Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2

#26 20-04-2020 o 19h11

Straż Cienia
Negritte
Nowo przybyła
Negritte
...
Wiadomości: 8

Hej!
Rzeczywiście nieźle zgrałyśmy się w czasie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Z technicznych rzeczy to wydaje mi się, że @Methrylis ma rację -- Ziemianka powinna być zapisana wielką literą, tak samo jak np. Marsjanin, Wenusjanin i mieszkańcy wszystkich innych planet (niezależnie od tego, czy istnieją).

Jeśli chodzi o sam rozdział, to uwielbiam Twoje przedstawienie postaci Eza. Myślę, że można je uznać za "jedyne właściwe" (cudzysłów, bo niby takiego nie ma, ale przynajmniej dla mnie tak jest  /static/img/forum/smilies/tongue.png ) ukazanie tego bohatera. Nieokazywanie  przez niego nadmiernej sympatii czy też słabości, po to, żeby na koniec podrzucić bez słowa głównej bohaterce paczkę chusteczek bardzo pokrywa się z moimi własnymi wyobrażeniami. Rozwój postaci zapowiada się ekscytująco!

Pozdrowionka!


https://media.giphy.com/media/242ByhXAbIptSMS9Ol/giphy.gif

Offline

#27 20-05-2020 o 14h47

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 17

@Methrylis Najpiękniej dziękuję za motywujący komentarz! "Ziemianka" tutaj występuję już zapisana wielką literą. Postaram się poprawić to w poprzednich częściach:3 Jestem wdzięczna, że zwróciłaś na to uwagę.
@Negritte Również ślicznie dziękuję, że zostawiłaś po sobie komentarz:3 Szalenie się cieszę, że podoba ci się mój sposób przedstawienia Eza; szczególnie, że to chyba postać, z której perspektywy najbardziej lubię pisać. Tak jak wyżej wspomniałam, zwrócę uwagę na zapis nazw mieszkańców planet ^^ Takie drobne sprostowanie — na koniec Ezarel przekazuje Gardienne żetony, które ta oddała mu wcześniej. 
Pozdrawiam Was serdecznie <3
Trochę średnio wstrzeliłam się w czas, bo moment nie jest zbyt korzystny ze względu na wychodzący odcinek. Jestem strasznie rozemocjonowana i wierzę, że zdecydowanie nie ja jedna :"d Boję się bardzo przebiegu wydarzeń; co prawda zaspojlerowałam sobie wszystko doszczętnie, jednak nadal ciężko mi się skupić na czymkolwiek innym. Jestem trochę zła, ale liczę na to, że może nie jednak nie będzie się czym martwić.
Tak czy inaczej udało mi się dorwać do swojego tekstu i wprowadzić ostateczne poprawki, więc bez dłuższego ględzenia zarzucam kolejnym rozdziałem.

12. Żonkil, cz. 3

؏GARDIENNE؏


— Nevra, mógłbyś przynajmniej teraz oderwać się od swojej uroczej towarzyszki? Valarian, porozmawiasz sobie z Romualdem po spotkaniu. No, Gardienne, nie przysypiaj mi tutaj! — Ykhar niezgrabnie wdrapała się na puste, niziutkie biurko, dzięki czemu wreszcie udało mi się zobaczyć coś więcej niż czubki jej uszu. Kątem oka zauważyłam, że żartobliwie pogroziła mi palcem. Zdążyłam już się zorientować, że podobna wspinaczka była dość skutecznym sposobem na przyciągnięcie uwagi zebranych. Bez tego zupełnie zginęłaby ze swoim niewielkim wzrostem i cichym, piskliwym głosem. — Od teraz wymagane jest pełne skupienie, bo przedstawię plan waszej podróży. Jest raczej nieskomplikowany, jednak nie okażę litości, jeśli ktoś z was nie będzie go pamiętał w dniu wyjazdu.

Nie rozumiałam, jaki sens miało omawianie szczegółów misji w terenie o pierwszej w nocy, jednak ktoś najwyraźniej musiał uznać to za znakomity pomysł. Jeśli przez narzekanie miałabym zostać skreślona z listy uczestników, wolałam trzymać język za zębami i siedzieć w bibliotece nawet i do białego rana. Uważałam jednak za szalenie niesprawiedliwy przypadek, że taka ekscytująca wiadomość musiała czekać na mnie akurat teraz, kiedy nie potrafiłam się nią odpowiednio nacieszyć. To było wręcz za mało powiedziane; robiłam wszystko co w mojej mocy, aby powstrzymać następną salwę płaczu. Nie mogłam się uspokoić z wiedzą, że nie posiadam w Eldaryi już właściwie niczego. Próbowałam się tu jakoś ustatkować, chcąc w spokoju wyczekiwać dnia powrotu na Ziemię. Pokojowe życie tutaj nie było mi najwyraźniej dane. Co chwilę napotykałam na swojej drodze kolejny ewenement, zupełnie tak, jakby poprzednie wydarzenia nie były jeszcze wystarczająco popaprane. Losowi musiało zależeć, aby wycisnąć ze mnie jak najwięcej łez, zanim wrócę do domu.

Może przynajmniej wyjdę z tego wszystkiego silniejsza? O ile w ogóle wyjdę — pomyślałam niezbyt optymistycznie. Nikt nie powiedział, że w ogóle miałabym możliwość powrotu. Nie chciano mi udzielić całościowej odpowiedzi, jak to z tymi podróżami międzyświatowymi sprawa wygląda.

Kiedy króliczyca z szerokim uśmiechem obwieściła mi tę radosną nowinę, nie mogłam się powstrzymać od odwzajemnienia grymasu — widać było w jej spojrzeniu, że całą sobą oczekiwała na mój entuzjazm. Dodała później, że to ona chciała być osobą, która pierwsza przekaże mi wiadomość. Jak mogłabym zepsuć taką chwilę, uświadamiając Ykhar, że złapała mnie w najmniej odpowiednim momencie? Mogłam przynajmniej spojrzeć na tę sprawę pod innym kątem; ten dzień niósł za sobą przynajmniej jeden pozytyw. Wyprawa na pierwszą w życiu misję poza murami Kwatery już z nazwy nie mogła być czymś, co zdarzałoby się codziennie. W dodatku zapowiadało się, że spędzę w trasie naprawdę dużo czasu; usłyszałam, że w sporej grupie wybieramy się do bardzo odległego dystryktu. Więcej na ten temat miałam dowiedzieć się dopiero kilka chwil później.

