Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1

#1 07-07-2019 o 23h57

Straż Absyntu
brushmysmile
Nowo przybyła
brushmysmile
...
Wiadomości: 3

Cześć! Nieco obawiam się publikacji tego opowiadania, ponieważ nigdy wcześniej nie zabierałam się właściwie za pisanie fanfiction "na poważnie". Przepraszam wobec tego za wszelkie błędy, które mogą się tu pojawić. Mam też pewne problemy z formatowaniem tekstu i nie za bardzo wiedziałam, jak go estetycznie podzielić. Mam nadzieję, że nie rzuca się to aż tak w oczy i nie utrudni zbytnio czytania.

01 — Cykoria i Piołun

GARDIENNE

  Złapałam grubą, podniszczoną księgę z biurka i strąciłam ją szybkim ruchem do torby. Słońce pojawiało się już na horyzoncie, więc musiałam się pospieszyć. Narzuciłam grubą kurtkę na swoją białą, koronkową koszulę nocną i krzyknęłam do swoich pogrążonych w półśnie rodziców, że na chwilę wychodzę i wrócę przed śniadaniem.
Miałam niecałe dwie godziny, żeby zdążyć przed polowaniem. Uwielbiałam korzystać z ciszy i spokoju lasu. Niestety, jako jedna z niewielu robiłam to bez krzywdy dla jego dzikich mieszkańców. We wszystkie dni wolne, godzinę przed południem tutejszy okrąg myśliwski organizował dosłownie huczne spotkania. Wolałam unikać niebezpieczeństwa, dlatego zawsze przychodziłam wcześniej. Byłam na siebie zła, że tym razem zaspałam. Zostało mi bardzo niewiele czasu, a mogłam nie mieć więcej tak doskonałej okazji, aby uzupełnić puste strony swojego zielnika.
  Od dzieciństwa kochałam przyrodę, a z czasem moja fascynacja przemieniła się w zainteresowanie ziołolecznictwem. Zawsze miałam przy sobie zielnik - opasłą, wielokrotnie zszywaną przez mojego ojca księgę, którą skrupulatnie prowadziłam, zbierając próbki głównie roślin leczniczych i spisując na ich temat najistotniejsze wiadomości. Było to moje oczko w głowie, traktowane przeze mnie jak największy skarb.
  Z rozwianymi włosami, rozwiązanymi butami i rozpiętej kurtce mimo niskiej temperatury, prawie biegiem przemierzałam leśne ścieżki. Obawiałam się, że nabawię się zapalenia płuc, ale finalnie machnęłam na to ręką.
Wreszcie trafiłam na polanę i zatrzymałam się, próbując złapać oddech. W tym czasie wyjęłam z kieszeni notesik i przeanalizowałam swój cel na dzisiaj. Za tydzień cykoria powinna być tu w pełnym rozkwicie, jednak nie mogłam pozwolić sobie na czekanie. Nie tylko ja wiedziałam nie tylko o tym miejscu, ale też o właściwościach medycznych rośliny, dlatego domyślałam się, że po upływie kilku dni nie zastałabym nawet najmniej łodyżki. Pozostało mi więc jedynie zerwać kilka maleńkich jeszcze listków oraz nie do końca rozwinięty kwiatek.
  Rozejrzałam się po terenie, wypatrując wreszcie z daleka poszukiwany obiekt. Uklękłam nad pnączami i ostrożnie odcięłam pojedynczą roślinkę, umieszczając ją do koperty schowanej w zielniku.
  Już wstawałam i otrzepywałam kolana, aby zrzucić z siebie pojedyncze źdźbła trawy, gdy coś przyciągnęło moją uwagę. W cieniu drzewa znajdowały się najpiękniejsze kwiaty, jaki kiedykolwiek widziałam. Ich półprzezroczyste listki mieniły się bladymi odcieniami fioletu i białego złota, błyszcząc w porannym słońcu. Emanowały dziwną energią. Co dziwne, mogłabym przysiąc, że jeszcze chwilę temu ich tam nie było.
  Szybko kalkulowałam sobie w głowie złe i dobre strony zerwania jednego z nich. Nie chciałam uszkodzić rośliny, jednak... Był to nieznany mi gatunek. Szeleszczące na wietrze drobne listki kusiły mnie, jednak niewystarczająco, abym nie mogła im się oprzeć.
Pewnie zastanawiałabym się nad tym jeszcze długo, gdyby coś nie przerwało moich rozmyślań. Usłyszałam z głębi lasu głośny huk od odstrzału. Jak to możliwe, że zrobiło się już tak późno? Ile czasu wpatrywałam się już w roślinę? Poczułam zastrzyk adrenaliny. Musiałam podjąć decyzję w ciągu kilku sekund.

Brać, nie brać? Nie brać, brać?

Po chwili dało się słyszeć coraz częstsze sygnały ze strzelb myśliwskich. Kątem oka zobaczyłam, gdy coś wielkości pestki winogronowej śmignęło mi tuż koło ucha, a za plecami rozległ się głośny huk. Nieznana siła pchnęła mnie w kierunku tajemniczej rośliny. Sama nie wiedziałam już, dlaczego podjęłam taka a nie inną decyzję, ale kierowana dziwnym impulsem zerwałam jeden kwiatek i już chciałam uciekać w kierunku wyjścia z lasu, kiedy otoczyło mnie światło.
  Oślepiał mnie mocny, błękitny blask. Osaczał mnie z każdej strony, rażąc w oczy i odbierając mi możliwość widzenia. Przymknęłam drżące powieki.    "Co tu się, do jasnej cholery dzieje?" - pomyślałam. Przemknęło mi przez myśl, że może to tylko szalony sen, a naprawdę leżę w swoim łóżku, szczelnie przykryta puchową kołdrą. Odrzuciłam jednak tę możliwość, gdy nieustanne próby szczypania się w ramię nie przyniosły żadnego skutku.
Po chwili postanowiłam spróbować na nowo otworzyć oczy. Znajdowałam się w sporej wielkości sali, z wielkim, hipnotyzującym krysztale stojącym po środku pomieszczenia na wysokim postumencie. Z zimną krwią próbowałam rozejrzeć się dookoła i ocenić sytuację. Jednak to, co zobaczyłam patrząc w dół kompletnie pozbawiło mnie resztek rozsądku.
Na moich dłoniach, przedramionach, oraz odsłoniętej części ud wiły się złote tatuaże.
— Nie, nie, nie... Nie, nie! — krzyknęłam w amoku. Drżącą dłonią podwinęłam rękaw koszuli nocnej, by odkryć kolejne złote szlaczki na moim ciele. Poczułam, że zbiera mi się na płacz. W desperacji przejechałam paznokciem po śladach ozdabiających moje ciało. A później kolejny, i kolejny raz.
Ściana kapiących mi po policzkach łez ledwie pozwoliła mi zobaczyć, że ktoś otworzył drzwi do sali.— Na wyrocznię, co się dzieje? — usłyszałam głos za sobą. — Kim ty jesteś, co ci się stało? Kto ci to zrobił? — rozmazana kobieca sylwetka znalazła się w bliskiej odległości ode mnie i uniosła moje ramię. — Halo, odpowiedz. Skąd masz te rany?
W odpowiedzi podrapałam się jeszcze mocniej po udzie, krzycząc z rozpaczy. Byłam w amoku, nie rozumiałam już nic, co się działo.
— Chyba ma atak paniki. Jamon, zamknij ją w jakiejś celi. Nie możemy zostawić jej tutaj. Ja biegnę po Ewelein, kimkolwiek jest ta dziewczyna, jesteśmy zobowiązani udzielić jej pomocy.
Poczułam, jak unoszę się kilka metrów w górę, Zaczęłam się szamotać i jeszcze bardziej rozdrapywać rany, niczym dzikie zwierzę. Po chwili jednak nie mogłam ruszyć rękoma, czując zimny metal na moich nadgarstkach. Usłyszałam głosik w swojej głowie, że zrobili to dla mojego bezpieczeństwa, ale to nie przeszkadzało mi w popadnięciu w jeszcze większą panikę. Po jakimś czasie poczułam mocne ukłucie w przedramieniu. Jakaś bezkształtna, biała plama mignęła mi z lewej strony, i od razu skojarzyłam to z tym nagłym bólem. Po chwili straciłam wszelkie siły i zamknęłam oczy.
Kiedy się obudziłam, miałam bardziej trzeźwe spojrzenie na moje obecne położenie. Ucieszyłam się, ponieważ moje ręce nie były już skute kajdankami. Potarłam przekrwione oczy i zauważyłam, że znajduję się już nie w objęciach muskularnego strażnika, a w niewielkiej celi. Nie chciałam patrzeć na pokrywające moje ciało wzory, jednak nie mogłam się powstrzymać, by nie zerknąć w ich stronę. Na moje szczęście, teraz moje ręce zostały szczelnie owinięte bandażami. Nie miałam odwagi zerkać na dolne części swojego ciała, bo wiedziałam, jaką zastałabym tam zmianę. Nadal miałam nadzieję, że jedynie silnie zasugerowałam sobie całą tę sytuację, ale podświadomie wiedziałam, że moje nadzieje są złudne.
Nie chodziło już o samo pojawienie się tatuaży. Po prostu miałam wrażenie, że ta niepozorna zmiana skradła część mojej przyziemności i ludzkości. Czułam, że nie jestem już tym samym człowiekiem, jakim byłam jeszcze chwilę temu, w swoim domu. Nie chciałam tego. Zawsze przerażały mnie nieprzewidziane sytuacje. Chciałam zawsze być panią swojego własnego życia. W tym czasie, nieproszenie, los postanowił sam zadecydować.
  No właśnie, codziennym życiu. W jednej chwili zaczęłam obwiniać się za moją nieodpowiedzialność, ale i egoizm. Dostałam ataku paniki z właściwie błahego powodu, a nawet nie pomyślałam o moim prawdziwym problemie. Gdzie byłam, i jak mogłam się stąd wydostać? Rodzice musieli dostawać już białej gorączki, z pewnością od incydentu w lesie minęło już wiele godzin.
  Czując, że znowu zaczynam się trząść, tym razem nie chciałam utracić kontroli nad sobą. Postanowiłam się czymś zająć. Z ulgą stwierdziłam, że nadal mam przy sobie swoją płócienną torbę, z której wyciągnęłam zielnik. Niezależnie od tego, co się ze mną właśnie działo - on się nie zmienił. Nadal cudownie pachniał piołunem i zaschniętym klejem. Przesuwałam opuszkami palców po każdej stronie, przyglądając się swojej wieloletniej pracy i przypominając chwile, w których uzupełniała poszczególne strony. Nigdy nie pokazywałam go nikomu, z wyjątkiem mojego ojca. To on zaraził mnie swoją pasją do przyrody.

