Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3

#26 20-06-2019 o 12h56

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

-----------------------------------https://fontmeme.com/permalink/190614/5be26e54fd1514f40e7b381bedb2b9bd.png
     Spodziewała się, że jej słowa mogą nie spodobać się osobom na scenie, jednak to jeden z chłopaków w grupie nowoprzybyłych od razu jej odpowiedział. Jak widać nie odebrał jej słów tak, jakby sobie tego życzyła.
      – Chyba mnie nie zrozumiałeś – stwierdziła spokojnie. – Chameleony to jeden z najwspanialszych gatunków smoków, który traktuje człowieka jak równego sobie, co jest naiwne z ich strony, ale naprawdę cudowne.
     Spojrzała z miłością na pół przejrzyste stworzenie, które wylądowało nieopodal. Jej twarz jednak posmutniała, kiedy zobaczyła jak został wychowany. Choć miała wrażenie, że chłopak naprawdę traktował smoka z szacunkiem, jego właściciel pod słowami „przyjaciel” wydawał jej się kryć groźbę i niemy rozkaz. Wzdrygnęła się na tę myśl. Uważała, że sama jest w połowie smokiem, więc nienawidziła, kiedy człowiek myślał, że może im rozkazywać. Wolałaby nawet zostać przez niego zjedzona, na złość Darfurowi. Jednak zamiast tego robiła krok w kierunku jaszczura, wymijając Quentina, który stanął jej na drodze. Później jeszcze dwa. Stała już bardzo blisko i wpatrywała się w oczy bestii, a ona w jej. I mogłaby przysiąc, że oboje zrozumieli swoją należność do jednego gatunku. Mimo to, Harry była obcym na jego terenie, uznawanie się za smoka w jej przypadku nawet bardziej zaogniało ten spór. Nostradamus wydawał się niesłychanie terytorialny, co nie pasowało do pragnącego wolności gatunku. Musiała jednak uszanować jego zdanie.
     Quentin wydawał się stawać po jej stronie, tak jak powinien. Jednak nie była pewna, do kogo skierował swoje uspokojenie. Wiedziała, że chłopak nie lubi walk, więc sam nie będzie dolewał oliwy do ognia. Ale Harry, Harry uwielbiała patrzeć jak wszystko płonie.
      – Nie mam go za co przepraszać – zwróciła się ni to do smoka, ni do chłopaka, z którym rozmawiała, a zarazem do obu. – Z kolei osoby, która wpoiła mu odmienne z naturą nastawienie, przepraszać nie chcę.
    Syczący bez powodu Chameleon. To było dla niej nowe. Syk ojca, który ją wychował słyszała tylko kilka razy przez całe życie. Raz, kiedy napotkała w lesie niedźwiedzicę i zbyt nierozważnie postanowiła pobawić się w berka z jej młodymi, musiał ją przed nią ratować. Wtedy pierwszy raz widziała zdenerwowanego Chameleona. Zrobił to tylko w jej obronie, później też tylko w dobrze uzasadnionych przypadkach.
     Nie odrywała wzroku od smoka, jakby rzucała mu ciche wyzwanie. Tak jak uczył ją ten prawdziwy ojciec, smoczy. Nie pokazywała dominacji, raczej jednocześnie demonstrowała siłę i przyjazne nastawienie. Jakby mówiła „mogłabym walczyć, może nawet wygrać, ale chcę nie chcę.” Jaszczur jednak nadal przyjmował waleczną postawę. On był przygotowany do walki w każdej chwili. Niespokojnie świdrował ją wzrokiem jakby spodziewał się, że ma zamiar zaatakować. Chciała zawrzeć z nim porozumienie, jednak smok nie miał już własnej woli i dumy, która by na to pozwoliła. Jakby wpojono mu, że jest narzędziem do walki i nie ma prawa do innych decyzji.
      – Co wyście mu zrobili? – spytała z żalem, cofając się od smoka, uznając jego wyższość, by mógł się uspokoić. – Jak bardzo musieliście go złamać, żeby taki się stał?
     Harriet znów stanęła obok Quentina i mocno złapała jego dłoń. Czuła jak gotuje się w niej nienawiść i potrzebowała ostoi, która przywoła ją na ziemię. Osoby przypominającej, że nie jest sama. Zacisnęła szczękę. Miała ochotę krzyczeć.
      – Czy on jeszcze ma duszę? – wyszeptała.
      Możliwe. Wdziała delikatność z jaką obszedł się z wysokim chłopakiem. Jednak zakuli go w mentalne kajdany. Harry czuła się jakby była w nich zaplątana razem z nim.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#27 21-06-2019 o 22h58

Straż Absyntu
Rissie
Pokonała Carcolha
Rissie
...
Wiadomości: 8 976

https://i.ibb.co/51G74DC/d.png

    Jestem świadoma, że tylko obecność Vincenta powstrzymuje mnie od próby ucieczki z tego miejsca i wydarcia się na tę grupę jednocześnie. Mam ochotę zwinąć się w mały kłębek przy boku Nostradamusa, a jednak czuję też chęć do wystąpienia i kazania zamknąć się im wszystkim. Czy część z nich wychowała się w lesie i nie wie nic o dobrym wychowaniu i niepisanej zasadzie dotyczącej zadawania pytań? Teraz już wiem, jak Darfur mógł czuć się, kiedy niańczył mnie i dzieci wujka Clarksona. Kiedy byłam dzieckiem, tata uważał mnie za prawdziwy wulkan energii... aż do czasu, gdy na jednym z garden party spotkaliśmy rodzinę Vincenta.
    Spoglądam niepewnie na mężczyznę, prostując się dla niepoznaki. Trzy osoby z jedenastu przed nami zadały pytania, i zastanawiam się, czy tata nie nagrywa tego z boku, ciesząc się jak głupi na moją reakcję. O ile dostęp do pomieszczeń i wskaźnik śmiertelności jestem w stanie zrozumieć - na litość boską, nawet instrukcję obsługi smoków - to drobne szmery, przekleństwa, i Lawrence Rainier III Hawthorne wie co jeszcze, najzwyczajniej w świecie wytrącają mnie z równowagi. Ale przecież wiedziałam, na co się piszę. Ludzie są różni, a ci najwyraźniej nie należą do najkulturalniejszych. Dziękuję w duchu ojcu za obecność He i Naraja, i kilku innych osób, które jednak potrafią się zachować. Zachowując nieprzenikniony wyraz twarzy :out: spoglądam na osobę, która jako pierwsza zadała pytanie. Jest to chłopak o ładnych, przydługich włosach, orlim nosie i intrygującym rysom twarzy. W ułamku sekundy przypominam sobie, co przeczytałam w jego formularzach i o nim samym.
    - Bardzo dobre pytanie, panie Scar - zaczynam, unosząc sztywno kąciki ust. Każdy mięsień mojego ciała jest napięty i czuję, jak zaczynają pocić mi się dłonie. - Mam nadzieję, że nie otrzymam później próśb, by to powtarzać, bo sądzę, że wszyscy powinniście w tym momencie uważać. - Zerkam na chuderlawą dziewczynkę, stojącą z tyłu grupy, i besztam ją wzrokiem. Czuję również, że nie do końca zapanowałam nad niewerbalnym przekazem, i zamiast przekazać jej, że powinna siedzieć cicho, w pewnym sensie spróbowałam ją zamordować. - Wasze karty dostępu, które, tak swoją drogą, czekają w waszych pokojach, pozwolą wam na wejście do określonej części pomieszczeń. Przy czym przy wejściu do określonych stref należy też zeskanować odcisk linii papilarnych palca, który odebrał od was nasz ambasador. Jeżeli wasza karta nie działa, po prostu nie możecie tam wejść. - Usiłuję nie wzruszyć ramionami, czując ulgę, że coś, chociaż coś, mam już za sobą. - W kwestii niesubordynacji...
    Nie jestem w stanie dokończyć, bowiem w tłumie wywiązuje się dość głośna wymiana zdań. Jedną ze stron jest ta dziewczyna, która ledwie chwilę temu nieprzychylnie skomentowała osobę Nostradamusa. Wtedy udało mi się powstrzymać nieprzyjazne fuknięcie i nerwy na wodzy, jednak teraz czuję, że nie powinnam tak tego zostawić. Jeśli pozwolę którejkolwiek z tych osób na poluzowanie naszych zasad, niekulturalne zachowanie albo Lawrence wie co, zaczną panoszyć się jak małe, nieznośne smoki.
    Vincent widocznie również nie jest zadowolony z zachowania tej dziewczyny. Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia, a mężczyzna pokazuje mi cztery palce. Natychmiast odnajduję się w kodzie, którego od dawna używają z ojcem. Każdy uczeń dostał swój numer, po którym możemy go rozpoznać - jako że Projekt jest w początkowym stanie, te liczby nie są aż tak wielkie. A numerem cztery jest Harriet Findlay.
    Dziewczyna zbliża się do Nostradamusa, a ja zastygam w bezruchu. Nie tylko z niepokoju, co się może wydarzyć. Nie chodzi też o to, że obserwuje nas około pięćdziesięciu naukowców i stu żołnierzy z naładowaną bronią. W tej chwili dbam tylko o mojego smoczego przyjaciela.
    - Panienko Findlay, proszę się od niego cofnąć - nakazuję, robiąc krok w stronę jej i Nostradamusa. Nie chcę zbliżać się za szybko i blisko, by go nie wystraszyć. Wyciągam przed siebie rękę, a bransoletka pulsacyjna zaczyna świecić się na niebiesko. Mój tata od dziecka jest fanem filmów z superbohaterami i gdy udało mu się stworzyć tę broń, od razu mi ją podarował. Nazywa się Żądło i jest wzorowane na broni Czarnej Wdowy z jednej z pierwszych faz MCU.
    Spoglądam na Nostradamusa, całego najeżonego i ledwo powstrzymującego się od syczenia. Jest najodważniejszym i jednocześnie najsilniejszym pod względem charakteru Chameleonem, jakiego dane mi było kiedykolwiek poznać. I jest również drugim smokiem, którego udało mi się pokochać. Celuję Żądłem w dziewczynę, gotową ją sparaliżować. Straciłam już jednego smoka - nie pozwolę nikomu na odebranie mi drugiego.
    Słyszę ciche szmery, gdy ukryci żołnierze odbezpieczają swoje bronie, gotowi na znak mój albo Vincenta strzelać do Findlay jak do kaczki. Czuję, jak serce zaczyna mi szybciej bić, kiedy ta zaczyna mówić. W pierwszej chwili mam wrażenie, że przed przybyciem do ICARUSA po prostu się czegoś nawdychała - jej mowa ciała, ton głosu, i sens wypowiedzi - jednak po chwili reflektuję się, napominając się przy okazji, że każdy człowiek jest inny. Może po prostu nikt nie nauczył jej taktu i manier.
    Zaciskam zęby, kiedy dziewczyna sugeruje coś o wychowaniu Nostradamusa. Wciąż mam wyciągnięte Żądło, jednak ona wydaje się całkowicie pochłonięta smokiem. Absurdalny brak umiejętności dyplomatycznych. Cieszę się, że Findlay nie została przydzielona do mojej grupy, a jednak gdzieś z tyłu głowy pojawia mi się pewna myśl - nie powinniśmy jej tu w ogóle przyjmować. Jej osoba wprowadzi tylko chaos, skoro w ciągu pierwszej godziny robi takie coś. Mam nadzieję, że Vincent dokładnie się jej przygląda i analizuje dokładnie całą jej osobę. Wiem, że jest w tym niesamowity i nie jeden raz jego trzeźwość umysłu i styl planowania uratował życie wielu osobom.
    - Proszę wrócić do grupy - cedzę przez zęby.
    Jestem gotowa strzelić w nią wiązką i ją sparaliżować, choć czuję, że mogłabym trafić w smoka. Nie wiem, jak zwinna jest ta dziewczyna, ani czy w moim stanie nie spudłuję, więc spada mi kamień z serca, gdy Findlay decyduje się na powrót do reszty osób. Unoszę brwi, kiedy chwyta młodego Hawthorne'a za rękę. Na Lawrence'a, biedny chłopak... Też wybrał sobie dziewczynę.
    Opuszczam dłoń, zwalniając przycisk i wyciszając wiązkę paraliżującą. Naprawdę mam ochotę jej użyć i jestem pewna, że Darfur by mi na to pozwolił, ale wiem, że to nie spotkałoby się z ciepłym przyjęciem od strony innych osób. Zerkam dyskretnie na otoczenie - ukryci żołnierze wciąż trzymają broń w gotowości. Choć ja nie jestem już dłużej uzbrojona, to wiem, że gdyby coś się wydarzyło, delikwent - lub delikwentka - nie pożyje długo.
    - Każdy smok ma inny charakter - mówię spokojnie, chociaż ciężko utrzymać mi i głos, i nerwy na wodzy. - Nawet w bardzo spokojnej rasie zdarzają się wyjątki... Ale nie powiedziałabym, że Nostradamus nie ma duszy. Albo że ktoś mu coś zrobił. - Wyciągam rękę, choć inaczej, niż chwilę temu. Unoszę ją tak, by podlatujący smok mógł musnąć ją lekko pyskiem. I dokładnie to robi to mój przyjaciel, kiedy wraca z miejsca przy Donnanie, tuż za moje plecy. Czuję jego ciepło na skórze. - Poza tym panno Findley, ty chyba coś wiesz o wyjątkach od reguły. Poza tym proszę o przestrzeganie naszego regulaminu wewnętrznego, który podpisała pani przy otrzymywaniu listu z zaproszeniem. Następnym razem za taki akt niesubordynacji wyciągniemy odpowiednie konsekwencje - dodaję na koniec, pokonując szybko ostatnie schodki. Vincent porusza się za mną jak cień, z dłońmi splecionymi za plecami. Zupełnie tak, jakby nie obawiał się o niczyje życie. - A jeśli o chodzi o niesubordynację... Pozwólcie, że będę kontynuowała w trakcie zwiedzania. Nie możemy tracić cennego czasu, jestem pewna, że podróż was wyczerpała i czym prędzej chcecie znaleźć się w waszych pokojach. Ach, zapomniałabym - sprawdźcie, proszę, na swoich padach, do którego pokoju zostaliście przydzieleni i z kim go dzielicie. Póki tu jesteśmy, sądzę, że możemy coś jeszcze pozmieniać. - Kieruję się w stronę zachodniego skrzydła, w którym znajduje się stołówka. - W kwestii niesubordynacji - oczywiście zdajemy sobie sprawę z waszego, właściwie to naszego wieku, także zasady są naprawdę... elastyczne, jeśli chodzi o pewne sfery. - Zerkam przelotnie na Harriet Findlay. - Po ciszy nocnej nie ma możliwości wychodzenia z pokoi, to fakt, jednak nie poniesiecie żadnych konsekwencji, jeżeli nie będziecie znajdować się akurat w, hm, swoim pokoju. - Przechodzimy koło wielkiego, szklanego okna, za którym rozpościera się widok na górskie szczyty. Na czubku jednego z nich siedzi wielka Hydra, Marauous. Prywatny smok mojego ojca. Dwie z pięciu jego głów zdają się nas śledzić, choć odległość dzieląca go od budynku jest naprawdę kolosalna. - Dopiero po piątym spóźnieniu na zajęcia odpowiedni ludzie zaczną przyglądać się waszemu zachowaniu. Nie chodzi o śledzenie was przez całą dobę, a jedynie o czas wolny. Jedyne naprawdę restrykcyjne zasady dotyczą smoków. Próba włamania do ich skrzydła skutkuje objęciem dwudziestoczterogodzinną obstawą, składającą się z czterech żołnierzy. Właściwie to jak próba włamania do którejkolwiek strefy, do której nie macie dostępu. - Uśmiecham się lekko, udając, że czuję się, jakbym mówiła o szczeniaczkach: - W tej kwestii nie ma możliwości pomyłek. System alarmowy włącza się w chwili, gdy delikwent próbuje majstrować przy drzwiach.
    Przechodzimy przez stołówkę, konkretniej przez część, w której akurat trwa pora lunchu dorosłych jeźdźców. Wszyscy są ubrani na czarno i siedzą przy jednym, długim stole, śmiejąc się i jedząc. Jest ich trzydziestu, idealnie wyszkolonych i zdrowych. Jednak z jakiegoś powodu Unia uznała, że nie są wystarczającą siłą i ich armia potrzebuje świeżej krwi. Patrząc na tę grupę, zaczynam wątpić w słuszność unijnej rady.
    - Jeżeli jeszcze coś pozostaje niejasne, proszę pytać. - Ponownie się uśmiecham. Czuję, że Vincent jest ze mnie dumny i zadowolony. Oby powiedział tacie o tym, że byłam dziś profesjonalna. Na tyle, na ile mogłam. - W kwestii zgonów... To kwestia nauki. Nie puścimy nowicjuszy na lot po paśmie górskim, bo po prostu nie jest to poziom tej osoby. Wszystko stopniujemy tak, by nie skończyło się to śmiercią ani jeźdźcy, ani smoka. Póki co zanotowaliśmy jedynie jeden przypadek złamania obu nóg, kiedy doświadczonemu jeźdźcy nie udało się wykonać beczki, i inne, drobne urazy. Zero ofiar śmiertelnych. - Świdruję wzrokiem Findlay i młodego Hawthorne'a. - I oby tak pozostało.
    Przechodzimy dalej, pokazuję im kilka innych pomieszczeń. W miarę, jak zbliżamy się do zachodniego skrzydła, czuję, jak jeszcze silniejsza adrenalina zaczyna buzować mi w żyłach. Zaciskam dłonie, by nie pokazać nikomu, jak drżą.
    Kiedy podchodzimy do drzwi, zbliżam swoją kartę do płyty. Rozlega się charakterystyczny dźwięk, a ekran zabarwia się na zielono. Szklane wrota otwierają się przed nami, jedne po drugich. Ostatnią z nich jest kuloodporne weneckie lustro, które odsłania przed nami gigantyczną, zieloną szklarnię. Przed wysuniętym kilkanaście metrów wgłąb balkonikiem przelatuje wielki, granatowy smok. Robi to jednak tak szybko, że ledwo go rejestruję.
    - Witamy w zachodnim skrzydle, Domu Smoków.


    Wychodzę pierwsza na balkon i kładę ręce na balustradzie. Jak na zawołanie przylatuje kilka Midge'ów i siada niedaleko. Przyglądam się im, z trudem powstrzymując uśmiech. Nie powinnam pozwalać sobie na tak jawne przedstawianie, jakie mam podejście do tych stworzeń. Ktoś mógłby kiedyś wykorzystać to przeciwko mnie, a chcę tego uniknąć. Przyglądam się ścianom i komórkom, przypominającym sześciany w ulach. Każda z nich to oddzielny właz, którym treserzy wylatują na szkolenia smoków.
    Pozwalam sobie na dwa głębsze wdechy, po czym odwracam się z powrotem do grupy.
    - Panienka Сергеев  pytała wcześniej o instrukcję smoków - zaczynam, szukając wzrokiem Rosjanki. Spoglądam na nią przyjaźnie i pozwalam sobie na uniesienie kącików ust. - Osobiście uważam, że nikt nie potrzebuje czegoś takiego. Jednak... zaraz się przekonamy, czy zostaliście stworzeni do latania na smokach.
    Klaszczę, i jak na zawołanie z najwyższych drzew zeskakują dwa Leviathorgi. Lądują lekko przy zejściach od schodów, wielkie i majestatyczne.
    - Na dobry początek naszej współpracy pragniemy zaprosić was na loty próbne po skrzydle, żebyście mogli zapoznać się z tymi dwoma Leviathorgami. To bardzo spokojne stworzenia i nie zrobią nikomu krzywdy. - Spoglądam po nich, z nadzieją wyczekując radości albo ekscytacji na ich twarzach. - Kto chce pierwszy?

PS. Bliźniaki Glenn też tam były, ale że bały się smoków i dostały ataku paniki, to wzięli je do skrzydła szpitalnego.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (16-08-2019 o 21h32)


                                                                                                                             "I only act like I know everything."                       -Natasha Romanov
http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo3-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-pn3bxpmqlt1xpjiuvo9-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo10-40.png http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo9-400.png