Na szczęście nie musiałam zbyt długo znosić presji ze strony brownie, ponieważ droga do biblioteki była dość krótka. Kiedy tylko otworzyły się przed nami drzwi, musiałyśmy się rozdzielić, gdyż jedyne wolne siedzisko znajdowało się w tylnym narożniku Sali; naprawdę daleko od prowizorycznego podwyższenia do przemówień. Spokojnie zajęłam więc swoje miejsce, które wbrew pozorom nie było najgorsze. Nie widziałam zbyt wiele ze swojego kąta, jednak przynajmniej mogłam usiąść na krześle bokiem i całkiem wygodnie oprzeć się o ścianę. Na pewno było to lepsze od wbijania kręgosłupa w trzymające się na słowo honoru druciane oparcie, jakim obdarzano znaczną część przenośnych stołków. Żałowałam nieco, że w Kwaterze pomimo pieczołowitej i nadmiernej troski o wygląd pomieszczeń nieszczególnie dbano o sam komfort strażników. Rozumiałam, że to miejsce musiało przede wszystkim dobrze prezentować się ze względu na jego rolę w tym świecie. Z zewnątrz było tym jednym uporządkowanym zakątkiem w szalonym i pełnym niebezpieczeństw świecie. To tutaj każdy miał przydzieloną rolę, będąc małym trybikiem w ogromnej machinie utrzymującej względny ład. Któż obcy mógłby domyślić się, że i Kwatera Główna potrzebowała kogoś, kto przywróciłby jej ustrój (a nie wystrój!) do względnego porządku? Na co dzień strażnicy nie siadali na zdobionych, malowanych fotelach, tylko wyciągali z zaplecza obok sali gimnastycznej paskudne, do bólu niestabilne krzesełka. Jadali obrzydliwe potrawy zrobione z nie znanych nikomu składników, zostawiając najlepsze kąski albo dla gości spoza kamiennych murów, albo po prostu bogatszych od nich. Zwykli ludzie grali nocami w karty o spore sumy na upapranych stolikach w stołówce, a Lśniąca Straż mogła co najwyżej udawać, że kara kogokolwiek za hazard. Strażą broniącą praw żywych istot na terenie całej Eldaryi zarządzała osoba, która na śmierć zapomniała o człowieku wtrąconym do zimnych, cuchnących lochów. Po podejrzeniu włamania do pokoju nie zrobiono nic, aby go przeszukać, a zastępcy szefów pomniejszych straży najdosłowniej ciągali swoich podopiecznych po ziemi. To wszystko, a pewnie i znacznie więcej okrywała otoczka piękna, przepychu, bezinteresownej humanitarności i porządku. Kreacja doskonałości ociekała fałszem i chyba każdy mieszkaniec doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Kwatera nie była oczywiście miejscem złym do szpiku. Jej działanie było nieraz nieuzasadnione a obecny system wadliwy, ale nie mogłam wyzbyć się przeczucia, że nawet najgłupszymi decyzjami przewodzi troska o dobro mieszkańców. Koniec końców od czasu mojego przybycia Straż ani razu nie działała umyślnie na moją niekorzyść, starając się zapewnić mi w miarę możliwości znośne warunki. Sama Miiko przeprosiła mnie przecież szczerze za incydent w więzieniu, nie kryjąc poczucia winy za popełniony błąd. Zupełnie inną i nadal zagadkową sprawą były wydarzenia z poprzednich dni, w których rolę główną grał nikt inny jak szef straży Absyntu.

Ezarel był chyba najbardziej problematyczną osobą, z jaką się w życiu spotkałam. Ta konkluzja nie była szczególnie odkrywcza; dokonałam już kilkanaście tygodni temu, kiedy to stawiałam pierwsze kroki w tym zwariowanym miejscu zwanym Kwaterą Główną Straży Eel. Niebieskowłosy elf wiecznie się pieklił, pokrzykując za każdym naruszeniem jego sfery osobistej i zawodowo wręcz rozstawiając po kątach niedoedukowanych członków straży Absyntu. Niekiedy skłonna byłabym się zgodzić, że dorównywał swoją arogancją Gregorowi; innego dnia w zawrotnym tempie zmieniałam o nim zdanie, kiedy akurat wydał mi się bardziej... ludzki. Tak było i w tym momencie; raz po raz próbowałam wymacać w kieszeni spodni znajome cztery żetony, które stanowiły swego rodzaju dowód na realność dość absurdalnych wydarzeń. Gdyby nie on, chyliłabym się ku założeniu, że mój zmęczony umysł płata mi figle. Byłam też zbyt wyczerpana, żeby w ogóle pokusić się o logiczne rozmyślania w kontekście konstiencji. Po prostu nie miałam na to siły, szczególnie, że temat był dla mnie naprawdę drażliwy. Czułam jednak, że i tak nie uwolnię się od niechcianych myśli, które prędzej czy później uderzą we mnie ze zdwojoną siłą.

Z głębokiej refleksji, którą wywołało nic innego niż niewygodne wyposażenie biblioteki, wyrwał mnie młody chłopak, który bez słowa wcisnął mi w dłoń plik kartek. Rozejrzałam się dookoła, próbując ocenić, w jakim celu właściwie rozdawał broszurki tylko niektórym strażnikom. Cała sala była na tyle zatłoczona, że w tłumie nie byłam w stanie rozpoznać żadnych znajomych twarzy. Jedyną wskazówką póki co było wymienione przez Ykhar imię Nevry, którego po chwili wypatrzyłam po swojej lewej stronie. Ujrzałam w tłumie znajomą czarno-różową czuprynę, ale kiedy jej właścicielka odwróciła się w moją stronę, bezgłośnie odetchnęłam z ulgą. Poirytowana twarz kobiety zdradzała bardziej podeszły wiek i w niczym nie przypominała nastoletniej buzi wścibskiej wampirzycy. Zmiażdżyła mnie wzrokiem, kiedy napotkała moje zaciekawione spojrzenie. W każdym razie wyglądała na niezbyt sympatyczną; mogłam mieć nadzieję, że była przynajmniej znacznie mniej wścibska niż Karenn.

Zadecydowałam więc na razie nie zaglądać do rękopisu, czekając po prostu na dalsze instrukcje. Nie wydawało mi się, żebym przegapiła jakąkolwiek istotną wiadomość; spotkanie zdawało się wciąż tkwić w martwym punkcie, ponieważ ktoś ciągle zasypywał bliżej niezrozumiałymi pytaniami biedną prowadzącą.

— Jest was zdecydowanie za dużo na obecne warunki, ale musieliście spotkać się wszyscy przed misją przynajmniej raz. Wolna była tylko biblioteka, bo te przeklęte zebrania Młodego Obsydianu w Kryształowej... Och, to nieistotne. — Ykhar wyglądała na zirytowaną na samo wspomnienie, co ani trochę mnie nie zaskoczyło. Słynne cotygodniowe obrady organizowane przez Gregora zdążyły także i mi porządnie zajść za skórę. — Nie chcemy, żeby ktoś niepożądany wplątał się do waszej grupy podczas misji. To nie byłoby zbyt trudne przy takiej gromadzie, wszyscy o tym świetnie wiemy. Obowiązek sprawdzania obecności przypadnie na podróżujących z wami członków Lśniącej Straży, ale podstawowej odpowiedzialności wymagamy od każdej obecnej tu osoby.

W tym momencie do przemawiającej podszedł Keroshane, rozpoczynając cichą i raczej w miarę poufną wymianę zdań między nimi. Mimo licznych szeptów panowała teraz taka cisza, że mogłam bez większych trudności rozpoznać rozbawiony głos Nevry.

— O ile zakład, że powie teraz coś o zasadzie partnerstwa? — zapytał cicho zielonowłosą dziewczynę o ciemnej karnacji, która siedziała tuż przed nim i bujała się na potwornie skrzypiącym krześle. Nie sprawiała wrażenia szczególnie ostrożnej, wykonując podobne ruchy przy tak specyficznej budowie siedzisk. Sama czułam się aż słabo, patrząc, jak mebel wręcz ugina się przy każdym kolejnym wychyleniu.

— O nic? To oczywiste, że to powie. Mam tylko nadzieję, że nie przydzielą mi czasem ciebie. Ostatnio trochę wypadłam z formy, więc pewnie przypadnie mi ktoś silniejszy. Albo słaba, ale wysoko postawiona szycha — rzuciła wesoło. Całkiem przyjemnie było słuchać, jak sprytnie dziewczyna zbija z tropu czasami zbyt pewnego siebie wampira. Od razu ją polubiłam. — Odkąd stłukłam słój i wylądowałam w szpitalu, nie było mnie na żadnym treningu oprócz tej kretyńskiej rehabilitacji u Ewe. Bolą mnie wszystkie kości, jak tylko stąd wyjdę, to nie usiądę na tyłku aż do wyjazdu.

— Jestem skłonny w to uwierzyć — prychnął, podczas gdy Ykhar żywo wymachiwała torebką przed twarzą zzieleniałego Kero. — Swoją drogą również liczę, że trafię na kogoś innego, na przykład jakąś ładną strażniczkę od Eza.

— Dwie pieczenie na jednym ogniu, hem? Trochę dodatkowej krwi i wyprowadzenie naszej błękitnowłosej księżniczki z równowagi musi brzmieć dla ciebie całkiem nieźle. — Obdarzyła go łobuzerskim uśmiechem, na co wampir jedynie zachichotał. — Och, ale może powinnam się obrazić? W końcu powiedziałeś, że nie chciałbyś spędzić czasu ze swoją najdroższą przyjaciółką, która dopiero co wróciła do domu po pobycie w piekle.

