Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2

#1 07-07-2019 o 23h57

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

Cześć! Nieco obawiam się publikacji tego opowiadania, ponieważ nigdy wcześniej nie zabierałam się właściwie za pisanie fanfiction "na poważnie". Przepraszam wobec tego za wszelkie błędy, które mogą się tu pojawić. Mam też pewne problemy z formatowaniem tekstu i nie za bardzo wiedziałam, jak go estetycznie podzielić. Mam nadzieję, że nie rzuca się to aż tak w oczy i nie utrudni zbytnio czytania.
Aktualizacja z dnia 22. 01. 20r. — poprawione błędy w zapisie dialogów w rozdziałach 1-8 /static/img/forum/smilies/smile.png

01 — Cykoria i Piołun

GARDIENNE

Złapałam grubą, podniszczoną księgę z biurka i strąciłam ją szybkim ruchem do torby. Słońce pojawiało się już na horyzoncie, więc musiałam się pospieszyć. Narzuciłam grubą kurtkę na swoją białą, koronkową koszulę nocną i krzyknęłam do swoich pogrążonych w półśnie rodziców, że na chwilę wychodzę i wrócę przed śniadaniem.

Miałam niecałe dwie godziny, żeby zdążyć przed polowaniem. Uwielbiałam korzystać z ciszy i spokoju lasu. Niestety, jako jedna z niewielu robiłam to bez krzywdy dla jego dzikich mieszkańców. We wszystkie dni wolne, godzinę przed południem tutejszy okrąg myśliwski organizował dosłownie huczne spotkania. Wolałam unikać niebezpieczeństwa, dlatego zawsze przychodziłam wcześniej. Byłam na siebie zła, że tym razem zaspałam. Zostało mi bardzo niewiele czasu, a mogłam nie mieć więcej tak doskonałej okazji, aby uzupełnić puste strony swojego zielnika.

Od dzieciństwa uwielbiałam przyrodę, a z czasem moja fascynacja przemieniła się w zainteresowanie ziołolecznictwem. Zawsze miałam przy sobie zielnik — opasłą, wielokrotnie zszywaną przez mojego ojca księgę, którą skrupulatnie prowadziłam, zbierając próbki głównie roślin leczniczych i spisując na ich temat najistotniejsze wiadomości. Było to moje oczko w głowie, traktowane przeze mnie jak największy skarb.

Z rozwianymi włosami, rozwiązanymi butami i rozpiętej kurtce mimo niskiej temperatury, prawie biegiem przemierzałam leśne ścieżki. Obawiałam się, że nabawię się zapalenia płuc, ale finalnie machnęłam na to ręką.

Wreszcie trafiłam na polanę i zatrzymałam się, próbując złapać oddech. W tym czasie wyjęłam z kieszeni notesik i przeanalizowałam swój cel na dzisiaj. Za tydzień cykoria powinna być tu w pełnym rozkwicie, jednak nie mogłam pozwolić sobie na czekanie. Nie tylko ja wiedziałam nie tylko o tym miejscu, ale też o właściwościach medycznych rośliny, dlatego domyślałam się, że po upływie kilku dni nie zastałabym nawet najmniej łodyżki. Pozostało mi więc jedynie zerwać kilka maleńkich jeszcze listków oraz nie do końca rozwinięty kwiatek.

Rozejrzałam się po terenie, wypatrując wreszcie z daleka poszukiwany obiekt. Uklękłam nad pnączami i ostrożnie odcięłam pojedynczą roślinkę, umieszczając ją do koperty schowanej w zielniku.

Już wstawałam i otrzepywałam kolana, aby zrzucić z siebie pojedyncze źdźbła trawy, gdy coś przyciągnęło moją uwagę. W cieniu drzewa znajdowały się najpiękniejsze kwiaty, jaki kiedykolwiek widziałam. Ich półprzezroczyste listki mieniły się bladymi odcieniami fioletu i białego złota, błyszcząc w porannym słońcu. Emanowały dziwną energią. Co dziwne, mogłabym przysiąc, że jeszcze chwilę temu ich tam nie było.

Szybko kalkulowałam sobie w głowie złe i dobre strony zerwania jednego z nich. Nie chciałam uszkodzić rośliny, jednak... Był to nieznany mi gatunek. Szeleszczące na wietrze drobne listki kusiły mnie, jednak niewystarczająco, abym nie mogła im się oprzeć.

Pewnie zastanawiałabym się nad tym jeszcze długo, gdyby coś nie przerwało moich rozmyślań. Usłyszałam z głębi lasu głośny huk od odstrzału. Jak to możliwe, że zrobiło się już tak późno? Ile czasu wpatrywałam się już w roślinę? Poczułam zastrzyk adrenaliny. Musiałam podjąć decyzję w ciągu kilku sekund.

Brać, nie brać? Nie brać, brać?

Po chwili dało się słyszeć coraz częstsze sygnały ze strzelb myśliwskich.

I ledwie kątem oka zobaczyłam, gdy coś z przerażającym świstem śmignęło mi tuż koło ucha, a za plecami rozległ się głośny huk. Nieznana siła pchnęła mnie w kierunku tajemniczej rośliny. Sama nie wiedziałam już, dlaczego podjęłam taką a nie inną decyzję, ale kierowana dziwnym impulsem zerwałam jeden kwiatek i już chciałam uciekać w kierunku wyjścia z lasu, kiedy otoczyło mnie światło.

Oślepiał mnie mocny, błękitny blask. Osaczał mnie z każdej strony, rażąc w oczy i odbierając mi możliwość widzenia. Przymknęłam drżące powieki. „Co tu się, do jasnej cholery dzieje?" — Krzyczałam w duchu. Przemknęło mi przez myśl, że może to tylko szalony sen, a naprawdę leżę w swoim łóżku, szczelnie przykryta puchową kołdrą. Odrzuciłam jednak tę możliwość, gdy nieustanne próby szczypania się w ramię nie przyniosły żadnego skutku.

Po chwili postanowiłam spróbować na nowo otworzyć oczy. Znajdowałam się w sporej wielkości sali, z wielkim, hipnotyzującym krysztale stojącym pośrodku pomieszczenia na wysokim postumencie. Z zimną krwią próbowałam rozejrzeć się dookoła i ocenić sytuację. Jednak to, co zobaczyłam patrząc w dół, kompletnie pozbawiło mnie resztek rozsądku.

Na moich dłoniach, przedramionach, oraz odsłoniętej części ud wiły się złote tatuaże.

— Nie, nie, nie... Nie, nie! — krzyknęłam w amoku. Drżącą dłonią podwinęłam rękaw koszuli nocnej, by odkryć kolejne złote szlaczki na moim ciele. Poczułam, że zbiera mi się na płacz. W desperacji przejechałam paznokciem po śladach ozdabiających moje ciało. A później kolejny i kolejny raz.

Ściana kapiących mi po policzkach łez ledwie pozwoliła mi zobaczyć, że ktoś otworzył drzwi do sali.
— Na wyrocznię, co się dzieje? — usłyszałam głos za sobą. — Kim ty jesteś, co ci się stało? Kto ci to zrobił? — Rozmazana kobieca sylwetka znalazła się w niewielkiej odległości od ode mnie i uniosła moje ramię. — Halo, odpowiedz. Skąd masz te rany?

W odpowiedzi podrapałam się jeszcze mocniej po udzie, krzycząc z rozpaczy. Byłam w amoku, nie rozumiałam już nic, co się działo.

— Chyba ma atak paniki. Jamon, zamknij ją w jakiejś celi. Nie możemy zostawić jej tutaj. Ja biegnę po Ewelein, kimkolwiek jest ta dziewczyna, jesteśmy zobowiązani udzielić jej pomocy.

Poczułam, jak unoszę się kilka metrów w górę, Zaczęłam się szamotać i jeszcze bardziej rozdrapywać rany, niczym dzikie zwierzę. Po chwili jednak nie mogłam ruszyć rękoma, czując zimny metal na moich nadgarstkach. Usłyszałam głosik w swojej głowie, że zrobili to dla mojego bezpieczeństwa, ale to nie przeszkadzało mi w popadnięciu w jeszcze większą panikę. Po jakimś czasie poczułam mocne ukłucie w przedramieniu. Jakaś bezkształtna, biała plama mignęła mi z lewej strony, i od razu skojarzyłam to z tym nagłym bólem. Po chwili straciłam wszelkie siły i zamknęłam oczy.

Kiedy się obudziłam, miałam bardziej trzeźwe spojrzenie na moje obecne położenie. Ucieszyłam się, ponieważ moje ręce nie były już skute kajdankami. Potarłam przekrwione oczy i zauważyłam, że znajduję się już nie w objęciach muskularnego strażnika, a w niewielkiej celi. Nie chciałam patrzeć na pokrywające moje ciało wzory, jednak nie mogłam się powstrzymać, by nie zerknąć w ich stronę. Na moje szczęście, teraz moje ręce zostały szczelnie owinięte bandażami. Nie miałam odwagi zerkać na dolne części swojego ciała, bo wiedziałam, jaką zastałabym tam zmianę. Nadal miałam nadzieję, że jedynie silnie zasugerowałam sobie całą tę sytuację, ale podświadomie wiedziałam, że moje nadzieje są złudne.

Nie chodziło już o samo pojawienie się tatuaży. Po prostu miałam wrażenie, że ta niepozorna zmiana skradła część mojej przyziemności i ludzkości. Czułam, że nie jestem już tym samym człowiekiem, jakim byłam jeszcze chwilę temu, w swoim domu. Nie chciałam tego. Zawsze przerażały mnie nieprzewidziane sytuacje. Chciałam zawsze być panią swojego własnego życia. W tym czasie, nieproszenie, los postanowił sam zadecydować.

No właśnie, codziennym życiu. W jednej chwili zaczęłam obwiniać się za moją nieodpowiedzialność, ale i egoizm. Dostałam ataku paniki z właściwie błahego powodu, a nawet nie pomyślałam o moim prawdziwym problemie. Gdzie byłam i jak mogłam się stąd wydostać? Rodzice musieli dostawać już białej gorączki, z pewnością od incydentu w lesie minęło już wiele godzin.

Czując, że znowu zaczynam się trząść, tym razem nie chciałam utracić kontroli nad sobą. Postanowiłam się czymś zająć. Z ulgą stwierdziłam, że nadal mam przy sobie swoją płócienną torbę, z której wyciągnęłam zielnik. Niezależnie od tego, co się ze mną właśnie działo — on się nie zmienił. Nadal cudownie pachniał piołunem i zaschniętym klejem. Przesuwałam opuszkami palców po każdej stronie, przyglądając się swojej wieloletniej pracy i przypominając chwile, w których uzupełniała poszczególne strony. Nigdy nie pokazywałam go nikomu, z wyjątkiem mojego ojca. To on zaraził mnie swoją pasją do przyrody.

* * *


Doskonale pamiętam, jak pewnego dnia wybraliśmy się do tego samego lasu, który dzisiaj bezczelnie zdradził moje zaufanie. Przechodziliśmy wtedy naszą ulubioną drogą, przechodzącą przez sam środek lasu. W pewnym momencie tata nachylił się, wyraźnie zasłaniając coś przede mną swoim ciałem.

— Co robisz? — zapytałam wówczas.

— Nie wiem, czy mogę ci powiedzieć, Gardie. To coś naprawdę niezwykłego. Nikomu nie wypaplasz?

— Obiecuję! — pisnęłam zaciekawiona.

Tata wtedy odsunął się lekko, pokazując mi tym samym pnącza bardzo dobrze znanej mi rośliny.

— Tato, co w tym takiego? Zachowujesz, się, jakby to był największy skarb, a to, to... To zwykłe zielsko, które rośnie przy każdej drodze w każdym możliwym lesie.
— Gardie, to nie jest byle jakie zielsko. To, że rośnie wszędzie, wcale nie umniejsza jego niezwykłości. To piołun. Powąchaj. — Zerwał niewielki listek i podsunął mi go pod nos na otwartej dłoni.

— Och — zawstydziłam się lekko, po czym nieufnie pociągnęłam nosem. — Ale ładnie pachnie! Mogę to wziąć do domu?

Tata wówczas ochoczo przytaknął i zaproponował mi prowadzenie zielnika, za co zabrałam się z nieukrywaną ekscytacją. Co prawda moje pierwsze notatki były bardzo dziecinne i amatorskie, ale z czasem nabrałam doświadczenia i poprawiałam sumiennie starsze zapiski.

* * *


Westchnęłam cicho, a po chwili moje rozmyślania przerwał szczęk kluczy. Lekko przestraszona, pospiesznie wrzuciłam książkę do torby.

— Obudziłaś się. Jak się czujesz? Czy już wszystko gra? Nie zdjęłaś bandaży?

Moim oczom ukazała się drobna kobieta o białych włosach, spiczastych uszach i srebrzystej skórze. Zamrugałam kilkukrotnie, w końcu uznając nietuzinkowy wygląd nieznajomej za wytwór swojej wyobraźni. Pamiętałam, że przed uwięzieniem mnie w celi podano mi dożylnie środki nasenne. Może miały one długotrwałe działanie psychoaktywne?

— Jestem Ewelein, zajmuję się opieką nad chorymi. Przez najbliższe kilka dni będę zaglądała tutaj i pilnowała, żebyś nie zrobiła sobie ani nikomu krzywdy. Proszę, zjedz. Potrzebujesz siły.
Podała mi duży kawałek chleba i szklankę dziwnie pachnącego specyfiku, o konsystencji i wyglądzie mleka.

— To mleko moogliz — poinformowała mnie kobieta, najwidoczniej odczytując nurtujące mnie pytania z mojego spojrzenia.

Rzuciłam się na jedzenie, przypominając sobie, że nie jadłam niczego od wielu godzin. Białowłosa w tym czasie zdjęła mi bandaże. Zerknęłam ze strachem na moje ręce i z niemałym zdziwieniem zauważyłam, że po zadrapaniach nie ma już ani śladu. Pielęgniarka posmarowała mi jednak ramiona maścią o dziwnym, kwiatowym zapachu.

Ewelein przeprosiła mnie przy okazji — jak się okazało, to ona podała mi zastrzyk usypiający, kiedy wpadłam w szał. Nie miałam jej jednak tego oczywiście za złe, wiedziałam, że stałam się w tym momencie niebezpieczna i gdyby nie jej interwencja, mogłabym dokonać poważnego uszczerbku na swoim zdrowiu.

— Dziękuję pani, za wszystko. Ale... Czy mogłabym dowiedzieć się, gdzie ja właściwie jestem i dlaczego? — nieco nieudolnie starałam się jak najuprzejmiej skonstruować wypowiedź.

— Pani? Nie krępuj się, możesz mówić mi po imieniu — zaśmiała się cicho.

— W porządku. A więc...?

— Więc, od czego by tu zacząć... — elfka w zamyśleniu potarła dłonią spiczasty podbródek. — Wiesz, znalazłaś się w Eldaryi. To inny świat od tego, który znałaś...

— Ewelein! — nasza rozmowa została brutalnie przerwana przez nadejście rudowłosej dziewczyny z... ogromnymi, króliczymi uszami. — Ewe, musisz przyjść. Teraz, natychmiast. Człowiek w masce, on... Znowu zaatakował kwaterę, Katia... Ona... ledwo żyje.

Ewelein szybko zakluczyła moją celę, krzycząc, że wpadnie później, żeby zbadać mnie i dać mi coś do jedzenia. Biegiem ruszyła w kierunku schodów, ciągnąc rudowłosą za rękę, po czym obie kobiety zniknęły mi z oczu.

Westchnęłam. Najwidoczniej w 'kwaterze' właśnie miejsce miały wydarzenia jakiejś wyższej rangi. Oczywiście nie mogłam mieć im wszystkim tego za złe — w końcu pojawiłam się tu niespodziewanie i bez zaproszenia, rozumiałam, że mogą aktualnie mieć większe problemy na głowie, niż opieka nad jakąś zupełnie obcą im kobietą.

Z braku innych zajęć, postanowiłam spróbować zasnąć. Nie było to raczej łatwe z tego względu, że dopiero co się obudziłam. Tak więc przez dobre kilka godzin nieustannie przekręcałam się z boku na bok, co nie przyniosło finalnie żadnego skutku. Na moje nieszczęście, zwykle byłam choleryczką i potrzebowałam jakiegoś zajęcia. W duchu odnotowałam, żeby następnym razem poprosić Ewelein o coś do czytania.

Jednakże godziny mijały i Ewelein nie przychodziła. Zaczęłam robić się głodna, nie wspominając o moich spierzchniętych od braku wody wargach. Byłam brudna, miałam posklejane od potu włosy i wszystko mnie bolało od kulenia się w nieludzko małej celi. Kobieta miała przyjść jeszcze tego samego dnia, ale obawiałam się, że coś na górze ją naprawdę zaafiszowało. W końcu musiała uratować życie jakiejś dziewczyny, a to raczej nie należało do najmniej czasochłonnych zajęć.

Wreszcie przypomniałam sobie o roślinie zerwanej w moim lesie. Wyciągnęłam ją z kieszeni kurtki i zaczęłam się jej przyglądać. Jej lekki blask był hipnotyzujący i podnoszący na duchu. Zaczęłam się zastanawiać, czy jej naturalne środowisko znajduje się tutaj, w tym dziwnym świecie. Czy kiedykolwiek będę miała okazję się o tym przekonać?

Zamarłam w bezruchu, gdy usłyszałam cichy szelest. Odruchowo skierowałam spojrzenie w tamtą stronę. Czyżby Ewe jednak wróciła?

Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, gdy na kamiennej posadzce, blisko mojej klatki stał spokojnie piękny, biały ptak przypominający łabędzia. Jego ni to motyle, ni ptasie skrzydła pokrywały złote i błękitne pióra. Wyglądał nieziemsko. Jego oczy spoglądały na mnie z nieskończonym żalem, tak jakby zupełnie wiedział, w jakiej znalazłam się sytuacji.

Zastanawiałam się, jak się zachować. Ptak podfrunął bliżej, tak, że mogłam delikatnie pogłaskać go dłonią po głowie. Jego towarzystwo mnie uspokajało. Biła od niego niezwykła aura, a samo zwierzę wydawało mi się być poczciwe i mądre.

Dopiero po chwili zorientowałam się, co trzyma w dziobie. Położył przede mną kawałek chleba, a spod skrzydła wysunęła mu się fiolka z eliksirem.

— To dla mnie? — wybałuszyłam oczy.

Odpowiedziała mi cisza, ale nie doszukałam się w niej dezaprobaty. Nie wiem, dlaczego założyłam, że łabędź rozumie, co do niego mówię, ale miałam poczucie, że tak właśnie jest. Cóż — w końcu znalazłam się w innym świecie, więc nic już nie mogło mnie zaskoczyć.

— To... To od nich?

Ptak rzucił mi kpiące spojrzenie.

— Zwinąłeś im to? — nie kryłam podziwu.

I tym razem wiedziałam, że trafiłam w dziesiątkę, kiedy mój towarzysz cicho zaświergotał, odwracając małą główkę. Czułam, że nawiązaliśmy cichą więź porozumienia, dlatego delikatnie się do niego uśmiechnęłam.

— Dziękuję, nawet nie wiesz, jak bardzo. — Łapczywie pożarłam kromkę chleba, po czym bez namysłu wypiłam eliksir. Nie miałam zaufania do tego świata, ale miałam zaufanie do swojego nowego przyjaciela. Po chwili poczułam, jak wracają mi siły.

Stworzenie rzuciło mi przeciągłe spojrzenie, po czym oddaliło się w tylko sobie znanym kierunku.

* * *

Przez następne dni doczekałam się kilkukrotnych odwiedzin białego ptaka, którego nie bez powodu zaczęłam nazywać Błabądkiem. W dzieciństwie nie potrafiłam wymówić słowa 'łabędź', przez co powstał wtedy podobnie brzmiący neologizm. Mimo że był to tylko zwykły wyraz, dodawał mi otuchy i przypominał o rodzinie. To było bardzo infantylne z mojej strony, ale podnoszące na duchu.

Zatem Błabądek przynosił mi codziennie kawałki chleba, jednak czasami po prostu przylatywał, żeby dotrzymać mi towarzystwa, co dostatecznie umilało mi czas. Ewelein natomiast nie pojawiła się ani razu do czasu ostatniej wizyty. Zaczęłam popadać w rutynę. Nie wiedziałam właściwie, ile czasu spędziłam w celi. Tydzień? Dwa? Moja wdzięczność dla Błabądka była tym większa, gdy zdałam sobie sprawę, że bez niego już dawno umierałabym z głodu i pragnienia.

Aż wreszcie, pewnego dnia, kiedy nie miałam już żadnej nadziei, usłyszałam znajomy szczęk kluczy. Jednak przez pręty klatki, zamiast znajomej postury pielęgniarki zobaczyłam wyraźnie męską postać. Ubrana była w czarno-czerwoną zbroję, przypominającą pancerz. Jej twarz była zamaskowana.

„To ten mężczyzna w masce?" — przeraziłam się na samą myśl, pamiętając, że według opowieści rudowłosej jego ostatnia wizyta zakończyła się mocnym zranieniem jakiejś kobiety. Jednak kiedy mężczyzna otworzył drzwi mojej celi, nie zadawałam sobie żadnych pytań. Z ogromnym wysiłkiem podniosłam się i chwyciłam wyciągniętą dłoń mężczyzny. Chwiejąc się na nogach, stanęłam na posadzce. Zamaskowany przyłożył mi palec do ust i wskazał dłonią w kierunku schodów.

— Bardzo ci dziękuję. Jestem naprawdę... — Mężczyzna uciszył mnie gestem i ponownie wskazał na schody, więc powolnym, chwiejnym krokiem zaczęłam iść w ich kierunku.

Wreszcie znalazłam się w ogromnej sali z ogromną ilością drzwi. Pomyślałam, że to prawie jak w ,,Alicji w Krainie Czarów".

Wtem spiorunowała mnie pewna informacja. Przez dobre kilkanaście dni nie myłam się, w dodatku paradowałam w podartej i zakurzonej koszuli nocnej. Poza tym, ostatnimi dniami żywiłam się tylko kawałkami chleba i piłam eliksiry, przez co niewątpliwie musiałam stracić na wadze. Starałam się tym nie przejmować, jednak musiałam wyglądać i pachnieć jak siedem nieszczęść.

Próbowałam przemknąć niezauważona i spróbować znaleźć gdzieś albo łazienkę, albo spiżarnię.
W końcu spełniło się chociaż jedno moje życzenie i znalazłam się w cudownie pachnącym pomieszczeniu. Na ścianach wisiały naszyjniki suszonych owoców i grzybów, natomiast na półkach poukładane były słoiki z przetworami. Na najbliżej stojącym stoliku dostrzegłam pokrojony chleb, i uznałam, że nic się przecież nie stanie, jeżeli się poczęstuję. Już wyciągnęłam po niego rękę, gdy nagle jakaś silna dłoń złapała mnie za nadgarstek. Spojrzałam w górę i ujrzałam niebieskowłosego mężczyznę z elfimi uszami, który szczerzył zęby w szerokim, ale złośliwym uśmiechu.

— Kiedy ostatnio się myłaś? — nadal mocno trzymając moją rękę, ostentacyjnie pociągnął nosem i skrzywił się.

— Ja... — zupełnie nie oczekiwałam takiego obrotu wydarzeń. Cała sytuacja była stuprocentowo niezręczna.

— Choć właściwie, to nie jest ważne, w momencie, gdy znaleźliśmy małą złodziejkę. Przyznaj się, smakował ci chleb, który raczyłaś zabierać stąd bez pozwolenia? — nie dał mi odpowiedzieć.
Jak na zawołanie zaburczało mi w brzuchu, a chłopak parsknął śmiechem.

— Nic nie ukradłam! — jęknęłam, ale w duchu wiedziałam, kto był sprawcą tej kradzieży. W końcu Błabądek nie wyczarowywał jedzenia, które mi regularnie przynosił.

— Będziesz się tłumaczyć przed Miiko — rzucił złośliwie.

Jeszcze mocniej ścisnął moje przedramię i wyprowadził mnie z pomieszczenia. Szliśmy bez słowa długim korytarzem, aż doszliśmy do znanej mi już sali. Sali, na środku której wznosił się niezmiennie kryształ. Koło niego stała czarnowłosa kobieta, która przywitała mnie tu w dzień mojego przybycia. Nawet nie zdziwił mnie już fakt, że miała cztery puchate, lisie ogony, na które wcześniej musiałam nie zwrócić uwagi. Chłopak wszedł do komnaty pierwszy, na co odwróciła spojrzenie od lśniącego artefaktu.

— Miiko, znalazłem sprawczynię ostatnich kradzieży. Mam nadzieję, że wynagrodzicie mi to w miodzie, w końcu to ja przyłapałem ją na gorącym uczynku.

— Ezarel, nie tak prędko, najpierw... — wtem jej wzrok powędrował na mnie, przy czym widocznie pobladła. — Och, na imię wyroczni!

Możliwe, że jedynie mi się wydawało, ale oczy Miiko się momentalnie zaszkliły.

— Na boga, jak... Jak mogliśmy zapomnieć...

— Chwila, to wy się znacie? Miiko...? O-o co w tym wszystkim chodzi?

— Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Ja... Nie wiem, jak mogłam tak nawalić. Nie powinniśmy nikogo tak traktować, ja... Zapomniałam, że Ewelein nie może sprawować nad tobą opieki i nikogo nie wysłałam... Mogłam cię zabić.

Spojrzałam na nią z wyczekiwaniem. Czy nie czas, aby wszystko mi wytłumaczyć?

— Mogę wiedzieć, co się właśnie dzieje? — warknął Ezarel.

— Ta ziemianka przybyła tu ponad dwa tygodnie temu — wydusiła wreszcie czarnowłosa.

— Przybyła? To ziemianka? Będę musiał odkazić rękę — burkął opryskliwie, choć z jego oczu biło jakieś dziwne współczucie.

— Tak... A po tym wtrąciłam ją do lochu i zleciłam Ewe nad nią opiekę. I ja... I mężczyzna w masce zaatakował, a Ewelein musiała zająć się rannymi. Zupełnie nie przejęłam się tym, że nie tylko ranni potrzebują pomocy. I ja... Ona... Spędziła w celi czas, do dziś. Bez jedzenia i picia.
— Zaraz, ziemska pokrako, jak się stamtąd wydostałaś? I jak przeżyłaś taki chłam czasu w takich warunkach? Skąd się tu w ogóle wzięłaś? — nabrał podejrzliwości.

Opowiedziałam więc o wszystkim — zaczynając od mojej niefortunnej przygodzie w lesie, kończąc na mężczyźnie w masce i mojej więziennej przyjaźni z ptakiem, który podobno miał być jednym z wolnych „chowańców" (czymkolwiek one były). Kiedy jednak wspomniałam o moim zamaskowanym wybawcy, wydawali się bardzo poruszeni i gotowi wyruszyć na jego poszukiwania. Pożałowałam momentalnie, że nie okłamałam ich w tej kwestii. Pomógł mi, a ja na niego naskarżyłam.


— Ez, leć po resztę Lśniącej Straży. Musimy zwołać pilne zebranie — jej głos nadal drżał od nadmiaru emocji.

Kiedy chłopak zniknął za drzwiami, zwróciłam się w kierunku kobiety.

— Więc...? Co ja tu robię? Gdzie właściwie się znalazłam, i dlaczego to się pojawiło? — spojrzałam z niesmakiem na moje ramiona.

— Cóż, od czego by zacząć... Jesteś w Kwaterze Głównej Straży Eel, której ja jestem szefową. Nazywam się Miiko i jestem z rasy kitsune. Tak, już odpowiadam na twoje pytania — burknęła w odpowiedzi na moje ponaglające spojrzenie. — Znajdujemy się w Eldaryi, świecie równoległym do Ziemi, zamieszkiwanym jedynie przez istoty magiczne — faery i faelien.

— Czyli nie ma tu normalnych ludzi? — Głowa zabolała mnie aż od takiej ilości nowych pojęć.

— Nie, nie sądzę — odpowiedziała z pewną powściągliwością.

— Wobec tego, co ja tutaj robię? — miałam dosyć pytań bez odpowiedzi.

— Czasami zdarza się, że przedstawiciele ras magicznych rodzą się na Ziemi. Co prawda, ostatni taki przypadek miał miejsce prawie trzydzieści lat temu, ale... Nieważne. Jeżeli w twoich żyłach faktycznie płynie krew faery, wystarczyło, że znalazłaś się w miejscu o nieco większym stężeniu energii w powietrzu, aby zaszła pomiędzy tobą a nią reakcja. Tym samym otworzyłaś portal do naszego świata. Co do tatuaży... Muszę przyznać, że miałaś szczęście. Kiedy osoby przebywające tyle lat na Ziemi znajdują się nagle w miejscu o tak wysokim stężeniu maany...

— Maany?

— To inna nazwa dla naszej energii. Wracając, zazwyczaj taka nagła zmiana powoduje ogromny problem z aklimatyzacją, a co za tym idzie... Pewne zmiany genetyczne. Ostatnim razem, pewnej kobiecie pojawiło się trzecie oko, a raz zanotowano przypadek przekształcenia nosa i ust w dziób plumobeca. To taki chowaniec... Zdaje się, że wy, ludzie, mówicie na wasze ziemskie chowańce 'zwierzęta'

— Dobrze... Nie będę udawała, że zrozumiałam z tego cokolwiek więcej, niż zupełne podstawy. Ale wiem już mniej więcej, co i jak. Dziękuję.

Naszą rozmowę przerwał powrót błękitnowłosego, ściskającego pod pachą słoik z miodem. Nie był sam, towarzyszyło mu z pewnością najbardziej niespotykane grono osób, jakie kiedykolwiek miałam okazję zobaczyć. Składało się ze szczupłego jednorożca w okularach i uwieszonej na jego ramieniu znanej mi już rudowłosej króliczycy, wysokiego na dwa metry, białowłosego wojownika i tego samego wzrostu ogra, a także czarnowłosego chłopaka z piracką opaską na oku i blondyna, o zaciekawionym spojrzeniu malującym się w jego intensywnie zielonych oczach.

"Świat oszalał" — westchnęłam w myślach.

— Przykro mi... Uh, jak miałaś na imię?

— Gardienne, jestem Gardienne — burknęłam niezbyt elokwentnie.

— Tak więc, Gardienne, musimy odbyć naradę. Nie mamy co z tobą teraz zrobić, więc Jamon zaprowadzi cię na razie do twojej celi. Nie możemy zostawić cię samej w kwaterze głównej, a na razie nie ma kto cię oprowadzić. Kategorycznie nie wolno ci też zostać na zebraniu, więc nie ma innej możliwości. Ustalimy, co z tobą zrobimy, a po naradzie wyślę kogoś, aby przedstawił ci naszą decyzję.

Niezbyt zadowolona skinęłam głową i dałam ogrowi wyprowadzić się z sali. Czułam na sobie badawcze spojrzenia całej grupy. Miałam szczerą nadzieję, że skończą szybko narady i będę wreszcie mogła wrócić do domu.

* * *


Znowu znalazłam się w więzieniu, jednak litościwy Jamon nie zamknął go na klucz. Poprosił mnie tylko, żebym zbytnio się nie oddalała. I tak nie miałam takiego zamiaru — byłam sama w obcym świecie, i tak nie miałabym gdzie pójść.

Byłam szczęśliwa, gdyż tym razem siedziałam bezczynnie jedynie przez kilka godzin, które dość szybko minęły. W tym czasie pospacerowałam nieco po piwnicy i zebrałam próbki narastającego na część ścian mchu.

Przyszedł po mnie znany mi już Ezarel. Tym razem mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Miał włosy w kolorze nieba, związane w kucyk nad karkiem i sięgające mu aż do pasa. Jego oczy były w kolorze mocnej zieleni, co kontrastowało z jego bladą karnacją.

— Długo jeszcze masz zamiar tak siedzieć i się gapić? Mogłabyś łaskawie podnieść się i ruszyć? Nie mam całego dnia — widocznie nie był w najlepszym humorze.

— Czy ja... Czy ja wracam do domu?

— Nie, zostajesz w kwaterze. Ciesz się, bo tylko dzięki mnie nie będziesz wiecznie siedziała w pudle. A uwierz mi, Miiko była skłonna do takiego rozwiązania.

— Dziękuję? — Nie byłam pewna, czy był ze mną szczery.

— Nie gap się tak, bo oczy ci wypadną ze zdziwienia. To dlatego, że w mojej straży brakuje siły roboczej. Wszyscy znają klucz odpowiedzi i wybierają te do Cienia, a co odważniejsi do Obsydianu. Mam nadzieję, że przynajmniej jesteś dobra z alchemii?

— Wiesz, na ziemi nie uczono czegoś takiego jak 'alchemia'. Ale znam się na ziemskich roślinach, więc myślę, że tutaj też nie będę miała z tym problemu — odpowiedziałam niepewnie. Nie za bardzo wiedziałam, jak powinnam zachowywać się w obliczu nowej sytuacji.

— To dobrze. Nawet nie będziesz aż taka bezużyteczna, jak na początku myślałem. Może oprócz sprzątania w laboratorium, czasami będziesz mogła chociaż wybrać się po składniki. — Nie szczędził sobie złośliwości. Nawet, jeśli faktycznie miałam u niego dług wdzięczności, niekoniecznie wywarł na mnie dobre wrażenie.

— Mam nadzieję, że żartujesz — ziewnęłam przeciągle, nagle zmęczona całym zamieszaniem.

— Nie, nie sądzę. A teraz hop, hop, hop, pospiesz się nieco. Musimy wstąpić do łazienki, bo nie pachniesz najciekawiej. Miiko dała ci ubrania na zmianę. Potem wpadniemy do sali alchemicznej, żebym podał ci odpowiedzi do testu. Potem zaprowadzę cię do Keroshane'a, gdzie dowiesz się o swojej przynależności do Absyntu.

— A gdybym złośliwie wybrała złe odpowiedzi? — uniosłam brew.

— Pamiętaj, że masz u mnie dług. Poza tym... raczej nie wyglądasz mi na taką, która chciałaby tłuc się z dwa razy większymi od siebie wojownikami w Obsydianie, ani chować po ciemnych kątach w straży Cienia.

W duchu przyznałam mu rację. Poza tym, jak się później okazało, i bez znajomości odpowiedzi trafiłabym do Absyntu. Sama wybrałabym dokładnie te same opcje, które zostały mi wskazane przez Ezarela.

Czułam, że właśnie rozpoczęłam wielką przygodę; nawet jeśli niekoniecznie miałam na to ochotę.

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (22-01-2020 o 20h27)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#2 11-07-2019 o 17h53

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

Cześć! Dzisiaj przychodzę z kolejną, choć dopiero drugą częścią opowiadania. Tradycyjnie przepraszam za wszelki błędy w tekście, i oczywiście jestem otwarta na krytykę. ^__~

02. Żółty goździk, cz. 1

GARDIENNE


— Nie, Ezarel, nie oddam ci tego. — Docisnęłam zielnik do piersi i objęłam go rękoma, kiedy moja spokojna siesta w Ogrodzie Muzyki została zakłócona po raz kolejny.

— Chyba nie chciałabyś, żeby Miiko przypadkiem pomyślała, że możesz mieć przy sobie czarnomagiczny artefakt?

— To nie ma nic wspólnego z magią, ile razy mam to powtarzać? To pamiątka — podniosłam głos, czując, że pod powiekami zaczynają zbierać się już łzy.

— To daj mi to sprawdzić — wyszczerzył zęby w pobłażliwym uśmiechu. — Widzisz, to, że tak bronisz tej głupiej książki, podtrzymuje mnie tylko w przekonaniu, że coś jest z nią nie tak.

— Dlaczego nie możesz mi po prostu zaufać?

— Pomyślmy... Bo jesteś tu dopiero od kilku miesięcy, pojawiłaś się znikąd w Sali Kryształu i nie rozstajesz się z jakimś opasłym tomiszczem, które wygląda, jakby pamiętało jeszcze Wielkie Wygnanie? W dodatku strasznie dużo krzyczysz. I śmierdzisz człowiekiem.

— Kiedy ja nawet nie jestem.... Nie jestem człowiekiem — z trudnością wypowiedziałam te słowa, mimowolnie zerkając na swoje ręce. Nadal nie mogłam się z tym wszystkim pogodzić. Pewnie nigdy nie będę mogła. — Zresztą, nieważne. Nie chodziło mi o to, żebyś wymieniał ciąg przyczyn, tylko zastanowił się, czy...

— A jak ty myślisz? Możemy pozwolić sobie na jakiekolwiek zaufanie wobec ciebie? Jesteś tylko intruzem w tym świecie, który i tak wykorzystałby każdą okazję, żeby stąd zwiać — zakpił.

— A dokąd niby miałabym? — złapałam się pod boki, przybierając bojową postawę.

— Niezła próba. Pytasz mnie, żeby zaraz zaznaczyć to miejsce krzyżykiem na mapie, a później odpłynąć tam schowana w beczce na wino.

— Nie śmiałabym! — obruszyłam się, jednak z ulgą zauważyłam, że kąciki ust elfa drgają. Jeżeli jest w dobrym humorze, może przestanie wreszcie dociekać. — Poza tym, nie zmieściłabym się do beczki. I udusiłabym się winem. Wymyśl coś innego.

— Mówiłem o beczce na wino, a nie beczce z winem. A co do gabarytów... Masz rację. A już na pewno nie wszerz.

Przez chwilę byłam zadowolona, że elf przyznał mi rację, ale po chwili dotarł do mnie sens jego słów.

— Nie o to mi chodziło — burknęłam, ale niebieskowłosy zdążył się już nieco oddalić. Obserwowałam jego plecy, po cichu licząc do dziesięciu, w celu uspokojenia się. Nagle błękitnowłosy odwrócił się i zawołał:

— Do tematu tej twojej książki jeszcze wrócimy! Ale nie łudź się, że nie podszepnę słówka pewnej kitsune.

Policzyłam w myślach po raz kolejny. Tym razem opanowałam emocje dopiero, gdy byłam jakoś koło pięćsetki.

* * *


Już chyba czwartą godzinę spędziłam chodząc na czworaka po okolicach Kwatery. Zauważyłam, że rośliny w tym świecie zupełnie różnią się od tych ziemskich. Byłam co prawda w trakcie wykonywania misji dla mojej straży (których po ostatniej sprzeczce Ezarel przydzielał mi podejrzanie dużo!), ale okazała się to świetna okazja do przeprowadzenia własnych obserwacji. Poza tym - dawno już zebrałam potrzebne w laboratorium składniki, ale nie wyjawiłam tego przed moim kompanem, któremu najwidoczniej było spieszno do powrotu.

Nevra tupał nogą z niecierpliwością. Nie byłam zbytnio zadowolona z jego towarzystwa, szczególnie, że ciągle patrzył mi na ręce. Niestety, nie mogłam się go w żaden sposób pozbyć - dostałam odgórny nakaz od Miiko, abym wychodziła z kwatery jedynie pod opieką kogoś z Lśniącej Straży. Odkąd na dobre osiadłam w Kwaterze Głównej, Miiko była wobec mnie bardzo oschła, ale widocznie próbowała zatuszować tym swoje poczucie winy. Skrupulatnie dbała dlatego o moje bezpieczeństwo, nawet podczas najdrobniejszych misji.

—Gaaa-rdienne... - ziewnął głośno Nevra, co po raz kolejny utwierdziło mnie w przekonaniu, że lepiej było już poprosić o pomoc Ezarela. Kiedy wampir nie zachowywał się wobec mnie nachalnie, był naprawdę sympatyczny, ale nadal okropnie niecierpliwy. — Możemy już iść? Nie, żeby coś... Ale stanie w miejscu nie jest zbyt porywającym zajęciem. Chyba, że mogłabyś mi je umilić — wyszczerzył zęby w uśmiechu, a ja cicho jęknęłam z irytacji.

— Powiedz, dlaczego w takim razie zgodziłeś się mi towarzyszyć?

Odpowiedziała mi cisza, którą wreszcie mogłam się przez chwilę nacieszyć. Przez chwilę.

— Gardienne... — Zignorowałam zupełnie wampira, nawet na niego nie patrząc.

Zajęłam się ostrożnym zrywaniem kwiatu podobnego z wyglądu do goździka, nucąc pod nosem jedną z moich ulubionych, oczywiście Ziemskich piosenek.

— Gardienne, do cholery! — zniecierpliwiony głos wyrwał mnie z zamyślenia.

Podniosłam wzrok na Nevrę i dopiero, gdy zobaczyłam jego minę, uśmieszek natychmiast zniknął z mojej twarzy. Chłopak był czymś wyraźnie zaniepokojony.

— Ktoś jest na obrzeżach lasu. Nie mogę wyczuć jego zapachu, ale słyszę jego kroki. To raczej nikt z Kwatery, nie można wychodzić poza mury bez meldunku u Miiko. Gdyby ktoś miał wyjść, zdecydowanie wiedziałbym o tym.

— Nie spodziewaliście się żadnych gości z innych rejonów Eldaryi? To nie musi być ktoś o złych zamiarach.

— Nie, Gardienne, gdyby to była delegacja, to przyjechałaby w tradycyjny i oficjalny sposób, a nie przemykałaby między zaroślami. Proszę, wracajmy.

— Masz rację, wracamy. — Zaczęłam zbierać swoje rzeczy. W tym momencie pożałowałam, że wzięłam ich tyle ze sobą.

— Pospiesz się, na Wyrocznię. Słyszę, jak się zbliża. Nie chcę cię martwić, ale nie mam żadnej broni oprócz jednego sztyletu. Nie podziewałem się, że ktoś naprawdę będzie chciał nas zaskoczyć w biały dzień.

— Spieszę się, potrzebuję dosłownie sekundki... — nie dokończyłam, bo Nevra przytknął mi palec do ust na znak, żebym zamilkła. Złapał mnie za nadgarstek i zaczął prowadzić wzdłuż brzegu lasu. Ostrożnie stawiał kroki, a ja poszłam w jego ślady. W pewnej chwili odwrócił się za siebie i momentalnie przyspieszył. Ja sama bałam się, że jeżeli spojrzę do tyłu, spanikuję. Dlatego utkwiłam wzrok w plecach wampira i usiłowałam skupić na nim całą swoją uwagę.
W końcu skryliśmy się za bramą główną. Nevra wciąż ściskał moje przedramię. Odetchnęłam głośno z ulgą, zerkając ciekawsko w kierunku, z którego przybyliśmy. Po chwili jednak coś mi się przypomniało. Musiałam sprawdzić, czy nie zapomniałam o niczym, pakując się w pośpiechu.
Po chwili oniemiałam, raz po raz nerwowo przetrzepując zawartość torby.

Zielnik. Zostawiłam zielnik.
Poczułam się zdeterminowana, aby wrócić po przedmiot, zanim znajdzie go ktoś inny.

— Nevra, daj mi sztylet. Muszę tam wrócić.

— Co? Nie, nie ma takiej opcji. Chodź, idziemy powiadomić Miiko.

— Błagam. Ja... Zostawiłam tam coś ważnego.

— Lśniąca Straż na pewno zaraz tam kogoś wyśle na zwiady, wspomnisz im, żeby przy okazji tego poszukali. Nie ma opcji, żebyśmy szli tam sami bez broni działającej na odległość. Sztylet do niczego się nie przyda, bo nie musi dojść do walki wręcz, żeby stała nam się krzywda.

Przełknęłam głośno ślinę, w duchu przeklinając ostrożność wampira. Nie miałam jednak wyboru, dlatego słabo pokiwałam głową na zgodę. Szybkim krokiem ruszyłam przed siebie, w celu dotarcia jak najszybciej do Sali Kryształu.

* * *


Miiko chodziła w tę i we wtę, z rozmachem przy tym gestykulując i pokrzykując bliżej niezrozumiałe dla mnie słowa. Odkąd Nevra opowiedział jej o minionych zdarzeniach, nie zamieniła z nami ani słowa, a jedynie mówiła sama do siebie, wyraźne się nad czymś zastanawiając.

— Miiko, wszystko gra?

— Nie przeszkadzaj mi — warknęła tylko i powróciła do swoich myśli. Drzwi do sali otworzyły się, a przez nie wparadowali do środka członkowie Lśniącej Straży. Ezarel zmierzył wzrokiem mnie i Szefa Cienia. Po chwili skierował się w naszą stronę i lekko się nade mną nachylił.

— Czyżby nasza ziemianka znowu przyciągnęła kłopoty? A może do jej kolekcji dołączył kolejny tatuaż, przez co postanowiła postawić całą Kwaterę na nogi? — wyszeptał mi do ucha.

— Ez, ostrzegam cię... — Ten temat działał na mnie jak płachta na byka. — Jeśli zaraz nie przestanie...

— CISZA! — Podskoczyłam, przestraszona nagłym wybuchem kitsune. — Albo przestajecie gadać, albo stąd wychodzicie. Przypominam ci, Gardienne, że wyjątkowo pozwoliłam ci uczestniczyć w obradach.

— Już, już... — zmieszałam się.

— Ezarel, to, że akurat ty jesteś członkiem Lśniącej, nie znaczy, że nie mówię też do ciebie — dorzuciła, widząc malujący się na ustach elfa uśmieszek, który zniknął prawie tak szybko, jak się pojawił.

— Dobrze, w takim razie powiedz proszę, dlaczego mnie tu ściągnęłaś. — Wykorzystywał każdą okazję, żeby wyprowadzić Miiko z równowagi.

— Gdzie ci się tak spieszy?

— Przypominam ci, że sama zleciłaś mi uwarzenie dwustu fiolek eliksiru uspokajającego. Jak myślisz, ile czasu mi to zajmie i ile ja chciałbym zmarnować na to czasu? Tylko wszystko przedłużasz.

Podziękowałam mu w duchu, bo sama chciałam jak najszybciej stąd wyjść i wrócić poza mury Kwatery. W chwili, gdy zaczęłam się już zastanawiać nad kompetencjami (a właściwie ich brakiem!) przywódczyni, ta musiała najwidoczniej ułożyć sobie już w głowie plan działania. Objaśniła pokrótce zaistniałą sytuację, po czym zaczęła przydzielać zadania.

— Valkyon! — krzyknęła oficjalnym, chłodnym tonem. Białowłosy z wysoko uniesioną głową wystąpił przed szereg zebranych w sali osób. — Zbierz szesnastu najlepszych Obsydianów. Najlepiej tych, którzy specjalizują się w walce na odległość. — Chłopak bez słowa wyszedł sali, skinąwszy głową. — Ykhar, przekaż strażnikom, że nikt nie może opuścić Kwatery. Do odwołania. Nevra, Ezarel? Wy zostajecie. Nie możemy wysłać tam wszystkich dowódców. Poza tym, mam z wami jeszcze coś do obgadania. Gardienne, możesz już sobie pójść.

— Miiko, jest jeszcze jedna rzecz... — zaczęłam powoli. - Zostawiłam w lesie coś bardzo ważnego. Chciałabym po to wrócić, jak najszybciej.

— Jak bardzo ważne jest to coś? To broń, księga z archiwum?

— Pamiątka z Ziemi.

Lisica przewróciła oczami, wymieniając kpiące uśmieszki z Ezarelem. Wiedziałam, że byłam niepoważna, chcąc ryzykować swoje zdrowie ze względu na sentyment.

— Och, tak. Powiesz jeszcze, że ładnie dziś świeci słoneczko, więc chciałabyś wyskoczyć na piknik? — Ezarel najwyraźniej dobrze się bawił.

— Miiko, może któryś z nas z nią pójdzie i przy okazji zbada teren? Będzie bezpieczna, a my dowiemy się czegoś więcej o sytuacji w lesie — Nevra zdawał się próbować uratować sytuację.

— Czy ty na pewno chcesz badać sytuację w lesie, czy może skład krwi jednej z moich strażniczek? — kpiące pytanie ze strony elfa nie wytrąciło wampira ze względnej równowagi.

— Przed chwilą wróciliśmy ze wspólnej misji, a jakoś jej nie pogryzłem. Umiem nad sobą panować — obruszył się wampir.

— Zamknijcie się. Nevra, nigdzie nie idziesz. Muszę z tobą pogadać, to nie może czekać. Gardienne, co do twojej prośby, to nie możemy się zgo... — nagle urwała, a jej oczy zaświeciły się niebezpiecznie. Prawie pożałowałam swojego pytania. — Ezarel z tobą pójdzie. Bo kto lepiej obroni niewinną bezbronną ziemiankę, niż najlepszy łucznik w całej kwaterze? — zapytała głosem ociekającym ironią. Musiała wiedzieć, jak mają się ostatnio sprawy między mną a elfem. To była najpewniej należyta kara za moje zapominalstwo. Odnotowałam w głowie, żeby nigdy więcej nie prosić Miiko o przysługę.

Zielnik natomiast był dla mnie ważniejszy niż zamiar unikania elfa, dlatego nie protestowałam w żaden sposób. W przeciwieństwie do mojego przyszłego towarzysza.

— Naprawdę, Miiko? Dlaczego zawsze to ja jestem od brudnej roboty? Nie możesz wysłać tam Valkyona?

— Valkyon przyda mi się do przeszukiwania wschodniej części lasu. Ty na razie nie masz tu nic do roboty.

— Nie zapomniałaś czasem o pewnym eliksirze na skołatane nerwy? Bo tak się składa, że pewne osoby nie będą chyba zachwycone, jeżeli nie dostaną go na czas...

— Naprawdę sądziłeś, że nie zauważę, że to tylko wymówka? Tak się składa, że wysłałam dzisiaj Karenn do twojej nory alchemicznej. Zgadnij, co znalazła pod blatem? Czyżby dwieście świeżo zakorkowanych porcji eliksiru uspokajającego?

Ezarel zacisnął usta i wyszedł z sali, rzucając tylko w moim kierunku kilka słów.

— Za piętnaście minut pod bramą. Weź broń.

— Tak, tak, idź już — Miiko zaczęła mnie poganiać. — Ale wróć tu po złożeniu raportu. I weź ze sobą tę książkę, o której opowiadał mi Ez.

O ile w ogóle ją znajdę - przemknęło mi przez myśl. Starałam się odpędzić negatywne myśli, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że taka dawka wiedzy o ziemskiej florze ma tutaj niewyobrażalną wartość. Jeśli ktoś znajdzie zielnik, na pewno nie będzie się kłopotać, aby go oddać.

Szybko wyszłam z Sali Kryształu, uprzednio pozdrawiając lisicę i co sił w nogach pobiegłam do swojego pokoju, prawie potrącając po drodze kilka osób.

Otworzyłam z rozmachem drzwi do pomieszczenia. Wstydziłam się tego, jak wyglądał mój pokój, jednak nie narzekałam - rozumiałam, że Straż nie mogła pozwolić sobie na większe luksusy w mieszkaniach podrzędnych członków. Tym bardziej, że moje pojawienie się tutaj było niespodziewane, a ja wolałam już zamieszkanie w brudnym, szarym pokoju (z drewnianą ramą zamiast łóżka!) niż w celi. Na szczęście mogłam wykorzystać swoją wyobraźnię i umiejętności survivalowe, dlatego odkupiłam od Purreru za kilka ziemskich monet pięciocentowych sporo starych koców, które miały być przeznaczone dla chowańców. Udało mi się zmajstrować z nich coś w rodzaju prowizorycznego hamaku, który zamocowałam za odpłatną pomocą Purrala na drewnianych hakach. Z czasem zaoszczędziłam wystarczająco dużo pieniędzy, aby kupić sobie pościel i pojedyncze wieszaki na ubrania, które powiesiłam na wystających w różnych miejscach na ścianach gwoździach. Rama łóżka, która w żaden sposób nie nadawała się do spania, służyła mi po prostu jako stolik na podręczne rzeczy i skołtunione ubrania, których nie miałam jeszcze czasu wyprać.

Nawet udało mi się polubić mieszkanie w swoich czterech ścianach, jednak kiedy przychodziłam do pokoju Karenn czy Ykhar, które czasami zapraszały mnie do siebie, robiło mi się najzwyczajniej w świecie przykro. Nie było porównania między moim surowym, zimnym mieszkaniem śmierdzącym stęchlizną, a ich kolorowymi apartamentami, w których aż roiło się od ozdób i bibelotów. Nie wpuszczałam nigdy nikogo do swojego pokoju, ponieważ było mi głupio pokazywać, jak wygląda w środku. Szczególnie, że jego wygląd świadczył poniekąd o moim lenistwie. Gdybym ciężej pracowała i zdobywała dodatkowe wynagrodzenie za misje dodatkowe, mogłabym szybciej doprowadzić go do porządku. W każdym razie, i tak praktycznie nikt do mnie nie przychodził, więc nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo w codziennym życiu. A przecież i tak nie chciałam się tu zbytnio zadamawiać, ciągle mając nadzieję na niedaleki powrót do domu.

Nie tracąc czasu, podniosłam z podłogi młot, udałam się jeszcze na chwilę do wspólnej łazienki i pognałam na poszukiwania zgubionej księgi.

Ezarel czekał na mnie w umówionym miejscu. Od razu ruszyliśmy, jednak nie umknęło mojej uwadze, że elf dziwnie zerkał na to, co trzymałam w dłoni.

— Naprawdę? Walczysz młotem?

— Coś w tym dziwnego?

— Nic, oprócz tego, że podczas testu wszyscy starają się specjalnie posługiwać nim jak najgorzej, żeby dostać miecz albo łuk. Jamon musiał być wniebowzięty, bo chyba od kilku lat żaden z rekrutów nie wybrał broni ciężkiej.

