Odkryj magiczny świat Eldaryi!

Poznaj zwyczaje chowańców oraz mieszkańców Eldaryi. W tym fantastycznym świecie czeka na ciebie wiele przygód oraz romantycznych wątków! Bieg historii zależy od twoich wyborów.

Strony : 1 ... 3 4 5

#101 08-12-2019 o 14h37

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 23 328

...........................................................https://i.imgur.com/P7iFiX8.png
...........................................................●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●
     Coś było nie tak. Początkowo nie wiedział co i dopiero gdy resztkami świadomości spróbował zbadać, co mu tak właściwie dolegało, zdał sobie sprawę, że w jego umyśle kotłowało się coś bardzo dziwnego. To przedziwne uczucie było wynikiem kilku zmieszanych ze sobą emocji. Ta toksyczna mieszanka zdała się przybrać fizyczną formę, płynąc żyłami wraz z krwią i uderzając do głowy, wywołując potężny ból, a nawet zawroty. Przymknął powieki, próbując się opanować, lecz ta śmieszna dziwność wciąż nie puszczała, obezwładniając go do reszty.
     Wciąż stojąc przy pięknie zastawionym, okrągłym stoliku, tuż obok tego przebrzydłego, pobitego Francuza, powinien odczuwać złośliwą radość i, co ważniejsze, satysfakcję. I owszem, odczuwał coś na wzór wymienionych uczuć, lecz nie z taką siłą, jak się tego spodziewał. Ponieważ poza tymi dwiema wspaniałostkami, z tyłu głowy Adrian miał coś jeszcze. Coś na wzór niepokoju, niepewności, a może nawet wstydu? Myśli, że może nie powinien tak agresywnie reagować? Że po raz kolejny zrobił z siebie błazna? Cóż, to akurat nie było dla niego nowością i nijak się tym nie przejmował, lecz tu chodziło o oficjalny bankiet, a mimo wszystko głupio było postawić starego, poczciwego Slughorna w tak niezręcznej sytuacji. Wprawdzie tuż po uderzeniu starał się obrócić to wszystko w żart, a sam głupi Francuz nie wyglądał na specjalnie poruszonego tym słabym uderzeniem. Więc co powinien zrobić? Skoro coś tak skutecznie zakrywało jego wewnętrzną radość, to może był znak, by spróbować to odkręcić? Ale co McAvoy miał zrobić? Przecież chyba nie przeprosić! Skrzywił się na samą myśl o tym, lecz wiedział, że chyba nie było innego wyjścia. Może powinien usiąść ze spokojem na krześle, strzelić Francuzowi w ryj zaklęciem naprawczym i rzucić w jego stronę jakimś lekceważącym „sorka”. Na nic innego nie byłby w stanie się zdobyć; zresztą jak na mcavoyowe standardy, to i tak było dużo.
     I już był skłonny wdrożyć swój poniżający plan w życie, gdyby nie coś, czego się przecież spodziewał, a co tak bardzo go zaskoczyło. A zaskoczyło go, ponieważ przez knucie swojego przeprosinowego pomysłu już niemal zapomniał o tym, czego miał się spodziewać.
     Tym samym się tego nie spodziewając.
     To się stało mniej więcej w momencie, w którym McAvoy zaczął realizować swój plan, począwszy od usadzenia swojego kościstego tyłka na krześle. Czynność ta mogła trwać ze dwie sekundy i właśnie mniej więcej w połowie tego siadania Adrian poczuł, jak gwałtownie leci do tyłu. I dopiero kiedy rąbnął plecami o posadzkę, pomyślał zszokowany, że jego twarz płonie żywym ogniem. Nie zdolny do poruszenia się, z nogami uniesionymi wysoko i zgiętymi w kolanach, jak gdyby jego ciało wciąż nie rozumiało, że McAvoy jednak nie zdążył siąść, próbował wykrzesać z siebie te resztki sinej woli i dotknąć dłonią twarzy. Bez trudu rozpoznał w tej ciepłej, lekkiej mazi swoją krew, a mimo to, wciąż nawet nie prostując nóg do jakiejś względnie normalnej pozycji, nadal tykał twarz, jak gdyby nadal nie wierzył, że to faktycznie jego krew, a nie na przykład rozbryzgana marsowa plama.
     Ależ to byłoby piękne. Zwłaszcza że w tamtej chwili miał ochotę wyrwać mu jego własny kieliszek, rozbić o kant stołu, a te ostre krawędzie wbić Francuzowi w brzuch.
     — Ożesz ty c#### p####### — pisnął ledwie słyszalnie czując, jak pod wpływem bólu łzy napływają mu do kącika oczu. Zamrugał kilkukrotnie, próbując poruszyć resztę ciała. Rozsądek podpowiadał, że ta niemoc wynikała z chwilowego szoku i zaraz minie, lecz wyobraźnia wymieszana z największą nienawiścią podpowiadała mu, że może to szatanowe nasienie rzuciło jeszcze na niego drętwotę.
     Momentalnie zapomniał o wszystkim, kiedy nagle pociemniało mu przed oczami, a wśród tej ciemności migać mu zaczęły kolorowe mroczki. Wszystko w wyniku gwałtownego szapnięcia tym biednym, obolałym, adrianowym ciałkiem, które wyraźnie nie było gotowe na taki wstrząs. Z wysiłkiem prostując nogi i stając mniej więcej w pionie, rozejrzał się po otoczeniu, próbując zrozumieć, co się właśnie stało.
     A wtedy zrozumiał.
     I gdy zobaczył stojącego przed nim Francuza, który to właśnie podniósł go z podłogi, miał ochotę nie tylko znowu się na niego rzucić, ale najpierw wybić mu różdżką zęby, które tak bezczelnie szczerzył, a potem strzelić mu prosto w oko pewnym sympatycznym, zielonym zaklęciem.
     A tej jego rozbachorzonej siostrze miał ochotę przykleić na ryj jakiejś paskudne zdjęcie. Używając do tego oczywiście zaklęcia przylepca. Tak, by już zawsze wyglądała w taki sposób, jakby wiatr zawiał jej na twarz gazetę, której już nigdy nie mogłaby odlepić. Wówczas Adrian uratowałby świat przed tym bezczelnym, francuskim, francowatym, pogardliwym spojrzeniem i uśmieszkiem, który doprowadzał krew do stanu wrzenia.
     Ciśnienie podskoczyło mu chyba do trzystu, kiedy usłyszał urywki pogawędki Maksa, czy jak mu tam, o przyjaźni angielsko-francuskiej.
     — Po moim trupie — charknął niewyraźnie, choć zaraz pomyślał, że to z jego trupem akurat łatwo można było załatwić, więc może nie powinien się odzywać.
     A pomyśleć, że Adrian planował przeprosić tego śmierdzącego wiadrem perfum c####! Jednak Slughorn nadal krzyczał, a gdy McAvoy schylił się po swoje okulary, co o mało co nie skończyło się kolejnym upadkiem, i nałożył je na nos, dostrzegł roztrzęsionego, zszokowanego nauczyciela eliksirów. Wbrew wszystkiemu, co myślał o przedstawicielu tej przegniłej, zarobaczonej rasy, faktem było, że to właśnie Adrian zaczął tę bójkę. I, co więcej, poniósł sromotną klęskę, więc podejmowanie kolejnych agresywnych prób byłoby czymś, co mogłoby ująć Adrianowi honoru. Gdyby oczywiście jakiś miał. A skoro tak, należało ją skończyć, a więc — o zgrozo! — współpracować na tym polu z tym p####### Francuzem.
     — P-proszę się nie martwić, panie profesorze — wydukał Adrian. — Co to za męskie spotkanie bez choćby jednej bójki? A tak to przynajmniej będzie o czym opowiadać wnukom. Już jest wszystko w porządku…
     …a jak dobrze pójdzie, to już nigdy więcej nie będę miał nic wspólnego z tym chędożonym, francuskim elementem, pomyślał.
     Opadając ciężko na oparcie krzesła, Adrian bardzo powoli odwrócił głowę w stronę nadal siedzącej obok Blue.
     — Widziałaś? — spytał nieco sennym tonem. — To wszystko z twojego powodu. Pobiłem się dla ciebie, widziałaś? Gdyby nie to, że jesteś lesbijką i cię nie cierpię, a zresztą kocham inną, to można by powiedzieć, że to miłość. — McAvoy westchnął, cały czas próbując dojść do siebie. — A jak kiedykolwiek wypomnisz mi to co tu zaszło, to takie dziennikarstwo śledcze zastosuję wobec twojej niebieskiej, szalonej osoby, że ci się zaraz złośliwości odechce.
     Rozejrzał się po otoczeniu. Musiał poczekać, aż atmosfera się troszeczkę rozluźni, zapewne przez przybycie kolejnych gości. A gdy już to nastąpi, Adrian może podejdzie do innych znajomych i z nimi porozmawia. Bo francuskiego towarzystwa miał już serdecznie dość. Może podejdzie do Shannon? Wprawdzie widywali się codziennie w pracy, lecz rzadko ze sobą gawędzili na gruncie prywatnym. Albo z Poetą, którego już dawno nie widział? Lub z Reyną, którą ledwie kojarzył z widzenia, ale skoro miała dość francuskiego towarzystwa, a nawet polubiła jego koszulę, to może kobieta będzie warta jakiejś pogawędki. Albo po prostu zajmie się Blue, która prawdopodobnie już po trzykroć umierała od dławienia się śmiechem z powodu tej nieszczęsnej bójki.
     Coś wymyśli. Byle tylko to przetrwać.
     A potem wrócić do domu, zasiąść przy biurku i zabrać się za pisanie artykułu, który wywoła kolejną wojnę angielsko-francuską.

Ostatnio zmieniony przez Methrylis (08-12-2019 o 14h42)

Offline

#102 08-12-2019 o 22h03

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 474

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/607313598959714338/Bez_nazwy.png

     SZPITAL ŚWIĘTEGO MUNGA (ODDZIAŁ URAZÓW POZAMAGICZNYCH)


       To, iż Fitz złapał Colma można było spokojnie nazwać zwyczajnym szczęściem. Ot kierując się zwyczajnym odruchem, nie mając zbyt daleko, dał radę w porę znaleźć się w tym miejscu, w którym powinien, a chłopak zwyczajnie sam wpadł mu w ręce. Jednak fakt, iż pomimo wywołanej tym krótkim lotem euforii i napadu młodzieńczego entuzjazmu, Perrot dał radę utrzymać pufka i się z nim nie wywrócić na podłogę lub poszkodowanego Corneliusa… To był cud. Prawdziwy cud. A przynajmniej za takowy uznał go główny zainteresowany, gdy tylko resztami sił, w ostatniej desperackiej próbie przetrwania, odsunął nieco od siebie przymuszającego go czterolatka. I to bynajmniej nie jedynie swym dziecięcym uściskiem, lecz oplatającym go sznurkiem, który w wyniku upadku malucha i jego wiercenia się, zaplątał się wokół szyi Fitzroya niczym pętla. Skutecznie pozbawiając czarodzieja oddechu.
   Chyba powinni jeszcze raz to przemyśleć – przemknęło mu przez myśl, gdy nie będąc w stanie dłużej ustać, dosłownie opadł na łóżko Corneliusa. I krztusząc się i dławiąc, z trudem odstawił obok siebie Colma, tak by chłopak mógł należycie przywitać się ze swym ukochanym ojcem. Osobą, której on winny był wyjaśnienia.
   A ty, zamiast odpowiedzieć na pytania, któregokolwiek z nich, jak zwykle jedynie użalasz się nad sobą. Biedactwo, co nie potrafi wstrzymać oddechu nawet na piętnaście sekund! – podsumował głos, gdy Fitz po raz kolejny głośno zakaszlał, co wyraźnie nie spotkało się z aprobatą kilkorga z pozostałych obecnych w pomieszczeniu pacjentów.
   – No naprawdę… – zaczął jeden z nich, niby kierując swoje słowa do siebie, jednak na tyle donośnie, aby mieć pewność, że usłyszy go cała sala. A mimo to do Fitzroya nie dotarł koniec tego krótkiego komentarza, gdyż ktoś młodszy i o wiele mu przychylniejszy, nieświadomie go zagłuszył.
   – Wujku, wujku! – pokrzykiwał, wyraźnie przestraszony Colm, szarpiąc ramię Perrota tak, jakby to w jakikolwiek sposób mogło mu pomóc. I być może faktycznie z perspektywy dziecka, wyglądało to na skuteczną taktykę, gdyż odkaszlnąwszy raz jeszcze, Fitz zmusił się do przełknięcia śliny, wzięcia oddechu i spojrzenia załzawionymi oczami na czterolatka.
   Sprawiasz tylko, że wszyscy się o ciebie niepotrzebnie martwią. Bo wiedzą, iż sam nie dasz sobie z niczym rady – przemknęło mu przez myśl, kiedy z trudem powstrzymując kolejne kaszlnięcie, podniósł prawą rękę i ostrożnie pogłaskał malca po głowie.
   – Spokojnie, nic mi nie jest – wykrztusił, odgarniając mu kilka chcących wpaść do oczu kosmyków, wyraźnie wskazujących na to, iż Alicia powinna już dawno obciąć swemu synkowi włosy.
   Ale nie ma czasu, bo musi zajmować się wszystkim praktycznie sama. A ty zamiast Cornowi i jej pomagać, jedynie przeszkadzasz. Wszystko komplikujesz. Colm byłby szczęśliwszy bez takiego podrabianego wujka jak ty. Oni WSZYSCY by byli…
   – To jak to jest z żądlibakami? No jak, no jak, no jak? – przerwał jego myśli chłopak, wyraźnie w jednej chwili zapominając o wcześniejszym niepokoju i znów odzyskując humor. A także powracając do ewidentnie niedających mu spokoju pytań.
   – Nie są ani bąkami, ani chrabąszczami. Ale sądzę, że masz rację. I są żądlibąkami, bo żądlą i przypominają bąki. – Fitzroy przystąpił powoli do wyjaśnień, choć mówienie przychodziło mu z trudem, gdyż podrażnione gardło wręcz domagało się powrotu do pokasływania. I aby mu zapobiec musiał wypowiadać kolejne słowa powoli, z niezwykłą nawet jak na siebie rozwagą.
   – Tylko nie owady, lecz wirujące zabawki, dokładnie takie, jak ta którą dostałeś na ostatnie święta – kontynuował, odruchowo starając się sięgnąć po swą różdżkę, by wyciągnąwszy ją dla wizualizacji móc rzucić odpowiednie zaklęcie. Wtem jednak zdał sobie sprawę, iż podobnie, jak całego płaszcza i jej nie ma przy sobie.
   Natychmiast serce zabiło mu mocniej, żołądek nieprzyjemnie się skurczył, a źrenice zwęziły się, zdradzając pierwsze oznaki paniki, która powoli ogarniała jego myśli.
   Nie, nie, nie! Nie mogłem jej zgubić – powtarzał sobie, nerwowo rozglądając się po pomieszczeniu, a w szczególności jego podłodze, w poszukiwaniu znajomego, podłużnego kształtu.
   Mogłeś i najwyraźniej to zrobiłeś. Zgubiłeś jedną z najcenniejszych rzeczy, które miałeś – odpowiedział mu głos, gdy nie dostrzegł różdżki pod kolejnym z łóżek. I już miał przyznać mu rację, zgodzić się ze swą skrajną niekompetencją, wreszcie w pełni będąc zmuszonym zaakceptować jej ogrom, gdy podniósł wzrok wyżej. Na stojące obok przydzielonego mu łóżka krzesło, na którego oparciu spokojnie wisiał jego płaszcz. A jego kieszeni zapewne i bezpiecznie schowana różdżka.
   – Ta świecąca, gwiżdżąca i jeżdżąca suficie?
   To jedno krótkie zdanie skutecznie powstrzymało Perrota przez rzuceniem się w stronę ubrania i pospiesznym sprawdzeniem, czy jego magiczne narzędzie faktycznie znajduje się tam, gdzie być powinno. A czarodziej już się do tego przymierzał, powoli wstając z łóżka, z czego zdał sobie sprawę, gdy przywołany do rzeczywistości, spojrzał na wpół przytomnym wzrokiem na jasnowłosego pufka.
   – C-co? – spytał odruchowo, nim ponownie usadowiwszy się obok malca, połączył ze sobą odpowiednie fakty.
   – A tak, ta. Żądlibąki machają swoimi skrzydłami tak szybko, że czasem kręcą się identycznie, jak ona – wyjaśnił pospiesznie, nieświadomie wykręcając sobie przy tym palce.
   Nieudacznik. I było tak panikować? – kpił głos w jego głowie.
   – Tamten się nie kręcił – wyznał, wyraźnie zawiedziony tym czterolatek, co wystarczyło, aby Fitz pożałował swoich słów. I odruchowo mocniej zacisnął swą lewą dłoń na palcach prawej, sprawiając sobie w ten sposób ból.
   – Bo nie był żądlibąkiem. One żyją w Australii. Przykro mi – wyszeptał, bardziej do siebie niż do Colma, czy Corneliusa, któremu nieświadomie odpowiedział tym samym na jedno z pytań. I niestety najwyraźniej zbyt cicho, by McLaggen  w jakikolwiek sposób zareagował na słowa Perrota, gdyż do uszu tamtego zamiast szelestu pościeli, czy głosu przyjaciela, dotarło smutne westchnięcie wyraźnie zawiedzionego malca.
   Gratulacje. Za sprawą jednego zdania zmieniłeś jego niezwykłą przygodę w pustą i szarą codzienność. Odebrałeś mu szansę opowiedzenia ojcu czegoś niezwykłego. Zainteresowania go tym na dłużej, nim znów rzuci się w wir pracy. Tak potrzebnej, nie to, co twoja – skwitował to głos, skutecznie wzbudzając w blondynie poczucie winy. Czyż bowiem nie miał racji? Taka była w końcu prawda. Niechcący Fitzroy znów, zamiast coś od siebie dać, odebrał coś komuś.
   Jesteś wspaniałą pomocą. WSPANIAŁĄ. Już bardziej byś się wszystkim przysłużył, gdybyś zaginął. Ale kto by chciał porwać kogoś takiego jak ty…
   – Ale… Jesteś za to bardzo zdolnym, młodym czarodziejem – wydukał, łamiącym się głosem, rodzącą mu się gdzieś z tyłu głowy, już od jakiegoś czasu teorię. Skoro bowiem Colm nie połknął żądlibąka, jedyną możliwą przyczyną jego lewitacji było świadomie lub mniej rzucone zaklęcie. A Fitzroy szczerze wątpił, aby Alicia to zrobiła, skoro tak bardzo wystraszyły ją dolegliwości syna. Mającego już cztery lata. Idealny wiek dla czarodzieja czystej krwi, by ujawnić swe magiczne zdolności. A przynajmniej zgodnie z jednym z dokumentów z XVIII wieku, który bardzo przypasował babce jasnookiego.
   – Tata zawsze to powtarza – wyznał bez przekonania pufek, sprawiając tym, że wściekły na siebie Fitz zacisnął mocno zęby.
   Mogłeś się nie odzywać. Trzeba było milczeć i nic nie robić. Przecież jesteś w tym najlepszy…
   – W-wiem. I ma rację. Rzuciłeś zaklęcie swobodnego zwisu. B-być może coś jeszcze – wyjaśnił po chwili szeptem, czując ogromną potrzebę, by znów pogłaskać chłopaka po głowie. Pocieszyć go jakoś, choć nie był w stanie. I po tym, jak jedną wypowiedzią zniszczył mu tę cząstkę radosnego dzieciństwa, nie ważył się nawet ruszyć.
   – A to znaczy, że już jesteś zapisany do Hogwartu. I… I może pewnego dnia połkniesz żądlibąka.
   O dziwo te kilka zdań wystarczyło, aby Colmowi wrócił humor. A także, by chłopak dostał zastrzyku energii, który ku przerażeniu jasnookiego postanowił spożytkować, skacząc po rannym, z pewnością całym obolałym ojcu.
   – Słyszałeś tato, słyszałeś? Zostanę wielkim czarodziejem! - pokrzykiwał przy tym, wyraźnie depcząc resztki cierpliwości pozostałych pacjentów.
   – Opanujcie tego bachora, niektórzy tu próbują spać! – wykrzyknął w końcu ten sam staruszek, który tak bardzo domagał się wcześniej uwagi uzdrowicielki.
   – Ależ proszę pana, to jest małe dziecko. A w ogóle to jest szpital, proszę nie krzyczeć – odparła ta, zdenerwowana, nim wcisnął w dłoń czarodzieja kolejne ciastko. A potem – rzuciwszy mu krótkie spojrzenie – i jeszcze kolejne.
   – Proszę to zjeść i już nie komentować – dodała i zebrawszy na tace kilka pustych buteleczek po jakichś eliksirach, pospiesznie skierowała się ku łóżku Corneliusa.
   – Widzę, że nasz mały pacjent czuje się zdecydowanie lepiej. A pan? - spytała, zaskakująco – zwłaszcza po jej wcześniejszych słowach – łagodnym tonem Fitza, który wciąż nie odrywając wzorku od czubków swoich butów, powoli przytaknął.
   – T-też… C-czuję się już dobrze – wyjąkał zaraz potem, nie wiedząc, czy kobieta jego ruch dostrzegła i nie chcąc, by była zmuszona zbyt długo czekać na jego odpowiedź. Albo też pytać po raz kolejny.
   Ma przecież innych pacjentów. Wielu, poważnie chorych, a nie jedynie będących nieudacznikami i ofermami, jak ty…
   – Bardzo mnie to cieszy kochaneczku. Czy czujesz się na siłach, by wrócić do domu? – dopytywała, ewidentnie mając w tym jeden cel. Wysłanie Fitza tam, gdzie było jego miejsce. Z daleka od tego szpitala, do zbyt dużego dla jednej osoby, położonego w środku jej części lasu, pustego domu. Miejsca, w którym nie czekał na Perrota nikt poza dwójką niuchaczy i płomykówką.
   Teraz nikt nie powinien mieszkać sam. Nikt nie powinien zostawać sam! – przypomniał mu z przekąsem głos słowa Scarburogh.
   Ale ty na nic innego nie zasługujesz niż na samotność. Livia wiedziała to nawet, gdy ten dom dla was odremontowywałeś. A Reyna na pewno nie miała na myśli kilkorga zwierzaków…
   – T-tak. Mogę wrócić – odparł pustym głosem i powoli podniósł się z łóżka. Nawet jeśli nie chciał zostawać Corna samego, wiedział, że nie zasługuje na to, by z nim zostać. I uzdrowicielka też to wiedziała. A poza tym wytwórca różdżek miał jeszcze coś do załatwienia.
   – P-przepraszam… Czy nie wie pani, gdzie znajdę panią McLaggen? Żonę mojego b… przyjaciela? – zapytał nieśmiało, nie kryjąc wahania przed wypowiedzeniem ostatniego słowa. Nawet jeśli wciąż uważał bowiem młodszego blondyna za swego brata, czuł, iż nie ma już prawa nazywać go, choćby i przyjacielem. Sam Cornelius mógł zaś sobie nie życzyć, aby Fitzroy określał go jednym lub drugim mianem.
   – Niestety kochaneczku, nie. Na twoim miejscu szukałbym jednak na słuch – stwierdziła kobieta i zerknąwszy na obydwojga McLaggenów, powoli skierowała się ku wyjściu z pomieszczenia. Skłaniając tym samym i Perrota do ruszenia się z miejsca, podejścia do krzesła, na którym został pozostawiony jego płaszcz i podniesienia go. Co ku jego zdziwieniu poskutkowało cichym stuknięciem. Upadkiem niewielkiej książeczki dla dzieci, którą czarodziej poznał, gdy tylko zerknął na jej okładkę.
   Och, czyli nawet książki nie potrafisz oddać? Pięknie, teraz jesteś nieudacznikiem, ofermą i złodziejem…
   Fitz w żaden sposób nie zareagował na tę myśl. Jedynie przez chwilę, pustym wzrokiem wpatrywał się w tytuł dzieła, nim schyliwszy się, sięgnął po „Opowieść o Dwóch Braciach”. Na moment odłożył ją na krzesło, nim przywdziawszy płaszcz, ten ostatni raz podszedł do Corna.
   – Muszę już iść. Uważaj na siebie – oznajmił, wręczając mu książkę. I pożegnawszy Colma poczochraniem go po głowie – co skończyło się mocnym objęciem Perrota w pasie przez malca – odwrócił się na pięcie i powoli skierował śladami uzdrowicielki ku wyjściu.

.