Offline

#28 22-06-2019 o 15h16

Straż Obsydianu
Eadlyn03
Nowo przybyła
Eadlyn03
...
Wiadomości: 7

https://fontmeme.com/temporary/df34c26addcd17320b3e53b90e95fbcc.png


        Bella z rozbawieniem obserwowała scenę, rozgrywającą się tuż przed nią. Była zaskoczona, że zaledwie chwilę po przybyciu znalazło się już tyle osób, które mają ochotę wywołać awanturę. Z początku chodziło tylko o bardziej lub mniej złośliwe komentarze, jednak z każdą kolejną sekundą, atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Uwagę dziewczyny przykuła szatynka, która najpierw jedynie słownie krytykowała pokaz, który został dla nich urządzony. Widocznie miała ona dość obszerną wiedzę o smokach, co tym bardziej zaintrygowało Bellę, lecz zupełnie nie spodziewała się reakcji smoka, który okazał się być bardziej agresywny, niż mogłoby się pierwotnie wydawać. Chameleony uchodziły raczej za smoki łagodne, więc pewne zdziwienie było widoczne na twarzach praktycznie wszystkich zgromadzonych.
        Swoje trzy grosze postanowił dorzucić jeszcze chłopak, który swoimi słowami tylko dolał oliwy do ognia. Przedstawienie, które odgrywało się na oczach wszystkich, bardzo przypadło Belli do gustu, a jeszcze ciekawsze było dla niej obserwowanie reakcji Junony, która zdawała się być co najmniej zdezorientowana i zdenerwowana samowolką, która miała miejsce wśród nowo przybyłych. Dziewczyna nie wiedziała czy powinna współczuć „głównodowodzącej”, czy też dołączyć się do konforontacji z udziałem smoka. Ostatecznie postanowiła w milczeniu przyglądać się scenie. W końcu jej celem nie było narobienie sobie wrogów na samym starcie, choć podświadomie od początku stała po stronie pewnej siebie szatynki. Podobało jej się, że ta, mimo eskalującego konfliktu i niezadowolenia Junony i Darfura w dalszym ciągu uparcie trzyma się swojej opinii, która przynajmniej według Belli, była poparta faktami.
     - Wyluzujcie trochę, na akty niesubordynacji będzie jeszcze czas – powiedziała z nieco ironicznym uśmiechem na twarzy, lecz jednocześnie na tyle cicho, że prawdopodobnie główni zainteresowani nie mieli szansy tego usłyszeć.
        Po chwili sytuacja uspokoiła się z grubsza, a smok wrócił na swoje miejsce. Junona opuściła broń, z której mierzyła do dziewczyny i odpowiedziała na resztę pytań zadanych przez jej towarzyszy. Najbardziej zaskoczyło ją, że z tego co mówiła Veyron, zasady nie były wcale tak sztywne, jak można by się tego spodziewać. Z jednej strony odcięcie im dostępu do niektórych pomieszczeń było całkowicie oczywiste i sensowne, ale z drugiej stanowiło dla Belli problem już na starcie, bo z całą pewnością nie ułatwi jej to dostępu do informacji, które chciałaby zdobyć. Przez myśl dziewczynie przeszło, że może logiczniej będzie po prostu zdobyć zaufanie szefów projektu na tyle, by sami wyjawili jej to, co chciała wiedzieć.
        Cała grupa ruszyła na zwiedzanie terenu projektu, a Bella z niemałym zainteresowaniem przyglądała się każdemu pomieszczeniu, przez które przechodzili, starając się jednocześnie zapamiętać jak najwięcej szczegółów, a co ważniejszcze, poznać plan budynku. Wizja zgubienia się w nim była dla dziewczyny nieszczególnie kusząca. Na stołówce obiad jadła akurat pewna spora grupa, ewidentnie starszych jeźdźców. Wszyscy byli ubrani jednakowo i wydawali się naprawdę zadowoleni. Rozmawiali, żartowali i śmiali się. W oczach Clarke byli naprawdę zgraną ekipą, chociaż dokładniejsza tego ocena była niemożliwa, po zeledwie kilkudziesięciu sekundch obserwacji. Zastanawiało ją, czy ich dwunastka też będzie kiedyś tak wyglądać, bo póki co, byli zupełnym przeciwieństwem wyszkolonych jeźdźców. Bella nie wiedziała, ile tamtym zajął cały proces, ale czuła, że przed nimi jest jeszcze naprawdę długa droga, którą muszą w jakiś sposób przebyć, bo o rezygnacji na tym etapie nie było już mowy.
        Junona powróciła do pytania o ofiary śmiertelne Projektu, a Clarke już oczami wyobraźni widziała te wszystkie scenariusze, które mogą mieć miejsce, jeśli powtórzy się sytuacja sprzed kilkunastu minut albo chociaż podobna do niej. Veyron zaprzeczyła by ktokolwiek już zginął – tym lepiej, ktoś z ich grupy może mieć okazję być pierwszym takim przypadkiem. Wszyscy zatrzymali się przed ogromnymi drzwiami, którym Bella przyglądała się z podziwem i zaciekawieniem. Widocznie dotarli do jakiejś ważniejszej części. Za pomocą karty dostępu drzwi otwarły się jedne po drugich, a grupa przyszłych jeźdźców weszła do środka. Clarke rozejrzała się z zachwytem dookoła. Pomieszczenie wywarło na niej ogromne wrażenie, jednak gdy dostrzegła przelatującego smoka jej oczy zaświeciły się. Wyszła na balkon zaraz za Junoną przyglądając się coraz to kolwjnym smokom, które do tej pory miała okazję widzieć tylko w książkach. Poczuła buzującą w niej adrenalinę i  zdenerwowanie, jednak nie bała się. Przecież czekała na ten moment tak długo. Oparła się o balustradę przyglądając się maleńkim smoczkom, które podlatywały do nich. Wyciągnęła do jednego z nich rękę, a ten zbliżył się, lecz po chwili z powrotem nabrał dystansu.
        Na słowa Juno o lotach próbnych Bella natychmiast wróciła do rzeczywistości. Spojrzała po twarzach towarzyszy, a następnie na pannę Veyron. W tym momencie podekscytowanie faktycznie przerodziło się w pewien strach, ale postanowiła, że zrobi to. Poleci. Wzięła głęboki wdech, potem wydech i jeszcze raz, wdech, wydech. Gdy uspokoiła się, zrobiła  kilka kroków w kierunku smoka znajdującego się po jej lewej stronie. Wyglądał bardzo majestatycznie i pięknie.
     - Mogę być pierwsza – powiedziała spokojnym, pewnym głosem, chociaż wewnętrznie była kłębkiem nerwów. Wyciągnęła prawą dłoń prze siebie i przysunęła ją do pyska smoka, nie dotykając go jednak. Pozwoliła, by smok sam zbliżył się do niej i musnął jej rękę. Poczuła pod palcami jego łuski, po czym zbliżyła się jeszcze bardziej.
     - Spokojnie... - Nie do końca wiedziała, czy mówi to do smoka, czy też do siebie. Pogłaskała go, dalej trzęsącą się ręką, a gdy choć trochę przywykła do towarzystwa tego stworzenia, a zaraz potem z pomocą instruktora, weszła na jego grzbiet, siadając niczym na koniu. Nabrała powietrza do płuc, a po chwili smok znajdował się już w górze. Bella pochyliła się na nim nieco, tak, że znajdowała się w pozycji półleżącej, mocno chwytając rękami smoka i zaciskając trzęsące się palce. Miała nadzieję, że nie przeszkadza to Leviathorgowi. Clarke leciała z początku dość powoli, spoglądając na ziemię, gdzie znajdował się mężczyzna, który prowadził smoka, wyznaczał tempo i kierunek lotu. Dziewczyna czuła wiatr we włosach, buzująca w jej ciele adrenalinę i... wolność. Uczucie wolności, towarzyszące lataniu na smoku było czymś niesamowitym. Instruktor poluzował nieco wodzę, na której prowadził stworzenie dając nieco przestrzeni, której z początku dziewczyna nawet nie zauważyła. Zdążyła nieco ochłonąć, lecz gdy zobaczyła, że leci bez bezpośredniej kontroli mężczyzny od razu spięła się i przylgnęła bardziej do smoka. Instruktor z powortem naciągnął wodzę, po czym przeprowadził Bellę na smoku między drzewami. Skylar starała się choć w niewielkim stopniu kontrolować kierunek lotu, jednak zdawało jej się, że i tak nie ma wpływu na smoka. Gdy dziewczyna na smoku szczęśliwie wylądowała na schodach, w miejscu, z którego zaczęła, była w siódmym niebie. Nie sądziła, że wszystko przebiegnie bez większych problemów. Instruktor pomógł jej zejść z Leviathorga, lecz ona czuła niedosyt. Lot na tym stworzeniu był tak niesamowity! Na pożegnanie pogłaskała smoka i przytuliła go.
     - Dzięki – rzekła z uśmiechem, lecz trochę łamiącym się z emocji głosem, do smoka jak i instruktora, po czym wróciła do grupy.
     – Jak było? - zapytała Junony, jednocześnie obserwując jak kolejne osoby idą, by zmierzyć się z lotem próbnym.

Ostatnio zmieniony przez Eadlyn03 (23-06-2019 o 12h19)

Offline

#29 24-06-2019 o 19h23

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_
______________________________
https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/588655616109576203/unknown.png

     Naraj wiedział, że ta potyczka słowna, choć krótka, nie była mu wcale potrzebna. Zastanawiał się, czy Junona i Vincent patrzą na niego inaczej ze względu na to, że zdążyli go poznać, choć wcześniej nigdy nie posądziłby ani kobiety, ani mężczyzny o traktowanie kogoś lepiej czy gorzej. Niesprawiedliwość mu do nich nie pasowała, jednak miał z nimi do czynienia dopiero od połowy miesiąca- gdzieś z tyłu głowy cichy głos podpowiadał, że może nie powinien był oceniać ich tak szybko. Dlatego też, na następne słowa ciemnowłosej dziewczyny odpowiedział jedynie spojrzeniem i tego już nie żałował- wiedział, że powinien częściej gryźć się w język. A jeśli chciała porozmawiać, mogli to zrobić bez zbędnych świadków. Bez Junony. Naraj był zdania, że zarówno ona jak i inni nie powinni patrzeć, jak jego rozmowa z kimkolwiek zaczyna podchodzić pod kłótnię.
     Śmiała dziewczyna momentalnie zmieniła swój ton głosu- w oczach Naraja nie brzmiała już tak przemądrzale, a wręcz spokojnie. To go dezorientowało. Starał się nie zwracać uwagi na chłopaka stojącego obok niej. Blondyn coś mówił, ale nie na tyle głośno, aby Donnan mógł go usłyszeć. Uznał więc, że nieznajomy nie mówił do niego. Wyglądali, jakby tkwili razem w zażyłej relacji.
     Zatrzymał wzrok na przednich łapach smoka i zamyślił się nad jej słowami.
     Nie po to ciężko pracowałem przez te wszystkie lata, żeby po oficjalnym rozpoczęciu projektu kłócić się z kimś, kto sugeruje, że specjaliści nie są specjalistami. Veyronowie i Dafur nimi są i wiedzą, co robią. Jak ona w ogóle śmie pytać, czy Nostradamus ma jeszcze duszę, zupełnie jakby poddali go nie wiadomo jakim torturom?
     W tamtej chwili, kierowany utajoną złością, miał nadzieję, że trafili chociaż do innych grup.
     Z zamyślenia wyrwał go poważny głos panny Veyron. Junona, zmuszona do wyciągnięcia broni nie należała do widoków, które Naraj chciał oglądać. Nie sądził, że kobieta potrafi być aż taka stanowcza. Stał i patrzył spokojnie na broń, jakby widok Żądła go hipnotyzował. Nie spuszczał z niego wzroku aż do momentu, w którym nie zostało schowane. Wolno podniósł wzrok na jego właścicielkę, wyostrzając słuch. Spojrzenie miał beznamiętne, ale wcale nie dyskretne. Nie jedyne, które w tamtej chwili było w nią wbite.

     Poczuł się rozluźniony, kiedy trafili do znanego mu miejsca. Zachodnie skrzydło było jego ulubionym miejscem- przebywał tam, kiedy tylko mu pozwalano, choć zawsze z czyimś nadzorem. To właśnie tam zobaczył większość gatunków smoków po raz pierwszy na żywo. Błądził wzrokiem od smoka do smoka, ale nie rozglądał się tak ostrożnie, jak podczas obserwacji ludzi, z którymi miało przyjść mu współpracować. Różnobarwne i różnokształtne skrzydła naprzemiennie przysłaniały i odsłaniały światła, a cienie przesuwały się z niestabilną prędkością.
     Nie wychylił się z szeregu, podczas gdy Junona zaproponowała grupie pierwszy lot i pozostawiła wybór co do kolejności, w której mieli go wykonywać. Choć inni nie wiedzieli jeszcze, że nie był w Domu Smoków po raz pierwszy, Naraj poczuł, że chce odstąpić innym miejsca co do pierwszego lotu- uważał, że może być nawet osobą, która swój wykona na samym końcu. Uśmiechnął się jednak, pierwszy raz widocznie od momentu pojawienia się Nostardamusa.
     Pierwszą ochotniczką okazała się jasnowłosa dziewczyna. Myśląc, że wszyscy się w nią wpatrują, skorzystał z okazji i patrząc na nią nieuważnie, przysunął się bliżej Junony.
     -Jak się nazywają?- zapytał, mając na myśli Levithorgi. -Nie widziałem ich wcześniej-dodał ciszej.
     Brzmiał swobodnie, jakby fakt, że kilkanaście minut wcześniej czyjeś życie mogło być zagrożone, był nie ważny. Po zerknięciu na Junonę, jak gdyby próbował podkreślić część pytającą swojej wypowiedzi, przeniósł wzrok na dziewczynę, która zakończyła lot. Obejmowała szyję granatowo-złotego smoka i wyglądała na szczęśliwą i zadowoloną z przebiegu ćwiczenia, jakby z największą ochotą mogła je powtórzyć. Kiedy podeszła bliżej, posłał jej lekki uśmiech, odsuwając się lekko od Junony, aby zrobić blondynce miejsce. Z trudem powstrzymał się od tego, aby się do niej nie odezwać- w końcu kiedy zapytała, jak jej poszło, wyraźnie patrzyła na pannę Veyron.

Ostatnio zmieniony przez Airi (26-06-2019 o 20h04)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#30 24-06-2019 o 20h10

Straż Cienia
Sarahna
Oficer Straży
Sarahna
...
Wiadomości: 1 683

----------------------------------------https://i.imgur.com/gBAz4tD.png
          Nabrała w płuca powietrze, wstrzymując je przez chwilę. Chciała w ten sposób uspokoić nerwy, które w jednej chwili zaczynały się w niej kłębić. Miała wrażenie, że jest nieopierzonym kurczakiem, który trafił do klatki z dorodnymi, doświadczonymi kurami. Badając reakcję pozostałych osób w grupie na widok smoka, nie dostrzegła kogokolwiek, kto chciałby uciec, gdzie pieprz rośnie — w przeciwieństwie do niej. Dlatego starała się nie myśleć: o smoku, który znajduje się na wyciągnięcie ręki, choć było to cholernie trudne, ani o innych, bardziej doświadczonych w wiedzę o tych stworzeniach. Postanowiła skupić się na głosie Junony, licząc, że wyłapie parę jakichś przydatnych wskazówek. Nawet wzmianka o tym, że mogłaby zostać potencjalnym kąskiem dla smoka, nie spowodowała, że Wiera się ugięła, choć powinna przyznać, że odrobinę nią wstrząsnęło.
          Podczas zwiedzania uważnie słuchała wytycznych, trzymając się nieco na uboczu i mocno żałowała, że nie miała możliwości tego gdziekolwiek zapisać. Nie wiedziała, czy uda jej się spamiętać te wszystkie pomieszczenia, więc albo uda jej się znaleźć kogoś, z kim mogłaby się ewentualnie nie zgubić, albo przez pierwsze kilka dni, będzie należała do grupy spóźnialskich. Przez myśl jej przeszło, że może nawet i dobrze, wróciłaby do domu… — i tu gdzieś w jej głowie zadzwonił dzwoneczek. Znowu usłyszała głos swojej matki: — Naprawdę do niczego się nie nadajesz! I w tym momencie przyspieszyła kroku. Przepchnęła się przez resztę osób, jak najmniej ich uszkadzając, choć była pewna, że kogoś szturchnęła mocniej, niż powinna i wysunęła się na sam przód, czego zaraz pożałowała.
          Stołówka, w której się znajdowali, podziałała na nią, jak cios z pięści w sam żołądek. Siergiejew zgięła się nieznacznie w pół i odeszła na bok, kątem oka spoglądając na rechoczącą grupkę przy stoliku. Miała nadzieję, że pewnego dnia przyzwyczai się do tego.
          Gdy ruszyli dalej, Wiera miała nadzieję, że w końcu będą mogli wrócić do swoich pokoi i przetrawić wszystko, co jeszcze chwilę temu miało miejsce. Mijając jedne, drugie i kolejne drzwi, nie spodziewała się, że miejsce, do którego się kierują, przyprawi ją o kolejny zawrót głowy. Wychodząc na balkon, mocno, naprawdę bardzo mocno zacisnęła dłonie na balustradzie, bojąc się, że w jednej sekundzie podłoga pod nią, mogłaby najzwyczajniej zniknąć. Kilka głębokich wdechów — już nawet nie zwracała uwagi, czy robi to dyskretnie, czy sapie jak stara lokomotywa. Teraz liczyło się dla niej to, by wyjść z tego miejsca w całości. Była tak przerażona, że nie dostrzegła całego uroku.
          Słysząc swoje nazwisko, wzdrygnęła się lekko. Spojrzała na przód, tam, gdzie stała ich przewodniczka. Widziała, że wyszukuje jej wzrokiem, więc pozwoliła sobie puścić jedną dłoń i wychylić się nieco. Pewność siebie i uśmiech Junony, wcale nie był przekonujący, a informacja o tym, że instrukcje są zbędne, jeszcze bardziej. Mimo wszystko Siergiejew odwzajemniła uśmiech panienki Veyron i ponownie usunęła się w tył. Nie była gotowa, by stanąć przy tych smokach, choć wizualnie Wierze zapierały dech w piersi, to nadal nie mogła uwierzyć, że to prawdziwe stworzenia, a nie roboty, a najbardziej boimy się tego, czego nie znamy.
          Z duszą na ramieniu spoglądała na blondynkę, która postanowiła pierwsza wsiąść na smoka. Z jednej strony zazdrościła jej odwagi, z drugiej jednak przez głowę przelatywały jej ciągle ciemne myśli. Gdy dziewczyna wystartowała, Wiera cofnęła się jeszcze bardziej, ciągle powtarzając pod nosem na przemian po angielsku i rosyjsku.
          — O nie, nie, nie… tylko nie to, wszystko tylko nie to — szeptała wciąż, dostrzegając prędkość, z jaką smok się poruszał. Miała nadzieję, że nie padnie na nią i nie będzie musiała tego robić.



https://i.imgur.com/ZJl4Eos.png

Offline

#31 24-06-2019 o 23h06

Straż Obsydianu
Eowyn
Młody rekrut
Eowyn
...
Wiadomości: 17

https://i.imgur.com/65aKFbe.png

Był ukontentowany odpowiedzią, którą otrzymał od Junony. Pochwalony o zadanie odpowiedniego pytania poprawiło mu humor, więc stwierdził, że najlepiej będzie, jeśli będzie uczestniczył w tym, co miało go czekać. W końcu to niezła przygoda mieć kontakt z smokami, chociaż były one więzione w tym miejscu. Można było poruszyć tu tematy etyczne, faktem było, jednak to, że stworzenia te były w tym miejscu bezpieczne i nikt na nie nie polował. Musiał także i to wziąć pod uwagę. Słuchał uważnie instrukcji przywódcy. Nie chciał przecież wylecieć, zanim jego smok zdoła się wykluć. Był ciekawy jak potoczą się zajęcia oraz czy on i jedenastka, która go otaczała spełnią oczekiwania tych, którzy za tym stali.
Miejsce to w momencie, gdy broń została wycelowana w kierunku jednym dziewczyn nie wydało mu się, aż tak niegroźne dla ich zdrowia. Intrygowało go jedynie to, czy będą w stanie na końcu ich tak po prostu wypuścić, w końcu mogą wiedzieć za dużo, a wtedy to oni staną się niebezpieczni. Zastanawiał się, czy ingerowanie w sprawy władzy i uczestniczki miało jakikolwiek sens, lecz Naraj wpadł na ten pomysł pierwszy. Być może to dzięki niemu dziewczyna wciąż była wśród nas. Christopher nie bał się całej sytuacji, nie miał wiele do stracenia. Nie wystarczało mu to, że nie mógł jeździć konno jak dawniej i zaczął być traktowany z góry przez swoich rodziców. Kto wie, może ostatecznie będzie przychylny władzom ośrodka i stanie się posłusznym psem na każde ich zawołanie. Wystarczyłoby im jedynie to, by pokazać mu, że jest ważny.
Wkrótce przeszli do przyjemniejszej części tego, co miało ich spotkać. Scar był zszokowany tym, że na tym etapie pozwolą im latać. Nie był pewien, czy będzie mógł robić to stale, ale nie mógł się doczekać, aż wzniesie się wyżej, niż kiedykolwiek mógł to sobie wyobrazić. Najpierw, jednak poczekał, aż pierwsza ochotniczka wzniesie się w górę, po czym lekka jak piórko na grzbiecie majestatycznej istoty opadnie na ziemię bez żadnego problemu.
     - To teraz ja chcę spróbować! - powiedział czarnowłosy i pewnie siebie ruszył w stronę jednego z smoków. - Spokojnie, moje zdrowie mi na to pozwoli - powiedział, gdyby którykolwiek z zgromadzonych chciało mu w tym przeszkodzić.
Wsiadł na smoka poinstruowany przez instruktora i znalazł się w powietrzu. Tam, gdzie jeszcze nigdy nie był, za wyjątkiem lotów samolotem, które nie mogły się temu równać. Poczuł się wolny i było to dla niego niesamowite przeżycie. Uniósł w ręce górę z radości, traktując to jeszcze jako zabawę. Miał nadzieję, że będzie robił to częściej, gdyż uczucie było wspaniałe. Nie chciał wcale lądować, gdyż było to na swój sposób przeżycie duchowe. Wkrótce, jednak musiał powrócić na ląd.
       - Dziękuję - podziękował stworzeniu, po czym pozwolił innym spróbować swoich sił i poruszony tematem podszedł w kierunku Junony. - Czy każdy z nas będzie mógł latać na swoim smoku? A jeśli nie to, czy w takim razie będzie w stanie znaleźć się w inny sposób w powietrzu? Obawiam się, że to uzależnia i, że może to być przydatne także wśród grupy taktyczno-dyplomatycznej...
Nie chciał być pozbawiony tej przyjemności. W każdym razie, nawet jeśli musiałby się z tym pogodzić, a przynajmniej więcej kombinować, gdyby to on był tym nieszczęśnikiem.

Ostatnio zmieniony przez Eowyn (24-06-2019 o 23h12)


https://www.gifmania.com.hr/Gif-Animacije-Disney/Gif-Slike-Pixar-Filmove/Animirane-Gif-Gore/Gore-83871.gif https://www.gifmania.com.hr/Gif-Animacije-Disney/Gif-Slike-Pixar-Filmove/Animirane-Gif-Gore/Gore-83872.gif

Offline

#32 25-06-2019 o 15h44

Straż Absyntu
Ilian
Obrońca Straży
Ilian
...
Wiadomości: 12 426

____________________________ 何海隆

                 He uważnie obserwował kłótnię dotyczącą smoka. Uważał, że takie coś było w ogóle nie na miejscu, podważało to kompetencje wszystkich pracowników projektu ICARUS i było po prostu niesmaczne. Popisywanie się, wyciąganie broni… He był zniesmaczony. Uważał, że jeśli ktokolwiek wyciąga broń, by zdobyć władzę lub szacunek, to najwyraźniej mu się to nie należy. Szacunek należało zdobywać swoją postawą, a nie za pomocą bransoletki pulsacyjnej.
                 Azjata zatrzymał dłużej wzrok na dziewczynie, która to wszystko zaczęła. Jej postawy He również nie pochwalał. To co zrobiła było najzwyczajniej w świecie głupie, ale to dzięki temu zyskał jakieś pierwsze informacje o smokach. Słuchał uważnie, obserwował uważnie i  tylko tyle mógł na razie zrobić. To nie był odpowiedni moment na zadawanie pytań dotyczący smoków. Dlatego He w ciszy czekał, aż nadejdzie moment. Słuchał pytań, słuchał odpowiedzi, ale na razie wszystko wydawało mu się dość oczywiste.
                 Kiedy zaczęli iść, szedł razem z tłumem. Nie zagadywał do nikogo, bardziej przyglądał się temu gdzie idą. Kiedy zauważył za oknem smoka o kilku łbach – nie potrafił oderwać od niego wzroku. Jakkolwiek był niechętny całemu projektowi, smoki go jednak powoli zaczynały ciekawić. W końcu były dinozaurami, a on na studiach nie przegapił ani jednych zajęć o tych wspaniałych gadach.
                 Większą uwagę poświęcił temu co mówi Veyron, kiedy już znaleźli się na stołówce. Powstrzymał się od wykrzywienia twarzy w nieładnym grymasie.  Niemal wszędzie były białe twarze, które dla niego były takie same.  Na razie wyróżniali się dla niego tylko młoda Veyron, bo już ją kojarzył, podobnie jak starego Darfura, najwyższy chłopak z grupy, bo był najwyższy i dziewczyna o czarnych ustach – oprócz He to ona jako jedyna miała azjatyckie rysy twarzy. Wracając do tego, co mówiła Veyron na stołówce – zero ofiar śmiertelnych było dość obiecujące. He wiedział jak to będzie wyglądało, jak mu z głowy włos spadnie i miał nadzieję, że dziewczyna też sobie zdawała z tego sprawę.
                 Dalej było już względnie spokojnie i nie dowiedział się nic pożytecznego, dopóki nie znaleźli się w najważniejszym pomieszczeniu w całym projekcie. Było ono pełne smoków, które swobodnie wszędzie latały. W miarę swobodnie – He zauważył, że nie odlatują one poza określoną granicę. Pole siłowe czy tresura? A może obydwa? Był ciekaw. W tamtym momencie żałował, że najpierw nie dokończył studiów, a potem nie wyprosił od rodziców, by znaleźli mu tutaj pracę jako naukowiec. Czułby się zdecydowanie lepiej, niż jako narażający swoje życie członek grupy defensywnej. Tak przynajmniej mu się wydawało i miał wrażenie, że to nie było błędne wrażenie.
                 Stał pośród ludzi, kiedy pierwsze osoby wsiadały na smoki. Sam lot był mu dość obojętny, ale zbliżenie się do smoka – już nie. Powoli był co raz bardziej zafascynowany, chociaż stawiał wyraźną granicę pomiędzy projektem a smokami. Projekt wydawał mu się całkiem beznadziejny i jak na razie nie dawał mu dużych szans powodzenia.
                 Patrzył uważnie jak pierwsze osoby zaczęły latać. He poczuł się nieco źle. Nie chodziło tu o prędkość czy wznoszenie się nad ziemię. Po prostu nie lubił robić coś po raz pierwszy na oczach tylu osób. Nie był cyrkowcem, nie lubił kiedy inni na niego patrzyli, zwłaszcza kiedy coś mogło wyjść mu nie tak.
                 Kiedy smoki były wolne i ponownie gotowe do lotu He wyszedł z tłumu. Podszedł do jednego ze smoków. Skinął głową, jakby na przywitanie – bardziej smoka niż człowieka. Z widocznym zawahaniem pogłaskał ogromnego gada po pysku. Miał ciepłe i przyjemne w dotyku łuski.
                 -Czy mógłbym zobaczyć jego zęby? – spytał, zabierając swoją dłoń. Bardzo chciał zobaczyć zęby stworzenia, które było spokrewnione z dinozaurami. Uśmiechnął się w stronę instruktora. Ten był nieco zdziwiony, ale spełnił jego prośbę. Smok otworzył swój pysk, eksponując swoje imponujące uzębienie.  He nie ściągnął uśmiechu z twarzy i z ciekawością wpatrywał się w zęby. Zdrowe, nieco pożółkłe zęby. Żadnego z nich nie brakowało. Nie miał punktu odniesienia, ale zgadywał, że to był młody, lecz w pełni dojrzały smok.
                 Na znak instruktora Leviathorg zamknął paszczę. Wtedy He zrobił to co jego poprzednicy – przy asyście wsiadł na smoka i rozpoczął lot. Jeszcze zanim ruszyli nałożył swoje okulary. Dopiero wtedy zaczął się przejmować swoim ubraniem. Jego płaszcz był naprawdę mu się podobał i wolałby, by nic się z nim nie stało. Przy okazji trochę kosztował, ale to nie jego cena była dla He najważniejsza.
                 Na początku wszystko było w porządku. Przestał przejmować się ubraniami, wiatr przyjemnie targał jego włosami. He czuł się dość dobrze i chociaż fajerwerków nie było, a staniki nie latały, to było dość przyjemnie.  Potem wlecieli w las.
                 He nie wiedział za bardzo co się stało. Jedyne co poczuł to ból. Na chwilę stracił świadomość. Dopiero po chwili się ocknął. Trzy sekundy. Może mniej. Spadał w dół. Miał ochotę krzyczeć, ale był tak zaskoczony, że nie potrafił wydać z siebie dźwięku. Uderzył w gałąź. Zatrzymało go. Zaklął soczyście.
                 Smok wydał z siebie dziwny dźwięk, a instruktor zaczął go wołać. He ponownie zaczął klnąc po chińsku, jednak zdecydowanie ciszej. Był cały obolały. Kilka razy musiał zahaczyć o gałąź, kilka musiał połamać nim ostatecznie ta jedna go utrzymała. Sycząc z bólu zaczął się zbierać. Powoli zebrał i ostrożnie zszedł z drzewa. Jak był mniejszy nie lubił zajęć fizycznych, ale nie pyskował rodzicom, którzy zmuszali go do nich. Dzięki temu, sam później zmuszał się do aktywności fizycznej. Teraz w głębi ducha im za to dziękował, bo dzięki temu jakoś sobie radził w tej sytuacji.
                 Ręce mu się trzęsły, był cały obolały, narobił sobie kilku siniaków. Jednak ostatecznie  znalazł się na ziemi. Wszystko było z nim w porządku. Miał taką nadzieję.
                 -Hej, wszystko w porządku?! –  instruktor do niego podbiegł. Wyglądał na wyraźnie zaniepokojonego. Podobnie jak smok, który po chwili pojawił się za nim.  – Co się stało?
                 -Nie pamiętam dokładnie – skłamał gładko. Wychylił się na chwilę, bo chciał zobaczyć gdzie dokładnie są i nie zauważył gałęzi. Samego momentu uderzenia nie pamiętał, ale to było dość logiczne, że tak właśnie było. No a potem poturbowały go gałęzie. Spojrzał na siebie – był cały w kawałkach drzew, liściach i kurzu. Czuł się żałośnie.
                 Instruktor pomógł mu się otrzepać, bo gdy He to robił sam – zaczynał syczeć z bólu. Poza tym, że nabił sobie kilka albo kilkanaście siniaków – nic mu się nie stało. Nic sobie nie złamał, nic nie nadwyrężył, krew mu nie leciała, jego ubrania były całe, okulary się zaplątały w jego włosy, tylko czuł się jakby ktoś mu ukradł godność.  No i miał te siniaki.
                 Wrócili szybko, biorąc pod uwagę to, że i instruktor i smok cały czas chcieli asekurować He, jakby się bali, że jednak coś złamał albo czuje się niedobrze. Niebieski gad kilka razu szturchnął go w ramię. He nie za bardzo wiedział jak odczytać ten gest, jednak nie był on złośliwy, więc przestawał wtedy kląć w myślach i się uśmiechał, nawet jeśli nie miał ochoty.   Zupełnie nie miał ochoty wracać do tłumu, jako pierwszy, który spadł ze smoka, ale musiał.
                 I było mu strasznie wstyd.


