Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1

#1 08-07-2019 o 12h51

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/4MtInNn.png

https://i.imgur.com/QEemfVV.png



N A Y A    ╳    T Y S I A A A



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#2 08-07-2019 o 19h37

Straż Obsydianu
Tysiaaa
Młody rekrut
Tysiaaa
...
Wiadomości: 10

https://scontent.fzrh3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/66434401_3158018440889854_8929003293443620864_n.jpg?_nc_cat=101&_nc_oc=AQkpmz9qNl5xruA1JttpnEECpY4XxZVFMchevtpHpA0oY1GVjRuEB_9URPrhRCWDeog&_nc_ht=scontent.fzrh3-1.fna&oh=62b9c5da0a120f941c6c84ab9e0a1efa&oe=5DB94616


https://i.pinimg.com/236x/78/4e/3c/784e3cb5da428feb42bd83cdbadc8c9b.jpg
xImię - Rose
xNazwisko - Wilson
xWiek - 17 lat
xSzkoła - Hogwart
xDom - Hufflepuff
xRok nauki - Siódmy
xPatronus - Kot: Maine Coon
xRóżdżka - Drewno grabowe, włókno ze smoczego serca, 12 cali, wyjątkowo giętka
xUlubiony przedmiot - transmutacja
xPosiadane zwierzę - Kot
Krew - Mugolak

Wygląd

xKolor oczu - Brązowe z drobnymi zielonymi plamkami
xKolor włosów - Rude
xWzrost - 164cm
xTalia - Smukła
xZnaki szczególne - Piegi i rozległa blizna na lewym udzie

Ostatnio zmieniony przez Tysiaaa (08-07-2019 o 22h28)

Offline

#3 08-07-2019 o 22h52

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/Eas990j.png

J  A  S  P  E  R        D  A  N  V  E  R  S ,       1  7    L  A  T        R  A  V  E  N  C  L  A  W
J  A  W  O  R  ,        1  1    C  A  L  I  ,         P  I  Ó  R  O        G  R  O  M  O  P  T  A  K  A
P   Ó   Ł                   K   R   W   I     ,                     M   E   T   A   M   O  R   F   O   M   A   G
E  L  I  K  S  I  R  Y  ,           N  U  M  E  R  O  L  O  G  I  A  ,            Z  A  K  L  Ę  C  I  A
P  A  T  R  O  N  U  S    :                S   Z   A   K   A   L                 Z   Ł   O   C   I   S   T   Y


1   7   9     C   M        W  Z  R  O  S  T  U ,         P  O  P  I  E  L  A  T  E        W  Ł  O  S  Y
N  I  E  B  I  E  S  K  I  E          O  C  Z  Y   ,          D  O  Ś  Ć          S  Z  C  Z  U  P  Ł  Y



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#4 09-07-2019 o 20h12

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/lJGfo2l.png

     Wyszedł z klasy profesora Slughorna z zadowoleniem wypisanym na twarzy. Po ponad trzech tygodniach pracy nad eliksirem niewidzialności, wreszcie udało mu się osiągnąć odpowiedni efekt jako jedynemu z owutemowiczów. Zaledwie trzy krople wylane na ropuchę przywołaną przez profesora, wystarczyły, żeby zniknęła. Oczywiście wciąż było ją słychać, ale najważniejsze było, że była całkowicie niewidoczna. Profesor Slughorn nagrodził go paroma punktami dla Ravenclawu. Nie mógł ukryć, że był z tego powodu dumny. Ostatnie lata walki o Puchar Domów, jak zwykle wygrywał Slytherin lub Gryffindor, zostawiając Krukonów i Puchonów daleko w tyle. W wakacje postanowił sobie, że na swoim ostatnim roku w Hogwarcie zrobi wszystko, żeby choć raz móc zwyciężyć z innymi, w dziedzinach innych niż nauka. W swoim domu był trochę osamotniony z tymi marzeniami. Krukonom nie przeszkadzały przegrane, każdy skupiał się na tym co było tu i teraz, chcąc wynieść ze szkoły jak najwięcej wiedzy przydatnej w późniejszym życiu. W większości uważali walkę o Puchar Domów za dziecinną farsę. Pierwszo i drugoroczni może jeszcze chcieli pokazać się z jak najlepszej strony, ale na trzecim roku zapał powoli im mijał. Jasper byłby kłamcą, gdyby powiedział, że jemu samemu zapał nie opadł. Również przestał zwracać uwagę na kryształki spoczywające w klepsydrach opatrzonych nazwami domów, jednak gdy po szóstym roku dotarło do niego, że zbliża się jego koniec edukacji i uczęszczania do Hogwartu, postanowił spróbować zawalczyć.
     Był tylko jeden problem. Poza punktami za dobrze wykonywane zdania w trakcie zajęć nie miał innych szans na ich zdobycie. Nie był w drużynie Quidditcha, gdzie zdobywało się najwięcej punktów, a Klub Pojedynków nie odbywał się na tyle często, żeby pomóc w tej wątpliwej sytuacji. Tym bardziej, że obecny nauczyciel obrony przed czarną magią jakoś nie potrafił określić, kiedy wreszcie wyruszą ze spotkaniami. Z kolei w Klubie Ślimaka nagrodami, o ile można było to tak nazwać, były tylko spotkania z ludźmi, którzy mieli jakieś wpływy i mogły mu pomóc w przyszłości w jego wymarzonej pracy łamacza klątw. A jeśli chodziło o odbieranie mu punktów... Niestety zdarzało mu się to, a walczyć z tym nie potrafił. W końcu to nie była jego wina, że za każdym razem, gdy publicznie wdawał się w kłótnię z tą całą Wilson, akurat musiał pojawiać się jakiś nauczyciel, albo co gorsza, sama dyrektora. Tak, jakby tylko czekali tuż za rogiem na moment, gdy zaczną się wzajemnie przekrzykiwać, by nagle wyrosnąć jak spod ziemi i ukarać ich utratą punktów czy szlabanem. Słowem więc, sytuacja nie była najlepsza. Jedyne, co go pocieszało, to myśl, że przynajmniej próbuje.
     Powolnym krokiem pokonał ostatnie schody, które prowadziły z lochów na zerowy poziom zamku. Od strony Wielkiej Sali dobiegały go głośne rozmowy i śmiechy uczniów, którzy już zdążyli wejść na kolację. Znaczna część klasy, która razem z nim ukończyła właśnie eliksiry, również się tam pokierowała. On sam chwilę się zawahał. Z jednej strony ogólne ciepło bijące z Wielkiej Sali przyciągało go lepiej niż zaklęcie przywołujące, tym bardziej, że ostatnie dobre trzy godziny spędził w zimnych lochach, ale z drugiej strony w jego torbie spoczywało zadanie z numerologii, które przydałoby się ruszyć jeszcze tego dnia, a na pewno wymagało to wizyty w bibliotece. Bił się przez moment z myślami, nie wiedząc, co będzie bardziej słuszne. Sama kolacja mogła mu minąć szybko, nie należał do osób spędzających godzinę przy posiłku, ale wdrapanie się na wieżę Ravenclawu już trochę czasu zajmowało. A on naprawdę nie lubił wchodzenia po tych upartych schodach. Gdyby nie fakt istniejącej ciszy nocnej i nakazu przebywania w swoich domach po wyznaczonej godzinie, to część nocy spędzałby w pierwszej lepszej napotkanej klasie.
     Gdy do jego uszu dotarło ciche burczenie dochodzące od strony żołądka, westchnął męczeńsko. Ominął pierwsze wyjście do Hogsmeade, bo był zajęty esejem z transmutacji, a słodycze z ostatniej paczki od rodziców już mu się skończył. Wychodziło na to, że kolacja będzie nieunikniona. Pokierował się za tłumem do Wielkiej Sali, myślami powoli wędrując w kierunku swojego zadania z numerologii. Na ziemię sprowadziło go dopiero uderzenie w klatkę piersiową, połączone z niemiłym komentarzem. Zerknął parę cali w dół, a gdy jego wzrok natknął się na burzę rudych włosów, przeklął w myślach, wywracając oczami. Jeszcze Wilson mu tylko do szczęścia brakowało.



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#5 09-07-2019 o 21h03

Straż Obsydianu
Tysiaaa
Młody rekrut
Tysiaaa
...
Wiadomości: 10

https://scontent.fzrh3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/66434401_3158018440889854_8929003293443620864_n.jpg?_nc_cat=101&_nc_oc=AQkpmz9qNl5xruA1JttpnEECpY4XxZVFMchevtpHpA0oY1GVjRuEB_9URPrhRCWDeog&_nc_ht=scontent.fzrh3-1.fna&oh=62b9c5da0a120f941c6c84ab9e0a1efa&oe=5DB94616




Przeciągnęła się próbując złapać resztki snów wymykające się z jej umysłu. Upiorny dźwięk wydobywał się z zegarka położonego na jej nocnej szafce. Gdyby mogła tylko przesunąć czas o godzinę do tyłu i zdrzemnąć się jeszcze na chwilę. Ziewnęła przeciągle ręką próbując wymacać to przeklęte ustrojstwo. Z satysfakcją dotknęła opuszkami palców przycisku i już po chwili nastała przyjemna dla uszu cisza – tego jej właśnie było trzeba. Z trudem podniosła się z łóżka.
-Wybacz – rzuciła szybko gdy jej pupil wydał z siebie protestujące miałknięcie. Zerknęła przelotnie na wskazówki zegara i przeklęła siarczyście. Za niecałe trzydzieści minut zaczynała się jej pierwsza lekcja, a ona była w całkowitej rozsypce. Naprędce zaczęła ubierać mundurek szkolny jednocześnie próbując zapleść włosy w luźny kucyk. Jeśli zamierzała zjeść coś przed morderczymi zajęciami z samą dyrektor Mcgonagall powinna się pospieszyć. To był ten rodzaj nauczyciela, który nie przyjmował żadnych wymówek od spóźnialskich i gotów był ukarać każdego minusowymi punktami jeśli delikwent ten złamał jakieś szkolne zasady. Nie chciała narażać Puchonów na stratę i tak już niewielu punktów jakie zdobył ten dom. I tak robiła to nader często. To nie była jednak jej wina. Gdyby nie… Odetchnęła głęboko. Nie zamierzała się teraz przejmować tym pajacem. Szybko oceniła swoje starania w lustrze i już po chwili wspinała się po schodach do Wielkiej Sali. Niestety salon wspólny Puchonów jak i Ślizgonów znajdował się w lochach. Oznaczało to ciągłą wędrówkę po ruchomych schodach – gdyby jeszcze była pewność, że dotrze się tam gdzie pierwotnie się planowało. Urok zaczarowanej szkoły polegał właśnie na wszechobecnej magii. Poruszające się obrazy, ruchomy schody i zajęcia, które uczyły jak się tymi czarami posługiwać.
                                    Nigdy do końca nie rozumiała czemu wylądowała właśnie w Hufflepuffie. Z drugiej strony nie pasowała też do żadnego innego domu. Nigdy nie zależało jej na przyjaźniach, towarzystwie ani tym bardziej rozmowach z innymi. Tiara Przydziału miała jednak co do niej inne plany. Tak jakby dostrzegła w niej coś czego nikt inny wcześniej nie widział. Nawet ona sama. Wszystkie próby koleżeństwa kończyły się jednak w momencie kiedy na swojej drodze spotykała Jaspera Danversa. Od niepamiętnych czasów irytował ją swoją obecnością doprowadzając tym samym do białej gorączki. W jego towarzystwie nie potrafiła nad sobą zapanować. Tak jakby budził w niej najgorsze instynkty. Zacisnęła dłoń w pięść na samą myśl o nim.
                Piętnaście minut… Przyspieszyła kroku. Naprawdę liczyła, że przynajmniej zgarnie na szybko coś do ręki przed zajęciami. Zdecydowanie powinna wstawać szybciej. Powtarzała sobie to za każdym razem i wiecznie robiła to samo. Poświęcała potrzeby swojego żołądka dla choć jednej chwili całkowitego relaksu. No dobrze może i miała mały, malutki, taki drobny problem ze wstawaniem ale to przecież nie była jej wina. To zdradzieckie łóżko nie chciało wypuścić jej ze swoich objęć. Jej przyjaciółka Down powiedziałaby, że to lenistwo, ale już Rose wiedziała swoje. Wpadła jak burza do Wielkiej Sali.  Przywitała się w biegu z kilkoma znajomymi twarzami i chwyciła w obie dłonie po ciastku. Tak szybko jak weszła tak i skierowała się do wyjścia. Mijała długie rzędy stołów, lawirowała między chodzącymi ludźmi i starała się wydostać z tego pomieszczenia jak najszybciej. Cały plan mógłby wypalić i wypaliłby gdyby tylko on, diabeł zesłany z piekła by ją dręczyć nie stał akurat jej na drodze. Nie zdążyła się zatrzymać ani wyhamować. Z żalem i bólem w sercu patrzyła jak jej upragnione ciastka lądują na szacie Krukona.
- Danvers niech cię szlag! – warknęła głośno. Jedyną pozytywną rzeczą w całym tym zdarzeniu były dwie wielkie plamy z kremu, które odbiły się na szacie. Uśmiechnęła się kąśliwie. Jak to mówią? Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Ich konflikt trwał odkąd tylko pamiętała. Od dnia ich pierwszego spotkania.
- Nie spóźnij się na transmutację – rzuciła z udawaną życzliwością. Jak na puchona, który powinien aż pękać od optymizmu i serdeczności szło jej naprawdę kiepsko. Z rana całkowicie zapomniała, że pierwsze zajęcia mieli z Krukonami. I nie tylko te. Jak na jej gust mieli wspólnych zajęć zdecydowanie za dużo.