* * *

Doskonale pamiętam, jak pewnego dnia wybraliśmy się do tego samego lasu, który dzisiaj bezczelnie zdradził moje zaufanie. Przechodziliśmy wtedy naszą ulubioną drogą, przechodzącą przez sam środek lasu. W pewnym momencie tata nachylił się, wyraźnie zasłaniając coś przede mną swoim ciałem.
— Co robisz? - zapytałam wówczas.
— Nie wiem, czy mogę ci powiedzieć, Gardie. To coś naprawdę niezwykłego. Nikomu nie wypaplasz?
— Obiecuję! - pisnęłam, zaciekawiona.
Tata wtedy odsunął się lekko, pokazując mi tym samym pnącza bardzo dobrze znanej mi rośliny.
— Tato, co w tym takiego? Zachowujesz, się, jakby to był największy skarb, a to, to... To zwykłe zielsko, które rośnie przy każdej drodze w każdym możliwym lesie.
— Gardie, to nie jest byle jakie zielsko. To, że rośnie wszędzie, wcale nie umniejsza jego niezwykłości. To piołun. Powąchaj. — Zerwał niewielki listek i podsunął mi go pod nos na otwartej dłoni
- Och. - zawstydziłam się lekko, po czym nieufnie pociągnęłam nosem. - Ale ładnie pachnie! Mogę to wziąć do domu?
Tata wówczas ochoczo przytaknął i zaproponował mi prowadzenie zielnika, za co zabrałam się z nieukrywaną ekscytacją. Co prawda moje pierwsze notatki były bardzo dziecinne i amatorskie, ale z czasem nabrałam doświadczenia i poprawiałam sumiennie starsze zapiski.

* * *

  Westchnęłam cicho, a po chwili moje rozmyślania przerwał szczęk kluczy. Lekko przestraszona, pospiesznie wrzuciłam książkę do torby.
— Obudziłaś się. Jak się czujesz? Czy już wszystko gra? Nie zdjęłaś bandaży?
Moim oczom ukazała się drobna kobieta o białych włosach, spiczastych uszach i srebrzystej skórze.
— Jestem Ewelein, zajmuję się opieką nad chorymi. Przez najbliższe kilka dni będę zaglądała tutaj i pilnowała, żebyś nie zrobiła sobie ani nikomu krzywdy. Proszę, zjedz. Potrzebujesz siły.
Podała mi duży kawałek chleba i szklankę dziwnie pachnącego specyfiku, o konsystencji i wyglądzie mleka.
— To mleko moogliz. — poinformowała kobieta, najwidoczniej odczytując nurtujące mnie pytania z mojego spojrzenia.
Rzuciłam się na jedzenie, przypominając sobie, że nie jadłam niczego od wielu godzin. Białowłosa w tym czasie zdjęła mi bandaże.
  Zerknęłam ze strachem na moje ręce i z niemałym zdziwieniem zauważyłam, że po zadrapaniach nie ma już ani śladu. Pielęgniarka posmarowała mi jednak ramiona maścią o dziwnym, kwiatowym zapachu.
Ewelein przeprosiła mnie przy okazji — jak się okazało, to ona podała mi zastrzyk usypiający, kiedy wpadłam w szał. Nie miałam jej jednak tego oczywiście za złe, wiedziałam, że stałam się w tym momencie niebezpieczna i gdyby nie jej interwencja, mogłabym dokonać poważnego uszczerbku na swoim zdrowiu.
— Dziękuję pani, za wszystko. Ale... Czy mogłabym dowiedzieć się, gdzie ja właściwie jestem i dlaczego?
— Pani? Nie krępuj się, możesz mówić mi po imieniu.
— W porządku. A więc...?
— Więc, od czego by tu zacząć... — Elfka w zamyśleniu potarła dłonią spiczasty podbródek. — Wiesz, znalazłaś się w Eldaryi. To inny świat od tego, który znałaś...
— Ewelein! — nasza rozmowa została brutalnie przerwana przez rudowłosą dziewczynę z dziwnymi, króliczymi uszami. — Ewe, musisz przyjść. Teraz, natychmiast. Człowiek w masce, on... Znowu zaatakował kwaterę, Katia... Ona... ledwo żyje.
  Ewelein szybko zakluczyła moją celę, krzycząc, że wpadnie później, żeby zbadać mnie i dać mi coś do jedzenia. Biegiem ruszyła w kierunku schodów, ciągnąc rudowłosą za rękę, po czym obie kobiety zniknęły mi z oczu.
  Westchnęłam. Najwidoczniej w 'kwaterze' właśnie miejsce miały wydarzenia jakiejś wyższej rangi. Oczywiście nie mogłam mieć im wszystkim tego za złe — w końcu pojawiłam się tu niespodziewanie i bez zaproszenia, rozumiałam, że mogą aktualnie mieć większe problemy na głowie, niż opieka nad jakąś zupełnie obcą im kobietą.
Z braku innych zajęć, postanowiłam spróbować zasnąć. Nie było to raczej łatwe z tego względu, że dopiero co się obudziłam. Tak więc przez dobre kilka godzin nieustannie przekręcałam się z boku na bok, co nie przyniosło finalnie żadnego skutku. Na moje nieszczęście byłam choleryczką i ciągle potrzebowałam jakiegoś zajęcia. W duchu odnotowałam, żeby następnym razem poprosić Ewelein o coś do czytania.
  Jednakże godziny mijały i Ewelein nie przychodziła. Zaczęłam robić się głodna, nie wspominając o moich spierzchniętych od braku wody wargach. Byłam brudna, miałam posklejane od potu włosy i wszystko mnie bolało od kulenia się w nieludzko małej celi. Kobieta miała przyjść jeszcze tego samego dnia, ale obawiałam się, że coś na górze ją naprawdę zaafiszowało. W końcu musiała uratować życie jakiejś dziewczyny, a to raczej nie należało do najmniej czasochłonnych zajęć.
Wreszcie przypomniałam sobie o roślinie zerwanej w moim lesie. Wyciągnęłam ją z kieszeni kurtki i zaczęłam się jej przyglądać. Jej lekki blask był hipnotyzujący i podnoszący na duchu. Zaczęłam się zastanawiać, czy jej naturalne środowisko znajduje się tutaj, w tym dziwnym świecie. Czy kiedykolwiek będę miała okazję się o tym przekonać?
  Zamarłam w bezruchu, gdy usłyszałam cichy szelest. Odruchowo skierowałam spojrzenie w tamtą stronę. Czyżby Ewe jednak wróciła?
Moje zdziwienie sięgnęło zenitu, gdy na kamiennej posadzce, blisko mojej klatki stał spokojnie piękny, biały ptak przypominający łabędzia. Jego ni to motyle, nie ptasie skrzydła pokrywały złote i błękitne pióra. Wyglądał nieziemsko. Jego oczy spoglądały na mnie z nieskończonym żalem, tak jakby zupełnie wiedział, w jakiej znalazłam się sytuacji.
  Zastanawiałam się, jak się zachować. Ptak podfrunął bliżej, tak, że mogłam delikatnie pogłaskać go dłonią po głowie. Jego towarzystwo mnie uspokajało. Biła od niego niezwykła aura, a samo zwierzę wydawało mi się być poczciwe i mądre.
Dopiero po chwili zorientowałam się, co trzyma w dziobie. Położył przede mną kawałek chleba, a spod skrzydła wysunęła mu się fiolka z eliksirem.
— To dla mnie?
Odpowiedziała mi cisza, ale nie doszukałam się w niej dezaprobaty. Nie wiem, dlaczego założyłam, że łabędź rozumie, co do niego mówię, ale miałam poczucie, że tak właśnie jest. Cóż — w końcu znalazłam się w innym świecie, więc nic już nie mogło mnie zaskoczyć.
— To... To od nich?
Ptak rzucił mi kpiące spojrzenie.
— Zwinąłeś im to?
I tym razem wiedziałam, że trafiłam w dziesiątkę, kiedy  mój towarzysz cicho zaświergotał, odwracając główkę. Czułam, że nawiązaliśmy cichą więź porozumienia, dlatego delikatnie się do niego uśmiechnęłam.
— Dziękuję, nawet nie wiesz, jak bardzo. — Łapczywie pożarłam kromkę chleba, po czym bez namysłu wypiłam eliksir. Nie miałam zaufania do tego świata, ale miałam zaufanie do swojego nowego przyjaciela. Po chwili poczułam, jak wracają mi siły.
Stworzenie rzuciło mi przeciągłe spojrzenie, po czym oddaliło się w tylko sobie znanym kierunku.

