będę mogła je później dotknąć? - zapytała. Neriel posłał jej tylko ostrzegawcze spojrzenie, na co dziewczyna wzruszyła ramionami.
         Sytuacja stała się poważniejsza, gdy niespodziewanie drzwi zostały wyważone a w nich stanął wielkich wilk. Wyjątkowo, zajęła się nim owa blond włosa dziewczyna, którą Neriel rozpoznał jako Smoczę Dziecię. Aviraah, która wstrzymała w pewnym momencie oddech, stwierdziła, że walka dziewczyny i wilka wygląda jak wyciągnięta z książek. Gdzie dwóch rywali, decyduję się rozegrać wszystko jednym ciosem. 
Zanim Świetlista się zorientowała było już po wszystkim. Mimowolnie odgłos podziwu wyrwał się z ust elfki. Czego się nie spodziewała to, że wilk zacznie lizać, osobę z którą poprzednio walczył.
- Neriel, czy to w taki sposób zdobywa się lojalność zwierząt? – zapytała go zaskoczona.
- Nie sądzę. –odparł jej chłopak, niszcząc kolejnego trupa.
         Wtem do środka kościoła wszedł wysoki mężczyzna, w ciężkiej zbroi.  Po rozmowie jaką przeprowadził ze Smoczym Dziecięciem, Neriel podejrzewał, że owa dwójka musiała się już wcześniej znać. 
Po wysłuchaniu jego słów, chłopak rozejrzał się wokoło. Wyważone drzwi, zniszczone ławki i trupie szczątki, które w każdym momencie mogły się podnieść.
- Nie uważam, że to miejsce jest odpowiednie na takie rzeczy. – odparł sucho elf, chowając swój miecz do pochwy przy pasie.
W przeciwieństwie do niego Aviraah, uznała to za idealny pomysł . Złapała tylko swojego Strażnika za kawałek jego ubrania, aby dodać sobie otuchy.
- N-nazywam się Aviraah Shalenven – odparła początkowo niepewnie  - Jestem jedną z Enlean, choć ludzie znają nas jako Świetliste.  Specjalizuję się w magii leczniczej. Umm... Znam się na ziołach i ogólnej medycynie. – powiedziała, mocniej zaciskając swoją dłoń na skrawku ubrania czarnowłosego. – A to jest mój Amaen, Strażnik. –Gdy fioletowooki się nie odezwał, dziewczyna pociągnęła go za koszulkę.
- Neriel Eiltriss, Strażnik Światła. Umiejętności skupiają się na sztuce bojowej – odrzekł. Chłopak nie mógł uwierzyć, że blondynka tak szybko wyjawiła im ich prawdziwą tożsamość. Naprawdę obawiał się, że gdyby go tu nie było to dziewczyna dawno zostałaby przez coś zjedzona.

Tłumaczenie:
¹ Przepraszam, Neriel
² To zrozumiałe

Ostatnio zmieniony przez Czekola (17-06-2019 o 00h35)


https://i.imgur.com/X7HHytR.png

Offline

#13 18-06-2019 o 13h23

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 368

___________________________Luna & Mūn
   Spojrzała kątem oka na kamienną twarz brata, który nie odstępował jej na chociażby jeden, maciupeńki krok. Trzymał się bardzo blisko jej boku. Powróciła swym nieobecnym wzrokiem na pozostałych towarzyszy tejże "emocjonującej" podróży, którzy byli bardziej z przodu niżeli z tyłu. Nadal zastanawiała się nad tym, czy to była dobra decyzja, aby opuścić zakamarki wzgórza Targon. Miało to swoje za i przeciw. Niemniej jednak stawili Lud Księżyca w bardzo niebezpiecznej sytuacji. Zakon Lunari był prawie na wymarciu, dzięki czemu był idealnym celownikiem dla nieproszonych gości, więc tym bardziej nie powinni opuszczać swoich braci i sióstr. Wielu członków zginęło, wielu również zachorowało, a na świat przychodziło coraz mniej Dzieci Księżyca. Najstraszniejszym powodem był brak Księżyca. Brak srebrnego blasku Księżyca. A przede wszystkim zbyt duży odstęp czasu od poprzedniej Pełni Księżyca. Jest to śmiertelne zjawisko dla Dzieci Księżyca. Mieli wiele zadań, które Księżyc im zlecił, między innymi odnalezienie antidotum na rozprzestrzeniającą się chorobę, która wręcz dziesiątkowała członków Zakonu Lunari. Obłędni wyznawcy powiadali bowiem, że wśród Dzieci Księżyca znajduje się wyjątkowa dwójka, która jest wstanie odratować upadający Zakon Lunari.
   Ceną wskrzeszenia Ludu Księżyca jest unikalna dwójka Dzieci Księżyca, które zostały zrodzone z trzech ważnych aspektów: nocy, srebrnego blasku Księżyca oraz z samego Księżyca. Dzieci muszą być poczęte tego samego dnia oraz posiadać w swych żyłach tę samą krew - bez żadnych wyjątków. Ostatecznym rytuałem odratowania Zakonu Lunari jest poświęcenie egzystencji tejże dwójki Dzieci Księżyca, tak zwany Gishiki Kangetsu, czyli od wieków niestosowany sposób składania ludzkich ofiar w wierzeniach Taiin Suuhai.
   Luna wzdrygnęła się, czując metaliczny posmak tychże słów na swych własnych ustach. Wszyscy popadli w obłęd i wariacko poszukiwali przepowiedzianej dwójki Dzieci Księżyca. Zacisnęła zęby z całej siły. Musieli uciekać z rodzimych ziem, które chronili od początku swego życia. Musieli odwrócić się od wpajanych im wierzeń, Zakonu Lunari, Ludu Księżyca, jak i Księżyca. To był ciężki ból, który ledwo zniosła. Wiedziała, że nigdy nie wybaczy sobie tej zdrady. Czuła, że mogła coś zaradzić, że mogła w inny sposób pomóc Ludowi Księżyca, że mogła wszystko i wszystkich uratować; wystarczyło tylko, aby kierowała się ściężką wyznaczoną przez Księżyc i wysłuchiwała Jego każdych wskazówek, lecz to Mūn nalegał, aby uciekali. Tłumaczył jej, że są w niebezpieczeństwie, że w każdej chwili mogą stracić życie, że nie mogą tak ryzykować dla Ludu, w szczególności, że te przesłanki były bredniami. Wyczytał to z Gwiazd, że Zakon Lunari dopadnie nieodwracalna tragedia, aczkolwiek z biegiem czasu powstanie z ruin historii - na nowo. Ich przeznaczeniem było uciec i zostawić wszystko za sobą. Nie mogli być poświęceni, gdyż to oni wspólnie mieli odbudować Zakon Lunari. To właśnie oni byli ostatnią nadzieją, jedyne co musieli zrobić, to z całkowitą obojętnością porzucić rodzime ziemie i udać się w podróż. Jeszcze wtedy nie wiedzieli w jaką. Wkrótce potem Szamanowie wybrali ich do poważnej misji; jaką jest uratowanie świata. Od razu zgodzili się, albowiem wierzyli w to, że podczas drogi znajdą również antidotum lub inną rzecz, która odratuje Lud Księżyca.
   Tęskniła za swym domem i za żywymi rozmowami z Księżycem, które odbywała każdej nocy. Była Mu najbliższa z racji tego, iż jest Srebrną Walkirią walczącą u Jego boku. Opuszczając Targon bała się, że Księżyc odwróci się od niej i opuści ją, tak samo jak to ona zrobiła. Od czasu ucieczki nie odezwał się do niej ani słowem. Wewnątrz była na skraju załamania nerwowego i z każdym kolejnym dniem jej serce coraz bardziej pękało, lecz na zewnątrz dzielnie trzymała chłodną oraz apatyczną maskę na twarzy. Nie mogła okazać słabości. Walkirie nie okazują słabości przy nikim.
   Mūn zerknął na swoją siostrę, która od początku drogi nie odezwała się ani słowem. Grzecznie pokierował konia, aby jeszcze bardziej zbliżył się do Luny, która była parę metrów dalej.
   - O czym tak rozmyślasz, Mieli? - spytał z małym uśmieszkiem, jednocześnie lekko nachylając się w jej stronę. Dziewczyna podskoczyła z przerażenia i w ekspresowym tempie spiorunowa go wzrokiem, po czym odwróciła głowę w innym kierunku, przymykając przy tym oczy, aby dać chłopakowi do zrozumienia, iż "obraziła się na niego". Prędko uspokoiła się i nawet blady uśmiech zagościł na jej twarzy.
   - Zastanawiałam się, jak radzą sobie nasi bracia i siostry. - oznajmiła zmartwionym tonem głosu, na co Mūn prychnął w odpowiedzi, będąc całkowicie niezadowolonym z rozterek siostry. Bardzo zaskoczyło to Srebrną Walkirię.
   - Moim zdaniem, to mogą się nawet wybić po tych bredniach, które zaczęli głosić. - dodał z przekąsem.
   - Jak możesz tak mówić?! Żyliśmy tam od narodzin! Byliśmy poświęceni wierzeniom i oddani Księżycowi! Takie jest przeznaczenie Dzieci Księżyca! - nerwowo tłumaczyła, co nieco zapowietrzając się. Białowłosy westchnął ociężale i wymownie przewrócił oczami.
   - Luna, nie wiem, czy braćmi i siostrami można nazwać tych, co chcą cię zabić dla własnego dobra, którego nawet w ten sposób nie osiągną, gdyż jest to jedynie czysta iluzja, która hipnotyzuje ich "trzeźwym" umysłem. - dodał zobojętniałym tonem głosu.
   Kurczowo ścisnęła dłonie i zagryzła dolną wargę. Łzy niekontrolowanie cisnęły się jej do oczu, lecz nieustannie próbowała je powstrzymać przed ujrzeniem światła dziennego. Przełknęła ślinę, próbując w ten sposób przełknąć wszystkie nagromadzone w wewnątrz emocje i na nowo zrzucić je w najgłębsze zakamarki jej duszy.
   - Tęsknie za Księżycem, Mūn... tak dawno nie miałam okazji słyszeć Jego głosu. - oznajmiła nagle cichym i łamliwym tonem głosu. Pojedyncze łzy zaczęły spływać po jej policzkach. Prędko spuściła głowę, dzięki czemu zaczęły one skapywać na jej dłonie. Były lśniące, przepełnione bólem i tęsknotą. Srebrzyły się w ciemnościach, wydając z siebie mały, niewidoczny blask. Luna wstrzymała oddech, widząc te niespotykane zjawisko. Srebrna Walkiria, przepełniona esencją mocy Srebrnego Księżyca. Wiedziała o tym, aczkolwiek nigdy nie miała okazji tego zobaczyć we własnych łzach, gdyż nigdy nie była doprowadzona do płaczu.
   Chłód owiał jej zapłakaną twarz, a śnieg niespodziewanie zahipnotyzował jej błękitnie iskrzące się ślepia. Mūn również podziwiał ten magiczny, biały puch. Nie przeszkadzała im ciągła ciemność, chłód oraz śnieg. Byli albowiem stworzeni do życia w chłodzie oraz ciemności. Prędzej te aspekty regenerowały ich siły, zaś jeśli chodzi o zjawisko tego śniegu. Śmieli stwierdzić, że było ono zarówno piękne jak Księżyc, aczkolwiek byłoby to zbezczeszczenie mienia Księżyca.
   - Nie martw się. Będzie dobrze, Mieli. - oznajmił ciepłym oraz kojącym tonem głosu.
   - Mam taką nadzieję, Miali... - odparła ciszej.
   Niezwłocznie przyśpieszyli podróż, gdy znaleźli się w niebezpieczeństwie. Podążali za grupą, aż w końcu przed ich oczyma ukazał się zniszczony kościół. Mężczyzna z sowami oznajmił, aby tam się skryć, odpocząć, a przede wszystkim odczekać, aż wilki odpuszczą sobie gonitwę za nimi. Prędko dostali się do środka, a potężne drzwi niebawem zostały zamknięte. Byli bezpieczni. Głucha cisza, aż dzwoniła w uszach Luny i Mūna. Spojrzała na niego, szukając w nim jakiegokolwiek pocieszenia, zaś ten posłał jej delikatny uśmiech. Odwzajemniła jego gest, czując ulgę na sercu. Zsiedli ze swoich koni, chcąc gdzieś usiąść i odpocząć po żmudnej jazdy. Niestety, ale szybko ich spokój został przerwany.
   Luna stanęła w rozkroku i zgięła nogi w kolanach, mocno trzymając dłoń na rękojeści zakrzywionego, księżycowego ostrza. Natomiast Mūn uwolnił z siebie moc Srebrnego Księżyca; jego dłonie zaiskrzyły się srebrzystym blaskiem, zaś gałki oczne zostały pochłonięte również przez srebrzysty blask Księżyca. Ich znaki Księżyca zaświeciły się srebrzyście. W pełnej gotowości; skutecznie odepchnęli atak umarlaków na pewien czas, lecz z pewnością nie na długo. Po chwili ogromne drzwi zostały wyrzucone z zawiasów. Dym i kurz zaślepił im widoczność, aczkolwiek srebrzysty blask rozświetlał im zakrytą okolice, dzięki czemu nie byli oni całkowicie ślepi. Gdy pył przerzedził się, to im oczom ukazał się ogromny wilk oraz osoba w potężnej, czarnej zbroi. Dzieci Księżyca wyprostowali się opanowując swoje moce. Spojrzeli na nieznajomego, który zaproponował, aby wszyscy przedstawili się wraz ze swoimi specjalnościami. Para elfów szybko przystała na tę propozycje. Prędzej Aviraah, gdyż Neriel nie wyglądał na przekonanego, co do tego pomysłu. Luna i Mūn spojrzeli po sobie z pytającym wzrokiem. Czy faktycznie to był dobry pomysł? Postanowili na razie przemilczeć i sprawdzić, ile osób postanowi przedstawić się na tym całym forum.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (18-06-2019 o 13h23)


