Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2

#26 08-08-2019 o 17h51

Straż Absyntu
Nieve
Akolita Jednorożców
Nieve
...
Wiadomości: 390

_______________________________ 325 / Erika Cummings

Zdecydowanie mogłam się spodziewać tego, że z głośnika już żadnej odpowiedzi nie dostanę. Jakbym co najmniej zamroziła ich swoim spojrzeniem, a dobrze wiedziałam, że takich umiejętności nie posiadałam, a na pewno nie na ten moment, bo jednak moja mutacja rozwijała się z czasem. Jednak liczyłam, że do czegoś takiego akurat nigdy nie dojdzie, bo jednak miło było czasem popatrzeć ludziom — doktorowi — w oczy, bez zasłaniania ich okularami, czy czymkolwiek takim. Miał je naprawdę ładne, więc to zdecydowanie nie moja wina, że wolałam nie tracić tego widoku, tak?
Po dłuższej chwili czekania pod kamerą fuknęłam lekko urażona i w końcu znowu usiadłam na łóżku. Nie miałam pojęcia, co się działo ani z moim maleństwem, ani doktorem Kentem, i ani trochę mi się to nie podobało. Cóż, od Xenopletis oczywiście też bym się nie dowiedziała niczego, to oczywiste, skoro nie rozumiałam ich mowy, jednakże umiałam odróżnić ich odczucia, i chociaż jako takie pojęcie bym miała, a to już coś. I do tej pory mi wystarczało, ale skoro doktorowi nie podobała się jego obecność, to zdecydowanie powinnam wrócić do zajmowania się wszystkim samodzielnie.
Z każdą mijaną chwilą czułam się coraz bardziej nerwowa i wiedząc, że to również się odbija na moich małych towarzyszach, wstałam, by odstawić je do klatek. Oczywiście, Epicrates cenchri był w tej kwestii bardziej problematyczny, chociażby przez swoje rozmiary, jednak w końcu i z nim udała mi się ta ‘sztuczka’. I mogłam się tylko cieszyć, że najmniejsze z moich dzieci nie było aż takie problematyczne, ani w tym, ani w innych sprawach, chociaż głaskanie go już nie było tak łatwe przez inną strukturę łusek.
Nawet nie zauważyłam, jak drzwi się otworzyły, jednak słysząc ten cudowny głos, niemal od razu się rozjaśniłam.
Spokojnie, spokojnie, spokojnie… W końcu nie chciałam go wystraszyć czyż nie? Wskakiwanie mu w ramiona raczej nie byłoby dobrą formą przywitania, niezależnie jak bardzo chciałam to zrobić. Mogłam jeszcze chwilę poczekać.
Opleść go swoim ciałem i już nigdy nie wypuścić.
- Dzień dobry, doktorze, dobrze cię znów słyszeć. - powiedziałam słodko, uśmiechając się do niego szeroko. - Dużo lepiej mogąc znów rozkoszować się twoim towarzystwem. A ty, doktorze? Wyspałeś się? - rzuciłam jeszcze, powoli zaczynając podchodzić w jego kierunku. I oczywiście, że moje oczy ani na chwilę się nie oderwały od jego postaci, wędrując jedynie cały czas po całej jego sylwetce oraz twarzy, by sprawdzić, jak wiele się zmieniło. Przez noc.
Stojąc już zaledwie centymetry od niego, powoli wyciągnęłam ręką, by złączyć nasze dłonie. Delikatnie, powoli i nie przerywając kontaktu wzrokowego, byle nie spłoszyć zwierzyny. Fakt, że to ja tu takową prędzej byłam, lepiej było pominąć.
- Cieszę się, że po mnie przyszedłeś, doktorze. - dodałam, całkowicie zadowolona. Nie czekając już po tym na nic więcej, skierowałam swoje kroki w kierunku gabinetu Kenta, do którego jako jedynego drogę znałam na pamięć. Moją winą nie było, że reszta personelu tego budynku zwyczajnie aż tak mnie nie interesowała. - Hej, doktorze, mogłabym dostać nożyczki? Byłoby fajnie czasem obciąć te włosy. - rzuciłam, jakby nic złego nie było z moim pytaniem, wskazując przy tym na, jak zwykle, ciasno związanego warkocza, spiętego z tyłu głowy. I cóż, wątpiłam, by się zgodził, ale zawsze było warto próbować.

Offline

#27 08-08-2019 o 20h32

Straż Absyntu
Shadya
Rekrut
Shadya
...
Wiadomości: 47

------------------------------------------https://i.imgur.com/VcNmU9L.png
____________________________________&
------------------------------------------https://i.imgur.com/Gd3lyFE.png

   Po usłyszeniu komunikatu Sean niemal od razu zakończył połączenie. Miał świadomość, że nie powinien był robić tego jako pierwszy, ignorując przy tym możliwe dalsze polecenia, jednak w tamtej chwili chciał całkowicie skupić się na opierającej się o ścianę dziewczynie. Cała drżała, jednak nie mógł nawet jej przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Bo tak nie było, a ona sama wyraźnie zaznaczyła granicę, na którą mógł się zbliżyć.
   - Słuchaj... Powinnaś coś zjeść, jesteś teraz osłabiona. Zaprowadzę cię do stołówki i coś przygotuję. Obiecuję, że cię nie dotknę i postaram się, aby coś, co wybierzesz, nie było całkiem bez smaku, dobrze? Czujesz się w miarę dobrze? Mogę ci podać jakieś podstawowe leki, tylko powiedz.- Najlepszą opcją wydawało się mówić do niej tak, jakby wcale przed chwilą nie próbowała wyładować na nim swojego gniewu, ani nie wykrzyczała pełnej nienawiści deklaracji. Dał jej też dłuższą chwilę na uspokojenie i przekalkulowanie wszystkich za i przeciw, zanim zrobił kilka kroków do przodu, rzucając przy tym w jej stronę ciepłe i zachęcające spojrzenie. Chociaż tyle mógł zrobić w tej beznadziejnej sytuacji, w której zapewne próby wytłumaczenia i prośby o zrozumienie czegokolwiek spełzłyby na kolejnych wyzwiskach i agresji. Nie dziwił się, choć wolałby, aby wszystko było prostsze i mniej krzwydzące dla obydwojga.
   Przełknął nerwowo ślinę i zacisnął dłonie w pięści, kiedy Zoey w końcu podniosła wcześniej spuszczoną i przekrzywioną na bok głowę, popatrzyła na niego tymi swoimi zaszklonymi, czerwonymi oczami i pociągnęła nosem. Zbyt dużo mógł wyczytać z tego spojrzenia, żeby wręcz automatycznie nie wyciągnąć przed siebie ręki i nie pogłaskać nią tych perłowych włosów. I choć ten gest natychmiastowo został odrzucony, nie żałował, że to zrobił.
   - Pójdę... Ale jeżeli znowu to zrobisz, to zamrożę, a potem zagotuję Ci mózg szybciej, niż twoi pracodawcy i to całe urządzenie zdążą zareagować.- Oczywisty z jej strony blef, który jednak był wystarczającym ostrzeżeniem, aby rudowłosy przez całą drogę się pilnował, ograniczając interakcje do ciągłego zerkania w stronę partnerki. Tego, ile razy przetarła ręką oczy nie dałoby sie zliczyć na palcach obydwu rąk. Tak długo, jak tak emocjonalna reakcja powstrzymywała mutantkę od robienia chaosu, było względnie dobrze.
   - Wystarczy mi szklanka z zimną wodą i torebka heraty. Sama sobie zagotuję i zamieszam.- Poinstruowała szybko, powstrzymując drżenie głosu, jak tylko weszli do części jadalnej budynku i zajęła pierwsze z brzegu wolne miejsce. Było tam cicho i pusto, ale czemu się dziwić. W końcu nie była to ani kantyna wojskowa, ani szkolna stołówka w godzinach przerwy obiadowej. Sean pokręcił głową zrezygnowany, ale i tak nie miał zamiaru odpuścić i przygotować również jakiś w miarę pożywny posiłek, jak na możliwości tego miejsca. Wszystko było tam pakowane próżniowo i odgrzewane w mikrofalach, ale nawet i tak można było "ugotować" coś w miarę zjadliwego. Postawił na ryż i mieszankę warzyw, które najszybciej jak tylko mógł wyłożył na talerz i odgrzał w urządzeniu. Z herbatą nie miał zbyt wiele pola do popisu i postąpił wedle instrukcji kobiety.
   - Podano do stołu.- Teatralnym, zamaszystym ruchem przetransportował talerz z jedzeniem ze swojej ręki na metalowy blat i zaraz obok postawił kubek z wodą i herbatą. Miał nadzieję, że chociaż przez sekundę na jej twarz wkradnie się cień uśmiechu, jednak jedyne czym go uraczyła to wzruszenie ramion. Nawet nie podniosła wzroku znad ułożonych na udach dłoni.
   - Ja wiem, że to nie jest odpowiedni czas na takie rozmowy... Dlatego jeśli już będziesz gotowa porozmawiać, albo będziesz miała jakieś pytania, to wszystko ci na spokojnie wytłumaczę. To nie jest tak czarno białe, jak ci się wydaje i zrobię wszystko, abyś postarała się zrozumieć też mnie.- To on musiał zostać tym złym. Zmuszając się na opanowanie miał nadzieję na choć minimalne złagodzenie konfliktu, jednak w tamtej chwili chyba musiał obejśc się marzeniem o takiej chwili. Bo ona nie zamierzała ani słuchać, ani tym bardziej próbować zrozumieć.
   - Zamknij się i idź stąd w końcu. Jesteś w pracy, nie masz obowiązków? I tak ci w żadne słowo nie uwierzę, więc wolę popytać kogoś innego.- Niemal wysyczała z nazbyt wyraźną wrogością, wciąż nie racząc mężczyzny sppojrzeniem. W tamtej chwili nie była w stanie całkowicie kontrolować swoich emocji, dlatego najlepszą opcją było pozostawienie jej samej. I niemal sekundy po tym, jak na zawołanie, w słuchawce otrzymał informację o innych obudzonych mutantach. I nieważne jak bardzo miał ochotę to zignorować, to doskonale wiedział, że miała rację. Był tam w pracy i nie mógł skupiać się tylko na Zoey, dlatego, kiedy jeszcze nie wahał się aż tak bardzo, z żalem opuścił pomieszczenie i udał się na korytarz.

------------------------------------------https://i.imgur.com/VcNmU9L.png

   Ta z kolei wolała skupiać sie na czymkolwiek innym, tylko nie na nim. Dlatego też, korzystając ze swojej umiejętności, zaczęła jak zawsze podgrzewać wodę w szklance. Jednak jego obecność i targające dziewczyną uczucia okazały się zbyt niestabilne, aby mogła to zrobić stopniowo, a szklanka po prostu nie wytrzymała nagłego wzrostu temperatury, a potem wrzącej w środku wody i po prostu rozstrzaskała się na kilka większych i mniejszych kawałków, pozwalając gorącemu płynowi rozprzestrzenić po stole i po chwili spłynąć z jego krawędzi. Syknęła, kiedy ten zaczął kapać na odsłonięte udo, jednak nawet to nie powstrzymało dalszego podgrzewania cieczy, przez co wrzała ona zarówno na stole, jak i na skórze, aż do całkowitego wyparowania.
   Kiedy wszystko ustało, szybkim ruchem naciągnęła materiał sukienki na poparzone miejsce i zerknęła w bok, ale Seana już tam nie było. Początkowo odetchnęła z ulgą, ale to uczucie szybko minęło, kiedy nadeszła kolejna fala niepewności, poczucia zdrady i żalu. Sama nie wiedziała kiedy pozorny i chwilowy spokój przeobraził się w płacz i roztrzęsienie. Zatkała ręką usta i nos, kiedy poczuła, że jeszcze chwila i zacznie szlochać w głos i postanowiła szukać jakiejkolwiek ucieczki od tych emocji. Najlepiej byłoby je zastąpić czymś bardziej neutralnym. Zamknęła oczy i zaczęła liczyć w myślach, obejmując się przy tym rękami. Po kilkunastu sekunach skupiła się na oddechu, mówiąc do samej siebie kiedy powinna wziąć wdech nosem, a wydech ustami i siedziała tak oparta o krzesło dłuższą chwilę, zanim z powrotem otworzyła oczy i oddech miała w dużym przybliżeniu miarowy. Było to maksimum jej możliwości kontroli nad sobą, jednak to pozwoliło na tymczasowe oczyszczenie głowy i na jakiekolwiek produktywne działanie.
   Wyciągnęła przed siebie ręce w poszukiwaniu nowych blizn, ran, czy innych śladów świadczących o ingerencji w swoje ciało. Wolała przynajmniej w przybliżeniu wiedzieć gdzie znajdował się ów biochip i w którym miejscu mogła spodziewać się ewentualnego ataku. Co prawda na całej długości rąk i ramion nic takiego nie znalazła, jednak uwagę zwróciła na wcześniej zignorowaną opaskę na ręce. "Obiekt 7"- to właśnie było tam napisane. Prychnęła z pogardą na samą myśl o tym, że od tamtej chwili rzeczywiście była niczym więcej, niczym mniej, jak cholernym przedmiotem. Uczucie co najmniej niekomfortowe. Jednak to nie tego od początku szukała.
   Zaczęła przyglądać się reszcie ewentualnych miejsc na wszczepienie nadajnika, aż w końcu dotykać się tam, gdzie popatrzeć nie dałaby rady i... Znalazła. Wyczuwalne pod palcami rozcięcie. Co prawda rana była już w większym stopniu zagojona, co sprawiło, że zaczęła się zastanawiać nad tym, ile tak naprawdę leżała tam nieprzytomna. Kilka dni? Tydzień? Może dłużej...? Nawet zaczynała żałować, że nie zapytała jedynej osoby, która w najbliższym czasie mogła na cokolwiek odpowiedzieć. Ciekawe ile minie, zanim pojawi się ktokolwiek inny chętny do wyjaśnień.
   Przeniosła spojrzenie na porozrzucane na stole kawałki szkła. Może gdyby była wystarczająco szybka, udałoby się otworzyć ranę ponownie i jakoś pozbyć tego urządzenia... Nawet wzięła jeden z większych odłamków w dłoń i obróciła kilka razy, jakby upewniając, że jest wystarczająco ostry. Tylko nawet jeżeli jakimś cudem odnajdzie w sobie na tyle silnej woli, wytrzymałości na ból i w ogóle jakkolwiek wyczuje to coś pod palcami, wyjmie ostatecznie, to... Co potem? Przydałby się raczej plan ucieczki, ataku, obrony... A ta była zbyt roztrzęsiona, aby chociażby szklankę wody na spokojnie podgrzać i znała jedynie drogę ze stołówki do "swojego pokoju". Żałosne.
   - Cholera no!- Krzyknęła w przestrzeń i rzuciła przedmiotem o ziemię. Ten rozstrzaskał się na jeszcze drobniejsze kawałki, tak samo jak i jej opanowanie i dotychczasowe życie. Podkuliła pod siebie nogi i objęła rękami, chowając w nich twarz. Powoli przestawała miec siłę, żeby chociaż płakać, o jedzeniu nie wspominając. Coraz bardziej czuła na sobie ciężar bycia zamkniętą w klatce, jak zwierzęta służące za obiekty doświadczalne do testowania kosmetyków

------------------------------------------https://i.imgur.com/Gd3lyFE.png

   Stojąc na korytarzu zastanawiał się chwile nad numerami, które usłyszał. Analizował wszystkie możliwe opcje, przypominając sobie o przestudiowanych wcześniej aktach o poszczególnych więźniach. Cóż, wybór pomiędzy ewentualnym zamienieniem się w pył, połamanymi kośćmi i obrażeniami wewnętrznymi, a ugrzęźnięciem pod wszystkim metalowym, co się w pobliżu znajdowało nie był zbyt kuszący, ale na coś w końcu musiał się zdecydować. Pierwsza opcja wydawała się najmniej bolesna. Przynajmniej tak długo, jak dezintegracja miałaby zacząć się od głowy i postępować szybko. Przełączył się na kanał dla wszystkich strażników i wydał komunikat.
   - Udam się do celi obiektu numer dwieście osiemdziesiąt siedem. Resztę zostawiam wam do wyboru.- Zakończył połączenie, przemieszczając się długim, zakreślającym łuk korytarzem. Cały czas powtarzał w myślach swoje obowiązki. Utrzymywać morale mutantów na zadowalającym poziomie. Niwelować w zarodku wszelkie potencjalnie niebezpieczne sytuacje. Na własną rękę nie dopuszczać do ich znacznego uszczerbku na zdrowiu (to przecież było rolą naukowców). Naprawdę zastanawiał sie, dlaczego po prostu nie zatrudnili do tego wojska, a w miarę normalnych ludzi. Żadne trwające mniej niż kilka lat szkolenie nie mogło na coś takiego dostatecznie przygotować, a wojskowi powinni być do tego idealnie wyuczeni. Cały ten rządowy projekt zdawał się poddawać próbie nie tylko schwytane mutanty, ale też i personel. Zaklął pod nosem, kiedy stał już pod docelowymi drzwiami.
   - Jared Redbird...- Wymruczał do siebie. Wolał kojarzyć ich z imionami, nie numerkami. W końcu sam wiedział, że tak bardzo się od ludzi nie różnili. Dostali tylko nieco więcej punktów do samoobrony i ataku. No, całe mnóstwo punktów, jednak w tej sytuacji stało się to bardziej ich przekleństwem, niż darem. Wolał od razu nie otwierać drzwi, tym samym narażając się na bezpośredni atak ze strony mężczyzny, dlatego też nacisnął przycisk interkomu przydzielonego do tego pokoju i zaczął mówić.
   - Witaj, Jared. Nazywam się Sean Hayes i jestem tutaj strażnikiem. Wiem, że jesteś teraz zdezorientowany i przestraszony, dlatego więcej ci wytłumaczę, jak oswoisz się z tą sytuacją. Zostałeś wybrany do rządowego projektu, który ma na celu badać twoją zdolność dezintegracji. Znajdujesz się w ośrodku badawczym na wyspie o nieznanym nikomu położeniu, daleko od cywilizacji. Zaraz otworzę drzwi i odpowiem na wszystkie twoje pytania. Najpierw muszę cię jednak ostrzec, że każda próba ataku z twojej strony może skończyć się twoją krzywdą. Przykro mi, że tutaj trafiłeś i jestem tu po to, żeby ci pomóc, dlatego proszę o minimalną współpracę.- Gdyby tylko był tak wygadany kilkanaście minut temu przed Zoey, może przynajmniej oszczędziłby sobie kilku gorzkich słów... Chociaż nie. Żadne wyuczone na pamięć formułki nie pomogłyby przy tym, co odczuwała w jego kierunku. Westchnął cicho, po czym zdjął rękawiczkę i przyłożył dłoń do czytnika. Oczywiście, że autoryzacja była pozytywna, a drzwi zaczęły rozsuwać się z niemałym hałasem. Kiedy już bardziej otworzyć się nie mogły, wszedł do środka i stanął w odległości około dwóch metrów od leżącego na łóżku szarookiego.
   - Jeżeli jesteś w stanie, chciałbym zaproponować ci posiłek na wzmocnienie. Mamy też leki, gdybyś źle się czuł. Odpowiem na wszystkie twoje pytania i pomogę na ile będę w stanie.- Do tej pory nawet nie zdawał sobie sprawy, jak brak emocjonalnej więzi może być pomocny w przekazywaniu złych wieści. No, oczywiste, że było to wtedy prostsze, ale żeby aż tak? Ten dystans jednak nie pomagał w kwestii strachu przed ewentualnym atakiem. Pozostało mieć nadzieję, że mądrzejsze głowy obserwują sytuację i mają ją pod kontrolą.