— Mi pasuje — przemilczałam fakt, że faktycznie starałam się jak najgorzej operować młotem, a i tak poszło mi lepiej, niż przy pozostałych próbach.

— A więc, po co właściwie idziemy? Co było na tyle ważne, żeby wyciągać mnie z Kwatery?

— Zobaczysz. Nie musisz nic wiedzieć, wystarczy, że ja wiem, czego szukać.

— Doskonale, to brzmi jak przemyślany i dopracowany plan. Idziemy do lasu, ty, szary człowieczek szukasz czegoś, o czego istnieniu ja, dowódca straży najpewniej nawet nie wiedziałem, bierzesz to i zmiatamy.

Przytaknęłam, na co ten ścisnął nasadę nosa z cichym westchnięciem.

— Jesteś naprawdę beznadziejna — burknął, po czym nieznacznie mnie wyprzedził.

— Kto to mówi... — westchnęłam cicho, przyspieszając kroku, aby iść na równi z elfem.

— Pamiętaj, że to przez ciebie marnuję swój cenny czas. Dobrze wiesz, że będziesz musiała mi to zrekompensować?

— Nie licz na mój miód, Ezarel. Wykorzystałam już wszystkie racje na najbliższy tydzień.

— To już nie moja sprawa. Jeśli nie masz miodu, to będziesz musiała to po prostu odpracować.

— Nie każ mi znowu porządkować alfabetycznie składników... Ezarel, nie... Proszę — jęknęłam, widząc, złowróżbny uśmiech na jego twarzy.

— Dzisiaj o dwudziestej przyjdź do laboratorium.

Jeżeli już wcześniej byłam podłamana, to teraz byłam podłamana tysiąc razy bardziej. Zapewne czekała mnie kolejna bezsenna noc, spędzona na sprzątaniu lub innym, równie przyjemnym zajęciu.

Przez resztę drogi milczeliśmy, jednak nie była to krępująca cisza. Każde z nas pogrążyło się w swoich myślach. W takich momentach zawsze zastanawiałam się, o czym myśli druga osoba. Co siedziało w głowie Ezarela? Tego chyba nikomu nie udało się nigdy dowiedzieć. Elf miał chyba najbardziej skomplikowaną osobowość, z jaką kiedykolwiek się spotkałam.

Moje rozmyślania zostały przerwane, kiedy zobaczyłam kilka kroków przed sobą znajomy przedmiot. Pisnęłam cicho, i ignorując całkowicie Ezarela doskoczyłam do leżącej na ziemi księgi. Już prawie miałam ją w dłoniach, gdy oprzytomniałam.

Spojrzałam dokładniej na okładkę, a to, co zobaczyłam przyprawiło mnie o deja vu. Na jasnej, płóciennej oprawie dziennika widniał złoty znak, bardzo podobny do tych znajdujących się na moim ciele. Z tą różnicą, że o ile moje tatuaże miały bliżej nieokreślone kształty, tutaj mogłam dostrzec wyraźnie zarysowane słowo, zapisane po okręgu. "Pocałuj elfa", oczywiście. Nie musiałam długo zastanawiać się, kto wywinął mi taki numer.

— Ezarel, prawie mnie wystraszyłeś. Prześmieszne, popisałeś się! Zaglądałeś do środka, prawda? Nie mogłeś powstrzymać tej swojej cholernej ciekawości, dlatego zabrałeś zielnik bez mojej zgody — warknęłam, nawet na niego nie patrząc. Zbierało mi się na płacz.

Flores veterascet, popules putrescet.

Odwróciłam zaskoczony wzrok na Ezarela.

— C-co to znaczy? To łacina. Rozpoznałam kilka słów, ale nigdy nie umiałam jej zbyt dobrze.

Lores non habeat fiduciam, quia ipsi tantum sunt immortalemwypluł kolejne zdanie. Zbadałam go wzrokiem. Jego oczy zaszły dziwną mgłą, a utkwione były w jego wyciągniętej dłoni. Trzymał w niej jakiś ciemny, bliżej nieokreślony przedmiot z którego uwalniały się ciemnopurpurowe opary.

— Cholera, Ezarel! Słyszysz mnie w ogóle?

Ezarel nie odpowiedział. Z jego oczu biło teraz przerażenie. Nim zdążyłam się zorientować co się dzieje, doskoczył do mojego ramienia i kurczowo się go złapał, boleśnie wbijając w nie swoje długie paznokcie. Usłyszałam cichy szloch i poczułam, jak topnieje mi serce. Nie lubiłam patrzeć na nikogo w takim stanie.

Momentalnie zapomniałam o niepokojącym znaku na zielniku. Lekko pogładziłam elfa po włosach.

— Ezarel, będzie dobrze. Chodź, pójdziemy teraz do kwatery odpocząć. Daj mi ręce, obie — podjęłam próbę odebrania mu tajemniczego przedmiotu. Spojrzał na mnie pełnym zaufania wzrokiem, co zupełnie mnie nie uspokoiło. Jego dotąd zielone tęczówki mieniły się teraz złotym blaskiem.

Posłusznie wyciągnął przed siebie obie dłonie, ukazując mi niewielki, żarzący się dziwnym światłem wisiorek. Już miałam zabrać przedmiot, już prawie musnęłam opuszkami palców miękkich dłoni elfa, gdy ten zacisnął pięści.

— Nie! To moje, on mnie wybrał. Nie ciebie, nie...

— Ezarel, oddaj, proszę. To niebezpieczne.

— Nie dotykaj mnie — wychrypiał.

— Nie wygłupiaj się, nawet cię nie dotknęłam!

— Zostawcie mnie... Ja... Chciałem tylko pomóc... — Opadł na kolana. Nie widząc innego wyjścia, szarpnęłam go dość mocno za ramię i próbowałam podnieść. Zdawał się w ogóle nie reagować na to, co się dzieje. Ciągle tylko wpatrywał się w wisiorek, mówiąc raz po łacinie, raz po elficku.

— Matko, ojcze... Nie chciałem was zawieść... — wymruczał wreszcie w dobrze znanym mi jeżyku.

— Ez, to ja. Tylko ja, Gardienne. — Oparłam go o swoje ramię, mocno oplatając jego klatkę piersiową rękoma. Zaczęłam powoli stawiać kolejne kroki, ledwo wytrzymując pod ciężarem elfa.

— Cholera, nie rozumiesz, że chciałem tylko udowodnić, że jestem czegoś warty? Ja tego nawet nie zrobiłem dla niej, tylko dla nich!

Czułam, że chłopak nieświadomie mówi mi coś, o czym nigdy nie powinnam wiedzieć. Starałam się nie słuchać tego, co do mnie mówi. Było to oczywiście praktycznie niemożliwe, ale uspokoiłam przynajmniej swoje własne sumienie. Próbowałam? Próbowałam.

— To było dziecko, rozumiesz, dziecko?! Ale ona... Po prostu poszła. Nie uśmiechnęła się, patrzyła na mnie i weszła do środka. A teraz jest tu, wróciła, choć poświęciłem wszystko, żeby została w swoim świecie!

Byliśmy już prawie pod bramą kwatery, kiedy poczułam tępy ból w przedramieniu. Zmuszona do zatrzymania się, na chwilkę puściłam ramię Elfa, po czym odwinęłam delikatny materiał cienkiej, satynowej koszuli.

Tatuaż, który do tej pory przedstawiał bliżej bezkształtne, złote zawijasy, teraz jaśniał jeszcze mocniejszym blaskiem i układał się w znajome mi już słowa. Na mojej skórze wykaligrafowane było zdanie "Pocałuj elfa.", wyglądające identycznie jak to, które wcześniej ujrzałam na okładce zielnika.

— Wiesz, wy wszyscy jesteście tacy sami. Żądasz od nas ciągle, żebyśmy odesłali cię do domu. Nie obchodzi cię, ile nas to kosztuje. Nienawidzę was za to i nigdy nie przestanę... ZOSTAW MNIE! Ja, nie wytrzymam tego dłużej, muszę to zakończyć, daj mi to zakończyć! — krzyknął, drżąc i kuląc się w sobie jak zaszczute zwierzę.

— Ezarel, nie wiesz, co mówisz — spojrzałam na niego z pełnym skupieniem. — Przepraszam, później mnie za to zabijesz.

— O-odejdźcie, pro... — nie dokończył, bo przylgnęłam swoimi wargami do jego ust. Ezarel był jeszcze na tyle oszołomiony, że nie odepchnął mnie. Kiedy tylko jego usta się rozchyliły, poczułam, że do moich własnych przelewa się dziwna ciecz. Podczas, gdy płyn wypełniał moją jamę ustną, zauważyłam, że oczy elfa powracają do swojego normalnego koloru. Odsunęłam się szybko i splunęłam na trawę, pozbywając się dziwnej substancji. Jak się okazało, miała ona złoty kolor. Wyglądało na to, że była to trucizna, która omamiła Ezarela, dlatego wolałam nie ryzykować zatruciem się nią jakiegoś chowańca. Kiedy jednak nachyliłam się nad jej pozostałościami, z zamiarem zebrania jej do fiolki i przebadania w laboratorium, prawie natychmiast zniknęła.

Ponowny, wyjątkowo silny ból w przedramieniu skutecznie uniemożliwił mi roztrząsanie sytuacji. Osunęłam się na kolana, kiedy złote ślady na mojej skórze ułożyły się w krótkie, ale treściwe polecenie.

"Zabierz naszyjnik."

Byłam wyjątkowo nieufna. Moje wątpliwości zdały się jednak na nic, ponieważ tajemnicza siła podjęła decyzję za mnie. Kiedy tylko przez myśl przemknęło mi, że może najlepiej by było zniszczyć niebezpieczny przedmiot, poczułam bolesne ukłucie w klatce piersiowej, tracąc oddech na kilka chwil. Postanowiłam więc spróbować zaufać temu... czemuś. Cokolwiek by to nie było, i tak miało nade mną pewną kontrolę. W pewnym sensie nie miałam wyjścia i przynajmniej na razie musiałam pozwolić temu działać.

Odwróciłam się do Eza, który powoli wracał do siebie. Co spowodowało jego tratę panowania nad ciałem? Wyrwałam wisiorek z jego dłoni. Czy to też była sprawka tego niepozornego przedmiotu? Po tajemniczej, wydobywającej się z niego poświacie nie pozostał nawet ślad. Teraz delikatny, biały kamień w złotej oprawie połyskiwał w bladych promieniach słonecznych. Wyglądał zupełnie niepozornie. Czy to możliwe, żeby przed chwilą wywołał takie zamieszanie? Poczułam niewytłumaczalną chęć założenia klejnotu na szyję.

— Ekh, ekhem.

Odwróciłam się gwałtownie, prawie wpadając na stojącego tuż za mną elfa.

— Och, Ez... Jak się czujesz? Wszystko w porządku?

— Nie udawaj, że cię to obchodzi.

— O co cho... — urwałam, gdy zobaczyłam jego minę. Stwierdzenie, że był wściekły, byłoby eufemizmem. Z jego oczu ciskały gromy. Nim zdążyłam się zorientować, złapał mnie pod szyją za kołnierzyk koszuli i przyciągnął do siebie, nie dbając o to, że przy okazji dość boleśnie podrapał mnie po szyi.

— Nigdy więcej, rozumiesz?! Nie dam ci się więcej omamić.

— C-co?

— Eliksir konstiencji, mogłem się domyślić, szczególnie po tym, jak kilka fiolek zniknęło z laboratorium. Myślałaś, że nie poniesiesz za to żadnych konsekwencji? Nie spodziewałbym się takiego czegoś po tobie, nigdy. I ty oczekujesz zaufania, po takim zachowaniu? — Oniemiałam, słysząc oskarżenia. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Zachowanie Eza idealnie pokrywało się z objawami zatrucia eliksirem. I też w charakterystyczny dla tej jednej mikstury sposób udało mi się zwalczyć jej działanie. Wiele elementów się jednak ze sobą nie zgadzało. Jak chociażby kolor odkrztuszonego specyfiku.

— Daj mi się wytłumaczyć! — przerwałam mu wreszcie, dobitnie wkurzona. — Ja nic nie zrobiłam, tylko na chwilę straciłam cię z oczu i wtedy...

— Nie, Gardienne. Ja wszystko pamiętam. Także to, że mnie pocałowałaś. Czy ty naprawdę myślałaś, że... — podniósł głos, ciągle trzymając mnie za kołnierz ubrania. — Że możesz wykorzystać sobie mnie, kiedy byłem niczego nieświadomy? Czy ja ci na cokolwiek pozwoliłem? Nie przypominam sobie. Zawiodłem się na tobie, bardzo.

— Kiedy mówię, że to tylko nieporozumienie! Ale ty jak zwykle nie jesteś w stanie nikogo posłuchać, bo obchodzi cię tylko czubek własnych uszu.

Ja nie jestem w stanie postawić się w cudzej sytuacji? Kto to mówi, osoba, która właśnie całowała mnie nieprzytomnego? Chyba stawiałem sprawę jasno. Mnie się nie dotyka, a już na pewno nie robisz tego Ty i nie w ten sposób. I wiesz co... To wszystko była prawda. To, czego się ode mnie dowiedziałaś, kiedy nie powinnaś była. Wszyscy, do cholery, jesteście siebie warci. Nigdy nie spojrzę na ciebie w inny sposób, niż z obrzydzeniem. Nie zasługujesz na to, nie po tym, co...

— Nie zapędzaj się, Ezarelu. — Po policzkach spływały mi już strużki łez a głos się trząsł, ale wściekłość wzięła górę nad pozostałymi emocjami. - Kim jesteś, żeby mówić, na co zasługuję? Schowaj tą swoją cholerną dumę do kieszeni i zamknij się wreszcie. Bo właśnie, wyobraź sobie, uratowałam ci życie, a beze mnie wąchałbyś sobie jakieś ziółka alchemiczne, z tą różnicą, że od spodu.

— Oczywiście, bo nasza droga Gardienne wcale nie zrobiła nic złego. Bo przecież ona nigdy nie jest winna, a wszystko, co najgorsze to zawsze sprawka niedobrego Ezarela! Może powiesz jeszcze, że sam podałem sobie eliksir na utratę kontroli nad ciałem? Bo chciałem, żebyś musiała uratować mnie z jakże poważnej opresji? Jeżeli nie podałaś mi eliksiru, to skąd wiedziałaś, jak zwalczyć jego objawy? To jedyny specyfik, który wymaga takiego kontaktu. Nie, teraz ja mówię — dodał, widząc, że już otwieram usta. - Nie wiem, na co liczyłaś. Nie zamierzam wpadać ci po wszystkim w ramiona. Dość tego, wystarczy już. Nie ma dla ciebie żadnych ulg. Wyrzucam cię ze swojej straży. Nie będę tolerował czegoś takiego — warknął lodowatym tonem, po czym oddalił się w stronę kwatery. Po chwili, nawet się nie odwracając, dodał: — Dzisiaj o dwudziestej w laboratorium. Odbędziesz swoją karę, a przy okazji odbierzesz swoje dokumenty ze straży. W Absyncie nie będą już one przydatne.

Patrzyłam, jak się oddalał. Poczekałam, aż wejdzie przez bramę i dopiero wtedy podążyłam jego śladami. Nie chciałam się na niego natknąć, dlatego szłam wyjątkowo wolno. Starałam się myśleć o czymś innym, żeby przestać wreszcie płakać, ale nie szło mi to najlepiej.

W międzyczasie wyciągnęłam zielnik z torby, próbując skupić się na jego okładce. Złocisty znak zniknął, natomiast ten na mojej skórze powrócił do swojej dawnej postaci. Czułam, że rozumiem z tego co raz mniej. Musiałam opowiedzieć o wszystkim Miiko, jednak nie miałam na to siły. Zdecydowałam, że zajmę się tym po wizycie w laboratorium, a w tym czasie spróbuję doprowadzić się choć trochę do porządku.

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (22-01-2020 o 20h28)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#3 11-07-2019 o 18h22

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Ooooh, opowiadanie o Ezarelu, więc bardzo chętnie, bardzo chętnie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Hej, powiem ci, że na początku na poważnie przyjełam twoje ostrzeżenie przed tym, że z tym twoi pisaniem różnie może być, ale jest naprawdę dobrze! Masz ładne słownixctwo, zgrabnie sklecasz zdania, wszystko to jest płynne i miłe w czytaniu. Tylko przy akapitach mogłabyś trzasnąć więcej spacji, ale to tylko w ramaxh estetyki c: Także jest super!

Po pierwsze, fajny motyw z tymi tatuażami, bo to coś nowego! Więc lublu. A po drugie, co ta Miiko taka miła? ;v To do niej mało podobne xd

Awwww, bardzo podoba mi się relacja Gardzi i jej taty! Ogólnie pomysł zielnika oraz tego, że to ojciec zaraził ją tą pasją jest naprawde super!

Jedyny problem, jaki na razie mam z tym opowiadaniem, to akcja pędząca zbyt szybko. W ciągu chwili Gardzia poznaje Miiko, Lein, Ykhar i nic ją nie dziwi. Nie dziwią ją elfy, kryształ, nie jest też aż tak przerażona jak by się mogło zdawać. Wybacz mi za to czepialstwo, ale akurat jako taki realizm to coś, na co jestem uczulona xd

Ojeeeeeju <3 A więc to tak spotkają się Ez i Gardzia? ;> Przez jego chowańca? Całkiem uroczo!
Błąbądek? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Dla mnie to bardziej skomplikowane słowo niż łabędź XDD

ONIEASH. Jak ja tej gadziny nie lubię, rany bożu.

MIIKO ZAPOMNIAŁA O CZŁOWIEKU?! XDDDDDDDDDDD OK to mi już do niej bardzej pasuje XDDDDD No i znajomośc z Ezem maluje się nad wyraz obiecująco /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Bardzo milutkie, sympatyczne opowiadanie! Mam tylko nadzieję, że go nie porzucisz, bo jestem ciekawa kolejnych części! Czekam więc na resztę i pozdrawiam! ^^

____________________________________


OH GOD JAKI 'TAJMING' XDDD Ledwie skończyłam komentować jedną część, a ty wstawiasz drugą! Wspaniale! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Generalnie już w poprzedniej części znalazłam kilka takich błędów, ale nie było ich wiele, dlatego o nich nie wspominałam. Ale teraz wspomnę, bo ta niewinna uwaga może ci się przydać.
" Nie, Ezarel, nie oddam ci tego. — docisnęłam zielnik do piersi" - w to zdanie wkradł się mały błąd. Mianowicie, po myślniku powinnaś wstawić dużą literę, jako że wcześniej postawiłaś kropkę. Prosta zasada: jak jedno zdanie kończy się kropką, to drugie musi się zacząć duża literą. I myślnik nie ma tu znaczenia. Wyjaśnię na przykładach:
1. " Ez, jesteś idiotą" - powiedziała Gardienne.
Tu mamy do czynienia z jednym zdaniem, tylko uzupełnionym. To znaczy, że pojawił się dialog, a narrator go doprecyzował, dodając, że powiedziała to Gardzienne. A jako że to jedno zdanie, to nie ma ani kropki, ani dużej litery między myslnikiem.

2. "Ez, jesteś idiotą. - Gardienne zmroziła go wzrokiem, po czym wyszła"
Tutaj mamy wyraźnie oddzielony dialog od części uzupełniającej, bo dialog kończy się kropką, a narrator wyjaśnił, co się stało po wypowiedzeniu tych słów. A jako że opis nie był przedłużeniem dialogu (jak wyżej), to te dwie części oddzielono jak dwa zdania.

Dlatego twoje zdanie prawidłowo powinno brzmieć tak:

"Nie, Ezarel, nie oddam ci tego. — Docisnęłam zielnik do piersi"  ||  albo   ||  " Nie, Ezarel, nie oddam ci tego — burknęłam, dociskając zielnik do piersi"

Wiem, że to się może wydawać skomplikowane, ale jak coś to śmiało do mnie wal, chętnie to dokładniej wyjaśnię c:

"To pamiątka. - podniosłam głos" - o patrz, tu ten sam błąd. Proste: albo kropka i duża litera, albo brak kropki i dużeuj litery. Nie można tego mieszać.

"oczywiście Ziemskich piosenek." - 'ziemskich' - jeśli to przymiotnik, to zapisujemyb go małą literą.

O kurcza, zgubiony zielnik to naprawdę bardzo złe wieści. A już myślałam, że serio tam wróci xd Szkoda, że tego nie zrobiła. I kto się tam po lasach szlaja? Pewnie ta zamaskowana miernota, a niech go diabli.

"Tylko wszystko przedłużasz" - jaka wbita w stronę szwfowej XD

Heh uwielbiam przekomarzania Miiko i Eza  <3

Tak w sumie to ile już Gardzia siedzi w Eldce? Bo sądząc po jej rozmowie z Ezem, to ci dwoje zdązyli się już nieźle poznać. A skoro tak, to trochę już tam musi przebywać. Niemniej ich rozmowy są cudowne! /static/img/forum/smilies/big_smile.png A spotkanie w laboratorium o 20 brzmi prowokująco ;]

Wooow, co mu się stałoo? ;o O kurcze, chyba wiem, o czym mówi... biedne elfiątko. :< Huh, szczwany pomysł na odtrutkę XD Ale po tym, co nagadał, to jednak niebiedne elfiątko. Well, teoretcznie można było się spodziewac tych słów, niemniej na pewno mocno zabolały.

Wspaniały rozdzial i tym bardziej jestem ciekawa, co będzie dalej! Czekam więc na kolejną część i pozdrawiam! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (11-07-2019 o 18h53)





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#4 19-07-2019 o 12h04

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

@Methrylis Dziękuję Ci za bardzo motywujący komentarz! Cieszę się,że wskazałaś mi błędy w zapisie dialogów — podczas betowania tej części starałam się podobne poprawiać. Mam nadzieję, że niczego nie pominęłam! ^_^ A co do zachowania Miiko, pewnie na razie będzie ono nieco zgrzytać. W grze była ukazywana jako postać przede wszystkim temperamentna i o zdolnościach przywódczych, ale brakowało mi w niej tej drugiej, wrażliwszej strony. Dlatego lekko zmodyfikowałam jej charakter, i choć na razie to pewnie trochę niezgrabne, to postaram się lepiej poprowadzić tę postać w najbliższych częściach.

Napiszę jeszcze przy okazji, że trochę ociągałam się z dodaniem tego rozdziału, żeby uniknąć  przenoszenia opowiadania do archiwum. Wyjeżdżam na około dwa tygodnie raczej bez możliwości pisania tam "na czysto", a następny rozdział nie jest jeszcze dokończony. Tak więc, po tym odpisie zapewne czeka mnie dłuższa, może trzytygodniowa przerwa.
Nie przedłużając jednak, przechodzę do publikacji następnej części! Z miejsca przepraszam fanów Valkyona, ale jego wątek jest naprawdę istotną częścią tego fanficka /static/img/forum/smilies/big_smile.png

03. Żółty goździk — cz. 2

GARDIENNE


Miałam szczęście, że była akurat pora kolacji. Wszyscy spędzali czas na stołówce, dzięki czemu udało mi się nawet na nikogo nie wpaść po drodze. Otworzyłam kopniakiem drzwi do pokoju i zamknęłam je za sobą na klucz. Rzuciłam się na hamak i leżałam tam dłuższą chwilę, tępo wpatrując się w sufit. Miałam ochotę zostać tam do końca dnia, jednak przeczuwałam, że nie skończyłoby się to dla mnie najlepiej. Zamordowanie mnie przez Miiko wydawało się być na ten moment najbardziej optymistyczną wersją, a ja wolałam się jej jednak nie narażać. Z resztkami motywacji, czy raczej chęci przeżycia, podniosłam się wreszcie na nogi.  Złapałam za ręcznik i jedyne czyste na ten moment ubrania, udając się w kierunku łazienki. Ponieważ nie miałam własnej, musiałam korzystać z tej publicznej, do której wejście znajdowało się na końcu korytarza straży.

Czas kąpieli jednak minął zdecydowanie zbyt szybko, toteż wkrótce stałam przed wejściem do laboratorium, wyłamując nerwowo palce ze stresu.

"Dalej, Gardienne, bez paniki. To tylko Ezarel, rozwścieczony do granic możliwości i gotowy zabić cię w każdej chwili, ale wciąż Ezarel... Nie masz się czym przejmować" — próbowałam dodać sobie odwagi, co nie wychodziło mi najlepiej. Wzięłam trzy głębokie wdechy i pociągnęłam za klamkę, czując, że mimo wszystko nie pożałuję tej decyzji. Wolałam stawić czoła swoim problemom, niż pozwolić, żeby później spiętrzyły się i uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą.

Przekroczyłam próg i aż przystanęłam z wrażenia, nie zamykając za sobą drzwi. O ile laboratorium zwykle utrzymane było we względnym porządku, teraz wyglądało, jakby przeżyło klęskę żywiołową. Lub, co gorsza — wizytę Amayi.

Na podłodze było pełno szkła, a brak połowy zapasowych fiolek na stoliku tylko potwierdził, że to one w pierwszej kolejności padły ofiarą kataklizmu. Dookoła porozrzucane były też szczątki bliżej nieokreślonych składników alchemicznych, roślin porwanych na strzępki. Jedno było pewne — ktokolwiek się tego dopuścił, nie pozostawił na pomieszczeniu suchej nitki.

Nadal w niemałym szoku rozglądając się po pomieszczeniu, zauważyłam, że byłam tutaj sama. Postanowiłam w spokoju poczekać na elfa. Ostrożnie podeszłam do blatu, starając się nie nadeptywać na większe odłamki szkła. Oparłam się biodrem o stół, starając się nie ubrudzić spodni rozlanym na meblu eliksirem.

— Dobrze się bawisz? Może byś tak wreszcie zaczęła?

Podskoczyłam, słysząc za sobą dobrze mi znany, ostry głos. Ezarel stał przy wejściu do laboratorium. Musiał tam być od samego początku, ponieważ nie słyszałam za sobą kroków. Stał w podcieniu ciągle niezamkniętych drzwi.

— Co mam robić? — spytałam niepewnie.

— Najpierw mi to jeszcze podpiszesz, zanim pobrudzisz sobie rączki. — Podał mi kartkę papieru i dopiero wtedy spojrzałam na jego dłonie. Były całe poranione, a w kilku zacięciach dostrzegłam krystaliczne odłamki.

— Ezarel, czy ty... Ty to wszystko zrobiłeś? — nadal ciężko było mi uwierzyć, że ten Ezarel, który zawsze pieczołowicie dbał o swoje miejsce pracy, teraz doszczętnie je zniszczył własnymi rękoma.

— Czy możesz się wreszcie zamknąć i prostu to podpisać? Nie mam całego dnia. — To tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że faktycznie był sprawcą całego bałaganu. Wzięłam od niego kartkę i poszukałam w kieszeni długopisu.

Pobieżnie przeczytałam druk, a z każdą linijką  robiło mi się słabiej. Było to zaświadczenie o przeniesieniu mnie do innej gwardii. Najgorszej możliwej.

Miałam cichą nadzieję, że trafię do Straży Cienia — Nevra w gruncie rzeczy starał się być miły, choć jego zachowanie nieraz mnie onieśmielało. Co prawda nauka podsłuchiwania i chowania się w najciemniejszych kątach nie była szczytem moich marzeń, jednak wydawała się być w miarę znośna.

Natomiast moja nowa straż oferowała głównie łamanie paznokci i odwadnianie się na codziennych treningach, które odbywały się obowiązkowo zarówno przy czterdziestostopniowym upale, jak przy tylu samu stopniach na minusie. Skazywało mnie to tym samym na codzienne towarzystwo ciągle sączących piwo, dwumetrowych kup mięśni, które mogłyby jednym kopnięciem posłać mnie z powrotem na ziemię. Nienawidziłam walczyć, nienawidziłam się pocić, a przede wszystkim nienawidziłam towarzystwa przywódcy Obsydianu.

Valkyon był... specyficzny. Nie odzywał się zbyt wiele, a kiedy otwierał już usta, jego słowa były krótkie i treściwe. Miałam jednak wrażenie, że wyjątkowo egocentrycznie podchodził do życia i oceniał wszystkich swoją miarą. Nie do końca potrafił na przykład zrozumieć, że biedna Alajea trafiła do jego straży zupełnie przez przypadek. Ze swoim metrem pięćdziesiąt i szczupłą posturą nie do końca nadawała się do trenowania pojedynków z Jamonem czy robienia dwudziestu okrążeń wokół kwatery, a mimo wszystko białowłosy zmuszał ją do właśnie takich aktywności. Wszyscy musieli wykonywać te same ćwiczenia, niezależnie od stopnia zaawansowania. Kiedy Ezarel był na misji i nie mogłam wykonywać zadań dla Absyntu, miałam wątpliwą przyjemność uczestniczyć w dwóch czy trzech spotkaniach pozostałych straży. Moje ręce do tej pory nie wróciły do swojego poprzedniego stanu, po wykonaniu dwustu karnych pompek za "rozpraszanie spokoju zajęć", co było równoznaczne z krótką wymianą zdań z Alajeą. Po tym wydarzeniu zaczęłam nieco bardziej doceniać Eza, który co najwyżej trochę na mnie pokrzyczał za ociąganie się.

Dodatkowo Obsydian zdawał się pałać do mnie wyjątkową niechęcią. Może nie mówił mi tego wprost, ale miałam wrażenie, że nienawidzi mnie jeszcze bardziej niż mój były już dowódca. Co prawda było w tym trochę mojej winy — w końcu nazwałam swojego chowańca jego imieniem. Oczywiście było to zupełnie przypadkowe — otrzymałam swojego pupila pierwszego dnia po wypuszczeniu mnie z więzienia, a imię białowłosego wyłapałam z rozmowy i mimowolnie zapadło mi w pamięć. Nie połączyłam jednak faktów i w życiu bym nie pomyślała, że Valkyon to jeden z członków Lśniącej Straży. Kiedy tylko o tym usłyszałam, usiłowałam zmienić imię swojemu maluchowi, jednak w akompaniamencie śmiechów Nevry i Ezarela zostałam poinformowana, że nie jest to możliwe. A zwierzątko za nic w świecie nie chciało reagować na bardziej urokliwe imię Puszek. Co prawda Valkyon zapewnił mnie, że nic się nie stało i że nie miałam prawa wszystkiego wiedzieć, jednak  w jego słowach nie było większego przekonania. Zwłaszcza, że bardzo istotny był pewien szczegół — jak na ironię, mój chowaniec, dorosły już Grookhan bardzo przypominał i zarazem parodiował swojego imiennika. Valkyon Junior był co prawda o wiele mniejszy, ale miał niemal identyczne proporcje. Całość zwieńczał jeszcze przygłupi wyraz mordki i ślina wyciekająca z pyska. "Wykapany tatuś" — zwykł mawiać Ezarel, podczas, gdy ja miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Mój chowaniec powodował zawsze niemałe poruszenie, a śmiano się z tego powodu niekoniecznie ze mnie, ale przede wszystkim z Valkyona.

Najbardziej nienawidziłam białowłosego za to, jak bardzo był do mnie podobny. Jego charakter był odzwierciedleniem wszystkim cech, które zawsze w sobie nosiłam i których teraz próbowałam się wyzbyć. Kiedy patrzyłam na zamkniętego w sobie, milczącego, niepotrafiącego okazywać głębszych uczuć i czasem opryskliwego mężczyznę, który stawiał tylko swoje potrzeby na piedestale, czułam się, jakbym patrzyła na siebie z przeszłości. Paradoksalnie, dopiero dzięki niemu zrozumiałam, jak źle zdarzało mi się traktować innych i jak bardzo bywałam niewdzięczna. Przybycie do Eldaryi chciałam potraktować jako drugą szansę od losu, okazję, żeby pokazać się od innej strony i spróbować zmienić swój tryb życia. Wierzyłam, że w głębi serca byłam dobrą osobą, mimo, że nigdy do końca nie potrafiłam tego okazać. Rodzice otaczali mnie miłością, mimo tego, że miałam trudny charakter,  a ja nawet jeśli zbyt często im tego nie mówiłam, kochałam ich całą sobą. Nie miałam przez to zbyt wielu znajomych, ale ci, którzy przy mnie zostali, byli wspaniałymi ludźmi. I choć teraz widzę, że nie umiałam odpowiednio okazać im wdzięczności, to rzeczywiście taką czułam. To ludzie o wielkim sercu, zawsze wyciągający pomocną dłoń i starający się mnie zrozumieć. Ja jednak, zupełnie jak dziecko — tylko uciekałam jak najdalej od wszystkich ze swoim zielnikiem, unikając niewygodnych rozmów. Trzymałam wszystkich na dystans, zbywając ich ironicznymi żartami i zamykając się w swojej skorupie. A patrzenie na osobę zachowującą się praktycznie tak samo, otoczoną przez ludzi z sercem na dłoni, przypominało mi tylko o wszystkim, czego nie doceniałam, a co straciłam. Rzecz, której najbardziej w życiu żałowałam to to, że zdałam sobie z tego wszystkiego sprawę dopiero teraz — kiedy byłam uwięziona w innym świecie i nie mogłam już niczego naprawić. Chciałabym móc powiedzieć im to, co działo się teraz w mojej głowie. Przeprosić. Wypłakać się w ramię mamy, pooglądać z zachwytem stary zielnik ojca, jeszcze z jego czasów szkolnych — jak wtedy, kiedy byłam małym dzieckiem i jeszcze się od nich nie oddaliłam. Bolało mnie to, że czas mijał, wyrzuty sumienia wzrastały, a ja byłam w kropce. Moje pytania o powrót do domu były ignorowane i powoli zaczynałam tracić już wszelką nadzieję.

— Co by było, gdybym tego nie podpisała? — próbowałam chwycić się ostatniej deski ratunku.

— Wyleciałabyś ze straży i grzałabyś miejsce w celi. Nie myśl sobie, że by mi to nie pasowało, ale Miiko nigdy by się nie zgodziła.

Drżącą dłonią więc zapisałam swoje imię, odruchowo stawiając małe serduszko nad literą i.

— Po skończeniu pracy zaniesiesz to do biblioteki. W magazynku masz wszystko, co potrzebne. Doprowadź to miejsce do stanu używalności. Mam zebranie, na którym omówimy twoją sprawę. Nie ujdzie ci to na sucho i osobiście o to zadbam, ale i tak będziemy cię potrzebować pod koniec. Przyjdę tu po ciebie i przy okazji zobaczę, czy wykonałaś swoje zadanie.

— Kiedy zamierzasz wrócić?

— Wcześnie rano — odparł rzeczowo.

Czasu faktycznie nie było dużo, biorąc pod uwagę stan pomieszczenia. Mój były już przełożony opuścił pomieszczenie bez słowa, a ja postanowiłam zacząć jak najszybciej, żeby zdążyć  wrócić do pokoju przed południem i przespać się choćby godzinę. Ucieszył mnie jednak fakt, że elfa nie będzie w laboratorium podczas trwania mojego szlabanu. Nie zniosłabym patrzenia mi na ręce i słuchania jego docinek przez kilka godzin. Choć od tego ostatniego chyba miałam na razie spokój — nie dało się nie zauważyć, że Ezarel starał się być bardzo oszczędny w słowach i unikał jakichkolwiek interakcji. Oczywiście nie miałam z tego powodu większych wyrzutów sumienia, ponieważ wiedziałam, że nie zrobiłam niczego złego. Czekałam tylko, aż wreszcie będę mogła porozmawiać z Miiko i wszystko jej wyjaśnić. Mimowolnie bałam się jednak tej rozmowy, wiedząc, że lisica może być wobec mnie nieufna. Cała ta sytuacja sprawiła mi jednak sporą przykrość, bo mimo wszystko miałam nadzieję na chociaż zalążek zaufania ze strony elfa. Dowody wskazywały na mnie, ale czy ja w tym wszystkim nie miałam niczego do powiedzenia? W każdym razie, nie zamierzałam ani pierwsza wyciągać do niego dłoni na zgodę, ani szczególnie się z nim konfrontować. Zadowoliłoby mnie zwyczajne unikanie jego towarzystwa, do czasu, gdy... Gdy co? Nie miałam pewności, że uda mi się wygrzebać z bagna, w które właśnie wdepnęłam, ani że ktokolwiek postanowi mnie za cokolwiek przeprosić. Mój wisielczy humor zwieńczała jeszcze perspektywa zbierania odłamków szkła z podłogi przez najbliższe godziny. Szczególnie, że zawsze byłam wyręczana przez rodziców w podobnych obowiązkach domowych.

* * *


Sprzątanie nie szło mi zbyt sprawnie, bo choć byłam zdolną i szybko uczącą się alchemiczką i zielarką, nie byłam przyzwyczajona do pracy fizycznej. Dlatego byłam wykończona ale dumna, kiedy po blisko trzech godzinach udało mi się pozbierać całe szkło z podłogi i blatu, co komuś bardziej doświadczonemu zajęłoby może dwadzieścia minut. Miałam jednak wrażenie, że byłam jeszcze w gorszym stanie niż po około dwutygodniowej wizycie w więzieniu. Przeklinałam w duchu, że nie wzięłam ze sobą gumki do włosów, które przeszkadzały mi w pracy. Poprzednie kilka minut spędziłam na polewaniu lodowatą wodą pokaleczonych dłoni — kawałki szkła laboratoryjnego poprzecinały grube, skórzane rękawice, które miały chronić przed obrażeniami. Zawsze nienawidziłam zarówno gotowania jak i sprzątania, dlatego teraz miałam ochotę cisnąć to wszystko w pioruny i iść wreszcie spać. Było już dawno po północy, chciałam już tylko położyć się do łóżka, wcześniej biorąc ciepły prysznic. Nieustannie ziewając, poszłam do składzika po mopa, miotełkę do kurzu i ścierki do podłogi.

Finalnie wciągnęłam się w sprzątanie na dobre, co sprawiło mi sporą satysfakcję — nawet, jeżeli nie był to poniedziałek, o jakim marzyłam. Moim patentem na przyjemniejszą pracę było wyobrażanie sobie, że szorowane przeze mnie z całej siły błękitne plamy na blacie były w rzeczywistości twarzą pewnego elfa. Przeklinanie pod nosem błękitnowłosego alchemika również przynosiło całkiem zadowalające efekty.

Po kilku godzinach odpadały mi już ręce, jednak zaciekle walczyłam z bałaganem. Z radością przyjęłam fakt, że zaczynało mi to iść coraz sprawniej, a lista rzeczy do wykonania systematycznie mizerniała. Wciągnięta w wir pracy ledwo usłyszałam czyjeś kroki w laboratorium. Odwróciłam się, lekko spanikowana. Ezarel stał tuż za mną w całej swojej okazałości, w milczeniu szorując kafelki na ścianach. Spuściłam wzrok i nie przerywając ciszy zajęłam się swoją pracą. Zdziwiłam się lekko, że nie wysłał mnie do Miiko, zgodnie z umową. Wolałam jednak o tym nie przypominać, niekoniecznie spiesząc się na herbatkę i ciasteczka z rozwścieczoną lisicą.

Wspólnymi siłami udało nam się dość szybko uporać z całą robotą. Zdejmując rękawice i fartuch zerkałam ciągle na Ezarela, który od swojego przybycia nie uraczył mnie nawet spojrzeniem.

— O szóstej masz udać się do Miiko. Idź już.

Wyjęłam z szuflady swój zegarek, który zdjęłam wcześniej, aby go przypadkowo nie zniszczyć. Miałam niecałą godzinę, którą planowałam dobrze wykorzystać na gorącą kąpiel. Zebrałam szybko swoje rzeczy, otrzepałam nogawki spodni z kłębuszków kurzu i wyszłam z laboratorium. Kiedy już miałam zamknąć za sobą drzwi, o czymś sobie przypomniałam.

— Ezarel? Dziękuję.

Prychnął tylko cicho, po czym sam podszedł do drzwi i bezceremonialnie wypchnął mnie z pomieszczenia.

— Nienawidzę cię — burknęłam, jednak elf raczej mnie nie usłyszał. Do głowy wpadł mi jednak pewien pomysł.

Wyciągnęłam z torby i przekartkowałam zielnik, w poszukiwaniu strony poświęconej goździkom. Delikatnie wyjęłam z przyklejonej do kartki koperty mały, wpół zasuszony żółty kwiatek. Zamocowałam go w dziurce od klucza w taki sposób, aby pozostał widoczny i jednocześnie nie wypadł.

Pozostało mieć nadzieję, że symbolika roślin w Eldaryi była zbliżona do tej ziemskiej.

* * *




— Tak, tak, Alaeja, zajmiemy się tym. Nie, nie masz dzisiaj szlabanu u Valkyona, poręczam za ciebie. Idź już — Miiko powoli traciła cierpliwość, kiedy syrena już po raz czwarty tego samego dnia przyszła złożyć skargę na szefa obsydianu.

Kiedy wreszcie za niebieskowłosą zatrzasnęły się drwi, kitsune odetchnęła z ulgą. —  Więc, teraz ty... Możesz mi wreszcie wyjaśnić, co tam się wydarzyło? Ezarel przedstawiał mi to wszystko chaotycznie i cały czas czymś rzucał w kryształ, musiałam poprosić Jamona, żeby go stąd wyekspediował jeszcze w trakcie zebrania. — podeszła do kryształu i pieszczotliwie go pogładziła, zupełnie jakby był jej dzieckiem czy zwierzątkiem. Ja natomiast mimowolnie zachichotałam na jej słowa, obrazując w myślach niedotykalskiego elfa niesionego pod pachą przez muskularnego ogra.

— No cóż, więc...

— Nie, poczekaj. Ezarel skarżył się, że podałaś mu eliksir konstiencji. To prawda, czy nie?

Już w mojej głowie układała się długa przemowa na temat prawdziwych wydarzeń w lesie, ale kiedy zaczęłam już otwierać usta, zamarłam. Mówiąc prawdę, zapewne pożegnałabym się na zawsze z naszyjnikiem. A ja czułam z nim jakąś specyficzną, niewytłumaczalną więź. Już wiedziałam, że muszę bronić go za wszelką cenę — nawet, jeżeli miałam wrażenie, że te uczucia niekoniecznie należą do mnie.

Wybacz, Ezarel. Nasze relacje chyba na długo nie wrócą do względnej normy.

— Tak.

* * *


Moje wyjście z sali kryształu okazało się równie widowiskowe jak to wcześniejsze Ezarela. Z tą różnicą, że mnie wygoniła stamtąd sama Miiko, rozpalając za mną Święte Płomienie ze swojej laski. Oczywiście odbyło się to w akompaniamencie wyjątkowo głośnych krzyków i wrzasków o tym, jak bardzo jestem nieodpowiedzialna i lekkomyślna. Zakładałam, że było to wszystko słychać wewnątrz całej kwatery, której ściany nie odznaczały się szczególną dźwiękoszczelnością.

Gdyby tego było mało, noc postanowiła skończyć się o wiele za wcześnie. Nim się obejrzałam, wybiła ósma rano, a miałam jeszcze do załatwienia papierkową robotę w bibliotece. Nieszczęśliwie, po drodze wpadłam na Gregora, prawą rękę Valkyona. Postanowił on uprzejmie mnie poinformować o obowiązkowych, codziennych treningach. Może nie byłby to problem, gdyby nie odbywały się o dziewiątej — również w weekendy, podczas których to miałam w zwyczaju smacznie spać do południa. Dzisiaj również nie obejmowała mnie żadna taryfa ulgowa, dlatego powoli przyzwyczajałam się do myśli, że chyba nie będzie mi dzisiaj dane położyć się do łóżka aż do wieczora.

W bibliotece jak zwykle zastałam Kero, siedzącego wśród opasłych, ręcznie przepisywanych tomiszczy i zwojów pergaminu. Zapewne zajmował się tłumaczeniem niedawno przywiezionej do kwatery księgi medycznej, zapisanej w całości w języku elfickim. Została ona pożyczona nam przez pewien bogaty ród tejże rasy, na prośbę Ewelein.

Kiedy zrobiłam kilka kroków w jego stronę, zostałam gwałtownie zatrzymana przez bliżej nieokreśloną, rudą masę, która bezwstydnie uczepiła się mojego ramienia.

— Ykhar! — pisnęłam.

— Kocham cię, Gardienne, nawet nie wiesz jak! Wreszcie ktoś go trochę uczłowiecza.  I przynajmniej mam spokój od tej jego głupiej piosenki! Rób tak częściej, następnym razem możesz mu podać coś mocniejszego, zasłużył sobie. Co ty na eliksir przemiany w chowańca? Mam akurat jeden w zanadrzu, może w końcu przestałby się naśmiewać z Valkyona.

— Spokojnie, Ykhar... Za to chyba wyleciałabym w ogóle z kwatery, a nie tylko z Absyntu.

— Wyrzucili cię? — brownie wytrzeszczyła oczy. — Ale zostajesz w schronisku, tak? Nie martw się, znajdziesz dorywczo jakąś pracę i będziesz nawet miała większe tygodniowe racje. Możesz na przykład pomóc nam w bibliotece, mamy nawał pracy i...

— Dzięki, chętnie bym przyjęła propozycję, ale nie mogę. Przydzielili mnie do nowej straży.

— Och, jesteś w Cieniu? Nevra będzie zachwycony, będziecie mogli zagrać Ezowi na nosie, jeżeli zdobędziesz dużo punktów w miesięcznej klasyfikacji. Może ten głupi elf udaje, że go to nie obchodzi, ale strasznie przeżywa to, że jego straż wygrała tylko dwa razy w tym sezonie, kiedy jego najlepszy przyjaciel zgarnął już sześć nagród. W zasadzie to mam wrażenie, że te dwa złote puchary zdobyliście tylko dlatego, że ty wzięłaś sobie to za punkt honoru. — Króliczyca miała po części rację, gdyż dzięki mojej chęci zarobienia pieniędzy i usamodzielnienia się, brałam mnóstwo misji dodatkowych. Korzystała z tego cała straż. — Wypracowałaś chyba ponad połowę wyniku. W ubiegłym roku, kiedy ciebie nie było, Absynt nie wygrał ani razu. Nikogo to niby nie obchodzi, ale zwycięstwem nikt nie pogardza. Dziwię się, że cię wykopał, to nielogiczne. Chociaż to prawda, że był naprawdę wkurzony, widziałam go na zebraniu.

— Jakby to powiedzieć... — nerwowo wykręcałam palce, szukając najprostszych słów. — Jestem w straży Valkyona.

— Och. — Mina jej nieco zrzedła, ale po chwili odzyskała uśmiech i znowu zaczęła trajkotać. — Cóż, może to wymagająca straż, ale spójrz na dobre strony! Będziesz dobrze przygotowana do misji w terenie, są trudne czasy, musisz umieć się bronić. Poza tym, choć Valkyon jest surowy, to dobry z niego przyjaciel. Jestem pewna, że zmienisz co do niego zdanie, kiedy tylko lepiej się poznacie.

— Ykhar, on jest miły może dla ciebie i kilku innych osób, które są w straży od dawna. Ja na początku naprawdę próbowałam, ale on jest sto razy gorszy i bardziej zadufany w sobie od Ezarela. Nie rób takiej przerażonej miny wiem, że bronisz go tylko dlatego, że ci się pod... — urwałam, bo króliczyca zatkała mi usta ręką, wpatrując się w jakiś punkt za moimi plecami. Kiedy zauważyłam rumieńce na jej twarzy, zrozumiałam już, jak wielką popełniłam gafę. Powoli odwróciłam się, by stanąć twarzą w twarz z białowłosym wojownikiem.

— J-ja... Mówiłam o moim chowańcu? Straszny z niego gnojek, nie przynosi mi nic od dawna i podrapał mnie wczoraj po twarzy. Muszę go siłą wynosić na dwór, bo inaczej by tylko spał i jadł.

— Mój sitourche ma to samo, ale to dlatego,  jest już starszy. Może powinnaś złapać nowego? A Valkyonka możesz mi podarować, przecież wiesz, jak go uwielbiam! — Ykhar podłapała moją strategię. Miałam tylko nadzieję, że Obsydian jakimś dziwnym trafem uwierzy w tą niezbyt wyszukaną wymówkę.

— Może, ale paradoksalnie jestem do niego naprawdę przywiązana. Pokazuje pazury, ale jeśli chce, to potrafi być naprawdę kochany.

— Moja Floppy nie sprawia problemów. Przepraszam, Ykhar, że przeszkadzam, ale muszę przekazać ci dokument o oddelegowaniu Alajei do straży Absyntu. Z tego co wiem, to zwolniło się tam jedno miejsce — spojrzał na mnie karcąco. — A Alajea sprawiała więcej szkód niż pożytku, więc niech to Ez sobie z nią radzi, skoro tak chętnie oddał mi kolejną idiotkę.

— Słucham? — oburzyłam się.

— Mówiłem o Amayi. Ezarel znalazł w laboratorium to diabelskie nasienie i podrzucił mi do kuźni.

Oblałam się pąsowym rumieńcem, słysząc jego ociekającą ironią wypowiedź. Cholera, czyli musiał słyszeć całą naszą rozmowę. Nie odpowiedziałam jednak na zaczepkę, z obawy, że mogę tego pożałować na czekającym mnie treningu. Zaczęłam wobec tego zastanawiać się nad  poprzednimi słowami wojownika.

Z jednej strony, fakt, że syrena opuszcza Obsydian mnie nieco rozczarował, ponieważ była ona jedyną osobą z mojej nowej straży, którą znałam. Natomiast część mnie skakała z radości, ponieważ przynajmniej miałam pewność, że Ezarel srogo pożałuje swojej decyzji. Mogłabym poprosić ją o celowe jego irytowanie, jednak w tej kwestii mogłam całkowicie jej zaufać i dać wolną rękę.

Alajea była miła, pomysłowa i towarzyska, ale miała dwie lewe ręce. Wielokrotnie powtarzała mi, że marzy o przeniesieniu do Cienia, bo "tam przynajmniej nie miałaby niczego do zepsucia". I chyba miała racje, ponieważ w całej swojej karierze w Obsydianie zdarzyło się jej doprowadzić do zniszczenia zaskakującej ilości broni. Swoją drogą, miałam pewne podejrzenia, że nie robi tego zupełnie przypadkowo. Elf jednakże mógł też pożegnać się z ciszą i spokojem przy pracy. Syrena była wyjątkowo gadatliwa i głośna, co działało na niego jak płachta na byka.

Teraz natomiast postanowiłam dłużej nie rozmyślać i wykorzystać fakt, że Valkyon i króliczyca pogrążyli się w rozmowie. Po cichu wyszłam z sali, zostawiając swoje dokumenty na biurku. Musiałam udać się jeszcze do butiku Purriry, żeby zakupić potrzebną wyprawkę, w skład której wchodziły ochraniacze na chyba wszystkie możliwe części ciała. Przezorny zawsze ubezpieczony, a ja nie zamierzałam żegnać się przedwcześnie z żadną z kończyn.

Czułam się jak wariatka, kiedy opancerzona od góry do dołu przemierzałam korytarze kwatery. Pocieszał mnie jedynie fakt, że wszyscy strażnicy Obsydianu byli ubrani w podobny sposób. Po drodze, w okolicach laboratorium, miałam przyjemność spotkać Alajeę.

— Płyniemy na tej samej łodzi, nie martw się! Mam pierwsze spotkanie u Ezarela, trzymaj za mnie kciuki! — wrzasnęła w moim kierunku. Odpowiedziałam jej słabym uśmiechem i kciukiem uniesionym w górę.

Przecież nie może być tak źle... Prawda?

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (22-01-2020 o 20h30)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#5 19-07-2019 o 16h22

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

https://i.imgur.com/lUnZi4X.png


O rany, to okropne. W sensie, że Ezarel był sprawcą tej małej katastrofy… szło się domyślić, ale rzeczywiście, że dopuścił się czegoś takiego było naprawdę szokujące i wyraźnie pokazywało, że coś jest mocno nie tak. No i na miejscu Gardzi zrobiłoby mi się potwornie przykro, gdybym tak po prostu dostała pismo o przeniesieniu do innej straży. Bo to już taki cios poniżej pasa.

No i jestem aż w szoku, że z Valka taki idiota. Tzn ja też go nie lubię, ale żeby był aż tak wredny? I  faktycznie mam nadzieję, że Ez pożałuje swojej decyzji /static/img/forum/smilies/big_smile.png

W sumie nie zwróciłam uwagi na dialogi, ale jeśli żadne błędy nie rzuciły mi się w oczy, to znaczy, że jest dobrze /static/img/forum/smilies/big_smile.png Aż jeszcze zerknę… nooo… jest kilka delikatnych błędów, ale da się to wybaczyć.