https://i.imgur.com/9WX7JUV.gif

Offline

#14 18-06-2019 o 16h18

Straż Cienia
Rain
Akolita Sylfy
Rain
...
Wiadomości: 1 315

x
_________________https://i.ibb.co/pJq2s7S/Be-Funky-design-5-4.png

    Ścisnął w dłoniach lejce i popędził konia. Za plecami jego i reszty towarzyszy zmierzała wataha wilków, która bynajmniej nie przejawiała wobec nich pokojowego nastawienia. Andy marszczył brwi, przytulając się bardziej do szyi wierzchowca. Choć ubrany w grube odzienie, które powinno neutralizować chłód panujący na dworze, nadal wewnętrznie narzekał na zimno. Przed wybiciem dzwonu nigdy nie pomyślałby, że wszystkie tereny, które znał, zostaną pokryte śniegiem i lodem. Nie spodziewał się, że temperatura spadnie na dobre, a nieboskłon zaciemni się i nie uraczy ich więcej swym promiennym słońcem. Niemal każda cenna rzecz, którą chłopak miał... odeszła. Spojrzał po swoich kompanach, jednocześnie próbując skoncentrować się na utrzymaniu w siodle. Nie był najlepszy w jeździectwie, tak jak i w zachowywaniu zimnej krwi w kryzysowych sytuacjach. Przyszedł na świat w lesie Elvera, gdzie znał głównie innych Viridi — ludzi łączących w sobie dusze człowieka i rośliny. Zawsze był przestrzegany przed resztą ras i zazwyczaj nie zapędzał się w tereny, które dalekie były jego rodzinnym stronom. To w otoczeniu promieni słonecznych, rozwijających się kwiatów i zdrowych drzew czuł się najlepiej. Taki tryb życia sprawiał, że ludziom mógł wpierw wydawać się wycofany, ale przy bliższym po znaniu nie wykazywał oznak nieśmiałości. Wiedział o tym na przykład Daniel.
    Andy uniósł wzrok na towarzysza, który pędził obok niego na koniu. Poznał wampira tamtego słonecznego dnia w lesie, gdy jeszcze wszystko trwało na swoim miejscu. Coś wtedy sprawiło, że ich dwoje od razu połączyła silna więź. Chłopak uczestniczył w jego szczęśliwych i druzgocących momentach życia, nigdy nie opuszczając w potrzebie. Towarzyszył mu, nawet gdy... dzwon wybił, a otoczenie się zmieniło. Las zaczął obumierać, rodzina Andy'ego i on sam stracili bardzo ważną, niezbędną do przeżycia część siebie. Viridi nigdy nie zapomniał, jak jego bliscy wyprowadzili się w poszukiwaniu ostatków żyjącej roślinności, a przy tym poprosili go o pilnowanie domu. Nie potrafił też wymazać z pamięci każdego dnia, gdy czekał na ich powrót, ani tego, jak pewnego wieczoru do drzwi domku zapukał zziajany posłaniec i poinformował go o ich śmierci. A on wtedy też przez cały czas umierał, tylko wolniej, bo wygrał los na loterii i był od nich silniejszy. Przechodził transformację w roślinę stopniowo, co dawało mu szansę na przeżycie i było jedną z dwóch rzeczy, które go przy istnieniu trzymały. Zgodził się na misję zwrócenia kosztowności bogom, ponieważ jego czas się kończył, ale także dlatego, że chciał ujrzeć na twarzach osób stojących za zagładą wstyd i skruchę. Pragnął ujrzeć zaciśnięte zęby i łzy w oczach, żeby mógł zaznać spokój poprzez świadomość, że jego rodzina nie zginęła na marne. Nie z tak pustego powodu, jakim była niezaspokojona chciwość niektórych bytów.
    Z zamyślenia wyrwało go dotarcie do kościoła, który miał być ich chwilowym schronieniem. Andy nie spodziewał się zobaczyć w środku świętego miejsca nieumarłych wynurzających się z posadzki z toporami w dłoniach. Ten świat upadł naprawdę bardzo nisko — pomyślał, zeskakując z konia i skanując otoczenie, by w razie czego podjąć odpowiednie kroki. Rzucił spojrzenie Danielowi, podejrzewając, że dla niego taka sytuacja nie powinna stanowić wielkiego problemu. „Podejrzewając”, bo od czasu do czasu odnosił wrażenie, że chłopak nie przepadał za używaniem swojej mocy i czuł się nią przytłoczony.
    Jeden z nieumarłych właśnie począł wymachiwać czymś ostrym w ich stronę. Andy nie zamierzał dłużej czekać na zaproszenie. Wyciągnął przed siebie ręce i skupił się na wytworzeniu z okolic własnych łokci długich, silnych pędów, które owinęły się wokół jego przedramion i natychmiast wystrzeliły ku przeciwnikowi. Rozwarł i zacisnął pięści, a rośliny okręciły się wokół kostek kościotrupa i ściągnęły je do poziomu, uderzając szkieletem o posadzkę i gruchocząc go aż do rozpadu. Viridi preferował walkę z dystansu, nie znosił zbliżania się do przeciwnika i patrzenia na niego dłużej, niż to konieczne. W takich momentach zdarzało mu się czuć winnym, że zrobił komukolwiek krzywdę. Jeszcze dwa miesiące temu i za skarby nie zgodziłby się tak postąpić.
    Na tyle skupił się na swoim działaniu, że nie zwrócił za bardzo uwagi na starania towarzyszy. Skarcił się za to w głowie, wiedząc, że skoro byli grupą, najefektywniej pracowaliby jako zgrany zespół. I właśnie wtedy kątem oka ujrzał dziwną sytuację: ogromnych rozmiarów wilk oblizał twarz jednej z obecnych dziewczyn. Czy to przypadkiem nie było zakosztowanie dania przed jego skonsumowaniem? Jednak pani nie wydawała się przestraszona, zaś przez wrota kościoła wszedł jakby nigdy nic obcy, wysoki mężczyzna w zbroi. Musiał być właścicielem wilka i Viridi od razu odniósł wrażenie, że teraz widział obok siebie nie jednego, a dwóch samców alfa.
    Nieznajomy przemówił i zaproponował, by wszyscy się przedstawili. Do tego zadania zaraz przystąpiła para Świetlistych. Andy spojrzał na nich przychylnym okiem. Oboje byli elfami, więc też znali zbawienny wpływ natury na człowieka. Na pewno wiedzieli, jaka ważna Natura Mater była i potrafili ją cenić. Ten aspekt trochę podniósł go na duchu i dlatego postanowił przemówić, choć nie uważał, by jego możliwości mogły w jakikolwiek sposób dorównać leczeniu Aviraah lub „sztuce bojowej”, brzmiącej niezwykle poważnie z ust Neriela.
    Powiódł wzrokiem po reszcie osób, między innymi po jasnowłosemu chłopcu i drobnej dziewczynie, którzy stali obok siebie i chyba nie byli jeszcze pewni co do własnego występu.
    — Andy Hanigan, pochodzę z lasu Elvera i jestem Viridi na samo brzmienie nazwy swoich rodzinnych stron musiał przygryźć sobie policzek, by nie unieść się z gniewu lub żalu. — Chyba najlepiej przydam się do unieruchamiania i zwodzenia celów.
    Zwrócił uwagę na stojącego obok przyjaciela.
    — Towarzyszy mi przyjaciel, Danny... ekhm, Daniel Repnin — zakasłał, przypadkowo używając zdrobnienia, które sam mu nadał i nieco zbyt często używał. Popatrzył na chłopaka przepraszająco. Nie chciał umniejszać powagi jego osoby w oczach innych zebranych.

Ostatnio zmieniony przez Rain (18-06-2019 o 16h44)


https://i.ibb.co/VLKLyWB/nomnom.png

Offline

#15 18-06-2019 o 20h18

Straż Absyntu
Reiko-chan
Piechur Straży
Reiko-chan
...
Wiadomości: 2 317

https://images89.fotosik.pl/201/8e402c75dcc84395.png


     Skóra siodła przyjemnie trzeszczała, gdy Daniel zdecydowanym dosiadem popędzał konia do żwawszego kroku. Jego siwy towarzysz był podejrzanie ospały, nawet wówczas, gdy wokół rozległy się odgłosy zbliżającej się watahy wilków. Przypuszczał, a może jedynie miał nadzieję, że wierzchowiec da z siebie więcej, kiedy zagrożenie znajdzie się zdecydowanie za blisko, jednak do tej pory nie miał okazji, aby przekonać się, na ile stać siwka, na którego grzbiecie zasiadał. Cieszył się jedynie, że  jego umiejętności jeździeckie były na znośnym poziomie, nie musiał przynajmniej martwić się o spadnięcie z siodła. Zacisnął mocniej palce na wodzach, czując przyspieszające bicie serca. Zimno przestało go przeszywać już jakiś czas temu, albowiem miał większą kontrolę nad temperaturą swojego ciała niż niektórzy, lecz nie miał wpływu na mimowolnie wzrastający poziom adrenaliny w swojej krwi, gdy zdał sobie sprawę z tego, że nawet jeśli nie jemu osobiście, to Andy’emu mogło grozić niebezpieczeństwo. Zerknął kątem oka na swojego przyjaciela, którego przysiągł chronić do chwili swojej śmierci. Szatyn drżał niemal niezauważalnie, a Daniel dobrze wiedział, że chłopak nie był w żaden sposób przystosowany do tak niskich temperatur. Martwił się o niego i był pewien, że w jakiś sposób odbiło się to na jego twarzy.
     Doskonale pamiętał moment, w którym spotkał Andy’ego po raz pierwszy. To był piękny, słoneczny dzień, kiedy na świecie trwał jeszcze odgórnie ustalony porządek. Promienie słońca przebijały się przez korony drzew licznie zasłaniających błękitne niebo, a wszystko odbywało się na skraju leśnej polany. Daniel nigdy nie zapomniał spojrzenia, którym Viridi go wtedy obdarzył. Od razu poczuł delikatną nić porozumienia zawiązującą się wokół jego palca i oczami wyobraźni dostrzegł, jak ciągnie się ona aż do sylwetki Hanigana. W niepamięć poszły lata spędzone na ulicy w poszukiwaniu czegoś, co pozwoliłoby mu przeżyć kolejną dobę, odrzucił od siebie wspomnienia kradzieży i nocnych bójek w zaciemnionych uliczkach. Wszystko odeszło za sprawą jednego chłopaka, który bez trudu rozpędził chmury zgromadzone nad przyszłością Repnina.
     Wiódł piękne życie u boku rodziny Andy’ego do momentu wybicia dzwonu. Gdy przyszło im się zmierzyć ze śmiercią najbliższych im osób, Daniel obiecał, że zrobi wszystko, aby pomóc przeżyć swojemu przyjacielowi, nawet kosztem własnego życia. Utracił większość swojej beztroski, aby móc skupić się na tym, co było najważniejsze – przetrwaniu w obliczu nowej rzeczywistości. Stanąwszy przed możliwością dołączenia do grupy, której przyświecał szlachetny cel, bez wahania zgodził się, podążając w ślad za Andym, nawet jeśli nie odnajdywał się w grupie dzielnych wybrańców. Nie pragnął ratować całego świata, bowiem ciężko było mu wierzyć, że będą w stanie cokolwiek zdziałać. Był jedynie prostym wampirem, byłym złodziejem i drobnym przestępcą, którym kierowała tylko jedna pobudka - los jego prywatnego, niegdyś wiecznie uśmiechniętego świata, który został brutalnie potraktowany przez życie. Gdy po raz pierwszy od dawna dostrzegł uśmiech pełen wiary na twarzy Andy'ego, pozwolił drobnemu płomykowi nadziei zapłonąć także w swoim sercu.
     Płomyk ten wciąż się tlił, chociaż mniej ochoczo i wesoło, kiedy na drodze zaczęły pojawiać się pierwsze przeszkody. Schowawszy się w kościele Daniel zsunął się na posadzkę po lewym boku swojego wierzchowca z zamiarem sprawdzenia, czy wszystko w porządku z jego przyjacielem. Zanim jednak zdążył choćby rozchylić usta, podłoga zadrżała pod jego towarzyszami podróży, pozwalając nieumarłym wydostać się z ich tymczasowego miejsca spoczynku. Nie mając nawet czasu spojrzeć na resztę grupy, wyciągnął z wszytych w płaszcz pochew dwa poręczne sztylety, konfrontując się z pierwszym potworem. Wbił twarde ostrze w jego kość skroniową, obserwując rozchodzące się od tego miejsca pęknięcia, a następnie odepchnął od siebie resztę szkieletu, odrywając od niego czaszkę. Nieumarły odsunął się o zaledwie parę kroków, po chwili ponawiając natarcie. Niewiele myśląc Daniel wymierzył mu cios w mostek uprzednio zabraną czaszką, jednocześnie doprowadzając do jej niemalże całkowitego rozkruszenia się. Udało mu się rozłożyć agresywny szkielet na części pierwsze, a chwilę później pomagał związywać wojownicze kości pod ścianami kościoła.
     Po raz kolejny wydanie z siebie głosu przerwała mu niecodzienna sytuacja. Pojawienie się nowych kompanów oraz rozpoczęcie przedstawiania się nieszczególnie przypadły Danielowi do gustu, albowiem wolałby uprzednio upewnić się, że jego przyjaciel jest cały i zdrowy. Zwrócił jednak głowę w kierunku dziewczyny, która odważyła się jako pierwsza zabrać głos. Ona i jej towarzysz od razu zostali przez Repnina rozpoznani jako elfy, oboje prezentowali się bardzo dumnie. Przypisał imiona do ich twarzy – Aviraah i Neriel. Po ich słowach zapadła chwilowa cisza, w trakcie której wampir zdołał zawiesić oko na każdym ze swoich towarzyszy. Następnie, ku swojemu zaskoczeniu, usłyszał obok siebie głos Andy’ego, który najwidoczniej postanowił przedstawić ich dwójkę.
     Złapał przepraszające spojrzenie szatyna, po chwili kręcąc lekko głową i dając mu tym samym znać, aby się tym nie przejmował.
     - Zawodowy złodziej i cichy zabójca. Nikt ważny – dodał do wypowiedzi przyjaciela, krzyżując ręce na klatce piersiowej i pochylając odrobinę głowę w geście przywitania się ze wszystkimi.