https://66.media.tumblr.com/8aed94d120a24a59fc6c60bbf9db9857/tumblr_pa3wc3q9jB1th3f4no3_540.gifv

Offline

#33 25-06-2019 o 17h48

Straż Absyntu
Sadystyczny
Rekrut
Sadystyczny
...
Wiadomości: 33

https://i.ibb.co/3CH56xJ/sd-2.png
E    M    B    R    A    C    E            T    H    E            U    N    C    E    R    T    A    I    N    T    Y
E  N  J  O  Y          T  H  E            B  E  U  A  T  Y            O  F           B  E  C  O  M  I  N  G

    Z początku jest cisza i tylko pojedyncze odgłosy odbite od ścian holu, ale wystarczy krótka chwila, aby korytarz utonął w echu nowych rozmów i dźwięków. Niektóre osoby sprawiają wrażenie takich, które wiedzą czemu tu są i po co przybyły, inne wręcz odwrotnie. Język jest jeden, ale akcenty różnią się od siebie diametralnie i to sprawia, że Sylvain nie wszystko jest w stanie zrozumieć — a to czego nie dosłyszy, dedukuje już na własną rękę, rozglądając się po zgromadzonych. Chłopak dolicza się jedenastu osób z nim samym, wyłączając Junonę Veyron i Vincenta Darfura. Oni, w jakiś sposób, wydają mu się stanowić część otoczenia  — cała reszta to wstawka, mieszanka genealogii, form i temperamentów.
   Sylvain zerka w bok i pośród kilkunastu obcych twarzy dostrzega jednego, jedynego Azjatę i to chyba właśnie to przykuwa uwagę najbardziej: chłopak jest szczupły i blady, ale niespodziewanie wysoki jak na nację Dalekiego Wschodu. Peqiet przygląda mu się dłuższą chwilę, ale potem gdzieś w pomieszczeniu rozlega się donośne przekleństwo i Sylvain parska, krótko, ale radośnie, natychmiastowo przerywając oględziny. Zamiast tego zerka przez ramię, starając się zlokalizować autorkę bluzgów — dziewczyna, na którą trafia jest drobna, delikatna i, bynajmniej, nie wygląda jak ktoś kto rzucałby obelgami na prawo i lewo. Brunet uśmiecha się, starając się złapać jej spojrzenie, a potem obraca się przodem w stronę schodów. Ponownie podwija rękaw swetra, który zsuwa mu się wzdłuż przedramienia  Wewnątrz budynku panuje pokojowa temperatura, ale jego dłonie i twarz wciąż pamiętają chłód górskich wiatrów.
   Ktoś parska, ktoś szepcze, ktoś się śmieje; dziewczyna stojąca obok niego wygląda na ubawioną, a inna,  rudowłosa, pyta o instrukcję obsługi smoka, co Sylvainowi wydaje się w jakiś sposób rozkoszne — brunet uśmiecha się tak szeroko, ze aż robią mu się zmarszczki w kącikach oczu. Junona Veyron najpierw mówi o kartach, o strefach i o pokojach, a chłopak stara się słuchać jej uważnie, mimo że jego spojrzenie instynktownie ucieka w stronę wielkiego gada, górującego nad każdym w pomieszczeniu. Niemniej jednak monolog szybko zostaje przerwany.
    Szatynka, stojąca nieopodal nie przebiera szczególnie w słowach, a Sylvain unosi brwi, nie mogą się nadziwić cudzemu zapotrzebowaniu na atencję. Jest ładna, niewysoka, ale najwyraźniej lubi manifestować własną miarodajność i kompetencję — nawet jeśli nikt o to nie prosił. Sylvain przygląda się najpierw jej, a potem przenosi spojrzenie na towarzyszącego jej blondyna: Pequiet przywodzi on na myśl chłopców na okładkach Vogue’a — tych o idealnie okrojonych twarzach, otoczonych przez piękne, półnagie kobiety.
    Słysząc wzmiankę o ‘nowicjuszach’ prycha wesoło.
    — Pardon? — krzywi się trochę, rozciągając usta w cierpkim uśmiechu. — Jasne, też uważam, że pokazanie tych nadających się do walki z przeludnieniem byłoby roztropniejsze. — rzuca z sarkazmem, po czym dodaje pod nosem: — Sauf votre respekt, megalomania musi być ciężka.
    Być może tak właśnie jest, a Nostradamus to terrier wśród smoków — tymczasem Sylvain nie może się doczekać, aż zobaczy Harta. Mimo wszystko, najwyraźniej nie tylko on uważa zachowanie dziewczyny za, co najmniej, niepotrzebne: smok stroszy się, rozkłada skrzydła jakby, urażony, miał zaraz zerwać się do lotu, ale nic takiego się nie dzieje — zamiast tego przechyla ciało w stronę wysokiego chłopaka, głową wybijającego się ponad wszystkich zgromadzonych i Sylvain już nie wie, które z nich poczuło się bardziej dotknięte. Zwierze trąca łbem ramię młodzieńca, a róż pochłania biel jego policzków — i to sprawia, że chłopak nie potrafi nie przyrównać do siebie tych dwóch egzemplarzy ewenementu: rosłych, przykuwających wzrok, a jednak o ewidentnie owczej naturze. Blondyn, o temperamencie niekompatybilnym do swojej roszczeniowej dziewczyny, nakazuje spokój, ale działa to raczej jak zapalnik, bo ona również rusza w stronę Nostradamusa. Peqiet uznaje to za całkiem udany wstęp do igrzysk pod tytułem Kto szybciej wejdzie w interakcje ze smokiem? Niemal klaszcze. Właściwie to nie.
    Mimo wszystko, to co szatynka mówi potem nieco łagodzi wizerunek amazonki — wydaje się również nieco zbyt dramatyczne, ale chłopak nie przykłada do tego większej wagi. Określenia jak „wspaniałe” i „cudowne” doskonale tu pasują. Sylvain unosi z dezaprobatą brew kiedy wspomina o wpajaniu odmiennej natury. Myśli o Sethcie i Aharonie, i o tym w jakie bestie potrafią się zmienić wobec czegokolwiek co mogłoby wyrządzić krzywdę Elise czy Julienowi. Nawet pomimo spokojnego i wyrafinowanego uosobienia. Nie przypomina sobie, aby w tym celu musiał łamać im kręgosłupy — to raczej kwestia naturalnej, kształconej latami lojalności. Krzyżuje ramiona i lustruje wzrokiem Junon: wstrzymuje oddech gdy w stronę dziewczyny, do której brunetka zwraca się per Findlay, zostaje wymierzona broń. Spokój nastaje szybciej niżby się spodziewał.
    Veyron sprawia wrażenie nieco wyprowadzone z równowagi, ale szybko odzyskuje rezon; przybiera neutralny wyraz twarzy i, chociaż wydawać by się mogło, że pokłady jej cierpliwości zostały wyczerpane, tłumaczy wszystko z uśmiechem na ustach. Do większości osób zwraca się po imieniu, co jest całkiem miłym zaskoczeniem , a zarazem czymś co stawia ją w naprawdę dobrym świetle. Wrodzona ciekawość Sylvaina nie pozwala mu skupić na dłużej uwagi w jednym miejscu — skacze wzrokiem od jednej osoby do drugiej: od wysokiego chłopaka, przez tego brodatego, który wygląda jakby urwał się ze słonecznej Andaluzji, aż do ciemnookiej brunetki w mocnym makijażu.
    Całą grupką kierują się do zachodniej części kompleksu, z Junoną Veyron i Vincentem Darfurem na czele. Ruszają przez jadalnię, pełną mebli z różnokolorowego drewna i puf obitych pomarańczową i czerwoną tapicerką. Wszystko jest eleganckie, modernistyczne i niepoprawnie ładne, a miejsce przy jednym z dłuższych stołów zajmują, ubrani na czarno, mężczyźni i kobiety. Para głównodowodzących oprowadza ich kolejno po następnych pomieszczeniach. Chłopak jednym uchem słucha tego co mówi Junona: o smokach, ich charakterach, potem o niesubordynacji, pokojach i zasadach. Sylvain, dość nieświadomie, kiwa głową, słysząc wzmiankę o przypadkach śmiertelnych. Dwie połamane nogi za lot na smoku? Brzmi fair.
    Potem wkraczają do ogrodu pełnego pompatycznych bestii, mozaiki przesyconej tropikalną roślinnością i kolażem z różnobarwnych kwiatów. Junona przekracza próg szklanych wrót jako pierwsza, a za nią podążają inni: dziewczyna wychodzi na balkon, przystaje tuż obok balustrady i, opierając ręce na barierce, wbija wzrok w horyzont. A jest na co patrzeć, niezaprzeczalnie. Nad ich głowami szybują smoki, jedne bardziej wymyślne od drugich, niektóre wytworne i opieszałe, inne szybkie jak wiatr, a Sylvain zdziera głowę, żeby móc się im przyjrzeć chociaż przez krótką chwile. Na dany przez brunetkę znak, dwa z nich sfruwają na miejsce u nóg rozległych schodów — mają niebieskie łuski i grzebienie stojące na czubku głowy, a cienkie wąsy spływają wzdłuż ich pysków. Zdają się być bardziej arystokratyczne niż towarzyszący im w holu Nostradamus.
    Chłopak uśmiecha się do siebie na wzmiankę o lotach próbnych: nie ma wątpliwości co do tego, że na pierwszy lot znajdą się chętni, wnioskując po sytuacji z korytarza. Nie zamierza odbierać nikomu zabawy, dlatego pokornie usuwa się na bok — wysoka blondynka dość szybko decyduje się wyjść przed szereg i rusza w kierunku smoka. Sprawia wrażenie jakby niemal wiedziała co robi, zaś Peqiet odprowadza ją wzrokiem. Drugiego smoka dosiada jeden z chłopaków, ten który pytał jako pierwszy, a Sylvain pochłania ten widok. Oboje wznoszą się wysoko i wykonują slalom pomiędzy drzewami: dalszych akrobacji nie śledzi już z tak dużym zaangażowaniem, woląc rozejrzeć się dookoła.
    Dobiegają go słowa wypowiadane w nieznanym języku, jedynie tu i ówdzie przeplatane angielskim, ale nie jest pewien czy to rosyjski, ukraiński czy może jednak białoruski. Spogląda na rudowłosą dziewczynę — Verę, a może Veronicę, nie jest do końca pewien jak zwracała się do niej Junona — tę samą, która wcześniej pytała o instrukcję. Dałby sobie rękę uciąć, że jest od niego starsza, podobnie z resztą jak większość zebranych tu osób. Twarz ma obsypaną milionem piegów, a oczy wielkie i jasnoniebieskie. Wygląda na równie zdenerwowaną co zlęknioną i Sylvainowi robi się jej nieco żal.
    — Hej, Viera. — zaczepia ją i wskazuje brodą na tor, po którym poruszają się stworzenia. — Jeśli ja z moim szczęściem sobie poradzę, to ty i twoje na pewno dacie radę. — posyła jej łagodny uśmiech i pocieszająco klepie po ramieniu. — Po to tu jesteś.
    Hałas oraz krzyk rozlegają się nagle i dobiegają od strony niewielkiego zagajnika. Brunet spogląda w tamtym kierunku, marszcząc nieco brwi — przez chwilę nic się nie dzieje, a potem spomiędzy drzew wyłania się jeden z instruktorów, w towarzystwie poobijanego azjaty, na którego Sylvain zwrócił uwagę już wcześniej. Chłopak rzuca jeszcze jedno, krótkie spojrzenie Vierze.
    — Ja pewnie po nim poprawię. — wzrusza ramionami.Au voir. — mówi, a potem odwraca się i wyciąga w górę rękę, tak, żeby któryś ze szkoleniowców mógł go dostrzec i rusza w ich strone.
    Gad wygląda na spokojnego i zdystansowanego, poza tym nie da się odmówić mu urody. Sylvain zbliża się do niego z pewnym wahaniem, które szybko znika, kiedy okazuje się, że żadne z nich nie ma nic przeciwko temu. Chłopak lustruje go od stóp do głów, z zainteresowaniem zaglądając w żółtawe, bystre oczy.
    — No cześć. — mówi i szczerzy się do smoka jak głupi, a kiedy instruktor pogania go machnięciem dłoni, posłusznie zajmuje miejsce na grzbiecie. Czuje jak serce tłucze mu się o żebra, gdy mężczyzna pozwala zwierzęciu ruszyć z miejsca. — Oh, bracie. — mruczy cicho i gładzi Leviathorga po karku, gdy ten odrywa się od ziemi.
    Może to kwestia brawury, może braku instynktu samozachowawczego, ale poza satysfakcją, nie czuje strachu czy fermentu. Nie ma pojęcia czy smok nosi jakieś imię, więc nie jest w stanie go po nim zawołać. Wznosi się na tyle na ile pozwala mu napięta smycz, którą Sylvain obserwuje kątem oka. Wysokość nigdy nie robiła na nim szczególnego wrażenia, a drobne niezdecydowanie towarzyszy mu jedynie kiedy zostaje wprowadzony między drzewa. W twarz uderza go podmuch rześkiego, górskiego wiatru, oczy zachodzą łzami: widok nieba jest obłędny, a dotyk smoczej skóry pod palcami — niezwykły. Pochyla się nieco nad karkiem zwierzęcia, kiedy ten obniża lot. Uczucie jest krótkie, ulotne.
    Zeskakuje na ziemie, chwiejąc się przy tym nieznacznie — z wdzięcznością ściska dłoń instruktora, a potem delikatnie głaszcze gada po karku, żeby ostatecznie wrócić do grupki głównych zainteresowanych. Chłopak, któremu wcześniej udało się zaliczyć zejście do parteru stoi raczej na uboczu i nie wygląda na zainteresowanego kontaktem z kimkolwiek. Sprawia wrażenie małomównego i prawie tak dumnego jak niektóre z tych smoków. Sylvain, mimo wszystko, przystaje zaraz obok i przez dłuższą chwilę taksuje go wzrokiem. Być może trochę nachalnie, właściwie bardzo po swojemu.
    — Mocno się potłukłeś? — pyta. — Kwiaty we włosach są teraz modne — zauważa, wskazując na jego czuprynę. — Wiem co mówię, moja siostra ciągle chodzi z zielskiem na głowie, ma chyba jakieś ciągotki do retro. — zapewnia, kręcąc głową z udawanym politowaniem.

Ostatnio zmieniony przez Sadystyczny (25-06-2019 o 18h37)


G O T    C A U G H T    U N D E R    T H E    C O V E R S
W I T H             S E C O N D H A N D            L O V E R S
A L L       Y O U       S I N N E R S       S T A N D       U P
S I N G                                                H A L L E L U J A H


https://i.ibb.co/VgT8Msz/1.gif https://i.ibb.co/pzSk08k/2.gif https://i.ibb.co/SwDccW6/3.gif

Offline

#34 25-06-2019 o 18h54

Straż Lśniąca
Lexi
Moderator na okresie próbnym
Lexi
...
Wiadomości: 4 191

KKKKKKffffffffffffffffKKKKKhttps://1.bp.blogspot.com/-iwHaTp2IEtQ/XP0QQo_vbBI/AAAAAAAADNA/nYhEhMrfGZkLDhlsjBPM0wyqSElw0mY6QCLcBGAs/s1600/as.png
          Nessa, spoglądając na smoka, pozwoliła sobie na chwilowe opuszczenie gardy i na jej twarzy pojawił się ciepły, delikatny uśmiech. Nie było to częste zjawisko, bo dziewczyna swoje pozytywne uczucia pokazywała dość rzadko i tylko osobom jej bliskim. Dlatego gdy tylko zaczęło się zamieszanie związane z jedną z uczestników i smokiem, Agnes przywołała ponownie obojętną maskę, która towarzyszyła jej przez większość czasu i która stanowiła jej najlepszą obronę. Podczas konfliktu skupiła się na obu stronach, by powoli zacząć oceniać i wypracowywać swoją opinię. Największą sympatię zyskał u niej najwyższy chłopak z grupy. A reszta, pomyślała, może działać jej na nerwy. Szczególnie dziewczyna, która rozpoczęła konflikt. Nessa zapisała ją w myślach jako „problematyczna” oraz „unikać” i potem skupiła się na informacjach, których zaczęła udzielać Junona.
          Jej pamięć była czymś wyjątkowym, bo od dziecka nie miała żadnych trudności z przyswajaniem informacji. Co więcej, jej umysł selektywnie wybierał treści, które są potrzebne i zapamiętywał je od razu, a resztę, często niepotrzebną lub nieważną, odrzucał i pomijał w procesie zapamiętywania. Agnes długo myślała, że każdy ludzki organizm tak działa: ojciec podczas zimowych wieczorów tłumaczył swojej córce ludzką psychikę i jej funkcjonowanie, a ona wchłaniała to jak gąbka. Ale potem okazało się, że żaden z jej braci nie posiada tej umiejętności. Nessa była inna. Jednakże po raz pierwszy nie przeszkadzało jej to, że się różni. Do cholery, w ten sposób znalazła swoją drogę.
          Dlatego przechodząc po całym budynku, uważnie przyswajała to, co się jej przyda do normalnego funkcjonowania, a resztę odrzucała. A gdy wreszcie uznała, że Junona przekazała najważniejsze informacje, Ness skupiła się na ocenie innych ludzi w grupie – już po raz drugi. Na samym początku przyjrzała się temu wysokiemu – oprócz wzrostu i dziwnej postaci, nie wydawał się być zbyt charakterystyczny. Kolejne postacie, na których się skupiała, też nie były szczególnie interesujące. Łącznie tylko trzy osoby zwróciły jej uwagę. Jedną z nich był chłopak, który wcześniej coś do niej powiedział. W jego twarzy znalazła, wydawałoby się, jeszcze dziecięcą niewinność, ale też pewną nutkę typowego zawadiaki. Poza tym, oceniła, jego rysy, typ sylwetki i akcent, z którym zadał pytanie, mogłyby wskazywać na jego europejskie pochodzenie. Nie była jednakże pewna tego i w przyszłości miała zamiar się tego dokładnie dowiedzieć. 
          Niedługo potem dotarli do zachodniego skrzydła budynku, gdzie Junona zaprezentowała kolejne dwa smoki i powiedziała, iż teraz kolej uczestników na lot. Nessa była zakochana w tych stworzeniach i pewnego dnia chętnie przetestowała swoje umiejętności lotu na nich, jednakże pomysł robienia tego przed grupą ludzi i pokazanie swoich jakichkolwiek słabości, zniesmaczyło ją i odrzuciło. Stwierdziła, już niemal od razu, że będzie wolała być na samym końcu, gdy inni stracą już zainteresowanie tą czynnością powtarzaną przez każdego. Tak, idealny plan, podsumowała i odsunęła się na bok, ponownie skupiając się na obserwowaniu kolejnych ochotników.
           Każde z nich, starała się rozpoznać, przeżywało inne uczucie. Ale osobiście myślała, że większość – tak jak ona będzie – odczuwała niesamowitą ulgę, może ekscytacje. W między czasie, gdy obserwowała kolejne osoby lecące, ponownie w myślach odtwarzała wszystkie ważne informacje. Po upewnieniu się, iż Junona na pewno nie mówiła tego, o co Nessa chciała się spytać, brunetka ruszyła do tworzącej się grupy. Nie myślała o tym, by stać się częścią tego kręgu ani przez chwilę, dlatego stanęła dwa kroki od całego okręgu, w którym znajdowało się kilka osób, włącznie z Junoną i odkaszlnęła, zwracając na siebie uwagę. Upewniła się, że nie zrobiła tego z dużym rozmachem; dla niej liczyła się tylko odpowiedź Veyron.
- Poruszałaś kwestię niesubordynacji, a także spóźnień. Za to po głębszym zastanowieniu, – poszukała szybko wzrokiem dziewczyny, która uprzednio spowodowała konflikt. Miała pewność, że Junona to zauważyła i zrozumie dokładnie, o co chodzi Nair - interesuje mnie również to, jak reagują tutaj na kłótnie czy konflikty – Zrobiła jeszcze jeden mały krok, delikatnie zbliżając się do grupki i w ten sposób budując pozory, iż wcale nie boi się nowych sytuacji. Starała się, by głos w ogóle się na zatrząsnął. Lata praktyki, pomyślała. Na jej twarzy rozciągnął się też malutki, lekko szyderczy uśmieszek – Będziemy przecież zamknięci, kontakt z światem zewnętrznym też będzie ograniczony, prawda? – Manipulacja. Tego uczyła się od dziecka. Może kilka osób miało doświadczenie związane ze smokami, ale to Nessa od kilkunastu lat miała kontakt z światem dorosłych i jego funkcjonowaniem. Czas nadrobić to, podsumowała, czego jej brak.Wystarczyło lekko naprowadzić cel na swój sposób rozumowania. I właśnie to robiła obecnie Nessa. – Przecież oczywistym jest, że mamy różne charaktery i czasem konflikty – Teraz posiadała już całą uwagę Junony i pozwoliła sobie na sprowokowanie jej odrobinę bardziej. Prawie nigdy tego nie robiła, lubiła być tylko obserwatorką. Ale gdy już zmieniała się w drapieżnika, kochała pokazywać swoją pozycję – się zdarzają, prawda? – Znów zerknęła na szatynkę stojącą poza grupą. - Czy poniesiemy odpowiedzialność, jeśli pojawi się jakaś walka czy kłótnia? I w jaki dokładnie sposób? – Po skończeniu małego monologu, Nessa zaczęła się wycofywać, jednak nie zrobiła tego gwałtownie. Nie chciała, by ludzie pomyśleli, iż się przestraszyła. Te kroki miały mieć znaczenie dokładnie odwrotne. I miała nadzieję, że swoim językiem ciała to przekazała. Na końcu odwróciła się i zaczęła odchodzić. W ostatniej chwili odwróciła jeszcze głowę, dodając: - Byłabym wdzięczna za odpowiedź. Muszę przecież wiedzieć, czego się spodziewać, prawda? – Nie czekała, aż Veyron przetrawi wszystko to, co właśnie się stało. Po prostu ruszyła do dwójki mężczyzn stojących na uboczu. Jednym z nich był chłopak, którego wcześniej oceniła na Europejczyka.
           Właśnie zaczepił dość wysokiego Azjatę, który najwidoczniej musiał spaść ze smoka. Nessa od razu opuściła obronną postawę i spokojnym krokiem podeszła do tej dwójki. A potem, jakby chciała uspokoić i siebie, i chłopaka, który wyraźnie nie chciał kolejnej osoby do towarzystwa, uśmiechnęła się delikatnie i niemal bezbronnie. I zaczęła:
- Chyba nie mamy tutaj najmilszej atmosfery, prawda? – Poprawiła swoje włosy, które po raz pierwszy od przybycia do projektu zaczęły jej przeszkadzać. – Cześć, jestem Nessa. Mam nadzieję, że choć my pozostaniemy w dobrych kontaktach.

