Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Dyskusja zamknięta

Strony : 1

#1 19-07-2019 o 18h43

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200


https://66.media.tumblr.com/a1d62f3fb1ff9e0a645743cbedfd0169/tumblr_nrhyzsa6WD1rl6zbso1_250.gif https://66.media.tumblr.com/e40dac5a76db860a456280f311f29bb3/tumblr_nfrrvjpwp31smcqr3o6_250.gif
https://66.media.tumblr.com/d417988117571c2a5a0f0028aade7dcd/tumblr_nrhyzsa6WD1rl6zbso8_r1_250.gif https://66.media.tumblr.com/eaba21507b15947bd7e7d20305f61d25/tumblr_inline_nue1pfRysQ1sc3ygs_250.gif

K W I A T U S Z E K

https://66.media.tumblr.com/8b7a001d742cfbd1621d12df750349be/tumblr_puwce2RVXI1xu5a29o1_500.jpg

KOMENDANT POLICJI - RISSIE, jako HARRISON BYRNE
AKTORKA - AVELINE, jako KATHERINE MALLORY

NASZE HOT DZIECI BY RYŻ

Ostatnio zmieniony przez Aveline (16-08-2019 o 19h00)



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#2 19-07-2019 o 18h52

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 605

http://www.pomniejszacz.pl/files/sf.jpg
http://www.pomniejszacz.pl/files/ts_6.png http://www.pomniejszacz.pl/files/ts_6.png
https://66.media.tumblr.com/c0a9ca7076071ef3c47d8536696c7d18/tumblr_oraombJdSS1wn0xgio5_400.gif https://66.media.tumblr.com/f7c364558e6ad3920dc509442c96be26/tumblr_oraombJdSS1wn0xgio2_400.gif

HARRISON   H A R R Y   LUB   H A Z   THOMAS  BYRNE        HETEROSEKSUALNY   MĘŻCZYZNA
T R Z Y D Z I E Ś C I      P I Ę Ć      LAT        D W U D Z I E S T Y     C Z W A R T Y    LIPCA          L E W
BRYTYJCZYK    ROZWODNIK           B R U N E T     NIEBIESKIE     O C Z Y    OLIWKOWA       C E R A
STO    OSIEMDZIESIĄT   DZIEWIĘĆ  CENTYMETRÓW        SIEDEMDZIESIĄT   PIĘĆ   KILOGRAMÓW

PAŃSTWO   BYRNE  POCHODZILI  Z  B I R M I N G H A M,  GDZIE  SIĘ  POZNALI  I  WZIĘLI  ŚLUB.
PO NARODZINACH  SWOJEJ  PIERWSZEJ  CÓRKI, L I L Y, PRZEPROWADZILI SIĘ DO LONDYNU,
GDZIE    DOCZEKALI   SIĘ   D R U G I E J    C Ó R K I   I   S Y N A.     R A Z E M   Z   S I O S T R A M I
UCZYLI   SIĘ   W    PAŃSTWOWYCH    SZKOŁACH   I    NA  UNIWERSYTETACH    W    S T O L I C Y.
CAŁA  RODZINA SIEDZIAŁA W J E D N Y M  B I Z N E S I E - OJCIEC BYŁ DETEKTYWEM, MATKA
P R A W N I K I E M,     HARRISON    I    LILY     Z O S T A L I     W C I E L E N I     D O     P O L I C J I,
A      N  A  J  M  Ł  O  D  S  Z  A,     C  R  Y  S  T  A  L,     D  O  S  T  A  Ł  A      S  I  Ę      D O       F  B  I.
NA    POCZĄTKU   2 0 1 2   ROKU  HARRISON   OŻENIŁ   SIĘ  ZE  SWOJĄ  STARSZĄ  O   1 2   LAT
PRZEŁOŻONĄ,    JOSEPHINE    HARRINGTON.     ICH   MAŁŻEŃSTWO    N I E    B Y Ł O    UDANE
W   SFERZE  UCZUCIOWEJ,  JEDNAK  ZAPEWNIŁO  HAZOWI  NOWE  ZNAJOMOŚCI  I  AWANSE.
ROZSTALI  SIĘ   W   POŁOWIE  2 0 1 7   ROKU  I  POZOSTALI  W  PRZYJAZNYCH  STOSUNKACH.
MIMO    WSPARCIA   JOSEPHINE,  HARRISON  NIE  ZAWDZIĘCZAŁ  SWOJEGO  ZAWODOWEGO 
SUKCESU    WYŁĄCZNIE    J E J.    TO   JEGO   U P Ó R    I    O D D A N I E    PRACY   SPRAWIŁY,
ŻE      Z D O B Y Ł      U Z N A N I E      I     KOBIETY,      I      R E S Z T Y     WSPÓŁPRACOWNIKÓW.
W I E L U   MÓWIŁO,   ŻE   HARRISON  BYŁ  NAJSPOKOJNIEJSZĄ  OSOBĄ,   J A K Ą   DANE  IM
BYŁO   POZNAĆ.  DLATEGO TEŻ NADAWAŁ  SIĘ  DO PRZESŁUCHIWANIA  ŚWIADKÓW  I OFIAR.
JEGO OPIEKUŃCZOŚĆ  WOBEC SIÓSTR PRZEŁOŻYŁA SIĘ RÓWNIEŻ NA JEGO PODEJŚCIE DO
WSPÓŁPRACOWNIKÓW   -  NOWYCH   BRAŁ    POD   SWOJE   SKRZYDŁA,   A   U   STARSZYCH
BUDZIŁ  RESPEKT.  ZACZĘTO  NAZYWAĆ   GO  NAWET  T A T Ą  LUB  W U J K I E M  H A Z E M.
WOZIŁ  SIĘ  A S T O N E M  M A R T I N E M  DB10,  KTÓREGO DOSTAŁ NA TRZECIĄ ROCZNICĘ
ŚLUBU  OD  JOSEPHINE. IDENTYCZNYM MODELEM JEŹDZIŁ JEGO IDOL, J A M E S  B O N D.

https://66.media.tumblr.com/e3bf002df9cc7e3a5a094ab34c13da49/tumblr_oraombJdSS1wn0xgio4_400.gif https://66.media.tumblr.com/46a895f6bb056f11b3871275b844716c/tumblr_oraombJdSS1wn0xgio8_400.gif
http://www.pomniejszacz.pl/files/ts_6.png http://www.pomniejszacz.pl/files/ts_6.png

Spoiler (kliknij, aby zobaczyć)

Ostatnio zmieniony przez Rissie (10-11-2019 o 17h16)


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#3 19-07-2019 o 19h01

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200


https://66.media.tumblr.com/6cd2e52be2a651c144e008b903200a6b/tumblr_inline_pmqc8w2yqc1uiedo7_540.gif https://66.media.tumblr.com/96a396d49965f4e3dccfc6ca9b07fdfa/tumblr_inline_pmqc9cquge1uiedo7_540.gif
https://66.media.tumblr.com/328f2fd62d95a66097ec89d66d14374f/tumblr_inline_pmqbe7ZIVN1uiedo7_540.gif https://66.media.tumblr.com/365588f31f1316259c90aaed92bc8bb8/tumblr_inline_pmqg99hV3m1uiedo7_540.gif

K  A  T  H  E  R  I  N  E    M  A  L  L  O  R  Y
“Acting is half shame, half glory. Shame at exhibiting yourself,
glory when you can forget yourself.”


KATHERINE URODZIŁA SIĘ 15 MARCA, 26 LAT TEMU. JEJ MATKA BYŁA NAUCZYCIELKĄ ANGIELSKIEGO, OJCIEC ZAŚ ROBOTNIKIEM. OPRÓCZ NIEJ MAJĄ TRÓJKĘ DZIECI.
Rok temu została narzeczoną wpływowego biznesmena na emeryturze, któremu blisko już do odejścia  z tego świata.
OD ZAWSZE KOCHAŁA TEATR I CHCIAŁA W NIM GRAĆ, DLATEGO SKOŃCZYŁA SZKOŁĘ AKTORSKĄ. SPOTKAŁO JĄ ROZCZAROWANIE - NIE MIAŁA PERSPEKTYW W ZAWODZIE.
To narzeczony załatwił jej pracę w największym teatrze w Londynie, przez co nie jest lubiana przez współpracowników.
NADAL JEDNAK CIĘŻKO PRACUJE NA OTRZYMYWANIE GŁÓWNYCH RÓL W NAJCIEKAWSZYCH ZE SPEKTAKLI. ZOSTAŁA WSCHODZĄCĄ GWIAZDĘ TEATRALNEJ SCENY.

Młoda kobieta mierzy 175 centymetrów wzrostu, przez co w szpilkach jest wyższa od narzeczonego i wielu koleżanek.
DZIĘKI WYRZECZENIOM JEST W STANIE ZATRZYMAĆ SZCZUPŁĄ FIGURĘ, JEDNAK CZĘSTO PATRZY TĘSKNIE NA SZARLOTKĘ. POZWALA SOBIE JEDYNIE NA WINO. DUŻO WINA.
Blondynka ma nieokreślony kolor oczu - w jednym świetle są wyraźnie zielone, w innym niebieskie, a czasami szare.


Ostatnio zmieniony przez Aveline (21-07-2019 o 15h17)



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#4 24-07-2019 o 18h30

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200

K  A  T  H  E  R  I  N  E    M  A  L  L  O  R  Y
“Acting is half shame, half glory. Shame at exhibiting yourself,
glory when you can forget yourself.”

              Młoda blondynka nadal spała w swoim ogromnym łóżku, nawet jeśli promienie słoneczne już od kilku godzin wpadały przez okna zajmujące swoim imponującym rozmiarem połowę ścian w pokoju. Wyglądała na niezwykle drobną i bezbronną w tym pomieszczeniu o białych ścianach, gdzie wszystko zdawało się być duże, jakby ktoś kto zajmował się umeblowaniem miał kompleksy na jakimś punkcie. Niespodziewanie sylwetka Katherine poruszyła się niespokojnie, jakby zaraz miała zerwać się do biegu, a młoda kobieta natychmiast usiadła, z zażenowaniem zauważając zimny pot na całym swoim ciele.
              Oczy blondynki, które w świetle tego późnego poranka wydawały się intensywnie zielone, natychmiast skierowały się w stronę szafki nocnej. Znajdowali się tam mali winowajcy jej koszmarów, które dręczyły ją ostatnimi czasy bardzo często - tabletki na bezsenność. Lekarz mówił, że skutkiem ubocznym ich stosowania mogą być mary nocne, ale młoda kobieta, zachęcona wizją jakiegokolwiek snu, bez zastanowienia wybrała leki o najsilniejszym działaniu. Sama nie była pewna czy żałowała tej decyzji, czy jednak wolała zasypiać kosztem bycia co noc gonioną, bez możliwości krzyku.
              Katherine przeciągnęła się, następnie zrzuciła z siebie kołdrę i pomaszerowała w stronę łazienki przylegającej do jej pokoju. Jak najszybciej potrzebowała zimnego prysznica, który dodatkowo by ją obudził i zmył cały strach, którego resztki czuła. Gdy już wróciła do sypialni owinięta w puchowy, biały ręcznik, natychmiast powędrowała do szafy. Początkowo chciała założyć koszulę razem z eleganckimi spodniami, ponieważ chciała wyglądać jak najbardziej profesjonalnie na dzisiejszym spotkaniu w teatrze, gdzie cała grupa miała przedyskutować kończące się spektakle oraz zostać poinformowanymi o nowym przydziale ról. Zapomniała jednak o tym, że miała później spotkać się ze swoim narzeczonym, przez co skrzywiła się, przygryzając dolną wargę w zastanowieniu. Po chwili jednak westchnęła rozczarowana i sięgnęła po krótką, białą sukienkę, czując się jak kretynka w ten słoneczny, lecz wietrzny poranek. Doskonale jednak wiedziała, co chciał zobaczyć Scott i czego od niej oczekiwał, a przecież nie mogła złamać żadnej niepisanej zasady.
              Wychodząc z pokoju zerknęła do, a jakże, ogromnego lustra, które było oparte o ścianę przy drzwiach. Skrzywiła się już drugi raz w ciągu tego poranka, tym razem widząc ogromne cienie pod oczami, które nie mogły zostać niczym przykryte. Jej blada twarz zdawała się krzyczeć swoim wyglądem, że coś było nie tak. Aktorka postanowiła to zignorować i wyszła z sypialni na długi korytarz, a następnie podążyła schodami w dół, przed wyjściem chcąc złapać jeszcze w kuchni coś do jedzenia.
              Wszystko w tym wielkim domu było jasne, utrzymane w sterylnej czystości i uporządkowaniu. Nie było tam miejsca na zdjęcia trzymane na kominku, figurki upchnięte na półkach czy bibeloty nadające domostwu przytulności. Właśnie takie były upodobania, stające się wymaganiem pana domu - Scotta Verdoin. W pewnym sensie cały ten budynek, razem ze swoim chłodem idealnie do niego pasował, co zauważał każdy z nielicznych gości, będących najczęściej jakimiś partnerami biznesowymi. Takie były zasady.
              Katherine prawie zrezygnowała ze zjedzenia czegokolwiek, gdy przy wyspie kuchennej zauważyła siedzącą postać kobiety wpatrzonej w swój telefon, najpewniej czytającą kolejne artykuły polityczne. Naomi była siostrą jej narzeczonego, młodszą od niego zaledwie kilka lat, przez co na pewno była po pięćdziesiątce, co starannie próbowała ukryć. Mimo chodzenia co drugi dzień na zajęcia jogi z prywatnym instruktorem, sylwetka kobiety ku jej rozpaczy buntowała się przeciwko kilku operacjom i stawała się obwisła. Zmarszczki zostały sprawnie ukryte przez korzystanie z dobrodziejstw medycyny estetycznej, lecz dziwnie napompowane policzki i groteskowo wygładzona twarz nie potrafiły ukryć tego, że Naomi lubiła w siebie inwestować.
              Między kobietami od samego początku istniała wrogość. Naomi nie potrafiła zaakceptować tego, że nie była w stanie ukryć biegu czasu, dlatego młoda kobieta była dla niej przypomnieniem tego, czym sama już dawno nie była. Katherine nie chciała dać się zastraszyć tej działaczce politycznej, która tak samo jak ona była uzależniona od Scotta. Nic nie dało blondynce takiej satysfakcji jak mina Naomi na kolacji, gdy doszło do oświadczyn. Wcześniej łudziła się, że sytuacja była stanem chwilowym, a Katherine jedną z wielu młodych kobiet, które jej brat dosłownie kupował. Nic bardziej mylnego.
              - Dzień dobry - odezwała się farbowana brunetka z tak samo szerokim jak pełnym fałszu uśmiechem na twarzy. Aktorka nieufnie skinęła jej głową, a następnie podążyła w stronę leżących na talerzu przy lodówce czekoladowych rogalików. Przez chwilę się wahała, ale postanowiła potraktować to jako rekompensatę za kalorie spalone podczas koszmaru. Z czystym sumieniem ugryzła smakołyk i przymknęła na chwilę oczy, zachwycając się smakiem mlecznej czekolady.
              - Powinnaś uważać na takie jedzenie - powiedziała z udawaną troską Naomi, upijając łyk czarnej jak smoła kawy. Tyle w niej mleka, co w jej duszy empatii, pomyślała Katherine i skierowała chłodne spojrzenie na groteskowo wyglądającą twarz starszej kobiety. - W końcu my, kobietki, musimy o siebie dbać!
              Po tych słowach zaśmiała się w poufały sposób, jakby były przyjaciółkami, a Katherine ukryła swoje wewnętrzne obrzydzenie pod maską złośliwego uśmieszku.
              - Masz rację - odpowiedziała, równie przyjaznym i fałszywym tonem, na chwilę odsuwając od siebie rogalik, co spotkało się z oburzeniem jej burczącego brzucha. - Ja powinnam uważać na kalorie, ale to ty uważaj na słowa. W końcu chyba byśmy nie chciały, żeby mój kochany narzeczony uznał twoją nową kampanię za niewartą inwestycji, prawda?
              Wszelka pozorna radość zniknęła z ich twarzy, całkowicie zastąpiona przez pogardę i wrogość. Katherine blefowała, nie dałaby rady przekonać Scotta by zrobił dla niej cokolwiek wymagającego zaangażowania i stracenia pewnych wpływów. Nie sądziła jednak, by zwierzał się on młodszej siostrze ze swojej relacji z przyszłą małżonką, a w tym momencie, wycieńczona nocnymi koszmarami, po prostu chciała dopiec Naomi, sprawić, by czuła się niepewna.
              - Swoją drogą, kochana, radziłabym pofarbować już włosy, robią ci się odrosty. Może na jakiś jaśniejszy kolor? Ten brąz cię postarza. - Katherine zrobiła smutną minkę, jakby naprawdę udawała przyjaciółkę swojej szwagierki, a następnie wgryzając się w rogalika wyszła z posiadłości, w której mieszkała już ponad rok. W duchu obiecała samej sobie dużą kawę. A może nawet dwie?
              Zrobiła tak, jak postanowiła i po drodze do pracy zatrzymała się w swojej ulubionej, miejskiej kawiarence. Niestety trochę zeszło jej w kolejce, ponieważ trafiła na moment, gdy większość pracowników z okolicznych biurowców miała przerwę, więc właśnie dlatego znacznie przyspieszyła kroku. Kochała teatr miłością tak szczerą, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nigdy nie poczuje czegoś takiego w stosunku do mężczyzny. Za cenę występowania na scenie i spełniania swoich marzeń była w stanie zrobić naprawdę wiele, wliczając w to związek, w jaki się wplątała. Nie było dla niej żadnej innej tak czystej formy wyrażania siebie jak granie kolejnych ról, za które na koniec otrzymywała brawa, a w trakcie - zachwycone spojrzenia.
              Mimowolnie na twarzy Katherine pojawił się uśmiech, który stopniowo zmniejszał się coraz bardziej, ostatecznie znikając i zamieniając się w czyste zdziwienie. Zmarszczyła lekko brwi, gwałtownie się zatrzymując i ogarniając wzrokiem całą sytuację. Przed jej teatrem, miejscem w którym w końcu miała dzisiaj odpocząć, stał cały sztab samochodów policyjnych. Co więcej, wszędzie byli policjanci, z których część kończyła zamykać całe miejsce przed cywilami przy pomocy taśmy, a reszta albo kręciła się robiąc zdjęcia do dowodów, albo rozmawiała z pracownikami teatru.
              Katherine nie miała pojęcia co powinna była zrobić, ponieważ do tej pory nie zdążyła usłyszeć, co właściwie się wydarzyło. Może to był wypadek samochodowy? Nie, niemożliwe, nigdzie nie mogła dostrzec jakiegoś zmasakrowanego pojazdu.
              Wzrok blondynki natrafił na dobrze znaną postać w tłumie. Była to Nadine, jedna z aktorek, która jak zawsze była niezwykle dramatyczna w swojej gestykulacji, teraz wyglądając na naprawę poruszoną. Katherine zmroziło, gdy zobaczyła, że kobieta również ją dostrzegła i w tym momencie pokazywała funkcjonariuszowi wprost na nią, z jeszcze większymi emocjami kontynuując swoją historię