Ostatnio zmieniony przez Reiko-chan (18-06-2019 o 20h23)


https://66.media.tumblr.com/53e48d8e8c975a82c04526e0802ecc50/tumblr_ptz7mhgIFi1vk6enco1_540.png

Offline

#16 20-06-2019 o 21h51

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 902

__________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/589113511591018503/14436f973f13e3bfdda7daff28508011.png
        Raven czasem zastanawiał się, czy mądrze zrobił, opuszczając Dolinę Kruków. Z jednej strony tęsknił za czarnym zamczyskiem, nieprzystępnym z wierzchu, przytulnym i rodzinnym w środku, ale w chwilach jak ta, kiedy jego dłonie odruchowo zaciskały się na rękojeści katany, a serce przyspieszało biegu, niczego nie żałował. Owszem, tam był jego dom i to jedno nigdy by się nie zmieniło, ale w tym momencie, nie zrobiłby tam niczego, co pomogłoby jemu i całemu światu. Czy aż tak zależało mu na innych istotach? Nie był tego do końca pewien, ale należąc do najsłabszej ludzkiej rasy miał zamiar trzymać się życia tak długo jak to było możliwe. Nawet za cenę czyjegoś.
         Szkieletów nie było dużo. Rozprawienie się z nimi nie zajęło nawet dwóch minut, co Raven przyjął z zadowoleniem. Wyglądało na to, że nie tylko on w tym gronie potrafił pozbawić coś zdolności poruszania się. Może sytuacja tej niecodziennej grupy wcale nie była tak beznadziejna jak myślał na początku? Oczywiście, nie zamierzał teraz wszystkim ufać i przestać zwracać na otoczenie. Choćby wylatujące z zawiasów drzwi mówiły mu, że pozbawienie się czujności to najgorsza głupota jaką mógłby zrobić. Nie był pewien, czy odziany w zbroję jegomość i uzbrojony w miecz wilk, który z jakiegoś powodu atakował jedną z nich był kimś o czystych zamiarach, ale to samo mógł powiedzieć o całej reszcie. Nie znali się. Nie mogli sobie ufać. Przestawić się jednak wypadało.
               Chłopak wysłuchał prezentacji, obrzucając uważnym spojrzeniem również tych, którzy nie zamierzali się wypowiadać. Sam miał ochotę odrobinę się popisać, a szelest piór dochodzący z góry miał mu to ułatwić. Wysunął się do przodu, by pokłonić się przed wszystkimi, rozkładając przy tym ręce na boki.
- Jestem Raven z Doliny Kruków – powiedział, unosząc okrytą maską twarz. – A to jest Rowlet – sówka przeskoczyła na jedno ramię. – To Feh – puchacz śnieżny usiadł mu na drugim ramieniu, strosząc dostojnie pióra. – A to Bokuto – przedstawił ostatniego z towarzyszy, czując ciężar siadającego mu na głowie ptaka. – Nie umiem czarować, kiepski też ze mnie łucznik, ale mój miecz i szpony moich sów są do waszej dyspozycji – wyprostował się, a skromny uśmiech zatańczył na jego wargach.
               Poczekał jeszcze moment, na wypadek, gdyby ktoś z pozostałych zechciał podzielić się swoim mianem, a potem podszedł do konia, by złapać go za uzdę.
- Nie chciałbym się wymądrzać, ale skoro wilki dały nam spokój – zaczął, kiwając głową w podzięce Artoriasowi z wilkiem u boku – proponuję wyruszyć w dalszą drogę, zanim te kości na nowo zaczną nam zagrażać – zaproponował, kopiąc jakąś toczącą się obok jego buta czaszkę. Mentorzy zawsze uczyli go szacunku do śmierci i umarłych, ale cały ten szacunek zniknął w chwili wybicia dzwonu. Poza tym, to nie byli już ci sami umarli, którzy zasługiwali na pamięć, tylko narzędzia w łapach rozjuszonych bogów. 
                 Nie był pewien, jakiego widoku spodziewać się na zewnątrz, ale z jakiegoś powodu miał cichą nadzieję, że te wszystkie wilki nie skończyły pod ostrzem Artoriasowego miecza. Ich czerwone od posoki truchła i zabarwiony na bordo śnieg wokół rozwiał jego złudzenia. My, albo oni – pomyślał niewesoło, czując wbijające mu się w skórę na głowie pazury Bokuto. Puchacz kłapnął na niego dziobem, a potem wniósł się w powietrze i zniknął gdzieś nad lasem.
- Chociaż by się pożegnał, co? – mruknął cicho do patrzącego na niego mądrymi oczami Feha i przytulającego mu się do ucha Rowleta. Biały puchacz zahukał do niego cicho, jakby mówił, żeby nie przejmował się tym kretynem, uszczypnął go lekko w drugie ucho i odleciał, dostojnie machając skrzydłami, jakby chciał podkreślić, kto w tym towarzystwie jest poważny.
            Raven nie mógł powstrzymać cisnącego mu się na usta uśmiechu, ale kiedy tylko jego wzrok wrócił na ziemię, natychmiast spełzł mu z twarzy.
- Jedźmy – powiedział, chociaż nie był pewien, czy mówił do całej reszty, czy bardziej do siebie. Odbił się od ziemi i jednym susem znalazł w siodle.
             Śnieg poznaczony wilczymi śladami na powrót zaczął robić się białą, czystą płachtą. Grube płatki otulały ich ciszą, w której pojedyncze parsknięcia koni praktycznie ginęły, sprawiając że Raven czuł się jakby został w tym miejscu sam. Tylko jadący tuż obok Azvameth i białowłosy chłopak o niebieskich oczach przypominali mu, że jest z nim całkiem spora grupa ludzi, nieludzi, Viridi, elfy i kto wie co jeszcze. Powstrzymał parsknięcie, przypominając sobie „umiejętności” członków grupy. Świetlista, złodziej, strażnik, Pan sów, smocze dziecię… Do koloru do wyboru. Miał wrażenie, że przy takiej różnorodności ras, kultur i wychowania nie będą w stanie się ze sobą dogadać, ale chciał wierzyć, że tak nie będzie. W końcu mogło się okazać, że się uzupełniają, a zróżnicowanie stanie się ich największym atutem.
- Byliście kiedyś w Wensley? – zapytał jadących obok, wytężając wzrok, by dojrzeć w chmurze bieli, czy nie zbaczają z traktu. – Wiecie jak tam jest i czego możemy się spodziewać?
           Sam miał sporo obaw jeśli chodziło o miasto. Nigdy nie znalazł się w jego murach i trochę go to martwiło. Nie lubił nie znać sytuacji. Chociaż w obecnych czasach miał wrażenie, że nic nie jest już takie samo, a dźwięk dzwonu zmienił wszystko, czego do tej pory mógł być absolutnie pewien.

Ostatnio zmieniony przez Ischigo (20-06-2019 o 21h52)


Pomyliłam niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/604051060125859841/picsart-07-25-09-04-25.png

Offline

#17 21-06-2019 o 14h34

Straż Obsydianu
Tama
Szeregowiec
Tama
...
Wiadomości: 125

D A N D E L I O N


Dandelion nie lubił jazdy konno. Lubił zwierzęta, choć niemal wszystkie się go bały, ale nie lubił tej formy podróży. Odczuwał dyskomfort i uwieranie, jakby koń był jedynie dodatkowym utrudnieniem.  O wiele większą przyjemność sprawiały mu piesze spacery. Wolał czuć ziemie pod nogami i śnieg w butach. Dodatkowo długie nogi i natura demona sprawiały, że potrafił dość szybko przejść długie odległości.
Niestety to nie od niego zależał wybór środka transportu i musiał znosić tego typu drobne nieprzyjemności. Gdy dojechali do pierwszego miejsca postoju - świątyni, Dandelionowi zalśniły się czarne ślepia. Zszedł z konia, uważając, aby nie skrzywić przy tym zwierzęcia, po czym przeszedł niewielki kawałek zaraz za swoimi towarzyszami. Wdychał unoszący się w powietrzy kurz i czuł na skórze specyficzny chłód wnętrza. Dandelion postrzegał świat bardziej poprzez węch i dotyk, niżeli przez wzrok i słuch. Przyjrzał się pozostałym podróżnikom, widząc jak bardzo różnorodną grupą są i jak wiele różnych zapachów przynoszą. To mu odpowiadało. Lubił różnorodność. Usunął się w cień, aby przywiązać konia. Gdy powrócił wzrokiem do towarzyszy, ujrzał, że płytki podłogowe zaczęły się podnosić, a z pod nich wyłoniły się humanoidalne postacie.  Odczuł w powietrzu zapach śmierci - ostatnio tak często przez niego doświadczany. Stwory wypełzające z pod ziemi, rozpoczeły atak, zmuszając innych do samoobrony. Gdy jeden z nieumarłych podszedł do Dandeliona, demon obejrzał się w obie strony, aby upewnić się, że nikt nie patrzy, po czym uderzył umarlaka z otwartej dłoni, powodują, że ten z impetem przeleciał przez salę. Agresor roztrzaskał się o ścianę i padł na kamień bezwładnie. Nie lubił walczyć, ale jeszcze bardziej nie lubił być w takiej potyczce oglądany. Na szczęście większością stworów zajęła  się dziewczyna z wilkiem. Dandelion zastanawiał się, czy to jeden z watachy przed którą uciekali. Jego pytanie szybko uzyskało odpowiedź, gdy zwierzę okazało się mieć przyjazne zamiary. Zdziwiony demon zmrużył oczy, przyglądając się wilkowi. Choć to nie stworzenie objawiło się największym zaskoczeniem, a fakt że miało właściciela. Demon nigdy nie widział kogoś podobnego, ani nie rozpoznawał zapachu przybysza. Na prośbę mężczyzny, Dandelion zamyślił się w poszukiwaniu swego imienia. Zamiast tego natknął się na wspomnienie z przed wyjazdu i zastanowił się - dlaczego właściwie tu jest? Oczywiście nie mógł znieść widoku cierpienia spowodowanego zniknięciem światła, ale byli lepsi, odważniejsi, a on przecież nawet nie lubił się bić. Prawdziwym, ukrytym motywem była jego zmiana, pogłębiająca się z każdym dniem ciemności. Demony były po części istotami rozumnymi, a po części dzikimi zwierzętami. Dandelion oszalał. Czuł krew tam gdzie jej nie było. Coraz częściej dotykały go wściekłość i gniew. Te emocje do niego nie pasowały. Zawsze uważał się bardziej za człowieka, ale teraz wraz ze zniknięciem światła i wraz z dziczeniem innych zwierząt Dandelion tracił zmysły.
Z ciekawością w oczach przypatrywał się występującym osobą. Dwoje elfów - świetlistych wydali się mężczyźnie drobni. Elfy niemal zawsze pachnieli delikatnie, mimo to demon naprawdę je szanował. Kolejnie przedstawili się niejaki Andy Hanigan, którego rasę Dandelion znał jedynie ze słyszenia i mężczyzna - złodziej. Demon zdążył znaleźć chwilę przerwy między wypowiedziami. Podniósł się z cienia, po czym powolnie ukłonił się pozostałym w pół.