Offline

#6 09-07-2019 o 22h12

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/lJGfo2l.png

     Krew w nim zawrzała, gdy zobaczył plamy po ciastkach na swojej szacie i oddalającą się jak gdyby nigdy nic Puchonkę. Cały jego misterny plan unikania kłótni, zdobywania punktów i uzyskania chwały dla Ravenclawu momentalnie wyparował z jego głowy. Nad zemstą nie musiał się długo zastanawiać. Wyszarpnął różdżkę z kieszeni i celując prosto w podskakujące loki, wypowiedział zaklęcie.
     - Oppugno! - Z jego różdżki wyleciały małe, żółte ptaszki które głośno świergocząc i śpiewając, dopadły do włosów Wilson, zaczynając za nie ciągnąć we wszystkie możliwe strony. Jasper uśmiechnął się pod nosem i nie zważywszy na krzyki dziewczyny, odwrócił się na pięcie. Kierując się do stołu swojego domu, zgrabnym ruchem oczyścił szatę z kremu.
     Usiadł na jednym z wolnych miejsc, w ogóle nie przyglądając się domownikom obok. I tak poza Markiem, który na chwilę obecną przebywał w skrzydle szpitalnym, nie miał żadnego bliskiego znajomego, więc nie odczuwał większej potrzeby witania się. Chwycił za dzbanek z herbatą, czując, że po tej krótkiej, acz intensywnej potyczce z Wilson, potrzebuje się uspokoić. Sącząc w spokoju napój, miał naprawdę wielką nadzieję, że żaden z nauczycieli nie zauważył, że rzucił na nią zaklęcie. Co jak co, ale używanie czarów przeciwko sobie w szkole wciąż było zakazane, więc mogłoby mu się całkiem nieźle oberwać. To wiązałoby się z utratą dopiero co zarobionych punktów, więc żeby wtopić się w tłum, by mieć pewność, że go nikt zaraz nie wywoła, mocno zacisnął oczy, skupiając się na tym, żeby jego włosy urosły i zmieniły się na czarne, a nos stał się bardziej zadarty. Gdy ta mała przemiana jego wyglądu zaszła, mógł się już rozluźnić. W myślach po raz kolejny podziękował swojej matce metamorfomażce, że przekazała mu tę umiejętność w genach. Potrafił być naprawdę pomocna, choć zdarzało się, że ujawniała się w najmniej oczekiwanych przez niego momentach, gdy emocje brały nad nim górę.
     Jego żołądek na nowo dał o sobie znać. Mimowolnie spojrzał w kierunku słodkości, ale widząc ciastka z kremem, które dosłownie parę minut wcześniej niechlubnie zdobiły jego szatę, skrzywił się, jakby wypił wywaru ze szczuroszczeta. Zamiast tego chwycił za jabłko leżące tuż obok. Wgryzł się w nie, ponownie wracając myślami do swojego zadania z numerologii. Momentami sam na siebie narzekał, że nie posłuchał się kolegów z domu i wybrał sobie przedmiot profesor Vector. Choć był ciekawy, a kombinacje, które można było dzięki niej ułożyć były nieskończone, to ilość prac, które profesorka wręcz uwielbiała zadawać mogły przyprawić o ból głowy. Już na wcześniejszych latach potrafiła zawalić go wypracowaniami na miesiąc z góry, a teraz w klasie owutemowej przechodziła samą siebie. Wierzył tylko, że to, czego go nauczyła, kiedyś mu się przyda, gdy stanie przed wyjątkowo upierdliwym i złożonym urokiem.
     Po skończeniu jedzenia jabłka, chwycił jeszcze za jakąś grzankę, by przegryźć ją w drodze pod salę od transmutacji. Wstał od stołu i wyszedł z Wielkiej Sali, powoli przywracając swój wygląd do normalności. Był nawet zadowolony z tego, że nikt nie zauważył incydentu, do którego doszło parę minut wcześniej. Jednak humor Jaspera został po raz kolejny wystawiony na próbę, gdy do jego umysłu dotarła przetworzona informacja, że transmutacja, to jeden z tych wspólnych przedmiotów, w trakcie których musiał znosić w jednym pomieszczeniu obecność Wilson. Z resztkami nadziei na barkach, że Puchonka jeszcze nie pozbyła się swojego pierzastego problemu, pokierował się do odpowiedniej klasy.



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#7 10-07-2019 o 19h55

Straż Obsydianu
Tysiaaa
Młody rekrut
Tysiaaa
...
Wiadomości: 10

https://scontent.fzrh3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/66434401_3158018440889854_8929003293443620864_n.jpg?_nc_cat=101&_nc_oc=AQkpmz9qNl5xruA1JttpnEECpY4XxZVFMchevtpHpA0oY1GVjRuEB_9URPrhRCWDeog&_nc_ht=scontent.fzrh3-1.fna&oh=62b9c5da0a120f941c6c84ab9e0a1efa&oe=5DB94616



Myśląc o zmarnowanej przekąsce ruszyła przed siebie. Jakby mało miała zmartwień to jeszcze los z samego rana – no prawie z samego – postawił przed nią akurat TEGO Krukona. Czy coś jeszcze mogło pójść nie tak? Odwróciła się gwałtownie słysząc wypowiadane zaklęcie. Krew napłynęła jej do twarzy ze złości. Jej policzki zrobiły się całe czerwone. Krzyknęła cicho widząc nadlatujące w jej stronę małe ptaszki, które miały tylko jedno zadanie – zadziobać ją na śmierć. Czuła jak papierowe dzioby wbijają jej się w skórę, a skrzydła wplątują we włosy. Machała rękoma jak opętana próbując się ich pozbyć. Pobiegła przed siebie próbując zebrać myśli. Na pewno nie ujdzie mu to na sucho. Ta zagrywka oznaczała jedno – zemstę. Zacisnęła dłonie w pięści kiedy kolejne ptaszki podfrunęły w jej kierunku. Wściekła na wszystko szukała w głowie dobrego zaklęcia.
- Descendo – mruknęła cicho tym samym wykonując odpowiedni ruch nadgarstkiem. W jednej chwili wszystkie papierowe ptaszki spłonęły na jej oczach, a popiół z ich drobniutkich nieżywych ciałek posypał się na ziemię. Z satysfakcją obserwowała spektakl przed swoimi oczami. Z rozkoszą delektowałaby się tą chwilą jednak za niecałe pięć minut rozpoczynała się transmutacja. Może zemsta miała nadejść szybciej niż przypuszczała?
        W dosłownie ostatnim momencie weszła do Sali. Wszyscy zajęli już swoje miejsca, no prawie wszyscy. Uśmiech wypełzł jej na usta na samą myśl o swoim małym psikusie. Powoli przeszła przez okrągłą salę aż do trzeciego rzędu gdzie zajęła swoje stałe miejsce obok Down. Profesor Mcgonagall już zajęła swoje stałe miejsce na katedrze pod postacią kota. Obserwowała wszystkich uważnie ze swojego miejsca. Wyglądała jak posąg. Nie poruszała się, nie mrugała, zachowywała się jakby została pozbawiona wszystkich funkcji życiowych.
- Down, to będzie twoja najlepsza transmutacja od dawna… - wyszeptała do przyjaciółki. Ta zrobiła tylko wielkie nic nie rozumiejące oczy i wzruszyła ramionami z uśmiechem obserwując poczynania Rose. Może i nie wiedziała co Puchonka planuje, ale na pewno będzie to opłakane w skutkach. Oczywiście nie dla nich, ale dla tego kogoś kogo upatrzyła sobie rudowłosa. Rose niecierpliwie obserwowała wejście do klasy. Już było po czasie, lekcja się rozpoczęła.
        Dyrektorka w jednym momencie zmaterializowała się w swojej ludzkiej postaci i zaczęła prowadzić lekcje. Nigdy nie sprawdzała listy obecności jak gdyby doskonale wiedziała kto jest nieobecny na jej zajęciach. Rose była rozdarta między swoim planem a chęcią słuchania nauczycielki. Jej cierpliwość nie została jednak wystawiona na próbę ponieważ dokładnie w tym momencie Jasper Danvers dumnie wkroczył do klasy jak gdyby nigdy nic z bezczelnym uśmiechem na ustach.
-Brachiabindo- poruszyła ledwie ustami, a pod stołem poruszyła różdżką. W jednym momencie widziała jak stopy chłopaka sztywnieją skrępowane przez niewidzialne więzy, a on sam ląduje jak długi na podłodze nie mogąc złapać równowagi. Z boku wyglądało to tak jakby potknął się o własne buty lub o sznurówkę, która na jej szczęście była rozwiązana. Tylko ona, Down oraz sam zainteresowany znali prawdę. Cała klasa wybuchła śmiechem. Ona także nie mogła się powstrzymać.
-Emancipare – rzuciła szybkie przeciw zaklęcie i uśmiechnęła się do siebie z zadowoleniem. Puściła oczko do swojej przyjaciółki, a ta pokazała jej w uśmiechu wszystkie zęby.
- Panie Danvers, skoro już pan do nas dołączył może zajmie pan swoje miejsce bez zbędnego przedstawienia. Zna pan zasady panie Danvers. Ravenclaw traci za pańskie spóźnienie pięć punktów – powiedziała profesor Mcgonagall patrząc prosto na osobę, która wywołała ten spektakl. Dookoła rozległy się jęki zawodu, a w stronę chłopaka zostało posłane kilka nieprzyjemnych spojrzeń. Rose odwróciła się w stronę tablicy dumna z siebie. Ten dzień w końcu zaczynał zmierzać we właściwym kierunku.

