Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 2

#26 20-04-2020 o 19h11

Straż Cienia
Negritte
Rekrut
Negritte
...
Wiadomości: 50

Hej!
Rzeczywiście nieźle zgrałyśmy się w czasie /static/img/forum/smilies/big_smile.png

Z technicznych rzeczy to wydaje mi się, że @Methrylis ma rację -- Ziemianka powinna być zapisana wielką literą, tak samo jak np. Marsjanin, Wenusjanin i mieszkańcy wszystkich innych planet (niezależnie od tego, czy istnieją).

Jeśli chodzi o sam rozdział, to uwielbiam Twoje przedstawienie postaci Eza. Myślę, że można je uznać za "jedyne właściwe" (cudzysłów, bo niby takiego nie ma, ale przynajmniej dla mnie tak jest  /static/img/forum/smilies/tongue.png ) ukazanie tego bohatera. Nieokazywanie  przez niego nadmiernej sympatii czy też słabości, po to, żeby na koniec podrzucić bez słowa głównej bohaterce paczkę chusteczek bardzo pokrywa się z moimi własnymi wyobrażeniami. Rozwój postaci zapowiada się ekscytująco!

Pozdrowionka!


ile sobie zawdzięczamy?
https://media.giphy.com/media/blEl99OgPQnNS/giphy.gif

Offline

#27 20-05-2020 o 14h47

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

@Methrylis Najpiękniej dziękuję za motywujący komentarz! "Ziemianka" tutaj występuję już zapisana wielką literą. Postaram się poprawić to w poprzednich częściach:3 Jestem wdzięczna, że zwróciłaś na to uwagę.
@Negritte Również ślicznie dziękuję, że zostawiłaś po sobie komentarz:3 Szalenie się cieszę, że podoba ci się mój sposób przedstawienia Eza; szczególnie, że to chyba postać, z której perspektywy najbardziej lubię pisać. Tak jak wyżej wspomniałam, zwrócę uwagę na zapis nazw mieszkańców planet ^^ Takie drobne sprostowanie — na koniec Ezarel przekazuje Gardienne żetony, które ta oddała mu wcześniej. 
Pozdrawiam Was serdecznie <3
Trochę średnio wstrzeliłam się w czas, bo moment nie jest zbyt korzystny ze względu na wychodzący odcinek. Jestem strasznie rozemocjonowana i wierzę, że zdecydowanie nie ja jedna :"d Boję się bardzo przebiegu wydarzeń; co prawda zaspojlerowałam sobie wszystko doszczętnie, jednak nadal ciężko mi się skupić na czymkolwiek innym. Jestem trochę zła, ale liczę na to, że może nie jednak nie będzie się czym martwić.
Tak czy inaczej udało mi się dorwać do swojego tekstu i wprowadzić ostateczne poprawki, więc bez dłuższego ględzenia zarzucam kolejnym rozdziałem.

12. Żonkil, cz. 3
=؏GARDIENNE؏

— Nevra, mógłbyś przynajmniej teraz oderwać się od swojej uroczej towarzyszki? Valarian, porozmawiasz sobie z Romualdem po spotkaniu. No, Gardienne, nie przysypiaj mi tutaj! — Ykhar niezgrabnie wdrapała się na puste, niziutkie biurko, dzięki czemu wreszcie udało mi się zobaczyć coś więcej niż czubki jej uszu. Kątem oka zauważyłam, że żartobliwie pogroziła mi palcem. Zdążyłam już się zorientować, że podobna wspinaczka była dość skutecznym sposobem na przyciągnięcie uwagi zebranych. Bez tego zupełnie zginęłaby ze swoim niewielkim wzrostem i cichym, piskliwym głosem. — Od teraz wymagane jest pełne skupienie, bo przedstawię plan waszej podróży. Jest raczej nieskomplikowany, jednak nie okażę litości, jeśli ktoś z was nie będzie go pamiętał w dniu wyjazdu.

Nie rozumiałam, jaki sens miało omawianie szczegółów misji w terenie o pierwszej w nocy, jednak ktoś najwyraźniej musiał uznać to za znakomity pomysł. Jeśli przez narzekanie miałabym zostać skreślona z listy uczestników, wolałam trzymać język za zębami i siedzieć w bibliotece nawet i do białego rana. Uważałam jednak za szalenie niesprawiedliwy przypadek, że taka ekscytująca wiadomość musiała czekać na mnie akurat teraz, kiedy nie potrafiłam się nią odpowiednio nacieszyć. To było wręcz za mało powiedziane; robiłam wszystko co w mojej mocy, aby powstrzymać następną salwę płaczu. Nie mogłam się uspokoić z wiedzą, że nie posiadam w Eldaryi już właściwie niczego. Próbowałam się tu jakoś ustatkować, chcąc w spokoju wyczekiwać dnia powrotu na Ziemię. Pokojowe życie tutaj nie było mi najwyraźniej dane. Co chwilę napotykałam na swojej drodze kolejny ewenement, zupełnie tak, jakby poprzednie wydarzenia nie były jeszcze wystarczająco popaprane. Losowi musiało zależeć, aby wycisnąć ze mnie jak najwięcej łez, zanim wrócę do domu.

Może przynajmniej wyjdę z tego wszystkiego silniejsza? O ile w ogóle wyjdę — pomyślałam niezbyt optymistycznie. Nikt nie powiedział, że w ogóle miałabym możliwość powrotu. Nie chciano mi udzielić całościowej odpowiedzi, jak to z tymi podróżami międzyświatowymi sprawa wygląda.

Kiedy króliczyca z szerokim uśmiechem obwieściła mi tę radosną nowinę, nie mogłam się powstrzymać od odwzajemnienia grymasu — widać było w jej spojrzeniu, że całą sobą oczekiwała na mój entuzjazm. Dodała później, że to ona chciała być osobą, która pierwsza przekaże mi wiadomość. Jak mogłabym zepsuć taką chwilę, uświadamiając Ykhar, że złapała mnie w najmniej odpowiednim momencie? Mogłam przynajmniej spojrzeć na tę sprawę pod innym kątem; ten dzień niósł za sobą przynajmniej jeden pozytyw. Wyprawa na pierwszą w życiu misję poza murami Kwatery już z nazwy nie mogła być czymś, co zdarzałoby się codziennie. W dodatku zapowiadało się, że spędzę w trasie naprawdę dużo czasu; usłyszałam, że w sporej grupie wybieramy się do bardzo odległego dystryktu. Więcej na ten temat miałam dowiedzieć się dopiero kilka chwil później.

Na szczęście nie musiałam zbyt długo znosić presji ze strony brownie, ponieważ droga do biblioteki była dość krótka. Kiedy tylko otworzyły się przed nami drzwi, musiałyśmy się rozdzielić, gdyż jedyne wolne siedzisko znajdowało się w tylnym narożniku Sali; naprawdę daleko od prowizorycznego podwyższenia do przemówień. Spokojnie zajęłam więc swoje miejsce, które wbrew pozorom nie było najgorsze. Nie widziałam zbyt wiele ze swojego kąta, jednak przynajmniej mogłam usiąść na krześle bokiem i całkiem wygodnie oprzeć się o ścianę. Na pewno było to lepsze od wbijania kręgosłupa w trzymające się na słowo honoru druciane oparcie, jakim obdarzano znaczną część przenośnych stołków. Żałowałam nieco, że w Kwaterze pomimo pieczołowitej i nadmiernej troski o wygląd pomieszczeń nieszczególnie dbano o sam komfort strażników. Rozumiałam, że to miejsce musiało przede wszystkim dobrze prezentować się ze względu na jego rolę w tym świecie. Z zewnątrz było tym jednym uporządkowanym zakątkiem w szalonym i pełnym niebezpieczeństw świecie. To tutaj każdy miał przydzieloną rolę, będąc małym trybikiem w ogromnej machinie utrzymującej względny ład. Któż obcy mógłby domyślić się, że i Kwatera Główna potrzebowała kogoś, kto przywróciłby jej ustrój (a nie wystrój!) do względnego porządku? Na co dzień strażnicy nie siadali na zdobionych, malowanych fotelach, tylko wyciągali z zaplecza obok sali gimnastycznej paskudne, do bólu niestabilne krzesełka. Jadali obrzydliwe potrawy zrobione z nie znanych nikomu składników, zostawiając najlepsze kąski albo dla gości spoza kamiennych murów, albo po prostu bogatszych od nich. Zwykli ludzie grali nocami w karty o spore sumy na upapranych stolikach w stołówce, a Lśniąca Straż mogła co najwyżej udawać, że kara kogokolwiek za hazard. Strażą broniącą praw żywych istot na terenie całej Eldaryi zarządzała osoba, która na śmierć zapomniała o człowieku wtrąconym do zimnych, cuchnących lochów. Po podejrzeniu włamania do pokoju nie zrobiono nic, aby go przeszukać, a zastępcy szefów pomniejszych straży najdosłowniej ciągali swoich podopiecznych po ziemi. To wszystko, a pewnie i znacznie więcej okrywała otoczka piękna, przepychu, bezinteresownej humanitarności i porządku. Kreacja doskonałości ociekała fałszem i chyba każdy mieszkaniec doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Kwatera nie była oczywiście miejscem złym do szpiku. Jej działanie było nieraz nieuzasadnione a obecny system wadliwy, ale nie mogłam wyzbyć się przeczucia, że nawet najgłupszymi decyzjami przewodzi troska o dobro mieszkańców. Koniec końców od czasu mojego przybycia Straż ani razu nie działała umyślnie na moją niekorzyść, starając się zapewnić mi w miarę możliwości znośne warunki. Sama Miiko przeprosiła mnie przecież szczerze za incydent w więzieniu, nie kryjąc poczucia winy za popełniony błąd. Zupełnie inną i nadal zagadkową sprawą były wydarzenia z poprzednich dni, w których rolę główną grał nikt inny jak szef straży Absyntu.

Ezarel był chyba najbardziej problematyczną osobą, z jaką się w życiu spotkałam. Ta konkluzja nie była szczególnie odkrywcza; dokonałam już kilkanaście tygodni temu, kiedy to stawiałam pierwsze kroki w tym zwariowanym miejscu zwanym Kwaterą Główną Straży Eel. Niebieskowłosy elf wiecznie się pieklił, pokrzykując za każdym naruszeniem jego sfery osobistej i zawodowo wręcz rozstawiając po kątach niedoedukowanych członków straży Absyntu. Niekiedy skłonna byłabym się zgodzić, że dorównywał swoją arogancją Gregorowi; innego dnia w zawrotnym tempie zmieniałam o nim zdanie, kiedy akurat wydał mi się bardziej... ludzki. Tak było i w tym momencie; raz po raz próbowałam wymacać w kieszeni spodni znajome cztery żetony, które stanowiły swego rodzaju dowód na realność dość absurdalnych wydarzeń. Gdyby nie on, chyliłabym się ku założeniu, że mój zmęczony umysł płata mi figle. Byłam też zbyt wyczerpana, żeby w ogóle pokusić się o logiczne rozmyślania w kontekście konstiencji. Po prostu nie miałam na to siły, szczególnie, że temat był dla mnie naprawdę drażliwy. Czułam jednak, że i tak nie uwolnię się od niechcianych myśli, które prędzej czy później uderzą we mnie ze zdwojoną siłą.

Z głębokiej refleksji, którą wywołało nic innego niż niewygodne wyposażenie biblioteki, wyrwał mnie młody chłopak, który bez słowa wcisnął mi w dłoń plik kartek. Rozejrzałam się dookoła, próbując ocenić, w jakim celu właściwie rozdawał broszurki tylko niektórym strażnikom. Cała sala była na tyle zatłoczona, że w tłumie nie byłam w stanie rozpoznać żadnych znajomych twarzy. Jedyną wskazówką póki co było wymienione przez Ykhar imię Nevry, którego po chwili wypatrzyłam po swojej lewej stronie. Ujrzałam w tłumie znajomą czarno-różową czuprynę, ale kiedy jej właścicielka odwróciła się w moją stronę, bezgłośnie odetchnęłam z ulgą. Poirytowana twarz kobiety zdradzała bardziej podeszły wiek i w niczym nie przypominała nastoletniej buzi wścibskiej wampirzycy. Zmiażdżyła mnie wzrokiem, kiedy napotkała moje zaciekawione spojrzenie. W każdym razie wyglądała na niezbyt sympatyczną; mogłam mieć nadzieję, że była przynajmniej znacznie mniej wścibska niż Karenn.

Zadecydowałam więc na razie nie zaglądać do rękopisu, czekając po prostu na dalsze instrukcje. Nie wydawało mi się, żebym przegapiła jakąkolwiek istotną wiadomość; spotkanie zdawało się wciąż tkwić w martwym punkcie, ponieważ ktoś ciągle zasypywał bliżej niezrozumiałymi pytaniami biedną prowadzącą.

— Jest was zdecydowanie za dużo na obecne warunki, ale musieliście spotkać się wszyscy przed misją przynajmniej raz. Wolna była tylko biblioteka, bo te przeklęte zebrania Młodego Obsydianu w Kryształowej... Och, to nieistotne. — Ykhar wyglądała na zirytowaną na samo wspomnienie, co ani trochę mnie nie zaskoczyło. Słynne cotygodniowe obrady organizowane przez Gregora zdążyły także i mi porządnie zajść za skórę. — Nie chcemy, żeby ktoś niepożądany wplątał się do waszej grupy podczas misji. To nie byłoby zbyt trudne przy takiej gromadzie, wszyscy o tym świetnie wiemy. Obowiązek sprawdzania obecności przypadnie na podróżujących z wami członków Lśniącej Straży, ale podstawowej odpowiedzialności wymagamy od każdej obecnej tu osoby.

W tym momencie do przemawiającej podszedł Keroshane, rozpoczynając cichą i raczej w miarę poufną wymianę zdań między nimi. Mimo licznych szeptów panowała teraz taka cisza, że mogłam bez większych trudności rozpoznać rozbawiony głos Nevry.

— O ile zakład, że powie teraz coś o zasadzie partnerstwa? — zapytał cicho zielonowłosą dziewczynę o ciemnej karnacji, która siedziała tuż przed nim i bujała się na potwornie skrzypiącym krześle. Nie sprawiała wrażenia szczególnie ostrożnej, wykonując podobne ruchy przy tak specyficznej budowie siedzisk. Sama czułam się aż słabo, patrząc, jak mebel wręcz ugina się przy każdym kolejnym wychyleniu.

— O nic? To oczywiste, że to powie. Mam tylko nadzieję, że nie przydzielą mi czasem ciebie. Ostatnio trochę wypadłam z formy, więc pewnie przypadnie mi ktoś silniejszy. Albo słaba, ale wysoko postawiona szycha — rzuciła wesoło. Całkiem przyjemnie było słuchać, jak sprytnie dziewczyna zbija z tropu czasami zbyt pewnego siebie wampira. Od razu ją polubiłam. — Odkąd stłukłam słój i wylądowałam w szpitalu, nie było mnie na żadnym treningu oprócz tej kretyńskiej rehabilitacji u Ewe. Bolą mnie wszystkie kości, jak tylko stąd wyjdę, to nie usiądę na tyłku aż do wyjazdu.

— Jestem skłonny w to uwierzyć — prychnął, podczas gdy Ykhar żywo wymachiwała torebką przed twarzą zzieleniałego Kero. — Swoją drogą również liczę, że trafię na kogoś innego, na przykład jakąś ładną strażniczkę od Eza.

— Dwie pieczenie na jednym ogniu, hem? Trochę dodatkowej krwi i wyprowadzenie naszej błękitnowłosej księżniczki z równowagi musi brzmieć dla ciebie całkiem nieźle. — Obdarzyła go łobuzerskim uśmiechem, na co wampir jedynie zachichotał. — Och, ale może powinnam się obrazić? W końcu powiedziałeś, że nie chciałbyś spędzić czasu ze swoją najdroższą przyjaciółką, która dopiero co wróciła do domu po pobycie w piekle.

— Uważaj, bo powiem Ewelein, jak nazywasz jej ukochany szpital. — Przerwał, wpatrując się w nastolatka, który nadal krążył po bibliotece i minął ławkę wampira o dosłownie kilkadziesiąt centymetrów. — Z tobą i tak będę rozmawiał, niezależnie od tego, z kim będziemy w parach. Czemu miałbym więc odmówić sobie dodatkowych przyjemności podczas pracy?

Dziewczyna odchyliła nogę do tyłu tak, jakby chciała go solidnie kopnąć, jednak chyba powstrzymała się ze względu na okoliczności. Przewróciła jedynie oczami z nikłym uśmieszkiem na twarzy, skupiając wzrok na Ykhar. Ta ostatnia wreszcie opędziła się od natrętnych pytań i pozwoliła sobie w spokoju kontynuować non stop przerywane przemówienie.

— Aby zapewnić wam bezpieczeństwo i wywiązać się z czwartego paragrafu regulaminu misji rangi A, każdy będzie miał przydzielonego partnera. Do czasu powrotu do Kwatery jesteście bezwzględnie związani z drugą osobą, która jest dobrana w taki sposób, aby odpowiednio wyrównać wasze możliwości i szanse na prawidłowe wypełnienie swojego zadania. Ściśle mówiąc, najświeżsi strażnicy zostali przydzieleni pod skrzydło tych najbardziej doświadczonych. Jest to możliwe, ponieważ organizowana akcja nie wymaga szczególnych kwalifikacji, a jedynie sprawne przemieszczanie się w grupie. Jak już niektórzy zdążyli zauważyć, Justyn — tu wskazała na krzątającego się między rzędami krzeseł chłopaka — rozdaje wam dokładny regulamin misji w formie pisemnej. Każdy egzemplarz jest imiennie przyporządkowany do poszczególnego uczestnika i obejmuje tylko zakres obowiązków dla danej osoby. Imię waszego partnera zapisane jest na końcowych stronach. Zerknijcie tam i postarajcie się usiąść w parach — wyrecytowała niemal na jednym wdechu.