Ostatnio zmieniony przez Sofja (08-12-2019 o 23h28)


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#103 09-12-2019 o 17h26

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 384

__________________________Irina Lindström
NIEZNANA LOKALIZACJA

     Łypnęła spode łba na mężczyznę, gdy w końcu udało jej się uwolnić z jego uścisku. Syknęła pod nosem, masując obolałe ramię. Była tak wściekła, że z ogromną chęcią wbiłaby palce w jego oczy. Widziała jak wciska te przeklęte gałki oczne w głąb oczodołów, jak leje się krew po jego policzkach. Ta wizja sprawiła, że jej martwe, puste ślepia, zaświeciły się żądzą mordu zmieszaną z szaleńczą satysfakcją. Płytko oddychała, wpatrując się w próżnię. Była gotów spełnić swoje skryte pragnienie; być może była w stanie poświęcić wszystko, by dopiąć swego. Zdołała się jednak opamiętać. W ostatniej chwili udało się jej zapanować nad wewnętrznymi potworami, które nakłaniały ją do przelania krwi. Nie była na tyle lekkomyślna, aby popełnić taką głupotę. Nie była samobójcą.
     Wyprostowała się, po czym spiorunowała wzrokiem Neidra. Zacisnęła dłonie w pięści, wbijając paznokcie w wnętrza jej dłoni. Twarz Iriny, jak była obojętna, tak pozostała obojętna.
     - To, że wpadliśmy na nieproszonego gościa, nie oznacza, że to właśnie ja zawaliłam. - wysyczała zjadliwie przez zęby. - Nie miał na sobie ubrań przystosowanych do uzdrowicieli; ktoś musiał go wezwać. - a co gorsza - znał moje imię, dokończyła w myślach.
     Spuściła wzrok na zaciśnięte ręce. Rozluźniła je, po czym uniosła lekko na wysokość klatki piersiowej. Przyglądała im się z wyraźną precyzją. Widniały na nich ślady po wbitych paznokciach. Sprawiała jednak wrażenie, jakby doszukiwała się w nich czegoś więcej. Sama nie wiedziała, czego tak wypatrywała w tych szmarach. Uniosła wzrok znad rąk, po czym spojrzała na Neidra.
     - Zresztą dostarczyłam ci chociaż rozrywki, bo wyglądałeś jakbyś się świetnie bawił. - oznajmiła z cynicznym uśmieszkiem na twarzy.
     - Pewnie, że świetnie się bawiłem. Zapomniałem, jak uwielbiam odwalać robotę za amatorów. - burknął Neidr z przekąsem, wracając do poprzedniej formy wyglądu. Jak zawsze.
     - Gdybym zajął się tym sam, byłoby łatwiej. Nie rozumiem, po cholerę trzeba było cię tam wlec.
     - Z pewnością żebyś się nad tym teraz rozwodził. - mrugnęła zaczepnie z cwaniackim uśmieszkiem na ustach.
     W odpowiedzi machnął na nią ręką. Zmarszczyła brwi, czując gorzki smak znieważenia jej osoby. Ostatnie jej słowa rozbrzmiewały niczym echo, nim całkowicie ucichły, pogrążając ich wszystkich w kompletnej ciszy. A wtedy, jakby machnięciem różdżki, powrócił obraz twarzy tegoż zszokowanego mężczyzny, który ledwo wydukał jej imię. Nie rozumiała dlaczego ktoś ją znał, gdy ona nie znała nikogo, prócz osób znajdujących się w tym budynku. Było to absurdalne, wręcz nie do pomyślenia. Nie potrafiła tego samej sobie wytłumaczyć, chociaż jej szare komórki pracowały na pełnych obrotach, żeby cokolwiek coś z tego wywnioskować. Analizowała każde wspomnienia, które bez problemu potrafiła przywołać w swoim umyśle i jako tako je widzieć - dokładnie oraz przejrzyście. Pierwsze jej wspomnienie to, gdy otworzyła pierwszy raz oczy. Wtedy Blaidd jej powiedział, że od zawsze znajdowała się w tym miejscu, że on ją tu wezwał, co mianuje go jej Stwórcą. A potem są wszystkie wspomnienia dotyczące tego miejsca, znajdujących się tu ludzi i zadań - nic więcej.
     Od początku egzystowania znajdowała się tutaj, więc nie miała jakichkolwiek szans, żeby zapoznać się w jakimś stopniu z tamtym mężczyzną, który wyglądał, jakby ją bardzo dobrze znał. A może wziął się z innej czasoprzestrzeni? Może to był tylko wybryk jej własnej wyobraźni? Próbowała się skupić na jego rysach twarzy, na kolorze jego oczu, włosów, ale żadna z tych rzeczy niczego jej nie zdradzała ani o nikim nie mówiła. Kompletna pustka. To jest niemożliwe, absurdalne, dlaczego on ją zna, a ona go nie? Chciała go uderzyć i nawet sama nie wie z jakiego powodu. Zwykle zabijała, a nie biła, a więc czemu akurat w jego przypadku po prostu chciała mu sprzedać liścia w twarz? To wszystko nie miało jakiegokolwiek sensu, a dalsze rozmyślanie nad tym, doprowadzało ją do bólu głowy.
     Cisza się przeciągała; Blaidd jak zwykle pogrążył się w myślach, Neidr zaś z coraz większą irytacją przyglądał się Irinie.
     - Tam są drzwi. A może mam ci je narysować? - zapytał oschle, wskazując dłonią wyjście.
     Kątem oka spojrzała na Neidra, który w końcu postanowił dać o sobie znać. A tak było przyjemnie, gdy siedział w ciszy. Przewróciła oczami, po czym splotła ręce pod klatką piersiową i posłała mu pełne rozbawienia spojrzenie.
     - Ty no faktycznie, no popatrz... tyle czasu szukałam tych przeklętych drzwi. - oznajmiła oschle z niewinną maską na twarzy. - Obawiam się, że będę potrzebować twojego towarzystwa, nim całkowicie stąd pójdę. Bez ciebie jestem taka nieporadna.
     - Ach, jak to typowa kobieta. - odparł z przekąsem Neidr, zanim odwrócił się do Blaidda. - Czy...
     - Czy moglibyście się przestać kłócić jak dzieci? - starszy mężczyzna tylko westchnął z irytacją, zanim lekko rozmasował sobie skroń. - Bycie rozkapryszonym dziesięciolatkiem, obrażonym na cały świat, wszyscy mamy już dawno za sobą.
     Irina wyraźnie zadowolona z obrotu spraw, iż Neidr odgryzł się jej i zamierzał kontynuować tę farsę; obmyślała w głowie kolejny złośliwy argument, który miał z pewnością wyprowadzić mężczyznę z równowagi. I już nadszedł ten moment, gdy ten odwrócił się ku Blaiddowi; wzięła oddech, miała zamiar coś powiedzieć, zwrócić na siebie uwagę, cokolwiek, lecz jej plany legły w gruzach. Zamrugała kilkukrotnie lekko oszołomiona reakcją Stwórcy. Nie sądziła, że skarci ich za zachowanie. Teoretycznie kłócili się przy nim, ale i tak, nigdy nie pomyślałaby, że postanowi ich ochrzanić.
     Kąciki jej ust wygięły się delikatnie ku górze, jakby była zadowolona z tego, do czego doprowadziła. Uważała, że miło było doświadczyć takiej zmiany u Blaidda, gdyż odkąd pamięta, to ten zawsze był spokojny, opanowany. Irina nie czuła potrzeby, aby odpowiedzieć na jego słowa, jedynie prychnęła pod nosem, po czym odwróciła się na pięcie, by skierować się do drzwi wyjściowych.
     Nie obejrzała się ani razu, gdy przekraczała próg tajemniczego pomieszczenia. Chwilę potem dało się usłyszeć charakterystyczny trzask drzwi, gdy te zdołały się zamknąć za jej plecami.
     Myśli wróciły jej do nieznajomego z Świętego Munga. Dokładnie zapamiętała jego pełną szoku, zdziwienia, może i przerażenia twarz. To, jak cofnął się o jeden, dwa, a nawet trzy kroki od niej. To, jak drżącą ręką sięgał do kieszeni po różdżkę, którą chciał unieść na nią. To, jak ledwie wypowiedział na głos jej imię, które w jego ustach brzmiało tak obco, a zarazem tak znajomo. Dlaczego jakiś losowy mężczyzna znał jej imię? Skąd miał prawo znać jej imię, skoro ani razu nie miała z nim styczności w swoim całym życiu? Nie podobała jej się ta niewiedza, którą pod żadnym względem nie potrafiła wyjaśnić, wytłumaczyć. Czy on ją znał tak osobiście? Pokręciła głową, chcąc zaprzeczyć swoim domysłom. Przecież to absurdalne, niemożliwe. Nigdy nie widziała tego pajaca na oczy, więc nie było żadnego logicznego wyjaśnienia na to, aby kiedykolwiek miała szansę go poznać, znać lub cokolwiek innego. Z pewnością chodziło mu o jakąś inną Irinę, pomyślała nagle. W końcu nie tylko ona nosiła takie imię.
     Wzruszyła ramionami i gdy zdała sobie sprawę, że od wyjścia stamtąd, nie poruszyła się ani trochę, tylko stała, jak kołek przed ciężkimi wrotami, to końcowo postanowiła ruszyć się i wrócić do swojego pokoju. Próbowała odgonić myśli od nieznajomego i niewytłumaczalnych zjawisk, lecz umysł robił jej na przekór. Ciągle widziała jego twarz. Przerażoną twarz, jakby ta, groziła mu śmiercią. Dlaczego w takim wypadku chciała go jedynie uderzyć, a nie zabić? Każdego normalnego człowieka bez wahania zabiłaby, zaś przy nim zawahała się.
     Zmarszczyła brwi z niezadowolenia, że wciąż o tym rozmyśla. W ostateczności uznała, że sen jej dobrze zrobi i przy okazji nie będzie musiała walczyć z tym, co nie daje jej w tej chwili spokoju.


WE'RE  LIGHTWOODS  -  WE  BREAK   N O S E S   AND  ACCEPT  THE   C O N S E Q U E N C E S .
https://66.media.tumblr.com/4aab0b7407ba3e866184acec7a63555a/tumblr_okkjuz08761rpz02to8_250.gifv https://66.media.tumblr.com/473531394ea08c7a1e1d6b9a45a3c8fe/tumblr_okkjuz08761rpz02to4_250.gifv https://66.media.tumblr.com/bc4bece13a3506c56864b6739f6de4ad/tumblr_okkjuz08761rpz02to3_250.gifv https://66.media.tumblr.com/82a7e245047147bc6524eb94d4904d6a/tumblr_okkjuz08761rpz02to10_250.gifv

Offline

#104 17-12-2019 o 01h17

Straż Obsydianu
Doc
Szeregowiec
Doc
...
Wiadomości: 90

CORNELIUS MCLAGGEN


McLaggen przypatrywał się Perrotowi i swojemu małemu McLaggenowi nieco otępiałym wzrokiem; eliksir, który miał go uśpić, niezbyt skutecznie działał, raczej odejmując Corneliusowi inteligencji, aniżeli energii. Chociaż energii może też, skoro nawet nie miał siły sięgnąć po różdżkę i bezpiecznie sprowadzić Colma na łóżko, bądź nawet choćby wyciągnąć ręce?
Na szczęście katastrofie zapobiegł Fitz. Jak zawsze Fitz. Kiedy on cię NIE ratował przed nieszczęściem?
Ale jednak widział, co się działo - a przynajmniej tak można było nazwać te próby podduszania Fitza. Już otwierał usta, by skarcić syna, gdy młody zaraz objął go ramionami i z siłą godną czarodziejskiego Pudziana lub innego Najmana również ścisnął jego szyję.
- Nie... tak... mocno... - wysapał, z trudem odrywając od siebie czterolatka. - Ojca udusisz. Wujka już prawie udusiłeś, wiesz? Popatrz, wujek nie może oddychać. Nie trzymaj człowieka tak mocno. - z tymi słowy poczochrał lekko Colma po włoskach. Mały rzeczywiście przejął się całą sytuacją - i, podobnie jak ojciec, najwyraźniej miał tendencję do nieświadomego dolewania oliwy do ognia, gdyż zaczął szarpać bogu ducha winnego Perrota.
- Colm, nie... - Cornelius nawet nie zdążył zareagować; młody był żwawy niczym iskierka w ognisku. Fitz jak zawsze opanował szybko sytuację, uspokajając wystraszonego czterolatka.
Tuż po tym McLaggen odpłynął, walcząc ze snem - rozmowa o żądlibąkach skutecznie McLaggena uśpiła, podobnie jak biurowe dyskusje na temat "tegorocznych rozliczeń budżetu poszczególnych departamentów Ministerstwa Magii i dlaczego to komórka McLaggena nie powinna dostać już dofinansowania". Wyrwał się z lepkich objęć snu dopiero wtedy, kiedy poczuł, jak drobne stópki raz po raz uderzają w jego żołądek, przypominając Corneliusowi, że nie jadł zbyt wiele tego dnia, oprócz zimnej już kawy o 1 nad ranem.
- Słyszałeś, tato? Zostanę wielkim czarodziejem!
- Opanujcie tego bachora, niektórzy tu próbują spać! - krzyknął jakiś staruszek. To wywołało reakcję McLaggena - odwrócił ku niemu głowę, ignorując przy tym uzdrowicielkę. Jednak posłusznie posadził Colma na łóżku obok siebie, obejmując go przy tym ramieniem, by młody się już nigdzie nie wiercił, nie kręcił, nie skakał i nie pokrzykiwał.
- Panie, odczep się pan od mojego syna - burknął, zwracając się do staruszka. Po tym bez słowa dopił zimny już eliksir o smaku herbaty... i prawie by się opluł, słysząc pytanie Fitza.
Po co szukasz Alicii? Życie ci niemiłe?
- Fitz, bracie, przyjacielu, towarzyszu, nie rób tego - rzucił błagalnym tonem, zwracając się do Perrota. Nawet nie zauważył, że przy tym przechylił kubek tak, że wylewał na kołdrę resztki herbaty. - Ona dzisiaj jest nieobliczalna. Będzie jak wściekły buchorożec, jak gromoptak, jak... jak... jak niuchacz w banku Gringotta...
Najwyraźniej jednak Fitz miał jakąś misję do wykonania, gdyż był w tym momencie niewzruszony jak skała; zarówno Cornelius, jak i Colm spojrzeli po sobie z nieukrywanym zdziwieniem - w końcu rzadko zdarzało się, żeby Perrot przejawiał aż tak radykalną determinację, prawda?
Idzie tam jak na stracenie.
- Gromoptaki nie są tak niebezpieczne, jak ci się wydaje, Corn... - odparł ze smutkiem Fitzroy, zawracając i oddając im książkę. McLaggen ze zdziwieniem przyjrzał się okładce. Ach, opowieść o Dwóch Braciach... matka pewnie by mu to czytała, gdyby w ogóle kiedykolwiek by to robiła. Niekiedy Cornelius miał wrażenie, że w życiu najwięcej uwagi poświęcały mu właśnie siostry i Fitz.
- No to... powodzenia - westchnął tylko. - Daj znać, jak ci poszło czy coś... i uważaj na siebie również, dobra?
Bez słowa odprowadził Perrota spojrzeniem; po chwili wyłapał na sobie złowrogie spojrzenie wrednego staruszka spod okna. I jakby na złość temu dziadowi otworzył książkę.
- Znasz opowieść o dwóch braciach, Colm? - zagadnął synka.
- Czy to coś jak Czara Mara? - chciał wiedzieć mały. - Ta, co gotowała dzieci w kociołku?
- No, nie do końca... na pewno nie ma tu dzieci w kociołku - odparł McLaggen, zastanawiając się, czy nie powinien sprawdzić, jaką wersję baśni Alicia czyta młodemu na dobranoc. To brzmiało jak najbardziej makabryczne bajki... a może to była teściowa? Czyżby życie próbowało przekazać mu jakiś znak?
Albo ostrzeżenie?
Całe twoje życie to jedno wielkie ostrzeżenie, stary.
- Ale ktoś umiera? - dopytywał się mały.
- No tak nie do końca...
- Jak nie umiera, to nie chcę - uparł się Colm.
- Ten dzieciak jest niepokojący - odezwał się ktoś z sali.
- Odczep się pan - warknął McLaggen, otwierając książkę. - Na pewno ci się spodoba - dodał, widząc niezbyt przekonaną buźkę Colma. Mały jednak nie oponował - właściwie takie momenty bliskości z ojcem były bardzo rzadkie, więc uciszył się posłusznie, w oczekiwaniu na bajkę.

- Opowieść o dwóch braciach... - chrząknął McLaggen. - Wśród rozległych, srebrnych wrzosowisk mieszkali dwaj bracia; obaj śnili o potędze i władzy od najmłodszych lat. Do tego ich sposobiono i tak wychowywano. Mieli stać się dumą swojej rodziny, żywymi legendami, władcami całego świata.
Marzenia innych stały się marzeniami braci; starszy, zwany Wilkiem, pragnął objąć we władanie to, co niematerialne, nieuchwytne, ulotne i zmienne - sam zaś był stały i niezmienny niczym skała, stojąc w przeciwieństwie tego, czego pragnął zdobyć. Młodszy brat, Wąż, śnił zaś o rzeczach przyziemnych, rzeczach, należnych królestwu ludzi: władzy nad innymi, nad istotami magicznymi i niemagicznymi.
Obaj narodzili się w Roku Kruka i spod znaku Kruka pochodzili; jednak na znak swój zdecydowali się wybrać Węża, gdyż był chytry, zaś przy ich narodzinach czuwał Smok, symbol siły. Ich los został zapisany już dawno temu w gwiazdach.

W całej sali zapanowała cisza; nawet wredny staruszek, który wcześniej komentował zachowanie Colma, zamilkł, skwapliwie słuchając bajki.

- Obaj bracia długo szukali, jak zdobyć to, czego pragnęli; w tym celu zdecydowali się w młodym wieku stanąć przed Śmiercią i spojrzeć jej w oczy, porozmawiać z nią. Ona natomiast starała się sprawić, by ukorzyli się przed jej majestatem; liczyła, że odwrócą się od niej i odejdą, uciekną jak wielu innych śmiertelników przed nią, a wtedy ona będzie mogła ich złapać.

Pobieżne spojrzenie na Colma utwierdziło McLaggena w przekonaniu, że nawet jeśli mały nie wszystko rozumiał, to jednak to wystarczyło, by go skutecznie uciszyć i uspokoić.
Trzeba będzie kupić mu więcej bajek... ale takich normalnych.

- Jednak bracia nie bali się śmierci; spojrzeli jej w oczy i rzekli: "Nie jesteś nam straszna ani obca. Towarzyszyłaś nam przez wiele lat. Czy nie rozpoznajesz starych przyjaciół?".
Śmierć przyjrzała się ich twarzom i pokrótce ich rozpoznała; ich niegdysiejsza młodość poznaczył dziś czas, jej znak. Chociaż ich twarze nadal były młode, już zaczynała żłobić w nich swoim dłutem życia, a ich oczy były naznaczone jej śladem.
- Czego chcecie? - zapytała. - Potęgi? Władzy nad śmiercią?
- Wiedzy - odrzekł starszy brat z uśmiechem. Śmierć przyjrzała mu się nieufnie; znała ich i wiedziała, że są podstępni. Szczególnie starszy brat był w jej mniemaniu bardziej chytry; był zanadto do niej podobny, tak samo zimny, obojętny i stały - życie przeciekało mu przez palce, on się tym jednak nie przejmował, wiedząc, że tak zawsze było, jest i będzie.
- Jak tacy doskonali alchemicy jak wy mogliby czegoś nie wiedzieć? - zapytała, zacierając kościste dłonie. - Znacie najczarniejsze sztuki, wiecie jak spętać chwałę, jak uwięzić człowieczeństwo, jak zagubić wiarę i wywołać strach samym waszym imieniem. Czy to dla was za mało?
- Wiemy - przyznał młodszy brat. - Jednakże jesteśmy tylko ludźmi... dla nas zawsze będzie to za mało. Czy nie jesteśmy do siebie podobni? Chociaż ty zdobyłaś juz tyle żyć, że powinno ci być dość, wciąż to czynisz. Idziesz za podszeptami natury. Z nami, ludźmi, jest tak samo - chociaż różni nas jedynie to, że w odróżnieniu od ciebie jesteśmy ulotni i nietrwali. Jesteśmy chwilą w oceanie czasu.
Obaj bracia poprosili ją, by stworzyła im Klepsydrę Świata i Czarę Życia; wkrótce obaj stali się przyjaciółmi Śmierci. Ta stopniowo zdradzała im coraz większe sekrety. Bracia jednak nie wcielali jej opowieści w życie; zamiast tego badali jej słowa, obserwowali...
- Na co czekacie? - zapytała zniecierpliwiona Śmierć któregoś dnia. Obaj, mimo wszystko, nie starzeli się; wciąż pozostali młodzi jak wtedy, kiedy spotkali ją pierwszego dnia.
- Nie czekamy - odrzekł pierwszy brat.
- Życie to ciągły ruch i działanie - przypomniał drugi brat. Śmierć rozejrzała się; obu otaczała mgła, jak i cienkie nici - nici więzi krwi, nici życia, niby nitki z myślodsiewni.
Cały świat usłyszał krzyk Śmierci; krzyk gniewu, nieokiełznanej wściekłości, krzyk klęski. Tego dnia bowiem Śmierć została oszukana i pokonana przez obu braci. Światem zawładnął Wąż i Smok, wzbudzając w ludziach strach jak dawniej.

Ponowne zerknięcie na syna świadczyło, że Colm uznał opowieść za dość nieinteresującą - szybko zasnął, prawdopodobnie gdzieś w połowie opowieści.
- Ten dzieciak jest serio dziwny - stwierdził ten sam pacjent.
- Też bym zasnął, gdybym był dzieckiem i gdyby ktoś mi to czytał - sprzeciwił się drugi. Jednak McLaggen ich nie słuchał; zamiast tego podniósł się ostrożnie z łóżka, starając się nie obudzić przy tym Colma. Syn, jak większość dzieci, posiadał jedną przerażającą moc..
Może zasnąć na pięć minut, a mieć energię na cały dzień i całą noc.
- Dokąd się pan wybiera? - zapytała tuż za jego plecami uzdrowicielka; McLaggen aż podskoczył, zaskoczony przez kobietę. Cholera, prawie dostał zawału. Prawie!
- Ćśśś - syknął, odwracając się w jej stronę i przykładając palec do ust, zanim wskazał na śpiącego Colma. To najwyraźniej wzbudziło instynkt macierzyński w uzdrowicielce, gdyż tylko się uśmiechnęła, zanim zgromiła McLaggena wzrokiem.
- Odlać się idę - mruknął, wzruszając ramionami i ignorując jej zdegustowaną minę.
- Do łazienki na lewo - odezwała się, idąc w stronę kolejnego pacjenta. McLaggen rozejrzał się dyskretnie; czy o czymś zapomniał? Czy coś zgubił? Najwyraźniej nie. Pogłaskał tylko śpiącego Colma po włosach, zanim wyszedł z sali - a tuż po przekroczeniu progu od razu doznał przyspieszenia w trybie "Błyskawica 2020" i zniknął w gąszczu pięter i korytarzy, zamierzając odszukać Fitza.

I byłoby mu się to nawet udało. Tym razem jednak został powstrzymany przez kartki, fruwające przez cały korytarz; ale co robić, co robić? Jeśli opadną, zostanie natychmiast zauważony!
Bądź co bądź nie chciał przeszkadzać Fitzowi, ani kobiecie, na którą Perrot wpadł. 
Nawet on, Cornelius Bez Serca McLaggen czuł, że to była piękna chwila, rzadki moment zrozumienia, kiedy oboje, Fitz i ta dziewczyna, byli w siebie zapatrzeni; w tym momencie McLaggen czuł wstyd, zwyczajny wstyd, i miał świadomość, że nie powinno go tu być.
Pewnie, że nie powinno cię tu być! To tak, jakby Fitz chował się za rogiem, gdybyś migdalił się do Anabelli. To też byłaby tylko wasza chwila, nie? I chciałbyś, żeby ktokolwiek inny był jej świadkiem?
No... nie.