* * *

  Przez następne dni doczekałam się kilkukrotnych odwiedzin białego ptaka, którego nie bez powodu zaczęłam nazywać Błabądkiem. W dzieciństwie nie potrafiłam wymówić słowa 'łabędź', przez co powstał wtedy podobnie brzmiący neologizm. Mimo, że był to tylko zwykły wyraz, dodawał mi otuchy i przypominał o rodzinie. To było bardzo infantylne z mojej strony, ale naprawdę podnoszące na duchu.
Zatem Błabądek przynosił mi codziennie kawałki chleba, jednak czasami po prostu przylatywał, żeby dotrzymać mi towarzystwa. Dostatecznie umilało mi to czas. Ewelein natomiast nie pojawiła się ani razu do czasu ostatniej wizyty. Zaczęłam popadać w rutynę. Nie wiedziałam właściwie, ile czasu spędziłam w celi. Tydzień? Dwa? Moja wdzięczność dla Błabądka była tym większa, gdy zdałam sobie sprawę, że bez niego już dawno umierałabym z głodu i pragnienia.
  Aż wreszcie, pewnego dnia, kiedy nie miałam już żadnej nadziei, usłyszałam znajomy szczęk kluczy. Jednak przez pręty klatki, zamiast znajomej postury pielęgniarki zobaczyłam wyraźnie męską postać. Ubrana była w czarno-czerwoną zbroję, przypominającą pancerz. Jej twarz była zamaskowana.
"To ten mężczyzna w masce?" — przeraziłam się tej myśli, pamiętając, że według opowieści rudowłosej jego ostatnia wizyta zakończyła się mocnym zranieniem jakiejś kobiety. Jednak kiedy mężczyzna otworzył drzwi mojej celi, nie zadawałam sobie już żadnych pytań. Z ogromnym wysiłkiem podniosłam się i chwyciłam wyciągniętą dłoń mężczyzny. Chwiejąc się na nogach, stanęłam na posadzce. Zamaskowany przyłożył mi palec do ust i wskazał dłonią w kierunku schodów.
— Bardzo ci dziękuję. Jestem naprawdę... — mężczyzna uciszył mnie gestem i ponownie wskazał na schody, więc powolnym, chwiejnym krokiem zaczęłam iść w ich kierunku.
  Wreszcie znalazłam się w ogromnej sali z ogromną ilością drzwi. Pomyślałam, że to prawie jak w ,,Alicji w Krainie Czarów".
Wtem spiorunowała mnie pewna informacja. Przez dobre kilkanaście dni nie myłam się, w dodatku paradowałam w podartej i zakurzonej koszuli nocnej. Poza tym, ostatnimi dniami żywiłam się tylko kawałkami chleba i piłam eliksiry, przez co niewątpliwie musiałam stracić na wadze. Starałam się tym nie przejmować, jednak musiałam wyglądać i pachnieć jak siedem nieszczęść.
  Próbowałam przemknąć niezauważona i spróbować znaleźć gdzieś albo łazienkę, albo spiżarnię. W końcu spełniło się chociaż jedno moje życzenie i znalazłam się w cudownie pachnącym pomieszczeniu. Na ścianach wisiały naszyjniki suszonych owoców i grzybów, natomiast na półkach poukładane były słoiki z przetworami. Na najbliżej stojącym stoliku dostrzegłam pokrojony chleb, i uznałam, że nic się przecież nie stanie, jeżeli się poczęstuję. Już wyciągnęłam po niego rękę, gdy nagle jakaś silna dłoń złapała mnie za nadgarstek. Spojrzałam w górę i ujrzałam niebieskowłosego mężczyznę z elfimi uszami, który szczerzył zęby w szerokim, ale złośliwym uśmiechu.
— Kiedy ostatnio się myłaś? — Nadal mocno trzymając moją rękę, ostentacyjnie pociągnął nosem i skrzywił się.
— Ja...
— Choć właściwie, to nie jest ważne, w momencie, gdy znaleźliśmy małą złodziejkę. Przyznaj się, smakował ci chleb, który raczyłaś zabierać stąd bez pozwolenia? — nie dał mi odpowiedzieć.
Jak na zawołanie zaburczało mi w brzuchu, a chłopak parsknął śmiechem.
— Nic nie ukradłam! — jęknęłam, ale w duchu wiedziałam, kto był sprawcą tej kradzieży. W końcu Błabądek nie wyczarował jedzenia, które mi regularnie przynosił.
— Będziesz się tłumaczyć przed Miiko. — rzucił złośliwie.
Jeszcze mocniej ścisnął moje przedramię i wyprowadził mnie z pomieszczenia. Szliśmy bez słowa długim korytarzem, aż doszliśmy do znanej mi już sali. Sali, po środku której wznosił się niezmiennie kryształ. Koło niego stała czarnowłosa kobieta z lisimi ogonami, która przywitała mnie tu w dzień mojego przybycia. Chłopak wszedł do komnaty pierwszy, zwracając tym samym jej uwagę.
— Miiko, znalazłem sprawczynię ostatnich kradzieży. Mam nadzieję, że wynagrodzicie mi to w miodzie, w końcu to ja przyłapałem ją na gorącym uczynku.
— Ezarel, nie tak prędko, najpierw... — jej wzrok powędrował na mnie, po czym widocznie pobladła. — Och, na imię W-wyroczni!
Możliwe, że jedynie mi się wydawało, ale oczy Miiko się momentalnie zaszkliły.
— Na boga, jak... Jak mogliśmy zapomnieć...
— Chwila, to wy się znacie? Miiko...? O co w tym wszystkim chodzi?
— Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Ja.. Nie wiem, jak mogłam tak nawalić. Nie powinniśmy nikogo tak traktować, ja... Zapomniałam, że Ewelein nie może sprawować nad tobą opieki i nikogo nie wysłałam... Mogłam cię zabić.
Spojrzałam na nią z wyczekiwaniem. Czy nie czas, aby wszystko mi wytłumaczyć?
— Mogę wiedzieć, co się właśnie dzieje? — warknął Ezarel, który najwyraźniej pomyślał o tym samym, co ja.
— Ta ziemianka przybyła tu ponad dwa tygodnie temu.
— Przybyła? To ziemianka? Będę musiał odkazić rękę. — burkął, ale z jego oczu biło jakieś dziwne współczucie.
— Tak.. A po tym wtrąciłam ją do lochu i zleciłam Ewe nad nią opiekę. I ja... I mężczyzna w masce zaatakował , a Ewelein musiała zająć się rannymi. Zupełnie nie przejęłam się tym, że nie tylko ranni potrzebują pomocy. I ja... Ona... Spędziła w celi czas, do dziś. Bez jedzenia i picia.
— Zaraz, ziemska pokrako, jak się stamtąd wydostałaś? I jak przeżyłaś taki okres czasu w takich warunkach? Skąd się tu w ogóle wzięłaś?
Opowiedziałam więc o wszystkim — zaczynając od mojej niefortunnej przygodzie w lesie, kończąc na mężczyźnie w masce i mojej więziennej przyjaźni z ptakiem, który podobno miał być jednym z wolnych "chowańców" (czymkolwiek one były). Kiedy jednak wspomniałam o moim zamaskowanym wybawcy, wydawali się być bardzo poruszeni i gotowi wyruszyć na jego poszukiwania. Pożałowałam momentalnie, że nie okłamałam ich w tej kwestii. Pomógł mi, a ja na niego naskarżyłam.
— Ez, leć po resztę Lśniącej Straży. Musimy zwołać pilne zebranie.
Kiedy chłopak zniknął za drzwiami, zwróciłam się w kierunku kobiety.
— Więc...? Co ja tu robię? Gdzie właściwie się znalazłam, i dlaczego to się pojawiło? — spojrzałam z niesmakiem na moje ramiona.
— Cóż, od czego by zacząć... Jesteś w Kwaterze Głównej Straży Eel, której ja jestem szefową. Nazywam się Miiko i jestem z rasy kitsune. Tak, już odpowiadam na twoje pytania. — burknęła w odpowiedzi na moje ponaglające spojrzenie. — Znajdujemy się w Eldaryi, świecie równoległym do Ziemi, zamieszkiwanym jedynie przez istoty magiczne — faery i faelien.
— Czyli nie ma tu normalnych ludzi? — głowa zabolała mnie aż od takiej ilości nowych pojęć.
— Nie, nie sądzę.
— Wobec tego, co ja tutaj robię?
— Czasami zdarza się, że przedstawiciele ras magicznych rodzą się na Ziemi. Co prawda, ostatni taki przypadek miał miejsce prawie trzydzieści lat temu, ale... Nieważne. Jeżeli w twoich żyłach faktycznie płynie krew faery, wystarczyło, że znalazłaś się w miejscu o nieco większym stężeniu energii w powietrzu, aby zaszła pomiędzy tobą a nią reakcja. Tym samym otworzyłaś portal do naszego świata. Co do tatuaży... Muszę przyznać, że miałaś szczęście. Kiedy osoby przebywające tyle lat na Ziemi znajdują się nagle w miejscu o tak wysokim stężeniu maany...
— Maany?
— To inna nazwa dla naszej energii. Wracając, zazwyczaj taka nagła zmiana powoduje ogromny problem z aklimatyzacją, a co za tym idzie... Pewne zmiany genetyczne. Ostatnim razem, pewnej kobiecie pojawiło się trzecie oko, a raz zanotowano przypadek przekształcenia nosa i ust w dziób plumobeca. To taki chowaniec... Zdaje się, że wy, ludzie, mówicie na wasze ziemskie chowańce 'zwierzęta'
— Dobrze... Nie będę udawała, że zrozumiałam z tego cokolwiek więcej, niż zupełne podstawy. Ale wiem już mniej więcej, co i jak. Dziękuję.
  Naszą rozmowę przerwał powrót błękitnowłosego, ściskającego pod pachą słoik z miodem. Nie był sam, towarzyszyło mu z pewnością najbardziej niespotykane grono osób, jakie kiedykolwiek miałam okazję zobaczyć. Składało się ze szczupłego jednorożca w okularach i uwieszonej na jego ramieniu rudowłosej króliczycy, wysokiego na dwa metry, białowłosego wojownika i tego samego wzrostu ogra,  czarnowłosego chłopaka z piracką opaską na oku, i wreszcie blondyna o zaciekawionym spojrzeniu malującym się w jego intensywnie zielonych oczach.
"Świat oszalał" — westchnęłam w myślach.
— Przykro mi... Uh, jak miałaś na imię?
— Gardienne, jestem Gardienne. — burknęłam niezbyt elokwentnie.
— Tak więc, Gardienne, musimy odbyć naradę. Nie mamy co z tobą teraz zrobić, więc Jamon zaprowadzi cię na razie do twojej celi. Nie możemy zostawić cię samej w kwaterze głównej, a na razie nie ma kto cię oprowadzić. Kategorycznie nie wolno ci też zostać na zebraniu, więc nie ma innej możliwości. Ustalimy, co z tobą zrobimy, a po naradzie wyślę kogoś, aby przedstawił ci naszą decyzję.
Niezbyt zadowolona skinęłam głową i dałam ogrowi wyprowadzić się z sali. Czułam na sobie badawcze spojrzenia całej grupy. Miałam szczerą nadzieję, że skończą szybko narady i będę wreszcie mogła wrócić do domu.