Ostatnio zmieniony przez Lexi (25-06-2019 o 18h55)



https://66.media.tumblr.com/f43df237afdc2e4e00b471a995abf1a4/4d04072d8cc02340-51/s540x810/0b00b415b43c37f4d6cf7f2ecf3925476e1d035e.gifv

Offline

#35 26-06-2019 o 17h14

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.................................................................................https://i.ibb.co/bgFxSHD/Q.png

......................................................................................B  A  D,                       B  A  D                     NEWS
..........................................................................................................................ONE      OF      US       IS      GONNA        LOSE
..........................................................................................................................I'M    THE    POWDER,   YOU'RE    THE   FUSE
..........................................................................................................................JUST      ADD      SOME      F  R  I  C  T  I  O  N


         Jest ostrożny i chce powstrzymać Harriet, kiedy wysuwa się przed niego, jednak w połowie gestu daje sobie spokój. Przecież to nic wielkiego. Chłopak nie wygląda na agresywnego, a smoki są tutaj po to, żeby z nimi obcowali, prawda? Poza tym Darfur powinien wiedzieć, że rodzina Findlay ma duże doświadczenie z tymi gadami. Dlatego Quentin stoi w bezruchu, obserwując jak Harry zbliża się do chameleona. Marszczy brwi na jej słowa. Teraz baczniej przygląda się smokowi. Może to, że gad jest agresywny nie jest winą tresera. Może nawet nie jest przypadkiem. Odwraca się, żeby spojrzeć na Darfura i widzi zmierzającą w ich stronę Junonę. Kiedy tamta wymierza w Harriet broń, Quentin ma zimną i nieruchomą twarz, jakby wykutą z marmuru, lecz spojrzenie mu ciemnieje. Wie, że niewiele może zrobić, jednak gdyby w tym momencie skrzywdzili Harriet… Dociera do niego, że byłby gotowy oddać za nią życie. Ta myśl jest dla niego takim zaskoczeniem, że nawet nie rejestruje momentu, w którym Junona dochodzi do wniosku, że już wystarczy. Hawthorne odprowadza ją wzrokiem i  zamyka dłoń Harriet we własnej. W milczeniu podąża za grupą, nie puszczając ręki swojej dziewczyny.
         Kiedy przechodzą przez stołówkę, nie może powstrzymać się od rzucenia tęsknego spojrzenia w stronę ubranych na czarno jeźdźców. Nie chciałby być kiedyś jednym z nich. Chciałby nimi dowodzić.
         Potem, gdy Junona mówi o zgonach i patrzy prosto na niego i Harriet, Quentin zachowuje spokój, jednak rozczarowanie opada mu na serce jak kamień. Nie zwraca uwagi na otoczenie, czego potem może żałować. Teraz jest zawiedziony faktem, że nie mogą swobodnie latać, zachowaniem Junony i tym jak potraktowano Harriet. Jednak najbardziej rozczarowany jest sobą, a raczej tym, jak inni do niego podchodzą. Jakby był nieistotny. Zaciska usta. Chce pozbyć się tej myśli, jednak ona nie odchodzi, tylko chowa się w głąb niego i czeka na odpowiedni moment.
Patrzy jak Junona otwiera wszystkie drzwi po kolei. Zna ją i wie, kiedy się denerwuje. Och, Harriet naprawdę wyprowadziła ją z równowagi. Dziwne, że nigdy wcześniej się nie spotkały, jednak może to dobrze. Kiedy wchodzą do smoczarni, Quentin musi w myślach pochwalić architekta. Przypominające plastry miodu włazy w ścianach to sprytne rozwiązanie. Kiedy Junona mówi zachęcająco o locie na smokach, Quentin wie, że powinien się teraz wykazać, jednak zadanie jest tak łatwe, że paradoksalnie pokazanie swoich umiejętności będzie bardzo trudne. Zdaje sobie jednak sprawę z tego, czego się od niego tutaj wymaga. Bezwzględnego posłuszeństwa. Dlatego poleci perfekcyjnie i zapewne zanudzi się na śmierć w trakcie.
Patrzy na Harriet. Oczywiście nie jest na nią zły, jednak ma wrażenie, że przez jej zachowanie zostają w pewien sposób odrzuceni przez grupę. Nikt nie chce mieć problemów, a wygląda na to, że tutaj naprawdę łatwo o kłopoty. Odgarnia jej włosy za ucho i nachyla się lekko. Mówi do niej miękkim szeptem.
– Porozmawiam z Junoną. Wygląda na to, że jest… nieco przewrażliwiona. Oczywiście możesz podejść ze mną, jeśli masz ochotę, jednak uprzedzam, że to chyba nie jest dobry pomysł – Krótkotrwała, początkowa złość Quentina ostygła teraz jak lawa, zamieniona w twardą, zimną determinację. Potrafi zdobyć się na dystans. Na początku chciał załagodzić  sytuację, ale nikt go tutaj nie słucha. Dlatego zrobi tak, że będą go słuchali, ale jeszcze nie teraz. Tresura smoków wymaga cierpliwości, tak uczył go ojciec. Quentin jest pewien, że z ludźmi jest podobnie. Uśmiecha się do Harriet, ale nie próbuje jej pocieszać., ponieważ to nie jest potrzebne, gdyż nic złego się nie stało i nie powinna być smutna. Postanowił już, że musi wyjaśnić kilka kwestii z Junoną, więc rusza w jej stronę. Dostrzega, że dziewczyna prowadzi konwersacje z kilkoma osobami. Jest dobrze wychowany, dlatego czeka na odpowiedni moment, żeby się wtrącić. Nie jest zły na Junonę, rozumie ją do pewnego stopnia, przynajmniej tak mu się zdaje. Co nie zmienia faktu, że nie będzie dla niej po prostu jednym z żołnierzy. Nie ma prawa traktować go jak swojego podwładnego, bo nim nie jest. Po raz kolejny Quentin mimo woli zastanawia się dlaczego nie został wtajemniczony wcześniej. Przecież Lawrence Hawthorne i Vincent Darfur są przyjaciółmi, przynajmniej o ile mu wiadomo. Teraz jednak nie był nawet pewny, czy jego wuj wiedział cokolwiek o projekcie. Rodzice utrzymywali z nim raczej ograniczony kontakt.
– Przepraszam – Quentin uśmiecha się czarująco do Junony i reszty. Nawet nie musi się starać, wypracował to sobie, kiedy jeszcze uczył się mówić.. Rzuca spojrzenie wysokiemu chłopakowi, który wdał się w niefortunną dyskusję z Harriet i stanowczym gestem podaje mu rękę. W końcu tamten na pewno nie wziął sobie Findlay na cel specjalnie, bo jeśli tak, to Quentin musiałby również z nim uciąć sobie pogawędkę. Prawdę mówiąc Hawthorne nadal ma do niego żal, za to, że wcześniej go zignorował, blondyn sprawia jednak wrażenie przyjaznego. Takiego, który nie będzie mu wchodził w drogę. Quentin uśmiecha się ciepło.
– Wierzę, że jeszcze się nie znamy. Quentin – przedstawia się. -  Mam nadzieję, że incydent sprzed kilku minut nie wpłynie na naszą dalszą współpracę – mówi pół żartem pól serio. Naprawdę ma taką nadzieję.
Ściska rękę również stojącemu obok ciemnowłosemu chłopakowi. Jasnowłosą dziewczynę pozdrawia jedynie skinieniem głowy. To kobieta powinna pierwsza wyciągnąć dłoń. Nie jest pewien jak powitać Junonę. W normalnych warunkach uściskałby ją, zachowując między ich ciałami centymetrowy dystans, uznaje jednak, że po tym, co się wydarzyło to nie jest dobry pomysł.
– Nona. Możemy porozmawiać? – pyta łagodnie. Do tej pory nie zwracał uwagi na latające w okolicy smoki, jednak uśmiecha się, kiedy jeden z midgów przysiada obok jego buta.
– Cześć, mały.   
         Nie próbuje go pogłaskać, ponieważ nie jest idiotą. Wraca spojrzeniem do twarzy Junony. Dba o to, by jego mimika wyrażała jedynie chęć zawarcia nowych przyjaźni i tym podobne emocje. Nie jest pewien co sam czuje w środku, zresztą to w tym momencie zupełnie nieistotne. Teraz musi upewnić się, że zachowanie Harriet nie wpłynie na ich pozycję tutaj i nie zrobi z nich pariasów oraz dać Junonie do zrozumienia, że przejmuje się losem swojej dziewczyny. Nie chce, żeby inni uczestnicy projektu trzymali go na dystans, to byłoby dla niego tylko kolejną przeszkodą do pokonania.

Ostatnio zmieniony przez Pani (03-07-2019 o 12h55)


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#36 26-06-2019 o 20h33

Straż Absyntu
Rissie
Pokonała Carcolha
Rissie
...
Wiadomości: 8 976

https://i.ibb.co/51G74DC/d.png

    Przynajmniej loty nie mogą wyjść źle, prawda?
    Przyglądam się, jak pierwsza dziewczyna odbywa lot na smoku. Idzie jej to zaskakująco dobrze, mimo faktu, że asystuje jej wyspecjalizowany instruktor. Sprawdzam na padzie, kto może mieć wrodzony talent do latania. Według systemu nazywa się Bella Clarke i jest napisana pod numerem siódmym. Udało jej się uzyskać trzeci najwyższy wynik w egzaminie wstępnym. Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem.  Z tego, co udaje mi się odczytać, to jej pierwsza styczność ze smokiem kiedykolwiek. Zamierzam sprawić, że panna Clarke stanie się jeszcze lepsza w tym, co robi. Bo co ta dziewczyna będzie mogła kiedyś osiągnąć?
    Niemalże podskakuję, kiedy - tuż koło mojego ucha - słyszę znajomy głos. Odwracam tylko lekko głowę, żeby przyjrzeć się twarzy Naraja. Mam wrażenie, że gdyby chciał zapytać mnie o coś jeszcze wczoraj, zrobiłby to w inny sposób. Nie wiem jaki, ale wiem, że coś jest nie tak.
    - To, od lewej do prawej, Tenephertis i Tellun, dwie najspokojniejsze samice Leviathorgów, jakie mamy - odpowiadam mu spokojnie, wyłączając pada i chowając go do kieszeni. - Są z nami od sześciu lat. I właściwie to nic dziwnego, że nieczęsto je widujesz. Do niedawna zajmowały się zaganianiem owiec na niższych poziomach górskich, a teraz wróciły, żeby zajmować się młodymi.
    Donnan jest chyba jedyną osobą, wobec której potrafię być jednocześnie szczera i łagodna. Kiedy rozmawiam z ojcem, albo kłamię i zachowuję równowagę, albo mówię prawdę i czuję, jak łamie mi się głos. Nawet wobec Vincenta nie umiem być... prawdziwa?
    - Jak wrócimy do pokoi - dodaję jeszcze, nieco zbyt cicho, by można było uznać to za coś naturalnego - to pamiętaj, że dziś jest ostatni dzień, kiedy można prowadzić nieograniczone rozmowy ze światem zewnętrznym. Skorzystaj z tego i, hm... może powiedz swojemu współlokatorowi?
    Bella Clarke wraca na ziemię ze swojej przejażdżki, więc odsuwam się nieco od Naraja i witam ją ciepłym uśmiechem. Widzę po niej, że jest rozemocjonowana i przejęta tym, co się właśnie wydarzyło. Przechylam głowę w bok.
    - Jak na pierwszy lot, muszę przyznać, że naprawdę dobrze - mówię szczerze. - I właściwie gdyby to był dziesiąty lot, również uznałabym go za dobry. Masz talent.
    Kiedy dziewczyna się do mnie zbliża, klepię ją lekko i po przyjacielsku w ramię. Czuję się z tym niekomfortowo, ale wiem, jak ważny jest kontakt fizyczny w sferze dowódca - żołnierz. Może Clarke nie jest żołnierzem, a ja dowódcą - jeszcze - to chcę już teraz zacząć budować ich zaufanie do mnie.
    - Zgłoś się przy wejściu i odbierz swoją kartę dostępu. - Jest pierwsza i mam nadzieję, że kolejne osoby pójdą za jej przykładem. Może nadawałaby się na moją prawą rękę? - I, och, jeśli chcesz się oddalić, coś przekąsić albo zadzwonić do rodziny, teraz jest dobry moment. - Spoglądam na drzwi i stojących przy nich dwóch strażników. - Powiedz im, że cię wypuszczam i masz zgodę na kontakt zewnętrzny -  przekazuję jej, mrugając nieco konspiracyjnie.
    Odprowadzam Bellę wzrokiem, i nie mija chwila, jak koło mnie pojawia się kolejna osoba. Rozpoznaję, że to ten sam chłopak, który wcześniej pytał o dość logiczne rzeczy.
    - Panie Scar - witam go entuzjastycznie. - Jak lot? Czy smok nie sprawiał problemów? - Marszczę brwi. Nie spodziewałam się kolejnych pytań, to dość... dziwne, ale i poniekąd zrozumiałe, że ktoś zadaje ich aż tyle. - Tak, oczywiście. Wszyscy będziemy latać. Póki co, ze względu na to, że smoki się nie wykluły, nie mamy w planie zajęć lotów, ale kiedy podrosną, wygospodarujemy na to czas. Na razie mogę powiedzieć, że gdy będzie pan chciał, wystarczy podejść do mnie lub oficera Darfura i o tym powiedzieć. W wolnym czasie na pewno będzie możliwość treningów ze smokami. - Uśmiecham się nieco szerzej. - I tak, to zdecydowanie uzależnia. Wiem coś o tym.
    Przerywa nam Vincent, przepraszając Christophera i i odciągając mnie na bok.
    - Co się dzieje? - pytam zdezorientowana.
    - Ten Azjata spadł ze smoka.
    - Ale przecież He...
    - Nieważne. Idę do niego i zabiorę go do skrzydła szpitalnego. Zajmuj się dalej tą wesołą gromadką, świetnie ci idzie. Jestem z ciebie bardzo dumny. - Całuje mnie szybko w czoło i zbiega po schodkach, żeby porozmawiać z instruktorem i He.
    Patrzę, jak pokonuje dzielący ich dystans z nadludzką prędkością. Choć nie mogę zobaczyć jego twarzy, wiem, że pyta, czy wszystko w porządku, i czy potrzeba opieki medycznej. Odrywam od nich wzrok, z myślą, że jeśli za długo będę się im przypatrywać, inni mogą podążyć za moim wzrokiem. Rodzina He spróbowałaby zrównać Czomolungmę z ziemią, gdyby ich dziecku coś się stało. Coś jak urażone ego.
    Mój wzrok pada na dziewczynę, stojącą z tyłu grupy i dygoczącą jak osika. Coś z tyłu głowy nakazuje mi natychmiast do niej podejść i upewnić się co do jej stanu zdrowia. Podbiegam do niej, choć mam wrażenie, że szpilki nie zostały do tego stworzone. Przed chwilą rozmawiał z nią ten Francuzik o przyjaznym uśmiechu, jednak on gdzieś zniknął. Rozpoznaję dziewczynę głównie przez to, że kojarzę jej kolor włosów z niecodziennym imieniem i nazwiskiem. Jest Rosjanką.
    - Hej - witam się w jej rodzimym języku. - Wszystko w porządku? Chcesz wyjść, przewietrzyć się, albo wody? - Mój rosyjski nie jest wybitny, ale wiem, że jest w stanie mnie zrozumieć. Kładę jej rękę na ramieniu i unoszę nieco kąciki ust. - Wiem, że to stres, w końcu to nowe miejsce... ale nie musisz się bać, wszyscy przez to przechodzimy. Ja też przez to przeszłam.
    Skinieniem głowy proszę stojącego nieopodal strażnika, by podszedł bliżej.
    - Czy mogłabym prosić cię o przyniesienie szklanki wody? - mówię, tym razem po angielsku. - Dziękuję.
    Wracam spojrzeniem do Wiery i przyglądam się jej pobladłej twarzy. Widzę, że jest wystraszona, ale nie mogę zrobić wiele więcej poza zapewnieniem jej, że wszystko jest w porządku.
    Nagle pojawia się koło nas kolejna dziewczyna, a ja mam ochotę strzelić sobie z Żądła w głowę. Na początku chcę ją zbyć, ale kiedy widzę, że ma do poruszenia ciekawy temat, zaczynam czuć lekkie zainteresowanie. Śledzę, jak się porusza, słucham, jak mówi i co mówi. To jest to, czego mi zabrakło wcześniej. Nie dość, że dziewczyna, której imienia za Chiny ludowe nie jestem w stanie sobie przypomnieć, prawi z sensem, to jeszcze czuję się zaintrygowana tym, jak to robi. Pamiętam za to, że jej nazwisko brzmi Nair. Kiedy odsuwa się ode mnie, nie próbuję jej zatrzymać ani odpowiedzieć. Wyjmuję tylko pada z kieszeni i włączam możliwość prowadzenia korespondecji prywatnej z urządzeniem Nair. Agnes Nair. Piszę prędko pewien mało znany cytat:

"Actus hominis, non dignitas iudicetur."
- Minucjusz Feliks

    Sądzone będą czyny ludzkie, nie ich godność albo stanowisko. Starożytny Rzym jest prawdziwą kuźnią wspaniałych i mądrych ludzi, których podziwiam od naprawdę dawna. Uśmiecham się pod nosem i już mam zamiar pytać, czy wszyscy mieli czas na przejażdżkę, gdy zjawia się koło mnie ktoś, kogo się nie spodziewałam.
    - Clark Junior - mówię przekornie, kiedy młody Hawthorne odciąga mnie na bok. Nie umyka mojej uwadze jego dziwna postawa i rozbiegany wzrok. I to, że trzymał się za ręce z Findlay. - Co się stało?


                                                                                                                             "I only act like I know everything."                       -Natasha Romanov
http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo3-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-pn3bxpmqlt1xpjiuvo9-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo10-40.png http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo9-400.png

Offline

#37 26-06-2019 o 22h53

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_
______________________________
https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/588656421478989844/unknown.png

     Uśmiechał się, kiedy Junona w spokoju przestawiała mu dwie smoczyce. Wraz z jej słowami, „od lewej do prawej”, przesuwał wzrok, zapamiętując imiona Levithorgów. Dyskretnie zerknął na dłonie kobiety. Patrzył, jak ekran pada, którego trzymała, gaśnie.
     -Młodymi?- W oczach Naraja pojawiły się iskry zaciekawienia. –I tak, oczywiście nie zapomnę…- Junona jednak nie zdążyła na to zareagować- obok pojawiały się osoby, które również miały pytania. Pytania, przy których pytanie Naraja zabrzmiało wręcz dziecinnie. Przez chwilę było mu głupio- pomyślał, że zajmuje pannie Veyron czas, jednak nie odszedł dalej, nawet w kierunku instruktora.
     Słuchał, jak Junona chwaliła jasnowłosą dziewczynę i rozmawiała z kolejnymi osobami, które podchodziły bliżej. Mężczyzna z przydługimi włosami został nazwany panem Scar, co Donnan powtarzał sobie w głowie- koniecznie chciał zapamiętać imiona wszystkich, więc próbował to robić nawet bez oficjalnego przedstawienia się młodzieńca. Spojrzał na niego przyjaźnie, kiedy Darfur odciągnął Junonę na bok. Był zbyt zajęty widokiem nowych twarzy, aby zorientować się od razu, że ktoś spadł ze smoka. Następnie Junona podeszła do rudowłosej dziewczyny, która potrzebowała uspokojenia- do tego Naraj wolał się nie wtrącać tym bardziej, aby nie powiedzieć czegoś nieodpowiedniego pod wpływem chwili. Tym bardziej, że kobiety zaczęły rozmawiać po rosyjsku- a znajomość Naraja tego języka ograniczała się do powiedzenia „dzień dobry”. Nie był to jedyny język, w którym potrafił się jedynie przywitać. Przy Junonie, która potrafiła mówić w czterech językach i była w trakcie nauki piątego, Naraj wypadał naprawdę… biednie. Do dziewczyny podeszła kolejna osoba, więc oderwał od niej swój wzrok.
     Spojrzał na „pana Scar” i uśmiechnął się niepewnie, jakby zastanawiał się, czy powinien się mu przedstawić.
     -Ładnie to ująłeś. Latanie naprawdę uzależnia.- Przyznał w końcu. –Nazywam się Naraj Donnan- podał mu rękę w geście przywitania.
     Lubił wysokich ludzi, bo nie musiał się do nich schylać. Przy tych niższych czuł się jak wielka stopa.
     Czarujący uśmiech blondyna, bliskiego przyjaciela dziewczyny, z którą Naraj wdał się w nieprzyjemną potyczkę słowną, wypadał bardzo naturalnie i przekonująco. Donnan nie miał pojęcia, w którym momencie chłopak podszedł bliżej, ale wychwycił wzrok, który patrzył wprost na niego. Wydawało mu się, że ciemnowłosa obok również na niego patrzyła. Patrzył, jak Quentin wyciąga rękę kolejno do niego i Christophera. Przez jakiś czas czuł na swojej dłoni ciepło dłoni blondyna.
     -Naraj Donnan- przedstawił się, dając sobie jeszcze chwilę na skomentowanie dalszej części wypowiedzi chłopaka. –To był mój błąd- przyznał przekonująco, choć wcale tak nie myślał.
     Starał się nie okazać zdziwienia, kiedy Quentin zwrócił się do Junony „Nona”.  Wbił wzrok na małego smoka rasy midge,  który przysiadł obok buta nowo poznanego. Wyglądał, jakby próbował uniknąć spojrzenia na przyjaciółkę Quentina. Mały smok skutecznie przyciągał jego uwagę- lada moment obok niego pojawił się kolejny, piętnastocentymetrowy właściciel jasnozielonych łusek. Smoki tego gatunku kojarzone były z energicznymi, zwłaszcza w grupach, jakby wzajemne towarzystwo napędzało je do zabawy. Jeden z nich zaczął wspinać się po nogawce Naraja. Może uznał jego nogę za drzewo. Zaczepił się o rękaw i wspiął aż do szyi, ciągnąc za golf. Naraj sprawnie odczepił jego pazury od materiału, jakby robił to już za którymś razem- bo właściwie robił, a szpony midge’ów porównywał do pazurów kociąt domagających się atencji. Obecność smoka uspokoiła go nieco; spojrzał na ciemnowłosą dziewczynę, ale nie zmusił się do uśmiechu.
     -Nie powinienem był wyrażać swojej opinii w ten sposób, przepraszam- powiedział. –Również nie chcę nieporozumień- jawnie nawiązał do wcześniejszych słów Quentina.
     Pogłaskał smoka między rogami, a ten delikatnie podgryzł jego ucho, ale nie zostawił tam rany, nawet zaczerwienienia. Mężczyzna jednak nic sobie z tego nie zrobił. Nie patrząc na smoka, wsunął mu palec do paszczy, jakby sprawdzał mu dziąsła i zeby, a midge zawiesił mu się na szyi. Gdyby go nie znał i nie wiedział, że jest wytresowany, nie zdecydowałby się na taki ruch. Ale to właśnie z tą rasą pracował przez ostatnie dni i dobrze wiedział, że te konkretne osobniki nie były w stanie go ugryźć. Fakt, że dostanie się ich śliny do rany otwartej powodował paraliż, trzymał z tyłu głowy.
     -Potraktowałem twoją wypowiedź zbyt osobiście- dodał, nie spuszczając wzroku z dziewczyny. W tym czasie midge wypuścił powietrze na szczękę Naraja. Donnan skrzywił się momentalnie.
     -Ryū, to łaskocze- powiedział, zapominając na chwilę, że nie jest ze smokiem sam.