Dlaczego w tej chwili o niej pomyślał?
McLaggen rozejrzał się nieco zmieszany po korytarzu; niestety nie bardzo miał gdzie uciec. A gdyby zdmuchnąć te kartki zaklęciem i upozorować to, że ktoś otworzył okno?
To brzmiało jak dobry pomysł. Okno było tuż na końcu korytarza, przed nim. Gdyby otworzył okno i zaklęciem ukierunkował wiatr, kartki zwiałoby w ich stronę... wtedy mógłby spróbować chociaż schować się za rogiem i udawać, że wcale nie widział tej sceny.
I tak zostaniesz na zawsze tym wnerwiającym kolesiem, który zawsze psuje wszystkie romantyczne chwile.
Auć, ta myśl zabolała.
Znów spojrzał w stronę okna.
Alohomora!
Okno otworzyło się z głośnym trzaskiem; przechodzący obok niego starszy pan w koszuli nocnej zaklął głośno, próbując przytrzymać rozdętą piżamę, która w tej chwili podwijała mu się do góry niczym sukienka Marilyn Monroe.
- A niech to, koszulę nocną mi podwiało! Ho, ho, mocne wiatry mamy tego roku! - skomentował, próbując jedną ręką przytrzymać koszulę, zaś drugą zamknąć okno. Niezbyt mu to wychodziło.
- Panie Fitzsimmons, tyle razy prosiłam pana, żeby nie otwierał pan okna! - krzyknęła na niego jedna z uzdrowicielek. Jednocześnie kartki - oprócz tego, że rozsypały się pod wpływem wpadnięcia Fitza na pracownicę Ministerstwa - pod wpływem wiatru zawirowały i zasłoniły im obojgu widok na tyle, by McLaggen mógł bezpiecznie się schować.

Dopiero po tym odczekał, odliczył do stu, by ruszyć znów w pogoń za Fitzem.
I w tym momencie naprawdę bardzo, ale to bardzo żałował, że Perrot nie ma żadnej wizytówki. Mógłby ją chociaż dyskretnie wpleść do tego stosu papierzysk czy coś...
Zdecydowanie trzeba będzie go namówić do zrobienia sobie tych cholernych wizytówek. Nie odpuszczę tym razem.
- Fitz! Zaczekaj. - zadyszany McLaggen dogonił Perrota, starając się zachować jak zawsze pokerowy wyraz twarzy; nie było to szczególnie trudne.
- Powinniśmy udać się do Hogsmeade - dodał, zatrzymując się przed przyjacielem. - Mamy proszoną herbatę u Slughorna... nie wiem jak ty, ale to może być źródło ciekawych informacji. Idziesz?
- Możliwe, ale... nie mam zaproszenia... - w oczach Perrota pojawiła się nadzieja "może jak powiem że nie mam, to mi odpuści?". To jednak nigdy nie działało. Nie na Corneliusa. Nie działało już wtedy, kiedy Fitz dostał zaproszenie do Klubu Ślimaka, i nie działało już dzisiaj.
- No nie mów... - mruknął McLaggen, przewracając oczami. Tuż po tym złapał znienacka Perrota za ramię, zanim zniknął razem z nim, aportując się w Hogsmeade.

Tu będzie jeszcze Mars Bellemare i Blaidd

Ostatnio zmieniony przez Doc (17-12-2019 o 01h34)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#105 17-12-2019 o 01h18

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 384

_____________________Madeleine Bellemare-Levasseur
POD TRZEMA MIOTŁAMI

     Przygryzła dolną wargę, wpatrując się zmartwionym wzrokiem w profil zmasakrowanej twarzy brata. Złość coraz bardziej wrzała w jej żyłach, jakby jej własna krew stanęła w ogniu, rozpalając jej wszystkie kończyny do nienaturalnie wysokiej temperatury. Nadal nie mogła uwierzyć własnym oczom, że Marshall tak łatwo dał się zaskoczyć i przy tym, aż tak bardzo ucierpiał. Rozchyliła usta, chcąc zaoferować mu pomocną dłoń, lecz w tej samej chwili, bliźniak, odwrócił się ku niej z tym spokojnym uśmiechem, jakby wszystko było w należytym porządku, jakby wszystko miał pod stanowczą kontrolą. Westchnęła zrezygnowana, a na jej ustach zagościł delikatny półuśmieszek. Zdążyła się przyzwyczaić, że Mars nigdy nie poprosi jej o pomoc, gdy takowej będzie potrzebować; prędzej naplułby sobie w twarz. Był aż tak dumny siebie, że pod żadnym względem nie chciał splamić swojego honoru. Jedyne, co mogła dla niego zrobić w podobnych sytuacjach, jak ta, to okazać wsparcie - nic więcej; no może pogrożenie tym tępym głupcom, że jeśli jeszcze raz zachowają się niestosownie wobec jej braciszka, to powolutku odetnie im paluszek po paluszku, uważnie obserwując ich agonię wymalowaną na obleśnie zrozpaczonych gębach.
     Uspokoiła się odrobinę, gdy Marshall delikatnie poklepał ją po dłoni, gdyż po tym kojącym geście miała pewność, iż faktycznie nie ma czym się martwić. Pokręciła głową z niedowierzaniem, chichocząc cicho.
     - Nie byłbyś sobą, gdybyś nie znalazł się w centrum uwagi, co? - zaczepiła z figlarnym uśmieszkiem.
     I miała ochotę jeszcze bardziej się roześmiać, gdy do jej uszu dotarł płaczliwy ton Slughorna. Dla takich chwil warto było przebywać w tak beznadziejnym miejscu z równie beznadziejnie żałosnym towarzystwem. Ujrzawszy nagłą zmianę mimiki twarzy Marshalla, posłała mu uśmiech pełen otuchy, oznajmiając szeptem, iż z pewnością da sobie radę - była tego pewna. Oboje świetnie sobie ze wszystkim radzili, jakby cały świat i całe społeczeństwo mieli w jednym paluszku.
     Skierowała swój wzrok na kieliszek szampana, o którym wcześniej wspomniał jej brat. Nie sądziła, że jednak zmieni zdanie o smaku tegoż napoju. Madeleine wciąż uważała, że Slughorn osobiście powędrował do zgniłych, zaśmiergłych kanałów, z których nabrał unikalnych ścieków do swoich masywnych beczek, a potem przelał je do ładnie zdobionych szklanych butelek, i żeby zachować pewne maniery oraz pozory, zaczarował te gówno w kosztowny szampan, które miało powalić gości na kolana swym wyśmienitym zapachem i smakiem. Co jak co, ale temu pacanowi daleko było do prestiżu. Nie miała żadnych podstaw, żeby uwierzyć w to, że faktycznie wydał swój cały majątek, aby zadowolić swoich jakże uroczych, kochanych i wychowanych gości. Co ona sobie myślała? Przecież nawet jego cały majątek nie pokryłby kosztów tegoż napoju z wysokiej półki, jak i nie najwyższej.
     Kątem oka obserwowała całą scenkę, którą odgrywał jej kochany braciszek. Zaśmiała się złowieszczo pod nosem. Była skłonna założyć się z kimkolwiek o miliard franków, że robił to tylko po to, aby zabłysnąć w oczach wszystkich tu zebranych osób, żeby pokazać, jaki on to nie jest wspaniały. Lubił być podziwiany, lubił znajdować się w centrum uwagi i dosadnie pokazywać tym wszystkim wieśniakom, że to on rządzi. Maddie była sama pod tym względem identyczna. Rodzeństwo Bellemare było jak kropla wody. Można było jedynie oceniać, które z nich było gorsze od drugiego. Zadanie nie należało do najłatwiejszych.
     Mrugnęła do Adriana z czarującym uśmiechem na ustach, gdy ten łypał na nią spode łba. Wiedziała, co sobie myślał. Ale ona mnie irytuje, ale ona jest bezczelna, okropna, jakaś s***, co myśli, że jest lepsza od innych, co myśli, że może sobie beztrosko przechodzić po ludziach, jakby byli jej żywym dywanem, a takie to najlepiej zabić, ośmieszyć, żeby zderzyć je z szarą rzeczywistością i z tym, że są nic nie warte i zepsute do szpiku kości. Westchnęła rozmarzona, czytając z jego rozemocjonowanej twarzy, jakby była niebywale interesującą książką.
     I gdyby nie Marshall oraz McAvoy, to uschłaby z nudy na tej tandetnej herbatce, która oficjalnie się jeszcze nie zaczęła, bo najwyraźniej ślamazary nie potrafiły ruszyć swoich tłustych dup i w końcu zjawić się w tym obskurnym chlewie, chociaż, gdyby była na ich miejscu, to również toczyłaby się, a nie szła równym krokiem, gdyby wiedziała, co ją czeka w tym bagnie. A tak to musiała martwić się o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne, i na co jej to było?
     Podniosła się z miejsca, po czym chwyciła Marsa za nadgarstek i leciutko odciągnęła go na swoją stronę.
     - Chciałam cię poinformować, że wychodzę zapalić niemodnego papierosa. Wolę przygotować się na najgorsze, które z pewnością zbliża się wielkimi krokami. A do tego czasu wolałabym być spokojna. - powiedziała chłodnym tonem głosu.
     Zaczepnie potargała go po włosach i prędko cofnęła się, aby Mars w akcie słodkiej zemsty nie zrobił tego samego lub czegoś gorszego.
     - Spróbuj niczego nie zniszczyć podczas mojej nieobecności. - dodała, machając ręką na odchodne.
     Szybkim krokiem skierowała się stronę wyjścia, a gdy w końcu wydostała się na świeże powietrze, to wzięła bardzo głęboki oddech. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak bardzo duszno było w pubie. Powietrze w budynku było tak stęchłe, że te na zewnątrz był jak kubeł lodowatej, aczkolwiek orzeźwiającej wody. Wyciągnęła z małej torebki paczkę papierosów oraz zapalniczkę. Jednym ruchem ręki wydostała papierosa, a potem zapaliła go, by następnie wylądował w jej ustach. Resztę rzeczy zdołała z powrotem schować do torebki.
     Przymknęła chłodne oczy, delektując się dymem papierosowym, który stopniowo ukajał jej nerwy, uspokajając jej wewnętrzną burzę.


WE'RE  LIGHTWOODS  -  WE  BREAK   N O S E S   AND  ACCEPT  THE   C O N S E Q U E N C E S .
https://66.media.tumblr.com/4aab0b7407ba3e866184acec7a63555a/tumblr_okkjuz08761rpz02to8_250.gifv https://66.media.tumblr.com/473531394ea08c7a1e1d6b9a45a3c8fe/tumblr_okkjuz08761rpz02to4_250.gifv https://66.media.tumblr.com/bc4bece13a3506c56864b6739f6de4ad/tumblr_okkjuz08761rpz02to3_250.gifv https://66.media.tumblr.com/82a7e245047147bc6524eb94d4904d6a/tumblr_okkjuz08761rpz02to10_250.gifv

Offline

#106 17-12-2019 o 10h58

Straż Obsydianu
Doc
Szeregowiec
Doc
...
Wiadomości: 90

BLAIDD
[/small]

- Zachowujecie się jak banda rozkapryszonych dzieciaków.
Zignorowałem obrażony wyraz twarzy brata; Neidr jak zawsze obrażał się na chwilę i po chwili olewał temat, wracając do poprzedniego sposobu bycia. Zbył jednak moje słowa milczeniem, co było jak na niego dość wyjątkowe.
Ale tutaj wszystko było wyjątkowe. Czas w domostwie jakby się zatrzymał. Wody jeziora nadal falowały i połyskiwały leniwie u naszych stóp, nie opierając się siłom wiatru; wciąż trwał tu XIX wiek. Jakiekolwiek bariery i pieczęci zostały złamane - poczynając od zaklęć Ministerstwa po granice człowieczeństwa.
- Po prostu nigdy nie lubiłem pracować z amatorami - odparł wreszcie, zakładając ręce na piersi. - Pamiętam, czym to się kończyło.
To wywołało mój uśmiech; rzeczywiście, swojej dobrej pamięci nie mogłem zaprzeczyć. Niekoniecznie chętnie wracałem wspomnieniami do tego okresu, który mimo wszystko był koszmarem, boleśnie przeplatającym się z rzeczywistością. Ale zaletą bycia takim człowiekiem jak ja czy Neidr było to, że nie posiadaliśmy już żadnych głębszych uczuć, które mogłyby nas ranić, które mogłyby stać się smakowitą przekąską... które w ogóle byłyby dla nas cenne.
Jeśli coś jest dla nas bezwartościowe, nie można nam tego odebrać.
- Niewiele straciłeś.
- Piętnaście pie######## lat!
- Zawsze mówiłem, że jesteś zbyt uczuciowy.
O, wiedziałem, że w tej chwili mój brat ledwie się powstrzymuje, by nie miotnąć we mnie jakimś zaklęciem; właściwie to byłoby zabawne, gdyby to zrobił, prawda? W zasadzie narzucało mi to jedno z kilku pytań: co wtedy stałoby się z hipnozą, z więzami krwi? Czy to wszystko by znikło?
Jeśli tak - byłoby to nawet jeszcze bardziej zabawne. Chociaż największym żartem w całej tej sytuacji było Ministerstwo. Prawdę mówiąc, korciło mnie, by wybrać się do niego osobiście; czy złożenie wizyty młodemu McLaggenowi i życzenie mu powrotu do zdrowia byłoby dużym nietaktem?
- Nie wiem o czym myślisz, ale nawet o tym nie myśl - głos Neidra przerwał ciszę. Zdążyłem już zapomnieć, że mój brat cechuje się dość niezłym zmysłem obserwacji. Przecież nie uśmiechałem się aż tak widocznie, prawda?
Prawda?
Uniosłem dłoń, przerywając bratu; wśród korytarzy rozległ się cichy stuk obcasów. Nigdy nie przepadałem za większością ludzi tutaj - a ta kobieta nie była wyjątkiem. Zawsze byłem zdania, że chociaż niewątpliwie służyła nam swoją wiedzą i umiejętnością zbierania informacji, nigdy nie mówiła nam zbyt wiele - i to wzbudzało mój brak zaufania.
Była... śliska. Wymykała się spomiędzy palców, kiedy już myślałeś, że ją złapałeś. Znikała jak dym; w jednej chwili tutaj, by znaleźć się gdzieś indziej.
- Wszystko w porządku? Jesteś strasznie blada.
Trudno było nie zauważyć, że jej cera stopiła się z kolorem włosów. Hm, a co jeśli to początkowe, wstępne efekty transformacji?
- Trudno tu złapać słońce - odparła w uśmiechu.
Właśnie dlatego nie potrafię ci zaufać. Wszystko cię bawi. Nawet to, że znalazłaś się tutaj, traktujesz jak dobry żart, jakbyś nie potrafiła zdać sobie sprawy z powagi sytuacji. Czy nie czujesz, jak życie ci ucieka, przecieka między palcami?
Inaczej - nie wiedziałem, co odpowiedzieć.
- Niech zgadnę, teraz zamierzasz wysłać mnie gdzieś, gdzie będzie słońce? - zagadnęła, podchodząc bliżej i wychylając się przez krawędź, jakby chcąc przejrzeć się w odbiciu jeziora. W tle dosłyszałem stłumione parsknięcie Neidra.
- Coś w tym stylu - mruknąłem bez większego przekonania. - Zajrzyj do Trzech Mioteł w Hogsmeade... poobserwuj trochę.
- Jasne - odparła, wzruszając ramionami. - Mam to wszystko zapisać i wysłać ci listem? Sowią pocztą?
- Nie musisz. Po prostu to zapamiętaj.
Nie podobały mi się te chochliki w jej oczach; nie podobał mi się jej uśmiech, nie mówiąc już o następnych słowach:
- Pamięć jest zawodna, prawda? Łatwo ją oszukać, szefie.
Zanim zdążyłem coś więcej odpowiedzieć, jak zawsze zniknęła - jedynie głośny trzask świadczył o deportacji.
- Pamięć jest zawodna, nie? - przedrzeźnił ją Neidr, zwracając się do mnie. - Może ty też zapomniałeś o tych piętnastu latach?

MARS BELLEMARE


Ledwie słyszalny pisk Anglika był w chwili obecnej cudowną muzyką dla uszu Marsa, najdoskonalszą arią umierającego łabędzia. I w chwili, kiedy McAvoy leżał z nogami i rękami w górze, przypominając tym bardziej wierzgającego żuka gnojownika, niemogącego zrozumieć, co tu się tak naprawdę stało, tym większe obrzydzenie poczuł Mars.
Umierający łabędź? Czy on właśnie się zniżył do tego porównania?
To raczej ludzki żuk gnojownik we własnej osobie.
Mimo to bez słowa go wtedy podniósł i nawet lekko nim potrząsał, żeby tylko McAvoy wrócił do siebie.
- Rzeczywiście, nie mówiłbym nikomu że to po twoim trupie - zgodził się w uśmiechu. Tuż po tym odstawił Adriana, zanim dolał sobie jeszcze szampana. No.. faktycznie, trochę emocji i już smakowało lepiej.
- Nie martw się tak. - lekko szturchnął Maddie. Tuż po tym sięgnął po różdżkę, chcąc doprowadzić się do porządku.
Ale kim by był Mars Bellemare, gdyby użył na sobie najzwyklejszego Chłoszczyścia? Absolutnie nie sobą, bo gdyby nie był sobą, to by był inny rzecz jasna. Na szczęście klinika Bellemare do perfekcji opanowała zaklęcia z gatunku mody i urody, tak więc "sytuacja kryzysowa" mogła zostać zażegnana kilkoma najprostszymi zaklęciami niewerbalnymi (wciąż były pod patentem i zastrzeżone tylko dla kliniki - ach, znamienne jak bardzo czarodziejskie prawo patentowe poczyniło postępy).
- Oczywiście, że nie byłbym wtedy sobą. Ale nie chciałem dziś znaleźć się w centrum zainteresowania... wyjątkowo. To inni to zrobili - odparł z lekkim uśmiechem, ścierając z twarzy zaklęciem krew. Zaraz trzasnął prostujący się nos (auć), zniknęła plama krwi z płaszcza. I chwilę po tym świat stał się nieco piękniejszy - otóż, panie i panowie, zaklęcia te dodawały niewielki bonusik do urody.
Klinika Bellemare. Tylko dla ciebie.
Posłusznie podniósł się z miejsca, dając się zaciągnąć siostrze na bok; przyjrzał jej się z zaciekawieniem. O co chodziło?
- Aha. Dobra. To idź, tylko nie daj się porwać. Tu podobno grasuje jakiś dziwny typ, który porywa niegrzeczne dzieci. Może ciebie też będzie chciał zabrać ze sobą - pokiwał tylko, zanim lekko potrząsnął głową pod wpływem poczochrania. Na szczęście z natury zawsze miał nieogarnięte, nieuporządkowane włosy w artystycznym nieładzie.
I tak wyglądam lepiej niż ten strach na wróble McAvoy. Oto jak wygląda francuski piesek w porównaniu z angielskim pudlem.
- Jesteś pewna, że to ja będę winowajcą? - dodał przekornie, zerkając na rozmówców przy stole. Ach, McAvoy i baba od kapelusza, przeżywający załamanie nerwowe Slughorn, zapatrzony w swoją towarzyszkę poeta bezdomny i... pusto. I nic. A, no i jakiś nadęty typ ze swoją znacznie mniej nadętą żoną.
- Wymarzone towarzystwo, śmietanka elity - parsknął cicho pod nosem. - Zaprosiłbym ich wszystkich na urodziny Corneliusa.
Tuż po tym lekko klepnął siostrę po ramieniu.
- Idź i nie nakopć jak smok, bo zaraz zaczną krzyczeć, że przynosimy ze sobą zarazę, rozpacz i smog - dodał z uśmiechem, wracając się do stołu. Tuż po tym rozejrzał się dość ciekawie po otoczeniu; do kogo by tu zagadać...? A może znów podręczyć nieszczęsnego McAvoya?


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#107 21-12-2019 o 16h13

Straż Absyntu
Endine
Straż na szkoleniu
Endine
...
Wiadomości: 254

https://media.discordapp.net/attachments/606398525290577940/642799707571355664/dean_napis.png?width=1440&height=105

     Dean może i nie łapał wielu rzeczy, takich jak sarkazm i ironia, ale drżący głos wyłapał, co szczególnie trudne nie było. Nie ośmielił się jednak dopytać, tym bardziej, gdy lekarz podszedł do niego i Nachylił się nad nim. Nachylił.
     Rozumiał, że między nimi było trochę różnicy wzrostu, ale chłopakowi to wystarczyło do palpitacji serca i lekkiego zawirowania w łepetynce, nie rozumiał jak może żywić do kogoś tak długo uczucia. Czasami próbował je ignorować i nawet się udawało, ale teraz znowu poczuł się jak ten szczeniak z pierwszej klasy, gdy poznał Eugenia pierwszy raz. Znaczy zobaczył, bo bał się podejść.
     A no i pytanie, które zarejestrował trochę później, bo był za bardzo przejęty stanem Eugenia. Chciałby go pocieszyć, ale nie byli na tyle blisko, nie był więc pewien, czy lekarz w ogóle chciałby jakiegokolwiek pocieszenia, a nawet jeśli to czy od niego. Przydałaby się Jasmine...
     - Umm... - zaczął głupio bo nie miał wymówki. Nie przyzna się, że nawalił w pracy bo pomyśli, że jest niekompetentny... - Wypadek... Wypadek przy pracy oczywiście
     Dobrze, że dodał kolejne 4 słowa dość szybko bo prawie się zatrzymał na tym pierwszym. Jego mózg niestety był tak przejęty sytuacją, że odebrało mu to funkcje logicznego wypowiadania się...
A w zasadzie to nigdy tego nie umiał, ale teraz nie jest lepiej.
Zaklęcie w cale nie sprawiło dyskomfortu, znaczy sprawiło, ale było na tyle szybkie, że w porównaniu z tym co stało się wcześniej.... Pikuś.
     A na ostatnie pytanie odczuł zmieszanie. Mógł spędzić czas z osobą, którą lubi i podziwia, ale z drugiej strony jest przy niej tak nerwowy, że z trudnością rejestruje co on do niego mówi.
     - No jasne.
     Eugenie najwyraźniej nie chciał tracić czasu, na zbędne rozmowy i od razu pokierował ich w stronę jakiejś sali. Problem był jednak jeden, lekarz był wyższy, czyli miał tez dłuższe nogi.
     Dean starał się nadążyć za nim kroku, ale przez fakt, że jego noga również ucierpiała było to o wiele trudniejsze. Z drugiej strony był zbyt zawstydzony by powiedzieć cokolwiek, dlatego złapał go tylko za skrawek lekarskiego kitla, by mu za daleko nie uciekł. Gdy dotarli do sali odetchnął i puścił go i udawał, że w cale nie widział żadnych spojrzeń ze strony Eugenia.


https://media.discordapp.net/attachments/478520636759867415/541570746711801866/e96079366c1a9e08ac937f16e40ea916.gif?width=400&height=163