* * *

Znowu znalazłam się w więzieniu, jednak litościwy Jamon nie zamknął go na klucz. Poprosił mnie tylko, żebym zbytnio się nie oddalała. I tak nie miałam takiego zamiaru — byłam sama w obcym świecie, i tak nie miałabym gdzie pójść.
Byłam szczęśliwa, gdyż tym razem siedziałam bezczynnie jedynie przez kilka godzin, które dość szybko minęły. W tym czasie pospacerowałam nieco po piwnicy, i zebrałam próbki narastającego na część ścian mchu.
Przyszedł po mnie znany mi już Ezarel. Tym razem mogłam mu się dokładniej przyjrzeć. Miał włosy w kolorze nieba, związane w kucyk nad karkiem i sięgające mu aż do pasa. Jego oczy były w kolorze mocnej zieleni, co kontrastowało z jego bladą karnacją.
— Długo jeszcze masz zamiar tak siedzieć i się gapić? Mogłabyś łaskawie podnieść się i ruszyć? Nie mam całego dnia.
— Czy ja... Czy ja wracam do domu?
— Nie, zostajesz w kwaterze. Ciesz się, bo tylko dzięki mnie nie będziesz wiecznie siedziała w pudle. A uwierz mi, Miiko była skłonna do takiego rozwiązania.
— Dziękuję?
— Nie gap się tak, bo oczy ci wypadną ze zdziwienia. To dlatego, że w mojej straży brakuje siły roboczej. Wszyscy znają klucz odpowiedzi i wybierają te do Cienia, a co odważniejsi do Obsydianu. Mam nadzieję, że przynajmniej jesteś dobra z alchemii?
— Wiesz, na ziemi nie uczono czegoś takiego jak 'alchemia'. Ale znam się na ziemskich roślinach, więc myślę, że tutaj też nie będę miała z tym problemu.
— To dobrze. Nawet nie będziesz aż taka bezużyteczna, jak na początku myślałem. Może oprócz sprzątania w laboratorium, czasami będziesz mogła chociaż wybrać się po składniki.
— Mam nadzieję, że żartujesz.

— Nie, nie sądzę. A teraz hop, hop, hop, pospiesz się nieco. Musimy wstąpić do łazienki, bo nie pachniesz najciekawiej. Miiko dała ci ubrania na zmianę. Potem wpadniemy do sali alchemicznej, żebym podał ci odpowiedzi do testu. Potem zaprowadzę cię do Keroshane'a, gdzie dowiesz się o swojej przynależności do Absyntu.

— A gdybym złośliwie wybrała złe odpowiedzi? — uniosłam brew.

— Pamiętaj, że masz u mnie dług. Poza tym, raczej nie wyglądasz mi na taką, która chciałaby tłuc się z dwa razy większymi od siebie wojownikami w Obsydianie, ani chować po ciemnych kątach w straży Cienia.

W duchu przyznałam mu rację. Poza tym, jak się później okazało, i bez znajomości odpowiedzi trafiłabym do Absyntu. Sama wybrałabym dokładnie te same opcje, które zostały mi wskazane przez Ezarela.

Czułam, że właśnie rozpoczęłam wielką przygodę — czy tego chciałam, czy nie.

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (11-07-2019 o 17h55)


https://images89.fotosik.pl/215/071a164905ee04b2gen.png

Offline

#2 11-07-2019 o 17h53

Straż Absyntu
brushmysmile
Nowo przybyła
brushmysmile
...
Wiadomości: 3

Cześć! Dzisiaj przychodzę z kolejną, choć dopiero drugą częścią opowiadania. Tradycyjnie przepraszam za wszelki błędy w tekście, i oczywiście jestem otwarta na krytykę. ^__~

02. Żółty goździk, cz. 1

GARDIENNE

— Nie, Ezarel, nie oddam ci tego. — docisnęłam zielnik do piersi i objęłam rękoma, kiedy moja spokojna siesta w Ogrodzie Muzyki została zakłócona po raz kolejny.

— Chyba nie chciałabyś, żeby Miiko przypadkiem pomyślała, że możesz mieć przy sobie czarnomagiczny artefakt?

— To nie ma nic wspólnego z magią, ile razy mam to powtarzać? To pamiątka. - podniosłam głos, czując, że pod powiekami zaczynają zbierać się już łzy.

— To daj mi to sprawdzić. — wyszczerzył zęby w pobłażliwym uśmiechu. - Widzisz, to, że tak bronisz tej głupiej książki, podtrzymuje mnie tylko w przekonaniu, że coś jest z nią nie tak.

— Dlaczego nie możesz mi po prostu zaufać?

— Pomyślmy... Bo jesteś tu dopiero od kilku miesięcy, pojawiłaś się znikąd w Sali Kryształu i nie rozstajesz się z jakimś opasłym tomiszczem, które wygląda, jakby pamiętało jeszcze Wielkie Wygnanie? W dodatku strasznie dużo krzyczysz. I śmierdzisz człowiekiem.

— Kiedy ja nawet nie jestem.... Nie jestem człowiekiem. — z trudnością wypowiedziałam te słowa, mimowolnie zerkając na swoje ręce. Nadal nie mogłam się z tym wszystkim pogodzić. Pewnie nigdy nie będę mogła. — Zresztą, nieważne. Nie chodziło mi o to, żebyś wymieniał ciąg przyczyn, tylko zastanowił się, czy...

— A jak ty myślisz? Możemy pozwolić sobie na jakiekolwiek zaufanie wobec ciebie? Jesteś tylko intruzem w tym świecie, który i tak wykorzystałby każdą okazję, żeby stąd zwiać.

— A dokąd niby miałabym?

— Niezła próba. Pytasz mnie, żeby zaraz zaznaczyć to miejsce krzyżykiem na mapie, a później odpłynąć tam schowana w beczce na wino.

— Nie śmiałabym! - obruszyłam się, jednak z ulgą zauważyłam, że kąciki ust elfa drgają. Jeżeli jest w dobrym humorze, może przestanie wreszcie dociekać. — Poza tym, nie zmieściłabym się do beczki. I udusiłabym się winem. Wymyśl coś innego.

— Mówiłem o beczce na wino, a nie beczce z winem. A co do gabarytów... Masz rację. A już na pewno nie wszerz.

Przez chwilę byłam zadowolona, że elf przyznał mi rację, ale po chwili dotarł do mnie sens jego słów.

— Nie o to mi chodziło. — burknęłam, ale niebieskowłosy zdążył się już nieco oddalić. Obserwowałam jego plecy, po cichu licząc do dziesięciu, w celu uspokojenia się. Nagle mężczyzna odwrócił się i zawołał:

— Do tematu tej twojej książki jeszcze wrócimy! Ale nie łudź się, że nie podszepnę o tym słówka pewnej kitsune.

Policzyłam w myślach po raz kolejny. Tym razem opanowałam emocje dopiero, gdy byłam jakoś koło pięćsetki.