Ostatnio zmieniony przez Aveline (24-07-2019 o 18h30)



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#5 24-07-2019 o 19h54

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 605

_____________________http://www.pomniejszacz.pl/files/sf.jpg

              Harrison kochał swoją pracę, naprawdę. Jednak jeśli oficer dyżurny zrywał go z łóżka o trzeciej nad ranem z nieszczególnie dobrymi wieściami, mężczyzna przeklinał w myślach, że nie zdecydował się wybrać innej kariery. Zastanawiał się nad tym, jak jego życie by wyglądało, gdyby zdecydował się zostać – tak na przykład – nauczycielem, wciągając spodnie i trąc oczy ze zmęczenia. Wcześniejszego wieczora pracował nad odkopaną, starą sprawą, którą podsunął mu nowy pracownik, Cain. Pytał, czy została zamknięta, na co odpowiedź była przecząca, i czy Byrne’a nie zastanawiało nagłe zniknięcie sprawcy, aktywnego londyńskiego zabójcy. On, jak to on, oczywiście, musiał prześledzić dokładnie wszystkie raporty, od grudnia osiemdziesiątego trzeciego roku, do marca dwutysięcznego, by odkryć, że poprzedni komendant po prostu odpuścił sobie tę sprawę i nawet jej nie zamknął. Na jego miejscu Harrison przekazałby to komuś z zapałem do takich spraw… i właśnie to zamierzał zrobić przy ponownym spotkaniu z Cainem Maesem. Nowy mógłby się wykazać, a to była świetna szansa na awans, nawet jeśli ten morderca już nie żył. Bo przecież mógł.
    Średniej wielkości apartament z jedną sypialnią, salonem połączonym z kuchnią, biurem i łazienką nie był szczytem marzeń Haza, jednak, mieszkając w nim od dobrych kilku lat, mężczyzna czuł się w nim jak ryba w wodzie. Znał je tak dobrze, że przyzwyczaił się do uchylania głowy przed zderzeniem ze schodami, prowadzącymi na pięterko-antresolę, gdzie urządził sobie mały gabinet.
    Jako że cały jego strój do pracy (a niech to tę sąsiadkę-pedantkę z drugiego piętra, która mianowała się jego bezpłatną gosposią) był w praniu, Harrison był zmuszony wygrzebać z wielkiej szafy jakieś cywilne ubrania. Spodnie wziął, oczywiście, wczorajsze. Nie były niczym poplamione i nawet nie wyglądały na noszone, co działało tylko na jego korzyść. Przez te lata, kiedy Josephine rządziła w jego życiu, wyrobiła w nim dziwny dryg do wybierania dopasowanych kolorystycznie ubrań. Dlatego wybrał pasującą do dołu, czarną bluzkę. Żeby całość wyglądała ciekawiej, wziął (całe szczęście wiszący z brzegu) kremowy pasek i marynarkę o tym samym kolorze. Kiedy obudził go telefon, było dziesięć po trzeciej. Byrne zdążył ubrać się w pięć minut, ale nawet to go nie obudziło.
    Wychodząc z domu zapomniał kluczy od samochodu i musiał się po nie wracać, klepiąc się dla rozbudzenia po policzkach.

    Hazel, 3:16
    Jedno gorące latte czeka na Pana przy Piccadilly Circus! Podobnie jak rozhisteryzowana sprawczyni wypadku


        Całe szczęście, że panna Montgomery pełniła tej nocy służbę i wiedziała, jaki jest jedyny sposób na rozbudzenie szefa w środku nocy. Odpisał jej prędko, modląc się, by na miejscu czekali na niego odpowiedni ludzie, i żeby jego jedynym zadaniem było wypełnienie papierów. Wypadek ze skutkiem śmiertelnym wymagał jego obecności tak, jak operacja odpowiedniego lekarza. Nie było to przyjemne porównanie, ale – niestety – dość trafne.
              Harrison wyjechał z podziemnego parkingu na, jak zwykle, tłoczne ulice Londynu. Ta metropolia nie ustępowała w tej kwestii Nowemu Jorkowi, i gdyby nie zamontowane na masce rozdzielczej policyjne światła, mężczyzna nie znalazłby się na Circusie w piętnaście minut. Wysiadł ze swojego Astona Martina na oświetloną lampami policyjnych samochodów ulicę i ruszył w kierunku taśm, gdzie chwilę wcześniej mignęła mu rozczochrana czupryna Hazel.
              - Mamy jakiś bal? – zagadnął go dyżurny, Peter, z którym rozmawiał przez telefon. Odebrał od Haza marynarkę i pomógł mu nałożyć policyjną kurtkę. Całe szczęście, że w każdym wozie była jedna zapasowa.
              - Jedynym balem jest ten ze śmiercią – burknął w odpowiedzi Byrne, poprawiając odzież wierzchnią. – Gdzie moja kawa?
              Petera niezbyt ruszyła ponura uwaga komendanta. On, jak i zresztą każdy na ich komendzie, przywykł do tego, że przed poranną kawą szef nie jest zbyt optymistyczny.
              - Nawet nie zdążyła wystygnąć. – Zjawiła się i Hazel, trzymając przed sobą kubek z plastikowym wieczkiem. Robiła to tak, jakby przedmiot miał ją ochronić przed gniewem Harrisona.
              Mężczyzna mruknął coś szybko w podziękowaniu i wziął kilka łyków napoju, w czasie gdy Montgomery i Laurens tłumaczyli mu dokładnie jak doszło do wypadku i w skutek czego zmarła jedna osoba. Sprawczyni wypadku, podstarzała kobietka po sześćdziesiątce, siedziała w tylnych drzwiach karetki, przykryta kocem termicznym, i piła coś, co wyglądało na herbatę. Drżała, ale zapewniono go, że to nie z zimna, tylko przez to, że tabletki uspokajające nie zaczęły jeszcze działać.
              - Nieciekawie się to prezentuje – skomentował mężczyzna, lustrując wzrokiem otaczający ich chaos. – Ale dobra, jakoś ogarniemy to szybko.
Nie ogarnęli tego szybko.
              Samo spisywanie zeznań i sporządzanie papierów zajęło dwie godziny. Kolejne kawy Harrisona zdążyły skończyć się trzy razy, w trakcie gdy przesłuchiwał kolejnych świadków i pasażera, jadącego samochodem ofiary. Mimo swoich – zazwyczaj – nieskończonych pokładów spokoju, Haz odczuwał gorzej niż zwykle ciągłe powtarzanie się męża ofiary, i przy szóstym razie, gdy złapał się za głowę i zaczął łkać, odesłał go do medyków z zaleceniem podania jakichś mocnych środków uspokajających. Oczywiście rozumiał tragedię tego człowieka i wiedział, że nie ma co się na niego denerwować, jednak on również miał swoje życie i nie był Stwórcą, by móc pozwolić wszystkim polegać akurat na nim.
              Zegarek wskazywał godzinę siódmą dwadzieścia siedem, gdy Hazel pospiesznie zapukała w szybę samochodu policyjnego, gdzie przesłuchiwał jednego ze świadków wypadku.
              - Wujku Haz… to znaczy szefie, mamy morderstwo.
Mężczyzna o mało nie westchnął, wyobrażając sobie kilka kolejnych godzin, spędzonych na sprzątaniu miejsca zbrodni i unikania mediów.
              - Gdzie?
              - W teatrze, to świeże…
              - Wyślij najbliższy patrol, żeby zabezpieczyli całą ulicę i zebrali wszystkich świadków do jednego miejsca.
              - Tak jest.
              Harrison zakończył szybko ostatnie przesłuchanie i poprosił mężczyznę, by - gdy dostanie zawiadomienie – stawił się w sądzie na rozprawie, jak mówiło prawo. Doskonale wiedział, że większość osób nie miała ochoty wspominać takich horrorów, jednak po jakimś czasie byli w stanie spojrzeć na całość z nieco szerszej perspektywy i pomóc w ustaleniu wyroku.
Wrócił prędko do swojego samochodu, gdzie zaprosił jeszcze Hazel i Petera, włączył podgrzewanie siedzeń, by odmarzli trochę po kilku godzinach stania na mroźnym powietrzu, i ponownie włączył syreny. Towarzyszyły im dwa samochody policyjne ze wsparcie wysłanym z komendy. Zaniepokoiło to trochę mężczyznę, zwłaszcza przez fakt, że jego towarzysze siedzieli jak na szpilkach.
              - Co wiemy o tym morderstwie? – zapytał, zatrzymując samochód. Korek. Była taka godzina, że ludzie spieszyli do pracy na drugi koniec miasta. Przez ten samochodowy chaos nawet czołg by się nie przecisnął.
              - Zamordowano Emily Farfaix, tę aktorkę teatralną. Występowała tej nocy w jakimś spektaklu, gościnnie grała jakąś mniejszą rólkę. Arcenau wysyła nam informacje, jak tylko się dowiadują… Ale no, nie ma tego wiele. Póki co panuje lekki chaos, inni aktorzy wyszli na dwór i rozprawiają… Ja p******, nigdy nie zrozumiem tych wyższych sfer.
              Harrison pamiętał, że pani Farfaix była ulubioną aktorką Josephine. Kilka razy zaciągnęła go na spektakle z nią, i robiła to nawet zanim zaczęli się spotykać. Uważała, że kobieta wręcz błyszczała na scenie i każdy żyjący człowiek powinien zobaczyć ją choć raz. Cóż, teraz pozostawały tylko nagrania.
              Dotarli na miejsce po piętnastu minutach. Policjanci podlegający Byrne’owi utorowali miejsce pośród ludzi, by mógł zaparkować samochód tuż przy strefie otoczonej taśmą.
              - Hazel, idź mi po kawę do kawiarni na rogu. Przy okazji wypytaj o monitoring i czy ktoś czegoś nie widział. Peter, ty przejdziesz się, poszukasz jakichś bezdomnych albo bankomatów, spiszesz od jakiego banku są i skołujesz nakaz przejrzenia nagrań z dzisiejszej nocy. Jak już go będziesz miał, weź samochód i zawieź wszystko na komisariat. A potem wróć tu, po drodze zahacz o jakiegoś McDonalda i weź nam coś… Ale nie z oferty śniadaniowej, proszę.
              - Rozkaz – odpowiedzieli jednym głosem i cała trójka wysiadła z pojazdu.
              Harrison podszedł do Arcenaua, policjanta, który jako pierwszy dotarł na miejsce. Skinął mu głową, a ten od razu zaczął mówić. Opowiedział mu o tym, jak jakaś aktorka znalazła ciało, gdy wyszła zapalić, i dokładnie opisał jak wyglądało, gdy je znaleziono. Miał przy tym minę, jakby każde słowo przychodziło mu z wielkim trudem. I Byrne’a to nie dziwiło – Vincent był jeszcze świeżakiem i wysyłano go raczej na lżejsze misje, a nie nocne morderstwa. Oddelegował go z powrotem na komendę, by zajął się nagraniami.
              Kusiło go, by ściągnąć kurtkę – nie zrobił tego w samochodzie i zdążył się nieźle zgrzać. Podszedł do jednego samochodu policyjnego i wrzucił ją do bagażnika, w zamian biorąc czarną kamizelkę. Nie chciał spoglądać w lusterko, pewien, że wygląda jak uosobienie śmierci. Zwłaszcza przez to, że ubranie było na niego rozmiar za małe i za mocno go opinało.
              - Panie policjancie! – Dotarł do niego jakiś damski krzyk. A raczej pisk. Odwrócił się i spojrzał z niemałym strachem na kobietę, ubraną w futro i jakąś drogą sukienkę. – Chciałabym złożyć zeznanie.
              - Proszę? – wykrztusił, niewiele rozumiejąc. Otaczało ich dobrych piętnastu funkcjonariuszy, którzy raczej zajęliby się jakąś histeryzującą kobietą.
              - No jest pan od zbierania zeznań, tak? – Tupnęła nogą, jakby była małym dzieckiem. Harrisona oblał zimny pot.
              - Poniekąd – odpowiedział, nie wiedząc, co zrobić. Wielka szkoda, że odesłał Hazel i Petera. Oddałby im tę kobietę i zobaczył, czy potrafią sobie radzić z takimi histeryczkami.
              - No to super. Proszę mnie przesłuchać.
Harrison nie był przyzwyczajony do czegoś… takiego. Wyciągnął notatnik z kieszeni spodni i przygotował długopis, przygotowując się mentalnie na potok słów.
              - Najpierw poproszę pani godność.
              Przedstawiła się prędko i zaczęła opowiadać o całym wieczorze i tym, co zrobiła, jak znalazła ciało. Jako że Byrne nie miał styczności z zeznaniami innych świadków, podchodził do jej historii z pewnym dystansem. Kobieta może i była wiarygodna, ale była również aktorką. A, jak powszechnie wiadomo, oni lubią podkoloryzowywać swoje opowieści.
              - …i zastanawiałam się wtedy, czy to ta Mallory mogła to zrobić. Bo one przecież strasznie się nienawidziły. Jak były w jednym pomieszczeniu, to strach się bać! Już wolałabym uścisnąć dłoń jakiemuś bezdomnemu, niż siedzieć z nimi. – Wyprostowała się nagle, wyciągając oskarżycielsko dłoń gdzieś za niego. – O, to ona! Tak się dziś wyszpachlowała, na pewno żeby ukryć krew i to, że nie spała, czając się całą noc, żeby ją zabić.
              Harrison odwrócił się we wskazywanym kierunku i zlustrował tę całą Katherine Mallory, którą kobieta zdążyła obsmarować kilka razy w swoim zeznaniu. Nie chciał wyciągać pochopnych wniosków, zwłaszcza że czuł, jak powoli opuszcza go działanie kofeiny, ale ta druga kobieta rzeczywiście mogła okazać się morderczynią. Musiał porozmawiać z nią i zobaczyć zeznania innych świadków, ale z tego, co mówiła aktorka, ta Mallory nie była lubiana w swojej pracy.
              Całe szczęście akurat w tamtym momencie wróciła Hazel i wręczyła mu kubek z gorącą kawą. Trzymała zapełniony do połowy notatnik i uśmiechała się, jakby wygrała los na loterii. Zapytana o powód swojego dobrego humoru, odpowiedziała tylko, że spotkała dobrego znajomego. Byrne pozostawił policjantkę z aktorką, mówiąc tej drugiej, by opowiedziała o swojej współpracownicy ze szczegółami, a sam skierował się właśnie do niej.
              Wziął łyk kawy, wyciągając z kieszeni spodni swoją policyjną oznakę.
              - Komendant Byrne, The Yard, czy mogę zadać pani kilka pytań?


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#6 30-07-2019 o 21h52

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200

K  A  T  H  E  R  I  N  E    M  A  L  L  O  R  Y
“Acting is half shame, half glory. Shame at exhibiting yourself,
glory when you can forget yourself.”