Ostatnio zmieniony przez Airi (26-06-2019 o 22h56)


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#38 27-06-2019 o 00h38

Straż Obsydianu
Eadlyn03
Nowo przybyła
Eadlyn03
...
Wiadomości: 7

https://fontmeme.com/temporary/df34c26addcd17320b3e53b90e95fbcc.png


        Emocje wciąż buzują w Belli, a myślami wraca do lotu, do łusek pięknego Leviathorga pod palcami, do wiatru we włosach. Dziewczyna nie spodziewała się, że coś o czym śniła od lat spełni się tak szybko. Wsłuchując się w słowa Junony Clarke odczuwa pewną satysfakcję, bo dla niej samej lot był niesamowitym przeżyciem, a właśnie po to tu jest. Nie chce przecież wcale stawać się członkiem smoczej armii, za to zależy jej na nauce, kontakcie z tymi cudownymi stworzeniami i innych, równie ważnych rzeczach. Sama idea wykorzystywania smoków do walki zdaje jej się co najmniej nieetyczna, ale dla własnego dobra woli, przynanajmniej przez pewien czas, powstrzymać się od zbędnych komentarzy. Wyczucie sytuacji, poznanie ludzi i otoczenia jest w tej chwili jej priorytetem. Pochwały ze strony Veyron przyjmuje z uśmiechem, jest szczerze szczęśliwa. Z resztą, kto by nie był?
        Kontakt fizyczny nawiązany przez Junonę wydaje jej się być nieco dziwny i czuje się z nim niekomfortowo. Oprócz lekkiego spięcia mięśni stara się, nie dać po sobie poznać zakłopotania. Momentalnie przenosi wzrok na blondyna, stojącego obok. Podaje mu rękę, uświadamiając sobie, że nie zna z imienia nikogo z tu obecnych, pomijając brunetkę, stojącą obok.
    - Ah, zapomniałam się przedstawić, Bella. - Ściska dłoń chłopaka, a zaraz potem wyciąga rękę do dziewczyny – chociaż ty chyba już je znasz – zwraca się tym razem do niej.
        Nie jest pewna, ale wydaje jej się, że jasnowłosy chłopak, to ten sam, który zaangażował się w konflikt z dziwczyną, o nazwisku Findley. Nieznanie imion reszty osób jest dla Belli problematyczne, nie może się połapać, kto jest tu kim.
Latanie to coś wspaniałego, mam nadzieję, że powtórzymy to jak najszybciej – mówi do obojga swoich
towarzyszy. Junona instruuje ją o kolejnych krokach, a myśl o rozmowie z matką i bratem uszczęśliwia ją jeszcze bardziej. Będzie mogła podizelić się wrażeniami z pierwszego kontaktu ze smokami. Koniecznie musi dac znać jak to jest siedzieć na grzbiecie Leviathorga, bo jej rodzina raczej nie będzie miała takiej okazji. Tym bardziej cieszy ją fakt, że została wybrana do Projektu, choć jej inna część podpowiada, by nie dawała się odciągnąć od swojego celu.
    - Dzięki, jesteś całkiem w porządku, do zobaczenia – uśmiecha się trochę spode łba do Juno. Była w tych słowach szczera, lecz mimo względnie pozytywnego wrażenia, jakie zrobiła na niej dziewczyna, Bella nie jest przekonana, czy będzie jej w stanie zaufać. W końcu, Icarus to część jej życia, a Clarke ma do niego sporo zarzutów.
        Blondynka kieruje się w stronę wrót, których pilnują ochroniarze. Wyjaśnia, że Veyron zezwoliła na opuszczenie pomieszczenia i kontakt z rodziną, na co strażnicy spoglądają na siebie, a potem na brunetkę, która jest już zajęta rozmowami z kolejnymi osobami. Dziewczyna jest w pewnym stopniu zirytowana, że przyjeżdżając do projektu jednocześnie zgodziła się, by ktoś ją kontrolował. Rozkazy nie są czymś, za czym Clarke przepada, ale zdaje sobie sprawę, że jest to cena, którą musi zapłacić za te wszystkie możliwości, które oferuje jej iCarus. „To tylko tymczasowe, potem będzie lepiej” - pociesza się dziewczyna, mając nadzieję, że z biegiem czasu zdobędą zaufanie szefów projektu na tyle, że będą mieli większą swobodę. Nie wyobraża sobie, by tak wyglądało to już zawsze i nie zamierza się do tego za bardzo przyzwyczajać. Tłumaczy sobie w głowie, że jest to konieczność, szczególnie patrząc przez pryzmat wydarzeń takich jak kłótnia, mająca miejsce już na samym powitaniu. Prawdą jest, że wszystkie środki ostrożności muszą być stosowane, gdy chodzi o przedsięwzięcie tak ważne, jak iCarus. Mimo, iż Bella zdaje sobie z tego sprawę, nie podoba jej się to zupełnie, szczególnie, że to ona znajduje się po stronie kontrolowanej. Mężczyźni dochodzą do wniosku, że nie będą się fatygować, by prosić Junonę o potwierdzenie tych słów, więc wypuszczają Bellę na zewnątrz, wręczając kartę dostępu do pokoju. Clarke uśmiecha się miło i mówiąc krótkie „Dziękuję” wychodzi, lecz wcześniej ogląda się ostatni raz za siebie, obserwując smoki różnorakiej rasy. Jest w tym miejscu coś niezwykłego, coś co nie pozwala jej oderwać od niego wzroku. Z tyłu głowy ma jednak, że jej przygoda ze smokami dopiero się rozpoczyna, a teraz nadszedł czas zakończyć pewien etap w swoim życiu.
        Drzwi zamykają się za Bellą, pozostawiając ją samą w ogromnym, przestronnym hallu. Czuje się lekko zagubiona, nie do końca wiedząc co powinna ze sobą zrobić, dlatego opiera się o ścianę i wyjmuje z tylnej kieszeni spodni jedno z dwóch urządzeń otrzymanych już na starcie, gdy skonfiskowany został jej telefon. Jej samotność nie trwa jednak długo, gdyż już po chwili po jej stroni drzwi pojawia się jeden ze strażników. Zachowuje się w zasadzie tak jakby go nie było, ale dla dziewczyny jego obecność jest trochę krępująca i niezręczna. Widocznie tak musi już być. Clarke uświadamia sobie, że nie pamięta numeru do swojego starszego brata, co oznaczało, że jedyne, co jej pozostawało to zadzwonienie do matki. Wyjmuje telefon i wpisuje dobrze znany numer. Waha się przez moment, zanim naciska słuchawkę. Nie jest pewna, czy rozmowa z osobą, która przez pracę ze smokami straciła męża jest dobrym pomysłem, ale jakby nie patrzeć, ten sam człowiek był jej ojcem, a jednak tu jest. Właśnie dla niego, żeby dowiedzieć się jak najwięcej o tym, czym niegdyś się zajmował. Nagle przeszywa ją dreszcz, opuszcza rękę ze smartphonem w dół. Junona twierdzi, że nie było do tej pory ofiar śmiertelnych, czym więc jest ojciec Belli? Dziewczyna skrycie liczy, że Veyron miała na myśli tylko sam projekt, a nie całą pracę ze smokami, bo ewidentnie coś nie współgrało. Clarke chce koniecznie dopytać brunetkę, czy wie coś o ofiarach śmiertelnych pracy ze smokami w ogóle, lecz na razie dalej ma przed sobą rozmowę z matką. Z powrotem włącza telefon, a po upewnieniu się o poprawnym wpisaniu numeru łączy się z nią. Po kilku sygnałach słyszy znajomy głos.
    - Cze-cześć mamo – zaczyna, łamiącym się głosem. Myśl o tym, że nie zobaczy jej przez długi czas naprawdę ją boli. Co prawda, ostatnimi czasy ich relacje były dość napięte, ale od momentu zgłoszenia się do iCarusa, wszystko zdaje się zmierzać w dobrym kierunku. Przez następne minuty dziewczyna relacjonuje podróż i pierwsze w chwile w projekcie, wspomina co prawda o smokach, ale stara się nie wdawać w szczegóły, co jakiś czas spoglądając na podejrzliwego strażnika, obserwującego ją bacznym wzrokiem. Dobrze wie, że nie może zdradzić zbyt dużo, ale  świadomość, że nie może podzielić się swoimi przeżyciami nawet z mamą jest dla niej okropna.
    - Podasz mi numer do Harrisona? Zabrali nam telefony, dzwonię z tutejszego, rozdali nam nowe już na samym początku – wyjaśnia sytuację, a już po chwili zapisuje numer brata w smartphonie.
    - Dziękuję ci bardzo, całuję i pozdrawiam – uśmiecha się do telefonu, choć wie, że nie widzi tego nikt, oprócz gburowatego ochroniarza. Dziewczyna nie chce zbytnio się rozwodzić i bawić w czułości, bo wie, że wtedy będzie jej tylko ciężej. Po jeszcze krótszym telefonie do brata, kolejne osoby zaczynają opuszczać szklarnię i zbierać się w hallu, odwracając uwagę strażnika od osoby panny Clarke.

Offline

#39 28-06-2019 o 17h26

Straż Obsydianu
Chitaru
Pokonała kurę
Chitaru
...
Wiadomości: 739

-----------------------------------https://fontmeme.com/permalink/190614/5be26e54fd1514f40e7b381bedb2b9bd.png
     Harry widziała jakie poruszenie wywołało jej zachowanie i nieco tego nie rozumiała. A już na pewno nie broni wymierzonej w jej stronę. Niby z jakiego powodu? Raczej nie wyglądała na zbyt niebezpieczną, szczególnie stojąc naprzeciw kilkumetrowego gada. Junona nie zyskała jej sympatii mierząc do nieuzbrojonej osoby. Gdyby sama Harriet miała broń, mogłaby to zaakceptować, w końcu obrona, to obrona. Ale nie pozwolono jej wnieść żadnej na teren ośrodka, więc za co? Wzruszyła ramionami, jakby chciała powiedzieć „jeśli wyciągnęłaś tę zabawkę tylko na pokaz, to możesz ją już schować” i wróciła do miejsca, w którym wcześniej stała.
     Nie pierwszy raz wymierzono w nią broń. Wiele razy nawet w nią strzelano, kiedyś nawet trafiono. Znała ten ból i długi proces leczenia, ale nadal dumnie potrafiła spojrzeć w oczy osobie, która w nią celowała. Utrzymywanie się z kradzieży i wielokrotne przyłapania, nauczyły ją wielu rzeczy, ale na pewno nie pokory.
     – Podsłuchy mają czy jak? – spytała niezadowolona, tak, że tylko Quentin mógł ją usłyszeć.
     Mogłaby przysiąc, że zdanie o duszy wyszeptała, ale jak widać w emocjach jej szept nie był zbyt cichy. Tym razem pilnowała tego, by nikt poza wybranym odbiorcą nie słyszał jej słów.
    – Nikt nie rodzi się agresywny. Charakter kształtuje się zależnie od wychowania. Gdyby nie ojciec, może też nie widziałabym nic złego w tresowaniu niewinnych istot, by wysłać je na śmierć – wymruczała w ramię chłopaka, oczywiście mając na myśli pierwszego ojca.
     Wyjątkach od reguły? Harriet nie wiedziała czy Junona mówi o niej samej, jako „buntowniczki od niesubordynacji” czy o smokach, na których dziewczyna dobrze się zna.
     – Posiadanie własnego zdania to akt niesubordynacji czy może podejście do smoka, który sam już stał kilka kroków ode mnie? – skomentowała, również cicho. Słowa na pewno nie dotarły, aż do prowadzących, co najwyżej dwóch osób stojących obok.
     Może i przez ostatnie trzy lata była uczona dobrego wychowania i szacunku do wyżej postawionych, ale wcześniejsze siedemnaście udowodniło jej, że na szacunek trzeba sobie zasłużyć, a zgięcie głowy przed kimś, kto na to nie zasługuje, to przyznanie się do porażki. Harriet kiedyś usłyszała pewne zdanie, które zdawało się opisywać jej przekonania. Wolę zginąć stojąc, niż żyć na kolanach, głosiło. I choć było zbyt poważne do obecnej sytuacji, Harriet nie zamierzała klękać przed nikim.
     Wychodząc z Sali, Findlay przybrała naturę Chameleona. Nie rzucała się już w oczy, tylko przylgnęła do tego, co było jej bliskie i zatopiła we własnych myślach. Tylko przelotne spojrzenie Junony, kiedy mowa o niesubordynacji przyzwało ją do rzeczywistości, jednak Harry szybko od niej uciekła. W myślach zapisywała mapę pomieszczeń, przez które przechodzili i tylko jednym uchem słuchała ogłoszeń parafialnych Veyron.
     Zero ofiar śmiertelnych, usłyszała i poczuła na sobie czyjś wzrok. To raczej Junona powinna powiedzieć do siebie, bo Harriet do nikogo z broni nie celowała, a wydawało jej się, że wszyscy patrzą na nią, jakby tak właśnie było.
     Lotu na smokach nie skomentowała. Jeśli jaszczurowi to odpowiadało, nie stanowiło to problemu. Sama wiele podrutowała na grzbiecie ojca. A te dwa Leviathorgi wydawały się tak spragnione ludzkiej atencji, że ten kontakt mógł im wyjść na dobre.
     W pewnym momencie, znów usłyszała głos wysokiego chłopaka, który już na samym początku stanął w obronie smoka. Tym razem pytał o imiona tych dwóch i nawet zaimponował tym Harriet. Inni zachowywali się jakby Leviathorgi były jakimś nowym pojazdem, którym koniecznie chcą się przejechać lub właśnie nie chcą, jakby stały się w ich oczach rollercosterem. A on wydawał się dostrzegać w nich żywe istoty. Może jeszcze długowłosy chłopak dziękujący jaszczurowi za lot mógł widzieć coś więcej.
     Później dotarł do niej strzęp rozmowy, w której ktoś najwyraźniej zabezpieczał się przed możliwą kłótnią lub walką. Ciekawe czy to z jej powodu. Harry nie była na tyle zapatrzona w siebie, żeby nie wiedzieć jak jest teraz postrzegana. Rzuciła okiem na stojącego obok niej Quentina. Zawsze widziała w nim wsparcie, choć czasem dostrzegała też trud z jakim chłopak się nim staje. Była świadoma, że przysparza mu zmartwień. A jednak, nie myślała o tym, gdy to robiła, dopiero później, kiedy Hawthorne próbuje wszystko załagodzić, tak jak tym razem.
      – Przewrażliwiona? – powtarza za nim cicho. Znalazłaby na to lepsze określenie, ale powstrzymała się od dalszych słów.
     Podeszła trochę za Quentinem, jednak zostawiła go zanim doszedł do Junony. Zajęła się Midgem, który zwinnie wspinał się po jej ciele, aż w końcu zaszył się na jej ramieniu pod włosami. Niepoświęcenie mu uwagi nie było w stylu Findlay. Dziewczyna przywitała się z małym stworzeniem i poświęciła chwilę na drobne pieszczoty. Z pewnej odległości obserwowała rozmowę. A słysząc „Nona” z ust swojego chłopaka prawie zadławiła się przełykaną właśnie śliną i musiała zakaszlać, by pozbyć się nieprzyjemnego uczucia. Quentin chyba zapomniał jej wspomnieć o swojej zażyłej relacji z panną Veyron. Midge wyczuwając nastrój zmienił ramię, na którym siedział i wtulił się w szyję Harriet. Mądry smok wiedział, co zrobić, żeby przywrócić szatynce równowagę.
      Kiedy spojrzenia osób z grupy, w której przebywał Quentin skierowały się na nią, postanowiła, że nie będzie dłużej stać na uboczu. Ze smokiem na ramieniu, bawiącym się jej włosami podeszła bliżej i stanęła obok Hawthorna.
       – Harriet. Nazwisko już chyba padło kilka razy – powiedziała.
     Wysłuchała słów Naraja, ale czuła, że nie są do końca szczere. Sama się z nimi nie zgadzała. Tak jak chłopak, nie uśmiechała się wiele przy tej wymianie zdań. Nie była jednak wrogo nastawiona.
      – Nie – zaprzeczyła – źle zrozumiałeś moje słowa, ale stanąłeś w obronie smoka. Myślę, że dobry z ciebie człowiek.
     Widziała to szczególnie, kiedy patrzyła jak obchodzi się z małym smokiem i pieszczotliwie go nazywa. Widząc to uniósł się jeden z kącików jej ust. Dobry z niego człowiek, nie taki, co celowałby do nieuzbrojonej osoby. O mały włos nie powiedziała tego na głos.


https://cdn.discordapp.com/attachments/503937099876270082/531558728504442891/8ca001091e653568fcbed1c7e5816a01.png

Offline

#40 29-06-2019 o 21h30

Straż Absyntu
Ilian
Obrońca Straży
Ilian
...
Wiadomości: 12 426

____________________________ h e  h a i  l o n g
__________________________________________何海隆

    He wie, że musi zachować twarz, nawet jeśli ją teraz stracił. To co się stało było niedopuszczalne, niemniej nikt tego nie widział, a smoki nie potrafią mówić. Szedł prosto. Już się przyzwyczaił do bólu. Klął w myślach, żeby się uspokoić. Gdyby ktoś zajrzał do wnętrza jego umysłu, byłby zdziwiony, że z zewnątrz jest taki chłodny  i spokojny. Bo w duchu, He aż wrzał.  Wszystko pogorszyło pojawienie się szacownego pana Vincenta Darfura.
    -你好吗? 什么发生了?你身体疼吗?- spytał starszy mężczyzna, a He nie miał zielonego pojęcia jak powinien zareagować.
-我很好啊。谢谢Darfur先生 – odpowiada, nie siląc się na miły ton. Nie podoba mu się to. – Jednak na przyszłość prosiłbym komunikować się ze mną w języku angielskim, bo taki jest język tego projektu – dodaje.  Swój język ojczysty ma zamiar zachować dla ludzi, których polubi, a pod żadnym pozorem nie dla dowództwa. Uważał to za nieprofesjonalne, a on miał zamiar pozostać profesjonalny.
    Po krótkiej wymianie zdań z szacownym panem Darfurem He był wkurzony jeszcze bardziej. W jego umyśle było piekło, jednak on sam wydawał się bardzo spokojny i opanowany. Nie wolno było pokazywać emocji, które nie przynoszą nic dobrego. Należy nie robić nic, jeśli ma się zamiary robić coś szkodliwego. Dlatego klął w myślach ile wlezie. Myśli to nie intencje, jednak błagał, by kierownictwo szybko zostało wymienione, bo on nie wytrzyma z tymi dziwnymi ludźmi cywilizacji zachodniej.
    Przystanął z boku, obserwując co się dzieje. Powoli dystansował się od swoich myśli. Nikt na niego nie patrzył, nikt do niego nie podchodził.  Wyprostował się i patrzył na tę szopkę, która odgrywała się przed jego oczyma.. Zdystansowany. Nie jego cyrk, nie jego małpy… a przynajmniej jeszcze nie. Gdyby tylko He dorwał się do władzy w projekcie to skończyłby się ten burdel. Jednak był za młody, by ktokolwiek traktował go poważnie. Za żółty – takie wrażenie też odniósł.
    Powoli się uspokajał. Miał nadzieję, że nie wyglądał, jakby właśnie spadł ze smoka, a nawet jeśli – przynajmniej jedna dziewczyna tak panikowała, że He wątpił, by wsiadła na smoka. Nie jest jednym, który odnosił porażkę tego dnia.  Miał trzy nadzieje, dotyczące tego upadku – chciał, żeby nie był jedyny, który spadnie ze smoka, żeby nikt więcej, a w szczególności jego rodzice, się o tym nie dowiedział oraz żeby to był ostatni raz.
    Zamyślony i zajęty uspakajaniem siebie z początku nie zobaczył małego chłopaczka, który go obserwował. He z trudem powstrzymał się od krzywego grymasu. Nie był w humorze, by rozmawiać z dzieciaczkiem na wycieczce szkolnej. Dość wyrośniętym, ale Ci Europejczycy wyglądali dziwnie, więc to nie powinno go zaskoczyć, prawda?
    -Wszystko w porządku – opowiada na pierwsze pytanie. Spokojnie, chociaż w myślach go przeklina. Pięć, jeden, zero, cztery. Gdyby nie było w porządku, to był dorosłym, samodzielnym człowiekiem i potrafił zgłosić, że potrzebuje pomocy. Nie miał dwunastu lat, na niebiosa.
    Całe zdenerwowanie wyparowuje w momencie, kiedy słyszy kolejne słowa chłopaka.
-Przepraszam, co? – wyrwało mu się. Dzieciak go zaskoczył. Nawet nie zdążył zarejestrować, że coś jest nie tak, kiedy usłyszał kolejne słowa o siostrze i został całkowicie rozbrojony. – Mam kwiaty we włosach? – spytał zdziwiony, nie wiedząc jak inaczej zareagować. Sięgnął dłonią do włosów i przeczesał je po raz kolejny. Rzeczywiście, udało mu się wyciągnąć kilka listów. –To się nazywa liść, nie kwiatek – dodaje trochę zniesmaczony. Trochę tym, że nie zdążył wytrzepać tego z włosów, trochę angielszczyzną chłopaczka. – Po za tym kwiaty we włosach to nie retro tylko hippie lub boho, a ja nie chcę mieć z tym nic wspólnego – dodaje po chwili, bo  m u s i a ł  to sprostować. Był normalny, w życiu nie wcisnąłby sobie kwiatów na głowę.
    Nie zdążył tego dodać, bo podeszła do nich kolejna osoba. Dziewczynę tym razem kojarzył i nie podejrzewał ją o bycie częścią jakiejś szkolnej wycieczki dla bogatych kaszojadów. Możliwe nawet, że nie musiała mieć azjatyckich rysów twarzy, by ją zapamiętał – czarna szminka odznaczała się dostatecznie.
    -To jest dopiero pierwszy dzień, wszyscy są na swój sposób zdenerwowani – odpowiada jej, jakby rozumiał ich zachowanie. W rzeczywistości nie rozumiał. Wiedzieli gdzie się dostają, wiedzieli na co się piszą, co oni sobie myśleli? O dowództwie nie miał zamiaru wspominać.
    -Jestem He HaiLong* - przedstawia się dziewczynie, lekko się skłaniając – był dobrze wychowany. Jest ciekawy czy dziewczyna rzeczywiście ma coś wspólnego z Azją i czy może coś o nim wie. – Skąd jesteś? – zadaje pytanie, po czym przypomina sobie, że nie są sami.
    -Gdzie są twoi rodzice? Nie powinieneś się od nich oddalać i zaczepiać nieznajomych – zwraca się do niego całkiem poważnie.