Offline

#8 11-07-2019 o 19h10

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/lJGfo2l.png

     Dochodząc pod salę, nie miał bladego pojęcia, jakim cudem lekcja się już zaczęła. Był stu procentowo pewien, że będzie na czas, ba, nawet przed czasem. A tutaj nikogo nie było. Ze zdenerwowaniem wypisanym na twarzy spojrzał na zegarek, który wskazywał, że ma jeszcze pięć minut. Potrząsnął nim, przykładając do ucha, żeby sprawdzić czy na pewno działa. Doszło do niego ciche tykanie, więc nie było mowy o jego pomyłce. Chyba, że... Wilson. Pewnie przestawiła mu zegarek zaklęciem, żeby narobić mu kłopotów. Nachmurzony jak chmura gradowa, złapał za klamkę, żeby z rozmachem wejść do sali. Tymczasem drzwi jak były zamknięte, tak były zamknięte. Jasper zwątpił we wszystko. Pociągnął jeszcze raz, a gdy wciąż stawiały opór, wymruczał w ich kierunku ciche Alohomora. Zamek cicho szczęknął, więc wreszcie mógł wejść do środka. Przekraczając próg klasy, w której nie było żywej duszy, dotarła do niego prawda. Dzisiejsze zajęcia z transmutacji miały odbyć się na drugim końcu szkoły, a on o tym zapomniał. Wybiegł z klasy, nie przejmując się, by z powrotem zamknąć drzwi. Rozpędzając się, zerknął na zegarek. Jęknął, widząc, że jego zmagania z drzwiami zajęły mu trzy minuty. Nie było najmniejszej opcji, że zdąży na czas. Gdyby w szkole teleportacja była możliwa, to co innego, ale tak... Był w ciemnych czterech literach. Już widział radość wypisaną na twarzy Wilson, gdy wpadnie spóźniony na lekcję, a McGonagall go ukarze. A dzień zapowiadał się tak pewnie.
    Do sali wpadł spóźniony. Niewiele, ale jednak wystarczająco, by zwrócić na siebie uwagę. Raczej nie miał w zwyczaju, żeby być niepunktualnym, więc tym bardziej można to było nazwać małą sensacją. I może byłoby wszystko dobrze, gdyby nie to chodzące zło wcielone w postaci ledwo odrośniętej od ziemi marchewki, która na jego widok delikatnie zakręciła różdżką, a on sam po chwili leżał jak długi na podłodze. Zmiął przekleństwo w myślach, a potem drugie, gdy McGonagall odjęła mu pięć punktów. Uczniowie z jego domu spojrzeli na niego w taki sposób, jakby wcale wcześniej nie zdobył dziesięciu. Podniósł się z podłogi, otrzepując szatę. Posłał zadowolonej Puchonce wściekłe spojrzenie, gdy szedł usiąść w swojej ławce.
     Wyciągnął podręcznik, pergamin, pióro i kałamarz, próbując przywrócić na swoją twarz obojętny wyraz. McGonagall odwróciła się do tablicy, zaczynając tłumaczyć podstawy transmutacji ludzi. Słuchał jej jednym uchem. Nie uznawał tego za wybitnie mu potrzebne, skoro był metamorfomagiem. Nie potrzebował żadnych zaklęć czy eliksirów wielosokowych, by zmienić swoją aparycję, a znajomość ich w celu zmiany kogoś innego też jakoś mu się nie widziała. Wymagał, by ta druga osoba je znała, albo chociaż była w stanie wypić ten paskudny eliksir.
    Dyskretnie rozejrzał się po klasie. Wszyscy z uwagą notowali słowa dyrektorki, łącznie z tym rudym, puchońskim strachem na wróble. Musiał się jej odpłacić pięknym za nadobne. Tym bardziej, że ośmieszyła go na forum całej ich klasy. Upewniwszy się, że już nikt nie zwraca na niego uwagi, wyciągnął różdżkę. Wycelował w swój kałamarz.
     - Wingardium Leviosa! - mruknął, a pojemnik wystartował w górę. Kierowany ruchami jego różdżki, popłynął nad głowami uczniów, by zawisnąć złowrogo nad rudą czupryną Rose. W tym momencie honor Ravenclawu zszedł na drugi plan, jego własne, męskie ego było ważniejsze. Teatralnym wręcz gestem obrócił kałamarz do góry dnem, by wylać atrament na nic niespodziewającą się dziewczynę. Jej nagły wrzask spowodował, że McGonagall się odwróciła i zdążyła uchwycić kątem oka, znikającą w jego kieszeni różdżkę. Wilson sapała ze złości, a dyrektorka powoli ruszyła w jego kierunku. Przełknął ślinę, w myślach żegnając się z życiem, szkołą, honorem i wszystkim innym. Wszyscy znowu zwrócili na niego swoją uwagę, czekając na rozwój wydarzeń.
    - Danvers, szlaban przez dwa tygodnie codziennie wieczorem u woźnego - warknęła w jego kierunku, nie mogąc uwierzyć, że tak się zachował. Ponad jej ramieniem widział zadowoloną twarz swojej ofiary. - A teraz, zabieraj swoje rzeczy i siadasz w pierwszej ławce. To samo się tyczy ciebie, Wilson. Skoro tak was do siebie ciągnie, od dziś będziecie siedzieć razem.
     Powiedziawszy to, wróciła pod tablicę, aby kontynuować zajęcia. Jasper usiłując jak najbardziej ukryć swoją złość i rozgoryczenie, że musi siedzieć w jednej ławce z tą marchewą, pozbierał swoje rzeczy. Z miną jak na ścięcie przeniósł się na odpowiednie miejsce, pocieszając się faktem, że przynajmniej nie odjęła mu kolejnych punktów.



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#9 11-07-2019 o 20h08

Straż Obsydianu
Tysiaaa
Młody rekrut
Tysiaaa
...
Wiadomości: 10

https://scontent.fzrh3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/66434401_3158018440889854_8929003293443620864_n.jpg?_nc_cat=101&_nc_oc=AQkpmz9qNl5xruA1JttpnEECpY4XxZVFMchevtpHpA0oY1GVjRuEB_9URPrhRCWDeog&_nc_ht=scontent.fzrh3-1.fna&oh=62b9c5da0a120f941c6c84ab9e0a1efa&oe=5DB94616



Gdyby prowadziła listę rzeczy do zrobienia mogłaby śmiało skreślić wszystkie zadania na dziś. Pierwsze sprawić, że Danvers popamięta to co jej zrobił. Jest. Dwa, pozbawić go kilku punktów dla Ravenclaw. Jest. Triumfować wraz z przyjaciółką z udanego dowcipu. Jest. Zdawać by się mogło, że nic już nie może zepsuć jej dnia. Widok tego aroganta lecącego jak listopadowy liść na wietrze było warte wszystkiego. Skromnie mogła przyznać, że był to jeden z jej najbardziej udanych żartów. Uśmiech nie schodził jej z twarzy nawet kiedy zapisywała trudne pojęcia dyktowane przez dyrektorkę. W tym półroczu mieli zając się zmianą postaci osoby przeciwnej za pomocą zaklęcia. Coś z czym radzili sobie metamorfomadzy jeśli chodziło o zmianę swojego wyglądu, ale czy zmiana cudzego też przyjdzie im z łatwością? Nie chodziło oczywiście o diametralne zmiany, a jedynie kolor włosów czy oczu, wydłużenie nosa… Chciała zobaczyć jak największa noga transmutacji poradzi sobie z tym zadaniem. Posłała w stronę swojego nemezis ukradkowe spojrzenie. Już chciała rzucić w jego stronę jakiś nie miły komentarz kiedy granatowy atrament spłynął wprost z buteleczki na jej głowę zachlapując włosy, ubranie oraz prowadzone notatki. Krzyknęła czując jak płyn wlewa jej się za kołnierz. Down siedząca obok próbowała się odsunąć kiedy dostrzegła zagrożenie jednak nie udało jej się zrobić tego dostatecznie szybko i koniec końców także oberwała.
          Miała zamiar mu coś powiedzieć, ale profesor McGonagall była szybsza. Rose nie wierzyła własnym uszom. Już chciała świętować kiedy dotarł do niej sens słów pani profesor. Mina jej zrzedła na samą myśl o dzieleniu ławki z tym indywiduum.
- Ale pani profesor ja przecież nic złego nie zrobiłam – próbowała ratować jeszcze swoją sytuację, ale spojrzenie psorki szybko zamknął jej usta. Zdusiła w sobie przekleństwo i rzucając ostatnie smętne spojrzenie Down zaczęła zbierać swoje rzeczy. Dyrektorka machnęła różdżką, a jej usta ułożyły się na kształt słowa Tergeo i już po chwili obie dziewczyny były ponownie czyste.
- Ahh i panie Danvers, traci pan kolejne dziesięć punktów – powiedziała po czym wróciła do prowadzenia lekcji- tak jak już wiecie na tych zajęciach będziemy próbować zmienić czyjś wygląd. Nie jest to łatwe, nie zrażajcie się, a na pewno osiągnięcie zamierzone efekty. Żeby nie przedłużać będzie to wasze zadanie semestralne. To znaczy, że ta ocena będzie stanowiła 50% waszej oceny końcowej. Podam wam teoretyczne podstawy, ale do sedna będziecie musieli dojść sami pracując ze swoimi partnerami z ławki – zakończyła swój wywód srogim spojrzeniem po każdym z uczniów na dłuższy moment zatrzymując się na Rose i Jasperze. Dziewczyna rzuciła nachmurzone spojrzenie chłopakowi. Nie wystarczającą kara była sama jego obecność? Musiała jeszcze go znosić po zajęciach? Czemu ten okrutny świat tak jej nienawidził? No tak… Bo był okrutny! Odetchnęła głęboko zajmując w końcu wyznaczone miejsce w pierwszej ławce. Ułożyła porządnie swoje rzeczy na jednej połowie pilnując aby nie przekroczyć dzielącej ich niewidzialnej granicy.
-Zadowolony z siebie jesteś? – prychnęła w jego kierunku kiedy McGonagall odwróciła się do tablicy – to wszystko twoja wina – odwróciła od niego swój wzrok. Pod stołem zaciskała dłonie w pięści.
        Nie pozwoli mu wygrać w ten sposób. Jeszcze znajdzie odpowiednią zemstę. Nie mogło być to coś przewidywanego. Ten plan wymagał głębszego rozeznania i taktyki. Tym razem nie da się zaskoczyć. Wszystko pójdzie jak w zegarku. Danvers jeszcze nie wiedział w co się wpakował, ale Rose nie zamierzała odpuścić. Odwróciła się na krótko do Down niemo próbując jej przekazać aby ta spotkała się z nią podczas przerwy. Mina blondynki jednak sugerowała, że nic nie rozumie, a piwne oczy patrzyły na nią bezradnie. Westchnęła ciężko ponownie odwracając się do swoich notatek. Zapisała kolejną porcję suchych faktów, które pomóc miały im w rozpracowaniu zaklęcia zmieniającego wygląd. Jedynym plusem tego wszystkiego były spojrzenia Krukonów rzucane w stronę ich ławki. Wszystkie były skierowane dokładnie w miejsce gdzie widoczne były plecy chłopaka, który pozbawił swój dom piętnastu punków jednego dnia.
- Musisz być z siebie dumny. To nie lada wyczyn pozbawić własny dom tylu punktów? Oczywiście w Gryfoni i Ślizgoni robią to cały czas, ale wiesz… Może przez ciebie już nie będę mieli szansy na nawet trzecie miejsce. – dobrze się bawiła dopiekając chłopakowi. Próbowała nie myśleć o czekającym ich zadaniu. Zresztą mogła rozpracować to z Down. Spojrzała na wskazówki zegara, które dzisiejszego dnia przesuwały się jakby w zwolniony tempie. Zabębniła palcami o blat stołu. W brzuchu zaczęło jej ogromnie burczeć, a myśli skierowały się w stronę Wielkiej Sali. Uwielbiała transmutację, ale musiała oderwać nieprzyjemne myśli od siedzącej obok niej kratury.