- Jestem sir Dandelion - przedstawił się, używając dawnego tytuły, który w jego pysku wydał mu się dziwny - pochodzę z plemienia demonów - zamruczał w zamyśleniu, kosztując smak słowa określającego jego własną rasę.

Gdy skończył, pokornie powrócił na swoje miejsce. Raven, bo jak się okazało tak miał na imię chłopak władający sowami, zaproponował, aby wyruszyli w dalszą podróż. Demon zmarszczył nos w niezadowoleniu, ale nic nie powiedział. Wiedział, że to najlepsza opcja, po za tym zaczął szanować chłopaka i nie chciał podważyć jego decyzji. Podszedł do konia i wyprowadził go na zewnątrz, gdzie powitał go zapach wilczej krwi. Zasłonił nos, by nie musieć jej wdychać, naprawdę źle na niego działała.


„Życie ponad śmiercią. Siła ponad słabością. Podróż ponad celem.”

https://orig00.deviantart.net/ecb1/f/2016/269/a/1/air_potion_by_planet_spatulon-daiwvca.gif

Offline

#18 27-06-2019 o 10h24

Straż Cienia
Acerola
Akolita Jednorożców
Acerola
...
Wiadomości: 365

A Z V A M E T H     .     A R T O R I A S

          Azvameth podnosi spojrzenie znad swojego siodła, kiedy słyszy znajome, poirytowane skrzypienie zbroi Artoriasa. Jakby nie patrzeć z jego przesłonionej twarzy ciężko było odczytywać emocje, więc z czasem nauczyła się obserwować mowę ciała, a nawet coś tak bardzo abstrakcyjnego, jak właśnie nasłuchiwanie brzdęknięć stali składającej się na jego kostium. Wbrew temu nie trzeba było geniusza żeby dostrzec, że uwaga elfa nie została zbyt ciepło przyjęta. Mężczyzna przenosi ciężar z jednej nogi na drugą, wyraźnie zastanawiając się jak powinien mu odpowiedzieć. Nie należał nigdy do wybitnych dyplomatów. Co pobalował na dworach różnych nacji na przestrzeni milenium życia to jego, ale właśnie dzięki temu miał pełną świadomość swojego języka nie ze złota, acz co najwyżej z brązu. Wystarczy, aby uwieść dziewuszkę albo porwać lud do walki - powiedziałaby zapewne Methy - ale to zdecydowanie za mało, aby zaprzyjaźnić się z obcym w pierwszej rozmowie. Do czynienia ma jednak z elfami. Elfy, przynajmniej te jemu znane, należą z natury do niezwykle dumnych. Obcy władający płynnie ich językiem są miodem dla rozdmuchanego ego postawnych długouchych i Artorias ma szczerą nadzieję, że ta sama sztuczka zadziała też na tą dwójkę.
- Andaran atish’an-- - zaczyna, uprzejmie kłaniając się w pasie, kiedy przerywa mu rozbawione chrząknięcie dochodzące zza pleców. Smocze dziecię wyraźnie powstrzymuje się przed wybuchnięciem śmiechem i musi jej to przychodzić z poważnym trudem, jak zauważa rycerz po zmarszczce na zadartym nosie. Kolejne skrzypnięcie jego zbroi brzmi jak prośba o zelaborowanie.
- Kto tak jeszcze mówi? Atish'an, serio? I może jeszcze zaczniesz cytować Lathbora viran? - odpowiada mu Meth, uśmiechając się szeroko swoimi ostrymi zębami - Elficki trochę się zmienił od naszego ostatniego wypadu, Artoriasie. Chyba, że teraz gustujesz w uszatych staruszkach całujących cię po stopach.
- Kiedy zrobiłaś się taka pyskata to ja nie wiem, kadan. Itwasaam - kobieta odwraca od niego twarz i rycerz wie już, że wygrał ich małą słowną potyczkę. Zamierza pociągnąć temat, ale ku jego zaskoczeniu towarzyszka elfa - również elfka i prawdopodobnie kleryczka, jak domyślił się Artorias - jako pierwsza zabiera głos. A po niej także znaczna większość towarzyszy. W przeciągu kilku chwil mężczyzna ma już bardziej klarowny obraz sytuacji, chociaż niektórzy wstrzymywali się od wylewnego przedstawiania swoich osób. Był to środek ostrożności, który normalnie by pochwalał, ale w tych okolicznościach nie mieli luksusu udawania, że nie mogą sobie zaufać. Nie mieli teraz nic lepszego niż owo zaufanie, jakkolwiek niepewne.
- Ja, jak ktoś miał już przyjemność wspomnieć - tutaj odwraca się przez ramię w stronę smoczego dziecięcia wciąż udającego kompletne niezainteresowanie - Zwę się Artorias. Mój towarzysz to Sif. Nie musicie sie go obawiać, to bardzo duży futrzak, ale pomoże nam jeśli będzie potrzeba. Jestem rycerzem, okazjonalnie strategiem. Posiadam minimalne predyspozycje magiczne, więc potrafię to i owo.
- Azvameth - odzywa się natychmiast po nim kobieta, posyłając wszystkim nieznajomym chłodne spojrzenie - Zostałam najęta jako dodatkowy miecz do ochraniania was, więc nie róbcie mi więcej problemów niż to konieczne.
          Tym pokazem niepodważalnych umiejętności społecznych smoczego dziecięcia zakończyli kolejkę powitań. Dość szybko zapada decyzja o wymarszu z przeklętego kościółka, gdzie kości walały się i rozbijały o zameszoną posadzkę w poszukiwaniu reszty swojego ciała. Weszcie znów są w drodze - Meth na grzbiecie wierzchowca, Artorias na nieosiodłanym Sifie. Nieopodal nich jedzie osowiony kruk ze znakiem Uroborosa na twarzy, natomiast po drugiej jego stronie blisko trzyma się księżycowe rodzeństwo. Jedyni, których imion nadal nie przyszło im poznać, jakby to było największą tajemnicą skrywaną przez dwójkę dzieciaków.
- A więc te elfy. Nie sądzisz, że wyglądają podobnie do Ciebie i Finis?
- Chyba żartujesz. Kiedy ostatni raz widziałeś Fin? I to ze mną?
- Dwa wieki temu? Mniejsza o to, dynamika dokładnie taka sama. Gburowata, wysoka i barczysta Methy, idealnie wpasowujesz się w rolę... Hm, Neriela. Finis natomiast--
- Parshaara. Dawno i nie prawda. Chyba, że chcesz porozmawiać znowu o tym jak oboje pijani jak messerschmitt włamaliśmy się do bur--
- Teth a! As-eb vashe-qalab, mieliśmy i nadal mamy umówę dotyczącą takich historii - nerwowym słowom Artoriasa towarzyszy rubaszny śmiech towarzyszki ledwie trzymającej się w swoim siodle. W mroku wiecznej nocy zesłanej przez bogów, którą tylko częściowo rozpraszało blade światło magicznych pochodnii, obserwował radosny blask jej oczu. Poza kilkoma bliznami tu i ówdzie nic się nie zmieniła. Zupełnie, jakby to półtorej wieku rozłąki było tylko złym snem. Smocze dziecię spogląda w jego stronę, uśmiechając się tajemniczo. Tak naprawdę myśli o tym samym. Cieszy się, że w tym ogromnym zamieszaniu, w którym wszyscy znaleźli się nagle po same łokcie, nie jest już zupełnie sama.
          - Ostatni raz byłem w Wensley pięć wieków temu - rozpamiętuje Artorias, przesuwając okutymi w zbroję palcami po futrze wilczego towarzysza - Wtedy stacjonowało tam dużo znachorek, wiedźm w zasadzie. Ciężko mi powiedzieć co może się dziać teraz... - zerka niepewnie w stronę księżycowego rodzeństwa, które jedzie spokojnie przy drugim bogu kruczego posłańca. Wciąż nie wie o nich nic wartościowego i chociaż zazwyczaj machnąłby ręką na parę specjalnych śnieżynek w swoim oddziale, tym razem to jego pierwsze spotkanie z taką rasą. Nie zamierza oczywiście naciskać ani być nachalny, ale bardzo doceniłby gdyby z własnej woli chcieli podzielić się swoją historią. Jego zainteresowanie przenosi się w stronę demona o melodyjnym imieniu Dandelion, który wydaje się nie bawić zbyt dobrze na swoim wierzchowcu.
- Chciałbyś się zamienić? Sif to dobry kompan, a mi tęskno do starych dni podróżowania koniami.
          Kiedy Artorias zagaduje dzieciaki, Azvameth podjeżdża nieco bliżej trzymającego kompas chłopaka oraz jego towarzysza. Od momentu jego krótkiej "prezentacji", na jej usta cisnęły się pewne słowa i chciała jak najprędzej mieć je z głowy.
- Andy, tak? Kondolencje. Znałam kilka Virdi z Elvery i... Cóż, słyszałam o... okolicznościach - zamilka na dłuszą chwilę, drapiąc się nerwowo po policzku na myśl o tym, jak potwornie niezręcznie musiała zabrzmieć.


https://66.media.tumblr.com/2e9625761e3375eba72887ad5ccfb84f/tumblr_p2q7g4lP8p1qc9mvbo8_400.gifv https://66.media.tumblr.com/bcdfa0358cb12dee198ef9c47ee42fc8/tumblr_p2q7g4lP8p1qc9mvbo5_400.gifv