* * *

Już chyba czwartą godzinę spędziłam chodząc na czworaka po okolicach Kwatery. Zauważyłam, że rośliny w tym świecie zupełnie różnią się od tych ziemskich. Byłam co prawda w trakcie wykonywania misji dla mojej straży (których po ostatniej sprzeczce Ezarel przydzielał mi podejrzanie dużo!), ale okazała się to świetna okazja do przeprowadzenia własnych obserwacji. Poza tym — dawno już zebrałam potrzebne w laboratorium składniki, ale nie wyjawiłam tego przed moim kompanem, któremu najwidoczniej było spieszno do powrotu.

Nevra tupał nogą z niecierpliwością. Nie byłam zbytnio zadowolona z jego towarzystwa, szczególnie, że ciągle patrzył mi na ręce. Niestety, nie mogłam się go w żaden sposób pozbyć - dostałam odgórny nakaz od Miiko, abym wychodziła z kwatery jedynie pod opieką kogoś z Lśniącej Straży. Odkąd na dobre osiadłam w Kwaterze Głównej, Miiko była wobec mnie bardzo oschła, ale widocznie próbowała zatuszować tym swoje poczucie winy. Skrupulatnie dbała dlatego o moje bezpieczeństwo, nawet podczas najdrobniejszych misji.

— Gaaa-rdienne... — ziewnął głośno Nevra, co po raz kolejny utwierdziło mnie w przekonaniu, że lepiej było już poprosić o pomoc Ezarela. Wampir był naprawdę sympatyczny, ale okropnie niecierpliwy. — Możemy już iść? Nie, żeby coś, ale stanie w miejscu nie jest zbyt porywającym zajęciem. Chyba, że mogłabyś mi je umilić. — wyszczerzył zęby w uśmiechu, a ja cicho jęknęłam z irytacji.

— Powiedz, dlaczego w takim razie zgodziłeś się mi towarzyszyć?

Odpowiedziała mi cisza, którą wreszcie mogłam się przez chwilę nacieszyć. Przez chwilę.

— Gardienne... — zignorowałam zupełnie wampira, nawet na niego nie patrząc.

Zajęłam się ostrożnym zrywaniem kwiatu podobnego z wyglądu do goździka, nucąc pod nosem jedną z moich ulubionych, oczywiście Ziemskich piosenek.

— Gardienne, do cholery!

Podniosłam wzrok na Nevrę i dopiero, gdy zobaczyłam jego minę, uśmieszek natychmiast zniknął z mojej twarzy. Chłopak był czymś wyraźnie zaniepokojony.

— Ktoś jest na obrzeżach lasu. Nie mogę wyczuć jego zapachu, ale słyszę jego kroki. To raczej nikt z Kwatery, nie można wychodzić poza mury bez meldunku u Miiko. Gdyby ktoś miał wyjść, zdecydowanie wiedziałbym o tym.

— Nie spodziewaliście się żadnych gości z innych rejonów Eldaryi? To nie musi być ktoś o złych zamiarach.

— Nie, Gardienne, gdyby to była delegacja, to przyjechałaby w tradycyjny i oficjalny sposób, a nie przemykałaby między zaroślami. Proszę, wracajmy.

— Masz rację, wracamy. — zaczęłam zbierać swoje rzeczy. W tym momencie pożałowałam, że wzięłam ich tyle ze sobą.

— Pospiesz się, na Wyrocznię. Słyszę, jak się zbliża. Nie chcę cię martwić, ale nie mam żadnej broni oprócz jednego sztyletu. Nie spodziewałem się, że ktoś naprawdę będzie chciał nas zaskoczyć w biały dzień.

— Spieszę się, potrzebuję dosłownie sekundki... — nie dokończyłam, bo Nevra przytknął mi palec do ust na znak, żebym zamilkła. Złapał mnie za nadgarstek i zaczął prowadzić wzdłuż brzegu lasu. Ostrożnie stawiał kroki, a ja poszłam w jego ślady. W pewnej chwili odwrócił się za siebie i momentalnie przyspieszył. Ja sama bałam się, że jeżeli spojrzę do tyłu, spanikuję. Dlatego utkwiłam wzrok w plecach wampira i usiłowałam skupić na nim całą swoją uwagę.
W końcu skryliśmy się za bramą główną. Nevra wciąż ściskał moje przedramię. Odetchnęłam głośno z ulgą, zerkając ciekawsko w kierunku, z którego przybyliśmy. Po chwili jednak coś mi się przypomniało. Musiałam sprawdzić, czy nie zapomniałam o niczym, pakując się w pośpiechu.
Po chwili oniemiałam, raz po raz nerwowo przetrzepując zawartość torby.

Zielnik. Zostawiłam zielnik.
Poczułam się zdeterminowana, aby wrócić po przedmiot, zanim znajdzie go ktoś inny.

— Nevra, daj mi sztylet. Muszę tam wrócić.

— Co? Nie, nie ma takiej opcji. Chodź, idziemy powiadomić Miiko.

— Błagam. Ja... Zostawiłam tam coś ważnego.

— Lśniąca Straż na pewno zaraz tam kogoś wyśle na zwiady, wspomnisz im, żeby przy okazji tego poszukali. Nie ma opcji, żebyśmy szli tam sami bez broni działającej na odległość. Sztylet do niczego się nie przyda, bo nie musi dojść do walki wręcz, żeby stała nam się krzywda.

Przełknęłam głośno ślinę, w duchu przeklinając ostrożność wampira. Nie miałam jednak wyboru, dlatego słabo pokiwałam głową na zgodę. Szybkim krokiem ruszyłam przed siebie, w celu dotarcia jak najszybciej do Sali Kryształu.

* * *

Miiko chodziła w tę i we wtę, z rozmachem przy tym gestykulując i pokrzykując bliżej niezrozumiałe dla mnie słowa. Odkąd Nevra opowiedział jej o minionych zdarzeniach, nie zamieniła z nami ani słowa, a jedynie mówiła sama do siebie, wyraźne się nad czymś zastanawiając.

— Miiko, wszystko gra?

— Nie przeszkadzaj mi. — warknęła tylko i powróciła do swoich myśli. Drzwi do sali otworzyły się, a przez nie wparadowali do środka członkowie Lśniącej Straży. Ezarel zmierzył wzrokiem mnie i Szefa Cienia. Po chwili skierował się w naszą stronę i lekko się nade mną nachylił.

— Czyżby nasza ziemianka znowu przyciągnęła kłopoty? A może do jej kolekcji dołączył kolejny tatuaż, przez co postanowiła postawić całą Kwaterę na nogi? — wyszeptał mi do ucha.

— Ezarel, ostrzegam cię... — ten temat działał na mnie jak płachta na byka. — Jeśli zaraz nie przestaniesz...

— CISZA! - podskoczyłam, przestraszona nagłym wybuchem kitsune. — Albo przestajecie gadać, albo stąd wychodzicie. Przypominam ci, Gardienne, że wyjątkowo pozwoliłam ci uczestniczyć w obradach.

— Już, już... — zmieszałam się.

— Ezarel, to, że akurat ty jesteś członkiem Lśniącej, nie znaczy, że nie mówię też do ciebie. — dorzuciła, widząc malujący się na ustach elfa uśmieszek, który zniknął prawie tak szybko, jak się pojawił.

— Dobrze, w takim razie powiedz proszę, dlaczego mnie tu ściągnęłaś.

— Gdzie ci się tak spieszy?

— Przypominam ci, że sama zleciłaś mi uwarzenie dwustu fiolek eliksiru uspokajającego. Jak myślisz, ile czasu mi to zajmie i ile ja chciałbym zmarnować na to czasu? Tylko wszystko przedłużasz.

Podziękowałam mu w duchu, bo sama chciałam jak najszybciej stąd wyjść i wrócić poza mury Kwatery. W chwili, gdy zaczęłam się już zastanawiać nad kompetencjami (a właściwie ich brakiem!) przywódczyni, ta musiała najwidoczniej ułożyć sobie już w głowie plan działania. Objaśniła pokrótce zaistniałą sytuację, po czym zaczęła przydzielać zadania.

— Valkyon! - krzyknęła oficjalnym, chłodnym tonem. Białowłosy z wysoko uniesioną głową wystąpił przed szereg zebranych w sali osób. — Zbierz szesnastu najlepszych Obsydianów. Najlepiej tych, którzy specjalizują się w walce na odległość. — chłopak bez słowa wyszedł sali, skinąwszy głową. — Ykhar, przekaż strażnikom, że nikt nie może opuścić Kwatery. Do odwołania. Nevra, Ezarel? Wy zostajecie. Nie możemy wysłać tam wszystkich dowódców. Poza tym, mam z wami jeszcze coś do obgadania. Gardienne, możesz już sobie pójść.

— Miiko, jest jeszcze jedna rzecz... — zaczęłam powoli. — Zostawiłam w lesie coś bardzo ważnego. Chciałabym po to wrócić, jak najszybciej.

— Jak bardzo ważne jest to coś?

— To pamiątka z Ziemi.

Lisica przewróciła oczami, wymieniając kpiące uśmieszki z Ezarelem. Wiedziałam, że byłam niepoważna, chcąc ryzykować swoje zdrowie ze względu na sentyment.

— Och, tak. Powiesz jeszcze, że ładnie dziś świeci słoneczko, więc chciałabyś wyskoczyć na piknik? — Ezarel najwyraźniej dobrze się bawił moim zakłopotaniem.

— Miiko, może któryś z nas z nią pójdzie i przy okazji zbada teren? Będzie bezpieczna, a my dowiemy się czegoś więcej o sytuacji w lesie.