— Uważaj, bo powiem Ewelein, jak nazywasz jej ukochany szpital. — Przerwał, wpatrując się w nastolatka, który nadal krążył po bibliotece i minął ławkę wampira o dosłownie kilkadziesiąt centymetrów. — Z tobą i tak będę rozmawiał, niezależnie od tego, z kim będziemy w parach. Czemu miałbym więc odmówić sobie dodatkowych przyjemności podczas pracy?

Dziewczyna odchyliła nogę do tyłu tak, jakby chciała go solidnie kopnąć, jednak chyba powstrzymała się ze względu na okoliczności. Przewróciła jedynie oczami z nikłym uśmieszkiem na twarzy, skupiając wzrok na Ykhar. Ta ostatnia wreszcie opędziła się od natrętnych pytań i pozwoliła sobie w spokoju kontynuować non stop przerywane przemówienie.

— Aby zapewnić wam bezpieczeństwo i wywiązać się z czwartego paragrafu regulaminu misji rangi A, każdy będzie miał przydzielonego partnera. Do czasu powrotu do Kwatery jesteście bezwzględnie związani z drugą osobą, która jest dobrana w taki sposób, aby odpowiednio wyrównać wasze możliwości i szanse na prawidłowe wypełnienie swojego zadania. Ściśle mówiąc, najświeżsi strażnicy zostali przydzieleni pod skrzydło tych najbardziej doświadczonych. Jest to możliwe, ponieważ organizowana akcja nie wymaga szczególnych kwalifikacji, a jedynie sprawne przemieszczanie się w grupie. Jak już niektórzy zdążyli zauważyć, Justyn — tu wskazała na krzątającego się między rzędami krzeseł chłopaka — rozdaje wam dokładny regulamin misji w formie pisemnej. Każdy egzemplarz jest imiennie przyporządkowany do poszczególnego uczestnika i obejmuje tylko zakres obowiązków dla danej osoby. Imię waszego partnera zapisane jest na końcowych stronach. Zerknijcie tam i postarajcie się usiąść w parach — wyrecytowała niemal na jednym wdechu.

To wystarczyło, abym bezzwłocznie rzuciła się na otrzymany folder. Nie zwracając większej uwagi na ogólną treść zapisaną drobnym maczkiem, przewertowałam kartki w poszukiwaniu ostatniej wypełnionej strony. Wstrzymałam oddech — czerwonym tuszem zapisane było imię, z którym nie spotkałam się nigdy wcześniej. Pozostało się jedynie zastanowić, która z zebranych w bibliotece kobiet mogła być tą tajemniczą Camerią, którą wyznaczono mi za towarzyszkę?

— No, panie szarmancki, wygląda na to, że jednak jesteśmy na siebie skazani — rzekła zielonowłosa z szerokim uśmiechem, wachlując się plikiem kartek.

— Serio przydzielono ci Camerię? — Valkyon włączył się do rozmowy, a ja osłupiałam. Nie było możliwości, aby dziewczyna była w parze z dwiema osobami naraz. Czyżby zaszła jakaś pomyłka?

— Na to wygląda. A jak u ciebie, kto otrzyma tęże zaszczytną rolę twojego towarzysza niedoli? — Nevra wbrew wcześniejszym przekomarzaniom wyglądał na całkiem zadowolonego. Poklepał przyjacielsko wyższego mężczyznę po ramieniu, zaglądając mu przez ramię do broszury. — Oj, a jednak.

Nie miałam czasu na dalsze, bezsensowne czekanie, toteż od razu wstałam i podeszłam do grupy. Zmierzyłam wzrokiem zielonowłosą dziewczynę, która na brzuchu trzymała ogromny plecak. Wyglądał jak wielki słój albo przenośny inkubator.

— Cześć, ty to Cameria, prawda? Mam zapisane twoje imię u siebie — zaczęłam przyjaźnie, wskazując na swój arkusz. Wzrok całej trójki skupił się na mnie. Valkyon zmarszczył brwi.

— Nie mówiłaś przypadkiem, że trafiłaś na Nevrę? — zapytał mulatkę, ignorując wcześniejsze dociekania czarnowłosego.

— No, mam go. Nev, pokaż swoją listę. — Władczo wyrwała mu ją z rąk, otwierając zapiski na odpowiednim rozdziale. Chwilę później zdzieliła chłopaka plikiem kartek po głowie. — Zaglądałeś ty tam w ogóle?

— Nie, po co? Skoro wiem, z kim jestem, to wiem, z kim jestem. Przejrzałbym to dokładnie po spotkaniu, i tak teraz nie mógłbym się skupić — odpowiedział lekceważąco, patrząc na nas spod oka. — No, co tam takiego znalazłaś?

— Może to, że według tego świstku twoim partnerem na misji rewitalizacyjnej na terenie świątyni Ren-Fenghuang jest cholerny Valkyon? — prychnęła głośno, podtykając mu tekst pod sam nos. Po chwili przyciągnęła dokument z powrotem do siebie, zatrzymując wzrok na okładce. Zaśmiała się głośno, patrząc na mnie i Nevrę z rozbawieniem. — Gardienne, o ile tak rzeczywiście brzmi twoje imię, możesz mi powiedzieć, do kogo zaadresowany jest ten twój papierek? Powinnaś mieć podpis na pierwszej stronie.

Skinęłam głową, obracając w dłoniach plik. Moje policzki zapiekły, kiedy naszła mnie myśl, że wygłupiłam się przed całą grupą. Oczywiście nie pomyślałam o tym, aby sprawdzić, czy dostałam właściwie zaadresowany egzemplarz. Z tegoż właśnie powodu przez krótką chwilę byłam właścicielką instrukcji przeznaczonych dla samego przywódcy Cienia.

— To wiele wyjaśnia — zauważyłam, nadal trochę speszona. Szybko zamieniłam się z Camerią egzemplarzami. — Musiano pomylić się przy rozdawaniu. Jestem dość... rozemocjonowana, wybaczcie. Trochę się rozkojarzyłam i nie przyjrzałam się zbyt dokładnie.

— Młoda, daj spokój. To Nev powinien był spojrzeć do siebie... — urwała, karcąco wgapiając się w wampira. Ja za to nie mogłam oderwać wzroku od krzywo zapisanego na tym razem już mojej karcie zgłoszeniowej imienia szefa Obsydianu. — Słuchajże mnie chociaż, szefie od siedmiu boleści. Tego tu jeszcze nie było, żeby jakaś gówniarska rusałka musiała pouczać swojego pracodawcę, hem? No, to właśnie historia dzieje się na naszych oczach; jesteś nieodpowiedzialny jak cholera, mój drogi. Dobrze, że ja za ciebie nadrabiam, bo inaczej nie wróżyłabym naszej misji najlepiej.

W czasie tego oskarżycielskiego monologu Valkyon zaczął robić dookoła porządne zamieszanie, zabierając się za samodzielne przestawianie krzeseł. Ruszyłam mu czym prędzej z pomocą; mimo sporej niechęci do jego osoby nie mogłam przecież zostawić go z tym samego i czekać na gotowiznę. Nie chciałam pogarszać naszej relacji, w głównej mierze ze względu na zapowiedź partnerstwa podczas zbliżającej się wielkimi krokami wyprawy. Szybko uwinęliśmy się z zadaniem; sprzątnięcie siedzisk dla swojej grupy i pomoc przy organizacji innym zajęła naszej dwójce dosłownie kilka minut. Całe szczęście, że współpraca w działaniu nie szła nam tak opornie, jak pokojowa rozmowa.

Udało się tak zorganizować przestrzeń, że siedziałam koło Valkyona tuż przed Camerią i Nevrą. Kiedy wszyscy uczestnicy byli odpowiednio pogrupowani, łatwiej było mi zapamiętać przynajmniej część grupy. Oprócz Mathyza i Valariana nie rozpoznałam jednak nikogo znajomego. Nie, żeby mnie to dziwiło; znałam w kwaterze dosłownie garstkę osób. Byłam raczej niezbyt zainteresowana zawieraniem znajomości, a już szczególnie w Eldaryi. Nawet na Ziemi nie obracałam się w większym towarzystwie niż dwójka czy trójka najbliższych przyjaciół z uczelni. Poznałam ich, zanim jeszcze zmieniłam niesatysfakcjonujący kierunek studiów. Gdyby nie ludzie spotkani na ekonomii, mogłabym wyrzucać sobie, że pod naciskiem rodziny zmarnowałam tam prawie trzy lata swojego życia. W tym wypadku jednak otarłam się jedynie o nowe doświadczenie, finalnie wychodząc ze wszystkiego zwycięsko i z samodzielnej inicjatywy rozpoczynając naukę na wymarzonym wydziale. Żałowałam jedynie, że spędziłam tam zaledwie rok, bo moje plany edukacyjne pokrzyżował jeden cholerny, nieszczęśliwy wypadek z magicznym kwiatkiem.