Czekam na resztę i pozdrawiam! ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#6 19-07-2019 o 20h04

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 73

Hej /static/img/forum/smilies/smile.png
Przyznam szczerze, że podoba mi się Twój styl pisania i sposób przedstawiania wydarzeń. Zachowanie tutejszego Eza bardzo mi przypomina jego oryginalną wersję z początków gry, bo teraz niestety zatracił swój ironiczny charakterek i moim osobistym zdaniem, stracił sporo ze swojego uroku. Nie mogę za to przeboleć Valkyona (smuteczek). Uwielbiam tego faceta i uważam, że ma gołębie serce i dlatego też ubolewam nad tym, w jaki sposób go ostatnio kreują twórcy gry i jeszcze Ty tutaj /static/img/forum/smilies/sad.png </3
Nie zmienia to faktu, że podoba mi się Twoje dzieło i z chęcią będę zaglądać.
Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo weny i zapału w pisaniu /static/img/forum/smilies/smile.png

Offline

#7 08-08-2019 o 11h45

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

Cześć!
Dziękuję bardzo za komentarze i rady do poprzednich części. <3
Dzisiaj przychodzę z nieco innym rozdziałem, prowadzonym z innej perspektywy. Mam mieszane uczucia co do tego, co udało mi się stworzyć. Brakowało mi nieco porządnego wytłumaczenia i genezy pomysłu podania eliksiru w odcinku trzynastym, dlatego spróbowałam wprowadzić taki fragment u siebie.
Chciałabym się jeszcze odnieść do zachowania samego Valkyona. Żeby nie spojlerować własnego opowiadania, powiem tylko, że ma on pewne podstawy, żeby zachowywać się wobec Gardienne w określony sposób /static/img/forum/smilies/big_smile.png 
W swoim drobnym konflikcie oboje nie są bez winy.
Nie przedłużając, zapraszam do czytania ^^

04. Fiołek, cz. 1

EZAREL

— Miiko, wiem, że nie możecie sobie beze mnie poradzić, ale dlaczego wezwałaś mnie dzisiaj po raz kolejny? — z tymi słowami wparowałem do Sali Kryształu, przyciągając spojrzenia całej zebranej grupy. Panujący przeciąg zamknął za mną drzwi z głośnym trzaśnięciem, co spowodowało skrzywienie się stojącego najbliżej lorialeta.

— Tak... Wszyscy już są, świetnie. Leiftan, oddajemy ci głos. Opowiedz nam wszystko, czego się dowiedziałeś... Albo nie, wróć. Nevra, ty zaczniesz — uśmiechnęła się wrednie do wampira. — Ponieważ, jak wiecie lub nie, nasz drogi szef straży Cienia ma coś bardzo interesującego do zakomunikowania. No już, nie wstydź się.

Stojąca koło mnie Ykhar zachichotała lekko na słowa Miiko, jednak nie ona jedyna. Valkyon skarcił ją spojrzeniem, ale zupełnie to zignorowała. Nieco czerwony na twarzy Nevra niezgrabnie wszedł po schodach na niewielkie podwyższenie, które służyło do zabierania głosu.

— A więc, chciałem przeprosić całą straż za moje nieodpowiedzialne zachowanie, podczas, gdy jako szef straży powinienem świecić przykładem. Tym samym proszę, aby każda osoba opuszczająca kwaterę miała przy sobie broń. Jeżeli zauważycie coś dziwnego poza kwaterą, w spokoju i bez paniki wróćcie do środka, nie oglądając się za siebie. Chyba, że macie broń długodystansową — wtedy waszym obowiązkiem jest zostać tam, gdzie stoicie i poczekać, aż wróg łaskawie się ujawni.

— Wszystko pokręciłeś.  Każdy ma mieć przy sobie coś, co działa na odległość, bo jak nie, to stąd nie wyjdziecie. A jak już spotkacie kogoś podejrzanego, to jesteście gotowi do ataku i udajecie, że nie zdaliście sobie sprawy z niczyjej obecności. A nad twoją posadą w Lśniącej Straży jeszcze się zastanowię, wkurzyłeś mnie.

— Nie pierwszy i nie ostatni raz. Mówiłaś, że mnie wyrzucisz już kilka miesięcy temu. Jestem niezastąpiony jako szef Cienia i dobrze o tym wiesz. Poza tym, powtórzyłaś wszystko po mnie, tylko innymi słowami.

— Jestem pewna, że znalazłoby się sporo odpowiednio wykwalifikowanych strażników, którzy chętnie by się z tobą zamienili. Mogę załatwić ci w zamian za to pracę w kuchni albo staż u Ewelein, w przychodni.

— I tak wszyscy wiedzą, że tego nie zrobisz. Ez, jak ty to ująłeś? Że Miiko jest jak pies, który dużo szczeka, ale nie ugryzie? —  Mój przeuroczy, najlepszy przyjaciel żałośnie próbował zrzucić na mnie uwagę lisicy. Pomyślałem, że koniecznie będę musiał wypomnieć mu to przy najbliższej okazji. Powinien nauczyć się większej odpowiedzialności. Lub wybierania sobie odpowiedniejszych kozłów ofiarnych do ewentualnego wskazania palcem.

— Ezarelu, czy masz mi coś do powiedzenia?! Wylecicie stąd jeszcze dziś, w pioruny... O-bo-je!

Mimo, że Miiko starała się udawać stanowczą, miała miękkie serce i wybuchowy temperament. W  dodatku dzisiaj naprawdę nie była w formie. Często wykorzystywaliśmy takie sytuacje razem z Nevrą, by wzajemnie wyratować się z kłopotów lub po prostu nieco się z niej ponabijać. Leiftan jednak tym razem nie pozwolił nam kontynuować słownych przepychanek i położył dłoń na ramieniu lisicy.

— Miiko, nie po to się tu zebraliśmy. Valkyon, Ezarel i Nevra muszą za godzinę udać się na treningi, a my nie omówiliśmy jeszcze żadnego zaplanowanego tematu. Zacznijmy, proszę. To ważne zebranie.

— Racja, przepraszam. Leiftanie, zacznij proszę.

— A więc... Ponieważ nie udało nam się przeprowadzić porządnej rozmowy z Gardie-

— A dlaczego nie? — przerwał Kero, lekko zdziwiony początkiem wypowiedzi.

— Ponieważ zdenerwowałam się i wyrzuciłam ją z sali, kiedy potwierdziła, że podała Ezowi konstiencję. I tak by nie powiedziała nic więcej, przecież ją znacie.

— Oczywiście, że nie było to nawet potrzebne. Z góry było wiadome, że mam rację. Po pierwsze dlatego, że to jedyne logiczne wyjaśnienie. Tylko osoba, która podała danej osobie elkisir, może wyzwolić ją spod jego wpływu. Po drugie - jeżeli ja mówię, że tak jest, to znaczy, że tak jest, chyba wszyscy o tym wiedzą — wypiąłem dumnie pierś.

— Ekh-ekhem. Tak jak mówiłem, zanim mi przerwano, ponieważ nie udało nam się oficjalnie zasięgnąć żadnych informacji, ustaliliśmy z Miiko, że spróbujemy zdobyć je w nieco inny sposób. Korzystając z zapasowych kluczy, które dostarczył nam Nevra, przeszukałem jej pokój. Znalazłem tam jej pamiętnik.

— Serio, ile ta dziewczyna ma lat? Kto w tym wieku pisze pamiętniki? — burknąłem z lekkim uśmieszkiem, jednak pod wpływem spojrzenia lisicy udałem powagę. — Nie przeszkadzajcie sobie, ja nic nie mówiłem.

— Jeśli tak, to nazwijmy to po prostu dziennikiem. I wydaje mi się, że Gardienne miała swoje powody, podając eliksir o wiadomych właściwościach Ezarelowi. Po prostu to przeczytajcie najnowszy wpis i spróbujcie powiedzieć, że jest inaczej.

Wziąłem z rąk lorialeta niewielką, oprawioną w skórę książeczkę. Od razu wydała mi się dziwnie znajoma. Czy to nie była ta słynna pamiątka, której Gardienne za nic w świecie nie chciała mi pokazać? Jeżeli faktycznie zapisywała tam swoje sekreciki, to wiele wyjaśniało. Choć niekoniecznie pochwalałem naruszanie cudzej prywatności, tym razem byłem wdzięczny Leiftanowi za inicjatywę. Jeszcze niedawno ucieszyłbym się, że mógłbym zemścić się na tej idiotce; szantażując ją jej własnym pamiętnikiem. Właściwie nawet nie musiałem do niego zaglądać, żeby zyskać monetę przetargową, którą potrafiłbym świetnie wykorzystać. Chociażby dostając podwójne racje przez następne miesiące, w zamian za niezaglądanie do środka. Tylko, że na razie nie miałem nawet na to ochoty.

— Ez, tylko niczego nie zniszcz. Nie może się dowiedzieć, że czytaliśmy jej pamiętnik, jasne? Cały nasz plan poszedłby się... Po prostu tego nie zepsuj, dobra?

— Za kogo ty mnie masz, Miiko? O coś takiego mogłabyś posądzić co najwyżej Nevrę. Albo Gardienne, jedno gorsze od drugiego.

— Przestań tyle gadać, przeczytaj i podaj dalej, mamy mało czasu.

Zacząłem wodzić wzrokiem po tekście. W większości stanowiły go narzekania na to, jak bardzo źle się czuje i jak bardzo wkurza ją postawa Straży wobec niej. Uśmiechnąłem się gorzko, gdy zauważyłem, że poświęcona została mi oddzielna strona, wypełniona po brzegi wywodami na temat mojej arogancji. Odruchowo zanotowałem w pamięci kilka najbardziej interesujących zdań, jednak po chwili się otrząsnąłem. Po tym, co zrobiła Gardienne, nie miałem zamiaru nawiązywać z nią żadnego kontaktu, także nawet dokuczanie jej nie wchodziło w grę.

— Wiem, na co teraz patrzysz, Ezarelu, ale zaufaj mi, nie to jest teraz najważniejsze. Wyjaśnicie to sobie później, ale zwróć uwagę na bardziej istotne szczegóły. Po pierwsze, czy sugerowanie, że czuje się tu osamotniona i chce wrócić do domu, nie jest dość przygnębiające? Nie mogę znieść myśli, że została sama z takimi przemyśleniami. Nigdy nie zastanawialiśmy się, jak wyglądało jej życie przed przybyciem do Kwatery. Nikt o to nie zapytał. — W powietrzu zawisły zarzuty postawione przez lorialeta.

— W pamiętnikach można znaleźć zdecydowanie bardziej niepokojące rzeczy. Bardziej interesuje mnie, dlaczego Valkyon ma tylko dwa akapity z obelgami, podczas, gdy ja dostałem ich... Raz, dwa... Piętnaście.

— Tak, tak, Ezarel, to naprawdę zastanawiające. Wracając — wiedziałam, że będzie oczekiwała od nas powrotu do domu, jednak... Nie sądziłam, że aż tak to przeżywa. Ale nie rozumiem, co ma to wszystko wspólnego ze wczorajszą sytuacją?

Leiftan głośno westchnął.

— Czuła się samotna, tak? Może chciała wymusić na kimś chociaż chwilę bliskości, czy też poczuć się potrzebna? Trudno to zrozumieć, bo nie jesteśmy w jej skórze. Ale jedno jest pewne — musimy coś zrobić w tej sprawie, ponieważ jeżeli problemy podrzędnych strażników będą powodowały tak katastrofalne skutki w Lśniącej Straży, to wrogowie łatwo to wykorzystają. A nie oszukujmy się, Gardienne nieźle namieszała. Pozbawienie świadomości jednego z Szefów Straży nie jest czymś, co mogłoby obyć się bez echa. W szczególności, że mieszkańcy w większości postrzegają jako słabą i zagubioną. Człowiek, który jest w naszym świecie od bodajże trzech miesięcy jest w stanie skutecznie unieszkodliwić jedną z najbardziej doświadczonych i wykwalifikowanych osób w zarządzie.

— Jasne, Leiftanie, że musimy. Ale pytanie brzmi, jak znaleźć rozwiązanie? Co zrobić, żeby wszyscy czuli się tutaj dobrze, to jedna kwestia. A ta druga jest odrobinę trudniejsza. Jak mielibyśmy zapanować nad wszystkim? Skąd mamy wiedzieć, kiedy komu uderzy sodówka do głowy? Niespodziewanego nie da się tak łatwo przewidzieć, szczególnie, że ta dziewczyna nie sprawiała wcześniej większych kłopotów. I widzę, jak na mnie patrzysz, nie myśl sobie! Możesz uważać, że jestem niekompetentna, ale prawda jest taka, że jestem tylko faery, tak jak każdy z was i nie mogę zapobiegać wszystkiemu. A za jej  bezpieczeństwo mieli akurat odpowiadać chłopaki, nie ja.

— Miiko, nikt cię o nic nie oskarżył. Z-znaczy, myślę, że Leiftan nie chciał, żebyś odebrała to tak personalnie... — wtrącił cicho Kero. Przez małą chwilę miałem ochotę go poprzeć, ale była to tylko naprawdę krótka chwila. W gruncie rzeczy przyjemnie było patrzeć, że lisica krzyczy na kogoś innego niż ja czy Nevra. Poza tym, z nieznanych powodów nie darzyłem sympatią lorialeta.

— Ale ja to właśnie odbieram personalnie i nikt mi tego nie zabroni. A-ale.. Tak, przepraszam, Leiftanie, po prostu jestem ostatnio zestresowana. To wszystko zaczyna mnie przytłaczać, a ta sytuacja to moja osobista, kolosalna porażka.

— Czy możesz zakończyć już spektakl pod tytułem "To wszystko moja wina"? Przerabialiśmy to już kilka godzin temu. Tak, nawaliłaś i nie musisz nas już tym zamęczać. Może wreszcie przestałabyś chodzić nabuzowana i wylewać swoją frustrację na resztę? Daj mu przynajmniej skończyć mówić zanim się znowu obrazisz, bo ja chcę już tego wysłuchać i jak najszybciej stąd wyjść. — Gregor wykrzywił usta w ironicznym uśmieszku. Spojrzałem z ukosa na  szesnastolatka, który stał tuż koło swojego przełożonego. Valkyon, ku mojej zgrozie, zabierał swojego zastępcę na wszystkie zebrania. Robił to jako jedyny z naszej trójki, tłumacząc, że dzięki temu chłopak  będzie na przyszłość zaznajomiony z panującymi zasadami. W rzeczywistości Gregor nie miał najmniejszego problemu z zaadaptowaniem się, a co więcej, zaczynał się panoszyć. Gdybyś tylko był taki odważny wśród swoich koleżków — przemknęło mi przez myśl. Według Miiko mieliśmy w milczeniu zaciskać zęby na jego kretyńskie zachowanie, jednak ja nie do końca trzymałem się tej zasady. Czekałem tylko, aż  dzieciak otworzy usta, żeby natychmiast wyjść mu naprzeciw z ciętą odpowiedzią. Skoro udawał dorosłego, to traktowałem go jak każdą inną osobę. Nie było miejsca na taryfę ulgową z mojej strony, a szczególnie nie ze względu na wiek. Wiedziałem, dlaczego Valkyon wybrał go jako swojego zastępce, jednak uważałem, że mój przyjaciel zbyt hojnie obdarowywał ludzi kolejnymi szansami. Nawet, jeśli nie chciał się do tego przyznawać.

Gdy zobaczyłem, że oczy Miiko się zaszkliły, już otwierałem usta, aby solidnie zbesztać szydercę. Tym razem jednak nie musiałem silić się na żadną większą reakcję. Mała, wyszywana paciorkami torebka  śmignęła mi tuż przed oczami, aby po chwili z głośnym plaskiem odbić się od twarzy Gregora.

— Celny rzut, Ykhar — zachichotał Nevra, klepiąc ją przyjacielsko po plecach. Rudowłosej jednak nie było do śmiechu, toteż odsunęła się od wampira i zmierzyła nastolatka (wciąż masującego obolały policzek) wzrokiem.

— Nigdy nie obrażaj w mojej obecności mojej najlepszej przyjaciółki. Jak w ogóle możesz tak mówić, do kogokolwiek? A szczególnie do osób, które wyciągnęły do ciebie rękę po tym, co nam wszystkim zrobiłeś! To odrażające, obrzydliwe! Ja... Muszę wyjść ochłonąć, nie zniosę czegoś takiego ani chwili dłużej — wycedziła przez zęby, w pośpiechu wychodząc z Sali.

— Widzę, że nie jesteście zbyt konsekwentni w swoich zasadach. Gdyby taką uwagą rzucił Ezarel, nikt nie kiwnąłby nawet palcem, żeby zwrócić mu uwagę.

— Ezarel jest jednym z najbliższych przyjaciół Miiko,  dogryzają sobie nawzajem dla żartów już od dobrych kilku lat. Nikt nawet nie bierze na poważnie wszystkiego, co do siebie mówią. Poza tym, nawet Ez ma swoje granice — Valkyon skarcił swojego podopiecznego. — Gregor, podziękujemy ci już na dziś. Idź ochłonąć. Możesz poprowadzić za mnie trening w mojej straży, powinien zacząć się za piętnaście minut. — Kiedy młodszy chłopak skinął głową i wyszedł z sali z wysoko uniesioną głową, białowłosy podał Miiko chusteczkę. — Przepraszam za niego, Miiko. Ciągle nie udało mu się zmienić, choć stara się z całych sił. To dobry chłopak, ale niełatwo mu wrócić na właściwą drogę.

— O-och, chyba nie pomyślałeś, że naprawdę mnie to uraziło. J-jestem przyzwyczajona. Próbowałam zagrać mu na emocjach, ale chyba nawet to nie podziałało. Tak czy inaczej, dzięki za próby naprawienia charakteru tego szczyla, chociaż czasami wolałabym pozwolić mu dalej gnić w tamtym bagnie. Przede wszystkim po to, żeby go tu więcej nie oglądać.  Aha, Kero, proszę, idź znaleźć  Ykhar i przekaż jej moje podziękowania.  Jak nie będzie się czuła na siłach, dotrzymaj jej towarzystwa i nie zmuszaj jej, żeby do nas wróciła. Wiem, że kiedy zostanie choć trochę wyprowadzona z równowagi, trudno jej wrócić do siebie. Aha, i jeszcze jedno. Jeśli jej torebka bardzo ucierpiała podczas akcji, Straż pokryje koszty i naprawi szkody  — grymas na twarzy Miiko błyskawicznie zniknął i został zastąpiony przebiegłym uśmieszkiem. Jej wymówka była dość wiarygodna, ale tylko dla osób, które jej nie znały. Tak samo jak większa część zebranych, domyśliłem się, że tylko chciała zamaskować swoje prawdziwe emocje. Postanowiłem porozmawiać z nią o tym po zakończeniu spotkania. Chwilę po wyjściu jednorożca kitsune ponownie zabrała głos.

— No ale tak, z jednym miał dzieciak rację. Załatwmy to szybciej. Leiftan, kontynuuj. To wszystko naprawdę wybiło mnie z rytmu, nigdy nie mieliśmy aż tak chaotycznego zebrania. Więc, dziewczyna tęskni za domem, no i co dalej?

— Dom zapewne również tęskni za nią. A im później zaczną jej szukać, tym lepiej dla nas.

— Co za różnica? I tak ludzie nie mogą nam nic zrobić. Na dobrą sprawę nawet o nas nie wiedzą. A nawet jak wiedzą, to niekoniecznie będą  o to podejrzewać akurat nas. Poza tym, sami nie dostaną się tutaj, kiedy potrzebują zarówno przedstawiciela faery lub faelien, jak i odpowiedniego miejsca.

— A co z tymi, którzy nie przenieśli się do Eldaryi, tylko pozostali w ukryciu na Ziemi? Może nie było ich wielu, ale zapewne kilkoro z nich nadal żyje. Musieli wyczuć zachwianie równowagi maany. Dobrze wiecie, że nie pałają do nas sympatią i chętnie by nas wydali w ręce rozwścieczonych ludzi wymachujących widłami. A otworzenie portalu może okazać się zdecydowanie łatwiejsze dla wielu z nich. Nie zapominajmy, że w większości pozostali tam potężni magowie.

— Leif, wiem, że trzymanie jej tu jest dla nas zagrożeniem. Ale nie widzę żadnego sposobu, aby uniknąć kłopotów. No, może poza wyrzuceniem jej, ale na to już stanowczo za późno. Chyba, że... — Miiko wytrzeszczyła oczy, potrząsając głową. Zacząłem się gorączkowo zastanawiać, co wykombinowała. Prawda okazała się być prostsza, niż mógłbym się tego początkowo spodziewać. Już wiedziałem, że myślimy z kitsune o tym samym. — Nie, przecież nie możemy niczego zrobić. Nie ma żadnej innej opcji. — Zaśmiała się nerwowo.

— Proszę was. Wszyscy dobrze wiemy, że istnieje prostszy, choć nie mniej podły sposób. Nigdy bym nie uwierzył, że to zaproponuję, ale chyba nie mam wyboru. Mnemosyne to ostatnia deska ratunku.

— I co jej niby powiemy? "Przykro mi, ale wszyscy twoi bliscy muszą o tobie bezpowrotnie zapomnieć, bo boimy się, że narazimy swoje tyłki na niebezpieczeństwo"? Przecież nigdy się na to nie zgodzi. Nie możemy wymagać od niej takich poświęceń — warknął Nevra, który łypał spod oka na Leiftana.

— Nie wiem, ale przecież na pewno nie chce, żeby jej rodzina cierpiała i się o nią martwiła. Może poniekąd pomoglibyśmy jej tym zostawić przeszłość za sobą? Mamy naprawdę dobre intencje.

— Dobrze wiesz, że to nie prawda. Nikt dobrowolnie nie oddałby tego, kogo kocha, za żadną cenę. Myślicie, że ją obchodzi większe dobro, kiedy w grę wchodzi jej rodzina? Gdybym tylko mógł, bez wahania poświęciłbym bezpieczeństwo całego świata, żeby przywrócić życie mojemu bratu. Może to egoistyczne, ale zupełnie normalne i chyba zrozumiałe — Valkyon rzucił lisicy przeciągłe spojrzenie.

— Ja... Przepraszam, chłopaki, ale Leif ma rację. Musimy podać jej eliksir. I och, wy też macie rację. Ona nie może się o niczym dowiedzieć —  w głosie mojej przyjaciółki można było usłyszeć zarówno determinację, jak i odrobinę paniki.

To było istne szaleństwo. Mieliśmy posłużyć się obrzydliwym kłamstwem dla własnych interesów. Ale z drugiej strony, czy kłamstwa i podstępy nie są ostatnio specjalnością wszystkich? Nie chciałem patrzeć na sytuację przez pryzmat zemsty, ale mimowolnie przyłapywałem się na podobnych myślach.

— Ale, ale... Przecież nie możemy tego przed nią zataić — Nevra pobladł na twarzy.

Właśnie wtedy podjąłem najgorszą możliwą decyzję. Choć z drugiej strony, czy gdybym się postawił, to zmieniłoby to cokolwiek?

— Jak zamierzacie to przeprowadzić? Mnemosyne trzeba przygotowywać świadomie. Nie można wobec tego po prostu dolać jej tego do kawy, ani podać jako lekarstwa na kaszel. Musi sama uwarzyć eliksir ze świadomością, że dotyczy jej personalnie. — Widziałem, że Valkyon patrzy na mnie z niedowierzaniem. Zignorowałem jednak zarówno jego nieme wyrzuty, jak i moje własne poczucie winy, objawiające się mocnym uciskiem w żołądku.

— Wiem. Ułożyłem w głowie dwa warianty planu. Pierwszy z nich polegałby na fałszywych zajęciach Straży. Powiedziałbyś, że to coś w stylu eliksiru, który trzeba przygotowywać z miłością i myśleć o osobach, które się kocha. Problem w tym, że nie znam jej życia emocjonalnego na tyle, aby jednoznacznie powiedzieć, czy nie dzieli podobnie bliskich relacji z kimś z Kwatery. Drugi problem pojawił się dzięki Ezarelowi, który jednoznacznie wyrzucił Gardienne z Absyntu.

— Gdyby myślała o kimś z tego świata podczas przygotowywania Mnemosyne, skończyłoby się to prawdopodobnie powstaniem całkiem imponujących luk w jej pamięci. W takim wypadku chyba zauważyłaby, że coś jest nie tak i wybuchłaby afera, która wyciekłaby na całą Kwaterę, a może nawet poza jej mury. Wtedy to my mielibyśmy przechlapane, a moja głowa ponownie miałaby wartość kilku tysięcy złotych monet.

— W tym sęk. Nie musielibyśmy być aż tak ostrożni, gdyby eliksir nie był powszechnie zakazany. Dlatego drugi plan jest chyba bezpieczniejszy. Nevra wrócił ostatnio z dość niebezpiecznej misji, podczas której prowadził negocjacje z nieprzyjaznymi nam osobnikami. Wiedzą o tym chyba wszyscy dzięki jego małej, przebiegłej siostrzyczce. Jednak udało nam się dopilnować, żeby nikt nie dowiedział się o jej celu. Co gdyby lekko podkoloryzować fakt, że odwiedził podczas niej plemię dość agresywnych faelien, którzy obrali sobie za cel zdobycie głowy Cryllisa? Równie dobrze mogli to być dzicy ludzie, którzy przypadkowo dowiedzieli się o jej przybyciu i chcieli wyrwać ją z naszych krwiożerczych szponów. Dziewczyna nie wie jeszcze za wiele o naszym świecie. Myślicie, że miałaby problem z uwierzeniem nam w tej kwestii?

— Gdybym wezwała ją wcześniej do siebie i poprosiła o wzmożoną ostrożność, pewnie byłoby to dość wiarygodne. Ale nie do końca rozumiem, do czego zmierzasz.

— Och, po prostu posłużymy się półprawdą. Trzeba będzie wmówić jej, że chcemy podać jej coś w stylu eliksiru maskującego jej obecność w Eldaryi wśród istot z mniejszą niż przeciętną zawartością maany w organiźmie.

— Wszystko brzmi naprawdę przemyślanie, ale w tym planie również jest pewna drobna luka. Ez, wspominałeś kiedyś, że Gardienne była dość uzdolnioną alchemiczką. Na pewno przerabialiście eliksiry zapomnienia, w końcu powinniście ten temat omówić na samym początku nauki. Uważasz, że byłaby w stanie rozpoznać Mnemosyne?

Doskonale pamiętałem tę lekcję.

"— Eliksiry zapomnienia najczęściej oddziałują na najświeższe wspomnienia. Aktualnie są surowo zakazane przez Radę, jednak niegdyś stosowano je w razie konfliktów. Zazwyczaj korzystano z nich tylko w sytuacjach skrajnie awaryjnych, na przykład podczas działań zwiadowczych. Przykładowo, szpiedzy sami podawali sobie świadomie eliksiry po przekazaniu dalej cennych informacji, aby oczyścić siebie z zarzutów. Wbij sobie do swojej małej makówki, że najbardziej niebezpieczne napoje zazwyczaj mają dość niepozorny skład. Poszczególne składniki nie mają zbytnio wyszukanych właściwości, ale połączone razem pozwalają w zupełności zawładnąć czyimś umysłem. Eliksir całkowitej amnezji na przykład składa się praktycznie w całości z ziółek stosowanych jako mocne leki przeciwbólowe. Eliksir pozytywnie wymazujący natomiast, który służy do usuwania pojedynczych, nieprzyjemnych ale mało istotnych dla nas wspomnień ma w składzie całą listę rzadko spotykanych roślin alchemicznych, które same w sobie mają działanie charakterystyczne tylko dla tego rodzaju mikstur. Dlatego jeśli znajdziesz się kiedyś w sytuacji, że będziesz musiała przygotować coś bez nadzoru bardziej wykwalifikowanego opiekuna lub też będziesz korzystać z podejrzanie wyglądającej receptury, przyjrzyj się dokładnie szczegółom. Zwykle eliksiry manipulujące pamięcią wyróżnia jeden, może z pozoru nieistotny składnik specjalny. Czasami jest to woda Laethe, czasem napar z fiołka, a nieraz jeszcze inne, małe badziewie. Trzeba być ostrożnym, a w razie wątpliwości ufać swoim przeczuciom."

Podobny wykład wielokrotnie przedstawiałem dziesiątkom nowych rekrutów na zajęciach ogólnych. Pamiętałem jednak, że podczas lekcji z Gardienne padło z jej ust pewne pytanie.

"— Co stałoby się, gdyby ktoś podał mi taki eliksir, na przykład w jedzeniu? Jak rozpoznać jego obecność? Ma charakterystyczny smak, zapach?

— Gdyby to było takie proste, to połowa z nas miałaby poważne luki w pamięci. Szczególnie ja, bo nadwrażliwi rekruci lubią nieudolnie próbować się na mnie mścić za kilka niezbyt pochlebnych słówek na temat ich zdolności. Taką miksturę trzeba przygotowywać świadomie. Eliksir działa tylko na jego twórcę, który na dodatek wie, że dotyczy go ona personalnie."


W tym momencie miałem ochotę gorzko się roześmiać, widząc groteskowość sytuacji. Jeszcze nie tak dawno temu zapewniałem ją, że nie można wypić eliksiru zapomnienia nieświadomie. A teraz stałem w Kryształowej Sali, kombinując, jak podać jej jedną z najsilniejszych mikstur modyfikujących wspomnienia.

— Myślę, że tak. Przynajmniej powinna, ze względu na obecność wody Laethe.

— Nawet ja, jako beznadziejny alchemik kojarzę, że z wyjątkiem tego składniku zawartość Mnemosyne przypomina każdy inny eliksir. Nie mylę się?

— Masz zupełną rację, Leiftanie.

— Przygotowaniem składników nie musi zajmować się ona sama. Wystarczy, że któryś z nas przeleje wodę Leathe,  na przykład do podpisanej fiolki po oczyszczonej wodzie i poda Gardienne. Trzeba będzie też podrobić odpowiednio przepis na eliksir, żeby nie powstały żadne nieścisłości.

— To niegłupie. Co prawda woda zapomnienia ma charakterystyczny zapach, jednak Gardienne  nie pracowała jeszcze nad miksturami z jej użyciem. Nie powinna jej rozpoznać.

— Wspaniale. Musimy wobec tego zacząć działać jak najszybciej! — Miiko klasnęła w dłonie.

—  Po praktykach z Alajeą przygotuję składniki w laboratorium, żebyś już wieczorem mógł pomóc Gardienne w przygotowaniu napoju — zwróciłem się do Leiftana.

— Ja? — lorialet uniósł jedną brew. — Wydaje mi się, że to ty powinieneś się tym zająć. Gdyby ktoś inny niż naczelny alchemik miał uwarzyć eliksir, wydałoby się to podejrzane.

— Wiesz, wolałbym na razie unikać jej towarzystwa. I wydaje mi się, że ona mojego również. Poza tym, to twój plan, więc nie zaganiaj mnie do niewygodnej roboty. Sam się tym zajmij.

— Nigdy nie byłem dobry z alchemii, a z tego, co wiem, nie chcemy jej otruć.

— Ez, to nie była prośba. Sam poparłeś nasz pomysł, więc teraz się z tego nie wykręcaj. Wszystko ustalone. Aha, i po zakończeniu tej misji złożysz raport bezpośrednio do mnie. Nie ma potrzeby, byśmy angażowali w tą sprawę Ykhar i Keroshane'a.  Chłopaki, idźcie już. Już i tak mocno spóźniliście się na treningi.

Wyszedłem z pomieszczenia jak najszybciej, a za mną podążyli moi najlepsi przyjaciele. Kiedy w milczeniu oddaliliśmy się od Sali Kryształu, czułem między nami narastające napięcie.

— Nie sądziłem, że będziesz w stanie się na to zgodzić — Valkyon przerwał ciszę, wpatrując się we mnie z niedowierzaniem i... rozczarowaniem.

— A czy miałem jakiś wybór? Miiko podjęła już decyzję za mnie.

— Naprawdę tak sądzisz? Myślisz, że twoje zdanie jest dla niej obojętne? Mogłeś ją zatrzymać.

— Gdybyście chcieli, to byście sami interweniowali. Siedziałeś cicho, a masz pretensje, że to ja nie zareagowałem.

— Ja... Masz rację. Po prostu to chyba trudne dla nas wszystkich. Z jednej strony, musimy dbać o bezpieczeństwo mieszkańców kwatery za wszelką cenę. Według zasady większego dobra, nasze działania są uzasadnione. Ale z drugiej strony miałem okazję się przekonać, jak to jest stracić bliską osobę. Nikogo nie powinno spotkać coś takiego i nikomu tego nie życzę. Nawet Gardienne.

— Właściwie, dlaczego aż tak bardzo się nie lubicie? — Nevra podłapał z pozoru bezpieczniejszy temat.

— A wy nie sądzicie, że jest w niej coś niepokojącego? Sam nie wiem, dziwnie się czuję kiedy jest w pobliżu. Mam po prostu co do niej bardzo złe przeczucia, a ona sama tego nie ułatwia — zaśmiał się gorzko. — Powiedzmy, że akcja z chowańcem to tylko wierzchołek góry lodowej. Mieliśmy słabe początki. A teraz wybaczcie, ale muszę sprawdzić, jak Gregor poradził sobie z dzisiejszymi zajęciami.

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (22-01-2020 o 20h32)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#8 10-08-2019 o 18h42

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


EchXD Ja tam się nie zgadzam z Sharessą, jakoby gra ostatnio zepsuła Eza. Dodanie postaci głębi i drugiej strony, a więc urealnienie jej poprzez dodanie innych cech niż złośliwość to moim zdaniem bardzo dobry krok, a wiecznie złośliwy Ez byłby po prostu denerwujący i nudny. Zwłaszcza że sytuacja w grze zwyczajnie mu nie pozwala na te śmieszowanie: wtedy wyglądałby karykaturalnie.
Ale wiadomo — ilu ludzi, tyle opinii. Nie obrażam, a jedynie się nie zgadzam. :v

Czej co zrobił Nevra i czemu Miiko chce go wyrzucić? XD Co ja ominęłam?

Hm, czytanie cudzych pamiętników — słaba zagrywka xd No ale jak mus to mus. Chociaż już myślałam że tą inną metodą jest jakiś eliksir prawdy czy coś
Faktycznie, straszny debil z tego Gregora.

„Doskonale pamiętałem tą lekcję” — tĘ lekcjĘ.

Uhuhuuuu, widzę że ten rozdział był ciszą przed burzą, bo aż się nie mogę doczekać, jak rozegrasz akcję z eliksirem. Czekam więc na kolejną część i pozdrawiam! ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#9 04-09-2019 o 16h39

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

@Meth — sytuacja z Nevrą wygląda tak,że kiedy poszedł z naszą Gardzią na misję jako jej prywatna ochrona, nie wziął ze sobą praktycznie żadnej broni /static/img/forum/smilies/big_smile.png W ten sposób skutecznie pokazał, że Straż nie jest zupełnie przygotowana na wypadek kolejnego ataku, a przy tym naraził życie swoje i swojej podopiecznej. A co do burzy... Myślę, że  następnym rozdziale można będzie na nią liczyć. Na razie jednak wrzucam bardziej przejściowy tekst.Błąd ortograficzny z poprzedniej części został poprawiony, dziękuję za jego wyłapanie i wskazanie ^^ Również pozdrawiam ^^

05. Fiołek, cz. 2

Gardienne


Nigdy nie odwiedzałam sali treningowej.

Niegdyś Jamon uczył mnie podstaw walki, jednak zawsze ćwiczyliśmy na świeżym powietrzu. Treningi obsydianu również zwykle odbywały się na dworze, jednak akurat dzisiaj nie było to możliwe ze względu na szalejącą za oknem wichurę. Podmuchy wiatru znosiły z dziecinną łatwością biedne, strudzone, usiłujące latać ptasie chowańce. Na domiar złego, co kilka minut z gęstych, czarnych chmur sączył się rzęsisty deszcz. Spędzanie czasu na dworze w takich warunkach nie byłoby najmądrzejszym pomysłem.

W tym momencie żałowałam, że nigdy wcześniej nie zdecydowałam się zajść do tego jakże interesującego miejsca, choć miałam nieraz taką możliwość. Teraz nie dość, że drżałam na myśl o kilku godzinach wysiłku fizycznego, przysypiałam na stojąco ze względu na zarwaną nockę i miałam ochotę się najzwyczajniej w świecie rozpłakać, musiałam jeszcze stresować się wizytą w nieznanym miejscu.

Otworzyłam nieśmiało drzwi kuźni, zastanawiając się, czy nie powinnam była wcześniej zapukać. W końcu pomieszczenie było praktycznie drugim domem Valkyona, któremu wyjątkowo wolałam jeszcze bardziej nie podpadać po incydencie w bibliotece. Tym razem chłopak zdecydowanie miał nade mną taką przewagę, że przypadła mu rola mojego przełożonego. Z zadowoleniem jednak odkryłam, że w pomieszczeniu znajdowała się jedynie grupka muskularnych kobiet na oko po trzydziestce, która zmierzała w kierunku klapy w drewnianej podłodze. Sala treningowa znajdowała się w piwnicy pod kuźnią, czego dowiedziałam się od Ykhar. Podążyłam więc za Obsydiankami, a już po chwili niepewnie schodziłam po niebezpiecznie skrzypiącej pod moimi stopami drabinie.

Spodziewałam się chyba wszystkiego, ale nie zwykłej, wymagającej doszczętnego remontu sali gimnastycznej. Poczułam silne deja-vu z czasów liceum, kiedy rozglądałam się po pomieszczeniu i rozpoznawałam wszystkie elementy będące niezbędnikiem koszmaru na jawie. Śmierdzące potem i stęchlizną materace, chybocące się ławki i podwieszone pod ścianą drewniane drabinki, które nie wyglądały, jakby miały wytrzymać ciężar opancerzonych od stóp do głów mięśniaków. Nie za bardzo chciałam dołączać do rozmawiających głośno kolegów i koleżanek ze straży, toteż usiadłam po turecku na ziemi i zaczęłam bawić się gumką do włosów, którą nosiłam na ręce. Zauważyłam, że wszyscy posyłali mi co jakiś czas ukradkowe spojrzenia, co nieco mnie zawstydzało.

Nigdzie nie było śladu Valkyona. Może spóźni się o godzinkę czy dwie i przepadnie nam trening? Zatliła się we mnie iskierka nadziei, która szybko została zgaszona.

— Słuchajcie, nie ma go już od kilku minut. Zwykle się nie spóźnia, więc pewnie w ogóle nie przyjdzie. Zaczynamy sami, i tak wszyscy wiemy, jak wygląda nasz rozkład ćwiczeń. Ostatnie pół godziny treningu sobie odpuśćmy, pogramy w coś. To co, każdy w swoim tempie?

Na słowa wysokiej, rudowłosej dziewczyny natychmiast zerwałam się na równe nogi i otrzepałam z kurzu, udając się pod ścianę. Gdybym nie rzucała się w oczy, może nie zwróciliby na mnie uwagi i poleniuchowałabym przez całe trzy godziny.

— Spokojnie. Valkyona dzisiaj nie będzie, przedłużyło im się spotkanie Lśniącej. Dzisiaj ja poprowadzę zajęcia — donośny głos rozległ się po sali. Z klapy w suficie wyskoczył wysoki brunet o umięśnionej sylwetce, może w wieku Chrome'a czy Karenn. Usłyszałam zewsząd ciche śmiechy i pomruki niezadowolenia, ale nie do końca wiedziałam, czym były spowodowane.

— Mały zdrajca chce nami rządzić? Dawno się tak nie uśmiałem, słowo daję. Nie dość, że to dzieciak o gracji Beriflore'a, to jeszcze o wyjątkowo niewyparzonym jęzorze — huknął stojący koło mnie niski mężczyzna o długiej brodzie i obłąkanym spojrzeniu. Odtworzyłam w głowie lekcję z Kero, podczas której to opowiadał mi o najczęściej spotykanych w Eldaryi rasach faery. Już wiedziałam, z kim mam do czynienia.

— Dość. Jestem zastępcą waszego szefa i macie się mnie słuchać, czy wam się to podoba, czy nie. Romuald, karne pięćdziesiąt pompek za przerywanie mi. Widzę, że mamy wśród nas nową twarz — kiwnął na mnie głową, podczas gdy krasnolud klnąc pod nosem położył się na materacu. — Jestem Gregor, wiceprzewodniczący Straży Obsydianu. Cieszę się, że możemy powitać kolejną osobę w naszym gronie. Liczę, że będziesz obowiązkowa i lojalna wobec straży. — Na te słowa rozległa się kolejna salwa cichych śmiechów. — Będę bezpośrednio towarzyszył ci w dzisiejszym treningu, żebyś poznała nasze zasady i przebieg zajęć.

— Współczuję! — wrzasnął do mnie Romuald, w przerwie między trzydziestą a trzydziestą pierwszą pompką. Nie za bardzo wiedziałam, czy powinnam była mu podziękować, czy za bardzo nagrabiłabym sobie u Gregora. W gruncie rzeczy nie rozumiałam nawet przyczyny zachowania całej straży wobec chłopaka.

— Zaczynamy. Standardowe dziesięć rundek dookoła placu, potem ćwiczenia siłowe. Wszystko jasne, to do roboty. Nie obchodzi mnie, czy mam u was autorytet, czy nie. Pracujecie przede wszystkim dla siebie, a nie dla mnie — warknął tak zimnym tonem, że aż nieco się go przestraszyłam. Ten dzieciak był dziwny, nawet bardzo. Nie miałam co do niego dobrych przeczuć. Po chwili zwrócił się znowu do mnie, już łagodniej. — Poczekamy, aż wszyscy zaczną biec i pójdziemy na koniec. Nie chcę, abyś przeszkadzała moim strażnikom w treningu, a sama twoja obecność tu wywołuje duże zamieszanie. Prawie wszyscy wiedzą o twoich ostatnich wyczynach, a że Ezarel uwielbia wlepiać kary nie tylko członkom Absyntu, nie ma tu zbyt dobrej sławy. Stałaś się kimś w stylu lokalnej bohaterki. Z jednej strony podzielam ich entuzjazm, że wreszcie ktoś zamknął temu kretynowi usta, ale z drugiej strony zrobił się przez to jeszcze bardziej drażliwy. Nie wiem, co gorsze; Ezarel w dobrym czy złym humorze. W każdym razie, myślę, że możemy już ruszyć. Na razie po prostu biegnij przed siebie w dość szybkim tempie Powiem ci później, co dalej. Dzisiaj dam ci jeszcze trochę taryfy ulgowej, ale tylko dlatego, że jesteś tu pierwszy raz i musisz zrozumieć, jak wygląda codzienność w naszej straży. Nie traktuj przynależności do Obydianu jako przykrego obowiązku. Tutaj nie ma miejsca na lenistwo czy użalanie się nad sobą. Będziesz musiała się przyzwyczaić do naszego stylu życia, bo jesteś skazana na niego na najbliższe lata. No chyba, że Valkyona też będziesz miała ochotę wycałować.

Miałam ochotę jakoś na to odpowiedzieć, ale w porę ugryzłam się w język. Po pierwsze, nigdy nie byłam szczególnie dobra w słownych potyczkach, a po drugie nie chciałam podpaść mojemu trenerowi. Po trzecie, byłam już cała zadyszana i nie wyobrażałam sobie w ten sposób prowadzić rozmowy.

— Standardowy zestaw ćwiczeń jest taki sam dla każdego. Przynależność do Obsydianu nie oznacza dbania o ogólną sprawność, a przystosowanie do obrony całej kwatery, z samym sobą na piedestale. Jeżeli nie dajesz rady, musisz dodatkowo ćwiczyć sama. Widzę, że masz już problem z oddychaniem. Jesteśmy dopiero w połowie dystansu, to aż niemożliwe, że można być tak słabym. Nie mówię tego złośliwie, ale gdyby teraz ktoś zaatakował kwaterę, byłabyś idealną pożywką dla wroga. Musisz poważnie wziąć się w za siebie. Ten świat nie jest taki kolorowy jakby ci się wydawało. Niebezpieczeństwo czai się wszędzie i tylko czeka na słabowite ofiary. Dziwię się, że straż nie wzięła się wcześniej za wyszkolenie ciebie. Chociaż w sumie Ezarel nigdy nie przejmował się zbytnio swoimi podopiecznymi, można było się tego spodziewać. Założę się, że nawet mógłby się ucieszyć, gdyby kilku nielubianych przez niego strażników zostało rozszarpanych przez blackdogi.

— Nie... lubianych? — wysapałam.

— A co myślałaś? No tak, po tym, jak go załatwiłaś, wręcz cię uwielbia. Nie zatrzymuj się. Dasz radę, spokojnie. Jeszcze tylko dziesięć kółek i dam ci spokój. Reszta straży robi łącznie 30, tobie wystarczy 20. Przyspiesz trochę.

— A..ale... — nie umiałam wykrzesać z siebie większej reakcji. Wydawało mi się, że zrobiliśmy o wiele więcej niż dziesięć okrążeń. I wydawało mi się też, że mówił reszcie strażników o właśnie tylu rundkach na początek. — Już nie mogę, muszę... Miało być mniej.... — urwałam, kiedy Gregor pociągnął mnie za rękę i zaczął zwiększać tempo. Starałam się nadążyć za chłopakiem i przez chwilę jako tako mi się to udawało.

— Powiedziałem tak, żeby dodać ci motywacji. Reszta się domyśliła i zrobiła tyle, ile potrzeba.

Jeżeli wcześniej jakoś sobie jeszcze radziłam, to teraz młodszy chłopak ciągnął mnie za sobą jak szmacianą lalę. Nawet nie odwracał się, żeby zerknąć, czy jakoś nadążam. Kiedy jednak przed moimi oczami pojawiły się mroczki i oblał mnie zimny pot, resztką sił jak najmocniej pacnęłam Gregora w tył głowy. Jego zaskoczony wyraz twarzy był ostatnim, co zobaczyłam, zanim osunęłam się na ziemię. Wzrok chłopaka skierował się jednak nie na mnie, a położony gdzieś daleko za mną punkt.

— V-valkyon...?

* * *


— Czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że wycofaliśmy się z robienia testów wytrzymałości? Co ty, do cholery...

— Nie tylko to! Mimo, że ludzka dziewczyna nie dawała rady, ciągnął ją po ziemi! — ktoś był ewidentnie zadowolony z takiego przebiegu wydarzeń, bowiem ton jego głosu był przepełniony ekscytacją.

— Co w ciebie dzisiaj wstąpiło? Mam dość na dzisiaj, Gregor. Kiedy w końcu zaczniesz zachowywać się odpowiedzialnie?

Głosy odbijały się echem w mojej głowie, a zdania brzmiały jak przypadkowe zlepki sylab. Ledwo rozumiałam, czego dotyczy rozmowa. Rozchyliłam lekko powieki, ale od razu tego pożałowałam przez mroczki pojawiające się przed moimi oczami.

— To było kompletnie nieprofesjonalne. Jak mogłeś dopuścić, żeby dziewczyna zemdlała będąc bezpośrednio pod twoją opieką? Czy ty totalnie oślepłeś?

— Naprawdę, mówisz mi to ty? Robisz dokładnie to samo, tylko masz zazwyczaj szczęście i nikt na tym nie cierpi.

Kiedy zaczęłam domyślać się już, do kogo należą sprzeczające się głosy, gwałtowny ból głowy skutecznie odwrócił moją uwagę.

Przypomnij sobie, kochanie — szept zdawał się być głosem mojej podświadomości. Ogarnęło mnie tak dziwne uczucie, że nie potrafiłabym go dokładnie opisać. Kojarzyłam ten głos aż za dobrze, ale nie potrafiłam przypisać do niego właściciela. Moje serce jednak automatycznie zaczęło bić szybciej, zupełnie, jakbym była w obecności kogoś bardzo dla mnie ważnego. Przerażona własnymi spostrzeżeniami, otwierałam i zamykałam oczy, chcąc uwolnić się od demonów w mojej własnej głowie.

— Panowie, nie chcę nic mówić, ale dziewczyna chyba właśnie się budzi — kolejne dźwięki rozmowy rozpierały wręcz moją głowę. Działo się ze mną coś złego, byłam tego pewna. Czułam pieczenie na praktycznie całym ciele. Tatuaże? — przemknęło mi przez myśl.

Przypomnij, przypomnij, przypomnij.

— Gardienne, słyszysz mnie? Wszystko z tobą w porządku?

— Tak, nie. Nie wiem — burknęłam zachrypniętym głosem. — Nie krzyczcie tyle. Cicho, proszę. To boli — jęknęłam.

Po chwili mój wzrok jako tako przyzwyczaił się do światła dziennego. Nade mną pochylał się Valkyon we własnej osobie, wlepiając we mnie to swoje pozbawione emocji spojrzenie. Spuściłam wzrok, zerkając nerwowo na moje zasłonięte przedramiona. Bałam się dowiedzieć, co znajdowało się pod ochraniaczami.

— C-co... Co się właściwie stało?

— Po prostu ktoś postanowił całkowicie złamać ustalone zasady i przeprowadzić na tobie test diagnostyczny, którego ty nie byłaś w stanie przejść w twojej obecnej formie. Zemdlałaś. Romuald zawołał mnie w samą porę.

— Jaki znowu test? Czemu nic o tym nie wiedziałam?

— Bo gdybyś wiedziała, nie byłabyś zmotywowana do działania, a ja musiałem wiedzieć, jakie naprawdę masz możliwości. Znam takie osoby, jak ty. Olałabyś zupełnie test, może przebiegłabyś ze dwa kółka dla spokoju i udawała słabą, żeby nie musieć uczestniczyć w zajęciach. Natomiast kiedy powiedziałem ci, że pozostali biegną o wiele szybciej i więcej, podświadomie nie chciałaś aż tak odstawać od reszty. Idealne w swojej prostocie — warknął obrażony ni to na mnie, ni to na swojego szefa Gregor.

— Nie mam już siły. To chyba gorszy dzień dla nas wszystkich. Dałem ci już chyba za dużo szans, Gregor. Nie wiem, co z tobą zrobię. Teraz zaprowadź ją do Ewelein. Dobrze by było, żeby wróciła jeszcze chociaż na część treningu, ale nie wiem, czy da sobie radę.

— Nie dam. Mogę się dzisiaj zwolnić? — postanowiłam obrócić zaistniałą sytuację choć trochę na swoją korzyść.

— Zależy, co powie Ewelein. Nie możesz zrywać się z ćwiczeń, jeśli nic poważnego się nie dzieje. Idźcie już, nie marnujmy czasu. I tak namieszaliście.

Wdrapałam się zatem z powrotem na górę, wpatrzona w plecy nastolatka, który wyszedł chwilę przede mną.

Wyszliśmy z pomieszczenia w ciszy. Nie odzywałam się do chłopaka, który chwilę wcześniej naraził mnie na utratę przytomności. Straciłam do niego jakiekolwiek zaufanie, którym zdążyłam go obdarzyć zaledwie chwilę przed tym pechowym zdarzeniem. Dlaczego zachował się tak wobec mnie? Nie miałam pojęcia. Przyglądałam mu się z fałszywym spokojem, chociaż w środku się we mnie gotowało. Z jego twarzy nie mogłam wyczytać żadnych emocji, ale po raz pierwszy zwróciłam uwagę na wygląd chłopaka. Długa, jasna blizna rozpoczynała się na jego prawym policzku i ciągnęła się jeszcze przez szyję, chowając się gdzieś pod ubraniami. Mimo, że byłam na niego wściekła, nie dawało mi to spokoju.

— Skąd to masz? — zapytałam cicho, ruchem głowy wskazując na znamię.

— I ty też? — warknął nieprzyjemnie, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem. — Chcesz, żebym na głos ci się przyznał, że ich zdradziłem i za to oberwałem, żebyś mogła się trochę pośmiać?

— Nie krzycz na mnie. To ja powinnam być teraz zła na ciebie, a nie na odwrót. Jaka zdrada, o czym ty w ogóle mówisz? Z nikogo się nie śmieję, bo nawet nie wiem, z jakiego powodu miałabym to niby robić — nieświadomie podniosłam głos. Chłopak nie odpowiedział. — Możesz mi to wytłumaczyć?

— Nie mogę.

Westchnęłam głośno. Szłam prawą stroną korytarza w Sali Przejściowej. W pewnym momencie musiałam nagle wyhamować, ponieważ tuż przede mną otworzyły się drzwi. Drzwi do laboratorium alchemii, zza których wyskoczyła uradowana Alajea. Za nią podążył już mniej wesoły Ezarel.

— Naprawdę zajęć nie będzie? Mogę sobie pójść, tak o? Na stołówkę, albo do Karenn? Och, musimy koniecznie poplotkować. Ciekawe, co nowego słychać. Miała powiedzieć mi dzisiaj coś ważnego, nie mogę się doczekać! — szczebiotała. Nie byłam pewna, do kogo właściwie kierowała swoje słowa; elf nie wydawał się być w najmniejszym stopniu zainteresowany jej monologiem.

— Tak, mam cię dość. Idź sobie. Zajęć nie ma ani dzisiaj, ani jutro, ani przez następne dziesięć lat. Na co jeszcze czekasz?

— Jestem taka szczęśliwa! — syrena wykrzyczała to tak głośno, że aż podskoczyłam. Posłała zirytowanemu elfowi całusa i tanecznym krokiem oddaliła się w drugą stronę, cicho podśpiewując. Ta dziewczyna była zupełnie szalona, ale nie sposób było jej nie lubić. Pokręciłam lekko głową, z jednej strony rozbawiona, a z drugiej koszmarnie poirytowana. To ja powinnam być na jej miejscu, to ja powinnam teraz wychodzić z laboratorium i żartować z jego właścicielem. Po raz pierwszy od dawna poczułam ukłucie zazdrości. Nie mogłam uwierzyć, że wszystko to przepadło na moje własne życzenie.

Dopiero wtedy ostatecznie dotarły do mnie wydarzenia z ostatnich kilkunastu godzin. Wciąż odsuwałam od siebie myśli na ten temat, co ułatwiał mi nadmiar pracy. Teraz jednak emocje ostatecznie się we mnie skumulowały, a ja sama ledwo panowałam nad wściekłością. Byłam zła na wszystko i wszystkich. Na Ezarela, bo wyrzucił mnie ze swojej cholernej straży, na Valkyona, który kazał mi wrócić na trening, na Gregora, przez którego muszę iść do Ewelein i przede wszystkim na siebie — za to, że okłamałam Miiko, zamiast wszystko jej wyjaśnić. Nawet nie rozumiałam, dlaczego to zrobiłam. Co zatrzymało mnie przed wyjawieniem jej tak istotnej dla mnie prawdy?