— Czy ty na pewno chcesz badać sytuację w lesie, czy może skład krwi jednej z moich strażniczek?

— Przed chwilą wróciliśmy ze wspólnej misji, a jakoś jej nie pogryzłem. Umiem nad sobą panować. — obruszył się wampir.

— Zamknijcie się. Nevra, nigdzie nie idziesz. Muszę z tobą pogadać, to nie może czekać, nie po twoim popisie na tej słynnej dzisiejszej misji. Gardienne, co do twojej prośby, to nie możemy się zgo... — nagle urwała, a jej oczy zaświeciły się niebezpiecznie. Prawie pożałowałam swojego pytania. — Ezarel z tobą pójdzie. Bo kto lepiej obroni niewinną bezbronną ziemiankę, niż najlepszy łucznik w całej kwaterze? — zapytała głosem ociekającym ironią. Musiała wiedzieć, jak mają się ostatnio sprawy między mną a elfem. To była najpewniej należyta kara za moje zapominalstwo. Odnotowałam w głowie, żeby nigdy więcej nie prosić Miiko o przysługę.

Zielnik natomiast był dla mnie ważniejszy niż zamiar unikania elfa, dlatego nie protestowałam w żaden sposób. W przeciwieństwie do mojego przyszłego towarzysza.

— Naprawdę, Miiko? Dlaczego zawsze to ja jestem od brudnej roboty? Nie możesz wysłać tam Valkyona?

— Valkyon przyda mi się do przeszukiwania wschodniej części lasu. Ty na razie nie masz tu nic do roboty.

— Nie zapomniałaś czasem o pewnym eliksirze na skołatane nerwy? Bo tak się składa, że pewne osoby nie będą chyba zachwycone, jeżeli nie dostaną go na czas...

— Naprawdę sądziłeś, że nie zauważę, że to tylko wymówka? Tak się składa, że wysłałam dzisiaj Karenn do twojej nory alchemicznej. Zgadnij, co znalazła pod blatem? Czyżby dwieście świeżo zakorkowanych porcji eliksiru uspokajającego?

Ezarel zacisnął usta i wyszedł z sali, rzucając tylko w moim kierunku kilka słów.

— Za piętnaście minut pod bramą. Weź broń.

— Tak, tak, idź już. — Miiko zaczęła mnie poganiać. — Ale wróć tu po złożeniu raportu. I weź ze sobą tę książkę, o której opowiadał mi Ez.

O ile w ogóle ją znajdę - przemknęło mi przez myśl. Starałam się odpędzić negatywne myśli, ale zdawałam sobie sprawę z tego, że taka dawka wiedzy o ziemskiej florze ma tutaj niewyobrażalną wartość. Jeśli ktoś znajdzie zielnik, na pewno nie będzie się kłopotać, aby go oddać.

Szybko wyszłam z Sali Kryształu, uprzednio pozdrawiając lisicę i co sił w nogach pobiegłam do swojego pokoju, prawie potrącając po drodze kilka osób.

Otworzyłam z rozmachem drzwi do pomieszczenia. Wstydziłam się tego, jak wyglądał mój pokój, jednak nie narzekałam - rozumiałam, że Straż nie mogła pozwolić sobie na większe luksusy w mieszkaniach podrzędnych członków. Tym bardziej, że moje pojawienie się tutaj było niespodziewane, a ja wolałam już zamieszkanie w brudnym, szarym pokoju (z drewnianą ramą zamiast łóżka!) niż w celi. Na szczęście mogłam wykorzystać swoją wyobraźnię i umiejętności survivalowe, dlatego odkupiłam od Purreru za kilka ziemskich monet pięciocentowych sporo starych koców, które miały być przeznaczone dla chowańców. Udało mi się zmajstrować z nich coś w rodzaju prowizorycznego hamaku, który zamocowałam za odpłatną pomocą Purrala na drewnianych hakach. Z czasem zaoszczędziłam wystarczająco dużo pieniędzy, aby kupić sobie pościel i pojedyncze wieszaki na ubrania, które powiesiłam na wystających w różnych miejscach na ścianach gwoździach. Rama łóżka, która w żaden sposób nie nadawała się do spania służyła mi po prostu jako stolik na podręczne rzeczy i skołtunione ubrania, których nie miałam jeszcze czasu wyprać.

Nawet udało mi się polubić mieszkanie w swoich czterech ścianach, jednak kiedy przychodziłam do pokoju Karenn czy Ykhar, które czasami zapraszały mnie do siebie, robiło mi się najzwyczajniej w świecie przykro. Nie było porównania między moim surowym, zimnym mieszkaniem śmierdzącym stęchlizną, a ich kolorowymi apartamentami, w których aż roiło się od ozdób i bibelotów. Nie wpuszczałam nigdy nikogo do swojego pokoju, ponieważ było mi głupio pokazywać, jak wygląda w środku. Szczególnie, że jego wygląd świadczył poniekąd o moim lenistwie. Gdybym ciężej pracowała i zdobywała dodatkowe wynagrodzenie za misje dodatkowe, mogłabym szybciej doprowadzić go do porządku. W każdym razie, i tak praktycznie nikt do mnie nie przychodził, więc nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo w codziennym życiu. A przecież i tak nie chciałam się tu zbytnio zadamawiać, ciągle mając nadzieję na niedaleki powrót do domu.

Nie tracąc czasu, podniosłam z podłogi młot, udałam się jeszcze na chwilę do wspólnej łazienki i pognałam na poszukiwania zgubionej księgi.

Ezarel czekał na mnie w umówionym miejscu. Od razu ruszyliśmy, jednak nie umknęło mojej uwadze, że elf dziwnie zerkał na to, co trzymałam w dłoni.

— Naprawdę? Walczysz młotem?

— Coś w tym dziwnego?

— Nic, oprócz tego, że podczas testu wszyscy starają się specjalnie posługiwać nim jak najgorzej, żeby dostać miecz albo łuk. Jamon musiał być wniebowzięty, bo chyba od kilku lat żaden z rekrutów nie wybrał broni ciężkiej.

— Mi tam pasuje. — przemilczałam fakt, że faktycznie starałam się jak najgorzej operować młotem, a i tak poszło mi lepiej, niż przy pozostałych próbach.

— A więc, po co właściwie idziemy? Co było na tyle ważne, żeby wyciągać mnie z Kwatery?

— Zobaczysz. Nie musisz nic wiedzieć, wystarczy, że ja wiem, czego szukać.

— Doskonale, to brzmi jak przemyślany i dopracowany plan. Idziemy do lasu, ty, szary człowieczek szukasz czegoś, o czego istnieniu ja, dowódca straży najpewniej nawet nie wiedziałem, bierzesz to i zmiatamy.

Przytaknęłam, na co ten ścisnął nasadę nosa z cichym westchnięciem.

— Jesteś naprawdę beznadziejna. — burknął, po czym nieznacznie mnie wyprzedził.

— Kto to mówi... — westchnęłam cicho, przyspieszając kroku, aby iść na równi z elfem.

— Pamiętaj, że to przez ciebie marnuję swój cenny czas. Dobrze wiesz, że będziesz musiała mi to zrekompensować?

— Nie licz na mój miód, Ezarel. Wykorzystałam już wszystkie racje na najbliższy tydzień.

— To już nie moja sprawa. Jeśli nie masz miodu, to będziesz musiała to po prostu odpracować.

— Nie każ mi znowu porządkować alfabetycznie składników... Ezarel, nie... Proszę. — jęknęłam, widząc, złowróżbny uśmiech na jego twarzy.

— Dzisiaj o dwudziestej przyjdź do laboratorium.

Jeżeli już wcześniej byłam podłamana, to teraz byłam podłamana tysiąc razy bardziej. Zapewne czekała mnie kolejna bezsenna noc, spędzona na sprzątaniu lub innym, równie przyjemnym zajęciu.

Przez resztę drogi milczeliśmy, jednak nie była to krępująca cisza. Każde z nas pogrążyło się w swoich myślach. W takich momentach zawsze zastanawiałam się, o czym myśli druga osoba. Co siedziało w głowie Ezarela? Tego chyba nikomu nie udało się nigdy dowiedzieć. Elf miał chyba najbardziej skomplikowaną osobowość, z jaką kiedykolwiek się spotkałam.

Moje rozmyślania zostały przerwane, kiedy zobaczyłam kilka kroków przed sobą znajomy przedmiot. Pisnęłam cicho, i ignorując całkowicie Ezarela doskoczyłam do leżącej na ziemi księgi. Już prawie miałam ją w dłoniach, gdy oprzytomniałam.

Spojrzałam dokładniej na okładkę, a to, co zobaczyłam przyprawiło mnie o deja vu. Na jasnej, płóciennej oprawie dziennika widniał złoty znak, bardzo podobny do tych znajdujących się na moim ciele. Z tą różnicą, że o ile moje tatuaże miały bliżej nieokreślone kształty, tutaj mogłam dostrzec wyraźnie zarysowane słowo, zapisane po okręgu. "Pocałuj elfa", oczywiście. Nie musiałam długo zastanawiać się, kto wywinął mi taki numer.

— Ezarel, prawie mnie wystraszyłeś. Prześmieszne, popisałeś się! Zaglądałeś do środka, prawda? Nie mogłeś powstrzymać tej swojej cholernej ciekawości, dlatego zabrałeś zielnik bez mojej zgody. - warknęłam, nawet na niego nie patrząc. Zbierało mi się na płacz.