— Widzę, że już podzieliliście się w pary. Doskonale! Przechodzimy więc do konkretów. — Ykhar zatarła dłonie z ekscytacją. Uwielbiałam to, z jakim entuzjazmem podchodziła do swojej pracy. — Kero, jest już mapa? O, świetnie! Dzięki wielkie. Normalnie nie tłumaczyłabym, gdzie jest Kwatera, ale że mamy wśród nas nowicjuszy... No, my jesteśmy w tym miejscu. Tutaj widzicie pobliskie lasy, ciągną się one dość daleko — wytłumaczyła, wskazując na punkt wytłuszczony na ogromnym, zawieszonym przez jednorożca na stojaku planie Eldaryi. Domyśliłam się, że to ze względu na mnie postanowiono tłumaczyć wszystko tak łopatologicznie, także uniosłam nieśmiało rękę do góry. — Tak, Gardienne?

— Jeśli chodzi o mnie... Znam podstawy, zapoznałam się z dostępnymi mapami w bibliotece i kojarzę już co nieco — próbowałam brzmieć na tyle taktownie, jak pozwalało mi na to zmęczenie. Trudno było mi dobierać słowa tak, żeby nie zabrzmieć na egocentryczną. — Chciałam tylko powiedzieć, że jakbym miała jakieś wątpliwosci, to zgłoszę się do ciebie po spotkaniu. Nie chciałabym, żebyś się martwiła, że źle zrozumiem misję ze względów geograficznych, albo coś w ten deseń.

— Och... jasne. Dzięki, że powiedziałaś. To chyba możemy trochę przyspieszyć — zaśmiała się nerwowo, chwilę później poważniejąc. — Wyruszacie równo za tydzień o świcie. Przez lasy będziecie jechać około dwóch dni, nie przewidujemy na tę partię większych postojów oprócz jednego na sen i napojenie chowańców. W centrum lasu mamy miejsce postojowe, z którego zwykle korzystamy. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, przenocujecie tam raz i z samego rana wznowicie podróż. Ta część, która obejmie wtedy wartę, będzie musiała niestety odespać to w siodle. Kilka dni przed waszym wyjazdem wyślemy kogoś, aby skontrolował, czy w schronie jest wszystko, czego potrzeba. Następnym etapem będą głównie nieużytki, opuszczone miasteczka i mniej lub bardziej zagospodarowana otwarta przestrzeń. W pobliżu znajdują się pomniejsze zamieszkane wioski, ale zadaniem członków Lśniącej Straży będzie poprowadzenie grupy jak najdalej od nich. Chcemy załatwić ten etap sprawnie, szybko i bez zbędnych pytań. Tak, to nie są dobre ani bezpieczne okolice, ale nie da się ich w żaden sposób wyminąć bez nadrabiania drogi. W okolicy siódmego dnia zbliżamy się tym samym do Balenvii, która leży w połowie drogi. Jedyne, co możemy zrobić to nie narażać was jeszcze bardziej niż to konieczne. Każdy z was dostanie shau'kobowa, jedziecie w pojedynkę, ale macie ściśle trzymać się waszych partnerów. Przypominam, że jest was równo osiemdziesięciu, czyli czterdzieści par. Na razie wszystko jasne?

Zgodnie pokiwaliśmy głowami. W mojej głowie zapanował mętlik; słyszałam, że misja ma być długa, ale żeby aż tak? Dwa tygodnie podróży nie były do końca tym, czego oczekiwałam. Głos podświadomości natrętnie wtrącał, że to może być dla mnie trochę za dużo jak na początek i mogę jedynie wadzić innym swoją obecnością. Wcześniej nie mogłam udać się nawet sama na brzeg lasu, a teraz miałam poradzić sobie przez pół miesiąca w trasie? Nie mogłam mieć zbyt wysokiego mniemania o swoich umiejętnościach przetrwania jako osoba niewysportowana i przyzwyczajona do kanapowego trybu życia. Ale czy Miiko posyłałaby mnie na samobójczą wręcz misję, gdyby ta rzeczywiście była dla mnie realnym zagrożeniem? W gruncie rzeczy miałam do niej zaufanie, choć nadal uważałam za niezbyt rozważne rzucanie mnie na tak głęboką wodę.

— W Balenvii czeka was dłuższy postój. Rozbijecie obóz i spędzicie w wiosce noc i cały następny dzień. Tam będą czekali na was strażnicy, którzy zostali wysłani do misji w jaskiniach. Jak większość z was wie, jest to teren podejrzanych zatruć ze względu na rozprzestrzeniający się jad mykonidowy, ale nasi ludzie twierdzą, że sytuacja jest już niemal pod kontrolą. W każdym razie dacie im w spokoju zakończyć swoją robotę na miejscu, a dopiero później pojedziecie w kierunku świątyni razem z nimi. Będzie ich tylko czterech, więc nie powinno to wprowadzać większego zamieszania. Dalszy etap jest znacznie lżejszy i raczej przyjemny. Macie mniejszy dystans do pokonania, ale teren jest pagórkowaty, dlatego wasze shau'kobowy nie będą już tak wydajne, jak wcześniej. Jazda będzie wolniejsza, a przerwy na odpoczynek częstsze. Ociepla się tam też nieco klimat, więc miejcie to na uwadze przy doborze ubrań. Dokładna lista potrzebnych rzeczy optymalna dla każdego znajduje się na waszych ulotkach, więc po prostu dopasujcie ją do swoich potrzeb. No no, moi drodzy, w końcu najlepsze przed wami! Aż sama wam nieco zazdroszczę, tak dawno nie widziałam się z Huang... Nieważne, mniejsza z tym. O, widzę dłoń w górze. O co chodzi?

Padło pytanie, jak wygląda sprawa z zaopatrzeniem się w wodę, prowiant i środki higieny osobistej.

— Racje przyznawane są nie tylko na terenie Kwatery. Oczywiście wszystko, co potrzebne będzie w waszym zasięgu. Jeśli ktoś jednak zamierza wykroczyć poza swój przydział, musi zorganizować się z tym na własną rękę i rozsądnie zagospodarować swój bagaż. Macie wszystko w ulotkach, czemu ich po prostu nie przeczytacie? — zdenerwowała się prowadząca, wymachując w powietrzu wskaźnikiem. — Zabieracie tylko czas... Kero, nie patrz tak na mnie! Przecież mam rację. Na czym my to... Ach. Waszą misją będzie dyrygował pewien strażnik z Cienia, pewnie wielu z was już go dobrze zna. To on wytłumaczy wam główny cel waszej wyprawy, pozwólcie, że ja już się stąd usunę. Ej, wy z prawo, przepuśćcie Scanlona, bo biedak się tam nie przeciśnie! Tu kończy się moja rola, życzę wam serdecznie powodzenia. Przyjdźcie się jeszcze pożegnać przed wyjazdem, bo nie będziemy się przecież widzieć ponad miesiąc.

— Witajcie. — Postawny mężczyzna o opalonej karnacji oraz długich, czarnych jak smoła włosach nie musiał korzystać z podwyższenia, żeby skupić uwagę tłumu. Miał donośny, hipnotyzujący wręcz i przyjemny dla ucha głos. Powłócząc długimi, liliowymi szatami sprężystym krokiem przedzierał się między krzesłami, rozprowadzając po sali mdły zapach kadzidła. Jego sposób poruszania był dość... enigmatyczny. — Jest środek nocy, więc postaram się mówić naprawdę treściwie, mimo moich tendencji do rozgadywania się. Ykhar była na tyle uprzejma, że już mnie wam przedstawiła — błysnął żółtawymi zębami, ukłoniwszy się lekko. Bibliotekarkę wyraźnie speszył jego gest, bo cała pokraśniała, odpowiadając niezgrabnym dygnięciem. — Chciałbym zauważyć, że przewodzę waszą ekipą nie bez powodu. Jestem magiem i jako jedyny stąd mogę realnie pomóc Fenghuangom w wypełnieniu misji. Jednakże na wszystkie objaśnienia przyjdzie pora, nie chciałbym namieszać wam w głowach, tak więc...