Offline

#108 01-01-2020 o 13h34

Straż Obsydianu
Morenn
Akolita Jednorożców
Morenn
...
Wiadomości: 428

https://fontmeme.com/permalink/191024/fd35893981b5c92685cc9921843c864d.png


          Herbatka coraz mniej przypominała te, które Slughorn organizował w ramach Klubu Ślimaka, a bardziej jakieś nieporozumienie. Już pomijając fakt, że najwyraźniej wciąż czekaliśmy na nieobecnych gości, których - sądząc po pustych krzesłach - wciąż było więcej, niż przybyłych, to atmosfera była daleka od przyjacielskiej. Wydawało mi się, że ma z tym mocny związek wymiana zdań pomiędzy McAvoyem a siedzącym obok niego facetem. Tym, którego wcześniej niechcący uszkodziłem. Wszystko stało się dla mnie jasne, gdy wyłowiłem strzępki charakterystycznego, francuskiego akcentu.
- Och, na litość Merlina... - mruknąłem trochę do siebie, a trochę do Shannon. Wiedziałem, że zrozumiała. Jeśli ja wiedziałem o stosunku Adriana do Francuzów (co w gruncie rzeczy trudne nie było, bo on bardzo pilnował, żeby jego teorie przypadkiem nikomu nie umknęły), to co dopiero jego koleżanka po fachu. Sytuacja wydawała się eskalować, gdzieś w tle przewinęła się również Reyna, która podeszła do nich chwilę po tym, jak McAvoy wreszcie nie wytrzymał i po prostu walnął mężczyznę w twarz. Rozmowy przy stole ucichły, wzrok wszystkich powędrował w tamtą stronę i w bezruchu jaki zapanował reakcja Francuza była jak grom z jasnego nieba - cios z pięści, wymierzony w twarz Adriana sprawił, że ten spadł z krzesła, bezwładny jak wypchana kukła. Dopiero to sprawiło, że poderwałem się odruchowo z miejsca. Czy to oznacza wojnę? Chciałem być przygotowany. Reyna chyba też musiała być zaskoczona sceną, która rozegrała się tuż pod jej nosem. Napięcie jakoś nie chciało opaść, a pomimo dziwacznego aktu wsparcia udzielonego przez Francuza i mętnych tłumaczeń obydwu stron, Slughorn wyglądał na bliskiego płaczu.
Zerknąłem na niego kątem oka. Jakoś w ogóle nie było mi go szkoda. Jakim bezmózgiem trzeba być, żeby posadzić Adriana, tego Adriana, który nigdy nie krył się ze swoimi poglądami, w towarzystwie Francuza? Czy on urwał się z choinki? Patrząc po reakcji nie była to prowokacja, a profesor eliksirów naprawdę był tak głupi, za jakiego go miałem większość swojej edukacji. Niepoważne, żeby zdecydować się samodzielnie rozsadzać gości i nie zrobić nawet szczątkowego rozeznania.
Przeprosiłem Shannon i obszedłem stół, zmierzając w ich stronę. Nie chciałem jej wciągać w sedno jakiejś jatki, bo chociaż McAvoy sprawiał chwilowo wrażenie, jakby jego zapał został na podłodze, gdzie sam wcześniej wylądował, to nigdy nic nie wiadomo. Znając jego teorie wiedziałem, że może czuć się w pewien sposób oszukany. Francuz nie zachował się po francusku, Adrian z całą pewnością nie spodziewał się jakiegokolwiek odwetu z jego strony. Rozważałem nawet zajęcie chwilowo zwolnionego przez Francuza krzesła i zarzucenie nóg na stół, ale dodatkowa prowokacja mogłaby się skończyć źle, więc dałem sobie spokój.
Dziennikarz rozmawiał właśnie z kobietą o niesamowitym kapeluszu, o który trochę zahaczyłem podchodząc, więc z przepraszającą miną poprawiłem lekko przekrzywione pióro na jego czubku.
McAvoy wyglądał jak nieszczęście, ale po tym jak zerknąłem na niego i zdałem sobie sprawę, że Reyna wciąż jest w pobliżu, przywitałem się najpierw z nią.
- Cześć, Reyna, dobrze cię widzieć.
Po czym spojrzałem za nią, na towarzyszącego jej mężczyznę i przywitałem się również, męskim uściskiem dłoni. Nie znałem jej za dobrze, trochę kojarzyłem ze szkoły i drużyny Quidditcha, ale bardziej jednak z Amortencji, gdzie czasami zaglądała i zwykle kończyło się na tym, że rozmowa nas zupełnie pochłaniała - robiłem kawę, której ostatecznie żadne z nas nie tknęło aż nie zamieniła się w zimną breję, a Reyna nie podrywała się nagle i z oszołomieniem spoglądając na zegar rzucała, że wielkie nieba, kiedy zrobiło się tak późno i że naprawdę musi już lecieć. Zawsze też wspominała że powinienem na siebie uważać kręcąc się między mugolami i choć wiedziałem, że robi to z aurorskiego obowiązku, zwykle wywoływało uśmiech. Była miła. W sensie, który rzadko jeszcze można było zaobserwować wśród ludzi - naprawdę troszczyła się o innych.
Znów odpłynąłem. Gdy zdałem sobie z tego sprawę, przeniosłem wzrok z Reyny na dziennikarza i zdecydowałem się wciąć Blue i Adrianowi w rozmowę.
- Stary. - mruknąłem, klepiąc go po ramieniu, ale nie miałem pomysłu, co mu powiedzieć. Moją uwagę skupiła jego twarz. Nie w romantycznym, na szczęście, sensie - trudno było nie zauważyć, że nie przejął się w ogóle zrobieniem czegoś z broczącym krwią nosem, czerwonymi plamami na ubraniu i twarzy.
- "już ta rana się blizny bielą nie pokryje
nie żołnierz mi ją zadał, ale kat w mundurze
nie opatruj, niech ziemia mej krwi się napije
cywilizacji wzmocni zwątlone przedmurze
niech przesiąknie czerwienią, niech czerwień wypluje...
"
* - wyrecytowałem w nagłym natchnieniu inspiracji, jakbym był bardem, który zaraz poderwie do walki swoich rodaków i zaapeluje o wstawienie się za swoim i nie pozwalanie na francuską samowolkę na angielskiej ziemi...
Znowu mnie poniosło. Urwałem, westchnąłem i sięgnąłem po różdżkę.
- Wolisz zostawić i nosić dumnie czy naprawiamy?


*Shork - "Wyklętemu"


https://cdn.discordapp.com/attachments/631822868845690884/662045973547188225/IMG_20200101_223343.jpg

Offline

#109 05-01-2020 o 16h50

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 384

_________________________Audrey Lindström
KORYTARZE MINISTERSTWA -> GŁÓWNY HALL MINISTERSTWA MAGII
ŚW. MUNG -> KORYTARZE, GABINET WUNSCHE
POD TRZEMA MIOTŁAMI


     Momentalnie się zatrzymała, by potem odwrócić się twarzą do Jasmine. Zmierzyła ją całą wzrokiem, jakby badała, czy ta mówi prawdę, a nie próbuje na Lindström jednych z tych pięknych kłamstw, które czasem tak nieumiejętnie wypływały z jej ust. Audrey zdała sobie prawdę, że nie powinno się bezgranicznie ufać najbliższym osobom, bo każda z nich posiada swe sekrety - mniejsze bądź większe - i nie oceniała ludzi na podstawie ich zatajonych tajemnic. Nie twierdziła, że nie warto im pomóc. Uważała, że nieważne, co się stało lub co się dzieje, to trzeba się dowiedzieć na jakikolwiek możliwy sposób o danej sytuacji i okazać wsparcie drugiej osobie. Pokazać, że nie jest sama w tym bagnie. Pokazać, że ma swoją wartość, którą inni doceniają i chcą ratować, bo jest dla nich ważna.
     Zmieniła swoje nastawienie do rówieśników odkąd Irina zaginęła. Możliwe, że zamknęła się w sobie i zbytnio nie okazywała swojego bólu utratą siostry, co mogło spowodować te wszelkie wątpliwości co do jej siostrzanej więzi z Iriną, o ile takowa istniała, jak niektórzy potrafili twierdzic. Nie interesowała się zdaniem losowych osób, gdyż wiedziała, że ci, którzy ją wspierali w Hogwarcie, to pamiętają, jak nocami nie sypiała, tylko płakała, jak nie miała apetytu, a większość posiłków zdalnie unikała, tłumacząc się, że nie za dobrze się czuje, jak jej wysokie stopnie diametralnie obniżyły się do minimum, jak jej stosunki do przedmiotów były naganne, przez co dopuszczała się do utracenia wielu punktów dla Gryffindoru. Szatynka była przekonana, że tym, którym wtedy zależało, zauważyli jak powoli więdła na ich oczach. Wiele osób z tamtych czasów zostało do dzisiejszego dnia przy jej boku. Nadal wspierając ją psychicznie i fizycznie, z pewnością wiedzieli, jak bardzo Audrey cierpi, a mimo tego wszystkiego, to i tak stara się podawać innym swoją pomocną dłoń, jakby taki czyn koił jej roztrzaskane serce i stopniowo doklejał małe kawałeczki do układanki, aby przywrócić jego dawną postać.
     Wzrok Lindström znacznie złagodniał, gdy w pewnym momencie uświadomiła sobie, że być może nauczyła się żyć z tym niemiłosiernym bólem, który w każdej chwili mógł ją zabić. Posłała delikatny uśmiech Jasmine, którą widziała jak przez mgłę; taką rozmazaną i niewyraźną. Była pewna, że łzy jej nie napłynęły do oczu, gdyż wpatrywała się w niewidoczną postać przyjaciółki z szeroko otwartymi ślepiami. Audrey nie rozumiała dlaczego jej własny wzrok płatał jej figle; a może to był umysł? Przygryzła dolną wargę, po czym spojrzała się w przeciwnym kierunku, wpatrując się w próżnię.
     - Powiesz, jak będziesz chciała. - oznajmiła nagle, przerywając błogą ciszę niczym lecąca strzała, która lada chwila wbiła się w pień drzewa, by ponownie mogła zagościć cisza.
     Dała znak Jasmine, aby podążyła za nią. Szły w niemalże całkowitej ciszy, która czasem była przerywana przez Rowntree - dosyć nieudolnie, bo Audrey nie przejawiała chęci na jakąkolwiek rozmowę. Pochłonięta myślami kierowała się ku wyjścia z Ministerstwa Magii.
     I przekroczywszy próg, wzięła głęboki wdech i wydech. Nawet nie zdała sobie sprawy z tego, kiedy zamknęła oczy, by w pełni delektować się tą chwilą wolności. Delikatnie rozchyliła powieki, i gdy ujrzała, że obraz nabrał kolorów, konturów i wyrazistości - uśmiechnęła się pod nosem. Uznała, iż jej zamglony wzrok mógł być spowodowany zbyt ogromną ilością negatywnych myśli, które kłębiły się w jej głowie niczym czarna chmura.
     Spojrzała się na Jasmine z szczerym uśmiechem na ustach.
     - Tak, tak, nie martw się. - potwierdziła przyjaciółce, że w skrócie jej powie, co działo się na spotkaniu z krewnymi zaginionych osób. Nie był to żaden problem przecież, a przekazywanie najważniejszych informacji miała w jednym paluszku.
     Położyła jej dłoń na ramieniu, po czym dała jej znak, aby była w pełnej gotowości.
     - Nie możemy więcej tracić czasu. - skwitowała z figlarnym uśmieszkiem, gdyż wiedziała, że nie wszyscy dobrze radzili sobie z teleportacją, dzięki temu Audrey miała niebywałą satysfakcję, ponieważ ona opanowała ten rodzaj transportu do perfekcji.
     I teleportowała je przed Świętego Munga. Złapała skołowaną Rowntree za nadgarstek i pociągnęła ją za sobą do środka budynku; nie zwróciła jakoś uwagi na to, w jaki sposób Jasmine mogła wylądować i czy przypadkiem sobie czegoś nie potłukła, zbiła lub złamała. Lindström nie zamierzała jeszcze bardziej się spóźnić, a była przekonana, że już wystarczająco pobiła swoje rekordy w "punktualności", co nie było w jej zwyczaju. Otworzyła z hukiem drzwi, co spowodowało, że zwróciła na siebie uwagę kilku biegających uzdrowicielek. Prędko wytłumaczyła swoje zachowanie tym, że w trybie natychmiastowym potrzebuje się spotkać z Eugene Wunsche. Jedna z uzdrowicielek przedstawiła jej drogę do gabinetu dawnego Ślizgona, podziękowała jej szybko, po czym ponownie pociągnęła Jasmine za sobą.
     Nie musiała się upewniać, które drzwi należały do Eugene, bo po prostu wiedziała, które to były - otworzyła je z hukiem, przybierając na twarz niewinną minę.
     - O, tu jesteś. - zwróciła się do Wunsche z niecierpliwym tonem głosu. - Nie żebym szukała cię cały dzień czy coś, ale Jasmine chciała z tobą pójść na przyjazną herbatkę u Slughorna, więc zastosowałam najszybsze i najprostsze metody, aby się do ciebie dostać. - wytłumaczyła, puszczając mu oczko i szybkim susem zmniejszyła ich dystans, nie puszczając nadgarstka przyjaciółki, bo jeszcze uciekłaby czy coś, a Audrey nie miała głowy, aby ją gonić i szukać po całym Świętym Mungu.
     Dopiero wtedy zauważyła Deana, z którym się krótko przywitała.
     - Nie mamy czasu na obściskiwanie się, wybaczcie. - powiedziała oschle, aby następnie przeteleportować ich wszystkich do Trzech Mioteł.
     Całą drogę przebyła z prędkością światła; zgrabnie wylądowała na podłodze niczym jakaś wysoko postawiona czarownica, zaś jej towarzysze leżeli na podłodze jak kłody. Wygląda na to, że tylko ona potrafiła się utrzymać na nogach w trakcie teleportacji. Zaśmiała się pod nosem, spoglądając na każdą twarz wszystkich tu zebranych. Zauważyła Fina, Adriana, Reynę, do której niezauważalnie pomachała ręką, i całą resztę.
     - Hej wam, dawno się nie widzieliśmy. - odezwała się w końcu z promiennym uśmiechem, wracając swym wzrokiem do towarzyszy, którzy zgonowali na podłodze. - Przepraszam za nich.
     Skierowała się do Reyny i już miała otworzyć usta, i spytać, jak jej idzie praca Aurora i jak się czuje, i tym podobne, lecz mignęła jej jakaś podejrzana plama pod stołem. Podeszła bliżej do ogromnego stołu i kucnęła, by po chwili wytrzeszczyć oczy ze zdumienia.
     - Co tu robi pies? - zapytała z zaciekawieniem. Nie zauważyła, iż na podłodze leżeła jedynie Jasmine z Eugene, zaś niejaki pies był Deanem. Podniosła się na proste nogi z lekkim oszołomieniem, aby w tej samej chwili ujrzeć osobę, której kompletnie nie spodziewała się w tym miejscu.
     Zagryzła dolną wargę i zacisnęła dłonie w pięści, gdy zauważyła Phoenixa z tym wężowym uśmiechem, który dumnie stąpał po drewnianej podłodze, zmierzając ku okrągłemu stołu przeznaczonego do dzisiejszej herbatki. Nie mogła uwierzyć, że Slughorn go zaprosił na przyjęcie.
     Przybliżyła się do Reyny i nie odrywając wzroku od O'Hary, powiedziała szeptem:
     - Uważaj na siebie, bo dzisiejsza herbatka może okazać się katastrofą.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (05-01-2020 o 17h00)


WE'RE  LIGHTWOODS  -  WE  BREAK   N O S E S   AND  ACCEPT  THE   C O N S E Q U E N C E S .
https://66.media.tumblr.com/4aab0b7407ba3e866184acec7a63555a/tumblr_okkjuz08761rpz02to8_250.gifv https://66.media.tumblr.com/473531394ea08c7a1e1d6b9a45a3c8fe/tumblr_okkjuz08761rpz02to4_250.gifv https://66.media.tumblr.com/bc4bece13a3506c56864b6739f6de4ad/tumblr_okkjuz08761rpz02to3_250.gifv https://66.media.tumblr.com/82a7e245047147bc6524eb94d4904d6a/tumblr_okkjuz08761rpz02to10_250.gifv

Offline

#110 05-01-2020 o 22h44

Straż Obsydianu
Maelneth
Akolita Jednorożców
Maelneth
...
Wiadomości: 414

-------------------------------https://i.imgur.com/DUnbi91.png
MIESZKANIE LESTERA
         Rzeczą, której w tym momencie Lester wręcz rozpaczliwie potrzebował, była filiżanka gorącej, odświeżającej zielonej herbaty – liści najwyższego sortu zaparzonych z nienaganną dokładnością i najszczerszym uczuciem. Albo papierosa. Czy lepiej byłoby oderwać się od tego mdłego świata poprzez ukojenie zszarganych nerwów odprężającym naparem, czy jednak brutalnie zdusić swoje własne emocje w ciężkim dymie papierosowym? Sam jeszcze nie był w stanie powiedzieć, które z tych dwóch jakże odmiennych sposobów relaksu mogło mu pomóc. W zasadzie teraz wiedział tylko jedno: istnieje coś, co irytuje go bardziej, niż osoba Corneliusa McLaggena. Mianowicie osoba Corneliusa McLaggena otoczona zdecydowanie zbyt głośną bandą niesamowicie zrozpaczonych i bezradnych rodzin. Lester nie był psychicznie na to przygotowany. Nigdy nie odnajdywał się w tak licznych grupach, jednak podczas nauki w Ilvermorny był do nich przynajmniej trochę przyzwyczajony. Ale od kiedy ukończył szkołę, a było to już ponad dziesięć lat temu, prowadził spokojne, niemalże sielankowe życie w zaciszu własnego warsztatu. Z dużą ilością głośnych ludzi musiał radzić sobie tylko raz w roku, podczas Ceremonii Przydziału, gdzie jako absolwent oraz wytwórca różdżek występował w roli gościa honorowego. Jednak wtedy miał do czynienia z dziećmi, którym, o dziwo, był w stanie wiele wybaczyć. Ale dorośli? Dorosły człowiek powinien wiedzieć, kiedy nie wypada robić niepotrzebnego chaosu i rozsiewać dookoła osobistą rozpacz.
         Z głębokim, zmęczonym westchnieniem oparł się plecami o drzwi swojego apartamentu. Nie minęła jeszcze połowa dnia, a jemu już zaczynało brakować energii. Zmęczenie i mała ilość snu powoli dawały mu się we znaki. Do tego wszystkiego dołączył jeszcze obowiązkowy ból głowy – bo przecież bez tego byłoby nudno, prawda?
         Po kilkunastu długich sekundach w końcu zdecydował. Zebrał się w sobie, zdjął buty i kurtkę i wszedł w głąb mieszkania. Przeszedł przez salon, minął kuchnię, by wreszcie przekroczyć drzwi sypialni. Pokój, będący dokładną kopią tego ze Stanów, został po części oświetlony przez światło wpadające z korytarza. Lesterowi tyle wystarczyło. Dotarł do podłużnego biurka, którego blat był w pełni zawalony przeróżnymi książkami, notesami i pojedynczymi kartkami. Prawdopodobnie można by tam też znaleźć, poza jakimiś ołówkami lub piórami, kilka dłut, cyklin czy nożyków. Jednak w tej chwili mężczyzna nie potrzebował żadnej z tych rzeczy. Doskonale pamiętał, że to właśnie tutaj ostatni raz widział paczkę papierosów. Zaczął przegrzebywać niestabilne stosy. Parę rzeczy wylądowało na podłodze. Później je podniosę, zdecydował bez chwili zawahania. W końcu otworzył pierwszą szufladę, a wtedy jego oczom ukazała się rozdarta z jednej strony koperta zaadresowana na jego nazwisko. Parę sekund wpatrywał się w kawałek papieru, próbując sobie przypomnieć, czego dotyczyła jego treść. To na pewno nie był list od Fitzroy’a ( na który, swoją drogą, powinien już dawno odpisać; to będą już trzy tygodnie, od kiedy Perrot do niego napisał) ani tym bardziej od Logana. Jego brat preferował „drukowanie”.
         Gdy w końcu postanowił przestać męczyć samego siebie zbędnym domyślaniem się, sięgnął po kopertę. Właśnie wtedy zauważył pod nią poszukiwaną paczkę papierosów. W ten sposób jego zainteresowanie listem spadło niemalże do zera – niemalże, bo mimo wszystko nie odłożył go z powrotem do szuflady. Podszedł do ciężkich, ciemnych zasłon, rozsunął je szybkim ruchem i otworzył na oścież okno. Chłodne powietrze wtargnęło do pokoju, wywołując ciarki u Lestera. Zdecydowanie potrzebował takiego odświeżenia. Oparł się przedramionami o parapet. Tradycyjnie zastukał pudełeczkiem o płaską powierzchnię i wreszcie zapalił papierosa. Zaciągnął się mocno, wstrzymał na chwilę oddech, by w końcu wypuścić z ust siwą chmurę dymu. O tak, tego mu było trzeba. Wydawało mu się, jakby razem z każdym wydechem wyrzucał z siebie wszelkie niewygodne i męczące emocje. Gdy jego biedne, zszargane nerwy wreszcie się trochę uspokoiły, skupił się w końcu na kopercie. Wyciągnął list i pospiesznie przebiegł wzrokiem po tekście. Wystarczyło kilka wyciągniętych z kontekstu zdań, by odświeżyć jego pamięć.
         H e r b a t k a. Wydał z siebie zmęczony pomruk. To była ostatnia rzecz, na jaką miał w tej chwili ochotę.

POD TRZEMA MIOTŁAMI
         Nawet jeśli nie chciał brać udziału w tak upierdliwym wydarzeniu, coś w środku nie dawało mu spokoju. Nie mógł odrzucić zaproszenia profesora, który uczył kiedyś Matt. Doskonale zdawał sobie sprawę, że oczekiwanie, iż mężczyzna będzie miał jakieś przydatne informacje na jej temat, było wyjątkowo naiwne z jego strony. Mimo to nie potrafił się powstrzymać. Próbował wszystkiego i nie zamierzał sobie tego odpuścić.
         Nie spieszył się z wyjściem z domu. Mniej lub bardziej starannie ułożył włosy. Wyrównał swój kilkudniowy zarost, by wyglądał na zaplanowany. I w końcu wszedł do garderoby, gdzie zdecydowanie za długo rozmyślał nad swoim strojem. Zwłaszcza, że ostatecznym wyborem został ciemny golf, eleganckie, szare spodnie w żabie oczka, niezbyt zimowe, czarne loafersy z charakterystycznym czerwonym wężem i na to wszystko bordowa dyplomatka. Na sam  koniec założył jeszcze ulubione skórzane rękawiczki – nie ze względu na zimno, a na jego blizny.
         Wreszcie gotowy i kulturalnie spóźniony teleportował się.
         O mało nie dostał zawału, gdy zamiast stanąć przed drzwiami „Pod Trzema Miotłami”, zobaczył przed sobą kobietę, równie zdziwioną jak on sam. Miała ciemne, lśniące włosy, jasną cerę i wyróżniające się mocnym kolorem pełne usta. Byli zdecydowanie za blisko. Lester był w stanie wyczuć nie tylko jej perfumy wymieszane z zapachem papierosów, ale również to, że stykali się klatkami. Gdy tylko to sobie uświadomił, cofnął się gwałtownie. Oczywiście coś musiało pójść nie tak, bowiem mężczyzna poślizgnął się i stracił grunt pod nogami. Próbując się jakoś uratować przed bolesnym upadkiem, odruchowo chwycił się najbliższej mu rzeczy – pięknego, pokaźnego futra nieznajomej. Jak się można było tego spodziewać, nie na wiele mu się to przydało. Uderzył plecami o ziemię, czego niestety cienka warstwa wydeptanego śniegu nie zamortyzowała. Dodatkowo oberwał też od przodu – wylądowała na nim kobieta, którą sam za sobą pociągnął. Jedyną reakcją, na jaką mógł się w tej chwili zdobyć, było bolesne stęknięcie i siarczyste przekleństwo.


https://i.imgur.com/H18tdnR.png    https://i.imgur.com/bHl8Yo3.png    https://i.imgur.com/rEHZsjf.gif    https://i.imgur.com/0jIPLtx.png    https://i.imgur.com/YHDHgFq.png