Ostatnio zmieniony przez Tysiaaa (11-07-2019 o 20h10)

Offline

#10 11-07-2019 o 20h47

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/lJGfo2l.png

     Cichy jęk opuścił jego usta, gdy McGonagall nagle sobie przypomniała o odjęciu mu jeszcze paru punktów. Jakby szlaban z woźnym przez bite dwa tygodnie każdego wieczora nie dobijał go wystarczająco. Dzięki niej, zamiast siedzieć i robić te głupie zadania na zajęcia, pewnie znowu skończy czyszcząc jakieś nocniki, których nikt już nie używa. A to wszystko dlatego, że zapomniał o zamianie sal, a ta pomarańcza rzuciła na niego zaklęcie. Prychnął, gdy usiadła obok niego i odsunął się jak najbardziej na koniec ławki, byleby tylko być jak najdalej od niej.
     Poza tym nie rozumiał oburzenia tych ptasich móżdżków ze swojego domu. Nagle im się zamarzyło Puchar Domów zdobywać, że patrzyli na niego z żądzą mordu w oczach? Wolnego, jakoś nikomu nigdy dotychczas nie zależało, więc ich oburzenie było bezpodstawne. Przecież to normalne, że czasem punktów przybywa, a czasem ubywa. Choć, jak tak myślał... Ravenclaw rzadko tracił punkty. Zdobywał, owszem, niewiele, bo niewiele, ale raczej nie zdarzało mu się ich tracić. A przynajmniej, dopóki on nie trafił do tego domu, a na jego drodze nie stanęła ta przeklęta Wilson. Słowem, wychodziło na to, że jest zakałą Ravenclaw i równie dobrze mógłby pakować walizki.
     Westchnął męczeńsko, słysząc, jak ważna jest transmutacja ludzka. Wychodziło na to, że nici z większego olewania tego. Jakże łatwiejsze byłoby życie, jakby wszyscy byli metamorfomagami. Nagle pół siódmego roku transmutacji znalazłoby się w koszu na śmieci, bo nikomu nie byłoby to potrzebne. Ale niestety. Takich jak on było tyle co nic. Spojrzał kątem oka, na puszącą się jak paw Wilson. Patrząc na nią, był pewien jednego. Jej transmutacja twarzy by się przydała, może by przestała wyglądać jak strach na wróble, który usiłuje myśleć.
     Ignorując zaczepkę Puchonki, zabrał się za notowanie teorii. Skoro już musiał się tego nauczyć, żeby dostać to przeklęte W na koniec, to przynajmniej wykorzysta to do umilenia Wilson życia, robiąc jej darmowe i zupełnie uprzejme przekształcenie tego i owego. Z tą myślą, całkowicie oddał się notatkom, zupełnie zapominając o całym świecie, a już na pewno o tym, że obok niego siedzi niszczycielka jego reputacji. Szło mu to nawet całkiem nieźle, dopóki nie dotarły do niego jak przez mgłę, kolejne złowrogie szepty Marchewy.
    - Obyś sfermentowała, ty zmutowana Marchewo - burknął, nie zaszczycając jej spojrzeniem.
    Odetchnął głęboko, nie chcąc dać się ponieść emocjom. Kolejny atak postanowił przypuścić poza klasą, a zwłaszcza poza wzrokiem wszechwiedzącej dyry, co nie należało do najłatwiejszych, bo czasem potrafiła patrolować korytarze pod postacią kota, a wtedy łatwiej było się wkopać. Wystarczyło zapomnieć, że te charakterystyczne obwódki wokół kocich oczu w rzeczywistości były jej prostokątnymi okularami, zrobić coś przy niej i puf! Pojawiała się w swojej postaci, sypiąc karami jak z rękawa.
     Przez myśl mu przeszło, że zamiast przyczynić się do wygranej Ravenclawu, pewnie skończy jako uczeń z największą ilością punktów odebraną Krukonom kiedykolwiek. Zła sława, ale zawsze jakaś. Przynajmniej nie zostałby zapomniany, tak jak Marchewa. Jego imię byłoby znane, a może nawet ktoś by się pokusił, by pobić jego rekord. Pewnie utrzymałby się przez długie lata, zanim pojawiłby się jego następca, ale może wreszcie ktoś byłby idealny. Albo równie pechowy co on z natrafieniem na Wilson.



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#11 11-07-2019 o 21h22

Straż Obsydianu
Tysiaaa
Młody rekrut
Tysiaaa
...
Wiadomości: 10

https://scontent.fzrh3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/66434401_3158018440889854_8929003293443620864_n.jpg?_nc_cat=101&_nc_oc=AQkpmz9qNl5xruA1JttpnEECpY4XxZVFMchevtpHpA0oY1GVjRuEB_9URPrhRCWDeog&_nc_ht=scontent.fzrh3-1.fna&oh=62b9c5da0a120f941c6c84ab9e0a1efa&oe=5DB94616


Prychnęła tylko słysząc odpowiedź Krukona. Nie było go stać na nic lepszego? Tak jakby ubliżanie jej w stosunku do jej wyglądu jakkolwiek ją ruszało. Może gdyby żywiła jakieś uczucia w stosunku do niego. Na samą myśl zrobiło jej się niedobrze. Niecierpliwie czekała końca lekcji, ale ta jak na złość dłużyła się niemiłosiernie. W ciszy jaka zaległa w Sali słychać było tylko dźwięk przesuwanych stalówek po papierze i ponowne zanurzanie i w atramencie. Postanowiła zrobić to samo i do końca lekcji skrzętnie zapisywała wszystko co mogło jej się przydać do zaliczenia zajęć. W końcu minęły ostatnie sekundy zajęć więc czym prędzej spakowała swoje rzeczy i wyszła nie oglądając się za siebie. W przejściu wpadła na Down co okazało się prawdziwym zrządzeniem losu.
- Nie daruje mu tego, jeszcze zobaczysz! Moja zemsta będzie o wiele bardziej wykwintna niż jego tania zagrywka z atramentem – chwyciła blondynkę pod ramię i zeszła schodami w dół kierując się w końcu w stronę posiłku. Żołądek Rose domagał się pożywienia dokładnie w tym momencie. Obie Puchonki zasiadły przy stole Hufflepuff’u nakładając sobie na talerze przeróżne smakołyki. Ruda jak zwykle postawiła na słodkości, a Blondynka rzuciła się w wir każdego możliwego mięsa znajdującego się na stole. Po pokaźnym posiłku dziewczyna otarła usta i spojrzała na swoją przyjaciółkę.
- To niesprawiedliwe, że muszę z nim pracować – poskarżyła się robiąc żałosną minę po czym wybuchła śmiechem. Chociaż wcale do śmiechu jej nie było. Spojrzała na zegarek za chwilę miały rozpocząć się kolejne zajęcia, tym razem Opieka nad magicznymi stworzeniami prowadzonej przez gajowego Hagrida. Nigdy nie poznała bardziej pociesznego nauczyciela niż on. Z uśmiechem na ustach ruszyła na Błonia ciągnąc za sobą swoją przyjaciółkę. Przed wyjściem z Sali uwagę dziewczyn przykuła mała notka wisząca na tablicy ogłoszeń
DZIŚ PODCZAS KOLACJI WAŻNE OGŁOSZENIA

Rose zamyśliła się na chwilę po czym wzruszyła lekko ramionami. Nie było sensu zastanawiać się o co może chodzić. Lepiej było przyjść i dowiedzieć się osobiście. Zajęcia z Hagridem rozpoczęły się punktualnie. Podobno był jednym z przyjaciół Harrego Pottera, pogromcy Voldemorta. Ten człowiek był w świecie czarodziejów legendą. Rose westchnęła cicho. Chciałaby móc przeżyć choć jedną przygodę z życia chłopca który przeżył.
- Cholibka gdzie ja posiałem moje…- w tym momencie dziewczyna się wyłączyła. Rozmyślała o tym jak mogłoby wyglądać jej życie gdyby urodziła się w tamtych czasach. Jak by sobie poradziła, czy w ogóle by sobie poradziła. Kolejne lekcje mijały powoli i zbliżała się pora kolacji. Kolacji oraz owej dziwnej informacji, która miała zostać przekazana wszystkim uczniom Hogwartu. Roze przeciągnęła się wstając ze swojego miejsca na ostatniej lekcji dzisiejszego dnia – Historii Magii. Na każdej lekcji dosłownie oczy jej się zamykały. Niestety profesor Binns strasznie przynudzał. Powoli zmusiła się do ruszenia swojego zmęczonego ciała. Chciałaby już rzucić się w pościel, zamknąć oczy i zdrzemnąć się chociaż na chwilę. Bez słowa zajęła swoje miejsce przy Down i nałożyła na swój talerz kawałek kurczaka. Przed chwilą jeszcze nie była głodna, ale czując na raz tyle zapachów nabrała wilczego apetytu. Już miała zagłębić zęby w nóżce biednego kurczaczka kiedy profesor McGonagall zastukała kilka razy w swój kieliszek prosząc o ciszę.