— Cholerna konstiencja — mruknęłam do siebie. Zerknęłam ukradkiem na nadal stojącego w otwartych drzwiach Ezarela. Dokładnie w tym samym czasie to on obdarzył mnie dość dziwnym, jakby smutnym spojrzeniem. Odwróciłam szybko wzrok, przyspieszając kroku. Gregor szybko mnie dogonił, chichocząc pod nosem.

— Chciałbym mieć takie problemy. „Biedna ja, bo na własne życzenie spieprzyłam sobie z kimś relacje, zrobiłam coś wbrew cudzej woli i ten ktoś się na mnie obraził." Chyba powinnaś była się domyślać, że nie będzie szczęśliwy z całowania go bez pozwolenia?

— Ja... Masz rację, Gregor, niestety. Tylko, że ja naprawdę tego wszystkiego żałuję. — Chwilowo schowałam dumę do kieszeni. Nastolatek nie wiedział o mojej niewinności, a ja nikomu też o niej nie wspomniałam. W ich przekonaniu byłam główną przyczyną całej tej idiotycznej sytuacji. Nie dziwiłam się więc, że wysnuł właśnie takie, bądź co bądź trafne wnioski.

— Wiesz... — odezwał się niespodziewanie. — Nie chciałem, żebyś straciła przytomność. Myślałem, że jeżeli poprowadzę trening I sam z siebie zrobię testy, zaimponuję choć trochę Valkyonowi. Dał mi szansę zaistnieć I chciałbym czasem udowodnić, że się co do mnie nie pomylił. Przykro mi, że na tym ucierpiałaś.

Zawahałam się. Nastolatek nie wydawał mi się zbytnio sympatyczny I nie wzbudził ani krzty mojego zaufania. Z drugiej strony...

— Zapomnijmy o tym — wyciągnęłam dłoń. — Jestem Gardienne.

— Gregor — uśmiechnął się ironicznie.

Mimo wszystko, przyda mi się znajomość zastępcy szefa Obsydianu. Może przy okazji uda mi się na niej odrobinkę skorzystać.

* * *

— Jesteś pewna, że naprawdę nic mi nie dolega? — nie odpuszczałam.

— Jesteś zdrowa jak Blobbette, Gardienne! To tylko efekt nieprzespanej nocy i dużego wysiłku fizycznego. Eliksir wzmocnienia to jedyne, co mogłabym ci podać. Silniejszy lek mógłby ci zaszkodzić — Ewelein była bezlitosna. Zwykle wobec pacjentów wykazywała się wręcz nadgorliwością i nadopiekuńczością, teraz jednak mnie zupełnie zbywała. Rozumiałam, że miała mi za złe sytuację z konstiencją; w końcu byłą niegdyś w wyjątkowo zażyłej relacji z Ezarelem, a do tej pory utrzymywali dość ciepłe stosunki. Chciała dla niego jak najlepiej.

— Ale chyba nie powinnam w tym stanie ćwiczyć, prawda? Nie wróciłam jeszcze do pełni sił.

— Jak wypijesz eliksir, to wrócisz. Trochę ruchu nawet dobrze ci zrobi. Po prostu połóż się tuż po powrocie do pokoju.

Stojący w przedsionku przychodni Gregor posłał mi zwycięski uśmiech. Zaczęłam się już do tego przyzwyczajać. Wbrew pozorom, Obsydian w pewnym aspekcie przypominał mi  Ezarela — oboje byli równie wredni i nieprzyjemni. Choć w przypadku nastolatka było to raczej szczenięce dogryzanie, a nie specyficzne poczucie humoru.

— Tak myślałem. Chodź, krętaczko, wracamy na trening.

Zrezygnowana, ruszyłam za nim. Miałam wrażenie, że od ostatnich kilku godzin nie robiłam nic innego oprócz ciągłego chodzenia za kimś, do kogoś i po kogoś. Chciałam, żeby ten dzień się już skończył, choć było dopiero południe. Jednak moje nadzieje na szybkie przetrwanie treningu i wskoczenie do ciepłego łóżka zostały pogrzebane już chwilę później. Czarnowłosa lisica, mamrocząca pod nosem coś o nieodpowiedzialności boleśnie się ze mną zderzyła.

— Uważaj, jak cho... Och, to ty. Świetnie się składa, mam co ciebie sprawę. Chodź ze mną do Kryształowej Sali.

— Gardienne ma teraz trening — zauważył Gregor, wlepiając wzrok w podłogę. Miałam wrażenie, że unikał bystrego spojrzenia kitsune jak ognia.

— To teraz już nie ma. Zwalniam ją, wracaj do kuźni, powiedz Valkyonowi, że to wyjątkowa sytuacja. Potrzebuję tej dziewczyny teraz, natychmiast — ostrym tonem zakończyła dyskusję, szarpiąc mnie za ramię i ciągnąc w drugą stronę. Zdążyłam rzucić tylko chłopakowi przelotne spojrzenie, zanim ten zniknął za zakrętem korytarza. Prawie biegiem ruszyłam za Miiko, która jak widać wyjątkowo się spieszyła, żeby ze mną porozmawiać. Zaciągnęła mnie w końcu do Kryształowej Sali, zamykając za nami drzwi.

— To, co zaraz usłyszysz, zostaje między nami dwiema. Lepiej usiądź — to słysząc, usiadłam posłusznie na błyszczących kafelkach.

— Zaczynam się bać. O co chodzi? Czy to ma związek z... moim ostatnim przewinieniem?

— Tak, nie, nie utrudniaj mi tego. Jak zapewne wiesz, Nevra kilka dni temu wrócił z misji. Spotkał tam kogoś, kto mógłby cię zainteresować. Albo raczej, kogo ty mogłabyś zainteresować.

— Chodzi o tego nieznajomego, tak? Tego, co zaatakował w dzień mojego przybycia?

— A gdzie tam! Nev został wysłany w kierunku gęstych lasów północnych, gdzie żyją dzicy ludzie. Takie tam urocze człowieczki, które noszą po cztery oszczepy na głowę. W skrócie, chcieliśmy zawrzeć z nimi sojusz, aby uzyskać dodatkowe siły w konflikcie z Ash... nieznajomym. Nasz wampir mistrzowsko potrafi mydlić oczy pięknymi słówkami, ale tym razem nie poszło mu najlepiej. Powiedzmy, że źle dobrał argumenty. Zaczął opowiadać o tym, że opiekujemy się przedstawicielem waszej rasy, chcąc urosnąć nieco w ich oczach. Poskutkowało to natomiast tym, że całe plemię układa teraz plan odbicia cię z naszych szponów. Chyba myślą, że jesteś przetrzymywana wbrew swojej woli i gnijesz w jakimś lochu, czy coś. — Widząc moją uniesioną brew, szybko się zreflektowała. — No tak, masz rację jest w tym ziarenko prawdy. Natomiast nie zrobiliśmy tego celowo, możesz być pewna!

— No tak... Ale właściwie to czemu mi o tym wszystkim opowiadasz?

— Bo musimy temu zapobiec. Mamy pewien plan, ale musiałabyś nam trochę pomóc

— Ach, czyli mam stąd wyjechać, żeby was nie narażać? Albo raczej w ogóle nie wychodzić z kwatery, żeby nikt nie zwracał na mnie uwagi?

— Sądzę, że istnieje mniej... drastyczna opcja. Istnieje eliksir, który byłby w stanie skutecznie zatuszować twoje istnienie jako człowiek.

— Nie za bardzo rozumiem.

— Wiesz już od nas, że ludzie śmierdzą. Mają jednak nie tylko wyjątkowo charakterystyczny zapach, ale także jedyną w swoim rodzaju aurę, którą automatycznie wyczuwają. Człowiek potrafi rozpoznać swoich pobratymców nawet wśród tysiąca innych ras. Gdyby to któryś z dzikich zapędził się w te rejony, z pewnością byłabyś pierwszą, która by to spostrzegła. Eliksir, o którym wspomniałam, jest w stanie sprawić, że twoja aura wyblaknie. Musiałabyś jednak przygotować go świadomie i wypić podczas pełni księżyca.

— Czyli tej nocy.

— Dokładnie, czasu jest mało. Mam nadzieję, że się zgadzasz? Chociaż w sumie, to nie masz wyboru. Idź do laboratorium i znajdź Eza, pomoże ci w przygotowaniu. Powinien już naszykować potrzebne składniki, tak jak mu kazałam. Potem jesteś wolna aż do wieczora.

Skinęłam w milczeniu głową. Nie miałam ochotę na konfrontację z elfem. Wolałam odłożyć to na później, kiedy emocje zdążą już opaść. Bałam się, że próbując cokolwiek naprawić pogorszyłabym tylko sytuację.

* * *


— Ezarel? Jesteś tu? —zajrzałam przez drzwi do laboratorium. Niebieskowłosy siedział przy biurku w głębi pomieszczenia, odwrócony tyłem do drzwi i otoczony ze wszystkich stron tonami dokumentów. Pewnie uzupełniał wreszcie zaległe raporty, o które wiecznie upominali się Ykhar i Kero.

— Nie, nie ma Ezarela, jest tylko Alajea. Jestem wkurzająca, zjadam swojemu szefowi miód i zaraz zamęczę cię swoimi piskami na śmierć. Idź sobie, póki ci życie miłe, kimkolwiek jesteś. — Dopiero wtedy odwrócił się i na mnie spojrzał. — Och, to ty. Tym bardziej stąd wyjdź. Nie mam ochoty cię widzieć.

— Nie tym razem, elfie. Miiko kazała mi przygotować z tobą jakiś eliksir, który ma zapobiec przechwyceniu mnie przez jakieś dzikie, leśne, złaknione krwi plemię — nie dawałam za wygraną.

— Ach, to... dobrze. Mam już wszystko przygotowane, ale musimy poczekać jeszcze kilka minut, aż alkohol zupełnie ostygnie. Resztę składników masz na blacie, ale na razie niczego nie dotykaj. Najlepiej w ogóle nie ruszaj się z miejsca — burknął cicho.

Stałam więc w milczeniu, wpatrując się w butelkę z bulgoczącą cieczą, która wyglądała i pachniała jak zwykły, ziemski ocet. Mijały minuta za minutą, a panująca cisza coraz bardziej mnie przygnębiała. Dało się usłyszeć  co najwyżej skrobanie pióra po papierze i tykanie zegara. W końcu, mając już dość zgęstniałej atmosfery, odważyłam się przełamać lody.

— Ezarel? Przepraszam. Nie powinnam była robić nic bez twojej zgody.

Elf podniósł się nagle i spojrzał mi prosto w oczy, nie zmniejszając dystansu między nami.

— Składniki są gotowe — wyszeptał. — Możemy zaczynać.

* * *

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (22-01-2020 o 20h32)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#10 07-09-2019 o 16h40

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Lokalna bohaterka, bo dopiekła Ezowi? XDDD To w sumie dobrze — może dziewczyna będzie miała chociaż troszkę lżej u pozostałych ze straży.

Okropny jest ten bachor, niech go ktoś czymś ciężkim uderzy ;/ Całe szczęście, że Valk przyszedł, choć z drugiej strony naprawdę nie wiem, czemu on wziął na swojego zastępcę takiego debila. Prawa ręka szefa to nie jest miejsce na wyszkolenie kogokolwiek z odpowiedzialności: ten ktoś JUŻ musi być odpowiedzialny i z marszu godnie zajmować się podopiecznymi. Więc ten mały wyrostek w ogóle nie pasuje.

Och, co to za kochanie? W sensie kto ją tak nazwał? ;o Bo to chyba jednak nie był świerszcz podświadomości :V

Nevra popełniłby aż taki błąd i wsypał się, że mają w Kwaterze człowieka? Zaskakująco nierozsądne.

Teraz ci powiem, czego boleśnie mi brakuje w twoim stylu pisania. Chodzi o to, że gdy zapisujesz dialogi, to ani na moment go nie przerwywasz — to jest nieprzerwalny ciąg słów. I  to wygląda trochę… hm, nienaturalnie. Bo ludzie [i inni] podczas mówienia nie tylko stoją jak struna i wypowiadają swoje kwestie niczym automat. Ludzie gestykulują, czasami przerywają, czasami mówią coś, robiąc przy okazji inne rzeczy. Podam ci przykład z ostatniego rozdziału:

„— Nie, nie ma Ezarela, jest tylko Alajea. Jestem wkurzająca, zjadam swojemu szefowi miód i zaraz zamęczę cię swoimi piskami na śmierć. Idź sobie, póki ci życie miłe, kimkolwiek jesteś. — Dopiero wtedy odwrócił się i na mnie spojrzał. — Och, to ty. Tym bardziej stąd wyjdź. Nie mam ochoty cię widzieć. — właśnie o takie wtrącenia mi chodzi, bo one sprawiają, że dialog staje się bardziej naturalny.

— Nie tym razem, elfie. Miiko kazała mi przygotować z tobą jakiś eliksir, który ma zapobiec przechwyceniu mnie przez jakieś dzikie, leśne, złaknione krwi plemię. — Nie dawałam za wygraną. — oczywiście może być tak, ze dialog nie jest niczym przerywany, ale nie w nadmiarze.

I tutaj jest pustka: Gardienne coś powiedziała i natychmiast pojawia się „pusty” dialog Eza. Nie wiemy, jak elf zareagował na te słowa, jakim tonem wypowiedział swój dialog, nie wi8emy, jak wyglądało przejście między dialogami.

— Dobrze. Mam już wszystko przygotowane, ale musimy poczekać jeszcze kilka minut, aż alkohol zupełnie ostygnie. Resztę składników masz na blacie, ale na razie niczego nie dotykaj. Najlepiej w ogóle nie ruszaj się z miejsca. — Burknął cicho.”

To tyle z uwag ;] Tylko ta jedna, ale lekko poważniejsza, choć nie martw się, bo nawet bez tego piszesz naprawdę dobrze! To tylko jedno z „urozmaiceń”. Niemniej nadal niecierpliwie czekam na kontynuację i pozdrawiam ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#11 07-10-2019 o 23h59

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

W ostatniej chwili zdążyłam z publikacją, bo za dokładnie osiem minut minie miesiąc od ostatniej aktywności pod tym wątkiem. Moje prawie-spóźnienie wynika ze sporych problemów z weną, jesienią i własnym lenistwem.
Chciałabym podzielić się jeszcze wesołą nowiną, że moje opowiadanie przy standardowej dwunastce jako wielkości czcionki, ma prawie 70 stron. I może nie jest to jakoś dużo, ale jako, że dopiero zaczynam coś tam sobie pisać, to jestem z tego powodu bardzo szczęśliwa i jakoś potrzebowałam się tą wiadomością podzielić.
@Meth, jak zwykle bardzo dziękuję za pozytywny odzew i rady! Staram się powoli pracować nad "urozmaicaniem" dialogów, także mam nadzieję, że z czasem będzie z tym u mnie coraz lepiej. ^^

06. Fiołek, cz. 3

GARDIENNE


— A więc pracujemy dzisiaj nad eliksirem ukrycia. Nie, nie musisz robić notatek, gdybyś miała taki uroczy pomysł. I tak ci się już do niczego nie przydadzą w twoim nowym zawodzie — wyszczerzył się, na co aż się we mnie zagotowało. — Zacznij od pokrojenia w drobną kostkę pistacjowych truskawek, poszatkowania dużych liści koki I odmierzenia połowy najmniejszej fiolki suszonych płatków róży. Ewentualnie możesz przelać wodę do kociołka i zacząć ją podgrzewać na największym palniku. Potem musisz dodać kilka kropli alkoholu, dokładną ilość masz zapisaną na pergaminie. Jak skończysz, zawołaj mnie. Nie wolno ci robić samej niczego więcej, bo jeśli coś zepsujesz, możesz dość mocno namieszać. Aczkolwiek to ty będziesz pić, a nie ja, więc nawet byłoby mi na rękę, gdybyś pokryła się łuskami albo straciła głos. Może to by cię nauczyło chociaż odrobiny pokory wobec potęgi, jaką jest alchemia.

Bez słowa zabrałam się do pracy, postanawiając nie rozpraszać się głupimi zaczepkami elfa. Chciałam skończyć jak najszybciej. Poza tym, nie do końca wiedziałam, jak zachowywać się w towarzystwie Ezarela. Dawał mi zupełnie sprzeczne sygnały — miewałam wrażenie, że wszystko jest między nami po staremu, jednak zaledwie kilka momentów później czułam, że zupełnie nic nie jest w porządku. Coś podpowiadało mi, że on sam nie jest do końca pewien,  jak zachować się w tej sytuacji, stąd takie nagłe zmiany nastawienia wobec mnie.

Robiłam więc po kolei wszystko, o co mnie poproszono. Miałam ogromny problem z koncentracją, dlatego musiałam porządnie się wysilić, aby przygotowywać wszystko z wymaganą precyzją. Przeszkadzał mi ogromnie fakt, że po treningu zapomniałam założyć na szyję swojego naszyjnika. Mimo, że miałam go od bardzo niedawna, jego obecność dodawała mi otuchy.

— Wychodzę na chwilę. Jeśli skończysz przed moim powrotem, w co mimo wszystko wątpię, masz chwilę przerwy. Jeszcze raz powtarzam, jeśli nie dotarło to do twojego ptasiego móżdżku, nie wolno ci robić nic więcej, niż powiedziałem.

— Zrozumiałam za pierwszym razem, w porządku. — Zirytowałam się pobłażliwym tonem jego wypowiedzi. — Nie uśmiecha mi się znosić żadnych uroczych skutków ubocznych. Chociaż jestem pewna, że potrafiłabym wszystko przygotować sama, od początku do końca.

— Nawet mnie nie rozśmieszaj, prędzej spaliłabyś pół kwatery. Z taką podstawową wiedzą jaką posiadasz, nie da się poprawnie uwarzyć tak zaawansowanego eliksiru. Do tego potrzeba ręki specjalisty — prychnął w odpowiedzi,  powoli opuszczając laboratorium.

Nie obyło się bez kilku drobnych skaleczeń, ale w gruncie rzeczy szybko uwinęłam się z robotą. Kiedy wreszcie udało mi się odsączyć nadmiar soku z posiekanych truskawek, otarłam z czoła kroplę potu. Pozostało mi już tylko ostatnie zadanie, zanim mogłam dostać zasłużoną chwilę odpoczynku. Odkorkowałam buteleczkę z oczyszczoną wodą, z zamiarem szybkiego umieszczenia jej zawartości w kociołku. Kiedy już przechyliłam dłoń, a do wykonania zadania dzieliły mnie ułamki sekundy, spostrzegłam coś, co poważnie mnie zaniepokoiło. Konsystencja i zachowanie cieczy było co najmniej dziwne. Nigdy nie widziałam czegoś takiego — woda zdawała się samoistnie tworzyć fale wewnątrz szklanego naczynia. Przyglądałam się temu jak zaczarowana, nie mogąc wręcz oderwać wzroku. Nie byłam już pewna, czy to mój umysł po nieprzespanej nocy płata mi figle, czy naprawdę w moich rękach działa się... magia. Potrząsnęłam lekko głową. Wyrwana z transu, uniosłam naczynie do góry, szukając przyklejonej kartki z terminem ważności. Co zaskakujące, wszystko się zgadzało. Jedynym logicznym wytłumaczeniem, jakie przychodziło mi do głowy było nieszczelne zapakowanie lub złe przygotowanie. Możliwe, że zadanie oczyszczenia i przefiltrowania cieczy zostało przydzielone jednemu z niedoświadczonych jeszcze praktykantów, na których naczelny alchemik notorycznie narzekał.

"Gdybym była flakonikiem z oczyszczoną wodą, gdzie bym się schowała? Lub raczej, gdzie wpakowałby mnie jakiś roztrzepany alchemik?" — Zachodziłam w głowę, w duchu przeklinając bałagan, jaki panował w składziku.

— Ezarel powinien się tym zająć, albo chociaż poprosić o to kogoś z ekipy sprzątającej — mruknęłam do siebie, rozglądając się nerwowo po pomieszczeniu. Sprawdzałam już wszędzie, z wyjątkiem jednego miejsca...

... jakim było biurko Ezarela. Nie miałam ochoty naruszać jego prywatności aż tak, ale chyba nie pozostawiono mi wyboru. Rozejrzałam się jeszcze i z rozmachem otworzyłam szufladę. Już po chwili wyciągnęłam z niej kolejno kawałek skały wulkanicznej, pojedyncze strony wyrwane z jakichś starych raportów, fiolkę z wywarem z lepnicy i klika szyszek cyprysowych.

— Bingo! — krzyknęłam, po czym złapałam się za usta. Może i znalazłam to, czego szukałam, ale lepiej byłoby, żeby Ez o niczym się nie dowiedział. Zdecydowanie nie zostałabym pochwalona za zaglądanie do jego biurka bez pozwolenia. Szybko podmieniłam więc flakoniki, po czym starałam się odtworzyć dawne ułożenie przedmiotów. Nie szło mi to najlepiej, ale miałam nadzieję, że wśród panującego w jego rzeczach chaosu i bałaganu nie zwróci uwagi na szczegóły. Zatrzasnęłam szufladkę i wróciłam do stołu alchemicznego, aby dokończyć przygotowywanie eliksiru. Przelałam wodę do kotła, po czym odmierzyłam i dolałam do niej dwie krople alkoholu który zabarwił miksturę na piękny, srebrny kolor. Zadowolona z siebie usiadłam na podłodze, licząc na chwilę przerwy, kiedy otworzyły się drzwi. Do pomieszczenia wpadł zły jak osa elf.

— Dwieście fiolek Snu Zimowego... Cholerna Miiko. No, zrobiłaś już, co należy? Dość obijania się, zabieramy się do pracy. Pokaż, co zrobiłaś. No, co my tu mamy? Konsystencja do niczego, za mało płatków róż. Chociaż, czego mogłem się spodziewać? Jak zwykle muszę wszystko po tobie poprawiać, głupi dzieciaku.

— Dzieciaku? Jestem w twoim wieku, szanowny mistrzu eliksirów — jego irytacja mi się udzieliła. Ku mojemu zaskoczeniu, na moje słowa uniósł tylko jedną brew i głośno się roześmiał, nadal mieszając przy tym powoli w kociołku z eliksirem.

— Naprawdę? Wydawało mi się, że mówiłaś coś o dwudziestu czterech latach, co oznaczałoby, że jestem od ciebie starszy o jakieś, pomyślmy... Hmm... — na jego twarzy zarysowało się udawane skupienie. — Pięćdziesiąt. Podaj mi jeszcze jedno drewniane mieszadełko, to musiałaś już zdążyć przypalić.

Momentalnie odebrało mi mowę, jednak szybko zreflektowałam się, podając przedmiot Ezarelowi.

— Zapomniałam. Zapewne u was inaczej liczy się lata, prawda? — dociekałam.

— Nie, raczej nie. Po prostu większość faeries i faelien jest długowieczna. Duże stężenie maany w naszych organizmach powoduje, że możemy długo wyglądać tak pięknie i młodo. Przed sobą masz na to idealny przykład.

— Stężenie maany w waszych organizmach, czy może tej w powietrzu? — zaciekawiłam się.

— Jeszcze odpowiadając na twoje wcześniejsze pytanie, na nasz wiek patrzy się trochę z innej perspektywy. Ty na swoje, ludzkie standardy i ja na swoje, elfickie, jesteśmy na podobnym etapie rozwojowym. Od czasu pierwszego rozbicia kryształu, które miało miejsce dobre czterysta lat temu, w naszym świecie brakuje jakiejkolwiek równowagi, również między rasami. I wiem, o co próbowałaś zapytać. Raczej obecność maany w powietrzu niewiele wskóra w twoim przypadku, ponieważ jej ilość w twojej krwi najprawdopodobniej jest znikoma, skoro przedostałaś się do naszego świata po tak długim czasie życia na ziemii. Najprawdopodobniej jeden z twoich bardzo dalekich krewnych był faelien, a akurat  ty odziedziczyłaś po nim zwiększoną ilość energii. Możemy więc powiedzieć, że jesteś praktycznie w linii prostej człowiekiem, a w zachowanych księgach rasa ludzi jest zazwyczaj porównywana do motyli. Charakteryzuje was krótkie, raczej nieuchwytne życie. Ale też niczego nie jesteśmy pewni. Rzadko mamy styczność z ludźmi, a i wielu z nich zmarło dość szybko po ich przybyciu tutaj, więc raczej nie mieliśmy okazji tego nigdy zbadać. Był tylko jeden... przypadek, w którym zaobserwowałem wyjątkowo szybkie dorastanie u ludzkiego dziecka, co tylko potwierdza wszystkie teorie. Nie, nie zamierzam ci o tym opowiadać. I więcej nie trajkocz, tylko chodź tutaj i rób, co ci każę. Wdech, wydech, pełne skupienie. Licz oddech, postaraj się jak najbardziej wyciszyć organizm. Nie gap się tak, zamknij na chwilę oczy, jeśli ci to pomoże. Buzię też, dla dobra ogółu, nie zamierzam dłużej znosić twojego gderania.

Podeszłam bliżej, odpowiednio poinstruowana przez elfa, nieustannie usiłując wyrzucić z głowy myśl o nim jako instruktorze jogi. Zagryzłam wargę, aby powstrzymać śmiech. Z całej Kwatery Głównej, była to chyba najmniej odpowiednia osoba do uczenia mnie spokoju i opanowania. Mogłabym założyć się o setki złotych monet, że już Miiko lepiej odnalazłaby się w tej roli.

— Czy gdybym powiedział, że masz śmiać się i traktować te cyrki niepoważnie, też zrobiłabyś to na odwrót? Widzę, że chichrasz się pod nosem. — Na te słowa wreszcie przestałam się śmiać, biorąc kilka głębokich wdechów. — Dobrze, powiedzmy, że teraz lepiej. Chciałbym, abyś najpierw skupiła się na osobach, które pamiętasz ze swojego świata, a które nie odgrywały ważniejszej roli w twoim życiu. Najlepiej takich, które kojarzyłaś co najwyżej z widzenia, nie musisz nawet pamiętać ich imion.

— To może być trudniejsze, niż się wydaje, ale w porządku. Ile ma być tych osób?

— Najwięcej, ile jesteś w stanie sobie przypomnieć. W czasie, kiedy będziesz to robiła, musisz powoli dodawać do eliksiru liście koki, a na koniec zamieszać cztery razy w lewą stronę.

Zaczęłam więc szukać w otchłani swojego umysłu znajomych twarzy. Od razu przywołałam pamięcią znienawidzoną przeze mnie sąsiadkę, która codziennie wychodziła na spacer ze swoim amstaffem, praktycznie wielkości jej samej. Zawsze wychodząc z domu modliłam się, aby się na nią nie natknąć. Ogromny pies zdecydowanie za mną nie przepadał, jego właścicielka nie przepadała za nikim, a ja wolałam trzymać się z dala od konfliktów. Szczególnie, że przeuroczy Pimpek nie miał w zwyczaju nosić ani kagańca, ani szelek.

Jedno wspomnienie wywołało lawinę następnych. Koleżanka z ławki, chłopiec mieszkający blisko mnie, który podobał mi się w dzieciństwie, a którego imienia nawet nie znałam, urocza staruszka opiekująca się gołębiami. Powoli pozwoliłam pochłonąć się wspomnieniom, jednak po kilku minutach na ziemię sprowadził mnie znajomy głos.

— Świetnie, poszło ci lepiej, niż się spodziewałem. Obawiałem się, że spalisz całe laboratorium, albo co gorsza się rozpłaczesz, kiedy zaczniesz rozmyślać. Teraz chyba będzie łatwiej. Napisz tu, proszę, imiona i nazwiska osób, które były ci szczególnie drogie. Potem musisz spalić ten świstek nad kociołkiem i wrzucić tam to, co z niego zostanie. Dodasz kilka swoich włosów, resztę składników i będzie prawie po wszystkim. 

Podał mi kartonik, pióro i flakonik z pachnącym różami atramentem. Pospiesznie zapełniłam prawie całą kartkę wszystkimi imionami, które tylko przyszły mi do głowy. Przyszło mi to z niemałym trudem, co było dla mnie zaskakujące. Z każdym kolejnym ruchem dłoni czułam narastający w sercu ból. Pisałam więc szybko, chcąc mieć to już za sobą. Rodzice, brat, przyjaciele, były chłopak. Osoby, które były przy mnie, kiedy tylko tego potrzebowałam, ale także te, których nie potrafiłam za nic zapomnieć, choć bardzo bym sobie tego życzyła. Kiedy już trzymałam wypełniony kawałek pergaminu w dłoniach, zawahałam się. Czułam, że zapomniałam o czymś, albo raczej o kimś ważnym. Kiedy jednak próbowałam zajrzeć wgłąb siebie, wspomnienia się rozmywały. Miałam wrażenie, że robię właśnie coś niewłaściwego, choć nawet nie wiedziałam, dlaczego. W pewnym momencie ręce mi zadrżały, nogi zmieniły się w watę, a ja sama w ciągu ułamka sekundy upadłam na zimną posadzkę.

— Cholera, co ty wyprawia...? — Ezarel odwrócił się w moją stronę z irytacją, ale na widok mnie zalanej łzami, klęczącej na kafelkach momentalnie zamarł. Podbiegł w moją stronę, mrucząc pod nosem przekleństwa. — Jesteś cała? Co ty właściwie zrobiłaś? No już, łamago, masz tu chusteczkę. Musimy to szybko skończyć, potem możesz zalewać się łzami do woli. — Z zaskoczeniem zauważyłam, że podał mi rękę. Skorzystałam z pomocy elfa, jednak stojąc z powrotem na nogach, nadal czułam się niepewnie.

— Uspokój się. Nie musisz mówić, co się stało, ale weź się do roboty. Uwierz mi, im szybciej skończysz, tym szybciej poczujesz się lepiej. Ten eliksir wymaga ogromnych pokładów energii, możliwe, że to przez niego czujesz się osłabiona i histeryzujesz — uniósł jedną brew, przyglądając mi się uważnie.

Powoli skinęłam głową, w duchu przyznając mu rację. Wszystkie emocje spiętrzyły się we mnie ostatnimi dniami, a wspomnienia o bliskich tylko spotęgowały moje roztrzęsienie. Poza tym, byłam fizycznie osłabiona po treningu i nieprzespanej nocy, a przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam. Podświadomie czułam, że to wszystko ma jakieś ukryte znaczenie, którego na ten moment nie byłam w stanie odgadnąć.

Dzięki pomocy Ezarela, szybko uwinęliśmy się z przygotowywaniem eliksiru. Wielokrotnie czułam się słabo, jednak po zażyciu specyfiku wzmacniającego poczułam się zdecydowanie lepiej.

— Pozostała już tylko ostatnia prosta. Inkantacja zaklęcia, które pomoże eliksirowi szybciej nabrać właściwości. Powtarzaj za mną, z tą samą intonacją i akcentem.

Nie było to łatwe, ponieważ mówił w nieznanym mi języku. Podołałam jednak wyzwaniu i już po kilku minutach mogłam zakorkować fiolkę z świeżo przygotowanym eliksirem.

— No to, do wieczora — westchnęłam, jednak kiedy miałam już wychodzić, zawahałam się. Miałam potrzebę zwierzenia się komuś ze swoich problemów. W takich momentach naprawdę brakowało mi mojej rodziny. Mogłam na nią niegdyś narzekać, a jednak była przy mnie w najcięższych chwilach. — Ezarel? A'propos naszej ostatniej rozmowy... Ja wiem, że nie nie jesteśmy w zbyt dobrych relacjach, ale... Męczy mnie fakt, że będziecie widzieć starzejącą się. Że wszyscy dookoła będą młodzi i sprawni, kiedy ja nie będę mogła utrzymać się na własnych nogach. Jesteś pewien, że nie ma żadnego sposobu...?

— Już nie możesz utrzymać się na nogach, co udało ci się zademonstrować jakąś godzinę temu. Czy jest sposób? Nigdy nie mówiłem, że go nie ma — Ezarel spojrzał na mnie powątpiewająco. —Wiesz, teoretycznie... Nie zrobiliśmy ci testu na obecność krwi faery, z góry zakładając, że sprawa jest przesądzona. Jeśli byś się jednak uparła, możemy go któregoś razu przeprowadzić. Uprzedzam tylko, że nie jest on przyjemny. Nie rób sobie większej nadziei, bo gdybyś miała w sobie zasoby maany, raczej dałoby się to wyczuć nawet przy podstawowych badaniach lekarskich, a Ewelein nic nie zauważyła. Ewentualnie porozmawiaj z Ykhar, czy nie zauważyła u ciebie żadnych cech, które mogą występować u danej rasy faelien. Tak czy inaczej, jeśli okażesz się, tak jak zakładamy, po prostu człowiekiem, rasę da się łatwo zmienić. Co prawda jest przy tym mnóstwo papierologii, ale jest to do zrobienia. Możesz na przykład w każdej chwili stać się wampirzycą, jeśli odpowiednio poprosisz naczelnego krwiopijcę Kwatery Głównej. Przykro mi, ale to wyjątkowo bolesne. Musiałabyś przedtem zostać poddana licznym badaniom na reakcję twojego organizmu na nagły przypływ maany.

— Poczekaj. Tylko, że mówisz teraz, że jestem w stu procentach "ludzka", podczas, gdy pierwsze kilka dni w kwaterze przepłakałam, myśląc, że jest inaczej? — nienawidziłam niewiedzy, szczególnie, gdy sytuacja dotyczyła mnie samej.

— Naprawdę nic nie zrozumiałaś. Istotnie, nagle skumulowane cząstki maany w twojej krwi spowodowały, że wykształciły się w tobie cechy charakterystyczne dla faeries żyjących w naszym świecie, jednak oprócz efektu wizualnego nie zmieniło się w tobie zupełnie nic. Nadal tak samo wkurzasz i śmierdzisz człowiekiem.

— Ja... dzięki — wysiliłam się na słaby uśmiech. — I, Ezarel? Przepraszam, za tamto. — Odwróciłam wzrok, kierując się w stronę drzwi.

— Nie tak szybko. Idziesz ze mną, człowieczku. Muszę odprowadzić cię na stołówkę i zanieść coś Karuto do podpisania. To pierwsze to z polecenia Ewelein, poprosiła mnie, abym dopilnował dzisiaj, że nie pominiesz posiłku. Masz uzupełniać energię — zupełnie zignorował moje przeprosiny. Nadal był to między nami temat tabu. — Poczekaj na mnie przed wejściem, muszę zamknąć laboratorium.



* * *



Miiko


— Dlaczego chciałaś mnie widzieć? — Mężczyzna bezszelestnie wślizgnął się do pomieszczenia i  zamknął za sobą drzwi na klucz. — Stało się coś?

Westchnęłam głośno, nerwowo  wykręcając palce. Nie byłam gotowa na tę rozmowę, tak samo, jak zapewne mój gość. Czułam jednak, że nie możemy więcej milczeć w tej kwestii, tym bardziej, że zaczynało nas to coraz bardziej wyniszczać. Musieliśmy stawić czoła bolesnym wspomnieniom.

— Chodź, usiądź — przesunęłam się na drugą stronę łóżka i poklepałam miejsce koło siebie, jednak zostało to zupełnie zignorowane przez chłopaka.  — No tak... Oboje doskonale wiemy, dlaczego się tu spotykamy. I tak już wystarczająco długo to odkładaliśmy. Musimy porozmawiać.

— Nie za bardzo wiem, o czym mówisz, Miiko. Nie mów, że naprawdę masz mi za złe ten incydent z Gardienne i brakiem broni?  Wiem, że się wtedy nie popisałem, ale...

— Cholera jasna, przecież to oczywiste, że nie o to mi chodzi!  Znaczy, o to też, ale nie tak do końca. Ja... Po prostu mam już tego po dziurki w nosie, wszyscy mamy. Musisz się wreszcie wziąć w garść, Nevra! — uderzyłam pięścią w uroczy stolik kawowy, który Ykhar podarowała mi na moje poprzednie urodziny na dowód naszej przyjaźni.

— S-słucham? — wampir wytrzeszczył oko w zdumieniu, najprawdopodobniej nie spodziewając się takiego wybuchu z mojej strony.

— Ja wiem, że to brzmi okrutnie, ale robię to w interesie nas wszystkich. Nev, nigdy wcześniej się tak nie zachowywałeś.  Zawsze kochałeś swoją straż, Nevra, którego znałam, nie byłby w stanie zapomnieć o tym, że ma pod opieką nieporadną i niedoświadczoną strażniczkę! Wiem, że to roztargnienie jest spowodowane szokiem, ale na Wyrocznię... Wszyscy to rozumiemy, a przynajmniej się staramy, jednak to zaszło za daleko. Musisz wreszcie zacząć żyć dalej. Stawiasz w kłopotliwej sytuacji właściwie wszystkich. Nie zachowujesz się tak, jak przystało na dowódcę straży, tym bardziej, że twoim poprzednikiem był... on, i to do niego inni cię porównują. W dodatku zupełnie olewasz swoje obowiązki wobec mnie, przez co tracę autorytet. Bo jeśli lider grupy nie będzie się nikogo słuchał, czemu mieliby to robić cywile? Ja... Zastanawiam się, czy nie powinnam cię odwołać, Nevra, poważnie. To wszystko to chyba dla ciebie za dużo. Za szybko spadł na ciebie taki ciężar po takiej tragedii.

— Nie mówisz poważnie — roześmiał się histerycznie.  — To było jego ostatnie żądania, Miiko. To on wskazał, mnie, ciebie na jego przyszłych zastępców, w ostatnich chwilach swojego życia, rozumiesz?

— Nawet nie wiesz, jak żałuję, że nie mogłeś... że my nie mogliśmy objąć takich odpowiedzialnych ról w spokojnych czasach, pod nadzorem mentora, który w razie czego naprawi wszystkie wyrządzone szkody — byłam na skraju wytrzymałości. — Dopiero co byliśmy cholernymi dziećmi, ledwo udało nam się wejść w wiek dorosłości, a już musimy podejmować racjonalne decyzje, od których zależy cudze życie. Ja... Nienawidzę go za to. Jak mógł obarczyć nas takim ciężarem?

Te słowa samoistnie wypłynęły z moich ust, dając upust wszystkim emocjom, które dusiłam w sobie przez ostatnie pięć miesięcy. Dokładnie tyle czasu upłynęło od tego makabrycznego dnia, w którym całe moje życie legło w gruzach.

Poczułam, że coś, a raczej ktoś szarpie mnie za koszulkę. Wampir był rozwścieczony do granic możliwości.

— Jak śmiesz w ogóle w taki sposób o nim mówić? Czy ty nie masz w sobie za grosz współczucia? Ty... Widziałaś w nim tylko ostatnią deskę ratunku, a nie drugiego człowieka. Yonuki zastępował mi ojca, którego nigdy nie miałem. Kicham na całą straż i moje obowiązki. Straciłem jedną z najbliższych mi osób, a nie zwykłego zarządcę Cienia, którego muszę zastąpić. Ale co ty właściwie możesz wiedzieć? — Odsunął się, aby spojrzeć mi prosto w oczy. Z łatwością rozpoznałam w jego głosie poczucie winy. — Nie, przepraszam, to nie tak. Po prostu... nie potrafię obwiniać go za to wszystko. To głupie, ale ciągle łudzę się, że jeżeli nie odnaleziono ciała... może Yonuki nadal gdzieś żyje. .

Kucnął przede mną na dywanie i wtulił twarz w zagłębienie mojej szyi. Gdyby ktoś powiedział mi kiedyś, że ten wiecznie odważny i wygadany naczelny casanova Eldaryi, faworyt Yonukiego na nowego dowódcę Straży Cienia, będzie wypłakiwał mi się w ramię, nie uwierzyłabym. Jednak śmierć najdroższej nam wszystkim osoby zmieniła nas wszystkich, tym bardziej, że była to naprawdę świeża rana. Czasy były ekstremalnie trudne dla nas wszystkich. Zostaliśmy sami, Katerę Główną pozostawiono w rękach niedoświadczonych, ciągle poznających się na życiu ludzi, co stanowiło smakowity kąsek dla nieznanych nam dotąd wrogów. Potrzebowaliśmy czasu, najpierw, żeby sami dorosnąć, a potem dopiero stawić czoła okrucieństwu tego świata. Byliśmy na to wszystko zbyt młodzi i zbyt głupi. W dodatku pojawienie się ziemianki, po raz pierwszy od dziesiątek lat.

— Czemu musiało paść akurat na niego? — wychrypiał. — To mógł być każdy.

— Już cicho — pogładziłam go po włosach. — Będzie lepiej, jestem tego pewna. Musimy iść dalej, wszyscy, ale ty szczególnie, mój drogi. Co więcej, my wszyscy ci w tym pomożemy. Nie chciałbyś wyjechać na jakąś dłuższą misję poza kwaterę? Mogłoby ci to dobrze zrobić.

— Cała ty i twój profesjonalizm — zachichotał cicho, ocierając jeszcze pojedyncze łzy. — Wiesz, czuję się trochę źle z tym, że robimy to samo tej całej ziemiance. Pozbawiamy ją bliskich, a nie dość tego, to wszystko w tajemnicy przed nią... Wiem, wiem, że musimy. Ale... nie podoba mi się ten pomysł. W ogóle.

— Uwierz mi, mi też. Ale nie mamy innej opcji. Gdyby tylko taka istniała, zrobiłabym wszystko, żeby nikogo przy tym nie skrzywdzić. Ale słuchanie Leiftana zawsze wychodziło mi na dobre. To dzięki niemu wszystko się jakoś trzyma. Nie wiem, co bym bez niego zrobiła.

Siedzieliśmy jeszcze w ciszy dobre kilkanaście minut, jednak przerwało nam pukanie do drzwi.

— Cholera, kto o tej porze? — jęknęłam. — Byłam pewna, że wszyscy są na obiedzie. Hmm... Możesz wyjść przez okno? Nasza rozmowa mimo wszystko powinna pozostać tajemnicą.

— Zdecydowanie się zgadzam. Do zobaczenia więc.

Przyglądałam się w spokoju, jak z gracją wskoczył na parapet, by po chwili z lekkością zeskoczyć na trawę. Brakowało mi naszych beztroskich, wielogodzinnych rozmów, jakie zwykle lubiliśmy przeprowadzać w każdy piątek. Musiałam jednak zebrać w sobie resztki sił i zmierzyć się z tym, co było jeszcze przede mną... a przede wszystkim z tym, co czekało przed drzwiami, w które ponownie zapukano. Niespiesznie przekręciłam klucz w zamku, przeciągle ziewając.

— No, wreszcie. Ile można czekać? — Ezarel posłał mi badawcze spojrzenie, wypychając przed siebie zdezorientowaną Twyldę. — Przyszedłem powiedzieć, że już skończyliśmy. Chciałaś jeszcze pogadać z tą tutaj, więc proszę, dostarczyłem ci ją pod same drzwi. Znaj moją łaskę. Masz tu jeszcze ten świstek od Karuto, o który mnie poprosiłaś.

Skinęłam tylko głową z niecierpliwieniem, na znak, że może już odejść, wzięłam brownie pod rękę i nawet  nie spoglądając na przyjaciela zamknęłam za nami drzwi do mojego pokoju. Chciałam to jak najszybciej załatwić i wreszcie mieć wolne.

— No cóż, moja droga, mamy kilka rzeczy do obgadania. Nie martw się, zajmę ci tylko chwilkę. Tak jak ustaliliśmy, Karuto nie może zajmować się kuchnią sam. Powiedzmy, że zmusiliśmy go do pozytywnego rozpatrzenia twojej kandydatury. Poczekaj, znajdę odpowiednie kartki i przeczytam ci, co i jak. — Może i miałam wszystkiego dość, ale akurat ta wizyta nawet mnie uradowała. Z całego serca uwielbiałam kreatywne podejście i zamiłowanie Twyldy do gotowania. W dodatku jej obecność nie przeszkadzała szczególnie naszemu ulubionemu kucharzowi, co działało tylko na naszą korzyść. Choć jedna dobra wiadomość tego dnia.

* * *

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (22-01-2020 o 20h21)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#12 14-10-2019 o 23h15

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Woooow, 70 stron? /static/img/forum/smilies/yikes.png To naprawdę nieźle! Gratuluję wytrwałości i mam nadzieję, że tych stron i opublikowanych tu odcinków będzie coraz więcej! ^^

Cieszy mnie to, że nawet w dialogach Eza widać te jego zmiany.  Co mam na myśli: to, że jak coś się wydaje autorce, to nie znaczy, że czytelnik też to zauważy. Tymczasem bohaterka zaczęła dumać nad tym, dlaczego Ez raz jest dla niej śmieszkowaty, a potem znowu okrutny. I to faktycznie widać, więc brawo c:

O raaaaany, biedny Nevra :< Bardzo lubię tę postać, dlatego bardzo mi go szkoda. Za to nie lubię tutejszej Miiko. Zdaje się nie mieć wyczucia, taktu i ogólnie jest mało przyjemna. Nie martw się, to nie jest zarzut do ciebie, bo Miiko może być tak wykreowana i pod tym względem to mi wręcz odpowiada. Nie może być tak, że wszyscy są kryształowi, bo to wyglądałoby sztucznie.

Czekam na resztę i pozdrawiam ^^

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (14-10-2019 o 23h17)





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#13 14-11-2019 o 22h42

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

@Meth, po raz kolejny bardzo dziękuję, że wciąż tutaj zaglądasz i motywujesz mnie komentarzami! <3
Dzisiaj znowu przychodzę z rozdziałem prawie spóźniona, to chyba już zwyczaj :"D Trochę poeksperymentowałam tutaj ze sposobem pisania, zaznaczam jeszcze, że w tej części opisane jedno z istotniejszych dla wątku fabularnego wydarzeń ^^ Dlatego "Fiołka" podzieliłam aż na cztery części.


07. Fiołek, cz. 4

؏GARDIENNE؏


— Zostajesz tu i się nie ruszasz, dopóki nie skończysz jeść — Ezarel pogroził mi palcem, przyglądając mi się uważnie. Od kilku minut siedziałam przy stoliku w stołówce, a naczelny alchemik stał nade mną, nerwowo gestykulując i wymachując przed moją twarzą pożółkłą kopertą z listem do Karuto.

— Dlaczego to aż takie istotne? Nie mam siedmiu lat, lepiej znam swoje potrzeby. Wydaje mi się, że umiem sama się sobą zająć i zjeść obiad. Nie potrzebuję asysty do karmienia mnie. — Jego postawa pokrzyżowała mi plany. Zamierzałam zwinąć swoją porcję do torby i w spokoju zjeść w swoim pokoju. Miałam ochotę pobyć sama ze sobą.

— Wiedziałem, że będziesz się migać. Tak się składa, że Ewelein, która zleciła mi dopilnowanie cię, jest lekarzem, jeśli sama jeszcze tego nie zauważyłaś, więc ma większą wiedzę od ciebie. Ja natomiast jestem alchemikiem, więc wiem, ile energii potrzebne jest do prawidłowego działania eliksiru, który właśnie przygotowywałaś — mówił do mnie powoli, pobłażliwym tonem; zupełnie, jak do dziecka. — I wiem też, że jeśli nie uzupełnisz energii, może on nie zadziałać tak, jak powinien. Dlatego usiądziesz i grzecznie zrobisz to, co do ciebie należy, zrozumiano? Nie wymagamy od ciebie dużo, nie powinno to wykroczyć poza twoje możliwości. Choć prawdą jest, że są one faktycznie dość ograniczone.

— Możesz przestać atakować mnie za każdym razem, kiedy zadaję ci jakiekolwiek pytanie? — westchnęłam zrezygnowanym tonem. Ku mojemu zdziwieniu Ezarel tylko głośno się roześmiał.

— Nie atakuję cię, bo zadajesz pytania, tylko dlatego, że zadajesz wyjątkowo głupie pytania. Myślisz, że niańczymy cię dla własnej przyjemności? Prawda jest taka, że bez nas nie odnalazłabyś się w tym świecie, więc nie powinnaś narzekać nawet przez chwilę. Nawet w takich dziecinnie prostych czynnościach potrzebujesz naszej pomocy, bo jak sama widzisz, nie rozumiesz różnic pomiędzy naszymi światami — zmrużył oczy, wywiercając we mnie dziurę spojrzeniem. Po chwili spojrzał gdzieś za mnie, uśmiechając się złowróżbnie. Momentalnie pożałowałam wdawania się z nim w polemikę. — Leiftan, mógłbyś podejść? Mam do ciebie pytanie co do naszej wspólnej misji — wrzasnął nagle.

Lorialet, który popijał coś z okrągłego kubka na drugim końcu sali, skinął powoli głową i podniósł się z krzesła.

— Jedziecie razem na misję? — zdanie wypowiedziane przez Ezarela rozbudziło moją wrodzoną ciekawość.

— Nie, to tylko zadanie do wykonania na miejscu, w Kwaterze. Dlaczego chciałeś mnie widzieć, Ezarelu? — Leiftan oparł się o blat mojego stolika. Mimowolnie, kątem oka zauważyłam, że miał naprawdę zadbane i delikatne dłonie. Pasowało to też do całego jego wizerunku — lorialet był bowiem idealnym odzwierciedleniem znanych z ziemskich opowieści elfów, w przeciwieństwie do znanego mi prawdziwego przedstawiciela tej rasy. Leiftan uwielbiał kwiaty, które zdarzało mu się nawet wplatać w jasnoblond warkocze. Zawsze pachniał lasem, a kiedy włóczył się po korytarzach Kwatery, wyglądał na przygaszonego. Gdy jednak spotkałam go kiedyś na misji poza murami, tryskał wręcz energią i chęcią do życia, czym udało mu się mnie momentalnie zarazić. Nie dało się nie zauważyć, że poruszał się z ogromną gracją i miał drobniejszą posturę niż większość mężczyzn z Kwatery, a mimo to słyszałam, że jest doskonałym wojownikiem. Nie zdarzyło mi się co prawda widzieć go w akcji, ale ufałam pochlebnym słowom Ykhar.

— Nie mówiłem, że chciałem cię widzieć, tylko, że mam do ciebie sprawę. Możesz dopilnować tej tutaj, żeby nie zwiała? Poprosiłem Karuto, żeby przygotował jej dużą porcję  czegoś, co nie zaburzy działania eliksiru, ale moje prośby chyba na wiele się dzisiaj nie zdają. Ciekawe, dlaczego? — zachichotał. Coś w jego spojrzeniu zdradzało, że doskonale zdaje sobie sprawę z powodu, dla którego kucharz go ignoruje. — Tak czy inaczej, ty masz więcej czasu. Porozmawiaj z nim i dopilnuj, żeby nasza ukochana Ziemianka oddała pusty talerz.

— Z przyjemnością cię wyręczę, drogi przyjacielu — odpowiedział charakterystycznym dla siebie spokojnym, nieco rozmarzonym i ciepłym tonem. Ciągle nie potrafiłam przyzwyczaić się do spędzania czasu w jego towarzystwie, nie tylko dlatego, że rzadko miewałam ku temu okazję. Wydawał się być nienaturalnie zrównoważony na tle pogrążonej w odwiecznym chaosie Kwatery. Przywykłam do hałasu, głośnych rozmów, ciągłych sprzeczek i braku czasu dla siebie. Tymczasem lorialet zdawał się żyć w zupełnie innej rzeczywistości, a każda odbyta rozmowa pozwalała innym przenosić się tam razem z nim. Nie miałam najmniejszej wiedzy w dziedzinie spirytualizmu, a jednak swoim gołym, niedoświadczonym okiem zauważałam odmienność jego aury. Leiftan był wyjątkowy pod niemal każdym względem i nie przestawał mnie wciąż zaskakiwać. Mimo tylu atutów jednak zawsze skrywał się w cieniu swojej przywódczyni, pełniąc raczej rolę cichego obserwatora i doskonałego dyplomaty. — Możesz udać się już do Miiko, za chwilę rozmówię się z naszym drogim Karuto. I tak miałem zamiar z nim dzisiaj porozmawiać, ostatnimi dniami zaniedbaliśmy nieco nasze koleżeństwo.

Lorialet nie doczekał się żadnej odpowiedzi ze strony Ezarela, gdyż ten najzwyczajniej w świecie odwrócił się na pięcie i wyszedł ze stołówki. Mimowolnie odprowadziłam go wzrokiem.

— Wydaje mi się, czy  wy naprawdę za sobą nie przepadacie? — Bezceremonialnie położyłam łokcie na stole, opierając głowę na nadgarstkach. Byłam zbyt zmęczona na dobre maniery, choć zwykle starałam się trzymać fason. Szczególnie pilnowałam się w towarzystwie tak nienagannie kulturalnych osób, jak asystujący mi blondyn. Pocieszałam się tym, że naprawdę że niewiele osób w Kwaterze przestrzegało przyjętej na Ziemi etykiety.

— Dlaczego nasunęły ci się takie wnioski? — przyglądał mi się ze szczerym zaciekawieniem.

— Ezarel był wobec ciebie jeszcze bardziej oschły niż wobec mnie. Wystarczy chyba jedynie dodać, że na mnie samą jest wściekły jak osa. Zaszedłeś mu niedawno za skórę?