Offline

#19 02-07-2019 o 15h39

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 368

___________________________Luna & Mūn
   Księżycowe rodzeństwo obserwowało w kompletnej ciszy całą tę "szopkę" z przedstawianiem się. Czuli się bardzo niepewnie, przez co żadne z nich nie potrafiło wydusić z siebie jakiegokolwiek słówka. Nie byli wstanie nawet pisnąć czegokolwiek do samych siebie, co było nie lada bardzo rzadkim zjawiskiem w ich towarzystwie. Oboje mieli przeczucie, że gdy ujawnią się pozostałym, to stanie się nieuchronne nieszczęście, bowiem nie mieli zielonego pojęcia, czy obłędni wyznawcy, jak i reszta Ludu Księżyca zorientowali się, że zniknęli z świątyni Zakonu Lunari. A jeśli tak, to kto wie? Może ogłosili ich zdrajcami i rozpoczęli poszukiwania na ogromną skalę, by ich dopaść i złożyć w ofierze Księżycowi w tej ich chorej i nieprawdziwej przepowiedni? Musieli kryć się do pewnego czasu, z pewnością nie całą wieczność, lecz do momentu, gdy nie będą pewni, czy towarzysze niedoli są warci zaufania Dzieci Księżyca. No bo skąd mogli wiedzieć, że którekolwiek z nich przypadkiem nie orientuje się z zaistniałą sytuacją na wzgórzu Targon? Jeszcze ktoś sprzedałby ich oszalałym braciom i siostrom za pokaźną cenę, i co wtedy zrobiliby? No właśnie, nic. Kompletne nic. Czekałaby ich niechybna śmierć, której już pod żadnym pozorem nie uniknęliby.
   Intensywnie lustrowali swymi przeraźliwie błękitnymi tęczówkami każdą osobę, która w danej chwili powiedziała co nieco o sobie. Uważnie badali i słuchali każdego z osobna, jakby na tej niewielkiej górze informacji, byli wstanie stwierdzić komu mogą faktycznie zaufać, a komu nie. Wiele osób przedstawiło się i powiedziało parę słów o swoim pochodzeniu oraz nabytych lub wrodzonych umiejętnościach. Znaczna część grupy nie była już wielką niewiadomą dla Księżycowego rodzeństwa, co spowodowało, że Luna odruchowo szturchnęła swojego brata w ramię, zachęcając go tak, by obi zrobili to samo. Jednakże Mūn wiedząc, co ma jego siostra na myśli - skarcił ją za tak bezmyślny pomysł i szeptem kazał jej zachować ostrożność, zaś ona jedynie obruszyła się w odpowiedzi.
   Wkrótce potem; grupa wybrańców ruszyła na nowo w podróż na swych nieustraszonych rumakach. Księżycowe Dzieci spoglądnęły apatycznym wzrokiem na śnieg, który był splamiony wilczą krwią. Nie odczuły żadnej odrazy tymże widokiem. Było im to kompletnie obojętne.
   Z kolejnymi chwilami śnieg robił się coraz bardziej przejrzysty, a swym jasnym blaskiem niemalże oślepiał. Błoga cisza otaczała całą grupę wysłańców, a płatki śniegu wręcz przyozdabiały tę chwilę czymś magicznym. Mūn wciąż trzymał się blisko boku Luny i bacznie pilnował jej bezpieczeństwa. U jego lewego boku znajdował się mężczyzna, któremu towarzyszyły sowy. Przedstawił się na całym forum jako Raven  i że pochodzi z Doliny Kruków. Kiedyś słyszał o tym miejscu, aczkolwiek nie za wiele, więc nie pamięta znacznych szczegółów o tym miejscu. Usłyszawszy nagłe pytania, które niczym strzała przedarły panującą wciąż ciszę, spojrzał się on na swoją siostrę, po czym na Ravena i końcowo na nieustannie wydłużającą się dolinę. Nie czuł potrzeby, aby mu odpowiedzieć, bowiem nie wiedział też co to za miejsce i nie chciał wyjść na głupiego. W Zakonie Lunari nie opowiadano sobie o innych lokacjach. Wszystko schodziło na tematykę Księżyca. W pewnej chwili ktoś go szturchnął w ramię. Spojrzał kątem oka na swoją siostrę, która go ponaglała wzrokiem, by ten w końcu coś z siebie wydusił, bo mężczyzna od sów z pewnością skierował się z tymi niewiadomymi do niego i Azvameth. Przełknął niepewnie ślinę, po czym wziął głęboki wdech.
   - Niewiele słyszałem o tym miejscu, więc raczej moja odpowiedź nic nie wniesie. - odpowiedział zamyślonym tonem głosu, wpatrując się tępo przed siebie.
   Poczuł na sobie czyiś wzrok. Ostrożnie się rozejrzał, aby nie wzbudzić dziwnych podejrzeń w towarzyszach niedoli. Jego oczy natknęły się na mężczyznę w czarnej i ciężkiej zbroi; ten, który wparował bez zapowiedzi, pomagając wszystkim w potrzebie i przy okazji przyłączając się do wyprawy. Przyglądał mu się z zaciekawieniem, po czym powrócił wzrokiem na Lunę, która znacznie zbliżyła się do niego. Odczuł dziwny niepokój zachowaniem siostry.
   - Nie martw się, to nic takiego. Chciałam ci powiedzieć, że to może nie najlepszy pomysł, żebyśmy ukrywali naszą godność wraz z pochodzeniem. - szepnęła niepewnie nawiązując z nim kontakt wzrokowy, lecz białowłosy chłopak, jedynie westchnął w odpowiedzi, po czym spojrzał na nią wymownym wzrokiem. Krótkie "proszę" sprawiło, że ugiął się i postanowił wykonać to, o co go tak prosiła. Odchrząknął, by delikatnie zwrócić na siebie uwagę.
   - Tak swoją drogą jestem Mūn, a to moja siostra Luna. - przedstawił ich dwoje, czując dziwny posmak na ustach.
   Była z niego bardzo dumna, aczkolwiek on obawiał się najgorszego. Dalej czuł, że nie powinni być tak nieuważni. Spojrzał na nią kątem oka, lecz ta dawała mu znak, by kontynuował. Pokręcił przecząco głową, zaś Luna przewróciła oczami, po czym nachyliła się bardziej ku towarzyszy.
   - Pochodzimy z wzgórza Targon i należymy... do Zakonu Lunari... - jej pewny i radosny ton głosu od razu się zmienił, gdy miała wspomnieć o Zakonie Lunari. Natychmiastowo posmutniała, gdy sobie przypomniała, że opuścili swe rodzime ziemię i Księżyc. Nadal było to ogromnym bólem dla niej. Ledwo przełknęła ślinę, po czym wzięła głęboki wdech, by dodać sobie pewności siebie.
   - Krótko mówiąc jesteśmy Dziećmi Księżyca. - dokończyła, uciekając wzrokiem gdzieś w nieznanym kierunku. Mūn wolał tego kompletnie nie komentować. Nie potrafił uwierzyć, że Luna tak łatwo im powiedziała tak istotne informacje. Bał się najgorszego.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (05-07-2019 o 01h04)


https://i.imgur.com/9WX7JUV.gif

Offline

#20 03-07-2019 o 12h52

Straż Cienia
Rain
Akolita Sylfy
Rain
...
Wiadomości: 1 315

x
_________________https://i.ibb.co/pJq2s7S/Be-Funky-design-5-4.png

    Ze wszystkich przedstawiających się osób Raven niewątpliwie wywarł na oglądających szczególne wrażenie. Pochodził z Doliny Kruków, ale z jakiegoś powodu zajmował się sowami. Andy patrzył na przylatujące posłusznie do chłopaka ptaki i wspominał chowańce, które niegdyś żyły w Elverze. Wtedy sam miał swojego wiernego towarzysza, Fortema. Stanowił on krzyżówkę kilku zwierząt, był bardzo bystry, ale przede wszystkim uważano go jako jednego z członków rodziny Viridiego. Po utraceniu go (został znaleziony przyciśnięty do ziemi przez powalone drzewo) nic już nie było do końca takie samo. Andy zastanawiał się, czy Raven pozwoliłby mu choćby bliżej przyjrzeć się jego uroczym pupilom.
    Poza panem sów przedstawili się także demon Dandelion, Artorias z Sifem i Azvameth. Za wcześnie było na wyrabianie sobie na ich temat bardziej szczegółowej opinii, więc Viridi zajął się sprawdzeniem, czy z jego koniem było wszystko w porządku. I tak już po chwili musieli z powrotem ruszać w drogę, gnani perspektywą możliwego ponownego ataku ze strony nieumarłych. Ponownie owiał ich zimny wiatr, płatki śniegu wtapiały się we włosy i skórę. Dobrze, że przynajmniej ich wierzchowce nie grzęzły w śniegu i dawały sobie radę w takich warunkach. Chłopak jednym uchem słuchał rozmów swoich towarzyszy, szybko dochodząc do wniosku, że mieli na swoich karkach znacznie więcej doświadczenia od niego. Brzmieli, jakby ich dotychczasowe życie nie składało się z rutyny, a poznawania nowych miejsc, osób, przeżywania mniej lub bardziej emocjonujących przygód. Teraz, trzymając kompas, świeżo upieczony podróżnik czuł się nieco odizolowany. Właściwie to chyba wolałby otrzymać do przewożenia złoto. Przy najbliższej okazji mógłby wymienić je na dodatkowe, cieplejsze okrycie.
    Uniósł głowę z zaskoczeniem, słysząc, że ktoś się do niego odezwał, i to nie byle kto, bo Smocze Dziecię. Sięgnął pamięcią do informacji, które mogłyby mu przybliżyć nieco tę rasę. Niestety, głównie kojarzył z nimi technologiczne, Pierścienne Miasto. Jego nieżyjący już ojciec, Tassarion, wypowiadał się kiedyś o jego mieszkańcach bez sentymentu w głosie: „Ludzie tacy jak oni zapominają, co jest w życiu najważniejsze. Odwracają się od Natura Mater i dążą tylko do zaspokojenia swoich doraźnych potrzeb kosztem tego, co pierwotne. Sami nie wiedzą, że prowadzą siebie do zguby.” Andy nigdy nie był tak konserwatywny jak jego rodziciel, ale musiał niechętnie przyznać, że od czasów dzwonu jego poglądy przychylały się do tych ojcowskich.
    Byłby jednak nierozsądny, gdyby dał swoim emocjom upust na przypadkowej osobie. Dziewczyna nie odpowiadała za błędy milionów osób.
    — Dziękuję, Azvameth — odparł nieco cicho, spoglądając na nią i mając nadzieję, że poprawnie wypowiedział jej imię. — To ważne, by ich ofiara pozostała w naszej świadomości. Bez tego dalej będziemy powtarzać te same błędy.
    Skoro ktoś, kto pochodził z rozwiniętych części Ariamis wiedział o tym, co zaszło, wciąż istniała nadzieja na lepsze jutro. W końcu odwracanie głowy od obecnej, ciągle postępującej tragedii mogłoby doprowadzić do... końca świata. Nawet ich grupa teoretycznie silnych wojowników na zawsze by się rozpadła.
    Chciał zapytać o coś Smocze Dziecię, ale gdzieś w oddali zamajaczyły przed nimi wielkie mury i brama miasta. Nie miał wątpliwości, że to miało być miejsce, do którego zmierzali. Patrząc na zimny mur z kamienia, czuł się odstraszony od Wensley. Choć jeszcze tam nie weszli, coś mu w tym miejscu nie grało. Szkoda, że wycofanie się było wykluczone. Większość osób pędziła na swoich rumakach pewnie, albo tylko sprawiała takie mylne wrażenie. Nawet Dzieci Księżyca, które przedstawiły się jadącym z przodu, także należały do takich osób.
    I wreszcie zaczęli zwalniać, bo pojawili się już u bram. Przed wrotami stało dwóch strażników ubranych bardzo ciepło, zapewne, żeby nie zamarznąć od stania. Jeden z nich wyciągnął dłoń w geście powstrzymania ich grupy, a potem wysunął się do przodu.
    — Stop. Wjazd niedozwolony.
    — Czy wyglądamy jak zwykli przyjezdni? — Andy zapytał ze znużeniem.
    Strażnik wzruszył ramionami.
    — To już nie jest miejsce dobre dla nikogo. Radzę wam się wycofać.
    — Radzę ci nas wysłuchać — odparł Viridi, popatrując na Ravena. Chłopak trzymał już w dłoni swoje poselstwo.
    — Proszę. To nazwisko nic ci nie mówi?
    — Verth Altman... — strażnik rozszerzył oczy. — Najmocniej przepraszam. Nie wiedziałem...
    — Ja z nimi porozmawiam — odezwał się drugi na warcie, spoglądając na kartkę papieru, a potem na grupę. Zmierzył wszystkich oceniającym wzrokiem. — Próbował was tylko ostrzec. Przejdę od razu do sedna: to nie jest miejsce, do którego chcecie wjeżdżać. Mamy tu inwazję owadów, które od dzwonu przeszły mutację. Niektóre są niemal tak wielkie jak wasze głowy, są w stanie gryźć i żądlić. W większości przypadków kończy się to zemdleniem, wysoką gorączką... a potem śmiercią.
    Viridi odniósł wrażenie, że parę osób niespokojnie poruszyło się na swoich koniach. Owady często nie były przyjmowane przez ludzi entuzjastycznie, ale źle nastawione, ogromne bestie zapowiadały kłopoty.
    — Patrząc na waszą liczebność, połowa z was zostanie zarażona — strażnik potarł się w brodę. — Istnieje sposób, który może zmniejszyć straty, jednak będzie was trochę kosztował. Jeśli sypniecie złotem albo macie coś wartościowego, na targu możecie wymienić to na maść, która w większości przypadków odstrasza owady. Ci, co jej nie nabędą... — uśmiechnął się. — Lepiej, żeby byli naprawdę szybcy. 
    Nie przedłużał więcej ich czekania na mrozie. Otworzył wrota do miasta, opierając się o mur i popatrując na każdego z grupy z osobna. Andy nie mógł oprzeć się wrażeniu, że mężczyzna wewnętrznie stawiał zakłady, ilu z nich wróci z podwyższoną temperaturą albo martwych.
    — Co o tym myślisz? — zapytał, nachylając się do Azvameth. — Ja mam przy sobie tylko kompas, ale ty...
    Dziewczyna przewoziła złoto i chłopak ciekaw był, czy zamierzała z niego skorzystać, czy może raczej zaufać szybkości własnego miecza.