To wystarczyło, abym bezzwłocznie rzuciła się na otrzymany folder. Nie zwracając większej uwagi na ogólną treść zapisaną drobnym maczkiem, przewertowałam kartki w poszukiwaniu ostatniej wypełnionej strony. Wstrzymałam oddech — czerwonym tuszem zapisane było imię, z którym nie spotkałam się nigdy wcześniej. Pozostało się jedynie zastanowić, która z zebranych w bibliotece kobiet mogła być tą tajemniczą Camerią, którą wyznaczono mi za towarzyszkę?

— No, panie szarmancki, wygląda na to, że jednak jesteśmy na siebie skazani — rzekła zielonowłosa z szerokim uśmiechem, wachlując się plikiem kartek.

— Serio przydzielono ci Camerię? — Valkyon włączył się do rozmowy, a ja osłupiałam. Nie było możliwości, aby dziewczyna była w parze z dwiema osobami naraz. Czyżby zaszła jakaś pomyłka?

— Na to wygląda. A jak u ciebie, kto otrzyma tęże zaszczytną rolę twojego towarzysza niedoli? — Nevra wbrew wcześniejszym przekomarzaniom wyglądał na całkiem zadowolonego. Poklepał przyjacielsko wyższego mężczyznę po ramieniu, zaglądając mu przez ramię do broszury. — Oj, a jednak.

Nie miałam czasu na dalsze, bezsensowne czekanie, toteż od razu wstałam i podeszłam do grupy. Zmierzyłam wzrokiem zielonowłosą dziewczynę, która na brzuchu trzymała ogromny plecak. Wyglądał jak wielki słój albo przenośny inkubator.

— Cześć, ty to Cameria, prawda? Mam zapisane twoje imię u siebie — zaczęłam przyjaźnie, wskazując na swój arkusz. Wzrok całej trójki skupił się na mnie. Valkyon zmarszczył brwi.

— Nie mówiłaś przypadkiem, że trafiłaś na Nevrę? — zapytał mulatkę, ignorując wcześniejsze dociekania czarnowłosego.

— No, mam go. Nev, pokaż swoją listę. — Władczo wyrwała mu ją z rąk, otwierając zapiski na odpowiednim rozdziale. Chwilę później zdzieliła chłopaka plikiem kartek po głowie. — Zaglądałeś ty tam w ogóle?

— Nie, po co? Skoro wiem, z kim jestem, to wiem, z kim jestem. Przejrzałbym to dokładnie po spotkaniu, i tak teraz nie mógłbym się skupić — odpowiedział lekceważąco, patrząc na nas spod oka. — No, co tam takiego znalazłaś?

— Może to, że według tego świstku twoim partnerem na misji rewitalizacyjnej na terenie świątyni Ren-Fenghuang jest cholerny Valkyon? — prychnęła głośno, podtykając mu tekst pod sam nos. Po chwili przyciągnęła dokument z powrotem do siebie, zatrzymując wzrok na okładce. Zaśmiała się głośno, patrząc na mnie i Nevrę z rozbawieniem. — Gardienne, o ile tak rzeczywiście brzmi twoje imię, możesz mi powiedzieć, do kogo zaadresowany jest ten twój papierek? Powinnaś mieć podpis na pierwszej stronie.

Skinęłam głową, obracając w dłoniach plik. Moje policzki zapiekły, kiedy naszła mnie myśl, że wygłupiłam się przed całą grupą. Oczywiście nie pomyślałam o tym, aby sprawdzić, czy dostałam właściwie zaadresowany egzemplarz. Z tegoż właśnie powodu przez krótką chwilę byłam właścicielką instrukcji przeznaczonych dla samego przywódcy Cienia.

— To wiele wyjaśnia — zauważyłam, nadal trochę speszona. Szybko zamieniłam się z Camerią egzemplarzami. — Musiano pomylić się przy rozdawaniu. Jestem dość... rozemocjonowana, wybaczcie. Trochę się rozkojarzyłam i nie przyjrzałam się zbyt dokładnie.

— Młoda, daj spokój. To Nev powinien był spojrzeć do siebie... — urwała, karcąco wgapiając się w wampira. Ja za to nie mogłam oderwać wzroku od krzywo zapisanego na tym razem już mojej karcie zgłoszeniowej imienia szefa Obsydianu. — Słuchajże mnie chociaż, szefie od siedmiu boleści. Tego tu jeszcze nie było, żeby jakaś gówniarska rusałka musiała pouczać swojego pracodawcę, hem? No, to właśnie historia dzieje się na naszych oczach; jesteś nieodpowiedzialny jak cholera, mój drogi. Dobrze, że ja za ciebie nadrabiam, bo inaczej nie wróżyłabym naszej misji najlepiej.

W czasie tego oskarżycielskiego monologu Valkyon zaczął robić dookoła porządne zamieszanie, zabierając się za samodzielne przestawianie krzeseł. Ruszyłam mu czym prędzej z pomocą; mimo sporej niechęci do jego osoby nie mogłam przecież zostawić go z tym samego i czekać na gotowiznę. Nie chciałam pogarszać naszej relacji, w głównej mierze ze względu na zapowiedź partnerstwa podczas zbliżającej się wielkimi krokami wyprawy. Szybko uwinęliśmy się z zadaniem; sprzątnięcie siedzisk dla swojej grupy i pomoc przy organizacji innym zajęła naszej dwójce dosłownie kilka minut. Całe szczęście, że współpraca w działaniu nie szła nam tak opornie, jak pokojowa rozmowa.

Udało się tak zorganizować przestrzeń, że siedziałam koło Valkyona tuż przed Camerią i Nevrą. Kiedy wszyscy uczestnicy byli odpowiednio pogrupowani, łatwiej było mi zapamiętać przynajmniej część grupy. Oprócz Mathyza i Valariana nie rozpoznałam jednak nikogo znajomego. Nie, żeby mnie to dziwiło; znałam w kwaterze dosłownie garstkę osób. Byłam raczej niezbyt zainteresowana zawieraniem znajomości, a już szczególnie w Eldaryi. Nawet na Ziemi nie obracałam się w większym towarzystwie niż dwójka czy trójka najbliższych przyjaciół z uczelni. Poznałam ich, zanim jeszcze zmieniłam niesatysfakcjonujący kierunek studiów. Gdyby nie ludzie spotkani na ekonomii, mogłabym wyrzucać sobie, że pod naciskiem rodziny zmarnowałam tam prawie trzy lata swojego życia. W tym wypadku jednak otarłam się jedynie o nowe doświadczenie, finalnie wychodząc ze wszystkiego zwycięsko i z samodzielnej inicjatywy rozpoczynając naukę na wymarzonym wydziale. Żałowałam jedynie, że spędziłam tam zaledwie rok, bo moje plany edukacyjne pokrzyżował jeden cholerny, nieszczęśliwy wypadek z magicznym kwiatkiem.

— Widzę, że już podzieliliście się w pary. Doskonale! Przechodzimy więc do konkretów. — Ykhar zatarła dłonie z ekscytacją. Uwielbiałam to, z jakim entuzjazmem podchodziła do swojej pracy. — Kero, jest już mapa? O, świetnie! Dzięki wielkie. Normalnie nie tłumaczyłabym, gdzie jest Kwatera, ale że mamy wśród nas nowicjuszy... No, my jesteśmy w tym miejscu. Tutaj widzicie pobliskie lasy, ciągną się one dość daleko — wytłumaczyła, wskazując na punkt wytłuszczony na ogromnym, zawieszonym przez jednorożca na stojaku planie Eldaryi. Domyśliłam się, że to ze względu na mnie postanowiono tłumaczyć wszystko tak łopatologicznie, także uniosłam nieśmiało rękę do góry. — Tak, Gardienne?

— Jeśli chodzi o mnie... Znam podstawy, zapoznałam się z dostępnymi mapami w bibliotece i kojarzę już co nieco — próbowałam brzmieć na tyle taktownie, jak pozwalało mi na to zmęczenie. Trudno było mi dobierać słowa tak, żeby nie zabrzmieć na egocentryczną. — Chciałam tylko powiedzieć, że jakbym miała jakieś wątpliwosci, to zgłoszę się do ciebie po spotkaniu. Nie chciałabym, żebyś się martwiła, że źle zrozumiem misję ze względów geograficznych, albo coś w ten deseń.

— Och... jasne. Dzięki, że powiedziałaś. To chyba możemy trochę przyspieszyć — zaśmiała się nerwowo, chwilę później poważniejąc. — Wyruszacie równo za tydzień o świcie. Przez lasy będziecie jechać około dwóch dni, nie przewidujemy na tę partię większych postojów oprócz jednego na sen i napojenie chowańców. W centrum lasu mamy miejsce postojowe, z którego zwykle korzystamy. Jeśli nic nie stanie na przeszkodzie, przenocujecie tam raz i z samego rana wznowicie podróż. Ta część, która obejmie wtedy wartę, będzie musiała niestety odespać to w siodle. Kilka dni przed waszym wyjazdem wyślemy kogoś, aby skontrolował, czy w schronie jest wszystko, czego potrzeba. Następnym etapem będą głównie nieużytki, opuszczone miasteczka i mniej lub bardziej zagospodarowana otwarta przestrzeń. W pobliżu znajdują się pomniejsze zamieszkane wioski, ale zadaniem członków Lśniącej Straży będzie poprowadzenie grupy jak najdalej od nich. Chcemy załatwić ten etap sprawnie, szybko i bez zbędnych pytań. Tak, to nie są dobre ani bezpieczne okolice, ale nie da się ich w żaden sposób wyminąć bez nadrabiania drogi. W okolicy siódmego dnia zbliżamy się tym samym do Balenvii, która leży w połowie drogi. Jedyne, co możemy zrobić to nie narażać was jeszcze bardziej niż to konieczne. Każdy z was dostanie shau'kobowa, jedziecie w pojedynkę, ale macie ściśle trzymać się waszych partnerów. Przypominam, że jest was równo osiemdziesięciu, czyli czterdzieści par. Na razie wszystko jasne?

Zgodnie pokiwaliśmy głowami. W mojej głowie zapanował mętlik; słyszałam, że misja ma być długa, ale żeby aż tak? Dwa tygodnie podróży nie były do końca tym, czego oczekiwałam. Głos podświadomości natrętnie wtrącał, że to może być dla mnie trochę za dużo jak na początek i mogę jedynie wadzić innym swoją obecnością. Wcześniej nie mogłam udać się nawet sama na brzeg lasu, a teraz miałam poradzić sobie przez pół miesiąca w trasie? Nie mogłam mieć zbyt wysokiego mniemania o swoich umiejętnościach przetrwania jako osoba niewysportowana i przyzwyczajona do kanapowego trybu życia. Ale czy Miiko posyłałaby mnie na samobójczą wręcz misję, gdyby ta rzeczywiście była dla mnie realnym zagrożeniem? W gruncie rzeczy miałam do niej zaufanie, choć nadal uważałam za niezbyt rozważne rzucanie mnie na tak głęboką wodę.

— W Balenvii czeka was dłuższy postój. Rozbijecie obóz i spędzicie w wiosce noc i cały następny dzień. Tam będą czekali na was strażnicy, którzy zostali wysłani do misji w jaskiniach. Jak większość z was wie, jest to teren podejrzanych zatruć ze względu na rozprzestrzeniający się jad mykonidowy, ale nasi ludzie twierdzą, że sytuacja jest już niemal pod kontrolą. W każdym razie dacie im w spokoju zakończyć swoją robotę na miejscu, a dopiero później pojedziecie w kierunku świątyni razem z nimi. Będzie ich tylko czterech, więc nie powinno to wprowadzać większego zamieszania. Dalszy etap jest znacznie lżejszy i raczej przyjemny. Macie mniejszy dystans do pokonania, ale teren jest pagórkowaty, dlatego wasze shau'kobowy nie będą już tak wydajne, jak wcześniej. Jazda będzie wolniejsza, a przerwy na odpoczynek częstsze. Ociepla się tam też nieco klimat, więc miejcie to na uwadze przy doborze ubrań. Dokładna lista potrzebnych rzeczy optymalna dla każdego znajduje się na waszych ulotkach, więc po prostu dopasujcie ją do swoich potrzeb. No no, moi drodzy, w końcu najlepsze przed wami! Aż sama wam nieco zazdroszczę, tak dawno nie widziałam się z Huang... Nieważne, mniejsza z tym. O, widzę dłoń w górze. O co chodzi?

Padło pytanie, jak wygląda sprawa z zaopatrzeniem się w wodę, prowiant i środki higieny osobistej.

— Racje przyznawane są nie tylko na terenie Kwatery. Oczywiście wszystko, co potrzebne będzie w waszym zasięgu. Jeśli ktoś jednak zamierza wykroczyć poza swój przydział, musi zorganizować się z tym na własną rękę i rozsądnie zagospodarować swój bagaż. Macie wszystko w ulotkach, czemu ich po prostu nie przeczytacie? — zdenerwowała się prowadząca, wymachując w powietrzu wskaźnikiem. — Zabieracie tylko czas... Kero, nie patrz tak na mnie! Przecież mam rację. Na czym my to... Ach. Waszą misją będzie dyrygował pewien strażnik z Cienia, pewnie wielu z was już go dobrze zna. To on wytłumaczy wam główny cel waszej wyprawy, pozwólcie, że ja już się stąd usunę. Ej, wy z prawo, przepuśćcie Scanlona, bo biedak się tam nie przeciśnie! Tu kończy się moja rola, życzę wam serdecznie powodzenia. Przyjdźcie się jeszcze pożegnać przed wyjazdem, bo nie będziemy się przecież widzieć ponad miesiąc.

— Witajcie. — Postawny mężczyzna o opalonej karnacji oraz długich, czarnych jak smoła włosach nie musiał korzystać z podwyższenia, żeby skupić uwagę tłumu. Miał donośny, hipnotyzujący wręcz i przyjemny dla ucha głos. Powłócząc długimi, liliowymi szatami sprężystym krokiem przedzierał się między krzesłami, rozprowadzając po sali mdły zapach kadzidła. Jego sposób poruszania był dość... enigmatyczny. — Jest środek nocy, więc postaram się mówić naprawdę treściwie, mimo moich tendencji do rozgadywania się. Ykhar była na tyle uprzejma, że już mnie wam przedstawiła — błysnął żółtawymi zębami, ukłoniwszy się lekko. Bibliotekarkę wyraźnie speszył jego gest, bo cała pokraśniała, odpowiadając niezgrabnym dygnięciem. — Chciałbym zauważyć, że przewodzę waszą ekipą nie bez powodu. Jestem magiem i jako jedyny stąd mogę realnie pomóc Fenghuangom w wypełnieniu misji. Jednakże na wszystkie objaśnienia przyjdzie pora, nie chciałbym namieszać wam w głowach, tak więc...

— I tak już zacząłeś od dupy strony, pięknisiu — wzdrygnęłam się, słysząc za sobą szept Camerii. Miałam ochotę zachichotać, ale w ostatniej chwili wyłapałam wymierzone centralnie we mnie spojrzenie czarownika. Zreflektowałam się szybko, przybierając kamienny wyraz twarzy i wlepiając wzrok w plecy blondynki siedzącej w następnym rzędzie. Skoncentrowałam się na nowo na przemowie mężczyzny.

— ... kontynuuję wypowiedź mojej przedmówczyni. Kiedy znajdziemy się w świątyni, dostosujemy się do poleceń gospodarzy. Najprawdopodobniej spędzimy tam jeden dzień na przygotowaniach, drugiego natomiast przejdziemy nareszcie do działania. Przyjaciele, pewnie większość z was już to wie, ale poprzednia misja uzupełniająca odbywała się u nas, jeszcze pod nadzorem starego składu Lśniącej Straży. W tym półroczu to Fenghuangi zadeklarowały przeprowadzenie misji rewitalizacyjnej. My, jako wysłannicy Straży, mamy obowiązek nie tylko odebrać swoją część zapasów, ale także pomóc w przeprowadzeniu procedur. Ja ze względu na swoje umiejętności będę pełnić funkcję kapłana otwierającego portal. Waszym zadaniem jest jedynie czujne patrolowanie połączenia z Ziemią, podczas gdy ludzie damy Huang Hua zajmą się zdobywaniem pożywienia. Będziecie zmieniać się na warcie, ponieważ przejście będzie otwarte dokładnie dwadzieścia cztery godziny.

Szepty wypełniły każdy kąt biblioteki. Liczne głowy odwracały się w moją stronę, jakby chcąc wybadać reakcję mnie jako rodowitej Ziemianki. Rozdziawiłam usta w grymasie niedowierzania. A więc miał zostać otwarty portal na Ziemię? Nagle wszystko stało się dla mnie jasne; przecież straż nie wysłała mnie na tę misję przypadkowo. Z premedytacją zostawili mi otwartą furtkę do utęsknionego domu, bo co innego miałoby mieć na celu wysyłanie mnie w taką podróż?. Nie zamierzałam bynajmniej przegapić takiej szansy, nawet gdybym miała ponieść za to najwyższą cenę. Zdążyłam przywyknąć do Eldaryi, ale nadal niczego nie pragnęłam tak bardzo, jak jej rychłego opuszczenia. Ten świat nie był stworzony dla mnie i chyba wszyscy dookoła także zdawali sobie z tego sprawę. Przez szargające mną emocje prawie nie zauważyłabym zaniepokojonej miny Valkyona, który ukradkiem na mnie spoglądał. Obsydianin pokręcił lekko głową z cichym westchnieniem. Nie zrozumiałam, jaki sygnał mógł chcieć mi przekazać, ale i tak nie mogłam powstrzymać uśmieszku, który wpełzł na moje usta.

— Będziemy musieli zachować szczególną ostrożność. Będę musiał użyć naprawdę potężnej, pierwotnej magii. Na Ziemię przejdą jedynie wyznaczeni przedstawiciele Fenghuangów, Nevra, Valkyon oraz następujące dziesięć osób... Tak, jeśli wyczytam wasze imię, proszę o powstanie.