— Och, to... Ezarel nie zawsze jest wobec mnie równie czarujący, jak zaprezentował to przed chwilą — zaśmiał się perliście, kładąc dłoń na moim ramieniu. Wzdrygnęłam się lekko, zaskoczona jego gestem, jednak nie odsunęłam się. Paradoksalnie jego dotyk wydawał się być dla mnie dziwnie znajomy i kojący. Czułam się zupełnie tak, jakby podświadomie brakowało mi go od dawna. — Zazwyczaj jesteśmy bardziej pokojowo nastawieni wobec siebie, jednak Ezarel ma problemy z zaakceptowaniem pewnego zadania przydzielonego mu w wyniku naszej współpracy. To nic istotnego, po prostu Ezarel od wczorajszego popołudnia jest jeszcze bardziej drażliwy, niż zwykle. Nie mogę zdradzić ci, jakie to zadanie, bo misja do momentu jej zakończenia jest bardzo... poufna. Aczkolwiek nie musisz się martwić, to nie jest nic poważnego. Jestem pewien, że prędko dojdzie do siebie, musi się tylko oswoić z sytuacją. Przeproszę cię na chwilkę, porozmawiam z kucharzem i przyniosę nam coś do jedzenia.

— I nawet nie zamierzasz przykuwać mnie łańcuchami do krzesła, żebym nigdzie nie zniknęła? — zażartowałam, chcąc rozluźnić atmosferę.

— Ufam ci na tyle, że nie widzę takiej konieczności — uśmiechnął się zagadkowo, po czym skierował się w kierunku kuchni. Po chwili wrócił do naszego stolika, trzymając w dłoniach srebrną tacę. Usiadł naprzeciwko mnie, podając mi mój talerz, za co podziękowałam mu delikatnym uśmiechem. Kiedy spojrzałam na otrzymany posiłek, dosłownie mnie zamurowało. Znalazła się tam chyba największa ilość puddingu z passiflory, jaką kiedykolwiek widziałam. Z lekkim niepokojem odkryłam, że jest go przynajmniej dwa razy więcej niż na talerzu Leiftana.
— Jesteś pewien, że nie pomyliłeś naszych porcji? Nie ma szans, że to w siebie wcisnę. Nie wolałbyś się zamienić?

— Przydział jest w stu procentach właściwy. Karuto był dzisiaj dla nas wyjątkowo łaskawy, a ty potrzebujesz zapasu energii — uśmiechnął się do mnie łagodnie, z widoczną troską. — Będziesz musiała dzisiaj zrobić wyjątek w swoich nawykach żywieniowych, bo nie wypuszczę cię, dopóki nie skończysz wszystkiego. Mogę zostać nawet do wieczora, jeśli nastąpi taka potrzeba.

— Widzę, że bardzo poważnie potraktowałeś prośbę Ezarela — odwzajemniłam uśmiech, nerwowo grzebiąc widelcem w puddingu. Nie rozumiałam zupełnie, dlaczego tak było, ale tego popołudnia obecność lorialeta wyjątkowo mi odpowiadała. Nareszcie mogłam nieco się rozluźnić i pokazać swoje bardziej towarzyskie i rozmowne oblicze, niż robiłam to zazwyczaj. Czułam się jak przy nim przy starym, dobrym znajomym, choć przecież rozmawialiśmy ze sobą tylko kilka razy od czasu mojego przybycia do Kwatery.

— Staram się traktować poważnie każdą misję, a w szczególności taką przyjemną. Poza tym, to dobra okazja, aby bliżej się poznać. Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o tobie. — Choć część mnie nadal miała chęć łapczywie spijać z jego ust piękne słówka, momentalnie oprzytomniałam. Poczułam się, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody, choć przecież nie usłyszałam niczego szczególnie szokującego. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że nawet się nie znaliśmy zbyt dobrze, a w dodatku Leiftan był jednym z ważniejszych członków Straży. Tak naprawdę był to jeden z moich przełożonych, który nadal zachowywał się całkowicie profesjonalnie, podczas gdy ja potraktowałam nasze spotkanie czysto... towarzysko. Nie siedział tu nawet z własnej, nieprzymuszonej woli, a zwyczajnie oddawał przysługę koledze z pracy. Mimowolnie się wyprostowałam i wlepiłam oczy w talerz, nie do końca wiedząc, jak przerwać trwające już dłuższą chwilę niezręczne milczenie.

— Spięłaś się — zauważył. — Stało się coś? Powiedziałem coś nietaktownego?

— Nie, nie martw się, ja tylko... zamyśliłam się. W-wybacz —zająknęłam się nerwowo.

— Przecież widzę, że coś cię gryzie — zaśmiał się lekko, a na jego twarzy zakwitł pokrzepiający uśmiech. — Możesz mi zaufać, Gardienne. Czasami warto się przed kimś nieco otworzyć.

Zawsze odczuwałam skrępowanie podobnymi sytuacjami. Nie lubiłam mówić o swoich uczuciach, nawet, gdybym miała potem poczuć się lepiej. Kiedy byłam nastolatką, moim powiernikiem bywał zielnik — oddawałam część siebie ukochanej przez siebie pracy, przy tym interesując się znaczeniem poszczególnych roślin. Tworzyłam nieraz kompozycje z poszczególnych kwiatów czy ich liści, charakteryzując w ten sposób mój humor. Kiedy jednak dorosłam, nauczyłam się samodzielnie radzić z emocjami. Nigdy nie czułam potrzeby opowiadania o nich innym ludziom, nawet tym najbliższym.

Takie słowa postawiły mnie więc pod ścianę. Gdybym odmówiła, Leiftan uznałby to za brak zaufania. Nie chciałam i nie mogłam jednak już teraz mu się zwierzać, nawet, jeśli paradoksalnie kusiła mnie wizja ulegnięcia i opowiedzenia wszystkiego, co ostatnio leżało mi na sercu. W istocie, wiele rzeczy nie dawało mi aktualnie spokoju. Potrzebowałam więc wiarygodnej wymówki. W ekspresowym tempie zaczęłam szukać takowej, dzięki której udałoby mi się zgrabnie uniknąć poruszania niewygodnych tematów. Na szczęście dość szybko przyszedł mi do głowy idealny pomysł.

— Tak... masz rację. Kiedy przygotowywałam eliksir z Ezarelem, nasza rozmowa zeszła na temat mojej rasy. Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nie wiem nic na temat mojej sytuacji, jako człowieka wśród faelien i faeries. Nie daje mi to spokoju — miałam nadzieję, że okażę się wystarczająco przekonująca.

— Och, oczywiście. Wydaje mi się to uzasadnione, tym bardziej, że nie pomyśleliśmy wcześniej o wytłumaczeniu ci całej sytuacji. Przykro mi, że z naszej winy musiałaś się tym zadręczać. Pozwól, że teraz nadrobię te ogromne zaległości. Opowiem ci tyle, ile tylko wiem na ten temat. Postaram się nakreślić temat dość przejrzyście, ale w razie wątpliwości nie wahaj się pytać.

* * *


Leiftan opowiadał historię ludzi w Eldaryi z takim zaangażowaniem i pasją, że mnie samej stuprocentowo się ono udzieliło. W ten sposób zupełnie straciłam poczucie czasu i nawet nie zauważyłam, kiedy skończyłam jeść. Koniec końców, nawet ucieszył mnie przebieg tego spotkania — spędziłam czas w miłym towarzystwie, nie zostałam przymuszona do osobistej rozmowy, a nawet dowiedziałam się znacznie więcej o otaczającym mnie świecie. Co prawda wiele opowieści już znałam dzięki częstym wizytom w bibliotece, jednak niektóre kwestii szczerze mnie zaciekawiły. Nie spodziewałam się również, że lorialet ma tak rozległą wiedzę na temat życia ludzkiej rasy nie tylko w danych regionach, ale także podczas poszczególnych epok. Odruchowo zanotowałam w myślach, że historia najwidoczniej była jego konikiem.

— Bardzo nie chciałbym cię poganiać, ani tym bardziej przerywać tej rozmowy, ale zrobiło się późno. Szybko mija nam razem czas, nawet nie przypuszczałbym, że spędziliśmy razem już blisko trzy godziny — zerknął na zegarek, który nosił na przedramieniu. — Nie wiem, na jaką godzinę umówiłaś się z Ezarelem, jednak słońce już dawno zaszło, a ten wspominał mi, że eliksir ma silniejsze działanie, jeżeli zostanie spożyty na długo przed północą. Nie zostało znowuż zbyt wiele czasu, dlatego chyba lepiej będzie, jeśli stawisz się w laboratorium już teraz. Zaniosę twoją tacę, nie przejmuj się. Powinniśmy częściej jadać razem posiłki, przyjemnie jest spędzać czas w takim miłym towarzystwie — uśmiechnął się serdecznie, ukazując przy tym rząd perłowych zębów.

— Właśnie uwiadomiłeś mi, że nie umówiłam się z nim nawet na konkretną godzinę. Świetnie, znając Ezarela i jego punktualność, jestem już dawno martwa — zakwiliłam, ubolewając głośno nad swoim losem. Pospiesznie pożegnałam się z lorialetem, po czym prawie że biegiem opuściłam stołówkę, niemal potykając się o własne nogi.

Kiedy po kilku dłużących się w nieskończoność minutach przemierzyłam dystans dzielący mnie od laboratorium alchemii, nie pomyślałam nawet o tym, by zapukać do drzwi. Miałam szczęście, gdyż w normalnych okolicznościach dostałabym sporą reprymendę od pewnego elfa. Tym razem jednak drzwi ani drgnęły, kiedy pociągnęłam z całej siły za klamkę. Miałam pewne obawy, czy tym nagłym ruchem przypadkiem nie uszkodziłam zamka, jednak zbytnio się tym nie przejęłam. Bardziej zaabsorbował mnie sam fakt nieobecności elfa.

Gdzie mógł się o tej porze podziewać? — zachodziłam w głowę. Moja irytacja po raz kolejny tego dnia sięgała zenitu, jednak teraz jej obiektem byłam ja sama. Jak mogłam przegapić tak istotny szczegół jak termin spotkania? Chyba tylko ja byłam do tego zdolna, choć Ezarel też nie pozostawał bez winy. Jednak to ja traciłam przez to swój czas, który mogłabym spędzić w swoim pokoju. Usiadłam po turecku pod ścianą, odpływając myślami do jednej z książek o tutejszym ziołolecznictwie, którą ostatnio pożyczyła mi Ykhar. Przyszła mi nagła ochota na dokończenie lektury przy kubku ciepłej herbaty, w akompaniamencie błogiej ciszy i spokoju.

Przez moje zamyślenie nawet nie zauważyłam, kiedy wyrosła przede mną ściana. Zamrugałam kilkukrotnie, by wreszcie zrozumieć, że było to ogromne popiersie pewnego dobrze znanego mi kamiennego zwierzątka. Kiedy siedziałam na podłodze, mój chowaniec przewyższał mnie o kilka cali.

— Valkyon, ale urosłeś! Wreszcie wróciłeś z poszukiwań. Masz coś dla mnie ciekawego? — Spróbowałam podrapać go za uchem, tak, aby nie połamać sobie przy okazji paznokci. Grookhan jednak odsunął się ode mnie, warcząc ostrzegawczo. Od razu zorientowałam się, że coś jest nie tak. Zwierzątko obróciło główkę, nie spuszczając ze mnie wzroku. Następnie wykonało kilka kroków wzdłuż korytarza prowadzącego w stronę pokojów podrzędnych strażników, nieustannie warcząc.

— Mój pokój? Co z nim nie tak? Ktoś w nim jest? — łudziłam się, że Valkyon jakimś cudem mógłby zrozumieć moje pytanie. Słyszałam ostatnio, że niektóre gatunki chowańców dość dobrze rozumieją naszą mowę. Nie sądziłam co prawda, żeby mój nieszczególnie bystry pupil posiadał takową zdolność, jednak nie zaszkodziło spróbować. Niestety nie udało mi się wykrzesać z niego żadnej odpowiedzi czy szczególnej reakcji na moje słowa. Kamienny potwór podskoczył jedynie kilka razy w miejscu, jeżąc się i warcząc, przy czym nieustannie spoglądał w jednym kierunku.

Jednoosobowe przedstawienie z moim chowańcem w roli głównej przerwały jednak kroki dochodzące z okolic kuźni. Zza zakrętu wyłonił się Ezarel, obracając brelok z kluczami na palcu.

— Och, ty już tutaj? Wysłałem mojego chowańca po ciebie, ale widzę, że kto inny go wyprzedził — spojrzał krytycznie na hałasującego Valkyona, który teraz zaczął szarpać mnie swoimi kamiennymi zębiskami za rąbek spódnicy, nerwowo popiskując (choć w jego przypadku brzmiało to raczej jak skrzypienie nienaoliwionych zawiasów).

Elf otworzył drzwi, jako pierwszy wchodząc do pomieszczenia. Gestem wskazał mi, abym podążyła za nim, jednak gdy tylko zrobiłam kilka kroków w jego stronę, poddenerwowana góra kamieni szarpnęła mocno za moją spódnicę, ciągnąc mnie w przeciwnym kierunku. Przez chwilę siłowałam się z moim chowańcem, jednak ten nie chciał dać za wygraną.

— Zamierzasz wchodzić, czy czekać do kolejnej pełni? — westchnął zniecierpliwiony Ezarel, wychylając głowę poza laboratorium. — Nie umiesz zapanować nad własnym chowańcem?

— Valkyon, posłuchaj mnie uważnie. Zostań tutaj, za godzinę do ciebie wrócę, nie ruszaj się nawet o krok. Jak przyjdę, pójdziemy do lecznicy, a miły pan Purreru da ci eliksir na uspokojenie. — Uścisk szczęk na materiale mojego ubrania się poluzował, co szybko wykorzystałam, odgarniając pogryzioną falbanę do tyłu. — Ani kroku, jasne?

Ledwo to powiedziałam, a zwierzątko poderwało się z miejsca i z niewyobrażalnym hałasem pobiegło przed siebie. Nie wiedziałam, co się z nim działo, jednak nie bałam się zbytnio o niego. Może nie był najlotniejszy, jednak nigdy nie zdarzyło mu się zgubić poza Kwaterą, a nie miał też w zwyczaju chorować czy ponosić kontuzji. Nigdy nie domagał się ode mnie większej uwagi, na co nieraz zdarzało mi się nawet narzekać — miałam ciche nadzieje, że przyjęcie pod opiekę żywego stworzenia sprawi, że w końcu poczuję się potrzebna w tym dziwnym świecie. Może i przyniosłoby to podobny skutek, gdyby Valkyon faktycznie potrzebował we mnie oparcia. Tymczasem zadziwiał mnie on coraz bardziej, z każdą kolejną chwilą. Był na swój sposób wyjątkowy, a ja przyłapywałam się na tym, że odczuwałam z tego powodu dumę. Wiedziałam niestety, że nawet, gdyby mój mały potwór zamierzał stanąć między mną a powrotem na Ziemię, nic by mnie od tego nie powstrzymało. 

Wzdychając, przekroczyłam próg sali alchemicznej. W pomieszczeniu jak zwykle unosiła się dobrze znana mi mieszanka woni nowych pergaminów i chemikaliów.

— Nareszcie. Już myślałem, że będziesz musiała przywlec tą kupę złomu ze sobą. Na treningach Obsydianu też nie daje ci spokoju? Musi to dość mocno zaburzać porządek, a podobno panuje tam cholerna dyscyplina — nie byłby sobą, gdyby darował sobie robienie aluzji na temat doboru imienia mojego pupila.

— Jeszcze nie zdążyłam się co do tego przekonać, ale wiem już, że jego zastępca lubuje się w tego typu przedstawieniach. Nie sądzę, żeby dotarły do ciebie najświeższe ploteczki o moim zasłabnięciu na treningu, ale...

— Mówisz o tym, że chłopiec w wieku dojrzewania przeciągnął ciebie, dorosłą kobietę, po ziemi, niczym jakąś szmacianą lalkę? — obdarzył mnie chyba najbardziej pobłażliwym spojrzeniem, jakie kiedykolwiek dane mi było zobaczyć.

— Może byłabym silniejsza, gdybyś zatroszczył się o załatwienie swoim strażnikom podstawowych treningów wytrzymałościowych — próbowałam wbić mu szpilkę. — Ktoś mi podszepnął, że twoim obowiązkiem jako szefa straży jest nie tylko wyszkolenie rekrutów w swojej dziedzinie, ale też przystosowanie ich do obrony zarówno samych siebie, jak i całej kwatery w nagłej sytuacji.

— A ja chciałbym przypomnieć, że samoobrona leży w twoim własnym interesie i powinnaś była już wcześniej poprosić Jamona albo Camerię o dodatkowe treningi. Na czym ja to... Ach, tak. Możesz wreszcie wypić ten eliksir? Nie ma sensu tak przeciągać tego spotkania, ty musisz lecieć do swojego chowańca, a ja do swojego łóżka. — Niespodziewanie wcisnął mi buteleczkę ze srebrzystym eliksirem do ręki.

— Tak po prostu? — zamrugałam zdziwiona, patrząc z niewyjaśnionym, narastającym niepokojem na trzymaną w dłoni fiolkę. — Nie muszę medytować, oczyszczać umysłu ani  intonować dziwnych zaklęć?

— Jeszcze ci tego mało? — zaśmiał się pod nosem. Musiało to wyglądać z jego perspektywy komicznie. — To tylko ostatni etap, czysta formalność. Jedyny warunek to pora zażycia eliksiru, a teraz jest na to idealny moment.

Trzęsącymi się rękoma odkorkowałam buteleczkę i duszkiem wypiłam jej zawartość.

I wtedy zaczęły się schody.

* * *



Nie zrozumiałam, jak i kiedy znalazłam się na zimnych kafelkach. Nerwowo odkrztuszając własną ślinę, nie mogłam przyzwyczaić się do tego, że cały świat wokół mnie zdawał się wirować i emitować różnobarwne światełka.

  Wszystko potoczyło się zbyt szybko — od razu po opróżnieniu fiolki z eliksirem zaobserwowałam dziwne uczucie oderwania ciała od duszy, choć przecież wyraźnie czułam na swoim karku obecność zimnego potu. Mimo, że obserwowałam swoje upadające ciało z zupełnie innej, niematerialnej perspektywy, czułam każdy odbierany przez nie bodziec. I w końcu nie wiedziałam już, gdzie znajduję się prawdziwa ja. Nie mogłam też nigdzie zlokalizować Ezarela. Otoczyły mnie zamiast tego przeróżne ludzkie cienie, przerażająco puste, ale przy tym kuszące swoją paradoksalnie błyszczącą poświatą. Rozpoznawałam wśród nich znajome sylwetki, choć nie mogłam przypisać ich do konkretnych osób. Miałam ochotę ich dotknąć, poczuć, jak pochłania mnie ich ciepły blask, jednak w moim obecnym stanie wydawało się to być niemożliwe. Każdy jeden kształt każdą z kolejną chwilą rozpadał się w drobny mak, co przyprawiało mnie o narastający ból całego ciała. Otaczających mnie świateł było co raz mniej, by wreszcie zupełnie mnie opuściły. Zapragnęłam krzyknąć, żeby wróciły, nie zostawiały mnie samej w tym upiornym stanie nieświadomości.

Ale wtedy wreszcie wróciłam, by teraz czuć się zupełnie skołowana. Czy tak to wszystko miało wyglądać po zażyciu elksiru? Co działo się naprawdę, a co było jedynie wytworem mojej wyobraźni czy nieuzasadnionego lęku przed niepowodzeniem?

Z tego wszystkiego nie zwróciłam nawet uwagi na to, że wciąż klęczałam na podłodze... wtulona w tors elfa. Ezarel nieustannie klepał mnie po plecach, pomagając odkrztuszać ciecz.

—  To nie miało szans się nie udać, cholera jasna! — chyba nieświadomie warknął mi to prosto do ucha, głosem przepełnionym goryczą.

— Au...hrr..ć — wycharczałam, wciąż zanosząc się paskudnym kaszlem. Miałam wrażenie, że zaraz albo zaduszę się na śmierć, albo wypluję własne płuca. Jeszcze przez dłuższą chwilę nie mogłam doprowadzić się do porządku, jednak kiedy tylko poczułam się odrobinę lepiej, wszelki dolegliwości zniknęły i byłam w stanie samodzielnie podnieść się z podłogi.

— Ja... Czy to było zamierzone? Takie są skutki podania Eliksiru Ukrycia? — zadałam pytanie, jednak alchemik zdawał się mnie nie słuchać. Zerwał się na równe nogi i zaczął chodzić dookoła laboratorium, najwyraźniej nad czymś się nerwowo zastanawiając. Wtem niespodziewanie dla mnie, złapał mnie za ramiona i przyszpilił do ściany.

— Majstrowałaś przy składnikach? — zapytał rzeczowo, patrząc mi prosto w oczy. Ledwo widocznie pokręciłam głową, nie odwracając wzroku.

Czy miało to związek z podmienieniem przeze mnie podejrzanie wyglądającej wody? Nawet, jeśli tak było, wolałam się nie przyznawać do szperania w jego rzeczach osobistych. To zapewne lekkomyślne zagranie z mojej strony, ale nie chciałam jeszcze bardziej nadszarpywać jego już wątpliwego zaufania wobec mnie.

— Jesteś pewna? — lustrował mnie spojrzeniem, próbując wyczytać z mojej twarzy jakąkolwiek oznakę kłamstwa. Nigdy nie byłam zbyt dobra w ukrywaniu prawy, toteż sama zdziwiłam się, że nie rozpoznał w moich oczach zdradzieckiej iskierki fałszu.

— Stuprocentowo. Masz jakiś pomysł, co mogło się ze mną przed chwilą dziać? — zapytałam drżącym głosem. Na te słowa odsunął się, na nowo pogrążając się we własnych myślach.

— Czy mam pomysł? — zaśmiał się gorzko, żywo gestykulując. — Oczywiście, że mam pomysły. Albo pokręciłaś inkantację, albo nie skupiłaś się wystarczająco. Lepsze byłoby zapytanie, jakie to może nieść za sobą konsekwencje. Przecież eliksiry to nie zabawa, mówiłem ci to setki razy! Musimy dowiedzieć się, co spartaczyliśmy, żeby cokolwiek wywnioskować. Skąd mam wiedzieć, co ci się może stać, jeśli nie mamy pojęcia, co poszło źle? Nie wiem nawet, czy traktować to jako lukę w planie, czy osobistą porażkę — miałam wrażenie, że mówił bardziej do siebie, niż do mnie. — Cholera jasna. Idę do Miiko. A ty ze mną, natychmiast. Może po drodze wpadniemy na Ewelein, ale to i tak nieistotne. I tak nie może nic teraz zrobić oprócz zbadania cię. W tej chwili najważniejsze jest, żeby ustalić cholerne szczegóły.

Pociągnął mnie za rękę, wyprowadzając na pogrążony w półmroku korytarz. Nie pofatygował się nawet, żeby zamknąć za sobą drzwi  laboratorium— sytuacja wydawała się być naprawdę poważna i niecierpiąca zwłoki. Moją uwagę jednak skupiła zupełnie inna, nie mniej niepokojąca sprawa.

Widoczne z mojej perspektywy drzwi do pokoju były otwarte na oścież, a z pomieszczenia wydobywała się wiązka mocnego, liliowego światła. Tuż przed wejściem jeżył się mój ukochany Grookhan, warcząc na coś lub na kogoś, kto ewidentnie znajdował się w środku.

Chyba tej nocy również nie było mi dane przespać.

* * *

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (22-01-2020 o 20h23)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#14 17-11-2019 o 19h22

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Spóźnieniami się nie przejmuj, bo ja ze swoim opkiem mam to samo — obiecuję sobie, że w ciągu miesiąca dodam nowy i nic z tego nie wychodzi :<<< Smutne to, ale cóż.
A zaglądać tu będę, już ty się nie martw!

„Wydawał się być nienaturalnie zrównoważony na tle pogrążonej w odwiecznym chaosie Kwatery” — znakomity pis Leiftana!

„— Wydaje mi się, czy  wy naprawdę za sobą nie przepadacie?” — dobra jest z tą bezpośredniością XDDD

Mam do ciebie malutką uwagę dotyczącą tego, o czym już wcześniej ci pisałam — opisów. Kiedy Ez rozmawia z Leifem, z twoich opisów nie za bardzo wynika, że te wypowiedzi są oschłe — czytelnik dowiaduje się o tym dopiero w momencie, w którym bohaterka wprost to zauważa. I tego właśnie brakło, ponieważ czytelnik też powinien mieć to nakreślone. Ale to taka drobnostka ;]

Welp, Leif też nie odstaje w kwestii bezpośredniości xd

O rany, ale głupiutka jest ta panienka. Mam nadzieję, że pomieszanie składników szybko pokaże swoje niepożądane skutki — tak dla zasady, by zrozumiała, że ta podmianka była bardzo nierozsądna.

Świetny odcinek, czekam więc na resztę i pozdrawiam! ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#15 17-11-2019 o 21h29

Straż Obsydianu
Sharessa
Rekrut
Sharessa
...
Wiadomości: 73

Witam serdecznie.
Chciałam tylko zaznaczyć swoją obecność i potwierdzić, że nadal chętnie zaglądam i z zaciekawieniem czytam Twoje opowiadanie. Nigdy nie byłam dobra w zostawianiu komentarzy, dlatego rzadko zostawiam po sobie ślad.
Życzę dużo weny i natchnienia oraz pomysłów. Pozdrawiam gorąco i obiecuję nadal zaglądać /static/img/forum/smilies/tongue.png

Offline

#16 17-12-2019 o 23h46

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

Dziewczyny, jak zwykle bardzo dziękuję za opinie i wskazówki <3
Tymczasem mi udało się naskrobać kolejną część opowiadania!Choć co prawda jak zwykle po ponad miesiącu :"D
Skorzystam jeszcze z okazji, żeby życzyć wszystkim udanych Świąt Bożego Narodzenia i dużo pomyślności w nowym roku.


08. Fioletowe Irysy, cz. 1

GARDIENNE


— Ez... Mój pokój — ścisnęłam lekko jego dłoń, by zwrócić uwagę na swoje słowa. Elf pokręcił głową z niedowierzaniem, wpatrując się w otępieniu w uchylone drzwi do wspomnianego pomieszczenia. Chwilę później potrząsnął głową i śmiejąc się gorzko pod nosem pokierował się w przeciwną stronę. — Ez, wracajmy. Tam ktoś był, jestem pewna! — próbowałam wyrwać rękę z jego silnego uścisku.

— Jak myślisz, co powinno być teraz ważniejsze? Sprawdzenie, czy w twoim pokoju nie zalęgła się rodzinka świetlików, czy uratowanie ci życia, które może wisieć na włosku?— Krzyknął jadowicie, nawet na mnie nie zerkając. Pędziliśmy teraz z zawrotną prędkością po obitych czerwonym pluszem schodach, więc musiałam patrzeć uważnie pod nogi, żeby nie nabawić się jeszcze powypadkowego wstrząśnienia mózgu. Nie odpowiedziałam mu na jego zarzuty, nadal otumaniona szałem, w jaki zdawał się wpaść. — Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, że może teraz wydarzyć się z tobą cokolwiek? Nie powinno cię to choć trochę interesować?

Przyznałam mu w duchu rację, wyklinając swój brak odpowiedzialności, zupełnie do mnie niepodobny. W takich sytuacjach zwykle byłam pierwsza do panikowania, podczas, gdy teraz zdawało się spływać to po mnie jak po kaczce.

— Wyślę kogoś z Cienia, kto tylko się napatoczy, żeby przeszukał twój pokój. Cholera jasna, ty nie masz na to teraz czasu. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że to nie włamanie, a Ashkore nie urządził sobie z twojego pokoju stacji przesiadkowej. — Warknął, kiedy znaleźliśmy się już pod drzwiami do sali kryształu. Lustrował mnie widocznie sfrustrowanym spojrzeniem zielonych oczu. — Natomiast nadal nie jest to coś, co ma cię teraz interesować. Teraz masz tylko próbować utrzymać się we względnej przytomności, dopóki nie zbierzemy wszystkich informacji i nie ustalimy, co spaprałaś.

Bez ostrzeżenia pociągnął za bogato zdobioną klamkę, sprawiając, że opierająca się o nie od wewnątrz osoba niemal runęła na ziemię, momentalnie tracąc równowagę. Ezarel brnął jednak przed siebie, nie zwracając uwagi na zduszony jęk i przekleństwa dosłownie zwalonego z nóg Gregora. Przeszło mi przez myśl, że być może gdyby był to ktoś inny, znalazłby kilka sekund na wycharczenie w pośpiechu choćby zdawkowych przeprosin w jego kierunku. Szybko odwróciło się to przeciwko nam, ponieważ chłopak ponownie stanął o własnych siłach i wyprzedzając nas z lekka, stanął tuż przed elfem.

— Jesteśmy w trakcie poufnych obrad — jego chłodny ton był wystarczająco sugestywny. Równie dobrze mógłby powiedzieć, że towarzystwo starszego chłopaka jest tu co najmniej niepożądane. Rozejrzałam się po sali, która aktualnie była okupywana przez moich nowych znajomych ze straży Obsydianu. Najwidoczniej odbywało się tam jakieś spotkanie organizacyjne, z którego z jakichś powodów zostałam odgórnie wykluczona. Dotarło do mnie, że może Gregor nie tyle co chciał wyprosić Ezarela, a mnie.

— Byliście — warknął lekceważąco, najzwyczajniej w świecie go wymijając. — Rozejść się, rozejść wszyscy. Natychmiastowo, rozkazuję wam jako członek Lśniącej Straży. — W sali rozległy się wszechobecne szmery, spowodowane nagłym przerwaniem obrad. — Wynocha, k*rwa. Muszę natychmiastowo porozmawiać z Miiko, na osobności.

— Co to za wrzaski? Gregor, miałeś upilnować, żeby byli cicho, kładłam się spa.. — Miiko uchyliła drzwi przylegającej do Sali Kryształu komnaty, która podobno była jej pokojem. Urwała, zauważając naszą dwójkę. W jej oczach błysnęła nagła panika. — Cholera... Ezarel, Gardienne? Co wam się stało?

— Komplikacje. Musimy porozmawiać, sami — krzyczał z wyraźnie narastającym zdenerwowaniem.

— Nie ma opcji, byliśmy tu pierwsi. Nie wygonicie nas stąd tak po prostu, poczekajcie, aż skończymy — Gregor najwidoczniej uznał ten moment jako idealny na zabawę w przedszkolne przepychanki.

— Posłuchaj mnie, cholera jasna, uważnie. Nasze sprawy nie są równoważne z problemami z zakupem nowych figurek do gry w shoggi, więc raczcie zejść nam uprzejmie z drogi, zanim Jamon wyniesie stąd każdą poszczególną jednostkę. Zrozumiano? Jeśli po drodze spotkacie Leiftana, Valkyona lub Nevrę, macie natychmiastowo powiadomi ich o pilnym zebraniu, chyba, że Taenmil zdąży zrobić to przed wami — odwrócił się do chłopca plecami, chwilę później przykładając do ust dwa smukłe palce. Moich uszu dobiegł przeszywający świst, a chwilę później zaskoczył mnie trzepot śnieżnobiałych skrzydeł. Miałam wrażenie, że postura łabędziego chowańca, który właśnie usadowił się na ramieniu elfa jest mi dziwnie znajoma. Nie mogłam odrzucić od siebie myśli, że faktycznie może być to mój pierwszy, poznany jeszcze w zimnych lochach sojusznik. Błyszczące pióra szybko jednak rozpłynęły się w bezkształtną plamę, kiedy spróbowałam skupić na nich swój  wzrok. Jeszcze nie tak dawno byłam pewna, że nic mi nie grozi, teraz jednak z chwili na chwilę dostrzegałam u siebie coraz to różniejsze objawy zatrucia eliksirem. Trudno było powiedzieć, które ze skutków ubocznych były spowodowane faktycznym działaniem mikstury, a co nasunęło się przez drzemiące we mnie zalążki hipochondrii.

Błabądek bądź nie Błabądek, wystarczająco skutecznie odwrócił moją uwagę od ciągle narastającej wrzawy. Miiko w tym czasie była na skraju łez, jednak nie dawała za wygraną. Dziwiło mnie, że mimo rzekomego pośpiechu nie mogła porozmawiać ze Strażą w jej komnatach, które przecież znajdowały się tuż za bocznymi drzwiami. Aż tak ceniła swoją prywatność, czy też miała coś do ukrycia?

— Gregor, wyjdź, proszę. Błagam cię, odpuść tym razem — wpatrywała się w moją twarz z szaleńczym wręcz uporem, jakby spodziewała się, że lada moment mój ciężki nieco oddech zupełnie się urwie. Jej głos drżał. Przerażał mnie fakt, że wszyscy dookoła zdają się przejmować mną bardziej, niż ja sama. Może było to jednak spowodowane silnym, nieuzasadnionym przeczuciem, że mimo wszystko wyjdę z tego cało. — Wyjdź stąd, błagam, zanim spalę cię, na Wyrocznię, żywcem!

Nie byłam pewna przez wszechobecne mroczki, ale wydawało mi się, że chłopak po prostu splunął na bogato zdobione, pokryte perłową masą kafelki.

— Idziemy, chłopaki. Dokończymy kiedy indziej. — Owych "chłopaków" w sali nie pozostało już zbyt wielu. Większa część grupy opuściła pomieszczenie sama, niezachęcona wizją konfliktu z samą szefową. Pozostali skorzystali z oferty eskorty Jamona.

Ezarel głośno odetchnął, kiedy hałaśliwy Obsydianin i jego koleżkowie opuścili wreszcie salę, a dookoła zapanowała błoga, choć w istocie krótkotrwała cisza.

— Od razu gadaj, co się dzieje. Straciliśmy już wystarczająco dużo czasu na kretyńskie przepychanki — warknęła lisica, na mój gust zdecydowanie zbyt stanowczym tonem. Brzmiało to, jakby chciała zarzucić mnie czy też Ezowi prowokację poprzedniego konfliktu.

— Problem w tym, że nikt naprawdę nic nie wie. Przygotowałem składniki tak, jak należało, ze stuprocentową pewnością. Tego nawet nie dało się szczególnie zepsuć, jeśli chodzi o technikę.

— Jeśli ty jesteś tego pewien, to co ja mam powiedzieć? Nie jestem alchemiczką, może Ewe coś poradzi — przyznałam jej w myślach rację, w końcu elfka miała naprawdę niesamowite zdolności. Jeśli ktoś mógł coś zaradzić, to tylko ona.

— Cholera, nawet o to mi nie chodzi. Ewe nie będzie wiedziała, na co ją leczyć, jeśli nie znamy przyczyn. Nie wiemy też, czy eliksir w ogóle zadziałał, a podanie go drugi raz byłoby piekielnie niebezpieczne. Może problem tkwił nie w eliksirze, ale w fakcie, że podaliśmy go człowiekowi.

— Sugerujesz, że tego typu eliksiry ingerują głównie w cząstki krwi faery? To zdawałoby się dość logiczne, ale nadal nie wiemy, co mamy robić teraz. Można by było zaryzykować leczenie w tym kierunku, ale przecież nie musimy mieć racji.

— Jak już z tego wybrniemy, dobrze by było spróbować znaleźć jej jakąś bezpieczniejszą rasę. Nevra na pewno chętnie nadwyręży dla nas swoje kły. Gdzie on w ogóle jest? Wysłałem po niego Taenmila, powinien się już pojawić — westchnął głośno, męczeńskim tonem.

— Obawiam się, że jego obecność za wiele by nie zmienił — oschle ucięła Miiko. — Warto sprawdzić bibliotekę, może to jakaś częstsza dolegliwość.

— Przestudiowałem wcześniej kilka rozdziałów poświęconych eliksirowi w dostępnych księgach, ale nigdzie nie odnotowano takiego przypadku. Przecież nikt nie kombinuje ze znanymi już przepisami na takiej płaszczyźnie, to nie zabawa w laboratorium małego chemika, a eksperymenty na żywym obiekcie. A ludziom z reguły niczego nie podawano, bo nie było ich nawet w Eldaryi.

— Nadzorowałeś cały proces? — lustrowała go świdrującym spojrzeniem, a przynajmniej tak mi się wydawało; wszechobecne mroczki przed oczami skutecznie utrudniały mi widzenie.

— Sama dodawała tylko kilka mniej wymagających składników, kiedy wyszedłem na zebranie.

Uwaga ich dwojga zwróciła się teraz na mnie, co nieszczególnie mi odpowiadało. Szczególnie, że ich głosy pobrzmiewały szumami w mojej głowie, a twarze pokrywały się kolorowymi plamami. Wolałam jednak nie zwracać ich zainteresowania na siebie i swój stan, z nie do końca zrozumiałych przez samą siebie powodów.

Wciąż towarzyszyło mi uczucie zapamiętane z laboratorium — czułam się nie do końca sobą w swoim ciele. Zdawało się, jakbym była słabym duchem kontrolowanym przez przeważającą nade mną mocą. Wróciłam myślami do wydarzeń sprzed jakichś dwudziestu godzin, odnosząc wrażenie, jakby to wszystko trwało od incydentu z odnalezionym w lesie zielnikiem. Podejmowałam od tego czasu same sprzeczne z samą sobą decyzje, czując jednak, że czynię dobrze postępując w ten sposób.

— Powiedz, że nie zrobiłaś niczego głupiego — damskie ramiona delikatnie mną potrząsnęły. — Nie zapomniałaś o jakimś składniku? Nie dodałaś czegoś za dużo ani za mało? Nie powinieneś zostawiać jej samej, przecież dopiero się uczy — rzuciła przez ramię.

Głos momentalnie ugrzązł mi w gardle, jednak Ezarel uprzedził mnie z odpowiedzią.  Ucieszyłam się, że nieświadomie uratował mnie od uczestnictwa w rozmowie.

— Jaki miałaby mieć problem z wrzuceniem do kotła pięciu rzeczy na krzyż? Poza tym, nie wierzę, że to mówię, ale to jedna z lepiej zapowiadających się rekrutów. Choć... może się pomyliłem? — mój entuzjazm zgasł, kiedy oczywistym stało się, że próbował sprowokować  mnie do udzielenia bardziej emocjonalnej odpowiedzi.

— Moż... możliwe. W mojej nowej straży na szczęście nikogo raczej nie zawiodę. — Brak oczekiwań wiązał się poniekąd z brakiem rozczarowania po kolejnych porażkach. Dopiero teraz dotarło do mnie, jak słaby i drżący był mój głos. Przyłożyłam dwa palce do szyi, wyszukując odpowiednie miejsce do sprawdzenia tętna.  W duchu dziękowałam rektorowi wydziału z mojej ziemskiej uczelni, który zdecydował się przeprowadzić z naszym rocznikiem zajęcia z podstawowej wiedzy medycznej. Może samym sprawdzeniem pulsu nie uratowałabym niczyjego życia, ale dało mi to pewno wskazówki dotyczące mojego stanu. A był on dość specyficzny — nie musiałam być lekarzem, aby stwierdzić, że moje serce bije zdecydowanie zbyt wolno, szczególnie w obecności narastającego stresu.

— Nie odpowiedziałaś na moje pytanie — Miiko prychnęła, uważnie obserwując moje ruchy.

Problem leżał w fakcie, że nie znałam na nie odpowiedzi. Sama nie wiedziałam już, czy zrobiłam coś nie tak. Przecież podmienienie fiolki ze zwykłą wodą na świeższy egzemplarz nie mogło przynieść aż takich rezultatów. A może to nie była woda? — Przemknęło mi przez myśl, jednak szybko odrzuciłam wszelkie wątpliwości. Ezarel nie pomyliłby wody z niczym innym, więc musiałby mieć w tym jakiś cel. Oczywistym jednak faktem było, że Straż ma wobec mnie raczej neutralne stosunki i nie zatajałaby przede mną niczego, co mogłoby zagrozić mojemu życiu. Wina musiała leżeć w jakiejś wyższej sile.

W tym momencie do sali weszła dwójka młodych, roześmianych przywódców Straży. Nevra otwierał już usta, zapewne chcąc poznać powód tego nagłego wezwania. Zabawnie wyglądał z wargami zastygłymi na kształt litery "O", kiedy to Miiko uprzedziła jego niezadane pytanie. Żałowałam, że nie mogłam zobaczyć ego wyraźniej.

— Gardienne dziwnie zareagowała na ten eliksir, nie wiemy, co poszło nie tak — pozorowała znudzenie tematem, jednak drżenie jej głosy zdradzało przejęcie i niepokój.

Może jednak mimo wszystko powinnam przerwać im i wszystko powiedzieć? Choć gula nabrzmiała w moim gardle skutecznie uniemożliwiała mi wykrztuszenie z siebie czegokolwiek, była to jedynie zgrabna wymówka przed własnym sumieniem.

— A nie może po prostu go zwrócić, i będzie po kłopocie? — Nevra wyszczerzył zęby w głupawym uśmiechu, lewą ręką drapiąc się nerwowo po karku. Odniosłam wrażenie, że stresował go jego własny brak wiedzy w dziedzinie alchemii. Nie znałam go dobrze, jednak zdążyłam już zauważyć, że podobnymi zachowaniami starał się zamaskować zakłopotanie. — Po co wszystko komplikować?

— Na Wyrocznię, Nevra. Przecież on ingeruje przede wszystkim w umysł. To nic by nie dało, a co najwyżej wszystko pogorszyło, gdyby zatrzymało jego postępowanie na pewnym etapie. Musimy albo dać temu działać do końca z niewiadomym skutkiem, albo w jakiś sposób całkowicie odwrócić jego działanie.

— Nie znam się na tym, tylko zapytałem — fuknął, niby obrażony. W jego głosie pobrzmiewało jednak rozbawienie, a na ustach błąkał się uśmiech — Skoro utknęliście w martwym punkcie, to wielki pan znawca chyba też nie ma żadnego rozwiązania.

Cichy odgłos ponownego otwierania drzwi na szczęście w porę przerwał rozmowę, zanim Ezarel zdążyłby zdecydowanie mniej przyjemnie odpowiedzieć przyjacielowi. Tego typu przekomarzanki tylko umacniały mnie w przekonaniu, że więź między nimi była naprawdę silna, jednak w tym momencie byłyby one co najmniej niepożądane.

— Witaj, Mii. Mam wszystko, o co mnie poprosiłaś. Zaniosę fiolki do twojego po... — Ewelein, która dotąd ze stukotem niewysokich szpilek szybko stąpała po oszklonej podłodze, zamarła w bezruchu. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z naszej obecności. — C-co wy tu robicie? Nie miało was tu być na warcie, sprawdzałam w ogólnym terminarzu.

— Ech, Ewe... Jakby to ująć... — Miiko spuściła wzrok z niespotykanym u niej zakłopotaniem. Po chwili ciszy oczywistym stało się, że nie miała zamiaru kończyć swojej wypowiedzi.

Elfka przyglądała się to nam, to lisicy, próbując rozszyfrować, co właśnie się działo.

— Nie mówicie mi o czymś — westchnęła.

Czy wszyscy zamierzali milczeć? Dlaczego? Nie rozumiałam ich zachowania, jednak pewne było, że nie mogę pozwolić na brak reakcji. Chodziło o moje życie, a przebadanie przez lekarkę mogło być dość kluczowe.
Tym razem wreszcie przemówił przeze mnie zdrowy rozsądek — postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.

— Wypiłam eliksir, który nie zadziałał tak, jak powinien. Nie mamy pojęcia, co mogło to spowodować. — Spodziewana reakcja była natychmiastowa. Ewelein z wrażenia upuściła pełną apteczkę trzymaną w dłoniach.

— Słucham? Dlaczego od razu nie przyszliście z tym co mnie? — Odruchowo przyłożyła mi rękę do czoła, prowizorycznie badając temperaturę ciała. — Jakie są objawy, co się dzieje?

— Miałam omamy, teraz czuję się po prostu dziwnie — burknęłam jakby od niechcenia.

— Jak dawno temu to wypiłaś? Ile czasu siedzisz tu już bez jakichkolwiek badań?

— Najdalej pół godziny. Próbowaliśmy ustalić, co się stało. Ewe, nie uleczysz jej, jeśli nie będziesz wiedziała, co jest przyczyną tego wszystkiego.

— Pół godziny? Czekaliście tyle czasu, ale po co? Udało wam się cokolwiek wymyślić? — podniosła głos.

— Nie udało nam się jeszcze znaleźć rozwiązania — Valkyon udzielił krótkiej i treściwej odpowiedzi. Zadawało się, że emanował przy tym jakąś niespotykaną pewnością siebie, jakby był w stanie przyjąć "na klatę" lawinę zarzutów, którą spodziewał się tym samym uruchomić.

— Czekaliście na cud? — prychnęła z niedowierzaniem. — Myślałam, że jesteście poważniejsi, szczególne ty, Ezarelu. Niezależnie od przyczyny, możemy zapobiec wielu objawom, które leczy się na bieżąco. W tym czasie, który przeznaczyliście na bezużyteczną pogawędkę, Gardienne mogła dostać stu różnych krwotoków wewnętrznych albo nawet zapaść w śpiączkę. To cholernie nieodpowiedzialne, zawiodłam się na was. Chodź, idziemy. Każda sekunda jest ważna. — zwróciła się do mnie nieco łagodniej, łapiąc mnie za rękę.

Byłam pełna podziwu dla tej kobiety. W przeciągu kilku chwil była w stanie założyć maskę obiektywnej i konsekwentnej lekarki, odkładając na bok wszelkie osobiste relacje. Wiedziałam, że bardzo straciłam w jej oczach przez incydent z wczorajszego dnia, a jednak zachowywała się wobec mnie łagodnie, przejmując się moim stanem zdrowia i traktując jak każdego innego pacjenta. Czułam, że w przyszłości będę musiała jakoś się jej za to odwdzięczyć.

— Ewe, poczekaj! To nie tak jak myślisz, nie zdążyłam ci wszystkiego powiedzieć... — Elfka nie zważała na głośne wołania Miiko i uparcie zatrzasnęła za nami drzwi.

— Powiedz mi teraz, jakie dokładnie zmiany odczuwasz. Miejmy nadzieję, że nie jest za późno.

* * *


Tym sposobem, kiedy dotarłyśmy do przychodni, Ewe wiedziała już wszystko. Przebiegłyśmy przez wnętrze lecznicy, w sieni praktycznie potrącając kilku młodych pielęgniarzy, zapewne stażystów. Elfka nie obijała się — gdy tylko znalazłyśmy się w odpowiednim pokoju, złapała za odpowiednie przyrządy i rozpoczęła badania — zaczynając od zwykłego mierzenia temperatury, a kończąc na używaniu przedziwnych narzędzi. Przypominały one raczej średniowieczne narzędzia tortur, ale nie podważałam głośno skuteczności tutejszych metod, żeby nie rozpraszać lekarki. Ta bowiem podeszła do zadania z pełną powagą i profesjonalizmem, a o jej skupieniu świadczyły zmarszczone brwi i mamrotane pod nosem półsłówka.

— Nic nie rozumiem, wszystko jest w normie... prawie — po chwili zawahania otworzyła zamkniętą na klucz szafkę, wyciągając z niej fiolkę, którą wcisnęła mi szybko w dłonie. — Wypij to — chyba zauważyła mój mimowolny brak zaufania, spowodowany stosunkowo świeżym nieprzyjemnym doświadczeniem z eliksirami, bo zaśmiała się nerwowo, pospiesznie się tłumacząc. — To na stymulację pracy serca, sama go przygotowywałam, nic ci nie zrobi.

Wypiłam więc go bez słowa, czekając na pożądany rezultat. Starałam się skupić swoją uwagę na czymś innym niż nieprzyjemnie wbijającej mi się w podniebienie rurce, która teraz pobierała próbki mojej śliny, jednak im bardziej starałam się ją ignorować, tym mocniejszy dyskomfort odczuwałam. Nie musiałam się tym jednak zbyt długo martwić, bo w tym czasie powróciły zawroty głowy. Nagłe pulsowanie w potylicy zmusiło mnie do nagłego odchylenia szyi, przez co rurka obsunęła się w kierunku mojej krtani. Momentalnie zaczęłam się dusić, jednak Ewelein czuwała nad sytuacją i w porę odłączyła mnie od niewygodnego ustrojstwa.

— Problemem jest to, że w twoim stanie nie mogę przeprowadzić większości kontroli. Cała drżysz, a napady bólu wracają w bardzo różnych momentach. To, co przeprowadziłam, wskazuje na to, że wszystko jest raczej w porządku — patrzyła się gdzieś w przestrzeń, nieco nieobecnym wzrokiem. — Wiesz, chyba będę musiała przeprosić Miiko. Nienawidzę tego, ale tym razem chyba mieli rację. Zareagowałam chyba zbyt impulsywnie, a naprawdę nie możemy nic zrobić. Mathyz? — zawołała jednego ze swoich asystentów, który opiekował się starszą, cierpiącą na nietypową przypadłość kobietą w pokoju obok. — Przyniósłbyś mi z magazynu jakieś poduszki? Gardienne powinna odpoczywać, nie wiem co robić dalej, ale muszę mieć na nią oko.

Z nieznanego mi powodu zaczęła narastać we mnie panika. Nikt nie wie, jak mi pomóc, nawet Ewelein okazała się być bezsilna. Wdech, wydech, wdech, wydech. Starałam się kontrolować przyspieszony oddech, walcząc z dusznościami.

A co, jeśli ta sytuacja okaże się dla mnie śmiertelna? Dotąd byłam jakby przekonana, że nic nie jest w stanie zabrać mnie na drugą stronę, jednak z każdą chwilą czułam się coraz bardziej krucha.

Przełknęłam głośno ślinę. W tej chwili zamierzałam wyznać całą prawdę. Zawsze słyszałam od rodziców, że powinnam mówić nie tylko o swoich sukcesach, ale i błędach z wysoko podniesioną głową. Choć zwykle stosowałam się do tej niepisanej zasady, tym razem skuliłam się wręcz w sobie, czując przypływ adrenaliny w żyłach.

— E-ewe...? Ja... Chyba muszę ci o powiedzieć o czymś ważnym — nigdy nie słyszałam jeszcze mojego głosu tak drżącego. Poczułam, że w oczach zbierają mi się łzy ze stresu. Tamta z kolei wyprostowała się jak struna, momentalnie odwracając głowę w moim kierunku. Teraz, kiedy zaczęłam, nie miałam już wyboru. — J-ja...

— Hej, spokojnie. Nie stresuj się tak, po prostu powiedz.  — Ewelein rzadko dawała się poznać z tej łagodniejszej, bardziej ludzkiej strony. Chociaż doceniałam to, jak starała się mi pomóc, nie dodało mi to wcale otuchy.

— Podczas przygotowywania eliksiru Ez zostawił mnie na chwilę samą w laboratorium. Ja... coś było nie tak z oczyszczoną wodą. Skorzystałam, że go nie było i podmieniłam ją na inną, która wyglądała... normalniej. Bałam się im powiedzieć, bo... nie wiem, czułam po prostu, że nie mogę tego zdradzić. Nie chcę wszystkiego jeszcze bardziej popsuć. — Ukryłam zarumienioną ze wstydu twarz w dłoniach. Czekałam na skarcenie ze strony elfki, które o dziwo nie nastąpiło. Zamiast tego zwyczajnie usłyszałam jej cichy śmiech.

— Jesteś urocza — zmierzwiła mi włosy. Miałam wrażenie, że traktuje mnie jak młodszą siostrę. Słyszałam już wcześniej, że zawsze cechuje ją takie indywidualne podejście do pacjentów, a jednak mnie to zaskoczyło. — Cieszę się, ze mi zaufałaś i to powiedziałaś, ale nie sądzę, żeby to miało zmienić tak bardzo działanie eliksiru. Jeśli chcesz, to ja powiem o tym później Miiko. Na razie spróbuj się położyć, będę w pobliżu na wszelki wypadek. Kiedy będziesz spała, spróbuję przeprowadzić kilka badań, które mogłyby być trudniejsze w wykonaniu przy zachowaniu zupełnej przytomności.

Z lekka uspokojona, uśmiechnęłam się blado, tym samym wyrażając niemą zgodę. Z tego wszystkiego nawet nie zauważyłam, że na łóżku przy drzwiach leży już stos miękko wyglądających poduszek w bawełnianych, szpitalnie białych poszewkach.

* * *


LEIFTAN


Po raz pierwszy w życiu naprawdę żałowałem pojawienia się w sali spóźnionym.

Kiedy z cichym szelestem wślizgnąłem się do pomieszczenia, nikt z zebranych nie zwrócił uwagi na moją obecność. Koło Miiko stał jeden z najmłodszych pielęgniarzy przyjętych na staż w przychodni i z niewyraźną miną żywo dyskutował z kitsune. Oboje byli bladzi jak ściana, natomiast trzech mężczyzn, stojących kilka stóp za nimi mierzyli rozmawiających raczej  niecierpliwym spojrzeniem. O co tym razem mogło chodzić?

— Nie chcę nic mówić, ale nie miałbym nic przeciwko położeniu się spać. Jeśli miałbym jeszcze odliczyć drogę stąd do mojego pokoju i wzięcie ciepłego prysznica, na sen zostają mi jakieś... — Ezarel ostentacyjnie ziewnął zerkając na nadgarstek, choć nie nosił nawet na nim zegarka. — Trzy godziny. Sporo, nie sądzisz?