             Nie do końca wiedziała jak powinna czuć się z faktem natychmiastowego podejścia do niej policjanta, który rozmawiał z wyglądającą jakby dostawała ataku serca Nadine. Z jednej strony odetchnęła z ulgą, ponieważ w końcu miała dowiedzieć się co wzbudzało we wszystkich dookoła tyle emocji. Z drugiej, doskonale widziała wskazujący na nią palec kobiety, a to sprawiało, że gdzieś z tyłu głowy Kathrine pojawiło się nieprzyjemne uczucie, przypominające swoją formą niepokój.
             Skinęła mu głową na powitanie, gdy podszedł, biorąc z niego przykład i upijając łyk kawy, której na szczęście miała jeszcze sporo. Mimowolnie oceniła go wzrokiem, w duchu przyznając, że jak na policjanta w tym ich jakże wspaniałym kraju prezentował się naprawdę dobrze. Byrne. Mallory obiecała sobie zapamiętać to nazwisko, ponieważ mogło się jej jeszcze przydać.
             - Katherine Mallory. Z przyjemnością odpowiem na pana pytania, ale tak się składa, że nawet nie wiem co właściwie się tu wydarzyło - przedstawiła się, kończąc obserwować sylwetkę mężczyzny i skupiając się na jego niebieskich oczach, wyglądających nietypowo z ciemnymi włosami i oliwkową cerą.
             - Pani współpracowniczka, Emily Farfaix, została zamordowana po jednym ze spektakli, jej ciało znaleziono poturbowane. - Schował swoją odznakę do kieszeni, rozglądając się dookoła. Otaczali ich funkcjonariusze i fotoreporterzy, co utrudniało przesłuchanie. - Czy możemy wejść do środka?
             Nie czekając na jej odpowiedź, funkcjonariusz poszedł przodem, a Katherine podążyła za nim posłusznie. Kilka sekund zajęło jej przetworzenie tego, o czym mężczyzna ją poinformował, a przez to musiała skupić całą swoją uwagę, by powstrzymać drżenie dłoni. Nie lubiła starej Farfaix, która pałała do niej szczególną niechęcią od samego początku, nie dając nawet szansy młodej aktorce na wykazanie się umiejętnościami. Wszyscy doskonale o tym wiedzieli i Mallory nawet nie chciała przed sobą udawać, że miałaby za nią płakać, ale śmierć, a zwłaszcza morderstwo, nie było czymś, z czym stykała się codziennie. Zwłaszcza, że już zaczynała wyobrażać sobie zeznania świadków, którzy z wielką przyjemnością uczyniliby ją kozłem ofiarnym w tej sprawie.
             - Ile czasu znała pani zamordowaną? Czy miała jakieś nawyki? Ktoś ją odwiedzał? Czy była mężatką? Miała dzieci? Czy zwierzała się pani z czegoś?
             Gdy tylko weszli do środka, gdzie było znacznie ciszej, Byrne zadał całą serię standardowych pytań. Katherine przez chwilę milczała, dając sobie czas na uspokojenie się i przetworzenie tego, co właściwie do niej mówił. Nie chciała wydać się zestresowana, jakby rzeczywiście popełniła jakieś przestępstwo i została na nim przyłapana niczym dzieciak. Tu nie chodziło jednak o kradzież cukierka ze sklepu, a morderstwo, z którym przecież nie miała nic do czynienia, nawet jeśli w tym wypadku być może by chciała.
             - Poznałyśmy się rok temu, kiedy zaczęłam tu pracować. Nie byłyśmy przyjaciółkami i nie zwierzała mi się, raczej byłabym ostatnią osobą, która wiedziałaby coś na temat jej życia prywatnego. - Wypowiadała słowa powoli, ostrożnie, wcześniej nad nimi myśląc i nie pozwalając sobie na nerwowe bawienie się kubkiem kawy w rękach, nawet jeśli miała na to ogromną ochotę.
             - Czyli mam rozumieć, że nie przepadały panie za sobą nawzajem? Czemu, jeśli można? - Zapisał w notatniku: "rok, napięte stosunki, brak zwierzeń".
             Dźwięk długopisu sunącego po kartce był w tym momencie dla Katherine zdecydowało zbyt głośny, przypominając drapanie paznokciami po tablicy. Przełknęła ślinę, wiedząc, że wchodzili w tym momencie na niebezpieczny dla niej grunt, który mógł wpakować ją w kłopoty. Dodatkowo irytowało ją to, jak wszystko notował, jakby rzeczywiście nic nieznaczące informacje, które podawała miały pokazać, kto był prawdziwym mordercą. A może jedynie próbował wzbudzić w niej niepokój? Jeśli tak, to była gotowa pogratulować policjantowi, spisywał się w tym zadaniu na medal.
             - Być może zauważy pan w trakcie przesłuchań reszty zespołu, ale nikt tu nie pała do mnie szczególną miłością. - Blondynka zaśmiała się na to dosyć ponuro, starając się nie brzmieć nerwowo. Wręcz wyobrażała sobie w tym momencie w głowie jak wszyscy ci ludzie wskazywali na nią palcem, tak samo jak Nadine, obarczając winą z uśmiechem wypisanym na ustach. - Musieli męczyć się lata, grając drzewa i innego rodzaju krzaki, a to aktorzy, są dramatyczni i nie mogą przeżyć tego, że dodatkowo osiągnęłam sukces. Emily to bolało szczególnie. Przypominałam jej o latach, które już dawno dla niej minęły.
             Harrison ponownie zanotował coś w swoim zeszyciku, kiwając głową. Katherine walczyła z pokusą wyrwania mu przedmiotu i uderzenia nim, kryjąc te myśli pod grzecznym, uprzejmym uśmiechem, który zdobywał serca dziennikarzy oraz widzów. Zaczynała mieć wrażenie, że powoli odzyskiwała kontrolę, co dodało jej nieco animuszu i pewności siebie, utraconej na te kilka poprzednich minut.
             - Z kim w takim razie ofiara bardziej się "trzymała"? Czy w związku ze swoim brakiem sympatii wobec pani ofiara stosowała jakiś rodzaj przemocy? Czy stosowała ją wobec kogokolwiek?
             Zmarszczyła brwi słysząc kolejne pytania. Nie była w stanie wyobrazić sobie Farfaix atakującej kogokolwiek, gdy uważała się za taką damę i przedstawicielkę kobiety z klasą. Uwielbiała wypominać Mallory krótkie sukienki lub wysokie buty, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę, dlaczego młoda dziewczyna była czasami ubrana w ten sposób. Zdawało się, że to drażniło aktorkę jedynie bardziej i prowokowało do złośliwości, rzucanych w niewybredny sposób, co wytworzyło między nimi silną wrogość.
             - Czasami zostawała, żeby porozmawiać z dyrektorem teatru, ale raczej nie miała przyjaciół. Nie do końca rozumiem o co panu chodzi. Wiele mogłabym opowiedzieć na temat jej charakterku, nie przepadałam za nią, ale to była starsza kobieta, nigdy nie zachowywała się agresywnie.
             - Może inaczej, jak traktowała swoich współpracowników? Jak się do was odnosiła poza sceną? - Aktorka czuła, że od ilości tych pytań zaczynała ją boleć głowa, a kawa przestała przynosić oczekiwane rezultaty. Potrzebowała porządnie się wyspać i przemyśleć całą sytuację oraz zastanowić nad tym, co właściwie mogło się wydarzyć i jak powinna reagować.
             - Dla reszty była raczej chłodna, ale uprzejma. Nic wykraczającego poza jakąś normę. Czy to już wszystko?
             Harrison zmarszczył brwi, spoglądając podejrzliwie na kobietę, co nie umknęło jej uwadze. Zrozumiała, że popełniła błąd, który musiała jak najszybciej naprawić, jeśli nie chciała w pierwszym dniu śledztwa zostać potencjalną morderczynią. Wydawało jej się to absurdalne, w końcu nie byłaby w stanie zrobić czegoś takiego, kiedy i tak już popełniła wystarczające wiele życiowych błędów. Z niechęcią pomyślała, że właśnie dlatego znalazła się tutaj, w tym momencie, z tym przystojnym policjantem i jego cholernym notatnikiem, który doprowadzał ją do poziomu wrzenia, jaki określiłaby niezwykle negatywnym.
             - Czy spieszy się gdzieś pani? Z tego, co wiem, dyrektor teatru odwołał dziś wszystkie spektakle i próby ze względu na żałobę.
             - Jestem zdruzgotana informacją o śmierci członkini naszego zespołu - powiedziała spokojnie, patrząc policjantowi w oczy i upijając łyk kawy. Niestety, nie mogła powstrzymać się jeśli chodziło o tę małą grę słowną, pełną oczywistej ironii. - Chciałam spędzić resztę tego dnia z narzeczonym, by móc się uspokoić.
             - Proszę chwilę zaczekać - mruknął, kiedy zobaczył, jak Montgomery wchodzi do budynku. Podniósł się i przyjął przekazaną przez nią karteczkę. Jej treść go nie zaskoczyła, co mówiło samo za siebie. - Niestety, nie możemy pozwolić pani na powrót do domu. Musi pani pojechać z nami na komisariat.
             - Czy pan sobie w tym momencie żartuje? - Zaśmiała się, jakby usłyszała jakiś kiepski żart. Nie wierzyła w to, co właśnie się działo albo po prostu nie chciała uwierzyć. - Nie ma mowy, to jakiś absurd, nigdzie nie jadę. Nie macie podstawy do zatrzymania mnie.
             Nie była w stanie powstrzymać drżenia rąk, które ukryła przez mocne zaciśnięcie ich na kubku z resztkami kawy. Posłała mężczyźnie oburzone spojrzenie, a jej myśli mimowolnie powędrowały w kierunku narzeczonego. Zdawała sobie sprawę, że Scott zrobiłby wszystko, by wyciągnąć ją z tej sytuacji, ale z drugiej strony, miało go to zdenerwować, a ją wpędzić w kłopoty. Starszy mężczyzna potrzebował ładnej zabawki, którą mógł się chwalić na bankietach i która mogłaby pokazać mu jeszcze w życiu kilka przyjemności, a informacja o tym, że została zatrzymana w sprawie morderstwa mogła przynieść mu jedynie szkody. Scott nie potrzebował zepsutej lalki, taką wymieniało się na nową, a Katherine doskonale o tym wiedziała, wchodząc w ich niepisaną umowę.
             Harrison uniósł brwi, a Montgomery spojrzała na kobietę z iskierkami śmiechu w oczach, przygryzając lekko wargę, jakby hamowała parsknięcie. Mallory była tym coraz bardziej poirytowana, w duchu obiecując sobie, że każda osoba, która wskazała na nią palcem zapłaci jej, najlepiej łzami.
             - Wręcz przeciwnie - odpowiedział spokojnie Byrne, Katherine zaś czuła, że ten spokój niezmiernie denerwował ją w tym brunecie. - Zeznania i pani, i pani współpracowników dają nam poważne podstawy na zatrzymanie.
             Mężczyzna skierował się do drzwi, wyprzedzając kobiety, a blondynka, mimo swoich rosnących nerwów musiała przyznać, że z tyłu wyglądał tak samo dobrze jak z przodu. Montgomery położyła aktorce dłoń na ramieniu, na którą ona spojrzała z wściekłością wypisaną jasno na twarzy.
             - Proszę ze mną, pani Mallory - nakazała policjantka.
             Aktorka odetchnęła głęboko, zamykając na chwilę oczy i zmuszając się do uspokojenia. Nie chciała dać satysfakcji współpracownikom, którzy już zapewne zacierali rączki wyobrażając sobie kobietę za kratkami, oskarżoną o morderstwo, którego nie popełniła. Może nawet któreś z nich skrzywdziło Emily? Katherine obiecała sobie, że kiedy tylko wyjdzie, to dowie się tego, a któreś z nich jej srogo zapłaci za ten zmarnowany czas i nerwy. Posłusznie poszła z policjantką do radiowozu, nie stawiając żadnego oporu i zaczynając obmyślać plan działania. W końcu przecież nie było jej do twarzy w pomarańczowym.

Ostatnio zmieniony przez Aveline (30-07-2019 o 21h55)



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#7 06-08-2019 o 12h25

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 605

_____________________http://www.pomniejszacz.pl/files/sf.jpg

    Harrison wyszedł z budynku na gwarną ulicę, zasłaniając oczy, gdy tylko dopadły go światła fleszy. Naprawdę nie lubił, gdy mordowano kogoś znanego, bo zaraz zlatywali się paparazzi i utrudniali i przeprowadzenie śledztwa, i zabezpieczenie miejsca zdarzenia. Poza tym ich krzyki, z jakiegokolwiek powodu się pojawiły, nie pomagały w niczym.
    Hazel szła za nim, trzymając się blisko oskarżonej, i w pewnym sensie zasłaniając ją swoim ciałem. Była na tyle wysoka i wygimnastykowana, że jednym, płynnym ruchem osłoniła Mallory dużą kurtką policyjną. Ostatnim, czego potrzebowali, były nagłówki w stylu: „Młoda aktorka zamordowała swoją starszą, sławną współpracownicę z zemsty za XXX!”, „Czy Katherine Mallory zamordowała Emily Farfaix?”. Do Yardu dzwoniliby ludzie z fałszywymi zeznaniami, by albo oczernić, albo spróbować uratować ulubienicę tłumów.
    Kilku policjantów odgrodziło Byrne’a, Montgomery i oskarżoną od wrzeszczącego tłumu, dzięki czemu ostatnie kilka metrów, dzielące ich od wozów, pokonali bez trudu. Hazel otworzyła drzwi przed Mallory i gdy ta usiadła, zamknęła za nią drzwi.
    - Zabieramy ją na komisariat – odezwała się niepewnie do swojego szefa. – A co z nakazem aresztowania?
    Harrison wyciągnął telefon i napisał szybko esemesa, by powiadomić dwójkę durni o ich nowym zadaniu.
    - Dostanie go na miejscu – odpowiedział kobiecie, klepiąc ją po ramieniu. – W trakcie drogi możesz ją przepytać… jak kobieta kobietę. Nie wiem, w każdym razie ustal, czy poczuwa się do winy.
    Montgomery zmarszczyła brwi, przypatrując mu się z pewną rezerwą. Haz wiedział, że ufała mu bezgranicznie, choć niekiedy miała problemy z jego decyzjami. Lubiła mieć swoje zdanie, zwłaszcza że jej charakter nie pozwalał jej pozostawać cicho, gdy się z czymś nie zgadzała.
    - A ty nie jedziesz z nami? – spytała podejrzliwie.
    Mężczyzna uśmiechnął się do niej promiennie.
    - Nie zostawię tu swojego samochodu, Hazel.
    Kobieta jakby momentalnie zrozumiała, pokiwała głową i życzyła mu powodzenia. Pospiesznie przeszła samochód i usiadła na miejscu kierowcy, nie oglądając się na niego. Harrison w tym czasie rzucił jeszcze krótkie spojrzenie oskarżonej Mallory i udał się do swojego pojazdu. Brak kofeiny w organizmie dawał mu o sobie znać, gdy prawie wywalił głową o sufit, wsiadając do Astona. Peter miał zająć się kolejnymi kubkami kawy, po wykonaniu zadania, ale chyba jeszcze nie skończył.
    Byrne modlił się, by nie zasnąć za kółkiem w drodze na komisariat. Gdyby spowodował wypadek, chyba musiałby sam siebie wrzucić za kratki, a to byłoby poniżające. Odpalił silnik dopiero gdy Hazel – do której chwilę wcześniej dosiadł się inny policjant, Derek, jeśli go pamięć nie myliła – została przepuszczona na wyjeździe. Zaraz po wyjechaniu na ruchliwe ulice Londynu, uruchomiła policyjne światła. Mężczyzna parsknął pod nosem, kręcąc z niedowierzaniem głową. Ta dziewczyna miała tupet. Nie umknęło jego uwadze, że Montgomery wybrała dłuższą drogę, chyba by mieć czas na przesłuchanie oskarżonej. Różnica czasu w przejeździe dawała mu chwilę, by odebrać nakaz i szybko go podpisać i ogarnąć jakieś miejsce do przesłuchań.
    Nagle na interfejsie samochodu pojawiło się połączenie przychodzące. Jako że akurat stanął w korku, Harrison włączył tryb głośnomówiący.
    - No co tam, Laurens? – zwrócił się do Petera.
    - Szefie, mam zeznania kilku bezdomnych – powiedział ten dumnie. – Na ulicy był jeden bankomat i, według naszych ludzi, nie zarejestrował nic specjalnego.
    Byrne wjechał na rondo i włączył kierunkowskaz na drugim zjeździe.
    - To daj nagrania innym ludziom – nakazał. – Jedna opinia to za mało. A zeznania prześlij Maesowi na maila, chcę je mieć na moim biurku, zanim będę w budynku.
    - Rozkaz.
    Peter rozłączył się, pozostawiając Harrisona sam na sam z jego przemyśleniami. Miał czas, by zastanowić się szerzej nad całą tą sprawą. Współpracownicy nie przepadali za Mallory, podobnie jak zamordowana. Chociaż ona nie miała już nic do gadania, to oni i owszem. Montgomery pokazała mu najważniejsze fragmenty paru zeznań – wszyscy zrzucali winę na tę kobietę, która wydawała się być najbardziej w szoku, gdy dotarła na miejsce pracy. Czy to możliwe, że w wyższych sferach ludzie nie mają kręgosłupa moralnego i wkopują w morderstwa tych, za którymi nie przepadają? Przerażające.
    Na pewno jej nie zabiła. To nie leżało w jej interesie. Przypominała raczej kukiełkę, którą ktoś mógłby sterować, żeby dostać to, czego chce… Ale nawet jeśli Mallory nią była, to nie ona zamordowała Farfaix. Wszyscy ją o to oskarżali, więc Byrne musiał ją wykluczyć. Ze swojego doświadczenia wiedział, że takie sprawy wydawały się łatwe w pierwszym momencie, a te najgłupsze tropy zawsze dokądś prowadziły. Chociaż gdyby udawał, że uwierzył jej współpracownicy, i że uważał ją za morderczynię…? Może Yard dowiedziałby się więcej i od niej, próbującej się obronić, i od tych, którzy za nią nie przepadali?
    Podjechał na komisariat i zaparkował na swoim ulubionym miejscu. Szybko opuścił pojazd i wbiegł do budynku, gdzie niemalże wpadł na Jasona Maesa, trzymającego w dłoniach plik kartek. Jak się okazało, przesłanych przez Laurensa.
    - Właśnie szedłem ci je dać – wypalił mężczyzna natychmiast, jakby bał się, że nie spełnił oczekiwań Harrisona.
    Szef poklepał go po ramieniu i przejął papiery.
    - Dobrze się spisałeś, a teraz idź mi po kawę.
    Sam udał się szybko do swojego stanowiska, z którego wyciągnął kajdanki i kluczyk. Chciał więcej informacji – musiał wydawać się wiarygodny. Napisał esemesa Derekowi Smithowi, żeby Hazel i oskarżona zostały chwilę dłużej w samochodzie, gdy on uda się po rozkazy i weźmie kajdany. Jak się okazało, właśnie w tamtym momencie wjeżdżali na parking, więc była to ostatnia chwila na przemyślenie czy to, co robi, jest dobre.
    - Otwierasz drzwi i wyciągasz ją trzymając jej ręce z przodu, a ja nakładam kajdany – powiedział Derekowi, gdy zdyszany wpadł do jego gabinetu. – I idziemy.
    - Rozkaz – wydyszał mężczyzna, prostując się nieco. – Tylko po co?
    - Mamy za mało zeznań i dowodów – wytłumaczył mu krótko. – Język osoby pod presją zaczyna się rozwiązywać. Graj tak, jakbyśmy już byli pewni, że to ona zabiła tę kobietę.
    - Szef to ma głowę do planowania dramatów – skwitował policjant, uśmiechając się szeroko. – To będzie ciekawe.
Wyszli na parking i od razu skierowali się do wozu, z którego patrzyła na nich zbita z tropu Hazel. Wysiadła z samochodu w chwili, gdy Harrison dał jej znak ręką. Całą trójką podeszli do tylnych drzwi, Derek szybko je otworzył, wyciągając chude i blade ręce Mallory przed nią. Byrne poczuł się, jakby właśnie podpisywał pakt z diabłem; jakby oddanie pracy zmuszało go do radykalnych środków. Bo właściwie tym była ta cała akcja, prawda? Radykalnym środkiem.
    Wyciągnął kajdany z kieszeni i założył je na nadgarstki aktorki. Jego twarz pozostawała spięta i surowa, choć w środku panowała burza.
    - Zapraszamy do środka – niemalże warknął. – Montgomery, przygotuj tymczasową celę.