*He HaiLong - 何海隆:
1.何 - naziwsko: He2, może również znaczyc what/which
2.海隆  Hai3 Long2 - imię. 海 znaczy morze, 隆 znaczy wgrand/magnificent. Jest homonimem do słowa wydra 海龙 Hai3Long2 czyli W Y D R A. Hai znaczy może, Long znaczy smok,
to jest s z a l e n i e   ważne, bo myślałam nad tym i jestem dumna z tego wynalazku

Ostatnio zmieniony przez Ilian (29-06-2019 o 21h32)


https://66.media.tumblr.com/8aed94d120a24a59fc6c60bbf9db9857/tumblr_pa3wc3q9jB1th3f4no3_540.gifv

Offline

#41 01-07-2019 o 21h51

Straż Absyntu
Sadystyczny
Rekrut
Sadystyczny
...
Wiadomości: 33

https://i.ibb.co/3CH56xJ/sd-2.png
E    M    B    R    A    C    E            T    H    E            U    N    C    E    R    T    A    I    N    T    Y
E  N  J  O  Y          T  H  E            B  E  U  A  T  Y            O  F           B  E  C  O  M  I  N  G

    Brunet przez chwilę wygląda jakby miał powiedzieć coś jeszcze, ale wzmianka o kwiatkach od razu go ożywia i, najwyraźniej, kieruje myśli w innym kierunku. Wytrzepuje z włosów resztkę zielska, w międzyczasie wypominając Sylvainowi różnicę między jednym, a drugim.
    — Pewnie tak. — odpiera chłopak, wzruszając ramionami.
    Unosi brew gdy Azjata artykułuje mu rozbieżność pomiędzy retro, hippie i boho — brzmi przy tym tak poważnie, że Sylvain nie potrafi się nie uśmiechnąć, a słowa „nie chcę mieć z tym nic wspólnego” rozbawiają go już do reszty.
    — A myślałem, że retro.  — kręci głową w zełganym niedowierzaniu.
    Chce coś jeszcze dorzucić, ale zamiast tego odwraca się na dźwięk kobiecego głosu. Dziewczynę, która do nich podchodzi, kojarzy już z wcześniej: stała obok kiedy Junona Veyron witała ich na schodach. Jest jedną z tych charakterystycznych osób, które dość ciężko przegapić. Włosy ma długie i ciemne: w kompozycji z nimi jej twarz wydaje się bardzo blada, niemal biała. Nosi mocny makijaż, który wręcz krzyczy o suwerenności i rewolcie: Sylvainowi przywodzi na myśl zaaferowane gotycką subkulturą koleżanki, które nie tak dawno widywał na licealnych korytarzach w Montpellier — rozkochane death rock’iem i ubrane w ciemne, futurystyczne sukienki. Ale, na przekór wszystkiemu, jej postawa nie wydaj się bojownicza. Potraktowane smolistą pomadką usta rozciąga w życzliwym uśmiechu, chód ma spokojny, a wyraz oczu przyjazny. Peqiet nie odpowiada głównie dlatego, że uprzedza go Azjata.
    He, jak się szybko okazuje, nie mówi do niego. Właściwie nawet tego nie ukrywa. Sylvain najpierw przygląda się jemu, potem zerka na Nessę, a na koniec i tak wraca spojrzeniem do chłopaka. Jego powieka drga mimowolnie, ale nie przestaje się uśmiechać, słuchając wymiany zdań między dwójką już-nie-nieznajomych: nawet nie myśli o tym, żeby się wciąć, bo to zupełnie nie w jego stylu.
    Paręnaście metrów dalej zbiera się całkiem spora grupa osób — Junona Veyron w towarzystwie wysokiego szatyna, chłopaka od niepokornej oponentki, jej samej i paru innych osób. Niektórzy odbyli już lot na smoku, a inni nawet jeszcze się do tego nie przymierzyli, być może, w ogóle nie planują: blondynka, która robiła to jako pierwsza, opuszcza ogród, ale wydaje się przy tym nieco nerwowa. Peqiet odprowadza ją wzrokiem, aż do szklanych wrót. Kątem oka obserwuje również instruktorów i kręcące się przy nich Leviathorgi — ilekroć je widzi, wydają mu się tak samo fascynujące co za pierwszym razem, chociaż to chyba kwestia odbierania. Ma tendencję do patrzenia w podobny sposób na psy, zarówno własne jak i cudze. Wśród zebranych tam osób stara się odszukać rudowłosą Slowiankę z wcześniej.
    Mina trochę mu rzednie dopiero kiedy brunet zwraca się bezpośrednio do niego, ty samym wyrywając go z zamyślenia. Sylvain podnosi brwi tak wysoko, że niemal go to boli i potrząsa głową, jakby nie zrozumiał tego co chłopak do niego powiedział. Wie jak wygląda i, bynajmniej, nie trzeba mu tego wyjaśniać, ale nie sądził, że ktokolwiek może go wziąć za smarkacza wymagającego nadzoru dorosłego opiekuna. W pierwszej chwili odnosi wrażenie, że to kwestia — często zresztą spotykanej przez niego — złośliwości, ale nic nie wskazuje na to, aby tamten się zgrywał.
    — Będę udawał, że wierzę, że to żart. — uznaje po chwili wahania i uśmiecha się: raczej serdecznie, ale wciąż nieco cierpko. — Dla dobra nas obojga. — wyjaśnia.
    Przenosi wzrok na Nessę, rzucając jej jedno z tych ciepłych, przyjaznych spojrzeń.
    — Sylvain. — przedstawia się krótko, aby po chwili dodać: — To dopiero początek. Zdążymy jeszcze ze trzy razy zmienić obozy. — wzrusza ramionami, wkładając dłonie do kieszeni spodni. — Myślę, że mamy szansę to przeżyć, przy odrobinie szczęścia.
    Zadziera nieco głowę i przygląda się koronom drzew oraz smokom, które zataczają kręgi nad ich czubkami.

Ostatnio zmieniony przez Sadystyczny (01-07-2019 o 22h04)


G O T    C A U G H T    U N D E R    T H E    C O V E R S
W I T H             S E C O N D H A N D            L O V E R S
A L L       Y O U       S I N N E R S       S T A N D       U P
S I N G                                                H A L L E L U J A H


https://i.ibb.co/VgT8Msz/1.gif https://i.ibb.co/pzSk08k/2.gif https://i.ibb.co/SwDccW6/3.gif

Offline

#42 03-07-2019 o 16h05

Straż Obsydianu
Pani
Żołnierz Straży
Pani
...
Wiadomości: 484

.................................................................................https://i.ibb.co/bgFxSHD/Q.png

........................................................................................................................................E N V Y      IS      THE      BOND
.........................................................................................................................................BETWEEN  THE   H O P E F U L
........................................................................................................................................AND        THE        D A M N E D


         Przechyla głowę, kiedy Naraj przyznaje, że to był jego błąd. Quentin wcale tak nie uważa, mimo to nie protestuje. Patrzy natomiast z nieskrywanym zainteresowaniem, jak jeden z midge’ów wspina się po nogawce nowo poznanego. Niezwykłe. Wygląda na to, że ten chłopak- Naraj- naprawdę szybko zdobył zaufanie smoków. Quentin zna wszystkich hodowców i treserów, dlatego wie, że Naraj prawie na pewno nie miał szans na spotkanie ze smokiem przed uczestnictwem w projekcie. Z podziwem patrzy, jak chłopak bawi się ze smokiem. Kiedy Quentin rzuca spojrzenie Harriet, widzi, że ona też ma smoka na szyi. Unosi brwi i myśli sobie, że Harry naprawdę ma rękę do tych zwierząt.
         Quentin i Junona odchodzą odrobinę na bok, choć oczywistym jest, że i tak każdy może ich usłyszeć. Mimo to Quentin nie ma ochoty poruszać tego tematu w grupie. I tak zwrócili na siebie dużo uwagi. Quentinowi by to nie przeszkadzało, gdyby to był właściwy typ zainteresowania, jednak incydent z chameleonem raczej nie zjednuje im sprzymierzeńców, wręcz przeciwnie. I to na tak wczesnym etapie. Marszczy brwi, kiedy Junona pyta o co chodzi. Jakby wcale jej to wszystko nie obeszło albo jakby udawała, że tak jest. Mimo to Hawthorne uśmiecha się przelotnie, kiedy przyjaciółka zwraca się do niego przezwiskiem.
– Chyba domyślasz się, że chodzi mi o incydent sprzed momentu. Harriet na pewno nie miała zamiaru złamać regulaminu i możesz mi zaufać, że to więcej się nie powtórzy. – Wskazuje na broń na ręce Junony. – Jestem pewien, że nie będziesz musiała tego używać. – Obdarza ją szczerym uśmiechem. – Po prostu chciałem się upewnić, że wszystko między nami w porządku. Niedobrze byłoby zaczynać moją i Harriet karierę tutaj od konfliktu – Swobodnym gestem odgarnia sobie włosy z czoła. Uznaje, ze lepiej zakończyć ten temat. Powiedział to, co powinien i teraz mógł mieć czyste sumienie.
– Swoją drogą jestem zaskoczony… Nie wydałaś się ani słowem, że bierzesz udział w projekcie. Ani że Vincent go prowadzi – Mówi, przekornie unosząc jedną brew. Nie pokazuje po sobie, że go to zraniło. Wygląda na to, że to tajny projekt, taki, którym zajmują się ważni ludzie, dlatego po części rozumie. Mimo wszystko rodzice Quentina też są ważnymi ludźmi… Nie ma pojęcia dlaczego nie zostali wtajemniczeni na wcześniejszym etapie. Poza tym zastanawia go kilka rzeczy. Ludzie Darfura, a także Junona, przed momentem byli gotowi zabić Harriet, nie miał co do tego wątpliwości, lecz kiedy jeden chłopak spadł ze smoka, Vincent osobiście się nim zajął. Quentin nie jest pewien co ma o tym wszystkim myśleć, jednak w końcu dochodzi do wniosku, że niesubordynacja jest tutaj karana znacznie bardziej surowo niż brak umiejętności. On sam się z tym zgadza, łatwiej jest zdobyć kwalifikacje niż wyuczyć się posłuszeństwa. Smok najpierw zaczyna latać, dopiero potem jest w stanie opanować komendy.
          W tym momencie dostrzega, że Harriet się do nich zbliża. Po krótkim namyśle Quentin z ciekawością wyciąga dłoń do siedzącego na jej szyi smoka. Stworzenie obwąchuje jego palce i lekko trąca je nosem, po czym z powrotem mości się na szyi dziewczyny. Quentin uśmiecha się do niej szeroko. Dochodzi do wniosku, że tutejsze smoki są wyjątkowo przyjazne, choć szybko przypomina sobie o nieszczęsnym chameleonie. Cofając dłoń lekko muska szyję Harriet. Zaczyna się niecierpliwić, chce coś robić, coś sensownego, lecz jednocześnie jest nieskończenie zmęczony po podróży. Przyłapuje się na myśleniu o tym, czy mają tutaj wygodne łóżka. Reszta grupy nie wygląda na tak zmęczoną, jednak to pewnie z powodu adrenaliny, której dostarczył im widok smoka. Quentin ma już za sobą swoją dawkę emocji, chociaż z zupełnie innego powodu. Teraz ma ochotę po prostu iść spać, najlepiej z Harriet u boku, jednak dociera do niego, że mają osobne pokoje. Zastanawia się czy jej współlokatorka miałaby coś przeciwko, gdyby został trochę dłużej. Pewnie tak. Nic dziwnego, w końcu się nie znają. Quentinowi to wszystko (minus smoki oczywiście) kojarzy się to z koloniami dla bogatych dzieciaków, na które rodzice wysyłali go co roku. Tam za każdym razem stał na czele drużyny, zawsze tej najlepszej.

Ostatnio zmieniony przez Pani (03-07-2019 o 16h08)


j' a i             c o n n u              l a             c h a l e u r             d e              t o n             p e r r o n,             a            t r a v e r s          l e             f r o i d,             j  e             r e t r o u v e r a i             m o n             c h e m i n              j u s q u ' à             t o i.

https://i.gifer.com/3NvsU.gif https://i.gifer.com/3NvsR.gif https://i.gifer.com/3NvsS.gif https://i.gifer.com/3NvsQ.gif https://i.gifer.com/3NvsT.gif

o h            n e              m' é p a r g n e             p l u s.             c' e s t             u n e              g e n t i l l e s s e              q u e              t u               n e              p e u x            é v i t e r  !           n e             m' e n t e n d s - t u            p a s              h u r l e r  ?[/s

Offline

#43 04-07-2019 o 12h32

Straż Cienia
Sarahna
Oficer Straży
Sarahna
...
Wiadomości: 1 683

----------------------------------------https://i.imgur.com/gBAz4tD.png

          Słysząc swoje imię, zadarła nieznacznie głowę do góry. Spojrzała na chłopaka, na pierwszy rzut oka o dość przyjemnej aparycji. Wiera pomyślałaby nawet, że wzbudzałby zaufanie, patrząc ofierze w oczy i wbijając jej nóż w brzuch. Z jednej strony niepokojące, z drugiej intrygujące.
          Jego próba podniesienia dziewczyny na duchu, spowodowała, że na moment zatrzymała myśli i zawiesiła wzrok na jakimś punkcie jego odzienia. Nie była w stanie jednak go dostrzec, gdyż obraz przed oczami miała rozmazany i nie było to bynajmniej nic związanego z wadą wzroku. Miał rację. Przecież jeszcze chwilę temu obiecała sobie, że postara się być inną Wierą niż tą, jaką była w Petersburgu. Miała okazję pozbyć się swoich lęków i słabości. Wyzbyć się demonów, które ją prześladowały od zawsze. Uśmiechnęła się i rozchyliła usta, by cokolwiek powiedzieć, jednak w tym samym czasie na horyzoncie pojawił się chłopak azjatyckiego pochodzenia, dość poturbowany. Na słowa bruneta otworzyła szerzej oczy. Jeszcze tego by brakowało, by teraz większa część grupy wylądowała na oddziale ratunkowym, jeśli w ogóle takowy tu istnieje. Choć, to raczej było logiczne.
          — Powodzenia — rzuciła w stronę jego pleców, gdy oddalał się w kierunku instruktorów.
Obserwowała — w tym była dobra. Zachowanie, podejście, aż w końcu sam lot na smoku. Zastanawiała się, czy jest coś w tym locie, czego nie mogłaby pokonać oprócz lęku wysokości. To była jej pięta achillesowa.
          Objęła się, mocniej zaciskając dłonie na ramionach, gdy poczuła, że jej ciało zaczęło drżeć. Starała się opanować, ale to było silniejsze od niej. W tym momencie podeszła do niej Junona. Skinieniem głowy odpowiedziała na zadane przez dziewczynę pytanie, a gdy wspomniała o wodzie, Wiera, jak na zawołanie poczuła suchość w ustach.
          — Dam radę — powiedziała do Junony, posługując się językiem angielskim. Była świadoma, że konwersacja w swoim ojczystym języku, mogłaby przynieść wiele nieporozumień. Więc jeśli chciała z kimkolwiek złapać kontakt, wypadałoby się posługiwać językiem, którym posługuje się większa część populacji.
          Wyciągnęła dłoń i odebrała od strażnika szklankę z wodą. Opróżniła ją za jednym przechyleniem i oddała do rąk własnych, dziękując przy tym. Przetarła zwilżone usta wierzchem dłoni. Czuła się jak ostatnia ofiara losu, która nie potrafi sobie poradzić w niesprzyjających warunkach. Musiała coś z tym zrobić, w końcu, jak wspomniał chłopak, którego imienia nie poznała: Po to tu jesteś. Miał rację. My wszyscy po to tu byliśmy.
          Korzystając z okazji, że dookoła zebrała się grupa osób, albo i dwie, żwawo ze sobą dyskutując, Wiera odsunęła się od nich. Nie chciała być wmieszana w rozmowy, o których nie miała pojęcia. Wszyscy sprawiali wrażenie, jakby wychowali się ze smokami, a sama Siergiejew, jakby była podłożonym kukułczym jajem, kompletnie niepasującym do schematu. Ale może o to chodziło w projekcie, o różnorodność, mieszankę charakterów i Bóg wie co jeszcze.
          Ostrożnie zbliżyła się do barierki, przy której stali instruktorzy, trzymając na długiej smyczy smoki. Złapała za balustradę i wychyliła się. Poczuła, jak jej serce zaczyna łomotać, a oddech zrobił się płytki i przyspieszony. Strach i adrenalina dawały się we znaki. Z jednej strony była przerażona, a z drugiej cholernie ciekawa, jak to jest być tam u góry.
          Gdy jeden smok przysiadł nieopodal, Wiera wzdrygnęła się lekko. Spojrzała niepewnie na instruktora, miała cichą nadzieję, że mężczyzna odciągnie ją od tego pomysłu, wybije jej go z głowy. Nic takiego się nie stało, zamiast zniechęcenia, instruktor wręcz zachęcał wzrokiem dziewczynę, by ta podeszła bliżej, na co Wiera zareagowała jak sterowana marionetka. Jakby jakaś niewidzialna smycz, pociągnęła ją w ich kierunku.
          Stanęła naprzeciw smoka i spojrzała mu w oczy. Jakkolwiek groźnie by nie wyglądały, wiedziała, że w oczach znajdzie prawdę o nim. Jego żółte ślepia spoglądały na Siergiejew łagodnie. Dziewczyna zagryzła dolną wargę, a jej dłoń sama wystrzeliła w stronę pyska zwierzęcia. Sama nawet nie wie kiedy, gładziła jego niebieskie łuski, które w dotyku wcale nie były takie, jakie wydawały się z odległości. Zawsze, jakiejkolwiek książki nie czytała, gdy wspominano o smoczej łusce, twardej, nie do przebicia, Wiera wyobrażała sobie skórę, niczym najlepsza stal. Tymczasem, to było nieprawdopodobne. Smocza łuska wcale nie była twarda i ostra, ale miękka, delikatna, jak jakaś cienka powłoka, którą może zranić lekkie draśnięcie.
          — Le... — zaczęła, jednak nie była w stanie wypowiedzieć pełnej nazwy smoka. Odwróciła się w stronę instruktora, szukając u niego ratunku. - Leviathorg — usłyszała po chwili. — Leviathorg — powtórzyła, ponownie wracając wzrokiem w stronę smoka. Wiedziała, że jeśli teraz się wycofa, już nigdy do tego nie podejdzie. Lepiej działać pod wpływem chwili. Z pomocą mężczyzny, wspięła się na smoka i mocno objęła go za szyje, prawie się na nim kładąc. Ciepło bijące od zwierzęcia było kojące. Siergiejew czuła spokój, mimo to nie odważyła się otworzyć oczu, gdy smok wzbił się w powietrze.
          Smok musiał wyczuć lęk dziewczyny, gdyż jego lot był bardzo łagodny. Nie wzbijał się zbyt wysoko, a prędkość lotu nie była większa niż codzienna jazda samochodem. Jedyne, o co mogłaby się przyczepić, to wstrząsy, które towarzyszyły ruchom skrzydeł smoka, podczas których jej żołądek podskakiwał, aż do gardła.
          Sam lot nie trwał długo, czemu była wdzięczna zwierzęciu, że zdołał ją oszczędzić. Podczas lądowania, gdy utracił swoją wysokość, Wiera uchyliła powieki i spojrzała w dół. Z jej gardła wydobył się cichy pisk, a jej ramiona jeszcze bardziej zakleszczyły się Leviathorgu. Dopiero gdy smok stanął na twardym gruncie, dziewczyna odetchnęła. Ześlizgnęła się, a jej trzęsące się jak galareta nogi, stanęły ponownie na balkonie. Dziewczyna pochyliła się, zaciskając dłonie nad kolanami i wbijając w nie palce, żeby opanować drżenie. Miała wrażenie, że zaraz zwymiotuje, mimo to, była z siebie dumna, że stawiła czoło lękowi, nawet jeśli nie zrobiła tego w stu procentach, tylko w sześćdziesięciu dziewięciu.
          Wyprostowała się i spojrzała na wszystkich. Jedyne, o czym teraz marzyła, to pójść do swojego pokoju i chwilę odetchnąć, albo znaleźć jakąś bibliotekę, gdzie będzie mogła zaszyć się na moment i oddać jakiejś lekturze.
          Wyszła przez szklane drzwi i ruszyła przed siebie. Nie miała zielonego pojęcia, w którym kierunku iść, więc błądziła odrobinę między pomieszczeniami. Zatrzymała się, gdy dotarła nad basen. Myślała, że wszystkie pomieszczenia są na pełnym full wypasie, ogromne, wysokie i takie, gdzie można by się zgubić w szparze między kafelkami, ale nie tu. Tu było przytulnie, na tyle, że dziewczyna usiadła po turecku nad brzegiem wody i dała się pochłonąć myślom, totalnie się w nich zatracając.