— Mathyz, jesteś pewien wszystkiego, co usłyszałeś? — mój wyostrzony słuch wychwycił cichy, przerażony szept. Lisica najwidoczniej postanowiła puścić mimo uszu ponaglającą uwagę i kontynuować rozmowę, co nie do końca mnie zadowalało.

— Tak, ale... To coś poważnego, tak? Nie wiem, czy dobrze zrobiłem, że to wszystko powiedziałem, wiem, że nie powinienem, jak lekarz. Tylko... Ewe miała zamiar czuwać przy tej dziewczynie jeszcze przez kilka godzin, bałem się, że jeśli to byłoby poważne, mogłoby być już za późno.

— Nigdy nie popierałam łamania żadnych zasad, w tym tajemnicy lekarskiej. Ale w tym wypadku to bardzo dla nas ważne i obiecuję, że nie poniesiesz z to żadnych konsekwencji. Tylko... nie mów Ewe, że już wiemy, proszę — jęknęła Miiko niemalże błagalnym tonem. — Nie powstrzymuj jej, kiedy przyjdzie nam o tym powiedzieć. Możesz już iść, znamy już całą prawdę.

Chłopak skinął tylko głową i widocznie przestraszony szybko wyszedł z sali, śmiesznie przebierając przy tym rękoma. W cokolwiek się wplątał, musiało to być coś istotnego dla naszej zebranej piątki, może nawet zbyt istotnego na jego usta. Nie ufałbym mu, że dochowa tajemnicy przed innymi, jeżeli już wypaplał te informacje Miiko. Może należałoby znaleźć inny sposób, aby go jakoś uciszyć? Choć wydawał się być na ten moment zastraszony perspektywą utraty stażu w przychodni, niewiadome było, czy wkrótce nie zastąpi tego duma ze swojej własnej czujności i wścibstwa. Przełknąłem głośno ślinę, kiedy dotarło do mnie, że mógłby powtórzyć wszystko przekupnej siostrze Nevry; szczególnie, że zostaliśmy tu wezwani w tym samym składzie, w jakim obradowaliśmy nad podaniem Gardienne mnemosyne. Nie miałem dobrych przeczuć, ani wobec chłopaka, ani wobec powodu dość nagłego spotkania. Ostatecznie odnotowałem w myślach, aby zlecić pilnowanie dzieciaka mojemu zaufanemu sojusznikowi.

Z wyczekiwaniem spojrzałem na Miiko, która zaczęła zataczać okręgi dookoła postumentu, na którym spoczywał Wielki Kryształ. Szarpała się przy tym za długie do pasa włosy i zdawała się niemal płakać. Mimowolnie się skrzywiłem. Nie miałem ochoty na kolejny teatrzyk.

— To nie może być prawda — jęknęła na tyle głośno, że wszystkie pary oczu zwróciły się w jej kierunku. — Jest źle, chłopaki. Cholernie źle.

— Spokojnie, Miiko. Powiesz nam, co się dzieje? — Valkyon użył swojego przesadnie spokojnego głosu, zwracając się do niej jak do dziecka.

Obsydianin był zaskakująco podobny do swojego brata; o wiele spokojniejszy, ale tak samo arogancki. Zauważałem w tym pewna śmieszność — traktowali innych z pieczołowicie maskowaną wyższością,  kiedy oboje okazywali się być jedynie pionkami na planszy. Poróżniło ich to, że znaleźli się w dłoniach przeciwnych sobie szachistów.

— Lepiej usiądźcie, ale trochę dalej od kryształu. Szczególnie ty, Ez. To może być trochę... wyprowadzające z równowagi — o dziwo nie było słychać w jej głosie charakterystycznej kpiny, a jedynie czystą troskę i przejęcie. Obawiałem się jednak, że to ja mogłem mieć większe problemy z zachowaniem spokoju, niż sam elf. Miałem silne przeczucie, że odpowiedź kitsune mi się nie spodoba.

— Tym razem nie mam żadnej amunicji do celowania w kryształ, więc może po prostu rzuciłbym się na niego z pięściami. Trafna uwaga, lepiej się cofnę — zironizował, jednak widocznie nie było mu do śmiechu. Cofnął się o kilka kroków do tyłu, siadając najzwyczajniej w świecie na podłodze. Skrzywił się nieco, mamrocząc przy tym manifest niezadowolenia z powodu braku krzeseł.

— Jakby tu zacząć... Chyba nie doceniliśmy  spostrzegawczości Gardienne — zaczęła powoli, kiedy wszyscy ruszyliśmy w ślady niebieskowłosego. W ten sposób podżegała nasz niepokój każdą najkrótszą chwilą zwłoki.

— Wyrzuć to z siebie szybciej, będzie ci łatwiej — zachęciłem łagodnie, nie zdradzając szargających mną emocji.

— Tak, a więc... Wymieniławodęlaethe nazwykłą bomyślałaże daliśmyjej wadliwyegzemplarz — wydusiła niewyraźnie, na jednym wdechu, patrząc gdzieś pod siebie.

Chwilę zajęło mi przetworzenie tego, co właśnie usłyszałem. Poczułem, jak krew odpływa mi z twarzy.

Cały plan poszedł na nic. Co więcej, przez moje własne niedopatrzenie.



* * *

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (22-01-2020 o 20h25)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#17 07-01-2020 o 22h23

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


ŻEBY NIE BYŁO — NADAL CZYTAM, A TY NADAL PISZ! Ale taki okres, że sporo rzezy powypadało.

Ok, do rzeczy.

Ach, ale dalej popełniasz ten sam błąd z pisaniem dużej litery po myślniku, gdy kończysz dialog i zaczynasz jego „uzupełnienie”. Szkoda, bo zrobiłam ci na ten temat spory wykład ;]

Jeju, strasznie głupia jest ta dziewczyna! I nie wiem, czy to skutki uboczne robią z niej takie bezmózgie zombie czy ona po prostu jest głupia XD

Och nie, proszę, tylko nie Leiftan /static/img/forum/smilies/hmm.png//

OCH. TO MOŻE JEDNAK NIE AŻ TAK GŁUPIA. A skoro Leifowi nie poszedł plan, to jeszcze lepiej XD

Ok, czekam na następny rozdział i pozdrawiam! ^^
I może kiedyś do mnie zajrzysz? ;]





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#18 22-01-2020 o 20h40

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

@Meth Od razu przyznaję się do sporej gafy  /static/img/forum/smilies/hmm.png Dość luźno potraktowałam twoją uwagę o dialogach, nie poszukałam o tym informacji na innych stronach i trochę cudacznie to zrozumiałam, myśląc, że zrozumiałam już swój błąd. Dziękuję w każdym razie za ponowne jego wskazanie, bo teraz dało mi to więcej do myślenia ^^
W istocie, w pierwszym rozdziale nie stawiałam wielkiej litery po kropce w dialogu. Później po prostu nawaliłam wszędzie kropek i pisałam wszystko jak leci z wielkiej :'D W każdym razie dobra wiadomość jest taka, że miałam trochę wolnego czasu, doedukowałam się i poprawiłam błędy tego rodzaju w poprzednich częściach. Obawiam się, że mogę jeszcze mieć z tym problem, bo z własnej winy sobie to utrwaliłam, ale oczywiście teraz będę się pilnować.
Leiftana akurat u mnie sporo będzie, bo to jedna z moich ulubionych postaci — cóż, będzie tu także grała ważną rolę, czego zajawką był końcowy fragment poprzedniej części.
Dodaję jeszcze, że nie tak dawno przeczytałam twoje opowiadanie i zupełnie mnie ono oczarowało ^^ Złożyło się jednak, że od razu po przeczytaniu ostatniego wpisu wypadło mi kilka rzeczy i nie mogłam zabrać się za napisanie swojej opinii "na świeżo". Dlatego z komentarzem postanowiłam się wstrzymać do publikacji następnej części i zdawać bezpośrednio relację z czytania. Tymczasem zostawiłam ślad po sobie w postaci gwiazdek na wattpadzie /static/img/forum/smilies/smile.png


Tymczasem przygotowałam kolejny rozdział, trochę dłuższy i spokojniejszy, ale przemyciłam w nim naprawdę sporo istotnych informacji /static/img/forum/smilies/big_smile.png

09. Fioletowe Irysy, cz. 2

Z zaskakującą lekkością postawiłam stopę na najwyższym skalnym występie — przeszkody nie stanowił nawet fakt, że miałam na sobie buty na porażająco wysokich szpilkach. Cichy stukot obcasów informował o moim pewnym, zgrabnym chodzie.

Byłam na szczycie, jednak z fascynacją i rozpierającą mnie dumą spoglądałam jeszcze wyżej, w niebo — fioletowe i bezgwiezdne, jako jedyne dawało się stawiać nam jakiekolwiek granice. W powietrzu unosił się pył, który drażnił wciąż moje płuca. Pomimo tego wpatrywałam się w niego z nieukrywaną fascynacją, jako że był żywym dowodem naszych dokonań. Przepięknie wyglądał, iskrząc się delikatnie w bladym świetle księżyca.

Pode mną, w rozległym dole urwiska miały leżeć prochy całego świata; świata, który nie powinien nigdy powstać. Tak powiedział mi on, zanim się rozstaliśmy i wdrożyliśmy nasz plan w życie — a ja mu przecież całkowicie ufałam. Po wszystkim, co razem przeszliśmy, nie było innej możliwości. Na ziemię sprowadzał zapach spalenizny, który sam w sobie obrazował uprzednie wydarzenia. Dopiero teraz odważyłam się spojrzeć w dół, a widok, który zastałam, momentalnie odebrał mi zdolność mowy.
Jednolity krajobraz w dole rozciągał się na dziesiątki, a nawet setki mil. Wszystko pokryte było gruzem; resztkami stojących wcześniej tam domostw, popiołem spalonych drzew.
Miałam w tym momencie ochotę tylko na jedno — rzucenie się mu w ramiona, szeptanie przepełnionych miłością i ufnością słów i cieszenie się swoim zwycięstwem. Serce wyrywało mi się z piersi w tęsknocie za jego dotykiem.

Ale... gdzie on był?

Wtem ujrzałam go. Stał z dumnie uniesioną głową na oddzielnej, skalnej wysepce. Wyciągnął dłoń przed siebie, jakby próbując złapać wszechobecny pył w dłoń, niczym małe dziecko motyla. Zaśmiałam się perliście na ten rozczulający widok, powoli kierując się w jego stronę. Z łatwością przeskakiwałam na kolejne występy, wspomagając się lekko ruchami skrzydeł.

— Kochanie, udało się — nie mogłam powstrzymać łez, kiedy wziął mnie w swoje ramiona. Znowu czułam ciepło jego ciała tuż przy swoim, znajdując bezpieczną ostoję po ostatnich, burzliwych wydarzeniach. — Po tylu latach, ja...

— Cii... — położył wskazujący palec na moich pełnych ustach. Nie mogłam się nadziwić, jak ogromny spokój od niego emanował, kiedy moje serce wyskakiwało wręcz z piersi, wybijając nerwowy rytm. — Teraz już wszystko będzie dobrze, obiecuję ci. Dokończymy rytuał i znów się spotkamy. Wszyscy razem.

— Żal mi tego świata. Chciałabym tu zostać, tylko nas dwoje na całą Eldaryę. Bylibyśmy własnymi panami — zaśmiałam się, ocierając łzy o materiał jego szaty. — Ale wiem, że to dla ciebie ważne. Ja też chciałabym ich odzyskać, bardzo. Nawet jeśli będę musiała przez to powrócić... tam. Do świata, który wyrządził nam tyle zła, przez który musieliśmy to wszystko wycierpieć.

— Teraz to my dyktujemy zasady. Nareszcie wszystko jest w naszych rękach. Przyrzekam ci, że będzie dobrze. Będziemy mieli naszą zemstę, odzyskamy wszystko, co należy do nas. — Spijałam z jego ust słodkie obietnice, rozkoszując się każdym kolejnym słowem. Tak bardzo chciałam wierzyć, że miał rację.

W szaleńczym pędzie przycisnęłam jego usta do moich, w międzyczasie zrywając wręcz z niego koszulkę. Zaśmiał się cicho, lekko odsuwając mnie od siebie i głaszcząc delikatnie po głowie.

— Naprawdę tęskniłaś — wyszeptał prosto w moje wargi, nadal się uśmiechając.

— Jeszcze w to wątpiłeś? — westchnęłam, jednak bez cienia jakichkolwiek zarzutów w jego kierunku. W końcu już raz zszargałam jego zaufanie. Spuściłam wzrok. — Wiesz, wtedy... Naprawdę tego żałuję. Nie wiem, jak mogłam tak postąpić wobec ciebie.

— Spójrz na mnie — uniósł lekko mój podbródek. W jego głosie wyczułam lekką irytację. — Każdy popełnia błędy. Nigdy nie miałem ci tego za złe, kochanie. To już za nami, przecież dobrze o tym wiesz.

Bawił się wiązaniem mojej aksamitnej szaty, rozluźniając znacząco podtrzymujący kreację supeł. Zachichotałam pruderyjnie, lekko uderzając jego palce otwartą dłonią.

— Jesteś niemożliwa — prychnął jedynie, dalej się ze mną drocząc. Kontynuował swoje działanie, tym razem całkowicie rozwiązując atłasowe wstążki. Rozchylone poły ubrania odsłoniły w zupełności moją bladą szyję i delikatnie zarysowany obojczyk.

Przeznaczenie się dopełniło, nareszcie byliśmy razem. Tak miało pozostać już do końca.

Ale przecież ja nigdy nie chciałam, żeby tak się stało. Znając swoją należność, uparcie szukałam innej drogi, żeby zapobiec temu, co z pozoru nieuniknione. Dlaczego, do cholery, odpuściłam i pozwoliłam do tego doprowadzić?

* * *


؏LEIFTAN؏


— Dlaczego jej nie upilnowałeś? — bardziej stwierdziłem, niż zapytałem, używając cichego i wypranego z emocji głosu. Zaczynałem powoli mieć dość tego, że nic nie działało tutaj tak, jak powinno; pomimo że często bywało mi to na rękę. — Nie prosiliśmy cię o wiele. Wystarczyło tam stać i patrzeć. Myślałem, że zależy ci, żeby mimo wszystko utrzymać ją przy życiu — wiedziałem, że jeżeli się nie uspokoję, emocje przejmą kontrolę nad moim ciałem. Nie próbowałem jednak ujarzmić narastającej wściekłości, nawet jeśli miałem coraz większą ochotę okładać twarz pyszałkowatego elfa pięściami.

Nawet jego żałosny widok nie wzbudził we mnie litości, co więcej, jeszcze bardziej mnie rozjuszył. Był jakby przygaszony — siedział lekko zgarbiony, z pustawym spojrzeniem. Dawało to wrażenie, jakby obciążały wyrzuty sumienia; a przecież to nie naprawiłoby niczego, do czego się posunął. Jeśli zachował się tak nieodpowiedzialnie, powinien znać tego konsekwencje, a nie kulić się w sobie niczym chowaniec, który przez przypadek zbił ulubiony kubek swojego właściciela. Gdzie podziała się ta jego cholerna duma i pewność siebie, kiedy stawał w obliczu popełnionego błędu? Wbiłem wypielęgnowane paznokcie w wierzch drugiej dłoni, może nieco za mocno. Dlaczego w ogóle zastanawiałem się, co by się stało, gdybym powtórzył to samo na jego twarzy?

Nie chciałem niczego innego tak bardzo, jak jego cierpienia. Ujrzenie przerażenia zamiast chłodnej arogancji w jego soczystozielonych oczach może choć trochę ukoiłoby moją żądzę zemsty. Byłem wściekły na niego i na siebie; popełniłem ogromny błąd, ufając mu do takiego stopnia. Nie powinienem był powierzać tego zadania nikomu z nich.

Obudziłem się z transu, już nachylając się nad nim i zastanawiając się mimowolnie, gdzie wymierzyć pierwszy cios. Nie dbałem już o nic. To on doprowadził do klęski planu, który przygotowywałem już od wielu lat. Równie dobrze to wszystko mogło zakończyć się już teraz. To nie było rozsądne rozwiązanie, ale jedyne, na jakie byłem w stanie się w tym momencie zdobyć. Moja pięść zatrzymała się w odległości kilku centymetrów od twarzy mojej ofiary.

— Leiftan, co ty robisz, cholero? — Miiko wrzasnęła z niemałym przerażeniem, odrzucając mnie do tyłu swoją laską. Nevra i Valkyon poderwali się, gotowi w każdej chwili zareagować na mój najmniejszy ruch.
Wpatrywali się we mnie wszyscy, jakby oczekując wyjaśnień, podczas gdy ja powoli odzyskiwałem panowanie nad ciałem. Z każdą chwilą coraz bardziej żałowałem wybuchu wściekłości, jaki właśnie nastąpił. Nie byłem sam i nie powinienem nawet na moment o tym zapominać.

— Wyrocznio... Przepraszam, Ezarelu. Naprawdę nie wiem, co we mnie wstąpiło — wyprostowałem się, obdarzając go przepraszającym spojrzeniem. Postanowiłem spróbować zamydlić im oczy starymi sztuczkami. — Chyba w powietrzu wisiało już takie napięcie, że musiało to kiedyś wybuchnąć. Pech w tym, że padło akurat na mnie.

— Ależ przecież nie musisz się hamować. Uderz mnie, proszę bardzo, ulżyj sobie — elf powoli podnosił się z ziemi, w akompaniamencie strzelających kostek nóg. Z pewnością były zdrętwiałe od zbyt długiego siedzenia, podobnie jak moje. Nie spuszczał ze mnie przy tym chłodnego spojrzenia. — Bo przecież wszczęcie bójki to perfekcyjny sposób na rozładowanie stresu. Wytłumacz mi wobec tego, dlaczego nikt z nas nie wpadł na ten przegenialny pomysł przed tobą? Jesteśmy głupsi, czy może mniej kreatywni?

— Ezarelu, proszę, nie ciągnij dyskusji. Wynagrodzę ci to sytuację, zdaje się, że mam jeszcze jakieś zapasowe racje żywieniowe. Nie spałem od prawie tygodnia przez papiery związane z powrotem Camerii, a teraz jeszcze to wszystko spadło na nasze barki — nawet nie musiałem kłamać, ponieważ było to częściową prawdą. Nie zmrużyłem oka od naprawdę dawna. — Nie dość tego, niepowodzenie mojego planu z narażeniem cudzego życia zadziałało jak gwóźdź do trumny po tym wszystkim, co przeżywamy przez ostatnie miesiące. To nie tłumaczy mojego zachowania, ale nie zrobiłbym tego w normalnych warunkach.

— Leiftanie, rozumiem cię doskonale, ale jednak... nie spodziewałabym się tego po tobie. Wszyscy mamy jakieś problemy, ale dla własnego dobra musimy nauczyć się sobie z nimi radzić — Miiko pocieszająco położyła dłoń na moim ramieniu. Siłą powstrzymałem się przed dreszczem obrzydzenia. Po chwili kitsune wróciła jednak do udawania silnej szefowej, stanowczym tonem rozpoczynając omawianie tematu. — Chyba wszyscy wiemy, jak bardzo kluczowa w tym eliksirze jest właśnie woda Laethe, nawet jeśli znamy się na alchemii jak Korivora na gwiazdach. Ale zgaduję, Ezarelu, że tym razem wiesz nieco więcej od nas?

— Oczywiście, że tak. Mnemosyne bazuje przede wszystkim na naparze z fiołów, ale też innych składnikach o charakterystycznych, ale niełączących się ze sobą właściwościach. Teoretycznie, przy odpowiednim błogosławieństwu Wyroczni wszystko mogłoby działać tak jak powinno, ale nie mamy nawet ociupiny pewności, że tak faktycznie się stało.

Wysiliłem się na zrobienie głupiej miny, podobnie jak kitsune; nie mogłem dać po sobie poznać, że doskonale wiedziałem, co chciał przez to powiedzieć. Prychnął poirytowany, zgodnie z moim oczekiwaniem wyczytując w naszych spojrzeniach całkowite niezrozumienie.

— Ta woda pełni funkcję katalizatora. Umożliwia i przyspiesza przebieg odpowiednich reakcji między poszczególnymi składnikami, a osobą, której eliksir podano. Sprawia, że wszystko może odbyć się bez wprowadzania zmian w ukierunkowaniu umysłu, choć nieco osłabia jego bariery ochronne. Szansa, że bez jej udziału wszelkie procesy odbyły się prawidłowo, to czysto jeden do dwóch. Co więcej, na efekty zarówno możemy czekać piętnaście sekund, jak i piętnaście lat.

— To zupełna loteria. W naszym wypadku przechyla się ona raczej na przegraną szalę, nie mam racji? — Miiko zadała pytanie tak cicho, że było to ledwo słyszalne. — Jej reakcja na eliksir... nie mogła świadczyć o niczym dobrym.

— W istocie, nic nie wskazuje na to, że cokolwiek się udało. Co więcej, mogliśmy porządnie ją uszkodzić i nie wiemy też, czy czasem tego nie zrobiliśmy. Objawy mogą pojawić się na długo po wypadku, a nie wiemy nawet, czego powinniśmy się spodziewać. Pamiętam jedynie, że wypicie jakiegokolwiek eliksiru oddziaływającego na umysł bez tego składniku na przykład bywało idealnym sposobem na zdradzanie sekretów strzeżonych paktami. Odblokowywało to bowiem wszelkie wspomnienia, które zostały zmodyfikowane magią i pozwalało zgrabnie omijać przysięgi składane w rytuałach. Chociaż tyle, że możemy mieć pewność, że Gardienne nie grozi teraz opętanie. Nieco się tego wcześniej obawiałem.

— Co chcesz przez to powiedzieć? — zmarszczyłem brwi. Czyżby możliwym było, że faktycznie wszystkiego się domyślił?

Faktycznie nie byłem może zbyt ostrożny, korzystając ze skutecznej, ale ryzykownej metody. Nie starałem się nigdy jakoś specjalnie ukryć sposobu, w jaki sprowadziłem ukochaną do Kwatery w wierze, że najrozsądniejszym wyjściem będzie pozwolenie Straży dochodzić powoli do własnych wniosków. Zasada zostawiania najbardziej oczywistych sygnałów i usypiania czujności wroga jak dotąd mnie nie zawiodła.

Może tym razem popełniłem błąd, wypalając charakterystyczny dla mojego działania znak na ciele Gardienne tak bardzo na widoku, jak było to tylko możliwe. Sama Miiko, nie do końca obeznana w dziedzinie spirytualizmu, za nic nie chciała pokazać, że nie wie, z jakim zjawiskiem ma do czynienia. Od razu dokleiła mu więc pasującą metkę, nazywając modyfikacją z powodu nagłej zmiany stężenia maany. Czy możliwe było, aby cholerny Ezarel nie do końca zgodził się z tezą postawioną przez wielką, niepodważalną szefową?

— Czy to nie oczywiste? — moje pytanie zdawało się go szczerze zadziwić, bo nie wychwyciłem nawet charakterystycznej ironii jego wypowiedzi. — Bycie człowiekiem jest w tym świecie stanowczo zbyt niebezpieczne. Naprawdę, nie sądzicie, że osłabione bariery umysłu nie są idealną okazją dla wszelkich zbłąkanych dusz, upiorów czy zjaw, podesłanych przez bóg wie kogo? Niestrzeżone ciało można wykorzystać na miliony sposobów, których nawet nie potrafilibyśmy sobie wyobrazić. Niespotykany gatunek i brak zawartości maany w organizmie to tylko dodatkowa atrakcja dla szaleńców, którzy zabiliby za przeprowadzenie bezcennych badań.. Mnóstwo osób z Kwatery i nie tylko wie już o tym, że Gardienne nie jest jedną z nas. Uważam, nawiasem mówiąc, że powinniśmy lepiej ukrywać informacje o jej rasie albo od razu ją zmodyfikować — zakończył dobitnie.

Miałem coraz bardziej dosyć tego spotkania. Modliłem się (o ironio!) do Wyroczni, żeby zakończyć to jak najszybciej. Nie mogłem już ich wszystkich słuchać, chciałem wreszcie znaleźć się w pokoju i zarwać kolejną noc, tym razem w samotności odreagowując koszmarne niepowodzenie.

— Dziękuję za wytłumaczenie. Zgadzam się z tobą, powinniśmy byli kazać dziewczynie przedstawiać się jako faelien. Może przy odpowiedniej aklimatyzacji nie wydałoby się to nawet podejrzane. Nie naprawimy jednak przeszłości, dlatego musimy pomyśleć nad aktualnym rozwiązaniem — wyjaśniłem spokojnie. Musiałem subtelnie odwieść Straż od chęci zamieniania Gardienne w wampira, brownie czy kogokolwiek innego. Nie rozważałem nawet opcji, że taki pomysł mógłby zostać zrealizowany. Musiałem więc umiejętnie go przekreślić, zanim jeszcze zostanie choćby wstępnie zarysowany. — Przypominam ci jednak, że nie przeprowadziliśmy z nią jeszcze testu krwi, także wszelkie informacje o dziewczynie jako człowieku to jedynie pogłoski i półprawdy. Nie wiem, czy powstrzymałoby to kogokolwiek przed realizacją szczególnie nikczemnego planu, ale brak stuprocentowej pewności nieco niweluje powstawanie plotek na szerszą skalę. Gdybyśmy chcieli coś zdziałać w kierunku zmiany rasy, musielibyśmy test przeprowadzić. A gdyby wyniki okazały się być nie do końca dla nas pożądane, może musielibyśmy zakończyć sprawę w martwym punkcie i pozwolić na roznoszenie się wieści po wszystkich kątach Eldaryi.

Elf otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale ostatecznie zamknął je, nie powiedziawszy nic. Po chwili to Miiko potrząsnęła głową, jakby chcąc odgonić natarczywe myśli, w końcu prostując się i po raz kolejny tej nocy (czy raczej już poranku, gdyż słońce zaczynało powoli wznosić się nad horyzont) zabierając głos.

— Powinniśmy znaleźć rozwiązanie obecnej sytuacji, oczywiście. Ale czy takie w ogóle istnieje? Co możemy zrobić my, teraz i tutaj, żeby wszystko naprawić? — zadała pytanie niemal z agresją, wypuszczając z dłoni maleńkie, błękitne płomyki. Rozmarzyłem się na wspomnienie, jaka ta umiejętność może być naprawdę przydatna i ułatwiająca samokontrolę; szybkie, wielokrotne wyładowania maany skutecznie pomagały rozładowywać skumulowaną agresję. Zganiłem się w myślach, że ze wszystkich gatunków faery wybrałem jako drugą tożsamość akurat lorialeta. Jako gwiezdny elf nie powinienem potrafić posługiwać się skoncentrowaną energią, dlatego nie mogłem wykorzystywać nawet połowy swoich umiejętności. — Masz jakieś propozycje, Leiftanie? — głos kitsune wyrwał mnie z zamyślenia.

— Ja mam — Nevra uprzedził moją odpowiedź, na co zareagowałem lekkim wzdrygnięciem. Niemal zapomniałem o obecności jego i Valkyona w Sali, gdyż od momentu ujawnienia źródła naszego problemu oboje milczeli jak zaklęci. — Połóżmy się wreszcie spać i dajmy sprawom toczyć się samym. Nie wiem, jak moglibyśmy zapobiec postępowaniu wadliwego eliksiru, ale dłuższe czuwanie na pewno już go nie powstrzyma. Pogódźmy się z tym, że nie możemy tu już nic zrobić. Gardienne jest w rękach Ewelein, jeśli będzie się działo coś poważnego, zostaniemy o tym powiadomieni.

— Nadal uważasz, że najlepszym sposobem na ratowanie sytuacji jest ignorancja? Czy ktoś tu ma jeszcze jakieś równie genialne pomysły? — kitsune zaperzyła się, spoglądając na niego nieprzychylnie.

— Miiko — Valkyon również wtrącił się cicho do rozmowy. — Nie wierzę, że to mówię, ale Nevra ma rację. Wszyscy bez wyjątku potrzebujemy odpoczynku. Nie zdziałamy już nic, musimy zaufać Ewe, która zdecydowanie da z siebie wszystko, żeby utrzymać stabilny stan Gardienne. Po prostu trzeba będzie mieć na nią oko przez dłuższy czas. Ktoś z nas musi jej przypilnować i raportować o jej ewentualnych dolegliwościach.

Spojrzenia wszystkich skierowały się jednomyślnie Ezarela, któremu nagle szalenie interesujące wydały się jego paznokcie.

— Nawet o tym nie myślcie. Mam jej szaleńczo dosyć na najbliższe wieki, prędzej czy później wyrządziłbym jej mniejszą czy większą krzywdę — uciął, a poważny ton jego głosu nie pozwolił domyśleć się, czy mówił to na poważnie. Nie do końca chciało mi się wierzyć, żeby mógł coś zrobić Gardienne, kiedy wszyscy doskonale wiedzieli, że ma do niej pewnego rodzaju słabość. To było zupełnie niewytłumaczalne, że pomimo dość sprzecznych charakterów i wszystkich działań, które chłopak podejmował ku zwiększeniu dystansu między nimi, udało im się nawiązać zalążek porozumienia. Na szczęście nie było to nawet dobre koleżeństwo, nie mówiąc nawet o przyjaźni czy związku, ale w przypadku Ezarela był to dość... obiecujący początek; niemal pewnie zwiastujący trwalszą amicycję. Z wyjątkiem trójki najbliższych przyjaciół nikt nie miał dostępu do jego serca, a i mi nie udało się z nim porozumieć mimo wieloletniego obcowania ze sobą. Sam fakt, że z ziemianką łączyła go jakakolwiek głębsza niż wymienianie uprzejmości relacja przyprawiał mnie o coraz cięższą do ukrycia chęć mordu.

Teraz jednak to wszystko zdawało się zniknąć jak za dotknięciem magicznej różdżki. Początkowo byłem z tego bardziej niż zadowolony — nie sądziłem, że moje metody okażą się do tego stopnia skuteczne. A jednak, zaledwie kilka chwil euforii zastąpiły długie godziny nasilonego niepokoju. Czy nie słyszy się, że podobne kłótnie nieraz umacniają relacje? Bałem się podobnej pomyłki bardziej niż ognia.

Wszystko po raz kolejny pogorszył kolejny nieprzewidywalny ruch elfa. Wyrzucenie Gardienne ze straży mogłoby ich od siebie oddalić, gdyby nie to, że wolne miejsce w Absyncie zajęła Alajea. Nie miałem do niej za gorsz zaufania, mimo że Gregor wspominał mi nie tak dawno o ich związku. Przyprawiło mnie to o tym większe wątpliwości co do jej autentyczności; młodszy chłopak miał przecież dostęp do wielu cennych informacji.  Pocieszał mnie fakt, że przez takie zażyłe stosunki z zastępcą Valkyona może łatwiej utracić grunt pod nogami i samodzielnie się zdemaskować. Mawiało się, żeby wrogów trzymać blisko siebie, ale Wyrocznia jedna wie, czy i Alajea nie podążała za tą zasadą? Usłyszałem ostatnio, że nalegała na wstąpienie w nasze szeregi, jednak na moje życzenie młody brownie uparcie ignorował nachalne prośby. Nie do końca wierzyłem, żeby pchała się do nas bezinteresownie. Początkowo podejrzewałem w tym wszystkim stalową rękę Miiko, która nie informowała nikogo na bieżąco o sytuacji na przeszpiegach, jednak miałem też inną hipotezę. Niejasne było dla mnie zachowanie syreny w Obsydianie; upierałem się, że z jakiegoś powodu musiało jej zależeć na celowej zmianie zajęcia. Pomimo raczej jednogłośnych opinii na jej temat, nigdy nie uważałem, żeby była taka głupia i nieudolna, za jaką ją powszechnie uważano. Jej historia miała raczej drugie dno i zdarzało mi się przyłapywać ją na balansowaniu pomiędzy żywiołową kreacją a rzeczywistym, bardziej flegmatycznym temperamentem. Pytanie brzmiało, czy została nadesłana przez szefową, czy też działała czysto we własnym interesie? Nie zamierzałem jednak w najbliższym czasie poznawać na nie odpowiedzi, a bynajmniej nie za wszelką cenę. Na razie młoda dziewczyna zdawała się względnie nieszkodliwa i łatwa do zlikwidowania. Jeśli tylko była z Gregorem, ten mógł w każdej chwili wykonać polecenie. Wiedziałem, że byłby do tego zdolny.

Coraz bardziej przerażał mnie fakt, że wszystko powoli wymykało mi się spod kontroli. Moja pewność siebie zaczęła obracać się przeciwko mnie. Nie zakładałem, że coś może się nie powieść, a co najgorsze — ignorowałem kreatywność swoich przeciwników. Gdybym tylko przewidział niektóre sytuacje, mógłbym zupełnie odwrócić bieg naszej historii. Na przykład wczorajszego popołudnia odwróciłbym odpowiednio uwagę Miiko, żeby ta nie zwołała kolejnego spotkania akurat w czasie przygotowywania napoju zapomnienia przez dwójkę alchemików. Wcześniej jeszcze, po prostu podrzuciłbym naszyjnik dziewczynie, nie bawiąc się w ten czasochłonny zresztą cyrk z konstiencją. Teraz jednak miałem zadanie do wykonania i wiedziałem już, że właśnie rozpoczęło się moje pięć minut.

— Myślę, że Ezarel i Gardienne w obliczu ostatnich wydarzeń powinni tymczasowo od siebie odpocząć — pospiesznie przyniosłem chłopakowi pozorne wsparcie. Mogłoby się zdawać, że chcę zrekompensować mu tym samym wydarzenie sprzed kilkudziesięciu minut, jednak odzyskanie reputacji w jego oczach zupełnie mnie nie obchodziło. Nie potrzebowałem już jego zaufania, odegrał konieczną rolę w moim przedstawieniu, a teraz nie był już mi do niczego potrzebny. Powoli uniezależniałem się od poszczególnych pionków, brnąc coraz to dalej w nowe kłamstwa, by w końcu uzyskać to, czego pragnąłem, odkąd ją straciłem. — Ta cała sytuacja zaistniała przez mój idiotyczny pomysł. Zaopiekuję się nią, w końcu jestem jej to winien — spojrzenia zebranych skupiły się tym razem na mnie, a ja dzielnie je wytrzymywałem z lekko zatroskanym wyrazem twarzy.

— Jesteś pewien, że możesz się na to zgodzić? — Miiko wyraźnie nabrała wątpliwości, obdarzając mnie tym samym, zmartwionym wzrokiem. — Masz więcej obowiązków niż większość z nas Leiftanie i przecież widzę, że to naprawdę cię przytłacza.

— Nie martw się o to, proszę. Obiecuję ci, że opieka nad Gardienne nie będzie dla przykrym obowiązkiem, co więcej, może uda mi się nieco odpocząć w ciekawym towarzystwie — zaśmiałem się perliście. — Może uda mi się ją przekonać, żeby trochę się na nas otworzyła.

— Skoro tak mówisz... wierzę w twoje umiejętności. Jeśli tobie się nie uda, to chyba nikt już nie da rady. — Po chwili milczenia Miiko uśmiechnęła się do mnie pokrzepiająco, jakby faktycznie pokładała w swoich słowach większą wiarę. — Skoro jesteśmy już przy tym, to chciałabym, abyś poszedł odwiedzić ją w przychodni. Jest w pokoju czternastym, z tego, co powiedział mi Math. Nie musisz zaglądać tam jakoś szczególnie często ani długo zostawać, po prostu dobrze by było, jakby miała poczucie, że komuś zależy na jej zdrowiu. Chciałabym, żebyś nie zaniedbywał przez to swoich pozostałych obowiązków, więc nie musisz... raczej nie powinieneś poświęcać na to całych godzin. A teraz... możecie się rozejść, tak. Muszę spróbować zdrzemnąć się chociaż przez godzinę, do czasu otwarcia stołówki. Jestem pioruńsko głodna — jak na zawołanie, głośno zaburczało jej  w brzuchu.

Nawet nie próbuj zarządzać moim czasem dla Gardienne, głupia kwoko —  przebiegło mi przez myśl, kiedy opuszczałem salę. Gdybym chciał, spędziłbym przy jej łożu nawet i całą dobę, a kitsune nawet nie musiałaby się o tym dowiadywać. Postanowiłem nie odwiedzać od razu ukochanej, z obawy, że skończyłoby się to nieświadomym wyładowaniem tłumionych emocji na niej samej lub którymś z czuwających nad nią pielęgniarzy. Zamiast tego skierowałem się do swojego pokoju z zamiarem wzięcia długiej, odprężającej kąpieli i ewentualnym zniszczeniu kilku szpecących moje apartamenty bibelotów w ramach upustu energii.

Jak pomyślałem, tak rzeczywiście robiłem. W ten sposób już pół godziny później leżałem w wypełnionej pachnącymi mydlinami balii, czując lekkie mrowienie w poranionych palcach. Nieustannie rozpalałem drobne, złote płomyki w dłoniach, tylko po to, żeby po chwili ugasić je poprzez zamaczanie w gorącej wodzie. Próbowałem nie wyobrażać sobie sytuacji, w której nie musiałbym koić swojego gniewu i dokonać upragnionej, brutalnej zemsty na każdym, kto tylko stanąłby na mojej drodze. Miałem dosyć wiecznego ukrywania się, coraz częściej przyłapując się na myślach o ujawnieniu swojej tożsamości i impulsywnym, nieplanowanym zakończeniu całej historii. Życie byłoby o wiele piękniejsze, gdyby jego bieg nie był taki poplątany, ale to ja sam komplikowałem większość sytuacji, zastanawiając się setki razy przed najdrobniejszym działaniem. Z drugiej strony, dzięki temu udało mi się omotać już tyle skrzywdzonych dusz, że żal byłoby to wszystko przerywać w takim momencie.

Lecz teraz, wśród pachnących lasem mydlanych  bąbelków czułem się potwornie słaby i zagubiony. Po raz pierwszy od wielu wieków naprawdę nie wiedziałem, co powinienem zrobić. Gardienne, moja słodka Gardienne... teraz mogła zacząć wszystko sobie przypominać. Czułem, że przegapiłem swoją szansę na odzyskanie jej uczuć wobec mnie. Dowie się, jak mieliśmy w zwyczaju spędzać każdą chwilę razem i liczyć tylko na siebie, ale w jej głowie obudzi się również wspomnienie z dnia, w którym mnie zostawiła. Wzdrygnąłem się mimowolnie, przywołując obraz chwili, w której moje serce roztrzaskało się na kawałki.

Gdyby tylko ufała nam odrobinę bardziej niż własnej wiedzy, nie miałaby problemu, żeby użyć podejrzanego składniku. Powinienem był poczekać — przecież znałem ją jak nikt, wiedziałem, że jest bardzo nieufna. Tę cechę wykształciła u niej przecież nasza wspólna przeszłość, o której nie zapomniałem ani na chwilę. Ona sama nie była świadoma, jak wydarzenia, o których nawet nie pamiętała miały wpływ na jej obecną osobowość. Ciekaw byłem, czy gdyby sprawy na Ziemi nie potoczyły się wtedy w taki, a nie inny sposób, zostałaby ze mną? Czy teraz, kiedy błądzi we mgle, może choć trochę pamiętać nasze wszystkie wspólne chwile? Czy kiedy spędza ze mną czas, ma poczucie, że jesteśmy ze sobą bardziej związani niż można by przypuszczać? Tak bardzo chciałem poznać odpowiedzi na nurtujące mnie pytania, jednak z jakiegoś powodu przeraźliwie bałem się, że mogłyby mi się one nie spodobać.

Z niezadowoleniem spostrzegłem, że woda już dawno wystygła. Wyszedłem więc z trójkątnej, awangardowej wanny, której brzegi dekorowały pozłacane rzeźby przedstawiające półnagie cherubiny.  Odkupiłem ją niegdyś za krocie od Purrekos, kiedy jeszcze sprowadzali oni towar z najbardziej odległych zakątków świata. Teraz nie mogli organizować dalekich wypraw handlowych, ze względu na bezpieczeństwo, toteż tutejsi musieli zadowolić się produktami o niezbyt wyszukanym wyglądzie. Stracili na tym jednak tylko najbogatsi — już wtedy jako jeden z niewielu mieszkańców osady Eel mogłem pozwolić sobie na tak kosztowny zakup. Poświęciłem na niego przynajmniej dwie wypłaty (dosyć też pokaźne ze względu na moje wysokie stanowisko), jednak z czasem nabierałem całkowitej pewności, że było cholernie warto oszczędzać. Ciepłe kąpiele były jednym z tych luksusów, których mogłem doświadczyć dopiero po przybyciu do Kwatery i nadal nie mogłem się nimi wystarczająco nacieszyć. Tymczasem, owinięty śnieżnobiałym, puchowym ręcznikiem (w którym chwilę wcześniej, pogrążony w furii zdążyłem wyszarpać pazurami podłużne dziury, idące przez całą szerokość materiału) ruszyłem w kierunku garderoby. Mimowolnie syknąłem, kiedy zaczepiłem złamany paznokieć o materiał jednej z szat, którą nieostrożnie i gwałtownie wyciągnąłem z szafy.

Ubrany, z niedosuszonym włosami pozostawionymi w nieładzie narzuciłem płaszcz na ramiona. Stanąłem w drzwiach, przez ramię doglądając, czy o niczym nie zapomniałem. Okno uchylone na tyle, żeby szczupła osoba mogła przecisnąć się przez pozostawioną szparę, było zaproszeniem da mojego wspólnika. Miałem nadzieję, że w porę zauważy pozostawiony znak i zastanę go tutaj, kiedy wrócę z przychodni.

Starannie zakluczyłem za sobą drzwi. Jeszcze tego mi brakowało, żeby ktoś natknął się na Ashkore'a w moich komnatach. Nie chciałem przecież kolejny raz splamić rąk krwią — mimo wszystko starałem się ograniczać liczbę ofiar do absolutnego minimum, przynajmniej na razie. Dobrze wiedziałem, co jest moim celem i jakie ten świat poniesie za to konsekwencje, jednakże starałem się przynajmniej odwlekać je w czasie.

Była już niemal siódma rano, więc nie musiałem się starać o zachowanie szczególnej ciszy. Spokojnie przemierzałem puste jeszcze korytarze — w Kwaterze porankami naprawdę nic się nigdy nie działo. Nie przepadałem za tą porą dnia, co akurat pokrywało się idealnie z moją maską lorialeta. Śniadanie zaczynało się dopiero za pół godziny, toteż większość strażników albo spała w najlepsze, albo dopiero co się obudziła. Stanowiło to idealny moment na harce Ashkore'a... albo potajemne schadzki niektórych par. Krytycznie spojrzałem na Alajeę i Gregora całujących się w najlepsze w ściennej wnęce. Zdawali się nie przejmować, że pokazywali się właśnie razem na samym środku Kwatery, podczas gdy planowali utrzymywać swój związek w tajemnicy. Zignorowałem to całkowicie, stwierdzając, że  zupełnie nie należało to do moich problemów, jednak zanotowałem w pamięci, aby wytknąć to chłopakowi przy najbliższej okazji. Wypominanie wszelkich jego logicznych wpadek służyło za idealny środek przymuszania go do wykonywania najbrudniejszej roboty. Chłopak gotów był zrobić wszystko w zamian za moje milczenie przy odpowiednich osobach. Śmieszyło mnie, w jaki sposób próbował ratować swoją reputację, kiedy jasne było, że już do końca życia będzie uchodzić za wyrzutka i zdrajcę. Niegdyś wzbudziłoby to moje współczucie, ale kiedy poznałem go lepiej, nie byłem pewien, czy faktycznie na nie zasłużył.

Zapukałem delikatnie do drzwi przychodni, a kiedy nie usłyszałem z wewnątrz żadnego głosu sprzeciwu, bezszelestnie wszedłem do pomieszczenia, uważając, aby nie naruszyć spokoju żadnego z pacjentów śpiących w sali głównej. Wypatrzyłem z oddali pokój numer czternaście, do którego wejście znajdowało się w odizolowanym kącie szpitala. 

Czy powinienem najpierw zapukać, czy też lepiej nie ryzykować obudzenia dziewczyny i po prostu po cichu wejść? Nie chciałem przerywać jej odpoczynku za wszelką cenę — po ostatnim stresie, którego jej przysporzyłem, należały jej się chwile wytchnienia. Dylemat został jednak szybko rozwiązany, kiedy z izolatki wyszła widocznie zaniepokojona Ewelein. Jej twarz błyskawicznie się rozchmurzyła, kiedy nasze spojrzenia się skrzyżowały.

— Och, Leiftan? Przyszedłeś odwiedzić Gardienne? — mrugnęła do mnie porozumiewawczo.

— Tak, tak... nie przeszkadzam? Mogę przyjść później, jeśli nie jest w nastroju na odwiedziny — zasugerowałem delikatnie, usiłując wybadać pielęgniarkę o stanie dziewczyny.

— Trudno powiedzieć, czy ma jakikolwiek nastrój. Niedawno zasnęła, ale czuję, że będę musiała ją zaraz wybudzić — westchnęła, jednak zdawała się nadal całkiem zadowolona z mojej obecności, bo po chwili uśmiechnęła się do mnie słabo. — Podałam jej eliksir, po którym nie powinny pojawiać się żadne sny, żeby mogła spokojnie przespać kilka godzin. Tymczasem ona jakimś cudem ma koszmar, co jakiś czas mówi do siebie i paskudnie się szarpie. Boję się, że przez przypadek odłączy jakąś część aparatury i zrobi sobie krzywdę. Możesz spokojnie wejść i przy okazji jej nieco przypilnować, ja idę zrobić kawę. Uratowałeś mnie, totalnie padam z nóg i potrzebuję kilku minut na naładowanie energii. Jeśli wrócę i nic się nie zmieni, to będziesz miał możliwość porozmawiać z Gardienne.

Skinąłem głową, w duchu ciesząc się, że zostanę w pokoju sam z brunetką. Chociaż raz los postanowił mi nieco sprzyjać. Wszedłem do pokoju, od razu zamykając za sobą drzwi.

Sala wyglądała jak każda inna — ściany były pokryte brzydką, imitującą niebo tapetą; z wyjątkiem tej, której całą powierzchnię zajmowało ogromne okno. Sterylnie czyste białe kafelki ułożone były nierówno na podłodze, irytując mój zmysł perfekcjonisty. Nie potrafiłem jednak zaprzątać sobie głowy wyglądem pomieszczenia, kiedy na jednym z trzech wąskich łóżek leżała tak ważna dla mnie osoba. Wyglądałaby niemal anielsko, gdyby tylko jej spokoju nie mąciły nocne mary. Jej drobne piąstki zaciskały się na materiale kołdry, a na czole iskrzyły się kropelki potu.

Co takiego mogło jej się śnić? Mój umysł opanowało szaleństwo. Tak bardzo chciałbym ją już obudzić i uspokoić pomiędzy kolejnymi pocałunkami w czoło, że to tylko zły sen i wszystko będzie dobrze. Jednak... nie mogłem już teraz zdobywać się na taki krok. Musiałem zaczekać na Ewelein, żeby potem przywitać ukochaną jedynie delikatnym, smutnawym uśmiechem. Bezczynność i wymuszony dystans mnie zabijały, ale wierzyłem, że mój cel był tego wart. Nie mogłem być zbyt gwałtowny w relacjach z Gardienne, bo wiedziałem, że podobne czułości jedynie by ją spłoszyły.

Podszedłem bliżej, żeby odgarnąć jej pojedynczy kosmyk włosów za ucho. Mimowolnie przejechałem wskazującym palcem po jej policzku, delikatnie gładząc gładką i miękką skórę.

— Gdybyś tylko wiedziała... — westchnąłem cicho, kontynuując czynność. Jej brwi lekko się zmarszczyły, jakby w niedowierzaniu. Przez chwilę bałem się, że jakimś cudem mnie usłyszała, dlatego pospiesznie zabrałem dłoń. — Tak bardzo chciałbym ci wszystko powiedzieć, ale wiem, że za nic byś mi nie uwierzyła.

— T-tia... to ty? U-udało nam się? — z jej ust wydobyło się ciche, niepewne charczenie; z trudem rozpoznałem poszczególne wyrazy. Momentalnie zamarłem, ale zaraz potem odskoczyłem jak oparzony, starając się przybrać jak najbardziej neutralną pozycję. Miałem jednak wrażenie, że zdradzi mnie znajome gorąco na policzkach.

— Gardienne, to ja... Leiftan. Przyszedłem zobaczyć, jak się czujesz. Nie chciałem cię przestraszyć, przepraszam — wybąkałem z nieskrywanym zakłopotaniem. Gardienne  przecierała niewyspane oczy, przyzwyczajając się do słonecznych promieni oświetlających jasne pomieszczenie.

W mojej głowie zapanował mętlik. Skąd ona znała Tię? "Udało nam się?" — co oznaczało w ogóle to pytanie? Bałem się tej myśli, ale wiedziałem już, że może to wskazywać na dwie rzeczy. Pierwsza opcja napawała mnie lękiem, a druga ekscytacją.

Albo Gardienne odzyskała wspomnienia, albo miała wizję przyszłości. Przyszłości, w której uda nam się ich wszystkich odzyskać.

* * *

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (16-03-2020 o 22h40)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#19 22-01-2020 o 21h42

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Eee tam, nie martw się /static/img/forum/smilies/big_smile.png Możesz korzystać z moich uwag, a możesz je też ignorować, to twoja wola ;] Ja też tak czy siak będę to opowiadanie czytać, więc nie masz co się przejmować /static/img/forum/smilies/big_smile.png Ale takie publikowanie tekstów ma właśnie tę zaletę, że przy okazji można nauczyć się tego i owego c:

Ok, początek jest dość… enigmatyczny. Ciekawi mnie, co to za parka, co to za zgliszcza. No i babka ma skrzydła! To godne zanotowania. Aczkolwiek ta ich rozmowa brzmi dość niepokojąco.

„— Cii... — położył wskazujący palec na moich pełnych ustach. — Nie mogłam się nadziwić” — tutaj niepotrzebnie dodałaś ten ostatni myślnik, bo sugerujesz nim, że skończył się opis i zaczął kolejny dialog. A tymczasem słowa „nie mogłam się nadziwić” to nadal opis. Także myślnik można wyrzucić.

Onieeee, taki fajny, milusi fragment, aż tu nagle Leiftan. Fatalnie, doprawdy fatalnie.

„prędzej czy później wyrządziłbym jej mniejszą czy większą krzywdę” <3 XDDDDD kochany Ez jak zawsze jest kochany

Kurde, byłam pewna że jednak wmontują Eza w opiekę nad Gardzią, ale znowu się ta cholera wpierdzieliła. Mam nadzieję, że nie przekwalifikowałaś opka i nadal to Ez jest tu głównym bohaterem, nie ten przeklęty demon?

No nic, czekam na kolejne części i pozdrawiam! ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#20 21-02-2020 o 21h56

Straż Cienia
Orchidette
Młody rekrut
Orchidette
...
Wiadomości: 11

Czekam z niecierpliwością na następny rozdział! /static/img/forum/smilies/wink.png

Offline

#21 16-03-2020 o 22h39

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

@Orchidette cieszę się, że zamierzasz dalej tu zaglądać <3 Przepraszam od razu za spory czas nieobecności i obawiam się, że poślizg może powtórzyć się również przy następnej części, ze względu na najzwyczajniej w świecie naukę :v
@Methrylis dla ścisłości, Leiftan absolutnie nie będzie postacią, u której będę próbowała wcisnąć jakiekolwiek wątki romantyczne /static/img/forum/smilies/big_smile.png Aczkolwiek jest u mnie dość istotny, powiedziałabym nawet, że to jedna z najważniejszych postaci. Dziękuję ślicznie za opinię, w chwili wstawienia tego posta poprawiam również błąd dialogowy, który zauważyłaś w poprzedniej części :3
Pozdrawiam serdecznie i dziękuję bardzo za komentarze, tymczasem przechodzę już do publikacji następnego rozdziału.

10. Żonkil, cz. 1

GARDIENNE


Leiftan pospiesznie opuścił salę zaledwie chwilę później, tłumacząc się natłokiem obowiązków i zostawiając mnie z mętlikiem w głowie. Nie dał mi nawet czasu na odpowiedź; nim zdążyłam oprzeć się wygodnie na łokciach i choćby na niego spojrzeć, zniknął już za prostymi, drewnianymi drzwiami. Chwilę później zastąpiła go Ewelein, która przyszła podać mi kolejny, tym razem zupełnie inny środek nasenny. Nie byłam z tego powodu najszczęśliwsza — absolutnie nie miałam chęci doświadczać kolejnego koszmaru i najzwyczajniej w świecie bałam się zasnąć po raz drugi. Nie miałam tutaj jednak nic do powiedzenia; elfka była zupełnie bezwzględna, choć to ostatnia rzecz, jaką mogłabym mieć jej za złe. Nie podlegało wątpliwości, że doskonale wiedziała, co robi i miała na celu moje własne dobro. Bez zbędnego marudzenia nadstawiłam więc przedramię, aby umożliwić wstrzyknięcie leku.