Ostatnio zmieniony przez Rissie (06-08-2019 o 12h25)


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#8 13-08-2019 o 22h30

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200

K  A  T  H  E  R  I  N  E    M  A  L  L  O  R  Y
“Acting is half shame, half glory. Shame at exhibiting yourself,
glory when you can forget yourself.”


        Nigdy w życiu nie przeklinała Emily w myślach tak bardzo jak teraz, kiedy była prowadzona do radiowozu, całe szczęście zasłonieta przez policjantkę, która przyniosła komisarzowi notatki z pozostałych przesłuchań. Gdyby staruszka widziała, jak dopiekła blondynce nawet po swojej śmierci, zapewne zaśmiewałaby się do rozpuku i pokazałaby Mallory środkowy palec, dumna z siebie. Katherine była całkowicie pewna, że nigdy nie została tak upokorzona jak w tym momencie, kiedy wsiadała do policyjnego samochodu, a co gorsze, naprawdę była niewinna.
        - Naprawdę myślicie, że jestem winna? To jakaś cholerna pomyłka - mruczała blondynka, kiedy policjantka wcześniej towarzysząca Harrisonowi wsiadła za kierownicę pojazdu. Hazel spojrzała na nią bez cienia współczucia, a Katherine czuła, jak jej nadzieje na wypuszczenie powoli umierały.
        - Czy to pomyłka, ustalimy na komisariacie - odpowiedziała jedynie.
        Jechały przez kilka minut w ciszy przerywanej jedynie cichymi warknięciami wydobywanymi z silnika przy zmianie biegów, co jasno wskazywało, że temu samochodowi potrzebne było nieco więcej uczucia. Po upływie tych kilku chwil zatrzymały się, a na siedzienie pasażera z przodu wsiadł kolejny policjant, którego Katherine jeszcze do tej pory nie widziała. Wydawał się być znacznie bardziej pełny energii niż Hazel oraz Byrne.
        - Jeśli panience się spieszy, to jedźmy na sygnale. Powinna docenić, że tak staramy się zapewnić jej rozrywkę w, być może, ostatnich chwilach wolności - powiedział wesoło, a Katherine siłą woli powstrzymywała się przed wszelkimi uwagami wyrażającymi poirytowanie. Nie mogła jednak za bardzo sobie zabraniać, ponieważ szybko by zwariowała i jeszcze mogłaby uwierzyć, że zrobiła coś, z czym niestety nic wspólnego nie miała.
        - Wspaniale, niezmiernie doceniam - odpowiedziała cierpko, siląc się na ironię nawet w takiej chwili.
        Odwróciła wzrok od policjantów i spojrzała w okno, zastanawiając się czy rzeczywiście ktoś postanowił ją wrobić, posyłając do więzienia na długie lata. Nie łudziła się - Scott wtedy szybko by się od niej odsunął w momencie wyroku jeśli jego najlepsi prawnicy lub łapówki w najgorszym możliwym wypadku nie dałyby sobie rady z londyńską policją. Katherine obiecała samej sobie, że jeśli miała wyjść na wolność, to dopilnuje, by osoby, które uznały ją idealnego kozła ofiarnego srogo zapłaciły za te chwile upokorzenia i niepokoju. Nawet nie chciała myśleć, że skazana za morderstwo wyszłaby zza krat jako starsza, nieatrakcyjna, a na dodatek biedna kobieta, która nie miałaby już czego szukać w teatrze, a innego wykształcenia nie miała.
        - Widzisz, Haz? - Drugi policjant zwrócił się do kobiety. - Chociaż jedna docenia moje starania.
        Montgomery prychnęła, a Mallory ponownie zwróciła uwagę na dwójkę policjantów siedzących z przodu, postanawiając, że nie mogła pozwolić sobie na żaden wyrok. W tym momencie blondynka najchętniej udusiłaby własnymi rękoma zamordowaną przez to, co miała przejść i czarną wizję przyszłości.
        - Jakbym nie była na nogach od drugiej to coś bym ci odpowiedziała, koleżko. - Kobieta rzeczywiście wydawała się być niezwykle rozdrażniona.
        - Jeszcze bardziej bym doceniła, gdybym mogła się dowiedzieć, czy macie jakiekolwiek dowody poza tym, że moi nielubiący mnie współpracownicy obwinili mnie o coś, czego nie zrobiłam? - wtrąciła się Katherine. Nie mogła się poddawać pesymistycznym myślom, chociaż braki snu i koszmary tej nocy utrudniały całe przedsięwzięcie.
        - Ściśle tajne - rzuciła Montgomery. - Chociaż w sumie nie. Ja nie wiem, tylko wykonuję polecenia. To szef decyduje, kogo zabieramy na komisariat i jak traktujemy. Widocznie podpadła mu pani.
        - W takim razie będę niezmiernie zadowolona mogąc z nim to wyjaśnić - odpowiedziała młoda kobieta, opadając ponownie na fotel z tyłu pojazdu.
        Nikt już nie wypowiedział ani słowa przez całą drogę do komisariatu. Policjantka była na to zbyt zmęczona, jej towarzysz najwyraźniej to rozumiał, a Katherine układała w głowie wszystkie pytania, które chciała zadać komisarzowi. Modliła się tylko w duchu, by ten nie zachowywał tego spokoju, który tak ją wyprowadzał z równowagi i sprawiał, że miała ochotę zacząć krzyczeć. Zdecydowanie nie mogła sobie pozwolić na tę przyjemność, pozostało jej jedynie gryźć się w język.
        Gdy w końcu dotarli mężczyzna wysiadł, mamrocząc, że pójdzie po szefa. Zaraz za nim z samochodu wyszła policjantka, otwierając drzwi Mallory i patrząc na nią surowo wskazała ręką, by ta również opuściła pojazd. Katherine westchnęła i wygramoliła się, nie czując ani trochę klasy w całej tej sytuacji. Właśnie wtedy Montgomery chwyciła dłonie Katherine, wyciągając je do przodu. Blondynka nie zdążyła zapytać o co tu do cholery chodziło, ponieważ na jej nadgarstkach pojawiły się kajdanki, założone przez Byrne'a. Musiała wykorzystać całą dostępną siłę swojej woli, by nie zacząć wygłaszać przemowy o własnych prawach i ich łamaniu przez tego człowieka.
        - Wspaniale komendancie, ale wystarczyło poprosić, jeżeli chciał mnie pan zobaczyć w kajdankach. Chociaż biorąc pod uwagę to przywitanie, raczej bym się nie zgodziła - warknęła, próbując nie pokazać złości z zupełnie odwrotnym tego skutkiem.
        Harrison parsknął śmiechem i przekazał ją kolejnemu mężczyźnie, który od razu chwycił ją pod łokieć. Katherine spojrzała na tego drugiego spojrzeniem, które miało wzbudzić przerażenie, ale ostatecznie wyszło bardzo żałośnie w sytuacji, w której się znajdowała. Byrne prawym palcem wskazującym postukał się w obrączkę na lewym palcu serdecznym.
        - Niestety jestem już zajęty. Póki co może udać się pani na randkę ze Smithem.
        - Wspaniale się składa - powiedziała, wyciągając przed siebie zakute w kajdanki dłonie i chwaląc się pierścionkiem z kamieniem, który jej zdaniem był zdecydowanie zbyt duży. - Bo ja mam narzeczonego. I chciałabym, żeby dowiedział się gdzie jestem i jak najszybciej się tym zajął. - Reakcją bruneta był jedynie uśmieszek.
        Blefowała. Wiedziała, że nazwisko i pozycja społeczna Scotta mogły sprawić, że nie doszłoby do żadnego przesłuchania, ale nie chciała, by ten starszy mężczyzna dowiedział się o całej tej sytuacji. Byłby na nią wściekły i mógłby uznać za przeszkodę w karierze, kiedy miała być ładną, spełniającą się gdzieś w tle zabawką. Idealną reprezentacją na bankietach, dopóki nie zostałaby uznana za kryminalistkę. Z drugiej strony, blondynka doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że mogła potrzebować pomocy narzeczonego. Niestety, ten się nie pojawił niczym dziadek księcia na białym koniu i została zaprowadzona do sali przesłuchań.
        Komisariat sprawiał, że czuła się niepewnie. Tym bardziej, gdy ten Smith siedział naprzeciwko niej, a ten cholerny komisarz stał i opierał się o framugę drzwi. Przez to, że gdy Byrne szedł przez kilka chwil przed nią na korytarzy, musiała przyznać, że było na co popatrzeć jeśli chodziło o jego tyły, z jakiegoś dziwnego powodu nie chciała na niego spojrzeć. Wywróciła oczami, gdy przesłuchujący wyciągnął dyktafon i zaczął do niego mówić.
        - Sprawa Emily Farfaix, przesłuchanie Katherine Mallory. Obecni Alexander Smith oraz Harrison Byrne - odchrząknął i zaczął zadawać pytania. - Kiedy ostatnio widziała się pani z zamordowaną?
        - Wczoraj w nocy, na spektaklu "Sen nocy letniej", w którym razem grałyśmy. Po skończeniu występu już jej nie widziałam, wszyscy się rozeszli po swoje rzeczy - odpowiedziała zgodnie z prawdą. Postanowiła nie zaczynać żadnych gierek w tym drażliwym momencie.
        - Czy zauważyła pani, by zamordowana zachowywała się podejrzanie? Co robiła poza sceną? - kontynuował policjant, a Katherine w duchu uznała te pytania za przypominające sceny z filmów.
        - Nie mam pojęcia, Emily nieszczególnie się do mnie kiedykolwiek odzywała. Nawet ciężko mi stwierdzić jakie zachowanie u niej mogło być podejrzane.
        - Och, czyli bardzo się panie nie lubiły? W skali od jednego do dziesięciu, na ile pani nie przepadała za nią, a ona za panią? - podchwycił trop przesłuchujący.
        Katherine poczuła jak jej poziom zdenerwowania nieco wzrósł i mimowolnie zaczęła się nieco kręcić na niewygodnym krześle. Nie miała pojęcia jak powinna w tym momencie ocenić swoją relację z Emily, ale zdecydowanie nie należały do najlepszych. Konflikt między kobietami raz polegal na nieustannych kłótniach, by później przybrać postać zimnej wojny, pełnej pogardliwych uśmiechów i prowokacyjnych stwierdzeń.
        - Ujmę to w ten sposób - ona najchętniej własnoręcznie zepchnęłaby mnie ze sceny, rzucając za mną coś ciężkiego, żebym na pewno już nigdy się tam nie pojawiła. Na jej nieszczęście, postanowiłam uznać nieustanne narzekanie staruszki za kryzys i nie przejmowałam się uwagami sfrustrowanej wariatki. Liczyłam na to, że może kogoś sobie w końcu znajdzie i zacznie wyładowywać negatywne emocje na partnerze.
        Alexander spojrzał na swojego szefa niepewnie, a ten parsknął śmiechem i pokiwał głową. Katherine spojrzała na policjanta, który do tej pory przypominał milczącą figurę, z niestety świetnym tyłkiem. Nie potrafiła rozgryźć komisarza i tego czy rzeczywiście uznawał ją za winną morderstwa Emily.
        - Cóż... Dobrze. Niech będzie, że to odpowiedź na moje pytanie. - Alexander kontynuował, jednak przez chwilę panowała cisza. - Kogo najszybciej posądzałaby pani o morderstwo? Czy to mogło być samobójstwo?
        - Podejrzewam którąś z osób mówiących, że to ja ją zamordowałam, bo to jakiś cholerny absurd. Kto wie, może to i samobójstwo, w końcu raczej była samotna - odpowiedziała, wzruszając ramionami. Nie miała pojęcia o prywatnych relacjach Farfaix, ale wiedziała, że potrafiła być prawdziwą jędzą, więc nie byłaby zdziwiona, gdyby miała wielu wrogów.
        - Poproszę nazwiska. - W tym momencie Katherine mimowolnie parsknęła śmiechem. Zaczęła się zastanawiać czy rzeczywiście policja w tym kraju tak właśnie pracowała i prezentowała ten poziom błyskotliwości.
        - Mam podać nazwiska osób, które uznały mnie za winne? Jest mi niezmiernie przykro, że muszę pana rozczarować, ale jeszcze nie nabyłam umiejętności telepatii. Co za szkoda! - Głos Mallory przepełniony był ironią upozorowaną na życzliwość.
        -  Proszę o nazwiska pani współpracowników. Tych, którzy za panią nie przepadają, i tych, którzy mogą uważać panią za winną. - Na twarzy Smitha panował nieustanny spokój, co idealnie pasowało do tego mężczyzny w średnim wieku. Blondynka nie była w stanie odczytać żadnych emocji z tej twarzy, przypominającej pod tym względem czystą kartkę papieru.
        - Holly Marynn, Joseph Parter, Neil Jackson... - zaczęła wymieniać, a w tym momencie w pomieszczeniu dało się słyszeć pukanie. Po chwili drzwi się otworzyły, a kobieta, która wcześniej wiozła Mallory do komisariatu wychyliła swoją głowę, prosząc na chwilę komisarza i nazywając to pilną sprawą. Katherine natychmiast poczuła się zaintrygowana.



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#9 15-08-2019 o 21h06

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 605

_____________________http://www.pomniejszacz.pl/files/sf.jpg

    - Jakiś starszy gość wparował na komisariat i pyta o podejrzaną – oznajmiła cicho Montgomery, krzywiąc się bardzo nienaturalnie. – Wygląda jakby urwał się z jakiejś gali dobroczynnej czy coś.
    Harrison zerknął na Mallory, a potem wymienił spojrzenia z Alexandrem. Widać ktoś zainteresował się ich podejrzaną i nieco pokrzyżował jego plany. Nie tak to miało wyglądać – kobieta miała zaczął gadać jak najęta, jak to zrobiłaby większość ludzi, by uratować swoje tyły i wyjść z tego miejsca jak najszybciej. Co ciekawe ludzie czuli się na komisariatach niesamowicie niekomfortowo, zupełnie jakby przesłuchania miały od razu oznaczać podpisanie wyroku śmierci. Chociaż aktorce świadomie dał powody do takich przypuszczeń, zazwyczaj się tak nie działo.
    Przeklęta elita społeczna.
    - Chyba przybył pani rycerz na białym koniu – powiedział głośno. – Zgaduję, że ojciec? W każdym razie Alex, kontynuuj przesłuchanie, zaraz wrócę.
    Mężczyzna wyszedł z sali przesłuchań, a Hazel podążyła za nim. Wyszli na hol główny i ich oczom ukazał się podstarzały mężczyzna w drogim, ale niedopasowanym garniturze. Jak na pierwszy rzut oka dla Haza wyglądał jak każdy wredny wujek, który ma pieniędzy jak lodu, fundujący swojej ulubionej siostrzenicy jakieś drogie prezenty.
    - Aż mam ochotę wrócić na przesłuchanie – mruknął współpracowniczce, na co ta zakasłała, tłumiąc śmiech. – Jakbym ja miał takiego ojca, pewnie uciekłby z domu od razu po skończeniu osiemnastu lat.
    Zostawił Montgomery i podszedł do mężczyzny, wyciągając w jego stronę dłoń. Niestety zostawała ona zignorowana, zamiast tego gość odezwał się nieprzyjemnym, ostrym tonem:
    - Wspaniale, czy to szef tego cyrku we własnej osobie?
    Harrison z trudem opanował chęć trzaśnięcia temu gościowi. Za długo nie spał, by taki brak taktu nie spowodował, że żyłka na jego czole zaczęła miarowo pulsować. Narzucił sobie jednak spokój i uśmiechnął się pogodnie.
    - W rzeczy samej. W czym mogę pomóc?
    Siwe włosy i pomarszczona skóra nie sprawiały, że Byrne miał ochotę odwrócić się i zająć innymi swoimi obowiązkami. Nie, nie. To, co powodowało tę chęć, kryło się w jego przerażających oczach.
    - Doszły mnie słuchy, że moja wspaniała narzeczona wbrew swojej woli musi przebywać z podobnymi panu kretynami, ponieważ jest na przesłuchaniu w sprawie o morderstwo. Z chęcią zobaczyłbym nakaz aresztowania - odpowiedział, uśmiechając się.
    Haz zmarszczył brwi i pstryknął na przechodzącego obok policjanta. Starał się nie pokazać po sobie, jak bardzo irytowała go zbyt biała proteza w otwartych ustach mężczyzny.
    - Możesz przynieść mi pewną kartkę? Leży na moim biurku. - Spojrzał na jegomościa i powiedział: - Prosiłbym jednak, by powściągnął pan język. My tylko wykonujemy swoją pracę.
    Nie minęło pół minuty, a zdyszany policjant przybiegł z powrotem z podkładką, na której znajdował się dokument, podpisany i zatwierdzony przez dowództwo. Wręczył ją Harrisonowi, a ten przekazał ją mężczyźnie.
    - Czy mogę coś jeszcze dla pana zrobić?
    Na twarzy narzeczonego Mallory nie malowały się żadne emocje, co niespodziewanie uspokoiło komendanta. Jeżeli ktoś z wyższych sfer zachowywał się w ten sposób, oznaczało to, że próbował coś ukryć. Haz za dużo czas spędził z ludźmi podobnymi do niego, by to przeoczyć.
    - Tak, z chęcią usłyszę pana ostatnie życzenie dotyczące pracy w tym miejscu jeśli moja narzeczona nie pojawi się dzisiaj w domu. Ostatnio nieco zapomniałem o starych znajomych i z częścią bardzo chętnie porozmawiałbym na temat niekompetencji tutejszego komisariatu. - Uśmiech na jego twarzy stał się pełen ironii, jakby sprawiało mu to przyjemność
    Harrison wzruszył ramionami, choć mięśnie jego pleców napięły się, jakby samowolnie szykowały się do skoku. Kiedy ten cyrk się skończy, będzie potrzebował więcej kawy. I co najmniej doby snu. 
    – Aktualnie pańska có... narzeczona przechodzi rutynowe przesłuchanie, jak każdy, kto jest podejrzany o morderstwo. Póki co żadne poszlaki nie wskazują na to, że było to jej dzieło, nie zostanie zatrzymana na czas dochodzenia. Proszę więc o zachowanie odrobiny kultury.
    Staruszek zaczął się śmiać.
    - Morderstwo byłoby dla tej kobiety procesem wymagającym zbyt dużej ilości myślenia, o ile dobrze mnie pan rozumie. Ładna, ale głupia. - Po chwili spoważniał. - Skoro nie ma żadnych poszlak, to zajmijcie się czymś, co wam jej da, zamiast przesłuchiwaniem niewinnej osoby.
    Harrison prawie się najeżył. Prawie. Jak człowiek mógł mówić tak o innym człowieku? Zwłaszcza jeśli była to kobieta – wybranka jego serca. Chociaż właściwie to pewnie czegoś niżej, niż serce. Czegoś pod pęcherzem moczowym.
    - Takie są nasze obowiązki. Każdy podejrzany, nieważne, w jakim stopniu go podejrzewamy, musi zostać przesłuchany. Chociaż... tak, muszę przyznać, że procedury przesłuchać w tym kraju nie zawsze się sprawdzają. - Harrison nie pozwalał, by jego twarz wyrażała jakiekolwiek emocje. Słowa tego człowieka... Boże, rzeczywiście na pierwszy rzut oka dobrze go ocenił. - Proszę tu zaczekać, niedługo przesłuchanie dobiegnie końca i pańska... narzeczona będzie wolna. Czy życzy pan sobie zaświadczenie o niewinności na piśmie?
    - To śmieszne, że muszę marnować czas w tym małpim gaju, ale niech będzie - odpowiedział, siadając na krześle w aneksie, zagospodarowanym na poczekalnię. - Podziękuję, wystarczy mi, że będę miał swoją kobietę znowu przy sobie.
Harrison opanował chęć wywrócenia oczami. Przywołał skinieniem ręki Montgomery, która stała kawałek dalej. Kąciki jej ust drgały nienaturalnie przez tłumiony śmiech.
    - Podać panu kawę? Może herbatę? - zapytała usłużnie, wymijając szefa, który skierował się szybko z powrotem do sali przesłuchań.
    Zmył się czym prędzej i z bijącym niesamowicie szybko sercem i zaciśniętymi dłońmi. Nim nacisnął klamkę, pozwolił sobie na uspokojenie oddechu i rozprostowanie palców.
     - Alex, kiedy kończysz? - Wychylił się zza drzwi, uśmiechając się lekko. Ciemnowłosy mężczyzna odwrócił się w jego stronę, z dziwnym, niebezpiecznym błyskiem w oku. Tak, jakby mała aktoreczka dawała mu w kość.
    - Już możemy - odpowiedział prędko, dopowiedział kilka ostatnich zdań do mikrofonu i wstał. Odkluczył kajdanki Mallory i wskazał jej drogę, choć ta doskonale wiedziała, którędy ma iść. - Czyli jest pani wolna. - Haz przesunął się w drzwiach, by pokazać jej, że może wyjść. - Pani o... narzeczony czeka na zewnątrz.
    Przechodząc obok niego, Mallory zatrzymała się na chwilę, dokładnie i prowokująco spoglądając w jego oczy. Harrison powstrzymał parsknięcie, przypominając sobie, jak jej narzeczony chwilę temu prawie nazwał ją bezmózgą. Oj nie, ona zdecydowanie potrafiła myśleć. I pokazywać, że nie da się zastraszyć.
    - Miło było pana poznać, komisarzu - pożegnała się, odchodząc.
    Uśmiechnął się tylko i nie odpowiedział jej. I tak już poszła.
    Za to sięgnął po telefon i napisał szybko esemesa. Potrzebował gorącej kąpieli, butelki wina i doby snu.