Ostatnio zmieniony przez Shadya (30-08-2019 o 20h10)

Offline

#28 08-08-2019 o 23h14

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 646

..........................................................................https://i.imgur.com/MJBNoND.png
     Sam się sobie dziwił, a jednak wszystko wokół — to wszystko, co widuje każdego dnia, co go otacza i co go dotyczy — niesamowicie go męczyło. Zupełnie nagle czuł się zmęczony nadchodzącymi badaniami, wrzaskami swoich obiektów i jazgotem jego współpracowników. Wprawdzie z tym ostatnim miał do czynienia nad wyraz często, więc teoretycznie powinien się do tego przyzwyczaić, lecz właśnie to gadanie, że „tego nie wolno”, „tak nie można”, „odłóż to, Ventur” strasznie go denerwowało. Dlatego, znowu znajdując się wśród tych idiotów, męczyła go myśl, że nie może należycie wykorzystać swojego potencjału.
     Idąc wolnym krokiem w stronę sali operacyjnej, myślał sobie, że tęsknił za Sharonn. Doświadczona, niesamowicie inteligentna i, przede wszystkim, myśląca podobnie jak Cedrik. Wprawdzie obsesja pani Nourens polegała na fascynacji tymi wynaturzeniami, lecz tym samym mało było rzeczy, które mogły ją powstrzymać przed bardzo dokładnymi, nierzadko bolesnymi badaniami. Teoretycznie w ośrodku nadal pozostawała Shu Cheng, która także miała o tyle oleju w głowie, że traktowała mutanty jako obiekty badań, nie bawiąc się przy tym z nimi jak z jajkami. Jednak to już nie było to samo.
     To już nie było to samo, choć jednocześnie właśnie było. Przez to wszystko Cedrik czuł się bardzo osamotniony, ale przecież właśnie ten element nie stanowił w jego życiu żadnej nowości.
     Po drodze napotkał jednego ze strażników, co nawet Cedrika ucieszyło, bo przynajmniej nie musiał latać po ośrodku i szukać któregoś. Sztywny, o kamiennej twarzy i nienagannej postawie, zdawał się czekać na rozkazy doktora, co również bardzo mu się spodobało. Tak to powinno funkcjonować, pomyślał.
     — Przyprowadź obiekty 1 oraz 3 do sali operacyjnej numer dwa. Chcę na nich przeprowadzić wstępne badania. — Już miał odchodzić, kiedy w jego słuchawce zabrzmiał głos jego zidiociałych kolegów. I waśnie dzięki temu o czymś sobie przypomniał. — Jeszcze jedno — zawołał za powoli oddalającym się strażnikiem. — Któryś z was ma mi towarzyszyć.
     Strażnik w czasie badań był mu potrzeby jak umarłemu kadzidło, ale wolał mieć przy sobie kogoś, coby go reszta nie oskarżyła o samowolkę. Strażnicy mieli obowiązek donosić o wszystkich odchyłach od normy, nawet tych dotyczących samych profesorów. A że von Ventur zebrał już kilka skarg przekazanych przez strażników, miał nadzieję, że tego typu lojalność choć trochę uspokoi tę durną, przewrażliwioną zgraję.
     Kiedy wszedł do pomieszczenia, przywitało go wnętrze równie nijakie co cały budynek. Biała sala już na progu lśniła sterylnością i profesjonalizmem, a więc płaską stereotypowością. Komuś widocznie zależało, żeby zarówno pracownicy, jak i pewnie przede wszystkim obiekty, naprawdę miały wrażenie, że biorą udział w czymś poważnym.
     Cedrik nigdy nie miał takiego wrażenia. Nigdy nie zależało mu na poklasku i renomie. Nigdy nie czuł się dobrze wśród formalistów odzianych w śnieżnobiałe kitle ozdobione idealnie wypolerowanym identyfikatorem. Jemu wystarczyłaby piwnica czy jakiś strych, kilka narzędzi i ktoś do eksperymentów.
     Gdzieś z tyłu głowy zdawał sobie sprawę, jak to brzmiało. Zdawał sobie sprawę, że to, co robił, co i jak myślał, nie wyglądało całkiem zdrowo. I czasami, choć rzadko, tuż przed snem zastanawiał się, co się z nim stanie za kilka, kilkanaście lat. Co się z nim stanie, jeśli jego czyny rzeczywiście zaważą na jego losie?
     Strach przed tą wizją sprawiał, że von Vetur wolał się nad tym nie zastanawiać i zagłuszać ten rosnący z tyłu głowy niepokój. Dzięki temu zabijał tę odrobinę przyzwoitości, jaką w sobie miał.
     Raz po razie zabijał Clarine. Jego martwą, nieistniejącą ostoję normalności.
     Zasiadłszy za biurkiem, przelotnie zerknął na dostarczone mu właśnie karty Obiektów. Teoretycznie je znał, a i ich dokładne wyniki badań go nie interesowały. W zasadzie niewiele z tych informacji miało dla niego jakiekolwiek znaczenie, a i on sam okropnie cierpiał, wypełniając wszystkie bzdurne i jakże czasochłonne raporty. Wszak była to czysta teoria, którą von Vetur tak gardził. Jego zaś interesowała tylko praktyka. I ta praktyka po chwili została wprowadzona do środka.
     Para strażników delikatnie pchnęła rodzeństwo, kierując ich ku dwóm łóżkom, po bokach których zwisały pasy bezpieczeństwa. Wstał, przyglądając się Tatianie i Jurijowi Vasilievskim i błyskawicznie dostrzegając ogromne różnice, jakie ich dzieliły. J##### Jurij jak zwykle wyglądał na pewno siebie i agresywnego. Piorunował von Vetura prowokującym spojrzeniem, wykrzywiając groźnie usta. Cedrik wiedział, że z tym młodym może być problem, choć dokładnie na to liczył. Co innego jego siostra. Blada jak płótno, spanikowana i skołowana. Ciągle zerkała na swojego braciszka, jak gdyby pytając go samym spojrzeniem, co teraz, co teraz, co teraz, co teraz. Już na pierwszy rzut oka było widać, że dziewczyna całkowicie polegała na tym prostackim wyrzutku, ponieważ sama nie przetrwałaby ani dnia. Ta całkowicie uzależniona od braciszka owieczka trzęsła się jak w febrze, a von Vetur momentalnie ustalił sobie plan badań.
     — Zaczniemy od Jurija — mruknął niby sennym tonem w stronę strażników. Nie musiał dodawać nic więcej, ponieważ dla nich był to jasny komunikat, by przypiąć pacjenta do łóżka. Natomiast Tatiana… Tatiana… — Ją postawcie pod ścianą. Niech któryś zakuje ją w kajdanki i trzyma, żeby się nie wyrywała. To drobnica, więc raczej dacie sobie z nią radę.
     Słyszał ciche, spanikowane jęki dziewczyny i jakieś powarkiwania Jurija, ale kompletnie to zignorował. Postanowił w ogóle się nie spieszyć z badaniami, ponieważ, jak wiadomo, pośpiech to najgorszy doradca. Nie wspominając już nawet o tym, że Cedrik chciał się trochę podelektować.
     Podelektować. Nawet nie samymi badaniami, które momentami przypominały tortury. Nawet nie tym, że wreszcie czuł się jak w domu. Nie tym, że robił to, co do niego należało.
     Delektował się smrodem strachu, który ciążył w tym pomieszczeniu. Który oplatał swoimi lodowatymi mackami każdego, kto się w tej sali znajdował. Śmierdziało strachem, cuchnęło niepokojem, stresem, nerwowością. Pachniało agresją i nienawiścią. Ledwo stłumił uśmiech, kiedy zobaczył, jak Tatiana lekko się szamocze w porywach coraz bardziej obezwładniającej paniki. Właśnie to chciał osiągnąć. Właśnie to chciał zobaczyć. Ich desperację i walkę.
     Pomyślał nawet, że trochę szkoda, iż to pomieszczenie zostało tak zabezpieczone, by całkowicie pozbawić mutantów ich umiejętności. Taka wyrównana wojenka byłaby znacznie ciekawsza.
     — Jak się mamy, panie Vasilevsky? — zagadnął, zbliżając się do łóżka. Czuł na sobie wwiercające się w plecy spojrzenie Tatiany, lecz to biedne dziecię było tak bardzo przerażone, że nie było z niej żadnego użytku. Zresztą, całą swoją uwagę Cedrik skupiał na Juriju. — Podoba się panu w naszym małym, skromnym przybytku?
     Spodziewał się wulgaryzmów, krzyków i plucia, dlatego uśmiechnął się szeroko na myśl, że ten smarkacz nie zawiódł jego oczekiwań.
     — Zakrzywienie czasoprzestrzeni… — wyczytał powoli z karty pacjenta. — Całkiem fajna rzecz, nie? Właściwie to brzmi tak, jakbyś był panem świata. Jesteś panem świata, Jurij? Jesteś?
     Okrążył łóżko, przyglądając się pacjentowi z każdej strony. Uśmiechał się jedynie na bluzgi i wierzgania chłopaka, zdając sobie sprawę, że to dziś jego ostatnie takie podrygi. Cedrik nie sądził, by po badaniu, które go za chwilę czekało, miał siłę na cokolwiek.
     — Podajcie mi CXO742 — wyrecytował znużonym tonem. Strażnik, który stał przy wejściu, podał mu wskazany sprzęt, pytając przy okazji, czy ma podpiąć go do pacjenta. Cedrik nie wątpił, że strażnik to potrafił, zwłaszcza że przed podjęciem pracy tutaj przeszli niezbędne szkolenia. Jednak dla von Vetura te badania stanowiły istną świętość. Dlatego to on i tylko on musiał to zrobić, choć doceniał chęć pomocy.
     Niemal z czcią podpiął „macki” do dwunastu punktów na ciele Jurija, ignorując przy tym jego ciągłe przytyki. Co ciekawe, jego głos, dotąd pewny siebie, zaczął lekko drżeć. Cedrik wiedział, że ten młody nie był głupi. Ba!, to całkiem inteligentny dzieciak i właśnie dlatego wiedział, że przypinanie do niego jakiejś medycznej machinerii nie mogło się skończyć dobrze. Panikuj, młody, panikuj, myślał von Vetur, z uśmiechem majstrując przy urządzeniu. Okazując uczucia, niemal przypominasz człowieka.
     — Podczas dzisiejszego badania — zaczął sennym tonem — spróbuję sprawdzić, skąd dokładnie biorą się twoje umiejętności. Nie mam tu na myśli praw boskich ani konstelacji gwiezdnych, a dokładne ośrodki na twoim ciele. Dawni uczeni — kontynuował swój wywód niczym profesor na uczelni — wierzyli, że na naszych ciałach znajdują się punkty wyjątkowo wrażliwe na wchłanianie pewnego rodzaju energii. Tak wówczas tłumaczono zjawiska występujące u człowieka, których nie potrafił wyjaśnić nikt inny. Przez lata badano wspomniane punkty i stwierdzono, że rzeczywiście mogą istnieć. Co więcej, rzeczywiście mogą kumulować obcą energię, która w waszym przypadku przejawia się nadnaturalnymi mocami. Jest to tylko jedna z teorii — dodał, notując na karcie zapis z maszyny — jednak właśnie po to się tu znajdujecie — abyśmy my, wielcy uczeni, mogli to udowodnić.
     Domyślał się, że ten wywód mógł pozornie i choć odrobinę uspokoić Obiekty. Na to nawet liczył, żeby potem zadać cios z zaskoczenia. Jednak patrząc na czujnego, choć coraz bardziej zaniepokojonego Jurija i nieco wyciszoną, a zarazem jeszcze bledszą Tatianę zrozumiał, że oni wiedzą. A przynajmniej się domyślają.
     — Badanie będzie polegało na wykorzystaniu urządzenia o nazwie CXO742, które generuje energię, choć innego rodzaju. Przez skierowanie jej na ośrodki, do których przypięto maszynę, powinna uaktywnić tę energię, która odpowiada za wasze umiejętności. Zaczynajmy.
     Cedrik von Vetur uruchomił maszynę, co spotkało się z natychmiastową reakcją pacjenta.
     Pomieszczenie wypełnił rozdzierający wrzask. Doktor uśmiechnął się z niemałą ulgą rad, że ta dość stara maszyna nadal działa.
     Na moment ją wyłączył, pozwalając Jurijemu odetchnąć. Kompletnie ignorował jego cierpienie, a skupiał się jedynie na tym, by wrzaski nie występowały zbyt często: gdyby tak się stało, reszta naukowców mogłaby oskarżyć von Vetura o próbę morderstwa. Niemniej znali go na tyle, że dopuszczali w jego badaniach pewne… bolesne momenty badań.
     Krótko mówiąc: „mogą krzyczeć, ale nie za dużo, żebyś ich nie zamęczył”. Tyle mu wystarczało.
     Cedrik stanął przy łóżku, uważnie obserwując lekko zaczerwienione punkty wokół przylepionych do ciała macek. Wystąpiła naturalna reakcja po takim porażeniu, ale nie o to mu chodziło. Nie chodziło mu o żadne naturalne reakcje, tylko nadnaturalne. Wierzył, głęboko wierzył, że to ich cholerstwo da się z nich wyplenić. Że, skoro ta energia jakoś wlazła do ich przegniłych ciał, to może też z nich wyleźć. Nawet kosztem ich życia.
     Zwłaszcza tym kosztem.
     — Dajcie mu wody — mruknął do wolnego strażnika. Miał gdzieś, czy Jurij faktycznie ją wypije czy też rozleje w geście buntu. Cedrik chciał jedynie zachować pozory humanitarnego naukowca. No i wolał, żeby nikt się go nie czepiał o brak takiej podstawy. — Za chwilę powtórzymy badanie…
     Przerwał mu dławiący jęk Tatiany. Dziewczyna mało nie zemdlała i tylko żelazny uścisk strażnika trzymał ją w pionie. Cedrik ani myślał odwrócić się w jej stronę i sprawdzić jej stan. W ogóle nie zamierzał jej tego dnia badać. Chciał tylko, by patrzyła.
     — Uruchamiam maszynę — mruknął znudzonym tonem, który uzupełnił kolejny makabryczny krzyk.
     Cedrik czuł na sobie spojrzenia strażników w wyraźnym przekazie: może już dość? Przyjrzał się zaczerwienieniom, ale te wciąż pozostawały takie same, pomijając ich intensywniejszy kolor. Oczywiście brał pod uwagę fakt, że każdy mutant mógł mieć te specjalne ośrodki gdzie indziej, lecz z relacji innych naukowców, do których dotarł całkiem niedawno, wynikało, że te ośrodki w znacznej większości znajdowały się w tych samych miejscach. Tak silna dawka sztucznej energii powinna dać już jakieś efekty, zwłaszcza że nie wierzył w swoją pomyłkę. Możliwe też było, że reakcja zachodziła jakiś czas po przeprowadzeniu badania. Dlatego uznał, że więcej nie będzie męczył dzieciaka, coby go inni nie oskarżyli o sadyzm, ale bacznie będzie go obserwował, a za dwa dni zrobi to samo. Lecz wtedy skorzysta także z biednej Tatianki.
     Odetchnął, przymykając na moment oczy.
     Clarine umierała coraz bardziej.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (09-08-2019 o 11h00)