Przez następne pół godziny oprócz wyczytywania składu poszczególnych drużyn, przedstawiono nam również szczegóły powrotu i transportu ukradzionych z mojego świata łupów. Starałam się słuchać uważnie, ale nie mogłam nic poradzić na to, że coraz trudniej było mi się skupić. Perspektywa powrotu na stare śmieci w zawrotnym tempie namieszała mi w głowie i nie dawała dojść do głosu rozsądkowi. Poza tym, jeśli rzeczywiście miałabym wrócić do domu, to ta część misji mnie już nie dotyczyła. W napięciu wyczekiwałam tylko, aż Scanlon wypowie na głos tak oczekiwane przeze mnie słowa, toteż prawie podskoczyłam z radości, kiedy wreszcie pozwoliwszy zebranym na opuszczenie sali, poprosił mnie, Nevrę i Valkyona o rozmowę na osobności. Oprócz naszej drobnej grupy w bibliotece pozostali jeszcze Ykhar i Keroshane.

— Tak więc, Gardienne... Nie pomyślałaś chyba, że zaangażowaliśmy cię w tę misję jedynie jako parę rąk do przewozu pakunków? Rzecz jasna nikt nie pogardzi pomocą z twojej strony, bezsprzecznie będziesz brała czynny udział w akcji. Musisz jednak wiedzieć, że prawdziwy cel twojej podróży jest nieco inny od tego, który przyświeca pozostałym — rozpoczął kapłan ze stoickim spokojem.

— Ja... domyśliłam się. — Odgarnęłam kosmyk włosów za ucho, nieco speszona tym, że mag natarczywie wpatrywał mi się prosto w oczy. Odruchowo wpakowałam dłonie do kieszeni, próbując odzyskać choć trochę swobody.

— To chyba nie do końca to, o czym myślisz. Widziałem twoją reakcję — rzucił szorstko Valkyon, krzyżując ręce na klatce piersiowej. Zasiało to we mnie ziarnko niepewności.

— Skąd wiesz, o czym myślałam? — odparłam zaczepnie, bez większego zastanowienia. Wojownik głośno westchnął, uśmiechając się cierpko.

— Sądzisz, że odstawimy cię do domu, nie mam racji? — Strzał w dziesiątkę. Nie odpowiedziałam, rozumiejąc, że będzie to wystarczająco wymowne. Uderzyła we mnie potężna fala rozczarowania. — Mówiłem. Nie chcę być dosadny, ale wybij to sobie z głowy.

— Ale dlaczego? Wcześniej unikaliście tematu jak ognia, a teraz nagle wprost przyznaliście, że nie tak znowu rzadko organizujecie sobie rozboje na Ziemi. Powiedzcie mi wreszcie prawdę, zamiast czerpać przyjemność z mącenia mi w głowie — zażądałam, mając dość pokrętnych tłumaczeń i niejasności. Chowałam ogromną urazę i miałam do Straży pretensje za zatajanie przede mną tak ważnych i poniekąd osobistych informacji. Nadal nie rozumiałam powodu, dla którego chciano mi uniemożliwić skorzystanie z takiej okazji.

— Wy dwoje, spokojnie. Właściwie to w byłeś dosadny w rzeczy samej, Valkyonie — zauważył Kero, łagodnie kładąc dłoń na moim ramieniu. — Naprawdę mi przykro, ale on ma rację. Gdybyśmy tylko mieli możliwość odesłania cię do domu, pozwolilibyśmy ci tam wrócić znacznie wcześniej.

— Czyli misja rewitalizacyjna jednym wielkim żartem, tak? Odpowiedzcie mi szczerze, mam już po dziurki w nosie tych cholernych bzdur!— Zaskoczony moim podniesionym głosem Kero zabrał dłoń, na co posłałam mu przepraszające spojrzenie.

— Od początku mówiłam, że wysyłanie Gardienne na tę misję to zły pomysł — dodała Ykhar grobowym głosem. Nie umiałam się z nią nie zgodzić, ale wolałam nie wspominać, że to ona sama była pierwszą entuzjastką przedsięwzięcia. — Będzie musiała patrzeć na swój świat, mając go na wyciągnięcie ręki, a jednocześnie nie mogąc przekroczyć magicznej granicy. To brzmi dość okrutnie, nie powinniśmy byli się na to zgadzać.

— Ykhar, wstrzymaj się z oskarżeniami. Nie spotkaliśmy się tu, aby się samobiczować, podjęliście w gronie Lśniącej Straży słuszną i rozważną decyzję. Gardienne, rozumiem, że to nie jest dla ciebie łatwe, ale utrzymaj nerwy na wodzy. Krzyk nie jest rozwiązaniem i nie uzyskasz w ten sposób odpowiedzi. Prawda byłaby dla ciebie dotkliwa i nie możemy ci wszystkiego ujawnić na życzenie, spróbuj zrozumieć nasz punkt widzenia. Kontynuujmy po prostu główny temat, już za dużo czasu straciliśmy — wtrącił się Scanlon, unosząc ręce w uspokajającym geście, sprawiając, że odór kadzidła stawał się teraz wręcz nie do zniesienia. Ani trochę nie zmieniło to mojego nastawienia, a wręcz zadziałało na mnie jak czerwona płachta na byka.

— Co ty w ogóle możesz o tym wiedzieć? — Poczułam, jak po raz kolejny tego dnia w oczach zbierają mi się łzy. Zamrugałam, aby zupełnie się nie rozkleić. Traciłam nad sobą panowanie, pozwalając wściekłości zawładnąć moim ciałem i umysłem. Mój szał podsycało zmęczenie, wynikające z wcześniejszego rozemocjonowania i szaleńczego zachwiania spokoju ducha. — Jakim prawem w ogóle, ty... ty... oceniasz decyzje, które nie dotyczą nawet ciebie? Chcesz oszczędzać swój najcenniejszy czas, kretyńsko zbywając i lekceważąc cudze problemy! — Zrobiłam krok w jego stronę, celując kciukiem w jego tors. W innym przypadku nie posunęłabym się do takiego zmniejszenia dystansu pomiędzy sobą a kimkolwiek obcym. Sytuacja działała jednak na moją korzyść, ponieważ tylko w stanie tak tragicznym jak obecny wyzbywałam się wszelkich zahamowań. Mogłam tego później i żałować, ale pewne rzeczy musiały zostać powiedziane. Może Scanlon nie był winny całej sytuacji, jednak to jego słowa przelały czarę goryczy. Przerażał mnie fakt, że mężczyzna mógł mieć rację; może prawda na temat portali była zbyt okrutna, żebym była w stanie ją ścierpieć? Mimo wszystko czułam, że w głębi serca byłam na nią gotowa i wolałam wiedzieć, jakie naprawdę są moje możliwości.

— Mogłabyś zachowywać się wobec mnie jak dorosły człowiek? Mówię obiektywną prawdę i powinnaś postarać się ją zaakceptować. Sposób działania portali nie jest teraz naszym priorytetem i nie powinniśmy zawracać nim sobie teraz głów. Jesteśmy w trakcie poważnego spotkania, więc musimy uszanować czas innych. Możecie załatwić swoje porachunki kiedy indziej — miły, ciepły ton głosu kontrastował z jadowitymi słowami Scanlona. Po raz kolejny dawałam się sprowokować, jednak nie planowałam pozwolić mu mieć ostatniego słowa.

— Uspokójcie się, proszę! Wszystko wytłumaczymy, kiedy nadejdzie czas, ja... Gardienne, proszę, odejdź od Scana. Takie kłótnie niczego nie rozwiążą, przecież... — Ykhar wyraźnie przerażona załamywała ręce, jednak zupełnie ją zignorowałam.

— Ale to mój priorytet — powiedziałam ciszej i znacznie spokojniej niż wcześniej. Mimo stresu, wściekłości i trzęsących dłoni panowałam nad głosem, próbując sprawić wrażenie pewniejszej siebie. — Nie jesteś nawet w Lśniącej, nie ty decydujesz o podejmowanych tematach. O wielki przywódco, to, że podlegam ci na misji nie oznacza, że będę tylko pustym, bezemocjonalnym i podporządkowanym pionkiem. Ja... — załamał mi się głos. Bezwiednie zaczęłam krzyczeć. — Mam prawo być w tym momencie w!#$^&*#$% i po prostu n-nie zamierzam...

— Gardienne, tego już wystarczy. — Poczułam nagłe szarpnięcie do tyłu. Valkyon złapał mnie za koszulę i stanowczym ruchem odciągnął od maga, który podczas całego mojego wywodu zachowywał kamienną twarz. Obsydianin zrobił to w samą porę, ponieważ sekundy dzieliły mnie od zdzielenia rosłego mężczyzny w twarz. — Jesteś zmęczona, nie dokończymy rozmów w takiej atmosferze. Wyglądasz naprawdę marnie... Idź położyć się spać, wrócimy do tematu jutro — sposób, w jaki to powiedział nie był tak ostry, jak mogłabym się tego spodziewać. Mimo, że to mi zwrócił uwagę, przede wszystkim nie wyglądał na zadowolonego ze słów Scanlona. Tak jak wcześniej nie cierpiałam Valkyona, tak w tym momencie wydał mi się całkowicie znośny.

— Tak chyba będzie najlepiej — dodał cicho Nevra, który od początku był dosyć markotny. — Skończmy tę farsę i dajmy sobie choć chwilę odpocząć. Spotkajmy się w tym samym gronie jutro koło południa. Według grafików wszyscy powinni być o tej porze dyspozycyjni.

Nie uważałam, żebym była jutro w lepszym stanie po zaledwie kilkugodzinnej drzemce, jednak uznałam pomysł szefa Obsydianu za w miarę rozsądny.

— Fascynująca sprawa, gdyż pomyślałem dokładnie to samo, drogi Valkyonie. Wszyscy powinniśmy ochłonąć i na świeżo spojrzeć na sytuację. Uprzątnę salę sam, myślę, że możecie iść. Życzę wam wszystkim dobrej nocy — uśmiechnął się delikatnie Scanlon, po raz kolejny pokazując swoje uzębienie.

Valkyon i Nevra popatrzyli na siebie porozumiewawczo, a ja zacisnęłam usta w wąską linię. Mogłabym się założyć, że pomyśleli o tym samym, co ja. Kto tutaj był zarządca całej straży, a kto zwykłym liderem pojedynczej misji? Odniosłam wrażenie, że duma z jego unikalnych, czarnoksięskich umiejętności doszczętnie zawróciła mu w głowie. Jakim cudem jednak nikt oprócz mnie na to głośno nie reagował?

Do bólu kojarzyło mi się to z przypadkiem Gregora, jednak tym razem było to znacznie bardziej szkodliwe. Dzieciaka łatwo było postawić do pionu, czego nie można było powiedzieć o mężczyźnie w wieku na oko czterdziestu ludzkich lat. Obawiałam się, że jego wrodzone zdolności były zbyt niespotykane i cenne dla Straży, żeby ta mogła go adekwatniej potraktować. Tym bardziej nie żałowałam swoich wcześniejszych popisów, stając się z nich raczej zadowolona. Ze względu na swoją dość niską pozycję w Kwaterze jako jedna z niewielu mogłam pozwolić sobie na podobną bezczelność bez obarczania innych jej konsekwencjami. Miałam nadzieję, że udało mi się chociaż trochę boleśnie nadepnąć mężczyźnie na odcisk.

Mimo wszystko byłam raczej wdzięczna Valkyonowi, że powstrzymał mnie od pójścia o krok za daleko. Nie popierałam rozwiązań opierających się na przemocy w jakiejkolwiek postaci i prędzej czy później bym tego żałowała. Zdecydowanie dowiedziałaby się o tym Miiko, więc zarówno z remontu pokoju jak i mojej pierwszej misji byłyby nici. Nie chciałam nawet myśleć o tym, co by się stało, gdyby mag postanowił mi oddać. Był zdecydowanie silniejszy ode mnie

Odzyskując rezon, pożegnałam się krótkim „Dobranoc, do zobaczenia!' i jako pierwsza opuściłam salę, wysoko unosząc głowę. Nie oddaliłam się jednak wystarczająco szybko, aby nie usłyszeć z głębi pomieszczenia przejętego głosu Ykhar.

— Scanlonie, jak ja cię przepraszam! Nie sądziłam, że taka scena będzie miała miejsce, mogłam dokończyć spotkanie sama, wiesz... Nie chciałam postawić cię w niezręcznej sytua...

Na szczęście nie dowiedziałam się już, jaka była dalsza część wypowiedzi brownie ani z jaką reakcją się ona spotkała. Drzwi za mną zamknęły się z cichym skrzypieniem, a ja odetchnęłam z nieskrywaną ulgą. Teraz pozostało jedynie udać się do Kryształowej Sali i usłyszeć werdykt Miiko na temat mojego zakwaterowania. Miałam serdecznie dosyć tego dnia i żywiłam szczerą nadzieję, że uda mi się to szybko załatwić. Nie łudziłam się jednak, że cokolwiek może jeszcze dzisiaj pójść po mojej myśli. Postanowiłam pójść naokoło, domyślając się, że za chwilę pozostali opuszczą bibliotekę. Podejrzane byłoby, gdybym nie udała się w stronę swoich „apartamentów". Nie miałam ochoty rozmawiać z nimi o powodach wizyty u kitsune o tak późnej, a raczej może już wczesnej porze. Była blisko czwarta nad ranem, choć słońce nie pojawiało się jeszcze na horyzoncie.

Chociaż zmęczenie wygrało walkę z moją wrodzoną ciekawością, nie mogłam przestać dociekać, jaką wiadomość chciano mi przekazać. Byłam trochę zła na siebie, że nie wstrzymałam się ze zrobieniem afery do czasu, kiedy wszystko byłoby jasne. Co, czego Lśniąca Straż mogła ode mnie chcieć było na tyle ważne, że podjęli decyzję wysłania mnie w świat bez żadnego przygotowania?

Przechodząc koło korytarza prowadzącego do mojego dawnego pokoju mimowolnie zerknęłam na przewieszoną przez swoje ramię torbę. Zmieszczenie w niej ocalonych po włamaniu rzeczy nie było trudnym zadaniem, bo oprócz zielnika, zwiniętego w kulkę kompletu bielizny, skarpetek nie do pary i jednej cienkiej piżamy z kilkoma wypalonymi dziurami nie udało mi się niczego odratować. Większość ubrań z mojej szafy była albo poszatkowana na drobniutkie kawałeczki, albo rozcięta na pół. Zastanawiałam się, jak miałam spakować się na naprawdę długą misję z tak ubogim wyposażeniem. Już przed totalną destrukcją moich rzeczy prywatnych miałabym naprawdę duży problem z przygotowaniem się na ponad miesięczny pobyt w terenie. Nie wyobrażałam sobie na przykład spędzenia ponad tygodnia podróży w jednej koszuli, szczególnie mając na uwadze dość ciepły klimat panujący na terenach Osady Eel i jej okolicach. Na co dzień nie stanowiło to dla mnie problemu; na wieczór korzystałam z pralni, aby nad ranem w zarzuconym na piżamę szlafroku odebrać zestaw pachnących ubrań z suszarni. Jedynymi zapasowymi ciuchami, jakie wcześniej posiadałam był komplet od Miiko, w którym czułam się bardziej niż niekomfortowo. Szorty były zdecydowanie za krótkie, a koszulka odkrywała ramiona. Nie miałabym problemu z odsłanianiem swojego ciała, gdyby nie jego mankament w postaci tatuaży. Zawsze starałam się je jak najbardziej ukrywać, co nie było zbyt łatwe ze względu na ich wielkość — obejmowały niemal całe moje ciało z wyjątkiem twarzy, nadgarstków i dłoni. Nie traktowałam ich jako swojego kompleksu, ale jednak wolałam po prostu nie musieć ich oglądać przy każdej możliwej okazji. Przypominały mi jedynie, że Eldarya bezpowrotnie odcisnęła na mnie swoje piętno, umieszczając w moich żyłach pierwiastek magii wraz z otwarciem jednokierunkowego portalu. W każdym razie i tak nie mogłabym zabrać tegoż stroju na misję, nawet gdyby nie został zupełnie podarty przez włamywacza. Potrzebowałam ubrań, które były dość lekkie, ale zakrywające przed słońcem oraz owadami.

Skręciłam w prawo, wychodząc na centralną część budynku, znaną jako Sala Drzwi. Składała się ona z ronda, na środku którego umieszczono olbrzymi posąg z perłowej masy. Przedstawiał nagą, postawną kobietę, uwiecznioną w dynamicznej pozie; wyglądała, jakby szykowała się do biegu. Jej włosy, w całości wyrzeźbione na wzór drobniutkich piórek zlewały się z ogromnymi, również opierzonymi skrzydłami. Na ozdobnej tabliczce zamieszczonej na postumencie można było wyczytać słowa „Ku czci Wyroczni". O postaci Wyroczni za dużo jednak nie udało mi się dowiedzieć — Ykhar nie była skora mi pożyczyć grubych tomiszczy na temat historii Eldaryi, tłumacząc, że nadmiar zawartej tam wiedzy byłby dla mnie za dużym szokiem. Obiecała zapisać mnie na lżejszy kurs, jednak skończyło się tylko na pustym postanowieniu. Z kolei zapytany niegdyś Kero odpowiedział mi jedynie, że to uśpiona dusza Wielkiego Kryształu. Podobno ostatnio widziana była przed jego rozbiciem, a od czasu jej zniknięcia świat Eldaryi stał się jeszcze mniej stabilny. Jeśli wysnułam odpowiednie wnioski, to była czymś w rodzaju tutejszego bożka. Miliardy raz słyszałam jej imię w kontekście przekleństwa, toteż sama wkrótce przejęłam brzydki zwyczaj jego używania.