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#10 21-08-2019 o 21h36

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200

K  A  T  H  E  R  I  N  E    M  A  L  L  O  R  Y
“Acting is half shame, half glory. Shame at exhibiting yourself,
glory when you can forget yourself.”


        Chociaż próbowała wyglądać na nieustraszoną gdy szła korytarzem, szukając wzrokiem Scotta, w środku poczuła lekkie ukłucie strachu. Pragnęła jak najszybciej wydostać się z tego bezcelowego przesłuchania, które na dodatek stało się niezwykle nudne bez komendanta oraz jego ironicznych uśmieszków, ale nie chciała, by narzeczony tak szybko się dowiedział, że została podejrzaną w sprawie morderstwa. Potrzebowała trochę czasu, by samej móc mu o tym powiedzieć, ale najwidoczniej nie miało jej być to dane.
        - Katherine - przywitał ją Scott, składając na policzku kobiety mokry pocałunek. Musiała powstrzymać samą siebie przed reakcją pełną obrzydzenia, gdy w rzeczywistości miała ochotę go odepchnąć. Wyglądał jak próbująca się odmłodzić karykatura staruszka, a jednak został jej narzeczonym, pomagając spełniać kolejne cele.
        - Scott - odpowiedziała, nieznacznie się odsuwając, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że mogła sobie tym jedynie zaszkodzić. Nie oczekiwał od niej prowadzenia wybitnej konwersacji, umiejętności kucharskich, sprzątania czy czegokolwiek wymagającego myślenia, a jednak ostatnimi czasy zauważała, że mógł chcieć za dużo. Mimo osobnych sypialni, raz na jakiś czas musieli spotykać się sami, a jakikolwiek dotyk ze strony Scotta obecnie sprawiał, że Katherine miała ochotę zwymiotować.
        Mimo wszystko dała złapać się mężczyźnie za dłoń i poprowadzić w stronę wyjścia. Nie mogła narzekać, kiedy robiło się trudniej, skoro była taka zachwycona dostaniem propozycji pracy w teatrze, noszeniem pięknych ubrań oraz mieszkania w ogromnym domu. Nie dało się zjeść ciastko i mieć ciastko, a już wybrała ten sposób życia, więc nie dałaby rady się od niego odwrócić i zaczynać stamtąd, gdzie wszystko wydawało się tak trudne, że wręcz niemożliwe do osiągnięcia.
        Para narzeczonych wsiadła razem w ciszy do czarnego auta prowadzonego przez kierowcę, który od lat pracował dla biznesmena.    Mallory była już pewna, że miała uniknąć długiej pogawędki na temat własnej bezmyślności, ale najwyraźniej Scott czytał jej w myślach, ponieważ zaledwie sekundę później się odezwał. Kobieta niespokojnie założyła nogę na nogę, czekając na swój wyrok.
        - Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie, na jak ogromne straty mnie spisałaś swoją głupotą? - mówił tak łagodnie i spokojnie, że jak zawsze nie potrafiła dopasować tego tonu do ostrych słów. - Jak ktokolwiek ma traktować mnie poważnie, kiedy u swojego boku mam durną kobietę, która postanowiła w tak trudnym dla mnie momencie postawić mnie w tego typu sytuacji? Masz szczęście, że mi się podobasz.
        Nie mogła się powstrzymać, zaśmiała się. Od cichego parsknięcia przeszła do głośnego, wyraźnego śmiechu, sprawiając, że staruszek był coraz bardziej zdziwiony. Była to nietypowa reakcja na zmęczenie oraz cały stres tego dnia, który zdążył młodą kobietę dodatkowo wycieńczyć, doprowadzając do stanu maniakalnego. Dlatego po całej tej obraźliwej tyradzie, zakończonej prostackim komplementem nie była w stanie okazać żadnej błyskotliwej reakcji, wystarczająco zmęczona wymyślaniem uprzejmych odpowiedzi na przesłuchaniu. Rzecz jasna tym mniej uprzejmych, im bardziej pytanie było głupie.
        - Nienormalna... - wymruczał jedynie Scott, kiedy jego narzeczona ocierała łzy śmiechu. Być może nie było to coś typowego jeśli chodziło o bycie oskarżoną o morderstwo, ale na całe szczęście nie doszło do tego wybuchu radości przy jednym z policjantów.
        Chwilowo nie przejmując się swoim narzeczonym zaczęła analizować całą tę sytuację. Za punkt honoru postawiła sobie dopaść osobę, która próbowała zrobić z niej kozła ofiarnego, a następnie w najłagodniejszym wypadku wydać policji. Musiała przyznać, że napotkany dzisiejszego dnia komendant policji okazał się postacią dosyć irytującą, ale jednocześnie interesującą, a na dodatek mógł jej się przydać. Nawet przy swojej dosyć wysokiej samoocenie musiała przyznać, że nie dałaby sobie z tym wszystkim rady sama i w najgorszej możliwej wersji wydarzeń musiała mieć kogoś, do kogo mogłaby się zwrócić.
        Mimowolnie przyszła jej na myśl dziennikarka, której swego czasu pomogła w pozbyciu się szefa z problemem jeśli chodziło o trzymanie rąk przy sobie, do tej pory nie dopominając się o swój dług. Szybko wyszukała w swoich kontaktach Lucy, a następnie napisała wiadomość, uśmiechając się z zadowoleniem. Znajdź mi adres komendanta londyńskiej policji. Nazywa się Harrison Byrne. Dziennikarka od pół roku nieustannie awansowała do coraz bardziej wpływowych magazynów, zbierając nowe kontakty i stając się coraz bardziej użyteczną. Właśnie na taki moment wykorzystania przysługi Katherine czekała. Gdy samochód się zatrzymał, a ona wysiadała, postanowiła korzystać z możliwości kontaktu z policjantem jedynie w ostateczności, obecnie zdając się na samą siebie.

Ostatnio zmieniony przez Aveline (21-08-2019 o 21h37)



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#11 25-08-2019 o 20h24

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 605

https://funkyimg.com/i/2Wub1.png


Cała reszta dnia pracy – dwie godziny wypełniania dokumentów, przy których przysypiał – wlokła się Harrisonowi bardziej, niż powinna. Miał zamiar udać się szybciej do domu, ale gdy usiadł przy swoim biurku, okazało się, że nikt z obecnych nie miał odpowiedniej rangi, by zająć się pewnymi papierami. Dlatego też, napojony kolejną kawą, został  na posterunku wystarczająco długo, by bez skrupułów warczeć na współpracowników. Oni, całe szczęście, usuwali mu się z drogi i uwijali ze swoją pracą, jakby się paliło.
    Dobrze, bardzo dobrze.
    Kiedy wszystkie uzupełnione i podpisane dokumenty spoczęły w odpowiednich teczkach na biurku Byrne’a, czekając, aż ktoś je zabierze, mężczyzna już zbierał się do domu. Jako że nie wziął ze sobą kurtki, wystarczyło podrzucić do wozu policyjnego podrzucony mundur i wrócić do domu.
    Wsiadając do samochodu, wziął głęboki oddech. Ten dzień, choć nie zapowiadał się tak strasznie, okazał się jednym z najcięższych w tym roku. Praca z rozwydrzonymi aktorkami i ich ojco-narzeczonymi powinna znaleźć się na jego liście rzeczy, których nienawidził. Bez dwóch zdań, następnym razem, gdy wydarzy się coś podobnego, weźmie urlop na żądanie i nie będzie dbał o to, czy została zabita Meryl Streep, czy Angelina Jolie.

    Cały tydzień ciągnął się równie niemiłosiernie, co tamten felerny poniedziałek. Udało im się przesłuchać wszystkich pracowników teatru, łącznie ze sprzątaczkami i kasjerami. Najbardziej irytującym aspektem tego jednego dochodzenia było to, że nie było osoby, która miałaby motyw. Żadna z aktorek, zazdroszczących starszej talentu i pieniędzy, nie mogłaby zrobić czegoś takiego. Żaden aktor nie pokusiłby się o morderstwo, nawet gdyby kobieta czegoś mu odmówiła. Choć pani Farfaix miała swoje za uszami, za życia zyskała dużo szacunku u współpracowników. Nic dziwnego również, że reszta współpracowników nie przepadała za Katherine Mallory. Skoro kobieta miała na pieńku ze zmarłą, wiadome było, że jej przyjaciele nie będą za nią przepadać. Chociaż właściwie, z tego, jak ludzie obarczali ją winą za śmierć starej znajomej, może jej chłodne relacje z Farfaix nie były jedyną kością w gardle tych ludzi.
    Harrison poznał jej narzeczonego i w miarę upływu czasu, gdy myślał o Mallory i tym mężczyźnie, który okazał się biznesmenem, zapewne podcierającym się banknotami stu funtowymi, zrozumiał, że to, co mogło nimi kierować, było zwykłą zazdrością. Część z nich żyła na dobrym poziomie, część nieco wyżej – w końcu zarabiali lepiej, niż taki komendant; ale żadne z nich nie mogło poszczycić się takimi zarobkami jak Scott Ford.
    Zazdrość, pielęgnowana od dawna, miała równie silną moc, co miłość. A jeżeli tego drugiego nie było, czymże ktoś taki, jak Katherine mógłby się bronić? Harrison żałował tej kobiety i tego, w jakim położeniu się znajdowała. Może i nie znał jej historii, ale był pewien jednego – żadna żyjąca istota nie powinna znajdować się w tak fatalnym położeniu, otoczona ludźmi, wyczekującymi tylko jej potknięcia. Bez wsparcia narzeczonego, który mógłby być jej ojcem. Właśnie, jeśli chodziło o tego faceta, Byrne wykonał dogłębny research i znał prawie na pamięć i po kolei wszystkie jego dziewczyny – młode, chude, z nogami aż do nieba i niemożliwą ilością plastiku na twarzach. Mężczyzna nie chciał tego przed sobą przyznać, ale Mallory nie pasowała mu do tej kolekcji. Wyglądała… inaczej. Nie był w stanie jednak powiedzieć, co różniło ją od pozostałych. Może powinien poprosić Josephine o to, żeby go oświeciła?
    - Mówiłam ci, żebyś odseparował swoją pracę od życia prywatnego. – Głoś ex-żony Harrisona ociekał ironią i czymś, co uznał za rozbawienie. 
    - I kto to mówi? – odgryzł się, biorąc łyk herbaty. W ciągu jednego tygodnia kawa zbrzydła mu tak, że nie był w stanie na nią patrzeć. – Kobieta, która wyszła za zwykłego policjanta-pachołka.
    Josephine parsknęła śmiechem.
    - Przypomnę ci, Haz, że nie wszyscy przypadkowi policjanci mają lepsze tyłki niż niejedni aktorzy.
    Mężczyzna prawie zakrztusił się swoim napojem. Odstawił go szybko na stolik, żeby nie powodować większych szkód. Plamę na drogiej, skórzanej i przede wszystkim jasnej kanapy byłoby ciężko sprać i nie chciał ryzykować.
    - A tak poważnie, Harrison, dlaczego dzwonisz do mnie i chcesz rozmyślać nad sensem życia w niedzielę blisko północy? – zapytała kobieta, kiedy jej nie odpowiedział. – Nie idziesz jutro do pracy, zajmować się następnymi, iście interesującymi sprawami?
    Rozprostował wygodniej nogi i podparł głowę na ramieniu, kładąc się na kanapie. Kochał takie wieczory, kiedy nikt mu nie przeszkadzał, za to on wydzwaniał po wszystkich. Słuchał przy tym relaksacyjnej muzyki Chopina i popijał jakiś ciepły albo wysokoprocentowy napój i nie przejmował się niczym.
    - Kazali mi wziąć wolne – pożalił się bardzo smutnym głosem. – W piątek prawie wykopali mnie na próg, mówiąc, że mam odpocząć. Chyba byłem zbyt zrzędliwy, nawet jak na siebie.
    Josephine roześmiała się serdecznie w odpowiedzi. Porozmawiali jeszcze chwilę, gdy nagle ktoś zaczął dzwonić dzwonkiem do mieszkania Haza, na przemian z pukaniem w drzwi. Pożegnał się szybko z byłą żoną i wstał, prostując się. Spojrzał na siebie, długie spodnie od piżamy i swoją klatkę piersiową z myślą, że powinien coś na siebie założyć, ale kiedy dzwonek stał się jeszcze bardziej zniecierpliwiony, odpuścił. To coś musiało być ważniejsze od jego koszulki.
    Nie spojrzał przez Judasza, niemalże pewien, kogo spotka na zewnątrz. Otworzył drzwi i stanął jak wryty. To była chyba jedyna osoba, której nie mógł się spodziewać.
    - Oh – mruknął. – Dobry wieczór…?
    Co Katherine Mallory robiła o północy przed jego mieszkaniem?


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#12 29-08-2019 o 22h03

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200

K  A  T  H  E  R  I  N  E    M  A  L  L  O  R  Y
“Acting is half shame, half glory. Shame at exhibiting yourself,
glory when you can forget yourself.”