— I tak już zacząłeś od dupy strony, pięknisiu — wzdrygnęłam się, słysząc za sobą szept Camerii. Miałam ochotę zachichotać, ale w ostatniej chwili wyłapałam wymierzone centralnie we mnie spojrzenie czarownika. Zreflektowałam się szybko, przybierając kamienny wyraz twarzy i wlepiając wzrok w plecy blondynki siedzącej w następnym rzędzie. Skoncentrowałam się na nowo na przemowie mężczyzny.

— ... kontynuuję wypowiedź mojej przedmówczyni. Kiedy znajdziemy się w świątyni, dostosujemy się do poleceń gospodarzy. Najprawdopodobniej spędzimy tam jeden dzień na przygotowaniach, drugiego natomiast przejdziemy nareszcie do działania. Przyjaciele, pewnie większość z was już to wie, ale poprzednia misja uzupełniająca odbywała się u nas, jeszcze pod nadzorem starego składu Lśniącej Straży. W tym półroczu to Fenghuangi zadeklarowały przeprowadzenie misji rewitalizacyjnej. My, jako wysłannicy Straży, mamy obowiązek nie tylko odebrać swoją część zapasów, ale także pomóc w przeprowadzeniu procedur. Ja ze względu na swoje umiejętności będę pełnić funkcję kapłana otwierającego portal. Waszym zadaniem jest jedynie czujne patrolowanie połączenia z Ziemią, podczas gdy ludzie damy Huang Hua zajmą się zdobywaniem pożywienia. Będziecie zmieniać się na warcie, ponieważ przejście będzie otwarte dokładnie dwadzieścia cztery godziny.

Szepty wypełniły każdy kąt biblioteki. Liczne głowy odwracały się w moją stronę, jakby chcąc wybadać reakcję mnie jako rodowitej Ziemianki. Rozdziawiłam usta w grymasie niedowierzania. A więc miał zostać otwarty portal na Ziemię? Nagle wszystko stało się dla mnie jasne; przecież straż nie wysłała mnie na tę misję przypadkowo. Z premedytacją zostawili mi otwartą furtkę do utęsknionego domu, bo co innego miałoby mieć na celu wysyłanie mnie w taką podróż?. Nie zamierzałam bynajmniej przegapić takiej szansy, nawet gdybym miała ponieść za to najwyższą cenę. Zdążyłam przywyknąć do Eldaryi, ale nadal niczego nie pragnęłam tak bardzo, jak jej rychłego opuszczenia. Ten świat nie był stworzony dla mnie i chyba wszyscy dookoła także zdawali sobie z tego sprawę. Przez szargające mną emocje prawie nie zauważyłabym zaniepokojonej miny Valkyona, który ukradkiem na mnie spoglądał. Obsydianin pokręcił lekko głową z cichym westchnieniem. Nie zrozumiałam, jaki sygnał mógł chcieć mi przekazać, ale i tak nie mogłam powstrzymać uśmieszku, który wpełzł na moje usta.

— Będziemy musieli zachować szczególną ostrożność. Będę musiał użyć naprawdę potężnej, pierwotnej magii. Na Ziemię przejdą jedynie wyznaczeni przedstawiciele Fenghuangów, Nevra, Valkyon oraz następujące dziesięć osób... Tak, jeśli wyczytam wasze imię, proszę o powstanie.

Przez następne pół godziny oprócz wyczytywania składu poszczególnych drużyn, przedstawiono nam również szczegóły powrotu i transportu ukradzionych z mojego świata łupów. Starałam się słuchać uważnie, ale nie mogłam nic poradzić na to, że coraz trudniej było mi się skupić. Perspektywa powrotu na stare śmieci w zawrotnym tempie namieszała mi w głowie i nie dawała dojść do głosu rozsądkowi. Poza tym, jeśli rzeczywiście miałabym wrócić do domu, to ta część misji mnie już nie dotyczyła. W napięciu wyczekiwałam tylko, aż Scanlon wypowie na głos tak oczekiwane przeze mnie słowa, toteż prawie podskoczyłam z radości, kiedy wreszcie pozwoliwszy zebranym na opuszczenie sali, poprosił mnie, Nevrę i Valkyona o rozmowę na osobności. Oprócz naszej drobnej grupy w bibliotece pozostali jeszcze Ykhar i Keroshane.

— Tak więc, Gardienne... Nie pomyślałaś chyba, że zaangażowaliśmy cię w tę misję jedynie jako parę rąk do przewozu pakunków? Rzecz jasna nikt nie pogardzi pomocą z twojej strony, bezsprzecznie będziesz brała czynny udział w akcji. Musisz jednak wiedzieć, że prawdziwy cel twojej podróży jest nieco inny od tego, który przyświeca pozostałym — rozpoczął kapłan ze stoickim spokojem.

— Ja... domyśliłam się. — Odgarnęłam kosmyk włosów za ucho, nieco speszona tym, że mag natarczywie wpatrywał mi się prosto w oczy. Odruchowo wpakowałam dłonie do kieszeni, próbując odzyskać choć trochę swobody.

— To chyba nie do końca to, o czym myślisz. Widziałem twoją reakcję — rzucił szorstko Valkyon, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Zasiało to we mnie ziarnko niepewności.

— Skąd wiesz, o czym myślałam? — odparłam zaczepnie, bez większego zastanowienia. Wojownik głośno westchnął, uśmiechając się cierpko.

— Sądzisz, że odstawimy cię do domu, nie mam racji? — Strzał w dziesiątkę. Nie odpowiedziałam, rozumiejąc, że będzie to wystarczająco wymowne. Uderzyła we mnie potężna fala rozczarowania. — Mówiłem. Nie chcę być dosadny, ale wybij to sobie z głowy.

— Ale dlaczego? Wcześniej unikaliście tematu jak ognia, a teraz nagle wprost przyznaliście, że nie tak znowu rzadko organizujecie sobie rozboje na Ziemi. Powiedzcie mi wreszcie prawdę, zamiast czerpać przyjemność z mącenia mi w głowie — zażądałam, mając dość pokrętnych tłumaczeń i niejasności. Chowałam ogromną urazę i miałam do Straży pretensje za zatajanie przede mną tak ważnych i poniekąd osobistych informacji. Nadal nie rozumiałam powodu, dla którego chciano mi uniemożliwić skorzystanie z takiej okazji.

— Wy dwoje, spokojnie. Właściwie to w byłeś dosadny w rzeczy samej, Valkyonie — zauważył Kero, łagodnie kładąc dłoń na moim ramieniu. — Naprawdę mi przykro, ale on ma rację. Gdybyśmy tylko mieli możliwość odesłania cię do domu, pozwolilibyśmy ci tam wrócić znacznie wcześniej.

— Czyli misja rewitalizacyjna jednym wielkim żartem, tak? Odpowiedzcie mi szczerze, mam już po dziurki w nosie tych cholernych bzdur!— Zaskoczony moim podniesionym głosem Kero zabrał dłoń, na co posłałam mu przepraszające spojrzenie.

— Od początku mówiłam, że wysyłanie Gardienne na tę misję to zły pomysł — dodała Ykhar grobowym głosem. Nie umiałam się z nią nie zgodzić, ale wolałam nie wspominać, że to ona sama była pierwszą entuzjastką przedsięwzięcia. — Będzie musiała patrzeć na swój świat, mając go na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie nie mogąc przekroczyć magicznej granicy. To brzmi dość okrutnie, nie powinniśmy byli się na to zgadzać.