                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#29 09-08-2019 o 12h12

Straż Absyntu
Neyu
Jackpot!
Neyu
...
Wiadomości: 777

_________________________Kurumi Aoki-Chino
   Tik-tak, tik-tak, tik-tak. Kiwała głową na boki w rytm tykania zegara. Uśmiechała się szeroko, wręcz od ucha do ucha. Wyglądała, jakby była całkowicie spokojna tym, iż jest zamknięta w czterech ścianach. W pomieszczeniu, gdzie ściany, sufit oraz podłoga, oślepiały swoją bielą. Oczy dziewczyny zdołały się przyzwyczaić do tej okropnej jasności, która najwidoczniej nie działała na jej nerwy, o ile w ogóle je posiadała. Sytuacja, w której znajdowała się już od bardzo dłuższego czasu, nie wywierała na niej żadnego wrażenia. Nie odbierało jej poczucia szczęścia, które odczuwała z każdym kolejnym dniem i Bóg wie, dlaczego była taka radosna - lepiej nie dociekać.
   Tykanie zegara z echem obijało się o jej uszy. Czekała na coś, tylko na co? Uśmiech nie schodził z jej twarzy, a dłońmi uformowała koło, które miało przypominać tarczę zegara. Dalej kiwała głową na boki. Wskazówki kręciły się z niebywałą prędkością. Czyżby znów zabawiała się czasem? Niewątpliwie. Pragnęła się stąd wyrwać i zniszczyć wszystko, i wszystkich na swojej drodze wolności. Nagle podniosła się i zaczęła obracać się wokół własnej osi, recytując: tik-tak, tik-tak, tik-tak.
   Po około paru minutach - zatrzymała się i spuściła głowę, przerywając swój "dziwny rytuał". Wpatrywała się pustym wzrokiem w białą posadzkę. Co oznaczał kolor biały? Dobroć? Niewinność? Spokój i harmonię ducha? Boskość, niebo i anioły? Życie wieczne? Opadła na swoje kolane, a na jej apatycznej twarzy wymalował się pełen wariactwa uśmiech. A gdyby tak splamić tę nieskazitelnie czystą podłogę, plugastwem? Przelać na niej czyjąś krew i pozwolić, by ta zabarwiła anielską barwę na krwistoczerwone piekło? Objęła samą siebie, gdy wyobraziła tenże zniewalający widok. Dzieło sztuki, to byłoby dziełem sztuki. Każdy podziwiałby jej talent. Szaleńczy uśmiech przybrał formę psychopatycznego uśmiechu.
   Sztuka była warta rozlewu krwi. Sztuka była warta bólu.
   Cicho zaczęła się śmiać. Zegar tykał coraz głośniej, coraz głośniej, a Kurumi coraz głośniej się śmiała.
   Była szalona. Była kompletną wariatką. Była psychopatką i sadystką do szpiku kości. Pragnęła tylko żądzy krwi, płaczu i paniki, zniszczenia, a przede wszystkim wolności. Nienawidziła tego miejsca i obiecała sobie, że gdy tylko wydostanie się stąd, to zmiecie je z powierzchni ziemi. Każdy wtedy zobaczy jej zdolności. Jedynie musi stąd uciec i złamać pięczeć, która ogranicza jej chronokinezę do minimum. Nie mogła być wiecznie zapieczętowana. Nie mogła. Nie wyraziła na to zgody. Nigdy, nie wyraziłaby na to zgody, a oni i tak śmieli to zrobić, bo była zagrożeniem dla ludzkości i całego świata. Wyśmiała ich w twarz. Dobrze o tym pamięta. Wszystkich wyśmiała w twarz. Przysięgneła im, że ich odnajdzie i zatłucze własnymi rękoma.
   Zegarek wciąż rozbrzmiewał. Grał melodyjne tykanie. Szkoda, że w pomieszczeniu, w którym była zamknięta, nie było żadnego zegarka. Cały obraz oraz dźwięk, odgrywał się w jej głowie. Wszystko działo się w jej chorej głowie i w chorym umyśle. Była bardzo chora psychicznie i nawet strach wiedzieć, jak bardzo. Nagle na nowo ucichła. Wlepiała swe apatyczne ślepia w podłogę, wsłuchując się w otaczającą ją głuchą ciszę. Miała wrażenie, że ktoś idzie, aczkolwiek nikt nie szedł. Było po prostu piekielnie cicho, lecz ona jednak coś słyszała.
   Podniosła się na równe nogi i zgrabnie obróciła się na pięcie, na w półprzymkniętymi oczyma, podeszła bliżej kamery, która przez cały czas ją obserwuje. Ułamek sekundy i wpatrywała się tym chłodnym, a zarazem hipnotyzującym wzrokiem w kamerę. Podeszła bliżej ściany i zaczęła wyciągać ręce do góry, najwyraźniej chcąc wspiąć się do urządzenia. Uśmiechnęła się z tym znanym przebłyskiem obłędu.
   - Panie Grant, tak bardzo się nudzę... - zaczęła przesłodzonym głosem.
   Wiedziała, że jest tam, że obserwuje i być może są inni naukowcy. Na pewno nie zignoruje jej. Nikt jej nie ignorował.
   Nie pamięta nawet, czy w ogóle spała, czy też nie. Bardziej stawiała na to, że nie śpi za dnia, jak i zarówno za nocy.
   - Czy moglibyśmy ze sobą porozmawiać? - zapytała cierpiętniczo, nie odrywając wzroku od kamery. Cholernie chciała się wspiąć i wyrwać ją. Zniszczyć, zgnieść, porzucać nią na prawo i lewo. Oczy, aż jej się zaświeciły z tejże chęci.
   - Nie daj się tak prosić... - dodała z uśmiechem, który miał być taki niewinny, lecz w jej przypadku, wyszedł bardziej niezrównoważony psychicznie.
   Nie było to raczej zaskakującym faktem.
   Wiadomym było to, że Kurumi Aoki-Chino, to psychopatka; przynajmniej było to wiadome dla naukowców oraz strażników.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (09-08-2019 o 12h33)


https://i.imgur.com/sphUjbK.gif

Offline

#30 09-08-2019 o 14h01

Straż Obsydianu
Morgiana
Szeregowiec
Morgiana
...
Wiadomości: 75

_____________________ Elizabeth Anna McGarden/21



Nie wiem ile trwało moje nawoływanie kogoś i próba zwrócenia na siebie uwagi. Po tym czasie wkurzyłam się nie na żarty, miałam ochotę rozwalić drzwi i jak szalona przebiec sie gdzie tylko sie da.
Ustawiłam się przed drzwiami, prawą nogę wycofując do tyłu, a lewą w przód w stronę drzwi. Zgięłam rękę, od razu cofając ją by wziąć zamach, jednak nie była ona zaciśnięta, a bardziej jakbym miała zamiar z kimś przybić piątkę. Dzięki temu drzwi powinny wylecieć z zawiasów i pozostawić mi wolne przejście. Choć nie zdążyłam nawet uderzyć, a usłyszałam dźwięk, jakby ktoś je otwierał. Spanikowana, od razu zrobiłam ze dwa kroki w tył, przypatrując się nowo przybyłym.
Widziałam na pewno dwóch, jeden ubrany w luźniejsze spodnie, pseudo eleganckie, a na górę zarzucona, chyba, pierwsza lepsza zapinana na guziki koszula. Do tego coś w stylu kitla jaki noszą lekarze. Ten, który był bliżej mnie, uśmiechał się przyjaźnie. Znaczy, tak wyglądał, drugi był jakby znudzony lub po prostu obojętny, ubrany na niebiesko, albo granatowo. Widziałam, że chyba był uzbrojony.
-Witaj Elizabeth, jeśli pozwolisz wyjaśnię ci kilka rzeczy, zanim dam ci twój prezent.-rzucił, nie przestając się uśmiechać. Jak obiecał tak zrobił. Powiadomił mnie o biochipie w moim ciele, który kontrolował on i jego koledzy po fachu, gdybym zaczęła się źle zachowywać, albo niepożądanie. Wyjawił mi również, że używanie mocy to właśnie jedno z tych złych zachowań. Mówił jeszcze o tym, że nie jestem tu sama i z czasem poznam innych "takich jak ja", a dodatkowo jego kolegów po fachu.
-A teraz czas na twój prezent!-zaśmiał się radośnie, podszedł do mnie i położył mi rękę na plecach popychając kawałek za drzwi. Na wózku, na kółkach leżało coś, czego nie rozumiałam, tak jak samego pojazdu. Wózek chyba jeździł sam, ale dodatkowo pchało go kilka osób. Dziwnie miły doktorek znów pchnął mnie w jego stronę. Po uważnym przyjrzeniu, zrozumiałam, że to coś w rodzaju płaskich wysokich bransolet. Pod naciskiem jego wzroku, złapałam jedną z nich i od razu zrozumiałam czemu mieli taki problem z ich dowiezieniem. Były ciężkie jak nie powiem co. By móc je podnieść musiałam użyć swojej siły, a i tak nie było to łatwe.
-Jeśli ich nie ubierzesz Elizabeth, to nie będziesz mogła stąd wyjść, a doktor się wkurzy jak nie wiem co. Sam to dla ciebie zrobił.-wyjaśnił spokojnie, choć jego słowa dla mnie brzmiały bardziej jakby mi groził, że nigdy więcej nie zobaczę nieba, słońca czy trawy. Czułam i widziałam, jak drżą mi ręce. Jak kazał, ubrałam dłuższe na nogi a krótsze na moje ręce. Nie były brzydkie, bez ozdób, płaskie, ale dość grube. Sięgały mi z 5cm od łokcia, więc mogłam ręce zginać bez problemu. Te drugie, były pod kolano, aż od kostki. Mogłam swobodnie ruszać kończynami. Choć Mając już wszystkie ozdoby, poczułam jakby mnie coś przycisnęło do ziemi.
Nigdy nie miałam problemu z poruszaniem się, skakaniem, bieganiem i innymi takimi. Przez moją siłę, ciało było bardziej wytrzymałe, by móc to znieść. A teraz przez użycie prawie całej mojej nadludzkiej siły do utrzymania tego, czułam się ... normalna.
Przeniosłam swoje brązowe tęczówki na lekarza, czy tam doktorka z niezrozumieniem.
-Po co mi to?-zagadnęłam, obejmując się, a on jakby mnie ignorował, popchnął mnie w stronę "mojej" sypialni. Co prawda ruszyłam tam, choć mniej chętnie niż by chciał. Dopiero gdy przekroczyłam próg, ten postanowił się zlitować.
-To takie zabezpieczenie moja droga.-rzucił na odchodnym, a drzwi za nim się zamknęły, a ja znowu zostałam sama, a do tego nie czułam się swobodnie. Opadłam na podłogę, od razu siadając na tyłku, by spojrzeć na swoje ręce i nogi. Obje dłonie przeniosłam na ozdobę na lewej nodze, próbując ją zacisnąć, aby pękła lub się odgięła. Ale nic się nie stało... za dużo siły wkładałam w utrzymanie tego na sobie, by móc się z tym poruszać i by nie przygniotło mnie do ziemi.

Offline

#31 09-08-2019 o 19h58

Straż Absyntu
Ardentia
Akolita Jednorożców
Ardentia
...
Wiadomości: 266

----------------------------https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/f/7223bc6b-d917-428d-9140-02fd3a0885e6/ddhf8bk-a0504353-a154-4c16-aaed-239b91a30d77.png?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7InBhdGgiOiJcL2ZcLzcyMjNiYzZiLWQ5MTctNDI4ZC05MTQwLTAyZmQzYTA4ODVlNlwvZGRoZjhiay1hMDUwNDM1My1hMTU0LTRjMTYtYWFlZC0yMzliOTFhMzBkNzcucG5nIn1dXSwiYXVkIjpbInVybjpzZXJ2aWNlOmZpbGUuZG93bmxvYWQiXX0.gV4smiOZcPU93TxjDhlYBBCNzlw5VhejB_FtuivLS2c
          Uparcie wpatrywałam się w obiektyw, łudząc się, że ktoś po drugiej stronie poczuje się z tym na tyle niekomfortowo, że ruszy tu swoje szlachetne cztery litery. A przynajmniej to był jeden z powodów. Drugi nie brzmiał już tak dobrze i wskazywałby na pewną próżność z mojej strony: chciałam sprawiać pozory panowania nad sytuacją. W filmie byłabym kimś potężnym i tajemniczym, kto, mimo uwięzienia, zachowywałby się jak władca. Z uniesioną głową ruszyłabym za głównym złolem. Ten, jak to typowy czarny charakter, zacząłby mi opowiadać historię swojego życia i dalekosiężne plany. Cierpliwie bym tego wysłuchała, a potem bez większego trudu uciekła w wielkim stylu.
          Tyle że, do jasnej cholery, to nie był akcyjniak klasy B. Ktokolwiek za to wszystko odpowiadał, najwyraźniej chciał mi dać do zrozumienia, że nic nie zrobię, jeśli on na to pozwoli. W takim wypadku wpatrywanie się w kamerę z kpiącym wyrazem twarzy nie było cool, tylko upokarzające.
          Mogłam zniszczyć kamerę. Gdybym zmieniła obudowę moich protez w substancję bliższą konsystencją płynowi aniżeli ciału stałemu, spokojnie bym jej dosięgła i zgniotła. To by musiało się już spotkać z jakąś reakcją, prawda? Zresztą… Czy nie rozsądniej byłoby spróbować z drzwiami? Byłam prawie pewna, że zostały wykonane z jakiegoś metalu…
          Żaden z tych planów nie wszedł w życie. Cudem powstrzymałam się od wzdrygnięcia, gdy usłyszałam hałas, który obudziłby nawet umarłego. Opcja grania opanowanej znów była aktualna, postanowiłam zatem z niej skorzystać. Nieśpiesznie obróciłam  głowę… by zobaczyć wycelowaną w siebie lufę pistoletu.
- Jeden głupi ruch – zagroził trzymający broń mężczyzna.
Z beznamiętnym wyrazem twarzy zmierzyłam go wzrokiem. Ubrany na czarno, z lekko zarysowanymi mięśniami i ściętymi na krótko włosami. Wysoki. Po trzydziestce. Stał w lekkim rozkroku, zapewne w celu lepszego utrzymania równowagi, gdyby faktycznie musiał strzelić. Za nim, niczym cień, stał nieco niższy i patykowaty, na oko młodszy, z nieschodzącym mu z twarzy uśmieszkiem. Miał przy pasie wypchaną torbę, z której wystawał paralizator.
          Spróbowałam poruszyć lekko bronią trzymaną przez pierwszego z mężczyzn, ta jednak ani drgnęła. Plastik? Kto by robił pistolet z czegoś innego niż metal? Chyba że…
- Zadaliście sobie kłopot, by mnie tu wsadzić. Szczerze wątpię w to, że ot tak się mnie pozbędzie – odparłam chłodno, z powrotem patrząc na kamerę. – Zostałam o coś oskarżona?
- Mniej więcej – odezwał się ten drugi. – Zacznijmy wyjaśnienia od tego, że jeśli kogoś zaatakujesz… zwłaszcza przy pomocy swojej mocy… spotkają cię przykre konsekwencje. Konkretniej rzecz ujmując, biochip w twoim ciele cię unieszkodliwi w mało przyjemny sposób. A przecież żadne z nas tego nie chce, czyż nie?
Nie odezwałam się, nadal z uporem maniaka wpatrując się w kamerę. W ten sposób było mi łatwiej ukryć emocje. Czyli wiedzieli, że jestem inna… i zrobili wszystko, by się zabezpieczyć przed tą innością. Nie, nie, nie. To wszystko było bez sensu. Totalnie bez sensu. Skąd mieliby wiedzieć? Robiłam wszystko, by zmylić ewentualny pościg, by zatrzeć za sobą ślady…
- Z tego co wiem, jesteś na tyle inteligentna, by domyślać się, do czego zmierzam.
Cisza.
- Ty i tobie podobni zostaliście umieszczeni w ośrodku badawczym, ten zaś jest położony na wyspie. Uprzedzając pytania: nie, nikt ci nie poda jej lokalizacji. Nie, nie możesz się kontaktować ze światem zewnętrznym.
Cisza.
- Jesteśmy tutaj strażnikami. Pilnujemy porządku i dbamy o was. To nam też przypada zaszczyt wdrażania was w procedury. Witaj w nowym domu, obiekcie numer dwadzieścia sześć! Wybacz, że tak skromnie, ale zabroniono mi rozwieszania transparentów i strzelania konfetti, zapewne w trosce o tutejsze sprzątaczki.
- Przestań się wydurniać, Joshua – warknął ten z pistoletem, który milczał od momentu rzucenia groźby.
- Jeśli ktoś tu wychodzi na durnia, to właśnie ty. Opuść to, szanowna pani chyba ma wystarczająco rozsądku, by nie ryzykować. Mylę się?
Nadal uparcie milczałam, Joshua jednak nic nie mówił, co zmusiło mnie do odpowiedzi. Pokręciłam lekko głową.
- Widzisz? Nie mylę się. Pewnie jesteś głodna, dwadzieścia sześć. Będziesz chciała coś jeszcze zrobić przed pójściem na stołówkę?
- Po pierwsze: nie używaj tego chrzanionego numeru. Po drugie: łazienka. Chcę się umyć.
          Jeszcze nie do końca dotarło do mnie to, co się stało, ale jedno wiedziałam: musiałam stąd uciec. Nie mogłam jednak tego zrobić ot tak, bez trudu by mnie złapali i staliby się uważniejsi.
          Układ korytarzy, umiejscowienie kamer, drzwi… Jeśli chciałam mieć jakiekolwiek szanse, musiałam to wszystko zapamiętać. Zawsze żałowałam, że nie mam fotograficznej pamięci, ale teraz szczególnie mi to doskwierało. Idąc powoli korytarzem, rozglądałam się bez krępacji. W końcu była to naturalna reakcja i właśnie patrzenie prosto przed siebie i rzucanie ukradkowych spojrzeń wyglądałoby podejrzanie.
          Gdy dotarliśmy na miejsce, a strażnicy stanęli pod drzwiami, weszłam do środka i rozejrzałam się. Brak kamer, niewielkie okienko poza zasięgiem rąk. Lustra nie było, pewnie nie chcieli, by ktoś je zbił i zranił kogoś jego fragmentem.  Kogoś… albo siebie.
          Czym prędzej się rozebrałam i weszłam do kabiny. Odkręciłam wodę. Zmyłam makijaż. Wiedziałam, że dokładnie się wymywając, pozbywam się jakichkolwiek śladów, które mogłyby pomóc policji namierzyć sprawców, ale co za różnica? I tak mnie nie znajdą. Może nawet byli w zmowie… Nie, pewnie nic nie wiedzieli. To był jakiś tajny rządowy projekt, więc siłą rzeczy mało kto zdawał sobie sprawę z jego istnienia. Po prostu już na zawsze będę zaginiona.
          Obejrzałam się dokładnie, próbując zlokalizować biochip. Siłą rzeczy ręce odpadały. Brzuch, nogi… Nic nie widziałam. Myśl, Silver, myśl! Skoro mnie nie przebierali, to prawdopodobnie wszczepili to w jakieś odsłonięte miejsce. Małżowina uszna? Kark? Tak, ten ostatni wydawał się najbardziej prawdopodobny, ale nie miałam jak tego sprawdzić – moje protezy działały jak zwykłe ręce, zabezpieczono je przed rdzawieniem… ale przywrócenie mi zmysłu czucia wykraczało poza możliwości nawet najbogatszych i najbardziej poważanych specjalistów.
Szlag. – Uderzyłam w drzwi kabiny, mimowolnie robiąc w nich małe pęknięcie. Przyłożyłam czoło do zimnego szkła.
          Joshua powiedział „Z tego co wiem”. „Z tego co wiem”. Jak wiele o mnie wiedzieli? Pewnie mnie śledzili od dłuższego czasu, a ja nie zdawałam sobie z tego sprawy. Może nawet znają moją przeszłość i wiedzą o podejmowanych przeze mnie działaniach.
          Tyle lat. Tyle lat ukrywania się, zmieniania adresu, wyjazdów, współpracy, wysyłania anonimów do gazety i chodzenia do kafejek internetowych, by zamieścić na jakimś forum promutantowy wpis. Tyle kont bankowych, tyle fikcyjnych papierów i lewych dokumentów, wszystko po to, by stworzyć nam świetlaną przyszłość… To wszystko na nic? Oni śmieli mnie tego pozbawić? Nie… Mieli czelność myśleć, że mogą mnie tego pozbawić? Dobre sobie! Wyrwę się stąd razem z jak największą liczbą innych więźniów. Porywając nas i umieszczając tutaj, odebrali nam nasze p********e prawda. Jeszcze będą tego żałować. Zmażę ten pieprzony uśmieszek z twarzy Joshui i wszystkich pozostałych. Po prostu będę musiała być jeszcze ostrożniejsza. Jeszcze uważniejsza. Stworzyć perfekcyjny plan. Być może nawet zniżyć się do nawiązania pseudoprzyjacielskich relacji z tymi marnymi, zadufanymi w sobie ludźmi, by zdobyć ich zaufanie i przeciągnąć na swoją stronę, zdobyć sojuszników.
          Gdy dwie minuty później wyszłam z łazienki, czułam się jak nowonarodzona. Byłam zdeterminowana, by jak najszybciej wcielić moje postanowienia w życie. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zwróciłam się do Joshui:
- Jeśli mam ten luksus wybrania tego, na co mam ochotę, poproszę o jakieś mięso i warzywa. Da się zrobić? – zagadnęłam, uśmiechając się lekko.
          Weszłam na stołówkę z uniesioną wysoko głową.