        Młoda aktorka nieustannie próbowała zapomnieć o całym przesłuchaniu i jego możliwych konsekwencjach. Policja nie pojawiła się już w jej drzwiach, a Scott zdawał się wybaczyć przyszłej żonie ewentualne błędy jeśli chodziło o reputację. Dla odmiany, współpracownicy Mellrose postanowili traktować ją jak zło wcielone, nieustannie rzucając posępne spojrzenia i wydając w myślach wyrok na kobietę. Co robiła ona? Uznała, że nie warto było się przejmować fałszywymi pachołkami i z głową uniesioną oraz uśmiechem przyjęła kolejną rolę. Ponownie mogła wpaść w ciąg prób oraz uczenia się tekstu, zapominając o Mordercy z Białą Różą, jak przechrzcili sprawcę dziennikarze, zdobywając ciekawe informację o tym, że przy zmarłej znaleziono właśnie takie kwiaty. Rzec można było, że cała sprawa zaczęła się nadawać na porządny thriller.
        Jednak głowa Katherine była w tym momencie wypełniona zupełnie innego rodzaju problemem. Długa, przylegająca do ciała, czerwona sukienka oraz limuzyna, w której siedziała, były oczywistymi znakami tego, że wracała z kolejnej eleganckiej kolacji, na które zabierał ją Scott. Sam Ford siedział obok, ignorując istnienie patrzącej w ciemną przestrzeń za oknem narzeczonej i jedynie poprawiając nieistniejące pyłki na smokingu. Tym razem było to spotkanie nie tyle biznesowe, co pozornie towarzyskie, z przyjaciółmi biznesmena, jednak i tak wszystko zostało sprowadzone do firmy oraz pieniędzy.
        Właśnie wśród tych rozmów rekinów biznesu w końcu nieśmiało wtrąciła się jedna z żon, które rzadko się odzywały. Zapytała o coś, co rozpoczęło prawdziwą dyskusję – kiedy Mallory miała zostać panią Ford? Mężczyźni podjęli temat kosztów oraz tego, jak takie wydarzenie mogło wpłynąć pozytywnie na reklamę czy ocieplenie wizerunku w mediach, kobiety zaś szczebiotały o niezwykłości tego dnia, wspaniałych sukniach czy pięknym weselu.
        W tym momencie Katherine tak samo jak wtedy czuła, że jej głowa mogła wybuchnąć w każdej chwili. Podobał jej się do tej pory status narzeczonej, dzięki któremu zyskała część władzy w domu nad siostrą Scotta, miała dostęp do pieniędzy oraz znajomości, a na dodatek nie musiała się niczym przejmować. Wizja ślubu ją przerażała i sprawiała, że traciła do tej pory stabilny grunt pod nogami. Wiedziała, że w tym momencie nie mogła się wycofać, ale zaczynała również myśleć, że wpakowała się w coś nie na swoje siły.
        Jej rozmyślania zostały przerwane przez delikatne zatrzymanie samochodu, z którego natychmiast wysiadła, uważając jednak na jasną sukienkę. Poczuła, jak chłodne powietrze otuliło jej ramiona, powodując dreszcze oraz jak największą chęć spokojnego znalezienia się w łóżku, przez co nieco szybciej podążyła w stronę domu i werandy do niego prowadzącej. Przed drzwiami znalazła jednak coś, co sprawiło, że zaczęła się rozglądać dookoła niespokojnie, szukając jakichkolwiek śladów innego człowieka. Tym razem ciarki na jej plecach nie były spowodowane przez chłodne, nocne powietrze, a przez kwiat leżący na wycieraczce.
        - Tym razem jakiś biedny ten twój fan – odezwał się z tyłu Scott, powodując, że kobieta prawie podskoczyła, zbyt skupiona na wpatrywanie się w białą różę.
        - Tak, masz rację, wyrzucę to – wymamrotała, podnosząc kwiat i odsuwając się, by starszy mężczyzna mógł przejść. Po chwili jednak miała ochotę zaśmiać się sama z siebie i z własnej głupoty. Najwidoczniej za dużo naczytała się głupich artykułów i uwierzyła w jakiegoś Mordercę z Białą Różą, przez co sama była sobą rozczarowana. Jednak gdy dostrzegła bilecik przy kwiatku, chwilę się zawahała zanim go otworzyła, czując jak jej serce z każdą sekundą przyspieszało, bijąc coraz mocniej. W końcu zmusiła samą siebie do przeczytania liściku.
LICZ DO SZEŚCIU, KWIATUSZKU
                             TWÓJ FAN

        - Wychodzę na chwilę! – zawołała nieco łamiącym się głosem do domu zanim zamknęła drzwi wejściowe i wyszukała na telefonie numer do taksówki. Wiedziała, że w swoim obecnym stanie nie mogła prowadzić, wystraszona czegoś tak pięknego, a jednocześnie zwykłego jak biała róża, z trzęsącymi się dłońmi i pełnymi przerażenia myślami. W tamtym momencie nie była w stanie pomyśleć o jakimkolwiek innym rozwiązaniu niż udaniu się w pewne miejsce, czego mogła później żałować. Z drugiej strony, co robić kiedy człowiek podejrzewa, że otrzymał ostrzeżenie od mordercy?
        Gdy w końcu siedziała w taksówce, musiała zrobić cokolwiek by powstrzymać pędzące w złym kierunku, paranoiczne myśli. Zaczynała podejrzewać o bycie mordercą nawet mężczyznę siedzącego za kierownicą, co graniczyło już z absurdem. Wzięła kilka głębokich oddechów i spróbowała się uspokoić. W końcu być może przesadzała. Każdy w Londynie mógł do tej pory dowiedzieć się o tym, że znakiem rozpoznawczym mordercy były białe róże przy ciele ofiary. Równie dobrze jeden ze współpracowników mógł chcieć ją zniechęcić do pracy i zabawić się emocjami aktorki, robiąc okrutny żart. Ewentualnie ktokolwiek, kto mimo braku skandalu usłyszał, że była podejrzana i przesłuchiwana w sprawie morderstwa. Już była gotowa mówić taksówkarzowi, by zawrócił, gdy ten się zatrzymał, oznajmiając, że dotarli.
        Katherine nie miała już pojęcia dlaczego te kilkanaście minut temu pomyślała, że odwiedzenie komendanta w środku nocy było dobrym pomysłem. Jednak gdy już wysiadła z taksówki wiedziała, że nie mogła czekać na kolejną. Żart czy nie żart, nie mogła powstrzymać szybszego oddechu gdy otaczała ją ciemność, gdzieś w tle usłyszała czyjś śmiech, a nie była w stanie dostrzec nikogo. Mimowolnie prawie pobiegła do drzwi, które według informacji otrzymanych przez dziennikarkę należały do Harrisona Byrne’a i zaczęła w nie mocno walić, tracąc panowanie nad sobą i własnym lękiem.
        Już miała krzyczeć, gdy drzwi się otworzyły, a przed nią stanął policjant bez koszulki. O ironio, właśnie to ją uspokoiło, sprawiając, że przez chwilę nie była w stanie wypowiedzieć ani jednego słowa, jedynie nerwowo poprawiając włosy. Odczuła tak ogromną ulgę z faktu, że nie była już tutaj sama, że potrzebowała kilku sekund by móc zachowywać się odpowiednio złośliwie.
        - Niestety, niezbyt dobry – powiedziała kąśliwie, jednak bez cienia uśmiechu na twarzy. Podoła przy tym mężczyźnie kwiat, który do tej pory kurczowo trzymała w dłoni, nie zwracając z nerwów uwagi na kolce, które teraz dały o sobie znać. – Poza tym wypada przyjmować damę w ubraniu.
        Nie była w stanie powstrzymać tej uwagi, co wskazywało na to, że najwidoczniej nie było z nią aż tak źle. Powoli do jej umysłu dobijał się rozsądek – zaraz Byrne jej wyjaśni, że historia z różami jest zmyślona i to jedynie czyjś wygłup, o który tyle się stresowała.



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#13 31-08-2019 o 15h51

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 605

https://funkyimg.com/i/2Wub1.png


    Róża była piękna – z idealnie rozwiniętym pąkiem, o płatkach białych niczym świeży śnieg. Jej łodyżka również prezentowała się pięknie – zielona, wyraźnie niedawno ścięta. Karteczka przykuła wzrok Harrisona od razu, jednak zdecydował się na zostawienie jej na sam koniec.
    Ta sytuacja wydała mu się niesamowicie abstrakcyjna i z trudem opanował odruch poruszenia żuchwą, jak to miał, gdy się denerwował.
    - Dama nie powinna napastować funkcjonariusza o tak nieprzyzwoitych godzinach – mruknął, otwierając szerzej drzwi i przepuszczając  w nich kobietę. Chciał jeszcze dodać „i to w takiej stylizacji”, jednak w ostatniej chwili ugryzł się w język.
    Sytuacja nie przeszkodziła mu jednak w przyjrzeniu się dokładniej ładnej i zapewne bardzo drogiej sukience Katherine Mallory, kiedy ta znalazła się wewnątrz jego mieszkania.
    Upewniwszy się jeszcze co do tego, czy nikt nie śledził jego niespodziewanego gościa, Byrne zamknął drzwi i przekręcił w nich gałkę – gdyby ktoś ją śledził, w co i tak wątpił, mógłby spróbować włamać się do środka, a taki drobny ruch był w stanie zapewnić im kilka sekund więcej na ucieczkę.
    - Wydawało mi się, że napastowaniem moglibyśmy nazwać tylko sytuację, w której funkcjonariuszowi przeszkadzałaby taka wizyta - odpowiedziała, posyłając mężczyźnie uśmiech, gdy minęła go w drzwiach. Po chwili jednak spoważniała, a w jej oczach pojawiło się coś przypominającego lęk. Gdy tylko ponownie znaleźli się naprzeciwko siebie, jej wzrok przyciągnęła biała róża w rękach Harrisona, będąca powodem szybszego bicia serca Katherine. - Przeczytaj liścik. Nie brzmi zbyt sympatycznie, prawda?
    Harrison spojrzał ponownie na białą różę w swojej dłoni i zmarszczył brwi. Z technicznego punktu widzenia nie był w tamtej chwili na służbie, a Mallory powinna zgłosić się z tym bezpośrednio na komisariat, gdzie natychmiast otrzymałaby pomoc. Poza tym, jasna cholera, skąd ona miała jego dokładny adres?! Niespiesznie rozchylił listki i wyjął spomiędzy nich małą, białą karteczkę. „Licz do sześciu, Kwiatuszku. Twój fan”. Mężczyzna nieomal wzdrygnął się, przypominając sobie, co znaleziono przy ciele Emily Farfaix.
    Zerknął na Mallory, a następnie ponownie na karteczkę, wzdychając ciężko.
    - Napijesz się czegoś? – rzucił, podchodząc do aneksu kuchennego. Nalał wody do czajnika elektrycznego i podłączył go do prądu. Pomimo swojego wcześniejszego uderzenia strachu, Harrison nie widział powodu do pośpiechu ani szans na to, by ktoś a. dowiedział się, gdzie znajdowała się Mallory, b. zaatakował ich w tym miejscu. Kobieta wydawała się niesamowicie przerażona tym, co ją spotkało, i jego to nie dziwiło. Jednak działanie pod wpływem stresu nie przyniosłoby nic dobrego. – Kawa? Herbata? Coś mocniejszego?
    - Herbata. Bez cukru - odpowiedziała dosyć mechanicznie, idąc za mężczyzną niczym cień oczekujący jakiejś odpowiedzi. Stanęła obok niego, wpatrując się nieugięcie. - Co na ten temat myślisz?
    Otworzył górną szafkę i skrzywił się nieznacznie, zdając sobie sprawę z tego, że jedyne kubki, jakie miał, kupiła Josephine… i były to kubki typowo dla świeżych małżeństw, z typowymi, cukrowymi cytatami na ściance. „Mr. Right” i „Mrs. ALWAYS Right” – śmiał się do łez, kiedy rozpakował tamten prezent. W tamtej chwili jednak nie było mu do śmiechu, a wręcz poczuł lekki wstyd. Może sam powinien napić się czegoś, co nie wymagałoby użycia kubka?
    „Co ty p*********, Byrne”, pomyślał. „To tylko kubki, a ty widocznie będziesz potrzebował kawy.”
Postawił oba kubki na wyspie i oparł się o nią, dokładnie studiując twarz Mallory. Może to doświadczenie, a może coś innego, ale w tamtej chwili był w stanie czytać z niej jak z otwartej księgi.
    - To pierwszy taki kwiat? – upewnił się. Mallory skinęła głową, bawiąc się swoimi palcami. – Podobny znaleźliśmy przy ciele Emily Farfaix. Nie wiem, jakim cudem to skojarzyłaś, ale… Tam również była karteczka. Z numerem sześć. – Przeczesał palcami włosy, zdając sobie sprawę, że na jego wciąż nagie ramiona wstąpiła gęsia skórka. – Przy tej jest jedynka. Jeszcze pięć takich i…
    Zawiesił, bojąc się o reakcję kobiety. Nie chciał jej martwić ani sprawiać, że zaczęłaby sobie dopowiadać niewiarygodne rzeczy, ale takie były fakty. Morderca Emily Farfaix obrał ją sobie za następny cel. I Byrne czuł się dziwnie z myślą, że wie o morderstwie przed jego wydarzeniem.
    Ponownie otworzył usta, by spróbować jakoś ją uspokoić, ale wtem wydarzyły się dwie rzeczy: czajnik zaczął dzwonić, a ktoś zadzwonił dzwonkiem do drzwi. Oczy Haza rozszerzyły się nagle z przerażenia. Spojrzał na Mallory i jej strasznie drogą sukienkę – ktokolwiek to był, gdyby zobaczył, jak była odstawiona, wyobraziłby sobie nie wiadomo  co. Prawie podbiegł do kanapy, na której leżała jego bluza z zamkiem i, rzucając nią w jej klatkę piersiową, dał jej znać, by przeszła do innego pokoju. Oby domyśliła się, że kazał jej się przebrać. Oby.
Wziął głęboki oddech i przeczesał włosy palcami, podchodząc do drzwi. Spojrzał przez wizjer, automatycznie odkluczając drzwi i zamarł.
    - Cholera.


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#14 08-09-2019 o 13h58

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200

K  A  T  H  E  R  I  N  E    M  A  L  L  O  R  Y
“Acting is half shame, half glory. Shame at exhibiting yourself,
glory when you can forget yourself.”


        Cała sytuacja wydawała się Mallory wręcz abstrakcyjna, osiągając najwyższe poziomy absurdu. Stała w swojej drogiej sukni w kuchni jakiegoś komisarza, a był to już sam środek nocy, kiedy powinna była leżeć we własnym, ogromnym łóżku. Dodatkowo rozmawiali o sprawy mordercy, szykując herbatkę, o ironio, w małżeńskich kubkach. Mimowolnie parsknęła, widząc je, co dopełniało obrazka chaosu, w którym nic do siebie nie pasowało. Pomyślała, że jeśli mężczyzna rzeczywiście jakoś jej pomoże, to kupi mu normalny zestaw kubków, najlepiej jakichś kolorowych, by rozjaśnić ten wiecznie pochmurny, zmartwiony lub ironiczny wyraz twarzy.
        Właśnie wtedy, gdy na spokojnie rozważała sobie przyszłość, doszło do niej, że mogło do tego nigdy nie dojść. Prawda spadła na blondynkę gwałtownie, sprawiając, że czuła, jak zakręciło jej się w głowie. Miała przed sobą świetlaną przyszłość - żona zbliżającego się do grobu, bogatego biznesmena, aktorka teatralna osiągająca sukcesy. Wszystko to miało zostać zrujnowane przez tą jedną noc, a chociaż te słowa nie zostały wypowiedziane, wisiały w powietrzu - śmierć już praktycznie trzymała ją za gardło, utrudniając oddychanie. Nie była w stanie słuchać Harrisona, gdy docierało do niej, w jak trudnym była położeniu, Tym razem mogła nie spaść na cztery łapy i nie miała pojęcia czy mogła jakkolwiek temu zaradzić.
        Ktoś zapukał do drzwi, a Katherine spojrzała pytająco na mężczyznę, czując, że przywróciło ją to do rzeczywistości.  Ten właśnie rzucił w nią swoją bluzą, a blondynka aż prychnęła z oburzenia. Cóż za prymitywny człowiek, zero poszanowania dla damy, którą wcześniej oskarżał, a która miała ciężki wieczór, okazując się ofiarą! Szykowała się na tyradę pełną przemowy o dobrych manierach, ale zrezygnowała, widząc, że brunet rzeczywiście był zdenerwowany. Wzruszyła ramionami i podążyła do sypialni. Na jej twarzy pojawił się drobny uśmieszek, gdy zobaczyła proste, dosyć surowe pomieszczenie, któremu zdecydowanie brakowało kobiecej ręki. Z drugiej strony nie mogła tego oceniać, nie znając stanu cywilnego policjanta, a równie dobrze osobą za drzwiami mogła być jakaś jego kochanka. Teraz Katherine jak najbardziej rozumiała nerwy mężczyzny.
        Mallory mimowolnie pomyślała, że skoro teraz została sama, to mogła sobie pozwolić na załamanie znacznie gorsze niż to przed chwilą, w kuchni. Natychmiastowo jednak pojawiła się w niej iskierka buntu, która rozpaliła w umyśle kobiety ogień chęci działania. Siedzenie na łóżku praktycznie obcego mężczyzny i płakanie nie mogło zbliżyć ją ani o milimetr do przeżycia, na którym w tym momencie zaczęło jej niezwykle zależeć. Zamiast tego musiała porozmawiać z Harrisonem i dowiedzieć się czegokolwiek.
        Natychmiast zdjęła szpilki, którymi wcześniej się nie kłopotała i ostrożnie położyła je obok drzwi. Teraz mogła lekko podskakiwać, męcząc się z rozpięciem suwaka na plecach. Mimowolnie westchnęła z ulgą, gdy w końcu udało jej się jakkolwiek go ruszyć, a następnie całkowicie rozsunąć, pozwalając sukience upaść do stóp. Ostrożnie rozłożyła ubranie na łóżku, by nie pogniotło się za bardzo, a następnie ubrała bluzę mężczyzny, zapinając ją i z rozbawieniem zauważając, że była o wiele za duża. Dzięki temu zasłaniała Katherine tyłek, będąc zadziwiająco całkiem komfortową.
        Właśnie wtedy, przez lekko uchylone drzwi do sypialni wbiegł mały, zupełnie niespodziewany gość. Mallory uśmiechnęła się, widząc czarnego kota, który stanął na środku pokoju, wpatrując się w kobietę i machając na boki ogonem.  Po chwili jednak aktorka zmarszczyła brwi - nigdzie w domu nie dostrzegła misek i nie widziała wcześniej zwierzaka. Podeszła ostrożnie do niego, a ten prychnął.
        - Blondynki nie są w twoim typie, co? - mruknęła rozczulona. - Czyj jesteś?
        Kot rzecz jasna nie odpowiedział na żadne pytanie, po chwili jednak łaską pozwolił pogładzić się po grzbiecie, nadal zachowując dystans. Mallory wzięła malucha na ręce, do czego ten najwyraźniej był przyzwyczajony, ponieważ na to pozwolił i wyszła ostrożnie z sypialni. Właśnie wtedy zobaczyła, kto był o tej porze gościem policjanta - starsza kobieta, która w tym momencie mierzyła Katherine zza okularów oceniającym wzrokiem. Kot, najwidoczniej również dostrzegając babcię, wyszarpał się blondynce i uciekł do swojej właścicielki, cichutko miaucząc na powitanie.
         - Chyba coś pani zgubiła - powiedziała Mallory, czując jednak lekkie zniecierpliwienie. Mieli porozmawiać o sprawie ewentualnego morderstwa, a w tym czasie Harrison ucinał sobie pogawędkę z jakąś starszą kobietą, która na dodatek patrzyła na jej gołe nogi jakby miała ochotę ją za to ukamienować. - A teraz jeśli pani pozwoli, to dobranoc, jesteśmy bardzo zajęci.
        - Cóż za chamstwo! - wykrzyknęła tamta, najwyraźniej nie godząc się na pożegnanie. - Tak wywalać starszą kobietę za drzwi, kiedy tylko przyszła porozmawiać! Niewiarygodne, Harrisonie, nie powinieneś tolerować takiego zachowania w swoim domu!
        Tuż po tych słowach Katherine zamknęła staruszce drzwi przed nosem, wywracając oczyma. Czuła, że tamta mogła mówić naprawdę długo i wiedziała, że nie mieli czasu tego słuchać. Musieli zająć się czymś znacznie ważniejszym i Mallory nie miała zamiaru dać się od tego odciągnąć, a już na pewno nie chciała pozwalać policjantowi na pogaduszki ze starszą kobietą, kiedy na szali było jej życie.
        - Kto to w ogóle był? - mruknęła z grzeczności, w rzeczywistości nie dbając o odpowiedź. Podeszła do blatu w kuchni i wzięła swój kubek z herbatą, z uśmieszkiem upijając łyk idealnie ciepłego napoju należącego do „Mrs. ALWAYS Right”. Następnie zaczęła chodzić, robiąc kółka, czując, że w ten sposób lepiej jej się myślało. - Znaleźliście pozostałe listy, które dostała Emily? Wiecie cokolwiek o jej przeszłości? Ja i Farfaix musimy mieć ze sobą coś wspólnego, jeśli obie zostałyśmy wybrane na ofiary. Były wcześniej takie przypadki? Co może oznaczać biała róża dla mordercy? Mamusia go nie kochała i lubiła takie kwiatki?
        Mówiła nieprzerwanie, wypowiadając wszystkie swoje myśli na głos i nawet nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź.