Offline

#12 11-07-2019 o 22h33

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/lJGfo2l.png

    Był zaskoczony, że do końca zajęć Wilson już nie usiłowała mu dokuczyć, a nawet zajęła się robieniem notatek. Coś jednak mówiło mu, że to nie koniec ich potyczki i jeszcze będzie miał z nią do czynienia. Postanowił więc do końca dnia chodzić po zamku jako ktoś inny i wracać do swojej wątpliwie prawdziwej postaci tylko w trakcie zajęć. Z tą myślą zakończył notowanie i zajął się czytaniem odpowiedniego rozdziału w podręczniku, żeby uzupełnić swoją wiedzę teoretyczną.
    Gdy wreszcie nadszedł koniec zajęć, mógł zniknąć z oczu McGonagall. Przebywająca obok niego Wilson z prędkością światła spakowała swoje rzeczy, by za chwilę wybiec z sali, jakby coś ją parzyło. Wzruszył ramionami na jej zachowanie, nie chcąc zaprzątać sobie głowy taką bzdurą. Niespiesznie odłożył wszystkie rzeczy do torby i pokierował się do biblioteki. Miał teraz w planie przerwę między zajęciami, więc postanowił zająć się zadaniem z numerologii, skoro wieczór miał już zaplanowany dzięki profesor McGonagall. Pomyślał, że jeśli szybko się uwinie, to będzie mógł jeszcze zanieść Markowi notatki z transmutacji. Pewnie pani Pomfrey zdążyła się już uporać z jego poparzeniem odniesionym na ostatnich zajęciach z opieki nad magicznymi stworzeniami, ale trzymała go dla pewności, że nie wystąpią żadne dodatkowe objawy.
   Zaszył się w głębi biblioteki w dziale z książkami do numerologii zaawansowanej i wyciągnął pergamin, pióro oraz zapasowy atrament. Z półki wybrał odpowiednie książki, po czym zabrał się za pisanie. Idealna atmosfera biblioteki, a także fakt, że praktycznie wszyscy uczniowie przebywali w Wielkiej Sali, pozytywnie oddziaływała na jego pracę. Pomieszczenie wypełniał tylko szelest kartek na przemian ze skrzypieniem pióra. Opracowywanie numerologii karmicznej było całkiem niezłą zabawą. Choć do zadania podszedł ze zniechęceniem i pewnym dystansem, to im dłużej pisał, tym coraz ciekawszych rzeczy się dowiadywał. Aż nabrał ochoty, żeby sprawdzić karmę Wilson, żeby dowiedzieć się, co jej poprzednie wcielenie nawyczyniało, że tak teraz mu uprzykrzała życie, nie potrafiąc znaleźć jakiegoś normalnego, nieinwazyjnego zajęcia. Cały temat wciągnął go na tyle, że po napisaniu eseju nie odłożył książki na miejsce, tylko zabrał ją ze sobą, żeby wypożyczyć i przeczytać w wolnej chwili. Nie była to lekka lektura, ale nie miał z tym żadnego problemu.
    Po przekroczeniu Skrzydła Szpitalnego, okazało się, że Mark właśnie dostawał ostatnie instrukcje od pani Pomfrey i szykował się do opuszczenia przychodni. Kobieta do ostatniej chwili uważnie oglądała jego twarz i rękę, mrucząc coś o nieodpowiedzialności Hagrida przy dobieraniu zwierząt do przedstawienia uczniom. W końcu ostatni raz przypomniała o smarowaniu pozostałych śladów maścią, a Mark z uśmiechem na twarzy przywitał się z przyjacielem.
    - I co, ile narozrabiałeś pod moją nieobecność? - spytał, zarzucając Jasperowi rękę na barki. Ten spojrzał na niego z miną niewiniątka.
    - Dlaczego od razu miałbym rozrabiać? Spójrz na mnie. Jestem przykładnym uczniem o wręcz idealnych ocenach, który właśnie odrobił zadanie i jeszcze postanowił poszerzyć swoją wiedzę dzięki tej książeczce - pomachał egzemplarzem Liczb karmicznych przed jego twarzą. Mark zaśmiał się, ale nie uwierzył jego słowom. Dobrze wiedział, co Jasper potrafił nawyczyniać, gdy w grę wchodziła niejaka Rose Wilson z Hufflepuffu.
     - Ile punktów straciłeś i ile szlabanów zarobiłeś? - Dociekał, a Jasper wiedząc, że prędzej czy później jego przyjaciel się o tym dowie, westchnął ciężko.
     - Minus piętnaście przy plus dziesięciu oraz codziennie przez dwa tygodnie u woźnego - mruknął niechętnie. Mark gwizdnął przeciągle.
     - Nie ma mnie jeden dzień, tylko jeden, a ty już rozrabiasz gorzej niż Gryfiaki pojedynkujący się na korytarzach z Wężami.
     - To nie ja, to wszystko przez Wilson - wzruszył ramionami, a Mark pokręcił głową. Nie chciał bardziej wnikać w powód ich kolejnej kłótni, bo szczerze mówiąc, nie potrafił pojąć, jak przez tyle lat potrafili żyć w takiej zwadzie. Zwłaszcza, że oboje byli już pełnoletni, a zachowywali się na poziomie jedenastolatków.
     Przechodząc przez korytarze na parterze, zatrzymali się na chwilę przy klepsydrach, obok których wisiała tablica ogłoszeń. Na chwilę obecną prowadził Gryffindor paroma punktami nad Slytherinem, a Hufflepuff i Ravenclaw okupowali razem trzecią pozycję. Jasper zrobił niezadowoloną minę. Nie to planował przez wakacje. Oderwał wzrok od punktacji, żeby nie przypominać sobie o tym, co nawyczyniał  i spojrzał na tablicę z ogłoszeniami. Widząc nową notkę, uniósł brew. Nie za bardzo wiedział, co myśleć o niespodziewanych anonsach w połowie października. Zazwyczaj najważniejsze rzeczy poruszano na uczcie powitalnej na początku roku. Wątpił więc w ważność ich treści, ale skoro dyrka tak twierdziła, to musiała mieć jakiś powód. Obaj niespiesznie ruszyli do Wielkiej Sali, by zaspokoić nie tylko ciekawość, ale też głód.
    Siedząc razem przy stole Ravenclawu, rozmawiali o tym, co Marka ominęło na ostatnich zajęciach. Jasper w skrócie opowiedział o zajęciach z eliksirów, by przejść do klu całego dnia i rozgadać się o tym, co wyczyniała dziś Wilson. Mark słuchał jednym uchem, ale mimo to parsknął krótkim śmiechem, gdy Jasper przeszedł do momentu, gdy zaliczył glebę przed całą klasą. Danvers uznał to za zdradę przyjaźni i usiłował się obrazić, za brak wsparcia w takiej sytuacji, ale akurat ten moment profesor McGonagall uznała za idealny, by powstać i poprosić o ciszę.
    - Drodzy uczniowie! Mam zaszczyt poinformować was, że w porozumieniu z Ministerstwem Magii, szkołami Beauxbatons oraz Durmstrang, Hogwart będzie uczestniczyć w Turnieju Trójmagicznym! - Ledwo wypowiedziała ostatnie słowa, a cała szkoła zaczęła wiwatować, rozmawiać i krzyczeć. Musiała ponownie zastukać w kielich, aby ich uciszyć. - Już za tydzień udamy się do Instytutu Magi Durmstrang, gdzie siódmoklasiści i osoby, które ukończyły 17 lat, będą mogły zgłosić się do udziału w Turnieju, a reszta szkoły pozostanie, aby kibicować, ale też uczyć się, zawierać przyjaźnie oraz tworzyć nowe więzi między czarodziejami ze szkół Durmstrang oraz Beauxbatons.



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#13 12-07-2019 o 19h37

Straż Obsydianu
Tysiaaa
Młody rekrut
Tysiaaa
...
Wiadomości: 10

https://scontent.fzrh3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/66434401_3158018440889854_8929003293443620864_n.jpg?_nc_cat=101&_nc_oc=AQkpmz9qNl5xruA1JttpnEECpY4XxZVFMchevtpHpA0oY1GVjRuEB_9URPrhRCWDeog&_nc_ht=scontent.fzrh3-1.fna&oh=62b9c5da0a120f941c6c84ab9e0a1efa&oe=5DB94616



Rose otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Nie mogła uwierzyć w to co właśnie usłyszała. Turniej Trójmagiczny? TEN TURNIEJ TRÓJMAGICZNY? Nie mogła się skupić w gwarze jaki powstał po przekazaniu chyba najważniejszej wiadomości w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Podczas ostatniej zorganizowanego turnieju w 1994 roku kiedy to sam Harry Potter wziął udział w tym wydarzeniu choć nie miał ukończonych jeszcze 17 lat. Nikt nie wiedział jak to się stało, że Czara Ognia wylosowała właśnie jego imię. Podejrzewano, że oszukiwał, że jakimś cudem udało mu się wrzucić swoje nazwisko w płomienie. Prawdy jednak nigdy nie odkryto, a przynajmniej nie została ona nigdy wyjawiona. Stawiali wtedy czoła naprawdę trudnym zadaniom. Smoki, Trytony, a nawet Sfinksy… A to wszystko po to aby zdobyć wieczną chwałę oraz nagrodę pieniężną. Nie można było zapomnieć też o Pucharze, który wyglądem przyciągał do siebie niczym magnes. Puchonka jedynie czytała o tym w starych gazetach Proroka Codziennego. Nigdy nie sądziła, że dane jej będzie przeżyć coś takiego.
       Niestety w 1994 zawody ponownie zostały zawieszone przez niecodzienną śmierć niejakiego Cedrica Digori’ego, który miał został zamordowany podczas odrodzenia się Czarnego Pana. Tak twierdził Wybraniec i jak się okazało później była to prawda. Teraz ponownie miał odbyć się turniej. Po dokładnie dwudziestu latach od tego wydarzenia, a za niecały tydzień wszyscy siódmoklasiści mieli udać się do Durmstrangu gdzieś w Skandynawii. Nie mogła już się doczekać. Zaczynała nawet się zastanawiać czy powinna wrzucić swoje nazwisko do Czary Ognia. Zamyśliła się na chwilę. A co jeśli i ona straciłaby swoje życie podczas turnieju, albo… Poczuła mocne uderzenie w ramię.
- W ogóle mnie nie słuchasz! – powiedziała oburzona Down widząc, że Rose pogrążona jest teraz w innym świecie – To niesamowite nie uważasz? Zamierzasz się zgłosić? Ja chyba nie… To nie dla mnie, zbyt niebezpieczne, ale z chęcią pojadę kibicować innym zawodnikom… - buzia jej się nie zamykała. Ciężko było Wilson wyłapać wszystko o czym mówiła blondynka. Naprawdę się starała, ale po pewnym czasie dała już sobie z tym spokój.
        Nieoczekiwane ogłoszenie sprawiło, że zapomniała całkowicie o swojej zemście na Jasperze Danversie. Prawdę mówiąc przeszła jej na to nawet ochota. I tak była górą. Nie musiała niczego udowadniać sobie ani jemu.
- Down, lecę do biblioteki. Spotkamy się potem w pokoju wspólnym? – zapytała wstając od stołu. Poczekała cierpliwie na twierdzącą odpowiedź przyjaciółki, zwinęła ze stołu jeszcze jedno ciastko i skierowała się w stronę wyjścia. Delikatnie zagłębiła swój język w lukrze delektując się czekoladowym smakiem babeczki. To było to czego najbardziej było jej potrzeba. Uśmiechnęła się sama do siebie po czym zmarszczyła lekko brwi kiedy jej wzrok napotkał spojrzenie tego pasożyta z Ravenclaw. Zignorowała go całkowicie i opuściła wielką salę. Czy faktycznie chciała iść właśnie do biblioteki? Na wpół świadomie ruszyła do głównego wyjścia. Nogi same prowadziły ją do odpowiedniego miejsca. Spokojnie wyszła poza budynek i powoli schodziła przez błonia w stronę jeziora. Pogrążona w myślach wgryzła się w ciastko. Dopiero będąc nad samym brzegiem wody zatrzymała się i usiadła na trawie z cichym westchnieniem.
        Korciło ją żeby się zgłosić do turnieju. Kto wie, może nawet jej nazwisko nie zostanie wylosowane. Na pewno zgłosi się tylu uczniów… A przecież wybrany może zostać tylko jeden reprezentant z każdej szkoły. Nikt nie wie jak stało się, że podczas ostatniego Turnieju Hogwart miał aż dwoje uczestników. Tym razem na pewno nie wydarzy się nic podobnego. Jej wzrok błądził po błękitnej tafli wody w poszukiwaniu odpowiedzi. Będąc sama tylko z własnymi myślami nie była już tą odważną Rose gotową wyciąć numer swojemu przeciwnikowi. Była całkowicie bezbronna. Dzięki wygranej mogłaby wyprowadzić się w końcu z rodzinnego domu. Uciec od… Wbiła mocno swoje paznokcie w skórę chcąc odwrócić myśli od swojej rodziny jednak nie potrafiła. Podciągnęła kolana pod brodę i otuliła je szczelnie ramionami. Może gdyby jej mama wciąż żyła wszystko wyglądałoby inaczej. Teraz kiedy pozostawała sama z ojcem wyczekiwała tylko końca wakacji aby uciec od niego. Nigdy nie wyjeżdżała na święta ani ferie. Robiło tak wielu uczniów i każdy z nich miał swoje powody.
        Nagroda pieniężna… Rose uniosła wyżej podbródek podejmując właśnie jedną z najważniejszych decyzji w swoim życiu. Zamierzała zgłosić się do Turnieju i co więcej… Wygrać go o ile zdoła. Wcześniej była jedynie podekscytowana wydarzeniem teraz jednak gdy głębiej się nad tym zastanowiła i spytała siebie czego chce – wiedziała. Dzięki temu mogła stać się niezależna i sama dbać o swój los. Na pewno miałaby dobry start. Podniosła się z wilgotnej trawy kiedy słońce zaczęło chować się za horyzontem. Powinna udać się do dormitorium i naprawdę popracować trochę nad zadaniem z transmutacji. Od zawsze marzyła o pracy w tym zawodzie. Może jak dyrektorka zostanie nauczycielem, a może odkryje nowe zaklęcia i sposoby na zamianę czegoś w coś innego. Na nowo przybrała maskę szczęśliwej i pewnej siebie puchonki i ruszyła w drogę powrotną do zamku.