Offline

#111 06-01-2020 o 22h22

Straż Obsydianu
Raspberry
Akolita Sylfy
Raspberry
...
Wiadomości: 1 115

Eugene

    Po tym jak w końcu dotarliśmy do mojego gabinetu, który na całe szczęście ocalał, a dzięki temu nie straciłem swojego ulubionego płaszcza, przynajmniej jakiś jeden pozytyw tej sytuacji. Pomogłem Deanowi ułożyć się na leżance, żeby jeszcze bardziej nie pogarszać sytuacji z jego nogą.
    — Mógłbyś zdjąć buta, to zobaczę co się dzieje z tą nogą. — Posłałem chłopakowi słaby uśmiech i odwiesiłem swój żółty fartuch, w tamtym momencie nie miałem ochoty go oglądać na oczy przez następne kilka dni, a to dziwne bo mimo wszystko lubiłem ten kolor. Deanowi chyba obojętne było czy mam go na sobie, plus byłem już po godzinach pracy, więc teoretycznie ni musiałem tego nosić, ale rękawiczki nadal założyłem jednak pewne zasady higieny trzeba było zachować.
    — Co dokładnie się stało? — zapytałem, próbując jakoś przerwać niezręczną ciszę która zapanowała w pokoju, no i rozmowa trochę utrzymywała moje myśli z daleka od tej całej katastrofy, która jeszcze niedawno się tu działa. W sumie nie wiedziałem czy to był dobry dobór tematu, biorąc pod uwagę jak wcześniej speszony nim był chłopak, ale nic innego nie przychodziło mi do głowy.
    — Czasami miewam tu bardzo dziwne przypadki — zacząłem mówić, jednocześnie zaczynając badać jego nogę, starając się być przy tym jak najdelikatniejszy. — Często się zastanawiam co ludzie mają w głowie, że wpadają na takie pomysły. Prawdopodobnie brakuje im jakiegokolwiek instynktu samozachowawczego. —  Westchnąłem, nie miałem pojęcia jak czasami potrafiłem zachować zimną krew i nie stracić zmysłów w tym wariatkowie.
      — Całe szczęście to nic poważnego, tylko stłuczenie. Co Najwyżej skończy się na siniaku, no i możesz utykać, ale po paru dniach wszystko wróci do normy. — Odwróciłem się i zacząłem szukać maści i bandaży, żeby zrobić opatrunek. Otworzyłem szafkę pełną małych różnych pudełeczek i słoiczków, na których markerem w skrócie opisane było co gdzie jest. Wszystko co tu się znajdowało było zrobione przeze mnie, nie ufałem innym ludziom z takimi rzeczami, u mnie wszystko musiało być perfekcyjne. Mimo to często polecałem moim pacjentom miejsca, gdzie mogą kupić podobne leki. Nie byłem aż tak bogaty, żeby rozdawać moje maści na prawo i lewo każdemu kto tylko pojawi się w Mungu. Gdy miałem wszystko ponownie podszedłem do leżanki. Szybkimi, zręcznymi ruchami opatrzyłem nogę Deana, po czym podałem mu maść, której przed chwilą użyłem. Bratu mojej najukochańszej i najlepszej kumpeli, nie mogłem przecież pożałować, od jednej maści nie zbiednieje, chyba.
    — Zmieniaj często opatrunki przez tydzień używając tego i po tygodniu noga powinna być jak nowa. Na te zadrapania też możesz tego używać, ale bardzo cienką warstwę. No i to chyba na tyle. —  Sprzątnąłem resztę opatrunków i akurat gdy miałem zapytać Deana czy wybiera się na herbatkę do profesora Slughorna, a jeżeli tak to czy nie chciałby zabrać się tam ze mną, ale zanim zdążyłem to zrobić ktoś mi przerwał. Przez chwilę mogło się wydawać, że istny huragan wpadł właśnie do mojego gabinetu, ale nie to tylko Jasmine i Audrey.
    —  Hej! — I w sumie to tylko tyle zdążyłem powiedzieć, bo już po chwili Audrey obwieściła, że się teleportujemy, całe szczęście zdążyłem złapać mój płaszcz, chociaż to pewnie i tak mi nie pomoże. Nienawidziłem się teleportować, było to dla mnie okropnie niekomfortowe i zawsze po tym się źle czułem, a jak jeszcze dodamy do tego, że dziewczyna wzięła mnie zaskoczenia, nie było nawet mowy, że wyląduje na dwóch nogach. Cudem w ogóle było, że ledwo zdałem egzamin, ale mimo wszystko była to potrzebna umiejętność.
    Podłoga w tamtym momencie była dla mnie rajem na ziemi, gdy czułem jak mój cały żołądek się właśnie przewraca, dodatkowo strasznie kręciło mi się w głowie więc nie do końca ogarniałem co się dzieje i czemu przeuroczy piesek się na mnie patrzy. Cóż za cudna bubulinka. Czy to już niebo? Czy tak właśnie wygląda życie po śmierci? Rozmasowałem skronie próbując w jakiś sposób powstrzymać zawroty głowy. I właśnie wtedy spojrzałem w górę i przekonałem się, że za żadne skarby nie mogło to być niebo, a bardziej piekło. Moje własne piekło, które dopiero zaczynało się rozkręcać. Najpierw zobaczyłem pomocną dłoń, nic nadzwyczajnego, nawet całkiem miły gest, jednak to jej właściciel mi nie grał. Finley. Naprawdę? Już drugi raz tego dnia, to chyba jakaś klątwa. Uderzyła mnie jeszcze jedna, maleńka rzecz dumnie błyszcząca na jego palcu. Na brodę Merlina przecież to obrączka! Przekrzywiłem głowę wpatrując się uparcie w pierścionek, wmawiając sobie, że to tylko poteleportacyjne omamy. Kto byłby aż tak głupi? Początkowo chciałem zachować resztki mojej godności i podnieść się sam, ale przez mój stan raczej nie było to możliwe, więc po prostu przyjąłem dłoń Fina. Niżej już nie dało się upaść, następnym razem Audrey powinna lepiej wycelować miejsce teleportacji. Najlepiej takie gdzie jest dużo poduszek.
    — Chyba zaraz zwymiotuję —  mruknąłem słabo, trochę zły, sam nie wiedziałem czy na siebie, czy na Fina, czy na biedną Audrey która definitywnie nie mogła tego przewidzieć.
    — Nienawidzę teleportacji —  oznajmiłem stojąc już na nogach i próbując pozbierać się do kupy. Rozejrzałem się po pomieszczeniu i po gościach. Niektórzy wyglądali, jakby właśnie z wojny wrócili, mogli chociaż zmyć krew przed przyjęciem. Jednak kogoś mi brakowało.
    — Gdzie jest Dean? —  zapytałem rozglądając się po pomieszczeniu, mając nadzieję, że po prostu się gdzieś schował. — I kogo jest ten przeuroczy, puchaty piesek? —  Zwierzęta zawsze mnie rozczulały, a szczególnie te przyjazne i o uroczych mordkach, niestety zazwyczaj było to jednostronne uczucie. Nie wiem czemu, ale zwierzęta nigdy za mną nie przepadały. Chyba jakaś kolejna rzucona na mnie klątwa.


https://66.media.tumblr.com/dfea7e1d7e7a06413200bdf6dfdab473/42362c770b411ebc-16/s400x600/d8e44335cbadfb45c62d04b7a6e862936a71ea6b.gif https://66.media.tumblr.com/b1d01a12ed4a2de9e362aaa53aeefbd0/42362c770b411ebc-ed/s400x600/f2ef17c5152ff211c7bc15d2d62889c197f0cc46.gif

Offline

#112 07-01-2020 o 18h35

Straż Obsydianu
Doc
Szeregowiec
Doc
...
Wiadomości: 90

- "Już ta rana się blizny bielą nie pokryje
nie żołnierz mi ją zadał, ale kat w mundurze
nie opatruj, niech ziemia mej krwi się napije
cywilizacji wzmocni zwątlone przedmurze
niech przesiąknie czerwienią, niech czerwień wypluje...

Hę? Co to za grafomania?
Bellemare uniósł brwi, przyglądając się Nawiedzonemu Poecie w milczeniu. Jeśli ktokolwiek miałby wylądować na torturach, to był pewien, że mógłby wytrzymać nawet najcięższe katusze fizyczne. Wyrywanie paznokci? Zębów? Golenie nóg mugolskim depilatorem albo, co gorsza, woskiem? Eee, to wszystko nie miało znaczenia. Ból fizyczny w końcu można było przekuć w przyjemność, jak rzekłby Markiz de Sade...
Albo i nie powiedziałby tego, ale jestem pewien, że zgodziłby się ze mną: angielskiej grafomanii zwanej poezją też by nie był w stanie wytrzymać.
Pomimo swojego lekceważącego podejścia do angielskiej kultury, Mars musiał przyznać, że Brytyjczycy byli niedoścignionymi mistrzami w pisaniu wybitnie długich, skomplikowanych i nużących wierszy pełnych błędów gramatycznych i stylistycznych. Oczywiście zapewne większość osób, zebranych przy stole, by się z nim nie zgodziła - ale też Bellemare nie planował wyrażać swojej opinii na głos w obawie, że wówczas każdy, co do jednego, zdecydowałby się wyrecytować mu jakieś wiersze.
A wtedy ta herbatka NIGDY by się nie skończyła. Już felietony McAvoya byłyby lepsze w recytacji - to nic, że stałyby się zapewne długim wężykiem przekleństw, klątw do siódmego francuskiego pokolenia i próbą wezwania jakiegoś cro-magnońskiego Cthulhu, który już z niejednej francuskiej jaskini człowieka jadł.
Przynajmniej miałyby w sobie więcej emocji.
Tuż po tym oderwał wzrok od Poety, kierując spojrzenie na teleportującą się całą ekipę; och, więc Anglicy wezwali posiłki?
Jakaś ładna czarownica. Całkiem ładna, jak na wysoko postawione standardy Bellemare'ów. Inna mniej ładna czarownica, i jeszcze następna, a może to był mężczyzna? Mars przechylił lekko głowę, przypatrując się Eugene z lekkim zaciekawieniem. Nie no, na kobietę nie za bardzo wygląda, pomyślał, zanim dosłyszał dyszenie spod stołu.
I byłby się zainteresował psem (w końcu lubił psy, mimo że preferował jednak koty i ich władczą, dumną wyniosłość), gdyby nie farsa, która nadal rozgrywała mu się przed oczami. O tak, ten ból w oczach uzdrowiciela z Munga! Ta niechęć! Ten cichy gniew!!
Bellemare niemal dosłownie rozpływał się na swoim miejscu z rozkoszy. Tyle uczuć, tyle skrajnych, sprzecznych emocji. Francuz był niemal pewien, ba, nawet bardziej niż pewien, że niedługo rozegra się tu jeszcze gorszy dramat niż sprzed chwili.
- Nienawidzę teleportacji - poskarżył się uzdrowiciel, wstając z kolan nie mniej dumnie niż McAvoy po otrzymaniu strzała w dziób. - I kogo jest ten przeuroczy, puchaty piesek?
O, właśnie, piesek. Mars znów podniósł nieco obrus, obserwując roześmianą psią mordę pod stołem. Ten widok sam z siebie jeszcze bardziej poprawiał humor - nawet jeśli miał go już szampański, po tej scenie uzdrowiciela z nadętym facetem.
- Fajny z ciebie piesek, wiesz? - mruknął do psa pod stołem, zanim wyciągnął do niego ostrożnie rękę, by się przywitać przed pogłaskaniem; ostatecznie nie chciał zostać ugryziony.


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#113 12-01-2020 o 22h40

Straż Cienia
Airi
Akolita Sylfy
Airi
...
Wiadomości: 959

----------------------------------------------https://cdn.discordapp.com/attachments/502195365093572618/630486826636804136/unknown.png

     Zamieszanie.
     Reyna nie miała artystycznego podejścia do sytuacji, w jakich się znajdowała, jak Ephraim, ale łatwo i konkretnie potrafiła nazwać ogół tego, co ją otaczało. Przed nadmierną szczerością prawdopodobnie potrafiły pohamować ją takie osoby jak Fitzroy. Albo po prostu, Fitzroy. Przełknęła ślinę na myśl o tym, co zgotowała mężczyźnie tamtego dnia. Było jej przykro, że Adrian oberwał i była pewna, że gdyby on i nieznajomy jej francuz szybko nie wyprostowali sytuacji przed profesorem Slughornem, wtrąciłaby swoje cztery sykle. Nie przestała trzymać oparcia krzesła Blue, kiedy Adrian opadł na swoje i zwrócił się do kobiety. Korzystając z tego, że Blue przez chwilę się nie odzywała, spojrzała na dziennikarza i robiąc swoją zatroskaną minę, otworzyła usta, by zadać mu proste pytanie.
     -Adrianie, na pewno nie potrzebujesz pomocy?- Wbiła w niego swoje ciemne oczy. -Mam na myśli to, że uderzyłeś się mocno i- urwała nagle, po czym nagle zniżyła głos do szeptu. -Właściwie, profesor powiedział, dlaczego zaprosił tu tych... nieznanych nam gości? Byłam przekonana, że idę na spotkanie w starym, szkolnym składzie- Szept byli w stanie usłyszeć prawdopodobnie tylko Blue i Adrian. Reyna nie chciała, aby tajemniczy gość i jego towarzyszka w jakichkolwiek sposób poczuli się źle, nawet, jeżeli miała już zakodowaną niechęć do kraju, z którego pochodzili. Było jej trochę wstyd, że język jej się wcześniej zaplątał- nie chciała zabrzmieć nieprzyjacielsko.
     Machnęła różdżką dyskretnie, a krzesło, na którym siedziała Blue, wydłużyło się nieco, dzięki czemu Reyna usiadła obok kobiety, po raz kolejny niechcący zahaczając głową o jej wielki kapelusz.
    Wtedy na horyzoncie pojawił się Ephraim Inkwood i Reyna wyprostowała plecy, nie chcąc, by ten widział, że szeptała. Wysłuchała jego przywitania, które znała dobrze i chwilę wcześniej przywołała w myślach.
     -Witaj, Ephraim, ciebie też dobrze widzieć całego i zdrowego- uśmiechnęła się.
     Choć to nie był pierwszy raz, kiedy czarodziej zaczynał recytować wiersz, jednak za każdym razem Reynę natychmiast dotykało pytanie, czy na pewno jest w miejscu, o którym myślała, że jest. Niekontrolowanie położyła dłoń na ramieniu Ephraima, jakby chciała go tym jakoś uspokoić, jakby uważała, że ma obok siebie kolejną osobę, która potrzebuje pomocy.
     -Ephraim, a jak ty się miewasz?- zapytała niekontrolowanie, przestając ukrywać już niecierpliwość.
     Reyna potrzebowała zapewnień, że “wszystko jest w porządku” lub jasnej odpowiedzi, że nie, nie jest. Gdy ktoś kłamał, aby tylko ją uspokoić, wiedziała chociaż, na kogo zerkać. Była przewrażliwiona i wiedzieli to wszyscy, którzy spędzili z nią chociaż kilka minut.
     Wtedy teleport przeniósł do Trzech Mioteł kolejne osoby, na których czele znalazła się jej przyjaciółka z nastoletnich lat. Reyna rozpogodziła się nagle i zdjęła rękę z ramienia poety, aby zrobić krok w kierunku Audrey. Na początku nie zwróciła większej uwagi na psa. Kiedy zrobiła to była Gryfonka z jej dawnego pokoju w Hogwarcie, Finley nachylił się nad Reyną i dał znać, że idzie się z kimś przywitać. Obserwowała go jeszcze krótką chwilę, kiedy wyciągnął rękę do biednego Eugene, który nie był fanem teleportacji. Uśmiechnęła się, widząc, jak jej mąż pomaga drugiemu mężczyźnie. Takie widoki tylko naiwnie utwierdzały ją w fakcie, że ma przy sobie dobrego czarodzieja i sprawiały, że bardziej wyklinała wszystkich, którzy śmieli źle o nim powiedzieć.
     Objęła Audrey bez słowa, na początku delikatnie, później nieco mocniej. Jej obecność zawsze miała w sobie coś, co potrafiło uspokoić Reynę. Waniliowy zapach włosów przyjaciółki kojarzył się z pokojem wspólnym Gryffindoru, miejscem, w którym Reyna zawsze czuła się bezpiecznie i pewnie. Za każdym razem, kiedy zarzucała jej ręce na ramiona lubiła wyobrażać sobie, że obok stoją chłopcy- Tim i Arvid. Było to paskudne wyobrażenie, które równocześnie cieszyło i zadawało ból, takie, z którego nigdy nie potrafiła zrezygnować. I nigdy nawet nie spróbowała.
     -Masz na myśli pana O’Harę czy może tych tutaj, którzy wcale nie należeli do Klubu Ślimaka?- szepnęła jej do ucha i musnęła ustami jej policzek, nie chcąc wzbudzać podejrzeń. Nim oderwała się od Audrey, patrzyła przez jej ramię na psa, w którego kierunku nieznajomy wyciągał właśnie dłoń.

Ostatnio zmieniony przez Airi (14-01-2020 o 22h36)


https://66.media.tumblr.com/73da31685c7283f1207cafe33bb5008f/tumblr_n1nyg3J8Pm1rfdneqo3_250.gifv https://66.media.tumblr.com/2bcbba595251da1cf928b798aa8f6f3c/tumblr_n1nyg3J8Pm1rfdneqo2_250.gifv https://66.media.tumblr.com/315a397cdaa828b9249be098cddcfb72/tumblr_n1nyg3J8Pm1rfdneqo5_250.gifv

Offline

#114 15-01-2020 o 17h48

Straż Absyntu
Endine
Straż na szkoleniu
Endine
...
Wiadomości: 254

https://cdn.discordapp.com/attachments/606398525290577940/606487354990919681/regis.png
     Uśmiechnął się, jak ten go trzepnął, tak wiedział, że to dziwny powód, by się uśmiechnąć, ale cieszyło go, że z Blimesem jest lepiej, skoro bierze go na zaczepki. Był z tego powodu tak zadowolony, że aż nie zauważył, jak tamten robi zdjęcia i władował mu się przed obiektyw. Musiał wyjść co najmniej komicznie, bo tak się skrzywił przez flesz, że co bardziej rozrywkowe osoby ustawiłyby zapewne to zdjęcie, gdyby znalazł się na ścianie pracownika miesiąca. Ze zmarszczonym nosem i wykrzywioną twarzą. Aż sobie śmiechnął w środku, na wyobrażenie siebie, gdy dumny pokazuje mężowi, że widnieje na ścianie... z miną jakby dostał przed chwilą cruciatusem.
     - Jasne - i w sumie sam, zaczął robić zdjęcia swoją komórką, co by nie stać jak kołek.
     - I co dalej? - spytał odnośnie do żartu, ale nigdy nie dowiedział się finału historii, chociaż czuł, że to suchar, który prawdopodobnie by go nie rozśmieszył.
     Gdy wyszli z domu, kierując się ścieżką do lasu, starał się być uważnym. Ta wiedźma, o której mówił Blimes naprawdę mogła być niebezpieczna, chyba że ten po prostu był zbyt przewrażliwiony.
     - Mogli... - nie dokończył, gdy przed nimi zmaterializował się czarodziej, o postawnej posturze w przyciemnianych okularach i gustownym garniturze. Wyglądał trochę jak Brytyjski gentleman, ale w stylu matrixa.
     - ty - wskazał na Regisa ledwo otwierając usta, bo między wargami miał wykałaczkę. - Teraz ja przejmuje tą sprawę, ty masz się stawić na herbatce
Regisa trochę zatkało, bo w pierwszej chwili nie załapał, o co chodzi, ale w końcu przypomniał mu się list, który wrzucił niedbale do kieszeni płaszcza. Wyjął go całego po miętolonego i odczytał.
     - O cholera - mruknął, może powinien zacząć przywiązywać większą wagę do tego, co mu wysyłają. - Wybacz Blimes
     Poklepał wąsacza po ramieniu i zniknął, tak jak pojawił się tamten Auror. Nie tracił czasu, więc jak najszybciej chciał się tylko względnie ogarnąć, by się prezentować i zasiąść na miejscu. Dlatego też tak zrobił, rzucając obecnym na herbatce grzeczne powitanie.
     Ciekawe co z moim mężem... przeszło mu przez myśl siedząc tak i wgapiając się w stół.
https://cdn.discordapp.com/attachments/606398525290577940/607604438240067585/hyeon_karta_v.png
     Tak ciągnięta przez Audrey po Świętym Mungu zauważyła, a może właśnie nie zauważyła, że wszystko jest rozmazane. Może nie bez powodu nazywają ją Audi, w końcu sama nie czuła, że stąpa po podłodze, ale lewituje nad nią dzięki sile i szybkości dziewczyny. Gdy przystanęła na chwile, by zapytać o drogę jedną z pielęgniarek, Jasmine szybko skorzystała z tej okazji, by sprawdzić, czy nadal ma ze sobą torebkę i Avarona, który widocznie był szczęśliwy z takiej szybkości. - Dalej! Szybciej panienko, chce poczuć wiatr na... łuskach - syknął, owijając się mocniej na ramieniu dziewczyny, zapewne by nie ześlizgnąć się, gdy Audrey ponownie zaczęła ich ciągnąć, tym razem znając kierunek, więc była krukonka miała wrażenie, że teraz w biegach wrzuciła 4.
    Gdy dostały się na miejsce jedyne, na co byłą ją stać to pomachanie do Gienia i upadnięcie na kolana, o dziwo koleżanka trzymała ją dalej, co nie było potrzebne... I tak nie miała siły i głowy, by sobie gdzieś pójść. W zasadzie miała wrażenie, że właśnie tę część ciała zgubiła, gdzieś pomiędzy jednym zakrętem a drugim. - Cześć Eugenie... - powiedziała głosem osoby nietrzeźwej, chociaż nie piła nawet grama alkoholu przez ostatnie... Dwa dni, no coś takiego.
     Nawet nie zdążyła odpowiedzieć swojemu wężowi, że nie będą jeszcze raz robić takiego pościgu za lekarzem, ani tego, by przywitać się z bratem. Nie zdążyła, bo od razu zostali przeteleportowani na miejsce, gdzie miała odbyć się herbatka. Jakoś wtedy nie skojarzyła co się dzieje, gdy poczuła ból głowy, bo niefortunnie właśnie nim zaryła o posadzkę, nie wiedziała, o jakim psie mówią. Zauważyła jednak, że jej najdroższemu przyjacielowi pomaga mu jego były, Fin. Aż zdziwiło ją to, że przyjął jego dłoń. Wstała sama, bez niczyjej pomocy i jednym machnięciem różdżki doprowadziła się do porządku. - Ugh... - westchnęła, gdy doprowadziła się do porządku. Teraz przynajmniej mogła zrozumieć, o co chodzi z psem... I zamarła. Toż to Dean! Wiedziała to, bo chwalił się jej w końcu, że jest animagiem... I mówił coś o psie, ale czy musiał to być ten najbardziej memiczny? Stwierdziła, że trudno, nie będzie mówiła, że to jej, po prostu niech sam to rozwiąże.
    Rozejrzała się po ludziach, niektórych znała, kilku kojarzyła, innych zaś nie widziała w ogóle. Jednak jedną osobę znała aż za dobrze, znała ją na tyle, by wiedzieć, jaki kolor lubi, co lubi jeść, jakie perfumy mu się podobają, czy woli koszule, czy swetry, czego nie cierpi, a czego nienawidzi... Tak, był tu jej były i to aż spowodowało, że ustała w miejscu, by przyjrzeć mu się dokładniej. No tak, nic się nie zmieniło, nadal ma ten swój cwaniacki uśmiech, nadal jest taki... Wyluzowany. Prawda jest taka, że był śmieciem i powinien zostać o nim napisany artykuł, może powinna dać grosza Adrianowi, może by się tym zajął... - Nie przejmuj się, był i jest frajerem - mruknął wąż, który o dziwo chciał poprawić jej humor, niestety Jasmine nie poczuła się ani trochę lepiej.
https://cdn.discordapp.com/attachments/606398525290577940/642799707571355664/dean_napis.png
     Dean zdążył się uspokoić, gdy dotarli do gabinetu, ale pytanie znowu padło, a tym razem nie mógł go tak po prostu zbyć.
Zaczął nawet zastanawiać się, czy powiedzieć prawdę, czy coś zmyślić... Na przykład, że ujarzmił jakąś niebezpieczną bestię... Dałoby to +10 do fajności, ale kłamanie w takich sprawach nie było dobre... Mama zawsze mawiałaby nie oszukiwać w takich sprawach.
     - Klatka spadła mi niefortunnie na nogę... - westchnął, mówiąc w sumie prawdę, pomijając tylko kilka szczegółów, jak to, dlaczego klatka spadła. Tylko stłuczenie? Zastanawiał się teraz czy aby na pewno był sens się fatygować do Munga, poza tym, że spotkał Eugenia i to akurat rozjaśniło mu dzień.
     W takim razie, co nie rozjaśniło? Fakt, że ktoś tak po prostu wskoczył do gabinetu jak gdyby nigdy nic ich przeteleportował.
Dean w pierwszych odruchu, który wykonał, chciał zmienić się w psa i zwiać, ale nie zdążył, został wciągnięty na spotkanie, na które go nawet nie zaproszono... Wolał więc raczej zostać w formie zwierzęcia, dopóki to wszystko się nie skończy.
     Ciągłe pytania, czyj jest ten słodki piesek, go trochę zestresowały, aż nadział się na czyjąś rękę, którą wystawił nieznajomy, by się przywitać. Oczywiście jak na porządną osobę przystało, podał mu rękę... Znaczy łapę, a potem załapał, że coś jest nie tak.
Psy tak przecież nie robią, powinien lepiej aktorzyć.
     Wziął swoją Łapkę z powrotem i obwąchał jego dłoń. Pachniał... Niezbyt dobrym człowiekiem, ale na tyle dobrym, by lubić zwierzęta, więc chyba nie jest aż tak źle. Podszedł do niego i położył mu łapy na kolanach, a teraz weź go marny człowieku i głaszcz i weź go spod stołu najlepiej.


https://media.discordapp.net/attachments/478520636759867415/541570746711801866/e96079366c1a9e08ac937f16e40ea916.gif?width=400&height=163

Offline

#115 17-01-2020 o 17h54

Straż Absyntu
ClockworkWho
Straż na szkoleniu
ClockworkWho
...
Wiadomości: 150

https://fontmeme.com/permalink/191027/50d8cd4ac456794ab5cc14922f756d0c.png


     Lorraine nie do końca wiedziała jakiego stanu ma się spodziewać po swoim przyjacielu. Obecnie mógł być albo mega roztrzęsiony, albo na prawdę, na prawdę roztrzęsiony. Choć słowo zdenerwowany, poddenerwowany, zestresowany, lepiej opisałoby tą inponderabilię.
     Miała tylko nadzieję, że nie będzie to stan wyjątkowy. Bo czasem Hyeon potrafił wejść w taki tryb, że uspokojenie go trwałoby wieki. Potrafił panikować, szarpać się, wykrzykiwać przekleństwa i groźby. Tak na prawdę czuł się wtedy zagrożony. Jak zwykle z resztą.
     No rozumiała, że jego zachowanie w szkole nie należało do najbardziej normalnych, lub spokojnych, zasłuchujących na powszechną uwagę, ale mimo to ludzie się zmieniają przecież. To naturalne. Naturalna kolej rzeczy, naturalny krąg i schemat. Nie zawsze ale w większości przypadków. W końcu dorastamy, stajemy się o wiele bardziej dojrzalsi i pojmujemy niektóre rzeczy nieco inaczej. Naturalizm.
     Po chwili była już pod Trzema Miotłami, rozglądając się dookoła. Ani śladu roztrzęsionego i rozemocjonowanego Koreańczyka. To znaczy, że jeszcze nie przyszedł. Wątpiła bowiem, by wszedł do środka sam. Otrzepała kraniec płaszcza w ciepłym kolorze, który miała na sobie.
     Jeszcze jeden problem. Nie chciała by jej przyjaciel był zestresowany, bo wtedy i ona będzie. Pomimo spokoju i raczej racjonalizmu, miała duże poczucie empatii. Bardzo mocno przeżywała to co się działo.
     O wilku mowa. Po chwili bowiem na chodniku, za sprawą magii, ukazał się azjata, zupełnie rozczochrany i pełen nerwów. Oho, zaczyna się...
     - Oddychaj. Wdech i wydech - ostrzegła go, zanim właściwie zdążył coś powiedzieć. Bowiem nie mogła mu pozwolić na nakręcanie się. Obserwowała tylko jak tamten wykonuje jego polecenie, uspokajając swój wzrok. - Lepiej? - zapytała łagodnie, po czym położyła dłoń na jego ramieniu.
     - Chodźmy już. Jeszcze się spóźnimy - rzucił w jej stronę, kierując się w stronę drzwi. Chłopak złapał za klamkę, z widocznym stresem na ciele. Lora chciała mu coś szepnąć, ale w tym momencie otworzył pewnie drzwi. No takiego obrotu sprawy się nie spodziewała.
     Nie pozostało jej więc nic innego, jak podążyć za nim.
     O by nic się nie wydarzyło.