Ostatnio zmieniony przez Ardentia (02-10-2019 o 18h48)


T U           M N I E           Z N A J D Z I E S Z :           W A T T P A D           P I N T E R E S T           M Y A N I M E L I S T           I N S T A G R A M
https://i.imgur.com/AEYxFyr.gif

Offline

#32 11-08-2019 o 21h49

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 195

-----------------------------------------J  A  R  E  D    R  E  D  B  I  R  D--------------------------------------------------------------------------

        Próbował kontrolować swój oddech, skupiając się na nim, ale nagle czuł się, jakby w pomieszczeniu w ogóle nie było powietrza, a on miał się udusić. Nie był w stanie podnieść głowy ze swoich dłoni i otworzyć oczu, ponieważ całe pomieszczenie wirowało i Jared był pewien, że jakakolwiek próba zrobienia czegokolwiek skończyłaby się u niego na wymiotach. Czuł się żałosny i słaby, zwłaszcza jak na kogoś, kto przecież powinien potrafić uwolnić się stąd bez problemu. Gorzej, był żałosny i słaby, a teraz nie był w stanie myśleć nad żadnym rozwiązaniem, wypominając sobie, że postanowił miesiące temu ignorować istnienie swoich zdolności i ich nie używać. Mógł trenować, stawać się silniejszy, próbować pogodzić się z tym kim był. Ale Redbird w całej swojej pozornej inteligencji był głupi i właśnie za to płacił.
        Niespodziewanie do Jareda doszedł głos, który okazał się być kołem ratunkowym, gdy tonął w otaczającym go uczuciu paniki. Miał szczerą nadzieję, że Sean Hayes, jak przedstawił się mówiący mężczyzna, nie był jedynie wytworem jego przerażonego umysłu i chłonął słyszane słowa, powoli podnosząc głowę z rąk. Wziął kilka głębokich oddechów, wytarł lekko spocone ręce o spodnie i próbował zacząć myśleć o czymś innym niż nieustające poczucie porażki oraz własnej winy w całej tej sytuacji. Powstrzymał się przed ironicznym parsknięciem śmiechu, gdy dotarła do niego uwaga na temat próby ataku. Z drugiej jednak strony, zaczynał rozumieć, że w swoim położeniu nie mógł pokazać jak słaby naprawdę był.
        Drzwi powoli zaczynały się otwierać z dźwiękiem, który powodował ciarki i niekomfortowe uczucie w umyśle Jareda. Z jakiegoś powodu hałas zawsze budził w nim niepokój i sprawiał, że miał ochotę uciec. Tyle, że jedyne co mógł w tej sytuacji zrobić, to grzecznie siedzieć na łóżku i modlić się, by w odpowiednim momencie miał ich na tyle, żeby wstać o własnych siłach. Głośno przełknął ślinę, nieco mocniej zaciskając dłonie na swoich udach i zatrzymując ich drżenie, a następnie skierował wzrok na rudowłosego mężczyznę, który stanął w bezpiecznej odległości, jak natychmiast ocenił Redbird.
        - Rządowy projekt, do którego zostali wybrani ludzie niebędący ochotnikami? Jak mały jest stopień legalności czegoś takiego? - Prawdopodobnie po przemyśleniu tego pytania sam uderzyłby się w głowę, rozumiejąc jego irracjonalność. W tamtym jednak momencie jego umysł powoli zaczynał się rozruszać i analizował całą sytuację, dlatego nawet nie skupił się nad tym co mówił, a jego wzrok, zamiast na Seanie, skupiony był na wszystkim innym.
        Brunet zrozumiał, że pod pojęciem uczestnika projektu kryło się wyrażenie "więzień", a to oznaczało, że od tej pory nie mógł pozwolić sobie na ataki paniki przed obiektywem tej kamery. Domyślił się, że był również podsłuchiwany, skoro nie oszczędzali na zabezpieczeniach, a cały proceder był finansowany przez rząd, o ile Hayes nie kłamał. Zastanawiał się, jak wiele było jego podobnych w tym ośrodku i czy będzie mógł ich spotkać. I do jasnej cholery, miał nadzieję, że nie zamierzali go rozebrać i włożyć do jakiejś ogromnej probówki, czasami z niej wyciągając, by powolutku kroić go na części w celu specjalistycznych badań.
        Gdy usłyszał o jedzeniu, ponownie poczuł, jak bardzo był osłabiony i potrzebował czegokolwiek. Musiał być spokojny i nie mógł próbować czegoś głupiego. Czuł się całkowicie zdezorientowany w całej tej sytuacji, w końcu jedynie przez mały fragment swojego życia skupiał się na faktu bycia mutantem. Przez resztę próbował o tym zapomnieć, poszedł na studia, zerwał wiele znajomości i nie dał się sprowokować, by użyć tych umiejętności. Widocznie i tak popełnił jakiś błąd, ale nie mógł pozwolić sobie na kolejne, które mogły go zabić.
        - Z chęcią coś zjem - powiedział spokojnie, a następnie powoli wstał, wykonując kilka ostrożnych kroków w stronę strażnika, zatrzymując się metr od niego i zachowując bezpieczną odległość. Z ulgą przyjął fakt, że był w stanie chodzić, nawet jeśli powoli i nie miał póki co problemu ze staniem. Widocznie próbował tego zbyt wcześnie, a póki co potrzebował postępować ostrożnie.



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#33 14-08-2019 o 23h47

Straż Cienia
Elemelia
Akolita Jednorożców
Elemelia
...
Wiadomości: 348

------------------------------------------ Larkin George Kent



     Normalny dzień coraz bardziej odchodził w zapomnienie, a komedia coraz bardziej nabierała obrazu. Trzysta dwadzieścia pięć bez jakiegokolwiek zająknięcia zaburzyła przestrzeń osobistą doktora. Nie przejmowała się swoją rolą w ośrodku oraz jego pozycją, po prostu go chciała złapać za rękę. I to nie dlatego, aby ją złamać lub zjeść, tak jak by to zrobili pewnie inni. Nie, ona po prostu chciała go mieć blisko siebie. Mężczyzna już powoli się gubił, który scenariusz przerażał go bardziej - jej proste pragnienie bliskości czy nagły atak.
     Zbyt zmęczony, aby zabierać swoją dłoń, po prostu słuchał. Nie miał chwilowo siły na wyznaczanie granic, które młoda zaklinaczka węży i tak by wyśmiała. Nie żeby mężczyzna chciał się godzić cały czas na takie zachowanie, bo przecież to nie on ma się czuć jak jakiś obiekt do badań lub zabawka. Zje, wyśpi się i pewnie wróci do rozmowy o hierarchii, przestrzeni osobistej, wyczuciu czasu oraz chwili. Teraz nie był to najlepszy moment, jeszcze zawołałaby jakiegoś swojego pupilka i Kent miałby już cały dzień z głowy, walcząc o swoje życie. Teraz najlepszym rozwiązaniem było słuchać, pomyśleć o badaniach i nie denerwować za bardzo kobiety. Limit problemów na jeden dzień raczej się skończył, więc nie ma sensu się prosić o kolejne. A trzysta dwadzieścia pięć była skarbnicą problemów do odkrycia.
     - Nie ma możliwości, abyś weszła w posiadanie nożyczek. Jeżeli włosy są takim problemem to ja mogę je ściąć. Może nie jestem z tego wyszkolony, ale nie może być to trudniejsze niż to czym się zajmuję. - powiedział spokojnie, zastanawiając jak wiele rzeczy mogłoby pójść nie tak, jeżeli mutantka zdobyłaby tak ostry przedmiot. Węże zdecydowanie nie szwendałyby się głodne, oj nie.
     Mężczyzna podziękował strażnikom za eskortę, otwierając przed kobietą drzwi do swojego gabinetu. Wierząc w jej dobre intencje, wziął głęboki oddech i zamknął za sobą drzwi. Nie żeby się bał, że ucieknie, ale wolał nie ryzykować swojego oraz innych życia. Kto wie jak szybko by stamtąd uciekła z nożyczkami we włosach, rozpoczynając swoją chorą przygodę. Nie, nie na jego warcie. Żadnych żyć nie ryzykujemy, jeśli nie jest to niezbędne.
     - Smacznego, częstuj się. Ja się pokręcę trochę. - posadził kobietę przy prowizorycznym stole, powoli rozkładając wszystkie potrzebne mu przyrządy do badań. Skalpele, strzykawki, gazy i inne bzdety zaczęły coraz bardziej zapełniać stół pod jedną z ścian zaraz obok kozetki. Dopiero, kiedy wszystko było gotowe i pachniało w pomieszczeniu nowością, przysiadł się do Cummings. Nie spuszczając jej z oka, powoli konsumował swoje śniadanie, które było tylko formalnością. To kawy nie mógł się najbardziej doczekać. Tej słodkiej, ciemnej kawy, która swoją ilością kofeiny by całą armię na nogi postawiła.
     - Jakieś nowe dolegliwości się pojawiły od wczoraj? Coś cię boli, drażni, może jakieś nowe sny?- spytał [o wiele zbyt spokojnie], powoli popijając swój ciemny napój. - Proszę cię, abyś kontrolowała swoje węże, bo następnym razem nie skończy się tak kulturalnie jak dzisiaj. Ja nie chcę ciebie skrzywdzić, ale muszę dostać od ciebie to samo. Masz pilnować swoich węży, zawsze wiedzieć, gdzie są i pod żadnym pozorem nie pozwalać im zbliżyć się do innego człowieka, czy to jest jasne? - odłożył swój talerz w bezpieczne miejsce, po czym odszedł kobietę, aby sprawdzić już teraz czy coś się zmieniło od ostatniego badania. Nie eksperymentował jeszcze z jej ciałem za bardzo, ale powoli ingerował w jej funkcje życiowe, podając nowe tabletki lub sole do jedzenia. Oczywiście wszystko nieszkodliwe i w imię nauki. Dokładnie tak. - Chcesz abym teraz obciął ci włosy?

Ostatnio zmieniony przez Elemelia (15-08-2019 o 00h14)


DANCE IS EVERYTHING.
https://66.media.tumblr.com/c6f3891279ebc5791f6d6136c04ce604/tumblr_pdgqh8bAsI1rdhwsvo2_400.gif https://66.media.tumblr.com/85d52a598706e9c49236a8d788f57a86/tumblr_pdgqh8bAsI1rdhwsvo8_400.gif

Offline

#34 16-08-2019 o 16h29

Straż Cienia
amelinie
Młody rekrut
amelinie
...
Wiadomości: 26

LOUAEN  NOURENS

Czytaliście może "Tarantule" Thierry'ego Jonqueta? Opowiada historie człowieka kierującego się wyłącznie nienawiścią. Ukazuje do czego jest zdolny, gdy chęć zemsty zatruwa go niczym jad tytułowego pająka. Fabuła jest trudna, psychodeliczna, pełna drastycznych wątków, które naruszają zasady etyczne panujące na świecie. Niemoralne eksperymenty, szaleństwo pomieszane z nienawiścią oraz perwersją definiuje tą powieść oraz jej bohaterów. Tytuł również nie jest przypadkowy. Tarantula to przecież inteligentny owad,  który zanim schwyta swoja ofiarę, układa misterny plan jej osaczenia. Nie zabija od razu, prowadzi grę ze swoją zdobyczą by na koniec użyć trującego jadu.
Lou przeczytał tą książkę kilka lat temu ( Nie wygląda na takiego co czyta? Na wiele rzeczy nie wygląda i wiele byście o nim nie powiedzieli. Ot taki blondasek, chodząca niespodzianka.) pod wpływem filmu Almodavara. Jako zbuntowany nastolatek usilnie próbował znaleźć wspólny mianownik miedzy opisanym w powieść oprawcą, a kobietą, którą po dziś dzień uważał za swoja rodzoną matkę. Teraz jako dwudziestosiedmioletni mężczyzna rozumie, że jego postrzeganie było błędne. Niehumanitarne czyny do jakich dopuszczała się jego matka nie wynikały z nienawiści i chęci zemsty, lecz z chorej, niewytłumaczalnej fascynacji. Wszystko według zasady, że cel uświęca środki oraz dla dobra nauki. Wtedy jako dziewiętnastolatek przed, którym Sharonn zbyt szybko zaczęła odkrywać prawdziwe oblicze jej pracy był zdruzgotany. Mama przestała być mamą, która bada przeróżne, niesamowite istoty, a stała się matką, która prowadzi eksperymenty na mutantach.

Kilkanaście dni spędzonych w tym ośrodku upewniła go co do jednej rzeczy. Przerażająca, lecz szanowana doktor Sharonn Nourens nigdy nie była tarantulą, co do tego był pewny. Tarantulą jest Cedrik von Vetur. Zaślepiony chęcią zemsty plecie sieć, w która sam coraz bardziej wpada, a nienawiść niczym jad zatruwa resztki jego człowieczeństwa. Louaen nie znał podwalin podejścia profesora do mutantów. Co prawda w środowisku krążyły plotki, wiele plotek, ale młody doktor nie był przekupą na targu, żeby je wszystkie wysłuchiwać albo w nie wierzyć. Nawet nie chciał tego robić. Pamiętał, przecież dobre czasy sprzed piętnastu lat, kiedy matka była mamą, a profesor von Vetur, pan Cedrikiem jednym z jej ulubionych współpracowników. Życie zmieniło jedno i drugie. Oboje teraz wzbudzają w Lou mieszane uczucia.
Czy młody Nourens boi się swojego współpracownika? Nie... Tak długo jak będzie postrzegany przez profesora jako człowiek, tak długo nie  będzie czuł powodów do strachu. Szczególnie, że był synkiem Sharonn. Biorąc te wszystkie czynniki pod uwagę Lou teoretycznie mógłby pójść jako ochotnik do laboratorium Vetura i obserwować "badania" nad jedynką i trójką, jednak... Umówmy się, chłopak ma blond włosy, ale  nie jest skończonym idiotą. Nie zamierza ingerować w psychodeliczne wizje doktorka. Może i nie ma instynktu samozachowawczego, skoro z własnej woli przybył na tą wyspę, ale nie zamierza się aż tak niepotrzebnie narażać. Po za tym jest młodym szczylem, niedoświadczonym, dopiero po studiach, nawet jakby zgłosił jakieś obiekcje, to nikt, a w szczególności von Vetur nie wziąłby ich pod uwagę. Niech w tym babrają się inni.