Lubiłam patrzeć na nieskazitelną, kamienną twarz Wyroczni. Przepiękna, perłowa bohaterka powodowała we mnie przedziwne emocje, gdyż czułam się z nią w jakiś sposób powiązana. W pomniku było coś szczególnego, co nie pozwalało oderwać od niego wzroku. Niejednokrotnie przechodząc przez pasaż, miałam wrażenie, że i puste oczy Wyroczni bezpardonowo się we mnie wgapiają i przewiercają moją duszę na wylot. Podchodząc bliżej przekonywałam się jednak, że rzeźba jest tak samo martwa, jak zawsze była i być powinna.

Pod zamkniętymi drzwiami Sali Kryształu przebijała się smuga intensywnego, błękitnego światła. W nocnych godzinach energia emitowana przez najcenniejszy eldaryjski artefakt była możliwa do dostrzeżenia gołym okiem. Niebieska poświata mieniła się w księżycowym świetle, tworząc wspaniałe spektakle.

Skorzystałam z przytwierdzonej do sklejkowej płyty kołatki, jednak nie uzyskałam ani pozwolenia na wejście, ani słów sprzeciwu. Postanowiłam nie przejmować się szczególnie takimi drobnostkami jak nadmierna kultura, nawet kosztem utraty wizerunku. Spontanicznie pociągnęłam za klamkę, pewnie wchodząc do Sali. Zastałam tam rzecz jasna kitsune, która występowała w dość osobliwym przebraniu. Miała na sobie coś w rodzaju długiej do kostek, dziwnie rozszerzanej na wysokości kolan bordowej halki. Lekko skinęłam głową na przywitanie. Usłyszawszy za sobą dobrze znany głos, zorientowałam się, że nie byłyśmy same.

— ... tak, mówię ci przecież. Część rzeczy wyglądała na podpaloną, ale większość była po prostu zupełnie rozczłonowana — oznajmił Ezarel, bawiąc się końcem swojego końskiego ogona. Odwrócił się w moją stronę, przybierając poirytowany wyraz twarzy. — Och, znowu ty. Jaką katastrofę wywołałaś tym razem?

Spojrzałam na niego spod oka. Miiko przewróciła jedynie podkrążonymi z niewyspania oczami, kwaśno się uśmiechając. Dała mi ruchem dłoni znak, abym zaczęła mówić. Nie potrzebowałam więcej zachęt, toteż pospieszyłam z wyjaśnieniem, co mnie do niej sprowadzało.

— Nie mam gdzie spać. Właściwie to nie mam też w czym spać, nie mogę skorzystać z łazienki bez ręczników i nie zostało mi nic, co mogłabym na siebie założyć jutro nad ranem. Pralnia jest już zamknięta, a moje ubrania i bielizna na zmianę zostały rozszarpane na przynajmniej kilka części. Do tego dochodzi sprawa misji, na którą tym bardziej nie dam rady się spakować z obecnym inwentarzem — zaczęłam wyliczać z przejęciem.

— Ach, to. Ez mi coś wspominał, ale nie sądziłam, że wrócisz tak wcześnie ze spotkania. Ykhar się streściła, nie ma co... — Szefowa Lśniącej Straży nie wyglądała na zadowoloną z tego powodu. — Na szczęście już rzuciłam okiem na indeksy. Jest tylko jeden pokój, w którym na razie nikogo nie mamy, ale okoliczności nie pozwalają jeszcze na oddanie go do użytku. Ktoś z rodziny miał zabrać rzeczy po poprzednim właścicielu, ale teraz został wysłany na misję i nie wróci zbyt prędko. Trzeba to uszanować i mimo wszystko poczekać.

— Masz na myśli ten pokój? Pokój Katii? — upewnił się elf. Miiko kiwnęła głową. Chyba chciała coś jeszcze dodać, lecz nim zdążyła choćby otworzyć usta, jej rozmówca zaczął mówić dalej. — Faktycznie, Rafael jest u kapp. Nie wróci szybciej niż na tydzień przed końcem rewitalizacyjnej, więc rozważanie tego pomysłu trochę mija się z celem. Nie zapominaj też, że nie możemy być pewni, czy w ogóle pozwoli na przekazanie pokoju komuś innemu.

— Tak jakby miał jakiś wybór — prychnęła kitsune, rozpalając na swojej dłoni tysiące błękitnych iskierek. — Jeśli chcemy ten pokój, to wyciągniemy go od niego nawet i zaraz, jeśli wyślemy mu chowańca z odpowiednim papierkiem. Inna sprawa, że w ogóle nas to nie urządza, bo list i tak nie przyjdzie na czas. Jak dostaniemy odpowiedź, to Gardienne będzie już dawno za Balenvią.

— To ona się gdzieś wybiera? — zadał pytanie Ezarel. Wyglądał na realnie zaskoczonego. Czyżby miał dowiedzieć się o wszystkim ostatni? Byłoby to dość dziwne, jako że był szefem straży i członkiem najwyższego zarządu. Najpewniej jego przełożona po prostu chciała mu utrzeć nosa i udowodnić, że jest w stanie wiele przed nim zataić.

— Wybiera się na misję rewitalizacyjną do Fenghuangów, powinieneś to już wiedzieć — Miiko uzupełniła jego wiedzę z nieskrywaną satysfakcją. — Nie wydaje mi się w każdym razie, żeby to był główny temat naszej rozmowy. Jakieś pomysły, Ezarelu?

— Ty tu jesteś od zarządzania, czyż nie? — przesłodzony głos u Ezarela nigdy nie wróżył niczego dobrego. Na pewno nie brzmiał tak, jakby jego właściciel zamierzał choćby kiwnąć palcem przy rozwiązaniu mojego problemu. — Nie będę wtrącał się w cudze sprawy.

— Mówisz zupełnie tak, jakbyś wcześniej się tym przejmował. — Kitsune machnęła jednym ze swoich ogonów tuż przed twarzą elfa, wyrażając swoje niezadowolenie z jego odpowiedzi. Chwilę później się rozpromieniła, a ja już wiedziałam, że w jej głowie narodził się iście szatański plan. Ezarel też to zauważył; zmrużył oczy, rzucając Miiko nieme wyzwanie. Zaledwie chwilę później miał tego gorzko pożałować. — Najdroższy Ezarelu, pamiętam, że swojego czasu szalenie przepracowywałeś się w laboratorium, nie mam racji? — zapytała retorycznie z taką samą manierą, jaką zaprezentował jej Ezarel w swojej ostatniej wypowiedzi. Przygryzłam wargę. Chyba wiedziałam już, do czego zmierza ta rozmowa. — Kojarzę również, że postanowiłeś wydzielić sobie przy swojej pracowni pokój, w razie, gdybyś zasiedział się w robocie.

— Nie chcesz chyba... — Ezarel wytrzeszczył oczy. — To bardziej składzik niż pokój. Nie mam zapasowej pościeli, nie zamierzam pozwalać jej spać w moim prywatnym...

— Ale ja jej na to pozwalam. Nie korzystałeś z tej dziupli od tygodni, nie próbuj mnie okłamywać. Poza tym tam jest jedynie materac, lustro i łazienka za ścianą — przerwała, kiedy zdała sobie sprawę, jak mogło to zabrzmieć. — Nie patrz tak na mnie, mam lepsze rzeczy do roboty niż włamywanie się do twojej jaskini. Po prostu Karenn zakradała się tam miliony razy, wiem to od Nevry. Świeżą pościel mogę wziąć ze swoich pawlaczy, ja już wszystkim się zajmę. Zakwaterujemy tam Gardienne do czasu wyjazdu, a kiedy tylko lokum po Katii opustoszeje, odzyskasz swój cenny składzik na miotły. — Wyglądało na to, że Miiko niekoniecznie chciała mi pomóc za wszelką cenę, a po prostu nie mogła przepuścić okazji dopieczenia Ezarelowi. — Zaraz wracam. Pożyczę ci jakieś swoje ubrania — zwróciła się do mnie, znikając za drzwiami do swojego pokoju.

Spojrzałam skonfundowana na niebieskowłosego, zastanawiając się, co on o tym wszystkim sądził. Na pewno nie mógł być zadowolony, toteż nie byłam specjalnie zaskoczona, kiedy wykrzywił twarz w sfrustrowanym grymasie.

— Jeśli chcesz żyć, to lepiej po prostu nic. Na wyrocznię. Teraz. Nie. Mów — warknął, na co wzruszyłam jedynie ramionami z cichym „W porządku". Byłam już nauczona, że większości jego słów nie należało brać na poważnie, jednak wolałam nie zachodzić mu za skórę bez większej konieczności. Przynajmniej na razie.

* * *

Ostatnio zmieniony przez brushmysmile (01-07-2020 o 17h27)


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#28 20-05-2020 o 21h07

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 703

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Jak dobrze, że przyszłaś tu z odcinkiem akurat dzisiaj! Niech to będzie plaster na me rany po tym cholernym odcinku.
Jak nie chcesz się zdenerwować, to go nie przechodź.

Groźna Ykhar to coś, czego wszyscy potrzebujemy /static/img/forum/smilies/big_smile.png

W ogóle taka podpowiedź/prośba, bo nie wiem, czy poprzednio nie zwracałam na to uwagi, czy dopiero teraz po prostu to zastosowałaś: nie stosuj centera, bo to mocno zwęża interlinię. A taka wąska interlinia bardzo męczy przy czytaniu.

„— Młoda, daj spokój. To Nev powinien był spojrzeć do siebie... — urwała, karcąco wgapiając się w wampira. Ja za to nie mogłam oderwać wzroku od krzywo zapisanego na tym razem już mojej karcie zgłoszeniowej imienia szefa Obsydianu. — Słuchajże mnie chociaż, szefie od siedmiu boleści. Tego tu jeszcze nie było, żeby jakaś gówniarska rusałka musiała pouczać swojego pracodawcę, hem? No, to właśnie historia dzieje się na naszych oczach; jesteś nieodpowiedzialny jak cholera, mój drogi. Dobrze, że ja za ciebie nadrabiam, bo inaczej nie wróżyłabym naszej misji najlepiej.” — boze, ta kobieta wygrywa cały odcinek, kocham ją XDDDD

Ogólnie to rozumiem Gardzię i jej ból i oburzenie na myśl, że mogłaby wrócić na Ziemię, a oni jej mówią że nie, bo w sumie nie i koniec. Chamstwo, no i kompletny brak wyczucia czy jakiejkolwiek delikatności. Okropnie ją tam potraktowali, nawet Ykhar.

O matko, Gardzia w pokoju Eza? Cudowne XDDD Nie mogę się doczekać, co się tam odwali, więc czekam na resztę i pozdrawiam ^ ^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#29 01-07-2020 o 17h26

Straż Absyntu
brushmysmile
Młody rekrut
brushmysmile
...
Wiadomości: 18

@Methrylis, dziękuję, że zwróciłaś uwagę na interlinię! Zauważyłam, że coś z tym u mnie było zwykle inaczej, ale nie łączyłam  tego z użyciem centera. Zrzuciłam winę raczej na swoje ustawienia worda, z którego zawsze przerzucam tekst. W każdym razie dobrze, że mi o tym powiedziałaś, bo tak to dalej bym z tej opcji korzystała. Pięknie dziękuję za komentarz i ciepło pozdrawiam!

Ogólnie jestem trochę po czasie, ale kilka spraw się ze sobą pokryło i nie miałam czasu, okazji ani nastroju na regularne pisanie. Tekst wyszedł mi trochę dłuższy, niż zamierzałam, co naprawdę wydłużyło mi czas betowania. Zabierałam się za to kilka razy, także mam nadzieje, że po drodze nie umknęły mi jakieś większe buble:>
Zapraszam do czytania!

13. Narcyz, cz. 1
— Teren chyba bezpieczny. Chodź, nie traćmy więcej czasu — syknęłam, rozgarniając ograniczające widoczność gałęzie. . Przed nami otwierał się widok na niezbyt okazałą leśną polanę, co było całkiem przyjemną odmianą po godzinach tułaczki pomiędzy gęstymi krzakami. Cały teren był obrzydliwie wręcz podmokły, co niekoniecznie sprzyjało naszej wędrówce. Po drodze wsadziłam stopę w sam środek kałuży z błotem, przez co mój sznurowany sandał nie wyglądał już tak atrakcyjnie, jak wcześniej. Cała noga aż do łydki była oblepiona zaschniętą, cuchnącą mazią, do której namiętnie lepiły się meszki i komary. Moja skóra prędko pokryła się więc swędząco-piekącymi bąblami, które non-stop pocierałam i wreszcie rozdrapałam do krwi. Mój towarzysz proponował, abym owinęła dokuczliwe miejsce bandażem, ale wolałam zachować gazę na czarną godzinę i teraz ponosiłam konsekwencje swojej stanowczej odmowy.

— Puść mnie przodem, sam to sprawdzę. — Złapał za moje ramiona, przysuwając się zdecydowanie za blisko. Zamarłam, sparaliżowana tym nagłym kontaktem. Nie zdążyłam odpowiednio zareagować, ponieważ chłopak najzwyczajniej w świecie przestawił mnie do tyłu niczym przedmiot. Prychnęłam, obserwując, jak mój przyjaciel skrada się zwinnie wzdłuż linii drzew. Jego szare skrzydła zabawnie podskakiwały przy każdym, wyważonym ruchu. Nie mogłam powstrzymać cichego chichotu na dość absurdalną myśl, że wygląda jak wielki, szykujący się do odlotu gołąb. Nie odważyłabym się powiedzieć tego głośno ze względu na drażliwość mojego kompana. Jeszcze tego brakowała, żebym wyprowadziła go z równowagi i została sama w tej zapchlonej dziurze.

Otrzymałam znak, że jest czysto. Ruszyłam przed siebie, dołączając do półdaemona. Rzuciłam swój tobołek w okolicy gęstego, pachnącego krzaku jałowca. Ziemia wydawała się tam na tyle sucha, że rozłożenie obozu nie powinno być ryzykowne. Miejsce sprawiało wrażenie całkiem przyjaznego. Uporaliśmy się z przygotowaniami w niecałą godzinę. Byłam przeszczęśliwa, kiedy wreszcie usiadłszy na swoim śpiworze, mogłam osłonić pogryzione ciało podróżnym kocem. Jedyny oszczędzony przez insekty fragment skóry znajdował się na plecach; szczelnie zakrywałam je potężną płachtą swoich własnych skrzydeł.

Skuliłam się, obserwując, jak mój wspólnik sprawnym ruchem rozpala ogień na przygotowanym palenisku. Zmarszczyłam zdegustowana brwi, przyglądając się niewielkiemu, wesoło żarzącemu się płomykowi. Męczył mnie koczowniczy, prymitywny tryb życia. Nie mieliśmy praktykować go długo; planowaliśmy wrócić do domu, kiedy tylko przestano by nas szukać. Cholerne aengele nie zamierzały jednak dać zbyt szybko za wygraną i uparcie przeszukiwały całe wioski faery, nie chcąc słyszeć o zmianie planów.

Według tego, co powtórzyła mi Tia podczas naszego ostatniego spotkania, powoli zaczynano tracić nadzieję na znalezienie nas. Mimo to nie rezygnowano z planów utworzenia nowego świata, a postanowiono jedynie zacząć szukać innego rozwiązania. Potencjalna druga opcja była jednak wystarczająco niewygodna, żeby jak najbardziej odkładano w czasie jej realizację. Chyba tylko moja przyjaciółka wydawała się na tyle zdeterminowana, by wcielić ten ich ryzykowny i niekompletny jeszcze pomysł w życie.

Półaengel usiadł koło mnie, podając mi patyk z upieczonymi świerszczami i przypalonym, czerstwym chlebem. Miałam ochotę zwymiotować, a podziękowałam tylko skinieniem głowy i odebrałam swoją porcję. Zmusiłam się do wzięcia kęsa, ledwo powstrzymując się przed jego natychmiastowym wypluciem. Doceniałam starania kucharza, dlatego nie wzgardzałam przygotowywanymi przez niego posiłkami, choć gdyby ode mnie to zależało, już od dawna nie jadłabym niczego. I tak przez dręczący mnie niepokój nie odczuwałam praktycznie głodu.

— Chodź tutaj. — Chłopak najwyraźniej musiał wyczuć moje zafrasowanie, ponieważ rozsunął ręce, zachęcając, abym się w niego wtuliła. Skorzystałam z propozycji, przylegając ściśle do jego ciała. Paradoksalnie, otoczona tymi ciepłymi ramionami czułam się jeszcze bardziej zagubiona. Zupełnie, jakbym znajdowała się w niewłaściwym miejscu. Od wielu dni dręczył mnie niepokój, który bezlitośnie ściskał mój żołądek, nie pozwalając mi nic przełknąć. Bałam się potwornie, choć nie umiałam racjonalnie wskazać, co dokładnie powodowało takie odczucia. Troska o Tię, mojego towarzysza, czy może zmrożenie własnymi myślami, których nurt przybierał zupełnie odwrotny kierunek, niż bym sobie tego życzyła?

A przecież nie było to nic nowego. Odkąd usłyszałam o tym, co planują najwyższe rasy, nie tak znowuż epizodycznie nękały mnie wyrzuty sumienia. Czasami nachodziły mnie refleksje, że marnuję się potwornie u boku półaengela i nieświadomie daję mu sobą manipulować. Zazwyczaj, ilekroć nawiedzały mnie podobne myśli, natychmiast je odrzucałam. Odnosiłam wrażenie, jakbym przyłapywała się na czymś potwornie niewłaściwym. W końcu nie mogłabym zdradzić najdroższej mi osoby... prawda? Czułabym się z tym naprawdę potwornie. Poza tym to rodzice kazali mi uciekać. Wypełniałam ich prośbę; ostatnią, jaką usłyszałam z ich ust przed naszym rozstaniem.