Ostatnio zmieniony przez ClockworkWho (17-01-2020 o 17h55)

Offline

#116 19-01-2020 o 23h24

Straż Cienia
Sofja
Oficer Straży
Sofja
...
Wiadomości: 1 474

………………………………………...…………………………… https://cdn.discordapp.com/attachments/503181433032933376/607313598959714338/Bez_nazwy.png

     SZPITAL ŚWIĘTEGO MUNGA (KORYTARZE);
     HOGSMEADE;
     PUB POD TRZEMA MIOTŁAMI


       Znalezienie Alicii McLaggen pośród dziesiątek osób przemierzających korytarze Munga, okazało się dla Fitza nie tyle zdaniem trudnym, co wręcz niewykonalnym. Chociaż zgodnie z radą uzdrowicielki starał się kierować na słuch, skręcając w te korytarze i wspinając się lub schodząc po tych schodach, zza których zdawało mu się, iż dobiegał podobny, kobiecy głos, ten nigdy nie okazał się należeć do żony Corna. Raz nawet, jak się Fitz przekonał, błędnie założył płeć osoby pokrzykującej coś o „parszywych znachorach” oraz „racji Proroka”, albowiem ten zaskakująco wysoki ton należał do pewnego obrośniętego piórkami czarodzieja.
   Wskutek całych tych bezowocnych poszukiwań Perrot zupełnie stracił nie tylko poczucie czasu, ale i orientację. Nie miał już pojęcia ani na które piętro zabrnął, ani też na jaki oddział, czego zresztą oskarżycielski głos nie omieszkał się mu wypomnieć. Podobnie, jak faktu, iż wszelkie jego pomysły, co do wyboru dalszego kierunku skończyły się nie tylko sromotną klęską, ale i problemami.
   W dodatku nie tylko twoimi. Ostatnim, wspaniałym pomysłem ściągnąłeś kłopoty i na Corneliusa. Ale czy zastanowiłeś się nad tym, choćby przez chwile nim rzuciłeś w niego sakiewką? Nie, oczywiście, że nie. O wiele ważniejsza była…
   Niespodziewane uderzenie przywołało Perrota do rzeczywistości. Pomogło wyrwać mu się z kolejnego ciągu ponurych myśli, którym nie mógł nie przyznać racji. I zmusiło go do cofnięcia się o kilka kroków w odruchowej, niezwykle pokracznej, ale o dziwo też owocnej próbie zachowania równowagi. Na tyle absorbującej całą uwagę blondyna, że próba zidentyfikowania obiektu, z którym się zderzył, nawet nie przyszła mu do głowy. A przynajmniej dopóki nie okazała się być nie nieożywionym przedmiotem, takim, jak wazon, czy drzwi, lecz osobą.
   – Och bardzo przepraszam, nie zauważyłam pana – rzuciła, odruchowo rozcierając swój nos, który musiał ucierpieć podczas zderzenia. A Fitzroy, zamiast jej natychmiast odpowiedzieć, zaprzeczyć, stwierdzić, iż to była nie jej, lecz jego wina, w końcu miast skupiać się na tym, gdzie idzie, wsłuchiwał się w swe oskarżycielskie uwagi, po prostu milczał.
   Po raz pierwszy od dawna opuściły go wszelkie myśli. Nawet męczący go głos zamilkł, podczas gdy wytwórca przyglądał się oniemiały czarodziejce. Jej dziwnie znajomej twarzy, migdałowym, zielonawopiwnym oczom oraz kasztanowym, lekko pofalowanym, sięgającym za ramiona włosom. Miał nieodparte wrażenie, że już kiedyś, a wręcz i całkiem niedawno ją widział, lecz nie mógł dopasować jej do żadnego konkretnego miejsca, czy czasu. Nawet pomimo faktu, że i ona zdawała się go kojarzyć.
   – N-nie… T-to ja przepraszam. To moja wina: nie patrzyłem, gdzie idę – wydukał w końcu z trudem, cicho i nieco niezrozumiale, gdyż język plątał mu się przy każdym słowie. To jednak wystarczyło, aby oderwał wzrok od twarzy nieznajomej i rozejrzał się wokół, dopiero w tamtym momencie dostrzegając ogrom katastrofy, którą jego nieuwaga spowodowała.
   Wszędzie wokół nich walały się rozsypane kartki skrzętnie zapisanych starannym, wąskim pismem dokumentów, które czarownica musiała gdzieś wcześniej nieść. Miały zapewne trafić w czyjeś ważne ręce, lecz zamiast tego skończyły rozrzucone po korytarzu, niektóre i niechcący podeptane zarówno przez Fitza, jak i kobietę. Ubrudzone, pomięte, potraktowane niczym nic niewarte śmieci, nawet jeśli ten stan można było zmienić z pomocą zaledwie kilku zaklęć.
   No i patrz, co zrobiłeś! Gdzie się nie zjawisz, tam musisz coś zniszczyć...
   – Przepraszam, naprawdę nie chciałem. P-prosze pozwolić mi pomóc – wyszeptał, nie ważąc się oderwać wzroku od dokumentów. I nie czekając na odpowiedź nieznajomej, nawet nie próbując sięgnąć po różdżkę, pospiesznie przystąpił do realizacji swojej propozycji.
   Ku jego zdziwieniu schyli się w tym samym momencie. Równocześnie i niemal synchronicznie zaczęli zbierać kolejne rozsypane kartki, aż w końcu została ta jedna, ostatnia, po którą odruchowo sięgnęli oboje. A gdy ich dłonie się niemal spotkały, zaskoczeni spojrzeli sobie w oczy. I wówczas stało się coś, czego Perrot nie spodziewał się już nigdy dostrzec.
   Ta poszkodowana, piękna kobieta, na którą wpadł, nawet jeśli ona twierdziła, że było odwrotnie, uśmiechnęła się. Tak szczerze i promiennie, że czarodziej miał wrażenie, iż na jedno uderzenie serca czas się zatrzymał. A w jego pełnym czerni i szarości świecie, pojawiła się iskra gotowa rozpędzić mrok i rozświetlić go tysiącem barw. Był jednak tym tak zaskoczony, że nie zrobił nic, aby ją uchwycić, podtrzymać przy życiu i z czasem zmienić w płomień. Miast tego pozwolił jej przygasnąć, a gdy już zniknęła, powoli podniósł ostatnią z kartek i wbiwszy wzrok w czubki swoich własnych butów, wręczył papier nieznajomej.
   – Dziękuję – odparła odruchowo, pozwalając swemu uśmiechowi zniknąć pod maską zwyczajnej, codziennej obojętności. A kiedy jasnooki raz jeszcze ją przeprosił, jedynie kiwnęła głową i bez pożegnania odwróciła się na pięcie i odeszła.
   – Naprawdę przepraszam – wyszeptał do jej oddalających się pleców, nim sam ruszył przed siebie, wznawiając swe poszukiwania właściwej drogi i Alicii McLaggen. I nie zauważając przez to, że nieznajoma postanowiła niespodziewanie przystanąć. Odwrócić się i raz jeszcze zerknąć w jego stronę.

   Nie zdążył ujść daleko. Zaledwie minął czworo z identycznych, znajdujących się w tej części korytarza drzwi, gdy do jego uszu dobiegł znajomy głos wykrzykujący jego imię. Należący do kogoś, kto zdecydowanie powinien odpoczywać w szpitalnym łóżku w towarzystwie swego syna, zamiast biegać po korytarzach. I szukać Perrota. Przecież tu chodziło o zdrowie McLaggena!
   A tymczasem wyraźnie znów nie zauważyłeś, iż popełniłeś jakiś błąd. Zrobiłeś coś, co skłoniło Corna do narażenia swojego zdrowia, aby cię odszukać. Powstrzymać i…
   Chociaż kolejne słowa czarodzieja skutecznie zagłuszyły oskarżycielski głos myśli Fitzroya, wytwórca doskonale wiedział, co ten próbował mu przekazać. I nie potrafił nie przyznać mu racji. Zwłaszcza po tym, gdy zaledwie jedno spojrzenia na twarz przyjaciela, pozwoliło mu dojść do wniosku, iż od ich ostatniego spotkania stan blondyna wcale się nie poprawił.
   Perrot nie przerwał jednak mężczyźnie, ani też nie wygłosił żadnej uwagi na temat jego stanu, gdyż wiedział, iż ten i tak nic nie zrobi sobie z jego rad. Bo i czemu by miał, skoro te nie były nawet knuta warte, a sprawa była tak ważna? Spotkanie z dawnymi członkami Klubu Ślimaka mogło przecież naprawdę okazać się źródłem, choć jednej przydatnej Corneliusowi informacji, a ta w jego pracy mogła zdziałać naprawdę wiele. Zmienić coś, być może jedną z rzeczy, o których wspomniała mu Reyna. Choćby zmniejszyć zwłokę, z jaką dopisywano kolejnych zaginionych do listy.
   A to o wiele więcej niż ty możesz komukolwiek dać. Twoja pomoc nie ma żadnej wartości. I lepiej byś już nikomu nie przeszkadzał…
   I tej myśli Fitz musiał przyznać rację. Wiedział jednak, że Corn nie miałby serca zrobić tego samego. Musiał mu, więc odmówić w inny sposób, na szczęście ten dawał mu sam profesor Slughorn. W końcu spotkania jego klubu były spotkaniami prawdziwej elity, a Perrot do tejże zdecydowanie się nie zaliczał. Świadczył o tym jeden wręcz namacalny brak.
   – Możliwe, ale... nie mam zaproszenia… – wydukał cicho, spuszczając przy tym wzrok i licząc, iż to wystarczy, aby przekonać Corneliusa. Niestety się pomylił.
   Zaledwie zdążył usłyszeć odpowiedź przyjaciela, a poczuł nieprzyjemne szarpnięcie. Ogarnęła go ciemność, zabrakło mu oddechu, w uszach zaszumiało. Odczuł też ten nieprzyjemny ucisk ze wszystkich stron, jakby nagle znalazł się znów w jednej z zapchanych wind Ministerstwa. W chwilę krótszą niż sześć uderzeń serca doświadczył chyba wszelkich możliwych symptomów tak charakterystycznych dla teleportacji. A te równie nagle co się pojawiły, ustąpiły. Ukazując jego oczom przeraźliwą biel, zupełnie niepasującą do tak znanego mu krajobrazu, a przynajmniej o tej porze roku, którą przecież mieli.
   Fitzroyowi niedane było jednak zbyt długo zastanawiać się nad zdobiącym ulice i dachy białym, zimnym i mokrym puchem. Ten bowiem, za sprawą jego jednego ruchu, postanowił zacząć zsuwać się, ciągnąc go ze sobą. I uświadamiając go, iż Cornelius niezbyt dobrze wybrał miejsce na ich aportację. Zamiast pod Trzema Miotłami panowie skończyli bowiem w okolicy Gospody pod Świńskim Łbem. A konkretniej to na jej spadzistym, ośnieżonym dachu. I za sprawą siły, której nawet czarodzieje musieli się poddać, zwanej przez Mugoli grawitacją, oboje zaczęli sunąć dziarsko w jego dół w coraz to szybszym tempie. Zbyt prędko, by choćby móc pomyśleć o jakimś sposobie na uniknięcie upadku.
   Gdy od krawędzi dzieliło ich już ledwie kilka cali, Perrot odruchowo zamknął oczy. Jednocześnie machinalnie jego prawa dłoń powędrowała do kieszeni i odnalazła w niej różdżkę. Myśli jasnookiego wypełniła zaś nie wizja bolesnego upadku, lecz krótka inkantacja.
   Sam nie wiedział, kiedy ją wypowiedział. Nie zarejestrował też stosownego ruchu nadgarstka, który wykonał. W zasadzie był zbyt zaskoczony faktem, iż w jego obecnym stanie zaklęcie w ogóle zadziałało, sprawiając, że opadł powoli i bezboleśnie w najbliższą zaspę, by w ogóle się nad tym zastanawiać. Zresztą brak w pobliżu sylwetki drugiego z blondynów, który zarejestrował po chwili, skutecznie skierował jego myśli na zupełnie inny tor.
   – Na Merlina, zabiłem go… – wydukał przerażony, powoli wygrzebując się ze śniegu tylko po to, by zaraz znów w niego opaść, czując nieprzyjemny ucisk w klatce piersiowej.
   – Wyparowałem – dodał nieprzytomnie, podczas gdy bicie jego serca znacznie przyspieszyło, a oddech stał się szybki i urywany. Wzrok zaś kierował się to od jednej zaspy do drugiej, jakby szukając ostatecznego potwierdzenia tej okropnej prawdy.
   Na szczęście będącej zwyczajnym kłamstwem. A raczej nieporozumieniem, o którym postanowił wytwórcę uświadomić sam zaginiony. Głośnym zgrzytem uginającego się pod jego ciężarem metalu oraz ostrym dźwiękiem dartej tkaniny, zmuszając Fitzroya do skierowania spojrzenia w odpowiednie miejsce. Na szyld gospody, który teraz Cornelius zdobił swą sylwetką.
   – Na boga, Fitz, zdejmij mnie, zanim staniemy się lokalna rozrywka uczniów Hogwartu! Właśnie widzę wycieczkę z daleka! – wykrzykiwał ten, podczas gdy jasnooki przyglądał mu się z równym niedowierzaniem, co niegdyś wreszcie zdobytej licencji na rozpoczęcie swej niewielkiej hodowli niuchaczy.
   Niestety przeciwnie niż wówczas, ten brak zdolności do uwierzenia, iż los zechciał być mu wreszcie łaskawy, tym razem nie wprawił wytwórcy w niepohamowaną radość. Wręcz przeciwnie: widok miotającego się na szyldzie McLaggena poskutkował jedynie nagłym zgięciem się Perrota w pół wskutek niespodziewanej fali mdłości. Skutecznie powstrzymując go tym samym nie tylko przed wypowiedzeniem jakiegokolwiek pomocnego zaklęcia, ale i pomyślenia o takowym. Pozostawiając Corna samego w potrzebie tak długo, aż w końcu w akompaniamencie kolejnego ostrego dźwięku dartego płaszcza, ten poszybował w dół. I za sprawą wciąż działającego zaklęcia poduszkującego, opadł powoli niczym piórko, w zaspę tuż obok walczącego z własnym żołądkiem Fitza. W miękki puch, w którym wyłożył się, jak gdyby ten był najmiększym łożem, na jakim przyszło McLaggenowi kiedykolwiek spocząć.
   – Wychodzenie z domu któregoś dnia nas zabije – podsumował po dłuższej chwili, wciąż nie zbierając się do tego, aby powstać, nadal zaś skulony Fitzroy nie mógł się z nim nie zgodzić. W zasadzie to nie był w stanie zrobić nic więcej, poza zamknięciem oczu. I ponownym, cichym pożałowaniem, iż zdecydował się tego dnia wstać z łóżka.

   Jeszcze wielokrotnie Perrot wracał do tej właśnie myśli, gdy już odśnieżeni i osuszeni panowie w magicznie naprawionych i wyczyszczonych ubraniach, kierowali się w stronę pubu. Zupełnie niegotowi na to, co miało ich jeszcze pod jego drzwiami czekać, gdyż gdy tylko zbliżyli się na tyle, aby te dostrzec, do ich uszu dobiegł głośny wrzask.
   Fitzroy nie zrozumiał, co dokładnie chciała przekazać wydzierająca się osoba, poza swym wyraźnym oburzeniem (co było dla niego jasne z samego tonu i braku możliwości zignorowania jej głosu), jednak bez problemu pojął, iż należy ona do przedstawicielek płci pięknej. I zdecydowanie podpadł jej jakiś przedstawiciel płci męskiej, któremu nawet w swym okropnym stanie nie był w stanie nie współczuć. Jednocześnie też czuł, że nie powinien się w to zamieszanie angażować, gdyż przy swoich zdolnościach, zdecydowanie nie dałby rady sytuacji załagodzić.
   A co najwyżej ją pogorszyć, jak zresztą zawsze – skwitował głos, skłaniając Perrota już nie tylko do przystanięcia w bezpiecznej odległości od pary, lecz i wbicia po raz kolejny wzroku w czubki swych butów.
   Być może ta cała kłótnia jest wręcz TWOJĄ winą. Choć na ciebie nie warto nawet krzyczeć. Denerwować się. Bo to przecież niczego nie zmieni. Niezależnie od wszystkiego i tak nie dasz rady się poprawić. Należycie wykorzystać chwili, gdy to konieczne, więc po co miałoby komuś na tobie na tyle zależeć, by próbował cię do tego skłonić?
   Nie odpowiedział sobie na to pytanie. Nie tylko, dlatego że zwyczajnie nie potrafił. Również, iż po prostu nie zdążył. Niespodziewanie tylne drzwi karczmy otworzyły się, ukazując ich oczom Madame Rosmertę, w prawie równie kiepskim nastroju, co krzycząca kobieta. I najwyraźniej planującą przegonić spod swojego pubu winnych tego hałasu.
   Jej plany zmieniły się, jednak gdy tylko dostrzegła przyglądających się zamieszaniu z bezpiecznej odległości czarodziejów. Wytwórca nie wiedział, co takiego dostrzegła w ich wyglądzie, czy postawie, że zerknąwszy na toczącą się przed wejściem scenę i jeszcze raz na nich, przywołała ich gestem. Być może był to zwyczajny brak chęci do utraty klientów, który zmusił ją do odpuszczenia sobie na chwilę, rozmówienia się ze zbyt głośnym towarzystwem. Cokolwiek to było, poskutkowało ominięciem chwilowo konfrontacji z dwójką pozornie nieznajomych, wśród których Fitz nie rozpoznał Lestera.
   – Panowie proszę do środka, tylko po cichu – oznajmiła karczmarka, gdy już byli Puchoni znaleźli się na tyle blisko, by ją usłyszeć. I otworzywszy im tylne drzwi, wpuściła ich do środka pubu, w którym jeszcze niedawno wcale nie było spokojniej niż na zewnątrz. Świadczyła o tym dziwnie napięta atmosfera oraz widoczne z daleka w postawie Slughorna poddenerwowanie. Mimo to nauczyciel eliksirów nadal próbował robić dobrą minę do złej gry. Choćby poprzez zwrócenie uwagi zebranych na przybycie kolejnych, znacznie mniej elegancko od reszty ubranych gości, których niemal od razu dostrzegł.
   – Och, panie McLaggen, nareszcie się pan zjawił! Na pewno zatrzymały pana niezwykle ważne obowiązki – zaczął, starając się brzmieć niezwykle radośnie, a przynajmniej dopóki nie przyjrzał się twarzy Fitzroya.
   – O jest i pan Perrot – dodał ciszej, nerwowo poprawiając jeden z guzików swojego tużurka w złote ananasy.
   – Co prawda zaprosiłem pana, ale nie podejrzewałem, że pan przyjdzie… To było tak, bardziej z grzeczności… Rozumie pan prawda? No ale skoro pan już jest, to niech pan siada.
   Te zdania starszy czarodziej wypowiedział już praktycznie szeptem, tak aby zdecydowanie nie usłyszeć ich żaden z pozostałych gości. Jedynie Fitz oraz osoba, która bardzo starała się, aby te słowa nie dotarły do uszu byłego prefekta.
   – PANIE PROFESORZE MIŁO PANA WIDZIEĆ! – wykrzyczał głośno Cornelius, zdecydowanie dbając o to, aby usłyszeli go wszyscy goście tego lokalu. A później, jakby w wyrazie swojej radości, objął profesora ramieniem, mocno przyciągając go do siebie. I tym samym nie mogąc dostrzec, jak jego przyjaciel zaciska prawą dłoń, wbijając sobie w nią paznokcie na tyle głęboko, iż te na chwilę pozostawiły po sobie drobne ślady. Wcale nie mniej bolesne, niż kolejne słowa męczącego go głosu.
   Nie powinno cię tu być. Wiedziałeś o tym. A mimo to przyszedłeś. I tym samym, po raz kolejny coś zniszczyłeś, znów przynosząc hańbę nazwisku Perrot...

.


https://78.media.tumblr.com/940ab181b678b9cbe5e08acb4fac6c77/tumblr_ohykp9k6nQ1u4gmt6o1_500.gif
Źródło: Tumblr

Offline

#117 20-01-2020 o 19h58

Straż Obsydianu
Doc
Szeregowiec
Doc
...
Wiadomości: 90

[/center]GLENN BILMES[/center]

Bilmes tylko pokiwał. No tak, tak, o herbatce mówił dziś cały dział Ministerstwa. W końcu większość byłych uczniów Slughorna wylądowała właśnie w tym środowisku - aczkolwiek Bilmes zawsze się dziwił, co takiego profesor mógł widzieć prestiżowego w stanowisku urzędnika, na przykład takiego Arthura Weasleya, który był tym jakimś... Wielkim Inkwizytorem do spraw Mugoli? Coś takiego.
Może właśnie dlatego Bilmes zachichotał niedyskretnie, słysząc słowa zwalistego aurora, który wyglądał jak szafa trzydrzwiowa na dwóch nóżkach. I może właśnie z racji wspomnianych gabarytów nowego towarzysza nie sprzeciwiał się jego obecności, gdy po zniknięciu Regisa zagłębili się bardziej w las...