Dlatego, dopiero kiedy obudziłam się już z drugiej, tym razem spokojnej drzemki, mój umysł zalały różnorakie myśli. Leiftan... co on właściwie robił tutaj ostatniego poranka? Nie wiedziałam, że byłam mu na tyle bliska, żeby bezinteresownie odwiedzał mnie w szpitalu — a przecież powszechnie wiadomo, jak bardzo mężczyzna był zazwyczaj zapracowany. Mimo wszystko im dłużej nad tym wszystkim myślałam, tym bardziej przestawało mnie to dziwić. W końcu to cały Leiftan — wiecznie uprzejmy, szarmancki i piekielnie życzliwy. Absolutnie nie miałam powodów do wątpliwości, a tym bardziej do narzekania. Cała sytuacja wytrąciła mnie jednak z równowagi do tego stopnia, że momentalnie moją głowę nawiedził palący ból. Nie mogłam pozbyć się wrażenie ogólnego otępienia, które od czasu zatrucia eliksirem nie ustąpiło ani na moment, toteż samo myślenie w nadmiarze zdawało się mnie męczyć.

Opadłam bezładnie na poduszki, uważając, by nie wyrwać z ręki wenflonu. Z jakiegoś powodu ktoś uznał, że rozsądne będzie podłączenie mnie do aparatury, która wyglądała na niezbyt nową czy stabilną. Początkowo podejrzewałam, że mogła zostać przewieziona z ziemi naprawdę dawno temu, jednak po przyjrzeniu się jej dokładnie, czym prędzej odrzuciłam ten pomysł. Bogate zdobienia sugerowały, że był to raczej tutejszy wynalazek. Nieco szokował mnie fakt, że w tej krainie mimo niedostatku właściwie wszystkich surowców większą uwagę poświęcano wyglądowi niż użyteczności — nawet w przypadku najbardziej podstawowych przedmiotów.

Wzięłam kilka głębokich oddechów. Przymknęłam oczy, starając się przywołać pod powiekami obrazy wczorajszej, jak mi się wydawało, nocy. To była ta rzecz, która zaprzątała mój umysł zdecydowanie bardziej niż wizyta lorialeta w szpitalnych czterech ścianach. Mało co nie syknęłam z irytacji, spostrzegając, że moja pamięć mnie zupełnie zawodzi. Eufemizmem byłoby powiedzenie, że miałam trudność z odtworzeniem w głowie snu, który wcześniej tak mną wstrząsnął; w tym momencie nie mogłam przypomnieć sobie nawet najmniejszego fragmentu nocnej złudy. Byłam przekonana, że utraciłam tym samym coś wyjątkowo ważnego — nie byłam nawet pewna, czy to wszystko to tylko zwykły sen. Cokolwiek się wtedy wydarzyło, moja podświadomość krzyczała wręcz, że było to niewiarygodnie przyziemne, realne. Moje ciało wciąż było rozpalone — czy to możliwe, że czułam na sobie czyiś dotyk, czy też mój organizm najzwyczajniej w świecie trawiła gorączka?

Niewiedza i uczucie zagubienia niemiłosiernie mnie irytowały. Jedynym pocieszeniem była perspektywa chwilowego oderwania od codziennego zabiegania i bliżej nieokreślony nadmiar czasu na uporządkowanie chaotycznych myśli. W niemal pustym pokoju jedyną alternatywą mogło być co najwyżej czytanie kolorowych, ręcznie naskrobanych nieciekawie pachnącym tuszem pisemek. Po przyjrzeniu im się poczułam się nieco rozczarowana; liczyłam na coś na kształt prymitywnej, lokalnej prasy, jednak okazałam się trzymać w dłoni wielostronicowe katalogi od purrekos. Oglądanie dość osobliwych zapisków kocich faery poprawiło mi nieco humor, głównie ze względu na specyficzny charakter rękopisu i bardzo uproszczone rysunki przedstawiające zapowiadane produkty. Widać było, że autor wyjątkowo starał się przy wykonywaniu swojej pracy, jednak nie wykazywał się szczególnym uzdolnieniem — krzywe litery upstrzone licznymi, atramentowymi kleksami przywodziły na myśl raczej zapiski dziecka w wieku wczesnoszkolnym niż bogatego i sprytnego handlarza. Z lekka zaskoczona odpłynęłam myślami do zielnika, który najprawdopodobniej spoczywał właśnie na drewnianej, krzywo zbitej gwoździami prowizorycznej ramie łózka w moim obskurnym pokoju. W kopercie przyczepionej do ostatnich stron tego oto obdrapanego, kilkunastoletniego zeszytu znajdowały się luźne strony z podobnie infantylnymi i równie rozczulającymi notatkami.

Nigdy nie przypuszczałabym, że nadejdzie dzień, kiedy nauczę się zawartości zielnika na pamięć — miał być przecież przede wszystkim najdroższym powiernikiem. Zazwyczaj większą uwagę poświęcałam uzupełnianiu go o coraz to nowsze zapiski niż przyswajaniu zawartej już tam wiedzy. Tutaj pełnił jednak zupełnie inną funkcję, głównie przez różnice pomiędzy tutejszymi warunkami a tymi, do których przywykłam. Jedyne miejsca, w które mogłam się udać, znajdowały się na terenie Kwatery bądź w jej najbliższej okolicy — choć początkowo fascynowała mnie także i tutejsza roślinność, szybko okazało się, że nie jest ona zbyt różnorodna. Z pozoru malownicze tereny można porównać do zwykłego, śródmiejskiego parku. Wybrukowane alejki z okazałymi dziurami, w których po mocniejszym deszczu zbierały się kałuże, skrzypiące ławki pomalowane białą, błyszczącą farbą. W wystrzyżonych trawnikach, zamiast psów czy bezdomnych kotów harcowały kolorowe chowańce, warczące na niemal każdego, kto nie był ich właścicielem. Od dwóch miesięcy z werwą przeglądałam księgi alchemiczne i medyczne, czytając o niezwykłych i niewątpliwie fascynujących gatunkach roślin rozsianych po całej krainie Eldaryi, jednak miałam świadomość, że były one zupełnie poza moim zasięgiem. Mogłam więc jedynie marzyć i mieć nadzieję, że moje życie ulegnie zmianie. W milczeniu i pozornej akceptacji nowej drogi, ciągle na nowo przerzucając kartki pożółkłej książki, umacniałam tylko swoją tęsknotę za tym, co utraciłam.

Kiedy tu trafiłam, myślałam, że czeka na mnie coś wielkiego. Choć za nic w świecie bym się do tego nie przyznała, wizja spędzenia tu kilku tygodni, lat, miesięcy — kto wie? napawała mnie ekscytacją. Nie chciałam tutaj trafić, jednak jeśli życie zaplanowało dla mnie taki los, planowałam czerpać z tego garściami. Tymczasem mieszkanie w Eldaryi okazało się całkiem... smutne. Do tej pory choć odrobinę uczucia spełnienia przynosiła mi alchemia. Nie miała ona tyle wspólnego z ziołolecznictwem, ile bym sobie życzyła, a jednak w jakiś sposób okazywała mi namiastkę tego, czego tak bardzo pragnęłam od chwili swojego przybycia. Tylko dzięki niej miałam fizyczny dowód na to, że piękne opowieści o fantastycznym, utopijnie cudownym i pasjonującym świecie magii mogły mimo wszystko zawierać ziarnko prawdy. Także i to zostało mi odebrane, chociaż usilnie próbowałam zachować przy sobie wszystko, do czego zdążyłam się już przywiązać. Nigdy nie starałam się celowo psuć ani gmatwać swojego względnie ułożonego życia, zwykle uciekając się do prostych rozwiązań. Mimo kłód rzucanych mi pod nogi starałam się nie narzekać; a jednak teraz siedziałam skulona i ubolewałam nad nieszczęśliwymi wypadkami ubiegłych dni, których sens powoli zaczął do mnie docierać.

Musiałam spojrzeć prawdzie w oczy — Kwatera Główna Straży Eel była złotą klatką, do której nieumyślnie trafiłam; przerażał mnie fakt, że nic nie wskazywało na możliwość opuszczenia jej w najbliższej przyszłości. W dalszym ciągu miałam w sobie pokłady nadziei na lepsze jutro, próbując zachować resztki pogody ducha. W końcu mogło być zdecydowanie gorzej. Trafiłam na osoby, które w ostateczności nie były nastawione wobec mnie szczególnie wrogo, a przynajmniej nie na tyle, by chcieć mojej krzywdy. Miałam dach nad głową, byłam bezpieczna w tym pełnym niespodzianek świecie. Tylko jaki był z tego pożytek, kiedy nie mogłam w żaden sposób skorzystać z życia?

Otarłam łzy, zanim zdążyły jeszcze spłynąć po moich policzkach. O ile zazwyczaj bywałam na tyle zabiegana, że odkładałam swój stan ducha na drugi plan, tak w chwilach, w których mogłam pobyć sama ze sobą, natychmiast wyrzucałam z siebie spiętrzone emocje. Czułam się jak zagubione dziecko, jednak paradoksalnie właśnie tego potrzebowałam — krótkiej okazji na poużalanie się nad sobą. Summa summarum nie robiłam tego tak często, jak mogłabym się po sobie spodziewać w podobnej sytuacji. Ostrożnie odłożyłam z lekka pomięte reklamy na szafkę nocną, w obawie, że mogłabym rozmazać tusz jedną z wilgotnych kropli, które zaczynały coraz gęściej opadać na poduszkę. Uśmiechnęłam się do siebie, czując się już nieco lepiej, choć lada moment zrzedła mi mina. Ciche pukanie do drzwi otrzeźwiło mnie i przyprawiło o odrobinę paniki. Nie wiedząc, jak wytłumaczyć podpuchnięte oczy i zarumienione policzki, postanowiłam po prostu zmierzyć się z zaistniałą sytuacją z podniesioną głową i nie zatajać prawdy. Wolałam unikać jakichkolwiek kłamstw, nadal obawiając się, że to właśnie przez nie znalazłam się w swoim obecnym położeniu. Mimo że słowa Ewelein początkowo rozwiały moje wątpliwości, z czasem powróciły one ze zdwojoną siłą.

— Proszę! — rzuciłam słabo, z ciekawością wpatrując się w drzwi. Nie zdziwiłam się, kiedy ujrzałam za nimi Mathyza, który nerwowo ściskał pod pachą pokaźną, jaskrawoczerwoną apteczkę. Chłopak mógł być mniej-więcej w moim wieku, a przynajmniej na podobnym etapie rozwoju - nadal nie do końca rozumiałam zależności między długością życia u różnych ras, dlatego wolałam przedwcześnie nie wydawać żadnych osądów. Sprawiał wrażenie sympatycznego, ale wiecznie zestresowanego i niezbyt pewnego siebie. Nie rozmawiałam z nim nigdy osobiście, jednak kilka razy spotkałam go podczas swoich wizyt w skrzydle lekarskim. Z tego, co zdążyłam zauważyć, zwykle jadał posiłki na stołówce samotnie. Wcześniej często widywałam go w towarzystwie Karenn, Alajei i spółki, jednak od jakiegoś czasu z nieznanych powodów ich paczka zdawała się nieco podupadać. W każdym razie gołym okiem zauważałam pewne podobieństwa naszych sytuacji, toteż zrodziła się we mnie nadzieja na nawiązanie chociażby wątłej nici porozumienia.

— Wstałaś już, och... idę powiadomić Ewe. Trzeba odłączyć cię od stabilizatora, nie jest wskazane, żebyś zbyt długo z niego korzystała — powiedział dość cicho i niewyraźnie, spoglądając na mnie z niepewnością. — Jeśli dobrze pójdzie, może jeszcze dzisiaj będziesz mogła wrócić na nogi. Ewelein chciała cię jeszcze trochę przetrzymać, ale udało mi się ją  przekonać, że tydzień to i tak całkiem sporo — zaśmiał się delikatnie, starając się sprowokować rozpoczęcie rozmowy. Momentalnie poderwałam się do pozycji półleżącej, wytrzeszczając oczy ze zdziwienia. Miałam szczerą nadzieję, że zaszła jakaś pomyłka.

— Tydzień? W sensie, całe siedem dni? — ledwo wydukałam, wpatrując się w jego tors z takim uporem, jakbym chciała wywiercić w nim dziurę.

— Właściwie to sześć... Nie strzelaj do posłańca. — Uniósł dłonie na wysokość klatki piersiowej, jakby na potwierdzenie swych słów przyjmując pozycję obronną. — Spałaś spokojnie, więc Ewe uparła się, żeby przetrzymać cię w takim stanie przez kilka dni i zrobić najistotniejsze badania.

Byłam, łagodnie mówiąc, całkiem porządnie poirytowana. Mimo zapewne dobrych zamiarów lekarzy wolałabym zostać o czymś takim wcześniej poinformowana. Wyjęto mi calutki tydzień z życia, podczas gdy ja byłam niczego nieświadoma.

— Rozumiem — westchnęłam ciężko. Uznałam, że denerwowanie się nie poprawi mojej sytuacji. Nawet gdybym wyjątkowo tego chciała, nie mogłabym cofnąć czasu. Dodatkowo Mathyz nie mógł być niczemu winny, ponieważ był jedynie asystentem Ewe. Nie miał większego wpływu na podejmowane przez nią decyzje; to ona zarządzała całym działem medycznym w Kwaterze, a jedynym, co mogło ją powstrzymać, byłaby interwencja Lśniącej Straży.

— To ustrojstwo —  wskazał dłonią na maszynę, nie dając mi zadać pytania, które układałam sobie już w głowie — uzupełniało twoją maanę, aby zachować twoje ciało w zupełnie tym samym stanie, w którym było przed podaniem środka nasennego. Dzięki temu mogłaś wytrzymać w śpiączce przez dość długi czas bez jedzenia czy picia.

— Kiedy najszybciej możecie mnie zwolnić? — rzuciłam zniecierpliwiona. Szybko zreflektowałam się jednak, zdając sobie sprawę, że nie sprawiałam wrażenia zbyt miłej. — Wybacz, ja... po prostu się czegoś takiego nie spodziewałam.

— Jasne. To wszystko zależy od twojego samopoczucia. Technicznie wszystko jest z tobą raczej w porządku od prawie trzech dni, ale jeśli uważasz, że nadal jesteś za słaba, żeby stanąć na nogach... nie ma przeciwwskazań ku temu, żebyś odpoczęła jeszcze kilka dni.

— Czuję się dobrze — zapewniłam błyskawicznie. — Poza tym, jestem piekielnie głodna. Chętnie poszłabym już na stołówkę. — Jak na zawołanie zaburczało mi w brzuchu.

— Sprawdzę jeszcze kontrolnie twoje życiowe parametry i postaram się szybko zorganizować ci jakąś eskortę — mówiąc to, uśmiechał się promiennie, ignorując moje trochę krzywe spojrzenie. Sytuacja zdawała się nieco go bawić; po dłuższej chwili jednak westchnął głośno i zabrał się za udzielanie wyczekiwanych objaśnień. — Nie patrz tak na mnie, to naprawdę konieczne. Nie możemy ot tak puścić cię samej, chyba że chcesz na własne życzenie zemdleć gdzieś w jakimś kącie. Ktoś odprowadzi cię do pieczary Karuta, a jeśli okaże się, że poradzisz sobie dalej sama, zostawimy cię w spokoju. Bez obaw, my wszyscy rozumiemy, że wolałabyś się szybciej usamodzielnić i wrócić do codziennego życia.

— Dzięki. — Tym razem całkowicie szczerze odwzajemniłam uśmiech, podczas gdy mój rozmówca zniknął za drzwiami, po to, aby po chwili pojawić się z powrotem w towarzystwie niezbyt uradowanej Ewelein.

Podczas przeprowadzanych przez Mathyza badań (które odbyły się pod czujnym okiem elfki) przynajmniej ze trzy razy usłyszałam, że powinnam jednak zostać w przychodni przez chociażby dwa, trzy dni. Wielokrotnie zapewniając, że naprawdę czuję się dobrze, pielęgniarka podała mi wreszcie moje codzienne, świeżo wyprane ubrania, abym mogła przebrać się ze szpitalnej piżamy. Po wszystkim jeszcze ze sto razy podziękowałam Mathyzowi za opiekę i końcowe wstawienie się u zarządczyni szpitala z niepokojącymi zapędami do dyktatury.  Ten zbył mnie jedynie krótkim machnięciem ręki, z rozbawieniem dodając, abym uciekała, zanim Ewe zmieni zdanie i przetrzyma mnie siłą.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy nareszcie zatrzasnęłam za sobą ciężkie, pomalowane na koralowy kolor drzwi, widząc przed sobą dobrze znany mi obraz jak zwykle zatłoczonej sali drzwi. Usłyszałam od Mathyza, że tuż pod przychodniowym progiem powinnam spotkać się z moim przyszłym towarzyszem niedoli. Nie byłam o to absolutnie zła, jednak nie ukrywałam, że wolałabym obejść się bez tych wszystkich środków ostrożności. Zawsze obchodzono się ze mną jak z jajkiem — jako człowiek w magicznym świecie nie miałam szansy poradzić sobie sama praktycznie z niczym, dlatego przy każdym, nawet najbardziej infantylnym zadaniu towarzyszył mi ktoś mniej lub bardziej odpowiedzialny. Do dzisiejszego dnia moja wolność jednak obejmowała codzienne życie w Kwaterze, dzięki czemu mogłam poczuć się tutaj choć odrobinę swobodniej. Odzyskałam w porę resztki samozaparcia i odrzuciłam czym prędzej zbędne i natrętne myśli, zajmując swój umysł czymś o wiele przyjemniejszym. W końcu, po raz pierwszy od jakiegoś czasu, zapowiadał się naprawdę spokojny dzień. Nie mogłam się doczekać położenia się we własnym łóżku, pobawienia się ze swoim przygłupim chowańcem czy choćby spotkaniem znanych mi osób, których mimo szczerych chęci nie mogłabym nazwać jeszcze swoimi przyjaciółmi. Nie wiedziałam, czy miałam w ogóle szanse kiedykolwiek określić ich w ten sposób.

Kiedy zaczynałam się już niecierpliwić, coś z impetem wpadło na mnie całym ciałem. Momentalnie odskoczyłam do tyłu, przylegając plecami do zamkniętych drzwi. Pisnęłam, kiedy zorientowałam się, że moje ubranie było częściowo pomoczone i zaczynało mnie ziębić. Skierowałam wzrok na mężczyznę, który pod wpływem uderzenia również zatoczył się do tyłu, ale w ostatnim momencie złapał równowagę. Przeklinał pod nosem, jednak nie miałam przekonania, czy dosyć konkretne epitety skierowane były w próżnię, czy też w moim kierunku. Jego rozpoznanie uniemożliwiała mi skórzana kurtka z kapturem, po całej długości której spływały strużki deszczówki. Skrzywiłam się paskudnie, ponieważ znajomy-nie-znajomy postanowił gwałtownie ściągnąć kurtkę przez głowę, dzięki czemu moje ubranie niemal całkowicie nasiąkło lodowatą wodą.

— Gregor? — zdziwiłam się szczerze, kiedy ujrzałam dobrze mi znaną, nastoletnią buzię. Para szarych oczu o kształcie migdałów uparcie lustrowała mnie spojrzeniem. Chłopak wreszcie wybuchnął śmiechem, najprawdopodobniej na widok mojej zdziwionej, dziecinnie naburmuszonej miny.

— A na kogo innego miałby spaść zaszczyt przeprowadzania poszkodowanych obywateli z miejsca na miejsce? Sam Leiftan udzielił mi rekomendacji — prychnął, ukłoniwszy się teatralnie. — Gregor, zastępca szanownego szefa straży Obsydianu we własnej osobie. Mam okazać legitymację, czy uwierzysz mi na słowo?

Przewróciłam oczami. Zaczynałam przyzwyczajać się już do bardzo specyficznego stylu wyrażania się chłopaka. Był potwornie irytujący, ale wierzyłam, że w jakiś pokraczny sposób dało się go polubić. Już przy naszym poprzednim spotkaniu obiecałam sobie, że spróbuję go choć trochę oswoić, a teraz nie zamierzałam dać za wygraną. Nie znaczyło to jednak, że planowałam powstrzymywać się w chwilach takich jak ta od kąśliwego komentarza.

— Powiedzmy, że jestem skłonna ci zaufać. W razie, gdybym miała jakieś większe wątpliwości, poproszę cię o przeprowadzenie ze mną treningu. Jeśli nie zaczniesz ciągnąć mnie po podłodze niczym worek kartofli, zacznę mieć poważne obawy — odpowiedziałam trochę głupio, nie zastanawiając się długo się nad swoimi słowami. Nie zamierzałam mimo wszystko dawać wejść sobie na głowę, nawet jeśli musiałam przez to zagrać w jego grę.

— Już cię za to przepraszałem, tak? Nie musisz mi tego wypominać — warknął chłodno, co jedynie zachęciło mnie do dalszego drążenia tematu. Na Ziemi mawiano, aby kuć żelazo póki gorące – kiedy już ukazał mi swój słabszy punkt, nie mogłam przegapić okazji do jego pięknego wykorzystania.

— Ewentualnie jeszcze mogę poprosić cię później o zwolnienie sali do zebrań. Z tym może być trochę ciężej, ale myślę, że efekt będzie warty zachodu. — Mrugnęłam do niego, nawijając sobie na palec jego długi, ciemnobrązowy warkocz, który zaplatał z boku głowy. Natychmiast zrzucił moją rękę, obdarzając mnie wściekłym spojrzeniem; niespecjalnie mu to wychodziło, bo wyglądał przy tym równie groźnie jak przeciętny yorkshire terrier. Wzburzony przyspieszył kroku, znacząco mnie wyprzedzając.

Dogoniłam go dopiero, kiedy otwierał już przed sobą drzwi do stołówki. Zdziwiłam się, gdy uprzejmie przepuścił mnie w drzwiach... jak się okazało, tylko po to, by przy tym niepostrzeżenie podstawić mi nogę. Tym samym wyłożyłam się jak długa na kafelkach, po nieudolnej próbie utrzymania równowagi. Skupiłam na sobie wzrok wszystkich obecnych w jadalni strażników, powodując ciche chichoty we wszystkich zakamarkach sali.

— Greg, jak mogłeś? — Alajea zerwała się z krzesła i podbiegła do mnie, pomocnie podając mi rękę. Przyjęłam ją, uśmiechając się z wdzięcznością.

Wstałam powoli, otrzepując moją ulubioną, sięgającą prawie do połowy uda koszulę z połyskliwego materiału. Zdecydowałam się na jej zakup w butiku, ponieważ dzięki swojej długości idealnie zakrywała kieszenie moich jedynych porządnych, wykonanych za skóry długich spodni. Od jakiegoś czasu przezornie nosiłam tam przywieziony jeszcze z domu wielofunkcyjny scyzoryk, który mimo wszystko wolałam ukryć przed mieszkańcami Kwatery. Nauczona przez doświadczenie na podstawie zainteresowania, jakie wzbudzał zielnik, starałam się trzymać wszystkie ziemskie przedmioty najdalej od ciekawskich spojrzeń tubylców.

— Na kryształ, nic ci nie jest? Ile palców widzisz? —  syrena kontynuowała z przerażeniem w oczach, machając otwartą dłonią tuż przed moją twarzą.  — Przynieść ci wody, albo może lepiej chodźmy do przychodni?

— Nie, spokojnie, Allie! — zaprzeczyłam, dynamicznie gestykulując. Wizja powrotu do lecznicy napawała mnie swojego rodzaju przerażeniem. — Wszystko dobrze, naprawdę... Dzięki wielkie, że pytasz.

— Gregor, jesteś najgorszą paskudą — jakby na zaprzeczenie tych słów, wspięła się na palcach i pocałowała go w policzek. Obsydianin zarumienił się płomiennie, ganiąc ją wzrokiem. — A ty, Gardienne, chodź z nami. Zjemy razem, będzie naprawdę miło.

Skinęłam słabo głową, co najwyraźniej Alajea potraktowała jako wystarczające potwierdzenie. Złapała mnie za nadgarstek swoją ciepłą, trochę obślizgłą dłonią, prowadząc naszą dwójkę w kierunku bardziej oddalonego stolika. Czekał tam już na nas uradowany Chrome, z werwą opowiadający coś nieszczególnie zainteresowanej jego monologiem Karenn. Kiedy z premedytacją zajęłam puste krzesło pomiędzy tą dwójką, wampirzyca posłała mi wdzięczne spojrzenie. Od teraz mogłabym swobodnie powiedzieć, że była mi winna drobną przysługę, choć nie miałam pewności, czy kiedykolwiek będę miała w ogóle chęć i potrzebę się o nią upominać.

— Ta, cześć. Co tu robicie? — młody brownie zupełnie nie wyglądał na zadowolonego z powodu naszego przybycia. — Allie, nie wolelibyście usiąść z Gregiem gdzieś bardziej... no wiesz, w odosobnieniu?

— Ależ skąd! Trochę zaniedbaliśmy ostatnio naszą przyjaźń, więc pomyślałam, że warto by było spróbować to nadrobić — syrena zdawała się nie zauważyć sugestywnego charakteru pytania. —  Co prawda Math ma teraz dyżur i nie może wpaść, ale zgarnęłam Gardienne w zastępstwie. — Mrugnęła do mnie znacząco, uroczo się uśmiechając.

— Mam nadzieję, że wam zbytnio nie przeszkadzam? — zapytałam uprzejmie, kierując swoje pytanie przede wszystkim do Chrome'a, którego mina krzyczała wręcz, że najchętniej pozbyłby się naszej trójki i powrócił do przerwanej wcześniej konwersacji.

— W każdym razie i tak zostajesz, bo mam się tobą zająć, chyba o tym nie zapomniałaś? — Gregor opadł na krzesło obok Alajei.

— Też racja, ale mogłabym usiąść sama przy stoliku obok. Miałbyś na mnie widok. — Wzruszyłam ramionami, oczekując reakcji reszty towarzystwa.

— Och, daj spokój, bo pomyślałabym jeszcze, że chcesz od nas uciec! — Alajea klepnęła mnie przyjacielsko w ramię. — Zostajesz z nami i kropka, nie daję ci wyboru.

— Podpisuję się rękami i nogami, chciałabym cię lepiej poznać. Rozmawiałyśmy co najwyżej kilka razy i to raczej dosyć oszczędnie, a wydaje mi się, że mogłybyśmy się nieźle zgadać — Karenn wyraźniej się ożywiła.

Chrome nagle wyprostował się na swoim krześle, posyłając mi promienny uśmiech. Po chwili mogłam poznać powód jego nagłej zmiany humoru.

— Ej, Gardienne, ty nie jesteś już czasem pełnoletnia? — zapytał z entuzjazmem. Spojrzał na mnie z wyczekiwaniem, podczas gdy ja nie rozumiałam aluzji. — Przydałoby się coś do rozgrzania gardła, a tak się składa, że Karuto ma tu całkiem dobre wino.

— Dobrze zrozumiałam, że chcesz, żebym kupiła ci alkohol? — wycedziłam powoli, wydłużając sobie czas na ułożenie odpowiedzi. Nie wiedziałam, jakie panuje podejście w tym świecie odnośnie podawania mocniejszych trunków nieletnim, więc w najmniejszym stopniu nie miałam ochoty ryzykować. Nawet, jeśli brownie zamierzał się za to na mnie obrazić, nie zamierzałam dawać się wciągać po raz kolejny w kłopotliwą sytuację.

— No, właściwie to wszystkim tutaj. Nawet Alajei nie chcą niczego podać, mimo że jest dorosła od prawie miesiąca — poskarżył się.

— Właśnie! Nie wiem już, jak przemówić mu do rozsądku — syrena załamywała ręce — Twierdzi, że nadal jestem na tyle nieodpowiedzialna, że powinnam trzymać się od procentów z daleka.

— Może boi się, że przekażesz je reszcie towarzystwa? — zasugerowałam, jak najbardziej popierając w tej sytuacji naszego ulubionego kucharza. — Wybacz, Chrome, ale wolę nie brać na siebie odpowiedzialności. Idę zamówić coś do jedzenia, przynieść wam coś?

— Mhm — Chrome udzielił oszczędnej odpowiedzi, po czym przystąpił do układania dość obszernego jadłospisu. Cała grupa po dłuższej chwili przekazała mi żetony na wybrane potrawy. Postanowiłam nie wykorzystywać dzisiaj swoich dodatkowych racji i zadowolić się posiłkiem serwowanym dzisiaj za darmo. Zazwyczaj bezpłatne jedzenie nie miało zbyt zachęcającego wyglądu ani zapachu, jednak nie zamierzałam wybrzydzać. Nie zostało mi już za dużo zapasowych żetonów, a w Kwaterze już od jakiegoś czasu nie ogłaszano ostatnio żadnych opłacanych nimi misji. W dodatku w tym tygodniu nie mogłam pracować dla swojej straży, więc nie otrzymałam też słynnej cotygodniowej kartki na piwo.

Już kilka minut później siedziałam wśród rozchichotanych nastolatków, w najlepsze popijając przesłodzony owocowy kompot. W tym wszystkim udało mi się zauważyć splecione pod stołem dłonie Gregora i Alajei. Zrozumiałam już, dlaczego Karenn była całkiem zadowolona z mojej obecności — beze mnie spotkanie mogłoby wyglądać bardziej na podwójną randkę niż na próbę odnowienia przyjacielskich więzi.

Popołudnie zapowiadało się całkiem uroczo i zaskakująco spokojnie. Dziwnie było aż powrócić do zwykłego, mozolnego życia po tym, co niedawno się wydarzyło. Wszystko miało teraz być zupełnie inne, a jednak pewne rzeczy nadal się nie zmieniły. Może i należałam do innej straży czy musiałam uważać na swoje zdrowie bardziej niż kiedykolwiek, ale w stołówce wciąż panował ten sam gwar. Również potrawy Karuto były równie obrzydliwe co przedtem, a Alajea nie zaczęła się zachowywać ani trochę spokojniej. Życie w Kwaterze Głównej Straży Eel miało nadal toczyć się własnym biegiem, nie zważając na wzloty i upadki swoich mieszkańców.

* * *


EZAREL


Kolejne dni mijały w normalnym, spokojnym tempie. Poranki zlewały się z wieczorami, kiedy praca w laboratorium bezlitośnie pochłaniała całe dni. Godziny wcale nie dłużyły się w nieskończoność, a niepokój nie spędzał nocą snu z powiek. Od feralnej nocy w Sali Kryształu upłynął już niemal tydzień, a członkowie Lśniącej Straży powoli wracali do siebie po burzliwych wydarzeniach.

Tym sposobem Miiko stała się jeszcze bardziej poirytowana na wszystko i wszystkich, Valkyon mówił jeszcze mniej, a Leiftan zdawał się poświęcać całe dnie na bieganie do przychodni i z powrotem. Moje zagubienie osiągnęło apogeum, kiedy zastałem Nevrę siedzącego samotnie na ławce w parku z fontanną, krótko spławiającego zalecającą się do niego strażniczkę z Absyntu. Miałem nieciekawe wrażenie, że jako jedyny nie biorę udziału w specyficznym, masowym otępieniu i w żadnym wypadku nie byłem z tego zadowolony.

Frustracja oczywiście musiała przejść także i na mnie, niemogącego odnaleźć się w obecnie panujących nastrojach. Na niemal każde wspomnienie o Gardienne, nieudanym eliksirze czy przychodni reagowałem (jak zresztą zawsze w podobnych sytuacjach) słowną agresją. Miałem już serdecznie dość tego nieustannie przewijającego się tematu, jak i samej osoby ziemianki, mimo że przecież nie widziałem jej już od dawna. Momentami nachodziła mnie ochota powtórzenia na jakimś wyjątkowo rozgadanym rozmówcy popisowego numeru Ykhar, jednak zazwyczaj nie miałem pod ręką ani żadnej torebki, ani innego nadającego się przedmiotu. Szczególną złość odczuwałem na myśl o zachowaniu lorialeta — pomyślałby kto, że tak bardzo przejmował się czyimkolwiek losem. Najszczególniej zatroszczył się o tę ziemską poczwarę, kiedy w tajemnicy przed nią poddał Miiko jakże przełomowy pomysł uwarzenia Mnemosyne. Cała ta sprawa może nie drażniłaby mnie tak bardzo, gdyby nie to, że przez jego kretyński pomysł to mnie postrzegano za winnego całej  sytuacji  — Leiftan miał ewidentny dar zlecania innym najbrudniejszych działań, samemu pozostając w białych rękawiczkach. Jego z pozoru nieskazitelne zachowanie i nienaganna kultura wyprowadzała mnie z równowagi od stosunkowo niedawna, a ja nie do końca znałem powód własnych, tak skrajnych emocji. Jasne wydawało mi się od samego początku, że cała ta idealna otoczka to jedno wielkie fałszerstwo. Niedawny wypadek  w kryształowej sali jedynie utwierdził mnie w przekonaniu, że mężczyzna wcale nie jest taką łagodną owieczką, na jaką usiłował się kreować. Miiko jednak ufała mu bezgranicznie, więc nie pozostawało mi nic innego, jak ignorowanie raczej niepokojących odczuć.

— Ez, a tobie co jest? Od paru dni albo co chwilę się wyłączasz, albo na kogoś krzyczysz — zauważył Valkyon, z hukiem odstawiając na blat kufel wypełniony piwem. Odezwał się po raz pierwszy od czasu, kiedy w trójkę usiedliśmy przy wolnym stoliku i zamówiliśmy pierwszy trunek. Dla mnie była to również planowanie ostatnia porcja alkoholu; nie zamierzałem się upijać. Moi kompani nie wykazywali jednak podobnego rozsądku i już dwukrotnie prosili Karuta o dolewkę. — Nie przejmuj się tym wszystkim aż tak bardzo. — Położył swoją wielką dłoń na moim ramieniu.

— Właśnie się, k!@#$, nie przejmuję! — nieświadomie podniosłem głos na przyjaciela, zwracając na siebie uwagę kilku osób z naramiennikami straży Cienia, którzy siedzieli przy stoliku obok. Nie przejąłem się tym jednak, równie głośno kontynuując swój wywód. — Zabierz rękę. Nie lubię, jak się mnie dotyka.

— Serio, znowu? — Valkyon westchnął głęboko, w istocie zabierając kończynę. Razem z wampirem zmierzyli mnie badawczymi spojrzeniami, obaj jednak już się nie odezwali.

— Co? — rzuciłem z niecierpliwością, kiedy po chwili milczenia wymienili porozumiewawcze uśmieszki. Nie miałem dobrych przeczuć co do tego, co mogli mieć w tym momencie na myśli.

— Wiesz, Ez... martwienie się o kogoś nie jest czymś, czego powinieneś się wstydzić. — Tylko Nevra we własnej osobie mógłby wypowiedzieć takie słowa w podobnej sytuacji. — To całkiem... normalne. Nawet takie bezduszne osobniki jak ty czasami odczuwają podobne rzeczy.

— Na najświętszy Kryształ, Nevra. Zamknij się, zanim się rozkręcisz na dobre — jęknąłem, chowając twarz w dłonie. Mój najlepszy przyjaciel miał paskudny zwyczaj dopatrywania się w każdym moim ruchu ukrytego znaczenia; a kiedy już sobie coś ubzdurał, ciężko było odwieść go od jego przekonań.

— Wyrocznio, nie mówcie mi, że to się dzieje naprawdę. Ten Ezarel wreszcie przejmuje się czymkolwiek innym niż czubkiem własnego nosa. Chyba zacznę jednak lubić Gardienne, może uda jej się obudzić w tobie resztki człowieczeństwa — zaśmiał się rozweselony Valkyon, który chwilę później jednym haustem opróżnił prawie połowę zawartości kufla. Ten widok w jakiś pokraczny sposób mnie otrzeźwił; to ewidentnie nie była pierwsza porcja trunku zażywana przez Obsydianina tego popołudnia. Istniała szansa, że bzdury, które wygadywał, były efektem lekkiego nadużycia alkoholu.

— Valk, tobie już chyba wystarczy — wskazałem ruchem głowy na trzymane przez niego naczynie. — Wydawało mi się, że masz mocniejszą głowę, a jak widać zaczyna już ci się udzielać humorek Nevry.

— Obawiam się, że tym razem jestem prawie że stuprocentowo trzeźwy. Nevra ma wyjątkowo rację, przyjacielu. To nic złego, że nadal ją w miarę lubisz, chociaż szczerze powiedziawszy... absolutnie tego nie rozumiem.

— Żeby tylko lubił — Nevra coraz bardziej grał mi na nerwach. — Drogi kolego, tutaj poważna sprawa się szykuje.

— Ech, nie powiedziałbym. Moim zdaniem Ez po prostu pożałował, że wyrzucił ją ze straży i męczą go wyrzuty sumienia. Nabijała wam chyba sporo punktów ostatnio, nie? — zwrócił się w moim kierunku, ale chyba nawet nie oczekiwał odpowiedzi.

— Valk, jak ty się cholernie nie znasz. Oczywiste, że to nie o to tutaj chodzi — Nevra popukał się w czoło, idealnie ilustrując poziom całej dyskusji.

— Stop. Po prostu, na Wyrocznię, stop.  Przestańcie wygadywać wreszcie te kretyńskie brednie — wycedziłem, nie panując już nad złością i frustracją. — Zajmijcie się własnymi życiami i nie pakujcie się, jeśli łaska, w moje. Mam dość waszego durnego, pijackiego gadania. Co was w ogóle dzisiaj ugryzło?

— A co miałoby? — Nevra przekrzywił głowę z niezrozumieniem, mocząc kły w kieliszku wina.

— Może to, że przez cały tydzień zachowujecie się jak wpół śnięci, bo tak bardzo wszystkich bolały przypadki naszej ch*lernej Gardienne? A teraz jak gdyby nigdy nic urządzacie jakieś chore cyrki, przekrzykując się nawzajem w coraz to głupszych sugestiach. I to niby ja zachowuję się tutaj dziwnie? — niemal wykrzyczałem. Akurat w tym momencie mój wzrok uciekł gdzieś w innym kierunku, na drugi koniec stołówki, tylko po to, żeby napotkać dość charakterystyczną sylwetkę. Irytująca, ciemnowłosa ziemianka jak zwykle ubrana w błękitną koszulę w najlepsze trajkotała o czymś z siostrą mojego ulubionego wampira. — Aha. Czyli to dlatego. Wasze oczko w głowie stanęło o własnych siłach, więc można już w spokoju zacząć błaznować?!

Powoli się uspokajając, rzuciłem okiem na Nevrę, prawie purpurowego od powstrzymywanego śmiechu. Widocznie nie wytrzymując, wreszcie zaczął potwornie głośno rechotać. Do ataku wesołości oczywiście dołączył się Valkyon, który ostatnio nie pozostawał dłużny czarnowłosemu w byciu niezmiernie w#!@$%^&*&^%.
— T-ty... N-naprawdę, jesteś beznadziejny — wydusił wreszcie Nevra pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu. — To chyba jakaś obsesja. Dobry Boże, Ezarel... nigdy nie przestawaj mówić, proszę. Czemu ty się właściwie tak tego wypierasz?

— Ponieważ wmawiacie mi coś, czego nigdy nie powiedziałem. Jakbyście chcieli wiedzieć, to tak, jestem zirytowany, ale bynajmniej nie z powodu tej pokraki. Nie obchodzi mnie w najmniejszym stopniu, jak nasza ofiara losu się czuje, czy dobrze spała i co jadła na śniadanie.  Jeśli wy macie ochotę tego wysłuchiwać, to nie widzę przeciwwskazań w podejściu i zapytaniu — prychnąłem. — Chociaż znając życie, wcześniej zrobi to Leiftan, który upatrzy w tym jakiś swój pokrętny interes — dodałem znacznie ciszej.

— Czekaj chwilę, idę po kolejkę, ja stawiam — zarządził Nevra, który nagle spoważniał. — Chyba wiem, co ci dolega.

W istocie, kilka minut później wrócił nie z trzema, a przynajmniej z pięcioma szklankami. Skrzywiłem się, widząc, że zdecydowana większość zastawy to kieliszki z winem. Wypatrzyłem na szczęście jedną porcję hydromiodu, którą natychmiastowo porwałem z tacy.

— Więc to o niego chodzi, prawda? Leiftan zaszedł ci za skórę? — Nevra opróżnił duszkiem krwistoczerwoną zawartość naczynia.

— Można tak powiedzieć, ale nie mów tego tak głośno. Ściany mają uszy, a my nie jesteśmy szczególnie dyskretni — upomniałem go, odruchowo się rozglądając. Jedyną rzeczą, która przyciągnęła w choćby najmniejszym stopniu moją uwagę była dość głośna kłótnia przy bardziej oddalonym stole. Przewróciłem oczami, kiedy  zorientowałem się, że ta ostra wymiana zdań zachodzi między nikim innym jak Gardienne i Gregorem. Nie zauważywszy niczego niepokojącego, zwróciłem wzrok ku moim rozmówcom. Valkyon karcąco wpatrywał się w jednookiego, najprawdopodobniej myśląc o tym samym co ja.

— Jesteś piekielnie nudny — ziewnął przeciągle wampir. — Ale patrząc na to, jak zachowywałeś się ostatnio w jego obecności, jestem skłonny ci uwierzyć. Szkoda, zdecydowanie wolałem naszą teorię. A tyle czasu dyskutowaliśmy o tym z Valkiem... Doprawdy, straszny z ciebie przypadek. — Nevra ułożył głowę na stole, dając nam podstawy do stwierdzenia, że nie powinien dotykać się już więcej do alkoholu. Od takiego stanu niedaleko było już do tego najgorszego etapu, w którym wampir naprzemiennie zasypiał i się wydurniał. Jeszcze tego brakowało, żeby trzeba było taszczyć go zalanego w trzy trupy do pokoju, który nie dość tego znajdował się na piętrze. Krwiopijca nigdy nie miał mocnej głowy, ale na szczęście podobne incydenty zdarzały mu się bardzo, bardzo rzadko. Mieliśmy w zwyczaju bardzo się pilnować przy jakichkolwiek spotkaniach, a pijaństwo absolutnie nie było dobrze widziane w Kwaterze. Jako członkowie Lśniącej Straży mimo okoliczności staraliśmy się nie dawać mieszkańcom najgorszego przykładu.

— Boże, chłopaki, ja... Tyle czasu, po całej Kwaterze biegałam, a wy... tutaj... — Niemal podskoczyłem, słysząc piskliwy głos tuż za swoimi plecami. Zdyszana Ykhar nagle pojawiła się przy naszym stole. Z trudem łapała oddech pomiędzy kolejnymi słowami, które wyrzucała z siebie z błyskawiczną prędkością. — Porywam waszą trój... zaraz, wróć. Nie, Ezarel, ty zostajesz. Potrzebuję tylko Valkyona i... och? Z nim wszystko dobrze? — zapytała, bezceremonialnie wskazując przysypiającego Nevrę palcem.

— Nic mu nie będzie, zaraz go obudzę. O co chodzi, Ykhar? — Valkyon spojrzał na nią z wyczekiwaniem, nie dając się wyprowadzić z równowagi nawet głośnym, miarowym pochrapywaniom naszego przyjaciela.

— Przecież nie mogę ci tutaj tego powiedzieć! — oburzyła się. — Mam omówić z wami szczegóły przyszłej misji, ale tylko tyle wolno mi teraz wyjawić. Zapraszam do biblioteki, ale to migiem!

Rzuciłem Obsydianinowi pytające spojrzenie, ten jednak w odpowiedzi wzruszył jedynie ramionami. Wziąłem na siebie obowiązek obudzenia Nevry, co nie okazało się zbyt skomplikowane. Nie sądziłem jednak, żeby po zakończeniu spotkania wampir cokolwiek z niego zapamiętał.

Po chwili zostałem więc sam przy pustym stoliku, a jedyne towarzystwo dotrzymywały mi trzy nieruszone drinki, których nie zdążyliśmy wcześniej wypić. Zastanawiałem się, co właściwie jeszcze tutaj robiłem, kiedy mógłbym w tym czasie odpocząć z dala od harmidru. Mimo to postanowiłem zostać w pomieszczeniu jeszcze przez chwilę — nie lubiłem swojego pokoju, którego wystrój z jakiegoś powodu nigdy nie wydawał się mi przyjazny. Nie spieszyło mi się wracać do pustego, wiecznie chłodnego pomieszczenia, a wizja spędzenia kolejnego wieczoru w laboratorium przyprawiała mnie o mdłości.

Usadowiłem się wygodniej, opierając nogi o oparcie jednego z wolnych krzeseł. Może nie przystawało mi takie zachowanie, ale dwa kubki hydromiodu pozwoliły mi pozbyć się większych skrupułów. Mimowolnie zacząłem po prostu rozglądać się ciekawsko po pomieszczeniu, nie myśląc o niczym konkretnym. Wszelkie rozmowy nieco już przycichły, a zgromadzone tłumy powoli się rozrzedzały. Zwróciłem uwagę, że przy stoliku Chrome'a brakowało już Gardienne, a reszta towarzystwa najprawdopodobniej również udawała się do wyjścia. Szczególnie Karenn sprawiała wrażenie takiej, która chce się już jak najszybciej urwać.

W tym momencie ktoś z rozmachem otworzył drzwi, niemal uderzając opuszczającego pomieszczenie Gregora. Mało brakowało — pomyślałem z żalem, przeklinając ewidentnego farta zastępcy Valkyona. Do stołówki wpadła Gardienne (równie zdyszana, jak wcześniej odwiedzająca to miejsce Ykhar). Nie patrząc w ogóle na chłopaka, którego niemal stratowała w swoim szaleńczym biegu, ruszyła prosto do mojego stolika. Spojrzałem na nią krytycznie, ta jednak zupełnie się tym nie przejęła.

— Ezarel, gdzie jest Valkyon? Daję głowę, jeszcze przed chwilą tu był — jęknęła ze zrezygnowaniem, bez zapytania opadając na krzesło obok.

— Rozmawia z Ykhar, więc raczej zbyt prędko nie będzie dyspozycyjny — prychnąłem nie bez satysfakcji. — O co znowu chodzi?

— Pamiętasz, jak zachowywał się mój chowaniec, kiedy wychodziliśmy ostatnio z laboratorium? Coś działo się wtedy w moim pokoju, a podobno nikomu o tym nie napomknąłeś. Raczej nie dowiem się już, co to było, ale dobrze by było przeszukać go dla pewności. Miiko kazała mi poprosić Valkyona o pomoc, żeby czasem nie przegapić niczego ważnego.

— No, w porządku. Ale tu go nie ma, więc radziłbym albo zapytać kogoś równie miłego, albo ruszyć swoje szanowne cztery litery i samodzielnie zabrać się do roboty. — Uśmiechnąłem się do niej ironicznie, licząc, że zrozumie sugestię i zostawi mnie nareszcie w spokoju.

— No, to zapytam ciebie. Pomożesz mi, czy nie? — jej pytanie mnie nie zaskoczyło, ale nie byłem zadowolony, że w końcu takowe padło. Szybko przekalkulowałem sobie w głowie możliwe korzyści, które mógłbym wynieść z tej krótkiej współpracy.

— Jakie masz racje na ten miesiąc? — zapytałem z lekką niechęcią.

Gardienne warknęła coś bliżej niezrozumiałego, przetrzepując kieszenie. Po chwili podała mi na wyciągniętej dłoni cztery płaskie, białe karteczki.

— Trzy na dodatkowe desery i jedna na hydromiód. Więcej nie zamierzam dawać, panie interesowny. — Założyła ręce na piersiach, czekając na moją decyzję. Postanowiłem odczekać dłuższą chwilę przed udzieleniem odpowiedzi, czysto dla zasady. Zacząłem bawić się pojedynczym pasmem włosów, które uwolniło się ze spiętego z tyłu głowy kucyka. Dopiero kiedy usłyszałem niecierpliwe stukanie butem o podłogę, zdecydowałem się wydać na siebie wyrok.

— Robię ci tym przysługę, ale chodźmy — rzuciłem krótko, podnosząc się z miejsca. Miałem w planach zostawić niedopite drinki na stole, ale w ostatniej chwili spostrzegłem skierowany w ich stronę chciwy wzrok Chrome'a. Odniosłem więc wszystko Karuto, po cichu chełpiąc się rozczarowaniem wymalowanym na twarzy wilka.

Mimo wszystko zanotowałem w pamięci, żeby więcej nie pozostawać na widoku dłużej niż to konieczne. Niekoniecznie uśmiechała mi się wizja dodatkowych zajęć z utrapionymi strażnikami, którym ostatnio dziwnym trafem przydarzały się głównie nieszczęścia.

* * *

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (14-04-2020 o 15h16)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#22 19-03-2020 o 19h53

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Witam witam, cieszę się że wpadłaś z następnym rozdziałem, bo bardzo byś mnie zmartwiła jakbyś zawiesiła to opowiadanie, zwłaszcza że FF ogólnie kuleje :< I od razu bardzo ci dziękuję, że faktycznie zajrzałaś do mojego opka, a nawet zostawiłaś komentarz. Przyznam szczerze, że w to nie wierzyłam, ale nie dlatego, że w ciebie wątpię, tylko to ogromna ilość tekstu i łatwo się do tego zniechęcić. Tym bardziej więc dziękuję c:

Zmartwiłaś mnie tylko tym Leiftanem, bo nie ukrywam, że nie znoszę postaci. Chociaż, jakby się tak nad tym zastanowić, w moim opowiadaniu będzie postacią pozytywną i bardzo sympatyczną. To trochę ciekawostka xd

Bardzo mi się podoba rozczarowanie bohaterki Eldaryą. To dobrze, że nie poszłaś w oczywistość i nie kazałaś się jej zachwycać, tylko przytomnie opisałaś, że Eldka to wcale nie jest kraina z bajki. Duży plus za ten zabieg.

A, no i muszę ci pogratulować zapisu dialogów — są całkowicie poprawne <3

I tak sobie myślę, że zmotywowałaś mnie do zabrania się za swój rozdział XD

Ten Greg to straszny debil, nie znoszę tej postaci, ale pewnie o to ci chodziło xd Zastanawiam się tylko, jak Valk mógł wziąć na swojego zastępcę kogoś tak niedojrzałego i nieodpowiedzialnego.

Hm, Gred, Alka, Karenn i Chrome. Okropne towarzystwo, nie zazdroszczę XD

A ta dyskusja Nevry i Valka o tym co dolega Ezowi to czyste złoto XDDD

Tylko taka mała uwaga: sposób w jaki cenzurujesz wulgaryzmy jest niewłaściwy; według regulaminu dozwolone jest użycie tylko pierwszej litery, resztę należy zastąpić innymi znakami typu @#$%. Lepiej to poprawić ;]

Czyli jednak doszło do maleńkiej konfrontacji Eza i Gardzi, którą stylowo ucięłaś. Ale jestem bardzo ciekawa przeszukania tego pokoju, więc czekam niecierpliwie na resztę i pozdrawiam! ^^

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (19-03-2020 o 19h53)





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#23 13-04-2020 o 20h19

Straż Cienia
Negritte
Rekrut
Negritte
...
Wiadomości: 50

Hej!
Bardzo miło czyta mi się Twoje opowiadanie. Wątek niezapamiętanej przez Gardienne historii z Leiftanem, złotych tatuaży i w ogóle jej rasy jest bardzo interesujący. Mam nadzieję, że już niedługo będę mogła poznać więcej szczegółów.

Wszystkiego dobrego!


ile sobie zawdzięczamy?
https://media.giphy.com/media/blEl99OgPQnNS/giphy.gif

Offline

#24 14-04-2020 o 15h14

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

Dzień dobry, to znowu ja!
@Methrylis — powiem szczerze, że u Ciebie długość tekstu zadziałała wręcz odwrotnie. Wciągnęłam się w akcję opowiadania i byłam naprawdę zadowolona, że nie miało ono zakończyć się za szybko ^^   
Jak zwykle pięknie dziękuję za konstruktywny komentarz ♥ Wulgaryzmy oczywiście na bieżąco poprawię; dodam jeszcze, że mam wątpliwości co do cenzurowania „choler”. Próbowałam pogrzebać w sieci i w słownikach, ale nie mogę znaleźć jednoznacznej informacji, jak to z nimi sprawa wygląda — wulgaryzm podobno nie, jednak przekleństwo jak najbardziej. Póki co zostawiłam to tak, jak było, ale chyba muszę się tu jeszcze trochę doinformować ;v Pozdrawiam Cię ciepło i życzę dużo weny, bo nie mogę doczekać się ciągu dalszego „Nigredo”!
@Negritte — bardzo miło mi to słyszeć! W ogóle się nieźle zgrałyśmy w czasie, bo faktycznie dość szybko wróciłem tu z nowym fragmentem historii. Cieszę się, opowiadanie Cię zaciekawiło i serdecznie Cię pozdrawiam c:
Tymczasem zapraszam na kolejną część /static/img/forum/smilies/big_smile.png


11. Żonkil, cz. 2
؏EZAREL؏

Gardienne, najwidoczniej zmęczona swoją poprzednią gonitwą za liderem Obsydianu, spokojnie już wyszła razem ze mną na zewnątrz pomieszczenia. Dłuższą chwilę przemierzaliśmy wijące się w nieskończoność korytarze Kwatery, pogrążeni we własnych myślach.

Automatycznie spojrzałem na ściskane w swojej dłoni żetony, nieco nie dowierzając, że ich poprzednia właścicielka tak łatwo zgodziła się je oddać. Nic nie wskazywało na to, żeby były w jakiś sposób podrobione — trzy obejmowały dowolny, dodatkowy posiłek, jedna natomiast pozwalała na wybranie dwóch porcji alkoholu. W tym momencie przypomniała mi się krótka, raczej mało istotna rozmowa, którą odbyliśmy nie tak dawno temu.