Prośba Kenta o pomoc podczas badan nad obiektem trzysta dwadzieścia pięć nie było czymś, co zdziwiło Nourensa. Już na początku zauważył, że kolega po fachu dyskretnie nad nim czuwa i to, szczerze mówiąc, nie było czymś zaskakującym. Przyzwyczaił się już do tego za czasów studiów. Przeróżne eksperymenty jego matki niezaprzeczalne często przysłużyły się nauce oraz dostarczały wiele istotnych faktów, ale jej metody... No nie u wszystkich budził sympatie i do tego grona, jak Louaen zdążył się domyśleć po pokojowym nastawieniu kolegi do mutantów, należał też Kent. Zresztą w ośrodku wystarczył już jeden Cedrik von Vetur, wiec Lou domyślał się ze nikt nie chce jego kopii, a on jako dziecko doktor Nourens był do tego najlepszym pretendentem, przecież ponoć niedaleko pada jabłko od jabłoni.
Przytaknął porozumiewawczo głowa, dając znak Kentowi, że przyłączy się do badań nad panną Cummings. Miał się na tej wyspie uczyć i jak już miał wybór wolał oczywiście od Kenta niż od Vetura, chociaż nie zamierzał ukrywać, że wciąż darzył profesorka dawną, dziecięcą sympatią. Nie odzywał się, gdy Grant przyjął na swoje barki przyjemność wizyty w laboratorium istnej mieszanki doktora Frankensteina z doktorem Jekyllem. Młody zdobył się tylko na wymuszony uśmiech na wzmiankę o pogrzebie i bohaterstwie. "Żebyś się nie zdziwił." Przebiegło Lou przez myśl.

Gdy Kent opuścił pomieszczenie Louaen ubierając fartuch podszedł do stanowiska Granta. Znudzonym wzrokiem przejechał po ukazanych na ekranach twarzach nowych nabytków. Niektórzy przestraszeni, nie mający pojęcia gdzie i dlaczego się znaleźli. Sam doskonale pamiętał ten stan. Strach i niezrozumienie co się z nim dzieje. Do dziś nie potrafi całkowicie wyzbyć się tego strachu ze swojego serca, chociaż nigdy nie przyznał się sam przed sobą, że cały czas się boi. Wiedział tylko jedno... Nie mógł dopuścić do tego, aby znaleźć się na miejscu tych mutantów.
- Kamery są na terenie niemal całego ośrodka, prawda? Masz również pogląd na laboratorium Vetura?-Spytał nie odrywając wzroku od monitorów. Po kilku kliknięciach na ekranie pojawił się pożądany obraz. Spokojnie z kamienną twarzą obserwował przedstawienie, które się przed nim odrywało. Mimowolnie wyobraził sobie tłustego i odrażającego, czarnego pająka z wielkim, miękkim odwłokiem, owłosionymi odnóżami, wyłupiastymi ślepiami oraz jadowitymi kłami wystającymi z paszczy. Owad powoli, trzęsąc się na utkanej przez siebie pajęczynie, zbliżał się do ofiar, które oplecione lepkimi włóknami nie mają szans uciec.
CXO742- Powoli powtórzył za Veturem. Oderwał na chwile wzrok od monitorów i posłał Grantowi porozumiewawcze spojrzenie. Był pewien ze obaj zrozumieli jakie badania ma w planach doktor. Spokojny, senny wywód profesora, którymi uraczyl obiekty, był niczym jak jad, którym pająk paraliżuje ofiarę zanim oplecie wokół niej śmiertelny kokon.
-Powodzenia.- Ton jego głosu był cichy i oschły. Jakby wyprany z emocji. Naprawdę bardzo się teraz cieszył, że to nie on tam będzie szedł- Ja... - Jego wypowiedź została przerwana przez krzyk obiektu numer jeden. Spojrzał na twarz mutanta, a następnie przeniósł wzrok na Vetura. Westchnął ciężko i pomimo krzyku dokończył zdanie. - Ja dołączę do doktora Kenta.- Przed wyjście spojrzał na trójkę, która była zmuszona obserwować cierpienie swojego starszego brata. Osiemnastoletnia, przestraszona, drobna. Biedna, mała muszka nienadająca się nawet na przystawkę dla tarantuli.

Chwilę później znalazł się przed wejściem do gabinetu Kenta. Zapukał i grzecznie poczekał aż zostanie wypuszczony. Gdy w drzwiach pojawił się doktor kiwnął kurtuazyjnie głową.
- Przepraszam za zwłokę. Pochłonęło mnie przedstawienie profesora. - Wszedł pewnym krokiem do pomieszczenia.
-Dzień dobry, obiekcie trzy dwa pięć.. . - Skupił wzrok na ogólnej dokumentacji obiektu, która zabrał z pokoju głównego. - Eriko Cummings. Nazywam się doktor Louaen Nourens i będę towarzyszył doktorowi Kentowi w dzisiejszych badaniach. -  Podniósł wzrok znad papierów. Spojrzał na mutantkę, a następnie przeniósł wzrok na prowizoryczny stół z przygotowanym śniadaniem. Nie sądził, że jego kolega po fachu naprawdę zamierzał zjeść z obiektem posiłek.  Spojrzał na kolegę po fachu unosząc sugestywnie brwi. - Przepraszam, że przeszkadzam, ale proszę zrozumieć służba nie drużba. -Posłał Cummings zawadiacki uśmiech.- Po zakończeniu badań postaram się jak najszybciej ulotnić.

Ostatnio zmieniony przez amelinie (16-08-2019 o 16h39)

Offline

#35 18-08-2019 o 16h51

Straż Absyntu
Ardentia
Akolita Jednorożców
Ardentia
...
Wiadomości: 266

----------------------------https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/f/7223bc6b-d917-428d-9140-02fd3a0885e6/ddhf8bd-f6ea6052-04f9-4212-b720-d5634cf48f32.png?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7InBhdGgiOiJcL2ZcLzcyMjNiYzZiLWQ5MTctNDI4ZC05MTQwLTAyZmQzYTA4ODVlNlwvZGRoZjhiZC1mNmVhNjA1Mi0wNGY5LTQyMTItYjcyMC1kNTYzNGNmNDhmMzIucG5nIn1dXSwiYXVkIjpbInVybjpzZXJ2aWNlOmZpbGUuZG93bmxvYWQiXX0.lTQz5Dndrlubrd1ZkGH6rzuWqIgcFVGSnf6sq73lPhE
          Kontrola.
          Każdy ją chce mieć. Różnimy się tylko tym, ile jej potrzebujemy. Jednym wystarczą pozory. Złudzenie, że panują nad swoim życiem. Drudzy biorą los w swoje ręce. Inni przewodzą małym grupkom. Kolejni pragną respektu i władzy, aspirując do przewodzenia firmą, narodem, światem.
          Od dawna zadawałem sobie pytanie, jak bardzo ja chcę kontrolować rzeczy i ludzi, by poczuć się usatysfakcjonowany. Nie znalazłem jednak krótkiej i zwięzłej odpowiedzi. Za to wiedziałem na pewno, że patrzenie na te wszystkie ekrany i pilnowanie, by nie stało się nic zbytnio... kłopotliwego, sprawiało mi niewypowiedzianą przyjemność.
          Zbytnio. Słowo-klucz. Lubiłem mieć na każdego oko, ale panowanie nad wszystkim i wszystkimi byłoby na dłuższą metę męczące (jeśli nie niewykonalne) i... nudne. Gdzie w kompletnej przewidywalności znalazłoby się miejsce dla jakichś emocji? Lubiłem pewną losowość i kontrolowane ryzyko. Być może to trochę egoistyczne, ale wszystko musiało iść po mojej myśli – nawet wtedy, gdy z pozoru nie szło, działo się tak, bo ja na to pozwoliłem. I to mi w pełni pasowało.
          Problemy zaczynały się wtedy, gdy pojawiał się kłopot na tyle duży i skomplikowany, że czułem się, jakbym nic nie mógł z nim zrobić. I taki właśnie problem stanowił Cedrik von Vetur. W pierwszym momencie, gdy zobaczyłem, jak na korytarzu każe pójść ze sobą strażnikom, trochę się zdziwiłem. To nie był typ, który lubił, gdy inni patrzyli mu na ręce. Potem jednak mnie olśniło.
         Wycwanił się.
         Słysząc pytanie Nourensa, bez słowa przełączyłem obraz z rzadko uczęszczanego korytarza na laboratorium, po czym zapobiegawczo ściszyłem trochę głośność – tak, by wszystko było słychać, ale byśmy przypadkiem nie ogłuśli.
          CXO742? To stare ustrojstwo? Wymieniłem spojrzenia z blondynem, który najwyraźniej też wiedział, jak niedorzeczna  była teoria, którą sprawdzało urządzenie. Może jednak nie był aż taki głupi... ale i tak miałem niemal zupełną pewność, że nie trafiłby tutaj, gdyby nie mocne plecy. To było denerwujące: jedni musieli się napracować, a inni dostawali wszystko na talerzu i jeszcze wybrzydzali.
          Odpędziłem od siebie te myśli i skierowałem wzrok w stronę Tatiany... to jest trójki – wolałem nazywać mutanty numerami, nawet w myślach. To pomagało mi się zdystansować do tego wszystkiego. Wracając do tematu... Ją też chciał sprawdzić? To dlaczego jeszcze tego nie robił? Chodzi o zademonstrowanie jej, na co go stać? Tylko po co, gdy już bez tego była jednym z najbardziej posłusznych mutantów? Istniała jeszcze jedna opcja: zwykła, sadystyczna chęć sprawienia, by cierpiała nie tyle fizycznie, co psychicznie. Nie podobało mi się to. Pal sześć znęcanie się czy inne bzdury, na które w miejscach takich jak to i tak się przymykało oko. W końcu od lekarzy podziemia, zajmujących się klientami, którzy nie mogli pójść do zwyklego szpitala, bo inaczej zaraz po wyzdrowieniu trafiliby za kratki, różniło nas naprawdę niewiele – ot, mieliśmy więcej sprzętu, papiery bez zarzutu oraz czystsze kitle, ale na pewno nie czystsze sumienia. Nieważne, czy ponad nami znajdował się boss narkotykowy, rząd czy staruszka ze spożywczaka, której się nudziło po godzinach – nasze działania byly tak samo nielegalne i wątpliwe etycznie.
          Nie, nie obchodziło mnie to, że von Vetur tak postępował. Denerwowało mnie, że często robił to bez sensownego powodu. Nienawiść, współczucie, podziw... Do diabła, to były obiekty badań, po prostu trochę żywsze i bardziej rozmowne niż zwykle, brakowało tu miejsca na coś innego niż czysto naukowe zainteresowanie. A skoro już ktoś czuł coś więcej, to niech przynajmniej zachowa to dla siebie i nie miesza z pracą!
- Dzięki – mruknąłem w stronę wychodzącego Nourensa.
         Wtem dał się słyszeć coraz głośniejszy śmiech innego problemu, nad którym trudno było zapanować. Czternastka była tu długo, chyba nawet dłużej ode mnie. Podobno człowiek się rodzi psychopatą, ale byłem pewiem, że cały ten czas, który spędziła w ośrodku, tylko pogorszył jej stan psychiczny. Po dłuższym pobycie w takim miejscu każdy by zwariował, co zresztą potwierdzali niektórzy mutanci i pracownicy. Nie zdziwiłbym się, gdyby jakiś specjalista po zbadaniu mnie stwierdził, że ja sam też nie jestem do końca normalny.
          Jak dobrze, że nikogo takiego tu nie mieliśmy.
           Czternastka miała niezwykle fascynującą i złożoną moc, ale jednocześnie  nieprzewidywalną, przerażającą osobowość. Gdy zwróciła się bezpośrednio do mnie, przez dłuższą chwilę milczałem, zastanawiając się, co zrobić. Nie miałem zbyt wielkiej wiedzy na temat psychologii ani tym bardziej psychiatrii.
- Och, na pewno nieraz będziemy rozmawiać, chociażby... o czasie. Ciągle nam towarzyszy, a wciąż nie wiemy o nim wszystkiego. Interesujące, nieprawdaż? – zagadnąłem, stwierdzając, że skoro już znalazłem się w takiej sytuacji, trzeba ją wykorzystać. No i to pozwoli mi odciągnąć w czasie nieuchronne spotkanie z von Veturem.
          Powód. Musiałem znaleźć jakiś w miarę wiarygodny powód, dlaczego mu przeszkadzam. Nigdy nie byłem za dobry w wymyślaniu wymówek. Wiedziałem, że kiedyś się to na mnie zemści.
          Póki co słuchałem jednak tego, co ma do powiedzenia czternastka, w międzyczasie szperając w papierach obiektów. Pojawili się nowi i to von Vetur przygotowywał im izolatki. Co istotniejsze, na razie raczej żadne z nich nie było gotowe na badania, zwłaszcza poważniejsze. A przynajmniej taki tok myślenia miałem ja. Nie wiedziałem, kiedy swoje łapska położy na nich Cedrik. Grunt, by nie była to siódemka. Tak czy siak, postanowiłem nowe nabytki wykorzystać jako powód do krótkiej wymiany zdań z kolegą po fachu. W końcu rozmawiający von Vetur to nieeksperymentujący von Vetur, prawda? Cel osiągnięty. A przynajmniej miałem taką nadzieję, gdy nakładałem na siebie kitel i wychodziłem z pomieszczenia, nadal jednak mając włączoną na komunikatorze czternastkę. Rozłączyłem się dopiero tuż przed bramą do piekła.
          Zginę tam. Zginę.
          Tym razem wybrałem na smatwatchu nazwisko von Vetura.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale musimy o czymś porozmawiać – oznajmiłem. Odczekałem chwilę, wziąłem głęboki wdech i zapukałem dwa razy. Jeśli żaden ze strażników nie otworzył drzwi, sam się wprosiłem do środka, mówiąc od progu: – Słyszałem, że przygotowywałeś miejsca dla nowych. Czytając jednak o mocy dwadzieścia jeden, nasunęło mi się pytanie, czy jakoś zabezpieczono jej lokum przed tą siłą. Nie chcę ci przeszkadzać, ale jeszcze bardziej nie chcę zniszczenia całego tego budynku. Nie mogłem zwlekać – tłumaczyłem niewzruszony.
          Sam widziałem, jak jakiś nieznany mi naukowiec nakłada jej specjalne bransolety. Wiedziałem, że ta rozmowa była zbędna. Grunt, żeby spełniła swój cel.

Ostatnio zmieniony przez Ardentia (02-10-2019 o 18h49)


T U           M N I E           Z N A J D Z I E S Z :           W A T T P A D           P I N T E R E S T           M Y A N I M E L I S T           I N S T A G R A M
https://i.imgur.com/AEYxFyr.gif

Offline

#36 24-08-2019 o 10h06

Straż Absyntu
Nieve
Akolita Jednorożców
Nieve
...
Wiadomości: 390

_______________________________ 325 / Erika Cummings

Odpowiedź, jaką to dostałam na moją prośbę, sprawiała, że miałam ochotę fuknąć niczym jakieś małe dziecko, ale równocześnie mnie cieszyła. Jakbym dopiero co dostałą lizaka, bo nie dało się ukryć, że propozycja Doktora niejako przypadła mi do gustu. Fakt, że chciał mi sam obciąć włosy, zamiast odesłać mnie do kogoś, kto by miał w tym więcej doświadczenia, był naprawdę poruszający. Tym bardziej że w tak dużym budynku, w którym znajdowało się tyle osób, ktoś wprawę mieć musiał.
Nie zmieniało to jednak faktu, że i tak wolałabym zrobić to sama, więc nawet wiedząc, że ta prośba miała niezwykle marne szanse powodzenia, i tak czułam się zawiedziona. I nie rozumiałam całkiem tej odmowy, bo to nie tak, że nożyczki bywały jakoś szczególnie do czegoś przydatne, tak poza obcinaniem włosów, czy cieciem materiałów. A przynajmniej ja nie widziałam dla nich innego zastosowania — ciąć pościeli w pokoju też nie chciałam, więc... Chociaż rozcięcie materiału na kimś brzmiało już o wiele ciekawiej. Wciąż, uznawałam odmowę za bezpodstawną.
Dotarcie do gabinetu Kenta rozproszyło mnie jednak na tyle, że temat nożyczek zdecydowanie porzuciłam. Zamiast tego skupiłam się na rozgoszczeniu w, tak dobrze mi znanym, pomieszczeniu. Spędzałam tutaj tyle czasu, że czułam się w tym miejscu równie swobodnie, co w swoim własnym pokoju. Nawet będąc pod ciągłą obserwacją, w końcu wyparcie kamer z pamięci było naprawdę łatwe, tym bardziej, gdy człowiek oddawał się znacznie ciekawszym, pochłaniającym go rozrywkom.
Zresztą, paranoja towarzysząca ciągłemu pamiętaniu o tych ustrojstwach na ścianach, musiałaby być naprawdę męcząca.
- Kochany jesteś, Doktorze. - rzuciłam wesoło, zasiadając do prowizorycznego stolika, na którym to było ustawione śniadanie. Niemal od razu też zaczęłam podjadać warzywa z talerza, pomijając jakiekolwiek ślady mięsa na razie, i obserwując mojego towarzysza. I jakkolwiek spodziewałam się tego, że śniadanie przy okazji skończy się zbieraniem miliona próbek i tym podobnych, to... Cóż, nie tak miało być. Odmówić jednak już teraz nie mogłam, tym bardziej że na prośbę Kenta i tak bym się zgodziła.
Gdy mężczyzna w końcu się przysiadł, spuściłam wzrok, skupiając się dopiero teraz bardziej na jedzeniu, popijając wszystko sokiem. Nigdy kawą, czy innym ciepłym napojem. Nawet nie pamiętałam, kiedy takie ostatnio pijałam.
- Nie pijasz za dużo kawy, Doktorze? - spytałam, ignorując chwilowo to, o co zostałam jeszcze przed chwilą zapytana. I poproszona, tak przy okazji, bo jedyne co mogłam obiecać, że jeśli nie one, to sama znajdę drogę do Kenta, by go pilnować, a wątpiłam, by takie rozwiązanie miało go cieszyć. - Nie spałam całą noc, więc jestem zmęczona, ale dla ciebie zawsze znajdę trochę energii. - dodałam jeszcze, uśmiechając się przy tym i odchylając głowę do tyłu, by móc dobrze go widzieć. Możliwe, że odrobinę za bardzo niczym drapieżnik.
Na ostatnie pytanie nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo rozległo się pytanie, a mi w głowie zapaliła się czerwona lampka. Mieliśmy być sami, więc gdy do pomieszczenia wszedł jakiś młodziak, przedstawiając się i paplając, jakby kogoś to obchodziło, od razu cała radość znikła z mojej twarzy. Zdecydowanie go tu nie chciałam, tak samo, jak i strażników.
- Chyba straciłam nastrój na obcinanie ich, Doktorze. Może następnym razem. - powiedziałam w końcu, ignorując przy tym nową osobę w pomieszczeniu. Mój mały problem z włosami mógł zaczekać na inny dzień, a skoro Kent zaprosił do nas jakiegoś dzieciaka, to mogliśmy się skupić na biznesie.
Tym samym wstałam od stolika, porzucając na ten moment niedokończony posiłek. Zaraz po tym zajęłam swoje zwyczajowe miejsce, które zajmowałam w trakcie wszelkich badań.
- Od czego dzisiaj zaczynamy? Może skalpela? Wyjątkowa podoba mi się idea rozcinania czyjejś skóry, by pobawić się jego wnętrznościami. - rzuciłam, posyłając przy tym słodki uśmiech obu mężczyznom.