— Ykhar, wstrzymaj się z oskarżeniami. Nie spotkaliśmy się tu, aby się samobiczować, podjęliście w gronie Lśniącej Straży słuszną i rozważną decyzję. Gardienne, rozumiem, że to nie jest dla ciebie łatwe, ale utrzymaj nerwy na wodzy. Krzyk nie jest rozwiązaniem i nie uzyskasz w ten sposób odpowiedzi. Prawda byłaby dla ciebie dotkliwa i nie możemy ci wszystkiego ujawnić na życzenie, spróbuj zrozumieć nasz punkt widzenia. Kontynuujmy po prostu główny temat, już za dużo czasu straciliśmy — wtrącił się Scanlon, unosząc ręce w uspokajającym geście, sprawiając, że odór kadzidła stawał się teraz wręcz nie do zniesienia. Ani trochę nie zmieniło to mojego nastawienia, a wręcz zadziałało na mnie jak czerwona płachta na byka.

— Co ty w ogóle możesz o tym wiedzieć? — Poczułam, jak po raz kolejny tego dnia w oczach zbierają mi się łzy. Zamrugałam, aby zupełnie się nie rozkleić. Traciłam nad sobą panowanie, pozwalając wściekłości zawładnąć moim ciałem i umysłem. Mój szał podsycało zmęczenie, wynikające z wcześniejszego rozemocjonowania i szaleńczego zachwiania spokoju ducha. — Jakim prawem w ogóle, ty... ty... oceniasz decyzje, które nie dotyczą nawet ciebie? Chcesz oszczędzać swój najcenniejszy czas, kretyńsko zbywając i lekceważąc cudze problemy! — Zrobiłam krok w jego stronę, celując kciukiem w jego tors. W innym przypadku nie posunęłabym się do takiego zmniejszenia dystansu pomiędzy sobą a kimkolwiek obcym. Sytuacja działała jednak na moją korzyść, ponieważ tylko w stanie tak tragicznym jak obecny wyzbywałam się wszelkich zahamowań. Mogłam tego później i żałować, ale pewne rzeczy musiały zostać powiedziane. Może Scanlon nie był winny całej sytuacji, jednak to jego słowa przelały czarę goryczy. Przerażał mnie fakt, że mężczyzna mógł mieć rację; może prawda na temat portali była zbyt okrutna, żebym była w stanie ją ścierpieć? Mimo wszystko czułam, że w głębi serca byłam na nią gotowa i wolałam wiedzieć, jakie naprawdę są moje możliwości.

— Mogłabyś zachowywać się wobec mnie jak dorosły człowiek? Mówię obiektywną prawdę i powinnaś postarać się ją zaakceptować. Sposób działania portali nie jest teraz naszym priorytetem i nie powinniśmy zawracać nim sobie teraz głów. Jesteśmy w trakcie poważnego spotkania, więc musimy uszanować czas innych. Możecie załatwić swoje porachunki kiedy indziej — miły, ciepły ton głosu kontrastował z jadowitymi słowami Scanlona. Po raz kolejny dawałam się sprowokować, jednak nie planowałam pozwolić mu mieć ostatniego słowa.

— Uspokójcie się, proszę! Wszystko wytłumaczymy, kiedy nadejdzie czas, ja... Gardienne, proszę, odejdź od Scana. Takie kłótnie niczego nie rozwiążą, przecież... — Ykhar wyraźnie przerażona załamywała ręce, jednak zupełnie ją zignorowałam.

— Ale to mój priorytet — powiedziałam ciszej i znacznie spokojniej niż wcześniej. Mimo stresu, wściekłości i trzęsących dłoni panowałam nad głosem, próbując sprawić wrażenie pewniejszej siebie. — Nie jesteś nawet w Lśniącej, nie ty decydujesz o podejmowanych tematach. O wielki przywódco, to, że podlegam ci na misji nie oznacza, że będę tylko pustym, bezemocjonalnym i podporządkowanym pionkiem. Ja... — załamał mi się głos. Bezwiednie zaczęłam krzyczeć. — Mam prawo być w tym momencie w!#$^&*#$% i po prostu n-nie zamierzam...

— Gardienne, tego już wystarczy. — Poczułam nagłe szarpnięcie do tyłu. Valkyon złapał mnie za koszulę i stanowczym ruchem odciągnął od maga, który podczas całego mojego wywodu zachowywał kamienną twarz. Obsydianin zrobił to w samą porę, ponieważ sekundy dzieliły mnie od zdzielenia rosłego mężczyzny w twarz. — Jesteś zmęczona, nie dokończymy rozmów w takiej atmosferze. Wyglądasz naprawdę marnie... Idź położyć się spać, wrócimy do tematu jutro — sposób, w jaki to powiedział nie był tak ostry, jak mogłabym się tego spodziewać. Mimo, że to mi zwrócił uwagę, przede wszystkim nie wyglądał na zadowolonego ze słów Scanlona. Tak jak wcześniej nie cierpiałam Valkyona, tak w tym momencie wydał mi się całkowicie znośny.

— Tak chyba będzie najlepiej — dodał cicho Nevra, który od początku był dosyć markotny. — Skończmy tę farsę i dajmy sobie choć chwilę odpocząć. Spotkajmy się w tym samym gronie jutro koło południa. Według grafików wszyscy powinni być o tej porze dyspozycyjni.

Nie uważałam, żebym była jutro w lepszym stanie po zaledwie kilkugodzinnej drzemce, jednak uznałam pomysł szefa Obsydianu za w miarę rozsądny.

— Fascynująca sprawa, gdyż pomyślałem dokładnie to samo, drogi Valkyonie. Wszyscy powinniśmy ochłonąć i na świeżo spojrzeć na sytuację. Uprzątnę salę sam, myślę, że możecie iść. Życzę wam wszystkim dobrej nocy — uśmiechnął się delikatnie Scanlon, po raz kolejny pokazując swoje uzębienie.

Valkyon i Nevra popatrzyli na siebie porozumiewawczo, a ja zacisnęłam usta w wąską linię. Mogłabym się założyć, że pomyśleli o tym samym, co ja. Kto tutaj był zarządca całej straży, a kto zwykłym liderem pojedynczej misji? Odniosłam wrażenie, że duma z jego unikalnych, czarnoksięskich umiejętności doszczętnie zawróciła mu w głowie. Jakim cudem jednak nikt oprócz mnie na to głośno nie reagował?

Do bólu kojarzyło mi się to z przypadkiem Gregora, jednak tym razem było to znacznie bardziej szkodliwe. Dzieciaka łatwo było postawić do pionu, czego nie można było powiedzieć o mężczyźnie w wieku na oko czterdziestu ludzkich lat. Obawiałam się, że jego wrodzone zdolności były zbyt niespotykane i cenne dla Straży, żeby ta mogła go adekwatniej potraktować. Tym bardziej nie żałowałam swoich wcześniejszych popisów, stając się z nich raczej zadowolona. Ze względu na swoją dość niską pozycję w Kwaterze jako jedna z niewielu mogłam pozwolić sobie na podobną bezczelność bez obarczania innych jej konsekwencjami. Miałam nadzieję, że udało mi się chociaż trochę boleśnie nadepnąć mężczyźnie na odcisk.

Mimo wszystko byłam raczej wdzięczna Valkyonowi, że powstrzymał mnie od pójścia o krok za daleko. Nie popierałam rozwiązań opierających się na przemocy w jakiejkolwiek postaci i prędzej czy później bym tego żałowała. Zdecydowanie dowiedziałaby się o tym Miiko, więc zarówno z remontu pokoju jak i mojej pierwszej misji byłyby nici. Nie chciałam nawet myśleć o tym, co by się stało, gdyby mag postanowił mi oddać. Był zdecydowanie silniejszy ode mnie

Odzyskując rezon, pożegnałam się krótkim „Dobranoc, do zobaczenia!' i jako pierwsza opuściłam salę, wysoko unosząc głowę. Nie oddaliłam się jednak wystarczająco szybko, aby nie usłyszeć z głębi pomieszczenia przejętego głosu Ykhar.

— Scanlonie, jak ja cię przepraszam! Nie sądziłam, że taka scena będzie miała miejsce, mogłam dokończyć spotkanie sama, wiesz... Nie chciałam postawić cię w niezręcznej sytua...