— Wyjaśnij mi jedną rzecz — zażądałem. Kontynuowałem swoją wypowiedź, kiedy ziemianka z zainteresowaniem odwróciła głowę w moim kierunku — Czy nie mówiłaś mi czasem zaledwie kilka dni temu, że nie została ci ani jedna racja na ten miesiąc?

— Kiedy? — Zmarszczyła brwi, najwidoczniej starając się odtworzyć w głowie wspomnianą sytuację.

— Wtedy, kiedy postanowiłaś uraczyć mnie konstiencją — rzuciłem, starając się brzmieć jak najbardziej swobodnie. Ten temat w rzeczywistości nie był dla mnie najłatwiejszy i zdecydowanie nie czułem się dobrze z minionymi wydarzeniami. Nie rozumiałem, co popchnęło Gardienne (do której bądź co bądź miałem odrobinę zaufania) do takiego zachowania wobec mnie. Dość pokrętne objaśnienia Leiftana ani odrobinę mnie nie usatysfakcjonowały, jednak ja sam nie potrafiłem znaleźć na to bardziej logicznego wytłumaczenia.

— Och. — Zarumieniła się płomiennie, czym prędzej zakrywając policzki ciemnymi kosmykami włosów. Interesującym zajęciem wydało jej się nagle oglądanie swoich paznokci.

— Otrzymam moją odpowiedź? — nalegałem. Z jakiegoś powodu potwornie zależało mi na wyjaśnieniach, dlatego postanowiłem nieco ją sprowokować. — Bo zacznę myśleć, że te żetony są kradzione.

— Oczywiście, że nie! — oburzyła się, zgodnie z moim założeniem. — Po prostu... no cóż. Tam w lesie, eh... nie powiedziałam ci tak do końca prawdy — rzuciła niepewnie, spoglądając gdzieś przed siebie.

— Kłamczucha — rzuciłem złośliwie, obserwując, jak Gardienne wykręca palce ze zdenerwowania. — Niby czemu teraz zmieniłaś nagle zdanie?

— Wiesz, wtedy sytuacja była inna — burknęła niesympatycznie, wzruszając wątłymi ramionami. — Minął ponad tydzień, więc pozostało mi mniej dni do wyżycia na dziennych przydziałach — wzdrygnęła się lekko, zapewne na wspomnienie "Posiłków dnia" naszego drogiego Karuta. Nie dziwiłem się jej; sam ze szczególnym obrzydzeniem wspominałem mroczne czasy, kiedy musiałem korzystać głównie z darmowych posiłków. Teraz, jako szef Absyntu, mogłem spokojnie pozwolić sobie na znacznie lepsze i pożywniejsze kąski niż standardowe pomyje o bliżej nieokreślonym składzie. — Jeśli nie wpadnie mi jakaś dodatkowa misja, za piętnaście dni dostanę wypłatę na następny miesiąc. Poza tym teraz nie jestem już w twojej straży. Nie mogłabym już zastąpić opłat dodatkową pracą.

— Cóż, w takim razie życzę miłego wcinania szarych brei przez bite dwa tygodnie. — Wyszczerzyłem zęby w szerokim uśmiechu, co nie spotkało się z żadną reakcją ze strony dziewczyny. — Może Karuto będzie na tyle łaskawy, że pozwoli ci pozjadać jakieś resztki po innych. Mogę zostawić ci czasami jakieś ogryzki na talerzu.

— To obrzydliwe, Ez. — Wykrzywiła twarz w ostentacyjnym grymasie. — Na szczęście nie musisz się martwić o moją dietę, bo zamierzam świetnie sobie w tej sytuacji poradzić.

— Niby jak? Jeśli teraz zaciągniesz u kogoś kredyt, to będziesz głodować w przyszłym miesiącu — zachichotałem. Sytuacja nie wydawała się najciekawsza, ale to tylko podsycało moje rozbawienie.

— Nie jestem aż tak wydelikacona, jak ty. — Mrugnęła do mnie...? — Nie będę rozpaczała nad kilkoma racjami, ostatecznie mam przynajmniej cokolwiek do jedzenia. Trudno, mogło być zdecydowanie gorzej — spojrzała na mnie pobłażliwie, próbując wmówić mi słuszność swojego toku rozumowania. Sam raczej nie postąpiłbym w taki sposób, a zasypywałbym już wszelkich znajomych ze Straży niewinnymi pytaniami o zapasowe racje. Komfort mojego życia w Kwaterze był dla mnie istotną kwestią, a nie sądziłem, żeby ktokolwiek miał mi za złe tak lekkie nadużycie uprzejmości. Nieco zaskoczyła mnie jej postawa; spodziewałem się raczej większego użalania nad sobą i zgrywania kozła ofiarnego. Nie podejrzewałem, że w głębi duszy tej nieco kapryśnej, zamkniętej w sobie poczwary odnajdzie się swojego rodzaju pokraczna potrzeba niezależności.

— Podejrzewasz, co mogło wydarzyć się w moim pokoju? — wyrwała mnie z zamyślenia. Oczywiście, że nie podejrzewałem. Nawet nie miałem sposobności czy chęci, aby się nad tym porządnie zastanowić.

— Oprócz tego, że ktoś mógł wejść przez okno i wykorzystać to, że nie zamknęłaś drzwi na klucz, żeby wemknąć się niespostrzeżenie do kwatery? No, to już nie mam żadnych pomysłów — westchnąłem boleśnie, wznosząc oczy ku niebu. Skąd miałbym wiedzieć cokolwiek więcej od niej? Mogliśmy jedynie przypuszczać, że ta wizyta mogła nie być koniecznie przeprowadzona w dobrych intencjach.

— Trochę się boję tego, co możemy tam znaleźć. Co prawda nigdy nie lubiłam swojego pokoju, ale na samą myśl, że moim rzeczom mogłoby się cokolwiek przytrafić... — urwała, pogrążając się w zadumie. Poniekąd ją rozumiałem, samemu znajdując się w dość podobnym położeniu.

— Nie lubisz swojego pokoju? Panienka kupiła za twardy materac, czy może nie mieszczą jej się ubrania w szafie? — zakpiłem, wspominając, jak z podobną skargą przyszła do mnie Karenn. Purral przytargał wówczas ze sobą kolekcję składanych, drewnianych łóżek, a wampirzyca odczuła nagłe zapotrzebowanie na remont sypialni. Nevra był w tym czasie na misji w okolicach ziem Jaspisu, więc nie mogła poprosić swojego ulubionego braciszka o pomoc w tej jakże poważnej sprawie. Nieszczęśliwie zdecydowała się napomknąć o tym w obecności samej Miiko, co skończyło się dla mnie przymusowymi negocjacjami cen mebli z diabelsko zawziętymi Purrekos. Zirytowałem się na samą myśl o tej sytuacji; od tamtej pory stroniłem od towarzystwa tej dość głośnej i niepoukładanej nastolatki.

— Po prostu nie zdążyłam urządzić go tak, jak bym tego chciała. Włożyłam w niego masę pracy, ale ledwo doprowadziłam go do jakiejkolwiek używalności — odparła. Przewróciłem oczami. Chyba pospieszyłem się za bardzo z tezą o jej pokorności wobec zgotowanego losu; teraz zdecydowała się uraczyć mnie bezsensownym narzekaniem. Stanu jakiejkolwiek używalności, czyli jakiego? Czy jej problem polegał na braku jedwabnego baldachimu, czy słynnej wanny z płaskorzeźbami kupidynów? Powinna okazywać nieco większą wdzięczność; w końcu Miiko mogła pozwolić jej pozostać w celi albo przydzielić pokój sto czternasty. Miejsce to było słynne z zupełnego, wieloletniego zapuszczenia i przesiąknięcia zapachem spalenizny. Straż zabierała się za jego odnowę od lat, jednak kosztowne plany nigdy nie doszły do skutku.

Kilka metrów dalej Gardienne zatrzymała się pod prostymi, niewyglądającymi zbyt solidnie drzwiami. Warstwę pożółkłego lakieru ozdabiały liczne odpryski i pęknięcia, co świadczyło o wiekowości tej bramy do piekieł.

— Jesteś pewna, że to twój pokój? Na moje oko wygląda to raczej na wejście do starego, nieużywanego schowka na miotły niż przytułku dla wyrzutków społecznych — zironizowałem.

— Ezarel, daruj sobie. Chwilę, muszę znaleźć klucz — burknęła, grzebiąc w kieszeni skórzanych spodni. — Zaraz, zaraz. Kiedy ostatnio tu przechodziliśmy, drzwi były otwarte na oścież. Byłam w szpitalu, nie miałam jak ich zamknąć.

— Och, to. Nie przejmuj się tym jakoś szczególnie — uspokoiłem ją, momentalnie stając się poważnym. — Pewnie ktoś z ekipy sprzątającej zrobił ci przysługę i użył zapasowego klucza.

Gardienne kiwnęła głową i z głośnym szczękiem zamka otworzyła wreszcie drzwi, zapraszając mnie gestem ręki do środka. Sama weszła tuż przede mną, przez co prawie na nią wpadłem podczas chwili nieuwagi.

— Czemu stoisz na środku? Co się znowu dzieje? — westchnąłem. Niemal całkowicie ograniczyła moje pole widzenia, zagradzając mi nieumyślnie drogę. — Przesuń się.

— Cholera jasna, to niemożliwe — ledwo słyszalnie szepnęła drżącym głosem. Usunęła się aż zbyt posłusznie na bok, rozglądając się po pomieszczeniu w panice.

Ledwo przyzwyczaiłem oczy do bladego, mrugającego światła, które emitowane było przez pojedynczy kinkiet, a opadła mi szczęka. Całe wyposażenie wyglądało, jakby poturbował je potężny huragan. Bliżej nieokreślone szczątki rzeczy rozproszone były po całym pokoju, przykryte cienkimi warstwami burego pyłu. Jedynym przedmiotem, którego nie rozpłatano na mikroskopijne cząsteczki była wisząca na pojedynczym haku materiałowa płachta, której druga połowa nie miała tyle szczęścia i została rozszarpana na strzępy. Jej resztki pokrywały teraz znaczną część powierzchni podłogi, nieprzyjemnie oblepiając podeszwy moich butów.

— K@#$%. Po prostu, k*&^%, nie dowierzam. — Mój wzrok dopiero teraz przeniósł się na Gardienne, która po raz pierwszy w ciągu naszej znajomości zdawała się zupełnie utracić kontrolę nad sytuacją. Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby aż tak jawnie okazywała szargające nią emocje. Jej twarz była trupio blada, a usta przygryzione do krwi. Przypuszczałem, że takie zachowanie u niej mogła oglądać jedynie Miiko, która według opowieści w podobnie przyjemnych okolicznościach przywitała ją pierwszego dnia w Kryształowej Sali. Należało zaznaczyć, że rzucanie wulgaryzmami również nie należało do zwyczajów ziemianki.

Także i z moich ust padło siarczyste przekleństwo, kiedy prawie potknąłem się o drewnianą listwę. Z pewnością została oderwana od jakiegoś mebla. No właśnie — gdzie właściwie były jakiekolwiek meble? Jedyne pozostałości po tego typu wyposażeniu stanowiły fantazyjnie porozrzucane kawałki dykty, z których wystawały niebezpiecznie ostre drzazgi. Nie poświęciłem im jednak wystarczająco dużo uwagi, ponieważ moją uwagę wystarczająco skupiły ściany, od których tynk odłaził całymi płatami.

— Wyjaśnij mi jedną rzecz — syknąłem. — Nie uwierzę, że to wygląda, jak wygląda ze względu na jakąś jedną nieoczekiwaną wizytę. — Bezceremonialnie wskazałem palcem na obdrapany sufit, który wątpliwie zdobiły nieciekawie wyglądające zacieki. — Czemu mieszkasz w jakiejś cholernej ruderze?

Gardienne nie odpowiedziała, a na jej twarzy wymalowała się już czysta histeria. Ruszyła prosto w kierunku sterty już niezdolnych do użycia pozostałości, ramionami odgarniając wszystko, co torowało jej drogę naprzód. W pewnym momencie uklękła, przegrzebując gołymi dłońmi to godne pożałowania wysypisko.

— Pokaleczysz się — rzuciłem z niesmakiem, krzywiąc się na samą myśl o uszkodzeniu skóry. Sam zawsze pracowałem wyłącznie ze szczególną ostrożnością, przykładając uwagę do odpowiedniej ochrony dłoni. Wolałem unikać poparzeń, zakażeń, drzazg i innych równie uroczych niedogodności.

— Dobry boże, jest! — rzuciła, triumfalnie unosząc do góry słynną, tajemniczą książkę. Dzięki Leiftanowi wiedziałem już, że była ona niczym innym jak pamiętnikiem. Obawiałem się, jak mogłaby zareagować na wiadomość, że na naszym spotkaniu bez większych oporów zaglądaliśmy do środka. Przekartkowała dziennik, pospiesznie sprawdzając, czy jego zawartość jest kompletna. Docisnęła go do piersi, obejmując szczelnie ramionami.

— Czy teraz, jak odnalazłaś już swój sekretny pamiętnik, możesz odpowiedzieć na moje pytanie? — rzuciłem zniecierpliwiony. — Co to wszystko ma w ogóle oznaczać?

Przez chwilę obserwowałem, jak siedząca na klęczkach w drugim końcu pokoju Gardienne wlepia we mnie te swoje fiołkowe ślepia, wyrażając pełne niezrozumienie. Zanim zdążyłem powiedzieć choćby słowo więcej, po prostu wybuchła płaczem.

Prychnąłem cicho, nie wiedząc jak się zachować. Sytuacja wymagała ode mnie, abym okazał resztki człowieczeństwa i tymczasowo powstrzymał się od wszelkich docinków czy sarkastycznych żartów. Powinienem chwilowo zrzucić swoją maskę, co nie było mi na rękę. Nie miałem zamiaru utracić tytułu podłego i nieczułego elfa-sadysty, jaki przysługiwał mi w Kwaterze od lat.

— Gardienne, wstawaj i przestań się mazgaić. To tylko rzeczy, rozumiesz? Tobie nic nie jest, twój niebywale urokliwy chowaniec żyje i ma się dobrze, więc nie masz się w ogóle czym przejmować. — Kucnąłem obok niej, dmuchając jej na włosy.

— Nie, ty nie rozumiesz. To miejsce, to... to była cała moja kilkumiesięczna praca. Brałam każdą, najgorszą robotę, żeby zarobić trochę gorsza i jakoś się tu urządzić. — Z marnym skutkiem starała się uspokoić, jednak z fioletowych oczu poleciały kolejne strumienie łez.

— Nie rób z siebie ofiary, bekso — spróbowałem wykrzesać z niej choćby krztynę innych emocji. Nie byłem dobry w bezsensownym pocieszaniu, a i nie sądziłem, żeby to mogło jakkolwiek pomóc Gardienne. — Ktoś cię przechowa u siebie przez kilka dni, a w tym czasie porozmawiam z Miiko. Trzeba zdecydowanie przydzielić ci inny pokój, już pomijając cały syf... ten sufit nie wygląda na zbyt stabilny. Obstawiam, że może w każdej chwili runąć prosto na twoją zabeczaną twarzyczkę. No już, chyba mieliśmy to przeszukać? — Podniosłem się, oczekując od niej tego samego.

Odwróciłem się, dając jej chwilę na przywołanie się do porządku. Zacząłem rozglądać się dokładniej, poszukując wzrokiem jakiejkolwiek wskazówki. Podszedłem do okna, otwartego na tyle szeroko, że szczupła osoba byłaby w stanie swobodnie prześlizgnąć się przez uchyłek. Przynajmniej jedna rzecz była stosunkowo oczywista — ktokolwiek lub cokolwiek tu było, musiało w ten sposób opuścić tę szpetną klitkę. Niemożliwe było wyjście z niej przez drzwi bez rozniesienia kosmicznej ilości burego pyłu na korytarz. Byłaby to zbyt prosta droga do zdemaskowania; nawet jeśli włamywacz nie grzeszył sprytem, nie zaryzykowałby w taki sposób. Zrozumiałe było dla mnie pozostawienie drzwi uchylonych, aby gapie nie zainteresowały się szczególnie odgłosami dobiegającymi z pokoju. Jeśli nie zadbano o ich zamknięcie, oznaczało to raczej, że nikomu nie zależało na dyskrecji (a co za tym idzie, nie odbywało się tam nic szczególnie sekretnego). Zapewne tajemniczy gość nie sądził, żeby ktokolwiek odznaczony szczególnym wścibstwem przechodził przez ten odcinek holu. Pokoje o numerze wyższym niż sto były umieszczone w jednej z bardziej odludnych części pasażu drzwi. Oprócz niedalekiego laboratorium, do którego droga była skrzyżowana ze wspomnianą alejką, nie znajdowało się tam nic oprócz kilkunastu mieszkań.

Z kolei parter Kwatery znajdował się na tyle wysoko, że choć wyjście oknem nie powinno być niebezpieczne, to wejście przez nie było raczej możliwe. Jedynymi osobami, które mogłyby mieć dostęp do kluczy byli członkowie ekipy sprzątającej, sama Gardienne i być może jakiś były lokator.

— Ej, jaki właściwie masz numer pokoju? — Pewna myśl spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Czyżbym wcześniej wykrakał...? Odwróciłem się, zastając ziemiankę stojącą już o własnych nogach. Jej twarz nadal była cała czerwona i zapuchnięta od łez.

— Sto czternaście. Czemu pytasz? — zapytała cicho i nieufnie. Moje pytanie musiało zabrzmieć dość nietypowo, w ogóle nie odnosząc się do podjętego wcześniej tematu. Musiałem jednak je zadać, aby upewnić się w swoim założeniu. W tym momencie więc przybijałem sobie w myślach piątkę z czołem, przeklinając, że nie połączyłem faktów wcześniej. Znając Miiko, oczywiste było, że nie przydzieliłaby Gardienne za darmo przyzwoitego pokoju. Musiała uznać za stosowne zrzucenie na nią obowiązku remontu, który wisiał nad strażą już od dłuższego czasu. Wymagało to jednak dość sporego wkładu czasu i złotych monet, dlatego nikt nie miał szczególnej ochoty się tego podjąć. Nie zdziwiłem się specjalnie, że kitsune wykorzystała fakt niezgłaszania niezadowolenia przez nowo przybyłą i niepewną swojej sytuacji ziemianki. Brzmiało to zupełnie jak coś w jej stylu, choć mimo to nie podejrzewałbym, że zarządczyni zdecyduje się oddać komuś opuszczony przed latami pokój Lance'a. Pomimo że jego wcześniejsza zawartość została doszczętnie spalona wieki temu, to same cztery spróchniałe ściany były jedyną pamiątką po bracie Valkyona. Rozbawiła mnie lekko myśl, że musiała działać tutaj jakaś szaleńcza, niszczycielska klątwa. Po raz drugi sto czternastka pogrążyła się w zupełnym chaosie — wcześniej pośród sadzy, prochów i dymu, a teraz pyłu i kurzu.

Nowe informacje absolutnie nie ułatwiły sprawy. Czy ktoś niepożądany mógł uzyskać dostęp do pokoju Lance'a? Ten zazwyczaj nosił osobiste rzeczy przy sobie, nie sądziłem, aby był w stanie po prostu zgubić klucze. A jednak jego ciała nigdy oficjalnie nie znaleziono, więc równie dobrze ktoś mógł chcieć z jakiegoś powodu ukryć zwłoki. Nawet by mnie zdziwiło, gdyby jako jeden z wyżej postawionych i lepiej zarabiających członków Straży nie padł ofiarą pośmiertnej grabieży. Grono podejrzanych zawężało się w każdym razie jedynie do mieszkańców Kwatery — kto inny mógł wiedzieć, który pokój zamieszkiwał? Faelien nie mógł być na tyle głupi, żeby przy pęku kluczy nosić plakietkę z numerem drzwi. Z jego sprytem taka nieodpowiedzialność była niemal niewyobrażalna. Znałem go za dobrze, żeby móc w ogóle dopuścić do siebie podobną myśl.

— To sporo wyjaśnia. To było pomieszczenie gospodarcze przeznaczone do pilnego remontu — odpowiedziałem półprawdą. Nie sądziłem, aby potrzebna była jej wiedza o tym, że jej zniszczony pokój należał niegdyś do byłego partnera Miiko. Członka Straży, który przed ponad połową dekady przepadł bez śladu, spędzając wszystkim sen z powiek. — Gdzie trzymałaś coś, co mogłoby zainteresować potencjalnego złodzieja? — zmieniłem temat na pozornie bezpieczniejszy. Zanurzyłem ręce w kieszeniach, w poszukiwaniu pary cienkich rękawiczek, które nieraz zabierałem ze sobą do pracy w laboratorium.

— Nie przypominam sobie, żebym miała cokolwiek takiego — odpowiedziała już znacznie mniej drżącym głosem, patrząc mi prosto w oczy. — Po prostu to przejrzyjmy.

— Zróbmy i tak. Skończmy to szybko, chcę już wrócić do siebie. Cztery racje nie pozwolą ci raczej na wynajęcie mnie na dłużej niż godzinę. — Ziewnąłem przeciągle, łapiąc w dwa palce skrawek wiszącej przy oknie płachty. Rozciągnięta na kawałku kijka tkanina była pozszywana patchworkowo z drobniejszych kawałków różnych, wyglądających na niezbyt nowe materiałów. Dość intensywne pachniała eliksirem odwszawiającym. — Do czego to służyło i skąd to wytrzasnęłaś?

— Miałam tu tylko drewnianą ramę zamiast łóżka, więc skombinowałam sobie hamak. — Wzruszyła ramionami, starając się rozplątać kłębowisko przeróżnych szmat. Domyślałem się, że część z nich mogła być jej zapasowymi ubraniami. — Zszyłam go z koców, które odkupiłam od Purreru.

— Z tego, co pamiętam, Purreru nie handluje tkaninami — zauważyłem, odrywając resztki boazerii, która wcześniej pokrywała jedną ze ścian. Nie przejmowałem się już, że niszczę to miejsce jeszcze bardziej; i tak nie było szansy, żeby ktokolwiek się w nim zadomowił w przeciągu najbliższych tygodni. Z jakiegoś powodu włamywacz zdemolował całą drewnianą dekorację, zostawiając po niej jedynie wydrapane dziury i kilka pojedynczych, ledwo trzymających się desek. Najwidoczniej szukał czegoś, co mogłoby być za nimi ukryte, jednak nie dokończył swoich poszukiwań... albo może znalazł już to, czego szukał? Postanowiłem w każdym razie kontynuować jego działania, ogałacając ścianę do końca.

— Te koce były przeznaczone dla chowańców z jego butiku. Oddał mi je półdarmo, za kilka ziemskich monet. — Zamrugałem, nie dowierzając jej słowom. Czy ona właśnie przyznała, że od kilku miesięcy spała na czymś do tego stopnia odrażającym? Bałem się dowiedzieć, skąd wytrzasnęła resztę ekwipunku. Wolałem nie zadawać więcej pytań, zanim okaże się, że część przedmiotów wyciągnęła ze śmietnika. — Nie patrz się tak, nie przywlokłam pluskiew ani niczego w tym rodzaju. Szłam z tym do pralni przynajmniej dziesięć razy, chyba do tej pory przez to tam za mną nie przepadają.

Tego wszystkiego było stanowczo za dużo jak na jedno popołudnie, jednak musiałem zachować trzeźwość umysłu. To nic, że Gardienne trafiła prosto z zimnej celi do zapadającej się rudery. To nic, że ktoś z Kwatery mógł trafić na niepodważalny dowód śmierci Lance'a i przywłaszczyć sobie zawartość trupich kieszeni. W tym momencie wymagano ode mnie, abym pozostał w najwyższym skupieniu i nie przeoczył niczego podczas wykonywania swojej misji. Przez naprawdę długi czas oboje pracowaliśmy w ciszy, przerywanej jedynie rumorem spadających drewienek.

Przekląłem, kiedy zdzierając kolejną deskę, poczułem paskudny ból w kciuku. Skończyło się jedynie na przeciętej rękawiczce i naderwanym, solidnie zakrwawionym paznokciu. Jeden z ostatnich kawałków drewna wylądował na podłodze, cichym brzdękiem zdradzając obecność ostrego narzędzia ukrytego pod spodem. Hałas wystarczająco wzbudziło zainteresowanie dziewczyny, żeby podeszła bliżej.

— Serio, żyletka? — Ostrożnie podniosłem kawałek metalu, oglądając go z każdej strony. Zmarszczyłem brwi. — Czyli naprawdę komuś musiało zależeć, żeby coś tutaj ukryć.

— Ten pokój nie był remontowany od lat, tak? W końcu ktoś musiałby się za to zabrać, więc wszystko wyszłoby na jaw. Jaki sens miałoby chowanie tu czegokolwiek cennego? — poddała moją tezę pod wątpliwość, wykrzywiając twarz w zamyśleniu. — Powinnam zapytać kogoś z zarządu, kto mieszkał tu przede mną. Tylko nie rozumiem, czemu miałby zostawić coś w takim miejscu na tyle lat... Chyba że coś skłoniło go nagłego opuszczenia tego miejsca. Albo... nie żyje — przy ostatnich słowach załamał się jej głos.

Westchnąłem głęboko, czując na sobie jej zaniepokojone spojrzenie. Wiedziałem, że pewna osoba byłaby bardziej niż wściekła, gdybym nie powiadomił jej o tym natychmiast.

— Muszę powiedzieć o wszystkim Miiko. Mamy już podstawy, żeby wiedzieć, co się tutaj wydarzyło — zdobyłem się na profesjonalny, niemal przepełniony dumą ton. Faktycznie byłem raczej zadowolony z tego, że udało nam się dość szybko ze wszystkim uwinąć; nawet jeśli okoliczności nie były najciekawsze.

— W porządku, idź do niej. Ja wolałabym się tym jeszcze zająć — niepewnym ruchem głowy wskazała na stos połamanych przedmiotów. — Może da się coś jeszcze uratować.

— Szczerze, nie sądzę. Chyba przekonałaś się już, że ktokolwiek tu był, miał w tym niezbyt sprzyjający nam cel. Nie sądzę, żeby postanowił cokolwiek oszczędzić — rzuciłem obojętnie. — Nie ruszaj tego. Chcę sprawdzić to w obecności naszej najdroższej Miiko.

— Zielnik jakoś ocalał — odparła bez zastanowienia. Po kilku sekundach jej policzki lekko poczerwieniały, tak jakby rozumiejąc, że jej kłamstwo nie zamydliło mi oczu. Czy miała na myśli obdartą książkę, którą wśród tumanów kurzu wydobyła uprzednio z góry śmieci? Nie miałem dziur w pamięci; mogłem założyć się o swoje roczne wynagrodzenie, że był to ten sam pamiętnik, który tak ochoczo zaprezentował nam Leiftan. Nie umiałem odpowiedzieć na pytanie, jaki cel mogłaby mieć w zatajaniu tak nieistotnej drobnostki, jaką jest prowadzenie dziennika.

Zanim zdążyłem zadać jakiekolwiek z nurtujących mnie pytań, coś ciężkiego z impetem uderzyło mnie na wysokości łydek. Bezmyślnie położyłem dłoń na rękojeści krótkiego, zabezpieczonego skórzaną pochwą sztyletu, który zazwyczaj przypinałem do swojego pasa.

— Valkyon, co ty wyprawiasz? — krzyknęła Gardienne, zanim jeszcze zdążyłem się otrząsnąć po czołowym zderzeniu z małym, masywnym cielskiem o bliżej nieokreślonym kształcie. Na usta cisnęły mi się niecenzuralne określenia, jednak w ostatniej chwili ugryzłem się w język. Chowańcza brzydula nie zwróciła większej uwagi na przeszkodę, którą stanowiły moje nogi i kontynuowała swój szaleńczy pęd w głąb pokoju. Ominęła wyciągnięte ramiona swojej właścicielki tylko po to, aby w końcowym akcie desperacji zanurkować w górze śmieci. — Hej, wracaj! Nie grzeb tam, zrobisz sobie krzywdę!

Jedyną odpowiedzią mogły być ciche ni to pomrukiwania, ni to chrząknięcia wydobywające się gdzieś ze środka. Dziewczyna burknęła coś raczej nieprzyjemnego, po czym zabrała się za własnoręczne odkopywanie kamiennego zwierzątka ze sterty złomu. Nie musiała zaprzątać sobie tym głowy zbyt długo, ponieważ Valkyon najwyraźniej osiągnął zamierzony cel.

Gardienne zaniosła się kaszlem, a ja po chwili poszedłem w jej ślady — chowaniec gwałtownie wyskoczył na zewnątrz, a wzburzony pył utworzył nad naszymi głowami pokaźny, duszący obłok. Kiedy proch opadł, miałem ochotę zamordować własnoręcznie ukochanego pupila swojej towarzyszki. Oboje od stóp do głów byliśmy umorusani szarym proszkiem. Otrzepałem wierzchnie okrycie, z niesmakiem spostrzegając, że nie dało to żadnego efektu.

— Będziesz mieć sporo prania. Od razu uprzedzam, że moją kurtkę trzeba czyścić ręcznie — prychnąłem, krytycznie obserwując ziemiankę besztającą sprawcę całego zamieszania. Albo mnie nie usłyszała, albo zlekceważyła moje ostrzeżenie.

— Co ci strzeliło do głowy? — krzyknęła dość głośno, gniewnie grożąc palcem winowajcy. — Auć! Nie pozwalaj sobie! — pisnęła, kiedy chowaniec bezlitośnie zdzielił ją swoją ociężałą łapą w łydkę.

Coś nienaturalnie błysnęło tuż przy zębiskach grookhana, co skupiło wystarczająco moją uwagę. Połyskujący przedmiot wyglądał ni mniej, ni więcej na część raczej taniej, tandetnie imitującej kamienie szlachetne biżuterii. Zmarszczyłem brwi; miałem dziwne wrażenie, że bardzo dobrze go skądś kojarzę. Gardienne podążyła za moim spojrzeniem, wreszcie samej zauważając to, co mi udało się wcześniej dostrzec. Wyraźnie pobladła, nie bez wysiłku podnosząc swojego podopiecznego do góry. Zaczęła nerwowo szarpać za biało-złote paciorki, próbując wyrwać naszyjnik spomiędzy zaciśniętych szczęk chowańca. Zwierzę uparcie odwracało jednak głowę, kierując ponaglające spojrzenie w niczyją inną niż moją stronę. Nie podobało się to ziemiance, która zaciekle walczyła z jego nieposłuszeństwem. Oczywiście wiedziałem już, po czyjej stronie opowiedzieć się w tym groteskowym konflikcie.

— Valkyon, to moje! Oddaj to w tym momencie! — jej głos brzmiał wręcz nienaturalnie. Z jakiegoś powodu wzbudziło to we mnie niepokój... oraz coś w stylu deja vu. Nie pamiętałem, żeby w moim życiu miała miejsce podobnie dziwna sytuacja, ale z jakiegoś powodu to wszystko wydawało mi się bardzo znajome. — Musisz mi to oddać, maleńki. Zwróć swojej pani naszyjnik, Valkyonie... — wychrypiała w zupełnie niepasujący do niej sposób, niebezpiecznie zbliżając dłoń do szyi chowańca. Musiałem błyskawicznie zareagować, niesiony zwyczajnym impulsem. Ściągnąłem czarną od kurzu rękawiczkę, zrzucając ją na podłogę. Korzystając ze znacznej przewagi siły, bezpardonowo wyrwałem jej z rąk tę jej zmutowaną skałę, która była teraz zupełnie zdezorientowana. Posłusznie wypluła jednak naszyjnik prosto na moją otwartą dłoń, wydając z siebie absolutnie obrzydliwy, chlupoczący dźwięk. Nie miałem czasu, aby poświęcić temu należytą ilość uwagi.

Chciałem unieść rękę z zyskanym łupem na bezpieczną wysokość, jednak Gardienne była szybsza. Mocno przejechała po mojej skórze ostro zakończonymi paznokciami, wytrącając mi biżuterię z ręki. Przerodziło się to w prymitywną szarpaninę pomiędzy nami; w innych okolicznościach nie uciekałbym się do rozwiązań wymagających kontaktu fizycznego, jednak teraz nie widziałem innej możliwości. Dziewczyna wykazywała się zaskakującą szybkością i determinacją. Poruszała się chaotycznie, całkowicie mnie dezorientując. Nie byłoby to dla mnie przeszkodą, gdyby nie fakt, że nie chciałem spowodować większego uszczerbku na jej zdrowiu — nie mogłem wobec tego zastosować najskuteczniejszych technik walki. Niezbyt delikatnie, ale nadal niegroźnie wykręciłem ramię przeciwniczki, wreszcie zyskując chwilę przewagi. Nie nacieszyłem się tym jednak zbyt długo, ponieważ to nie wystarczyło, aby skutecznie ją obezwładnić. Z triumfalnym okrzykiem wyrwała mi naszyjnik, błyskawicznie zakładając go na swoją szyję.

Dalej sprawy potoczyły się szybko. Jej oczy zaszły mgłą, kiedy upadła z głośnym hukiem na kolana. Niemal pustym wzrokiem obserwowała, jak pochylam się nad nią z lekkim przerażeniem. Zdawała się zapaść w jakiś specyficzny trans, odcinając się całkowicie od rzeczywistości.

— T-tia... gdzie ona jest? Proszę, powiedz, że się udało — wychrypiała cicho, kierując swoje słowa do mnie. Przebiegło mi przez myśl, że musiała wziąć mnie za kogoś innego. Nie miałem pojęcia, co jej bełkot mógł w ogóle oznaczać i co mógłbym mieć z nim wspólnego. — Dobry boże, powiedz, że on... on żyje!

Prędko połączyłem fakty. Stan nagłej nieświadomości, uzupełniony o przepełniony niepokojem słowotok był charakterystyczny tylko dla jednego, aż za dobrze znanego mi eliksiru. Przełknąłem głośno ślinę; Gardienne siedziała przede mną, napojona konstiencją, z szyją ciasno oplecioną nieobojętnym na jej umysł naszyjnikiem. Unosiły się nad nim purpurowe opary o dość duszącym, odurzającym zapachu. Moim celem na ten moment było po pierwsze zabranie artefaktu, a następnie zdjęcie uroku. Wzdrygnąłem się na myśl, w jaki sposób będę musiał tego dokonać, szargany coraz większymi wątpliwościami. Spędziłem z tą dziewczyną kilkadziesiąt ostatnich minut i nie było możliwości, żeby w międzyczasie miała okazję cokolwiek wypić. Konstiencja słynęła z niemal natychmiastowego działania, nie dało się jej także podać w inny sposób niż doustnie. Wszelkie objawy musiały pojawić się wraz z założeniem naszyjnika; pozostawało mieć nadzieję, że tak samo ustąpią po jego zdjęciu. Wypatrzyłem kątem oka proste zapięcie między najciemniejszymi koralikami, do którego musiałem jakoś uzyskać dostęp. Obawiałem się, że może to poskutkować kolejną falą agresji, jednak nie miałem większego wyboru. Tym razem przynajmniej byłbym na nią bardziej przygotowany. Poprzednim atakiem zdradziła mi swoją taktykę.

— Gdzie ona jest? Zaprowadź mnie do niej, natychmiast... chcę się sama przekonać. Proszę cię, to nie może być prawda! — zaczęła histerycznie krzyczeć, podejmując nieudolną próbę podniesienia się z klęczek. — Tyle czasu, przecież to musiało poskutkować!

— Tak, zaprowadzę cię do... no, do niej. — Zacząłem improwizować, usiłując jak najefektywniej odwrócić jej uwagę od naszyjnika. Ku mojemu ogromnemu zadowoleniu, przestała nareszcie szamotać się niczym dzikie zwierzę, siedząc już ze stoickim spokojem; zupełnie, jakby jej poprzedni wyskok nie miał miejsca. Uspokoiło to także i mnie ze względu na to, że takowe otępienie było zupełnie normalne dla skutków podania konstiencji. W głowie Gardienne musiało jednak dziać się zupełne przeciwieństwo zewnętrznego opanowania. Choć było to bardziej niż niestosowne w podobnych warunkach, ciekaw byłem, jakie wspomnienia zaatakowały wówczas jej umysł. Pewne było, że nie należały one do najciekawszych — sam niechętnie wracałem myślami do momentu, kiedy otrzymałem od niej dawkę eliksiru. Zawracanie sobie głowy Marią-Anną i jej domniemanym powrotem nie było czymś, co miałbym ochotę robić popołudniami.

Podałem jej jedną gołą dłoń, kodując w pamięci, aby później jeszcze dokładniej umyć rękę. Nawet jeśli jej dotyk nie obrzydzał mnie tak samo, jak na początku naszej znajomości, lekkie uprzedzenie zostało. Nie zakładałem, żebym kiedykolwiek zmienił wobec tego nastawienie; nie znosiłem kontaktu fizycznego, o ile nie łączyło się to z jakąś bliższą relacją. Wsparta przez mój ruch dziewczyna co prawda wstała, jednak kiedy spróbowała zrobić krok w stronę drzwi, nieco jej w tym przeszkodziłem przez zwykłe podstawienie nogi. Wykorzystując chwilę, kiedy próbowała złapać równowagę, przycisnąłem ją do ściany i sprawnym ruchem zerwałem naszyjnik osłonioną dłonią. Nie spotkało się to z żadnym protestem ze strony Gardienne — najwidoczniej nadal była na to zbyt oszołomiona.

Odsunąłem się na bezpieczną odległość, oglądając dokładnie zdobycz. Wyglądałaby raczej niewinnie, gdyby nie fakt, że nadal unosiła się nad nią cienka wiązka purpurowych oparów. Odświeżając pamięć o nie tak dawnych wydarzeniach, nabierałem coraz to większej pewności, że widziałem wcześniej podejrzaną biżuterię w swoich własnych dłoniach; tuż przed zupełną utratą świadomości wśród cienia leśnych drzew. Nie sprawiała ona wrażenia bezpiecznej czy łatwo dostępnej zabawki, więc nie podejrzewałbym, żeby osoba bez korzystnych znajomości czy sporego stosu złotych monet mogła bez trudu wejść w jego posiadanie. Jak wobec tego mogłaby trafić w ręce, Gardienne, która przypałętała się tutaj z pustymi rękoma? Czy w obecnym stanie rzeczy mogłem mówić, że podała mi konstiencję z premedytacją? Jeśli faktycznie to naszyjnik przyprawiał swoje ofiary o podobny stan, sprawą musiał pokierować ktoś inny. Z drugiej strony... przyznała się do winy przed Miiko. Jedyną przemawiającą opcją wydawała się potajemna kolaboracja z kimś silniejszym o zapewne nieczystych zamiarach, jednak jaką korzyść miałaby z tego mieć? Nie chciało mi się wierzyć, żeby była w stanie posunąć się do zdrady Straży dla samego zaspokojenia potrzeby bliskości. Schowałem czarnomagiczny przedmiot do kieszeni kurtki, owijając go materiałem rękawiczek. Koniecznie musiałem przeprowadzić nad nim badania. Postanowiłem zrobić to jeszcze przed udaniem się do zarządczyni Lśniącej Straży.

Przyjrzałem się dokładnie twarzy pokrzywdzonej. Nadal wgapiała się w bliżej nieokreślony punkt przed sobą, nieprzytomnie mamrotając pod nosem półsłówka. Niechlujne, krótkie wyrazy składane w pokracznie długie zdania nie miały dla mnie większego znaczenia. Możliwe, że posługiwała się jakimś ziemskim, nieznanym nam w Eldaryi dialektem. Nie mogłem wyłapać z jej słowotoku żadnych charakterystycznych brzmień.

Czyli pozbycie się naszyjnika nie załatwiło sprawy — westchnąłem głęboko w myślach ze skwaszoną miną. Wiedziałem, co musiałem teraz zrobić i absolutnie nie miałem na to ochoty. Już wystarczająco odrzucała mnie wizja podania jej ręki, a teraz konieczne było dotknięcie jej w „ten" sposób. Jej obślizgłych, ludzkich ust, swoimi własnymi, elfimi ustami. Nigdy nie byłem służbistą, jednak z nieznanych mi przyczyn poczułem się zobowiązany do ocucenia Gardienne. Miałem wrażenie, że zdobywam się tym samym na coś na kształt rewanżu.

Przybierając najbardziej obojętny wyraz twarzy, po prostu nachyliłem się nad drżącą dziewczyną i złączyłem nasze usta w szybkim, krótkim pocałunku. To wystarczyło, aby złoty płyn przelał się do moich warg, cofając działanie eliksiru. Jej wargi nie smakowały aż tak obrzydliwie, jak się tego spodziewałem po jej człowieczej naturze, toteż pozwoliłem sobie kontynuować czynność jeszcze przez krótką chwilę. Ku mojemu zdziwieniu, zanim sam zdążyłem się odsunąć, ziemianka gwałtownie mnie odepchnęła. Jej oddech był ciężki i przyspieszony. Splunąłem na podłogę.

— Wygląda na to, że role się odwróciły — mruknąłem, przerywając niezręczne milczenie. Unikałem jej niedowierzającego spojrzenia, które powodowało u mnie poczucie przytłoczenia i kolejne napływy frustracji. Jedynym czynnikiem zdradzającym moje burzliwe mocje mogły być zaciśnięte w pięści dłonie.

— Przepraszam, może mogłam pozwolić Gregorowi pójść po Leiftana — zaczęła niepewnie, nieświadomie wzbudzając moje zainteresowanie. Co znowu wspólnego miał z tą sprawą cholerny lorialet? Miałem po dziurki w nosie jego obecnością w niemal każdej rozmowie. Sam czułem się nieco rozbawiony, jak gwałtownie zmienił się mój stosunek wobec jego osoby, aczkolwiek było to nawet do przewidzenia. Od dłuższego czasu działał mi na nerwy, aż w końcu jego ostatnie występki przelały czarę goryczy. — Liczyłam na to, że Miiko pozwoli mi iść samej, więc się uparłam, żeby pójść prosto do niej. Greg chciał mnie podrzucić Leifowi... to prawda, że zobowiązał się do opieki nade mną? Nieźle się o to posprzeczałam z tym dzieciakiem... ale nie chciałam cię znowu wplątywać w jakieś chore sytuacje — mruknęła pod nosem, a ja nie byłem pewny co do jej intencji. Z jednej strony właśnie mnie przeprosiła, z drugiej powiedziała to z całkiem wyczuwalnym przekąsem.

Absolutnie nie miałem ochoty znajdywać się w tej sytuacji, choć wizja Leiftana na moim miejscu byłaby wręcz nie do zniesienia. Z jakiegoś powodu zależało mu, żeby być jak najbliżej ziemianki; nie zdziwiłoby mnie, gdyby służyło to tylko do podtrzymania nieskazitelnie troskliwego i przyjaznego wizerunku. Jeśli mogłem mu w tym jakoś przeszkodzić, to robiłbym to chętnie; mimo wszystko tym razem wolałbym pozostawić mu wolną rękę.

— Tam, w lesie... nie podałaś mi konstiencji dobrowolnie — rzuciłem ponuro, lustrując spojrzeniem jej twarz w oczekiwaniu na reakcję. Spuściła głowę; odpowiedziało mi milczenie.

Kilka ostatnich minut spędzonych w tym pokoju wystarczyło, aby zburzyć mój utrwalany całymi dniami pogląd. Od ponad tygodnia utrzymywałem się w przekonaniu, że Gardienne solidnie nadużyła mojego zaufania, niszcząc jakiekolwiek powstałe między nami więzi. Namiętnie pielęgnowałem w sobie negatywne wspomnienia z nią związane, przyjmując swoje założenia za jedyną słuszność. Ignorowałem fakt, że brakowało jednego, istotnego elementu układanki, bez którego ta była naciągana i całkiem nielogiczna. Nie zauważyłem najoczywistszej oczywistości, co składało się na moją osobistą porażkę i boleśnie ubodło moje ego.

Do tego dochodziła sprawa z mnemosyne. Z każdą chwilą coraz bardziej żałowałem, że nie otrzeźwiałem w porę i nie postawiłem się Miiko. Moja zła decyzja była w głównej mierze zasługą Leiftana, który nie dość, że był inscenizatorem całej tej szopki, to zwołał zebranie tuż po tak źle wspominanych przeze mnie incydentach. Podświadomie potraktowałem wtedy eliksir zapomnienia jako rodzaj odwetu, ciągle będąc pod wpływem skrajnego poczucia zdrady. Posunąłem się do niesprawiedliwego odwetu za coś, czego, jak się teraz okazało, nie była sprawcą.

Czy Gardienne żądała ode mnie przeprosin? Być może, jednak nie byłem na nie gotowy. Nie teraz, mając za uszami całą historię z knowaniami przeciwko niej. Tym bardziej że nawet z najszczerszymi chęciami nie mógłbym przeprosić jej za coś, o czym nie wiedziała i nigdy nie miała się dowiedzieć. I tak nie mogłem powiedzieć, żebym miał ochotę na takie płaszczenie się. Co się stało, to się nie odstanie — niezależnie od tego, jakich słów bym użył i w jaki sposób się teraz zachował, nie udałoby mi się zmienić przeszłości.

— Dlaczego wtedy się przyznałaś? — warknąłem raczej nieprzyjemnie, przy okazji będąc na nią porządnie zły. Gdyby nie okłamała Miiko, może jej zeznania dałyby mi do myślenia. — Co ty sobie do cholery myślałaś? Że będziesz mądrzejsza od nas i wszystkich oszukasz?

— Czułam, że tak muszę. Nie byłam do końca sobą — jej głos był z pozoru obojętny, a jednak miał w sobie zauważalną nutę goryczy. — I... chyba miałam przy sobie naszyjnik, chociaż sama nie jestem pewna.

Przygryzłem wargę, licząc w myślach do dziesięciu. Jak duży wpływ na nią wywierał ten czarnomagiczny rupieć i w jaki sposób właściwie działał? Na razie zdawał się przebywać w stanie wygaszenia, jednak nie do przewidzenia było, kiedy znowu rozpocznie swoją niszczycielską aktywność.

— To tylko głupi domysł, ale wydaje mi się, że on stara się zamaskować swoje właściwości — odpowiedziała na moje niezadane pytanie. Spojrzałem na nią z lekkim znudzeniem, mając ochotę pójść stąd w pioruny. — Jeśli pamięć mnie nie myli, zmusił mnie do kłamstwa przed Miiko, która chciała poznać moją wersję wydarzeń. Teraz zrobiłam się agresywna, kiedy chciałeś mi go odebrać i być może obejrzeć.

— To nie oczywiste? — zaśmiałem się kpiąco. Nie było to może najgłupsze spostrzeżenie, ale nie trzeba się było nad nim długo zastanawiać. — Powiedz mi lepiej, jak często to coś się aktywuje.

— Co ja ci mogę powiedzieć? Lepiej uważać, bo od kiedy zdjęłam go przed treningiem u Valkyona, nie widziałam go więcej na oczy. — Widziałem w jej oczach, że potrzebuje czasu na przemyślenie wszystkiego jeszcze bardziej niż ja.

— Biorę to do przebadania — zarządziłem, nie pytając nawet o jej zdanie. Nie mogłem nie skorzystać z okazji zdobycia dodatkowej wiedzy. Wolałem zrobić to jeszcze zanim zdaszczegółowy raport kochanej szefowej. Mogłaby uznać naszyjnik za niebezpieczny (a taki z pewnością był!) i chcieć sprawdzić go samej, nie dając mi do niego dostępu. Przepuszczenie takiej możliwości byłoby wręcz grzechem i plamą na honorze dla naczelnego alchemika i mózgu Kwatery. Nie byłem jednak przekonany, czy zarządczyni Lśniącej Straży podzieliłaby moją opinię na ten temat. Niekoniecznie miałem ochotę stracenia swojej posady, więc rozważyłem raz jeszcze udanie się prosto do Sali Kryształu. — Jeśli spotkasz pewną przeuroczą kitsune ze świecącą laską w dłoni, nie mów jej nic o tym. Chcę sam jej wszystko przekazać.

— Będzie mnie wypytywać. Mam znowu ją okłamać, żeby tym razem już naprawdę wina spadła na mnie? — zapytała, unosząc brew z lekkim rozbawieniem.

— Oczywiście, że nie. Jeśli okazałoby się, że to nie ja, a ty chciałaś coś przed nią ukryć... wyszłoby jeszcze na to, że się ciebie słucham. — Wzdrygnąłem się teatralnie. — Ja wychodzę — rzuciłem, zgrabnie odwracając się na pięcie.

— Ez, poczekaj! — Chciała złapać mnie za nadgarstek, ale powstrzymała się w ostatniej chwili na widok mojej skwaszonej miny. — Co mam teraz z tym zrobić? Zniszczono mi wszystkie przedmioty codziennego użytku. Nie ma opcji, żebym tu przenocowała — dodała szybko.

— Pogadaj z kimś z recepcji. Jak nic nie załatwisz, to szoruj do Kryształowej Sali. W schronisku za to powinnaś dostać jakieś najbardziej podstawowe wyposażenie — świadomie starałem się z nią droczyć, przedłużając jak najbardziej swoją wypowiedź.

— Jakby to powiedzieć... jest środek nocy. Nawet jeśli w schronisku jeszcze nie śpią, to i tak każą mi czekać do rana. — Złapała się pod biodra, próbując podbudować swoją wypowiedź pewniejszą postawą. — Idę od razu do Miiko.

— Przykro mi, bo tak się składa, że ja właśnie tam się teraz wybieram. Zamierzamy rozmawiać na osobności, możesz iść zapytać o pomoc Nevrę albo innego Valkyona. — Po jej minie poznałem, że mimo wszystko odpuściła.

Wyszedłem z pokoju, a ziemianka podążyła za mną niczym cień. Pokoje szefów straży znajdowały się niemal na tym samym odcinku, co najczęstsze miejsce pobytu Miiko.

— Gardienne, jesteś! Za Jaspis nie wiedziałam, gdzie może być twój pokój... Przysięgam, nikogo nie można dzisiaj znaleźć... A-ale przynajmniej dobrze, że nie musiałam cię budzić. Mam dla ciebie świetną wiadomość! — pisnęła Ykhar, która znikąd pojawiła się przed nami. Miałem nadzieję, że w przygaszonym świetle podwieszanych pod sufitem latarni nie było widać, jak koszmarnie się prezentowałem. — Chodź ze mną do biblioteki, ja i reszta czekamy tylko na ciebie! Znaczy, w sumie to nie czekaliśmy. Wszyscy już prawie wszystko wiedzą, ale koniecznie musimy spotkać się w całym składzie. No, chodźże! Och, cześć, Ez. Niemiło cię widzieć. — Wytknęła mi język w iście przedszkolnym stylu.

— Ja... och, dobrze. Ezarel, możesz wspomnieć Miiko o... wiesz czym? — spytała wyraźnie skrępowana. Nie, żebym się dziwił, że rozmawianie o zniszczonym pokoju przed Ykhar nie było dla niej szczególnie komfortowe.

— Niech ci będzie — zgodziłem się z nieukrywaną niechęcią. Zawiesiłem na niej na chwilę spojrzenie; poczochrane włosy pokryte ciemnym pyłem, przykurzone ubrania i jeszcze opuchnięta od łez twarz składały się na raczej żałosny wizerunek. Niewiele myśląc, wyciągnąłem cztery płaskie, papierowe kartoniki z kieszeni kurtki i bez słowa wcisnąłem je w dłoń ich prawowitej właścicielki. Odszedłem, zostawiając ją oszołomioną w towarzystwie jak zawsze roześmianej i rozgadanej brownie.

Nie wiedziałem, dlaczego to zrobiłem. Może nawet nie chciałbym wiedzieć.

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (01-07-2020 o 17h27)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#25 19-04-2020 o 22h16

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 701

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Ooo, bardzo się cieszę, że jesteś — byłoby mi cholernie przykro, gdybyś zrezygnowała z pisania tego opowiadania, ale to pewnie ci już nieraz wspominałam. Na rozdział ode mnie pewnie jeszcze troszkę poczekasz, ale zaraz po skomentowaniu tego planuję się za niego zabrać, więc zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Co do „cholery”, to sama nie jestem pewna, aczkolwiek ja ciągle w swoim opowiadaniu tego używam, więc nie sądzę, by było to czymś złym.

++ nie jestem pewna, ale „Ziemianka” jako rasa powinno być zapisane raczej dużą literą. Ale tu właściwie nie mam stuprocentowej pewności xd

Ale rozdział niesowicie intrygujący! Tak jak mówiłam, nie mogłam się doczekać tego wspólnego przeszukania Gardzi i Eza i domyślałam się, że coś tam się wydarzy, ale nie że coś absolutnie całkowicie zniszczy pokój. Zwykle jest tak, że przy jakimś włamie czy czymś jest po prostu bałagan, ale tutaj oberwało się nawet ścianom i sufitowi, jakby serio jakieś nieczyste siły zostały tam uwolnione i zrobiły potworne spustoszenie.

I podoba mi się, jak Ez tłumaczy sobie, że nie może okazać słabości w obliczu płaczącej Gardzi XD Naprawdę świetnie wyszła ta „współpraca” tej dwójki, przesympatycznie się czytało, jak Ez się z nią a to droczył, a to wkurzał, a to jej współczuł i tak na zmianę. To urocze, że w sumie sam sobie tłumaczył, że nie powinien się tym aż tak przejmować, a jednak coś mocno było nie tak. No i te oddane żetony na koniec <3

Uwielbiam to opowiadanie — żebyś to wiedziała! Czekam więc na resztę i pozdrawiam! ^^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

Strony : 1 2