Offline

#14 12-07-2019 o 22h35

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/lJGfo2l.png

     Gdyby z samego szoku szczęka mogłaby wypaść ze swoich zawiasów, to ta Jasperowa na pewno wymagałaby teraz nastawienia. Z powodzeniem mógł ją zbierać łopatą z posadzki, gdy do jego umysłu dotarła informacja przekazana przez McGonagall. Turniej Trójmagiczny? Na jego ostatnim roku? Ten mityczny międzyszkolny konkurs, który ostatnio zakończył się powrotem najgroźniejszego czarnoksiężnika od czasów Grindelwalda? Ten sam, w którym ostatnio uczestniczył nieletni Harry Potter? Ten, który przynosił domu chwałę i chlubę? Jego myśli pędziły jak szalone. Uczestnictwo w czymś takim było poza jego wyobraźnią. Pewnie, chciał spróbować, ale nie potrafił zobaczyć siebie jako reprezentanta Hogwartu. Choć wiedzą i umiejętnościami nie grzeszył, to nie był taki twarzowy i miły jak Cedrik Diggory czy odważny i sprytny jak Harry Potter. Musiałby się nieźle nastarać, by udowodnić Hogwartyczkom, że nie zhańbi dobrego imienia szkoły.
     Przeniósł spojrzenie z dyrektorki na Marka, który wyglądał na równie wstrząśniętego jak on sam. Przez głowę przemknęła mu myśl, że jego przyjaciel bardziej nadawałby się na reprezentanta. Radził sobie z nauką równie dobrze, co on, a fakt, że był z mugolskiej rodziny i każde wakacje spędzał z tatą na surwiwalu, na pewno pomógłby mu przetrwać każde warunki postawione w trakcie zadań. No i też nie był tak kłopotliwy jak Jasper. Nigdy jeszcze nie stracił żadnych punktów, a nauczyciele go uwielbiali. Aż mógł niektórych brać dziw, że nie skończył w Hufflepuffie.
     - Obiecaj, że jak zostaniesz reprezentantem, to będziesz mi o wszystkim opowiadał - wycelował w niego palcem, chcąc podkreślić, że chce mieć udział w zwycięstwie Marka. Ten spojrzał na niego trochę nieprzytomnym wzrokiem, zanim odpowiedział.
     - Jakbym spróbował tego nie zrobić, to byś mnie zamęczył tymi swoimi pieruńskimi ptaszkami, które tak lubisz rzucać. Ciebie tyczy się to samo. Chcę wiedzieć o wszystkim.
    Jasper posłał mu firmowy uśmiech. Zdążył już zapomnieć, że parę minut wcześniej chciał teatralnie obrazić się na swojego przyjaciela. Zaczął marzyć nad całym Turniejem, gdy nagle coś sobie uświadomił. Jego oczy zabłyszczały wesoło i zatarł ręce z zadowolenia. Mark spojrzał na niego z lekkim niepokojem. Dobrze znał tę minę i chyba nie chciał wiedzieć, co tym razem wykiełkowało w głowie Jaspera. Z drugiej strony, jeśli dzięki tej wiedzy mógłby powstrzymać go od wpadnięcia w kolejne kłopoty, powinien się dowiedzieć o powodzie jego ekscytacji.
     - A tobie co znowu?
     - McGonagall powiedziała, że za tydzień wyjeżdżamy. A wiesz co to oznacza? - Mark pokręcił głową, kompletnie zdezorientowany. - PRZEPADNIE MI PÓŁ SZLABANU! Człowieku! Tydzień mniej czyszczenia jakichś durnych nocników! Toż to zwycięstwo!
     Mark roześmiał się. Zdążył zapomnieć o karze Jaspera, ale był w stanie zrozumieć jego radość. W domu zawsze sprzątał bez użycia magii, jako że niepełnoletnim czarodziejom nie było wolno czarować poza szkołą, i choć stuletnich nocników nie sprzątał, to wiedział jak uciążliwe może być ręczne zdrapywanie brudu.
    Skończywszy jeść, powlekli się do wieży Ravenclawu, rozprawiając o tym, jakie zadania mogli wymyślić tym razem. Jasper obstawiał coś czarnomagicznego, ze względu na fakt, że w Durmstrangu uczono tej dziedziny magii, a Mark pukał się na to w czoło. W końcu nie można było zmusić uczniów uczących się tylko obrony przed nią, by nagle zaczęli ją wykorzystywać, bo to byłoby po prostu nie fair. Sam za to twierdził, że będą przedzierać się przez jakieś lodowe jaskinie, skoro podręczniki od historii magii twierdziły, że zamek Durmstrangu znajduje się gdzieś na północy Skandynawii. Nie miał pojęcia, co mogłoby ich czekać w takich jaskiniach, ale miał pewność, że nie będzie to coś tak przyjemnego jak zwykłe niuchacze czy testrale.



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#15 12-07-2019 o 23h19

Straż Obsydianu
Tysiaaa
Młody rekrut
Tysiaaa
...
Wiadomości: 10

https://scontent.fzrh3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/66434401_3158018440889854_8929003293443620864_n.jpg?_nc_cat=101&_nc_oc=AQkpmz9qNl5xruA1JttpnEECpY4XxZVFMchevtpHpA0oY1GVjRuEB_9URPrhRCWDeog&_nc_ht=scontent.fzrh3-1.fna&oh=62b9c5da0a120f941c6c84ab9e0a1efa&oe=5DB94616


Tydzień później Rose Wilson wraz ze swoją wypchaną po brzegi walizką oraz puszystym towarzyszem schowanym w transporterze czekała w pokoju wspólnym Hufflepuff’u na Down. Ta jak zwykle musiała się spóźnić. Nigdy nie znajdowała potrzebnych rzeczy na czas, a najważniejsze rzeczy do zrobienia odkładała na ostatnia chwilę. Rose niecierpliwie przestąpiła z nogi na nogę. Ileż można?
-Down pośpiesz się, bo pojedziemy bez ciebie! – krzyknęła w stronę zamkniętego dormitorium. Dziewczyna skrzywiła się na dźwięk tłuczonego szkła. Miała wrażenie, że jej najlepsza przyjaciółka rozniesie cały pokój jeśli ktoś jej nie powstrzyma. Już miała tam wejść kiedy zdyszana blondynka pojawiła się w drzwiach. Włosy stały jej na wszystkie strony, ale koniec końców wyglądała na spakowaną. Ciężko było uwierzyć, że ktoś może być tak źle zorganizowany.
- Już już… Pali się czy co? Mamy jeszcze dwadzieścia minut – muczała ciągle pod nosem nawet kiedy obie wspinały się już po schodach  by dołączyć do reszty uczniów na błoniach. Walizki miały zostać przeniesione z pokoi wspólnych prosto do Durmstrang’u za pomocą magii zaś uczniowie mieli podróżować powozami zaprzężonymi w testrale. Miało to trwać całe dwadzieścia cztery godziny dlatego na wieczór powozy miały zamienić się w małe sypialnie bez przerywania podróży. Rose aż zadrżała z podniecenia na samą myśl. Prawdziwy Turniej Trójmagiczny. Cieszyła się, że przeżyje coś tak ekscytującego. Pozostałe powody postanowiła ignorować przynajmniej do momentu póki nie pozostanie sama. Nie lubiła się uzewnętrzniać. Nawet przy Down.
      Weszły na błonia w momencie kiedy prawie wszystkie powozy były już zajęte. Profesor McGonagall instruowała wszystkich gdzie powinni się udać i do którego pojazdu wsiąść. W międzyczasie uzgadniała całą trasę z resztą nauczycieli, którzy mieli udać się wraz z nimi do szkoły magii w Skandynawii. Profesor Slughorn, profesor Flitwick oraz sam Rubeus Hagrid. Z tego ostatniego cieszyła się najbardziej.
      Zaczęła rozglądać się za wolnym powozem, ale nie mogła żadnego dostrzec. Dopiero po chwili dyrektorka wskazała im miejsce pod wielkim drzewem gdzie zaparkowany stał ich środek transportu. Całkowicie pusty w środku. Uradowane puchonki czym prędzej zajęły swoje miejsca. Czekały na to cały tydzień. Rose po raz ostatni poprawiła swoje rude włosy związując je w kucyk i oparła się wygodnie na siedzeniu.
- Jak myślisz, kto zostanie wybrany? – zapytała wychylając się lekko aby zobaczyć twarze pozostałych uczniów.
- Na pewno musi to być ktoś odważny, przecież pamiętasz Harrego Pottera. Musiał być powód dla, którego Czara go wybrała. Albo inteligentny jak Fleur Delacur… A może silny jak sam Victor Krum? – Down zaczęła wyliczać na palcach. – a może Jasper? – rzuciła na koniec. Rose parsknęła śmiechem ciekawa do której z kategorii zaliczyć można by Danversa. Ani to odważne, ani silne a tym bardziej inteligentne.
- Chyba zgubiłaś grupę: pasożyty, w swojej wyliczance – uśmiechnęła się kącikiem ust. Nic nie mogło zepsuć jej humoru dzisiejszego dnia. Spojrzała na profesor McGonagall, która zerkała nerwowo na zegarek. Ktoś się spóźniał? Do planowanego odjazdu pozostało jeszcze dziesięć minut. Ktokolwiek to był powinien się pospieszyć jeśli nie chciał narazić się na gniew rozjuszonej kocicy. Była pewna, że dyrektorka zorganizowałaby szlaban nawet w Durmstrangu.
      Dziewczynę ciekawiła jeszcze jedna rzecz. Jaka była sama szkoła? Podobno jednym z najważniejszych zajęć była tam Czarna magia. Nie obrona przed nią, a rzucanie zaklęć, które wywodziły się z tej dziedziny. Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz. Co takie osiłki mogły zrobić z bezbronną puchonką? No dobra może nie całkiem bezbronną, ale i tak nie podobała jej się myśl, że miałaby być zdana na czyjąś łaskę. Nie po to uczyła się tych wszystkich zaklęć aby dać się pokonać na starcie.