— Flores veterascet, popules putrescet.

Odwróciłam zaskoczony wzrok na Ezarela.

— C-co to znaczy? To łacina. Rozpoznałam kilka słów, ale nigdy nie umiałam jej zbyt dobrze.

— Lores non habeat fiduciam, quia ipsi tantum sunt immortalem. — Wręcz wypluł kolejne zdanie. Zbadałam go wzrokiem. Jego oczy zaszły dziwną mgłą, a utkwione były w jego wyciągniętej dłoni. Trzymał w niej jakiś ciemny, bliżej nieokreślony przedmiot z którego uwalniały się ciemnopurpurowe opary.

— Cholera, Ezarel! Słyszysz mnie w ogóle?

Ezarel nie odpowiedział. Z jego oczu biło teraz przerażenie. Nim zdążyłam się zorientować co się dzieje, doskoczył do mojego ramienia i kurczowo się go złapał, boleśnie wbijając w nie swoje długie paznokcie. Usłyszałam cichy szloch i poczułam, jak topnieje mi serce. Nie lubiłam patrzeć na nikogo w takim stanie.

Momentalnie zapomniałam o niepokojącym znaku na zielniku. Lekko pogładziłam elfa po włosach.

— Ezarel, będzie dobrze. Chodź, pójdziemy teraz do kwatery odpocząć. Daj mi ręce, obie. — podjęłam próbę odebrania mu tajemniczego przedmiotu. Spojrzał na mnie pełnym zaufania wzrokiem, co zupełnie mnie nie uspokoiło. Jego dotąd zielone tęczówki mieniły się teraz złotym blaskiem.

Posłusznie wyciągnął przed siebie obie dłonie, ukazując mi niewielki, żarzący się dziwnym światłem wisiorek. Już miałam zabrać przedmiot, już prawie musnęłam opuszkami palców miękkich dłoni elfa, gdy ten zacisnął pięści.

— Nie! To moje, on mnie wybrał. Nie ciebie, nie...

— Ezarel, oddaj, proszę. To niebezpieczne.

— Nie dotykaj mnie. - wychrypiał.

— Nie wygłupiaj się, nawet cię nie dotknęłam!

— Zostawcie mnie... Ja... Chciałem tylko pomóc... - opadł na kolana. Nie widząc innego wyjścia, szarpnęłam go dość mocno za ramię i próbowałam podnieść. Zdawał się w ogóle nie reagować na to, co się dzieje. Ciągle tylko wpatrywał się w wisiorek, mówiąc raz po łacinie, raz po elficku.

— Matko, ojcze... Nie chciałem was zawieść... — wymruczał wreszcie w dobrze znanym mi jeżyku.

— Ez, to ja. Tylko ja, Gardienne. — oparłam go o swoje ramię, mocno oplatając jego klatkę piersiową rękoma. Zaczęłam powoli stawiać kolejne kroki, ledwo wytrzymując pod ciężarem elfa.

— Cholera, nie rozumiesz, że chciałem tylko udowodnić, że jestem czegoś warty? Ja tego nawet nie zrobiłem dla niej, tylko dla nich!

Czułam, że chłopak nieświadomie mówi mi coś, o czym nigdy nie powinnam wiedzieć. Starałam się nie słuchać tego, co do mnie mówi. Było to oczywiście praktycznie niemożliwe, ale uspokoiłam przynajmniej swoje własne sumienie. Próbowałam? Próbowałam.

— To było dziecko, rozumiesz, dziecko?! Ale ona... Po prostu poszła. Nie uśmiechnęła się, patrzyła na mnie i weszła do środka. A teraz jest tu, wróciła, choć poświęciłem wszystko, żeby została w swoim świecie!

Byliśmy już prawie pod bramą kwatery, kiedy poczułam tępy ból w przedramieniu. Zmuszona do zatrzymania się, na chwilkę puściłam ramię Elfa, po czym odwinęłam delikatny materiał cienkiej, satynowej koszuli.

Tatuaż, który do tej pory przedstawiał bliżej bezkształtne, złote zawijasy, teraz jaśniał jeszcze mocniejszym blaskiem i układał się w znajome mi już słowa. Na mojej skórze wykaligrafowane było zdanie "Pocałuj elfa.", wyglądające identycznie jak to, które wcześniej ujrzałam na okładce zielnika.

— Wiesz, wy wszyscy jesteście tacy sami. Żądasz od nas ciągle, żebyśmy odesłali cię do domu. Nie obchodzi cię, ile nas to kosztuje. Nienawidzę was za to i nigdy nie przestanę... ZOSTAW MNIE! Ja, nie wytrzymam tego dłużej, muszę to zakończyć, daj mi to zakończyć! — krzyknął, drżąc i kuląc się w sobie jak zaszczute zwierzę.

— Ezarel, nie wiesz, co mówisz. — Spojrzałam na niego z pełnym skupieniem. — Przepraszam, później mnie za to zabijesz.

— O-odejdźcie, pro... — Nie dokończył, bo przylgnęłam swoimi wargami do jego ust. Ezarel był jeszcze na tyle oszołomiony, że nie odepchnął mnie. Kiedy tylko jego usta się rozchyliły, poczułam, że do moich własnych przelewa się dziwna ciecz. Podczas, gdy płyn wypełniał moją jamę ustną, zauważyłam, że oczy elfa powracają do swojego normalnego koloru. Odsunęłam się szybko i splunęłam na trawę, pozbywając się dziwnej substancji. Jak się okazało, miała ona złoty kolor. Wyglądało na to, że była to trucizna, która omamiła Ezarela, dlatego wolałam nie ryzykować zatruciem się nią jakiegoś chowańca. Kiedy jednak nachyliłam się nad jej pozostałościami, z zamiarem zebrania jej do fiolki i przebadania w laboratorium, prawie natychmiast zniknęła.

Ponowny, wyjątkowo silny ból w przedramieniu skutecznie uniemożliwił mi roztrząsanie sytuacji. Osunęłam się na kolana, kiedy złote ślady na mojej skórze ułożyły się w krótkie, ale treściwe polecenie.

"Zabierz naszyjnik."

Byłam wyjątkowo nieufna. Moje wątpliwości zdały się jednak na nic, ponieważ tajemnicza siła podjęła decyzję za mnie. Kiedy tylko przez myśl przemknęło mi, że może najlepiej by było zniszczyć niebezpieczny przedmiot, poczułam bolesne ukłucie w klatce piersiowej, tracąc oddech na kilka chwil. Postanowiłam więc spróbować zaufać temu... czemuś. Cokolwiek by to nie było, i tak miało nade mną pewną kontrolę. W pewnym sensie nie miałam wyjścia i przynajmniej na razie musiałam pozwolić temu działać.

Odwróciłam się do Eza, który powoli wracał do siebie. Co spowodowało jego tratę panowania nad ciałem? Wyrwałam wisiorek z jego dłoni. Czy to też była sprawka tego niepozornego przedmiotu? Po tajemniczej, wydobywającej się z niego poświacie nie pozostał nawet ślad. Teraz delikatny, biały kamień w złotej oprawie połyskiwał w bladych promieniach słonecznych. Wyglądał zupełnie niepozornie. Czy to możliwe, żeby przed chwilą wywołał takie zamieszanie? Poczułam niewytłumaczalną chęć założenia klejnotu na szyję.

— Ekh, ekhem.

Odwróciłam się gwałtownie, prawie wpadając na stojącego tuż za mną elfa.

— Och, Ez... Jak się czujesz? Wszystko w porządku?

— Nie udawaj, że cię to obchodzi.

— O co cho... - urwałam, gdy zobaczyłam jego minę. Stwierdzenie, że był wściekły, byłoby eufemizmem. Z jego oczu ciskały gromy. Nim zdążyłam się zorientować, złapał mnie pod szyją za kołnierzyk koszuli i przyciągnął do siebie, nie dbając o to, że przy okazji dość boleśnie podrapał mnie po szyi.

— Nigdy więcej, rozumiesz?! Nie dam ci się więcej omamić.

— C-co?

- Eliksir konstiencji, mogłem się domyślić, szczególnie po tym, jak kilka fiolek zniknęło z laboratorium. Myślałaś, że nie poniesiesz za to żadnych konsekwencji? Nie spodziewałbym się takiego czegoś po tobie, nigdy. I ty oczekujesz zaufania, po takim zachowaniu? — oniemiałam, słysząc oskarżenia. Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam? Zachowanie Eza idealnie pokrywało się z objawami zatrucia eliksirem. I też w charakterystyczny dla tej jednej mikstury sposób udało mi się zwalczyć jej działanie. Wiele elementów się jednak ze sobą nie zgadzało. Jak chociażby kolor odkrztuszonego specyfiku.

— Daj mi się wytłumaczyć! — przerwałam mu wreszcie, dobitnie wkurzona. — Ja nic nie zrobiłam, tylko na chwilę straciłam cię z oczu i wtedy...

— Nie, Gardienne. Ja wszystko pamiętam. Także to, że mnie pocałowałaś. Czy ty naprawdę myślałaś, że... — podniósł głos, ciągle trzymając mnie za kołnierz ubrania. — Że możesz wykorzystać sobie mnie, kiedy byłem niczego nieświadomy? Czy ja ci na cokolwiek pozwoliłem? Nie przypominam sobie. Zawiodłem się na tobie, bardzo.