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#15 08-09-2019 o 16h37

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 605

https://funkyimg.com/i/2Wub1.png


    Żadne drzwi, ściany ani okna nie mogły powstrzymać starszej pani, Lonnie Stuart, przed wtargnięciem do czyjegoś mieszkania. A, co jeszcze gorsze, nawet wojsko nie było w stanie przekonać jej kota – Cynamona Jr – że chodzenie po mieszkaniu obcego mężczyzny było niedobrym pomysłem. Wielka szkoda, że sąsiadka nie widziała problemu ani w tym, że jej sierściuch w ciągu dziesięciu sekund rozpanoszył się po jego mieszkaniu, ani tym, że ona sama zjawiła się w jego progu około północy.
    Co to było, noc niespodziewanych wizyt?
    - Harribean – zaszczebiotała kobieta, wparowując do jego mieszkania, jak do swojego własnego. Byrne odsunął się jej z drogi, by go przypadkiem nie stratowała. Oczywiście pani Stuart dwadzieścia cztery godziny na dobę była obwieszona swoimi dziwnymi naszyjnikami z yin i yang, z dziwnymi, przeczącymi prawom fizyki kolczykami. Co straszniejsze, uśmiech nie schodził z jej pomarszczonej twarzy, sprawiając, że wyglądała upiorniej, niż powinna. -  Co u ciebie, skarbeńku, czy potrzebujesz trochę cukru albo żeby ci powróżyć z rączki? Wiesz, że zawsze mogę ci pomóc, jeśli masz jakieś problemy…
    Gdzie zniknął ten cholerny kot? Haz spróbował rozejrzeć się za nim, ale nie był w stanie powiedzieć, które pomieszczenie ta mała kupa kłaków postanowiła odwiedzić. Oby tylko nie udała się do jego sypialni, bo naprawdę nie miał ochoty tłumaczyć się starszego kobiecie, dlaczego młoda aktorka, oskarżana o morderstwo swojej współpracownicy, znajduje się w jego pokoju. W ogóle w jego mieszkaniu! Jak on w ogóle doprowadził do tej sytuacji?
    - Pani Stuart… - zaczął, ale staruszka już dalej paplała:
    - Znajoma na targu dała mi ostatnio jakieś nowe ziółka, chyba na M się zaczynają, dają naprawdę niezłego kopa, jeśli się je wypali – wiesz, co mam na myśli, Harribean? – Mrugnęła do niego konspiracyjnie, a Byrne poczuł, jak oblewają go zimne poty. – To znaczy jesteś funkcjonariuszem i na pewno działasz zgodnie z prawem, ale moja Marie jest cudowna!
    Harrison nie przypominał sobie, by jakaś znajoma pani Lonnie nazywała się Marie, ale właściwie nie był pewien, czy w ciągu tego tygodnia, kiedy udało mu się jej unikać, nie poznała żadnej, więc dalej milczał.
    - W ogóle Harribean, czy ja przypadkiem nie widziałam, że odwiedzała cię tu niedawno jakaś strasznie odstawiona kurtyzana? – Stuart spojrzała na niego spod na w pół oskubanych, ale krzaczastych, brwi. Shot. – Bo tak właściwie to wiesz, misiu, po to tu przyszłam, ale przy okazji masz tu jeszcze trochę starych ziółek, które miałam dać Jose jak ostatnio przyszła, ale tak wyszła nagle, że nie zdążyłam jej złapać.
    Kobieta wcisnęła mu do ręki lniany woreczek z czymś, co mógłby uznać za werbenę, gdyby nie wiedział, czym zajmowała się jego sąsiadka. Był policjantem i powinien ścigać takie osoby, jak Lonnie Stuart, ale po śmierci na pewno by go nawiedzała. Poza tym czułby dziwne wyrzuty sumienia, gdyby ją wydał, bowiem z emerytury musiało być jej ciężko wyżyć, a tak taki drobny „handel rzeczami zakazanymi” dawał jej przynajmniej szansę na dobrą emeryturę. A przynajmniej tak sobie wmawiał, chowając woreczek do kieszeni spodni, z usłużnym uśmiechem.
    - Dziękuję pani, ale jestem odrobinę zajęty…
    - Harribean! – wrzasnęła nagle starsza kobieta, sprawiając, że mężczyzna niemalże podskoczył. – A gdzie twój podkoszulek? Co ty robisz o takiej godzinie na w pól rozebrany? I gdzie właściwie jest Cynamon? Przed chwilą przecież tu był!
    I wtedy, jak na zawołanie, z jego sypialni wyszła Katherine Mallory ze wspomnianą zgubą na rękach. Byrne powstrzymał chęć sięgnięcia do kanapy po koc i osłonięcia jej. Nie tylko przed pokazywaniem nóg, ale też ostrzałem, który, już czuł, że szykuje się od strony sąsiadki.
    Wszystko, co się wydarzyło, zdawało się trwać ułamek sekundy – skaczący kot, aktorka wypychająca staruszkę za drzwi i zatrzaskująca je, przy okazji rzucająca tak nietaktownym komentarzem, że aż go zmroziło.
    W głowie mężczyzny dudniła jedna myśl – jak następnym razem ją spotkam, będę martwy. Och, i cóż to była za ironia w obliczu całej sprawy Mallory. O Boże, a jeśli Stuart zadzwoni do Josephine, to podwójnie nie będzie miał życia! Kiedy kobieta zaczęła chodzić po jego mieszkaniu, ubrana tylko w jego bluzę (Boże, dlaczego on jej dał? Ta sukienka naprawdę wyglądałaby lepiej i mniej deprawująco, niż zwykłe okrycie), w końcu ruszył się do aneksu kuchennego i w jednej z szuflad schował woreczek – jeden z naprawdę, naprawdę wielu, które tam trzymał. Żyjąc w otoczeniu naprawdę wielu kobiet, Haz zdążył przywyknąć do tego, że większość z nich jak wpadnie w słowotok, nie wolno im przerywać. Tylko że zachowanie Katherine zmieniło się tak bardzo na przestrzeni ostatnich minut, że właściwie nie wiedział, jak ma się zachować. Czy powinien jej przerwać? A jeśli to zrobi, to zareaguje jak Hazel czy jak Josephine? Może nie powinien trzymać na wierzchu ceramiki…
    Westchnął przeciągle, użalając się w myślach nad swoim losem. Dlaczego, naprawdę dlaczego to on trafiał na takie gadatliwe kobiety?
    - Mnm. – Pierwsze pytanie o Lonnie Stuart zignorował, zanurzając usta w swoim napoju. Pociągnął łyk i pozwolił sobie na przepuszczenie dokładnie wszystkich pytań Mallory. Chciał na nie odpowiedzieć… tyle że większości już nie pamiętał. – Ta sprawa nie jest właściwie moja. Przejął ją mój współpracownik, Arcenau, ale… ale w razie czego mogę go poprosić, żeby mi ją oddał? Nie wiem, czy chcę się mieszać w takie sprawy. – Zatrzymał się nagle, zdając sobie sprawę z powagi sytuacji. – To znaczy chcę ci pomóc, to może być związane z jakimś kartelem narkotykowym, przemytami, wielkimi gangami… ze wszystkim, tak właściwie. Ale to jest naprawdę niebezpieczne. Narażanie się jest głupie i właściwie jedynym, co mogę ci zaproponować, jest… ucieczka z kraju? Zmiana tożsamości? Policja, zwłaszcza zważając na twojego oj… narzeczonego, niewiele może zrobić. Nie chcesz mu o tym mówić, prawda? Co prawda to ty decydujesz o tym, co się z tobą dzieje, ale patrząc na… różne rzeczy, wnioskuję, że to on podejmuje wszystkie decyzje. Mam rację? Biznesmanowi ciężko byłoby opuścić Anglię niespostrzeżenie, a gdybyś zniknęła nagle ze świata show biznesu. – Harrison podrapał się po głowie, próbując wykrzesać z siebie choć odrobinę pomysłowości. Ale chyba wszystko odebrała mu wizyta Stuart. – Ja… nie wiem. To jest naprawdę skomplikowane. Jak ja właściwie mogę ci pomóc?


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#16 17-09-2019 o 17h20

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200

K  A  T  H  E  R  I  N  E    M  A  L  L  O  R  Y
“Acting is half shame, half glory. Shame at exhibiting yourself,
glory when you can forget yourself.”


        Z każdą sekundą Mallory uświadamiała sobie, że przyjście tutaj było błędem. Najwyraźniej jedynym wyjściem, które jej dawał mężczyzna była ucieczka, przecież nie wchodząca w grę. Nie miała zamiaru żyć w strachu i nienawiści do świata, który od zawsze chciała podbić. Nie potrafiłaby już egzystować bez dużej ilości pieniędzy i oklasków po występie od publiczności, a mogła to stracić w kilka sekund, tłumacząc całą sytuację Scottowi. Nie miała jednak prawa oczekiwać od tego policjanta, by zrozumiał.
        - Masz rację, nie możesz mi pomóc. Dziękuję za herbatę i przepraszam, że tak wtargnęłam. Ktoś ode mnie odeśle ci bluzę - powiedziała, starając się brzmieć na jak najbardziej spokojną, chociaż czuła się spięta.
        Przez chwilę stała, patrząc na własne nogi, a następnie podążyła ponownie w stronę sypialni Harrisona, w celu założenia butów i zabrania sukienki. Nie chciała sobie wyobrażać, jak groteskowo wyglądała w samej bluzie oraz szpilkach, przytłoczona przez długą kreację. Nie zatrzymała się w celu jakiegokolwiek pożegnania, gdy go mijała, uznając, że ich drogi właśnie tutaj się rozchodziły i nie byli już sobie potrzebni. Dopiero gdy opuściła ten dom, pozwoliła sobie na zatrzymanie się i zadzwonienie po taksówkę. Musiała zacząć myśleć nad planem.
        Od pierwszej róży oraz nocnej wizyty pełnej rozczarowania minęły dwa tygodnie, przez które Katherine nie mogła zrobić nic w swojej sprawie. Przez cały ten czas unikała narzeczonego i rozmów o tym, że powinna zacząć zajmować się organizacją ślubu, który koniecznie musiał się wydarzyć w tym roku oraz być hucznym, zjawiskowym wydarzeniem. Żaden kolejny kwiat się nie pojawił, a blondynka mimowolnie odetchnęła z ulgą. Mogła ignorować zbliżające się niebezpieczeństwo, kiedy nie przypominało o sobie, chociaż miała świadomość tego, że prawdopodobnie była przez nie obserwowana.
        Sama nie wiedziała co spowodowało to, że pewnej nocy wyjęła kartkę papieru i zaczęła myśleć nad tym, co właściwie powinna była zrobić. Być może była to jakaś intuicja, ewentualnie jeden z kolejnych koszmarów, w których była mordowana przez zamaskowanego mężczyznę. Najważniejsze jednak, że w końcu była w stanie zrobić coś, co nie mógł zrobić dla niej nikt inny - działać.
        Z góry się poddała jeśli chodziło o ustalenie, skąd pochodził kwiat, który i tak zostawiła w domu Harrisona. Nie miała do tego odpowiednich środków i znajomości na temat roślin, by wiedzieć czy mogły pochodzić z prywatniej szklarni, czy najtańszej kwiaciarni. Była za to pewna, że między nią, a zamordowaną musiało istnieć jakiekolwiek powiązanie, coś w rodzaju klucza, za pomocą którego psychopata wybierał swoją ofiarę. Obie były aktorkami, łączyła je wzajemna nienawiść i należały w tym czasie do sfery elity towarzystwa. Katherine jednak nie była w stanie stwierdzić, jaka była młodość Emily, dlaczego tak bardzo nie była przez nią lubiana, dlatego czuła, że pomijała wiele ważnych elementów. Musiała zacząć działać inaczej i w końcu iść do przodu.
        Pod posiadłością Farfaix pojawiła się niezapowiedziana, w dosyć deszczowy wieczór, niosąc ze sobą bukiet kwiatów. Mimowolnie musiała przyznać, że ogród prowadzący do ogromnego domu sprawiał, że człowiek chciałby tam być o zachodzie słońca, w lato, z kimś kogo mógłby szczerze kochać. Wyglądałoby to jak scena z jakiejś komedii romantycznej, wręcz idylliczne i dla Katherine, wzbudzając mdłości.
        Miarowym krokiem podążyła po brukowanej ścieżce prowadzącej do drzwi wejściowych. Najwyraźniej od śmierci właścicielki nikt nie kłopotał się zabezpieczaniem wszystkiego przed takimi intruzami jak ona. W duchu się z tego ucieszyła - jej zadanie właśnie zostało ułatwione. Zapukała dwa razy do białych drzwi, po kilku sekundach dzwoniąc również dzwonkiem i ze zniecierpliwienia powtarzając to kilka razy. W końcu po drugiej stronie dało się słyszeć jakiś ruch, następnie drzwi się otworzyły, a za nimi stała pulchna kobieta.
        Wyglądała na starszą przez długie, siwe włosy, zaplecione w gruby warkocz zwisający na plecy, jednak w jej czarnych jak węgiel oczach było coś niezwykle żywego, przypominającego ciekawość świata godną dziecka. Twarz pełna zmarszczek oraz ciepły uśmiech wydawały się należeć do kogoś, kto idealnie pasował do roli dobrej babci, jednak niezwykle charakterystyczna blizna na twarzy tworzyła absurdalnie wyglądającą całość.
        - Dzień dobry - odezwała się po kilku sekundach starsza kobieta, sądząc po fartuszku będąca gosposią, kryjąc za tym przywitaniem nieme pytanie.
        - Dzień dobry - wydukała w końcu Katherine, nerwowo poprawiając włosy, czując się niekomfortowo pod uważnym spojrzeniem pary czarnych tęczówek. Niezręcznie spojrzała na trzymane przez siebie kwiaty, jakby szukała w nich ratunku. - Byłam koleżanką Emily z pracy. Do tej pory trudno mi było przyjść, w końcu to taka tragedia... Przyniosłam dla pani kwiaty.
        - Dziękuję - odpowiedziała babcia, uśmiechając się jeszcze szerzej, przez co blizna na jej policzku nieco się rozciągnęła. Było w niej coś takiego, co wzbudzało natychmiastową sympatię, dlatego Katherine nieco się rozluźniła, odwzajemniając uśmiech. - Dzisiaj jest tak zimno, a pani specjalnie przyszła! Proszę, zrobię kawę i porozmawiamy.