https://i.ibb.co/VLKLyWB/nomnom.png

Offline

#21 07-07-2019 o 00h31

Straż Cienia
Ischigo
Pokonała kurę
Ischigo
...
Wiadomości: 902

___________________________https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/589113511591018503/14436f973f13e3bfdda7daff28508011.png
        Odpowiedzi towarzyszy niekoniecznie zaspokoiły ciekawość Ravena, raczej podsyciły kiełkujący w nim niepokój, zwłaszcza że nad ich głowami znów pojawił się Feh, zwiastując czające się gdzieś w pobliżu niebezpieczeństwo. Nie był pewien, co powodowało niespokojne zachowanie puchacza, ale pewnym było, że coś mocno go przestraszyło. Gdyby było inaczej, sowa nigdy nie trzymałaby się grupy tak blisko. Feh zawsze zachowywał się jakby jego życiową misją było zapewnienie Ravenowi bezpieczeństwa, chociaż był tylko ptakiem. Chłopak uważał, że to urocze, zwłaszcza że pakt wiązał go tylko z Rowletem.
             Raven nie spodziewał się pośród dźwięku wyjącego wiatru i spadających płatków śniegu usłyszeć głosu białowłosego, który przedstawił jego i błękitnooką dziewczynę. Skinął mu głową przyjmując informację i zapisując ją w pamięci. Miło mu było, że nie zamierzali trzymać swoich imion w sekrecie, w końcu teraz należeli do jednej drużyny i dzielili ten sam los. Uśmiechnął się, kiedy Luna postanowiła podzielić się z nim jeszcze garstką informacji. Wzgórze Targon coś mu mówiło, ale nie był do końca pewien, co.
- Hmmm… Czy nasi przodkowie nie toczyli kiedyś wojny? – zapytał bardziej z ciekawości niż czegokolwiek innego, spoglądając na rodzeństwo z pytaniem w spojrzeniu, chociaż tego nie byli w stanie dostrzec. Raven nie przykładał zbyt dużej wagi do przeszłości Zakonu i waśni sprzed tysiąca lat. Sam wolał raczej patrzeć w przyszłość i zawierać nowe znajomości i sojusze, nawet z tymi, którzy teoretycznie byli jego wrogami od pokoleń.
                Bramy Wensley pojawiły się przed nimi niespodziewanie, strasząc ciszą, nieprzyjaźnie nastawionymi strażnikami i wychylającymi się zza umocnień łucznikami, których chłopak dostrzegł niemal od razu, pomimo chęci, nie zachowywali się zbyt dyskretnie. Nie był zadowolony, kiedy mężczyźni zatrzymali ich i kategorycznie zabronili wstępu do miasta. Raven sięgnął do zawieszonej u siodła sakwy i wyjął z niej poselstwo, które otrzymał od szamanów w osadzie. Miało ono zapewnić im wstęp do każdego miasta i zamku.
- Proszę. To nazwisko nic ci nie mówi? – rzucił pewny siebie, rozwijając kawałek pergaminu, nie będąc nawet do końca pewien, co się na nim znajdowało. Reakcja strażnika powiedziała mu, że to co było potrzebne.
            Informacje o wielkich, krwiożerczych owadach, roznoszących jakąś tajemniczą chorobę nie wywarły na chłopaku zbyt wielkiego wrażenia. To nadal były tylko owady, a on miał przy sobie swój miecz. No i nie podobało mu się, że strażnicy od razu założyli, że większość z nich zostanie zarażona i umrze, no chyba że oddadzą miastu wszystkie swoje oszczędności. Coś mu w tym wszystkim śmierdziało. Nawet jeśli zmutowane muchy czy komary były prawdą, nie zamierzał dostarczyć Altmanowi więcej pieniędzy.
- Myślę, że poradzimy sobie i bez pańskich cennych rad – powiedział chłodno zwijając pergamin i chowając go w bezpiecznym miejscu. – A to złoto nie jest dla naszego własnego użytku, Andy, mamy je złożyć w ofierze bogom, nie pierwszym lepszym handlarzom na bazarze – zauważył, zwracając się głównie do Viridi, który najwidoczniej zapomniał, po co w ogóle była ta cała farsa z wyprawą, ale innym też mógł przypomnieć.
              Zanim przekroczyli bramy miasta, Raven zignorował obecność strażników i spojrzał na wszystkich członków wyprawy.
- Słyszeliście co powiedzieli ci przemili panowie? – rzucił z grama jadowicie, uśmiechając się odrobinę drwiąco. – Jeśli ktoś wyraża życzenie, może pozostać na zewnątrz i poczekać aż nasza audiencja nie dobiegnie końca. Ba, mogę nawet wybrać się tam sam, jeśli nie czujecie potrzeby pobyć przez chwilę w cieplejszym miejscu. Aczkolwiek obawiam się, że samotny wędrowiec mówiący o złocie nie wypadnie zbyt przekonująco – stwierdził ostatecznie, patrząc każdemu w oczy, chociaż oni widzieli tylko opaskę z wizerunkiem Uroborosa.
                     Poczekał aż każdy wyrazi swoją chęć, czy niechęć w uczestnictwie w spotkaniu, po czym ruszył dziarskim krokiem przez bramę, pozostawiając jednak konia poza jego granicami. Wiedział, że wilki nawet jeśli podejdą blisko murów, nie zaatakują innych zwierząt, gorzej było ze strażnikami, a jeśli ci mówili prawdę, wolał nie narażać swojego wierzchowca na śmierć od ukąszeń zmutowanych owadów. Co prawda podejrzewał, że jak wszystko w tamtym czasie chciało zabić tylko ludzi, ale wolał nie ryzykować. Zacisnął dłoń na rękojeści katany i wyszedł po drugiej stronie muru.
                     Uliczka, którą zobaczył w ogóle nie przypominała tego, co widział oczami wyobraźni, kiedy słyszał o mieście. Była wąska i bardzo brudna. Wszędzie walały się jakieś śmieci i leżeli umierający ludzie. Inaczej nie można było ich opisać. Widać było, że trawiła ich gorączka, majaczyli, wyciągając ręce przed siebie, kiedy ktoś przechodził obok. W powietrzu unosił się duszący, słodkawy zapach nieprzypominający niczego, co chłopak miał okazję czuć w swoim życiu.
- Nie rozdzielajmy się – mruknął cicho do towarzyszy, przechodząc obok zapłakanej kobiety. Miała czerwone, ropiejące plamy na skórze i wyglądała jakby trzymała się życia tylko siłą woli. Raven miał ochotę odwrócić wzrok, ale tego nie zrobił, wmawiając sobie, że dzięki temu stanie się silniejszy.
                       Wkrótce usłyszał szelest piór i poczuł ciężar sowy na ramieniu. Feh wylądował na nim miękko, hukając mu do ucha jakby mówił mu, że w razie czego, to on jest obok. Rowlet zawtórował mu entuzjastycznym ćwierkaniem, co przyjął z wdzięcznym uśmiechem. Mając swoich najbliższych przyjaciół tuż obok, czuł się odrobinę lepiej. Zaraz jednak usłyszał jeszcze jedną parę skrzydeł, ale Bokuto  nie usiadł mu na głowie, wybierając za to głowę Andy’ego. Chłopak pokręcił głową z dezaprobatą, posyłając Viridi przepraszający uśmiech, który zaraz spełzł mu z twarzy. Zobaczył coś, co na chwilę zmroziło mu krew w żyłach. Gdzieś znad lasu nadciągała w ich kierunku chmara gigantycznych os.


Pomyliłam niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu.
https://cdn.discordapp.com/attachments/579670931337641997/604051060125859841/picsart-07-25-09-04-25.png