Offline

#37 25-08-2019 o 12h25

Straż Absyntu
Camio
Żołnierz Straży
Camio
...
Wiadomości: 620

https://i.ibb.co/nQ24ty1/as.jpghttps://i.ibb.co/5KdXpH8/fwsd.jpg


   Na wejściu, oślepiło ich jasne, wręcz trupio blade światło umocowanych u sufitu lamp. Działając niemal instynktownie, Jurij przysłonił Tatianie oczy, a sam spojrzał na postać opartego o stojące tam biurko mężczyzny. Nie trwało to długo, nim sam spuścił wzrok, a jego  zaropiała para oczu  nie przestała łzawić, powodując dodatkowy dyskomfort. Tatiana tak ostrożnie, jak tylko mogła ujęła jego twarz i trzęsącymi się dłońmi, wciąż z przysłoniętymi  przez chłopaka oczami, otarła pojedyncze łzy jakie spłynęły po jego policzkach. -"J-Jurij!", krzyknęła z przerażeniem w głosie, będąc odciągnięta niemal, że siłą przez jednego ze strażników. -"Przymknij się!, warknął  szamocząc się przytrzymującym go strażnikom, którzy siłą zaciągnęli go do jednego z łóżek.

   Po tym, jak udało im się go unieruchomić; na przemian szarpiąc się i wierzgając, wykręcając sobie ręce pod nienaturalnym wręcz kątem, opadł z powrotem na łóżko. Jego wzrok powędrował ku stojącej pod ścianą Tatiany, wymuszając na dziewczynie by ta na niego spojrzała. Podniecała go, stojąc tak i trzęsąc się ze strachu. Ale nie jego się tak bała. Nie. Powód był zupełnie inny. Był nim milczący jak dotąd mężczyzna, Cedrik von Vetur. -"Niech pomyślę...podoba mi się...?", odpowiedział pytaniem na pytanie i posyłając mu prowokujące spojrzenie, przeniósł wzrok z powrotem na Tatianę. Czując na sobie spojrzenie brata, nerwowo chwyciła za brzeg koszuli, unąsząc ją nieznacznie. Jurij uśmiechnął się do dziewczyny, wyciągając się na łóżku chcąc tym samym zapewnić sobie, jak najlepszy widok. -"Nie nazwał bym tak tego profesorze.", dodał krótko potem.

   Dopiero po przymocowaniu do jego ciała, czegoś co wyglądem przywodziło na myśl macki głowonoga, Jurij zdał sobie sprawę ze swojego faktycznego położenia. Ponawiając próbę wyswobodzenia się z pasów, jakimi był skrępowany napiął każdy mięsień swojego ciała i jednym mocnym szarpnięciem poderwał się z łóżka. W jednej chwili, jego prawe ramię przeszył niewypowiedziany ból, a uruchomione krótko potem urządzenie poprzedziło rozdzierający powietrze krzyk. -"Przestań! Jurij, każ mu przestać!", załkała Tatiana. -"To boli!". Niemal od razu, ciało dziewczyny pokryły  zaczerwienienia, podobne wyglądem do tych na ciele brata. Po zaniechaniu przez von Vetur'a dalszych działań i odłączeniu maszyny, mężczyzna skinął na strażników, pozostawiając im resztę. Jak się potem okazało, chłopak tylko na to czekał. Zaraz po poluzowaniu przez nich pasów od łóżka, mimo trudu z zachowaniem równowagi, sięgnął po leżący obok skalpel i ku zdziwieniu dwójki strażników wbił go sobie w miejsce, w którym znajdował się biochip. -"Co powiesz na to?", zwrócił się do mężczyzny, wyciągając pokryte krwią mikro urządzenie.

Ostatnio zmieniony przez Camio (10-09-2019 o 10h14)



https://files.tinypic.pl/i/01008/kkkh893m2eeb_t.jpg




https://i.imgur.com/AYAvEnA.gif

https://i.imgur.com/iwkCVKZ.gif

https://images92.fotosik.pl/367/98ddf9c11b2d374a.gif

Offline

#38 03-09-2019 o 04h11

Straż Absyntu
Shadya
Rekrut
Shadya
...
Wiadomości: 47

------------------------------------------https://i.imgur.com/VcNmU9L.png

   Najgorsza była ta cisza. Cisza, która pomimo swojej natury jakby odbijała się echem od ścian, podłogi, stołów, niemal wiercąc dziurę w głowie skulonej na krześle kobiety. Tylko co jakiś bliżej nieokreślony czas ten pozorny spokój przerywany był przez huczenie pracujących lodówek, umiejscowionych gdzieś we względnie oddzielonej części kuchennej. Najgorszy był jednak natłok myśli kłębiących się i dominujących wszelkie bodźce z otoczenia. Jak kanarek zamknięty w klatce. Jak lew wychwycony z dżungli, gdzie żył niczym król, umieszczony w ZOO nawet niepołożonym w tej samej strefie klimatycznej. Jednak czy swoje poprzednie życie mogła w ogóle nazwać beztroską wolnością? Ukrywanie tożsamości, zmienianie miejsca zamieszkania, ciągły stach i niepewność związane z ryzykiem schwytania. Tylko on dawał względne poczucie bezpieczeństwa wraz z tą cholerną nadzieją, że jednak będzie dobrze. Wszystko to z perspektywy ostatnich wydarzeń wydawało się kompletnie, beznadziejnie żałosne i naiwne. Tak naiwne, że aż bolało. Tak bolało, że jedyne, na co podczas mijających minut była w stanie, to skulenie się na krześle i zakrycie uszu dłońmi, jakby to miało zatrzymać czas, chaos i rozgoryczenie. Nic z tego. Poczuła tylko jeszcze większą bezradność, która z każdą kolejną sekundą ustępywała miejsca wściekłości. Nawet zaciśnięte powieki nie zlikwidowały obrazu twarzy tego zdrajcy, a wewnętrzny szum narastał. Gotowała się. Gotowała i powoli dochodziła do krytycznego, kulminacyjnego punktu nakręcających się wzajemnie emocji.
   Dopiero mocno przytłumione głosy, dochodzące niczym z głębi oceanu, jak pstryknięcie palcami rozmąciły wszystko, co jeszcze przed sekundą narastało i zdawało się nie do opanowania. Instynkt przetrwania zwyciężył nad wewnętrznym marazmem, a użalanie nad sobą musiało poczekać, kiedy zaraz mogła mieć do czynienia z potencjalnym niebezpieczeństwem. Z trudem opuściła na dół zesztywniałe z nerwowego napinania mięśni nogi i oswobodziła uszy, opierając dłonie na chłodnym, metalowym blacie pokrytego odłamkami stołu. Zadrżała, kiedy jeden z mniejszych kawałków szkła wbił się płytko we wnętrze dłoni, jednak nie zmieniła pozycji. Ból fizyczny był na tamten moment jedynym, który pozwalał zachować umysł na tyle trzeźwy, na ile się w takiej sytuacji dało.
   Do pomieszczenia wkroczyła niebieskowłosa kobieta, a zaraz za nią kilku strażników, co było łatwe do wywnioskowania po ich ubiorze. Identyczne mundury do tego, jaki miał na sobie Sean. Nie skupiła się jednak pierwotnie na nich, a na Silvii, której imię było jednak Zoey nieznane, za to postawa wzbudzała zarówno zdziwienie, jak i podziw. Z pewnością nie wyglądała na kogoś, kto przed chwilą obudził się tak jak ona w tym miejscu po raz pierwszy i dowiedział się o swoim nowym przeznaczeniu. Przez chwilę nawet chciała uznać ją za pracownika tej całej... Placówki. Ale szybkie otaksowanie wzrokiem wystarczyło, aby uznała jej niecodzienne ręce za dowód, iż właśnie spoglądała na kolejnego mutanta. Czyli mówił prawdę. Byli inni. Niestety zarówno mutanci, jak i strażnicy. To właśnie oni wytrącili długowłosą z zamyślenia, kiedy rosły mężczyzna zaczął szybkim krokiem zmniejszać dystans do wciąż siedzącej mutantki. Z zaciśniętym gardłem i każdym mięśniem czekała, kiedy ten surowym wzrokiem oceniał zastany bałagan. W końcu wyciągnął broń, kierując lufę prosto w głowę.
- Co tu się stało i dlaczego nie ma z tobą żadnego strażnika? Odpowiadaj bezpośrednio na pytania.- Przełknęła ślinę na tak szorstki, wyprany z wszelkich emocji głos, na początku wręcz niezdolna do wykrztuszenia z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Dopiero, kiedy ruszył bronią i zmrużył oczy, zdobyła się na odwagę, choć ten groźny wyraz twarzy z pewnością nie pomagał.
- Ja tylko niechcący rozbiłam szklankę. Se... Strażnik Hayes przyprowadził mnie tutaj i poszedł, nie wiem gdzie, to chyba wy powinniście wiedzieć. Ja... Niczego nie zrobiłam.- W dalszych jednak tłumaczeniach sytuacji przerwał jej drugi, wyglądający już nieco mniej groźnie i gorylowato mężczyzna.
- Nie pamiętasz Robert, jak przed chwilą mówiłem, że celowanie z broni na powitanie jest niepotrzebne? Jak się domyślam, siódemka również nie chce kłopotów. Poza tym sama już jest ranna. Powinna zostać opatrzona.
- Nic mi nie jest... Wolałabym, żebyście mnie nie dotykali.- Mruknęła w odpowiedzi przy okazji znowu naciągając materiał sukienki na oparzone udo, tuż po tym jak w końcu odetchnęła z ulgą, kiedy wizja kulki w głowie przestała być tak realna, jak przed kilkunastoma sekundami. Podejście personelu z pewnością było nie tylko niecodzienne, ale i zahaczało o absurd. Ci dwaj zdawali się wylosować role dobrego i złego gliny, tak jakby sytuacja, w jakiej znajdowała sie ona i jej podobni nie była już wystarczająco stresująca i dezorientująca. Zaczęła nawet przez moment tęsknić za Seanem, który przynajmniej starał się o względny komfort psychiczny dziewczyny.
- To nie jest koncert życzeń. Pokaż ranę.- Znowu odezwał się ten drugi. Nie czekał jednak, aż sama wykona polecenie, tylko końcówką broni podniósł materiał do góry.
- Oparzenie drugiego stopnia. Należałoby to przemyć i zastosować opatrunek hydrożelowy. Idę do kuchni po apteczkę.- Zupełnie, jakby zszedł z niej ogromny ciężar. To właśnie poczuła, kiedy ten bardziej groźny mężczyzna oddalił sie tam, gdzie wspomniał, a sama mogła nieco rozluźnić mięśnie, jakie cały czas były w gotowości do ewentualnego ataku.
- Jestem Zoey, tak w ogóle...- Rzuciła jeszcze w stronę krótkowłosej kobiety, o której zupełnie zapomniała. Do pracowników raczej nie było co kierować próśb o używanie tego imienia. W koncu dehumanizacja, jakiej zostali poddani w ich oczach była aż nazbyt słyszalna w ich głosach i spojrzeniach. Przypominało to bardziej instruowanie, ostrzeganie i uspokajanie psa, niźli istoty będącej na podobnym poziomie świadomości.

------------------------------------------https://i.imgur.com/Gd3lyFE.png

   - Rząd jest poza zasięgiem prawa, a wy... Niestety nie podlegacie już pod prawa człowieka, przykro mi. Ty i podobni tobie zostaliście uznani za jednostki zbyt niebezpieczne do życia w społeczeństwie. Uznano, że konieczne są badania waszych zdolności i kontrola.- Oczywiste, że wyjaśnił, a bezsensownośc pytania uznał za skutek wciąż trwającego szoku i osłabienia, jakie był aż nazbyt widoczne zarówno na twarzy, jak i w ruchach Jareda. Przynajmniej w myślach i w rozmowach sam na sam postanowił posługiwać się imionami, co miało na celu przynajmniej częściowe nie odrzucanie ich człowieczeństwa, jak to by sobie życzyły szanowne głowy całęgo projektu. Na samo wspomnienie doktora von Ventura, Chen i im podobnych po kręgosłupie Seana przeszedł nieprzyjemny dreszcz, spowodowany zarówno niechęcią, jak i strachem przed ludźmi, z kórymi przecież miał współpracować. Chociaż to bardziej właśnie w ich ludzkie cechy i odruchy zdawał się wątpić.
   Nie spodziewał się aż tak ugodowej i spokojnej postawy ze strony Redbirda, który w końcu swoją zdolnością mógłby znieść strażnika z powierzchni ziemi w przeciągu sekund, ale nie zamierzał narzekać, wręcz przeciwnie. W środku śmiał się w duchu i dziękował chłopakowi, że tak zadziwiająco dobrze przyjął tak tragiczne wieści. Na zewnątrz jednak musiał zachować pozory opanowanego, twardego strażnika, jaki mimo wszystko nie zawaha się użyć środków przymusu bezpośredniego. A może raczej żałosnej próby obrony. Bo jaką tak naprawdę miały szansę pistolety czy paralizatory, kiedy chodziło o umiejętnośc dajmy na to takiej dezintegracji? Pełniły bardziej rolę straszaka, niż realnie groźnego sprzętu, mogącego powstrzymać kogoś innego, niż szarego człowieka. Komizm tego był wręcz tragiczny w swojej prostocie.
- Jeżeli nie masz siły samodzielnie iść, możesz w każdej chwili oprzeć się o moje ramię. Tylko powiedz, zanim to zrobisz.- Cóż, takie rozwiązanie wydawało się wręcz naturalne, kiedy ten ledwo trzymał się na nogach, nie mówiąc już o przejściu dystansu większego niż długość tej niezbyt obszernej izolatki. Wolał zdobywać ich zaufanie, niż wzbudzać strach. Z resztą nie wiedział, czy w ogóle potrafiłby na zawołanie wywlec na wierzch swoje najgorsze cechy. Kiedy już ruszyli w stronę stołówki, gdzie, miał nadzieję, wciąż była też i Zoey, nie przestawał mówić.
- Muszę cię ostrzec, że reszta personelu i ja, kiedy będą obok, będziemy zwracać się do ciebie numerem. Jeżeli usłyszysz dwieście osiemdziesiąt siedem, to znaczy, że chodzi o ciebie. Ty i inne osoby ze zdolnościami jesteście określani jako obiekty.- Byli już niedaleko, kiedy usłyszał jej głos, wyraźnie wyrażający wobec czegoś sprzeciw. Zacisnął mocno szczękę i jedną rękę w pięść, aby po chwili się rozluźnić. Miał w końcu sprzymierzeńca wśród naukowców. A przynajmniej osobę, która miała na nią oko. I szczerą nadzieję, że gdyby sprawy zaszły za daleko, dostałby jakikolwiek komunikat.
- Masz ochotę na coś konkretnego? Może nic wyszukanego, ale coś zjadliwego da się zrobić.