Stresowałam się też tym, co miałam mojemu przyjacielowi do przekazania. Prawda ciążyła mi niemiłosiernie, a ja nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Tak bardzo nie chciałam zepsuć magicznej, wręcz bajkowej atmosfery, która niespodziewanie dla mnie zapanowała w środku tych obrzydliwych, podgniłych moczarów.

Ktoś postanowił wykorzystać sytuację mojego zamyślenia, wpychając mi do ust kawałek przypalonego owada. Spojrzałam na zatroskanego chłopaka z oburzeniem, po czym bez zbędnego protestu zaczęłam przeżuwać paskudne mięso. Nie mogłam nie doceniać takich opiekuńczych gestów, a tym bardziej ulegać swoim dziecinnym kaprysom. Musiałam być silna, przede wszystkim ze względu na niego.

— Jesteś jakaś spięta. — Cholera, zauważył. — No już, mów, co się stało. Ktoś ci coś zrobił wczoraj, na zwiadach?

— Mi nic nie jest, ja... Nie spodoba ci się to — ostrzegłam, odsuwając się lekko. Spojrzałam prosto w jego lśniące, egzotyczne oczy. Wpatrywał się we mnie bez cienia uśmiechu, zapewne wiedząc już, jaki kierunek mogła przybrać rozmowa. Poczułam się źle. Oczyma wyobraźni widziałam, jak jego twarz nabiera purpurowej barwy z wściekłości. — Spotkałam się z Tią.

— Zataiłaś to przede mną — stwierdził cicho. Blask w jego spojrzeniu przygasł. — Nieważne. Czemu mi to w ogóle mówisz? Wiesz, że nie chcę o tym słyszeć. Gdy pomyślę, że coś mogło ci się stać... — jego głos się załamał.

— Kiedy ty wreszcie mi zaufasz? Tia jest naszą sojuszniczką i tak się składa, że zdobyła ciekawe informacje. Nie szłabym do niej, gdybym nie była z nią bezpieczna — szepnęłam z wyrzutem.

— To nie Tia jest zagrożeniem, chociaż do tego też mam pewne wątpliwości. — Był uparty jak cholerny osioł. Nigdy nie podzielał mojej fascynacji niezwykłym temperamentem smoczycy. — Powiedz mi, najdroższa, co by się stało, gdyby ktoś was zauważył? Jej obecny stan raczej nie pozwoliłby jej cię osłonić. Zostawiłabyś mnie samego, cholera...

— Ciąża to nie choroba — odparowałam walecznie, ignorując jego zbyt intymny zwrot w kierunku mojej osoby. — To doskonała wojowniczka i nawet nie próbuj temu zaprzeczać. Świetnie dałybyśmy sobie radę.

— Oczywiście. Pomyśl jednak, co by było, gdyby w twojej obronie musiała zaryzykować życie swojego „na pewno syna". Jest szlachetna, ale nikt nie jest aż tak... bezinteresowny. Uciekłaby, a ty zostałabyś sama. Nie wolno ci się spotykać z nią ani kimkolwiek innym bez konkretnego powodu, dobrze? To zbyt ryzykowne dla nas obojga. — Nie chciałam tego przyznać, ale najpewniej miał rację. Pokiwałam lekko głową ze spuszczonym wzrokiem. — Hej, spójrz na mnie. Ten jeden raz... powiedz, czego się dowiedziałaś. Ale wiedz, że to wszystko nadal mi się nie podoba.

— Zaczynają szukać innej opcji. Chcą poświęcić najsilniejszych przedstawicieli każdej z Wielkich Ras. Ściślej mówiąc, wszystkich, których dorwą i uda im się do tego nakłonić — rzuciłam, nie kryjąc goryczy w swoim głosie. Mój rozmówca uniósł głowę z zainteresowaniem, zgodnie z moimi przewidywaniami. — Boją się jedynie, jakie to może nieść konsekwencje.

— Jakoś nie byli szczególnie przejęci, kiedy chcieli złożyć nas w ofierze — burknął pogardliwie. Jego nienawiść do naszych pobratymców była niezmierzona, a moja nie mogła się z nią równać. Moje wyrzuty były ogromne, ale nie miałam siły ich już przywoływać. Niczego by to nie zmieniło; mało tego, zaczynałam się wahać, czy na miejscu Wielkich Ras nie postąpiłabym podobnie. Niczym było poświęcenie dwóch osób w porównaniu do luksusu życia, jaki umożliwiłoby magicznej społeczności stworzenie Eldaryi.

To chłopak był tym rozważniejszym w naszym duecie i zawsze pokładałam swoje zaufanie w jego decyzjach, ale tym razem nienawiść przysłoniła mu trzeźwe spojrzenie na sprawę.

— Nie chodzi tylko o nich — sprostowałam smętnie, powoli kręcąc głową. Nie zrozumiał. — Mowa była o nas, to zawsze mieliśmy być my. Zastępcze poświęcenie może pójść na marne. Świat, który stworzą, nie może być w pełni stabilny. Nie jest powiedziane, że w ogóle cokolwiek się uda. Nie zdziwiłabym się, gdyby udało im się sklecić co najwyżej półwymiar, w pełni zależny od Ziemi i niezabezpieczony przed ludźmi. Poza tym, u nas... Chcieli poświęcić tylko nasze moce. Uważano, że odrodzimy się jako wolni od naszej przeszłości ludzie. Oni jako przedstawiciele tylko jednej, pełnej rasy mogą nie mieć tyle szczęścia, aby powrócić do jakiegokolwiek życia.

— Moja słodka — zaczął, ujmując moją twarz w swoje chłodne, poranione dłonie. — Stanowczo za bardzo się tym przejmujesz. My zostaniemy tutaj, cokolwiek by się nie stało. To ich świat, nie nasz. — Złożył pocałunek na moim czole. Chciałabym mu uwierzyć, że wszystko skończy się dla nas dobrze.

— Ale Tia... — chciałam zaprotestować, przybierając niemal wojowniczą postawę.

— Żadna Tia — przerwał mi stanowczo. — To twoja przyjaciółka, ale nie możesz ślepo za nią podążać. Ona nie zrobiłaby tego dla ciebie.

— Ty zrobiłbyś. Też jesteś moim przyjacielem... tak samo, jak ona — rzuciłam, zanim zdążyłam się zastanowić. Chwilę później pożałowałam swoich słów, dostrzegając ich błędność. To nie smoczyca była moją towarzyszką przez cały ten czas; to nie ona codziennie ryzykowała własnym życiem, żeby ukryć mnie razem ze sobą. Nasza relacja nie mogła równać się z tą, która łączyła mnie z półaengelem.

Nie odpowiedział. Utkwił wzrok w pochmurnym, popołudniowym niebie. Zacisnęłam usta w wąską linię, myśląc już nad przeprosinami. Zamiast nich, jakby wbrew sobie, wypowiedziałam coś zupełnie innego.

— Ona chce dołączyć do Poświęcenia. Prosi też, żebyśmy bezpiecznie dostarczyli jej dziecko na świat, za który odda życie — postawiłam karty na stół. Obserwowałam w ciszy jego zszokowaną minę. Nie spodziewał się tego.

— Ja... zaskoczyłaś mnie, przyznaję. Tak czy siak, nie możemy przez to zmienić planów. To byłoby równoznaczne z samobójstwem. Lud będzie żądny krwi, jeśli dowie się, że to my odmówiliśmy ofiary — pouczył mnie spokojnie. Jego ciało nie drżało z gniewu, jak się tego obawiałam. — Musimy zostać, to jedyna opcja. Najwyżej podrzucimy komuś tego całego Lance'a z odpowiednią adnotacją.

— Valkyona. Dostarczymy Valkyona, nie Lance'a — uzupełniłam jego wiedzę z rozbawieniem. Kamień spadł mi z serca, kiedy wreszcie obnażyłam się z obciążającej prawdy, ale pomimo wyznania... nadal czułam się zupełnie nie na miejscu. — Ewentualnie Cleo, ale Tia upiera się, że to na pewno będzie syn. W każdym razie ostatecznie zmieniła zdanie. To chyba już oficjalne, bo wydawała się naprawdę pewna swego. Iginmund podobno nie był zachwycony, ale nawet jemu nie udało się przekonać tej dziewczyny do zmiany zdania. Będzie musiał się pogodzić, że jego pierworodny splami się niesmoczym imieniem.

Uśmiechnął się tylko, biorąc w dłoń kosmyk moich włosów. Drugą ręką gładził mnie po policzku, ale... coś w tym było nie tak. Przyjemny dotyk z każdą kolejną sekundą stawał się coraz bardziej uciążliwy; po chwili miałam wręcz wrażenie, że zadawał mi palący ból. Próbowałam się wyrwać, jednak moje starania nie przyniosły żadnego rezultatu. Skrzydła mojego oprawcy w mgnieniu oka stały się czarne jak smoła, a połamane paznokcie wydłużyły się na kształt diabelskich pazurów. Powoli wydrapywały dziury w mojej skórze, jednocześnie mocno przytrzymując mnie w szczelnym ucisku. Krzyknęłam głośno, kiedy wokół mnie wszystko zawirowało. Udało mi się uwolnić. Przekoziołkowałam się kilka metrów dalej, lądując na brzuchu.

Sceneria się zmieniła, a mnie otoczył delikatny, perłowy pyłek. Zapachniało cytrynami, morzem i cholernie mdłym kadzidłem. Podniosłam lekko brodę, z niemałym wysiłkiem zerkając w górę. Nie rozumiałam już, co się właściwie tutaj działo. Unosząca się nad powierzchnią, naga kobieca sylwetka znikąd pojawiła się tuż przede mną. Nachyliła się i pogładziła mnie czule po włosach, jednak zamiast jej dotyku poczułam podmuch ciepłego wiatru.

— To tak może się skończyć. To szaleniec, Gardienne. Musisz go powstrzymać, póki nie jest zbyt późno. Nie wolno ci mu zaufać — kobieta poruszała ustami, ale jej głos rozbrzmiewał wewnątrz mojego własnego umysłu. Niewyraźne słowa rozsadzały moją głowę od środka, powodując przypływ tępego, nieznośnego bólu. Chwilę później nieprzyjemne rozpieranie ustąpiło, a zjawa zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Byłam pewna, że skądś ją kojarzyłam, jednak nie byłam w stanie sobie niczego przypomnieć.

Wsparłam się na łokciach i podniosłam do półprzysiadu. Znałam to miejsce. Byłam tu już kiedyś, ale nie mogłam sobie przypomnieć tego okoliczności. Moje płuca drażnił unoszący się w powietrzu pył. Pachniało paloną gumą, drewnem i krwią. Niebo miało nienaturalnie fioletowy kolor, a chmury unoszące się nad urwiskiem zwiastowały katastrofę pogodową.

Próbowałam podnieść się na równe nogi, ale zakończyło się to dla mnie upadkiem. Z jakiegoś powodu zamiast wiązanych, rzymskich sandałek miałam na sobie niepraktyczne i stanowczo zbyt wysokie obcasy. Chyba skręciłam kostkę, bo tę pokryła paskudna opuchlizna. Adrenalina jednak pozwoliła mi nie zaobserwować większego bólu, także bez zwlekania (ale już z większą ostrożnością) wstałam i rozejrzałam się dookoła.

— Obudziłaś się. Chodź, pokażę ci coś. — Mój wspólnik, udoskonalony o mroczniejszy wygląd, który otrzymał na polanie, znikąd pojawił się przede mną. Złapał i gwałtownie pociągnął moją rękę, boleśnie kalecząc ją szponami. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że robi mi krzywdę.

— Ostrożnie, to boli — napomknęłam, dając mu się prowadzić. Uścisk nie zelżał, a daemon jedynie cicho się zaśmiał. Zacisnęłam zęby, nie wierząc w to, co się działo.

— Teraz spójrz w dół — usłyszałam. Zatrzymaliśmy się na samym brzegu wzniesienia. Dopiero teraz mogłam zorientować się, jak wysoko się znajdywaliśmy — zbocze było ekstremalnie strome i długie na przynajmniej sto metrów. W dole... w dole panoszyła się śmierć. Paliła domy, obracała w proch lasy, zrywała dachy. Cofnęłam się odruchowo od urwiska, przerażona widokiem. Syknęłam, kiedy nastąpiłam na uszkodzoną kostkę. Ponownie usłyszałam przed sobą śmiech.

— Nie odwracaj wzroku, nie bój się już, złociutka. To my tego dokonaliśmy, rozumiesz? Jesteśmy u siebie, po tylu latach — powiedział z delikatnym, rozczulonym wręcz uśmiechem. W ogóle mnie to nie pocieszyło, a raczej jeszcze bardziej przeraziło. Czy miał rację, albo raczej czy w ogóle mógł mieć rację? — Patrz, powiedziałem — rzucił lodowatym tonem, od którego przeszyły mnie dreszcze.

Pokręciłam przecząco głową, kuląc się w sobie. Gdzie był ten troskliwy i delikatny chłopak, którego zostawiłam w lesie? Osoba przede mną nie przypominała go w najmniejszym stopniu, a zamiast szczerego uśmiechu spowodowała u mnie dreszcz obrzydzenia. Nie mogłam poradzić nic na przyspieszone bicie serca, które nie miało nic wspólnego z głębszym uczuciem, a jedynie czystym strachem.

Próbowałam odejść, czując, że jego zachowanie zakrawa na obłęd. Pomimo najszczerszych chęci ucieczki zostałam natychmiast powstrzymana przez mężczyznę. Przyciągnął mnie do siebie, tuż nad samą przepaść. Unieruchomił moje ręce na plecach, sprawiając, że stałam się całkowicie bezbronna. Krzyknęłam z przerażenia, kiedy jego silne ramiona zaczęły unosić mnie do góry. Trzymał mnie w powietrzu głową do dołu, tak, że nie widziałam gruntu pod nogami. Gdyby z jakiegoś powodu chłopak mnie puścił, byłabym martwa na miejscu. Jaki miałam pożytek ze skrzydeł, skoro nie potrafiłam z nich korzystać?

Cała drżałam. Mimowolnie rzuciłam okiem w dół, czego natychmiast pożałowałam. W ruinach zniszczonej wnioski coś się poruszało. Ledwo zauważyłam czarną od smoły posturę pomiędzy wszystkimi śmieciami, gruzem i czymś, co niebezpiecznie przypominało spalone ciała. Przygarbiona, zwęglona sylwetka, trzęsła się jak osika pośród sterty żarzących się jeszcze kawałków drewna. Sama jak palec, nie przypominała już człowieka, którym zapewne mogła być wcześniej. Patrzy się na mnie — zauważyłam. Jej pełny żałości, oskarżający wzrok z jakiejś przyczyny zadziałał na mnie piorunująco. Powietrze przeszył rozdzierający wrzask, uprzedzony odgłosem grzmotu. Kiedy ponownie skierowałam wzrok w tamtą stronę, postać została zastąpiona kupką dymiącego popiołu.

W dalszym ciągu tkwiłam w napierającym na mnie uścisku śmiertelnie milcząca i zesztywniała jak kłoda, teraz stokrotnie bardziej przerażona. Zacisnęłam powieki, modląc się, aby to wszystko jak najszybciej się skończyło. Nie chciałam, nie mogłam patrzeć na to, co działo się kilkadziesiąt metrów pode mną. Nie ze świadomością, że miałam w tym swój wkład.

— Patrz na to, do cholery. Otwórz te swoje piękne oczy i spójrz na to, co zrobiłaś. To byłaś ty, to ty ich wszystkich zabiłaś, dla mnie. Przywróciłaś sprawiedliwość, więc teraz bądź z tego dumna! — rzucił władczo, potrząsając mną w górze. W uszach mi świszczało od wiatru, a z oczu zaczęły sączyć się łzy. Nie poznawałam go, podczas gdy tak bardzo chciałam wierzyć, że w głębi duszy pozostał taki sam. — Wypełniłaś swoją misję, rozumiesz? Teraz zrób dla mnie jeszcze tę jedną, ostatnią rzecz.

Nie mogłam zebrać się, żeby spojrzeć w dół. Nie byłam w stanie wykonać swojego ostatniego zadania. Obawiałam się jednak, że to i tak nie miałoby dla niego znaczenia. Zrozumiałam, nareszcie zrozumiałam. Byłam w jego rękach tylko pionkiem, częścią jednoosobowej gry.

Uścisk zelżał. Czarne, piekielne pióra odepchnęły mnie brutalnie do tyłu. Przedziwnie mi było opadać ze świadomością, że mój własny koniec był z góry przesądzony. Nieświadomie podpisałam się pod nim w momencie, kiedy zaślepiona propozycją partnerstwa przystałam na warunki swojego oprawcy. Uśmiechnęłam się delikatnie, z nostalgią raz jeszcze patrząc na cierpiący świat Eldaryi. Ten świat nie był zły od początku – to półdaemon go zniszczył, odmawiając poświęcenia z samolubnych pobudek. Teraz dołożył jedynie gwóźdź do jego trumny, wykorzystując przy tym moją łatwowierność.

Było już za późno na nienawiść do tego miejsca, ale nie mogło być już zbyt późno na nienawiść do mojego partnera. Być może właśnie to napędzająca mnie żądza zemsty pozwoliła mi odzyskać władzę w potężnych, czarnych jak smoła skrzydłach. Bardziej mi się podobały, kiedy były szare — to była ostatnia myśl, która zaprzątnęła moją głowę, zanim straciłam świadomość.

* * *

؏GARDIENNE؏


Obudził mnie własny krzyk.

Nie wiedziałam, co się właściwie dzieje. Gdzie byłam? Przez dłuższą chwilę pozostałam całkowicie oszołomiona, nie do końca rozróżniając senne wydarzenia od jawy. Nadal miałam w nozdrzach zapach spalenizny, a przed oczami wizję apokalipsy. Próbowałam zrozumieć, jak udało mi się przenieść z mrocznego urwiska do tego małego, jasnego pomieszczenia.