Na szczęście nie dowiedziałam się już, jaka była dalsza część wypowiedzi brownie ani z jaką reakcją się ona spotkała. Drzwi za mną zamknęły się z cichym skrzypieniem, a ja odetchnęłam z nieskrywaną ulgą. Teraz pozostało jedynie udać się do Kryształowej Sali i usłyszeć werdykt Miiko na temat mojego zakwaterowania. Miałam serdecznie dosyć tego dnia i żywiłam szczerą nadzieję, że uda mi się to szybko załatwić. Nie łudziłam się jednak, że cokolwiek może jeszcze dzisiaj pójść po mojej myśli. Postanowiłam pójść naokoło, domyślając się, że za chwilę pozostali opuszczą bibliotekę. Podejrzane byłoby, gdybym nie udała się w stronę swoich „apartamentów". Nie miałam ochoty rozmawiać z nimi o powodach wizyty u kitsune o tak późnej, a raczej może już wczesnej porze. Była blisko czwarta nad ranem, choć słońce nie pojawiało się jeszcze na horyzoncie.

Chociaż zmęczenie wygrało walkę z moją wrodzoną ciekawością, nie mogłam przestać dociekać, jaką wiadomość chciano mi przekazać. Byłam trochę zła na siebie, że nie wstrzymałam się ze zrobieniem afery do czasu, kiedy wszystko byłoby jasne. Co, czego Lśniąca Straż mogła ode mnie chcieć było na tyle ważne, że podjęli decyzję wysłania mnie w świat bez żadnego przygotowania?

Przechodząc koło korytarza prowadzącego do mojego dawnego pokoju mimowolnie zerknęłam na przewieszoną przez swoje ramię torbę. Zmieszczenie w niej ocalonych po włamaniu rzeczy nie było trudnym zadaniem, bo oprócz zielnika, zwiniętego w kulkę kompletu bielizny, skarpetek nie do pary i jednej cienkiej piżamy z kilkoma wypalonymi dziurami nie udało mi się niczego odratować. Większość ubrań z mojej szafy była albo poszatkowana na drobniutkie kawałeczki, albo rozcięta na pół. Zastanawiałam się, jak miałam spakować się na naprawdę długą misję z tak ubogim wyposażeniem. Już przed totalną destrukcją moich rzeczy prywatnych miałabym naprawdę duży problem z przygotowaniem się na ponad miesięczny pobyt w terenie. Nie wyobrażałam sobie na przykład spędzenia ponad tygodnia podróży w jednej koszuli, szczególnie mając na uwadze dość ciepły klimat panujący na terenach Osady Eel i jej okolicach. Na co dzień nie stanowiło to dla mnie problemu; na wieczór korzystałam z pralni, aby nad ranem w zarzuconym na piżamę szlafroku odebrać zestaw pachnących ubrań z suszarni. Jedynymi zapasowymi ciuchami, jakie wcześniej posiadałam był komplet od Miiko, w którym czułam się bardziej niż niekomfortowo. Szorty były zdecydowanie za krótkie, a koszulka odkrywała ramiona. Nie miałabym problemu z odsłanianiem swojego ciała, gdyby nie jego mankament w postaci tatuaży. Zawsze starałam się je jak najbardziej ukrywać, co nie było zbyt łatwe ze względu na ich wielkość — obejmowały niemal całe moje ciało z wyjątkiem twarzy, nadgarstków i dłoni. Nie traktowałam ich jako swojego kompleksu, ale jednak wolałam po prostu nie musieć ich oglądać przy każdej możliwej okazji. Przypominały mi jedynie, że Eldarya bezpowrotnie odcisnęła na mnie swoje piętno, umieszczając w moich żyłach pierwiastek magii wraz z otwarciem jednokierunkowego portalu. W każdym razie i tak nie mogłabym zabrać tegoż stroju na misję, nawet gdyby nie został zupełnie podarty przez włamywacza. Potrzebowałam ubrań, które były dość lekkie, ale zakrywające przed słońcem oraz owadami.

Skręciłam w prawo, wychodząc na centralną część budynku, znaną jako Sala Drzwi. Składała się ona z ronda, na środku którego umieszczono olbrzymi posąg z perłowej masy. Przedstawiał nagą, postawną kobietę, uwiecznioną w dynamicznej pozie; wyglądała, jakby szykowała się do biegu. Jej włosy, w całości wyrzeźbione na wzór drobniutkich piórek zlewały się z ogromnymi, również opierzonymi skrzydłami. Na ozdobnej tabliczce zamieszczonej na postumencie można było wyczytać słowa „Ku czci Wyroczni". O postaci Wyroczni za dużo jednak nie udało mi się dowiedzieć — Ykhar nie była skora mi pożyczyć grubych tomiszczy na temat historii Eldaryi, tłumacząc, że nadmiar zawartej tam wiedzy byłby dla mnie za dużym szokiem. Obiecała zapisać mnie na lżejszy kurs, jednak skończyło się tylko na pustym postanowieniu. Z kolei zapytany niegdyś Kero odpowiedział mi jedynie, że to uśpiona dusza Wielkiego Kryształu. Podobno ostatnio widziana była przed jego rozbiciem, a od czasu jej zniknięcia świat Eldaryi stał się jeszcze mniej stabilny. Jeśli wysnułam odpowiednie wnioski, to była czymś w rodzaju tutejszego bożka. Miliardy raz słyszałam jej imię w kontekście przekleństwa, toteż sama wkrótce przejęłam brzydki zwyczaj jego używania.

Lubiłam patrzeć na nieskazitelną, kamienną twarz Wyroczni. Przepiękna, perłowa bohaterka powodowała we mnie przedziwne emocje, gdyż czułam się z nią w jakiś sposób powiązana. W pomniku było coś szczególnego, co nie pozwalało oderwać od niego wzroku. Niejednokrotnie przechodząc przez pasaż, miałam wrażenie, że i puste oczy Wyroczni bezpardonowo się we mnie wgapiają i przewiercają moją duszę na wylot. Podchodząc bliżej przekonywałam się jednak, że rzeźba jest tak samo martwa, jak zawsze była i być powinna.

Pod zamkniętymi drzwiami Sali Kryształu przebijała się smuga intensywnego, błękitnego światła. W nocnych godzinach energia emitowana przez najcenniejszy eldaryjski artefakt była możliwa do dostrzeżenia gołym okiem. Niebieska poświata mieniła się w księżycowym świetle, tworząc wspaniałe spektakle.

Skorzystałam z przytwierdzonej do sklejkowej płyty kołatki, jednak nie uzyskałam ani pozwolenia na wejście, ani słów sprzeciwu. Postanowiłam nie przejmować się szczególnie takimi drobnostkami jak nadmierna kultura, nawet kosztem utraty wizerunku. Spontanicznie pociągnęłam za klamkę, pewnie wchodząc do Sali. Zastałam tam rzecz jasna kitsune, która występowała w dość osobliwym przebraniu. Miała na sobie coś w rodzaju długiej do kostek, dziwnie rozszerzanej na wysokości kolan bordowej halki. Lekko skinęłam głową na przywitanie. Usłyszawszy za sobą dobrze znany głos, zorientowałam się, że nie byłyśmy same.

— ... tak, mówię ci przecież. Część rzeczy wyglądała na podpaloną, ale większość była po prostu zupełnie rozczłonowana — oznajmił Ezarel, bawiąc się końcem swojego końskiego ogona. Odwrócił się w moją stronę, przybierając poirytowany wyraz twarzy. — Och, znowu ty. Jaką katastrofę wywołałaś tym razem?

Spojrzałam na niego spod oka. Miiko przewróciła jedynie podkrążonymi z niewyspania oczami, kwaśno się uśmiechając. Dała mi ruchem dłoni znak, abym zaczęła mówić. Nie potrzebowałam więcej zachęt, toteż pospieszyłam z wyjaśnieniem, co mnie do niej sprowadzało.