Offline

#39 08-09-2019 o 21h15

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 24 646

..........................................................................https://i.imgur.com/MJBNoND.png
     Współcześni ludzie nie zastanawiają się nad filozofią. Ta szlachetna, pradawna nauka w obecnych czasach nie ma racji bytu, ponieważ ludzie, te zabiegane, bezmyślne maszyny skupiające się jedynie tym, co przed nimi, nie mają siły ani ochoty rozejrzeć się dookoła, zatrzymać i pomyśleć głębiej. Pomyśleć nad tym, co ich określa. Dokąd wyprowadzi ich ścieżka, którą podążają i jak na nią trafili — umyślnie, w wyniku wielu mniej lub bardziej przemyślanych działań, a może przypadkiem, w wyniku różnych splotów okoliczności? Ludzie nie mieli czasu się nad tym zastanawiać, a może wręcz nie chcieli, panicznie bojąc się rozmowy ze swoim największym oprawcą, najgorszym katem, najstraszliwszym wrogiem.
     Z samym sobą.
     Każdy bał się tej konfrontacji, usilnie uciszając tego przeklętego świerszcza siedzącego na ramieniu i podszeptującego najczarniejsze prawdy. Jednak wtedy ratuje ich to, nad czym nie mają czasu się zastanawiać, choć podświadomie za tym dążą. To coś, co uliczni filozofowie okrutnie spłycili słowami, nazywając to sensem życia. Coś, czego przecież szuka każdy i co większość znajduje. Coś, co gdzieś z tyłu głowy podpowiada im, że przecież powstali w jakimś celu i ich życiową misją jest ten cel realizować.
     Cedrik też kiedyś myślał, że ma jakiś cel. Dążył do niego długo, starał się z całych sił, doszedł bardzo daleko. Do mety było jednocześnie tak blisko i tak daleko, jednak kiedyś miał w sobie więcej swoistej energii, która go napędzała. Wypełniała całe jego ciało, rozgrzewała, motywowała.
     Siłą tą — nienawiść, a imię jej Clarine.
     I nawet wtedy, kiedy patrzył na te bezsilne, związane, przerażone, buntujące się i bezwartościowe kreatury, obłudnie nazywające siebie samych ludźmi, nie czuł już tej radości i satysfakcji, co kiedyś. Obojętność, niegdyś skradająca się cichutko i powoli, teraz pustoszyła cały jego umysł. Obojętność — coś, co przez długie lata było przeciwieństwem całego von Vetura. Wszak tyle lat pracował na swoją opinię, choć początkowo wcale nie miał takiego zamiaru. Zawsze był człowiekiem porywczym, nawet za swych najlepszych, szczęśliwych lat, lecz po zniknięciu Clarine, coś w nim pękło. Rysa, ukazawszy się na dotąd nieskazitelnie gładkim szkle, coraz szybciej robiąc monstrualne szkody. Pajęczynka pęknięć pięła się od serca aż po umysł, coraz bardziej znieczulając go na otoczenie. Każdy to widział: jego przyjaciele, rodzina, pracownicy, lecz to nie miało żadnego znaczenia. Vetur robił swoje, przekraczając swoje własne granice, a ludzie patrzyli. I szeptali. Tworzyli swoje opinie, wydawali na Cedriku wyrok. Zła sława szybko stała się jego nieodłączną aurą, co wpierw von Vetura wielce dziwiło, nie mając początkowo pojęcia, skąd się wzięła. Z czasem jednak zaczęła napawać dumą i motywować do utrzymywania tej złej opinii, aż w końcu nie pozostawiła po sobie nic poza rozbawieniem.
     Ludzie o nim mówili. Obwiniali go, oskarżali, bali się. Lecz to wszystko, co uczynili. Nie kiwnęli nawet małym palcem, by się mu przeciwstawić, nie zganili, nie próbowali opamiętać. Dla Cedrika był to jasny sygnał, że cokolwiek robił i jak wielką nienawiścią darzył mutantów, nie było to jeszcze nic, co przekroczyło granicę granic. A skoro za swoje okrutne działania ukarano go jedynie złą sławą, uznał to za zielone światło dla swojego okrucieństwa. Szybko się w tym rozsmakował, odczuwając swoistą dumę z tego, kim się stał. Zwłaszcza, że nad tym panował. Wiedział bowiem, że postępował źle, że wiele rzeczy można było rozwiązać inaczej. Lecz czemuż miałby to robić, skoro był bezkarny?
     Zmienił się. Zmienił się na gorsze i przez długi czas ten stan bardzo mu odpowiadał. Dopóki nie zdał sobie sprawy, że ta zmiana nie była jego decyzją, że to nie on sam siebie takim uczynił. Takim bowiem uczynili go ludzie. Ci wszyscy, którzy nie zareagowali w porę i pozwolili mu się uzależniać od smaku czyjegoś strachu, gniewu i krwi.
     To właśnie ta świadomość sprawiła, że stracił szacunek do samego siebie. Zrozumiał, że nigdy nie był i nigdy nie będzie panem własnego losu, a ta wyimaginowana niewola doprowadzała go do furii i kazała zwątpić w celowość swoich dotychczasowych działań.
Mógłby przecież zabić rodzeństwo Vasilievskich, w sali wokół miał mnogość potrzebnych do tego przyrządów i substancji. Mógłby udać, że z czymś przesadził, źle obliczył dawkę lub zrzucił winę na przestarzały sprzęt, który w kluczowym momencie odmówiłby posłuszeństwa. Wymigałby się z odpowiedzialności z największą łatwością, bo przecież wypadki się zdarzają. Jednak nie zamierzał tego zrobić. Przynajmniej na razie.
     Nie chciał zabić Tatiany i Jurija Vasilevskych, ponieważ w tamtym momencie nie sprawiłby mu to żadnej przyjemności.
     Zastanawiał się właśnie, czy na pewno powinien się trzymać swojego własnego planu i pozwolić Tatianie na bierne przyglądanie się brutalnemu przedstawieniu, czy jednak i nią się pobawić. Jednak rozważania te przerwał zgrzyt powiadomienia o nadchodzącej rozmowie, a następnie pukanie do drzwi. Cedrik momentalnie poczuł, jak zalewa go fala gniewu i zastanowił się, który to idiota wpadł na tak genialny pomysł przerywania czyjegoś badania. Mimo to nie odwrócił się od łóżka Jurija, co strażnicy słusznie uznali za zgodę na otworzenie drzwi. Ledwie to zrobili, z progu uderzyła w von Vetura irytująca paplanina doktora Granta. Słysząc o jego śmiesznym problemie, najpierw zazgrzytał zębami, potem uśmiechnął się pod nosem, powolnymi ruchami odłączając od obiektu aparaturę.
     — Jak to jest możliwe, że do pilnie strzeżonego ośrodka badawczego, któremu powierzono tak poważne i odpowiedzialne zadanie jak badanie podludzi, zatrudnia się takich bezmyślnych idiotów? — dumał na głos, nadal nie zaszczycając Granta spojrzeniem. — I co to by było, gdyby ci bezmyślni idioci dopiero kilka godzin po zakwaterowaniu kolejnego podludzia, zaczęli się zastanawiać, jak zabezpieczyć celę przed jego nadnaturalnymi zdolnościami? Na przykład mutantkę, która samym kciukiem jednej ręki mogłaby zburzyć ścianę? — Cedrik von Vetur odwrócił się do współpracownika, świdrując go wzrokiem. — No, jak myślisz, Grant?
     Nie czekając na odpowiedź, obrzucił znudzonym spojrzeniem Jurijego, który wydawał się nienaturalnie spokojny. Leżąc na łóżku, głośno dyszał wymęczony badaniami, lecz poza tym jego twarz nie zdradzała żadnego wyrazu. Była niczym źle dopasowana maska, która w ostatecznym rozrachunku ukrywała faktyczny stan ducha. Cedrik zmarszczył brwi, zerkając na strażników, dając im tym samym znać, by mieli oko na chłopaka.
     — Obiekt dwadzieścia jeden został odpowiednio zabezpieczony — odpowiedział Grantowi, odkładając narzędzia na blat stojący pod ścianą. — Już się tym zająłem, więc nie martw się, Grant, i nie zastanawiaj się nad tym za dużo, bo jeszcze przegrzejesz swój mały pomyślunek i zrobi się jakieś zwarcie.
     Kiwnął na strażników, którzy mieli za zadanie zająć się osłabionym Jurijem: w takim stanie mógłby nie ustać na nogach, a Cedrik nie chciałby, żeby zrobił mu bałagan przez zwalenie jakiegoś stolika. Tym samym von Vetur zdecydował, że jednak nie zajmie się dziś Tatianą, a przełoży to na inną sesję, podczas której to jej braciszek będzie obserwatorem.
     — Wyjdź stąd, Grant — mruknął od niechcenia. — Przeszka…
     Nie dokończył, ponieważ za jego plecami rozległ się jakiś huk i wrzask. Natychmiast się odwrócił, a scena, którą przed sobą ujrzał, zmroziła mu krew. Jurij, zaplątany w poluzowane pasy łóżka, rzucił się gwałtownie na stojący ze dwa metry dalej stolik z narzędziami, chwycił skalpel i zatopił go sobie w ciele, wycinając mały kawałek skóry na swojej klatce piersiowej. Strażnicy natychmiast do niego doskoczyli i wyrwali z ręki narzędzie, lecz było już za późno: Jurij, z wyrazem tryumfu na twarzy, trzymał w palcach mały, zakrwawiony chip, po chwili zaciskając go w dłoni. I choć strażnicy zerwali chłopaka z łóżka, zamykając go w żelaznym uścisku, Cedrik wiedział, że to i tak na nic.
     Zamarł na chwilę, pospiesznie analizując ewentualne ruchy i zachowania.
     — Stój, Vasilevsky — syknął Cedrik, po czym zrobił coś, co wzbudziło zdziwienie w strażnikach oraz stojącym za nimi Grantem — bardzo powoli zaczął odsuwać się od Jurija, obchodząc dookoła stół, na którym niedawno leżał. Wyglądało to tak, jakby von Vetur bał się chłopaka. Nawet na zmęczonej twarzy Jurija widać było lekką konsternację, którą naukowiec natychmiast wykorzystał, jednym susem doskakując do wciśniętej w kąt Tatiany. — ANI DRGNIJ! — ryknął, przykładając jej wąski, choć bardzo ostry nożyk do szyi. — ANI DRGNIJ, BO JĄ ZARŻNĘ!
     Wiedział, ile dla Jurija znaczyła jego siostra, dlatego sądził, że ta karta przetargowa może osiągnąć bardzo wiele. Dodatkowym plusem była opinia o von Veturze, która stawiała go na równi z psychopatą gotowym do wszystkiego. Dlatego zapewne i strażnicy, i Grant wierzyli, że Cedrik naprawdę był w stanie zamordować Tatianę.
     — P##### się. I tak tego nie zrobisz.
     Ledwie chłopak dokończył to zdanie, rozległ się huk nieporównywalny do niczego innego. Porażeni tym hałasem, wszyscy padli na ziemię. Także Cedrik tak postąpił, pchnąwszy Tatianę na bok, przez co dziewczyna niezgrabnie upadła. Niemal w tym samym momencie von Vetur poczuł przeszywający, piekący ból w okolicy uda; czuł się tak, jakby upadł na stos ostrych kawałków, które wbiły mu się głęboko w skórę. I dopiero po kilku sekundach, kiedy w pomieszczeniu ponownie zaległa sterylna cisza, wszyscy zaczęli podnosić głowy, zdając sobie sprawę z ogromu tej tragedii.
     Jurij Vasylevski zniknął.
     Cedrik zaklął siarczyście, próbując się podnieść. Słyszał, jak roztargniony Grant wydaje polecenia strażnikom, po czym podbiega do niego, chcąc sprawdzić, dlaczego von Vetur nadal się nie podnosił. Przyczyną był kawałek ułamanej blachy, który swoim długim, spiczastym krańcem wbił się w jego udo. Nieprzerwalnie klnąc, podniósł się niezgrabnie. Ból momentalnie minął, zastąpiony obezwładniającą dawką gniewu i nienawiści.
     — K#### MAĆ! — ryknął rozwścieczony. — JA P#######! SZUKAĆ GO! — wrzeszczał. — Grant, k#### mać, ten mały s######## się teleportował! Trzeba wszcząć alarm, niech go szukają! Ma jeszcze kilka czujników w ciele, więc nie mógł odlecieć daleko, i na pewno nie w czasie, tylko w przestrzeni. Przeszukać teren wokół wyspy! JUŻ, K#### MAĆ! A tę d##### — wskazał na Tatianę, dysząc ze złości — zamknąć na cztery spusty. I PILNOWAĆ! Pilnować, k####, i oczu z niej nie spuszczać! Żeby i ona czasem, k####, nie zwiała!
     Kompletnie ignorując sterczący z uda kawałek metalu, pokuśtykał na korytarz, wrzeszcząc na strażników mających zrealizować każdy jego rozkaz. W ośrodku powoli zaczynał panować chaos w związku z zaistniałą sytuacją, co zwiększało szansę na odnalezienie uciekiniera.
     A gdy już się odnajdzie, Cedrik wiedział, co z nim zrobi.
     Widział to oczyma wyobraźni.
     Zabije go.


                                                    ►  Instagram  ◄                                                         ► Fanklub Eza  ◄                                               ► FF  "za kurtyną nigredo"  ◄
https://i.imgur.com/ULp2qHo.png



https://i.imgur.com/eFVtyaU.gif

Offline

#40 15-09-2019 o 20h06

Straż Absyntu
Ardentia
Akolita Jednorożców
Ardentia
...
Wiadomości: 266

----------------------------https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/f/7223bc6b-d917-428d-9140-02fd3a0885e6/ddhf8bk-a0504353-a154-4c16-aaed-239b91a30d77.png?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7InBhdGgiOiJcL2ZcLzcyMjNiYzZiLWQ5MTctNDI4ZC05MTQwLTAyZmQzYTA4ODVlNlwvZGRoZjhiay1hMDUwNDM1My1hMTU0LTRjMTYtYWFlZC0yMzliOTFhMzBkNzcucG5nIn1dXSwiYXVkIjpbInVybjpzZXJ2aWNlOmZpbGUuZG93bmxvYWQiXX0.gV4smiOZcPU93TxjDhlYBBCNzlw5VhejB_FtuivLS2c
          Zaraz po usłyszeniu twierdzącej odpowiedzi Joshui i przekroczeniu progu stołówki mój wzrok spoczął na młodej, nieznajomej kobiecie. Jej mowa ciała jasno dawała do zrozumienia, że jest przerażona. Może z powodu bałaganu wokół niej? Wyglądało na to, że coś się stłukło.
          Skierowane w jej stronę słowa rosłego służbisty rozwiały wszelkie moje wątpliwości co do tego, kim jest. Czyli pierwsza osoba na mojej drodze, która tez siedzi w tym bagnie? Każdy mutant w tej nowej, abstrakcyjnej i po prostu chorej rzeczywistości stanowił dla mnie materiał na sojusznika, lecz… co, jeśli to wtyczka i odgrywali przede mną przedstawienie? Ta tutaj w zamian za jakieś korzyści ma zdobyć moje zaufanie i donieść, gdy zrobię coś podejrzanego… Może przesadzałam, ale musiałam być przygotowana na każdą ewentualność. W końcu na wolności byłam święcie przekonana, że zadbałam o wszelkie środki ostrożności, a rzeczywistość okazała się… inna.
          Gdy tylko Robert odszedł, poczułam się odrobinkę bardziej zrelaksowana. Jego zachowanie było proste do przewidzenia, ale jednocześnie nie miałam się co łudzić, że go zmanipuluję. Co do Joshui żywiłam pewne nadzieje, choć wydawał się nieco bardziej skomplikowaną personą. Cóż, nikt nie powiedział, że będzie łatwo.
- Silvia. Chociaż możesz też mówić mi Silver. Wystarczy podmienić dwie litery, by stworzyć słowo zdecydowanie trafniej mnie określające. Choć efekt pewnie byłby jeszcze lepszy, gdyby te tutaj zostały zrobione ze srebra. – Stuknęłam o siebie rękoma, a te wydały cichy, metaliczny dźwięk.
          Usiadłam nonszalancko na krześle na wprost niej. Czułam się zagubiona, ale nie zamierzałam tego pokazywać. Nie dam im tej satysfakcji, jeszcze czego! Rzuciłam okiem na Joshuę, który nadal stał blisko nas. Ten to zauważył i wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Och, mną się nie przejmujcie! Ze mnie jest bardzo towarzyski gość, rozmawiajcie bez krępacji.
W jego tonie głosu było coś lekko prześmiewczego, jakby cała ta sytuacja go bawiła, więc jego słowa miały na mnie zupełnie odwrotny wpływ niż teoretycznie powinny: zamilkłam. Przez ostatnie lata, wchodząc w różne układy, miałam już do czynienia z takimi osobami: nie tyle popierającymi którąś ze stron, co grającymi w swoją własną grę. W moim interesie leżało pokazanie mu, że pomoc w ucieczce paru mutantom będzie dużo ciekawszym doświadczeniem niż stosowanie się do sztywnych reguł, które narzucali mu ci na górze.
          Poczułam jego rękę zaciskającą się na moim ramieniu.
- Przecież możemy zostać… przyjaciółmi. Dobrze mówię, prawda, siedem? – dodał ciszej, a jego głos po raz pierwszy od kiedy go poznałam, był nie tyle rozbawiony co… niebezpieczny? Podejrzany? Nie potrafiłam znaleźć na to odpowiedniego przymiotnika, lecz za tymi słowami zdawała się jednocześnie kryć propozycja i groźba. Problem w tym, że żadna z nich nie została sprecyzowana.
          Wtem dało się słyszeć ciche pikanie. Mężczyzna puścił moje ramię i popatrzył na… zegarek? Nie, na coś bardzo podobne do zegarka. Zmarszczył czoło.
- Przepraszam na moment, piękne panie. – Odszedł na drugi koniec sali, majstrując coś przy urządzeniu. Chwilę potem dało się słyszeć przytłumione wrzaski, nie mogłam jednak rozróżnić słów.
          I oto jest. Moja szansa. Mogłam porozmawiać z Zoey względnie swobodnie, mając na uwadze obecność kamer. Nawet jeśli ci po drugiej stronie mieli wyłączony dźwięk, pewnie nagrania zostawały w jakimś archiwum i mogli je przesłuchać później. Dobrze, jakie pytania powinnam zadać, by wykluczyć to, że mam do czynienia z kolejnym czarnym charakterem tego filmu? Jakie? Musiałam działać szybko, ale jak na złość miałam pustkę w głowie, zdecydowałam się więc na razie sprawdzić jej przydatność i nawiązać jakąś relację.
- W swoim życiu widziałam wielu dziwaków, ale na nich chyba nie da się uodpornić – nawiązałam do zachowania Strażników, by zaraz potem się lekko nachylić. – Długo tu jesteś? Za co cię wsadzili? – zadałam pytania brzmiące tak, jakbyśmy były współwięźniami, którzy wypytywali się o wyroki. Ale czy w sumie tak nie było?