Offline

#22 09-07-2019 o 14h10

Straż Cienia
Czekola
Szeregowiec
Czekola
...
Wiadomości: 137

+++++++++++++++++++++++++https://i.imgur.com/IyjppLE.png
           Neriel wsłuchiwał się w poszczególnie przedstawiające się osoby, próbując jakoś je sobie zapamiętać. Początkowo nie przykuł do tego większej uwagi, ale był zdziwiony jak wiele różnych kultur znajdowało się wśród nich. Zastanawiał się przez moment, czy pomimo tylu różnic wszyscy będą jakoś w stanie się dogadać. Cóż, kątem oka spojrzał na Aviraah, która z poważną miną przypatrywała się wszystkim, biorąc sobie za cel spamiętanie wszystkich osób. Wszystko to będzie mu obojętnie, byleby nie skrzywdziło Elfki.
           Nie czekając na okazję do kolejnego ataku na nich przez upiory czy dzikie zwierzęta, tak jak zaproponował Raven, ruszyli do dalszej podróży. 
           Nie minęło kilka minut, a Aviraah, odwróciła gwałtownie głowę w stronę Neriela, będąc wyraźnie niezadowolona. Chłopak spojrzał na nią tylko pytająco, nie rozumiejąc o co może jej chodzić.
- Twoje słowa wcześniej! Co to miało być? – spytała - ”Umiejętności skupiają się na sztuce bojowej.” – powiedziała, naśladując  głos chłopaka. – Powinieneś dumnie powiedzieć, że walczysz mieczem. Cóż to prawda, że do łuku nie masz celu, ale zostaje ci jeszcze magia lod...Mphmm! – Zanim dziewczyna zdążyła dokończyć, czarnowłosy zasłonił jej usta dłonią. Blondwłosa, natychmiast chciała go nawymyślać, ale gdy tylko zobaczyła jego zimne spojrzenie, naraz zaprzestała tego pomysłu.
- Jeszcze słowo, a przysięgam, że gdy tylko zauważę gdzieś sprzedawcę z papryką, kupię jej tyle, że przez miesiąc, dzień w dzień, będziesz ją jadła. Nic tylko papryka i woda. Rozumiemy się? – zawarczał chłopak, spoglądając ostrzegawczo na Elfkę. Dziewczyna wzdrygnęła się na samą myśl o znienawidzonym warzywie. Nie zastanawiając się długo, gwałtownie pokiwała głową w geście zgody, na co chłopak opuścił swoją dłoń z jej ust, pozwalając jej swobodnie oddychać. Aviraah ostrożnie wzięła głęboki oddech, kątem oka spoglądając na Neriela, który niewzruszony dalej prowadził konia.  Cóż mogła się spodziewać takiej reakcji. Chłopak nie lubił rozmawiać o swojej magii ani jej używać, przez wypadek który zdarzył się 10 lat temu, gdy to dopiero uczył się korzystać ze swojej mocy. 
Blondynka naprawdę miała nadzieję, że będzie on sobie w stanie to wybaczyć, ale najwyraźniej wywarło to na nim większy wpływ niż początkowo myślała.
           Po jakimś czasie, nie mogąc znieść dłużącej jej się nudy, Aviraah wychyliła się nad ramię siedzącego za nią Neriela, wpatrując się swoimi dużymi czerwonymi oczami w wysokiego mężczyznę, który przedstawił się jako Artorias.  Był on tajemniczą osobą , która to wpadła na ich grupę i dołączyła do ich wyprawy. Jego twarz zasłaniał hełm, więc ciężko było jej stwierdzić jakiej może on być rasy.  Ale to co najbardziej ją zastanawiało to…
- Nie wgapiaj się tak długo, bo robisz nam wstyd, Aviraah. Jeszcze oczy ci wypadną – rzekł na pół-poważnie Neriel. Dziewczyna prychnęła częściowo zażenowana, gdy zauważyła, że została przyłapana na obserwowaniu nietypowego mężczyzny.
- Ale Neriel! Sam słyszałeś.  On mówił w staroelfickim! Nie sadziłam, że ktoś jeszcze poza naszą świątynią porozumiewa się w tym języku. Nawet elfy w wioskach jakie mijaliśmy miały problemy ze zrozumieniem starego dialektu – odparła, nie mogąc powstrzymać ekscytacji, która kryła się w jej głosie.
- Hm... To prawda. To dosyć niespodziewane. Może znał kogoś kto się posługiwał staroelfickim, a ten go nauczył? – odparł chłopak, samemu zastanawiając się także nad innymi możliwościami. - Nawet jeśli, to byłoby to dość trudne, zważywszy na dumę naszej rasy. Nie sadzę, aby ktoś chętnie podzielił się z nim taką wiedzą. – powiedział. – W każdym razie jeśli jesteś taka tego ciekawa to możesz się go sama spytać. – rzekł, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że na ten moment Elfka nie będzie w stanie tego zrobić. Mimo to bawiło go drażnienie się z nią.
- P-przecież wiesz, że prędzej umrę ze wstydu niż to zrobię! – zająkała się dziewczyna. Czarnowłosy, poklepał ją tylko pocieszająco po głowię, choć uśmiech przez pewien czas nie chciał mu zejść z twarzy.
           Śnieg wokół nich dawał jasno do zrozumienia, że pogoda nie była po ich stronie.  W Świątyni Nymehone zima nie trwało długo i zazwyczaj było tylko kilka dni w roku kiedy to śnieżyło.  Jak można było się spodziewać Aviraah nie była przyzwyczajona do takiej pogody.  W przeciwieństwie do niej Neriel nawet się nie wzdrygnął, co początkowo zaskoczyło Elfkę. Wtedy też po raz kolejny zrozumiała, że szkolenie Strażników Światła nie było takie łatwe i pobłażliwe jak Świetlistych. 
Nie zastanawiając się długo, blondynka przycisnęła do siebie materiał swojego płaszcza, przy okazji wtulając się w jej jedyne źródło ciepła, jakim był Neriel.
- Hej, Neriel?  Jak jest w tym mieście do którego podążamy? Wiesz coś może? – spytała dziewczyna, chowając swoje zmarznięte dłonie w kieszeniach swojego ubrania.
- Cóż niewiele. Z tego co pamiętam to w jeden z wiosek, usłyszałem dosyć niepochlebne opinie o władcy tego miejsca.  – odparł chłopak, próbując przypomnieć sobie wszystko co słyszał o Wensley.
- Tak? Co takiego? - zapytała zaciekawiona blondynka.
- Cóż, podobno jest on bardzo chciwym i agresywnym  człowiekiem, który kryje swoje zło za maską bycia dobrym Panem. Choć podejrzewam, że nie idzie mu to najlepiej skoro pojawiły się takie plotki. – westchnął – Dodatkowo...- Przez moment Neriel zawahał się.
- Tak? Tak? – dopytywała się, podekscytowana Elfka. Chłopak początkowo nie odezwał się, próbując dobrać odpowiednie słowa.
- Jakby to powiedzieć. Słyszałem, że ma on... Emm, niezdrową miłość do kobiet. - odparł odrobinę niezręcznie czarnowłosy. Przez moment pomiędzy ową dwójką nastała cisza, gdy Aviraah próbowała zrozumieć znaczenie słów fioletowookiego.
- Niezdrową miłość? – spytała. Wtem na jej twarzy pojawiło się zaskoczenie, jakby dopiero teraz zrozumiała znaczenie tych słów. - C-co? Chyba nie masz na myśli...? – nie dokończyła, nie mogąc wydusić z siebie słów.
- Niestety tak. Posiada wiele żon, a jeszcze więcej kochanek. – odpowiedział jej czarnowłosy, a na jego twarzy zastał grymas pogardy. Blondynka zamarła, nie mogąc uwierzyć w to co słyszy.
- To obrzydliwe. Jest gorszy niż zwierzę, polegające na swoich instynktach. – odparła, a w jej głosie dało się wyczuć odrazę.  W zwyczaju elfów było wybieranie jednego partnera na całe życie. Sama myśl, że ktoś mógłby mieć ich więcej, budziła niechęć we wszystkich z ich rasy. Dodatkowo w Świątyni Nymehone rozmawianie o związkach i jakiekolwiek myśli o małżeństwie były surowo karane,  przez panujący tam celibat. Toteż uczucie to było dodatkowo spotęgowane u dwójki owych elfów.
- W każdym razie, gdy dojdziemy na miejsce załatwię ci coś, abyś wyglądała bardziej chłopięco. -  stwierdził po chwili namysłu Neirel.
- Eh? Czy to jest konieczne? – zapytała zaskoczona blondynka.
- Przezorny zawsze ubezpieczony. Sądząc po plotkach, nie zdziwię się, gdy będzie chciał wziąć jedną z kobiet z naszej grupy dla siebie. W końcu jest tutaj wiele pięknych, egzotycznych dziewcząt na których z pewności uwiesi sobie oko. – odpowiedział jej chłopak,  mimowolnie zaciskając szczękę ze złości.
- Hm, okej. Rozumiem. – powiedziała blondynka, nie chcąc się kłócić z chłopakiem. W sumie wolała nie ryzykować, że ktoś taki mógłby położyć na niej swoje odrażające łapska. Sama taka myśl, powodowała, że przechodziły ją ciarki.   
           Niedługo potem dotarli pod bramy miasta, gdzie zostali przytrzymani przez strażników.  Słysząc  strażników, Neriel o mało nie prychnął z irytacji.  Cóż za ironia, że akurat strażnicy chcą od nich wyciągnąć pieniądze, kiedy to ich grupa przybyła aby pozbawić całe miasto wszelkich kosztowności.  Czarnowłosy odwrócił się do blondynki, kiedy to usłyszał o zmutowanych owadach i skutkach ich ukąszeń.
- Myślisz, że mogłabyś coś z tym zrobić? – spytał się jej cicho, starając się nie zwrócić uwagi innych.
- Hm... Chyba? Jeśli mówimy o zapobieganiu to jedyne co mi przychodzi do głowy to magia ochronna. – odparła dziewczyna, zastanawiając się przez moment. - Zawsze mogłabym spróbować zrobić tą maść. W końcu nie powstała ona z niczego. Musi tutaj coś być, co odstrasza te owady. – powiedziała.
Owady nie budziły specjalnej odrazy w dziewczynie, z powodu tego, że nie były dla niej niczym nowym. Praca w ogrodzie wiązała się z tym, że Świetliste spotykały różne stworzenia na swojej drodze.  Niestety myśl, że mogłyby być one wielkości głowy, powodowała w blondynce pewien niepokój.  To nie były normalne zwierzęta, a co za tym szło, dziewczyna nie była pewna jak bardzo jej magia będzie efektywna. Jej rozmyślania przerwał Neriel.
- Mówiąc o magii ochronnej masz na myśli tą którą używacie, gdy wychodzimy na polowania? – zapytał, chcąc się upewnić. Strażnicy wybierali się na polowania do miejsc, gdzie zwykłe Elfy raczej nie wędrowały. Były to tereny wypełnione dziwnymi zwierzętami i roślinami. Dodatkowo często w powietrzu unosił się nietypowy zapach, który bez magii ochronnej Świetlistych, powodował zawroty głowy i wymioty.
- Tak, ta. Choć nie jestem pewna jak poradzi sobie ona ze zmutowanymi owadami. – westchnęła - Zresztą poprawne rzucenie jej zajmuje także trochę czasu i...bezpośredniego dotyku z osobą na którą magia jest rzucana. – powiedziała, drapiąc się lekko po karku, w geście zakłopotania. Oznaczało to, że jeśli chciałaby rzucić to zaklęcie w sposób jaki normalnie robiły to Świetliste, musiałaby dotknąć każdej z osób w ich grupie. Jak można się domyślić, z całą pewnością Aviraah nie uważała tego za dobry pomysł.
- Z tego co pamiętam Najwyższa Kapłanka nie potrzebowała tak robić. – stwierdził Neriel, marszcząc lekko brwi.
- Hahahah. To dlatego, że jest Najwyższą Kapłanką.  – zaśmiała się blondynka. - Oczywiście też mogłabym tak spróbować, choć nie jestem pewna jak bardzo będzie to efektywne. – odparła, wzruszając ramionami.
           Nie potrwało to długo, jak Raven przekazał im, że czas aby wyruszyć dalej, choć jeśli ktoś chce to może tu zostać. Neriel spojrzał na zmarzniętą Aviraah z koncentracją. Wiedział, że najlepszym pomysłem byłoby gdyby zabrał ją do jakiegoś ciepłego miejsca.  Westchnął głęboko, zostawiając konia przy bramie, przy okazji zabierając ich rzeczy ze sobą. Złapał Elfkę za rękę i wystąpił do przodu, dając tym znać, że zgadza się iść z Raven’em.
           Ulica na którą weszli sprawiła, że Neriel gwałtownie zatrzymał Aviraah i zarzucił jej kaptur na głowę, tak, że dziewczyna ledwo co widziała znajdującą się przed nią drogę. Blondynka tylko burknęła pod nosem, choć nie kwestionowała dziwnego zachowania chłopaka.
Jedyne co słyszała to jęki bólu ludzi, co samo w sobie ją odrobinę przeraziło.  Może i to dobrze, że nie widziała okolicy w której się znajdowali, bo widok ten z całą pewnością zapadłby jej głęboko w pamięci.
           W pewnym momencie dziewczyna usłyszała okrzyki przerażenia. Elfka złapała za kaptur chcąc go zdjąć z głowy, aby zobaczyć co się dzieje lecz powstrzymała ją silna ręka Neriela.
- Aviraah! Szybko, rzuć na nas magię ochronną! - powiedział jej podniesionym głosem, a w jego głosie blondynka mogła usłyszeć odrobinę paniki.
- Ale dobrze wiesz, że... - zaczęła Świetlista.
- Nie ma ale! Pośpiesz się! - Czarnowłosy huknął na nią. Zaniepokojona blondynka zaczęła rzucać czar ochronny, a po chwili ich grupę otoczyła złota aura. Zanim zdążyła coś więcej powiedzieć, poczuła jak czarnowłosy bierze ją na ręce.
- A teraz trzymaj się mocno. Naprawdę mocno. - odparł jej pośpiesznie. Wkrótce potem czerwonooka poczuła że dosyć szybko się poruszają. W jej głowie krążyło tylko jedno pytanie.
Co się tak właściwie dzieje?!


https://i.imgur.com/X7HHytR.png

Offline

#23 23-07-2019 o 17h53

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 368

___________________________Luna & Mūn
   Księżycowe rodzeństwo na nowo pogrążyło się w ciszy. Nie raczyli nawet po sobie spojrzeć, gdyż oboje nie mieli wystarczająco odwagi, by to zrobić.
   Luna wyglądała na całkiem zadowoloną z siebie, aczkolwiek starała się nie za bardzo tego okazywać, aby brat nie zauważył, iż jest dumna z tego, co niedawno ujrzało światło dzienne. W głębi duszy nie żałowała, że wyjawiła ich mały sekret dotyczący ich imion i pochodzenia. Uważała, że jak większość ujawniła się nieznajomym, to oni również mogli to zrobić. Nie bała się konsekwencji tegoż czynu, ponieważ czuła, że może im zaufać. W końcu są jej towarzyszami niedoli podczas bardzo ważnej podróży.
   Rozglądała się z ogromną uwagą, gdy z każdą chwilą otoczenie stawało się coraz bardziej nieprzyjemne i tajemnicze. Śnieg otulał ją z każdej możliwej strony, jakby koniecznie chciał nawiązać z nią jakiś kontakt międzyludzki. Oplatał jej włosy, tworząc taką jakby aureolę, przez co wyglądała niczym śnieżny anioł, niżeli ten z niebios. Obserwowała ochoczo płatki śniegu, które przyozdabiały jej rękawy od szarawego płaszcza. Chociaż na moment zapomniała o swych rozterkach.
   Natomiast Mūn nie miał pojęcia, co sobie o tym wszystkim myśleć. Chciał jak najlepiej dla swojej siostry i dla samego siebie. Chciał ich chronić z całych swych sił, a Luna bezmyślnie wydała ich obcym ludziom. Dosyć niepewnie przełknął ślinę. Nie mogli być tak nieostrożni, bo w końcu niewiadomo, czy Zakon Lunari nie posłał paru zwiadowców, aby odnaleźli "zaginione" rodzeństwo. Białowłosy chłopak wyglądał na bardzo niespokojnego, aczkolwiek chciał zgrywać pozory i starał się z tym wszystkim jak najlepiej skrywać, by reszta nie zauważyła, iż jest dosyć niezapokojony.
   Księżycowe Dzieci spojrzały na siebie w chwili, gdy Raven zapytał ich o delikatną i zarazem istotną rzecz. Milczały, wpatrując się w siebie intensywnym wzrokiem, jakby porozumiewały się ze sobą mocą telepatii. Upłynęło parę sekund nim spojrzeli się na mężczyznę z sowami. Mūn nie potrafił wydusić z siebie ani słowa, lecz coś mu na ten temat niezmiernie świtało. Kątem oka spojrzał na Lunę, która wydawała się na całkowicie opanowaną. Nie wiedział, czy przerwać ciągnącą się ciszę, czy też nie... ale szczerze - wolał przemilczeć to. Księżycowa dziewczyna zmarszczyła brwi, po czym westchnęła ze zmęczeniem.
   - Jest to bardzo możliwe, gdyż Ludzie Księżyca głosili pewnego rodzaju herezje, które były nieustannie odrzucane przez ludzi z zewnątrz. I niestety, z niektórymi doszło to do tragicznych konfliktów, a jeszcze inni kompletnie to zignorowali; ostatnia opcja była najlepszym rozwiązaniem jaki mogli podjąć, tak szczerze mówiąc. - odpowiedziała zwięźle i na temat, wpatrując się w białą przestrzeń. Wspomnienie te było dla nich zamglone i nieznane, aczkolwiek wzbudzało w nich żal i smutek, jakby dokładnie pamiętali o tym dniu.
   Dalszą podróż przemilczeli i nie zamierzali tego faktu zmieniać.
   Wkrótce na horyzoncie pojawiła się brama Wensley. Biła od niej nieprzyjemna aura, która sprawiła, że Księżycowe rodzeństwo wytężyło swe wszystkie zmysły. Rozglądali się bacznie, jakby za chwilę miały wyskoczyć jakieś stwory, które z ogromną chęcią zjadłyby każdego na wykwitną ucztę. Uważnie obserwowali tajemniczych strażników i mało zgrabnych łuczników, którzy jawnie nie kryli się.
   Luna i Mūn byli widocznie niezadowoleni, gdy zostali zatrzymani przez strażników bramy. Nie mieli jednak zamiaru wciskać swoich dwóch groszy, ponieważ całą robotę załatwili Andy z Ravenem. Było to bardziej niż widoczne, iż mężczyzna pomimo tego, że starał się swoją argumentacją wzbudzić strach w nich wszystkich, to zarówno próbował wydobyć od nich oszczędności, które z pewnością poszłyby na dobytek miasteczka. Strażnik był przeraźliwie przewidywalny, a rodzeństwo nie kryli się z tym, że go przejrzali na wylot. Mimowolnie na ich twarz cisnął się figlarny uśmieszek, gdy ten z całych sił próbował ich przegonić, a końcowo został zdeptany przez nich, jak co najmniej mrówka. Momentami chcieli mu się zaśmiać w twarz za te kolejne próby, które miały zerowy wynik. Twarz strażnika była bezcenna, aczkolwiek w końcu wpuścił ich do środka.
   Rodzeństwo trzymało się blisko siebie, gdyż to, co się kryło za murami nie należało do najprzyjemniejszych widoków. Ludzie krzyczeli z bólu, zwijali się na brudnej ziemi i krzyczeli, i płakali, i konali. Błagali o pomoc, wyciągali ku nim swoje przeraźliwe ręce. Nie potrafili odwrócić od nich wzroku. Widok był wstrząsający. Nie tak sobie wyobrażali stan Wensley.
   Po chwili usłyszeli czyiś krzyk, że gigantyczne owady zbliżają się do nich z prędkością światła. Ich użądlenie kończyło się śmiercią. Rodzeństwo chwyciło się za ręce i wypowiedzieli formułkę w nieznanym języku; z ich ciał wytworzył się Księżycowy blask, który miał za zadanie oślepić ich wrogów. Nagle wokół nich wytworzyła się bariera, która była sprawką Aviraah. Spojrzeli na elfkę i kiwnęli w jej stronę porozumiewawczo, nawet gdy ta ich nie widziała.
   Zbliżyli się do siebie, wyczekując na atak ze strony mutantów, po czym jednocześnie powiedzieli:
   - Uważajcie na siebie.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (24-07-2019 o 20h34)