Offline

#16 13-07-2019 o 18h54

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/lJGfo2l.png

    Tydzień poprzedzający wyjazd do Skandynawii zleciał im jak z bicza strzelił. Jasper nie wiedział, czy to przez ogólny nastrój całej szkoły, czy przez szlaban, ale dni dosłownie przelatywały mu między palcami. Jakby działał na zaklęciu przyspieszającym. A co najlepsze, prawie w ogóle nie spotykał Wilson. Tak jakby wyparowała ze szkoły, albo ktoś dla jego dobra wepchnął ją do szafki zniknięć. Choć pewnie to była złudna nadzieja, to jednak nie próbował jej rozwiewać, bo ze spokojem wreszcie mógł prowadzić szkolne życie. A jako, że ostatnią lekcję transmutacji przed wyjazdem odwołano, bo przypadała w dzień opuszczenia murów Hogwartu, tym bardziej widział w tym idealne zrządzenie losu, że aż pewnego późnego wieczoru po powrocie ze szlabanu, wyliczył sobie małą wróżbę, żeby upewnić się co do swojego nagłego przypływu szczęścia.
    W dzień wyjazdu wstał bardzo wcześnie, nie mogąc się doczekać wyruszenia w podróż. Odwiedziny Durmstrangu nie tylko go napawały nadziejami na Turniej, ale też strasznie go korciło, by zajrzeć do tamtejszej biblioteki, może też zdobyć parę czarnomagicznych książek, no a przede wszystkim dowiedzieć się czegoś więcej o historii czarodziejów z tamtego rejonu świata. Normą było, że szkoły magii ukrywały znaczną część swoich dziejów przed innymi, więc hogwardzka biblioteka, choć obszerna, nie posiadała zbyt wielu pozycji na temat Durmstrangu, a jeśli już, to nie posiadały one zbyt wielu wzmianek na temat szkoły. Podejrzewał, że na miejscu na pewno znajdzie jakieś księgi, które pomogą mu zaspokoić swoją ciekawość.
    Parę razy upewnił się co do kompletności swojego bagażu, odhaczając wszystkie rzeczy na specjalnej liście. Poza oczywistymi ubraniami i podręcznikami, spakował też kociołek, zapas najpotrzebniejszych składników do eliksirów, podstawowe eliksiry regenerujące i też Słodkiego Snu, sakiewkę z pieniędzmi, pióra, kałamarze, a na samo dno wcisnął niewielki płócienny woreczek, przykrywając go ubraniami z najwyższą czcią. Przez moment korciło go, żeby dopakować też Felix Felicis znany też jako eliksir szczęścia. Miał świadomość, że tego rodzaju doping był zakazany w Turnieju, ale zawsze mógłby go wykorzystać do pomocy sobie w uprzykrzaniu życia Wilson, gdyby za bardzo podskakiwała. Ostatecznie z niego zrezygnował, choć do ostatniej chwili zerkał w kierunku fiolki.
    Gdy jego zegarek wskazywał już ósmą, zaklęciem zamykającym zabezpieczył kufer przed otwarciem, po czym zszedł do pokoju wspólnego. Widząc Marka stojącego przy ich ulubionym stoliku w pobliżu okna, uśmiechnął się, podchodząc bliżej.
    - Gotowy na przygodę życia? - spytał jego przyjaciel w ramach powitania. Tak jak Jasper, nie umiał już dłużej ukrywać swojej ekscytacji. W końcu na początku roku nic nie wskazywało na to, że ich ostatni rok będzie taki wspaniały, a oni dostaną tak niezwykłą szansę.
    - Gotowy na podbój Durmstrangu. - Razem zeszli na śniadanie do Wielkiej Sali, po którym zaraz udali się na błonia, by wraz z resztą uczniów poczekać na transport. Cały czas wymieniali się pomysłami, co do turniejowych zadań, a im dłużej w to brnęli, tym bardziej kuriozalne rzeczy wymyślali. Zanosząc się śmiechem, stanęli wśród uczniów ze swojego domu. Nagle do uszu Jaspera dotarł głos, który od zawsze go tak strasznie irytował. Zamilkł, chłodnym spojrzeniem przeszukując stojących obok Puchonów. Wilson namierzył szybko, bardzo szybko. Te rude kłaki były widoczne już z daleka. Słysząc przytyk skierowany w jego stronę, sięgnął po różdżkę. Nim zdążył jej dobyć, powstrzymała go ręka Marka, który bardzo dobrze wiedział, do czego zmierza. Spojrzał na niego stanowczo, więc Jasper chcąc nie chcąc zaniechał swojego ataku na dziewczynę. Wsiedli do najbliższego powozu, w którym siedziało już trochę Krukonów. Przez okno widzieli, jak McGonagall jeszcze na kogoś wyczekuje, będąc coraz bardziej zirytowana. Jasper odetchnął w myślach, że choć raz to on nie jest tym, kto się narazi na jej gniew.
    W końcu rozległ się dźwięk dzwonka, a wszystkie powozy uniosły się w powietrze. Testrale sprawnie uformowały się w klucz i zgodnie pokierowały się w jednym kierunku.



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#17 13-07-2019 o 20h02

Straż Obsydianu
Tysiaaa
Młody rekrut
Tysiaaa
...
Wiadomości: 10

https://scontent.fzrh3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/66434401_3158018440889854_8929003293443620864_n.jpg?_nc_cat=101&_nc_oc=AQkpmz9qNl5xruA1JttpnEECpY4XxZVFMchevtpHpA0oY1GVjRuEB_9URPrhRCWDeog&_nc_ht=scontent.fzrh3-1.fna&oh=62b9c5da0a120f941c6c84ab9e0a1efa&oe=5DB94616


Na dźwięk dzwonka wszystkie powozy ruszyły przed siebie wzbijając się w powietrze. Obie dziewczyny rozwaliły się w powozie na całego. Jak się okazało miały całą przestrzeń dla siebie. Żadnych wścibskich oczu ani uszu, a przede wszystkim brak pewnego osobnika, który wiecznie uprzykrzał życie jednej z nich. Tym razem na całe szczęście nie widziała go od samego rana.
- Nie mogę się już doczekać aż będziemy na miejscu – powiedziała Down kierując swój wzrok za okno aby obserwować drogę, którą powozy zostawiły już za sobą oraz tą, którą musiały jeszcze pokonać.
      Jednak im dalej były tym większe wątpliwości nachodziły Rose. Durmstrang przyjmował tylko czarodziei czystej krwii. Co pomyślą o niej? Przecież jej dar nie był przekazywany z pokolenia na pokolenie. Zanikł dawno temu kiedy to pewien czarodziej czystej krwii zakochał się w pewnej mugolce mieszając tym samym swoją magiczną krew z krwią zwyczajnego człowieka. Po jakimś czas wieść, że w rodzinie Wilsonów pojawił się kiedyś czarodziej – zanikła, aż do teraz kiedy to niezwykłe zdolności ujawniły się kiedy miała zaledwie pięć lat. Już wtedy potrafiła sprawić, że kwiaty w ogrodzie rosły kiedy tylko koło nich przechodziła. Rodzice martwili się o nią, doznali szoku kiedy się dowiedzieli. Jak zareaguje więc szkoła pełna czarodziei czystej krwi kiedy do turnieju zgłosi się taki mugolak jak ona? A jeśli zostanie wybrana?
     Nie powinna przejmować się tym na zapas. Zwłaszcza, że przecież mogło się okazać, że będzie całkowicie inaczej. Po kilku chwilach zapadła w długi sen, który powoli przeradzał się w koszmar.
     Otaczała ją ciemność. Nie widziała niczego dookoła siebie. Próbowała się ruszyć, ale nogi miała jak z waty. Z oddali docierać zaczynały do niej różne dźwięki. Krzyki… Nim się obejrzała ponownie stała w kuchni swojego malutkiego domku, w którym mieszkała wraz z rodzicami odkąd mogła pamiętać. Tak było kiedyś. Zanim jej mama… Teraz jednak wyraźnie widziała ją krzątającą się po kuchni. Chciała się odezwać, ale nie mogła nawet poruszyć językiem. Gdy kobieta odwróciła się w jej stronę zachowywała się jakby nie widziała swojej córki. Jakby ta wcale nie istniała. Miała takie same rude loki i masę piegów na twarzy. Rose napłynęły łzy do oczu, a od śmierci matki nie zdarzało jej się płakać. Rozejrzała się uważnie dookoła. Pamiętała tę scenerię i chciała stąd zniknąć. Jej wzrok po raz kolejny spoczął na mamie. Chciała ją ostrzec. Krzyknąć żeby uciekała, ale nie mogła. Próbowała zacisnąć powieki, nie oglądać tego ponownie jednak nie mogła tego zrobić. Jedyne co jej pozostawało to stanie w miejscu i obserwowanie swojej własnej przeszłości.
     Do domu jak burza wpadł jej ojciec. Krzyczał jakieś niezrozumiałe słowa machając skrawkiem papieru przed twarzą kobiety. Ta próbowała spokojnie mu coś wytłumaczyć, uspokoić. Złapała go za rękę, ale ten tylko uderzył ją z całej siły w twarz. Jej mama cofnęła się. Chciała wyjść jednak mężczyzna był szybszy. Zagrodził jej drogę i po raz kolejny podniósł na nią rękę. Kobieta zrobiła krok w tył, próbowała się osłonić. Nie zauważyła zawiniętego dywanu. Potknęła się i upadła na ziemię głową uderzając w kant stołu. Padła na ziemię bez ruchu. Wszędzie była krew…

     W tym momencie Rose wybudziła się ze snu cała zlana potem. Oddychała z trudem. Rozglądała się dookoła nieobecnym wzrokiem próbując zrozumieć co się właśnie stało. Down spała smacznie na rozłożonej kanapie powozu. Za oknem była czarna noc, tylko księżyc rozświetlał okolice. Dziewczyna dotknęła swojej twarzy. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że naprawdę płakała. Szybko otarła łzy i usiadła na siedzeniu, które gdy zasypiała było zwykłym fotelem. Nie chciała wracać do tamtego dnia. Po raz kolejny oglądać tej sceny. Jej ojciec od zawsze był brutalny nie tylko w stosunku do swojej żony, ale i do córki. Nie mogła się tak po prostu teraz wycofać. Musiała chociaż spróbować.

Offline

#18 14-07-2019 o 21h01

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/lJGfo2l.png

     Pierwsze godziny spędził przyklejony do okna. Choć widział głównie chmury, to jednak nie mógł się oderwać od patrzenia na nie. Na miotle nigdy tak wysoko nie wzleciał, a emocje, które odczuwał w trakcie lotu na niej, jak również fakt, że musiał pozostawiać skupionym, żeby w nic nie wlecieć, sprawiał, że nie zwracał aż takiej uwagi na to, co się znajduje obok niego. Teraz, siedząc w tym magicznym powozie, gdzie nie musiał się niczym przejmować, postanowił czerpać z tego, co zobaczy całymi garściami. Nie należał do wybitnych romantyków, ale od zawsze uwielbiał podróże. Na jednej ze swoich list miał wypisane wszystkie miejsca, do których chciałby się udać i nie mógł tego ukryć, większość z nich po prostu była z powodu walorów estetycznych, zieleni i samego faktu odpoczynku, niż codziennej pogoni po zabytkach, muzeach czy innych atrakcjach.
    Oderwał się dopiero w momencie, gdy Mark szturchnął go, żeby zaprosić go do gry w szachy. Odwrócił się do niego, a powóz, jakby wyczuwając ich intencje, zmaterializował między nimi stoliczek, na którym Mark mógł położyć szachownicę bez obawy, że figury im spadną na podłogę. Gdy układali pionki na odpowiednich miejscach, Jasper przebiegł wzrokiem po współtowarzyszach podróży. W większości, jak na Krukonów przystało, mieli pochowane nosy za książkami. Jedna dwójka również grała w szachy, a pozostali postanowili się przespać. Ogólnie panowała atmosfera taka, jak na co dzień w pokoju wspólnym. W takich momentach nie rozumiał, dlaczego Tiara postanowiła go przydzielić do Ravenclawu. Fakt, spędzał dużo czasu na nauce, był molem książkowym i indywidualistą, ale z drugiej strony często robił z Markiem psikusy, hałasowali czy spędzali ciszę nocną na włóczeniu się po zamku. Trochę widział w sobie taką Hermionę Granger, super uzdolnioną, mądrą czarownicę, która wydawałaby się być idealna do Ravenclawu, a jednak spędziła szkolne lata w Gryffindorze. Jak patrzył na siebie przez pryzmat zachowań pozostałych Krukonów i na fakt, ile punktów tracił, czy ilość szlabanów, które dostawał, to na spokojnie mógłby sobie przyznać pierwsze miejsce wśród krukońskich wpadek. Potrząsnął głową, wracając spojrzeniem na szachownicę, a myślami skupiając się na rozpoczynającej się rozgrywce. Mark wykonał już pierwszy ruch swoim białym pionkiem, więc wprawił swojego własnego w ruch. 
    Rozegrali kilkanaście partii, na przemian przegrywając i wygrywając. W międzyczasie coś zjedli, a gdy im się już znudziło, również postanowili się przespać. Mark szybko odleciał do krainy marzeń, a Jasper z kieszeni szaty wyciągnął pomniejszoną skrzyneczkę, w której miał schowane kilka fiolek eliksiru Słodkiego Snu. Życząc zdrówko w stronę śpiącego przyjaciela, opróżnił fiolkę. Szybko pomniejszył skrzynkę i schował ją z powrotem, czując, jak eliksir już zaczyna go ciągnąć w krainę Morfeusza.