Ostatnio zmieniony przez Sarahna (04-07-2019 o 20h13)



https://i.imgur.com/ZJl4Eos.png

Offline

#44 04-07-2019 o 23h19

Straż Obsydianu
Taneshja
Straż na szkoleniu
Taneshja
...
Wiadomości: 247

https://i.imgur.com/e5ap5vp.gif


    Sądziła, że to ona będzie największą atrakcją dnia, lecz tym razem się pomyliła. Ledwie niecenzuralne słowa opuściły jej usta to inna dziewczyna odezwała się, tworząc wokół siebie zamieszanie. Ingrid spojrzała na nią tylko na chwilę, szybko dochodząc do wniosku, że większą pewnością siebie to tylko sam Michael Jackson mógł świecić. Zrobiła kolejne kroki w tył, kryjąc się za innymi. Smok robił nie małe wrażenie i to on pochłaniał całą jej uwagę. Choć nadal obawiała się jego, pomimo tego, że cichy głos w głowie szeptał jej, iż zarządcy projektu mieli pełną kontrolę nad sytuacją, niczym rasowy tchórz chowała się za innymi.
    Patrząc na przebieg następnych wydarzeń doszła do wniosku, że dobrze zrobiła. Wystarczyła chwila, aby ciemnowłosa dziewczyna stworzyła wokół siebie prawdziwą wrzawę. Do końca sama nie wiedziała, dlaczego sytuacja potoczyła się w ten, a nie inny sposób, żeż w szatynkę celowano z pistoletów (albo czymś, co przypominało tą broń palną), ale wolała nic nie mówić. Sytuacja kłóciła się z jej własnymi zasadami, bo nikt odpowiedzialny nie powinien wyciągać tak niebezpiecznego przedmiotu do jakiejś gówniary, którą język za bardzo świerzbił, lecz co miała zrobić? Sprawić by to wszystko stało się jeszcze bardziej skomplikowane? Nawet nie znała dziewczyny i jakoś nie miała zbyt wielkich chęci, aby naprawić to. Szatynka wydawała się być dziwna, zbyt impulsywna, wyszczekana i Ingrid wiedziała z miejsca, że znajomość z nią oznaczałaby wiele wrażeń, których wolała uniknąć.
    Ledwie większość z personelu zdążyła wyciągnąć broń, już po chwili ją chowała, zachowując się, jakby przed chwilą nic się nie wydarzyło. Dlatego jak cała reszta poszła za Junoną, co chwilę obracając głowę to w jedną, to w drugą stronę z zachwytem obserwując mijane obiekty. Aż ciężko było jej uwierzyć, że akurat to jej się tutaj dostać. Chociaż fakt dostania się do klasy defensywnej na samym początku porządnie zepsuł jej humor, bo w końcu chciała znaleźć się w wirze akcji, ale teraz już przyzwyczaiła się do tej myśli. Nawet nie przejmowała się tym aż tak bardzo.
    Pochłonięta widokami nawet nie zobaczyła, kiedy znalazła się na placu treningowym, o ile tak mogła nazwać to miejsce. Nie słuchała zbytnio Junony i równie dobrze mogli znajdować się w sali z setkom ekranów imitujących wygląd nieba.
    Starając się nie zwrócić na siebie uwagi stanęła między innymi, słuchając Juno, a przynajmniej próbowała tak robić. Nie mogła powstrzymać myśli o projekcie i tym, co widziała. Oraz fakcie, że zachowywała się jak przerażona kwoka, a nie rezolutna dziewczyna. Przeważnie podchodziła do spraw z uniesioną głową, humorem, a tutaj? Tutaj kryła się po kątach, bojąc się pierwszego, większego smok. Zarąbiście, nie?
    Z myśli wyrwał ją nagły ruch obok. Blond włosa dziewczyna dumnym krokiem szła ku smokowi, obok którego znajdował się instruktor. Na początku nie rozumiała o co chodzi, ale potem doznała olśnienia. Spojrzała na blondynkę pod innym kątem. Była odważna, przyznała w myślach, uśmiechając się i kręcąc lekko głową. Ona również powinna odważyć się na ten pierwszy krok.
    Jeszcze parę osób podeszło do smoka, odbywając swój pierwszy lot. Jednym szło lepiej, innym gorzej. Azjata zaliczył walkę z gałęzią, umięśniony szatyn o świetnych plecach miał nad wyraz udany lot, ruda dziewczyna, co w pierwszej kolejności spanikowała, ostatecznie poleciała, uśmiechnięty od ucha do ucha chłopaczek chyba zaliczył swój pierwszy lot (jeśli leciał to chyba nie zarejestrowała tego momentu), dziewczynie z czarnymi ustami poszło nieźle, a ten wysoki z odstającymi uszami jakoś się specjalnie nie wyróżnił. Jak na razie tylko ona i jeszcze jedna osoba o ciemniejszej karnacji oraz pyskata baba nie zaliczyli swojej pierwszej powietrznej podróży.
    Gdy oceniła wszystkich, a rudowłosa wróciła ze swojego lotu, ona poszła. Czuła jak śniadanie podchodzi jej do gardła, a z każdym krokiem bliżej bestii była mniej pewna, lękliwa. Stając obok instruktora myślała, że zaraz zwymiotuje. Pomimo dokładnych instrukcji mężczyzny oraz własnego opieprzu w myślach, denerwowała się.
    Chciała to już mieć za sobą, odetchnąć z ulgą i samej sobie śmiać się w twarz z powodu lęku. I na początku tak było. Poczuła wiatr we włosach oraz na policzkach, które zaróżowiły jej się od nagłego skoku temperatury. Niczym dziecko zaśmiała się, chowając głowę za szyją smoka. W jednej sekundzie znikł cały lęk.  Aby powrócić już po chwili ze wzmożoną siłą. Kiedy początkowy lot ze spokojną trasą wystarczył jej całkowicie, tak smocze „akrobacje” przyprawiły ją tylko o szybsze bicie serce. By uniknąć zderzenia z wyższymi koronami drzew smok zrobił elegancką beczkę, przez którą Ingrid poczuła, jak śniadanie cofa jej się do przełyku.
    Z jednej strony nadal pasjonowało ją latanie na smoku, podobało jej się to niezmiernie, lecz jej organizm traktował to trochę inaczej. Zsiadając z smoka lekko kręciło jej się w głowię. Jedną ręką opierała się o zwierzaka, a drugą o instruktora, czekając aż obraz wokół się uspokoi. Pomimo dyskomfortu związanego z sytuacją uśmiechała się szeroko, a oczy błyszczały jej z podekscytowania. Lot był zachwycający! Z jednej strony zbierało jej się na wymioty ze stresu oraz lęku, a z drugiej właśnie zobaczyła więcej niż przeciętny zjadacz chleba i dosiadła smoka! Najprawdziwszego, ogromnego smoka o miękkich łuskach i szybkim locie.
    – Dziękuję– powiedziała z wdzięcznością do instruktora, a potem, ostrożnie, zrobiła parę kroków w przód, upewniając się, że zaraz nie upadnie na ziemię. Na początku szło jej perfekcyjnie. Wyprostowana szła przed siebie, dumnie unosząc głowę, a potem poczuła cierpki smak w gardle. Sekundy dzieliły ją od stworzenia wokół siebie poruszenia, więc czym prędzej ruszyła biegiem do budynku. Drzwi otworzyły się przed nią automatycznie, ułatwiając jej wpadnięcie na korytarz i wlecenie do pierwszej, lepszej toalety, która akurat znajdowała się z boku. Ledwie doleciała do muszli, z głuchym odgłosem padając na kolana przed porcelaną i pozbywając się z żołądka samolotowego śniadania.
    Zakaszlała głośno, przecierając usta papierem. Czuła jak jej oddech śmierdział, a kwaśno–gorzka zawartość osadza się na wargach. Odczekała chwilę zanim wstała z podłogi, aby potem podnieść się z kolan i podejść do umywalki. Opadła się o jej brzegi, by przez następne minuty doprowadzić się do stanu względnego porządku. Poprawiła kapelusz i włosy w ten sposób, aby zasłonić uszy, a gdy stwierdziła, że wygląda nawet dobrze, wyszła z toalet.
    Na początku chciała od razu wrócić na plac treningowy, by dołączyć do reszty grupy, ale nagle stanęła w pół kroku. A co jeżeli oni już poszli dalej? Jak ja mam ich znaleźć? Zaciskając usta rozejrzała się na boki, szukając kogoś kto mógłby jej pomóc. Dopiero po chwili dostrzegła kobietę w garniturze i niewiele myśląc podeszła do niej.
    – Czy widziała pani gdzieś członków projektu ICARUS?– spytała, nie wiedząc jak lepiej ująć to, co miała na myśli. Nie chciała wypaść na jakiegoś chama, co kultury nie zna, ale znaleźć innych też musiała.
    Ciemnowłosa kobieta mruknęła coś cicho, lecz uśmiechnęła się. Ręką wskazała na jeden z drzwi, na którymi prawdopodobnie znajdowała się reszta grupy.
    Z wdzięcznością skłoniła głowę, by po chwili wejść do pomieszczenia. Rozejrzała się na boki, widząc tylko jedną dziewczynę z telefonem w ręce. Jakby chcąc jeszcze bardziej uwypuklić swoje zdziwienie zapytała:
    – Tylko ty tutaj jesteś? Gdzie reszta grupy?
    – Na to wygląda, że reszta jest chyba w szklarni, a ty co, już po locie?– spytała, wkładając telefon do kieszeni.
    – No… tak.–  oparła, uśmiechając się leko.– Było zarąbiści– przyznała szczerze, jeszcze raz rozglądając się na boki.– Na pewno będę chciała jeszcze przelecieć się na smoku, ale już najlepiej na własnym, tym którego sama wyhoduje. A ty? Ty chyba leciałaś jako pierwsza, nie mylę się?– Na samym początku nie wiedziała jakby mogła zacząć z nią rozmawiać. Blondynka wydawała się być sympatyczna z wyglądu, lecz nie zmieniało to postaci rzeczy, że w ogóle się nie znały. Najpewniej, gdyby Ingrid nie miała aż tak słabego żołądka to nawet nie dotarłaby do tego miejsca.
    – Na to wygląda i nie mogę się doczekać, żeby to powtórzyć. Smoki są niesamowite...– odpowiedziała nieco rozmarzonym głosem, uciekając wzrokiem na bok. Z tej perspektywy Solberg wydawało się, jakby blondynka na nowo wróciła na miejsce startowe smoka, myśląc o kolejnym locie. Może nawet była w tym odrobina prawdy? – W każdym razie jesteś w dobrym miejscu i podobno to jest odpowiedni moment na rozmowy z rodziną, tak mówiła Veyron, ah no i zapomniałam się przedstawić, jestem Bella.– Uśmiechnęła się, podając rękę.
    – Ha– zaśmiała się krótko, przejeżdżając ręką po włosach.– Ja też zapomniałam, jestem Ingrid– mówiła, ściskając jej dłoń.– Fajnie, że mamy teraz chwilę, aby pogadać, Bella.– Czuła się odrobinę niezręcznie podczas powitania, ale uczucie szybko przeszło, gdy tylko pomyślało o ty, że dziewczyna nie poczuje, jak śmierdzi jej z ust.– Tez ci się podobały smoki? Ja na początku miałam lekkiego pietra, gdy je zobaczyłam, ale potem zaczęła się prawdziwa magia. Kiedyś leciałam na paralotni, ale nawet nie można tego porównać do siebie. Pewnie się powtórzę, lecz nawet nie myślałam, że tak bardzo będzie mi się to podobać.
    – Było przerażająco, to prawda, ale równocześnie niesamowicie i magicznie. Współczuję Leviathorgowi, na którym leciałam. Ze strachu strasznie musiałam mu wbijać palce w łuski. Jestem zainteresowana smokami już od pewnego czasu, ale teoria ma się nijak do praktyki, serio.
    Leviathorgowi?, powtórzyła w myślach. Przez bite dziesięć minut stała w środku szklarni jak osioł, obserwując jak inni odbywają swoje pierwsze loty, a sama nawet nie zainteresowała odrobinę jak nazywa się smok. Świetnie, dziesięć punkty dla Ingrid! Oczywiście ujemnych.
    – Wierzę na słowo.–  Oparła się o ścianę, robiąc krok w tył. Dotykając zimnej powierzchni poczuła się lepiej, a zarazem przypomniała sobie chłód na policzkach, jaki czuła w czasie lotów. Na samą myśl o tym uśmiech lekko jej zrzedł. Pomimo pierwszych trudności chciała mieć ciągły kontakt ze smokami, aby zwalczyć swój lęk, ale życie powiedziało jej stanowcze „nie”, przydzielając do klasy defensywnej.– Mam nadzieję, że w przyszłości będę miała wiele możliwości na kontakt ze smokami, bo, niestety, dołączyłam do klasy defensywnej. Ta raczej nie ma aż tak dużej styczności ze smokami.– „jak w klasie ofensywnej”, dopowiedziała w myślach, zaplatając ręce na piersi.
    – W defensywnej​?– Uniosła jedną brew do góry.– Myślę, że będziesz miała mnóstwo okazji do latania, w końcu każdy z nas dostanie swojego do wyklucia… Nie wiem jak ja sobie dam radę z wychowaniem i opiekom nad moim.– Kiedy jeszcze chwilę wcześniej Bella wydawała się być spokojna, nie w pełni zainteresowana rozmową, to gdy temat zszedł na smoki ożywiła się, a w jej głosie było słychać prawdziwy entuzjazm.– Ja trafiłam do ofensywnej i szczerze, to mega się z tego cieszę, nie wytrzymałabym chyba wśród dyplomatów, oni pewnie będą latać najmniej. Wiesz może, jak się ma sytuacja w szklarni? Dużo osób już latało? Bo am już ochotę iść do pokoju i się rozpakować, w końcu to nasz nowy dom.
    – Jesteś w ofensywnej? Zazdroszczę. Chciałabym się tam właśnie dostać, ale bida, nie dałam rady.– Wzruszyła ramionami niby w obojętnym geście, lecz każdy kto ją lepiej znał wiedział jak bardzo chciała znaleźć się w innej klasie.– Przynajmniej nie siedzę z innymi, planując jakieś strategię czy coś w tym guście. Nie nadaję się do tego– stwierdziła, chcąc pocieszyć samą siebie.– A co do smoków to liczę, że jak mój podrośnie to będzie duży, ładny i na tyle szybki, abym mogła poczuć wiatr we włosach.– Choć wiem, że to dosyć nierealne wyobrażenie, dopowiedziała w myślach. Przydział jaja był odgórny, a ona nawet nie miała prawa decydować kogo by chciała. Prawdziwe realia międzynarodowego projektu, tak naprawdę masz małe prawo głosu.– Co do tych, co latają to jeden z nich, ten Azjata, chyba walnąć w jakieś drzewo albo przeleciał przez jego koronę, bo wyglądał na nieźle poturbowanego. Innego chłopakowi, brunetowi, który poszedł od razu po tobie, poszło zarąbiście. Jedna dziewczyna, ruda, spanikowała i właściwie nie wiem jak się z nią rozwinęła sytuacja. Chłopakowi z szerokim uśmiechem też poszło dobrze i chyba leciał ktoś jeszcze, ale nie pamiętam. Chyba swój lot zaliczyła jeszcze ta pyskata dziewczyna, co zrobiła na samym początku dramę o… chyba chodziło o smoki, ale głowy sobie uciąć nie dam. No i tyle. Byłam jedną z ostatnich osób, które przeleciały się na grzbiecie smoka.
    – W porządku, to oznacza, że niedługo powinni się ty zjawić. Nie jesteś zmęczona podróżą? Bo ja muszę przyznać, trochę chociaż bardziej nie mogę się doczekać kolejnych dni i tego wszystkiego, czego będziemy mogły się dowiedzieć... Naprawdę nie rozumiem czemu niektórzy dążą do konfliktów już pierwszego dnia, wiem, każdy może mieć swoją opinię, ale to nie jest ani odpowiedni czas, ani miejsce do manifestowania jej w taki sposób - Clarke nawiązała do wybryku Findley, o którym Ingrid powiedziała nieco wcześniej - tak czy inaczej jesteśmy to z konkretnego powodu, czy nam się to podoba czy nie. Chociaż każdy ma też swoje prywatne priorytety...
    – Ja właściwie to nawet nie wierzyłam, że się tutaj dostanę. Spróbowałam, bo chciałam. Szukałam czegoś czym mogłabym się zajmować w przyszłości i właściwie to był mój "prywatny priorytet". Nic więcej, nic mniej. I z chęcią dopytałabym ciebie o twoje motywację, ale chyba już będziemy musiały iść. Ale pewnie będziemy mogły pogadać ze sobą jeszcze później, na przykład po zwiedzaniu, oki?

Ostatnio zmieniony przez Taneshja (04-07-2019 o 23h20)

Offline

#45 08-07-2019 o 11h42

Straż Absyntu
Rissie
Pokonała Carcolha
Rissie
...
Wiadomości: 8 976

https://i.ibb.co/51G74DC/d.png

    Nie lubię, kiedy ktoś w towarzystwie bierze mnie na stronę. Jest to związane głównie z faktem, że wszystkie oczy zwracają się wtedy w moim kierunku, a uszy niektórych osób stają się nad wyraz czułe. Co dziwne, rozglądając się, nie widzę, by w tym towarzystwie ktokolwiek szczególnie interesował się moją rozmową z małych Hawthornem. Co prawda jedna czy dwie osoby spojrzały na nas, gdy się oddalaliśmy, ale nie jest to coś, czego nie potrafiłabym zaakceptować.
    Co jest nie tak z tym towarzystwem?
    Poniekąd zdaję sobie sprawę z tego, że część z nich nigdy nie miała okazji znaleźć się w podobnym miejscu i nie potrafią zachowywać się jak te osoby z wyższych sfer, które lubią wszędzie węszyć. Jednak jest to dla mnie dziwne… dziwne, nie być obserwowaną przez dziesiątki par oczu. Powtarzam sobie w duchu, że to normalne, i że powinnam się przyzwyczaić, że to nie salonu Luwru, ani Biały Dom, a ci ludzie po prostu się nie znają… a jednak czuję się dziwnie.
    Wysłuchiwanie Quentina jest dla mnie cięższe, niż przypuszczałam. Nie przerywam mu, kiedy mówi, a wręcz splatam ręce za plecami pokazując mu, że cała moja uwaga jest poświęcona jemu. Tyle że nie jest. „Harriet na pewno”, „zaczynać karierę od konfliktu”. Nie powinnam się unosić i duszę w sobie słowa, które cisną mi się na usta. Wiem, że Hawthorne został wychowany w jeszcze szczelniejszej bańce, niż ja, i nie zdaje sobie sprawy z niektórych rzeczy. Ale to? Cios poniżej pasa. Chęć upewnienia się, że wyskok Findlay nie naruszył mojej opinii na jego temat. I że jednocześnie nie zaczynają „pod kreską”.
    Chciałabym mu powiedzieć, że zamierzałam mieć jego dziewczynę na oku. Jednak sposób, w jaki się do mnie odzywa, to, jak myśli, że potrafi mnie obejść… Zlecę dokładniejszą obserwację i jego osoby. Może i mam miłe wspomnienia z naszego dzieciństwa, może i Quentin jest – był? – dla mnie bliskim znajomym, ale widzę, że coś się w nim zmieniło. A raczej, że ktoś go zmienił.
    - Jeden czyn nie definiuje całej osoby, Tin-Tin – odpowiadam mu, czując, jak wszelkie emocje opuszczają mój głos. Jest spokojny i zrównoważony, zupełnie jakbym w środku nie kipiała ze wściekłości. – Niech twoja dziewczyna pilnuje lepiej swoich pleców, a nie będę musiała używać Żądła. – Unoszę brwi. – Gdybyś się od niej odsunął, twoja, jak mówisz, kariera tutaj nie byłaby w ogóle naruszona… a jednak. – Uśmiecham się przekornie. – Jeżeli tak bardzo ci na tym zależy, możesz popytać ludzi, co o tobie sądzą. Nikt ci tego nie broni.
    Uwagę o moim uczestnictwie w Projekcie przyjmuję bez mrugnięcia okiem. Nie lubię, kiedy ktoś próbuje mnie podpuszczać i w ten sposób chce dowiedzieć się o większej ilości spraw. Widzę jednak, że Quentin uczy się na błędach. I tych swoich, i innych osób również.
    - To projekt rządowy – mówię. – Myślałam, że to jasne, że takie rzeczy pozostawia się w tajemnicy do chwili, gdy wejdą w życie… lub dłużej. – Zerkam na towarzystwo, zastanawiając się, ile właściwie powiedzieli im wysłannicy ICARUSA. – Powinieneś wracać do swojej dziewczyny – kończę, uśmiechając się jeszcze szerzej. I nim Hawthorne zdąży mi odpowiedzieć, odchodzę.
    Udaje mi się stanąć z boku, przy dwóch strażnikach. Noszą na ramionach opaski Projektu w kolorze niebieskim, gdy reszta ma je czerwone – uznaję więc, że to oni dziś są głównymi odpowiedzialnymi za bezpieczeństwo.
    - Proszę o raport. – Spoglądam na tego bliżej, kiedy on przygląda mi się ze zdziwieniem.
    - Prawie wszyscy odbyli już loty próbne – odpowiada bez zająknięcia, mimo lekkiego zdziwienia wypisanego na jego twarzy. – Osoby, które tego nie zrobiły, widocznie nie zamierzają tego robić. Jeden wypadek, całkowicie niegroźny. Reszta bez żadnych problemów.
    Kiwam głową w zamyśleniu i mówię do niego szeptem:
    - Rozpoczynamy procedurę 91A.
    Mężczyzna kiwa głową i daje znak reszcie strażników. Dwaj treserzy wycofują Leviathorgi w głąb pomieszczenia.
    Klaszczę, by zwrócić na siebie uwagę grupy.
    - Mamy nadzieję, że podobał wam się pierwszy lot na smokach. Za chwilę dostaniecie pozwolenie by udać się do swoich pokoi, jednak najpierw: spotykamy się jutro punkt ósma na śniadaniu, gdzie poznacie szczegółowy plan zajęć. Na waszych padach wyświetlają się już informacje, do jakiej grupy zostaliście przydzieleni. Smocze jaja z kolei czekają na was w inkubatorach w waszych pokojach. – Spoglądam na stojącego obok mnie strażnika. – To chyba tyle? – Kiwa mi głową. – W porządku, możecie udać się na odpoczynek.


                                                                                                                             "I only act like I know everything."                       -Natasha Romanov
http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo3-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-pn3bxpmqlt1xpjiuvo9-400.png  http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo10-40.png http://www.pomniejszacz.pl/files/tumblr-oe1fcuezk81tloymvo9-400.png

Offline

#46 09-07-2019 o 02h03

Straż Cienia
Airi
Pokonała kurę
Airi
...
Wiadomości: 935

_
______________________________
https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/588656757996388362/unknown.png