[/center]MARS BELLEMARE[/center]
Ten dzień nie mógł być piękniejszy, absolutnie nie mógł. Zdezorientowani nowi goście, McAvoy z obitym i spuchniętym ryjem (to nic, że już wyglądał normalnie, liczyły się fakty!), profesor, kręcący się wokoło jak pajac wyskakujący z pudełka i witający nowych gości - i On. Pies. Fajny, uprzejmy pies, który akurat podał mu łapę na powitanie.
- Jak się pan miewa? - zapytał żartobliwie Mars, zwracając się do shiby pod stołem, zanim delikatnie uścisnął mu łapę. Może Bellemare nie przepadał za ludźmi, nie odnosiło się to jednak do zwierząt - te, przeciwnie, uwielbiał. Zwierzęta nigdy nic od niego nie chciały, nie truły mu tyłka zbędnymi sprawami i cieszyły się przynajmniej na jego widok - w odróżnieniu od brzydkich ludzi, którzy uświadamiali sobie, jak bardzo są brzydcy, gdy Mars do nich przychodził z wizytą lekarską, albo co gorsza, domową.
Kiedy pies położył mu łapy na kolanach, mężczyzna zaczął drapać go za uszami; to pozwalało mu się odstresować skuteczniej niż wymyślanie kolejnych klątw na upierdliwych klientów.
- Ach, pani Rowntree... witam, witam... cudownie pani wygląda... pani Scarburogh! Proszę wybaczyć, wcześniej pani nie zauważyłem, jakże mogłem ominąć najjaśniejszą gwiazdę Srok z Montrose! Wielka szkoda, że pani zrezygnowała, mecze w pani wykonaniu były doskonałe, dosłownie do-sko-na-łe... ach, pan Finley! Panno de Lys, cudownie panią widzieć, proszę tutaj... o, tu... umm... och, panie McLaggen, nareszcie się pan zjawił! Na pewno zatrzymały pana niezwykle ważne obowiązki!
McLaggen?
Dłoń Marsa znieruchomiała, sam Francuz zaś odwrócił się, oglądając się przez ramię. Widok, jaki zastał, był godny pożałowania - Cornelius, jakby nie dość że normalnie nie prezentował się najlepiej i był brutalnie pokrzywdzony przez matkę naturę, teraz wyglądał jeszcze gorzej.
O ile to w ogóle byłoby możliwe.
Podkrążone oczy, bladosina cera, wyglądał, jakby zobaczył co najmniej ducha. I czerwony nos Rudolfa Renifera. A na pewno nie wyglądał na człowieka zbyt przytomnego, przynajmniej w chwili obecnej. Drugą ręką ciągnął za sobą równie nieprzytomnego faceta.
Ten drugi to chyba przyszedł tu za karę. Chyba byśmy się dogadali...
- O jest i pan Perrot! Co prawda zaprosiłem pana, ale nie podejrzewałem, że pan przyjdzie… To było tak, bardziej z grzeczności… Rozumie pan prawda? No ale skoro pan już jest, to niech pan siada. - Slughorn chrząknął zaskoczony. Tuż po tym wskazał Fitzowi i Corneliusowi miejsca, zanim Cornelius spróbował go zagłuszyć jednocześnie w tym samym czasie.
Whoa, Cornelius wykazujący się taktem?
- PANIE PROFESORZE MIŁO PANA WIDZIEĆ!!
Bellemare jęknął bezgłośnie w duchu - chociaż zapewne wyraz jego twarzy mówił wszystko. Nienawidził swojego kuzyna bardziej niż cokolwiek innego na świecie - zwłaszcza że na nadętej buźce tego pyszałka znów pojawił się wyraz wystudiowanego zadowolenia, fałszywego bardziej niż złoto leprechaunów. Nawet pierścienie na dłoniach McLaggena lśniły jak tombak i cygańskie świecidełka z odpustu w Awinionie. Ale jednocześnie w jednym musiał się z nim zgodzić - tekst Slughorna był wyjątkowo nie na miejscu i nawet, jeśli sam Mars nie należał do mistrzów taktowności, w tym wypadku również uważał że był to strzał co najmniej w potylicę, jeśli chodzi o etykietę.
Tuż po tym Cornelius zaciągnął profesora gdzieś dalej, odciągając go od swojego towarzysza. Czyżby jakaś jego kolejna zdobycz pokroju tego jak mu tam, Luke'a?
Zresztą, McLaggen zaraz zajął miejsce... naprzeciwko niego i McAvoya.
Zmieniłem zdanie. Ten dzień NIE może być jeszcze gorszy.
- Wolałbym być ślepy niż go oglądać naprzeciwko siebie. - mruknął bardziej do siebie, zanim poklepał psa po łebku. Tuż po tym padł na niego cień Slughorna - gruby, potężny czarodziej najwyraźniej zdecydował się obejść prawie cały stół, by porozmawiać z każdym gościem. A może po prostu szedł do Rosmerty poprosić ją o jakiś parawan, aby zakryć cały ten festiwal żenady.
- Przyszedł pan z psem? Panie Bellemare, pańskie poczucie humoru jest niezwykłe, zwłaszcza że wcześniej go tu nie widziałem.
- Bo to był niewidzialny pies - odparł Mars, odwracając się do grubawego, starszawego czarodzieja.
- No tak, tak, rzeczywiście - przyznał zmieszany Slughorn, zanim wcisnął się gdzieś na swoje miejsce. Mars mógłby przysiąc, że profesor zamruczał pod nosem "dziwni ci Francuzi" na odchodnym.

- Przyjaciele! Niezmiernie cieszę się, widząc was w tym zacnym gronie - zaczął wkrótce profesor, nie podnosząc się z miejsca - wydawałoby się natomiast, że napęczniał z dumy, gdyż stolik z lekka zafalował. - Minęło już tyle wiosen, tyle zim, a wy, z odchodzących z Hogwartu uczniów staliście się kwiatem narodu...
Chyba kwiatami nagrobnymi. Większość tu zebranych nie wygląda zbyt żywo.
- Niektórzy z was nie zdobyli tego zaszczytnego miejsca w Klubie Ślimaka, inni nigdy nie zdecydowali się do niego dołączyć, innych poznałem później, niż im się to należało - ciągnął starszy czarodziej.
Ja na przykład wolałbym nie poznać ani ciebie, ani reszty tej hołoty wcale...
- Cieszę się jednak, że was tu widzę, całych i zdrowych... - na jego twarzy pojawił się lekki cień, chwilę później jednak zniknął, zastąpiony jak zawsze pogodnym wyrazem twarzy.
- Wierzę, że dzisiaj jednak spędzimy wspaniały wieczór, taki jak za dawnych lat, kiedy jeszcze nie spadł na nas ciężar trosk. Za dzisiejsze spotkanie! - z tymi słowy wzniósł w górę kieliszek swojego szampana.
Zabrzęczały kieliszki...
Eeeech, dawno już zapomniałem, jak to jest być częścią spektaklu. Tani efekciarz.
Chwilę po tym zapanował przyjemny gwar - co poniektórzy zaczęli nawiązywać rozmowy, najwyraźniej po to, żeby wypełnić czymś ciszę po przemówieniu Slughorna. Na talerzach pojawiły się desery - najwyraźniej skrzaty domowe w Hogwarcie miały jakiś układ ze Slughornem i potrafiły wysłać zaklęciami dania na odległość większą niż sufit kuchni pod Wielką Salą. Cóż, pod pewnymi względami Anglicy potrafili zaskoczyć.

Wzrok Marsa w międzyczasie leniwie wędrował po stole; ominął wymownie dziwaczkę w za dużym kapeluszu (to takie typowo amerykańskie!), by natknąć się na jakiegoś cichego, zastraszonego Azjatę i jego towarzyszkę. Zawiesił na nich wzrok odrobinę dłużej - oboje pasowali do siebie, nawet jeśli ona przypominała różową landrynę z tumblra, a on klasycznego aktora z chińskich dram.
I korciło go to powiedzieć na głos. A że Bellemare należał do ludzi słabej woli, zwykle folgował sobie...
- Jesteście parą? - zapytał, zwracając się do nich. - Bo zastanawiam się, na ile wasze dziecko będzie podobne do gigantycznej fasolki Bertiego Botta w śpioszkach.

CORNELIUS MCLAGGEN


McLaggen pod wpływem tych wszystkich wydarzeń zapomniał już, jak bardzo nienawidził teleportacji. Może i zdał egzamin za pierwszym razem, nie oznaczało to jednak, że niekiedy nie lądował gdzieś na dachu lub na jakimś mugolskim parkingu wielbłądów w Wagabugu Wabadebadoo. Zwyczajnie zdał przez łut szczęścia. A teraz ono, jakby z czystej przekory, go opuściło.
Szczęście powinno być zabronione.
Z tą myślą zawisł smętnie na szyldzie Świńskiego Ryja. Pół biedy, jeśli wyleci ze środka Aberforth i spierze go miotłą; bardziej obawiał się nadchodzącej wycieczki uczniów, którzy parli przed siebie z determinacją godną turystów.
– Na boga, Fitz, zdejmij mnie, zanim staniemy się lokalną rozrywką uczniów Hogwartu! Właśnie widzę wycieczkę z daleka! - krzyknął z góry, skupiając na sobie uwagę przyjaciela jeszcze bardziej. Z dwojga złego McLaggen wolał miotłę Aberfortha niż wisieć tu w nieskończoność jak porzucony manekin. Fitz jednak na ten widok zgiął się w pół jak styrany życiem precel...
O kant du... idzie to wszystko rozbić.., pomyślał smętnie McLaggen, zanim grawitacja mocnym szarpnięciem materiału ściągnęła go na dół. Ech, a ten płaszcz kosztował dwieście galeonów...
Nos znów go rozbolał. Zwłaszcza że przy wciągnięcu powietrza wciągnął sobie śnieg do nosa... jeśli ktoś nigdy nie czuł palącego gorąca i lodowatego zimna w jednym, nie wiedział, co oznaczało prawdziwe piekło.
- Wychodzenie z domu któregoś dnia nas zabije... - podsumował smętnie, wpatrując się gdzieś w niebo nad sobą.

A po chwili znowu wstali, otrzepali się, poprzyklejali sobie metaforyczne plasterki na całkiem realne rany (niestety stłuczonej godności osobistej nie dało się niczym posklejać), załatali ciuchy i poszli naprzód przed siebie. Od połowy trasy dało się słyszeć jakiś skrzek harpii - ani chybi uroczy głosik Madeleine, która wchodząc na najwyższe obroty zawsze skrzeczała jak duszony domowy skrzat.
Ale co moja kuzynka z adoptowanej matki adoptowanego ojca miałaby tu robić? Chyba za mocno się stuknąłem w głowę albo ten śnieg był jakiś dziwny...
Po dłuższej chwili namysłu McLaggen zdecydował, że wolałby jednak wciągnąć nosem więcej tego śniegu, niż widzieć Maddie tutaj. Ba, wolałby nawet jeszcze raz strzelić sobie w opuchnięty i bolący nos, niż wejść kuzynce w drogę. W obecnym stanie przypominała rannego niedźwiedzia.
A wszystko tylko dlatego, że jakiś facet na nią wpadł. Chyba. Tak przynajmniej można było wywnioskować z jej krzyków.
Tak czy owak on i Fitz byli uwięzieni. Szybkie spojrzenie na przyjaciela uświadmiło McLaggenowi, że przejście obok Maddie byłoby jak próba przemknięcia obok cerbera lub nader żwawego smoka norweskiego kolczastego.
Czyli i tak i tak nie.
Na szczęście ocaliła ich Madame Rosmerta. Dzięki bogu nadal była rozsądną kobietą i najwyraźniej przeliczyła sobie zyski i straty. Wyglądało na to, że mimo swojego żałosnego stanu i McLaggen, i Perrot wyglądali na dostatecznie majętnych, by zamówić u Rosmerty kufel piwa...
- Panowie proszę do środka, tylko po cichu - zwróciła się do nich. Zarówno Cornelius, jak i Fitz wpakowali się do środka niemal od razu - wszystko było lepsze niż starcie z Maddie, która, jak McLaggen wiedział z doświadczenia, przez następne kilka godzin będzie wrzeszczeć na wszystko i wszystkich.
Nic dziwnego, że ciągle jest sama...

Krótki rzut oka na stół uświadomił Corneliusowi, jak bardzo się spóźnili... chyba. Część gości zdążyła się już najwyraźniej rozluźnić grzanym miodem z piwnic Rosmerty, sądząc po brzmieniu niektórych rozmów. A impreza najwyraźniej była nader przednia, skoro ktoś zdążył się już zamienić w psa i właśnie wciskał łeb w nogi Marsa. McLaggen starannie ominął kuzyna, jednak nie udało mu się uciec przed Slughornem - ani jemu, ani Fitzowi.
I prawdę mówiąc McLaggen starał się słuchać kwiecistej przemowy Slughorna na powitanie, naprawdę. Jakie obowiązki? Starał się. Ale mógł ograniczyć się tylko do tępego spojrzenia na profesora i udawanie, że słucha - a mózg gdzieś się po drodzewyłączył.
Zdrowy rozsądek aktywował się dopiero w momencie, gdy Slughorn spojrzał na Fitzroya; w tym samym momencie instynkt przetrwania wybił szybkę i uciekł z krzykiem. Tak, coś miało się tu wydarzyć złego.
- ......to było tak, bardziej z grzeczności, rozumie pan...
- PANIE PROFESORZE MIŁO PANA WIDZIEĆ!!
Z tymi słowy McLaggen złapał zdziwionego Slughorna w mocny uścisk, godny głodnego pytona owijającego się wokół zaskoczonej ofiary; niewiele myśląc, zaciągnął profesora gdzieś na ubocze.
Znienacka McLaggen przestał wyglądać uprzejmie i sympatycznie, wręcz przeciwnie. Przynajmniej tak się wydawało, sądząc po minie Slughorna. Zastraszony hipopotam wyglądałby nie lepiej.
- Wie pan, czym się zajmuję, prawda? - syknął. - Proszę się pilnować ze słowami do Perrota, inaczej zniknę pana równie skutecznie, co sprawcy tych zbrodni.
- Właściwie, skoro już pan o tym mówi... - zaczął Slughorn, wyraźnie skruszony. Nie mógł jednak powstrzymać ciekawości; jak zawsze był potwornie wścibski.
- Nie mogę udzielić panu żadnych informacji na ten temat - odparł McLaggen tonem sekretarki z automatu Ministerstwa Magii.
- Ależ mój drogi chłopcze!
- Aby uzyskać informacje, proszę udać się na drugie piętro, departament wewnętrzny, dział poszukiwań zaginionych czarownic i czarodziejów.
- Hm, tak, tak... - mruknął nieprzekonany Slughorn, wyraźnie rozczarowany. - Więc, tego... wróćmy na herbatkę...

Szybkie spojrzenie na Fitza, wciśniętego między Audrey a Ephraima nieco uspokoiło McLaggena; oboje byli dobrymi ludźmi, Audrey i Ephraim, więc raczej wątpił, by którekolwiek z nich miało Perrota dobić. Przynajmniej miał taką nadzieję. Z drugiej strony znał ich na tyle dobrze, by wiedzieć, że raczej nic podobnego się nie wydarzy.
Udawał jednocześnie, że nie widzi wwiercającego się w niego z drugiego końca stołu spojrzenia Marsa; jednocześnie wcale, a wcale nie ustawił się tak, żeby oślepiać go błyskiem swojego szmaragdowego sygnetu... chociaż dziki uśmiech satysfakcji sam cisnął się na usta, kiedy widział jak Mars mruży oczy i odwraca wzrok.
Dobrze ci tak.

- Czy ktoś słyszał, co u panienki Maud? - gdzieś z szumu rozmów McLaggen wyłowił głos Slughorna. Najwyraźniej profesor na bieżąco interesował się życiem swoich uczniów - czyżby pisywał do nich nawet listy? Jeśli tak, to Cornelius cieszył się, że nie pisał ich akurat do niego.
A kiedyś by zazdrościł tym ludziom, wyróżnionym listem od Slughorna. McLaggen mimowolnie oderwał wzrok od deseru, którym się zajął - w końcu siedział wciśnięty pomiędzy Lestera (do którego wolał nie zagadywać w obawie, że ten znów poruszy temat Mathildy albo dzisiejszego spotkania) a Audrey, która była o niebo lepszą opcją.
To znaczy byłaby, gdyby nie to, że był nieziemsko, piekielnie wręcz głodny. I może właśnie dlatego olał zasady grzeczności i zajął się najpierw deserem, niż nią.
- ...dlaczego pan pyta? - padła z innej strony stołu odpowiedź. Rozmowy przelatywały przez Trzy Miotły niczym rybki w ławicy; ktoś tu wspominał okres nauki w Hogwarcie, gdzieś przelatywały rozmowy o quidditchu...
- Tak się składa, że w Hogwarcie zabrakło nauczyciela zielarstwa - wyjaśnił Slughorn, wydłubując z pudełka kandyzowanego ananasa. - Mamy wakat i pomyślałem, że warto będzie go zaproponować któremuś z naszych uzdrowicieli... na przykład panience Maud lub panu... - zerknął na Eugene'a.
Ach, Eugene, biedna zabawka Finleya. Nie żeby Luke był lepszy. Człowiek jednak po czasie przynajmniej zaczyna rozumieć, że to wszystko było o kant d... rozbić...
- Ej, McAvoy, jak to jest, że jeszcze cię nie wywalili z Proroka? - zagadnął ktoś inny.
- Panno Rowntree, raczy mi wybaczyć pani pytanie, ale czy nie jest może spokrewniona pani ze słynnym Salazarem Slytherinem? Ta wężoustość, hm, hm... sugeruje bardzo wiele... - nie sposób nie było dostrzec spojrzenia Slughorna, który właśnie odsuwał się od węża Jasmine najdalej jak tylko mógł. Przypominało to odłamek góry, odrywającej się od pradawnego lodowca. I, najwyraźniej, ku swojej własnej uciesze szybko podchwycił nowy temat, gdy tylko dosłyszał pytanie skierowane do Adriana.
- Właśnie, właśnie! Panie McAvoy! - profesor aż klasnął w dłonie, z wyraźną ulgą przerzucając się na temat Adriana. - Przepraszam, nie chcę być niedyskretny, panie McAvoy... pan wie przecież, że bardzo pana szanuję, ale... cóż, jestem światowym człowiekiem, mam znajomości, sporo słyszałem... a pan, panie McAvoy, zawsze prowadzał się z panienką Cerys... i, hm, proszę mi wybaczyć pytanie, ale... czy to prawda, że, hym hym, był pan obecny przy panience Cerys, gdy zaginęła? Więc... więc...
Najwyraźniej wraz z wiekiem minął takt...
Ale McLaggen musiał przyznać, że w zachowaniu McAvoya było coś dziwnego; dziennikarz gubił się i plątał w zeznaniach, jak gdyby zapamiętał kilka wersji bądź nie potrafił się zdecydować na jedną. I za każdym razem, gdy był wzywany do Ministerstwa, ciągle zmieniał wersję wydarzeń.
Póki co tego nie komentował ani nie uświadamiał McAvoya po tym; na razie przypatrywał mu się ciekawie, czekając na odpowiedź.

Ostatnio zmieniony przez Doc (21-01-2020 o 16h23)


C'mon, legend.

https://66.media.tumblr.com/2933413d41f5e5a50ca91f8d16762d65/tumblr_ohjguvW4AD1r41iwho5_500.gifv