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

#19 14-07-2019 o 21h34

Straż Obsydianu
Tysiaaa
Młody rekrut
Tysiaaa
...
Wiadomości: 10

https://scontent.fzrh3-1.fna.fbcdn.net/v/t1.15752-9/66434401_3158018440889854_8929003293443620864_n.jpg?_nc_cat=101&_nc_oc=AQkpmz9qNl5xruA1JttpnEECpY4XxZVFMchevtpHpA0oY1GVjRuEB_9URPrhRCWDeog&_nc_ht=scontent.fzrh3-1.fna&oh=62b9c5da0a120f941c6c84ab9e0a1efa&oe=5DB94616
   

   Na miejsce dotarli z samego rana. Słońce dopiero zaczynało wschodzić kiedy powozy delikatnie obniżyły swój lot podchodząc do lądowania. Gdzie się nie spojrzało wszędzie leżał śnieg. Drzewa były przykryte białą kołderką, a z nieba raz zarazem leciały kolejne płatki śniegu gotowe przykryć swoimi malutkimi ciałkami brudną ziemię. Tworzyły w ten sposób cudowny widok.
- Down spójrz – Rose szturchnęła swoją przyjaciółkę. Nie chciała aby ta cokolwiek pominęła w trakcie tej podróży. Gdy tylko blondynka wyjrzała przez okno aż otworzyła usta ze zdziwienia. Zbliżali się do niewielkiego zamku, który mógł mieć zaledwie cztery piętra wysokości. W ogóle nie przypominał on Hogwartu. Wyglądał jakby zbudowano go z różnej wielkości klocków kamiennych, zaś dachy poszczególnych wierz zakończone były ostro niczym szpilki. Zdecydowanie nie zachęcał do nauki. Był mroczny i ponory tak samo jak program nauczania. Rose ciągle miała obawy przed nauką w tej szkole. Czy także będą musieli uczęszczać na zajęcia z czarnej magii?
     W końcu powozy zatrzymały się przed wejściem do szkoły. Uczniowie mogli wyjść na świeże choć mroźne powietrze i rozprostować zesztywniałe nogi. Rudowłosa wyszła jako pierwsza. Przełknęła cicho ślinę. W jej ustach nagle pojawiła się dziwna suchość – strach? Ciężko było powiedzieć. Wszyscy powoli zaczęli wychodzić z wnętrza swoich pojazdów. Każdy z osobna zapatrzony był w zamek jak z gotyckiej powieści.
- Uczniowie, za mną – profesor McGonagall zdążyła przejąć stery nim ktokolwiek poruszył się z miejsca. Wszyscy jak jeden mąż ruszyli do wejścia. Przed sobą mieli ogromne drzwi prowadzące do wewnątrz. Czekały otwarte, a w przejściu stać musiał nowy dyrektor.
- Minerwo – przywitał dyrektorkę Hogwartu skinieniem głowy.
- Iwan – odpowiedziała zdawkowo czarownica. Ich powitanie było raczej powściągliwe. Widać było, że nie pałają do siebie sympatią. Z jakiego powodu? Można był się jedynie domyślać.
     Wchodząc do wielkiego holu wszystkich przywitał nieprzyjemny chłód. Tak jakby nikt nie zdążył napalić w kominkach. Ściany pozbawione były wszelkich zdobień. W niektórych miejscach wisiały tylko szkarłatne kotary zakrywające kamienne ściany. Rose obserwowała wszystko uważnie chcąc wszystko zapamiętać. Przewróciła oczami kiedy jej spojrzenie natrafiło przypadkiem na Jaspera. A miała nadzieję, że został w Anglii. Westchnęła cicho. Najwidoczniej nie wszystkie marzenia się spełniają.
     Szli w ciszy za dyrektorem Durmstrangu przechodząc przez ponure korytarze, aż dotarli do ogromnego pomieszczenia podobnego do Wielkiej Sali w Hogwarcie. Z tą różnicą, że tutaj był ustawiony jeden ogromny stół dla wszystkich uczniów, a pod ścianą stał osobny, mniejszy z pewnością dla nauczycieli. Na ścianach wisiały tak jak na korytarzu czerwone kotary, z wyjątkiem jednej gdzie wisiał ranking uczniów. Obok każdego nazwiska była liczba punktów. Najwidoczniej stawiano w tej szkole na indywidualizm. Każdy pracował na własny rachunek, a nie na chwałę domu.
       Na pierwszym miejscu znajdował się niejaki Arne Solberg. Miał na swoim koncie trzy tysiące punktów. Pozostałym uczniom ciężko będzie go pokonać gdyż uczeń na miejscu drugim miał zaledwie punktów tysiąc siedem. O ostatnim miejscu lepiej było nie mówić. Pięćset czterdzieści jeden punktów. Taki wynik miała Astrid Einar. Zdecydowanie Arne musiał być gwiazdą tej szkoły, z pewnością był niebezpieczny, a Rose miała pewność, że zgłosi się do Turnieju.

Offline

#20 Wczoraj o 22h26

Straż Absyntu
Naya
Szeregowiec
Naya
...
Wiadomości: 125

https://i.imgur.com/lJGfo2l.png

     Mimo wypitego eliksiru, sen miał dość lekki. Przebudzał się na moment, na każde westchnięcie, chrapnięcie czy przekręcenie się. Odzwyczaił się od spania w większym gronie. W Ravenclaw indywidualne sypialnie były na porządku dziennym. Każdy tam sobie cenił ciszę i spokój do nauki, więc dormitoria, podobnie jak pokój wspólny, były wyizolowane. Przy magii powozów to już nie było wzięte pod uwagę. Nikt się nie przejmował warunkami, jakie normalnie panowały w hogwardzkich domach, w końcu były tak rzadko używane, że nie było to potrzebne. Dlatego też, gdy ich środek transportu lekko szarpnął, zniżając lot, od razu rozbudził się i usiadł prosto. Przetarł oczy, spoglądając przez okno. Za szybą zaczął malować się widok jak ze świątecznej kartki. Był to oczywisty znak, że wkrótce będą na miejscu. Rzucił na siebie zaklęcie oczyszczające i szturchnął Marka, żeby się obudził.
    Padające promienie słońca coraz odważniej zaglądały do środka powozu, przez co pobudka potoczyła się lawinowo. Im dalej światło sięgało, tym więcej Krukonów zaczęło wstawać. W końcu już wszyscy byli gotowi rozpocząć nowy dzień i stanąć na błoniach Durmstrangu.
    Jakiś czas później wylądowali. Powóz zatrzymał się w pobliżu wejścia do szkoły. Zaczęli wysiadać gęsiego, formując się w mniej lub bardziej składne grupy. Mark głośno wypuścił powietrze z płuc gdy spojrzał na górujący przed nimi zamek. Był mniej okazały niż Hogwart, posiadał tylko cztery piętra, ale ogólna aura, która wokół niego panowała, była przytłaczająca, przygnębiająca i mało zachęcająca. Gdyby był młodszy, pewnie chciałby natychmiast zawrócić. Nie czuł się najlepiej, widząc to miejsce, w której nauczano czarnej magii, do którego uczęszczał Grindelwald, i w którym pewnie działo się jeszcze wiele złych rzeczy, które jeszcze nie miały okazji ujrzeć światła dziennego. Niby Hogwart nie był jakoś dużo lepszy. Edukował się tam sam Voldemort, tam miała miejsce ostateczna walka z nim i jego poplecznikami, ale jednak... Jednak ogólny nastrój, jaki tam panował wydawał się być bardziej przyjazny niż tutaj. Mark spojrzał na swojego przyjaciela, który ku jego zdumieniu, nie wydawał się być aż tak przytłoczony.
     - Nie czujesz tego? - spytał, tym samym zwracając jego uwagę na siebie. Jasper spojrzał na niego lekko zdziwionym wzrokiem.
     - Ale czego? - odparł, próbując się skupić i odnaleźć źródło tego czegoś, co niepokoiło jego przyjaciela. Nic jednak do niego nie dotarło. - Nic nie czuję. Pewnie ci się przywidziało, albo jeszcze się nie rozbudziłeś do końca. Szwankuje ci pewnie co nieco pod czerepem. - Posłał mu uśmiech, ruszając w stronę wejścia na znak profesor McGonagall. Mark rozejrzał się po najbliższych osobach, które podobnie jak on, miały nietęgie miny. Ponownie spojrzał na oazę spokoju, jaką był Jasper i zmarszczył czoło w zastanowieniu. Coś było nie tak.
     Gdy przekroczyli próg sali, która bardzo przypominała hogwardzką Wielką Salę, McGonagall wykonała znak ręką, na który rozpoczęło się prezentowanie magii Hogwartu. Odpowiednio przygotowani i wybrani wcześniej uczniowie wystąpili naprzód. Jasper od razu zauważył, że było po dwóch z każdego domu, obojga płci. Każdy z przedstawicieli wypuścił z różdżki po wiązce światła, które zaczęły biegać po całej sali, prześcigając się i goniąc, by zacząć się formować w zwierzęta będące w herbach domów. Brązowy kruk Ravenclawu zatoczył wielkie koło nad stołami, srebrny wąż Slytherinu pełzł po ścianach, sycząc wściekle. Złoty lew Gryffindoru pognał przed siebie po posadzce, rycząc głośno, a czarny borsuk Hufflepuffu dorównywał mu kroku. Gdy zwierzęta natrafiły na siebie, podskoczyły w górę, łącząc się razem z pozostałymi smugami świateł w herb Hogwartu. Zawisł on na chwilę w powietrzu, by później rozsypać się niczym konfetti wylatujące ze świątecznych cukierków niespodzianek. Obecni w sali uczniowie Dumrstrangu, nauczyciele oraz sam dyrektor, zaklaskali na ten występ, a sztuczne uśmiechy przyklejone do ich twarzy, nie objęły oczu. Dyrektor Durmstrangu zapraszającym gestem wskazał Hogwartyczkom miejsce przy jednej ze ścian, gdzie właśnie pojawił się stół specjalnie dla nich. Gdy tylko usiedli, do środka sali weszli uczniowie z Beauxbatons.



https://78.media.tumblr.com/212b7ca6cb968cff17ee5093d9829f24/tumblr_pe0ldu0PIJ1u3v6c8o4_640.png

Offline

Strony : 1