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#17 06-10-2019 o 16h38

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 605

https://funkyimg.com/i/2Wub1.png


    Dwa tygodnie. Dokładnie tyle potrzebował Harrison Byrne, żeby zrozumieć, że oddanie sprawy morderstwa w teatrze żółtodziobom nie było dobrym pomysłem. Cztery dni zajęło im uporządkowanie pierwszych poszlak i dopięcie powiązań odpowiednich ludzi z wydarzeniami, które miały wcześniej miejsce w życiu zamordowanej. I to był dobry wynik, zwłaszcza jak na młodziaków – ale potem… potem zaczęli mieć pod górkę.
    Haz na samo wspomnienie ich zdezorientowanych spojrzeń po tym, jak pierwszy wezwany na komisariat oskarżony zapytał, o co im w ogóle chodzi, miał dreszcze. Scotland Yard nie był zbyt szanowaną w niektórych sferach instytucją. A przynajmniej było tak do momentu, aż nie pojawiał się ktoś, jak on – jak stwierdziła Hazel, „filmowy policjant, który pojawia się, żeby przelecieć główną postać, a potem zapewnić jej dostatnie życie”. Niestety panna Montgomery miała rację, i gdy odsunął żółtodziobów od tej sprawy, wszystko zaczęło się magicznie układać. Pomijając fakt, że sam miał na głowie jeszcze kilka innych rzeczy, to szło mu dwa razy szybciej, niż tamtej dwójce.
    Po tej nocy, kiedy w jego mieszkaniu pojawiła się Katherine Mallory, Byrne na własną rękę zaczął szukać kwiaciarni, w której ktoś mógłby zakupić taką różę, jaką dostała aktorka. No bo przecież ile kwiaciarni może być w Londynie? Udało mu się to odkryć po tygodniu, ale jako że nie miał nakazu sprawdzenia monitoringu, mógł zająć się tym jedynie incognito i postawić na swój „urok osobisty”. Niewiele udało mu się wyciągnąć ze starszawej sprzedawczyni przy kości. Właściwie tylko tyle, że od tego samego klienta padło jeszcze kilka innych zamówień na późniejsze terminy, jednak były one owiane tajemnicą i kobieta nie mogła mu nic podać. Zaproszenie na kawę również nic nie dało.
    Przejęcie sprawy znacząco wszystko ułatwiało – Harrison mógł wysłać do kwiaciarni odpowiednią osobę, by z nakazu przeszukała monitoring i pocztę elektroniczną kwiaciarni. Znaleźli adres mailowy osoby, która składała zamówienia i namierzyli ostatnie urządzenie, na którym z niego korzystano – sklep Apple w dużej galerii handlowej, jak się okazało. Żółtodzioby nie wiedziały o kwiatach i Katherine Mallory. Harrison milczał w tej sprawie i widocznie nikt nie chciał wnikać w to, czemu ich szef był w posiadaniu identycznej róży, jak ta, którą znaleziono przy zamordowanej.
    Nie oponowali również, gdy zdecydował się wziąć Hazel i pojechać do domu Farfaix, żeby upewnić się, czy aby na pewno nie ma w nim jakichś poszlak, które żółtodzioby mogły przegapić. Bo to, że przegapiły, to było oczywiste. Tylko pytanie – ile? Ile z rzeczy niesamowicie prostych nie znaleźni? Czego nie dopatrzyli?
    Wycieraczki zasuwały po przedniej szybie samochodu Haza jak szalone, deszcz dudnił o dach i sprawiał, że ten dzień zdawał się jeszcze gorszy, niż w rzeczywistości był. Montgomery milczała, zatopiona w myślach, niemrawo wpatrując się w raport przed sobą. Widocznie też nie była pozytywnie nastawiona do tego zadania, albo pozytywnie nastawiona do czegokolwiek w ogóle – właśnie dlatego Byrne zabrał ją ze sobą. Spędzanie całego dnia w towarzystwie przygłupów-współpracowników, zapewne doprowadziłoby ją na skraj szaleństwa, a tak tylko wystarczyło, żeby siedziała obok niego, gdy ten będzie rozmawiał z domownikami, i grzecznie się w nich wpatrywała.
    - Mogłabyś przykleić sobie do twarzy jakiś sztuczny uśmiech, żeby nie wyglądać, jakby zabito ci wczoraj matkę?
    Hazel prychnęła.
    - Moja matka ma się dobrze i nie zapowiada się, by miała zejść z tego świata – odparła oschle.
    Harrison wywrócił oczami, wjeżdżając na dziedziniec wielkiej rezydencji. Cała posiadłość w taką pogodę wyglądała jak miejsce, w którym mógłby rozgrywać się horror, a nie takie, gdzie żyła uwielbiana przez wszystkich aktorka teatralna.
    - No to postaraj się chociaż nie zabić nikogo wzrokiem – rzucił koleżance, puszczając jej figlarne oczko. Naprawdę lubił tę dziewczynę, mimo jej braku poczucia humoru i dziwnych zachowań w tak okropne dni, jak ten, i nic nie sprawiłoby, że zacząłby myśleć o niej inaczej, niż jak o młodszej siostrze.
    Montgomery prychnęła na niego jak wściekła kotka i wysiadła z samochodu, nim mężczyzna zdążył choćby pomyśleć o wyjściu z niego i wyjęciu parasola. Podążył za nią, nie próbując nawet osłaniać się przed ulewnym deszczem. Kiedy dotarł do drzwi, kobieta zdążyła już do nich zadzwonić i zirytować się na tyle, by zrobić to ponownie. Mruknąłby coś w jej kierunku, gdyby tuż po drugim razie po drugiej stronie drzwi nie pojawiła się starsza kobieta, z tacą, na której stały dwie filiżanki i czajniczek.
    - Scotland Yard – odrzekła Hazel, pokazując swoją odznakę. Harrison zrobił to samo. – Czy możemy zadać pani kilka pytań?
    Kobieta wyraźnie zaskoczona poprowadziła ich bez słowa do pokoju i dopiero tam uznała, że przyniesie dla nich jeszcze dwie filiżanki. Co ciekawe, nie byli jedynymi gości w rezydencji Farfaix – na jednej z kanap w wielkim, bogato zdobionym salonie, siedziała znana Harrisonowi postać.
    Katherine Mallory była ostatnią osobą, której spodziewałby się w takim miejscu. Zupełnie jak dwa tygodnie wcześniej w swoim domu.
    - Widzę, że ma pani gościa. – Na usta mężczyzny wstąpił delikatny uśmieszek. Ściągnął policyjną kurtkę, przemokniętą do suchej nitki, i odwiesił ją w rogu pokoju. Przejął także odzież wierzchnią Hazel i zrobił z nią to samo. – To nawet dobrze się składa. Jak się pani miewa, pani Mallory?


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

#18 02-11-2019 o 15h52

Straż Cienia
Aveline
Straż na szkoleniu
Aveline
...
Wiadomości: 200

K  A  T  H  E  R  I  N  E    M  A  L  L  O  R  Y
“Acting is half shame, half glory. Shame at exhibiting yourself,
glory when you can forget yourself.”


        Pod skromnym pojęciem salonu krył się ogromny, bogato zdobiony pokój. Czerwone ściany były pokryte licznymi obrazami oraz orientalnymi maskami, które wyglądały niczym zdobycze podróżne. Farfaix nigdy nie wyglądała na fankę przygód w dżungli, więc prawdopodobnie zakupiła je w jakimś sklepie z antykami, co często należało do fanaberii bogatych osób. Liczne poduszki na aż nazbyt miękkich kanapach, ogromny dywan oraz marmurowy kominek nie dawały Katherine absolutnie żadnej wskazówki. Wszystko to pozornie do siebie nie pasowało, jednak tworzyło kiczowatą całość.
        - Słodzi pani? - Z kuchni dobiegł miękki głos staruszki, który odwrócił uwagę Mallory od uważnej obserwacji ścian, jakby w jakimś kącie miała znaleźć wielki napis z powodem morderstwa Farfaix.
        - Nie, dziękuję - odpowiedziała głośno, patrząc przy tym na swoją figurę w czarnej sukience. Ostatnio na kolacji usłyszała od Scotta, że powinna się powstrzymać od wzięcia dodatkowej porcji ciasta, bo jeszcze suknię ślubną uszyją jej na wymiary beczki. Od tamtej pory starała się ograniczyć cukier, jednak jej serce płakało za porządną porcją węglowodanów.
        - Teraz wszystkie młode kobiety dbają o linię - zawołała gosposia, śmiejąc się głośno, jakby na wspomnienie dawnych czasów. Tego jednak Katherine już nie usłyszała - w końcu znalazła w tym zatłoczonym pokoju coś interesującego, co sprawiło, że musiała podejść do kominka.
        Przy lewym brzegu, praktycznie schowane za błękitnym wazonem w białe wzory, stało zdjęcie w drewnianej, nietypowo jak na ten pokój, prostej ramce. Było dosyć stare i wypłowiałe jeśli chodziło o kolory, wyglądało jak takie, które przeżyło już wiele. Zdjęcie przedstawiało młodego chłopaka, którego rysy twarzy zostały uchwycone niezbyt wyraźnie, jednak jasno widać było ogromny, szelmowski uśmiech. Było w nim coś takiego, że Katherine mimowolnie musiała go odwzajemnić.
        Mallory odsunęła się od kominka jak oparzona, gdy do jej uszu dotarł dźwięk dzwonka do drzwi, a następnie żwawe kroki gospodyni, która mruczała coś do siebie o dużej ilości gości dzisiejszego dnia. Gdy tylko zobaczyła, że poznała już nowo przybyłych, natychmiast uśmiechnęła się z pewnością siebie, jakby wręcz spodziewała się zobaczyć komisarza oraz jedną z jego policjantek. Było jednak zupełnie na odwrót - Katherine natychmiast zaczęła się zastanawiać od kiedy to Byrne prowadził sprawę morderstwa aktorki, w końcu jeszcze niedawno jej tłumaczył, że nic w tej sprawie nie mógł zrobić i był bezradny.
        - Wspaniale, proszę pana, wręcz idealnie - odpowiedziała z błyskiem w oku. W końcu chyba nie myślał, że naprawdę odpuściłaby w takiej sprawie, jak ta. - A pan? To niesamowite, ale mężczyżni, których zostawiam w środku nocy,     zawsze wracają!
        Mówiąc to i próbując zachować powagę upiła łyk gorącego napoju, który akurat postawiła przed nią na tacy gospodyni, zalewając wcześniej wszystko wodą z dzbanka. Starsza kobieta usiadła w jednym z foteli, który był tak miękki, że prawie się w nim zapadła, parskając cicho śmiechem i tylko w ten sposób komentując przekomarzania młodszych od niej osób. Katherine postanowiła wrócić do tematu, który najbardziej ją interesował.
        - Przystojny - skomentowała, patrząc na zdjęcie na kominku, które wcześniej nieco przesunęła, by było bardziej widoczne. Gosposia natychmiast spojrzała w tamtych kierunku i podeszła do niego, jakby próbując w ten sposób zasłonić tego młodego chłopaka przed wzrokiem obcych osób.
        - Owszem - odpowiedziała, jednak już nie tak serdecznie. Mallory postanowiła  w to jednak brnąć i kuć żelazo póki gorące.
        - Kto to? - zapytała blondynka, upijając kolejny łyk kawy, która nie gasiła powstałego w tym momencie pragnienia. Po tym pytaniu zapadła na chwilę cisza, jakby starsza kobieta potrzebowała zebrać w sobie siłę na odpowiedź. Lub też jakąś odnaleźć.
        - Mój... Mój zmarły kilkanaście lat temu mąż. Pani Farfaix była dobrą pracodawczynią i kiedy szukała ozdób do salonu pozwoliła mi go w ten sposób upamiętnić. Ja nie mam wiele jego zdjęć, tylko to jedno, gdzie tak pięknie i młodo wygląda. Zawsze kiedy tutaj sprzątam mogę na niego patrzeć i wspominać stare lata. - Głos starszej kobiety drżał, a jej oczy, niedawno tak ostre, teraz wydawały się szkliste i zamglone. Z jednej strony Katherine natychmiast zrobiło się głupio, że doprowadziła tę kobietę do tego stanu, jednak było w tym coś takiego, że była pewna, że ta kłamała. Aktorka potrafiła poznać aktorkę, dlatego Mallory pod współczującym uśmiechem ukryła podejrzliwe i uważne spojrzenie. Coś tutaj nie grało.



https://78.media.tumblr.com/91fd9bd6bb3f932db84cf4fa693f5886/tumblr_n8pr37qza61skzoovo7_250.gif https://78.media.tumblr.com/d614b04e1168be57a67b29a08d8315af/tumblr_n8pr37qza61skzoovo6_250.gif https://78.media.tumblr.com/ceded81a012e5f86dc4a21acffcfa926/tumblr_n8pr37qza61skzoovo2_250.gif

Offline

#19 09-11-2019 o 21h52

Straż Absyntu
Rissie
Porucznik Straży
Rissie
...
Wiadomości: 10 605

_____________________________________https://funkyimg.com/i/2Wub1.png

        Harrison nie lubił wielkich, starych rezydencji, jakkolwiek przyjemne od środka by się nie wydawały. Za bardzo kojarzyły mu się z tymi wszystkimi ckliwymi historiami romantyczno-detektywistycznymi, gdzie główna bohaterka pod koniec jest porywana, a jej „bohater” musi uratować ją ze szponów najgorszego wroga.
        Rezydencja Farfaix prezentowała się dokładnie jak takie miejsce i Byrne nie zdziwiłby się, gdyby po sprzedaniu jej, zakręcił się koło niej jakiś producent filmowy i nakręcił w niej film. Oczami duszy widział w nim najbardziej stereotypową śmierć miliardera i jego młodą małżonkę, ubraną w bufiasty szlafrok, ze sztucznymi łzami wypływającymi z jej niebiesko-zielonych oczu… Mężczyzna otrząsnął się, zdając sobie sprawę z tego, że wyobraził sobie śmierć narzeczonego Katherine Mallory i ją samą także. A że ona stała kawałek od niego, było to wielce nietaktowne.
        Z typowym uśmieszkiem na ustach, kobieta zachowywała się tak, jakby jakiś czas temu nie wparowała do jego mieszkania z trupiobladą twarzą i różą w ręce. Swoją drogą, róża, po wstawieniu do wazonu, wciąż się trzymała i zdawać by się mogło, że jeszcze długo zamierzała postać i pocieszyć jego oko.
        - Jak na życie z myślą, że będzie pani utrudniać śledztwo, to bardzo dobrze – odrzekł płynnie, a Hazel Montgomery spiorunowała go wzrokiem. Co powiedział źle tym razem? – Jeszcze ciekawszym wydaje mi się, że póki co wiem tylko o jednym mężczyźnie, i – oh, oczywiście proszę wybaczyć moje maniery – ale mam wrażenie, że gdyby pociągnął za pani sukienkę w środku nocy to pewnie jakoś by panią zatrzymał.
        Szybko zgromił drugą policjantkę wzrokiem, żeby przypadkiem nie spróbowała uderzyć go w potylicę, i uśmiechnął się niewinnie do Mallory. Ta kobieta była interesująca. Mógłby zlecić stworzenie jej karty charakteru, chociaż i to nie byłoby raczej aż tak potrzebne, biorąc pod uwagę ilość krzykliwych nagłówków z jej nazwiskiem. Nie sprawdzał – zrobili to za niego odpowiedni ludzie.
        Harrison wyprostował się prędko, starając się nie dać po sobie znać przed gosposią pani Farfaix, że jego zachowanie jakkolwiek i kiedykolwiek mogło nadszarpnąć reputację Scotland Yardu. Całe szczęście staruszka zdawała się nie słyszeć  – albo świetnie wychodziło jej udawanie – ich niezbyt głośnej wymiany zdań.
        - Proszę opowiedzieć mi coś o pani relacji z zamordowaną – wtrąciła nagle Montgomery, zakładając nogę na nogę i ściskając mocniej długopis w lewej dłoni. Harrison pomyślał, że to ona powinna dowodzić, a on tylko wszystkich denerwować, a nie na odwrót.
        - Pani Farfaix, proszę nie mówić o niej w ten sposób, nie czuję się z tym komfortowo, była bliską przyjaciółką mojej ciotki i zaoferowała mi pracę tuż po studiach. Zarabiam bardzo dobrze i jestem dobrze traktowana, i w innej pracy bym się nie odnalazła. Jest… to znaczy była mi jak matka.
        Harrison dokładnie przeanalizował słowa kobiety i doszedł do wniosku, że już wcześniej przygotowała sobie odpowiedź na to pytanie. Nikt nie byłby w stanie powiedzieć takich słów bez uronienia choć łzy, bez nieodpowiedniego ruchu mięśnia na twarzy… jakby była aktorką teatralną i odgrywała swoją rolę. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia z Hazel i policjantka miała zamiar kontynuować, gdy wtem odezwała się Mallory.
        Uwaga starszej kobiety skupiła się na tej młodszej, więc Montgomery znalazła chwilę by zanotować coś swoim koślawym pismem w notatniku. Harrison chciał zerknąć jej przez ramię na słowa, ale bardziej zaciekawiła go interakcja gosposi z aktorką.
        - Dobrze, że tacy ludzie jeszcze istnieją – oznajmił niespodziewanie. – Bardzo dobrze, że nie wszyscy są źli do szpiku kości i nie zależy im tylko na pieniądzach. – Staruszka jakby się speszyła i usiadła ponownie w fotelu. Haz kontynuował: - Skoro o mężu mowa, czy of… pani Farfaix miała jakichś bliskich, którzy nie byli zapisani w jej testamencie?
        - Pani Farfaix nie napisała testamentu – wyrwało się kobiecie. – I nie… nie było nikogo takiego.
        Drobny ruch na jej twarzy, zawahanie i potarcie nosa wystarczyło policjantowi, by być pewnym jednego – kłamała. Do tego odpowiedź o testamencie przyszła jej zbyt szybko. I skąd zwykła gosposia wiedziałaby coś takiego?
        Hazel, udając, że nic się nie wydarzyło, że nie zauważyła klasycznej reakcji Harrisona na kłamstwo – zaczesanie włosów za lewym uchem – kontynuowała przesłuchanie. Mężczyzna z kolei bił się z myślami, czy nie powinien przypadkiem pilnować Mallory – nawet wzrokiem. O ile ufał, że kobieta nie byłaby w stanie zrobić nic, co nadszarpnęłoby zdanie opinii publicznej, tak w tym miejscu, z daleka od kamer, nie wiedział, do czego mogłaby się posunąć. Bo w akcji-akcji jej jeszcze nie widział, a samo to, że wtargnęła do jego mieszkania w środku nocy pokazywało, że nie miała wielkich oporów przed robieniem głupich rzeczy.
        I choć myślał o tej sytuacji kilka razy, znów zaczęło go zastanawiać: skąd ona, do diaska, wzięła jego adres?
        - Pani Mallory – odezwał się nagle, kiedy w pokoju zapanowała cisza. Hazel zapisywała coś ponownie w notatniku, a on nawet nie wiedział, co to mogło być – czy mogę spytać, jakie są pani ulubione kwiaty?

Ostatnio zmieniony przez Rissie (09-11-2019 o 21h52)


https://images92.fotosik.pl/358/7c6dfee3113b9eb0.png

Offline

Dyskusja zamknięta

Strony : 1