Offline

#118 20-01-2020 o 22h59

Straż Cienia
Methrylis
Tester eliksirów
Methrylis
...
Wiadomości: 23 328

...........................................................https://i.imgur.com/P7iFiX8.png
...........................................................●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●●
     I oto stało się. Przecież nie powinienem być zdziwiony, należało się tego spodziewać już od bardzo dawna. Dziwię się więc samemu sobie, że się w ogóle dziwię
     Adrian z największą dezaprobatą wpatrywał się w swoją walniętą koleżankę, którą najwyraźniej właśnie porwali kosmici schowani w jej olbrzymim kapeluszu. Na pewno tak było: małe, zielone ludziki ukryte gdzieś pod wstążkami i między piórami, skorzystały z zamieszania na herbatce i zeszły po włosach aż do ucha, którędy dotarły o mózgu i całkiem w nim zamieszali. W wyniku tych kosmicich eksperymentów Blue stała się kompletnie apatyczna i nie zechciała nawet zareagować na to dziwne wyznanie miłości. Cóż, skoro nawet Blue odpadła, to nie miał już z kim rozmawiać — zwłaszcza że ta czarna mara pod postacią Francuza nadal nie chciała zniknąć.
     A może to koszmar? Albo paraliż senny? Proszę, niech to będzie tylko paraliż senny!
     Miał okazję porozmawiać z niejaką Reyną, którą ledwie kojarzył, a którą już polubił, ponieważ pochwaliła jego koszulę. Jednak przez niedawną bójkę nie za bardzo było jak się przywitać, a że kobieta po chwili odeszła na bok, Adrian uznał, że da sobie spokój, zwłaszcza że raczej nie był interesującym towarzyszem do rozmów, a znajomości zawierał wyjątkowo topornie. Cóż, ochrona antyidiotowa i antyw###### działa znakomicie, odstraszając od McAvoya dziewięćdziesiąt procent osób, które miały tę wątpliwą przyjemność go poznać. Mimo to właśnie czarodziejka wyraziła troskę o jego stan zdrowia, co wcześniej się nie zdarzało.
     — Dziękuję bardzo, ale czuję się już lepiej — odpowiedział Reynie, szczerze zaskoczony troską czarodziejki, zwłaszcza że nie znali się zbyt dobrze. Musiał przyznać, że to było bardzo miłe, a że nie zwykł do uprzejmego traktowania swojej podłej osoby, nie za bardzo wiedział, jak powinien zareagować.
     Jednak kiedy kobieta zaczęła szeptać o Francuzach, samym swoim tonem wyrażając swoją pogardę do narodu francuskiego, Adrian pomyślał, że naprawdę bardzo ją polubił. Nie dość, że pochwaliła jego koszulę, to jeszcze nie znosi Francuzów!
     Prawie kobieta idealna!, pomyślał w euforii.
     — Bardzo dobre pytanie — syknął. — Coraz mniej mi się to wszystko podoba. A jak się całkiem wkurzę, to wezmę w spytki Slugha, kiedy już będzie po kilku głębszych. A potem taki felietonik o nim napiszę… Jestem zainteresowany zniszczeniem całej kariery tego człowieka. Nie wspominając o tych poczwarach, które jedyne co potrafią to machać białą flagą i krzyczeć „poddaję się” w piętnastu językach.
     Chwilę później do antyfanklubu francuskiego dołączył Ephraim Inkwood. Ten przemiły pesymista z lekkimi skłonnościami do samobójstwa szybko znalazł wspólne tematy z Adrianem — chociażby samobójstwo — dzięki czemu panowie całkiem się polubili.  Dlatego gdy poczuł delikatne klepnięcie po ramieniu, odetchnął z ulgą, wyraźnie rad, że wreszcie będzie mógł porozmawiać z kimś normalnym.
     — Cześć, poeto — przywitał się słabym głosem, uścisnąwszy mu dłoń na przywitanie. — I ty miałeś to nieszczęście trafić do tego padołu łez? Przynajmniej jakoś się jeszcze trzymasz. Nie to, co ja — zaśmiał się gorzko.
     Nagle poeta, jak na prawilnego poetę przystało, ni stąd, ni zowąd zaczął układać wierszyki. Nikt go o to oczywiście nie prosił, nie było też ku temu żadnych większych okazji, ale ludzie sztuki zwykle tak mieli, że ich wena niemal nimi kierowała. Innymi słowy, artyści musieli być chorzy psychicznie. Nie było innego wytłumaczenia.
     Niemniej wierszyk całkiem mu się spodobał, zwłaszcza fragment o kacie w mundurze. Niemal automatycznie odwrócił się lekko w stronę Francuza, łypiąc na niego złowrogo.
     — Jeśli możesz, to napraw — westchnął. — Zaczyna mnie ta krew już wkurzać. A ty, poeto — mruknął, czując nieprzyjemne pieczenie podczas poetowych napraw twarzy — powinieneś wydać jakąś księgę czarnej magii. Nie, nie poezji — zaznaczył — tylko czarnej magii, bo dla mnie te twoje spontaniczne wierszyki zawsze brzmią jak jakieś klątwy czy uroki. W pozytywnym sensie! — zawołał od razu, nie chcąc być źle zrozumianym — ale jest w nich tyle… hm, nie wiem w sumie czego. Ale wydaj książkę. Ty, poeto, a może ty nie poeta tylko medium jesteś? Co sądzisz? Wybacz, bredzę. Chyba mocno uderzyłem się w głowę…
     Nawet gdyby chciał coś jeszcze dodać, to by zrezygnował, gdyż w sali znowu rozległ się straszliwy huk, a po chwili na ziemi wylądowała kolejna grupa czarodziejów. Jako że dostrzegł tam Audrey, zrozumiał, że to kolejni spóźnieni na tę cholerną herbatkę. Tuż obok niej rozpoznał Jasminę — starą znajomą z Hogwartu. Jej widok po raz kolejny boleśnie uświadomił mu, jak radosne były chwile spędzone w szkole, jak wielu znajomych wtedy miał, jaki był beztroski i radosny. Tymczasem dziś z większością dawnych przyjaciół nie miał żadnego kontaktu. Z „Jessie” też, mimo że za dzieciaka dość często ze sobą rozmawiali. W towarzystwie znalazł się też jeden z tych przeklętych doktorków z Munga, ulubionego koleżki tej cholernej Maud — niech ją szlag trafi i piekło pochłonie, gdziekolwiek się wtedy znajdowała. Nie dość że Francuzi, to jeszcze lekarze, jęknął w duchu, do głębi zrozpaczony.
     Jedynym pocieszeniem w tym wszystkie był… pies. Puchaty, może trochę oszołomiony, ale przepiękny, radosny, merdający ogonem. Adrian nie miał pojęcie, czyje to było zwierzę, lecz zupełnie o to nie dbał. Co więcej, postanowił sobie, że jeśli ta herbatka całkiem zejdzie… cóż, na psy, to opuści stolik, zawoła pieska, siądzie z nim gdzieś w kącie i będzie się z nim bawił tak długo, aż wreszcie ten cały komediodramat się skończy.
     Potem teleportował się jeszcze jeden gość, którego Adrian w ogóle nie kojarzył, a także O’Hara, którego Adrian miał dość jak na jeden dzień. Dlatego wolał skupić się na psie, który krążył teraz pod stołem i który, o zgrozo, podszedł ochoczo do Francuza. Że też tak przegniłe kreatury nie odstraszały swoją aurą tak uroczych i inteligentnych zwierząt, jakimi były psy. Kiedy więc zobaczył, że pieskowi wyraźnie podoba się zainteresowanie, jakie uzyskał, sam przechylił się przez puste krzesło obok w stronę Francuza, aby sięgnąć pieska i krótko pogłaskać go po łbie. Oczywiście pochylanie się ku Francuzowi musiało wyglądać żałośnie, lecz jedno upokorzenie wtę czy wewtę nie robiło mu już żadnej różnicy.
     Jednak wyglądało na to, że upokorzeń będzie znacznie więcej, bo oto w środku pojawiły się dwie osoby, które tamtego dnia dosłownie go prześladowały! Przerażony blondyn, który upodobał sobie gadanie do nieistniejących stworzeń sam był teraz jak bogin Adriana — bo gdziekolwiek się ten nawiedzony typ nie pojawił, ciągnął za sobą tę morową zarazę McLaggena. Co dwaj byli jak istni Jeźdźcy Apokalipsy, z tym że Jeźdźców było czterech, a tych wystarczyło tylko dwóch, by nieść wojnę — z Adrianem, zarazę — bo McLaggen to jedna wielka zaraza, głód — głód mordu i śmierć.
     Tłumaczenia ostatniego łatwo się domyślić.
     — PANIE PROFESORZE MIŁO PANA WIDZIEĆ! — rozdarł się ten debil, zwracając na siebie całą swoją uwagę. Adrian już się szykował do tego, by szlag go na miejscu trafił, lecz kątem oka dostrzegł minę Francuza, która była wyjątkowo nietęga. A cóż to, czyżby ci panowie nie tylko się znali, ale też nie znosili?
     Adrian zmartwił się tym odkryciem. Bo według powiedzenia „wróg twojego wroga jest twoim przyjacielem” jeden z tych idiotów powinien być adrianowym przyjacielem.
     Gdybym miał kiedyś wybierać między Cornem a Francuzem, to
z###### sobie avadą w łeb
.
     Kiedy ten debil usiadł niemal naprzeciwko niego — bo jakżeby inaczej — swoją przemowę rozpoczął Slughorn. Wyglądało na to, że wreszcie wszyscy się zebrali, a przynajmniej wystarczająca ilość, ponieważ kilka krzeseł nadal pozostawało pustych.
     — Niektórzy z was nie zdobyli tego zaszczytnego miejsca w Klubie Ślimaka, inni nigdy nie zdecydowali się do niego dołączyć, innych poznałem później, niż im się to należało — gadał stary nauczyciel, a Adrian przypominał sobie, jak to się kiedyś cieszył z zaproszenia do tego niby elitarnego klubu. Gdyby mógł cofnąć się w czasie i coś zmienić, to cisnąłby ten list do kominka.
     Slughorn jest nienormalny, stwierdził Adrian ze stoickim spokojem. Bo tylko wariat życzyłby udanego spotkania i wznosił toast tuż po tych wszystkich skandalicznych rzeczach, które zdążyły się wydarzyć w ciągu zaledwie pół godziny. Wobec tego czarodziej był albo ślepy, albo głupi. Choć najpewniej jedno i drugie.
     Pozytyw był taki, że gdy już zabrzęczały kieliszki w odgłosie składanych toastów, rozmowa zaczęła się choć odrobinę bardziej kleić, dzięki czemu McAvoy mógł się całkowicie wyłączyć i skupić wzrok na tym cudownym psie. Gdyby mógł, zgarnąłby sobie takiego do domu. Już od dawna bowiem myślał, by przejść się po miastowych schroniskach i wybrać sobie jakiegoś towarzysza, by wieczorami mieć do kogo gębę otworzyć. Nadal jednak się obawiał, że nie był gotowy wciąć za kogokolwiek odpowiedzialności. Ostatnim razem, gdy się na to zdobył, zaginęła Cerys. Dlatego tak panicznie bał się ponownie podejmować to ryzyko.
     Wobec tego tylko patrzył na pieska, na razie bez snucia planów jak go porwać w taki sposób, by nikt tego nie zauważył.
     Ocknął się dopiero w momencie, w którym wyłapał z tłumu swoje nazwisko.
     — Ej, McAvoy, jak to jest, że jeszcze cię nie wywalili z Proroka? — zapytał ktoś, a Adrian nawet nie próbował rozpoznać głosu.
     — Dobre pytanie — mruknął pod nosem. — Mój przyjaciel Cadriel — podjął głośniej — jest synem redaktora naczelnego Proroka. Poza tym naczelnego śmieszą moje felietony i cały czas myśli, że to o Francuzach to tylko żarty. Więc widzicie — to wszystko po znajomości.
     Przestał się dobrze bawić, dlatego nawet taki rozbrajająco szczery docinek nie zrobił na nim większego wrażenia. Zachichotał jednak nad głupotą Slughorna, który spytał właśnie Jasmine o pokrewieństwo z Salazarem Slytherinem. Zaraz potem jednak westchnął ze zmęczeniem, gdy znowu usłyszał swoje nazwisko. Przeklęty nauczyciel podjął temat i pewnie prędko nie da mu spokoju. Dobra, zada pytanie, odpowiem mu najbardziej lakonicznie jak się da i idę bawić się z pieskiem, obiecał sobie w duchu.
     — Przepraszam, nie chcę być niedyskretny, panie McAvoy... pan wie przecież, że bardzo pana szanuję, ale... cóż, jestem światowym człowiekiem, mam znajomości, sporo słyszałem... a pan, panie McAvoy, zawsze prowadzał się z panienką Cerys... i, hm, proszę mi wybaczyć pytanie, ale... czy to prawda, że, hym hym, był pan obecny przy panience Cerys, gdy zaginęła? Więc... więc...
     W tym momencie wydarzyło się coś dziwnego. Czas jakby zwolnił, zaczął się rozciągać jak guma niezdolna do rozerwania. Więc ten czas rozciągał się i rozciągał, a ta jedna chwila, w której padło to pytanie, trwała i trwała. Trwała i trwała. W nieskończoność. W potworną, straszliwą, nieznośną nieskończoność. Kto go wymyślił?! Ten cholery czas?! Dlaczego nie skonstruowano go inaczej? Dlaczego czas, tworząc te wszystkie chwile, nie usuwał ich równie szybko? Dlaczego nie usuwał ich natychmiast? Po co je pamiętać? Do czego miałyby być przydatne?
     Och, Adrian wiedział. Czuł to bardziej niż kiedykolwiek. Właśnie wtedy, gdy jedna chwila rozciągała się w nieskończoność. Właśnie wtedy, gdy nieskończoność tej chwili, w której padło to pytanie, rozdzierała go na najmniejsze kawałeczki.
     Nie pamiętał, kiedy wstał. Nie pamiętał czy uderzył pięścią w stół, choć dopiero wtedy, kiedy czas wreszcie ruszył swoim zwykłym torem, Adrian poczuł lekki ból w prawej dłoni. Nie pamiętał, czy coś stłukł, czy coś krzyknął, czy coś powiedział. Nie pamiętał, kiedy przygryzł sobie wargę.
     Nie pamiętał, kiedy pierwsza łza spłynęła po policzku. Nie pamiętał, kiedy i jak ją otarł.
     Pamiętał jedynie pytanie. I odpowiedź. Najprawdopodobniej jedyną słuszną, choć Adrian bardzo długo nie mógł tego zaakceptować.
     — Czy byłem obecny przy panience Cerys, gdy zaginęła? Byłem. — Głos tak silnie mu drżał, że składanie kolejnych wyrazów przychodziło mu z coraz większym trudem. — Więc… czy ją zabiłem…?
     Wokół niego zaległa cisza. Tylko wokół niego. Być może ktoś obok niego sobie gawędził, nieporuszony jego reakcją. Być może pies nadal biegał po sali i domagał się pieszczot. Być może Blue się wreszcie obudziła i zaczęła nawijać. Być może McLaggen znowu zaczął wrzeszczeć, a Slughorn wbijał kolejne noże. Ale on tego nie słyszał. Niczego już nie słyszał. Niczego już nie czuł.
     — Chyba tak — szepnął, cały drżąc.
     Zacisnął zęby. Czas dalej płynął, a on musiał coś zrobić. Musiał zacisnąć zęby, przełknąć ślinę, odwrócić wzrok i wyjść. Musiał sobie jakoś poradzić zarówno z pytaniem, jakie otrzymał, jak i przede wszystkim z odpowiedzią, jaką podał. Kiedyś przecież musiał pozwolić jej odejść, ponieważ nadzieja, że ją kiedyś zobaczy, była kłamstwem. Kłamstwem, którym karmił samego siebie. Wmawiali mu, że musi ją mieć, tę cholerną nadzieję, bo tylko ona mu została i być może kiedyś uratuje mu życie. Lecz już od dawna została sama pusta nadzieja, sama jej wydmuszka, bez żadnego wypełnienia, bez wnętrza. Bez natchnionej wiary, rzeczywistej wiary w to, że kiedykolwiek jeszcze ujrzy Cerys.
     Nigdy jej nie ujrzy. Podjął tę decyzję te półtora roku temu, na tamtym wzgórzu, gdy zostawił ją na pewną śmierć.
     Odszedł od stołu. Powoli. Ostrożnie. Bez pośpiechu, bez nerwów. Byle jak najdalej od tamtego stołu. Gdziekolwiek, za jakiekolwiek drzwi. Powinien w ogóle stamtąd wyjść, ale z jakiegoś powodu nie miał na to siły. Potrzebował po prostu trochę przestrzeni. Trochę oddechu. Gdzieś, byle gdzie…
     Byle jak najdalej.

Offline

#119 22-01-2020 o 23h35

Straż Absyntu
Neyu
Akolita Jednorożców
Neyu
...
Wiadomości: 384

_____________________Madeleine Bellemare-Levasseur
POD TRZEMA MIOTŁAMI

     Czas, jakby stanął w miejscu; wydłużał się niczym niekończąca się lina, prowadząca do samego dołu, w czeluści przerażającej przepaści. Madeleine, niewzruszona tym stanem ducha, wdychała i wydychała dym papierosowy, pozwalając sobie na oazę spokoju, która rozprzestrzeniała się po całym jej ciele w trymiga. Kończyny jej nie ciążyły, a burza negatywnych emocji; frustracji i gniewu, nie naciskały na jej biedne i pokrzywdzone serce. Odzyskała lekkość, której jej tak nieubłagalnie brakowało. Lekkość, dzięki której mogłaby dostać skrzydeł i pofrunąć ku niebiosom, co równało się z niemożliwym. Słowo "niebiosa" nie istniało w słowniku Bellemare. Natomiast wiedziała, co to zniszczenie, spustoszenie, rozpacz, ból; same odpowiedniki, które wiązały się z plugawym miejscem jakim było piekło. I chociaż Maddie porównywano do demona (gdyż pewni śmiałkowie nie omieszkali powiedzieć jej tego w twarz, co potem gorzko żałowali pod twardym, ostrym i bolesnym obcasem jej pięknego buta, którym przygważdżała ich zakute łby do podłogi z szaleńczą satysfakcją - cudowne czasy), to tak naprawdę była wcieleniem grzecznego aniołka, które rozsiewało jasność, dobro i przede wszystkim miłość; pełną pasji miłość.
     Pusto wpatrywała się w rozciągający się przed nią krajobraz, i pomimo jego szaroburego klimatu, miał w sobie pewien urok. Być może sprawką tego był nieskazitelnie biały puch, który przykrył okolicę swoją lodowatą kołdrą, sprawiając tym, iż tak obskurny i nieatrakcyjny pejzaż, nabrał tajemniczej magii, która wręcz przykuwała uwagę zamyślonej Madeleine. Być może w obecnej okazałości; tenże widok był co najmniej wyrwany z jakiejś taniej, mugolskiej powieści z happy endem. Bajka z pewnością poruszyłaby dziecięce serca, może i nawet nastoletnie lub dorosłe, lecz nie serce Maddie, które akurat na takie rzeczy było wyjątkowo skamieniałe.
     Bellemare ceniła sobie sztukę. Możnaby rzec, iż sztuka jest jej drugą pasją. Uważa, że należy znać się na tej dziedzinie nauki, gdyż świadczy ona o światopoglądzie człowieka oraz o tym, co jest piękne, a co jest obrzydliwe. A wiadomym było, że budynki w stylu gotyckim, wiktoriańskim, są najcudowniejszymi perełkami, które kiedykolwiek mogły powstać w tym okropnie żałosnym świecie. Prócz tych dwóch stylów, to ceniła sobie również styl baroku; ogromna ilość detali, dominujący złoty z bielą, które kojarzyły się jej z bogactwem materialnym, duchowym, psychicznym, a zarazem fizycznym, czyli tak zwany człowiek-ideał. A wiadomym było to, iż Madeleine należała do tychże ideałów.
     Ledwo widoczne pozostałości po papierosie, które zaczęła odczuwać nawet we własnych płucach, uświadomiły ją, iż pora zakończyć ten mały rytuał ciszy i spokoju, i wrócić do bandy cepów, która znajdowała się za spruchniałymi drzwiami. Miała głupie wrażenie, iż minęła wieczność, nim całkowicie zaznała spokoju ducha, co ją nieco zmartwiło, gdyż zostawiła Marsa samemu sobie wśród tych kurzych półgłówków. Była pewna, że jej brat kipieje tam ze złości bądź rozprawił się z nieprzyjemnym towarzystwem na cztery wiatry, jak to miał w zwyczaju. On, jak i ona, nie pozwalali nikomu wejść im na głowę, zniszczyć ich poczucie wyższości czy ich bezgraniczną pewność siebie.
     Rzuciwszy niedopałek na zaśnieżony chodnik, przygniotła go obcasem i już miała się odwrócić, gdy nagle przed jej oczami pojawił się obcy mężczyzna. Zmarszczyła brwi, zastanawiając się przez chwilę, co on takiego wyprawiał, lecz po chwili przypomniała sobie o charakterystycznym huku, który świadczył o użytej teleportacji. A więc nieproszony gość użył teleportacji, która AKURAT doprowadziła go przed jej błyskotliwą osobistość? Gość miał więcej szczęścia niż rozumu, skoro było mu dane spotkanie z nią w cztery oczy. Obserwowała go, jakby był jakimś gatunkiem na wyginięciu, jednocześnie spoglądając na niego w tajemnicy, jak na skończonego debila. Twarz jej znacznie spochmurniała, gdy zdała sobie sprawę, jak mężczyzna naruszył jej przestrzeń osobistą. Co prawda, zdołała to już wcześniej zauważyć, aczkolwiek nie przykuła do tego największej uwagi, dopóki nie poczuła, że ich klatki niemalże się ze sobą stykały. Chociaż była przekonana, że już to robiły, nawet w aktualnej chwili i za parę sekund, minut, jakby taka kolej rzeczy była najzwyklejszą normalnością.
     Maddie przygryzła dolną wargę ze złości, a jej wzrok stężał oraz schłodniał. Zmrużyła oczy, jakoś splotła ręce pod klatką piersiową, i już otwierała usta, by powiedzieć niemiłą i prawdopodobnie wulgarną wiązankę słów na temat tego, jakim był niewyżytym facetem, skoro nie szanował jej przestrzeni prywatnej i aż tak bardzo postanowił ją przekroczyć, ukazując przy tym swój stu procentowy idiotyzm. Były przeróżne sposoby, aby zaspokoić swoje potrzeby, a nie wykorzystywać do tego teleportację z nikłą nadzieją, że może uda się trafić na jakąś boginię piękna, z którą będzie cię dzielić zaledwie kilka centymetrów, jak nie jeden centymetr. Miała ochotę fuknąć niczym zdziczały kot na widok swojego wroga, lecz nie było jej to dane, gdyż chwilę potem mężczyzna pociągnął za jej lśniące i pokaźne futro, doprowadzając Maddie do wywinięcia orła na śniegu.
     Wsparła się na łokciach z dzikim gniewem w oczach, którym przeszyła na wylot twarz niezdarnego pacana, który swym wyglądem przypominał jej niejakiego alfonsa po dwudziestu kuflach napoju depresji, beznadziejności i braku chęci do życia; z ogromną chęcią pomogłaby mu ukrócić jego żywot. A pomimo tego, iż prawdopodobnie była cała w śniegu i to akurat w tym brudnym oraz podeptanym śniegu, to nie mogła marudzić na lądowanie, gdyż takowe okazało się miękkie, ponieważ wylądowała na tym bezmózgim pajacu, który za grosz nie potrafił utrzymać równowagi. Najwyraźniej urodził się z jakimiś niepełnosprawnościami umysłowymi, które, niestety, wychodziły na stare lata.
     - Ja p*******, czy ciebie nauczono w jaki sposób powinieneś zachować się wobec prestiżowych kobiet? Bo wydaję mi się, że nie, gdyż normalny i zdrowy facet, nie zareagowałby w tak żałosny sposób, jak ty, a twoja reakcja była godna pryszczatego kujona, z krzywymi zębami i niechlujnym gustem, który swym widokiem sprawia, iż ma się ochotę zrzygać pomimo smacznego posiłku, który się wcześniej spożyło. - wygarnęła rozgniewanym tonem głosu. - Nie należę do tych, które tak łatwo dadzą się na tanie, niby romantyczne sztuczki. Cała ta farsa była tak żałosna, że moja opinia na temat ludzi nie sięga już zera, lecz dna, który z każdym stopniem świadczy o tępocie, którą posiadacie. - wysyczała przez zęby niczym wąż, po czym podniosła się prędko, nawet nie pomagając temu upośledzonemu pajacowi i nawet nie racząc go swym spojrzeniem. Otrzepywała się ze śniegu, poprawiając przy tym aksamitne czarne futro, nim na jej usta wkradło się parę przekleństw, które skierowała w stronę mężczyzny. Odwróciła się z takim impetem, że zwykła pusta lalusia już dawno wylądowałaby okrakiem na ziemi, lecz Madeleine, to Madeleine, a ona była chodzącą doskonałością, więc nie było takiej opcji, aby wywaliła się z własnej winy.
     - Wiesz ile te futro kosztowało? Fortunę! F O R T U N Ę ! Rozumiesz?! Pewnie nie, bo nie miałeś okazji widzieć takiej kosztowności - francuskiej, oryginalnej kosztowności, wywodzącej się z samego centrum mody oddziałującej na cały świat! A ty je tak zbezczeszciłeś, tak łatwo splugawiłeś brudem, tak łatwo zniszczyłeś... - mówiła tak donośnym głosem, że niemalże krzyczała na nieznajomego, który miał minę, jakby kompletnie nie rozumiał, co się właśnie odwalało. Maddie była tak wściekła, że miała ochotę wysadzić wszystko wokół i po prostu wrócić do domu, do Francji, bo chociaż tam ludzie jakoś wyglądali mimo swej w*********** natury, za którą chciała najchętniej wszystkich zadusić. Powinna poważnie zastanowić się nad kupnem bezludnej wyspy, bo w takim tempie, to złość zaszkodzi jej piękności, na co nie mogła sobie pod żadnym pozorem pozwolić (a niestety pozwalała gniewu ulatniać się w ekspresowym tempie).
     - Nienawidzę takich bezmózgich cepów wyrwanych spod mugolskiego mostu, co wyglądają jakby upili się świadomością o swojej żałości i śmierdzącej - jak kupa złomu - wartości! - wykrzyczała wyraźnie zdenerwowana, piorunując go wzrokiem. - Chociaż niezmiernie mnie to satysfakcjonuje, że takie bezwartościowe cymbały wiedzą, gdzie znajduje się ich miejsce i przynajmniej nie udawają, że są czegoś warci i że mogą dumnie pokazywać się społeczeństwu. - powiedziała przez zęby z szyderczym uśmieszkiem, po czym kopnęła butem w śnieg, który leciutko obsypał nieznajomego i następnie obróciła się na pięcie z pełną gracją oraz wyższością, i skierowała się do drzwi, by wrócić do pubu oraz tej bandy głupich i nadętych świń.
     Przeszła szybkim krokiem, nie zwracając kompletnej uwagi na nowe osoby. Madeleine wyszła po to, aby się uspokoić, a wróciła jeszcze bardziej w******** niż wcześniej. Ewidentnie miała alergię w postaci wścieklizny na tę zapyziałą Anglię, a przede wszystkim na jej szkaradnych mieszkańców, których z miłą chęcią potraktowałaby wodą z toną soli.
     Usiadła koło Marsa, zerkając na niego z wyraźnie niezadowoloną miną, po czym nachyliła się do jego ucha.
     - Mam nadzieję, że wyjdziemy stąd najprędzej jak to możliwe, bo nawet nie zaznałam spokoju na zewnątrz. - skomentowała z przekąsem, po czym rozsiadła się na siedzeniu, przyglądając się nowym twarzom, nim nie zauważyła Corneliusa McLaggena.
     - O matko, powiedz mi, że ja śnię... - mruknęła zrozpaczona. - Jeszcze brakowało samego króla z bagien przeznaczonych dla debili jego pokroju.
     Potem oficjalnie rozpoczęła się karuzela śmiechu - wreszczie. Maddie nie była zainteresowana pogawędkami z innymi osobami oraz nie była zainteresowana tematami rozmów, które były podejmowane. Nie raczyła nawet wysłuchać przemówienia Slughorna, który zdążył ją zanudzić pierwszym słowem i zniechęcić do czegokolwiek. Wpatrywała się w swoje dłonie, które były jedynym najciekawszym obiektem w tymże miejscu. Co jakiś czas odpowiadała Marsowi lub sama go zagadywała, a tak to głównie obserwowała i nie słuchała... albo może słuchała? Kto wie, Maddie, ma perfekcyjną podzielność uwagi i nawet jak jest czymś nie zainteresowana i nie ma ochoty tego słuchać, to i tak słucha, aby potem mieć cenne informacje, które mogłaby wykorzystać do swoich niecnych planów albo tak po prostu, żeby kogoś zniszczyć, gdy ktoś zalezie jej za skórę lub jej bratu. Takie rzeczy były dla niej czystą przyjemnością.

Ostatnio zmieniony przez Neyu (Wczoraj o 00h08)


WE'RE  LIGHTWOODS  -  WE  BREAK   N O S E S   AND  ACCEPT  THE   C O N S E Q U E N C E S .
https://66.media.tumblr.com/4aab0b7407ba3e866184acec7a63555a/tumblr_okkjuz08761rpz02to8_250.gifv https://66.media.tumblr.com/473531394ea08c7a1e1d6b9a45a3c8fe/tumblr_okkjuz08761rpz02to4_250.gifv https://66.media.tumblr.com/bc4bece13a3506c56864b6739f6de4ad/tumblr_okkjuz08761rpz02to3_250.gifv https://66.media.tumblr.com/82a7e245047147bc6524eb94d4904d6a/tumblr_okkjuz08761rpz02to10_250.gifv

Offline

Strony : 1 ... 3 4 5