     Neutralność, powtarzał sobie w myślach.
     Zachowanie neutralnego wyrazu twarzy nie było łatwym zdaniem w obecności Harriet- Naraj musiał się jeszcze wiele nauczyć. Obiecał sobie, że nigdy więcej nie popełni już żadnej gafy, nawet, jeżeli ta „gafa” nie zaszkodziła akurat jemu. Powtarzał sobie, że musi zachowywać się ostrożniej, aby przetrwać, aby najbliższa rodzina była z niego dumna. Musiał zachowywać się… bardziej samolubnie.
     -Harriet Findlay.- Kiwnął głową. Zaryzykował, wymawiając jej nazwisko. Mimo tego spojrzał na nią bardziej przyjaźnie, jakby próbował w jakiś sposób okazać, że nie ma złych zamiarów. To jednak jej następne słowa wytrąciły go z tej neutralności, o którą tak starał się zatrzymać.
     -Ponieważ stanąłem w obronie smoka- powtórzył po niej cicho. Brzmiał nieco niepewnie, zastanawiająco. Nie sądził, że dziewczyna w taki sposób poda mu swój wyznacznik, choć wzruszyłby ramionami, gdyby po raz kolejny źle się zrozumieli. Może to przez te zróżnicowane akcenty.
     -Kocham zwierzęta- oznajmił swobodnie. –Zajmowanie się nimi jest moim sensem. Nigdy nie byłem pewny, czy powinienem zaliczać smoki do zwierząt, ale wiem, że tutaj przygotują mnie do końca do tego, abym im też mógł pomagać. Czas pokaże.
     Z premedytacją zamienił wyrażenie „moim sensem życia”, na „moim sensem”. Pomyślał, że tak zabrzmi to mniej poważnie. Nie potrafił perfekcyjnie zatuszować zawahania na końcu wypowiedzi- brzmiała, jakby w ostatniej chwili zmienił zamysł na jej końcówkę. Postanowił, że nie powinien chwalić się przed dziewczyną swoimi praktykami weterynaryjnymi- zaniepokoił go równocześnie fakt, że mimowolnie nie patrzy na nią jak na towarzyszkę z drużyny, a jak na kogoś, z kim miałby rywalizować.
     -Na pewno będzie jeszcze okazja, aby porozmawiać- uznał, robiąc krok do tyłu. Kiwnięciem głowy wskazał na instruktora, dając znak, że to jego kolej na lot. Kiedy mały midge postanowił przysiąść mu na ramieniu, a następnie z niego zejść, Naraj uznał to za dodatkowy znak, że powinien opuścić towarzystwo. Uśmiechnął się do osób w pobliżu i oddalił, ostatnie spojrzenie rzucając ukradkiem Junonie, która akurat w jego stronę nie patrzyła.
     Leciał jako przedostatni.
     Instruktor w ostatnim momencie zorientował się, że zna jego twarz- lub wzrost. Naraj jednak nie odmówił jego pomocy- bo o ile zajmowanie się małymi smokami miał w małym palcu, w lataniu był nowicjuszem. Pogładził Leviathorga po szyi, przypominając sobie pliki i informacje o tym gatunku. Ale to, co czytał o nich do tej pory, wydawało się w tamtej chwili mało istotne. Uśmiech sam cisnął mu się na usta. Przypomniał sobie imiona, o które zapytał wcześniej Junonę.
     -Cześć, Tenephertis. To już chyba ostatnia osoba z tu obecnych na twoim grzbiecie, ale chyba ci to nawet odpowiada, co?- A kiedy smok zamruczał, Naraj poczuł się jeszcze pewniej.
     Oderwanie się od ziemi było lekkie. Młodzieniec zapomniał, dlaczego tak zwlekał. Chciał ustąpić miejsca innym? Bzdura. Powinien był polecieć zaraz po Belli, nie ustępować nikomu miejsca. Latanie było cudowne i zdecydowanie było czymś, co Donnan chciał robić. Euforia, która napełniła go podczas lotu tylko utwierdziła go w przekonaniu, że powinien całkowicie oddać się projektowi i dać z siebie wszystko. Czego mógłby chcieć więcej? W projekcie były władze, z którymi się dogadywał, była możliwość na rozwój umiejętności, zdobycie doświadczenia. Mógł być kimś. Mógł zaistnieć. Mógł być potrzebny. A wszystko to było w zasięgu jego ręki.
     Musiał tylko po to sięgnąć.
     Nie pokusił się o przytulenie smoka, choć miał na to ochotę. Smoczyca mogła nie widzieć jego uśmiechu i mogła nie usłyszeć wyszeptanego podziękowania, ale Naraj sądził, że czuje jego przyjazne nastawienie. Cofnął się nieco niezdarnie, patrząc, jak z Tenephertis i Tellun zostają wycofane w głąb pomieszczenia.
     Junona zwróciła uwagę zebranych klaskaniem, a Naraj posłusznie zbliżył się, aby jej posłuchać. Powstrzymał się od sprawdzenia informacji na padzie od razu. Uśmiech nie zniknął mu z twarzy od momentu, w którym wsiadł na smoka. Uśmiechał się dalej i z takim uśmiechem patrzył na Junonę niemal przez cały czas, kiedy ta mówiła. Po prostu nie mógł tego powstrzymać- radość z niego wręcz kipiała i wydawało mu się, że nadal czuje wiatr we włosach. Był tak szczęśliwy, że nie zauważał wszystkiego, co się wokół niego działo.
      Veyron udzieliła im zgody na udanie się do pokoi. Donnan zmienił uśmiech na nieco subtelniejszy- nie wypadało cieszyć się jak dziecko przez tak długi czas. Puścił dziewczynie oko, ponieważ uniesienie kciuka do góry byłoby zbyt widoczne. Chciał ją pochwalić, powiedzieć, że zachowała się profesjonalnie- nawet mimo uczucia, jakie towarzyszyło mu, gdy na nią patrzył. Widząc ją przemawiającą miał wrażenie, że to inna Junona. Nie ta, która pokazała mu okolicę i nie ta, z którą rozmawiał w ostatnich dniach. Próbował zrozumieć, dlaczego zachowywała się inaczej, jego niecierpliwość zaczynała dawać o sobie znać. Uparł się, że wytrzyma i przekona się o czym trzeba, kiedy porozmawiają następnym razem. Sami. Miał nadzieję, że uda im się utrzymać swobodność w rozmowach, której jej nauczył.
     Kiedy wyszedł, skorzystał z możliwości zadzwonienia do bliskich. Wytłumaczył Ronanowi, dlaczego dzwoni do niego z innego numeru i poinformował, że wyśle mu później kilka wiadomości. Nie miał serca zawiadomić go o tym, że w następnych tygodniach będzie mniej kontaktował się z braćmi. Wtedy postanowił, że zrobi to wieczorem.
     Kiedy odłożył słuchawkę, zorientował się, że jest sam w holu. Kiwnął głową ze szczerym podziękowaniem do strażnika, który czuwał przy telefonie i skierował się do swojego pokoju. Drogę już znał. Zamierzał najpierw obejrzeć smocze jajo, a następnie sprawdzić informacje na padzie. Wiedział, że powinien sprawdzić je najpierw, ale przecież wstrzymywał się już wystarczająco długo.
     Niemal nucił pod nosem, kiedy otwierał drzwi prowadzące do przedsionka. Te ustąpiły bez problemu, ale kiedy chciał je przekroczyć, uderzył głowę we framugę tak mocno, że aż się zachwiał. Zamrugał, kładąc dłoń na obolałym miejscu nad czołem. W myślach pojawiły mu się siarczyste przekleństwa, ale żadnego nie powiedział na głos. Syknął jedynie głośno, przymykając oczy.


https://i.pinimg.com/originals/3e/85/f7/3e85f7e80a1b261d5d962dce4da294d9.gif https://i.pinimg.com/originals/29/56/38/295638f623ddd7c8b23db4b5c55c8d58.gif

Offline

#47 13-07-2019 o 19h56

Straż Lśniąca
Lexi
Moderator na okresie próbnym
Lexi
...
Wiadomości: 4 191

sssssssssssssssfffffffffffffffssshttps://1.bp.blogspot.com/-iwHaTp2IEtQ/XP0QQo_vbBI/AAAAAAAADNA/nYhEhMrfGZkLDhlsjBPM0wyqSElw0mY6QCLcBGAs/s1600/as.png
         Każdy człowiek posiada jakieś hobby i Nessa była tego świadoma. Jednakże niektórzy uwielbiali kolekcjonować przedmioty, nieliczni biegali, a odważni decydowali się na uprawianie sportów ekstremalnych. Agnes jednakże pokochała coś zupełnie innego.
        Obserwowanie innych sprawiało jej ogromną przyjemność – i nie miała tu na myśli tylko ich zachowania i gestów. Zwracała uwagę również na wymowę, ton głosu czy nawet słowa, których używali. Oczywiście, samo obserwowanie kobiet nie było tak ciekawe, jak gdy robiła to z mężczyznami, jednakże korzystała z obu przypadków.
          Stojąc przy Azjacie i Europejczyku, ciągle analizowała ich zachowanie. Nie mogła również ukryć, że obaj byli dość atrakcyjnymi, młodymi mężczyznami. Brunet, którzy przedstawił się pełnym imieniem i nazwiskiem, zwrócił jej uwagę. Nair faktycznie pochodziła z państwa leżącego dość daleko od Chin, jednakże miała do czynienia z wiedzą powszechną. Dlatego gdy usłyszała, iż chłopak przedstawia się jako „He”, była ciekawa, czy faktycznie jest jakoś powiązany z bogatą rodziną, o której często słychać było w mediach. Wiedziała, że niedługo temat jego nazwiska może wypłynąć i wtedy Nessa oznaczy w pamięci informację jako prawdziwą.
         HaiLong nie wydawał się być zwykłym przeciętniakiem. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie Agnes w nim dostrzegła, to wzrost. Na pewno był większy niż większość Azjatów, z jakimi Nessa kiedykolwiek miała do czynienia. Poza tym, sama jego postawa była dość wyjątkowa, pomyślała brunetka. Na początku dostrzegła w nim niechęć i można powiedzieć, że zawstydzenie upadkiem – nie było to jednak dziwne, skoro jako prawdopodobnie jedyny spadł ze smoka. Teraz przyglądając mu się, szczególnie gdy odezwał się do Europejczyka z pewną kpiną, zobaczyła w nim osobę bardzo dumną i pewną siebie. Dlatego zdziwienie, które pojawiło się w niej, po tym jak zadał jej pytanie o jej pochodzenie, osłabło. HaiLong wydawał się wiedzieć, po co tutaj był w odróżnieniu do Nessy i kilku innych osób. Właściwie czuła podświadomie, iż chłopak może okazać się czarnym koniem całego projektu. Pewny siebie, powtarzała w myślach, może mnie jeszcze zaskoczy, gdybała.
         Nim zdążyła się odezwać do Azjaty, by kulturalnie odpowiedzieć mu na pytanie, Europejczyk decyduje się odpowiedzieć na komentarz He. Na twarzy Nessy rozciągnął się delikatny uśmiech – spodobało się jej to, jak chłopak wybrnął z niezbyt przyjemniej sytuacji. Na pierwszy rzut oka wydawał się być jej duszą towarzystwa, a im dłużej słuchała jego wypowiedzi, tym coraz bardziej się o tym przekonywała. Sylvain w ciągu kilku najbliższych dni mógł się stać maskotką całej grupy – nie widziała, by oceniał kogoś pochopnie i był całkiem obiektywny, mówiąc o atmosferze, którą wcześniej Nessa skomentowała.
Słodziak, pomyślała, a następnie szybko skarciła się w myślach. Nie chciała nikogo szybko szufladkować, jednakże Sylvian aż się o to prosił. Był jedną, wielką kupką szczęścia, którą Nessa już wtedy, dość podświadomie, zdecydowała się chronić.
Kiedy uspokoiła już swoje dziwne pragnienie, ponownie zwróciła się do He, chcąc odpowiedzieć na wcześniej zadane pytanie.
- Pochodzę z Singapuru – przyznała, spojrzawszy w oczy chłopaka – jednakże mogę dodać, że nie jestem czystej krwi – zaakcentowała silniej słowa. – Nie mogę jednak powiedzieć, iż nie cieszę się, że moja matka jest Brytyjką, gdyż to dzięki niej z łatwością opanowałam angielski. – Zdecydowanie nie ucieszyła się, gdy rozpoznała w swoim głosie pewną gorycz, gdy wspomniała o matce. Miała jednak nadzieję, że żaden z jej towarzyszy nie domyśli się, o co konkretnie jej chodzi. Właściwie, nie wydawało się być to takie straszne.
         Nim Nessa zdążyła zapytać się o rzeczy, które ją w pewnym stopniu interesowały, Junona ogłosiła, iż wreszcie uczestnicy projektu będą mogli rozejść się do pokojów, a także dowiedzieć się, do jakich grup zostali przyjęci. Nikt nie zwlekał bardzo długo z poznaniem miejsc, w którym mieli spędzić następne lata, dlatego też i Nessa wreszcie ruszyła do przypisanego pokoju.
         Dziękowała za drobne wskazówki osób, które mijała i miała nadzieję, że nie tylko ona nie wiedziała, jak konkretnie i szybko trafić do pokoju. Droga nie była bardzo długa i skomplikowana.
Gdy pojawiła się przed drzwiami, odkryła, że była pierwsza i niedługo będzie mogła poznać swoją współlokatorkę bliżej. Nessa, wchodząc do swojego pokoju, odkryła, iż faktycznie jest on tak bezosobowy, jak sądziła, że będzie. Był zupełnie biały, minimalistyczny i typowo użytkowy. Nie miała za wiele rzeczy do jego ozdoby, jednakże nie odczuwała też ogromnej potrzeby, by zapełnić go swoją prywatnością. Z czasem, pomyślała, na pewno będę mogła go nazwać moim, jednakże to nie odpowiedni czas.
Usiadłszy na podłodze, sięgnęła do swojego pada, by poszukać interesujących ją informacji.
- Grupa defensywna – przeczytała głośno. Nie brzmiało to tak źle, jak myślała. Uśmiechnęła się i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, iż Junona wspominała coś o jajkach. Postawiła sobie więc dwa cele na ten wieczór: znaleźć to jajko, które najwyraźniej nie rzucało się w oczy i poznać współlokatorkę mieszkanka. Ale nie wiedziała, które z nich będzie trudniejsze.

Ostatnio zmieniony przez Lexi (13-07-2019 o 19h57)



https://66.media.tumblr.com/f43df237afdc2e4e00b471a995abf1a4/4d04072d8cc02340-51/s540x810/0b00b415b43c37f4d6cf7f2ecf3925476e1d035e.gifv

Offline

#48 18-07-2019 o 22h49

Straż Absyntu
Ilian
Obrońca Straży
Ilian
...
Wiadomości: 12 426

_________________________ h e  h a i  l o n g

    He na początku nie rozumie rekcji chłopaczka. Lekko przechyla głowę w jego kierunku, jednak już z następną chwilą rozumie co ma na myśli. Mały Europejczyk był częścią projektu i był nieco starszy niż brunet początkowo zakładał. Nic mu nie odpowiada. Nie ma zamiaru się głupio wykłócać, nie ma też zamiaru się tłumaczyć z nie porozumienia – skoro byli dorośli, to w dorosły sposób mogli to przyjąć. Nawet jeśli w He się zagotowało na chwilę.
    Wraca ze swoją uwagą do charakterystycznej dziewczyny. Słucha jej, po czym przytakuje.  Domyśla się, że z pewnością wie o jego rodzinie. Jednak jako rodowity Chińczyk czuje się urażony jej komentarzem. Jest dumny ze swojego pochodzenia, a przy okazji sądzi, że posługuje się angielskim równie swobodnie jak językiem mandaryńskim.
    -Jestem bardziej skłonny uwierzyć predyspozycjom i dyscyplinie – mówi w jej stronę, starając się zachować neutralny ton. Bo w środku gotuje się w nim co raz bardziej.
    Ma szczęście. Młoda Veyron ogłasza, że mogą iść do swoich pokoi. He dość szybko znajduje się w swoim. Nie gubi się po drodze, patrzy uważnie i zapamiętuje drogę. W pamięci odtwarza dokładnie trasę którą przebyli – na wszelki wypadek. Takie rzeczy uznawał za warte pamiętania.
    W pokoju odkłada swoją walizkę. Otwiera ją i zaczyna się rozpakowywać. Nim zawiesza i odkłada ubrania do szafy, sprawdza czy ta jest wyczyszczona. Upewniając się, że nie ma kurzu w żadnym zakamarku, postanawia włożyć do niej swoje ubrania. Chwilę mu to zajmuje, jednak składanie ubrań według japońskiej sztuki składania ubrań to nie taka łatwa rzecz, jakby mogło się wydawać.
    Ostatnie z walizki bierze kosmetyki. Trochę ich mu się nazbierało, jednak pielęgnacja swojego ciała była dla He bardzo ważna. Po tym odkłada walizkę odpowiednio w szafie. Gdy ją zamyka jest zdecydowanie bardziej spokojny – pedantyczne ułożenie ubrań sprawiło mu przyjemność.
    Zabiera się do łazienki. Nim bierze zimny prysznic, sprawdza czy i ta jest dokładnie wymyta. Ma nadzieję, że codziennie będzie ktoś przychodził do ich pokojów i sprzątał. Nie jest przyzwyczajony do samodzielnego sprzątania, a i to zajmuje dużo czasu. Zwłaszcza kiedy mieli się całkowicie oddać smokom. Sprawdza dokładnie kosmetyki, które już dostali – uważnie patrzy na ich skład i jest widocznie zadowolony, że są bardzo dobrej jakości. Nie potrafi sobie podarować sprawdzenia papieru toaletowego i ręczników, jednak one też przechodzą pomyślnie próbę ognia.
    Bierze zimny prysznic. Zajmuje mu on zdecydowanie mniej czasu niż wypakowanie się i sprawdzenie wszystkiego po kolei. Kiedy już czuje się odświeżony sprawdza dostanego pada i przegląda na nim informacje dotyczące sprzątania oraz jak wygląda proces dostarczania nowych kosmetyków i świeżych ręczników oraz prania. Jest to dla He niezwykle ważne. Mogłoby się zdawać, że jako rozpieszczony jedynak nie będzie miało to dla niego żadnego znaczenia, ale He jest przesadnie dokładny i przesadnie dokładnie dbał o to, co się wokół niego działo. Lubi mieć nad wszystkim kontrolę i zarządzać wszystkim niczym dyrygent.
    Siedzi spokojnie na łóżku, sprawdzając wybrane przez niego informacje. Nie jest w stanie jednak dokończyć, kiedy słyszy pukanie. Zastanawia się kto to może być. Kiedy otwiera drzwi widzi w nich swoich rodziców.  Zaczynają rozmawiać o ich pierwszych wrażeniach.  Ojciec HaiLonga jest pozytywnie nastawiony , jeśli chodzi o awans swojego syna. Matka nie boi się wyrazić zaniepokojenia, a He w neutralnym tonie mówi o tym, że nie jest dobrze nastawiony. Jednak wszyscy dobrze wiedzą, że młody panicz He zostanie w tym miejscu, bo tego potrzebowała ich rodzina.
    Nie przejmują się innymi. Rozmawiają w drzwiach w swoim języku, w swoim dialekcie. Nie boją się, że ktoś zrozumie – mówią w jednej z odmian, znanej tylko rodowitym Pekińczykom. Nie przejmują się tym, że stoją w drzwiach, a przez głowę He nie przechodzi myśl, że to hipokryzja, że rozmawia ze swoimi rodzicami, podczas gdy małemu Eurpejczykowi kazał do swoich wracać.


https://66.media.tumblr.com/8aed94d120a24a59fc6c60bbf9db9857/tumblr_pa3wc3q9jB1th3f4no3_540.gifv

Offline

#49 19-07-2019 o 16h17

Straż Obsydianu
Nirent
Szeregowiec
Nirent
...
Wiadomości: 100



https://78.media.tumblr.com/tumblr_m7w2n46Pdl1r6o8v2.gif

ICH  BIN  MIR FREMD,  FÜHL MICH ALLEIN,  ICH LAUF MIR NACH,  HOL MICH NICHT EIN
NOCH  BIN  ICH HIER,  WER WEIẞ WIE LANG.    DOCH WAS NICHT ENDET,  FÄNGT NIE AN

———————————————————————————————————————————————————————————
I  am   a  stranger  to  myself,     I  feel  alone,     I  chase  myself,     I don't  catch  up
still I am here, who knows how long. but that which never ends would never begin

https://funkyimg.com/i/2VByB.gif https://funkyimg.com/i/2VByL.gif
https://funkyimg.com/i/2VByN.gif https://funkyimg.com/i/2VByP.gif

GABRIEL  REINHARD  HASSELMANN         22   LATA         MĘŻCZYZNA          URODZONY   30   MARCA 
DEUTSCHLAND, NÜRNBERG    OBYWATELSTWO AMERYKAŃSKIE   MIESZKA W PÓŁNOCNEJ DAKOCIE
188 CM   80 KG   WYSPORTOWANY   BLOND WŁOSY   NIEBIESKIE OCZY   KILKA TATUAŻY   BIŻUTERIA


Ostatnio zmieniony przez Nirent (22-07-2019 o 02h29)


R Y S Z U    U    G O T   M E   H E L P L E S S
http://www.pomniejszacz.pl/files/incollage-20190716-000144131.jpg 

Offline

#50 22-07-2019 o 00h28

Straż Absyntu
Sadystyczny
Rekrut
Sadystyczny
...
Wiadomości: 33

https://i.ibb.co/3CH56xJ/sd-2.png
E    M    B    R    A    C    E            T    H    E            U    N    C    E    R    T    A    I    N    T    Y
E  N  J  O  Y          T  H  E            B  E  U  A  T  Y            O  F           B  E  C  O  M  I  N  G

    He nie odpowiada nic więcej, a Sylvain uśmiecha się, całkiem tą ciszą usatysfakcjonowany – jeszcze przez chwilę przygląda się twarzy chłopaka, nie mogąc się nadziwić tak wyniosłej i sztywnej postawy, a potem zerka na dziewczynę. Ta, mimo sprzecznej z tym aparycji, wydaje mu się być znacznie bardziej przyjazna zarówno w słowach, w postawie czy w mimice. Nessa brzmi jak ktoś błyskotliwy, ale nie jak ktoś pyszny. Ją i He łączy bliskie pochodzenie, chociaż Sylvain nie powiedziałby tego na pierwszy rzut oka: być może przez wzgląd na jej mocniejszy makijaż. Mimo wszystko, osobliwość Nessy nie budzi w nim żadnych nieprzyjemnych odczuć – jedynie te pozytywne, i chłopak wie, że na pewno ją zapamięta.
    Dopiero głos Junony odwraca jego uwagę od rozmówców: uważnie słucha instrukcji, a potem żegna się z pozostałą dwójką kiwnięciem głowy i rusza na wskroś tłumu. Po wspomnianego przez Veyron pada sięga do kieszeni spodni dopiero mijając wejście do ogrodu. Urządzenie jest nieduże, lekkie, Sylvain przygląda się przez chwilę obudowie, a potem waży je w dłoni  – odblokowując ekran, dość szybko przekonuje się o tym, że tablet nie ma zbyt wiele wspólnego z tym, z czym miał do czynienia na wykładach czy w domu. To przywodzi mu na myśl studia, które musiał zresztą rzucić i wzbudza kolejne kontemplacje nad słusznością własnych decyzji. Wędrując wzdłuż holu, szybko znajduje rozkład dostępnych pomieszczeń, w tym ulokowania pokoi: oprogramowanie i cały system są mu zupełnie obce, ale temu się w sumie nie dziwi. Wpatrzony w menu, niemalże wpada na jakąś młodą dziewczynę, którą szybko przeprasza – wpół wyrazu przestawiając się z francuskiego na angielski – i częstuje pełnym skruchy uśmiechem. Budynek Icarusa zdaje się być bardzo żywy i pełen ludzi, a jemu brakuje jeszcze tylko nie zauważenia szklanych drzwi.
    Korytarz, na którym ulokowane są mieszkania nie jest aż tak duży, a wzdłuż ścian znajduje się po jednych drzwiach. Sylvain, wodząc wzrokiem od holu do wyświetlacza, otwiera te z lewej, wstępując do niewielkiego, modernistycznie udekorowanego przedpokoju, z którego płynnie przechodzi do pomieszczenia na prawo od  wejścia. Pokój jest obłędnie jasny, dość przestronny, a on zostawia drzwi otwarte, dochodząc do wniosku, że raczej jest tutaj sam, a nawet jeśli nie, to niespecjalnie go to trapi. W nogach będącej częścią łóżka komody znajduje swoją torbę, której zamek rozpina jedynie z czystej przezorności. Nie ma ze sobą wielu rzeczy – we własnej sypialni miał starą, akustyczną gitarę oraz ściany obwieszone grafikami, kilkoma plakatami zespołów, fotografiami czy notatkami ze studiów. Tych ostatnich już nie potrzebował, a całą resztę zostawił w stanie nienaruszonym na prośbę Juliena, który miał zająć pokój zaraz po nim. Właściwie, obojgu rodzeństwa zostawił całą masę rzeczy, a teraz, wpatrując się w nagie pomieszczenie, jakaś, ta bardziej egocentryczna część jego zdaje się nieco tego żałować.
    Zamiast zaprzątać sobie głowę tym co i tak nie jest już jego, sięga do bagażu i wyciąga z niego maskotkę od Elise, którą stawia na komodzie.  Całej reszty nie rusza, a jedynie podchodzi do łóżka i przechyla się nad pościelą, żeby przyjrzeć się temu co jest za oknem. Dopiero teraz przebija się do niego absurd całej sytuacji, zupełnie tak jakby sam ją sobie wyśnił. Przez chwilę przygląda się niebu, niepoprawnie błękitnemu oraz pozbawionemu chmur, a potem prostuje się i przeczesuje dłonią włosy.  Potem z rozmyślań wyrywa go dobiegający od strony wejścia trzask, na dźwięk, którego niemal podskakuje. Marszczy nieco brwi i rusza w kierunku sieni, wychylając głowę zza drzwi.
    Stojący w progu blondyn jest przechylony do tyłu, wygląda na porządnie zamroczonego, wpatruje się w futrynę drzwi, a potem przymyka oczy i Peqiet potrzebuje tylko chwili, żeby zrozumieć co się właśnie stało. Potem się śmieje, właściwie bardziej parska, krótko ale radośnie, i opiera się bokiem o framugę. Wie też, że to ten sam chłopak, który nie tak dawno temu postanowił bronić honoru smoka, kiedy wszyscy zgromadzili się w holu. Kiedy tamten z powrotem uchyla powieki, brunet wciąż nie może powstrzymać uśmiechu – unosi jedną dłoń, w powitalnym geście, a po namyśle podciąga rękawy swetra i robi dwa kroki naprzód. Jego współlokator z bliska wydaje się jeszcze wyższy, włosy ma orzechowe, a oczy jasne, i nawet Sylvain musi unieść nieco głowę, żeby na niego spojrzeć – chociaż sam niski nigdy nie był.
     – Sylvain. – przedstawia się, wyciągając w jego stronę rękę. – Drzwi tutaj zdają się siać więcej fermentu niż smoki.

Ostatnio zmieniony przez Sadystyczny (22-07-2019 o 01h34)


G O T    C A U G H T    U N D E R    T H E    C O V E R S
W I T H             S E C O N D H A N D            L O V E R S
A L L       Y O U       S I N N E R S       S T A N D       U P
S I N G                                                H A L L E L U J A H


https://i.ibb.co/VgT8Msz/1.gif https://i.ibb.co/pzSk08k/2.gif https://i.ibb.co/SwDccW6/3.gif

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2 3