Dopiero po kilku naprawdę długich minutach uderzyły we mnie wspomnienia z poprzedniego dnia. Rozmasowałam skronie, powoli uświadamiając sobie, że znajdowałam się w zapasowym pokoju szefa Absyntu. Zwlekłam się z wąskiego łóżka, chcąc rozsunąć zasłony. Otworzyłam okno, licząc na to, że chłodne, poranne powietrze pomoże mi ochłonąć. Ostrożnie usiadłam na brzegu materaca, starając się ustabilizować niespokojny oddech.

Byłam przerażona. Po policzkach ciekły mi łzy, a ja już sama nie umiałam powiedzieć, co konkretnie doprowadziło mnie do takiego stanu. We śnie przyjęłam swoją własną śmierć z przerażającym spokojem, a teraz, zdrowa i żywa, nie umiałam wziąć się w garść po podobnej błahostce. Zaśmiałam się histerycznie. Dlaczego ja w ogóle płakałam? Nie byłam już małym dzieckiem, żeby przejmować się koszmarami. Problem leżał w tym, że wizja była zbyt realna, żebym mogła po prostu puścić ją w niepamięć. W dodatku usłyszałam w niej przestrogę. Czy było możliwe, aby coś rzeczywiście chciało mnie o czymś uprzedzić? Nigdy nie wierzyłam w prorocze sny, ale od kiedy nie znajdowałam się już na Ziemi, to moje poglądy na zjawiska paranormalne siłą rzeczy musiały się zmienić.

Ten sen... Byłam pewna, że nawiedził mnie już wcześniej. Być może to był to właśnie ten koszmar, którego za nic nie umiałam przypomnieć sobie w przychodni. Tym razem mogłabym bezproblemowo opisać go z najdrobniejszymi szczegółami. Mroczna sceneria zapadła mi w pamięć tak głęboko, że nie uwierzyłabym, że kiedykolwiek mogłabym wyrzucić ją z umysłu. Nie oznaczało to natomiast, że udało mi się z tego cokolwiek zrozumieć.

Czułam się zdradzona, zrównana z ziemią. Chłopak ze snu był kimś bardzo mi bliskim, zrozumiałam to jak nic. Nie potrafiłam pojąć, dlaczego postąpił wobec mnie w ten sposób, ani też co konkretnie dla mnie znaczył. Nie chciałam wracać do tych odczuć, więc starałam się z całych sił nie zaciskać powiek, pomimo niedospania i ogromnej chęci zakopania się z powrotem w ciepłej pościeli.

Usłyszałam potworny łoskot dobiegający zza drzwi. Poderwałam się gwałtownie, bez zastanowienia porywając z szafki swój wielofunkcyjny scyzoryk. Do południa do laboratorium dostęp miewał jedynie Ezarel, aczkolwiek ten miał w zwyczaju obchodzić się z królestwem alchemii dość ostrożnie. Wyjątki stanowiły sytuacje, kiedy elf był w furii; w każdym razie hałas nie mógł zwiastować niczego dobrego. Drżącą dłonią pociągnęłam za klamkę, uchylając drzwi do laboratorium...

...w którym nie było żywej duszy. Z ostrożnością rozejrzałam się dookoła, nie chcąc nawet myśleć o możliwości, w której sprawcą zamieszania byłby Zamaskowany. Niezależnie od moich starań, w środku nadal było tak samo pusto, jak przed chwilą. Setkę razy omiotłam spojrzeniem całą salę, aż wreszcie odpuściłam. Cokolwiek by się nie działo, przynajmniej próbowałam temu zapobiec. Gdyby okazało się, że podczas tego poranka zniknęło coś z alchemicznych zapasów, zaczęłabym zagorzale wierzyć we własnego pecha. Wina po prostu musiałaby spaść na mnie, co nie byłoby dla nikogo nowością.

Z całą mocą wierzyłam, o moim eldaryiskim losie nie zaważy prawo Murphy'ego i ten jeden raz nie wpakuję się w kolejne kłopoty. Nie byłam na to jeszcze gotowa, jeszcze nie odpocząwszy porządnie po swoich ostatnich perypetiach.

Wróciłam do swojego tymczasowego pokoju, zapobiegawczo zamykając drzwi na zasuwkę. Musiałam przyznać, że choć był on naprawdę mały i niezbyt luksusowy, to i tak prezentował się tysiąckrotnie lepiej niż moja poprzednia kwatera. Z opisu Ezarela wywnioskowałam, że pomieszczenie było zagraconą, obrastającą pajęczynami kajutą, ale należało pamiętać, że elf miewał skłonności do wyolbrzymiania. W rzeczywistości miałam do dyspozycji względnie czyste mieszkanko o niewielkim metrażu i całkiem wygodnym materacu do spania. Prawie rozpłakałam się z radości, gdy dowiedziałam się, że za przeciwległą do okna ścianą znajdowało się tylne przejście do jednej z głównych łazienek. Było to dla mnie o tyle wygodne, że po wieczornych kąpielach nie musiałam już przemierzać połowy Kwatery w piżamie.

Byłam szczerze wzruszona postawą Lśniącej Straży, która obiecała się zająć moją sprawą w trakcie misji rewitalizacyjnej. Miiko oznajmiła mi wczoraj, że niedługo po powrocie ze świątyni Fenghuangów będę mogła zająć odświeżony pokój po niejakiej Katii. Do tego czasu mogłam swobodnie korzystać z dobudówki do laboratorium, choć miałam ciągle na uwadze, że nie należy ona w najmniejszym stopniu do mnie. Postanowiłam piekielnie uważać na wszystko dookoła, nie dopuszczając, abym zniszczyła jakąkolwiek rzecz w tym miejscu. Ezarel, który i tak naprawdę niechętnie udzielił mi schronienia, miałby mi to za złe do końca życia.

Stanęłam przed lustrem, wybuchając głupawym śmiechem na widok swojego odbicia. Przez swoje rozgorączkowanie zupełnie zapomniałam, że z braku rozsądnej piżamy spałam tego dnia w samej, na dodatek niezbyt dobrze sparowanej bieliźnie. Nie przeszkodziło mi to oczywiście w moim wcześniejszym wyskoku w poszukiwaniu domniemanego włamywacza. Gdyby szalonym trafem do pomieszczenia obok zaplątał się na przykład Nevra, przez następne stulecie nie umiałby mówić o niczym innym w moim towarzystwie. Wzdrygnęłam się, kiedy pomyślałam, że to przecież mógł być także Ezarel. Obstawiałam, że po takiej akcji z mojej strony jeszcze częściej stawałabym się ofiarą jego z deka okrutnych docinek. Odetchnęłam głośno z niewyobrażalną ulgą, niezmiernie zadowolona, że udało mi się na nikogo nie natknąć. Rzuciłam okiem na zegar, doznając nagłego szoku po odczytaniu godziny jedenastej. Miałam stawić się przed południem w bibliotece, więc musiałam solidnie się pospieszyć, aby nie kazać pozostałym na mnie czekać. Pierwsze, co musiałam zrobić, to udać się do łazienki i wrócić nie później niż za piętnaście minut.

Nieco nagięłam ustalony przez siebie limit czasowy, ale w końcu stanęłam z powrotem przed lustrem w ezarelowym pokoju. Przeczesałam włosy palcami, odgarniając z twarzy przednie pasemka i zaplatając je w cienki warkoczyk z tyłu głowy. Spojrzałam krytycznie na złożone w kostkę ubrania, leżące na niskiej szafce nocnej. Miiko pożyczyła mi kilka swoich bluzek i sukienek, jednak musiałam założyć wczorajsze, nieprzeprane spodnie. Mimo najszczerszych chęci kitsune nie było innego rozwiązania, ponieważ wszystkie dolne części jej garderoby były przystosowane do posiadaczki czterech puszystych ogonów.

Bluzki, które tymczasowo podarowała mi szefowa, były całkiem ładne i praktyczne, ale niemal wszystkie miały zbyt długie rękawy i mi sięgały mniej więcej do połowy uda. Nie było się czemu dziwić — kitsune przewyższała swoim wzrostem nie tylko mnie, ale też większość mężczyzn w Kwaterze. Ze swoim metrem sześćdziesiąt pięć wyglądałam w jej ubraniach niczym mała dziewczynka, która dorwała się do szafy swojej mamy.

W końcu wzięłam ze stosiku pierwszy lepszy ciuch, którym okazała się czarna, gładka i gorsetowo wiązana na całej długości koszula. Wyciągnęłam pasek ze spodni, pocieszając się faktem, że pełnił on raczej ozdobną niż szczególnie niezbędną funkcję. Zapięłam go na swojej talii, tak, żeby w miarę estetycznie umarszczyć ciemną tkaninę i ukryć jej dysproporcję względem mojego drobnego ciała. Podwinęłam mankiety i lekko wygładziłam dłonią materiał. Nie wyglądałam dobrze, ale ta opcja i tak wydawała się najbardziej przyzwoita z możliwych.

Zaczęłam w pośpiechu wkładać buty, ze stresu plącząc cienkie, zrobione z rzemienia sznurówki i robiąc na nich supły. Kiedy po licznych wymamrotanych pod nosem przekleństwach udało mi się zawiązać dwie w miarę zgrabne kokardy, byłam właściwie gotowa polecieć na spotkanie. Ostatni raz zerknęłam w lustro, upewniając się, że wszystko wyglądało dokładnie tak, jak powinno i skierowałam się do drzwi.

Złapałam się za serce, niemal podskakując na widok Ezarela, który jak gdyby nigdy nic stał tuż pod moimi drzwiami, popijając kawę z okrągłej filiżanki. Wzruszył ramionami z pobłażliwym uśmiechem, kiedy wlepiłam w niego oskarżycielskie spojrzenie.

— Chciałem się upewnić, że niczego nie zdewastowałaś — wytłumaczył, zanim zdążyłam zadać jakiekolwiek pytanie. Nie podobało mi się zbytnio jego towarzystwo; wolałam ograniczyć nasze rozmowy do momentu, kiedy udałoby mi się poukładać w głowie pewne myśli. Przede wszystkim chciałam przez chwilę odpocząć od sprawy konstiencji, która dręczyła mnie już wystarczająco dużo czasu. Nie miałam najmniejszej wątpliwości, że elf chciał poruszyć ze mną tenże temat. Przeczuwałam, że nie spodobałby mi się kierunek, który mogła przybrać taka rozmowa.

— Do tej pory nie miałam takiego zamiaru, ale skoro już o tym wspomniałeś... — udałam zastanowienie, pocierając dłonią podbródek. Nie mogłam powstrzymać się od odbicia piłeczki, wbrew swoim wcześniejszym postanowieniom. Byłam zbyt mało konsekwentna w swoich decyzjach (lub też za bardzo lubiłam nasze słowne przepychanki, żeby teraz z takowej zrezygnować). Uchyliłam drzwi do pokoju, pokazując gestem dłoni, że wszystko wyglądało jak należy. Ezarel zmierzył pomieszczenie krytycznym spojrzeniem, zawieszając wzrok na bezładnie leżących na pościelonym łóżku ubraniach. Koniec końców pokiwał jednak głową ze znikomą aprobatą i wycofał się w głąb laboratorium. Podążyłam za nim, uprzednio przekręcając klucz w zamku. — Chyba przydałoby się małe przemeblowanie. Mam już doświadczenie, mogę pomóc w stylowym pozbyciu się gratów.

— Chętnie skorzystam, o ile pokryjesz koszty z własnej kieszeni. — Uśmiechnął się wręcz diabelsko, przyprawiając mnie niemal o dreszcze. Zadowolony z siebie dowódca Absyntu jeszcze nigdy nie zwiastował niczego dobrego. — Nie jestem tylko pewien, czy twoi kumple od remontów będą chcieli pomóc ci i tym razem. Nie przypominam sobie, żebym chował jakieś słoiki z miodem pod deskami w podłodze. Jeśli liczyłaś na to, że znajdą moje tajne zapasy, to zaczęłaś węszyć w złym miejscu.

— Właśnie zdradziłeś, że faktycznie jakieś masz. Teraz już na pewno nie odpuszczę — ostrzegłam z lekkim uśmieszkiem. Skierowałam się do wyjścia, chcąc urwać rozmowę, zanim skieruje się na niekorzystny tor.

— Czekaj chwilę — burknął niechętnie, niszcząc moje plany o rychłym wymknięciu się z jego szponów. — Chcę, żeby to wszystko było jasne...

— Trochę się spieszę. Porozmawiajmy później — odparowałam niemal błagalnie, odwracając się do niego plecami.

— Mówisz to tak, jakbyś miała faktycznie ochotę gdzieś iść. I tak Ykhar się spóźni o porządne kilka minut, bo jeszcze dosłownie chwilę temu wykłócała się w najlepsze z Karutem. Oboje nie wyglądali na takich, którzy zamierzaliby odpuścić. — Oparł łokcie na blacie stołu alchemicznego, wspierając głowę na nadgarstkach.

— Ykhar? — Zmarszczyłam nieufnie brwi. Mimo wybuchowych charakterów tej dwójki nie umiałam sobie wyobrazić podobnej sytuacji. Wietrzyłam podstęp, który mógłby w każdej chwili obrócić się przeciwko mnie.

— Ma w sobie tyle samo, jak nie nawet mniej gracji, co twój chowaniec. Iście widowiskowo potłukła całą górę naczyń, kiedy chciała odnieść do kuchni tacę. Pomijając fakt, że zupełnie nie obchodził mnie cały ten cyrk, to przyznaję, że widok rozjuszonego Karuta nadal pozostaje całkiem zabawny — wytłumaczył tonem, który miał chyba podkreślać, jak bardzo lekceważące było jego podejście do tegoż konfliktu. — Będę badał to twoje czarnoksięskie świecidełko. Nie wiem, co zapamiętałaś ze wczorajszej nocy, ale to g@$%^ spowodowało u ciebie efekty konstiencji.

— Wiem o tym — wtrąciłam — przecież zamieniliśmy kilka zdań po tym incydencie. Udało mi się połączyć fakty, w końcu pamiętam, co u ciebie nawyczyniał ten naszyjnik. — Nie mogłabym tego zapomnieć. Było to chyba najgorsze, co do tej pory spotkało mnie w Eldaryi. Zostałam wrobiona w coś, czego nie zrobiłam, a sama nie potrafiłam racjonalnie zaprzeczyć swojej winie. Cały czas ponosiłam skutki tego feralnego biegu wydarzeń i nie mogłam póki co uwolnić się od oskarżeń. Miiko nakazała bezwzględnie milczeć na ten temat zarówno mi, jak i elfowi. Wiedza mieszkańców o skonfiskowanym przez Straż i przeznaczonym do badań czarnomagicznym artefakcie mogła przynieść niszczycielskie skutki. Wszyscy mieliśmy trzymać się powszechnie znanej z krążących plotek wersji wydarzeń.

— Przestań mleć jęzorem i posłuchaj, bo nie będę się powtarzał — uciszył mnie z niemałą irytacją. Przewróciłam oczami, zastanawiając się, co mógł chcieć mi przekazać. — Przykro mi, że musiałaś przechodzić przez to ze mną drugi raz. Mogłem zawołać kogoś, z kim poczułabyś się bardziej komfortowo. Powinniśmy byli już dawno dać sobie święty spokój i od siebie odpocząć.

Zamrugałam kilkukrotnie, sądząc, że się przesłyszałam. Ezarel wgapiał się we mnie pozornie znudzony, jednak domyślałam się, że czekał na moją reakcję.

Co on w ogóle pomyślał, żeby mówić mi coś takiego? Nie myślałam nad tym w ogóle w podobnym kontekście; sam fakt, że to elf wyrwał mnie spod działania naszyjnika, wydawał mi się całkiem naturalny i oczywisty. Sama nie umiałabym wskazać, czy byłabym bardziej zadowolona, gdyby na jego miejscu był wtedy ktoś inny. Po prostu nawet nie wyobrażałam sobie podobnej sytuacji bez jego udziału.

Pytanie brzmiało, czy Ezarel też wolałby, żeby to kto inny musiał się wtedy do mnie zbliżyć? Odpowiedź nasuwała się sama; oczywiście, że wolałby. Przecież to właśnie był cały szef Absyntu, którego odstręczał jakikolwiek bliższy kontakt cielesny. Unikał dotyku jak ognia i nie pozostawiał wątpliwości, że stronił także od samej mojej osoby. Moje ziemskie pochodzenie zazwyczaj stanowiło dla niego wystarczającą przeszkodę, która stawała na drodze do zakopania topora wojennego. Chociaż już od dłuższego czasu nie traktował mnie równie pobłażliwie, jak na samym początku naszej znajomości, jego nastawienie do mnie było tak samo niezrozumiałe. Ostatnio był dla mnie niespotykanie wręcz miły, a przynajmniej odebrałam to w ten sposób — bo jak inaczej miałabym nazwać jego zachowanie ostatniego wieczoru? Z drugiej strony wciąż wykazywał się taką samą ignorancją, a dziewięćdziesiąt procent jego wypowiedzi przesiąkało nieprzyjemnym sarkazmem. Nieoczywistość intencji była wręcz nieodzowną częścią jego sposobu bycia, ale nadal powodowała taki sam mętlik w mojej głowie. Wszyscy chyba w Kwaterze z wyjątkiem najbliższych przyjaciół elfa mieli z nim ten sam problem; nie sposób było odgadnąć jego prawdziwych przemyśleń, które starannie ukrywał pod maską kąśliwej ironii.