https://i.imgur.com/9WX7JUV.gif

Offline

#24 09-09-2019 o 22h34

Straż Cienia
Czekola
Szeregowiec
Czekola
...
Wiadomości: 137

+++++++++++++++++++++++++https://i.imgur.com/IyjppLE.png
           Owadów okazało się być więcej, niż Neirel się spodziewał. Tak jak wcześniej wspominał jeden ze strażników, część z nich była wielkości ludzkiej głowy.  Początkowo nie było tak źle z pozbywaniem się insektów. Z czasem jednak ich grupa została zepchnięta w dalszą część uliczki. Ta walka zaczynała się dłużyć, co nie wróżyło zbyt dobrze. 
- Fenedhis!¹ – warknął pod nosem czarnowłosy, ucinając głowę kolejnego owada. Fakt, że jednocześnie podczas walki, w ramionach trzymał Aviraah, sprawił, że efektywność jego ataków była mniejsza niż zazwyczaj.  Momentalnie stwierdził, że ucieczka to będzie ich jedyna szansa na przeżycie. Już się odwrócił, kiedy to usłyszał w uliczce, tuż przy nich, gorączkowe nawoływanie.
- Chodźcie tutaj! Nie macie z nimi szans! – Nie zastanawiając się długo, pobiegł w tamtym kierunku, nie zwracając uwagi czy reszta grupy za nim podąży. Na ten moment bezpieczeństwo Aviraah było dla niego najważniejsze.
           Zakapturzona postać, biegnąc przez mroczne uliczki doprowadziła ich do pewnych drzwi. Zapukała szybko, na co w odpowiedzi ktoś otworzył w drzwiach małe okienko, z którego było widać tylko oczy znajdującej się za wejściem osoby.
- Przepustka? - Zakapturzona postać, pośpiesznie pokazała kwadratową, srebrną kartę.  Na jej widok, osoba po drugiej stronie otworzyła drzwi. Ich oczom pokazał się wysoki i dobrze zbudowany mężczyzna, bez włosów na głowie, za to z kilkoma wybitymi zębami. Miał ostro zakończone uszy, ale czarnowłosy był pewien, że nie mógł być on elfem.  Elfy z natury były piękne i wyglądały młodo, a ten mężczyzna… Cóż, dla Neirela wyglądał on na wyrwanego z książki zbira.  Przeniósł on wzrok z zakapturzonej postaci, na ich grupę.
- A oni? - spytał, groźnie spoglądając na każdego z jego towarzyszy.
- Są ze mną. – odparła mu na to zakapturzona postać.
- Bez karty, mogą tu być jedynie do drugiej gwiazdy. Znasz reguły. –odparł bezwłosy mężczyzna, przepuszczając ich grupę w drzwiach.
- Tak, tak. Pamiętam – Usłyszeli tylko w odpowiedzi. Zeszli długim, ciemnym korytarzem w dół, aby za kolejnymi drzwiami znaleźć coś czego żadne się nie spodziewało wchodząc do tego miasta. Chaos, śmiech i gwar. Całe to miejsce było wypełnione ludźmi. Ktoś stał przy tablicy z ogłoszeniami, inni pili alkohol przy stołach czy grali w karty. Część także błąkała się wokół straganów rozstawionych wzdłuż długiej ścieżki. Nerielowi było trudno uwierzyć, że znajdują się pod ziemią. Z zamyślenia wyrwał go głos blondynki.
- Nerieeell. Może byś mnie wreszcie puścił? – usłyszał, uświadamiając sobie, że Elfka wciąż znajdowała się na jego rękach. 
- Och. Zapomniałem o tobie, Lethallan². – mówiąc to, czarnowłosy opuścił czerwonooką na ziemię, tak że była w stanie stanąć na własnych nogach. Dziewczyna tylko prychnęła słysząc  jego odpowiedź.
Doprawdy wielkie dzięki. – odparła ironicznie, krzyżując ręce na piersi.
- Nie ma za co. – odpowiedział jej czarnowłosy z uśmiechem na twarzy, kompletnie ignorując sarkazm w jej głosie.
Po chwili jednak usłyszeli jak ktoś odchrząkuje, a ich wzrok spoczął na zakapturzonej postaci.
- Podejrzewam, że wszyscy jesteście zdziwieni gdzie się znajdujemy, ale może zacznę od początku. - W tym momencie zdjął kaptur, a pod nim pojawiła się twarz młodego mężczyzny. Był to niewysoki chłopak o brązowych, rozczochranych włosach i zielonych oczach.  Ale to co najbardziej zdziwiło Aviraah był fakt, że na jego głowie znajdowała się para puchatych, wilczych uszu. Wilkołak, pomyślała zaskoczona.
- Nazywam się Aiden i jestem poszukiwaczem przygód. Choć w naszych kręgach mówimy na siebie po prostu najemnicy. – odparł. – Chociaż podejrzewam, że dla prawdziwych najemników mogłaby być to prawdziwa obraza. – zaśmiał się, drapiąc się za uchem.
- W każdym razie w tym momencie znajdujecie się w tutejszej Gildii. Z powodu ataku zmutowanych owadów, nasza placówka została przeniesiona do podziemi. Choć jak możecie się spodziewać, nie każdy ma do niej teraz dostęp.- Mówiąc to, zaprowadził ich do jednego ze stołów, po czym usiadł na krześle. - Możecie się teraz dziwić dlaczego was tu przyprowadziłem. – spytał, a uśmiech wciąż nie schodził mu z ust.
- Podsłyszałem, że jesteście podróżnikami którzy mają przepustkę do twierdzy. – powiedział. Machnął w stronę jednej z kelnerek, dając jej znać, że chce coś do picia. Dziewczyna najwidoczniej go kojarzyła, bo uśmiechnęła się tylko w jego kierunku i udała się na zaplecze, do jak mniemał Neriel, kuchni.
Odkąd pojawiły się te zmutowane owady, twierdza  jest bardzo silnie strzeżona. Nie ma szans aby ktoś nieproszony się do niej dostał. -  wyjaśnił, stukając palcami o blat stołu. – Niestety, wyjątkowo zależy mi na dostaniu się do tego miejsca. – odparł. W tym też momencie podeszła do niego kelnerka i podała mu napój. Po zapachu łatwo można było stwierdzić,  że był to jakiegoś rodzaju alkohol. Zielonooki wziął łyka, po czym uśmiechnął się w kierunku ich grupy – Mówiąc prościej. Chciałbym abyście mnie ze sobą zabrali. – powiedział.
Oczywiście nie byłaby to jednostronna korzyść. Znam to miasto jak własną kieszeń i mógłbym was zaprowadzić do twierdzy bezpiecznie. – odparł, biorąc kolejnego łyka ze szklanki. - Dodatkowo moglibyście spokojnie odpocząć w tym miejscu. Wiecie, jak to wcześniej było w karczmach.
- Przecież tamten mężczyzna powiedział, że możemy zostać tylko do drugiej gwiazdy.  Czy to nie oznacza, że nie mamy pozwolenia aby tutaj przebywać? – spytała bez zastanowienia Aviraah. Gdy zorientowała się, że tymi słowami zwróciła na siebie uwagę, szybko schowała się za plecami Neriela.  Widząc jej reakcję, brązowowłosy wilkołak tylko się zaśmiał.
- Ach, tak. Druga gwiazda. -  rzekł zielonooki, kładąc rękę na podbródku w geście zastanowienia.
- Cóż, w normalnym przypadku tak właśnie by było. Jeśli jednak chodzi o mnie, to mam swoje sposoby. – Mówiąc to, chłopak sięgnął pod płaszcz. Po chwili wyciągnął brązowe karty i pomachał nimi przed sobą
Można powiedzieć, że mam ich mały zapas. – uśmiechnął się zadziornie.
- Tak czy owak, - Tu schował karty z powrotem -  Nie macie dużo czasu na rozmyślanie , więc raczej poleciłbym się wam pośpieszyć. – odparł, opróżniając szklankę z alkoholem do końca.
- Jak chcecie to możecie się także do tego czasu  trochę zabawić.  Śmiało możecie się rozglądać po okolicy. – powiedział, przy okazji wołając ponownie kelnerkę.
- Postarajcie się tylko nie podpaść krasnoludom. Można powiedzieć, że są tu swego rodzaju elitą. – odparł ostrzegawczo. - Cóż, w sumie to oni przyczynili się do powstania tego miejsca najbardziej ze wszystkich. – stwierdził, stukając opuszkami placów w pustą szklankę.
- W każdym razie miłej zabawy. Ja w tym czasie poczekam sobie tutaj na waszą odpowiedź. – pomachał im na pożegnanie, chociaż sam nie podniósł się nawet z krzesła.
           Neriel był całkiem zbity z tropu, zachowaniem brązowowłosego wilkołaka. To było dosyć oczywiste, że jego intencje nie były dobre. Pomimo uśmiechu, dało się wyczuć, że chłopak nie był prostą osobą. Mimo to jego propozycja nie wydawała się zła. Ich grupa miała raczej mało do stracenia.
- Nie sądzę, żeby był to zły interes. Nieważne jakie ta osoba ma intencje, ostatecznie i tak jesteśmy tu tylko po to aby wypełnić nasze zadanie. – odparł chłodno, dając swoje zdanie na ten temat reszcie ich grupy. – W każdym razie decyzję zostawiam wam. – stwierdził ostatecznie.
- Garas³ Aviraah. Zajrzymy do straganów, póki mamy szansę. Muszę znaleźć sobie jakiś lepszy miecz. – powiedział czarnowłosy, ciągnąc blondynkę w kierunku targu.
- A co z pieniędzmi? Nie możemy przecież wydać tych co dostaliśmy od szamanów. – odparła dziewczyna, będąc  odrobinę zmieszaną .
- Doskonale o tym wiem. – odparł, nie patrząc nawet w jej stronę. - Na szczęście zostały mi jeszcze jakieś monety za skór z poprzednich polowań. – wyjaśnił jej prędko.

Tłumaczenie:
¹ Fenedhis - przekleństwo, nie ma polskiego odpowiednika tego słowa.
² Lethallan - Nieformalne odniesienie do osoby z którą jest się w bliskiej znajomości; przyjaciółko
³ Garas - Chodź


https://i.imgur.com/X7HHytR.png

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1