Ostatnio zmieniony przez Ardentia (02-10-2019 o 18h50)


T U           M N I E           Z N A J D Z I E S Z :           W A T T P A D           P I N T E R E S T           M Y A N I M E L I S T           I N S T A G R A M
https://i.imgur.com/AEYxFyr.gif

Offline

#41 28-09-2019 o 12h41

Straż Absyntu
Neyu
Jackpot!
Neyu
...
Wiadomości: 777

____________________Kurumi Aoki-Chino & Leila Neuland
     Odpowiedziała jej cisza. Głucha cisza. Nienormalny, a zarazem szeroki uśmiech, który widniał na jej twarzy od dłuższego czasu - zniknął w ułamek sekundy. Zacisnęła dłonie w pięści i zazgrzytała zębami. Była podirytowana ignorancją doktora Granta, a nawet bardziej niż podirytowana. Miała ochotę roznieść to miejsce na cząsteczki pierwsze, ujrzeć zrozpaczone twarze, zrozpaczone krzyki, cierpienie, ból, strach, krew...
     Wpatrywała się pustym wzrokiem w ścianę, nim ponownie zaniosła się śmiechem. Następnie odwróciła się na pięcie, kierując się ku ogromnym, metalowym drzwiom, lecz po chwili do jej uszu dotarł znajomy, męski głos. Zatrzymała się w połowie kroku. Cisza tym razem zaniosła się po jej stronie. Jedno słowo znacznie utkwiło w jej głowie. Porozmawiają? Jak bardzo doktor Grant był nieuważny, nieostrożny, a może nawet naiwny? Uśmiechnęła się pod nosem, lecz kamera nie wychwyciła tejże reakcji. Uniosła głowę ku górze, wpatrując się w nieskazitelnie biały sufit. Od parunastu lat marzyła, żeby splamić te piękno krwistoczerwoną cieczą i ludzkim bólem. Uważała, że wtedy ta biel stałaby się arcydziełem. Byłaby podziwiana przez każdą istotę, która znajdowała się w tym miejscu. Byłoby to sztuką.
     Nie słuchała tego, co mówił, gdyż słowa, które opuszczały jego usta, nie należały do tych, które w jakiś sposób zainteresowałyby ją. Przerwa, którą zrobił; sprawiła, że Kurumi skupiła się na swoim "rozmówcy". Wspomniał o czasie. Dźwięk tegoż słowa, wprawił w ruch wskazówki zegara widniejącego na jej złotej tęczówce. Mężczyzna najwyraźniej wiedział w jaki sposób zaciekawić kobietę, jednakże ta - prychnęła lekceważąco.
     - Zapomniałeś wspomnieć, że ja, wiem wszystko o czasie. - oznajmiła grobowym głosem.
     Konwersacja z doktorem nie trwała długo, a Aoki-Chino była niebywale znudzona i zdenerwowana tym, że musi gnić w tym obrzydliwym pomieszczeniu. Podeszła do drzwi i przyłożyła do nich swoją dłoń. Dokładnie obserwowała każdy ich detal. Mogła wciąż użyć skrawek swojej mocy, który jej pozostał po tym całym zapieczętowaniu. Mogła, ale równocześnie nie mogła, gdyż miała ten cholerny czip w sobie, który jej to uniemożliwiał. Nie panowała nad swoimi ruchami i nawet nie wiedziała, w którym momencie walnęła pięścią w metalowe wrota. Ból, który przeszedł przez całą jej rękę, przyniósł ze sobą chęć większego mordu i większe zakrzywienie jej psychiki. Śmiała się po cichu i zaczęła na przemian uderzać pięściami w drzwi. Ból ją jedynie nakręcał i doprowadzał do większego szaleństwa. Ból był częścią jej osoby, a ona uwielbiała go odczuwać, jak i dawać go w prezencie innym. Ból dawał jej siłę, poczucie wolności, wybawienia, szczęścia. Wariackiego szczęścia.
     Uderzenia z każdą chwilą stawały się coraz to głośniejsze i głośniejsze. Kurumi była świadoma tego, co robi i do czego może to doprowadzić, aczkolwiek nikt nie wiedział, że ona już dawno wszystko miała zaplanowane w swojej chorej głowie. Oni tylko wiedzieli, że była chora psychicznie, a tylko to się dla nich liczyło. Kobieta pomimo swojego obłędu, była wciąż o krok przed wszystkimi; nie tylko przez swoją umiejętność, nawet gdy była ona bardzo ograniczona, ale też z umysłem.
      Niedaleko celi numer czternaście przechodziła jedna z strażniczek - Leila Neuland. Uniosła jedną brew ku górze, gdy wyraźny huk dotarł do jej uszu. Pewnym krokiem skierowała się do ogromnych drzwi, za którymi znajdowała się najgroźniejsza psychopatka tegoż więzienia mutantów. Kobieta wiedziała na co stać czternastkę. Nie bała się do niej przychodzić, rozmawiać twarzą w twarz lub patrzeć w jej oczy, w których był widoczny obłęd i nieprzewidywalność. Nienawidziła tych stworzeń, które niszczyły rasę ludzką. Przyłożyła identyfikator, a wrota natychmiast się otworzyły.
     - Proszę, proszę, a kogo tu moje oczy widzą? - dał się słyszeć głos czternastki.
     Neuland zignorowała ją. Podeszła do niej bliżej z karcącym, a zarazem chłodnym wzrokiem. Wyraźnie jej pokazywała, że to ona ma tu władzę i ona będzie tutaj rozstawiać ją po kątach, a nie na odwrót. Aoki-Chino zaśmiała się jej w twarz, po czym zmniejszyła ich dystans do minimum. Bez wahania przekroczyła sferę osobistą strażniczki, kładząc wychudzoną dłoń na jej policzku.
     - Dlaczego aż tak mnie nienawidzisz? - zapytała niewinnie. - Twoja nienawiść jest wypisana na twojej twarzy. - wyszczerzyła się szeroko.
     Jednym ruchem ręki chwyciła jej nadgarstek, po czym brutalnie pociągnęła ją ku podłodze. Czternastka tracąc równowagę, upadła na kolana. Leila nachyliła się nad nią i posłała jej szyderczy uśmiech.
     - Bo cię nienawidzę. - odpowiedziała jej lodowatym tonem głosu. - Nienawidzę wszystkich mutantów, które mają czelność egzystować na tym świecie. Nie powinniście mieć racji bytu. Jesteście tylko wyrzutkami społeczeństwa i nikt nie prosił was oto, abyście zaistnieli w tej rzeczywistości. - wycedziła przez zęby, po czym wyprostowała się i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź ze strony czternastki - pociągnęła ją za sobą na zewnątrz.
     Kurumi Aoki-Chino śmiała się wniebogłosy. Psychiczny śmiech, który niósł się pustymi korytarzami, z pewnością doszedł do najbardziej ukrytych czeluści tegoż miejsca, dając znać, że wyprowadzono przypadek każdemu znany. Neuland uderzyła ją w policzek i kazała jej się uciszyć, lecz czternastka coraz bardziej szydziła z niej i doprowadzała ją do szewskiej pasji.
     - Wyglądałabyś pięknie z siedmioma kulami w czaszce. - odparła z wyraźnym entuzjazmem. - Każdy doceniłby twoje oddanie w tejże sztuce.
     - Doprawdy? - spytała sarkastycznie. - Czuję się niezmiernie zaszczycona tą informacją. - dodała przez zęby.
     Czternastka widziała, że strażniczka traci cierpliwość, gdyż ta przyśpieszyła kroku i jeszcze bardziej ciągnęła ją za nadgarstek, nie zważając na to, czy ta się potyka o własne nogi, czy może raczkuje za nią. Kurumi postanowiła dalej grać w swoją grę. Nie widziała konsekwencji tegoż postępowania. Widziała tylko plusy, widziała, że jest wstanie osiągnąć to, czego od tak dawna pragnęła.
     Po chwili znalazły się w ogromnym pomieszczeniu, który odgrywał rolę stołówki. Aoki-Chino zauważyła dwie kobiety siedzące przy stoliku, a niedaleko nich kolejnych strażników. Leuland zamknęła za sobą drzwi z trzaskiem, po czym pociągnęła czternastkę na środek, aby potem wręcz szarpnąć nią, nim ją całkowicie puściła. Splotła ręce pod klatką piersiową, spoglądając się na nią wywyższającym wzrokiem. Na jej twarzy malowała się głównie irytacja.
     - Jaka szkoda, a tak miło nam się rozmawiało. - perfekcyjna aktorka, to była pierwsza myśl, która pojawiła się u tych, którzy zamienili z nią więcej niż dwa słowa.
     - Pewnie. - warknęła. - Następnym razem zjemy wspólnie śniadanie, obiad, kolacje...
     - Nie mogę się doczekać. - wyznała niemalże od razu, z wariackim uśmieszkiem na twarzy, świdrując po twarzy Leili.
     Strażniczka zacisnęła dłonie w pięści i już miała zamachnąć się, lecz powstrzymała się. Oczywiście, czternastka to zauważyła, a jej uśmiech jedynie poszerzył się jeszcze bardziej, co znacznie wkurzyło Neuland. Postanowiła jednak zignorować irytujący przypadek i kazała jej zjeść posiłek, zaś ta odeszła do pozostałych strażników, aczkolwiek nie na tyle blisko, aby uciąć z nimi jakąkolwiek pogawedkę. Bacznie obserwowała czternastkę, bo nigdy niewiadomo, co mogłoby strzelić jej do głowy, a z nią lepiej było być na baczności nawet po północy.
     Kurumi Aoki-Chino skierowała się do wcześniejszych kobiet, które rzuciły się jej w oczy, gdy przekroczyła próg tegoż pomieszczenia. Zasiadła przy wolnym stoliku i przybrała niewinny uśmiech. Nie widziała ich wcześniej, a nikt nie musiał od razu wiedzieć, jaka ona była naprawdę.
     - Widzę was tu po raz pierwszy. - oznajmiła tajemniczym tonem głosu. - A poza tym wyglądacie, jakbyście obgadywały jakiś plan ucieczki. - podkreśliła. - Potrzebujecie pomocy z czasem? - dodała z wyraźnie niebezpiecznym błyskiem w jej oczach.
     Lewe oko Kurumi mówiło samo siebie, iż czas jest jej sojusznikiem.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (28-09-2019 o 15h08)


https://i.imgur.com/sphUjbK.gif

Offline

#42 18-10-2019 o 19h58

Straż Absyntu
Ardentia
Akolita Jednorożców
Ardentia
...
Wiadomości: 266

----------------------------https://images-wixmp-ed30a86b8c4ca887773594c2.wixmp.com/f/7223bc6b-d917-428d-9140-02fd3a0885e6/ddhf8bd-f6ea6052-04f9-4212-b720-d5634cf48f32.png?token=eyJ0eXAiOiJKV1QiLCJhbGciOiJIUzI1NiJ9.eyJzdWIiOiJ1cm46YXBwOjdlMGQxODg5ODIyNjQzNzNhNWYwZDQxNWVhMGQyNmUwIiwiaXNzIjoidXJuOmFwcDo3ZTBkMTg4OTgyMjY0MzczYTVmMGQ0MTVlYTBkMjZlMCIsIm9iaiI6W1t7InBhdGgiOiJcL2ZcLzcyMjNiYzZiLWQ5MTctNDI4ZC05MTQwLTAyZmQzYTA4ODVlNlwvZGRoZjhiZC1mNmVhNjA1Mi0wNGY5LTQyMTItYjcyMC1kNTYzNGNmNDhmMzIucG5nIn1dXSwiYXVkIjpbInVybjpzZXJ2aWNlOmZpbGUuZG93bmxvYWQiXX0.lTQz5Dndrlubrd1ZkGH6rzuWqIgcFVGSnf6sq73lPhE
          Krótka, ledwie wyczuwalna pauza. Zdystansowana, chłodna odpowiedź. Jak powinienem to interpretować, gdy padała z ust stworzenia tego pokroju?
- Skoro wiesz wszystko, to znaczy, że może mnie czegoś nauczyć, prawda? – odparłem bez większych emocji. Choć mózg podpowiadał mi wiele możliwości ciągu dalszego mojej wypowiedzi, wolałem uważać na słowa. Zresztą… przecież już to, co powiedziałem, było trochę uwłaczające. Kim ja jestem, by być uczniem obiektu badań? Ale w sumie… czy to aż tak wiele się różniło od prawdy? Mutanty dawały mi odpowiedzi na różne pytania, czyż nie?
          Za dużo myślisz. Graj, po prostu graj. W końcu pod pewnymi względami przypominasz hazardzistę. Postaw stawkę, której strata trochę zaboli, ale jeśli będziesz miał dobrą rękę do kart, to tylko zyskasz. Możesz się czegoś dowiedzieć od czternastki, prędzej czy później. A jak nie? Ot, przegrasz zakład. Mutantka cię wyśmieje, co trochę urazi twoją dumę, ale zagłuszysz to w sobie, bo przecież jesteś profesjonalistą, który nie może się przejmować takimi błahostkami. Co prawda w przypadku takiego przeciwnika podejmujesz ryzyko, że ten znajdzie sposób, by nagiąć zasady i zabrać ci więcej niż chciałeś, ale nadal jakoś to przeżyjesz. Zatem graj, Grant.
          Kilka zdań i... Koniec. Gracze wstali od stolika, by na pewien czas się rozłączyć. Niezależnie od wyniku, nie mogłem odsapnąć. W końcu obiecałem, że tego dnia… nie, więcej, w najbliższym czasie zmierzę się z jeszcze trudniejszym przeciwnikiem. W końcu jego nie ograniczała pozycja, w przeciwieństwie do czternastki, którą można było z tego powodu trzymać w ryzach. Choć teoretycznie byliśmy sobie równi, cały czas musiałem to sobie przypominać ze względu na to, jaką aurę wokół siebie roztaczał Vetur.
           Och, ale cóż to? Szykowałem się na najgorsze, a dostałem typowe zagranie. Stałem niewzruszony, nawet nie kłopocząc się odpowiedzią. Przyzwyczaiłem się do takich przytyczek, co więcej, mimo że ociekały jadem, miały słuszność. Nie widziałem sensu w bronieniu się ani desperackiej próbie odpowiedzeniu na atak atakiem. Spasowałem. Nie miałem szans wygrać z bardziej doświadczoną i charyzmatyczną osobą. Zrobiłem, co mogłem, a im bardziej podbijałbym stawkę, tym dotkliwsza byłaby moja przegrana. Pozostawało mi jedynie mieć nadzieję, że wytrąciłem von Vetura z równowagi na tyle, by ten skrócił swoje badania. Czas się wycofać, opuścić kasyno i zaszyć się w swoich czterech ścianach.
           Pominąłem coś. Nie zauważyłem… nie, zlekceważyłem to, że przy stoliku od początku siedzi też trzeci gracz, zadłużony i od dłuższego czasu się wstrzymujący. Teraz jednak, śmiejąc nam się w twarz, rzucił na blat komplet asów.
           Juriju Vasilevsky, ten jeden jedyny raz nazwę cię imieniem i nazwiskiem – nawet jeśli tylko w głowie – bo masz mój podziw. To naprawdę spore osiągnięcie – tak nagle podskoczyć w moim prywatnym rankingu kłopotliwych, trudnych do przewidzenia jednostek. W jednej chwili zyskałeś pierwsze miejsce, zrzucając ze stołka Cedrika, mimo że wydawało mi się to do tej pory niemożliwe.
            Och, nie, wróć. Sytuacja się unormowała, minutę później von Vetur odzyskał należne mu miejsce, grożąc zabiciem mutantki.
            Ostatni raz. Przysięgam, ostatni raz byłem miły. Nigdy więcej nie będę się wychylać, choćby oferowano mi złote góry i diamentowe budynki na własność.
            Uspokój się. Jesteś spokojny, jak zawsze. To nic, że wszystko się sypie, a ty straciłeś dużo więcej niż postawiłeś. Jeszcze to naprawisz. Widzisz, trójka żyje, a jedynkę znajdą. Muszą. Rusz się i im to powiedz.
- Trzeba go znaleźć. Poinformujcie wszystkich strażników, niech przeszukają całą wyspę, nawet część na zewnątrz. Niech zwracają uwagę na ślady krwi. Ale niezbędne minimum musi pozostać przy pozostałych obiektach. Mogą próbować wykorzystać zamieszanie. Albo jedynka ich do tego nakłoni – mówiłem chłodno i dziwnie spokojnie, zupełnie nieadekwatnie do tego, jak się czułem. Nie zdziwiłbym się jednak, gdybym był jeszcze bledszy niż zwykle.
            Ostatnia możliwość, jaką powiedziałem, nawet mnie samemu wydawała się mało prawdopodobna, ale zwłaszcza teraz musieliśmy brać pod uwagę wszelkie ewentualności. Na miejscu uciekiniera co najwyżej martwiłbym się o swoją siostrę, ale kto wie, co chodziło mu po głowie.
            Zbliżyłem się do von Vetura, który nadal leżał na ziemi. Z przerażeniem zauważyłem kawałek metalu wbity w jego nogę. Z przerażeniem… ale i dziwną satysfakcją, gdy uświadomiłem sobie, że przez najbliższy czas naukowiec nie będzie mógł za wiele zrobić.
            Boże, o czym ja teraz myślałem? Trzeba było znaleźć zbiega, postawić na nogi wszystkich strażników, poinformować o zajściu innych naukowców i… do diabła, gdzie ty leziesz, Vetur?! Chcesz wykitować na własne życzenie?!
- Krew to jedyny ślad, jaki może pozostawić zbieg, a raczej trudno odróżnić tę pierwszą od tej jego – wymruczałem pod nosem, wychodząc z pomieszczenia i krzycząc do pierwszego z brzegu strażnika, by zabrał von Vetura do skrzydła szpitalnego. Być może adrenalina sprawiała, że nie czuł bólu, ale przecież sam doskonale widział, że to nie jest jakieś głupie zadrapanie, więc dlaczego…?
            Tak, ta gra zakończyła się fiaskiem. Ale teraz czas na rewanż.


T U           M N I E           Z N A J D Z I E S Z :           W A T T P A D           P I N T E R E S T           M Y A N I M E L I S T           I N S T A G R A M
https://i.imgur.com/AEYxFyr.gif

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1 2