Ciągnęło mnie do niego w czysto koleżeński sposób i nie mogłam nic poradzić na to, że niekiedy zależało mi na jego aprobacie w stosunku do moich działań. Interesowałam się nauką, a szczególnie zielarstwem, dlatego przez pryzmat swoich alchemicznych zdolności stawał się dla mnie wręcz autorytetem. W laboratorium odczuwałam potrzebę rywalizacji, chcąc udowodnić, że pomimo braku znajomości tego świata będę w stanie kiedyś dorównać jego wiedzy i zdolnościom. Miałam niemałą satysfakcję, kiedy produkcja eliksirów szła po mojej myśli, a moje rozumowanie okazywało się prawidłowe. Niekiedy udało mi się nawet usłyszeć pokraczną pochwałę z ust elfa, kiedy to prawienie komplementów z pewnością nie należało do jego zwyczajów. Opuściłam teraz straż Ezarela, ale miałam zamiar podpytać jego zastępczynię o indywidualne zajęcia dodatkowe. Starsza kobieta bywała dość oschła, ale pochwalała chęć nauki i chętnie udzielała za drobną opłatą korepetycji. Nie zamierzałam odpuszczać sobie alchemii, nawet gdybym miała poświęcić jej cały swój wolny czas i zarywać na jej rzecz noce.

Nadal wierzyłam, że gdyby tylko niebieskowłosy wyzbył się swoich niestety głęboko zakorzenionych przekonań, to wszystko dałoby się jeszcze naprawić. Tymczasem Ezarel wciąż nie przepadał za ludźmi, rzucał paskudnymi uwagami i nienawidził dotyku... a ja byłam już porządnie spóźniona na omawianie celu mojej przyszłej misji.

— Kretyn — bąknęłam pod nosem, obdarzając elfa zirytowanym spojrzeniem. Nie umiałam dobrać słów, które nie zabrzmiałyby ani tandetnie, ani przesadnie wrednie, więc spuszczając nerwowo wzrok po prostu wyszłam z laboratorium. Szybko zamknęłam za sobą drzwi, biorąc głęboki oddech. Zdawałam sobie sprawę, że wręcz dziecinnie uciekłam od i tak czekającej mnie później wymiany zdań, ale i tak nie miałabym teraz na nią czasu. Pocieszyłam się tym, że to Ezarel ostatnio miał w zwyczaju omijać rozmowy na trudniejsze tematy, nie dając mi nawet przedstawić swojego punktu widzenia. Unik zaserwowany tym razem przeze mnie był nawet ciekawą odmianą po tylu niedomówieniach z jego strony.

Nie sądziłam też, żeby elf miał szczególną chęć na omawianie ostatnich wydarzeń. Mogłabym się założyć, że poruszył ten temat tylko po to, żebym później nie zawracała mu tym głowy. Skoro zauważył, że i ja nie jestem tutaj szczególnie rozmowna, mógł po prostu odpuścić i więcej do tego nie wracać. Przynajmniej miałam na to szczerą nadzieję.

Druga możliwość była taka, że faktycznie zależało mu na postawieniu spraw jasno, a mnie udało mi się go teraz porządnie rozgniewać.

Urwana gadka z Ezarelem nie była oczywiście najważniejszą w tym momencie kwestią. Dużo bardziej stresowałam się w tym momencie czekającymi na mnie wiadomościami. Moja rola w podróży do świątyni Ren-Fenghuang nadal pozostawała zagadką, co coraz bardziej mnie niepokoiło.

Pospieszyłam do biblioteki, dostając po drodze zadyszki. Musiałam koniecznie popracować nad kondycją. Mogły pomóc mi w tym treningi Obsydianu, do których według planu wracałam od jutra. Ewelein uznała, że dłuższe zwolnienie z ćwiczeń nie jest ani konieczne, ani wskazane; musiałam przygotować swoje ciało przed misją, na której wydarzenia mogły przyjąć bardziej lub mniej spodziewany obrót.

Jak zwykle zatrzymałam się na chwilę przy pomniku Wyroczni, po raz kolejny czując na sobie wzrok perłowej bohaterki. Gdy skrzyżowałam swoje spojrzenie z pustym wzrokiem rzeźby, poczułam, jak przez moje ciało przepływa elektryczny impuls. Złapałam się za głowę, ponieważ dostałam nagłego ataku migreny.

„To tak może się skończyć. To szaleniec, Gardienne. Musisz go powstrzymać, póki nie jest zbyt późno. Nie wolno ci mu zaufać" — w mojej pamięci zakołatało nagle widmo minionej nocy. Zamarłam na ułamek sekundy w przerażeniu, zanim zorientowałam się, że byłam ostatnią, najgorszą kretynką. Przecież kobieta z mojego snu wyglądała zupełnie jak ten cholerny, święty posążek.

Czyż nie było tak, że w snach pojawiały się niekiedy przypadkowe, zapamiętane z codziennego życia obrazy? Pacnęłam się w czoło, mając ochotę wyśmiać samą siebie, że doszukiwałam się przepowiedni w zwykłym koszmarze. To było takie oczywiste! Kiedy tak o tym myślałam, odnosiłam coraz silniejsze wrażenie, że mroczny chłopak z nocnej mary miał twarz Leiftana. Ujrzenie tego spokojnego i niewinnego mężczyzny w tak okrutnej i szalonej wersji zakrawało na zupełny absurd. Zanotowałam w myślach, żeby kiedyś opowiedzieć tmu to w ramach raczej zabawnej anegdotki. Wyrocznia ostrzegająca mnie przed Leiftanem, który wcześniej karmił mnie owadami – to brzmiało jak materiał na odcinek słabej jakości kabaretu, serwowanego co piątek na kanale telewizji rozrywkowej.

Potrząsnęłam nerwowo głową, ruszając w dalszą drogę w o wiele lepszym humorze. Przynajmniej z tą jedną sprawą mogłam dać sobie już spokój.

Kiedy wbiegłam do pomieszczenia, byli w nim już wszyscy. Ykhar, Scanlon, Kero, Nevra i Valkyon po raz kolejny siedzieli na wysłużonych krzesełkach rozstawionych na środku biblioteki. Czułam na sobie karcące spojrzenia, toteż naszła mnie potrzeba wytłumaczenia swojego spóźnienia.

— Wybaczcie, zaspałam. Po drodze zaczepił mnie jeszcze Ezarel — objaśniłam pokrótce, siląc się na przepraszający ton. Zajęłam jedyne wolne miejsce, które na moje nieszczęście znajdowało się pomiędzy magiem a brownie.

— Czekaliśmy już tylko na ciebie, to prawda — skomentował ozięble Scanlon, zupełnie tak, jak się tego spodziewałam. Wykorzystywał każdą okazję, aby wtrącić swoje cholerne trzy grosze.

— Właściwie to nie, Ykhar przyszła tu może maksymalnie z minutę temu. I tak nie zaczęlibyśmy wcześniej — uprzejmie sprzeciwił się Nevra. Wydawało mi się, że posłał Valkyonowi chytry uśmieszek, chociaż nie dałabym uciąć sobie za to ręki. Siedziałam zbyt daleko, a połowę twarzy wampira zasłoniło mi odstające ucho Ykhar.

— To wina szanownego Karuta, a już na pewno nie moja. Gdyby w kuchni nie panował taki rozgardiasz, to nic by się nigdy nie wydarzyło — zaperzyła się Ykhar, której policzki wciąż były purpurowe ze złości. Widocznie nie ochłonęła jeszcze po awanturze.

— Ykhar, w porządku — Scanlon stał się nagle wyrozumiały i łagodny jak owieczka. Zrozumiałam, że to w ten sposób zdobywał swoich sojuszników. Policzki brownie stały się jeszcze bardziej czerwone, a ja mogłam jedynie zastanawiać się, jakim cudem było to w ogóle możliwe u tak inteligentnej i bystrej kobiety. Brownie miała widoczną słabość do tego mężczyzny, co nieco zaskakiwało mnie ze względu na jego konformistyczny i podstępny charakter. Mogłam się tylko domyślać, że zauroczenie króliczycy miało mniej platoniczne podłoże. Choć nie miałam chęci tego przyznawać, mag był fizycznie atrakcyjny i naprawdę charyzmatyczny. Jego opalona skóra, lśniące, czarne włosy i hipnotyzujące spojrzenie przyciągały wzrok. Z pewnością pomagało mu to w omotywaniu sobie innych (a szczególnie dziewcząt) wokół palca. — Rozumiemy to. Możemy już zaczynać?

Nikt nie wyraził sprzeciwu, co poskutkowało chwilą niezręcznej ciszy. Nieumyślnie zaczęłam trącać nogą krzesło Ykhar.

— Kultura rodu Ren-Fenghuang opiera się głównie na spirytualizmie. Pokłada się tam głęboką wiarę w odrębność duszy od ciała. Fenghuangi dbają o to, żeby ich aury były niezachwiane. Dążą do uzyskania najwyższej wartości, za którą uważają wewnętrzną równowagę — wydusiła wreszcie brownie. Po chwili przerwy kontynuowała swoją odpowiedź z nutką pretensji w głosie. — Mogłabyś nie kopać mojego krzesła? To przeszkadza. Dzięki.

Skinęłam głową, siadając prosto. Zerknęłam na Ykhar z niecierpliwością, zastanawiając się, do czego zmierzała jej opowieść. Brownie nie odezwała się ani słowem, a mój żołądek zacisnął się w supeł z emocji.

— Podtrzymywany klimat w okolicy świątyni jest naprawdę unikatowy. W powietrzu jest wysokie stężenie najczystszej maany. Dla mnie jako maga, wykonywanie tam wszelkiego rodzaju rytuałów duchowych jest bezpieczniejsze niż w Kwaterze — uzupełnił Scanlon nieco pobłażliwym tonem.

— Będę uczestniczką rytuału? — zapytałam wprost, niemal spadając z krzesła. Nie spodziewałam się tego, szczególnie po ostatnich sytuacjach, które poważnie naruszały moją wewnętrzną harmonię.

Według Ewelein źle zareagowałam na eliksir ukrycia, ponieważ mój organizm nie był przyzwyczajony do bogatych w maanę składników alchemicznych. Już wcześniej nie zalecała mi korzystać z mocniej ingerujących w moje ciało specyfików. Doradzała ograniczanie do minimum używania przedmiotów, których działanie opierało się na potocznie zwanej „magii". Musiałam uciekać się do dość prymitywnych rozwiązań, nie mogąc skorzystać z wielu udogodnień tego świata. Przykładowo, podczas gdy Ewelein podawała swoim pacjentom cudotwórczy napój leczniczy przy drobniejszych, niegroźnych infekcjach, ja nieraz musiałam męczyć się tygodniami ze zwykłym katarem. Po nieprzyjemnym incydencie w przychodni jednak jej zalecenia zamieniły się w kategoryczne nakazy, a mi nie wolno było zbliżać się do niczego, co czysto hipotetycznie mogłoby mi zaszkodzić.

Skoro śmiertelnie mógł namieszać głupi eliksir na grypę, dlaczego mój udział w bardziej lub mniej zaawansowanym rytuale miałłby być dobrym pomysłem? Już raz los udowodnił, że podanie mi typowo eldaryjskiej mikstury odniosło katastrofalne skutki dla mojego zdrowia. Nie spodobało mi się to, co usłyszałam z ust Scanlona.

— Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to owszem. Nie wyobrażaj sobie niczego widowiskowego. Jedynym, co z tego zapamiętasz, będzie co najwyżej kilka znaków wyrytych na ziemi i otępiający ból całego ciała — rzucił kąśliwie, błędnie odczytując moje intencje. Wytrzeszczyłam oczy.

— Co właściwie chcecie zrobić? — zapytałam ostro, biorąc się pod boki. Nie mogłabym zareagować inaczej po podobnym wyznaniu.

— Słyszeliśmy, że rozmawiałaś z Ezem na temat swojej rasy — powiedział Nevra, a we mnie się zagotowało. Myślałam, że mogę liczyć na odrobinę prywatności w relacjach z innymi. Czy Ezarel donosił Straży o każdej naszej rozmowie? Nie lubił mnie i rzeczywiście nie wyglądał na osobę, dla której liczyłoby się cokolwiek poza czubkiem własnego nosa. Mimo wszystko miałam go za mniejszego służbistę. Nie zastanawiałam się wcześniej, jak bardzo kontrolowane przez zarządców Kwatery były moje działania. Teraz żałowałam, że nie trzymałam częściej języka za zębami. — Zgodziliśmy się wszyscy, że może ci ona co najwyżej zaszkodzić. Dlatego w Świątyni będę mógł skosztować nieco twojej krwi — wytłumaczył żywiołowo, z dziwnym błyskiem w oku. Wzdrygnęłam się na samą myśl, że coś takiego chodziło mu po głowie.

— Pytam poważnie — zaznaczyłam. Nie mogłam uwierzyć, że nawet w tym momencie wampir nie potrafił powstrzymać się od zaczepek.

— I Nevra równie poważnie odpowiedział — Valkyon ze zblazowaną miną wstawił się za swoim przyjacielem. — Podobno sama chciałaś zmieniać rasę, więc to raczej dobra oferta.

— Ezarel przygotuje ci wcześniej eliksir na sprawdzenie stężenia maany w organizmie. Byłoby słabo, gdyby okazało się, że już jesteś faery z krwi i kości, nie? Wykorzystasz go dopiero na miejscu, żeby był bardziej precyzyjny i wiarygodny. Trochę szkoda; jestem ciekawa, czy jesteś aż tak do bólu ludzka. Wolałabym być przy sprawdzaniu wyników — poskarżyła się Ykhar. — Kilkanaście razy nadzorowałam testy u innych, ale to przecież nie to samo. Wtedy nie było nawet szans na żadną niespodziankę

Byłam oniemiała i przez dłuższą chwilę nie mogłam wydusić z siebie ani słowa.

— C-Co? — zapytałam w końcu głupio, patrząc na wszystkich z kolei. Liczyłam na to, że ktoś wreszcie wybuchnie śmiechem i zdradzi, że to wszystko było tylko głupim żartem. Nikt jednak ani się nie uśmiechał, ani nie ochrzanił Nevry za nieprofesjonalne podejście. — Nie ma opcji, że... Myślałam o zmianie rasy jak o czymś odległym, nie, że tak teraz... Cholera.

Nie byłam przekonana co do tego pomysłu. Zostanie wampirem czy wampirskim faelien zdecydowanie nie należało do moich marzeń; dużo bardziej odpowiadałoby mi zachowanie swojego człowieczeństwa. Moje pochodzenie było częścią dawnej mnie – potwierdzeniem, że moje życie powinno toczyć się gdzieś na Ziemi.

— Jeśli zamierzałaś odmówić, to nie kłopocz się nawet z pakowaniem rzeczy. Twój udział w misji zostanie natychmiast przekreślony, skoro nie przystajesz na nasze warunki — oznajmił Scanlon, uśmiechając się sztucznie.

Od razu zrozumiałam, że tym razem nie była to jedynie prowokacja. Jeśli faktycznie nie chciałabym na nic zezwolić, mogłam równie dobrze już stąd wyjść. Miałam głęboko gdzieś aroganckie odzywki przemądrzałego maga, ale to jego wypowiedź zmusiła mnie do ponownych rozważań.

Musiałam się opamiętać — odrzucenie propozycji było może i kuszące, ale z całą pewnością narcystyczne. Naraziłabym w ten sposób nie tylko siebie, ale każdą osobę w Kwaterze. Miiko wielokrotnie dawała mi do zrozumienia, że ludzie nie są tutaj dobrze widziani i wzbudzają zainteresowanie z zewnątrz.

Szkoda było też tracić taką niepowtarzalną szansę na ucieczkę. Nigdy wcześniej nie myślałam nad tym na poważnie, ale teraz taka opcja wydała mi się całkiem słuszna. Jeśli chcieli mnie tu przetrzymać tylko ze względu na swoje widzimisię, nie widziałam innego wyjścia niż zakradnięcie się do portalu i przejście na Ziemię na własną rękę.

— Jeszcze niczego nie powiedziałam, Scanlonie — wycedziłam. — Na czym polega rytuał i jakie są jego warunki? — zapytałam z determinacją, patrząc wprost na Nevrę. To on jako przedstawiciel wampirskiej rasy musiał mieć najbardziej rozległą wiedzę na jej temat.

— Warunki? Jeżeli faktycznie jesteś człowiekiem, to nie ma żadnych, o które musiałabyś się martwić. Sam przebieg to faktycznie nic specjalnego, jeśli o to pytasz. — Wzruszył ramionami, chyba nadal trochę obrażony, że oskarżyłam go wcześniej o niepowagę. — Scanlon nauczy cię kilku inkantacji, a ja cię ugryzę o odpowiedniej porze. Oczywiście zwykle przemiany przeprowadzane są w wielkim stylu. Przystąpienie do naszej szlachetnej rasy to dostąpienie szczególnego zaszczytu. U ciebie przebieg rytuału zostanie okrojony do minimum, bo jakoby nie patrzeć, twój przypadek jest dosyć szczególny.

— Bo jestem człowiekiem, nie faery? — dociekałam.

— Ech, nie. W normalnych warunkach przemieniającego i jego królika doświadczalnego wiąże bliska relacja. Najczęściej to osoby po ślubie albo przynajmniej będące w zaawansowanym związku — sprostował, po chwili drapieżnie wyszczerzając kły. — Chyba że chciałabyś coś w tym kierunku zmienić.

— Nevra, należałoby jeszcze powiedzieć, że okrojona wersja rytuału nie przemieni jej w wampira, a w wampiropodobnego faelien — skarcił go Valkyon. — Gardienne? Jedyne cechy, jakie możesz zyskać, to długowieczność i sporadyczne pragnienie krwi. Nie wyostrzy ci się słuch ani nie zwiększy siła fizyczna. Nie licz na żadne ułatwienia na naszych treningach. — Kiwnęłam głową, ukrywając irytację. Zupełnie tak, jakby treningi w Obsydianie były moim największym zmartwieniem.

— A co z otwarciem portalu? Z jakiego powodu nie mogę wrócić do domu? — poruszyłam wreszcie najbardziej interesującą mnie kwestię. Całe spotkanie siedziałam jak na szpilkach, żeby czegokolwiek się o tym dowiedzieć.

Atmosfera zgęstniała. Przewróciłam oczami, obserwując malujące się na twarzach zakłopotanie. Czy naprawdę liczyli, że nie zadam już tego pytania?