— Nie mam gdzie spać. Właściwie to nie mam też w czym spać, nie mogę skorzystać z łazienki bez ręczników i nie zostało mi nic, co mogłabym na siebie założyć jutro nad ranem. Pralnia jest już zamknięta, a moje ubrania i bielizna na zmianę zostały rozszarpane na przynajmniej kilka części. Do tego dochodzi sprawa misji, na którą tym bardziej nie dam rady się spakować z obecnym inwentarzem — zaczęłam wyliczać z przejęciem.

— Ach, to. Ez mi coś wspominał, ale nie sądziłam, że wrócisz tak wcześnie ze spotkania. Ykhar się streściła, nie ma co... — Szefowa Lśniącej Straży nie wyglądała na zadowoloną z tego powodu. — Na szczęście już rzuciłam okiem na indeksy. Jest tylko jeden pokój, w którym na razie nikogo nie mamy, ale okoliczności nie pozwalają jeszcze na oddanie go do użytku. Ktoś z rodziny miał zabrać rzeczy po poprzednim właścicielu, ale teraz został wysłany na misję i nie wróci zbyt prędko. Trzeba to uszanować i mimo wszystko poczekać.

— Masz na myśli ten pokój? Pokój Katii? — upewnił się elf. Miiko kiwnęła głową. Chyba chciała coś jeszcze dodać, lecz nim zdążyła choćby otworzyć usta, jej rozmówca zaczął mówić dalej. — Faktycznie, Rafael jest u kapp. Nie wróci szybciej niż na tydzień przed końcem rewitalizacyjnej, więc rozważanie tego pomysłu trochę mija się z celem. Nie zapominaj też, że nie możemy być pewni, czy w ogóle pozwoli na przekazanie pokoju komuś innemu.

— Tak jakby miał jakiś wybór — prychnęła kitsune, rozpalając na swojej dłoni tysiące błękitnych iskierek. — Jeśli chcemy ten pokój, to wyciągniemy go od niego nawet i zaraz, jeśli wyślemy mu chowańca z odpowiednim papierkiem. Inna sprawa, że w ogóle nas to nie urządza, bo list i tak nie przyjdzie na czas. Jak dostaniemy odpowiedź, to Gardienne będzie już dawno za Balenvią.

— To ona się gdzieś wybiera? — zadał pytanie Ezarel. Wyglądał na realnie zaskoczonego. Czyżby miał dowiedzieć się o wszystkim ostatni? Byłoby to dość dziwne, jako że był szefem straży i członkiem najwyższego zarządu. Najpewniej jego przełożona po prostu chciała mu utrzeć nosa i udowodnić, że jest w stanie wiele przed nim zataić.

— Wybiera się na misję rewitalizacyjną do Fenghuangów, powinieneś to już wiedzieć — Miiko uzupełniła jego wiedzę z nieskrywaną satysfakcją. — Nie wydaje mi się w każdym razie, żeby to był główny temat naszej rozmowy. Jakieś pomysły, Ezarelu?

— Ty tu jesteś od zarządzania, czyż nie? — przesłodzony głos u Ezarela nigdy nie wróżył niczego dobrego. Na pewno nie brzmiał tak, jakby jego właściciel zamierzał choćby kiwnąć palcem przy rozwiązaniu mojego problemu. — Nie będę wtrącał się w cudze sprawy.

— Mówisz zupełnie tak, jakbyś wcześniej się tym przejmował. — Kitsune machnęła jednym ze swoich ogonów tuż przed twarzą elfa, wyrażając swoje niezadowolenie z jego odpowiedzi. Chwilę później się rozpromieniła, a ja już wiedziałam, że w jej głowie narodził się iście szatański plan. Ezarel też to zauważył; zmrużył oczy, rzucając Miiko nieme wyzwanie. Zaledwie chwilę później miał tego gorzko pożałować. — Najdroższy Ezarelu, pamiętam, że swojego czasu szalenie przepracowywałeś się w laboratorium, nie mam racji? — zapytała retorycznie z taką samą manierą, jaką zaprezentował jej Ezarel w swojej ostatniej wypowiedzi. Przygryzłam wargę. Chyba wiedziałam już, do czego zmierza ta rozmowa. — Kojarzę również, że postanowiłeś wydzielić sobie przy swojej pracowni pokój, w razie, gdybyś zasiedział się w robocie.

— Nie chcesz chyba... — Ezarel wytrzeszczył oczy. — To bardziej składzik niż pokój. Nie mam zapasowej pościeli, nie zamierzam pozwalać jej spać w moim prywatnym...

— Ale ja jej na to pozwalam. Nie korzystałeś z tej dziupli od tygodni, nie próbuj mnie okłamywać. Poza tym tam jest jedynie materac, lustro i łazienka za ścianą — przerwała, kiedy zdała sobie sprawę, jak mogło to zabrzmieć. — Nie patrz tak na mnie, mam lepsze rzeczy do roboty niż włamywanie się do twojej jaskini. Po prostu Karenn zakradała się tam miliony razy, wiem to od Nevry. Świeżą pościel mogę wziąć ze swoich pawlaczy, ja już wszystkim się zajmę. Zakwaterujemy tam Gardienne do czasu wyjazdu, a kiedy tylko lokum po Katii opustoszeje, odzyskasz swój cenny składzik na miotły. — Wyglądało na to, że Miiko niekoniecznie chciała mi pomóc za wszelką cenę, a po prostu nie mogła przepuścić okazji dopieczenia Ezarelowi. — Zaraz wracam. Pożyczę ci jakieś swoje ubrania — zwróciła się do mnie, znikając za drzwiami do swojego pokoju.

Spojrzałam skonfundowana na niebieskowłosego, zastanawiając się, co on o tym wszystkim sądził. Na pewno nie mógł być zadowolony, toteż nie byłam specjalnie zaskoczona, kiedy wykrzywił twarz w sfrustrowanym grymasie.

— Jeśli chcesz żyć, to lepiej po prostu nic. Na wyrocznię. Teraz. Nie. Mów — warknął, na co wzruszyłam jedynie ramionami z cichym „W porządku". Byłam już nauczona, że większości jego słów nie należało brać na poważnie, jednak wolałam nie zachodzić mu za skórę bez większej konieczności. Przynajmniej na razie.

* * *


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#28 20-05-2020 o 21h07

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 551

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Jak dobrze, że przyszłaś tu z odcinkiem akurat dzisiaj! Niech to będzie plaster na me rany po tym cholernym odcinku.
Jak nie chcesz się zdenerwować, to go nie przechodź.

Groźna Ykhar to coś, czego wszyscy potrzebujemy /static/img/forum/smilies/big_smile.png

W ogóle taka podpowiedź/prośba, bo nie wiem, czy poprzednio nie zwracałam na to uwagi, czy dopiero teraz po prostu to zastosowałaś: nie stosuj centera, bo to mocno zwęża interlinię. A taka wąska interlinia bardzo męczy przy czytaniu.

„— Młoda, daj spokój. To Nev powinien był spojrzeć do siebie... — urwała, karcąco wgapiając się w wampira. Ja za to nie mogłam oderwać wzroku od krzywo zapisanego na tym razem już mojej karcie zgłoszeniowej imienia szefa Obsydianu. — Słuchajże mnie chociaż, szefie od siedmiu boleści. Tego tu jeszcze nie było, żeby jakaś gówniarska rusałka musiała pouczać swojego pracodawcę, hem? No, to właśnie historia dzieje się na naszych oczach; jesteś nieodpowiedzialny jak cholera, mój drogi. Dobrze, że ja za ciebie nadrabiam, bo inaczej nie wróżyłabym naszej misji najlepiej.” — boze, ta kobieta wygrywa cały odcinek, kocham ją XDDDD

Ogólnie to rozumiem Gardzię i jej ból i oburzenie na myśl, że mogłaby wrócić na Ziemię, a oni jej mówią że nie, bo w sumie nie i koniec. Chamstwo, no i kompletny brak wyczucia czy jakiejkolwiek delikatności. Okropnie ją tam potraktowali, nawet Ykhar.

O matko, Gardzia w pokoju Eza? Cudowne XDDD Nie mogę się doczekać, co się tam odwali, więc czekam na resztę i pozdrawiam ^ ^


                  ►  Instagram  ◄                                          ► Fanklub Eza  ◄                                              ► Symfonia XXXII  ◄                                            ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

Strony : 1 2