— Kiedy mówię, że to tylko nieporozumienie! Ale ty jak zwykle nie jesteś w stanie nikogo posłuchać, bo obchodzi cię tylko czubek własnych uszu.

— Ja nie jestem w stanie postawić się w cudzej sytuacji? Kto to mówi, osoba, która właśnie całowała mnie nieprzytomnego? Chyba stawiałem sprawę jasno. Mnie się nie dotyka, a już na pewno nie robisz tego Ty i nie w ten sposób. I wiesz co... To wszystko była prawda. To, czego się ode mnie dowiedziałaś, kiedy nie powinnaś była. Wszyscy, do cholery, jesteście siebie warci. Nigdy nie spojrzę na ciebie w inny sposób, niż z obrzydzeniem. Nie zasługujesz na to, nie po tym, co...

— Nie zapędzaj się, Ezarelu. — po policzkach spływały mi już strużki łez a głos się trząsł, jednak wściekłość wzięła górę nad pozostałymi emocjami. — Kim jesteś, żeby mówić, na co zasługuję? Schowaj tą swoją cholerną dumę do kieszeni i zamknij się wreszcie. Bo właśnie, wyobraź sobie, uratowałam ci życie, a beze mnie wąchałbyś sobie jakieś ziółka alchemiczne, z tą różnicą, że od spodu.

— Oczywiście, bo nasza droga Gardienne wcale nie zrobiła nic złego. Bo przecież ona nigdy nie jest winna, a wszystko, co najgorsze to zawsze sprawka niedobrego Ezarela! Może powiesz jeszcze, że sam podałem sobie eliksir na utratę kontroli nad ciałem? Bo chciałem, żebyś musiała uratować mnie z jakże poważnej opresji? Jeżeli nie podałaś mi eliksiru, to skąd wiedziałaś, jak zwalczyć jego objawy? To jedyny specyfik, który wymaga takiego kontaktu. Nie, teraz ja mówię. — dodał, widząc, że już otwieram usta. — Nie wiem, na co liczyłaś. Nie zamierzam wpadać ci po wszystkim w ramiona. Dość tego, wystarczy już. Nie ma dla ciebie żadnych ulg. Wyrzucam cię ze swojej straży. Nie będę tolerował czegoś takiego. — warknął lodowatym tonem, po czym oddalił się w stronę kwatery. Po chwili, nawet się nie odwracając, dodał: — Dzisiaj o dwudziestej w laboratorium. Odbędziesz swoją karę, a przy okazji odbierzesz swoje dokumenty ze straży. W Absyncie nie będą już one przydatne.

Patrzyłam, jak się oddalał. Poczekałam, aż wejdzie przez bramę i dopiero wtedy podążyłam jego śladami. Nie chciałam się na niego natknąć, dlatego szłam wyjątkowo wolno. Starałam się myśleć o czymś innym, żeby przestać wreszcie płakać, ale nie szło mi to najlepiej.

W międzyczasie wyciągnęłam zielnik z torby, próbując skupić się na jego okładce. Złocisty znak zniknął, natomiast ten na mojej skórze powrócił do swojej dawnej postaci. Czułam, że rozumiem z tego co raz mniej. Musiałam opowiedzieć o wszystkim Miiko, jednak nie miałam na to siły. Zdecydowałam, że zajmę się tym po wizycie w laboratorium, a w tym czasie spróbuję doprowadzić się choć trochę do porządku.


https://images89.fotosik.pl/215/071a164905ee04b2gen.png

Offline

#3 11-07-2019 o 18h22

Straż Cienia
Methrylis
Pokonała Boobrie
Methrylis
...
Wiadomości: 21 083

http://i66.tinypic.com/inv4oj.jpg


Ooooh, opowiadanie o Ezarelu, więc bardzo chętnie, bardzo chętnie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Hej, powiem ci, że na początku na poważnie przyjełam twoje ostrzeżenie przed tym, że z tym twoi pisaniem różnie może być, ale jest naprawdę dobrze! Masz ładne słownixctwo, zgrabnie sklecasz zdania, wszystko to jest płynne i miłe w czytaniu. Tylko przy akapitach mogłabyś trzasnąć więcej spacji, ale to tylko w ramaxh estetyki c: Także jest super!

Po pierwsze, fajny motyw z tymi tatuażami, bo to coś nowego! Więc lublu. A po drugie, co ta Miiko taka miła? ;v To do niej mało podobne xd

Awwww, bardzo podoba mi się relacja Gardzi i jej taty! Ogólnie pomysł zielnika oraz tego, że to ojciec zaraził ją tą pasją jest naprawde super!

Jedyny problem, jaki na razie mam z tym opowiadaniem, to akcja pędząca zbyt szybko. W ciągu chwili Gardzia poznaje Miiko, Lein, Ykhar i nic ją nie dziwi. Nie dziwią ją elfy, kryształ, nie jest też aż tak przerażona jak by się mogło zdawać. Wybacz mi za to czepialstwo, ale akurat jako taki realizm to coś, na co jestem uczulona xd

Ojeeeeeju <3 A więc to tak spotkają się Ez i Gardzia? ;> Przez jego chowańca? Całkiem uroczo!
Błąbądek? /static/img/forum/smilies/big_smile.png Dla mnie to bardziej skomplikowane słowo niż łabędź XDD

ONIEASH. Jak ja tej gadziny nie lubię, rany bożu.

MIIKO ZAPOMNIAŁA O CZŁOWIEKU?! XDDDDDDDDDDD OK to mi już do niej bardzej pasuje XDDDDD No i znajomośc z Ezem maluje się nad wyraz obiecująco /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Bardzo milutkie, sympatyczne opowiadanie! Mam tylko nadzieję, że go nie porzucisz, bo jestem ciekawa kolejnych części! Czekam więc na resztę i pozdrawiam! ^^

____________________________________


OH GOD JAKI 'TAJMING' XDDD Ledwie skończyłam komentować jedną część, a ty wstawiasz drugą! Wspaniale! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Generalnie już w poprzedniej części znalazłam kilka takich błędów, ale nie było ich wiele, dlatego o nich nie wspominałam. Ale teraz wspomnę, bo ta niewinna uwaga może ci się przydać.
" Nie, Ezarel, nie oddam ci tego. — docisnęłam zielnik do piersi" - w to zdanie wkradł się mały błąd. Mianowicie, po myślniku powinnaś wstawić dużą literę, jako że wcześniej postawiłaś kropkę. Prosta zasada: jak jedno zdanie kończy się kropką, to drugie musi się zacząć duża literą. I myślnik nie ma tu znaczenia. Wyjaśnię na przykładach:
1. " Ez, jesteś idiotą" - powiedziała Gardienne.
Tu mamy do czynienia z jednym zdaniem, tylko uzupełnionym. To znaczy, że pojawił się dialog, a narrator go doprecyzował, dodając, że powiedziała to Gardzienne. A jako że to jedno zdanie, to nie ma ani kropki, ani dużej litery między myslnikiem.

2. "Ez, jesteś idiotą. - Gardienne zmroziła go wzrokiem, po czym wyszła"
Tutaj mamy wyraźnie oddzielony dialog od części uzupełniającej, bo dialog kończy się kropką, a narrator wyjaśnił, co się stało po wypowiedzeniu tych słów. A jako że opis nie był przedłużeniem dialogu (jak wyżej), to te dwie części oddzielono jak dwa zdania.

Dlatego twoje zdanie prawidłowo powinno brzmieć tak:

"Nie, Ezarel, nie oddam ci tego. — Docisnęłam zielnik do piersi"  ||  albo   ||  " Nie, Ezarel, nie oddam ci tego — burknęłam, dociskając zielnik do piersi"

Wiem, że to się może wydawać skomplikowane, ale jak coś to śmiało do mnie wal, chętnie to dokładniej wyjaśnię c:

"To pamiątka. - podniosłam głos" - o patrz, tu ten sam błąd. Proste: albo kropka i duża litera, albo brak kropki i dużeuj litery. Nie można tego mieszać.

"oczywiście Ziemskich piosenek." - 'ziemskich' - jeśli to przymiotnik, to zapisujemyb go małą literą.

O kurcza, zgubiony zielnik to naprawdę bardzo złe wieści. A już myślałam, że serio tam wróci xd Szkoda, że tego nie zrobiła. I kto się tam po lasach szlaja? Pewnie ta zamaskowana miernota, a niech go diabli.

"Tylko wszystko przedłużasz" - jaka wbita w stronę szwfowej XD

Heh uwielbiam przekomarzania Miiko i Eza  <3

Tak w sumie to ile już Gardzia siedzi w Eldce? Bo sądząc po jej rozmowie z Ezem, to ci dwoje zdązyli się już nieźle poznać. A skoro tak, to trochę już tam musi przebywać. Niemniej ich rozmowy są cudowne! /static/img/forum/smilies/big_smile.png A spotkanie w laboratorium o 20 brzmi prowokująco ;]

Wooow, co mu się stałoo? ;o O kurcze, chyba wiem, o czym mówi... biedne elfiątko. :< Huh, szczwany pomysł na odtrutkę XD Ale po tym, co nagadał, to jednak niebiedne elfiątko. Well, teoretcznie można było się spodziewac tych słów, niemniej na pewno mocno zabolały.

Wspaniały rozdzial i tym bardziej jestem ciekawa, co będzie dalej! Czekam więc na kolejną część i pozdrawiam! /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (11-07-2019 o 18h53)

Offline

Strony : 1