— Jakby to... Ups, zostawiłam część dokumentacji w stołówce! Jestem taką gapą... Kero, wytłumacz wszystko Gardienne! — wrzasnęła nagle Ykhar, poderwawszy się z krzesła. Scanlon, nie tracąc ani chwili, zadeklarował swoją pomoc w przyniesieniu dokumentów.

Biedny Keroshane skulił się nieco na krześle i spojrzał na mnie niepewnie. Uśmiechnęłam się do niego pokrzepiająco, przeklinając w duchu swój wczorajszy napad złości. Jednorożec chyba się mnie wtedy przestraszył, a nawet nie zdążyłam go jeszcze za wszystko przeprosić. Młody bibliotekarz musiał czuć się w moim towarzystwie naprawdę nieswojo, za co nie mogłam go przecież winić.

— Przezportale trzebaprzechodzić ze specjalnymartefaktem — wymamrotał zachrypłym głosem, a okulary zsunęły mu się na sam czubek nosa. Odkaszlnął, rumieniąc się z zakłopotania. Zrobiłam dość dziwną minę, za wszelką cenę próbując ukryć, że nie zrozumiałam ani słowa.

— Kero? Spokojnie, ja... przepraszam cię za wczoraj. Mam nadzieję, że nie zrobiłam na tobie złego wrażenia. Zbyt agresywnie zareagowałam — wyznałam, chcąc dodać mu trochę więcej pewności siebie. Już miałam poklepać go po ramieniu, ale w ostatniej chwili zrozumiałam, że mogłoby to przynieść efekt odwrotny od zamierzonego. Niezręcznie cofnęłam rękę, poprawiając włosy. Nasze obustronne zawstydzenie musiało wyglądać naprawdę komicznie.

— Ty... co? Och, wiesz, miałaś prawo — przyznał, prostując się nieznacznie. Jego zamyślona mina zwiastowała, że zaraz zacznie jeden ze swoich słynnych, niekończących się wykładów. Tak zawsze kończyło się poproszenie go o wyjaśnienie jakiejś kwestii. Tym razem absolutnie mi to nie przeszkadzało, bo koniecznie chciałam się czegoś dowiedzieć. — Jako Straż Eel sprawujemy opiekę nad prawie połową terenów Eldaryi. Współpracujemy z zarządcami poszczególnych miast, królestw i wiosek w taki sposób, żeby warunki naszego partnerstwa były korzystne dla obu stron. Jesteśmy instytucją utrzymywaną na koszt naszych wspólników, ale w zamian mamy obowiązek wykonywać dla nich poszczególne zadania i kształcić w tym celu swoich strażników. Zobowiązaliśmy się nie tylko do interwencji w razie konfliktu zbrojnego na obszarze któregoś z dystryktów, ale też pomocy w misjach rewitalizacyjnych.

Było mi niewygodnie. Powstrzymałam chęć położenia nóg na pustym krześle Scanlona.

— Z tego powodu jako jedyni w okolicy posiadamy kilka przedmiotów, które umożliwiają przejście na Ziemię i bezpieczny powrót do naszego świata. Wcześniej każdy region posiadał po jednym artefakcie, który miał cenić ponad życie mieszkańców. Zdecydowaliśmy się przenieść wszystko do Kwatery po ataku na Świątynię Fenghuangów i zniszczeniu przynależnego im Świętego Fletu. To był ogromny cios dla Huang Hua, która strzegła go jak oka w głowie. Miał dla niej ogromną wartość sentymentalną, och. To była ich największa świętość.

Spuściłam wzrok. Kero wyraźnie posmutniał, a ja nie wiedziałam, jak mogłabym podnieść go na duchu. Nie miałam sposobności podzielić jego rozgoryczenia, bo zwyczajnie ani nie znałam tej słynnej Huang Hua, ani nie wiedziałam nic o kulturze rodu Ren-Fenghuang i ich historii. Nadal nie rozumiałam, jaki miało to związek z moją sytuacją.

— Przysięga była jasna, ale powinniśmy byli zrozumieć, że taki ród, jak Ren-Fenghuang nie będzie w stanie się do niej dostosować. Huang Hua to kobieta o wielkim sercu, nie pozwoliłaby, żeby stawiać jakikolwiek przedmiot nad dobrem żywych istot. Przez swoją decyzję o ewakuowaniu ludu ze świątyni podczas napadu straciła w oczach wielu. Niemal zaprzepaściłaby tym samym szansę na zostanie feniksem, gdyby nie interwencja Feng Zifu.

Nie chciałam nic mówić, ale nie miałam zielonego pojęcia, kim właściwie był feniks, ani dlaczego ta rola była taka ważna dla Hua. Zdecydowałam się mimo wszystko to przemilczeć i najwyżej poprosić później o wypożyczenie kilku ksiąg na ten temat.

— To był dla nas ogromny cios, ale wciąż kibicujemy jej z całych sił. Jest wręcz idealną kandydatką do tego tytułu. Sam się zgadzam z jej przekonaniami, jeśli mam być szczerzy. To prawda, że najważniejszym jest, aby mieszkańcom świątyni się nic nie stało. Ten instrument był bezcenny i liczył sobie setki lat, ale można było stracić o wiele więcej. Miiko ciągle oddaje fletowi swoją energię, więc i tak istnieje cień szansy, że uda się go kiedyś naprawić.

Pokiwałam tylko głową, cierpliwie czekając, aż Kero przejdzie do sedna. Chłopak wkładał w swoją opowieść serce, ale nie mogłam nic poradzić na to, że zaczynałam już się denerwować. Potrzebowałam konkretnych wyjaśnień, dlaczego mój powrót na Ziemię nie był na ten moment możliwy.

— Przyrzeczenie było niehumanitarne, ale rozsądne, Kero. Gdyby wiele lat temu próba ataku na północny Jaspis nie zakończyła się krwawą jatką, bylibyśmy o krok bliżej do śmierci głodowej — zauważył ze spokojem Valkyon.

— Gdyby nie ono, zdecydowanie częściej by podejmowano próby kradzieży — poparł przyjaciela Nevra, tłumiąc ziewnięcie. Bibliotekarz pokraśniał na twarzy, ale zupełnie zignorował ich słowa, błyskawicznie zmieniając temat.

— Wracamy do sprawy portali. Żeby przez nie przejść, należy wziąć ze sobą jeden z tych potężnych przedmiotów. My mamy ich tylko sześć... Jeszcze kilka miesięcy temu mielibyśmy siedem, ale Smocza Łza zaginęła bez śladu tuż po rozbiciu Wielkiego Kryształu. Na całym świecie co prawda artefaktów jest około piętnastu, ale w ich posiadaniu są nieprzyjazne nam ludy. Sama widzisz, że pozostało nam naprawdę niewiele, dlatego musimy rozsądnie nimi gospodarować.

— Z samej Kwatery na Ziemię ma przejść kilkanaście osób, prawda? Będą przechodzić przez portal na zmianę? — zdziwiłam się, zauważając, że zgromadzenie wystarczającej ilości zapasów zajęłoby w takim tempie przynajmniej tydzień. Nevra parsknął cichym śmiechem, uświadamiając mnie, że musiałam palnąć totalną głupotę. Posłałam mu groźną minę, co wprawiło go w jeszcze lepszy nastrój.

— Nie do końca... Och, oczywiście, że nie! Mielibyśmy na to za mało czasu, musimy przecież załatwić zapasy dla połowy Eldaryi — zaśmiał się cicho i niezłośliwie Kero. Gdyby nie zrobił tego najbardziej nieśmiały i pocieszny członek Lśniącej Straży, mogłabym poczuć się nieco urażona. Zamiast tego uśmiechnęłam się tylko półgębkiem, nie mogąc się nadziwić, jaką cierpliwość jednorożec okazywał wobec nowicjuszy. W ziemskich warunkach byłby wyśmienitym nauczycielem bądź wykładowcą akademickim. — Artefakty wiąże się z podróżnikami specjalnym zaklęciem. Jeden artefakt na grupę dwudziestu, a przy większym szczęściu nawet i trzydziestu osób to raczej standard. Wystarczy, że jedna osoba zwana przewodnikiem będzie miała przedmiot cały czas przy sobie, a pozostali mogą swobodnie przechodzić przez portal. Jedynym warunkiem jest, że cała grupa musi przenieść się w dokładnie w miejsce, które wybierze przewodnik oraz opuści je równocześnie z nim. Jednorazowo przez portal może przejść więc około stu osób, z czego priorytetowo wybierani są ci, którzy mają zdolności telekinetyczne albo imponującą siłę fizyczną....

— Jeden artefakt potrafi zapewnić nawet i ponad miesiąc całkiem godnego życia dla każdego mieszkańca Kwatery. Jeśli chcielibyśmy wysłać cię w podróż w jedną stronę, musielibyśmy zapłacić dokładnie taką cenę. To za dużo — przerwał Keroshane'owi Valkyon. — Nie możemy cię wypuścić, dopóki nie znajdziemy innego sposobu.

Wzięłam kilka głębokich wdechów. Dlaczego w ogóle robiłam sobie nadzieję, że Straż nie ma żadnego racjonalnego powodu dla przetrzymywania mnie w Eldaryi? Do końca łudziłam się, że mój pobyt tutaj zależy tylko od ich zamiarów wobec mnie. Nie rozumiałam, dlaczego wcześniej ukrywano przede mną takie informacje. Nie pozwalano mi korzystać z zasobów bibliotecznych bez nadzoru, a na moje pytania udzielano wymijających odpowiedzi. Na pewno nie chcieli, żebym straciła nadzieję, ale nie przygotowali się na to, że prędzej czy później zacznę drążyć temat. Prawda nie była ani trochę łagodniejsza, kiedy poznawało się ją po tak długim czasie życia w kłamstwie.

— Nie mogę przejść przez portal i wrzucić wam tego artefaktu z powrotem? — podobna myśl była pierwszą rzeczą, jaka przyszła mi w tej chwili do głowy.

— Nie zlikwidujesz swojego połączenia z nim bez pomocy Scanlona. Przywiązanego do ciebie artefaktu po prostu nie będziesz mogła umieścić w portalu — objaśnił Nevra.

— Co się stanie, jeśli będzie się próbowało przejść bez artefaktu? — spytałam wreszcie drżącym z emocji głosem. Kero wytrzeszczył oczy, zapewne domyślając się, dlaczego w ogóle zadałam to pytanie.

— Nie puścimy cię bez niego, Gardienne. Nie ma opcji — zaprzeczył gwałtownie Nevra, zanim Kero zdążył choćby otworzyć usta. — Portal jest trochę jak dziki, nieprzewidywalny chowaniec. Mógłby cię albo po prostu nie przyjąć, albo zabić za samo podjęcie próby. Popełnienie najmniejszego błędu w inkantacji przy jego otwarciu może okazać się ostatnią pomyłką w życiu, a tu jeszcze mowa o korzystaniu z tego g#^$@ na ślepo.

— A co, gdybym chciała spróbować na własną odpowiedzialność? — Po chwili namysłu uznałam, że stawka być może była warta podjęcia ryzyka.

Valkyon i Nevra wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

— To byśmy ci na to nie pozwolili. Nawet jakby ci się udało, to portal może się przez to nie zamknąć. Nie możemy sobie dowolnie eksperymentować, a nuż się uda — oświadczył dobitnie ten pierwszy, zamykając całkowicie dyskusję. Znowu nastała głucha cisza, przerwana wreszcie szurnięciem krzesła Keroshane'a.

— To by było na tyle, Gardienne, o ile nie masz żadnych pytań. — Pokręciłam głową, w ciszy przyglądając się jednorożcowi. Podszedł do biurka i zabrał arkusz papieru z leżącego na blacie stosiku. Przeczytał pobieżnie zapisany na nim tekst, po czym wręczył mi kartkę z nietęgą miną. Chyba był rozżalony przez zachowanie chłopaków, którzy brutalnie przerwali jego znacząco mniej dosadny wywód. — Przeczytaj, podpisz i donieś mi to najpóźniej jutro. Jakbyś miała co do tego dokumentu jakieś wątpliwości, to powinnaś znaleźć mnie w ogrodach. Muszę zająć się swoim chowańcem, będę się już zbierał.

Nie sądziłam, żebym potrzebowała pomocy Kera, ale z pewnością chciałam wrócić jeszcze dzisiaj do biblioteki. Koniecznie musiałam dowiedzieć się czegoś więcej o działaniu artefaktów, ich wyglądzie i dokładnej specyfikacji. Zdecydowałam się zahaczyć najpierw o stołówkę, żeby nacieszyć żołądek spóźnionym śniadaniem.

Pożegnałam się szybko, opuszczając przytulną czytelnię i kierując się przez zaskakująco opustoszałą Salę Drzwi do królestwa Karuta. Tym razem nie spojrzałam w kierunku posągu Wyroczni, nadal mając w pamięci jej udział w moim głupiutkim śnie. W pewnym sensie wstydziłam się, że teraz postrzegałam postać świętą dla eldaryjczyków przez pryzmat bohaterki mojego koszmaru. Przyspieszyłam kroku, ignorując ciążące mi poczucie bycia obserwowanym.

Diabelsko ciekawiła mnie historia związana z tak niedawno utraconą Smoczą Łzą. Skoro tak cenne rzeczy znikały tutaj z dnia na dzień, to dlaczego nie mogłyby się równie nagle odnaleźć? Miałam tylko jeden cholerny tydzień, jednak nic nie stało na przeszkodzie, żeby nieco w tym kierunku powęszyć. Nie robiłam sobie zbyt wielkich nadziei, ale była to moja ostatnia szansa i za żadne skarby nie zamierzałam jej utracić. Wybór pomiędzy powrotem do ukochanej rodziny a pozostaniem w przedziwnej krainie Eldaryi był zasadniczo prosty i nie pozostawiał najmniejszych wątpliwości.

Nagły uścisk na ramieniu sprowadził mnie na ziemię. Odwróciłam się gwałtownie, a widok lśniącej maski Ashkore'a zmroził mi krew w żyłach. Chciałam krzyknąć, kiedy poczułam szarpnięcie, lecz tajemniczy nieznajomy zasłonił mi dłonią usta. Mężczyzna wciągnął mnie do ozdobnej wnęki w ścianie, nadal uniemożliwiając mi wyduszenie z siebie choćby słowa. Bezmyślnie spróbowałam ugryźć oprawcę, nie zauważywszy, że ten miał na rękach grube, skórzane rękawiczki.

— Zamknij się i mnie słuchaj, póki nikt nas nie widzi. Tak się składa, że tylko ja mogę w tym momencie powiedzieć ci całą prawdę. — Byłam śmiertelnie przerażona. Ten człowiek był cholernie nieobliczalny. Uratował mnie już raz z więziennej celi, ale opinie na jego temat były zbyt jednogłośne, żebym mogła być mu za to wdzięczna. Z paniką patrzyłam za jego plecy, rozglądając się za jakąkolwiek żywą duszą. Bezskutecznie, ponieważ Kwatera w porze niemal obiadowej zawsze przypominała miasto duchów. — Straż bawi się z tobą w kotka i myszkę, a ty całkiem zabawnie dajesz się wodzić za nos. Samego mnie korci, żeby sprzedać ci kolejną bzdurę i obserwować, jak naiwnie wierzysz w każde moje słówko. Możesz przejść przez ten p@&$%)!^*& portal i nie obchodzi mnie, co wcześniej usłyszałaś od nich na ten temat.

Stałam więc i słuchałam, bezgłośnie błagając, aby ktoś wreszcie przeszedł korytarzem.

* * *


https://s6.ifotos.pl/mini/hhpng_qaewrpn.png

Offline

#30 01-07-2020 o 21h53

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 703

https://i.imgur.com/KLbAPid.png


Jeśli ty jesteś po czasie, to ja już całkiem zniknęłam XD Muszę się zabrać za pisanie, oj muszę! I jak cudownie, że akurat dzisiaj wrzuciłaś nowy rozdział! Za mną średnio ciekawy dzień, więc im więcej takich małych przyjemności, tym lepiej. A jeszcze ten rozdział cholernie długi — cudownie! <3

Na razie kompletnie nie wiem, co się dzieje. Gardzia miała spać u Eza, a tu nagle jakaś ucieczka i to diabeł wie z kim, że niby z jakimś przyjacielem. Jestem więc trochę skołowana. Aaaa, dobra, już kojarzę tę parkę. Ale co jest kurde, to jej sen, wizja? O rany XD

„Ciągnęło mnie do niego w czysto koleżeński sposób i nie mogłam nic poradzić na to, że niekiedy zależało mi na jego aprobacie w stosunku do moich działań.” </3

Jezu, ten cały Scanlon to maksymalnie irytujące stworzenie.

Och hm Gardzia jako wampir? A to ciekawostka! I och nie, znowu ten debil Ash!

Ale och, rozdział bardzo interesujący głownie z tego względu, że dużo nam opowiedziano o przeszłości i działaniu stworzonego przez ciebie świata. Świetnie się to czytało, choć jak zwykle ubolewam nad tym, że było tak mało Eza ;] No ale mniejsza, czekam niecierpliwie na resztę i pozdrawiam! ^ ^





https://cdn.discordapp.com/attachments/333714204597157889/730155224378900541/image0.gif











                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Online

#31 04-07-2020 o 11h23

Straż Absyntu
Lix
Młody rekrut
Lix
...
Wiadomości: 10

Jak zaczęłam czytać to wczoraj wieczorem to skończyłam teraz bez żadnych przerw. Jejku zakochałam się w tym opku, jestem okropnie ciekawa co będzie dalej.

Co do technicznych rzeczy to nie jestem pewna czy imię "Karuto" i "Kero" Powinno się odmieniać, w grze była używana tylko taka forma więc teraz widzenie "Karuta" troszkę razi mnie po paczałkach

Offline

Strony : 1 2